Serce tajgi [Zew Cthulhu]
-
Profesor patrzył na próbujących go przekonać do tymczasowego odcięcia się od ekspedycji wraz z "ochroną" z pewnym zakłopotaniem, jednak z biegiem czasu jego wyraz twarzy łagodniał. Pod koniec wyglądał, jakby się nad czymś poważnie zastanawiał.
Hmm... - mruczał pod nosem, gładząc się po brodzie, stojąc na środku ulicy i nie zwracając uwagi na dość nieprzychylne spojrzenia rzucane mu przez Japończyków. - Być może i macie rację. Weźmiemy wszystkie bagaże i zaniesiemy je do hotelu. Spotkamy się wieczorem, na przyjęciu u madame. No, panowie! Bierzemy bagaże i jedziemy do hotelu! - kiwnął na "pałkarzy", którzy mieli takie miny, jakby odejście było ostatnią rzeczą, na jaką mieli ochotę, ale ostatecznie wypełnili polecenie tego, który im płacił. - Panie Watanabe, może nam pan zatrzymać rikszę i poprosić o przetransportowanie do hotelu? Zapłacę temu panu na miejscu. -
Eleonora wstała i spojrzała przyjaźnie na Violet.
- Kochana – powiedziała ciepłym tonem głosu – Skoro idziemy na tę imprezę u pani antropolog, to może kupimy jakieś odświętne stroje? W Japonii zazwyczaj nosi się tak zwane kimona, mogą one służyć jako pidżamy, ale są także ładnymi strojami na szczególne okazje. Myślę, że mogłoby się Tobie takie kimono spodobać, w przeciwieństwie do świata zachodniego, jest to dosyć luźny strój. Jaki chcesz kolor? Czerwień by Ci pasowała do włosów, ale błękit by z nimi kontrastował, hm… W każdym razie możemy udać się do sklepów i porozglądać za odpowiednim odzieniem, co o tym myślisz?
-
Violet z ulgą zauważyła, że Eleonora nieco się uspokoiła. Entuzjastycznie zareagowała na propozycję kobiety. Ruszyła za nią, chłonąc miasto całą sobą. Jego zapach, dźwięki, bawrwy. Zwracała uwagę, jak odmiennie zachowują się tu ludzie - z jaką kulturą i chłodną uprzejmością zwracają się do siebie, często nie okazując żadnych emocji.
Gdy dotarły do celu i oczom Violet ukazała się sklepowa wystawa pełna barwnych kimon, ta zaniemówiła z zachwytu. Czuła się speszona, wchodząc do wewnątrz. Zazwyczaj nosiła ubrania po starszych kuzynkach czy dzieciach sąsiadów, bądź też uszyte przez babkę gryzące wełniane spódnice. Dodatkowo onieśmielała ją obecność sprzedawczyni, która najwyraźniej chciała pomóc, wypowiadając zapewne pytania w komplernie niezrozumiałym języku. Gdyby nie obecność Eleonory, Violet wycofałaby się w popłochu. Tymczasem wspólne zakupy i przymiarki okazały się przyjemnie i nawet nieco... zabawne. Ostatecznie Violet zdecydowała się na błękitny strój z delikatnym wzorem. @kaworu
-
JOHN I WALTER
Riksze wiozące całą grupę do hotelu ruszają pośpiesznie ulicami Yokohamy. Żadne z was nie doświadczyło nigdy czegoś podobnego. Pojazd ciągnięty przez człowieka wydaje się być czymś pomiędzy taksówką a... wyjątkowo ponurym żartem. Siedząc na niewielkim siedzeniu, podczas gdy przed wami drobnym truchtem biegł ciągnący was mężczyzna, trudno było pozbyć się uczucia niezręczności. Sam i Rosa wyglądali tak, jakby właśnie zobaczyli kogoś, kto rozdeptał małemu dziecku zamek z piasku na plaży. Mruknęli coś o "nieludzkim kapitalizmie" i zdecydowali się iść na pieszo, rzucając gniewne spojrzenia na całą resztę. "Pałkarze" zdawali się jednak nie mieć podobnych rozterek...
No ja pierdolę, że te żółtki samochodu na oczy nie widziały, to się domyślałem, ale że ludzi zamiast koni używają... - zarechotał Biggy, rozsiadając się tak, że jego rikszarz aż obejrzał się na niego z niepokojem. U nas z czarnuchami tak powinni zrobić. Przynajmniej do czegoś się przydadzą...
Tylko jak cię wywali, to będzie twoja wina - mruknął Franny z pewnym niepokojem.
Zamknij japę, Franny, i podziwiaj widoki! - odpowiedział mu beztrosko Biggy. A widoki rzeczywiście były warte uwagi.
Im dalej od portu, Yokohama zaczęła coraz bardziej przypominać miejsce, które mogliście sobie wyobrażać, myśląc o Japonii. Nie dało się tego porównać z żadnym amerykańskim miastem. Ulice były wąskie, budynki dość niskie. Właściwie nie było tu budynków wielopiętrowych, o wieżowcach już nie wspominając. Ren opowiadał wam, że tutejsze budownictwo tak wygląda, ponieważ Japonia bardzo często doświadcza trzęsień ziemi. Nad waszymi głowami wisiały pionowe szyldy pokryte znakami, które wydawały się dla was być niczym skomplikowane wzory, jakieś dzieła sztuki. Co kilka przecznic pojawiały się niewielkie kapliczki, bramy torii albo kamienne posążki, zapewne jakichś bóstw, stojące zwyczajnie pomiędzy sklepami i warsztatami.
Miasto pachniało inaczej. Nie był to smród benzyny i dymu z fabryk, do którego przywykliście w Kalifornii. Tutaj w powietrzu mieszały się zapachy ryb, gotowanego ryżu, węgla drzewnego, herbaty i czegoś słodkiego, czego żadne z was nie potrafiło nazwać. Co chwilę mijaliście uliczne stragany, na których sprzedawcy przygotowywali jedzenie na oczach klientów, nakładając je z wysokich garnków, z których buchała gęsta para. Gdzieś obok starsza kobieta sprzedawała wachlarze, a kilka metrów dalej mały chłopiec siedział na małym dywaniku na ziemi i naprawiał sandały ludziom, którzy podeszli.
Wielu przechodniów odwracało głowy w waszym kierunku. Patrzyli zwłaszcza na Biggy'ego. Trudno było się dziwić - nawet w Ameryce był człowiekiem zwracającym uwagę, ale tutaj... musiał wyglądać zupełnie jak przybysz z innej planety. Zwróciliście uwagę też na to, że było tu niepokojąco dużo ludzi w mundurach. Pojawiali się właściwie wszędzie, niemal na każdej ulicy, idąc w kilkuosobowych grupach. Co prawda nie zachowywali się w żaden sposób agresywnie, ale ich obecność była stała i oczywista. Ludzie reagowali na nich dość odruchowo, bez słowa ustępując im z drogi i kłaniając się nisko.
Minęliście również szkołę, do której właśnie szła prowadzona przez starszą kobietę grupka dzieci. Recytowali jakiś wierszyk, a kiedy obok nich pojawiła się grupka żołnierzy, wszyscy natychmiast zesztywnieli. Dla większości z was wyglądało to niewinnie, ale Walter, który był na froncie Wielkiej Wojny i widział już podobne obrazki, przeżył niespodziewane deja vu.
W końcu zabudowa zaczęła się zmieniać. Coraz gęściej pojawiały się budynki w stylu zachodnim, z szerokimi oknami, ceglanymi elewacjami i szyldami w języku angielskim, niemieckim i francuskim.
No, kurwa, wreszcie cywilizacja! - oznajmił Biggy z ulgą.
Powiedział człowiek, który parę chwil temu próbował gwizdnąć ośmiornicę od ulicznego handlarza... - odpowiedział mu Franny.
Bo wyglądała zajebiście! - zaśmiał się Biggy.
Riksze zwolniły, a przed wami piętrzył się hotel. Dość wysoki jak na tutejsze standardy budynek z jasnej cegły i kamienia wyróżniał się z okolicznej zabudowy. Nad wejściem wisiał elegancki szyld z napisem zarówno po angielsku, jak i po japońsku (dzięki czemu każdy z obecnych zdobywa +k10 japońskiego). Przed drzwiami stał portier w eleganckim i idealnie skrojonym mundurze, który powitał was na wejściu po angielsku.
Dzień dobry, mieli państwo rezerwację? - spytał, kłaniając się.
Tak, tak... - odpowiedział profesor, grzebiąc w kieszeniach, aż w końcu wyjął z niej małą karteczkę i podał portierowi. Ten spojrzał na nią, kiwnął głową i uśmiechnął się. - Zapraszam - otworzył drzwi.
Ja pierdolę... - wydyszał jakby z lekkim niedowierzaniem Biggy, stojąc nadal na środku ulicy.
Co? - spytał Franny.
Chyba pierwszy raz w życiu będę spał gdzieś, gdzie nie ma szczurów...
Jeszcze nie widziałeś pokoju, więc nie ciesz się za szybko - odrzekł Red.
Właśnie dlatego powiedziałem "chyba"...
Franny prychnął pod nosem.
Podobno w takich miejscach dają darmowe ręczniki. Jeśli będą też tutaj, to zabieram dwa...
Tylko dwa? - spytał Biggy, z wyczuwalną pewną kpiną w głosie.
Nie jestem zachłanny - odpowiedział spokojnie Franny.
Przekroczyliście próg hotelu i niemal natychmiast poczuliście się nieswojo: wysoki sufit, polerowana drewniana podłoga, miękki dywan, mosiężne lampki, wiszące lustra, zapach palonej kawy i drogich cygar... Wszystko to wydawało się dla was, prostych ludzi z Kalifornii lub Alaski, czymś jeszcze bardziej egzotycznym, niż sama Japonia. Nawet Sam i Rosa, kiedy was dogonili, wydawali się być mniej pewni siebie, niż zwykle.
I oto kolejny przejaw kultury kapitalizmu, lub raczej jej braku. Bogacze opływają w luksusy, popalając cygara, a biedni muszą ciągnąć riksze... - Rosa nie mogła się powstrzymać od komentarza. Razem z Samem i trochę zagubionym Natem stanęli na progu i stwierdzili, że nie spędzą nocy w takim miejscu.
Ale to wszystko jest już opłacone! - zdenerwował się Chance.
Trudno - odpowiedział stanowczo Sam. - To twój problem, jeśli wolisz wydawać pieniądze na wyzyskiwaczy klasy robotniczej. Ale my nie weźmiemy w tym udziału. Będziemy spać na ulicy lub w noclegowni, gdziekolwiek gdzie nie będziemy przez to wspierać wyzysku.
I wyszli. Chance stał przez chwilę w miejscu, wpatrzony w drzwi, którymi trzasnął Sam, ale w końcu wzruszył ramionami. On jeden zresztą zdawał się nie być nijak speszony tym miejscem. Podszedł do recepcji i w kilka minut załatwił formalności.
