Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Stefan
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Duivel

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
221 Posty 6 Uczestników 1.5k Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • DekaresD Niedostępny
    DekaresD Niedostępny
    Dekares jako Stefan
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Dekares
    #212

    Mając zgodę sierżanta zajął się wspinaniem na wyglądające na najbardziej perspektywiczne pod względem obserwowania murów i okolicy drzewo. Niestety bycie na górze nie pomogło mu dostrzec niczego więcej poza drobnymi szczegółami jak to, że dym pochodził gdzieś z głębi miasta.

    Podczas dyskusji co do tego kto powinien iść na rozpoznanie bramy:
    -Już tam nie mędrkuj o mojej bohaterszczyźnie elfie- powiedział Jaeger do Duivela gdy ten zaczął swoją odpowiedź na jego propozycję pójścia samemu albo z Wendorfczykiem do bramy, w jego oczach zagrały iskry irytacji, a może rozbawienia - Nie musisz mi przypominać o tym jak ostatnio strugałem bohatera na bagnach… tutaj sytuacja jest inna i uważam że samemu albo w dwóch byłoby lepiej iść…
    Spojrzał na Tobiasa i Duivela którzy ewidentnie nie mieli zamiaru ustąpić i dodał wesołym głosem:
    -Ale jak macie zamiar się uprzeć to dobrego towarzystwa nie odmówię, tylko do mnie nie przychodźcie po pomoc później jak wam dupska przerobią z tych murów na poduszki do igieł!

    Chwilę po tym kiedy już wszystko było gotowe aby ruszać łyknął łyk wody z manierki aby złagodzić narastającą suchość w gardle.
    W pełni zgadzał się z Tobiasem co do złych przeczuć, ale starał się nie okazywać tego innym, żeby nie załamywać ich na duchu:
    Dobra ruszajmy, tylko Panowie proszę starajmy się wyglądać jak najniewinniej jak się da, nie dawajmy im powodów żeby zacząć strzelać.


    Mały podkład dźwiękowy do spacerku w kierunku brany w wykonaniu Stefana https://www.youtube.com/watch?v=I35OQy2AeGs


    Po tym ruszył spomiędzy drzew w kierunku bramy. Starał się zająć myśli powtarzaniem sobie w myślach przygotowanej historii którą mieli sprzedać strażnikom bramy, jednocześnie jednak nieprzerwanie lustrował wzrokiem blanki w poszukiwaniu znaków czyjejś obecności. Nic nie widział, co najdelikatniej mówiąc nie polepszało jego nastroju, coraz mocniej zaciskał dłoń na niesionej w lewej ręce włóczni.
    -Ktoś tam musi być i nas widzieć, nie wierzę, że zostawili by nam otwartą bramę!
    Przebyli połowę drogi do bramy mijając porzucony na drodze wózek, Stefan coraz bardziej zdenerwowany zaczął się pomimo panującego chłodu pocić intensywnie. Zostało sto pięćdziesiąt metrów, Jeager czuł na sobie wzrok strażników, wyobrażał sobie jak podnoszą kuszę do strzału… .
    Sto metrów.
    Stefan musiał koncentrować całą swoją wolę żeby iść spokojnie i nie zacząć się zasłaniać tarczą przed spodziewanym ostrzałem który jak sądził zasypie ich w każdej chwili.Obserwował mijane spalone zbożą i nie podobało mu się to co widzi ale nie był w stanie skupić się na tyle żeby wyciągnąć głębsze wnioski z tego faktu. Mijane kury przejawiały nad wyraz duży poziom instynktu samozachowawczego uciekając przed nimi, bo biorąc pod uwagę poziom jego zdenerwowania każda która znalazłaby się w zasięgu jego buta dostałaby kopniaka za niewinność w imię rozładowania jego narastającej “frustracji”(w żadnym wypadku nie mylić z ogarniającą go paniką).
    Pięćdziesiąt metrów.
    - Strzelajcie dranie! A nie się z nami bawicie! - przeklinał gorączkowo w myślach wyimaginowanych strażników na murach pokonując ostatnie metry do bramy. Kiedy już przed nią stanął trochę nie wiedział co zrobić, był pewien że ktoś ich zatrzyma wcześniej albo że zaczną strzelać.
    Obejrzał się na resztę po czym w końcu wzruszył ramionami, dał im sygnał żeby na moment się zatrzymali i ruszył naprzód przechodząc przez otwarte wrota coraz szybszym krokiem mając nadzieję, że nie dostanie z góry porcji wrzątku wylanego przez otwory strzeleckie które na pewno znajdowały się tuż nad nim. Starał się poruszać jak najciszej, możliwie ukryć się przed wzrokiem ewentualnych obrońców. Kiedy tylko udało mu się dotrzeć żywym do wewnętrznych wrót rozejrzał się i jako, że nie zauważył niczego niebezpiecznego przywołał resztę. Miał już na oku kolejny cel, drzwi do poszczególnych wież.
    Jak tylko Thiemo zaczął swoją gadaninę podniósł dłoń do ust aby nakazać mu ciszę. Musieli pozostać niezauważeni jak najdłużej
    Kiedy później o tym myślał następne minuty zbijały mu się w pamięci jako zlepek chaotycznych scen. Podzielili się na dwie grupy i wpadli jednocześnie do obydwu wież które też okaząły się otwarte.
    Z niedowierzaniem biegli w górę po schodach wieży przeczesując fortyfikację i przekonująć się że ta jest całkowicie opustoszała i splądrowana. Ale jednocześnie nie wyglądało na to żeby ktoś ją zdobył w walce tylko po prostu pośpiesznie zrabował. Kiedy tylko po dotarciu na szczyt lewej wieży dostał potwierdzenie od reszty że druga wieża też jest pusta, nabrał powietrza i zmusił się od opanowania.
    Cały czas spodziewał się podczas wchodzenia na kolejne stopnie, że zaraz ich zaatakują i że obrońcy po prostu chcieli ich wciągnąć za mury żeby reszta nie widziała co się z nimi stało. Teraz musiał w końcu przed sobą przyznać że naprawdę udało im się zająć bramę bez żadnej walki.
    -Lepiej weź się w garść, bo zaraz może się okazać że może bramę zdobyliście ale zaraz ją stracicie w kontrataku! - zganił się, po czym cicho ale zdecydowanie rozkazał Wieselom:
    - Biegnijcie na dół i zawrzyjcie najpierw wewnętrzne wrota a po tym drzwi do obydwu wież, prawą wieże zabarykadować na stałe! - kiedy mówił jednocześnie podszedł na wieży do blanków spoglądających na zewnątrz i pomachał do reszty oddziału aby zwrócić ich uwagę. Po tym wyciągnął rękę aby pokazać im ustalony znak mający ich poinformować że droga wolna i mogą dołączyć ale w połowie gestu zamarł właśnie uświadamiając sobie, że wezwanie całego oddziału do środka to może być fatalna pomyłka ale jednocześnie potrzebują posiłków do utrzymania bramy… po sekundzie namysłu pokazał znak że droga wolna ale dodał jednoczęśnie ustalony znak żeby przysłali tylko trzech ludzi. Obrócił się na pięcie i zamachał do Duviela i Tobiasa na drugiej wieży.
    - Chłopaki zawrą wszystkie wrota i drzwi, proszę obserwujcie z wieży czy nic się nie zbliżą - rzucił do ntowarzysze najciszej jak się dało.
    Po tym ruszył biegiem po schodach w dół nie czekając nawet na odpowiedź, do drzwi prowadzących na mury lewej wieży i zawarł je na głucho, jednocześnie prosząc Thiemo żeby zajął się zabarykadowaniem podobnego wyjścia po prawej stronie bramy. Zbiegł na dół, minął zajmujących się barykadowaniem towarzyszy wspominając im że zaraz powinni dostać posiłki, po czym zrzucił z siebie przy wrotach na zewnątrz łuk, plecak i tarczę. Tylko z włócznią w ręku ruszył najszybszym biegiem na jaki mógł się zdobyć w kierunku skraju lasu, z Azurem wesoło biegającym dookoła jako towarzystwo. Droga która pokonywana spacerkiem wcześniej zajęła im kilka minut, teraz sprint trwał tylko chwilę i był już wśród drzew przy sierżancie:

    - Nie mogę… w to uwierzyć!... - wyrzucił z siebie ciągle łapiąc powietrze - brama jest pusta!...splądrowana…ale nie jak po walce…barykadujemy się w środku, przybiegłem tutaj bo dopiero…na wieży sobie uświadomiłem…, że chyba najlepiej by było żebyśmy zostawili tu posterunek na skraju lasu, tak z trzech ludzi może? Żeby mogli odpowiednio wcześniej zatrzymać regiment jak nadejdzie i wprowadzić ich w to co wiemy. No i jak byśmy zostali w tej bramie otoczeni to zawsze będą mogli ruszyć do regimentu żeby jak najszybciej sprowadzić odsiecz, Panie sierżancie.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • CioldanC Niedostępny
      CioldanC Niedostępny
      Cioldan jako Duivel
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #213

      Gdy Thiemo skończył swoją tyradę o Duchu Lasu, Duivel przez chwilę milczał, jakby ważył słowa tubylca. Wreszcie skinął głową.
      — U nas, w rodzinnych stronach, też się takie duchy chowają. Nawet imię to samo - Duch Lasu, a sens chyba ten sam - las się broni, kiedy ktoś go zdradzi czy zaatakuje — powiedział spokojnie, po czym dodał, patrząc jeszcze w stronę lasu za nimi — Dzięki za wytłumaczenie, Thiemo. I kimkolwiek czy czymkolwiek to jest... cokolwiek zarzynało tamte bestie, zrobiło nam dziś przysługę. Zawsze to lepiej gdy jest mniej tych pomiotów na świecie...
      Nie zareagował na to, że Stefan wcześniej uciszał gestem gadatliwego Wendorfczyka. Mieli przecież zachowywać się normalnie, a on i tak dawno już przywykł nie odpowiadać na każdy gest towarzyszy. Myślał raczej o czym innym - o wysokości, na jakiej ponoć wisiały głowy zwierzoludzi. O czymś, co albo lata, albo jest wyższe od nich wszystkich razem wziętych. Wolał wierzyć, że to Duch Lasu, przyjazny, a przynajmniej obojętny wobec regimentu maszerującego przez jego ziemie, niż że gdzieś tam czeka coś, co zabija bez różnicy komu i Jego kuzynki, znajomi i szefowe także mogły być narażone.
      Kury go zaskoczyły. Na tyle, że myśli całkowicie zmieniły bieg. Zwierzęta zaskoczyły go nie tym, że były dość ciche i spokojne, ale tym że w ogóle żyły. Bo cała reszta miasta wyglądała jakby niezbyt żywo...
      Wchodząc do miasta wszedł zaraz za Stefanem, ale nie wbiegł do wieży jak Jaeger i Jego pomocnicy. Rozglądał się, patrzył za śladami walki albo chociaż jakieś wskazówki czy stoją za tym pomioty chaosu, czy jednak to wynik buntu. Wszedł do wieży i przeszukiwał ją metr po metrze, cicho i uważnie. Szukał czegoś więcej niż tylko splądrowanych kątów i porzuconej broni - jakiegoś śladu, który powiedziałby, co się tu, do diaska, stało. Było pusto i nie był to czas na zwiedzanie, zresztą jeden z Wiselów chyba zdążył już obiec całą wieżę, jakby się podzielili i każdy badał inną.
      Na zewnątrz znów spotkał Thiemo który wciąż w lekkim szoku powtarzał to samo, jednak na widok innych kompanów wyjawił co tu zawsze się działo. Było to wszystko niepokojące, szczególnie, że jakieś odgłosy od środka miasta były słyszalne. Jeszcze nie wiedział co to dokładnie a próbę wsłuchania się przerwał mu Stefan, choć elf nie był w stanie zrozumieć co mówi albo krzyczy, gdyż robił to z jakiejś wysokości.
      Po chwili zaskoczyli go Wiselowie, zajęci ryglowaniem bramy i barykadowaniem drzwi jednej z wież. Nie do końca rozumiał, co się dzieje - wolał skupić się na odgłosach dobiegających z głębi miasta. Próbował rozpoznać w nich coś znajomego. Swoich. Albo zwierzoludzi. Widok splądrowanych wież nie napawał go optymizmem.
      Właśnie wtedy zobaczył, jak Stefan Jeager wybiega z jednej z wież, pędem coś mówił do barykadująych drzwi Wiselów, biegnie wciąż w stronę bramy i zrzuca łuk, plecak i tarczę i udaje się w stronę lasu.
      Zwrócił się do stojących przy nim Weaselów, głos miał twardy.
      — Ej wy, co tu kurwa się dzieje?! Mieliśmy zrobić rekonesans, a wasz kolega gdzieś biega jak oparzony, a wy ryglujecie drzwi? Dobrze, że reszty ciuchów nie zdjął. Zostawcie to, przecież my nawet nie wiemy, kto siedzi w środku miasta. Zamkniecie bramę, reszta naszych zostanie na zewnątrz, a nas ktoś zaskoczy od środka... i co wtedy?
      Nie czekając długo na odpowiedź, odwrócił się do Thiemo.
      — Ten dym, co tam jest? Jakaś karczma? Rathaus? A może znasz tu kogoś blisko bramy, kogo moglibyśmy zawołać po imieniu? — do niego mówił spokojnie z pewnym ciepłem w głosie. Spojrzał na niego uważnie. Wendorfczyk pomógł im już nieraz, znał to miasto, więc jeśli ktoś miał tu jeszcze jakichś znajomych, to właśnie on.
      Czekał na odpowiedź, jednym uchem wciąż nasłuchując, czy Stefan Jeager nie woła o pomoc jak na bagnach. Wzrok miał natomiast skierowany w głąb miasta, świdrował każdy zakamarek...

