Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Niedostępny
    SantorineS Niedostępny
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #14

    Oryginalny autor: Pipboy79

    Oryginalny tytuł: Tura 04 - 2519.06.28; fst; wieczór

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”
    Czas: 2519.06.28; fst; wieczór
    Warunki: ładownia, jasno, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz zmierzch, powiew, pogodnie, nieprzyjemnie

    Grupa Łasicy

    https://cdna.artstation.com/p/assets...jpg?1599729363

    Powrót z Wrakwoiska do miasta obył się bez większych niespodzianek i przygód. Grupa kultystów wracała w dobrych humorach jak z udanego pikniku na plaży. Z nową towarzyszką na pokładzie wozu. Nawet deszcz jaki się rozpadał gdy jechali plażą zatoki już kawałek do murów miasta nie popsuł chyba tych humorów. Przed drogę powożąca wozem Łasica zastanawiała się z resztą towarzyszy gdzie by można zawieźć nową koleżankę. Póki jechali do miasta to wszystkim było po drodze ale jak już dojechali to gdzieś trzeba było pojechać pod konkretny adres. W pewnym sensie, pomogła sama Soria bo poprzez Joahima dała znać, że wolałaby się nie oddalać od morza. Więc liderka wężowej grupy zdecydowała, że najlepiej ją będzie zabrać na starą kogę zacumowaną w porcie. Zajechali więc na “Adele”. Tam jak zwykle przywitał ich Kurt Kuternoga patrząc z góry na tych nadspodziewanie licznych gości których padający deszcz nie odstraszył od wizyty.

    - Poczekajcie, spuszczę drabinę. - powiedział i pokuśtykał chwilę po mokrym pokładzie głośno stukając swoją drewnianą nogą. Po chwili po kolei mogli się wdrapać po tej drabinie na pokład i dalej do trzewi starego statku.

    - To jest ta syrena? Nie wygląda. - zdziwił się cicho kulawiec gdy chwilę obserwował jak Soria rozgląda się po ładowni w jakiej nadal odbywały się zbory ich sekretnej grupy. Faktycznie syrena w swojej ludzkeij formie przypominała młodą i piękną kobietę ale zdaje się, że trudno było ją posądzić o jakieś nadnaturalne pochodzenie. Chociaż z bliska Joachim czuł czasem jak włoski jerzą mu się na karku jak zwykle gdy coś lub ktoś jakoś reagował na niewykrywalny dla zwykłych zmysłów Eter.

    - Dobra, to poczekajcie tu, bądźcie mili dla naszego gościa, a my z Burgund pojedziemy zawiadomić resztę. - oznajmiła Łasica zakładając pożyczony od Kurta płaszcz z kapturem. Burgund podobnie. I obie opuściły zalewany letnim deszczem pokład. Dzień już się kończył. Kurt zaczął smażyć ryby i zaserwował jakiegoś grzańca aby się lepiej czekało. Dwie koleżanki wróciły z Mergą jaka też była w swojej ludzkiej formie więc nie rzucała się w oczy bardziej niż inna młoda, dostojna kobieta. W towarzystwie Normy jaka jak zwykle pełniła funkcję jej zaufanej i ochroniarza.

    Obie, Soria i Merga, zaczęły ze sobą rozmawiać. Obie zdjęły maski i stanęły w swoich prawdziwych formach. Wiedźma Tzeentcha jako wyrocznia o niesamowicie intrygujacych złotych oczach płonących wewnętrznym blaskiem, fioletowej skórze i imponujących rogach. A Soria jako syrena Slaanesha, pół kobieta - pół żmija, o kilku zestawach ramion i wężowych włosach. Nie mogła się w pełni wyprostować bo niski sufit nawet stojącym dorosłym zostawiał niewiele miejsca nad głową.

    https://i.pinimg.com/564x/3a/4a/c8/3...7aa6624239.jpg

    Joachim mógł śledzić rozmowę ale musiał przyznać, że jego nauczycielka zdecydowanie lepiej radzi sobie z językiem niezrodzonych niż on sam. Często raczej domyślał się o czym rozmawiają niż rozumiał i były całe fragmenty rozmowy jakich nie mógł rozszyfrować. Ale mimo to zorientował się, że obie kobiety doszły do względnego porozumienia. Soria nazywała się Córką Soren i szczyciła się tak legendarnym pochodzeniem. Merga zaś przedstawiła się jako służka boża która wypełnia ich misję na tym południowym kontynencie. Bo sama przecież pochodziła z Norsci więc to nie były jej rodzime strony.

    Deszcz w końcu ustał a noc jeszcze się nie zaczęła. W ten zmrok grupka przeniosła się na jeszcze mokre deski pokładu z widokiem na miasto, port i wody zatoki. Merga zyskała okazję aby złapać oddech i uporządkować to wszystko co się dowiedziała odkąd pod koniec dnia podekscytowane Burgund i Łasica wpadły do niej z rewelacyjnymi wieściami.

    - Tak. Dobrze się spisaliście. Soria jest strażnikiem i przewodnikiem. Myślę, że może nas zaprowadzić do ołtarza poświęconego jej patronowi. Ten artefakt może być kluczem do tajemnic Soren. To musi być coś dużego, z alabastru. Jakaś rzeźba czy podobny monument. Myślę, że Soria może nas do niego zaprowadzić, mówi, że wyczuwa go gdzieś na południu, pod wodą. No ale jak to ma być takie duże i pod wodą to i tak trzeba to jakoś wydobyć i przewieźć tutaj a potem ukryć. - rogata wiedźma będąc na pokładzie ukryła swoją tkniętą przez Mroczne Potęgi naturę pod pozorami zwykłej, ludzkiej, powierzchowności. Podobnie jak Soria jaka opierała się o reling i z łagodnym uśmiechem lustrowała wody zatoki. Wyrocznia jednak była bardzo zadowolona z tak szybkiego i dużego sukcesu. W sprawie pierwszej z sióstr udało im się pozyskać cennego sojusznika i zdobyć obiecujący trop z widokami na powiększenie zdobyczy.

    - Możliwe, że z dziedzictwem pozostałych sióstr może być podobnie. Jakiś strażnik czy przewodnik i potężny artefakt. Tylko trzeba je umieć rozpoznać i odnaleźć. - powiedziała w zadumie Merga opierając się tyłkiem o reling od strony nabrzeża gdy lustrowała pochyloną sylwetkę o granatowych warkoczach.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #15

      Oryginalny autor: Seachmall

      Otto spędził drogę powrotną w modlitwie do Wielkiej Czwórki, w szczególności składał podziękowania Slaanesh za to, iż uznała ich godnych poznania syreny.

      Nie mieszał się do rozmów Wyroczni i Syreny, zanotował w pamięci, że musi nauczyć się języka demonów. Kiedy Merga przekazała informacje, które zdołała uzyskać od syreny upadły kapłan zaczął rozważać możliwości. Jego obecność na dalszych łowach artefaktu Soren była obecnie zbyteczna, był pewien, że reszta zboru da sobie radę. Jeżeli pozostałe artefakty mają podobną sytuację ze strażnikiem, to pomysł zostawienia daru Khorna na koniec był rozważny. Wątpił, aby sługa Boga Krwi dał się przekonać czymś innym niż przemocą.
      To pozostawiło Nurgla i Tzeentcha i mieli już poszlakę do tego pierwszego…

      - Wyrocznio, Starszy… - Otto podszedł do dwójki - Za waszym przyzwoleniem, pozostawię poszukiwania Daru Soren reszcie naszej rodziny. Jestem pewny, że Łasica i pozostali podołają temu zadaniu. Jeżeli mogę coś zasugerować, nawet jeżeli artefakt jest pod wodą, to najprawdopodobniej jest w jakiejś pieczarze, a ta może mieć połączenie z głównym lądem. - zakonnik spojrzał na Syrenę - Martwi i cieszy mnie pomysł innych strażników. Możemy zyskać potężnych sojuszników… lub wrogów, jeżeli okażemy się niegodni. - skłonił się przed swoimi przełożonymi - Udam się do Sigismundusa i Strupasa, zobaczyć jak im powiodło się. Jeżeli ich dzieło może poprowadzić nas dalej, to udam się z nimi tej nocy. Przy odrobinie szczęścia pozyskamy chociaż jakieś informacje od darze Oster.

      Otto udał sie do dwóch Nurglitów przywitał ich uściskiem.

      - Bracia, mam nadzieję, że wasza świnka doprowadziła was do jakiegoś zgniłego trufla.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Niedostępny
        SantorineS Niedostępny
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #16

        Oryginalny autor: Lord Melkor

        Joachim przysłuchiwał się słowom Mergi zadowolony z sukcesu misji i swojego udziału w niej. Wyglądało na to, że zdobyli potężnego sojusznika i byli blisko odnalezienia pierwszego artefaktu. Chociaż oznaczało to, że prawdopodobnie będzie musiał utrzymywać prawdę o syrenie w tajemnicy i porzucić pierwotny plan zneutralizowania tej istoty i okrycia się w ten sposób sławą. No, ale przecież nie można było mieć wszystkiego, czyż nie?

        - To wspaniałe wieści Mistrzyni - stwierdził, robiąc krok w jej stronę i lekko skłaniając głowę. Syrenie też się skłonił.

        - Zdobyliśmy potężnego sojusznika i znamy lokalizację pierwszego z artefaktów. Nie będzie łatwo wydobyć go spod wody, ale zajmiemy się tym z Rupertem - spojrzał w stronę ponurego rybaka który wrócił wraz z nimi tutaj z Wrakowiska. Chociaż zejście pod wodę to chyba nie było coś co tutejsi rybacy zwykli czynić.
        - Znasz może jakąś magię pozwalającą oddychać pod wodą? - spytał się Mergi.

        - A może i Otto ma rację z tą jaskinią i potencjalnym dostępem z lądu, spytajmy się Sorii czy wie coś o tym.

        W każdym razie skoro byli już tak blisko, miał zamiar doprowadzić sprawę do końca. W drugiej kolejności planował poszukać w Akademii tropu artefaktu związanego z jego patronem, z racji swojego statusu miał tam przecież dostęp. Artefakty Khorn'a i Nurgla najchętniej pozostawił by innym, miał wrażenie że nie rozumiał do końca tych potęg i ich ścieżek. Co do Księcia Rozkoszy było inaczej, jak stwierdził, spoglądając na kultystki z grupy Łasicy i lekko się speszył przypominając sobie swój udział w orgii. Chociaż z drugiej strony co było złego w poszukiwaniu przyjemności... tak długo jak nie przysłaniało to rzeczy najważniejszych, czyli ścieżek ku wiedzy i mocy.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Niedostępny
          SantorineS Niedostępny
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #17

          Oryginalny autor: Zell

          - Tych, którzy tacy wybredni w wyborze byli. - dołożył jeszcze trzy złote monety, które przy dłoni położył - Ostatnie dni kusili dobrym pieniądzem, bardzo pieczołowicie wybierali. Pewno udało im się w końcu dojść do wyboru, co chętnych było aż nadto?

          - Tu mało kto nie udaje wybrednego panie. I to nieważne, po której stronie stołu zasiada. - dziewczyna odparła uśmiechając się lekko i zgarnęła trzy monety chowając je bez pośpiechu do przypinanej u pasa kieszonki.

          - Ale jak ostatnie dni i taki trudny wybór to chyba kojarzę o kogo chodzi. To szukali ludzi na wycieczkę do Saltburga. Do służby albo eskorty. Czerwony Johan się tym zajmował. - odparła bez większych ceregieli i rozejrzała się po wnętrzu głównej izby karczmy.

          - Ale nie widzę go. Nie widziałam go dzisiaj. - powiedziała wracając spojrzeniem do siedzącego klienta.

          - Za niewielki trud by tych pieniędzy nie oferowali. - odparł dodając jedną monetę - Dobrze sobie radzicie z karczmą, skoro nawet elfich gości przyciągacie. A zaczynałem myśleć, że oni gardzą tym samym powietrzem co my oddychamy.

          - No tak. Rzadko tu zaglądają. - kelnerka spojrzała w stronę elfa siedzącego przy ściennym stole i zgodziła się z opinią gościa w tej elfiej sprawie. - Nie znam go. Pierwszy raz go widzę. - wzruszyła ramionami dając znać, że dla niej gość jest równie nowy jak dla mężczyzny który o niego pyta. - Mam mu przekazać jakąś wiadomość? - zapytała ochoczo widząc okazję do zarobienia kolejnych paru monet.

          - Nie, dziękuję. - odmówił Heinrich - Ale z Czerwonym Johanem bym się rozmówił. Czy wiesz, gdzie można go znaleźć?

          - Najłatwiej to tutaj. Dzisiaj go nie ma ale jest Festag. Zwykle przychodzi gdzieś w południe na obiad. No i załatwia wtedy różne sprawy. Jutro pewnie przyjdzie. - dziewczyna odparła bez zawahania jakby była pewna tego co mówi. Rozejrzała się jeszcze raz po głównej sali ale widocznie dalej nie widziała szefa najemników o jakim rozmawiali.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #18

            Oryginalny autor: Pipboy79

            Oryginalny tytuł: Tura 05 - 2519.06.29; wlt; ranek

            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; apteka Sigismundusa
            Czas: 2519.06.29; wlt; ranek
            Warunki: piwnica zaplecza, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz jasno, łag.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

            Otto

            Wczoraj zanim się wszyscy naradzili, wysłuchali co Merga przekazuje od Sorii no i od siebie to już zrobił się późny wieczór. Zbór się skończył i wszysyc kultyści rozeszli się do swoich domów gdy już było niedaleko północy. Było zbyt późno aby coś jeszcze zdziałać więc najwyżej umówili się na kolejny dzień. I tak dzisiaj całkiem pogodnego choć nieco chłodnego poranka jednooki były kapłan odwiedził swojego kolegę ze zboru. W jego aptece i sklepie z ziołami i różnymi miksturami jaki stanowiły przykrywkę dla jego prawdziwej twarzy a przy okazji źródło dochodów.

            Do środka wszedł zwyczajnie, jak kolejny klient. Nikogo nie zastał za ladą ale nie czekał długo. Dzwonek uderzony otwieranymi drzwiami uprzedził o tym, że ktoś przyszedł. I zaraz potem gdzieś z zaplecza wyszła masywna sylwetka gospodarza.

            - A! To ty. Witaj, witaj. Wejdź, wejdź. - Sigismundus przywitał się z Otto niczym jowialny wujek. Wyglądał jak aptekarz w swojej aptece, długie szaty, szeroki pas, równie szeroki uśmiech, nic zdawało się z pozoru nie wskazywać, że może miec on coś na sumieniu. Ot, kolejny, gruby kupiec na ulicach miasta. We dwóch przeszli na zaplecze a tam nie było niespodzianek. Mijali jakieś drzwi, w większości zamknięte i skierowali się do tych jakie prowadziły do piwnicy oświetlonej lampą na dole. A gdy tam zeszli spotkali Strupasa. Ten też się przywitał z młodszym kolegą skinieniem swojej brzydkiej, głowy z kaprawym okiem.

            - Chodź, bo chyba jeszcze nie widziałeś naszej ślicznej loszki. Poznacie się. - zaśmiał się chrapliwie gospodarz nieco tracąc na wyglądzie i zachowaniu dostojnego, statecznego kupca. Otworzył kolejne drzwi, tym razem w piwnicy i weszli do pomieszczenia jakie wyglądało trochę jak warsztat, a trochę jak magazyn. A przez klatki i obręcze wmurowane w ściany trochę też jak loch. Tam zastali młodą, stojącą kobietę o czarnych włosach.

            https://us.v-cdn.net/6030815/uploads...-mommy-236.png

            - Musiałem ją umyć. I ubrać. Już nie wygląda tak ładnie jak wcześniej. I nie pachnie. Ale rozmawiałem wczoraj ze Starszym i mówił, że lepiej tak zrobić aby nie zwracali na nią uwagi. - Sigismundus pęczniał z dumy jakby prezentował jakąś rasową klacz czy sukę godną do założenia całej hodowli i rasy. No albo lochę właśnie. Niestety miał odmienny punkt widzenia niż standardowe kanony piękna więc czysta i ubrana w czyste rzeczy kobieta wcale nie wydawała mu się piękniejsza niż gdy była pokryta czyrakami, wrzodami i była siedliskiem wszelkich, małych stworzonek jakie tak uwielbiał jego patron. Tak wyraźnie zarażona osoba jednak rzucała by się na ulicy w oczy i byle patrol mógł się przyczepić a przecież musieli minąć obsadzoną strażą bramę przy wychodzeniu z miasta. A potem z nią wrócić. Młoda kobieta patrzyła na nich ale nie odzywała się. Właściwie nie była skrępowana ale na szyi miała obrożę jaka była zaczepiona o jedno z kółek wmurowanych w ścianę piwnicy.

            - Śliczna prawda? Te puszczalskie ladacznice na pewno by ją chciały dla siebie. Ale nie, nie, moja loszka jest przeznaczona do wyższych celów! Nie dla psa kiełbasa! - aptekarz zarechotał złożliwie aż się musiał złapać za brzuch na myśl jakie wrażenie by mogła wywołać jego cenna loszka na koleżankach z kultu. A jeszcze większą, że nie zamierzał im jej oddawać. Strupas zarechotał razem z nim. A i dziewczyna uśmiechnęła się ale skromnie i niepewnie. Dalej się nie odzywała.

            - Tak, tak, nasza loszka na pewno nas zaprowadzi do pięknie, dojrzałych trufli. Prawda? - aptekarz niczym dobry ojciec czy wujek chciał zmotywować niezbyt bystrą pociechę. Pokiwał głową zerkając na nią a ona znów niepewnie się blado uśmiechnęła i odparła podobnym gestem. Wydawała się, że jest bardzo zastraszona i złamano jej wolę. Albo niespełna rozumu. Co się zresztą nie wykluczało.

            - Wczoraj dobrze poszło. Ciągnęła na smyczy aż miło! Musiała wyczuć ciekawy trop. Dobra, loszka, dobra! Zaprowadzi swojego tatusia do daru naszego Ojczulka i jego wysłanniczki! - gospodarz zwrócił się znów do gościa tłumacząc nieco chaotycznie jak to wczoraj im poszło z tym szukaniem.

            - Tak. Ale to coś dalej. Wczoraj szliśmy z pół dnia i doszliśmy nigdzie. Sam przeklęty las dookoła. A ta dalej nas ciągnęła. To musi być gdzieś dalej. Ale przynajmniej wiemy, że może nas poprowadzić. Tylko trzeba pójść dalej. A te lasy są niebezpieczne. - garbus włączył się do rozmowy i uzupełnił o słowa swojego dostojniejszego kolegi. Obaj wyglądali jak klasyczna para mistrza i jego szkaradnego pomocnika. A jednak odkąd Otto ich poznał to obaj zdawali się dość dobrze ze sobą dogadywać. A z samym lasem zwłaszcza Strupas nie miał dobrych wspomnień. W zimie podczas jednej z wypraw prawie dorwały go gobliny na wilkach. A i bez nich można było się natknąć na bandy dezerterów, rabusiów, zwierzoludzi czy inne takie niebezpieczeństwa. Dla dwóch osób i jednej na smyczy to było spore ryzyko zagłębiać się w te lasy. Nie było dziwne, że zdecydowali się wrócić wczoraj na noc do miasta. W końcu i tak chcieli tylko sprawdzić czy Lochy można użyć jako psa przewodnika. I wychodziło na to, że tak. Tylko nie było wiadomo jak daleko są te cenne trufle i gdzie.

            - No i właśnie dlatego trzeba ruszyć jeszcze raz. Ale możliwe, że nawet na parę dni. Nie wiadomo gdzie nas nasza świnka zaprowadzi i co tam będzie. Idziesz z nami? - Sigismundus rozłożył swoje szerokie ramiona i spojrzał zaczerwienionymi oczami na młodszego gościa. Zamierzali zacząć od jaskini odmieńców. Tam mogli zabrać Silnego i Egona jako eskortę. No ale jeszcze się zastanawiali czy kogoś ze zboru nie zabrać na taką wyprawę. Przy okazji nieco chaotycznej rozmowy wspomniał, że interesujące wydawały mu się te podziemne stworzenia żyjące pod miastem. Zwłaszcza to, że za użyczenie kryjówki życzyły sobie niewolników a najchętniej młode, zdrowe kobiety. To go zastanawiało ale jak chłopaki nie potrzebowali już tej kryjówki to i kontakty z tymi dziwnymi istotami osłabły i właściwie się urwały. Powierzchniowcy nie schodzili w trzewia ziemii a tamci chyba nie wychodzili na powierzchnię.

            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; Akademia Morska
            Czas: 2519.06.29; wlt; ranek
            Warunki: recepcja akademii, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz jasno, łag.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

            Joachim

            Kolejny ranek, pierwszego dnia nowego tygodnia, okazał się całkiem pogodny chociaż chłodny. Lepiej było nie wychodzić na zewnątrz w samej koszuli. Joachim udał się tego poranka ku centrum miasta przy rzece Salt gdzie na jej zachodnim brzegu mieścił się kompleks Akademii Morskiej. Właśnie tu szkoliły się kolejne kadry oficerów, nawigatorów i bosmanów. Joachim jako uczony i astrolog co bywał na salonach towarzyskich tego miasta był tu mile widzianym gościem. Dziś też skierował swoje kroki do recepcji. Idąc ulicami miasta miał sporo czasu aby wspomnieć wczorajsze wydarzenia.

            - Myślę, że to jest nasz przewodnik i klucz do tego wodnego tropu. - Merga wskazała na Sorię i widocznie ją uważała za ważny element aby zdobyć cenny ołtarz poświęcony jej patronowi. Syrena mogła bez kłopotu poruszać się w wodzie i pod nią. To wręcz było dla niej naturalne środowisko. Więc wyrocznia chyba uważała, że będzie uczestniczyć w tych poszukiwaniach. Natomiast Soria nic nie wiedziała o dziedzictwie pozostałych sióstr i raczej jej to nie obchodziło. Poświęciła się swojemu patronowi, dla niego i jego chwały została zrodzona a na cześć swojej matki przyjęła podobne jej imię. Czy Soren faktycznie była jej matką czy tylko duchowym patronem tego chyba nawet Merga nie wiedziała. Ale nie było to dla niej istotne, uważała, że Soria jest jedną z elementów układanki jaką szykowały Mroczne Potęgi i dlatego powinni działać razem z nią. I pewnie dlatego i syrena była im tak przyjazna. Nawet wobec niedoszłego łowcy który próbował ją zimą schwytać. Widocznie go rozpoznała.

            https://cdna.artstation.com/p/assets...jpg?1609717018

            - Pochwalony. To co cię do nas sprowadza dzisiaj Joachimie? - Philipp był młodym cyrulikiem i często pełnił dyżur w recepcji Akademii. Więc przez ostatnie pół roku odkąd Joachim tu zachodził zdążyli się nieco poznać. Zapewne aby pójść do biblioteki co było najczęstszym powodem do odwiedzin tej placówki byłoby tylko formalnością. Ale coś więcej i mniej standardowego wymagało jednak większej inwencji i pomysłowości.

            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; karczma “Kwarta”
            Czas: 2519.06.29; wlt; ranek
            Warunki: główna izba karczmy, jasno, chłodno, gwar głosów; na zewnątrz jasno, łag.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

            Heinrich

            “Kwarta” dzisiejszego poranka niezbyt się zmieniła od wczorajszego południa. Co najwyżej zestaw gości był inny. Chociaż dominował ten sam ich typ: najemnicy, marynarze, łowcy nagród oraz ich szefowie, klienci, zleceniodawcy. A także kręcące się między nimi kelnerki jakie roznosiły jadło, napitek i wesoły uśmiech.

