Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
d&d 5d&dgreyhawk
195 Posty 3 Uczestników 411 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PaniczP Online
    PaniczP Online
    Panicz
    napisał ostatnio edytowany przez
    #24

    Stan osobowy eksploratorów Ścieżki na dzień 29 sierpnia 591 roku Wspólnej Rachuby, na wczesne, ciepłe, acz nieco pochmurne popołudnie, był taki sam jak na ciepłe, pochmurne przedpołudnie, gdy Wylla van Coen uczyniła zebranych podwładnych drużyną. Taki sam, czyli kompletny. Ani jednego z wysłanych nie utracono, a dr Quatermain zadbała, by żywotu nie postradał też nikt z tych braci mniejszych, którzy w dziennikach kompanii i spółek zapisywani byli w jednym wierszu, bez wyszczególnień.

    O bliźnich zawsze dbał też Seweryn, zaprawiony w pomaganiu pod Pelorowym sztandarem i teraz też nie stroniący od miłosierdzia. Razem z Larą upewnili się, że ranny górnik, który na starcie starcia podrygiwał jeszcze jest już we władzy Nerulla i nic dlań zrobić nie można (może tylko mały pacierz i święcony znak słońca, który Drachenwulf pospiesznie uczynił), a potem medyk zerwał się szybko i ruszył z Grebem holować porażonego trucizną do szpitala. W głowie miał już cały plan jak pomóc obu pacjentom i w planie tym splatał ich losy jak rzemienie w biczu. Prawie już wystartowali, kiedy medyk przypomniał sobie o czymś jeszcze, przeprosił na moment i odstąpił od rannego, wkraczając z powrotem na pobojowisko.

    Rozglądał się, szukał, łypał za czymś i nagle – jakby zaskoczył – wynalazł przy którymś z truposzy duży, solidny worek jak na urobek. Zdaje się, że szukanie tego zajęło mu więcej niż prawdziwy cel, bo kiedy torba już była, po zawartość zanurkował bezbłędnie: najmniej zmasakrowany okaz kościogryza trafił od razu do wora, który Seweryn zasznurował i przerzucił przez ramię. Nie odpowiadając nikomu na co i po co mu to, rudy zaraz złapał się za niesienie Berta razem z drugim ochroniarzem i tyle go było widać.

    Pozostali w komnacie kompani popatrzyli po sobie – można było zgadywać różne odczucia, ale finalnie wszyscy przeszli po prostu do przeszukiwania pomieszczenia. Randal zmajstrował prowizoryczną pochodnię, odsłaniając przy przechadzce między kuframi i trupami więcej szczegółów przestrzeni. Można było ocenić, że komnata ma jakieś trzydzieścikilka stóp długości na czterdzieścikilka szerokości, a opleciony pajęczynami strop wznosi się nie wyżej niż dwadzieścia stóp do góry. Gęsty baldachim pajęczyn miał parę rozdarć, mocniej widocznych w miejscach, gdzie drgały one pod wątłymi muśnięciami powietrza, które pewnie docierało tu przez wąskie kominy z powierzchni.

    Na ziemi dało się teraz na spokojnie doliczyć wszystkich ofiar pajęczych ukąszeń. Oprócz biedaka w czubatych butach, dla którego pomoc przyszła tylko o minutę za późno, dookoła porozwlekani byli ponadgryzani pechowcy, którzy wyglądali już gorzej. Z dwoma badacze tajemnic mieli już bezpośrednio do czynienia – żylasty Kelan i masywny Tordak (choć nikt ich tu nikomu nie przedstawiał) byli zsiniali i napuchnięci, a teraz dodatkowo rozbici na kawałki. Kawałek jednego był nadał ruchomym kawałkiem, gasnącym wprawdzie, ale czasem – gdy uwagę wszystkich przykuwało akurat coś innego – potrafiącym nagle postawić każdego do pionu swoim gulgotem, albo ślepym biciem w metalowe skrzynie. Wśród ofiar było jeszcze trzech mężczyzn: jeden starszy, ewidentnie parodniowy i cuchnący z brakującymi kawałkami ciała tu i ówdzie oraz dwóch trzydziestolatków o zdrowych, muskularnych sylwetkach. Gdyby żyli mogliby naprawdę robić za okazy zdrowia. Ale nie żyli. Widać było, że umarli niedawno i gwałtownie, ciągle skapując krwią między zagłębienia w płytkach podłogi.

    Kai schylił się niepewnie nad jednym i delikatnie wyciągnął spod niego pochodnię, która musiała zgasnąć w szamotaninie wcześniej. Zbliżył się do paladyna i odpalił ją od jego żagwi, a za moment swoje źródło ognia miał już każdy z badaczy, rozjaśniając przypadkowy grobowiec jak za dnia. Błyski dwóch potężnych złotych sztab zrobiły się częstsze i bardziej zachęcające, ale pod zaproszeniem ognia, refleksy metalu i nie tylko dały o sobie znać w wielu miejscach wokół.

    Najłatwiej było dostrzec złote monety, które – zrobione z czystego kruszcu – nie skorodowały, ani nie zaśniedziały przez wieki. Rozrzucone po całej komnacie, chowały się wśród gruzu, pajęczyn, flaków i krwi, pyłu i wysypanej ze skrzyń, nieidentyfikowalnej już dziś starzyzny. Nie szło oszacować ile ich jest – dużo czy mało? - ale co jakiś czas każdy schylał się łapiąc złoty błysk. Najwięcej, bo tuzin takich monet wyzbierał Kai, ale każdy z pozostałych też trafił po kilka.

    Monety były okrągłe, o niewielkiej średnicy, ale kunsztownym wzorze. Na przedzie trafiały się różne wzory – dominował monarcha na tronie z regaliami w dłoniach, ale na paru była też czaszka z pustymi oczodołami, spiczasta gwiazda czy góra ze słoneczną aureolą. Rewers był wszędzie zbliżony – literki, które Lara odszyfrowała jako daty bicia monet, panującego władcę i mennice, a dla estetyki wieńce laurowe i podobne motywy.

    Doktor Quatermain, pochłonięta pasją obcowania ze starożytnością starszą niż większość współczesnych miast, zapomniała zupełnie o bożym świecie. Z nadzieją, która co i raz niknęła, by zaraz znów rozbłysnąć, przebierała zawartość skrzyń i skrzynek. Wiele dawnych tubusów i zwojów rozpadało się w rękach, a wiele pozostałych było w szczątkach. Co i rusz, gdy coś się trafiało, okazało się nieodczytywalne i poza ratunkiem. Dla badaczki stało się jasne, że pomieszczenie pełniło rolę magazynku, bądź skarbca... A może depozytu?

    Radość w pani doktor wezbrała aż do otwarcia ust w zachwycie, gdy natrafiła na jeden kuferek, który ocalał nienaruszony, szczelnie zamknięty i po wyważeniu odkrył przyzwoicie zachowaną zawartość. Dokumenty, zwoje, oprawione pergaminy!

    Trzęsącymi się rękoma przebrała pierwszych kilka, natrafiając na dokumentację handlową. Język sprawiał kłopoty, ale mogła dociec, że szło o bilanse i inwestycje oraz przepływy dóbr. Gdyby żyła tysiąc lat wcześniej pewnie zbiłaby tu fortunę, bo wśród papierów były też akty własności ziem i weksle handlowe na niemałe kwoty. Dziś cieszyło ją samo obcowanie z utraconym światem, w który mogła wejrzeć za pośrednictwem zeschniętych liter i cyfr.

    Tym, co ucieszyło ją najbardziej i przy czym westchnęła na głos, kiwając głową z niedowierzaniem i czując jak szklą jej się oczy, był mały skrawek codzienności sprzed wieków wciśnięty między formalne tony dokumentacji handlowej. Z niewielkiego metalowego tubusa z runiczną inskrypcją inicjałów właściciela, jakowegoś DeeRa, wydobyła zwój, do którego przypięto niewielką karteczkę.

    Lara nie była specjalistką od magicznych arkanów, ale zwój był jednym z najpowszechniej spotykanych do dzisiaj i choć sposób zapisywania run się zmienił, a sama nie do końca potrafiła je zrozumieć, to łatwo zrachowała, że trafiła na pospolitą kopię starego, dobrego Magicznego Pocisku. Odczytała przypiętą na rzemyku karteczkę dyndającą przy papirusie...

    Synku, raz jeszcze gratulujemy Ci z ojcem przyjęcia na Akademię. Jesteśmy bardzo dumni. Przyjmij to na początek Twojej kolekcji. Niech będzie pierwszą kartą w Twojej podróży przez magię. Niech Rubinowa Pani Cię prowadzi!

    Bądź zdrów! - Mama

    Na zewnątrz

    Seweryn spieszył się w swej misji niesienia pomocy, obchodząc się z niesionym ochroniarzem bez większej kurtuazji. Nie żeby nie miał na uwadze dobrostanu pacjenta, ale widocznie reprezentował chłodniejszy, pragmatyczny i wyrobiony codziennością model medycznej profesji. Pewnie tak z tej racji, jak i ze względu na samą powierzchowność opiekuna, leczeni woleli poddać się opiece dr Quatermain niż mistrza Drachenwulfa. Ten ostatni jednak nic sobie z tego nie robił. Robił swoje. Szybko, konkretnie, czasem nieco brutalnie i bez oglądania się na grzecznostki. Był skuteczny i w czasie krótkiego stażu w Czarnych Wrotach pomógł już paru osobom, więc kredyt zaufania miał absolutny.

    Strażnicy stojący przy odsuniętej na bok, zbitej z desek barykadzie przed wejściem do Ścieżki kojarzyli rudego jako lekarza, więc kiedy ten zakomenderował krótko, że musi przenieść rannego do siebie jak najszybciej, żeby ratować mu życie, nikt nie robił mu pod górkę. Ba, jeden z osiłków wyręczył nawet mistrza medykusa, biorąc na siebie część tachania pokąsanego Berta, z którym znał się z czasów służby w Westburn.

    Wyzwolony spod ciężaru rannego, Seweryn szybko ruszył za zmierzającymi do głównego lazaretu Divrakiem i Hansem, którzy nieśli wyratowanego górnika. Ich też wypuszczono, ale tylko pod eskortą dwóch strażników, którzy mieli dopilnować, że poszkodowany trafi pod opiekę lekarską, a jego wybawicieli będzie można potem dokładnie obszukać.

    - Nie, nie tam. – Zamachał na nich Seweryn. – Chodźcie do mnie, wiem, co trzeba zrobić. Raz-raz, nie traćcie czasu!

    Niosący pacjenta nic nawet nie powiedzieli tylko od razu zmienili kierunek i zasapani podążyli za medykiem. Zbrojna eskorta w osobie dwóch podobnych ogrom wielkoludów (człeczego gatunku, rzecz jasna) spojrzała po sobie, ale co oni tu mieli do gadania. Medyk jest medyk, figura.

    Zrobiono zatem tak jak zarządził i zaraz obaj pacjenci zlądowali na przygotowanych do operacji stołach w namiocie mistrza Drachenwulfa, bakałarza medycyny z Loftwick. Mistrz nie potrzebował dalszej pomocy, przeciwnie – potrzebował spokoju i ciszy, więc pospiesznie wygonił wszystkich przeszkadzaczy ze swego królestwa i zabrał się do roboty.

    Pierwszy ranny, Bolo - pełniej Bolvar, ale szkoda sylaby – dochodził do siebie dużo lepiej. Był przytomny, choć osłabiony i z ciekawością rozglądał się po zastawionym narzędziami i medykamentami wnętrzu namiotu. Od niektórych wolał uciekać wzrokiem, ale słoje i retorty przykuwały wzrok i kusiły egzotyczną zawartością.

    - To ci pomoże. – Seweryn zjawił się przy górniku znienacka, praktycznie bez zapowiedzi. – Ćśśśś, będzie dobrze.

    Nasączona w medykamencie gąbka wjechała chłopakowi pod nos i oczy zaszły mu mgłą lada chwila. Na początku patrzył na cyrulika z niedowierzaniem, potem chciał coś powiedzieć, ale osłabiony zaniemógł, spróbował nawet się podnieść, ale o tym w ogóle nie było już mowy. Długo to nie potrwało i za chwilę Bolo z powrotem był nieprzytomny. Seweryn pochylił się nad nim, przyciskając ucho do piersi na rozdartej wcześniej koszuli. Było dobrze. Wszystko właściwie.

    Oddech górnika uspokoił się. Zasnął, ale serce i płuca pracowały stabilnie. Medyk podszedł jeszcze sprawdzić stan drugiego pacjenta – Berta. Z tym było gorzej i tu nie trzeba było stosować żadnego wspomagacza śpiączki. Osiłek stracił przytomność na nowo jeszcze po drodze i oddychał ciężko, jak pod niespokojnym snem, który kończy się krzykiem. Tu organizm był na krawędzi. Nie można było ryzykować dodatkowej anestezji.

    Seweryn zasznurował wejście do namiotu i zabezpieczony, zrzucił na ziemię wór ze zdobyczą. Wyjął na zewnątrz zewłok pająka i umieścił go na bocznym stoliku, przez dłuższą chwilę nie mogąc oderwać wzroku od ociekających jadem szczękoczułek potwora.

    - No nic… – Seweryn podwinął rękawy i otworzył kuferek z narzędziami pracy. – Nie zrobimy, to się nie przekonamy… Wspomóż Pelorze!

    Bohaterowie na Ścieżce

    Kai obszedł komnatę magazynku kilkukrotnie, co jakiś czas pochylając się za drobnymi monetami, które znajdował na ziemi. Nie miał wiele więcej szczęścia, bo jeśli trafiał na coś innego, co go zaciekawiło, okazywało się doprowadzone przez czas do skraju zniszczenia. A jeśli nawet coś było jeszcze rozpoznawalne, to i tak niesprawne – wagi czy inne instrumenty pomiarowe dawno nie nadawały się do użytku. Bard obszukał jeszcze wyryte w ścianie luki, gdzie niby w kamiennych grobowcach składowano kiedyś ładunki, których powywlekane resztki leżały na ziemi, ale tam też nie trafił na nic wartego uwagi.