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • MirasM Niedostępny
        MirasM Niedostępny
        Miras jako Miras
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #214

        Tobias przeszedł przez bramę jako ostatni rozglądając się po blankach za jakimś ruchem na górze. Nic nie zauważył więc ruszył dalej z nisko pochyloną głową, starając się znaleźć dla siebie jakiejś osłony w razie ataku strzeleckiego. Oprócz samych budynków dobrą osłonę dawały skrzynie i beczki porozrzucane tu i ówdzie, czy wóz leżący gdzieś na ulicy. W najbliższej okolicy było raczej cicho a zwierzęta zachowywały się dość spokojnie. nie zostały zabrane ani zabite co było zagadką. Może mieszkańcy uciekali przed wrogiem w pośpiechu i nie mieli czasu zabrać biegający luzem drób a wróg był naprawdę blisko. To by tłumaczyło pozostawione zwierzęta, ale że wróg nie zabił albo zabrał na posiłek, tego Tobias nie mógł zrozumieć. To było naprawdę dziwne.
        Tobiasowi przeszła nagła myśl przez głowę - Czarodziejstwo! - pomyślał. Ktoś mógł zaczarować mieszkańców i poszli bezwolnie jak barany. Naturalny strach przed magią podsuwał łucznikowi różne wersje wydarzeń.
        Otrząsnął się słysząc Stefana wydającego polecenia pozostałym zwiadowcom. Nie wszystkie rozkazy wydawały się rozsądne, w końcu mieliśmy zrobić zwiad, podejść jak najbliżej się da i najszybciej jak się da ocenić sytuację i zawiadomić dowództwo a i tak już przy karczmie dużo czasu zmitrężyliśmy. Jak tak dalej pójdzie to dogonią nas a i tak nie będziemy mieli dla nich żadnych nowych wieści poza tym co i tak już zobaczą.
        Podzielił się to myślą z chłopakami - Powinniśmy udać się małymi grupkami - najlepiej po dwóch - w kierunku centrum miasta, skąd dochodzą odgłosy i zobaczyć co się tu dzieje. Zaglądać do mijanych domostw by upewnić się że nikogo w nich nie ma i przeć na przód bo czas ucieka. - Nie mam racji Duivel?

        Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • MirasM Miras

          Tobias przeszedł przez bramę jako ostatni rozglądając się po blankach za jakimś ruchem na górze. Nic nie zauważył więc ruszył dalej z nisko pochyloną głową, starając się znaleźć dla siebie jakiejś osłony w razie ataku strzeleckiego. Oprócz samych budynków dobrą osłonę dawały skrzynie i beczki porozrzucane tu i ówdzie, czy wóz leżący gdzieś na ulicy. W najbliższej okolicy było raczej cicho a zwierzęta zachowywały się dość spokojnie. nie zostały zabrane ani zabite co było zagadką. Może mieszkańcy uciekali przed wrogiem w pośpiechu i nie mieli czasu zabrać biegający luzem drób a wróg był naprawdę blisko. To by tłumaczyło pozostawione zwierzęta, ale że wróg nie zabił albo zabrał na posiłek, tego Tobias nie mógł zrozumieć. To było naprawdę dziwne.
          Tobiasowi przeszła nagła myśl przez głowę - Czarodziejstwo! - pomyślał. Ktoś mógł zaczarować mieszkańców i poszli bezwolnie jak barany. Naturalny strach przed magią podsuwał łucznikowi różne wersje wydarzeń.
          Otrząsnął się słysząc Stefana wydającego polecenia pozostałym zwiadowcom. Nie wszystkie rozkazy wydawały się rozsądne, w końcu mieliśmy zrobić zwiad, podejść jak najbliżej się da i najszybciej jak się da ocenić sytuację i zawiadomić dowództwo a i tak już przy karczmie dużo czasu zmitrężyliśmy. Jak tak dalej pójdzie to dogonią nas a i tak nie będziemy mieli dla nich żadnych nowych wieści poza tym co i tak już zobaczą.
          Podzielił się to myślą z chłopakami - Powinniśmy udać się małymi grupkami - najlepiej po dwóch - w kierunku centrum miasta, skąd dochodzą odgłosy i zobaczyć co się tu dzieje. Zaglądać do mijanych domostw by upewnić się że nikogo w nich nie ma i przeć na przód bo czas ucieka. - Nie mam racji Duivel?

          Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79P Niedostępny
          Pipboy79 jako Pipboy79
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #215

          Tura 50 - 2521.05.05; fst; południe

          Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; południowa brama
          Czas: 2521.05.05; Festag; południe
          Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

