Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
147 Posty 4 Uczestników 225 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Niedostępny
    SeachS Niedostępny
    Seach
    napisał ostatnio edytowany przez
    #116

    Minęły długie chwile nim galtianka zdołała się uspokoić. Nie puściła jednak prawnika czując w nim oparcie. Bezpieczeństwo.

    • Więc... Pora wracać do pracy?
    • Absolutnie mowy nie ma. Teraz będę z tobą. Nie mam nic ważniejszego ponadto. Potem zamierzam znaleźć tego gnoja i przynieść ci jego głowę na srebrnej tacy. W szerokim tego zwrotu znaczeniu… ze szczegółowym wykonaniem zależnym od twoich własnych preferencji.
    • I ty nie wnioskujesz o prawne załatwienie tego? Choryś? - uśmiechnęła się lekko.
    • Nie jestem fanatykiem. Ty decydujesz. Możemy go doprowadzić przed osąd, albo możemy sami się tym zająć. Jedynie tyle, że jeśli bierzemy to w swoje ręce to załatwimy to po mojemu.
    • Po twojemu? Przecież to oznacza, że ma być jak ty będziesz chciał w obu opcjach...
      Strach przed dotykiem minął, gdy teraz czuła dotyk Khala. Gdzieś w środku rozumiała, że on jej krzywdy nie zrobi, chce ją bronić, a to było diametralnie różne od wydarzeń przeszłości.
    • Chcę by błagał o życie. - wykrzywiła usta w zbyt szerokim uśmiechu.
    • Nikt nie będzie w stanie dojść, że mieliśmy z tym coś wspólnego i to wszystko co to oznacza. Nie pędzimy w straceńczej szarży, paląc za sobą wszystkie mosty, ale zrobimy wywiad, dowiemy się o nim wszystkiego co się da, potem go schwytamy gdy się nie spodziewa – gdy nie będzie świadków. Wywieziemy go z miasta do wcześniej przygotowanej lokacji i tam dostaniesz go w swoje ręce, gdzie ja będę obecny tylko w ramach ubezpieczenia. Brzmi dobrze?
      Kobieta mruknęła niezadowolona.
    • Po co takie podchody? - zamarudziła.
    • Masz ochotę po tym musieć się bronić z zarzutów morderstwa? Jeśli to on byłby oskarżony, a ty ofiarą to byłabyś traktowana łagodnie, z wyczuciem i z pewną dozą poufności. Jeśli my będziemy oskarżeni to zrobią nam wiwisekcję i będą kazać opisać ze szczegółami i wielokrotnie każdy jeden element układanki specyficznie celując by uczynić to tak bardzo niekomfortowym dla ciebie jak się da, aby w ten sposób wyciągnąć z ciebie założone kłamstwo.
    • Ale to on mnie wykorzystał! Moja zemsta byłaby sprawiedliwością! - zaprotestowała - Czy nie o sprawiedliwość chodzi w prawie?
      Viktor się zawahał na moment.
    • Tak… jednak system zobaczy tylko, że ktoś został zabity i zabójca twierdzi, że został skrzywdzony przez ofiarę. Czy wierzysz, że obywatele byliby ubezpiezpieczeni jakby system, nie otrzymując żadnych dowodów, zwyczajnie zaufał zabójcy?
    • To nie jest sprawiedliwe... - skrzywiła się krzyżując ręce na piersi.
      Mimo gestu Viktor wciąż ją tulił, choć poluzował nieco chwyt, by pozwolić jej się łatwiej wyplątać gdyby miała ochotę.
    • Masz rację. Niestety systemowa non-omnisciencjia połączona z ludzką zdolnością do decepcji nie pozwalają wierzyć ofiarom na słowo. Zbyt wielu zbrodniarzy by się za ofiary podawało, by bezproblemowo uniknąć konsekwencji. Aby tego uniknąć system musi oczekiwać dowodów. I również, niestety, za jedną instancję tej zbrodni nie śmierć jest przewidzianą karą… ale tu dochodzimy do elementu wywiadu, bo jestem przekonany, że ujawni on więcej ofiar.
      Kaylie parsknęła.
    • Dlatego jestem za braniem sprawy we własne ręce. Nie będzie wtedy wątpliwości czy ofiara nie trafi na prawnika jakiego ta druga strona łatwo pokona, bo będzie on bezużyteczny.
      Mimo irytacji wciąż pozwalała się przytulać, a jakieś drżenie było słyszalne w jej głosie. Jakby zbierało się jej na płacz jaki z całej siły chciała zatrzymać.
    • I weźmiemy, Kruszyno. - Powiedział nieco ciszej… przytulając ją nieco mocniej i dużo czulej. - Wszystko w porządku, Malutka… nie musisz być silna i nie potrzebujesz być już pozbierana. Płacz, krzycz… uderzaj pięściami jeśli masz na to ochotę, ale nie trzymaj tego w sobie. Tylko sobie tym zaszkodzisz.
    • Nie chcę cię bić... - wzięła głęboki oddech - Dam sobie radę... Dam... Nie stało się nic czego nie doświadczyłam wcześniej...
      Postarała się wypowiedzieć ze słowa ze spokojem i brakiem emocji. Jej próby były bardzo wymuszone...
    • I to daje tobie tylko więcej prawa, by się totalnie rozkleić i rozpaść… i wiesz doskonale, że w moim oczach od czegoś takiego byś tylko urosła. Nie trudno jest udawać, że wszystko jest w porządku… przynajmniej przez chwilę… ale to jest stawianie chwilowego komfortu, ponad długotrwałe zdrowie… Potrzeba siły by zmierzyć się z tragedią, przyjąć ją z pełnym zrozumieniem ogromu krzywdy i pozwolić emocjom płynąć… przezwyciężyć fałszywe poczucie, że to jakaś słabość i pozwolić sobie to przepracować tak jak się tego potrzebuje…
      Uniosła spojrzenie na oczy Khala.
    • To czemu tego sam nie robisz?
      “Bo jestem słaby” chciał powiedzieć, ale tylko zachłysnął się powietrzem… nie mógł przepchnąć tego przez gardło. Wciąż zbyt drapała go reakcja na jego ostatnie przyznanie się do słabości…Chwilę szukał odpowiedzi.
    • Najniższy moment w jakim mnie widziałaś to było gdy poznaliśmy los Zoryi… pamiętasz moją reakcję, prawda? Weź poprawkę na skalę wydarzenia oraz, że byliśmy wciąż sobie obcy… więc myślę, że ja tak, w gruncie rzeczy, robię.
    • Wtedy to była niespodziewana sytuacja. Nie byłeś przygotowany. To się nie liczy. - wyjaśniła - W innej chwili starasz się wszystko trzymać w sobie.
    • Kaylie… to nie jest moment na rozmowę o mnie. Jeżeli chcesz możemy przebyć ją później, ale teraz ty jesteś tu najważniejsza… i pomimo, że zdecydowanie zachęcam cię byś wypuściła z siebie to drżenie, które cały czas czuję w twoim ciele, to nie tak, że ci każę to zrobić… więc nie musisz się bronić przed tym, próbując zmienić temat, w porządku?
    • Ale co to zmieni? - głos Galtianki nabrał na sile - Co to zmieni? Cofnie czas? Sprawi, że wszystko zapomnę? Nie stanie się?
    • Płacz i krzyk to emocje próbujące się z ciebie wydostać - odpowiedział łagodnie, ujmując jej policzek - Żal i ból chcące znaleźć ujście. Trzymając je w sobie robisz właśnie to jak to brzmi. Zachowujesz je. Dajesz im się kotłować i gnić. To jest ciężar. Nie mówię, że łzy naprawią to co się stało. Nie twierdzę, że to jest konieczne dla leczenia, które ciebie czeka. Ale z całą stanowczością twierdzę, że MOŻESZ to zrobić… I nikt tu nie będzie ciebie oceniał, ani nie umniejszy cię to w niczyich oczach… ale jeśli nie chcesz i wolisz działać, albo walczyć na słowa… służę pomocą.

    Kaylie wymsknęła się z objęć Khala i zaraz złapała go za dłoń by zacząć prowadzić bez słowa w stronę łóżka. Nie opierał się jej w żaden sposób, choć nie zakładał nic co do jej intencji.
    Obok łóżka Kaylie po prostu padła na nie, ciągnąć Khala za sobą za dłoń, aby zarzuciwszy mu ręce na szyję przytulić się do niego. Viktor pokierował upadek, tak aby samemu legnąć obok niej i odwzajemnił uścisk. Tylko tyle i aż tyle.

    • Miałam nadzieję, że uciekłam od tego... - odezwała się przerywając dłuższe milczenie, ale nie kończąc przytulenia - Że już nigdy nikt mi tego nie zrobi... Dla nikogo nie będę zabawką...

    • Zapłaci za to. I pożałuje, że kiedykolwiek spojrzał w twoją stronę.

    • Azazel nie będzie zadowolony. - odsunęła się lekko by spojrzeć na twarz rozmówcy - Nie przeszkadza ci to?

    • Nie jestem fanatykiem. Będzie dobrze - odpowiedział z całkowitą pewnością, choć miał jej może dziewięćdziesiąt procent. Gnój nie dostanie nic na co nie zasłużył…

    • Ale to nie będzie według prawa...

    • Czy… - zaczął z odrobiną zawahania - …chciałabyś zrobić to według prawa? Mówiłem ci, że nie wierzę aby to był jednorazowy wybryk. Bardzo możliwe, że i tak przysłuży mu szubienica gdy z nim skończę, a taniec na linie, ku uciesze gawiedzi niesie ze sobą bardzo przyjemny aspekt upokorzenia… - proponował ostrożnie, ale z pewną nonszalancją… w sposób nie naciskający, ale oferujący.

    • Może... - westchnęła - Dla ciebie jest ważne by Azazel był zadowolony... - omijała, że jej też powinno zależeć.

    • Nie ma potrzeby teraz twardo decydować. Najpierw i tak potrzebny jest wywiad. A o zadowolenie Benefaktora się nie martw. To moje zmartwienie.

    • ... - zaśmiała się krótko - Ta sytuacja teraz musi być dziwna dla ciebie.

    • Cóż… może w ten sposób - odpowiedział z lekkim uśmiechem w szczwanym kolorze - gdybym miał śmierdzącego pensa, za każdym razem gdy jestem w takiej sytuacji to miałbym dwa śmierdzące pensy… co nie jest dużo, ale bardzo mi przykro, że nawet raz się to zdarzyło.

    • A kiedy była wcześniej, że leżałeś z kobietą w łóżku i nic nie robiliście?*

    • Nie byliśmy wtedy w łóżku. Céline siedziała owinięta w trzy koce przy kominku i nie czuła się komfortowo z niczym ponad trzymaniem jej dłoni. I płakała. Całą noc płakała. Żadna z was nie zasłużyła na to co wam zrobiono.
      Westchnęła.

    • Mówiłam o innej sytuacji, ale...
      Viktor zamrugał kilkakrotnie.

    • Masz na myśli, że leżę z kobietą i ponadto?

    • Mhm.
      Westchnął przeciągle.

    • Kay… masz na mój temat bardzo wiele wyobrażeń które nijak się mają do rzeczywistości. Wierz mi lub nie… seks jest dla mnie ważną rzeczą, ale nie jest jedynym co mi chodzi po głowie w czasie wolnym. Wiesz… zawsze możesz mnie zapytać.

    • A co takiego ci chodzi po głowie?

    • Bardzo wiele czasu spędzam na samodoskonaleniu. Na przykład… co może być małą niespodzanką… studiuję galtiański. Znajomość klasycznego elfickiego wiele pomaga. Próbuję także opanować sztuczki manualnej prestidigitacji, ale te mi nie idą wcale dobrze. Kiedyś posiądę jakiś sensowny ich poziom.

    • Naprawdę? Czemu to robisz? - zdziwiła się.
      Wzruszył ramionami, z nieco lisim uśmiechem.

    • Bo nawet proste karciane sztuczki potrafią być imponujące i będą kolejnym wektorem wejścia w niektóre towarzystwa.

    • Czemu uczysz się galtiańskiego? - doprecyzowała.

    • Z dwóch powodów. Jeden ściśle egoistyczny, jeden… mniej.

    • Jakich? - naciskała.

    • Pierwszy jest taki, że chcę rozumieć co czasem mówisz. Drugi… myślałem, że sprawi ci to przyjemność - wzruszył ramionami, jakby nie wiedział co więcej dodać.
      Zdziwienie szybko przerodziło się w zawstydzenie, gdy dotarło do niej co to czasem oznacza. Spłonęła rumieńcem jaki szybko skryła wbijając twarz w tors mężczyzny.

    • Och, Khal... - wyrzuciła tylko z siebie.
      Niski chichot wydobył się z piersi Viktora, gdy całować ją w czubek głowy.

    • Jesteś przeuroczym dziewczęciem, wiesz?

    • Bo się wstydzę? - burknęła.

    • Bo masz w sobie dość niewinności aby się rumienić z takiego powodu. To bardzo dziewczęca rzecz. Utrzymaj to jak najdłużej, bo jak przejdzie… to już nie wróci i większość życia będziesz znieczulona na takie podchody i będziesz tylko wspominała z nostalgią jak ci serduszko biło mocniej w takich chwilach.

    • Gdy byłam w Cheliax wytworzyłam znieczulicę... - odparła "wycierając" sobie twarz w tors Khala - A jednak wróciło... Choć chyba nie do każdego tak mam. A raczej nie tyle, co nie do każdego się nie rumienię, co nie do każdego się rumienię... I nie każde oznacza to samo... - pokręciła głową - Wstyd do ciebie to zupełnie co innego niż wstyd przy Nyerze, jaki z początku odczuwałam.

    • Cóóóż… Ubodło by mnie okropnie jakbyś uważała, że to jest to samo… jakakolwiek jest historia, jakkolwiek będzie w przyszłości… teraz dla mnie to jest tak przeurocze, że chcę ciebie całować i się tobą opiekować gdy tak robisz.

    Spuściła wzrok i po chwili odkleiła się od mężczyzny by położyć się sama otulając własnymi rękoma i nie patrząc na niego.

    • Pewnie teraz będziesz sądził, że to wydarzenie w ogóle na mnie mocno nie wpłynęło... Jestem zbyt spokojna.
      Ujął jej policzek i spojrzał na nią ciepło, ale smutno.
    • Kaylie… Widziałem dość przejawów traumy, krzywdy, czy żałoby by wiedzieć, że zewnętrzna reakcja nic nie oznacza. Ani forma, ani czas, ani intensywność, ani, tak naprawdę, nic. Przechodzisz to na swój wyjątkowy sposób w swoim wyjątkowym tempie i w żaden sposób to nie umniejsza krzywdy która ciebie spotkała. Jeśli teraz przez trzy miesiące będziesz oscylowała między pozornym spokojem, płaczem, wrzeszczeniem a koniecznością działania już teraz-natychmiast… nie zdziwi mnie to i będę przy tobie na każdym kroku.
      Bez słowa oparła czoło o tors mężczyzny.
    • Nie myśl o tym, zapomnij. To nic nie znaczy. Nie czxuj, tak będzie łatwiej. - wyszeptała jakby do siebie i po tym uniosła smutny wzrok na Khala - To mi szeptał Irvys jak mnie uspokajał. Jak przytulał, jak rany opatrywano…
      Kolejny pocałunek w czubek głowy przekazywał wsparcie i… obecność?
    • I jak? Pomagało?
      Kaylie niepewnie pokiwała głową.
    • Może nawet było w tym trochę racji. Są sytuacje gdzie nie ma nic do ugrania i trzeba poświęcić swoją chwilową godność dla swojej przyszłości… - powiedział niby-neutralnie i zrobił pauzę, zbierając się w sobie… ale w tym procesie stał się jakby mniejszy a jego głos słabszy. - Nie zmienia to faktu, że ja wolałbym krzyczeć. I krzyczałem. I płakałem. I żłożeczyłem. I uderzałem pięściami gdy wieszali moją matkę i gdy potem ją chowałem. I jakby ktoś spróbował mi powiedzieć to co tobie to… myślę, że bym mu zęby wybił i na tym nie poprzestał póki ktoś by mnie nie odciągnął.

    Odkaszlnął by odzyskać pewność głosu.

    • Więc może dało ci to jakąś perspektywę, albo i nie… ale i tak zapytam jeszcze raz. Czy sądzisz, że to ci pomagało? Bo ja bym ci mówił: płacz, krzycz i uderzaj pięściami. Buntuj się i złożecz i daj światu i sobie znać, że to co się stało to była krzywda i zbrodnia, a nie nieprzyjemność, czy jakaś niewygoda. Do not go gentle into that good night.
      Rare, rage.. against the dying of the light.

    • Ale to nie tak, że mam odpowiedzi na wszystko i może mi się źle wydaje…

    Kaylie patrzyła pusto przed siebie.

    • Tak było lepiej. - powiedziała jakby automatycznie - Lepiej... Gdy wcześniej się buntowałam... Przed procesem... Stąd mam blizny i strażnicy... - ciężko nabrała powietrze - Nyer pomógł mi się oswoić. Uniknąć dalszych problemów...

    Viktor chciał protestować, ale… to nie był na to moment. Chwila i tak była dosyć ciężka. Uzmysławianie jej jak paskudnie była traktowan i druzgotanie jej przekonań byłoby tylko kolejnym ciężarem dla niej… a trudne one były nawet w najlepszych okolicznościach.

    • Nie ma go tutaj - powiedział delikatnie - Nie ma strażników i nie będzie blizn za protesty. Nie będzie żadnej kary.
    • On mnie nigdy nie skrzywdził. Nawet nic nie wymuszał. To strażnicy...
    • Ci którym płacił specyficznie za łamanie nowych niewolników? Takich stawiających się i buntujących? Eh… Kruszyno… to nie jest temat na dziś. Innym razem możemy się o to pokłócić… ale jeśli ci zależy to powtórzę… tych strażników RÓWNIEŻ tutaj nie ma i nikt ciebie nie ukarze za nie godzenie się z losem…
    • Nie rozumiesz... - próbowała się bronić mocniej obejmując się ramionami.
    • Kaylie… nie zamierzam się z tobą kłócić. Chcesz by był tym dobrym... niech ci będzie. Dziś nie oprotestuję tego twierdzenia… ale na bogów… nie używaj opowieści z tamtych czasów jakby były argumentami czemu musisz zachować stoicką apatię w takim dniu…
    • Ale to dobra nauka...
    • I co te nauki mówiły o twoim odwecie, czy zadośćuczynieniu?
    • Nic...
    • Wiesz, że to nieprawda. Kazały ci zaniechać odwetu i zapomnieć o jakimkolwiek zadośćuczynieniu. I z całą moją pogardą do Nyera… to była dobra nauka w tamtym momencie. Oj, nie zrozum mnie źle… robił to specyficznie we własnym interesie. Stoicki niewolnik to posłuszny niewolnik… ale to faktualnie jest dla nich najzdrowsze podejście. Ale coś co jest słuszne i zdrowe w jednym kontekście może być szkodliwe i złe w innym. Powiedz mi… czy dostrzegasz różnicę między teraz a wtedy?
      Kaylie przytuliła się do mężczyzny.
    • Jesteś ty... A to nie ma porównania.
    • I będę dla ciebie. Ale to nie wszystko… również nie jesteś już niewolnicą. Nie masz nad głową całego systemu zaprojektowanego, by ciebie stłamsić i pozbawić nadziei. Nie mierzysz się z niepowstrzymywalnym żywiołem. Masz autonomię, moc sprawczą i potężnych sojuszników. To co kiedyś było zrozumiałe, dziś jest niewystarczające. Nie musisz się już godzić z tym co się stało. Możesz być niezadowolona. Masz prawo czuć się skrzywdzona. I masz prawo to okazać. Stoicyzm jest dobrą lekcją gdy nie masz mocy, by cokolwiek zmienić. My mamy i to wyrzuca wszystkie jego mądrości prosto w szambo, gdzie jego miejsce.

    Kaylie zupełnie nagle zmieniła temat. Tak naprawdę po prostu chciała uciec od tego co słyszała od kochanka. Nie podobało jej się jego myślenie i nie chciała w nie głębiej wchodzić...

    • Widziałam się z Fernem.
    • Hmm? - zdziwione mruknięcie było pierwszą odpowiedzią - I coś ciekawego z tego wyszło? - zapytał dalej, doskonale rozumiejąc co robiła, ale nie zamierzając jej tego utrudniać.
    • On doskonale wie czym jest Otto, tylko przez niego nie może tego wypowiedzieć całe miasto oraz on sam. - skupiła się na tym temacie by odejść od poprzedniego na wszelki wypadek - Ogólnie interesował się co my robimy i najwyraźniej uspokoiło go, że chodzi o Azazela, nie Asmodeusza czy innych jego lizodupów.
    • Wie? Hmmm… pewnie coś nowego. Nie zdawał się wiedzieć gdy z nim o tym rozmawiałem… ale może źle pamiętam. Wiele się wydarzyło po drodze. I nie dziwie się… Nasz Benefaktor jest jedną z najkorzystniejszych “mrocznych” sił jaka może się pojawić w dowolnej okolicy. I jest przewidywalny, w dobrym tego słowa znaczeniu.
    • A do tego będzie mnie uczył. - powiedziała bez przejęcia.
    • Uuu… praktyki u arcymaga królewskiego - przytknął z pełnym uznaniem - Wiedziałem, że teoretycznie akranistyka z klasyczną magią jest dosyć kompatybilna, ale oczekiwałem… nie wiem… jakieś formy rywalizacji? Nie miał żadnych przytyków?
    • Kiedy usłyszał, że nie jestem magiem a arkanistą... Powiedział, że mu przykro. - skrzywiła się.*
      Viktor parsknął rozbawiony, ale zagryzł śmiech gdy zobaczył jej spojrzenie.
    • W porządku, w porządku… pradon. Nie przejmuj się tym. W Malcador&Marcelion też sobie robiliśmy wzajemne przytyki z gwardią miejską, a nawet z adwokatami z bardziej odległych dziedzin, jak prawo morskie. Nie było w tym zwykle złej woli, a jedynie poszukiwania co kreatywniejszych metod serdecznego zadrwienia z kumpli po fachu. Wziął ciebie na uczennicę choć nie musiał, więc nie może o tobie źle myśleć, co nie?
    • Nie znasz elfów... I on to zrobił tylko dlatego, że mu powiedziałam kim jesteśmy. Przysługa za przysługę.
    • Wydaje mi się, że poznałem ich całkiem sporo… I pomyśl Kruszyno… “kim jesteśmy” powiedzieliśmy Filii “za darmo”. Nie sądzisz chyba, że za samą taką nie-tajemnicę byłby gotów zaprzedać kilkadziesiąt do kilkuset swoich własnych godzin jakie z tobą spędzi na nauce, co nie?
    • Jeżeli chcesz tak sądzić... - kobieta wyraźnie nie sądziła, jakby jej osoba była tego warta.
    • Chwila, chwila, chwila… - Viktor oparł się na łokciu - Ty poważnie sądzisz, że on poświęci tyle swojego prywatnego czasu za coś tak łatwo wywiadywalnego? To dywinator… to jest jedno zaklęcie dla niego. Jedno pytanie zadane Filii lub mi. Jak widać również tobie. On cię uczy, bo dostrzegł u ciebie zdolności warte oszlifowania. Nie dlatego, że zapomniał mnie zapytać o coś tak bazowego.
    • Może twoja siostrzyczka nie powiedziała mu wszystkich szczegółów. Ja po prostu chciałam więcej wywiedzieć się o procesie nauki zaklęć, teoria.
    • A jakimi to sekretnymi szczegółami się podzieliłaś z Fernem, że uznał je za warte tak dużej inwestycji swojego czasu?
    • To będzie tylko tydzień codziennych spotkań godzinnych, to nic wielkiego. - mruknęła - Jak chcesz sam go możesz zapytać dzisiaj.
    • No… nie wiem, nie wiem… jak ja go chciałem na obiad zaprosić… gdzie warto dodać: mógł mnie łatwo o to wszystko zapytać w perfekcyjnym do tego kontekście, to mnie zwyczajnie i bezceremonialnie spławił. Nie miał nawet pół godzinki dla marnego adwokaciny… ale dla Kaylie przykro-mi-arkanistki ma ich aż siedem? Tsk tsk tsk… zazdrosny się zrobię!
    • Do tego pamiętaj, że to żaden królewski arcymag, a po prostu mag opłacany przez wioskowego szlachcica. - mruknęła - Tu nie ma królów czy prawdziwej szlachty. Nie podniecaj się tak.
    • Oj Kaylie, nie przysługuje ci tu prawo do dyskryminowania lokalnych władców. Miejscowe systemy socjalne są nie tylko Rzeczne, ale również powszechnie akceptowane jako Królestwa. W tym RÓWNIEŻ przez Galt, czy Kyonin. To są faktualnie królowie, a to, że królują mniejszym obszarom o nie tak wysublimowanym guście im nie zdejmuje korony z głowy. Przestań chować głowę w piasek i pogódź się z rzeczywistością. Uznał ciebie za co najmniej czternaście razy bardziej wartą jego czasu niż mnie i nie, nie zrobił tego z powodu powszechnie dostępnej informacji którą się z nim podzieliłaś.
    • A co z tym... Obiadem? Kolacją na jaki cię zaproszono? - zapytała znowu uciekając od tematu.
    • Oj, nie, nie, nie… nie zmieniaj tematu. Chcę abyś przestała zachowywać się jak dziecko i przyznała coś co od początku nie powinno być trudne. Fern, nadworny mag królestwa Evercrest, uznał, że jesteś warta poświęcenia ci wielu godzin jego prywatnego czasu, za który nikt mu nie zapłaci. Powiedz to, mniej więcej tymi słowami i możemy rozważać jakieś nieistotne głupoty.
      Kaylie wyraźnie nie była pocieszona tym, co powiedział Khal. Nie chciała dalej drążyć tematu!
    • Daj spokój. Nie będę mówić tego, po co? I tak słowa nie zmienią mojego postrzegania czy magicznie mnie nie przekonają.
    • Bo mam kaprys. Taki ciężki i intruzywny. Nie do pominięcia. Zrób to dla mnie, powiedz to i więcej nie będę dziś naciskał.
    • Fern uznał, że jestem warta zmarnowania trochę czasu na mnie. - burknęła niechętnie.
      Viktor pocałował ją w czubek głowy.
    • Niech ci będzie, ale tylko dlatego, że doskonale wiesz, że “warta zmarnowania” to oksymoron. Nie ma on sensu logicznego. Jeśli jesteś warta to czas nie będzie zmarnowany. Więc obiecane nieistotne głupoty. Obiad się odbył. Serg zabrał swoją małżonkę. Była prześlicznie ubrana w turkusową suknię na ramiączkach. Zakompleksione dziewczę czujące, że miała więcej szczęścia niż rozumu zyskując uwagę swojego aktualnego męża i boi się, że to zepsuje… moje słowa, nie jej, rzecz jasna.
    • A ty na pewno nie chciałeś wystawić tego na próbę?
    • Nie. Mówiłem ci już… nie ruszam szczęśliwych mężatek. Jest dosyć chętnych jagniąt w Evercrest bym nie musiał sięgać po takie przypadki… i zwyczajnie nie wiem czy by tę próbę przeszła. Bardzo możliwe, że nie. Strach i niepewność czasem są wspaniałym wektorem podejścia, ale bywają murem nie do przeskoczenia. Na podstawie tych dwóch krótkich godzin, które z nimi spędziłem, chylę się bardziej ku drugiej opcji w jej przypadku.
    • Ty uwielbiasz niszczyć związki dla swojej własnej chorej satysfakcji. - skrzywiła się - Żeby pokazać światu, że miałeś rację, dla niczego więcej. To okropne...
      Viktor nie pozwolił grymasowi wykwitnąć na swojej twarzy.
    • I jakie jest źródło tego twierdzenia?
    • Wszystko co mi opowiadałeś. A do tego twoje podejście do kobiet. Ty uważasz to za "testowanie". Ja widzę to jako zwykłe pastwienie się i niszczenie żyć.
    • No… definitywnie NIE wszystko, bo to co powiedziałem dosłownie pięć sekund temu bardzo wygodnie zignorowałaś. Dla przypomnienia: kontekstem, w którym nazwałem to “testowaniem” była naddramatyczna prezentacja uwodzenia specyficznie mężatek które nie były szczęśliwe w swoim małżeństwie. To było powiedziane w tamtej historii. Jak ci się wydaje, że wygląda dalsze życie kobiet, które opuściły moją rotację?
    • Daruj mi swojego pozowania na zbawiciela tych biednych kobiet. - warknęła.
    • Najpierw ty przestań mnie demonizować, to przestanę być stawiany w sytuacji gdzie muszę się bronić, hmmm? Byłem Trzecim Piórem Cheliax. Setki oczu obserwowały każdy mój ruch i jakbym zostawiał za sobą szlak zdruzgotanych niewiast to ktoś… nawet wiem KTO specyficznie, by to zauważył i wykorzystał przeciwko mnie. Moje jagnięta zdawały sobie sprawę z tego w co wchodzą, jeśli tylko nie postawnawiały zignorować tego co im mówiłem. One wiedziały, że to jest tymczasowe i, że to tylko zabawa. Wiele było bardzo zadowolone z tego układu. Niejedna piękna plebejuszka usidliła pomniejszego szlachcica po tym jak pokazała się z Viktorem Goodamannem na balu. Dziewczyny które za sobą zostawiałem czuły zwykle zawód. Nie rozpacz po utraconej miłości, bo nie pozwalałem im się we mnie zakochać. Ty… hmmm… - zamyślił się na kilka momentów rozważając coś.
    • To tylko zabawa? - prychnęła kręcąc głową - Dla ciebie oczywiście. Też byś sądził, że tylko się bawiłam, gdybym poszła teraz spać z kimś innym? Zabawa? Uczuciami i przyszłością tylko.
    • A chciałabyś być dla mnie niczym więcej jak jagnięciem co tylko tymczasowo jest w rotacji? Bo wtedy tak… mogłabyś sypiać z kimkolwiek chcesz dookoła i nic by mi to nie przeszkadzało. Jednak nie jesteś i nie chcę abyś była… I to zmienia zasady i dlatego, to co mamy to nie jest “tylko zabawa”.
    • Pokazujesz właśnie jak nisko sądzisz o kobietach jakie dawały ci przyjemność. - skrzyżowała ramiona w irytacji - Nawet masz na nie określenie! Równie dobrze nic by się nie zmieniło gdybyś nazywał je tak jak o nich myślałeś. Dziwki. Nie, Khal? O, Trzecie Pióro? Nie wiem jak można być tak zapatrzonym w siebie i każdą pochwałę traktować jako coś na co na 100% zasłużyłeś.
    • Kaylie… powiedz mi, dziewczę drogie… ty… byłaś w tym nieprzyjemnym związku z liderem najemników… ale potem coś ci się jeszcze trafiło… To nie był twój jedyny dłuższy związek… prawda?
      Galtianka patrzyła nieufnie.
    • Najdłuższy... Drugi trwał może miesiąc, a trzeci z trzy dni. Później trwały tak długo jak długo trwała noc. Tylko wtedy już nie miałam nadziei na związek, a jedynie zaczęłam rozumieć, że to wszystko do tego się odnosi. Na tym zaczyna i kończy.
    • Opowiesz mi o tym swoim drugim? Miesięcznym?
      Kaylie nie wiedziała czy chce opowiadać... Jaki on miał w tym cel?
    • Jey. Był taki delikatny i współczujący. Jak byłam rozbita po zerwaniu zaopiekował się mną, spędzał ze mną czas i nawet razem zlecenia przyjmowaliśmy jako duet... - zamknęła oczy - Po prostu pewnego dnia obudziłem się sama nago na posłaniu ciągle nosząc na sobie ślady po szalonej nocy z nim, w którym jeszcze wczoraj mówił o miłości i otrzymywał ją ode mnie na wszystkie sposoby... - pokręciła głową - Odszedł z inną kobietą, jak później się dowiedziałam w gildii.
    • Rozumiem. Przykro mi, że to ciebie spotkało. Spodziewam się, że ten trzydniowy nie wyglądał lepiej. A później… zdarzyło ci się plotkować z kimś o związkach? Koleżanki najemniczki? Jakieś szlachetne głowy? Nieznajoma przy barze?
    • Co? - zapytała wyraźnie zdziwiona - Czemu? To prywatne sprawy...
      Viktor zmarszczył brwi w zamyśleniu, gdy powoli do niego coś docierało.
    • Hmmm… tsk… to… że tak zapytam… skąd bierze się twoja wiedza o związkach?
    • Jako dziecko widziałam miłość jak dażyli do siebie rodzice... - zaczęła wymieniać - Książki... A, i moje doświadczenia. Do tego czasem coś Rhaast.
    • Czyyyli... z pary ludzi na szczęśliwym finishu. Z fikcji. Z dwóch następujących po sobie najemników. I od miecza. Ughhh… to wyjaśnia TAK wiele…
      Zamilkł analizując nowe informacje.
      Kaylie wyglądała na zupełnie zaskoczona, nie rozumiejąc o co chodzi mężczyźnie.
    • Coś... Nie tak?
    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach
      napisał ostatnio edytowany przez
      #117
      • Oj nie… wszystko wreszcie się rozjaśnia. Daj mi moment… myślę - poprosił, gładząc się po zaroście powoli. - Nic dziwnego, że tak wiele sobie dopowiadasz o moich jagniętach - powiedział w końcu. - Ale może jeszcze dla upewnienia… jak się zaczął twój związek z liderem najemników? Jak on miał na imię? “Lider najemników” nie schodzi gładko z języka…
      • Saveris... - odparła zaskoczona - Błąkałam się sama nie wiedząc co ze sobą zrobić po ucieczce. Rhaast zasugerował przyłączenie się do najemników. Byłam przerażona i osamotniona, nie wiedziałam co robić. On w sumie przygarnął mnie do grupy i nie chciał ode mnie wyciągać informacji skąd pochodzę. Opiekował się mną i zapewnił mi pracę. - powiedziała z jakimś smutkiem - Podczas pierwszej misji uratował mi skórę. Od tego się zaczęło.
      • Klasyczne wzięcie pod skrzydła. Zawsze działa, jeśli tylko warunki to umożliwią… Większość kobiet naturalnie grawituje w kierunku silnych, opiekuńczych charakterów. Kaylie… nie zrozum mnie źle. To nie jest zarzut w żadnej formie i nie mówię tego aby ci jakoś dopiec… ale twoja wiedza o związkach wydaje się nad wyraz ograniczona. Twoi rodzice prezentowali coś do czego związki dążą, ale bardzo niewielka ich część kiedykolwiek to osiąga i praktycznie nigdy nie jest to “naturalne” a wymaga pracy - mówił powoli i troskliwie, nie rzucając jej słowami w twarz, ale tłumacząc cierpliwie - Romanse pisane są często jako materiał dla mentalnego brandzlowania się kur domowych, co marzą, że ich książę z bajki, na białym koniu porwie. Saveris był dupkiem. Jey wykorzystał, że byłaś rozbita i szukałaś pocieszenia. Nie traktuj tych doświadczeń jako jakąkolwiek reprezentację zdrowego związku. A Rhaast… on w ogóle był kiedyś człowiekiem?
      • Nigdy... On został stworzony przez elfy jako magiczna broń z intelektem. I on nigdy nie miał ochoty gadać o związkach... Czasem coś rzucił. Ciebie nie lubił od początku.
      • Znaczy… wyjątkowo nie lubił, czy zdarza mu się zapałać spontaniczną miłością do nowej osoby którą poznałaś?
        Kaylie zamyśliła się przypominając sobie przeszłe znajomości i reakcje Rhaasta. Spojrzała w stronę miecza.
      • Głównie nie obchodzą go moje znajomości. Chyba, że chce mnie skrytykować za ich posiadanie... Lub sądzi, że uczynię sobie szkodę mając je, a to też o tobie sądzi. Wolałby żebym nie miała większych znajomości, bo źle wtedy kończę, a moje traumy go drażnią.
        Powiedziała ostatnie zdanie z zimną powagą.
      • W porządku… moja ciekawość zaspokojona więc możemy wrócić do głównego tematu. Odnoszę nieodparte wrażenie, że postrzegasz moje jagnięta jako traktowane tak jak Saveris czy Jey ciebie potraktowali. Czy mam w tym trochę racji?
      • Szczególnie twoje pomocnice z kancelarii. - powaga była mocno słyszalna w jej tonie - Saveris tyle dla mnie zrobił... Był taki czuły... Nie mogłam mu odmówić. To było jak dług.
      • Nigdy nie pozwoliłem, by któraś poczuła, że musi się ze mną przespać z powodu długu. Ani, że nie może mi odmówić. Ani, że czeka nas jakaś wspólna przyszłość. Przejdźmy trochę dalej w twojej historii… gdy wzięłaś sobie kogoś na jedną noc. Czułaś się potem przez niego wykorzystana i zraniona, że to się skończyło?
      • Byłam już wtedy po tych trzech związkach i niewoli... Wtedy mało czułam. - spojrzała w podłogę - Broniłam się przed wpadnięciem w to znowu, więc... uciekałam.
        Viktor przytulił ja mocniej na moment i ucałował w czubek głowy. Dopiero mówił dalej.
      • Kruszyno… dam ci zadanie domowe. Chciałbym abyś, jak nadarzy się okazja, oplotkowała z szlachciankami z biblioteki nie książkowe romanse, ale rzeczywiste romanse. Powiedz, że jesteś ciekawa czy tu w Evercrest, jak… gdzieś. Wybierz sama czy wolisz Galt, Kyonin czy cokolwiek. Posłuchaj co będą mówić. Jakim językiem się posługiwać. A potem chciałbym abyś przyszła do mnie i mi o tym opowiedziała, dobrze?
        Zdziwienie było namacalne.
      • Ale... Jak to? Po co?
      • Bo nie masz zielonego pojęcia jak wyglądają romanse w prawdziwym życiu… i nie wierzysz mi w to co mówię. Myślisz, że sam sobie coś wmawiam i to ja nie wiem jak to jest… Dlatego chcę abyś usłyszała moje słowa z ust tych kobiet… wtedy będziemy mogli zdrowiej o tym porozmawiać, bez tych okropnych insynuacji.
      • Zaprzecz, że takie rzeczy tylko istnieją i się dzieją naprawdę! - mruknęła.
      • Które “takie”? Prawdziwe miłości jak romansów? Dupki jak Saveris i Jey? Ludzie wmawiający sobie coś?
      • Prawnicy wykorzystujący pracownice kancelarii.
      • Zdarzają się. Jak najbardziej. I co w związku z tym? Masz jakieś powody sądzić, że personalnie JA taki byłem? Czy tylko pasuje ci do mentalnego obrazu?
      • Trzecie Pióro z Cheliax co własny harem miało? Duże prawdopodobieństwo, że tak będzie...
      • Czy kiedykolwiek TY poczułaś się naciskana, by się ze mną przespać? Kiedykolwiek na ciebie próbowałem wywrzeć niemoralny nacisk?
      • Sytuacja jest inna... I mogłeś nieświadomie stosować nacisk swoją pozycją.
      • “Duże prawdopodobieństwo”, teraz “mogłem coś robić”... To nie jest nawet poszlaka. To może, być najwyżej motyw aby poszukać poszlak, czy dowodów. I nawet powód byłby to kiepski. Ale nie zrobiłaś nawet tego… Sama możliwość starczy ci aby mnie oskarżyć, skazać i dokonać egzekucji wbrew wszystkiemu co o mnie wiesz, wbrew wszystkiemu co ci o sobie opowiadam. Interesują ciebie, w ogóle, jakiekolwiek fakty? Czy tylko ta nieszczęsna możliwość?

      Kaylie patrzyła chwilę na Khala nim położyła się plecami do niego. Objęła się rękoma i zamknęła oczy.

      • ...nie umiem naprawdę wierzyć, że to robiłeś, ale... - ściszyła głos, by jego drżenie nie wyszło na jaw - ... większość życia byłeś w Cheliax...
      • Ale nie jestem Cheliax. Nie jestem Abrogail Drugą, ani Pierwszą. Nie jestem manifestacją cheliańskiego buta na karku Galt, a Czerwona Rewolucja wybuchła prawie dwie dekady przed moimi narodzinami. Nie jestem Saverisem, nie jestem Jeyem, nie jestem nikim z drużyny która wydała ciebie w niewolę, ani nie jestem Nyerem, czy twoim dziadkiem. Jestem Khal Frey – narodzony jako szczur w rynsztoku Evercrest i do Evercrest powróciłem. Jestem Viktor Goodmann – który wybronił ciebie i nie tylko ciebie, z tortur, gdy byłaś w najwrażliwsze pozycji…
        Nie miał agresywnego głosu. Nie mówił z wyrzutem, a z troską i cierpliwością kogoś kto nie chce “wygrać” dyskusji, ale nauczyć…
        Kobieta słuchała uważnie...
      • Ja...
        Odwróciła się ponownie do Khala i rzuciła mu się na szyję.
      • Przepraszam...
        Bez ostrzeżenia przylgnęła ustami do ust Khala całując go głęboko i Viktor jej odpowiedział. W pierwszej chwili prawie odruchowo, ale potem objął ją w talii i przysunął jej biodra do swoich… jednak nie pospieszał. Dawał jej dyktować tempo.

      Pocałunek był długi i namiętny. Kaylie czuła uderzenia serca w piersi, czuła drżenie na skórze. Jak mogła zapomnieć kim dla niej był Khal? Przecież nawet jeżeli zdarzyło się, że jego pozycja przeważyła w sytuacji z pracownicą kancelarii... Czy to miało znaczenie? Nie mogła sobie wyobrazić by on przymuszał. Co najwyżej pozwalał by ona żyła błędnym przeświadczeniem...
      Galtianka zakończyła pocałunek, ale nie odsunęła się od Khala. Oddychała pełną piersią chcąc unormować oddech.
      I nie wiedząc co powiedzieć.
      Viktor gładził ją za uchem powolnym i cierpliwym gestem.. Nie przeszkadzała mu chwilowa cisza.

      • W porządku, wybaczam… - zachichotał pod nosem. - Przynajmniej jeśli nie wyobraziłem sobie tej iskierki zrozumienia w twoim spojrzeniu… uwierzyłaś mi w końcu, że nie nadużywałem pracownic, prawda?
        Kaylie powoli pokiwała głową.
      • ...mhm... - wzięła kolejny głęboki oddech - A one ciebie?
      • Może raz czy dwa… - chichot zadudnił głęboko w jego piersi - …gdy Mia potrzebowała więcej uwagi niż ja miałem czasu… ale odebrałem sobie to później z nawiązką… Hmmm… sub-temat: czy wątpliwości co do Livii i pozostałych służących również są już za nami?
        Kaylie skrzywiła się.
      • To... Nie podejrzewam byś zmuszał, ale... - zagryzła wargę - W tym diabelskim państwie nie traktują sprzedanych jako ludzi. Przynajmniej z moich doświadczeń. Masz po prostu wartość pieniężną jak przedmiot. - podała "nie-odpowiedź" w odpowiedzi
        sama nie wiedząc jak to zwerbalizować.
        Viktor kiwnał głową ze zrozumieniem.
      • Wiesz czemu zwykła ludzka empatia nie obejmuje w Cheliax niewolników?
        Kobieta pokręciła głową w zaprzeczeniu.
      • “Sami, by sobie nie dali rady. My im dajemy strukturę i zapewniamy przetrwanie, w zamian za trochę pracy”. Albo “Są w takiej sytuacji w jakiej są z racji gorszej krwi. Urodzili się gorsi i słuszne jest by służyli lepszym.” Tysiąc i jeszcze jedna wymówka składająca się na przekonanie “Mnie by to nigdy nie mogło spotkać”. Głęboka dehumanizacja. W ich umysłach oni różnią się od niewolników w takim samym stopniu jak różnią się od bydła. Krowy rozpłodowej, czy byka na roli. “To nie są ludzie… MY jesteśmy ludźmi.” Mnie też próbowano do tego przekonać. Bah… sam siebie próbowałem przekonać. To byłoby znacznie prostsze gdybym w to wierzył… ale nie potrafiłem. Jak mogę w coś takiego uwierzyć, jak perfekcyjnie rozumiem, że sam byłbym niewolnikiem jakby mi odrobiny szczęścia zabrakło? Mieliby na to odpowiedź. “Ale NIE zostałeś niewolnikiem i to nie była kwestia szczęścia, a twojej inteligencji i woli.” I musiałbym to zaakceptować, albo zostałbym ikonoklastą… a takich nie czeka dobry koniec. System mógł oczekiwać ode mnie wzięcia niewolników. Ale nie mógł mnie zmusić by przestać widzieć w nich ludzi i jak ludzi ich traktowałem… a gdy o seks idzie… byłem po trzykroć ostrożniejszy niż z jagniętami. Brałem gigantyczny margines błędu, do stopnia, że trzy razy odesłałem Livię, bo miałem najmniejsze drobinki wątpliwości, czy przychodzi do mnie kobieta, czy niewolnica. I ona to rozumiała. Potem mówiła, że tylko jeszcze bardziej chciała do mnie przyjść… - opowiadał, oczami wspomnień będąc te lata temu w Cheliax. To były dobre wspomnienia.
      • Zakochała się w tobie. - Kaylie stwierdziła wprost - To bliskie historii z książek. Czemu to nie ona tu jest, zamiast mnie?
        Jakiś skrywany smutek był obecny w jej oczach.
        Viktor mruknął w dumająco.
      • To tak-jakby-zabawne, ale… nie jestem pewny. Sam sobie zadawałem to pytanie. Jakbym jej zaproponował bez wahania by się zgodziła. Jakby ona zapytała to bym na to przystał… wydaje mi się… że to nie byłoby dla niej dobre? Może nawet na dwa sposoby. Ona nigdy nie była wolną kobietą… wierzę, że powinna poznać co to wolność. Próbowałem ją do tego przygotować, bo wiedziałem, że kiedyś ją oswobodzę, ale… to zawsze wydawało się takie odległe… szkoda, że nie dano mi więcej czasu… ale Boryat ma jej doglądać… pamiętasz Boryata? Drwala?
      • Mhm... - Kaylie mruknęła w zamyśleniu. To wszystko jej się bardzo nie podobało - Więc... To była ważna osoba dla ciebie? Bo ona... Jej zachowanie wygląda jakby... Była zakochana...
        Viktor zmarszczył brwi w pewnym zdziwieniu. Oczekiwał nietęgiego zdziwienia mówiąc o Boryacie.
      • Kochała mnie i była dla mnie ważna… tylko nie w ten sposób. Była moją przyjaciółką, ale po ośmiu latach pod jednym dachem… ona zasługuje na więcej niż samą przyjaźń. Gdybym ją zabrał… myślę, że gdzieś tam, z tyłu głowy, zawsze pozostałaby moją niewolnicą, której ta przyjaźń by starczyła…
        Położyła dłoń na czole. W tym momencie zrobiło się jej słabo. Myśli szaleńczo wirowały w jej głowie, a przy gardle czuła lodowaty uścisk. Dalsze słowa powiedziała patrząc na swoje dłonie.
      • Khal... Ona marzyła, abyś miłość odwzajemnił. Dla niej to było coś więcej niż przyjaźń tylko godziła się na to wszystko, bo dobrze widziała jaki jesteś, lepiej niż ja najpewniej. Poświęcała się dla ciebie wiedząc, że na nic więcej nie może liczyć. - czy on nie rozumiał, że z tego samego powodu arkanistka zgadza się na rotację?
        Viktor pomyślał chwilę, ale pierwszą odpowiedzią był gest. Odsunął jej dłoń na bok, pochylając się nad nią i ucałował ją głęboko.
      • Kaylie… - zaczął, wciąż pochylony nisko nad nią, patrząc jej w oczy - … ona jest daleko. Jest wolną kobietą pół Golarionu stąd. Przed wyruszeniem kupiłem jej księgarnię. Zawsze mówiła, że chciałaby mieć księgarnię. Nie jest ona dla ciebie zagrożeniem i pewnie nigdy jej żadne z nas już nie zobaczy. Przestań sobie wyobrażać scenariusze gdzie ona się tu pojawia i robi nie wiadomo co, hmmm?
        Khal zobaczył drżenie dłoni kobiety. Bała się, tak bardzo się bała... Wiedziała, że ta kobieta przerasta ją wiedzą i doświadczeniem z tym mężczyzną.
      • Co byś zrobił... Gdyby tu się pojawiła...?
      • Bym… był zawiedziony. Mam dla niej znacznie większe nadzieje. Bym kontynuował walkę aby nam się udało. Może umknęło twojej percepcji, ale my już przekroczyliśmy przyjaźń. Ona nigdy nie została powierniczką moich pokrzywień. A z nią… nie wiem. Mam nadzieję, że zobaczyłbym kogoś znacznie więcej niż zostawiałem w Cheliax. Kogoś poniżej kogo godności byłoby być moją służącą… kogoś komu bym mógł rzeczywiście być przyjacielem. Wreszcie równym. Niezależnie od tego… wciąż miałabyś mój priorytet. Rozumiesz?
        Wszystko co zdarzyło się przez ostatnie godziny, wszystko co próbowała skrywać i udawać, że nie istnieje. Wszystko co w sobie trzymała przez cały ten czas... Co jej powiedział Fisuś... Wszystkie jej strachy i niepewności...
        Nie umiała ich zatrzymać.

      Płacz był nagły i silny, i jakby przerwana została tama trzymające w zbiorniku żywioł niepowstrzymanej rzeki. Galtianka wbiła twarz w pościel i wydała z siebie żałosny krzyk bólu psychicznego. Złapała za włosy i zaczęła szarpać je jakby planując wyrwać.

      Viktor zagryzł zęby. Pozwolił jej krzyczeć i płakać. Sam ją zachęcał, prawda? I wciąż w większości wierzył, że to jest zdrowe… choć przekonanie chwiało się, gdy widział to w praktyce.

      • Jest w porządku. Wyrzuć to z siebie… - miał wrażenie, że szeptał, ale w tym krzyku szeptu by nie słyszał. - Będzie potem lepiej… ze zmęczeniem przyjdzie spokój…
        Dłoń miał na jej policzku, ale między słowami obserwował ją… rozumiał, że czasem można chcieć zadać sobie ból i, że przynosi on oczyszczenie… pilnował tylko, aby nie wykroczyło to ponad sam ból…

      Kaylie puściła kilka wyrwanych włosów jakie opadły na pościel obok mężczyzny. Ciągle płakała histerycznie i zaczęła wbijać paznokcie w policzki krzycząc niezrozumiałe słowa i to był jego sygnał do akcji. Przytulił ją mocno, nieco przygniatając swoim własnym ciężarem i objął całą jej głowę rękoma, trochę piersią a nawet własną twarzą, że nie miała jak jej sensownie sięgnąć… ale poza tym jej nie przerywał… tylko upewniał się, że nie zrobi sobie krzywdy i może da jej alternatywy do fizycznego wyrzucenia z siebie bólu.
      Khal zobaczył, że paznokieć kobiety przebił skórę na jej policzku aż do krwi. Ona najwyraźniej się tym nie przejmowała, a jedynie zarzuciła ramiona na jego kark i zaczęła próbować ustami dotrzeć do jego, aby móc go całować i pozwolił jej na to. Uniósł się nieco z niej i pozwolił się jej przesunąć pod nim w górę, ale znów pozostał bierny aż ich usta się spotkały…

      Zachowanie Kaylie różniło się od tego, do czego zwykle dochodziło. Bez grama wstydu zrzucała z siebie ubranie powtarzając szeptem galtiańskie słowa, co pewien czas uderzając ręką w materac z jakąś złością. Jej ruchy zdawały się być wręcz wulgarnie zachęcające, ale jednocześnie bardzo niepasujące do jej bazowego zachowania.
      Gdy jej ciało zostało obnażone, zabrała się za rozpinanie spodni Khala, zupełnie porzucając wstydliwość sytuacji. Viktor nie przerywał jej, kooperując w najmniejszym stopniu, którego brak byłby już biernym oporem. Pytanie “Jesteś pewna” samo chciało ześlizgnąć się z języka, ale całkowicie bezcelowe z kimś w takim stanie.
      Nie był nawet pewien kiedy ona zdjęła jego spodnie i zajęła się jego przyjemnością. Gdyby mógł to rozważać zobaczyłby dziwne podobieństwo do działań bardziej wyuzdanych swoich podbojów... jak i zobaczyłby coś co tu nie pasowało… ale sam też był już wymęczony emocjonalnie i “pozwolenie na jej dyktowanie tempa” miało już silny precedens w jego głowie.

      Chowaniec znalazł elfiego alchemika w dość obszernej piwnicy. Kilkanaście stołów wypełnionych byłe sprzętem alchemicznym, czasem połączonym między stołami.
      Sam elf przeglądał jedną z ksiąg zabranych z kopalni Davrosa. Zdawał się nie zauważać obecności małego intruza.

      Fisuś zawisł przed biurkiem, na wysokości twarzy Joriego i odkaszlnął, mając nadzieję zwrócić na siebie uwagę.

      • Jestem od Viktora. Ma prośbę… - zagadnął zmieszany, nie wiedząc czy powinien się uprzejmie przedstawić, czy skoczyć mu na twarz i wykrzyczeć co powinien zrobić…
        Elf zerknął na chowańca odrobinę znudzony. W końcu jakby od niechcenia chwycił go i zaczął się przeglądać z każdej strony. W końcu wypuścił impa, wracając do księgi.
      • Czego chce pan Goodmann?

      Fisuś nie był zadowolony z takiego potraktowanania, ale zagryzł zęby i zniósł to. Był tu po przysługę, co nie?
      Położył fiolkę w czytanej książce.