    W przeciwieństwie do Randala! Tu musiał dobrze działać jakiś paladyński kompas, bo rycerz co i rusz trafiał bezbłędnie. Owszem, na początku schylał się głównie po drobne monety, ale w pewnym momencie wyciągnął spod pajęczyny coś paskudnie zielonego…

    Co po przetarciu szmatą okazało się być jednak przyjemnie zielone i było malachitową figurką otyłego mężczyzny w bogatym szatach, osadzonego na potężnym fotelu czy tronie. Żartobliwe przedstawienie „obiektu posadzonego” sugerowałoby, że posążek nie miał religijnej natury i pewnie był po prostu eleganckim przyciskiem do papieru na biurku jakiegoś ważniaka. Teraz sięgnęła po niego ręka sprawiedliwości, nieco rozczarowana pęknięciami na kamieniu i naderwanym kawałkiem głowy, ale kontent, że trafiło się coś ładnego.

    A to nie był koniec… Randal także przetrzepał kamienne kasety w ścianie i tam, gdzie bard okazał się nieuważny, paladyn natrafił na nieduży kordzik. Srebrne ostrze zaśniedziało, ale robota była fachowa i po mnogości floralnych motywów na całej długości broni (paradnej, tu nie było wątpliwości) poznać szło, że warto wycenić ją z fachowcem.

    Grimley, który jako gończy ogar sprawiedliwości również miał dobrego nosa, przyjął inną metodykę pracy. On łaził po sali i odwalał ciężkie skrzynie, albo kawały kamienia, które zwaliły się kiedyś z sufitu. Nie miał też moralnej czkawki przy przetrząsaniu zwłok zabitych górników i nie brzydziło go brodzenie wśród pajęczyn. O ile przy kopaczach znalazł ledwie parę drobnych monet, o tyle włażąc w lepki gąszcz pajęczyn nadział się na zalepiony pod spodem kufer. Ten był nienaruszony.

    Algernon nie pytał nikogo o zdanie, ani nie zbierał się na ostrożność. Uderzeniem szybko zbił kłódkę z metalowej skrzyni i zwalił wieko. Środek wypełniała zastawa stołowa misternej roboty. Część była złota i dobrze przetrwała próbę czasu, a część srebrna, więc sczerniała przez wieki. Kielichy, sztućce, lichtarze, a przede wszystkim nawiązujący kształtem do drzewa cedrowego kandelabr – wszystko wyglądało obiecująco, ale tylko w cząstce nadawało się do poupychania po kieszeniach.

    Kai – biorąc kurs na drogę w głąb skarbca – zaczął przyglądać się włącznikowi. Zobaczył, że mechanizm był podobny do płytki, która otworzyła magazynek, ale tu w środku przygotowano miejsce na geometryczny klucz czy pieczęć. Aktor chwilę gmerał przy ustrojstwie, ale stwierdził, że to nie jego specjalizacja… I wtedy właśnie w ramię klepnął go Randal, który zjawił się za nim, trzymając w dłoni podłużny, pięciokątny bloczek z wyślizganego marmuru.

    - Sprawdzisz?

    Bard delikatnie wsunął przedmiot w otwór i przycisnął, czując jak kamień zgrzyta leciutko. Coś się kręciło, ale nie tak od razu. Najpierw powoli, ale potem mocniej, kręcąc klockiem w zużytym mechanizmie, Kai zaczął rolować kratownicę do góry. Dziadostwo szło przez jakiś czas z trudem, potem przechodząc na znaczny trud, a w końcu stanęło… Pewnikiem nie tak kiedyś miało działać i wymagać tyle kręcenia, ale swoją robotę spełniło. Kraty podniosły się na parę stóp, tak że pochylając się każdy mógł spokojnie wejść dalej.

    Ta salka była ewidentnie mniejsza niż magazyn obok i doświadczona tąpnięciem, bo tu zwalił się cały kawał stropu, zagruzowując mocno przejście dalej, w południowej części komnaty. Można było się tam przedrzeć, ale to wymagałoby już odrobiny gimnastyki i przeciśnięcia się przez w głąb po zwalonych kamieniach. Oczywiście, przy odrobinie pracy przejście można było odgruzować i poszerzyć.

    W mniejszej komnacie, przy pochodniach w każdej dłoni nie było problemu z dokładnym zlustrowaniem całości. Tu znajdował się chyba właściwy skarbczyk czy zaplecze magazynu, więc szaber całości zaczął się w tym miejscu. Kufry były już ogołocone do cna, ale za płaskorzeźbą w ścianie, która przypominała z bliska oglądaną z góry koronę drzewa, coś mogło jeszcze się ostać. Tutaj jednak też działać musiał jakiś mechanizm, bo na środku okrągłej wypustki ziała ośmiokątna dziura.

    Towarzystwo zaczęło przyświecać sobie wzajemnie, próbując zajrzeć do środka, ale takie kupienie się było nie dla Grimleya. Stary paladyn poszedł tam, gdzie realnie dało się coś zrobić i kopniakiem zsunął kawał zwaliska, które blokowało drogę na południe, próbując zajrzeć w ciemność. Coś zaszurało złowróżbnie (bo od paru minut szurania miały dla eksploratorów Ścieżki wyłącznie złowróżbny wymiar) i rycerz spróbował rzucić na to nieco światła.

    Wdrapał się na gruz i rzucił do środka pochodnię, wyglądając za nią. Ogień oświetlił komnatę podobną do tej obok, bardziej obszerną i chyba nieco lepiej zachowaną. Grimley wyściubił oczy, szukając źródła szurania…

    I wtedy zasyczał boleśnie, a w ślad za sykiem bólu zwalił się na plecy, dudniąc zbroją na kamieniach. To dudnienie było jednak cichsze od rąbnięcia, które przyszło sekundę potem. Wszyscy zobaczyli jak coś z drugiej strony wbiło się z impetem na barierę, wzbijając tumany pyłu i sycząc.

    Znali ten syk i szczękanie. Teraz były głośniejsze. Bo i ich źródło było znacząco większe.

    Grimley wił się na ziemi i przecierał ręką oczy, sycząc i kurwiąc wściekle, a potężny kościogryz za gruzowiskiem syczał równie wściekle… Próbując wydostać się na zewnątrz.

    Grimley traci 2 PW – pająk napluł mu jadem w twarz. Obecny stan PW: 8/15

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • RewikR Online
      RewikR Online
      Rewik
      napisał ostatnio edytowany przez
      #25

      Seweryn (Rewik)

      text alternatywny

      Jak każdy jeden i Seweryn wielce ciekaw był Ścieżki, lecz nie pora mu była oddać się jej badaniu. Jeszcze nie czas. Miast tego wespół z Grebem, uchwycił Berta i ponieśli go do wyjścia. Seweryn utykał lekko, z powodu rany, która dostrzegł późno, bo dopiero, gdy jeden ze strażników do noszenia nieszczęśnika zaprzęgnięty został. Cyrulik zignorował to i pokuśtykał dalej, depcząc śladem Divraka i Hansa, co Bolvara na barkach dźwigali i z żalem wielkim pozostawił Ścieżkę za swoimi plecami, z jej wszystkimi tajemnicami, lecz przed nim rozpościerały się tajemnice inne, nie mniej dlań fascynujące.

      Bert zasługiwał, by oń zawalczyć, jako i on sam o Bolvara bój był stoczył. Losy tych dwóch splotła nić niezwykła. Nić jak pajęcza, delikatna, lecz mająca wielką moc, gdyż jej przeznaczeniem było życie i śmierć zarazem. Żywot jednego od losu drugiego zależał. Tak jak już raz się to zdarzyło. Seweryn rozumiał to, aż nazbyt dobrze. Poprzez pryzmat własnej dobrej duszy, pewien był, że Bolvar pochwaliłby ryzyko, na które w jego imieniu cyrulik się ważył. Musiał założyć, że Bolvar, nie myślący jeszcze w pełni jasno, dobrowolnie wstąpiłby na owe medyczne terra incognita. Był to winien swojemu przyjacielowi. Seweryn miał oczywiście odpowiedni specyfik.

      ***

      Przybyli do namiotu - on, Divrak, Hans, Greb i jeden ze stróżujących, co górników (Berta i Bolvara) ledwo żyw przynieśli, a obecni byli przy całym zdarzeniu. Seweryn podwijając rękawy, zwrócił się do drabów:
      – Nie rozpowiadajcie o tym co miało miejsce, ni o stworzeniach które tam zastaliśmy. Dla dobra waszego to mówię. Ludzie będą rozpowiadać. Ja wiem, że wyście nie zostali jadem struci, lecz inni nie wiedzą, a wszelakie różne opowieści krążą. O takich co to bezwładnie chodzić poczynają i o własnej myśli nie są. Niech jeden też pozostanie i wejścia przypilnuje. Wreszcie niechaj nikt nie śmie mi przeszkadzać, jeśli go wprzód nie wezwę. - Spojrzenie miał zimne, sprzeciwu nie znoszące, dokładnie takie jakiego wymagała powaga sytuacji.

      Wejście namiotu zasznurował szczelnie i odkuśtykawszy od nich przystąpił do dzieła. Ręce w misie obmył i chustę zagarnął. Specyfik z łatwością odnalazł.

      ***

      Księga w czarną skórę oprawiona nosiła liczne ślady użycia, a mnogość plam zdobiło pożółkłe karty papieru. Dołączyła do nich kolejna krwista wstęga, po tym gdy cyrulik nierozważnie starł świeży ślad. Smuga zdobiła teraz rycinę ludzkiego przedramienia, porozcinaną siecią linii i żyłek oraz objaśnień. Porozcinaną podobnie jak ta Berta.

      ***

      Niebieska substancja ad usum internum ściekała do glinianego naczynia z dziubkiem z truchła araneus ammorsus, kiedy Cyrulik, nachyliwszy się, wsunął rurki w przełyk chorego, głowę mu ku tyłowi odchylając, iżby płyn w głąb ciała spłynął. Sięgnął po medyczne utensylia - kształty podłużne, jakby z brązu wykonane, ostrza małe, lecz jak brzytwa ostre i inne, których przeznaczenia nie śmiałbym odgadnąć.

      ***

      Cienie w namiocie jęły tańczyć, gdy wewnętrzne ognisko, zasilone nowymi szczapami i oliwą nabrały na sile. Czarny kontur Seweryna w blasku raz rósł, a raz to malał. W dłoniach dzierżył narzędzia różnakie, przemieścił coś co wyglądało jak roślina o kilku pnączach. W blasku ognia, przez chwilę zdało się, że ożyła. Dym raz czarny, raz całkiem biały wznosił się ponad namiot krzątającego się cyrulika.

      ***

      Pacjenci osłabli. Ich oddech był płytki, a ciała ich bezwładne, jakoby dusza już opuściła cielesną powłokę, za nic mając wysiłki cyrulika. On wszakże nie ustawał w próbach, kończąc co rozpoczął. Minęło jeszcze wiele czasu, nim z polikiem i czołem ozdobionym czerwienią wyszedł przed namiot, znając już wstępne rokowania. Wiadro częściowo wypełnione krwią bez słowa przetransportował za namiot, zasilając kruczy dół. Z uśmiechem dziwnym, upiornym, przystanął wreszcie badając otoczenie, jakby z amoku jakiego lub snu wyrwany gotów by znów zmierzyć się z jawą.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • MikeM Niedostępny
        MikeM Niedostępny
        Mike
        napisał ostatnio edytowany przez
        #26

        Randal (Mike)

        text alternatywny

        Randal doskoczył i ucapiwszy starszego paladyna pod pachy, odciągnął go po za ewentualny zasięg potwora. Nie sprawdzał czy żyje, słychać było.

        Fachowym okiem ocenił wysiłki monstrum i rzekł:
        - Trza się wrócić i wziąć ze sobą ze 3 baryłki oleju, chyłkiem wlać, albo wrzucić baryłki i jak bydle podlezie to podpalić.

        Jakoś w zamieszaniu, figurka i kordzik trafiły do sakwy, by w przyszłości posłużyć lepszej sprawie niż napchanie kabzy bogaczom.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • PaniczP Online
          PaniczP Online
          Panicz
          napisał ostatnio edytowany przez
          #27

          Kai (Aro)

          20bc7d00-1cd9-437f-8539-207d8eb6e576-image.png

          Przysłowiowy bitewny kurz jął prędko opadać, lecz dosłowna siwa chmura dymu, jaką powołał do życia wystrzał z broni doktor Quatermain, nie przejawiała podobnych zamiarów. Uparcie zawisła w powietrzu, rozrzedzając się leniwie niczym mgła, świdrując szczypiąco oczy i wwiercając się w nozdrza ostrym smrodem, jakby żywcem wyrwanym z najgłębszego zakamarka Piekieł. Tudzież wprost z rzyci Asmodeusza. Kai zatem, gdy agresorzy przestali już być realnym zagrożeniem, z obliczem wykrzywionym wieloznacznym (i ciut przesadnym) grymasem nie omieszkał wymownie pomachać dłonią przed swą twarzą, by przepędzić bure pasma woniejące siarką, i zakaszleć parę razy. Zrazu jednak przeszedł do gmerania palcem w spiczastym uchu, w próbach przepędzenia zeń przeciągle irytującego pisku.

          — Doprawdy cudowne ustrojstwo, doktor Quatermain! PRZE-CUD-NE! — odezwał się w stronę kobiety. Głosem już podniesionym z wcześniejszego półszeptu, jakby rzeczywiście niedawny huk uszkodził mu nieco słuch. — Zaiste wspaniała to rzecz dla uszu! Cud, żeśta nie ogłuchli zupełnie, pani doktor. Ugh!

          — Słucham? — zapytała Lara z wyrazem udawanego niezrozumienia wymalowanym na jasnym obliczu, dopełniając żartu gestem urękawiczonej dłoni przyłożonej do nadstawionego ucha. — Przepraszam, ale jakoś nie było czasu na ostrzeżenia — wzruszyła ramionami z nieco skruszoną miną. — Obiecuję jednak, że następnym razem poprzedzę wystrzał należytym ostrzeżeniem i poczekam cierpliwie aż zatkacie szczelnie uszy pszczelim woskiem — zakończyła żartobliwie z serdecznym uśmiechem na ustach.

          — Hmpf, widzę że opowieści, jakoby pojęcie humoru nie było znane w uczonych kręgach, są leciutko przesadzone — półelf odparł towarzyszce, utrzymując pozorny grymas nadąsania. Pozorny, bo lekkie nuty w tonie były dobrze słyszalne i zdradzały, niewątpliwie celowo, że jeno droczył się.