No dobrze, moi drodzy - powiedział wyraźnie ucieszony. - Pokoje są gotowe - odrzekł i przystąpił do rozdawania kluczy. - Wszystkie dwuosobowe. Panienki oczywiście razem, dam im klucze później. Panie Carter, proszę klucz, będzie pan z panem Watanabe, kiedy ten wróci. Pan Murdock... z panem... Frannym? A pan Red z panem Biggym.
O nie, kurwa! - wysyczał Biggy.
Co "nie"? - zdenerwował się Red.
Bo będziesz chrapał!
Ja nie chrapię!
Jak to, kurwa, nie? Chrapiesz jak silnik tamtego statku! - wyglądali, jakby zaraz mieli się pobić.
No dobrze, dobrze, to niech będzie pan Ticky z panem Biggym, a pan Red ze mną. Może być? - starał się uspokoić sytuację Chance. Ci tylko spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami. - Doskonale! No, to rozgośćcie się, odpocznijcie, umyjcie się i nie zapomnijcie o tym, że wieczorem idziemy na przyjęcie! No, a ponieważ udało mi się wynegocjować zwrot za tamtą trójkę - oznajmił z dumą - proponuję, żebyśmy spotkali się za godzinę lub dwie na lunchu. Tu, w hotelowej restauracji. Posiedzimy sobie, zagramy w karty, a wieczorem przyjęcie. A jutro... wrócimy do poszukiwania Nakamury - uśmiechnął się szeroko i odszedł w kierunku pokoju, najwidoczniej przekonany, że właśnie rozwiązał wszystkie problemy.REN
Podczas gdy reszta grupy udała się do hotelu lub na zakupy, Ren postanowił na chwilę odłączyć się od pozostałych. W przeciwieństwie do większości towarzyszy nie czuł się tutaj zagubiony, wręcz przeciwnie - po raz pierwszy od lat czuł się jak w domu. Niemniej, Jokohama była nieco inna, niż ją zapamiętał. Z jednej strony pełna dźwięków i zapachów z dzieciństwa, z drugiej - bardziej zatłoczona i nerwowa. Na wielu budynkach wisiały flagi, na ulicach widział mnóstwo żołnierzy. Miasto żyło swoim rytmem, ale oprócz tego było w nim coś jeszcze. Coś nieco bardziej obcego.
Najpierw jednak należało się zająć sprawami praktycznymi. Amerykańskie dolary były tutaj użyteczne tylko w określonych miejscach i określonych kręgach. A jeśli grupa miała spędzić w Japonii więcej niż kilka godzin, potrzebowała jenów. A skoro i tak musiał znaleźć kantor, być może przy okazji uda się dowiedzieć czegoś więcej.
Profesor Chance najwyraźniej zamierzał szukać Kazuo Nakamury, pokazując jego fotografię przypadkowym przechodniom. Ren podejrzewał, że istnieją skuteczniejsze metody. Poprawił kołnierz płaszcza i ruszył w głąb miasta, pozostawiając za sobą hotel, grupę i ich coraz bardziej chaotyczną ekspedycję. Przed nim rozciągała się Jokohama — ogromna, głośna i pełna ludzi. A gdzieś pośród nich być może znajdował się pierwszy ślad prowadzący do człowieka, którego szukali. -
Eleonora spędziła bardzo miło czas z Violet, przeglądając i kupując kimona. W końcu zdecydowały się na zakup - panna Croft zakupiła zielone, kontrasujące z brązem jej oczu i włosów. Natępnie wróciły rikszą do hotelu, gdzie już czekała na nich reszta grupy.
Przy obiedzie
- Wiecie? - zagaiła Eleonora - Nieco zazderoszczę Samomi i reszcie - Ich siły przekonań i zasad moralnych. Ja nie potrafiłabym zrezygnować z luksusów tego hotelu dla nocowana w jakiejs noclegowni, a i kapitalizm nie jest z mojej perspektywy aż tak wielkim problemem. Znaczy tak, znam teorie ekonomiczne i społeczne krytykujące konsumpcjonizm i kapitalizm, ale, hm... to bardziej ciekawość intelektualna niż jakieś zasady, którymi się kieruję w życiu? Musi być bardzo przyjemnie mieć aż tak silny kompas moralny - westchnęła, zawstydzona własnymi poglądami politycznymi.
- Mam nadzieję, że nic im się nie stanie w tym obcym kraju... - powiedziała, patrząc przez okno.
-
-Jakoś tak... nigdy się nad tym nie zastanawiałam - przyznała cicho Violet. - Dotychczas nie miałam luksusów, żeby z nich rezygnować. Czy nasze dzisiejsze zakupy to był przejaw tego... kapitalizmu i konsumpcjonizmu? - ściszyła głos jeszcze bardziej.
Prawdę mówiąc, oglądane przez nas kimona były tak cudne, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby okazały się niemoralne - pomyślała. - Jednakże mam szczerą nadzieję, że nie przyczyniłam się do zgubienia kompasu moralnego przez panią Eleonorę, bo wydaje się niezwykle roztropną kobietą... no może pomijając moment, kiedy wpadła w histerię.
-
Kiedy dołączyły do reszty Violet i Eleonora, przyszedł czas na obiad w hotelowej restauracji, zgodnie z zaproszeniem Chance'a. Sama restauracja okazała się być kolejnym miejscem szoku kulturowego. Po pierwsze, nie było tu żadnych krzeseł, a przynajmniej nie takich, jakie znaliście. Zamiast nich, przy niskich, lakierowanych na bordowo stolikach przypominających bardziej jakieś dziwne podesty niż stoły, leżały na ziemi poduszki. Sam pomysł siedzenia na podłodze podczas posiłku wywołał w niektórych pewne zmieszanie. Część z was sobie poradziło, choć wyglądało to trochę tak, jakbyście musieli udawać, że nie siedzicie na własnej nodze. Innym zajęło to nieco dłużej, zanim znaleźliście dla siebie odpowiednią, w miarę wygodną pozycję. Biggy natomiast od razu uznał całą tę sytuację za dzieło szaleńca.
Spać na podłodze to się zdarzało, ale jeść... - oznajmił, próbując skrzyżować nogi, zanim coś chrupnęło mu w kolanie. - O kurwa! - wycedził przez zęby.
Jeszcze gorzej było, kiedy przyniesiono jedzenie. Większość z was spodziewała się czegoś przypominającego amerykański obiad. Nie żebyście wcześniej zajadali się jakimiś luksusami, bo jeszcze miesiąc temu jedliście głównie jedzenie z puszek w San Francisco, ale coś takiego... Przyniesiono wam kilka dość nietypowo wyglądających, niewielkich naczyń. Na stoliku przed wami stała miska ryżu, grillowana ryba, miseczka czegoś, co chyba było zupą, oraz masa dodatków, których przeznaczenia nie byliście pewni. Do tego, nie było tu tradycyjnie wyglądających sztućców, a zamiast tego po dwie pałeczki. Coś, co widzieliście tylko na filmach.
No, to... smacznego! - Chance dość nieudolnie spróbował udać entuzjazm. - Panno Croft, jak to się mówi po japońsku?
Chance chwycił pałeczki i próbował na nie złapać kawałek ryby. Kawałek ryby jednakże nie wykazał absolutnie żadnej chęci do współpracy. Po krótkiej walce wystrzelił spomiędzy pałeczek i wylądował prosto na Walterze.
Och, przepraszam, panie Murdock... - powiedział nieco zmieszany Chance. Biggy i Ticky zanieśli się głupawym śmiechem. Ci jednak wcale nie radzili sobie lepiej i poddali się już po kilku próbach.
Dobra, chuj, ja to pierdolę - oznajmił Franny. - Nie da się tym jeść.
Pewnie, że się da - odpowiedział Red. - Patrz!
Chwycił szybkim ruchem kawałek ryby pomiędzy pałeczki, który chwilę później znów trafił z powrotem na miskę.
...prawie.
"Pałkarze" jednak szybko znaleźli rozwiązanie i zaczęli jeść rękami. Zupę zaś po prostu wypili, dając całej reszcie wrażenia słuchowe związane z symfonią siorbnięć.
Kiedy Eleonora wyraziła swoje rozterki dotyczące swoich poglądów, profesor jedynie mruknął, jakby się nad czymś zastanawiając, ale ostatecznie nic nie powiedział. Jedynym, który był skłonny je skomentować, okazał się Biggy.
No i chuj z nimi, krzyżyk na drogę - zarechotał. - Nie wiedzą, co tracą.***
Wieczór nad Jokohamą zapadł szybko. Kiedy opuszczaliście hotel, ostatnie ślady zachodzącego słońca odbijały się jeszcze w oknach budynków, ale większość miasta tonęła już w miękkim świetle latarni i lampionów. Ulice nie pustoszały jednak wraz z nadejściem zmroku. Wręcz przeciwnie. Tam, gdzie za dnia dominowali robotnicy, urzędnicy i kupcy, teraz pojawiali się ludzie wracający z pracy, spacerujące rodziny, żołnierze oraz młodzież korzystająca z chłodniejszego powietrza. Miasto wydawało się nieco spokojniejsze niż za dnia, ale pod tą pozorną spokojnością nadal wyczuwało się energię ogromnego portu, przez który każdego dnia przewijały się tysiące ludzi i ton towarów.
Nieobecność Rena zaczynała jednak ciążyć nad całą wyprawą coraz bardziej. Początkowo nikt nie przywiązywał do niej większej wagi. W końcu był jedyną osobą w grupie, która znała język, znała kraj i potrafiła odnaleźć się w jego realiach. Jeśli ktoś miał bez problemu znaleźć kantor, urząd albo właściwą ulicę, był to właśnie on. Problem polegał na tym, że od jego wyjścia minęło już kilka godzin. Nawet profesor Chance zaczął zerkać od czasu do czasu na drzwi hotelu. Nie robił tego co prawda na długo, zawsze bowiem znajdował sobie jakieś wytłumaczenie takiego stanu rzeczy: może znalazł jakąś ciekawą bibliotekę, albo natknął się na kogoś znajomego. No bo niby dlaczego by nie? Problem polegał na tym, że każde kolejne wyjaśnienie brzmiało mniej przekonująco od poprzedniego. Ostatecznie jednak profesor nie zdecydował się odwołać wizyty.
Kiedy wyszliście z hotelu, Chance zaprowadził was najpierw do noclegowni kilka przecznic dalej, gdzie zatrzymali się Rosa, Sam i Nate. Po upewnieniu się, że na pewno nie chcą wybrać się z nimi na przyjęcie, Chance powiedział:
No dobrze... w takim razie może zostaniecie i będziecie obserwować hotel. Jeśli pan Watanabe wróci, poinformujecie go o miejscu, w którym będziemy - po czym dał im karteczkę z adresem. Ci przyjęli takie zadanie, najwidoczniej było to coś, co im odpowiadało. Wyglądali zresztą na dość dobrze zadomowionych w noclegowni. Kiedy tam weszliście, Sam akurat czytał na głos robotnikom zapisany na kartce jakiś tekst po japońsku, w którym Eleonora rozpoznała jakiś wykład z teorii klasowej Marksa i nawoływanie do konieczności odebrania władzy nad środkami produkcji kapitalistom i przejęcia ich przez klasę robotniczą.
Drogę do willi madame Beaumont, jak ją nazywał Chance, pokonaliście rikszami. Odchodziła ona od głównej ulicy i wspinała się łagodnie na niewielkie wzniesienie. Już stamtąd można było dostrzec ponad murami korony starych sosen oraz ciepłe światło lampionów przebijające się przez wieczorny półmrok. Sam ogród sprawiał wrażenie miejsca stworzonego przez człowieka, który przez całe życie podróżował po świecie i nigdy nie potrafił zdecydować, gdzie naprawdę chce mieszkać. Nie przypominał ani typowego europejskiego parku, ani tradycyjnego japońskiego ogrodu. Był czymś pomiędzy. Kamienne ścieżki wiły się pomiędzy starannie przyciętymi krzewami azalii i karłowatymi sosnami. Niewielkie mostki przerzucono nad sztucznymi strumieniami, których woda szemrała cicho pośród gładkich otoczaków. Tu i ówdzie ustawiono kamienne latarnie, a ich ciepłe światło odbijało się w powierzchni niewielkich stawów. W jednym z nich pływały kolorowe karpie koi, leniwie krążąc pod powierzchnią niczym żywe plamy czerwieni, złota i bieli. Pomiędzy japońskimi elementami pojawiały się jednak rzeczy zupełnie niepasujące do otoczenia. Przy jednej z alejek stał kamienny posąg przedstawiający chińskiego uczonego. Nieco dalej znajdowała się drewniana figura przedstawiająca ducha-renifera, pokryta wyblakłymi już malowidłami, a pod jedną ze ścian ustawiono rząd totemicznych słupów. Na skraju ogrodu rosło natomiast samotne drzewo oliwne, które wyglądało tak, jakby ktoś z uporem próbował przekonać je, że Japonia jest południem Francji.
Sama willa zdawała się wyrastać pośrodku tego wszystkiego. Była duża, ale nie przypominała bogatych amerykańskich rezydencji, które niektórzy z was widywali w Kalifornii. Nie było tu marmurowych kolumn ani przesadnego przepychu. Architektura łączyła elementy zachodnie i japońskie w sposób, który wydawał się zaskakująco naturalny. Dolna kondygnacja zbudowana została z jasnego kamienia i cegły, podczas gdy wyższe piętra posiadały szerokie drewniane galerie oraz przesuwne ściany. Duże okna wychodziły na ogród. W kilku miejscach widoczne były papierowe shōji, za którymi migotało światło lamp. Największe wrażenie robił jednak frontowy taras. Szerokie schody prowadziły do podwójnych drzwi wykonanych z ciemnego drewna. Po obu ich stronach stały ogromne ceramiczne wazony ozdobione smokami i chmurami. Nad wejściem wisiał natomiast stary dzwon, którego powierzchnia pokryta była niezrozumiałymi znakami.
Oh, monsieur Chance! Enfin! - kobieta, która otworzyła drzwi, mogła mieć około pięćdziesięciu lat. Była wysoka, szczupła i wyglądająca na bardziej przyzwyczajoną do długotrwałych wypraw, niż do salonów. Jej twarz o ostrych rysach i wysokich kościach policzkowych nosiła ślady wielu lat spędzonych pod różnymi szerokościami geograficznymi, a przenikliwe szare oczy zdawały się nieustannie obserwować i analizować wszystko dookoła. Ubrana była elegancko, choć nietypowo: jej europejską suknię uzupełniały różne, wyglądające na egzotyczne ozdoby.
Och, jesem tak baghrzo ścieśliwa, zie udało wam się tu psibiś! - mówiła płynnie po angielsku, ale jej silny francuski akcent zdradzał pochodzenie niemal w każdym słowie.
Madame Beaumont! - profesor zdjął cylinder, ukłonił się i ucałował jej naszpikowaną biżuterią dłoń. - Nic się pani nie zmieniła od naszego ostatniego spotkania!
Och, to dopghrawdi upsiejme kłamstwo - Francuzka się lekko zarumieniła. - Pghrosię, wchoście do śghrodka!
Przez chwilę można było odnieść wrażenie, że przybyliście nie do domu antropolożki, tylko do jakiegoś dziwnego miejsca należącego do człowieka, który zjeździł cały świat i nie do końca mógł się zdecydować w której jego części chce zamieszkać. Kiedy jednak weszliście do środka, przekonaliście się, że to wrażenie było najzupełniej prawdziwe.
Główna sala, do której was wprowadzono, była wysoka i przestronna. Drewniany strop wspierały ciemne belki, a ściany niemal całkowicie zniknęły pod książkami, mapami i eksponatami przywiezionymi z najróżniejszych zakątków świata. W jednym miejscu wisiał ogromny ręcznie malowany atlas Azji. W innym stała gablota pełna kamiennych figurek i glinianych naczyń. Pomiędzy nimi znajdowały się włócznie, łuki, ceremonialne noże, szamańskie bębny, fragmenty strojów i dziesiątki przedmiotów, których przeznaczenia większość z was nie potrafiła nawet odgadnąć. Największe wrażenie robiły jednak... maski.
Dziesiątki, może nawet setki masek spoglądało na was z każdej dosłownie strony. Niektóre przedstawiały uśmiechnięte twarze duchów lub bóstw, inne wykrzywione były w grymasach gniewu, bólu albo szaleństwa. Jedne wyglądały niemal zabawnie, podczas gdy inne sprawiały wrażenie, jakby ich twórca próbował odtworzyć coś, czego człowiek nigdy nie powinien zobaczyć. W ciepłym świetle lamp i świec część z nich zdawała się wręcz obserwować gości.
Po całej sali krążyli kelnerzy roznoszący tace z jedzeniem i alkoholem. Większość obecnych trzymała w dłoniach kieliszki wina, koniaku lub szampana. Rozmowy toczyły się jednocześnie po angielsku, francusku, niemiecku i japońsku. Było tu kilkunastu gości, niemal wszyscy należeli do tego samego świata: naukowców, podróżników, dyplomatów, wojskowych i ludzi, których stać było na interesowanie się odległymi częściami globu. Madame Beaumont prowadziła was od grupki do grupki niczym dyrygentka oprowadzająca po własnym królestwie.
Ach, professeur Stephenson! - zawołała w pewnym momencie. Mężczyzna, do którego zawołała, odwrócił się w waszą stronę. Był wysoki, szczupły i lekko przygarbiony. Miał około pięćdziesięciu lat, cienkie okulary w drucianych oprawkach i starannie przystrzyżony wąs. Ubrany był w ciemny tweedowy garnitur, a w dłoni trzymał fajkę, której najwyraźniej od dawna nie zapalał, ponieważ zbyt pochłonęła go rozmowa.
Howard Stephenson - przedstawił się wam, wyciągając rękę do każdego z was, muskając ustami te należące do Eleonory i Violet. - Wykładam orientalistykę na Harvardzie.
No elo, ziomal! - zawołał Biggy, przybijając profesorowi głośną piątkę i rzucając mu się do uścisku. Stephenson zrobił wielkie oczy, ale uśmiechnął się, próbując zamaskować swoje zażenowanie. Porozmawiał chwilę z wami, wypytał o to kim jesteście i czym się zajmujecie, a później pochłonęła go rozmowa z Chancem, który wziął go gdzieś na bok. Was zaś madame prowadziła dalej przedstawiając wam kolejnych gości: starszego brytyjskiego archeologa specjalizującego się w Azji Centralnej, niemieckiego geografa, amerykańskiego dziennikarza podróżniczego, francuskiego etnografa wracającego właśnie z Indochin, aż w końcu...
Pułkownik Kenzaburo Tanaka! - gospodyni przedstawiła japońskiego oficera, który ukłonił się lekko przed każdym. - Jena z baghrdziej fasinująsich osób, któghre udało mi się poznaś!
Ach, madame jest dla mnie zbyt łaskawa! - jego angielski był nienaganny. Obejrzał się po was wszystkich, ale zatrzymał swój wzrok na Eleonorze i Violet, uśmiechając się lekko.ELEONORA I VIOLET
Rzadko zdarza mi się widzieć cudzoziemki, które zadały sobie trud zrozumienia naszej kultury zamiast traktować ją niczym egzotyczną ciekawostkę - mówił z nieukrywaną dumą w głosie, prosząc je ze sobą na stronę. - Japonia przechodzi obecnie wielkie zmiany i mam nadzieję, że niedługo cały świat zacznie patrzeć na nią w podobny sposób, jak panienki... Może sake? - odwrócił się do kelnera i wziął dla nich po miseczce. - Za nasze dzisiejsze spotkanie! - uniósł jedną w ich kierunku i wypił. - Ach, znakomite... Według madame Beaumont, sprowadzono je prosto z cesarskiej wytwórni w Kyoto, a ona nie kłamie! - poprowadził je w kierunku ogromnego okna wyglądającego na taras, gdzie księżyc i lampiony oświetlały ogród madame. - Jeśli panienki sobie życzą, mogę nieco więcej opowiedzieć o Japonii, naszych zwyczajach, lub właściwie cokolwiek panienki potrzebują, spróbuję załatwić - oparł się o framugę okna, krzyżując ze sobą nogi.
WALTER I JOHN
Pghrosię się nie krępowaś, tilko korzistaś z mojej gośsinnośsi! Śmiało! - zachęciła ich madame do próbowania rozmyślnych dań i napitków z całego świata, które roznosili kelnerzy lub które leżały na stołach bufetowych. - A cim się panowie zajmują w Amerika, jeśli wolno spitaś?
Jeszcze zanim którykolwiek z nich zdążył odpowiedzieć, dwóch mężczyzn rozmawiających ze sobą gdzieś w ich pobliżu zwróciło na nich uwagę.
Amerykanie? - spytał jeden z nich brytyjskim akcentem, wchodząc do rozmowy. - Przepraszamy, że przeszkadzamy, madame. Chcieliśmy po prostu lepiej poznać naszych gości. Panowie, powiedzcie proszę, jak to obecnie u was wygląda. Bo w gazetach piszą o tym tak, jakby wasz kraj miał za moment umrzeć z głodu. A my jesteśmy kupcami i chcieliśmy się dowiedzieć, jakie są tam aktualnie warunki. -
Eleonora zasiadła do stołu, bodaj jako jedyna (no dobrze, poza Renem) nie dziwiąca sią lokalnym zwyczajom.
- Smacznego to po japońsku ikadakimasu – powiedziała, po czym zlożyła dłonie jak do modlitwy, powiedziała „ikadakimasu” i chwyciła pałeczki w dłonie.
- Może zanim zaczniemy, parę słów o etykiecie japońskiej – zaczęła – nie podawajcie sobie rzeczy z pałeczek do pałeczek. W japonii robi się tak tylko podczas pogrzebu buddyjskiego i kojarzy się to ze śmiercią i z kościami zmarłych. Nie wbijajcie też pałeczek w ryż i zostawiajcie, to z kolej się kojarzy z ofiarami dla zmarłych, więc… też ze śmiercią. Jeśli chcecie odłożyć pałeczki, po prostu zostawcie je z boku miski – poradziła.
Następnie zaczęła jeść – tu trochę rybki, tu trochę ryżu, dodatki, zupka, mniam mniam, wszystko przepyszne.
~*~
Kontynuacja rozmowy przy obiedzie z Violet.
- Oh, kochana, nie przejmuj się aż tak – poradziła jej Eleonora – kapitalizm jest wszechobecny, może z wyjątkiem ZSRR. Bardzo ciężko w nim nie partycypować i bardzo ciężko się od niego wyzwolić. Co więcej, nasze „oddolne’ decyzje mogą ocalić nasze sumienie, ale raczej nie zmienią całego systemu, bo to z nim jest problem. Zmiana musi zajść od góry – od polityków, biznesmenów, instytucji finansowych, nawet od systemu edukacyjnego. Ale wybory zwykłych ludzi nie mają na system kapitalistyczny najmniejszego wpływu. Dlatego nie przejmuj się zbytnio, niezależnie od tego, co teraz postanowimy albo nie, nie zbawimy bądź przeklniemy świata jako takiego.
Gdy Eleonora usłyszała komentarz Bigby’ego o Samie i reszcie, przez chwilę wyglądała tak, jakby bardzo chciała coś powiedzieć, ale ostatecznie zdecydowała się kontynuować posiłek i przemilczeć jego wypowiedź – co najwyraźniej kosztowało ją sporo wysiłku.
~*~
Eleonora czuła się w rezydencji pani antropolog jak u siebie. Sama znała dosyć dobrze antropologię, i choć znała tylko jeden język obcy (japoński) to w międzynarodowym towarzystwie była niczym ryba w wodzie. A gdy pojawiła się wizja rozmowy z pułkownikiem Kanzaburo Tanaką, pojawił się w jej głowie pewien plan.
(Boże w Niebiosach, oby wyszło lepiej niż z tamtym japońskim wojskowym – pomodliła się w myślach, przechodząc do jego realizacji).
- Panie szanowny – przemówiła po angielsku – pozwoli Pan, że posłuzę się angielskim, bo moja towarzyszka nie mówi po japońsku. Przybyliśmu tutaj z naszą grupą w poszukiwaniu pewnego konkretnego człowieka, który ma przebywać w tym mieście. Jest ono jednak duże, a moje poprzednie próby odnalezienia owej persony sprawiły, że… lokalni ludzie poczuli się urażeni i zareagowali emocjonalnie – była to dosyć pobieżna relacja, ale prawdziwa – Czy mógłby pan nam pomóc w znalezieniu tej osoby? Byłybyśmy bardzo wdzięczne, ale proszę się nie trudzić, jeśli to dla pana zbyt wielki wysiłek bądź problem, nie chcemy być namolne… - wyjaśniła.
-
Ulice Yokohamy
Wspólny posiłek wprawił Johna w kompletną konsternację, kulturową obcością zarówno dań jak i metodami ich spożywania budząc ogromne zmieszanie prostolinijnego myśliwego. Chociaż nie powinien był wyjść w takich okolicznościach na prostaka większego niż czwórka pałkarzy, John z rozpaczą w oczach jął się przyglądać, co właściwie robią z tutejszym jedzeniem profesor Chance, Violet i Eleonora czy Walter, którzy nagle urośli w jego opinii do rangi prawdziwych znawców orientalnych zwyczajów.
Egzotyczne przyprawy, nietypowa konsystencja składników i sposób przyrządzenia złożyły się na posiłek, względem którego Carter nie ważył się wydać kulinarnego osądu. To było coś innego, coś zupełnie nowego, co napełniło żołądek Alaskańczyka krzepiącym ciepłem, ale zdezorientowało zmysł smaku mężczyzny.
Podróż nocnymi uliczkami Yokohamy do posiadłości francuskiej badaczki bynajmniej nie wyrwała myśliwego z stanu oszołomienia. Wrażenie obcości pogłębiało się w nim coraz bardziej, a wraz z nim złość na samego siebie za nie dość solidne skupienia na lekcjach japońskiego w trakcie morskiej podróży.
Na domiar złego John zaczynał zauważać u siebie jeszcze jedno źródło irytacji, którego przyczyn nie potrafił zrozumieć, wywoływane niezmiennie za każdym razem widokiem miedzianowłosej Kalifornijki pogrążonej w żywych rozmowach z Walterem.
Kolacja w rezydencji pani Beaumont okazała się wyzwaniem zupełnie innego rodzaju. Wśród gości było wielu białych ludzi władających angielskim, a jedzenie znacznie bardziej przypominało znajomą Johnowi kuchnię, ale osoby rozmówców stanowiły towarzystwo dalece przerastające Alaskańczyka wykształceniem i statusem społecznym. Goście pani Beaufort używali słów, których znaczenia John mógł się jedynie domyślać i poruszali tematy, o których nie miał on pojęcia.
Czując się niczym bezbronne dziecię krążące pomiędzy obytymi ze światem dorosłymi, oddał inicjatywę w rozmowach Walterowi samemu sącząc w oszczędny sposób alkohol.
-
JOHN
Goście nie wydawali się, mimo wszystko, zainteresowani dalszą konwersacją z nimi, bardziej zaabsorbowani sobą. Wobec braku udziału dwóch amerykańskich przybyszów w ich rozmowach pozostawali z boku, oglądając otoczenie. A było co podziwiać, na czele z dość wyjątkową kolekcją masek. Im dłużej patrzyli na kolekcję madame Beaumont, tym bardziej stawało się jasne, że nie była to przypadkowa zbieranina egzotycznych pamiątek. Każdy przedmiot zdawał się mieć własną historię. Wśród masek przedstawiających duchy, demony i ludzkie twarze znajdowały się również maski zwierząt, w których John rozpoznał, że są niezwykle realistyczne, choć nie są zdecydowanie trofeami myśliwskimi.
Przed jedną z gablot zatrzymał się starszy mężczyzna o siwiejących włosach i szerokich barkach człowieka, który większość życia spędził na świeżym powietrzu, a nie w bibliotekach. W dłoni trzymał kieliszek koniaku, ale uwagę poświęcał wyłącznie drewnianej masce przedstawiającej coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak pięść. Zdecydowanie nie pasowało to do całej reszty. Dopiero po bliższym przyjrzeniu można było dostrzec, że jest to coś w rodzaju prymitywnej maski ośmiornicy.
Hmm, ciekawe... - mruknął bardziej do siebie, niż kogokolwiek innego. Odwrócił się od gabloty i spojrzał na stojącego niedaleko Johna. - Pan nie jest naukowcem, prawda? - mimo wszystko, w jego ustach niekoniecznie brzmiało to jak pytanie. - Nie wygląda pan też na wojskowego. Traper? Myśliwy? - zapytał z uśmiechem. - Jak pan myśli, co to może być? Widział pan kiedyś coś podobnego?Po jakimś czasie do pogrążonego w rozmowie Johna zbliżył się, wyrosły jak spod ziemi, Chance.
Przepraszam, czy mogę panom przeszkodzić? - zabrał ze sobą Johna, nie czekając na odpowiedź.
Nie podoba mi się to... - wybełkotał Chance przez zęby, gładząc się po zmierzwionej brodzie. - Pan Watanabe powinien być tu już dawno temu. Raczej się nie zgubił... A pan ma tu ze wszystkich największe doświadczenie, jeśli chodzi o tropienie. Niech pan weźmie ze sobą naszych... gości - tu wskazał na Reda i jego bandę - i poszuka pana Watanabe, dobrze? Ten chłopak wam pomoże - wskazał na młodego Japończyka w mundurze, którego widzieliście wcześniej przy pułkowniku, zapewne jego adiutanta. - Dość dobrze mówi po angielsku. Zna też okolice.WALTER
Uwadze inżyniera nie ubiegło, że madame Beaumont coraz częściej pojawia się tam, gdzie akurat jest on, i niemal zawsze go zagaduje. Za każdym razem jednak zostawała przy nim zdecydowanie dłużej, niż nakazywałaby tego zwykła uprzejmość. W końcu, kiedy większość gości była zajęta rozmowami, a John wraz z "pałkarzami" i japońskim żołnierzem zbierali się do wyjścia, madame znów pojawiła się przy Walterze z kieliszkiem ciemnoczerwonego wina w dłoni.
Ja powiem wam coś, monsieur Valteghr - zaczęła, zaciągając i bełkocąc lekko, przyglądając mu się roziskrzonymi oczami umieszczonymi głęboko nad czerwonymi niemal jak jej wino policzkami z lekkim rozbawieniem. - Pan jes sdesidowanie najbaghrziej interesująsim śłowiekiem na tim psijęsiu... - po chwili uniosła rękę. - Nie, nie, pghrosię nie mówiś teghraz "a professeur Stephenson? a monsieur Chance?" Nie, pghrosię pana, oni wsissi baghrzo siekawi. Ale są dokładni tasi jakich spoziewałabim się spotkaś na takim psijęsiu. A pan nie... - jej spojrzenie zatrzymało się na jego oczach, a cała reszta jej osoby przysunęła się do Waltera, stykając się z nim biodrem tak, że mógł poczuć zapach słodkiego wina wydobywający się z jej ust wraz z każdym, coraz szybszym oddechem.
Podoba si panu moja koleksja masek? - zapytała, unosząc znów kieliszek wina do swoich ust i przechylając go lekko. - Armagnac. Pghrosto z fransuskich winnis. Tutaj takich nie ma... Ja go psiwiosła jeśsie psied chrisisem. Pghrawdziwy skarb - znów upiła łyk wina. - Dokghładni tak, jak pan... - zrobiła słodką minę niczym nastolatka, umieszczając swoją głowę na jego ramieniu. - Jeśli pan chse zobasić, to ja na góghrze mam o wiele więksią i ładniejsią koleksję, niś to tutaj... Chse pan pójś se mną na piętghro? - szepnęła wprost do jego ucha tak blisko, że Walter mógł niemalże poczuć jej wargi na swoich małżowinach.VIOLET I ELEONORA
Tanaka wysłuchał Eleonory bez przerywania, cały czas opierając się o ścianę i obracając w dłoniach niewielką porcelanową czarkę po sake.
Nakamura Kazuo... - powtórzył powoli. - Interesujące. I... niebezpieczne - uśmiechnął się lekko, niemalże konspiracyjnie. - Widzi pani...* - ciągnął, zbliżając się do niej powoli. - Japonia jest krajem uporządkowanym. Ludzie nie znikają tu bez śladu, a jeśli znikają, to na ogół jest ku temu powód. - stanął tuż przy Eleonorze i spuścił wzrok, mierząc ją od stóp do głów. - Otóż... - zaczął ponownie, delikatnie chwytając palcem jej dłoń. - Może i mógłbym panienkom pomóc. Mam pewne znajomości. Urzędnicy często robią się o wiele bardziej rozmowni, gdy wypytuje ich oficer armii Jego Cesarskiej Mości. - uśmiechnął się szeroko, puścił jej rękę i spojrzał nieco radośnie na Violet. - Ale, ale. Dziś wieczorem nie mam ochoty na rozmawianie o papierach. Madame Beaumont ugościła nas na przyjęciu, skorzystajmy więc z niego! Co by panienki powiedziały na mały spacer? - i nie czekając na odpowiedź, chwycił obie kobiety pod ramię i wyszedł z nimi do ogrodu.