            Pora była taka sobie. Ci co mieli zjeść tutaj śniadanie to pewnie już zjedli i wyszli. Na obiad było jeszcze za wcześnie. To i nie było w ten późny poranek tak tłoczno jak wczoraj, w dzień świąntynny.

            Heinrich nie miał żadnych trudności z odnalezieniem Czerwonego Johana. Jak odwrócił głowę w stronę drzwi wejściowych gdy te otworzyły się i do środka wszedł zbrojny. Co w tym lokalu nie było niczym niezwykłym. Ale za nim wszedł starszy i łysiejący mężczyzna z mieczem u boku. Był bez pancerza, ubrany w zdobny, czerwono - brązowy, skórzany kubrak który pewnie miał pewne właściwości ochronne ale raczej był dla wygody i aby nie nosić na co dzień ciężkiego pancerza. Za nim wszedł koleny zbrojny. Szybko jednak okazało się, że to ten starszy jest z tej trójki najważniejszy a ci dwaj to pewnie jego ochrona i eskorta.

            https://upload.wikimedia.org/wikiped...oni1566-69.png

            Mężczyzna przyszedł jak do swojego i bez wahania zajął miejsce przy wolnym stole zdolnym pomieścić cały, rodzinny tuzin. Jeden z ochroniarzy usiadł obok niego, drugi stanął za nim. Szybko podeszła do nich kelnerka i chwilę rozmawiali pewnie przyjmując zamówienie. Wydawało się, że rozmawiają całkiem miło. Po chwili kelnerka wróciła za kontuar i zniknęła na zapleczu pewnie przekazując kuchni co mają przygotować. Henrich musiał się jeszcze dopytać jednej z dziewczyn kim jest ów mężczyzna ale nie było zaskoczenia jak się okazało, że to jest właśnie ów Czerwony Johan jaki ostatnio tak intensywnie szukał najemników spełniających jego wyśrubowane standardy.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Niedostępny
              SantorineS Niedostępny
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #19

              Oryginalny autor: Lord Melkor

              - W takim razie możemy spotkamy się z Sorią za kilka dni i poszukać artefaktu? Trzeba by się było się zorientować jak bardzo musimy zejść pod wodę - Joachim zaproponował Łasicy i pozostałym kiedy kończyli naradę poprzedniego dnia. Z jednej strony nie chciał pozostawiać zakończenia tej sprawy tylko Łasicy i jej ferajnie, z drugiej zaś nie do końca ufał Syrenie więc współpraca z nimi i działanie w większej grupie nadal wydawała się najlepszym rozwiązaniem.


              -Miło cię widzieć Philippie. Pomyślałem sobie, że chociaż nie raz już miałem przyjemność odwiedzić waszą bibliotekę, to nie miałem okazji zwiedzić reszty Akademii, a słyszałem że to jeden z najstarszych i najbardziej interesujących budynków w mieście, zakładam że nie byłoby problemem gdybym go trochę pozwiedzał? - Czarodziej planował rozejrzeć się po Akademii i wysilić swoje magiczne zmysły w poszukiwaniu śladów magicznej aury artefaktu Pana Przemian.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Niedostępny
                SantorineS Niedostępny
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #20

                Oryginalny autor: Seachmall

                Otto wysłuchał opowieści kultystów Nurgla. Cieszyło go, że ich eksperyment przyniósł efekty. Przyjrzał się ich dziełu, rozumiał oczywiście mądrość Starszego, czuł jednak ból, że nie ujrzał prawdziwego piękna tej istoty.

                - Jeżeli trop będzie prowadził na mokradła to zdąży się jeszcze potaplać w błocku i przygarnąć kilku gryzących przyjaciół. - mnich uśmiechnął się i spojrzał na Strupasa oraz Sigismundusa - Kilka dni, jak sądzę, to dobry pomysł. Musimy obgadać z resztą zboru, kto będzie nam towarzyszył. Kilka silniejszych rąk może się przydać. Mam informacje, które mogą nam pomóc.

                Otto oparł się o ścianę i "spojrzał" na loszkę tylko swym pustym okiem

                - Skarb Mrocznego Księcia miał strażnika w postaci syreny. Udało nam się z nią zaprzyjaźnić i sprowadzić do miasta. Starszy i Wyrocznia uważają, że pozostałe artefakty również posiadają takich strażników, co oznacza, że możecie dostać kolejnego członka rodziny. - uśmiechnął się do Nurglitów - Będziecie mogli popisać się swym dziełem przed nimi. Mam nadzieję, że równie łatwo pójdzie z wysłannikiem Dziadka, nie chciałbym, abyśmy zostali uznani za niegodnych. - po raz ostatni spojrzał na kobietę i przygotował się do wyjścia.
                - Wrócę do was za trzy dni. Do tego czasu spróbuję załatwić nam wóz i obstawę ze zboru. - Uścisnął ponownie dłoń Sigisnumdusa i Strupasa - A wy upewnijcie się, że loszka będzie ładna i reprezentatywna w dzień poszukiwań. - uśmiechnął się po raz kolejny i pozostawił dwóch wyznawców Nurgla.


                Hospicjum

                Otto wrócił do swych owieczek, przechadzając się po korytarzach wsłuchując się w krzyki i zawodzenia obłąkanych dusz. Ich cierpienie i szaleństwo to testament mocy jego patronów i wkrótce całe miasto będzie wypełnione tą piękną muzyką, ale jeszcze nie dziś. Dziś ten koncert jest tylko dla niego. Ciekawiło go czy może, któryś z jego podopiecznych dobrał się do węgla lub kredy i namazał coś na ścianach swojego pokoju. Być może któryś wyryła jakieś obrzydliwie piękne słowa pazurami na swym ciele. Zamordował i zjadł innego pacjenta, albo kogoś z obsługi?
                Ignoranci z zewnątrz boją się, lub jest im żal istot zamkniętych w tym budynku. Nie Otto. Otto im zazdrościł.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Niedostępny
                  SantorineS Niedostępny
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #21

                  Oryginalny autor: Pipboy79

                  Oryginalny tytuł: Tura 06 - 2519.06.29; wlt; zmierzch

                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulice
                  Czas: 2519.06.29; wlt; ranek
                  Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, powiew, zachmurzenie, nieprzyjemnie

                  Joachim

                  - Nie byłeś u nas na uczelni? - zdziwił się młody, łysy skryba. Pewnie próbując sobie przypomnieć co mógł odwiedzać stojący przed jego biurkiem astolog. Chwilę mu to zajęło ale on sam najczęściej pełnił dyżur tutaj, na recepcji uczelni i tylko witał się i ewentualnie nawigował gości czy umawiał ich na spotkania. Raczej nie szedł razem z nimi w głąb Akademii.

                  - Hmm… No może faktycznie… - Philippe pokiwał głową. No ale, że nie bardzo mógł pełnić rolę przewodnika jak miał obowiązki na miejscu to zadzwonił dzwonkiem. Po chwili do środka weszła jakaś młoda skryba czy ktoś taki. Philippe przedstawił ją jako Noel i od tej pory ona przejęła rolę przewodniczki dla astronoma.

                  - Pokaż Joachimowi naszą uczelnię. Zwłaszcza wydział nawigacyjny myślę powinien go zainteresować. Jest astronomem i astrologiem. Bo do tej pory odwiedzał u nas głównie bibliotekę. - poinformował recepcjonista swoją koleżankę. Ta skinęła głową i dała znać aby ruszać za nią.

                  Była drobnej budowy, wesołą i zaangażowaną w swoją rolę dziewczyną. Pasowała w sam raz do roli życzliwej przewodniczki. Zaprowadziła do głównego gmachu gdzie odbywały się zajęcia dla studentów. A, że był środek dnia to do większości sal nie można było wejść bo trwały tam zajęcia. Jednak w końcu trafili na przerwę i wtedy Noel weszła do kilku sal chwilowo zwolnionych od dorosłych studentów i wykładowców.

                  Dało się wyczuć klimat morza i to, że jest to uczelnia poświęcona temu żywiołowi. Na parterze była mała świątnynia Mananna. Zaś na wybrzeżu większa. Tam też był plac na jakim ćwiczono musztrę, albo inne zajęcia na świeżym powietrzu. Odbywały się też defilady i apele. Chociaż akurat dzisiaj to tam zbyt wiele się nie działo.

                  Była osobna pracownia poświęcona broni czarnoprochowej i artylerii wszelakiej. Barwne ilustracje poglądowe na budowę takiego działa z opisem poszczególnych części. A w kolejnej szkolono szkutników. Właściwie to był cały dział gdzie stały małe modele okrętów, fragmenty masztów i ożaglowania gdzie można było ćwiczyć wiązanie węzłów czy omawiać budowę poszczególnych elementów statku jakie właśnie szkutnicy albo budowali w stoczni albo naprawiali na pokładzie swojego statku. Albo dział kartograficzny. Który przypominał skrzyżowanie pracowni malarskiej i matematycznej. Na ścianach wisiały różne mapy a także skomplikowane tablice do wyliczeń odległości oraz wyznaczania szerokości geograficznej i jeszcze różne sekstanty, brody logarytmiczne i kompasy do liczenia tego wszystkiego.

                  No i był też dział nawigacyjny. Gdzie faktycznie ktoś kto skończył nauke w Kolegium Niebios mógł się poczuć dość swojsko. Dzięki tym wszystkim lustrom, lunetom, teleskopom, mapom gwiazd i podobnym akcesoriom. Nawigacja po części sąsiadowała z kartografią i astronomią właśnie.

                  W kolejnym budynku był męski akademik. Spora część studentów bowiem pochodziła spoza miasta i musiała gdzieś mieszkać. Noel zaprowadziła Joachima do jednego z pokojów jaki był akurat niezamieszkały. Wyglądało to podobnie jak pokój w karczmie policzony na dwa pojedyncze łóżka. O dość oszczędnym wystroju ale podstawowy standard był spełniony. A w razie czego studenci mogli go sobie już indywidualnie dostosować na swoje potrzeby. Ale bez przesady bo raz w tygodniu była inspekcja. Zaś dziewcząt było znacznie mniej to mieszkały w osobnym budynku który wyglądał jak trochę większy dom albo wolno stojąca tawerna. No ale z oczywistych względów tam młodemu kawalerowi nie zaproponowała wizyty bo godziłoby to w nakazy moralności i dobrego wychowania.

                  Później przeszli do warsztatów położonych nad brzegiem zatoki. Tu szkutnicy i nie tylko ćwiczyli swoje praktyczne umiejętności. Słychać było stukot młotków i dźwięki pracujących pił. Z drugiej strony placu apelowego były magazyny z różnymi narzędziami, zapasami belek, desek, lin, beczek i kto wie z czym jeszcze. A na koniec weszli na pokład niewielkiej jednostki jaka służyła już do ćwiczenia umiejętności żeglarskich na pełnym morzu. I kończący naukę studenci, razem ze swoimi instruktorami potrafili nią popłynąć nawet do Erengardu, Marienburga czy któregoś z północnych, bretońskich portów.

                  Całe to zwiedzanie zabrało całkiem sporo czasu. Przez ten czas siódmy zmysł astromanty raczej pozostał bierny. W większości miejsc nie było przedmiotów, osób ani zjawisk jakie wpływałyby na przepływ Eteru. Tylko w pracowni nawigacji coś drgnęło w okolicach biurka wykładowcy. Ale był to słaby ślad. Albo coś było ale już dawno temu, że zakłócenia eteru wróciły do normy albo było to coś względnie słabego, pewnie jakiś umagiczniony przedmiot związany z wiatrem niebios bo ten wydawał się tam kumulować lekką, niewidzialną dla zwykłych oczu mgiełką.

                  Noel jednak nie oprowadziła go po całym kompleksie. Tylko po tej części która była użytkowa podczas nauki studentów fachu morskiego. Poza nią widać było jakieś budynki wyglądające na gospodarcze, jakieś chyba stajnie, magazyny czy coś podobnego. Zresztą tak to nawet wspomniała przewodniczka. Ale tam nie poszli gdy chyba uznała, że to nic ciekawego do zwiedzania. Stajnia, jak stajnia, w każdym obejściu i tawernie jest jakaś to raczej nic emocjonującego do oglądania. A magazyny to miały tam być jakieś zapasy podobne do tych jakie widać było w małym magazynie przy placu apelowym, albo magazyn prochu i kolejny z artylerią ale tam już trzeba było mieć klucz albo zezwolenie aby tam wejść a ona takiego nie miała. Studenci tam raczej nie mieli zajęć. Z zewnątrz zaś te budynki nie wyglądały ciekawiej niż kolejne stajnie i magazyny w dokach czy gdzieś indziej.

                  W końcu mógł się pożegnać i ze swoją przewodniczką i Philippem i wyjść za bramę na ulice miasta. Tam przechodząc przez Plac Targowy, jaki był największym w mieście widział jak robotnicy ustawiają płot przy jakim mieli na siebie szarżować rycerze z kopiami. I okręgi w jakich mieli toczyć ze sobą piesze pojedynki. Turniej zbliżał się wielkimi krokami i pod koniec tygodnia czyli za parę dni już powinien się zacząć. Właśnie z tego powodu Łasica wolała załatwić sprawę z wyłowieniem ołtarza jej patrona jak najprędzej. Jakby dobrze poszło była szansa wyrobić się przed festynem. No a jak coś by nie poszło można by spróbować ponownie po. Kultystka była zniecierpliwiona i zaciekawiona co to może być. Soria obiecała pomóc i pełnić rolę przewodniczki. Potrzebna była łódź bo podróż na południe najlepiej było odbyć rzeką Salt skoro ów artefakt miał być w jednej z jej zatoczek. Ona sama nie potrzebowała łodzi i mogła popłynąć na same dno no ale dwunogi z kultu już nie miały takiej swobody w tej materii. Włamywaczka była ciekawa czy Joachim i Rupert by dołączyli ze swoją łodzią jak nie to ona i Burgund mogły skombinować własną. Merga też była zdania, że skoro mają tak obiecujący trop do jednego ze śladów po Czterech Siostrach to jak tylko naszykują się na tą wyprawę to nie ma co zwklekać. Jeszcze tylko można było poczekać na Onyx czy udało jej się zdobyć jakiś dokładniejszy namiar od tego jej znajomego poety co wspominał o jakiejś zatoczce na południu.

                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; hospicjum
                  Czas: 2519.06.29; wlt; zmierzch
                  Warunki: szatnia, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz: jasno, powiew, zachmurzenie, nieprzyjemnie

                  Otto

                  Świąntynne dzwony ogłosiły miastu, że zbliża się tradycyjna pora nieszporów. Chociaż w lecie to było jeszcze jasno o tej porze. A w hospicjum dzienna zmiana kończyła swoją pracę, odkładała narzędzie i zmierzała do szatni aby się przebrać i wrócić do domu. Nocna zmiana była dość szkieletowa w porównaniu do dziennej i też już przybywała aby zacząć swoje wieczorne obowiązki. Zaś jednooki pracownik miał okazję do przemyślenia tego wszystkiego co się działo od rana. Dzień zaczął się przecież od wizycie w aptece Sigismundusa.

                  - Za trzy dni? Trochę późno. Trzeba to obgadać ze Starszym. Nie jestem pewien czy on nie chce nas w komplecie na ten turniej co ma być. A nie wiadomo jak daleko są te trufle do jakich nasza Loszka tak ciągnie. - chociaż ogólnie gruby aptekarz był rad co do tego co mówił jego młodszy kolega ze zboru to już jednak w detalach niekoniecznie. Trudno było zaplanować wyprawę o jakiej nie było wiadomo gdzie się skończy i kiedy. Może by był to jeden dzień za miasto i powrót. To by zdążyli przed turniejem. Ale równie dobrze mogło być tydzień w jedną i drugą stronę. No ale jakby mimo to Otto uzyskał zgodę Starszego albo Mergi to okrutny eksperymentator razem ze swoim garbatym kolegą byli gotowi ruszyć za zewem ich patrona. Raczej chodziło mu o to aby nie podpaść mistrzowi jeśli miałby jakieś plany ich względem w związku z tym turniejem. W tygodniu to Starszego nie było tak prosto znaleźć. Jak zabrakło Karlika to może tylko Merga albo Łasica wiedziały jak się z nim skontaktować. Łatwiej już było z którąś z nich. Merga zwykle była w swojej podziemnej kryjówce albo na “Adele”. A Łasica w tawernie “Wesoła mewa” lub nawet jakby jej nie było można było zostawić dla niej wiadomość. Więc z którąś z nich było się łatwiej skontaktować.

                  - Ale wóz to nie. Jak wczoraj nasza Loszka nas prowadziła to rwała przez las na przełaj. Wóz tam nie wjedzie. Jakiegoś jucznego muła czy osła można by skołować. - za to co do wyprawy za miasto aptekarz był pewny, że wóz to kiepski i mało praktyczny pomysł. Może jakby wiedzieli dokąd zmierzają i dało się skorzystać z dróg to jeszcze. Ale jak byli zdani na talenty czarnowłosej to musieli podążać za nią aż ich doprowadzi na miejsce.

                  Potem gdy zaś rozstał się z towarzyszami w spisku mógł zacząć swoje obowiązki jednego z opiekunów w hospicjum. Okazało się, że przez ten Festag co go nie było w pracy sporo się działo.

                  Wczoraj Marisa trafiła do małej celi. Za lubieżne zachowanie. Przyłapano ją jak się grzesznie ze sobą zabawia a podczas kąpieli nawet próbowała zbałamucić żeńską obsługę i koleżanki. Więc zaordynowano jej karę chłosty oraz tydzień zamknięcia w celi o głodowych racjach samego suchego chleba i wody aby jej to wywietrzało z głowy. Trochę tym się wszyscy dziwili bo dziewczyna miała kłopoty z pożyczaniem bez pytania różnych drobnych przedmiotów które potem zwykle znajdywano przy jej łóżku. Ale poza tym nie sprawiała raczej kłopotów swoim opiekunom i raczej trudno było uznać ją za lubieżnicę. Więc nie bardzo było wiadomo co o tym myśleć. Postąpiono więc jak zazwyczaj za takie przewinienia.

                  Jakby tego było mało wczoraj wybuchła też awantura przy kolacji jaka szybko przerodziła się w bójkę. Kilkoro największych prowodyrów zamknięto w osobnych celach i teraz byli sąsiadami Marisy. Wczoraj stało się tak szybko, że obsługa nawet nie zdążyła się zorientować od czego się zaczęło. I musiała wezwać prawie wszystkich co byli na miejscu aby spacyfikować tą krwawą jatkę. Annika wylądowała nawet w lazarecie po tym gdy ktoś z pozostałych wbił jej kilka razy łyżkę w brzuch. Ponoć wyglądało to dość makabrycznie jak ją opiekunowie podnosili z podłogi i odkryli właśnie tą łyżkę wbitą w jej brzuch i inne ślady ran, ugryzień i rozbitego nosa. Po tym jak grzmotnęli ją pustym wiadrem w głowę. Bo tłukła głową jednego z podopiecznych o podłogę. I on też leżał teraz w lazarecie tylko w innej sali. Taka zajadłość tej bójki zaskoczyła kolegów Otto. W sali Torna co też teraz był zamknięty w celi znaleziono wydrapaną na ścianie, wyszczerzoną czaszkę z rogami. Dziś jak go nie było bo siedział w izolatce o chlebie i wodzie to na Otto spadło zadanie zalepienia szpachlą tej makabreski i potem zamazanie tego farbą.

                  Istny dom wariatów. Jeszcze musiał dzisiaj posprzątać po Vigo. Sam Vigo też był w lazarecie. Pogorszyło mu się i miał dość słabe rokowania. Dziś do obowiązków Otto musiał wziać wiadro z wodą i szmatę po czym posprzątać jego bazgroły. Rano bowiem odkryto go skulonego na podłodze jak nagi ciężko dyszał i rzęził. Nie wyglądało to dobrze. Ale jakoś nie przeszkodziło mu to wysmarować własnymi odchodami ściany swojej celi. Mazał dłonią i palcami więc trudno było o finezję i artyzm jakim choćby cechowały się obrazy Pirory czy innych artystów. I raczej odchody nie należały do składników ich barwników. Wydawało się, że są to bezsensowne bazgroły szaleńca. Jednak jak się spojrzało z paru kroków o co w wąskiej celi wcale nie było tak łatwo, to wydawało się, że dwie elipsy można by uznać za oczy. A większy owal za jakąś wydłużoną głowę czy inny łeb. Tylko pionowa krecha nad tymi oczami byłaby wtedy bez sensu. Bo to ani uszy, ani grzywka, ani nie wiadomo co. Tak czy inaczej jak Otto tam przyszedł to zapaszek był już zasiedziały no i miał polecenie posprzątać to wszystko.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Niedostępny
                    SantorineS Niedostępny
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #22

                    Oryginalny autor: Lord Melkor

                    Joachim szczerze podziękował Noelle i Philippowi za możliwość zwiedzenia Akademii. Budynek i jego wyposażenie zrobiły na nim wrażenie, a najbardziej oczywiście dział nawigacyjny. Kolekcja lunet i teleskopów nie dorównywała wprawdzie tej, którą dysponowało Kolegium Niebios w Altdorfie, ale i tak spędził tam sporo czasu, studiując te urządzenia.

                    No ale przecież nie miał zwiedzać tylko dla przyjemności. Niestety, nie natrafił na żaden ślad artefaktu. Słaby ślad w pracowni nawigacyjnej to chyba nie było to czego szukał. Czyżby powinien jeszcze sprawdzić w magazynach i stajniach? Tam musiałby się albo zakraść albo znowu znaleźć jakiś pretekst.

                    Żegnając się z Noelle i z Philippem, zaoferował że za fatygę może ich zaprosić na piwo albo na obiad. Spytał się też o historię Akademii, może w dawnych wydarzeniach natrafi na jakiś ślad?

                    Następnie miał zamiar wspomóc się wróżbą, jeśli tylko niebo pozwoli mu na odpowiednią obserwację gwiazd. Pytanie które chciał zadać, to czy powinien sprawdzić pozostałe budynki Akademii, jak stajnie i magazyny, czy może podążyć innym tropem, jak chociażby ten ślad w sali nawigacji. Stwierdził, że rozmowa z jego przyjacielem Aaronem by nie zaszkodziła, on był też przecież uczonym a w chwilach gdy nie był upojony alkoholem miewał całkiem dobre przemyślenia. No i była jeszcze Merga, z którą mógł się skonsultować podczas lekcji demonologii.


                    W kwestii artefaktu Slaneesha, młody astromanta zgodził się z Łasicą, że sprawę najlepiej załatwić jak najszybciej. On sam planował pokręcić się przy turnieju, gdzie pewnie będzie też Pirora i podtrzymać swoje kontakty pośród wyższych sfer miasta. Prowadzenie podwójnego życia pomimo coraz dłuższej praktyki nie było takie proste, więc wolał do tego czasu rozwiązać przynajmniej jeden z problemów.