          Zwiadowcy Kolesnikowa

          - No rzeczywiście. Splądrowane a żadnych ciał nie ma. - Sierżant Hochlandczyków mruknąl w zamyśleniu. Bez pośpiechu wyjął swoją prostą fajkę, zaczął ja nabijać bagiennym zielem jakby to pomagało mu zebrać myśli. Oparł się o blanki jaki przebiegał pomiędzy dwiema bramnymi wieżami. Więc jak podniósł głowę to miał niezlą perspektywę na Wendorf. Jak już nabił fajkę to odłożył ją na mur i tak samo flegmatycznie zaczal wyjmować pojemnik z żarem. To, że w wieżach były paleniska to wszyscy widzieli ale były zimne od dawna. Więc nie dało się uzyć ich żaru aby odpalić fajkę. Teraz ten kudłaty Hochlandczyk, jak już obszedł obie wieże, miał minę podobnie zdziwioną jak niedawno czata jaką wysłał do jej sprawdzenia. Widać też się tego nie spodziewał mimo, że już pod lasem Stefan jak przybiegł to mu zameldował co tam mniej więcej znaleźli.
          - Nikogo nie ma? Znaczy żywych? Czyli same trupy? - Coś takiego powiedział jak tylko Jaeger skończył mówić. Widocznie też mu się w głowie nie mieściło, że brama może stać rozwarta i pusta. Zapewne więc spodziewał się, że strażnicy zginęli w walce. Stefan musiał mu to dodatkowo wyjaśnić ale całkiem przekonał się dopiero teraz, jak sam miał okazję rozejrzeć się tutaj na własne oczy. Teraz musiał zapalić fajkę, jakby to pomagało mu się namyślić co robić dalej. Jeszcze pod lasem, przystał na sugestię Ostlandczyka aby zostawić paru ludzi dla reszty regimentu. Po namyśle się z tym zgodził. Zostawił Franca jaki do tej pory zwykle obstawiał flanki maszerującego oddziału i jeszcze dwóch innych myśliwych. Potem razem z większością swojej bandy, ruszył w stronę wież. Gdy Stefan wskazał na przewrócony wóz, leżący niedaleko bramy, czarnobrody machnął tylko ręką.
          - Chcesz to sprawdź. - Dając znać, że dotarcie do bramy interesuje go bardziej. Ze dwóch ludzi jednak i tak zainteresowało się czy nie ma tam nic ciekawego. To musiał być pojazd jakichś uchodźców bo wyglądało, że spakowano tu dobytek chłopskiej rodziny. Większość rzeczy nie rzucała się w oczy. Ale znaleźli zwój liny, odświętny kożuch w dobrym stanie, ikonę z wizerunkiem Talla ze znanej świątyni blisko kislevskiej granicy, kolorowe wstążki jakie myśliwi mieli nadzieję zdobyć przychylność niewiast, mocną siekierę do rąbania drewna i parę innych bibelotów.
          Hochlandczyków najbardziej ucieszyła kadź wiśniowej nalewki. I chociaż była na tyle ciężka i nieporęczna, to zdecydowali się ją zabrać. A wojskową tradycją było, że alkohol był nawet milszym gościem niż ladacznice. A najlepiej jak obydwa te elementy występowały naraz. Razem więc dźwigali tą zdobycz jaka od razu wywołała uśmiechy na twarzach ich pobratymców.
          Ich towarzysze, bez wahania sięgnęli po łuki i w parę chwil ustrzelili kilka kur. Zupełnie jakby to był jakiś festyn więc śmiechu było sporo. Chociaż może cieszyli się na myśl o kuraku jaki wkrótce zjedzą. Zbliżała się pora, że faktycznie już czas było pomyśleć aby po całym dniu na nogach, napełnić swoje brzuchy. A i tak musieli chwilę musieli poczekać zanim Wieslerowie zdołali otworzyć wewnętrzną bramę i już byli w środku. Hochlandczycy weszli do środka za swoim hersztem ale szybko dały o sobie znać ich bandyckie nawyki bo bez skrupułów zaczęli myszkować po wieżach w poszukiwaniu łupów. Tak samo, jak niedawno po dwóch wywróconych wozach na drodze czy spalonym zajeździe. Duivel mógł sobie w duchu pogratulować, że zdążył się tu rozejrzeć zanim przybyli. Więc nawet nie był za bardzo zdziwiony na ich psioczenie.
          - Co za złodziejska hołota! Wszystko rozkradli! Nic nam nie zostawili! - Co chwila któryś syczał ze złości, gdyż łup jaki znaleźli okazał się dość marny. Wcześniej zapewne urzędowali tu głównie strażnicy i mytnicy. Więc niezbyt majetni ludzie. To i wcześniej pewnie nie było tu zbyt wiele cennych rzeczy. A te co były, to zapewne zabrali je ci, co tu buszowali wcześniej. Któryś z myśliwych przytulił malowany kubek jaki mu się spodobał, inny znalazł jakieś niezbyt nowe buty ale uznał, że te co ma są i tak w lepszym stanie a kolejny antałek z winem. Co prawda zaczętym ale Hochlandczycy ucieszyli się tak samo, jak z tej bańki nalewki z przewróconego wozu.
          Oczywiście księga wyrzucona gdzieś na podłogę, niezbyt ich zainteresowała. Jak elf ją podniósł okazało się, że jest to dziennik mytników. Ostatnie wpisy były dość rutynowe. Wóz jednokonny 4 monety, dwukonny 8, 7 pieszych 2 monety. I tak dalej. Zapiski kończyły się w Konistag 3 Sigmarzeit. Czyli dwa dni temu. To było wtedy, gdy ich regiment przeprawiał się łodziami w Risted przez Wolf a ich szefowe pierwszy raz puściły przodem aby zbadali drogę na Speck. Ale żaden nie było w księdze żadnego wyjaśnienia co do braku dalszych zapisków albo splądrowania tego miejsca.
          Drugie znalezisko trafił w piwnicy. Sądząc po licznych śladach butów i rozbebeszonych regałach, tu też nieźle ktoś buszował. Ale może przegapił to, a może wtedy jeszcze pył nie zarysował regularnego kąta na podłodze. Jak elf tam podszedł i zaczął przesuwać dłońmi, trafił na klapę. Gdy ją otworzył ukazała się ciemność zbyt mocna nawet dla jego nocnych oczu. Musiał wrócić na górę i zdobyć jakieś światło. Znalazł pochodnię, ale żaru aby ją odpalić już nie. Paleniska były wygaszone i zimne. Zanim udało mu się rozpalić tą pochodnię to Stefan zdążył wrócić z Kolesnikowem i większością zwiadowców. A ci rzucili się do rabowania obu wież.
          Duivel nie znalazł żadnej wskazówki co tu się stało. Ślady jakie widział nie były jednoznaczne. Nie było ciał ani wyraźnych śladów krwi, co sugerowało, że walki, przynajmniej takiej ze śmiertelnym skutkiem, raczej tu nie było. Ale czy w ogóle nie było to nie mógł wykluczyć. Jak widział przewrócone krzesło to ktoś je mógł przewrócić w trakcie walki albo podczas plądrowania. Nie znalazł śladów wyłamywania drzwi a większość w obu wieżach była otwarta. Więc raczej nikt ich nie szturmował. A jeśli doszło do ich splądrowania to pewnie rabusie nie kłopotaliby się z zamykaniem drzwi. Nie znalazł też żadnej broni. Chociaż był składzik na jakieś włócznie czy halabardy. A te mniejsze może miecze czy topory. Teraz stały puste. W końcu elf wyszedł na blanki, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Po obu wieżach i tak buszowali już łucznicy z Hochlandu więc zrobiło się ciasno i nerwowo. Ale tu spotkał Thiemo jaki też wydawał się być przytłoczony tym wszystkim.
          - Tam? - Wendorfczyk nie był już pierwszej młodości więc mocno mrużył oczy aby dojrzeć co tam elfi kolega widzi. - A ty chyba masz lepsze oczy młody. - mruknął jakby jasna cera Duivela sprawiła, iż zapomniał, że rozmawia z kimś ze starej rasy. - Ale tam to centrum. Widzisz ten duży dach? Z czerwoną dachówką? Co tam, wystaje nad inne. No. To je nasz ratusz. Jest tam Markplatz. Co tydzień tam targ robimy. Dużo ludzi z okolicznych wiosek się zjeżdża. Ze Speck nawet. A tamtą wieżę widzisz? Bo ja niebardzo. Ale tam po lewej to chyba jest jakaś krecha. No to to je świątynia Sigmara Opiekuna. Bo kiedyś Sigmar jak zabił strasznego olbrzyma to usiadł tam i trzy dni odpoczywał. I dlatego nasze dziady postawili tam świątynie dla naszego kochanego Opiekuna. - Thiemo mówił ze swoim wschodnim akcentem, tak popularnym dla kresów Imperium. I rzeczywiście elf nie miał problemów dostrzec dach ratusza ani wieżę świątyni Sigmara. Ale bez detali bo widzieli to wszystko tuż ponad poziomem dachów większości kamienic i pod ostrym kątem. Dym widać było gdzieś tam z centrum. Całkiem niedaleko Markplatz. Właśnie od strony świątyni. To musiało płonąć coś większego niż zwykłe ognisko. Ale też raczej nie cała kamienica bo pewnie by było widać jakieś płomienie. A był tylko dym. Pożar mógł też już dogasać albo dopiero się zaczynać. Mogło się też palić coś co daje więcej dymu niż ognia.
          - Mój brat mieszka na Żelaznej. - Thiemo nagle odezwał się, wyrywając elfa z tych przemyśleń. - Eh, jak ci to wyjaśnić jak nie zna miasta… - Westchnął gdy uzmysłowił sobie, że teraz powinna nastąpić tradycyjna pantomima jak się gdzie idzie i skręca aby wyjaśić drogę nieznajomemu. - To tamotoj bliżej świątyni niż ratusza. - Machnął w końcu mniej więcej we właściwym kierunku. - Moją to już wojny i zarazy zabrała. Tylko średni syn i córka mi zostali. Ale on za ziemią poszedł do tej waszej górskiej marchii. Mówił, że to szansa, że zarobi bo wasz margraf dom każdemu obiecał i dekadę bez podatków i pańszczyzny. To poszedł tam mój Marko. I dlatego się do waszego pana się zaciągnąłem a nie do innego. Myślał ja, że może i jego spotkam. Ale widać nie. No i córka. Też średnia. Bo przeca te co zmarły za dziecka to nie liczę. Zawsze dobrzy bogowie zabierają tych dobrych do siebie na samym początku. A Sara dobrze, wyszła za mąż. Za kupca żelazem z Grunackeren. To i wyjechała tam razem z nim. Ale z raz do roku przyjeżdżajo do starego ojca. Miło jest wtedy. A teraz… Eh… Podobno tam już też te zaprzańce podeszły… - Stary milicjant wyłuszczył Duivelowi swoje rodzinne koneksje jakie miał w tym mieście i okolicy. Zasępił się nad tym, zwłaszcza jak dorosłego syna nie spotkał w regimencie a córka miała mieszkać w mieście jakie mogło już być oblężone przez armię najeźdźców. Zresztą docelowo od Ristedt, tam właśnie zmierzał regiment. A Speck czy Wendorf były tylko po drodze.
          - A pójść możemy do piekarni Alberta, o tam. Albo do zajazdu “Czerwonego koła” o tam. Ja tam wszystkich znam a oni mnie. - Thiemo otrząsnął się z przemyśleń i wskazał na dwa przeciwne kierunki gdzie można by zajść. Zajazd miał być w głębi tej głównej ulicy jaka biegła od bramy a piekarnia w prawo, przy tej co niegła wzdłuż muru. Właśnie gdzieś na ten moment zastał ich Kolesnikow jaki wyszedł na świeże powietrze aby zapalić fajkę i przemyśleć to wszystko.
          Przez jakiś czas wydawało się, że Tobias jest jakby na uboczu tego całego zamieszania wokół bramy. Widział jak Stefan myszkuje po obu wieżach a potem wydaje swoim pomocnikom polecenia. Jak ci zaczynają z mozołem zamykać wewnętrzną bramę a wydawało się, że zaraz po paru chwilach musieli ją otworzyć aby wpuścić do środka swego lidera oraz Hochlandczyków. Tu widać było, że dwie osoby to dają radę zamknąć lub tworzyć skrzydło ciężkiej bramy ale do zablokowania jej, używało się ciężkiej belki. A ta była wewnątrz wieży. Trzeba było ją po kawałku przesuwać przez całą bramę aż weszła w otwór w przeciwnej wieży. A jak otwierać to podobnie tylko w odwrotnej kolejności. Tu się przydawała ta trzecia czy czwarta osoba do przesuwania tej belki bo ci co zamykali bramę, musieliby biegać do środka aby się tym zająć.
          Co prawda rzucił propozycję zwiadu do Duivela i reszty ale elf chciał najpierw starannie przeszukać wieżę, Wieselowie zmagali się z blokowaniem wież a potem bramą a Thiemo chyba nie czuł się na siłach aby mu odpowiedzieć. A potem doszedł do nich Kolesnikow ze swoimi banitami i zrobił się jeszcze większy harmider. Ale w koncu dwoch z nich wyszło przed jedną z wież aby odsapnąć. Przez chwilę marudzili, że nie znaleźli nic ciekawego do zrabowania. W koncu jednak jeden z nich odpiął od pasa kubek, i zaczęli probować tej nalewki jaką koledzy przynieśli z wozu przed bramą. A widząc Tobiasa w pobliżu, nawet zachęcająco wyciągnęli prosty, drewniany kubek aby go poczęstować.
          - A widzieliście, że tu nikogo nie ma? Ani żywych ani nie żywych. - Zagaił jeden z nich jakby i jego dziwiła ta pustka w bramie. Kolega pokiwał głową na znak zgody.
          - Może za mało im płacili? Albo hrabia chciał ich na wojnę zaciągnąć a oni mieli lepsze pomysły? - Zaśmiał się kolega, upijając ze swojego kubka.
          - Może. Ale wiecie co ja myślę? - Ten pierwszy ściszył głos i pochylił się bliżej do obu towarzyszy. Kolega dał mu znać aby ciągnął dalej bo wydawał się być zaciekawiony. - Magia! Czarostwo jakie! - Sapnął jakby im zdradzał tajemnicę. Drugi z Hochlandczyków od razu na wszelki wypadek splunął przez ramię aby złe odegnać.
          - Nie gadaj! - Sapnął trochę zaniepokojony.
          - A tak. Czarostwo. I powiem więcej. To czarostwo od takich jak ten tam. - Drugi z myśliwych dyskretnie wskazał kciukiem na blanki. A tam widać było jak Duivel rozmawia z Thiemo. Obaj wpatrywali się w stronę miasta i zdawali się nie zwracać uwagi na Tobiasa i dwóch łuczników.
          - Myślisz, że to on? Ale jak? Przecież cały czas był z nami. - Ten z kubkiem zamrugał oczami ale widać było, że nie do końca pasowała mu wizja Duivela jako sprawcy zniknięcia strażników.
          - Głupiś! Nie mówię o nim. Tylko o takich jak on. Zwłaszcza ich kobiety. Przecież wszyscy mądrzy ludzie wiedzą, że to same wiedźmy. A co druga z tych długouchych to czarownica. - Sciszył głos jeszcze bardziej aby tylko oni dwaj go słyszeli. Ten w ciemniejszym kaftanie szybko spojrzał na Tobiasa jakby sprawdzał jego reakcję. Co prawda słyszało się, że elfy to bardzo mądra ale i butna rasa. Że i mężczyźni i kobiety uchodzili za pięknych tak bardzo, że podobno szpetne elfy się nie trafiały. Ale też uważano, że to sprawa czarów i uroków, zwłaszcza w co do elfek. Więc nic dziwnego, że towarzysz Tobiasa zawahał się czy to przyjąć na wiarę czy odrzucić.
          - No ale to jak… Jakaś elfka… Co? Zaczarowała ich? - Próbował poskładać w głowie to co sugerował kolega w jaśniejszym kaftanie.
          - A pewnie! Elfom to nie można ufać. Zwłaszcza elfkom. Ty widziałeś kiedyś aby któraś z naszych kobiet była tak gładka? I chuda. No młode to jeszcze są chude ale stare? A te przeklęte elfy nigdy się nie starzeją! - Wyrzucił z siebie ze złością na tą uprzywilejowaną, elfią rasę. A kolega w zadumie pokiwał głową. Widząc ten pierwszy sukces, ten w ciemniejszym kaftanie kontynuował. - Więc ja myślę, że to były czary. Elfickie czary. Jakiejś elficy. One umeją się maskować. Tak, że wyglądają jak piękne ale nasze kobiety. Przychodzi taka jakby nigdy nic. Wygląda jak nasza. Tam się uśmiechnie, tam oczami rzuci. A sami wiecie jakie one mają czy. I te na dole też! I już jesteś zaczarowany. A potem wyprowadza do lasu. I porywa. A tam już czekają wspólnicy takiej elfiej wiedźmy. I zjadają nieszczęśników! A taka wiedźma zawsze dostaje ich serce. - Szybko streścił im jak uważa, że był przebieg który doprowadził do zniknięcia strażników. Ten drugi aż otworzył oczy ze zdumienia.
          - No tak! Ci zwierzoludzie ze spalonego zajazdu! - Popatrzył żywo na kolegę i Tobiasa, czy oni też wpadli na takie powiązanie. Kolega mądrze pokiwał głową.
          - Teraz sami pomyślcie. Czy widzieliście ostatnio samotną, nieznajomą, piękną kobietę? - Ten pierwszy popatrzył na nich obu czy sobie coś takiego przypominają.
          - No w tym “Dzbanie” była ta ruda kelnerka. Nawet niezła. Ale ja wiem czy taka co bym stracił dla niej głowę… - Hochlandczyk zamyślił się ale patrzył na nich obu czy też mają takie wątpliwości czy Melinda mogła być elficką wiedźmą. Mogła wpadać w oko jako kelnerka ale do elfich panien to było jej daleko. Ale te wedle ich rozmówcy, ponoć umiały przyjmować wygląd ludzkich kobiet. Więc nie był pewien. Gdy Tobias odwrócił głowę aby spojrzeć gdzieś w dal i się zastanowić, dojrzał ruch. Coś właśnie śmignęło jak ptak, tuż przy ziemi. Może to ta jedna z kur spłoszonych przez Hochlandczyków? Zniknęło to coś za ścianą kamienicy więc nie mógł się temu bliżej przyjrzeć.
          - A ty Tobias? Myślisz, że to mogły być czary elfiej wiedźmy? - Głos Hochandczyka skierował jego uwagę z powrotem na rozmowę. Ten drugi nie mógł się zdecydować albo był ciekaw opinii Ostlandczyka. Zresztą wkrótce minął ich Stefan jaki wszedł do środka wieży.
          Jaeger odkrył, że zbyt krótko go nie było aby jego dwaj pomocnicy, zdążyli przeprowadzić jakieś inne prace niż zamknięcie wrót bramy. Pozamykali też drzwi w wieżach. Ale teraz i tak Hochlandczycy jacy zabrali się za rabunek i tak już obrabowanego miejsca, otwarli je ponownie. Obecnie wieże więc wróciły do stanu w jakim je zastali pół dzwonu temu. Właściwie to barykadowanie drzwi wejściowych okazało się dość uciążliwe. To były jedyne wejścia do wież, na poziomie gruntu. Więc jakby były z jakiegoś powodu zamknięte, to na zewnątrz trzeba było wychodzić przez najwyższe piętro a potem po drabinie na dół, aż do ziemi. Teraz co chwila ktoś przez nie przechodził. Wcześniej razem ze szpicą, tylko pobieżnie przeszli przez obie wieże. A teraz wszędzie buszowali chciwi myśliwi z zachodniej prowincji. Dopiero na blankach było spokojniej. Zastał tam Kolesnikowa, Duivela i Thiemo.
          - Południe minęło. - Herszt zadarł głowę jakby chciał się upewnić. - Ale do zmierzchu to jeszcze połowa dnia. A dnie teraz długie. - Raczej wszyscy to wiedzieli. Zanim się zacznie zmierzchać to pewnie jeszcze z sześć, siedem dzwonów będzie. Hochlandczyk chyba jednak myślał na głos jakby wreszcie zebrał myśli przy paleniu swojej fajki. - Nas jest z tuzin. - Pokiwał głową. I jak zostawił Franca i dwóch ludzi pod lasem to faktycznie było ich tutaj, niewiele ponad tuzin. - A wszyscy z bramy pójść nie możemy. Ktoś musi tu zostać. A jednak trzeba sprawdzić co tam w mieście się dzieje. Coś pusto tu jakoś. - Wymownie wskazał fajką na ulicę jaka wiodła od bramy w głąb miasta. I sąsiednie kamienice. - A nie wiadomo kiedy nasz regiment tu dotrze. Może za pół pacierza. A może o zmierzchu. - Cmoknął z niezadowolenia nad tą niewiadomą. Tego akurat nikt z nich nie mógł oszacować. Possał chwilę fajkę i znów popatrzył na panoramę wendorfskich dachów. Dym jaki wcześniej Duivel oglądał z Thiemo, dalej się tam wznosił. I właściwie to jakiś ruch zdarzało im się zauważyć. A to w oddali ktoś przechodził ulicą. A to w oknie mignęła jakaś sylwetka. Słychać było jakieś odgłosy ze strony miasta. Może jakiś tumult? I trudno było go namierzyć ale gdzieś z głębi. Tu na obrzeżach było dość spokojnie. Jeśli jacyś mieszkańcy tu byli, to pochowali się w swoich domach. Stopniowo kolejni łucznicy wychdzili na blanki, zrażeni i zawiedzeni ubogim łupem jaki znaleźli w wieżach. Także i dwaj rozmówcy Tobiasa, klepnęli go w ramię widząc, że tam się robi jakieś zbiegowisko. To też poszli aby sprawdzić co tam się dzieje. W końcu większość grupy znalazła się właśnie tam.
          - Na głodnego nie ma co wojować. Weźcie chłopcy przygotujcie te kuraki. - Kolesnikow wydał polecenie jakie od razu ucieszyło jego ludzi. Ten czy tamten co zdołali ustrzelić bezpańskie kury, teraz złapali za nie i zaczęli potrząsać. Rzeczywiście brzuchy zaczynały już dawać o sobe znać. Ale aby rozpalić ogień, skubać i wypatroszyć te ptaki to musiało zejść parę pacierzy. Część łowców od razu zniknęła w wieży aby się zająć przygotowywaniem posiłku.
          - A wy rozejrzyjcie się po okolicy. Nie daleko, abyście zdążyli na te kuraki. Złapcie jakiegoś języka co tu się do kroćset dzieje. Duivel widzę, że się dogadujesz z Thiemo. To idźcie razem. Ty Stefan swoich dwóch ludzi masz. A ty Tobias… - Czarnowłosy zaczął im przydzielać zadania tak aby chociaż połowa jego skromnych sił, pozostała przy bramie. Zawahał się przy Tobiasie który akurat przy nikim nie stał. Stefan przeszukał swoich ludzi przy blankach po czym znalazł mu parę. - Ty pójdziesz z Beth. Ona jest z miasta i sobie w nich radzi. - Wskazał na jedyną kobietę w ich bandzie leśnych banitów. Dziewczyna przewróciła oczami słysząc, że została ochotniczką do tego niepewnego zadania ale podeszła do Tobiasa i pacnęła go w ramię na zachętę. Siódemka zwiadowców zebrała się obok herszta. - Jak kogoś spotkacie to wypytajcie się co tu jest grane. Ale miejcie oczy i rozumy szeroko otwarte. Słyszeliście co mówiły szefowe i ci w zajeździe. Jak nic niezwykłego nie traficie to też wracajcie. Po obiedzie się pomyśli aby pójść gdzieś dalej w miasto. A kto wie? Może nawet nasz regiment do tego momentu tu dotrze? - Uśmiechnął się na koniec, jakby chciał zakończyć nutką optymizmu. Ale dało się wyczuć, że jako człowiek lasu, w obcym mieście czuje się nieswojo. Zwłaszcza jak wyglądało to dość niestandardowo, że nie bardzo wiedzieli czego się tu spodziewać. Całkiem inaczej niż wcześniej w Breder, Lenkster czy Ristedt. I chyba liczył, że jak dojdzie to ich regiment to i siły będą mieli większe i już nie będzie musiał podejmować tak ciężkich decyzji. Na razie to chciał aby czata podzieliła się na dwu-trzyosobowe patrole i zbadała najbliższą okolicę bramy. Pozostałych kilku ostatnich myśliwych jakich miał do dyspozycji, zaczął rozdzielać między blanki a dół wieży. Co i tak oznaczało, że każdy z nich musiał czuwać samotnie.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • DekaresD Niedostępny
            DekaresD Niedostępny
            Dekares jako Stefan
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Dekares
            #216

