Młot Wieków. Rekonesans Karak Varn
-

Rhunki Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi - Blokują drogę… - odezwał się Galeb - bo myślą że za nami idzie armia. Innego powodu dlaczego drogę blokować nie widzę.
I jemu nie w smak było już teraz potykać się jak ledwo odpoczęli i uniknęli zasadzki goblinów.
- Tak. Trzeba nam najszybciej dostać się na teren gdzie nie będziemy widoczni z daleka. Pójście prosto ma sens póki jest ciemno. I rzeczywiście wygląda na to że wyszliśmy gdzieś indziej niż schodziliśmy z drogi.
-
Grungni (MG) @Gladin 
21./22. Durgzet, 7035, północ.
Trakt pół dnia drogi na północ od głównego wejścia do Karak Varn.
Niebo zasnute chmurami, wiatr, zimno.Po drugiej stronie traktu zbocze opadało łagodnie ku zachodowi, w stronę imperium. Wszędzie widać było ślady po wycince drzew, a oni maszerowali po otwartym terenie. Ciężki chmury, które zasnuwały niebo było tym razem ich sprzymierzeńcem. Temperatura powietrza znacznie się obniżyła, a od południa nadciągała burza. W oddali widać było błyski, a grzmoty docierały do uszu z dużym opóźnieniem.
W chwilach rozbłysku dało się na horyzoncie dostrzec mury Karak Varn, oni jednak zmierzali gdzie indziej. Przyspieszyli kroku raz, by się bardziej rozgrzać, a dwa, mając nadzieję, że zdążą przed deszczem. Nikt z nich nie chciał przemoknąć, a do tego Othin obawiał się, że na mokrej ziemi łatwo będzie znaleźć ich ślady.
Powoli skręcali coraz bardziej ku południu licząc na to, że przetną szlak do kopalni. Nie wiedzieli, kiedy ostatnio był używany, ale był dziełem rąk krasnoludzkich. Choćby i od stu lat nikt nim nie uczęszczał, powinien być rozpoznawalny nawet w środku nocy.
I nie zawiedli się. Kiedy noc osiągnęła swój szczyt, stanęli nogami na dziele przodków.
– Dobra nasza - ucieszył się Brond. - Ruszmy się, a zdążymy przed deszczem.
Ponieważ byli co do tego zgodni, nie tracili czasu na rozmowy. Wejście do kopalni pojawiło się niedługo potem w postacie dużego otworu tworzącego sklepiony plac. Zbliżali się doń ostrożnie, z rozwagą wypatrując niebezpieczeństw. Było jednak pusto. W tym momencie z ciężkich, nabrzmiałych chmur lunął zimny deszcz, siekąc już po chwili górską glebę tak, jakby toczył z nią wojnę.
W miejscu, w którym się znajdowali, byli chronieni przed przemoknięciem, ale zarówno zimno jak i wiatr wnikało im pod pancerze. Głębiej w skale osadzone były solidne drzwi krasnoludzkiej roboty, na których założone były trzy metalowe sztaby, które trzeba było zdjąć, by dostać się do środka. Nad wejściem runicznym pismem wyryty był w skale napis:

Khazid Aldum W nagłych rozbłyskach piorunów można było jeszcze dostrzec wychodzące spod drzwi tory kolejowe, wpuszczone w skalne podłoże tak, że nie wystawały ponad nie nic a nic. Tory kończyły się w środku sklepionego wejścia, w którym się znajdowali.
Wtem podmuch zimnego wiatru z zewnątrz przeniknął pod ich pancerze, przejmując ich przenikliwym zimnem i wywołując gęsią skórkę. -

Othin "Zilfini" Angaztromm - Brrr ... O jacie wale, do gaci mi zaciekło nieco. - Othin krótko skwitował deszcz oraz zimny wiatr, po czym podszedł do wrót.
- Hem, hem, cóż... - powiedział sam do siebie, po czym zaczął badać konstrukcje cal po calu, uprzednio sprawdzając czy te małe $%^@%@! nie ustawiły w wejściu jakiej pułapki, czort ich wie na jakie głupie pomysły mogliby wpaść.
Zilfini zdjął ciężkie rękawice aby lepiej wyczuć po palcami wszystko czego mógłby się dowiedzieć. Chciał zbadać czy mechanizmy były ostatnio używane, czy się nie zapiekły, lub czy może bracia nie zablokowali wrót w inny sposób. Angaztromm miał plan delikatnie podnieść nawet każdą ze sztab aby sprawdzić ich ruchomość, póki co nie zdejmując ich stałe - czort wie co jest po drugiej stronie. Miał zamiar sprawdzić również zawiasy - ślady smaru lub rdzy mogły dużo powiedzieć. Na ostatek Othin zostawił sobie sprawdzenie, czy wrota wyposażone są w jakikolwiek rodzaj zamka oraz sprawdzić jego stan.
-
- Aczkolwiek warunki są przykre - mruknął Fenni do Othina- lecz chwalebnie nie zapomniałeś o przezorności. - następnie spojrzał na brata i powiedział - Warto także też przypilnować naszych tyłów, gdy Othin sprawdza wrota. - co powiedziawszy chwycił swój młot, aby się trochę rozgrzać i jednocześnie jasno znać, że zgłasza się na zaproponowaną wartę.
-

Rhunki Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi - Dobrze że lunęło teraz. Deszcz całkiem rozmyje ślady i spłucze nasz zapach. Dowiedzą się że tu weszliśmy dopiero jeżeli któryś wpadnie by tu sprawdzać.
Zabezpieczenie wskazywało że zieloni nie mieli ochoty eksplorować i eksploatować kopalni. Oczywiście były dużo bardziej pesymistyczne opcje takie jak to że w środku coś uwięziono. Wolał jednak nie wypowiadać głośno takich rzeczy by nie straszyć młodych. Profilaktycznie postukał jednak palcem o trzonek młota. Zdjął hełm, naciągnął kaptur na czoło, by trochę osłonić się nim przed wiatrzyskiem i wilgociom.
- Dobra myśl, głupio by było przez niefrasobliwość mieć ogon. Sprawdzę czy nie ma dodatkowych pieczęci.
Potarł koniuszki palców i zbliżył się do wrót. Podobnie jak Othin zdjął rękawice ale skupił się na szukaniu czegoś całkiem innego i bardziej nieuchwytnego.
-

Hagrid „Rhyn” Grumsson ...
22 Durgzet, 7035, trochę po północy
Wejście do kopalni Khazid Aldum.
Niebo zasnute chmurami, wiatr, zimno, zaczyna się silna burza.- Ai, Rhunki dobrze mówi, ulewa zmyje nasze ślady - przytaknął Hagrid zadowolony z obrotu sytuacji i tego jak bez problemu dotarli do pamiętanej z map kopalni.
- Czego Wy szukacie? - zdziwił się Rhyn - coś powinniśmy wiedzieć o tych drzwiach lub tym miejscu? - zwrócił się do tych badających z dziwną dokładnością zwykłe zaryglowane drzwi, pytająco spojrzał też na Logrima. Liczył, że jeśli ktokolwiek coś wie to będą to długobrodzi, ale Othin pierwszy wyrwał się do macania wejścia.
- Zwykłe drzwi zamknięte sztabami metalu, pewnie zbyt ciężkimi by byle grobi mógł je zdjąć - ocenił.
- Dajcie znać jak skończycie to z Brondem i Fennem weźmiemy te sztaby, najlepiej wnieśmy je do środka i zostawmy gdzieś w głębi, co by nas nikt nie zaryglował - zaproponował dawi z Norski.
Czekając na komendę wraz z Fennem oglądał okolicę, próbując z lunetą dzięki błyskom dostrzec więcej budowli i policzyć gobliny, które się wokół niej kręciły.
- może i armii... - przypomniał sobie i powtórzył słowa Kowala Run - pytanie czy naszej, pamiętaj Galebie, że masową wycinkę drzew zaczęli zanim tu przybyliśmy, możliwe więc że nie ma to nic z nami wspólnego, a po prostu szykują się do wojny. Pytanie z kim...
- Tfardy - zwrócił się do snotlinga w reikspiel - słyszałeś coś o nadchodzącej bitwie lub wojnie? Snagrog planował podbój lub obronę przed kimś samej twierdzy? - zapytał Rhyn dzieląc zdania i zadając pytanie wolno by snotling się nie pogubił. -
Grungni (MG) @Gladin 
22. Durgzet, 7035, po północy.
Wejście do kopalń Khazid Aldum.
Ciemno, zimno, burza, wiatr, pioruny.Othin metodycznie szukał pułapek mimo, że zapewne żelazołamacze mieli większe doświadczenie w zabezpieczeniach przy drzwiach blokujących wejścia do podziemi. Galeb poszukiwał rzeczy niewidzialnych dla oka. Ani jeden, ani drugi nie znalazł nic niezwykłego. Chociaż... może? Rhunki odnosił wrażenie, jakby... jakby znalazł się w miejscu gdzie było nieco mniej złej, obcej magii w powietrzu. Poczuł się trochę tak, jak ktoś, kto po tym, gdy przebywał długo w pomieszczeniu i nie czuł zastałego powietrza, wyszedł na zewnątrz. Ciężko było mu zrozumieć i opisać jego własne odczucia. Zresztą były one tak subtelne, że sam nie był pewien, czy nie ulega jakimś złudzeniom.
Zilfini próbował delikatnie dźwignąć sztaby, jednak były one mocno zaklinowane. Czy to też wskutek ich lichego wykonania (nie krasnoludzkiego!), czy też inny czynników, ale były źle dopasowane do drzwi. Jedne i drugie wydawały się klinować nawzajem wskutek wypaczenia na zewnątrz.
Badanie zawiasów okazało się niemożliwe, gdyż znajdowały się one po drugiej stronie zamkniętych skrzydeł.
Nie było też żadnego widocznego zamka, zresztą wrota nie były całkowicie zamknięte. Wskutek ich wypaczenia powstała szczelina gruba na palec między dwiema połówkami, przez którą można było ostrożnie zajrzeć do środka. Tyle, że nie było nic widać z powodu ciemności, a póki co żaden z nich nie odważył się przytknąć do niej oka.
– Dobrze pomyślane - zgodził się than na słowa Fenniego o przypilnowaniu ich tyłów i polecił, by Brond mu towarzyszył. Następnie zwrócił się do Rhyna. - Roztropność nie zawadzi. Na wejściu do kopalni przodkowie na pewno przygotowali coś dla nieproszonych gości. A jeżeli nie oni, to ktokolwiek zamknął wrota, mógł je zabezpieczyć. Cierpliwości, Grumsson.
Żelazołamacz dla zajęcia się czymś rozpatrywał się przez lunetę, ale błyskawice powodowały więcej omamów wzrokowych rzucając to tu to tam cienie, niż pozwalały na obserwację. Czasem wydawało mu się, że widzi jakiś ruch od strony, z której przyszli, ale nie potrafił uchwycić żadnego konkretu. Skoncentrowany na próbie rozwiania swoich wątpliwości zadał pytanie snotlingowi. Gdy po dłuższej chwili nie uzyskał odpowiedzi, odjął ją od oka, by zdzielić w łeb nieposłusznego zielonoskórnego. Ale Tfardego nigdzie nie było. -
Gdy już doczekali się sygnału, że drzwi są sprawdzone Khadinbatowie i Hagrid wrócili do reszty drużyny. Gdy już byli na miejscu Fenni rozejrzał się czy nie ma tam przypadkiem Tfardego i jeśli stwierdził jego brak zameldował thanowi Logrimowi o zniknięciu snotlinga. Gdy już tego dokonał pomógł reszcie zdejmować sztaby, a następnie przygotował swoją latarnię do zapalenia i udał się z resztą żelazozłamaczy, w krótki patrol by sprawdzić czy można bezpiecznie wnieść zdjęte sztaby z drzwi do środka. Gdyby się okazało, że można dawi zamierzali zostawić thana Logrima i Othina na warcie, gdy reszta będzie taszczyła ciężkie ładunek do kopalni.
-

Rhunki Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi Mina Hagrida gdy spostrzegł że Tfardy zniknął była bezcenna. Sam runiarz był pewien że do placu przed kopalnią malec jeszcze przy nich szedł. Pewnie przestraszył się burzy albo i samej kopalni i nie mówiąc nic nikomu poszukał kryjówki. Galeb się zastanawiał czy czy zniknięcie jeńca przysporzy im problemów. Doszedł jednak do wniosku że albo snot sam się znajdzie albo spotkają go w Karak Varn. Stałą w przygodach było to że gdy działy się dziwne rzeczy to nie działy się bez powodu. Ot taka filozoficzna myśl.
Galeb pozostał na warcie z Othinem i Logrimem.
- No, Żelazołamacze. Oto doczekaliście się podziemiów gdzie to poczujecie się jak ryba w wodzie. Tylko z tej euforii nie próbujcie pływać w Kamieniu i Skale.- zaśmiał się ze swojego koślawego dowcipu
-

Hagrid „Rhyn” Grumsson ...
22 Durgzet, 7035, trochę po północy
Wejście do kopalni Khazid Aldum.
Niebo zasnute chmurami, wiatr, zimno, zaczyna się silna burza.- Ai - przytaknął Logrimowi
Zajęty obserwowaniem przez lunetę zdziwił się brakiem odzewu od snotlinga, czyżby raz przywalenie mu w łeb to było za mało? Oderwał wzrok i rozejrzał się, ale snotlinga.... nie było.
- Gdzie zielony?! - zapytał zdenerwowany
- Szedł z nami, musiał gdzieś przed chwilą odejść - racjonalizował sobie sytuację
- Nosz... - uciął w pół słowa przekleństwo - krzyczeć za nim nie będziemy bo wróg usłyszy.
- Pozostaje liczyć że wróci, dla jego dobra lepiej by wrócił.
Na słowa Galeba zaś dodał
- Wypluj te słowa o pływaniu Rhunki, liczmy że kopalnia nie jest zalana, a jak była to woda już odeszła.
- Pójdziemy może przodem, sami żelazołamacze, sprawdzić pierwsze pół mili, jak będą jakie pochodnie to rozpalimy, jak będzie czysto to wniesiemy sztaby by kto nas nie zaryglował, ale mało kto je uniesie tak prawdę mówiąc - dodał oceniając po tym ile im zajęło ich zdjęcie.
- Może snotling do tego czasu się znajdzie, mam jego miecz, bez broni raczej daleko nie zajdzie. - dodał
- Brond, Fenn, obwiążmy się linami, długie są na 10m więc swoboda ruchu zostanie, a jakby ziemia się zapadła albo jaka pułapka to nam życie uratuje. - zaproponował odczepiając swoją od plecaka.
- Pozostaje jeszcze źródło światła, Thanie, czy użyczysz nam swojej lampy i oliwy? - zapytał, choć znał odpowiedź. -
Grungni (MG) @Gladin 
22. Durgzet, 7035, po północy.
Wejście do kopalń Khazid Aldum.
Ciemno, zimno, burza, wiatr, pioruny.– Gdzie zielony? - padło pytanie z ust Hagrida.
Krasnoludy jęły się oglądać i kląć na czym świat stoi. Mały zielonoskóry nie mógł wszak ot tak sobie zniknąć!
– Może gdzie w jaką dziurę wpadł? - zafrasował się Brond.
– Słyszelibyśmy jego krzyk. A tu nic słychać nie było - odrzekł mu Logrim. – Musiał po cichu się oddalić. Kto wie, czy nie idzie teraz donieść innym grobim, gdzie jesteśmy, tfu, zaraza. Trza go było ubić!
– Nie mógł się daleko oddalić. Przecież dopiero był z nami - żelazołamacz omiótł jaskinię spojrzeniem.
– A jesteś pewien, że był z nami? Na linie nie szedł. Ktoś go pilnował?
Khadinbat zawahał się.
– Wydaje mi się, że szedł cały czas z nami... Szukamy go?
– Do demonów z nim - splunął Hagrdindrakk. - Sprawdźmy, co jest za tą bramą.
– Liną? - zdziwił się Brond. - W tunelu? Ja wolę nie- oznajmił mimo, że Fenni przystał na propozycję Rhyna.
Wspólnym wysiłkiem udało się dźwignąć sztaby przy wydatnym sapaniu, bo ciężkie były jak tyłek Grimnira. Pierwsza prawie wypadła im z rąk na ziemię po tym, gdy nagle wyskoczyła w końcu z uchwytów i niedoszacowali jej wagi. Sądząc, że jest lżejsza łapali ją, gdy leciała w dół i ze sporym zdziwieniem i protestem mięśni zapobiegli jej - ani chybi - donośnemu uderzeniu w posadzkę. Oj, poniósłby się dźwięczny huk metalu daleko w noc.
Uchylili następnie skrzydła, również z niemałym trudem, bo zawiasy okazały się nieco pogięte i stawiały opór. Przed nimi ziała czeluść mrocznego korytarza, a bijące coraz bliżej gromy kładły w nagłych rozbłyskach długie cienie krasnoludów w głąb przejścia. Przy czym oświetlenie to mało pozwalało zorientować się w sytuacji. Trwało krótko, oko nie nadążało z adaptacją, a cienie przykuwały mimowolnie ich uwagę jako potencjalne zagrożnie.
Fenni zapalił swoją latarnię i ruszył środkiem. Po jego lewej szedł Brond, który był leworęczny, a na prawo ustawił się Grumsson.Fenni odpisuje sobie z karty jedną porcję oliwy.
Korytarz, do którego weszli, biegł w linii prostej i początkowo dość płasko. Następnie obniżał się tak, że po kilkunastu jardach jego sklepienie przesłaniało im dalszy widok. Środkiem biegły tory kolejowe takie same, jak te na zewnątrz. Niedaleko bramy, na lewej ścianie korytarza, widniał otwór jakiejś jaskini, ale z miejsca, w którym stali, nie dało się nic o jej wnętrzu powiedzieć. Ostrożnie podeszli bliżej.
Na wprost przejścia w pomieszczeniu znajdował się wielki mechanizm, składający z bębnów i osi, który kiedyś nawijał liny. Strzępy tych ostatnich nadal widoczne były na nawijaku. Wchodząc głębiej do środka można było odnieść wrażenie, że jest to jakiś dawny warsztat powroźniczy.
Opuszczony musiał być jednak dość dawno. W kącie jaskini leżał chyba jedyny jeszcze do czego zdatny krąg liny. Sporo grubszej niż te, które krasnoludy nosiły ze sobą. Krąg składał się z kilkudziesięciu zwojów i wyglądało na to, że będzie sporo dłuższy, niż posiadane przez nich 10-jardowe. Nie był jednak w najlepszy stanie. Miejscami postrzępiony, miejscami jakby nadgryziony, gdzie indziej sparciały. Udźwig liny w jej obecnym stanie można było oszacować na podobny do tego, jakie miały ich własne powrozy. Ale na pewno ta w jaskini była cięższa.
Stoły, krzesła, fragmenty sznurów, łańcuchy, drewniane konstrukcje kołowrotów, zbutwiałe materiały, ławy, nieszczelne wiadra, stare cynowe i drewniane naczynia... tu i ówdzie ślady starych odchodów nieznanego pochodzenia.
Othin ubezpieczał kuszą żelazołamaczy, stojąc u wejścia do kopalń i omiatając spojrzeniem wnętrze korytarza. Galeb wraz z Logrimem byli odwróceni w przeciwną stronę. Co chyba okazało się dobrą okolicznością dla Tfardego, który cały zadowolony z siebie wyszedł nagle z zewnątrz, zza krawędzi. Gdyby to Zilfini patrzył w tę stronę kto wie, może bełt z kuszy przyszpiliłby już snotlinga?
–Gdzie byłeś!? - ryknął na niego than.
Nie tylko zielonoskóry wydawał się być zaskoczony, ale i Angaztromm zaniepokojony obrócił się w ich stronę. Tfardy zerknął w stronę, z której przyszedł.
– Tam? - wskazał ręką.
– Ale dlaczego tam poszedłeś!?
Snotling rozejrzał się.
– On mi kazał - wskazał ręką na znikającego w bocznym korytarzu Hagrida. -

Othin "Zilfini" Angaztromm Zaskoczony Othin musiał się otrząsnąć bo błyskotliwej odpowiedzi Tfardego. Widocznie za dużo rozkminiał i odpowiedź była prostsza niż zakładał.
- Dobra, no i czego się dowiedziałeś?
Zilfini początkowo nie chciał zdradzać braków w swojej wiedzy, niemniej zdecydował się spytać.
- I co dokładnie usłyszałeś od Hagrida, że postanowiłeś tak nagle wypełnić jego słowa?
Angaztromm wykazał roztropność, rozmawiając cały czas lustrował otoczenie. Miał również zamiar przymknąć bramę - nigdy nie wiadomo czy Żelazołamacze nie miną jakiegoś bocznego tunelu, z którego wylezie coś co wskoczy im na plecy. Lepiej mieć baczenie na jeden kierunek niż na dwa.
-

Hagrid „Rhyn” Grumsson ...
22 Durgzet, 7035, po północy
W kopalni Khazid Aldum.
Ciemno, brak pochodni na ścianach, jedynie latarnia w ręce towarzysza.- Szlag by to trafił, ciemno jak w dupie. Gdzieś na ścianie jak nie pochodnie to muszą być na nie uchwyty. - pożalił się Rhyn, bo mimo prób żadnego nie wypatrzył.
Gdy dotarli do powrozowni rozejrzał się po jej wnętrzu. Poszukał ułamanego kawałka drwa co by się nadał i owinął starym sznurem z jednej strony. Miał nadzieję na znalezienie smoły, dziegciu albo łoju wymieszanego z grafitem, liny tak się konserwuje, w porcie Salzenmund widział to nie raz. Nadały by się na pochodnię, a oliwy do lampy trochę mu było szkoda.
- Jak już znajdziemy jakiś uchwyt na pochodnię będzie jak znalazł, rozświetli trochę to smutne miejsce i da znać długobrodym gdzie jesteśmy.
- Raczej nic tu po nas, liny pewnie były do ciągnięcia wozów po torach, chodźmy dalej - zaproponował Hagrid. -
- Warto jednak zapamiętać to miejsce. - odrzekł Fenni - Te drewniane barachło nada się do ogniska, a i liny też mogą się przydać... Liny niby nie wyglądają za dobrze, ale gdyby bliżej się im przyjrzeć to mogą się okazać nie słabsze od tych co wzięliśmy na wyprawę.
-

Rhunki Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi Pojawienie się Tfardego było… zaskoczeniem.
Galeb zmarszczył czoło miał podejrzenia że snot mógł ich robić w konia acz z drugiej był na tyle prostolinijny że mógł zrobić coś co Hagrid rzucił mimochodem. Na przykład „trzeba się schronić przed deszczem” albo „zrobimy zwiad”.
Gdyby nie okoliczności to Galeb nawet uznałby za zabawne łamigłowienie się nad tym jak instruować snotlinga by zrobił to co się od niego oczekuje. Na tą chwilę Othin zadał najzasadniejsze pytanie i czekając na odpowiedź Galeb wrócił do wypatrywania bo czuł że Tfardy skupił na sobie całą uwagę thana i pogranicznika.- Tfardy. Było tam coś ciekawego tam gdzie poszedłeś? - rzucił mimochodem.
-
22. Durgzet, 7035, po północy.
Wejście do kopalń Khazid Aldum.
Na zewnątrz: ciemno, zimno, burza, wiatr, pioruny.
Wewnątrz: też ciemno, też zimno, też wieje, ale nieco bardziej sucho.
MechanikaPomysł stworzenia własnej pochodni zawiódł. Cokolwiek było używane przez ich pobratymców do konserwacji musiało dawno temu bądź wyparować, bądź wyschnąć i się wykruszyć.
Hagrid miał co prawda paliwo do balonu, ale na razie uznał, że jednak oliwy mają więcej niż tego paliwa, więc nie będą go zużywać. Chyba.
Powrócili więc do głównego korytarza. Tam poszukiwał pochodni czy też uchwytów na nie, ale ich nie znalazł. Nie było w tym jednak i nic dziwnego. Krasnoludy budując swe tunele unikały stosowania takich rozwiązań. Tworzyły one dużo dymu, którego odprowadzenie wymagało sporej ilości tuneli wentylacyjnych. Gdyby kopalnie nadal były czynne, zapewne źródeł ognia i światła w tunelach byłoby na tyle, że krasnoludom przywykłym do mroku starczyłoby do bezproblemowego przemieszcza się.
Idąc korytarzem prowadzącym w dół odnajdywali pod nogami fragmenty połamanych strzał. Co ciekawe, nie wyglądały na stare, ale były słabo wykonane. Produkcji umgi, a może nawet grobi.
Po jakiś 60 jardach tunel przestał opadać, a przed żelazołamaczami w blasku latarni pojawiła się rozwarta brama, za którą leżała większa komnata. Tory i tunel prowadziły wprost do niej. Idący środkiem Fenni dał sygnał by się zatrzymać. Zaczęli nasłuchiwać. Z góry dochodziły basowe głosy ich kompanów, przed nimi było cicho. Rhyn i Brond wysunęli się naprzód, aby mieć światło latarni ciut za sobą i by mieć miejsce na wzięcie zamachu, w razie potrzeby.
Wojownicy ostrożnie zaczęli się zbliżać do gardzieli korytarza. Dostrzegli kilka ustawionych wagoników górniczych. Tory przestały biec jednym torem prosto przed siebie, lecz zaczynały tworzyć sieć rozgałęzień. Z lewej strony majaczyło coś, co wyglądało jak fragment murów strzelniczych. Po prawej w oddali rysowały się kołowroty. Dostrzegali na granicy widzenia koniec komnaty i dalsze odchodzące od niej tunele, rozłożone niesymetrycznie.
Najbardziej niepokojące były jednak rysujące się boczne korytarze niedaleko wejścia, przy którym się znaleźli. Ten z lewej zamknięty był kratą. W tym z prawej można było dostrzec w słabym świetle latarni beczkę, a za nią stół. Nie dało się jednak wejrzeć do nich głębiej bez wejścia do samej komnaty. A zatem bez wystawiania się na potencjalny atak.
W tym momencie Brond z chrzęstem nadepnął na pęknięty miecz.Mapka sytuacyjna


– Czego siem dowiedziałem? - powtórzył po Zilfinim Tfardy i zaczął się zastanawiać. Nim jednak wymyślił odpowiedź, Othin zadał mu kolejne. Morda zielonoskórego rozciągnęła się w uśmiechu, bo na to pytanie potrafił odpowiedzieć.
– Tamten krasnolud zabronił mi srać obok niego - wskazał w stronę, gdzie zniknęli żelazołamacze. - A mnie siem zechciało... to poszedłem sobie tam, na bok, żeby krasnolud siem nie denerwował i...
Jego wypowiedź przerwał Galeb. Tajemnicze „zniknięcie” wydawało się wyjaśnione. A jeżeli chodzi o wyjaśnianie... to chyba będą musieli jeszcze to i owo snotlingowi wyjaśnić. Jednak dla zachowania pozorów, że sytuacja wcale nie wprowadziła ich w stan poddenerwowania, zapytał o to, czy Tfardy znalazł tam coś ciekawego. Snotling poskrobał się o czaszce.
– Cienszko... - zaczął mówić.
– ...powiedzieć - dokończył za niego poirytowany than. -
Hagrid „Rhyn” Grumsson 22 Durgzet, 7035, po północy
W kopalni Khazid Aldum.
Ciemno, brak pochodni na ścianach, jedynie latarnia w ręce towarzysza.- Te strzały mam nadzieję stare jak cała ta kopalnia, ale jakby kto tam stał poza zasięgiem pochodni to jesteśmy jak kaczki do wystrzelania - zwrócił uwagę kompanom Rhyn, ignorując hałas jaki Brond zrobił nadeptując na pęknięty miecz.
Mało który żelazołamacz był odpowiednio wyszkolony w skradaniu się, co prawda były takie osoby w oddziałach, z specjalnie przerobionymi zbrojami, ale były to pojedyncze osoby. Oddział co miał bronić swojej pozycji, patrolować dany odcinek tunelu i zwalczać wrogów, nie musiał się skradać, byli u siebie, musiał jedynie dostrzec tych co próbowali go ominąć.
- Chodźmy w prawo - zaproponował Hagrid - sprawdziłbym kawałek tej odnogi, potem ten przed nami, a na koniec zamienił tę beczkę i stół w ognisko. Rygle od drzwi możemy schować w tych wagonach - to rzekłszy poprawił tarczę, wziął do ręki młot i wyjrzał zza rogu, szykując się do wyjścia na swoją prawą stronę. -
- Dobry plan! - zgodził się Fenni - W drodze powrotnej weżmy też kilka bełtów i te żelastwo, na które natknął się Brond, aby pokazać go thanowi... wygląda na to, że umgi znają to miejsce i, że wiedzą jak dotrzeć do niego od strony kopalni.
-
22. Durgzet, 7035, po północy.
Kopalnie Khazid Aldum.
Ciemno, chłodno, ale sucho.Wysunęli się szykiem na drugą stronę bramy. W świetle latarni było widać, że znaleźli się na skrzyżowaniu trzech większych jaskiń. Tory prowadziły tylko prosto i nie trzeba było być krasnoludzkim mędrcem by wiedzieć, którędy w głąb kopalni. Dość nietypowe było skrzyżowanie szyn pod kątem prostym, ale na razie, za radą Hagrida, skierowali się w prawo. Długie i wąskie pomieszczenie zapełnione było głównie stołami i ławami, z których niektóre już nie wytrzymywały upływu czasu. Kilka beczek dopełniało wyglądu jaskini. Jej koniec przegrodzony był ścianą z drzwiami.
Rzut oka na drugą stronę pozwolił dostrzec za kratą kilka kowadeł i beczek.
Wszystkie pomieszczenia były puste i ciche, pozbawione śladów bytności. Wszystko wskazywało na to, że od dłuższego czasu nikt tu nie przebywał. Przynajmniej nie w celach mieszkalnych. Do tego było... pusto... brakowało porzuconych przedmiotów, starych śmieci...
-
Othin zrezygnował z dalszej głębokiej dyskusji z Tfardym.
- Jak idziesz srać to mów że idziesz srać.
Zilfini mógłby owinąć wypowiedzianą sentencję w jedwab, lecz ani Zielony by go nie zrozumiał ani Żelaznobrody jedwabiu nie miał.- Pada
Powiedział cicho Othin, w duchu licząc na to że przestanie i będzie można ostatni raz nacieszyć się powierzchnią. Łażenie wokół wejścia i robienie śladów nie byłoby najlepszym pomysłem, ale może tak tylko trochę wyjrzeć po kamieniach?