                    Zaproponował, że mogą popłynąć łodzią Ruperta, na której powinno się spokojnie zmieścić kilka osób, chyba że chcieli płynąć bardzo dużą grupą. On ze swojej strony planował wziąć Ruperta i Gunthera, zakładał że z Łasicą będą Burgund i Onyx. Próbował się tez dopytać Sorii, jak duży i ciężki może być ten ołtarz i na jak dużo nurkowania powinni się nastawić.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Niedostępny
                      SantorineS Niedostępny
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #23

                      Oryginalny autor: Seachmall

                      Otto musiał walczyć ze sobą, aby nie uśmiechać się jak głupi słuchając zeznań z ostatnich poczynań pacjentów.
                      Podejrzewał, że oni jako pierwsi odczują aktywność artefaktów, ale nie spodziewał się takiego spontanicznego rezonansu.
                      Marisa najwyraźniej reagowała na zawołania Mrocznego Księcia.
                      Annika jak i kilku innych słyszą bębny Boga Krwi.
                      Vigo ewidentnie czuje czułe objęcia Dziadka.
                      Zastanawiało go czy ten wzorzec oznacza, że Torn widzi prawdy Pana Losu.
                      Będzie musiał obserwować swoją trzódkę, a na razie będzie musiał upewnić się, że są bezpieczni.
                      Zaczął od pokoju Torna, upewnił się, aby zapamiętać każdy szczegół ryciny pacjenta po czym wykonał polecenie zaszpachlowując i zamalowując dzieło szaleńca.
                      Następnie odwiedził Marise i prowodyrów bójki.

                      - Witajcie dzieci. - zawołał wsuwając im ich jedzenie przez szpary w drzwiach - Nie martwcie się, niedługo będziecie mogli znowu wyjść i porozmawiać z innymi. A na razie bądźcie sami w swoich pięknych światach, z waszymi pięknymi myślami…

                      Został pokój Vigo. Dwa koła w owalu i pionowa kreska. Będzie musiał przedstawić rysunek Sigismundusowi i Strupasowi, albo Starszemu, być może będą posiadali wiedzę, której Otto braknie.
                      Kiedy zakończył to ostatnie zadanie zrobił jeszcze jeden obchód, po czym wrócił do swoich pozostałych obowiązków. Nie było sensu niepotrzebnie podpadać przełożonym.


                      Następnego dnia ruszył na poszukiwania Wyroczni. O ile szanował Łasicę i jej pozycję w kulcie, mógł ją jedynie wykorzystać do przesłania wiadomości. Merga oprócz własnego statusu w kulcie mogła poradzić mnichowi co do jego planów. Chciał odczekać trzy dni, aby znowu nie zniknąć na bogowie wiedzą jak długo. Zapomniał jednak o turnieju i teraz nastąpiło spięcie w większym planie.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Niedostępny
                        SantorineS Niedostępny
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #24

                        Oryginalny autor: Pipboy79

                        Oryginalny tytuł: Tura 07 - 2519.06.30; abt; zmierzch

                        Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; rzeka Salz; łódź
                        Czas: 2519.06.30; abt; zmierzch
                        Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, chłodno

                        Joachim

                        https://thumbs.dreamstime.com/b/calm...-220393459.jpg

                        Początkowo dzisiaj pogoda niezbyt zdawała się sprzyjać wszelkim planom aktywności na zewnątrz. Także wycieczkom łodzią. Bo padało. Ale na szczęście przestało jak nadal było dość ranna pora. Potem się stopniowo rozpogodziło. Jednak powietrze pozostało dość chłodne. Grupka kultystów jaka zapakowała się w porcie na rybacką łódź miała okazję się o tym przekonać w ciągu całego dnia. Grzbietu morskie ani rzeczne fale im nie zmoczyło, deszcz też nie. Ale i trudno było powiedzieć by żar słoneczny smalił im karki. Więc właściwie było całkiem przyjemnie. Łasica przynajmniej tak uznała ale pewnie większość oceniała pogodę podobnie.

                        Załoga łodzi była zdominowana przez kobiety. Skład był podobny jak podczas wcześniejszej wyprawy na plażę przy wrakowisku. Łasica, Burgund i Lilly. Ale doszły jeszcze Onyx i Soria. Do tego Rupert jaki był właścicielem łodzi jaką płynęli no i Joachim jaki już był i wcześniej zaangażowany we wcześniejszą wycieczkę na plażę. Razem obsadzali wszystkie wolne miejsca na ławeczkach łodzi rybackiej.

                        Onyx znalazła tego swojego znajomego poetę i miała jego opis. Biorąc pod uwagę po co mogli płynąć to nie zdecydowała się go zabrać. Bo w końcu mógł być tylko zbędnym świadkiem którego pewnie trzeba by się pozbyć. A ani ona ani koleżanki niezbyt miały na to ochotę. Dzięki temu, że byli tylko członkowie ich zboru można było rozmawiać i zachowywać się swobodnie. A i łódź zapewniała sporą strefę komfortu bo trudno by było komuś zbliżyć się niepostrzeżenie w zasięg swobodnej rozmowy. Przez to, że nie mieli osobistego świadka gdzie była owa “zatoka poetyckiej miłości” jak to opisywał ów znajomy Onyx, dysponowali tylko jego opisem i tłumaczeniami jakie ona zapamiętała.

                        A wedle jego opisu to ocenił, że owo romantyczne miejsce jest “pół dnia łodzią albo trochę więcej”. Trudno było ocenić jak bardzo dokładny jest ten opis. Już pewniejsze wydawało się, że patrząc pod rzeczny prąd to ta zatoka powinna być po prawej stronie. Dlatego, przez pierwszą połowę dnia raczej mogli płynąć spokojnie w górę rzeki.

                        Prąd był różny więc sprawiał różne trudności przy wiosłowaniu i sterowaniu łodzią. Jak był spokój to się płynęło wręcz leniwie jak po spokojnej tafli jeziora. Ale były też zagracone kamieniami płycizne i inne takie malownicze miejsca przez jakie wymagało wysiłku i uwagi aby przez nie przebrnąć. Wtedy zwykle ktoś też musiał łapać za wiosła aby pomóc Rupertowi. Zresztą jak zapowiadał się cały dzień wiosłowania to było to na tyle męczące, że dziewczyny postanowiły pomóc i co jakiś czas ktoś się zmieniał przy wiosłach. Ale i tak można było cieszyć się widokami rzeki, obu jej zalesionych brzegów i poczuć się jak mieszczuchy co sobie robią wycieczkę w dzicz ze sporym marginesem bezpieczeństwa. W końcu jak opuścili miasto to zaraz wpłynęli w te same lasy gdzie zimą Strupas nadział się na wilcze gobliny, gdzie Lilly opowiadała o tych polujących zwierzoludziach a jak miejska plotka głosiła gdzieś tu ukrywali się wszelcy zbiedzy i bandyci z miasta. Ale póki płynęli łodzią to można było wierzyć, że są poza zasięgiem tego wszystkiego. I cieszyć się sobą i rozmową.

                        - To jak ci się podoba w naszym pięknym mieście Soria? - zagaiła Burgudn patrząc na ludzką formę wężowej syreny. Nawet z bliska wyglądała jak zwykła kobieta. Chociaż było w niej coś takiego, że trudno było obok niej przejść obojętnie. A Joachim czuł jak stają mu włosy na karku gdy był blisko niej. W jakiś sposób musiała być to istota związana z Eterem. Może to to powodowało to napięcie. Ale jak używał swoich zwykłych zmysłów to widział tylko całkiem ładną i zgrabną kobietę siedzącą na dziobie łodzi. Smukła, o czarnych włosach z granatowym połyskiem i fascynującym spojrzeniu. Więc nawet jak ją się oglądało wiele razy w ciągu tego dnia i znało się jej nadnaturalne pochodzenie to właściwie nie szło się do czegoś konkretnego przyczepić w jej wyglądzie czy zachowaniu. Ot, nietuzinkowej urody młoda kobieta.

                        - Może być. Trochę śmierdzi na ulicach. Nie lubię. Ale u Pirory jest czysto i ładnie. I ma dużo ładnych obrazów. Podoba mi się jej loszek. I tą zabawę w Księżniczkę. Poznałam Fabienne. Taka z czarnymi włosami. Też była bardzo miła, bardzo mi przypadła do gustu. Nasz patron jest w niej bardzo silny. - Soria pokiwała swoją czarną głową i opisała swoje pierwsze wrażenia w mieście. Po powrocie uznano, że najlepiej by ją było umieścić u Pirory. Chociaż widać było, że Łasica i Burgund najchętniej gościłyby ją u siebie. No ale Merga zdecydowała inaczej. Zresztą strata to wielka nie była bo przez ostatnie miesiące gdy panna van Dyke wprowadziła się już do swojej nowej kamienicy na Bursztynowej 17 to tak jej i reszcie udało się zorganizować to wszystko, że pod tym czy innym pretekstem, drogą czy roli to większość członków zboru mogła zapukać do tych czy innych drzwi. A pod względem standardu to pewnie trudno byłoby reszcie dorównać kamienicy młodej szlachcianki. I u niej nowy gość czy służąca aż tak nie rzucały się w oczy. Poza tym też służyła temu samemu patronowi co Soria i dziewczyny. No i tak toczyły się rozmowy na różne tematy. Albo wewnętrzne przemyślenia.

                        Joachim miał takie na temat wczorajszej wróżby. Niebiosa mu sprzyjały i wieczorem jak wrócił do siebie miał na tyle dobre niebo i gwiazdy aby postawić sobie wróżbę w sprawie poszukiwań w Akademii. Wczoraj wieczorem gwiazdy ułożyły się w nietypowo wyrazistej formacji. Formacja świetlnych punktów ułożone w sowę. Co nazywano Mędrcem Mammitem. Ten znak patronował mądrości, wykształceniu i wiedzy. Tak jakby wskazywał, że właśnie takim intencjom sprzyja w tych magazynach i reszcie jakiej dotyczyło pytanie. Ale też ciemny obszar bez żadnych gwiazd zajmował spory kawałek nieba. Tą pustkę nazywano Vobistem Ulotnym. Był symbolem ciemności i niepewnośc, tajemnic i zagrożenia skrytych w cieniu, jeszcze niewidocznych ale już się czających jak właśnie w przysłowiowej ciemności. Znak szaleńców i odmieńców, gdy świecił swoją ciemnością zwykle prawi obywatele odbierali to jako ostrzeżenie przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Także samotna, jasna gwiazda zdawała się rozświetlać swoją okolicę nieboskłonu. To była Gwiazda Uroku. Dość złowróżbny znak dla wielu przesądnych, patronował magii i związanej z nią tajemnic. Wierzono, że dzieci urodzone pod tym znakiem zdradzają tendencję do zostawania nekromantami, czarownikami i guślarzami. Ale też magami, wieszczami i cudotwócami.

                        - No jak tak dalej pójdzie to chyba będziemy musieli nocować gdzieś tutaj. - Łasica podniosła głowę do góry. Jeszcze był pełny dzień i jasno, trochę chłodno ale dzień. Jednak jego druga połowa. Było wątpliwe aby nawet jakby teraz zawrócili do miasta to by zdążyli przed zamknięciem bram. Więc ten nocleg w dziczy wydawał się coraz bardziej prawdopodobny.

                        - O, tam jest rozdwojone piorunem drzewo. Tak jak mówił. - Onyx wskazała na kierunek lewego brzegu przed nimi. Poszczególne głowy też. Z tego co mówiła ciemnowłosa hedonistka to właśnie jakieś trzaśnięte piorunem drzewo miało być znakiem rozpoznawczym owej zatoki.

                        - Tam dalej coś jest. Jakaś większa woda. Może to ta zatoka co mówił? - Burgund wskazała na jaśniejszy pas po lewej. Nie było widać lasu jaki potrafił podchodzić pod sam brzeg rzeki więc mogło to być jakieś rozlewisko czy zatoka właśnie. Wpłynęli tam i okazało się, że to kolejna odnoga rzeczy. Ale ślepa. Pewnie jakieś starorzecze Salz. A;e całkiem malownicze. Faktycznie aż kusiło uwiecznić go słowem czy pędzlem artysty.

                        - To tu. Czuję to. - rzuciła Soria gdy podobnie jak pozostali lustrowała te urokliwe wody i wybrzeża. Bo chociaż widok chwytał za serce co wrażliwszych to jednak do przeszukania to to był całkiem spory teren. Zwłaszcza dno tej wydłużonej zatoki wydawało się trudno dostępne. Dna z łodzi nie było widać. Jednak syrena zdradzała podekscytowanie jakby była w miejscu umówionej schadzki z kochankiem. Zanim ktoś zdążył coś ją jeszcze zapytać śmignęła za burtę do wody i tyle jej było widać.

                        - Mam nadzieję, że to znajdzie. Nie chciałabym tam nurkować przez pół dnia. - mruknęła cicho Burgund gdy już dłuższą chwilę nic się nie działo a kręgi na wodzie po skoku Sorii już dawno się rozproszyły.

                        - Merga mówiła, że ona jest naszym kluczem i przewodnikiem. To chyba powinna to znaleźć. - przypomniała jej kamratka co rogata wyrocznia mówiła wczoraj na temat wężowej syreny. Soria równie nagle jak wskoczyła tak i wypłynęła. Wesoło pomachała do załogi łodzi i z widoczną wprawą podpłynęła do nich. Tak szybko, że chyba najsprawniejszy pływak nie mógłby się z nią równać. Złapała się dłonią za krawędź burty ale nie zamierzała tam wskakiwać. Dla niej wodny żywioł był domem i to na powierzchni czuła się gościem.

                        - Jest! O tam. Jest taki piękny i wspaniały! Jest na wraku jakiegoś statku ale przegnił to i mułu tam pełno. Duży i ciężki sama nie dałam rady go ruszyć. Trzeba go jednak jakoś wyciągnąć. - Soria zdradzała podekscytowanie i wskazała mokrą dłonią na zdawałoby się losowy kierunek na tej zatoce jaki niczym się nie różnił od poprzednich. Tak na gorąco streściła co tam znalazła tak na dnie zatoki.

                        - A więc naprawdę tam jest? Cudownie! - Łasica nie kryła radości tak samo jak i jej koleżanki. Po wybuchu entuzjazmu, że nie przypłynęli tu na darmo zaczęły się jednak zastanawiać jak by wydobyć ten alabastrowy skarb na powierzchnię. Skoro Soria w pojedynkę nie dała rady to może coś z linami? Jakoś to obwiązać czy co? No i jeszcze trzeba było jakoś rozbić się na noc bo teraz to już w ogóle nie było nawet co myśleć o powrocie do miasta przed zmierzchem.

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; kryjówka Mergi
                        Czas: 2519.06.30; abt; zmierzch
                        Warunki: podziemia, wilgotno, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, chłodno

                        Otto

                        Co prawda z Łasicą Otto się nie spotkał ani wczoraj wieczorem ani dzisiaj. Do odnalezienia Mergi nie było to jednak potrzebne. W zborze wiedziano, że zwykle przebywa w podziemnej kryjówce jaką jeszcze w zimie znalazła właśnie niebieskowłosa włamywaczka. Była pod jakaś zrujnowaną wieżą. Trzeba było tam wejść, niby na skróty albo za potrzebą. Tylko zamiast przejść na drugą stronę podnieść pewien kawałek gruzu pod jakim była ciemność i piwniczny, wilgotny zapach. Nic ciekawego. Trzeba było jednak tam zejść czy wskoczyć a potem jak się miało wprawę namacać ukrytą klapę. I zejsć po drabinie do pewnie dawnej piwnicy tej wieży co została na powierzchni. Dopiero tam można było wymacać ogarek i zapalić po czym pójść dalej do właściwej kryjówki. Ta też była połączona z kanałami ale to już głębiej i dalej. Ale nawet nie każdy z kultystow znał drogę jak z powierzchni zejść do tych kanałów i znaleźć drogę od dołu do tej kryjówki. Zresztą może poza Strupasem to chyba mało kto by wybierał dobrowolnie ten bardziej skomplikowany, brudniejszy i bardziej cuchnący wariant. A tam dalej w tych kanałach była dziura i zejście do świata podziemnych stworzeń jakie przypadkowo zimą odkryli Egon i reszta gdy szli szlakiem krwawej bestii grasującej nocami po zaułkach miasta. Okazało się to o tyle cenne, Merdze udało się wynegocjować w zamian za handel wymienny na żywych niewolników a zwłaszcza niewolnice, schwytanych na powierzchni zbiegowie tak gorączkowo poszukiwani na powierzchni mogli przeczekać w gościnie tych stworzeń. Chociaż raczej obie strony nie ingerowały sobie nawzajem poza przypadkami cotygodiowego opłacania czynszu w schwytanych nieszczęśnikach raczej się nie widywali. A gdy zima się skończyła i Egon, Silny i reszta mogli czmychnąć za miasto to bez większego żalu zostawili za sobą duszne i wilgotne kryjówki wykopane przez podziemne stworzenia wybierając pobyt w osadzie odmieńców Kopfa i Opal w jaskini w głębi lasu.

                        Więc Otto i bez Łasicy czy pozostałych wiedział, gdzie powinien móc zastać rogatą wiedźmę. W końcu właśnie w tej podziemnej kryjówce odbywało sie całkiem sporo zborów. Tylko nie mógł tam iść z samego rana bo musiał zacząć służbę w hospicjum. Dopiero po mógł tam się udać. Dzisiaj w przytułku dla obłakanych i ciężko chorych było względnie spokojnie. Od wczoraj sytuacja za bardzo się nie zmieniła. Annika jeszcze nie wykitowała od ran. Ale jej stan był ciężki. Leżała jak kłoda, majaczyła coś w gorączce i głównie niespokojnie spała. Przynajmniej dla opiekunów to była ulga jak nie próbowała nikomu rozstrzaskać głowy o posadzkę. Jej oponentowi się chyba pogorszyło. Chyba no zapadł w trupi letarg co nie rokowało zbyt dobrze. Wezwano kapłankę Shallyi. Przyszły we dwie, starsza w matczynym wieku i jakaś młoda nowicjuszka. Z wielką uwagą słuchały opisu wydarzeń a ta starsza wydawała się zaniepokojona. Chciała zobaczyć te bohomazy Vigo i tą czaskę Torna no ale jak wczoraj Otto to posprzątał to niezbyt miała co oglądać. Tylko opisy jego kolegów.

                        - A możesz młodzieńcze mi to narysować jak to wyglądało? - poprosiła matka Bethany gdy dowiedziała się kto to wczoraj sprzątał. Poza tym obejrzała chorych i rannych w lazarecie. Odprawiła modły, posmarowała rany jakąś maścią i olejkami, podała coś ziołowego do picia i na odchodne obiecała się modlić oraz prosiła aby powiadomić ją gdyby sytuacja się powtórzyła. W końcu Białe Gołebice prowadziły podobny ośrodek i działalność tylko bardziej koncentrowały się na sierotach, pomocy bezdomnym, w Domu Weterana dla byłych cieśli, stoczniowców, marynarzy i żołnierzy okrętowych jakich w mieście było sporo. No i tradycyjnie cieszyły się w społeczeństwie nieposzlakowaną opinią swojej patronki miłosierdzia i leczenia.

                        - To bardzo niepokojące. Taki atak zbiorowego szaleństwa. I to o tak różnych objawach. Nie można tego lekceważyć. Miejsce na to baczenie. - matka Bethany pouczyła obsługę bratniego przybytku i chyba potraktowała sprawę poważnie. Jej młodsza pomocnica także chociaż ona raczej nie wychodziła poza swoją rolę i nie odzywała się sama z siebie. Chociaż speszyła się i zarumieniła gdy odwiedzały celę Marisy i ta powiedziała jej pod wpływem chwili, że ma piękne oczy.

                        Sama Marisa wydawała się dzisiaj skruszona i poruszona swoim własnym wybrykiem. Nie sprawiała swoim opiekunom kłopotów, dużo klęczała i modliła się o wybaczenie. Z pokorą znosiła karę głodu i zamknięcia chyba uważając, że ponosi ją słusznie. Nawet ta uwaga do nowicjuszki Shallyi też jakby jej się wyrwała bez zastanowienia i gdy padła to wydawała się być jeszcze bardziej zmieszana od niej.

                        Co innego Thorn i reszta rozrabiaków. W Festag dokazywali tak samo jak Annika chociaż mieli więcej od niej szczęścia i skończyło się na tradycyjnych obrażeniach podczas bójek. Rozwalone wargi, nosy, siniaki, zdarcie knykcie, obolałe ciało. Teraz na drugi dzień po bójce wszystko im to spuchło, zsiniało ale raczej za dzień czy dwa powinno im to zejść. Nikt im nie wsadził łyżki w brzuch jak Annice to nie mieli poważniejszych obrażeń. Pomysł aby zamknąć ich w izolatkach wydawał się właściwy. Dzisiaj albo odsypiali obolałe w bójce ciała albo chodzili rozeźleni jak wilki zamknięte w ciasnej klatce. Zwłaszcza Thorn. Wczoraj przy jego łóżku znalazł tą wydrapaną, rogatą czaszkę. Taka wydłużona, jak byka, kozła czy innego takiego rogatego stworzenia. A może tylko tak ustylizowana. Torn ponoć pochodził z Ostlandu, tak mówił przynajmniej. A oni tam mieli właśnie głowę byka w wielu herbach jak i jako główny herb całej prowincji. No ale raczej głowę byka a nie czaszkę. I do końca nie był pewny czy to bycza czaszka czy jakakolwiek inna. W każdym razie wyglądała drapieżnie i groźnie.

                        - Ty stara to zjeżdżaj. Ale panienka młodsza to może zostać. Mam pewne wrażliwe miejsce jakie wymaga starannej i czułej opieki a ty to masz już zjechane łapy do takich rzeczy. - roześmiał się chrapliwie i znów wprawił młodą nowicjuszkę w zakłopotanie. Ale matka Bethany nie pierwszy raz musiała słyszeć takie zaczepki do siebie i swoich podopiecznych bo jej nie było zgasić tak łatwo.

                        - Już ja cię opatrzę. I napoję. - odparła niewzruszonym tonem. Nie musiała się obawiać bo pacjent jako jeden z tych najbardziej agresywnych był w łańcuchach a te były umocowane do kółka w ścianie. Podobnie jak Loszka w piwnicy Sigismundusa. Chociaż ona nie miała łańcuchów na nadgarstkach no i nie sprawiała takiego agresywnego wrażenia jak Thorn. Matka Shallyi jak wyszła z jego celi zaordynowała co mu podać i nieżałować. Miało to być coś na uspokojenie i ostudzenie krwi.

                        A jak już w porę nieszporów zostawił za sobą mury hospicjum to mógł się udać przez pół miasta do południowej dzielnicy gdzie stała zrujnowana wieża a pod nią była kryjówka rogatej wyroczni. Idąc przez miasto przechodził przez Plac Targowy. Widział jak pierwsi straganiarze szykowali się na jutrzejszy dzień handlowy gdzie dopiero będzie wielki tłok podczas cotygodniowego jarmarku. Dzisiaj plac był jeszcze w miarę pusty. Widział jednak jak przy dźwiękach młotków, rżnięciu pił i uderzeniom siekier stawiano te zagrody w jakich mieli się potykać dumni rycerze i szlachetni wojownicy nie tylko z miasta ale i bliższych i dalszych okolic. Ale minął ten plac i w końcu dotarł do zrujnowanej wieży i tajemnic jakie skrywały się pod nią.