            Jeager wmaszerował z powrotem pod miejską bramę Wendorf, niosąc na ramieniu zabraną z wozu linę:
            -Muszę później pamiętać żeby wypytać się o właścicieli tego wózka- pomyślał przechodząc przez drzwi wejściowe prawej wieży i natykając się na swoich ludzi, w głębi budynku słyszał harmider myśliwych przetrząsających bramę.
            -Albrecht co tu się dzieje?! - w pierwszej chwili Stefan zjeżył się na swoich dwóch kompanów, jednak szybko wziął głęboki oddech i rozglądać się co się dokładnie stało. Drzwi które kazał zabarykadować stały otwarte, ewentualni wrogowie mogli wlać się do środka w każdej chwili… .
            - Dobra nie ma o czym dyskutować chodźcie ze mną! - Powiedział ruszając do głównych wrót.
            -Mieliście dużo kłopot żeby te bramy, na powrót otworzyć prawda?-rzucił do swoich towarzyszy:
            -I to jaki - powiedział młodszy Wiesel.
            -Robimy tak, bierzemy te belki którymi zamyka się bramy i wnosimy je do środka wieży, jak jacyś wrogowie dorwą się do bramy to przynajmniej nie zamkną jej na stałe przed regimentem. Po tym zamykamy jedne i drugie drzwi na parterze i barykadujemy. Z Bramy mogą wychodzić drzwiami na wyższych poziomach, tylko tak jak Wam mówiłem wcześniej, porządnie zastawiamy tak żeby barykadujące przedmioty ciągneły sie aż po przeciwległej ścianie.

            -Lepiej prosić o wybaczenie czegoś niż prosić o pozwolenie - pomyślał, biorąc się do pracy.


            Stefan skończył się wdrapywać się na blanki po tym jak został wezwany przez swojego imiennika do stawienia się przed nim, zrzucił z siebie niesioną z dołu linę.
            Wysłuchał poleceń przełożonego które średnio przypadły mi do gustu. Zdawał sobie sprawę że muszą miasta przeszukać ale wolałbym nie dzielić się na aż tyle grup. Nie miał jednak zamiaru robić z tego powodu sceny, miał w końcu dość innych tematów do ewentualnego zdenerwowania sierżanta, podszedł do niego możliwie najbliżej aby pozostali go nie słyszeli:
            -Panie sierżancie zabarykadowaliśmy z moimi ludźmi dolne wejścia, schowaliśmy do środka też belki do blokowania bram więc nawet jak ewentualny wróg wedrze się pod bramę to nie zablokuje bramy dla regimentu. Po za tym mamy jeszcze inną kwestię którą muszę z Panem poruszyć, nie chcę nikogo obrażać ale… dziewczyny i chłopaki w wieży walą tam na dole alkohol i jak ich trochę nie utęperujemy to w razie ataku na nas, będziemy w czarnej…, a ktokolwiek panuje teraz nad miastem zrobi wszystko żeby nas stąd wyrzucić jak tylko zorientuje się że tu jesteśmy.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • MirasM Niedostępny
              MirasM Niedostępny
              Miras jako Miras
              napisał(a) ostatnio edytowany przez Miras
              #217
              • Rozmowa z myśliwymi -
                Elfie czarodziejstwo? - zapytał Tobias zaskoczony - No nie wiem, z jednej strony trudno nie odmówić elfiemu ludowi magicznych właściwości. Inaczej by nie żyli setek lat, co nie? Ale co druga to czarodziejka, wątpię. A co do czarodziejstwa to miałem całkiem niedawno do czynienia z czarodziejstwem niewiasty co raczej elfką nie była. Dosłownie próbowała mnie zaczarować, a kiedy się to nie udało wyczarowała roślinne pnącza którymi chciała mnie unieruchomić albo rozszarpać. Bogowie musieli spoglądać w moją stronę, bo niewiele brakowało bym przypłacił to spotkanie życiem. Do tego mamy w oddziale czarodziejkę i jest jeszcze ten mag co się przypałętał. Oboje to ludzie jeśli nie zauważyliście. Tobias spoglądał chwilę na elfiego towarzysza rozmawiającego z towarzyszem. Przeszedł z nim niejedno i traktował gadanie myśliwych jako oznakę strachu podszytego ludzką niechęcią do innych ras.

              -Rekonesans z Beth -
              Beth pacnęła Tobiasa w ramie dając mu do zrozumienia że pora wstawać. I choć odpoczynek dobrze mu robił, to towarzystwo tej dwójki myśliwych zaczął go już męczyć. Nigdy nie miał okazji ani czasu by bliżej się jej przyjrzeć. Kobiet w oddziale było niewiele, i nie nosiły się jak kobiety. Beth nosiła znoszoną tunikę która wyglądał jakby była przerabiana z typowej męskiej tuniki, spodnie też były lekko niedopasowane. czarne, krótko przystrzyżone sprawiały że nie zwracała na siebie szczególnej uwagi wśród gromady mężczyzn. Wskazała kierunek, który wybrała, Tobias wskazał inny wywołując grymas na jej twarzy. - Ty chcesz prowadzić leśny dziadku? - rzekła z przekąsem - Może zaufasz miejskiej... - Babce? - dokończył za nią Tobias. Ufam - naprawdę, ale widziałem wcześniej jakiś ruch w tamtym kierunku. Najpewniej to był inwentarz pozostawiony przez mieszkańców ale lepiej się upewnić, najwyżej będzie więcej drobiu na rosół. Zgoda? - Beth przekrzywiła głowę zastanawiając się czy mężczyzna nie stroi sobie żartów. Ostatecznie westchnęła głośno i wzruszyła ramionami. - Prowadź zatem silny mężczyzno, prowadź do leża tego zwierza, może uratujesz sobie jakąś niewiastę. - Tym razem Tobias przewrócił oczyma i w milczeniu ruszył przed siebie.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              2
              • CioldanC Niedostępny
                CioldanC Niedostępny
                Cioldan jako Duivel
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #218

                Duivel wysłuchał rodzinnej opowieści Thiema, nie przerywając, wzrokiem cały czas błądząc po dachach miasta. Kiedy stary Wendorfczyk skończył, elf odczekał chwilę, zanim się odezwał.
                — Przykro mi z powodu Żony — Powiedział krótko, bez zbędnych ozdobników. Tak się mówi rzeczy prawdziwe, nie te, które ładnie brzmią przynajmniej według elfa.
                — A córka... — zawiesił głos, patrząc w stronę dymu snującego się od świątyni. Grunackeren było oblężone, wiedział to już od Lenkster — ...oby zdążyła wyjechać, zanim zaprzańcy podeszli pod mury. — Nie chciał też obiecywać Thiemo nic, czego nie mógł dotrzymać, jak zapewnienie, że na pewno jeszcze ją spotkają. 'Go gcoimeáda Dia í faoina chúram' mruknął to pod nosem, cicho, bardziej do siebie niż do towarzysza. Jednocześnie klepnął starego w ramię, chwilę dłużej niż wymagała tego zwykła uprzejmość.
                — Jak wejdziemy głębiej, zajrzymy na Żelazną. Do brata. — dodał to jak coś oczywistego, jakby to miała być standardowa wizyta — Ucieszy się na twój widok. A jeśli go nie zastaniemy, to może chociaż się czegoś dowiemy.

                Gdy Kolesnikow zebrał ich wszystkich na blankach i zaczął rozdzielać zadania, Duivel wtrącił się na moment, zanim grupy zdążyły się rozejść.
                — Sierżancie. Jedna rzecz. — odezwał się rzeczowo — Jak kogoś spotkamy, może niech każdy z nas mówi to samo: "Ostland żyje". Prosto i jasno, każdy to zrozumie od razu. — powiódł wzrokiem po zebranych — O Marchii na razie ani słowa. Nie każdy tu w ogóle słyszał o nowym państewku w górach. No, przecież nie będziemy tracić czasu na tłumaczenie geografii komuś, kto się chowa z przerażenia w piwnicy. — Kolesnikow mruknął coś przez fajkę. Brzmiało to jakby rozważał tę propozycję. Stefan, jak to Stefan, od razu dorzucił jeszcze jakiś gwizd, rymowankę czy znak ręką na wypadek, gdyby patrol wpadł w tarapaty, a Duivel przytaknął bez dyskusji. Im mniej trzeba pamiętać w chaosie, tym lepiej.
                Zanim ruszył z Thiemo, odciągnął jeszcze na bok Kolesnikowa.
                — Jest jednak jedna sprawa jeszcze. W piwnicy tamtej wieży jest właz. Głęboki, ciemny choćby i dla moich oczu - ale nie miałem czasu tam schodzić. — wskazał głową w stronę wieży — Jak rozpalicie ogień pod te kuraki, niech dwóch twoich weźmie od niego pochodnię i zejdzie zobaczyć, co tam jest. Może zapasy. Może broń. — zawiesił głos — Może ktoś się tam chowa.

                Do Thiemo, już ruszając w stronę ulicy, rzucił krótko:
                — Skoro obiad za pasem, zacznijmy od piekarni Alberta. Bliżej, szybciej wrócimy. — Elf uważał to za najbardziej praktyczny wybór.
                Zanim wyszli poza bramę, naciągnął kaptur głębiej na twarz, chowając uszy w środku.
                — Nie bierz tego do siebie. — mruknął z cieniem uśmiechu, widząc zdziwione spojrzenie starego — Po prostu wolę, żeby ludzie w mieście nie dostali zawału na mój widok, zanim zdążę o cokolwiek zapytać. Tym bardziej jeśli Ty będziesz pytał, w końcu to Ty rozeznany jesteś najlepiej w tym mieście, a nie chcę żeby ludzie tracili nagle zaufanie do Ciebie przez Twojego Towarzysza. — Rozejrzał się po ulicy przed sobą - puste okna, zamknięte okiennice, cisza tam, gdzie powinien być gwar targowego dnia. Skinął głową Thiemo i ruszył przodem, trzymając się cienia kamienic, uważnie wypatrując wszystkiego, co mogłoby się różnić od zwykłego, sennego popołudnia. Reszta grup rozchodziła się w swoje strony - Stefan z Wieselami w jedną, Tobias z Beth w drugą. Duivel jeszcze na chwilę odprowadził ich wzrokiem, zanim skupił się na własnej drodze.

                Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • CioldanC Cioldan

                  Duivel wysłuchał rodzinnej opowieści Thiema, nie przerywając, wzrokiem cały czas błądząc po dachach miasta. Kiedy stary Wendorfczyk skończył, elf odczekał chwilę, zanim się odezwał.
                  — Przykro mi z powodu Żony — Powiedział krótko, bez zbędnych ozdobników. Tak się mówi rzeczy prawdziwe, nie te, które ładnie brzmią przynajmniej według elfa.
                  — A córka... — zawiesił głos, patrząc w stronę dymu snującego się od świątyni. Grunackeren było oblężone, wiedział to już od Lenkster — ...oby zdążyła wyjechać, zanim zaprzańcy podeszli pod mury. — Nie chciał też obiecywać Thiemo nic, czego nie mógł dotrzymać, jak zapewnienie, że na pewno jeszcze ją spotkają. 'Go gcoimeáda Dia í faoina chúram' mruknął to pod nosem, cicho, bardziej do siebie niż do towarzysza. Jednocześnie klepnął starego w ramię, chwilę dłużej niż wymagała tego zwykła uprzejmość.
                  — Jak wejdziemy głębiej, zajrzymy na Żelazną. Do brata. — dodał to jak coś oczywistego, jakby to miała być standardowa wizyta — Ucieszy się na twój widok. A jeśli go nie zastaniemy, to może chociaż się czegoś dowiemy.

                  Gdy Kolesnikow zebrał ich wszystkich na blankach i zaczął rozdzielać zadania, Duivel wtrącił się na moment, zanim grupy zdążyły się rozejść.
                  — Sierżancie. Jedna rzecz. — odezwał się rzeczowo — Jak kogoś spotkamy, może niech każdy z nas mówi to samo: "Ostland żyje". Prosto i jasno, każdy to zrozumie od razu. — powiódł wzrokiem po zebranych — O Marchii na razie ani słowa. Nie każdy tu w ogóle słyszał o nowym państewku w górach. No, przecież nie będziemy tracić czasu na tłumaczenie geografii komuś, kto się chowa z przerażenia w piwnicy. — Kolesnikow mruknął coś przez fajkę. Brzmiało to jakby rozważał tę propozycję. Stefan, jak to Stefan, od razu dorzucił jeszcze jakiś gwizd, rymowankę czy znak ręką na wypadek, gdyby patrol wpadł w tarapaty, a Duivel przytaknął bez dyskusji. Im mniej trzeba pamiętać w chaosie, tym lepiej.
                  Zanim ruszył z Thiemo, odciągnął jeszcze na bok Kolesnikowa.
                  — Jest jednak jedna sprawa jeszcze. W piwnicy tamtej wieży jest właz. Głęboki, ciemny choćby i dla moich oczu - ale nie miałem czasu tam schodzić. — wskazał głową w stronę wieży — Jak rozpalicie ogień pod te kuraki, niech dwóch twoich weźmie od niego pochodnię i zejdzie zobaczyć, co tam jest. Może zapasy. Może broń. — zawiesił głos — Może ktoś się tam chowa.

                  Do Thiemo, już ruszając w stronę ulicy, rzucił krótko:
                  — Skoro obiad za pasem, zacznijmy od piekarni Alberta. Bliżej, szybciej wrócimy. — Elf uważał to za najbardziej praktyczny wybór.
                  Zanim wyszli poza bramę, naciągnął kaptur głębiej na twarz, chowając uszy w środku.
                  — Nie bierz tego do siebie. — mruknął z cieniem uśmiechu, widząc zdziwione spojrzenie starego — Po prostu wolę, żeby ludzie w mieście nie dostali zawału na mój widok, zanim zdążę o cokolwiek zapytać. Tym bardziej jeśli Ty będziesz pytał, w końcu to Ty rozeznany jesteś najlepiej w tym mieście, a nie chcę żeby ludzie tracili nagle zaufanie do Ciebie przez Twojego Towarzysza. — Rozejrzał się po ulicy przed sobą - puste okna, zamknięte okiennice, cisza tam, gdzie powinien być gwar targowego dnia. Skinął głową Thiemo i ruszył przodem, trzymając się cienia kamienic, uważnie wypatrując wszystkiego, co mogłoby się różnić od zwykłego, sennego popołudnia. Reszta grup rozchodziła się w swoje strony - Stefan z Wieselami w jedną, Tobias z Beth w drugą. Duivel jeszcze na chwilę odprowadził ich wzrokiem, zanim skupił się na własnej drodze.

                  Pipboy79P Niedostępny
                  Pipboy79P Niedostępny
                  Pipboy79 jako Pipboy79
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #219

                  Tura 51 - 2521.05.05; fst; południe

                  Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; okolice Wendorf; południowa brama
                  Czas: 2521.05.05; Festag; południe
                  Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, umi.wiatr; chłodno (0)

                  Stefan i Wieselowie

                  Skoro Duivel z Thiemo zdecydowali się pójść do pobliskiej piekarni a Tobias z Beth poszli jeszcze w inną stronę, to Stefanowi pozostało zabrać Wieselów do zajazdu o jakim mówił wcześniej stary milicjant. Ostatecznie przeniesienie belek z jednej wieży do drugiej, zajęło im tyle czasu, że już nie starczyło na coś innego. Chociaż mijali milicjantów myszkujących po różnych poziomach wieży to Stefan już nie zdążył do nich dołączyć. Zresztą i tak herszt tej leśnej bandy na usługach górskiego markgrafa wezwał wszystkich na naradę na blankach. Po wydaniu poleceń i tym co mieli przeszukać okolicę, i tym co mieli zostać przy bramie, jeszcze Duivel na chwilę porozmawiał z sierżantem. Przed chwilą herszt zgodził się z sugestią elfa aby krzyczeć “Ostland żyje” jako hasło rozpoznawcze. Bo o Marchii Falkenhorst to pewnie mało kto słyszał. Ale teraz, gdy długouchy odszedł razem z Thiemo, to Jaeger miał okazję porozmawiać z czarnobrodym. Ten wysłuchał jego uwag i pokiwał głową.
                  - No to dobrze zrobiłeś z tymi belkami. Lepiej aby były tylko w jednej wieży. Mało nas i dwóch obsadzić to byłby kłopot. - Pochwalił go za tą roztropność. Jednak uwaga o “waleniu alkoholu” go nieco go zdziwiła. Uniósł brwi i przyjrzał się uważniej swojemu imiennikowi.
                  - Piją mówisz? - zapytał jakby chciał się upewnić czy dobrze to zrozumiał. Popatrzył po blankach, gdzie niektórzy łucznicy jeszcze tu byli. Ale niedawno większość jego bandy tu stała, zanim nie przydzielił ich innych zadań, od straży na murach po przygotowanie obiadu z ustrzelonych kuraków. - No idzie zaschnąć w gardle od tego kurzu i spalenizny to i dobrze je przepłukać. Ale nie bój się Ostlandczyku, my Hochlandczycy znamy się na swoim rzemiośle. - rzekł uspokajającym tonem ale wydawał się być ciut urażony sugestią, że jego ludzie mogliby się popić w tak krótkim czasie, że nie nadawaliby się do służby. Aby doprowadzić się do takiego stanu, rozcieńczonym winem to trzeba by rzeczywiście urządzić regularną pijatykę i pić bez opamiętania. W końcu się rozstali. Stefan ze swoimi pomocnikami przeszli przez wieżę, tym razem w dół. Na środkowym piętrze minęli dwóch łuczników co zabierali się za rozpalanie pieca oraz skubanie kuraków. A po chwili już byli znów na ulicy, przed bramą. Duetów Duivela i Tobiasa już nie było widać. Ale główna ulica jaka prowadziła od bramy, w głąb miasta, stała otworem. Była zawalona porzuconym wozem czy jakimiś gratami. No i nienaturalnie cicha i pusta. Jakby był środek nocy. A nie środek dnia. Jeszcze za nimi któryś z łuczników zamknął drzwi do bramy. I słychać było jak rygluje. Trójce zwiadowców pozostało ruszyć przed siebie.


                  Ulica w przeważającej części okazała się miejskim kanionem. Ze ścianami kamienic wznoszącymi się nad głowami i brukiem jako jego dno. Chociaż był środek dnia i na otwartej przestrzeni, było całkiem słonecznie, to tutaj, na poziomie gruntu dzień nie mógł rozkwitnąc. A jeszcze unosiła się rozrzedzona mgła. Albo dym. Bo zapach spalenizny drażnił nozdrza. Nie przeszkadzało to na przestrzeni kilku kamienic dookoła ale blokowało dalszą perspektywę na przykład zobaczyć co jest na końcu ulicy. Z blank jakie wznosiły się na poziomie większości dachów to był o wiele lepszy widok.

                  text alternatywny

                  link: https://i.imgur.com/KVwEJAp.jpeg

                  Jak zwykle, na parterze kamienic zazwyczaj były sklepy, warsztaty albo karczmy a na wyższych piętrach mieszkania. Te wszystkie zakłady usługowe były nienaturalnie ciche i puste. Albo były rozwarte na oścież i splądrowane albo zamknięte na cztery spusty. Nic dziwnego. Tradycją wszelkich ruchawek było plądrowanie takich miejsc. Nawet jeśli pierwotnie, nie to było ich celem. Na niektórych wciąż zamkniętych drzwiach i okiennicach, widać było ślady uderzeń toporów lub podobnych narzędzi gdy ktoś tam próbował się siłą dostać. Te dwa, trzy nazwiska jakie Stefan zapamiętał od Thiemo nie wywołały żadnej reakcji. Choć je krzyczał to okiennice i drzwi pozostały nienaruszone. Albo ludzi na górze nie było albo woleli nie ryzykować wyjścia na zewnątrz. Tego akurat z poziomu ulicy nie dało się sprawdzić. Musieliby wchodzic do klatek schodowych i pukać do przypadkowych drzwi. To by zajęło dużo więcej czasu a wynik był niepewny. Wcale nie było pewne czy ktoś tam jest, czy im otworzy, czy nie potraktuje jak kolejnej bandy rabusiów.
                  Czasem nawet widzieli z daleka jakiś ruch. Pojedynczo, po dwie lub trzy. Ale te jak ich dostrzegły szybko uciekały nie nawiązując kontaktu. Ogólnie można było odnieść wrażenie, że dźwięki tumultu jakie wcześniej słyszeli z blank, teraz jakby się nasiliły ponownie. Bo odkąd zeszli na poziom gruntu, to widocznie zbita zabudowa je wytłumiła i początkowo jak szli od samej bramy to jakby przycichły. A teraz, nie wiadomo kiedy jakby zbliżyli się do ich centrum.
                  Kolejne zakręty i kłęby rozrzedzonej mgły już dawno pochłonęły Południową Bramę, gdy oczom trójki zwiadowców ukazał się szyld. Zawieszone koło wozu, pomalowane na czerwono. Z kontrastowymi elementami na niebiesko i żółto. Przez co wpadała w oko z daleka zapowiadając jakiś karczmę czy zajazd. Był postawiony w przerwie między okolicznymi karczmami, naprzeciwko fontanny. Otoczony murem sięgającym nieco ponad wzrost dorosłej osoby, sprawiał solidne wrażenie. Za nim widać było piętro i dach budynku. No i wreszcie dostrzegli jakiś ruch i oznaki życia.
                  Przed bramą stało dwóch ludzi z halabardami. Wyglądali na strażników. Brama była w połowie otwarta. Dwóch ludzi szybko z niej wyszło i skierowało się gdzieś w głąb miasta. Przy bramie stała tablica. Pewnie z ogłoszeniami. Ale do niej był uwiązany za ramiona półnagi mężczyzna. Głowę miał spuszczoną na nagą pierś więc nie było wiadomo czy żyje czy nie. Trzeba by podejść bliżej aby się temu wszystkiemu przyjrzeć. Stefanowi wydawało się, że jeden ze strażników patrzy gdzieś w jego stronę. Ale czy ich już zauważył czy jeszcze nie tego nie mógł stwierdzić.

                  Tobias i Beth

                  Tobias zanim wyruszył z hochlandzką łuczniczką w głąb miasta, to miał w pamięci wrażenie jakie zrobił na dwóch kolegach. Wyglądali na zaskoczonych jego wiedzą o elfach, elkach i przygodzie z piękną nieznajomą. Która do tego była wiedźmą! Przez chwilę wydawało się, że to spełnienie tych złowróżbnych opowieści jakie snuli. Tylko to, że owa wiedźma nie była elfką trochę ją psuło.
                  - Ale jesteś pewien, że to nie była elfka? Może włosy zasłaniały jej uszy? To nie zawsze widać na pierwszy rzut oka. - Dopytywali się czy może jednak spotkana niewiasta nie należała do starej rasy jaka trochę ich pociągała ale też budziła sporo obaw.
                  - I chciała cię oczarować I używała roślinnych pnącz? No to musiała być elfka. Pewnie jedna z tych z lasu. One tak mają. - Kolejny element wydawał się pasować do ich wersji historii. A i Tobias musiał przyznać, że od dziecka słyszał o elfach żyjących w lesie. Które właściwie nie wiadomo co tam robiły. Co z jednej strony wydawało się fascynujące a z drugiej podejrzane. Zaś jego relacja pozornie pasowała do opisu i zachowania elfki. Zwłaszcza jak poza nim, nikt jej chyba nie widział. No ale wezwanie na blanki i narada jaką zarządził Kolesnikow i tak przerwały im rozmowę. Kolesnikow przystał na pomysł hasła rozpoznawczego “Ostland żyje”. Bo o górskiej marchii jaka dopiero się rodziła po mileniach nieistnienia, to faktycznie mało kto słyszał. Nawet Tobias o niej niewiele słyszał póki parę tygodni temu nie pojawił się w Lenkster. A potem dostał przydział z Beth i musieli znów zejść na dół i ruszyć w miasto.
                  Wcześniej mijali się w marszu czy obozie więc raczej znali się z widzenia. W końcu od paru dni podróżowali razem. Ale jakoś nie mieli okazji poznać się lepiej. Chociaż Beth wpadała w oko bo była jedyną kobietą w bandzie Hochlandczyków. Przez co z jednej strony traktowali ją trochę jak siostrę a z drugiej trudno było przegapić, że jej płeć.

                  text alternatywny

                  link: https://i.imgur.com/YA3i8Hk.jpeg

                  Skoro on przewrócił okazję to ona się zaśmiała krótko. - No dobra, skoro nie chcesz sobie ratować niewiast to ja sobie jakąś uratuję. Najlepiej jakąś bogatą szlachciankę. Wtedy z wdzięczności obsypie mnie złotem a może i weźmie na służbę? Będę mogła spać we własnym łóżku i nie będę musiała koczować po lasach i jaskiniach aby się najeść. - Tobias nie był do końca pewien czy tylko sobie żartuje. Ale wizja ciepłego kąta, pewnego łóżka i pełnego żołądka dla większości mieszkańców wsi i miast byłaby pociągająca. Dlatego decydowali się na służbę u potężniejszych od siebie. I widać Beth nie była pod tym względem inna. Ale jak już ruszyli w miasto to zachowywała się ostrożnie i dyskretnie. Jak większość hochlandzkich banitów Kolesnikowa.

                  Tobias postanowił zacząć od tego narożnika gdzie wcześniej dojrzał jakiś ruch. Poszli tam we dwoje ale żadnej kury nie znaleźli. Chociaż na brudnym bruku i błotnistych zaciekach dostrzegli ślady tych ptaków. Musiały tu niedawno chodzić. Duivel z Thiemo ich minęli, ruszając w swoją stronę. Beth skinęła im głową w pozdrowieniu. A sama zwróciła się do towarzysza.
                  - To chodź. Może trafimy na jakiegoś kuraka. Najwyżej na kolację będzie. - Dała mu znak, że jest gotowa pójść ptasim tropem. W końcu nie wszystkie musiały szwendać się przed bramą. A Kolesnikow za bardzo nie ingerował gdzie konkretnie mieli iść. Ślady doprowadziły ich przez jakieś nędzne podwórko. Na nim faktycznie dojrzeli dwie kury. Beth bez wahania użyła łuku aby jedną ustrzelić. Druga jednak z głośnym, pełnym przerażenia gdakaniem czmychnęła przez bramę na ulicę. Nie byli pewni, czy strzała ją trafła czy nie. Jednak łuczniczka była chętna dokończyć polowanie. Tylko podbiegła aby złapać ustrzelonego kuraka i po drodze zaczęła przywiązywać ją sobie do pasa. Więc gdy wyszli na ulicę to ta druga kura była już zbyt daleko aby ryzykować strzał. A widząc swoich dwunożnych prześladowców jeszcze przyspieszyła kroku i zniknęła za zakrętem.
                  I tak szli przez ten Wendorf. Miasto było nienaturalnie ciche i puste. Wiele ze sklepów i warsztatów jakie mijali było zamkniętych na głucho, chociaż był środek dnia i powinny pracować na pełnych obrotach. Część z nich była splądrowana. Co przy ruchawkach było wręcz standardem. Różna hołota lub nawet zawistni sąsiedzi, starali się skorzystać z okazji do szybkiego wzbogacenia skoro przynajmniej chwilowo, porządek w mieście został zachwiany. Ubrania leżące w błocie, rozbite kawałki szyb, stłuczone naczynia, zgruchotane krzesła i porzucone skrzynie. Tego wszystkiego nie powinno być na ulicach. A jednak co chwila trafiali na takie ślady brutalności. Nawet czasem dostrzegali jakąś sylwetkę w oknie czy gdzieś w oddali ale widocznie tamci woleli nie ryzykować spotkania z nimi. Atmsfera była napięta od tej nienaturalnej ciszy i pustki. Śladów zniszczenia jakie co chwila się natykali. Chociaż im samym jak dotąd nic się nie stało. Jeszcze ta mgła albo rozerzdzony dym stopniowo blokowały dalsze widzenie. Dało się wyczuć charakterystyczny zapach spalenizny. Widać było wlot ulicy i na kilka kamienic w głąb. Ale jej wylot zwykle był już zamazany przez ten opar.
                  - Trochę tu strasznie nie? - Szepnęła Beth która widocznie czuła się nieswojo na tych opuszczonych ulicach. Czasem widywali kuraka w oddali. Już stracili rachubę czy to ten “ich” czy po prostu jakieś tutejsze pętają się bezpańsko na ulicach. Co jakiś czas Hochlandka przymierzała się do strzału ale zawsze strzał był zbyt niepewny. Albo ptak ledwo majaczył we mgle albo uciekał w jakiś zakamarek znikając im z oczu.
                  W pewnym momencie usłyszeli jakieś odgłosy. Po chwili zorientowali się, że to z kamienicy do jakiej się zbliżali. Jak podeszli jeszcze bliżej dojrzeli dwie postacie jakie myszkowały tak samo jak niedawno koledzy Beth po bramnej wieży. Plądrowali jakiś sklep. W pośpiechu ładowali słoiki i kiełbasy do worka. To był jakiś sklep mięsny. Jeden z nich dojrzał dwoje łuczników na ulicy i syknął na towarzysza. Na chwilę zamarli sondując się wzrokiem.
                  - Spokojnie. Starczy dla każdego. My weźmiemy swoje to będziecie mogli wziąć resztę. - Rzucił jeden z nich starając się brzmieć rozsądnie. Wiele z haków i półek było już pustych. Jakby nie byli pierwszymi co tu się przyszli poczęstować. Ale wciąż widać było dużo więcej mięsa, kiełbas i weków niż jeden kurak jaki wisiał u pasa Beth. Ona też chciwie popatrzyła na te półki po czym na swego towarzysza.
                  ~ Z tego to by dopiero była kolacja. Inni i tak to rozkradną. ~ szepnęła cicho do Tobiasa jakby była gotowa przystać na takie warunki szabrowników wskazując wzrokiem na rozwalone drzwi przez jakie teraz mógł wejść każdy. Z tego co było widać w sklepie to mogłoby wystarczyć nie tylko na kolację na ich dwójkę ale nawet dla całej bandy Kolesnikowa. Chociaż we dwójkę to byłoby sporo do niesienia. Gdy Tobias miał chwilę aby się nad tym zastanowić, ponad ramieniem łuczniczki dostrzegł biało-czerwono-niebieskie skośne pasy oznaczające zakład balwierski. I w przeciwieństwie do większości parterów jakie mijali do tej pory, biło z jego wnętrza ciepłe, żółte światło. Jak od lamp albo świec. Co prawda był pod zbyt ostrym kątem aby zajrzeć do środka, dzieliło go ze trzy, cztery kamienice. Ale wydawało się to oazą normalności w tym spustoszonym mieście.

                  Duivel i Thiemo

                  Elfowi Kolesnikow przydzielił Thiemo. Więc z trójki patroli, tylko on miał za towarzysza kogoś kto zna to miasto jak własną kieszeń. Sam herszt Hochlandczyków przystał na pomysł z hasłem “Ostland żyje”. I nawet zaśmiał się chrapliwie. - Masz rację elfie! Póki nie przybyłem do Lenkster to nawet nie wiedziałem, że tam w górach coś się zaczęło dziać! - Więc nie był zdziwiony, że tubylcy mogliby nie kojarzyć nazwy górskiej marchii. Na wieści o klapie w piwnicy wieży, nieco się zdziwił. - Właz mówisz? Dobrze Duivelu, sprawdzimy to. - Obiecał poklepując go po ramieniu. A gdy elf z wendorfczykiem odchodzili to widać jeszcze Stefan miał jakąś sprawę do sierżanta.
                  Potem we dwóch zeszli przez wieżę na poziom ulicy. Tu jeszcze przez chwilę minęli Tobiasa i Beth. Łuczniczka pozdrowiła ich ruchem głowy ale oni mieli swoją robotę a elf z towarzyszem swoją. Thiemo mocno odstawał pod względem gibkości ruchów nawet od ludz Kolesnikowa. Widocznie nie był ani zwiadowcą, ani myśliwym i dlatego zaciągnął się do milicji. Ta zwykłe pełniła służbę pomocniczą do regularnych oddziałów. Mógł być nawet w tych oddziałach co w nocy przyjęły na siebie pierwszy impet uderzenia zwierzoludzi. Na razie jednak szli we dwóch przez opustszałe ulice. Staremu milicjantowi kaptur i towarzystwo elfa zdawało się nie przeszkadzać. Szedł dość monotonnym tempem, nieco się garbiąc. Zwinny długouchy nie miał żadnych kłopotów aby dotrzymać mu pola. Właściwie to Thiemo wydawał się być ruchomą oazą normalności na tych bezludnych ulicach.
                  Szli wzdłuż murów. Co ułatwiało orientację. Mury wznosiły się na wysokości pogranicza pierwszego i drugiego piętra większości kamienic. Baszty były wyższe. Niezmiennie jednak świeciły taką samą pustką jak sklepy, warsztaty i ulice jakie mijali. Do tego tu na poziomie gruntu była mgła. Albo dym. Dość, rzadki, na przestrzeni kilku kamienic nie przeszkadzał. Ale stopniowo blokował dalszą perspektywę. W końcu gdy Duivel obejrzał się to za którymś razem już nie dostrzegł bramy z jakiej wyszli. Chociaż mogła to być kwestia krzywizny murow jakie stopniowo zakrzywały się aby opleść całe miasto.
                  - O a tam pod 14 mieszkał taki jeden co konia u niego kiedyś kupiłem… A tam, na końcu ulicy to jest sklep sukienniczy. Moja luba lubiła tam len kupować. Mówiła, że tam w tej cenie to mają najlepszy len… A tu nie widać bo ta przeklęta mgła… Ale tam dalej są magazyny zboża… - I tak mamrotał do towarzysza, jakby oprowadzał go po mieście. Większość tych nazw nic elfowi nie mówiła i tylko niektóre adresy widać było z ulicy jaką szli. I tak, tymi pustymi ulicami, doszli na miejsce.
                  - O to tu. Tu jest piekarnia Alberta. - Przewodnik ucieszył się a i Duivel dostrzegł wiszący szyld z okrągłym bochenkiem chleba. Jeszcze ze dwie, trzy kamienice jakie musieli minąć i stanęli przed frontem piekarni. Ta jednak była zamknięta na głucho. Tak samo jak większość budynków jakie mijali. Widząc to milicjant podrapał się po głowie. Zadarł głowę aby przyjrzeć się całemu frontowi budynku. Wszystkie okna były starannie zamknięte okiennicami. Budynek wyglądał na tak samo opuszczony jak większość jakie do tej pory mijali. Jednak tubylec postanowił spróbować szczęścia. Podszedł do drzwi i uderzył w nie silnie pięścią.
                  - Albert! Albert otwórz! To ja! Thiemo! Thiemo z Żelaznej! Otwórz Albert! - Krzyczał aby jeśli ktoś był w środku, to mógł go usłyszeć. I odszedł na kilka kroków aby lepiej widzieć okna, czy nie ma jakiejś reakcji. Elf chociaż miał bystrzejsze oczy i uszy, to też nie dostrzegł żadnego ruchu. Więc milicjant powtórzył wołanie. Wreszcie ze środka dał się słyszeć zdenerwowany, męski głos.
                  - Przestań się drzeć do kroćset! Tylko sprwadzisz na nas nieszczęście! - Ten ktoś wydawał się obawiać, że tak się właśnie stanie. Thiemo jednak uśmiechnął sie triumfalnie do swojego akapturzonego towarzysza.
                  - To otwórz! To nie będe musiał się drzeć! - Wykrzyczał ale ciut ciszej. Tym razem reakcja przyszła prawie od razu.
                  - Po co? Czego chcesz? Idź sobie. Nie mam chleba. Mąka się skończyła. - Mężczyzna ze środka widać był niechętny wpuszczania do środka kogokolwiek. Nawet jeśli rozpoznał rozmówcę.
                  - Daj spokój Albert. Dopiero wróciłem do miasta. Nie wiem co się dzieje. Wojna jakaś? Chciałem iść do brata na Żelazną ale ty jesteś bliżej. To pomyślałem, że pogadamy jak za dawnych czasów. - Thiemo też ściszył głos ale nadal był głośny jeśli chciał być słyszany przez drzwi i ściany. Teraz gospodarz milczał chwilę dłużej, jakby się namyślał.
                  - Dobra. Ale idź od zaplecza. Otworzę ci. Nie chcę aby cała ulica widziała, że można tu wejść. - Gospodarz też wydawał się być spokojniejszy. A Thiemo skinął głową na towarzysza. I poprowadził go dwie kamienice dalej, gdzie było przejście na sąsiednią ulicę. I nią mogli wrócić na zaplecze piekarni. Milicjant znów zastukał w drzwi i gdy Albert upewnił się, że to on, to otowrzył je.
                  - A kto to? - zapytał nieco przestraszonym tonem gdy dojrzał postać w kapturze jaka stała za jego znajomym.
                  - On jest ze mną. Razem podróżowaliśmy do miasta. - Wyjaśnił mu patrząc na swojego towarzysza. Piekarz jeszcze chwilę się wahał po czym otworzył szerzej aby mogli wejść do środka. Gdy to się stało, natychmiast zamknął i zaryglował drzwi. Znaleźli się w kuchni i teraz była okazja aby się lepiej przyjrzeć. Półmrok jaki wywoływały zamknęte okiennice był rozjaśniony przez ciepłe światło lampy.

                  text alternatywny

                  link: https://i.imgur.com/FAwqNjZ.jpeg

                  Albert okazał się pulchnym, dość niskim mężczyzną. Przez co przypominał trochę zbyt wyrośniętego niziołka. - Thiemo. Dawno cię u nas nie było. Pochwalony. - Gospodarz przywitał się, obrzucając milicjanta uważnym spojrzeniem, z góry na dół i z powrotem. Wydawał się być od niego z dekadę młodszy ale raczej byli z tego samego pokolenia.
                  - A pochwalony Albert, pochwalony. A się narobiło. Przez tą przeklętą wojnę. Do mojego Marko chciałem się dostać. Wiesz, on tam w góry pojechał osiedlić się. - Pokiwał głową i gospodarz zrobił to samo.
                  - Pamiętam jak mówiłeś. Dobry interes. Dziesięć lat bez pańszczyzny. Jakbym nie miał tego majdanu to może i też bym ruszył. - Westchnął i wskazał gestem dookoła. Nawet z wygaszonym piecem czuć było przyjemny, charakterystyczny zapach chleba.
                  - E tam, gdzie ty byś pojechał. Kogo chcesz oszukać? - Zaśmiał się Thiemo i kolega odpowiedział podobnie.
                  - Masz rację. Dobra poczekajcie. Jeszcze coś mi zostało z ostatniego wypieku. - Gospodarz jakby przypomniał sobie o gościenie a może nabrał pewności, że to żaden podstęp. Zaczął się kręcić po kuchni, otwierał jakieś szafki i po chwili postawił na stole chleb, jeszcze miękki choć już nie pierwszej świeżości. Placki, też najprędzej z wczoraj albo i starsze. Pokrojny ser i rozcieńczone wodą wino aby się samym suchym nie zatkać. Po chwili usiedli we trzech przy stole przy tym skromnym posiłku.
                  - To czemu wróciłeś? - Zagaił swojego gościa.
                  - Zaciągnąłem się do milicji wielkiego pana. On ciągnie na wojnę to pomyślałem “Co ja stary mam innego do roboty?” A z wojskiem to wiesz, jakoś da się przeżyć nawet na wojnie. Coś tam jeść dadzą, byle kto wojska nie napadnie i tak dalej. A jak jesteś robotny to zawsze jakąś robotę tam znajdziesz. A niedawno się okazało, jak w Risted byliśmy, że idziemy tutaj. Do Wendorf i Grunackeren. No to myślę, wrócę w rodzinne strony, brata odwiedzę i córkę. No to mi po drodze. No i jestem. A tu przychodzę no i nie wiem co się dzieje. - Thiemo w największym skrócie opowiedział swoje dzieje z ostatnich wiosennych tygodni.
                  - A daj spokój. Sam nie wiem. Jakaś ruchawka się zaczęła parę dni temu. Mówią, że to u tych najemników. Myśleliśmy, że tylko się zatrzymali na popas i dalej pójdą na wojnę. Ale tu jakieś ruchawki się zaczęły. Ja to tego nie wiem kto zaczął i dlaczego. Nie widziałem. W ogóle przestałem wychodzić z domu. Sąsiedzi też. Co my biedni ludzie możemy? Tylko strach jaka taka banda przyjdzie ci drzwi wyłamać. Co ty sam zrobisz przeciwko ich mieczom i toporom. A tu regularnie słychać wrzaski i rąbanie toporów. Nie wiadomo kiedy po kogo przyjdą. A wiesz, ja mam piekarnię, to tylko kwestia czasu aż po mnie przyjdą. - Albert wyrzucił z siebie dość przygnębione wyznanie. Wydawał się być bezradny wobec fatalistycznego losu jaki dla siebie widział.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  2
                  • CioldanC Niedostępny
                    CioldanC Niedostępny
                    Cioldan jako Duivel
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Cioldan
                    #220

                    Przez większość rozmowy Duivel milczał, pozwalając Thiemo prowadzić - to jego miasto, jego znajomy, jego prawo do pierwszych pytań. Elf siedział przy stole, w kapturze, przytakując tam, gdzie wypadało, czasem rzucając krótkie "mhm" albo "rozumiem", nie przerywając wspominkom o dawnych czasach ani żalom piekarza. Obserwował za to uważnie twarz Alberta - te małe rzeczy, których słowa nie zdradzają. Drżenie rąk. Spojrzenie rzucane w stronę drzwi za każdym głośniejszym dźwiękiem z ulicy.
                    Dopiero gdy Albert skończył swoją przygnębioną tyradę o czekającym go losie, a Thiemo chwilę siedział w milczeniu, Duivel się odezwał
                    — Albercie — zaczął spokojnie, rzeczowo, bez zbędnych wstępów — ludzie z twojej ulicy. Sąsiedzi. Wszyscy się pochowali, tak jak ty? Czy ktoś jednak wyszedł, nie wrócił, zniknął, przyłączył się do buntowników? — chciał wiedzieć, czy strach zamknął wszystkich w domach, czy może ktoś już padł ofiarą tego, co działo się w mieście.
                    Zawiesił na chwilę wzrok na piecu, jakby dopiero teraz zauważył wygaszony żar. Odsunął kaptur do tyłu, odsłaniając twarz i uszy - nie było już sensu tego ukrywać przed kimś, kto wpuścił ich do własnej kuchni i podzielił się ostatnim chlebem, po czym wrócił do pytań.
                    — A ci najemnicy. Ci od tej "ruchawki". Wiesz, skąd byli? Ilu ich mogło być? — nachylił się lekko nad stołem — I to ważne - widziałeś wśród nich kogoś w szatach maga? Albo słyszałeś o czymś takim? Czy tylko miecze i topory?
                    Wyczekał w spokoju na odpowiedź, pozwolił wtrącić Thiemo swoje trzy grosze, a następnie przeszedł do kolejnych pytań, jakby układał już w głowie mapę miasta.
                    — Dym, jaki widzieliśmy od strony świątyni, z murów — wiesz, co się może palić w tamtej okolicy? — zmarszczył brwi — no i zwierzoludzie. Widziałeś jakieś rogate bestie w mieście, czy to tylko ludzie przeciwko ludziom?
                    Ostatnie pytania zadał już nieco ciszej, jakby świadom, że dotyka najbardziej niebezpiecznego gruntu.
                    — Została tu jeszcze jakaś straż miejska? Ktokolwiek, kto by się bronił albo organizował opór? — spojrzał Albertowi prosto w oczy — I czy wiesz, gdzie mogliby teraz siedzieć ci, co tym wszystkim dowodzą? Czy to obrońcy miasta, czy co najemnicy, czy ktokolwiek inny.
                    Gdy piekarz skończył odpowiadać, Duivel skinął głową, jakby układał sobie w głowie te informacje na później. Wstał, sięgnął po rękę Alberta i uścisnął ją mocno, po żołniersku.
                    — Dziękuję. Za chleb, za wino, za to, że w ogóle otworzyłeś drzwi. — powiedział to bez cienia ironii i bez żadnych swoich uśmieszków — Nie poddawaj się jeszcze. Za nami idzie cały regiment, nie tylko garstka zwiadowców. — elf zrobił krótką pauzę i wskazał na drzwi — Zamknij się z powrotem na klucz, zarygluj - jak wyjdziemy. I miej nadzieję.
                    Odwrócił się do Thiemo, gotowy zdecydować, co dalej - czy wracać do bramy z tym, czego się dowiedzieli, zanim kuraki wystygną, czy spróbować jeszcze przecisnąć się bliżej Żelaznej, żeby dojść do brata Thiemo.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • DekaresD Niedostępny
                      DekaresD Niedostępny
                      Dekares jako Stefan
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #221

                      Stefan przemierzając te pozbawione ludzi ulice poczuł się na powrót jak w Nuln w czasie służby w świątyni Pani Miłosierdzia. Wiedział że skala miejscowości jest zupełnie inna jednak nie dało się ukryć wielu podobieństw, głównie przypominających mu o niebezpieczeństwie i ścisku związanym z życiem w takim miejscu.
                      mijając kolejny porzucony wóz wskoczył na niego szybko z Olafem w celu sprawdzenia czy nikt się na nim nie ukrywa, kolejny raz nikogo nie znajdując ruszyli dalej. Oczywiście mgliście przypominało mu się też jak jako podrostek odwiedził Wendorf razem z rodziną podczas miejscowego jarmarku. Było to przygnębiające wspomnienie biorąc pod uwagę atmosferę kolorowej zabawy jaką zapamiętał w zderzeniu z obecną ciszą i mrokiem szepczącym do ucha o zagrożeniu.
                      Co tu się stało do cholery? - mruknął do siebie pod nosem, spoglądając na całkowicie zdemolowany sklep z tkaninami. Pamiętał jak dokładnie w tym samym sklepie jego siostry radośnie wybierały dla ich mamy belę niebieskiego materiału na suknie jako prezent na zbliżające się urodziny rodzicielki. Pamiętał atmosferę radosnej konspiry i pośpiechu jako, że nie wiedzieli na jak długo ich ojcu uda się utrzymać żonę zajętą innymi sprawunkami. Kontrast z teraźniejszością był porażajacy ale nie do końca nieznajomy jego doświadczeniom w wspomnianym Nuln miał nieprzyjemny obowiązek brać udział w tłumieniu zamieszek wywołanych podniesieniem jakiegoś podatku, pamiętam hasła rewolucjonistów i to, że na początku wydawały mi się nawet sensowne i sprawiedliwe… Pamiętał także podobnie splądrowane sklepy, przemoc, śmierć na ulicach i wstyd gdy dowiedział się że Ci “bojownicy o sprawiedliwość” na koniec okazali się zwykłymi sługusami chaosu chcącymi podpalić miasto w imieniu siania śmierci i zniszczenia na chwałę swoich mrocznych potęg. Z ponurych rozmyślań wyrwał go Azur trącający go czule nosem w dłoń, psy też wydawały się poddenerwowane całą atmosferą w mieście ale i tak nie przeszkodziło to Azurowi pomóc mu się choć trochę rozchmurzyć. Stefan odpowiedział na tą czułość przez chwilę głaszcząc psa po pysku i ruszając dalej.
                      Po chwili ukazał im się zapowiedziany przez Thiemo zajazd. Przez chwilę Ostlandczyk rozważał czy nie spróbować zwrócić uwagi strażników i wciągnąć ich w zasadzkę w celu wzięcia języka, ale zdecydował że na razie spróbują z nimi po prostu porozmawiać:
                      -No nic Panowie spokojnie i tak jak się umawialiśmy- rzucił do towarzyszy cicho po czym ruszył powolnym zmęczonym krokiem w stronę karczmy. Zasadniczo zdecydował się nie kłamać, co najwyżej być bardzo ogólnym w podawaniu informacji o sobie i swoich losach.
                      Zbliżające się na odległość kilku metrów podniósł dłoń w geście pozdrowienia i zawołał uprzejmie:
                      -Chwała Sigmarowi! Dobrze zobaczyć w tym mieście jakąś żywą duszę! Zajazd otwarty?
                      Obaj strażnicy zauważyli nadchodzącą trójkę zanim ci do nich podeszli. Trochę się wyprostowali i porządniej złapali za swoje halabardy. Poza tym jednak czekali aż Stefan z kolegami się zbliży. Przy okazji przeszli obok tablicy i powieszonego tam mężczyzny. Z bliska było widać, że nie ma butów i został w samych spodniach. Głowa zwisała mu bezwładnie na pierś i chodziły po nim muchy. Zwłaszcza kumulowały się na ranach i zaschniętej już krwi. Na brzuchu miał wycięte koślawą gwiazdę Chaosu. Gdy Stefan zatrzymał się, dojrzał przez otwartą część bramy kawałek podwórza i front głównego budynku. Jakiś wóz, przywiązane wierzchowce, ognisko i kilku ludzi przy nim. Jednak strażnicy gdy się odezwali bardziej przykuli jego uwagę.

                      • Pochwalony. Zajazd zamknięty. Wojsko zarekwirowało. Nie można tam wchodzić. A wy co za jedni? - Mężczyzna był w średnim wieku. Miał na sobie popularną wśród milicji i lekkiej piechoty przeszywalnicę. Za pasem jeszcze topór a o mur zajazdu oparł tarczę. Wewnętrzną stroną na wierzch, aby łatwiej było złapać w razie potrzeby. Mówił jakby jeszcze nie mógł się zdecydować jak potraktować trójkę przybyszy.

                      • Stefan Jeager z towarzyszami do usług! Ze Speck idziemy podróżowaliśmy większą grupą ale nas pomioty zaatakowały na trakcie, mamy kilku ocalałych z innego ataku na zajazd… - tutaj Stefan się na sekundę zamyślił i obracając głowę w kierunku z którego przyszli wyciągnął dłoń w celu wskazania kierunku - no jak to było… zajazd “Leśny Dzban” tak to się nazywało, ale jak zobaczyli dym nad miastem to zdecydowali się nie wchodzić - tu w słowo Stefanowi wciął się Olaf z sarkastycznym tonem, żeby nie powiedzieć pogardliwym:

                      • Ten cały mytnik i jego kufer złota to pewnie wrócił już do tej nory w ziemi z której go wyciągnęliśmy, tak trząsł portkami przed zostawieniem go w lesie, choćby na moment.

                      Stefan w duchu pochwalił Wiesela za dodatkową wstawkę która jemu pozwoliła przez chwile milczeć i przyglądać się reakcją strażników, szczególnie na wspomnienie o złocie.

                      • A Panowie z jakiego regimentu? Pytam się bo brata szukam, zaciągnął się do wojska co ciągnęło na wschód?
                      • My ze Siege Stern. A twój brat do jakiego się zapisał? Teraz przecież masa regimetów wali na wschód. - Mężczyzna odpowiedział prawie od razu. Nie wyglądał na zaniepokojonego. - A wy z jakiego regimentu? - Oddał Stefanowi pytanie.
                      • I jaki mytnik? Jaki kufer złota? “Leśny dzban” spalony? Eh a, żeśmy tam się stołowali wydawałoby się, że wczoraj. Przeklęta wojna. - Drugi ze strażników pokiwał głową w zadumie nad smutnym losem zajazdu pod miastem. Chciał jednak więcej wiedzieć o owym złotym wątku jaki się pojawił. *

                      Po kolei Panowie, co do brata to wiem tylko że zaciągnął się do regimentu piechoty dowodzonego przez niejakiego von Belowa, tak jak my tutaj-wskazał na siebie i Wiselów- lekka Piechota i zwiad. Co do nas to służyliśmy w armii Stirlandu siódmy regiment piechoty pod kapitanem Steinerem. A teraz to gonię jak mówiłem za bratem dołączyć do niego…ale nie wiem czy to jest dalej realne w mniejszej grupie, a co może szukacie nowych rekrutów? - odbił piłeczkę do pierwszego z uśmiechem, postanawiając na razie drugie trochę wypościć co do odpowiedzi na temat złota.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0

                      Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                      Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                      Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                      Zarejestruj się Zaloguj się
                      Odpowiedz
                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                      • Najpierw najstarsze
                      • Najpierw najnowsze
                      • Najwięcej głosów


                      • Zaloguj się

                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                      Powered by NodeBB Contributors
                      • Pierwszy post
                        Ostatni post
                      0
                      • Kategorie
                      • Ostatnie
                      • Tagi
                      • Popularne
                      • Świat
                      • Użytkownicy
                      • Grupy
                      • Strona startowa