No dobrze, to tutaj możemy już porozmawiać bardziej otwarcie... - powiedział, kiedy znaleźli się w alejkach wzdłuż kwitnących drzew wiśniowych, stojąc pomiędzy kobietami i obejmując je wzdłuż bioder. - Piękny wieczór, prawda? Ciepły i bezchmurny, niemal wymarzone warunki na taką przechadzkę. A co się tyczy naszej umowy... zrobimy tak - rozejrzał się dookoła, upewniając się, że nikogo nie ma w pobliżu. - Chyba widziały panie kolekcję masek madame. Imponująca, prawda? Jednak w rzeczywistości jest o wiele... ciekawsza, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Znajduje się tam pewien... wyjątkowy eksponat. Z tego, co wiem, dopiero co został przez madame zamówiony. Zatem którakolwiek to jest maska, jest zdecydowanie tą najnowszą. Chciałbym się czegoś na jej temat dowiedzieć. Jeśli pomogą mi panienki zaspokoić moją ciekawość, zobaczę co da się zrobić w sprawie pańskich poszukiwań... -
Eleonora patrzyła na pana Tanakę i słuchała go w skupieniu. Czy było jednak możliwe, by ten człowiek był w stanie im pomóc? To by bardzo posunęło do przodu ich poszukiwania, i wreszcie dało Eleonorze jakiś sukces w misji, którą, obawiała się, tylko spowalniała swoją niekompetencją.
Z bijącym sercem w piersi, mając u swych stóp Violet, Eleonora ruszyła za wojskowym do ogrodu.
Wieczór był ciepły, a ogrody francuskiej antropolog piękne i okazałe. Miło było być w takim miejscu, miło było rozmawiać z japońskim wojskowym o celu ich misji i miło było się cieszyć na pomoc która miała nadejść.
To jest… do momentu, aż eleonorze wyjaśniono, w jaką grę gra jej rozmówca...
Eleonora wysłuchała pana Tanaki. Bardzo, bardzo ostrożnie.
- Ah... - zaczęła - Więc mamy napaść na własność naszej gospodarzyni, tak? Tak pan to widzi, panie Tanaka? - spytała, rzucając pioruny z oczu - Czy gościnność nie jest japońską domeną?
- To by było na tyle, uważam. Do widzenia panu - odwróciła się i odeszła na pięcie.
Była wprost wściekła. Zostali zaproszeni na tak wystawne przyjęcie, wśród gości było tyle znakomitości i uczonych, a ten tutaj chciał, by one elonora i Violet, włamały się do jej sekretnych komnat i ukradły z nich cenny eksponat muzealny. Nosz! Co za tupet ma ten człowiek!
Po pierwsze, to co proponował to poważne pogwałcenie zasad gość – gospodarz, ale także… gdyby zostały złapane – oh, z pewnością zostałyby złapane! – on, ten tchórz kompletny, miałby czyste łapki, a Violet i Eleonora problemy z prawem w jego miejsce.
Boże, co za oślizgły wąż!
Tak więc Eleonora wracała na przyjęcie, przechodząc przez ogród, coraz szybsza i coraz bardziej wściekła na tego człowieka i to, jakim okazał się być rodzajem osoby. Boże, za jakie grzechy? – pytała samą siebie, nieźle wkurzona.
-
Towarzystwo jakim otoczony był Walter niezbyt go pociągało. Takie wystawne bankiety były dobre dla niego tylko, że sprzed dziesięciu lat. Obecnie wolał udać się do baru w deszczowy wieczór i pogawędzić z barmanem lub kimś wiedzącym więcej niż on sam. Na jego nie szczęście musiał wystawić się na ten dyskomfort. W głowie dalej siedziały mu plany limuzyny dla towarzysza Yeticzenko, a skoro los dał mu szanse na znalezienie sponsora to grzechem było nie skorzystać. Zadanie byłoby znacznie prostsze z Renem przy sobie, ale ten musiał zniknąć w najważniejszym momencie. Przez taki obrót spraw Walter był skazany wyłącznie na swoją kompetencję w fachu i urok Violet, lecz żeby ich użyć najpierw trzeba znaleźć potencjalny cel.
Szukanie go okazało się znacznie trudniejsze niż zakładał. Jedynymi osobami z jakimi dłużej porozmawiał była dwójka handlarzy, ale gdy inżynier tylko zaczął rozmowę o technologii i maszynach szybko dostrzegł w nich niechęć do dalszej konwersacji. Ich strata. pomyślał i ruszał na dalsze poszukiwania inwestora. W przerwach od przeszukiwania ludzi i smakowanie zagranicznych przekąsek, cały czas zaczepiała go madame Beaumont. Na początku były to zwykłe pogawędki czym się pan zajmuje? Jak podoba się panu przyjęcie? Czy przekąski smakują? Zwykła gościnność, ale z każdym podejściem madame zdawała się bardziej przymilająca i wręcz podekscytowana rozmową. Jedyne z czym Walter mógł to porównać to jak on patrzył i słuchał swojego mentora Borisa. Murdock zdążył się przyzwyczaić do tego zachowania. I wtedy kabelki w jego mózgu się połączyły, idealny inwestor właśnie opiera głowę na jego ramieniu. -Jak mógłbym odmówić. Powiem pani w sekrecie, że nie przepadam za takimi obszernymi bankietami. - po tych słowach wstał i wystawił dłoń, aby pomóc wstać swojej rozmówczyni. -Nie wiem nawet jak podziękować pani za tą propozycję. - dodał mając na myśli wyłącznie wdzięczność za spokojniejsze miejsce i możliwość ujrzenia tajnej kolekcji. Na nieszczęście madame Walter nie za dobrze czytał między wierszami.
-
Bankiet w stylu francuskim
Jak dalece John nie czułby się wyobcowany na kolacji z udziałem tak dziwacznych gości, pomysł profesora, aby myśliwy udał się w towarzystwie grubiańskich Kalifornijczyków na poszukiwania Watanabe zdjął go jeszcze większym dreszczem.
I ta nieprawdopodobna sugestia, jakoby doświadczenie w tropieniu zwierząt miało w jakimkolwiek stopniu ułatwić odnalezienie zaginionego Japończyka w morzu innych Japończyków w ich własnym kraju, w którym Carter niczego nie rozumiał.
Profesor Chance po raz kolejny nie zawiódł demonstrując swoją przerażającą prostolinijność i naiwność.
John zastanawiał się przez chwilę, czy aby nie wyperswadować pryncypałowi pomysłu, aby zabierać do towarzystwa na ulicach Yokohamy Reeda i jego kompanów - ale jakiś błysk w oku profesora sprawił, że myśliwy przyjął ten uciążliwy nadbagaż z niemym westchnieniem. Wiele pozwalało domniemywać, że Chance chciał wykorzystać dowolny pretekst, aby pod pozorem poszukiwań Watanabe uwolnić siebie i innych gości eleganckiego przyjęcia od kwartetu chamskich z natury pałkarzy.
- Jak pan sobie życzy - powiedział Alaskańczyk skrywając swój dyskomfort pod maską zawodowej obojętności - Mam nadzieję, że szybko odnajdziemy Rena.
Nie czekając na odpowiedź profesora John odwrócił się w stronę młodego Japończyka mającego posłużyć mu za przewodnika. Jego wzrok padł niejako przy okazji na kolekcję niezwykłych masek gospodyni i zatrzymał się na tej, która już wcześniej zwróciła jego uwagę - tej o osobliwej formie kojarzącej się z ośmiornicą.
John nigdy nie wyłowił z wód Alaski ośmiornicy, w San Francisco zresztą też; ale mimo to przyglądając się masce odniósł wrażenie, że jej kształt budzi w jego podświadomości jakieś nieokreślone wspomnienie, pełne rozmytych kształtów i niepokojących dźwięków.
Odrywając spojrzenie w drodze ku przewodnikowi zdusił w sobie irracjonalne przeświadczenie, że jego instynkt desperacko próbował mu o czymś przypomnieć.
- Czeka nas mały spacer - powiedział półgłosem zatrzymując się obok obficie nadużywającego alkoholu Reeda - Polecenie profesora. Szef płaci, szef każe. Zbierz chłopaków, czeka nas nocny spacer, tylko bez wygłupów, podobno tutejsza policja jest bardzo nerwowa.
-
Violet z zainteresowaniem przysłuchiwała się rozmowie prowadzonej przez Eleonorę z pułkownikiem, nie chcąc się wtrącać, by nie powiedzieć nic nieodpowiedniego. Najwidoczniej sprawienie sobie eleganckich kimon zaowocowało zainteresowaniem wśród płci przeciwnej. Poczuła się nieco niezręcznie, gdy mężczyzna wyprowadził je na zewnątrz, obejmując w pasie. Nie przywykła do takiej poufałości, a tym bardziej nie spodziewała się jej po Japończyku. Eleanora jednak zdawała się nie zwracać na to uwagi, pochłonięta rozmową o interesach.
Zaskoczyło ją jak gwałtownie jej towarzyszka zareagowała na ofertę mężczyzny. Odsunęła się od niego gwałtownie, wykrzykując co o tym myśli i pospiesznie oddaliła się w stronę budynku, pozostawiając Violet sam na sam z pułkownikiem.
-Niech Pan wybaczy - wskazała głową na oddalającą się koleżankę, delikatnie wyswobadzając się z obejmującej ją ręki pułkownika - Eleonora jest już chyba nieco zmęczona. Nie zdążyliśmy jeszcze wypocząć i stanąć pewnie na stałym lądzie po tej długiej podróży. Być może coś źle zrozumiała. Rozumiem, że chce Pan po prostu dowiedzieć się czegoś więcej na temat tego eksponatu? W tej pokaźnej kolekcji niewprawnemu oku może być trudno dostrzec najnowszy nabytek, może wie Pan cokolwiek, co mogłoby pomóc go rozpoznać?
Zadanie nie wydawało się szczególnie trudne. Może nie licząc ewentualnej bariery językowej, w której przypadku pomoc Eleonory mogłaby być nieoceniona. Wystarczyło zagrać żywe zainteresowanie kolekcją, które pewnie pochlebi jej właścicielce. Violet zastanawiała się, czemu pułkownik nie chce przyznać się do swojego zainteresowania sztuką w tym towarzystwie. Może to nietaktowne w japońskiej kulturze? A może chodzi o podejrzenie popełnienia jakiegoś przestępstwa? Kradzieży? Przemytu? Violet zabłysły oczy na samą myśl o tym.
-
ELEONORA I VIOLET
Pułkownik Tanaka przez dłuższą chwilę odprowadzał Eleonorę wzrokiem. Na jego twarzy nie pojawiło się ani oburzenie, ani urażona duma. Wręcz przeciwnie. Dopiero kiedy sylwetka dziewczyny zniknęła pomiędzy drzewami, zwrócił się do Violet i uśmiechnął się szeroko.
Panna White jest... kobietą o silnych zasadach i potężnym kręgosłupie moralnym - powiedział spokojnie, jakby od niechcenia. - A to cechy w dzisiejszych czasach coraz rzadsze, a przez to godne szacunku! Obawiam się jednak, że źle zrozumiała moje intencje... - odwrócił wzrok i pokierował Violet w stronę mostku nad strumykiem, który szumiał dźwięcznie przy akompaniamencie świerszczy.
Nigdy, absolutnie nigdy nie prosiłbym damy o kradzież - mówił do Violet, przyglądając jej się łagodnie przez całą drogę. - Madame Beaumont jest moją dobrą znajomą. Gdybym chciał otrzymać od niej jakiś eksponat, zwyczajnie bym o niego poprosił. Dzielimy pasję do etnologii, zwłaszcza do masek pochodzących z różnych kultur. A madame ostatnio weszła w posiadanie jednej. Bardzo starej, podobno pochodzącej z dalekiej północy. Nie wystawia jej publicznie ani nie wspomina o niej gościom. Na ścianie wisi tylko jej replika, a oryginał... jest gdzieś w willi. Kiedy raz zapytałem ją o tę maskę mimochodem, zręcznie wywinęła się z rozmowy i zmieniła temat... - uśmiechnął się lekko, zbliżając się nieco do Violet z wypiętą piersią. - To chyba po prostu... zawodowa ciekawość. W wojsku człowiek szybko uczy się, że im bardziej ktoś czegoś pilnuje, tym bardziej chce się dowiedzieć dlaczego... - przybliżył się do niej tak bardzo, że mogła poczuć jego wąsy na uchu, po czym szepnął: - Więc gdyby panienka była w stanie choćby dowiedzieć się co to dokładnie jest, byłbym bardzo wdzięczny. A jeżeli madame pozwoliłaby panience przynieść ją choćby na kilka minut... obiecuję obejrzeć ją z najwyższą ostrożnością i natychmiast oddać. Nikt, poza nami, nie musiałby nawet wiedzieć, że opuściła swoje miejsce.
Potem, jak gdyby nigdy nic, znów się uśmiechnął i dał znak do powrotu w kierunku willi. Wrócił jednocześnie do wcześniejszego tematu.
Co się zaś tyczy pana Nakamury... - odezwał się w końcu, nieco bardziej oficjalnym tonem - ...dotrzymam słowa. Jutro z samego rana wyślę zapytanie do ludzi, którzy mogą wiedzieć o nim więcej. Nie mogę obiecać sukcesu, ale mogę obiecać, że spróbuję. Niech panienka potraktuje to jako... wyraz mojej wdzięczności za dzisiejszą rozmowę. Niezależnie od tego, jaką decyzję panienka podejmie w sprawie maski.WALTER
Madame Beaumont zaprowadziła Waltera na piętro. Schody wykonane były z ciemnego, wypolerowanego drewna, które skrzypiało cicho pod każdym krokiem. Im wyżej się wspinali, tym mniej było słychać rozmów gości, a coraz wyraźniej dochodziło jedynie tykanie stojącego gdzieś zegara oraz szum wiatru poruszającego gałęziami sosen za oknami. Gwar za ich plecami zaczynał stopniowo cichnąć.
Francuzka szła powoli, wyraźnie już rozluźniona alkoholem. Co kilka stopni musiała przytrzymać się poręczy, raz nawet zachwiała się lekko i odruchowo (a może celowo...) oparła dłoń na ramieniu Waltera z głośnym i wysokim "o!" zakończonym wybuchem śmiechu.
Och, wibaśsi pan... Chiba ten aghrmaniak okazał się mocniejsi, niź psipuśsiałam...
Na piętrze panował zupełnie inny nastrój, niż na dole. ługi korytarz oświetlały jedynie pojedyncze lampy ustawione na niewielkich stolikach. Ściany również pokrywały maski, ale było ich znacznie mniej. Sprawiały za to wrażenie starszych, bardziej niezwykłych. Niektóre wykonano z drewna tak ciemnego, że niemal czarnego, inne z kości, lakierowanego papieru lub metalu. Kilka przedstawiało zwierzęta, inne ludzkie twarze o przesadnie wydłużonych rysach. Jedna wyglądała wręcz tak, jakby wykonano ją z jednego kawałka poroża.
Tich nie poghkazuję gośsiom... - szepnęła madame z dumą, przybliżając się do Waltera. - Te na dole są ghrepghrezentasijne. A tutaj są moi ulubieńsi...
Zatrzymała się przed ostatnimi drzwiami, wyciągnęła klucz z kieszeni, nie mogąc trafić do zamka, co uznała za kolejny powód do wybuchu śmiechem. Potem jednak kolejna próba wyszła jej nadspodziewanie dobrze. Otworzyła drzwi i gestem zaprosiła Waltera do środka.
To pomieszczenie dość trudno było inżynierowi sklasyfikować. Pod jedną ścianą ciągnęły się regały pełne książek w kilku językach. Obok stało masywne biurko zawalone notatkami, mapami i szkicami. W rogu znajdowało się dość szerokie łóżko przykryte grubą, ciemnozieloną narzutą, a naprzeciwko niego kominek, w którym tlił się jeszcze ogień. Na komodzie stało kilka butelek francuskiego alkoholu i dwa kryształowe kieliszki, zupełnie jakby madame już wcześniej przygotowała to pomieszczenie specjalnie na taką okazję.
Madame wybełkotała coś po francusku, zanosząc się chichotem, po czym nalała alkoholu do kieliszków, z których jeden podała Walterowi.
Santé! - uniosła swój kryształ lekko i przechyliła go, wlewając jego zawartość do ust jednym, szybkim ruchem. Potem chwyciła Waltera za rękę i poprowadziła go do łóżka, na którym usiadła, ciągnąc go za sobą. Przysunęła się do niego i, ni stąd ni zowąd, zaczęła opowiadać mu o swoich wyprawach. Raz wspominała Syberię, innym razem Mongolię, później znów wracała do Japonii. Z każdym kolejnym zdaniem coraz mniej mówiąc jako poważna uczona, a coraz bardziej jako kobieta, która większość życia spędziła samotnie, nie mając komu opowiedzieć o swoim życiu. Wskazała na jedną z masek stojącą na półce, wysoko, tuż przy suficie nad drzwiami.
A to mój najwięksi skaghrb... - Walter mógłby przysiąc, że widział już podobną na dole. Wyraźnie wyróżniała się jednak na tle innych. Nie wiedział do końca dlaczego, ale ta maska z jakiegoś powodu wydawała mu się... żywa. Jej powierzchnia była ciemna, niemal grafitowa, a dolna część rozchodziła się w liczne, wijące się wypustki przypominające macki ośmiornicy. Drewno zdawało się nienaturalnie gładkie, jakby przez setki lat ktoś nieustannie je polerował. Oczy "ośmiornicy" zdawały się patrzeć prosto na niego, przeszywając go swoim głębokim spojrzeniem.
Mój najnowsi nabitek - pochwaliła się madame, kładąc mu dłoń na ramieniu, a na niej opierając swój podbródek. - Piękna, pghrawda? Nie wiem jeśsie skąd dokładnie pochodzi. Jedni mówią o Sachalinie, spsiedawca twieghrdził, zie z południowej Azji, a ktoś inni psisięgał, zie wiział podobną na Siberii.
Po chwili, płynnym choć powolnym ruchem osunęła się na łóżko i rozwiązała rzemyk podtrzymujący jej sukienkę u góry.
Ach, już dosiś na dzisiaj ghrozmów z timi wsiskimi naukowsami i finansjeghrami... Zmęsiłi mię one - jej palce przesunęły się po nieco rozpiętej sukni, coraz bardziej powiększając jej dekolt, zatrzymując się mniej więcej na linii sutków. - Teghraz mam ochotę pobiś tu tilko z panem... - wyszeptała i zdjęła but o jego nogę, po czym przesunęła stopę do jego krocza. - Zostanie pan ze mną?
(wykonaj rzut na spostrzegawczość)JOHN
John ledwie skończył mówić, gdy cała czwórka spojrzała po sobie. Przez krótką chwilę panowała cisza. Biggy westchnął ciężko.
No dobra... - mruknął z wyraźnym zawodem. - A już myślałem, że profesor w końcu wywalił nas z tego cyrku.
Ciebie? - prychnął Red. - Ciebie to by wywalili już przy drzwiach, jakbyś nie wlazł pierwszy.
-A ty byś wszedł tu z własnej woli?
-Ja przynajmniej umiem używać widelca...
-A tam, chuja umiesz.
-Te, zajebać ci?
-No to poka, jak taki zdolny jesteś!
-A gówno ci pokażę!
-Gówno i tak widzę, jak na ciebie patrzę...
Gdyby nie Franny, który pojawił się przy nich i stanął pomiędzy nimi, zapewne doszłoby tu do bójki.
Ja pierdolę, wy dwa debile nawet na pięć minut nie umiecie przestać i udawać normalnych ludzi... - westchnął.
No dobra już, dobra - mruknął Biggy. - To chodźta, idziemy szukać skośnookiego.
Szef płaci, to szef rozkazuje... - westchnął Red, a Ticky tylko mu przytaknął. Całą czwórką poszli za Johnem w kierunku wyjścia z willi. Za moment dołączył do nich Japończyk wyznaczony na przewodnika.
Jeśli panowie są gotowi - powiedział nienagannym angielskim - to chodźmy. Im szybciej zaczniemy, tym większa szansa, że zastaniemy jeszcze otwarte urzędy albo ludzi, którzy mogli widzieć państwa przyjaciela.
(wykonaj rzut na tropienie, nawigację lub szczęście - wedle uznania) -
Eleonora szła przed siebie, całkiem szybko, stawiając ciężkie, długie kroki – Jak on śmiał! Jak on mógł! – sapała do samej siebie pod nosem, wściekła jak rzadko kiedy. Była naprawdę wkurzona – zarówno za względu na poziom moralny pułkownika, jak i ze względu na to, jak chciał wykorzystać ją i Violet do swoich celów (a także dlatego, że wzgardził, bardzo wyraźnie, gospodarzynią przyjęcia).
Dopiero, gdy była już w domu pani antropolog, miała ciut szansy na ochłonięcie i przemyślenie swoich następnych ruchów.
Po pierwsze, z pewnym zaskoczeniem zauważyła, że Violet nie ma u jej boku. Zagryzła wargi. Violet była dorosła, ale… mimo życia w dużym mieście, była rodzajem small-town girl. Nie rozumiała wielkiego świata aż tak dobrze, a co gorsza, pułkownik był całkiem przystojny… co, jeśli zawróci młodej dziewczynie, zagubionej w obcym kraju, kompletnie w głowie?
Eh… nie było czasu ani sposobności, by się tym zająć.
Eleonora poszukiwała pani antropolog wzrokiem. Udając spokojną i nieco znudzoną, wędrowała po salach domostwa, szukając tej kobiety i jej charakterystycznego angielskiego. Niestety, nigdzie jej nie było. Z każdym kolejnym pomieszczeniem panika i desperacja w sercu Eleonory rosły. Boże, co począć?!
W końcu, gdy była pewna, że gospodarzyni nigdzie nie ma, podeszła do dwóch starszych mężczyzn rozmawiających po angielsku – Przepraszam? - zaczęła grzecznie – Szukam pani Beaumont. Mam do niej pewną sprawę… czy może panowie ja gdzieś widzieli?
-

Nocne uliczki Yokohamy
Młody przewodnik posługiwał się nieskazitelnym angielskim, z wielką uprzejmością, ale zarazem powściągliwością wyprowadzając grupę obcokrajowców z posiadłości francuskiej uczonej. John żywił w duchu ogromne obawy w stosunku do grubiańskich Kalifornijczyków, gotowy pójść w zakład, że wszyscy czterej skorzystają z pierwszej lepszej okazji do zaczepek pod adresem młodego oficera. Chcąc temu zapobiec szepnął kilka słów prosto w ucho przywódcy pałkarzy, sugerując im trzymanie się o kilka kroków w tyle i wypatrywanie śladu miejscowych złodziei, którzy jakoby chętnie żerowali po zmroku na portfelach cudzoziemskich marynarzy.
Stając na wyłożonym kamiennymi płytkami chodniku myśliwy spojrzał ponad ramieniem na rozjaśnione światłem okna rezydencji, gdzie na eleganckich firankach tańczyły cienie bawiących na bankiecie gości. Jakakolwiek obca byłaby tego rodzaju uroczystość dla prostego mieszkańca Alaski, znienacka wydała się Carterowi znacznie lepszą alternatywą względem krążenia nocą po Yokohamie w poszukiwaniu jednego Japończyka zagubionego w morzu podobnych do niego jak kropla do kropli innych Japończyków.
Uderzyło go również inne uczucie, wciąż zaskakujące świeżością i budzące za każdym razem konsternację. Jego źródłem była panna Shane, obracająca się w wykwintnym towarzystwie wraz z ewidentnie wrażliwym na jej urok Walterem. John szczerze polubił małomównego inżyniera dostrzegając w nim bratnią duszę, a jednak w tej sympatii coraz ostrzej pobrzmiewała nuta dotąd Carterowi obca i budząca nieudawane zakłopotanie.
Była nią zazdrość, doskonale wyczuwalna w chwili, kiedy John uświadamiał sobie jak wiele byłby gotów dać, aby Chance wysłał na poszukiwania Rena właśnie Waltera, a nie jego.
Chcąc odwrócić swoje myśli od osoby miedzianowłosego dziewczęcia, Alaskańczyk odwrócił głowę w stronę idącego w pełnym służbistości milczeniu przewodnika.
- Jak sądzę, został pan poinformowany, kogo poszukujemy. Pan Watanabe miał do nas wrócić po zmierzchu i bardzo mnie martwi jego nieobecność. Czy to miasto jest niebezpieczne po zapadnięciu nocy? Czy często dochodzi tu do wypadków komunikacyjnych? I jest to nie nietakt, gdzie nauczył się pan tak dobrze mówić po angielsku?
-
Wystrój piętra można było określić jako tajemniczy z dużą dozą ekscentryczności. Korytarz prowadzący do drzwi przypominał wejście do grobowca lub jakieś starej świątyni. Sam dobór oświetlenia sprawiał, że Walter trochę się niepokoił, a do tego te wszystkie maski. Komentarz Madame wzbudził kolejny dreszcz na skórze inżyniera. Nawet odrobinę drgnął, ale szybko się wyprostował i spojrzał z nadzieją, że kobieta tego nie zauważyła. Kolejną dziwną rzeczą jaką zauważył była ogromna gracja, jaką wykazała się antropolożka przy drugiej próbie otwarcia drzwi. Przypadek. Wszedł do środka i zobaczył dość przytulne pomieszczenie. Gdyby Walter kiedyś dorobił się Wili to pewnie jego pracowania wyglądała tak samo. Biurko do pracy, rysunków i prowadzenia notatek. Mała stylowa biblioteczka i kominek dla klimatu, a także łóżko do odpoczynku. To pomieszczenie zrobiło na inżynierze takie wrażenie, że nawet nie spostrzegł się kiedy w jego ręce znalazł się kieliszek. Madame wypiła swój jednym ruchem, natomiast Walter odpuścił sobie.
Chwilę ciszy przerwała niespodziewana opowieść Beaumont o podróżach. Z początku brzmiało to trochę jak raport, ale z każdym zdaniem opowieść stawała się bardziej potoczna i mniej profesjonalna. Madame zaczęła dodawać więcej swoich odczuć i zmniejszać ilość suchych faktów. Przez te parę minut Walter dostrzegł w tej kobiecie samotność. Chciał coś powiedzieć, lecz kobieta skierowała jego uwagę na maskę tak niezwykłą, wydawałoby się, że wręcz żywą. Na chwilę jego oczy zamarły na przedmiocie, ale szybko madame przywróciła mu świadomość.
-Oczywiście. Zostanę z panią ale, Będę szczery to dzieję się za szybko. Powiedział po czym spojrzał na Madame z nadzieję, że to zrozumie.
-Chciałbym najpierw panią lepiej poznać, jest pani w końcu dość tajemniczą osobą. Zaczął mówić po chwili niezręcznej ciszy.
-Mam pytanie które nurtuję mnie od początku przyjęcia. Co panią tak pociąga w maskach? Muszę przyznać, że pani kolekcja jest dość pokaźna, a także bardzo jakościowa. Walter po tych słowach zrobił ruch w stronę tajemniczej maski. -Czy mogę dotknąć? zapytał stojąc przed oczami ośmiornicy. -
Ren Watanabe
Odłączyłem się od grupy jakiś czas temu. Szedłem ulicami miasta rozglądając się, a do mojej głowy wracały wspomnienia. Choć w Yatohamie byłem mało razy, to jednak widarzenia które tutaj przeżyłem były nie do zapomnienia. Kroki moje odbijały się o betonowy bruk wtapiając się w tłum przechodniów. Wiedziałem gdzie idę, do urzędu, ciało automatycznie prowadziło mnie w tamtą stronę, choć mój umysł zalewały stare obrazy wydarzeń. Spotkanie z przyjaciółmi, wspólne wypady, głebokie rozmowy i przemyślenia, plany. Miało być tak pięknie, a jednak los rzucił nam inne plany. Mój wzrok utkwiony gdzieś w dal pogrążony w zamyśle, w rosterce i zadumie. Lekki smutek mnie naszedł, próbując sobie ułożyć jak do tego doszło.
Z moich zamyślań wyrwał mnie hałas przejeźdzającego samochodu, przed którym nagle się zatrzymałem. Choć umysł był gdzieś indziej, ciało pamiętało i czuwało, jak to miało w zwyczaju. Rozejrzałem się upewniając że nic nie jedzie i ruszyłem dalej. Ten momen spowodał powrót mnie do rzeczywistości. Przypominając mi dlaczego znów tu jestem i co mam zrobić. Znaleźć świadka Doktora. Teraz gdy się rozejrzałem zdałem sobie sprawę że poszedłem na około, być może podświadomie chciałem iść tedy aby sobie powspominać. Zaklnąłem pod nosem na siebie, po czym wybrałem jak najkrótrzą trasę do urzędu, wiedzęc że czas który mi dano minął.
Otworzyłem drzwi urzędu, skanując pomieszczenie. Odnalazłem wolne okienko, przy którym nikogo nie było, a jak widziałem nie było żadnej kolejki. Podszedłem do urzędnika.
-Witam Pana. Chciałbym się dowiedziedzieć jednej rzeczy. Poszukuję [Nie mogę znaleźć w natłoku wiadomości Imienia i nazwiska] -
REN
Ren wszedł do chłodnego wnętrza urzędu, odcinając się od dźwięku ulicy ciężkimi, drewnianymi drzwiami. W środku panował charakterystyczny dla administracji porządek: długie rzędy drewnianych ławek, wysokie lady oddzielające petentów od urzędników i ściany niemal całkowicie pokryte tablicami zapisanymi pionowymi rzędami znaków. Powietrze pachniało tuszem, papierem i wilgotnym drewnem. Gdzieś z głębi pomieszczenia dochodził jednostajny stukot pieczątek oraz ciche szuranie pędzelka po papierze. Urzędnik siedzący przy okienku podniósł znad niego wzrok dopiero wtedy, kiedy Ren się odezwał.
Oczywiście - odpowiedział automatycznie urzędnik, kiwając głową. Nie wyglądał na szczególnie zaskoczonego. Sięgnął po niewielką kartkę, zamoczył pędzelek w atramencie i starannym pismem zanotował nazwisko. Następnie odwrócił się do stojących za nim wysokich szaf wypełnionych setkami szuflad. Przez kilka minut w pomieszczeniu słychać było jedynie szelest kartotek. Ren obserwował, jak urzędnik przesuwa kolejne przegródki, wyciąga jedną kartkę, po czym ją odkłada i sięga po następną.
W końcu zatrzymał się. Wyciągnął jedną z kart i zaczął ją czytać. I wówczas jego twarz zastygła w bezruchu. Trwało to może ułamek sekundy, było jednak wyraźnie zauważalne. Jego oczy przesunęły się jeszcze raz powoli po dokumencie, a potem spojrzały na Rena.
Proszę wybaczyć... - powiedział cicho urzędnik, a strużka potu spłynęła wolno po jego czole - ...ale muszę to skonsultować z przełożonym.
Skłonił się lekko i zniknął za drzwiami prowadzącymi na zaplecze, zabierając ze sobą kartkę. Ren został sam. Minęła minuta, potem druga, a potem następne dziesięć. W poczekalni nadal panował taki sam spokój, który jednak teraz stał się złowrogą ciszą. Starsza kobieta cierpliwie czekała przy sąsiednim okienku, gdzie indziej jakiś mężczyzna podpisywał dokumenty. Wszystko wyglądało normalnie. Tylko dlaczego wszystko jest tak zwyczajne i rutynowe, kiedy Renowi serce zaczęło bić coraz mocniej? Minuty wlokły się niczym godziny. Zegar na ścianie tykał, a jego cosekundowy szelest był niemal równy z co trzecim uderzeniem serca Rena.
Po jakimś czasie drzwi wejściowe otworzyły się. Do środka weszło dwóch umundurowanych funkcjonariuszy. Niemal w tym samym momencie w drzwiach, w których wcześniej zniknął urzędnik, pojawił się starszy mężczyzna w garniturze, trzymając w ręku kartę meldunkową.
Panie Watanabe - zaczął, poprzedzając to ukłonem w kierunku Rena. - Czy byłby pan uprzejmy poświęcić nam jeszcze kilka minut? Myślę, że możemy pomóc sobie nawzajem... - powiedział spokojnie, a dwóch funkcjonariuszy po chwili stało już po obu stronach Rena.
Odprowadzili go do niewielkiego gabinetu znajdującego się na zapleczu urzędu. Było ono skromne, ale urządzone z pedantyczną wręcz dokładnością: drewniane biurko stało idealnie równolegle do ściany, na nim leżał jedynie kałamarz, pędzel, kilka teczek i niewielka flaga Cesarstwa Japonii, a za biurkiem na ścianie wisiały portrety cesarza Hirohito i generała Hideki Tojo. Za oknem widać było fragment ulicy i przechodzących ludzi, jednak szyby były matowe, przez co wszystko wyglądało jak za mgłą.
Proszę sobie usiąść, panie Watanabe - urzędnik wskazał Renowi fotel naprzeciwko biurka, a sam zajął miejsce przy nim. Po obu stronach Rena stanęli policjanci. Mężczyzna zaczął przeglądać kartę meldunkową, przez dłuższą chwilę nie odzywając się ani słowem, przedłużając tym samym złowrogą ciszę.
Nazywam się Hiroshi Saito. Kieruję tym wydziałem - skłonił lekko głowę, po czym wziął do ręki pędzelek i zaczął wypytywać Rena o jego dane osobowe. Słuchał, wszystko skrupulatnie notując. W końcu zaczął zadawać niemal maszynowo kolejne pytania i notując odpowiedzi Rena:
Dlaczego poszukuje pan pana Kazuo Nakamury?
Czy ma pan z nim umówione spotkanie?
Korespondował pan z nim?
Czy pan Nakamura wie, że go pan poszukuje?
W końcu, po sporządzeniu chyba czegoś w rodzaju protokołu z przesłuchania, spojrzał Renowi w oczy, odrywając wzrok od kartki, i powiedział z lekką nutką ironii w głosie:
To bardzo ciekawe, wie pan? Bo według naszych rejestrów pan Kazuo Nakamura od ponad roku nie mieszka pod żadnym z adresów, pod którymi był zameldowany. Oficjalnie wyprowadził się bez podawania nowego miejsca pobytu. Czy może mi pan powiedzieć skąd zna pan to nazwisko? - to ostatnie pytanie padło nieco ostrzej, niż poprzednie. Saito siedział przez chwilę nieruchomo, po czym nieznacznie się uśmiechnął. Wstał, podszedł do okna i spojrzał w nie, a po chwili zaczął mówić do Rena patrząc na niego podczas przechadzania się po całym gabinecie.
Panie Watanabe, proszę pozwolić udzielić sobie pewnej rady. Jest pan Japończykiem, prawda? Na to wskazuje pańskie nazwisko i akcent. Zna pan realia naszego kraju znacznie lepiej, niż pana amerykańscy towarzysze - na te słowa Renowi aż mocniej zabiło serce. Skąd ten człowiek wie skąd i z kim Ren przybył? Skąd wie, że są oni Amerykanami, choć Chance załatwił im fałszywe australijskie paszporty, do których Ren jako prawnik nie znalazł żadnych zastrzeżeń? - Dlatego proszę wyjaśnić im, że nazwisko pana Nakamury nigdy więcej nie powinno już padać publicznie. To nazwisko... sprowadza na pewnych ludzi niepotrzebne zainteresowanie. Oczywiście nie mogę zabronić państwu prowadzenia jakichkolwiek badań, Japonia jest państwem prawa. Mam jednak nadzieję, że nie będzie pan zmuszał mnie do ponownego spotkania z panem - Saito uśmiechnął się i dał znak funkcjonariuszom, by ci wyprowadzili Rena na zewnątrz.
Zegar wiszący na ścianie wskazywał na to, że cały pobyt Rena w urzędzie trwał nieco tylko ponad pół godziny. Jednak dla Rena była to niemal cała wieczność.
Kiedy policjanci wyprowadzili go na zewnątrz, jeden z nich jakby mimochodem wepchnął Renowi coś w rękę. Kiedy prawnik spojrzał na niego, funkcjonariusz mrugnął do niego okiem. W ręku Rena znajdowała się jakaś wizytówka mówiąca Klub Kurohane wraz z adresem w dzielnicy portowej Jokohamy.ELEONORA I VIOLET
Dwaj starsi dżentelmeni przerwali rozmowę i spojrzeli na Eleonorę z pewnym zaskoczeniem.
Madame Beaumont? - powtórzył jeden z nich z brytyjskim akcentem. - Obawiam się, że przed chwilą opuściła salę.
Z jednym z pańskich towarzyszy! - rzucił z lekkim uśmiechem drugi. - Z tym... lekko gburowatym, z przystrzyżonym wąsem - obaj wymienili krótkie spojrzenia i roześmiali się cicho.
W tej samej chwili przez salę przeszła Violet. Rozejrzała się uważnie po sali, aż w końcu złapała wzrokiem Eleonorę.WALTER
Ręka madame już kierowała się do jej dekoltu, który najwyraźniej zamierzała rozszerzyć jeszcze bardziej. Wydawała się nieco zawiedziona brakiem okazania jej uwagi przez Waltera. Pociągnęła jednak kolejny łyk armagnaku ze swojego kieliszka, usiadłszy na łóżku, po czym odpowiedziała:
Maski... - wyszeptała cicho, poprawiając swoją sukienkę. - Dlaczego je zbieram? Bo każda z nich jest opowieścią o tym, kim człowiek chciałby zostać. Służyły one ludziom właściwie od zawsze, i służą do dzisiaj. Kapłan chce być bardziej mistyczny, wojownik bardziej przerażający, i to wszystko ma swoje odzwierciedlenie w maskach - wstała, odstawiła pusty kieliszek i wskazała dłonią gablotę stojącą parę kroków od łóżka. - A tamta... tamta jest moją ulubioną - powiedziała z uśmiechem, pokazując na maskę, na którą Walter zwrócił uwagę. - Pochodzi z Mandżurii. Zdobyłam ją zaledwie kilka dni temu od jakiegoś weterana. Twierdził, że jest przeklęta... - zaśmiała się cicho. - Handlarze zawsze dodają do swoich trofeów takie historie, wtedy mogą sprzedać je drożej. Ale od weteranów zawsze można kupić coś ciekawego. Często sprzedają bezcenne artefakty, które zdobyli na wojnie, za bezcen. Nie zdają sobie sprawy z ich wartości, a często są inwalidami bez środków do życia i chcą się tego jak najszybciej pozbyć - znów się zaśmiała. Szła przez pokój lekko się chwiejąc, przysiadając na biurku, na którym leżała zniszczona paczka po masce z mnóstwem kartek zapisanych pionowo azjatyckimi znakami. - Ale jeśli to tak pana interesuje, to proszę podejść i obejrzeć. Może pańskie inżynierskie oko wychwyci tu coś ciekawego...
możesz rzucić na spostrzegawczość i/lub okultyzmJOHN
Młody Japończyk wysłuchał Johna uważnie, od czasu do czasu tylko przytakując.
Rozumiem. Jeśli pan Watanabe rzeczywiście wybrał się do urzędu meldunkowego, wiem o którym miejscu pan mówi. O tej porze urząd jest już, oczywiście, zamknięty, ale możemy zacząć właśnie tam. Być może ktoś chociaż coś widział. Chyba, że ma pan inny pomysł, w końcu pan tu dowodzi - powiedział dość poważnym tonem. - A jeśli chodzi o angielski, to urodziłem się w Londynie. Mój ojciec pracował tam przez jakiś czas. Był jednym z oficerów wysłanych na szkolenie do Wielkiej Brytanii. Zawsze mi powtarzał, że Japonia musi nauczyć się rozmawiać z zachodem.
Drużyna Johna opuściła posesję madame Beaumont, zostawiając za plecami ciepłe światło lampionów i gwar eleganckiego przyjęcia. Już po kilkudziesięciu metrach wszystko wydawało się zupełnie inne. Szerokie aleje dzielnicy cudzoziemskiej ustąpiły miejsca węższym uliczkom, gdzie drewniane domy stały niemal ściana w ścianę, a światło papierowych lamp odbijało się w mokrym bruku. Wieczorne powietrze było ciężkie od zapachu morza, ryb, gotowanego ryżu i dymu z węgla drzewnego.
Ku zaskoczeniu Johna, "pałkarze" przez pierwsze kilka minut zachowywali się zadziwiająco spokojnie. Aż za spokojnie. Biggy oglądał wystawy sklepików, jakby zastanawiał się ile mógłby zarobić na przemycie tych leżących na nich przedmiotów. Franny rozglądał się znacznie uważniej.
Ci policjanci jakby... bardziej prosto od naszych chodzili - mruknął, kiedy minęli patrol dwóch żandarmów.
Bo to Japonia, geniuszu - parsknął Red. - Tu nawet złodzieje mają swój kodeks honorowy. Nie to co u nas. Własną rodzinę by ojebali, kutasy złamane, nie mówiąc już o sąsiadach i kolegach...
Ticky zachichotał, choć najwidoczniej nie do końca zrozumiał żart. Młody Japończyk w końcu odezwał się do nich:
Prosiłbym szanownych panów o bycie nieco ciszej - na te słowa "pałkarze" spojrzeli się na niego z pewnym wyrazem zaskoczenia na twarzy. Może dlatego, że nie przywykli do tego, żeby jakiś gołowąs wydawał im polecenia, a może dlatego, że nie wiedzieli, że można się do nich zwracać tak uprzejmie.
No przecież kurwa jestem cicho! - Biggy rozłożył ręce.
To zapewne właśnie dlatego słyszałem pana z trzydziestu metrów... - odpowiedział spokojnie Japończyk.
Mówiłem ci... - parsknął Red, kiedy skończył rechotać.
Minęli grupkę małych dzieci, idących równymi dwoma rzędami, ubranych w miniaturowe mundury wojskowe i trzymających lampiony. Prowadziła ich jakaś kobieta, bez munduru, ale z miną wskazującą na wychowanie w wojskowym drylu. Dzieci recytowały jakiś wierszyk, którego nikt nie rozumiał. Młody Japończyk nie przetłumaczył im go, chyba aż tak dobrze po angielsku nie mówił, żeby tłumaczyć lirykę, powiedział jednak:
Jeszcze kilka lat temu czegoś takiego nie było... - westchnął. - Ale czasy się zmieniają. Teraz coraz częściej uczy się dzieci podobnych rzeczy...
A o czym to było? - zapytał Red. Przewodnik znowu westchnął.
O cesarzu, o armii, o tym że dzieci muszą jak najszybciej dorosnąć, żeby służyć swojemu krajowi i budować japońskie imperium... - zasmucił się nieco. - Jeszcze niedawno słychać było wierszyki i piosenki o porach roku, o kwiatach kwitnącej wiśni albo o bohaterach dawnych legend. Teraz... coraz częściej wyglądają one właśnie tak - spojrzał na odchodzące w oddali dzieci. - W Japonii teraz wielu ludzi uważa, że "nadchodzą wielkie czasy". A wielkie czasy wymagają odpowiedniego wychowania... - nie powiedział już nic więcej. Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu, bo nawet "pałkarze" chyba nie byli w stanie znaleźć odpowiednio głupiego żartu.
W końcu dotarli do szerokiego placu przed budynkiem urzędu meldunkowego. O tej porze był już zamknięty. W większości okien panowała ciemność, jedynie gdzieś na piętrze paliła się pojedyncza lampa, jakby ktoś kończył jeszcze pracę.
Jesteśmy na miejscu - powiedział przewodnik. - Zatem jakie plany teraz?
możesz rzucić na spostrzegawczość, jeśli chcesz szukać jakichś śladów, lub na cokolwiek co przyjdzie ci do głowy i będzie zgodne z twoim pomysłem na działanie
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się