      • Prosi o przebadanie tej krwi pod kątem obecności morfeirów, mleczka z północnicy, sukruby lub podobnych narkotyków - ton Fisusia był zmartwiony i nieco drżący - Jeśli jesteś w stanie to w sposób pozwalający potem to zastosować jako dowód. Szacowany czas przyjęcia to ostatnie sześć a szesnaście godzin, w towarzystwie alkoholu. Przeprasza za niewielką ilość materiału. To bardzo delikatny moment. Prosi też, oczywiście, o ścisłą poufność na ten moment…
        Elf zerknął na fiolkę.
      • Mogę zrobić to po mojemu, lub alchemicznie. Jesteś przedłużeniem swojego pana, więc jak sądzisz co by wolał? Stuprocentowe potwierdzenie i moje słowo jako specjalisty, czy coś co może przedstawić jako dowód przed Blackfyre?
        Fisuś zastanowił się krótki moment.
      • Twoje słowo byłoby dla Filii bardzo silnym argumentem po wyprawie po Ahaira. Zrób to po swojemu.
        Bez słowa elf wlał zawartość fiolki do ust, przesuwając krew Kaylie kilka razy, po czym przełknął. Chwilę się jakby nad czymś zastanawiał.
      • Nic lokalnego, tego jestem pewny. Alchemiczny produkt ogłupiający, będę w stanie odtworzyć formułę. Bezwonne, bez smaku, łatwe do wymieszania z alkoholem. Dawka podana Kaylie, sprawiła, że była bezbronna i nie byłaby w stanie zapamiętać szczegółów zdarzenia. - elf westchnął - Ktoś lepszy od ulicznego alchemika stworzył to.
      • Poprosimy o formułę… jeśli się da o proces syntezy… i wszystko co dasz radę wyciągnąć. Będziemy mieć tu polowanie na czarownice i Viktor twierdzi, że żadna informacja nie jest naprawdę nieistotna – każda może odmienić bieg wydarzeń. Dupek ma zbyt wiele takich historii.
      • Dajcie mi godzinę. Będzie receptura, próbka i gdzie można znaleźć składniki.
      • Dziękujemy. Przylecę do ciebie za tę godzinę.
        Fisuś zawahał się, niepewny czy nie powinien jeszcze czegoś dodać, czy jakoś zgrabniej zakończyć dystkusji… ale nie miał pomysłu… kiwnął więc tylko lekko głową i zeskoczył z biurka, by nabrana prędkość ułatwiła start.

      Kaylie dyszała miarowo pod ciałem kochanka, jakiego przyjęła w każdej postaci. Jej smukła elficka sylwetka drżała z emocji jakie wywołał seks. Bardzo dziki seks i bardzo nie-szlachecki. Khal miał jeszcze w uszach słowa kobiety jakie rozumiał, a żadne z nich nie było dla niej samej pochlebne.

      Nie patrzyła na niego, a jedynie leżała wyraźnie wymęczona czymś, o co by nie można było jej podejrzewać.

      • Kaylie… - odezwał się wreszcie Khal, po dłuższym czasie zwykłego leżenia obok niej. Im dłużej myślał tym bardziej miał złe przeczucia. - Wypowiedz moje imię… - poprosił z nadzieją.
        Galtianka odwróciła w jego stronę głowę.
      • Khal...
        Jakieś napięcie zeszło z jego twarzy.
      • Uff… przez moment się bałem. Nie rozumiem jeszcze wiele w Galtaińskim, ale… ehh… powiesz mi co mówiłaś?
        Kaylie odwróciła wzrok.
      • W porządku… - kiwnął głową i nie drążył więcej tematu. Za to wzniósł rękę zapraszająco i zachęcił spojrzeniem. - Chodź no mi tutaj… - zaproponował, by zwrócić na siebie jej uwagę. Choć starał się utrwalić w pamięci brzmienie co bardziej wyraźnych słów które słyszał.
        Niestety kobieta nie drgnęła z miejsca ani na niego nie spojrzała.
        Trochę posmutniale Khal opuścił rękę.
      • To również jest w porządku… Jakby co to jestem tutaj…
        Po deklaracji przymknął oczy i spowolnił nieco oddech.
        Dawał jej czas. Choć zżerała go niepewność… czy coś zrobił nie tak?

      Upłynęło dość sporo czasu nim rozbrzmiały słowa Kaylie.

      • Mam nadzieję, że ci się podobało.
      • Nie narzekam… - odpowiedział drętwiej niż planował. - Po to było? Dla mojej przyjemności? - zapytał wmuszając w swój głos łagodność i troskę.
      • Musiałam sobie przypomnieć. - mówiła dość sztywno - Kim jestem.
      • Że jesteś piękną kobietą, potężną arkaistką, tęgą głową, uroczym dziewczęciem i kimś kogo wybrałem dla siebie, z dosłownie legiona posiadanych przeze mnie opcji? - zapytał z nutą fałszywej nadziei.
        Odpowiedziała mu cisza, którą dopiero przerwało mocniejsze nabranie powietrza, jakby z utrzymywania w ryzach łez.
      • Nie jesteś zabawką do bycia używaną… - powiedział powoli i smutno. Obserwując jej reakcje. - Ani to co było w Cheliax, ani to co się wydarzyło ostatnio nie ujmuje ci człowieczeństwa, ani wartości…

      Odwróciła głowę ku niemu i zobaczył teraz łzy ledwo utrzymywane w oczach.

      • Nie wiesz ile robiłam...
        Wzruszył ramionami nonszalancko.
      • A ty nie wiesz co robiłem w czasie moich pięciu lat szlajania się z Evercrest do Isger. I co z tego wynika? Czy cokolwiek co bym zrobił po drodze aby tylko przeżyć wpłynęłoby na to jak mnie widzisz? Choćby powiedzmy, że zdarzało mi się obciągać pod stołami w karczmach aby jeszcze jeden dzień przeżyć. Potępiłabyś mnie za to?
        Dziewczyna spojrzała zaskoczona, nawet łzy ukryły się za oczami.
      • ...co?
      • Kobieto, kurcze molek… daję ci przykład. Nie chodzi o to czy to robiłem, czy nie… chodzi o to czy byś pomyślała o mnie źle? Udajmy przez moment, że to było na poważnie… czy czyni mnie to gorszym w twoich oczach?
      • Myślałam, że poważnie mówisz... - uspokoiła się - Nie czyniłoby cię gorszym.
      • Tia… - strzyknął śliną przeganiając natrętną myśl - Cokolwiek bym ci nie powiedział nie zmniejszyłoby mnie w twoich oczach, prawda? Wszystko by otrzymało jedno i uniwersalne wyjaśnienie “robił co musiał aby przeżyć”, mylę się?
      • Nie... - pokręciła głową.
      • Yhym… - przytaknął jej - I ja wiem co robiłaś. Robiłaś WSZYSTKO co musiałaś aby przeżyć. I bardzo się, do stu czortów, cieszę, że to robiłaś i jestem ci za to wdzięczny, bo inaczej pewnie bym ciebie nigdy nie spotkał… I nic co robiłaś pod tą doktryną nie redukuje twojej wartości. Jedynie nakłada na twoje barki ciężar, który cholernie trudno zrzucić, ale niech mnie sto azat ugryzie… chcę ci pomóc go zrzucić.
      • Khal... Ja... - zakryła oczy - W końcu zaczęłam... to lubić... - powiedziała z wyraźnym wstydem, choć nie był to wstyd uroczy z rumieńcem dziewczęcia, a prawdziwy bolesny wstyd.
      • Wiem - odpowiedział jej bez cienia zawahania, czy zdziwienia - Kaylie… Ja wiem. I gdy to do mnie dotarło absolutnie nic to nie zmieniło.

      Parsknęła po chwili milczenia.

      • Taka ze mnie szlachcianka. - powiedziała karcąco ze smutkiem w oczach - Zwykła ulicznica, ot co... - oparła dłoń na czole.

      • Miałaś na barkach ciężar całego systemu państwowego zaprojektowaego by łamać dumę i godność. Redukować ludzi do przedmiotów. Wymień mi trzy znane ci szlachcianki, co przetrwałyby to co ty z głowami podniesionymi wysoko w szlacheckiej dumie, hmmm?

      • Zaczęłam w końcu sama, z własnej woli... - ominęła pytanie o szlachcianki nie mając odpowiedzi - ... przychodzić do Nyera... Bez jego polecenia...

      • Wyobraź sobie dwóch farmerów… dwaj bliźniacy z identycznymi farmami. Jeden kocha swój zawód. Uwielbia hodować zwierzęta i uprawiać ziemię. Drugi nienawidzi każdej chwili na roli, a od smrodu świeńskiego łajna chce mu się rzygać. Który z nich jest szczęśliwszy?

      • Pierwszy...

      • Yhym… Bez wątpienia. Szczęście jest bardzo efemeryczną rzeczą. Zależy w znacznej mierze od tego jak sami jesteśmy w stanie postrzegać sytuację. Drugi bliźniak mógłby być tak samo szczęśliwy jak pierwszy. Musiałby tylko rekonstruować to jak widzi swój los. I ty właśnie to zrobiłaś. To był czysty mechanizm obronny. Zrekonstruowałaś jak to wszystko widziałaś. To jak widziałas Nyera. I wiesz co? Każdy jeden krok w kierunku “lubię to”, czy “Nyer jest dla mnie dobry” sprawiał, że było ci odrobinę łatwiej nie otworzyć sobie żył. Powieści mogą sobie mówić co chcą. Nie ma nic szlacheckiego w samobójstwie. Cnotą jest być gotowym ugiąć się i upaść, gdy trzeba, byle tylko przeżyć. Wykazalaś wolę. Nie słabość. Wolę aby nawet swój własny umysł nagiąć, gdy potrzebowałaś siły, aby wytrwać jeden dzień więcej.

      • Ale Nyer był dla mnie dobry... - wymamrotała wyginając palce - Był cierpliwy. Nie był okrutny. Nie krzywdził mnie. Czułam się bezpieczna z nim. - wypowiadała te słowa jako krótkie zdania, jakby chciała szybko je z siebie wyrzucić - Kiedy pierwszy raz pozwolił mi zostać z nim w łóżku na noc... - uśmiechnęła się mimowolnie - ...to było jak łaska. Coś niesamowitego.
        Viktor nachylił się do niej i ucałował ją ponad brwiami, nim znów nie legł na bok.

      • Kaylie… dlaczego tak bardzo tego potrzebujesz? Co by się stało w twojej główce, jakbyś uwierzyła, że Nyer cię krzywdził, tylko robił to w podstępny i inteligentny sposób?

      • ...bo... - zamknęła oczy - ... pokochałam go...

      • Hmmm… w sumie tego też powinienem był się domyślić - mruknął do siebie - Skoro go kochałaś… - i był dumny z siebie, że dał radę cały jad usunąć ze swojego głosu - … to przecież sypianie z nim nie było niczym złym. Nie kojarzę, by Galt było AŻ TAK pruderyjne.
        Kaylie nie miała odpowiedzi. Łzy wróciły do oczu.

      • Nawet czekałam aż on wyjedzie, aby zemścić się na moim oprawcy i uciec... Myślałam cały czas czy spowoduje Irvysowi problemy... Ale po prostu już nie mogłam...

      • Wciąż go kochasz? - zapytał z najdrobniejszym zadrżeniem głosu i zaraz zganił się za nie w myślach. Powinien bardziej nad sobą panować.
        Spojrzała na mężczyznę.

      • Myślę czasem o nim. Co mu zrobiłam. Mam nadzieję, że nie sprawiłam mu szkody... Ale miłość... - pokręciła głową - Nie... Teraz jesteś ty.
        Przesunęła się do prawnika naga i objęła go, zarzucając ręce na szyję, przyciskając swe ciało do jego. Ciepło kobiety przyjemnie muskało skórę, ale Viktor wciąż zwalczał w sobie ochotę potrząśnięcia nią. Co ONA mu zrobiła?!

      Wziął głęboki wdech i powoli go z siebie spuścił, by odzyskać równowagę.

      • A czy to było takie uczucie jakim mnie darzysz?
        Natychmiast pożałował pytania. Poważnie był AŻ TAK niepewny, że musiał o to pytać?!
        Spojrzała zdziwiona I uśmiechnęła się.
      • Czemu o to pytasz? Czy to nie ty powiedziałeś, że mnie nie kochasz?
      • Ostatnio gdy o tym rozmawialiśmy stanęliśmy na tym, że przejawiam wszystkie wymienione cechy stanu zakochania i, że jeśli nazwiesz to miłością to nie będę protestował… - wyrecytował odrobinę zbyt szybko i płasko, jak na swój gust. Powinien być lepszy niż to! - I prowadzę tu śledztwo, Kruszyno. Próbuję zrozumieć co się tam wydarzyło, w nadziei, że pomoże to mi pomóc tobie.
      • Jesteś uroczy, gdy się peszysz. - lekko zachichotała, wyraźnie spokojniejsza - Czemu mi trochę nie pomożesz wymienić różnic i podobieństw? - zapytała drażniąc się z nim - Bo chyba zapomniałam.
      • To… nie… - Viktor zmarszczył brwi nieco skonfudowany, ale odruchem sięgnął po starą sztuczkę. “Nie słuchaj co mówią, patrz co pokazują”. A naga kobieta, z rękoma zaplecionymi na jego karku pokazywała jasno co miała na myśli.
      • Myślę, że da się jeszcze wycisnąć nieco “prezentacji”... - głos znów miał niski i przyjemny, gdy nachylał się do jej ust.
      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach
        napisał ostatnio edytowany przez
        #118

        Viktor opadł na materac wymęczony i spocony. Tajemnicą, której strzegł nawet przed sobą, było, że z wiekiem “drugie rundy” wymagały od niego więcej i więcej kreatywności. Ale podołał… miał ku temu motywację. Jeśli “pierwsza runda” była “po nyerowemu”, to ta miała być całkowicie “viktorowa” i Kaylie miała odczuć różnicę jak to jest gdy komuś poważnie zależy na jej przyjemności..

        Ale za to wymęczyło go to i dyszał ciężko na łóżku, łapiąc oddech i pozwalając wilgoci parować z ciała. Nie te lata… powoli kiełkowała mu w głowie myśl, że może trzeba będzie się magią wspomagać przy dłuższych maratonach… albo “grach zespołowych”... ale to jeszcze nie był ten dzień, a tymczasem jego kobieta drżała z przyjemności jaką została obdarzona. Jej brzuch poruszał się w rytmie głębokich oddechów, a nogi nie miały nawet siły leżeć razem. To było...

        • Też byś musiał mnie... nieść... do łazienki... - wysapała - Ja teraz... Nie wstanę...
          Viktor otworzył oczy. Czystą wolą i motywacją przegnał zmęczenie, jak rycerz zawezwany by odbić Jeruzalem z rąk pogan na słuszną misję. Wzniósł nogi w górę, w jakiegoś rodzaju pół-świecy i gwałtownie je opuścił szerokim zamachem. Mocą ich pędu wzniósł się do siadu i płynnym ruchem wstał.
        • La damme? - zapytał, pół-przyklękając przed nią, z przerysowaną wręcz rycerską manierą tonem, słowem i gestem rąk pytając o pozwolenie i proponując uniesienie jej w ramionach, jak baśniową księżniczkę w sztuce teatralnej… zupełnie nie ważąc na jej całkowitą nagość, drżenie i wszelkie inne nieprzyzwoitości kalające ją w tej chwili. Każda jedna tylko dodawała jej piękna i cnoty w oczach Viktora.
          Wzrok jaki rozbłysł w oczach Kaylie był znany, inny niż wulgarne sprzed kilkunastu minut. Początkowo była zdziwiona działaniem kochanka, aby zaraz uśmiechnąć się szeroko z rozmarzeniem. Skryła uśmiech w dłoniach, jakby bojąc się by na wierzch wyszedł i mimo swojej nagości spróbowała się skłonić głową i szlachecko przyjąć jego rękę.
        • Mon le Sier. - drugą dłonią próbowała skrywać drżący rytmem oddechu biust.
          Ujął jej dłoń z deliaktnością odpowiednią dla motylego skrzydełka i poprowadziła ją za swój kark, gdy sam ujmował ją pod ramieniem i pod kolanami. Uniósł ją powoli i bez wysiłku, ani na moment nie zrywając połączenia ich spojrzeń.. ani wtedy, ani gdy niósł ją do małej łazieneczki, chichrając w duchu z głębokiego kiczu tej sceny, która miała miejsce chyba w co czwartym erotyku pisanym dla znudzonych kur domowych…

        Jakkolwiek kiczowate by się to nie wydawało Khalowi, jego partnerka była zachwycona. Przemyła się zmywając ze swojego szlacheckiego ciała dowody pozostawione przez mężczyznę, jakie wyraźnie krzyczały o jej wrażliwości i łatwości z jaką została przez niego opętana. Pozornie bez celu próbowała wciąż ukrywać swoją wstydliwość, choć w jakiś sposób mogło to być uroczą bezcelowością. W końcu nie zakrywała niczego, czego już nie poznał z każdej strony.

        • Tak samo wyglądało z tą jedną z twoich podwładnych? - zapytała uwieszona na jego karku już umyta i gotowa do powrotu na łóżko.

        • Bardzo blisko. Były drobne różnice… - odpowiedział nisko i tajemniczo, z wielką przyjemnością wracając z nią między pościele. W tej chwili nawet nie bardzo pamiętając co się niedawno wydarzyło.

        • Khal... - odezwała się porzucając zakrycie i oboma rękoma owijając się wokół jego karku - Ale dorwiemy tego dupka, co... Mi to zrobił wczoraj?

        • Widziałem kiedyś metodę kastracji przy pomocy liny i osła. Chyba Andoran wtedy przemierzałem… myślę, że to piękna tradycja warta propagacji. Alternatywnie wierzę, że wykazałby on niezwykły talent do tańca na linie… wyobrażam sobie owacje tłumu… - zaczął beztrosko i wesoło, ale jego głos nagle spoważniał - Dorwiemy go Kaylie… dorwiemy i pożałuje, że kiedykolwiek spojrzał w kierunku jakiejkolwiek kobiety.

        • Nie rozumiem czemu tak wtedy się zachowywałam... Nie chciałam tego, ale jednocześnie niezbyt walczyłam... - mruknęła ze wstydem - Byłam pijana tylko to jednocześnie było coś zupełnie innego niż wcześniej. Gdyby nie Rhaast...

        • Tutaj chyba ja mogę coś dodać… - z biurka spadła szklanka, gdy niewidzialny chowaniec na nie wskakiwał. - Ups… pardon mua - przeprosił porzucając płaszcz niewidzialności. Był w formie czerwonego impa. Chyba przyzwyczajał się do tego ciała. Podniósł spojrzenie na parę i odwrócił się, by nie widzieć ich nagości - Jori zbadał twoją krew. Ktoś ci dorzucił sedatyka do alkoholu. Coś wymyślnego, o całą klasę lepszego niż cokolwiek dostępnego na ulicach Evercrest. Bez zapachu, bez smaku… tęgi alchemik był do tego potrzebny. Jori niedługo będzie miał próbkę, składniki i szacunki gdzie można je tu zdobyć.

        • Jak długo tu byłeś? - wystraszona Kaylie zaczęła szybko próbować zakryć jak najwięcej swojej nagości.

        • Trochę krócej niż Rhaast? - odpowiedział, jakby się dziwił oburzeniu - Pamiętasz, że jestem technicznie-bezpłciowym kawałekim jego duszy? - Zapytał odwracając tors (ale nie spojrzenie) by gestem obu rąk i ruchu bioder zaprezentować czerwoną skórę między nogami, pozbawioną jakichkolwiek narządów.

        • Eh… Sir Fistaszku… - westchnął Khal lekko zmęczony, ale ciut-ciut rozbawiony - Rozmawialiśmy o tym.

        • T-tak… ale ta sytuacja nie ma precedensu i chyba nadpisuje zwyczajowe ustalenia? Siedziałem cały czas tu za biurkiem i choćby mnie to interesowało to figę bym widział.

        • Ughh… Wybacz Kaylie mojego niesfornego chowańca… porozmawiam z nim potem o takcie i wyczuciu…

        • Auć… to zgaduję, że powinienem był pójść na herbatkę i się zupełnie nie spieszyć z wieściami?!

        • Mogłeś dać znać, że wróciłeś?

        • Oj uwierz mi, gdy wróciłem to miałem wszelką incentywę, by udawać, że mnie tu nie ma!

        • Nie kłóćcie się... Nic się nie stało. Po prostu mnie zaskoczył... - odparła zarumieniona wstydem.
          Oboje mruknęli równo niezadowoleni i wręcz synchronicznie porzucili wątek.

        • Więc już wiemy skąd twoja pasywność. Alchemia ciebie ogłupiła, a na nią nie ma mocnych. Coś klasę lepszego niż uliczne środki… hmmm… wcześniej to było trochę wróżenie z fusów, że to nie była jego pierwsza taka akcja, ale teraz nabieram głębszego do tego przekonania… i wygląda, że jest więcej ludzi w to zaangażowane.

        • Nie pamiętam bym krzyczała o pomoc... - mruknęła, gdy ją ponownie kładł na łóżku.

        • Formowanie wspomnień też ma upośledzać…

        • Coś jeszcze wiemy? - zapytał Viktor, siadając obok Kaylie.

        • Na ten moment? Dobrze miesza się z alkoholem i Jori nazwał to “niczym lokalnym”.

        • Tak czy siak… zagadka rozwiązana. Byłaś naćpana i to wszystko. Dlatego nie krzyczałaś, nie opierałaś się i nie broniłaś póki zupełnie trzeźwy Rhaast nie dał rady na ciebie wpłynąć.
          Galtianka przetarła oczy.

        • Naprawdę tego nie chciałam... Khal, nie chciałam... Byłam zła, byłam roz...

        • Ćśśś… - Viktor położył palec na jej ustach i chwycił ją za nadgarstek. - Kaylie. Już to przerabialiśmy. Ty powiedziałaś coś okropnego i ja też. Tobie jest przykro i mi też. Ty przeprosiłaś i ja też. Sprawa zamknięta. Nie chcę słuchać więcej przeprosin i absolutnie nie chcę byś czuła się winna tego co się stało… - postanowił rozmowę o rozsądku samotnego picia w parszywych dzielnicach zostawić na inny moment. - Jesteś tutaj pokrzywdzona i tylko jako pokrzywdzoną ciebie tutaj widzę. Rozumiesz? - zapytał, unosząc pytająco brew i zdjął palec z jej ust.
          Kaylie powoli pokiwała głową zgadzając się z nim.

        • Dobrze... - westchnęła zakładając górne ubranie pożyczone od Khala. Kolory cheliaxiańskie dziwnie na niej wyglądały, ale dość pasowały. Paradoksalnie.

        • Skąd wiedziałeś, co robiłam u Nyera, skąd miałeś pewność, że go pokochałam i z chęcią mu się oddawałam? - zapytała układając ramiona koszuli na sobie.

        • Nie będzie ci się podobała odpowiedź. Na pewno chcesz ją usłyszeć?
          Zaczęła poprawiać szkarłatne mankiety koszuli.

        • Tak.

        • Obiecujesz, że nie będziesz się gniewać? - zapytał patrząc spod byka, ale spojrzenie było bardziej komiczno-proszące niż cokolwiek innego.

        • Na pewno będę jeżeli zaraz mi nie powiesz. - przewróciła oczami - Twój kolejny podbój?

        • Nie. Wydarzenia w Chaken Holt. Pamiętasz… nieudane porwanie, tygodniowe przepychanki słowne ze strażami, porwana rodzina staje potem po stronie porywaczy. Córka rodu zaręcza się z jednym z nich. Głowa rodziny opłaca im prawnika, syn oskarża straż o niezdolność do deeskalacji… W umysłach ludzi sterroryzowanych coś się dzieje. Każdą jedną namiastkę dobroci rozdmuchują do niebotycznych poziomów. I wiem, że Nyer jest skurwielem, ale emocjonalnie inteligentnym skurwielem. Słyszę jak o nim mówisz i co o nim mówisz…
          Kaylie uważnie słuchała prawnika jednocześnie udając bardzo zajętą zapinaniem mankietu, co już trzeci raz robiła. Nie chciała pokazać swoich emocji, więc skupiała się na najbliższej błahostce.

        • … i powidziałaś mi już, że sama do niego chodziłaś. A kiedy już tu jesteśmy… restrukturyzacja percepcji do “w sumie to lubię” jest znacznie mniej spektakularna niż “Nyer jest pozytywną postacią w tej historii”. Pójście się przespać z kimś dla własnej przyjemności jest dobrym wydarzeniem. Przynoszącym ulgę udręczonemu umysłowi… Z kolei zrozumienie, że trzeba pójść się komuś oddać, bo inaczej uczyni twoje życie drastycznie mniej znośnym… to jest coś co może człowieka złamać. Zupełnie się nie dziwę, że broniłaś swojej woli życia tą odrobiną szaleństwa. Zdolny bajarz byłby w stanie zestawić twoją historię u Nyera z historią Livii u mnie… jako archetypiczną opowieść z mrocznym odbiciem w krzywym zwierciadle… a że go w jakiś pokręcony sposób pokochałaś… do tego jeszcze nie doszedłem, choć oskarżył bym siebie, że jeszcze kilka dni czy dyskusji i bym dotarł i do tego.
          Zaczęła zajmować się drugim mankietem nie patrząc na Khala.

        • Nyer nigdy mnie nie zmuszał. Nigdy nie karał i nie kazał karać.

        • Dziś bardzo wiele mówiłaś o możliwościach. Więc o możliwości porozmawiajmy… czy Ktoś. Nie Nyer, ale nieokreślony Ktoś... kto ma niewolnika… chce go złamać aby był posłuszny, ale rozumie, że będzie miał nad nim większą władzę, jeśli pokaże się niewolnikowi “jako ten dobry”. Czy na ten moment sama możliwość jest rozsądna? Czy wierzysz, że coś takiego mogło się gdzieś wydarzyć choćby raz?

        • Pewnie mogło... - powoli jej unik przestawał być ciekawy...

        • Definitywnie mogło, bo ja sam raz mniej-więcej to zrobiłem… tylko z wolnym człowiekiem. Byłem architektem jego upadku i przez cały czas miał mnie za ostatniego przyjaciela. Bydlak zasłużył, ale to historia na inny raz. Istnieje manewr manipulacyjny zwany “białym rycerzem”. To mroczna sztuczka. Przykładowo taktyka “białego rycerza” w podrywie mogłaby mieć formę wynajęcia bandytów aby napastowali obiekt westchnień naszego cwaniaka, tylko po to aby mógł on przybyć z odsieczą i pokazać się w dobrym świetle. Rozumiesz tę ideę? Widzisz dlaczego może być ona skuteczna?

        • Mhm...

        • Więc ten nasz Ktoś chcąc posiąść pozytywne uczucia swojego niewolnika mógłby zastosować białego rycerza. Kazać swoim ludziom znęcać się nad nim, złamać jego wolę, sprawić aby poczuł, że definitywnie nie jest już wolnym człowiekiem… po to aby potem przybyć z odsieczą. Pokrzyczeć trochę. Ukarać przykładnie, czego wykonania niewolnik nie byłby świadkiem, rzecz jasna… po to aby pokazać się jako zbawiciel przybywający w odsieczy w najczarniejszej godzinie. Dodajmy do tego srogą dozę zdolności manipulacyjnych i inteligencji emocjonalnej i viola… niewolnik jest przekonany, że jego oprawca jest ostatnią osobą która jest po jego stronie. Czy ta historia ma sens dla ciebie?

        • Tak... - odparła nieufnie.

        • Więc skoro ta historia jest możliwa i niewolnik w niej zostaje zmanipulowany do nieświadomości sytuacji… które elementy historii z Nyerem pozbawiają wiarygodności możliwość, że on zastosował Białego Rycerza i zmanipulował ciebie? Ma on do tego talent manipulacyjny, ma inteligencje emocjonalną, ma ludzi na których mógłby zrzucić winę…

        • Czemu jesteś tak uparty i chcesz, abym zaczęła Nyera nienawidzić teraz? - porzuciła zainteresowanie mankietami - Czemu ty nim tak gardzisz? Zazdrość? - w głosie był skryty strach.

        • Wyprowadź mnie z błędu, skoro uważasz, że się mylę. Powiedz mi gdzie jest mój błąd logiczny. Gdzie moje błędne założenie. Jeśli masz rację to na pewno masz bardzo dobre powody być przekonaną, że to nie był Biały Rycerz, perfekcyjnie rozegrany za twoimi plecami… Nie proszę teraz abyś przyznała, że na pewno to się stało. Chodzi tylko o zaakceptowanie możliwości.

        • Możliwość to nie pewność! - broniła się - Nie jestem naiwna by się dać na to!
          Khal ugryzł się w język nim zapytał o jej naiwność i Saverisa, czy Jeya. To nie był moment na taki tłuczek.

        • Kaylie… to człowiek który zawodowo łamie niewolników. Robił to na długo nim na oczęta zobaczyłaś pierwszy raz tego twojego syna ogrodnika. Ma zdolności, wiedzę i doświadczenie, oraz doskonałe warunki aby mieszać im w głowach. Gdy gra jest tak ustawiona… to przestaje być kwestia naiwności. Czy naprawdę aż tak wysoko oceniasz swoją intuicję, by być pewną, że ktoś taki nie dałby rady sztucznie zaprojektować wydarzeń, które doprowadziłby cię do takich wniosków, jakie on chciał? Ale wiesz co? Nie odpowiadaj. Przemyśl to albo i nie, ale to nie jest moment na te dyskusję. Wybacz, że nas w nią wprowadziłem. Rozejm?

        Kaylie wstała z łóżka w samej koszuli Khala, jaka zbyt długa zakrywała jej też wstydliwe kobiece ciało. Rozłożyła dłonie i przed nim zakręciła piruet.

        • Jak wyglądam? - zapytała pokazując się z każdej strony - Pasuje mi? Fisuś? - dodała zerknąwszy w stronę chowańca.

        • Hmmm… - mruknął Viktor - Nie przyjrzałem się do końca… zakręciłabyś się jeszcze raz, tylko trochę szybciej? - zapytał z cwanym uśmiechem na twarzy, a Fisuś parsknął śmiechem.

        • Wyglądasz przeuroczo - odpowiedział chowaniec - Zachowaj jeśli chcesz.

        • Hej… to moja koszula. Chyba mam coś do powiedzenia?

        • Oh dajże spokój. Wszyscy troje, a może i czworo, wiemy, że do tego to prowadzi!

        • Czworo? - zapytała zdziwiona i wykonała silniejszy piruet.

        • Ty, ja, Vicky i może nawet Rastafa, choć tu pewności nie mam.

        • “Vicky”? Skracamy teraz moje imię do “Vicky”? Zaraz obok “Khaliego”... niech to niebiosa kopną, chyba muszę pójść ściąć drzewo, czy posadzić dzieciaka, jak tak niewiele szacunku już przysługuje mojej męskości… - spojrzał a Kaylie pytająco - Może powinien zapuścić potężną brodę jak drwal i trochę masy zbudować? - zapytał prezentując gestem dłoni jak pokaźna miałaby to być broda, a w oczach tańczyło mu tylko rozbawienie.

        • Wolałabym dzieciaka... - zarumieniła się.
          “Vicky” zachłysnął się powietrzem. Nie o to chodziło w tym przeinaczonym żarcie, ale sam w to wdepnął i nie mógł nic z tym zrobić. Powinien był to przewidzieć!

        • No Vicky… posadź dzieciaka, jak takiś chętny był!

        • A ty po czyjej stronie jesteś, mały zdrajco?

        • Po tej która może ci wreszcie nosa utrzeć, ty zapatrzony we własną chwałę egocentryku!
          Viktor zamrugał oczami nierozumiejąco.

        • A skąd TO się, w ogóle, wzięło?
          Fisuś rozejrzał się, jakby szukając odpowiedzi, ale w końcu rozłożył tylko ręce w niemocy, z głupim wyrazem twarzy.

        • Eh? Yokkidy-dookida?

        • …

        • …

        • Eh… Yokkady-doo - przytaknął mu.
          Fisuś podskoczył, z okrzykiem radości, jakby niewiadomo co właśnie mu obiecano, wyrywając Viktorowi śmiech z gardła.

        Kaylie natomiast nie rozumiała co ta dwójka wyrabia i gada. Jedynie zrozumiała, że on nadal nie jest chętny do tego o czym wspomniała. W sumie nie było sensu mieć nadziei, więc żadne zaskoczenie.

        • Więc Khal? Jak wyglądam?
        • Przyślicznie, Kruszyno… - strzepnął ramionami i własny negliż ukrył pod iluzją, gdy do niej podchodził. Ujął ją za ramiona i pocałował w czoło - Jeśli ci się podoba to czuj się zachęcona by ją zatrzymać, ale wtedy chcę ciebie w niej częściej widywać.
          Fisuś rozkaszlał się nagle, a między skurczami przepony dosłyszeć można było jakieś słowa… “coś-tam, coś-tam, że tak będzie”.
        • A co z planami kancelarii? - zapytała zakładając dół stroju, gdy odnalazła majtki.
        • W toku. Znalazłem lokację niedaleko centrum. Zacząłem już proces przednabywczy. Nieruchomość jest do wyburzenia i to będzie niebezpieczny proces, ale cena to odzwierciedla. Uznałem, że brzmi całkowicie rozsądnie by kancelaria arcykapłana boga prawa znajdowała się w tej samej strukturze co jego świątynia. Da to dobry przekaz. To już się kręci i pracuję nad tym aby budowa nie zajęła dziesięciu lat, ale zobaczymy który z planów przyniesie owoce, więc na ten moment zachowam to jako mój sekret.

        Zarzuciła ręce na szyję Khala i pocałowała go w policzek.

        • Jak było z Brevoyką?
          Galtianka oczywiście nie wiedziała czy on wykonał to czym "groził", ale miała prawie pewność, że tak się skończyło.
        • Nie narzekam - odpowiedział bez zawahania, tak jak wcześniej ustalił sam ze sobą. - Archetyp femme fatale, ale nie do końca - odpowiedział krótko i nonszalancko, ale cały czas analizując jej reakcje.
          Główną emocją Kaylie był skrywany czysty smutek.
        • To świetnie. Więc jeśli będzie okazja to częściej z nią będziesz spędzał czas? - głos kobiety pozornie był całkowicie nieprzyjęty tą sprawą. Jakby chciała pokazać że jej to nie obchodzi.
        • Nie wiem. Może… - wzruszył ramionami Viktor, udając, że nie dostrzega tych drobnych sygnałów, które ona myślała, że ukrywa… Czuł się z tym bardzo mieszanie, ale… rotacji może chwilowo jako-takiej wcale nie było… ale definitywnie miała się pojawić… i Kaylie musiała podjąć własne decyzje w związku z nią.
        • Jestem zajętym człowiekiem. Nie wiem czy znajdę na to czas, a definitywnie nie chciałbym ciebie zaniedbać.
        • Poradzę sobie. - wymuszony uśmiech - Będzie dobrze.
          Cisza chwilę się przedłużała.
        • Jori powinien już skończyć… - niechętnie wtrącił się Fisuś, z jakimś wyrzutem patrząc na Viktora, ale mimo to ratując go z sytuacji.
        • Kaylie… - jego głos zrobił się poważniejszy i troskliwy - Czy pamiętasz może w której spelunie to się wczoraj stało?
        • Może gdybym poszła po okolicy to bym przypomniała sobie... Teraz nie jestem w stanie przypomnieć sobie nazwy czy dokładnego miejsca.
          Viktor skrzywił się i zastanowił.
        • Czy percepcja Rhaasta mogłaby mu pozwolić znaleźć to miejsce? Nie sądzę by było dobrym pomysłem, byś tak wcześnie odtwarzała tę noc…
        • Może... O ile oczywiście on będzie skory. - zetknęła na miecz oparty o ścianę.
        • Myślę, że się z nim jakoś dogadam… pójdę z nim dziś do miasta, dobrze?
        • On jest jak moja ręka... ale dobrze. - powiedziała niepewnie - Ja tu zostanę i przygotuję się na lekcję u wieszcza.
          Viktor ucałował ją w policzek.
        • Poproszę Lilię, by ciebie doglądała. Trzymaj się, dobrze?
        • Nie jestem dzieckiem...
        • Więc nie utrudniaj i pozwól się sobą zaopiekować, hmm? - niby-zaproponował klepiąc ją po ramieniu i już nie czekał na odpowiedź, tylko poszedł po Rhaasta.
        • O której będziesz szła do Farna?
        • Pod wieczór.
        • Okazjonalnie przyślę do tu Fisusia. Jakbyś sobie coś przypomniała to mu opowiedz.
          Przykucnął przy mieczu i położył palec na jego głowicy.
          “To jak?” zapytał bezgłośnie “Podoba ci się plan? Dorwiemy razem tego gnoja?”
          "Zasłużył." kapłan usłyszał dźwięk aprobaty w wiadomości miecza "Wiesz, że jest szansa, że już nie żyje, prawda?"
          “Ale chyba obaj chcielibyśmy wiedzieć, że zdechł, prawda?” zapytał wstając z mieczem w dłoni i przytwierdzając sobie jego pochwę do pasa… dosyć niezręcznie, jako, że jego bronią wyboru były młoty bojowe…
          "Wolałbym, aby żył." odparła broń "Może i był kryminalistą, ale miejskie władze mogą mieć coś przeciwko samosądom."
          “Dopuszczalne jest użycie środków śmiertelnych w przypadku obrony własnej, gdy zagrożenie życia bądź zdrowia jest bezpośrednie i nieuniknione. Nie samosąd, a Obrona Własna i to już zdążyłem sprawdzić, a jakby ktoś miał wątpliwości co do wydarzeń to na świadka powołałbym oskarżonego. Zmarli mają głęboką kulturę osobistą… nie łżą. Nawet jeśli za życia to robili. Jeśli nie żyje to i tak chcę dostać w ręce jego ciało. Ktokolwiek to świństwo rozprowadza nie powinien więcej ujrzeć słońca.
        • Fisuś, idziesz?
          Chowaniec nie odpowiedział, ale zerwał się do lotu i wylądował na barku wychodzącego kapłana, a tuż potem okrył się niewidzialnością.
        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach
          napisał ostatnio edytowany przez
          #119

          Willow Creek

          Do wczoraj ta wioska… nie miała znaczenia dla niego. Jej sekrety go nie interesowały, miał własne sprawy na głowie. Dziś, wyglądało na to że tutejsze sekrety skrzyżowały się z jego zainteresowaniami. Obmył się w misie i sięgnął po talię. Wyciągnął kartę… spojrzał.

          Teatr. Czy to widział patrząc na wieżę? Scenę teatralną ze “smokiem” ukrytym w jej trzewiach? Czy on zaś był rycerzem mającym pokonać tą bestię? Może i tak.
          Sama karta oznaczała przepowiednię z prorokiem świadomie odgrywającym swą rolę… kukiełki bogów.
          Czy gnom był tą kukiełką? Tylko bogowie wiedzą.
          Na razie Baltizar postanowił odpuścić sobie wzywanie ogara z powrotem. Nagle miał inne plany.
          Po posiłku udał się na wybrzeże, by wraz ze swoim ochroniarzem przejść się nim rozkoszując miejscowym powietrzem i gwarem załóg rybackich wyruszających na poranny połów. Gnom szukał odpowiedniego miejsca dla siebie, blisko wieży i z dala od oczu ciekawskich. Gdy takie znalazł, usiadł i rozłożył swoje przybory pisarskie… oraz rękopis jednej ze swoich opowieści. Oficjalnie w celach poprawiania jej… w praktyce jako przykrywkę.
          Sięgnął bowiem po magię, zaczerpnął jej szeptając słowa zaklęcia. Zacisnął dłoń, po czym otworzył ją… na jego dłoni siedziały dwa małe czarne chrząszcze.
          Spojrzał na wieżę i nakazał chrząszczom polecieć tam, rozejrzeć się i wrócić do niego. W końcu po co miał osobiście tam się udawać, skoro miał dwójkę niepozornych szpiegów?
          Małym robaczkom podróż trochę zajęła. W międzyczasie Baltizar zauważył, że wieża wydaje się być ślepym punktem w jaźni mieszkańców wsi. Ludzie nigdy nie patrzą w jej kierunku, co wydaje się być niemal niemożliwe. Jednak każde spojrzenie skierowane chociażby w ogólnym kierunku wieży, zdaje się natychmiast zbaczać. Przypomniał też sobie, że opis wsi w wykonaniu Amelii, bynajmniej nie rysował obrazu, który widział przed sobą. Jakby jej umysł starał się obronić przed horrorem prawdy i naszkicował wiarygodne kłamstwo rzeczywistości.
          W końcu żuczki wróciły z raportem. Wieża jest pusta, wydaje się być w dobrym stanie. Same bały się tam wejść, nie potrafiły zbytnio wyjaśnić czemu.
          To… było dziwne. Żuczki były kreacją magii wieszczeń, a nie żywymi stworzeniami. Insektami, które nie powinny odczuwać strachu… chyba.
          Gnom westchnął i zaczął składać swoje rzeczy kończąc poprawki. Ruszył wpierw do drukarni, by złożyć na ręce krasnoludów ukończony rękopis. A załatwiwszy tą sprawę, planował udać się do wieży. Najwyraźniej nie ma co posyłać robali do męskiej roboty.

          Willow Creek, Wieża

          Znalezienie wejścia do środka wieży nie było trudno. Gnom mógł przysiąc, że drzwi go same zapraszały do środka. Nie było zamka, kłódki czy nawet sznurka blokujacego dostęp. Drzwi otworzyły się z bolesnym jękiem, a Baltizar poczuł jak zewnętrzne powietrze wpada do środka, jakby porywane od ciepła słońca, popychając przy tym gnoma do środka. Parter stanowiła pojedyncza komnata, na środku której leżała góra książek, porzuconych, podartych, niekochanych.
          Piekielna mowa zapaliła szczyt kostura gnoma chorobliwie żółtawym ogniem. Rozświetlił jego blaskiem pomieszczenie rozglądając się po nim. Wszedł dumnie, a choć w sercu czuł lęk, wszedł pewnym krokiem. Etrigan szedł obok niego szukając przeciwników.
          Gnom podszedł bliżej zniszczonych tomów przyglądając się im beznamiętnie. Następnie rozejrzał się dookoła szukając drzwi lub klapy. To bowiem nie było to pomieszczenie które winien znaleźć. Gdzieś pod skórą czuł, że musi drążyć… głębiej.
          Światło kostura rozjaśniło trochę pomieszczenie, ale nikło w zakamarkach i odleglejszych miejscach. Pochłonięte przez lepką ciemność. Jego poszukiwania na początku odkryły jedynie schody wiodące na górę, dopiero jak dostrzegł pojedyncze boczne drzwi i zajrzał do środka, znalazł niewielką klapę w podłodze.

          To był jego cel… na później. Na razie ruszył w kierunku stosu ksiąg. Kucnął sięgnął po jeden z egzemplarzy, by pobieżnie przejrzeć jego zawartość. I zorientować się o czym w ogóle jest ta książka. Etrigan zaś rozglądał się bacznie dookoła czuwając nad bezpieczeństwem swojego pana.
          Na początku gnom zauważył, że wiele z tych ksiąg jest kopiami. Przewodniki po różnych krajach Golarionu, historie danych regionów, kilka heroicznych lub romantycznych opowieści. Wszystkie przypisane temu samemu autorowi "Stephanos Dirge".
          Gnom zagarnął kilka ksiąg dotyczących Evercrest i Rzecznych Królestw, po czym skierował się ku swojemu celowi. Owej klapie w podłodze. Podążał powoli i ostrożnie i czujnie. Z jednej strony domyślając się tego co tam znajdzie… z drugiej strony obawiając się owego znaleziska.
          Klapa nie stanowiła zbytniej przeszkody. Za nią gnom ujrzał kolejne schody, prowadzące w dół. Nie był jednak w stanie ustalić jak daleko idą, światło kostura nie sięgało dalej niż kilka stopni. A tam gzie nie sięgało, czaiły się macki z cienistej materii, jak i tej bardziej organicznej i śluzowatej… gotowe pochwycić szalonego gnoma, jak i popchnąć w dół.
          Etrigan ruszył więc przodem po schodach. Co prawda Baltizar, jak wszystkie gnomy, nie potrzebował zbyt wiele światła by widzieć w mroku, to jego ochroniarz potrafił widzieć w całkowitej ciemności.
          Eidolon gnoma szybko dał swojemu panu znać, że miejsce do którego zmierzają jest niemożliwie duże. Niemożliwie, ponieważ pieczara powinna dawno wyjść na światło dnia i pochłonąć wieś rybacką. Mimo to, wszystko wydaje się być zamknięte wewnątrz tej jaskini. Najwyraźniej schody, na których jest gnom będą wić się jeszcze długo.
          Cóż… gnom miał czas. I był uparty. I póki co, nie odkrył niczego… wartego odkrycia. Nie znalazł niczego, co wynagradzałoby czas który dotąd zmarnował. Jeśli nic ciekawego tu nie było poza schodami donikąd, to lepiej zrobiłby ignorując sen i samą wieżę… tak jak robiła to reszta osady.
          Nie był pewny ile mu to zajęło, może pięć minut, może dwadzieścia pięć. W końcu jednak dotarł do końca schodów, na okrągłą platformę na środku której stało biurko z krzesłem. Na biurku leżała księga oprawiona w skórę, był też kałamarz i pióro.
          Gnom spojrzał na księgę… uśmiechnął się… ironicznie. Podszedł bliżej. Wiedział że znalazł odpowiedź na swoje pragnienie. Broń której potrzebował. Co bowiem zabije nienasyconą ciekawości bestię? Opowieści innej bestii, które wypaczały umysł i wolę.
          Zewrzeć dwoje tytanów w walce i czekać na to, aż nawzajem pochłoną się w wiecznym szaleństwie.

          • Będę potrzebował łańcuchów na ciebie, kajdan…- mruknął pod nosem wyjmując z plecaka linę. Oplótł księgę sznurem z pajęczej nici związując ją mocno. Posiadł broń… taka była prawda. Posiadł broń której nie mógł użyć... jeszcze. Nie szkodzi to jednak. Miał czas i być może Otto będzie miał jakieś rozwiązania. Sięgnął po rytualny sztylet. Naciął skórę dłoni do krwi i przyłożył sznura. Ignorując ból, patrzył jak krew wsiąka w pajęczą nić. Na razie… to musi wystarczyć. Lepiej zapieczętować nie mógł.
            Schował księgę do plecaka i mruknął do niej, obwiązując zranioną dłoń szmatką wyciętą koca.
          • Ciesz się. Opuszczasz te lochy i… cóż, zostaniesz użyta w przyszłości. Staniesz się trucizną, którą zaaplikuję starożytnej istocie. Pewnie nawet się znacie. Możesz to nazwać spotkaniem po latach.- następnie ruszył wielce zadowolony. Uwielbiał bowiem, gdy wszystko szło zgodnie z planem. Nie ważne było do kogo ten plan należał, dopóki posuwał jego zemstę naprzód. Czas było wrócić na powierzchnię.
            Droga na górę zajęła znacznie mniej czasu. Ciemność pomieszczenia również zaczęła zanikać im bardziej się wspinał po schodach. Po zaledwie kilkunastu już był przy klapie prowadzącej na parter wieży, a za sobą widział jedynie normalną piwnicę i spiżarnię.

          Gnom rozejrzał się dookoła i postanowił po raz ostatni wykorzystać to miejsce, nim… znów zacznie przyciągać uwagę miejscowych.
          Zabrał się za rysowanie znaku. Czas było przywołać Jogmetha z piekła.
          Kilka minut później… krąg był gotowy i gnom zabrał się za inkantację.
          Piekielny ogar wyskoczył z kręgu rozglądając się po nowym miejscu. Kilka razy pociągnął nosem, starając się rozpoznać nowe miejsce. Szybko jednak zakrył nos. Najwyraźniej ciemność, którą przesiąknięte jest to miejsce, nie przypada mu do gustu.

          • Nie bądź takim mięczakiem. Jesteś wszak psem z piekła rodem.- westchnął gnom, choć spodziewał się takiej reakcji. To miejsce było tak samo nienaturalne jak jego własne spojrzenie na świat. Pogłaskał zwierzaka po łbie, a następnie zmacał obrożę szukając listu od arcyczarta.
            List faktycznie tam był, dokładnie zwinięty i zapieczętowany. Azazel ciągle chciał traktować ich współpracę profesjonalnie.

          Popielny Król poinformował mnie o waszych odkryciach dotyczących istoty, która cię gnębi. Rozpocznę własne dochodzenie w tej sprawie. Na dniach najpewniej zostanę przyzwany do Popielnego Dworu, wtedy będziemy mogli omówić szczegóły.

          Uroczo z jego strony, że się zainteresował. Gnom zwinął list i schował. Ruszył ze swoimi zwierzakami do wyjścia. Bajarz uznał, że diabeł nie odniósł się do żadnych problemów, które on zasygnalizował. Niemniej to nie Baltizar chciał dostąpić ascendencji, tylko Azazel. Więc to ostatecznie był jego problem.
          Na razie, gnom wracał z wieży w wielce zadowolony. Upór się opłacił. Co teraz?
          W zasadzie nic. Baltizar nie miał żadnych innych planów do zrealizowania. Może więc czekając na wydrukowanie jego broszur po prostu odpocznie?

          W drodze do karczmy gnom odkrył niewielką kapliczkę. Wieś nie miała funduszy na porządną świątynię, więc wydzieliła skrawek terenu, aby poświęcić go obrządkom religijnym. Kapliczka była poświęcona dwóm bogom: Erastrilowi, bogowi łowów oraz Gozher, bóstwu natury i wody.
          Wybór bóstw nie był dziwny dla wioski rybackiej.

          Obstawiony przez swoją dwójkę ochroniarzy, gnom zatrzymał się przy owej kapliczce. Obejrzał ją oceniając kunszt z jakim została zrobiona i… szukał śladów ofiar pozostawianych bóstwom. Drobnych monet, kwiatów polnych, niewielkich słodyczy… świadczących o prośbach miejscowych składanych bóstwom i ‘próbom wykupienia” ich łask. Taka kapliczka była miarą żarliwości religijnej miejscowych.
          Kapliczki były zadbane, kilka ofiar miłym obu bóstwom były do kostrzegalne w misach ofiarnych. Cokolwiek zagnieździło się w wieży Stephanosa nie miało wpływu na resztę wsi.
          Baltizar nie wiedział czy to był dobry czy zły omen dla niego. Niemniej, księga była zbyt cenną zdobyczą, by nie podjąć odrobiny ryzyka. A propo ryzyka…

          • Jesteś głodny? - zapytał swojego ogara. - Bo ja tak. I zaryzykuję miejscową kuchnię rybną.
            Po czym ruszył ku wybrzeżu, by upolować jakiś smaczny posiłek ze świeżo złowionej ryby. O tak, zdobycie księgi wprawiło Baltizara w pogodny nastrój, coś czego nie czuł od dawna.
            Rybacy chwalili się zdobyczami połowów. Klenie, karpie, szczupaki, jelce. Baltizar miał w czym wybierać. Słyszał również jak rybacy przechwalali się opowieściami o swych połowach. Wtedy usłyszał delikatny pomruk z plecaka, najwyraźniej nowy nabytek reagował na słowa rybaków.
          • Siedź cicho.- mruknął gnom zaniepokojony tą sytuacją. Niemniej podszedł do grupki rybaków, by wybrać rybkę dla siebie i dla Jogmetha.
          • Witamy mości gnomie. - przywitał Baltizara jeden z rybaków - Mamy ochotę na dary rzeki?
          • Na coś… dobrego. Na dwie sztuki.- przyznał gnom rozglądając się wśród zdobyczy rybaka.
          • No to sandacz. - kilku innych rybaków pokiwało głową - Delikatny, jędrny, mało ości. - rybak wystawił dwa okazy na beczkę - Tam. - mężczyzna wskazał na niewielką chałupkę przy molo - Jest kuchta, który przyrządzi ci ją jak będziesz chciał.
            Gnom skinął głową z uśmiechem, pożegnał się i gestem nakazał swoim zwierzakom podążanie za sobą, by skorzystać z uroków miejscowej kuchni.
            Kucharz był półelfem o imieniu Jaxin. Przyjął rybę od gnoma i niewielką płatność za robociznę. Po półgodzinie wręczył Baltizarowi rybę usmażoną z ryżem i sosem.
          • Jestem pewny, że ci zasmakuje.
          • Z pewnością.- odparł gnom dzieląc się przy okazji rybą z Jogmethem. Papierowo-pierzasty ochroniarz nie dbał bowiem o posiłki.
            Ogar pochłonął kąsek ze smakiem, zaczął się oblizywać kiedy skończył i szukać więcej.
          • Cóż cię sprowadza do naszej małej dziury w ziemi? - półelf zabrał się za obrabianie kolejnej ryby.
          • Jestem… bajarzem… - mruknął Baltizar pomiędzy kęsami. - Napisałem opowieść, broszurkę właściwie o bohaterskich czynach szlachetnych postaci, które wydarzyły się w okolicy Evercrest. Przybyłem tu ją wydrukować. Dziwne że to miejsce ma drukarnię, a w Evercrest nie znajdziesz takiego przybytku, nieprawdaż?-
          • Podobno ten cały Dirge co ją wybudował chciał się osiedlić w Evercrest. Tylko ten ich mag go pogonił.
          • Dirge… to nazw… imię? Wydaje mi się ono znajome. Gdzie mógłbym go spotkać?- zapytał gnom udając naiwnego ignoranta.
          • Nazwisko. Stephanos Dirge. Leży na naszym cmentarzu już chyba trzeci rok.
          • To straszne. Co się stało? - odparł zaskoczonym głosem Baltizar.- Jakaś.. tragedia? Coś romantycznego może? Historie o tragicznych romansach… są w cenie.- dodał na koniec “nieświadomy faktów” Bajarz.
          • Zabił się. - odparł krótko kucharz - Nie było to ładne. Znaleźliśmy go któregoś poranka u stóp jego domu. Wbił sobie swoje własne pióra w oczy i rzucił się z tej cholernej wieży.
          • Z pewnością tragiczne.- przyznał gnom po namyśle.- Ale… niekoniecznie… nieromantyczne. Takie widowiskowe samobójstwa to numer popisowy odrzuconych kochanków. Znał może dobrze kogoś w tej wiosce? Przyjaźnił się z kimś?- zapytał.
            Półelf pokręcił głową.
          • Nie. Rzucił kasą w starostę, kilku chłopa, żeby zbudowali dom i dostarczali zapasy. Siedział cały czas w środku.
          • Zostawił po sobie jakiś testament?- zastanowił się gnom, znając już odpowiedź. Wypadało jednak zapytać.
          • Nic mi o tym nie wiadomo. Nikt się tam nie wprowadził, więc pewnie nie.
          • Czemu? Wygląda solidnie.- spytał “naiwnie” Baltizar zerkając na wieżę.
          • Ponoć jest przeklęte. Poza tym… wygląda źle. Głowa boli jak spojrzysz na nią za długo.
          • Acha…- Bajarz znów spojrzał na wieżę. Nie odczuwał żadnego bólu, z drugiej strony usunął jego źródło.- To pewnie tanio można by ją kupić. To gdzie szukać starosty?-
          • W centrum koło placu handlowego. Drań owapniował sobie dom za pieniądze od Dirge'a, więc łatwy do rozpoznania.
          • Dzięki za informacje. Ile jestem winien za rybę?- zapytał gnom kończąc posiłek.
          • Pięć złota.
          • Drogie te ryby.- zaśmiał się gnom, ale sięgnąwszy do sakiewki, zapłacił.
            A potem pożegnawszy się ruszył na poszukiwanie domu starosty.

