[CP2077] Syreni Śpiew Neonów [21+]
-

Hartley "Mack" MackinawH10, mieszkanie
Po tym jak Artemida dosłownie wyrwała mu drugą puszkę, Mackowi przeszła ochota na piwo. Kupił bardziej pod wpływem impulsu, cały sześciopak jakiegoś syntetycznego "Lite", niewiele różniącego się od wody, a nie z zamiarem nabzdryngolenia się. Oprócz przykrótkiej wymiany zdań z Brazil, Hartley nie kontynuował tematu. To nie był problem. To naprawdę nie był problem.
Zagłębiony w sieć uspokajał się. To był po prostu kolejny wypadek, żaden zamach terrorystyczny, żaden nawiedzony prorok jednoczesnego początku i końca i przenicowania i zgwałcenia kolejnego świata. Murphy nie był policjantem, ten drugi też nie pracował w mundurze, ich wóz nie był oficjalnym radiowozem. To że wyjechali na kogutach na ulicę umknęło wszystkim (przynajmniej na razie). Na ulicy dużo rzeczy błyszczy, jak na przykład neony ścigające się do wywołania padaczki.
Pewnie to jeszcze omówią, rozumował Mack, o ile w międzyczasie nie wydarzy się nic, co by było bardziej warte omówienia. Wieczorne wiadomości to zignorowały, ale są jeszcze całodobowe kanały karmione newsami. Przerzucił się na Night-Toka, do tego ścieku wszystkiego. Mack miał tam konto bo inni wrzucali tam filmy. On sam jakoś nigdy nie miał tej potrzeby. Dawało mu to dostęp do klipów z alleycatów i innych takich.
Dzwonek. Do. Drzwi. Ko. Go. Tam. Nie. Sie? I to było natarczywe. Brazil jak widać nie ruszyła się, żeby otworzyć. Czyli to Mack musi pofatygować się do kuchniosalonu i zobaczyć kto mu przeszkadza...
Nie, nie musi. Nie musi wstać i zobaczyć kto co chce. Pewnie kolejny natręt. Na pewno nikt, z kim Mack chciałby gadać, nie miał z nikim tutaj interesów. Szczególnie takich, z którymi trzeba by się było fatygować osobiście. XXI wiek ludzie!
To dlaczego to robię? Spytał siebie Mack, idąc do drzwi do ich współdzielonego mieszkadła. Bo pewnie będziesz potem się zadręczał, wylądujesz w spirali "overthinking" i w ogóle źle będziesz spać, a jutro z rana znowu do roboty.
Podszedł do interkomu przy drzwiach. Jak na razie nie zamierzał z tym tam rozmawiać ani temu komuś otwierać.
-
Switch.
Czego się kurwa gapisz?
Coś w nim pękło. Całe napięcie z ostatnich minut — Keira, Lalkarz, białe zjeby — znalazło ujście w jednym, ostrym wydechu.
– Stul pysk – warknął, robiąc pół kroku w stronę dziwek. W głosie nie było już kalkulacji, tylko surowa irytacja. – Jeszcze przed chwilą byłyście mięsem na rzeź, a teraz szczekasz? Srałaś w majty a teraz chcesz gryźć? Uważaj, żebyś sobie na mnie nie połamała zębów lala.
Spojrzał na plujące krwią ciało Tygera, potem na kobiety, które z drżącą zachłannością obmacywały zwłoki.
Poprawił położenie Streetmastera. Bez pośpiechu. Tak żeby widziały.
– Zaczynam tracić cierpliwość. – Machnął ręką w stronę ściany. – Trzy kroki w tył zanim zmieni mi się humor. A mam dzisiaj naprawdę podły dzień.
Nie czekał na odpowiedź. Odepchnął je brutalnie, szarpiąc za szmaty. Zatoczyły się do tyłu.
— Widziałyście ich wcześniej? — spytał nie przerywając przeszukiwań. — Tych białasów. Po co przyszli?
— To jacyś popaprańcy! — powiedziała jedna z nich. - Myślałam, że wszystkich nas pozabijają! Ale oni załatwili Josha i Ringo, a potem zaczęli pierdolić coś o gołębiach i miłosierdziu! A ty coś za jeden?
— A to już was chuj obchodzi — sarknął Raze. — Wypierdalajcie stąd zanim tamci zdecydują, że błędem było zostawiać was przy życiu!
Słysząc ostre słowa Switcha kobiety podniosły się z kolan i czym prędzej pobiegły w kierunku przeciwnego wyjścia z pasażu, ograniczając się do mamrotanych pod nosami przekleństw i złowróżbnych spojrzeń.
Kucnął przy pierwszym z trupów, przeszukując kieszenie w poszukiwaniu fantów. Rzucił szybkie spojrzenie na dłonie, nadgarstki, kark, szukając kluczyków, breloka, czipa dostępowego.
W tętniącej życiem wielkiej metropolii ludzkie życie nie miało dużej wartości, w przeciwieństwie do dobytku, który mógł przynieść wiele dobrego swojemu nowemu właścicielowi.Obaj mieli broń, noszone na szelkach pod kurtkami pistolety, po które nawet nie zdążyli w obliczu nieoczekiwanej napaści ze strony albinosów. Fikser wyciągnął je jeden po drugim, przełożył do kieszeni swoich spodni, gwizdnął przez zęby wymacując pod materiałem kurtki jednego z Tygersów charakterystyczny klucz aktywacyjny samochodu.
Przywołał z pamięci obu martwych mężczyzn śmiejących się z jakiegoś żartu we wnętrzu metalicznie zielonego Mizutani, skręcającego na chodnik ulicy opodal Switcha, kiedy ten przemierzał Japantown rozmawiając z wiszącym w eterze SlimWire.
Na podłodze obok zwłok leżał upuszczony smarthing. Gdzieś od strony Capitoli trzasnęły otwierane z impetem drzwi pasażu, huknęły donośnie uderzając w ścianę korytarza. Switch znieruchomiał na ułamek sekundy słysząc ten dźwięk, nie odrywając wzroku od smarthinga.
Switchowi wystarczył ułamek sekundy.
Dźwięk drzwi nie był zwykłym trzaśnięciem. Za szybki. Za ciężki. Za zdecydowany.
Nie ktoś wszedł, tylko ktoś wpadł.Myśl przeskoczyła po torach możliwości jak iskra po kablach.
NCPD.
Za cicho jak na patrol, za gwałtownie jak na rutynę — ale jeśli ktoś z sąsiedztwa zadzwonił, jeśli kamera coś złapała, jeśli…Kumple Tygersów.
Raymond Street. Japantown. Każdy trup ma tu kuzyna, brata albo gang, który lubi dopytać dlaczego.Albo ktoś, przed kim zawinęli się biali.
I to było najgorsze. Bo skoro oni uznali, że czas zniknąć, to znaczyło, że nadciąga coś, czego nawet oni nie chcieli spotkać twarzą w twarz.Ciało zareagowało szybciej niż głowa.
Switch już był w ruchu.
Odepchnął się od posadzki, kolano zaprotestowało bólem, płuca zassały powietrze. W biegu sięgnął jeszcze po smarthing leżący przy zwłokach — jeden szybki ruch, czysty instynkt.
Za szybki.
Śliski od krwi i potu plastmetal obrócił się w palcach, uderzył o posadzkę, zatańczył raz, drugi — i został z tyłu.
Nie zatrzymał się.
Nawet nie spojrzał.Za drogie sekundy.
Za mało warte.Buty uderzały o beton pasażu w równym, panicznym rytmie. Skręt. Barierka. Przeskok przez przewróconą hulajnogę.
Za plecami ktoś krzyknął. Albo wydało mu się, że krzyknął.
Nie sprawdzał.Switch uciekał.
-
HiFi 
- No dobra, chłopaki... zdaje się, że nikt nam nie odpowiada. To mam taką propozycję... - Podejdę do tych drzwi i zbadam, czy da się wejść do środka. Żabka, ja cię proszę, miej oko na tę wieżyczkę i gdyby postanowiła zrobić coś głupiego, nie pozwól jej, dobra?
- Dingo, ty byś z drona miał oko, żeby nam jeszcze jakieś kuku nie wyskoczyło, co? Możesz też przy okazji przeszukać gościa - wskazał na sterczące nogi.
-
HiFi 
Technik ostrożnie przemierzył podwórze. Nie potrzebował dopalaczy adrenaliny jak Leon. Sama krążyła mu teraz w żyłach. W panującej wokół ciszy każdy jego krok niósł się echem i miał wrażenie, że setki czujnych sensorów sprzęgniętych z lufami właśnie go namierzają. Oczy strzelały mu na boki, ale to na słuchu polegał. Wyostrzony, natężony...
Nic...
Dotarł do drzwi. Obrócił się sprawdzić, czy kumple nadal tam są, czy go asekurują. Kolejny zamek. Obejrzał całość i nadstawił uszu. Wcale by się nie zdziwił, gdyby ktoś podpiął zamek pod wysokie napięcie... Dotknął ręką...
Nic...
Wpiął się więc swym zestawem i po chwili odblokował wejście. Teraz pozostawało tylko wejść do środka. Przywołał gestem pozostałych.
– Ja otwieram drzwi - odezwał się do towarzyszy. - Solosi i zwierzęta przodem?
Zerknął na Żabkę.
-
Żaba
- Sam to pewnie bym tam wlazł przez ogrodzenie - Shawn pokręcił głową na słowa Hustona - I by było zielone, pstryk czerwone! Żaba w mikserze! - zaśmiał się i wskazał na drona - Git, że Dingo Junior był z nami.
Potem spojrzał na technika nadal bardzo z siebie zadowolony i po ostatnim komentarzu posłał Hajfiemu serduszko ułożone z dłoni i cierpki uśmieszek.
- Jeśli po tym twoim hokus pokus, mnie coś poszczeli, czy porazi magiku…
Niunia wyraźnie nie żartowała z ostrzeżeniami. I wyraźnie nie był to byle jakiś lewy garaż tylko jej faktyczna kryjówka. Mimo, że znało ją dwóch przypadkowych wanna-be-Chakasów i eks-Valentinos. Ano właśnie.
- Ale zanim, to ten dupek trupek już swojego sprzętu nie potrzebi, nie? - Co rzekłszy dał znać kumplom, by dali mu chwilę, aż on przeszuka denata. W zasadzie wszystko się przyda, poza naprawdę ostatnim szmelcem. A może kontakt Switcha zwiększy działkę, jeśli się dowie kto jeszcze dziuni szuka. Okazja. A okazje w Night City szybko mijają.Miał też w zamiarze Żabka się uzbroić w kawał jakieś blachy w razie gdyby po otwarciu drzwi aktywował się jaki mechanizm co czym w niego strzeli. W polonijnej Żabce co święta puszczali taki śmieszny film o gówniarzu, który zastawiał pułapki na włamujących mu się do domu złamasów. Fajny odmózg na długich zmianach. Jak się wie jak unikać tej pały Raviego.
-
Garaż Shivy w Little China, wczesny wieczór 14.07.77
Frog uwinął się z przeszukaniem ciała szybciej, niż HiFi zakładał, bez zbytecznego hałasowania i zwracania czyjejkolwiek uwagi. Klęcząc przy martwym młodym człowieku oklepał zwłoki ruchami zawodowego ochroniarza, wyciągnął spod jego ubrania pistolet, telefon i jakieś etui, potem odwrócił w bok głowę ofiary przesuwając palcem po jej skroniach, po skórze za uszami i na szyi, na koniec zaś nacisnął opuszkami palców ukryte pod powiekami gałki oczne zmarłego. Zadowolony z wyników oględzin, gwizdnął znacząco, chociaż ledwie słyszalnie, podniósł się z klęczek i dołączył do kompanów przy bramie.
HiFi raz jeszcze sprawdził status zamka bramy na ekranie swojego smarthinga, po czym wypiął z panelu kontrolnego wtyczkę złącza diagnostycznego posyłając Frogowi znaczące spojrzenie. Shawn zmienił chwyt na rękojeści Pacifiera, znieruchomiał na ugiętych lekko nogach czekając na skinięcie głowy Houstona.
Dron nomady brzęczał rotorami napędu, gotowy wślizgnąć się w szczelinę częściowo otwartej bramy na pierwszy elektroniczny sygnał swojego operatora.
- Dobra, zaczynamy - rzucił ściszonym głosem Frog, raz jeszcze zerkając na wyłączoną z użytku wieżyczkę oraz opustoszały zaułek za ogrodzeniem - Raz, dwa, trzy!
Dłoń HiFi nacisnęła guzik na panelu i brama garażu ożyła w jednej chwili zaczynając unosić się w górę. Zawieszony tuż nad powierzchnią podjazdu dron ruszył prosto w powiększającą się szczelinę wejścia, a jego kamera zaczęła streamować na smartgogle Dingo obraz wnętrza garażu.
Środek pomieszczenia wypełniało zimne światło jarzeniowych żarówek, komputerowych ekranów i lampek LED różnych urządzeń elektronicznych składających się na miejsce pracy półprofesjonalnego hackera. Po wyłożonej matami izolacyjnymi podłodze wiły się pęki kabli, w kącie przy wysłużonej kanapie można było dostrzec błyszczące w świetle jarzeniówek puszki po energetykach - nie widać było jedynie żadnego śladu życia.
Dingo poczuł to pierwszy, ponieważ jego implant węchu pracował przez cały czas w aktywnym trybie. Poprawnie interpretując impulsy fal mózgowych, neuralny procesor odciął wszczep w milisekundzie po zidentyfikowaniu skali bodźca wygenerowanego przez wciągnięte w nozdrza Houstona cząsteczki zapachowe, ochronił delikatny zmysł nomady automatycznie aktywowanym filtrem.
- Ja pierdolę - stęknął Hifi podnosząc do twarzy dłoń w zamiarze zatkania nosa - Co to kurwa jest?
Frog zadziałał instynktownie, płynnym ruchem łapiąc za własny nos, naciskając jednym palcem na ukryty w chrząstce lewego skrzydełka miniaturowy przycisk pasywnego filtra i wodząc jednocześnie po wnętrzu garażu lufą Pacifiera.
Jego cyberoko wciąż płonęło jasną czerwoną poświatą systemu inteligentnego namierzania celów.
- Czysto - oznajmił przekraczając próg pomieszczenia, ale nie opuszczając broni - Chyba wiem, co tak capi. Nie pękajcie, zaraz się wywietrzy.
HiFi jęknął raz jeszcze zasłaniając nos i usta, starając się jak najdłużej wstrzymać oddech.
W szczelnie dotąd zamkniętym garażu unosił się nieznośny, skręcający kiszki smród spalonego mięsa i rozkładających się płynów organicznych, poddanych wcześniej przez jakiś czas intensywnej obróbce termicznej.

-

Hartley "Mack" MackinawH10, mieszkanie
Zawahał się. Drzwi miały tylko prymitywny dzwonek, żadnego podglądu na to, co działo się na zewnątrz. Nie miał ochoty w ciemno otwierać drzwi.
Artemida nie reagowała, widocznie kompletnie wsiąkła w sieć. Mack otworzył okno ich czatu i wysłał krótką wiadomość:
PILNE. Sprawdź na kamerze, kto nam się dobija do drzwi.
Wyślij. I wystarczyło poczekać. Albo... Szybko przeskoczył do "swojego" współdzielone pokoju i wyjął pałkę. Jeżeli to będzie strzelanina, to nawet z pistoletem nic nie zdziała, bo tamten, tamta, tamci będą i tak gotowi.
-
Mieszkanie w H10, wczesny wieczór 14.07.77
Ściskając w dłoni narzędzie mogące przy odrobinie szczęścia rozłupać komuś czaszkę, Mackinaw stanął na lekko ugiętych nogach w przedsionku apartamentu, spojrzeniem na przemian omiatając szczelnie zamknięte drzwi mieszkania oraz ekran trzymanego w drugiej ręce smarthinga.
Brazil wciąż pozostawała w swoim pokoju, pozornie zatopiona w otchłani Sieci poza zasięgiem bodźców świata, zupełnie ignorująca pomawiany z natrętną uporczywością sygnał dzwonka oraz wymieszany z nim w równych proporcjach dźwięk walących po drzwiach pięści.
Lecz kiedy Mack stracił już nadzieję, że doczeka się jakiejkolwiek reakcji, jego smarthing ożył obwieszczając melodyjnym klangiem nadejście wiadomości zwrotnej.
Pięciu gostków, wszyscy czarni, wszyscy bardzo młodzi, takie szczyle, wyglądają na gangusów, broń, ale zabezpieczona, wyglądają na rozluźnionych, masz zdjęcie. Co robimy?
Mack uderzył czubkiem palca w załącznik wiadomości i otworzył zdjęcie wykonane kamerą monitoringu w maksymalnym zbliżeniu z końca korytarza.
- Co jest? - sapnął przyglądając się zmrużonymi oczami fotografii wykonanej zdalnie przez Brazil zaledwie dwie sekundy wcześniej.
Dzwonek wciąż nie milkł.

-

Houston "Dingo" Dawn
W pierwszej chwili Dingo poczuł się zdezorientowany, kiedy nagle całkowicie stracił węch. Dopiero po sekundzie zrozumiał co się stało – implant odciął połączenie, żeby smród nie uderzył go jak młotem.
Wszedł za Frogiem do garażu, rozglądając się po maszynerii. Większości nie rozpoznawał – w warsztacie używał dużo prostszego sprzętu – ale Brazil pewnie czułaby się tu jak w niebie. Houston uśmiechnął się smutno, myśląc przelotnie co to mówi o kondycji tego miasta i ich ekipy. Nomada podszedł do swojego drona, który leżał teraz bez ruchu w trybie uśpienia tuż za drzwiami garażu. Podniósł urządzenie, wyłączył i odruchowym gestem zważył je w dłoni, po czym schował do jednej z kieszeni lekkiej kurtki.
Spojrzał na wannę przy prawej ścianie pomieszczenia. Odchodziła od niej plątanina kabli, która niknęła gdzieś wśród ekranów i komputerów nieopodal. Ta najbardziej ludzka część charakteru Dingo miała nadzieję, że się myli, zakładając najgorsze… ale trudno było zaprzeczać faktom.
- Żebym dobrze zrozumiał… to cała Shiva, to koleżanka Switcha? Czy koleżanka kolegi? – rzucił pytanie w przestrzeń. – Pytam, bo raczej nie ucieszy się z wieści.
Cóż, dobra wiadomość była taka, że najprawdopodobniej ją znaleźli. Zła była taka, że nikomu już ta informacja nic nie da.Dingo westchnął ciężko, szczęśliwie odcięty od mdlącego zapachu spalenizny. Ruszył w stronę wanny. Ktoś musiał to zrobić. Switch pewnie będzie potrzebował chociaż zdjęcia, na dowód, że faktycznie ją znaleźli i faktycznie nie żyje. Pragmatycznie, jak zawsze. Życie w miejskiej dżungli toczy się dalej.
-
HiFi 
Mimo, że technik pozostał na zewnątrz, słodki zapach grillowanego mięsa walnął go w receptory węchowe niczym młot pneumatyczny. Rozum wysłał impulsy do żołądka wytrenowane na poziomie gatunkowym, a może jeszcze niżej nakazując mu się opróżnić w trybie natychmiastowym. To na wypadek, gdyby doszło do walki. Mózg, albo jakiś jego bardziej prymitywny antenat zamieszkujący podobną okolicę, odebrał zapach jako zagrożenie. Możliwość rany. Na przykład w brzuch. A rana w brzuch przy pełnych jelitach dawała dużo mniejsze szanse przeżycia niż rana przy jelitach pełnych.
Stąd, te kilkanaście tysięcy lat wcześniej populacja rzygających wyparła populację tych co nierzygali, dzięki naturalnej selekcji. I tak, ich praprapra do N-tej potęgi potomek, rzygał teraz za drzwiami garażu.
Mógł się tylko pocieszać, że te dwa cwaniaki mające blokery smrodu, miały mniejsze szanse przeżycia od niego. Teoretycznie. Przy postrzale w brzuch. Wolał tego nie testować.
Gdy już pożegnał się z batonami Allfoods oraz przekąskami Sobieski, splunął oczyszczając usta i przetarł je jako tako, a smród zdążył wyfrunąć i zaatakować dalszą okolicę, zajrzał do środka.
Czekał na to, co powie Dinguś. Chociaż wszyscy mieli w głowie podejrzenie, że to Shiva.
– Może Shiva nieżywa, a może ktoś, kogo zatłukła i tam włożyła - odezwał się od progu.
-
Żaba

- Włożyła trupa do swojej wanny? A potem nalała wody i zagotowała na zupę jak jaka szamanka woo-doo?? - spytał retorycznie Frog rozglądając się po garażu. - Sam w to nie wierzysz Hajfi... Tyle dobrego, że to nie kumpela Switcha, tylko jakiegoś jego ziomka.
Gdy Dingo ruszył pierwszy ku wannie, Frog podążył okrężną drogą lustrując po ochroniarsku perymetr. Nie znał się na tych netrunnerskich pierdołach, ale włam potrafił dojrzeć. Choć coś mu podpowiadało, że niczego nie znajdzie. Chwycił mijany na stoliku pilot i wcisnął guzik z napisem AC. Pudło podwieszone pod sufitem zabuczało wciągając powoli fetor zepsucia i krztusząc się niemniej niż HiFi.
- No chodź już HiFi. Nie świruj. Z nas trzech ty się najlepiej na tych technielogicznym gównie znasz. -
Japantown, wczesny wieczór 14.07.77
Pchnięte z całej siły obrotowe drzwi na północnym końcu pasażu zawirowały w szaleńczym tempie za plecami Switcha. Rozpędzony fikser zeskoczył trzy stopnie w dół w stronę zatłoczonego chodnika, balansując całym ciałem w zamiarze utrzymania równowagi i rozglądając się jednocześnie wokół siebie.
Huk i zgiełk wieczornych korków wydawał się docierać do poziomu codziennej kulminacji. Trzej wysocy mężczyźni w białych płaszczach mignęli fikserowi na ułamek chwili po drugiej stronie ulicy, zaraz znikając mu z oczu wśród tłumu ludzi. Śledzony podejrzliwymi spojrzeniami najbliższych przechodniów, Switch zwolnił kroku i stanął na krawężniku starając się wyglądać na przypadkowego turystę gapiącego się z tępym oczarowaniem na pulsujące neonami drapacze chmur.
Zamknięte automatycznie drzwi wbrew oczekiwaniom Raze’a jeszcze się nie otworzyły, jeszcze nie stanęli w nich nieznajomi, którzy wtargnęli chwilę wcześniej do pasażu przez jego południowe wejście. Kładąc dłoń na wepchniętym do kieszeni kurtki kluczu fikser przebiegł wzrokiem po jednej stronie ulicy aż po najbliższe skrzyżowanie, później zaś w przeciwną stronę.
Zielony Mizutani Shion MZ2, pokryty lśniącym lakierem i złotymi znakami hanzi obwieszczającymi wszem i wobec, że należał do ludzi z gangu Tyger Claws. Zaparkowany w prowokacyjny sposób tuż pod znakiem zakazu parkowania, bez wątpienia należał do obu sutenerów zamordowanych kilka minut wcześniej wewnątrz pasażu.
Switch nacisnął guzik klucza i Mizutani zamrugał w odpowiedzi swoimi światłami pozycyjnymi.

-
Garaż na tyłach Ferguson Street, wieczór 14.07.77
Shiva Lacroix najpewniej była do końca świadoma tego, co ją spotyka. HiFi rozmawiał wiele razy z Artemidą na temat Sieci i czyhających w niej niebezpieczeństw, przy piwku, przy skręcie i na poważnie, przy rozmaitych okazjach. Słyszał od niej o demonach Bartmossa, o dzikich SI, o botach blokujących opcję wylogowania, o pułapkach mentalnych, które wydawały się przeczyć prawom fizyki, a mimo to funkcjonowały w świecie będącym zaawansowaną technologicznie fuzją cyfrowych bitów i organicznych neuronów.
Słyszał też o Czarnym LODzie. Ofensywne oprogramowanie zdolne do infekowania osobistego hardware sieciarzy i nadpisujące biologiczne funkcje mózgu było postrachem hackerów. Opowiadając o Czarnym LODzie Artemida często gubiła swój frywolny sposób bycia, poważniała w wyrazie przestrogi. Raz wgrany do neuralnego procesora, LOD siał spustoszenie nawet po fizycznym odpięciu netrunnera od Sieci - był już po drugiej stronie punktu dostępu, w ludzkiej głowie.
Shira Lacroix mogła zerwać połączenie zaraz po pierwszym ostrzeżeniu o infekcji, ale nie zdołała zatrzymać inwazyjnego programu na czas. Nadpisując impulsy płynące z termoreceptorów LOD podniósł w błyskawicznym tempie temperaturę ciała młodej kobiety, z katastrofalnymi dla niej rezultatami.
HiFi przełknął ślinę spoglądając w ścięte białko ugotowanych oczu netrunnerki, w poczerniałe spękane wargi, pełną wybroczyn skórę pokrytą bąblami podskórych poparzeń tam, gdzie protokoły cyfrowego napastnika wywołały zwarcia wszczepów dziewczyny paląc żywą tkankę na węgiel rozpalonym metalem implantów. Wymieszana z chłodziwem woda wypełniająca wnętrze sieciarskiej wanny zdążyła już całkowicie wyparować, co tylko dowodziło skali ekstremalnych temperatur niszczących ciało Shivy Lacroix.
- Ludzka frytka - powiedział Camara opuszczając wzdłuż uda pistolet i stając obok technika - Pierdolę taką śmierć, kula w łeb to najczystszy możliwy koniec.
- Cały jej sprzęt ciągle działa - Houston odsunął się od sarkofagu netrunnerki i przeniósł spojrzenie na kilka komputerowych ekranów ustawionych na wciśniętym w sąsiedni róg biurku - Kompy, hi grade laptop, ta chłodziarka do sprzęgów. I chuj wie, co na dyskach, skoro była taka dobra. Ktoś ją usmażył, ale jeszcze po nią nie przyszedł. Może nigdy nie przyjdzie. Koleś Switcha kazał sprawdzić jak ta laska się ma, nie było chyba mowy o pilnowaniu jej sprzętu.
- Laska ponoć była samotniczką - Shawn cofnął się pod bramę garażu, zaczął lustrować bacznym wzrokiem ziejący pustką zaułek - Ktoś się w końcu zorientuje, że za paletami leży trup, potem dojdzie do garażu. Trzeba zdecydować, co robimy, chombasy. Młody, wyrzygałeś się do końca?
- Chyba tak, a co? - HiFi splunął na wszelki wypadek pod nogi, z trudem odrywając wzrok od ciała netrunnerki - Chyba nie będziesz teraz żarł?
- Młody na zewnątrz ma wszczepy - Frog kiwnął porozumiewawczo głową w stronę podwórza - Komplet cyberoczu, do tego gniazdo diagnostyczne na szyi. Kasa wszyta w martwe mięso, tylko się marnuje. Ta laska też może mieć w sobie coś cennego, chociaż wygląda na to, że wszystko się jednak zjarało. Ale jej sprzęt to osobna bajka. Ja się na tym nie znam, co innego Artemida. Mam wrażenie, że dostałaby orgazmu na sam widok tego garażu. Wiem jak to brzmi, ale życie jest brutalne. Jeśli my nie zaopiekujemy się tym towarem, zrobi to ktoś inny. Jak się któryś brzydzi, niech się jeszcze raz wyrzyga, zanim zaczniemy ciąć.
Dingo zmarszczył twarz w grymasie odrazy, podrapał się po szczęce w wyrazie niezdecydowania spoglądając to na HiFi, to Froga.
- Mack na pewno nie mógłby nam pomóc? - zapytał zaglądając z powrotem do środka wanny - Zna się na anatomii, łatwiej by mu było wyciągać wszczepy.
- Mack tego nie zrobi, nie lubi takich akcji - wzruszył ramionami Camara - Jest staroświecki i ja to szanuję, choćbym nie rozumiał. Najlepiej jakby się o tym w ogóle nie dowiedział, będzie mniej zbędnych komentarzy. To jak będzie, wyciągamy kasę z mięsa?
- Kurwa, bo ja wiem? - wzruszył ramionami Houston - Wolałbym chyba nie robić tego własnymi kurwa rękami. Switch ma chyba znajomych, co to robią profesjonalnie, co nie? Mogliby to zrobić za nas, po co się babrać w krwi?
- Im więcej zrobimy sami, tym więcej zarobimy - oznajmił twardym tonem Frog wsadzając Pacifiera do kabury i rozglądając się po stojących przy ścianie szafkach - Profesjonaliści Switcha zedrą z nas mnóstwo zyski, zostawią ochłapy na waciki, chuj z nimi. Wytniemy i wyczyścimy towar sami, a Switch go tylko opchnie za maksymalną cenę. Jest folia malarska, nawet dwie rolki. Dziunia nie wiedziała, że nam zrobi przysługę tym zakupem. Dingo, dawaj ze mną, trzeba wnieść tego kolesia z podjazdu, póki ciągle nikt go nie zauważył. Smarthing musiał mu się rozładować, nikt go nie namierzył po lokalizacji sygnału.
- Dobra, ale kurwa bez marnowania czasu - HiFi uderzył palcami w wyświetlacz swojego aparatu szukając naprędce odpowiedniej apki - I trzeba pomyśleć, co z tymi wszystkimi komputerami. W rękach tego nie wyniesiemy, potrzebujemy jakiegoś busa.
- Po kolei, młody, po kolei - Frog cofnął się od otwartej chwilę wcześniej narzędziowej skrzynki i potrząsnął znacząco trzymanym w dłoni tapeciarskim nożem - Nie ma co czekać z brudną robotą, bo się robię głodny, chcę to mieć za sobą.
-
Żaba

Tak jak przypuszczał garaż nie doznał włamania. Poza tym, które sprawił HiFi i Dingo Junior. A może Dings? Lepiej brzmi.
- Teee… Dingo? Wolisz, żeby tego twojego nazywać Dingo Junior? Czy Dings?Solos był w ewidentnie dobrym humorze. Jakby trafili z tym garażem diamentowego dropa w Night Strike’a. Taaa… zdarzało się, że czasem z chłopakami z kwadratu pocinał w strzelanki. Nawet Brazilka czasem się dołączała. Dobry odmózg zawsze na propsie! Ale na tym w zasadzie kończyły się zdolności netrunnerskie Camary.
Zobaczywszy na biurku koło jednego z monitorów miskę z orzeszkami wziął garstkę i wpakował sobie do ust. Odcięcie węchu to była jednak sprawa, która czasami miewała swoje dobre strony.
- To chodź Dingo - rzekł chrupiąc - Niech Valentinos nie marznie biedny na dworzu.Podczas gdy HiFi robił coś dziwnego ze sprzętami Shivy i wtaszczonym do środka trupem (a solos w najmniejszym stopniu nie wnikał w to wszystko, bezgranicznie ufając doświadczeniu ziomka), on sam skombinował sobie drabinkę by dostać się do uszkodzonej wieżyczki i odzyskać z niej karabin. Fajna zabawka z niego mogła być. On sam wolał broń krótką, ale mieć karabin, a nie mieć karabina, to już w sumie dwa karabiny. Czy jakoś tak… Okazało się, że sprawa może wymagać trochę dłubaniny więc stwierdził, że poczeka z tym na technika, o czym też nie omieszkał go poinformować. Pewnie chłopak i tak będzie chciał wyjść gdy Shawn się weźmie za Valentego. Nie. Nie miał specjalnie skrupułów przy krojeniu anonimowych martwych ludzi. Shivy by jednak nie ruszył. “Kumpela, kumpla” to już jednak nie to samo i jakaś tam nić w głowie powstaje. Do tego ma imię. I makabryczny stan zwłok. No nie. Aż tak go nie piliło jakkolwiek argument był przecież niezmienny. Zimnemu forsa niepotrzebna. Ale i tak nie zamierzał. Shiva już była w jakimś odległym kręgu znajomych.
Zostawił wieżyczkę i wrócił do środka. Zgarnął jeszcze garstkę orzeszków i rozsiadłszy się na obrotowym krześle, czekał aż HiFi skończy swoje czary.
- Mam ochotę powiedzieć, że kurwa fart mamy panowie… Ale wtedy się wszystko jebie. Więc nie powiem - obrócił się na fotelu kilka razy pogryzając orzeszki i wyciągnął zabrane Valentinosowi etui i pistolet by przyjrzeć się znaleziskom - Sobie myślę, że też trzeba będzie chyba wziąć jakiś syf do czyszczenia i powycierać wszędzie tam gdzie łapska kładliśmy. Jak na Nightflixie. Żeby psiarnia nas nie zniuchała.
Rozejrzał się zauważając poniewczasie, że trochę takich miejsc mogło być. Wzruszył ramionami. Tragedii nie będzie. Gdy niunia i gangus się wypłaszczali, on był w robocie. Postanowił jednak od tej pory unikać zostawiania śladów. Rozejrzał się też za monitoringiem garażu. Może Shiva coś takiego zainstalowała i byłaby wtopa odegrać w tym jej show rólki kretynów, którzy na to nie wpadli. Zwłaszcza, że miał się wziąć za łeb tego dupka trupka. -
HiFi 
– Jaki pożytek w domu z doka, kiedy ten brzydzi się implanty wyciągać? Narzekał HiFi, szykując się do „operacji”.
– W sumie handlując z Kretami, gorszych rzeczy się człowiek nawąchał i naoglądał - monologował na głos, przypominając sobie dziąsła Weroniki. Ze zsuniętych na szyję słuchawek poleciał jakiś rytm latino.
– Będzie ci pasować ta muzyczka - zwrócił się do Rodrigueza, po czym puścił jakiegoś rupiecia z poprzedniego stulecia.

– doctor beat... emergency... doctor beat - nucił sobie pod nosem fałszując przy tym straszliwie, bo o ile ruszać się na parkiecie potrafił, o tyle śpiewać... no cóż... [Kliknij na słuchawki aby odsłuchać!] – No, co tak kurwa się gapicie, dajcie tu trochę tej folii, pomóżcie mi zrobić fartuszek. I sprawdźcie, czy jest ciepła woda, albo jakakolwiek... i jakieś wiadro... ja pierdolę, toż to gorsze niż naprawa kawiarki... ale w sumie podobne... jak tam się jebniesz to też syf ci leci po rękach i się klei do wszystkiego. Nawet śmierdzi podobnie. Nie zdajecie sobie sprawy, jak potrafi cuchnąć kawa. Albo cukier...
– Zacznę od audio - ucieszył się HiFi. - Albo nie... test przeprowadzę na czymś innym... audio zrobię jako drugie... albo jako trzecie... zacznę od monitora bólu, potem biomonitor, potem zrobię audio... Kurwa, dlaczego ja to robię, ja nie mam blokerów węchu, muszę zrobić sobie przerwę, kurwa no, dajcie odetchnąć...

– Żaba, ty na rozwalaniu oczodołów się znasz... weź się przydaj na co i otwórz mi dojście do oczu... - sapnął, zmieniając sączący się ze słuchawek utwór. – Dajcie cynk Switchowi, że jest towar do zabrania ale potrzeba pojazdu. A słuchajcie... jak już przy załatwianiu interesów jesteśmy, to jeszcze nie miałem wam okazji powiedzieć... Sprawa jest... handlujemy z Kretami. Wiecie, dostarczamy im żarcie, a oni sprzęt. No i dzisiaj załatwili nawet coś ciekawego, takiego MC 275. Jak go naprawię i znajdę do niego części, to ze dwa kawałki z tego będą.
– Tylko zamiast jak zwykle, żesz kurwa no, co on taki twardy ... zamiast jak zwykle wziąć od nas żarcie, to chcą broni... dziesięć strzelb i dziesięć paczek amunicji i pięć smartgogli z termowizją... no ja im na to, że dam 8 strzelb, amunicję i bez smartgogli, czaicie, nie?
– Chłopaki, ja was proszę, ostrożnie z tym sprzętem. Jeżeli potraficie, to powyłączajcie co się da i zacznijcie demontować. Najważniejsze są nośniki danych. Damy je potem Bra, dane mogą być więcej warte niż sprzęt. Co to ja...
– Więc tak, żarcia nie chcą, ale broń i takie tam. Ale dla Macintosha warto, możecie mi wierzyć. Więc mamy takiego dila zrobić. A tu wtedy wpada trzech gości, ręce rozstawione jakby ich pachy swędziały, i do mnie i do Leona dają. Swoją drogą, tacy brzytwiarze, to chyba mają doświadczenie w cięciu i wyciąganiu wszczepów. No dobra, słuchajcie...
– Obłaskawiłem ich jakoś i dalej nakręcam dila. Mają załatwić mi i Leonowi pięć strzelb za żarcie. Więc jak dobrze pójdzie, to muszę dozbierać jeszcze tylko trzy sztuki i amunicje. A jak gorzej, no to ciut więcej. Kurde, może mnie ktoś w tył głowy podrapać? Swędzi mnie strasznie, a mam całe usyfione ręce... No, dobra, biorę się w końcu za audio...
– Tylko jeden z tych palantów rzucił tekst, że na wymianę mogą dostarczyć nam jakąś laskę, może nawet jeszcze żywą... - HiFi odłożył na chwilę robotę. - Chłopaki, ja się cieszę, że Leon się wtedy na nich nie rzucił. Kilka lat temu jemu jakieś gangusy zgwałciły i zabiły siostrę... I on im nie przepuści. Jesteśmy umówieni za dwa dni na wymianę. Nie wiem, co on zaplanował, ale muszę z nim pogadać. To, że on chce rozpieprzyć Brzytwiarzy to mi zwisa i powiewa. Ale ani ja wiem, czy oni planują dotrzymać umowy, ani wiem, co mu odpali. I bez tego chciałem was prosić o wsparcie podczas transakcji. Moglibyśmy pójść tam, może dziś jeszcze, zerknąć na miejsce, obczaić gdzie ktoś się może schować, albo gdzie samemu, przygotować? Co?
– I tego sprzęcioru jakbyście pomogli załatwić. Ja nie mam kasy, aby dokupić i zainwestować, zresztą pokażę wam macintosha w domu. Może Raze będzie miał dość kasy, by nieco wyłożyć?
-
Japantown, wieczór 14.07.2077
Raze dotarł do Mizutani z duszą na ramieniu, przez cały czas oglądając się dyskretnie za siebie w stronę wejścia do pasażu. Nieważne, czy do środka wdarli się gliniarze czy kumple wykończonych bez litości alfonsów, ktoś zwyczajnie musiał zaraz wyleźć na tę stronę budynku choćby po to, aby się rozejrzeć po ulicy.
Drzwi od strony pasażera stanęły otworem, kiedy centralny zamek wozu zarejestrował bliską obecność klucza. Zginając się wpół Switch wepchnął górną część ciała do wnętrza Mizutani, otworzył błyskawicznymi ruchami rąk schowek wygarniając jego zawartość na fotel pasażera.
Przezroczysty woreczek pełen intensywnie niebieskich pastylek, dwa podobne z kapsułkami bursztynowego płynu. Błyszczyk i Euforia, topowe uliczne narkotyki rozprowadzane przez Tygersów w całym Night City. Dwa załadowane nabojami pistoletowe magazynki. Paczka plastrów przeciwbólowych. Tablet Surabashi w ceramicznej obudowie. Sterty papierowych ulotek reklamujących tuzin orientalnych salonów masażu, kasyna i bary. Oraz dziwny elektroniczny przyrząd, który sprawiał wrażenie jakiegoś aplikatora o bliżej nieokreślonym zastosowaniu.
Raze podniósł wzrok znad schowka, zerknął poprzez wnętrze Mizutani na schody pasażu. Wciąż nikogo tam nie było, przez co presja czasu wydawała się rosnąć jeszcze szybciej. Przez sekundę walczył z pokusą wskoczenia za kierownicę wozu. Nie miał większego doświadczenia w prowadzeniu samochodów, nie miał nawet legalnych uprawnień, ale pewien był, że zdoła uruchomić silnik Mizutani.
Uruchomić na pewno, ale czy zdołałby się nim przebić przez uliczne korki Japantown?
Spojrzał pomiędzy oparciami foteli na tylne siedzenie samochodu. Pudła erotycznych zabawek z logo Aibusuru, lateksowe maski, maski tlenowe z filtrami stylizowanymi na paszcze orientalnych smoków.
Podniósł ponownie wzrok ku schodom.
Kurwa mać!
Byli już na zewnątrz, na najwyższym stopniu. Trzech facetów i jedna laska, w krzykliwych kolorystycznie strojach i charakterystycznych tatuażach gangu Tyger Claws, rozglądający się wokół siebie z wyciągniętą bronią. Dziewczyna stała z przodu, mówiąc coś do swoich kompanów i gestykulując przy jedną ręką.
Żadne z nich jeszcze nie dostrzegło Mizutani, ale Switch wiedział, że zlokalizowanie samochodu przez sutenerów było kwestią zaledwie sekund. Prostując się stałby się dla nich strzelecką tarczą, kucając za uchylonymi drzwiami wozu zostałby przyszpilony w miejscu.
Dziewczyna już zaczynała obracać głowę w kierunku znaku zakazu parkowania, doskonale widoczna na maksymalnym zbliżeniu obiektywu cybernetycznego oka Switcha.

-

Raze Switch More
Switch działał już wyłącznie na instynkcie.
Jednym ruchem zgarnął magazynki ze schowka i siedzeń. Szybkie spojrzenie, pasują. Wsypał je do kieszeni kurtki, metal stuknął o metal. Tablet wylądował pod kurtką, przyciśnięty łokciem do żeber, by nie wypadł. Wszystko w pośpiechu, bez finezji. Liczyły się sekundy.
Drzwi samochodu otworzył tylko na tyle, by się wysunąć. Na ulicę wyszedł nisko pochylony, niemal przyklejony do blachy, wykorzystując cień i chaos neonów. Nie chciał, żeby ta laska z Tygersów — ta, która penetrowała wzrokiem ulicę — złapała z nim kontakt wzrokowy.
W jego dłoni pojawił się Streetmaster. Ciężar broni był znajomy, uspokajający.
Uniósł lufę i namierzył zaparkowany kawałek dalej wóz. Szyba boczna. Idealny cel.
Strzał przeciął powietrze jak brzytwa.
Huk odbił się od ścian biurowców, zwielokrotnił w wąskim kanionie ulicy. Szyba eksplodowała w drobny mak, deszcz szkła rozsypał się po asfalcie. Krzyki. Ktoś wrzasnął. Tigersi momentalnie odwrócili głowy, ręce poleciały do broni, uwaga skoczyła tam, gdzie chciał.
Przechodnie spanikowali. Tłum pękł jak przegrzana bańka — ludzie zaczęli uciekać we wszystkie strony, przewracając stragany, wpadając na siebie, znikając w bramach, restauracjach i przejściach.
Switch schował broń i ruszył.
Jedno tempo, zsynchronizowane z uciekającym tłumem, bez oglądania się. Wtopił się w rozbiegających się ludzi, stał się kolejną sylwetką uciekającą przed chaosem Night City. Nie celem. Nie świadkiem. Zniknął.
-

Houston "Dingo" Dawn
Dingo spojrzał na Hifi i Froga, pochylonych nad Valentinosem, po czym odwrócił się w stronę sprzętu Shivy. Rzucił okiem na cały czas włączone ekrany komputerów, starając się rozeznać na co właściwie patrzy. Przez krótką chwilę rozważał podłączenie się swoim złączem interfejsu, ale wystarczył rzut oka na wannę, żeby odrzucił ten pomysł. On też słuchał, kiedy Brazil opowiadała o demonach i duchach żyjących w cyberprzestrzeni.
- O co pytałeś, Frog? Jaki Dings? - powiedział zamyślony, nie odrywając wzroku od ekranów - A dron. Nie, nie. Kiedyś myślałem o nim jak o ptaku... jak "Sokół", albo "Słowik". Ale... to tylko maszyna, Frog. To jakby nadawać imię narzędziu.
Pokręcił głową i zbliżył się do wanny, wyciągając smarthinga. Zrobił szybkie zdjęcie, na którym pewnie zarobiłby kilka dolarów, gdyby wysłał je do jakiegoś pismaka. Ale to było przeznaczone dla Switcha. Starał się jednocześnie słyszeć co mówi Hifi i nie słuchać nieapetycznych, mięsistych odgłosów dobiegających z jego strony.
- Czemu Krety nagle chcą broni? - zapytał trochę retorycznie. Zastanawiał się czy w Night City łatwiej o porządny posiłek czy dobrego gnata - Sorry, głupie pytanie. Oczywiście, żeby kogoś wypłaszczyć. To chyba nie robi dobrze dla interesów. Ale dopóki to nie my jesteśmy po drugiej stronie lufy...Wzruszył ramionami.
- Może faktycznie Raze będzie chciał w to pójść. Ale to później... najpierw nasza klientka. Zaraz się dowiem co dalej z nią.Wybrał numer Switcha na smarthingu. Słyszał kolejne sygnały... i kolejne... aż w końcu: "abonent czasowo niedostępny". Dingo spojrzał trochę zdziwiony na urządzenie. Wysłał zrobione wcześniej zdjęcie do Switcha, załączając tylko lakoniczną wiadomość: znaleźliśmy ją.
- Chuja tam się dowiem - powiedział - Ale może skombinuje jakiś transport. Mamy starego Columbusa na warsztacie. Skoczę po niego i obrócę tutaj, powinien wystarczyć. Tylko wiecie... wolałbym go nie zapaskudzić krwią, bo nie jest mój...
-

Skyline North w Japantown, wieczór 14.07.2077
Zanurzony w bezimiennym chaosie uciekającego tłumu, fikser prześlizgnął się pomiędzy samochodami tarasującymi szczelnie ulicę, wpadł w szeroko otwarte wejście wietnamskiego baru z sajgonkami chowając Streetmastera z powrotem pod kurtkę. Przepychając się przez zdezorientowanych klientów znalazł przeciwne wyjście, zanurkował pod słomkowy kapelusz na chodniku na Salinas Street. Zamieszanie wciąż rozbrzmiewające paniczną kakofonią na Raymond Street pozostało daleko za nim, odgrodzone od Raze’a masywnymi bryłami budynków kwartału. Ludzie po tej stronie byli spokojniejsi, większość z nich nawet nie była świadoma zamieszania mającego miejsce ulicę dalej, bo odgłos pistoletowego wystrzału utonął w zgiełku i hałasie miasta.
Raze zwolnił kroku, postawił wyżej kołnierz kurtki. Ściskając pod pachą wyciągnięty z Mizutani Tygersów tablet obejrzał się raz jeszcze za siebie i odetchnął z ulgą nie dostrzegając nigdzie śladu pościgu.
Kurwa, blisko było, bardzo blisko...
Wolną ręką wyciągnął z kieszeni spodni smarthinga, aktywował go odciskiem wskazującego palca i zerknął na ekran urządzenia. NoiseFeed wyświetlił mu pinezki kumpli naniesione na mapę metropolii - dwie w H10, dwie na Ferguson Street i jedną poruszającą się w szybkim tempie wzdłuż linii czerwonej kolejki NCARTu do Northside. Co do chuja, Dingo wracał z powrotem do roboty? O tej godzinie w sobotę?
Przystając obok filii Magami Market wciągnął w nozdrza kuszący zapach orientalnego jedzenia, zerknął na listę nieodebranych połączeń, a potem na przysłaną przez Houstona wiadomość.
Znaleźliśmy ją.
Otworzył dołączone do wiadomości zdjęcie.
Kurwa, ja pierdolę!

-

Raze Switch More
Ja pierdolę. Kurwa mać.
Dopiero gdy poczuł, że naprawdę uszedł, pozwolił, by napięcie puściło. Wyrwało się z niego razem z powietrzem, ostrym i nierównym wydechem, jakby ktoś odkręcił zawór bezpieczeństwa.
Kurwa, blisko było, bardzo blisko...
Adrenalina wciąż dudniła w skroniach, ale ciało zaczynało słuchać. Umysł — powoli, niechętnie — wychodził z trybu Escape / Survive i przestawiał się na Analyze.
Otagowałem cię.
Te słowa wracały jak echo. Zbyt czyste. Zbyt spokojne. Wypowiedziane głosem, który nie musiał podnosić tonu, żeby grozić.
Biały zjeb.
Red Herring.
Akolita Gołębicy.OTAGOWAŁEM CIĘ.
Myśl pulsowała w głowie jak czerwony alarm, natrętna, nie do zignorowania.
Jebany skurwysyn…
Switch nie wiedział jeszcze, jak.
Nie wiedział czym.
Ale wiedział jedno — jeśli ktoś w Night City mówi coś takiego z tym spokojem, to nie blef.Dobra. Dobra. Ogarniemy to. Jebany!
Zacisnął zęby. Mechanicznie. Jak zawsze, kiedy robiło się gorąco.
Skompresował nagranie. Wrzucił je szyfrowanym kanałem na BlackVault.
Potem NoiseFeed.
NoiseFeed Switch @Brazil: Sprawdź BlackVault. Otagowanie? Mam się martwić? Ogon? Chwila zawahania. Druga wiadomość była już tylko formalnością.
NoiseFeed Switch @All: Dobra robota chłopaki. Westchnął ciężko. Raz. Głęboko. Jakby próbował wypchnąć z płuc resztki strachu.
SlimWire. Wybrał kontakt. To może być trudna rozmowa.
— Cześć, Slim. Mam dwie wiadomości — powiedział spokojnie, aż zbyt spokojnie. — Jedną dobrą, drugą złą. Od której chcesz zacząć?
Krótka pauza. Odpowiedź po drugiej stronie.
— Okej… — przeciągnął. — Dobra jest taka, że ją znaleźliśmy. Kosztowało mnie to więcej, niż zakładałem. Ktoś stracił życie, żeby do niej dotrzeć.
Nie musiał mu tłumaczyć, że to żaden z jego ludzi. Nie ma znaczenia.
— Rozumiesz? Doceń. I nie wyjeżdżaj mi następnym razem z głodną gadką. Zawarliśmy umowę. Ja jej dotrzymałem.
Wróciła dawna irytacja. Zmrużył oczy, patrząc na neon odbijający się w mokrym asfalcie. Dał sobie kilka sekund.
— Ta zła? — dodał po chwili. — Zerknij na zdjęcie, które właśnie wysłałem. Laska już ci nie pomoże. Za późno do mnie przyszedłeś. Przykro mi. Czekam na kredyty i... daj znać jeśli mogę coś jeszcze dla ciebie zrobić.
I chociaż nie miał na to teraz zupełnie ochoty, poszedł zamknąć temat z rzeźnikiem, doktorem Juliusem Kraitem.