          Kai rannym poświęcił zaledwie cząstkę swej uwagi, zerkając jeno współczująco w ich kierunku i pozostawiając ich w bardziej nadających się do niesienia pomocy dłoniach, w zamian ruszając się z miejsca po to, by uważniej przyjrzeć się komnatce. Na tyle uważnie, na ile pozwalał mu nadal rozpraszająco dźwięczny pisk pod ciemną grzywą. Uzbrojony w płonącą żagiew krążył zatem wte i wewte, tu pochylając się nad kufrem, tam zerkając w ścienną niszę, od czasu do czasu wolną dłonią przytykając sobie ucho i wydając z siebie osobliwe “ma”. Być może dlatego umknęło mu parę rzeczy, które Randal odnalazł w przejrzanych przezeń wcześniej miejscach, co półelf skwitował tylko wzruszeniem ramion. Większość zawartości komnaty, która przed wiekami służyła pewnie jako swego rodzaju magazyn, być może zaciekawiłaby go mocniej, gdyby nie rozpadała się - nierzadko całkiem dosłownie - w jego dłoniach. Jedynie błyszczące złociście krążki stanowiły wartościowe znalezisko, ostające się upływowi wieków, lecz nawet one, po uprzedniej inspekcji w ramach zaspokojenia ciekawości, ostatecznie lądowały między rupieciami w kuferkach. Kai nie czuł potrzeby pazernego przywłaszczenia sobie starożytnych monet, zatem pozbywał się ich równie chętnie, jak je oglądał, śląc je zręcznymi pstryknięciami palców i lśniącymi łukami w trzewia skrzynek.

          — Ufff, ależ paskudna z ciebie bestyja, brrr… — artysta wzdrygnął się, wyrywając swój nóż z martwego pajęczaka. Pomimo obrzydzenia jawnie widocznego na twarzy, młodzian przykucnął na parę uderzeń serca przy zewłoku. Przyglądając się mu z przekręconą głową, szturchnął nawet pancerz parę razy czubkiem ostrza. — Hm, wyglądasz jakby znajomo… Czy ja już cię gdzieś nie widziałem aby? Ach! Tak, teraz pamiętam!

          Wymruczawszy tych parę słów sam do siebie, Kai zakończył krótką inspekcję i podniósł się do pionu. Starając się nie myśleć zbyt mocno i odpędzając od siebie detale historii zasłyszanej przed laty, jaką jego mentor Sanjar Wspaniały zwykł czasami “zabawiać” dzieciarnię przy wieczornych ogniskach. Szło mu to nad wyraz marnie. Podczas krótkiej walki, która początkowo rysowała się w ponurych barwach, mógł wszak przekonać się, jak wiele prawdy tkwiło w przerysowanej bajce o krwiożerczych pajęczakach, zdolnych doprowadzić ludzi do obłędu. Obecność szurających górników, z wolną wolą zastąpioną zwierzęcymi instynktami poprzez jad we krwi, potwierdzała poniekąd, że Baklun wcale nie sięgał zbyt mocno po licentia poetica przy tamtych okazjach. Co też skwitował wydaniem z siebie cichego “blech”. Szczęśliwie nowe elementy zrazu zajęły uwagę półelfa, gdy tylko zbliżył się do kratownicy. O wiele mocniej gdy tylko, po uprzednim upewnieniu się że żadne zagrożenie nie miało nagle skoczyć w jego kierunku, niemalże przytknął nosa do metalowych prętów i wytężył wzrok, dostrzegając tym samym ciekawą płaskorzeźbę w następnej komnacie.

          Nie przyszło mu nawet czekać zbyt długo, by przyjrzeć się bliżej temu znalezisku i nie musiał nawet przeciskać się ekwilibrystycznie pod przeszkodą blokującą przejście. Wzdrygnął się tylko nieco na klepnięcie Karzącej Ręki, lecz nie zwlekał z przyjęciem odeń marmurowego wielościanu, który okazał się być osobliwym kluczem, umożliwiającym operowanie mechanizmem ukrytym gdzieś pod granitową skałą. Na lakoniczne “sprawdzisz?” Kai odparł żwawym kiwnięciem głowy (jakżeby mógł odmówić!), od razu wciskając bloczek w otwór, z uśmiechem witając tajemnicze zgrzyty. Uśmiech zbladł jednak, gdy okazało się że nie tylko sprawdzanie miało przypaść mu w udziale i paladyn Niezwyciężonego nie przejawiał zamiaru kręcenia ustrojstwem. Ten wątpliwy honor przypadł zatem samemu półelfowi, który z obecnych był, o ironio!, najwątlejszej budowy. Wprawiając w ruch kratownicę nie omieszkał zatem pozłorzeczyć na taki obrót spraw. Jedynie w duchu, rzecz jasna - nie chciał bowiem zwracać na siebie zbyt dużej uwagi zbrojnych, a tym bardziej zniechęcać ich do swej osoby.

          Chociaż częściowe otwarcie przejścia dalej kosztowało go sporo trudu i wysiłku, to wnet zostało wynagrodzone. Kai żwawym krokiem wstąpił do następnej komnaty, ocierając lśniące w świetle pochodni krople potu na czole, pikując od razu ku dostrzeżonej wcześniej płaskorzeźbie. Przewrotny los miał jednak inne plany i, przynajmniej na razie, prędko uniemożliwił bliższe oględziny stylizowanej korony drzewa. Wpierw coś zadudniło, a w chwilę później coś znowu innego rąbnęło, domagając się ich atencji. Półelf drgnął na te nagłe dźwięki i stęknął, widząc tarzającego się po posadzce sir Grimleya. Jeszcze mocniej, gdy dostrzegł znajomy kształt uderzający raz po raz w gruzowisko, przy akompaniamencie poznanych już chwile wcześniej syków i szczękania.

          — Ugh, kolejny kościogryz?! Ile się tu was zalęgło!? — wyrzucił z pretensją, wycofując się za sir Bronsona. — Więcej was matka nie miała!?

          Pajęczak nie był rzecz jasna w stanie odpowiedzieć, nacierając tylko wściekle na blokadę, niewątpliwie napędzany zwierzęcą żądzą mordu. Patrząc uważnie w tamtą stronę, Kai prędko skonstatował, że być może to właśnie z matką mieli teraz do czynienia, wnosząc po gabarytach. Tudzież ojcem, o ile można było mówić o takowych tradycyjnych rolach w przypadku tych paskudztw. Tyle dobrego, że przerośnięty kościogryz był chwilowo uwięziony po drugiej stronie i stanowił dla nich znikome zagrożenie. Aczkolwiek to mogło się zmienić w każdej chwili. Palce półelfa odnalazły jeden z jego wiernych noży.

          — Z całym szacunkiem, sir Bronsonie, lecz wątpię, by monstrum miało grzecznie sobie czekać, aż wrócimy z tymi baryłkami. Zawsze możemy spróbować je ubić przez tą wyrwę, na odległość — odezwał się, obracając ostrze w dłoni. Odrzucił też w bok ściskaną dotychczas pochodnię, by w razie kolejnych wystrzałów z ustrojstwa doktor Quatermain mógł zakryć uszy. Kai przestąpił niepewnie z nogi na nogę, przełknął ślinę i odchrząknął. Kolejne słowa uciekły z jego ust niezwykle niskim szeptem, mimowolnie. — Zawsze mogę spróbować uśpić tą bestyję…

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • PaniczP Online
            PaniczP Online
            Panicz
            napisał ostatnio edytowany przez
            #28

            Randal (Mike)

            - Myślę, że poczeka. Jak tylko przestanie nas słyszeć i widzieć zajmie się swoimi, plugawymi, zajęciami - odparł z pełnym przekonaniem Randal, opartym na jego wyobrażeniach jak powinien się zachowywać plugawy potwór.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PaniczP Online
              PaniczP Online
              Panicz
              napisał ostatnio edytowany przez
              #29

              Kai (Aro)

              — Oj nie byłbym tego taki pewien, sir — zawyrokował Kai. Stopniowo kuląc się i drgając przy każdym uderzeniu wściekłego pajęczaka w gruz. Nóż w palcach błyskał, bezustannie obracany w nerwowym odruchu. — Patrząc po tym, z jaką werwą próbuje się do nas dobrać, to jego lub jej ulubionym plugawym zajęciem może być polowanie na humanoidy. Tudzież smakuje się w ludzkiej krwi. Nie wiem, co byłoby tutaj gorsze...

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • PaniczP Online
                PaniczP Online
                Panicz
                napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                #30

                Chwilę wcześniej na Ścieżce...

                Kurz, pył, dym skłębiony wśród pajęczyn po wystrzale, krew, brud, ludzkie zwłoki i koleżeńskie przekomarzanki. Złote krążki i pamiątki sprzed naszej ery oraz mamroczący ludzki zewłok ociekający posoką i oczy uciekające w bok za każdym szurnięciem, gdy ktoś schylał się brodzić w starożytności lub flakach. Z jednej strony aż mrowiło w człowieku, by wziąć nogi za pas i wybiec na świeże powietrze, z drugiej – można było się w ciężkiej, pełnej obietnic atmosferze podziemi zapomnieć, zatracić czas w obcowaniu z tajemnicami i szansami... Mimo czyhającej grozy.

                Doktor Quatermain przeglądała dokumentację i zapiski, które przetrwały próbę wieków szerokimi, pełnymi zachwytu oczami – nawet, kiedy literki traktowały o przewozach drewna i smoły, wznosząc się na ciekawość przy specyfice prawa handlowego czy ordynacjach majątkowych. Choć parę razy kusiło ją, by zgarnąć coś na później, do wnikliwszego przeanalizowania w bardziej sprzyjających okolicznościach, a instynkt szarpnął najmocniej przy magicznym zwoju opatrzonym prywatnym liścikiem (nie szło tu przecież o magiczność zwoju, szanujmy się), to badaczka utrzymała najwyższe standardy, zachowując wszystko na bezpiecznych pozycjach (o ile ktoś-coś tu nie wtargnie i nie narobi rabanu...). Pooznaczała właściwe miejsca kredą, robiąc pamięciowe notatki na temat tego, czemu miała służyć każda cyferka oznaczeń. Późniejszy, pełnoprawny przegląd miejsca powinien być zrobiony już z należytym namaszczeniem.

                Od gmerania wśród artefaktów dawnej Suelii odrywały ją co i rusz szurania kompanów. Widziała, że też przeglądają pobojowisko i przyuważyła nawet, że Kai odrzuca znalezione monety na miejsce, ale zbrakło jej uważności, by dostrzec coś więcej. Obaj paladyni zapakowali swoje znaleziska do tobołków – Randal dyskretniej, Grimley bezceremonialnie, jakby wrzucał do worka ziemniaki. Kai widział jak Algernon przebiera w fantach, ale co ostatecznie ze znaleziskami zrobił Bronson nie dostrzegł. Zresztą – może go to w ogóle nie obchodziło, może uznał, że za wymachy ich mieczy, które położyły pająki coś im się należy, a może w pełni z nimi sympatyzował, a sam nie korzystał z okazji tylko z racji lichości własnych znalezisk.

                Lara nie widziała, co robią kompani. Od pierwszego, archeologicznego zaaferowania, pociągnęło ją zaraz do drugiego, medycznego. Któryś gulgot rozpołowionego truposza oderwał ją od odcyfrowywania starosuelskiego i poprowadził na ścieżkę biologii.

                - Hmmm... – mruczała pod nosem, przyglądając się jak z rozciętego górnika sączy się jucha. Wylało się jej sporo, nie dziwota przy takim cięciu. Medyczka jasno oceniła, że krew w... - Człowieku? Nieboszczyku? - dalej krąży. Wolniej, bo wolniej i to znacznie, ale gdyby facet nie żył od paru dni, to nie byłoby mowy o tym, żeby jucha tak z niego sikała. Z drugiej strony, widać było, że nie płynie tak, jak płynęłaby z kogoś, kogo takie katowskie cięcie pozbawiłoby życia. Płynęła wolniej i teraz już było to widać – szybko koagulowała.

                Doktor Quatermain, gdzieś na drugim roku swego studiowania, trafiła na zajęcia, gdzie profesor Nivelle – prawdziwy okaz humanisty, który parał się wieloma sztukami, w tym magią – nauczał o wyjątkowych stanach ludzkiego organizmu, zwłaszcza tych wywołanych działaniem sił nadprzyrodzonych. Dla zbożnego celu zapoznawania młodych lekarzy ze wszystkim, co kryje biologia – także ta, która nie idzie pod rękę z Matką Naturą – wypożyczył z Gildii Magów Greyhawk okaz zombie, który przejęto w czasie nalotu na kryjówkę nekromantów. Przed należytym pozbyciem się ciała, które skremowano i złożono w urnie na miejskim cmentarzu, z pochówkiem w nowoczesnej, wielowyznaniowej wersji, nieumarły mógł przecież na coś się nadać.

                I widać nadał. Lara wiedziała, że zombie porusza magia czy też zassana z innego planu negatywna energia, więc ich ciała nie pompują krwi, ani nie potrzebują mięśni do pracy. Coś metafizycznego splątywało je też z fizyczną powłoką, stanowiąc o zachowaniu przez nie cząstek percepcji czy inteligencji, które pozwalały reagować na zjawiska wokół nich. Na pewno nie z taką sprawnością, jak za życia, ale wyraźnie intensywniej niż miało to miejsce przy tym gulgoczącym pełzaczu, który zwracał uwagę dopiero na znaczny ruch czy światło.

                Dziewczyna rozejrzała się na boki, jakby niepewna tego, co robi, może zawstydzona, a może z nadzieją, że zdarzy sie coś, co ją powstrzyma... Ale nic się nie zdarzyło i Lara przykucnęła nad truposzem, przyciskając mu ręce do ziemi i przykładając ucho do piersi. Zgrzyt podnoszonej kraty zerwał ją z kolan, podskoczyła i prawie fiknęłaby w tył, gdyby w porę nie podtrzymał jej Grimley, który pojawił się obok.

                - Dokończmy, co potrzeba – rzucił krótko rycerz, niby to w liczbie mnogiej, ale tak naprawdę oznajmiając po prostu, co sam zaraz zrobi. Wzniósł swój potężny dwuręczniak do cięcia i tym razem skasował wizgającego truposza na dobre, rozbijając mu czaszkę na drobne szczapy. Lara sama nie wiedziała, czy chce zaprotestować, czy nie. Poczuła, w krótkiej, paskudnej chwili obcowania z bliska z zimnym ciałem umarlaka, że ten nie całkiem umarł – serce, choć bardzo wolno, wciąż w nim biło i pompowało krew. Nie był nieumarły w takim znaczeniu, jakie nadawała nekromancja, ale pewnikiem nie był już stworzeniem, które powinno dalej chodzić po świecie.

                Skoro jednak kwestie etyczno-medyczne na razie się rozwiązały (spojrzenie na resztę górników, którzy nie mieli tendencji do pośmiertnego pełzania szybko pokazało, że większość zginęła podobnie – pewnie jad, a potem wykrwawienie od pajęczych szarpań), Lara podążyła za resztą do sąsiedniej komnaty, gdzie zaczęło się już szperanie.

                I teraz – też na Ścieżce, komnatę dalej

                Rozpatrywanie się w mechanizmie ściennej płaskorzeźby zajęło całą trójkę badaczy Ścieżki i tylko Algernon Grimley wybrał aktywniejsze parcie naprzód. Kiedy Lara (najbardziej zorientowana), Kai (wytężający wzrok za wskazówkami) i Randal (który lubił po prostu trzymać rękę na pulsie) rozglądali się, co można zrobić, by dobrać się do tego, co skrywało się pod kamienną płytą, stary paladyn narobił już rabanu i zaraz zapłacił za to bolesną cenę.

                Dopadli do niego, gotowi wesprzeć druha, który wcześniej też wkroczył naprzód jako pierwszy, ryzykując za innych. Randal odciągnął go na bok, ale nie martwił się zbytnio. Chociaż Grimley syczał i wił się z bólu, żył, a za moment nawet zebrał się na równe nogi. Chwilowo nie widział, albo widział słabo, bo poruszał się jakby po omacku, niepewny i słaby w ruchach, wyciągając rękę przed siebie. Lara zobaczyła w świetle pochodni, kiedy zbliżyła się do niego, że oczy zaszły mu krwią, ale nie wyglądało na to, żeby coś zostało naruszone.

                Usadziła go na moment, choć stary (i zły!) nie był teraz najwdzięczniejszym pacjentem i wydobyła apteczkę. Gaza i woda do przemycia musiały na razie wystarczyć. Pająk za skalną barierą rwał się i walił w rumowisko w amoku, próbując przedrzeć się przez zwężenie, więc nie było czasu na złożone operacje.

                Randal proponował załatwić bestię sposobem, a Kai kuć żelazo póki gorące. Obu pogodziła doktor Quatermain, która wypaliła w stwora, gdy znów zbliżył się na zewnątrz, hucząc i dymiąc z arkebuza. Tym razem bard w porę zasłonił uszy, więc obyło się bez dźwieczącego oszołomienia. Dzięki temu mógł też szybko zareagować i posłać sztylet w pająka, którego wystrzał nie trafił, ale z jakiegoś powodu na moment zmroził. Może pierwotny instynkt nakazywał, by drobne istoty kuliły się i udawały, że ich nie ma, gdy coś wielkiego robiło raban w pobliżu?

                Cóż, może ten ślad ewolucji przetrwał i w tym kościogryzie. Pozostałość w tym wypadku niepotrzebna, bo po kolejnym odwalonym kawale kamieniska widać było, że pająk rozmiarowo niedaleko ma do średniego niedźwiedzia.

                Sztylet rąbnął stwora w jedno z rozlicznych oczu, wzmagając pisko-syki. Włochate odnóża zaczęły przebierać po zwalisku jeszcze szybciej, a żuwaczki splunęły na drugą stronę kolejną porcją jadu. Ten wystrzał, tak jak i arkebuzowy, nikogo nie trafił, ale Randal postanowił działać nim bestia powtórzy atak. Nie miał ze sobą pełnego ekwipunku, ale zdążył zabrać kołczan z paroma oszczepami i teraz dziękował sobie za słuszny wybór.

                Słuszny wybór i słuszny rzut, bo ciśnięty potężnym rąbnięciem oszczep trafił pająka w odwłok. Insekt zakotłował się wśród kamieni, zniknął w głębi i zaraz zjawił ponownie, tym razem wystawiając na widok napastników brunanto-rudy tyłek. Kolebał się teraz tą stroną, desperackimi ruchami próbując zrzucić naprzód kawały gruzu broniące mu wyjścia, ale stał się łatwą ofiarą.

                Tym razem nikt nie miał już problemu z trafieniem i pająk oberwał zarówno z huczącego arkebuza, ciśniętego noża i rzuconego oszczepu. Spustoszenie, które potrójny atak wywołał w rozharatanym odwłoku bestii było ogromne, ale też impuls bólowy, który targnął stworzeniem był taki, że próbujący odskoczyć byle dalej od zagrożenia potwór, raniąc się dodatkowo, w końcu rozbił część zapory, wybijając sobie drogę na wolność.

                Grimley, który w międzyczasie zebrał się do kupy, splunął na ziemię i przymierzył się do nadejścia potwora z mieczem gotowym do ciosu. Pozostali spojrzeli po sobie, wyczekując co za chwilę nadejdzie. Kościogryz uciekł w głąb jamy, zostawiając na rozbitych kamieniach pełno posoki, ale nie był cicho. Słychać było, że kotłuje się i syczy gdzieś po drugiej stronie. Randal odrzucił kołczan na bok i przygotował tarczę do odparcia ataku. Lara w pośpiechu ładowała broń do kolejnego ataku, a Kai – rozglądając się za osłoną – ściskał w spoconych dłoniach gotowe do rzucenia sztylety.

                Pająk zaatakował zanim jeszcze go zobaczyli, uderzając z cienia kryjówki. Uderzył nietypowo, w sposób jakiego jeszcze nie znali. Lepki, cuchnący kwaśno pocisk wystrzelił z jamy, trafiając Larę w korpus, rozkładając się wokół niej i rozciągając. Miękka, ale sprężysta i mocna tkanka pajęczej sieci przygwoździła dziewczynę do ściany, wiążąc ją w szamotaninie nim zdążyła strzelić.

                Grimley był gotów i runął na stwora, kiedy ten zjawił się zaraz po poprzednim ataku, wypadając na zewnątrz w kupie wznieconego pyłu. Rycerz takim atakiem bez problemu położyłby każdego kościogryza, którego dotąd napotkał, ale to bydlę było po prostu ogromne, a skoczne nie mniej niż napotkane wcześniej sztuki. Kiedy pajęczak wyrwał na paladyna w upiornym skoku, Grimley niewiele mógł już zrobić wobec lecącej na niego masy. Świadom, że nie zatrzyma jej ani sztychem, ani cięciem, spróbował jeszcze zmienić kierunek w natarciu i zrobić unik, ale ciężar bestii zwalił się na niego w pół oddechu. Gniotąc starego jak ciasto na makaron i wyciskając z niego całe powietrze.

                Kościogryz przeciągnął się po nieprzytomnej ofierze całym ciężarem i sycząc, przygotował się do skoku na kolejne zdobycze.

                Porządek walki

                Inicjatywa:
                Pająk 18
                Grimley 18 (nieprzytomny, 0 PW; 1/3 porażka w rzucie na przeżycie [death save])
                Randal 15
                Kai 12
                Lara 7 (uwięziona w sieci)

                Obecnie jesteśmy po rundzie Grimleya. Działa Randal, Kai i Lara.

                https://imgur.com/a/LHWEKlw

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • PaniczP Online
                  PaniczP Online
                  Panicz
                  napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                  #31

                  Randal (Mike)

                  Randal zaklął widząc jak szybko potwór pozbył się dwóch członków grupy. Nie było czasu na wypominanie pozostałym, że lepiej było to zrobić sposobem. Warknął coś niepochlebnego i zapewne nieprzyzwoitego pod nosem i runął na stwora.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • PaniczP Online
                    PaniczP Online
                    Panicz
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #32

                    Randal Bronson, choć nie stronił od sprytu i rozwiązań na skróty, jeśli służyły słusznej sprawie, odwagi miał dość, by obdzielić batalion wojska. A jeśli do tego szło jeszcze o wsparcie brata po mieczu, na wątpliwości po prostu nie było miejsca.

                    Paladyn zrzucił na bok kołczan i wszystko, co mogło go krępować i natarł dziko na syczącego nad Grimleyem kościogryza. Choć bestia zgięła już odnóża do wyskoku, gotowa przygwoździć do ziemi kolejnego nieszczęśnika, rycerz zdążył powstrzymać morderczą passę. Dopadł stwora od frontu, ale w ostatniej chwili, szarpnięciem całego ciała skręcił, myląc insekci móżdżek. Wychylony, z tarczą w razie czego chroniącą od boku, natarł z szerokiego kąta, waląc na odlew po odwłoku i kończynach bestii.

                    Cios był mocny, aż pająk podskoczył z sykiem. Ale nie dość mocny, by dobrać się do miękkiego, które skrywał pancerz. Rycerz musiał szykować się na kontrę. Odskoczył osłaniając się tarczą i zamłyńcował, przykucając niemal w oczekiwaniu na ripostę.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • PaniczP Online
                      PaniczP Online
                      Panicz
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #33

                      Kai (Aro)

                      Syki, klekoty, sapania, świsty, mlaski i szereg innych jeszcze dźwięków składały się na podziemną symfonię, coraz to bardziej krwawą uwerturę ich pierwszej wizyty w starożytnych ruinach. Szczęśliwie najgłośniejsza i najbardziej dysonansowa nuta ze wszystkich, wystrzał z broni doktor Quatermain odbijający się hucznym echem od granitowych ścian, tym razem była łatwa do przewidzenia i Kai zdołał w porę zasłonić szpiczaste uszy, osłonić wrażliwy słuch przed kolejnym atakiem i bezustanny pisk mógł dalej lżeć miarowo. Sam też dodał kolejny dźwięk do kompozycji - zdławiony nagłym ściskiem gardła jęk, gdy rozwścieczony kościogryz zdołał w końcu przebić się przez gruzowisko. Wierzgnął przy tym w tył, nieomal zaplątując się o własne nogi i ledwie utrzymując równowagę. Dynamiczna sytuacja, jak to z dynamicznymi sytuacjami w życiu bywało, dotąd mogąca napawać optymizmem nawet pomimo sir Grimleya potraktowanego jadem, w parę jeno uderzeń serca jęła przybierać bardziej ponure barwy. Stary paladyn legł pod nagłym natarciem pająkowatej bestii, a doktor Quatermain związana została lepką siecią i przygwożdżona do ściany. Z sercem dudniącym nie gorzej od jej arkebuza, Kai w ułamek chwili zmuszony był podjąć decyzję, gdzie skoncentrować swe działania.

                      — W przeciwnościach losu niebywałe tkwi piękno! — Półelf zakrzyknął w stronę towarzyszki. — Są niczym ogień stal hartujący! Nie traćcież tedy ducha, pani doktor!

                      Jakby zainspirowany własnymi słowami, Kai powściągnął początkową chęć rzucenia się na powrót za kratownicę. Przełykając żółć bulgocząco podchodzącą do gardła na każdy błysk swego ostrza nadal tkwiącego w jednym z mnóstwa oczu pająka, w zamian przemknął tuż obok wierzgających wściekle odnóży. Obrócony w palcach nóż zalśnił w migotaniu pochodni, w locie uderzył o chitynowy pancerz na odwłoku, sięgnął nawet czegoś miękkiego. Monstrum wydało z siebie kolejną serię klekotosyków, mogących uchodzić za odgłos bólu. Sztylet pociągnął za sobą ciemną wstęgę, rosząc gorące krople wokół, gdy Kai wyminął kościogryza i obrócił się szarpanie na pięcie, szurając sandałami po podłożu.

                      — Nie takaś straszna z bliska, jak się wydawało, bestyjo! — Zakrzyknął jeszcze, jakby chcąc rozproszyć uwagę stwora i dać tym samym otwarcie sir Bronsonowi na zakończenie sceny jednym, finalnym ciosem.

                      Wg deklaracji z komentarzy akcja standardowa na atak w kościogryza (sukces potwierdzony przez MG), akcja bonusowa na danie Larze Bardowskiej Inspiracji (+1d6 do jednego dowolnego testu przez następne 10 minut), a akcja ruchu na zajęcie pozycji po przeciwnej stronie pająka tak, by flankować go z Randalem (tym samym dając mu ułatwienie [Advantage] do ataków).

                      Ilość kości Bardowskiej Inspiracji po rundzie: 2/3.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PaniczP Online
                        PaniczP Online
                        Panicz
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #34

                        - No i co, no i co? – Mały Kai nie wytrzymał jako pierwszy z dzieciarni. Po klapnięciu dłoni, które miało imitować zamknięcie się paszczy potwora z połkniętym żywcem nieszczęśnikiem zapadła krótka, ale głęboka cisza. Tłum dzieciaków wessał powietrze jak stadko mrówkojadów, a oczy wypełzły im wszystkim z orbit. Długo jednak wytrzymać nie mogli, a Kai był po prostu najszybszy. - I co z nim? Co było dalej?

                        - Co było dalej? – Sanjar podniósł się z pieńka, wznosząc za wstaniem głos i efekciarsko wiodąc rozszerzonymi oczami po czeredzie wpatrzonych weń jak w obraz dzieciaków. - Czy sir Grimley przetrwał atak potwornej pajęczycy?

                        Nie, pomyślał półelf, przypominając sobie znienacka dawne bajania swego młodzieńczego idola. - Na pewno nie Grimley, mąci mi się już we łbie po latach...

                        Faktycznie, ciężko było dziś już dojść, kto był bohaterem dawnej opowieści i jak skończyła się jego historia, ale dla dzisiejszego Grimleya nie wyglądała za dobrze. I choć jego pajęczyca nie połknęła w całości, to przygniecione ciężarem i przeryte spiczastymi odnóżami ciało było równie blisko śmierci, co ów dawno wybajany śmiałek, którego perypetie śledziła cała obozowa dzieciarnia.

                        Teraz historia jest moja, przemknęło Kaiowi przez myśl, gdy niesiony własną pieśnią rzucił się do boju ze straszydłem znanym z ogniskowych gawęd. Pieśń istotnie mogła dodać skrzydeł. Lara poczuła, że i ją wyśpiewane wezwanie barda wzmocniło w szamotaninie z siecią.

                        Motała się jak mogła i napinała mięśnie, odlepiając od ściany cząstki pajęczej pułapki. W tym wszystkim, siłując się a to z lepką barierą, a to z samą sobą, musiała zaczepić o coś pasem, albo inną solidną częścią garderoby, bo zamiast wyzwolić się, wzmogła jeszcze opór skrępowanych członków. Poczuła jak wezbrana w niej wściekłość przelewa się i jest blisko, by wykipieć. Chciała się wydrzeć, walczyć, pomóc!

                        Skłębiona w nerwach, odetchnęła mocno widząc jak kontra pająka po ciosach Randala i Kaia chybia celu. To była głównie zasługa paladyna, który walczył z tarczą iście po mistrzowsku. Potrafił tak zastawiać się metalem, że pająk nie potrafił go sięgnąć żadnym z odnóży, a przy próbach ukąszenia obrywał po żuwaczkach, cofając się z niczym.

                        Od defensywy do ofensywy byłaby jednak daleka droga, gdyby Randal miał walczyć sam. Ba, pewnie w takiej walce nie miałby szans – nawet i z pawężem i w pełnej płycie. Na szczęście nie był sam, a wzrastający w odwadze bard nękał pajęczycę z drugiej strony, dźgając ją jak umiał. Głównie irytująco i nieszkodliwie, ale ze wspomożeniem dla pancernego towarzysza. Ten zaś, kiedy jeden z takich momentów kosztował kościogryza dłuższą niż zwykle reakcję, wykorzystał swą szansę.

                        Wypadł zza tarczy ze sztychem, jakby jechał konno i planował wpakować w potwora kopię. Aż tyle siły i impetu tu nie było, ale osłabiony i zdezorientowany robal oberwał pod szczękoczułki, buchając posoką i jadem z rozoranego otworu gębowego. Kai chciał poprawić, ale poderwany przedśmiertną furią pająk wyskoczył w powietrze solidnie poza jego zasięg.

                        Wyskok był iście spektakularny, unaoczniający jak cholerne szczęście mieli, że tłusty pajęczy kuper zablokował się wcześniej za gruzowiskiem i nie musieli mierzyć się z bestią wręcz od samego początku. Trwał chwilę, ale zaraz po tej chwili, wszystko dobiegło końca.

                        Randal machnął mieczem w wyskoku, ledwo co sięgając rozlewającej się gęby potwora, wzmagając strumień jadowitej posoki. Kościogryz chwycił go przednimi odnóżami, niezdolny przebić się przez zbroję, ale zdolny by ścisnąć go i przywalić do ziemi. Opadające cielsko runęło przed rycerzem i w wyskoku z impetem przywaliło nim o ścianę, aż Randalowi zadudniło w uszach, a dłoń trzymająca tarczę zdrętwiała. Osłona padła na ziemię z brzękiem.

                        Lara chciała krzyknąć – nie wiedzieć właściwie w jakiej emocji, bo zbiegły się w niej odmienne – ale jęknęła tylko z bólu. Tryumfalnie, czując jak wzmożone, umęczone mięśnie w końcu przerywają pajęczą nić, wypuszczając ją na wolność. Akurat w tej chwili!

                        W chwili, gdy Kai – w przypływie szaleńczej fantazji – dał susa pod pajęczy odwłok i wbił tam na raz dwa sztylety, ile tylko miał sił w ciele. Wbił, a sam, równie szybko, co wskoczył, wyturlał się na bok, lądując na miękkiej kupie pajęczyn i twardych, bodących w plecy kawałkach stropu.

                        Kościogryz zakwiczał, bo tak chyba dałoby się sklasyfikować ten odgłos, którym kończył i zakręcił się jak bąk, przebierając słabnącymi odnóżami jak płatami wiatraka. Powlókł się najpierw ku bezbronnemu chwilowo Kaiowi, potem zakuśtykał znów w drugą stronę, gdzie z ziemi gramolił się Randal, a w końcu wywrócił w obłoku kurzu tuż przed Grimleyem.

                        Wzbity obłok na chwilę oślepił zebranych, a u starego paladyna wywołał nagły atak kaszlu. Atak, który poderwał go z ziemi. Półprzytomny jeszcze, ale ewidentnie żyw, Algernon wyzbierał się, by usiąść, po raz kolejny dowodząc sobie, że nie tak łatwo jest umrzeć.

                        Kiedy kurz opadł, Lara czekała już przy pajęczym zewłoku z arkebuzem nastawionym do strzału. Trąciła stwora lufą, gotowa dobić paskudztwo na dobre, ale było po wszystkim. Przeżyli. Przeżyli kolejną z komnat Ścieżki Slerotina.

                        Bogowie! Czy tak to wszystko miało tutaj wyglądać?

                        Tymczasem w lazarecie u Seweryna

                        Seweryn był wielu kwestiach absolutystą, kompletnie nieskorym do rezygnacji z własnego spojrzenia czy półśrodków w realizacji tego w co wierzył. Jego pech, że nie wszystko, co sobie w szczytnych celach zakładał odpowiadało temu, co świat w najszczytniejszych dopuszczał. Dlatego właśnie dbał o zamykanie drzwi i okien, kiedy przychodziło mu mierzyć się ze sprawami moralnie zbyt dla postronnych egzotycznymi, czy – jak w tym wypadku – sznurował solidnie płachty namiotu.

                        Nie każdy mógł zrozumieć, jak można mieszać krew z krwią i to nie w braterskiej krwi przysiędze, ale spijając ją żelazem z jednego człeka i następnie wtłaczając do drugiego. Seweryn ponacinał obu zatrutych, oznaczając dziwnymi maźnięciami przestrzeń ich żył i mamrocząc coś pod nosem, gdy tylko wzrokiem łypnął do księgi. Dymił im czymś, okadzał jak wedle rytuału i wciskał w usta kawałki czegoś twardego, prowadząc szyk od jednej dziwaczności do drugiej.

                        Sen obu pacjentów wzmógł się jeszcze po tych zabiegach, tętno zwolniło. Medyk ponacinał ich nożykami i srebrną rurką zbierał krew do pęcherzyków, niby małych baniek. Potem, koncentrując się teraz głównie na Bercie, który miał się gorzej, zaczął przez srebrne kaniule wpompowywać weń krew górnika, pobraną przed chwilą. Ręce miał pewne i ruchy zdecydowane, ale wargi trzęsły mu się przy tym i szeptały dziwne słowa, których nie powtórzyłby nikt w całych Wrotach.

                        Wydawało się, że wie, co robi, choć im więcej krwi spłynęło z jednego i im więcej wpłynęło jej do drugiego z 'leczonych', tym zimniejsi się stawali, a oddechy traciły miarowy rytm. Seweryn krążył od jednego do drugiego, przykładając ucho do piersi, sprawdzając tętno, podnosząc powieki, by spojrzeć w niewidzące oczy, nasłuchać, ponaciskać, pogmerać i pochuchać. Skruszony korzeń skałodrzewu wtarty w rany pomógł w ich szybszym zasklepieniu, ale sińce na ciele puchły i promieniowały.

                        Seweryn dreptał pomiędzy rannymi, coraz bardziej nerwowo, coraz częściej zerkając do książki i nie mogąc znaleźć odpowiedzi na rodzące się wątpliwości. Bolvarowi poprawiało się powoli, może i nazbyt powoli, ale o niego medyk już się nie martwił. Zamiast tego zaczął dumać, co z Bertem. Co począć?

                        Przechodził nieduży okrąg namiotu pewnie z kilkaset razy, zerkając co i raz do kolejnych słoików i puzderek, otwierając skrzynki i szkatułki, odkręcając fiolki i ampułki. Niektóre raz, sprawdzając tylko, a inne i po kilka razy, niepewnie, błądząc i szukając odpowiedzi.

                        Czując, że nie znajdzie jej w księdze, przeżegnał się w końcu po Pelorowemu i rozwinął jedwabny splot z niebieskim proszkiem. Nasypał go do cieczy wstawionej na ogień w alembiku i po krótkim pacierzu, zmieszawszy z chłodną wodą, zlał rurką do niezamkniętej jeszcze rany.

                        Bert wierzgnął na stole, rzucił się jak pstrąg skaczący za muchą i pewnie odgryzłby sobie język, gdyby nie wpakowany wcześniej do gęby kołek. Seweryn dopadł do niego i przycisnął zbrojnego w miejscu całym swoim ciężarem. Patrzył nań teraz niepewnie, licząc nagle wzmożone oddechy.

                        Krew zaczęła krążyć mocniej, ochroniarz zrobił się czerwony, cieplejszy. Seweryn liczył dalej, ale w końcu uśmiechnał się lubieżnie, jakby obcowanie ze śmiercią miało dla niego intymny wymiar.

                        - Zwycięstwo! – Szepnął głośno i zaśmiał się, najpierw cicho, a potem coraz donośniej, aż za chwilę okruchy dziwnej radości dałoby się usłyszeć i poza namiotem.

                        Medyk czule pogładził Berta po skroni i zbliżył się do Bolvara, który po aplikacji skałodrzewu był już chyba dość wzmocniony. Rudy spojrzał na niego oceniająco...

                        Medyk czule pogładził Berta po skroni i zbliżył się do Bolvara, który po aplikacji skałodrzewu był już chyba dość wzmocniony. Rudy spojrzał na niego oceniająco...

                        Wiedział już, że Bert przeżyje. Transfuzja zadziałała, plan się powiódł. Wpompowane w ciało zbrojnego przeciwciała wytworzone magicznym leczeniem Randala wdrożyły się w krwioobieg i rozhulały po organizmie, gnane narkotykiem. Może przedwcześnie, może przesadzał z tym 'wiedział', ale sam mocno obstawiałby, że przeżyje. Raczej na pewno.

                        No, a skoro jeden był odratowany, to – dla dobra potomnych – można było sprawdzić jak skuteczne będzie magiczne wzmocnienie odporności na truciznę u drugiego. Czy organizm na stałe uodparnia się na zneutralizowany jad? A jeśli tak, to na ile? I do jakiego poziomu?

                        Seweryn przeżegnał się nad Bolvarem, tym razem porządniej jeszcze, jak rasowy kapłan i zaczął powoli wlewać mu przez rurkę do gardła wytoczony z kościogryza jad.

                        Randal 4/12 PW
                        Grimley 1/15 PW (20 na rzucie przeciw śmierci, heh)
                        Seweryn 6/8 PW (ale to z wcześniejszych zdarzeń, tutaj tylko dla porządku)
                        Pozostali bez szkód
                        Pająk martwy, winszuję

                        Obu pacjentów udało się odratować. Acz kontynuowane 'sprawdzanie jadu' będzie kosztować Bolvara dodatkowe testy, więc czy drugi raz mu się uda zobaczymy

                        Wszyscy mogą sobie dopisać 150 PD-ków: po 75 za każdą z walk (Seweryn dostaje 75 za swoją operację zamiast drugiej walki); inspiracje i ewentualne inne bonusy później, bo kto wie, co tam dalej czyha

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • PaniczP Online
                          PaniczP Online
                          Panicz
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #35

                          Lara Quatermain (Alex Tyler)

                          Kiedy cyrulik opuszczał w pośpiechu podziemia z ustabilizowanym przez nią Bertem i truchłem jednego z pająków, Lara miała odnośnie złe przeczucia. A należała do osób, które bardziej ufają swoim emocjonalnym przeczuciom i intuicji, niż rozsądkowi i wiedzy teoretycznej. Niemniej wierzyła, że cokolwiek ten dziwny człek planuje, znajdzie się ktoś porządny, kto powstrzyma go przed zrobieniem czegoś głupiego. Wszak w szpitalu musieli znaleźć się jacyś ludzie, którzy nie pozostaną w takiej sytuacji obojętnymi.

                          Eksplorację komnaty Quatermain zaczęła od zorganizowania źródła światła i poddania obdukcji wszystkich ciał. Wolała się upewnić co przyczyn śmierci każdego z obecnych. Ostatecznie okazało się, że wszystkie zwłoki, starsze i świeższe, były wynikiem napaści żerujących na tym terenie kościogryzów. Następnie przeszła do dużo bardziej przyjemnej ekspertyzy archeologicznej, momentalnie się w tym zatracając. W jej wyniku zdołała zidentyfikować przeznaczenie pomieszczenia, a także napisy na monetach i część trwalszej dokumentacji. Niestety wiele z okazów było w tak fatalnym stanie, że nawet bardzo doświadczona w obcowaniu z antycznymi przedmiotami blondynka nie była w stanie zabezpieczyć ich bez uszkodzenia, bądź zniszczenia. Co odebrała z wielkim żalem. Dlatego na tamten moment ograniczyła się jedynie do wstępnego skatalogowania i oznaczenia lokalizacji wszystkich wartościowych eksponatów. Prawdziwą gratkę stanowił dla niej praktycznie nienaruszony kuferek, w którym znalazła dużo pism. Jego najwspanialszą i niezwykle wzruszającą zawartością była załączona do zwoju z zaklęciem krótka notka od mamy do syna, który dostał się do akademii magicznej. To głównie dlatego jak nic innego fascynowała ją archeologia, chodziło bowiem o możliwość bezpośredniego kontaktu z przeszłością. Żywotami zwykłych ludzi sprzed wieków. Ich troskami, pragnieniami, marzeniami i obawami. Nie była to żadna paleofilia czy typowe kronikarsko-akademickie zacięcie na punkcie katalogowania i opisywania przeszłych zdarzeń o wielkiej wadze. Ją interesowało samo życie. W swej prozaicznej i urzekającej postaci. Drugim kluczowym czynnikiem było dla niej odkrywanie nieznanego. Z czym nierzadko wiązały się ekscytujące przygody.

                          f76ae0dd-a443-4abb-aca2-e7ae07ef970a-image.png

                          Pochłonięta przeglądem antycznych przedmiotów czarnooka szlachcianka prawie zapomniała o innej naukowej gratce znajdującej się tuż pod jej zaokularowanym nosem. Wijącym się po podłodze ciele, pogrążonym w stanie przywodzącym na myśl nieżycie z podań ludowego folkloru i tekstów mrocznych magicznych ksiąg. Po oględzinach okazało się jednak, że jakimś osobliwym sposobem ten człowiek żył. Nie było to życie w pełnym tego słowie znaczenia, prędzej jakaś osobliwa karykatura. Ale z pewnością nie miała do czynienia z zombi. Dziewczyna nie należała do twardogłowych uczonych, wręcz przeciwnie. Wiedziała też, że wiele tajemnic życia i natury pozostawało nieodkrytych. Dlatego jej zaskoczenie prędko ustąpiło głębokiemu zaciekawieniu. Zbadała więc, jak dalece mogła ten osobliwy przypadek, poza zajęciami profesora Nivelle'a przypominając sobie również o niezwykłej opowieści ojca na temat wyjątkowego gatunku grzybów sterujących zwłokami mrówek, które widział w jednym z lasów tropikalnych w Centralnym Oerik. W ponurym obowiązku zakończeniu nędznego żywota wyręczył ją jednak jeden ze zbrojnych. Za co w duchu była mu wdzięczna, bo nie była osobą przesadnie skłonną do dokonywania eutanazji, nawet jeśli chodziło o tego typu żałosną namiastkę życia.

                          text alternatywny

                          Lara z radością odebrała fakt, że udało się odnaleźć brakujący element podnoszący kratę do pomieszczenia z intrygującym ją reliefem. W innym wypadku rozważała przeciśnięcie się pod nią. Co przy jej wymiarach i gibkości wydawało się jak najbardziej wykonalne, choć wiązałoby się z pewną dozą ryzyka utknięcia. Wprawdzie już od dziecka lubiła wciskać się w różne trudnodostępne miejsca, ale w sytuacji gdy nie wiadomo co czaiło się po drugiej stronie i dopóki nie było to konieczne, wolała nie narażać się niepotrzebnie. Kochała niebezpieczeństwo, ale daleko jej było do czystej głupoty.

                          Analizę płaskorzeźby i ukrytego pod nią mechanizmu otwierającego przerwał przeklinający wojownik. Zgodnie z obowiązkiem moralnym i zawodowym Quatermain udzieliła mu pomocy medycznej. Później doszło dyskusji na temat tego co uczynić z wielkim okazem pająka czającego się za gruzowiskiem. Doktor medycyny wyraźnie sprzeciwiła się użyciu ognia i łatwopalnego oleju. Nie śmiąc nawet ryzykować uszkodzeniem, a tym bardziej spaleniem cennych okazów archeologicznych znajdujących potencjalnie za barykadą utworzoną z rumowiska. Mając na względzie to i naglący czas z racji kruszejącej pod naporem masywnego kościogryza bariery, naprędce przyczaiła się kawałek dalej i po krótkim ostrzeżeniu wypaliła z dwulufowego arkebuza w kierunku wielkiego pająka poprzez otwór w zwalisku. Co prawda strzał chybił, ale wystraszył bądź zdezorientował zwierzę. Dało to czas reszcie, by poszła w ślady miłośniczki archeologii. Druga z kolei salwa okazała się niszczycielska, aczkolwiek niedefinitywna w kwestii zakończenia walki. Po niej pająk zmienił taktykę, zdradzając, że tliła się w nim niespodziewana inteligencja. Kiedy po krótkiej nieobecności przyszpilił Larę do ściany, najpewniej uznając jej huczącą broń za najgroźniejszą, rzucił się bez wahania na resztę. Biedna okularnica nie mogła nic uczynić, poza bezradną obserwacją, jako że pajęczynowe pęta trzymały zawzięcie. Nawet inspirujące słowa półelfa nie mogły jej pomóc. Choć przynajmniej po ich usłyszeniu jej podejrzenia znacznie zbliżyły się do pewności, jeśli chodziło o więcej niż zwykłą naturę wystąpień artysty. Ewidentnie musiał być jednym z tych słynnych bardów, a więc nie tylko wędrownym artystą i gawędziarzem, ale przede wszystkim wyjątkowym twórcą zdolnym swą sztuką wpływać na samą naturę rzeczywistości.

                          W każdym razie niepoprawny optymizm Quatermain i tym razem nie został nadwyrężony, bowiem gdy tylko wydostała się z pajęczej pułapki, przyszło jej jedynie upewnić się, że wielki pająk został dobity przez towarzyszących jej dzielnych mężów. Dwójka z nich była poważnie ranna i wymagała pomocy medycznej, toteż nie traciła więcej czasu na zwłoki biednego zwierzęcia, bo tak je postrzegała, to ludzi widząc w danej sytuacji jako intruzów, którzy naruszyli żerowisko niewinnych istot, które tylko zareagowały zgodnie z własną naturą. Nadawało to pewnej goryczy ekscytującemu zwycięstwu, ale niewiele mogła na to poradzić. Ludzki ekspansjonizm był niepowstrzymany, a jego kosztem zawsze były ofiary różnych gatunków, także ich własnego. Gdyby nie oni, to kto inny wytępiłby te istoty. Raz otwarta Ścieżka Slerotina miała nie zostać zamknięta aż do wydrenowania jej wszystkich bogactw i tajemnic.

                          Praca medyka w takim miejscu zdawała się nie mieć końca. Odkrycie tajemnic płaskorzeźby musiało jeszcze trochę poczekać, choć już w trakcie zajmowania się rannymi Lara z trudem opierała się fantazjowaniu o tym, co uda się znaleźć po uruchomieniu antycznego mechanizmu.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PaniczP Online
                            PaniczP Online
                            Panicz
                            napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                            #36

                            Seweryn Drachenwulf (Rewik)

                            https://i.imgur.com/ik4zvi1.png

                            Przed namiotem ktoś oczekiwał. Seweryn nie znał niewiasty, choć pewnie zdarzyło się mu minąć ją na górskich, wyścielonych kamieniami ścieżynach.

                            - Jestem dobrej myśli - rzekł nagle z osobliwym błyskiem w oczach - zrobiłem co do mnie należało, teraz wszystko omnia in manibus Peloris. On czu-czuwa nad tym miejscem. Tak. - Ostatnie słowa cyrulika były bardziej jemu samemu, niźli kobiecie przeznaczone. Co dało się wyczuć. - Cierpliwości.

                            Seweryn zdjął jedną z wywieszonych na słońcu szmat, obmył dłonie, po czym zanurzył tkaninę w wiadrze stojącym obok beczki na deszczówkę. Wycierając twarz znów zniknął za połami namiotu lazaretu.

                            Zlustrował pacjentów starannie. Spali znów. Przygotował igły.
                            - Czuwa nade mną. Cierpliwości.

                            Kilka dni wcześniej

                            Kapliczka była licha, a zwać ją kaplicą, czy kapliczką nawet, było nadużyciem. Był to ledwie ołtarzyk marny. Kilka desek, wymalowany znak solis, ot wszystko co był w stanie przedsięwziąć Seweryn. Lecz sceneria, w której się znajdowała, wynagradzała ubogość jej. Zwłaszcza o świcie, gdy słońce ledwie podnosiło się na firmamencie, zdawało się, iż bogowie sami błogosławią to miejsce. Tak przynajmniej widział to Seweryn.

                            Medyk pozostający na służbie u Wulberga i Salztona odział się schludnie i nienagannie, a włosy wygładził kilkukrotnie, nim ku ołtarzykowi się skierował. Modlił się gorliwie każdego rana, tak jak wpoił mu ojciec, a wcześniej mama przekonała do tego ojca. Jeno gdy przypadek był się zdarzył nagły, zdarzało się wtedy, że w przypływie pracy zapominał o należnych modłach i wielce potem tego żałował. Tego dnia jednak czas był dlań łaskawy i zdało się, że będzie go miał dziś także nieco dla siebie. Pozostał więc tu dłużej, pacierze odmawiając przykładnie, tak jak się to winno robić i rozmyślając wiele. Oczywiście, Pelor nie odpowiadał mu na wezwania wcale, jeno oślepiał oczy ostrym, niskim światłem.

                            Po tymże porannym rytuale, Seweryn zszedł do chaty krytej strzechą, gdzie wiedział, że prócz nici otrzyma włóczki z owczej wełny. Zawsze wybierał kilka kolorów kuleczek. Zawsze te same, chyba że jeszcze mu starczyło z tego, co jeszcze miał. Czasem przez wiele dni brakowało barwników, tedy wracał w innych terminach. Bardzo mało rzeczy robił, które dla siebie przeznaczał. Jego żywot obracał się wokół łapczywego pożerania wiedzy i służby bliźnim. Dzisiaj jednakże w nastroju był na sentymenty.

                            Lubił dzierganie na drutach. Ćwiczył dłonie, a umysł odpoczywał, choć ożywała w nim tedy tęsknota. Tęsknota ta była dobra, otwierała serce i oczyszczała duszę, nierzadko szkliła jego ciemne jak noc oczy. Jednakże ilekroć kończył swe dzieło, jakim były wełniane pończochy, nigdy w pełni kontent z efektu nie był. Mawiał, iż te które pamiętał miały żywsze barwy, a to lepiej wyglądał wilkor i smok, kolejno na lewej i prawej sztuce wydziergany, a to kształt nie ten i nie tak ciepłe, jak te które pamiętał, te które zrobiła mu mama.

                            Dzisiaj

                            Seweryn palcami ujął brzegi rany, przybliżając je do siebie, by zmniejszyć dystans, jaki miała pokonać jego igła. Nić, wprzódy nasączona alkoholem według najnowszych standardów oraz tych dawnych, znanych w półświatku, podążała za jego ruchami dłoni. Nić była długa, gruba, kręta, jak wąż boa, gotowa spleść tkanki w dawną, jednolitą całość. Znałem cyrulików wielu, ale żaden z nich nie dorównywał w tym temu jednemu.

                            Kiedy skończył i to, wziął się za sprzątanie. To czego oczy innych poznać nie miały, skrył starannie po czym wezwał do siebie Divraka, co był czekał na zewnątrz i pilnował spokoju medyka. Wespół ostrożnie rannych na siennikach ułożyli. Seweryn niedbale Bolvara i Berta przykrótkim kocem nakrył, zaś po uwadze jego pomocnika, wystające stopy przyozdobiły przebarwne, wełniane pończochy. Seweryn był ewidentnie w dobrym humorze. Na odwiedziny jednakże nie przyzwolił. Wyprosił i zwolnił prędko Divraka, by zająć się inszymi swoimi sprawunkami. W przerwie zaś, dla odpoczynku napar z ziół spożywając, głowił się, co jego kamraci na Ścieżce Slerotina odkryli.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • PaniczP Online
                              PaniczP Online
                              Panicz
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #37

                              Kai (Aro)

                              Starcie z przerośniętym, pająkowatym monstrum kosztowało ich więcej niż trochę wysiłku, a i opłacili je też mniejszymi lub większymi kosztami zdrowotnymi, nim bestia wreszcie zaległa w bezruchu na nadgryzionej przez wieki posadzce, wzbijając w powietrze chmurę wszechobecnego kurzu. Na tenże widok Kai, jeszcze przed chwilą panicznie sięgający po różane płatki skryte w kieszeni kurty, by magią obronić się przed pozornie nacierającym nań potworem, odetchnął głęboko z ulgą i zaległ na swym miejscu, opierając się już zupełnie na stercie gruzu oplecionej jedwabną pajęczyną. Z piwnym spojrzeniem wbitym w ciemny strop zakasłał, gdy siwe pasma pyłu opadły i na niego, machając dłonią przed twarzą w próbie ich przepędzenia. Pomimo że ze starcia wyszedł najlepiej z obecnych - jakimś cudem unikając bycia celem wściekłych ataków kościogryza i nie odnosząc żadnych ran - to szaleńczo brawurowe działania zdawały się odcisnąć nań swe piętno. Jako że bezpośrednie zagrożenie przeminęło, a wraz z nim gorąc we krwi motywujący do działania, nagłe zmęczenie zaczęło wtłaczać się w jego ciało. Półelf potrzebował zatem paru chwil, by złapać oddech i unormować bicie serca.

                              — Im są więksi… — mruknął przy tym sam do siebie, na bezdechu, ocierając łzy wyciśnięte z oczu przez wirujący w powietrzu kurz.

                              Ostatecznie podniósł się jednak do pionu. Bez większej gracji, wspierając wpierw dłońmi o posadzkę. Równie chybotliwymi krokami ruszył w stronę martwego już cielska kościogryza, by odzyskać swe lekkie ostrza weń zdepozytowane, otrzepując odzienie ze strzępków pajęczyny uparcie się go trzymających. Zerknął też przy tym krótko i współczująco w stronę Lary, której spotkanie z jedwabną siecią było o wiele gorsze, niż jego. Wszak pajęcza plecionka zamortyzowała nieco uderzenie plecami o gruz. Acz nie na tyle, by nie syczał od czasu do czasu przy mdłym bólu promieniującym z niewątpliwie kwitnących wzdłuż kręgosłupa siniakami. Grymas na młodej twarzy można było zatem zrzucić na karb obtłuczeń, lecz i wyrywanie ociekających posoką noży ze stygnącego zewłoka robiło tutaj swoje. Zwłaszcza, gdy Kai chwycił za ostatnie ostrze - to pierwsze, które weszło w jedno z oczu. Nader głęboko, wymagając odeń zaparcia się nogą o chitynowy pancerz. Nóż wyszedł nie tylko z paskudnym mlaskiem, a pociągnął też za sobą gałkę oczną. Co też mocno pogłębiło grymas półelfa, jak i wyrwało z jego gardła przeciągłe “błeee”. Prędkimi szturchnięciami palca pozbył się oka tkwiącego w klindze, wzdrygając pod dreszczem gdy czarne ślepie pacnęło o posadzkę.

                              — A żebyś smażyło się w Piekle i diabły cię brały pospołu — pożegnał trupa. Gdyby nie suchość w gardle, może i też splunąłby w jego stronę.

                              Na krótką chwilę po tym, półelf przysiadł na jednym z zalegających kawałków gruzu, by doprowadzić ostrza do porządku i pozbyć się zeń lśniącej posoki. Popsioczył przy tym w duchu na obecność towarzyszy - gdyby nie oni, mógłby uciec się przy czyszczeniu do prostego zaklęcia, a tak przyszło mu wycierać stal w lnianą koszulę. Z urażonym zmysłem estetycznym i podłużnymi plamami na przyodziewku, otarł jeszcze twarz z potu i pyłu prędkimi ruchami, nim podskoczył ponownie do pionu. Widząc, że doktor Quatermain rusza opatrywać potłuczonych paladynów, postanowił w międzyczasie zerknąć w komnatę, do niedawna okupowaną przez wielkiego kościogryza.

                              W ostatecznym rozrachunku atak bestii, całkiem naturalnie i rzecz oczywista, szło określić tylko i wyłącznie jako wydarzenie negatywne. Nie było jednak zupełnie pozbawione jednego, jasnego punktu. Nie chodziło tu bynajmniej o zacieśnianie więzów wspólnym przelewaniem krwi, a rzecz bardziej prozaiczną. Wściekłe natarcie kościogryza zwyczajnie utorowało ścieżkę dalej, dotąd zablokowaną przez rumowisko, znacznie ułatwiając im przejście. Z czego też Kai zamierzał skorzystać. Przezornie uzbrojony w stosowną dozę dyskrecji.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • PaniczP Online
                                PaniczP Online
                                Panicz
                                napisał ostatnio edytowany przez Panicz
                                #38

                                Randal (Mike)

                                Bronson opatrzony, dźwignął się na nogi i podziękował pani doktor.

                                - Solidna robota, sam bym lepiej nie zrobił - dopiero po wypowiedzeniu tych słów zdał sobie sprawę, że taka opinie z ust kogoś, kto zazwyczaj wywołuje urazy może nie być za dobrze odebrana. Cóż z tego, że szczera i prawdziwa. Może i nie był wirtuozem skalpela za to miał spore doświadczanie praktyczne. Oczywiście znaleźli by się tacy co to zaraz zaczną kręci nosem, że nie sztuka pozszywać delikwenta, jak w każdej chwili można wezwać moc swego patrona na pomoc. I cóż takim rzec? A nic, kij im w oko.

                                Randal podniósł tarczę i ruszył za Kaiem.

                                - Na następny raz każdy ma mieć bakę nafty na wszelki wypadek - nakazał wszystkim.

                                Już miał iść za bardem, ale widząc jak ten się skrada postanowił nie psuć mu szyków i poczekał na znak od niego. Gotów w razie czego ruszyć z odsieczą.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • PaniczP Online
                                  PaniczP Online
                                  Panicz
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #39

                                  Ciężki zewłok pajęczyska leżał do góry odnóżami, wywrócony w przedśmiertnym spazmie. Ciało drgało jeszcze czasem, poszczękując w drgawkach kościstymi chwytakami, ale wygrana była totalna. Eksploratorzy zwyciężyli, wpuszczając życie z zewnątrz do dawno nienawiedzanych przez świat powierzchni korytarzy Ścieżki.

                                  Krew, siniaki, ból i adrenalina. Przed paroma chwilami jeszcze strach, wahanie, wątpliwość, co będzie dalej. Mgnienia grozy w przerwach od niemyślenia, gdy zostaje działanie. Rządząca szczęśliwie agresja, które nie daje dojść do głosu mącocym w głowie pytaniom. A wszystko prawdziwe.

                                  Ale teraz, ledwie oddech czy dwa dalej, jeszcze kościogryz nie skończył swoich podrygów, jeszcze dym z broni i kurz z upadków krążył w powietrzu, nowy impuls rwał ich już naprzód. Ciekawość. Ciekawość, co dalej. Co skryta starożytność za rogiem przyszkuje swoim odkrywcom.

                                  Kai uległ jej pierwszy. Fakt, że jako jedyny z walki wyszedł faktycznie bez szwanku, więc oddechów i kontemplacji życia trzeba było mu mniej niż reszcie, która mocniej zwarła się ze śmiercią (może i Lara nie spojrzała jej głęboko w ślepia i dla niej skończyło się na otarciach, ale już samo skrępowanie i bezsilność w obliczu zagrożenia – nawet chwilowe – wstrząsały człowiekiem). A może po prostu pozostali mieli dość rozsądku, by wstrzymać się chwilę i dojść do siebie, o co zadbała doktor Quatermain.

                                  Medyczka fachowo zadbała o obu pacjentów, sięgając po swoją nieodłączną torbę lekarską. Wyszło na to, że obaj byli zaskakująco twardzi (jak na rycerzy Karzącej Ręki przystało, ma się rozumieć), więc żadnemu nie trafiła się otwarta rana, ani nic w podobie. Posiniaczenia, obtarcia, ogólne poturbowanie, a u Grimleya może nawet jakieś wewnętrzne uszkodzenia, ale kojące maści, opatrunki skaleczeń i parę kropel przeciwbólowego wywaru na bandażach starczyły, by obaj panowie od razu poczuli się dużo lepiej. Może to i samo poczucie bycia zaopiekowanym (tak rzadkie im), a do tego przez niewiastę i osobę fachową w swej opiece sprawiło, że rycerze szybciutko odżyli.

                                  - Co tam widzisz? – szepnął w mrok Randal po dłuższej chwili, ściskając mocniej tarczę, na wypadek, gdyby zamiast Kaia miało na zewnątrz wyskoczyć coś innego.

                                  Bard żachnął się na takie wywołanie, próbując skradać się przez półmrok w skupieniu, wdzięczny (rzadkim przypadkiem) ojcu za elfie geny, które pozwalały lepiej odławiać kształty w ciemności. Muzyk porozglądał się chwilę, polując przede wszystkim na jakiekolwiek oznaki ruchu, ale na marne. Odcięta dotąd rumowiskiem komnata była martwa. Albo taką się zdawała.

                                  - Jest czysto – odpowiedział kompanom zza gruzów. Pewny, że nikt nie patrzy, sobie tylko znanym sposobem odpalił pochodnię, która wygasła po pajęczym staranowaniu bariery. Kompani byli jeszcze po drugiej stronie, więc korzystając z okazji odpalił zaraz parę świec, które przetrwały w wiszących gdzieniegdzie lichtarzach. Światło buchnęło radośnie, powoli rozjaśniając wątpliwości, co do natury miejsca.

                                  W rogu sali, za marmurowym blokiem biurka, na wyciętym równo skalnym siedzeniu siedział dawny opiekun tego obszaru. Szkielet skruszał w dużej mierze i nie utrzymałby formy, ale w miejscu spinała go jeszcze noszona za życia zbroja. Metal uległ zębiskom czasu, choć kiedyś – bez rdzy i oblekającej go pleśni – musiał robić piękne wrażenie. Napierśnik były bity po mistrzowsku, a liściasty, drzewny motyw, który zdobił też sejfową płaskorzeźbę dawał się rozpoznać nawet teraz.

                                  Cóż, zbroja może i twarda, ale bełty, przeszły ponad nią. Kawały metalu (bo strzał nie był jeden) sterczały sponad napierśnika, wbite w oparcie marmurowego siedziska, gdzieś na wysokości, gdzie posadzony kiedyś musiał mieć szyję. Po tych dwóch strzałach z pewnością stracił sporo z niej, bo bełty były potężne, krótkie wprawdzie, ale grube niemal jak harpuny na wieloryba. Facet (to zobaczyła potem już doktor Quatermain, oceniając szybko po resztkach szkieletu) nie zdążył pewnie nawet wstać, więc albo ktoś wtargnął tu kompletnie z zaskoczenia, albo atak był niespodziewany, ze strony kogoś, kto atakować nie powinien. To szło wyczytać tak z postawy trupa, braku broni w pobliżu (a może po prostu zabrali, he?), jak i ogólnego porządku na biurku, gdzie leżały poskładane tubusy i woluminy, a na środku, przyciśnięty odważnikiem dokument, nad którym pracował nieboszczyk. Pech, że dziś kompletnie już nieodczytywalny.

                                  Reszta drużyny powoli wpakowała się do części magazynu, archiwum czy skarbca (czymkolwiek to ostatecznie było), którą tąpnięcie odgrodziło od reszty Ścieżki. Tym razem Randal otwierał szyk, z doktor Larą za sobą i milczącym Grimleyem na końcu. Oświetlona już przez barda komnata była w ogólnych zrębach podobna wcześniejszym, choć nieco mniejsza od tej, gdzie potykali się z insekcio-trupim zagrożeniem.

                                  Za marmurowym stanowiskiem pracy, w granitowej ścianie podobnej tym z poprzednich przestrzeni, czekały podłużne zagłębienia zapchane archiwami. Przytulnie wąskie i skryte, półki lepiły się od pajęczyn i wciśniętych między resztki ksiąg kokonów. Między nimi zalegało kilka bulwiastych narośli, a więcej jeszcze takich samych leżało popękanych na ziemi, sugerując, że kościogryzy przedłużyły gatunek nim przybysze dokonali eksterminacji ich kolonii.

                                  - Jeszcze jeden! – oznajmił z nutą tryumfu Randal, zdeptując miniaturkę ubitych wcześniej pająków, która próbowała czmychnąć spod odwalonej przez niego skrzyni.

                                  Komnata musiała być legowiskiem pajęczej matrony. Zapewne kiedy wybrała leże była jeszcze mniejsza i mogła swobodnie przechodzić przez zwalisko. Szczęśliwie mogła liczyć na swoje potomstwo, bądź partnerów (a zapewne jedno i drugie), bo mniejsze kościogryzy naznosiły jej różnych zdobyczy – od jaszczurek, kretów i szczurów po brakujące fragmenty górników.

                                  Może zaś przylazła w ogóle skądinąd, bo pochodnie odsłoniły za firaną pajęczyn wybite w ścianie jamy. Jamy, szerokie na dorodnego krasnoluda, acz wysokie raczej na niziołka, wyglądały trochę jak skuwane, trochę wyryte, a trochę wydziobane w kamieniu. Były trzy, choć jedna płyciutka na łokieć, wnęka bardziej niż jama.

                                  Ściana po lewej również otwierała się wnękami bibliotecznymi, choć tu zamiast resztek ksiąg zalegały kuferki i sejfiki – pootwierane, na pierwszy rzut oka ogołocone w pośpiechu. Zapewne to ich zawartość, a raczej to z niej co porzucono, leżała między kawałkami rozbitych skał i niezjedzonych ofiar nagromadzonych w tej części pomieszczenia. Kai stawiał kroki ostrożnie, trochę brzydząc się w sandałach dotykać nagromadzonego na ziemi pajęczo-mięsnego syfu, ale oczy z zainteresowaniem śledziły, co ciekawego można by tu wyłowić spomiędzy świństwa.

                                  Pojedyncze monety, poniszczone pergaminy czy skorodowana broń pewnikiem były warte uwagi z racji na sam swój rodowód, jednak musiały poczekać na swoją kolej, bo w oczy rzucił się od razu inny obiekt. Podłużna, zrobiona z kości słoniowej rolka była brudna jak wszystko wokół, ale w formie zachowana bez szwanku. A formę miała piękną – w jednej, szerszej części przypominała spłaszczoną w kształcie miniaturę cedru, który pojawiał się jako motyw już wcześniej. Na końcu zaś zwężała się w ośmiobok, bez zgadywania pasujący do niedalekiego sejfu.

                                  Kai uśmiechnął się i spojrzał za kompanami w głębi komnaty. Lara na razie z uwagą przeglądała resztkę czarno-białej mozaiki na resztkach stropu, a obaj paladyni przewalali skrzynie po prawej stronie, głównie puste, albo załadowane dobrami, z którymi czas obszedł się niełaskawie. Zbutwiałe płótna, zwietrzałe olejki i skorodowana broń zajmowały najwięcej miejsca, zapewne skrywając i coś łatwiej spieniężalnego. Pogrążeni w chwili, zostawili barda sam na sam z kluczem do skarbca.

                                  I półelf mógł z nim zrobić, co mu się podoba.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • PaniczP Online
                                    PaniczP Online
                                    Panicz
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #40

                                    Lara Quatermain (Alex Tyler)

                                    Lara zarzuciła z powrotem na ramię swój dwulufowy arkebuz i żwawym krokiem ruszyła udzielić pomocy medycznej dwóm rannym wojownikom. Choć raptem parę chwil temu zakończyła się walka z niezwykle groźnym zwierzęciem i ledwie wyrwała się z okropnej pajęczynowej pułapki, praktycznie nie dało się tego po niej dostrzec. Strach, niebezpieczeństwo i ryzyko jej nie paraliżowały, ani nie deprymowały, a wręcz odwrotnie – energetyzowały. Młoda dama ze szlachetnego rodu Quatermainów nie była wielbicielką romansów, popołudniowych herbatek i ploteczek, jak większość jej rówieśniczek o podobnym pochodzeniu, tylko śmiercionośnych grobowców, zabójczych pułapek i dzikich ostępów. Naturalne w takich sytuacjach drżenie ciała jawiło jej się jako przyjemne mrowienie, a ocieranie się o śmierć wywoływało kolejne przypływy ekscytacji, nakręcając na podejmowanie jeszcze większego ryzyka. Charakteryzująca się odpowiednią prezencją, czarująca, wrażliwa, układna i wypowiadająca starannie artykułowane słowa o dźwięcznie cyzelowanych głoskach naznaczone wyraźnym akcentem, tak ją widziano w codziennych sytuacjach, co doskonale maskowało fakt, jaka stawała się w obliczu niebezpieczeństwa. Zuchwała, brawurowa i skrajnie zdeterminowana, by pokonać wszelkie przeciwności. W duchu uważała, że spokojne życie niewarte było przeżycia. A nawet z trudem można było je nazwać życiem. Dlatego dopiero w takich miejscach jak Ścieżka Slerotina odżywała, zrywając z konwenansami i uwalniając się od wielu pozorów, które inni wytworzyli na jej temat. To właśnie w pachnących odległymi wiekami podziemiach i przy akompaniamencie dymu wytworzonego z zapłonu i eksplozji czarnego prochu, pośród woni śmierci, brudu, krwi i potu mogła odetchnąć pełną piersią. Do tego właśnie czuła się stworzona. I dlatego właśnie powoli dusiła się pod koniec studiów medycznych i w swojej lecznicy. Zew przeznaczenia był zbyt silny. Wręcz nieodparty.

                                    Na szczęście obaj mężczyźni nie mieli poważniejszych obrażeń, więc medyczce poszło całkiem szybko i obyło się bez konieczności głębszych ingerencji w ich organizmy. Po jej zabiegach byli już prawie jak zdrowi. Następnie blondynka powróciła do analizowania płaskorzeźby, lecz nie rozgryzła sposobu na otworzenie jej bez brakującego elementu, którego notabene nie było w pomieszczeniu, co w krótkim czasie odkryła. Jednak mógł być gdzieś dalej. Dlatego podążyła za resztą do kolejnej komnaty. Na miejscu zbadała architekturę wnętrza i stwierdziła płeć szkieletu, oceniając po czaszce, miednicy i kościach długich. Pozwoliła sobie również odgadnąć okoliczności i przyczynę zgonu jego właściciela. Wnętrze jeszcze do niedawna służące zabitemu pająkowi za leże, pełne było znalezisk interesujących i ponurych. To te pierwsze pochłonęły praktycznie całą uwagę pasjonatki archeologii, gdy reszta drużyny zdawała się zajęta plądrowaniem lub mordowaniem resztek niewyrosłego potomstwa wielkiego ośmionoga.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • PaniczP Online
                                      PaniczP Online
                                      Panicz
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #41

                                      Nie, Kai nie był taki. Co to, to nie. Choć samo posiadanie wygrzebanego spod pajęczyn bloczku z kości słoniowej mogło kusić jego duszę estety, nie wahał się wcale. Machnął na kompanów, celując głównie w uwagę doktor Quatermain, ale nie z poczuciem, że będzie coś przed kimś skrywał, albo dzielił się znaleziskiem tylko z nią. Po prostu wiedział, że jeśli ktoś jest właściwą osobą do oceny dóbr sprzed milenium, to właśnie ona.

                                      Schylił się po kostkę i zebr… Auuuuuuu!

                                      Uwagę wszystkich zdobył już wcześniej, ale teraz kompania przeszła przez sekundowy wstrząs i zaraz biegiem ruszyła do porażonego bólem półelfa. Pierwszy dopadł go Randal, który na odgłos zagrożenia przebił się przez gruz i rozwalone skrzynie jak kometa.

                                      Powalony Kai padł między pajęczyny, roztrącając nagromadzony syf dookoła. Coś zachrzęściło, ruszyło się, mały kościogryz wypadł z kamiennej kryjówki, odruchowo uciekając od narobionego rabanu. Na małych nóżkach niewiele mógł zdziałać. Rycerz dopadł go i bach, rozgniótł podkutym butem, plamiąc skrzynki wokół.

                                      - Ugryzł cię? – rzucił Bronson, z bronią w pogotowiu, wyglądając większego okazu. Lara i Grimley byli już obok, oboje gotowi nieść pomoc lub śmierć – w zależności od potrzeby.

                                      - Nie. – Kai zebrał się z ziemi i otrzepał z niesmakiem, spoglądając na dłoń, którą chwycił za bloczek. – To… Poparzyło mnie?

                                      Dłoń była nietknięta, bez śladu oparzenia, obtarcia, siniaka choćby. Jasne, zdarzało się po oparzeniach, że skóra ledwie czerwieniała na starcie, by potem, po czasie, zachodzić bąblami i paskudzić się. Ale to nie było to. Nie było nawet zaczerwienienia. Ani śladu bólu, który przecież nie gasł zwykle jak płomień świecy, ale zawsze promieniował po nerwach chociaż chwilę.

                                      Co by jednak nie mówić – ból był realny. Kai poczuł, a przynajmniej tak to w swej bogatej wyobraźni odmalował, jakby rękę zżerała mu gorąca lawa. Bard skrzywił się, nie do końca pewny, co się właściwie stało.

                                      Lara obejrzała jego dłoń, umorusaną tylko, a w żaden sposób nienaruszoną zewnętrznie. Niepewna, wyrwała z lekarskiej torby parę grubych kawałków jedwabiu, do tego ubezpieczona rękawicami, które nosiła i schyliła się złap… Aaaach!

                                      Odskoczyła jak – hm, było-nie było – oparzona i potknęła się, o mało nie spadły jej okulary. Ściągnęła szybko rękawiczkę, zerkając na białą dłoń, ale było jak u Kaia. Nic, zero. Ani śladu urazu. Bystro spojrzała zaraz za upuszczonymi skrawkami materiału. Były nietknięte. Żadnej czerni, sadzy, popiołu, strzępu czy naderwania.

                                      A bloczek jak leżał, tak leżał. I nie biło od niego żadne ciepło, zimno, ani nic właściwie, co rejestrowało by zbliżone do niego ludzkie ciało.

                                      Tymczasem u Seweryna

                                      Medyk czuł, że stąpa po cienkim lodzie. Wyratował, a przynajmniej zdawało się, że wyratuje Berta i jego nowatorska, ryzykancka metoda przyniesie skutek. Ale tego było mu mało.

                                      Bolvar miał się już przecież lepiej, aż szkoda było nie skorzystać z okazji. Zebrany z pająka jad wsączał się przez rurkę do gardła nieprzytomnego górnika. Kapu-kap, ściekał wąziutką ścieżką. Cyrulik dozował wielkość dawki, obserwując niespokojny oddech pacjenta.

                                      W pewnym momencie poluzował ścisk na zbierającej jad rurce, dając truciźnie płynąć. Odmierzał sekundy, licząc raz, dwa, trzy i dalej, dalej, tak do dziesięciu. Widząc jak pierś rannego zaczyna falować coraz bardziej niespokojnie zamarł na moment.

                                      Nie wiadomo, ile w tym momencie przeliczył, ile rachunków rozwiązał w głowie, ale nagle stwierdził, że dość. Że dobrze. Że jak na taki eksperyment wystarczy na razie. Odstawił naczynie i odciągnął rurkę, obserwując jak organizm radzi sobie ze szkodliwą substancją.

                                      Tym razem liczył dłużej. Dużo dłużej. Aż zaczął się niecierpliwić!

                                      Ale oddech zelżał w końcu. Uspokoił się. Górnik zaczął oddychać miarowo, swobodnie. Niemal jak w naturalnym, choć pewnie nie błogo-słodkim, śnie. Toteż i Seweryn mógł odetchnąć, lżej i swobodniej, przechodząc do medycznych, rutynowych standardów, którym nie towarzyszyły już takie emocje.

                                      Ukontentowany pełnym sukcesem karkołomnej procedury, zadbał o chorych z pomocą Divraka, dodając scenie uroku wydzierganymi skarpetami w zwierzątka, które trafiły na stopy rannych. Zaopiekowanych właściwie, choć wcześniej rzuconych na poważny hazard, zostawił w spokoju i sam zaczął dochodzenie do siebie.

                                      Wyciągnął wygodnie nogi, wystawiając się do słońca na zrąbanym krzywo pieńku przed namiotem. Popijał ziółka z glinianego kubka i popadł nawet w tym relaksie w błogi uśmiech.

                                      Takim zastał go nadchodzący od baraków Curze, zwany za plecami Kudłaczem. Wysoki, barczysty i ze srogą, poznaczoną bliznami po ospie i nie po ospie gębą, Kurt Curze, drugi we Wrotach po szeryfie, szybko zdobywał uwagę wszystkich. To znaczy zdobywał, kiedy jej żądał. Bo kiedy nie, nagle wszyscy rozbudzali w sobie zainteresowanie światem wokół – a to patrząc wysoko w niebo, a to znów szukając ciekawostek mikrokosmosu pod nogami.

                                      - Hej medyku! – zadudnił Curze. – Zrobiłeś swoje?

                                      Seweryn spojrzał w ciemne, wiecznie przymrużone oczy wojaka i pociągnął łyk ziółek.

                                      - A pewnie, panie Kurt. A zrobiłem. Wyleżeć muszą, wypocząć, ale zdrowi będą.

                                      - Dobra. – Pan Kurt poczuł się jakoś dziwnie, potraktowany jakby bez strachu, ale i bez wyzwania. – To dobrze. Mówili, że dziwak jesteś, że na ręce ci patrzeć, ale widać fach znasz. To dobrze, dobrze.

                                      - Czyny, nie słowa – rzucił krótko Seweryn, czekając czego będą od niego chcieli.

                                      - Taaak… No tak – zamruczał Kudłacz. – Jak zadbani, to chodź zaraz ze mną do pana Saliny. Zdasz raport, coś widział.

                                      - Już dopijam. – Rudy kiwnął grzecznie, ale ziółek wylewać nie chciał. Ani zostawiać aż ostygną. Wtedy to już nie to samo, a szkoda marnować.

                                      Curze zmarszczył czoło, niepewny tego całego Drachenwulfa i nie wiedząc jak czytać jego dziwną manierę.

                                      - Dopijaj i chodź – mruknął. – Pamiętaj, że wszystko masz powiedzieć. Wszystek, tak?

                                      - No tak, tak. – Seweryn osuszył kubeczek i odstawił do rynienki z brudnymi naczyniami przed namiotem.

                                      - Wszystek – podkreślił mocno Curze. – Tak jak pani van Coen obiecała.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • PaniczP Online
                                        PaniczP Online
                                        Panicz
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #42

                                        Randal (Mike)

                                        Oglądając co też medyczka wyczynia Bronson podrapał się po szczęce, chruszcząc dwudniowym zarostem.

                                        - A jakby tak sznur zadzierzgnąć? Wiecie jak z tą mandragorą się robi. Albo jedną deską na drugą wturlać? - rzucił pomysłem, powalając innym ewentualne przejść do czynów, samemu zadowalając się pracą koncepcyjną.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • PaniczP Online
                                          PaniczP Online
                                          Panicz
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #43

                                          Seweryn Drachenwulf (Rewik)

                                          – Czystek, czystek – rzekł Seweryn, wspomnieniem jakimś rozbawiony i wyprostował się po kubeczka odłożeniu. Podsuszył po owych słowach swe przednie siekacze w utrzymującym się mu na licu dziwnie długo uśmiechu, bynajmniej nie wrogim.

                                          Cyrulik już drzewiej nawykł był do oglądania oblicza, jak to Kurta – pooranego bliznami i ponacinanego zmarszczkami wrogości i złości. Były to często oblicza, których nazwanie twarzą byłoby potwarzą dla innych twarzy. Niewykluczone nawet, iż Kurt przypominał mu kogoś, kogo znał. W każdym jednym razie, czy to z sympatii, czy ze strachu (jednakowoż dobrze skrywanego), nie zamierzał się mu sprzeciwiać. Było im po drodze, tak po prawdzie, może więc była to zwykła kalkulacja.

                                          – Ruszajmy tedy. – Seweryn złapał za drewniany kij, co to się ich do usztywnień i unieruchomień bez liku tu zaległo - do oparcia, bowiem opatrzona już w prawdzie raniona noga wciąż trochę mu przeszkadzała.

                                          Kudłacz mruknął coś w odpowiedzi, może realnie, a może po niedźwiedziemu i ruszył. Zerknął przez ramię, czy Seweryn idzie za nim, ale medyk nie miał zamiaru nigdzie zmykać. Szedł spokojnie, marszowym tempem i zaraz trafili pod rezydencję Saliny.

                                          ***

                                          Rodryk czekał przed drzwiami, ale widząc nadchodzących, szerokim gestem zaprosił do środka, wyganiając z hallu krzątających się pomagierów. Rwał się, by dowiedzieć się wszystkiego, więc na przechodzenie do gabinetu nie było czasu. Służba pospiesznie opuściła budynek i Salina zaraz wypalił, zanim jeszcze zdążyli podejść do zestawionych w rogu foteli.

                                          - I co, co tam? I co z górnikami? – Mężczyzna wypalił swoje, kiwając na rudego, by nie tracił czasu. - Co znaleźli? Co tam jest? No mów, mów, złociutki, mów, a już!

                                          Dla odmiany, Seweryn teraz wrażenie onieśmielonego sprawiał. Niegroźnym i nieco nieżyciowym się zdawał. Z lekkim trudem podkuśtykał do fotelu i ostrożnie, nogę prostując usiadł w nim nieco skrępowany. Uśmiechał się tez jakoś nerwowo, obejrzawszy zdawkowo izbę, w której dane było im rozmowę zacząć.

                                          - Je-jesteśmy tu my dwaj jeno? - upewnił się wprzód, nim dalej mówić zaczął, kończąc podziwianie Salinowych bogactw - Miejsce miało zdarzenie, które możecie chcieć, by światła nie ujrzało. - Seweryn spojrzał kaprawymi oczkami, niby z obawą w ślepia starosty - Górnicy pozostawieni tam, za ścianą, pomarli prócz jednego co zbiec zdołał. Jednak i jego toxinum powaliło. Toxinum owe od monstrum Araneus Ammorsus pochodziło - to inszekt pająka przypominającego, wielkości kota, albo psa mniejszego. Może wam znany, bo słyszałem o jego bytności u południowego podnóża Piekielnych Piecy.

                                          - O na bogów! Takie to paskudztwa po tym świecie chodzą? - wtrącił Salina, lecz nie wybił tym Seweryna z kolejki do mówienia, przeciwnie wręcz zachęcał by dalej referował.

                                          Seweryn przytaknął, a że miał referować, tedy referował co wiedział. O istotach tych przedziwnych i ich zwyczajach, o wyglądzie bardziej szczegółowo słów kilka wtrącił, a także o przecudacznej właściwości venenum pająków.

                                          - ...poleciłem naocznym świadkom, by także dla ich własnego dobra o Araneus Ammorsus nie opowiadali. Pomyślałem, że dla pokoju miasteczka, tak lepiej będzie. Jednak prędzej, niźli później wieść ta wśród gawiedzi niechybnie się rozejdzie. - wtrącił przerywając na chwilę opis owego venenum działania.

                                          - Ad rem... nie uśmierca ono w pełni, nie zawsze, czaszem w bezwolnego, niby homunculusa jakiego, jeno z ciała prawdziwego przeobraża. Nieszczęśnika to trafiło Bertem, z tego com się dowiedział zwa-zwanym. Na szczęście trafił pod moją rękę wraz z Bolvarem, którego podczas ratowania jeden Araneus Ammorsus był pokąsał. Pelor Servavit - Seweryn uczynił charakterystyczny gest wyznawców Pelora - uratował ich od zapomnienia, choć szanse ich nikłe były. Teraz spoczywają w moim lazarecie, pozostawając w stanie poprawę obiecującym. Kapliczka na Jego cześć by się zdała, bo czuwa nad naszą mieściną.

                                          Seweryn dopowiedział jeszcze co zapamiętał z pomieszczenia, w którym się znalazł. A że było tego niewiele, Salina nieco się zniecierpliwił.

                                          - Pani Wylla rzecze, że będziesz pan współpracować, macie pomagać w pełni. W pełni, rozumie się? To jest na razie tutaj, dla nas, to nie ma się co bać na razie, ale wiedzieć musimy.

                                          - Mu-musielibyście resztę przepytać, oni tam zostali, może jakie ciekawe przedmioty wynieśli, co je jak mniemam wasi sztrażnicy przejęli. Pomny Waszych słów, by górników ratować w pierwszej kolejności to żem uczynił. Powodu nie mam by nie współpracować. Zależy mi by okolica rozwijała się, a sam z chęcią osiadłbym tutaj i swą lecznicę prowadził. - Cyrulik pochylił się, lekko swą chorą nogę począwszy masować - Tego pani Wylli nie powiadajcie, Panie, lecz bardziej nawet mnie na dobroci Czarnych Wrot i ludzi tutejszych zależy, niźli na interesach spółki jakowyś. Moje powołanie, to nieść ludziom ulgę w cierpieniu. Muszę więc zapytać Waszmości, czy i jakowejś oferty dla Was, znaczy mieszkańców nie mógłbym uczynić? Swoje skromne usługi zaoferować. W zamian za fundusze, na rozwój placówki rzecz jasna. I na kapliczkę. Dla Pelora, co to nas dzisiaj tak obłaskawił...

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy