Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Młot Wieków. Rekonesans Karak Varn
-

Othinowi udało się dostać na górę bez szwanku. Postanowił uważać, że ów fakt jest jego własną zasługą, ponieważ to on ustrzelił skubańca wykorzystując odpowiedni moment i to dzięki temu reszta się rozpierzchła.
- Coś mi tam świta
Odpowiedział na pytanie Hagrida
- Jesteśmy wyżej to prościej nam będzie określić.- No i tak ogólnie w sprawie dalszej drogi to lepiej nam się trzymać grani. Spokojniej będzie, lepszy pogląd również na ścierwo no i ... łatwiej trasę planować niźli w korytarze się pchać gdzie może i obrona łatwiejsza, ale i utknąć możemy na dni kilka, bo w zły korytarz uderzymy.
Ostatni argument był wymyślony trochę na prędce, Zilfini po prostu lepiej się czuł na powierzchni, wiedział że tu ma przewagę, pancerz, kusze i celne oko, gdzie pod ziemią już tak łatwo może nie być. no i te powietrze, takie zatęchłe. Z drugiej strony zdawał sobie sprawę że może zostać przegłosowany, także dodał jeszcze:
- No i jednak szybciej dojdziemy górą niż dołem. Same plusy, tak plusy, nie krzyże.
-

Rhunki Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi
Wspiąwszy się na skały Galeb rozejrzał się po pobojowisku. Skinął głową na znak aprobaty i spojrzał w niebo.
Nie bał się omenów.
Ludzie na widok zielonego księżyca panikowali. Po prawdzie to było przed czym bo blask tego złowieszczego skurwiela powodował ekstazę u chaosytów i pokrewnych. Pchał zło do wyjścia z nory i robienia rzeczy strasznych. W bezpośrednim sąsiedztwie Czarnej Wody mogli być bardziej zagrożeni. Na szczęście były chmury - to zdecydowanie ograniczało zgubny wpływ zielonkawego światła na żywe istoty.
- Mamy trzech ekspertów od walki podziemnej więc w kopalni powinniśmy sobie lepiej radzić niż na powierzchni. I zgadzam się że jest bardzo duża szansa na przejście między kopalnią a Karakiem - stwierdził - Natomiast w jakim jest stanie, jaka część jest zasypana i co tam może siedzieć, to same niewiadome. Warto jednak spróbować.
- Tak Othinie zdecydowanie z grani będzie dobry widok, lecz jeżeli się rozpogodzi będziemy widoczni. Lepiej dobrze okryjmy się płaszczami i idźmy uważnie. Grobi zostali z tamtej strony i pewnie minie chwila zanim postanowią tu wejść i sprawdzić. Powinniśmy do tego czasu odejść jak najdalej się da lub przejść na bardziej osłoniętą ścieżkę bo niewątpliwie będą nas śledzić.
Galeb wziął do ręki tarczę i wyjrzał na sytuację przed jaskinią by było jasne że jeszcze tu stoją. -
Grungni (MG) @Gladin 
21. Durgzet, 7035, noc.
Zachodnie wybrzeże Varn Drazh, około pół dnia drogi na północ od głównego wejścia do Karak Varn.
Niebo zasnute chmurami, wiatr.– A ty Fenni, coś taki wyrywny? Uważaj, bo jeszcze medykiem zostaniesz - zaśmiał się Logrim, ale nie wzbraniał się przed opatrunkami.
– A gdzie tam, thanie - zawtórował śmiechem Khadinbat. - Zostawmy to zadanie rhinn. Ale w tunelach krasnolud uczy się tego i owego, aby wspomóc towarzyszy.
– Brond też? - zainteresował się Hagrindrakk.
– Nie, mój panie - odpowiedział wspomniany. - Ja do takich delikatnych prac niezdolnym. Rąbać to i owszem. Składać na nowo, nie za bardzo.
– Hmm... - zadumał się Kazrikson.Mechanika
Fenni udane testy leczenia. Brond ma wyciągnięta strzałę.
Fenni odzyskuje 6 punktów życia.
Logrim odzyskuje 9 punktów życia.– No, z ciebie mógłby być medyk jak się patrzy - rzekł po skończonym opatrunku than. - Czuję się, jak nowy - pochwalił swego podwładnego.
– Przeklęte grobi - warknął ponownie Logrim wysłuchując opinii towarzyszy. - Snują się po pradawnych terenach dawi. Ubolewa ma serce, że krasnolud niczym kłusownik musi się przemykać! Ale zobaczycie! Gdy ubiję Snagroga, cała reszta kłócić się zacznie między sobą, albo rozpierzchnie.
– Jesteśmy pół nocy drogi od Karaku, a przeciwnik rzuca nam co i rusz kłody pod nogi. Na Grungniego, jestem cierpliwy, jak każdy z nas, ale i krasnoludzka cierpliwość ma swoje granice.
– Jednak moment jej wyczerpania się jeszcze nie nadszedł - westchnął. - Raz jeszcze spróbujemy odzyskać siły i przygotować się. Idziemy na zachód. Nie jesteśmy daleko od miejsca, gdzie starliśmy się z wilczurami. Tworzyliśmy wtedy fałszywe ślady w stronę ludzkiego imperium, by zmylić grobi.
– Użyjemy ich teraz ponownie. Zielonoskórzy pewnie je sprawdzili do tej pory i nie wpadną na to, by przeszukiwać je raz jeszcze. Nie wpadną na to, że ślady, jakie ewentualnie tam zostawimy, będą nowsze od tych, które były tam wcześniej. Ruszajmy.
Ciemność nocy sprzyjała ich zamierzeniom. Dopóki ktoś się bezpośrednio nie znajdzie na ich drodze, powinni przemaszerować niezauważeni. Szli więc wybierając drogę tak, aby przy nagłym pojawieniu się światła Mhornalhune nie byli widoczni z dołu. W końcu doszli do miejsca, gdzie pasmo górskie zakręcało w stronę północy. W dół, ku zachodowi, prowadziło zejście w stronę traktu. Zatrzymali się, by rozeznać w sytuacji. Wsłuchali w noc, która nie była całkiem cicha. Od strony Karaku niosły się przez noc dźwięki obce, ale mało wyraźne.
Hagrid przepatrzył teren przy użyciu lunety wykorzystując momenty, gdy księżyc przebijał się przez chmury. Krasnolud starał się określić miejsce, w którym winni zejść. Brakowało na szlaku goblinich głów nabitych na paliki. Albo byli w złym miejscu, albo ktoś je sprzątnął.
– Szukaj tych ich szałasów - rzekł na tę wieść than. - One były rozstawione dość regularnie. Potrzebujemy znaleźć miejsce, gdzie odstęp między dwoma obozowiskami jest większy, niż powinien. To będzie miejsce, gdzie walczyliśmy.
Ale i ta wskazówka nie była przydatna. Mimo lunety Rhynowi udało się dostrzec tylko dwa szałasowiska. Jedno znajdowało się na lewo od ich położenia, na południe, w stronę karaku. Drugie na prawo od nich. Nie miał więc jak stwierdzić, czy między tymi dwoma brakuje tego, które zniszczyli, czy może po prostu w tym miejscu nigdy się ono nie znajdowało i są nie tam, gdzie trzeba.
Za to przy południowych szałasach dostrzegł kilka interesujących ich rzeczy. Po pierwsze, kręciły się tam sylwetki grobi, a dzięki skalom na lunecie mógł oszacować odległość od szałasów na jakieś 3 mile. Ale co więcej, w poprzek traktu zbudowana została jakaś zapora, wykonana z pni drewnianych i na wysokość człowieka.
Starał się policzyć goblinie sylwetki, ale ich ruchliwość, stałe i zmienne oświetlenie, a także wąskie pole widzenia spowodowane użyciem lunety nie ułatwiały mu tego zadania. Oszacował, że kręci się ich tam z tuzin. Ale ponieważ wchodziły za barykadę i wychodziły zza niej, nie wiedział, czy to te same gobliny, czy może różne i jest ich w rzeczywistości więcej.
Szałasy od strony północnej wydawały się opuszczone. Nie dostrzegał tam żadnego ruchu. Na tyle, na ile potrafił oszacować, mieli do nich może ze dwie mile. -

Othin "Zilfini" Angaztromm - Hem, hem ... - westchnał Othin.
- Za cholerę nie wiem czy to to samo miejsce, ale skoro tamten obóz jest opuszczony a ten pełny to myślę że warto po tym pustym przejść, a żeby nas jednak nie szczapili to trza ich odciągnąć. Mógłbym kopsnąć się na ich tyły, rozpalić jakieś małe ognisko i nawiać do Was. Myślę te głupole za ogniem pójda, a my w ten czas czmychniemy. No a jakby się nomen omen gorąco robiło, to najwyżej ich w plecy siekniecie, łatwiej będzie. No i wiadomo, dobry goblin to martwy goblin. Poza tym... może i by się udało, przy odrobinie szczęścia, zajrzeć cóż oni tam konstruują. -
Słysząc komplement thana Logrima Fenni prawie, że zarumienił... Aczkolwiek działał w najlepiej pojętym interesie krasnoludzkim to coraz z trudniej utrzymywać w dyskrecji, że jego umiejętności na tym polu to coś więcej niż doświadczenie z tuneli. Ilość walk jaka ich tu zastała przekraczała to czego się spodziewali i jeszcze gobliny nie wiedzą co to higiena, więc tylko patrzeć jak któryś z towarzyszy złapie jakieś paskudztwo!
Gdy już odsapnął po desperackiej walce i odgonił ponure myśli Othin kończył wykładać swój plan... - Dobrze prawisz! - odrzekł Khadinbat - Warto tylko, żebyś co kilka godzin przepatrzył tą swoją lunetą czy nie zaszły tam jakieś zmiany.
-

Hagrid „Rhyn” Grumsson ...
21 Durgzet, 7035, po zachodzie słońca
Nad jaskinią na wschód od traktu do Karak Varn.
Niebo pochmurne, początek nocy, chłodno i ciemno, wiatr doskwiera.- Dreng tromm - skwitował słowa Logrima ze smutkiem w głosie Hagrid. Jego serce też bolało widząc ile zielonego łajna biega po terenach między dwiema wielkimi twierdzami dawi, a sam Karak Varn to przecież była jedna z świetniejszych i bogatszych twierdz, gdyby nie trzęsienia ziemi i podtopienie od strony kopalni to by pewnie nie upadła. Wróg wykorzystał okazję.
- Odciągnąć? - zdziwił się Rhyn na słowa Othina - oni są 3 mile stąd, w tak ciemną noc gówno widać na taką odległość, nawet z lunetą - pożalił się.
- Nie kombinujmy, co prawda nie widzę tych szałasów co rozwaliliśmy je walcząc z wilczurami, ale co w szałasach co wydają się puste tam na północnym wschodzie też nie wiemy. Ja bym proponował iść prosto, między szałasami, to są nadal spore odległości a noc ciemna, tam powinny być góry, wzdłuż nich dojdziemy do wejścia do kopalni, jednocześnie omijając te gobliny co próbują zablokować szlak w stronę Karak Varn. W sumie dobre pytanie co robią, bo przecież do gór tej zapory nie pociągną... chyba - rzekł chociaż nie był wcale tego pewien, drewna w około było sporo. - Jak będziemy po stronie kopalni to możemy się im lepiej przyjrzeć. -

Rhunki Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi - Blokują drogę… - odezwał się Galeb - bo myślą że za nami idzie armia. Innego powodu dlaczego drogę blokować nie widzę.
I jemu nie w smak było już teraz potykać się jak ledwo odpoczęli i uniknęli zasadzki goblinów.
- Tak. Trzeba nam najszybciej dostać się na teren gdzie nie będziemy widoczni z daleka. Pójście prosto ma sens póki jest ciemno. I rzeczywiście wygląda na to że wyszliśmy gdzieś indziej niż schodziliśmy z drogi.
-
Grungni (MG) @Gladin 
21./22. Durgzet, 7035, północ.
Trakt pół dnia drogi na północ od głównego wejścia do Karak Varn.
Niebo zasnute chmurami, wiatr, zimno.Po drugiej stronie traktu zbocze opadało łagodnie ku zachodowi, w stronę imperium. Wszędzie widać było ślady po wycince drzew, a oni maszerowali po otwartym terenie. Ciężki chmury, które zasnuwały niebo było tym razem ich sprzymierzeńcem. Temperatura powietrza znacznie się obniżyła, a od południa nadciągała burza. W oddali widać było błyski, a grzmoty docierały do uszu z dużym opóźnieniem.
W chwilach rozbłysku dało się na horyzoncie dostrzec mury Karak Varn, oni jednak zmierzali gdzie indziej. Przyspieszyli kroku raz, by się bardziej rozgrzać, a dwa, mając nadzieję, że zdążą przed deszczem. Nikt z nich nie chciał przemoknąć, a do tego Othin obawiał się, że na mokrej ziemi łatwo będzie znaleźć ich ślady.
Powoli skręcali coraz bardziej ku południu licząc na to, że przetną szlak do kopalni. Nie wiedzieli, kiedy ostatnio był używany, ale był dziełem rąk krasnoludzkich. Choćby i od stu lat nikt nim nie uczęszczał, powinien być rozpoznawalny nawet w środku nocy.
I nie zawiedli się. Kiedy noc osiągnęła swój szczyt, stanęli nogami na dziele przodków.
– Dobra nasza - ucieszył się Brond. - Ruszmy się, a zdążymy przed deszczem.
Ponieważ byli co do tego zgodni, nie tracili czasu na rozmowy. Wejście do kopalni pojawiło się niedługo potem w postacie dużego otworu tworzącego sklepiony plac. Zbliżali się doń ostrożnie, z rozwagą wypatrując niebezpieczeństw. Było jednak pusto. W tym momencie z ciężkich, nabrzmiałych chmur lunął zimny deszcz, siekąc już po chwili górską glebę tak, jakby toczył z nią wojnę.
W miejscu, w którym się znajdowali, byli chronieni przed przemoknięciem, ale zarówno zimno jak i wiatr wnikało im pod pancerze. Głębiej w skale osadzone były solidne drzwi krasnoludzkiej roboty, na których założone były trzy metalowe sztaby, które trzeba było zdjąć, by dostać się do środka. Nad wejściem runicznym pismem wyryty był w skale napis:

Khazid Aldum W nagłych rozbłyskach piorunów można było jeszcze dostrzec wychodzące spod drzwi tory kolejowe, wpuszczone w skalne podłoże tak, że nie wystawały ponad nie nic a nic. Tory kończyły się w środku sklepionego wejścia, w którym się znajdowali.
Wtem podmuch zimnego wiatru z zewnątrz przeniknął pod ich pancerze, przejmując ich przenikliwym zimnem i wywołując gęsią skórkę. -

Othin "Zilfini" Angaztromm - Brrr ... O jacie wale, do gaci mi zaciekło nieco. - Othin krótko skwitował deszcz oraz zimny wiatr, po czym podszedł do wrót.
- Hem, hem, cóż... - powiedział sam do siebie, po czym zaczął badać konstrukcje cal po calu, uprzednio sprawdzając czy te małe $%^@%@! nie ustawiły w wejściu jakiej pułapki, czort ich wie na jakie głupie pomysły mogliby wpaść.
Zilfini zdjął ciężkie rękawice aby lepiej wyczuć po palcami wszystko czego mógłby się dowiedzieć. Chciał zbadać czy mechanizmy były ostatnio używane, czy się nie zapiekły, lub czy może bracia nie zablokowali wrót w inny sposób. Angaztromm miał plan delikatnie podnieść nawet każdą ze sztab aby sprawdzić ich ruchomość, póki co nie zdejmując ich stałe - czort wie co jest po drugiej stronie. Miał zamiar sprawdzić również zawiasy - ślady smaru lub rdzy mogły dużo powiedzieć. Na ostatek Othin zostawił sobie sprawdzenie, czy wrota wyposażone są w jakikolwiek rodzaj zamka oraz sprawdzić jego stan.
-
- Aczkolwiek warunki są przykre - mruknął Fenni do Othina- lecz chwalebnie nie zapomniałeś o przezorności. - następnie spojrzał na brata i powiedział - Warto także też przypilnować naszych tyłów, gdy Othin sprawdza wrota. - co powiedziawszy chwycił swój młot, aby się trochę rozgrzać i jednocześnie jasno znać, że zgłasza się na zaproponowaną wartę.
-

Rhunki Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi - Dobrze że lunęło teraz. Deszcz całkiem rozmyje ślady i spłucze nasz zapach. Dowiedzą się że tu weszliśmy dopiero jeżeli któryś wpadnie by tu sprawdzać.
Zabezpieczenie wskazywało że zieloni nie mieli ochoty eksplorować i eksploatować kopalni. Oczywiście były dużo bardziej pesymistyczne opcje takie jak to że w środku coś uwięziono. Wolał jednak nie wypowiadać głośno takich rzeczy by nie straszyć młodych. Profilaktycznie postukał jednak palcem o trzonek młota. Zdjął hełm, naciągnął kaptur na czoło, by trochę osłonić się nim przed wiatrzyskiem i wilgociom.
- Dobra myśl, głupio by było przez niefrasobliwość mieć ogon. Sprawdzę czy nie ma dodatkowych pieczęci.
Potarł koniuszki palców i zbliżył się do wrót. Podobnie jak Othin zdjął rękawice ale skupił się na szukaniu czegoś całkiem innego i bardziej nieuchwytnego.
-

Hagrid „Rhyn” Grumsson ...
22 Durgzet, 7035, trochę po północy
Wejście do kopalni Khazid Aldum.
Niebo zasnute chmurami, wiatr, zimno, zaczyna się silna burza.- Ai, Rhunki dobrze mówi, ulewa zmyje nasze ślady - przytaknął Hagrid zadowolony z obrotu sytuacji i tego jak bez problemu dotarli do pamiętanej z map kopalni.
- Czego Wy szukacie? - zdziwił się Rhyn - coś powinniśmy wiedzieć o tych drzwiach lub tym miejscu? - zwrócił się do tych badających z dziwną dokładnością zwykłe zaryglowane drzwi, pytająco spojrzał też na Logrima. Liczył, że jeśli ktokolwiek coś wie to będą to długobrodzi, ale Othin pierwszy wyrwał się do macania wejścia.
- Zwykłe drzwi zamknięte sztabami metalu, pewnie zbyt ciężkimi by byle grobi mógł je zdjąć - ocenił.
- Dajcie znać jak skończycie to z Brondem i Fennem weźmiemy te sztaby, najlepiej wnieśmy je do środka i zostawmy gdzieś w głębi, co by nas nikt nie zaryglował - zaproponował dawi z Norski.
Czekając na komendę wraz z Fennem oglądał okolicę, próbując z lunetą dzięki błyskom dostrzec więcej budowli i policzyć gobliny, które się wokół niej kręciły.
- może i armii... - przypomniał sobie i powtórzył słowa Kowala Run - pytanie czy naszej, pamiętaj Galebie, że masową wycinkę drzew zaczęli zanim tu przybyliśmy, możliwe więc że nie ma to nic z nami wspólnego, a po prostu szykują się do wojny. Pytanie z kim...
- Tfardy - zwrócił się do snotlinga w reikspiel - słyszałeś coś o nadchodzącej bitwie lub wojnie? Snagrog planował podbój lub obronę przed kimś samej twierdzy? - zapytał Rhyn dzieląc zdania i zadając pytanie wolno by snotling się nie pogubił. -
Grungni (MG) @Gladin 
22. Durgzet, 7035, po północy.
Wejście do kopalń Khazid Aldum.
Ciemno, zimno, burza, wiatr, pioruny.Othin metodycznie szukał pułapek mimo, że zapewne żelazołamacze mieli większe doświadczenie w zabezpieczeniach przy drzwiach blokujących wejścia do podziemi. Galeb poszukiwał rzeczy niewidzialnych dla oka. Ani jeden, ani drugi nie znalazł nic niezwykłego. Chociaż... może? Rhunki odnosił wrażenie, jakby... jakby znalazł się w miejscu gdzie było nieco mniej złej, obcej magii w powietrzu. Poczuł się trochę tak, jak ktoś, kto po tym, gdy przebywał długo w pomieszczeniu i nie czuł zastałego powietrza, wyszedł na zewnątrz. Ciężko było mu zrozumieć i opisać jego własne odczucia. Zresztą były one tak subtelne, że sam nie był pewien, czy nie ulega jakimś złudzeniom.
Zilfini próbował delikatnie dźwignąć sztaby, jednak były one mocno zaklinowane. Czy to też wskutek ich lichego wykonania (nie krasnoludzkiego!), czy też inny czynników, ale były źle dopasowane do drzwi. Jedne i drugie wydawały się klinować nawzajem wskutek wypaczenia na zewnątrz.
Badanie zawiasów okazało się niemożliwe, gdyż znajdowały się one po drugiej stronie zamkniętych skrzydeł.
Nie było też żadnego widocznego zamka, zresztą wrota nie były całkowicie zamknięte. Wskutek ich wypaczenia powstała szczelina gruba na palec między dwiema połówkami, przez którą można było ostrożnie zajrzeć do środka. Tyle, że nie było nic widać z powodu ciemności, a póki co żaden z nich nie odważył się przytknąć do niej oka.
– Dobrze pomyślane - zgodził się than na słowa Fenniego o przypilnowaniu ich tyłów i polecił, by Brond mu towarzyszył. Następnie zwrócił się do Rhyna. - Roztropność nie zawadzi. Na wejściu do kopalni przodkowie na pewno przygotowali coś dla nieproszonych gości. A jeżeli nie oni, to ktokolwiek zamknął wrota, mógł je zabezpieczyć. Cierpliwości, Grumsson.
Żelazołamacz dla zajęcia się czymś rozpatrywał się przez lunetę, ale błyskawice powodowały więcej omamów wzrokowych rzucając to tu to tam cienie, niż pozwalały na obserwację. Czasem wydawało mu się, że widzi jakiś ruch od strony, z której przyszli, ale nie potrafił uchwycić żadnego konkretu. Skoncentrowany na próbie rozwiania swoich wątpliwości zadał pytanie snotlingowi. Gdy po dłuższej chwili nie uzyskał odpowiedzi, odjął ją od oka, by zdzielić w łeb nieposłusznego zielonoskórnego. Ale Tfardego nigdzie nie było. -
Gdy już doczekali się sygnału, że drzwi są sprawdzone Khadinbatowie i Hagrid wrócili do reszty drużyny. Gdy już byli na miejscu Fenni rozejrzał się czy nie ma tam przypadkiem Tfardego i jeśli stwierdził jego brak zameldował thanowi Logrimowi o zniknięciu snotlinga. Gdy już tego dokonał pomógł reszcie zdejmować sztaby, a następnie przygotował swoją latarnię do zapalenia i udał się z resztą żelazozłamaczy, w krótki patrol by sprawdzić czy można bezpiecznie wnieść zdjęte sztaby z drzwi do środka. Gdyby się okazało, że można dawi zamierzali zostawić thana Logrima i Othina na warcie, gdy reszta będzie taszczyła ciężkie ładunek do kopalni.
-

Rhunki Galeb Galvynssun z klanu Bezekgorogi Mina Hagrida gdy spostrzegł że Tfardy zniknął była bezcenna. Sam runiarz był pewien że do placu przed kopalnią malec jeszcze przy nich szedł. Pewnie przestraszył się burzy albo i samej kopalni i nie mówiąc nic nikomu poszukał kryjówki. Galeb się zastanawiał czy czy zniknięcie jeńca przysporzy im problemów. Doszedł jednak do wniosku że albo snot sam się znajdzie albo spotkają go w Karak Varn. Stałą w przygodach było to że gdy działy się dziwne rzeczy to nie działy się bez powodu. Ot taka filozoficzna myśl.
Galeb pozostał na warcie z Othinem i Logrimem.
- No, Żelazołamacze. Oto doczekaliście się podziemiów gdzie to poczujecie się jak ryba w wodzie. Tylko z tej euforii nie próbujcie pływać w Kamieniu i Skale.- zaśmiał się ze swojego koślawego dowcipu
-

Hagrid „Rhyn” Grumsson ...
22 Durgzet, 7035, trochę po północy
Wejście do kopalni Khazid Aldum.
Niebo zasnute chmurami, wiatr, zimno, zaczyna się silna burza.- Ai - przytaknął Logrimowi
Zajęty obserwowaniem przez lunetę zdziwił się brakiem odzewu od snotlinga, czyżby raz przywalenie mu w łeb to było za mało? Oderwał wzrok i rozejrzał się, ale snotlinga.... nie było.
- Gdzie zielony?! - zapytał zdenerwowany
- Szedł z nami, musiał gdzieś przed chwilą odejść - racjonalizował sobie sytuację
- Nosz... - uciął w pół słowa przekleństwo - krzyczeć za nim nie będziemy bo wróg usłyszy.
- Pozostaje liczyć że wróci, dla jego dobra lepiej by wrócił.
Na słowa Galeba zaś dodał
- Wypluj te słowa o pływaniu Rhunki, liczmy że kopalnia nie jest zalana, a jak była to woda już odeszła.
- Pójdziemy może przodem, sami żelazołamacze, sprawdzić pierwsze pół mili, jak będą jakie pochodnie to rozpalimy, jak będzie czysto to wniesiemy sztaby by kto nas nie zaryglował, ale mało kto je uniesie tak prawdę mówiąc - dodał oceniając po tym ile im zajęło ich zdjęcie.
- Może snotling do tego czasu się znajdzie, mam jego miecz, bez broni raczej daleko nie zajdzie. - dodał
- Brond, Fenn, obwiążmy się linami, długie są na 10m więc swoboda ruchu zostanie, a jakby ziemia się zapadła albo jaka pułapka to nam życie uratuje. - zaproponował odczepiając swoją od plecaka.
- Pozostaje jeszcze źródło światła, Thanie, czy użyczysz nam swojej lampy i oliwy? - zapytał, choć znał odpowiedź. -
Grungni (MG) @Gladin 
22. Durgzet, 7035, po północy.
Wejście do kopalń Khazid Aldum.
Ciemno, zimno, burza, wiatr, pioruny.– Gdzie zielony? - padło pytanie z ust Hagrida.
Krasnoludy jęły się oglądać i kląć na czym świat stoi. Mały zielonoskóry nie mógł wszak ot tak sobie zniknąć!
– Może gdzie w jaką dziurę wpadł? - zafrasował się Brond.
– Słyszelibyśmy jego krzyk. A tu nic słychać nie było - odrzekł mu Logrim. – Musiał po cichu się oddalić. Kto wie, czy nie idzie teraz donieść innym grobim, gdzie jesteśmy, tfu, zaraza. Trza go było ubić!
– Nie mógł się daleko oddalić. Przecież dopiero był z nami - żelazołamacz omiótł jaskinię spojrzeniem.
– A jesteś pewien, że był z nami? Na linie nie szedł. Ktoś go pilnował?
Khadinbat zawahał się.
– Wydaje mi się, że szedł cały czas z nami... Szukamy go?
– Do demonów z nim - splunął Hagrdindrakk. - Sprawdźmy, co jest za tą bramą.
– Liną? - zdziwił się Brond. - W tunelu? Ja wolę nie- oznajmił mimo, że Fenni przystał na propozycję Rhyna.
Wspólnym wysiłkiem udało się dźwignąć sztaby przy wydatnym sapaniu, bo ciężkie były jak tyłek Grimnira. Pierwsza prawie wypadła im z rąk na ziemię po tym, gdy nagle wyskoczyła w końcu z uchwytów i niedoszacowali jej wagi. Sądząc, że jest lżejsza łapali ją, gdy leciała w dół i ze sporym zdziwieniem i protestem mięśni zapobiegli jej - ani chybi - donośnemu uderzeniu w posadzkę. Oj, poniósłby się dźwięczny huk metalu daleko w noc.
Uchylili następnie skrzydła, również z niemałym trudem, bo zawiasy okazały się nieco pogięte i stawiały opór. Przed nimi ziała czeluść mrocznego korytarza, a bijące coraz bliżej gromy kładły w nagłych rozbłyskach długie cienie krasnoludów w głąb przejścia. Przy czym oświetlenie to mało pozwalało zorientować się w sytuacji. Trwało krótko, oko nie nadążało z adaptacją, a cienie przykuwały mimowolnie ich uwagę jako potencjalne zagrożnie.
Fenni zapalił swoją latarnię i ruszył środkiem. Po jego lewej szedł Brond, który był leworęczny, a na prawo ustawił się Grumsson.Fenni odpisuje sobie z karty jedną porcję oliwy.
Korytarz, do którego weszli, biegł w linii prostej i początkowo dość płasko. Następnie obniżał się tak, że po kilkunastu jardach jego sklepienie przesłaniało im dalszy widok. Środkiem biegły tory kolejowe takie same, jak te na zewnątrz. Niedaleko bramy, na lewej ścianie korytarza, widniał otwór jakiejś jaskini, ale z miejsca, w którym stali, nie dało się nic o jej wnętrzu powiedzieć. Ostrożnie podeszli bliżej.
Na wprost przejścia w pomieszczeniu znajdował się wielki mechanizm, składający z bębnów i osi, który kiedyś nawijał liny. Strzępy tych ostatnich nadal widoczne były na nawijaku. Wchodząc głębiej do środka można było odnieść wrażenie, że jest to jakiś dawny warsztat powroźniczy.
Opuszczony musiał być jednak dość dawno. W kącie jaskini leżał chyba jedyny jeszcze do czego zdatny krąg liny. Sporo grubszej niż te, które krasnoludy nosiły ze sobą. Krąg składał się z kilkudziesięciu zwojów i wyglądało na to, że będzie sporo dłuższy, niż posiadane przez nich 10-jardowe. Nie był jednak w najlepszy stanie. Miejscami postrzępiony, miejscami jakby nadgryziony, gdzie indziej sparciały. Udźwig liny w jej obecnym stanie można było oszacować na podobny do tego, jakie miały ich własne powrozy. Ale na pewno ta w jaskini była cięższa.
Stoły, krzesła, fragmenty sznurów, łańcuchy, drewniane konstrukcje kołowrotów, zbutwiałe materiały, ławy, nieszczelne wiadra, stare cynowe i drewniane naczynia... tu i ówdzie ślady starych odchodów nieznanego pochodzenia.
Othin ubezpieczał kuszą żelazołamaczy, stojąc u wejścia do kopalń i omiatając spojrzeniem wnętrze korytarza. Galeb wraz z Logrimem byli odwróceni w przeciwną stronę. Co chyba okazało się dobrą okolicznością dla Tfardego, który cały zadowolony z siebie wyszedł nagle z zewnątrz, zza krawędzi. Gdyby to Zilfini patrzył w tę stronę kto wie, może bełt z kuszy przyszpiliłby już snotlinga?
–Gdzie byłeś!? - ryknął na niego than.
Nie tylko zielonoskóry wydawał się być zaskoczony, ale i Angaztromm zaniepokojony obrócił się w ich stronę. Tfardy zerknął w stronę, z której przyszedł.
– Tam? - wskazał ręką.
– Ale dlaczego tam poszedłeś!?
Snotling rozejrzał się.
– On mi kazał - wskazał ręką na znikającego w bocznym korytarzu Hagrida. -

Othin "Zilfini" Angaztromm Zaskoczony Othin musiał się otrząsnąć bo błyskotliwej odpowiedzi Tfardego. Widocznie za dużo rozkminiał i odpowiedź była prostsza niż zakładał.
- Dobra, no i czego się dowiedziałeś?
Zilfini początkowo nie chciał zdradzać braków w swojej wiedzy, niemniej zdecydował się spytać.
- I co dokładnie usłyszałeś od Hagrida, że postanowiłeś tak nagle wypełnić jego słowa?
Angaztromm wykazał roztropność, rozmawiając cały czas lustrował otoczenie. Miał również zamiar przymknąć bramę - nigdy nie wiadomo czy Żelazołamacze nie miną jakiegoś bocznego tunelu, z którego wylezie coś co wskoczy im na plecy. Lepiej mieć baczenie na jeden kierunek niż na dwa.
-

Hagrid „Rhyn” Grumsson ...
22 Durgzet, 7035, po północy
W kopalni Khazid Aldum.
Ciemno, brak pochodni na ścianach, jedynie latarnia w ręce towarzysza.- Szlag by to trafił, ciemno jak w dupie. Gdzieś na ścianie jak nie pochodnie to muszą być na nie uchwyty. - pożalił się Rhyn, bo mimo prób żadnego nie wypatrzył.
Gdy dotarli do powrozowni rozejrzał się po jej wnętrzu. Poszukał ułamanego kawałka drwa co by się nadał i owinął starym sznurem z jednej strony. Miał nadzieję na znalezienie smoły, dziegciu albo łoju wymieszanego z grafitem, liny tak się konserwuje, w porcie Salzenmund widział to nie raz. Nadały by się na pochodnię, a oliwy do lampy trochę mu było szkoda.
- Jak już znajdziemy jakiś uchwyt na pochodnię będzie jak znalazł, rozświetli trochę to smutne miejsce i da znać długobrodym gdzie jesteśmy.
- Raczej nic tu po nas, liny pewnie były do ciągnięcia wozów po torach, chodźmy dalej - zaproponował Hagrid.