          Domek starosty znalazł relatywnie szybko. Faktycznie był jedynym z wybielonymi ścianami w tej małej wiosce. Sama wioska żyła własnym życiem wokół gnoma, ludzie sprzedawali swoje produkty, prowadzili dysputy i kształtowali plany na wieczór. Nikt nie stał przed domem starosty, jedynie drzwi stały na drodze Baltizara.
          Bajarz podszedł więc do nich i zapukał w nie stanowczo kosturem.

          • Już, już! - usłyszał głos ze środka. Po chwili drzwi otworzyły się i wyjrzał przez nie ludzki mężczyzna już starszego wieku. Zaczął się rozglądać po swojej linii wzroku, nie zauważając gnoma.
          • Zakładam, że dobrze trafiłem? - spytał gnom uśmiechając się. - To dom starosty? Chciałbym porozmawiać o moim kaprysie i zarobku z nim związanym.-
            Starosta podskoczył słysząc głos gnoma.
          • Bogowie, przestraszyłeś mnie. Powinniście nosić jakąś flagę, aby ludzie normalni wzrostem wiedzieli, że jesteście. - mężczyzna pozbierał myśli - Tak to dom starosty, którym jestem ja. Lazlo, miło mi mości gnomie. Cóż to za kaprys cię do mnie sprowadza?
          • Przyglądałem się waszej wieży i postanowiłem ją… kupić. Taki kaprys mam. - gnom przeszedł od razu do rzeczy uśmiechając się naiwnie. Wszedł do środka, a jego dwójka ochroniarzy podążyła tuż za nim.
          • Wieży? Chodzi ci o rezydencję pana Dirge? No nie wiem, nie wiem. Czy uchodzi sprzedawać jego domostwo? Umarł przecie nie tak dawno temu…-
          • I zostawił testament? Ma jakichś krewnych? - zdziwił się gnom, choć bardziej dziwił go fakt, że Lazlo ma jakieś skrupuły. A może starosta po prostu próbował podbić cenę?
            Bajarz potarł brodę w zamyśleniu.- Cóż… jeśli nie uchodzi, to nie uchodzi. To kiedy umarł?-
          • Trzy lata temu niby… nie wiem co prawda jaki jest standard… a ile byś panie był w stanie zapłacić?
          • Za porzuconą budowlę w zapewne kiepskim stanie.- wzruszył ramionami gnom.- Pięć… dziesiąt złotych monet, zapewne.- odparł po namyśle.- A na co umarł?-
          • Paskudna sprawa. Zamknął się tam tak długo, z dala od ludzi. Stracił zmysły i odebrał sobie życie.
          • Rzeczywiście ponura historia. Jak zasnąć w miejscu o takiej renomie? I to jeszcze z duchami. Bo pewnie wieża jest nawiedzona. Hmmm…- zamyślił się gnom.- Trzydzieści… pięć… Aż drżę na myśl, ile będzie mnie kosztowało sprowadzenie kapłanów i zakup worka soli.-
          • Nie wiem czy kapłani tu pomogą… - odparł ponuro starszy - Zrobisz jak mości chcesz.
          • Więęęęc… trzydzieści pięć sztuk złota. Jednorazowa oferta, tylko dziś.- gnom wyciągnął dłoń ku Lazlo.
          • Erm… wybacz mistrzu, ale nie. Sam Dirge zapłacił nam trzy tysiące. Rozumiem jej zły stan i złą renomę, ale twoje osiedlenie się tutaj oznacza, że muszę zarejestrować to wszystko w stolicy. Dwieście i jest twój.
          • Hmm… nie.- odparł Baltizar po namyśle. - Nie jest tyle warta. Zarówno ze względu na zły stan jak i renomę.
            Wzruszył ramionami.- Szkoda. Przepraszam za zajęcie czasu.-
            Skłonił się i ruszył do drzwi gestem nakazując swoim podopiecznym podążenie za nim.
            -Sto? - zawołał jeszcze starosta - Mogę się zgodzić na sto złota.
          • Pięćdziesiąt. Bo mam dziś dobry humor. Ten zakup i tak uważam za mój mały kaprys. Nic ważnego dla mnie.- odparł Baltizar zatrzymując się nagle.- Pięćdziesiąt. Ostatnia oferta z mojej strony.-
            Starosta się chwile zastanowił po czym z uśmiechem wyciągnął dłoń.
          • Stoi.
            Gnom uścisnął dłoń Lazlo z równie szerokim uśmiechem.

          Gnom opuścił dom Lazlo z dokumentem potwierdzającym to, że wieża obecnie należała do niego. Właściwie to nie wiedział, czemu ją kupił. Może to był przebłysk intuicji, może przejściowy kaprys. W każdym razie mając dokument w dłoni, nie miał pojęcia co zrobić z wieżą. Wzruszył więc ramionami i ruszył, by zakupić kłódkę i łańcuchy. By zamknąć zakupiony przez siebie budynek. Teraz, gdy mroczna księga już go nie chroniła, należało zabezpieczyć wejście.
          Zakup zajął chwilę. Zamontowanie kłódki dłużej. Niemniej w końcu wrota wieży zostały zatrzaśnięte, a gnom miał jedyny klucz do nich.

          I to był koniec tego dość owocnego dnia. Jutro wszak miał odebrać powielone broszury i wyruszyć do Evercrest. Baltizar miał nadzieję, że do jego powrotu kapłan wykaże się kompetencją i założy świątynię. Nie był to jednak duży promyk nadziei, ot mikre światełko w mrocznym korytarzu.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał ostatnio edytowany przez
            #120
            • Jori? - zapytał Viktor, pukając w otwarte drzwi jego laboratorium, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Z dłonią opartą na głowicy miecza, impem na ramieniu i ubrany w czerwienie i czernie wyglądał jak żywy i dychający diabolista… tylko serdeczny półuśmiech nie chciał mu z pyska zejść…
            • Powiedz mi, że masz coś dla mnie.
              Elf zerknął na kapłana Azazela.
            • Subtelnyś, niczym satyr w burdelu. - zagaił alchemik - Mam, mam. - położył niewielkie naczynko z białym proszkiem przed Khalem - To narkotyk, w czystej postaci.
            • A dziękuję, dziękuję… doceniam uznanie - stwierdził nieco odlegle, gdy podchodził do biurka i brał produkt w rękę, by obejrzeć. - Jesteś niesamowity. Z czego się go syntezuje? Może nas naprowadzi na trop…
            • Opioid. - odparł elf - Więc, mak. Do tego ma w sobie związki z kilku roślin. Belladonna, wilcze jagody. Trucizny, które ogłupiają i osłabiają. Nic co pozwoliłoby na ustalenie miejsca ponad "blisko lasu". Natomiast wymaga to solidnego laboratorium. Jak powiedziałem twojemu chowańcowi, uliczny alchemik w piwnicy tego nie stworzył.
              Viktor się skrzywił.
            • Mak, belladonna i wilcze jagody? Tsk… nic czego się nie znajdzie w okolicznych lasach, jeśli potrafi się szukać. Wyjaśnisz mi co znaczy “solidne laboratorium”? Jakiś konkretny sprzęt jest charakterystyczny i dałoby się szukać tego alchemika tym tropem?
            • Coś bliskiego do mojego sprzętu. - Jori wykonał gest ręką pokazując serię stołów pełnych różnokształtnego szkła - Mogę zasugerować?
            • Ależ po to tu jestem. Będę wdzięczny za każdą sugestię, pomysł czy przypuszczenie.
            • Davros. - powiedział krótko elf - Skądś musiał brać fundusze na rzeczy, których nie mógł zrobić sam. Był tu kilka ładnych lat. Produkcja narkotyków, to nie byłby najgorszy z jego grzechów.
              Viktor kiwnął głową rozważając, ale idea definitywnie była warta rozważenia. Szczególnie, jeśli miał to.
            • Filia ma dziś go przetransportować pod kuratelę Otto. Może wtedy da się zgrabnie go przepytać. Dotąd był bardzo otwartą osobą… - nie chciał jeszcze Filii angażować w sprawę. Spojrzał znów na proszek, jakby doszukiwał się w nim odpowiedzi - Produkcja wymaga samych wybitnych umiejętności, czy jest kosztowna w jakiś sposób?
            • Jeżeli to Davros, podejrzewam, że robił to w wolnym czasie między eksperymentami. Więc koszt ograniczał się do zdobycia bazowych komponentów i paliwa, oba które mógł mieć za darmo zważając na zniewolone kreacje i gobliny. Gotowy produkt dostarczał do miasta, gdzie dystrybutorzy mieszali go z żelatyną, powiedziałbym proporcja 1 na 1,5. Następnie dodawali po kropli wody i mieli gotowe tableteczki. Wymieszana z wodą, lub połknięta wprowadza w stan spokoju, który przechodzi w euforię. Wymieszane z alkoholem, jak z Kaylie, pozbawia zdolności ruchu, zamazuje wzrok i przytępia zmysły.
            • I tutaj… - potrząsnął buteleczką, wciąż w nią patrząc - …mamy ile standardowych dawek?
            • Nie dodawałem żelatyny. Jeżeli przyjąć moje proporcje... 100... 120 tabletek? Jeżeli chcesz wiedzieć ile to gówno by ci dało na czarnym rynku. Około 2000 sztuk złota, zależnie od nabywców.
              Viktor zamrugał pytająco, spoglądając na Joriego z niejaką trwogą.
            • I w godzinę to zrobiłeś?! Czort… Sama wartość rekreacyjna nie waliduje takiej kwoty… - skrzywił się, bo to oznaczałoby, że głównym zastosowaniem jest takie jak z Kaylie - Choćby wypuszczano na lokalny rynek setkę tygodniowo to spodziewałbym się poruszenia z tym związanego. Setka dziennie byłaby jawną plagą… Czy dramatyzuję tutaj i źle przeskalowuję warunki Cheliańskie na lokalne?
            • Och, wybacz. Mnie zajęło to godzinę. Davrosowi stworzenie tyle produktu zajęłoby lepszą część miesiąca. Podejrzewam, że część wysyłał na eksport niż do dystrybucji w mieście. - dopiero teraz Khal zauważył zmęczoną posturę elfa - Mam kontakty w tych kręgach, mogę popytać czy paskudztwo dostało już jakąś nazwę.
            • To ma więcej sensu… i będę wdzięczny. To się przyda. Ja poszukam ze swojej strony. Coś jeszcze powinienem wiedzieć, albo masz jakiś pomysł, choćby najwątpliwszy?
            • Davros nie wygląda mi na osobę, która odpowiedziałaby miasto. Gobliny czy jego kreacje nie były na tyle subtelne, aby dostarczyć produkt. A pozwalanie dystrybutorom na odwiedzanie jego kryjówki w kopalni brzmi jak nierozsądne ryzyko. Ktoś pomagał mu w transporcie.
              Viktor zastanowił się krótki moment.
            • Też bym tak zakładał. W porządku… dziękuję ci Jori. Twoja pomoc była tak ogromna jak się spodziewałem. Jakby coś ci jeszcze przyszło do głowy to nie wahaj się podzielić, choćby wydawało się błahe. Jak będę w stanie ci się jakoś odwdzięczyć, proszę… daj mi znać.

            Viktor nie wyruszył od razu na poszukiwania. Zaczął od przygotowań. Usiadł przy ladzie Dworu, na samym jej końcu, dla stosunkowej prywatności i zaczął malować. Pędzelki i kolorowe tusze poszły w ruch i szybko zaczęły wyłaniać dwa obrazy… jeden przedstawiał całą Kaylie, w swoich szatach, które tamtej nocy na sobie miała, a drugi to był portret. Ani jeden ani drugi nie był dziełem sztuki, ale spełniały swoją rolę. Banalnie wręcz było ją w nich rozpoznać…

            • I jak się czuje? - głos Lilia oderwał jego uwagę od rysunków. Rudowłosa córka Otto przysiadła się do Viktora, a Fisuś wylądował na ladzie i przeistoczył się w małego węża, nie chcąc przyciągać uwagi gości. Viktor podziękował mu kiwnięciem głowy.
            • Jest twarda - odpowiedział Lilii, odkładając pędzelek. Już praktycznie skończył. - Będzie dobrze, ale teraz idę odświeżyć umiejętności detektywistyczne. Będziesz jej doglądać, gdy mnie nie będzie?
            • Jasne… tylko powiedz co się stało. Tata, nie chciał powiedzieć.
              Viktor spojrzał na córkę Otto z jakąś troską.
            • Naprawdę NAPRAWDĘ mi przykro, Lilio, ale to nie jest moja historia, by ją opowiedzieć. Zapytaj Kaylie, ale zrób to delikatnie. Przepraszam, że Cię w niewiedzy trzymam… ale rozumiesz, prawda?
              Twarz Lilii przeszła przez kilka stadiów. Niezrozumienie, realizacja, strach i w końcu gniew.
            • Idziesz znaleźć skurwiela?
            • Tak. Ale to zajmie czas. Jedyny znany mi świadek… - gestem dłoni zaprezentował Rhaasta -... nie postrzega rzeczywistości jak my. Po to mi też portret. Muszę odtworzyć jej trasę.
            • Spraw żeby cierpiał. Kaylie dostatecznie dostała od życia, aby jeszcze to jej dodawać.
            • Na razie go znajdę i dowiem się o nim czego się da. Potem jej dam zdecydować… ale nie wróżę mu spokojnej starości, ani przyjemnych ostatnich chwil. Hmmm… na ile orientujesz się w topografii miasta? Wiem, że przed tym jak poszła pić była w wieży Ferna. Znasz pobliskie lokale? Od nich bym zaczął.
            • Lepszej, gorszej renomy?
            • Gorszej.
            • Bęben, Stara Beka i Fistaszek. Tanie piwo, łatwe kobiety i koc do spania.
            • Dobry początek. Ostatnio miałem dużo szczęścia, chętnie skapitalizuję jego resztkę na tę sprawę…
              Viktor zaczął zbierać przyrządy i schował malunki w cieniutkiej teczce.
              Gdy skończył chwycił dłoń Lilii, leżącą na ladzie i spojrzał jej w oczy.
            • Kaylie udaje twardą i może częściowo nawet rzeczywiście jest, ale nie daj się temu zwieźć. Doglądaj jej często. Zabieram Rhaasta na śledztwo. Prawdopodobnie niedługo do niej dotrze jak bardzo sama jest, a to bardzo złe poczucie na ten moment. Jeśli będzie kręciła nosem na zbyt częste odwiedziny zwal winę na mnie i powiedz, że ja kazałem, a ja to potem z nią załatwię, dobrze?
            • Oczywiście. - zerknęła na miecz - A ty trzymaj swoje opinie przy sobie. To nie moment na zwalanie winy.
            • Rhaast rozumie sytuację i chce pomóc. Wychodzi na to, że gdy trzeba to można na niego liczyć…. widzimy się potem, Lilio. Dzięki za pomoc.
              Lilia skinęła głową i wstała od stołu kapłana. Na dowidzenia pacnęła jeszcze Rhaasta i wróciła do obowiązków. Khal mógł usłyszeć "Faeska kurwa" od miecza.
              “Bo cię dotknęła? Czy jakoś inaczej sobie zasłużyła?” zapytał go, nie wychodząc jeszce z dworu, ale kierując się do swojego pokoju. Miał jeszcze coś do zrobienia…
              "To Fae." odparł miecz "Więcej powodów potrzebujesz?"
              “Załóżmy, że nie miałem z nimi wiele do czynienia i nie zgłębiałem ich… skąd mamy taką do nich antypatię?”
              "Ugh… Fae to banda degeneratów. Nieśmiertelne istoty dla których moralność i prawa, to rzeczy, które przytrafiają się innym. Światły ponoć jesteś. Słyszałeś pewnie historie o porwanych dzieciach, ludziach pozamienianych w wiewiórki i tym podobne? Fae nie robią tego ponieważ są moralnie złe. One to robią ponieważ ABSOLUTNIE NIE ROZUMIEJĄ moralności."
              “Rozumiem cię… mroczne fae są zarazą. Znam z trzeciej ręki opowieść jak komuś ukradły całe imię. To miało cały szereg poważnych konsekwencji i utrudniło mu życie… ale jak się znasz na nich… to nie tak, że na każdy typ złych fey jest pożyteczny odpowiednik? Domovoie pomagające w gospodarstwach za miseczkę mleka, huldufolki ostrzegające przed niebezpieczeństwami, czy sidhe co zawsze za dobroć mają dobrem odpowiadać…” argumentował, zamykając za sobą drzwi.
              "Dobrze, ale Otto i jego rodzina nie są istotami tego rzędu."
              “Staram się tylko zrozumieć twoją perspektywę. Po prostu nie do końca czuję jak Lilia sobie zasłużyła na taką opinię.”
              "Ty wiesz, że ona chciała wskoczyć ci do łóżka prawda?"
              “Za przyzwoleniem Kaylie“ przytaknął mentalnie, czekając na kontynuację.
              "A sądzisz, że jakby go nie dostała to by nie próbowała?"
              “Rozmawiasz z adwokatem. Niewinny do udowodnienia winy, a fakty są takie, że nie dała żadnych oznak zainteresowania do momentu otrzymania pozwolenia… a uwierz mi… bym zauważył… ale pikuś tam… nieistotny temat. Wróćmy do ważnych rzeczy… Powiedz mi, bo chciałbym zrozumieć, mówisz, że nie rozpoznajesz twarzy worków mięsa, ale jakoś nas od siebie rozróżniasz, prawda?
              "Głos." zaczął miecz "Do tego bez przesady. Rozróżniam ciebie, tego przykurcza i Kaylie" chwila ciszy, miecz najwyraźniej coś rozważał " Rozróżniam też te cholerne Fay. Co do reszty z was? Jaki jest sens?"
              “Jak usłyszysz głos naszego celu to go rozpoznasz?”
              "Powinienem."
              “To już coś. A z martwą natura? Postrzegasz jakoś otoczenie nie wydające dźwięku?”
              "Trudno to opisać. Krótka odpowiedź, nie."
              “No nic. Mam nadzieję, że w tym trudno opisać coś się kryje, co uda się wykorzystać.”
              W końcu usiadł przy swoim biurku i powyciągał narzędzia i przed małym lusterkiem zaczął modyfikować swoją twarz. Anonimowość miała być przewagą, a magia nie działała dostatecznie długo. Postanowił skorzystać z wizerunku, który nazywał “drwalem”. Po dwudziestu minutach pracy skończył… Uśmiechnął się do siebie oceniając, że rodzona matka by go nie poznała.

            Kliknij w miniaturkę

            Strzepnął ramionami, zmieniając ubiór na bardziej pospolity i w końcu wyruszył.

            Droga wiodła go do wieży arcymaga. Dawało mu to trochę czasu.
            “W porządku… pozwolisz, że przejdziemy do właściwej części detektywistycznej… opisz mi proszę, po kolei, wszystkie wydarzenia które zaobserwowałeś od momentu gdy skończyła ona lekcje magiczne u Ferna.”
            "Była… w konsternacji. Fern traktował ją inaczej, lepiej niż jej poprzedni nauczyciele. Czytaj jej dziadek. Potem przypomniała sobie waszą kłótnię, nie było to dobre wspomnienie. I ruszyła przed siebie, w gorsze dzielnice. Byłem w stanie dojrzeć… gorycz tego miejsca. Jego zepsucie. Więc tam bym zaczął."
            “Gorsze dzielnice spod wieży Ferna… w porządku. Dobry start.”

            Trochę zajęło nim Rhaast był w stanie potwierdzić, iż znajdują się we właściwym miejscu.
            "Czuć tu smutek i ból. Tak jak wczoraj. Pewnie to przyciągnęło Kaylie."
            Khal stał przed Starą Beką. Rudera z której capiło zjełczałym piwem i gorzej.
            “Sądzisz, że to tutaj się zdarzyło? Czy to był pierwszy z jej przystanków?”
            "Jedyny jej przystanek, zanim złamas ją zabrał."
            “I kiedy ją zabierał… to było bardziej w uliczkę za tą dziurą, czy gdzieś dalej?”
            "Na początku zabrał ją gdzieś... obok. Nic daleko. Później robili to w zaułku... Też blisko. Może znajdziesz w okolicy krew, albo zwłoki."

            • Fisuś. Sprawdź perymetr.
            • Znaczy… gdzie? Kojarzysz, że ja NIE mam dostępu do waszych prywatnych rozmówek?
            • To pewnie się wydarzyło za tą ruderą. Zbadamy okolice. Sprawdź czy nie natkniemy się na jakieś niepotrzebne niespodzianki.
            • Yokkidy-dookida.
            • Yokkady-doo - przytaknął mu Viktor, gdy ten wypełzła zza jego kołnierza.
              Już okryty niewidzialnością Fisuś przeistoczył się w impa, aby wzbić się w powietrze.
              "Co to było?"
              “Odnoszę nieodparte wrażenie, że byłeś kilka razy przy tym zakrzyku. Nasza mała zabawa… catchphrase, jeśli wolisz.”
              "Tak, byłem tego świadkiem. I zawsze sądziłem, że jesteś po prostu niespełna rozumu. To to ma jakieś znaczenie? Nakręcacie się do działania?"
              “To się jeszcze klaruje… Powstało w czasie powrotu z wyprawy. Na ten moment bym przybliżył do czegoś typu To jak? Ustalone? i odpowiedzi Do dzieła!. Albo bardziej niewerbalna wzajemna afirmacja. Bądź po prostu para przyjaciół jest dziwna. Taką interpretację także przyjmę.”
              "Ale… on jest z części twojej duszy… Więc, miałem rację. Jesteś szalony. I ona zostawiła mnie z tobą…"
              “Oj, wiesz doskonale, że jest bliżej klona kawałka mojej duszy. Nie dzielimy jednej świadomości, ani nawet semi-świadomości. Mamy osobne przemyślenia, charaktery i cele, a i pożreć się potrafimy. Jest niezależną ode mnie istotą… ale jasne… chcesz mnie szalonym nazywać? Proszę cię bardzo… “ odpowiedział bez cienia urazy.
              "Idź szukać zdechlaka. Mam dość kłopotów z Kaylie, nie potrzebuję jeszcze twojej odmiany wariactwa…"
              “Sir Fistaszek zaraz wróci z raportem i wtedy pójdziemy.”
              "SIR Fistaszek? Czy ty się słyszysz człowieku?"
              Viktor zachichotał rozbawiony.
              “Yhym… Coś brzmi nie takww?” zapytał z niby-zmartwieniem.
              "... Nieważne. Skoro czekamy na niego, mogę wyrazić swoją opinię?"
              “Jestem zawsze otwarty na alternatywne punkty widzenia. Wal czym tylko masz.”
              "Powinieneś zakończyć ten romans z Kaylie."
              “I ta opinia okraszona jest jakąś argumentacją?”
              "Oboje jesteście zbyt uszkodzeni, aby skończyło się to dobrze. To co się teraz stało z Kaylie było spowodowane waszą kłótnią. Kłótnią spowodowaną tym, że oboje jesteście zakompleksieni."
              “Widzę, że masz nas już rozgryzionych…”
            • Tsk tsk… - strzelił śliną rzeczywiście na głos.
              “I jak to widzisz? Zakończę to, a ona przyjmie rozstanie jak dorosła i stabilna emocjonalnie osoba i nie będzie miała problemów z dalszą współpracą na rzecz Benefaktora któremu nie może się przeciwstawić?”
              "Zakładasz że już nie ma problemów ze służeniem Azazelowi. Nie byłaby to jej pierwsza histeria. I uważam, że byłoby to lepsze, niż ciąganie jej przez bogowie wiedzą jak długo, wprowadzanie w stan rozpaczy, aż w końcu któreś z was nie pęknie i nie zerwie wtedy."
              “Co myślisz o jej postrzeganiu Nyera?” zapytał Viktor, pozornie nie na temat.
              "Nienawidzi go i jednocześnie pragnie go i jego aprobaty. Złamał ją w więcej niż jeden sposób i ona uważa, że to dobre i zasługiwała na to."
              “I chyba się zgadzamy, że to dla niej nie było dobre i mam głęboką nadzieję, że obaj byśmy chcieli ją zobaczyć wyleczoną z jego wpływu. Dobrze myślę?”
              "I sądzisz, że TY potrafisz ją wyleczyć?"
              “Nyer, w wielu aspektach, jest krzywym odbiciem mnie samego. Obaj jesteśmy rynsztokowacami którzy wyszarpali sobie drogę do bogactwa i wpływów. Obaj walczymy głównie słowem i systemem. Obaj mieliśmy niewolników i obaj byliśmy przez niewolnicę kochani… choć potrzeba bardzo szerokiej definicji miłości… Gdybym kilku ludzie NIE spotkał na swojej drodze to mógłbym skończyć jako ktoś jak on, albo gorszy… Mimo to – oczywiście – nie wiem czy mi się uda… jednak wierzę, że szansa jest dość zasadna, by walidować próbę. Czy można mieć mi za złe próbę pomocy? Czy już zupełnie skreślasz jej szanse?
              "Szalony pomysł, ale pozwól, że ci go zaproponuję. Zamiast stosować dobre intencje i ciepłe słówka. Znajdź kogoś, KTO SIĘ NA TYM ZNA! I pójdź do niego też. Bogowie, jesteś adwokatem służącym diabłu, który był aniołem, a teraz chce być czymś innym. A teraz chcesz próbować, SAM, rozwikłać wszystkie problemy najbardziej uszkodzonej istoty w promieniu wielu mil. Przynajmniej nie zaprzeczę ci ambicji."
              “W porządku. Załóżmy, że znalazłem… doskonały ktoś. Perfekcyjnie się zna. Sądzisz, że Kaylie będzie zainteresowana rozmową z nim? Czy mnie szyderczo wyśmieje gdy jej zaproponuję?”
              "Użyj tego swojego srebrnego języka gdzie indziej niż na jej łonie choć raz. Jestem pewny, że to ma większą szansę na sukces niż ty próbujący to zrobić na własną rękę."
              “Schlebiasz mi, ale jakby mój srebrny język miał takie możliwości o jakie go oskarżasz to bym zaczął od przekonania ciebie abyś jednak był zdecydowanie delikatniejszy w interakcjach z nią. Myślisz, że dałbym radę?”
              "Myślisz, że nie próbowałem? Na początku byłem delikatny. Sugerowałem, radziłem, starałem się nauczyć jak istnieć w świecie dorosłych. Myślisz że słuchała? A skąd, ona wie lepiej, szczególnie po trzeciej butelce wina. Miarka się przebrała kiedy powiedziałem jej, i tu cytuję. "Wiem, że uważasz, że to twój moralny obowiązek, aby uratować tych ludzi. Ale jesteś sama w tej walce. Twoich kompanów to nie obchodzi. Jeżeli to zrobisz, będą straszne konsekwencję." Zgaduj, co się stało. No zgaduj."
              “Kojarzę historię” odpowiedział Viktor bez zająknięcia “Zgaduję, że to oznacza nie. Nie dałbym rady ciebie przekonać do okazania łagodności. Nie dałbym ponieważ mój srebrny język to nie magia. Potrzebuję haków, primingu, odpowiednich dźwigni nacisku… mógłbym ją zmusić aby poszła do tego hipotetycznego medykusa, ale nie aby rzeczywiście spróbowała. Możemy wrócić do tej dyskusji, gdy pojawi się na horyzoncie ten cudowny lekarz. Wtedy sam będę chętny jednak spróbować ją przekonać… Do tego czasu… Ja pozostaję najlepszą opcją. Jeśli mi pomożesz będę więcej-niż-wdzięczny. Jeśli uniesiesz się dumą, czy pogardą i nie będziesz się mieszał to też w porządku. Ale nalegałbym, abyś mi nie utrudniał. Na tym to ona ucierpi, a nie ja. Hmmm?
              "Jak zostałeś adwokatem z taką zdolnością słuchania…? PRÓBOWAŁEM być miły i delikatny. Nie tylko mnie nie słuchała, WINIŁA mnie jak coś poszło nie tak. NIC nie zmieniło się od tego czasu, to czemu mam uważać, że teraz będzie inaczej?"*
              “Meh… wystarczyło być trzecim najlepszym w całym Cheliax…” stwierdził z otwarcie-fałszywą pokorą, jakby to była jedyna potrzebna kontra na zarzut o niesłuchanie. “Ja ją traktuję łagodnie i z godnością. Odnoszę wrażenie, że działa. Pamiętasz Boryata? Drwala z naszej przygody trzy lata temu?”
              "Ledwo?"
              “To ten co nas zdradził i niby-chciał obrabować z bratem i resztą gangu. Chłopak miał bagaż emocjonalny i był całe dzieciństwo terroryzowany przez brata i matkę. Ojciec był nic nie warty i szybko zdechł. Udało mi się go w pełni resocjalizować. Dziś ma żonę i córeczkę w Cheliax. Ma teraz jakieś pięć miesięcy. Licencję ochroniarską wyrobił i jest szanowanym zawodowcem. Nawet nie jest już tak paskudny, gdy go poprawnej higieny nauczyłem. Wiesz jak to udało się osiągnąć? Nie twierdzę, że on był w dziesiątej części tak trudnym przypadkiem jak Avruil, ale wiesz jak to osiągnąłem?
              "Jest to przynęta na bardzo niski żart, ale zgadnę, że swoim srebrnym językiem."
              “Można to tak nazwać, jeśli chciałoby się karygodnie uprościć proces. Nie wyobrażasz sobie jak cudownie potrafią rozkwitnąć ludzie, gdy okaże im się szczerą afirmację, cierpliwości i zaangażowanie. Chłopak mi się rozbeczał aż dostał krwotoku z nosa, gdy w końcu uwierzył, gdy mówiłem, że nie jest głupi i wierzę w niego. Dziś czyta, pisze i nieco nawet rachuje. No i zaskarbił sobie uczucie kobiety. Mógłbym dać mu najlepszych nauczycieli i zmanipulować go do najszczerszych chęci, ale bez mojego “wierzę w ciebie” nic by to nie dało. Kaylie też tego potrzebuje i wierzę, że ona może rozkwitnąć, jeśli poczuje, że wreszcie nie jest sama i komuś rzeczywiście zależy. Twoje wsparcie także byłoby dla niej bardzo cenne… nie sądzisz, że po tym co przeszła i po tylu latach dziewczę zasługuje jednak na jeszcze jedną szansę? Może się zdziwisz…”
              Khal usłyszał westchnięcie miecza.
              "DOBRZE, spróbuję. Ale jeżeli to się nie uda i wyjdzie na moje, rezerwuję sobie prawo do powiedzenia "A nie mówiłem"."
              “To jest święte prawo, którego nie śmiałbym nikomu odmawiać. Za bonus możesz uznać, że jeśli będzie miała afirmację z twojej strony to nie będzie jej tak potrzebować ode mnie i łatwiej jej będzie kopnąć mnie w arogancki tyłek. Nam obydwu zależy na jej dobru… tylko co do metod się nie do końca zgadzamy. Nie musimy się darzyć sympatią, ale ucieszyłbym się gdyby udało nam się trochę kooperować…”

            Fisusowi nie zajęło długo aby znaleźć miejsce ataku. Ślady krwi na ścianie i na ziemi odchodzące od jednej z bocznych alejek. Nie znalazł jednak żadnego ciała.

            Viktor rozważył opcje… i uznał, że zacznie od zbadania miejsca zbrodni. Przed wejściem do alejki jeszcze zawezwał błogosławieństwa Benefaktora na swój młotek, pancerz i puklerz… a potem poszedł na około, aby dojść do alejki boczną drogą, a nie prosto z głównej drogi (jeśli tak można by nazwać tę śmierdzącą udeptaną ziemię).

            • Fisuś, pilnuj perymetru - poprosił chowańca, gdy brał się do pracy i sam zaciągnął kaptur na głowę. Nie chciał aby choćby jego persona została rozpoznana. Anonimowość była potężnym narzędziem, z którego nie zamierzał rezygnować.

            Wstępne oględziny miejsca zbrodni zrodziły kilka ciekawych odkryć. Viktor znalazł kawałek materiału zaczepionego o beczkę na deszczówkę. Skrawek czarnego lnu pokryty zeschniętą krwią. Obok też zobaczył plamę krwi na ścianie, znajdowała się gdzieś na poziomie torsu.

            Viktor zamknął skrawek materiału w pudełeczku i sięgnął po probówkę ze skalpelem, by zeskrobać ze ściany tyle krwi ile był w stanie bez głębszego zanieczyszczania. Może i była zakrzepła, ale wciąż miała wartość.
            “Jesteś w stanie mi coś więcej opowiedzieć o tym jak mu krew upuściliście?” zapytał Rhaasta przyglądając się rozpryskowi, szukając czy krwotok byłby na tyle poważny, że wyśledzenie po plamach krwi byłoby realną opcją.

            "Jeżeli się nie mylę, cięła go na poziomie klatki piersiowej. Nie głęboko, ale na pewno krwawił i to nie mało."
            Viktor kiwnął głową, opuszkami palców dotykając jednej z mniejszych plamek, jakby miał coś z dotyku wyczytać.
            “I wrócił potem do środka.” stwierdził, wiodąc palcami do kolejnej plamki, wyraźnie prowadzącej do speluny.

            • Fisuś… Podlecisz?
              Ugiął się odrobinkę gdy chowaniec, w niemałej prędkości, wylądował mu między łopatkami, by przejść na bark.
            • Idziemy dalej do środka. Nie chcę niespodzianek. Sprawdź wnętrze. Jeśli dasz bezpiecznie radę to jeszcze zaplecze.
            • Ayay - odpowiedział niewidzialny imp i Viktor znów się nieco ugiął, gdy chowaniec się od niego odbijał.

            Viktor wszedł do środka w sfatygowanym mundurze straży, którego potrzeba prania nabierała powoli bezwzględności. Nie zatrzymał się w drzwiach, ani nawet nie rozejrzał, ale poszedł prosto do lady i usiadł ciężko przed barmanem.

            • Dwie zmiany z rzędu. Nie tylko bez śniadania, ale i bez kolacji - głos miał zmęczony i pobrzmiewała w nim frustracja - Daj mi co masz dobrego i tłustego a i jeszcze czegoś, by przełyk czymś zlać, co?
            • Płacisz ty czy straż? - zapytał barman sięgając za kontuar i nalał nowo przybyłemu kufel piwa. Po chwili też ustawił przed nim talerz z kiełbaskami - Ciężki dzień?
              Niby-nie-Viktor poklepał się w pierś, na znak, że on sam płaci.
            • A dopiero się zaczął, co? - zaśmiał się kwaśno - Ciężki dzień to dopiero będzie jak starej będę musiał wyjaśnić czemu mnie w nocy nie było… ughh… Wiesz co mnie drażni okropnie?
            • Niska płaca? Brak szacunku? Żelazna Dziewica Blackfyre suszy ci głowę o raporty?
            • Heh… niektórzy powinni nauczyć się gęby trzymać zamknięte… To wszystko racja, oczywiście… ale teraz o czym innym myślałem. Miałem do czynienia z wieloma chłopakami co im się wydaje, że ja tylko czekam by znaleźć pretekst by ich do lochu wtrącić. Zdecydowanie zbyt wielu nie rozumie, że ja to chciałbym przede wszystkim do domu wrócić i z córeczką się pobawić, pisząc możliwie mało raportów ughh… półgłówki utrudniają życie i sobie i mi… wiesz o czym mówię? - pytał Niby-nie-Viktor między kęsami kiełbasy, pochłaniając ją niewiele gryząc.
            • Ano.. - przyznał barman - Tu szczególnie idiotów nie mało…
            • Ano…w - przytaknął strażnik uradowany, jakby już pierwsze wepchnięte w gardło kiełbasy poprawiły mu nastrój - Ale gdzie moje maniery… Pierwszy raz tu jestem. Ralph Hillsbury - przedstawił się, ocierając otłuszczoną rękę w spodnie i kładąc ją na ladzie w sposób który pozwalał, ale nie narzucał uścisku dłoni.
            • Garv Uli. - barman uścisnął dłoń "strażnika" - Długo już tyrasz dla ludzi lepiej zarabiających od ciebie?
            • Hmmm… - zastanowił się chwilę i otworzył oczy szerzej w zrozumieniu - O żesz kurde mol to jasny strzeli… to piętnaście lat będzie… Eh… kiedyś bym myślał, że po takim czasie to mnie aspirantem przynajmniej zrobią… dupki. A tobie przynajmniej interes się kręci?
            • Eh, tyle o ile. Nie jestem Dworem czy inną "poważną karczmą", ale klientów stałych mam. Ostatnio nawet kilku nowych.
            • Ale przynajmniej tu mnie stać napchać sobie żołądek, więc dla mnie przedniejszy jesteś od Dworu! - Ralph wzniósł kufel w podzięce i upił solidnie z niego.
            • Choć pewno klientela też bywa uciążliwa, co? - zapytał po chwili.
            • Po to mam kastety pod ladą. - odparł Garv - Jednak większość to swoje chłopaki, wiedzą, żeby tu smrodu nie robić.
            • Ale nie wszyscy, co? Jak często “smród” ci się zdarza? - zapytał oblizując palce, jakby od niechcenia.
            • Raz na jakiś czas. Wczoraj jeden bęcwał wdał się w jakąś bójkę i go chlastnęli.
            • Chlastnęli? Nie miej mi tego za złe Garv, ale w tej dziurze, którą jest uliczka za twoim cudownym przybytkiem to i skaleczenia bym się bał… obejrzał go medykus jakiś? Zakażenie to wredna zdzira. Kumpla pół dekady temu straciłem od skaleczenia o tu, na ramieniu. Wdarła się gangrena, ucięliśmy mu rękę, ale było już za późno. A syczał i prychał do samego końca, jakby już na drugą stronę zaglądał.
            • Chłopie, gdzie ja ci tu znachora znajdę? Zapłacił za litra czystej i mu lali po tej ranie aż się nie uspokoiła. Zabrali go potem do siebie.
              Ralph skrzywił się niezadowolony.
            • Nooo… jak go po ręce cięli to pewnie i starczy, ale jeśli to szyja czy tors… tsk tsk tsk…
            • Tors... - odparł ponuro Garv i przeleciał palcem po środku swojej klatki piersiowej - Tutaj. Czyste cięcie, jakby się papierem zaciął, tyle że głębiej.
            • To precyzyjna prezentacja i rzeczywiście tak blisko serca to przeszło, czy tak ci się, po prostu, pokazało? - zapytał Ralph mrużąc brwi zmartwiony i nagle uważny.
            • Czy blisko serca? - Garv się zastanowił - Znaczy się na poziomie, tak. Ale cięcie nie było aż tak głębokie. Bliznę będzie miał do popisywania się, ale nie doszło do niczego istotnego.
              Ralph patrzył na niego z powątpiewaniem.
            • Że nie do serca, to ja wiem, bo by teraz leżał tam gdzie go rzucił ktoś. Myślę o zakażeniu. Mówiłem ci przecież… kumpel mi zszedł od skaleczenia na ręce. A im bliżej serca tym gorzej… Uwierz mi, wiem co mówię… w wojsku takich szyłem przez dwa lata, nim w Evercrest dupę posadziłem. To dobry chłopak, którego szkoda by było, czy gnój co lepiej niech tam sobie zdechnie w kanale?
              Twarz Garva zrobiła się nieco bledsza.
            • Nie no, gnój jak większość. Ale swój chłopak, nie chciałoby się go jeszcze do ziemi wsadzać... - mężczyzna zakrył usta dłonią wyraźnie myśląc - A mówisz, że znasz się na tym? Byłbyś w stanie pomóc idiocie?
              Spojrzenie Ralpha pozostawało sceptyczne.
            • A przyjmie pomoc od strażnika?
            • Powiedz mu, że Dozer za ciebie ręczy. Będą wiedzieli, że jesteś ode mnie.
              Rozważania w głowie Ralpha się przedłużały.
            • Jeszcze się nie zgadzam, ale daleko to stąd? Wiesz… Jestem na nogach od szóstej rano… wczoraj.
            • Dwa domy stąd w kierunku centrum. Rudera z zieloną farbą i dziurą w dachu.
              Strażnik oparł głowę na dwóch palcach, przytkniętych do nasady nosa, krzywiąc się w niezadowoleniu.
            • Ughh… Czyli nawet jest mi po drodze… czort to! Niech będzie skoro Los tak chce. Jesteś pewny, że samo hasło “ja od Dozera” da radę przezwyciężyć mundur? Po dzisiejszej nocy moja cierpliwość jest na wyczerpaniu…
            • Bez problemu. Mamy kilku waszych, którzy nam pomagają. - Garv chyba szybko się złapał na tym co insynuuje - W sensie wiesz, rzucą nam groszem, czy zrobią jakąś przysługę za kilka miedziaków.
            • Jjjasne… - powiedział powoli, z pewną dozą podejrzliwości, której brak byłby znacznie bardziej podejrzany… choć śmierdziało mu to grubszą sprawą. - Ostatnie pytanie. Co się stało ze szlachtającym? Nie wiem nic aby ktoś z moich go zgarnął, a samosądów dosyć mocno nie lubię…
            • Ponoć chłopak jakiejś dziewczyny, którą idiota przeleciał, miał uwagi do korzystania z tego co jego. Nic mi nie wiadomo czy go zgarnęli.
              Ralph prychnął…
            • Baby.
              ... choć Viktor miał ochotę zgrzytnąć zębami.
            • No dobra. To za to ile płacę? - zapytał wskazując pusty talerz i kufel.
            • Dwa srebra. - odparł Garv - Sorry, ale nie mogę dawać darmówek.
            • Nie liczyłem na to. To tamtego durnia policzę, choć nie wiem jeszcze ile… - stwierdził Ralph kładąc monety na stole. - Eh… pójdę się jeszcze przebrać jednak. I tak nie mam nawet maści z rokitnika, to bym najwyżej obejrzał. Dzięki za żarcie.
              Odżegnał się quasi-salutem wstając i wyszedł, gdy Fisuś został wciąż na krokwi pod sufitem… obserwując i słuchając. Jeśli Niby-nie-Viktor miał dostać swój ogon to powinien wiedzieć.
              Nic się jednak nie stało. Jeżeli jest to jakaś szajka z zorganizowanej przestępczości, część organizacyjna ma wiele do życzenia.
            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach
              napisał ostatnio edytowany przez
              #121

              Viktor poszedł dłuższy kawałek w kierunku koszar straży, a gdy po raz trzeci nakarmił swoją paranoję i upewnił się, że nikt go nie śledzi wszedł do alejki, gdzie zrzucił iluzję mundury, zostawiając lekki skórzany pancerz. Potem poszedł pod wskazany adres.
              Inną drogą.

              Ale przed dotarciem położył jeszcze dłoń na głowni Rhaasta.
              “Na ten moment nie będziemy go jeszcze zabijać. Garva trochę nastraszyłem i alkohol powinen wystarczyć na tę ranę, więc zamierzam go rzeczywiście opatrzyć. Dla picu i zaufania. Martwię się, że kumple naszego przyjemniaczka również stosują podobne metody, a wtedy chcę aby wszyscy żarli glebę… Tak informuję z góry abyś się nie zdziwił.”
              "Rób jak chcesz, popieram opcję zabicia większej ilości." Rhaast wydawał się nie zainteresowany całym procesem prowadzący od punktu A do punktu "Mordowanie".

              Znalezienie kryjówki "Idioty" nie było trudne, zielone ściany i dziura w dachu dość się wyróżniały. Chociaż zielonego niewiele już zostało na ścianach. Jedyna rzecz, która wydawała się solidna w całej konstrukcji to drzwi.

              Ralph westchnął. Już wcześniej upewnił się, że ewentualne przeszukanie nie pokaże nic interesującego, a materiały medyczne miał w torbie poza podwymairową sakwą… mimo to znów miał ochotę to zrobić. Stresował się… odrobinkę… ale znacznie bardziej niż powinien… zbeształ się w
              myślach i uderzył pięścią w drzwi kilka razy.

              • Czego!? - przez drzwi wypadł dryblas, typowy typ spod ciemnej gwiazdy. Więcej mięśni niż rozumu, mniej cierpliwości niż włosów na głowie, a ten był łysy - Zgubiłeś się?

              • Dozer mnie przysyła - powiedział Ralph krótko przechylając głowę nieco w bok, w oczekiwaniu. - Chcesz bym tłumaczył tutaj, czy w środku?
                Mężczyzna kiwnął głową, aby Ralph za nim podążył.
                W środku zobaczył kilku inny mężczyzn grających w karty, w kącie zobaczył jeszcze jednego zwiniętego na łóżku.

              • Więc, czego chce Garv?

              • Pytanie czego wy chcecie. Uli poprosił czy bym nie obejrzał waszego chłopa, co dał się poszlachtać. Sanitariuszem w wojsku byłem - doinformował nieco od niechcenia i wzruszył ramionami. - Ralph Hillsbury jestem - dodał i gestem zaproponował swoją dłoń, ale w nienarzucający się sposób, uznając suwerenność gospodarza.
                Dryblas spojrzał najpierw kwaśno na Ralpha, zerknął kumpli, którzy kiwnęli głowami. Mężczyzna westchnął i wskazał na leżącego na łóżku.

              • Philip. Debil wczoraj jakąś dziewczynę wydupczył i jej chłopak go dorwał.

              • Tak też słyszałem - przytaknął i skierował kroki do Philipa… ale powoli, aby łysol mógł się z nim łatwo zrównać jeśli by chciał. - Przytomny jest? - zapytał nieco ciszej, gdy się zbliżyli do rannego.

              • Teraz śpi. Pół wódy, którą dostaliśmy od Uliego wychlał, co go czyszczenie nie bolało. Nawet się nie podzielił, gnida.

              • Dupek… - przytaknął Ralph i przyklęknął przy chłopie - Philip! Budzimy się! - podniósł głos klepiąc go po policzku.
                Mężczyzna mruknął coś i powoli otworzył oczy, zerkając na Ralpha oczami, które niczego nie rejestrują.

              • Czeeeego? Nie widzisz, że śpię?

              • Widzę - przytaknął - Ciężko byłoby cię obudzić jakbyś już nie spał, nie? Siadaj proszę. Przyszedłem obejrzeć twoją ranę abyś na pewno żyw z tego wyszedł. Ralph Hillsbury jestem.

              • Jasne… - mężczyzna usiadł niechętnie i podniósł bluzę. Ralph mógł zobaczyć bandaż na torsie. Krew powoli zaczęła przebijać się przez opatrunek.

              • Tsk… wciąż krwawi. Od pasa w górę nago, proszę. Jakieś czyste ręczniki dostanę? - zapytał łysola - Muszę zdjąć bandaż a wolałbym wam wszystkiego nie zakrwawić, jeśli się otworzy bardziej niż się spodziewam… jakbym mógł stół zająć byłoby mi wygodniej i mniej niekomfortowo dla Philipa.

              • Mamy jakieś szmaty. - odparł mężczyna, który wprowadził Ralpha. Pomyszkował przy jednym z lewo stojących regałów i rzucił "medykowi" kilka szarych, ale czystych kawałków materiału.

              • Dziękuję… - kiwnął głową do łysola i spojrzał na dwóch mężczyzn co grali przy stole w karty. Gapili się w niego z zaciekawieniem kota, co muchę zobaczył, ale nie ruszyli tyłków. Ralph westchnął, potem wziął wdech…

              • Dupy, kurrrwa, w troki bo nogi z nich powyrywam! - ryknął jak sierżant w wojsku na co leniwszego rekruta, wstając i z mocą krocząc w ich kierunku - Stół chcę pusty widzieć i was daleko od niego, zanim Philip rozbierać się skończy! Raz! RazRAZ! - poganiał podkreślając klaśnięciami w rytm słów.
                Mężczyźni zerwali się słysząc krzyk Ralpha. Najwyraźniej nie spodziewali się tego typu energii od niego. Pozbierali karty i kufle ze stołu, a sami przeszli na bok pomieszczenia.
                Sanitariusz nie poświęcił im więcej spojrzenia. Ocenił krytycznie blat i jedną z danych mu szmat przetarł go z okruszków, rozlanego piwa i bogowie raczą wiedzieć czego jeszcze. Ustawił dwa krzesła naprzeciw siebie i zawołał Philipa gestem do siebie, ale jeszcze go nie sadzał na krześle.

              • Podejdź, proszę - znów był łagodny i uprzejmy.
                Rozłożył na stole własny czysty materiał a na nim kilka przyrządów, które oczekiwał wykorzystać, a niewielką torbę medyczną nad nim.

              Spojrzał oceniająco na Philipa.

              • W skali od zera do dziesięciu jak bardzo pijany teraz jesteś? Jeden to ledwo dostrzegalne poczucie lekkości, dziesięć to całkowite wyłączenie.
              • Ee… ts..ts…tszy? - odparł mężczyzna. Jak na oko "Ralpha" jakieś pięć.
                Ralph kiwnął głową niezrażony.
              • Czym zadano ranę? To był nóż, szabla, tasak?
              • Nósz jaki. Dziwkę wczoraj wziąłem, jej chłop się zjawił z kumplami. Dwóch powaliłem, ale skórwysyn mnie chlastnął.
              • Imponujące - przytaknięcie pełne było wątpliwości - Było dużo krwi?
              • No trochę. Ostre żelastfo było. Ale spokojnie, dużo piłem to nadrobiłem.
              • Alkohol rozrzedza krew. Postaraj się więcej ni pić gdy jesteś ranny. Wiem, że uśmierza ból, ale znacznie łatwiej się wykrwawić. Zacznę odwijać bandaże. Nie kasłałeś krwią, nie czułeś jej smaku w ustach, ani nie wyplułeś brunatnych, miękkich grudek?
              • E? Nie?
              • Miałeś dreszcze? Uderzenia gorąca, lub zimna? Nie czujesz jakiegoś odrętwienia? - pytał z umiarkowaną wiarą, wciąż odwiązując bandaże… tak pijany Philip mógł ich nie zauważyć, a ostatnie mogłoby być od samego alkoholu.
              • Nooo trochę chłodniej mi… a co, to źle?
              • Jakbyś miał uderzenie zimna to byś wiedział o tym i byłoby źle. Chłodniej jest nieidealnie, ale może być. Kiedy ostatnio coś jadłeś?
              • No kiełbachę opchnąłem przed snem. A co, to też źle?*
              • To standardowy wywiad - odpowiedział nie patrząc na niego, ale powoli kończąc odwijanie. Im głębsze warstwy tym bardziej brunatne się robiły - Niektóre leki można podawać tylko na czczo… - uznał, że nie będzie wnikał w chwalebne opcji udławienia się własnymi rzygowinami - Teraz może nieco boleć - ostrzegł gdy odwijał bandaże bezpośrednio z ciała. Rana była pokryta popękanymi strupami i krwią. Nieco rozwarta i nie za głęboka, ale Niby-Ralph widział obumierające skrawki tkanki popalone wódką. Rana nie była głęboka, ale wymagała oczyszczenia i szycia. Było to czyste, gładkie cięcie, jeżeli chłopak przeżyje będzie miał ładną bliznę.
              • Dobra. Trochę nad tym spędzimy. Siadaj, proszę, tak trochę bokiem do mnie - poinstruował i samemu usiadł na swoim krześle.
              • Macie tu możliwości przegotowania wody? - zapytał tego co go wpuścił - Jak ty masz, w ogóle na imię? Czy “Łysy” do ciebie wołać?
              • Zygmunt. - odparł "łysy" - Mam garnuszek, zaraz coś załatwię.
              • Poproszę. Mojej na to nie starczy - stwierdził, patrząc na swoją szklaną butelkę wody i zwrócił się znów do Philipa. - Potrzebuję dojścia. Weź proszę… rękę tak… - instruował go, samemy chwytając go za łokieć i pokierował aby oparł dłoń na swojej własnej głowie, pięknie prezentując bok. Z rany pociekły trzy małe strużki krwi. Jakby Philip był trzeźwy to byłby bolesny ruch.
              • To będzie nieprzyjemny proces - ostrzegł rannego.
                Niby-Ralph położył ścierki które dostał na biodrze chłopaka, aby wchłaniały spływającą krew i zaczął pracę…Pęsetą i czystym materiałem, moczonym w przegotowanej wodzie, powoli oczyszczał ranę i okolice z krwi. Czasem coś wyciągał z niej, czasem musiał skalpelem wyciąć kawałek obumarłej tkanki.
              • Pamiętam jak jeszcze za czasów wojska na przepustkę do Pitax pojechałem z kumplem… mówię ci… tyle chętnych szmat tam spotkaliśmy. W życiu tyle się nie nadupcyłem. Nie ważne czy wolna, czy mężata, czy chłopczata… zero szacunku do siebie - zabawiał Philipa opowieścią mającą pomóc mu się otworzyć… może nawet wyznać swoje grzechy. - Ale sądziłem, że w Evercrest to wcale nie jest takie częste… - dodał z pobrzmiewającą niepewnością, aż proszącą się o sprostowanie.
              • Ee tam, ta pijana była. Facet ją dla innej zostawił. A tak to jej jeszcze…
              • PHIL! Morda! - Zygmunt uciszył kolegę zanim ten powiedział za dużo.
              • Oj daj spokój. To swój chłop jest. Pomaga widziszszszszsz?
              • Jaki swój? Nie znasz gościa.
              • Ale mi pomaga. Poza tym słyszałeś, sam lubi korzystać, mosze i od nas zechce pomosy… - nie czekając na reakcję kolegi, Philip sięgnął do kieszeni i wyjął kilka tabletek - Słuchaaaj… to działa doskonale. Wrzucisz babie do piwa i jest twoja do rana…
                Niby-Ralph wiedział, że musi działać szybko. Zygi ogarniał i rozumiał jak bardzo tajne powinno być to co pijany Philip właśnie głupio wypaplał.
              • Ohoh atmosfera tężeje - skomentował biorąc pigułki i kładąc je obok swoich narzędzi, nie poświęcając im więcej uwagi. - To morfeina? Nie przejmuj się Zygmuncie… jak to mówią, niech pierwszy rzuci kamieniem kto nigdy nie podrzucił nic szmacie do drinka, co? Czy sam bym mógł rzucić kamieniem? Może tak, może nie, ale ja tego nie wypaplam nawet po pijaku. Wszystko w porządku, Zygmunt? Nie mamy spiny? - pytał wciąż oczyszczając ranę… choć zwolnił… i spiął mięśnie, wczuwając się głęboko w emocje Fisusia, co siedział wczepiony w krokiew pod sufitem. Liczył, że da mu ten ułamek sekundy więcej, jakby miało dojść do przemocy…
                Zygmunt westchnął.
              • Nie ma, nie ma. Tylko kurwa cicho. Szef nam łby pourywa jak się rozniesie. - Zygmunt zerknął na resztę grupy, która też się uspokoiła - Co mamy z tym idiotą robić jak już go załatasz?
              • Trochę instynktu samozachowawczego wlać do głowy? Od tego bym zaczął. Może lepszą wersję ustalić, bo tu od początku widać, że to nie jest rana od noża, a miecza… prostego i diablo ostrego. A jeśli pytasz o kwestie medyczne… jak go pozszywam to przydałaby się kontrola za trzy dni a potem za siedem, jeśli wszystko będzie dobrze szło. Następnie za dwa tygodnie by szwy zdjąć. Nie róbcie tego sami. One potrafią się rwać i jak kawałek zostanie w ciele to może się paskudzić. Poza tym zostawię wam maść do smarowania i zioła, z których będziecie napar robić do nasączania bandaży. Jeśli będzie postępował zgodnie z zaleceniami to będzie żył, a do blizny dorobi sobie chwalebną legendę z jakim to rycerzem nie walczył gdy ją zarobił.
              • Jasne. Coś się należy za usługę?
              • Zwrócicie mi za materiały, a robocizna… powiedzmy, że jak Philip tak chętnie oferuje to przyjmę te tabletki. W celach naukowych, rzecz jasna… Powiedzcie mi tylko co to precyzyjnie za środek, abym wiedział czego się spodziewać.
              • My zwykłe chłopy jesteśmy. Nie wiemy co to, wiemy co robi. Na ulicy Zmierzch na to mówią. Jak łykniesz z wodą to cię tak uspokoi na chwilę, a później będziesz miał jazdę jak nigdy.
              • Nie chodzi mi co się dzieje w głowie, ale jak to wygląda. Jakbym wziął to rekreacyjnie i jakaś stara prukwa się do mnie przystawiała… jak bym to odbierał? - pytał powoli, niby od niechcenia, jakby cały czas bardziej skupiony był na oczyszczaniu rany. - Teraz będziemy szyć - poinformował Philipa - Będzie bolało, ale to jest potrzebne. Inaczej nawet jak nie zakazi się to się bardzo brzydko zabliźni i nie będzie chwalebnych historii jej pozyskania.
              • Wrzuć jej do piwa czy co tam będzie miała, łyknie i po pół minuty, powietrze z niej zejdzie i będzie jak szmaciana lalka. Zrobisz swoje, zostawisz gdzie chcesz a ona nic nie będzie pamiętać.
                Niby-Ralph kiwnął głową zakładając pierwsze szwy.
              • No już Philip… duży chłopiec jesteś i tak pijany powinieneś to ledwo czuć. Potrzebuję ciebie byś się nie ruszał, bo mi się sam na igłę nadziejesz jak się szarpniesz, w porządku? Super. Niedługo kończę i wrócisz spać.
              • Jakby mi się spodobał i chciałbym potem go więcej kupić… mogę do was przyjść?
              • Jasne. Towaru jeszcze trochę mamy, a niedługo powinniśmy mieć kolejną dostawę.
                Viktor zdziwił się, ale był to czysto wewnętrzny gest. Zygmund nie wiedział, że producent wpadł, czy jednak to nie Ahair był producentem?
              • I po ile on chodzi? Po znajomości… dla kumpla… - przymilał się, chichrając pod nosem, ale wciąż głównie szył.
              • Dwa srebrniaki za pastylkę.
              • Przyzwoicie. To może na tej kontroli za trzy dni bym dokupił - zaśmiał się pod nosem z obrzydliwą nutą. - Już powoli kończę Philip… - dodawał otuchy wiercącemu się rannemu, choć wcale nie było blisko końca, ale jeśli był zbyt pijany by poczuć, że dopiero trzecią część rany pozszywał to zaraz zapomni, że mu kit wciskano.
              • Jakbym szukał dodatkowego grosza… to w waszych kręgach często dajecie się ciachać daleko od felczera? Byłby w tym pieniądz do zrobienia?
              • Zapytamy. Na ogół nie lubią nie sprawdzonych. Chociaż jak się wstawimy za tobą… czemu nie. Lepiej wyglądasz od nas, możesz się dostać w lepsze miejsca.
              • Gwoli ścisłości… myślę tutaj o szyciu was, a nie rozprowadzaniu towaru, czy innymi zorganizowanymi nielegalnościami. Co robię prywatnie to moja sprawa, ale jeśli mam wpaść to wpadnę przez własne błędy, a nie bo jakiś młody coś wypaplał… Hipotetycznie. Jakbym miał mieć jakiekolwiek powody do wpadki. Rozumiesz.
              • A jasne. Tylko jak mamy cię znaleźć?
              • Hmm… to istotnie problem do rozwiązania… - mruknął wciąż pracując - Wiesz. My tu kumple i fajnie ale, chyba rozumiesz, że wolę byście nie wiedzieli gdzie mieszkam ze starą i córeczką. To definitywnie nie ten etap znajomości. Na ten moment dowiedzcie się tylko czy to wchodzi w grę i zostawcie u Dozera informację. Jeśli bylibyście zainteresowani to coś wymyślimy, a jeśli nie… - wzruszył ramionami - To będzie to jednorazowa przygoda. No… poza tymi wizytami kontrolnymi, bo tu bym naciskał. Takie rany trzeba sprawdzić. Nie trudno sobie jakiś syf przypadkiem wetrzeć.

              Viktor nie naciskał dalej i niedługo potem wyszedł. Wziął Zmierzch, wziął parę monet za materiały, zostawił instrukcje i pożegnał się. Niewidzialny Fisuś ponownie potwierdził brak ogona, a potem… wrócił do chłopaków i przysiadł na dachu, obserwując ich przez dziurę. A nóż widelec dowie się kim może być ten tak zwany “szef”. Miło byłoby i go dorwać. Sam poszedł okrężną drogą. Twarzy nie mógł zgrabnie zmienić, ale wierzchni ubiór to było dla niego samo strzepnięcie ramionami… Zatrzymał się w jakiejś karczmie, zamówił piwo i w rogu, z kapturem naciągniętym na twarz zabrał się do pracy… póki w pamięci świeże były twarze sporządził portrety pamięciowe.
              Portrety wyszły porządnie, zachował proporcje twarzy , rysy i znaki szczególne. Do tego miał imiona powiązane z dwoma portretami.

              W marszu powrotnym Viktor w końcu uznał, że już czas poznać opinie Rhaasta.
              "Czemu ich nie zabiłeś?" - usłyszał gdy tylko położył dłoń na jego głowicy.
              “Bo zamierzam rozmontować całą ich żałosną bandę. Chcę dorwać ich szefa i upewnić się, że ten syf więcej nie pojawi się w Evercrest. No i Kaylie powinna być obecna gdy Philip będzie umierał. Nie zgodzisz się z tym?
              "... Nie." głos miecza na ogół był pozbawiony większej gamy emocji. Głównie irytacja. Tym razem, jego ton był zimny.
              “Rozwiniesz myśl? Mam związane ręce, bo już jej obiecałem, że dam jej wybór… ale chciałbym poznać trochę głębiej twoją opinię.”
              "Ponieważ nie skończy się to na byciu obecnym. Będzie chciała partycypować i nie będzie to ładne."
              “I myślisz, że to jej bardziej zaszkodzi niż pomoże?”
              "Nie jestem terapeutą. Ale sądze, że dźganie gościa aż w końcu nie trafi się w coś ważnego nie będzie dobre, na dłuższą metę."
              “To sensowna obserwacja.” przytaknął mieczowi “I tak ekstremalnego obrotu sprawy definitywnie wolałbym uniknąć. Myślałem raczej o poderżnięciu gardła, ewentualnie poprzedzonym szybką kastracją. Może zadowoli się powieszeniem? Publiczne egzekucje mają cudowny aspekt upokorzenia. I pozostałe ofiary też mogłyby obserwować. Może być mniej satysfakcjonujące, ale nie przyłożenie ręki definitywnie będzie łagodniejsze na psychice.”
              "To jej nie zadowoli…" miecz wyraźnie rozważał możliwe opcje "Nie pokażesz jej tego, będzie zła, że zrobiłeś to za jej plecami. Publiczna egzekucja, będzie zła, że sama tego nie zrobiła. Zrobi to sama, pogrąży się w niezdrowej przemocy… Co jeżeli ona dokona egzekucji? Pchnie stołek, czy tam pociągnie za wajchę od szubienicy?"
              “Hmmm… trzeba będzie zakręcić. Na to Filia musiałaby się zgodzić i trzeba by zrobić całkowicie zgodnie z procedurą prawa… a ja już zacząłem od podszywania się pod strażnika. W retrospekcji… było to zbędne, ale myślałem, że Garv więcej problemów sprawi. Nie zmienia to faktu, że to jest bardzo nielegalne. Ale pewnie uda mi się to odpowiednio zawinąć… I Kaylie musiałaby poprawnie dokonać egzekucji… żadnego błędu który by przedłużył cierpienie Philipa… a problemem pozwolenia jej samodzielnie go zabić jest właśnie jej brak powściągliwości…” myślał Viktor niby-na głos…
              "Po prostu o tym nie wspominaj? Powiedz, że zdobyłeś informacje, bez wchodzenia w szczegóły." zaproponował miecz

              • Od tego na pewno zacznę. - odpowiedział VIktor na głos nim się złapał. Odkaszlnął i wrócił do mentalnej komunikacji.
                “Ale nie spotkałem kompetentnych kapitanów straży, co nie chcieli szczegółów. Wiesz… linią obrony jest tutaj, że ja, tak naprawdę, nigdy nie twierdziłem, że jestem strażnikiem. Miałem na sobie coś podobnego do munduru straży i pozwoliłem im wyciągnąć błędne wnioski. Ludzie są bardzo pochopni, gdy się ich odrobinkę pchnie w odpowiednim kierunku… “
                "Co nie usłyszy to se dopowie." skwitował miecz "Tu nie jest Cheliax, czy sala sądowa Azazela. Tu się zgodzę z Kaylie. To dziura w zadzie świata, gdzie każdy jest kuzynem każdego. Bez urazy."
                “Ale co sobie dopowie to nie zmusi jej do działania, jeśli sama nie będzie chciała. Jakoś to rozwiąże, jeśli Kaylie zgodzi się iść zgodnie z literą prawa. “
                "Prawo już kilka razy ją zawiodło. Będziesz musiał to jej dobrze sprzedać."
                “Zrobię co mogę, ale wciąż utrzymuję, że to nie jest magia. Zobaczymy.”
                "Bez urazy Khal. Przestań z tą pokorą, bo się mi mdło robi. Dobrze wiesz jaką siłę potrafią mieć słowa jeżeli użyte na odpowiedniej osobie w odpowiednim czasie."
                “Wiem doskonale i wiem, że to też czasem zawodzi. Nie bez powodu byłem Trzecim Piórem Cheliax, a nie Pierwszym. Dlatego mówię, że zobaczymy. Więcej ode mnie nie wyciągniesz… i bardziej Viktor jestem niż Khal… jeśli nie masz nic przeciwko. Ledwie się przyzwyczaiłem, że Kaylie tak do mnie mówi…”
                "Jasne, jasne Viktor." miecz przez chwilę był cicho "Pomysł mam. Sprytny. Możesz spróbować nakręcić swoją siostrę, że tych patałachów złapałeś jako część usług Kościoła Azazela i z tego tytułu, rezerwujesz dla Kościoła prawo egzekucji. Tu wchodzi Kaylie, wszystko zgodnie z lokalnym prawem i obrządkami. Jej natomiast powiedz jedno, że ten cały Philip, to dopiero pierwszy."
                “Pomysł dobry i ma pompę… niestety widzę tutaj dwa poważne problemy. Po pierwsze: Kaylie musiała by oficjalnie przystąpić do kościoła, a tego ona nie chce robić. Po drugie: kościół Kozła na ten moment jest w pełni hipotetyczny. I to Filia musi nam dać na niego pozwolenie. Pozwól mi spróbować rozwiązać to po mojemu… tak aby Filia była nam jeszcze wdzięczna za pomoc, zamiast czuć się przymuszona. Wierzę, że uda mi się to wszystko ugrać, jeśli tylko Kaylie przekonam.”
                "To już bardziej leży w kwestii szefa, a nie twojej." przyznał miecz "Ty ją przekonasz do swojej sprawy i że twoja sprawa i sprawa Azazela się spotykają gdzięś. Jeżeli chcesz, aby ona się przekonała do Kozła, to on sam musi ją przekonać."
                “Lubię myśleć, że mam tutaj przynajmniej poboczną rolę wsparcia… ale ostatecznie masz niewątpliwą rację. Kozioł również potrzebuje się odpowiednio zaprezentować i to jest niezależne od moich umiejętności. Mam nadzieję, że da radę, bo inaczej będziemy trochę w kropce… jednak mam w niego wiarę. Muszę tylko odpowiednio przygotować samą Filię, aby rozumiała, że idzie do boga na audiencję, a nie podejrzanego przesłuchać.
                "Bóg to duże słowo. Szczególnie jeżeli idzie o niego. I szczerze, przyda mu się kontakt z rzeczywistym śmiertelnikiem. Jeżeli chce się bawić w "obrońcę uciśnionych" czy jak on tam się sprzedaje, to najlepiej, aby jeden z nich mu powiedział prosto w twarz czego się spodziewa."
                “Może duże, może nieduże… ale w skali w której ja operuję jest nierozróżnialny od innych bogów i to mi wystarczy. I możesz mieć rację, a może i nie. Wiele jest zmiennych i miałem nadzieję wpłynąć na niego będąc jego arcykapłanem, ale do tego najpierw muszę mu zbudować religię. Ostatecznie… jestem dobrej myśli.”
                "Gdybym miał oczy to bym nimi kręcił. Dobra miej myśl dobrą, zobaczymy czy ci się uda. Hm… w sumie możesz jedno jeszcze zaproponować Kaylie. Niech pokaże mnie Philipkowi zanim zadynda. Niech wie CZEMU dokładnie idzie do piekła."
                “Nie ma problemu. Skoro mnie autoryzujesz do takiej propozycji to jej to zaproponuję w jakiś momencie. Szczególnie, że brzmi sensownie.”
                "Też ja z nią mogę o tym porozmawiać… zgodziliśmy się, że mam być wspierający, prawda?"
                “I jestem ci za to bardzo wdzięczny. Myślę, że to nawet lepiej jak ty to jej zaproponujesz, jako główny zainteresowany. Mam tylko jeszcze prośbę… dla Kaylie to może być pewien szok, albo może być podejrzliwa… możliwe, że coś chlapnie, albo zwyczajnie będzie dalej próbowała sama siebie sabotować, godząc w ciebie rykoszetem. Miej do niej odrobinę cierpliwości i wybacz jej drobne potknięcia, hmmm?”
                "Ta, ta… w końcu jest tylko człowiekiem… w sensie śmiertelnikiem."
                “Dokładnie… i tak między nami… tylko śmiertelnikiem co jeszcze kilka klepek zgubił po drodze” dodał konspiracyjnie, jakby zdradzał tajemnicę do którą tylko oni dwaj teraz znali, ale uśmieszek tańczył mu w rogu ust.
                "Nawet nie masz pojęcia. Przynajmniej z alkoholizmu ją wyciągnąłem…"
                “Więc oddałeś jej tym wielką przysługę i również ja jestem ci za to wdzięczny. Cieszę się, że miała ciebie w czasie swojej tułaczki.”
                "Przynajmniej ktoś jest." miecz znowu zamilkł "Dobra, mam dość tego. Jesteś pierwszą "miłą" osobą, z którą mam doczynienia od ponad millenium. Wiesz jak powinienem działać, prawda?"
                “Do usług” uśmiechnął się Viktor w zadowoleniu “To jest tak szerokie pytanie, że nie wiem nawet od której płaszczyzny zacząć. Będziesz musiał trochę zawęzić opcje, albo sam mi powiedzieć co precyzyjnie masz na myśli.”
                "Że powinienem być jak Fisuś. Powinienem być jej chowańcem. Kopią jej osobowości i tym podobne?"
                “W teorii, ale nie miałem do czynienia z Adeptami Ostrza” odpowiedział krótko.
                "No to masz przyspieszony kurs. Ostrze Magusa i Adepta Ostrza to taki Chowaniec, tylko że ekwipunek. Więc, pytanie za sto złota. Czemu JA nie jestem jak Kaylie?"
                “Wiele możliwości… coś poszło nie tak na etapie tworzenia. Coś drastycznie zmieniło ciebie po drodze, albo coś zmieniło ją. Może nie zostałeś stworzony dla niej. Może jesteś odbiciem jej cienia – części osobowości z którą jest ona w głębokim konflikcie… dalej wymieniać możliwe opcje? Wyciągnę ich z kapelusza jeszcze trzy razy tyle…”
                "Zaraz, ona ci nie powiedziała skąd mnie ma?"
                “Byłeś przy wszystkich naszych rozmowach… słyszałeś aby kiedyś mi mówiła?”
                "Myślisz, że nie mam lepszych zajęć niż waszego pseudo romansidła słuchać? Oryginalnie byłem mieczem Halpaeril'a, jej pradziadka. Stary rasista upokorzył ją na tyle, że przyzwała Azazela, zrobiła pakt i skopała dupsko elfowi. Azazel przekonał ją, żeby uciekała, ponieważ nie wybaczą jej ataku na pradziadku. Zabrał mnie z technicznie nieżyjącego ciała Halpaerila i wręczył Kaylie. Wtedy oficjalnie związałem się z nią. Tylko, że przez te kilka chwil kiedy Azazel trzymał mnie w łapie, zmienił moją esencję, abym był bardziej podobny do niego niż do Kaylie. Stwierdził, że dziewczyna długo nie pożyje, jeżeli będzie jej towarzyszył potakiwacz. Mógł mieć rację."
                Viktor myślał dłuższą chwilę, przyjmując informacje.
                “Chyba czegoś nie rozumiem… wyprowadź mnie z błędu, ale jeśli powstałeś jako klon kawałka duszy Halpaerila, który gardził Kaylie z całego serca… to chyba wcale nie byłbyś dla niej prostym hurra-optymistycznym potakiwaczem... gdzie mnie logika zawodzi?” pytał jakby nie miał już własnych teorii, ale zawsze lepiej usłyszeć wyjaśnienie ze źródła, zamiast zgadywać.
                "Pozwól, że w takim razie uściślę. ORYGINALNIE zostałem stworzony przez grupę magów jakieś dwa tysiące lat temu. Więc jestem mieszanką kilku dusz, więc trochę bardziej swoją istotą. Przez ten czas przechodziłem przez ręce kilku magów, magusów i kilku co mieli w sobie tyle magii co nocnik. Przed Kaylie miał mnie jej pradziadek jaaakieś 300 lat. Skurczysyn na początku był w porządku. Typowe elfie "Jestem lepszy od wszystkiego". Potem jak Galtianie zamordowali mu syna… trochę mu poszło w drugą stronę i zaczął poważnie nienawidzić ludzi. Kaylie może i była potomkiem tegoż syna, ale też częścią społeczności, która go zabiła. Więc, pognębił ją "dla zasady". Mnie i tak ledwo używał, traktował jak szabelkę na pokaz. Teraz, co do tego czemu Azazel mnie zmienił? Śmiertelnicy naprawdę za dużo przypisują pozaplanowcom i bogom. Sądzisz, że Gorum by wiedział jak ja działam? Założył, że tak będzie i się zabezpieczył. Moja poprzednia osobowość… może by nie była potakiwaczem, ale pewnie by przekonywała Kaylie, aby wróciła i wszystko wyjaśniła. Pewnie zrozumieją i wybaczą… teraz sądzę, że pewnie razem z rodziną by skończyła u Ogrodników."
                “A to na pewno… wybacz, ale istotnie przyznam ci rację, że jakby wróciła wyjaśnić to by skończyła jak wuj. Co jak co, ale w wyniuchiwaniu siarki Galt jest całkiem niezłe. A ty jak do tego podchodzisz? Czujesz się inną istotą niż wcześniej? Masz do Azazela żal? Rozumiesz czemu to zrobił? Może jedno i drugie?”
                "Wdzięczny nie jestem. Czułem się trochę splugawiony na początku, ale z czasem zacząłem rozumieć jego podejście. Filozofowanie czy to też nie jest wynik jego wpływu zostawię sobie na przyszłe stulecie. Rhaast to ciągle Rhaast, po prostu bardziej infernalny niż elfi."
                “A ja bym chętnie z tobą pofilozofował przy innej okazji. Myślę, że byłaby z tego ciekawa dyskusja. I bardzo chętnie posłuchałbym twoich opowieści o wydarzeniach sprzed dwóch tysięcy lat. Poza Kozłem nie spotkałem tak wiekowej istoty, a on nie jest rozmowną osobą. Tymczasem cieszę się, że sobie z tym radzisz. Wielu w twojej sytuacji mogłoby się złamać pod astronomicznej skali kryzysem egzystencjalnym. Twardy jesteś, to trzeba ci przyznać.”
                "Viktor… ja spędziłem stulecie na dnie kanionu, sam z gnijącym ciałem mojego właściciela. Najlepsze stulecie mojego istnienia i obie moje osobowości tak sądziły. Wy śmiertelnicy macie w sobie tyle dramaturgii i ego, że nie dziwię się, że bogowie przystali na istnienie piekła. Chodzi mi o jedno z tym całym wywodem. Kaylie tego nie wie. Ona nie ma pojęcia, że Azazel manipulował ją de facto od samego początku. Sądzę, że dobrze by było, aby się przyznał i ktoś mu musi to przekazać."
                “Jak bardzo samego początku? Rozumiesz, że ja nie jestem w temacie… masz na myśli od kiedy do akademii się dostała? Od kiedy się urodziła? Jeszcze wcześniej?”
                "No dobrze. Nie od SAMEGO samego początku. Od momentu kiedy go przyzwała ledwo działającym kręgiem."
                “I… mówisz, że nie wie? Odniosłem wrażenie, że go i tak oskarża o wszystko co złego jej się przytrafiło od momentu gdy go przyzwała… choć przyznam, że nie zagłębiałem się. Może sobie coś dopowiedziałem…”
                "No nie wie, bo nie wie, że powinienem być inny. 90% jej edukacji to to co nauczyła się sama z ksiąg Halpaeril'a. Więc nawet nie wie, że powinna go oskarżać o mnie, pewnie spodziewała się, że będę chamem jak jej dziadek."
                “Czyli będąc precyzyjnym, aby mieć całkowitą pewność, że dobrze się rozumiemy… mówiąc, że manipulował nią od początku masz specyficznie na myśli, że zmodyfikował twoją świadomość, czy coś jeszcze? Poza jego domniemanymi oczekiwaniami, że historia skończy się jak się skończyła…
                "Pamiętasz tą historię z niewolnikami? Poczułem wtedy komendę, aby mówić jej, że uwolnienie ich to zły pomysł. Ju ż wtedy na ogół robiła przeciwnie do moich sugestii… nie wiem co spodziewał się, że zyska tym."
                “Najprostszą interpretacją jest, że nie chciał by wpadła ona w syf w który wpadła, gdy nie posłuchała ciebie. Gdyby historia potoczyła się odrobinę inaczej to mógłby ją stracić, a to by uderzyło w jego plany budowy swojej wiary. Bez niej moje zadanie byłoby znacznie trudniejsze.”
                "Lub nie byłaby tak złamana jak jest… czyli łatwiejsza do kontroli. Głupio się czuję, że nie zrozumiałem, co się dzieje…"
                “Hmmm… Wybacz, ale nie mogę się z tobą zgodzić. Absolutnie rozumiem argument o złamaniu i kontroli, ale jeśli chciałby zrobić z niej posłuszną zabawkę to zabrakło mu puenty. A puenta byłaby banalna i sama pod rękę wchodziła. Widzisz ile lojalności od niej mam za samo to, że oszczędziłem jej tortur przed procesem. To wyobraź sobie teraz, że chwilę potem przybywam do Nyera, jako ten rycerz w lśniącej zbroi… daję Nyerowi socjalnego liścia, ratuję ją z tego piekła, w momencie gdy jest bardzo, ale to BARDZO wrażliwa psychicznie. Zabieram do siebie, gdzie więcej nie spotka jej krzywda. Dodaj trochę pracy z Livią i Cѐline abym odpowiednio się prezentował w ich rozmowach i po trzech miesiącach byłaby absolutnie i totalnie lojalna wobec mnie, a poprzez moją lojalność Kozłowi również wobec niego. Rozwiązanie dramatycznie elegantsze i prostsze. Bez ryzyka, że Thrune ją zabije. Nienawidziłbym takiego łamania niewolnicy, ale chyba nie oskarżymy Azazela o przejęcie się tym, prawda?”
                "Po prostu zgaduję. I nie zrozum mnie źle, chciałem jej powiedzieć, że to zły pomysł. Po prostu… odebrano mi wybór w tym."
                “A to było rzeczywiście bardzo nieeleganckie… i też tego nie rozumiem. Skoro zmodyfikował ciebie na swoje podobieństwo to powinien się spodziewać, że bez ingerencji będziesz jej to odradzał… Wydaje mi się, że Azazel potrzebuje czasu aby nauczyć się interakcji ze śmiertelnikami… pardon, w jego skali ty również jesteś śmiertelnikiem. Jako jego arcykapłan, gdy już się zasłużę w jego oczach, postaram się go nauczyć więcej miękkich metod wpływu.“
                "Masz go przyzwać, aby z tą Blackfyre pogadał co nie? Może będziesz miał okazję, oboje będziecie mieli, aby dać mu drobną reprymendę. Może i jest bóstwem, ale obecnie wy jesteście mu bardziej potrzebni niż w drugą stronę."
                “Niestety potrzeba to jedno, ale bat to drugie. A bata na nas ma solidnego. I jakakolwiek reprymenda NIE może mieć miejsca w towarzystwie osób trzecich. Jeśli mam go jakkolwiek krytykować to sama na sam. Jeśli bym mu pomachał palcem przed Filią, to by to wyglądało na słabość, a na to nie będzie chciał sobie pozwolić. Nawet jakby chciał mnie posłuchać, to musiałby dać mi nauczkę. Ale masz pewną rację… będę musiał się z nim bezpośrednio rozmówić przed audiencją Filii.”
                "No tak, obrazy majestatu być nie może. Więc, mamy plan. Pora chyba go wdrożyć. Wracamy do Dworu?"
                “Jesteśmy już niedaleko. Jestem ciekaw jej reakcji gdy pozna cieplejszego Rhaasta… musisz mi potem opowiedzieć jak zareagowała, jeśli nie będę przy tym!”

              Kiedy Viktor wrócił do Dworu, nie zdążył nawet dokładnie przejść progu kiedy dopadła do niego Lilia, widząc wprost przez fałszywą twarz Ralpha.

              • I co? Niezłe przebranie przy okazji.
              • Znalazłem go - odpowiedział Viktor z niejaką dumą. Ile mu to zajęło? Dwie godziny? - Fisuś go obserwuje. Teraz idę z Kaylie omówić co chcemy z nim zrobić.
              • Dobrze. Nie zdążyłam do niej jeszcze zajrzeć. Jeżeli będziecie czegoś potrzebować, wino, zupy… czegokolwiek to daj znać.
              • Jasne. Dzięki ci wielkie. Doceniam i ona też na pewno doceni. Idę do niej… tylko najpierw tę twarz zdejmę.
              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Niedostępny
                SeachS Niedostępny
                Seach
                napisał ostatnio edytowany przez
                #122

                W pokoju arkanistki porozrzucane po całym łóżku były różnorakie notatki, a ona sama siedziała wsparta na poduszce uparcie próbując zaznajomić się z lekturą jaką wieszcz jej przekazał. Ku jej niezadowoleniu zdradzały ją własne myśli jakie kierowały jej uwagę na wydarzenia tej nocy.
                Ciało wciąż pamiętało dotyk tego mężczyzny, ciepło jego skóry ocierające się o jej własną. Z bólem i irytacją ścisnęła nasadę nosa gdy piekielna migrena znowu powróciła.

                Jak tak pracować?!

                Odrzuciła książkę na bok swojej poduszki godząc się już z tym, że od następnego elfa usłyszy jak bezużyteczna jest. Nie miała siły teraz skupić się na wszystkich problemach odnoszących się do nauki magicznych zaklęć jakiej to naturę chciała poznać. Czuła się w tym momencie bardzo samotna i pozostawiona, bardzo nieważna.

                Rzuciła na głowę kołdrę i skuliła się pod jej okryciem.

                • Kaylie? - usłyszała stłumiony głos Viktora niedługo później, kiedy po cichu wszedł on do pokoju. Słyszała kroki gdy podchodził do niej i delikatny dotyk jego dłoni na swoim kolanie, gdy potwierdzał w którą stronę ona, w ogóle, leży..

                • Jak nie masz nic przeciwko to do ciebie dołączę… - zadeklarował ściągając z siebie buty i pancerz skórzany. Nie spieszył się, bo dawało jej to czas na przemyślenie i ewentualny protest.

                Kilka dłuższych chwil potem do oczu Kaylie przedostało się światło, gdy Viktor podniósł kołdrę… tylko tyle by móc wpełznąć pod nią, ale przyzwyczajone do niemal całkowitego mroku oczy i tak się naturalnie zmrużyły.

                Pełzł powoli, wymacując swoją relatywną pozycję palcami, bo o ile przyzwuczajone i ćwierć-elfie oczy Kaylie coś-coś dostrzgały, to on był zupełnie ślepy. W końcu dotarł… do celu. Nachylił się nieco, całując ją w skroń z czułością i opadł powoli naprzeciw niej.

                • Jak się trzymasz?
                • Dobrze - odpowiedziała mu fałszywie - Przygotowywałam się do lekcji z Ferenem.
                • Przyda się pomoc? Praca w parach nie bez powodu jest bardzo często wykorzystywaną techniką na dobrych akademiach.
                • To żadna praca domowa. Musiałam spróbować ogarnąć temat, abyśmy mogli dalej o nim dyskutować. - powiedziała cicho - Po prostu... Moje myśli są w każdym miejscu tylko nie tam gdzie powinny i przeszkadza mi to w skupieniu się na tekście.
                • Kiedy będziesz się z nim widziała?
                • Dziś wieczorem.
                • No to mamy czas. Praca zespołowa to nie tylko ćwiczonka po zajęciach, ale również pełne studia. Zewnętrzna stymulacja w postaci moi może pomóc ci się skupić, hmmm?
                  Parsknięcie śmiechem rozeszło się pod kołdrą.
                • Z moich doświadczeń zewnętrzna stymulacja w twojej osobie łączy się z odwrotnością skupienia. Dam sobie radę. A ciebie to stare żelastwo nie zamęczyło? Znaleźliście cokolwiek?
                • Oferta wciąż zostaje w mocy… A Rhaast był bardzo pomocny. Mamy gnoja. Nazywa się Philip. Potraktował ciebie narkotykiem który nazywają Zmierzch. To, że cokolwiek pamiętasz z wydarzeń sugeruje, że guzik wiedzą jak ma on rzeczywiście działać, albo coś poszło nie tak. Ma kumpli z bandy, co nie lepsi są od niego i jakiegoś szefa nad sobą. Głupi jak but i łatwowierny jak szczeniak. Mam ich portrety namalowane i Fisuś teraz go obserwuje. Może uda się zidentyfikować szefa. Widziałoby mi się pozbycie ich wszystkich z Evercrest…
                • Mhm... Można oczywiście. - wyraźnie zignorowała kwestię Rhaasta - Dobrze się nimi bawiłeś?
                • Tfu… nawet tego nie sugeruj. Persona którą przyjąłem na czas śledztwa była plugawa. Nie lepsza niż ta chędożona banda. Czuję się brudny z samych słów które mi z ust wypłynęły i niedobrze mi na myśl, że mogę musieć znów się wcielić w Ralpha…
                • Potrzeba ci kąpieli? Nie mam ochoty na razie dalej siedzieć nad książką... Za dużo niechcianych myśli.
                • Taaak. Definitywnie się przyda… ale wiesz… Fisuś na czatach to mi samotno, więc tylko jeśli dotrzymasz mi towarzystwa.
                • Przecież to rozumie się samo przez się. Oferuję ci łazienkę w tym pokoju. - zdjęła w końcu kołdrę z głowy - Znajdę u siebie jakieś lepsze mydełka, jakie w asortymencie z pokojem dostałam.
                • Hmmmm… niech będzie… - stwierdził samemu też wychodząc spod kołdry. Preferowałby łaźnie Dworu, ale skoro Kaylie woli zostać w pokoju to niech tak będzie.
                  Odkręcił wodę w wannie i zaczął się rozbierać.

                Kaylie w tym momencie zaczęła przeszukiwać szafki i wyjmować z nich ręczniki, mydełko i nawet jedno pachnidełko. Cieszyła się, że mężczyzna zostanie z nią w pokoju, a nie pozostawi ją samą ze swoimi myślami. Na razie nie uśmiechało jej się wychodzić za drzwi.

                Ułożyła złożone ręczniki na stoliku przy wannie i wpuściła kilka kropel kwiatowego zapachu do ciepłej wody, jaką napełniała się wanna.

                Viktor wciągnął zapach pełną piersią.

                • Uff… tego mi brakło odkąd Cheliax opuściłem - stwierdził, przepuszczając lejącą się wodę przez palce.
                  Gdy wanna była jeszcze daleka od wypełnienia rozebrał się i wszedł do niej, pozwalając gorącej wodzie powoli wkradać się wyżej i wyżej. Każde pół cala było nową dawką przyjemności płynącej z takiego gorąca wdzierającego się w głąb ciała. Wyłożył się tak wygodnie jak się dało.
                • Przez trzy miesiące w trasie tutaj brakło mi tego jak czort jasny. Kultura higieny po drodze rzadko sięgała standardów do których moje cztery litery się przyzwyczaiły.
                  Opowiadał o głupotach, tak naprawdę… bardziej by wejść w jakąkolwiek rozmowę i z niej wyczytać nastrój i samopoczucie. Ciekaw też był czy do niego dołączy.
                  Kaylie ze spokojem podeszła do Khala i stając za nim powoli zaczęła ochlapywać jego plecy cieplutką wodą by po tym zacząć rozluźniający masaż mięśni karku. Nie miała wprawy jak wysoko wykwalifikowane masażystki, ale nie robiła tego na ślepo i to Viktorowi starczyło by mruczeć w zadowoleniu.
                • Tak łatwo zapomnieć o braku luksusów życia?
                • Może tak, może nie… ale odzwyczaić się bardzo trudno. W mojej pamięci to jest wciąż świeże i mam nadzieję wyrobić nam sytuację, że luksusy wrócą do nas na stałe nim ich zapomnę.
                  Kaylie nie odezwała się zajęta rozmazywaniem i rozgrzewaniem jednego upartego mięśnia, zbyt twardego, aby niedługo nie zrobił się problemem. Dopiero po chwili mężczyzna poczuł niesamowicie przyjemny ból z jego strony.
                • Ughh… - stęknął zadowolony, pozwalając głowie opaść bezwiednie w przód - A czy to ja nie miałem o ciebie tutaj dbać i cię rozpieszczać?
                • Przecież znalazłeś tego dupka. - powiedziała ze spokojem i pewnością w głosie. Przyjemnie drapiące uczucie pojawiło się na skórze Khala gdy jego kochanka nacierała ją mydłem z gąbki.
                • A to jest zupełnie osobna sprawa. Oczywiście nie śmiem tutaj kręcić nosem, gdy tak dobrze mnie tu traktują… Swoją drogą… w jakiś dziwny sposób… dobrze Ci w Cheliańskim stylu. Jakby jeszcze pod twoją figurę to dopasować to wierzę, że było ci bardzo do twarzy.
                  Na chwilę zatrzymała mycie i spojrzała po sobie.
                • Naprawdę?
                • Yhym… myślę, że veastalia praeclarus byłby tu szczególnie pasujący. Choć chyba bym czerwienie stonował do ciepłych purpur. I ten styl trochę czerpie z estetyki magów, tylko bardziej takich teatralnych. Ma wysokie kołnierze udające nieco kaptury szat, ale w odróżnieniu od klasycznych szat, w nim i kobiety chodzą w spodniach… choć bardziej obcisłych. Nie jest to klasyczny styl, nawet w samym Cheliax i nie każda kobieta może sobie pozwolić w nim przyjść… dla mężczyzn jest on łaskawszy… ale o dygresja… nawet sama ta kolorystyka na tobie do mnie przemawia. Nie ma potrzeby ubierania ciebie w żadne egzotyki. Nawet w moich ubraniach wyglądasz bardzo dobrze… choć tu możemy dochodzić nieobiektywności mojej opinii… - chichot zadudnił w jego piersi.
                • Arcykapłan diabła i Trzecie Pióro Cheliax nieskromny? Bójcie się bogowie takich szaleństw! - zaironizowała.
                • Heh… nie piję tu do mojego niewątpliwie dobrego gustu gdy idzie o to w co się ubieram, ale do mojej nieobiektywności wobec ciebie. Mogło ci umknąć, taki ze mnie zimny drań i prostak… ale mam do ciebie pewną… słabość.
                • Każda cholera ma jakąś słabość jaka sprowadzi na niego zgubę w ostatecznym momencie. Tak mówi każda bajka. - rozpoczęła myć włosy Khala poprzez wylanie na jego głowę malutkiego wiaderka cieplutkiej wody.
                • A jaką zgubę ty byś na mnie sprowadziła? - zapytał dając strużką wody lać się po jego twarzy.
                • Nie wiem... - cieplejszy szampon został nalany na głowę mężczyzny - Może... - palcami rozprowadzała szampon - By twoi wrogowie zaszkodzili ci przez informacje ode mnie... - kwiatowy aromat łąki rozlał się w łazience - Lub cię zaszantażowali porywając mnie. - palce kreśliły wzory po skórze między włosami Khala - Albo może i ja sama w końcu stanę się zbyt toksyczna i nieopanowana w tym związku. Będę krzywdziła psychikę... - zakryła oczy mężczyzny dłonią - I powłokę fizyczną.
                  Kolejna woda zmyła włosy Khala z piany szamponu.
                • Meh… wszyscy musimy umrzeć. Ależ o ile romantyczniejsze jest gdy zagłada przychodzi od naszych bliskich. Jest w tym dramaturgia i jakaś siła. Tworzy znacznie lepszą historię niż dać się ubić bandytom na drodze, czy od losowej strzały na polu bitwy.
                • A nie lepiej nie dać się ubić nikomu?
                • I umrzeć ze starości i słabości? Może? Jakby odpowiednich ludzi mieć wokół siebie… Ale myślisz, że taki los jest pisany takim jak my?
                • Jeżeli byśmy nikomu nie dali się zabić... To byłoby możliwe. Jak bardzo? Pewnie mało, ale byłoby. Bogowie w końcu przystali na wolną wolę i nie włażenie ci buciorami do domu.
                • Brzmi całkiem nieźle… no niech ci będzie. Przekonałaś mnie. Możemy spróbować tego całego dożywania starości.
                • Ty już blisko jesteś. - dodała wrednie - Trzeba resztę ciebie umyć. Chłopiec podoła czy mam pomóc?
                • W jednym zdaniu jestem stary, w drugim już gówniarz? Baby… - prychnął rozbawiony, ale nie było w tym geście zawiści, ani pogardy - Dam radę, dzięki wielkie - stwierdził siadając prościej i przechodząc do praktyczniejszej części kąpieli.

                Nie trwała ona długo. Gdy się sprężył ukończył w kilka minut i chwilę potem kończył się wycierać. Ubrał się w świeże rzeczy i spojrzał na Kaylie z trochę… intensywniejsza intencją.

                • W porządku. Wiem, że temat nieprzyjemny, ale musimy wreszcie to omówić. Co chcesz z nim zrobić?
                  Kaylie rozwieszała ręczniki na parapecie by schły, sama nie patrząc na Khala.
                • Po prostu pozostaw to mnie.
                • Przepraszam, Kruszyno, ale absolutnie mowy nie ma. Jak cię puszczę samopas to jest niezerowa szansa, że to CIEBIE Filia będzie musiała powiesić, a to się dosyć mija z tym o czym mówiliśmy… wiesz… na ten moment to całe dożywanie starości jest akceptowalne, bo masz mi w tym towarzyszyć.
                • To dlatego on wciąż dycha? - odwróciła się do niego..
                • Nie. Dycha dlatego, że chciałem dać ci wybór. Nie pełen wybór, ale pewien wybór. Nie wezmę udziału w czymś co może ciebie zabić i jeśli uprzesz się na coś takiego, to będę musiał żyć z twoim gniewiem i żalem, ale wolę to niż z twoją krwią na rękach. Moja propozycja: zróbmy to jak należy. Poślijmy ich wszystkich na szafot, a tobie zorganizuję, przywilej ciągnięcia za dźwignię dla każdego jednego z nich, na oczach całego Evercrest, a przede wszystkim oczach kobiet które oni skrzywdzili tak jak ty zostałaś skrzywdzona.
                • I ile to zajmie? - zamarudziła.
                • Zależy ilu z nich chcemy dorwać. Zależy jak wiele takich przyszłych krzywd chcemy powstrzymać. Jeśli zadowolimy się samym Philipem i jego najbliższymi kumplami… kilka dni, jakby dobrze poszło? Ale wtedy najgorsze bydlaki pozostaną na wolności. Jeśli chcemy dorwać “Szefa” i może producenta to zależy… nic nie wiem jeszcze ani o jednym ani o drugim, ale w ciągu dwóch godzin poszukiwań odnalazłem Philipa, jego bandę, dorwałem próbki... - z podwymiarowej kieszeni wyciągnął mały słoiczek z kilkoma tabletkami Zmierzchu - ... i zdobyłem ich wstępne zaufanie. Najpewniej nie będą to miesiące poszukiwań, a tygodnie.
                  Kaylie skrzyżowała ręce na piersiach.
                • A to by było także ważne dla ustalenia religii, co?
                • Kaylie… jeśli zabijemy Philipka na własną rękę to i tak pójdę za resztą gangu. Czy pozbędziemy się go poprawnie, czy osobiście nie jest ważne dla religii. Jest to ważne dla mnie i ważniejsze dla ciebie. I wierzę, że dla ciebie będzie lepiej aby wszyscy zginęli na szafocie.
                  Zwróciła spojrzenie w podłogę.
                • Ale nie zanegujesz, że można by wykorzystać całą sprawę dla tego cholernego chochlika?
                • Nie twoją sprawę. Nie pojedynczy incydent, niezależnie od tego jak osobiście go traktuję. Można wykorzystać tragedię nie wiadomo ilu kobiet. Można wykorzystać rozbiór całej zorganizowanej grupy przestępczej, w której Philip jest tylko malutkim trybikiem. Ale i bez naszego zadania od Kozła bym posłał ich wszystkich na randkę ze sznurem wisielczym, bo posyłałem takich jeszcze zanim moje ścieżki przecięły się z jego.
                  Kaylie mogła się wydawać teraz jak niezadowolona mała dziewczynka, jakiej nie pozwolono w nocy siedzieć ze starszymi.
                • ... będzie jak trzeba...
                  Viktor uchwycił ją za ramiona.
                • Kaylie… on umrze. I przed śmiercią będzie się bał. Pożałuje, że kiedykolwiek ciebie spotkał. Kwestia tylko JAK zejdzie z tego świata. Czy chcesz aby to było osobiste, gdy go sama wykastrujesz i poderżniesz gardło, czy się zapaskudzi w konwulsjach, na tle wiwatującego tłumu, wciąż czując w ustach zgniłe pomidory którymi zostanie obrzucony. Naciskam na drugą opcję, ale nie narzucę ci jej.
                • Filia nie zgodzi się by ktokolwiek inny przeprowadził egzekucję. - burknęła - A na pewno nie bym była to ja. Ta, co chlała i dawała się na mieście każdemu kto chciał... - dodała pod nosem.
                  Viktor ucałował ją czule nad brwiami.
                • Nie “dawała każdemu co chciał”, ale “brała kogo tylko chciała”, jeśli wierzyć Davionowi. Zostaw to mnie. Wierzę w swoje zdolności. Muszę tylko wymyślić jak to ugrać, ale dam radę. A jakbym nie dał… to wrócimy do planu pierwszego z tajemniczym zaginięciem.
                  Kaylie opuściła głowę jakby bez siły. Nie miała jej na sprzeczanie się, więc nieoczekiwanie tego nie robiła. Psychicznie zmęczenie nie minęło, a jedynie skryło się w całej warstwie jej traum, a ona starała się zakopać je głęboko pod ich ciężarem.
                • Cokolwiek... - odparła prawie szeptem głosem wypranym z emocji i siły.
                  Viktor objął ją ramionami.
                • Przepraszam, że nie przynoszę doskonalszego rozwiązania…

                Godzinę leżeli już w łóżku. Viktor tulił ją jak małą dziewczynkę, przeczesując palcami jej włosy i niestrudzenie szepcząc jej słowa czułości i pochwały, oraz zapewniał, że wszystko będzie dobrze…

                W końcu powoli wyplątał się z jej ramiona, usiadł i rozejrzał się, dostrzegając poszukiwaną książkę na łóżku. Biorąc ją przysunął się do ściany i oparł o nią, otwierając na stronie oznaczonej zakładką. Wrócił do początku rozdziału. Arcana Magii Wtajemniczeń: Księgi i ich zastosowanie.

                • Hmmm… coś tam, coś tam… - mruknął pod nosem i wyszeptał inkantację muskając papier opuszkami palców, racząc się zaklęciem które Kaylie mu pokazała.
                  Rozdział zawierał informacje dotyczące magicznych ksiąg stosowanych przez magów do katalogowania zaklęć.
                  Każde zaklęcie zawiera dokładną formułę, słowa, składniki i rytuały, które muszą zostać wykonane w odpowiedniej kolejności, aby osiągnąć zamierzony efekt.
                  "Zapamiętywanie zaklęcia" jak określają to laicy, nie polega jedynie na przeczytaniu receptury. Jest to rytuał sam w sobie, gdzie poprzez czytanie, zapamiętywanie i medytację wzór istoty i struktury zaklęcia zapisuje się w umyśle maga.
                  Zależnie od mocy i talentu maga jest on w stanie zapamiętać określoną ilość takich wzorów.
                  Rzucenie zaklęcia powoduje wyzwolenie wzoru, przywołanie jego mocy i "zapomnienie" zaklęcia.
                • Cudowne zaklęcie… - powiedział pod nosem do siebie i wziął się do rzeczywistego pierwszego czytania. Takiego przy którym jeszcze nie oczekiwał od siebie głębokiego zrozumienia…
                  "Liber Magicus, dalej znane jako magiczne księgi stanowią podstawę prac badawczych każdego studenta magii…"

                Kaylie spojrzała z irytacją, jak zobaczyła, że Khal zabrał się za książkę. Nie był magiem a uzurpował sobie umiejętność pomocy jej i wytłumaczenie problemu? Absurdalny, nadęty dupek...

                • No już, już… przecież jej nie ubrudzę… - zapewnił Kaylie kątem oka widząc jej minę.
                  Wczytywał się w książkę, chłonąc słowa i znaczenia. Kilka razy całe akapity czytając po dwa i więcej razy, gdy były bardziej skomplikowane niż był w stanie je zrozumieć z marszu. Aby być szczerym… nie było ich mało. Arkana magii wtajemniczeń nie były jego głównym obszarem zainteresowań, ale nie spodziewał się większych problemów, jeśli poświęci temu dość czasu.

                Wstał z łóżka i usiadł do biurka. Przyszedł czas na drugie czytanie, gdy z każdego jednego akapitu spisywał notatkę. Krótszą i niepełną, bo i tak miała być tylko mapą mentalną, prowadzącą go do nie utrwalonego jeszcze zrozumienia, które jednak posiadał w swoim umyśle.

                Ponownie kilka razy potrzebował się zatrzymać.

                • Hmmm… zatrzymałaś się przed, czy po fluktuacjach krystalo-meferestyki?

                • Przed. - starała się by jej irytacja nie wypłynęła w słowach.
                  Zobaczyła Rhaasta opartego o ramę łóżka i jakby od niechcenia położyła dłoń na jego rękojeści.
                  "Jesteście już najlepszymi przyjaciółkami?"
                  "Bez przesady. Doszliśmy po prostu do porozumienia." miecz przez chwilę milczał "Więc, jak się czujesz? On nie usłyszy i nic mu nie powiem."
                  "A odkąd to jesteśmy my przyjaciółkami co się sobie zwierzają? Nie pamiętasz już jak wiele razy ustalałeś granicę i przypomniałeś mi o tym?"
                  "Tak… przepraszam. Uniosłem się dumą i pozwoliłem, aby to zepsuło nasze relację, jestem stary powinienem wiedzieć lepiej. Słuchaj to nie jest tak, że mnie na tobie nie zależy. Po prostu… jest wiele rzeczy, które nas różnią, których sam nie za bardzo lubię. Nie powinienem wyładowywać tego na tobie."
                  "...co on ci nagadał?" zapytała nieufnie, nie do końca wierząc w jego intencje.
                  "Że bycie negatywnym nie będzie działać na ciebie. Więc, chcę spróbować zacząć od nowa. Pozytywne wsparcie i porady. Podejrzewam, że za bardzo zszargałem nasze relacje, aby zadziałało, ale jestem gotów spróbować."
                  "Wybacz, jeżeli będę nieufna."
                  "Wybacz, jeżeli i tak spyróbuję?"
                  Kaylie westchnęła lekko.
                  "Dobrze..."
                  "Dobrze. Mogę zacząć więc od drobnej porady?"
                  "Jakiej to?"
                  "Pójdź z planem Viktora i spróbuj publicznej, legalnej egzekucji."
                  "Już przecież się zgodziłam, będzie jak wolicie..."
                  "Ale robisz to ponieważ nie chcesz się kłócić. Chciałbym cię przekonać, abyś faktycznie uważała, że to lepsza opcja."
                  "Co jest w tym lepszego? Poza zakładaniem kościółka."
                  "Głód. W sensie głód cię czeka, jeżeli pójdziesz drugą opcją. Widziałem to dostatecznie dużo razy. Zabijesz raz w zemście za siebie i wielu innych, poczujesz się słuszna. Więc zaczniesz szukać kolejnego i kolejnego i kolejnego. Wielu bohaterów zmieniło się w potwory w imię tego co "słuszne". Jeżeli natomiast pójdziesz z planem Viktora, może nie poczujesz tego uczucia słuszności. Nie od razu, ale uwierz mi będziesz miała bardziej rację niż przy zabawie w samozwańczego stróża prawa. Nie jesteś złą osobą Kaylie."
                  Przez cały wywód ostrza Kaylie słuchała spokojnie, bez słowa. Dopiero przy ostatnich słowach... Coś w niej pękło. Otworzyła szeroko oczy i zaczęła oddychać urwanie, próbując łapać głębokie oddechy.

                • Kaylie? - zapytał Viktor odwracając do niej spojrzenie.
                  Miecz został z brzękiem stali zsunięty na podłogę, gdy skulona w sobie kobieta patrzyła pusto w przestrzeń szeroko rozwartymi oczyma.
                  Adwokat już przy niej był nim dźwięk upadającego miecza zdążył przebrzmieć.
                  Złapał ją za dłoń i zacisnął mocno.

                • Jestem tu. To tylko atak paniki. Zaraz przejdzie… ściśnij mocno moją dłoń. Z całej siły jaką w tej chwili masz.
                  Prawie automatycznie i powoli zaczęła zaciskać dłoń Khala sama drżąc. Ciągle jej spojrzenie wychodziło z szeroko otwartych oczu skupionych na nienazwanej przestrzeni.

                • Kaylie, spójrz na mnie - Viktor pochylił się szukając jej uwagi.

                • On... - wydusiła z siebie nie chcąc spojrzeć na Khala.

                • Zaraz mi opowiesz, ale teraz pomóż mi pomóc sobie, dobrze? Spójrz na mnie, kobieto.

                • Nie ma racji, nie ma... - nadal nie patrzyła zanurzona w pustej przestrzeni.

                • Kaylie! Słyszysz ty mnie?! Jesteś tu?!
                  Chciał uchwycić ją forsownie za twarz i skierować jej spojrzenie na swoje, ale jej dłoń zacisnęła się na jego jak imadło i zwyczajnie nie miał siły jej wyrwać.
                  Bardzo powoli skierowała swoje spojrzenie na Khala... Nie było już tak rozszerzone, ale wciąż... Lekko za mgłą.

                • ... przecież jestem w pokoju z tobą...

                • Kaylie… mam wrażenie, że w paranoję popadłem, ale powiedz mi… jak mam na imię?

                • Khal... Viktor...

                • W porządku. Jesteś już spokojna? Atak paniki za nami?
                  Jedynie pokiwała niemo głową.

                • Uff… - Viktor spuścił powoli powietrze - Chcesz mi opowiedzieć mi co się stało? Kto nie ma racji? Jakieś nieporozumienie z Rhaastem?

                • Rhaast... Powiedział, że ja... - zakryła głowę ramionami - Sam go zapytaj.
                  Viktor kiwnął głową i w końcu wyswobodził dłoń z jej uścisku, by położyć palec na głowni magicznego miecza.
                  “Hmmm?” mruknął tylko mentalnie, pewnien, że nie musi wyjaśniać.
                  "Mówiłem, że bycie pozytywnym nie zadziała…" głos miecza wydawał się pokonany "Próbowałem ją przekonać do twojego planu. Powiedziałem, że przykro mi, że wcześniej nie wyszło, że to moja wina, bo dumny byłem. Powiedziałem, że nie jest złą osobą. Zapytałem czy wszystko z nią w porządku."
                  “Dobrze zrobiłeś. Nie miej sobie za złe. Praca nad tak zdruzgotanymi ludźmi nie jest łatwa, ani przyjemna. Dla nich zdrowienie bywa brutalnym opuszczeniem znanych dziedzin i to potrafi być przerażające. Potem porozmawiamy o tym więcej, ale powtarzam ci i nie wątp w moje słowa: dobrze zrobiłeś.”
                  "Chyba ją zepsułem bardziej…"
                  Viktor chciał na to odpowiedzieć, ale… nie był to czas na to. Teraz Kaylie go potrzebowała.
                  “Nie.” odpowiedział krótko i wrócił do arkanistki.

                • … że nie jesteś złą osobą? - dokończył zdanie sprzed kilku chwil, którego Kaylie nie była w stanie.
                  Ponownie niema odpowiedź, gdy lekko skinęła głową.

                • Kaylie… spójrz na mnie… - poprosił ujmując jej policzki i kierując oczy w górę. - Jakbyśmy odnaleźli niewolników których uratowałaś i opowiedzieli im o tym jak straszliwą cenę za to zapłaciłaś… co by o tobie sądzili?

                • Część z nich została złapana ponownie... - wyłkała z drżącymi mokrymi oczami - Zapłaciłam za nic...

                • No to skupmy się na tych którzy dali radę uciec. Co by o tobie sądzili? - zapytał z większym naciskiem.

                • ...nie... Nie zrobiłam tego dla poklasku...

                • A gdybyś robiła… to by dodało cnoty temu czynowi, czy odebrało?

                • Odebrało...

                • Więc ci którzy zyskali całe swoje życie dzięki tobie, wiedząc jaką cenę za to zapłaciłaś i, że nie robiłaś tego dla poklasku… co by o tobie sądzili?

                • ...że jestem naiwna...

                • Ja też byłem naiwny gdy ciebie od tortur wybroniłem?

                • Nie robiłeś tego bez żadnego bonusu dla siebie, choćby sama pomoc Nyerowi, prawda? Nawet jeżeli nie zależało ci na tym bardziej niż na pomocy niewolnikowi to dodałeś tak swojej renomie. - zaryzykowała.

                • Oj tak… zyskałem wiele w oczach niewolników i mniejszości co widziała ich jak ja. Ale wiesz u kogo straciłem? U Thrune’ów. U Davianów. U Arvanxi. Zgadnij którzy z nich mieli więcej możliwości dać mi odczuć swoje opinie… z resztą nieistotne… - zatrzymał sam siebie, zauważając, że pozwolił oskarżeniu wpędzić się w defensywę. - Naiwność nie tym o czym mówimy. I ostatecznie… tak. To było naiwne co zrobiłaś i wielu utilitarian by nazwało to dosadniej. Jednak nikt z uratowanych. W ich opowieściach jesteś aniołem zesłanym im z niebios. Ci co wiedzą bądź zgadują jak za to zapłaciłaś by cię jeszcze męczenniczką nazwali. Paladynów co idą ratować ludzi bez planu się jeszcze wychwala. Ja NIGDY nie zrobiłem nic w dziesiątej części tak dobrego jak ten jeden czyn. Nie jesteś złą osobą, Kaylie. Jesteś zszargana. Jesteś skrzywdzona. Jesteś zdewastowana emocjonalnie i zatwardziała przez to co przeszłaś… tak, aż za bardzo lubisz zabijać, ale nie widziałem abyś skierowała to przeciw komuś niewinnemu. Nie jesteś. Złą. Osobą. Udowodnij mi, że się mylę.

                • Jaka to różnica przeciw komu? - odwróciła wzrok - Chciałabym dokonywać krwawych i okrutnych odwetów... Co za różnica na kim?

                • Chciałabyś dokonać takiego odwetu na Lilii? Na losowej osobie co pod oknem teraz przechodzi? Na mnie?

                • Nie...

                • Czyli perfekcyjnie rozumiesz jaka jest różnica przeciw komu odwet jest kierowany. A to, że twoja zszargana dusza pragnie zemsty nie czyni ciebie złą osobą. To co zrobiłaś Thrune’owi nie czyni ciebie złą osobą. Twoje fantazje okrutnych mordów nie czynią ciebie złą osobą. Dopiero jakbyś pozwoliła temu okrucieństwu wylać się do czynów i skrzywdzić kogoś kto na to nie zasłużył… dopiero to byłoby złe. Ale wiesz co? Zrobienie jednej złej rzeczy RÓWNIEŻ nie uczyniłoby ciebie złą osobą. Zła osoba to taka która wybiera zło znowu, i znowu, i znowu. Ani razu nie widziałem ciebie wybierającą zło.
                  Kobieta nie odpowiedziała. Nie widziała jak i nie wiedziała czy chce. Po prosto skuliła głowę unikając wzroku mężczyzny.

                • Wiem, że to nie jest proste. Wiara w coś takiego pozwala zabić nadzieję nim się ona narodzi, a nadzieja potrafi być przerażająca dla takich jak my. Bo co jeśli się nie uda? Co jeśli uwierzymy i zawiedziemy? Czujemy jakbyśmy mieli się po tym nie podnieść, to po co ryzykować, skoro tak jak jest teraz radzimy sobie całkiem–całkiem… Ale nie zawiodłabyś… czemu ten raz jest inny niż wszystkie poprzednie? Bo teraz wreszcie nie byłabyś z tym sama.

                • Mam coraz mniej czasu na studia... - mruknęła nie patrząc na Khala.

                • MamY. Pomagam ci w tym. Jeszcze kwadransa potrzebuję, a potem kolejny kwadrans gdy pomożesz mi dwie rzeczy zrozumieć i będę miał całość opanowaną. Wtedy będę mógł ci pomóc to przyswoić. I to NIE jest żadne wywyższanie się, ani w żaden sposób nie udowadnia to żadnej formy wyższości nikogo nad nikim. To tylko to, że ja mam w tym momencie znacznie czystszą głowę niż ty i nie muszę na głos mówić czemu tak jest…

                • Jasne... - mruknęła pod nosem. Ze swojego doświadczenia w czytaniu ludzi prawnik mógł mieć takie lekkie przeświadczenie, że ona
                  po prostu była...
                  ...
                  ...zazdrosna?
                  Viktor zamrugał kilka razy… przyjrzał się jej dokładniej, odegrał w głowie wydarzenia jeszcze raz i… utracił wiarę, że mu się tylko wydaje… ale to, że widział w najmniejszym stopniu nie oznaczało, że rozumie…

                • Wyjaśnisz mi, Kruszyno, co teraz czujesz?

                • Niecierpliwość. - odparła zbyt szybko by to było prawdziwe - Załatwmy już to.
                  Cisza się odrobinę przedłużała gdy Khal rozważał opcje. Prawdę mówiąc… ciekawość go zżerała. Chciał to rozgryźć jak łamigłówkę. Jego uniesiona brew nie kryła braku wiary w jej odpowiedź.

                • W porządku - kiwnął w końcu głową i wrócił do biurka. - Kwadrans i dalej będę ciebie potrzebował byś mi wyjaśniła… - powiedział biorąc do dłoni pióro i wracając do pracy.

                Czwarte czytanie to było już tylko powtarzanie listy punktów i podpunktów, które miały podsumowywać cały rozdział książki. Przeczytał ją dziesięć razy i na koniec wyrecytował pod nosem, upewniając się, że za każdym podpunktem idzie nie tylko słowo, ale zrozumienie.

                • W porządku, Kruszyno… podejdziesz do mnie? Potrzebuję twojej pomocy z kilkoma rzeczami…
                • Tylko kilkoma? - przesunęła się bliżej Khala, starając się nie okazywać sarkazmu w głosie.
                • Dwoma czy trzema… - udał, że wcale go nie słyszał. - Powiedz mi jak, rozumiesz meta-amplifikacje taurytyczne w kontekście polaryzacji wstecznej many? Jak to ma, w ogóle, działać?

                Kaylie ledwo panowała nad zazdrością i złością. Nie mogła znieść, że JAKIŚ kapłan ma JĄ uczyć, który potrzebuje lizać buty innemu by użyczono mu magii? Jego szybka pojętność ją drażniła nieznośnie. Przecież to nie on był adeptem sztuk wtajemniczeń, to nie on miał za sobą lata doświadczeń! Czym on był przy niej?!

                Kilkukrotnie fuknęła ironicznie na pytanie o wytłumaczenie mu banalnej teorii. Jeżeli jest taki niesamowity to czemu tego pojąć nie może? Czemu w ogóle próbuje, a nie odda się przyznając, że to go przerasta?

                Ale Viktor się nie dawał zniechęcić. Na ten moment jeszcze udawał, że nie zauważa nieprzyjemności i jej spojrzenia. Czasem one same przechodziły… ale jego cierpliwość się kończyła powoli.

                • Kaylie, Kaylie, Kaylie… - zastopował ją, gdy się trochę zapędziła - Wolniej proszę. Jakbym nie potrzebował wyjaśnienia bym ciebie o nie nie prosił. Możemy jeszcze raz? Od początku? To już ostatnie będzie, hmm?
                  Kaylie skrzywiła się.

                • Czy ty robisz mi na złość, czy naprawdę złoty chłopiec Cheliax, Trzecie Pióro potrzebuję kolejnego powtórzenia? - tym razem mi ton był dość agresywny.
                  VIktor oparł się na krześle, aby trochę się zdystansować.

                • Tak - odpowiedział i dał słowu przebrzmieć nim kontynuował - Aby w danych mi ramach czasu to ogarnąć optymalne jest skorzystać z twojej ekspertyzy. Myślałem, że ci tu pomagam, ale zaczynam myśleć, że się tylko narzucam. Czy moja pomoc jest mile widziana?

                • Przecież ty nawet nie będziesz w stanie tego pojąć, a chcesz mnie uczyć?

                • Jakbyś połamała nogę… i potrzebowała się gdzieś szybko dostać, też byś traktowała jako obelgę jakbym chciał ci w tym pomóc?

                • To zupełnie co innego!

                • Tak? Bo ja to widzę tak, że jesteś ode mnie lepsza w czymś, ale okoliczności utrudniają tobie wykonanie tego czegoś w efekcie mi to idzie lepiej. Gdzie jest ta różnica?

                • Teraz nic nie złamałam!

                • Nie, nie złamałaś… złamanie byłoby “okolicznością utrudniającą” bieg. “Okoliczności utrudniające” naukę mają inne formy. Wiesz co zrobiłem gdy mnie spotkała “okoliczność utrudniająca” w postaci gorączki? Oddałem sprawę młodszemu wspólnikowi… ale gdyby była na tyle ważna, że osobiście musiałbym się stawić to pozwoliłbym mu przepracować temat i wyłożyć go dla mnie, mimo, że byłem dwa razy takim adwokatem co on. Pozwól mi teraz być tobie “młodszym wspólnikiem”.

                • ...niech będzie... - burkneła jak mała dziewczynka.

                • Dziękuję… więc wyjaśnisz “młodszemu wspólnikowi” ark-syntezę? Naprawdę jest on bliski załapania, ale potrzebuje jeszcze trochę pomocy, hmm?

                • Już rozumiem. W sumie to proste jest. Bernck się solidnie postarał aby skomplikować prosty temat… W porądku… daj mi chwilę by sobie to wszystko ułożyć w głowie w jedną całość.

                Viktor odchylił się w krześle i założył ręce za głowę. Spojrzenie skupiało się gdzieś ponad sufitem, gdy mamrotał do siebie po kolei chronologię zjawisk…

                • W porządku. Wolisz zacząć od samego początku, czy od któregoś konkretnego momentu?
                • Może być od początku... Nie chcę byś się pogubił.
                • Doceniam troskę, tak też rzeczywiście bym preferował… pozwolisz, że zrobię to z tym całym wstępem jakbym ciebie rzeczywiście uczył, abyś mogła wyłapać moje ewentualne niedociągnięcia. Tak w ramach podwójnego sprawdzenia, hmmm? - zapytał mruknięciem, ale nie dał jej wcale czasu na odpowiedź. - No to więc…
                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #123

                  Kaylie

                  Kaylie opuściła Popielny Dwór w blasku porannego słońca i skierowała się w stronę rezydencji barona Evercrest, na kolejną lekcję od Ferna. Strażnicy przed bramą przywitali ją uprzejmym skinieniem. Poznała jednego z nich z poprzedniej wizyty, drugi patrzył na nią z pewną dozą… strachu?
                  Ten, którego już znała ruszył przodem, prowadząc ją przez chłodne, kamienne korytarze budynku. Po drodze mijali obrazy, popiersia, magiczne lampy o bursztynowym blasku, wszystko uporządkowane, sterylne, niemal bezosobowe. Wreszcie dotarli do znajomych, wysokich drzwi biblioteki.
                  Strażnik otworzył je i stanął z boku, gestem zapraszając ją do środka.
                  Wnętrze było ciche, pachnące pergaminem i kadzidłem. Kilka ksiąg leżało już przygotowanych na stoliku przy oknie, starannie poukładanych. Obok, tacka z porcelaną: imbryczek z herbatą, dwie parujące czarki, miseczka z suszonymi owocami i drobnymi słodyczami.

                  -Mistrz Fern kazał przeprosić, że nie może zjawić się od razu - powiedział strażnik. - Powinien przyjść za około pół godziny. Proszę się poczęstować i skorzystać z przygotowanych ksiąg. Powinny przygotować panią na dzisiejsze zajęcia.

                  Z tymi słowami odwrócił się i wyszedł, zamykając za sobą drzwi z dyskretnym kliknięciem.
                  Na moment zapanowała zupełna cisza. Jedynie cichy szelest liści za oknem i odgłos kapiącej wilgoci z imbryczka.

                  „Podejrzane…” usłyszała w myślach głos Rhaasta. „Mile widziane, pewnie. Ale czemu jest aż tak miły?”

                  Khal

                  Azazelita został sam w swoim pokoju. No… był jeszcze Fisuś, ale chowaniec właśnie drzemał na łóżku Viktora, zwinięty w kłębek, pomrukując cicho, jakby śnił o czymś słodkim lub krwawym. W kącie stał jego sprzęt, zaczęty rytuał, szkic runicznego wzoru, kilka notatek rozrzuconych po stole. Kapłan rozważał, czy nie poświęcić reszty dnia na stworzenie kolejnego cudownego przedmiotu. Cisza sprzyjała skupieniu.
                  I wtedy, pukanie do drzwi.

                  • Viktor? - rozległ się znajomy głos. Po chwili do pokoju zajrzała Lilia, trzymając się za framugę drzwi. - Wybacz, że przeszkadzam.
                    Zrobiła nieśmiały krok do środka.
                  • Tata mówi, że zaraz przyjdzie Filia z tym całym Davrosem. - Skrzywiła się lekko na to imię - Ponoć możesz być zainteresowany.

                  Jej słowa potwierdził widok zza okna. W stronę Popielnego Dworu zbliżała się grupa strażników. Na czele szła komendant Filia, krokiem pewnym, ale spiętym. Za nią jechał wóz, na którym ustawiono solidną żelazną klatkę. Coś albo ktoś, poruszał się w jej wnętrzu, choć trudno było dostrzec szczegóły przez przykrycie.

                  Lilia odchrząknęła przywracając uwagę kapłana do siebie.

                  • To idziesz? - zapytała, uchylając drzwi szerzej i wyciągając dłoń w zapraszającym geście. Na jej twarzy zawitał lekki uśmiech.

                  Baltizar

                  Dzień był pochmurny, ale suchy. Wóz trząsł się rytmicznie na wyboistej drodze, gdy powoli oddalali się od Willowcreek. Pod plandeką kryły się dziesiątki ksiąg — świeżo wydrukowane tomy, z których część zamówił sam Baltizar. Zapach farby drukarskiej mieszał się z wonią kurzu, skóry i koniny.
                  Gunthard, młody krasnolud o gęstych, rudawych bokobrodach, gwizdał przez zęby, jakby na przekór ciszy, która zalegała wokół. Choć był drobniejszy niż większość jego krewniaków, miał donośny głos i nieustanną potrzebę mówienia. Obaj z gnomem wymieniali się opowieściami, aby umilić sobie drogę.
                  Kilka godzin i wiele historii później, krasnolud zerknął na drogę i mruknął:

                  • Zjedziemy trochę na bok, trzeba dać koniowi odpocząć.
                    Wskazał palcem przed siebie. - Jest tu niedaleko takie jeziorko. Koń se poje i napije się. Może i my jakąś rybkę złowimy, chę? O! A przypomniało mi się coś.

                  Poprawił lejce i odchrząknął.

                  • Słyszałem historię o jednym z moich kuzynów, co zakochał się w banshee. Myślał, że to elfka. No bo wiesz, biała suknia, długie włosy, dużo smutnego śpiewania… - Gunthard zaśmiał się i pokręcił głową.
                  • No i niby romantycznie. Spotykali się co noc nad bagnem. On jej przynosił kwiatki, a ona mu... no, głównie ciszę. Myślał, że jest nieśmiała. A ona po prostu czekała, aż powie jej imię.
                  • A no… powiedział. I ponoć go pocałowała! I do dziś nie wiadomo, czy z miłości, czy żeby go uciszyć. - Parsknął śmiechem. - Ale wiesz co najdziwniejsze? Po nim został kufer. W rodzinnej kopalni. Czasem, jak do niej wchodzisz, słychać z niego śpiew. Taki… zły, ale smutny.

                  Zamilkli na chwilę. Droga prowadziła ich między pagórkami, aż wreszcie zza zakrętu wyłoniło się znajome miejsce, niewielkie jeziorko, nad którym podróżni często odpoczywali.
                  Ale coś było nie tak.
                  Zamiast wody, w zagłębieniu ziemi znajdowała się tylko spękana, sucha skorupa. Błoto dawno wyschło, zostawiając pęknięcia przypominające pajęczą sieć. Brzegi jeziora porastała żółknąca trawa, a w powietrzu unosił się niepokojący zapach zgniłej ryby, choć wody nie było ani kropli.
                  Koń zarżał niespokojnie i postąpił krok w bok.

                  • Co do cholery…? - mruknął Gunthard, zeskakując z kozła. - Nie no, przecie ostatnio padało! - Krasnolud rozejrzał się, marszcząc brwi.
                    Baltizar poczuł znajomy ucisk niepokoju,ale nie takiego, który towarzyszył jego nowemu nabytkowi czy paskudztwu, która go gnębi. To było coś innego. Nowego. A jednak gdzieś w głębi duszy czuł, jakby znał to uczucie.
                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #124

                    Podróż

                    Siedząc na Jogmethcie Baltizar rozejrzał się podejrzliwie po okolicy mówiąc głośno i nerwowo do krasnoluda.

                    • Wracaj na kozła i pogoń konia. Plugawej magii to dzieło i z pewnością… nadal jest tu w okolicy stanowiąc zagrożenie. Nie powinniśmy się tu zatrzymywać.-
                      Po czym zwrócił się do siedzącego na wozie Etrigana.
                    • Zrób kilka kółek po okolicy i powiadom mnie o wszystkim co uznasz za nietypowe.-
                      Sam też sięgnął po czar mamrocząc pod nosem i wykonując drobne gesty. By wykryć ślady magii w okolicy.
                      Jednak nic, zaklęcie nie wykazało nawet cienia magii jakiegokolwiek pochodzenia. Dopiero po kilkunastu minutach Etrigan zgłosił dziwne narośla, uschłe, ale sięgające do środka wysuszonego jeziorka. Nie wyglądało jakby były podłączone do żadnej z lokalnych roślin.
                      Gnom zanotował odkrycia w notatniku i zwrócił się do krasnoluda.
                    • Może lepiej wynośmy się stąd? Najwyżej odpoczniemy bliżej rzeki.-
                      Cokolwiek tu się stało, nie było wystarczająco istotne by ryzykować własne życie dla zaspokojenia ciekawości. Jeziorko nie zając, nie ucieknie.
                    • Ano… - odparł krasnolud - Godzinę drogi stąd jest spokojny brzeg rzeki. Tam odsapniemy.
                      Gnom sięgnął po zakupioną mapę, rozejrzał i oznaczył na niej to miejsce. Po czym ruszył za wozem pytając.- Często takie anomalie tu się zdarzają? Takie wyschnięte… miejsca?-
                      Krasnolud wciągnął się na kozła i zaczął powoli odwracać wóz
                    • Nie bez długiej suszy. - odparł - A takiej nie mieliśmy ostatnio.
                    • Hmm…- zamyślił się gnom chowając swoją mapę.- Czyli… od niedawna raczej. W Evercrest są… jacyś… uczeni…? Bo pewnie tacy zamawiają u was do wydrukowania tomy, od czasu do czasu?-
                    • Pełno. Głównie w tej ich świątyni trzech bogiń. Ale ponoć też jakąś szkołę otworzyli.
                    • To zadanie dla któregoś z nich. Zagadka do rozwiązania…- zamyślił się gnom planując głośno.- Oooo… to może być okazja dla rywalizacji między nimi. Która ze świątyń pierwsza znajdzie rozwiązanie? Której uczeni, kapłani, magowie są najmądrzejsi? O tak… podoba mi się to…-
                    • Na pewno jak im naopowiadaz to się zainteresują. - przyznał krasnolud - Chociaż to ponoć się zaczyna robić kłopot. Ataki Boggartów i innych bestii z mokradeł… brzmi jakby im domy powysychały.
                    • Jakiego maga nie interesują magiczne zagadki? Zwłaszcza jeśli może je rozwiązać przed konkurencją.- odparł z uśmiechem gnom, by po chwili dodać ponuro. - Zwłaszcza gdy mogą być zapowiedzią późniejszych kłopotów.-
                    • To możesz też poinformować tego ich Dwornego Maga. Straszny dziwak ponoć, z paranoją dorównującą komuś o złotych zębach wchodzącego do jamy smoka.
                    • Nooo… wypadałoby.- zastanowił się gnom drapiąc po brodzie.- A są w okolicy inne dziwaki jak on? Inni magowie?-
                    • Nie żeby się afiszowali. - przyznał krasnolud - Chociaż ponoć jaki mieszka gdzieś na wsi. Emeryt.
                    • Interesujące. - odparł Baltizar w zamyśleniu. Wszak nie istniało coś takiego jak emerytowany mag. - A gdzie szukać? Wśród jakich wsi? Bardziej na północ od Evercrest?-
                      Zapytał sięgając po mapę.
                    • Wybacz, ale nie wiem. Jedynie słyszałem plotkę. Na północ i wschód od Evercrest nie ma wsi, więc możesz ograniczyć szukanie na południe i zachód.
                    • Acha… dzięki za informację.- odparł gnom znacząc coś na mapie. I po chwili schował ją. Po tych działaniach skupił się na dalszej podróży, od czasu do czasu wysyłając Etrigana by rozejrzał się z powietrza za nowymi “niespodziankami”.
                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #125

                      "I o co chodziło tamtemu strażnikowi?"

                      Kaylie podeszła bliżej ksiąg i zaczęła je przeglądać, starając się wybrać możliwie najbardziej interesującą, aby z nią udać się na miejsce. Położyła bezpiecznie lekturę z dala od parującej czarki. Poczęstowała się suszonymi owocami ocierając palce o chusteczkę nim wzięła do ręki lekturę.

                      "Może po raz pierwszy zobaczył piękną kobietę, co nie śmierdzi oborą i się przeraził?"

                      Kaylie parsknęła śmiechem pod nosem nie przerywając przeglądania księgi.

                      Księgi kontynuowały tematykę z pierwszej lektury arkanistki. Zagłębiając się w arkana zapamiętywania zaklęć.

                      Kaylie przez cały czas czytała nie odzywając się ni słowem, o ile by Rhaast jej nie zagadał. Raczyła się poczęstunkiem wyraźnie uważając by nie urazić nim stronic księgi czy stolika lub nakruszyć na stolik lub dywan (nie dajcie bogowie!). Zachowywała się jak dobrze wychowana szachetna dama, nie jak typowy najmimorda. Nawet dla przyjemności gospodarza osłoniła jego parującą czarkę spodeczkiem by nie uciekało za bardzo ciepło i wieszcz nie przyszedł na chłodną herbatę.

                      Dokładnie pół godziny po przybyciu Kaylie, drzwi do biblioteki otworzyły się. Fern w dość nieformalnym, ale wciąż schludnym ubraniu dołączył do arkanistki.

                      • Witaj, moja droga. Wybacz, ale są rzeczy, na które wpływu nie mam i musiałem cię tu pozostawić na chwilę. - uśmiechnął się delikatnie - Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
                      • Nie ma problemu. - powiedziała odkładając książkę - To w sumie ty mi grzeczność robisz, nie na odwrót. - spojrzała w stronę czarek z napojem - Przykryłam twoją herbatę byś nie przyszedł na zimną.
                      • Dziękuję. - odparł elf i przysiadł się - I cieszy mnie, że przyszłaś. Wiem, że… - zamilkł na chwilę - Przeżyłaś małe piekło…
                        Kaylie powoli upiła łyczek herbaty patrząc pustym wzrokiem w przestrzeń.
                      • Poznałam Evercrest z... mniej szanowanej strony. Ale żyję.
                      • To dobrze. Że żyjesz, się znaczy, życie ma potencjał. Życie to ścieżka do nieskończonej ilości drzwi. - elf klasnął w dłonie - Dobrze więc, jesteś gotowa na kolejną lekcję?
                      • Chyba nie sądzisz, że przyszłam tutaj oglądać zbiory Barona?
                        Fern skrzywił się na komentarz.
                      • Niestety mój benefactor ma więcej zasobów niż gustu. Po prostu cieszy mnie, kiedy rzuci część z nich w moim kierunku. Dobrze zaczynajmy więc. - Elf rozpoczął dokładniejsze tłumaczenie tajników zapamiętywania zaklęć, o niemalże symbiotycznej relacji księgi i maga i efektach zagłębiania się w trudniejsze inkantacje. Pod koniec Fern uśmiechnął się - Ludzie zawsze mnie zdumiewają. Elf, ponieważ ma czas, lubi poświęcić więcej czasu na… no wszystko. Wy potraficie nie tylko przelecieć przez temat w czasie, w którym my pewnie dopiero byśmy zaczynali, ale zdążycie też całkowicie przyswoić wiedzę i zrozumieć praktyczne zastosowania. - ujął dłoń kobiety - Mówiłem, że nie zwykłem brać uczniów, prawda? Zaczynam się zastanawiać, czy nie zmarnowałem czasu, tego nie robiąc. Gdybym miał uczniów jak ty, wypełniłbym świat czarodziejami od Arcadii po Tian-Xia.

                      Kaylie była wyraźnie zaskoczona słowami i gestami elfa. Chrząknęła odwracając wzrok wyraźnie uroczo speszona. Co miała powiedzieć, co miała robić? Wszystko było takie… nowe.

                      • To… naprawdę nieoczekiwane słowa… - szepnęła pozwalając mu trzymać się za dłoń, jednocześnie nie wiedząc co to wszystko ma oznaczać. Czy on chce z nią flirtować…?

                      • Ale zasłużone. - odparł elf - Posiadasz talent i chłonny umysł, który zadowoliłby każdego nauczyciela.
                        Kaylie była bardzo zaskoczona.

                      • ...naprawdę? Mój nauczyciel... On mną gardził i nie zgodziłby się z tobą...

                      • Więc był idiotą. - odparł Fern - Powiedziałem, że nasza edukacja zajmie tydzień, ale nie zdziwiłbym się gdybyś zrozumiała wszystko czego chciałbym cię nauczyć już za dwa dni. Oczywiście nie przeszkadzałoby mi, aby pouczyć cię trochę dłużej. - elf się uśmiechnął - Nie widzę jednak nigdy tego tępego niezrozumienia w twoich oczach, jak to zawsze bywa z nowymi tematami. Więc, nie wiem nawet czego JESZCZE miałbym cię uczyć.

                      • Ja... Bardzo dziękuję. To naprawdę wiele dla mnie znaczy, nawet nie wiesz jak wiele. - kobiecie ciężko było w to wszystko uwierzyć. Takie słowa? Z ust Wysokiego Ludu? - O jakim piekle wspominałeś na samym początku? Wiesz, co się stało?
                        Elf zmarkotniał.

                      • Wiem, ŻE się stało. Klątwa zawodowa, dosłownie w moim przypadku. Jestem w stanie wyczuć nadciągające... kłopoty. Jeżeli się nie skupię, to tylko tyle, jeżeli natomiast skoncentruję się na nich, to wiem dokładnie co gdzie i jak. Wolałem nie, w twojej sprawie. Nie ponieważ życzyłem ci źle. Doświadczenie mnie nauczyło, że świat nie lubi jak krzyżuje mu się plany. Dwa stulecia temu powstrzymałem zamach na życie lorda ziem na zachód stąd. Dobry czyn, co nie? Lord był dobry, dbał o ludzi o swoje ziemie... ożenił się z absolutną kurwą, która owinęła go sobie wokół palca. Ludzie zaczęli cierpieć a ja pięć lat spędziłem w lochu, za odradzanie aby jej słuchał. - pokręcił głową - Wiem, że coś się stanie, a doświadczenie mówi mi, że będzie gorzej jak zainterweniuję.

                      • Nie jestem wieszczem, ale rozumiem. Nie mam ci nic za złe. Chciałam po prostu wiedzieć ile się dowiedziałeś... I czy to dziwnie zachowanie strażnika przy wejściu ma jakieś z tym połączenie? Jakbym widziała w jego zachowaniu trochę strachu...

                      • Powiedziałem im, żeby obchodzili się z tobą delikatnie. Dużo przeszłaś. Ostatnio jak im dałem takie polecenie, mój gość okazał się wilkołakiem.
                        Kaylie zaśmiała się cicho.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SeachS Niedostępny
                        SeachS Niedostępny
                        Seach
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #126

                        Viktor spojrzał na córkę gospodarza wciąż analizując w głowie widok Filii za oknem.

                        • Lilio… Kwiecie tej mieściny niecywilizowanej… nigdy nie przepraszaj mnie za zajmowanie mojego czasu. Jesteś zawsze mile widziana, a gdy jeszcze przynosisz mi wieści to jest dodatkowa wartość. Prowadź…
                          Córka karczmarza uchwyciła Viktora pod rękę i zaprowadziła go do głównej sali, która była dziwnie pusta jak na tą porę dnia. Otto kiwnął głową kapłanowi.
                        • Zaraz tu wejdą. Masz coś do obgadania z Blackfyre?
                        • Och… nawet nie wiem od czego zacząć, a co zostawić na inną okazję… zobaczymy jak się historia rozwinie.

                        Drzwi karczmy otworzyły się, do środka weszło dwóch strażników a za nimi Filia Blackfyre. Skinęła głową karczmarzowi.

                        • Witaj, Otto. Mamy twojego nowego gościa. - karczmarz prychnął.
                        • Gości ja zawsze chętnie przyjmę. To coś, to tylko udręka. - zapukał palcami o blat kontuaru - Poślij chłopaków na lewo, za rogiem karczmy będzie zejście na tyle duże, aby wjechał tam wóz z tą klatką. Nie ma co parszywcowi robić wygód. - komendant skinęła na strażników, którzy z nią weszli, a ci szybko opuścili pomieszczenie. Filia zerknęła na azazelitę.
                        • Viktor? Nie mów, że masz już jakieś plany co do naszego jeńca?
                        • Ciebie też dobrze widzieć, Filio… - odpowiedział z serdecznym uśmieszkiem - Nie mieliśmy okazji go przesłuchać w trasie, więc była pewna nadzieja, by to teraz zrobić… o ile grafik ci tego nie uniemożliwia… mam też nowe przypuszczenia którymi chciałbym się z tobą podzielić.
                        • Bogowie... co jeszcze odkryłeś? - komendant usiadła do jednego ze stołów zapraszając adwokata - Tylko podstawowe pytania. Niczego nie zaprzeczał, ale też nie miał informacji, które mogłyby pomóc. Nie znał imion swoich ofiar, bo go nie interesowały. Widział jedynie "mięso, które skamlało". Jego słowa.
                          Viktor usiadł przy stole rozważając cytat. Jak daleko sięgała współpraca Prawdopodobnie-Ahaira-Nr.Dwa z Crawcoltem i jego sojusznikami?
                        • Niestety nie przynoszę dobrych wieści. Mam… zaufanego człowieka… co zarzeka się, że widział alchemika posługującego się imieniem Davros, konszachtującego z Crawcoltem. Wygląd się zgadza… ale wiek nie. I dystans. To spotkanie miało być tydzień temu i odległość nie pozwoliłaby mu dotrzeć do swojego laboratorium klasycznymi metodami… - na razie nie proponował swoich wniosków, chcąc dać Filii czas samej to przetrawić.
                          Kobieta zaklęła.
                        • Tego nam brakowało. Jest ich więcej... - westchnęła - Tłumaczyłoby czemu jest tak nie przejęty swoim losem. Jeżeli ma jedną lub dwie kopie, albo sam jedną jest... - pokręciła głową - Zaczynam żałować, że wróciłeś do Evercrest. Życie wydawało się prostsze wtedy...
                          Viktor milczał chwilę, oddając szacunek jej trudom.
                        • Przepraszam ciebie, Filio, ale jestem tylko światłem rozjaśniającym mrok w którym krył się syf, od zawsze będący w tym mieście. I wierzę, że właśnie tego światła Evercrest teraz bardzo potrzebuje. Czy chciałabyś abym… zwolnił? - zapytał z troską, ale bez żadnego rodzaju pobłażliwości - Liczyłem na ścisłą współpracę ze strażą, jako, że nasze cele są wybitnie zbieżne, ale jeśli to dla ciebie zbyt dużo… mogę zredukować twoje zaangażowanie, albo możesz wyznaczyć mi kogoś zaufanego ze swoich ludzi z którymi będę bezpośrednio pracował… masz bezpieczeństwo całego miasta na głowie, nie tylko te aspekty które odkrywam.
                          Filia chwilę się zastanowiła, ale w końcu pokręciła głową.
                        • Nie. - odparła krótko - Nie, nie mogę pozwolić sobie na zwątpienie. Nie teraz, nie ponieważ "zrobiło się ciężko". - spojrzała na Viktora - "Ścisłą współpracę" - powtórzyła jego słowa - Z tobą, czy z twoim kościółkiem?
                        • Z obydwoma. Kościół będzie dzielił moją wizję i moją misję. I oboje nie spoczeniemy póki nie oczyścimy Evercrest choćby z czegoś takiego… - zadeklarował stawiając na stole buteleczką z tabletkami. - … skoro chcesz być w obiegu… wiesz co to jest?
                          Powietrze zeszło z Filii. Wysypała jedną tabletkę na dłoń.
                        • Zmierzch? Cholerstwo pojawiło się kilka miesięcy temu. Technicznie nielegalne, praktycznie szlachta i bogaci korzystają podczas imprez. Wiesz, póki ktoś nie naskarży nie możemy nic zrobić. Skąd masz ten syf?*
                          Viktor zmarszczył brwi niezadowolony.
                        • Wiesz, że może być stosowany nie tylko rekreacyjnie, ale również jak morfeina? Tak mi go właśnie reklamowano.
                        • Słyszałam. - przyznała Filia - Dlatego staramy się to gówno tropić. Kłopot w tym, że nie ma stałego przypływu. Pojawia się, mamy ciszę na jakiś czas i znowu wraca. Żadnych rutyn, niczego. Ja jedynie się połapałam o jego obecności w wyższych strefach na jednym przyjęciu, na które zaciągnął mnie tata. Nasze prawo zezwala na używanie nawet nielegalnych substancji pod kilkoma warunkami. Opłata, wniosek, notka informacyjna rozdawana każdemu przed przyjęciem i obecność medykusów. - kobieta się skrzywiła - Wiesz, że kobiety częściej z tego korzystały niż faceci? Najwyraźniej świństwo nie przeszkadza przepływowi krwi, ale przedłuża... wydarzenie.
                        • Nie wiedziałem… Hmmm… zdolność zachowywania wspomnień musi zależeć od dawki, bo mi go reklamowano właśnie jako amnestyk. Mówiłaś, że skargi potrzebujecie. Jakiej skali? Ja wiem o przynajmniej jednym wykorzystaniu dla krzywdy drugiej osoby. Kilka dni i pewnie znajdę jeszcze dziesiątki…
                        • Skargi w sprawie szlachty. Jeżeli zrobią to nielegalnie. Obszczymury gwałcą dziewczyny w barach? Powiedz kto, gdzie i kogo, a zakujemy w dyby z dupą wystawioną na jurne byki.
                          Viktor zamrugał oczami kilka razy.
                        • Nie mówisz mi chyba, że jakbym dał ci na tacy zorganizowaną grupę przestępczą, odpowiedzialną za to, że obszczymury mają dostęp do tych tabletek to skończyli by w dybach na kilka dni, a potem by im pozwolono wrócić do biznesu, prawda?
                          Westchnęła.
                        • To skomplikowane. Kara śmierci nie jest częstym wyrokiem. Szczególnie, jeżeli zbrodnia nie kosztowała kogoś życia. Najprawdopodobniej? Publiczne upokorzenie, jeżeli naprawdę zwyrodniała zbrodnia, to naznaczenie i wygnanie z kraju. Nie zamykamy ludzi w więzieniach na lata. Nie mamy infrastruktury na utrzymanie tego. Więc karzemy, jak możemy... i sprawiamy, aby nie byli już naszym problemem. - pokręciła głową - Co do zorganizowanej przestępczości... zależy jak wysoko by to szło. Jakiś bogaty kupiec? Zabralibyśmy mu wszystko i wygnali z kraju, razem z jego kumplami. Jakiś członek naszej szlachty... odebranie tytułu, ziem, bogactw i wygnanie. Skurczysyn skończyłby jedynie z butami na swoich nogach.
                        • Ughh… a potem wszyscy się dziwią, skąd tylu bandytów na traktach, prawda? Jakby nikt nie widział, że wasze łaskawe kary nie zostawiają im alternatyw. To… właśnie TO… - pół-warknął Viktor, głosem ostrym i napiętym - To właśnie jest powód dla którego Evercrest potrzebuje Azazela. I mnie. Jesteście tacy dobrzy, tacy humanitarni, że zamiast sobie pobrudzić ręce szybką egzekucją wolicie wygnać człowieka, by zdechł jak zwierze lub sam stał się zwierzęciem polującym na innych. W Cheliax nie było takich problemów… Było domniemanie niewinności i woleliśmy puścić przestępcę wolno, niż skazać niewinnego, ale jak się już udało… to kara COŚ znaczyła. To zgwałcona dziewczyna czuła, że sprawiedliwości stało się zadość. Publiczne wybatożenie… i to takie by przestępca zapamiętał. Większość wtedy już rozumiała swoją winę. A jeśli nie? Druga seria batów kończyła się kastracją. Lub szubienicą. I wiesz co? Do drugiego etapu dochodziło może dwa razy w roku. W mieście którego najmniejsza dzielnica była większa niż pół tego całego królestwa.
                          Zamilkł na chwilę… wziął wdech i spuścił go powoli, razem z nim upuszczając z siebie gniewu.
                        • Ughh… wybacz… to nie na ciebie jestem zły… - dodał cicho, opierając szczękę na pięści. - Po prostu… oczekiwałem więcej. Kara powinna dawać pokrzywdzonemu poczucie sprawiedliwości. Widziałem jak dewastującą krzywdą potrafi być gwałt i same dyby zdają się splunięciem w twarz.
                        • Rozumiem, niestety jesteśmy częścią Rzecznych Królestw. Prawo jest warte mniej więcej tyle ile papier, na którym je spisano. Teraz wyobraź sobie nawigować w tym szambie i starać się bronić ludzi przed tymi, którzy o tym wiedzą.
                        • Dasz mi założyć kościół to będziesz miała we mnie najżarliwszego sojusznika we krwi i ciele, a poza tym dedyko4wanego boga po swojej stronie… ale to rozmowa na inny moment. Wciąż potrzebuję cię tę godzinę przemęczyć przed audiencją u Kozła Ofiarnego. Wracając to meta-tematu… sądzę, że Ahair, albo któraś jego iteracja. zaopatrza lokalne kręgi w ten syf. Jednocześnie synteza Zmierzchu ma być prawdziwą sztuką. Możliwe, że pozbycie się producenta byłoby łatwiejszą drogą niż całkowita delegalizacja.
                        • To dobrze? - zaczęła Filia - No bo przecież, mamy go w klatce co nie? - kobieta na chwilę zapauzowała - W sumie CZEMU się tym syfem zainteresowałeś?
                        • “Mamy w klatce” to bardzo względny termin, jeśli jest ich więcej. Zaintersowałem się tym, bo znam przypadek wykorzystania Zmierzchu przeciwko przynajmniej jednej osobie… i samo jego istnienie w mojej okolicy traktuję osobiście.
                          Filia uniosła brew.
                        • Zapytałabym gdzie wtedy byłeś ty, jeżeli to ta osoba, o której myślę, ale to nie miałoby sensu. Jeżeli to wielokrotny złoczyńca… muszę poszperać w naszym kodeksie karnym. Ona technicznie jest szlachcianką innego państwa na naszych ziemiach. To może sprawić, że stryczek byłby opcją.
                        • Dobry wywiad - pochwalił zimno Viktor - Ilu ludzi wie o jej pochodzeniu?
                        • Ja, pewnie Fern, ale on nikomu nie powie. Tyle jestem pewna. Spokojnie nikomu nie kazałam zaglądać w waszą przeszłość. Mam dość problemów na głowie, aby dodawać dygnitarzy z Galt. Wściekły tłum mogę zorganizować sama.
                        • No to rozumiesz, że nie możemy się na to powoływać. Ona ma swoje powody by nie używać galtaińskiego nazwiska i tytułów. Czy sama ilość przestępstw nie może eskalować do jakiejś sensownej kary? Jestem pewny, że ona nie była pierwsza i nie będzie ostatnia jeśli czegoś z tym nie zrobimy.
                        • Jeżeli wyciągniemy z niego zeznanie… Tylko czemu miałby się przyznać, jeżeli wtedy zawiśnie… - kobieta poczochrała swoje włosy w frustracji - Magii nie możemy używać… - pstryknęła w końcu palcami - Mam coś, ale będzie naciągane. Powołać się na wolę ludu. Rozprawa musiałby być publiczna, nie na poziomie Davrosa, ale tyle, aby ktoś przyszedł, usłyszał jego zbrodnie. Jeżeli sędzia stwierdzi, że nie może ze spokojnym sumieniem wydać wyroku określonego przez prawo, powoła się na wolę ludu. Jeżeli ci powiedzą aby zawisł, zawiśnie.
                        • Więc wystarczy abym znalazł ofiary i te przyprowadziły swoje rodziny. Ale zostaje sędzia… jeśli on nie stwierdzi, że to zasługuje na tę wolę ludu to figa z tego wyjdzie. To nie będzie już Serg… kto by prowadził ten proces?
                        • Z urzędu… - chwilę się zastanowiła - Mogę coś zakręcić, aby zwolnić bardziej… przychylnego.
                        • I jak się uda… najlepszy scenariusz… znajdujesz najlepszego sędziego, rzucam mu złoczyńcę pod nogi z niepodważalnymi dowodami i zeznaniami mówiącymi jasno o wielokrotnej powtarzalności występku… jaką mamy szansę, że wyrokiem będzie wola ludu a nie dyby?
                        • Spora. Nie martw się. Skończymy tu to rozpocznę proces. Teraz chyba trzeba się skupić na sprawie Davrosa, co nie?

                        W tym momencie przez drzwi weszła Kaylie, jaka skończyła nauki u Ferna. Spojrzała zdziwiona obecnością Filii i podeszła lekkim krokiem do rozmawiających.

                        • Co knujecie?

                        • Hej, Kruszyno… - przywitał się Viktor bez zająknięcia - Davrosa właśnie pakujemy i będziemy szli go przepytać. Jak u Ferna poszło? - zapytał z jakąś ekscytacją w oczach.
                          Kaylie wyglądała na nieprzygotowaną na to pytanie.

                        • ...dobrze...?
                          Viktor przekręcił głowę i zmierzył ją wzrokiem, oceniając jakiego rodzaju “dobrze” to miało oznaczać… i uśmiechnął się szeroko.

                        • A widzisz? Mówiłem, żeś zdolna dziewczynka.
                          Galtianka odwróciła wzrok zawstydzona.

                        • Uhuh… aż tak dobrze? - zapytał Viktor chichrając pod nosem. - W porządku, potem z ciebie wyduszę szczegóły. Davros już pewnie zabezpieczony Filio. Możemy iść z nim się rozmówić?
                          Komendant zerknęła na Otto, który jedynie skinął głową.

                        • Chodźcie za mną. - karczmarz ruszył w stronę jednego z bocznych korytarzy. Po kilku chwilach i zejściu krętymi schodami, wszyscy znaleźli się przed ciężkimi drewnianymi drzwiami. Władca Popielnego Dworu spokojnie je otworzył i wpuścił swoich gości do środka.
                          Nie licząc klatki Davrosa, pomieszczenie było puste, z kilkoma pochodniami oświetlającymi wszystko. Szalony alchemik spojrzał na nowo przybyłych,

                        • Ochoho, moi pogromcy. Miło mi znowu was widzieć. Teraz wy będziecie mnie zamęczać bezsensownymi pytaniami?
                          Kaylie nie odezwała się jedynie mając zamiar słuchać i obserwować...

                        • Hmmm… - zastanowił się Viktor chwilę - Mam nadzieję ciebie zaskoczyć. Opowiedziałbyś nam może o tych słojach które znaleźliśmy w twoim laboratorium?

                        • Których słojach? Bo miałem ich kilka. Zakładam jednak, że chodzi ci o te duże, co stały pod ścianą. Wykorzystywałem je do hodowli tkanek, kończyn i organów. Okazy, które udało mi się złowić mogły oferować tylko ograniczoną ilość, a i tak nie w najlepszej jakości.

                        • W dzienniku pisałeś o klonowaniu całych ludzi ze szczątkowych tkanek. Zrobiłeś to kiedyś? - pytanie zeszło Viktorowi łatwo z języka, ale to tylko dlatego, że miał czas się przygotować. Nie było ono dla niego łatwe.

                        • Och, tak. Wiele, wiele razy. Czasem jest to łatwiejsze do zmodyfikowania. Klony niestety nie mają własnego życia, duszy. Więc nie mogą być bazą na moje kreacje.

                        • Ale możliwe jest ich swoiste przebudzenie, dobrze zrozumiałem? - zapytał z iskrą podziwu w głosie.

                        • Aktywacja? Tak, jednak nie mają intelektu ponad szczura. Potrzeba trochę bardziej zaawansowanej alchemii, zmieszanej magią, aby osiągnąć nawet kawałek życia.

                        • Oddałeś kiedyś komuś takiego klona? Albo dałeś instrukcje jak go wyhodować?
                          Davros spojrzał na swojego rozmówcę.

                        • O… widzę, że jakaś większa intryga się szykuje. Dobrze, chłopcze. Powiedz mi DOKŁADNIE, jak wygląda sytuacja, a ja powiem ci czy miałem z nią coś wspólnego.

                        • Kargar Yasperhyde. Znasz tego krasnoluda, prawda?
                          Alchemik gwizdnął.

                        • No, no... nie owijasz w bawełnę. Znam wiele osób, czemu sądzisz, że ten cały Yasperhyde jest jedną z nich?

                        • Tylko przypuszczenie - wzruszył Viktor ramionami - Aż do teraz. Sklonowałeś kiedyś kogoś dla niego, prawda? Przypuszczałbym… dwadzieścia, może trzydzieści lat temu?

                        • Prawie prawda, dostarczyłem mu sprzęt pozwalający na to. Z kilkoma jego modyfikacjami.

                        • To jakiś twój partner handlowy? Sojusznik? Co o nim wiesz?

                        • Nie takie były warunki, chłopcze. Miałeś mi przedstawić sytuację. Z grzeczności potwierdziłem twoje przypuszczenia, ale zaczynasz mnie już nudzić.

                        • Myślę, że upchniesz w swoim napiętym grafiku kilka pytań, co? Teoria robocza jest, że Yasperhyde to jakiegoś rodzaju szaman, co zaklął w sklonowanym ciele właściwego ducha. Nie wiem jak, ani dlaczego, ale to właśnie chcę rozgryźć…
                          Kaylie nie mogła pozostać niema...

                        • I czemu sądzisz, że mógłby chcieć coś takiego zrobić? On też bawił się jak ty tymi ludźmi? - zapytała stojąc pod ścianą i jednocześnie postarała się odciągnąć Khala od części zbyt odkrywającej karty. Niech nawet będzie na nią zły za to...

                        • Dziecko, nie komentuj prac, których nie rozumiesz. - odparł alchemik - Co do motywacji krasnoluda. Nie mam pojęcia, nie wydaje się, aby miał jakieś altruistyczne powody. Jeżeli chodziło o jakąś konkretną osobę, musiał mieć jakiś dobry powód. Nie da się na siłę przyciągnąć duszy śmiertelnej istoty.

                        • Inny temat… - zadecydował Viktor - Co cię łączy z Hieronimem Crawcoltem?

                        • Teraz Crawcolt? Dobrze, odpowiem ci jak ty odpowiesz pierwszy. Co łączy CIEBIE z nim i tym krasnoludem?

                        • Crawcolt kupił kopalnię w jakiej uwiłeś sobie gniazdko. - wtrąciła Kaylie chcąc uratować sytuację... Z krasnoluda niech Khal się wyplącze - Czy on o tobie wiedział? Czy ustalaliście czynsz?

                        • Jestem pewny, że twój towarzysz docenia wsparcie. Jednak nie z tobą rozmawiam. - zerknął na Viktora - Moje interpersonalne zdolności są trochę zardzewiałe, ale potrafię dostrzec, osobistą notę w twej pieśni. Więc?

                        • Yasperhyde i Crawcolt tworzą jakiegoś rodzaju duo, ale to drugiego chcę dorwać. Klasyczna historia. Złe miejsce i zły czas. Chyba. Moja… bliska przyjaciółka… była w Numerii… - Viktor dostrzegł jak na to słowo Ahair wzdrygnął się, jakby chcąc schować się głębiej w klatce. Na razie udał, że tego nie zauważył - …szukać swego brata. Ślad po niej zaginął. Wciąż rozgryzam co się stało, ale wierzę, że Hieronim za to odpowiada. Wyobraź sobie moje zdziwienie gdy myśląc, że śledztwo dotyczy prostego zabójstwa, a znajduję klony… Dosyć personalnie?

                        • Ciekawe. Dobrze więc, Crawcolt, jak i Yasperhyde, to klienci. Nic więcej. Crawcolt oferował mi tą zamkniętą kopalnię, a Yasperhyde fundusze. Krasnolud dostał ten słój, o którym mówiłem. Crawcolt bardzo, ale to bardzo specyficzną miksturę.

                        • Opowiesz o tej miksturze? Brzmi interesująco…

                        • Mutagen stworzony specyficznie dla niego. Usunąć wszelkie... niedoskonałości z jego krwi. Chciał aby jego potomstwo było doskonałe i posiadało talent do magii. Więc, to załatwiłem to dla niego.

                        • I z talentem magicznym tych dzieci coś zrobił, czy to był akt pychy?

                        • Nie mam pojęcia, nie pytałem.

                        • Kiedy ostatnio wszedłeś z nim w jakieś interakcje?

                        • Ile te jego smarki by teraz miały… Czternaście? Pietnaście lat? Coś takiego?
                          Na słowa o dzieciach wzrok Kaylie wyostrzył się, choć nic nie powiedziała.
                          "Nie myśl o tym…" usłyszała głos Rhaasta w swojej głowie. Głos miecza był proszący.

                        • Rozumiem, że w okolicach narodzin potwierdzono sukces i to było ostatnie spotkanie, tak? - zapytał Viktor, nie świadom rozmowy między arkanistką a jej mieczem.

                        • Listownie. - odparł alchemik - Zapytałem go czy dzieciaki wyszły zdrowe i bez nieprzewidzianych mutacji. Potwierdził i tyle tego było.

                        • Tsk… - strzelił Viktor śliną z zawodem w głosie - Masz jakiś związek z narkotykiem nazywanym tutaj Zmierzch? Powiedziano mi, że synteza to prawdziwa sztuka, więc pomyślałem o tobie… mam trochę racji?
                          Alchemik zamrugał.

                        • Faktycznie, dostarczam kilka używek do miasta. Reagenty nie są tanie. Nie zagłębiam się jednak w kulturę tych co korzystają. Powiedz co robi, a ja ci powiem czy to mój.
                          Viktor spojrzał kątem oka na Kaylie pod ścianą. Była trochę nieobecna, ale na ile słuchała? Nie był pewny. Podszedł krok bliżej aby obniżyć nieco głos.

                        • Opioid ogłupiający, osłabiający. Właściwości amnestyczne. Prosty skład, podkreślający wymóg odpowiedniego laboratorium i zdolności. Zawiera w sobie belladonę, wilcze jagody, prawdopodobnie mak.

                        • A, to tak, to moje dzieło. Aż zdziwiony byłem ile płacili za tak prosty specyfik.

                        • Komu go przekazywałeś?

                        • Miałem punkt odbioru, między kopalnią a miastem. Klienci zostawiali pieniądze a ja produkt.

                        • I ktoś, poza tobą-tutaj, potrafi syntezować tę substancję, wedle twojej wiedzy?

                        • Oczywiście. Substancja prosta w konstrukcji, receptura nie jest niczym nieosiągalnym dla każdego z podstawową wiedzą o ziołach i alchemii. Czy ktoś będzie ją produkował, skoro ja jestem tu? Pewnie nie.

                        • Hmmm… - mruknął Viktor, dostrzegając różnicę od wersji Joriego. Do późniejszej analizy - Czy posiadasz jakieś aktywne klony działające w Evercrest?
                          Alchemik się uśmiechnął.

                        • Klonów kogo?

                        • Głównie myślę teraz o twoich klonach - Viktor odpowiedział własnym uśmiechem - ale pozostałe też by mnie interesowały.

                        • Och, moich nie mam. Nie posiadam odpowiedniego sprzętu na rozszczepienie duszy. Powinno być kilku agentów, którzy poszukują potencjalnych klientów, lub ciekawe osobniki.

                        • Czy przychodzi ci do głowy jakieś wyjaśnienie czemu ktoś mógłby twierdzić, że widział młodszą wersję ciebie?
                          To ewidentnie zbiło Davrosa z tropu. Przez dłuższą chwilę nic nie powiedział, w końcu usiadł, wyraźnie pokonany.

                        • Bo istnieje młodsza wersja mnie. Pewnie kilka. A ponieważ nie jestem ich świadom, najpewniej nie jestem oryginałem.
                          Viktor się skrzywił niezadowolony. Takiego czegoś się bał. Chciało się wierzyć, że “starszy” oznacza “pierwszy”… wtedy mieliby “mózg operacji”... a okazuje się, że mają tylko płotkę. Podszedł bliżej klatki i przykucnął przy niej, aby rozmawiać z Davrosem bez spoglądania na niego z góry… choć Filia i Kaylie mogły zobaczyć, że odpiął młotek bojowy przy pasie.

                        • Oryginał zrobił klona i puścił samopas? Trochę naciągane, nie sądzisz? - zapytał z powątpiewaniem - Znaczy… klasyczny klon to duża inwestycja. Taki z własną świadomością? Pewnie kilka razy większa… i zostawić go samemu sobie? Gdzie tu zysk?

                        • Dwie opcje. - odparł Davros - Izolacja i wolność mogą doprowadzić do innowacji, niemożliwej w warunkach ścisłego nadzoru. Alternatywnie zostałem wysłany, razem z innymi, w różne regiony ze specyficznym celem zaimplantowanym w mojej podświadomości, aby zobaczyć czy jest do osiągnięcia w konkretnych warunkach. Nie jestem nieśmiertelny i wystarczyłoby, aby oryginał przybył po moje zapiski kiedy przestanę żyć.

                        • Ale do nieśmiertelności dążyłeś… hmmm… do przemyślenia… jeśli istotnie byłbyś klonem… myślisz, że oryginał może mieć jakiś związek z Ligą Techniczną? Numeria ma dla ciebie jakieś znaczenie, prawda?

                        • Jedyne miejsce z technologią, aby to osiągnąć. Do tego oczywiście jestem jej członkiem. Nawet jeżeli jestem klonem, jestem też agentem Ligii. Nie przyznaliby się oczywiście, co najwyżej powiedzieli "Zbiegły eksperyment".

                        • Jak to Liga… “co złego to nie my”, co nie? - zapytał z przekorą… wiedział dobrze, że Liga nie ma problemów z przyznawaniem się do wielu okrucieństw, poza najgorszymi, lub tymi które byłyby problematyczne. - Słuchaj Ahair… Nie będę ci ściemniał… wciąż uważam ciebie za potwora w ludzkiej skórze i nie wiem czy te słowa coś ci mówią, ale zyskałeś nieco sympatii i współczucia… No i współpracujesz, a to zawsze trzeba docenić. Zorganizuję ci tu jakieś podstawowe wygody. Jakieś szczególne życzenia? Może jakieś książki byś chciał dla zabicia czasu?

                        • Księgi byłyby miłe. - przyznał alchemik - Pytanie co chcesz tym zyskać?

                        • Nic czego już mi nie dajesz… dalszą kooperację. Twoja postawa jest bardzo wygodna dla mnie i chciałbym abyś poczuł, że jest wygodna również dla ciebie. Poza tym… możesz być potworem, ale też robiłem rzeczy które niektórzy nazwaliby potwornymi. I ciężko mi nie widzieć w tobie choćby odrobinę ofiary tej całej sytuacji… jeśli zostałeś stworzony aby być takim potworem… - Viktor zamilkł chwilę rozważając następne słowa - … na jakimś poziomie to nawet nie jest twoja wina. Jakaś konkretna tematyka ksiąg? Czy wiele gatunków, abyś mógł poeksplorować?

                        • Heh, cokolwiek mają w tym przybytku, nie jestem wybredny.
                          Viktor kiwnął głową i wstał.

                        • Filio, Kaylie… ja na dziś skończyłem. Macie jakieś własne pytania?
                          Filia zmierzyła alchemika wzrokiem.

                        • Nie było… celu w twoich działaniach, prawda? Evercrest po prostu było w pobliżu?

                        • Brawo. Powinnaś rzucić straż i zostać detektywem. - Filia westchnęła.

                        • To tyle ode mnie. Zważając na jego podejście wątpię, aby znał imiona swoich klientów w mieście.
                          Kaylie jedynie zaprzeczyła pokręciwszy głową.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #127
                          • Nie będę tu oryginalny… - zaczął Viktor, siedząc już z kobietami przy stoliku w głównej sali dworu - … ale martwi mnie Pierwszy-Ahair. Nie podoba mi się, że Liga Techniczna w ogóle jest obecna w Evercrest, ale teraz mówimy o wielu agentach. No i jeszcze całe procesowanie Naszego-Ahaira może nas wbić na minę. Jeśli z wielką pompą pójdzie na szafot a potem pojawi się znowu będzie to bardzo niekorzystnie wyglądało. Jakbyśmy nawet egzekucji nie potrafili porządnie przeprowadzić…
                          • To zabije się go znowu. I znowu. Więcej rozrywki dla ludu. - Kaylie wzruszyła ramionami nieprzejęta.
                            Filia strzeliła językiem na sugestię Kaylie.
                          • O ile podoba mi się entuzjazm, Viktor ma rację. Nie tylko może to zepsuć nasz "image", ale też może sprawić, że inni się schowają. Więc będzie trudniej ich wytropić.
                          • Yhym… - przytaknął Viktor - A póki żyje może nam pomóc… jak dotąd jest BARDZO pomocny. W Cheliax z łatwością bym przesunął proces na niezdeterminowany okres tłumacząc “trwającym śledztwem”. Jest to tutaj możliwe? W kontekście tego, że to byłaby niezaprzeczalna prawda?
                          • Jeszcze nie gadałam z ojcem, on by był jedynym, który by pchał na przyspieszenie. A tak, to możemy zwlekać, póki mamy gdzie go trzymać. - Filia zerknęła na Otto - Mogę liczyć na twoją gościnność?
                          • Obiecałem, że go przetrzymam, to go przetrzymam. Tu jest bezpieczny i nie stanowi zagrożenia.
                          • Te wszystkie podchody tylko rozeźlą tłuszczę i upewnią ją, że prawo tutaj coś kombinuje ze zbrodniarzem. - Kaylie nie wyglądała na zadowoloną z czekania.
                          • To też racja… - przyznała Filia - Viktor sądzisz, że zdołasz przekonać CAŁE miasto, że trzymanie go w klatce przez bogowie wiedzą jak długi czas to dobry pomysł?
                          • “Śledztwo trwa, ustalane są okoliczności i wydarzenia, by mieć pewność, że nikt winny nie uniknie kary.” W Cheliax, by to wystarczyło na czas nieokreślony, ale obywatele są tam wytresowani aby nie wyściubiać nosa. Tutaj? Na pewno starczy na pewien czas. Będziemy musieli trzymać rękę na pulsie i dostosowywać się do sytuacji. Na ten moment… nic nie tracimy odsuwając proces. Nawet jeśli doprowadzimy, że się nieco rozeźlą i zniecierpliwią… tylko bardziej nas będą wychwalać gdy im go w końcu rzucimy na przysłowiowe pożarcie... ale jeśli chcesz abym to JA przekonywał CAŁE miasto… to zabrzmi bardzo oportunistycznie, ale potrzebuję do tego oficjalnej FUNKCJI w mieście. Nie zostanę heroldem barona, ani rzecznikiem straży… najbliżej mi abym to zrobił jako arcykapłan religii, co ma w swoje dogmaty wpisane surowe prawo i kooperację z jego lokalnymi egzekutorami. I jak wtedy dasz mi przemówić na rynku do większego zgromadzenia… wtedy będę miał realne narzędzia aby kontrolować nastroje obywateli, gdy my będziemy polować na Ahaira-Prime’a... ale nie chcę byś się czuła w ten sposób naciskana na forsowną akceptację mojego kościoła, więc zaznaczę, że mogę też odpowiednio przeszkolić rzecznika straży, aby powiedział co trzeba…

                          Filia pokręciła głową.

                          • Czy mamy podstawy, aby na niego polować? W sensie prawne. Ja nie mogę się bawić z wami w poszukiwaczy przygód. Pójść do jego bazy, ogłosić go złoczyńcą, bo ciemna postać w rogu karczmy tak mi powiedziała, zabić go, jego rodzinę, znajomych i zwierzaki, wysadzić bazę i wrócić do domu… Chciałabym, ale nie mogę. Jeżeli chcesz, abym przyklepała to, musimy mieć powód. To coś w tamtej klatce, nie wystarczy. Najwyraźniej sam nie wiedział, ba ciągle nie wie, czy jego czyny były motywowane jego wolą.
                          • W domu miałam lepszą straż... Tam nie przejmowano się takimi pierdołami, tylko robiono co trzeba, nawet jeżeli nie było zapisane w książce. - burknęła Kaylie.
                          • Taa… słyszałam, że robią pokaz z egzekucji. I często szlachta jest celem, tych egzekucji. Wybacz, jeżeli nie zaimplementuje tego tutaj.
                          • Może ustalmy… - zaczął Viktor - … że nie będziemy gloryfikować Szarych Ogrodników. Hmmm? - zapytał spoglądając na Kaylie ale nie czekał wcale na odpowiedź. - Nie mówię, Filio, o urządzeniu polowania na czarownice z widłami i pochodniami. Mówię o rzetelnym zbadaniu sprawy. Mamy złoczyńcę. Istnego potwora. Wspaniale. Niestety istnieją poważne przesłanki by sądzić, że miał kogoś nad sobą, kto mógł organizować to wszystko. Myśl o tym w kategoriach przestępczości zorganizowanej. Jak złapiesz mordercę, co wydawał się być samotnikiem, ale pojawiają się powody by sądzić, że działał dla kogoś to szukasz tego kogoś. WYROK wymaga dowodów. ŚLEDZTWO jest specyficznie narzędziem które ma te dowody dostarczyć, gdy ich braknie.
                          • Dobrze. Co powiesz, abym cię zatrudniła? Oficjalnie, na rzecz straży/miasta? Nie jako strażnika, jako freelancera. Ahair dał mi pomysł, mógłbyś założyć też działalność detektywistyczną. Udowodniłeś, że potrafisz, a to by pomogło i jestem pewna, że ten twój Baran by to poparł.
                          • Tsk… - Viktor strzelił ślinę rozważając propozycję - Przykro mi ale to nie zadziała. Jako kapłan mogę i BĘDĘ przyjmował funkcję detektywa, ale nie mogę ZOSTAĆ detektywem. Podobnie nie mogę pracować DLA straży. Mogę i chcę pracować ZE strażą, ale w relacjach partnerskich. Tak jak byliśmy na wyprawie po Ahaira… nie byłem twoim człowiekiem, ale współpracowaliśmy w jednym celu i ta współpraca wymagała odrobinę dotarcia, ale ostatecznie wyszła bardzo dobrze. Naprawdę Filio… My oboje i całe Evercrest, najlepiej wyjdziemy jeśli uda nam się dziś wyszarpać tę godzinę na rozmowę przygotowawczą i samą audiencję jutro przeprowadzimy abyś mogła, z czystym sumienie, klepnąć mi to przyzwolenie na założenie kościoła. Obiecuję ci, że przekonasz się o wielkiej wygodzie wsparcia arcykapłana nawet młodziutkiej wiary.
                          • Czy to sprawa męskiego ego? Pomysł bycia "pod" kobietą jest przerażający? Dobrze wiesz o co mi chodzi. Nie będziesz W straży, będziesz wynajęty PRZEZ straż. - Filia pokręciła głową - Kaylie musisz naprawdę wybić mu Asmodeusza ze łba. Ewidentnie ciągle siedzi w nim coś z Cheliax. - westchnęła - Gdybym nie była twoją siostrą, przysięgłabym, że próbujesz mnie poderwać na to teologiczne przygotowanie.
                            Viktor nie zdawał się przejąć przytykiem, choć pewna frustracja zatańczyła w jego jaźni.
                          • Filio… poprosiłaś o spotkanie z moim Patronem. Zgodziłem się oczekując poświęcenia mi godziny i przystałaś na te warunki. Może weź Daviona jako przyzwoitkę i miejmy to z głowy, co? Czy jest może jakiś powód dla którego tak bardzo się przed tym wzbraniasz?
                          • Ponieważ jestem urażona SUGESTIĄ, że jej potrzebuję. Uważasz mnie za jakąś prowincjonalną dziewkę, co o kulturze i świecie to jedynie w książkach czytała? Może i jestem jeszcze młoda i nie zostałam "Pierwszym Piórem Isger". Ale, jestem komendantem straży CAŁEGO pierdolonego królestwa Evercrest. Byłam szkolona przez inkwizycję Abadara, aby jak najlepiej służyć prawu i mojemu społeczeństwu. Bogowie nie są jakimś obcym mi konceptem, przed którym trzeba się kajać, a kler wielbić ponad śmiertelników. Więc proszę, starszy bracie, WYPCHAJ SIĘ tym swoim szkoleniem. Azazel chce zostać bóstwem tych, których prawo wyruchało, bo są ludzie, dla których kary pieniężne oznaczają "legalne za opłatą". Świetnie. Bosko. Trzeba nam kogoś takiego na tym zawszonym świecie. Sam udowodniłeś mi to, pokazując jak zepsute i zakłamane było CAŁE MOJE ŻYCIE. Ale. Nigdy. Prze-kurwa-NIGDY. Nie sugeruj, że nie jestem gotowa na rozmowę z aspirującym bóstwem, bo nie będę wiedziała JAK SIĘ KURWA ZACHOWAĆ PRZED AUTORYTETEM! - komendant ciężko oddychała po wypowiedzi. Jej twarz przybrałą dość czerwoną barwę, a oczy były delikatnie załzawione.
                            Kaylie milczała chłonąć w ciszy przedstawienie.
                            "W końcu ktoś mu to powiedział..." usłyszała głos Rhaasta.

                          Viktor słuchał całego wybuchu oparty o oparcie krzesła. Nie nonszalacko, ale też nie skulił się, ani w żaden sposób nie skurczył. Och… ależ miał ochotę samemu “oddać energię”.

                          • Filio. Jestem twoim sojusznikiem. Chcę, RAZEM Z TOBĄ, posprzątać całe Evercrest. Chcę oczyścić jedyne miejsce gdzie, w całym moim życiu, byłem rzeczywiście szczęśliwy. Choćby przez krótkie momenty. Jakbym znalazł w twojej roli starego fiuta, co dekadę temu osiadł na laurach nie słyszałby on ode mnie tych słów. Bym działał obok niego i poza nim, bo jego zaangażowanie tylko, by mi przeszkadzało… ale o tobie już wiem, że jesteś niezwykle kompetentną jednostką. Zrobiłem wywiad. Znam małą część twoich osiągnięć i już ona jest imponująca. No i obserwowałem ciebie uważnie na naszej wyprawie. Z tobą lokalne porządki mogą zostać ukończone nim stracę ostatni odcień koloru we włosach. Oczekując tej godziny twojego czasu nie zarzucam ci głupoty. Nie zarzucam ci niewiedzy. Nie zarzucam ci nieumiejętności. Musisz jednak zrozumieć, że on jest wciąż diabłem. On ma oczekiwania. Ma swoje ego. Ma swoją cierpliwość i bardzo ograniczoną wyrozumiałość. JA potrzebuję abyś poszła na tę audiencję przygotowana. JA potrzebuję abyś miała już odpowiedzi na wszystkie proste pytania. JA potrzebuję uniknąć jego frustracji. Powiedz mi Filio… jak mam mieć całkowitą pewność, że rzeczywiście uważasz go za AUTORYTET, gdy zdanie wcześniej nazywałaś go “baranem”? Naprawdę sądzisz, że mam już ciebie tak głęboko rozgryzioną, że mogę nie mieć wątpliwości co ci w głowie siedzi? I tak między nami… za co pewnie dostanę po karku, jeśli on teraz słucha… z nim TAKŻE odbędę rozmowę przygotowawczą przed waszym spotkaniem i w pełni oczekuję, że będzie ona najtrudniejszą dyskusją tego roku, jeśli nie dekady.
                            Filia wysłuchała uważnie słów Viktora. Kiedy zakończył pokręciła głową.
                          • Szanuję cię jako sojusznika na tyle, aby nie traktować cię protekcjonalnie. Więc pozwól, że podzielę się moją opinią o tobie, po tym co właśnie powiedziałeś. - kobieta odchrząknęła - Jesteś, bez cienia wątpliwości, najbardziej naiwną, lub najbardziej zadufaną istotą jaką spotkałam w swoim życiu. Ty, chcesz przygotować potencjalne bóstwo, które do tej pory było diabłem, do rozmowy, ze śmiertelnikiem? Czy ty się słyszysz? Sądzisz, że nie zaczął się przygotowywać do tej rozmowy od momentu kiedy pomysł na nią zawitał w twojej głowie? Ba, sądzisz, że musi się do niej przygotowywać? Sprzedawanie siebie i swoich usług, to coś co diabły robią każdym oddechem. Co do mnie, sądzisz, że on będzie chciał wytrenowaną, przygotowaną osobę jako potencjalnego sojusznika? Kogoś bezpiecznego? Kogoś kto nie ma kręgosłupa i będzie się bał go urazić, jeżeli uraza będzie konieczna? Czy TY byś chciał kogoś takiego jako sojusznika? Sojusznika, nie narzędzie. Nie coś, co wykorzystasz i odrzucisz. Jeżeli złapie mnie na jakimś pytaniu, którego nie będę w stanie odpowiedzieć. Przyznam to. Jestem jedynie śmiertelnikiem. Nie jestem wszechwiedząca. On powinien to wiedzieć. Ty też.
                            Viktor oparł łokcie na blacie i złożył dłonie przed sobą.
                          • Ach… a czy ty chciałabyś we mnie sojusznika, co “bez kręgosłupa”, co bałby się wejść z tobą w konflikt i “urazić gdy uraza jest konieczne”? Bo moja odmowa, by być kimś takim odbywa się właśnie w tej chwili… ale to dlatego, że postrzegam ciebie jako sobie równą. Jako partnerkę. Jednak twoja gotowość by “urazić” diabła “gdy uraza będzie konieczna” właśnie mnie martwi. Nie tak wyglądają rozmowy z “autorytetami”. Spójrz na to z tej strony… jakbyś potrzebowała od barona Sahila więcej funduszy… byś przyjęła taką postawę? Byś mówiła “bez ogródek co konieczne”? Byłabyś “do bólu szczera”? Baron jest osobą która by to przyjęła dobrze?
                          • Zapomniałeś chyba jaka jest natura tej audiencji. To Azazel przychodzi do mnie. Nie na odwrót. Tak JA chciałam to spotkanie. Ale nie dlatego, że chcę czegoś od niego. Chcę, aby on przedstawił swój plan, swój dogmat. Ponieważ... bez urazy Viktor. Nie sądzę, że możesz być wiarygodnym źródłem. Nie sądzę, że on nim może być również, ale jego mam szansę rozgryźć. Może uda mi się wyczuć czy on kłamie. Ponieważ jest szansa, że okłamał ciebie. Jak każdy diabeł, dał ci przed nos to co chciałeś usłyszeć i zrobił cię na szaro. Nie mówię, że to oznacza, że jesteś głupi, a ja mądra. Jednak w przeciwieństwie do ciebie, będę miała dwa źródła do porównania, plus to co sama znalazłam na jego temat. Ty masz tylko własny zasób wiedzy, na pewno nie mały i jego słowa. A słowa diabła są warte mniej niż pięć sekund z tanią dziwką. - kobieta westchnęła - I ponownie, nie zakładaj z góry, że nie potrafię się zachować. Może i nie stanowi dla mnie autorytetu. Jest wiele bóstw, które nie uważam za autorytet, jednak sądzę, że potrafiła bym zachować się odpowiednio, nie poniżając siebie i mojego rozmówcy.
                          • W porządku… było tutaj wiele sub-tematów, więc po kolei… To jest audiencja boga przyjmującego śmiertelnika. Cały czas tylko dodajesz mi zmartwień twierdzeniami jak wcześniej “urazić gdy uraza jest potrzebna’ a teraz “on przychodzi do ciebie”. Nie. Nie przychodzi. To jest audiencja. Jeśli będziesz się upierała na pozycjonowanie się ponad nim to będę zmuszony wycofać zgodę na to spotkanie…
                          • To ja będę zmuszona wycofać swoją zgodę, na wasze dalsze przebywanie w mieście. - odparła Filia - Viktor, ty chcesz rozpocząć kult diabła w moim mieście. Mieście które mam bronić. Nieważne w jak ładne słowa to ubierzesz, to nie jest pomysł, na który mogę przystać ponieważ ty mnie zapewniasz, że on nie jest taki zły. Nie będę ryzykować bezpieczeństwa swoich ludzi, na twoim zapewnieniu. Mam nadzieję, że jesteś w stanie zrozumieć, o co mi chodzi. Nie będę się stawiała nad nim. Ale to ON chce mieć tu kult. Na razie jestem pierwszą osobą, która ma jakiś skrawek władzy i może mu to uniemożliwić jeszcze na tym poziomie. Więc to ON musi mnie przekonać, że faktycznie jego intencje są akceptowalne.
                          • Już ustaliliśmy, że Evercrest potrzebuje mnie, a ja jestem z nim w ścisłym pakiecie. Na lepsze czy na gorsze. Technicznie mógłbym się mu postawić, ale jako zwykły adwokat, nie ważne jak dobry i tak nie zdziałałbym za wiele. Jeśli nas wyrzucisz to zostaniesz sama, ale nie dasz już rady nie widzieć tego całego syfu który poznałaś. I ja też nie będę szczęśliwy, bo Evercrest jest dla mnie osobiste. Bo mam tutaj niedokończone sprawy. Rozumiem twoje zmartwienia. Rozumiem twoją motywację. I absolutnie rozumiem, że nie masz zamiaru się płaszczyć przed diabłem. Nie oczekuję tego. Ale pewnego poziomu respektu już tak. Takiego jaki byś miała idąc do barona obcego królestwa. Nie jako poddana. Ale jako wysłanniczka. Jako przedstawicielka Evercrest chcąca negocjować pakt polityczny, bo tak to, na pewnej płaszczyźnie, jest. To są rozsądne oczekiwania. To jest ta odrobina dumy, którą możesz poświęcić dla dobra swoich ludzi… I nosz kurde felek… nie chcę “kultu” zakładać. To będzie religia. Nie inna niż kościół Abaddara i tak samo jak on kontrolowana przez prawo i lokalne władze. I przez całe dekady znacznie łatwiejsza do zdelegalizowania, gdyby Kozioł okazał się czymś innym niż to co tu przedstawiam.
                            Filia delikatnie posmutniała.
                          • Viktor... kurna szanuję cię bardziej niż powinnam, zważając ile się znamy. Nie jesteś "potrzebny" Evercrest. Jesteś bardzo, ale to BARDZO wygodny. Pomocny. Może i zbawienny. Jednak nie niezastąpiony. Więc proszę, nie stawiaj mnie w takiej sytuacji gdzie muszę ważyć co jest lepsze, a co gorsze dla tego miasta. To nie jest coś, co robią sojusznicy. Fakt, że do ciebie jestem gotowa powiedzieć kilka mniej przychylnych słów co do twojego patrona, nie oznacza, że będę ich używać wobec niego. Bogowie moja opinia co do Sahila sprawiłaby, żebym wylądowała na szubienicy gdybym mu ją powiedziała w twarz. Zważając, że jeszcze nie dyndam, oznacza, że potrafię trzymać język za zębami. - komendant westchnęła - To jest kłopot z prawnikami. "Zrobimy to legalniem oficjalnie. Jak się okaże, że bóg to drań, zdelegalizujemy i po kłopocie." Tylko, że ja muszę wtedy tłumaczyć swoim ludziom, swoim przełożonym i mieszkańcom miasta CZEMU na to pozwoliłam. I co ja im powiem? "Jego arcykapłan mnie przekonywał, że nie jest taki"?
                            Viktor ugryzł się w język, przed rzuceniem, że “bycie potrzebnym” to były słowa samej Filii sprzed kilku chwil. Nie potrzeba tego było teraz. Pewnie sama nawet to wiedziała.
                          • Rzecz w tym Filio, że to nie twój kark jest na szali. Jeśli język ci się wymsknie zza zębów to wszystko idzie w diabły. Interakcja eskaluje w jednej chwili, a potem moja głowa za to poleci. Chciałaś rozmowy “z kręgosłupem”. Sojusznicy co mówią “nieprzyjemne prawdy” są najlepszymi jakich możesz mieć i jedna z nich jest taka, że nie masz tutaj prostej i klarownej “właściwej” ścieżki. Rozumiem, że wolałabyś mieć sojusznika w postaci paladyna Regathiela. Niestety masz mnie… ale jeśli mi zaufasz to przekonasz się, że i drużyna paladynów nie zdziałałaby tyle co ja. I jednocześnie też wcale nie proszę ciebie o ślepe zaufanie. Przyjdź do świątyni z Fernem, gdy ją wybuduję… potwierdź, że nie ma żadnych ukrytych przejść, ani komnat rytualnych. Wysyłaj ludzi na uroczystości, aby wiedzieć o czym uczę wiernych. Proś Ferna o prewencyjne wróżby na mój temat. Nie obiecuję, że zawsze będziemy się zgadzać… że straż nigdy nie wejdzie w jakiś konflikt z moim kościołem, ale to będą różnice interpretacji najlepszej ścieżki, by osiągnąć ten sam cel. Bezpieczeństwo najsłabszych. Ale nie sądź, że masz lepsze źródła niż ja aby go przejrzeć. Całe miesiące zgłębiałem jego istotę nim w końcu go przyzwałem. Wybrałem go z legionu alternatywnych opcji, specyficznie dlatego, że obaj dzielimy te same obsesje i nasze wizje prawa i porządku są praktycznie tożsame. Nie ma istoty boskiej, spoglądającej na Golarion, która jest mi bliższa niż on. Ręczę ci za to, a jeśli chcesz aby on ci to potwierdził… nie ma problemu. Już się zgodziłem i będziesz miała swoje potwierdzenie, ale… tak w drastycznym uproszczeniu: właśnie potrzebowałem usłyszeć coś w stylu “potrafię trzymać język za zębami” - postanowił nie dodawać, że reszty mowy ciała to też się tyczy.
                            Filia zastanowiła się chwilę. Spojrzała w końcu na Viktora.
                          • Dobrze, zgodzę się na tą całą twoją rozmowę przygotowawczą. Jeżeli to uspokoi twoje obawy. Jednak chcę, abyś szczerze, bez owijania w bawełnę, żadnego "z pewnego punktu widzenia", odpowiedział mi na następne pytanie. Zgoda?
                          • Będę miał jeszcze komentarz, ale to za chwilę… zadaj pytanie.
                          • Czemu jest tu Kaylie? Czemu pomaga Azazelowi w tym przedsięwzięciu?
                            Viktor spojrzał na swoją partnerkę wzrokiem ważącym opcje.
                          • Bo zawarła z nim umowę i właśnie się z niej wywiązuje. Szczegóły ich układu… nie są moją historią aby ją opowiadać. Przepraszam, że nie mogę precyzyjniej, ale jeśli zechce może sama ci opowie…
                            Kaylie milczała, choć wewnętrznie się spięła. Czemu ją w to ładują?
                          • Nie potrzeba. Potwierdziłeś moje podejrzenia. Dobrze. Już wiem z kim będę miała do czynienia. Więc, umawiamy się na jutro z tym szkoleniem?
                            Viktor uśmiechnął się lekko, z pewną serdecznością.
                          • Właśnie je odbyliśmy. Przynajmniej tą krytyczną część. Czy będzie potrzeba więcej? Zależy jak widzisz tę rozmowę. Jeśli chcesz znać jego doktryny i wgryźć się w szczegóły to wyznacz godzinę. Jeśli chodzi ci o bardziej ogólną rozmowę “czy jesteś taki jak Viktor ciebie przedstawia?” to nie będzie potrzeby ciebie męczyć.
                            Mrugnął do niej porozumiewawczo i czekał na decyzję.
                          • Temat jego doktryn może wyjść podczas audiencji... więc możemy mnie przemęczyć. Miałeś jakiś komentarz?
                          • Eh… miało być zgrabnie i zręcznie, a wyszło jak zwykle… - uśmiechnął się z fałszywą skromnością “oh głuptas ja” - Miałem na myśli właśnie to, że najważniejsza część tej rozmowy już się odbyła. O której się pojawić i gdzie? Prosiłbym tylko nie między pierwszą i drugą godziną po południu… mam duże spotkanie już umówione.
                          • Może być koło jedenastej. I może ja przyjdę do ciebie? Nie ma sensu cię targać po mieście, a ja mam wymówkę, aby pójść na patrol.
                          • Mi casa es su casa… … … tak bym mógł powiedzieć jakby to był mój przybytek, ale wiesz co mam na myśli… - uśmiechnął się nieco lisio, gdy pierś zadudniła mu niskim chichotem.

                          Kaylie patrzyła to na jedno, to na drugie. Co tu się zadziało?

                          • Czy przeoczyłam kilka stopni tej rozmowy? - zapytała próbując zrozumieć sens - Kiedy od niezgody przeszliście do całkowitego zrozumienia i uśmiechów? Czy to jakiś sposób komunikacji rodzeństwa?

                          • Dwa duże ego się starły. Jedno w końcu musiało się poddać. Viktor jest rozmiarów Gór Pięciu Królestw, więc padło na mnie. Jestem jednak dostatecznie duża, aby wiedzieć, że nie ma co się dalej o to gryźć.

                          • On jest dość typowym pagórkiem. Miałam większe. - odparła Galtianka - Nadrabia ego zasłaniającym jego strachy.

                          • Dziękuję, nie potrzebowałam tego obrazu w mojej głowie. Typowe dla facetów. - uniosła mały paluszek do góry - Dlatego kobiety rządzą wszystkim z zaplecza.

                          • Och nie… tajemnica się wydała… - jęknął Viktor bez zbytniego przejęcia. Jeśli dziewczęta chciały to w ten sposób odreagować to nie zamierzał im utrudniać… choć możliwe, że Kaylie jeszcze to odpracuje tego wieczora… - Jeśli jutro odrobimy nasze domowe to pojutrze można by już audiencję zorganizować. Oglądam już nieruchomości w okolicach centrum i nie chciałbym aby mojego faworyta ktos mi spod nosa capnął.

                          • Brzmi jak plan. Otto zostawiam tego potwora w twojej opiece.

                          • Nic mu tu nie grozi. A jeżeli by się wydostał z klatki… - drzwi, które prowadziły do pomieszczenia, w którym znajdował się Davros rozpłynęły się, pozostawiając jedynie gładką ścianę - … nie ma dokąd uciec. - Filia kiwnęła głową, spojrzała na Viktora i Kaylie.

                          • To tyle, wy pewnie macie jeszcze coś do obgadania ze sobą. Spokojnej nocy.

                          • Widzimy się jutro, Filio - uśmiech Viktora odprowadził siostrę póki nie zniknęła za drzwiami.

                          • Ughh… a to właśnie ta łatwiejsza z rozmów była… - oparł się wygodniej i pozwolił nieco osunąć na krześle…

                          • To co jest trudniejszą? - Kaylie położyła policzek na leżących na stole ramionach.

                          • Rozmowa z Kozłem. Z nim nie mam co liczyć na przewagę rozmiarów ego.

                          • Chce religię tutaj, nie ma co marudzić. Albo wóz, albo przewóz. Jeżeli chcesz to mogę mu to przekazać dosłownie. - mruknęła bez przejęcia.

                          • Nie, nie… to moja w tym broszka… lepiej niech to weźmie na siebie ktoś kto jeszcze nie stracił instynktu samozachowawczego.

                          • Ja nie straciłam! - zaprotestowała.
                            Viktor zachichotał nisko.

                          • Wciąż to powinienem być ja. Mam z nim zdziebko lepszą relację. Ale to jutro… dziś nie mam już sił mentalnych na to.

                          • Diabełka się boisz?

                          • Wciąż posiadam instynkt samozachowawczy. Ta rozmowa może wiele dać ale może też wiele odebrać.

                          • Dlatego oferowałam siebie. Ja już nie stracę więcej niż już sama sprzedałam. - powiedziała bez bólu, choć z jakąś rezygnacją.

                          • Ale też sam sobie daję nieco większe szanse na sukces negocjacji… nie przejmuj się Kruszyno. To jest mój problem do rozwiązania.

                          • Mogę z tobą pójść. Obiecuję być grzeczna i nie pyskować mu.
                            Viktor pokręcił głową.

                          • Doceniam, ale nie. W biznesie panuje złota zasada. Zachwalaj publicznie. Krytykuj w cztery oczy. A to będzie krytyka.

                          • To pracujemy razem czy nie? - uniosła głowę siadając prosto - Bo w tym momencie już nie wiem czy mam w tym być uczestnikiem, czy tłem. Jak to jest?

                          • Pracujemy również z Filią na kilku płaszczyznach, ale jakbym miał tobie powiedzieć kilka ostrzejszych słów to wolałabyś aby jej przy tym nie było, prawda?

                          • Już widzę te ostrzejsze słowa do niego w twoim wykonaniu. - sarknęła - Będziesz lawirował by go nie urazić
                            Viktor milczał chwilę jakby czekał na coś.

                          • To nie jest taki zarzut jak ci się wydaje. Oczywiście, że będę robił wszystko co się da aby osiągnąć mój cel. W to wlicza się lawirowanie aby go nie obrazić, bo jak zmuszę go aby tupnął nogą to dla zasady zrobi mi na przekór. I będzie to znacznie prostsze w sytuacji sam na sam. Bez świadków dających mu dodatkową incentywę utrzymania jakiegoś swojego wizerunku.
                            Kaylie westchnęła z irytacją.

                          • Więc co mam robić, o arcykapłanie? Czekać na polecenia?

                          • Chcę byś opanowała dwa zaklęcia. Będziemy ich potrzebować, a są spoza magii objawień. Jedno łatwe, drugie trudne. Szczęście Twórcy, oraz Wytwarzanie. Jeśli znajdziesz czas wolny nie zaszkodziłoby abyś opanowała podstawy ciesielki i szklarstwa. Za pomocą twojej magii umeblujemy świątynię po minimalnych kosztach i w minimalnym czasie. Dasz radę?

                          • Mówisz mi, abym zrobiła pracę niższej klasy? - spojrzała zdziwiona.
                            Viktor wstrzymał się aby nie jęknąć we frustracji.

                          • Mówię ci abyś posiadła wiedzę. Dorzuć do tego rzeźbę w kamieniu. Świątynia będzie potrzebowała ław, witraży, ołtarza, jakichś posągów… Wiesz jak działa Wytwarzanie... Szczęście Twórcy ciebie wspomoże. Moja magia także, ale nic nie zastąpi rzeczywistego zrozumienia procesu. Nie ma chyba nic “niskiego” w procesie zdobywania wiedzy, hmmm?
                            Kaylie westchnęła i spuściła głowę.

                          • Przepraszam... Oczywiście, oczywiście. Będzie jak sobie życzysz.
                            Viktor miał już ochotę po prostu pójść do łóżka… choć wiedział, że to tylko naiwna mrzonka i czeka go cała noc pracy.

                          • Kaylie… jeśli bardziej odpowiada ci byśmy “zawodowo” operowali hierarchicznie to jestem gotów na to przystać, tak długo póki to jest TYLKO zawodowo. Wolałbym jednak relację partnerską i aby to była prośba, a nie polecenie. Na mojej głowie jest postawienie całego gmachu i ja będę douczał się w dziedzinie architektury, a jeszcze konsultował z lepszymi w tym ode mnie. Pomijając zorganizowanie siły roboczej aby go postawić. To nie tak, że wydaję ci polecenie, gdy ja sam będę zajmował się nie-wiadomo-czym.

                          • Nie zrozum mnie źle. Jestem w sytuacji w jakiej żaden galtianin być nie powinien. Nie dziw się, że łatwiejszym do przełknięcia wydaje mi się wykonywanie poleceń niż z jakiegoś powodu robienie czegoś z własnej woli dla diabła.

                          • Jeśli tak się czujesz lepiej to proszę cię bardzo… uznaj to za polecenie służbowe. Jednak przyjmij też wtedy drugie… oczekuję od ciebie informacji zwrotnych. Nie chcę w tobie drona. Twoja ekspertyza jest dla mnie bardzo ważna. Ale muszę też zapytać… byłabyś zainteresowana rekontekstualizacją twojej sytuacji?

                          • Co przez to rozumiesz? - zapytała cichym głosem nie unosząc wzroku znad stołu przy jakim siedzieli.

                          • Azazel wezwał ciebie konkretnie na budowę swojej wiary. Jak to ukończymy najpewniej da ci spokój. Może nie na resztę twojego życia, ale można rozsądnie spodziewać się kilku dekad. Na tym się skup. Nie myśl “dlaczego miałabym chcieć dla niego pracować?”. Myśl “każdy mój sukces przybliża mnie do względnej wolności”. Myśl “pomagam Khalowi w jego ambicjach”. Nikt nie oczekuje od ciebie abyś wykrzesała z siebie entuzjazm dla jego celów. Ale byłoby dla ciebie znacznie znośniejsze gdyby udało ci się wykrzesać entuzjazm dla swoich własnych…

                          • Zazdroszczę ci umiejętności zamknięcia oczu, gdy patrzenie boli...

                          • To nie zazdrość, tylko postaraj się jej ode mnie nauczyć. Jest to krytycznie ważna zdolność dla takich jak ty, czy ja. Na początku możesz nawet zwyczajnie oczy zamykać i być ślepa. Poprowadzę ciebie.
                            Kaylie odetchnęła głęboko i powoli położyła głowę na klatce Khala. Poczuła obejmujące je opiekuńczo ramiona i pocałunek złożony na jej głowie.

                          • Damy radę, Kruszyno… i nie jesteś już sama w tym wszystkim.

                          • Nie umiem być z tego szczęśliwa... - zamknęła oczy sycąc się bliskością - Wiesz... Ale dobrze mi w takich chwilach. Bezpiecznie. Lubię jak mnie tulisz...

                          • Nikt nie mówi o “szczęściu”, Malutka… - przeczesywał kojąco jej włosy palcami - To są dalekie sny. Rzecz w tym aby uczynić to wszystko wystarczająco znośnym… i w tym możemy sobie nawzajem pomóc.

                          • Mmm... - mruknęła cichutko wtulając policzek w tors mężczyzny - To też daje mi zrozumienie jak głęboko weszłam w niemożliwe marzenia. - powiedziała cichutko, jakby z obawą, nie będąc bardzo jasna w wypowiedzi.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #128

                            Baltizar (wieczór)

                            Dalsza droga powrotna do Evercrest minęła bez większych zdażeń i szybciej niż Baltizar się spodziewał.

                            • Stare krasnoludzkie drogi. - odparł Gunthard - Jeżeli wiesz jak jechać i gdzie, droga między dwoma punktami jest krótsza niż się wydaje. Mam zapamiętaną mapę wszystkich skrótów, dlatego mnie wysyłają z dostawami wszędzie. Miło było mieć towarzystwo tym razem, nawet jeżeli coś niepokojącego się przytrafiło.

                            Evercrest przywitało ich spokojem. Szaleństwo dni pojmania alchemika zdawało się być odległą historią. Ludzie dokańczali interesów, strażnicy się zamieniali, cisza wisiała nad miastem.
                            Kilku przechodniów zauważyło gnoma i zaczęło rozmawiać ze sobą. Baltizar słyszał słowa "bohater", "wybawiciel" no i "bajarz". Najwyraźniej opowieści o działaniach grupki Viktora ciągle krążyły po społeczności.

                            Gunther zostawił gnoma pod Popielnym Dworem.

                            • Będę w mieście kilka dni, jeżeli będziesz jeszcze pogadać. - po czym ruszył w kierunku dzielnicy świątyń.

                            Dwór najwyraźniej też się zamykał, kilkoro gości kończyło kolacje. Ledwo zdołał przekroczyć próg kiedy został poderwany z nóg.

                            • Wróciłeś! - Piwonia uniosła gnoma, tuląc go mocno robiąc z nim piruety - Tato! Baltizar wrócił! - usiadła z gnomem przy jednym ze stołów Musisz być głodny i zmęczony. Opowiedz mi wszystko!

                            Viktor i Kaylie (następny poranek)

                            Kaylie przebudziła się ze snu w swoim łóżku. Niestety sama, chociaż słyszała krzątanie się Viktora przy biurku.
                            Kapłan Azazela rozpoczął tworzenie magicznego przedmiotu, który miał pomóc mu w utworzeniu świątyni dla swego benefactora.

                            Oboje usłyszeli pukanie do drzwi, zbytnio nie czekając na odpowiedź do środka weszła Lilia.

                            • Hej. Wybaczcie, ale słońce już dawno wstało, a wy chyba macie plany na dziś. - zerknęła na Viktora - Filia Blackfyre już jest, ale je śniadanie i gada z tatą o czymś. Chcecie zjeść tutaj czy zejdziecie na dół?
                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SeachS Niedostępny
                              SeachS Niedostępny
                              Seach
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #129

                              Brak koszmarów nie mógł być ciągły. Bliskość Khala zaczynała tracić na swojej nowości, a tym żesamym odwracać uwagę kobiety. Tej nocy nawiedziły ją koszmary kraju diabłów. Czy powinna się temu dziwić? W końcu zaczęła się taplać w tym diabelskim istnieniu. Nie rozumiała jak jej partner mógł być całkowicie zadowolony ze swojego życia w cieniu umowy z Azazelem. Czemu chciał skończyć w piekłach?

                              Cichutkie płaczliwe jęknięcie towarzyszyło przebudzeniu Kaylie. Nim otworzyła oczy czuła ciężkość łez pod powiekami, gdy serce chciało wyrwać się z piersi, a drżenie wstrząsało jej ciałem.
                              Bała się być sama. Nie czuć dotyku osoby obok.

                              Viktor nie spojrzał jeszcze za siebie. Nie mógł przerwać tak nagle pracy. Kosztowałoby to go całe godziny.

                              • Nigdy, Lilio, nie przepraszaj gdy niesiesz nam wieści… - poprosił ciepłym tonem zamykając ostatnie trudne węzły i przekazując dokończenie procesu Fisusiowi. Kątem oka dostrzegł drżenie Kaylie, ale odłożył to na najbliższe chwile.
                              • Za chwilę zejdziemy. Niech dokończy to śniadanie - odpowiedział patrząc już na córę Popielnego Króla. - W sumie… łaźnie we Dworze są permanentnie gotowe, czy wymagają jakichś przygotowań? Nie jestem zbyt świeży…
                              • Powiedz tacie, że potrzebujesz a ci znajdzie gotowe łaźnie. - rudowłosa dziewczyna się uśmiechnęła i zerknęła na Kaylie - A ty nie będziesz potrzebowała pomocy przy swojej wannie?
                                Kaylie pokręciła głową patrząc w podłogę.
                              • Wszystko dobrze. Dziękuję... - odezwała się cicho, jakby nie chcąc pozwolić swojemu głosowi bardziej rozbrzmieć i pokazać więcej swojego dźwięku.
                                Lilia posmutniała.
                              • Chcesz przytulenia?
                                Kobieta bardzo lekko kiwnęła głową.
                              • Tylko trochę…
                                Córka Otto podeszła do galtianki, siadając obok niej na łóżku delikatnie obejmując.
                              • Co ci palant zrobił? - wyszeptała arkanistce do ucha.
                              • Pytasz o Khala? - zmusiła się do uśmiechu. Bardzo wymuszonego.
                              • Jedyny palant, którego znam. - odparła Lilia wcierając się w policzek Kaylie - Wiem, że jest ci ciężko. Jeżeli potrzebujesz czegokolwiek, możesz mnie zapytać.
                              • Nic mi nie zrobił. Po prostu... Koszmary. Zdarza się. Nie przejmuj się królewno. - złożyła krótki pocałunek na policzku Lilii.
                              • Jasne. Ech, gdyby moja młodsza siostra tu była, mogłaby ci pomóc. - Lilia mimo wszystko uśmiechnęła się na słowo "królewna" - Więc, milady. Powiem Otisowi, aby upichcił ci coś Galtianskiego. Podoba się pomysł?
                              • Oczywiście. - zgodziła się z lekkim uśmiechem.
                                Kiwnęła głową. Zerknęła na kapłana Azazela.
                              • Viktor ty jakieś życzenia co do śniadania?
                              • Coś lekkiego proszę. Może na słodko tym razem.
                              • Też przekażę. - kiwnęła głową, cmoknęła czółko Kaylie - Nie siedźcie tu za długo. - uścisnęła arkanistkę po raz ostatni i zostawiła dwójkę azazelitów.

                              Viktor obserwował zamykające się drzwi aż do ich zamknięcia i spojrzał na Kaylie. Usiadł obok niej i podrapał ją między łopatkami z czułością.

                              • Chcesz mi opowiedzieć o tych snach? - zapytał bez nacisku.
                                Leżąc na boku spojrzała w górę na mężczyznę.
                              • Masz swoje. Nie trzeba ci też moich. - stwierdziła szeptem.
                              • Meh… radzę sobie z nimi. I wciąż mam dwoje uszu by ci ich użyczyć…
                              • Nie musisz być ciągle silny i sam sobie próbować radzić, wiesz o tym? - Kaylie położyła głowę na kolanach kochanka i leżąc tak patrzyła na niego z dołu - Wiesz o tym, prawda?
                              • Wiem. I dziękuję ci za to, ale teraz to nie ja się wybudziłem ze złego snu.
                              • Sen jak sen... - westchnęła - Takie rzeczy mi się śniły często, jak ciebie nie było... Jak byłam sama... - posmutniała - Boję się spać sama... To dziecinne, wiem, ale... Sama nie wiem...
                                Poczuła pocałunek na swojej skroni, gdy Viktor myślał nad odpowiedzią.
                              • Baltizar dostał jakieś ziółka od Otto. Jeśli będzie się powtarzać to poproszę go o nie. Tymczasem może jak usiądę bliżej ciebie do pracy to może jakoś pomoże…
                                Kobieta pokręciła głową.
                              • Radzę sobie i bez prochów. Po prostu czasami... Czasami sobie przypominam. Wiesz jak to jest. Nie możesz zapomnieć, masz problem z pamiętaniem dobrych rzeczy. Powtarzasz bez przerwy na okrągło wszystkie traumatyczne... - westchnęła i przygryzła usta rozważając czy chce o tym opowiadać, aż w końcu poddała się - Śniłam dziś o takiej suce... Takiej dziwce co sama była zniewolona, a odczuwała jakąś przyjemność w maltretowaniu innych. I nadużywaniu jakiejkolwiek władzy jaką nad resztą miała.
                              • Ughh… plugawa babka. Odbijała sobie niedobór władzy na tych nad którymi władzę miała… albo po “awansie” poczuła się lepsze i, że “tak być powinno” bo sama była tak wcześniej traktowana. Tacy bywają gorsi niż wolni zarządcy, bo próbuję sobie “coś” odbić. Przykro mi, że poznałaś jak to jest mieć nad sobą kogoś takiego.
                                Kaylie patrzyła w dół bez wyrazu.
                              • Sen był okropny, jakbym znowu tam była... Choć powoli, powoli sobie uświadamiałam po przebudzeniu, że to tylko sen. Że jej nie ma. - uniosła wzrok na Khala - Przecież rozbiłam jej łeb o ścianę.
                              • Hmmm… nie jest mi jej żal… - beztroska w głosie Khala kryła niepokój. Kaylie była rzeczywiście pokrzywiona - Zrobiłaś to w czasie swojej ucieczki?
                              • Wcześniej. Temu zawdzięczam część moich blizn. Po prostu... Miałam szczerze dość. To było przed procesem. Ona zabierała mi jedzenie, pomagała strażnikom mnie karać... Krzywdziła inne osoby w tej sytuacji. - zakończyła z groźnym pomrukiem.
                              • I … jak Nyer to przyjął? Czy się nie dowiedział?
                              • Wtedy nie przebywałam z nim, rzadko go widziałam, ale strażnicy bardzo źle zareagowali i do dziś noszę część blizn po karach. Nie żałuję. - stwierdziła twardo - Ta suka umęczyła nic nie winną dziewczynę, dla swoich bonusów. Wręcz "sprzedała" jej usługi strażnikom. Wyobrażasz sobie? Musiałam ją pomścić i upewnić się, że więcej nikomu tak nie uczyni...
                              • Cóż… dobra robota. Niektórzy nie zasługują na drugie szanse.
                                Kaylie schowała twarz w rękach.
                              • Tylko czemu ona mi się czasem śni...
                              • Bo co “dobre i właściwe” zwykle wcale nie jest “łatwe i przyjemne”. Zrobiłaś co było słuszne, ale nie oznacza to, że nie ma to swojego ciężaru.
                                Kaylie westchnęła lekko i wstała by podejść do szafy.
                              • Więc widzisz... moje blizny nie mają nic wspólnego z Nyerem. - odparła wyciągając uwieszone na wieszakach ubranie, jakie od Khala dostała - Irvys nie przyłożył do nich ręki.
                              • Absolutnie mam zbyt wiele zaplanowane na dziś aby zaczynać od tej… - zemł w ustach agresywniejsze słowo - ... od tego tematu. Chcesz w to wierzyć? Jasne. Po prostu nie zaczynaj dziś tej rozmowy.
                                Pomógł Fisusiowi zamknąć ostatni węzeł i przystąpił do procesu sprzątania komponentów i narzędzi.
                                Kaylie nie odezwała się tylko zaczęła ubierać się. Po chwilowym zastanowieniu wyjęła coś jeszcze z szafy i szybko schowała to w kieszeń spodni.
                              • Dobrze, że nie urosłeś za dzieciaka. - odezwała się po chwili - Te ciuchy prawie pasują jak trzeba. Są trochę za duże, ale nie tak fatalnie.
                                Viktor zachichotał nisko, jednak zatrzymując dla siebie przekąs “o zaletach wszelakich niedożywienia dziecięcego”.
                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SeachS Niedostępny
                                SeachS Niedostępny
                                Seach
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #130

                                Kochankowie zeszli na dół na śniadanie. Galtianka była ubrana w cheliańskie dawne ubrania Khala w kolorach czerni i czerwieni pasujące prawie idealnie, dzięki jego sylwetce oraz elfickiej smukłości kobiety.

                                • Przydałoby się te ciuchy lekko dopasować. Może ta Barabii by pomogła? - zapytała jak zeszli ze schodów.
                                • Barabii z lat które ja wątpliwie pamiętam mogłaby, co najwyżej, oddać to którejś ze swoich pomocnic, bo sama była zajęta kreacją na konkretny bal dla jakiejś szlachcianki… - spojrzenie zamgliły mu wspomnienia, gdy uśmiechał się do przeszłości - Jeśli ten styl przypadł ci tak do gustu jak mi to z radością oddam ci część mojej szafy aby oddać ją na poprawki dla ciebie.
                                • Jest ciekawy. - uśmiechnęła się - No i... Twój. A to miłe je nosić, coś innej osoby. Choć by mnie za to opluto w Galt... - westchnęła i pociągnęła mężczyznę do stołu.
                                • Cóż… może to trochę inna sytuacja, ale style semi-galtiańskie miewały swoje pięć minut w modzie Egorianu… nie sądzisz, że może to już czas przestać się zastanawiać “co by inni pomyśleli?”.
                                • Przynajmniej ten cholerny kozioł powinien być zadowolony... - mruknęła z przekąsem pod nosem - Że choć ciutes się otwieeeram na te klimaty...
                                • Na pewno ja jestem zadowolony, że już nie jestem na liście podejrzanych za samo to gdzie spędziłem ostatnie pół życia. Miła odmiana.
                                  Kaylie pociągnęła mężczyznę na ławę.
                                • Mam coś dla ciebie. - powiedziała uśmiechnięta.
                                  Lilia podeszła do pary z dwoma talerzami. Kaylie miała dwa przekrojone na pół rogaliki, jeszcze ciepłe, delikatne i kruche. Obok nich ciepłe kakao do popicia. Na dodatek kilka rodzajów dżemu, truskawka, malina i pomarańcza. Jeszcze zawijana bułeczka z nadzieniem czekoladowym.
                                  Viktor otrzymał podobny zestaw chociaż u niego znajdował się świeży chleb, dżemy i kawa. Miał naczynko z delikatną śmietanką oraz cukierniczkę.
                                  Głównym daniem na talerzu był puchaty omlet z bitą śmietaną i owocami.
                                • Smacznego. Mam nadzieję, że będziecie zadowoleni.
                                • Bardzo dziękujemy, jest doskonale - odpowiedział Viktor, nie do końca będąc pewnym czy szczerze… ale po chwili stwierdził sam do siebie, że to najwyraźniej jeszcze pobrzmiewa mu z tyłu głowy tamta obelga od Otto, gdy pokoje im poprawiał. Teraz różnica nie wychodziła ponad coś co zamknąć można było w osobistej interpretacji, więc nie warte rozważań. Spojrzał na Kaylie pytająco.
                                • Czy ja słyszałam coś o jakimś prezencie nim nam tak przepysznie przerwano? - zapytał z rozbawieniem.
                                • Bardzo dobrze słyszałeś. - odparła z zadowoleniem - Ostatnio nie było dobrej okazji, a ja też zapomniałam, mea culpa. - sięgnęła do kieszeni spodni, gdy Khal powoli upijał łyki gorącej kawy - I ty też zapomniałeś.
                                  Kaylie wyjęła zawiniątko jakie zmięła w pięści ukrywając jej zawartość.
                                • Ja pamiętałam o tym.
                                  Wcisnęła pięść w wolną dłoń Khala i zostawiła na niej osobisty "prezent", jaki zdjął z niej jeszcze w namiocie.
                                • O twojej kolekcji.
                                  Viktor nieomal zachłysnął się bardzo gorącym nektarem bogów gdy zobaczył zaprezentowaną mu parę koronkowej bielizny. Z mocą i intencją spiął się cały aby zdusić żar palący w tchawicy i wydać z siebie tylko niskie, niemal konspiracyjne dźwięki, zamiast rozkasłać się z potęgą od której wszystkie głowy by w jego stronę się skierowały… a nie chciał w ten sposób zwracać na siebie uwagi w ten sposób. Zdążył już dostrzec na sali Variona z Pitax, na pewno widział Alescio z Mivonu i chyba Calithia z Sevenarches mu zaświtała na sali gdy szli do stolika… to by, w żadnym razie, nie wyglądało dobrze!

                                Z trudem opanował odruchy. Rozkasłał się głucho i kontrolowanie w swoją pięść, pochylony w dół, jakby chciał się pod stolikiem schować, z intensywnością co zmusiła go by otarł drobne łzy tańczące w oczach, gdy już się wyprostował… nagłe pochylenie w połączeniu z gorącym napojem tylko dodały do efektu rumieniąc mu cała twarz, jak zawstydzonemu szczylowi.

                                • Ojejku… umiesz, kobieto, zaskakiwać… tego nie można ci odmówić - skomentował, chyba tylko aby powiedzieć “cokolwiek”, gdy jednym palcem przyciągał wręczony mu prezent do siebie… z niewątpliwą lubością tańczącą pod dopiero gasnącym niezrozumieniem.
                                • Ale skąd ty… - zaczął pytanie, ale wstrzymał się gdy odpowiedź sama strzeliła mu do głowy, a w tym momencie jego bark nagle ugiął się nieco w dół… jakby niewidzialna istotka wyskoczyła w górę odbijając się z niego, rozpostarła diable skrzydełka i uciekła w siną dal, nie mając zamiaru dać się tak publicznie przepytywać.
                                • Ehhh… skaranie boskie z tymi chowańcami… ale… jakaż to okoliczność pozwoliła wam dojść do TAKICH tematów? Dosyć prywatnych, chciałbym tu dodać! - nie czuć było w jego głosie żadnej urazy, a jedynie ciekawość i rozbawienie.

                                Wyraźnie rozbawienie było widziane na twarzy kobiety. Reakcja mężczyzny ją w bardzo rozbawiła i dawała wiele satysfakcji. Szczerze to nawet nie próbowała jej ukryć.

                                • To było jeszcze w czasie jak on próbował mnie zniechęcić do tego związku. Wtedy też powiedział jakim jesteś gnojkiem i robisz kolekcję z kobiet.

                                • Hmmm… w porządku, chcąc udowodnić tę tezę rozumiem czemu użył tego argumentu… Na moją obronę: moja kolekcja od wielu lat już nie rosła, ale z wielką radością uczynię wyjątek i uzupełnię ją o ten kwiat koronny. Dziękuję ci za ten prezent, sprawia mi on wiele radości.
                                  Kaylie uśmiechnęła się lekko.

                                • Podejrzewam. Choć wyglądasz na dość tym wszystkim zaskoczony. - wyciągnęła dłoń ku twarzy Khala i położyła ją na jego policzku - Pewnie masz dużą kolekcję takich trofeów. Musiało ci sprawić radość jak ściągałeś ze szlachcianki bieliznę, hm?
                                  Viktor uśmiechnął się lisio do wspomnień. Wspomnień o tym jak kolekcja zrobiła się tak monstrualna, że aż niepoważna… jak zachował je piątą ich część i już jej nie rozwijał.

                                • I tak i nie. Kolekcja kiedyś była większa, ale zachowałem tylko najwartościowsze eksponaty. Jednak lubość z jaką oswobadzam nadobne panie z bieliźnianych okowów… pozostała ta sama, choć skłamałbym twierdząc, że uwolnienie ciebie z ich ciężaru nie sprawiło mi wybitnie wiele radości i satysfakcji.

                                • Więc ja nie jestem nadobna? - zapytała z krzywym uśmieszkiem.
                                  Viktor odpowiedział swoim własnym zadowolonym spojrzeniem.

                                • Oh la damme, w wielu aspektach jesteś najnadobniejsza ze wszystkich kobiet i dziewcząt która uległy mojemu niekwestionowalnemu czarowi i żadnej z nich nie preferowałbym mieć teraz w twoim miejscu.

                                • Tak tylko mówisz... - powiedziała kryjąc leciutkie zawstydzenie - I podejrzewam, że twoje plebejskie urodzenie skakało z radości, jak mogłeś dotknąć szlachetnego aksamitu skóry.
                                  Viktor uśmiechał się wciąż, choć nabrał pewnego rozbawionego nacisku w spojrzeniu.

                                • Kiedyś… dawno temu… dosłownie miesiące po tym jak Viktor Goodmann narodził się na dobre, rzeczywiście było to pewne wydarzenie. Od tego czasu… tsk… - wzruszył ramionami - Nie… kłamałbym twierdząc, że nie miało to swego uroku gdy otrzymałem od pewnej markizy coś co w zasadzie było listem pochwalnym… choć historia absolutnie żąda dodania puenty, w której to zacząłem lekko panikować, gdy dotarło do mnie, że wyplątanie się z tego romansu niesie ze sobą pewne realne ryzyka…
                                  Zachichotał nisko, wspominając tamte czasy.

                                • No tak. Pierwszy raz poczułeś się zwycięski, prawda? - pokręciła głową - Mogłeś dostać coś, co było za lepszym urodzeniem. Musiałeś uwielbiać tego smak.

                                • Oj, nie doceniasz mnie, kochana… raz miałem markizę, ale hrabiny też już wtedy zdążyłem posmakować, a kilka baronowych zdążyło już aktywnie zabiegać o moje względy. Szlacheckie damy nie były już dla mnie nowinką, ale markiza… tsk tsk tsk… to było coś. Ale wciąż pozostaję przy wcześniejszej deklaracji. Choćby przyjechała tu za mną, ze swoim orszakiem i padła mi do kolan, nie wymieniłbym jej za ciebie.

                                • Oj, tu naciągasz. Może nie wymieniłbyś, ale nie wahałbyś się posmakować. - stwierdziła zaczynając powoli i delikatnie pałaszować połówkę rogalika.

                                • Może tak, może nie… nie umniejsza to jednak wadze mojej deklamacji - odpowiedział i sam również zabrał się do jedzenia. Wiele było jeszcze do zrobienia.
                                  Zjadła połowę rogalika w milczeniu, ale gdy zabrała się za drugą połówkę nagle powiedziała przyciszonym głosem.

                                • Rozumiem, że jesteś gorszy urodzeniem... - przygryzła wargę - To czemu mnie kręcisz?

                                • Hmmm… - mruknął powoli żując kęs nim odpowiedział - Jest na to wiele możliwych odpowiedzi… najprostsza… pomimo niższego urodzania, wciąż nie jesteś w stanie wymienić trojga szlachciców prezentujących sobą więcej niż ja w kategorii surowej kompetencji. Z drugiej strony… odpowiedzią na pewno nie jest “moja wrodzona skromność”... - zachichotał sam do siebie.

                                • A może po prostu to taki mój fetysz? A nie żadna twoja wspaniałość? - stuknęła
                                  palcem o nos Khala.

                                • Hmmm… - mruknął wyginając usta prawie jakby rozważał to jako poważną opcję. - Preferuję moją wersję… stawia mnie w… - zawiesił głos jakby szukał słów - w lepszym świetle. Ale jeśli to tylko twoje dziwactwo to będę musiał je pielegnować, aby nigdy ci go nie zabrakło.
                                  Kaylie dokończyła cały rogalik.

                                • Chciałabym teraz przy wszystkich cię pocałować, przytulić. - westchnęła - Nie przejmować się czy ktokolwiek będzie wiedział, że jesteśmy razem...

                                • No to chodź. Usiądź mi na kolanach i pocałuj… nie ma znaczenia czy ktokolwiek będzie wiedział.

                                • Ale... Co jak będzie już rotacja...? - spojrzała po sali z jakimś wstydem.

                                • Przywilej arcykapłański… nikt nie pomyśli o tobie złego słowa. Najwyżej z zazdrością będą mnie dupkiem nazywać.
                                  Kaylie wyraźnie była zawstydzona i obawiała się społecznej oceny. Kobiety będą ją odgadywać...

                                • ...jesteś pewny... że to dobry pomysł...?

                                • A myślisz, że to coś rzadkiego? I pośród kapłanów światłości nie jest to czymś niespotykanym, tylko kryją się oni z tym intensywniej i gdy się pomyje wylewają jest z tego drama. Noś to jak order na piersi, a będą ciebie podziwiać jako wzór kobiety która dotarła na lokalne szczyty.
                                  Kobieta wyraźnie obawiała się. Wypiła kakao dla uspokojenia i dokończyła śniadanie.

                                • ...myślisz, że tak będzie lepiej? - szepnęła - Bez sekretów?

                                • Tak. Gdy wilk spotka w lesie istotę której wcześniej nie widział zamiera… patrzy… wyczekuje jak ta istota zareaguje. To ona dyktuje zasady. Jeśli rzuci się ona do ataku wilk uzna ją za drapieżnika i zacznie uciekać. Jeśli to ona się odwróci na pięcie to staje się ofiarą i wilk rzuci się w pogoń. Tak samo jest z ludźmi. Jeśli będziesz to kryła i krępowała się, to stanie się czymś wstydliwym i godnym pogardy w oczach otoczenia. Ale jeśli przyjmiesz to z dumą wytrącisz im argumenty z rąk. Nie pomyślą o tobie źle, jeśli twoja postawa nie powie im “robię coś złego”.
                                  Przymknęła oczy.

                                • Czy Brevoyka tu jest? - zapytała cicho.
                                  Viktor zastanowił się moment.

                                • Nie sądzę. Widziałem kilkoro ambasadorów… - powiedział rozglądając się bez skrępowania - Wróć… poprawka… przyszła przed chwilą.

                                Kaylie zebrała się na odwagę choć wstyd gorzał w jej piersi. Wstała z ławy, aby przejść na kolana mężczyzny i zarzucić mu ręce na szyję łącząc się z nim w głębokim pocałunku, jakim próbowała skryć rumieniec, przyciskając się ciałem do Khala.

                                • No… - mruknął Viktor zadowolony, gdy odlepili się od siebie - Grzeczna dziewczynka. Czeka cię za to potem nagroda.
                                  Kaylie spojrzała na niego z niepewnym uśmiechem, jakby nieufnym. Coś w jej spojrzeniu się zmieniło, choć ciężko było określić naturę tego. Na pewno ciało kobiety w jednej chwili zesztywniało, gdy wszystkie mięśnie odruchowo się spięły.
                                  Chcąc ukryć swoją reakcję sama przesunęła wzrokiem po sali wciąż siedząc na kolanach Khala.
                                  Viktor zmarszczył brwi, wciąż jednak uśmiechając się lekko.
                                • Hej… Perełko… co jest? Coś nie tak powiedziałem? - zapytał choć miał swoje domysły którą strunę mogło to szarpnąć.
                                • Hm? - zapytała jakby wyrwana z myśli - Nie, nie, wszystko dobrze. - wtuliła twarz w szyję Khala, chowając w niej oczy - Jak inni reagują? - zapytała ze wstydem.
                                • Nijak, Kruszyno… nikogo to nie obchodzi. No dobra, Alescio z Mivonu wznosi do mnie toast - poprawił się Viktor, odpowiadając kapitanowi serdecznym gestem. - Tak długo jak nie będziemy sobie wpychać języków do gardeł i mlaskać przy tym nikt się nawet nie skrzywi. Ludzie mają dość własnych problemów.
                                • A Brevoyka? - naciskała.
                                • Nawet nie patrzy w tę stronę, ale nie oczekiwałbym od Elanny jakiejkolwiek reakcji. Nie ten typ.
                                • A podobało ci się z nią? - zapytała szeptem w jego ucho.
                                  Viktor zmarszczył brwi i spojrzał na Kaylie kątem oka, oceniając… po czym westchnął powoli, węsząc komplikacje.
                                • Yhymm… - przytaknął krótko. Nie zamierzał kłamać, nawet gdy miałoby to być wygodne.
                                  Najwyraźniej szczerość uspokoiła trochę Kaylie.
                                • I zamierzasz ją znowu mieć?
                                  Viktor chwile nie odpowiadał, rozważają.
                                • Nie wiem… chyba? Łatwe dojście już mam, ale… za łatwe? Z drugiej strony szkoda byłoby nie skorzystać. Ma dziewczę temperament, a za kilka dni wraca do Brevoy. Myślę, że jeszcze raz może się zdarzyć, ale sam nie wiem… wybacz jeśli brzmi jakbym kręcił… szczerze nie jestem pewny odpowiedzi…
                                • ...czy to było lepsze dla ciebie od stosunku ze mną? Czy sprawiło ci więcej przyjemności? - zadała to straszliwe pytanie "Czy była lepsza ode mnie".
                                • Kruszyno… - szepnał Khal czule, obejmując ją i przyciągając mocniej do siebie. - Była inna niż ty. Nie była lepsza. Nie była gorsza. Tylko inna. Ale z tobą wiem, że będę chciał się kochać tej nocy i następnej i jeszcze wiele, WIELE razy w postrzegalnej przyszłości… nią zainteresowanie już częściowo straciłem. Rozumiesz jak astronomiczna jest to różnica?
                                • Chcę wiedzieć co cię bardziej zadowala, jak najlepiej wpasować się w twoje chęci... - broniła się, aby nie czuł tego jako ataku.
                                • Rób to co robisz. Bądź reaktywna, mów do mnie i polegaj na mnie. Cała reszta będzie wtedy łatwa.
                                • Ty zawsze żartem uciekasz. - stuknęła palcem nos Khala - Pytam o seks. Umiem być lepsza, umiem zadowalać lepiej.
                                • Tu mnie masz. Ale odpowiedź zostaje podobna… nie chcę abyś była “lepsza”. Chcę byś robiła na co masz ochotę… hmm… cóż… może średnio mi się podoba, że twój galtiański jakby ucichłkiedy ci powiedziałem, że się go uczę… - wyszczerzył zęby cwaniacko.
                                • Nie dla ciebie te słowa!
                                  Viktor zachłysnął się powietrzem w niby-oburzeniu.
                                • To dla kogo, jak nie dla mnie?!
                                • Są moim własnym sekretem!
                                • Meh… trzeba było trzymać się planu i cię nie uświadamiać… znacznie więcej frajdy by było… - narzekał, ale pierś dudniła mu chichotem.
                                • O czym ty mówisz? - nadęła policzki.
                                • Że jakbym ci nie powiedział, że uczę się twojego języka to byś wciąż go wykorzystywała, a ja bym miał tylko więcej i więcej frajdy z tego, w miarę tego jak nabierał bym w nim biegłości.
                                • Twoja wina. Teraz wiem, aby nie używać go.
                                • Yhym… niestety. Mea grande culpa. Chwila słabości mnie do tego nakłoniła…
                                • Chciałeś po prostu się popisać, ty pyszałku! - oskarżyła go złośliwie.
                                • Nawet jeśli zredukujemy to do tej interpretacji… niekontrolowana pycha to również słabość.

                                Wzrok Kaylie wyrażał w tym momencie ciepło uczucia, jakie zapewne w jej głowie nazywało się "miłością"... Jakkolwiek miała je widzieć. Objęła ramię mężczyzny.

                                • Co masz zamiar obgadać z Filią? - zapytała bawiąc się jego kołnierzykiem.
                                • Dokładnie to co mówiłem. Muszę z nią omówić pewne niuanse doktryn Kozła i upewnić się, że miała dobre źródło wiedzy na temat ogólnych przykazów… aby wszystko poszło gładko i prosto. Nic wybitnie ciekawego.
                                • Nudy... - połasiła się do twarzy Khala - Traktujesz ją jak dziecko. A diabeł to diabeł. - mruknęła sama wyraźnie nie widząc Azazela jako cokolwiek innego od wariacji Asmodeusza. I to Filię trzeba douczyć?
                                • Hej… sam powiedziałem, że to nic ciekawego… ale wolę ryzykować traktowanie jej jak dziecka, niż rozzłoszczenie go gdy musiałby marnować czas na odpowiedzi których ja powinienem jej udzielić wcześniej. I cholerko urocza… Tak samo jak Regathiel i Shelyn to dwa drastycznie różne bóstwa, tak Pana Ciemności i Kozła wcale tak wiele nie łączy.
                                • Bzdury. Azazel na pewno nas mami, to diabeł. Oni tym istnieją. Ty mu całkowicie wierzysz? Bez żadnych wątpliwości? - sarknęła.
                                  Viktor patrzał na nią przez chwilę, upewniając się, że dziewczyna istotnie nie żartuje.
                                • Ile wiesz o różnicach między arcydiabłami? Jakbym postawił przed tobą kapłanów Po-dwakroć Upadłego i Popielnego Byka byś mi powiedziała który jest który i dlaczego?
                                • Mam wystarczającą wiedzę, aby nie ufać takie istotom. Jestem magiem, zapomniałeś? A ty jesteś zaślepiony i zbyt bardzo ufny w swojego boga.
                                • Tak? To dosyć silna teza… w jakiś sposób ją uargumentujesz?
                                • Że za bardzo ufasz? To diabeł, nie pamiętasz? Jego istota jest ponad naszym zrozumieniem, jego sposób myślenia jest nam obcy. Nie krzywdzi nas tylko dlatego, że ma w tym swoje plany. Będzie tak długo miły jak długo będzie mu to na rękę. - dodała twardo - To nie jest nasz przyjaciel.
                                • Nie jest przyjacielem, fakt. W tej jednej rzeczy masz rację. Ale nawet przyjmując twój wybitnie redukcyjny i niegodny twojej inteligencji tok rozumowania “wszystkie diabły takie same”... kojarzysz, że Książe Ciemności ma wybitnie rozbudowany kler? I oni wszyscy mają wszelkie możliwości aby osiągnąć wielkie rzeczy w Cheliax i poza nim? Jeśli chodzi o traktowanie lojalnych sobie ludzi to nawet Księciulkowi nie można wiele zarzucić.
                                • Czy ty naprawdę sądzisz, że jesteś w stanie pojąć jego istotę? Że niemożliwe jest byś został przez niego zwiedziony? Przez kogoś kto ma zostać bogiem? Aż tak wielka jest twoja pycha? - pokręciła głową.
                                • Ach, dziewczę drogie… jak masz dwie sprzeczne sobie linie argumentacji to sugeruję jednak zdecydować się na jedną… więc Kozioł jest jak Książę Ciemności, czy nie? Od tego zacznijmy.
                                • Jest takim samym diabłem, więc ma podobne cechy. - mruknęła z niezadowoleniem - Jest istotą prawa i zła, choć on ma bardziej umiłowanie prawa co nie sprawia, że drugie w nim nie istnieje.
                                • Yhym… A Regathiel z Shelyn są oboje bogami dobra. Mają swoje bardziej i mniej umiłowane aspekty, ale to nie oznacza, że atrybut dobra znika. Czy byś powiedziała, że są “takimi samymi bogami”?
                                • Nie, ale są czymś innym niż ci dwaj. Obaj to są diabły. - Kaylie wyraźnie nie była zadowolona z kolejnej prawniczej dyskusji z Khalem... On musiał czerpać z tego przyjemność.
                                • Typ istoty nie ma znaczenia, bo rozważamy podobieństwa i różnice istot znajdujących się w obrębie jednego typu. Jeśli nazwanie Regathiela i Shelyn “takimi samymi istotami swojego typu” byłoby redukcjonistyczne to ta sama zasada tyczy się arcydiabłów. Ale nawet przyjmując twój własny redukcjonizm twoja argumentacja sypie się jak domek z kart, bo niemal każdy członek kleru Księcia w Cheliax żyje jak pączek w maśle. Nie są zdradzani przez swego boga i ich bóg zachowuje się precyzyjnie tak jak obiecał, że będzie się zachowywał. Więc jeśli jedyną różnicą między naszymi dwoma diabłami jest to, że Kozioł jest bardziej prawy, to oznacza, że można oczekiwać równie uczciwego, albo lepszego traktowania. I widzę jak się krzywisz… Chciałbym zaznaczyć, Perełko, że to ty zaczęłaś tę dyskusję. Ja jestem perfekcyjnie content aby została ona tutaj urwana.
                                • A tobie bardzo zależy, abym zaczęła widzieć inaczej Azazela. - stwierdziła - Abym zaczęła całkowicie zaprzeczać wszystkiemu, co we mnie było wpajane w Galt. Wybacz, że nie ufam mu. Że oczekuje po nim wszystkiego co złe. To, że będzie prawnie podpisane to nie zmienia faktu bycia moralnie krzywym.
                                • I zmieniasz znowu temat. Wiesz tam w środku, że mam rację. Wiesz, że Galt nienawidzi i tą samą nienawiścią ty pałasz. Rozumiesz też, że nienawiść potrafi zaślepiać i gdzieś tam dodajesz dwa do dwóch, że tak naprawdę to są zupełnie różne istoty, ale nienawidzić znacznie łatwiej, gdy nienawidzi się hipotetyczny archetyp, a nie rzeczywistą istotę. Archetypy są proste i jasne. Czarno białe. Rzeczywiste istoty są zniuansowane i wielowymiarowe. Kaylie… mam wrażenie, że ty w ogóle nie widzisz istoty pod tym archetypem. Jakbyś widziała i jej nienawidziła to koniecznie musiałabyś nienawidzić i mnie, bo moja moralność i wizja są bardzo bliskie tym azazelowym. Dlatego go wezwałem. To nie był przypadek, ja na niego nie “trafiłem”. Ja go wybrałem.
                                • Nie jesteś jak on! - wstała z kolan Khala - Nie jesteś jak diabeł. - nachyliła się ku niemu - Niezależnie jak bardzo chcesz się za takiego przedstawiać. Jesteś lepszy niż chciałbyś to przed sobą przyznać...
                                • Usiądź proszę. Zwracamy na siebie zły typ uwagi gdy tak podnosisz głos i się pochylasz nade mną.
                                  Kaylie usiadła na ławie, ale nie dotykała już Khala.
                                • Dziękuję. Absolutnie nie wątpię, że jestem lepszy niż archetyp który widzisz w swojej jaźni gdy myślisz o Azazelu. Jednak dalsza dyskusja będzie musiała poczekać na inny czas, a przede wszystkim: inne miejsce. Argument pozostaje: Książę Ciemności nie zdradza tych co są mu lojalni. Jeśli Kozioł jest “taki sam” to tego też można oczekiwać. A teraz zakończmy tę dyskusję. Nie sprawia ona przyjemności ani tobie ani mi. Możemy się chociaż w tym zgodzić?
                                  Kaylie niemo kiwnęła głową.
                                • Dziękuję - Viktor odpowiedział własnym kiwnięciem i wrócił do jedzenia śniadania.
                                • Opowiesz mi jak ostatnio ci się z Rhaastem współpracuje? - zapytał kilka chwil później.
                                • Lepiej. - odparła - Stara się.
                                  Viktor uśmiechnął się do siebie, kryjąc samozadowolenie.
                                • Cieszę się, że jakoś wam się zaczęło układać.
                                • Ale nadal przyjaciółmi to nie jesteśmy. Ja to widzę jako coś, co on może udawać.
                                • Ostrzegałem go, że będziesz nieufna… ale zastanów się sama do siebie… co on miałby takim udawaniem osiągnąć? Nie, nie odpowiadaj mi… nie chcę słyszeć szybkiego defensywnego twierdzenia, które wiązałoby potem twoje myśli. Zostaw te przemyślenia jako swoje własne.
                                • Więc teraz będziesz Filii tłumaczył. - stwierdziła.
                                • Tak, ale umówieni jesteśmy za dobre dwie godziny. Dam jej okazję przyspieszenia tego, jeśli by chciała, ale nie zakładam, że tak zrobimy - mówił smarując kolejną pajdę chleba powidłami.
                                • A co do tego czasu?
                                • Teraz dokończymy śniadanie. Potem… chyba Baltizar wrócił, ale nie potwierdziłem. Warto się dowiedzieć co i jak. Rozmowa z Filią, obiad z ofiarami alchemika… prawdopodobnie wycieczka do lady Barabii.
                                • Po ciuchy dla mnie?
                                • Dokładnie. Kilka moich co lepszych zestawów jej zaniesiemy aby poprawki dla ciebie zrobiła.
                                • I naprawdę to dla mnie załatwisz? Oddasz swoje ubrania? Dla mnie? - Kaylie lekko się zarumieniła w dziewczęcym wstydzie i spuściła głowę.
                                • Yhym… - przytaknął nieco nieobecnie, skupiony na omlecie z owocami i śmietaną. Dopiero po chwili uniósł spojrzenie, dostrzegając kaylowe onieśmielenie. Przekrzywił głowę analizując…
                                • Definitywnie - dodał w końcu - Skoro ci się podobają… sam swoich mam dość, a podobasz mi się w czerwieniach. Jakąś nostalgię we mnie budzą… mimo wszystko w Cheliax spędziłem ostatnie dwadzieścia lat. To kawał czasu.
                                • Ja się dziwnie czuję mając je na sobie... Nie powinnam ich mieć. To jak przyznanie się do zdrady... - szepnęła wyginając palce.
                                • Jeśli cię to jakoś pocieszy to podwaliny tej mody pochodzą w znacznej mierze z Andoranu, a kolorystyka w czerwieniach i czerniach nie jest zmonopolizowana przez Cheliax.
                                • Ale ludzie będą wiedzieć... I te twoje ulubione niedopowiedzenia na nic się nie przydadzą.
                                • Ludzie… będą wiedzieć… że co? Nie nosisz na plecach sztandaru Galt. I nikt nie dba o ten konflikt równie jak Galt, więc nawet jeśli by wiedzieli to by się nie przejmowali.
                                • Ale jeżeli kiedyś wróciłabym do Galt... - zaczęła bez żartu tym pomysłem.
                                • Jakbyś wróciła… to zakładam, że Szarzy Ogrodnicy by już nie istnieli, bo na ten moment mieliby oni z tobą wiele do omówienia... i wtedy rzeczywiście bym NIE polecał mieć na siebie tych ubrań.
                                  Kaylie lekko wtuliła się w bok mężczyzny, szukając tak poczucia ochrony.
                                • Nigdy nie wrócę do domu... Prawda...? - zapytała z jakąś dziecięcą nadzieją.
                                • Dziewczę drogie… ile w tobie elfiej krwi? Ćwierć? Jedna ósma? Pierwsze wróży tobie jeszcze dwa stulecia życia. Drugie wciąż grubo ponad wiek. To co się w Galt wyprawia nie będzie trwało wiecznie. To, że ten stan dotrwał do dnia dzisiejszego to nieśmieszny żart. Jest całkowicie realne, że za dekadę władza zmieni się trzy razy i nie będzie już nikogo kto chciałby ciebie tknąć… Masz przed sobą olbrzymią ilość czasu i zazdroszczę ci go niesamowicie. Ciebie znacznie mniej dotyczą słowa jak “nigdy”.
                                • Nie wierzę bym tyle żyła... - westchnęła - A co po obiedzie i ubraniach?
                                • Bo elfia krew wcale nie jest łączona z długowiecznością? Spotkam się z moimi kontaktami. Mają dla mnie więcej materiałów, których teraz potrzebuję a potem znajdę sobie jakiegoś architekta… mam sporo wiedzy do odświeżenia.
                                • I co dalej?
                                • A masz coś konkretnego co byś chciała zawrzeć w planie dnia?
                                • Pytam ciebie. - powiedziała wyczekująco.
                                • Hmmm… zależy jak późno skończę. To nie będzie pojedyncze posiedzenie, nawet jeśli
                                  szybko znajdę tak dobrego architekta jak bym chciał… skoro jednak nikt nie wychodzi z propozycją jakichś alternatyw to chyba nie będę się specjalnie z tym spieszył? - dywagował, niby wcale bez żadnej intencji…
                                • Przecież ja mam wnętrze robić. - wzruszyła ramionami urażona insynuacją, że ona nic nie robi - Dziś do biblioteki idę i pewnie z Fernem pogadam. A ty chyba masz budynek wyczarować i tak?
                                  Viktor postukał kilkukrotnie palcami po blacie, szukając powodu jej napiętych brwi…
                                • Nie miałem na myśli, że nie wypełniasz swojej części, a że najwyraźniej masz coś co byś chciałą zrobić potem i liczysz, że z fusów wywróżę co masz na myśli. Więęęc… Jest coś na co byś liczyła późniejszym popołudniem? Wyjście do ich lokalnego teatrzyku? Grają jakiś tragi-romans, podobno z elementami erotyki. Nie dla dzieci. Może chciałabyś na specer się wybrać? Są jeszcze miejsca które mógłbym ci pokazać, jeśli pamięć nie stroi mi figli. Może zamknąć się w pokoju i czytać książki? Albo nawet ich nie ruszyć?
                                  Kaylie uniosła głowę z zaciekawieniem.
                                • Jest coś takiego w teatrzyku? - wyraźnie ją poruszyło - I ten spacer także ciekawy, ale wszystko po Fernie i tak. A o co chodziło... - pokręciła głową - W sumie nieważne.
                                • Skoro tak uważasz… - odpowiedział z zawodem i wrócił do jedzenia omleta.
                                  Zajęło kilka kęsów nim Kaylie nie wytrzymała ciszy. Przysunęła się do ucha mężczyzny i szepnęła.
                                • ...zapomniałeś już co mi obiecałeś?
                                  Viktor uśmiechnął się do siebie w myślach… to było na swój sposób urocze, że takie proste sposoby na nią działały.
                                • Obiecałem tobie wiele różnych rzeczy… - odpowiedział nieco zniżonym, trochę przyjemniejszym głosem i prawie zmarszczył brwi gdy dotarła do niego haniebna dysproporcja w ilości tych deklaracji między nimi… i on o niej śmiał mieć takie pobłażliwe myśli?!
                                • Podpowiedź chociaż kiedy tę obietnicę, o której mówisz, składałem? Było to wczoraj? Dawniej? Dziś? Na tym śniadaniu? - wyliczał powoli, kątem oka obserwując jej reakcje i wyczytując rytm jej oddechów. - Ahh… na śniadaniu, prawda? Przed kilkoma chwilami gdy o nagrodzie mówiłem… Pamiętam o niej, pamiętam.
                                  Uchwycił jej podbródek by mu nie uciekła, gdy całował ją w policzek i jakby gdyby nigdy nic wrócił do swojego omleta.
                                  Kobieta uśmiechnęła się głupawo i ze wstydu wtuliła się w ramię Khala.
                                • To nie musi być... W pokoju... Prawda...? - wyszeptała mu do ucha ze wstydem.
                                • Jeśli masz rozsądne propozycje to jestem gotów je rozważyć - odpowiedział tonem bardziej opiekuna, niż kochanka, ale w jakiś taki pasujący do sytuacji sposób.
                                  Galtianka pokiwała chętnie głową.
                                • Ale to po innych rzeczach... Mówiłeś szczerze o tym przedstawieniu?
                                • Jak najbardziej. “Korona Cierni i Róż”. Przy czym nie jestem pewny lokalnego wyczucia “elementów erotyki”, jak dla mnie, mogą równie dobrze oznaczać pokazanie kolana, a może lekcję anatomii. Jestem pewny, że dam radę zorganizować bilety jeśli się postaram… postarać się?
                                • A po przedstawieniu zabierzesz mnie na wycieczkę po tym mieście w nocy! - zgodziła się z jego propozycją zdobycia biletów będąc bardzo podekscytowaną malującymi się prospektami.
                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #131

                                  W bocznej alkowie odgłosy Dworu dobiegały nieco rozproszone, nieco bardziej jako szum tła. Dębowy stół zastawiony był tylko przekąskami i cienkim piwem, dla zwilżenia języka. Jedno i drugie w niewielkich ilościach. Ani Filia, ani Viktor nie byli tutaj by nic świętować.

                                  • Więc… - zaczęła komendant chłodnym tonem - Twój Kozioł Ofiarny. Prawo, sprawiedliwość… zemsta? Pomiń proszę oczywistości i weź poprawkę CO byłoby oczywistością dla mnie. Ale w tym co ważne się nie ograniczaj. Wyłóż w całości i bez gier słownych. Jak krowie na rowie, proszę.

                                  Viktor kiwnął głową i rozpoczął wykład. Mówił długo i cierpliwie. O prawie istniejącym nie dla pętania słabszych, ale dla powstrzymywania silnych. O różnicach między wizją Abadara, gdzie prawo jest potężnym narzędziem, ale wymagającym pewnej elastyczności… podczas gdy Azazel by w elastyczności doszukiwał się miejsca dla malwersacji. O prawach miejsc dzikich, które Abadara nie interesują, a piekielny duke by oddał im należny hołd. Mówił o analogiach do Calistry, bo oboje doceniali świętą instancję zemsty, choć Viktor, dosyć naokoło, zarzucał jej niewielką głębię tego zwyczaju. Azazel miał dla niej głębsze miejsce w swoim ładzie.

                                  Mówił jeszcze wiele więcej, pokazując czym Azazel podobny jest do bogów lokalnych i dalekich, a w czym jest wyjątkowy i dlaczego ta wyjątkowość jest tym czego Evercrest potrzebuje.

                                  Czasem komendant zadawała pytania. Innym razem zupełnie zmieniała nurt którym płynęła rozmowa, a Viktor uszanowywał jej uwagę i poświęcał słowa i czas aspektom które były dla niej ważne.

                                  • Wiesz… mam nieodparte wrażenie, że on… wszedł w tak wąską niszę, że trudno mu będzie się rozrosnąć.

                                  Viktorowy niski chichot zadudnił mu w piersi, gdy odchylał się w krześle.

                                  • To może, moja droga, uznaj to za pewien dowód szczerości? - zaproponował z lekkością - Tu nie chodzi o popularność, ani moc, co mierzona by była ilością wyznawców. Chodzi tu o bycie wiernym swoim własnym przekonaniom. Gdziekolwiek one nie zaprowadzą. Choćby odrobina zakłamania mogła tak wiele ułatwić…

                                  Filia zmrużyła oczy, ale na jej twarzy pojawił się cień zaskoczenia.

                                  • Ty zawsze potrafisz wszystko ubrać tak aby było na twoje, co?
                                  • To moja specjalna zdolność… - odparł z uśmieszkiem - Jedni dostają miecz, inni rozum, a ja mam wdzięk.

                                  Filia westchnęła, wyprostowała się i spojrzała na Viktora.

                                  • Dobrze. Wysłuchałam. Nie odrzucam. Nie przyjmuje bezkrytycznie. Zastanowię się nad tym i czekam na tę ”audiencję” - skrzywiła się w przekorze. - I po niej dopiero będę decydować.
                                  • Tylko o to prosiłem. Dziękuję tobie, Filio.

                                  Viktor został sam w sali. Otto wszystko przygotował. Lilia wyjaśniła. Zostało mu tylko przywołać diabła. Ale nie spieszyło mu się do tego. Dawał sobie czas. Stres przepływał przez niego. Pozwolił mu się objąć na kilka momentów, a potem, metodami relaksacyjnymi, wylał go z siebie jak wiadro pomyj.

                                  • Będzie dobrze - powtórzył sobie i wrzucił do płomienia buchającego czarze kryształowy proszek.
                                    Ogień zaiskrzył, ale cienie odmówiły rozjaśnienia… na przekór światłu tylko się pogłębiły.

                                  A z ciemności kryjącej nienaturalnie ćwierć pomieszczenia spozierały dwa pomarańczone rozdarcia.

                                  Viktor ukląkł na jedno kolano, pochylając głowę i rozkładając ramiona, w geście oddania, ale nie służalności. To był gest szacunku, jak rycerz przed królem, a nie niewolnik przed panem.

                                  • Koźle Ofiarny… Twoja sprawa nabiera tempa. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem twoja świątynia, wielka na dekadę lub dwie prac, stanie w Evercrest przed końcem przyszłego tygodnia. Budujemy renomę i pierwszych nauk już udzielałem…

                                  Powolne, ponaglające mruknięcie z ciemności wyraziło więcej niż, w normalnych okolicznościach, miałoby prawo… Azazel wiedział… Azazel nie chciał o tym słuchać… Azazel rozumiał, że to wszystko dla Viktora było tylko wstępem i Azazel oczekiwał zakończenia go już. Mruknięcie kazało mu też wstać.

                                  Viktor przełknął głośniej niż by chciał i wyprostował się. To nie było wcale dobrze.

                                  • Panie… - zaczął niskim, spokojnym tonem, dobranym by nie prowokować ani nie urażać. - Chciałem zapytać ciebie jak widzisz jutrzejszą audiencję? Spędziwszy wiele czasu z komendant Blackfyre wierzę, że zrozumiałem w jaki sposób do niej najłatwiej dotrzeć.

                                  Rozdarcia ciemności obserwowały go uważnie, ale nie odpowiedziały. Viktor odkaszlnął lekko i kontynuował powoli, ostrożnie dobierając słowa.

                                  • Ona jest strażniczką wzdłuż i w poprzek. Chodzi jej tylko i wyłącznie o to najlepsze dla Evercrest. Może stać się największą sojuszniczką twojego kościoła jeśli przekonamy ją do prostego faktu, że twoja wiara JEST teraz tym co najlepsze dla Evercret.

                                  Ciemność charknęła niezadowolona. Znów go poganiała… ale przyzwalała na swobodne wyrażenie myśli, bez ryzyka urazy… w ramach rozsądku.

                                  Viktor milczał chwilę, zbierając myśli… i odwagę.

                                  • Rozumiesz, panie, że nie jestem w stanie zrozumieć twojej istoty na tyle by mieć pewność, co jest dla ciebie rozsądne, a co nie uwiera twojej godności. Jestem przekonany, że w piekle władza nad diabłami wymaga twardych metod kontroli i wiecznego udowadniania wyższości, aby nie uroiło im się zbyt wiele w głowach, jednak… jednak gdy mowa o śmiertelnikach, potencjalnych wiernych i sprzymierzeńcach… miękkie metody wpływu często okażą się znacznie skuteczniejsze na dłuższą metę. Właśnie nimi oplatałem sobie ich wokół palca, aż zostałem Trzecim Piórem.

                                  Dziwna dyskusja trwała dalej. Cień rozumiał o czym Viktor mówił i deklarował wiedzę o konieczności przytępienia bata w kontaktach ze śmiertelnikami.

                                  Pytał jednak…

                                  • Co jeśli “twardsza metoda” okaże się konieczna? - to już nie był pomruk, a rzeczywiste słowa - Na przykład Kaylie zbyt rozochoci się do egzekucji zemsty, pomijając prawo? Jest, nawet jeżeli tego nie chce, częścią mojej religii. Czy mam tobie zawierzyć rozwiązanie sprawy? Czy jednak użyć bata i upewnić się, że sytuacja się nie powtórzy?
                                  • Kaylie, upraszałbym panie, byś dał mi możliwość próby jej opanowania. Widzę jej zapędy i pracuję nad nimi. Jak na razie mam ją pod kontrolą i wierzę, że z czasem będzie tylko pod głębszą. Jeśli jednak bym zawiódł… rozumiem konieczność. I taką samą w kontekście jej jak i wszystkich innych. Nieakceptowalnym zachowaniom trzeba przeciwdziałać. Preferowalnie zasadą “eskalującej reakcji”.
                                    Wziął dłuższy wdech i kontynuował.
                                  • Tłumaczenia. Ostre słowa. Kary fizyczne, prace czy loch. Możliwe okaleczenie. A ostatecznie nawet i śmierć. Z niektórymi występkami wymagającymi przeskoczenie kilku kroków. Innymi nigdy nie sięgającymi bardziej zdecydowanych reakcji.
                                  • Czy ta logika aplikuje się do tych trzech, których chcesz dostać w swoje ręce?
                                    Viktor… zatrzymał się na moment. Zastygł w bezruchu i na bezdechu, analizując pytanie…
                                  • Tak - odpowiedział z pewnością - Na mocy niektórych występków walidujących przeskoczenie kilku kroków na skali kary. Na mocy wielokrotności ich zbrodni już znanych i tych które dopiero poznamy. Na mocy niemożliwości wyegzekwowania prawa poprawnymi metodami. Moje osobiste odczucia tylko przypadkowo są zgodne są z wyrokiem jaki przypadłby im w obliczu wszechwiedzącego arbitra.
                                  • Oczywiście, że przypadkowo. Wcale nie dlatego wybrałeś mnie na swojego patrona. Przynajmniej twierdzisz, że będziesz się tego trzymał. Co do tej Blackfyre... ma szczęście, że nie obchodzi mnie prawo kosmiczne, bo jej istnienie... poirytowałoby kilka istot, ale to pewnie lepiej przemilczeć. Postaram się przedstawić jako sojusznika jej sprawy jako obrońcy ludności.
                                  • Ośmielę się zaryzykować niezgodę, ale instancja Wszechwiedzącego Arbitra jest figurą filozoficzną i jest niezależna od moich wyborów życiowych. Za ich zbrodnie przysługuje śmierć. Niezależnie od tego czy Khal Frey w historii zostaje adwokatem diabła, paladynem Shelyn, czy poetą a również czy sam jest ofiarą ich zbrodni.
                                    Milczał chwilę, starając się wyczuć nastrój, ale… jarzące się pomarańczowo rozdarcia ciemności nie zdradzały nic.
                                  • Pomijając to wszystko... składam ci dzięki za audiencję i zaufanie.
                                  • Uważaj tylko Khal. Mnie jeszcze nie spotkały konsekwencje mojego wyboru, nie uważaj, że ciebie ominą konsekwencje twojego.
                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SeachS Niedostępny
                                    SeachS Niedostępny
                                    Seach
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #132

                                    Wieczorne pogaduszki w karczmie

                                    Zaatakowany czułością Bajarz nie miał czasu na reakcję i poddał się chwili i… dłoniom Piwonii.

                                    • Emmm…no…wróciłem. W końcu byłem niedaleko.- gnom dał się usadzić przy stole i drapiąc po brodzie rzekł. - Więc… kupiłem wieżę. Nie bardzo wiem po co ją kupiłem. Ale kupiłem sobie budowlę na prowincji. Właściwie to ruinę, ale…- wzruszył ramionami.- … mam na nią papiery. No i jestem ciekaw co tu się działo, gdy mnie nie było? Czy kapłan wykazał się zakładając świątynię czy… wykazał się jeno niekompetencją ?-
                                    • Miał kłótnię z Kaylie i... złe rzeczy się stały. Teraz się pogodzili i chyba planują tą budowę. - spojrzała na gnoma - Nie wyglądasz na kogoś kto potrzebuje wieży. Teatr może, ale taki podróżny. Więc co planujesz teraz?
                                    • Mam dużo planów… bardzo dużo.- odparł Baltizar drapiąc się po brodzie.- Przyznaję, wieża nie była częścią żadnego z tych planów, ale… cóż… skoro już ją mam.-
                                      Machnął ręką dodając. - Mam też historie, te na twoje uszko… i te których… tu wypowiedzieć nie mogę i tylko w obecności twojego ojczulka powinienem wyjawić. Ale to później… Ponoć… jedyny mag warty uwagi w Evercrest to ten szpiegujący twego tatę w gospodzie?-
                                    • Fern? Jest jednym z silniejszych. Jest jeszcze kilku na peryferiach zależy czego szukasz.
                                    • Uczonego biegłego w magii… właściwie myślałem o kilku uczonych… w tym paru świątynnych. Jestem pewien że jeśli świątynia kupca i świątynia ptaszka włączy się w tą naukową rywalizację… to wplątanie w nią zazdrosnej osy będzie łatwe.- zaśmiał się cicho Bajarz i spoważniał dodając.- W okolicy zaczęły się pojawiać obszary nienaturalnej suszy. Jeśli ta sprawa nie zostanie rozwiązana teraz z czasem stanie się problemem dla miasta.-
                                    • Och, jakąś zagadkę odkryłeś? - Piwonia wyglądała na zaintrygowaną.
                                    • Wyschnięte obszary z jakimiś… - gnom zajrzał w notatki. - …dziwnymi naroślami.. po jeziorze została wyschnięta niecka. Niby nie ma tym magii, ale… coś zdecydowanie jest nie tak jak być powinno. -
                                      -Hm… ciekawe. - Piwonia zerknęła na karczmarza, którego wzrok utknął na gnomie, ale nie podszedł - Wątpię, aby byli zadowoleni, najpierw sprawa z alchemikiem, a teraz to. Pewnie chcieliby odpocząć od ekscytujących rzeczy.
                                    • Cóż… nie nazwałbym badania wyschniętych niecek czymś ekscytującym. Na pewno nie będzie to ekscytowało najemników i żołnierzy patrzących się jak badacze, których ochraniają, przyglądają się zjawisku i rzucają czary wieszczące.- zachichotał gnom i potarł kark. - Szczerze powiedziawszy uważam, że jeśli zdusi się ten problem w zarodku to obejdzie się bez dramatów. A co z alchemikiem, jeszcze nie powiesili ?-
                                    • Na razie trzymamy go w wyizolowanym pomieszczeniu w piwnicy. Viktor chce odłożyć egzekucję, najwyraźniej są powiązania z głębszym syfem miasta. - Piwonia wzruszyła ramionami - Pewnie też z jego osobistą historią.
                                    • Piwnicy? Rozumiem że miasta nie stać na drukarnię, ale… żeby i aresztu nie miało?- zadziwił się gnom drapiąc po pobródku.- Ja bym go ubił od razu… jego obłęd może być zaraźliwy. Słowa potrafią skazić nieprzygotowany umysł. -
                                    • Mają areszt, ale u nas jest bezpieczniej dla wszystkich. Szczególnie, że śmiertelny obłęd jest… uroczy dla nas. - córka Otto się uśmiechnęła - Nie nasze miejsce o tym decydować. - dziewczyna się zastanowiła - W sumie możesz porozmawiać z Kaylie, wynajęła Ferna, aby nauczył ją trochę magii. Może z nim pogadać o twoim odkryciu.
                                    • Myślałem o zwróceniu się bezpośrednio do niego. Ale może… jeśli przekaże mu wieść ode mnie. Czeka mnie trochę chodzenia po świątyniach i…- tu na moment zamarł patrząc się gdzieś w dal i stukając palcami o swój plecak. Po chwili pokręcił głową.- … mam dużo na głowie… spraw. I jedną poważną. Porwiesz mnie do jakiegoś pokoju?-
                                      W przeciągu kilku chwil Piwonia podniosła gnoma i czmychnęła z nim na piętro do jego pokoju.
                                    • Proszę bardzo. - postawiła Baltizara na podłodze - A cóż tam masz w plecaku? Śmierdzi niezwykle.
                                      Gnom otworzył i wyjął z plecaka księgę obwiązaną sznurem pokrytym gdzieniegdzie rdzawą zaschniętą krwią. Jego dwaj ochroniarze czuwali tuż za drzwiami.
                                    • To… jest księga szaleństwa. Napisana przez kogoś przeklętego tak jak ja. Tyle że on nie był oczami tylko piórem. A w środku kryją się słowa wypaczające śmiertelny umysł… nie jestem pewien czy poradziłyby sobie z czymś potężniejszym, dlatego jeszcze jej nie użyłem.- wyjaśnił.
                                      Dziewczyna zasłoniła usta i nos.
                                    • Ta… fetor niezwykły. Śmierdzi Mrocznym Całunem. - potrząsnęła głową - Więc chcesz to wykorzystać, aby pozbyć się tego ścierwa co cię goni?
                                    • Teoretycznie… rzucić na siebie te dwie bestie. Jedną zsyłającą szaleństwo, a drugą pochłaniającą wrażenia moimi zmysłami. Nakarmić go tą trucizną. Tylko że to samobójcza metoda. I nie chcę jej stosować nie mając pewności, że zadziała. Na razie… potrzebuję lepszej klatki niż te sznury, którymi związałem księgę. Może twój ojciec coś poradzi w tej kwestii?- zastanowił się gnom przyglądając zdobyczy.
                                    • Jesteś pewny, że będą miały animozje do siebie? - zastanowiła się - Lepiej porozmawiaj z tatą o tym, nie jestem pewna czy wie coś o tym.
                                    • Nie… oczywiście, że nie będą miały animozji względem siebie. - odparł wesoło gnom, stukając palcem okładkę księgi.-... niemniej, księga zawiera szaleństwo jednej bestii zapisane w słowach i jeśli je przeczytam, to i ja … i mój potwór poznamy to szaleństwo.
                                      Po czym skinął głową dodając. - I masz rację. Powinienem porozmawiać o tym tomie z twoim ojcem.
                                    • Duże ryzyko. I dużo gdybania… - zauważyła Piwonia - Może powinieneś to przemyśleć i przebadać zanim zrobisz jakiś ruch. - kobieta była wyraźnie zmartwiona - Nie wiesz czy twój kontakt z bestią działa w ten sposób… do tego, czy istoty takiego typu odczuwają szaleństwo tak samo jak śmiertelnicy?
                                    • Masz znów rację moja droga. Dlatego stoję tu przed tobą. Nie mam pewności czy księga zadziała. - odparł z uśmiechem gnom i dodał smutniej. - Ale jeszcze mniej nadziei pokładam w konwencjonalnej magii.
                                    • No i jest jeszcze Fenuel. Ma ci pomóc z tym prawda? Takie są warunki waszej umowy. Może będzie mógł coś poradzić?
                                    • Taaa… aczkolwiek…- odparł niechętnie gnom i dodał. - Pokusa władzy i potęgi dotyka zarówno śmiertelnych jak i arcyczartów. Wolałbym nie informować go o księdze,żeby nie wpadł na pomysł, by jej użyć na jakimś pechowym śmiertelniku, tylko po to by zyskać trochę więcej kontroli…- wzruszył ramionami.- Taka krótkowzroczność bywa typowa dla tych ambitnych typów.-
                                    • On planuje, aby zostać bogiem. Manipulacja śmiertelników to już chyba zbyt… niski pułap dla niego.
                                    • Nie ma nic zbyt niskiego dla nadmiernej ambicji. No i nie wiadomo jak potężna jest ta księga, może jej mieszanie w głowach nie ogranicza się do prostych umysłów śmiertelników. Uważam, że informowanie arcyczarta o tej sprawie… może poczekać.- zastanowił się gnom.- Póki co… najważniejsze jest to, by spętać wpływ księgi na rzeczywistość. Widziałem co potrafiła zrobić ze swoim poprzednim miejscem zamieszkania. Muszę mieć pewność, że tutaj tak szaleć nie będzie.
                                    • Tata pewnie coś znajdzie. Jeżeli nie musisz mieć jej przy sobie to mamy chyba kilka pomieszczeń gdzie może być trzymana bez zagrożenia dla otoczenia.
                                    • Nie. Nie muszę mieć jej przy sobie. Po prawdzie… nie powinienem. Będę… wdzięczny za tę pomoc. - rzekł nieco roztargnionym głosem gnom i uśmiechając się dodał. - Naprawdę wdzięczny. Usiądź przy mnie.-
                                      A gdy to uczyniła zaczął opowiadać o swojej podróży… o bitwie na statku i koszmarze wewnątrz wieży i o chciwym burmistrzu z którym się o ową wieżę targował.
                                    • To wszystko naruszyło mocno moją kieskę. Będę musiał wrócić do zarabiania.- zaśmiał się na koniec.
                                    • Na pewno szybko nadrobisz. Poza tym masz tu darmowe wyżywienie i nocleg, więc nie musisz się tym przejmować. - zastanowiła się chwilę nad słowami gnoma - Dziwne, żeby żaboludy tak daleko odchodziły od swych mokradeł. Chociaż to wyschnięte jeziorko które odkryłeś. Może susza idzie głębiej?
                                    • Idzie głębiej i w wielu miejscach. I jeśli mędrcy z Evercrest nie rozwiążą owej kwestii, to susza prawdopodobnie się rozszerzy i wraz z nią zjawi się jej odwieczny kochanek… głód. I to właśnie głód wywabił żaboludy z ich siedlisk. - wyjaśnił Bajarz drapiąc się po brodzie. - Więc… sądzę, że ów Fern się zajmie tą sprawą, tym bardziej jeśli będzie musiał konkurować z mędrcami świątynnymi.-
                                    • Porozmawiaj o tym z tatą. - ton dziewczyny był dziwny. Wydawał się być jednocześnie podekscytowany, ale i zmartwiony.
                                    • Teraz?- zapytał gnom.
                                    • Podejrzewam, że może dać ci istotne informacje.
                                    • No to go poszukajmy… - rzekł gnom zsuwając się z łóżka, z księgą w dłoniach.

                                    Dziewczyna poprowadziła Baltizara na dół. Dwór był absolutnie pusty. Jedynie Otto siedział przy ganku. Polał jakiś mocny trunek do dwóch szklanek i wskazał na miejsce przed sobą.

                                    • Więc, mistrzu Harpenes. Co odkryłeś?
                                    • Potencjalną broń na mojego przeciwnika.- odparł Bajarz siadając i kładąc na stole obwiązaną księgę.- Potrzebuję kryjówki dla niej i łańcuchów, które spętają jej wpływ i które tylko wybrane osoby mogłyby zdjąć.-
                                      Karczmarz zerknął na księgę. Po chwili wydał z siebie grożące warknięcie, a Baltizar mógł przysiąc, że księga zadrżała. Otto położył na niej dłoń i tom utonął w drewnie lady. Pan Dworu wręczył gnomowi wykałaczkę.
                                    • Podrap nią dowolną drewnianą powierzchnię wewnątrz Dworu, a księga się pojawi.
                                      Baltizar przyjął wykałaczkę dodając.
                                    • Zakupiłem też wieżę… nie wiem czy zostanę w Evercrest na zawsze. Być może kiedyś przyjdzie mi je opuścić. Wtedy klucze do niej i akt własności zostawię tobie. Nie sądzę bym był w stanie zabrać całą wieżę z Willow Creek ze sobą.- dodał żartobliwie.
                                    • Lepiej zostaw ją Goodmanowi. - przyznał karczmarz - Kiedy wykonacie zadanie dla mnie i załatwicie wszystko w Evercrest, to my, w sensie cały Dwór, powrócimy do Pierwszego Świata. Do tego, nie porzucaj jeszcze tej posesji. Jej kontakt z rzeczywistością jest dość słaby, odpowiednio silny mag, mógłby ci ją przenieść do prywatnego pół-planu. - karczmarz się uśmiechnął - Może nie jestem w stanie opuścić tego budynku, ale wyczuwam nieprawidłowości w swoim otoczeniu. Wieża, o której mówisz jest jedną z kilku takich nieprawidłowości.
                                    • Tym bardziej nie zamierzam zostawić ją Goodmanowi. Pycha lubi przysłaniać rozsądek. - stwierdził Baltizar pocierając czoło palcami. - Dlatego też chciałem ukryć przed nim właśnie księgę. Przypuszczam, że użyłby jej do jakichś trywialnych intryg.
                                      Potarł brodę pytając. - Wiem jakie zadanie dla Azazela mamy tu wykonać, a co w takim razie mamy zrobić dla ciebie?-
                                      Oczy Otto się delikatnie zaszkliły, Baltizar usłyszał delikatne chlipanie od strony Piwonii. Karczmarz odchrząknął.
                                    • Wybacz, wybacz. To… ciężki temat. Muszę wytłumaczyć całą sytuację. - karczmarz wciągnął powoli powietrze - Miałem królową. Żonę. Kochankę. Matkę moich córek i synów. Została mi skradziona, zabrana… odcięta od nas. Straciliśmy wtedy wszystko, podwładnych, większośc moich synów i królestwo. Aby nas uratować musiałem wyrwać Popielny Dwór z Pierwszego Świata i rzucić go między Plany. Teraz tułamy się, od Wieży Pharasmy po planety Materialnego Planu. Jesteśmy tutaj, ponieważ tutaj ona jest. Azazel ją dla nas odnalazł w zamian za pomoc jaką teraz wam daję, ale musicie zrobić jeszcze jedno. Kiedy ją znajdziecie… musicie ją zabić. - ból wymalował się na twarzy karczmarza, a Baltizar mógł przysiąc, że ujrzał jakieś zwierzęce echa w twarzy mężczyzny - Nie permanentnie oczywiście, Moja Najdroższa nie jest tak łatwo unicestwiona. Będziecie musieli jednak zabić jej fizyczną formę, odnaleźć w niej nasiono i przynieść do mnie. Wtedy wszelkie długi Azazel ma co do mnie będą spłacone, a wy… będziecie mieli wdzięczność jednego z Najstarszych.
                                    • Toooo… trudne jest zadanie jakie stawiasz…- zastanowił się gnom. - Kapłanowi złego bóstwa, magiczce z mieczem i szaleńcowi. Nie mówię, że go nie podejmę ale… muszę ostrzec cię… nasza trójka to jest wyjątkowo słaba ręka. Trójka dwójek, a nie trzy asy.-
                                    • Dlatego nie wysyłam was teraz. Bynajmniej nie jesteście gotowi na takie starcie. Do tego nie wiem dokładnie gdzie ona jest, ale tu znajduje się błogosławieństwo. Pewnie słyszałeś, że lokalny klan krasnoludów poszukuje jakiejś dawno zatraconej twierdzy? Moja żona jest powodem, dla którego jest zatracona. Przynajmniej tak twierdzi Azazel, a jestem przekonany, że nie odważyłby się mnie okłamać. Nie w tej sprawie. Więc, kiedy dojdzie do eksploracji twierdzy, kilka krasnoludów zginie, spanikują i zaczną werbować awanturników, aby wyzwolić te ruiny. Wtedy wasza trójka się zaciągnie, dla dobra miasta, wiary, bogactwa, wymyślicie powód. Plan w miarę prosty?
                                    • Hmm… możliwe że trafię i do pierwszej wyprawy… - zastanowił się gnom. - Wyrabiam bowiem sobie renomę w miejscowym… jakby to ująć… towarzystwie archeologicznym.
                                      Postukał palcem o księgę. - A co do Azazela… obaj wiemy kim on jest. Diabłem. Nie okłamał cię… to pewne. Jak i to, że pewnie nie powiedział wszystkiego co wie. Lubi rzucać okruszki, gadać ślicznie i oślizgle … jak… prawnik. - uśmiechnął sarkastycznie.- Pewnie ostatecznie zostanie bogiem prawników i kruczków prawnych.-
                                    • Mniej więcej. - przyznał karczmarz - Przeżyję, jeżeli wiedział dokładnie gdzie się znajduje i mi nie powiedział. I tak nie miałbym możliwości jej odzyskać sam. - zastanowił się chwilę - Jeżeli tam się udasz, rada ode mnie. Znajdź jakiś ekwipunek lub zaklęcia, które ochronią cię przed truciznami i energią nekrotyczną. Moja żona jest Królową Gnicia, matką Entalpicznego Życia, sama jej obecność pchnie cię do śmierci, aby z twoich zwłok narodziło się coś nowego.
                                    • Uroczo. - odparł krótko gnom i podrapał się po brodzie. - Na razie to jednak rozmowa na później. Ani my nie jesteśmy gotowi zmierzyć się z nią, ani krasnoludy niczego nie odnalazły…aaa.. i jeszcze sprawa.-
                                      Machnął ręką.- Okolica wysycha punktowo. To jest problem dla Evercrest w przyszłości.-
                                    • Będziesz w stanie pokazać gdzie dokładnie? To najpewniej ona. - przed gnomem pojawiła się rycina Evercrest i okolic.
                                      Gnom jednak nie zwrócił na nią uwagi. Wyciągnął swoją mapę, rozłożył i pokazał.
                                    • Natknąłem się tu. - palcem stuknął kropkę z atramentu.- Ale pewnie to nie jest jedyne takie miejsce. -
                                    • Nie, nie jest. Ale tak daleko nie sięgała jeszcze. - Otto wskazał kilka punktów na mapie - Tu zauważyliśmy jej korzenie. Zakładam, że też widziałeś jakieś narośla w tamtym jeziorku?
                                    • Mhmm… i planowałem zwerbować miejscowych uczonych do zajęcia się tym problemem. Żeby mieli coś ciekawego i pożytecznego do robienia, zamiast potencjalnie węszyć wokół nowego kultu. - zastanowił się gnom drapiąc po czuprynie.
                                    • Dobry pomysł. - przyznał Otto - Przyspieszy to odkrycie jej położenia i pewnie spowolni rozrost. Im więcej wody pochłonie tym silniejsza będzie i tym trudniej będzie dla was.
                                    • To chyba wszystko z mojej strony. A z twojej? Wydarzyło się coś ciekawego w mieście? I…- gnom potarł czoło dodając.- … nie mów mi o Goodmanie i jego perypetiach z kochanką. Prywatne sprawy kapłana nie budzą mojego zainteresowania.-
                                    • No, jutro będzie tu obiad dla ofiar Alchemika. Tak to wszyscy ostatnio żyli tylko tym. Jedynie większe zmiany w mieście mają do czynienia z Goodmanem i Kaylie, ale nie chcesz o tym słyszeć. Więc, to wszystko. Dziękuję za informację w sprawie twojego odkrycia. Dajesz mi… odrobinę nadziei.
                                    • Nie ma za co. - stwierdził gnom chowając mapę. - W takim razie udam się na spoczynek. Jutro czeka mnie długi dzień, pełen negocjacji i podpuszczania jednych na drugich.
                                    • A narzekasz na Goodmana. - odparł z uśmiechem karczmarz. Piwonia podążyła za Baltizarem.
                                    • Mogę z tobą spać? Brakuje mi bliskości ostatnio.
                                    • Owszem, jeśli chcesz. Nie krzyczę już chyba przez sen, więc nie będę ci przeszkadzał.- odparł Baltizar z uśmiechem.

                                    Poranek w karczmie

                                    Następnego poranka Baltizar obudził się w objęciach Piwonii. Powietrze wypełniał słodki zapach kwiatów. Kobieta ciągle smacznie spała.
                                    Gnom spojrzał na dziewczynę, przez chwilę zastanawiając co należało zrobić w tej sytuacji. Ostatecznie postanowił pogłaskać ją po włosach. Wstał i zaczął się ubierać.
                                    Pierwsza na jego liście była świątynia Shelyn, bo tam miał najwięcej do załatwienia.

                                    Wpierw jednak się ubrał i przygotował. Sięgnął po talię, potasował, wyciągnął kartę…

                                    … i westchnął ciężko. Zagubiony. Karta przedstawiająca pokraczną sylwetkę nieumarłego rycerza. A konkretnie bodaka. Ta kreatura powstała pod wpływem przerażających i sprowadzających szaleństwo okoliczności była pozbawioną duszy i rozumu wyschniętą chodzącą skorupą. Nienawidzącym światła, życia i odczuwającą wewnętrzną pustkę karykaturą dawnego rycerza. Jako karta zagubiony oznaczał pustkę. Karta szaleństwa, obłędu, zagubienia i utraty tożsamości. Kogo oznaczała tego dnia? Baltizara?
                                    Może… niemniej obecnie gnom nie czuł się zagubiony, nie czuł też specjalnie szalony. Świat miał swoją logikę obecnie, pokręconą i nieracjonalną, ale wewnętrznie spójną. Bodak nie oznaczał więc Baltizara, z pewnością nie dzisiaj.

                                    Wizyta w świątyni

                                    Świątynia przywitała gnoma mniejszym ruchem. Poranek bardziej przyciągał wiernych Serenrae. Kilku strażników świątynnych przywitało gnoma skinieniem. Po kilku chwilach zauważył znajomą elfkę zakopaną w jakiejś księdze. Dari siedziała pod jedną ze ścian, jej oczy przykute do kartek książki, której gnom ledwo odczytał tytuł "Tajemnice Nocy Osirionu".

                                    • Witaj…- rzekł podchodząc do niej wraz ze swoimi zwierzakami. - Ciekawa?
                                      Dziewczyna podskoczyła słysząc głos gnoma. Spojrzała zza książki na gościa.
                                    • Nawet. Bardziej sprawdzam w poszukiwaniu błędów drukarskich. - elfka podniosła się z podłogi i uśmiechnęła do Baltizara - Więc, w czym mogę pomóc?
                                    • O czym jest? - zapytał gnom wyciągając przy okazji plecaka trzy broszurki.
                                    • Nowelka przygodowa. Opowieści młodego rebelianta z ulic Osirionu, masa biegania, gadania, seksu i w końcu… kończy się. Wydaję mi się, że autor stracił fabułę w połowie drogi.
                                    • Hmmm… przyjdzie ci więc ocenić jak mi poszło.- zaczął podawać jej kolejne broszury. - To jest moja opowieść o wyprawie na alchemika. Mój dar dla świątyni. To… broszurka dla ciebie, o niej i o tobie. W formie opowiastki dla dzieci. To… ta sama broszurka, tyle że dla biblioteki świątynnej. Ostatecznie decyzję co do losów wszystkich trzech tekstów zostawiam tobie.-
                                      Elka przyjęła broszurkę.
                                    • Naprawdę? I zamieściłeś mnie w niej? Wieczna Różo, matka przełożona mi nie wybaczy tego… - Dari zachichotała - Oczywiście, przejrzę i dodam do zbioru. Dziękujemy za daninę dla świątyni. Będziesz chciał coś wypożyczyć?
                                    • Niestety nie będę obecnie czasu na czytanie. Może później, jak już załatwię sprawy… a propo… spraw.- gnom rozejrzał się po okolicy.- Nie wiesz może gdzie mogę znaleźć Erato?-
                                    • Powinna być w części poświęconej Shelyn. Idź na wprost i kiedy będzie rozgałęzienie na trzy idź w prawo. Powinieneś ją łatwo zauważyć.
                                    • Dzięki. Zjawię się za kilka dni, by sprawdzić jak oceniasz moje literackie wysiłki.- rzekł wesoło gnom i skłonił się ruszając ku nowemu celowi.
                                      Gdy tylko znikł z jej pola widzenia, zacisnął mocno dłonie na kosturze starając się zapanować na podszeptami dobywającymi się z cieni i spojrzeniami ślepi zerkających na niegoi z każdej szczeliny. A gdy to mu się udało ruszył dalej, zostawiając swoich ochroniarzy z tyłu.
                                      "Księga cię nie uratuje… Jesteś mój… Jeśli nie ja, to Popielny cię pożre…" szepty z ciemności były wyraźniejsze niż zwykle, ale zamilkły kiedy wszedł głębiej do świątyni.

                                    Po kilku minutach dotarł do części potrójnej świątyni poświęconej bogini sztuki. Wewnątrz widział kilku kapłanów i paladynów Wiecznej Róży, wśród zgromadzonych łatwo zauważył Erato. Kapłanka stała przed stelażem, malując portret młodego pół-nagiego modela.
                                    Gnom powoli podszedł do niej, obojętnie zerkając na zebrany w pomieszczeniu tłumek.

                                    • Jeśli mogę… przeszkodzić… na moment.- zaczął uprzejmym tonem.
                                      Kobieta zerknęła na gnoma.
                                    • Och, oczywiście mistrzu Baltizarze. - zerknęła na swojego modela - Idź odsapnij na chwilę Vigo. Zjedz coś i napij się. - mężczyzna skłonił się kapłance i opuścił dwójkę. Matka Erato usiadła do jednego ze stolików i wskazała na siedzisko obok siebie - Usiądź proszę. W czym mogę pomóc? Herbaty?
                                    • Chętnie. I tak… myślę że ty… że świątynia może. Tak duża i bogata biblioteka zapewne przyciąga mędrców w jej progi?- zaczął tłumaczyć gnom drapiąc się po brodzie. - Otóż… wracając z Willow Creek natknąłem się na wyschnięte jeziorko. Jak się okazało ostatnio częsty widok w okolicy. Takie obszary suszy pojawiają się wszędzie dookoła i prędzej czy później staną się poważnym problemem. Pomyślałem, że… możnaby zebrać uczonych Evercrest po to by zajęli się tą sprawą, zanim stanie się poważnym problemem dla miasta.-
                                      Kobieta nalała naparu do filiżanki przed gnomem i sama upiła łyk.
                                    • Kolejne? Faktycznie słyszymy pogłoski o wyschniętych zbiornikach. Sądzisz, że to aż taki problem?
                                    • Zostałem napadnięty podczas podróży po rzece z powodu właśnie tego problemu. Jak wiesz pani za suszą podąża jej nieodłączny kochanek. Głód. A z ich połączenia rodzi się wyjątkowo złośliwe dziecko… desperacja. - wyjaśnił uprzejmie Baltizar.- I te wszystkie stworzenia, które póki co siedzą sobie głęboko w bagnach i nie wadzą nikomu, ruszą w poszukiwaniu nowych łowisk. I będą zbyt głodne i zbyt zdesperowane, by unikać miast i wsi. W końcu lepiej umrzeć w walce niż konać z pustym brzuchem.-
                                      Kapłanka pokiwała głową.
                                    • Dobrze, zgłoszę to do Barona i zorganizujemy wiec naukowy. Już raz pomogłeś temu miastu, nie mam powodu nie zaufać twojej ocenie.
                                    • Cóż… uważam, że wiedza która nie służy niczemu jest niewiele warta. A piękno które nie jest podziwiane. - odparł Bajarz zerkając na kapłankę.- Jest bolesną stratą. A i… jeśli chodzi o mnie, to miałbym prośbę, bardziej prywatną. Otóż bowiem udałem się do Willow Creek by wydrukować broszurki. Z których dwie ofiarowałem bibliotece tej świątyni. Niemniej… - potarł brodę.- … nabyłem małą posiadłość na miejscu. A wraz z nią księgi. Część z nich jest w dość opłakanym stanie niestety. Ale część z pewnością może jeszcze służyć swą zawartością kolejnym czytelnikom. Je również chciałbym w przyszłości ofiarować tej bibliotece, bo choć cenię słowo pisane, to nie widzę potrzeby by owo słowo kurzyło się na półce w jakiejś wieży, do której zapewne zaglądać będę sporadycznie. I chciałbym poprosić o pomoc przy zorganizowaniu transportu tych ksiąg z Willow Creek do Evercrest. Nie teraz oczywiście. Ale niewątpliwie wkrótce.-
                                    • Willow Creek, Willow Creek… a ta wieś rybacka, na zachód? Jakiś pomysł cóż to za tomiszcza?
                                    • Różne, różniste. Szczerze powiedziawszy przyjrzałem się jeno pobieżnie. - przyznał Baltizar.- Trzeba je na miejscu posortować i wybrać te nadające się do biblioteki.-
                                    • Zgłoszę do gildii, pewnie się znajdzie grupka do zdobycia szybkiej kasy. - kapłanka zastanowiła się chwilę - Czy zaszczycisz nas swoją obecnością na wiecu?
                                    • Oczywiście. Jako obserwator. Nie jestem bowiem ni magiem, ni uczonym. Nie wypada mi się wtrącać w sprawy o których nie mam pojęcia.- odpowiedział skromnie Baltizar.
                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SeachS Niedostępny
                                      SeachS Niedostępny
                                      Seach
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #133

                                      WIOSKOWA SZLACHTA

                                      Kaylie od razu z karczmy skierowała się do biblioteki zahaczając tylko wcześniej o swój pokój, by zabrać z niego dwie z pożyczonych książek. Zachowała jeszcze najbardziej "pikantną" z nich do dalszej lektury.
                                      Zamierzała wypytać o książki dotyczące wystroju wnętrz, rzeźby i magii jaka pomogłaby. Wątpiła, aby zaklęcia posiadała ta wioskowa czytelnia, więc pewno o nie będzie musiała uśmiechnąć się do Ferna.
                                      Biblioteka Domu Odnowy przywitała arkanistkę zapachem papieru i skóry. Bibliotekarka wysłuchała zainteresowań Kaylie. Przeglądała przez chwilę katalog księgozbioru.

                                      • Obawiam się, że nie posiadamy tego zaklęcia w formie do wypożyczenia. Mamy natomiast kilka ksiąg traktujących o sztuce wystroju wnętrz oraz ozdobnictwa. - zaproponowała.
                                      • Żaden problem. Zapoznam się z zaklęciem na miejscu, zaś tamte księgi byłabym skora wypożyczyć. - stwierdziła.
                                      • Oczywiście. - rozpisała coś na kartce po czym zaklikała językiem. Po kilku sekundach przy dwójce kobiet pojawił się niewielki golem. Bibliotekarka wręczyła mu kartkę, konstrukt spojrzał na papier po czym odbiegł w głąb biblioteki - Za kilka minut przyniesie księgi. Mogę jeszcze w czymś pomóc?
                                        "- W zdobyciu miłości Khala Freya!" chciała powiedzieć, gdy zaprzeczała pytaniu. Chciała już się odwrócić nim zatrzymała wpół kroku, aby zapytać o poznane ostatnio "szlachcianki", czy może ponownie zjawiły się dziś w bibliotece.
                                      • Powinny być w czytelni. - bibliotekarka wskazała segment biblioteki gdzie Kaylie zauważyła kilka wygodnych kanap i foteli.

                                      Ciągle nie czuła się pewnie, jeżeli chodzi o prowadzenie rozmów z napotkanymi osobami, a takimi były te kobiety z Evercrest. Mimo udawanej pewności siebie, prześwitała niepewność i wstyd zza pewności kogoś, kto uważa się za wyżej urodzonego.

                                      Mimo niepewności udało jej się skierować rozmowę na tematy ją interesujące. W końcu nasłuchała się o sposobach prowadzenia rozmów "na salonach" i przynajmniej podłapała pewne podstawy, prawda?

                                      • Jak w życiu wyglądają romanse w Evercrest? Czy są tak fascynujące jak w książkach? - zapytała, choć w tyłu głowy miała już odpowiedź. Przecież nie mogły być inne, prawda?

                                      • Romanse? - zapytała jedna - W sensie zdradzanie męża czy etap zalotów?
                                        Kaylie zaśmiała się lekko.

                                      • Przecież męża to niskie klasy zdradzą lub niższe szlachetnością charakteru. To na pewno tylko w książkach. - powiedziała to z całkowitą naiwną pewnością... bardzo dziecinną. Praktycznie dziewiczą. - Miłość przed zdradą chroni wyżej urodzonych.
                                        Kobiety spojrzały po sobie.

                                      • Jasne… więc, chodzi ci o zaloty. - przewodząca grupie blondynka zaczęła - No, mój mąż zaczął od przynoszenia mi bukietów i biżuterii. Później zapraszał na kolację z dziczyzny, którą sam upolował. W końcu zaczął zabierać mnie na wycieczki po głuszy…

                                      • Puszczalska. - skomentowała jedna z jej koleżanek.

                                      • I to mówi ta, co się dała w ogrodzie?

                                      • O czym ty gadasz? Mój mąż nie dostał mnie przed ślubem.

                                      • Ona nie o mężu mówi. - na co Kaylie zasłoniła usta w szoku.
                                        Blondynka odchrząknęła.

                                      • Mniej więcej tak to wygląda. Tradycyjnie. Chłop się stara, obiecuje ci diamenty, zamek i smoka. Dostajesz paciorki, wille i pieska.

                                      • Ale przecież to nie koniec. To traktowanie będzie trwało i w związku. - stwierdziła jakby chcąc siebie samą przekonać.

                                      • Okazjonalnie. - przyznała szefowa - Na urodziny, rocznicę… jakieś święto zakochanych. Tak długo jak będzie pamiętał. Mnie też już tak bardzo na tym nie zależy.

                                      • Ale... przecież to ważne. Istotne, aby wszystko ciągle podtrzymywać, by uczucie nie zgasło, byś nie była traktowana jako ktoś, kto po prostu się pałęta w mieszkaniu, aby była miłość! - upierała się magini.
                                        Kobieta się zastanowiła. Najwyraźniej myślała w jakie słowa ubrać smutną prawdę.

                                      • Miłość… to skomplikowane uczucie. Przechodzi przez fazy z wiekiem. Zaczyna gorąco, pełna pasji, energii i entuzjazmu. - kobieta gestykulowała dłońmi próbując dać obraz swoim słowom - Z czasem się uspokaja, ogień gaśnie, ale zostaje ciepło. Na srebrne lata kiedy twój mężczyzna będzie miał kłopot, aby przypomnieć sobie gdzie zostawił buty, będziesz się cieszyła z każdego drobnego gestu. To, że nie morduje dla ciebie codziennie smoka nie znaczy, że mu nie zależy na tobie. Po prostu nie zależy mu już, aby ci zaimponować. I tobie powinno też przestać na tym zależeć.

                                      • Ale... - kobieta wyglądała na zdezorientowaną - Prawdziwa miłość nie zanika. Ciągle jest to ciepło. Ekscytacja z jego dotyku, ciągle są gesty i słowa, tak jak w książkach opisują! Niższe stany potrafią zadowolić się niskimi przyjemnościami bez uczuć, szlachta rozumie siłę miłości i jej trwałość. Ona nigdy się nie kończy, nie może!
                                        Kaylie wyraźnie musiała żyć w fantazji i zaprzeczać temu co się dzieje.
                                        Kobiety spojrzały na Galtiankę z lekką dozą politowania.

                                      • To naprawdę urocze, że w to wierzysz. I kto wie, może znajdziesz partnera, który sprawi, że tak będzie wyglądała wasza miłość. Pytałaś jednak jak wyglądają sprawy w Evercrest. I wyglądają tak jak wszędzie.

                                      • Więc według was... to jest norma...? - zapytała zdziwiona galtianka - Zwyczajne dla szlachty? Jak wy możecie w tym żyć? Jak możecie się na to godzić?

                                      • Dostałyśmy to co ty opisujesz za młodu. Teraz… to wszystko wydaje się na wyrost. Sztuczne. I męczące. Wole swoje spokojne życie u boku tego, który sprawił, że jak byłam młoda świat zawirował i ciągle jest w stanie to wywołać raz na jakiś czas.

                                      PORADY OD GNOMA

                                      Galtianka siedziała pod ścianą przy wejściu do biblioteki czując się całkowicie załamana i pokonana. Łzy tańczyły jej w kącikach oczu, a ból w klatce ściągał jej powietrze z płuc. Chciała bić pięściami w ziemię i wywalić z siebie okrzyk pełen żalu i zgorzknienia. To nie mogła być prawda! To kłamstwo wioskowych “szlachcianek", co nigdy prawdziwej miłości nie zaznały! Plebs!
                                      Schowała twarz w dłoniach jakby w ten sposób chciała łzy powstrzymać.
                                      Gnom właśnie zakończył negocjacje z Erato i był w dobrym nastroju. Podążał powoli stukając laską z dwójką swoich ochroniarzy za sobą. Gdy ją zobaczył, nastrój mu się pogorszył. Pamiętał jak niestabilną potrafi być przyboczna kapłana. Jakby kobiecy czas był u niej nieustannie. Pewnie cierpiała na wściekłość macicy… czy jakoś tak. I teraz oczywiście… płakała. Kobieta machająca mieczem na prawo i lewo, miotająca czarami, zabijająca wszystko co wejdzie jej w drogę… użalała się nad sobą. Doprawdy, co deprymujący widok.

                                      • Coś się stało?- zapytał siląc się na współczujący ton głosu.

                                      Słysząc głos gnoma, Kaylie szybko otarła oczy ręką i spojrzała wyżej... choć zadzierać głowy nie musiała nawet z siadu.

                                      • Nie. - odpowiedziała prawie zirytowanym tonem, siląc się na ukrycie rozedrgania głosu jaki ją próbował zdradzić.

                                      • Wiesz że spytałem tylko przez grzeczność. Bo już z daleka było widać, że się rozklejasz. Pytanie tylko czemu. - odparł gnom przyglądając się kobiecie beznamiętnie.

                                      • Bo na tej wsi nawet nie wiedzą nic o związkach z prawdziwej miłości... - fuknęła nie chcąc podnosić głosu, by nikt więcej nie usłyszał.

                                      • A czego niby potrzebujesz się dowiedzieć? Zwykle ciało i intuicja są w takich kwestiach przewodnikiem. - mruknął beznamiętnie gnom drapiąc się za uchem i czerpiąc z własnych doświadczeń.

                                      • To jaka jest twoja opinia o tym, jak normalnie wyglądają związki? - poddała się ponownie przecierając oczy - Też nie rozumiesz siły miłości? Jej trwałości na życie?

                                      • Nudno… normalne związki są nudne. Popadają w stagnację, w ciche ciepło usypiające uczucia, myśli… są zadowalające, ale nudne. Ciebie coś takiego nie czeka.- wzruszył ramionami Baltizar. - Twój fach nie daje ci szansy na nudny związek, czy na uśpienie w zadowoleniu.-

                                      • Chcę zawsze by mój partner obsypywał mnie tymi słodkimi słowami, by gesty stosował, zawsze trwał przy mnie... To przecież się dzieje! Z czego innego jak nie z życia pochodzą historie miłosne w niektórych książkach? Jak on szepcze jej do uszka, gdy tuląc ją zasypiają razem? - głos jej ponownie zadrżał.
                                        Z kłamstw piszącego… gnom dobrze wiedział jak retuszowane są takie historie. Sam to robił dopasowując wersje do widowni. Ale tego naiwnej dziewczynie nie rzekł.

                                      • Za dużo lukru jak dla mnie. Wolę więcej ognia i kajdan i pejczy i macek. - machnął ręką, po czym potarł dłonią brodę. - Permanente zauroczenie osoby rozwiąże twój problem. Ja bym wybrał dominację, ale co kto lubi…
                                        Potarł kark dodając. - Jeśli jednak jesteś ambitna, musisz kochanka wytresować.

                                      • Wytresować? - zdziwiła się - Ja chcę być prawdziwie kochana... Nie z przymusu... - spuściła wzrok - Nawet takie jednonocne związki są... - pokręciła silnie głową.

                                      • Noo… będziesz kochana. Będzie wielbił ziemię po której stąpasz, będzie całował stopy… będzie służył swojej pani wielbiąc niczym boginię.- stwierdził gnom wykonując gest dłonią. - Są takie kobiety, które bez pomocy magii mogą zmienić wybranka w takiego posłusznego wielbiciela. Przekuć uczucie miłości w uwielbienie.-

                                      • I... sądzisz, że tego by Viktor chciał?

                                      • Może. Nie wiem jakie ma fantazyje łóżkowe.- wzruszył ramionami Baltizar. - Nie sypiam z nim, więc nie wiem.
                                        Spojrzał na magiczną wojowniczkę mówiąc. - Ja bym się na twoim miejscu zastanowił co ty chcesz i jak chcesz to osiągnąć, bo najwyraźniej ślepe mu posłuszeństwo nie pcha cię w tym kierunku. Cóż… mężczyźni rzadko doceniają to co dostają bez wysiłku.

                                      • Czyli... Co mam robić? - zapytała wyraźnie zagubiona.

                                      • Na początek… ubierz się jak niewiasta. Wybierz suknię przyciągającą wzrok. Potem zażądaj kolacji przy świecach. I niech cię adoruje. - poradził gnom.- Niech robi te… wszystko co tam chcesz, niech cię wielbi. I niech się dobrze spisze, jeśli na końcu ma zobaczyć jakie majtki założyłaś pod suknię. W innym przypadku… niech liże klamkę do twojej komnaty. To tak na początek.

                                      • To nie zniechęci go do mnie? - zapytała z obawą - Nie rzuci mnie przez to?

                                      • Jeśli rzuci, to od początku cię nie kochał. - ocenił gnom po namyśle. I wzruszył ramionami. - Zawsze możesz zostawić wszystko tak jak jest. I dalej płakać po kątach.

                                      • Może spróbuję... - oparła po chwili - Ale to te kobiety mnie zmusiły do płaczu... ich gadanie o związkach…

                                      • Mają mężów zapewne i są z nich dumne, mają dzieci, może wnuki. - stwierdził Baltizar.- Słyszałem to nie raz. Zwykły szczęśliwy żywot chłopów i mieszczan. Gdybyś chciała takiego, to byś nie łaziła z przypasanym mieczem.

                                      • To tutejsza szlachta…

                                      • Kury domowe.- stwierdził z nutką pogardy gnom.- Udają zadowolone z życia, a czekają w podnieceniu na jakiegoś bandziora który wdarłby się do ich komnaty, by je wyobracać pod pościelą.
                                        Kaylie westchnęła i wstała z ziemi.

                                      • Dzięki, Baltizar. Poprawiłeś mi nastrój. - nachyliła się ku gnomowi i dała mu krótki cmok w policzek - I radę postaram się wprowadzić w życie.

                                      • Powodzenia.- odparł gnom i zamyślił się. - Ponoć u miejscowego maga masz chody? Jaki on jest?

                                      • Poprosiłam by pomógł mi z nauką pewnych tematów magicznych. - wyjaśniła zdziwiona - Raz dziennie do niego na nauki chodzę. Początkowo myślałam, że się nie dogadamy, ale wyszło lepiej niż zakładałam. To na pewno paranoik, ale nic zaskakującego po wieszczu. Chyba ceni moje zrozumienie elfickiej natury, a na pewno szlacheckie urodzenie. - powiedziała z cichą dumą.

                                      • Są jakieś konkretne wymagania co do audiencji u niego? Jakiś list trzeba wysłać, zapukać trzy razy?- zapytał Baltizar.

                                      • Ja przekazałam mu list proszący o audiencję, jaki strażnicy rezydencji Barona mu zanieśli.

                                      • Hmmm… więc czeka mnie pisanie listu. - zamyślił się gnom. - No cóż… skoro trzeba, to trzeba.

                                      • Jeżeli chcesz mogę wstawić się dziś za ciebie lub przekazać informacje. Co w ogóle od niego chcesz?

                                      • Zaprosić na wiec uczonych. Myślę, że tak ważna persona będzie potrzebowała trochę wazeliny słownej, by przybyć. - ocenił Bajarz.

                                      • Chcesz bym o tobie wspomniała sama, czy wolisz to sobie zostawić? Możliwie ten wieszcz już nawet wie, że do niego przyjdzie gnom, więc nie zdziw się.

                                      • Jakoś nie wiedział dotąd o obszarach suszy występujących w okolicy. I innych problemach nawiedzających Evercrest.- ocenił sceptycznie Baltizar i dodał.- Wspomnij, może dzięki temu mój list szybciej dotrze do niego.

                                      • Jego wizje nie są jasne, więc o mnie wiedział o wiele wcześniej, choć tak naprawdę bez szczegółów zrozumiałych. Gadał wszystkim, że oczekuje takiej najemniczki, choć wydawało się, że nie trafił. Mówił też, że smok będzie w mieście... Tylko myślał chyba o takim dużym, nie dziecku jak Brandelan. - lekko zaśmiała się.

                                      • Czyli niczego nas interesującego nie wypaplał?- zapytał retorycznie Bajarz zerkając na swoich, nudzących się, ochroniarzy.

                                      • Taki paranoik? Zapomnij!

                                      • Bardziej pasuje mi tu inne słowo na p. Pechowiec. - ocenił gnom drapiąc się po czole. - Więc teraz będę musiał napisać list. No i wizyta w świątyni osy jest jeszcze do zrobienia. Cisza z ich strony… niepokojąca.

                                      • O czym mówisz? - zapytała nie będąc w temacie.

                                      • Hmmm… w tym mieście jest kilka dużych świątyń. Nie uważasz, że przybytek Calistrii jest trochę za… cichy? Metaforycznie oczywiście.- machnął ręką gnom.- Ostatnio wiele się dzieje w mieście i… brak aktywności ze strony służek Smakowitego Żądła deczko mnie niepokoi. Wolę się upewnić, że miejscowi wyznawcy całkowicie się pogrążyli w aspekcie żądzy… zapominając o pozostałych dwóch, zemście i podstępach.

                                      • Myślisz, że coś im się stało tam?

                                      • Myślę, że ta cisza z ich strony jest niepokojąca. - odparł Baltizar.

                                      • Potrzebujesz pomocy na wszelki wypadek? - zapytała.

                                      • Nie sądzę, by mi coś groziło jeśli wejdę otwarcie do świątyni. Mam swoich… pomocników… - gnom wskazał dłonią na “zwierzaczki”.- … niemniej możesz iść ze mną. Może się czegoś przy okazji tam nauczysz.

                                      • Mam jeszcze czas na nauki u Ferna. Pójdę z tobą. Może pobronię twój tyłek. - zgodziła się.
                                        -Może… choć… nie wiadomo czy bój który tam przyjdzie nam stoczyć, będzie odpowiedni dla tak niewinnej niewiasty. - ocenił gnom i ruszając stanowczym krokiem wyznaczył ich kolejny cel. Świątynię Calistii.
                                        Kaylie burknęła niezadowolona.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SeachS Niedostępny
                                        SeachS Niedostępny
                                        Seach
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #134

                                        Viktor

                                        Dzień ruszał do przodu i zbliżała się pora obiadowa. Viktor zobaczył Lilię prowadzącą kilka ładnych dziewczyn, chociaż było w nich coś innego.
                                        Rudowłosa córka władcy Dworu pomachała do adwokata.

                                        • Hej, Viktor. Szykujemy już wszystko na obiad dla rodzin ofiar. - wzięła mężczyznę pod rękę - Chodź powiesz co myślisz.
                                          Księżniczka i kapłan weszli do pomieszczenia, Viktor nie był pewny którego. Być może już je widział, być może Otto przyzwał je na potrzeby tej okazji.

                                        Pomieszczenie było gościnne bez wchodzenia w ostentację, było to miejsce aby ukoić serca a nie zaimponować bogatym gościom. Pomieszczenie było podłużne z niskim sufitem, ściany pokryte panelami z ciemnego drewna, wypolerowanego wiekiem. Proste latarnie wypełniały pomieszczenie spokojnym, ciepłym światłem. W drugim końcu pomieszczenia kominek dodawał atmosfery bezpieczeństwa i domu.

                                        Długi, drewniany stół przykryty jasnym obrusem dominował pomieszczenie. Prosty, nie przyozdobiony, ale schludny. Proste ceramiczne talerze stały na swoich miejscach, w towarzystwie platerowanych sztućców i kubków. Szklane dzbany z wodą, winem i sokami owocowymi były rozmieszczone co kilka siedzisk. Oferowane jedzenie nie było wystawnie bogate. Pieczone kurczaki, gęsi i dzikie ptactwo, chleb świeży i pachnący niczym dopiero co opuścił piec, zupy bogate w warzywa i zioła. Dania, które nawet zamożniejsi z gości widzieliby na specjalnie okazje.

                                        Widać też było też kilka delikatniejszych akcentów.
                                        Suszone kwiaty w wazonach oraz świeże owoce, jabłka, jagody, czereśnie w miskach dodawały wszystkiemu cieplejszych barw, całość dokańczały świece w niedopasowanych świecznikach. Nie było złota czy srebra, niczego co by krzyczało szlacheckim przepychem.

                                        • Tata chciał urządzić obiad dla prostych ludzi, aby czuli się tu bezpiecznie. Jeżeli sądzisz, że trzeba coś zmienić, powiedz, w kilka chwil będzie jak ci się wymarzy. - zerknęła w jeden róg pomieszczenia - Och… naprawdę? Jest niemożliwy. - podążając za wzrokiem dziewczyny Viktor zobaczył mniejszy stół, były na nim dania podobne do tych na głównym stole, ale zauważył też różnego rodzaju słodkości i łakocie - Każde dziecko, które dostanie w swoje łapska rozpieszcza...

                                        Baltizar i Kaylie

                                        Świątynia Calistrii przywitała stała przed gnomem i Galtianką.
                                        Bardziej poświęcony ogród niż masywna świątynia, otoczony wysokim ozdobnym murem z jasnego piaskowca. Ryciny tańczących elfów, chmar os i kochanków zamkniętych w swych objęciach spoglądały na nowo przybyłych z każdej ściany.

                                        W centrum ogrodu stał drewniany ołtarz z ciemnego, polerowanego mahoniu na którym stał posąg Nienasyconego Płomienia. Calistria zostałą zaprezentowana w swej najbardziej znanej formie. Ponentnej elfki, pełnej gracjii i zanęty z jedną ręką wyciągniętą w zapraszającym geście, natomiast w drugiej pozłacany bicz. Z jej pleców zaś wystawały stylizowane złote skrzydła osy.

                                        Powietrze wypełniał zapach kadzideł, jaśmin wymieszany z miodem pitnym palił się w koksownikach otaczających ołtarz, mieszając swą woń z wszechobecnym zapachem żywicy.
                                        Ogród wypełniony był chudymi drzewami, rozstawionymi w rzędach odchodząc od ołtarza.
                                        Ich gałęzie uginały się pod ciężarem gniazd os, które robiły za świętych strażników domu Calistrii. Kapłanki przemieszczały się pomiędzy chmarami, nie zważając na bzyczenie owadów czy ich okazjonalny odpoczynek na ciele wiernej. Zwykli wierni i goście musieli zważać na insekty, inaczej ich użądlenia szybko by przypomniały im iż ból i przyjemność często podróżują razem.

                                        Centralny ołtarz był otoczony kamiennymi ławami, zapraszając wiernych do dłuższego pozostania. Natomiast nieco dalej, ukryte wśród drzew były zakryte jedwabiem altany gdzie bardziej… prywatne sakramenty mogły mieć miejsce.

                                        Wśród zgromadzonych Baltizar i Kaylie spostrzegli kobietę najwyraźniej przewodzącą temu zgromadzeniu.
                                        Wysoka i smukła kobieta ubrana w jedwabie w kolorze złota i czerni, odsłaniających tak dużo skóry jak tylko można. Złota biżuteria zdobiła jej szyję, nadgarstki i kostki, stylizowana oczywiście w osy i żądła.

                                        Czarne włosy związane i trzymane w miejscu bursztynowymi grzebyczkami, pozwalały tylko kilku luźnym kosmykom opaść na jej smukła twarz i zachęcający uśmiech. Piwne oczy spoczęły w końcu na nowo przybyłej parze, a kobieta skinęła dwójce zapraszając do siebie.

                                        [media]https://i.imgur.com/efa4LUx.png[/media]

                                        • Witajcie, witajcie. - kobieta uśmiechnęła się do dwójki Azazelitów - Nazywam się Seralyth Veyra, w czym dom Calistrii może wam pomóc?
                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SeachS Niedostępny
                                          SeachS Niedostępny
                                          Seach
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #135

                                          Świątynia Calistri

                                          Galtianka nie była miłośniczką os, jakie wszędzie tu latały. Na szczęście Azazel nie miał jakiegoś ulubionego pupila, jaki bzyczałby po świątyni, Nie był w końcu panem much. Nie mogła jednak zaprzeczyć kunsztowi dekoracji tego miejsca. Dotacje dostawali chojne, to musiała przyznać.

                                          • Mój gnomi kompan martwił się o was. - skinęła głową na Baltizara - Ale to chyba jego miejsce wylać swoje troski.
                                            Gnom rozglądał się w zamyśleniu, szukając tego co jest pod powierzchnią. Nie widział jednakże nic, jedynie gdzieniegdzie pęknięcia w cieniu. Przez które to zerkały ślepia wysuwały się macki i ociekające śluzem jelita… i krew wypływająca strużkami z gniazd os. I obłęd w oczach niektórych kochanków. I rozpacz pod ich uśmiechami.
                                            Wzdrygnął się niczym uczniak wywołany do tablicy, gdy usłyszał słowa Kaylie.
                                          • Przepraszam, zamyśliłem się. - rzekł i potarł czoło.- O czym to ja. O tak… wiele się ostatnio wydarzyło i niedawno mijałem wysuszone w nienaturalny sposób źródło wody. Więcej jest ich takich w pobliżu. I staną się prędzej czy później problemem dla miasta. Więc… - podrapał się po karku. - … z pomocą naczelnej kapłanki Erato zamierzam zorganizować wiec uczonych, co by mogli podyskutować i znaleźć rozwiązanie takiego problemu. Wydało mi się niestosownym nie skierować takiego zaproszenia do wszystkich ważniejszych świątyń w mieście. Więc z tego powodu tu jestem. Oczywiście…- machnął ręką po okolicy.- … zdaję sobie sprawę, że wysychające niecki nie leżą obszarze zainteresowań Calistri. Niemniej jeśli w gronie kapłanek i wiernych są osoby obeznane z obszarami wiedzy mogącymi być przydatnymi w tej sytuacji. Cóż… wiec taki jest okazją do zaprezentowania świątyni od najlepszej strony.-
                                          • Faktycznie, zgromadzenia naukowe nie leżą w zainteresowaniach naszej pani. - przyznała kapłanka - Jednak skąd pańskie zainteresowanie naszym udziałem? I, co ważniejsze, jak się pan spodziewa iż ów udział będzie wyglądał? Erato i pozostali mogą zorganizować miejsce, księgi, porozsyłać zaproszenia. Opinia o mojej świątyni nie jest mi obca i wiem, czego ludzie będą się spodziewać. Nie mówię, że będą się mylić, ale jakiż jest twój plan mości gnomie?
                                          • Obawiam się że w naturze mojej rasy nie leżą aż tak dalekosiężne gdybania.- zaśmiał się Baltizar.- Nie jestem wszak krasnoludem. Uznałem po prostu, że nietaktem byłoby pominąć tą wspaniałą świątynię, nawet jeśli nie zdecyduje się ona wysłać własnych przedstawicieli ną ty dyskusję. O jej kształcie… nie będę decydował, nie będę jej głównym organizatorem.-
                                          • Rozumiem. Mogę jednak zapytać, skąd twoje przejęcie naszą dolą? Nie należysz do grona naszych wyznawców.
                                          • To nie znaczy, że nie sympatyzuję z ideami… przynajmniej niektórymi waszej Pani.- odparł uprzejmie gnom i rozejrzał. - No i życie nauczyło mnie, że dobrze jest być pozytywnie postrzeganym przez miejscowy kler, a musisz przyznać twój zachwycający przybytek jest jedną z trzech najważniejszych świątyń w mieście.-
                                          • Och? A czyjeż są pozostałe dwie? - delikatnie łobuzerski uśmiech pojawił się na twarzy kapłanki.
                                          • Z tego co wiem Shelyn i dwóch pozostałych bóstw, oraz Abadara?- zapytał retorycznie Bajarz drapiąc się po karku.- W każdym razie tak mi mówiono. Czyżbym się mylił?-
                                          • A ktoś mi się skarżył, że będziemy mieli na dniach nową świątynię w mieście. Słyszeliście coś o tym?
                                          • Ponoć tak. - wzruszył ramionami Bajarz.- Ale co to za świątynia? Bez wiernych. Pusty budynek.-
                                          • To miejsce. - wskazała na ogród poświęcony Calistrii - Zaczęło jako zwykły ołtarz z wyrzeźbioną osą. Nie umniejszaj ważności miejsca przez jego początki.
                                          • Niemniej to nie ołtarz przyciągnął wiernych, to nie on zbudował tę społeczność wyznającą Calistrię, tylko kapłanki i kapłani jej służący. Sam budynek to tylko początek, czy z niego wyrośnie kult…- westchnął gnom. - To już leży w ustach i dłoniach czcicieli bóstwa.-
                                          • Tak długo jak Kozioł zapamięta swoje miejsce, nie będzie problemu. Zgłoszę się do Erato, może znajdzie się jakieś zajęcie dla mojej świątyni.
                                          • Nie mnie w to wnikać pani jak plany ma Kozioł. - odparł uprzejmie gnom. - Boską politykę zostawiam bogom i ich klerowi.
                                            Skłonił się przed kapłanką i spojrzał na dotąd milczącą Kaylie.- To… co … chcesz się rozejrzeć po świątyni w ramach dokształcania?
                                          • Czemu nie... Chociaż pooglądam ten wystrój, aby się dokształcić w potrzebach świątyń. - zdecydowała.
                                          • Och? - kapłanka uniosła brew na słowa Kaylie - Pani bierze też udział w budowie?
                                          • Tak, od strony... estetycznej. - przyznała - Wyposażenie, jak i ozdoby pomieszczeń.
                                          • Chodziło mi o… a zresztą nieważne. - machnął ręką Bajarz.
                                            Kapłanka zachichotała.
                                          • Ohoho… widzę, że mości gnom ma typ. - zerknęła na Kaylie - Tu znajdziesz jedynie coś co jest miłe Calistrii moja droga. Jeżeli chcesz pomóc zrobić świątynię, taką, żeby ten niezdecydowany diabeł był zadowolony, będziesz musiała zrobić ją pod niego.
                                          • Mości gnom ma doświadczenia. - uściślił Baltizar uprzejmie.
                                          • Jeżeli zrobiłabym ją tak jak ja go widzę... Byłby bardzo niezadowolony. - burknęła galtianka.
                                          • Ach, widzę, że rekrutował swój kler w tradycyjny sposób. Potraktuj to w takim razie jak zlecenie. Im bardziej mu się spodoba tym większą nagrodę dostaniesz.
                                            Bajarz nie wtrącał się w tę wymianę zdań, bądź co bądź nie dotyczyła go. Jego spojrzenie wędrowało po okolicy, na moment zatrzymując się na ołtarzu. Wspomnienia… i wizje pomieszały się na moment, przez co lekko zbladł.
                                            Kaylie nie zwróciła uwagi na gnoma najwyraźniej za bardzo przejęta słowami o klerze.
                                          • Ja przepraszam, ale ja do kleru nie należę. - zaprzeczyła silnie swoim galtiańskim akcentem.
                                          • Alternatywa jest gorsza moja droga. Szczególnie, że "dla niego" pracujesz. Nie mam złych intencji. Zapraszam cię oczywiście do zwiedzania, a jeżeli jesteś zestresowana, to jedna z moich sióstr czy braci chętnie pomoże.
                                          • Czy... Czy ty mówisz o... - zaskoczenie było wyraźne na twarzy kobiety.
                                          • Tak. Tak. Mówi o tym. Choć myślę, że dla ciebie bardziej wskazane byłyby traktaty o tematyce łóżkowej, może z rycinami. Wiesz… dla inspiracji na później.- wtrącił gnom.
                                          • Jeżeli oczywiście jesteś w związku, nie ośmielili byśmy się przyczynić do zdrady. Nie istnieje większa zbrodnia dla naszego kościoła. Możemy zaoferować masaż.
                                          • Ale te osoby... Robią to wszystko z własnej woli...? - zapytała z prawdziwą troską.
                                          • Oczywiście. Niektóre mogą chcieć udawać przymus, ale nikogo nie zmusimy do zrobienie czegoś, czego by nie chciał.
                                          • Tak Kaylie, robią to z własnej woli lub przekonania. Przybywają tutaj by się uwolnić od okowów “moralności” i przekraczać granice które mają w swoich głowach. - wtrącił gnom niecierpliwym tonem. - I realizować swoje fantazje… skoro to już ustaliliśmy, to może pójdziemy po tą książkę dla ciebie lub się rozejrzyjmy, co byś się doedukowała?
                                          • Jesteś mrukliwym, nudnym przykurczem, wiesz? - galtianka odezwała się do Baltizara - Rozejrzę się... książki już w bibliotece ogarnęłam.
                                          • Możesz to uczynić sama? Ja mam jeszcze jedną świątynię do odwiedzenia. - stwierdził gnom i skłonił się kapłance Calistrii. - Dziękuję za poświęcony czas i uwagę.-
                                          • Oczywiście. - odwzajemniła skłonieni - Mogę jeszcze w czymś pomóc? - to pytanie było skierowane do Kaylie.
                                          • Polecasz jakieś miejsca, jakie powinnam tutaj zobaczyć? - zapytała.
                                          • Zależy czego poszukujesz?
                                          • Chcę zobaczyć istotne dla waszej religii miejsca i ich sztukę, chcę zrozumieć waszą boginię poprzez wygląd świątyni.
                                          • Jeżeli chodzi o sztukę, to oczywiście statua naszej pani. Możesz też obejrzeć mur okalający naszą świątynie. Jest pełen rycin i płaskorzeźb.
                                            A gnom w tym czasie w milczeniu się oddalił, tuż za nim podążyła dwójka jego zwierzaków.

                                          Zaś Kaylie zezwolono na zwiedzenie teren świątynny. Ściany muru okalającego ogród faktycznie były ozdobione płaskorzeźbami. Niektóre powtarzały motywy Calistrii, osy, noże oraz seks.Niektóre natomiast przedstawiały elementy historii boginii, jak została zdradzona przez swojego kochanka i jak zemściła się na nim. Jej udział w uwięzieniu Rovaguga również został uwieczniony, chociaż postać Niszczyciela została umniejszona. Przechadzając się tak wśród bzyczenia os, które trzymały swój dystans od Galtianki, usłyszała nowy dźwięk, kobiecy chichot. Znalazła się obok jednej z przesłoniętych jedwabiem altan, której lokatorzy nie zauważyli jeszcze obecności Kaylie. Kobieta i mężczyzna poruszali się w sensualnym objęciu, eksplorując swoje ciała i dzieląc przyjemność pocałunku.

                                          Straż Miejska

                                          Bajarz zostawił kobiety samym sobie kierując się do wyjścia. Zobaczył tu już wszystko co chciał zobaczyć. Teraz pozostało opuścić ten przybytek i udać się na poszukiwanie Filli. Ona wszak powinna być rozwiązaniem kwestii ostatniej z świątyń, a jeśli nawet nie była, to wskaże tego do którego musiał się udać. Więc… czas udać się do budynku straży miejskiej.
                                          Budynek przywitał go typowym ruchem i zgiełkiem. Strażnicy i urzędnicy pokierowali Baltizara do jednego z bocznych pokoi gdzie Filia właśnie przeglądała jakiś notatnik. Komendant straży zerknęła na gnoma.

                                          • Pan Harpaness. W czym mogę służyć?
                                          • Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Pewnie dużo jest pracy w mieście… otóż, w okolicy zaczęły się pojawiać obszary nadnaturalnej suszy. Co powoduje na razie drobne niedogodności w okolicy i w przyszłości może stać się dużym problem. Z pomocą świątyni Shelyn organizuję coś w rodzaju zebrania mądrych głów i cóż… chciałbym zaprosić do grona mędrców służących Abadarowi, by i oni dołożyli swoje pomysły. Myślę że taka debata nikomu nie zaszkodzi, a może pomóc.- zaczął pospiesznie mówić gnom. - Nie orientuję się jednak do kogo powinienem się zwrócić w tej sprawie.-
                                          • Świątynia Abadara znajduje się blisko marketu, ale pewnie by pan nie odróżnił od zwykłego urzędu, gdyby pan nie wiedział czego szukać. Przekaże to kapłanom jak wpadnę do nich wieczorem. - kobieta odłożyła notatnik - Proszę dokładnie opisać sytuację, jeżeli to coś co zagraża miastu, powinnam wiedzieć czy należy jakieś przygotowania zorganizować.
                                          • Obszary nienaturalnej suszy. Wyschnięte jeziorka i bagna. Same w sobie niegroźne, acz…- wzruszył ramionami gnom.- Susza oznacza głód dla istot żyjących przy jeziorkach, głód oznacza migrację w rejony gdzie da się go zaspokoić. Na przykład do pobliskich ludzkich osad. Już zaczęły się ataki na statki płynące rzeką. Uważam, że bardziej się opłaca leczyć przyczynę choroby niż zmagać z jej symptomami.-
                                          • Skąd pewność, że jest to nienaturalna susza? - Filia podeszła do jednej z komód i wyjęła mapę okolic Evercrest.
                                          • Punktowe wysychanie obszarów nie jest naturalne. - odparł gnom. - Dziwne narośla które zauważyłem, też nie były naturalne. Chyba. Nie jestem uczonym. Opowiadam historyjki.-
                                            Kobieta westchnęła.
                                          • Rzezimieszki i mordercy… czy proszę o dużo? - spojrzała na gnoma - Dobrze, rozpocznę jakieś zbiory wody, jeżeli faktycznie jest tak źle. Dziękuję, że dał mi pan o tym znać.
                                          • To akurat chyba bardziej zmartwienie możnowładcy i wyzwanie dla magów i mędrców Evercrest niż nasz problem.- odparł gnom i zapytał. - Czyli zaproszenie kapłanów Abadara mogę zostawić w twoich kompetentnych rękach? Szczegóły co do spotkania pewnie przekażą posłańcy ze świątyni Shelyn.
                                          • Dobrze jest czasem wyjść z własną inicjatywą. - odparła komendant - Tak, oczywiście. Na pewno będzie to ciekawe wydarzenie. Ciekawe skąd znajdą dostatecznie dużo mędrców, aby zadowolić określenie "wiec".
                                          • Nawet jeśli to będzie tylko spotkanie czterech osób przy herbatce, to będą mieli okazję wykazać się mądrością i może uratować okolicę.- przyznał uprzejmym tonem Bajarz.- Jakkolwiek trudno przyznać, przemoc i monety nie rozwiążą każdego problemu. Czasem trzeba pójść po rozum do głowy.-
                                          • Zdumiewająco dużo problemów da się jednak rozwiązać przemocą. Więc, pan też będzie brał udział w tym spotkaniu?
                                          • Jako świadek i gość. Nie zamierzam mieszać się w rozmowy mądrzejszych ode mnie.- odparł skromnie Bajarz.
                                          • Pewnie wezmę z ciebie przykład. - uznała kobieta - Potrzeba czegoś jeszcze?
                                          • Nie. Nie wydaje mi się.- stwierdził po namyśle gnom, skłonił się i rzekł.- To już więcej cennego czasu nie będę zajmował.
                                            A następnie skierował się do wyjścia.

                                          Odetchnął z ulgą będąc poza budynkiem. Załatwił bowiem wszystkie obowiązki… no może poza tym magiem. Ale w tym miała mu Kaylie pomóc podając mu list, o którym będzie wiedział… jeśli z niego tak dobry wróżbita.
                                          Baltizar potarł kark w irytacji. Tyle rozpraszających drobiażdżków odciągało go od jego misji. Tyle kwestii niewartych uwagi. Powoli stukając kosturem ruszył ulicami miasta. Dwójka jego ochroniarzy podążała tuż za nim.
                                          Joghmeth z nudów trącał czasem pyskiem kołyszącego się na boki Etrigana. Ten bowiem nie był stworzony do chodzenia pieszo, tylko latania. Niemniej ignorował zaczepki ogara z typową dla swojego pana obojętnością.

                                          Tymczasem Bajarz rozmyślał kierując swoje kroki ku gospodzie. Dziś już nie zamierzał się zabierać za nic. Na wieczór musiał przygotować swój występ i zarobić co nieco. Ostatnio wydał sporo i choć jeszcze co nieco mu zostało, to trzeba zacząć uzupełniać zapasy monet. Wykopaliska tanie nie są.

                                          Jutro więc liczył na spotkanie z miejscowym “towarzystwem archeologicznym”. Może uda się wydobyć od krasnoludów z Helmhammer trochę dodatkowych informacji? Albo od Fiony Crawford? Ta wydawała się wręcz zachwycona mogąc podzielić wiedzą jaką posiadała. I zapewne Bajarz nie potrzebowałby łapówki, by napić się z tego źródełka wiedzy.
                                          Tak więc jutro należało się z nimi skontaktować i może dogadać parę spraw? A dziś… jak wróci do karczmy to napisze list, który może Kaylie przekaże dziś, może jutro? Tak czy siak, dzisiaj już, nie miał ochoty na kolejne pogaduszki o wiecu uczonych. Chciał odpocząć, tym bardziej że cienie się wydłużały, a macki i oczy spoglądały z nich coraz śmielej. Zębate paszcze, żuwaczki i inne otwory szeptały to co zawsze… lubiły szeptać. Drwiły i kpiły, śmiały się i płakały.
                                          Coś co mogłoby go przerazić lata temu i słabsze umysły doprowadzić do szaleństwa, ale obecnie… było tylko irytującym bzyczeniem komara dla jego uszu i oczu, które nauczył się ignorować.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy