Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Online
    SantorineS Online
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #26

    Oryginalny autor: Lord Melkor

    Rozmowy w łodzi

    Joachim z zainteresowaniem przysłuchiwał się rozmowie pomiędzy kultystkami a Sorią. Trudno mu też było zapomnieć o tym, że niedawno widział je wszystkie bez ubrania podczas orgii na plaży, w której w końcu też wziął udział. To wspomnienie lekko zbijało go z tropu.

    - Tak myślę, że dobrze się złożyło że Soria trafiła do Pirory, ona wie co robi. Kilka miesięcy w mieście i jest już w najlepszej komitywie z większością młodych szlachcianek, z Hansenówną na czele. - skomentował wymianę zdań pomiędzy Burgund a syreną. Jednocześnie chciał ocenić stosunek Łasicy i Burgund do Pirory. Kultystki Księcia Rozkoszy wydawały się być aktualnie najliczniejsze spośród członków Zboru, był ciekaw czy pośród nich pojawiają się jakieś pęknięcia czy zazdrość.

    - No. Dobrze, że się zakręciła z tym teatrem. Teraz to centrum rozrywki tam u nich w towarzystwie. No i dobrze żyje z Kamilą i Froyą. No to tak, teraz jest “kimś” w towarzystwie a nie przypadkową młódką z drugiego krańca Imperium. - Łasica pokiwała w zadumie swoją niebieską głową ale w gruncie rzeczy zgadzała się z opinią kolegi astromanty.

    - Nam też czasem coś skapnie z pańskiego stołu. Zwłaszcza jak jakieś przyjęcie jest czy coś takiego. I potrzebuje ładniutkiej obsługi dla swoich drogich gości. Najbardziej mi się podobają te wizyty w jej loszku. Zawsze jest ciekawie. - Burgund dorzuciła coś od siebie. Żadna z łotrzyc raczej nie miała szans na dłuższą metę podszyć się pod szlachciankę i wielką damę a tylko ktoś taki mógłby należeć do towarzystwa w jakim zwykle przebywała blondynka z dalekiego południa Imperium. Ale już w roli służek, kelnerek, pokojówek do obsługi przyjęć i bali to obie sprawdzały się wyśmienicie. A i jak widać chwaliły sobie takie przygody, zwłaszcza jeśli przyjęcie pozwalało na jakieś nieoficjalne kontakty kończące się w alkowie.

    - Tak. Ładnie u niej. Chociaż szkoda, że tak daleko od wody. - Soria uśmiechnęła się enigmatycznie. Na w pół siedziała a na w pół leżała na wąskiej półce dziobowej gdzie było miejsce tylko dla jednej osoby. I z lubością zanurzała dłoń w rzecznej wodzie jaka przepływała obok łodzi.

    - To może po tej akcji pomożemy przenieść ci się bliżej wody? Dysponujemy przecież łodzią w porcie…. - zadumał się Joachim, zastanawiając się czy Soria zostanie z kultystami po zdobyciu artefaktu.

    Oparł się wygodnie na relingu i z kolei przeniósł spojrzenie na siedzące obok siebie Łasicę i Burgund.

    - Dobrze byłoby porozmawiać z Pirorą jak widzi szanse przeciągnięcia Kamilli i Froyi w pełni na naszą stronę… gdyby to się udało, wcale nie bylibyśmy daleko od przejęcia władzy w tym mieście.

    - No ja też bym chciała aby te dwie ślicznotki do jakich ślini się połowa miasta należały do nas. Pirora jest z nimi w dobrej komitywie ale czy aż tak aby je zaprosić na zbór to nie wiem. Ale nie przesadzaj z tym przejmowaniem władzy. Każda z nich, nawet obie, to na pewno wiele może, więcej niż ktokolwiek z nas pojedynczo. Mają pieniądze i wpływy. No ale nie rządzą miastem. Chociaż sporo mogą. - Łasica pokiwała energicznie głową, że wizja przynależności obu tak różnych od siebie szlachcianek była bardzo miła jej sercu. Ale nie przeceniała ich roli na tle całego miasta. Na pewno by to znacznie umożliwiło zwiększenie wpływów zboru na resztę miasta ale nie aż tak aby można było mówić o rządzeniu społecznością.

    - Ale z łodzią nie przesadzaj Joachimie. Na łodzi nasza syrenka na mieszkać? Dzień i noc? To już chyba by lepiej na “Adele” jej było. Ale w tym mieszkaniu co miało być dla Normy a czasem go używamy do spotkań. Tylko tam bidulka by nie miała zbyt wielu rozrywek jak u Pirory. - niebieskowłosa łotrzyca uśmiechnęła się na myśl o tym, że wężowa panna co teraz siedziała na dziobie łodzi miałaby mieszkać w jakiejś rybackiej łodzi. Ta też się uśmiechnęła.

    - Pirora jest dla mnie bardzo miła. Tylko trochę szkoda, że nie mieszka nad wodą. - zadumała się Soria gdy te dwie wartości jakie tak ceniła stały obecnie na przeciwnych pulach.

    - Ciekawe co wyjdzie z tym turniejem. Zawsze mnóstwo osób się zjeżdża do miasta na ten turniej. Już widziałam na ulicach i tawernach jak się pierwsi zjeżdżają. - Burgund też pokiwała głową i zastanowiło ją co innego. A mówiła prawdę, Joachim jeszcze kiedy tu mieszkał z lat dziecinnych pamiętał, że ten turniej pod koniec lata to było bardzo barwne i ciekawe wydarzenie, jedna z największych imprez w tej letniej części roku.

    - A to się chyba nie zrozumieliśmy. Nie chodziło mi przecież o tę łódź którą płyniemy, tylko o Adele - czarodziej wzruszył ramionami, natomiast chciał to nieporozumienie wyprostować przede wszystkim ze względu na Sorię.
    - A co do turnieju to słuszna uwaga, planuje się tam oczywiście pokręcić, może pojawią się jakieś dla nas okazje - zamyślił się czarodziej - I mówisz Burgund że sporo ludzi spoza miasta się pojawi? Musimy być ostrożni, wprawdzie już nie polują na nas tak zawzięcie jak zimą, ale niepokoi mnie obecność grupy inkwizytorów w mieście, dobrze żeby ktoś miał na nich oko.

    - Nie rozdwoimy się. Każdy ma jakieś zajęcie i te ze zboru i inne. Jak dla mnie to skoro po nikogo z nas od zimy nie przyszli to zgubili nasz trop. Inaczej już byśmy siedzieli w kazamatach. Albo skończyli jak Karlik. - Burgund machnęła dłonią traktując widocznie łowców czarownic jako realne zagrożenie ale póki co dość na obrzeżach postrzegania. Poza tym tak jak mówiła, każdy ze zboru czymś się zajmował na co dzień niekoniecznie związanym z łowcami.

    - A z tym festynem to na razie początek tygodnia to jeszcze skromnie. Ale jak festyn zaczyna się za parę dni to każdego będzie więcej gości. Najpierw przyjechali pewnie ci co mieli najdalej bo ci co blisko to nawet w sam festyn mogą przyjechać i wracać na noc do siebie. Ciekawe kto przyjedzie w tym roku. Prawie co roku jest jakaś niespodzianka. My z Burgund to będziemy mieć żniwa z robotą. No chyba, że Starszy albo Merga nam znajdą jakieś zajęcie. - Łasica włączyła się do tej rozmowy. Takie festyny i podobne imprezy to dla łotrzyc zawsze był pracowity okres. Dla włamywaczy, kieszonkowców, oszustów, naciągaczy to były niecodzienne okazje do zarobku. Jednak obie przyznawały pierwszeństwo sprawom zboru.

    - Na pewno będzie jakiś wielki bal. Co wieczór wielkie państwo robią sobie przyjęcia w swoich posiadłościach. A służba i pomniejsi w karczmach i tawernach. Ale zawsze na koniec festynu jest jakiś największy bal. Ciekawe czy Pirora na nim będzie. Jakby potrzebowała dodatkowej służby to my bardzo chętnie. - Burgund wydawała się żywo zainteresowana samym turniejem jak i różnymi towarzyskimi dodatkami w postaci balów i spotkań. Z całego ich zboru to właśnie młoda blondynka z Averlandu najpłynniej wpasowała się w śmietankę towarzyską tego miasta to miała największe szanse aby się z nimi bawić. Obie łotrzyce nie miały na to szans ale często Pirorze udawało im się załatwić rolę kelnerek czy podobnej służby.

    - No to życzę owocnych łowów na festynie - wyszczerzył się czarodziej - pewnie tam się zobaczymy. Na bal też chętnie się wybiorę jak będzie taka możliwość, mam paru znajomych w wyższych sferach chociaż nie aż tylu co

    Pirora - pomyślał, że czasami dobrze byłoby umieć się rozdwoić, żeby pogodzić sprawy Zboru i jego badania z uczestnictwem w miejscowym życiu społecznym.


    Wydobycie artefaktu

    - W takim razie musimy działać. Proponuje najpierw wydobyć ołtarz, a potem znaleźć miejsce na nocleg. Jak głęboko to jest? - spytał się Sorii, a potem przeniósł spojrzenie na Ruperta.
    - Ktoś chyba musi tam zanurkować i związać nasz cel liną, a potem z pomocą tych na górze wyciągnąć na powierzchnię, czy masz inny pomysł? - Liczył że rybak będzie mógł im coś doradzić ze swoim doświadczeniem.

    - Jak ona umie pod wodą to niech zawiąże linę. Spróbujemy wyciągnąć. Jak się nie da to się pomyśli. - Rupert wskazał brodą na mokrą głowę wężowej syreny. Widać było nagie, kobiece ramiona, też mokre. Opierała się nimi o krawędź burty łodzi nieco ją nachylając ku sobie.

    - Dajcie tą linę. Zawiążę ją. - Soria machnęła przyzywająco dłonią niecierpliwiąc się aby załatwić sprawę jak najszybciej. Dziewczyny pogmerały w zabranych rzeczach po czym podały jej jeden ze zwoi.

    - Tam podpłyncie. - syrena wskazała dłonią na miejsce gdzie się wynurzyła. Zresztą odbiła od burty i bez trudu wksazała kierunek. Rupert wziął się za wiosła i zmienił kierunek łodzi po czym popłynął nią za przewodniczką. Aż ta zniknęła pod wodą zanurzając się i znów widać było tylko falującą leniwie taflę rzecznej zatoki.

    - Ciekawe jakie to duże. I ciężkie. I czy damy radę wyciągnąć. - zastanawiała się Łasica spoglądając na te fale w jakich zniknęło stworzenie jej patrona. Pozostało im czekać.

    - Jak duże to lepiej sieć. No albo tak opleść linami z różnych stron. Jak w porcie przy przeładunku. No chyba, że to mniejsze. To może uda się tak po prostu. - rybak dorzucił coś od siebie w sprawie wynurzania ładunku. Ale jak nie mieli na razie pojęcia jakie to jest wielkie i ciężkie to trudno było coś zaplanować. Dobrze, że zabrali więcej niż jeden zwój liny to przynajmniej w teorii mogli zrobić tak jak mówił.

    - Zrobione! - zawołała Soria wynurzając się z toni wodnej. Wyskoczyła jak korek podając końcówkę liny załodze łodzi. Widocznie przebywanie pod wodą nie stanowiło dla niej żadnej przeszkody a nawet czuła się tam pewniej niż na lądzie.

    - Sprawdźmy czy to jest ciężkie, Gunther pomożesz? - Joachim zwrócił się do swojego ochroniarza, niedawno zwerbowanego do Zboru w zamian za obietnicę potęgi i władzy w przyszłości. Zastanawiał się też czy jakieś jego zaklęcie będzie tutaj pomocne.

    Zanim skończyli byli cali mokrzy. Zarówno od potu jak i wody jaka ochlapała ich podczas tych mozolnych zmagań z nieczułą bryłą. Próbowali na wiele sposób. Jak z jedną liną się nie dało to dziewczyny dały Sorii kolejne. Ta znikała z powierzchni wody i wiązała co trzeba. Potem gdy załoga łodzi ciągnęła ona na dnie próbowała coś pchać. Parę razy łódź o mało sie nie wywróciła na burtę, raz Burgund wrzasnęła i wpadłaby do wody gdyby Łasica ją nie złapała. A i tak miała całkiem mokra głowę, włosy, rękawy i górę koszuli.

    Trudno powiedzieć ile trwały te zmagania z martwą bryłą uwięzioną gdzieś na dnie zatoki, w starym wraku. W końcu udało się ją wywlec po dnie na względnie płytką wodę. Tak, że już z łodzi widać było jako jaśniejszy owal widoczny przez łamiące się fale. Ale wszyscy już byli mokrzy i zmęczeni.

    - Mam dość. Jutro najwyżej to wyciągniemy. Jeszcze musimy się rozbić na noc. Nie ma sensu gdzieś płynąć. - Łasica otarła pot z czoła. Chociaż raczej rozmazała wilgoć po twarzy jak wszyscy byli mokrzy. Zmierzch faktycznie zbliżał się już na tyle, że mieli końcówkę dziennego światła aby się rozbić na noc. A okolica chociaż urokliwa i malownicza była całkiem dzika. Widocznie zbyt często ktoś tu nie zaglądał na tyle aby wybudować chatę czy coś takiego.

    - Wyciągnąć na brzeg to jedno. Ale potem jak nie chcemy tego zostawić na brzegu to trzeba będzie to jakoś załadować na łódź. Wyglada na duże. Nie wiem czy się wszyscy zmieścimy jeszcze z tym czymś. - Rupert jak wszyscy poza Sorią nie widział zbyt dokładnie tego ołtarza. Ale już prześwitywał on przez powierzchnię na tyle aby zorientować się, że jest nieco dłuższy od stojącego czy leżącego człowieka. Pewnie jak jakiś sarkofag, trochę większy nawet jak zachowywał podobne proporcje. Na łodzi mogło się zrobić ciasno z taką wielką paką i jeszcze względnie liczną załogą. Chociaż jakby było ich mniej to pewnie nie daliby rady w ogóle go ruszyć z tamtego wraku gdzie leżał do tej pory.

    - Dobra, jutro będziemy się tym martwić. Bierzcie się za namioty. Lilly, Onyks nazbierajcie drewna. Musimy się rozbić na noc. - włamywaczka sapnęła gdy dotarło do niej, że nawet jak wywloką ołtarz na brzeg to właśnie jeszcze czekała ich ta gimnastyka o jakiej wspomniał rybak.

    - Artefakt ma w tej sytuacji priorytet - zgodził się czarodziej, strząsając wodę ze swoich szat.
    - Jak nie wszyscy zmieszczą się na łodzi trzeba będzie pomyśleć o innym środku transportu…. a i proponuje by podczas nocy przynajmniej jedna osoba trzymała wartę, możemy się oczywiście zmieniać, nie znam zbyt dobrze tych okolic, ale nie chcemy żeby ktoś nas zaskoczył podczas tak ważnej misji.

    - Chyba nikt z nas nie zna. To kompletna dzicz. - Łasica rozejrzała się po malowniczej, leśnej okolicy. Nie wyglądało to jakoś przerażająco. Raczej pięknie i w sam raz na piknik gdyby było bliżej miasta. Ale wtedy pewnie nie byłoby takie puste i bezludne. Zapytała jeszcze Lilly bo z całego towarzystwa tylko ona była spoza miasta a dokładniej z jaskini odmieńców Kopfa i Opal. Jednak to nie było w tej okolicy i mutantka też była tutaj pierwszy raz. W końcu cała grupka zajęła się rozbijaniem obozu i szykowaniem do spędzenia tutaj nocy.

    Czarodziej westchnął i zaczął przygotowywać się do spędzenia nocy, spoglądając jeszcze w niebo w poszukiwaniu jakiś ostrzeżeń lub znaków w gwiazdach.

    - Nie ma tutaj w okolicy jakieś osady albo wioski? Jeśli tak moglibyśmy zdobyć jakiś wóź do przewiezienia artefaktu. I podzielmy się może tak, żeby przynajmniej jedna osoba cały czas była na warcie jeśli nie dwie, ja mogę zacząć.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Online
      SantorineS Online
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #27

      Oryginalny autor: Pipboy79

      Oryginalny tytuł: Tura 08 - 2519.06.30/31; abt/mkt; noc

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; mieszkanie Otto
      Czas: 2519.06.30/31; abt/mkt; noc
      Warunki: wnętrze mieszkania, ciemno, ciepło, cicho; na zewnątrz: noc, łag.wiatr, pogodnie, ziąb

      Otto

      Otto leżał w swoim łóżku w swojej sypialni w kamienicy przy Kazamatowej. Leżał i nie mógł zasnąć. Sen nie przychodził chociaż była już pewnie północ a już jakiś czas temu wrócił z podziemnej kryjówki Mergi. Rozmowa zajęła im większość wieczoru ale potem mógł wrócić do siebie. Wyrocznie o dostojnych, wysoko postawionych rogach wysłuchała tego co miał jej do powiedzenia. Jego pomysłów, domysłów i spostrzeżeń. Pokiwała swoimi rogami i zastanawiała się nad tym wszystkim.

      - Tak, to faktycznie mało typowe zachowanie. Zresztą nawet ta kapłanka co u was była też pewnie odniosła takie wrażenie skoro tak się o to wypytywała. - odparła po przemyśleniu sytuacji jaką odmalował jej Otto.

      - Jednorazowy wybuch zbiorowego szaleństwa nie jest codziennością. Chyba, że ktoś im wszystkim podał blekotu czy czegoś takiego. Nawet wtedy musieliby zdradzać pewne tendencje jakie na co dzień nie musiałyby być widoczne. Ale są pod kontrolą, gdzieś tam w głębi duszy. - podzieliła się z młodzieńcem swoimi spostrzeżeniami. Widocznie rozważała czy to mogło być objawem jakiegoś specyfiku czego do końca nie można było wykluczyć. Ale wydawało się dość mało prawdopodobne. W końcu obsługa raczej nie chciała potruć swoich pacjentów a to trzeba by pewnie jakoś dodać do jedzenia podczas przygotowywania posiłków. Ale jedli z tego wszyscy pacjenci, do pewnego stopnia także obsługa więc wówczas “szaleńców” powinno być więcej. Chociaż akurat ci z cel i lazaretów mogli się okazać najbardziej podatni. Tak rozumowała Merga. Niemniej to Otto był bardziej kompetentny odpowiedzieć czy ktoś z obsługi by się mógł pokusić o taki numer.

      - Zaś to, że dzisiaj się zachowywali względnie spokojnie jeszcze nic nie znaczy. Z szaleństwem jest jak z głodem. Nawet jak się je czuje to nie zaspokojone rośnie. U bardziej odpornych wolniej u tych podatnych szybciej. Ale jest. Próbuje się wydostać tak jak głód stopniowo ale coraz mocniej zaciska swoją pięść na żołądku. Aż zmusi do popełnienia jakiegoś zuchwalstwa. Z szaleństwem bywa podobnie. Ostatnio miało miejsce duże ujście to z naczynia się ulało. Ale nadal coś zostało w środku i znów będzie się napełniać. - błękitnoskóra podzieliła się swoimi uwagami na temat szaleństwa. Widocznie pozorny spokój u delikwentów pozamykanych w swoich celach nie musiał według niej oznaczać faktycznego spokoju ich duszy. Ot, raczej napór od wewnątrz osłabł na tyle aby przestał zdradzać oczywiste objawy i właściciel raczej mógł to kontrolować.

      - A czy na to mają wpływ artefakty Sióstr? To możliwe. Nie tylko oni mieli tamtej nocy bardzo mocne sny i wizje. Wola Sióstr próbuje do nas przemówić. Ale to nie jest ciągłe wołanie. A raczej zwykle to taki szpet na pograniczu słyszalności, mgnienie czegoś tuż na granicy widzenia. Ale od czasu do czasu jest takie mocniejsze tupnięcie. Jak uderzenie w dzwon. Wtedy po okolicy rozchodzą się niecodzienne wizje i szepty. W ostatni Festag musiało być coś takiego. Widocznie wasi pacjenci też to na sobie odczuli. Prędzej czy później trafi się kolejne. Zapewne w okolicy przyszłego Festag. - wyrocznia zastanawiała się nad tym i może nie była tych szacunków całkiem pewna ale jednak stawiała je jakby wierzyła, że mają spore szanse się sprawdzić. Póki co poradziła Otto aby zajmował się pacjentami. Możliwe, że w zwykłe dni będą tacy jak zwykle. Ale może w którymś już coś świta i drzemie co tylko czeka aby się uwolnić w odpowiednich warunkach. Może nawet przed następnym przypływem mistycznych mocy.

      - A poza naszą Wspaniałą Czwórką to oczywiście istnieje mnóstwo bytów na tym świecie które są naszą miarą na tyle potężne, że wydają się wszechwiedzące i niepokonane. W sam raz aby oddawać im cześć. Część z nich nie pochodzi z tego świata i potrafi wpływać na śmiertelników przez sny i wizje, kusić ich i namawiać do pożądanych sobie celów albo ze zwykłej nudy i zabawy. Daleko by nie szukać przecież tak właśnie przemawiają do nas nasze kochane Siostry. Chociaż milenia upłynęły odkąd osobiście stąpały po tej ziemii. I myślę, że to ma związek z nimi. Z którąś z nich lub po całości. Może to jakieś echo ich czynów, może to miejsce, może to wpływ jakiegoś artefaktu jaki pozostał po nich. A może czysty przypadek. Ale nie spodziewałabym się aby jeszcze jakaś istota na tyle potężna aby oddziaływać tak zbiorowo i silnie nie zdradziła swojej emanacji jako coś innego albo podszywała się pod którąś z sióstr. - co do przypuszczenia ucznia to Merga trochę jakby potwierdziła ale i zaprzeczyła. Co prawda sam pomysł uznała za zasadny ale wątpiła aby jakiś byt był w stanie poza siostrami działać całkowicie niewykryty w mistycznej przestrzeni. Aczkolwiek tego do końca nie wykluczała to jednak raczej stawiała, że to jakaś emanacja którejś z sióstr przejawia się w tych obrazkach i zachowaniach pacjentów hospicjum i nie tylko ich. Przypomniała jeszcze tylko aby Otto spróbował z tymi rysunkami i aby je jej przyniósł jeśli się uda no i aby spróbował coś wyciągnąć od swoich pacjentów co się właściwie stało wtedy w Festag.

      - A z tym turniejem to tak, wspaniała okazja aby zburzyć ten ich cudownie uporządkowany świat. Jestem pewna, że wydarzy się jakaś wielka niespodzianka i to nie z naszej strony. Wszyscy będą otwierać usta ze zdziwienia. Przybędzie przybysz jaki zachwyci i zaskoczy wszystkich. A potem zbulwersuje. - zaśmiała się cichym, złośliwym śmiechem jakby już bawiły ją wydarzenia jakie widziała w swoich wizjach a jakie powinny się ziścić w nadchodzących dniach. Miała ją ostatniej nocy i była nią zachwycona bo wydawała się bardzo obiecująca. Nawet jeśli nie była zbyt klarowna i obfita w detale.

      - Zaś my przygotowujemy przyjęcie. Z Pirorą w roli głównej. W końcu ma tam chody w towarzystwie. Ale ty i Joachim też tam macie przecież swoje miejsce i możliwości. Niestety nie wszystko jest w naszej mocy i decyzyjności. Wszystko na ostatnią chwilę niestety ta śmietanka towarzyska jest mocno chwiejna i działa pod wpływem impulsu. Trudno więc zawczasu coś przygotować jeśli by miało wyglądać, że to ich inicjatywa. Wszystko miało być w teatrze w nadchodzący Festag no ale zaczęli kręcić noskami bo co drugi by chciał aby ten największy bankiet był w jego rezydencji. - Merga podzieliła się z Otto swoim zafrapowaniem. Zbór szykował niespodziankę tym wszystkim pięknym, możnym i potężnym tego miasta. Oczywiście najlepiej było tak aby członkowie zboru nie ucierplieli. Więc najprostsze rozwiązanie - aby zorganizować przyjęcie u Pirory - odpadało bo jako gospodyni byłaby głównym podejrzanym. Stąd pomysł na przyjęcie w teatrze czyli w dawnej gospodzie jaką od zimy przebudowano na teatr. Ale i to stało pod znakiem zapytania. Bo niesforna szlachta chciała przeforsować swoją ideę i nadal do końca nie było wiadomo co, gdzie, i kiedy odbędzie się ten bal kończący festyn. A bez tego i kultystom trudno było coś zaplanować. Wiadomo było, że Pirora będzie na tym przyjęciu gdziekolwiek by się nie odbyło. W kulcie miała najlepszą pozycję towarzyską i społeczną. Oprócz niej właśnie Otto i Joachim mogli się załapać jako goście. Może dziewczyny od Węża jako służba i kelnerki bo już bywały w takich rolach i obie strony to sobie chwaliły.

      - Bo taka kumulacja znamienitych gości, nawet spoza miasta, w jednym miejscu i czasie to rzadko się zdarza. Można uderzyć w nich wszystkich. Wystarczy im podać odpowiednio spreparowane wino albo jedzenie. Jak jeden padnie na serce, drugi w śpiączkę a trzeciemu wyrosną macki to będzie skandal na całą prowincję. Nie zatuszują tego. Zacznie się śledztwo i szukanie winnych. Miasto i władze zostaną sparaliżowane, zaczną się wzajemne podejrzenia i oskarżenia. Nastanie chaos. A to sprzyja nam jak najbardziej. Wszyscy staną się mniej czujni na to co poza własnym nosem i podwórku. A my będziemy mogli się zająć własnymi sprawami. Wystarczy tego i owego dosypać do jedzenia i picia na tym przyjęciu. No ale im więcej z nas by tam było tym mielibyśmy nad tym większą kontrolę. Moglibyśmy bardziej dopilnować aby jak najwięcej tych znamienitych, wyperfumowanych osób cieszyło się pełnią życia i smaku. - wiedźmia z wysokimi rogami z lubością wtajemniczyła Otto w plany na najbliższy Festag. Rozważali czy nie użyć tego dziwnienia kupionego w zimie albo raczej ile go użyć. Był bezcenny no a nie było wykluczone, że przydatny bylby do jakichś potężnych zaklęć i rytuałów lub uniwersalna waluta z kimś mniej cywilizowanym od ludzi. Tutaj umiejętności Sigismundusa, Strupasa czy Otto mogły być bardzo przydatne. A dziewczęta z Kultu Węża świetnie by się wpisywały w rolę pośredników zwłaszcza jak blondynka z Averlandu była prawie pewnym gościem na takim balu a więc gotowym agentem kultystów we właściwym miejscu i czasie. Do tego jeszcze rozważali siłowe opcje, jakiś napad na karetę gości co mogliby urządzić gdzieś na uliczkach miasta Egon i reszta skorych do przemocy kultystów i podobne atrakcje. Niemniej detale były trudne do zaplanowania gdy nadal nie było wiadome kto i gdzie będzie. Trzeba się było też liczyć z opcją, że każdy z możnych urządzi własny bal dla siebie i swoich gości.

      - Jak sam widzisz Otto, trudno coś tu zaplanować. Pirora dwoi się i troi aby nakierować sprawę na właściwe tory. Dla nas najlepiej jakby ten bal odbył się dogodnym dla nas miejscu i czasie czyli w teatrze. Tam dzięki Pirorze byśmy mieli największe pole manewru. Bez problemu większość z nas by mogła się tam dostać jako goście lub obsługa. No ale to niestety do końca nie zależy ani od nas ani od Pirory tylko od towarzystwa. - przyznała, że sprawy wciąż nie do końca idą po jej myśli ale wciąż była szansa aby je nakierować we właściwie miejsce. Zresztą nawet jakby ów finalny bal nie odbył się w teatrze to też jeszcze nic straconego od zapewne reprezentacja kultystów nie byłaby tak liczna i nie miała takiej swobody działania jak w przybytku wyższej kultury.

      - Masz jakiś pomysł w tej materii jak to przechylić na naszą korzyść? - zapytała wyrocznia na koniec gdy zarysowała na czym polegają wady i zalety tego planu. A z wycieczkami za miasto właśnie z racji tego planu, wolała aby się wstrzymać. Zwłaszcza ci co byli niezbędni lub przydatni do zrealizowania tego zamachu stanu. Liczyła, że po nim jak nastąpi chaos i niedowierzanie to sytuacja będzie bardziej sprzyjajaca dla wszelkich działań kultystów.

      Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; rzeka Salz; obóz
      Czas: 2519.06.30/31; abt/mkt; noc
      Warunki: - ; na zewnątrz: noc, łag.wiatr, pogodnie, ziąb

      Joachim

      Wino, kobiety i śpiew. Tak pewnie by można podsumować wieczór nad brzegiem starorzecza Salt. Bardzo malowniczego zresztą. Nawet po zmroku było tu ładnie i poetycko. A skoro przewagę liczebną miały Kultystki Węża to one nadawały ton i klimat temu wieczorowi. Dzień bowiem nie przyniósł jakichś przełomowych zdarzeń. Ot, płyneli leniwie łodzią w górę rzeki. Zwykle prąd był leniwy to nie było to zbyt absorbujące. Za to na sam koniec okazało się, że te mizerne plotki i tropy jakie ich tu przywiodły miały rację. I odkryli Ołtarz Slaanesha. Cały z alabastru i wedle Sorii pięknie rzeźbiony, poświęcony sztuce miłości, żądzy i wyuzdania. Nawet udało się go ruszyć no ale ciężki był i nieporęczny. To go wywlekli z trudem na płytką wodę. I tam na razie sobie leżał. Już widać było jak częściowo wystaje z wody. I nawet po zmroku kusił oko alabastrowymi postaciami splecionymi w miłosnym uścisku. I mało która postać można było uznać za ludzką. Raczej jakieś hybrydy ze zwierzętami, była tam i syrena, bardzo podobna do Sorri, i muskularny zwierzoludź, i jakiś pies albo wilk. Jednym słowem było to mocno nieprzyzwoite i wyuzdane dzieło od jakiego każdy prawy obywatel natychmiast powinien odwrócić wzrok i pobiec do świątyni wyspowiadać się, dokonać pokuty i oczywiście zameldować o tym bezeceństwie. Czyli na kultystki wężowego patrona działało to dokładnie odwrotnie. Jak wabik i źródło natchnienia i podniety.

      Zaś na alabastrowym cokole królowała postać kobiety z pajęczym lub owadzim tułowiem. Od razu dało się poznać, że ona ma tutaj dominujacą pozycję i wszystkie postacie pod nią które zabiegały o jej łaski i względy oddając się rozpuście to właśnie dla jej czci a własnej hedonistycznej przyjemności.

      - To ona. Soren. Moja matka, pani i królowa. - westchnęła zachwycona Soria nie mogąc oderwać wzroku od posągu.

      - Znałaś ją? Starszy i Merga mówili, że to było dawno temu. Bardzo dawno. - Burgund siedziała przy ognisku obok niej. Też wzrok jej błądził po mistrzowsko rzeźbionej bryle alabastru. Jednak te legendy o Siostrach jakie opowiadała im Merga mówiły, że to było z czasów początków Imperium albo i przed.

      - O tak, miałam zaszczyt jej służyć. Najpiękniejsza istota jaką w życiu spotkałam. To ona mnie zrodziła. - powiedziała w przyjemnej zadumie dziewczyna o nieco bladej cerze i czarnych włosach powiązanych w liczne, grube warkocze. Jak tak siedziała na zwalonym pieńku przy ognisku nad brzegiem rzeki wydawała się ładną, zgrabną dziewczyną ale chyba mało kto by widział w niej coś więcej.

      - To ona cię zrobiła? A jak? Kto był ojcem? - Łasica też była ciekawa tych wieści. Jak już poznosili te drewno na ognisko, wyjęli z łodzi dwa namioty, rozbili je, ponarzekali bo na dnie łodzi była woda i płótno namiotowe było dość mokre. Zwłaszcza w tym namiocie co leżał na dnie, ten na wierzchu był trochę mniej mokry. Ale też i dlatego niezbyt komu śpieszno było aby tam nurkować na noc. To siedzieli przy ognisku, odpoczywając przy kolacji, winie i rozmowie. Bo przy tylu wesołych dziewczynach to i atmosfera była beztroska i wesoła. Można się było poczuć jak na sielankowej wycieczce za miasto.

      - A o tak! - roześmiała się Soria wskazując kubkiem na wynurzoną z wody rzeżbę przedstawiającą orgię w jakiej ludzie mieli dość marginalny udział. A dominowały istoty uznawane za spaczone, plugawe, zmutowane i ogólnie potwory spod znaku Chaosu. Ale skoro byli we własnym gronie to psotna uwaga syreny wywołała lawinę śmiechu u koleżanek.

      - Jej jak to tak wygląda na zaawansowanym poziomie to te nasze origetki z Pirorą to taka zabawa dla małych dziewczynek. - powiedziała Burgund wpatrując się w alabastrową orgię. Przez chwilę trwała taka luźna dyskusja, Gunther był stałym obiektem żartów dziewcząt. Bo jak zdjął mokre spodnie po tym całym dniu siedzenia na dnie łodzi to chciał je wysuszyć aby chociaż rano były suche. Ale oczywiście dziewczęta tego nie przegapiły i robiły sobie z niego żarty.

      - Ciekawe co będzie z tym festynem. Mam nadzieję, że Pirora nas gdzieś wkręci na coś wesołego. Jakby się jakaś orgia trafiła albo chociaż szybki numerek na boku to jeszcze fajniej. - zadumała się Łasica gdy po pląsach i śpiewaniu przy ognisku klapnęła na pieńku, tym razem obok Joachima. Zresztą on też czuł, że ta wesoła, sielankowa atmosfera zaczyna mu się udzielać. Te miłe, ładne i hoże dziewczęta były bardzo przyjemnym widokiem do oglądania i słuchania. I wszystko wskazywało na to, że zamierzają skonsumować ten piękny wieczór w bardziej bezpośredni sposób. Już widział jak Burgund robi maślane oczy do Sorii. Onyx coś gadała już dłuższą chwilę z Guntherem a Lilly weszła do wody i aby przy świetle pochodni z bliska obejrzeć posąg. Chociaż musiała wejść do wody prawie po pas.

      - Będziesz na tym festynie? Albo tych balach co będą wieczorami? Starszy i Merga coś szykują. Ja i Burgund mamy być w pogotowiu aby być słodkimi idiotkami z tacami co ładnie się uśmiechają i są chętne do wzięcia.Tylko jeszcze nie wiemy gdzie i kiedy. Pewnie w ten Festag co będzie bo zwykle wtedy robią największy bal na koniec festynu. No ale nie wiadomo gdzie. Raczej nie u Pirory. Chyba w teatrze no ale nie wiadomo jeszcze. - to, że zbliża się letni festyn to było powszechnie znane od dawna. W końcu odbywał się co roku. I zaczynał się już za parę dni, preludium było krasnoludzkie święto sagi a 1-go kolejnego miesiąca zaczynał się letni, turniej rycerski. No a kończył w Festag. I wtedy odbywały się największe w lecie bale i przyjęcia na pożegnanie tego festynu. Było to na tyle istotne wydarzenie towarzyskie, że zjeżdżali się goście z całej prowincji i na te parę dni Neus Emskrank tętniło zagranicznym życiem. Bo na co dzień czy zwykłe festyny albo jarmarki to raczej tyle gości, zwłaszcza tych z wyższej półki to się nie zjeżdżało.

      Rozmowa chwilę trwała ale Soria skutecznie przykuła uwagę wszystkich gdy zaczeła zmysłowy taniec. Wiła się jak prawdziwy wąż, jakby w ogóle w środku żadnych kości nie miała. Niespodziewanie odeszła od ludzkiej formy gdy co chwila pokazywało się któreś z dodatkowych ramion. W końcu zmieniła się w egzotyczną tancerkę o wężowych włosach i ośmiu ramionach jaką cieszyła zmysły i żądze podniecającym tańcem. Wabiła i kusiła do siebie aż trudno było zostać na miejscu. I pewnie mało kto by dał radę zostać na miejscu gdy ten taniec tak przyspieszał a tancerka Węża stawała się coraz śmielsza i bardziej wyuzdana. Ale pewnie wszyscy ciekawi byli finału. Ten nastąpił nagle i niespodziewanie. Soria znieruchomiała. Dziewczyny popatrzyły na nią zdziwione niepewne czy to część przedstawienia. Spojrzały na siebie pytająco.

      - Ktoś tam jest. Ktoś nas obserwuje. I lubi to co widzi. - odparła cicho soria wznawiając zmysłowy taniec. Dziewczyny zamrugały oczami i rozejrzały się dookoła. Obóz był rozbity w dzikim lesie, nad brzegiem starorzecza więc widok od strony lądu nie był zbyt rozległy.

      - Oh! Jest! Ktoś tam stoi! Chyba mają włócznie albo inne kije. - Łasica wskazała wzrokiem na kierunek. Po chwili i pozostali dostrzegli kilka postaci przy drzewach. Sądząc po pionowych liniach bięgnacych od ręki pewnie trzymali włócznie czy coś podobnego. Ale w mroku nie było widać detali. Nie było wiadomo od jak dawna tam stali, raczej nie było ich tam gdy jeszcze o zmroku rozbijali się na obóz i chodzili po okolicy nazbierać drewna. Okolica była bezludna i może jakaś chata leśnika czy węglarzy się trafiła gdzieś w okolicy. Ale najbliższa znana wioska była może o dzień drogi stąd. Gdzieś w połowie drogi do Heiligdorf jakie leżało nad przybrżeżnym traktem. Dlatego jak o tym rozmawiali wcześniej to przedzieranie się przez leśne chaszcze aby dotrzeć do owej wioski jakiej nikt nawet nie pamiętał nazwy wydawało się trudnym zadaniem. Niemniej pod koniec dnia jakby nic się nie przydażyło to by dało się dojsć do tego okrucha cywilizacji. No albo wędrować z nurtem rzeki przez tą dziką krainę. Na wypadek gdyby po załadowaniu ołtarza nie wszyscy zmieścili się do łodzi co było realnym zagrożeniem. No albo zostać na miejscu i poczekać aż ktoś wróci po resztę łodzią. Tak czy inaczej to wydawała się kompletnie bezludna chociaż malownicza i urokliwa okolica. Stąd widok z grubsza ludzkich sylwetek w tej dziczy był nie lada zaskoczeniem.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; mieszkanie Heinricha
      Czas: 2519.06.30/31; abt/mkt; noc
      Warunki: salon, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz: noc, łag.wiatr, pogodnie, ziąb

      Heinrich

      - No i jak? Pomogło? - Rune siedział przy stole w kuchni gospodarza. Siedzieli przy zapalonej lampie. Brodaty wojownik dał się obsłużyć samemu gospodarzowi. Gdy sam znalazł butelkę wina, kubek i się poczęstował.

      - Może Łasica i reszta to by się śliniła z radochy mogąc ci się dobrać do spodni no ale mnie to kręcą inne rzeczy. - zaśmiał się obserwując jak gospodarz używa na sobie maści przyniesionej przez mięśniaka. Sam wskazał na kubek i jego zawartość po czym z niego upił.

      A spotkali się dość niespodziewanie. Henrich był już w domu i nawet swoim łóżku. Już się szykował do snu, zgasił świecę gdy noga zaczęła go rwać. I to w pare chwil ból osiągnął poziom, że miał wrażenie, że to nie noga tylko jakieś żarłoczne stworzenie chce mu pożreć resztkę żywej nogi i ją powoli miętoli i przeżuwa w zębach. Męki miał straszne, jak heretyk na katuszach. Ale niespodziewanie usłyszał stukanie do swoich drzwi. Trochę to trwało zanim zwlókł się z łoża boleści i doczłapał do nich. Ale po stukaniu poznał, że to ktoś z kultu. Więc ważne skoro była już prawie północ. Jak otworzył drzwi ujrzał w nich uśmiechniętego Rune.

      - Co jest dziadku? Nóżka doskwiera? Weź to to ci przejdzie. - powiedział wesoło jakby udało mu sie sprawić figiel koledze. Podał mu niewielki, gliniany pojemnik. Potem pomógł mu wrócić do środka. No ale już dalej wolał nie ingerować. Streścił jak to akurat wrócił do kryjówki Mergi a ta akurat miała wizję boleści Heinricha. To dała wojownikowi tą maść i wysłała z tą pomocą do niego. Maść pomogła bo stopniowo noże wbijane w udo zmieniły się w gwoździe, te w igły a w końcu zostało tylko delikatne mrowienie. Zaś gospodarz odzyskał swobodę mowy i myśli uwalniając się od tego bólu.

      - A właściwie to co ty umiesz? Mógłbyś wkręcić się do towarzystwa na jakiś bal? Może Pirorze by cię się udało gdzieś przemycić. Właściwie jako służba też chyba. No chyba, że wolisz mokrą robotę. Bo jeszcze z chłopakami planujemy jakiś mały rympał na którąś z dorożek. Wiesz, same przyjemne rzeczy. Pobicie, morderstwo, rabunek, może gwałt i porwanie jakby jakaś ciekawa młódka się trafiła. Trzeba zasiać nieco chaosu na mieście. W ten festyn co teraz będzie. To jak się nie widzisz na balu to możesz iść z nami na robotę. Chyba, że masz co innego na myśli to pogadaj z Mergą. - skoro już i tak mimo późnej pory to byli tutaj razem we dwóch i rozmawiali to Rune poinformował kolegę o podobnym stażu w tym zborze chociaż starszego wiekiem o tych planach grupy na nadchodzące dni. Festyn miał się zacząć lada dzień i widocznie kultyści planowali wykorzystać okazję.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Online
        SantorineS Online
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #28

        Oryginalny autor: Lord Melkor

        Joachim z fascynacją oglądał wydobyty spod wody pięknie wykonany ołtarz, przedstawiający najbardziej wyuzdaną orgię z udziałem demonów. Jego zainteresowanie było jednak bardziej akademickiej natury niż zmysłowe podniecenie towarzyszących mu kultystek. Był ciekaw, czy z wiedzy którą przekazała mu Merga był w stanie zidentyfikować którekolwiek z tych istot.

        - Znałaś więc Soren? Opowiesz nam, jaka była? A jej siostry też widziałaś? - Czarodziej zaciekawił się słowami syreny i próbował pociągnąć ją za język.

        - A co do festynu to jak mówiłem wcześniej planuje w nim uczestniczyć, Starszy i Merga nie przekazali mi jeszcze swoich planów, ale myślę że nie ograniczają się one tylko do orgii, z takimi rzeczami musimy ostrożnie, tak żeby pozyskać nowych zwolenników ale jednocześnie nie przyciągnąć zbyt wielu podejrzeń naszych wrogów - odparł Łasicy.

        Coraz luźniejsza atmosfera i taniec Sorii zacżęły na niego działać, zastanawiał się na ile może sobie pofolgować jak wtedy przy Wrakowisku czy też może powinien zachować czujność podczas ważnej misji na nieznanym terenie. Jego dylemat przerwało jednak wykrycie intruzów.

        - Oni chyba widzieli prawdziwą formę Sorii, więc może będziemy musieli ich zabić, ale wpierw spróbujmy porozmawiać i zorientować się w sytuacji. Gunther, chodźmy w ich stronę - stwierdził jednocześnie podnosząc do góry swoją laskę i intonując proste zaklęcie, po którym zaczęła ona świecić jak latarnia.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Online
          SantorineS Online
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #29

          Oryginalny autor: Seachmall

          Otto zastanowił się nad planem przedstawionym przez Mergę. Rozważał wszelkie możliwości, jakby odruchowo rysował palcem po blacie symbole. Najpierw proste trzy okręgi, potem półksiężyc, następnie narysował kolejny okrąg i rozpoczął odciągać od niego linię, kiedy się zatrzymał a na jego twarzy pojawił się coraz szerszy uśmiech.

          - Och, mam pomysł. Wspaniały pomysł. Wspaniale okropny pomysł. - kultysta chyba z trudem był w stanie się powstrzymać - Słyszałaś plotkę na mieście wyrocznio? Odwiedza nas tajemnicza kobieta, z dalekich stron, o nieopisywalnej urodzie. Ciemne włosy, jasna cera, niestety nie zna języka Imperium. - Otto spojrzał na służkę Tzeetcha mając nadzieję, że dobrze przekazuje swój pomysł - Oczywiście będzie bardzo chciała zobaczyć teatr i lokalną śmietankę towarzyską. Jeżeli dziś zaczniemy rozpuszczać tą plotkę, do festynu wszyscy o niej usłyszą. Będziesz w stanie przekonać Sorię do tego pomysłu? Ja porozmawiam z Joachimem, aby pomagał jej jako tłumacz. Weźmiemy Łasicę i Onyx jako jej orszak… może też podopieczną Sigismundusa?


          Następnego dnia po pracy w Hospicjum Otto ruszył najpierw do sklepu Huberta Grubsona.
          Nie chciał pracować za plecami swoich przełożonych, ale był pewny swego planu.
          Hubert był chaosytą jak Otto, ale nie był członkiem zboru. Musiał mieć na to baczenie.

          - Hubercie! - zawołał kiedy zobaczył Grubsona. - Możemy porozmawiać o interesach? Mam zlecenie, nie cierpiące zwłoki. Potrzebuje specjalnej sukni na festyn, coś odważnego i egzotycznego, ale nie niesmacznego. Wycięcie po pępek, odsłonięte udo i plecy? Kolor purpury i różu… - mnich chwilę się zastanowił - Dla kobiety! - po chwili się poprawił, kiedy zauważył spojrzenie Huberta - Będziemy mieli niebywałego gościa na festynie i chcemy, aby wyglądała zacnie.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Online
            SantorineS Online
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #30

            Oryginalny autor: Zell

            Westchnienie ulgi wydobyło się z Heinricha, gdy maść od Mergi zaczynała przynosić ukojenie. Przestało go obchodzić od kogo nadchodzi ulga pierwszy raz, jak ulga ogarnęła go po tygodniach męczarni, gdy żarłoczny metal zaczął pożerać żywe ciało. Teraz już mniej go obchodzić nie mogło, że ukojenie pochodzi od chaosyty - klątwa na Sigmara! Z łaski tych potęg, którym służył całe życie nie otrzymałby ulgi innej, niż w śmierci.
            Nie, w tym momencie nie żałował swoich czynów i choć była to hipokryzja - uważał, że dawne czyny odkreślił grubą linią od aktualnego życia. Wcześniej takich jak on teraz, wysłałby w śmierć, nie okazując ni grama pożałowania ich sytuacji. Zdarzyło się, nie zmieni przeszłości, a nawet mu na tym by nie zależało.

            Heinrich skończył wcierać w nogę maść od Mergi, której zbawienne działanie pozwoliło mu odzyskać sprawność myśli. Usta wykrzywił mu uśmiech, gdy Rune zaczął wymieniać możliwe aktywności dla kultystów podczas tego festynu.

            - Zaatakować to, co zaboli. - spojrzał na najemnika - Porozmawiam z Mergą. Ci najemnicy specjalnie wyselekcjonowani, zostali za dobry pieniądz zakupieni jako ochrona licznej trupy aktorów z Salzburga mających uświetnić miasto. Przybycie takich gości to wielkie i ważne wydarzenie, jakie wpłynie na prestiż i pieniądz. Szkoda by było, gdyby coś się stało. - były łowca czarownic wyciągnął dłoń po brązową butelkę o niewidocznej zawartości. Gdy wyciągnął korek i nalał sobie bursztynowej zawartości do własnego kubka, dało się wyczuć zapach przywodzący na myśl zbutwiałe beczki, po czym podsunął butelkę bliżej Rune - Jeżeli będziesz chętny, to można wykorzystać i twoje talenta. - dodał w jednej dłoni trzymając butelkę, w ofercie nalania alkoholu, a druga dłoń dotykała kubka z rumem, jaki sobie przygotował.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Online
              SantorineS Online
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #31

              Oryginalny autor: Pipboy79

              Oryginalny tytuł: Tura 09 - 2519.06.31; mkt; noc - popołudnie

              Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; rzeka Salz; obóz
              Czas: 2519.06.31; mkt; noc
              Warunki: - ; na zewnątrz: noc, łag.wiatr, pogodnie, ziąb

              Joachim

              Gdy Joachim oglądał ten nadal częściowo zanurzony w wodzie alabastrowy ołtarz to doszedł do wniosku, że większą część uwiecznionych na nim istot rozpoznaję. Chociaż sporo z nich było na w pół mityczne z legend i mitologii więc trudno je było spotkać na własne oczy. Dopatrzył się kilkoro ludzi. I mężczyzn i kobiet. Ochoczo angażowali się w to wielostronne pożycie. Być może część z nich to byli jacyś odmieńcy czego nie można było wykluczyć bo jedna z kobiet mogła mieć męskie przyrodzenie podobnie jak Lilly. Ale nie był pewny bo było umieszczone w takim miejscu, że równie dobrze mogła to być końcówka czyjegoś ogona, rogu czy jakiegoś przedmiotu. Skośne i nieco dłuższe uczy u jednej czy dwóch postaci sugerowały elfie pochodzenie. Do tego zwierzoludzie w różnych pozach i gatunkach jakby artysta chciał przedstawić możliwą ich róznorodność. Byli też ewidentni mutanci, nie wiadomego pochodzenia tylko z grubsza przypominających humanoidów. Małe kraby, pająki, węże czy podobne istoty i liczne mniejsze stworzenia, czasem trudne do zidentyfikowania jakich używano chyba w roli zabawek i wzmacniaczy doznań. Wreszcie rozpoznał dwie czy trzy rogate postacie jak zwykle przedstawiano najbardziej rozpoznawalne służki Slaanesha czyli demonetki. Wszystko to ochoczo spółkowało ze sobą a nad tym wszystkim panowała ta pajęcza królowa. Wedle Sorii to właśnie była jej matka, Soria. W swojej królewskiej, okazałej formie. I to jej był poświęcony ten monument.

              - Oh, Soria była najwspanialszą i najpiękniejszą istotą jaką znałam! - wężowa syrena bez oporów dała się pociągnąć za język w sprawie swojej matki i stworzycielki. A, że miała dar opowiadania to słuchało się tego przyjemnie jak jakiegoś zawodowego bajarza co snuje wspaniałe opowieści z pradawnych czasów. Świadomość, że ta pozornie zwyczajna dziewczyna może mieć całe stulecia na karku i nie jest zwykłą śmiertelniczką była dziwna. Jednak jej słowa sugerowały niecodzienne pochodzenie. Zaś kultyści już co nieco widzieli jej niezwykłe możliwości choćby zmiany kształtu. Z bliska zaś Joachim wyczuwał te stające na swoim karku włoski świadczące, że dziewczyna ma w sobie coś co zakłóca w delikatnym stopniu przepływ Eteru. Tak działały czary, magiczne przedmioty i istoty zrodzone za pomocą magii. Więc nawet jeśli Soria pozwoliła sobie puścić wodze fantazji przy tych barwnych opowieściach to jednak nie całkiem.

              I chociaż minęły stulecia i mielania to Soria dalej wydawała się bezgranicznie wielbić, miłować i pożądać swojej stworzycielki. Nie raz powtarzała, że odkąd ją straciła to już nic nie było takie same. Tylko namiastka przygód jakie przeżywała u boku Soren. Dlatego jak tylko pojawiła się szansa na jakiś ślad po niej to tu przypłynęła. A sądząc po przygodach jakie opowiadała tak barwnie i fascnująco to większość polegała na wyuzdanych zabawach i deprawacji niewinnych. Soren uwielbiała przeciągać prawych obywateli na swoją stronę. Jej potomkini z lubością opowiadała jak przekabaciła pewnego cnego rycerza na ich stronę podarowując go swojej stworzycielce. Ten zaś na jej życzenie rozsiekał swoją rodzinę a potem wielu pachołków władz jacy chcieli go ująć. Obie miały z tego mnóstwo radości i satysfakcji. Albo pewną młodą druidkę jak Soren doprowadziła do takiego szaleństwa z żądzy i miłości, że stała się jej ulubioną nosicielką wszelakiego stworzenia jakie zrodziła Soren lub przyczyniła się do tego. Uwielbiała kreować nowe stworzenia, rasy i gatunki. Więc zdaniem Sorii ten przydomek Matki lub Królowej Potworów nosiła całkiem zasłużenie i z dumą. Więc i jej potomkini nie uznawała go za uwłaczający. A spuścizna różnych stworzeń jest pewnie do dziś spotykana od Bretonii po Kislev.

              - Nie zawsze to jest widoczne na pierwszy czy drugi rzut oka. Czasem krew Soren jest tak rozrzedzona, że na zewnątrz nic nie widać. Gdyby to był człowiek to by wyglądał jak wszyscy inni. Ale byłby podatny na jej zew. W końcu w którymś tam pokoleniu byłby jej dzieckiem. Jak bym mogła spróbować czyjejś krwi to myślę, że mogłabym to rozpoznać. - kobieta i wężowych włosach i mieniących się złotym światłem oczach mówiła ze swadą i z werwą. Widocznie była dumna, że jest częścią tego dziedzictwa. Jak Łasica i Burgund to usłyszały od razu zacięły się nożem aby dać jej swoją krew do spróbowania. No ale werdykt ku ich nie skrywanemu żalowi był negatywny.

              - Ojej, a tak bym chciała mieć takiego wspaniałego przodka! Wreszcie bym nie była zwykłą dziewczyną z ulicy i miałabym przodka o jakim nawet Froya czy Kamila nie mogłyby marzyć! - zawołała z niekurywanym żalem Łasica. Widząc to Lilly też spróbowała jednak też Soria nie wykryła u niej dziedzictwa swojej matki. Z Onyx wyszło tak samo. Dziewczyny spekulowały jeszcze kto by miał szansę. Może Pirora? Może Fabienne? Może ktoś spoza kultu?

              - Ale pozostałych Sióstr nie spotkałam. Moja królowa stworzyła mnie już po tym jak się rozstały. I nigdy ich nie spotkałam. - odparła na pytanie o swoją znajomość z siostrami swojej matki. Domyślała się, że to mogły być całe dekady czy więcej po tym rozstaniu bo zrodziła się na dalekim, południowym wybrzeżu, z dala od tych północnych wód gdzie siostry się rozstały ale po długim czasie miały się spotkać już odmienione, w pełnej chwale i splendorze pobłogosławione przez swoich boskich patronów.

              Rozmowy, śpiewy, opowiadania, tańce i zabawy trwały w najlepsze gdy Soria odkryła grupkę nieznajomych. Ich sylwetki ledwo majaczyły między drzewami tego uroczego zakątka nad wodą. Nastąpił moment konsternacji tym odkryciem.

              - Jak chcieli nas zaatakować to zgapili sprawę. Albo nie chcieli. - mruknęła cicho Burgund niezbyt wiedząc co tu teraz począć w tej niejasnej sytuacji.

              - Tu chyba nikogo nie powinno być. Najbliższa wioska jest dzień marszu stąd. Może dwa jak przez te chaszcze stąd. - Łasica też nie do końca była pewna kto to może być. Położyła dłoń na swoim nożu w pochwie u pasa ale raczej w odruchu dodania sobie otuchy i tak na wszelki wypadek bo go nie wyciągała.

              - Na gobliny za wysocy. Na orki za chudzi. Zresztą oni by nie bawili się w jakieś podglądanie i podchody. - odezwała się Onyx miętoląc w dłoni kawałek nadpalonego patyka. Jak usłyszały, że Joachim i Ghunter pójdą to sprawdzić pokiwały głowami.

              - Jak coś to zwiewajcie do nas. Soria nas obroni. - rzuciła weselej Łasica, może trochę aby rozładować atmosferę. Na wszelki wypadek kazała dziewczynom dorzucić do ognia. A dwójka mężczyzn ruszyła brzegiem rzeki w kierunku stojących sylwetek. Światło z laski czarodzieja świeciło jak pochodnia i oświetlało wyraźnie teren na kilka kroków dookoła. I kilka dalszych stopniowo tonęło w półmroku. Idąc słyszeli kroki swoich butów na trawie. Ale póki te sylwetki były w mroku to nadal nie było wiele widać. Ot, że jest ich pewnie z pół tuzina. Większość trzymała w dłoni jakieś włócznie lub kostury jednak w neutralnej pozie, opierając jeden koniec na ziemi. Musieli widzieć, że nadchodzą bo widzieli jak chyba rozmawiają ze sobą. Z bliska to nawet słyszeli ich przyciszone głosy. Czekali aż podejdą.

              Gdy podeszli i zatrzymali się na kilka kroków byli wreszcie w zasięgu światła z laski. I obaj wysłannicy kultystów mogli dostrzec, że to były ungory. Jeden z gatunków zwierzoludzi. Ale ten względnie mało zdeformowany. Z mniej więcej ludzkimi głowami zwieńczonymi krótkimi różkami albo tylko kostnymi wyrostkami. Chociaż z twarzami to już było różnie. Jedne wydawały się mocno zezwierzęcone a inne mogły uchodzić za ludzkie. Jak jedna z kobiet właśnie taką miała. Druga była szpetniejsza chociaż kobiece piersi wskazywały właśnie na płeć. Większość to jednak byli mężczyźni. Torsy wszyscy mieli albo nagie, albo okryte jakimiś skórami. Na nich, na sobie, lub jako wisiorki różne ozdoby, znaki, malunki z czego prawie każdy miał gwiazdę Chaosu lub inny taki symbol. U dwóch czy trzech dostrzegł męsko - żeński znak Slaanesha, u jednego Khorna a i jeszcze pozostałych dwóch patronów też dostrzegł mniej lub bardziej rozpoznawalny symbol. No ale jak nauczał Starszy, Mroczna Czwórka ma mnóstwo imion i symboli więc raczej trzeba patrzeć ogólnie a nie w detale jakie mogą się różnić. Nie było jedynego, właściwego symbolu Khonra czy Slaanesha. Praktycznie każda grupa, plemię czy organizacja miała jakaś własną wariację najczęściej używanych symboli. W wyglądzie zwierzoludzi najbardziej odróżniały ich nogi. Mieli zwierzęce nogi i pęciny, porośnięte futrem. Przy nich nawet zgrabne nogi Lilly wydawały się całkiem ludzkie.

              Obie strony przyglądały się sobie nawzajem w milczeniu. Jak na spotkanie ludzi i zwierzoludzi to było całkiem spokojnie. Zwykle takie spotkanie zaczynało się od podchodów lub ataku przez jedną z nich na tą drugą. Ten co miał największe rogi warknął coś pytająco. Wskazał na obóz z ogniskiem i namiotami. No w tamtym kierunku w każdym razie.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; sklep Grubsona
              Czas: 2519.06.31; mkt; popołudnie
              Warunki: biuro Grubsona, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, powiew, pogodnie, nieprzyjemnie

              Otto

              Idąc przez ulice miasta od hospicjum ku Placu Targowego Otto miał sporo czasu na rozmyślania. Jak choćby swoją wczorajszą rozmowę z Mergą. Wysłuchała go bardzo uważnie. Zastanowiła się chwilę nad tym wszystkim. Nalała sobie wina z butelki i gestem zapytała czy gościowi także napełnić kubek.

              - Egzotyczna piękność z dalekich stron. Jako gość specjalny na ten turniej. - powtórzyła zamysł tego pomysłu jaki przedstawił były kapłan jednego z bogów prawości. Mówiła jakby smakowała ten pomysł razem z winem.

              - Interesujący pomysł. Tłumaczyłby jej egzotyczną urodę oraz ewentualne wpadki językowe. Tak, myślę, że moglibyśmy się tym zająć. Sorii teraz nie ma w mieście ale biorąc pod uwagę jej pochodzenie i zamiłowania nie sądze aby była przeciwna zabawom i balom ze śmietanką towarzyską tego miasta. Poza tym mogłaby być gwiazdą wieczoru. Więc mielibyśmy poza Pirorą jakąś dodatkową figurę na szachownicy. No i ona ma niesamowite możliwości, znacznie większe niż zwykły śmiertelnik. - tak, pomysł zdecydowanie spodobał się wyroczni. I w pełni go zaaprobowała. No tylko owa gwiazda tego planu chwilowo była poza miastem więc nie dało się z nią rozmówić osobiście na ten temat. Podobnie jak większość dziewcząt. Razem z Joachimem popłynęli łodzią zobaczyć czy coś wyjdzie z tego rzecznego tropu do artefaktu Soren. Sama droga by zabrała im dzień czy dwa więc najprędzej by mogli wrócić jutro na wieczór. Właściwie… To wczoraj jak rozmawiał z wyrocznią to było “jutro wieczór” więc teraz jak szedł przez Plac Targowy to mogło chodzić o dzisiejszy wieczór. Chyba, że im zejdzie dłużej no to jutro. Ale i tak Merga spodziewała się ich powrotu przed początkiem festynu.

              - Ale została Pirora. Porozmawiaj z nią prosze bo ona z nas wszystkich jest najbardziej wtajemniczona i obyta w życie śmietanki towarzyskiej. I tak trzeba by z nią ustalić wiele szczegółów. Jak choćby to czy przyznawać się do znajomości z taką egzotyczną panną czy nie. Albo czy ją nocować czy u kogoś innego. - poradziła mu przed wyjściem. Pod względem towarzyskim i społecznym to Pirora chyba stała najlepiej z całego zboru. Miała liczne koleżanki z klubu poetyckiego i chyba przynajmniej niektóre z nich rokowały szanse na zwerbowanie do spisku. Poza nią była jeszcze ta Bretonka, Fabienne. Dziewczęta całkiem dobrze się ze sobą dogadywały chociaż pani von Mannlieb należała do innego zboru, grupy Grubsona. Nawet byli chyba z raz czy dwa, na wiosnę gdy Merga niejako oficjalnie przywitała się ze swoimi wiernymi i namaściła Starszego na swojego protektora i prawą rękę. Ale raczej poza tym to obie grupy działały niezależnie od siebie. Chyba właśnie najczęściej to Fabienne i Oksana utrzymywały towarzyskie relacje z kultystkami Starszego. Pirora zdaje się najchętniej w ogóle przeciągnęłaby je obie do swojej komórki bo każda z nich wydawała się cenna i wyjątkowa. No ale na razie to chyba nadal obie raczej Huberta uważały za swojego szefa, patrona i mistrza niż młodą Averlandkę. Wyglądało to trochę jak przeciąganie liny jednak koleżance ze zboru Otto brakowało jakiegoś mocnego atutu aby je przeciągnąć na swoją stronę. Chociaż poza tym to relacje między nimi były całkiem ciepłe. Gdy jednooki bywał na spotkaniach poetyckich to Fabienne prawie zawsze była i dało się wyczuć, że zwykle wspiera poczynania blond kultystki i jest jej życzliwa.

              A na samym placu musiał przerwać te rtozmyślania. Bo jak co tydzień, w dzień targowy, było tu gwarno, tłoczno a miejscami trzeba było się przepychać aby się przedostać przez tą ludzką ciżbę. Straganiarze prezentowali swoje towary, od rzeźników i ich wyrobów, przez wiecznie modne ryby, chleby, słodycze, narzuty, ubrania i tak dalej, każda branża miała swój stały zakątek na tym placu podczas jarmarku. Dlatego te wszystkie rusztowania i paliki jakie przygotowyano pod turniejową arenę trochę dzisiaj tonęły w tym gwarnym tłumie. A przeszedł parę domów dalej i już była fasada sklepu Grubsona. Trudno było mówić, że się znają z Grubsonem osobiście. Chociaż raczej obaj kojarzyli się właśnie z tych dwóch czy trzech spotkań na zborze. Więc właściel sklepu znalazł dla niego czas a nawet zaprosił do swojego biura na zapleczu aby swobodnie porozmawiać. Gdy wysłuchał z czym młodszy wiekiem i stażem kultysta przychodzi pokiwał głową ale od razu było widać, że jest zainteresowany.

              - Suknia mówisz? Z odważnymi wycięciami? Na jakieś zgrabne, kobiece udo i pępek? I to jeszcze w purpurze i różu? Moje ulubione zestawienie. Ale na turniej? Ten co teraz będzie? No kolego… Stawiasz nas pod ścianą. Mało czasu. To nie jakaś kiecka co ją można w jeden dzień uszyć. No ale poczekaj chwilę, zobaczymy co Oksana powie. - jako kultysta to takie kultystyczne i zalatujące dekadencją i hedonizmem zamówienie bardzo grubemu kupcowi przypadło do gustu. No ale jako szef prężnie działajacej firmy krawickiej, jaki był głównym dostawcą kostiumów i materiałowych dekoracji do nowo otwartego teatru to był realistą. Zadzwonił dzwonkiem, do środka weszła jakaś długonoga sekretarka i kazał jej wezwać Oksanę. Ta pokiwała głową, znikła za drzwiami i niedługo później weszła do środka dwukolorowa główna krawcowa i projektantka tej firmy. Uśmiechnęła się skromnie do Otto ale podeszła do biurka swojego szefa. Ten wprowadził ją w pomysł z jakim przyszedł młodzieniec.

              - Mało czasu. - pokręciła głową na znak, że sprawę podobnie ocenia jak szef pod względem terminu. - Ale może uda mi się przerobić którąś z gotowych sukien. Potrzebowałabym wymiary tej pani. Albo jak się da to ją samą. No i projekt. Rysunek jak się da. Albo dokładny opis to sama zrobię rysunek. Muszę wiedzieć jak to ma wyglądać. - krawcowa chociaż uznała, że szycie od zera nowej sukni raczej nie jest realne w ciągu paru dni to jednak znalazła pewne zastępcze wyjście. Postukała w notatnik jaki miała zawieszony na sznurku u pasa aby był pod ręką dając znak, że może wspomóc w tym zaszczytnym dziele.

              - Tak i jak ustalicie co i jak to Oksana daj kolegom z rodziny tak z 25% zniżki przy wycenie. Może więcej jak rozejdzie się po salonach skąd owa egzotyczna piękność ma tą suknię. A w ogóle kto to to ma być? - Grubson za swoim biurkiem wyglądał jak klasyczny, gruby kupiec. Odezwał się dobrotliwym, jowialnym tonem wujaszka no ale nie zapomniał o interesach. W przypadku szycia zwykle cena zależała od użytych materiałów i pracochłonności w wykonaniu.

              - Przyszła pani von Mannlieb. - jak rozmawiali drzwi znów otwarła sekretarka i z wieściami. Hubert i Oksana byli tym nieco zaskoczeni.

              - Ale ją ciśnie. Mówiłam jej, żeby przyszła jutro. Chyba, że coś się stało. - krawcowa zawahała się spoglądając na szefa. Ten z żalem ale przyznał, że nie może jej tu przyjąć w biały dzień. No a poza tym właśnie rozmawiali o interesach.

              - Niech poczeka. Dobrze jej to zrobi. Powiedz jej, że mam ważne spotkanie a Oksana jest na konsultacji. - powiedział w końcu do sekretarki a ta skinęła głową i wyszła.

              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; mieszkanie Heinricha
              Czas: 2519.06.31; mkt; noc
              Warunki: salon, jasno, chłodno, cicho; na zewnątrz: jasno, sła.wiatr, mżawka, nieprzyjemnie

              Heinrich

              Resztę nocy po tym jak Rune wyszedł Heinrich przespał spokojnie. Z zaleceń od Mergi jakie przekazał mu wojownik wynikało, że ma smarować tą maścią nogę rano i wieczorem. Albo jak zacznie boleć. Ten gliniany dzbaneczek na zbyt długo nie wystarczy no ale jak będzie się kończył i da znać to wyrocznia obiecała zrobić nową porcję. Tak przynajmniej mówił wczoraj Rune. Mówił też inne rzeczy.

              - Aaa, to o to chodziło z tymi elitarnymi najemnikami? - roześmiał sie gdy usłyszał od gospodarza te wieści. Upił wesoło łyk częstując się bez skrępowania. Na swój sposób można go było uznać za pogodnego czy nawet wesołka. Ale może dlatego, że w takich chwilach jak ta gdy czuł się bezpiecznie i rozmawiał z towarzyszami niedoli to sobie na to pozwalał. Bo z tego co czasem rubasznie sobie opowiadali czy wspominali razem z Egonem i Silnym przy stole na zborach to wcale nie był z niego taki wesołek.

              - No jak dobrze płacą to mogę tam podejść. Drażnią mnie te wypacykowane paniczyki ale z jakąś wyperfumowaną piczką szlachetnej krwi to chętnie bym się poznał. Słyszałem, że te aktoreczki to są bardzo namiętne. - zaśmiał się lubieżnie na myśl o takich ekscesach. Chociaż to chyba tak prywatnie jak to między kolegami. Bo sprawiał wrażenie, że potrafi nie tylko strzelić w pysk jak potrzeba ale też wykonywać polecone zadania. Zwłaszcza jeśli wiązały się z użyciem przemocy bezpośredniej.

              - No dziadku, to pogadaj z naszą rogatą wróżką. Może coś uradzicie. Bo my też z nią i szefem gadaliśmy. No i mówią, że takie zamieszanie gdzieś wieczorkiem po cichaczu można by zrobić. Że to by było dobre dla naszej sprawy. No to mnie i chłopakom to pasuje. Chętnie przylejemy tym bogatym pacanom i zapoznamy ich z gnojem tego parszywego życia na naszym bruku. - zaśmiał się chrapliwie jak wilk co widzi stado bezbronnych owiec. Jednak z tego co mówił, to nie mieli działać tak całkiem samopas i dla własnej przyjemności. Ale taki napad mógł być częścią większego planu. Bo sami jeszcze nie wiedzieli na kogo, gdzie i kiedy mieli napadać więc to wstępnie był tylko luźny szkic tego planu. Właśnie choćby Heinrich mógł się na to załapać a mógł coś z tymi balami i tak dalej co pewnie będzie się kręcić wokół Pirory.

              - A słyszałeś już ploty? Podobno Joachim pojechał z dziewczynami na Wrakowisko. I przywieźli stamtąd prawdziwą syrenę. Tylko umie sobie ten rybi ogonek zmieniać w nogi to się tak nie rzuca w oczy. I teraz popłynęli po jakiś ten swój badziew zatopiony gdzieś w rzece. Ale niedługo pewnie wrócą. Przed festynem powinni wrócić. Jak nie to pewnie coś ich zeżarło na tej rzece albo w lesie. - zaśmiał się na koniec ale podzielił się ze starszym wiekiem kolegą plotkami ze zboru. Chyba nie miał zbyt dużego mniemania o tym przedsięwzięciu a zwłaszcza o koleżankach ze zboru. Jednak on i one mieli całkiem inny system wartości i moralności więc to aż takie dziwne nie było.

              Ale to było jeszcze w nocy, jak Rune był. Potem poszedł. Heinrich w końcu zgasił świecę i z ulgą zasnął. A rano też miał satysfakcję, że noga ledwo trochę jest zdrętwiała. Dawno nie czuł się tak dobrze. Nawet jak był trochę niewyspany po tej nocce. Siedział teraz w kuchni przy śniadaniu przygotowanym przez służącą. Za oknami było szaro i pukała w nie monotonna mżawka. Ale jakoś nie wyglądało zbyt zimno. Chociaż mokro i mało przyjemnie.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Online
                SantorineS Online
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #32

                Oryginalny autor: Lord Melkor

                Mieli do czynienia ze zwierzoludźmi, czyli potencjalnymi sojusznikami, choć potencjalnie mogli być oni niebezpieczni. Czy to był teren Ungorów? W każdym razie astromanta stanął naprzeciw przywódcy zwierzoludzi, starając się wyglądać pewnie, a nawet dostojnie. Jego święcąca laska wyraźnie sugerowała że jest magiem.

                - Bądźcie pozdrowieni w imię naszych Panów, Tzeenchta i Slaanesha - rozpoczął rozmowę wyraźnie identyfikując swoją grupę jako wyznawców tych dwóch potęg, mając nadzieję że zostanie zrozumiany.

                Jego słowa wywołały pewną reakcję wśród istot lasu. Ale na pierwszy rut oka trudno było rozpoznać jaką. No na pewno nie rzucili się natychmiast do krwiożerczego ataku jak to zwykle bywało przy kontakcie przedstawicieli obu ras. Ich herszt zmrużył oczy jakby zastanawiał się nad tymi słowami czarodzieja. Jeden z jego ludzi coś mu szepnął ale czy to było pytanie czy podpowiedź to nie szło usłyszeć.

                Powiedział coś wskazując na niego a potem dalej, na obóz z ogniskiem i namiotami jakie były przy rzece. Brzmiało jak pytanie. Ale znów w jakimś dzikim, obcym języku. Powiedziane to było dość neutralnym tonem jakby jeszcze herszt nie zdecydował się ani na agresywną ani na strachliwą opcję. Ale coś chyba chciał się dowiedzieć.

                - Nie rozumiem waszego języka- czarodziej odparł dwa razy, najpierw w Imperialnym, potem w demonicznym.
                - Gunther, spytaj się dziewczyn, czy któraś z nich rozumie język zwierzoludzi - zwrócił się do swojego ochroniarza. Miał nadzieję, że nie dojdzie do konfliktu przez coś tak błahego jak niezrozumienie mowy…

                Ochroniarz nic nie powiedział, skinął głową i ruszył szybkim krokiem w kierunku położonego przy starorzeczu obozu. Przez chwilę więc czarodziej został sam z tym kilkorgiem zwierzoludzi. Mógł im się przyjrzeć wyraźniej. Z pół tuzina, dwie kobiety reszta mężczyźni. Znów herszt wymienił krótkie, chrapliwe, urwane zdania ze swoimi ludźmi. Obserwowali uważnie i Joachima i odchodzącego ochroniarza. Zapytał o coś astromantę wskazując włócznią albo na obóz albo na Ghuntera. Znów Joachim nie zrozumiał co. Ale po chwili wrócił jego ochroniarz przyprowadzając ze sobą Łasicę i Lilly.

                - O, zwierzoludzie… Ciekawe czy to wszyscy. Czego chcą? - włamywaczka z nieukrywaną ciekawością oglądała sobie grupkę nocnych przybyszy.

                - Ja mogę z nimi porozmawiać. Trochę rozumiem ich język. - powiedziała Lilly a jej przybycie wyraźnie ożywiło kopytnych. Bo widać było, że różowowłosa też ma zamiast stóp kopyta a pęciny porośnięte różowym futrem.

                - No to bardzo nam pomoże - Joachim nieco się odprężył i porzucił plany rzucenia zaklęcia ochronnego. Zmiennokształtni mogliby odebrać to jako atak na nich.
                - Tłumacz jego słowa - wykonał gest od Lilly w stronę domniemanego przywódcy.

                Trójka kultystów obserwowała i słuchała przebieg rozmowy między ich kopytną koleżanką a hersztem zwierzoludzi. Trochę to trwało i wyglądało na to, że nie wszystkie wypowiedzi są dla obu stron zrozumiałe. Lider ungorów coś pytał, wskazywał przy tym w kierunku obozu a mutantka mu odpowiadała i opowiadała bo jej odpowiedzi zwykle były dłuższe. Pewnie też było coś o nich bo raz czy dwa bródka ungora wskazała na nich a liliowłosa też spojrzała na na nich nim nie zaczęła coś tłumaczyć. W końcu po paru takich wymianach Lilly zwróciła się do czekającej trójki.

                - Mówi, że ściągnęły ich tu sny i wizje. Przybyli oddać cześć Wężowi. Oni go nazywają Snarl jeśli dobrze zrozumiałam. Mieli tu chyba sobie urządzić małą orgię. No i uznają to miejsce za pobłogosławione przez Snarla. Dlatego. Ale nie spodziewali się tu nikogo innego to jak nas zobaczyli to trochę się zdziwili. Mówiłam im, że my też jesteśmy od Snarla. Przynajmniej ja i dziewczyny. To się ucieszyli. No ale pytają o ołtarz i Sorię. Chyba myślą, że ona to jakiś odmieniec czy co. - dziewczyna o liliowych włosach i takimż futrze na łydkach przetłumaczyła co podczas tej rozmowy ustaliła z nie tak całkiem odmiennych od niej przedstawicielami podobnej rasy, na stałe naznaczonej piętnem Chaosu. A Soria, w obecnej formie atrakcyjnej kobiety z kilkoma parami ramion no faktycznie można ją było wziąć za odmieńca. Zwłaszcza jak z tej odległości nie było widać wszystkich detali.

                - Przyszli na orgię? O! To tak jak my! - roześmiała się Łasica którą raczej rozbawiły niż speszyły takie wieści. - Hmm…. Ale te błogosławieństwo tego miejsca co mówią to pewnie przez ten ołtarz. Soria coś takiego mówiła. Mogą mieć coś przeciwko jak jutro będziemy chcieli go ze sobą zabrać. - zreflektowała się nieco myśląc o planach na jutrzejszy poranek. Możliwe, że zwierzoludzie już widzieli wystający z wody ołtarz to biorąc pod uwagę uwiecznioną na nim scenę raczej nie było trudne domyślić się komu został poświęcony.

                Czarodziej zastanawiał się przez chwilę, potem wziął Lilly i Łasicę na bok i przemówił do nich cicho, nie był do końca pewien czy żaden z ungorów nie mówi ich językiem .

                - Powiedz im, że Soria jest wybranką Węża, może nie będą chcieli się przeciwstawiać jej woli? Jak nie macie nic przeciwko, możecie ich zaprosić na wspólną orgię, wtedy uśpimy ich czujność i zobaczymy co dalej - zaproponował.

                Dziewczyny popatrzyły na siebie chwilę. Potem na czekających zwierzoludzi. I wreszcie w drugą stronę na czekające w obozie koleżanki.

                - No ja to zawsze byłam ciekawa jak to z nimi jest. Słyszałam, że są bardzo jurni. A dziewczyny to nie wiem, trzeba by zapytać. Ale z Soria Joachim dobrze mówi. Trzeba jej powiedzieć aby zrobiła odpowiednie wrażenie. To jak się jeszcze z nimi zaprzyjaźnimy to może sami nam pomogą? - łotrzyca w skórzanych spodniach pierwsza zabrała głos i rzuciła swoją propozycję. Raczej pomysł czarodzieja zdawała się aprobować. Lilly ograniczyła się do roli łączniczki więc powiedziała coś do zwierzoludzi wskazując na obóz. Rozmowa trwała krótko, parę wymienionych przez obie strony zdań. Ale przez grupkę przebiegło poruszenie, może nawet ekscytacji.

                - Powiedziałam im, że musimy porozmawiać z resztą i żeby poczekali. Ale my to ich chętnie ugoscimy. - wyjaśniła kopytna wskazując na siebie i koleżankę. Ta roześmiała się dźwięcznie, pomachała ungorom wesoło i wrócili do ogniska.

                - I co? Kto to? Co chce? - z czekających Burgund odezwała się pierwsza. Widać było, że jest zaintrygowana i nieco zaniepokojona wynikiem tych negocjacji.

                - Goście. Chcą naszych kuperkow i resztę wdzięków. I ja i Lilly jesteśmy skłonne im to dać. - odpowiedz Łasicy, zwłaszcza okraszona pokazaniem języka swojej kamratce była psotna i lekka. Więc Burgund i reszta chyba nie były pewne o co tak naprawdę chodzi. Nawet jak Lilly potwierdziła słowa ich liderki kiwaniem głowy. Dopiero jak Łasica zaczęła tłumaczyć Sorii jaki plan ukuli na szybkiego z Joachimem zorientowały się o co tu chodzi.

                - Dobrze. Myślę, że to się uda załatwić po przyjacielsku. - wybranka Węża, córka Królowej Potworów uśmiechnęła się łagodnie. Potem wystąpiła parę kroków do przodu i zatrzymała się. I zaczęła coś głośno mówić w stronę cienistych sylwetek między drzewami. Mówiła potężnym głosem, dumnym i dostojnym niczym zawodowy mówca. W obcym języku.

                - O, ona zna ich mowę. - trochę zdziwiła się Lilly która z ich grupki była jedyną co mogła zrozumieć tą dziką mowę zwierzoludzi. A tymczasem głos kobiety o granatowych włosach potężniał.

                - Wzywa ich. - Lilly cicho powiadomiła swoich towarzyszy. Ale rzeczywiście sylwetki z drzew zaczęły się zbliżać. Aż ujawniły swoją pół ludzką formę gdy weszły w zasięg blasku ogniska. Wtedy Soria zaczęła się zmieniać. Rosnąć. Włosy zmieniły się w żywe węże, smukłe nogi scaliły się tworząc wężowy ogon, oczy z ludzkich zaczęły promienieć wewnętrznym blaskiem potęgi. Sama wybranka Węża zaczęła unosić się na tym wężowym ogonie aż głowę miała na wysokości kilku kroków nad ziemią. Rozłożyła dumnie swoje kilka ramion aby ukazać się w pełnej, nadnaturalnej krasie. No i głos. Głos jej się zmienił. Teraz wydawało się, że gdy mówi to wtóruje jej pogłos setek głosów i mileniów.

                Od pokazu tej potęgi stadko zwierzoludzi padło na kolana onieśmieleni takim pokazem mocy. Zaraz potem padli na twarz jakby obawiali się gniewu swojej bogini. Właściwie kultystki też. Najpierw Łasica a potem reszta koleżanek. Właściwie to i kultyści gdy przedwczoraj spotkali Sorie po raz pierwszy na plaży przy Wrakowisku to co nieco widzieli tej wężowej formy Sorii. Ale wówczas nie okazała się ona z taką mocą jak teraz. Joachim czuł naelektryzowanie w powietrzu co zdradzało, że przemiana wpłynęła na przenikające ten świat energie Eteru.

                - Oh pani! Pozwól nam ci służyć! - jęknęła Łasica szczerze poruszona tym pokazem mocy i potęgi. Ale i reszta dziewcząt oraz zwierzoludzi byli pod wielkim wrażeniem.

                - Dobrze. Możecie mi służyć. Podaj mi wino piękna służko. - wężowa czcigodna okazała łaskę i dobry humor. Odezwała się do lotrzycy w reikspiel nieco rozbawionym tonem. Opadła na niższy poziom będąc już tylko o głowę wyższa od pozostałych. Gdy dostała kubek z winem wzniosła go do góry.

                - A więc kobiety i taniec, śpiew i wino! Niech umiar idzie precz! Niech zacznie się noc żądzy a skrywane pragnienia niech mają swój finał! - Soria krzyknęła do wszystkich wznosząc swój kubek z winem i pierwszy toast tej nocy już po północy. Przywitano to z aplauzem obu grup. I dość szybko obie grupy zaciekawione sobą nawzajem zaczęły się mieszać i fraternizować zupełnie jakby odgrywały jakąś scenkę uwiecznioną na alabastrowym monumencie jaki spoczywał częściowo zanurzony w przybrzeżnej wodzie.


                Zadowolony, że jego plan się powiódł i uniknęli niepotrzebnej walki ze zwierzoludźmi, Joachim przyklęknał na jedno kolano przed Sorią której mroczny majestat był nie do zaprzeczenia, choć padanie na twarz wydawało mu się jednak przesadą. Następnie odsunął się na bok, obserwując jak ungorzy i kultystki oddają się swoim żądzom, zachęceni przez syrenę.

                Sam stwierdził, że postara się tym razem zachować zimną krew, inaczej niż na Wrakowisku i obserwować orgię w celach pogłębienia swojej wiedzy, w końcu niewiele miał wcześniej do czynienia ze zwierzoludźmi, a i Soria była wyjątkową istotą. Guntherowi i Rupertowi pozwolił się przyłączyć do orgii, na początku wydawali się sceptyczni, ale po chwili nie byli w stanie oprzeć się magii roztaczanej przez wyznawców Księcia Rozkoszy. On jakiś czas wytrwał obserwując, ale w końcu pozwolił się zaciągnąć na bok rozpalonej żądzą Burgund... co wcale nie było nieprzyjemne.

                Następnego dnia podporządkowani już Sorii zwierzoludzie pomogli zaciągnąć ołtarz na łódź. Niestety, wyglądało na to, że nie więcej niż 3 osoby zmieszczą się wraz z ołtarzem. Czarodziej zaproponował, by z ołtarzem popłynęli: Rupert, jako umiejący kierować łodzią oraz Soria i Łasica, jako najwyższe rangą z wyznawców Slaanesha. On z pozostałymi miał zamiar wrócić pieszo z pomocą ungorów. Przy okazji planował korzystając z tłumaczenia Lily dowiedzieć się więcej o ungorach, jakimi siłami dysponują i co wiedzą o innych grupach i istotach w okolicy.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Online
                  SantorineS Online
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #33

                  Oryginalny autor: Zell

                  Ulga była nieopisana. Z jakimś dobrym humorem wstał dziś, bez osłabiającego myśli bólu. Szedł pewnym krokiem, prawie nie pamiętając o sztywności nogi.
                  Wiedział, że pomysł, o którym chce z Megą porozmawiać może być jak i problemem dla miasta, jak i mieć konsekwencje dla kultu, jeżeli nierozplanowany odpowiednio. Więc wchodził do rogatej z pewnością, której nie okazywał podczas ich pierwszego spotkania, którym okazał swoją desperację. Dziś już jej nie było. Została pewność... nawet jeżeli była to pewność czynów, które powinien ukrywać popiół.
                  Wkroczył do kryjówki Mergi (czy nadejdzie czas, gdy i on będzie musiał się ukryć?), szukając samej wiedźmy.

                  - O. Jesteś. Czcigodna mówiła, że możesz przyjść dzisiaj. Poczekaj tutaj. - nawet po drabinie co zwykle sprawiała mu trudność nie schodziło się dzisiaj tak źle. A trzeba było po niej zejść z poziomu piwnicy wieży do ukrytego przejścia. I tam, kawałek prostego korytarza po ciemku aż dłonie namacały zasłonę. Za nią była półka i ogarek jaki można było znów po omacku oświetlić. I solidne drzwi jakie odgradzały od właściwej części kryjówki. Podobno zamontowano je jakoś na wiosnę, wcześniej ich nie było. Ale jak Heinrich przybył tu pierwszy raz to już były. W drzwi trzeba było zastukać hasłem, aby było wiadomo, że to ktoś swój. Wtedy czekało się aż ktoś z zewnątrz podejdzie i otworzy. Dzisiaj była to Norma, ale ona często pełniła tą funkcję. Wpuściła go i przeszli do jadalni. To było największe pomieszczenie w kryjówce i pełniło też miejsce spotkań całego zboru. Pod ścianą był piec i miejsce do gotowania gdzie zwykle krzątała się Myszka albo któraś z dziewczyn. Dziś też odmieniec podała na stół butelkę wina i kubki pytając czy jest głodny. Zaś póki pełniła rolę gospodyni norsmeńska wojowniczka poszła w trzewia kryjówki po rogatą panią. Po jakimś czasie obie wróciły do jadalni a Merga przywitała się ze swoim gościem przyjemnym uśmiechem.

                  - Dzień dobry Heinrichu. Jak noga? Maść pomogła? - zapytała podchodząc do stołu z dumą i pewnością godną kapłanki czy szlachcianki.

                  - Uratowała mi życie, bo już chciałem zębami odgryźć nogę. - wstał i skłonił się ze wdzięcznością - Dziękuję.

                  Pierwsza reakcja na rogatą minęła chyba po trzecim spotkaniu. Na pierwszym była okryta iluzją, dając poznać swoją formę na drugim. To był niemy szok dla byłego łowcy czarownic, który wtedy ledwo się zgadzał z własnymi czynami. Dziś już ten widok był dla niego zwyczajny, nie wzbudzał w nim wyuczonej złości... szczególnie jak dzięki kobiecie nadchodziła ulga.

                  - Ciało nie chce zmiany, więc umiera powoli, jakby uparty na torturach.

                  - Czasem tak bywa. Z ludźmi tak samo. Dają się omamić i zwieść słabym bożkom i fałszywym ideałom. I większość z nich jest taka oporna na prawdziwą wiarę. Boi się zmian. Boi się stracić to co już ma i zna. Dlatego tak często skłaniają się ku nam desperaci i wyrzutki, którzy nie mają nic albo niewiele. - rogata pokiwała swoimi rogami dając znać, aby gość spoczął za stołem.

                  - I cieszę się, że pomogło. Musimy sobie pomagać. Nikt z nas nie jest na tyle mocny, aby poradzić sobie bez innych. Zwłaszcza jak chce coś osiągnąć. A co cię do mnie sprowadza? - zapytała okrążając pytanie przyjemnym uśmiechem.

                  Heinrich przyjął zaproszenie i usiadł naprzeciw rogatej wiedźmy.

                  - Zbieranie jak najlepszych najemników miało sens. Możni i bogaci miasta potrzebowali bezpiecznego przyjazdu i eskorty na miejscu trupy aktorów z Salzburga. Ich przyjazd ma uświetnić to miasto, a jako że to pierwsza tak szacowna i liczna grupa... ich pojawienie się będzie miało w sobie korzyści polityczne i gospodarcze, a do tego przekona innych, że tu warto przyjechać. - postukał palcem o wierzch dłoni leżącej na stole - Gdzie wpływy i pieniądze, tam wielu się interesuje. Cokolwiek poszłoby nie po myśli, może boleśnie się odbić na miejskich interesach. Winnych będzie się szukać, najwyżej używając kozłów ofiarnych.

                  Oparł brodę na złożonych dłoniach w jedną pięść.

                  - Możemy zrobić wielką pożogę, ale jeżeli nie podejdziemy do tego z głową: sami się podpalimy. Chcę zapytać, czy mamy jakiś nieprzekraczalny limit zagrożenia, które przetrwamy? Możliwe straty uboczne? - spojrzał w oczy Merdze - Wiesz pani, od tego zależeć będzie plan. Do czego można się posunąć. A pewne jest, że reakcja będzie.

                  - Tak, to prawda, możemy uderzyć na nich mocno i znienacka. Chaos obejmie miasto a władze i możni zostaną skompromitowane. Sprawa będzie zbyt duża, aby ją zatuszować, tak samo jak nie udało im się zatuszować mojej ucieczki z Kazamat. Staną się pośmiewiskiem całej prowincji, na pewno polecą czyjeś głowy. No ale i śledztwo też zostanie wszczętę, możliwe, że przyślą kogoś z zewnątrz. - Merga uśmiechnęła się już jak Heinrich mówił zgadzając się, że takie uderzenie powinien odbić się na tutejszych władzach mocnymi konsekwencjami. Zwłaszcza jeśli ofirarami staliby się zamożni goście spoza miasta.

                  - No najlepiej to aby się obyło bez strat. Przynajmniej tak to planujemy. I gdyby nasz plan z dosypaniem tego i owego do potraw wypalił a myślę, że gdy część z nas oficjalnie będzie na przyjęciu jako goście lub obsługa to ma to spore szanse powodzenia. Potem wystarczy czekać aż środki zaczną działać. Tylko właśnie nie do końca mamy wpływ na to gdzie będzie to finałowe przyjęcie. Nam najlepiej pasowałby teatr bo tam mamy największe pole manewru. No ale to nie do końca zależy od nas i jeszcze to nie jest postanowione między możnymi tego miasta. Skoro zaś część z nas będzie jako goście myślę, że o ile sami nie dadzą się złapać lub w coś nie wpakują to powinni być nie bardziej podejrzani niż pozostali goście. Obsługa będzie zapewne bardziej na widelcu no ale liczę, że nasze sprytne dziewczęta sobie poradzą. - Merga chyba nie do końca była pewna co Heinrich ma na myśli więc w ogólnych zarysach przedstawiła główną część planu zboru na nadchodzący turniej rycerski.

                  - Sugeruję, aby goście ucierpieli ostatecznie na terenie miasta lub w zewnętrznych granicach, nie zaś na bezdrożach. - zamyślił się - Rune zgodził się zakręcić wokół Czerwonego Johana, który rekrutował, to możliwie wciśnie się w ranki przypisanych najemników do ochrony. Kiedy inni zajmą się doprawionymi potrawami, będą się akcje działy równolegle, to i ich skutek może się wylać równocześnie. Zakładam pojawienie się paniki wśród ludzi. - spojrzał na Mergę - Czy działania będą mieć widoczny wpływ kultu, czy damy radę to wszystko przyklepać pod gierki szlachty i handlowców? Dobra, stara zawiść i chciwość?

                  - Będzie to wyglądało na próbę otrucia. Na masową skalę oczywiście bo na przyjęciu dla ważniaków. A trutkę może podrzucić każdy kto ma odpowiednie zasoby, determinację i możliwości. Chociaż planowalismy dodać też środek wywołujący mutacje. Co prawda to też mógłby zdobyć ktoś z odpowiednimi dojściami ale już może sugerować udział jakichś kultystów lub osób powiązanych z naszymi patronami. - przyznała wiedźma. Jak sam ze swojej dawnej służby były łowca czarownic wiedział nie wszystkie makabryczne, okrutne czy wyuzdane czyny popełniane przez bliźnich były zorganizowane przez jakieś spiskowe organizacje. Czasem to były czyny pojedynczego desperata. Ale czasem jakieś rozgrywki między spiskowcami najróżniejszyjszych stronnictw. Niekoniecznie tych powiązanych z Chaosem. No ale jednak i tak często brano pod uwagę ten czynnik, zwłaszcza jak znaleziono jakieś poszlaki na to wskazujące. Zaś masowe wystąpienie takich mutacji mogło to sugerować. Z drugiej strony tacy odmienieni obywatele z ręki prawych władz i tak musieliby zostać skazani na śmierć.

                  - Zaś ta akcja chłopców Silnego myśleliśmy gdzieś w mieście. Zapewne nadarzy się okazja dopaść jakiś pojedynczy powóz czy coś takiego. Tylko wciąż niezbyt wiemy kto, gdzie i kiedy przyjedzie oraz się zatrzyma. To już będziemy się dowiadywać jak się turniej zacznie i wszyscy będą na miejscu. Jeśli Pirora i dziewczęta będą tam działać to nie powinno być zbyt trudne do zlokalizowania. A w napadach i siłowych rozwiązaniach Silny i jego drużyna mają wprawę. Wystarczy im wskazać cel, czas i miejsce. - wyrocznie wyjaśniła jak to mniej więcej powinno wyglądać z tymi napadami jakie mieli przeprowadzić specjaliści kultu od takich działań.

                  - A uważasz, że coś jeszcze moglibyśmy przygotować? Jak tak to mów śmiało. - zachęciła go aby podzielił się swoimi pomysłami.

                  - Cokolwiek nie zostanie zrobione, pewnikiem zaczną węszyć Chaos. - uśmiechnął się pod nosem - I niezależnie od wyniku: kogoś znajdą, nie musi to być kultysta. Liczy się efekt, nawet pozorny. Kult powinien się nie wychylać kilka tygodni, nie dawać się zachęcić do działań czy zastraszyć węszeniem. To jedna z możliwości - wykurzyć szczury dymem. Ognia nie ma, jest jego iluzja. - przymrużył oczy, jakby wspominając coś przyjemnego - Kto wybiegnie z kryjówki, ten winny. Jeżeli posiadamy listę potencjalnych kozłów ofiarnych, ludzi co nam brużdżą... też można wykorzystać.

                  - Listę, potencjalnych sprawców? - rogata wiedźma dolała sobie wina do glinianego kubka i gestem zaproponowała poczęstunek swojemu gościowi. Norma skądś wróciła ale siadła na zydlu przy kuchni gdzie biło od pieca przyjemne ciepło.

                  - Tak, też o tym myśleliśmy. Tutaj najlepiej by było obarczyć winą jakiegoś naszego przeciwnika. Albo kogoś z zewnątrz. Myśleliśmy o tych podziemnych stworzeniach. Obie strony skoczyłyby na siebie. Chociaż do tej pory raczej nie najgorzej nam się układało. W pewnym sensie, mogliby się okazać naszymi sojusznikami. Wciąż mam wrażenie, że tam coś jest. Coś istotnego. Chociaż wizje i myśli przeciekają mi przez palce, nie mogę tego sprecyzować… - Merga pokiwała głową na znak, że tutaj też po ogólnych założeniach myślą podobnie. Jednak diabeł jak zwykle tkwił w szczegółach. W tym wypadku co do wybrania takiego kozła ofiarnego i przygotowania czegoś zawczasu.

                  - A oczywisty cel to tutejsi łowczy czarownic. Herwig i jego banda. Tylko trudno będzie przekonać władze i resztę, że dopuściliby się takiej masowej zbrodni. - pokręciła głową, że chociaż ten cel wydawał jej się bardzo nęcący a pewnie sama chętnie by się zrewanżowała łowcom za zimowe brutalne przesłuchanie i traktowanie to jednak nie było łatwo przekonać śledczych, że mieliby motyw aby zrobić coś takiego.

                  - Mam też przeczucie, że sam turniej przyniesie nam jakąś niespodziankę. I to raczej pozytywną. Chociaż jeszcze nie wiem jaką. Ostatniej nocy miałam sen. Nowy. Coś się wydarzy, coś istotnego, wkrótce, coś co wpłynie na losy całego miasta. Więc spodziewajmy się niespodziewanych wieści. Miej oczy i uszy otwarte. - dorzuciła skoro i tak rozmawiali o jej nadprzyrodzonych talentach.

                  - No i oczywiście można spróbować obarczyć jakiegoś pechowca. Kupca, kogoś z ratusza, może Akademii. Najlepiej kogoś mało popularnego a potężnego bo w żebraka dosypującego w szlacheckiej kuchni trutki do potraw to nikt nie uwierzy. Albo mityczny, fantomowy cel. Jakiś szpieg, zabójca czy inny dysydent. - dodała jeszcze jeden pomysł jaki rozważała co do celów do spreparowanych pomówień i oskarżeń jaki mógłby odsunać podejrzenia od faktycznych sprawców.

                  - Wrogowie to zawsze kuszące cele. - przyjął propozycję poczęstunku - Ale często też zgubne w ostateczności. Jeżeli za szybko dotrą ścigający do winnego będącego wrogiem grupy - bezwiednie zaczął przesuwać palcem po stole, jakby tworząc linię - to powiązanie będzie zbyt widoczne i nie zatrzymają się na tym, kogo chcemy. Nie sądzę, byśmy teraz musieli głównych wrogów wrabiać. Do tego potrzebna byłaby zasłona dymna, z siatki powiązań. Nie działajmy wedle emocji i bez przemyślenia. Nasi przeciwnicy też nie rzucą się na pierwszy trop. - upił wina ze swojego kubka - Niech pokrążą w plątaninie tropów, zgubią się w powiązaniach. Oni grają w to, my też się przyłączamy, ale sprawmy by plansza i zasady były nasze. Można rzucić na pożarcie jakiś nieszczęśników, by zamętem ogarnąć dochodzenie.

                  - Jakichś nieszczęśników to pewnie sami znajdą. Jak pan baron zarzyga się na śmierć a pani hrabina dostanie zawału to tak jak mówisz, winni muszą się znaleźć i zostać surowo ukarani. Dlatego pewnie w pierwszej chwili wezmą w obroty służbę. Chociaż to chyba oczywiste, że nawet jeśli ktoś z nich by został przekupiony to raczej był tylko ostatnim ogniwem. - niebieskoskóra wiedźma z północy pokiwała głową gdy rozważała pomysł o jakim rozmawiali.

                  - To mówisz, że odradzasz zwalanie winy na łowców i innych takich? - zapytała raczej, aby się upewnić i to jeszcze przemyśleć.

                  - Tak, odradzam na ten moment. - pokiwał głową - Nie oznacza to poniechania, tylko ustalenia innej drogi. Jeżeli będą gonić dłuższy czas za własnym ogonem, wzbudzi to w nich irytację i niecierpliwość. Oba do wykorzystania. Łowca Czarownic nie widzi siebie jako ofiary, niezależnie co mówi. Nawet jeżeli główna osoba nie popełni błędu - zawsze możesz liczyć na błędy jego przybocznych czy sojuszników. Nie dotykajmy ich na razie za mocno. Uderzmy dopiero, gdy moment będzie odpowiedni, a sny o zemście kultywujmy w planach na przyszłość.

                  - Hmm… - gospodyni upiła łyk ze swojego kubka i zaczęła go obracać machinalnym ruchem. Pewnie podobnie obracając słowa Heinricha w swojej rogatej głowie.

                  - No cóż, byłeś jednym z nich. Myślę, że możemy zaufać twojej ekspertyzie. Dobrze, ostateczne zdanie ma Starszy, ale porozmawiam z nim o tym. - obiecała widocznie przynajmniej przyjmując tę argumentację do siebie.

                  - A poza tym masz jakieś sugestie co do dodatkowych atrakcji jakie moglibyśmy zrealizować na ten festyn? Widzisz się w jakiejś roli? - zapytała go patrząc przez szerokość stołu na swojego rozmówcę.

                  - Festyn... - Heinrich dopił zawartość kubka - Wylęgarnia zamętu, nawet bez pomocy, a z nią... - zamyślił się - Można sprawić, by zabawa dla ludu była... Ciekawsza. - odstawił na stół pusty kubek - Jeżeli alkohol będzie miał silniejszy wpływ, to gwarantowane są niepokoje na mieście, nie tylko wśród szlachty, a doprawiony alkohol zwiększa kupcom zyski, jako że chętniej kupowany. Straż nie będzie mogła skupiać sił w całości w innym miejscu, jeżeli miejsc będzie więcej. Problem bardzo ludzki, zwyczajny, co najwyżej oskarżający chciwych sprzedawców. Nic nadzwyczajnego. Różnicą będzie natężenie, choć wątpliwe by to zastanowiło. Ktoś za bardzo połasi się ba zyski, inny da opust pijaństwu, zabierając uwagę pewnej ilości straży. Doprawienie całej partii jednego handlarza na taką okazję, nie jest niczym niesłychanym. Wynik przejdzie oczekiwania. - uśmiechnął się - Małe a cieszy.

                  Heinrich wstał z siedzenia i skłonił się Merdze szlachecko niczym damie.

                  - Jestem rad, żem został wysłuchany, a twoje słowa dotrą do uszu Starszego, pani. - wyprostował się - Nie zamierzam partycypować w wydarzeniach wśród szlachty, nie mając ustalonej pozycji. Mam zamiar objąć opieką wydarzenia na samym mieście i upewnić się, że fiasko dotknie żywoty gości z Salzburga.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Online
                    SantorineS Online
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #34

                    Oryginalny autor: Seachmall

                    Marktag; zmierzch; sklep Grubsona

                    Otto podejrzewał, że nie obejdzie się bez otwarcia sakwy. Grubson pomimo swoich wierzeń pozostał oportunistycznym handlarzem. Czyniło go to bardziej ludzkim, co przypadło Otto do gustu.

                    - Co do wymiarów, podeślę do was Łasicę, jeżeli nie uda mi się klientki przyprowadzić. Dziewczyna poznała dość… intymnie wymiary przyszłej właścicielki sukni. - Otto rozważał czy powiedzieć kim dokładnie jest ich klientka - Ale jestem pewny, że będzie w stanie się dopasować do sukni. To sługa Mrocznego Księcia i przez sługa nie mam na myśli wyznawcę… - postanowił zaryzykować. Być może informacja, że zbór Starszego zyskał sojusz tak cudownej istoty jak Soria, przekona Grubsona, aby przyłączyć swoją grupę do ich rodziny - Nazywa się Soria i jeżeli spodoba jej się wasza suknia, upewnię się, aby skierować ją w kierunku hojnych sług Węża. - Otto obgadał z Oksaną sprawę sukni w końcu udało im się znaleźć coś, co po kilku korektach da najlepszy efekt.-|
                    - Jeżeli można Hubercie, sprawę zapłaty obgadamy po festynie? Nie leży w mojej mocy ustalać takie sprawy. Do tego trzeba będzie zobaczyć jak twoje dzieło przypodoba się służce Idealnego Księcia.

                    Wzmianka o Sorii jako kimś więcej niż zwykłej kultystce mocno zaintrygowała duet kultystów z tego samego patrona. Zarówno szef jak i jego projektantka spojrzeli na swojego gościa jak dwa koty na wieść, że w okolicy pojawiła się bardzo apetyczna mysz.

                    - Służka Mrocznego Księcia? A powiesz coś o niej więcej? - zagaił gospodarz i skinął na dwukolorowowłosą. Ta podeszła do barku i zaczęła tam szykować napoje pewnie dla tych bardziej znamienitych gości jakich kupiec uznał, że są tego warci.

                    - I, tak, pewnie, przyślij Łasicę. Dawno jej nie widziałem, chętnie odświeżę znajomość. Mnie niestety nie wypada tak często odwiedzać młodej szlachcianki jak jej głównej krawcowej. - westchnął chyba trochę na pokaz ale też przebiła się igiełka zazdrości, że jego pracownica ma swobodniejszy dostęp i do teatru i do kamienicy na Bursztynowej 17. Gdzie w piwnicy Pirora urządziła prywatny loszek a Oksana była jej tam prawą reką i główną dominą do dyscyplinowania tych którzy to lubili. Teraz jednak grzecznie wróciła do biurka z dwoma kielichami i postawiła je przed dwójką mężczyzn. Gospodarz wydawał się zaintrygowany osobą dla jakiej miała być ta zamawiana suknia no ale mimo wszystko najpierw chciał się dowiedzieć czegoś więcej.

                    Pora rzucić drobną zanętę.
                    -Och, Soria jest cudowna. Preferuje mokre klimaty, ma jakieś… powiedziałbym trzy metry długości, może dwa i pół, jakieś trzydzieści palcy i naprawdę żywe włosy. Kiedy jednak chce się wmieszać w tłum, jej rozmiary nie odbiegają od normy. - kultysta się uśmiechnął. Grubson na pewno będzie chciał poznać syrenę i będzie można machać mu ją jak marchewką na patyku. Będzie musiał poinformować o tym Starszego. - I oczywiście przekażę Łasicy, że za nią tęsknisz.

                    - Łasica, tak, tak, cudnie usługuje. I mówisz, 3 metry wzrostu? I żywe włosy i tak dalej? I jest od naszego patrona? Koniecznie musisz nas z nią poznać! - po tym jak kupiec usłyszał opis wężowej syreny można było mieć wrażenie, że to jak jakiś fan co się dowiedział, że jego ulubiona diva jest w tym samym mieście w odwiedzinach. Zresztą Oksana wyglądała podobnie. Nawet niebieskowłosa włamywaczka którą oboje tak chętnie lubili maltretować dla wspólnej satysfakcji teraz wydawała się im miałka i pospolita.

                    - A to nie wiedziałem, że to chodzi o kogoś takiego. W takim razie Oksana, postaraj się. Sama słyszysz dla jakiego znamienitego to gościa. - szef przyjął wręcz jowialny i serdeczny ton i od ręki wydawał polecenie swojej projektantce.

                    - Tak, oczywiście, że tak, zobaczę co mamy na stanie ale na pewno będzie co najlepsze. Właściwie to może nawet by się udało na ten Festag. Jakby ta wspaniała kobieta raczyła do nas zawitać, gdyby oczywiście miała ochotę i bym mogła ją zmierzyć i poznać to byłoby wspaniale. Ale jak Łasica ma podobne rozmiary to oczywiście też może być, nie ma co fatygować tak wspaniałej pani jakimiś zbędnymi drobiazgami. - krawcowa też wydawała się spalać z żądzy i zniecierpliwienia tak samo jak jej mistrz i szef aby poznać kogoś tak zacnego.

                    - A te karliko to daj spokój Otto. Kto by się tym przejmował jesli chodzi o kogoś tak wspaniałego. To na koszt firmy, nic się tym nie przejmuj, dla kogoś takiego cena nie gra roli, liczy się jakość. To kiedy nasz z nią zapoznasz? - Hubert od ręki machnął reką na potencjalny zarobek na takiej w końcu nie takiej taniej sukni. Miał inne priorytety gdy chodziło o jego prawdziwą wiarę.

                    Otto nie spodziewał się, aż takiej reakcji. Spodziewał się, że handlarz połknie haczyk, ale jeszcze trochę i zacznie podgryzać wędkę.

                    - Niestety nie ma jej teraz w mieście. Jednak kiedy wróci, od razu przekażę jej informacje o waszym oddaniu i chęci komunii. - Otto pstryknął palcem coś sobie przypominając - Och, zapomniałbym, Soria nie zna mowy śmiertelnych. Więc o ile, któreś z was nie zna języka Niezrodzonych sądzę, że będziecie musieli sięgnąć po inne formy komunikacji… może "mowa ciała"? - Otto się uśmiechnął i skinął głową Grubsonowi - Jeżeli to wszystko, mam jeszcze kilka miejsc do obskoczenia. Och i Hektorze, Oksano. Jeżeli moglibyście ostrzec swoich innych klientów, że niektóre zamówienia mogą się opóźnić, ponieważ właśnie otrzymałeś zlecenie od bardzo egzotycznej klientce, która odwiedza miasto z dalekich krain specjalnie na festyn. No cóż.. rodzina będzie wdzięczna. Pogadam przy okazji z Pirorą, nasza znamienita znajoma, może chcieć zachwalić cię podczas balu w teatrze.

                    - Nie ma jej teraz w mieście? - chytre oczy kupca zmrużyły się jakby nagle zaczął się zastanawiać ile w tym jest prawdy. Ale pokiwał swoim byczym łbem i uśmiechnął się promiennie. - W mowie ciała jestem najlepszy. - pozwolił sobie na nieco buńczuczny uśmiech. - A bretoński zna? Bo jest jeszcze Fabi. Ona pewnie też będzie zachwycona jak by mogła ją poznać. - wskazał na drzwi do gabinetu jakie prowadziły na korytarz ale pewnie chodziło mu o bretońską klientkę i kochankę jaka akurat przyszła do sklepu.

                    - A te opóźnienia oczywiście. Zajmę się tym. A mam jakoś dokładniej zaanonsować przybycie naszej gwiazdy czy tylko takie ogólniki? - Oksana pokiwała głową bo w końcu ona zwykle miała najwiecej bezpośredniego kontaktu z klientami.

                    - Nie wydaje mi się, aby znała jakikolwiek język tego świata. - tek smakowity kąsek informacji, na pewno ich zainteresuje bardziej - Proszę, bądź jak najbardziej ogólnikowa Oksano, możesz pokazać szkic sukni. Chciałbym, aby zrobiła się z tego wielka Plotka. Wszyscy chyba wiemy, jak one żyją własnym życiem, a i tak sądzę, że ich najśmieszniejsze spekulacje nie dorównają prawdzie, którą ujrzą. Wyobrażacie sobie? Całe miasto gadające niemalże z lubieżnością o kobiecie, której nigdy nie zobaczyli?

                    - Ha! No rzeczywiście! To by dopiero było coś! Oksy, zrób tak jak Otto sugeruje. Żadnych konkretów, podgotuj ich tak jak to umiesz. - grubas zaśmiał się na myśl jaką rekację może wywołać w towarzystwie taka plotka.

                    - Dobrze, tak zrobię. Zapowiem przybycie ponętnej nieznajomej. W kreacji od nas. - kultystka pokiwała głową na znak, że jest właściwą osobą do tego zadania.


                    Marktag; zmierzch; teatr

                    Otto wkroczył do Teatru. Musiał przyznać, czuł się tu jak w kompletnie obcej domenie. Musiał szybko znaleźć jej władcę, więc zaczął rozglądać się za Pirorą.

                    Teatr urządzono w dawnej gospodzie więc to dawało się zauważyć od razu. Mimo wszystko prace remontowe i przeróbkowe trwały od zimy i teraz w sali głównej urządzono całkiem ładną scenę i widownię. Może nie było to tak wielkie i dumne jak celowo budowane przybytki wysokiej kultury z wielkich miast ale w końcu Neus Emskrank trudno było uznać za wielkie miasto. A i był to pierwszy prawdziwy teatr w tym mieście. Z zewnątrz to Otto widywał ten budynek jak przechodził ulicą w okolicy no i prywatnie wiedział, że tutaj urzęduje Pirora która stała się dzięki tej inicjatywie jedną z tuz śmietanki towarzyskiej. Dlatego też była prawie pewnym gościem na tych przyjęciach i balach z okazji turnieju i innych. Ale wewnątrz był pierwszy raz.

                    Zastał mimo późnej pory parę osób. Głównie jakichś majstrów i sprzątaczy co chyba przygotowywali scenę i widownię pod jakieś przedstawienie. Ale w miejscu dawnego szynkwasu urządzono chyba coś na kształt recepcji i szatni. Jakaś młoda, miła dziewczyna zapytała go w czym może pomóc. A gdy powiedział kogo szuka prosiła aby chwilę zaczekał. Potem gdzieś zniknęła ale nie na długo. Ze schodów zeszła znajoma ze zborów blondynka w ładnej sukni.

                    - Dobry wieczór kawalerze. Cóż cię sprowadza w nasze skromne progi? - zapytała Averlandka gdy podchodziła do gościa i się przed nim zatrzymała.

                    Otto skinął głową.

                    - Sprawy rodzinne obawiam się. Możemy znaleźć jakieś bardziej ustronne miejsce? - kultysta rozejrzał się ile osób jest w ich najbliższym otoczeniu.

                    - Oczywiście, proszę za mną. - po minimalnym ruchu brwi dało się poznać, że młodziutka szlachcianka zrozumiała o co chodzi ale poza tym nie dała po sobie niczego poznać. Przejeła rolę przewodniczki i wrócili po schodach po jakich dopiero co zeszła. Po czym doprowadziła do jakichś drzwi za którymi był gabinet o wyglądzie biura.

                    - Tutaj możemy swobodnie porozmawiać. Napijesz się czegoś? - wróciła do bardziej zwyczajnego tonu i podeszła do szafki który widocznie był barkiem.

                    - Chętnie poczęstuje się, na cokolwiek ty masz ochotę. - Otto uśmiechnął się - Chodzi o festyn i bal w twoim teatrze. Realizuje właśnie plan, aby sprawić, że będzie tu jak najwięcej możnych miasta. Merga już go zaakceptowała, więc trzeba mieć nadzieje, że wszystko pójdzie po naszej myśli.

                    - O, bal i festyn w moim teatrze? Tutaj? Bardzo chętnie. Tylko z tego co wiem to jeszcze - niestety - nie jest to tak całkiem przesądzone. Może Froya albo Kamila wyprawią go u siebie? Albo jeszcze ktoś? No ale mnie by najbardziej pasowało tutaj. A co? Coś z Mergą na ten temat rozmawiałeś? - blondynka podała smukły i pewnie drogi kielich z rzeźbionego szkła a w nim bursztynową brendy. Pytała raczej z ciekawości. Bo nadal trwał ten balans i towarzyskie przepychanki gdzie ma być ten najważniejszy, finalny bal po turnieju.

                    - No cóż, tak to zrozumiałem, że masz być gwiazdą tego planu. - przyznał Otto - I obawiam, się mój plan zabiera z ciebie większość uwagi. Zacząłem szerzyć plotkę, że odwiedzi nas na turnieju tajemnicza, ponętna, egzotyczna dama z dalekich stron. Ustaliłem z Grubsonem, aby załatwił nam odpowiednio odważną suknię. Mam nadzieję, że dobrze to wszystko sobie zaplanowałem.

                    - Brzmi nieźle. Uwielbiam ponętne, tajemnicze i egzotyczne damy. Podoba mi się. Tylko skąd taką weźmiemy? - Pirora oparła się o krawędź biurka i trzymała smukły kieliszek w swojej szczupłej dłoni nieco nakrapianymi drobnymi piegami. Nie wydawała się zła czy zdenerwowana, raczej nadal traktowała to jak towarzyską wymianę plotek.

                    -Och, racja… nie spotkałaś Sorii, prawda? - zapytał mnich.

                    - Sorii? Nie, chyba nie. A kto to? Powinnam ją znać? - sądząc po minie Pirory to imię jej nic nie mówiło. Ale pewnie nawet wśród kultystów sprawa z syreną była na tyle świeża, że na ostatnim zborze było wspomniane o planie pojmania jej gdzieś na wybrzeżu. Parę dni temu jeszcze nikt nie znał jej imienia. A ledwo wrócili i od razu popłynęli w górę rzeki. Praktycznie wszyscy co byli na plaży. Więc widocznie wieści do Averlandki jeszcze nie dotarły.

                    Otto gwizdnął.

                    - Lepiej usiądź i weź głęboki łyk tego bredny.- kultysta upewnił się, że blondynka nie przewróci się, kiedy przekaże jej informacje - Kilka dni temu Łasica zabrała mnie, Lilly, Burgund i Joachima na piknik na plażę. I spotkaliśmy tam kogoś. Syrenę, o której ostatnio słyszeliśmy. Bardzo piękna, bardzo wężowa i bardzo służąca Mrocznemu Księciu. Jej natura przypomina Mergę, coś jakby Niezrodzony po tej stronie. Potrafi też przyjąć bardziej ludzką formę i ją mamy zamiar pokazać na turnieju. Podejrzewam, że obecność istoty tak połączonej z twoim patronem, może dość… ciekawie wpłynąć na śmietankę naszego społeczeństwa.

                    - Oh! Macie tą syrenę?! - efekt wieści rzeczywiście był równie piorunujący jak niedawno w biurze Grubsona. Gospodyni aż zasłoniła usta i spojrzała na drzwi gdy zreflektowała się, że prawie to krzyknęła z nadmiaru emocji. I faktycznie wypiła zawartość kieliszka jednym haustem, zupełnie jak to damie nie wypadało. Po czym wróciła do barku i zaczeła go napełniać ponownie.

                    - Znaczy no słyszałam o tej syrenie. Jeszcze w zimie. Joachim tam popłynął z Nije i coś tam widzieli, coś tam spotkali ale im wywaliła łódź czy coś takiego. No i teraz słyszałam, że znów chcą z nią spróbować ale myślałam, że się skończy tak samo jak w zimie. - powiedziała szybko gdy napełniała szkło. Po czym spojrzała na swojego gościa.

                    - I to ona naprawdę jest? I to od nas? Jej! I dopiero teraz mi mówicie!? Jej! Gdzie ona jest? Koniecznie muszę ją poznać! - Pirora wróciła do swojego gościa i też wydawało się, że zżerają ją emocje i ciekawość od tak rewelacyjnych wieści.

                    Otto spojrzał na Pirorę jak na dziecko, które właśnie dostało ulubioną zabawkę, była naprawdę urocza w swej niepohamowanej radości. Przykro było jej ją odebrać.

                    - Nie ma jej teraz w mieście. Zakładam, że udała się z innymi pokazać ołtarz Soren. Jak tylko wróci chce ją zabrać do Grubsona, na przymierzanie sukni, więc będziesz mogła się zabrać z nią. I wybacz, że dopiero teraz się o tym dowiadujesz.

                    - Nie ma jej? - przez chwilę Priora faktycznie miała minę jak mała dziewczynka co wcale nie ukrywa swojego rozczarowania z nie otrzymania prezentu. - No trudno. Ale koniecznie chcę ją poznać. I do Grubsona? Aha, po suknię? No tak, Oksana na pewno coś uszyje wspaniałego. To ona jest w sam raz. Fabienne właściwie też. Ten Hubert mnie nieco irytuje. Zwłaszcza Fabi to wciąż w niego wpatrzona jak w obrazek. No ale! Nic to. Ale ale! Jak mamy do niego jechać to najpierw do mnie przyjedźcie z Sorią. Pojedzie do niego ze mną. Niech sobie nie wyobraża za dużo. A widziałeś ją? Jaka ona jest? - myśli i słowa blondynki skakały z jednych na drugą co oddawało ich splątanie. Niemniej nadal była niezmiernie rada z tych wieści. Nawet jeśli na to spotkanie tej niezwykłej kobiety musiała jeszcze trochę poczekać.

                    - Och, jestem upewnię się, aby balans siły w relacji między tobą a Hubertem, był po twojej stronie. Co do jej wyglądu… no cóż, nie będę jej obrażał próbując opisać jej urodę. Zaufaj mi, że sprawia, aby Mroczne Książe był dumny. Kiedy jest syreną, ma długi wężowy ogon, sześć rąk, i węże zamiast włosów. W ludzkiej formie, jedną parę nóg, rąk i ciemne długie włosy. - Otto uśmiechnął się - Pozwolę twojej wyobraźni dopisać szczegóły.*

                    - Oh! Brzmi wspaniale… - Priora pozwoliła sobie na uśmiech rozmarzenia i chwilę kontemplacji tych swoich wyobrażeń do takiego opisu. Machinalnie bujała w dłoni swój kieliszek.

                    - Jej! Ale to będzie się działo! Na pewno jest prześliczna! Skoro to wysłanniczka naszego patrona. Jej! To teraz w towarzystwie zawrze! Jeszcze poczekam aż ją spotkam ale na pewno będzie się działo! O! I bedzie nocować u mnie! Ale Froya, Kamila i reszta zaślinią się z zazdrości! - młoda szefowa teatru roześmiała się na całego gdy sobie zaczęła uzmysławiać jakie zamieszanie może wywołać pojawienie się w towarzystwie kogoś takiego jak opisana syrena.

                    - Dziękuję ci Otto, że mi o tym powiedziałeś. Tak, to trzeba będzie to wykorzystać. Ojej aż muszę ochłonąć aby to przemyśleć. I Merga wie? I co powiedziała? - Averlandka próbowała jakoś uporządkować teraz te wszystkie myśli i fakty.

                    - Popiera plan, ale uważa, że ty powinnaś dopracować szczegóły. Gdzie ma nocować, to już mamy ustalone. Czy mamy się przyznawać do znajomości? No i pewnie co będzie musiała robić podczas samego balu. Sądziłem, że jeżeli okaże zainteresowanie twoim teatrem, to wszyscy będą chcieli, aby bal był tutaj.

                    - Aha, czyli Merga się zgadza? To Starszy pewnie też albo się zgodzi. - Pirora przyjęła to do wiadomości i ulżyło jej skoro jedna z dwóch najważniejszych osób w ich zborze wyraziła na to zgodę. A jak zabrakło Karlika to Merga i Starszy stworzyli podobny, dobrze zgrany duet. Aż przykra mogła była być myśl, że wiedźma ich wkrótce opuści wracając na północ.

                    - Czy mamy się przyznawać? No pewnie! Zapowiem ją jako swoją znajomą czy koleżankę… O! Albo artystkę! Z dalekiego południa, ja też jestem z południa no i mało kto tu cokolwiek ma znajomych z tak daleka to będzie idealnie! - zaśmiała się szlachcianka żywo gestykulując i tłumacząc. Akurat co do tego nie miała widocznie żadnych wątpliwości.

                    - Ale szkoda, że tak późno. Jej, jakbym tak miała tydzień albo dwa! Jak ja bym tu z tą Sorią zagotowała w tym garze! Jedli by nam z rąk! A tak, to lada chwila zaczyna się ten turniej. - westchnęła z żalem, że tak ma mało czasu na przygotowania no i cieszenie się chwałą przybocznej i patronki tak wspaniałej artystki jaką miała zamiar przedstawić wężową syrenę.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Online
                      SantorineS Online
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #35

                      Oryginalny autor: Pipboy79

                      Oryginalny tytuł: Tura 10 - 2519.06.32; bkt; zmierzch

                      Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; okolice Heilidorf
                      Czas: 2519.06.32; bkt; zmierzch
                      Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, ulewa, ziąb

                      Joachim

                      Joachim już od dłuższego czasu nie odbywał tak długich wędrówek. Zwłaszcza przez leśne bezdroża. To czuł to w nogach pod koniec drugiego dnia marszu. Zresztą dziewczęta z miasta wyglądały podobnie. Jedynie ungory wyglądały jakby im nic nie było pomimo całego dnia marszu. Ale dla nich to było w końcu naturalne środowisko. Pogoda też dzisiaj niezbyt sprzyjała aktywności na świeżym powietrzu. Pierwsza połowa dnia była całkiem pogodna. Ale chłodna. W południa zaczęło mżyć więc wszystko i wszyscy zrobili się mokrzy. Ale padało dość subtelnie. Ungory rozpaliły ognisko pomimo to i zrobiły wiatę z gałęzi jaka mniej więcej chroniła od tej mżawki. Namiot jaki zabrali ze sobą niezbyt było sens rozbijać. Ledwo by gorzbili trzeba by go zwijać aby ruszyć w dalszą drogę więc taka wiata i ognisko były niezłym kompromisem. Można było się ogrzać i odpocząć w mniej więcej suchym miejscu. To dzikie plemię łowców o mieszacne cech ludzkich i zwierzętych wydawało sie wyśmienicie dostosowane do życia w lesie.

                      - Jakby mi ktoś powiedział, że będę obozować ze zwierzoludźmi to bym chyba roześmiała mu się w twarz. - Onyx z lubością wyciągnęła się przy ognisku pod tą wiatą. Chyba wydarzenia z poprzedniej nocy spędzonej nad urokliwym, rzecznym zakątkiem wracały do niej rykoszetem wspomnień.

                      - A jak by ci powiedział, że będziesz się z nimi pokładała? - zapytała Lilly i obie się roześmiały. Faktycznie to było trudne do uwierzenia nawet jak się brało w tym udział. Co prawda wcześniej już kultyści mieli do czynienia z kopytną w postaci Lilly właśnie. Ale raz, że zdawano sobie sprawę, że urodziła się jako człowiek i jest ludzkim odmieńcem nawet pomimo pewnych podobieństw do zwierzoludzi. A dwa od zimy to się wszyscy do niej przyzwyczaili. A tacy jak Onyx czy Otto co doszli później to po prostu zastali ją jako jedną z członkiń zboru. No i była jedna a nie całe stado, jakoś więc nikła w tłumie ludzkich kultystów. A póki była ubrana w suknię do samej ziemi to jej mutacje w ogóle nie były widoczne i wyglądała jak zwykła, młoda dziewczyna.

                      - Ja słyszałam, że szlachta to się tak zabawia w tych swoich dworkach myśliwskich gdzieś w gdzie nie ma wścibskich oczu. Ale zawsze myślałam, że to tylko takie złośliwe gadanie. Nigdy nikogo nie spotkałam kto by robił coś takiego tak naprawdę. Nie sądziłam, że kiedyś sama to zrobię. - hedonistka o płomiennych włosach przyznała, że teraz w świetle dnia to sama była zdumiona swoją śmiałością i odwagą. Ale chyba wszyscy ulegli tej słodkiej namiętności. Może poza Joachimem. Jak to sobie oglądał z boku to mógł dojść do wniosku, że faktycznie odgrywają scenki jak te z alabastrowego ołtarza. Nawet jeśli nie mieli do dyspozycji tych wszystkich istot jakie tam zostały uwiecznione. A może po prostu artysta też był świadkiem albo i uczestnikiem takich orgii i tak do oddał w kamieniu.

                      Ale ostatniej nocy sytuacja się powtórzyła. Jak rozbili się na noc w trzewiach bezimiennego lasu. Z dala od ludzkich sadyb. To chociaż już bez Sorii i Łasicy to znów dziewczęta z miasta chętnie się zabawiły z gospodarzami. Efekt dało się poznać o poranku. Humory dopisywały obu stronom i można było czuć się całkiem swobodnie. W końcu na czwórkę ludzi z miasta wypadało jakieś pół tuzina ungorów jakie pełniły rolę przewodników i eskorty. Niemniej jednak droga lądowa i to przebyta na własnych nogach okazała się o wiele trudniejsza niż podróż łodzią. Zapewne wczoraj pod koniec dnia łódź powinna dotrzeć do miasta. O ile nic im się nie stało po drodze.

                      A przez te dwa dni można było do pewnego stopnia oswoić się z obecnością zwierzoludzi. Pierwotnie sporo robiło tradycyjne nastawienie do siebie obu ras czyli wrogie. Ale skoro nie zaczęło się od walki a potem Soria okazała się championem Snarla i jeszcze zakończyło się orgią nad brzegami starorzecza to ungory się całkiem przyjazne. Chociaż dzikie i odpychające swoją obcością wygladu i zachowań. A dzięki temu, że Lilly umiała się z nimi z pewnymi trudnościami porozumieć można było czegoś się od nich dowiedzieć.

                      Jak choćby to, że znali to miejsce nad starorzeczem. I przychodzili tam odbywać swoje gody. To było dobre miejsce bo lędźwie i żyły pęczniały od żądzy. Ostatnim razem po prostu zaskoczyło ich to, że ktoś tam już jest. Ale z daleka widzieli kobietę z wieloma ramionami czyli Sorię. Więc postanowili poczekać a potem podejść bliżej. I całkiem przyjemnie im się słuchało i oglądało to widowisko dawane przez Sorię i dziewczęta.

                      Ich lider nazywał się Gnak. I szefował tej grupce. Miał największe rogi. Gdzieś takie długie jak palec dorosłej osoby. Pozostali mieli mniejsze. A jak tłumaczyła Lilly u zwierzoludzi im większe rogi tym większa oznaka łaski Mrocznych Patronów. Dlatego na niej tak wielkie wrażenie zrobiła Merga z jej imponującymi rogami. Opowiedziała o niej Gnakowi i reszcie.

                      - Mówią, że chcieli by ją poznać. Bo rogata i szamanka to musi być bardzo potężna. - przetłumaczyła to swoim towarzyszom.

                      Sama grupa Gnaka była tylko częścią większego plemienia zwanego Grabieżcami z Doliny. Tam bowiem mieli swoją główną siedzibę. No ale nie powiedzieli jej gdzie jest ta dolina. A oprócz tego były też inne plemiona. Było plemię gorów, tych większych zwierzoludzi o zwierzęcych głowach. I niestety, większych rogach. Oni byli śmierdzieli i mieli chory wygląd. Słuchali się swojego szamana Kwasopluja. I jeszcze jedno, Krwiożercy co brutalnie polowali na wszystko co uciekało i stawiało opór. Ci byli potężnymi wojownikami i dało się wyczuć, że Gnak obawiałby się spotkania z nimi. Ale mieli tam największych wojowników, z największymi rogami. Poza tym zdarzały się też różne bandy goblinów, orków i ludzkich bandytów. Jedna z tych band też im była na rękę bo mieli tam kobiety i też się pokładali z nimi chętnie. No ale to trochę dalej na południe to nie podróżowali tam tak często.

                      Gnak pytał też o szamana. Z tego co mówiła Lilly to “szangul” to była u nich dość uniwersalna nazwa dla osób obdarzonych nadprzyrodzoną mocą. Więc dla nich Opal też była szangul. A ten swiecący kostur przy pierwszym sptokaniu w ręku Joachima widocznie nie przeszedł niezauważony. Nawet jeśli potem potęga Sorii przyćmiła wszystko inne. To gdy odpłynęła łodzią to Gnak jakby przypomniał sobie o tym kosturze i był ciekaw czy Joahim jest “szangul”.

                      I tak sobie rozmawiali na różne tematy podczas marszu przez las. Dziś druga połowa dnia była słoneczna po tej mżawce ale dalej dość chłodna. A pod koniec dnia znów zaczęło padać. I to mocno.

                      - Pytają czy chcemy nocować w lesie czy chcemy dojść do wioski. Do wioski byśmy doszli o zmroku albo i po. Ale nie wiedzą jaka to wioska. Chyba Heilidorf. Ale nie jestem pewna. Jakby to było Heilidorf to dalej już znam drogę. Trochę bardziej na północ jest jaskinia Kopfa i Opal. Ale to już jutro byśmy tam doszli.

                      - Przespałabym się w łóżku wreszcie. Ale nie wiadomo czy nas chłopi w ogóle wpuszczą jak dotrzemy po ciemku. Bandyci zwykle tak robią to mogą się bać otworzyć. Głupio by było spędzać noc pod okapem. - Onyx zawahała się co tu dalej począć. Zwykle jak rozbijali się na noc w lesie to nie czekali do samego zmroku tylko zatrzymywali się trochę wcześniej. A idąc do wioski trzeba by jeszcze po całym dniu marszu iść jeszcze z dwa czy trzy dzwony. I nie było pewne jak przyjmą ich chłopi. No i ungory pewnie zostałyby w lesie.

                      - Można pójść z nimi. Oni gdzieś tu mają jakąś jaskinię. Albo rozbić się gdzieś tutaj. Strasznie leje. Jak ta wioska jest tak jak Gnak mówi to jutro i tak byśmy dali radę dotrzeć do mojej jaskini. Tylko trochę później. - Lilly machnęła ręką dookoła. Padało i to mocno. Nie chciało jej się iść i moknąć w taki deszcz.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”
                      Czas: 2519.06.32; bkt; zmierzch
                      Warunki: wnętrze ładowni, jasno, cicho ; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, ulewa, ziąb

                      Otto i Heinrich

                      A to niespodzianka. Przez tą wieść jaka rozeszła się po mieście jak kręgi na wodzie po wrzuceniu w wodę wszystko stanęło na głowie. Do końca dnia to chyba już mało kto nie słyszał co się stało. Bicie wszystkich dzwonów w miejskich świątyniach obwieszczały, że stało się coś ważnego. Księżna Matka umarła. Matka elektora Gaussera który siedział na tronie Nordlandu. A to oznaczało żałobę państwową w całej prowincji. A więc i odpuszczenie wszelkich wesel, festynów i zabaw. Żałoba po małych ludziach trwała góra jeden dzień i to zwykle była dobrowolna wśród jego bliskich. Po lokalnych szlachcicu czy mistrzu rzemiosła albo gildii trzy dni. Po jakimś baronie lub wysokim kapłanie tydzień. A po hrabim czy lordzie dwa tygodnie. Nadchodzący festyn jaki lada dzień miał się odbyć w Neus Emskrank stanął więc pod znakiem zapytania. To był jeden z powodów dla jakich Rune odwiedził najpierw Heinricha a potem Otto spotkał go jak tenc zekał na niego przed bramą hospicjum. Obaj usłyszeli mniej więcej to samo.

                      - Chodź na “Adele”. Starszy i Merga zwołali zebranie. - powiedział wojownik który pełnił dzisiaj rolę posłańca. Zwykle spotykali się na zborze w Angestag ale skoro sytuacja była nazdwyczajna to i szefostwo kultu zwołało nadzwyczajne spotkanie. Ale na miejscu, na starej krypie, okazało się, że na tak nagłe spotkanie nie mogli przybyc wszyscy członkowie zboru. Z tym chyba każdy się po cichu liczył więc nie było zaskoczenia. Za to kolejne niespodzianki.

                      - Nie wiem czy już mieliście okazję się poznać. Ale to jest Soria. Czcigodna championka Slaanesha, córka wspaniałej Soren, Matki i Królowej Potworów. Mogliście o niej słyszeć jako syrenie z wrakowiska. Ale teraz zgodziła się zaszczycić naszą małą rodzinę swoją obecnoscią i wsparciem. - Starszy przedstawił pozostałym smukłą, młodą i zgrabną kobietę o granatowych włosach uplecionych w liczne, długie warkoczyki.

                      - Witam was. Cieszy mnie być częścią planu Czterech Sióstr. - młoda kobieta urbana w dość zwykłą spódnicę i koszulę nie wyglądała jakoś imponująco. Promieniowała spokojem i ciepłym spojrzeniem. A jednak zarówno Merga jak i Starszy traktowali ją z najwyższym szacunkiem. A Łasica to wręcz jawnie się do niej łasiła. Wydawało się, że jest gotowa spełnić każdą jej zachciankę. Na razie jednak te ograniczyły się do prośby o wino. Pirora też przybyła i to razem z Saną jaka przyjechała na ten festyn trochę wcześniej i chętnie zadomowiła się u swojej przyjaciółki oraz mistrzyni. Widać było, że blondynka z południa uważnie obserwuje zarówno Łasicę jak i Sorię. Bo chociaż ta druga wydawała się dość zwyczajną dziewczyną chociaż niezwykle urodziwą to jednak nie miała trzech metrów długości ani innych nadnaturalnych cech. No ale włamywaczka jej usługiwała jakby traktowała ją jak swoją królową. Pirora dała jej znak aby podeszła i po chwili siedziały obok siebie i coś szeptały do siebe gorączkowo.

                      - A poza tym dziewczyny przywiozły prezent. I dobrze, że jesteście, trzeba go przeładować tutaj. - Starszy uśmiechnął się przez maskę. Bo przy okazji jak zebrała się spora część zboru to uzbierała się też niezła siła robocza. Jak wyszli na pokład i trochę poczekali aż Rupert podpłynie łodzią to jeszcze nie wyglądało na nic niezwykłego. Ot, na łodzi był spory ładunek przykryty płachtami. Łódź zacumowała do starej kogi i dopiero jak po sznurowych drabinkach zeszli do niej mogli zajrzeć pod płachtę. A tam była jakaś wielka, alabastrowa orgia w kształcie monumentu.

                      - Aha. To dlatego nie wzięliście portowych tragarzy. - zaśmiał się cicho Silny i splunął za burtę. No faktycznie jakby ktoś postronny zobaczył co jest pod płachtą trudno byłoby utrzymać sprawę w tajemnicy. Dalej musieli się napracować co było o tyle irytujące, że alabastrowa masa była ciężka, nieporęczna do tego jak się stało na łodzi to ta się chybotała i łatwo było się wywrócić. A jeszcze zaczeła się ulewa. Waliła po twarzach i dłoniach jak gradem. Ale jak zauważyła Łasica przynajmniej ludzie się pochowali do środka więc było mniej świadków na ulicach. W końcu wspólnie, z pomoca lin, kabestanów i siatek udało im się podnieść, przerzucić przez burtę, przesunąć po pokładzie a potem opuścić ładunek do trzewi statku. Wrócili do środka mokrzy od potu i tej ulewy.

                      - Ale to jest wspaniałe! - Pirora co chyba była największym znawcą sztuki w tym gronie nie mogła ukryć zachwytu gdy płachta została zdjęta i wszyscy na spokojnie mogli się przyjrzeć temu erotycznemu arcydziełu. Jeszcze było zamulone, brudne, trzeba będzie to oczyścić ale jednak scena orgii wszystkich ze wszystkimi uwieczniona w białym alabastrze była wystarczająca czytelna.

                      - O! I tu są takie małe syrenki! Ja też mam taką! To pewnie stąd, zobaczcie, że tu odłamane jest i niektórych brakuje! - Pirora z ekscytacją odkryła ten brakujący detal. I od razu skojarzyła z małą rzeźbą jaka jeszcze w zimie trafiła w jej ręce.

                      - Spotkaliśmy bardzo miłych zwierzoludzi. Bawiliśmy się z nimi całą noc. Było cudownie! No ale jak załadowaliśmy to cudne cacko to już w łodzi nie starczyło miejsca dla wszystkich no i Joachim z dziewczynami musiał pójść pieszo przez las z tymi zwierzoludźmi. To nie wiem czy dzisiaj by zdążyli wrócić, może jutro na wieczór. Przez las to jednak dalej niż łodzią. - Łasica powiadomiła też co się stało z resztą grupy z jaką wypłynęła dwa dni temu.

                      - Tak, na pewno do nas wrócą cało. Nie zapomnijcie im podziękować za ich trud i wysiłek, sami widzicie jaką bezcenną rzecz znaleźli. Moje dzieci! To znak! To znak od naszych wspaniałych patronów! Znak, że podążamy słuszną drogą. Musimy tylko pozbierać okruszki jakie nam zostawili i dotrzemy do celu. To tylko pierwszy z nich! A są jeszcze inne! - Starszy też wydawał się być podekscytowany tym znaleziskiem i całą sytuacją. Pozostali też roześmiali się, zaczęli bić brawo i cieszyć się z osiągniętego sukcesu. Bo nawet jeśli nie byli zwolennikami Węża czy Łasicy jaka przewodziła jego kultystkom to jednak Starszy i Merga mieli zamiar odnaleźć także inne potężne artefakty po pozostałych Siostrach.

                      - Tak, to jest już coś. Coś czym będę mogła się pochwalić u nas na północy. Zwłaszcza jakby Soria popłynęła ze mną. - Merga odezwała się też z uśmiechem i z przyjemnością obserwowała zarówno monumentalną rzeźbę jaka była ołtarzem jednej z Czterech Sióstr jak i na Sorię co była i strażniczką i przewodniczką. Poza tym istotą o wspaniałych możliwościach i chwalebnym rodowodzie.

                      - To jeszcze przemyślimy. Na razie zajmijmy się festynem. Jak pewnie już wiecie będzie żałoba po księżnej - matce. Przynajmniej dwa tygodnie, może trzy. Zobaczymy co władze ustalą. Ale to oznacza odwołanie festynu albo jego przesunięcie. No a mieliśmy sporo planów związanych z tym festynem jak to go udoskonalić na naszą modłę. Część gości już przyjechała. Ale w obecnej sytuacji reszta pewnie się wstrzyma do wyjaśnienia sprawy. Jutro jest krasnoludzkie święto Sagi a pojutrze miał się zacząć turniej. Więc władze jutro, najpóźniej pojutrze powinny wydać obwieszczenie. Ponieważ utrzymanie festynu mocno by rzutowało na wizerunek także w oczach elektora to spodziewam się, że albo odwołają albo przesunął ten turniej. Dlatego na razie proszę was abyście wstrzymali wszystkie działania jakie planowaliśmy w związku z tym turniejem. Nie ma co się demaskować przedwcześnie. Pod koniec przyszłego miesiąca jest kolejny festyn, Dzień Pierwszego Kamienia więc najwyżej uderzymy wtedy. A tak, zyskamy więcej czasu na przygotowania. Powiedzcie o tym prosze tym z nas których dzisiaj tu z nami nie ma. W Augnestag zbór odbędzie się normalnie, zapewne tutaj. Wtedy też będzie już wiadomo co władze postanowiły zrobić z tym turniejem to my też coś postanowimy. - mistrz kultu rozglądał się po swoich dzieciach aby dać im wytyczne jak powinni reagować na tą nagłą sytuację.

                      - O! Mnie to pasuje! Mogłabym wprowadzić Sorię w towarzystwo i przygotować grunt pod ten czy inny festyn! - Pirora nie miała nic przeciwko takiej zmianie planów. Nawet jej to pasowało bo zgrywało się z tym co wczoraj wieczorem rozmawiali w teatrze z Otto.

                      - To ja bym chciał pójść za moją Loszką. I tak czekaliśmy bo festyn miał być jak go nie będzie to nie ma na co czekać. Tylko to w las i nie wiadomo gdzie. Ja i Strupas to może być trochę mało jak nas ktoś napadanie. - widząc okazję Sigismundus też wyrwał się ze swoim planem do zaaprobowania albo chociaż wspólnego omówienia.

                      - Miałam wizję na ten temat. To powinno być gdzieś w jaskini, w poblirzu morza. Słyszałam tam huk przyboju. I widziałam wschód słońca z trzewi tej jaskini. To musi być gdzieś na wschodnim wybrzeżu. Chociaż kawałek, tak aby wylot jaskini był prosto na wschod. Ma to sens bo Oster powędrowała na wschód. - słowa aptekarza sprowokowały wyrocznię do podzielenia się swoją wizją na ten temat.

                      - Jest kawałek wybrzeża co idzie prawie prosto z północy na południe. Jakiś dzień rejsu na wschód od nas. Mniej więcej na wysokości Manannsheim. A potem drugi, trochę bardziej na południe. Bo dalej na wschód to już raczej trudno o takie kawałki północ - południe. - Kurt zwykle się nie odzywał. No ale jako stary wilk morski był ich specjalistą od spraw morskich i teraz postanowił zabrać głos.


                      Link do mapy Nordlandu: http://windsofchaos.com/wp-content/u...land_v2_bw.jpg

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Online
                        SantorineS Online
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #36

                        Oryginalny autor: Lord Melkor

                        Kolejnej nocy Joachim powstrzymał się od udziału w orgii, atmosfera nie byla aż tak przesycona magią jak wtedy przy ołtarzu, a on chciał zachować trzeźwy osąd. No i musiał odpocząć po całodziennym marszu, ostatnie lata ślęczał nad książkami i niestety nie mógł być całkiem zadowolony ze swojej kondycji. Czarodziej za to z ciekawością słuchał informacji przekazywanych przez zwierzoludzi. Wyglądało na to, że w okolicy jest ich kilka plemion, i to raczej nie zjednoczonych. Zastanawiał się, na ile grupa Starszego i Mergi mogłaby ich sobie podporządkować lub przynajmniej się z nimi sprzymierzyć.

                        - Zaiste, jestem szangul - odparł Gnakowi podczas jednej z rozmów, dumny z respektu jaki tutaj wywoływał ten status. Pośród cywilizacji niekoniecznie tak bywało.
                        - Merga jest bardzo potężną szangul i obdarzona łaską Potęg, które nas prowadzą. Odnaleźliśmy Sorię, która teraz jest z nami i wielu jeszcze dołączy. Wkrótce cały region znajdzie się we władaniu chaosu - starał się przedstawić swój Zbór jako budzącą respekt grupę, która cały czas rośnie w siłę.

                        - Powiedz mi, czy inne plemiona, ci od Kwasopluja i Krwiożercy, często z wami walczą i między sobą? Czy macie pokój zazwyczaj? No i czy walczyliście też ze zwykłymi ludźmi z miasta i okolicy? Czy są dla was problemem? Słyszałem że ostatnio szlachta tutaj poluje na takich jak wy.


                        Co do noclegu, to nie za bardzo miał chęć iść przez ulewę do wioski. Czarodziej podparł by się gwiezdną wróżbą, ale niebo nie było przejrzyste, zaś chmury zasłaniały gwiazdy. Miał nadzieję, że ołtarz dotarł bezpiecznie. Może powinien jednak był sam tego dopilnować? Ale ostatnio wydawało się, że łaska zmieniającego drogi i pozostałych ich Patronów z nimi pozostaje. Jednak zaprowadziły ich do ołtarza.

                        - Jeśli jaskinia ungorów jest blisko, to możemy tam przenocować, do wioski musielibyśmy jeszcze dojść no i nie wiemy jak zareagują wieśniacy. Ponadto tam nie mogliby wejść nasi nowi przyjaciele, a i Lily byłaby zagrożona - zaproponował pozostałym.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Online
                          SantorineS Online
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #37

                          Oryginalny autor: Seachmall

                          Zbór; Otto

                          Wiadomość o odłożeniu festynu wprawiła Otto w zakłopotanie. Z jednej strony wszystko nie musiało być teraz robione na ostatnią chwilę, z drugiej dawało to więcej czasu aby coś poszło nie tak. Postanowił pozostawić sprawę festynu pozostałym, sam ruszy z Sigismundusem i jego dziełem w poszukiwaniu kolejnego artefaktu.
                          Najpierw jednak musiał się dokonać spowiedzi przed Starszym. Podszedł do przywódcy kultu, kiedy ten rozmawiam z Mergą.

                          - Starszy, Wyrocznio. - przywitał swych przełożonych delikatnym ukłonem - Nie wiem, czy nasza wspaniała Służka Pana Zmian wspomniała o moim planie wykorzystania Sorii podczas festynu. Na drodze moich przygotowań do uiszczenia tego planu skontaktowałem się z Grubsonem i… poinformowałem go o Sorii. Nie powiedziałem o jej roli w Legendzie Czterech Sióstr. Tylko, że jest sługą Mrocznego Księcia w nadziei, że być może przyciągnie to jego uwagę na tyle, że może będzie chciał do nas oficjalnie dołączyć. - Otto spojrzał w dół czując odrobinę wstydu - Mam tylko nadzieję, że nie zaszkodziłem naszym planom w ten sposób.

                          - Ah, Grubson… To ten kupiec co współpracuje z Pirorą? - Merga zmrużyła swoje złote oczy i spojrzała pytająco na zamaskowanego mistrza zboru aby sprawdzić czy dobrze kojarzy nazwisko z osobą.

                          - Tak, to ten. Współpracują razem z Pirorą w sprawie teatru. Tak oficjalnie, dogadali się, że został głównym dostawcą kostiumów i części scenografii. Tylko on i jego komórka są oddani Wężowi. U nas parę razy gościli on i Oksana, ta z dwoma kolorami włosów na głowie no i Fabienne, taka z czarnymi włosami, Bretonka. - Starszy potwierdził kiwaniem głowy te domysły wyroczni i szybko przypomniał jej o kogo chodzi. Z końcem zimy i początkiem wiosny wspomniana trójka faktycznie celebrowała uwolnienie rogatej wiedźmi z kazamat i parę razy odwiedzili zbór Starszego. Ale zwykle obie grupy pracowały oddzielnie. Chociaż akurat Pirora i wężowe kultystki były niejako naturalnym ogniwem wspólnym między obiema grupami.

                          - I zapowiedziałeś naszą czcigodną Sorię jako służkę Mrocznego Księcia? No i dobrze. Dobrze. Myślę, że nie ma co jej ukrywać. Niech jej blask olśni całe miasto i pozwoli sączyć w serca i lędźwie słodką truciznę zepsucia i dekadencji. Chociaż zastanawiam się czy nie zabrać jej ze sobą w podróż. Ktoś tak wyjątkowy mógłby olśnić także moich pobratymców. Byłaby żywym dowodem, że legendarne Cztery Siostry mogą znów powrócić i stąpać po tej ziemi. - Merga nie widziała nic zdrożnego w czynie młodego kultysty. Chociaż akurat co do herolda Węża to jeszcze chyba nie do końca zdecydowała się jak postąpić.

                          - A jak zareagował Hubert na tą wieść? - Starszy zapytał o reakcję na słowa Jednookiego u grubego lubieżnika.

                          - Udałem się do niego, aby przyrządził dla Sorii suknię na okazję festynu. Zgodził się ją zrobić za darmo, jak dowiedział się kim Soria jest, oczywiście pod warunkiem, że dojdzie do spotkania między nim a Sorią i pewnie jego pomocnicami. Co do reakcji… rozpalony to chyba naturalny stan sług Slaanesh, więc powiem "wielce zaciekawiony".

                          - O proszę… Ładnie go podeszłeś… Może to ułatwi Pirorze te przeciąganie liny o Fabienne między nią a nim. Ale i tak dobrze, że zrobiłeś dobre pierwsze wrażenie. Myślę, że Soria nie powinna mieć nic przeciwko takiego spotkaniu ale jeszcze z nią o tym porozmawiaj. Albo… - mimo wysokiej maski dało sie wyczuć uśmiech lidera zboru gdy z aprobatą kiwał głową na takie załatwienie sprawy przez młodego kultystę. Jak mówił patrzył gdzieś w stronę siedzącej herald w otoczeniu wianuszka kultystek. W pewnym momencie jednak chyba coś mu przyszło do głowy bo z powrotem spojrzał na rozmówcę.

                          - Albo sam z nią o tym porozmawiaj. Zwolennicy jej patrona najczęściej lubują się w aplauzie i adoracji dlatego myślę, że chętnie przyjmie hołd i wyrazy wdzięczności od nowych wyznawców. Znaczy dla niej nowych bo my to już troszkę ich znamy. I zgodził się zrobić coś za darmo? Ten stary chytrus i przechera? No, no, naprawdę musiałeś zrobić na nim wrażenie. - zaproponował aby skoro Otto tak ładnie zaczął tą sprawę z Sorią i Hubertem to i dalej ją pociągnął zwłaszcza jak córka Soren była pod ręką.

                          - Oczywiście, czcigodny. Jak dużo wolno mi ujawnić Grubsonowi o Sorii przed ich spotkaniem? - kultysta zerknął w stronę wężowej kobiety.

                          - Hmm… - lider kultu zastanowił się nad tym pytaniem. Przez szpary w swojej masce spojrzał na Mergę. Oboje trawili to kilka chwil.

                          - Myślę, że możesz mu zainsynuować wyjątkowe pochodzenie Sorii. Ale bez szczegółów. Chociaż kto wie? Może właśnie te szczegóły popchnęły by go w pełni w nasze ramiona? - mistrz obracał to pytanie w głowie.

                          - Soria to nie jest jakaś płocha trzpiotka, na pewno nie pierwszy raz robi takie oszałamiające wrażenie na śmiertelnikach. Może po prostu pozwólmy im na spotkanie i dajmy się ponieść fali. Jak chcesz to możesz być przy nim. Właściwie to nawet by było to na miejscu skoro niejako weszłeś w rolę pośrednika. Skoro tak ci dobrze szło z tym kupcem to chyba możemy zawierzyć twojemu osądowi w tej sprawie. - Merga dorzuciła swoje przypuszczenia w tej sprawie. Zdawało się, że u nich obojga Otto zdobył punkt w kwestii rozegrania Huberta na tyle, że byli gotowi zdać się na niego.

                          - To można połączyć z pomysłem Pirory. To jak planowała przedstawić Sorię jako swojego gościa z dalekich stron. - zamaskowany mężczyzna wskazał wzrokiem na blondynkę z południa która podobnie jak koleżanki z miejsca zachłysnęła się z radości na spotkanie z tak wyjątkową istotą.

                          Otto kiwnął głową.

                          - Rozumiem. Postaram się nie zawieść. Za waszym przyzwoleniem. - mnich skłonił się ponownie parze starszych kultystów i podszedł do zgrupowania wokół Sorii.
                          - Cieszy mnie, że znalazłaś już sobie podwładnych, chwalebna. - zwrócił się do Czempionki Slaanesh - Wybacz intruzję, czy możemy pomówić?

                          Starszy skinął przyzwalajaco głową i zachecim gestem aby Jednooki poszedł porozmawiać z ich szlachetnym gościem.

                          - Oczywiście Otto. - Soria zdjęła swoje zgrabne nogi z ud Łasicy bo coś widać chętnie przyjmowała uwielbienie i adorację ze strony młodszych kultystek. Ale wstała bez oporu i podeszła do jednej z burt ładowni, trochę na uboczu do stołów zajmowanych przez większość i naprzeciwko dwójki liderów tego zboru.

                          - Nie wiem czy Priora, albo Merga miały okazję ci wyjawić plan jaki zaproponowałem na festyn. Mianowicie twojej roli jako egzotycznego gościa z dalekich stron. - mnich przyjrzał się Slaaneshytce - Oczywiście w bardziej ludzkiej formie. Południowcy z jakiegoś powodu preferują tylko po jednej parze kończyn.

                          - To całkiem ciekawy pomysł, nie mam nic przeciwko. Chętnie poznam to miasto i podeprawuję nowe ciała, dusze, serca i umysły. - Soria ze swoimi licznymi, warkoczykami wydawała się jak nabardziej ludzka. A mimo to miała w sobie “to coś” co sprawiało, że trudno było oderwać od niej wzrok i uwagę. Na przedstawiony pomysł wydawała się chętna.

                          - Jestem pewny. - uśmiechnął się Otto - Jednak przed tym, chciałbym abyś spotkała kilka duszyczek już zdeprawowanych. W mieście jest mała grupka sług Mrocznego Księcia nie związana z nami, ich przywódca Hubert Grubson sprzedaje różnego rodzaju ubrania. Zawarłem z nim umowę, aby dostarczył ci jak najlepszą i najważniejszą suknię. Najpierw jednak będzie musiał cię zobaczyć, aby pomierzyć wszystkie twoje… walory. - Otto nie mógł się powstrzymać przed spojrzeniem od góry do dołu na Sorię - Mam nadzieję, że takie spotkanie również cię interesuje.

                          - Nowa suknia? - to chyba przykuło uwagę herolda Węża bo wyglądała trochę jak kot który dostrzeże w pobliżu przemykającą mysz. - No skoro mają mi uszyć nową suknię to chętnie się z nimi spotkam. W końcu dobrze aby wszystko dobrze leżało jak należy. No i jak będą interesujący to może poznam się bliżej z nimi i ich deprawacjami. - zgodziła się łaskawie i nawet wydawała się rozbawiona i trochę zaciekawiona spotkaniem z kimś opisanym w ten sposób.

                          - Cieszę się. Jednak, ponieważ mamy czas, chciałbym poczekać z tym kilka dni. W międzyczasie jestem pewny, że Pirora ma co do ciebie plany. Ja natomiast postaram się jak najlepiej… przybliżyć ideę ciebie naszemu drogiemu krawcy. Chcemy, aby w końcu przestał być "niezależny" i przyłączył się do rodziny. - Otto uśmiechnął się do Sorii - Mam nadzieję, że wybaczysz, jeżeli wykorzystamy ciebie... jako część tej transakcji. Jeżeli dobrze to rozegram może Grubson dosłownie rzuci się na ciebie w rządzy i deprawacji jak tylko cię zobaczy. Wyobraźnia działa czasem lepiej niż rzeczywistość.

                          - Rzuci się na mnie z żądzy i deprawacji? - brwi Sorii nieco uniosły się do góry gdy usłyszała ostatnie sformułowanie. Po czym pokiwała głową i uśmiechnęła się oszczędnym, wymownym uśmiechem. - Brzmi całkiem interesująco. - dodała na znak, że taka wizja jakoś jej nie przeraża. Wręcz przeciwnie.

                          - A z tym przełączaniem się to z tego co zauważyłam to często całość działa lepiej jeśli poszczególne elementy mogą sobie zachować pewną autonomię. Ale to tylko taka moja uwaga, te tutejsze układy, powiązania, zależności i znajomości wciąż są dla mnie nowe. Więc zdam się tutaj na was. - dorzuciła swoją opinię ale raczej właśnie jako opinię a nie coś więcej. - A kilka dni mogę poczekać. Z tego co rozmawiałam z dziewczynami to chyba nie będziemy się nudzić. Bardzo mi przypadło do gustu to gniazdko jakie uwiła sobie Pirora. A najbardziej ten jej loszek. I chętnie bym pokazała się w towarzystwie aby zacząć zbierać hołd z żądz śmiertelników no ale jeśli macie jakieś plany w tej materii to nie będę wam wchodzić w paradę. - wyglądało na to, że Soria była gotowa potraktować nowe dla siebie miasto jak teren łowiecki i jako plac zabaw. Jednak zdawała sobie sprawę, że jest częścią całości i jakiegoś planu więc nie chciała robić śmiertelnym kultystom pod górkę.

                          - Osobiście przeciwko jego autonomii nic nie mam. Jesteśmy jednak ciągle na terenach Imperium. Pod przywództwem Starszego, jesteśmy w stanie się trzymać cieni, jednak Grubson jako niezależny… jest niewiadomą. Do tego w mieście są Łowcy i chociażby jeden błąd może sprowadzić na nas Inkwizycję. W kupie siła i kontrola. - Otto westchnął - Zarzuciłem już zanętę opisując mu cię jako istota Slaanesh… teraz sądzę, że przydałoby się coś bardziej… przyziemnego, cielesnego. - Soria zauważyła, że Otto przygląda się jej biustowi, ale nie w typowy pożądliwy sposób - Powiedz mi, jak bardzo lubisz sztukę?

                          - Sztukę? Bardzo. Taniec, muzyka, śpiew, dobra zabawa. Poezja i proza też nie są mi obce. Albo interesujące przedstawienia i widowiska. Zwłaszcza jak to wszystko jest na moją cześć i chwałę, jako złożony mi hołd. To tak, lubię zwłaszcza taką sztukę. - stonowany uśmiech i delikatne kiwanie ciemnowłosej głowy wskazywało, że jest to całkiem przyjemny temat dla tego pradawnego stworzenia o ciele młodej, atrakcyjnej kobiety. Ona sama pozwalała się Otto oglądać i nawet zdawała się czerpać z tego przyjemność.

                          - A z tymi łowcami to tak, trzeba być ostrożnym i nie sprowokować ich przedwczesnego ataku. Szkoda jakby nam zepsuli nasze przygotowania i plany. Ale na razie dziewczyny ani Starszy i Merga coś nie wspomnieli mi, żeby siedzieli nam na ogonie. No ale wy oczywiście lepiej znacie to miasto więc zdam się na waszą ocenę. - zgodziła się zachować ostrożność i nie lekceważyła go. Ale na razie chyba nie czuła się jakoś specjalnie zagrożona nalotem sił wysłanych przez władze świeckie czy duchowe tego miasta.

                          - Ja jestem bardziej ukierunkowany na wizualną sztukę, niż werbalną. O ile namalowanie twojego portretu byłoby zaszczytem… i pewnie nie lada pułapką jeżeli o tym pomyślę dobrze. Wybacz, plany obalenia miasta zawsze wychodzą na wierzch. Chciał tym razem bardziej pobawić się ceramiką dla Grubsona. Będę potrzebował czasu, aby przygotować materiały, ale czy zgodziłabyś się, abym wykonał odlew twego biustu i korpusu? Może nawet w twej prawdziwej formie.

                          - Odlew? - tego przewodniczka Slaanesha chyba się nie spodziewała bo musiała chwilę to przemyśleć. Nawet spojrzała na swój dekolt jakby starała sobie wyobrazić jak to by mogło wyglądać.

                          - A głowa? Bo tak popiersie bez głowy to by dość niekompletnie wyglądało. - zapytała wskazując gestem na swoją głowę.

                          - Och, nie. Nie, nie, nie. Wybacz moje wielkie planowanie, ale chcę zagrać na nerwach i libido Grubsona jak tylko będę mógł. Więc będę mu cię sprzedawał w kawałkach. Popiersie korpusu, metalowa rzeźba nóg lub ogona, obraz głowy, rycina rąk. Niekompletna, nie idealna wizualizacja. Niech pragnie, niech POŻĄDA zobaczenia piękna twej całości. Niech cierpki w każdej sekundzie kiedy jej nie widzi i przeklina każdy oddech nie w twej obecności. Będzie chciał wielbić twoje ciało i duszę jak żaden inny.

                          - Ah, o to chodzi… - Soria uniosła i opuściła głowę gdy zorientowała się na czym ma polegać ten plan z odlewem. - Dobrze, możemy tak zrobić. Tylko mam nadzieję, że właściwie oceniasz charakter tego człowieka. Bo jeśli jest uległy i słaby to da się tak prowadzić na postronku. Ale jeśli nie to może stracić cierpliwość i spróbować przejąć inicjatywę. To tak bywa z tym kuszeniem. Jeśli się przeciagnie strunę to rodzi się zniechęcenie, frustracja i złość. A jak się nie dociągnie to sprawa wydaje się zbyt łatwa i błaha. Sztuka w tym aby powiedzieć “tak” w odpowiednim momencie. Ale nie znam tego człowieka więc tutaj nic ci nie doradzę. - służka Węża dorzuciła swoją opinią na temat tego planu ale znów była skłonna zdać się na opinię osoby jaka już miała do czynienia z Grubsonem i znała go lepiej niż ona co nigdy go do tej pory nie spotkała.

                          - Czy dobrze go oceniłem… nie wiem. Znam jednak ludzi na ogół, przynajmniej tak sądzę. Wiem jaka jest mentalność sług Wielkiej Czwórki i mam nadzieję, że wiem jak kierować ich chęciami. Nie będę przesadzał z jego kuszeniem, ale podejrzewam, że zaostrzanie jego apetytu nie zaszkodzi. Obiecuję, że nigdy jednak nie umniejsze ci w swej sztuce. - Otto kiwnął głową - Dziękuję ci, piękna, że weźmiesz udział w mej małej grze. Nie będę cię dłużej odciągał już od twych wielbicieli. Kiedy wszystko przygotuję odnajdę cię i będziemy mogli stworzyć sztukę.

                          - Dobrze mój drogi Otto, możemy tak zrobić. Ja się zatrzymałam u Pirory więc szukaj mnie u niej. Też właśnie rozmawiałyśmy od czego zacząć podbój tego miasta. Może dołączysz? Aha. I wyczuwam, że Pirora bardzo by chciała przekabacić na swoją stronę tą Fabi. Chyba Bretonka z tego co zrozumiałam. I właśnie od tego Huberta. Zgaduję, że chodzi o to aby ta Fabi traktowała ją jak swoją władczynię i właścicielkę a nie Huberta. No chyba, że się mylę i coś źle zrozumiałam, strasznie dużo osób się przewija w tych rozmowach, dopiero się uczę kto jest kto i co jest co. Coś wiesz o co tu chodzi z tą Bretonką? - zgodziła się przystać na plan Jednookiego i nawet zaprosiła do rozmowy z koleżankami. Bo pewnie też istotną częscią ich planów była Soria. W końcu Pirora miała nadzieję przedstawić ją jako swoją znajomą z egzotycznych stron co pewnie dodałoby jej splendoru w towarzystwie. Ale widocznie tam też blondynka z Averlandu poruszyła podobny temat jak w ostatniej rozmowie z Otto w teatrze. I widocznie przewodniczka Węża była ciekawa innej lub nowej opinii na ten temat.

                          - Fabiane jest szlachcianką z Bretonii. - zaczął Otto - To znaczy już, że jest doszczętnie zepsuta, ale to lepiej dla nas. Jest klientką i kochanką Grubsona i najpewniej przez niego poznała tajemnice Bogini Radości. Co w realiach kultowych czyni Huberta jej przełożonym. Zakładam, że Pirora chce, aby nasza droga szlachcianka uznała wyższość pięknej blondynki nad krawca.

                          - Tak, też odniosłam takie wrażenie, że bardzo ją lubi ale tego Huberta traktuje trochę jak konkurenta do względów tej szlachcianki. - nieśmiertelna spojrzała w zamyśleniu na szczebioczące do siebie kultystki jakie zostały przy stole. Chyba właśnie czegoś takiego spodziewała się usłyszeć.

                          - Właściwie to jak całe miasto ma ostatecznie być nasze to każdy kultysta jest naszym żołnierzem. No ale tak indywidualnie to ją rozumiem, że chciałaby mieć kogoś na własność do zabawy i rozdysponowania wedle własnych potrzeb i zachcianek. - Soria westchnęła nad tą sprzecznością między większą a mniejszą perspektywą na ten temat i pokiwała swoją ciemną głową na ten temat.

                          - W takim razie ciekawa jestem i tego Huberta i tej Fabienne. - wzruszyła ramionami więc chyba ciekawość u niej pracowała aby poznać te dwie osoby które były tutaj tematem rozmów i pewnego zamieszania.

                          - To masz ochotę porozmawiać z nami na te plany podoboju serc, ciał i dusz tego miasta czy masz może inne plany? - zagaiła wskazując kciukiem na siedzące przy stole koleżanki.

                          Otto chwilę zastanowił i spojrzał w kierunku Strupasa i Sigismundusa.

                          - O ile brzmi to cudownie. Obiecałem naszym sługą Nurgla, że pomogę im w poszukiwaniach artefaktu Oster. Kto wie, może niedługo sprowadzimy tu heralda pana Plag. Rodzina się powiększy.

                          - Ah, oni… No nie przepadam za tymi klimatami. Ale rozumiem ideę. W końcu nasze Siostry też były cztery i każda z nich zostawiła gdzieś tu swoje dziedzictwo. - Soria skrzywiła swój delikatny nosek aby zaznaczyć, że zapaszek i maniery wielbicieli Ojczulka nie są jej zbyt miłe. Jednak okazała zrozumienie dla tej części projektu.

                          - No jakbyś potem miał ochotę poknuć jeszcze z nami na temat podbojów serc i lędźwi to wpadnij do nas. Zresztą o tym Grubsonie to i tak będę musiała porozmawiać z Pirorą. - ciemnowłosa dała znak, że nie broni Otto rozmowy z kolegami i pożegnała się z zaproszeniem do krańca stołu zajmowanego przez kultystki i swoje wielbicielki.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Online
                            SantorineS Online
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #38

                            Oryginalny autor: Pipboy79

                            Oryginalny tytuł: Tura 11 - 2519.06.33; bkt; zmierzch

                            Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; okolice jaskini odmieńców
                            Czas: 2519.06.33; bzt; południe
                            Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

                            Joachim

                            - To już niedaleko. Już całkiem blisko. - Lilly wydawała się cieszyć na myśl, że znów zobaczy swój dom w jakim się wychowała. Czyli jaskinię ukrytą w leśnej głuszy niedaleko rzeki Salt. Tak jak mówiła wczoraj gdy tylko dotarli do wioski Heilidorf którą ominęli lasem to już mogła wejść w rolę przewodnika. Bo te tereny już znała. Im bliżej do jaskini tym czuła się pewniej i była radośniejsza. Noc spędzili w jaskini. Mimo rozpalenia ogniska to jednak nie było tam zbyt przyjemnie. Wilgotno, nie było cugu więc dym wisiał smętnie nad ogniskiem drapiąc gardła i szczypiąc w spojówki. Ale bez ognia było ciemno i chłodno. Do tego było tu sporo wody. Kapała skądeś z góry i na dole była cienka jej warstwa. Czasem nawet kałuża głęboka do kostki. Więc mimo derek, koców i posłań nie było to przyjemne miejsce do nocowania. Rano bez żalu je opuścili. Rano z kolei była mgła, że nie było nic widać w obrebie pół setki kroków. Nie przeszkadzało to w marszu ale już mocno utrudniało nawigację. Na szczęście Gnak i jego grupka radzili sobie pomimo mgły. Przeprowadzili ich do wokół wioski i już ją mieli za plecami gdy mgła zaczęła rzednąć. Wtedy też Lilly zaczęła rozpoznawać znajomą okolicę i przejęła rolę przewodniczki.

                            Zaś wieczór w ciemnej i mokrej jaskini dało się wykorzystać na rozmowę. Podobnie zresztą jak marsz kolejnego dnia. W końcu przez wiele dzwonów szli obok siebie a sytuacja nie wydawała się jakoś niebezpieczna, że trzeba by zachować ciszę. Tylko wcześniej, wokół woski jak ją mijali Gnak dał znać, że lepiej być cicho bo psy albo wieśniacy co coś by szukali w lesie mogliby ich usłyszeć nawet jak we mgle by ich nie dostrzegli. Przed i po jednak już można było rozmawiać swobodnie.

                            - To ciekawe, ale Gnak mówi, że między nimi krąży legenda, że już kiedyś były kobiety z miasta co się z nimi pokładały. Ale dawno. Jego jeszcze nie było na świecie. I to było przy kręgu wielkich głazów. To faktycznie niezbyt daleko od miasta. Tylko od zachodniej strony to nam z jaskini nie po drodze. Ale Opal czasem tam wędruje aby odprawić jakieś rytuały. No i legenda mówi, że kobiety z miasta, wyznawczynie Snarla, przychodziły do tych głazów spółkować z kopytnymi. Ale chyba nie z Gnakiem ani jego plemieniem tylko z prawdziwymi gorami. Chyba trochę im zazdroszczą. I teraz mieli mnóstwo radości, że też mogli spółkować z kobietami z miasta. - Lilly podzieliła się z towarzyszami z miasta co się dowiedziała podczas rozmów z liderem stadka prawie ludzkich rogaczy. To wywołało zainteresowanie Onyx i Burgund.

                            - To nie byłyśmy pierwsze? Oojeejjj… Jaka szkoda. A myślałam, że będziemy oryginalne i będziemy wyznaczać nowe szlaki wyuzdania i perwersji ku czci naszego patrona… - Burgund westchnęła tetralnie jakby te wieści łamały jej serce. Chociaż wydawała się raczej zaciekawiona i rozbawiona tymi wieściami.

                            Wczoraj zaś jak Lilly przetłumaczyła słowa magistra zwierzoludziom to bez tłumaczenia było widać, że bardzo im to przypadło do gustu. Kiwali prawie ludzkimi głowami z niewielkimi różkami, śmiali się i pokrzykiwali groźnie jakby chcieli rzucić wyzwanie komuś kto chciałby zagrozić takiej wizji. No i byli ciekawi tej Mergi. Zwłaszcza jak Lilly podkreśliła jakie ona ma wielkie i wspaniałe rogi w których ona sama była wręcz zakochana bo budziły podziw, respekt no i dla kopytnych były oznaką łaski Mrocznych Potęg.

                            A o stosunkach lokalnych to już rozmawiali w jaskini. Bo to było nieco do opowiadania. Wedle Lilly to Gnak mówił coś w stylu, że każde plemię ma swój rewir. Im większe i silniejsze stado tym ma większy i lepszy rewir. Brzmiało to trochę jak podział terenu między drapieżnikami czy choćby miejskimi gangami. Najczęściej każde plemię trzymało się swojego rewiru. A gdy ktoś go naruszył to była walka. Chyba, żeby się szybko uwinąć, zabrać coś, upolować, zniszczyć i zwiać. Tylko jak to ktoś silny to trzeba było spodziewać się odwetu. Dlatego Gnak i jego wódz starali się tego unikać o ile ich głód czy podobna motywacja nie przyszpilił. Oprócz tego były tereny niczyje. W większości lasy i bagna, fragmentami jakiś trakt czy wioski. Zwierzoludzie nienawidzili wiosek i traktowali je jak wrzód i ciało obce na ich terenie. Wydawało się, że gdyby mogli to by każdą spalili, wyrżnęli mieszkańców, ewentualnie uczynili z nich swoich niewolników a spalone budynki zaorali swoimi kopytami. Zresztą na mniejszą skalę ciągle to robili tylko na pojedynczych myśliwych, traperów czy osamotnione chaty w lesie.

                            No i każde plemię miało jakieś swoje wyjątkowe miejsce. Plemię do jakiego należała stado Gnaka, Grabieżcy z Doliny, miało swoją wielką jaskinię i uważało ją za swój dom i święte miejsce. No i do tej pory mieli ten płodny zakątek nad starorzeczem wielkiej rzeki ale gdy Soria zabrała święty ołtarz to podejrzewali, że straci on swoją moc. Jednak widząc jej potęgę i błogosławieństwo Wielkich Sióstr nie ośmielili się kwestionować jej decyzji wyczuwając, że jest namaszczona przez jedną z Mrocznych Potęg.

                            - On chyba uważa, że powinniśmy coś im dać w zamian. Za ten ołtarz. Coś związanego z płodnością. A w ogóle to chyba trzeba by porozmawiać z ich wodzem. Bo oni teraz jak już sobie pójdą to wrócą do swoich i im wszystko opowiedzą. Tylko nie jestem pewna czy bym umiała potem znaleźć tą dolinę. Wydaje mi się, że tak. Ale nigdy tam nie byłam. To ich teren, dla nas tam chodzić to zbyt niebezpieczne. Na nas też polują, głównie na myśliwych co sami się wypuszczą za daleko. - Lilly zwróciła uwagę, że Gnak chyba żywi pewne wątpliwości chociaż przy i do Sorii nie ośmielił się ich wypowiedzieć. To teraz w rozmowie z Lilly czuł się pewniej. Ona zaś nie była pewna czy jak się niedługo rozstaną to zdoła bezproblemowo trafić do ich doliny gdyby była potrzeba ponownego spotkania. Raczej tak ale, że nigdy tam nie była to nie do końca była tego taka pewna.

                            Zaś ze świętych miejsc plemię Kwasopluja mieli Skalny Ząb. Tam Lilly też nie była z tego samego powodu - to było serce plemienia gorów więc mogła tam trafić tylko jako zdobycz lub niewolnica. A żadna z tych opcji jej się nie uśmiechała. Ale słyszała opowieści o tym miejscu. To miała być jakaś samotna skała wystająca ponad okalające ją drzewa. I na niej Kwasopluj i jego poprzednicy mieli odprawiać święte obrzędy.

                            A Krwiożercy mieli swój Krwawy Głaz. Wielki, skalny menhir stojący tam od niepamiętnych czasów. I będący świadkiem niezliczonych krwawych pojedynków i ofiar. Ponoć był obsypany licznymi czaszkami i trofeami. Właśnie dlatego jak ktoś spoza ich plemienia tam trafiał to raczej nie wracał aby o tym opowiedzieć. Ale jakieś legendy i opowieści o tym miejscu krążyły.

                            Za najpoteżniejszą siłę w okolicy Gnak uważał Rogate Olbrzymy. I wedle jego opisu były one wielkie. Ze dwa razy wyższe od gorów, nawet Krwiożercy wydawały się przy nich drobnymi, słabowitymi koźlęciami. Kiedyś Gnak z ukrycia widział jak jeden z nich bez trudu przewalił wyładowany sianem wóz ludzi. Ale na szczęście te dwunożne rogate bestie były bardziej na południu i nie zapuszczały się tu zbyt często.

                            Chociaż z razgorami też nie było żartów. Takie gory tak zdziczałe i zniekształcone, że biegały na czworakach i już nie mogły się wyprostować. Albo nie chciały. Przypominały wielkie dziki, jak się rozpędziły to tratowały wszystko i wszystkich na swojej drodze. Tak rozpędzona masa kłów i mięśni wydawała się nie do zatrzymania.

                            No albo centigory. Co za banda pijaków! Tylko jak wyczuły gdzieś wino to nie mogły się powstrzymać aby nie wytrąbić wszystkiego od razu. Dlatego najczęściej były albo wstawione, albo na kacu, albo w jakimś szalonym amoku. Albo odsypiały to wszystko. Ale one miały teren bardziej na południe, tam były wzgórza i mniej lasów. Bo lubiły sobie pobiegać. Ponoć czasem robiły rajdy na elfie tereny. A przynajmniej tak się przechwalały.

                            - Niezła menażeria. Dobrze, że nie łazimy tu sami. I, że nie wszystkie te poczwary są tuż za rogiem. - parsknęła Onyx gdy tak szli i słuchali słów Lilly która z kolei tłumaczyła chrapliwy, głos półkozła.

                            Zaś tymi polowaniami ludzi się za bardzo Gnak zdawał się nie przejmować. Po pierwsze polowali bliżej miasta i chociaż przeczesywali las to nie aż tak aby podejść w pobliże ich doliny. A dwa to nawet gdyby miał się znaleźć w obrębie takiej obławy to wierzył, że i tak by im się wymknął. Nawet był skłonny zaryzykować walkę podjazdową z nimi. Piechurów się nie obawiał. Każdy kopytny mógł umknąć każdemu ludzkiemu piechurowi. Konni zaś trafiali się rzadko, zwykle byli groźni w bezpośrednim starciu, zwłaszcza ci pancerni rycerze. Ale ci trzymali się za pierwszą linią. Nie było to dziwne bo z konia kiepsko się tropiło. Do tego kopytni wedle słów lidera stada z jakim maszerowali byli mistrzami pułapek i zasadzek to mogli się pokusić o takie kąsanie piechurów którzy dla nich byli tylko ruchomymi celami. No więc najgorszym wyzwaniem były psy myśliwskie. Te mogły ich doścignąć, trudno je było przechytrzyć i się przed nimi ukryć a i walczyły zażarcie. Co prawda jeden na jednego to Gnak raczej nie stawiałby na psa no ale taki mógł zranić kopytnego. A ranny już nie musiał mieć takich przewag nawet nad piechurami.

                            Zaś ataki na trakcie były dziecinnie łatwe. Dobrze zorganizowana zasadzka mogła załatwić każdy powóz, wóz, konnego posłańca czy grupkę pieszych. Dopiero jak się trafiło parę wozów z mocną obstawą to odpuszczali. No chyba, że byli całym stadem i szykowali się na grubego zwierza. To mogli się pokusić nawet o taki zuchwały atak. Ogólnie można było odnieść wrażenie, że póki akcja dzieje się w lesie to Gnak czuł sie całkiem mocny i pewnie. O ile miał swobodę manewru co do celu i taktyki.

                            Tak ich odprowadził prawie pod jaskinię odmieńców. Bo jak mówiła Lilly między nimi a jej plemieniem nie zawsze się układało pokojowo. To i nie chciał narażać ani siebie i swojego stada ani swoich gości. Zresztą Lilly też mówiła, że to całkiem blisko do jaskini. I faktycznie mogłoby wyjść nieco niezręcznie gdyby pojawili się w otoczeniu ungorów z jakimi tak często mieli na pieńku.

                            - Mówi, że rozstajemy się w przyjaźni i nie musimy się obawiać ponownego spotkania z nim i jego stadem. Ale aby reszta Grabieżców też was mogła rozpoznać to weźcie to jako znak rozpoznawczy. - odmieniec o liliowych włosach przetłumaczyła pożegnalne słowa lidera stada. I wtedy oni podali swoim gościom naszyjniki. Takie prymitywne, na rzemykach z kościanymi, kamiennymi ozdobami lub piórami. Wyglądały dość prymitywnie. Pomijając dziki wygląd tych kopytnych barbarzyńców to pożegnanie było całkiem ciepłe i ludzkie. Lilly rozbawiło jak Genda wręczyła swój wisiorek Onyx i coś przy tym powiedziała.

                            - Mówi, że teraz możesz nosić ten wisiorek jako jej samica i błogosławi twoje łono abyś urodziła zdrowe kożlątko. - powiedziała Lilly starając się ograniczyć do zasznurowania ust aby się nie roześmiać. Hedonistka o płomiennych włosach otworzyła usta w niemym “ach!” i chyba niezbyt wiedziała co na to powiedzieć. W końcu uśmiechnęła się, objęła ungorkę i nawet się pocałowały na pożegnanie. A potem grupka się rozdzieliła. Gnak zabrał swoje stado i zanurzył się w leśne ostępy. Zaś Lilly ruszyła w przeciwną prowadząc swoich towarzyszy w kierunku swojego jaskiniowego domu. Właśnie machnęła wesoło dłonia odwracając się do nich na chwilę i wskazując gdzieś przed siebie jakby ta jaskinia już miała być zaraz za następnymi drzewami.

                            - Co tu robisz? Kogo tu przyprowadziłaś? - wyharczał jakiś męski głos. I zza drzewa wyszedł… No wilkołak. Tak przynajmniej zwykle wyobrażano sobie wilkołaki. Cały pokryty sierścią, na dwóch nogach zakończonych wilczymi pazurami. Chwytne łapy, też pokryte futrem też miały pazury ale ściskały włócznie. Na biodrach stwór miał przepaskę z jakichś skór. Na piersi widać było jakieś prymitywne talizmany z kłów i pazurów. I tylko głowa trochę psuła efekt wilkołaka. Bo bardziej pasowała do jakiegoś wielkiego, ogara niż wilka. Póki stwór nie wychylił się zza drzewa w ogóle nie było go widać ani słychać. Więc pomimo masywnej sylwetki musiał być też zwinny. I nakwyraźniej znał się z Lilly.

                            - Oh! Hetzen! Cześć. Wróciłam. A to są moim przyjaciele. Chciałam ich zaprosić do nas. Do mojej chaty. - Lilly musiała być całkiem zaskoczona tym spotkaniem. Zresztą dziewczyny też. Przy nim każdy z nich wydawał się drobny i cherlawy. Nawet Gnak przy nim prezentowałby się mikro.

                            - Wróciłaś? Z przyjaciółmi? Po tym jak zwiałaś jak ostatnia złodziejka? Za taką zdradę powinno ci się urwać łeb. - warknął wilkołak mało przyjaznym i pełnym pogardy głosem.

                            - Ale… Ale pomogłam wam. Przystałam do Starszego z miasta. To są jego towarzysze. I nasi przyjaciele. Pomagaliśmy wam z jedzeniem na przednówku. Strupas do was jeździł. A ja pomagałam znaleźć kryjówki do przerzutu. - przypomniała mu Lilly ale wyraźnie straciła rezon. Dało się wyczuć, że obawia się tego umięśnionego wielkoluda.

                            - Kto to jest? - zapytała cicho Burgund.

                            - To Hetzen. Nasz najlepszy wojownik i myśliwy. - odparła cicho liliowa mutantka ale pomysły na dalsze negocjacje z tym groźnym wojownikiem widocznie jej się skończyły. Tamten obserwował ich uważnie spod swoich kaprawych ślepi jakby zastanawiał sie czy już zaatakować czy zrobić coś innego.

                            Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; pd-wsch od miasta
                            Czas: 2519.06.33; bzt; południe
                            Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, łag.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

                            Otto

                            - To idziesz z nami? Świetnie! Cudownie! Witaj w naszej robaczywej kompanii! To nie ma na co czekać, jutro jak nie będzie oberwania chmury to ruszamy! Niech nasza Loszka zaprowadzi nas do cudownie dojrzałych trufli naszego Papcia! - Sigismundus nie ukrywał wczoraj, że bardzo rad jest, że Jednooko chociaż większość wieczoru spędził z Mergą i Starszym albo Sorią to jednak ostatecznie zdecydował się na dołączenie do poszukiwań na jakich tak zależało aptekarzowi. Umówili się na jutro rano w jego aptece. Bo każdy wiedział gdzie to jest no i było blisko południowej bramy przez jaką by wychodzili z miasta. A te “jutro rano” to było dzisiaj.

                            Skoro Otto chciał wyruszyć poza miasto, i to możliwe, że na kilka dni dobrze było aby jakoś to zgłosił w hospicjum. W końcu większość dnia spędzał właśnie tam. Wśród tych wszystkich uznanych za zbyt obłożnie chorych lub szalonych aby ich trzymać gdzie indziej.

                            Dziś ranek był mglisty. Tak, że było widać na dwa, może trzy domy dookoła. Ale nie był to porblem jak się wiedziało gdzie iść. Na miejscu, w aptece Otto zastał już i gospodarza i Strupasa. Przygotowywali oni Loszkę do drogi. Trochę się kłócili czy już jej zakładać smycz i obrożę czy jeszcze nie. Mimo wszystko raczej nie puszczali jej nigdzie samopas i zawsze któryś był w pobliżu. A najchętniej w ogóle nie wypuszczali jej z piwnicy. Więc trochę było ryzyko puścić ją wolno nawet jakby szła między nimi. Z drugiej storny prowadzenie kogoś przez miasto na smyczy rzucało się mocno w oczy. Dlatego ostatecznie przeważyło zdanie aptekarza aby zaryzykować i jednak tego nie zakładać. Najwyżej po tym jak wyjdą z miasta to tam puściej i mniej ludzi. A jak Loszka ich będzie prowadzić jak podczas pierwszej próby to pewnie i tak szybko wejdą w las. A tam już w ogóle powinno być mało przypadkowych gapiów. A jak już byli we czwórkę to aptekarz nie oparł się pokusie aby nie pochwalić się wynikami swoich badań.

                            - O widzisz? Jakie piękne maleństwa? - powiedział odchylając koszulę Loszki i wskazał zaczerwienione i pokryte krostami miejsce. Po chwili te krosty zaczęły się ruszać i tam i tu widać było małe, końcówki czerwi.

                            - Dużo mnie to wysiłku i pracy kosztowało. Myślałem, że to będzie prostsze. Przecież na byle padlinie pełno się tego lęgnie! I dopiero niedawno zrozumiałem. Chodzi o padlinę. Nie chcą się lęgnąć na żywym mięsie. Szkoda. Zobacz jak ich mało i takie małe rosną. Mniejsze niż te zwykłe z padliny. No a Loszki nie zabiję aby mieć padlinę. Jest zbyt cenna. Muszę to jakoś dopracować. Aby się mogły śmiało lęgnąć na żywych. To by było coś! Pomyśl Otto! - niespodziewanie objął młodzieńca po ojcowsku i wskazał mu ręką gdzieś pod sufit jakby tam dostrzegał jakąś piękną wizję.

                            - Całe chmary much! Wypuszczone na miasto! Opadają na żywych i wbijają swoje żądełka z błogosławieństwem Ojczulka! I ono się będzie pięknie rozwijać w ich ciałach a potem przeniesie się na pozostałych! - Sigismundus mówił jak natchniony kapłan albo mówca. Strupas aż się zachłysnął z radości i zaczął chrząkać albo się śmiać na samą myśl o realizacji takiej wizji. Ale niespodziewanie entuzjazm aptekarza oklapł.

                            - No tylko… Że te zwykłe larwy i muchy są bezużyteczne. Prawie. Nie chcą żerować na żywych. Nawet jak ich uzbieram całą chmarę i wypuszczę to niewiele zrobią żywym… - przyznał markotnie puszczając Otto i wskazując zniechęcony na te ledwo parę larw jakie ruszały się tuż pod skórą Loszki. Z tego co wiedział młodzieniec to muchy faktycznie uwielbiały padlinę, zepsute mięso, odchody ale tak do żywych to niekoniecznie. Zwłaszcza takich żwawych co by się od nich odganiali bo tak pewnie by robili mieszkańcy miasta.

                            - A ja mam ambicję Otto. Ja bym chciał mieć swoją własną plagę. Wyhodowaną i rozprzestrzenioną przeze mnie. Sam pomyśl jak to dumnie brzmi: “Plaga Sigismundusa”, “Zaraza z Neus Emskrank”, “Pomór Nordlandu”! Ah piękne plany! Ale jeszcze czeka mnie daleka droga. Jak choćby potrzeba wyhodowania takich małych śliczności co by miały ochotę zagnieździć się w żywych, jędrnych, gorących ciałach. A nie tylko w padlinie. - aptekarz znów urósł w oczach jak podzielił się swoimi wspaniałymi wizjami i planami. I znów opadł gdy wskazał na mierność dotychczasowych wysiłków.

                            - No ale jest Oster i jej dziedzictwo! Tam na pewno musi coś być! Widziałeś wczoraj co przywiozły sobie te ladacznice? No mnie nie kręcą takie rzeczy ale powiem ci, że ten monument wyglądał… No w sam raz do ich patrona. A ta Soria jakos za bardzo dumnie i władczo mi nie wyglądała. Taka tam dziewka z ulicy. No ale podobno Joachim z nimi był to mam nadzieję, że chociaż on jest rozsądny i nie tak całkiem podatny na ich wpływy. Oby wrócił i zweryfikował to wszystko. Ale nie będziemy na niego czekać! Przed nami czekają gdzieś tam dary od Oster! Musimy je tylko odnaleźć i zgarnąć dla siebie! A potem plagi i zarazy spadną na to przeklęte miasto! - Sigismundus znów na przemian przejawiał egzaltację, smutek, powątpiewanie i znów radość gdy mówił o swoich nadziejach jakie ma względem darów od Czterech Sióstr. Chociaż sam nie wydawał się zbytnio sprzyjać Sorii i jej kultystkom to jednak sam alabastrowy momument dał mu wiarę, że te dary są czymś namacalnym i w zasięgu ręki. Dlatego nie chciał już zwlekać i wyruszyć jak najprędzej. Wtedy usłyszeli stukanie umówionym sygnałem do drzwi. Gospodarz dał znak garbusowi i ten podszedł do drzwi i otworzył. Po chwili wszedł do środka Vasilij.

                            - No to jesteśmy. Chłopaki czekają na zewnątrz. - herszt przemytników wskazał kciukiem na drzwi wejściowe. Bo jak się okazało Sigismundus zwerbował go i jego bandę jako eskortę na tą wyprawę. Pół tuzina rozbójników i banitów powinno zapewnić im bezpieczeństwo a jednocześnie nadal byli dość małą liczebnie grupą. Razem była ich dziesiątka.

                            - To cudownie! Więc wyjdźcie na zewnątrz a ja tu wszystko zamknę! - ucieszył się grubas i po przyjacielsku wyprosił wszystkich na ulicę. Sam jeszcze musiał wszystko pozamykać skoro szykowała się wyprawa w teren pewnie na kilka dni. I odczekali na niego a potem cała grupa ruszyła ulicami miasta. Mgła wciąż nie rzedniała ale to im na razie nie przeszkadzało. Sigismundus poprosił Vasilija aby jego ludzie byli przed i za nimi głównie z myślą o Loszce gdyby ta chciała uciekać czy co. Ta jednak szła spokojnie nie odzywając się ani słowem. Rozglądała się czasem ale bez przesady. Tak doszli do południowej bramy i wyszli na zewnątrz bez żadnych kłopotów. Odeszli kawałek wschodnim traktem i jak już nie było widać murów miasta to aptekarz zatrzymał się, założył Loszce na szyję oborżę, podpiął smycz a potem zagaił do niej przyjaźnie.

                            - No! Dobra Loszka, dobra! Szukaj! Szukaj, szukaj! Prowadź nas do domu! Zaprowadź do skarbu! Idź! Idź za zgnilizną! Doprowadź tatusia do skarbu z pięknymi, dorodnymi larwami! Co do cholery wreszcie będą żerować na żywych! - mówił do niej tak jak mówi się do małego dziecka albo psa. Gdy to nie rozumie w pełni słów dorosłych. Ale chyba podziałało. Kobieta z początku patrzyła na niego poważnie i uważnie. Potem wyczuwając przyjazny ton i uśmiech zaczęła się uśmiechać z początku nieśmiało. Ale jak to trwało to szerzej i szerzej. Kiwanie głowy też się wzmagało i w końcu rozejrzała się dookoła. I bez namysłu ruszyła przed siebie. Trzymający smycz ojczulek za nią. No a reszta za nimi.

                            Szli z początku traktem na wschód ale dość szybko zeszli w las. Mgła w końcu zrzedła i całkiem zeszła. Poranek przeszedł w przedpołudnie a w środku dnia byli już głęboko w trzewiach lasu. W końcu w południe wszyscy byli gotowi na odpoczynek. Tylko Loszka chyba była gotowa nadal przeć naprzód ale na razie Sigismundus przywiązał jej smycz do gałęzi aby nie uciekła. A sam razem z resztą zaczął przygotowywać obóz i ognisko.

                            - Nie mam pojęcia gdzie jesteśmy. Znaczy gdzieś na południowy wschód od miasta. Na wschód od rzeki. Ale poza tym to kompletna dzicz. - Vasilij zostawił zbieranie drewna na ognisko pozostałym ze swojej bandy a sam pozwolił sobie na pogawędkę.

                            - Merga mówiła coś o jakiejś jaskini z wodą. Więc to chyba gdzieś na wybrzeżu. Daleko stąd do wybrzeża? - zagaił herszta przemytników. Ale ten wzruszył ramionami. Może pół dnia, może dzień albo dwa. Zależy gdzie byli w tej chwili. Trudno było mu to oszacować jak wokół były same drzewa i reszta bezimiennego lasu bez żadnych punktów charakterystycznych.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Online
                              SantorineS Online
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #39

                              Oryginalny autor: Seachmall

                              Rano Otto wysłał pisemną wiadomość do naczelnego lekarza hospicjum.
                              Przekazał w nim, że udaje się razem z Aptekarzem Sigismundusem poza miasto nawet na kilka dni. Znaleźli informacje o roślinie kojącej nerwy i uspokajającej ducha, której używają ponoć elfy. Mają nadzieję odnaleźć lokalną odmianę rośliny i sprawdzić jej działanie na pacjentach. To może zaoszczędzić hospicjum trochę grosza.

                              Otto miał nadzieję, że to wystarczy, aby naczelnik dał mnichowi spokój, szczególnie jeżeli znajdą jakieś uspokajające ziele.


                              Mnich delikatnie skrzywił się na widok małych czerwi.

                              - Wybacz, nie mam urazu do twojego kunsztu, ale według mnie dzieło wielbiące Ojczulka nie powinno mieć w sobie… trudu. Te maleństwa nie powinny się męczyć kiedy przychodzą na świat, ale rozumiem, że to dopiero pierwsze kroki. - wsłuchał się ambitne zawołania aptekarza i nie powstrzymał się przed drobnym westchnieniem zachwytu - "Pomór Nordlandu" brzmi dobrze… chociaż, co powiesz na "Wspomnienie Oster"? Taki dar w stronę jednej z sióstr? - Otto zastanowił się nad możliwymi źródłami plagi - Okoliczne mokradła na pewno posiadają całą masę takich maleństw. A im bliżej będziemy ołtarza Oster tym ciekawsze będą, może uda ci się znaleźć coś co będzie chętniej zajadało się zdrowym, żywym mięsem… lub sprawiało, że szybko przestaje takie być.

                              Pogoń za Loszką była niestety dość monotonna i nie dała trufli tak szybko jakby chcieli. Jednak kobieta napędzana wolą Pana Plag najwyraźniej gdzieś zmierzała.

                              - Upewnij się, aby na noc dobrze ją przywiązać Sigismundusie. Nie chcemy, aby nam czmychnęła. - Otto pomagał przy przygotowaniu strawy dla ekipy, kiedy padło pytanie o ich położenie względem wybrzeża.
                              - Visilij kojarzysz jakie zagrożenia mogą nas tu spotkać? Wilki, niedźwiedzie, bandyci? Zwierzoludzie? Ufam tobie i twoim ludziom, ale chciałbym wiedzieć na co się przygotować, kiedy przyjdzie do walenia po mordzie.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Online
                                SantorineS Online
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #40

                                Oryginalny autor: Lord Melkor

                                Podróż była męcząca i niezbyt wygodna, ale na szczęście młody astromanta miał czym zając myśli. Nigdy wcześniej nie miał do czynienia w takim stopniu ze zwierzoludźmi, więc słuchał i przyglądał się uważnie. Sprawy wydawały się zmierzać w dobrym kierunku - grupa Gnaka dobrze zareagowała na snute przez niego wizje chwalebnej przyszłości i wyglądało na to, że Merga, podobnie jak wcześniej Soria, może im solidnie zaimponować.

                                - Najwyraźniej nie byłyście pierwsze, tak.... - wyszczerzył się do Burgund, gdy ta skomentowała wieści o dawnych kontaktach zwierzoludzi z kultystkami Snarla. Zaczął lubić towarzystwo dawnej znajomej z dzieciństwa i to co robili podczas orgii przy ołtarzu było przyjemne. Z drugiej strony... z iloma osobami i jak często te kultystki spółkowały? Czy w sumie miało to jakiekolwiek znaczenie?

                                - Rozumiem, że podobało się wam to podtrzymywanie dawnej tradycji? W takim razie możesz im Lily zasugerować, że jeszcze będą mieli ku temu okazję, jeśli będą z nami lojalnie współpracować.... - stwierdził, mając wrażenie że tę grupę mają już w garści... pytanie co z innymi?

                                Zmarszczył brwi widząc wyraz niesmaku na twarzy swojego ochroniarza i świeżego członka zboru, Gunthera.

                                - Robimy to dla osiągniecia naszych celów, ci ungorzy dobrze się nam przysłużą. A co do reszty się przyzwyczaisz, nagroda będzie tego warta - powiedział mu cicho. Rozumiał, że to wszystko, szczególnie takie bratanie się ze zwierzoludźmi, to było dość dużo dla osoby która dopiero wkroczyła na ścieżkę prawdy.


                                Kiedy znaleźli się w jaskini, rozmawiali jeszcze długo i członkowie Zboru dostali wiele informacji do przetrawienia.

                                - Chcą czegoś w zamian? Powtórz Gnakowi, że chcemy współpracować i myślę, że chętnie zorganizujemy kolejne spotkanie. A czy możliwość uczestnictwa w kolejnych rytuałach ku czci Snarla z nami nie będzie dla nich wystarczającą nagrodą? Z tego co zrozumiałem brakowało im tego - odparł Lily gdy ta poinformowała go o nastawieniu wodza.

                                - A co do pozostałych grup zwierzoludzi to będziemy musieli porozmawiać ze Starszym i Mergą czy i jak warto nawiązać z nimi kontakt. Z Krwiożercami czy Razgorami może nam tak prosto nie pójść - chociaż te centigory też brzmią jak wyznawcy waszego Patrona - spojrzał na pozostałe kultyski a potem znowu na Lily - spytajmy się jescze czy mają jakieś historie o tym, że w przeszłości plemiona zwierzoludzi łączyły siły przeciwko wspólnemu wrogowi?

                                - A jeśli lubią atakować podróżnych na trakcie, możemy zaproponować, że od czasu do czasu wystawimy im jakiś godny cel....


                                Kiedy pojawił się przed nimi agresywny wilczy Hetzen, zmarszczył brwi i jego laska rozbłysła czarodziejskim ogniem. Miał nadzieję, że ta demonstracja mocy wzbudzi nieco respektu. Szkoda, że nie wiedział więcej o sytuacji.

                                - Bądź pozdrowiony Hetzenie, w imię Tzeenchta i Slaanesha. Tak, jesteśmy ze Zboru który wam wcześniej udzielał pomocy. Teraz my potrzebujemy noclegu, czy nam go udzielisz?

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Online
                                  SantorineS Online
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #41

                                  Oryginalny autor: Pipboy79

                                  Oryginalny tytuł: Tura 12 - 2519.07.01; knt; przedpołudnie

                                  Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; jaskinia odmieńców
                                  Czas: 2519.07.01; knt; przedpołudnie
                                  Warunki: wnętrze jaskini, półmrok, wilgotno ; na zewnątrz: jasno, powiew, mgła, nieprzyjemnie

                                  Joachim

                                  Powrót do domu okazał się dla Lilly niezbyt przyjemny. Co prawda Hetzen ostatecznie nic im nie zrobił. Chociaż wydawało się, że między nimi jest jawna niechęć przynajmniej. I ten wilkołaczy odmieniec zdawał się przelewać to na nowych towarzyszy liliowłosej. Jednak zaprowadził ich do jaskini. Minęli jakiegoś strażnika z włócznią i trąbą zamiast noca. On przywitał się z Lilly przyjaźniej chociaż też chyba aura nieprzychylności jaką roztaczał najlepszy wojownik i myśliwy ich plemienia nie pozwoliła mu na nic innego.

                                  Jaskinia była dobrze ukryta przed światem. Wydawało się, że to jakieś pęknięcie w ziemi albo jakiś parów. Ale zagłębiał się i zagłębiał aż płynnie przechodził w otwór w ścianie a ten w korytarz. Trudno więc było dokładnie określić gdzie zaczyna się parów a gdzie jaskinia. A dalej nieregularna, skalna gardziel prowadziła do sporej komory w jakiej stały różne chaty. Nie wyglądały ani zbyt pięknie ani solidnie. Zbudowane z drewnianych tyk i rozpiętych płócien, desek, glinianych, niewypalonych cegieł. rozpostartych skór zwierząt i w ogóle pewnie z tego co każdemu udało się dorwać. Kompletna pstrokacizna i świadcząca o ubóstwie odmieńców. Już nawet chłopska chata na wsi prezentowałaby się pewnie dostojniej na tym tle.

                                  No i byli sami mieszkańcy tej wielkiej groty. Niektórzy wyglądali jak ludzie. Jeśli mieli jakieś stygmaty Chaosu to nie było ich widać. Inni nie mieli szans ukryć się w tłumie bo ich odmienność raziła w oczy. Kopyta, macki, szczypce, rogi, ogony, futra, łuski, zwierzęce głowy czy kończyny. Taki sam misz masz jak z chatami. Wszyscy jednak z zaciekawieniem przystawali aby obejrzeć tą małą procesję. Pierwszy kroczył rosły i umięśniony Hetzen, ich najlepszy wojownik i myśliwy jaki roztaczał wokół siebie aurę agresywnej dominacji. Za nim szybko przebierała nogami Lilly. Często pozdrawiała kogoś skinieniem głowy, uśmiechem czy machnięciem dłoni. Ale się nie zatrzymywała tylko szła przez tą wioskę odmieńców. Za nimi grupka ludzi z miasta co byli tu pierwszy raz. Joachim z Ghunterem, Onyx i Burgund. Sądząc po reakcji tubylców to chyba nie co dzień mieli gości. Ale wszyscy przeszli do największej chaty. Tam Hetzen kazał im poczekać a sam wszedł do środka. Wtedy Lilly skorzystała z okazji aby odezwać się do nich cicho i szybko.

                                  - Hetzen czci Krwawego Ogara. I akurat za Snarlem i Władcą Losu niezbyt przepada. - dała im znać, że lepiej na ich osobistych patronów nie powoływać się przy ich wielkim i futrzastym myśliwym bo może go to tylko rozjątrzyć.

                                  A ten zaraz wyszedł i dał im znać włócznią, że mogą wejść. Tak poznali Kopfa. Bo wcześniej tylko Lilly i Strupas mieli z nim bezpośredni kontakt. Kopf miał wielką głowę. Ze trzy razy większą niż powinna być. Do tego rogi, czerwoną skórę, gorejące złotem oczy i kopyta zamiast stóp. Wyglądał jak demon! Chociaż Joachim nie wyczuwał w pobliżu jakiś piekielnych mocy a tak namacalna i bliska obecność niezrodzonego musiałaby pewnie jakoś wpłynąć na tą rzeczywistość.

                                  Kopf okazał się bardziej przyjazny od Hetzena. Przywitał Lilly jak powracającą do domu córkę a jej towarzyszy jak gości od zaprzyjaźnionego hrabiego. Zapytał co ich tu sprowadza, czy są zmęczeni i głodni a dobre pytanie bo faktycznie była pora obiadowa. Koniec końców wyszli z jego chaty jako goście. Lilly więc zaprowadziła ich do swojej chaty. I tam czekała ją przykra niespodzianka. Drzwi nie było, pewnie ktoś je sobie wziął. A z wnętrza przez te pół roku nieobecności też każdy kto tu był wziął sobie co mu było potrzeba. Dziewczyna prawie się rozpłakała widząc w jakim stanie zastała swoją chatę. Potem jednak się wzięła w garść, wróciła do Kopfa i ten coś podziałał bo wkrótce zaczęli się schodzić sąsiedzi i uzbierało się na posłania i jakieś garnki do gotowania na palenisku. Więc do wieczora już to wyglądało jako tako. Chociaż wieczór, dzień, noc czy poranek w tych podziemiach były dość iluzoryczne. Zawsze panował jednolity półmrok rozświetlany pochodniami i ogniskami, dym jaki unosił się z tych ognisk, wilgoć typowa dla jaskiń i piwnic i mrok jaki zalegał tam gdzie nie sięgało światło. Ale właśnie w chacie Lilly spędzili noc. I śniadanie.

                                  - Jak chcecie to dziś możemy wrócić do miasta. Stąd to jakieś pół dnia drogi. - powiedziała gospodyni gdy się spotkali przy wspólnym stole. Chata była zbyt mała aby dzielić ją na izby więc całe życie toczyło się w jednej izbie. Przy byle jak skleconym stole zrobionym ze związanych ze sobą żerdzi. Wszystko to wyglądało na ręcznie robione.

                                  - No ja bym wróciła. Ten turniej chyba już się zaczął. - Burgund była chętna na powrót do cywilizacji. Ale wzmianka o turnieju wywołała dyskusję. Bo przez te parę dni w dziczy trochę się im pogubiły dni. I Ghunter uważał, że wczoraj zaczął się ten turniej, Onyx, że dzisiaj a Burgund, że chyba jutro. Wcale nie było to tak łatwe połapać się jaki jest dziś dzień tygodnia. Ale pierwszego dnia nowego miesiąca miał się zacząć turniej w ich mieście. A Burugnd z Łasicą miały co do niego mnóstwa planów. Zresztą dla Onyx też to będą żniwa jeśli chodzi o zarobek i ruch w interesie.

                                  - I ciekawe co tam u Łasicy i Sorii. Mam nadzieję, że dopłynęli cało z tym naszym ołtarzem. - Burgund zamyśliła się nad losem przyjaciółki i wspólniczki w licznych numerach jakie odstawiały w półświatku jako oszustki, naciągaczki i włamywaczki. No i nad heroldem Węża jaka zrobiła na nich tak niesamowite wrażenie.

                                  - Ale ten Gnak, Genda i reszta też byli całkiem mili. Ale na początku jak przyszli do ogniska nad tą zatoką to trochę się bałam. Dobrze, że Soria tak to ładnie załatwiła. - Onyx też dorzuciła się do wspomnień z ostatnich dni i nocy. Przyznała, że początkowo miała opory i wątpliwości przed zbliżeniem się do ungorów ale ostatecznie tak było miło i zabawnie, że teraz wspomniała te wątpliwości z rozbawieniem.

                                  - A z tym pokładaniem się z nimi to tak, oni mówili wczoraj, że bardzo chętnie. Tylko nie byłam pewna gdzie się z nimi umawiać. Bo do miasta to na pewno nie przyjdą. To jak znają te głazy rytualne to tam powiedziałam, że możemy się spotykać. Dla nas z miasta to też nie tak daleko. Pomyślałam o pełni to im tak powiedziałam. Nic innego nie przyszło mi do głowy. - Lilly odkąd wczoraj w południe wróciła do jaskini to była cały czas zaabsorbowana sytuacją bieżącą i porządkami dla siebie i swoich gości. To niezbyt miała okazję ani ochoty rozmawiać o czymś innym. Dzisiaj jednak humor miała lepszy a i chata wyglądała lepiej niż wczoraj gdy weszli tu pierwszy raz. To mogła streścić im co rozmawiała na pożegnanie z Gnakiem.

                                  - No to najbliższa pełnia jest jakoś nie w następnym, tylko jeszcze w następnym tygodniu. - Onyx zmrużyła oczy aby sobie przypomnieć rytm księżyca. Joachim zdawał sobie sprawę, że ma rację, z tego co pamiętał to w tym miesiącu pełnia wypadała na początek drugiego tygodnia.

                                  - Ha! Nie mogę się doczekać aż opowiem dziewczynom o naszych przygodach! Chociaż ta powsinoga Łasica i tak pewnie już wszystko rozgadała. Ale pomyślcie o Pirorze, Oksanie i Fabienne. Zwłaszcza Fabienne. Jestem pewna, że dostanie palpitacji serca na myśl, że miałyśmy romanse z ungorami a ona nie! - rudowłosa łotrzyca roześmiała się beztrosko gdy już myślami była w mieście i wyobrażała sobie jakie wrażenie mogą wywołać te ich przygody jakie miały w ciągu ostatnich paru dni i nocy. Zawtórował jej dziewczęcy śmiech więc i koleżanki musiały widzieć sprawę podobnie.

                                  - A co do tych plemion co pytałeś wczoraj Joachimie to raczej nie. Oni raczej nie wchodzą sobie w drogę albo walczą ze sobą jeśli tak się stanie. Musiałby się trafić wielki wódz aby ich wszystkich zjednoczyć pod swoim sztandarem. A wielki wódz to zwykle ma wielką armię. Albo inna potęgę. Wtedy mogą się przyłączyć do potęgi większej od swojej. - kopytna wróciła jeszcze do tego co wczoraj ją astromanta pytał z tymi różnymi plemionami zwierzoludzi. Zaznaczyła też, że Gnak i reszta jego grupy to nie jest całe plemię Grabieżców z Doliny. Ale nie miała pojęcia ilu ich mogło być w tej dolinie. Zapewne jednak Gnak i reszta opowiedzą im o swoich przygodach z ostatnich paru dni.

                                  Miejsce: Nordland; okolice Neues Emskrank; pd-wsch od miasta
                                  Czas: 2519.07.01; knt; przedpołudnie
                                  Warunki: - ; na zewnątrz: jasno, powiew, mgła, nieprzyjemnie

                                  Otto

                                  - Zbliżamy się do morza. - Vasilij powiedział to spokojnie z pacierz temu. Wtedy jeszcze nic zdawało się nie zdradzać tego faktu. Szli przez las tak jak wczoraj i dziś od rana. Do tego od rana unosiła się wilgotna mgła. Noc spędzona pod namiotami była przykra i ciężka. Gdzieś od północy lunęła ulewa. I nawet jak namioty chroniły przed jej bezpośrednim wpływem to zimno i wilgoć wdzierała się do wnętrza. Podobnie jak zimna woda jaka wlała się kałużą do wnętrza. Nic przyjemnego. Zresztą jak rano wstał to czuł w nozdrzach i skroniach ten chłód nocy, niewyspanie i początki przeziębienia.

                                  Wczoraj po tym popasie w południe szło im się raczej bez większych przeszkód. Ot można by to uznać za spacer po lesie. Tylko obcym i nieznanym. A wedle Vasilija sporo nieprzyjemności mogli tu natrafić. Co prawda on raczej działał w branży morskiej i przemytniczej w mieście no ale jednak co nieco słyszał i czasem też załatwiali interesy gdzieś za miastem. W tym rejonie lasu jednak wcześniej nie był. A co tu mogli spotkać? A całą menażerię. Zające, lisy, łosie, borsuki, dziki to tak. Chociaż ich się raczej nie obawiał. Sądził, że prędzej same by czmychnęły na widok tak licznej grupki ludzi niż miałyby ich zaatakować. No ale byli banici. Może nawet ci dezerterzy z zeszłej jesieni? W końcu coś nie było słychać aby ich złapali. Chyba, że ich zima wymroziła albo odeszli gdzieś dalej na południe. A oprócz tego gobliny, nawet Strupas w zimie spotkał i o mało bez czego by go dopadli. No i cała menażeria zwierzoludzi. Więc tak, sporo rzeczy mogło im zakłócić ten sielski spacer po lesie. No ale jakoś do wieczora nie zakłóciło. Potem blisko zmierzchu trzeba było się rozbić z tymi namiotami na noc. A o północy chlusnęła ta ulewa. Jeszcze rano jak wychodzili z namiotów to wszystko było mokre. Drzewa, kora, krzaki, trawa, ziemia no i namioty. Do tego okazało się, że mgła się podnosi. A jak zwinęli te namiotu i ruszyli za swoją ciemnowłosą przewodniczką na smyczy Sigismundusa to opar zgęstniał tak, że było widać może na pół setki kroków dookoła. Chociaż i tak widać było głównie drzewa i resztę lasu.

                                  Aż dotarli do drogi. Chwię się zatrzymali i Vasilij uznał, że to droga przybrżezna jaka prowadzi z Neus Emskrank na wschód.

                                  - Szkoda, że ona nas tym skrótem prowadzi. Mogliśmy drogą iść. - mruknął kąśliwie herszt przemytników. Zapewne drogą szło by się łatwiej niż na przełaj przez las.

                                  - To nic. Będziemy mogli wracać drogą. Poza tym ludzie mogliby się gapić jak ją prowadzimy na smyczy. - Sigismundus machnął ręką chociaż też nieco tęsknie patrzył na drogę. Zapewne łatwiej by się nią szło. Ale jak nie wiedzieli dokąd zmierzają to trudno było zaplanować jakąś trasę. A wczoraj był całkiem rozmowny, zwłaszcza na temat swoich planów i eksperymentów.

                                  - Początki, nie początki… Trudno ocenić póki nie jesteś u kresu drogi co nie? - okazało się, że aptekarz miał już całkiem sporo sprawdzonych wariantów tych eksperymentów.

                                  - A z kim ja tego nie próbowałem! Kobiety, mężczyźni, smakracze, starcy, zdrowi, chorzy, no każdego kogo udało mi się złapać. Albo Strupasowi. I próbowałem na wiele sposobów, poiłem ich tymi maleństwami do gęby i do dupy, próbowałem wolnego chowu na skórze, tylko musiałem ich wiązać aby mi tego nie zniszczyli. W końcu wpadłem na pomysł aby im to wbić pod skórę. Musiałem specjalny dziurkacz zamówić. A efekty marne. Zwykłe gówno albo padlina sama z siebie ściąga więcej much i tych czerwi się lęgnie niż z takich o pacanów. I ostatnio doszedłem do wniosku, że to dlatego, że wszyscy są żywi. A muchy lecą do padliny. - grubas pokręcił głową dzieląc się z młodzieńcem swoimi frustracjami z powodu licznych niepowodzeń jakich doświadczył podczas swoich eksperymentów. A to kompletnie nie było w jego planach. Chciał wyhodować muchy jakie będą roznosić zarazę z żywych na żywych. Do tego celu taki efekt jaki uzyskał na Loszce był raczej mizerny i zdawał sobie sprawę, że w skali całego miasta to raczej nie ma co marzyć o sukcesie.

                                  - A na bagnach tak, może tam coś być. Trzeba by tam się przejść. Może by coś udało się ciekawego złapać. A potem wyhodować. No tak, dobry pomysł. No ale to potem. Na razie spróbujemy znaleźć tą jaskinię z darami Oster. Jak ta Soren tak obdarowała te bezużyteczne ladacznice to Oster chyba nie powinna być gorsza od swojej siostry nie? - pomył z wizytą na bagnach jaki podsunął mu Otto bardzo się spodobał aptekarzowi. No ale skoro byli na wycieczce do jakiejś jaskini to wolał tym się zająć inne rzeczy zostawiając na bok.

                                  - “Wspomnienie Oster”? No też niezłe. Jak nas obdarzy czymś interesującym to pomyślę. Właściwie czemu nie? Jakby zesłała nam jakiś dar co by pomógł podbić to cholerne miasto. To tak, wtedy tak. - nad nazwą dla planowanej plagi jaką miał zamiar wypuścic na miasto zastanowił się. Uznał to za kwestie otwartą i uzależnioną od tego co by znaleźli w tej jaskini. Uparł się na muchy bo w końcu “Władca Much” to był jeden z przydomków ich patrona. Chociaż rozważał też komary. W końcu one miały atut jakiego nie miały muchy - żerowały na żywych. Ale komary to nie muchy a aptekarzowi zależało właśnie na nich. Chciał się przypodobać ich patronowi.

                                  - O, przejaśnia się. Las się kończy. - szef szajki bandytów wskazał na zamglone jeszcze prześwity między drzewami. Gdyby nie ta mgła pewnie by można już widzieć niebo. A tak nie zobaczyli go nawet jak wyszli z tego lasu. I okazało się, że dotarli do wybrzeża. Ale ten brzeg był wysoki, tak jak całe wschodnie wybrzeże. Jak klify zaczynały się już w zatoce nad jaką położone było Neus Emskrankt tak ciągnęły się i ciągnęły na wschód. I tutaj widocznie też były.

                                  - Rozrposzcie się. Szukajcie jakiejś jaskini. - Vasilij polecił swoim ludziom. Co podzielili się na dwie grupy i każda ruszyła w jedną stronę klilu sprawdzając w dół czy nie widać jakiejś dziury jaka by zwiastowała wejście do jaskini.

                                  - Oho. Musimy być blisko. Zobaczcie jaka Loszka jest podniecona. - aptekarz zaśmiał się chrapliwie. Bo ostatnie pacierze kobieta rwała do przodu na smyczy jak chart co czuje, że zwierzyna jest blisko. Teraz też parła do przodu aż aptekarz przekazał smycz Strupasowi aby się z nią nie szarpać cały czas. Czekali tak trochę aż gdzieś z mgły doszedł ich przytłumiony, odległy gwizd.

                                  - Znaleźli coś. Chodźcie. - herszt wskazał na kierunek i ruszyli wzdłuż klifu. Przeszli tak z pacierz nim zaczęły im majaczyć we mgle kilka sylwetek banitów Vasilija. Jak do nich dotarli wskazali w dół klifu. Tam w niewielkiej zatoczce było widać spienioną kipiel u podnóża wąskiej, kamienistej plaży i urwiska jakie wznosiło się nad nią. Ale była też jakaś jama w tym klifie. Tylko z góry nie było widać czy to tylko wnęka czy wejście do jakiegoś tunelu albo jaskini. Każda z tych wersji wydawała się w tej chwili prawdopodobna.

                                  - No to jak to to to jesteśmy. Tylko trzeba tam jakoś zejść. - Vasilij wskazał ponuro na poszarpane klify. Nie wyglądało to zbyt zachęcająco do wspinaczki. Rzucił pomysłem, że gdzieś dalej mogłoby być jakieś łagodniejsze zejście. No ale równie dobrze mogli na nie trafić za pół dzwonu jak i za pół dnia. Albo w ogóle. Banici mieli linę ale do samego dna klifu by nie starczyła. Trzeba by ją wiązać co jakiś kawałek i używać jak poręczy. Poza tym i tak zawsze ktoś by musiał ją odwiązać i zejść niżej bez tej pomocy. Aptekarz zaklął pod nosem na tą przeszkodę i zastanawiał się co tu zrobić.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Online
                                    SantorineS Online
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #42

                                    Oryginalny autor: Seachmall

                                    Wschodnie wybrzeże; południe

                                    Mnich chwilę się zastanowił jak tu ugryźć problem. W końcu się zdecydował.

                                    - Rozdzielmy się. Vasilij ty i twoi ruszcie dalej wzdłuż klifu i zobaczcie czy tam jest jakieś zejście. Ja i reszta pójdziemy w przeciwną stronę z tym samym celem. Jeżeli po jakiejś pół-godzinie nic nie znajdziemy wrócimy tu i spróbujemy czegoś innego.

                                    Vasilij i reszta przystali na taki plan. Podzielili się na dwie grupy i on ruszły w jedną stronę a Otto z pozostałymi w drugą. I tak się rozstali. Szybko w tych meandrach wybrzeża i mgle jednooki młodzieniec stracił drugą grupę z oczu. Szedł z towarzyszami którzy oddali się Papie Nurglowi próbując co jakiś czas sprawdzić czy tam albo tu da się zejść. Tam czy tu nawet wydało się, że jest na to jakaś nadzieja ale żadne z tych miejsc nie kierowało bezpośrednio na dół do kamienistego pasa plaży nad wodną kipielą. Mgła w końcu zaczęła rzednąć i się podnosić. Zrobiło się pogodnie a jak znikły opary okazało się, że jest blisko południa.

                                    - Loszka jest niespokojna. Podniecona. Myślę, że jesteśmy blisko. - dziewczyna sprawiała pewne kłopoty w tym sensie, że zachowywała się jak myśliwski ogar szarpiący się na smyczy po wykryciu łownego zwierza. Strupas musiał ją mocno trzymać bo wydawało się, że gdyby ją puścił to ta by pobiegła do tego klifu a czy starczyłoby jej przytomności umysłu aby zejść zamiast skoczyć to woleli z aptekarzem nie sprawdzać. Upadek z tej wysokości na kamienie u stóp klifu raczej nie wróżył wyjścia z tego bez szwanku.

                                    Postanowili wracać bo na oko ty chyba minęły ze dwa czy trzy pacierze jakie umówili się do sprawdzenia a nic obiecującego nie znaleźli. Wracali z powrotem gdy ujrzeli jakąś brązową sylwetkę przed sobą. Ta ich pewnie też bo machnęła do nich i zatrzymała się czekając aż do niej dotra. A to znów zajęło trochę czasu. Z bliska okazało się, że to jeden z ludzi Vasilija wysłany z informacją, że znaleźli jakieś w miarę łagodne zejście na dół. I mógł ich tam zaprowadzić.

                                    - Ha! Oster nam sprzyja! - zaśmiał się rubasznie Sigismundus i jak na swoje rozmiary i tuszę całkiem raźno maszerował za przewodnikiem. Znów musieli tam iść kilka kwadransów mijając miejsce gdzie się rozstali z Vasilijem a potem drugie tyle zanim do niego dotarli. Rzeczywiście w tym miejscu kiedyś musiał się klif obsunąć i teraz powstało porośnięte morską trawą zawalisko po jakim dało się zejść na dół.

                                    - O, jesteście. Wysłałem dwóch ludzi na dół. Da się zejść bez złamania karku. - odparł herszt banitów. Pozostali trzymali jakieś pozbierane w lesie kije jakich nie mieli w dłoniach gdy się rozstawali. I dał znak aby zejść na dół. Całą grupą dołączyli do dwóch jego ludzi jacy czekali na kamienistej plaży. Teraz znów trzeba było wrócić do tego miejsca gdzie widzieli z klifu obiecującą plamę ciemności jaka mogła być tylko jamą ale mogła być też wejściem do jaskini. Tylko teraz szli dołem, wzdłuż wąskiego pasa kamienistej plaży. Tak dotarli do nawisu skalnego pod jakim była ciemna jama. Na dole kotłowała się woda i wpływała tam do środka niknąc w ciemności.

                                    - Trochę mało miejsca. Szkoda, że nie mamy łodzi. Łatwiej byłoby tam wpłynąć niż wejść. A tak to na sucho to będzie trudno się tam dostać. - ocenił Vasilij gdy stanęli przed wejściem albo do głębszej jamy, skalnej szczeliny no albo nawet jaskini. Ale po ciemku trudno było to stwierdzić. Dlatego ludzie Vasilija zajęli się rozpalaniem gałęzi jakie zebrali na górze w lesie aby zrobić z nich pochodni. Łodzią pewnie by się dało łagodniej i wygodniej wpłynąć do środka. Tylko wcześniej trzeba było przebyć pas mocno wzburzonej wody pod klifem. To do samej jamy łatwiej było dotrzeć plażą. Ale był tam wąski pas między wodą a ścianą który dawał nadzieję aby się dało tam przecisnąć do środka.

                                    Grupa zaczęła ruszać przez pas. Otto zdołał, tuląc się do ściany jak do kochanki, przecisnąć przejściem. Niefortunnie los przestał sprzyjać aptekarzowi, który ześlizgnął się z przejścia i zaczął spadać w stronę wody. Otto instynktownie wyciągnął do Sigismundusa rękę, starając się złapać Nuglitę.

                                    Solidna masa i gabaryty Sigismundusa tym razem zadziałały przeciwko niemu. I jak wpadł do zimnej, morskiej wody to nie szło go wyciągnąć na wierzch. Zwłaszcza jak w przejściu dało się co najwyżej kucnąć a i złapać dla równowagi czy zaparcia się niezbyt było czego. Groziło to tym, że samemu można stracić równowagę i chlupnąć do morza zwłaszcza jak na masę to aptekarz miał ją pewnie największą z nich wszystkich.

                                    - Dobra! Idźcie dalej! Ja dopłynę do środka! - krzyknął lider grupy nurglitów i trzymając się krawędzi skały po kawałku trochę dopłynął a trochę przeszedł w głąb mrocznej jamy. Tam dalej było jakieś łagodniejsze miejsce gdzie trochę sam a trochę pozostali pomogli mu wydostać się z morskiej kipieli. Ale był wymęczony, zmarznięty i cały mokry. Wypluwał wodę z ust i ciężko łapał oddech. Ciężko było stwierdzić gdzie byli bo było tu prawie całkiem ciemno. Od wylotu niewiele tu już docierało światła. I widać było tylko zarysy ich własnych sylwetek. Jednak w tej wilgotnej jaskini dało się wyczuć zapach gnijących wodorostów. Chociaż prawie po ciemku nie było ich widać. Sprawę rozjaśnił dopiero Vasilij i dwóch jego ludzi jakim udało się przedrzeć w ślad za pierwszą czwórką. Nieśli pochodnie to okazało się, że to chyba jakaś podziemna jaskinia. Niereguralny strop był na wysokości kilku metrów. A tyle co było widać światła z pochodni to ta podziemna rynna morskiej wody ciągnęła się gdzieś dalej.

                                    Otto upewnił się, że Sigismundusowi nic nie jest, zanim ruszyli dalej, nie mógł się jednak powstrzumać.

                                    - Kąpiel Sigismundus? Przed potencjalną świątynią Pana Plag? Bluźnierstwo. - uśmiechnął się do aptekarza - Może złapiesz jakiś katar od tej wody. - poklepał nurglitę po plecach i ruszył za pozostałymi. Wziął jedną z pochodni, przejął Loszkę i ruszył przodem.
                                    - No malutka, zabierz nas do ojczulka.

                                    - Przestań. Zimno mi. Ale zaraz się pozbieram. Taki drobiazg mnie nie powstrzyma. - aptekarz nie miał zbyt dobrego humoru po tej zimnej, morskiej kąpieli jakiej wcale nie planował. Nadal był jednak zdeterminowany aby zgłębić tą tajemnicę jaka ich tutaj zaprowadziła.

                                    - Mamy tylko trzy pochodnie. - powiedział Vasilij obserwując to wszystko trochę z boku. Nie chciał chyba jednej z nich zostawiać z kolegą ale też nie chciał zostawiać go tu samego w prawie całkowitych ciemnościach. Krzyknął więc parę razy wołając jednego ze swoich ludzi którzy zostali na zewnątrz jaskini. Po chwili widać było jak jeden z nich przeciska się tą samą wąską i niewygodną drogą jaką przebyła tu reszta.

                                    - Zostań tu z nim. Jak się pozbiera to najwyżej idźcie za nami. - polecił mu herszt wskazując na pulchną, zmokniętą kulę ubrań jaka przypominał aptekarz.

                                    - Dobra, to chodźmy. - banita dał znać Otto i reszcie, że mogą ruszać dalej. Loszka z ochotą ruszyła naprzód szarpiąc się na smyczy tak mocno, że młodzian miał trudności aby ją utrzymać. Wydawała się podniecona jak hart jaki zwęszył świeży, krwawy trop. Droga jednak wymagała uwagi. Na dole wciąż buszowało morze. Trzeba było iść brzegami ten szerokiej rynny. W miare jak się zgłębiali coraz dalej i dalej morze się uspokajało aż zrobiło się senne i spokojne. Przypominało nieruchomy staw jaki już tylko minimalnie faluje. Woda też zrobiła się gęstsza i pelna jakichś drobin. Coraz częściej widać było jakieś porastające ją kożuchy rzęs czy podobnego pływającego zielska. I zapach też jakby gęstniał. Jakby coś tam w głębi gniło i fermentowało. W końcu doszli do czegoś co wyglądało jak mała zatoczka. Za nią podłoże nieco się wznosiło i był korytarz skalny. I coś tam majaczyło jeszcze na skraju widzialności pochodni. I niespodziewanie dla wszystkich poruszyło się. Dało się słyszeć echo kroków jakby końskich kopyt na bruku. A w końcu z mroku wyłoniła się jakaś istota. Nawet trochę podobna do konia. Tylko wielkie, wyłupiaste oczy były wielkości kurzych jak zamiast normalnych, końskich oczu. Do tego albo biły jakimś własnym bladym światłem albo tak intensywnie odbijały światło pochodni. No i na czole stworzenia wyrastał potężny, pojedynczy róg. Trochę to wyglądało jak jakaś wypaczona plagami werska jednorożca. Skóra była pokryta bąblami i odpadała płatami. Stworzenie zatrzymało się blokujac niejako dostęp w głąb korytarza z jakiego wyszło. Ludzie też się zatrzymali nie bardzo wiedząc co teraz począć i co się zaraz stanie.

                                    Otto przyglądał się istocie przez chwilę, po czym otworzył szerzej oczy.

                                    - Heh, a jednak to to widział. Będę musiał uważniej oglądać moich pacjentów. - oddal Loszkę Strupasowi - Dajcie mi spróbować. Chyba, że ktoś tu potrafi gadać językiem Niezrodzonych. - wyszedł przed resztę ekipy.
                                    - Błogosławieństwa Ojca Chorób, dla ciebie i twoich krost. Jesteśmy sługami Nurgla i poszukujemy ołtarza jego wybranki, Oster. Czy ty jesteś jego strażnikiem?

                                    Strupas złapał za smycz kobiety która zakwiliła coś niezrozumiale i jako jedyna z ich grupki zdawała się nie okazywać wahania, obaw a jedynie mruczała coś szybko i chyba z zadowoleniem. Garbus pokręcił głową, że nie zna jakichś nadprzyrodoznych języków. Vasilij położył dłoń na mieczu ale go nie wyciągnął. Pozostali dwaj jego kamraci stali parę kroków dalej niepewni co robić. Ten bez pochodni powoli sięgnął po łuk aby mieć jakąś broń w rękach gdyby poczwara ich zaatakowała.

                                    - Myślisz, że to coś mówi? - zapytał cicho herszt przemytników mając chyba co do tego wątpliwości. Stwór zaś chyba węszył sądząc po ruchach przegniłych chrap i nasłuchiwał resztkami, postrzępionych uszów. Może i patrzył swoimi wyłupiastymi oczami bez powiek ale jak tak to trudno było to określić. Poza tym jednak ani nie zaatakował ani się nie poruszył.

                                    Otto przekrzywił głowę.

                                    - Strupas, podejdź tu z Loszką. Może potrzebujemy kogoś, kto ma podobny stan świadomości. - mnich kajał się, że nie pomyślał, że może być kłopot z komunikacją jak z Sorią. Jak wróci, będzie musiał poprosić Starszego, albo Mergę lub Joachmi, aby nauczyli go mowy demonów.

                                    Garbus postąpił parę ostrożnych kroków do przodu wcale nie mając radosnej miny. Te kopyta, masa no i róg wyglądały na takie z którymi lepiej było nie zawierać bliższej znajomości. Poprzedzająca go kobieta trzymana na smyczy nie okazywała takich wątpliwości. Coś tam gdakała po swojemu, zaśmiała się raz czy dwa no ale jak to była jakaś forma komunikacji to trudna do prześledzenia dla pozostałych śmiertelników. Stworzenie postawiło resztki uszu w sztorc i zdawało się, obserwować tą pierwszą dwójkę. Ale jakoś poza tym nic za bardzo się nie stało.

                                    - Mnie to wygląda na jakiegoś zmutowanego konia. Czy coś podobnego. Nie wiem czy da się z tym czymś gadać. - znów cicho szepnął Vasilij obserwując całą tą scenę nieco z boku.

                                    - Uważaj Vasilij. To najpewniej champion Nurgla tak, jak Soria jest Slaanesh. Nie chcesz istoty tak błogosławionej urazić… zaraz. - Otto spojrzał na Loszkę - Hm… może… - Otto wrócił się do "wody", biorąc gęstą maź na dłoń. Upewnił się, że miał dostateczną ilość na swój plan. Wrócił do kobiety i namalował jej pospiesznie trzy kręgi, otaczające trzy strzały na brzuchu. Miał nadzieję, że istota zareaguje na symbol swego patrona.

                                    - Soria to chociaż wygląda jak człowiek. - przypomniał mu cicho herszt przemytników ale nie ciągnął dalej tematu. To dziwne, obce stworzenie jakie stało w milczeniu u wylotu skalnego tunelu zdawało się peszyć jego i pozostałych. Za to ciemnowłosa kobieta bez oporów zadarła do góry koszulę aby Otto mógł namazać symbol Nurgla.

                                    - Zdejmij to. - polecił jej Strupas i sam zaczął zdejmować z niej koszulę aby ta nie zasłaniała wymazanego szlamem symbolu. Wkrótca półnaga Loszka stała na smyczy jako wysłannik ich grupy. Stworzenie pochyliło ku niej swój łeb jakby obserwowało teraz głównie ją. Czy coś widziało czy nie nie szło zgadnąć. Ale ruszyło powoli naprzód. Vasilij uciszył swoich ludzi bo ten z łukiem już chciał strzelać. Wszyscy wydawali się zaniepokojeni i skorzy do ucieczki. Koniopodobny stwór zatrzymało się o dwa kroki przed Loszką i zaczęło węszyć. Kierowało chrapy ku jej brzuchowi i wymazanemu tam symbolowi. W końcu parsknęło coś nienaturalnie chrapliwie co zabrzmiało jak basowe brzmienie stada much w głębi pustego dzbana.

                                    - No cóż… postęp? - zaczął Otto, może Sigismundus miałby więcej szczęścia. Postanowił pozwolić istocie na razie skupić się na Loszce - Jeżeli ją zaatakuje czy coś, odciągnij Loszkę. Ja postaram się go zająć, a wy uciekajcie. Nie możemy ryzykować sporu ze sługą Nurgla.

                                    Vasilij pokiwał głową ale minę miał dość niewyraźną. Starcie z całkiem sporym przeciwnikiem i to na tak krótki dystans oznaczało, że pewnie kogoś by ta istota zdołała dorwać i pewnie poharatać. Chociaż najbliżej niej stała półnaga kobieta na smyczy. Ta chyba jako jedyna zdawała się nie odczuwać napięcia. Wyciągnęła dłoń ku przegniłym chrapom jakby miała do czynienia ze zwykłym koniem. Stwór czy zaciekawiony czy zwabiony takim ruchem postąpił o krok a potem kolejny do przodu. Zbliżył się na tyle, że kobieta zdołała pogłaskać go po tych chrapach. Stworzenie wydało z siebie dziwny, wibrujący dźwięk który był trudny do interpretacji. Ale jeśli choć trochę zachowaniem przypominało zwykłego konia to nie wydawało się agresywne. Przynajmniej nie względem Loszki.

                                    - To co teraz? - zapytał cicho Strupas obserwując niepewnie poczynania nawiedzonej kobiety i obcego stworzenia.

                                    Mogliby stać tu całą wieczność, lub wykonać ruch.

                                    - Spróbuje ich ominąć i ruszyć w głąb korytarza. Miejmy nadzieję, że będzie zbyt zajęty, albo po prostu akceptuje nas teraz. - jak powiedział tak zrobił, wykonał jak najszerszy łuk wokół stworzenia oraz kobiety i spróbował ruszyć dalej.

                                    Pozostali poczekali aż pójdzie pierwszy i to co zrobi ta gnijąca istota. Ta jednak jakoś nie interweniowała gdy Otto ją obchodził. W końcu obszedł. I stanął na tych śluzowatych śladach jakie pozostawiła ta konna bestia. Widział w świetle pochodni na parę kroków, że dalej jest jakiś skalny korytarz. I te kopytne ślady na dnie tej jaskini. Strupas puścił smycz i dołączył do Otto. Vasilij i dwóch jego pomagierów zrobiło to samo.

                                    Korytarz był węższy i niższy niż poprzednio. Skalne sklepienie było z pół kroku ponad głowami. Dało się iść wyprostowanym ale pochodnie co jakiś czas uderzały o ten naturalny sufit sypiąc wtedy iskrami. Tutaj ten zgniły zaduch jakby zgęstniał jeszcze bardziej. Vasilij i jego ludzie założyli chusty dla ochrony przed tym smrodem. Dotarli do jakiegoś pomieszczenia o owalnym przekroju. W świetle pochodni przykuwał uwagę jakiś prostokątny kamień wyciosany z jednej bryły. Wyglądał jak jakiś ołtarz. Na nim stały od nie wiadomo jak dawna nie używane kandelabry z wypalonymi świecami. Jakieś ludzkie czaszki. I wielka, ciężka skrzynka. Chociaż bez kłódki ani żadnego widocznego zamknięcia. Pysznił się jednak na niej trójkropkowy symbol Nurgla.

                                    - To chyba tu. Nie dotykajcie skrzyni. -od razu rzucił do Visilija - Nurgle może chcieć bronić swych darów, a wy nie pasujecie na jego sługi. - kiwnął Strupasowi i podszedł do ołtarza. Przyklękając przed kamieniem i wypowiadając krótką modlitwę. Następnie podszedł do skrzyni. Z Wielkiej Czwórki jego oddanie do Ojczulka było najmniej widoczne, głównie dlatego, że dla większości ludzi południa, dary Nurgla są odrażające i straszne, a to nie pomaga w wtopieniu się w tłum. Miał jednak nadzieję, że jego praca w hospicjum, wśród brudnych i chorych jest miła Ojczulkowi.
                                    - Visiji patrzcie na tunel, z którego przyszliśmy. Strażnik może mieć obiekcje przed dotykaniem jego skarbu. - to mówiąc ujął czule skrzynie i spróbował podnieść wieko - A i spodziewajcie się, że smród zrobi się silniejszy.

                                    Herszt skinął głową i dwóch jego ludzi całkiem chętnie cofnęło się w pobliże wyjścia z tej skalnej komnaty jaka zdawała się być źródłem smrodu. On sam został ale też nie kwapił się aby podejść bliżej. Więc tylko garbus z głupkowatym ze szczęścia uśmiechem na twarzy, z nabożną czcią podszedł do tego ołtarza. Jednak oddał pierwszeństwo Otto aby ten sprawdził skrzynię.

                                    Ta nie okazała się w ogóle zamknięta. Ale wieko było z czegoś masywnego bo było całkiem ciężkie. Wewnątrz było kilka tub na pergaminy. Te okazały się całkiem lekkie, pewnie właśnie pergaminy albo coś równie lekkiego były w środku.

                                    - O! Zobaczcie tam! - krzyknął w podnieceniu Strupas. I z pochodnią w ręku podszedł do czegoś co wydawało się sadzawką pełną mętnej wody. A w nim widać było kilka mis. A w każdej małe, podłużne przedmioty wielkości albo ziaren grochu, albo fasolek. Przypominały jakiś skrzek albo jaja.

                                    Otto podszedł za nim.

                                    - Sigismundus pewnie będzie chciał to zobaczyć. - Otto zaczął - Wsumie artefakt Oster nie musi być przedmiotem, a kolejną plagą. - mnich zastanowił się chwilę - Masz jak to zabrać? - zapytał garbusa.

                                    - Tak, załaduję to… - Strupas pokiwał swoją brzydką głową i gorączkowo zaczął grzebać w swojej brudnej torbie. Coś tam klekotało a on na gwałt wyszukał jakąś sakiewkę, coś z niej w pośpiechu wysypał i ostrożnie zaczął ładować małe, obłe ziarenka z tacy do środka.

                                    - A w tej skrzyni coś jest ciekawego? Może jakiś skarb? - zapytał z nikłą nadzieją Vasilij widząc, że kolega tam zajrzał ale nic z niej nie wyjął.

                                    - Ktoś idzie! Ale chyba nie ten koń. Pochodnię widać. - uprzedził jeden z jego ludzi odwracając uwagę wszystkich. Faktycznie korytarzem widać było zbliżającą się pochodnię. I masywną sylwetkę aptekarza. Wkrótce wciąż ociekający wodą grubas wszedł do przybytku Oster.

                                    - Ah! Więc jednak istnieje! Nareszcie! Wielka jest łaska naszego patrona i jego wysłanniczki! - aptekarz rozpromienił się radośnie widząc te wszystkie ostro woniejące wspaniałości. Otto też już czuł, że oczu mu łzawią od tego smrodu i długo tutaj nie wytrzyma.

                                    - O ta… - delikatnie kaszlnął - Łaska z każdego otwora. Nic Loszce nie jest? Zostawiliśmy ją ze strażnikiem. - wrócił do skrzyni - Strupas znalazł misy z jakimiś jajkami… może coś dla ciebie. W skrzyni są tylko tuby z pergaminami, więc nie wiem czego jeszcze szukać.

                                    - Tuby ze zwojami? Żadnego złota ani klejnotów? Eee… Słabo… Chodźmy stąd bo zaraz się porzygam. - Vasilij machnął ręką na tak kiepski łup. W końcu jako przemytnik i herszt bandy wolał bardziej namacalne wynagrodzenie w monetach lub jakie szybko i łatwo na te monety można było wymienić.

                                    - Ta, została tam. Jaja? Jakie jaja? - aptekarz bezceremonialnie parł do przodu i teraz on sprawiał wrażenie ogara jaki węszy za świeżym, krwawym tropem.

                                    - Tutaj mistrzu! Zobacz ile ich jest! - zawołał wesoło garbus wzywając go dłonią. Ten podszedł i aż się zachłysnął ze szczęścia.

                                    - To jest to! To musi być to! To musi być dar od Oster! Ładuj tego ile wlezie! To na pewno jest cenne! - aptekarz wziął w dłoń jedną z “fasolek” i obdarzył ją miłosnym spojrzeniem jakby to był jakiś złoty samorodek czy najpiękniejszy diament. Garbus zaś zapakowawszy swoją sakiewkę znów zaczął szukać czegoś w torbie aby zabrać tego nasienia jak najwięcej.

                                    - Tam jest jeszcze ta skrzynia. Ale Otto mówi, że tylko jakieś zwoje. Pospieszcie się. - Vasilij zwrócił uwagę grubasa na kanciastą bryłę kamienia i stojącą na niej dziwną, ciężką skrzynię.

                                    - Zwoje? Jakie zwoje? - Sigismundus spojrzał na niego a potem na kamień i skrzynkę. Podszedł do niego, otworzył skrzynię i wyjął te trzy tuby. Otworzył jedną z nich i w środku ukazał się swój jakiegoś papieru. Ostrożnie wydobył go i rozwinął powoli.

                                    - Aha! Przesłanie Oster! To na pewno to! Hmm… Tylko nie po naszemu… Ani w klasycznym… No nic! Zabierzemy to do Starszego albo Mergi to może coś z tego odczytają! - powiedział uradowany chowając i pieczołowicie zamykając tubę.

                                    - Sigismundusie… - zaczął Otto, ale ponownie przerwał mu kaszel. Najwyraźniej zapach świątyni już zaczynał go przerastać - Wiesz, że możemy być zmuszeni pozostawić tu Lochę? Nie wiem czy ona będzie skora do wyjścia, a zważając, że ciągle jesteś mokry… nie wiem czy szarpanie się z nią na przejściu to dobry pomysł.

                                    - Zdechnie tu jak tu zostanie. A jeszcze nam się przyda. Zabieramy ją ze sobą. No chyba, że się uprze, że nie damy jej rady. To trzeba będzie znaleźć nową do testów. Chociaż tej mi trochę szkoda, bardzo utalentowana jest. Ale tak, chodźmy już stąd. Zimno mi. - odparł Sigismundus nieco chaotycznie jakby miał kłopot ze skupieniem uwagi. Garbus kończył ładować jaja do torby i też już zmierzał do wyjścia. Vasilij tylko na to czekał i dał znać swoim ludziom aby wracali tak samo jak tu przyszli. Zresztą nie szło się tu zgubić bo korytarz się nie rozgałęział. Sigismudnus rzucił ostatni raz na komnatę, zapakował zwoje do swojej torby i ruszył za nimi w powrotną drogę.

                                    - Jeżeli strażnik podąży za nami… albo za Loszką. Trzeba będzie uważać z powrotem, jeszcze nam brakuje uwagi miasta. - Otto wziął trochę głębszy oddech kiedy smród był mniej zjadliwy - A właśnie. Sigisnumdusie, masz u siebie jakieś zielsko na uspokojenie? Powiedziałem, swojemu przełożonemu w hospicjium, że ruszyliśmy na poszukiwanie lokalnej odmiany, wymyślonego elfiego chwastu.

                                    - Tak, pewnie, mam coś u siebie. To ci dam jak wrócimy do miasta. - aptekarz pokiwał swoją byczą głową na znak zgody ale widać było, że jest głównie zaabsorbowany swoją nową zdobyczą która zapowiadała się tak obiecująco. Wrócili do tej większej jamy gdzie wciąż Loszka przytulała się do śmierdzącego, gnijącego strażnika tego miejsca. Strupas i reszta obserwowali chwilę tą scenę zastanawiając się co teraz zrobić.

                                    - Zabierz ją. - aptekarz polecił garbusowi i ten ostrożnie podszedł do Loszki. Chwycił ją za smycz obawiając się chyba zetknąć bezpośrednio z tym mrocznym stworzeniem. I pociągnął ją do siebie. Kobieta opierała się krzycząc coś jak dziecko ale w końcu jak jeszcze dołączył Vasilij to we dwóch dali radę ją odciągnąć.

                                    - Bardzo dziękujemy czcigodny strażniku za twe hojne dary. Zrobimy z nich użytek na cześć i chwałę Oster i naszego Papy. - na pożegnanie Sigismundus skłonił się uroczyście czworonożnej istocie jakby była jakimś wysokiej rangi dostojnikiem. A ta przyjęła to wszystko ze spokojem. Nie ingerowała w ich odwrót w kierunku wyjścia z jaskini odprowadzając ich swoim bladym, wyłupiastym wzrokiem.

                                    Otto ruszył za pozostałymi, coś nie dawała mu spokoju.

                                    - Albo to najgorszy strażnik jakiego widziałem, albo nas rozpoznał. - pokręcił głową, spodziewał się, że Loszka będzie nie lada źródłem bólu głowy w drodze do miasta.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Online
                                      SantorineS Online
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #43

                                      Oryginalny autor: Lord Melkor

                                      - Kopf wydaje się być być rozsądny, od dawna wam przewodzi? - Czarodziej spytał się Lily. - Wiesz która z Potęg jest jego patronem?

                                      - A Hetzen mówisz wyznaje Boga Krwi? - Joachim skrzywił się lekko - Jest jakaś przyczyna, że cię nie lubi?

                                      - On chyba nie lubi nikogo. Rozstawia wszystkich po kątach. Tylko Kopfa i Opal się słucha. No ale nie ma rady. Sam jeden potrafi upolować i przywlec łosia albo tura. Nikt inny tego nie potrafi. A potem wszyscy z tego jemy. I w barach też mocny. Nikt mu nie podskoczy. Już dawno nikt nie próbował i wszyscy pogodzili się z tym, że jest najsilniejszy. - Lilly wzruszyła ramionami siedząc przy swoim stole zbitym z żerdzi przez co wydawał się dość ażurowy. Mówiła jakby nie tylko ona ale i wszyscy zaakceptowali fakt, że Hetzen jest jaki jest. Ale jest ich najsilniejszym obrońcą i żywicielem.

                                      - A Kopf tak, już trochę jest wodzem. Z parę lat. Jak byłam mała to był Brandt ale słabo go pamiętam. Tylko, że długą, siwą brodę miał. A potem zachorował i umarł. I Kopf przejął władzę. No i rządzi nami. Razem z Opal. We dwoje nami rządzą. Są mądrzy i jakoś dają radę w trudnych czasach. Jak w zimie. Wszystkie zimy są dla nas trudne i głodne. Najwięcej z nas umiera właśnie zimami. - co do wodza z wielką głową miała odmienne zdanie niż o ich myśliwym. Wydawało się, że ma do niego zaufanie i raczej pozytywną opinię.

                                      - Faktycznie brzmi jak dobry przywódca - uśmiechnął się Joachim, zastanawiając się jak musi wyglądać życie w takie grupie mutantów. Z tego co słyszał, raczej nie chciał by tak egzystować i martwić się by przetrwać zimę.

                                      - Opal….ona też tu jest? A jakieś większe starcia czy konflikty z ludźmi lub zwierzoludźmi mieliście w ostatnich latach? - spytał się.

                                      - Większe? Bo ja wiem… No zdarza się, że coś się dzieje w lesie. Ale to głównie jak ktoś z myśliwych pójdzie na polowanie i trafi na jakichś zwierzoludzi albo gobliny. No w ogóle jak wyjdzie gdzieś dalej w las to można ich spotkać. Chociaż przez ostatnią zimę to jakby więcej było tych ataków. A potem to nie wiem bo byłam z wami w mieście. - z tego co mówiła gospodyni wynikało, że starcia i potyczki gdzieś w trzewiach lasu to nic wyjątkowego. Chociaż raczej na pojedyncze osoby, głównie myśliwych co się zapuścili za zwierzyną zbyt daleko.

                                      - A Opal tak, jest, ale ona mieszka w osobnej chacie, w głębi jaskini. - przytaknęła, że ich wyrocznia zapewne jest w jaskini ale mieszka nieco z dala od reszty osady.

                                      - W głębi jaskini, powiadasz? - spytał się pogrążony w zadumie Joachim - Zaprowadzisz mnie do niej? Skoro już spędzał już tutaj czas, to równie dobrze mógł go owocnie wykorzystać i spotkać drugą z przywódców plemienia. Miał zamiar zapytać się jej jakie aktualnie problemy ma grupa mutantów i czy mogą jakoś sobie wzajemnie pomóc ze Zborem Starszego. Na przykład Zbór mógł im dalej dostarczać żywności w zimie, a mutanci informować o sytuacji w rejonie. Mogli też przecież połączyć potencjalnie siły przeciwko wspólnym wrogom, takim jak łowcy czarownic i ich poplecznicy.


                                      Joachim zgodził się z dziewczynami że lepiej w miarę szybko wrócić do miasta i upewnić się, że ołtarz dotarł bezpiecznie oraz poczynić przygotowania do turnieju, choć wcześniej chciał jeszcze poznać Opal. Co do konfuzji co do pory miesiąca i odległości do pełni, oświadczył z uśmiechem, że może to łatwo rozwiązać patrząc na niebo, po czym wyszedł na ze swoją lunetą poczynić obserwację nieboskłonu. Wyjście na zewnątrz z dusznej jaskini było dla niego przyjemnością a obserwacja nieba miłą odmianą po tych wszystkich rozmowach i negocjacjach.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Online
                                        SantorineS Online
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #44

                                        Oryginalny autor: Pipboy79

                                        Oryginalny tytuł: Tura 13 - 2519.07.01; knt; zmierzch

                                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; okolice miasta; postój przy trakcie
                                        Czas: 2519.07.01; knt; zmierzch
                                        Warunki: - ; na zewnątrz: zmierzch, sła.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

                                        Otto

                                        Dzień się powoli kończył. Jeszcze było jasno ale się kończył na tyle szybko, że dla wszystkich stało się jasne, że nie zdążą wrócić do miasta przed zmierzchem. Więc trzeba będzie poszukać jakiegoś miejsca na nocleg. W tej jaskini to im jednak zeszło całkiem sporo czasu. Do tego przemoczony do ostatniej nitki Sigismundus trzymał się dzielnie no ale nie pomyślał aby zabrać na wycieczkę zapasowe suche ubranie więc męczył się mocno z tą podróżą w mokrym ubraniu. Niemniej rozgrzewała go nadzieja i wizja sukcesu więc traktował to jako drobną niedogodność. Pod koniec dnia jeszcze spadła ulewa która i tak przemoczyła ich wszystkich. Buty i nogawki mieli mokre na wylot a i pod peleryny i płaszcze taki mocno zacinający deszcze potrafił się dostać chociaż już nie tak bardzo. Tak czy siak wędrówka okazała się mocno męcząca dla wszystkich. Nawet jak zdecydowali się wracać traktem prowadzącym do miasta. Zwłaszcza, że biegł on względnie niedaleko wybrzeża.

                                        Po tej ulewie jaka na szczęście się skończyła wszystko wciąż było mokre. Drzewa, błoto, krzaki, liście no i oni sami. A skończyła się w takim momencie, że akurat był czas poszukać miejsca na nocleg póki jeszcze było widno. Pomógł im w tym przypadek. Znaleźli jakieś miejsce między drzewami z wypalonymi śladami starych ognisk, ułożonymi przewróconymi pniami w roli ławek. To aby nie iść dalej zdecydował Sigismundus. Raz, że już wiadomo było, że do miasta dziś i tak nie zdążą wrócić. Zostało im jeszcze z pół dnia. Może wrócą jutro w południe jak nic im nie przeszkodzi. Dwa, że sam już był mocno zmęczony po tych paru dzonach spędzonych w zimnym, mokrym ubraniu. A trzy gdzieś tam w oddali na trakcie widać było ślady ogniska i śpiewy jakichś pobożnych psalmów. Aptekarz nie życzył sobie takiego pobożnego towarzystwa a nie wiadomo było czy jak ich minął to będzie jakieś dobre miejsce na nocleg.

                                        Vasilij się z nim zgodził, że nie ma co się dłużej forsować. I ze swoimi ludźmi mocno się natrudził aby w tym zlanym ulewą błocie, trawie i lesie uzbierać drewno na ognisko a potem je rozpalić. W końcu się jednak udało. Zanim banici zdołali na tym mocno strzelającym wilgocią ogniu coś odgrzać z zapasów jakie mieli to już zrobił się wieczorny półmrok.

                                        Sigismundus nie był zbyt pomocny przy tych pracach obozowych. Za to jak już ogień zapłoną chętnie zdjął swoje ubranie i spróbował je ułożyć przy ogniu aby je wysuszyć. Strupas zaś albo trzymał albo uwiązał Loszkę na smyczy. Ta była dość niespokojna. Jak się okazało ten symbol Nurgla wymazany szlamem na jej brzuchu skruszał i w końcu odpadł. Ale na skórze młodej kobiety w tym miejscu pojawiło się odbarwienie jakie zachowało kształt tego symbolu. Okazało się też, że się wymazała czymś na twarzy i skroni. Nie wiadomo jak i czym. Ale to coś mocno śmierdziało a gdy zeszło czy też sama je starła to pojawiły się w tym miejscu krosty. Była też mocno niespokojna i początkowo Strupas miał sporo problemów aby ją utrzymać na wodzy. W miarę jednak jak oddalali się od jaskini to kobieta wydawała się wracać do normy. Chociaż i tak garbus musiał mocno na nią uważać. Jak wreszcie się zatrzymali na noc mógł sobie ulżyć przywiązując ją do pieńka.

                                        Zaś półnagi grubas z lubością i z niecierpliwością skorzystał z okazji aby nacieszyć oko papirusami wyjętymi ze zwojów. W świetle zapadającego zmroku i światła ogniska mógł je przejrzeć dokładniej a nie tylko rzutem oka jak w jaskini Oster.

                                        - O! Muchy! Wiedziałem! Tak czułem, że nie idziemy tam na darmo! - zawołał z entuzjazmem gdy obcego mu pisma rozczytać nie mógł. Ale za to rozpoznał chociaż niektóre ze szkiców jakie były tam umieszczone.

                                        - Ciekawe… To chyba proces życiowe… Od jaja, przez larwę, kokon i dorosłego osobnika… Ciekawe co znaczą te podpisy… I kobiece łono… Ciekawe… Czyżby je trzeba było umieścić w kobiecym łonie? Ciekawe… Tego nie próbowałem. No i ja miałem tylko zwykłe muchy a te cudne jajeczka na pewno są wyjątkowe i cieszą się błogosławieństwem Oster. - mamrotał podekscytowany chłonąc te starożytne zapiski jakie mogła sporządzić jedna z czcigodnych Sióstr. I to ta jaka poświęciła się temu samemu patronowi co on. Niestety poza niekótrymi symbolami oznaczającymi ogólny Chaos albo glify Nurgla niewiele dało się z nich zrozumieć. Były jakieś schematy i glify które wyglądały na ważne i starannie wykonane. Ale kompletnie niezrozumiałe. Więc najczytelniejsze wydawały się właśnie te rysunki ludzkiej anatomii, głównie kobiecej i właśnie ze szczególnym uwzględnieniem kobiecego łona. Właściwie męskiej anatomii to tam nie było. A wedle strzałek i rysunków to chyba trzeba było umieścić jaja wewnątrz kobiecego łona. No i jeszcze te schematy insektów, głównie much im było poświęcone najwięcej uwagi.

                                        - Ah jak chciałbym mieć to już przetłumaczone! Wiedzieć co tu jest! - Sigismundus prawie zawył żałośnie ze swojego cierpienia i zniecierliwienia jakie go gnało do miasta odkąd wyszli z jaskini. - No ale nie możemy tego daru Oster zmarnować. Aż tak dużo jakbym chciał tych jajeczek nie mamy. Mam nadzieję, że Merga i Starszy poradzą sobie z tym tłumaczeniem. I nie będą z tym zwlekać. Przecież to jest o wiele wartościowsze i ważniejsze niż posąg tych ladacznic! Z tego przecież nic nie będzie! Same orgie najwyżej. Ale ja! Z tymi darami od Czcigodnej Oster! Ja mogę podbić całe miasto! - aptekarz wyraźnie miał skoki humoru od egazltacji gdy myślał o sukcesie i nagrodzie jaką wkrótce odbierze w postaci przetłumaczenia papirusów i zrobienia użytku z zabranych jaj aż po skrajne przygnębienie i zniecierpliwienie gdy zdawał sobie sprawę, że chociaż już jest tak blisko to jeszcze musi czekać.

                                        - Nie róbcie nic nagle. Ktoś tu jest. Obserwuje nas. - Vasilij powiedział to tak spokojnie wrzucając kolejną ułamaną gałąź do ognia jaki strzelił iskrami, że w pierwszej chwili to łatwo było przegapić. I trudno było się nie powstrzymać aby nagle nie zacząć się rozglądać na boki. Na niebie jeszcze były resztki szarówki ale tutaj, pod lasem, właściwie już było ciemno jak w nocy. Jeden z jego ludzi jakby od niechcenia sięgnął po leżący w sajdaki łuk jaki był obok niego i leniwie przesunął go sobie na kolana. Inni też zdawali się powoli szykować podobne ruchy.

                                        - Kto? Ilu? Gdzie? - zapytał cicho Strupas i na znak aptekarza usiadł przy uwiązanej do pnia Loszce aby się nią zająć gdyby zaszła taka potrzeba. Sam grubas zaś zaczął chować bezcenne zwoje z powrotem do pojemników a potem do torby aby je zabezpieczyć gdyby coś się miało zacząć dziać.

                                        - Nie wiem. Ale Albert coś usłyszał. Ktoś tam chodzi w lesie. Blisko nas. Pewnie nas widzi. - odparł cicho herszt banitów grzebiąc patykiem w ognisku. Był więc jakiś sygnał ostrzegawczy ale na razie bez żadnych wskazówek co to by miało być.

                                        - Może to ktoś z tamtych. - garbus wskazał brodą w kierunku gdzie spory kawałek dalej widać było łunę drugiego ogniska i słychać było te mocno już przytłumione lasem pobożne pieśni. Herszt wzruszył ramionami przyznając się do swojej niewiedzy.

                                        - Jeśli tak to łatwiej by im było przyjść traktem. - odparł co o tym myśli no ale ostatecznie to niczego nie przesądzało. Mimo ciemności jakie panowały już pod lasem to pewnie dałoby się przejść na przełaj po drodze. Albo przejść nią większość odcinka a pod koniec zejść w las i nim podejść pod ich obóz.

                                        - Powierzchniowcypowierzchniowcy! - z ciemności gdzieś z lasu niespodziewanie dobiegł ich nowy, nieco skrzeczący głos. Mówił szybko i jakby nerwowo. Nastała kłopotliwa cisza gdy przy ognisku wszyscy patrzyli po sobie albo gdzieś w tą ciemność.

                                        - Powierzchnowcyprzyjaciele! Nie lękać, ja przyjaciel! My handlować wcześniej! Wy dawać niewolnicy my dawać wam jamy! Dobre niewolnicy! Samice zwłaszcza! Chcemy więcej samic! Możemy zrobić handel. - skrzekliwy i dziwnie brzmiący głos z ciemności dalej mówił szybkimi zdaniami. I z tak obcym akcentem, że trudno było wziąć go za swojaka.

                                        - To chyba ktoś z tych podziemnych zwierzoludzi. Co Egon i reszta mieszkali u nich zimą. - rzekł cicho Vasilij co był wówczas na tych wymianach i jego ludzie w sporej mierze nałapali pechowców jacy potem znikali w podziemiach i los ich pozostawał nieznany ale raczej nikt chyba nie spodziewał się już ich ujrzeć żywych.

                                        - Jaki handel?! - odkrzyknął mu Sigismundus. Sam co prawda się nie załapał na tamte wydarzenia bo podobnie jak Otto dołączyli do zboru później ale jednak w kulcie mieli okazję chociaż o tym usłyszeć od tych z dłuższym stażem. Negocjacje chwilę trwały bo zwierzoludzie chyba wziętą na smycz Loszkę wzięli za niewolnicę. Ale o pozbyciu się jej aptekarz nie chciał słyszeć. Wtedy ten zwierzoludź co z nimi gadał powiedział, że tam u sąsiadów jest kilka obiecujących okazów. Tylko ich jest tam sporo. Jedną czy dwie sztuki mogliby chętnie zabrać do swojego leża. Ale jakby przyjacielepowierzchniowcy im pomogli w napadzie to mogliby się podzielić łupami.

                                        Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; tawerna “Wesoła mewa”
                                        Czas: 2519.07.01; knt; zmierzch
                                        Warunki: wnętrze tawerny, jasno, gwar tawerny ; na zewnątrz: zmierzch, sła.wiatr, pogodnie, nieprzyjemnie

                                        Joachim

                                        Burgund trzepnęła w tyłek odchodzącą zgrabną, blond kelnerkę. Ta pisnęła nie aż tak bardzo zaskoczona i odwróciła się ku niej posyłając filuterne spojrzenie. Ale odeszła z ich wnęki w jakiej stał prostokątny stół na kilka osób i ławy. Wnęka zapewniała komfortowe uczucie prywatności. Zaś Burgund była w swojej ulubionej tawernie, zresztą i Łasica traktowała ją jak swój punkt kontaktowy. Tutaj przecież mieli spotkanie przed wyruszeniem na Wrakowisko jakie zaowocowało spotkaniem Sorii. Nie było więc dziwne, że burgundowa łotrzyca czuła się tu swobodnie, jak u siebie i wszystkich zdawała się znać i ją znali wszyscy. A przynajmniej jak weszli to pozdrowiła się z paroma osobami siedzących przy swoich ławach czy kontuarze.

                                        - No wreszcie jakieś normalne jedzenie. - mruknęła Onyx z wyraźną przyjemnością wbijając drewnianą łyżkę w przyniesiony przez Corri posiłek. Wszyscy zdążyli zgłodnieć po dwóch dniach bytowania poza miastem. Niby coś zjedli u odmieńców i po drodze ale jednak nie umywało się do porządnego, gorącego posiłku. Dlatego nie tylko ciemnowłosa hedonistka chętnie pałaszowała swoją michę. Do tego gorące jedzenie przyjemnie rozgrzewało od środka. A po tej ulewie jaka spadła pod koniec dnia to wszystkich przechłodziło. Buty, spodnie i peleryny mieli mokre na wylot a resztę nieprzyjemnie wilgotną. Więc i ciepłe wnętrze tawerny wydawało się wybitnie przyjazne. Więc chyba nikt się nie zdziwił ani protestował jak Burgond zaordynowała, że skoro zdążyli tuż przed zamknięciem bram miejskich o zmroku to już lepiej zjeść kolację w jakimś porządnym lokalu. Czyli właśnie w “Mewie”. Niewiele brakowało aby musieli nocować w karczmie przed bramą która właśnie o takich spóźnialskich lub tych co nie mieli ochoty wchodzić do miasta.

                                        - I co? Jak się udała ta rzeczna i leśna wycieczka? Co teraz zamierzacie? - zapytała wesoło Burgund zerkając na towarzyszki i towarzysza tej wycieczki. Lilly pokiwała uśmiechniętą głową, że jej się podobało ale zamierzała wrócić na noc pod wieżę do kryjówki Mergi. Onyx podobnie i tylko wspomniała swoich licznych, nowych i jakże nietypowych kochanków jakich miała okazję poznać całkiem blisko. Chociaż mimo, że byli w niszy to unikała używania pełnych nazw. I miała zamiar wrócić do siebie. Burgund też chociaż liczyła, że zajdzie do Łasicy aby z nią pogadać co się działo w mieście odkąd się rozstali ze dwa czy trzy dni temu nad malowniczym starorzeczem Salt.

                                        - No i zobaczcie, jakie zmiany. To stare próchno w stolicy padło i nam turniej odwołali. A takie bym żniwa miała… - Onyx westchnęła z żalem bo jak tylko wrócili do miasta i ujrzeli te czarne flagi i wstęgi to od razu kojarzyło się z jakąś żałobą. No a parę szybkich pytań Burgund pozwoliła określić kto umarł i jakie są tego konsekwencje. Okazało się, że dzisiaj jest pierwszy dzień nowego miesiąca czyli ten w którym miał się zacząć turniej. Ale na razie odwołali. I czy w ogóle czy będzie później tego nie było jeszcze ogłoszone. Chociaż jak przechodzili przez Plac Targowy widać było te paliki, podest dla znamienitszej widowni no i całą resztę ukończonych przygotowań do tego turnieju. To jeszcze się dowiedzieli gdy słońce chyliło się ku zachodowi a oni szli znajomymi, zagnojonymi ulicami miasta zanim dotarli do portu gdzie była ulubiona tawerna obu łotrzyc z kultu.

                                        No ale i bez tego mieli co wspominać i rozprawiać póki jeszcze byli razem i nie rozproszyli się po własnych kontach i planach w tym mieście. Z pół dnia temu Lilly zaprowadziła ich do chaty Opal. Bo dziewczyny jak odkryły, że miałyby zostać same to też gnane trochę ciekawością dołączyły do tej wycieczki. Tam trzeba było iść jakimś poboczną odnogą jaskini praktycznie nie oświetlonej. Dlatego trzeba było skorzystać z pochodni aby oświetlić drogę.

                                        Dopiero sama chata była oświetlona. Wyglądała dość tajemniczo. Pewnie właśnie tak powinna wyglądać chatka wiedźmy wedle stereotypowych wyobrażeń. Przez okna biło światło z oświetlonego wnętrza przez co wydawały się świecącymi w ciemności oczami jakiejś maszkary. A przed chatą płonęły dwie pochodnie nieco psując ten efekt. W środku zaś była pomocnica gospodyni jaka ich przywitała. Po krótkiej rozmowie gdy weszła do wewnętrznej izby a potem wyszła okazało się, że ta zgodziła ich się przyjąć.

                                        Siedziała ze skrzyżowanymi nogami chyba na jakichś poduszkach. A te leżały na barwnym pledzie. Nogi zaś miała przykryte kocem jakby jej było chłodno. Podobne miejsca wskazała gościom więc też im zostało usiąść na tych poduszkach. Ale nie otoczenie przykuwało uwagę ale sama gospodyni. Wydawało się, że jest zrobiona z jakiegoś kryształu. Jak żywa rzeźba. Kryształ odbijał światła świec, ogniska i lampionów milionem refleksów na jej nieco kanciastej fakturze skóry. Lilly traktowała ją z takim samym szacunkiem jaki okazywała wodzowi ich małej społeczności odmieńców.

                                        Z rozmowy z szamanką wynikało, że społeczności potrzeba wiele rzeczy. Zwłaszcza “cywilizowanych” czyli takich jakich nie byli w stanie wytworzyć sami na miejscu. Dlatego wszystko tutaj wyglądało tak prymitywnie. Nie było warsztatu stolarskiego to nie było desek na porządne domy, nie było cegieł z tego samego powodu ani kowala co by wytwarzał metalowe przedmioty. Nawet pod względem ubrań to uzywali głównie tego co im ofiarował las w postaci skór, futer i kości. Z powodu tego, że mało kto u nich wyglądał wystarczająco ludzko aby uchodzić za człowieka to nawet z wieśniakami niezbyt było jak się wymieniać. Może by się udało ze zwierzoludźmi ale nie zawsze byli na przyjaznej stopie z nimi a oni też pod względem technologicznym wcale nie przewyższali odmieńców. Nawet na zbójowanie mało kto chodził bo do traktów było dość daleko od jaskini a nawet jak się udało kogoś dopaść to raczej mogło chwilowo kogoś wspomóc ale raczej nie wpływało na sytuację całej osady. Więc tak naprawdę to odmieńcom brakowało prawie wszystkiego.

                                        Za to znali tą leśną głuszę dookoła i potrafili w niej przetrwać. Mogli wykonywać proste prace jak szycie, oprawianie zdobyczy i inne powszechne prace jakie można było dokonać w gospodarstwie, przy rzece czy w lesie za pomocą swoich rąk. Do pewnego stopnia mogli się komunikować z niektórymi plemionami zwierzoludzi. Chociaż raczej podobnie jak to kultystom opowiadał Gnak ustami Lilly, raczej zazwyczaj każde plemię, także odmieńców, trzymało się swojego terytorium.

                                        Zaś w sprawie najbliższej pełni Mannslieba to musiał trochę policzyć. I wyszło mu, że dziewczyny dość dobrze w przybliżeniu określiły kiedy to będzie. Na początku drugiego tygodnia nowego miesiąca, dokładniej 13-go w Aubentag.

                                        Ale to było jeszcze w środku dnia jak zatrzymali się na mimo wszystko dość krótki odpoczynek. W końcu jak nie chcieli kolejnej nocy spędzać wśród odmieńców albo gdzieś w lesie to nie mogli zwlekać. I tak zdawało się, że zdążyli na ostatnie parę pacierzy przed wieczornym zamknięciem bram. Do tego pogoda jaka przez większość dnia była taka sobie, głównie z powodu silnego wiatru i mgieł to pod koniec dnia zepsuła się kompletnie. I z ponurego nieba lunęła ulewa mocząc ich dokumentnie. Nie było dziwne, że jak znaleźli się za bezpiecznymi murami to dziewczyny chciały się ogrzać i rozgrzać w znajomym otoczeniu i zjeść coś ciepłego. Dopiero życie zdawało się w nie wracać przy stole i jedzeniu.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Online
                                          SantorineS Online
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #45

                                          Oryginalny autor: Lord Melkor

                                          Joachim mruknął z zadowoleniem, odsuwając na bok pusty już talerz z jedzeniem i popijając z dzbanka grzane piwo. Podróż do miasta i te deszcze okrutnie go wymęczyły, więc z przyjemnością przyjął zaproszenie Burgund.

                                          - A dziękuje, myślę że podróż była całkiem pożyteczna. Poznaliśmy plemię Lily i dowiedzieliśmy się wiele o okolicznych plemionach zwierzoludzi. Musimy się naradzić ze Starszą i Mergą jak najlepiej wykorzystać tę wiedzę.... - przeniósł spojrzenie pomiędzy towarzyszkami i odrobinę się speszył przypominając sobie orgie podczas wyprawy i mieszane uczucia które one w nim wywołały. Od czasu do czasu można było w czymś takim wziąć udział, ale nie chciał się uzaleźnić od cielesnych rozkoszy, to nie była jego ścieżka.

                                          - W każdym razie Bogowie są z nami - udało się nam wszystkim bezpiecznie powrócić, a jak rozumiem ołtarz też dotarł jak należy. Teraz mam zamiar zająć się odnalezieniem artefaktu mojego Patrona, który prawdopodobnie jest w Akademii - odparł Onyx, upewniając się że ich stół jest wystarczająco oddalony by nie mogli być podsłuchiwani. Zastanawiał się, czy wykorzystać pomoc grupy Łasicy, on pomógł w ich misji więc może mógł liczyć na wzajemność.

                                          - A co do turnieju, to faktycznie szkoda, wszyscy mieliśmy związane z nim plany. Ale może po prostu go trochę przełożą, żeby przygotowania nie poszły na marne? - uśmiechnął się, jakoś trudno było mu sobie wyobrazić by ci wszyscy szlachcice tak łatwo zrezygnowali z takiego wydarzenia.


                                          Kiedy opuszczał tawernę, zastanawiał się nad planami na kojelne dni. Podczas najbliższej lekcji z Mergą miał zamiar porozmawiać z nią o okolicznych mutantach i zwierzoludziach. Ich różnorodność, mnogość natury i kształtów była naprawdę fascynująca - od wyglądającej jak posąg Opal po wilkołaczego Hetzena. Natomiast, z bardziej praktycznego punktu widzenia, z plemionami Lily i Gnaaka udało im się nawiązać przyjazne relacje, pytanie jak mogli to dalej wykorzystać. Może na przykład mogli zwabić w dziczy w pułapkę jakiś wrogów, chociażby wciąż kręcących się po okolicy łowców? Dobrze by też było nie zaniedbać zupełnie innych spraw - spotkać się na jakieś kolacji z Van Hansenami i zapytać co słychać w ich świecie.

                                          Natomiast najważniejsza była teraz sprawa artefaktu Pana Przemian. Wiedział, że prawdopodobnie jest w Akademii, ale nie znalazł dobrego śladu w części którą zwiedzał, więc może pomieszczenia gospodarskie? Łasica i Burgund byłyby pewnie w stanie pomóc mu się tam włamać, choć wahał się czy to na pewno dobry pomysł, może warto było postawić w tej kwestii wróżbę. Miał zamiar też poruszyć ten temat z Aaronem, tamten kiedy nie był za bardzo pijany miewał niekiedy trafne spostrzeżenia.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy