Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje inne
  3. Rozgrywka
  4. Serce tajgi [Zew Cthulhu]
Serce tajgi
GordianG
Gordian jako
Wielki Cthulhu
Mistrz Gry
KaworuK
Kaworu jako
Eleonora Croft (Anna White)
AgnesA
Agnes jako
Violet Shane
ElvisE
Elvis jako
Ren Watanabe
CyganC
Cygan jako
Walter Murdock (William Evans)
KetharianK
Ketharian jako
John Carter (Mike Dundee)

Serce tajgi [Zew Cthulhu]

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
sercetajgizew cthulhu
122 Posty 7 Uczestników 2.7k Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • GordianG Niedostępny
    GordianG Niedostępny
    Gordian jako Wielki Cthulhu
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #105

    REN

    Ren wszedł do chłodnego wnętrza urzędu, odcinając się od dźwięku ulicy ciężkimi, drewnianymi drzwiami. W środku panował charakterystyczny dla administracji porządek: długie rzędy drewnianych ławek, wysokie lady oddzielające petentów od urzędników i ściany niemal całkowicie pokryte tablicami zapisanymi pionowymi rzędami znaków. Powietrze pachniało tuszem, papierem i wilgotnym drewnem. Gdzieś z głębi pomieszczenia dochodził jednostajny stukot pieczątek oraz ciche szuranie pędzelka po papierze. Urzędnik siedzący przy okienku podniósł znad niego wzrok dopiero wtedy, kiedy Ren się odezwał.
    Oczywiście - odpowiedział automatycznie urzędnik, kiwając głową. Nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego. Sięgnął po niewielką kartkę, zamoczył pędzelek w atramencie i starannym pismem zanotował nazwisko. Następnie odwrócił się do stojących za nim wysokich szaf wypełnionych setkami szuflad. Przez kilka minut w pomieszczeniu słychać było jedynie szelest kartotek. Ren obserwował, jak urzędnik przesuwa kolejne przegródki, wyciąga jedną kartkę, po czym ją odkłada i sięga po następną.
    W końcu zatrzymał się. Wyciągnął jedną z kart i zaczął ją czytać. I wówczas jego twarz zastygła w bezruchu. Trwało to może ułamek sekundy, było jednak wyraźnie zauważalne. Jego oczy przesunęły się jeszcze raz powoli po dokumencie, a potem spojrzały na Rena.
    Proszę wybaczyć... - powiedział cicho urzędnik, a strużka potu spłynęła wolno po jego czole - ...ale muszę to skonsultować z przełożonym.
    Skłonił się lekko i zniknął za drzwiami prowadzącymi na zaplecze, zabierając ze sobą kartkę. Ren został sam. Minęła minuta, potem druga, a potem następne dziesięć. W poczekalni nadal panował taki sam spokój, który jednak teraz stał się złowrogą ciszą. Starsza kobieta cierpliwie czekała przy sąsiednim okienku, gdzie indziej jakiś mężczyzna podpisywał dokumenty. Wszystko wyglądało normalnie. Tylko dlaczego wszystko jest tak zwyczajne i rutynowe, kiedy Renowi serce zaczęło bić coraz mocniej? Minuty wlokły się niczym godziny. Zegar na ścianie tykał, a jego cosekundowy szelest był niemal równy z co trzecim uderzeniem serca Rena.
    Po jakimś czasie drzwi wejściowe otworzyły się. Do środka weszło dwóch umundurowanych funkcjonariuszy. Niemal w tym samym momencie w drzwiach, w których wcześniej zniknął urzędnik, pojawił się starszy mężczyzna w garniturze, trzymając w ręku kartę meldunkową.
    Panie Watanabe - zaczął, poprzedzając to ukłonem w kierunku Rena. - Czy byłby pan uprzejmy poświęcić nam jeszcze kilka minut? Myślę, że możemy pomóc sobie nawzajem... - powiedział spokojnie, a dwóch funkcjonariuszy po chwili stało już po obu stronach Rena.
    Odprowadzili go do niewielkiego gabinetu znajdującego się na zapleczu urzędu. Było ono skromne, ale urządzone z pedantyczną wręcz dokładnością: drewniane biurko stało idealnie równolegle do ściany, na nim leżał jedynie kałamarz, pędzel, kilka teczek i niewielka flaga Cesarstwa Japonii, a za biurkiem na ścianie wisiały portrety cesarza Hirohito i generała Hideki Tojo. Za oknem widać było fragment ulicy i przechodzących ludzi, jednak szyby były matowe, przez co wszystko wyglądało jak za mgłą.
    Proszę sobie usiąść, panie Watanabe - urzędnik wskazał Renowi fotel naprzeciwko biurka, a sam zajął miejsce przy nim. Po obu stronach Rena stanęli policjanci. Mężczyzna zaczął przeglądać kartę meldunkową, przez dłuższą chwilę nie odzywając się ani słowem, przedłużając tym samym złowrogą ciszę.
    Nazywam się Hiroshi Saito. Kieruję tym wydziałem - skłonił lekko głowę, po czym wziął do ręki pędzelek i zaczął wypytywać Rena o jego dane osobowe. Słuchał, wszystko skrupulatnie notując. W końcu zaczął zadawać niemal maszynowo kolejne pytania i notując odpowiedzi Rena:
    Dlaczego poszukuje pan pana Kazuo Nakamury?
    Czy ma pan z nim umówione spotkanie?
    Korespondował pan z nim?
    Czy pan Nakamura wie, że go pan poszukuje?

    W końcu, po sporządzeniu chyba czegoś w rodzaju protokołu z przesłuchania, spojrzał Renowi w oczy, odrywając wzrok od kartki, i powiedział z lekką nutką ironii w głosie:
    To bardzo ciekawe, wie pan? Bo według naszych rejestrów pan Kazuo Nakamura od ponad roku nie mieszka pod żadnym z adresów, pod którymi był zameldowany. Oficjalnie wyprowadził się bez podawania nowego miejsca pobytu. Czy może mi pan powiedzieć skąd zna pan to nazwisko? - to ostatnie pytanie padło nieco ostrzej, niż poprzednie. Saito siedział przez chwilę nieruchomo, po czym nieznacznie się uśmiechnął. Wstał, podszedł do okna i spojrzał w nie, a po chwili zaczął mówić do Rena patrząc na niego podczas przechadzania się po całym gabinecie.
    Panie Watanabe, proszę pozwolić udzielić sobie pewnej rady. Jest pan Japończykiem, prawda? Na to wskazuje pańskie nazwisko i akcent. Zna pan realia naszego kraju znacznie lepiej, niż pana amerykańscy towarzysze - na te słowa Renowi aż mocniej zabiło serce. Skąd ten człowiek wie skąd i z kim Ren przybył? Skąd wie, że są oni Amerykanami, choć Chance załatwił im fałszywe australijskie paszporty, do których Ren jako prawnik nie znalazł żadnych zastrzeżeń? - Dlatego proszę wyjaśnić im, że nazwisko pana Nakamury nigdy więcej nie powinno już padać publicznie. To nazwisko... sprowadza na pewnych ludzi niepotrzebne zainteresowanie. Oczywiście nie mogę zabronić państwu prowadzenia jakichkolwiek badań, Japonia jest państwem prawa. Mam jednak nadzieję, że nie będzie pan zmuszał mnie do ponownego spotkania z panem - Saito uśmiechnął się i dał znak funkcjonariuszom, by ci wyprowadzili Rena na zewnątrz.
    Zegar wiszący na ścianie wskazywał na to, że cały pobyt Rena w urzędzie trwał nieco tylko ponad pół godziny. Jednak dla Rena była to niemal cała wieczność.
    Kiedy policjanci wyprowadzili go na zewnątrz, jeden z nich jakby mimochodem wepchnął Renowi coś w rękę. Kiedy prawnik spojrzał na niego, funkcjonariusz mrugnął do niego okiem. W ręku Rena znajdowała się jakaś wizytówka mówiąca Klub Kurohane wraz z adresem w dzielnicy portowej Jokohamy.

    ELEONORA I VIOLET

    Dwaj starsi dżentelmeni przerwali rozmowę i spojrzeli na Eleonorę z pewnym zaskoczeniem.
    Madame Beaumont? - powtórzył jeden z nich z brytyjskim akcentem. - Obawiam się, że przed chwilą opuściła salę.
    Z jednym z pańskich towarzyszy!
    - rzucił z lekkim uśmiechem drugi. - Z tym... lekko gburowatym, z przystrzyżonym wąsem - obaj wymienili krótkie spojrzenia i roześmiali się cicho.
    W tej samej chwili przez salę przeszła Violet. Rozejrzała się uważnie po sali, aż w końcu złapała wzrokiem Eleonorę.

    WALTER

    Ręka madame już kierowała się do jej dekoltu, który najwyraźniej zamierzała rozszerzyć jeszcze bardziej. Wydawała się nieco zawiedziona brakiem okazania jej uwagi przez Waltera. Pociągnęła jednak kolejny łyk armagnaku ze swojego kieliszka, usiadłszy na łóżku, po czym odpowiedziała:
    Maski... - wyszeptała cicho, poprawiając swoją sukienkę. - Dlaczego je zbieram? Bo każda z nich jest opowieścią o tym, kim człowiek chciałby zostać. Służyły one ludziom właściwie od zawsze, i służą do dzisiaj. Kapłan chce być bardziej mistyczny, wojownik bardziej przerażający, i to wszystko ma swoje odzwierciedlenie w maskach - wstała, odstawiła pusty kieliszek i wskazała dłonią gablotę stojącą parę kroków od łóżka. - A tamta... tamta jest moją ulubioną - powiedziała z uśmiechem, pokazując na maskę, na którą Walter zwrócił uwagę. - Pochodzi z Mandżurii. Zdobyłam ją zaledwie kilka dni temu od jakiegoś weterana. Twierdził, że jest przeklęta... - zaśmiała się cicho. - Handlarze zawsze dodają do swoich trofeów takie historie, wtedy mogą sprzedać je drożej. Ale od weteranów zawsze można kupić coś ciekawego. Często sprzedają bezcenne artefakty, które zdobyli na wojnie, za bezcen. Nie zdają sobie sprawy z ich wartości, a często są inwalidami bez środków do życia i chcą się tego jak najszybciej pozbyć - znów się zaśmiała. Szła przez pokój lekko się chwiejąc, przysiadając na biurku, na którym leżała zniszczona paczka po masce z mnóstwem kartek zapisanych pionowo azjatyckimi znakami. - Ale jeśli to tak pana interesuje, to proszę podejść i obejrzeć. Może pańskie inżynierskie oko wychwyci tu coś ciekawego...
    możesz rzucić na spostrzegawczość i/lub okultyzm

    JOHN

    Młody Japończyk wysłuchał Johna uważnie, od czasu do czasu tylko przytakując.
    Rozumiem. Jeśli pan Watanabe rzeczywiście wybrał się do urzędu meldunkowego, wiem o którym miejscu pan mówi. O tej porze urząd jest już, oczywiście, zamknięty, ale możemy zacząć właśnie tam. Być może ktoś chociaż coś widział. Chyba, że ma pan inny pomysł, w końcu pan tu dowodzi - powiedział dość poważnym tonem. - A jeśli chodzi o angielski, to urodziłem się w Londynie. Mój ojciec pracował tam przez jakiś czas. Był jednym z oficerów wysłanych na szkolenie do Wielkiej Brytanii. Zawsze mi powtarzał, że Japonia musi nauczyć się rozmawiać z zachodem.
    Drużyna Johna opuściła posesję madame Beaumont, zostawiając za plecami ciepłe światło lampionów i gwar eleganckiego przyjęcia. Już po kilkudziesięciu metrach wszystko wydawało się zupełnie inne. Szerokie aleje dzielnicy cudzoziemskiej ustąpiły miejsca węższym uliczkom, gdzie drewniane domy stały niemal ściana w ścianę, a światło papierowych lamp odbijało się w mokrym bruku. Wieczorne powietrze było ciężkie od zapachu morza, ryb, gotowanego ryżu i dymu z węgla drzewnego.
    Ku zaskoczeniu Johna, "pałkarze" przez pierwsze kilka minut zachowywali się zadziwiająco spokojnie. Aż za spokojnie. Biggy oglądał wystawy sklepików, jakby zastanawiał się ile mógłby zarobić na przemycie tych leżących na nich przedmiotów. Franny rozglądał się znacznie uważniej.
    Ci policjanci jakby... bardziej prosto od naszych chodzili - mruknął, kiedy minęli patrol dwóch żandarmów.
    Bo to Japonia, geniuszu - parsknął Red. - Tu nawet złodzieje mają swój kodeks honorowy. Nie to co u nas. Własną rodzinę by ojebali, kutasy złamane, nie mówiąc już o sąsiadach i kolegach...
    Ticky zachichotał, choć najwidoczniej nie do końca zrozumiał żart. Młody Japończyk w końcu odezwał się do nich:
    Prosiłbym szanownych panów o bycie nieco ciszej - na te słowa "pałkarze" spojrzeli się na niego z pewnym wyrazem zaskoczenia na twarzy. Może dlatego, że nie przywykli do tego, żeby jakiś gołowąs wydawał im polecenia, a może dlatego, że nie wiedzieli, że można się do nich zwracać tak uprzejmie.
    No przecież kurwa jestem cicho! - Biggy rozłożył ręce.
    To zapewne właśnie dlatego słyszałem pana z trzydziestu metrów... - odpowiedział spokojnie Japończyk.
    Mówiłem ci... - parsknął Red, kiedy skończył rechotać.
    Minęli grupkę małych dzieci, idących równymi dwoma rzędami, ubranych w miniaturowe mundury wojskowe i trzymających lampiony. Prowadziła ich jakaś kobieta, bez munduru, ale z miną wskazującą na wychowanie w wojskowym drylu. Dzieci recytowały jakiś wierszyk, którego nikt nie rozumiał. Młody Japończyk nie przetłumaczył im go, chyba aż tak dobrze po angielsku nie mówił, żeby tłumaczyć lirykę, powiedział jednak:
    Jeszcze kilka lat temu czegoś takiego nie było... - westchnął. - Ale czasy się zmieniają. Teraz coraz częściej uczy się dzieci podobnych rzeczy...
    A o czym to było?
    - zapytał Red. Przewodnik znowu westchnął.
    O cesarzu, o armii, o tym że dzieci muszą jak najszybciej dorosnąć, żeby służyć swojemu krajowi i budować japońskie imperium... - zasmucił się nieco. - Jeszcze niedawno słychać było wierszyki i piosenki o porach roku, o kwiatach kwitnącej wiśni albo o bohaterach dawnych legend. Teraz... coraz częściej wyglądają one właśnie tak - spojrzał na odchodzące w oddali dzieci. - W Japonii teraz wielu ludzi uważa, że "nadchodzą wielkie czasy". A wielkie czasy wymagają odpowiedniego wychowania... - nie powiedział już nic więcej. Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, bo nawet "pałkarze" chyba nie byli w stanie znaleźć odpowiednio głupiego żartu.
    W końcu dotarli do szerokiego placu przed budynkiem urzędu meldunkowego. O tej porze był już zamknięty. W większości okien panowała ciemność, jedynie gdzieś na piętrze paliła się pojedyncza lampa, jakby ktoś kończył jeszcze pracę.
    Jesteśmy na miejscu - powiedział przewodnik. - Zatem jakie plany teraz?
    możesz rzucić na spostrzegawczość, jeśli chcesz szukać jakichś śladów, lub na cokolwiek co przyjdzie ci do głowy i będzie zgodne z twoim pomysłem na działanie

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    ♥
    2
    • AgnesA Niedostępny
      AgnesA Niedostępny
      Agnes jako Violet Shane
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Agnes
      #106

      Violet skierowała się do sali, żeby wyjaśnić Eleonorze ewidentne nieporozumienie, do którego doszło pomiędzy nią a pułkownikiem. W pierwszej chwili, gdy weszła do sali, nie mogła odnaleźć wzrokiem nikogo z ich ekspedycji. Wreszcie udało jej się pochwycić wzrok Eleonory rozmawiającej z dwoma roześmianymi mężczyznami. Przeprosiła ich grzecznie i odciągnęła towarzyszkę na bok.

      -Czemu tak nagle odeszłaś i zostawiłaś mnie z nim samą? - szepnęła z lekką pretensją w głosie. - Wydaje mi się, że źle zrozumiałaś intencje pułkownika. Prosił tylko, żebyśmy dowiedziały się czegoś o tej nowej masce. Wystarczy znaleźć madame i z nią porozmawiać. Nie ma w tym nic złego. A pułkownik jest gotowy nam pomóc niezależnie od efektu, ale pewnie informacje o masce zmotywują go jeszcze bardziej. Pomożesz? Czy mam to zrobić sama? - spytała z determinacją. - Gdzie właściwie podziała się madame? I Walter? I John? - spytała już spokojniej, rozglądając się po sali.

      @kaworu

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • KaworuK Niedostępny
        KaworuK Niedostępny
        Kaworu jako Eleonora Croft (Anna White)
        napisał(a) ostatnio edytowany przez Kaworu
        #107

        Eleonora nie wiedziała, czy lubi dwójkę dżentelmenów i ich chichot, nie wiedziała też do końca, co myśleć o rewelacjach Violet.

        - Kochana – zaczęła – Możliwe, że doszło do nieporozumienia, może tak, może nie. Wybacz, myślałam, że opuścisz tego pana razem ze mną. Ja… - zastanowiła się, co chce powiedzieć – możemy porozmawiać z Madame i możemy zapytać o tą maskę, jeśli tylko informacje są tym, na czym zależy pułkownikowi. Nie rozumiem jednak, czemu wysługuje się dwiema obcymi damami, jeśli jego intencja są naprawdę czyste… - zmarszczyła brwi – Wybacz, może naprawdę zareagowałam zbyt emocjonalnie i może naprawdę nie ma tutaj żadnego niewłaściwego zachowania. Rozmowa nie jest czymś, czego powinniśmy się wstydzić lub bać. A co do Madame… udała się z naszym Walterem w… prywatne miejsce – nie wiedziała, jak ładnie wyjaśnić Violet zachowanie dwójki mężczyzn – moglibyśmy się do nich udać, o ile nie będziemy im… przeszkadzać? – starała się uśmiechnąć, ale wyszedł jej tylko jakiś krzywy grymas.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        2
        • AgnesA Niedostępny
          AgnesA Niedostępny
          Agnes jako Violet Shane
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #108

          -Oh, poszli oglądać prywatną kolekcję Madame? To doskonała okazja. Wystarczy, że do nich dołączymy i zadamy parę pytań. To którędy? - spytała, rozglądając się za wyjściem. @kaworu

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          3
          • LubeszL Niedostępny
            LubeszL Niedostępny
            Lubesz
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Lubesz
            #109

            Ren Watanabe

            Gdy urzędnikodszedł w stronę wysokich szaf, w których były dane meldunkowe, nerwowo, nawet bardziej przez niecierpliwość stukałem palcem o palec. Nie nawidziłem czekać, a konkretnie w takich okienkach. Dość mocno mi się kojarzył z okienkami w więzieniach do odwiedzin. Byłem raz w takim miejscu w czasie nauki. Wspomnienia nie należały do najlepszych. Osadzeni w pomarańczowych ubraniach, z nienawistnymi spojrzeniami, i wulgaryzmami na ustach. Szuranie szuflad wspomagało pogłebienia się w przeszłości, i oczami widziałem przez chwilę archiwum właśnie więzienia czy też akt do sądu. To wtedy przygotowywaliśmy się do obrony. Sprawa właściciela jednego z hoteli była skąplikowana, i makabryczna.

            Z mojego umysłu wytrącił mnie nagły bezruch urzędnika, przez co lekko się nachyliłem jakbym oczekiwał że od razu powie. Jednak tamten się zawachał, co mi od razu się nie spodobało. Moje czoło zmarszczyło się z lekkiego niezadowolenia.
            -Ale...- Powiedziałem ale mężczyzna znikł za drzwiami zabierając kurtkę.

            Zabrał kurtkę.... To dziwne, chyba że przełożony o tej porze już jest w domu i musi zadzwonić. To był miało lekki sens, raczej mało prawdopodobne by było gdyby dzwonił do kogoś innego.
            Zacząłem krązyć tu i tam czekając na rozwój sytuacji, nie wiedząc co robić. Spoglądałem na innych, próbując dostrzec coś co mogę zrobić, czy do kogo podejść kolejnego. Jednak nie musiałem nic zrobić, lecz to co było później było jeszcze bardziej niepokojące.

            Mundurowi weszli i otoczyli mnie, a ja stałem jak wyryty, nie robiłem szybkich ruchów. Obróciłem się co nowo przybytego, który miał kartę meldunkową tą którą urzędnik wcześniej wyjął.
            -Tak...oczywiście- Odparłem, a w głosię widać było już nauczoną urzędową mowę.

            Podążyłem za nimi do gabinetu, który niczym się nie wyróżniał od innych tego typu pokojach. Za poleceniem usiadłem na krześlę, przyglądając się poczynaniom Hiroshiego. Podałem mu swoje prawdziwe dane, gdyż tutaj nie było co ukrywać nic.

            Odpowiedziałem na konkretne pytania:

            • Nie nie byłem umuwiony
            • Nie pisałem z nim
            • Nie, nie wie że go poszukuję
            • Poszukuję gdyż ma cenne informację które mogą mi być potrzebne

            Gdzy mężczyzna wyznał że nasz poszukiwany ukrywa się dość mocno, aż zaniemówiłem, lecz nic nie dałem po sobie poznać. Słuchałem go z ciekawością, co mógł zauważyć. Gdy zadał mi kolejne pytanie odpowiedziałem iż mam z nim związaną sprawę, i szczegółów nie mogę wyjawić. Miało to na celu lekko nakierowanie iż jestem wysłany przez rząd zza granicy,a jednocześnie nie powiedziałem że nie. Pośrednia prawda która była niedopowiedzeniem. Mój wzrok podążął za nim gdy zaczął chodzić.
            Jego rada nie mniej jednak brzmiała jak groźba i ostrzeżenie, ale czy przed nim czy może przed kimś jeszcze. Choć po ostatnim zdaniu mam wrażenie że to on może sprawić kłopoty.

            Funkcjonariusze odprowadzili mnie do wyjścia, a moje oko zachaczyło zegar pobliski. Pół godziny.... cóż dobrze że nie areszt za szukanie osoby podejrzanej.
            Gdy wiatr zakuł mi w twarz, poczułem dotyk w ręcę. Spojrzałem na mężczyznę w mundurzę który był jednak całkiem całkiem. Nie wiedziałe przez chwilę dlaczego dotknał mojej ręki, lecz gdy poczułem w dłoni wizytówkę, to aż serce zabiło mi mocniej. Spojrzałem jeszcze raz na przystojniaka który póścił oczko, a jak uśmiechnąłem się delikatnie i lekko ukłoniłem prawie niezauważalnie.

            Stukając wizytówką, zastanawiałem się co robić, czy iść tam, czy wrócić do towarzyszy. Klub Raczej prosperuje w nocy, ale może akutat teraz nasz cel tam był, gdy nie jest tłoczno. Szybkim krokiem powędrowałem w stronę dzielnicy portowej. Nie słyszałem o tym klubie, więc musiałem go sam poszukać. Nie spodziewałem się aby było go ciężko znaleźć.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            💚
            1
            • CyganC Niedostępny
              CyganC Niedostępny
              Cygan jako Walter Murdock (William Evans)
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #110

              Walter delikatnie otworzył gablotę i wyjął z niej idealnie wypolerowaną maskę ośmiornicy. Oglądanie zaczął od oczu. Patrzenia na nie a bardziej w nie, można było porównać tylko do jednego - oceanu nocą. Nim dłużej go obserwujesz, tym bardziej wydaje ci się, że to on obserwuje ciebie. Dokładnie takie samo wrażenie wywoływały oczy maski. - Panie Walterze. Czy wszystko w porządku? - zapytała Madame zaskoczona tak długą przerwą w poruszaniu się inżyniera. - Tak, tylko oczy tej maski wydają się jakby żywe. - odpowiedział ewidentnie skołowany tym jak dobrze wykonana może być maska.

              Po tym lekkim zaskoczeniu kontynuował oglądanie. Macki, zęby i przyssawki wykonane równie dobrze jak oczy. Jak można coś takiego stworzyć? Ta myśl przechodziła mu przez głowę podczas obracanie maski na drugą stronę. Z tyłu spodziewał się gładkiego miejsca na twarz i bez zaskoczenia to też ujrzał. Chwilę się przyglądał powierzchni jakby od niechcenia, gdy nagle zauważył małe symbole zapisane czymś czerwonym. Madame. - zwrócił uwagę kobiety i podszedł powoli do biurka. Proszę spojrzeć. Na odwrocie maski są jakieś azjatyckie symbole. - powiedział przekazując maskę do rąk Madame.

              Kiedy kobieta była zajęta symbolami, oczy Waltera powędrowały na biurko, na którym znajdowały się kartki z bardzo podobnymi symbolami, a może nawet i identycznymi. W gromadzie obcych znaków ujrzał mniejszą kartkę z treścią zapisaną w angielskim - "Decyzje najlepiej podejmować szybko. Masz czas do wieczora. Cena jest wysoka, ale przecież warto! T." Dość tajemnicza wiadomość. Pomyślał zaciekawiony inżynier, aczkolwiek nie zapytał o tą notatkę. Gdyby Madame chciała pomocy lub rady sama by o to poprosiła. Walter nie był chamem, żeby narzucać swoją pomoc.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • KetharianK Niedostępny
                KetharianK Niedostępny
                Ketharian jako John Carter (Mike Dundee)
                Obsługa Moderator Mecenas
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #111

                Urząd meldunkowy w Yokohamie


                John Carter przyjrzał się uważnie jedynemu oknu budynku, w którym pełzała poświata słabego oświetlenia, po czym przeniósł spojrzenie na młodego Akitę Yashinoto.

                - Szczęście wydaje się nam sprzyjać - powiedział kiwając nieznacznie głową - Ktoś jeszcze nie wyszedł do domu. Z oczywistych powodów muszę zdać się na pana pomoc, panie Yashinoto. Czy zechce pan zwrócić na siebie uwagę tego zacnego urzędnika, który okazał się tak pracowitym człowiekiem?

                Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • GordianG Niedostępny
                  GordianG Niedostępny
                  Gordian jako Wielki Cthulhu
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez Gordian
                  #112

                  WALTER, VIOLET I ELEONORA

                  Madame Beaumont ostrożnie wzięła maskę z rąk Waltera i przyjrzała się czerwonym znakom znajdującym się na jej wewnętrznej stronie.
                  Hmm... - zmarszczyła lekko brwi. - Nie przypominam sobie, żeby handlarz wspominał o czymś takim...
                  Nie zdążyła jednak wyjaśnić, czego handlarz jej nie wyjaśnił, bo w tej chwili zahaczyła udem o krawędź biurka, a jej ręka z kieliszkiem pełnym armagnaku przechyliła się. Bursztynowy płyn rozlał się szeroką smugą prosto na spodnie inżyniera.
                  Mon Dieu! - wykrzyknęła Beaumont. - Panie Walterze, strasznie pana przepraszam... - choć jej twarz na to nieszczególnie wskazywała, bo zaniosła się chichotem. - Proszę się nie ruszać, coś na to zaradzę...
                  Nie czekając na odpowiedź, odłożyła pusty kieliszek i niemal odruchowo uklękła przed nim. Wzięła niewielką, haftowaną chusteczkę, którą trzymała w małej kieszeni jej sukienki, i zaczęła energicznie osuszać nią plamę na nogawce spodni, mrucząc pod nosem kolejne melodyjne francuskie zwroty, zabarwione dodatkowo mrukliwym głosem osoby pod wpływem alkoholu.
                  I w tej właśnie chwili rozległo się ciche pukanie do drzwi. Madame najwidoczniej go nie usłyszała, bo nie zareagowała. Podobnie Walter, stojący tyłem do drzwi. Wobec braku odpowiedzi, Violet i Eleonora uchyliły je lekko i weszły do pomieszczenia.
                  Zastały w nim Waltera, stojącego tyłem do nich, oraz klęczącą przed nim madame, która wykonywała energiczne ruchy ręką w okolicy krocza inżyniera, do tego mamroczącą pod nosem coś po francusku. Madame dopiero po chwili zdała sobie sprawę z nowych gości. Trudno było powiedzieć, czy zdaje sobie sprawę z tego jak ta scena musi wyglądać z perspektywy osób, które dopiero weszły do pomieszczenia...
                  Czy panienki czegoś potrzebują? - spytała, zerkając na nie swoim figlarnym wzrokiem, nie przerywając pracy nad spodniami Waltera, który dopiero w tej chwili zorientował się, że ktoś wszedł do pokoju.

                  REN

                  Opuszczając urząd, Ren spojrzał jeszcze raz na kawałek kartki spoczywający w jego dłoni. Klub Kurohane. Nazwy tej nie kojarzył. Nie było też żadnych innych informacji, poza adresem tego miejsca. Musiał wrócić do dzielnicy portowej.
                  Im bardziej Ren się do niej zbliżał, tym bardziej zmieniało się otoczenie. Szerokie ulice ustępowały miejsca gęstszej zabudowie magazynów, składów i warsztatów. W powietrzu unosił się zapach smoły, soli, ryb oraz mokrych lin okrętowych. Co chwilę mijał marynarzy schodzących ze statków pod obcymi banderami, robotników pchających ciężkie wózki z towarem i riksze przeciskające się pomiędzy pieszymi. Nieco dalej port przechodził jednak w zupełnie inną dzielnicę.
                  Zamiast magazynów pojawiły się niewielkie restauracje, herbaciarnie i lokale z kolorowymi szyldami. Nad ulicami wisiały lampiony, mimo że słońce wciąż znajdowało się wysoko. Z wnętrza jednego z budynków dobiegały dźwięki saksofonu i fortepianu. Kilka kobiet w zachodnich sukniach śmiało się przy wejściu, podczas gdy elegancko ubrani mężczyźni prowadzili ożywione rozmowy po japońsku, angielsku i chińsku. Adres się zgadzał. Na ciemnym, lakierowanym szyldzie Ren spostrzegł napis Klub Kurohane.
                  Budynek wyglądał na dość elegancki lokal. Przy wejściu portier w skrojonym garniturze kłaniał się lekko każdemu, kto wchodził do środka. Tam zaś panował półmrok. Powietrze było ciężkie od zapachu tytoniu, perfum i świeżo mielonej kawy. Gdzieś z głębi sali cicho sączył się jazz, choć w tym momencie scena była pusta, a muzyka dobiegała z gramofonu. Większość stolików była zajęta, choć lokal nie sprawiał wrażenia zatłoczonego. Kilku marynarzy grało w karty, dwóch europejskich kupców prowadziło cichą rozmowę nad filiżankami kawy, a w głębi sali trzech starszych Japończyków rozgrywało partię go z takim skupieniem, jakby od wyniku zależało ich życie.
                  Po lewej stronie znajdował się długi bar z rzędami zachodnich alkoholi ustawionych na półkach. Za nim pracował barman o kamiennej twarzy. Po prawej stronie kilka szerokich schodów prowadziło na antresolę z balkonem. Tam ustawiono ciężkie drewniane drzwi z matowymi szybami. Co jakiś czas znikał za nimi któryś z gości, aby po chwili wrócić. Ren zauważył również jeszcze jedne drzwi. Niepozorne, niemal ukryte za ozdobnym parawanem przedstawiającym stado kruków unoszących się nad górskim krajobrazem. Od czasu do czasu któryś z kelnerów przechodził przez nie z tacą, lecz żaden z gości nawet nie próbował się tam kierować.
                  Nikt zdawał się nie zwracać na Rena najmniejszej uwagi. Tak się przynajmniej wydawało...

                  JOHN

                  Oczywiście! - Japończyk skinął głową i podszedł do ciężkich drzwi urzędu. Kilkakrotnie zastukał drewnianą kołatką zawieszoną obok wejścia. Przez dłuższą chwilę nie działo się nic. Dopiero po kilkudziesięciu sekundach za mlecznym szkłem zamajaczyła sylwetka człowieka z lampą oliwną i rozległ się zgrzyt rozszerzających się drzwi.
                  W szczelinie pojawiła się twarz starszego mężczyzny w okrągłych okularach. Spojrzał na młodzieńca, potem na resztę. Rozmawiali chwilę po japońsku, czego John i "pałkarze" nie byli w stanie do końca zrozumieć. Ton pozostawał spokojny, choć po kilku zdaniach starzec wyraźnie spoważniał. Rozmowa trwała może ze dwie minuty. W końcu urzędnik westchnął, kiwnął głową z krótkim sayonara i zamknął drzwi. Przewodnik odwrócił się do Johna.
                  Powiedział, że wspomniany człowiek był tu dzisiaj w południe. Rozmawiał z kierownikiem wydziału i wyszedł w towarzystwie dwóch policjantów... - powiedział spokojnie Japończyk. - Chce pan iść na policję, panie Carter? Czy ma pan inny plan?

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • AgnesA Niedostępny
                    AgnesA Niedostępny
                    Agnes jako Violet Shane
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Agnes
                    #113

                    Violet na ten widok stanęła jak wryta, a jej twarz osiągnęła kolor zbliżony do włosów. Dopiero dotarło do niej, co miała na myśli Eleonora.
                    -Oh! - wykrzyknęła. - Chyba przeszkadzamy. Może przyjdziemy póź...
                    Spróbowała odwrócić wstydliwie wzrok od Waltera i jej wzrok padł na odłożoną na biurko maskę. Zawahała się, czy powinna się wycofać, czy raczej wykorzystać okazję. Gdy rzuciła okiem na parę, napotkała wzrok Waltera. Dostrzegła w nim zaskoczenie i zażenowanie zwyczajne dla takiej sytuacji, jednak coś w tym spojrzeniu ją zdziwiło. Było w nim coś... błagalnego. Wbrew temu, czego spodziewała się Violet w oparciu o swoją ograniczoną wiedzę z tej dziedziny, Walter zdawał się nie czerpać przyjemności z natarczywych zabiegów Madame.
                    -Właściwie... to jednak tak. Potrzebujemy czegoś - podjęła, odzyskując pewność siebie, Violet. - A raczej chciałybyśmy porozmawiać o pani przewspaniałej kolekcji. Bo tak się składa, że żywo zainteresowały mnie pani maski. Pan Walter zresztą... - dziewczyna usilnie starała się patrzeć w punkt na lewo od mężczyzny - wie, jak jestem ciekawa świata. A pani cudowne maski mogą być wspaniałą drogą do jego poznania - Violet nie była pewna, czy jej potok słów zachowuje jakikolwiek sens, chociaż nie miało to wielkiego znaczenia zważywszy na stan jej rozmówczyni.
                    -Choćby ta - wskazała na maskę spoczywającą na biurku obok pustego kieliszka. - Wygląda bardzo interesująco. Chętnie bym o niej posłuchała.
                    Dopiero, gdy wyrzuciła z siebie jednym tchem te słowa, zauważyła, że kurczowo ściska ramię Eleonory, jakby podświadomie obawiała się, że ta znów się wycofa, zostawiając ją w niezręcznym położeniu.
                    @kaworu @cygan

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    😨
                    2
                    • KaworuK Niedostępny
                      KaworuK Niedostępny
                      Kaworu jako Eleonora Croft (Anna White)
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #114

                      Eleonora również się zarumieniła. Spuściła oczy, patrząc na swoje stopy (które poruszały się niezręcznie w zdenerowaniu). Nie zamierzała jednak opuścić Violet… choć miała wielką ochotę na opuszczenie tego pomieszczenia.

                      - My, em… - zaczęła, czując się strasznie zawstydzona – Chciałyśmy porozmawiać z Panią o maskach, jak mówi Violet, ale, em… może będzie lepiej, jak już sobie pójdziemy? – spytała błagalnym tonem, mając nadzieje, że zostaną poproszone o wyjście z pomieszczenia.

                      Kyrie, jak ona spojrzy potem Walterowi w oczy? Chryste, co za wstyd, miała ochotę się zapaść pod ziemię.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      1
                      • CyganC Niedostępny
                        CyganC Niedostępny
                        Cygan jako Walter Murdock (William Evans)
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #115

                        Za chwilę Madame zdradzi więcej sekretów o masce, tym samym obdarzając Waltera jeszcze większym zaufaniem a przynajmniej tak powinno się wydarzyć. Madame miała już zaczynać opowieść o handlarzu, gdy nagle cały kieliszek armagnaku wylądował na spodniach Waltera.
                        - Nic się nie stało, proszę tylko dać mi chusteczkę a pani... - Madame niezbyt obchodziły prośby. Jej osoba niemal natychmiastowo pojawiła się przed nim i zaczęła osuszać jego spodnie. Walter jeszcze kilka razy próbował przekonać kobietę, że sam sobie z tym poradzi, ale bezskutecznie.
                        Ale to musi głupio wyglądać dla osoby wchodzącej do pokoju. Na szczęście Madame zakluczyła drzwi. Chyba. Uspokojony tym faktem Walter nie protestował już. Czekał aż Madame uzna, że skończyła i zacznie swoją opowieść. Spokój został przerwany przez antropolożkę, gdy przywitała gości. Gości!? Walter natychmiast odwrócił się w stronę drzwi z których dobiegł krzyk Violet. Spojrzał na towarzyszki, potem na Madame, znów na towarzyszki. Przez chwile patrzył tępym spojrzeniem na towarzyszki nie wiedząc co powiedzieć. Ten stan utrzymał się do momentu, aż Violet nie wskazała na maskę ośmiornicy. W tej chwili Walter poczuł w sobie obowiązek chronienia prywatności Madame. Pomógł jej wstać z kolan i delikatnie posadził ją przy biurku w taki sposób, żeby zakrywała swoim ciałem maskę. Przeciągnął dłonią po swojej twarzy jakby chciał zmyć z siebie wstyd. -Armagnak. Zwyczajnie rozlał się Madame na moje spodnie i chciała mi pomóc nic więcej. Na prawdę. Walter mówił z zawiedzeniem. Powodem tego było nie sprawdzenie drzwi. Zaufać z dopilnowaniem czegokolwiek komuś pijanemu. westchnął i kontynuował -Violet wiem, że jesteś ciekawska. W twoim wieku też pewnie bym wparował do pomieszczenia bez zaproszenia gdybym chciał się czegoś dowiedzieć. Więc nie żywię urazy. - po tych słowach lekki uśmiech i pogodna mimika skierowana w stronę Violet zmieniła się w czyste zawiedzenie, którym przez chwilę obdarzył Eleonorę. Chciał coś powiedzieć, ale zdawał sobie sprawę, że to też jego winna. Jedno pociągnięcie klamki i sytuacja by nie istniała. Z jednej strony dobrze, że jesteście. Z chęcią bym was zaprosił, ale nie zapominajmy, że to własność Madame i jeśli nie będzie chciała wam pokazać kolekcji to musicie to zaakceptować. Możecie na chwilę wyjść? Ja i Madame musimy coś obgadać. Kiedy jego towarzyszki opuściły pokój Walter znów podszedł do Madame. -Oczywiście zrozumiem jak nie będzie pani chciała pokazać im tej maski. Jest to pani własność i wspominała pani, że zazwyczaj nie pokazuje ich gościom więc nie mam zamiaru nalegać. Jednak Eleonora. Ta wyższa jest specjalistką w Japonistyce a także Antropologii więc na pewno bardzo by nam pomogła z tym znaleziskiem - Walter wskazał na znaki zapisane czerwonym. Co do Violet może i jej wiedza niezbyt nam się przyda, ale mogę ręczyć za jej błyskotliwość i spostrzegawczość. Może ona zauważy coś jeszcze na tej masce czego my nie widzimy? Decyzja należy jednak do pani. Ja ją uszanuje i moje towarzyszki z pewnością też.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        2
                        • LubeszL Niedostępny
                          LubeszL Niedostępny
                          Lubesz
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #116

                          Gdy ruszyłem w stronę portu, mijałem domy, które coraz bardziej się przesedzały na rzecz magazynó i składów. Opuszczałem więc teren mieszkalny i wchodziłem w produkcyjny. Zazwyczaj to w takich dzielnicach się słyszy o dziwnych rzeczach, mordach, czy też przemytach. Choć wiedziałem że takie rzeczy się dzieją wszęzdzie, to tutaj miałem jakieś mieszane uczucie niepewności. Zapach smoły, soli i owoców morza nie zbyt pomagał mi uspokoić umysł. Moje spojrzenia były ukradkowe na wszystko, próbując zlustrować każdy detal otoczenia wyszukując się niebezpieczeńśtwa. Choć był dzień, i widno, to jednak nie czułem się tak rozluźniony jakby mogło się wydawać. Ten efekt pozostał przez spotkanie w urzędzie.

                          W środku tej dzielnicy, a raczej obok niej dalej, ukryła się inna całkowicie odmienna uliczka. Lampiony, dzwięki dobiegające z kawiarń, restauracji i herbaciarń uderzył w twarz a wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Stanąłem przez chwilę podziwiająć widok, po czym ruszyłem dalej. Szukając mojego klubu.
                          Lokal ten wydawał się być z wyższych sfer, spojrzałem na swój ubiór, i stwierdziłem że nie jest aż tak bogacko elegancki, lecz jest on na tyle elegancki że nie powinno być problemu. Wszedłem do środka.

                          Zapachy tutaj były inne niż na dworze, gęstrze od aromatu kawy, perfum oraz tytoniu. Powolnie się rozejrzałem, nie chcąc pokazywać że się rozglądam, i ruszyłem pomiędzy stoliki, a większość z nich była zajęta. Zauważyłem drzwi które były nie ruszane, i miało się odczucie że tam jest jakiś... szef, lub ktoś ważny. Czy nasz jegomość jest na tyle ważny aby mieć własny pokój? Czy może to siedziba jakiegoś gangu. Ta druga opcja była najbardziej prawdopodobna.
                          Dosiadłem się do baru, i analizowałem otoczenie, próbując odnaleźć człowieka który mógłby być naszym informatorem.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          1
                          • KetharianK Niedostępny
                            KetharianK Niedostępny
                            Ketharian jako John Carter (Mike Dundee)
                            Obsługa Moderator Mecenas
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #117

                            Uliczki Yokohamy


                            John zasępił się na dłuższą chwilę czując w duszy rosnący niepokój. Pomysł spotkania z miejscowymi stróżami prawa szczerze go odstręczał, bo w pamięci wciąż miał niefortunny incydent z udziałem imperialnego oficera. W tym niebywale różnym od Ameryki kraju, przejmująco obcym kulturowo, kolejne spotkanie z ludźmi w mundurach wieściło więcej kłopotów aniżeli pożytku.

                            Co nie zmieniało faktu, że Carter został przez profesora postawiony pod ścianą. Ren był ekspedycji absolutnie niezbędny, bez jego dyskretnej pomocy szanse podróżników na odnalezienie rzekomego świadka drastycznie malały.

                            - Poproszę, Yashinoto-san - westchnął nie próbując ukrywać rosnącej frustracji - Pójdźmy na policję.

                            Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • LubeszL Niedostępny
                              LubeszL Niedostępny
                              Lubesz
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #118

                              Widząc, a raczej nie widząc osoby która by rzuciła mi się w oczy. Wewnętrznie westchnąłem. Podskórnie czułem że drzwi które nie mają ruchu kryją w sobie tajemnicę. Tylko nie wiedziałem czy moją, czy nie. Ale wizdziałem jak kelnerzy chodzili tam i z powrotem jakby tam była prywatna sala. Nie czekając dłużej, poprawiłem już i tak dobrze wyglądający garnitur, poszedłem w tamtą stronę z zamieram przejścia przez drzwi. Miałem pewność siebie taką aby jak kto nie mnie spojrzy miał uczucie że wiem co robię i po co tu jestem

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1
                              • GordianG Niedostępny
                                GordianG Niedostępny
                                Gordian jako Wielki Cthulhu
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                #119

                                ELEONORA, VIOLET I WALTER

                                Madame wstała, chwiejąc się i potykając o własne nogi, ale w końcu doprowadziła się do pionu. Przez cały czas kiwała głową, choć trudno było stwierdzić, czy uważnie śledzi jego argumentację, czy to po prostu jej sposób na podtrzymanie równowagi.
                                Japonistka, antropolożka... - mamrotała bełkotliwie - ...jakieś to nagromadzenie trudnych słów jak na jeden wieczór... - zachichotała i machnęła dłonią. - No dobrze, niech wejdą.
                                Kiedy Violet i Eleonora ponownie weszły do pokoju, madame siedziała na skraju biurka. Obok niej stał cały zaczerwieniony jak dojrzałe jabłko Walter, a maska spoczywała luźno na blacie, odwrócona wewnętrzną stroną ku górze. Madame trzymała w dłoni kolejny kieliszek armaniaku, choć znaczna jego część zdążyła już rozlać się na jej palce.
                                Panienki wejdą, bez obaw. Pan Walter jest już suchy. W przeciwieństwie do mnie... - zaniosła się gwałtownym śmiechem. - A maska jest tutaj. Ponoć panienki bardzo interesuje...
                                Maska z bliska wyglądała jeszcze bardziej osobliwie. Jej zewnętrzna strona przedstawiała zdeformowaną twarz, której dolna część przechodziła w krótkie, grube wypustki przypominające ramiona ośmiornicy. Ciemne drewno było miejscami popękane, wytarte i przebarwione. Na wewnętrznej stronie znajdowały się znaki naniesione ciemnoczerwonym barwnikiem. Tworzyły trzy pionowe rzędy zapisane od góry ku dołowi.
                                Eleonora potrzebowała dłuższej chwili, aby w ogóle zacząć je rozpoznawać. Nie był to zapis używany we współczesnym języku japońskim. Kształty znaków były archaiczne, a niektóre z nich różniły się znacznie od ich obecnych form. Pismo przypominało dawne teksty sino-japońskie, z którymi Eleonora zetknęła się podczas studiowania najstarszych kronik, inskrypcji religijnych oraz reprodukcji średniowiecznych rękopisów. Niektóre znaki znała także z opisów dawnych widowisk i zachowanych tekstów związanych z teatrem nō. W tego rodzaju zapisach znaki chińskie mogły być stosowane zarówno ze względu na swoje znaczenie, jak i brzmienie. Ich sens zależał więc często od tego, czy odczytywano je osobno, czy łączono z sąsiednimi.
                                Pierwszy rząd zawierał dwa znaki. Odczytane osobno nie dawały żadnego, jednoznacznego znaczenia. Razem tworzyły jednak stare wyrażenie, które można było przetłumaczyć jako "stawać się" lub "przybierać postać".
                                Drugi rząd składał się z siedmiu znaków. Cztery pierwsze można było odczytać jako "z powodu braku" lub podobnie. Pozostałe trzy były już nieco bardziej problematyczne. Odczytane wszystkie razem tworzyły słowo "możliwość". Jeśli przyjąć taką interpretację, cały drugi rząd oznaczałby wówczas "z powodu braku możliwości". Problem polegał jednak na tym, że nie był to jedyny możliwy sposób odczytania tego tekstu. Jeśli inaczej podzielić znaki, dwa pierwsze z ostatniej trójki mogły równie dobrze oznaczać "umiejętność" lub "zdolność". Wówczas ostatni znak pozostawałby osobno. Eleonora rozpoznała w nim archaiczny znak, który w dawnych tekstach używany był do oznaczenia samego teatru nō. Jednak równie dobrze mogła to być gra słów, ponieważ sama ta nazwa znaczy właśnie "umiejętność". Była to więc kwestia otwarta do interpretacji. Tym bardziej, że wobec braku wyraźnych odstępów czy znaków pomocniczych Eleonora nie potrafiła jednoznacznie ustalić jednej, niepozostawiającej wątpliwości wersji.
                                Trzeci rząd zawierał pięć znaków. Każdy z nich można było odczytać oddzielnie. Kolejno oznaczały:

                                1. maskę teatralną lub rekwizyt (generalnie tym znakiem oznaczano wszelkie rekwizyty w teatrze nō traktowane jako całość)
                                2. "założyć" lub "nałożyć"
                                3. "ofiara" lub "danina", czy właściwie jakakolwiek forma podatku, haraczu czy rzeczy o podobnym znaczeniu
                                4. "krew"
                                5. "marzenie" lub "sen", ewentualnie wszystkie słowa o podobnym znaczeniu.

                                Na tym kończyły się rzeczy, których Eleonora mogła być pewna. Sam zapis nie wskazywał w jaki sposób poszczególne rzędy należało ze sobą połączyć ani jak stworzyć z nich jeden spójny tekst, ani nawet czy one jakąkolwiek spójną całość tworzyły.

                                JOHN

                                Yashinoto skinął głową i poprowadził Johna i towarzyszących mu mężczyzn w stronę najbliższego komisariatu. Budynek znajdował się zaledwie kilka ulic dalej, przy ruchliwej drodze prowadzącej ku dzielnicy portowej. Był niewielki, parterowy, z białymi ścianami przeciętymi ciemnymi drewnianymi belkami i wywieszoną nad wejściem flagą Japonii tabliczką z pionowymi, czarnymi znakami. Przed drzwiami stały dwa rowery, a nieco dalej przywiązany do słupa policyjny koń leniwie odganiał ogonem muchy.
                                Wnętrze komisariatu było ciasne i duszne. Za drewnianą ladą siedział policjant w granatowym mundurze, zapisujący coś w grubej księdze. Na ścianach wisiały urzędowe obwieszczenia, portret cesarza oraz mapa okolic portu, na której oznaczono coś kolorowymi szpilkami.
                                Yashinoto podszedł do lady i rozpoczął rozmowę po japońsku. John uchwycił jedynie nazwisko Watanabe. Dyżurny uniósł wzrok znad księgi, spojrzał na cudzoziemców i, choć na początku zdawał się być im niechętny, w miarę kolejnych wyjaśnień przewodnika wyraz jego twarzy i ton głosu się zmieniał, przechodząc ze znudzenia przez zaskoczenie w zrozumienie.
                                Pyta, kim pan jest dla pana Watanabe - Yashinoto w końcu zwrócił się do Johna, tłumacząc słowa policjanta. - I dlaczego pan go szuka.
                                Po odpowiedzi Johna funkcjonariusz przez chwilę milczał. Następnie poprosił, aby pokazano mu dokumenty podróżne. Obejrzał je uważnie, szczególnie długo zatrzymując wzrok na australijskich paszportach, a potem zapytał o cel ich pobytu w Japonii. Na odpowiedź Johna zwrócił tylko oczy ku górze i parsknął tak, jakby od razu rozpoznał w tym blef. Zaczął coś mówić szybko po japońsku. Traper nie rozumiał ani słowa, ale nawet jemu nie umknęło wypowiedziane przez funkcjonariusza Kazuo Nakamura.
                                Mówi, że spotkał się z panem Watanabe w urzędzie meldunkowym. Pan Watanabe szukał tam kogoś o nazwisku Kazuo Nakamura. Czy mówi to panu coś? - zwrócił się do Johna jego przewodnik. Alaskańczyk stał tam jak wryty, ale w końcu kiwnął głową, zapewne w nadziei, że być może uda mu się dowiedzieć czegoś nie tylko o Renie, ale może i o prawdziwym celu ich przybycia do kraju kwitnącej wiśni.
                                Po chwili policjant się uspokoił. Wziął głęboki oddech, wyjął z kieszeni paczkę papierosów, zapalił jednego, po czym zaoferował każdemu obecnemu. Zaczął mówić spokojnie i nieco nostalgicznie, a Akita, któremu przecież John nie powiedział nic o Nakamurze, więc ten nie miał prawa tego wszystkiego wiedzieć, tłumaczył jego słowa, zapewne uznając ten wątek za istotny dla trapera:
                                Mówi, że znał Nakamurę. Nie osobiście bardzo dobrze, ale znał. Ich ojcowie służyli razem podczas wojny z Rosją. Jego ojciec wrócił, ale Nakamura dostał się do rosyjskiej niewoli i został zesłany na Syberię. Wrócił niedługo później, podczas rewolucyjnego chaosu, który ogarnął Rosję w 1905 roku. Potem, przez pewien czas, utrzymywali kontakt. Jednak Nakamura nie przypominał już tego człowieka z czasów wojny. Według jego ojca, Nakamura kompletnie stracił zmysły po powrocie z Syberii. Nie wie, o co dokładnie chodziło, ale zawsze potem twierdził, że widział tam coś strasznego, cokolwiek to znaczy, i że tego nie da się zapomnieć. Zapewne Rosjanie coś mu zrobili. Miał już zawsze taki błądzący wzrok, jakby nieobecny, wciąż również biło od niego ciepło, takie dosłowne. Aż strach pomyśleć, co ci słowiańscy barbarzyńcy robią z ludźmi...
                                Yashinoto tłumaczył spokojnie zdanie po zdaniu. Policjant przerwał, zaciągnął się dymem i podszedł sprawdzić drzwi i okna, jakby obawiał się, że ktoś ich podsłuchuje. Po upewnieniu się, że na zewnątrz nikogo nie ma, kontynuował:
                                Oficjalnie Nakamura zaginął. Ot tak, po prostu, pewnego dnia rozpłynął się w powietrzu. Policja nic nie znalazła, żadnych śladów. Ale ja uważam, że Nakamura nie żyje. I mam ku temu silne podstawy... - kiedy wypowiedział to ostatnie zdanie, w jego głosie pojawiło się coś ostrzejszego. - Mój ojciec pomagał Nakamurze. Powtarzał, że ma wobec niego dług wdzięczności i musi mu pomagać. Potem Nakamura zniknął, a dwa dni później znalazłem w domu zmasakrowane ciało mojego ojca. Prawie pięćdziesiąt głębokich ran ciętych i kłutych... - odwrócił wzrok, a jego ręce stały się o wiele bardziej aktywne. - Formalnie prefektura uznała to za napad rabunkowy, ale ja w to nie wierzę. Jestem niemal pewny, że obu zabiła yakuza - policjant zrobił przerwę na kolejne zaciągnięcie się, po czym znów kontynuował. - Prowadzę w tej sprawie swoje własne śledztwo. Nie jako policjant, tylko jako prywatna osoba. Wiem, że część funkcjonariuszy przyjmuje pieniądze od ludzi z portu. Zbieram na nich papiery i próbuję dotrzeć do źródła. Udało mi się ustalić, że mafiosi spotykają się ze skorumpowanymi policjantami i urzędnikami w klubie Kurohane, i właśnie tam dyskretnie skierowałem waszego pana Watanabe. Jeśli ma działać przeciwko nim lub przynajmniej jakoś ich sprowokować do popełnienia błędu, niech to robi.
                                Kiedy funkcjonariusz wypowiedział następne słowa, przez twarz Akity przeszedł wyraz pewnego lęku lub przynajmniej zakłopotania. Widać było, że to, co policjant powiedział, wywołało w nim pewne niewyjaśnione odruchy.
                                Mówi, że współpracuje z Kempeitai, bo uważa ich za jedynych mających na tyle siły, aby uderzyć w yakuzę. Ale... później coś panu powiem - te ostatnie słowa Yashinoto zapewne skierował do Johna od siebie, nie były one tłumaczeniem tego, co powiedział policjant. Ten zgasił niedopałek i wrzucił go do popielniczki, po czym odpalił następnego papierosa.
                                Nie wiem, jakie były związki yakuzy z Nakamurą - mówił dalej, a Akita tłumaczył. - Wiem tylko, że po powrocie z kontynentu przywiózł ze sobą jakiś dziennik i kilka przedmiotów. Zapewne właśnie o to pokłócił się z lokalną komórką mafijną. A potem zniknął...
                                Funkcjonariusz przysunął do siebie kartkę papieru i nakreślił na niej parę znaków, a potem skierował ją w stronę najpierw Johna, a później Akity. Ten wziął ją i przetłumaczył kolejne słowa policjanta.
                                To adres tego klubu. Radzę zachować ostrożność. Nie mogę pójść tam z wami. Gdyby jacyś yakuzowie mnie tam zobaczyli, od razu zorientowaliby się, że ich obserwuję. Jeśli znajdzie pan pana Watanabe, proszę go jak najszybciej stamtąd zabrać. A jeśli dowiedział się czegoś o Nakamurze, to chciałbym to usłyszeć. Zrozumiano?
                                Po tych słowach, funkcjonariusz dał im znak, że mogą iść. Akita ukłonił mu się, po czym zaczął prowadzić drużynę ku wyjściu.
                                Proszę pana, pan mi wybaczy... - zaczął, zwracając się do Johna - ...ale jakkolwiek nie uważam yakuzy za cokolwiek godnego istnienia, tak współpraca tego człowieka z Kempeitai budzi we mnie pewne obawy. Czy pan wie, czym jest Kempeitai? - widząc wzrok Johna, który świadczył o tym, że jednak nie, Akita kontynuował. - Formalnie to coś w rodzaju żandarmerii wojskowej. Faktycznie, to banda terrorystów w rękach szowinistów. Największe menty społeczne, jakie tylko istnieją w tym kraju. Ludzie albo ślepo wierzący w te wszystkie brednie o tym, że przeznaczeniem Japonii jest rządzić całą Azją i uważający to, co oni nazywają "patriotyzmem" za uzasadnienie stosowania przemocy, albo będący skrajnymi oportunistami z absolutnym brakiem jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego. Niedawno brutalnie pobili mojego przyjaciela, bo odmówił udziału w marszu na cześć zajęcia Mandżurii. Ode mnie i mojej rodziny trzymają się z daleka, bo wiedzą o naszych międzynarodowych koneksjach i boją się prowokować Europejczyków, niemniej jesteśmy na ich celowniku. Muszę zatem pana uprzedzić, że jeśli zdecyduje się pan na jakąkolwiek współpracę z Kempeitai, nasze ścieżki będą musiały się rozejść.
                                Kierując się ku wyjściu, usłyszeli jednak dochodzący z tyłu znajomy głos.
                                John? John, tutaj jesteśmy!
                                Za drewnianą kratą po drugiej stronie pomieszczenia znajdowały się trzy znajome osoby. Sam siedział na ławie z rozpiętą koszulą, pod którą widoczne były siniaki, oraz wyrazem szczerego oburzenia na twarzy. Nate chodził nerwowo od ściany do ściany, podczas gdy Rosa stała przy kracie, krzycząc do Johna. Na ladzie obok celi, gdzie leżały skonfiskowane więźniom przedmioty, John dostrzegł gęste kolumny japońskich znaków oraz wyraźny, czerwony symbol sierpa i młota.
                                John! Jak dobrze cię widzieć... powiedz im, proszę, że zaszło jakieś nieporozumienie! - Sam wstał z ławki i podszedł do kraty, krzycząc do trapera. Policjant pilnujący aresztu nie skomentował sytuacji ani nikogo nie zatrzymywał. Stał jedynie przy celi i obserwował scenę. Pałkarze patrzyli to na Johna, to na komunistów w celi, zanosząc się głupawym śmiechem.
                                W tym momencie jednak ktoś wszedł na komisariat. Miał przystrzyżony, czarny wąsik nad ustami, który zdecydowanie był jego punktem charakterystycznym. Nosił też wojskowy mundur. Podszedł do policjanta, z którym John i reszta rozmawiali, a ten powitał go serdecznie niskim ukłonem.
                                Ah, Tanaka-san! - tyle mniej więcej traper zrozumiał ze słów funkcjonariusza. Akita zaś patrzył na wojskowego z nieukrywaną niechęcią malującą się w oczach. Tanaka przesunął wzrokiem po zgromadzonych cudzoziemcach. Na krótką chwilę zatrzymał spojrzenie na Johnie, ale nie dał po sobie poznać, czy jego obecność go zainteresowała. Następnie zwrócił się do policjanta i powiedział kilka zdań cichym, stanowczym tonem.
                                John, do jasnej cholery, nie zostawiaj nas tu samych! - dobiegł ponownie głos Sama zza krat.

                                REN

                                Ciężkie drzwi z matowymi szybami otworzyły się bez większego oporu. Za nimi znajdował się krótki korytarz o ścianach wyłożonych ciemnym drewnem. Jazz dobiegający z głównej sali niemal natychmiast przycichł, zastąpiony stukotem kości, szelestem kart i od czasu do czasu krótkim okrzykiem, po którym następowała salwa śmiechu albo pełne rozczarowania westchnienie. Na jego końcu stał młody mężczyzna w tradycyjnym, japońskim stroju. Cały był w kolorowych tatuażach. Spojrzał na Rena spokojnie, po czym zapytał spokojnie czego tu szuka. Po tym jednak, jak dostrzegł wizytówkę w jego ręku, jego wyraz twarzy nieco się zmienił.
                                Proszę za mną! - powiedział. Za drzwiami na końcu korytarza mieściła się znacznie większa sala, z której dobiegały rzeczone dźwięki. W przeciwieństwie do głównej części klubu, tu nawet nie starano się zachować pozorów zwyczajnej kawiarni. Pod schodami ustawiono stoły do kart i kości. Przy jednym z nich kilku mężczyzn obstawiało kolejne rzuty, opróżniając kieliszki mocnego alkoholu. Przy innym, elegancko ubrani kupcy grali w hanafudę, zaś dwóch milczących mężczyzn zapisywało wysokość zakładów w grubych księgach. W powietrzu wisiała gęsta warstwa dymu tytoniowego, a pod sufitem powoli obracały się szerokie wentylatory.
                                W sali przebywało kilkanaście osób. Niektórzy byli zwykłymi graczami, inni jednak uważnie obserwowali otoczenie, aby rzeczywiście wszystkich tych ludzi interesował tylko hazard. Ren zauważył również dwóch rosłych, wytatuowanych od stóp do głów mężczyzn stojących przy schodach prowadzących jeszcze wyżej. Przewodnik przeszedł pomiędzy stołami, nie zatrzymując się ani na chwilę. Gracze odsuwali krzesła, aby zrobić mu miejsce, a niektórzy z siedzących mężczyzn odpowiadali krótkimi ukłonami.
                                Poprowadził on Rena ku oddzielonej części sali. Stał tam niski stół otoczony miękkimi poduszkami i odgrodzony od reszty kasyna szerokim parawanem przedstawiającym czarną falę rozbijającą się o skaliste wzgórze. Przy stole siedziało trzech mężczyzn i dwie kobiety, w których Ren natychmiast rozpoznał gejsze. Jedna grała na shamisen, a druga nalewała herbatę. Dwóch młodszych mężczyzn zajmowało miejsca po bokach. Ubrani byli w wieczorowe stroje samurajskie: ciemne kimona i szerokie hakamy, i siedzieli w tradycyjny sposób, nieruchomo i z wyprostowanymi palcami. Pierwszy miał ogoloną głowę i szeroką bliznę biegnącą przez prawy policzek. Drugi wyglądał znacznie skromniej, był szczupły, w okularach o cienkich oprawkach. Trzeci mężczyzna zaś był starszy. Mógł mieć około pięćdziesięciu lat. Jego włosy, zaczesane gładko do tyłu, oraz niewielka, związana w kucyk bródka, były już częściowo siwe. Przy jego pasie spoczywała katana. W jednej dłoni trzymał niewielką czarkę sake, drugą opierał swobodnie na kolanie. Spod rękawów i kołnierzy wszystkich trzech mężczyzn wyłaniały się fragmenty barwnych tatuaży, pozwalające domyślać się, że wzory pokrywają znaczną część ich ciał. Renowi aż dech w piersiach zaparło. Spotkał się z ludźmi, których obawiał się najbardziej. Z ludźmi, którzy niegdyś sprawili, że musiał uciekać z Japonii. Może nie personalnie oni, ale tego typu ludzie. Oto stał przed yakuzą.
                                Przewodnik podszedł do najstarszego, ukłonił się głęboko i oddał mu kartkę odebraną Renowi. Mężczyzna spojrzał na przybysza uważnie. Przez kilka sekund nie mówił nic. W końcu jednak przemówił.
                                Proszę usiąść, panie Watanabe - znał jego nazwisko. Skąd? Zapewne w tej instytucji wieści szybko się rozchodzą... Wskazał wolną poduszkę po przeciwnej stronie stołu. Jedna z gejsz nalała mu czegoś, co Ren początkowo uznał (zgodnie z tradycją) za herbatę, lecz okazało się być to sake.
                                Muszę powiedzieć, że rzadko przychodzą do mnie ludzie tacy jak pan, panie Watanabe - kumichō mówił wyjątkowo spokojnym, ale jednocześnie głębokim głosem. - Pan, prawnik, z dobrego domu, który tyle lat poświęcił na wciąganie naszych ludzi w tarapaty... Kto by pomyślał, że zjawi się pan tu ponownie. I to z własnej woli! Niezbadane są ścieżki losu... - na jego twarzy pojawił się lekki, niemal uprzejmy uśmiech. - Proszę się jednak nie obawiać. Gdybym uważał pana za swojego wroga, nasza rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej. Proszę mi zatem powiedzieć, panie Watanabe, czego pan potrzebuje. Zobaczę, co uda mi się zrobić i... ile będzie pana kosztować moja pomoc. Proszę się nie krępować.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                1
                                • KaworuK Niedostępny
                                  KaworuK Niedostępny
                                  Kaworu jako Eleonora Croft (Anna White)
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #120

                                  Eleonora weszła do pomieszczenia po raz drugi. Gdy była tutaj po raz pierwszy, była wyjątkowo mocno zakłopotana i zawstydzona, ale teraz zawodowa ciekawość przytłumiła te uczucia (plus, Walter był teraz w znacznie lepszym stanie). Skiwnęła głową Madame, podeszła bliżej, chwyciła w ręce szkoło powiększające i wzięła się za rozszyfrowywanie znaków.

                                  Milczała przez dłuższą chwilę, jeśli nie liczyć szeptania pod nosem różnych możliwych znaczeń pisma. Potem odłożyła szkło powiększające i maskę na bok, po czym przemówiła do swoich towarzyszy.

                                  - To bardzo stare pismo japońskie i nie jestem pewna, czy odczytuję jego znaczenie poprawnie. O ile się orientuję, znaczenie brzmi „przybieranie postaci… z braku możliwości… lub braku umiejętności bądź zdolności teatru no”. Ostatnie znaki oznaczają „założenie maski teatralnej, daninę krwi i sen bądź marzenie”. Zakładam, oczywiście, że znaki należy odczytywać jako zdanie, choć nie jestem tego aż taka pewna. Przepraszam, to bardzo stara forma japońskiego, nie mam z nią aż tak wielkiego doświadczenia – wyjaśniła swoim towarzyszom.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  1
                                  • KetharianK Niedostępny
                                    KetharianK Niedostępny
                                    Ketharian jako John Carter (Mike Dundee)
                                    Obsługa Moderator Mecenas
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Ketharian
                                    #121

                                    Posterunek policji


                                    John z trudem ukrył zdumienie otwartością zarówno policjanta jak i swojego tłumacza. Być może była to jakaś kulturowo niezrozumiała l chwila ich słabości, być może rozluźniając dyscyplinę świadomość mało istotnej rozmowy z podrzędnym gaijinem, a może forma chytrej manipulacji, tego Alaskańczyk nie wiedział, czuł jednak, że od właściwej odpowiedzi może zależeć wszystko włącznie z jego własnym życiem.

                                    - Dziękuję za tak obszerne wyjaśnienia - powiedział licząc na to, że tłumacz przełoży jego słowa co do kropki na końca zdania - Ogromnie doceniam szacunek, z jakim zostałem tu potraktowany i pragnę go odwzajemnić. Udam się pod wskazany adres w nadziei, że odnajdę tam towarzysza podróży, a jeśli zdobędę informacje mogące przydać się w pańskiej pracy, niezwłocznie się nimi podzielę.

                                    Amerykanin ukłonił się obu funkcjonariuszom na sposób podpatrzony w ciągu kilkunastu ostatnich godzin u gospodarzy miasta, boleśnie świadomy tego jak ułomnie musiał ów nieporadny gest wyglądać w ich oczach.

                                    - Śmierć Nakamury-sana kładzie się wielkim cieniem na planach mojego pracodawcy, był on bowiem głównym powodem naszego pobytu w Kraju Wschodzącego Słońca. Sądzę, że natychmiast po odnalezieniu naszego własnego tłumacza opuścimy Yokohamę w drodze na kontynent. Raz jeszcze dziękuję za tak wielką pomoc.

                                    Spojrzenie Cartera pobiegło w stronę zamkniętych w areszcie wywrotowców.

                                    - Miałbym do panów jeszcze jedną prośbę, jeśli to nie będzie nadużyciem cierpliwości z mojej strony. Ci ludzie należą do naszej ekspedycji. Jeśli złamali prawo, uczynili to z nieświadomej głupoty. Chciałbym przeprosić w ich imieniu i oraz naszego wspólnego pracodawcy. Proszę nie czuć obrazy, jeśli niechcący naruszę dobre maniery i obyczaj, jednak w moim kraju zwykło się uiszczać za chuligańskie wybryki datek na zadośćuczynienie, co chętnie uczynię w imieniu tych łajdaków.

                                    John sięgnął po schowany w wewnętrznej kieszeni kurtki portfel i wyciągnął z niego zwitek banknotów.

                                    - Mogę zaoferować dwieście dolarów na pokrycie szkód, które ci ludzie uczynili w zamian za możliwość uwolnienia miejscowej policji od dalszego utrapienia pod ich postacią.

                                    Położywszy pieniądze na biurku Carter ukłonił się raz jeszcze.

                                    Popieram postulat Gladina wzywający do zniszczenia 4-tej edycji WFRP!

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • CyganC Niedostępny
                                      CyganC Niedostępny
                                      Cygan jako Walter Murdock (William Evans)
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #122

                                      Walter siedział na łóżku zagubiony w myślach podczas gdy jego towarzyszka tłumaczyła symbole. Zastanawiał się jak Johnowi idą poszukiwania i czy Renowi nic się nie stało. Mógł sprawiać wrażenie trochę chłodnego, ale bardzo polubił prawnika. Przez chwilę też myślał nad sprawdzeniem czy nie pójść do profesora Chance, żeby sprawdzić co u niego, ale w końcu to dorosły mężczyzna, a Walter zasłużył na relaksujący wieczór po koszmarnej podróży statkiem.

                                      Kwestia pierwszych dwóch rzędów wydaje się oczywista. - powiedział dalej siedząc na łóżku. Logiczne brzmi, że maska pozwala zyskać umiejętności jakich nam brakuje. Zapewne teatralnych, skoro na samym końcu jest zapisany symbol teatru. Można byłoby założyć, że jest to jakaś legenda, którą maska zyskała podczas jej używania. Wiecie jak coś w stylu, że każdy występ w niej był praktycznie idealny, ale tu pojawia się trzeci rząd. - powiedział po czym wstał i ruszył w stronę maski. - Jeśli przyjmiemy moją teorię z początku, trzeci rząd oznacza zapłacenia za niezwykłe możliwości jakąś ofiarą np. z kozy. Wydaje się to dość logiczne. Kapłani wypożyczają maskę i zyskują obfite dary za rzekome zesłanie talentu, a aktora przepełnia pewność siebie dzięki czemu odgrywa wspaniały spektakl. typowy "cud". - Walter zamachał palcami okazując jaką ściemą jest religia i bóstwa. Jednak można też przyjąć, że maska naprawdę działa i obdarowuje użytkownika zdolnościami. W co wątpię, ale można ją przetestować, jeśli Madame pozwoli. spojrzał na antropolożkę z lekkim uśmieszkiem. Tylko czy któraś z was słyszała o bóstwie podobnym do tej maski lub chociaż jak zazwyczaj wygląda ofiara z krwi? Nie sądzę, że zwyczajnie upuszcza się krew na maskę. Może jest jakiś rytuał lub zapisuję się umiejętność jaką chce się dostać na masce? - Mówiąc to przyglądał się masce w poszukiwaniu jakiejkolwiek wskazówki.
                                      - Co powiecie na mały eksperyment? Ja mogę zostać ochotnikiem. - spojrzał na kobiety zatrzymując się na Madame, bo to do niej należała decyzja.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      😱 ♥
                                      1

                                      Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                      Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                      Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                      Zarejestruj się Zaloguj się
                                      Odpowiedz
                                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                      • Najpierw najstarsze
                                      • Najpierw najnowsze
                                      • Najwięcej głosów


                                      • Zaloguj się

                                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                      Powered by NodeBB Contributors
                                      • Pierwszy post
                                        Ostatni post
                                      0
                                      • Kategorie
                                      • Ostatnie
                                      • Tagi
                                      • Popularne
                                      • Świat
                                      • Użytkownicy
                                      • Grupy
                                      • Strona startowa