Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Ostlandczyk przysłuchiwał się dyskusji pozostałych członków oddziału co do miasta i bramy prowadzącej do niego, klęcząc na na poboczu tak aby nie być widocznym z murów miejskich. Wysłał Wiselów i przydzielonych sobie myśliwych na lewo od drogi żeby weszli odrobinę w las i tyralierą zabezpieczyli jedną z ich flank przed potencjalnym atakiem. Widziany przez nich widok nie podobał mu się zbytnio, choć było teoretycznie możliwym, że strażnicy olewali swoje obowiązki pilnowania bramy i mogli podejść do wejścia jak do siebie to zakładanie takiej kryminalnej niekompetencji byłoby właśnie przejawem kryminalnego optymizmu na który nie mogli sobie pozwolić. Kiedy sierżant zlecił im rozpoznanie bramy, przełknął ślinę i odparł:
- Panie sierżancie, zrobimy jak Pan rozkażę ale jeśli mogę zasugerować to może pójdę sam pod tą bramę, ewentualnie z Thiemem? No bo jeśli nikogo tam nie ma to we dwójkę wejdziemy i zaraz was przywołamy takim znakiem - wykonał ręką znak który miał oznaczać zabezpieczoną bramę i brak kłopotów - A jak ktoś tam będzie jednak to dwójka idących ludzi albo jeden będzie mniej zwracało uwagę niż kilku albo cały oddział. Może z naszym Wendorfczykiem uda nam się sprzedać im jakąś bajkę o tym, że jesteśmy z jakiejś rozbitej przez pomioty karawany i że albo jesteśmy sami albo reszta ocalonych została na skraju lasu bo raz że są wyczerpani, dwa przestraszyli się dymu nad miastem i wysłali nas żeby sprawdzić co i jak. Jak będą przyjaźni i wyda się że można podchodzić to damy taki znak, jak by były kłopoty i potrzebowalibyśmy wsparcia to taki... a jak będzie to pułapka to taki żebyście nie podchodzili, a dowolny z tych znaków plus pokazana liczba to będzie znaczyć że ma podejść tyle osób co pokazuje, a nie cały oddział - Stefan zrobił przerwę na zaczerpnięcie głębszego oddechu po czym kontynuował:
- Może nawet udałoby się kogoś namówić żeby poszedł z nami pomóc wnieść naszych wyczerpanych towarzyszy do miasta i wtedy ich sobie wypytamy już tutaj, choć na to bym nie liczył. Tak czy siak, trzeba zabezpieczy okolicę żeby nas pomioty albo Ci buntownicy nie podeszli pod samym miastem. Dobrze by było żebyśmy złapali ich teraz z opuszczonymi spodniami ale lepiej założyć, że to oni na nas zakładają zasadzkę. Tak w ogóle to może zanim pójdziemy do miasta to wejdę na drzewo i rozejrzę się po okolicy? Zawsze z góry może uda się zobaczyć coś więcej niż stąd? -
Przez ostatni dzwon marszu z "Dzbana" Duivel szedł w milczeniu. Raz tylko odezwał się do Thiemo, który szedł gdzieś w środku kolumny.
— Słyszałeś kiedy w okolicy o duchu lasu? — zapytał bez wstępu. — Tym co zabija za obrazę Talla? Myślę, że lepiej być po Jego stronie, może jakaś modlitwa? — pytał, bo sam pamiętał legendy o duchu lasu, ale jednak z zupełnie innego niż byli obecnie. Sam też nie wychował się w Loren Faen i o tej legendzie wiedział prawie tyle co o pochodzeniu tej wersji nazwy najbardziej znanego lasu wśród elfów kontynentalnych. Po prostu ją znał, jak każdy elf, ale bez szczegółów jak większość z nich.
Oliver idąc dość blisko spojrzał na niego z boku, wzruszył ramionami i stwierdził nie czekając na odpowiedź tubylca
— Stare baby gadają różnie. Mmhm. - Elf więc nie drążył tematu. Poczekał jeszcze na odpowiedź od Thiemo, ale przez resztę drogi jednak co jakiś czas unosił wzrok na korony drzew.Na skraju lasu, gdy Kolesnikow dał im chwilę odpoczynku, Duivel przykucnął za ostatnimi drzewami i przez jakiś czas po prostu patrzył na miasto. Otwarta brama. Brak strażników na murach. Kury chodzące po błocie. Dym gdzieś w głębi. Pomyślał, że żywe miasto wyglądałoby inaczej. Odmówił mocno skróconą modlitwę do Sarriel, choć nie omieszkał 'pozdrowić' też Talla.
W końcu Kolesnikov się odezwał do reszty. Znani już wszystkim Duivel Tobias i Stefan wraz z jego towarzyszami, mieli iść na zwiad. Najprawdopodobniej było to związane z tym, że owi panowie nie przynależeli oryginalnie do bandy Kolesnikova. Choć elf wolał myśleć, że po prostu są najlepsi i ich dowódca to czuje.
Gdy Jaeger wygłosił swoje przemówienie, Duivel wiedział, że Tobias będzie chciał iść tak czy siak, zresztą sam elf też nie zamierzał porzucać rozkazu.
— Stefan, z całym szacunkiem, ale nie zgrywaj znów bohatera. Idziemy jak szef powiedział, zresztą dwie osoby więcej to raczej zmiana na lepsze niż gorsze, prawda Tobias? Ja tam nie spodziewam się przyjaznych mord w środku miasta. Nie wiem czy zwierzoludzie, bo raczej by ich było słychać, ale pewnie przestraszeni ludzie, którzy dopiero co tłukli się między sobą w jakimś buncie. Mam nadzieję, że się mylę. Jednak tak czy siak, całym oddziałem byłoby ryzykownie, ale z drugiej strony małą grupką to lepiej niż sam czy we dwóch. Masz Stefan serce po dobrej stronie, ale jakby trochę aż za bardzo czasami... — nie wiedział czy inni zrozumieją jego ostatnie zdanie, ale to było obecnie totalnie nieistotne.
Zwrócił się jeszcze raz do Stefanów i Tobiasa, jakby już zostawiając za sobą sprawę negocjacji wyglądu drużyny.
— Mam propozycję jak się przedstawimy jak nas ktoś zapyta co tu robimy — Powiedział pewny siebie — Możemy powiedzieć, że znaleźliśmy żywego poborcę Jorge Schwarza w okolicach "Dzbana". Szukamy kogoś kto nam pomoże go bezpiecznie eskortować albo bezpiecznego miejsca dla Niego bo ukrywa się i nawet taki spaślak w końcu straci zapasy pokarmu. To brzmi normalnie, myślę, że nikogo nie zaalarmuje i wydaję mi się, że daje nam powód żeby zadawać pytania zamiast na nie odpowiadać, a przynajmniej rozmawiać na równi — wiedział, że taki pomysł wiąże się z brakiem oszukiwania, co przy większej ilości pytań zawsze działa pozytywnie. Nie był jednak pewny, czy w ogóle do jakiegoś spotkania dojdzie. Coś wewnątrz mówiło mu, że ktoś w mieście jest, ale nie wiadomo jak nastawiono i w jakim stanie psychicznym.
— No i Sierżancie, może złapcie co do jedzenia jak nas nie będzie? Chętnie coś później zjem, a mam obawy, że żarcia tam nie uświadczymy...
Po tym całym wywodzie sprawdził cięciwę łuku i spojrzał jeszcze raz na bramę. Wysłuchał jeszcze ewentualnych uwag w spokoju i z kamienną miną stwierdził
— Panowie, chodźmy już. Trzymajmy się tego umówionego znaku jaki pokazałeś Stefan. Jak coś będzie nie tak, to inni zauważą bez znaku, którego i tak byśmy nie mieli jak dać. Niech Bogowie mają nas w swojej opiece — powiedział i ruszył przez pastwisko spokojnym krokiem, tak jakby szedł do miasta po chleb czy w 'odwiedziny' do miejscowej tawerny. -
Mam złe przeczucia - Tobias był zaskoczony usłyszawszy własny głos mącący chwilową cisze, kiedy zwiadowcy obserwowali otwartą bramę. Dla łucznika wyglądała na porzuconą i niepokojąco cichą. Powinna być albo zawarta - jak to podczas wojny - albo strzeżona. Tu nie było nikogo, a nad murami dostrzec można było dym, bynajmniej nie z kominów. Coś się paliło, a nie było słychać hałasu z tym związanego. Stali tak przez chwilę, wryci, zaskoczeni tym widokiem. Po jakimś czasie wyklarował się plan Stefana, który ręką dał znać Tobiasowi by ten opuścił łuk, i został z resztą na zewnątrz, ale Tobias tylko się uśmiechnął i pokręcił głową. Duivel również miał inny pomysł. I czy Stefan chciał czy nie chciał, ta dwójka dołączyła do zwiadu, gotowa w osłaniać towarzyszy.
-
Mam złe przeczucia - Tobias był zaskoczony usłyszawszy własny głos mącący chwilową cisze, kiedy zwiadowcy obserwowali otwartą bramę. Dla łucznika wyglądała na porzuconą i niepokojąco cichą. Powinna być albo zawarta - jak to podczas wojny - albo strzeżona. Tu nie było nikogo, a nad murami dostrzec można było dym, bynajmniej nie z kominów. Coś się paliło, a nie było słychać hałasu z tym związanego. Stali tak przez chwilę, wryci, zaskoczeni tym widokiem. Po jakimś czasie wyklarował się plan Stefana, który ręką dał znać Tobiasowi by ten opuścił łuk, i został z resztą na zewnątrz, ale Tobias tylko się uśmiechnął i pokręcił głową. Duivel również miał inny pomysł. I czy Stefan chciał czy nie chciał, ta dwójka dołączyła do zwiadu, gotowa w osłaniać towarzyszy.
Tura 49 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; południowa brama
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Zwiadowcy Kolesnikowa
Kolesnikow machnął ręką, na zachętę, że daje zgdę aby jego imiennik wszedł na drzewo. I poczekał na dole, co przyjdzie z tych oględzin. Wejście na drzewo, niewiele Stefanowi wyjaśniło sytuację. Z większej wysokości mniej więcej zrównał się z blankami murów i zwieńczeniem wieży bramnej. Widział trochę więcej górnych pięter i dachów kamienic. Widział, że ten dym to jest gdzieś w głębi miasta a nie tuż za murami. I to tyle. Herszt Hochlandczyków wysłuchał jego propozycji samotnego zwiadu ale pokręcił głową.
- Idźcie razem. Mniejsza szansa, że was wszystkich złapią albo wystrzelają. Większa, że któremuś uda się dać dyla i powiedzieć co się stało. - Herszt wolał podtrzymać swoją decyzję, o wysłaniu kilku osób. Po chwili wahania, zgodził się aby Thiemo do nich dołączył. Chociaż widać było, że niechętnie rozstaje się z takim przewodnikiem po mieście u jakiego bram stali. Stefanowi, tak jak i pozostałym zwiadowcom, wyznaczonym do zbadania bramy, zostało przygotować się do tego zadania. Duivel miał już okazję, jeszcze w lesie porozmawiać z tubylcem o Duchu Lasu.
- A tak, Duch Lasu. Tak, tak. To tak jak ta dziewka mowiła. Stare baby gadajo, że jak ktoś zelży las. Lasu, zwierząt, leśnych duchów nie szanuje. To las się gniewa i wysyła swojego mściciela. I wtedy nie ma żartów. Potrafi nawet szlachcica na polowaniu zarżnąć. Psy się go boją i nie chcą go tropić. Albo czasem nawet służą jemu a nie swemu panu. Tak stare baby mówią. Ale jak kto niewinny i las szanuje to nie ma się czego obawiać. Jak lasu nie wypala, nie rąbie więcej niż musi, zwierząt bez potrzeby nie trzebi, plugawym bogom czci nie oddaje. To nie ma się czego obawiać. Podobno małych dzieci nie rusza. Wiadomo, bo to niewinne dziatki. Ale niektórzy mówią, że na odwrót. Ze je porywa. Jak jakie dziatek zniknie w lesie i go nie można znaleźć ani żywego, ani niezywego, to mówią, że Duch Lasu go zabrał. I magią szlaki przykrył aby nie dało się go odnaleźć. To nie dziwota, że pozarzynał te bestie z lasu. Przeca to plugastwo na dwóch nogach. Aż strach pomyśleć, że szlachta i inne czarowniki z nimi paktujo. Ale Duch Lasu ich dopadł i zarżnął. Bo jak nie on to kto? - Thiemo nawet chętnie się rozgadał o miejscowej legendzie. I chociaż tak samo jak elf, nawet ciał tych zabitych zwierzoludzi nie widział, to wydawał się być mocno przekonany, że to robota Leśnego Ducha. Ale też jakoś nie zdradzał chęci aby się zanurzyć w trzewia mrocznego lasu. Później mało było rozmów aż wyszli wreszcie na skraj lasu i ujrzeli miasto do jakiego zmierzali przez od opuszczenia Risted.
- A to ty elfie ile myślisz oglądać tą bramę? - Kolesnikow trochę się zdziwił a trochę rozbawił, słysząc jedną z ostatnich uwag Duivela. Hochlandczyk chyba nie oczekiwał, żeby ten spacer do bramy, zajął im aż tyle czasu aby dało się tutaj, przygotować posiłek.Wreszcie wyznaczona szóstka wyszła z cieniu lasu. I drogą ruszyła w kierunku bramy. Krok, za krokiem, zbliżali się do niej. A tam wciąż nie widać było żadnego ruchu. Ani w bramie, ani na murach. Trafili jednak na ślady pewnego chaosu. Przewrócony, jednoosiowy wóz. Ale bez żadnego wierzchowca. Na drodze albo obok, jakieś porzucone lub zgubione przedmioty. Część traw i młodych zbóż jakie mijali, były spalone. Tworzyły plamy spalonej czerni tuż przy ziemi i niskiej roślinności, tam gdzie się zachowały. Jak na pobliże miasta to było podejrzanie cicho. Z każdym krokiem byli bliżej murów i wieży. Imaginacja podpowiadała, że są jak na widelcu. I wystarczy jeden ukryty kusznik co ich właśnie obserwuje z okna wieży czy przez strzelnicę, aby posłać im bełta. Lub chociaż zaalarmować pozostałych. A jednak szli i szli, i nic się nie działo.
- Kuraki spokojne. - Thiemo odezwał się cicho a i tak wydawalo się to dziwne głośne. Zbliżyli się już w pobliże bramy i widzieli jak kury chodzą i dziobią ziemię. Wydawało się, że dopiero ich przybycie zakłóciło im rytm dziobania. Odbiegały gdacząc gdy się zbliżyli za bardzo. Wreszcie dotarli do samej bramy. Wciąż wyglądała na opuszczoną. Od zewnątrz nie było żadnych wejść dlatego trzeba było przejść krótkim tunelem pod nią, aby wyjść po wewnętrznej stronie. Znaleźli się w Wendorf.
link: https://i.imgur.com/rVYTFze.jpeg
Obie wieże bramne okazały się puste. Wewnątrz nich panował nieporządek, jakby ktoś splądrował to miejsce. Jeśli była tu wcześniej jakaś broń, to musiała zostać zrabowana. Thiemo sam był zdziwiony i na głos co chwila powtarzał “Co tu się stało?”. - Tu powinnn być strażnicy. Tu na dole byli mytnicy. Sprawdzali czy kto jakiego przemytu nie czyni. A na górze byli ci co po blankach chodzili. - Wyjaśnił nie swoim głosem. Zresztą można się było domyśleć, że brama normalnie była obstawiona przez straże. Wydawało się, że to wszystko wydarzyło się gwałtownie i względnie niedawno. Wczoraj, przedwczoraj albo podobnie. Ale jednak ktoś musiał być w tym mieście. Bo teraz jak byli bliżej i nie oddzielały ich mury to od strony miasta słychać było jakieś odgłosy.
-
Mając zgodę sierżanta zajął się wspinaniem na wyglądające na najbardziej perspektywiczne pod względem obserwowania murów i okolicy drzewo. Niestety bycie na górze nie pomogło mu dostrzec niczego więcej poza drobnymi szczegółami jak to, że dym pochodził gdzieś z głębi miasta.
Podczas dyskusji co do tego kto powinien iść na rozpoznanie bramy:
-Już tam nie mędrkuj o mojej bohaterszczyźnie elfie- powiedział Jaeger do Duivela gdy ten zaczął swoją odpowiedź na jego propozycję pójścia samemu albo z Wendorfczykiem do bramy, w jego oczach zagrały iskry irytacji, a może rozbawienia - Nie musisz mi przypominać o tym jak ostatnio strugałem bohatera na bagnach… tutaj sytuacja jest inna i uważam że samemu albo w dwóch byłoby lepiej iść…
Spojrzał na Tobiasa i Duivela którzy ewidentnie nie mieli zamiaru ustąpić i dodał wesołym głosem:
-Ale jak macie zamiar się uprzeć to dobrego towarzystwa nie odmówię, tylko do mnie nie przychodźcie po pomoc później jak wam dupska przerobią z tych murów na poduszki do igieł!Chwilę po tym kiedy już wszystko było gotowe aby ruszać łyknął łyk wody z manierki aby złagodzić narastającą suchość w gardle.
W pełni zgadzał się z Tobiasem co do złych przeczuć, ale starał się nie okazywać tego innym, żeby nie załamywać ich na duchu:
Dobra ruszajmy, tylko Panowie proszę starajmy się wyglądać jak najniewinniej jak się da, nie dawajmy im powodów żeby zacząć strzelać.
Mały podkład dźwiękowy do spacerku w kierunku brany w wykonaniu Stefana https://www.youtube.com/watch?v=I35OQy2AeGs
Po tym ruszył spomiędzy drzew w kierunku bramy. Starał się zająć myśli powtarzaniem sobie w myślach przygotowanej historii którą mieli sprzedać strażnikom bramy, jednocześnie jednak nieprzerwanie lustrował wzrokiem blanki w poszukiwaniu znaków czyjejś obecności. Nic nie widział, co najdelikatniej mówiąc nie polepszało jego nastroju, coraz mocniej zaciskał dłoń na niesionej w lewej ręce włóczni.
-Ktoś tam musi być i nas widzieć, nie wierzę, że zostawili by nam otwartą bramę!
Przebyli połowę drogi do bramy mijając porzucony na drodze wózek, Stefan coraz bardziej zdenerwowany zaczął się pomimo panującego chłodu pocić intensywnie. Zostało sto pięćdziesiąt metrów, Jeager czuł na sobie wzrok strażników, wyobrażał sobie jak podnoszą kuszę do strzału… .
Sto metrów.
Stefan musiał koncentrować całą swoją wolę żeby iść spokojnie i nie zacząć się zasłaniać tarczą przed spodziewanym ostrzałem który jak sądził zasypie ich w każdej chwili.Obserwował mijane spalone zbożą i nie podobało mu się to co widzi ale nie był w stanie skupić się na tyle żeby wyciągnąć głębsze wnioski z tego faktu. Mijane kury przejawiały nad wyraz duży poziom instynktu samozachowawczego uciekając przed nimi, bo biorąc pod uwagę poziom jego zdenerwowania każda która znalazłaby się w zasięgu jego buta dostałaby kopniaka za niewinność w imię rozładowania jego narastającej “frustracji”(w żadnym wypadku nie mylić z ogarniającą go paniką).
Pięćdziesiąt metrów.
- Strzelajcie dranie! A nie się z nami bawicie! - przeklinał gorączkowo w myślach wyimaginowanych strażników na murach pokonując ostatnie metry do bramy. Kiedy już przed nią stanął trochę nie wiedział co zrobić, był pewien że ktoś ich zatrzyma wcześniej albo że zaczną strzelać.
Obejrzał się na resztę po czym w końcu wzruszył ramionami, dał im sygnał żeby na moment się zatrzymali i ruszył naprzód przechodząc przez otwarte wrota coraz szybszym krokiem mając nadzieję, że nie dostanie z góry porcji wrzątku wylanego przez otwory strzeleckie które na pewno znajdowały się tuż nad nim. Starał się poruszać jak najciszej, możliwie ukryć się przed wzrokiem ewentualnych obrońców. Kiedy tylko udało mu się dotrzeć żywym do wewnętrznych wrót rozejrzał się i jako, że nie zauważył niczego niebezpiecznego przywołał resztę. Miał już na oku kolejny cel, drzwi do poszczególnych wież.
Jak tylko Thiemo zaczął swoją gadaninę podniósł dłoń do ust aby nakazać mu ciszę. Musieli pozostać niezauważeni jak najdłużej
Kiedy później o tym myślał następne minuty zbijały mu się w pamięci jako zlepek chaotycznych scen. Podzielili się na dwie grupy i wpadli jednocześnie do obydwu wież które też okaząły się otwarte.
Z niedowierzaniem biegli w górę po schodach wieży przeczesując fortyfikację i przekonująć się że ta jest całkowicie opustoszała i splądrowana. Ale jednocześnie nie wyglądało na to żeby ktoś ją zdobył w walce tylko po prostu pośpiesznie zrabował. Kiedy tylko po dotarciu na szczyt lewej wieży dostał potwierdzenie od reszty że druga wieża też jest pusta, nabrał powietrza i zmusił się od opanowania.
Cały czas spodziewał się podczas wchodzenia na kolejne stopnie, że zaraz ich zaatakują i że obrońcy po prostu chcieli ich wciągnąć za mury żeby reszta nie widziała co się z nimi stało. Teraz musiał w końcu przed sobą przyznać że naprawdę udało im się zająć bramę bez żadnej walki.
-Lepiej weź się w garść, bo zaraz może się okazać że może bramę zdobyliście ale zaraz ją stracicie w kontrataku! - zganił się, po czym cicho ale zdecydowanie rozkazał Wieselom:
- Biegnijcie na dół i zawrzyjcie najpierw wewnętrzne wrota a po tym drzwi do obydwu wież, prawą wieże zabarykadować na stałe! - kiedy mówił jednocześnie podszedł na wieży do blanków spoglądających na zewnątrz i pomachał do reszty oddziału aby zwrócić ich uwagę. Po tym wyciągnął rękę aby pokazać im ustalony znak mający ich poinformować że droga wolna i mogą dołączyć ale w połowie gestu zamarł właśnie uświadamiając sobie, że wezwanie całego oddziału do środka to może być fatalna pomyłka ale jednocześnie potrzebują posiłków do utrzymania bramy… po sekundzie namysłu pokazał znak że droga wolna ale dodał jednoczęśnie ustalony znak żeby przysłali tylko trzech ludzi. Obrócił się na pięcie i zamachał do Duviela i Tobiasa na drugiej wieży.
- Chłopaki zawrą wszystkie wrota i drzwi, proszę obserwujcie z wieży czy nic się nie zbliżą - rzucił do ntowarzysze najciszej jak się dało.
Po tym ruszył biegiem po schodach w dół nie czekając nawet na odpowiedź, do drzwi prowadzących na mury lewej wieży i zawarł je na głucho, jednocześnie prosząc Thiemo żeby zajął się zabarykadowaniem podobnego wyjścia po prawej stronie bramy. Zbiegł na dół, minął zajmujących się barykadowaniem towarzyszy wspominając im że zaraz powinni dostać posiłki, po czym zrzucił z siebie przy wrotach na zewnątrz łuk, plecak i tarczę. Tylko z włócznią w ręku ruszył najszybszym biegiem na jaki mógł się zdobyć w kierunku skraju lasu, z Azurem wesoło biegającym dookoła jako towarzystwo. Droga która pokonywana spacerkiem wcześniej zajęła im kilka minut, teraz sprint trwał tylko chwilę i był już wśród drzew przy sierżancie:- Nie mogę… w to uwierzyć!... - wyrzucił z siebie ciągle łapiąc powietrze - brama jest pusta!...splądrowana…ale nie jak po walce…barykadujemy się w środku, przybiegłem tutaj bo dopiero…na wieży sobie uświadomiłem…, że chyba najlepiej by było żebyśmy zostawili tu posterunek na skraju lasu, tak z trzech ludzi może? Żeby mogli odpowiednio wcześniej zatrzymać regiment jak nadejdzie i wprowadzić ich w to co wiemy. No i jak byśmy zostali w tej bramie otoczeni to zawsze będą mogli ruszyć do regimentu żeby jak najszybciej sprowadzić odsiecz, Panie sierżancie.
-
Gdy Thiemo skończył swoją tyradę o Duchu Lasu, Duivel przez chwilę milczał, jakby ważył słowa tubylca. Wreszcie skinął głową.
— U nas, w rodzinnych stronach, też się takie duchy chowają. Nawet imię to samo - Duch Lasu, a sens chyba ten sam - las się broni, kiedy ktoś go zdradzi czy zaatakuje — powiedział spokojnie, po czym dodał, patrząc jeszcze w stronę lasu za nimi — Dzięki za wytłumaczenie, Thiemo. I kimkolwiek czy czymkolwiek to jest... cokolwiek zarzynało tamte bestie, zrobiło nam dziś przysługę. Zawsze to lepiej gdy jest mniej tych pomiotów na świecie...
Nie zareagował na to, że Stefan wcześniej uciszał gestem gadatliwego Wendorfczyka. Mieli przecież zachowywać się normalnie, a on i tak dawno już przywykł nie odpowiadać na każdy gest towarzyszy. Myślał raczej o czym innym - o wysokości, na jakiej ponoć wisiały głowy zwierzoludzi. O czymś, co albo lata, albo jest wyższe od nich wszystkich razem wziętych. Wolał wierzyć, że to Duch Lasu, przyjazny, a przynajmniej obojętny wobec regimentu maszerującego przez jego ziemie, niż że gdzieś tam czeka coś, co zabija bez różnicy komu i Jego kuzynki, znajomi i szefowe także mogły być narażone.
Kury go zaskoczyły. Na tyle, że myśli całkowicie zmieniły bieg. Zwierzęta zaskoczyły go nie tym, że były dość ciche i spokojne, ale tym że w ogóle żyły. Bo cała reszta miasta wyglądała jakby niezbyt żywo...
Wchodząc do miasta wszedł zaraz za Stefanem, ale nie wbiegł do wieży jak Jaeger i Jego pomocnicy. Rozglądał się, patrzył za śladami walki albo chociaż jakieś wskazówki czy stoją za tym pomioty chaosu, czy jednak to wynik buntu. Wszedł do wieży i przeszukiwał ją metr po metrze, cicho i uważnie. Szukał czegoś więcej niż tylko splądrowanych kątów i porzuconej broni - jakiegoś śladu, który powiedziałby, co się tu, do diaska, stało. Było pusto i nie był to czas na zwiedzanie, zresztą jeden z Wiselów chyba zdążył już obiec całą wieżę, jakby się podzielili i każdy badał inną.
Na zewnątrz znów spotkał Thiemo który wciąż w lekkim szoku powtarzał to samo, jednak na widok innych kompanów wyjawił co tu zawsze się działo. Było to wszystko niepokojące, szczególnie, że jakieś odgłosy od środka miasta były słyszalne. Jeszcze nie wiedział co to dokładnie a próbę wsłuchania się przerwał mu Stefan, choć elf nie był w stanie zrozumieć co mówi albo krzyczy, gdyż robił to z jakiejś wysokości.
Po chwili zaskoczyli go Wiselowie, zajęci ryglowaniem bramy i barykadowaniem drzwi jednej z wież. Nie do końca rozumiał, co się dzieje - wolał skupić się na odgłosach dobiegających z głębi miasta. Próbował rozpoznać w nich coś znajomego. Swoich. Albo zwierzoludzi. Widok splądrowanych wież nie napawał go optymizmem.
Właśnie wtedy zobaczył, jak Stefan Jeager wybiega z jednej z wież, pędem coś mówił do barykadująych drzwi Wiselów, biegnie wciąż w stronę bramy i zrzuca łuk, plecak i tarczę i udaje się w stronę lasu.
Zwrócił się do stojących przy nim Weaselów, głos miał twardy.
— Ej wy, co tu kurwa się dzieje?! Mieliśmy zrobić rekonesans, a wasz kolega gdzieś biega jak oparzony, a wy ryglujecie drzwi? Dobrze, że reszty ciuchów nie zdjął. Zostawcie to, przecież my nawet nie wiemy, kto siedzi w środku miasta. Zamkniecie bramę, reszta naszych zostanie na zewnątrz, a nas ktoś zaskoczy od środka... i co wtedy?
Nie czekając długo na odpowiedź, odwrócił się do Thiemo.
— Ten dym, co tam jest? Jakaś karczma? Rathaus? A może znasz tu kogoś blisko bramy, kogo moglibyśmy zawołać po imieniu? — do niego mówił spokojnie z pewnym ciepłem w głosie. Spojrzał na niego uważnie. Wendorfczyk pomógł im już nieraz, znał to miasto, więc jeśli ktoś miał tu jeszcze jakichś znajomych, to właśnie on.
Czekał na odpowiedź, jednym uchem wciąż nasłuchując, czy Stefan Jeager nie woła o pomoc jak na bagnach. Wzrok miał natomiast skierowany w głąb miasta, świdrował każdy zakamarek... -
Tobias przeszedł przez bramę jako ostatni rozglądając się po blankach za jakimś ruchem na górze. Nic nie zauważył więc ruszył dalej z nisko pochyloną głową, starając się znaleźć dla siebie jakiejś osłony w razie ataku strzeleckiego. Oprócz samych budynków dobrą osłonę dawały skrzynie i beczki porozrzucane tu i ówdzie, czy wóz leżący gdzieś na ulicy. W najbliższej okolicy było raczej cicho a zwierzęta zachowywały się dość spokojnie. nie zostały zabrane ani zabite co było zagadką. Może mieszkańcy uciekali przed wrogiem w pośpiechu i nie mieli czasu zabrać biegający luzem drób a wróg był naprawdę blisko. To by tłumaczyło pozostawione zwierzęta, ale że wróg nie zabił albo zabrał na posiłek, tego Tobias nie mógł zrozumieć. To było naprawdę dziwne.
Tobiasowi przeszła nagła myśl przez głowę - Czarodziejstwo! - pomyślał. Ktoś mógł zaczarować mieszkańców i poszli bezwolnie jak barany. Naturalny strach przed magią podsuwał łucznikowi różne wersje wydarzeń.
Otrząsnął się słysząc Stefana wydającego polecenia pozostałym zwiadowcom. Nie wszystkie rozkazy wydawały się rozsądne, w końcu mieliśmy zrobić zwiad, podejść jak najbliżej się da i najszybciej jak się da ocenić sytuację i zawiadomić dowództwo a i tak już przy karczmie dużo czasu zmitrężyliśmy. Jak tak dalej pójdzie to dogonią nas a i tak nie będziemy mieli dla nich żadnych nowych wieści poza tym co i tak już zobaczą.
Podzielił się to myślą z chłopakami - Powinniśmy udać się małymi grupkami - najlepiej po dwóch - w kierunku centrum miasta, skąd dochodzą odgłosy i zobaczyć co się tu dzieje. Zaglądać do mijanych domostw by upewnić się że nikogo w nich nie ma i przeć na przód bo czas ucieka. - Nie mam racji Duivel? -
Tobias przeszedł przez bramę jako ostatni rozglądając się po blankach za jakimś ruchem na górze. Nic nie zauważył więc ruszył dalej z nisko pochyloną głową, starając się znaleźć dla siebie jakiejś osłony w razie ataku strzeleckiego. Oprócz samych budynków dobrą osłonę dawały skrzynie i beczki porozrzucane tu i ówdzie, czy wóz leżący gdzieś na ulicy. W najbliższej okolicy było raczej cicho a zwierzęta zachowywały się dość spokojnie. nie zostały zabrane ani zabite co było zagadką. Może mieszkańcy uciekali przed wrogiem w pośpiechu i nie mieli czasu zabrać biegający luzem drób a wróg był naprawdę blisko. To by tłumaczyło pozostawione zwierzęta, ale że wróg nie zabił albo zabrał na posiłek, tego Tobias nie mógł zrozumieć. To było naprawdę dziwne.
Tobiasowi przeszła nagła myśl przez głowę - Czarodziejstwo! - pomyślał. Ktoś mógł zaczarować mieszkańców i poszli bezwolnie jak barany. Naturalny strach przed magią podsuwał łucznikowi różne wersje wydarzeń.
Otrząsnął się słysząc Stefana wydającego polecenia pozostałym zwiadowcom. Nie wszystkie rozkazy wydawały się rozsądne, w końcu mieliśmy zrobić zwiad, podejść jak najbliżej się da i najszybciej jak się da ocenić sytuację i zawiadomić dowództwo a i tak już przy karczmie dużo czasu zmitrężyliśmy. Jak tak dalej pójdzie to dogonią nas a i tak nie będziemy mieli dla nich żadnych nowych wieści poza tym co i tak już zobaczą.
Podzielił się to myślą z chłopakami - Powinniśmy udać się małymi grupkami - najlepiej po dwóch - w kierunku centrum miasta, skąd dochodzą odgłosy i zobaczyć co się tu dzieje. Zaglądać do mijanych domostw by upewnić się że nikogo w nich nie ma i przeć na przód bo czas ucieka. - Nie mam racji Duivel?Tura 50 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; południowa brama
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Zwiadowcy Kolesnikowa
- No rzeczywiście. Splądrowane a żadnych ciał nie ma. - Sierżant Hochlandczyków mruknąl w zamyśleniu. Bez pośpiechu wyjął swoją prostą fajkę, zaczął ja nabijać bagiennym zielem jakby to pomagało mu zebrać myśli. Oparł się o blanki jaki przebiegał pomiędzy dwiema bramnymi wieżami. Więc jak podniósł głowę to miał niezlą perspektywę na Wendorf. Jak już nabił fajkę to odłożył ją na mur i tak samo flegmatycznie zaczal wyjmować pojemnik z żarem. To, że w wieżach były paleniska to wszyscy widzieli ale były zimne od dawna. Więc nie dało się uzyć ich żaru aby odpalić fajkę. Teraz ten kudłaty Hochlandczyk, jak już obszedł obie wieże, miał minę podobnie zdziwioną jak niedawno czata jaką wysłał do jej sprawdzenia. Widać też się tego nie spodziewał mimo, że już pod lasem Stefan jak przybiegł to mu zameldował co tam mniej więcej znaleźli.
- Nikogo nie ma? Znaczy żywych? Czyli same trupy? - Coś takiego powiedział jak tylko Jaeger skończył mówić. Widocznie też mu się w głowie nie mieściło, że brama może stać rozwarta i pusta. Zapewne więc spodziewał się, że strażnicy zginęli w walce. Stefan musiał mu to dodatkowo wyjaśnić ale całkiem przekonał się dopiero teraz, jak sam miał okazję rozejrzeć się tutaj na własne oczy. Teraz musiał zapalić fajkę, jakby to pomagało mu się namyślić co robić dalej. Jeszcze pod lasem, przystał na sugestię Ostlandczyka aby zostawić paru ludzi dla reszty regimentu. Po namyśle się z tym zgodził. Zostawił Franca jaki do tej pory zwykle obstawiał flanki maszerującego oddziału i jeszcze dwóch innych myśliwych. Potem razem z większością swojej bandy, ruszył w stronę wież. Gdy Stefan wskazał na przewrócony wóz, leżący niedaleko bramy, czarnobrody machnął tylko ręką.
- Chcesz to sprawdź. - Dając znać, że dotarcie do bramy interesuje go bardziej. Ze dwóch ludzi jednak i tak zainteresowało się czy nie ma tam nic ciekawego. To musiał być pojazd jakichś uchodźców bo wyglądało, że spakowano tu dobytek chłopskiej rodziny. Większość rzeczy nie rzucała się w oczy. Ale znaleźli zwój liny, odświętny kożuch w dobrym stanie, ikonę z wizerunkiem Talla ze znanej świątyni blisko kislevskiej granicy, kolorowe wstążki jakie myśliwi mieli nadzieję zdobyć przychylność niewiast, mocną siekierę do rąbania drewna i parę innych bibelotów.
Hochlandczyków najbardziej ucieszyła kadź wiśniowej nalewki. I chociaż była na tyle ciężka i nieporęczna, to zdecydowali się ją zabrać. A wojskową tradycją było, że alkohol był nawet milszym gościem niż ladacznice. A najlepiej jak obydwa te elementy występowały naraz. Razem więc dźwigali tą zdobycz jaka od razu wywołała uśmiechy na twarzach ich pobratymców.
Ich towarzysze, bez wahania sięgnęli po łuki i w parę chwil ustrzelili kilka kur. Zupełnie jakby to był jakiś festyn więc śmiechu było sporo. Chociaż może cieszyli się na myśl o kuraku jaki wkrótce zjedzą. Zbliżała się pora, że faktycznie już czas było pomyśleć aby po całym dniu na nogach, napełnić swoje brzuchy. A i tak musieli chwilę musieli poczekać zanim Wieslerowie zdołali otworzyć wewnętrzną bramę i już byli w środku. Hochlandczycy weszli do środka za swoim hersztem ale szybko dały o sobie znać ich bandyckie nawyki bo bez skrupułów zaczęli myszkować po wieżach w poszukiwaniu łupów. Tak samo, jak niedawno po dwóch wywróconych wozach na drodze czy spalonym zajeździe. Duivel mógł sobie w duchu pogratulować, że zdążył się tu rozejrzeć zanim przybyli. Więc nawet nie był za bardzo zdziwiony na ich psioczenie.
- Co za złodziejska hołota! Wszystko rozkradli! Nic nam nie zostawili! - Co chwila któryś syczał ze złości, gdyż łup jaki znaleźli okazał się dość marny. Wcześniej zapewne urzędowali tu głównie strażnicy i mytnicy. Więc niezbyt majetni ludzie. To i wcześniej pewnie nie było tu zbyt wiele cennych rzeczy. A te co były, to zapewne zabrali je ci, co tu buszowali wcześniej. Któryś z myśliwych przytulił malowany kubek jaki mu się spodobał, inny znalazł jakieś niezbyt nowe buty ale uznał, że te co ma są i tak w lepszym stanie a kolejny antałek z winem. Co prawda zaczętym ale Hochlandczycy ucieszyli się tak samo, jak z tej bańki nalewki z przewróconego wozu.
Oczywiście księga wyrzucona gdzieś na podłogę, niezbyt ich zainteresowała. Jak elf ją podniósł okazało się, że jest to dziennik mytników. Ostatnie wpisy były dość rutynowe. Wóz jednokonny 4 monety, dwukonny 8, 7 pieszych 2 monety. I tak dalej. Zapiski kończyły się w Konistag 3 Sigmarzeit. Czyli dwa dni temu. To było wtedy, gdy ich regiment przeprawiał się łodziami w Risted przez Wolf a ich szefowe pierwszy raz puściły przodem aby zbadali drogę na Speck. Ale żaden nie było w księdze żadnego wyjaśnienia co do braku dalszych zapisków albo splądrowania tego miejsca.
Drugie znalezisko trafił w piwnicy. Sądząc po licznych śladach butów i rozbebeszonych regałach, tu też nieźle ktoś buszował. Ale może przegapił to, a może wtedy jeszcze pył nie zarysował regularnego kąta na podłodze. Jak elf tam podszedł i zaczął przesuwać dłońmi, trafił na klapę. Gdy ją otworzył ukazała się ciemność zbyt mocna nawet dla jego nocnych oczu. Musiał wrócić na górę i zdobyć jakieś światło. Znalazł pochodnię, ale żaru aby ją odpalić już nie. Paleniska były wygaszone i zimne. Zanim udało mu się rozpalić tą pochodnię to Stefan zdążył wrócić z Kolesnikowem i większością zwiadowców. A ci rzucili się do rabowania obu wież.
Duivel nie znalazł żadnej wskazówki co tu się stało. Ślady jakie widział nie były jednoznaczne. Nie było ciał ani wyraźnych śladów krwi, co sugerowało, że walki, przynajmniej takiej ze śmiertelnym skutkiem, raczej tu nie było. Ale czy w ogóle nie było to nie mógł wykluczyć. Jak widział przewrócone krzesło to ktoś je mógł przewrócić w trakcie walki albo podczas plądrowania. Nie znalazł śladów wyłamywania drzwi a większość w obu wieżach była otwarta. Więc raczej nikt ich nie szturmował. A jeśli doszło do ich splądrowania to pewnie rabusie nie kłopotaliby się z zamykaniem drzwi. Nie znalazł też żadnej broni. Chociaż był składzik na jakieś włócznie czy halabardy. A te mniejsze może miecze czy topory. Teraz stały puste. W końcu elf wyszedł na blanki, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Po obu wieżach i tak buszowali już łucznicy z Hochlandu więc zrobiło się ciasno i nerwowo. Ale tu spotkał Thiemo jaki też wydawał się być przytłoczony tym wszystkim.
- Tam? - Wendorfczyk nie był już pierwszej młodości więc mocno mrużył oczy aby dojrzeć co tam elfi kolega widzi. - A ty chyba masz lepsze oczy młody. - mruknął jakby jasna cera Duivela sprawiła, iż zapomniał, że rozmawia z kimś ze starej rasy. - Ale tam to centrum. Widzisz ten duży dach? Z czerwoną dachówką? Co tam, wystaje nad inne. No. To je nasz ratusz. Jest tam Markplatz. Co tydzień tam targ robimy. Dużo ludzi z okolicznych wiosek się zjeżdża. Ze Speck nawet. A tamtą wieżę widzisz? Bo ja niebardzo. Ale tam po lewej to chyba jest jakaś krecha. No to to je świątynia Sigmara Opiekuna. Bo kiedyś Sigmar jak zabił strasznego olbrzyma to usiadł tam i trzy dni odpoczywał. I dlatego nasze dziady postawili tam świątynie dla naszego kochanego Opiekuna. - Thiemo mówił ze swoim wschodnim akcentem, tak popularnym dla kresów Imperium. I rzeczywiście elf nie miał problemów dostrzec dach ratusza ani wieżę świątyni Sigmara. Ale bez detali bo widzieli to wszystko tuż ponad poziomem dachów większości kamienic i pod ostrym kątem. Dym widać było gdzieś tam z centrum. Całkiem niedaleko Markplatz. Właśnie od strony świątyni. To musiało płonąć coś większego niż zwykłe ognisko. Ale też raczej nie cała kamienica bo pewnie by było widać jakieś płomienie. A był tylko dym. Pożar mógł też już dogasać albo dopiero się zaczynać. Mogło się też palić coś co daje więcej dymu niż ognia.
- Mój brat mieszka na Żelaznej. - Thiemo nagle odezwał się, wyrywając elfa z tych przemyśleń. - Eh, jak ci to wyjaśnić jak nie zna miasta… - Westchnął gdy uzmysłowił sobie, że teraz powinna nastąpić tradycyjna pantomima jak się gdzie idzie i skręca aby wyjaśić drogę nieznajomemu. - To tamotoj bliżej świątyni niż ratusza. - Machnął w końcu mniej więcej we właściwym kierunku. - Moją to już wojny i zarazy zabrała. Tylko średni syn i córka mi zostali. Ale on za ziemią poszedł do tej waszej górskiej marchii. Mówił, że to szansa, że zarobi bo wasz margraf dom każdemu obiecał i dekadę bez podatków i pańszczyzny. To poszedł tam mój Marko. I dlatego się do waszego pana się zaciągnąłem a nie do innego. Myślał ja, że może i jego spotkam. Ale widać nie. No i córka. Też średnia. Bo przeca te co zmarły za dziecka to nie liczę. Zawsze dobrzy bogowie zabierają tych dobrych do siebie na samym początku. A Sara dobrze, wyszła za mąż. Za kupca żelazem z Grunackeren. To i wyjechała tam razem z nim. Ale z raz do roku przyjeżdżajo do starego ojca. Miło jest wtedy. A teraz… Eh… Podobno tam już też te zaprzańce podeszły… - Stary milicjant wyłuszczył Duivelowi swoje rodzinne koneksje jakie miał w tym mieście i okolicy. Zasępił się nad tym, zwłaszcza jak dorosłego syna nie spotkał w regimencie a córka miała mieszkać w mieście jakie mogło już być oblężone przez armię najeźdźców. Zresztą docelowo od Ristedt, tam właśnie zmierzał regiment. A Speck czy Wendorf były tylko po drodze.
- A pójść możemy do piekarni Alberta, o tam. Albo do zajazdu “Czerwonego koła” o tam. Ja tam wszystkich znam a oni mnie. - Thiemo otrząsnął się z przemyśleń i wskazał na dwa przeciwne kierunki gdzie można by zajść. Zajazd miał być w głębi tej głównej ulicy jaka biegła od bramy a piekarnia w prawo, przy tej co niegła wzdłuż muru. Właśnie gdzieś na ten moment zastał ich Kolesnikow jaki wyszedł na świeże powietrze aby zapalić fajkę i przemyśleć to wszystko.
Przez jakiś czas wydawało się, że Tobias jest jakby na uboczu tego całego zamieszania wokół bramy. Widział jak Stefan myszkuje po obu wieżach a potem wydaje swoim pomocnikom polecenia. Jak ci zaczynają z mozołem zamykać wewnętrzną bramę a wydawało się, że zaraz po paru chwilach musieli ją otworzyć aby wpuścić do środka swego lidera oraz Hochlandczyków. Tu widać było, że dwie osoby to dają radę zamknąć lub tworzyć skrzydło ciężkiej bramy ale do zablokowania jej, używało się ciężkiej belki. A ta była wewnątrz wieży. Trzeba było ją po kawałku przesuwać przez całą bramę aż weszła w otwór w przeciwnej wieży. A jak otwierać to podobnie tylko w odwrotnej kolejności. Tu się przydawała ta trzecia czy czwarta osoba do przesuwania tej belki bo ci co zamykali bramę, musieliby biegać do środka aby się tym zająć.
Co prawda rzucił propozycję zwiadu do Duivela i reszty ale elf chciał najpierw starannie przeszukać wieżę, Wieselowie zmagali się z blokowaniem wież a potem bramą a Thiemo chyba nie czuł się na siłach aby mu odpowiedzieć. A potem doszedł do nich Kolesnikow ze swoimi banitami i zrobił się jeszcze większy harmider. Ale w koncu dwoch z nich wyszło przed jedną z wież aby odsapnąć. Przez chwilę marudzili, że nie znaleźli nic ciekawego do zrabowania. W koncu jednak jeden z nich odpiął od pasa kubek, i zaczęli probować tej nalewki jaką koledzy przynieśli z wozu przed bramą. A widząc Tobiasa w pobliżu, nawet zachęcająco wyciągnęli prosty, drewniany kubek aby go poczęstować.
- A widzieliście, że tu nikogo nie ma? Ani żywych ani nie żywych. - Zagaił jeden z nich jakby i jego dziwiła ta pustka w bramie. Kolega pokiwał głową na znak zgody.
- Może za mało im płacili? Albo hrabia chciał ich na wojnę zaciągnąć a oni mieli lepsze pomysły? - Zaśmiał się kolega, upijając ze swojego kubka.
- Może. Ale wiecie co ja myślę? - Ten pierwszy ściszył głos i pochylił się bliżej do obu towarzyszy. Kolega dał mu znać aby ciągnął dalej bo wydawał się być zaciekawiony. - Magia! Czarostwo jakie! - Sapnął jakby im zdradzał tajemnicę. Drugi z Hochlandczyków od razu na wszelki wypadek splunął przez ramię aby złe odegnać.
- Nie gadaj! - Sapnął trochę zaniepokojony.
- A tak. Czarostwo. I powiem więcej. To czarostwo od takich jak ten tam. - Drugi z myśliwych dyskretnie wskazał kciukiem na blanki. A tam widać było jak Duivel rozmawia z Thiemo. Obaj wpatrywali się w stronę miasta i zdawali się nie zwracać uwagi na Tobiasa i dwóch łuczników.
- Myślisz, że to on? Ale jak? Przecież cały czas był z nami. - Ten z kubkiem zamrugał oczami ale widać było, że nie do końca pasowała mu wizja Duivela jako sprawcy zniknięcia strażników.
- Głupiś! Nie mówię o nim. Tylko o takich jak on. Zwłaszcza ich kobiety. Przecież wszyscy mądrzy ludzie wiedzą, że to same wiedźmy. A co druga z tych długouchych to czarownica. - Sciszył głos jeszcze bardziej aby tylko oni dwaj go słyszeli. Ten w ciemniejszym kaftanie szybko spojrzał na Tobiasa jakby sprawdzał jego reakcję. Co prawda słyszało się, że elfy to bardzo mądra ale i butna rasa. Że i mężczyźni i kobiety uchodzili za pięknych tak bardzo, że podobno szpetne elfy się nie trafiały. Ale też uważano, że to sprawa czarów i uroków, zwłaszcza w co do elfek. Więc nic dziwnego, że towarzysz Tobiasa zawahał się czy to przyjąć na wiarę czy odrzucić.
- No ale to jak… Jakaś elfka… Co? Zaczarowała ich? - Próbował poskładać w głowie to co sugerował kolega w jaśniejszym kaftanie.
- A pewnie! Elfom to nie można ufać. Zwłaszcza elfkom. Ty widziałeś kiedyś aby któraś z naszych kobiet była tak gładka? I chuda. No młode to jeszcze są chude ale stare? A te przeklęte elfy nigdy się nie starzeją! - Wyrzucił z siebie ze złością na tą uprzywilejowaną, elfią rasę. A kolega w zadumie pokiwał głową. Widząc ten pierwszy sukces, ten w ciemniejszym kaftanie kontynuował. - Więc ja myślę, że to były czary. Elfickie czary. Jakiejś elficy. One umeją się maskować. Tak, że wyglądają jak piękne ale nasze kobiety. Przychodzi taka jakby nigdy nic. Wygląda jak nasza. Tam się uśmiechnie, tam oczami rzuci. A sami wiecie jakie one mają czy. I te na dole też! I już jesteś zaczarowany. A potem wyprowadza do lasu. I porywa. A tam już czekają wspólnicy takiej elfiej wiedźmy. I zjadają nieszczęśników! A taka wiedźma zawsze dostaje ich serce. - Szybko streścił im jak uważa, że był przebieg który doprowadził do zniknięcia strażników. Ten drugi aż otworzył oczy ze zdumienia.
- No tak! Ci zwierzoludzie ze spalonego zajazdu! - Popatrzył żywo na kolegę i Tobiasa, czy oni też wpadli na takie powiązanie. Kolega mądrze pokiwał głową.
- Teraz sami pomyślcie. Czy widzieliście ostatnio samotną, nieznajomą, piękną kobietę? - Ten pierwszy popatrzył na nich obu czy sobie coś takiego przypominają.
- No w tym “Dzbanie” była ta ruda kelnerka. Nawet niezła. Ale ja wiem czy taka co bym stracił dla niej głowę… - Hochlandczyk zamyślił się ale patrzył na nich obu czy też mają takie wątpliwości czy Melinda mogła być elficką wiedźmą. Mogła wpadać w oko jako kelnerka ale do elfich panien to było jej daleko. Ale te wedle ich rozmówcy, ponoć umiały przyjmować wygląd ludzkich kobiet. Więc nie był pewien. Gdy Tobias odwrócił głowę aby spojrzeć gdzieś w dal i się zastanowić, dojrzał ruch. Coś właśnie śmignęło jak ptak, tuż przy ziemi. Może to ta jedna z kur spłoszonych przez Hochlandczyków? Zniknęło to coś za ścianą kamienicy więc nie mógł się temu bliżej przyjrzeć.
- A ty Tobias? Myślisz, że to mogły być czary elfiej wiedźmy? - Głos Hochandczyka skierował jego uwagę z powrotem na rozmowę. Ten drugi nie mógł się zdecydować albo był ciekaw opinii Ostlandczyka. Zresztą wkrótce minął ich Stefan jaki wszedł do środka wieży.
Jaeger odkrył, że zbyt krótko go nie było aby jego dwaj pomocnicy, zdążyli przeprowadzić jakieś inne prace niż zamknięcie wrót bramy. Pozamykali też drzwi w wieżach. Ale teraz i tak Hochlandczycy jacy zabrali się za rabunek i tak już obrabowanego miejsca, otwarli je ponownie. Obecnie wieże więc wróciły do stanu w jakim je zastali pół dzwonu temu. Właściwie to barykadowanie drzwi wejściowych okazało się dość uciążliwe. To były jedyne wejścia do wież, na poziomie gruntu. Więc jakby były z jakiegoś powodu zamknięte, to na zewnątrz trzeba było wychodzić przez najwyższe piętro a potem po drabinie na dół, aż do ziemi. Teraz co chwila ktoś przez nie przechodził. Wcześniej razem ze szpicą, tylko pobieżnie przeszli przez obie wieże. A teraz wszędzie buszowali chciwi myśliwi z zachodniej prowincji. Dopiero na blankach było spokojniej. Zastał tam Kolesnikowa, Duivela i Thiemo.
- Południe minęło. - Herszt zadarł głowę jakby chciał się upewnić. - Ale do zmierzchu to jeszcze połowa dnia. A dnie teraz długie. - Raczej wszyscy to wiedzieli. Zanim się zacznie zmierzchać to pewnie jeszcze z sześć, siedem dzwonów będzie. Hochlandczyk chyba jednak myślał na głos jakby wreszcie zebrał myśli przy paleniu swojej fajki. - Nas jest z tuzin. - Pokiwał głową. I jak zostawił Franca i dwóch ludzi pod lasem to faktycznie było ich tutaj, niewiele ponad tuzin. - A wszyscy z bramy pójść nie możemy. Ktoś musi tu zostać. A jednak trzeba sprawdzić co tam w mieście się dzieje. Coś pusto tu jakoś. - Wymownie wskazał fajką na ulicę jaka wiodła od bramy w głąb miasta. I sąsiednie kamienice. - A nie wiadomo kiedy nasz regiment tu dotrze. Może za pół pacierza. A może o zmierzchu. - Cmoknął z niezadowolenia nad tą niewiadomą. Tego akurat nikt z nich nie mógł oszacować. Possał chwilę fajkę i znów popatrzył na panoramę wendorfskich dachów. Dym jaki wcześniej Duivel oglądał z Thiemo, dalej się tam wznosił. I właściwie to jakiś ruch zdarzało im się zauważyć. A to w oddali ktoś przechodził ulicą. A to w oknie mignęła jakaś sylwetka. Słychać było jakieś odgłosy ze strony miasta. Może jakiś tumult? I trudno było go namierzyć ale gdzieś z głębi. Tu na obrzeżach było dość spokojnie. Jeśli jacyś mieszkańcy tu byli, to pochowali się w swoich domach. Stopniowo kolejni łucznicy wychdzili na blanki, zrażeni i zawiedzeni ubogim łupem jaki znaleźli w wieżach. Także i dwaj rozmówcy Tobiasa, klepnęli go w ramię widząc, że tam się robi jakieś zbiegowisko. To też poszli aby sprawdzić co tam się dzieje. W końcu większość grupy znalazła się właśnie tam.
- Na głodnego nie ma co wojować. Weźcie chłopcy przygotujcie te kuraki. - Kolesnikow wydał polecenie jakie od razu ucieszyło jego ludzi. Ten czy tamten co zdołali ustrzelić bezpańskie kury, teraz złapali za nie i zaczęli potrząsać. Rzeczywiście brzuchy zaczynały już dawać o sobe znać. Ale aby rozpalić ogień, skubać i wypatroszyć te ptaki to musiało zejść parę pacierzy. Część łowców od razu zniknęła w wieży aby się zająć przygotowywaniem posiłku.
- A wy rozejrzyjcie się po okolicy. Nie daleko, abyście zdążyli na te kuraki. Złapcie jakiegoś języka co tu się do kroćset dzieje. Duivel widzę, że się dogadujesz z Thiemo. To idźcie razem. Ty Stefan swoich dwóch ludzi masz. A ty Tobias… - Czarnowłosy zaczął im przydzielać zadania tak aby chociaż połowa jego skromnych sił, pozostała przy bramie. Zawahał się przy Tobiasie który akurat przy nikim nie stał. Stefan przeszukał swoich ludzi przy blankach po czym znalazł mu parę. - Ty pójdziesz z Beth. Ona jest z miasta i sobie w nich radzi. - Wskazał na jedyną kobietę w ich bandzie leśnych banitów. Dziewczyna przewróciła oczami słysząc, że została ochotniczką do tego niepewnego zadania ale podeszła do Tobiasa i pacnęła go w ramię na zachętę. Siódemka zwiadowców zebrała się obok herszta. - Jak kogoś spotkacie to wypytajcie się co tu jest grane. Ale miejcie oczy i rozumy szeroko otwarte. Słyszeliście co mówiły szefowe i ci w zajeździe. Jak nic niezwykłego nie traficie to też wracajcie. Po obiedzie się pomyśli aby pójść gdzieś dalej w miasto. A kto wie? Może nawet nasz regiment do tego momentu tu dotrze? - Uśmiechnął się na koniec, jakby chciał zakończyć nutką optymizmu. Ale dało się wyczuć, że jako człowiek lasu, w obcym mieście czuje się nieswojo. Zwłaszcza jak wyglądało to dość niestandardowo, że nie bardzo wiedzieli czego się tu spodziewać. Całkiem inaczej niż wcześniej w Breder, Lenkster czy Ristedt. I chyba liczył, że jak dojdzie to ich regiment to i siły będą mieli większe i już nie będzie musiał podejmować tak ciężkich decyzji. Na razie to chciał aby czata podzieliła się na dwu-trzyosobowe patrole i zbadała najbliższą okolicę bramy. Pozostałych kilku ostatnich myśliwych jakich miał do dyspozycji, zaczął rozdzielać między blanki a dół wieży. Co i tak oznaczało, że każdy z nich musiał czuwać samotnie. -
Jeager wmaszerował z powrotem pod miejską bramę Wendorf, niosąc na ramieniu zabraną z wozu linę:
-Muszę później pamiętać żeby wypytać się o właścicieli tego wózka- pomyślał przechodząc przez drzwi wejściowe prawej wieży i natykając się na swoich ludzi, w głębi budynku słyszał harmider myśliwych przetrząsających bramę.
-Albrecht co tu się dzieje?! - w pierwszej chwili Stefan zjeżył się na swoich dwóch kompanów, jednak szybko wziął głęboki oddech i rozglądać się co się dokładnie stało. Drzwi które kazał zabarykadować stały otwarte, ewentualni wrogowie mogli wlać się do środka w każdej chwili… .
- Dobra nie ma o czym dyskutować chodźcie ze mną! - Powiedział ruszając do głównych wrót.
-Mieliście dużo kłopot żeby te bramy, na powrót otworzyć prawda?-rzucił do swoich towarzyszy:
-I to jaki - powiedział młodszy Wiesel.
-Robimy tak, bierzemy te belki którymi zamyka się bramy i wnosimy je do środka wieży, jak jacyś wrogowie dorwą się do bramy to przynajmniej nie zamkną jej na stałe przed regimentem. Po tym zamykamy jedne i drugie drzwi na parterze i barykadujemy. Z Bramy mogą wychodzić drzwiami na wyższych poziomach, tylko tak jak Wam mówiłem wcześniej, porządnie zastawiamy tak żeby barykadujące przedmioty ciągneły sie aż po przeciwległej ścianie.-Lepiej prosić o wybaczenie czegoś niż prosić o pozwolenie - pomyślał, biorąc się do pracy.
Stefan skończył się wdrapywać się na blanki po tym jak został wezwany przez swojego imiennika do stawienia się przed nim, zrzucił z siebie niesioną z dołu linę.
Wysłuchał poleceń przełożonego które średnio przypadły mi do gustu. Zdawał sobie sprawę że muszą miasta przeszukać ale wolałbym nie dzielić się na aż tyle grup. Nie miał jednak zamiaru robić z tego powodu sceny, miał w końcu dość innych tematów do ewentualnego zdenerwowania sierżanta, podszedł do niego możliwie najbliżej aby pozostali go nie słyszeli:
-Panie sierżancie zabarykadowaliśmy z moimi ludźmi dolne wejścia, schowaliśmy do środka też belki do blokowania bram więc nawet jak ewentualny wróg wedrze się pod bramę to nie zablokuje bramy dla regimentu. Po za tym mamy jeszcze inną kwestię którą muszę z Panem poruszyć, nie chcę nikogo obrażać ale… dziewczyny i chłopaki w wieży walą tam na dole alkohol i jak ich trochę nie utęperujemy to w razie ataku na nas, będziemy w czarnej…, a ktokolwiek panuje teraz nad miastem zrobi wszystko żeby nas stąd wyrzucić jak tylko zorientuje się że tu jesteśmy. -
- Rozmowa z myśliwymi -
Elfie czarodziejstwo? - zapytał Tobias zaskoczony - No nie wiem, z jednej strony trudno nie odmówić elfiemu ludowi magicznych właściwości. Inaczej by nie żyli setek lat, co nie? Ale co druga to czarodziejka, wątpię. A co do czarodziejstwa to miałem całkiem niedawno do czynienia z czarodziejstwem niewiasty co raczej elfką nie była. Dosłownie próbowała mnie zaczarować, a kiedy się to nie udało wyczarowała roślinne pnącza którymi chciała mnie unieruchomić albo rozszarpać. Bogowie musieli spoglądać w moją stronę, bo niewiele brakowało bym przypłacił to spotkanie życiem. Do tego mamy w oddziale czarodziejkę i jest jeszcze ten mag co się przypałętał. Oboje to ludzie jeśli nie zauważyliście. Tobias spoglądał chwilę na elfiego towarzysza rozmawiającego z towarzyszem. Przeszedł z nim niejedno i traktował gadanie myśliwych jako oznakę strachu podszytego ludzką niechęcią do innych ras.
-Rekonesans z Beth -
Beth pacnęła Tobiasa w ramie dając mu do zrozumienia że pora wstawać. I choć odpoczynek dobrze mu robił, to towarzystwo tej dwójki myśliwych zaczął go już męczyć. Nigdy nie miał okazji ani czasu by bliżej się jej przyjrzeć. Kobiet w oddziale było niewiele, i nie nosiły się jak kobiety. Beth nosiła znoszoną tunikę która wyglądał jakby była przerabiana z typowej męskiej tuniki, spodnie też były lekko niedopasowane. czarne, krótko przystrzyżone sprawiały że nie zwracała na siebie szczególnej uwagi wśród gromady mężczyzn. Wskazała kierunek, który wybrała, Tobias wskazał inny wywołując grymas na jej twarzy. - Ty chcesz prowadzić leśny dziadku? - rzekła z przekąsem - Może zaufasz miejskiej... - Babce? - dokończył za nią Tobias. Ufam - naprawdę, ale widziałem wcześniej jakiś ruch w tamtym kierunku. Najpewniej to był inwentarz pozostawiony przez mieszkańców ale lepiej się upewnić, najwyżej będzie więcej drobiu na rosół. Zgoda? - Beth przekrzywiła głowę zastanawiając się czy mężczyzna nie stroi sobie żartów. Ostatecznie westchnęła głośno i wzruszyła ramionami. - Prowadź zatem silny mężczyzno, prowadź do leża tego zwierza, może uratujesz sobie jakąś niewiastę. - Tym razem Tobias przewrócił oczyma i w milczeniu ruszył przed siebie. - Rozmowa z myśliwymi -
-
Duivel wysłuchał rodzinnej opowieści Thiema, nie przerywając, wzrokiem cały czas błądząc po dachach miasta. Kiedy stary Wendorfczyk skończył, elf odczekał chwilę, zanim się odezwał.
— Przykro mi z powodu Żony — Powiedział krótko, bez zbędnych ozdobników. Tak się mówi rzeczy prawdziwe, nie te, które ładnie brzmią przynajmniej według elfa.
— A córka... — zawiesił głos, patrząc w stronę dymu snującego się od świątyni. Grunackeren było oblężone, wiedział to już od Lenkster — ...oby zdążyła wyjechać, zanim zaprzańcy podeszli pod mury. — Nie chciał też obiecywać Thiemo nic, czego nie mógł dotrzymać, jak zapewnienie, że na pewno jeszcze ją spotkają. 'Go gcoimeáda Dia í faoina chúram' mruknął to pod nosem, cicho, bardziej do siebie niż do towarzysza. Jednocześnie klepnął starego w ramię, chwilę dłużej niż wymagała tego zwykła uprzejmość.
— Jak wejdziemy głębiej, zajrzymy na Żelazną. Do brata. — dodał to jak coś oczywistego, jakby to miała być standardowa wizyta — Ucieszy się na twój widok. A jeśli go nie zastaniemy, to może chociaż się czegoś dowiemy.Gdy Kolesnikow zebrał ich wszystkich na blankach i zaczął rozdzielać zadania, Duivel wtrącił się na moment, zanim grupy zdążyły się rozejść.
— Sierżancie. Jedna rzecz. — odezwał się rzeczowo — Jak kogoś spotkamy, może niech każdy z nas mówi to samo: "Ostland żyje". Prosto i jasno, każdy to zrozumie od razu. — powiódł wzrokiem po zebranych — O Marchii na razie ani słowa. Nie każdy tu w ogóle słyszał o nowym państewku w górach. No, przecież nie będziemy tracić czasu na tłumaczenie geografii komuś, kto się chowa z przerażenia w piwnicy. — Kolesnikow mruknął coś przez fajkę. Brzmiało to jakby rozważał tę propozycję. Stefan, jak to Stefan, od razu dorzucił jeszcze jakiś gwizd, rymowankę czy znak ręką na wypadek, gdyby patrol wpadł w tarapaty, a Duivel przytaknął bez dyskusji. Im mniej trzeba pamiętać w chaosie, tym lepiej.
Zanim ruszył z Thiemo, odciągnął jeszcze na bok Kolesnikowa.
— Jest jednak jedna sprawa jeszcze. W piwnicy tamtej wieży jest właz. Głęboki, ciemny choćby i dla moich oczu - ale nie miałem czasu tam schodzić. — wskazał głową w stronę wieży — Jak rozpalicie ogień pod te kuraki, niech dwóch twoich weźmie od niego pochodnię i zejdzie zobaczyć, co tam jest. Może zapasy. Może broń. — zawiesił głos — Może ktoś się tam chowa.Do Thiemo, już ruszając w stronę ulicy, rzucił krótko:
— Skoro obiad za pasem, zacznijmy od piekarni Alberta. Bliżej, szybciej wrócimy. — Elf uważał to za najbardziej praktyczny wybór.
Zanim wyszli poza bramę, naciągnął kaptur głębiej na twarz, chowając uszy w środku.
— Nie bierz tego do siebie. — mruknął z cieniem uśmiechu, widząc zdziwione spojrzenie starego — Po prostu wolę, żeby ludzie w mieście nie dostali zawału na mój widok, zanim zdążę o cokolwiek zapytać. Tym bardziej jeśli Ty będziesz pytał, w końcu to Ty rozeznany jesteś najlepiej w tym mieście, a nie chcę żeby ludzie tracili nagle zaufanie do Ciebie przez Twojego Towarzysza. — Rozejrzał się po ulicy przed sobą - puste okna, zamknięte okiennice, cisza tam, gdzie powinien być gwar targowego dnia. Skinął głową Thiemo i ruszył przodem, trzymając się cienia kamienic, uważnie wypatrując wszystkiego, co mogłoby się różnić od zwykłego, sennego popołudnia. Reszta grup rozchodziła się w swoje strony - Stefan z Wieselami w jedną, Tobias z Beth w drugą. Duivel jeszcze na chwilę odprowadził ich wzrokiem, zanim skupił się na własnej drodze. -
Duivel wysłuchał rodzinnej opowieści Thiema, nie przerywając, wzrokiem cały czas błądząc po dachach miasta. Kiedy stary Wendorfczyk skończył, elf odczekał chwilę, zanim się odezwał.
— Przykro mi z powodu Żony — Powiedział krótko, bez zbędnych ozdobników. Tak się mówi rzeczy prawdziwe, nie te, które ładnie brzmią przynajmniej według elfa.
— A córka... — zawiesił głos, patrząc w stronę dymu snującego się od świątyni. Grunackeren było oblężone, wiedział to już od Lenkster — ...oby zdążyła wyjechać, zanim zaprzańcy podeszli pod mury. — Nie chciał też obiecywać Thiemo nic, czego nie mógł dotrzymać, jak zapewnienie, że na pewno jeszcze ją spotkają. 'Go gcoimeáda Dia í faoina chúram' mruknął to pod nosem, cicho, bardziej do siebie niż do towarzysza. Jednocześnie klepnął starego w ramię, chwilę dłużej niż wymagała tego zwykła uprzejmość.
— Jak wejdziemy głębiej, zajrzymy na Żelazną. Do brata. — dodał to jak coś oczywistego, jakby to miała być standardowa wizyta — Ucieszy się na twój widok. A jeśli go nie zastaniemy, to może chociaż się czegoś dowiemy.Gdy Kolesnikow zebrał ich wszystkich na blankach i zaczął rozdzielać zadania, Duivel wtrącił się na moment, zanim grupy zdążyły się rozejść.
— Sierżancie. Jedna rzecz. — odezwał się rzeczowo — Jak kogoś spotkamy, może niech każdy z nas mówi to samo: "Ostland żyje". Prosto i jasno, każdy to zrozumie od razu. — powiódł wzrokiem po zebranych — O Marchii na razie ani słowa. Nie każdy tu w ogóle słyszał o nowym państewku w górach. No, przecież nie będziemy tracić czasu na tłumaczenie geografii komuś, kto się chowa z przerażenia w piwnicy. — Kolesnikow mruknął coś przez fajkę. Brzmiało to jakby rozważał tę propozycję. Stefan, jak to Stefan, od razu dorzucił jeszcze jakiś gwizd, rymowankę czy znak ręką na wypadek, gdyby patrol wpadł w tarapaty, a Duivel przytaknął bez dyskusji. Im mniej trzeba pamiętać w chaosie, tym lepiej.
Zanim ruszył z Thiemo, odciągnął jeszcze na bok Kolesnikowa.
— Jest jednak jedna sprawa jeszcze. W piwnicy tamtej wieży jest właz. Głęboki, ciemny choćby i dla moich oczu - ale nie miałem czasu tam schodzić. — wskazał głową w stronę wieży — Jak rozpalicie ogień pod te kuraki, niech dwóch twoich weźmie od niego pochodnię i zejdzie zobaczyć, co tam jest. Może zapasy. Może broń. — zawiesił głos — Może ktoś się tam chowa.Do Thiemo, już ruszając w stronę ulicy, rzucił krótko:
— Skoro obiad za pasem, zacznijmy od piekarni Alberta. Bliżej, szybciej wrócimy. — Elf uważał to za najbardziej praktyczny wybór.
Zanim wyszli poza bramę, naciągnął kaptur głębiej na twarz, chowając uszy w środku.
— Nie bierz tego do siebie. — mruknął z cieniem uśmiechu, widząc zdziwione spojrzenie starego — Po prostu wolę, żeby ludzie w mieście nie dostali zawału na mój widok, zanim zdążę o cokolwiek zapytać. Tym bardziej jeśli Ty będziesz pytał, w końcu to Ty rozeznany jesteś najlepiej w tym mieście, a nie chcę żeby ludzie tracili nagle zaufanie do Ciebie przez Twojego Towarzysza. — Rozejrzał się po ulicy przed sobą - puste okna, zamknięte okiennice, cisza tam, gdzie powinien być gwar targowego dnia. Skinął głową Thiemo i ruszył przodem, trzymając się cienia kamienic, uważnie wypatrując wszystkiego, co mogłoby się różnić od zwykłego, sennego popołudnia. Reszta grup rozchodziła się w swoje strony - Stefan z Wieselami w jedną, Tobias z Beth w drugą. Duivel jeszcze na chwilę odprowadził ich wzrokiem, zanim skupił się na własnej drodze.Tura 51 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; południowa brama
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Stefan i Wieselowie
Skoro Duivel z Thiemo zdecydowali się pójść do pobliskiej piekarni a Tobias z Beth poszli jeszcze w inną stronę, to Stefanowi pozostało zabrać Wieselów do zajazdu o jakim mówił wcześniej stary milicjant. Ostatecznie przeniesienie belek z jednej wieży do drugiej, zajęło im tyle czasu, że już nie starczyło na coś innego. Chociaż mijali milicjantów myszkujących po różnych poziomach wieży to Stefan już nie zdążył do nich dołączyć. Zresztą i tak herszt tej leśnej bandy na usługach górskiego markgrafa wezwał wszystkich na naradę na blankach. Po wydaniu poleceń i tym co mieli przeszukać okolicę, i tym co mieli zostać przy bramie, jeszcze Duivel na chwilę porozmawiał z sierżantem. Przed chwilą herszt zgodził się z sugestią elfa aby krzyczeć “Ostland żyje” jako hasło rozpoznawcze. Bo o Marchii Falkenhorst to pewnie mało kto słyszał. Ale teraz, gdy długouchy odszedł razem z Thiemo, to Jaeger miał okazję porozmawiać z czarnobrodym. Ten wysłuchał jego uwag i pokiwał głową.
- No to dobrze zrobiłeś z tymi belkami. Lepiej aby były tylko w jednej wieży. Mało nas i dwóch obsadzić to byłby kłopot. - Pochwalił go za tą roztropność. Jednak uwaga o “waleniu alkoholu” go nieco go zdziwiła. Uniósł brwi i przyjrzał się uważniej swojemu imiennikowi.
- Piją mówisz? - zapytał jakby chciał się upewnić czy dobrze to zrozumiał. Popatrzył po blankach, gdzie niektórzy łucznicy jeszcze tu byli. Ale niedawno większość jego bandy tu stała, zanim nie przydzielił ich innych zadań, od straży na murach po przygotowanie obiadu z ustrzelonych kuraków. - No idzie zaschnąć w gardle od tego kurzu i spalenizny to i dobrze je przepłukać. Ale nie bój się Ostlandczyku, my Hochlandczycy znamy się na swoim rzemiośle. - rzekł uspokajającym tonem ale wydawał się być ciut urażony sugestią, że jego ludzie mogliby się popić w tak krótkim czasie, że nie nadawaliby się do służby. Aby doprowadzić się do takiego stanu, rozcieńczonym winem to trzeba by rzeczywiście urządzić regularną pijatykę i pić bez opamiętania. W końcu się rozstali. Stefan ze swoimi pomocnikami przeszli przez wieżę, tym razem w dół. Na środkowym piętrze minęli dwóch łuczników co zabierali się za rozpalanie pieca oraz skubanie kuraków. A po chwili już byli znów na ulicy, przed bramą. Duetów Duivela i Tobiasa już nie było widać. Ale główna ulica jaka prowadziła od bramy, w głąb miasta, stała otworem. Była zawalona porzuconym wozem czy jakimiś gratami. No i nienaturalnie cicha i pusta. Jakby był środek nocy. A nie środek dnia. Jeszcze za nimi któryś z łuczników zamknął drzwi do bramy. I słychać było jak rygluje. Trójce zwiadowców pozostało ruszyć przed siebie.
Ulica w przeważającej części okazała się miejskim kanionem. Ze ścianami kamienic wznoszącymi się nad głowami i brukiem jako jego dno. Chociaż był środek dnia i na otwartej przestrzeni, było całkiem słonecznie, to tutaj, na poziomie gruntu dzień nie mógł rozkwitnąc. A jeszcze unosiła się rozrzedzona mgła. Albo dym. Bo zapach spalenizny drażnił nozdrza. Nie przeszkadzało to na przestrzeni kilku kamienic dookoła ale blokowało dalszą perspektywę na przykład zobaczyć co jest na końcu ulicy. Z blank jakie wznosiły się na poziomie większości dachów to był o wiele lepszy widok.

link: https://i.imgur.com/KVwEJAp.jpeg
Jak zwykle, na parterze kamienic zazwyczaj były sklepy, warsztaty albo karczmy a na wyższych piętrach mieszkania. Te wszystkie zakłady usługowe były nienaturalnie ciche i puste. Albo były rozwarte na oścież i splądrowane albo zamknięte na cztery spusty. Nic dziwnego. Tradycją wszelkich ruchawek było plądrowanie takich miejsc. Nawet jeśli pierwotnie, nie to było ich celem. Na niektórych wciąż zamkniętych drzwiach i okiennicach, widać było ślady uderzeń toporów lub podobnych narzędzi gdy ktoś tam próbował się siłą dostać. Te dwa, trzy nazwiska jakie Stefan zapamiętał od Thiemo nie wywołały żadnej reakcji. Choć je krzyczał to okiennice i drzwi pozostały nienaruszone. Albo ludzi na górze nie było albo woleli nie ryzykować wyjścia na zewnątrz. Tego akurat z poziomu ulicy nie dało się sprawdzić. Musieliby wchodzic do klatek schodowych i pukać do przypadkowych drzwi. To by zajęło dużo więcej czasu a wynik był niepewny. Wcale nie było pewne czy ktoś tam jest, czy im otworzy, czy nie potraktuje jak kolejnej bandy rabusiów.
Czasem nawet widzieli z daleka jakiś ruch. Pojedynczo, po dwie lub trzy. Ale te jak ich dostrzegły szybko uciekały nie nawiązując kontaktu. Ogólnie można było odnieść wrażenie, że dźwięki tumultu jakie wcześniej słyszeli z blank, teraz jakby się nasiliły ponownie. Bo odkąd zeszli na poziom gruntu, to widocznie zbita zabudowa je wytłumiła i początkowo jak szli od samej bramy to jakby przycichły. A teraz, nie wiadomo kiedy jakby zbliżyli się do ich centrum.
Kolejne zakręty i kłęby rozrzedzonej mgły już dawno pochłonęły Południową Bramę, gdy oczom trójki zwiadowców ukazał się szyld. Zawieszone koło wozu, pomalowane na czerwono. Z kontrastowymi elementami na niebiesko i żółto. Przez co wpadała w oko z daleka zapowiadając jakiś karczmę czy zajazd. Był postawiony w przerwie między okolicznymi karczmami, naprzeciwko fontanny. Otoczony murem sięgającym nieco ponad wzrost dorosłej osoby, sprawiał solidne wrażenie. Za nim widać było piętro i dach budynku. No i wreszcie dostrzegli jakiś ruch i oznaki życia.
Przed bramą stało dwóch ludzi z halabardami. Wyglądali na strażników. Brama była w połowie otwarta. Dwóch ludzi szybko z niej wyszło i skierowało się gdzieś w głąb miasta. Przy bramie stała tablica. Pewnie z ogłoszeniami. Ale do niej był uwiązany za ramiona półnagi mężczyzna. Głowę miał spuszczoną na nagą pierś więc nie było wiadomo czy żyje czy nie. Trzeba by podejść bliżej aby się temu wszystkiemu przyjrzeć. Stefanowi wydawało się, że jeden ze strażników patrzy gdzieś w jego stronę. Ale czy ich już zauważył czy jeszcze nie tego nie mógł stwierdzić.Tobias i Beth
Tobias zanim wyruszył z hochlandzką łuczniczką w głąb miasta, to miał w pamięci wrażenie jakie zrobił na dwóch kolegach. Wyglądali na zaskoczonych jego wiedzą o elfach, elkach i przygodzie z piękną nieznajomą. Która do tego była wiedźmą! Przez chwilę wydawało się, że to spełnienie tych złowróżbnych opowieści jakie snuli. Tylko to, że owa wiedźma nie była elfką trochę ją psuło.
- Ale jesteś pewien, że to nie była elfka? Może włosy zasłaniały jej uszy? To nie zawsze widać na pierwszy rzut oka. - Dopytywali się czy może jednak spotkana niewiasta nie należała do starej rasy jaka trochę ich pociągała ale też budziła sporo obaw.
- I chciała cię oczarować I używała roślinnych pnącz? No to musiała być elfka. Pewnie jedna z tych z lasu. One tak mają. - Kolejny element wydawał się pasować do ich wersji historii. A i Tobias musiał przyznać, że od dziecka słyszał o elfach żyjących w lesie. Które właściwie nie wiadomo co tam robiły. Co z jednej strony wydawało się fascynujące a z drugiej podejrzane. Zaś jego relacja pozornie pasowała do opisu i zachowania elfki. Zwłaszcza jak poza nim, nikt jej chyba nie widział. No ale wezwanie na blanki i narada jaką zarządził Kolesnikow i tak przerwały im rozmowę. Kolesnikow przystał na pomysł hasła rozpoznawczego “Ostland żyje”. Bo o górskiej marchii jaka dopiero się rodziła po mileniach nieistnienia, to faktycznie mało kto słyszał. Nawet Tobias o niej niewiele słyszał póki parę tygodni temu nie pojawił się w Lenkster. A potem dostał przydział z Beth i musieli znów zejść na dół i ruszyć w miasto.
Wcześniej mijali się w marszu czy obozie więc raczej znali się z widzenia. W końcu od paru dni podróżowali razem. Ale jakoś nie mieli okazji poznać się lepiej. Chociaż Beth wpadała w oko bo była jedyną kobietą w bandzie Hochlandczyków. Przez co z jednej strony traktowali ją trochę jak siostrę a z drugiej trudno było przegapić, że jej płeć.
link: https://i.imgur.com/YA3i8Hk.jpeg
Skoro on przewrócił okazję to ona się zaśmiała krótko. - No dobra, skoro nie chcesz sobie ratować niewiast to ja sobie jakąś uratuję. Najlepiej jakąś bogatą szlachciankę. Wtedy z wdzięczności obsypie mnie złotem a może i weźmie na służbę? Będę mogła spać we własnym łóżku i nie będę musiała koczować po lasach i jaskiniach aby się najeść. - Tobias nie był do końca pewien czy tylko sobie żartuje. Ale wizja ciepłego kąta, pewnego łóżka i pełnego żołądka dla większości mieszkańców wsi i miast byłaby pociągająca. Dlatego decydowali się na służbę u potężniejszych od siebie. I widać Beth nie była pod tym względem inna. Ale jak już ruszyli w miasto to zachowywała się ostrożnie i dyskretnie. Jak większość hochlandzkich banitów Kolesnikowa.
Tobias postanowił zacząć od tego narożnika gdzie wcześniej dojrzał jakiś ruch. Poszli tam we dwoje ale żadnej kury nie znaleźli. Chociaż na brudnym bruku i błotnistych zaciekach dostrzegli ślady tych ptaków. Musiały tu niedawno chodzić. Duivel z Thiemo ich minęli, ruszając w swoją stronę. Beth skinęła im głową w pozdrowieniu. A sama zwróciła się do towarzysza.
- To chodź. Może trafimy na jakiegoś kuraka. Najwyżej na kolację będzie. - Dała mu znak, że jest gotowa pójść ptasim tropem. W końcu nie wszystkie musiały szwendać się przed bramą. A Kolesnikow za bardzo nie ingerował gdzie konkretnie mieli iść. Ślady doprowadziły ich przez jakieś nędzne podwórko. Na nim faktycznie dojrzeli dwie kury. Beth bez wahania użyła łuku aby jedną ustrzelić. Druga jednak z głośnym, pełnym przerażenia gdakaniem czmychnęła przez bramę na ulicę. Nie byli pewni, czy strzała ją trafła czy nie. Jednak łuczniczka była chętna dokończyć polowanie. Tylko podbiegła aby złapać ustrzelonego kuraka i po drodze zaczęła przywiązywać ją sobie do pasa. Więc gdy wyszli na ulicę to ta druga kura była już zbyt daleko aby ryzykować strzał. A widząc swoich dwunożnych prześladowców jeszcze przyspieszyła kroku i zniknęła za zakrętem.
I tak szli przez ten Wendorf. Miasto było nienaturalnie ciche i puste. Wiele ze sklepów i warsztatów jakie mijali było zamkniętych na głucho, chociaż był środek dnia i powinny pracować na pełnych obrotach. Część z nich była splądrowana. Co przy ruchawkach było wręcz standardem. Różna hołota lub nawet zawistni sąsiedzi, starali się skorzystać z okazji do szybkiego wzbogacenia skoro przynajmniej chwilowo, porządek w mieście został zachwiany. Ubrania leżące w błocie, rozbite kawałki szyb, stłuczone naczynia, zgruchotane krzesła i porzucone skrzynie. Tego wszystkiego nie powinno być na ulicach. A jednak co chwila trafiali na takie ślady brutalności. Nawet czasem dostrzegali jakąś sylwetkę w oknie czy gdzieś w oddali ale widocznie tamci woleli nie ryzykować spotkania z nimi. Atmsfera była napięta od tej nienaturalnej ciszy i pustki. Śladów zniszczenia jakie co chwila się natykali. Chociaż im samym jak dotąd nic się nie stało. Jeszcze ta mgła albo rozerzdzony dym stopniowo blokowały dalsze widzenie. Dało się wyczuć charakterystyczny zapach spalenizny. Widać było wlot ulicy i na kilka kamienic w głąb. Ale jej wylot zwykle był już zamazany przez ten opar.
- Trochę tu strasznie nie? - Szepnęła Beth która widocznie czuła się nieswojo na tych opuszczonych ulicach. Czasem widywali kuraka w oddali. Już stracili rachubę czy to ten “ich” czy po prostu jakieś tutejsze pętają się bezpańsko na ulicach. Co jakiś czas Hochlandka przymierzała się do strzału ale zawsze strzał był zbyt niepewny. Albo ptak ledwo majaczył we mgle albo uciekał w jakiś zakamarek znikając im z oczu.
W pewnym momencie usłyszeli jakieś odgłosy. Po chwili zorientowali się, że to z kamienicy do jakiej się zbliżali. Jak podeszli jeszcze bliżej dojrzeli dwie postacie jakie myszkowały tak samo jak niedawno koledzy Beth po bramnej wieży. Plądrowali jakiś sklep. W pośpiechu ładowali słoiki i kiełbasy do worka. To był jakiś sklep mięsny. Jeden z nich dojrzał dwoje łuczników na ulicy i syknął na towarzysza. Na chwilę zamarli sondując się wzrokiem.
- Spokojnie. Starczy dla każdego. My weźmiemy swoje to będziecie mogli wziąć resztę. - Rzucił jeden z nich starając się brzmieć rozsądnie. Wiele z haków i półek było już pustych. Jakby nie byli pierwszymi co tu się przyszli poczęstować. Ale wciąż widać było dużo więcej mięsa, kiełbas i weków niż jeden kurak jaki wisiał u pasa Beth. Ona też chciwie popatrzyła na te półki po czym na swego towarzysza.
~ Z tego to by dopiero była kolacja. Inni i tak to rozkradną. ~ szepnęła cicho do Tobiasa jakby była gotowa przystać na takie warunki szabrowników wskazując wzrokiem na rozwalone drzwi przez jakie teraz mógł wejść każdy. Z tego co było widać w sklepie to mogłoby wystarczyć nie tylko na kolację na ich dwójkę ale nawet dla całej bandy Kolesnikowa. Chociaż we dwójkę to byłoby sporo do niesienia. Gdy Tobias miał chwilę aby się nad tym zastanowić, ponad ramieniem łuczniczki dostrzegł biało-czerwono-niebieskie skośne pasy oznaczające zakład balwierski. I w przeciwieństwie do większości parterów jakie mijali do tej pory, biło z jego wnętrza ciepłe, żółte światło. Jak od lamp albo świec. Co prawda był pod zbyt ostrym kątem aby zajrzeć do środka, dzieliło go ze trzy, cztery kamienice. Ale wydawało się to oazą normalności w tym spustoszonym mieście.Duivel i Thiemo
Elfowi Kolesnikow przydzielił Thiemo. Więc z trójki patroli, tylko on miał za towarzysza kogoś kto zna to miasto jak własną kieszeń. Sam herszt Hochlandczyków przystał na pomysł z hasłem “Ostland żyje”. I nawet zaśmiał się chrapliwie. - Masz rację elfie! Póki nie przybyłem do Lenkster to nawet nie wiedziałem, że tam w górach coś się zaczęło dziać! - Więc nie był zdziwiony, że tubylcy mogliby nie kojarzyć nazwy górskiej marchii. Na wieści o klapie w piwnicy wieży, nieco się zdziwił. - Właz mówisz? Dobrze Duivelu, sprawdzimy to. - Obiecał poklepując go po ramieniu. A gdy elf z wendorfczykiem odchodzili to widać jeszcze Stefan miał jakąś sprawę do sierżanta.
Potem we dwóch zeszli przez wieżę na poziom ulicy. Tu jeszcze przez chwilę minęli Tobiasa i Beth. Łuczniczka pozdrowiła ich ruchem głowy ale oni mieli swoją robotę a elf z towarzyszem swoją. Thiemo mocno odstawał pod względem gibkości ruchów nawet od ludz Kolesnikowa. Widocznie nie był ani zwiadowcą, ani myśliwym i dlatego zaciągnął się do milicji. Ta zwykłe pełniła służbę pomocniczą do regularnych oddziałów. Mógł być nawet w tych oddziałach co w nocy przyjęły na siebie pierwszy impet uderzenia zwierzoludzi. Na razie jednak szli we dwóch przez opustszałe ulice. Staremu milicjantowi kaptur i towarzystwo elfa zdawało się nie przeszkadzać. Szedł dość monotonnym tempem, nieco się garbiąc. Zwinny długouchy nie miał żadnych kłopotów aby dotrzymać mu pola. Właściwie to Thiemo wydawał się być ruchomą oazą normalności na tych bezludnych ulicach.
Szli wzdłuż murów. Co ułatwiało orientację. Mury wznosiły się na wysokości pogranicza pierwszego i drugiego piętra większości kamienic. Baszty były wyższe. Niezmiennie jednak świeciły taką samą pustką jak sklepy, warsztaty i ulice jakie mijali. Do tego tu na poziomie gruntu była mgła. Albo dym. Dość, rzadki, na przestrzeni kilku kamienic nie przeszkadzał. Ale stopniowo blokował dalszą perspektywę. W końcu gdy Duivel obejrzał się to za którymś razem już nie dostrzegł bramy z jakiej wyszli. Chociaż mogła to być kwestia krzywizny murow jakie stopniowo zakrzywały się aby opleść całe miasto.
- O a tam pod 14 mieszkał taki jeden co konia u niego kiedyś kupiłem… A tam, na końcu ulicy to jest sklep sukienniczy. Moja luba lubiła tam len kupować. Mówiła, że tam w tej cenie to mają najlepszy len… A tu nie widać bo ta przeklęta mgła… Ale tam dalej są magazyny zboża… - I tak mamrotał do towarzysza, jakby oprowadzał go po mieście. Większość tych nazw nic elfowi nie mówiła i tylko niektóre adresy widać było z ulicy jaką szli. I tak, tymi pustymi ulicami, doszli na miejsce.
- O to tu. Tu jest piekarnia Alberta. - Przewodnik ucieszył się a i Duivel dostrzegł wiszący szyld z okrągłym bochenkiem chleba. Jeszcze ze dwie, trzy kamienice jakie musieli minąć i stanęli przed frontem piekarni. Ta jednak była zamknięta na głucho. Tak samo jak większość budynków jakie mijali. Widząc to milicjant podrapał się po głowie. Zadarł głowę aby przyjrzeć się całemu frontowi budynku. Wszystkie okna były starannie zamknięte okiennicami. Budynek wyglądał na tak samo opuszczony jak większość jakie do tej pory mijali. Jednak tubylec postanowił spróbować szczęścia. Podszedł do drzwi i uderzył w nie silnie pięścią.
- Albert! Albert otwórz! To ja! Thiemo! Thiemo z Żelaznej! Otwórz Albert! - Krzyczał aby jeśli ktoś był w środku, to mógł go usłyszeć. I odszedł na kilka kroków aby lepiej widzieć okna, czy nie ma jakiejś reakcji. Elf chociaż miał bystrzejsze oczy i uszy, to też nie dostrzegł żadnego ruchu. Więc milicjant powtórzył wołanie. Wreszcie ze środka dał się słyszeć zdenerwowany, męski głos.
- Przestań się drzeć do kroćset! Tylko sprwadzisz na nas nieszczęście! - Ten ktoś wydawał się obawiać, że tak się właśnie stanie. Thiemo jednak uśmiechnął sie triumfalnie do swojego akapturzonego towarzysza.
- To otwórz! To nie będe musiał się drzeć! - Wykrzyczał ale ciut ciszej. Tym razem reakcja przyszła prawie od razu.
- Po co? Czego chcesz? Idź sobie. Nie mam chleba. Mąka się skończyła. - Mężczyzna ze środka widać był niechętny wpuszczania do środka kogokolwiek. Nawet jeśli rozpoznał rozmówcę.
- Daj spokój Albert. Dopiero wróciłem do miasta. Nie wiem co się dzieje. Wojna jakaś? Chciałem iść do brata na Żelazną ale ty jesteś bliżej. To pomyślałem, że pogadamy jak za dawnych czasów. - Thiemo też ściszył głos ale nadal był głośny jeśli chciał być słyszany przez drzwi i ściany. Teraz gospodarz milczał chwilę dłużej, jakby się namyślał.
- Dobra. Ale idź od zaplecza. Otworzę ci. Nie chcę aby cała ulica widziała, że można tu wejść. - Gospodarz też wydawał się być spokojniejszy. A Thiemo skinął głową na towarzysza. I poprowadził go dwie kamienice dalej, gdzie było przejście na sąsiednią ulicę. I nią mogli wrócić na zaplecze piekarni. Milicjant znów zastukał w drzwi i gdy Albert upewnił się, że to on, to otowrzył je.
- A kto to? - zapytał nieco przestraszonym tonem gdy dojrzał postać w kapturze jaka stała za jego znajomym.
- On jest ze mną. Razem podróżowaliśmy do miasta. - Wyjaśnił mu patrząc na swojego towarzysza. Piekarz jeszcze chwilę się wahał po czym otworzył szerzej aby mogli wejść do środka. Gdy to się stało, natychmiast zamknął i zaryglował drzwi. Znaleźli się w kuchni i teraz była okazja aby się lepiej przyjrzeć. Półmrok jaki wywoływały zamknęte okiennice był rozjaśniony przez ciepłe światło lampy.
link: https://i.imgur.com/FAwqNjZ.jpeg
Albert okazał się pulchnym, dość niskim mężczyzną. Przez co przypominał trochę zbyt wyrośniętego niziołka. - Thiemo. Dawno cię u nas nie było. Pochwalony. - Gospodarz przywitał się, obrzucając milicjanta uważnym spojrzeniem, z góry na dół i z powrotem. Wydawał się być od niego z dekadę młodszy ale raczej byli z tego samego pokolenia.
- A pochwalony Albert, pochwalony. A się narobiło. Przez tą przeklętą wojnę. Do mojego Marko chciałem się dostać. Wiesz, on tam w góry pojechał osiedlić się. - Pokiwał głową i gospodarz zrobił to samo.
- Pamiętam jak mówiłeś. Dobry interes. Dziesięć lat bez pańszczyzny. Jakbym nie miał tego majdanu to może i też bym ruszył. - Westchnął i wskazał gestem dookoła. Nawet z wygaszonym piecem czuć było przyjemny, charakterystyczny zapach chleba.
- E tam, gdzie ty byś pojechał. Kogo chcesz oszukać? - Zaśmiał się Thiemo i kolega odpowiedział podobnie.
- Masz rację. Dobra poczekajcie. Jeszcze coś mi zostało z ostatniego wypieku. - Gospodarz jakby przypomniał sobie o gościenie a może nabrał pewności, że to żaden podstęp. Zaczął się kręcić po kuchni, otwierał jakieś szafki i po chwili postawił na stole chleb, jeszcze miękki choć już nie pierwszej świeżości. Placki, też najprędzej z wczoraj albo i starsze. Pokrojny ser i rozcieńczone wodą wino aby się samym suchym nie zatkać. Po chwili usiedli we trzech przy stole przy tym skromnym posiłku.
- To czemu wróciłeś? - Zagaił swojego gościa.
- Zaciągnąłem się do milicji wielkiego pana. On ciągnie na wojnę to pomyślałem “Co ja stary mam innego do roboty?” A z wojskiem to wiesz, jakoś da się przeżyć nawet na wojnie. Coś tam jeść dadzą, byle kto wojska nie napadnie i tak dalej. A jak jesteś robotny to zawsze jakąś robotę tam znajdziesz. A niedawno się okazało, jak w Risted byliśmy, że idziemy tutaj. Do Wendorf i Grunackeren. No to myślę, wrócę w rodzinne strony, brata odwiedzę i córkę. No to mi po drodze. No i jestem. A tu przychodzę no i nie wiem co się dzieje. - Thiemo w największym skrócie opowiedział swoje dzieje z ostatnich wiosennych tygodni.
- A daj spokój. Sam nie wiem. Jakaś ruchawka się zaczęła parę dni temu. Mówią, że to u tych najemników. Myśleliśmy, że tylko się zatrzymali na popas i dalej pójdą na wojnę. Ale tu jakieś ruchawki się zaczęły. Ja to tego nie wiem kto zaczął i dlaczego. Nie widziałem. W ogóle przestałem wychodzić z domu. Sąsiedzi też. Co my biedni ludzie możemy? Tylko strach jaka taka banda przyjdzie ci drzwi wyłamać. Co ty sam zrobisz przeciwko ich mieczom i toporom. A tu regularnie słychać wrzaski i rąbanie toporów. Nie wiadomo kiedy po kogo przyjdą. A wiesz, ja mam piekarnię, to tylko kwestia czasu aż po mnie przyjdą. - Albert wyrzucił z siebie dość przygnębione wyznanie. Wydawał się być bezradny wobec fatalistycznego losu jaki dla siebie widział. -
Przez większość rozmowy Duivel milczał, pozwalając Thiemo prowadzić - to jego miasto, jego znajomy, jego prawo do pierwszych pytań. Elf siedział przy stole, w kapturze, przytakując tam, gdzie wypadało, czasem rzucając krótkie "mhm" albo "rozumiem", nie przerywając wspominkom o dawnych czasach ani żalom piekarza. Obserwował za to uważnie twarz Alberta - te małe rzeczy, których słowa nie zdradzają. Drżenie rąk. Spojrzenie rzucane w stronę drzwi za każdym głośniejszym dźwiękiem z ulicy.
Dopiero gdy Albert skończył swoją przygnębioną tyradę o czekającym go losie, a Thiemo chwilę siedział w milczeniu, Duivel się odezwał
— Albercie — zaczął spokojnie, rzeczowo, bez zbędnych wstępów — ludzie z twojej ulicy. Sąsiedzi. Wszyscy się pochowali, tak jak ty? Czy ktoś jednak wyszedł, nie wrócił, zniknął, przyłączył się do buntowników? — chciał wiedzieć, czy strach zamknął wszystkich w domach, czy może ktoś już padł ofiarą tego, co działo się w mieście.
Zawiesił na chwilę wzrok na piecu, jakby dopiero teraz zauważył wygaszony żar. Odsunął kaptur do tyłu, odsłaniając twarz i uszy - nie było już sensu tego ukrywać przed kimś, kto wpuścił ich do własnej kuchni i podzielił się ostatnim chlebem, po czym wrócił do pytań.
— A ci najemnicy. Ci od tej "ruchawki". Wiesz, skąd byli? Ilu ich mogło być? — nachylił się lekko nad stołem — I to ważne - widziałeś wśród nich kogoś w szatach maga? Albo słyszałeś o czymś takim? Czy tylko miecze i topory?
Wyczekał w spokoju na odpowiedź, pozwolił wtrącić Thiemo swoje trzy grosze, a następnie przeszedł do kolejnych pytań, jakby układał już w głowie mapę miasta.
— Dym, jaki widzieliśmy od strony świątyni, z murów — wiesz, co się może palić w tamtej okolicy? — zmarszczył brwi — no i zwierzoludzie. Widziałeś jakieś rogate bestie w mieście, czy to tylko ludzie przeciwko ludziom?
Ostatnie pytania zadał już nieco ciszej, jakby świadom, że dotyka najbardziej niebezpiecznego gruntu.
— Została tu jeszcze jakaś straż miejska? Ktokolwiek, kto by się bronił albo organizował opór? — spojrzał Albertowi prosto w oczy — I czy wiesz, gdzie mogliby teraz siedzieć ci, co tym wszystkim dowodzą? Czy to obrońcy miasta, czy co najemnicy, czy ktokolwiek inny.
Gdy piekarz skończył odpowiadać, Duivel skinął głową, jakby układał sobie w głowie te informacje na później. Wstał, sięgnął po rękę Alberta i uścisnął ją mocno, po żołniersku.
— Dziękuję. Za chleb, za wino, za to, że w ogóle otworzyłeś drzwi. — powiedział to bez cienia ironii i bez żadnych swoich uśmieszków — Nie poddawaj się jeszcze. Za nami idzie cały regiment, nie tylko garstka zwiadowców. — elf zrobił krótką pauzę i wskazał na drzwi — Zamknij się z powrotem na klucz, zarygluj - jak wyjdziemy. I miej nadzieję.
Odwrócił się do Thiemo, gotowy zdecydować, co dalej - czy wracać do bramy z tym, czego się dowiedzieli, zanim kuraki wystygną, czy spróbować jeszcze przecisnąć się bliżej Żelaznej, żeby dojść do brata Thiemo. -
Stefan przemierzając te pozbawione ludzi ulice poczuł się na powrót jak w Nuln w czasie służby w świątyni Pani Miłosierdzia. Wiedział że skala miejscowości jest zupełnie inna jednak nie dało się ukryć wielu podobieństw, głównie przypominających mu o niebezpieczeństwie i ścisku związanym z życiem w takim miejscu.
mijając kolejny porzucony wóz wskoczył na niego szybko z Olafem w celu sprawdzenia czy nikt się na nim nie ukrywa, kolejny raz nikogo nie znajdując ruszyli dalej. Oczywiście mgliście przypominało mu się też jak jako podrostek odwiedził Wendorf razem z rodziną podczas miejscowego jarmarku. Było to przygnębiające wspomnienie biorąc pod uwagę atmosferę kolorowej zabawy jaką zapamiętał w zderzeniu z obecną ciszą i mrokiem szepczącym do ucha o zagrożeniu.
Co tu się stało do cholery? - mruknął do siebie pod nosem, spoglądając na całkowicie zdemolowany sklep z tkaninami. Pamiętał jak dokładnie w tym samym sklepie jego siostry radośnie wybierały dla ich mamy belę niebieskiego materiału na suknie jako prezent na zbliżające się urodziny rodzicielki. Pamiętał atmosferę radosnej konspiry i pośpiechu jako, że nie wiedzieli na jak długo ich ojcu uda się utrzymać żonę zajętą innymi sprawunkami. Kontrast z teraźniejszością był porażajacy ale nie do końca nieznajomy jego doświadczeniom w wspomnianym Nuln miał nieprzyjemny obowiązek brać udział w tłumieniu zamieszek wywołanych podniesieniem jakiegoś podatku, pamiętam hasła rewolucjonistów i to, że na początku wydawały mi się nawet sensowne i sprawiedliwe… Pamiętał także podobnie splądrowane sklepy, przemoc, śmierć na ulicach i wstyd gdy dowiedział się że Ci “bojownicy o sprawiedliwość” na koniec okazali się zwykłymi sługusami chaosu chcącymi podpalić miasto w imieniu siania śmierci i zniszczenia na chwałę swoich mrocznych potęg. Z ponurych rozmyślań wyrwał go Azur trącający go czule nosem w dłoń, psy też wydawały się poddenerwowane całą atmosferą w mieście ale i tak nie przeszkodziło to Azurowi pomóc mu się choć trochę rozchmurzyć. Stefan odpowiedział na tą czułość przez chwilę głaszcząc psa po pysku i ruszając dalej.
Po chwili ukazał im się zapowiedziany przez Thiemo zajazd. Przez chwilę Ostlandczyk rozważał czy nie spróbować zwrócić uwagi strażników i wciągnąć ich w zasadzkę w celu wzięcia języka, ale zdecydował że na razie spróbują z nimi po prostu porozmawiać:
-No nic Panowie spokojnie i tak jak się umawialiśmy- rzucił do towarzyszy cicho po czym ruszył powolnym zmęczonym krokiem w stronę karczmy. Zasadniczo zdecydował się nie kłamać, co najwyżej być bardzo ogólnym w podawaniu informacji o sobie i swoich losach.
Zbliżające się na odległość kilku metrów podniósł dłoń w geście pozdrowienia i zawołał uprzejmie:
-Chwała Sigmarowi! Dobrze zobaczyć w tym mieście jakąś żywą duszę! Zajazd otwarty?
Obaj strażnicy zauważyli nadchodzącą trójkę zanim ci do nich podeszli. Trochę się wyprostowali i porządniej złapali za swoje halabardy. Poza tym jednak czekali aż Stefan z kolegami się zbliży. Przy okazji przeszli obok tablicy i powieszonego tam mężczyzny. Z bliska było widać, że nie ma butów i został w samych spodniach. Głowa zwisała mu bezwładnie na pierś i chodziły po nim muchy. Zwłaszcza kumulowały się na ranach i zaschniętej już krwi. Na brzuchu miał wycięte koślawą gwiazdę Chaosu. Gdy Stefan zatrzymał się, dojrzał przez otwartą część bramy kawałek podwórza i front głównego budynku. Jakiś wóz, przywiązane wierzchowce, ognisko i kilku ludzi przy nim. Jednak strażnicy gdy się odezwali bardziej przykuli jego uwagę.-
Pochwalony. Zajazd zamknięty. Wojsko zarekwirowało. Nie można tam wchodzić. A wy co za jedni? - Mężczyzna był w średnim wieku. Miał na sobie popularną wśród milicji i lekkiej piechoty przeszywalnicę. Za pasem jeszcze topór a o mur zajazdu oparł tarczę. Wewnętrzną stroną na wierzch, aby łatwiej było złapać w razie potrzeby. Mówił jakby jeszcze nie mógł się zdecydować jak potraktować trójkę przybyszy.
-
Stefan Jeager z towarzyszami do usług! Ze Speck idziemy podróżowaliśmy większą grupą ale nas pomioty zaatakowały na trakcie, mamy kilku ocalałych z innego ataku na zajazd… - tutaj Stefan się na sekundę zamyślił i obracając głowę w kierunku z którego przyszli wyciągnął dłoń w celu wskazania kierunku - no jak to było… zajazd “Leśny Dzban” tak to się nazywało, ale jak zobaczyli dym nad miastem to zdecydowali się nie wchodzić - tu w słowo Stefanowi wciął się Olaf z sarkastycznym tonem, żeby nie powiedzieć pogardliwym:
-
Ten cały mytnik i jego kufer złota to pewnie wrócił już do tej nory w ziemi z której go wyciągnęliśmy, tak trząsł portkami przed zostawieniem go w lesie, choćby na moment.
Stefan w duchu pochwalił Wiesela za dodatkową wstawkę która jemu pozwoliła przez chwile milczeć i przyglądać się reakcją strażników, szczególnie na wspomnienie o złocie.
- A Panowie z jakiego regimentu? Pytam się bo brata szukam, zaciągnął się do wojska co ciągnęło na wschód?
- My ze Siege Stern. A twój brat do jakiego się zapisał? Teraz przecież masa regimetów wali na wschód. - Mężczyzna odpowiedział prawie od razu. Nie wyglądał na zaniepokojonego. - A wy z jakiego regimentu? - Oddał Stefanowi pytanie.
- I jaki mytnik? Jaki kufer złota? “Leśny dzban” spalony? Eh a, żeśmy tam się stołowali wydawałoby się, że wczoraj. Przeklęta wojna. - Drugi ze strażników pokiwał głową w zadumie nad smutnym losem zajazdu pod miastem. Chciał jednak więcej wiedzieć o owym złotym wątku jaki się pojawił. *
Po kolei Panowie, co do brata to wiem tylko że zaciągnął się do regimentu piechoty dowodzonego przez niejakiego von Belowa, tak jak my tutaj-wskazał na siebie i Wiselów- lekka Piechota i zwiad. Co do nas to służyliśmy w armii Stirlandu siódmy regiment piechoty pod kapitanem Steinerem. A teraz to gonię jak mówiłem za bratem dołączyć do niego…ale nie wiem czy to jest dalej realne w mniejszej grupie, a co może szukacie nowych rekrutów? - odbił piłeczkę do pierwszego z uśmiechem, postanawiając na razie drugie trochę wypościć co do odpowiedzi na temat złota.
-
-
Nic tu nie ma - rzekła Beth, spoglądając na łucznika rozglądającego się niedaleko nie. Zauważyłem jakiś ruch, może to faktycznie była tylko kura. - odpowiedział Tobias. Beth wskazała palcem by ten szedł za nią, wyjęła jedną ze strzał, naciągnęła na cięciwę, chwilę przymierzała i nagle ją wypuściła z charakterystycznym dźwiękiem. Ha! Mam cię! Cicho zakrzyknęła uśmiechając się promiennie do Tobiasa, który odwzajemnił uśmiech. Masz dobre oko Beth. - Mam też kurę na kolację Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Podeszła do nieruchomej już kury, wyjęła ostrożnie strzałę i przywiązała sobie kwokę do paska. - Choć, może znajdziemy drugą dla Ciebie. Uśmiech nagle zniknął z jej twarzy kiedy ujrzała spojrzenie zwiadowcy. Coś go zaniepokoiło. Odwróciła się u zaczęła nasłuchiwać. Tobias wskazał jej kierunek i oboje ruszyli w kierunku z którego dochodziły odgłosy, które przeplatały się z ludzką mową.
Za węgłem dostrzegli plądrowany budynek na szyldzie którego czerwoną - już wyblakłą farbą - wymalowano kiełbasę. Tobias usłyszał jak Beth przełyka ślinkę, po prawdzie i jemu chyba zaburczało w brzuchu. Ostrożnie przekradli się w kierunku wejścia. Jeszcze z ulicy widać było dwóch chudych szabrowników, którzy zbyt podnieceni byli kradzieżą pozostałej wędliny i mięsa że nie zauważyli dwójki zwiadowców. - Ekhem! Głośno chrząknęła Betha kiedy mieli już dwójkę szabrowników na końcach grotów. Ci natychmiast odwrócili się zaskoczeni.
- Hej! Coście za jedni, wiecie co się tu stało? Gadajcie i to zaraz! - rzucił Tobias. Eee, myśmy tylko chcieli sobie trochę kiełbasek upiec Panie, proszę nie strzelać. Myśmy jesteśmy stąd, mieszkamy parę domów dalej. Toll jestem a to Troy, myśleliśmy że coś zostało po tym jak przeszła tędy ta banda najemna. Eee, możemy się podzielić - odezwał się ten nazywany Troyem i położyli połowę towaru na ladzie przed sobą. Beth i Tobias wymienili spojrzenia. - Jest nas tu więcej, a nasi kompani też pewnie mają ochotę na kiełbaski. - rzekł Tobias. Toll natychmiast odłożył na blat więcej mięsiwa i zaczął wraz z Troyem kierować się niepewnie w stronę wyjścia. -Hej - zawołała Beth. Co tu się wydarzyło! Mówcie! -
- Nie... nie wiemy prze Pani. Papko jak usłyszał że ci najemni zaczynają wywoływać niepokoje w mieście kazał zamknąć dom na wszystkie spusty i nie wychylać nosa. Tylko słyszeliśmy pokrzykiwania, potem jakiś rozruchów, walk jakiś, potem przeniosło się to tam dalej - Toll wskazał jakiś kierunek. - Nie wiemy więcej. Naprawdę. Tobias ruchem głową dał im znać by uciekali. Tylko się za nimi kurzyło. Beth i Tobias zapakowali resztę mięsa do worka i również wyszli ze sklepu. - Tam - wskazał Tobias palące się światła na górnym piętrze jakiegoś małego zakładu. - Sprawdźmy tam... -
Nic tu nie ma - rzekła Beth, spoglądając na łucznika rozglądającego się niedaleko nie. Zauważyłem jakiś ruch, może to faktycznie była tylko kura. - odpowiedział Tobias. Beth wskazała palcem by ten szedł za nią, wyjęła jedną ze strzał, naciągnęła na cięciwę, chwilę przymierzała i nagle ją wypuściła z charakterystycznym dźwiękiem. Ha! Mam cię! Cicho zakrzyknęła uśmiechając się promiennie do Tobiasa, który odwzajemnił uśmiech. Masz dobre oko Beth. - Mam też kurę na kolację Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Podeszła do nieruchomej już kury, wyjęła ostrożnie strzałę i przywiązała sobie kwokę do paska. - Choć, może znajdziemy drugą dla Ciebie. Uśmiech nagle zniknął z jej twarzy kiedy ujrzała spojrzenie zwiadowcy. Coś go zaniepokoiło. Odwróciła się u zaczęła nasłuchiwać. Tobias wskazał jej kierunek i oboje ruszyli w kierunku z którego dochodziły odgłosy, które przeplatały się z ludzką mową.
Za węgłem dostrzegli plądrowany budynek na szyldzie którego czerwoną - już wyblakłą farbą - wymalowano kiełbasę. Tobias usłyszał jak Beth przełyka ślinkę, po prawdzie i jemu chyba zaburczało w brzuchu. Ostrożnie przekradli się w kierunku wejścia. Jeszcze z ulicy widać było dwóch chudych szabrowników, którzy zbyt podnieceni byli kradzieżą pozostałej wędliny i mięsa że nie zauważyli dwójki zwiadowców. - Ekhem! Głośno chrząknęła Betha kiedy mieli już dwójkę szabrowników na końcach grotów. Ci natychmiast odwrócili się zaskoczeni.
- Hej! Coście za jedni, wiecie co się tu stało? Gadajcie i to zaraz! - rzucił Tobias. Eee, myśmy tylko chcieli sobie trochę kiełbasek upiec Panie, proszę nie strzelać. Myśmy jesteśmy stąd, mieszkamy parę domów dalej. Toll jestem a to Troy, myśleliśmy że coś zostało po tym jak przeszła tędy ta banda najemna. Eee, możemy się podzielić - odezwał się ten nazywany Troyem i położyli połowę towaru na ladzie przed sobą. Beth i Tobias wymienili spojrzenia. - Jest nas tu więcej, a nasi kompani też pewnie mają ochotę na kiełbaski. - rzekł Tobias. Toll natychmiast odłożył na blat więcej mięsiwa i zaczął wraz z Troyem kierować się niepewnie w stronę wyjścia. -Hej - zawołała Beth. Co tu się wydarzyło! Mówcie! -
- Nie... nie wiemy prze Pani. Papko jak usłyszał że ci najemni zaczynają wywoływać niepokoje w mieście kazał zamknąć dom na wszystkie spusty i nie wychylać nosa. Tylko słyszeliśmy pokrzykiwania, potem jakiś rozruchów, walk jakiś, potem przeniosło się to tam dalej - Toll wskazał jakiś kierunek. - Nie wiemy więcej. Naprawdę. Tobias ruchem głową dał im znać by uciekali. Tylko się za nimi kurzyło. Beth i Tobias zapakowali resztę mięsa do worka i również wyszli ze sklepu. - Tam - wskazał Tobias palące się światła na górnym piętrze jakiegoś małego zakładu. - Sprawdźmy tam...Tura 52 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; piekarnia Alberta
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Duivel i Thiemo
- O bogowie, chudy! - Albert aż podskoczyl gdy elf niespodziewanie zdjął kaptur i zdradził swoje nieludzkie pochodzenie. Ale wydawało się, że to chwilowe zaskoczenie. Skoro Duivel zachowywał się spokojnie no i przyprowadził go znajomy piekarza, to w końcu się uspokoił i mogli wrócić do rozmowy o sytuacji w mieście. A ta była dla gospodarza mętna. Chociaż z racji tego, że był na miejscu to i tak był w niej lepiej zorientowany niż dwójka przybyszy.
- No tak, pochowalimy się. Strach wychodzić na ulicę. Nie wiadomo na kogo się trafi. Teraz wojsko tu rządzi. Na każdego krzyczą i wyganiają. Czasem jak kogoś złapią to trzepią. Mówią, że szpiegów, sabotażystów i zdrajców szukają. Zwłaszcza jak ktoś młody i z bronią. To od razu jest podejrzany. I nasi też im pomagają. Mówią, że pomagają wojsku szukać buntowników i rabusiów. Ja tam nie wiem. Od jednych i drugich można pałą w brzuch dostać. Dlatego wolę siedzieć w domu. Moi sąsiedzi także. - Pokręcił głową i widać było, że obawia się tej całej ruchawki. Liczył zapewne, że pozostając w domu, zmniejszy ryzyko spotkania przykrych konsekwencji.
- Najgorsze, że przejęli magazyny zboża. Mówią, że tylko dla wojska, że to zasób wojenny. A bez zboża nie ma mąki. A bez mąki nie ma co piec w piekarni. Bez piekarni nie ma chleba. A bez chleba jest głód i bieda. I to nie tylko w mojej piekarni tak jest. Mnie to już mąki zostało tylko na własne potrzeby. Trochę się wymieniam z sąsiadami za mleko, wino albo ser. Ale dla ludzi już nie piekę. Nie mam z czego. - Znów popadł w przygnębienie, jakby już widział swój marny koniec. Urwał kawałek chleba, zamoczył w rozwodnionym winie i zaczął przeżuwać. Nagle jakby sobie o czymś przypomniał.
- Ale nie wszyscy piekarze tak mają! Słyszałem, że Hempe działa w najlepsze. Mówią, że zapłacił za licencję i dlatego może kupować zboże w magazynie. Teraz jak nigdzie nie ma nigdzie chleba to cała okolica u niego kupuje. A on podniósł ceny aby odzyskać tą licencję. Podobno jak któregoś piekarza stać to myśli aby też wykupić tą licencję. Bo jak podniosą ceny chleba to i tak sobie w końcu odbiją. Też może bym kupił ale mnie nie stać. - Na chwilę się ożywił gdy opowiedział o tej branżowej ciekawostce z magazynem zboża. Zdawał się, żałować, że nie stać go na wykup licencji na to zboże.
- Biednemu to wiatr zawsze w oczy. Niedługo na wodę ze studni nałożą podatek. - Thiemo westchnął współczująco. - Te magazyny zbożowe i piekarnia Hempe jest bliżej niż Żelazna. Do Żelaznej to pewnie byśma się spóźnili na obiad. Chyba, że te Hochlandczyki to tak marne kucharze, że kuraka nawet nie potrafią zrobić. - Uśmiechnął się krzywo jakby sam był w rozterce gdzie dalej iść.
- Na Żelaznej to uważaj. - Albert odezwał się ponownie. - To bliżej centrum miasta. A ruchawka najbardziej jest właśnie tam. Ci najemnicy zatrzymali się na Marktplatz. I tam się to wszystko zaczęło. Podobno splądorwali magazyny Osipowa. A tam byli ci uchodźcy z Kisleva. I nasi ze wschodu też. Białe gołębice ich przyprowadziły i w ratuszu prosiły o miejsce. I im przydzielono właśnie u Osipowa, bo ostatnio puste stały. I nawet ich ci barbarzyńcy splądrowali. Biada, nam biada. Tylko się modlić do bogów o zmiłowanie. - Piekarz ostrzegł kolegę, że odwiedziny u brata mogą być dość ryzykowne. Thiemo potraktował to poważnie i pokiwał głową.
- No tak. Żelazna jest bliżej Makrplatz. Dobrze, że mówisz przyjacielu. - Teraz to i milicjant zmarkotniał gdy zdał sobie sprawę, że jego brat może mieszkać w bardziej niebezpiecznej okolicy, niż tu, przy samym pograniczu miasta.
- A wojsko to ja chudy nie wiem. Nie znam się. I nie chcę ich znać. Mam nadzieję, że nie przypomną sobie o małej, nędznej piekarni Alberta. A jeszcze czarostwo jakieś?! O bogowie uchowajcie! Zwierzoludzi nie, nie widziałem. Przeca oni po lasach się kłębią jak robactwo. Tego jeszcze brakowało aby u nas po ulicy biegały te dzikusy. Ale na szczęście oni nie umieją zdobywać murów to raczej tu nie mają jak wejść. - Na myśl o magii i kopytnych aż się przeżegnał do dobrych bogów. I wydawało się, że jednak nic takiego nie zauważył ani nie słyszał. W końcu powstał aby odprowadzić gości znów do tylnych drzwi. Nie był w stanie odpowiedzieć na wszystkie ich pytania. Ewidentnie nie znał się na wojsku i nie umiał rozpoznać kto tu walczy i z kim. Obawiał się ich, o siebie, swoją rodzinę i piekarnię. O władzach miasta nie miał zbyt dobrego mniemania. Spora część wojska jakie zwykle stacjnowało w mieście i okolicy, wyszło na wezwanie hrabiego jaki szykował się na wojnę. Ci to zostali to widać mieli spory problem aby opanować tą ruchawkę w mieście. Był zdania, epicentrum walk jest w centrum, w pobliżu Markplatz i ratusza. I dlatego tam od paru dni nie chodził. I większość sąsiadów z jakimi miał kontakt, postępowała tak samo. Więc dość słabo się orientował co tam się dzieje. W końcu Duivel ze starym milicjantem znów znaleźli się we dwóch na opuszczonej ulicy.
- Po mojemu to mogli oskubać i wypatrszyć te kuraki. Jak teraz wrócimy to i tak będziemy czekać aż się ugotują. - Starszy mężczyzna podrapał się po swojej siwej szczecinie na ogorzałym policzku. Wedle wyczucia czasu elfa, to wyglądało to podobnie. - Na Żelazną to byśmy szli tyle co teraz tutaj. To znaczy normalnie byśmy tyle szli. Teraz to nie wiem. Do tych magazynów zbożowych jest z połowa tego. Do Hempe też bo on blisko magazynów mieszka. - Aby czymś zająć ręce i myśli, zaczął sypać bagienne ziele na kawałek bibuły. I widać było, że ma w tym wprawę. Nie był jednak pewien co dalej powinni robić. Wracać do bramy, iść na Żelazną. Tam mieszkał jego brat i w pobliżu były magazyn Osipowa. Ale też było bliżej ogniska walk więc ryzyko rosło. Magazyny zbożowe i piekarnia Hempe, wydawały się być bliżej i przynajmniej Albert nie opisywał ich tak niebezpiecznie. Z drugiej strony jednak nie wychodził z domu więc też bazował na plotkach od sąsiadów. No i musieli jeszcze spakować bochen chleba jakim ich obdarował na pożegnanie.
link: https://i.imgur.com/n2TPz7W.jpeg
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Stefan i Wieslelowie
Stefan podczas rozmowy ze strażnikami, nie dostrzegł w ich zachowaniu nic nadzwyczajnego. Najpierw jak zauważyli trójkę, nadchodzących zbrojnych to zrobili się czujni. Co świadczyło, że mają zdrowo rozwinięty instynkt samozachowawczy. Z początku rozmowy wyglądali na podejrzliwych i zachowywali rezerwę do trójki rozmówców. A gdy ci nie zdradzali agresywnych zachowań to nieco się uspokoili. Ich zachowanie wydawało się więc Ostlandczykowi naturalne a i do ich słów nie miał się czego przyczepić. Nie nosili żadnych herbów ani barw ale to w milicji i lekkiej piechocie było powszechne. Gdyby mieli łuki zamiast halabard to nawet by się wpasowywali w bandę Kolesnikowa. I pewnie większości lekkozbrojnych z ich regimentu. Nie nosili czarno-białych barw Ostlandu ani wizerunku byczego łba. Ale na to zwykle mogli sobie pozwolić rycerze, zawodowi oficerowie, szlachta i oddziały na żołdzie miast i hrabiów. Więc to, że ci dwaj nie mieli żadnych barw tylko zwykłe przeszywalnice to jeszcze niczego nie dowodziło.
- Von Below? - Ten co miał więcej do powiedzenia spojrzał na kolegę. Ten przez chwilę przeszukiwał pamięć ale w końcu pokręcił głową.
- Służyłeś w Stirlandzie? Kawał drogi stąd. A nie masz stirlandzkieg akcentu, gadasz jak tutejszy. - Zaciekawił się ten drugi.
- Nie słyszałem o tym von Below. Ani tutaj ani po drodze. - Przyznał ten pierwszy. - To jesteś weteran? I chcesz się zaciągnąć? No to możesz pogadać z sierżantem. - Wydawało się, że uwierzyli słowom Stefana. I jego rozmówca lekko skinął głową w stronę w półotwartej bramy zajazdu. Zanim jednak Jeager mógł odpowiedzieć to do rozmowy wtrąciło się przybycie grupki zbrojnych. Było ich kilku, szli raźnym tempem od centrum miasta. A w środku szedł jakiś nieszczęśnik. Dwaj strażnicy dali znać trójce przybyszy aby ustąpili im drogi. A sami też czekali i patrzyli z ciekawością co się dzieje. A przybysze pozdrowili ich obu, sami też dostali podobne skinienie głowy. Na trójkę przybyszy ledwo spojrzeli i bez wahania przeszli przez bramę.
- Sierżancie! Mamy jednego! - Zawołał jeden z nich. Cała grupka zatrzymała się między bramą a frontek karczmy i chwilowo przykuła uwagę tych paru osób co było widać z zewnątrz. Wydawało się, że eskorta jeńca obserwuje kogoś kto nadchodzi. I rzeczywiście po chwili w pole widzenia wszedł jakiś zbrojny z brodą. Szarfa przez pierś wskazywała na dziesiętnika albo sierżanta.
- Co my tu mamy? - Podoficer w hełmie stanął przy jeńcu i wpatrywał się w niego intensywnie. Ten był wyraźnie przestraszony i nie wiedział gdzie wzrok podziać. A gdy mijał bramę to dało się zauważyć krwawe zacieki z ust i nosa, jakby w twarz dostał. Ubranie też miał sponiewierane.
- Szabrownik i prowokator. Rabował karczmę i organizował wiec na jakim podburzał ludność. - Wyrecytował sierżantowi dowódca patrolu. To ożywiło schwytanego jeńca.
- To nieprawda! Ja tylko… - Tyle zdążył powiedzieć nim pięść sierżanta brutalnie zdzieliła go w twarz, że aż się zatoczył.
- Milcz psie! Kto ci dał prawo głosu! Masz odpowiadać tylko na pytania! - wrzasnął na niego i zaraz uderzył go ponownie. Tym razem w brzuch. - Masz za spiskowanie! - A gdy mężczyzna się zgiął w pół, jeszcze raz uderzył go w głowę. - A to za szabrowanie! - Wysyczał z wściekłością gdy jeniec upadł na ziemię. - Zabrać to ścierwo na kwatery. Niech oficerowie go przesłuchają. Ale nie przejmuj się nędzniku. Wszyscy wiemy jak skończysz. - Uspokoił się na tyle aby wysyczeć ze złością do powalonego jeńca. Zaś żołierze z patrolu złapali za ramiona i powlekli w stronę głównego budynku kakrczmy. Sierżant jeszcze chwilę za nimi patrzył gdy w jego stronę krzyknął jeden ze strażników przy bramie.
- Sierżancie! Można prosić!? - Gdy podoficer to usłyszał odwrocił się w ich stronę. Po czym żwawym krokiem wyszedł przed bramę.
- Co jest? - zapytał krótko i bez ceregieli. Obaj strażnicy wyprostowali się i widać było, że albo czują przed nim respekt albo się go obawiają.
- Ci trzej właśnie przyszli. Mówią, że chcieliby się zaciągnąć. - Ten w musztardowym kubraku, wskazał na Stefana i jego towarzyszy. Sierżant obrzucił ich uważnym spojrzeniem a i oni teraz mogli mu się przyjrzeć z bliska.
link: https://i.imgur.com/S95jOSc.jpeg
- Nowi rekruci? Chcecie się zaciągnąć do Siege Stern? My nie przyjmujemy byle kogo. Skąd jesteście i co umiecie? Gdzie wcześniej służyliście? - Podoficer nie bawił się w dyplomację tylko od razu chciał wiedzieć z kim ma do czynienia. Nieco teraz złagodniał ale wciąż promieniował tą złością i agresją jaką przed chwilą zaserwował schwytanemu jeńcowi.
Mecha 52
Pogadanki Stefana ze strażnikami przy bramie (OGŁ + Przekonywanie)
Stefan OGŁ 35
Przekonywanie II +10
Ranga 2 -25 (razem 35+10-25=20)
Strażnik OGŁ 35
Ranga 2 -25 (razem 35-25=10)Czytanie emocji strażników: 50+20-10=60; rzut: https://orokos.com/roll/1078432 87; 60-87=-27 > ma.por = nic konkretnego nie może wyczytać
Oszukiwanie strażników: 50+20-10=60; rzut: https://orokos.com/roll/1078433 34; 60-34=26 > ma.suk = raczej nie mają większych zastrzeżeń do historyjki
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zakład balwierski
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Tobias i Beth
- O! Ile tego jest! I salcesnoy są i ozory… Kiełbasy… Dobrze, że tu trafiliśmy! - Beth myszkowała po skelepie tak samo jak przed chwilą ta dwójka jaka uznała ich wyższość i postanowiła się ulotnić. Właściwie trójka. Ta trzecia to chyba była dziewczyna albo jakiś młody chłopak. W ciemnej czapce i w biegu, trudno było poznać. Ale i tak cała trójka dała dyla, nie mając ochoty na konfrontację z dwójką łuczników. Teraz więc oni przejęli władzę nad sklepem i mogli przekonać się co jeszcze zostało. To był sklep mięsny i rzeźniczy. Było więc i surowe mięso i gotowe produkty. Te surowe zaczynało już być śliskie i zalatywał ostrzegawczy zapaszek. Chociaż pewnie większość mieszkańców miasta i wsi i tak by to wrzuciła do gara aby się nie zmarnowało. Zapeklowane mięso trzymało się lepiej. Tak samo jak podroby. Ale też był już dobry moment aby je zjeść. Jeszcze dzień, dwa, trzy i zacznie się tu masowy rozkład i smród. Najtrwalesze były weki z mięsem. Takie słoiki często podróżni kupowali na drogę bo się trudno psuły. Jeszcze trochę ich zostało. To właśnie spowodowało dylemat u czarnowłosej.
- Te kiełbasy i salcesony lepsze niż te słoiki. Trzeba zjeść zanim się nie zmarnują. Ale te słoiki są trwalsze. A nie wiadomo co z tego zostanie jak tu wrócimy z resztą. - Rzeczywiście na dwie osoby to mogli się nieźle obłowić w różne rodzaje mięsa i podrobów. Jeśli jednak by liczyć aby coś wziąć dla całego oddziału to się już robiło skromniej. Chociaż i tak byłoby to znacznie obfitszy łup niż ten kurak czy dwa, jakie ustrzelili na podwórku przy bramie. Tak czy siak, mieli co nieść a ta radość ze zdobyczy sprawiła, że towarzyszka Tobiasa, zwróciła uwagę na zakład balwierski dopiero gdy jej go wskazał.
- O. Światło? To ktoś tam jest? - Teraz to i ją to zdziwiło. Co prawda był środek dnia ale jednak większość okiennic była pozamykana albo wyłamana. Więc w środku bez światła musiało być dość mroczno. A rzadko widywali aby gdzieś przez szczeliny prześwitywało światło. Na górnych piętrach to jeszcze bywały odsłonięte okna ale na poziomie gruntu regułą było, że okiennice były zamkniętę. Tak samo jak drzwi, chyba, że tak jak w tym mięsnym sklepie, ktoś je wyłamał i splądrował wnętrze.
- To blisko. Możemy zobaczyć. - Czarnowłosa Hochlandka, wydawała się zaciekawiona tym światłem. Podeszli te dwie, trzy kamienice jakie ich dzieliły od sklepu mięsnego. Niebiesko-białe-czerwone skośne pasy, mówiły, że to zakład balwierza. Zresztą przez wybite szyby widać było krzesła dla klientów i stoły gdzie wciąż było widać grzebienie, szczotki, nożyczki, pomady do ochrony i strojenia włosów. Tylko, że panował niezły kipisz. Nie widać było żadnego lustra ale to był drogi towar na jaki trudno było sobie pozwolić zwykłemu mieszczaninowi. Więc nic dziwnego, że ktoś się na nie połasił. Wyglądałoby to wszystko jak kolejny splądrowany sklep czy warsztat jaki minęli odkąd zanurzyli się w miasto. Ale przez otwarte drzwi wejściowe, w wewnętrznej ścianie, widać było kolejne. Też otwarte. Pewnie prowadziły gdzieś na zaplecze zakładu. Tam właśnie musiały płonąć te świece albo lampy.
- O! Zobacz jaka ładna szczotka do włosów! Nigdy nie miałam takiej. Myślisz, że srebrna? - Nagle Beth przez rozbite okno dostrzegła coś interesującego. Przy jednym z krzeseł, wśród chaosu bibelotów na podłodze, leżała zagubiona szczota. Jasna, nieco błyszcząca barwa i ozdobna rączka sugerowały, że faktycznie może być ze srebra. Czyli bardzo wątpliwe aby taką zwykłą dziewczynę było na nią stać. Nic dziwnego, że wpadła jej w oko.
Ale jak tak przez chwilę postali przed frontem kamienicy, to okazało się, że nie są tu sami. Tam na zapleczu musiał ktoś być. Słychać było ciche, równomierne kroki i jakieś ciche brzdąkanie. W pewnym momencie mignęła im tam jakaś kobieca sylwetka jaka niosła coś w dłoniach. Ale chyba ich nie zauważyła. Beth cicho sapnęła. I wpatrywała się to w stronę zaplecza to na tą szczotkę co ją tak kusiła. Hochlandka wyglądała jakby się wahała czy zaryzykować skok po tą szczątkę czy nie. Zanim się zdecydowała, znów pojawiła się ta kobieta. Tym razem jednak szła śmiało z zaplecza w ich stronę. Przeszła przez rozbebeszony zakład i wyszła na zewnątrz. Okazało się, że to jakaś młoda dziewczyna o przyzwoitej jak na mieszczkę sukni codziennej i zakasanych rękawach. Stanęła przed nimi i uśmiechnęła się sympatycznie do obojga.
link: https://i.imgur.com/K6uzNmt.jpeg
- Witam przyjaciele. Moja pani zaprasza was w gościnę i poczęstunek. Jest bardzo rada, że dotarliście tu bezpiecznie. - Dziewczyna wskazała gestem na wnętrze zakładu z jakiego właśnie wyszła. Miała nieco mokrych plam na koszuli i spódnicy jakby robiła pranie czy coś takiego. Zlatywał od niej przyjemny aromat kosmetyków, pary i zapachowych świec. Nie widać było aby miała jakąś broń i gdy skończyła ich zapraszać skromnie złożyła dłonie na podołku i czekała na reakcję gości. Beth wydawała się zaskoczona tym wszystkim i w końcu spojrzała na towarzysza co on na to wszystko powie. Poza tą jedną dziewczyną, cała reszta ulicy nadal wydawała się być pusta, cicha i bezludna. Odkąd wyszli z bramy to pewnie minęła z połowa czasu na te skubanie i gotowanie kuraków.
-
Ostlandczyk odsunął się przezornie z drogi wracającemu oddziałowi i przyglądał się uważnie temu co się działo. Cała sytuacja nie napawała go entuzjazmem, ten cały Siege Stern coraz bardziej mu wyglądał na bandę gloryfikowanych brygandów uciskających miasto niż oddział utrzymujący prawo i porządek w nim. Choć nie miał na to jeszcze jednoznacznych dowodów.
Starając się nie dać po sobie poznać po sobie coraz ciemniejszych myśli kłębiących się w jego głowie odpowiedział na pytanie czemu służył w Stirlandzie:
- Ha! Dobrze słyszycie, że jestem miejscowy, z Lenkster jestem! Wiecie jak jest, czasem oddziały lądują po drugiej stronie Imperium z tego czy innego powodu, a jako młodzik chciałem świat zobaczyć to się zaciągnąłem! A Wy skąd jesteście?Słysząc pytania sierżanta Stefan stanął w postawie zasadniczej. A kiedy ten skończył mówić odwrócił się do Wiselów i rzucił szybką komendę:
- Oddział Baczność! Frontem do Pana sierżanta, w szeregu zbiórka!
Dobrze wbite w pamięć ćwiczenia z musztry zadziałały jak trzeba i ustawili się w poprawnym szyku do inspekcji w całkiem dobrym czasie:
- Stefan Jeager z towarzyszami broni Albrechtem i Olafem Wieselami meldują się do inspekcji Panie sierżancie! Służyliśmy w siódmym regimencie piechoty z Stirlandu pod kapitanem Steinerem. W szyku walczyliśmy z włócznią w ręku jak i jako zwiadowcy czy harcownicy. Od dziecka polujemy i tropimy. Strzelam dobrze z łuku a oni z proc. Albrecht ma manie na punkcie zakładania wszelakich sideł i pułapek. Z kolei Olaf nie wiedzieć czemu jest bardzo dobry w odnajdywaniu takich niespodzianek, zupełnie jakby od dziecka jego życie od tego zależało - przy ostatnim zdaniu spuścił już trochę z służbowego tonu ale zachował postawę zasadniczą
- Zakładając, że rzeczywiście byłoby nam, że tak powiem po drodzę się dołączyć do Waszego regimentu bo na tą chwilę to rzuciłem tu tylko luźne pytanie czy rekrutujecie do kolegi, to Panie sierżancie myślę, że mam i inne przydatne umiejętności, znam się na leczeniu ran oraz zielarstwie, no i potrafię czytać oraz pisać.
- O. No proszę, proszę. Jaki chwat nam się trafił. - Sierżant pokiwał z uznaniem głową, jakby tą prezentacją siebie i dwójki pomocników, Stefan zrobił na nim dobre wrażenie. Pokiwał głową i popatrzył uważnie na całą trójkę. - No to dla takich chwatów znajdzie się u nas miejsce. Ale to oficery muszą zdecydować. Chodźcie za mną. - Sierżant zdecydował, że są na tyle warci uwagi, że wyższe szarże powinny powziąć dalszą decyzję. Zrobił przywołujący gest i ruszył w stronę bramy zajazdu.
- Czujesz już piękny aromat gówna w którym toniesz Jeager? Bo sięga Ci już szyi - pomyślał, po czym szybko zrobił dwa kroki w stronę podoficera i mówiąc jednoczęśnie:
- Przepraszam Panie sierżancie ale muszę prosić Pana o moment na wyjaśnienie, kwestii o której nie mógł Pan wiedzieć a która nie pozwala mi w tej chwili za Panem iść - Zobaczył błysk irytacji w oku sierżanta ale ten pozwolił mu mówić, a przynajmniej nie zdążył zacząć się drzeć zanim ten znowu się odezwał:
- W największym skrócie. Jak mówiłem tu kolegom na warcie - Stefan kiwnął w stronę dwóch wartowników z uśmiechem właśnie dotarliśmy do miasta idąc ze Speck. Była nas większa grupa ale pomioty nas zaatakowały i udało mi się przedrzeć tutaj tylko w kilka osób plus ocalali z Zajazdu Leśny Dzban, Ci ludzie w tym ranni czekają na nas pod miastem aż po nich przyjdziemy. Ten dym nad miastem kazał nam zachować ostrożność i najpierw wejść tylko w tylu ludzi żeby rozpoznać sytuacje. Musimy do nich wrócić i ogarnąć sytuację, zajmie nam to pewnie z godzinę i będziemy do Pana i oficerów dyspozycji, z resztą myślę, że i wśród tych ludzi też by się znalazł ktoś kto by zainteresował regiment, chociażby krasnolud którego leczyłem, jak zrozumiałem to kowal albo i płatnerz a znaleźliśmy go otoczonego wianuszkiem zabitych pomiotów, porządny twardziel. No a poza tym Panie sierżancie chyba nie chcielibyście brać do dobrego regimentu łachmytów co jednym obiecują wykonać zadanie a jak tylko zwietrzą lepszy kawałek chleba to łamią dane słowo? -
— To chodźmy do tego Hempe. Prowadź, na pewno wiesz gdzie to jest, Thiemo. — Duivel rzucił to bez wahania, jeszcze zanim tylne drzwi piekarni zdążyły się zaryglować za nimi. Bliżej, szybciej, konkretniej - reszta to już strata czasu, na który nie było ich stać.
Szli z powrotem podobnymi samymi, pustymi uliczkami, tym razem w trochę innym kierunku. Elf trzymał się ciut z tyłu i bardziej na prawo od swego towarzysza, jak zwykle rozglądając się po oknach i bramach, ale tym razem pozwolił sobie na chwilę rozmowy, chciał zjednać sobie Thiemo, więc postanowił przybliżyć mu swoją osobę.
— Nie przepadam za większymi miastami — powiedział to bez większego dramatyzmu, jakby stwierdzał fakt pogody — Ale nie myśl, że wyrosłem gdzieś w koronach drzew, z dala od ludzi. Urodziłem się blisko Krausnick. W wiosce, nie w lesie. Rodzice i starszy brat, oni są z Laurelorn, z tej części w Nordlandzie. Ja już Ostlandczyk z urodzenia — wzruszył ramionami, jakby to była drobna, nieistotna różnica, a jednocześnie coś, co tłumaczyło więcej, niż chciał na głos przyznać.
— Mój wuj handlował w Ristedt. Nazwisko Manc, jak żeś handlował z kimś stamtąd to może i słyszałeś gdzieś to nazwisko — dodał, patrząc przez chwilę na zamknięte okiennice mijanej kamienicy — Dużo tam bywałem. Więc wiem, jak to jest, gdy sąsiad przestaje ufać sąsiadowi... — zerknął w bok, jakby uprzedzał kolejne pytanie, zanim padło.
— Eonir jestem, nie Asrai. Nie czaruję. My w ogóle mniej mamy tego we krwi niż tamci z lasów pełnych magii. — Powiedział to zwięźle, rzeczowo, bez cienia dumy czy wstydu - po prostu fakt, który mógł się przydać, żeby stary milicjant nie zaczął się doszukiwać w nim czegoś, czego tam nie było, a bardziej, żeby zaczął widzieć bardziej swojskiego towarzysza, niż zwykłego 'chudego'.
Gdy skończył, zamilkł i jego wzrok zaczął wędrować intensywniej - po dachach, po bramach, po cieniach między kamienicami. Ręka sama zawędrowała bliżej łuku, choć jeszcze go nie zdjął z pleców. Cisza ulic, która wcześniej była tylko niepokojąca, teraz, im bliżej centrum, zaczynała ciążyć inaczej - jakby miasto wstrzymywało oddech. Pojedyncze odgłosy tylko potęgowało to wrażenie.
— Thiemo, widzę, że świetnie radzisz sobie z fajką. Może przy kuraku poczęstujesz trochę? — nie palił, spytał, gdyż chciał wybadać na ile towarzysz mu ufa...
Thiemo wskazał drzwi do Hempe, bili już bliziutko -
— To chodźmy do tego Hempe. Prowadź, na pewno wiesz gdzie to jest, Thiemo. — Duivel rzucił to bez wahania, jeszcze zanim tylne drzwi piekarni zdążyły się zaryglować za nimi. Bliżej, szybciej, konkretniej - reszta to już strata czasu, na który nie było ich stać.
Szli z powrotem podobnymi samymi, pustymi uliczkami, tym razem w trochę innym kierunku. Elf trzymał się ciut z tyłu i bardziej na prawo od swego towarzysza, jak zwykle rozglądając się po oknach i bramach, ale tym razem pozwolił sobie na chwilę rozmowy, chciał zjednać sobie Thiemo, więc postanowił przybliżyć mu swoją osobę.
— Nie przepadam za większymi miastami — powiedział to bez większego dramatyzmu, jakby stwierdzał fakt pogody — Ale nie myśl, że wyrosłem gdzieś w koronach drzew, z dala od ludzi. Urodziłem się blisko Krausnick. W wiosce, nie w lesie. Rodzice i starszy brat, oni są z Laurelorn, z tej części w Nordlandzie. Ja już Ostlandczyk z urodzenia — wzruszył ramionami, jakby to była drobna, nieistotna różnica, a jednocześnie coś, co tłumaczyło więcej, niż chciał na głos przyznać.
— Mój wuj handlował w Ristedt. Nazwisko Manc, jak żeś handlował z kimś stamtąd to może i słyszałeś gdzieś to nazwisko — dodał, patrząc przez chwilę na zamknięte okiennice mijanej kamienicy — Dużo tam bywałem. Więc wiem, jak to jest, gdy sąsiad przestaje ufać sąsiadowi... — zerknął w bok, jakby uprzedzał kolejne pytanie, zanim padło.
— Eonir jestem, nie Asrai. Nie czaruję. My w ogóle mniej mamy tego we krwi niż tamci z lasów pełnych magii. — Powiedział to zwięźle, rzeczowo, bez cienia dumy czy wstydu - po prostu fakt, który mógł się przydać, żeby stary milicjant nie zaczął się doszukiwać w nim czegoś, czego tam nie było, a bardziej, żeby zaczął widzieć bardziej swojskiego towarzysza, niż zwykłego 'chudego'.
Gdy skończył, zamilkł i jego wzrok zaczął wędrować intensywniej - po dachach, po bramach, po cieniach między kamienicami. Ręka sama zawędrowała bliżej łuku, choć jeszcze go nie zdjął z pleców. Cisza ulic, która wcześniej była tylko niepokojąca, teraz, im bliżej centrum, zaczynała ciążyć inaczej - jakby miasto wstrzymywało oddech. Pojedyncze odgłosy tylko potęgowało to wrażenie.
— Thiemo, widzę, że świetnie radzisz sobie z fajką. Może przy kuraku poczęstujesz trochę? — nie palił, spytał, gdyż chciał wybadać na ile towarzysz mu ufa...
Thiemo wskazał drzwi do Hempe, bili już bliziutkoTura 53 - 2521.05.05; fst; południe
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; piekarnia Hempe
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Duivel, Thiemo i Hempe
Stary milicjant miał dość praktyczne podejście do pożegnalnego prezentu od Alberta. Bo wyjął z pochwy u pasa zwykły nóż i z wprawą przekroił chleb na pół. Jedną część podał elfowi a drugą wpakował do swojego podróżnego worka. - To chodźmy do piekarni Hempe. - Zgodził się ze swoim długouchym towarzyszem. Jako, że ulice dalej w większości były puste to mieli okazję porozmawiać. Thiemo zerkał z ciekawością na idącego obok starorasowca gdy ten opowiadał mu nieco o sobie. Parę razy widzieli w oddali jakieś sylwetki, czasem we mgle, czasem przechodzące przez ulicę. Albo jak ktoś przyglądał im się z okien czy otwory w okiennicach. Jednak ani ich nikt nie atakował, ani nie dążył do spotkania. Raczej albo byli zbyt pochłonięci swoimi sprawami i ich nie zauważyli albo unikali kontaktu. To wszystko drażniło nerwy. Wydawało się, że w tych częściowo zamglonych albo zadymionych ulicach obserwuje i podsłuchuje ich tysiące szpiegów. Pewnie więc i rozmowa z towarzyszem, pomagała odpędzić te natrętne myśli i czymś się zająć.

link: https://i.imgur.com/02ui6wb.jpeg
- Fajkę? No pewnie. Poczekaj. Nabiję ci. - Chociaż szli to ludzki towarzysz elfa, miał wprawę w nabijaniu fajki. Chociaż nieco go to zajmowało i wtedy to Duivel musiał czuwać aby ich nikt nie napadł. Ale nie napadł. Więc milicjant jak skończył to podał fajkę koledze. - Poczekaj, odpalę ci. Jak przystawię żar to się zaciągnij. I tak rób aż pójdzie dym. Musi być cug, jak w kominie. - Zatrzymali się na chwilę gdy łucznik musial wsadzić ustnik fajki między zęby i poczekać aż nowy znajomy, wyjmie żar i podpali ziele w cybuchu fajki. Gdy po chwili tak się stało, elf poczuł na podniebieniu pierwszy buch dymu. Smak kojarzył się z jakimś zielem albo kadzidełkami czy świecami palonymi czasem w świątyniach. - Oczyscza nos i gardło. - Uśmiechnął się do niego Thiemo, stukając się palcem właśnie w te części ciała. Wydawał się być zaciekawiony jak kolega zareaguje na ten poczęstunek. - Jeszcze nie widziałem chudego jaki by palił fajkę. A przynajmniej nie naszą. - Wydawał się być zafascynowany tym widokiem. Duivel wiedział, że jego rasa pali fajki ale raczej nie te wykonane przez niezdarnych ludzi tylko własne, finezyjne wyroby. No i nie takie zwykłe bagienne ziele tylko specjalnie hodowane odmiany jakich ludzie raczej nie znali.
Po chwili wznowili marsz. Kierowali się w głąb miasta, coraz bardziej oddalając się od Południowej Bramy. Jednak Thiemo szedł pewnie. - To ty jesteś Ostlandczyk? I masz rodzinę w Ristedt? No przejeżdzaliśmy przez Ristedt. Byłem tam kiedyś. Parę razy. Ale żadnych chudych to chyba nie widzałem. To pewnie twojego wuja i ciebie też nie. Dużo tam chyba chudych nie ma co? - Milicjant podzielił się swoimi doświadczeniami z miastem jakie wspomniał jego twarzysz. Całkiem możliwe, że nawet jeśli tam bywał a nie miał jakichś spraw do załatwienia z wujem Duivela czy innymi Eonirami, to mógł ich nie spotkać. Elfy raczej unikały ludzkich miast i jeśli już decydowały się tam osiaść z powodów handlowych czy dyplomatycznych, to i tak były kroplą w ludzkim morzu. To już krasnoludow czy niziołków zwykle bywało w nich więcej.
- O już prawie jesteśmy. Widzisz tamte ceglane budynki? To są te magazyny zbożowe co mówiliśmy z Albertem. - Doszli do takiego samego puszczonego skrzyżwania jakich już sporo minęli. Jednak teraz milicjant zwrócił uwagę elfa na budynek widziany na końcu ulicy. Gdyby poszli w prawo. Duży, z ciemnej, czerwonej cegły, z małymi oknami na wysokości pierwszego i drugiego piętra. Od razu wskazywało to, że nie jest to budynek mieszkalny jak sąsiednie kamienice. Nawet widać było tam kilka zamazanych przez mgłę sylwetek. - A do piekarni Heime to w tą. Ale też blisko. - Teraz starszy mężczyzna z halabardą, wskazał w ulicę po lewej stronie skrzyżowania. I tam właśnie poszli. Ledwo kamienicę czy dwie później pokazał się szyld z bochenkami chleba. Widzieli, że ktoś tam nawet wchodzi i wychodzi. Co normalnie nie byłoby dziwne ale teraz był to pierwszy sklep jaki spotkali co wciąż działał w miare normalnie. Gdy pchnęli drzwi, to uderzyły o dzwoneczek jaki zapowiadał wejście klienta. W środku było ze trzy osoby a Thiemo gestem wskazał na półki na jakich było widać świeże wypieki. I unosił się przyjemny, zapach świeżo upieczonego chleba. Dość duży kontrast od pustej, cichej i chłodnej piekarni Alberta. Scena wyglądała prawie normalnie, jak w sklepie powinna. Dwoje ludzi w średnim wieku, podawało chleb z półek a w zamian brało monety od klientow. Atmosfera była jednak mieszana. Klienci cieszyli się, że jest piekarnia co wciąż można kupić chleb ale dwu, trzykrotnie wyższe ceny niż normalnie, niezbyt przypadły im do gustu.
- No co ja poradzę? Trzeba jakoś żyć a mąki coraz mniej. To i cena rośnie. - Piekarz rozkładał ręcę w geście bezradności. Thiemo na migi dał znać elfowi, że to jest właśnie Hempe. Duivel nie dostrzegł tu nic niezwykłego. Zazwyczaj taki skok cen wywołałby pewnie oburzenie u klientów i pewnie by poszli do innej piekarni. A brak czy drożyzna chleba potrafiła nawet wywołać zamieszki. Jednak teraz w objętych rozruchami mieście i gdy trudno było kupić jakikolwiek chleb, to wydawało się być zrozumiałe a w powietrzu wisiała niepewność czy w nadchodzących dniach nawet tutaj, będzie można kupić chleb.
- Pochwalony. - Helme przywitał się z dwójką kolejnych klientów, gdy przyszła ich kolej.
- A pochwalony. Dobrze, że u was jeszcze chleb można kupić. - Thiemo odpowiedział pierwszy a gospodarz ze zrozumieniem pokiwał głową.
- No robimy co możemy. Trzeba sobie pomagać. Nie wiem na ile mąki mi starczy ale na razie działamy. - Piekarz też przytaknął i uśmiechnął się trochę smutno. Milicjant jako prosty człowiek, to zapytał go o to skąd ma mąkę i jak to jest z tą licencją na nią. Piekarz trochę się zmieszał. Ale odpowiedział, że każdy może sobie wykupić licencję w magazynie zboża i dostać mąkę na swoje wypieki. To brzmiało podobnie do tego co wcześniej słyszeli od Alberta. Dopiero jak do rozmowy wtrącił się Duivel i zaczął zadawać dokładniejsze pytania to piekarz jakby się zmieszał. Licencja miała kosztować dużo i dlatego teraz musi podnieść ceny aby sobie ją zrekompensować. Ale konkretnej sumy nie powiedział. Mówił, że sami mogą pójść do magazynów i się dowiedzieć. Bo to sprawa ratusza i wojska. Dogadali się i wprowadzili reglamentację różnych rzeczy, także mąki, aby zapewnić wyżywienie dla wojska. On też musi część wyrobów oddawać na ten kontyngent. Elf miał mieszane wrażenie. Z jednej strony takie zaostrzenia na czas ruchawki w mieście i w ogóle wojennym wydawały się zrozumiałe. A z drugiej miał wrażenie, że Heime nie mówi im całej prawdy i woli unikać rozmowy o konkretach. Zorientował się, że albo musieliby go jakoś przycisnąć albo wymyślić jakiś fortel jak wydobyć z niego więcej detali o tej mące, licencji i magazynach. Jego żona podczas rozmowy wyszła na zaplecze a stamtąd po chwili wyjrzała z ciekawością, jakaś młodsza kobieta. Jednak szybko się schowała z powrotem.
- A wojsko tak, część tego regimentu najemników co przechodził przez miasto to się zbuntowała. Akurat jak większość naszego wojska wyszła z miasta na zew naszego hrabiego więc mało go w mieście zostało. No ale część regimentu została lojalna i razem z naszymi, okrążyli buntowników na Marktplatz. Lada dzień ich zgniotą. Mam nadzieję. Ale niestety te walki spowodowały, że po mieście zaczęły się panoszyć bandy hultajów co rabują sklepy i biją kogo popadnie a i nożem po brzuchu można dostać. Nie przelewki. A już mało wojska czy straży zostało aby ich przypilnować. A niektórzy mówią, że to ci buntownicy jakoś przedostają się do miasta i rabują kogo się da. Też możliwe. Ja mam nadzieję, że tu nie dotrą. Chociaż wcale tak daleko od Marktplatz nie ma. A wy z regimentu Falkenhorst? A to nie słyszałem. - O sytuacji z walkami, rabusiami i chaosem w mieście to opowiedział całkiem chętnie. Podał więcej szczegółów niż Albert ale mniej więcej pasowało to do walki z buntownikami. Brzmiało jakby z powodu wici hrabiego i tych walk w mieście nie było już sił zdolnych do zapanowania nad rabunkami i przemocą. Tego napadu to zdawał się obawiać tak samo jak Albert. Thiemo popatrzył pytająco na swojego towarzysza czy coś jeszcze chce zapytać czy to już koniec wizyty.Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zajazd “Czerwone koło”
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Stefan, Wieselowie i oficerowie
- Żołnierzu. Co ty mi tu za dyrdymały opowiadasz? Myślisz, że oficerowie będą na ciebie czekać? - Sierżant rzekł jakby nie mógł się zdecydować czy bardziej go zirytowały czy rozbawiły słowa potencjalnego rekruta. - Rozmówisz się z naszymi oficerami i im się będziesz tłumaczyć. Za pacierz będziesz z powrotem i wtedy biegaj sobie gdzie chcesz. - Aż zmrużył oczy na to, że musi tłumaczyć takie oczywiste dla niego rzeczy. Chyba jednak uznał, że dla tak cennego kandydata to może to zrobić. - Dobra jednego poślij gdzie tam chcesz, niech im powie, że się he he trochę spóźnisz. - W końcu jakby w przypływie wspaniałomyślności, zgodził się aby jeden z Wieselów został odesłany. Niecierpliwie czekał aż to się stanie po czym dał znać, że drugi z nich i sam Stefan ma podążać za nim. Przeszli przez półotwartą bramę i szybko przekroczyli dziedziniec zajazdu. Sierżant szedł dziarskim tempem więc Stefan miał tylko rzut oka tam i tu zanim weszli do środka. Widział kilka rozpalonych ognisk i jak przy nich się grzeją, jedzą i odpoczywają wojacy. Paru z nich spojrzało w ich stronę ale widocznie nie wywołali jakiejś sensacji. Wyglądało na to, że mają tu zaimprowizowany obóz. W narożniku muru stała drewniana stajnia a przez otwarte wrota też było widać jakieś sylwetki. Ale pod ostrym kątem więc słabo. Zresztą po chwili weszli do samego zajazdu. Pokazał się spory hall i schody na piętro. Na workach i skrzyniach siedziało kilku żołnierzy a jeden z nich stał przed drzwiami po lewej. Przy tych po prawej, nikt nie stał. Ale grupka wojaków i tak miała dobry wgląd na cały hal. Spojrzeli na sierżanta i pozdrowili go skinieniem głów. On zaś odwrócił się do obu kandydatów. - Poczekajcie tu. - Polecił im krótko a sam bez pukania wszedł do środka. Przez moment Stefan widział tam jakieś sylwetki stojące przy stole i już się drzwi zamknęły. Czekał tylko chwilę nim się otworzyły ponownie i krewki sierżant z wilczym uśmiechem zachęcił ich aby weszli do środka.
- Możecie wejść. Nasza porucznik was przyjmie. - Odsunął się aby mogli wejść do środka. A tam była główna izba zajazdu. Wciąż stało tu wiele zbitych z grubych desek stołów i ław. Większość była pusta. Ale w rogu, jeden został przerobiony na punkt opatrunkowy bo leżał na nim jakiś nieszczęśnik. Sądząc po wrzaskach i charakterystycznych szczypcach to łapiduch próbował mu coś wyjąć z rany. Ze dwóch innych rannych żołnierzy siedziało niemrawo opartych o ścianę i chyba czekało na swoją kolej. Wrzaski i jękich rannych naturalnie przykuwały uwagę ale tylko na chwilę. Sierżant nie zwrócił na nich uwagi tylko podprowadził dwóch nowych do grupki przy stole w jednej z alków.
- Pani porucznik. To jest właśnie ten chwat co się chce do nas zaciągnąć. Mówi, że umie czytać i, że już służył w Stirlandzie. - Podoficer z dumą wskazał na Stefana. Zwracał się do młodej, szczupłej kobiety o czarnych włosach. ByŁa w ciemnych bryczesach do konnej jazdy, u pasa miała miecz a za pasem pistolet. I brygantynę w czarno-białej kratownicy Ostlandu. Przyjrzała się im obu, głównie Stefanowi.
link: https://i.imgur.com/SUghLAw.jpeg
- No proszę. - Pokiwała głową i zapewne wcześniej sierżant musiał jej chociaż pobieżnie przedstawić czego dowiedział się od rozmówców przy bramie. - I czytać umiesz? - Uniosła brwi i odwróciła się na chwilę w stronę stołu. Zrobiła przyzywający gest dłonią i któryś z jej towarzyszy podał jej jakąś małą księgę. Na chwilę Stefanowi mignęła okładka więc widział, ze to jakiś śpiewnik. Oficer bez wahania otworzyła go na jakiejś stronie, zerknęła i podała rozmówcy. - To czytaj. - Widocznie chciała sprawdzić czy naprawdę umie czytać. On zaś zobaczył na stronie jedną z popularnych pieśni ku czci Ulryka. Ta była o wilczym zewie jaki miał pomóc wiernym w zniszczeniu wrogów przez siłę Władcy Zimy. Oprócz niej przy innych stołach też siedziało po kilku żołnierzy. Jednak po dwa, trzy stoły dalej od alkowy zajmowanych przez oficerów. Część z nich zerkała ku nim z zaciekawieniem.
Mecha 53
Przekonywania sierżanta przy bramie (OGŁ + Przekonywanie)
Stefan OGŁ 35
Przekonywanie II +10
Dziwna prośba -10
Ranga 2 -25 (razem 35+10-10-25=10)
Sierżant OGŁ 45
Skill +10
bliski do kwatery +10
Ranga 3 -20 (razem 45+10+10-20=45)Przekoywanie sierżanta: 50+10-45=15; rzut: https://orokos.com/roll/1079369 25; 15-25=-10 > remis = sierżant zgadza się na odesłanie jednego Wiesela
Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; Wendorf; zakład balwierski
Czas: 2521.05.05; Festag; południe
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)Tobias, Beth, lady Silvia i Magda
Po chwili namysłu, Tobias zdecydował się przyjąć zaproszenie od młodej nieznajomej. A Beth podążyła za nim. Przeszli przez ten zdewastowany salon balwierza aż na zaplecze. Krótki korytarz i znaleźli się w przyjemnie oświetlonej świecami łaźni. W nozdrza bił przyjemny aromat kosmetyków, tak drastycznie odmienny od ostrego zapachu spalenizny, szarzyzny i błota na zewnątrz. W tym ciepłym blasku i aromatach, można było zapomnieć, że na zewnątrz jest rozgardiasz.
- Milady, goście przyjęli zaproszenie. - Oznajmiła ta młoda brunetka do kobiety jaka siedziała w wannie. To była ładna, droga wanna. Taka biała, na nóżkach. Zwykle szlachta i bogacze mogli sobie na takie pozwolić. Albo zawodowe łaźnie jakie stać było na takie luksus. To wszystko jednak uciekło Tobiasowi, gdzieś w dal bo od razu rozpoznał kobietę w tej drogiej wannie. To była ta wiedźma z lasu. Teraz siedziała sobie spokojnie w kąpieli. Widać było jej ciemne, mokre włosy, pełne usta, wilgoć na gładkich policzkach, łabędzią szyję i nagie barki. A to co niżej, skrywała piana.
link: https://i.imgur.com/GgqDWLk.jpeg
- Witajcie moi drodzy. Cieszę się, że przyjęliście moje zaproszenie. Nie obawiajcie się. Póki jesteście moimi gośćmi nie stanie się wam tu nic na co nie mielibyście ochoty. A dobro i wygoda moich gości to priorytet dobrej gospodyni. Magdo poczęstój naszych gości. - Kobieta zachowywała się swobodnie i z godnością wielkiej damy. Chociaż była w kąpieli. Jej służka uśmiechnęla się uroczo do niej, do obojga gości i podeszła do jakiejś szafki. Przyniosła z niej tacę a na niej była misa z gruszkami i jabłkami, kawałki ciasta i słodkie rogaliki a do tego wino. Dziewczyna postawiła na stołku aby goście mogli się poczęstować a sama zaczęła nalewać wino do czterech kubków. Te wyglądały dość zwyczajnie, chociaż z na glinianej powierzchni, było widać ładnie namalowane kwiaty.
- Nasi goście mogą mieć pewne wątpliwości co do naszych intencji Magdo, więc poczęstuj się pierwsza. - Milady zwróciła się do swojej służki. A ta pokiwała głową i jak już podała jej kubek z różami to ostatni wzięła dla siebie. I upiła z niego łyk.
- Jeśli nie lubicie wina jabłkowego to mamy jeszcze wiśniówkę i śliwkówkę. - Służka uśmiechnęła się do nich życzliwie i wskazała na szafkę z jakiej wzięła tacę. Tam faktycznie stały jeszcze ze trzy inne butelki.
- Masz piękną towarzyszkę Tobiasie. Jak masz na imię dziewczyno? - Milady zwróciła się do ciemnowłosej Hochlandki.
- Beth milady. Znaczy… Elisabeth. Ale wszyscy mi mówią Beth. - Łuczniczka odchrząknęła zanim odpowiedziała. I wydawała się być onieśmielona bliskością obcej szlachcianki.
- Piękne imię, dla pięknej kobiety. - Milady wezwała ją gestem do siebie. I po chwili wahania dziewczyna nachylila się nad krawędzią wanny. Mokra dłoń o zadbanych, pomalowanych na liliowo paznokciach delikatnie dotknęła jej policzka. Hochlandka cicho westchnęła jak od pieszczoty kochanka. - I masz piękne włosy Beth. Ale trochę ci się splątały. - Milady przesunęła dłoń na prawie czarne włosy łuczniczki i złapała za jeden z jej kosmyków jakby chciała jej pokazać o czym mówi. Beth znów cicho westchnęła ale tym razem z żalu nad tym nieładem. - Może idź do Magdy. Ona ci wyszczotkuje włosy. Zna się na tym i ma bardzo dobrą rękę do tego. Uwielbiam gdy mnie szczotkuje, to prawdziwa przyjemność, można zapomnieć o całym świecie. - Milady wskazała jej na swoją służkę. A ta uśmiechnęła się do łowczyni. Ta pokiwała głową i szybko podeszła do niej. Tobias widział jak siada na stołku a brunetka rzeczywiście staje za nią i zaczyna ją czesać. Coś zaczęły mówić o włosach, ich myciu i tak dalej, jakby całkiem je to pochłonęło.
- Oh nie obawiaj się Tobiasie. Nie stanie się jej tu żadna krzywda. Póki jesteście moimi gośćmi. I będziecie zachowywać się stosownie. Ale to z tobą chciałam porozmawiać. - Sięgnęła po swój kubek z różami.
- Jestem lady Silvia. Nasze pierwsze spotkanie wyszło nieco niefortunnie. Cieszy mnie, że obecnie udało nam się porozmawiać w dużo bardziej cywilizowanych warunkach. Choć nadal dość prymitywnych jak widzisz. - Lekko wskazała mokrym palcem na tą łaźnię. Na oko Tobiasa to wyglądała całkiem niczego sobie. Z kafelkami na podłodze, roślinami w doniczkach tam i tu, porcelanową wanną… Normalnie to musiałby pewnie nieco wysupłać monet ze swojej sakiewki aby sobie pozwolić na taki luksus. Zwykłe balie w tawernach lub jakaś łaźnia publiczna, były o wiele tańsze. Milady pozwoliła mu się rozejrzeć nim nie uniosła kubka w niemym toaście i przez chwilę widział jej niesamowicie głębokie, czarne oczy. W te oczy można było się wpatrywać bez końca.
- Nie jestem twoim wrogiem Tobiasie. Ani waszym. Ta cała wasza wojna, w ogóle mnie nie interesuje. To nie jest moja sprawa. - Teraz zaczęła mówić jakby była gotowa przystąpić do właściwej części rozmowy. - Jestem tu dla pewnego maga w czerwonej szacie. Wiesz którego. - Na chwilę spojrzała na niego, jakby chciała sprawdzić czy dobrze się rozumieją. Ale nie było trudno domyślić się, o którego maga chodzi. W ciągu ostatnich tygodni, do regimentu dołączył tylko jeden mag i właśnie miał czerwone szaty. - Jeśli uda mi się zaprosić go na rozmowę i spotkać się z nim, tak jak choćby teraz z tobą. Ale on cały czas się chowa przede mną za waszymi plecami. A jeśli się z nim spotkam, to ja i wy, przestaniemy sobie więcej wchodzić w drogę Tobiasie. Takie przykre sprawy jak wówczas w lesie, przestaną mieć miejsce. Ale póki ten mag jest z wami, no niestety będę zmuszona działać dalej aby wykonać swoje zadanie. No i wtedy nasze spotkania mogą nie być tak przyjemne jak teraz. - Przedstawiła o co jej chodzi. I westchnęła smutno na myśl o tym scenariuszu gdzie musieliby się spotykać jako wrogowie. Lekko spojrzała na dwie pozostałe kobiety. Beth dalej siedziała na stołku a Magda ją czesała. Śmiały się i żartowały jakby były na zwykłej wizycie u balwierza.
- Chyba lepiej abyśmy zostali przyjaciółmi nieprawdaż? Sam widzisz, że może to być całkiem przyjemne Tobiasie. - Lekko skinęła głową i uśmiechnęła się powabnie. Znów obdarzyła go spojrzeniem tych swoich pięknych oczu. - Poza tym widzisz, że mam swoje możliwości. Nie muszę cię pytać o imię bo mam swoje sposoby aby się tego dowiedzieć. Znaleźliście spalony zajazd przed miastem a teraz pustą bramę. Zastanawiacie się co się stało. A ja wiem albo mogę się dowiedzieć. Po co macie główkować? Mogę wam pomóc. Przyjaciołom, sojusznikom, mogę pomóc. Możemy sobie pomóc nawzajem Tobiasie. Ty pomożesz mnie, a ja pomogę tobie. Nie chciałbyś wrócić do swoich towarzyszy z rozwiązaniem zagadki? Pomyśl jakie wrażenie by to na nich zrobiło. Jak urosłoby ich uznanie dla ciebie. - Uniosła swoje wypielęgnowane brwi aby to podkreślić. I dała mu chwilę na zastanowienie. - I nie miałbyś się ochotę odświeżyć? Porozmawialibyśmy na spokojnie. Bez pośpiechu i pochopnych decyzji. A woda taka przyjemna a Magda ma takie utalentowane dłonie. I nie tylko dłonie. - Brunetka czesząca Beth, usłyszała swoje imię i spojrzała wprost na łucznika. I posłała mu zalotnego całusa. -
Stefan szybko ocenił swoją sytuację w rozmowie z sierżantem i uznał że dalej kłócić się nie ma sensu. Szczególnie, że podstawowa rzecz czyli dostarczenie informacji dla jednostki zostanie wykonane, a oni będą mieć jeszcze szansę dowiedzieć się znacznie więcej.
Dlatego szybko przybrał na moment wyraz twarzy jakby sierżant napluł mu do talerza, jednocześnie jednak podporządkował się odpowiadając wypranym z wszelkich emocji głosem.
-Tak Jest!- po tym obrócił się do Wiselów i rzucił ciszej do Olafa:
-Proszę wracaj z psami do naszych, poczekajcie na nas ile trzeba.
Po tym pogłaskał Azura po pysku i kazał mi iść za Olafem. Następnie skinął na Albrechta z uśmiechem rzucając:
- Za mną, choćby rozweselić i wyższe szarże w tym regimencie.
Przemierzając wnętrze zajazdu ostlandczyk chciał zaobserwować jak najwięcej szczegółów ale jednocześnie starał się to robić dyskretnie. Przede wszystkim rozglądał się za ewentualnymi oznakami korupcji wśród żołnierzy.
Kiedy pani porucznik podała mu śpiewnik i poleciła czytać skinął posłusznie głową i rzucił okiem na tekst, po czym odezwał się z lekką nutą sarkazmu:
-Aaach czego się nie robi jako zagorzały sigmarita w imię pokazania, że się nie kłamie- po czym odchrząknął i zaczął powoli śpiewać całkiem poprawnie tekst pieśni. Nikt na pewno nie mógł go przy tym oskarżyć o wielki talent muzyczny ale jak sądził rozwiał wszelkie wątpliwości co do tego czy umiał czytać i pisać.
Ostatni wiersz wyrecytował z pamięci nie patrząc na tekst lecz w oczy pani porucznik.
- Jako były sługa świątynii Pani Miłosierdzia myślę, że mogę zaproponować znacznie pożyteczniejszy pokaz umiejętności przy tamtym stole Pani porucznik- powiedział wskazując głową w stronę jęczącego z bólu rannego.
- Świątynia dała mi znacznie więcej okazji do czyszczenia ran niż śpiewania pieśni. Myślę, że na tą chwilę taki układ byłby dla wszystkich najlepszy, Pani zobaczyłaby, że nie jesteśmy żadnymi partaczami,a my moglibyśmy poznać trochę regiment zanim zdecydujemy się zapisać.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się