                        - Witaj Otto. Tak czułam, że będę miała dzisiaj przybysza z interesującymi wieściami. - rogata wyrocznia wyszła gdzieś z trzewi kryjówki do głównej sali gdzie czekał gość. I gdzie odbywały się zbory jeśli już organizowano je w tym miejscu. To była największa sala w tych podziemiach więc wydawała się do tego w sam raz. A przy jednej ze ścian było palenisko i piec i całe to kuchenne zaplecze. Zwykle dziewczyny, zwłaszcza Lilly tam urzędowały pełniąc rolę kucharek i kelnerek podczas takich rodzinnych spotkań. Kopytna dziewczyna chyba nawet całkiem lubiła to zajęcie. Ale dzisiaj jej nie było. Najpierw spotkał Normę co była uważana za osobistą gwardzistkę wyroczni i zwykle przebywała razem z nią. Ona poszła w głąb podziemi gdzie widocznie zawiadomiła Mergę o gościu.

                        - I to nabazgrał jeden z pacjentów hospicjum? Interesujące. - fioletowa wiedźma usiadła przy jednym z miejsc przy stołach jakie zwykle stanowiły serce zboru podczas spotkań. Ale jak było ich teraz ledwo trójka to wyglądały na zbyt puste i duże.

                        - Szaleńcy bywają podatni na podszepty, wizje i sny. A bogowie szepczą do nas w snach i wizjach na mgnienie oka. Niewielu z nas potrafi się z nimi komunikować bezpośrednio. I najczęściej jesteśmy skazani na głowienie się nad takimi mglistymi wskazówkami od nich. Ale nie można zapomnieć, że bogowie południowców szepczą tak samo do swoich sług. - powiedziała tonem komentarza gdy trzymała w swoich fioletowych dłoniach kartkę z rysunkiem na jakim Otto starał się odwzorować to co odchodami Vigo namazał na ścianie swojej celi.

                        - Szkoda, że to twój rysunek. Daj któremuś z nich narysować co widzi. Zwłaszcza jak będą majaczyć, jak będą w amoku, ekstazie, skrajnym strachu. Wtedy będą podatni na szepty spoza naszego świata. Wtedy ich dłonie będą rysować ale niekoniecznie to oni sami będą kierować piórem. Wiele natchnionych dzieł powstaje w ten sposób. Potem ignoranci mówią, że stworzyli je szaleńcy ale oni po prostu nie umieją na to spojrzeć z odpowiedniej perspektywy i kontekście. Jak się by udało to przynieś mi taki rysunek. Może coś mi się uda z tego zrozumieć. No i spróbuj z nimi porozmawiać. Co widzieli, co pamiętają, co czują. Może coś z tego uda się wyciągnąć. A może nie. Sama bym chętnie z nimi porozmawiała jakbym miała okazję. - pokiwała swoimi potężnymi rogami które takie wrażenie wywierały na Lilly jakby w jej oczach była to najpiękniejsza korona. Zresztą plotki mówiły, że zimą te podziemne stworzenia też chyba uznały jej rogi za coś wyjątkowego i może dlatego w ogóle negocjowały z nią zamiast zwiać czy zaatakować.

                        - A ten rysunek… No trochę takie bazgroły… Chociaż jeśli to by miało być coś, jakieś stworzenie czy potwór… To to by mogły być oczy a to głowa… Trochę trudno powiedzieć, jak rozgryzanie rysunków małego dziecka. Albo szaleńca. Ta krecha mnie zastanawia. Ani to grzywka, ani uszy… Nie wiadomo co. Chyba, że róg. Jeden róg na środku głowy albo na czole. A może nie. Trudno powiedzieć. Stworzenia spod patronatu Ojczulka często miewają jeden róg umieszczony w ten sposób. Ale też często jest to przypadkowe błogosłowieństwo. Może chodzi o stworzenie z pojedynczym rogiem. Tak naprawdę to to może być nawet przypadkowy bazgroł. Potrzebowałabym czegoś więcej aby powiedzieć coś wiecej. Na razie to to jest tylko jakaś poszlaka którą można obrócić pod dowolnym kątem. - zastanawiała się i mówiła na głos co myśli o przyniesionym rysunku. Ale był na tyle wieloznaczny, że nawet ona tylko zgadywała i domyślała się co to może być. W końcu powiedziała swoje przypuszczenia ale brzmiało, że potrzebowała by dodatkowych pomocy do dokładniejszej interpetacji takich bazgrołów.

                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; mieszkanie Heinricha
                        Czas: 2519.06.30; abt; zmierzch
                        Warunki: salon, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, chłodno

                        Heinrich

                        - Proszę i smacznego. - Ilse zostawiła mu obiad na stole, życzyła smacznego i wróciła do kuchni. Dzisiaj jadł nieco później niż zwykle. Nie spał za dobrze w nocy. Coś mu się śniło, coś nerwowego ale jak się obudził to nie pamiętał co to było. Teraz nie był nawet pewien czy nie obudził się z krzykiem. Tak czy inaczej był dość zmęczony po tej nocy i to zmęczenie odbiło się destruktywnie na reszcie nowego dnia. Dopiero teraz, w porę nieszporów, jak Ilse przyszła posprzątać mieszkanie no i zrobiła obiad to czuł, że odżywa i znów jest na chodzie. A może dlatego, że przy sprzątaniu pootwierała okna i wpadło świeże, dość chłodne powietrze. Za to całkiem rzeźkie. A na zewnątrz był całkiem słoneczny, letni dzień. A może to przez jego sztywną nogę? Nie był pewien czy dziś rano jak ją uważnie oglądał jeszcze w łóżku czy metal nie pochłoną kolejnego kawałka żywego ciała. A może tylko mu się zdawało.

                        Tak czy inaczej przy obiedzie został sam więc miał czas sam dla siebie, swoich wspomnień, przemyśleń i planów. Jak choćby od wczorajszej rozmowy z już nie takim młodym kondotierem.

                        - Ha! Nasz cesarz incognito? A to by było coś! - uwaga Heinricha rozbawiła serdecznie oficera najemników. Jego towarzyszy też. Ale może roześmiali się tylko dlatego, że on to zrobił. Akurat tego stary łowca czarownic nie był pewny.

                        - Nie, nie chodzi o naszego kochanego cesarza. Ale blisko. Też o ważne osoby. - wciąż rozbawiony Johan pokręcił głową, że nie chodzi o najwążniejszą osobę w Imperium. Ale wciąż całkiem ważną. Dokładniej o trupę aktorów z Salzburga. To była pierwsza tak liczna i szacowna grupa gości jaka miała uświetnić to miasto. Ze stolicy prowincji to Neus Emskrank było właśnie nieco większą wioską rybacką na peryferiach. Więc przyjazd tak znamienitych gości to było coś. A przyjeżdżali na otwarcie tego nowego teatru co w zimę go zaczęto budować i niedawno go otwarto. A zbliżający się turniej to była świetna okazja aby go uświetnic występami profesjonalnych artystów ze stolicy.

                        - No i właśnie dlatego możni, piękni, sławni i bogaci z tego miasta zatrudnili mnie. Mam zapewnić im bezpieczny przyjazd i eskortę już tutaj na miejscu. Dlatego nie zamierzam zatrudniać byle łachmytów od przerzucania gnoju, patroszenia ryb czy wykidajłów z portowych mordowni. To musi być ktoś kto ma głowę na karku, jakąś prezencję no i zna się na swoim fachu. Zwłaszcza w bezpośrednim otoczeniu artystów. Zapłata też będzie odopowiednia oczywiście. - wjaśnił skąd i dlaczego miał takie wyśrubowane wymagania do kandydatów. I jak to powiedział to wydawało się to nawet oczywiste. Choćby Pirora i dziewczęta na zborach wspominały i ekscytowały się tym, że po pół roku prac i przygotowań udało się odremontować i zorganizować pierwszy teatr w tym mieście. I miały wspaniałe plany co do niego. I te oficjalne, artystyczne, i te kultystyczne, do korumpowania i deprawowania, zwłaszcza członków śmietanki towarzyskiej jacy pewnie byliby głównymi gośćmi takiego przybytku wyższej kultury i sztuki. Ale Pirora jakoś nie wspominała o przyjeździe gości ze stolicy prowincji. Przynajmniej nic takiego Heinrich sobie nie przypominał. Chociaż z drugiej strony nie rozmawiał z nią i dziewczynami spod wężowego patrona zbyt często. W każdym razie tak czy inaczej jak Henrich uważał, że spełnia takie warunki Czerwonego Johana i widzi się w jakiejś roli takiej eskorty to mógł przejść etap weryfikacji i jakby zrobił dobre wrażenie to droga do zarobku stała otworem. Chętnych było wielu bo raczej artyści nie zamierzali zostać tu na stałe. Pewnie przyjadą na tydzień, dwa, może parę tygodni i wrócą do Salzburga. A wraz z tym powrotem skończy się ten sezon na niezły zarobek. A Johan płacił przyzwoicie. Szeregowym ochroniarzom po 20 monet tygodniowo, tym co mieli być strażą osobistą to i 40 monet. Funkcyjni dodatkowo po 10 czy 20 monet w zależności od tego czym by mieli się zajmować. Te takie oficjalne stawki to jeszcze aż tak bardzo nie wyskakiwały ponad poziom opłat dla najemników. Ale po cichu i Johan i pewnie nie tylko on liczyli na jakieś zarobki przy okazji. Kto wie co jakiś fan mógł dać za zorganizowanie autografu czy nawet spotkania z jakaś ulubioną gwiazdą. Artyści też pewnie by mieli jakieś osobiste życzenia i pewnie nie za darmo by płacili za fatygę przy ich spełnianiu. A, że nie było ich rodzime miasto to raczej pewnie go nie znali. Nawet jak już to pewnie kogoś ze śmietanki towarzyskiej z ich wizyt w salzburskim teatrze ale teraz role miały się odwrócić. No i liczył się też splendor przebywania w takim towarzystwie który trudno było przełożyć na konkretne sumy i profity. Dlatego chętnych było aż za dużo i Johan bez trudu mógł odsiać tych którzy nie spełniali kryteriów albo po prostu mu z jakiegoś powodu nie pasowali. Heinrich kuśtykając na swojej metalowej nodze raczej od razu na rączego nie wyglądał. No ale nie wszyscy musieli pracować na przysłowiowej pierwszej linii.

                        - Ale jeśli wielki świat, wysokie progi i perfumowane, jedwabne chusteczki cię nie interesują to mam też parę obiektów w mieście jakie ochraniam. - wyglądało na to, że Czerwony Johan zajmuje się też ochroną cennych ładunków, transportów z banków i dla jubilerów, ochroną pięknych i bogatych, zwłaszcza na wyciekczach poza rodzime włości, nawet mieli swój punkt w Akademii Morskiej i ratuszu, gdzie też ich wynajmowano do ochrony. No ale nowych członków to na próbę wystawiano do czegoś prostego aby się mogli sprawdzić i zostać albo wylecieć z hukiem. Ta ochrona tych artystów to wpadło im dość nagle więc musiał działać nieco bardziej elastycznie i mniej standardowo.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Niedostępny
                          SantorineS Niedostępny
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #25

                          Oryginalny autor: Seachmall

                          Otto towarzyszył kapłankom Shallyi odpowiadając na pytania dotyczące pacjentów.
                          Zachowanie Thorna o ile grubiańskie, nie wykraczało ponad normy zachowania prostaka.
                          Cała sytuacja wydała się mnichowi dziwna. Szaleństwo nie odchodzi od tak. Oczywiście są "lepsze dni", ale w porównaniu z opowieściami z wydarzeniami z Festag, obecne zachowanie pacjentów to dzień i noc. Kolejna rzecz, z którą będzie musiał obgadać z Wyrocznią.


                          Otto wysłuchał wytłumaczeń Mergi.

                          - Podejrzewałem, że ci, których poczucie świata jest luźniejsze niż większości mogą być bardziej wyczuleni na szepty Wielkiej Czwórki. - spojrzał jeszcze raz na rysunki - Zastanawia mnie spokój pacjentów dzisiejszego dnia. Zupełnie jakby ataki i zmiany z Festag były wybrykiem młodości, bardziej niż czymś z czym się ich dusze spotykają się często. Do tego… specyfika tych zmian. Cicha dziewczyna, której największym przewinieniem była kradzież, nagle zmienia się w rozpustnicę. Grupa pacjentów przepełniona rządzą krwi. No i moich dwóch nowych artystów. A dziś? Nic ponad zwykłe grubiaństwo, brak obyczajów i agresji do której jesteśmy przyzwyczajeni… - mnich przetarł oczy rozważając tą zagadkę.
                          - Myślisz, że mogą reagować na artefakty? Że to nie tylko, szepty ze świata Bogów, ale energia ich darów wpływa na tych, którzy są wyczuleni? Eksperyment Sigismundusa prowadził ich w konkretnym kierunku. To by znaczyło, że specjalnie "przygotowane" okazy mogły by nam służyć w poszukiwaniach… - Otto westchnął - Coś do rozpatrzenia, nie będę zaprzątał twoją głowę tym Wyrocnio. Masz ważniejsze rzeczy do przygotowania… pytanie jeszcze… dwa nawet. - spojrzał na rysunek "byka" - Znam tylko Wielką Czwórkę, ale wyczytałem, że istnieją "mniejsze siły" w ich świecie. Czy może to być rysunek jednej z tych sił?
                          - Druga sprawa, to to, że chciałem zabrać Strupasa i Sigismundusa, plus małą obstawę na poszukiwania artefaktu Oster. Niestety może to się zbiec turniejem i nie wiem, czy powinniśmy poczekać, czy jednak ruszyć tego dnia. Zależy czy plany Starszego i Twoje wymagając, aby rodzina była w pełni sił. Jeżeli tak, to ruszymy następnego dnia i mam nadzieję, że osiągniemy coś przed twoją podróżą.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #26

                            Oryginalny autor: Lord Melkor

                            Rozmowy w łodzi

                            Joachim z zainteresowaniem przysłuchiwał się rozmowie pomiędzy kultystkami a Sorią. Trudno mu też było zapomnieć o tym, że niedawno widział je wszystkie bez ubrania podczas orgii na plaży, w której w końcu też wziął udział. To wspomnienie lekko zbijało go z tropu.

                            - Tak myślę, że dobrze się złożyło że Soria trafiła do Pirory, ona wie co robi. Kilka miesięcy w mieście i jest już w najlepszej komitywie z większością młodych szlachcianek, z Hansenówną na czele. - skomentował wymianę zdań pomiędzy Burgund a syreną. Jednocześnie chciał ocenić stosunek Łasicy i Burgund do Pirory. Kultystki Księcia Rozkoszy wydawały się być aktualnie najliczniejsze spośród członków Zboru, był ciekaw czy pośród nich pojawiają się jakieś pęknięcia czy zazdrość.

                            - No. Dobrze, że się zakręciła z tym teatrem. Teraz to centrum rozrywki tam u nich w towarzystwie. No i dobrze żyje z Kamilą i Froyą. No to tak, teraz jest “kimś” w towarzystwie a nie przypadkową młódką z drugiego krańca Imperium. - Łasica pokiwała w zadumie swoją niebieską głową ale w gruncie rzeczy zgadzała się z opinią kolegi astromanty.

                            - Nam też czasem coś skapnie z pańskiego stołu. Zwłaszcza jak jakieś przyjęcie jest czy coś takiego. I potrzebuje ładniutkiej obsługi dla swoich drogich gości. Najbardziej mi się podobają te wizyty w jej loszku. Zawsze jest ciekawie. - Burgund dorzuciła coś od siebie. Żadna z łotrzyc raczej nie miała szans na dłuższą metę podszyć się pod szlachciankę i wielką damę a tylko ktoś taki mógłby należeć do towarzystwa w jakim zwykle przebywała blondynka z dalekiego południa Imperium. Ale już w roli służek, kelnerek, pokojówek do obsługi przyjęć i bali to obie sprawdzały się wyśmienicie. A i jak widać chwaliły sobie takie przygody, zwłaszcza jeśli przyjęcie pozwalało na jakieś nieoficjalne kontakty kończące się w alkowie.

                            - Tak. Ładnie u niej. Chociaż szkoda, że tak daleko od wody. - Soria uśmiechnęła się enigmatycznie. Na w pół siedziała a na w pół leżała na wąskiej półce dziobowej gdzie było miejsce tylko dla jednej osoby. I z lubością zanurzała dłoń w rzecznej wodzie jaka przepływała obok łodzi.

                            - To może po tej akcji pomożemy przenieść ci się bliżej wody? Dysponujemy przecież łodzią w porcie…. - zadumał się Joachim, zastanawiając się czy Soria zostanie z kultystami po zdobyciu artefaktu.

                            Oparł się wygodnie na relingu i z kolei przeniósł spojrzenie na siedzące obok siebie Łasicę i Burgund.

                            - Dobrze byłoby porozmawiać z Pirorą jak widzi szanse przeciągnięcia Kamilli i Froyi w pełni na naszą stronę… gdyby to się udało, wcale nie bylibyśmy daleko od przejęcia władzy w tym mieście.

                            - No ja też bym chciała aby te dwie ślicznotki do jakich ślini się połowa miasta należały do nas. Pirora jest z nimi w dobrej komitywie ale czy aż tak aby je zaprosić na zbór to nie wiem. Ale nie przesadzaj z tym przejmowaniem władzy. Każda z nich, nawet obie, to na pewno wiele może, więcej niż ktokolwiek z nas pojedynczo. Mają pieniądze i wpływy. No ale nie rządzą miastem. Chociaż sporo mogą. - Łasica pokiwała energicznie głową, że wizja przynależności obu tak różnych od siebie szlachcianek była bardzo miła jej sercu. Ale nie przeceniała ich roli na tle całego miasta. Na pewno by to znacznie umożliwiło zwiększenie wpływów zboru na resztę miasta ale nie aż tak aby można było mówić o rządzeniu społecznością.

                            - Ale z łodzią nie przesadzaj Joachimie. Na łodzi nasza syrenka na mieszkać? Dzień i noc? To już chyba by lepiej na “Adele” jej było. Ale w tym mieszkaniu co miało być dla Normy a czasem go używamy do spotkań. Tylko tam bidulka by nie miała zbyt wielu rozrywek jak u Pirory. - niebieskowłosa łotrzyca uśmiechnęła się na myśl o tym, że wężowa panna co teraz siedziała na dziobie łodzi miałaby mieszkać w jakiejś rybackiej łodzi. Ta też się uśmiechnęła.

                            - Pirora jest dla mnie bardzo miła. Tylko trochę szkoda, że nie mieszka nad wodą. - zadumała się Soria gdy te dwie wartości jakie tak ceniła stały obecnie na przeciwnych pulach.

                            - Ciekawe co wyjdzie z tym turniejem. Zawsze mnóstwo osób się zjeżdża do miasta na ten turniej. Już widziałam na ulicach i tawernach jak się pierwsi zjeżdżają. - Burgund też pokiwała głową i zastanowiło ją co innego. A mówiła prawdę, Joachim jeszcze kiedy tu mieszkał z lat dziecinnych pamiętał, że ten turniej pod koniec lata to było bardzo barwne i ciekawe wydarzenie, jedna z największych imprez w tej letniej części roku.

                            - A to się chyba nie zrozumieliśmy. Nie chodziło mi przecież o tę łódź którą płyniemy, tylko o Adele - czarodziej wzruszył ramionami, natomiast chciał to nieporozumienie wyprostować przede wszystkim ze względu na Sorię.
                            - A co do turnieju to słuszna uwaga, planuje się tam oczywiście pokręcić, może pojawią się jakieś dla nas okazje - zamyślił się czarodziej - I mówisz Burgund że sporo ludzi spoza miasta się pojawi? Musimy być ostrożni, wprawdzie już nie polują na nas tak zawzięcie jak zimą, ale niepokoi mnie obecność grupy inkwizytorów w mieście, dobrze żeby ktoś miał na nich oko.

                            - Nie rozdwoimy się. Każdy ma jakieś zajęcie i te ze zboru i inne. Jak dla mnie to skoro po nikogo z nas od zimy nie przyszli to zgubili nasz trop. Inaczej już byśmy siedzieli w kazamatach. Albo skończyli jak Karlik. - Burgund machnęła dłonią traktując widocznie łowców czarownic jako realne zagrożenie ale póki co dość na obrzeżach postrzegania. Poza tym tak jak mówiła, każdy ze zboru czymś się zajmował na co dzień niekoniecznie związanym z łowcami.

                            - A z tym festynem to na razie początek tygodnia to jeszcze skromnie. Ale jak festyn zaczyna się za parę dni to każdego będzie więcej gości. Najpierw przyjechali pewnie ci co mieli najdalej bo ci co blisko to nawet w sam festyn mogą przyjechać i wracać na noc do siebie. Ciekawe kto przyjedzie w tym roku. Prawie co roku jest jakaś niespodzianka. My z Burgund to będziemy mieć żniwa z robotą. No chyba, że Starszy albo Merga nam znajdą jakieś zajęcie. - Łasica włączyła się do tej rozmowy. Takie festyny i podobne imprezy to dla łotrzyc zawsze był pracowity okres. Dla włamywaczy, kieszonkowców, oszustów, naciągaczy to były niecodzienne okazje do zarobku. Jednak obie przyznawały pierwszeństwo sprawom zboru.

                            - Na pewno będzie jakiś wielki bal. Co wieczór wielkie państwo robią sobie przyjęcia w swoich posiadłościach. A służba i pomniejsi w karczmach i tawernach. Ale zawsze na koniec festynu jest jakiś największy bal. Ciekawe czy Pirora na nim będzie. Jakby potrzebowała dodatkowej służby to my bardzo chętnie. - Burgund wydawała się żywo zainteresowana samym turniejem jak i różnymi towarzyskimi dodatkami w postaci balów i spotkań. Z całego ich zboru to właśnie młoda blondynka z Averlandu najpłynniej wpasowała się w śmietankę towarzyską tego miasta to miała największe szanse aby się z nimi bawić. Obie łotrzyce nie miały na to szans ale często Pirorze udawało im się załatwić rolę kelnerek czy podobnej służby.

                            - No to życzę owocnych łowów na festynie - wyszczerzył się czarodziej - pewnie tam się zobaczymy. Na bal też chętnie się wybiorę jak będzie taka możliwość, mam paru znajomych w wyższych sferach chociaż nie aż tylu co

                            Pirora - pomyślał, że czasami dobrze byłoby umieć się rozdwoić, żeby pogodzić sprawy Zboru i jego badania z uczestnictwem w miejscowym życiu społecznym.


                            Wydobycie artefaktu

                            - W takim razie musimy działać. Proponuje najpierw wydobyć ołtarz, a potem znaleźć miejsce na nocleg. Jak głęboko to jest? - spytał się Sorii, a potem przeniósł spojrzenie na Ruperta.
                            - Ktoś chyba musi tam zanurkować i związać nasz cel liną, a potem z pomocą tych na górze wyciągnąć na powierzchnię, czy masz inny pomysł? - Liczył że rybak będzie mógł im coś doradzić ze swoim doświadczeniem.

                            - Jak ona umie pod wodą to niech zawiąże linę. Spróbujemy wyciągnąć. Jak się nie da to się pomyśli. - Rupert wskazał brodą na mokrą głowę wężowej syreny. Widać było nagie, kobiece ramiona, też mokre. Opierała się nimi o krawędź burty łodzi nieco ją nachylając ku sobie.

                            - Dajcie tą linę. Zawiążę ją. - Soria machnęła przyzywająco dłonią niecierpliwiąc się aby załatwić sprawę jak najszybciej. Dziewczyny pogmerały w zabranych rzeczach po czym podały jej jeden ze zwoi.

                            - Tam podpłyncie. - syrena wskazała dłonią na miejsce gdzie się wynurzyła. Zresztą odbiła od burty i bez trudu wksazała kierunek. Rupert wziął się za wiosła i zmienił kierunek łodzi po czym popłynął nią za przewodniczką. Aż ta zniknęła pod wodą zanurzając się i znów widać było tylko falującą leniwie taflę rzecznej zatoki.

                            - Ciekawe jakie to duże. I ciężkie. I czy damy radę wyciągnąć. - zastanawiała się Łasica spoglądając na te fale w jakich zniknęło stworzenie jej patrona. Pozostało im czekać.

                            - Jak duże to lepiej sieć. No albo tak opleść linami z różnych stron. Jak w porcie przy przeładunku. No chyba, że to mniejsze. To może uda się tak po prostu. - rybak dorzucił coś od siebie w sprawie wynurzania ładunku. Ale jak nie mieli na razie pojęcia jakie to jest wielkie i ciężkie to trudno było coś zaplanować. Dobrze, że zabrali więcej niż jeden zwój liny to przynajmniej w teorii mogli zrobić tak jak mówił.

                            - Zrobione! - zawołała Soria wynurzając się z toni wodnej. Wyskoczyła jak korek podając końcówkę liny załodze łodzi. Widocznie przebywanie pod wodą nie stanowiło dla niej żadnej przeszkody a nawet czuła się tam pewniej niż na lądzie.

                            - Sprawdźmy czy to jest ciężkie, Gunther pomożesz? - Joachim zwrócił się do swojego ochroniarza, niedawno zwerbowanego do Zboru w zamian za obietnicę potęgi i władzy w przyszłości. Zastanawiał się też czy jakieś jego zaklęcie będzie tutaj pomocne.

                            Zanim skończyli byli cali mokrzy. Zarówno od potu jak i wody jaka ochlapała ich podczas tych mozolnych zmagań z nieczułą bryłą. Próbowali na wiele sposób. Jak z jedną liną się nie dało to dziewczyny dały Sorii kolejne. Ta znikała z powierzchni wody i wiązała co trzeba. Potem gdy załoga łodzi ciągnęła ona na dnie próbowała coś pchać. Parę razy łódź o mało sie nie wywróciła na burtę, raz Burgund wrzasnęła i wpadłaby do wody gdyby Łasica ją nie złapała. A i tak miała całkiem mokra głowę, włosy, rękawy i górę koszuli.

                            Trudno powiedzieć ile trwały te zmagania z martwą bryłą uwięzioną gdzieś na dnie zatoki, w starym wraku. W końcu udało się ją wywlec po dnie na względnie płytką wodę. Tak, że już z łodzi widać było jako jaśniejszy owal widoczny przez łamiące się fale. Ale wszyscy już byli mokrzy i zmęczeni.

                            - Mam dość. Jutro najwyżej to wyciągniemy. Jeszcze musimy się rozbić na noc. Nie ma sensu gdzieś płynąć. - Łasica otarła pot z czoła. Chociaż raczej rozmazała wilgoć po twarzy jak wszyscy byli mokrzy. Zmierzch faktycznie zbliżał się już na tyle, że mieli końcówkę dziennego światła aby się rozbić na noc. A okolica chociaż urokliwa i malownicza była całkiem dzika. Widocznie zbyt często ktoś tu nie zaglądał na tyle aby wybudować chatę czy coś takiego.

                            - Wyciągnąć na brzeg to jedno. Ale potem jak nie chcemy tego zostawić na brzegu to trzeba będzie to jakoś załadować na łódź. Wyglada na duże. Nie wiem czy się wszyscy zmieścimy jeszcze z tym czymś. - Rupert jak wszyscy poza Sorią nie widział zbyt dokładnie tego ołtarza. Ale już prześwitywał on przez powierzchnię na tyle aby zorientować się, że jest nieco dłuższy od stojącego czy leżącego człowieka. Pewnie jak jakiś sarkofag, trochę większy nawet jak zachowywał podobne proporcje. Na łodzi mogło się zrobić ciasno z taką wielką paką i jeszcze względnie liczną załogą. Chociaż jakby było ich mniej to pewnie nie daliby rady w ogóle go ruszyć z tamtego wraku gdzie leżał do tej pory.

                            - Dobra, jutro będziemy się tym martwić. Bierzcie się za namioty. Lilly, Onyks nazbierajcie drewna. Musimy się rozbić na noc. - włamywaczka sapnęła gdy dotarło do niej, że nawet jak wywloką ołtarz na brzeg to właśnie jeszcze czekała ich ta gimnastyka o jakiej wspomniał rybak.

                            - Artefakt ma w tej sytuacji priorytet - zgodził się czarodziej, strząsając wodę ze swoich szat.
                            - Jak nie wszyscy zmieszczą się na łodzi trzeba będzie pomyśleć o innym środku transportu…. a i proponuje by podczas nocy przynajmniej jedna osoba trzymała wartę, możemy się oczywiście zmieniać, nie znam zbyt dobrze tych okolic, ale nie chcemy żeby ktoś nas zaskoczył podczas tak ważnej misji.

                            - Chyba nikt z nas nie zna. To kompletna dzicz. - Łasica rozejrzała się po malowniczej, leśnej okolicy. Nie wyglądało to jakoś przerażająco. Raczej pięknie i w sam raz na piknik gdyby było bliżej miasta. Ale wtedy pewnie nie byłoby takie puste i bezludne. Zapytała jeszcze Lilly bo z całego towarzystwa tylko ona była spoza miasta a dokładniej z jaskini odmieńców Kopfa i Opal. Jednak to nie było w tej okolicy i mutantka też była tutaj pierwszy raz. W końcu cała grupka zajęła się rozbijaniem obozu i szykowaniem do spędzenia tutaj nocy.

                            Czarodziej westchnął i zaczął przygotowywać się do spędzenia nocy, spoglądając jeszcze w niebo w poszukiwaniu jakiś ostrzeżeń lub znaków w gwiazdach.

                            - Nie ma tutaj w okolicy jakieś osady albo wioski? Jeśli tak moglibyśmy zdobyć jakiś wóź do przewiezienia artefaktu. I podzielmy się może tak, żeby przynajmniej jedna osoba cały czas była na warcie jeśli nie dwie, ja mogę zacząć.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Niedostępny
                              SantorineS Niedostępny
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #27

                              Oryginalny autor: Pipboy79

                              Oryginalny tytuł: Tura 08 - 2519.06.30/31; abt/mkt; noc

                              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; mieszkanie Otto
                              Czas: 2519.06.30/31; abt/mkt; noc
                              Warunki: wnętrze mieszkania, ciemno, ciepło, cicho; na zewnątrz: noc, łag.wiatr, pogodnie, ziąb

                              Otto

                              Otto leżał w swoim łóżku w swojej sypialni w kamienicy przy Kazamatowej. Leżał i nie mógł zasnąć. Sen nie przychodził chociaż była już pewnie północ a już jakiś czas temu wrócił z podziemnej kryjówki Mergi. Rozmowa zajęła im większość wieczoru ale potem mógł wrócić do siebie. Wyrocznie o dostojnych, wysoko postawionych rogach wysłuchała tego co miał jej do powiedzenia. Jego pomysłów, domysłów i spostrzeżeń. Pokiwała swoimi rogami i zastanawiała się nad tym wszystkim.

                              - Tak, to faktycznie mało typowe zachowanie. Zresztą nawet ta kapłanka co u was była też pewnie odniosła takie wrażenie skoro tak się o to wypytywała. - odparła po przemyśleniu sytuacji jaką odmalował jej Otto.

                              - Jednorazowy wybuch zbiorowego szaleństwa nie jest codziennością. Chyba, że ktoś im wszystkim podał blekotu czy czegoś takiego. Nawet wtedy musieliby zdradzać pewne tendencje jakie na co dzień nie musiałyby być widoczne. Ale są pod kontrolą, gdzieś tam w głębi duszy. - podzieliła się z młodzieńcem swoimi spostrzeżeniami. Widocznie rozważała czy to mogło być objawem jakiegoś specyfiku czego do końca nie można było wykluczyć. Ale wydawało się dość mało prawdopodobne. W końcu obsługa raczej nie chciała potruć swoich pacjentów a to trzeba by pewnie jakoś dodać do jedzenia podczas przygotowywania posiłków. Ale jedli z tego wszyscy pacjenci, do pewnego stopnia także obsługa więc wówczas “szaleńców” powinno być więcej. Chociaż akurat ci z cel i lazaretów mogli się okazać najbardziej podatni. Tak rozumowała Merga. Niemniej to Otto był bardziej kompetentny odpowiedzieć czy ktoś z obsługi by się mógł pokusić o taki numer.

                              - Zaś to, że dzisiaj się zachowywali względnie spokojnie jeszcze nic nie znaczy. Z szaleństwem jest jak z głodem. Nawet jak się je czuje to nie zaspokojone rośnie. U bardziej odpornych wolniej u tych podatnych szybciej. Ale jest. Próbuje się wydostać tak jak głód stopniowo ale coraz mocniej zaciska swoją pięść na żołądku. Aż zmusi do popełnienia jakiegoś zuchwalstwa. Z szaleństwem bywa podobnie. Ostatnio miało miejsce duże ujście to z naczynia się ulało. Ale nadal coś zostało w środku i znów będzie się napełniać. - błękitnoskóra podzieliła się swoimi uwagami na temat szaleństwa. Widocznie pozorny spokój u delikwentów pozamykanych w swoich celach nie musiał według niej oznaczać faktycznego spokoju ich duszy. Ot, raczej napór od wewnątrz osłabł na tyle aby przestał zdradzać oczywiste objawy i właściciel raczej mógł to kontrolować.

                              - A czy na to mają wpływ artefakty Sióstr? To możliwe. Nie tylko oni mieli tamtej nocy bardzo mocne sny i wizje. Wola Sióstr próbuje do nas przemówić. Ale to nie jest ciągłe wołanie. A raczej zwykle to taki szpet na pograniczu słyszalności, mgnienie czegoś tuż na granicy widzenia. Ale od czasu do czasu jest takie mocniejsze tupnięcie. Jak uderzenie w dzwon. Wtedy po okolicy rozchodzą się niecodzienne wizje i szepty. W ostatni Festag musiało być coś takiego. Widocznie wasi pacjenci też to na sobie odczuli. Prędzej czy później trafi się kolejne. Zapewne w okolicy przyszłego Festag. - wyrocznia zastanawiała się nad tym i może nie była tych szacunków całkiem pewna ale jednak stawiała je jakby wierzyła, że mają spore szanse się sprawdzić. Póki co poradziła Otto aby zajmował się pacjentami. Możliwe, że w zwykłe dni będą tacy jak zwykle. Ale może w którymś już coś świta i drzemie co tylko czeka aby się uwolnić w odpowiednich warunkach. Może nawet przed następnym przypływem mistycznych mocy.

                              - A poza naszą Wspaniałą Czwórką to oczywiście istnieje mnóstwo bytów na tym świecie które są naszą miarą na tyle potężne, że wydają się wszechwiedzące i niepokonane. W sam raz aby oddawać im cześć. Część z nich nie pochodzi z tego świata i potrafi wpływać na śmiertelników przez sny i wizje, kusić ich i namawiać do pożądanych sobie celów albo ze zwykłej nudy i zabawy. Daleko by nie szukać przecież tak właśnie przemawiają do nas nasze kochane Siostry. Chociaż milenia upłynęły odkąd osobiście stąpały po tej ziemii. I myślę, że to ma związek z nimi. Z którąś z nich lub po całości. Może to jakieś echo ich czynów, może to miejsce, może to wpływ jakiegoś artefaktu jaki pozostał po nich. A może czysty przypadek. Ale nie spodziewałabym się aby jeszcze jakaś istota na tyle potężna aby oddziaływać tak zbiorowo i silnie nie zdradziła swojej emanacji jako coś innego albo podszywała się pod którąś z sióstr. - co do przypuszczenia ucznia to Merga trochę jakby potwierdziła ale i zaprzeczyła. Co prawda sam pomysł uznała za zasadny ale wątpiła aby jakiś byt był w stanie poza siostrami działać całkowicie niewykryty w mistycznej przestrzeni. Aczkolwiek tego do końca nie wykluczała to jednak raczej stawiała, że to jakaś emanacja którejś z sióstr przejawia się w tych obrazkach i zachowaniach pacjentów hospicjum i nie tylko ich. Przypomniała jeszcze tylko aby Otto spróbował z tymi rysunkami i aby je jej przyniósł jeśli się uda no i aby spróbował coś wyciągnąć od swoich pacjentów co się właściwie stało wtedy w Festag.

                              - A z tym turniejem to tak, wspaniała okazja aby zburzyć ten ich cudownie uporządkowany świat. Jestem pewna, że wydarzy się jakaś wielka niespodzianka i to nie z naszej strony. Wszyscy będą otwierać usta ze zdziwienia. Przybędzie przybysz jaki zachwyci i zaskoczy wszystkich. A potem zbulwersuje. - zaśmiała się cichym, złośliwym śmiechem jakby już bawiły ją wydarzenia jakie widziała w swoich wizjach a jakie powinny się ziścić w nadchodzących dniach. Miała ją ostatniej nocy i była nią zachwycona bo wydawała się bardzo obiecująca. Nawet jeśli nie była zbyt klarowna i obfita w detale.

                              - Zaś my przygotowujemy przyjęcie. Z Pirorą w roli głównej. W końcu ma tam chody w towarzystwie. Ale ty i Joachim też tam macie przecież swoje miejsce i możliwości. Niestety nie wszystko jest w naszej mocy i decyzyjności. Wszystko na ostatnią chwilę niestety ta śmietanka towarzyska jest mocno chwiejna i działa pod wpływem impulsu. Trudno więc zawczasu coś przygotować jeśli by miało wyglądać, że to ich inicjatywa. Wszystko miało być w teatrze w nadchodzący Festag no ale zaczęli kręcić noskami bo co drugi by chciał aby ten największy bankiet był w jego rezydencji. - Merga podzieliła się z Otto swoim zafrapowaniem. Zbór szykował niespodziankę tym wszystkim pięknym, możnym i potężnym tego miasta. Oczywiście najlepiej było tak aby członkowie zboru nie ucierplieli. Więc najprostsze rozwiązanie - aby zorganizować przyjęcie u Pirory - odpadało bo jako gospodyni byłaby głównym podejrzanym. Stąd pomysł na przyjęcie w teatrze czyli w dawnej gospodzie jaką od zimy przebudowano na teatr. Ale i to stało pod znakiem zapytania. Bo niesforna szlachta chciała przeforsować swoją ideę i nadal do końca nie było wiadomo co, gdzie, i kiedy odbędzie się ten bal kończący festyn. A bez tego i kultystom trudno było coś zaplanować. Wiadomo było, że Pirora będzie na tym przyjęciu gdziekolwiek by się nie odbyło. W kulcie miała najlepszą pozycję towarzyską i społeczną. Oprócz niej właśnie Otto i Joachim mogli się załapać jako goście. Może dziewczyny od Węża jako służba i kelnerki bo już bywały w takich rolach i obie strony to sobie chwaliły.

                              - Bo taka kumulacja znamienitych gości, nawet spoza miasta, w jednym miejscu i czasie to rzadko się zdarza. Można uderzyć w nich wszystkich. Wystarczy im podać odpowiednio spreparowane wino albo jedzenie. Jak jeden padnie na serce, drugi w śpiączkę a trzeciemu wyrosną macki to będzie skandal na całą prowincję. Nie zatuszują tego. Zacznie się śledztwo i szukanie winnych. Miasto i władze zostaną sparaliżowane, zaczną się wzajemne podejrzenia i oskarżenia. Nastanie chaos. A to sprzyja nam jak najbardziej. Wszyscy staną się mniej czujni na to co poza własnym nosem i podwórku. A my będziemy mogli się zająć własnymi sprawami. Wystarczy tego i owego dosypać do jedzenia i picia na tym przyjęciu. No ale im więcej z nas by tam było tym mielibyśmy nad tym większą kontrolę. Moglibyśmy bardziej dopilnować aby jak najwięcej tych znamienitych, wyperfumowanych osób cieszyło się pełnią życia i smaku. - wiedźmia z wysokimi rogami z lubością wtajemniczyła Otto w plany na najbliższy Festag. Rozważali czy nie użyć tego dziwnienia kupionego w zimie albo raczej ile go użyć. Był bezcenny no a nie było wykluczone, że przydatny bylby do jakichś potężnych zaklęć i rytuałów lub uniwersalna waluta z kimś mniej cywilizowanym od ludzi. Tutaj umiejętności Sigismundusa, Strupasa czy Otto mogły być bardzo przydatne. A dziewczęta z Kultu Węża świetnie by się wpisywały w rolę pośredników zwłaszcza jak blondynka z Averlandu była prawie pewnym gościem na takim balu a więc gotowym agentem kultystów we właściwym miejscu i czasie. Do tego jeszcze rozważali siłowe opcje, jakiś napad na karetę gości co mogliby urządzić gdzieś na uliczkach miasta Egon i reszta skorych do przemocy kultystów i podobne atrakcje. Niemniej detale były trudne do zaplanowania gdy nadal nie było wiadome kto i gdzie będzie. Trzeba się było też liczyć z opcją, że każdy z możnych urządzi własny bal dla siebie i swoich gości.

                              - Jak sam widzisz Otto, trudno coś tu zaplanować. Pirora dwoi się i troi aby nakierować sprawę na właściwe tory. Dla nas najlepiej jakby ten bal odbył się dogodnym dla nas miejscu i czasie czyli w teatrze. Tam dzięki Pirorze byśmy mieli największe pole manewru. Bez problemu większość z nas by mogła się tam dostać jako goście lub obsługa. No ale to niestety do końca nie zależy ani od nas ani od Pirory tylko od towarzystwa. - przyznała, że sprawy wciąż nie do końca idą po jej myśli ale wciąż była szansa aby je nakierować we właściwie miejsce. Zresztą nawet jakby ów finalny bal nie odbył się w teatrze to też jeszcze nic straconego od zapewne reprezentacja kultystów nie byłaby tak liczna i nie miała takiej swobody działania jak w przybytku wyższej kultury.

                              - Masz jakiś pomysł w tej materii jak to przechylić na naszą korzyść? - zapytała wyrocznia na koniec gdy zarysowała na czym polegają wady i zalety tego planu. A z wycieczkami za miasto właśnie z racji tego planu, wolała aby się wstrzymać. Zwłaszcza ci co byli niezbędni lub przydatni do zrealizowania tego zamachu stanu. Liczyła, że po nim jak nastąpi chaos i niedowierzanie to sytuacja będzie bardziej sprzyjajaca dla wszelkich działań kultystów.

                              Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; rzeka Salz; obóz
                              Czas: 2519.06.30/31; abt/mkt; noc
                              Warunki: - ; na zewnątrz: noc, łag.wiatr, pogodnie, ziąb

                              Joachim

                              Wino, kobiety i śpiew. Tak pewnie by można podsumować wieczór nad brzegiem starorzecza Salt. Bardzo malowniczego zresztą. Nawet po zmroku było tu ładnie i poetycko. A skoro przewagę liczebną miały Kultystki Węża to one nadawały ton i klimat temu wieczorowi. Dzień bowiem nie przyniósł jakichś przełomowych zdarzeń. Ot, płyneli leniwie łodzią w górę rzeki. Zwykle prąd był leniwy to nie było to zbyt absorbujące. Za to na sam koniec okazało się, że te mizerne plotki i tropy jakie ich tu przywiodły miały rację. I odkryli Ołtarz Slaanesha. Cały z alabastru i wedle Sorii pięknie rzeźbiony, poświęcony sztuce miłości, żądzy i wyuzdania. Nawet udało się go ruszyć no ale ciężki był i nieporęczny. To go wywlekli z trudem na płytką wodę. I tam na razie sobie leżał. Już widać było jak częściowo wystaje z wody. I nawet po zmroku kusił oko alabastrowymi postaciami splecionymi w miłosnym uścisku. I mało która postać można było uznać za ludzką. Raczej jakieś hybrydy ze zwierzętami, była tam i syrena, bardzo podobna do Sorri, i muskularny zwierzoludź, i jakiś pies albo wilk. Jednym słowem było to mocno nieprzyzwoite i wyuzdane dzieło od jakiego każdy prawy obywatel natychmiast powinien odwrócić wzrok i pobiec do świątyni wyspowiadać się, dokonać pokuty i oczywiście zameldować o tym bezeceństwie. Czyli na kultystki wężowego patrona działało to dokładnie odwrotnie. Jak wabik i źródło natchnienia i podniety.

                              Zaś na alabastrowym cokole królowała postać kobiety z pajęczym lub owadzim tułowiem. Od razu dało się poznać, że ona ma tutaj dominujacą pozycję i wszystkie postacie pod nią które zabiegały o jej łaski i względy oddając się rozpuście to właśnie dla jej czci a własnej hedonistycznej przyjemności.

                              - To ona. Soren. Moja matka, pani i królowa. - westchnęła zachwycona Soria nie mogąc oderwać wzroku od posągu.

                              - Znałaś ją? Starszy i Merga mówili, że to było dawno temu. Bardzo dawno. - Burgund siedziała przy ognisku obok niej. Też wzrok jej błądził po mistrzowsko rzeźbionej bryle alabastru. Jednak te legendy o Siostrach jakie opowiadała im Merga mówiły, że to było z czasów początków Imperium albo i przed.

                              - O tak, miałam zaszczyt jej służyć. Najpiękniejsza istota jaką w życiu spotkałam. To ona mnie zrodziła. - powiedziała w przyjemnej zadumie dziewczyna o nieco bladej cerze i czarnych włosach powiązanych w liczne, grube warkocze. Jak tak siedziała na zwalonym pieńku przy ognisku nad brzegiem rzeki wydawała się ładną, zgrabną dziewczyną ale chyba mało kto by widział w niej coś więcej.

                              - To ona cię zrobiła? A jak? Kto był ojcem? - Łasica też była ciekawa tych wieści. Jak już poznosili te drewno na ognisko, wyjęli z łodzi dwa namioty, rozbili je, ponarzekali bo na dnie łodzi była woda i płótno namiotowe było dość mokre. Zwłaszcza w tym namiocie co leżał na dnie, ten na wierzchu był trochę mniej mokry. Ale też i dlatego niezbyt komu śpieszno było aby tam nurkować na noc. To siedzieli przy ognisku, odpoczywając przy kolacji, winie i rozmowie. Bo przy tylu wesołych dziewczynach to i atmosfera była beztroska i wesoła. Można się było poczuć jak na sielankowej wycieczce za miasto.

                              - A o tak! - roześmiała się Soria wskazując kubkiem na wynurzoną z wody rzeżbę przedstawiającą orgię w jakiej ludzie mieli dość marginalny udział. A dominowały istoty uznawane za spaczone, plugawe, zmutowane i ogólnie potwory spod znaku Chaosu. Ale skoro byli we własnym gronie to psotna uwaga syreny wywołała lawinę śmiechu u koleżanek.

                              - Jej jak to tak wygląda na zaawansowanym poziomie to te nasze origetki z Pirorą to taka zabawa dla małych dziewczynek. - powiedziała Burgund wpatrując się w alabastrową orgię. Przez chwilę trwała taka luźna dyskusja, Gunther był stałym obiektem żartów dziewcząt. Bo jak zdjął mokre spodnie po tym całym dniu siedzenia na dnie łodzi to chciał je wysuszyć aby chociaż rano były suche. Ale oczywiście dziewczęta tego nie przegapiły i robiły sobie z niego żarty.

                              - Ciekawe co będzie z tym festynem. Mam nadzieję, że Pirora nas gdzieś wkręci na coś wesołego. Jakby się jakaś orgia trafiła albo chociaż szybki numerek na boku to jeszcze fajniej. - zadumała się Łasica gdy po pląsach i śpiewaniu przy ognisku klapnęła na pieńku, tym razem obok Joachima. Zresztą on też czuł, że ta wesoła, sielankowa atmosfera zaczyna mu się udzielać. Te miłe, ładne i hoże dziewczęta były bardzo przyjemnym widokiem do oglądania i słuchania. I wszystko wskazywało na to, że zamierzają skonsumować ten piękny wieczór w bardziej bezpośredni sposób. Już widział jak Burgund robi maślane oczy do Sorii. Onyx coś gadała już dłuższą chwilę z Guntherem a Lilly weszła do wody i aby przy świetle pochodni z bliska obejrzeć posąg. Chociaż musiała wejść do wody prawie po pas.

                              - Będziesz na tym festynie? Albo tych balach co będą wieczorami? Starszy i Merga coś szykują. Ja i Burgund mamy być w pogotowiu aby być słodkimi idiotkami z tacami co ładnie się uśmiechają i są chętne do wzięcia.Tylko jeszcze nie wiemy gdzie i kiedy. Pewnie w ten Festag co będzie bo zwykle wtedy robią największy bal na koniec festynu. No ale nie wiadomo gdzie. Raczej nie u Pirory. Chyba w teatrze no ale nie wiadomo jeszcze. - to, że zbliża się letni festyn to było powszechnie znane od dawna. W końcu odbywał się co roku. I zaczynał się już za parę dni, preludium było krasnoludzkie święto sagi a 1-go kolejnego miesiąca zaczynał się letni, turniej rycerski. No a kończył w Festag. I wtedy odbywały się największe w lecie bale i przyjęcia na pożegnanie tego festynu. Było to na tyle istotne wydarzenie towarzyskie, że zjeżdżali się goście z całej prowincji i na te parę dni Neus Emskrank tętniło zagranicznym życiem. Bo na co dzień czy zwykłe festyny albo jarmarki to raczej tyle gości, zwłaszcza tych z wyższej półki to się nie zjeżdżało.

                              Rozmowa chwilę trwała ale Soria skutecznie przykuła uwagę wszystkich gdy zaczeła zmysłowy taniec. Wiła się jak prawdziwy wąż, jakby w ogóle w środku żadnych kości nie miała. Niespodziewanie odeszła od ludzkiej formy gdy co chwila pokazywało się któreś z dodatkowych ramion. W końcu zmieniła się w egzotyczną tancerkę o wężowych włosach i ośmiu ramionach jaką cieszyła zmysły i żądze podniecającym tańcem. Wabiła i kusiła do siebie aż trudno było zostać na miejscu. I pewnie mało kto by dał radę zostać na miejscu gdy ten taniec tak przyspieszał a tancerka Węża stawała się coraz śmielsza i bardziej wyuzdana. Ale pewnie wszyscy ciekawi byli finału. Ten nastąpił nagle i niespodziewanie. Soria znieruchomiała. Dziewczyny popatrzyły na nią zdziwione niepewne czy to część przedstawienia. Spojrzały na siebie pytająco.

                              - Ktoś tam jest. Ktoś nas obserwuje. I lubi to co widzi. - odparła cicho soria wznawiając zmysłowy taniec. Dziewczyny zamrugały oczami i rozejrzały się dookoła. Obóz był rozbity w dzikim lesie, nad brzegiem starorzecza więc widok od strony lądu nie był zbyt rozległy.

                              - Oh! Jest! Ktoś tam stoi! Chyba mają włócznie albo inne kije. - Łasica wskazała wzrokiem na kierunek. Po chwili i pozostali dostrzegli kilka postaci przy drzewach. Sądząc po pionowych liniach bięgnacych od ręki pewnie trzymali włócznie czy coś podobnego. Ale w mroku nie było widać detali. Nie było wiadomo od jak dawna tam stali, raczej nie było ich tam gdy jeszcze o zmroku rozbijali się na obóz i chodzili po okolicy nazbierać drewna. Okolica była bezludna i może jakaś chata leśnika czy węglarzy się trafiła gdzieś w okolicy. Ale najbliższa znana wioska była może o dzień drogi stąd. Gdzieś w połowie drogi do Heiligdorf jakie leżało nad przybrżeżnym traktem. Dlatego jak o tym rozmawiali wcześniej to przedzieranie się przez leśne chaszcze aby dotrzeć do owej wioski jakiej nikt nawet nie pamiętał nazwy wydawało się trudnym zadaniem. Niemniej pod koniec dnia jakby nic się nie przydażyło to by dało się dojsć do tego okrucha cywilizacji. No albo wędrować z nurtem rzeki przez tą dziką krainę. Na wypadek gdyby po załadowaniu ołtarza nie wszyscy zmieścili się do łodzi co było realnym zagrożeniem. No albo zostać na miejscu i poczekać aż ktoś wróci po resztę łodzią. Tak czy inaczej to wydawała się kompletnie bezludna chociaż malownicza i urokliwa okolica. Stąd widok z grubsza ludzkich sylwetek w tej dziczy był nie lada zaskoczeniem.

                              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; mieszkanie Heinricha
                              Czas: 2519.06.30/31; abt/mkt; noc
                              Warunki: salon, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz: noc, łag.wiatr, pogodnie, ziąb

                              Heinrich

                              - No i jak? Pomogło? - Rune siedział przy stole w kuchni gospodarza. Siedzieli przy zapalonej lampie. Brodaty wojownik dał się obsłużyć samemu gospodarzowi. Gdy sam znalazł butelkę wina, kubek i się poczęstował.

                              - Może Łasica i reszta to by się śliniła z radochy mogąc ci się dobrać do spodni no ale mnie to kręcą inne rzeczy. - zaśmiał się obserwując jak gospodarz używa na sobie maści przyniesionej przez mięśniaka. Sam wskazał na kubek i jego zawartość po czym z niego upił.

                              A spotkali się dość niespodziewanie. Henrich był już w domu i nawet swoim łóżku. Już się szykował do snu, zgasił świecę gdy noga zaczęła go rwać. I to w pare chwil ból osiągnął poziom, że miał wrażenie, że to nie noga tylko jakieś żarłoczne stworzenie chce mu pożreć resztkę żywej nogi i ją powoli miętoli i przeżuwa w zębach. Męki miał straszne, jak heretyk na katuszach. Ale niespodziewanie usłyszał stukanie do swoich drzwi. Trochę to trwało zanim zwlókł się z łoża boleści i doczłapał do nich. Ale po stukaniu poznał, że to ktoś z kultu. Więc ważne skoro była już prawie północ. Jak otworzył drzwi ujrzał w nich uśmiechniętego Rune.

                              - Co jest dziadku? Nóżka doskwiera? Weź to to ci przejdzie. - powiedział wesoło jakby udało mu sie sprawić figiel koledze. Podał mu niewielki, gliniany pojemnik. Potem pomógł mu wrócić do środka. No ale już dalej wolał nie ingerować. Streścił jak to akurat wrócił do kryjówki Mergi a ta akurat miała wizję boleści Heinricha. To dała wojownikowi tą maść i wysłała z tą pomocą do niego. Maść pomogła bo stopniowo noże wbijane w udo zmieniły się w gwoździe, te w igły a w końcu zostało tylko delikatne mrowienie. Zaś gospodarz odzyskał swobodę mowy i myśli uwalniając się od tego bólu.

                              - A właściwie to co ty umiesz? Mógłbyś wkręcić się do towarzystwa na jakiś bal? Może Pirorze by cię się udało gdzieś przemycić. Właściwie jako służba też chyba. No chyba, że wolisz mokrą robotę. Bo jeszcze z chłopakami planujemy jakiś mały rympał na którąś z dorożek. Wiesz, same przyjemne rzeczy. Pobicie, morderstwo, rabunek, może gwałt i porwanie jakby jakaś ciekawa młódka się trafiła. Trzeba zasiać nieco chaosu na mieście. W ten festyn co teraz będzie. To jak się nie widzisz na balu to możesz iść z nami na robotę. Chyba, że masz co innego na myśli to pogadaj z Mergą. - skoro już i tak mimo późnej pory to byli tutaj razem we dwóch i rozmawiali to Rune poinformował kolegę o podobnym stażu w tym zborze chociaż starszego wiekiem o tych planach grupy na nadchodzące dni. Festyn miał się zacząć lada dzień i widocznie kultyści planowali wykorzystać okazję.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Niedostępny
                                SantorineS Niedostępny
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #28

                                Oryginalny autor: Lord Melkor

                                Joachim z fascynacją oglądał wydobyty spod wody pięknie wykonany ołtarz, przedstawiający najbardziej wyuzdaną orgię z udziałem demonów. Jego zainteresowanie było jednak bardziej akademickiej natury niż zmysłowe podniecenie towarzyszących mu kultystek. Był ciekaw, czy z wiedzy którą przekazała mu Merga był w stanie zidentyfikować którekolwiek z tych istot.

                                - Znałaś więc Soren? Opowiesz nam, jaka była? A jej siostry też widziałaś? - Czarodziej zaciekawił się słowami syreny i próbował pociągnąć ją za język.

                                - A co do festynu to jak mówiłem wcześniej planuje w nim uczestniczyć, Starszy i Merga nie przekazali mi jeszcze swoich planów, ale myślę że nie ograniczają się one tylko do orgii, z takimi rzeczami musimy ostrożnie, tak żeby pozyskać nowych zwolenników ale jednocześnie nie przyciągnąć zbyt wielu podejrzeń naszych wrogów - odparł Łasicy.

                                Coraz luźniejsza atmosfera i taniec Sorii zacżęły na niego działać, zastanawiał się na ile może sobie pofolgować jak wtedy przy Wrakowisku czy też może powinien zachować czujność podczas ważnej misji na nieznanym terenie. Jego dylemat przerwało jednak wykrycie intruzów.

                                - Oni chyba widzieli prawdziwą formę Sorii, więc może będziemy musieli ich zabić, ale wpierw spróbujmy porozmawiać i zorientować się w sytuacji. Gunther, chodźmy w ich stronę - stwierdził jednocześnie podnosząc do góry swoją laskę i intonując proste zaklęcie, po którym zaczęła ona świecić jak latarnia.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Niedostępny
                                  SantorineS Niedostępny
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #29

                                  Oryginalny autor: Seachmall

                                  Otto zastanowił się nad planem przedstawionym przez Mergę. Rozważał wszelkie możliwości, jakby odruchowo rysował palcem po blacie symbole. Najpierw proste trzy okręgi, potem półksiężyc, następnie narysował kolejny okrąg i rozpoczął odciągać od niego linię, kiedy się zatrzymał a na jego twarzy pojawił się coraz szerszy uśmiech.

                                  - Och, mam pomysł. Wspaniały pomysł. Wspaniale okropny pomysł. - kultysta chyba z trudem był w stanie się powstrzymać - Słyszałaś plotkę na mieście wyrocznio? Odwiedza nas tajemnicza kobieta, z dalekich stron, o nieopisywalnej urodzie. Ciemne włosy, jasna cera, niestety nie zna języka Imperium. - Otto spojrzał na służkę Tzeetcha mając nadzieję, że dobrze przekazuje swój pomysł - Oczywiście będzie bardzo chciała zobaczyć teatr i lokalną śmietankę towarzyską. Jeżeli dziś zaczniemy rozpuszczać tą plotkę, do festynu wszyscy o niej usłyszą. Będziesz w stanie przekonać Sorię do tego pomysłu? Ja porozmawiam z Joachimem, aby pomagał jej jako tłumacz. Weźmiemy Łasicę i Onyx jako jej orszak… może też podopieczną Sigismundusa?


                                  Następnego dnia po pracy w Hospicjum Otto ruszył najpierw do sklepu Huberta Grubsona.
                                  Nie chciał pracować za plecami swoich przełożonych, ale był pewny swego planu.
                                  Hubert był chaosytą jak Otto, ale nie był członkiem zboru. Musiał mieć na to baczenie.

                                  - Hubercie! - zawołał kiedy zobaczył Grubsona. - Możemy porozmawiać o interesach? Mam zlecenie, nie cierpiące zwłoki. Potrzebuje specjalnej sukni na festyn, coś odważnego i egzotycznego, ale nie niesmacznego. Wycięcie po pępek, odsłonięte udo i plecy? Kolor purpury i różu… - mnich chwilę się zastanowił - Dla kobiety! - po chwili się poprawił, kiedy zauważył spojrzenie Huberta - Będziemy mieli niebywałego gościa na festynie i chcemy, aby wyglądała zacnie.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Niedostępny
                                    SantorineS Niedostępny
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #30

                                    Oryginalny autor: Zell

                                    Westchnienie ulgi wydobyło się z Heinricha, gdy maść od Mergi zaczynała przynosić ukojenie. Przestało go obchodzić od kogo nadchodzi ulga pierwszy raz, jak ulga ogarnęła go po tygodniach męczarni, gdy żarłoczny metal zaczął pożerać żywe ciało. Teraz już mniej go obchodzić nie mogło, że ukojenie pochodzi od chaosyty - klątwa na Sigmara! Z łaski tych potęg, którym służył całe życie nie otrzymałby ulgi innej, niż w śmierci.
                                    Nie, w tym momencie nie żałował swoich czynów i choć była to hipokryzja - uważał, że dawne czyny odkreślił grubą linią od aktualnego życia. Wcześniej takich jak on teraz, wysłałby w śmierć, nie okazując ni grama pożałowania ich sytuacji. Zdarzyło się, nie zmieni przeszłości, a nawet mu na tym by nie zależało.

                                    Heinrich skończył wcierać w nogę maść od Mergi, której zbawienne działanie pozwoliło mu odzyskać sprawność myśli. Usta wykrzywił mu uśmiech, gdy Rune zaczął wymieniać możliwe aktywności dla kultystów podczas tego festynu.

                                    - Zaatakować to, co zaboli. - spojrzał na najemnika - Porozmawiam z Mergą. Ci najemnicy specjalnie wyselekcjonowani, zostali za dobry pieniądz zakupieni jako ochrona licznej trupy aktorów z Salzburga mających uświetnić miasto. Przybycie takich gości to wielkie i ważne wydarzenie, jakie wpłynie na prestiż i pieniądz. Szkoda by było, gdyby coś się stało. - były łowca czarownic wyciągnął dłoń po brązową butelkę o niewidocznej zawartości. Gdy wyciągnął korek i nalał sobie bursztynowej zawartości do własnego kubka, dało się wyczuć zapach przywodzący na myśl zbutwiałe beczki, po czym podsunął butelkę bliżej Rune - Jeżeli będziesz chętny, to można wykorzystać i twoje talenta. - dodał w jednej dłoni trzymając butelkę, w ofercie nalania alkoholu, a druga dłoń dotykała kubka z rumem, jaki sobie przygotował.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Niedostępny
                                      SantorineS Niedostępny
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #31

                                      Oryginalny autor: Pipboy79

                                      Oryginalny tytuł: Tura 09 - 2519.06.31; mkt; noc - popołudnie

                                      Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; rzeka Salz; obóz
                                      Czas: 2519.06.31; mkt; noc
                                      Warunki: - ; na zewnątrz: noc, łag.wiatr, pogodnie, ziąb

                                      Joachim

                                      Gdy Joachim oglądał ten nadal częściowo zanurzony w wodzie alabastrowy ołtarz to doszedł do wniosku, że większą część uwiecznionych na nim istot rozpoznaję. Chociaż sporo z nich było na w pół mityczne z legend i mitologii więc trudno je było spotkać na własne oczy. Dopatrzył się kilkoro ludzi. I mężczyzn i kobiet. Ochoczo angażowali się w to wielostronne pożycie. Być może część z nich to byli jacyś odmieńcy czego nie można było wykluczyć bo jedna z kobiet mogła mieć męskie przyrodzenie podobnie jak Lilly. Ale nie był pewny bo było umieszczone w takim miejscu, że równie dobrze mogła to być końcówka czyjegoś ogona, rogu czy jakiegoś przedmiotu. Skośne i nieco dłuższe uczy u jednej czy dwóch postaci sugerowały elfie pochodzenie. Do tego zwierzoludzie w różnych pozach i gatunkach jakby artysta chciał przedstawić możliwą ich róznorodność. Byli też ewidentni mutanci, nie wiadomego pochodzenia tylko z grubsza przypominających humanoidów. Małe kraby, pająki, węże czy podobne istoty i liczne mniejsze stworzenia, czasem trudne do zidentyfikowania jakich używano chyba w roli zabawek i wzmacniaczy doznań. Wreszcie rozpoznał dwie czy trzy rogate postacie jak zwykle przedstawiano najbardziej rozpoznawalne służki Slaanesha czyli demonetki. Wszystko to ochoczo spółkowało ze sobą a nad tym wszystkim panowała ta pajęcza królowa. Wedle Sorii to właśnie była jej matka, Soria. W swojej królewskiej, okazałej formie. I to jej był poświęcony ten monument.

                                      - Oh, Soria była najwspanialszą i najpiękniejszą istotą jaką znałam! - wężowa syrena bez oporów dała się pociągnąć za język w sprawie swojej matki i stworzycielki. A, że miała dar opowiadania to słuchało się tego przyjemnie jak jakiegoś zawodowego bajarza co snuje wspaniałe opowieści z pradawnych czasów. Świadomość, że ta pozornie zwyczajna dziewczyna może mieć całe stulecia na karku i nie jest zwykłą śmiertelniczką była dziwna. Jednak jej słowa sugerowały niecodzienne pochodzenie. Zaś kultyści już co nieco widzieli jej niezwykłe możliwości choćby zmiany kształtu. Z bliska zaś Joachim wyczuwał te stające na swoim karku włoski świadczące, że dziewczyna ma w sobie coś co zakłóca w delikatnym stopniu przepływ Eteru. Tak działały czary, magiczne przedmioty i istoty zrodzone za pomocą magii. Więc nawet jeśli Soria pozwoliła sobie puścić wodze fantazji przy tych barwnych opowieściach to jednak nie całkiem.

                                      I chociaż minęły stulecia i mielania to Soria dalej wydawała się bezgranicznie wielbić, miłować i pożądać swojej stworzycielki. Nie raz powtarzała, że odkąd ją straciła to już nic nie było takie same. Tylko namiastka przygód jakie przeżywała u boku Soren. Dlatego jak tylko pojawiła się szansa na jakiś ślad po niej to tu przypłynęła. A sądząc po przygodach jakie opowiadała tak barwnie i fascnująco to większość polegała na wyuzdanych zabawach i deprawacji niewinnych. Soren uwielbiała przeciągać prawych obywateli na swoją stronę. Jej potomkini z lubością opowiadała jak przekabaciła pewnego cnego rycerza na ich stronę podarowując go swojej stworzycielce. Ten zaś na jej życzenie rozsiekał swoją rodzinę a potem wielu pachołków władz jacy chcieli go ująć. Obie miały z tego mnóstwo radości i satysfakcji. Albo pewną młodą druidkę jak Soren doprowadziła do takiego szaleństwa z żądzy i miłości, że stała się jej ulubioną nosicielką wszelakiego stworzenia jakie zrodziła Soren lub przyczyniła się do tego. Uwielbiała kreować nowe stworzenia, rasy i gatunki. Więc zdaniem Sorii ten przydomek Matki lub Królowej Potworów nosiła całkiem zasłużenie i z dumą. Więc i jej potomkini nie uznawała go za uwłaczający. A spuścizna różnych stworzeń jest pewnie do dziś spotykana od Bretonii po Kislev.

                                      - Nie zawsze to jest widoczne na pierwszy czy drugi rzut oka. Czasem krew Soren jest tak rozrzedzona, że na zewnątrz nic nie widać. Gdyby to był człowiek to by wyglądał jak wszyscy inni. Ale byłby podatny na jej zew. W końcu w którymś tam pokoleniu byłby jej dzieckiem. Jak bym mogła spróbować czyjejś krwi to myślę, że mogłabym to rozpoznać. - kobieta i wężowych włosach i mieniących się złotym światłem oczach mówiła ze swadą i z werwą. Widocznie była dumna, że jest częścią tego dziedzictwa. Jak Łasica i Burgund to usłyszały od razu zacięły się nożem aby dać jej swoją krew do spróbowania. No ale werdykt ku ich nie skrywanemu żalowi był negatywny.

                                      - Ojej, a tak bym chciała mieć takiego wspaniałego przodka! Wreszcie bym nie była zwykłą dziewczyną z ulicy i miałabym przodka o jakim nawet Froya czy Kamila nie mogłyby marzyć! - zawołała z niekurywanym żalem Łasica. Widząc to Lilly też spróbowała jednak też Soria nie wykryła u niej dziedzictwa swojej matki. Z Onyx wyszło tak samo. Dziewczyny spekulowały jeszcze kto by miał szansę. Może Pirora? Może Fabienne? Może ktoś spoza kultu?

                                      - Ale pozostałych Sióstr nie spotkałam. Moja królowa stworzyła mnie już po tym jak się rozstały. I nigdy ich nie spotkałam. - odparła na pytanie o swoją znajomość z siostrami swojej matki. Domyślała się, że to mogły być całe dekady czy więcej po tym rozstaniu bo zrodziła się na dalekim, południowym wybrzeżu, z dala od tych północnych wód gdzie siostry się rozstały ale po długim czasie miały się spotkać już odmienione, w pełnej chwale i splendorze pobłogosławione przez swoich boskich patronów.

                                      Rozmowy, śpiewy, opowiadania, tańce i zabawy trwały w najlepsze gdy Soria odkryła grupkę nieznajomych. Ich sylwetki ledwo majaczyły między drzewami tego uroczego zakątka nad wodą. Nastąpił moment konsternacji tym odkryciem.

                                      - Jak chcieli nas zaatakować to zgapili sprawę. Albo nie chcieli. - mruknęła cicho Burgund niezbyt wiedząc co tu teraz począć w tej niejasnej sytuacji.

                                      - Tu chyba nikogo nie powinno być. Najbliższa wioska jest dzień marszu stąd. Może dwa jak przez te chaszcze stąd. - Łasica też nie do końca była pewna kto to może być. Położyła dłoń na swoim nożu w pochwie u pasa ale raczej w odruchu dodania sobie otuchy i tak na wszelki wypadek bo go nie wyciągała.

                                      - Na gobliny za wysocy. Na orki za chudzi. Zresztą oni by nie bawili się w jakieś podglądanie i podchody. - odezwała się Onyx miętoląc w dłoni kawałek nadpalonego patyka. Jak usłyszały, że Joachim i Ghunter pójdą to sprawdzić pokiwały głowami.

                                      - Jak coś to zwiewajcie do nas. Soria nas obroni. - rzuciła weselej Łasica, może trochę aby rozładować atmosferę. Na wszelki wypadek kazała dziewczynom dorzucić do ognia. A dwójka mężczyzn ruszyła brzegiem rzeki w kierunku stojących sylwetek. Światło z laski czarodzieja świeciło jak pochodnia i oświetlało wyraźnie teren na kilka kroków dookoła. I kilka dalszych stopniowo tonęło w półmroku. Idąc słyszeli kroki swoich butów na trawie. Ale póki te sylwetki były w mroku to nadal nie było wiele widać. Ot, że jest ich pewnie z pół tuzina. Większość trzymała w dłoni jakieś włócznie lub kostury jednak w neutralnej pozie, opierając jeden koniec na ziemi. Musieli widzieć, że nadchodzą bo widzieli jak chyba rozmawiają ze sobą. Z bliska to nawet słyszeli ich przyciszone głosy. Czekali aż podejdą.

                                      Gdy podeszli i zatrzymali się na kilka kroków byli wreszcie w zasięgu światła z laski. I obaj wysłannicy kultystów mogli dostrzec, że to były ungory. Jeden z gatunków zwierzoludzi. Ale ten względnie mało zdeformowany. Z mniej więcej ludzkimi głowami zwieńczonymi krótkimi różkami albo tylko kostnymi wyrostkami. Chociaż z twarzami to już było różnie. Jedne wydawały się mocno zezwierzęcone a inne mogły uchodzić za ludzkie. Jak jedna z kobiet właśnie taką miała. Druga była szpetniejsza chociaż kobiece piersi wskazywały właśnie na płeć. Większość to jednak byli mężczyźni. Torsy wszyscy mieli albo nagie, albo okryte jakimiś skórami. Na nich, na sobie, lub jako wisiorki różne ozdoby, znaki, malunki z czego prawie każdy miał gwiazdę Chaosu lub inny taki symbol. U dwóch czy trzech dostrzegł męsko - żeński znak Slaanesha, u jednego Khorna a i jeszcze pozostałych dwóch patronów też dostrzegł mniej lub bardziej rozpoznawalny symbol. No ale jak nauczał Starszy, Mroczna Czwórka ma mnóstwo imion i symboli więc raczej trzeba patrzeć ogólnie a nie w detale jakie mogą się różnić. Nie było jedynego, właściwego symbolu Khonra czy Slaanesha. Praktycznie każda grupa, plemię czy organizacja miała jakaś własną wariację najczęściej używanych symboli. W wyglądzie zwierzoludzi najbardziej odróżniały ich nogi. Mieli zwierzęce nogi i pęciny, porośnięte futrem. Przy nich nawet zgrabne nogi Lilly wydawały się całkiem ludzkie.

                                      Obie strony przyglądały się sobie nawzajem w milczeniu. Jak na spotkanie ludzi i zwierzoludzi to było całkiem spokojnie. Zwykle takie spotkanie zaczynało się od podchodów lub ataku przez jedną z nich na tą drugą. Ten co miał największe rogi warknął coś pytająco. Wskazał na obóz z ogniskiem i namiotami. No w tamtym kierunku w każdym razie.

                                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; sklep Grubsona
                                      Czas: 2519.06.31; mkt; popołudnie
                                      Warunki: biuro Grubsona, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, powiew, pogodnie, nieprzyjemnie

                                      Otto

                                      Idąc przez ulice miasta od hospicjum ku Placu Targowego Otto miał sporo czasu na rozmyślania. Jak choćby swoją wczorajszą rozmowę z Mergą. Wysłuchała go bardzo uważnie. Zastanowiła się chwilę nad tym wszystkim. Nalała sobie wina z butelki i gestem zapytała czy gościowi także napełnić kubek.

                                      - Egzotyczna piękność z dalekich stron. Jako gość specjalny na ten turniej. - powtórzyła zamysł tego pomysłu jaki przedstawił były kapłan jednego z bogów prawości. Mówiła jakby smakowała ten pomysł razem z winem.

                                      - Interesujący pomysł. Tłumaczyłby jej egzotyczną urodę oraz ewentualne wpadki językowe. Tak, myślę, że moglibyśmy się tym zająć. Sorii teraz nie ma w mieście ale biorąc pod uwagę jej pochodzenie i zamiłowania nie sądze aby była przeciwna zabawom i balom ze śmietanką towarzyską tego miasta. Poza tym mogłaby być gwiazdą wieczoru. Więc mielibyśmy poza Pirorą jakąś dodatkową figurę na szachownicy. No i ona ma niesamowite możliwości, znacznie większe niż zwykły śmiertelnik. - tak, pomysł zdecydowanie spodobał się wyroczni. I w pełni go zaaprobowała. No tylko owa gwiazda tego planu chwilowo była poza miastem więc nie dało się z nią rozmówić osobiście na ten temat. Podobnie jak większość dziewcząt. Razem z Joachimem popłynęli łodzią zobaczyć czy coś wyjdzie z tego rzecznego tropu do artefaktu Soren. Sama droga by zabrała im dzień czy dwa więc najprędzej by mogli wrócić jutro na wieczór. Właściwie… To wczoraj jak rozmawiał z wyrocznią to było “jutro wieczór” więc teraz jak szedł przez Plac Targowy to mogło chodzić o dzisiejszy wieczór. Chyba, że im zejdzie dłużej no to jutro. Ale i tak Merga spodziewała się ich powrotu przed początkiem festynu.

                                      - Ale została Pirora. Porozmawiaj z nią prosze bo ona z nas wszystkich jest najbardziej wtajemniczona i obyta w życie śmietanki towarzyskiej. I tak trzeba by z nią ustalić wiele szczegółów. Jak choćby to czy przyznawać się do znajomości z taką egzotyczną panną czy nie. Albo czy ją nocować czy u kogoś innego. - poradziła mu przed wyjściem. Pod względem towarzyskim i społecznym to Pirora chyba stała najlepiej z całego zboru. Miała liczne koleżanki z klubu poetyckiego i chyba przynajmniej niektóre z nich rokowały szanse na zwerbowanie do spisku. Poza nią była jeszcze ta Bretonka, Fabienne. Dziewczęta całkiem dobrze się ze sobą dogadywały chociaż pani von Mannlieb należała do innego zboru, grupy Grubsona. Nawet byli chyba z raz czy dwa, na wiosnę gdy Merga niejako oficjalnie przywitała się ze swoimi wiernymi i namaściła Starszego na swojego protektora i prawą rękę. Ale raczej poza tym to obie grupy działały niezależnie od siebie. Chyba właśnie najczęściej to Fabienne i Oksana utrzymywały towarzyskie relacje z kultystkami Starszego. Pirora zdaje się najchętniej w ogóle przeciągnęłaby je obie do swojej komórki bo każda z nich wydawała się cenna i wyjątkowa. No ale na razie to chyba nadal obie raczej Huberta uważały za swojego szefa, patrona i mistrza niż młodą Averlandkę. Wyglądało to trochę jak przeciąganie liny jednak koleżance ze zboru Otto brakowało jakiegoś mocnego atutu aby je przeciągnąć na swoją stronę. Chociaż poza tym to relacje między nimi były całkiem ciepłe. Gdy jednooki bywał na spotkaniach poetyckich to Fabienne prawie zawsze była i dało się wyczuć, że zwykle wspiera poczynania blond kultystki i jest jej życzliwa.

                                      A na samym placu musiał przerwać te rtozmyślania. Bo jak co tydzień, w dzień targowy, było tu gwarno, tłoczno a miejscami trzeba było się przepychać aby się przedostać przez tą ludzką ciżbę. Straganiarze prezentowali swoje towary, od rzeźników i ich wyrobów, przez wiecznie modne ryby, chleby, słodycze, narzuty, ubrania i tak dalej, każda branża miała swój stały zakątek na tym placu podczas jarmarku. Dlatego te wszystkie rusztowania i paliki jakie przygotowyano pod turniejową arenę trochę dzisiaj tonęły w tym gwarnym tłumie. A przeszedł parę domów dalej i już była fasada sklepu Grubsona. Trudno było mówić, że się znają z Grubsonem osobiście. Chociaż raczej obaj kojarzyli się właśnie z tych dwóch czy trzech spotkań na zborze. Więc właściel sklepu znalazł dla niego czas a nawet zaprosił do swojego biura na zapleczu aby swobodnie porozmawiać. Gdy wysłuchał z czym młodszy wiekiem i stażem kultysta przychodzi pokiwał głową ale od razu było widać, że jest zainteresowany.

                                      - Suknia mówisz? Z odważnymi wycięciami? Na jakieś zgrabne, kobiece udo i pępek? I to jeszcze w purpurze i różu? Moje ulubione zestawienie. Ale na turniej? Ten co teraz będzie? No kolego… Stawiasz nas pod ścianą. Mało czasu. To nie jakaś kiecka co ją można w jeden dzień uszyć. No ale poczekaj chwilę, zobaczymy co Oksana powie. - jako kultysta to takie kultystyczne i zalatujące dekadencją i hedonizmem zamówienie bardzo grubemu kupcowi przypadło do gustu. No ale jako szef prężnie działajacej firmy krawickiej, jaki był głównym dostawcą kostiumów i materiałowych dekoracji do nowo otwartego teatru to był realistą. Zadzwonił dzwonkiem, do środka weszła jakaś długonoga sekretarka i kazał jej wezwać Oksanę. Ta pokiwała głową, znikła za drzwiami i niedługo później weszła do środka dwukolorowa główna krawcowa i projektantka tej firmy. Uśmiechnęła się skromnie do Otto ale podeszła do biurka swojego szefa. Ten wprowadził ją w pomysł z jakim przyszedł młodzieniec.

                                      - Mało czasu. - pokręciła głową na znak, że sprawę podobnie ocenia jak szef pod względem terminu. - Ale może uda mi się przerobić którąś z gotowych sukien. Potrzebowałabym wymiary tej pani. Albo jak się da to ją samą. No i projekt. Rysunek jak się da. Albo dokładny opis to sama zrobię rysunek. Muszę wiedzieć jak to ma wyglądać. - krawcowa chociaż uznała, że szycie od zera nowej sukni raczej nie jest realne w ciągu paru dni to jednak znalazła pewne zastępcze wyjście. Postukała w notatnik jaki miała zawieszony na sznurku u pasa aby był pod ręką dając znak, że może wspomóc w tym zaszczytnym dziele.

                                      - Tak i jak ustalicie co i jak to Oksana daj kolegom z rodziny tak z 25% zniżki przy wycenie. Może więcej jak rozejdzie się po salonach skąd owa egzotyczna piękność ma tą suknię. A w ogóle kto to to ma być? - Grubson za swoim biurkiem wyglądał jak klasyczny, gruby kupiec. Odezwał się dobrotliwym, jowialnym tonem wujaszka no ale nie zapomniał o interesach. W przypadku szycia zwykle cena zależała od użytych materiałów i pracochłonności w wykonaniu.

                                      - Przyszła pani von Mannlieb. - jak rozmawiali drzwi znów otwarła sekretarka i z wieściami. Hubert i Oksana byli tym nieco zaskoczeni.

                                      - Ale ją ciśnie. Mówiłam jej, żeby przyszła jutro. Chyba, że coś się stało. - krawcowa zawahała się spoglądając na szefa. Ten z żalem ale przyznał, że nie może jej tu przyjąć w biały dzień. No a poza tym właśnie rozmawiali o interesach.

                                      - Niech poczeka. Dobrze jej to zrobi. Powiedz jej, że mam ważne spotkanie a Oksana jest na konsultacji. - powiedział w końcu do sekretarki a ta skinęła głową i wyszła.

                                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; mieszkanie Heinricha
                                      Czas: 2519.06.31; mkt; noc
                                      Warunki: salon, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz: jasno, sła.wiatr, mżawka, nieprzyjemnie

                                      Heinrich

                                      Resztę nocy po tym jak Rune wyszedł Heinrich przespał spokojnie. Z zaleceń od Mergi jakie przekazał mu wojownik wynikało, że ma smarować tą maścią nogę rano i wieczorem. Albo jak zacznie boleć. Ten gliniany dzbaneczek na zbyt długo nie wystarczy no ale jak będzie się kończył i da znać to wyrocznia obiecała zrobić nową porcję. Tak przynajmniej mówił wczoraj Rune. Mówił też inne rzeczy.

                                      - Aaa, to o to chodziło z tymi elitarnymi najemnikami? - roześmiał sie gdy usłyszał od gospodarza te wieści. Upił wesoło łyk częstując się bez skrępowania. Na swój sposób można go było uznać za pogodnego czy nawet wesołka. Ale może dlatego, że w takich chwilach jak ta gdy czuł się bezpiecznie i rozmawiał z towarzyszami niedoli to sobie na to pozwalał. Bo z tego co czasem rubasznie sobie opowiadali czy wspominali razem z Egonem i Silnym przy stole na zborach to wcale nie był z niego taki wesołek.

                                      - No jak dobrze płacą to mogę tam podejść. Drażnią mnie te wypacykowane paniczyki ale z jakąś wyperfumowaną piczką szlachetnej krwi to chętnie bym się poznał. Słyszałem, że te aktoreczki to są bardzo namiętne. - zaśmiał się lubieżnie na myśl o takich ekscesach. Chociaż to chyba tak prywatnie jak to między kolegami. Bo sprawiał wrażenie, że potrafi nie tylko strzelić w pysk jak potrzeba ale też wykonywać polecone zadania. Zwłaszcza jeśli wiązały się z użyciem przemocy bezpośredniej.

                                      - No dziadku, to pogadaj z naszą rogatą wróżką. Może coś uradzicie. Bo my też z nią i szefem gadaliśmy. No i mówią, że takie zamieszanie gdzieś wieczorkiem po cichaczu można by zrobić. Że to by było dobre dla naszej sprawy. No to mnie i chłopakom to pasuje. Chętnie przylejemy tym bogatym pacanom i zapoznamy ich z gnojem tego parszywego życia na naszym bruku. - zaśmiał się chrapliwie jak wilk co widzi stado bezbronnych owiec. Jednak z tego co mówił, to nie mieli działać tak całkiem samopas i dla własnej przyjemności. Ale taki napad mógł być częścią większego planu. Bo sami jeszcze nie wiedzieli na kogo, gdzie i kiedy mieli napadać więc to wstępnie był tylko luźny szkic tego planu. Właśnie choćby Heinrich mógł się na to załapać a mógł coś z tymi balami i tak dalej co pewnie będzie się kręcić wokół Pirory.

                                      - A słyszałeś już ploty? Podobno Joachim pojechał z dziewczynami na Wrakowisko. I przywieźli stamtąd prawdziwą syrenę. Tylko umie sobie ten rybi ogonek zmieniać w nogi to się tak nie rzuca w oczy. I teraz popłynęli po jakiś ten swój badziew zatopiony gdzieś w rzece. Ale niedługo pewnie wrócą. Przed festynem powinni wrócić. Jak nie to pewnie coś ich zeżarło na tej rzece albo w lesie. - zaśmiał się na koniec ale podzielił się ze starszym wiekiem kolegą plotkami ze zboru. Chyba nie miał zbyt dużego mniemania o tym przedsięwzięciu a zwłaszcza o koleżankach ze zboru. Jednak on i one mieli całkiem inny system wartości i moralności więc to aż takie dziwne nie było.

                                      Ale to było jeszcze w nocy, jak Rune był. Potem poszedł. Heinrich w końcu zgasił świecę i z ulgą zasnął. A rano też miał satysfakcję, że noga ledwo trochę jest zdrętwiała. Dawno nie czuł się tak dobrze. Nawet jak był trochę niewyspany po tej nocce. Siedział teraz w kuchni przy śniadaniu przygotowanym przez służącą. Za oknami było szaro i pukała w nie monotonna mżawka. Ale jakoś nie wyglądało zbyt zimno. Chociaż mokro i mało przyjemnie.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Niedostępny
                                        SantorineS Niedostępny
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #32

                                        Oryginalny autor: Lord Melkor

                                        Mieli do czynienia ze zwierzoludźmi, czyli potencjalnymi sojusznikami, choć potencjalnie mogli być oni niebezpieczni. Czy to był teren Ungorów? W każdym razie astromanta stanął naprzeciw przywódcy zwierzoludzi, starając się wyglądać pewnie, a nawet dostojnie. Jego święcąca laska wyraźnie sugerowała że jest magiem.

                                        - Bądźcie pozdrowieni w imię naszych Panów, Tzeenchta i Slaanesha - rozpoczął rozmowę wyraźnie identyfikując swoją grupę jako wyznawców tych dwóch potęg, mając nadzieję że zostanie zrozumiany.

                                        Jego słowa wywołały pewną reakcję wśród istot lasu. Ale na pierwszy rut oka trudno było rozpoznać jaką. No na pewno nie rzucili się natychmiast do krwiożerczego ataku jak to zwykle bywało przy kontakcie przedstawicieli obu ras. Ich herszt zmrużył oczy jakby zastanawiał się nad tymi słowami czarodzieja. Jeden z jego ludzi coś mu szepnął ale czy to było pytanie czy podpowiedź to nie szło usłyszeć.

                                        Powiedział coś wskazując na niego a potem dalej, na obóz z ogniskiem i namiotami jakie były przy rzece. Brzmiało jak pytanie. Ale znów w jakimś dzikim, obcym języku. Powiedziane to było dość neutralnym tonem jakby jeszcze herszt nie zdecydował się ani na agresywną ani na strachliwą opcję. Ale coś chyba chciał się dowiedzieć.

                                        - Nie rozumiem waszego języka- czarodziej odparł dwa razy, najpierw w Imperialnym, potem w demonicznym.
                                        - Gunther, spytaj się dziewczyn, czy któraś z nich rozumie język zwierzoludzi - zwrócił się do swojego ochroniarza. Miał nadzieję, że nie dojdzie do konfliktu przez coś tak błahego jak niezrozumienie mowy…

                                        Ochroniarz nic nie powiedział, skinął głową i ruszył szybkim krokiem w kierunku położonego przy starorzeczu obozu. Przez chwilę więc czarodziej został sam z tym kilkorgiem zwierzoludzi. Mógł im się przyjrzeć wyraźniej. Z pół tuzina, dwie kobiety reszta mężczyźni. Znów herszt wymienił krótkie, chrapliwe, urwane zdania ze swoimi ludźmi. Obserwowali uważnie i Joachima i odchodzącego ochroniarza. Zapytał o coś astromantę wskazując włócznią albo na obóz albo na Ghuntera. Znów Joachim nie zrozumiał co. Ale po chwili wrócił jego ochroniarz przyprowadzając ze sobą Łasicę i Lilly.

                                        - O, zwierzoludzie… Ciekawe czy to wszyscy. Czego chcą? - włamywaczka z nieukrywaną ciekawością oglądała sobie grupkę nocnych przybyszy.

                                        - Ja mogę z nimi porozmawiać. Trochę rozumiem ich język. - powiedziała Lilly a jej przybycie wyraźnie ożywiło kopytnych. Bo widać było, że różowowłosa też ma zamiast stóp kopyta a pęciny porośnięte różowym futrem.

                                        - No to bardzo nam pomoże - Joachim nieco się odprężył i porzucił plany rzucenia zaklęcia ochronnego. Zmiennokształtni mogliby odebrać to jako atak na nich.
                                        - Tłumacz jego słowa - wykonał gest od Lilly w stronę domniemanego przywódcy.

                                        Trójka kultystów obserwowała i słuchała przebieg rozmowy między ich kopytną koleżanką a hersztem zwierzoludzi. Trochę to trwało i wyglądało na to, że nie wszystkie wypowiedzi są dla obu stron zrozumiałe. Lider ungorów coś pytał, wskazywał przy tym w kierunku obozu a mutantka mu odpowiadała i opowiadała bo jej odpowiedzi zwykle były dłuższe. Pewnie też było coś o nich bo raz czy dwa bródka ungora wskazała na nich a liliowłosa też spojrzała na na nich nim nie zaczęła coś tłumaczyć. W końcu po paru takich wymianach Lilly zwróciła się do czekającej trójki.

                                        - Mówi, że ściągnęły ich tu sny i wizje. Przybyli oddać cześć Wężowi. Oni go nazywają Snarl jeśli dobrze zrozumiałam. Mieli tu chyba sobie urządzić małą orgię. No i uznają to miejsce za pobłogosławione przez Snarla. Dlatego. Ale nie spodziewali się tu nikogo innego to jak nas zobaczyli to trochę się zdziwili. Mówiłam im, że my też jesteśmy od Snarla. Przynajmniej ja i dziewczyny. To się ucieszyli. No ale pytają o ołtarz i Sorię. Chyba myślą, że ona to jakiś odmieniec czy co. - dziewczyna o liliowych włosach i takimż futrze na łydkach przetłumaczyła co podczas tej rozmowy ustaliła z nie tak całkiem odmiennych od niej przedstawicielami podobnej rasy, na stałe naznaczonej piętnem Chaosu. A Soria, w obecnej formie atrakcyjnej kobiety z kilkoma parami ramion no faktycznie można ją było wziąć za odmieńca. Zwłaszcza jak z tej odległości nie było widać wszystkich detali.

                                        - Przyszli na orgię? O! To tak jak my! - roześmiała się Łasica którą raczej rozbawiły niż speszyły takie wieści. - Hmm…. Ale te błogosławieństwo tego miejsca co mówią to pewnie przez ten ołtarz. Soria coś takiego mówiła. Mogą mieć coś przeciwko jak jutro będziemy chcieli go ze sobą zabrać. - zreflektowała się nieco myśląc o planach na jutrzejszy poranek. Możliwe, że zwierzoludzie już widzieli wystający z wody ołtarz to biorąc pod uwagę uwiecznioną na nim scenę raczej nie było trudne domyślić się komu został poświęcony.

                                        Czarodziej zastanawiał się przez chwilę, potem wziął Lilly i Łasicę na bok i przemówił do nich cicho, nie był do końca pewien czy żaden z ungorów nie mówi ich językiem .

                                        - Powiedz im, że Soria jest wybranką Węża, może nie będą chcieli się przeciwstawiać jej woli? Jak nie macie nic przeciwko, możecie ich zaprosić na wspólną orgię, wtedy uśpimy ich czujność i zobaczymy co dalej - zaproponował.

                                        Dziewczyny popatrzyły na siebie chwilę. Potem na czekających zwierzoludzi. I wreszcie w drugą stronę na czekające w obozie koleżanki.

                                        - No ja to zawsze byłam ciekawa jak to z nimi jest. Słyszałam, że są bardzo jurni. A dziewczyny to nie wiem, trzeba by zapytać. Ale z Soria Joachim dobrze mówi. Trzeba jej powiedzieć aby zrobiła odpowiednie wrażenie. To jak się jeszcze z nimi zaprzyjaźnimy to może sami nam pomogą? - łotrzyca w skórzanych spodniach pierwsza zabrała głos i rzuciła swoją propozycję. Raczej pomysł czarodzieja zdawała się aprobować. Lilly ograniczyła się do roli łączniczki więc powiedziała coś do zwierzoludzi wskazując na obóz. Rozmowa trwała krótko, parę wymienionych przez obie strony zdań. Ale przez grupkę przebiegło poruszenie, może nawet ekscytacji.

                                        - Powiedziałam im, że musimy porozmawiać z resztą i żeby poczekali. Ale my to ich chętnie ugoscimy. - wyjaśniła kopytna wskazując na siebie i koleżankę. Ta roześmiała się dźwięcznie, pomachała ungorom wesoło i wrócili do ogniska.

                                        - I co? Kto to? Co chce? - z czekających Burgund odezwała się pierwsza. Widać było, że jest zaintrygowana i nieco zaniepokojona wynikiem tych negocjacji.

                                        - Goście. Chcą naszych kuperkow i resztę wdzięków. I ja i Lilly jesteśmy skłonne im to dać. - odpowiedz Łasicy, zwłaszcza okraszona pokazaniem języka swojej kamratce była psotna i lekka. Więc Burgund i reszta chyba nie były pewne o co tak naprawdę chodzi. Nawet jak Lilly potwierdziła słowa ich liderki kiwaniem głowy. Dopiero jak Łasica zaczęła tłumaczyć Sorii jaki plan ukuli na szybkiego z Joachimem zorientowały się o co tu chodzi.

                                        - Dobrze. Myślę, że to się uda załatwić po przyjacielsku. - wybranka Węża, córka Królowej Potworów uśmiechnęła się łagodnie. Potem wystąpiła parę kroków do przodu i zatrzymała się. I zaczęła coś głośno mówić w stronę cienistych sylwetek między drzewami. Mówiła potężnym głosem, dumnym i dostojnym niczym zawodowy mówca. W obcym języku.

                                        - O, ona zna ich mowę. - trochę zdziwiła się Lilly która z ich grupki była jedyną co mogła zrozumieć tą dziką mowę zwierzoludzi. A tymczasem głos kobiety o granatowych włosach potężniał.

                                        - Wzywa ich. - Lilly cicho powiadomiła swoich towarzyszy. Ale rzeczywiście sylwetki z drzew zaczęły się zbliżać. Aż ujawniły swoją pół ludzką formę gdy weszły w zasięg blasku ogniska. Wtedy Soria zaczęła się zmieniać. Rosnąć. Włosy zmieniły się w żywe węże, smukłe nogi scaliły się tworząc wężowy ogon, oczy z ludzkich zaczęły promienieć wewnętrznym blaskiem potęgi. Sama wybranka Węża zaczęła unosić się na tym wężowym ogonie aż głowę miała na wysokości kilku kroków nad ziemią. Rozłożyła dumnie swoje kilka ramion aby ukazać się w pełnej, nadnaturalnej krasie. No i głos. Głos jej się zmienił. Teraz wydawało się, że gdy mówi to wtóruje jej pogłos setek głosów i mileniów.

                                        Od pokazu tej potęgi stadko zwierzoludzi padło na kolana onieśmieleni takim pokazem mocy. Zaraz potem padli na twarz jakby obawiali się gniewu swojej bogini. Właściwie kultystki też. Najpierw Łasica a potem reszta koleżanek. Właściwie to i kultyści gdy przedwczoraj spotkali Sorie po raz pierwszy na plaży przy Wrakowisku to co nieco widzieli tej wężowej formy Sorii. Ale wówczas nie okazała się ona z taką mocą jak teraz. Joachim czuł naelektryzowanie w powietrzu co zdradzało, że przemiana wpłynęła na przenikające ten świat energie Eteru.

                                        - Oh pani! Pozwól nam ci służyć! - jęknęła Łasica szczerze poruszona tym pokazem mocy i potęgi. Ale i reszta dziewcząt oraz zwierzoludzi byli pod wielkim wrażeniem.

                                        - Dobrze. Możecie mi służyć. Podaj mi wino piękna służko. - wężowa czcigodna okazała łaskę i dobry humor. Odezwała się do lotrzycy w reikspiel nieco rozbawionym tonem. Opadła na niższy poziom będąc już tylko o głowę wyższa od pozostałych. Gdy dostała kubek z winem wzniosła go do góry.

                                        - A więc kobiety i taniec, śpiew i wino! Niech umiar idzie precz! Niech zacznie się noc żądzy a skrywane pragnienia niech mają swój finał! - Soria krzyknęła do wszystkich wznosząc swój kubek z winem i pierwszy toast tej nocy już po północy. Przywitano to z aplauzem obu grup. I dość szybko obie grupy zaciekawione sobą nawzajem zaczęły się mieszać i fraternizować zupełnie jakby odgrywały jakąś scenkę uwiecznioną na alabastrowym monumencie jaki spoczywał częściowo zanurzony w przybrzeżnej wodzie.


                                        Zadowolony, że jego plan się powiódł i uniknęli niepotrzebnej walki ze zwierzoludźmi, Joachim przyklęknał na jedno kolano przed Sorią której mroczny majestat był nie do zaprzeczenia, choć padanie na twarz wydawało mu się jednak przesadą. Następnie odsunął się na bok, obserwując jak ungorzy i kultystki oddają się swoim żądzom, zachęceni przez syrenę.

                                        Sam stwierdził, że postara się tym razem zachować zimną krew, inaczej niż na Wrakowisku i obserwować orgię w celach pogłębienia swojej wiedzy, w końcu niewiele miał wcześniej do czynienia ze zwierzoludźmi, a i Soria była wyjątkową istotą. Guntherowi i Rupertowi pozwolił się przyłączyć do orgii, na początku wydawali się sceptyczni, ale po chwili nie byli w stanie oprzeć się magii roztaczanej przez wyznawców Księcia Rozkoszy. On jakiś czas wytrwał obserwując, ale w końcu pozwolił się zaciągnąć na bok rozpalonej żądzą Burgund... co wcale nie było nieprzyjemne.

                                        Następnego dnia podporządkowani już Sorii zwierzoludzie pomogli zaciągnąć ołtarz na łódź. Niestety, wyglądało na to, że nie więcej niż 3 osoby zmieszczą się wraz z ołtarzem. Czarodziej zaproponował, by z ołtarzem popłynęli: Rupert, jako umiejący kierować łodzią oraz Soria i Łasica, jako najwyższe rangą z wyznawców Slaanesha. On z pozostałymi miał zamiar wrócić pieszo z pomocą ungorów. Przy okazji planował korzystając z tłumaczenia Lily dowiedzieć się więcej o ungorach, jakimi siłami dysponują i co wiedzą o innych grupach i istotach w okolicy.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Niedostępny
                                          SantorineS Niedostępny
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #33

                                          Oryginalny autor: Zell

                                          Ulga była nieopisana. Z jakimś dobrym humorem wstał dziś, bez osłabiającego myśli bólu. Szedł pewnym krokiem, prawie nie pamiętając o sztywności nogi.
                                          Wiedział, że pomysł, o którym chce z Megą porozmawiać może być jak i problemem dla miasta, jak i mieć konsekwencje dla kultu, jeżeli nierozplanowany odpowiednio. Więc wchodził do rogatej z pewnością, której nie okazywał podczas ich pierwszego spotkania, którym okazał swoją desperację. Dziś już jej nie było. Została pewność... nawet jeżeli była to pewność czynów, które powinien ukrywać popiół.
                                          Wkroczył do kryjówki Mergi (czy nadejdzie czas, gdy i on będzie musiał się ukryć?), szukając samej wiedźmy.

                                          - O. Jesteś. Czcigodna mówiła, że możesz przyjść dzisiaj. Poczekaj tutaj. - nawet po drabinie co zwykle sprawiała mu trudność nie schodziło się dzisiaj tak źle. A trzeba było po niej zejść z poziomu piwnicy wieży do ukrytego przejścia. I tam, kawałek prostego korytarza po ciemku aż dłonie namacały zasłonę. Za nią była półka i ogarek jaki można było znów po omacku oświetlić. I solidne drzwi jakie odgradzały od właściwej części kryjówki. Podobno zamontowano je jakoś na wiosnę, wcześniej ich nie było. Ale jak Heinrich przybył tu pierwszy raz to już były. W drzwi trzeba było zastukać hasłem, aby było wiadomo, że to ktoś swój. Wtedy czekało się aż ktoś z zewnątrz podejdzie i otworzy. Dzisiaj była to Norma, ale ona często pełniła tą funkcję. Wpuściła go i przeszli do jadalni. To było największe pomieszczenie w kryjówce i pełniło też miejsce spotkań całego zboru. Pod ścianą był piec i miejsce do gotowania gdzie zwykle krzątała się Myszka albo któraś z dziewczyn. Dziś też odmieniec podała na stół butelkę wina i kubki pytając czy jest głodny. Zaś póki pełniła rolę gospodyni norsmeńska wojowniczka poszła w trzewia kryjówki po rogatą panią. Po jakimś czasie obie wróciły do jadalni a Merga przywitała się ze swoim gościem przyjemnym uśmiechem.

                                          - Dzień dobry Heinrichu. Jak noga? Maść pomogła? - zapytała podchodząc do stołu z dumą i pewnością godną kapłanki czy szlachcianki.

                                          - Uratowała mi życie, bo już chciałem zębami odgryźć nogę. - wstał i skłonił się ze wdzięcznością - Dziękuję.

                                          Pierwsza reakcja na rogatą minęła chyba po trzecim spotkaniu. Na pierwszym była okryta iluzją, dając poznać swoją formę na drugim. To był niemy szok dla byłego łowcy czarownic, który wtedy ledwo się zgadzał z własnymi czynami. Dziś już ten widok był dla niego zwyczajny, nie wzbudzał w nim wyuczonej złości... szczególnie jak dzięki kobiecie nadchodziła ulga.

                                          - Ciało nie chce zmiany, więc umiera powoli, jakby uparty na torturach.

                                          - Czasem tak bywa. Z ludźmi tak samo. Dają się omamić i zwieść słabym bożkom i fałszywym ideałom. I większość z nich jest taka oporna na prawdziwą wiarę. Boi się zmian. Boi się stracić to co już ma i zna. Dlatego tak często skłaniają się ku nam desperaci i wyrzutki, którzy nie mają nic albo niewiele. - rogata pokiwała swoimi rogami dając znać, aby gość spoczął za stołem.

                                          - I cieszę się, że pomogło. Musimy sobie pomagać. Nikt z nas nie jest na tyle mocny, aby poradzić sobie bez innych. Zwłaszcza jak chce coś osiągnąć. A co cię do mnie sprowadza? - zapytała okrążając pytanie przyjemnym uśmiechem.

                                          Heinrich przyjął zaproszenie i usiadł naprzeciw rogatej wiedźmy.

                                          - Zbieranie jak najlepszych najemników miało sens. Możni i bogaci miasta potrzebowali bezpiecznego przyjazdu i eskorty na miejscu trupy aktorów z Salzburga. Ich przyjazd ma uświetnić to miasto, a jako że to pierwsza tak szacowna i liczna grupa... ich pojawienie się będzie miało w sobie korzyści polityczne i gospodarcze, a do tego przekona innych, że tu warto przyjechać. - postukał palcem o wierzch dłoni leżącej na stole - Gdzie wpływy i pieniądze, tam wielu się interesuje. Cokolwiek poszłoby nie po myśli, może boleśnie się odbić na miejskich interesach. Winnych będzie się szukać, najwyżej używając kozłów ofiarnych.

                                          Oparł brodę na złożonych dłoniach w jedną pięść.

                                          - Możemy zrobić wielką pożogę, ale jeżeli nie podejdziemy do tego z głową: sami się podpalimy. Chcę zapytać, czy mamy jakiś nieprzekraczalny limit zagrożenia, które przetrwamy? Możliwe straty uboczne? - spojrzał w oczy Merdze - Wiesz pani, od tego zależeć będzie plan. Do czego można się posunąć. A pewne jest, że reakcja będzie.

                                          - Tak, to prawda, możemy uderzyć na nich mocno i znienacka. Chaos obejmie miasto a władze i możni zostaną skompromitowane. Sprawa będzie zbyt duża, aby ją zatuszować, tak samo jak nie udało im się zatuszować mojej ucieczki z Kazamat. Staną się pośmiewiskiem całej prowincji, na pewno polecą czyjeś głowy. No ale i śledztwo też zostanie wszczętę, możliwe, że przyślą kogoś z zewnątrz. - Merga uśmiechnęła się już jak Heinrich mówił zgadzając się, że takie uderzenie powinien odbić się na tutejszych władzach mocnymi konsekwencjami. Zwłaszcza jeśli ofirarami staliby się zamożni goście spoza miasta.

                                          - No najlepiej to aby się obyło bez strat. Przynajmniej tak to planujemy. I gdyby nasz plan z dosypaniem tego i owego do potraw wypalił a myślę, że gdy część z nas oficjalnie będzie na przyjęciu jako goście lub obsługa to ma to spore szanse powodzenia. Potem wystarczy czekać aż środki zaczną działać. Tylko właśnie nie do końca mamy wpływ na to gdzie będzie to finałowe przyjęcie. Nam najlepiej pasowałby teatr bo tam mamy największe pole manewru. No ale to nie do końca zależy od nas i jeszcze to nie jest postanowione między możnymi tego miasta. Skoro zaś część z nas będzie jako goście myślę, że o ile sami nie dadzą się złapać lub w coś nie wpakują to powinni być nie bardziej podejrzani niż pozostali goście. Obsługa będzie zapewne bardziej na widelcu no ale liczę, że nasze sprytne dziewczęta sobie poradzą. - Merga chyba nie do końca była pewna co Heinrich ma na myśli więc w ogólnych zarysach przedstawiła główną część planu zboru na nadchodzący turniej rycerski.

                                          - Sugeruję, aby goście ucierpieli ostatecznie na terenie miasta lub w zewnętrznych granicach, nie zaś na bezdrożach. - zamyślił się - Rune zgodził się zakręcić wokół Czerwonego Johana, który rekrutował, to możliwie wciśnie się w ranki przypisanych najemników do ochrony. Kiedy inni zajmą się doprawionymi potrawami, będą się akcje działy równolegle, to i ich skutek może się wylać równocześnie. Zakładam pojawienie się paniki wśród ludzi. - spojrzał na Mergę - Czy działania będą mieć widoczny wpływ kultu, czy damy radę to wszystko przyklepać pod gierki szlachty i handlowców? Dobra, stara zawiść i chciwość?

                                          - Będzie to wyglądało na próbę otrucia. Na masową skalę oczywiście bo na przyjęciu dla ważniaków. A trutkę może podrzucić każdy kto ma odpowiednie zasoby, determinację i możliwości. Chociaż planowalismy dodać też środek wywołujący mutacje. Co prawda to też mógłby zdobyć ktoś z odpowiednimi dojściami ale już może sugerować udział jakichś kultystów lub osób powiązanych z naszymi patronami. - przyznała wiedźma. Jak sam ze swojej dawnej służby były łowca czarownic wiedział nie wszystkie makabryczne, okrutne czy wyuzdane czyny popełniane przez bliźnich były zorganizowane przez jakieś spiskowe organizacje. Czasem to były czyny pojedynczego desperata. Ale czasem jakieś rozgrywki między spiskowcami najróżniejszyjszych stronnictw. Niekoniecznie tych powiązanych z Chaosem. No ale jednak i tak często brano pod uwagę ten czynnik, zwłaszcza jak znaleziono jakieś poszlaki na to wskazujące. Zaś masowe wystąpienie takich mutacji mogło to sugerować. Z drugiej strony tacy odmienieni obywatele z ręki prawych władz i tak musieliby zostać skazani na śmierć.

                                          - Zaś ta akcja chłopców Silnego myśleliśmy gdzieś w mieście. Zapewne nadarzy się okazja dopaść jakiś pojedynczy powóz czy coś takiego. Tylko wciąż niezbyt wiemy kto, gdzie i kiedy przyjedzie oraz się zatrzyma. To już będziemy się dowiadywać jak się turniej zacznie i wszyscy będą na miejscu. Jeśli Pirora i dziewczęta będą tam działać to nie powinno być zbyt trudne do zlokalizowania. A w napadach i siłowych rozwiązaniach Silny i jego drużyna mają wprawę. Wystarczy im wskazać cel, czas i miejsce. - wyrocznie wyjaśniła jak to mniej więcej powinno wyglądać z tymi napadami jakie mieli przeprowadzić specjaliści kultu od takich działań.

                                          - A uważasz, że coś jeszcze moglibyśmy przygotować? Jak tak to mów śmiało. - zachęciła go aby podzielił się swoimi pomysłami.

                                          - Cokolwiek nie zostanie zrobione, pewnikiem zaczną węszyć Chaos. - uśmiechnął się pod nosem - I niezależnie od wyniku: kogoś znajdą, nie musi to być kultysta. Liczy się efekt, nawet pozorny. Kult powinien się nie wychylać kilka tygodni, nie dawać się zachęcić do działań czy zastraszyć węszeniem. To jedna z możliwości - wykurzyć szczury dymem. Ognia nie ma, jest jego iluzja. - przymrużył oczy, jakby wspominając coś przyjemnego - Kto wybiegnie z kryjówki, ten winny. Jeżeli posiadamy listę potencjalnych kozłów ofiarnych, ludzi co nam brużdżą... też można wykorzystać.

                                          - Listę, potencjalnych sprawców? - rogata wiedźma dolała sobie wina do glinianego kubka i gestem zaproponowała poczęstunek swojemu gościowi. Norma skądś wróciła ale siadła na zydlu przy kuchni gdzie biło od pieca przyjemne ciepło.

                                          - Tak, też o tym myśleliśmy. Tutaj najlepiej by było obarczyć winą jakiegoś naszego przeciwnika. Albo kogoś z zewnątrz. Myśleliśmy o tych podziemnych stworzeniach. Obie strony skoczyłyby na siebie. Chociaż do tej pory raczej nie najgorzej nam się układało. W pewnym sensie, mogliby się okazać naszymi sojusznikami. Wciąż mam wrażenie, że tam coś jest. Coś istotnego. Chociaż wizje i myśli przeciekają mi przez palce, nie mogę tego sprecyzować… - Merga pokiwała głową na znak, że tutaj też po ogólnych założeniach myślą podobnie. Jednak diabeł jak zwykle tkwił w szczegółach. W tym wypadku co do wybrania takiego kozła ofiarnego i przygotowania czegoś zawczasu.

                                          - A oczywisty cel to tutejsi łowczy czarownic. Herwig i jego banda. Tylko trudno będzie przekonać władze i resztę, że dopuściliby się takiej masowej zbrodni. - pokręciła głową, że chociaż ten cel wydawał jej się bardzo nęcący a pewnie sama chętnie by się zrewanżowała łowcom za zimowe brutalne przesłuchanie i traktowanie to jednak nie było łatwo przekonać śledczych, że mieliby motyw aby zrobić coś takiego.

                                          - Mam też przeczucie, że sam turniej przyniesie nam jakąś niespodziankę. I to raczej pozytywną. Chociaż jeszcze nie wiem jaką. Ostatniej nocy miałam sen. Nowy. Coś się wydarzy, coś istotnego, wkrótce, coś co wpłynie na losy całego miasta. Więc spodziewajmy się niespodziewanych wieści. Miej oczy i uszy otwarte. - dorzuciła skoro i tak rozmawiali o jej nadprzyrodzonych talentach.

                                          - No i oczywiście można spróbować obarczyć jakiegoś pechowca. Kupca, kogoś z ratusza, może Akademii. Najlepiej kogoś mało popularnego a potężnego bo w żebraka dosypującego w szlacheckiej kuchni trutki do potraw to nikt nie uwierzy. Albo mityczny, fantomowy cel. Jakiś szpieg, zabójca czy inny dysydent. - dodała jeszcze jeden pomysł jaki rozważała co do celów do spreparowanych pomówień i oskarżeń jaki mógłby odsunać podejrzenia od faktycznych sprawców.

                                          - Wrogowie to zawsze kuszące cele. - przyjął propozycję poczęstunku - Ale często też zgubne w ostateczności. Jeżeli za szybko dotrą ścigający do winnego będącego wrogiem grupy - bezwiednie zaczął przesuwać palcem po stole, jakby tworząc linię - to powiązanie będzie zbyt widoczne i nie zatrzymają się na tym, kogo chcemy. Nie sądzę, byśmy teraz musieli głównych wrogów wrabiać. Do tego potrzebna byłaby zasłona dymna, z siatki powiązań. Nie działajmy wedle emocji i bez przemyślenia. Nasi przeciwnicy też nie rzucą się na pierwszy trop. - upił wina ze swojego kubka - Niech pokrążą w plątaninie tropów, zgubią się w powiązaniach. Oni grają w to, my też się przyłączamy, ale sprawmy by plansza i zasady były nasze. Można rzucić na pożarcie jakiś nieszczęśników, by zamętem ogarnąć dochodzenie.

                                          - Jakichś nieszczęśników to pewnie sami znajdą. Jak pan baron zarzyga się na śmierć a pani hrabina dostanie zawału to tak jak mówisz, winni muszą się znaleźć i zostać surowo ukarani. Dlatego pewnie w pierwszej chwili wezmą w obroty służbę. Chociaż to chyba oczywiste, że nawet jeśli ktoś z nich by został przekupiony to raczej był tylko ostatnim ogniwem. - niebieskoskóra wiedźma z północy pokiwała głową gdy rozważała pomysł o jakim rozmawiali.

                                          - To mówisz, że odradzasz zwalanie winy na łowców i innych takich? - zapytała raczej, aby się upewnić i to jeszcze przemyśleć.

                                          - Tak, odradzam na ten moment. - pokiwał głową - Nie oznacza to poniechania, tylko ustalenia innej drogi. Jeżeli będą gonić dłuższy czas za własnym ogonem, wzbudzi to w nich irytację i niecierpliwość. Oba do wykorzystania. Łowca Czarownic nie widzi siebie jako ofiary, niezależnie co mówi. Nawet jeżeli główna osoba nie popełni błędu - zawsze możesz liczyć na błędy jego przybocznych czy sojuszników. Nie dotykajmy ich na razie za mocno. Uderzmy dopiero, gdy moment będzie odpowiedni, a sny o zemście kultywujmy w planach na przyszłość.

                                          - Hmm… - gospodyni upiła łyk ze swojego kubka i zaczęła go obracać machinalnym ruchem. Pewnie podobnie obracając słowa Heinricha w swojej rogatej głowie.

                                          - No cóż, byłeś jednym z nich. Myślę, że możemy zaufać twojej ekspertyzie. Dobrze, ostateczne zdanie ma Starszy, ale porozmawiam z nim o tym. - obiecała widocznie przynajmniej przyjmując tę argumentację do siebie.

                                          - A poza tym masz jakieś sugestie co do dodatkowych atrakcji jakie moglibyśmy zrealizować na ten festyn? Widzisz się w jakiejś roli? - zapytała go patrząc przez szerokość stołu na swojego rozmówcę.

                                          - Festyn... - Heinrich dopił zawartość kubka - Wylęgarnia zamętu, nawet bez pomocy, a z nią... - zamyślił się - Można sprawić, by zabawa dla ludu była... Ciekawsza. - odstawił na stół pusty kubek - Jeżeli alkohol będzie miał silniejszy wpływ, to gwarantowane są niepokoje na mieście, nie tylko wśród szlachty, a doprawiony alkohol zwiększa kupcom zyski, jako że chętniej kupowany. Straż nie będzie mogła skupiać sił w całości w innym miejscu, jeżeli miejsc będzie więcej. Problem bardzo ludzki, zwyczajny, co najwyżej oskarżający chciwych sprzedawców. Nic nadzwyczajnego. Różnicą będzie natężenie, choć wątpliwe by to zastanowiło. Ktoś za bardzo połasi się ba zyski, inny da opust pijaństwu, zabierając uwagę pewnej ilości straży. Doprawienie całej partii jednego handlarza na taką okazję, nie jest niczym niesłychanym. Wynik przejdzie oczekiwania. - uśmiechnął się - Małe a cieszy.

                                          Heinrich wstał z siedzenia i skłonił się Merdze szlachecko niczym damie.

                                          - Jestem rad, żem został wysłuchany, a twoje słowa dotrą do uszu Starszego, pani. - wyprostował się - Nie zamierzam partycypować w wydarzeniach wśród szlachty, nie mając ustalonej pozycji. Mam zamiar objąć opieką wydarzenia na samym mieście i upewnić się, że fiasko dotknie żywoty gości z Salzburga.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy