Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
147 Posty 4 Uczestników 226 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Niedostępny
    SeachS Niedostępny
    Seach
    napisał ostatnio edytowany przez
    #103

    Pióra cicho sunęły po papierze, gdy odwiedź kształtowała się w jego głowie.
    -Khali dawno już nie używał tego imienia w tamtym momencie. Viktor z kolei dostał się do kancelarii Marcellion & Malcador. Szybko się tam piął i po zaledwie dwóch latach stał się starszym wspólnikiem. Jednym z trojga. Zaznaczę tu, że kancelaria choć wciąż elitarna, nie miała już w swoich szeregach pierwotnych założycieli, co dawno udali się w dalszą drogę. W chwili, o której mowa, właścicielami kancelarii byli Modewick volg Zespar oraz Sabrina vell Sarini. No i Viktor Goodmann.

    Viktor spojrzał przez okno, jakby szukając tam szczegółów dawnych wspomnień, a samozadowolony unosił kącik jego ust.

    • Początkowo współpraca pomiędzy tymi osobami przebiegała w pełnej harmonii, jednakże Zespar, z czasem poczuł się zagrożony. Wedle jego mniemania Viktor chciał dokonać przejęcia kancelarii. Faktualnie… miał on rację. Goodmann miał takie ambicje, ale był dopiero na zaawansowanym etapie formułowania planu siedmioletniego. Jeśli Zaspar nie zasięgnął do wróżby to jego przekonianie wynikało z jakiegoś nieporozumienia, bo nie dane mu były żadne przesłanki, mogące wzbudzić takie podejrzenia.

    • Dwuletni konflikt, który nastał z tego powodu, zakończył się poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi dla Sabriny, z których ledwie wyszła oraz przedłużonymi wakacjami w wieży Modewicka. Żadne z nich nie wróciło do zawodu.

    • Jaki był wtedy Viktor? Czuł się królem świata. I jego status majątkowy nagle przekroczył najoptymistyczniejsze oczekiwania. Trochę uderzyło mu to do głowy. Mógł łatwo zrujnować renomowaną kancelarię, która przez dwa wieki rozwiązywała największe sprawy prawne w Cheliax. Jakby jedną dużą sprawę więcej przegrał… było blisko pewnym momencie. Niemniej jednak ta ekstrawagancja, nie baczenie na koszta, postawa oraz bezczelność pomogły mu pokonać ostatni stopień klasizmu, z którym walczył wcześniejsze lata.

    • Sytuacja była bardzo delikatna. Hedonizm i pycha które prezentował łatwo mogły by zaskarbić mu pogardę, ale nie gdy za nimi stała wręcz rażąca w oczy kompetencja. Po kilku miesiącach, gdy już nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to nie jest przypadek, a rzeczywista jego wybitność. Viktor Goodmann dał wreszcie radę zrzucić okowy swojego pochodzenia. Stał się postrzegany jako równy wysoko urodzonym i traktowany jako taki w każdym aspekcie, za wyjątkiem braku formalnego tytułowania. Jednak velga, vella, czy sora zastępowano Mistrzem co na swój sposób, w jego opinii, brzmiało tylko lepiej.

    • Od tego czasu otrzymywał zaproszenia na elitarne gale, bale oraz spotkania, do których nawet przedstawiciele niższej szlachty rzadko bywali dopuszczani. Żadna zawiść nie była bardziej widoczna, jak ta, którą dostrzegł w oczach szlachty, której odmówiono wstępu, gdy on – witany imiennie i tytułowany Mistrzem – prezentował im swoje plecy.

    Viktor skończył opowieść, z jakąś mroczną dumą rozświetlającą jego spojrzenie.

    Kaylie milczała kończąc pracę nad następnym listem. Dopiero, gdy odłożyła już go skończonego odezwała się mówiąc wprost.

    • Ty czerpiesz radość z niszczenia żyć innych, prawda?
      W słowach Arkanistki nie było pochwały, ale nie czuć było też nagany. Ona stwierdzała fakt, jakby sama była emocjonalnie odseparowana od empatii. Jakby chciała tylko wyrobić sobie większą opinię o Khalu.
    • Ciebie raduje zawiść, szczególnie taka pochodząca z wyższej półki społecznej, gdy sam stałeś się w twoim mniemaniu "królem świata". Bardzo okrojonego świata.

    Viktor milczał chwilę, nie przestając pisać.

    • Wyrażenie “czuł się królem świata” należy traktować jako figurę retoryczną i doskonale to rozumiesz. Nie przypisywałem sobie realnej supremacji ani nie uroiłem sobie korony na głowie. Świadomie rozumiałem zakres i granice własnych możliwości i wpływów. Twoja ocena nie jest trafna. Nie czerpałem satysfakcji z aktu krzywdy. Był on narzędziem do celu i to narzędzie kierowane było wobec tych co zasłużyli, w taki czy inny sposób… Choć nie twierdzę, że moje ręce są czyste. Operując przez lata wśród cheliańskich sępów obrosłem ich piórkami i nawet śpiewać zacząłem jak oni.

    Na moment poświęcił myśl osobom, których upadek umożliwił mu osiągnięcie własnej pozycji. Tym, których jedyną "winą" była niepohamowana ambicja, która przywiodła ich na szczeble polityki Cheliax, gdzie nie oczekiwanie ataku zewsząd było niewybaczalnym grzechem.

    • Działania Zaspara doprowadziły Sabrinę do ciężkiego zawału i bez mojej interwencji możliwe, że by nie przeżyła. To jego decyzje i czyny sprowadziły na niego wyrok wieży i utraty licencji. Powodzenie mojego Planu Siedmioletniego pozwoliłoby im obojgu wciąż cieszyć się dostatnim życiem i zdrowiem. Do żadnego z nich nie czułem personalnej antypatii i tylko ambicja postawiła mnie naprzeciwko nim. I oni wiedzieli, że tak może się rozwinąć nasza historia. Nie stanąłem na sali jako świadek przeciw Zasparowi, bo i ja nie miałem mu za złe, że postanowił mnie wygryźć. Nie zostawiłem Sabriny samej z jej nieszczęściem, bo “brak personalnej antypatii” w jej przypadku jest głębokim niedopowiedzeniem…

    • Zaś co do oskarżeń o spijanie łez upokorzenia jako najsłodszego miodu, gdy kazałem podziwiać moje podeszwy tym co wcześniej uważali się za lepszych ode mnie… winny. Culpabilis, culpabilis i po raz czwarty: culpabilis. Każde ich krzywe spojrzenie, każda ich próba szerzenia fałszywych opowieści, każde nienawistne syknięcie było dla mnie jak hymn pochwalny. I jestem pewny, że to rozumiesz. Ty też doświadczyłaś niesprawiedliwej pogardy z racji niewłaściwego urodzenia i niewątpliwie miałaś kiedyś okazję udowodnić swoją wyższość krótkowzrocznemu długouchowi.

    • Nie rozumiesz. - powiedziała wprost - Nikomu niczego nie udowadniałam, bo... wiedziałam, że mają rację. - pewność w głosie arkanistki była wręcz niepokojąca - Ja marzyłam być elfem i ciężko było mi pogodzić się, że nim nie będę. Mogę być wyżej z urodzenia nad większością, lepszym w tym. Ale to mi nie pomagało, bo i tak byłam niżej niż elficcy szlachcice. I jestem. - pokręciła głową przerywając pisanie wpatrzona w litery - I tego nie mogę zmienić.

    Ponowiła pisanie lecz wykonała nieuważny ruch dłonią, jakim zamazała słowo. Warknęła, zmęła kartkę i rzuciła ją na podłogę by zacząć na nowej od początku.

    Viktor zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią, przerywając nawet pisanie. Spojrzał na Kaylie z jakimś smutkiem.

    • Potrzebuję zrozumieć… jak rozumiesz słowo “lepszy”? Co ono dla ciebie oznacza w kontekście urodzenia?

    • Być urodzonym w wyższej klasie społecznej i w lepszej rasie. - powiedziała nie przerywając pisania i nie patrząc gdzie indziej.

    • I w jaki sposób czyni ich to lepszymi?

    • Jesteś z rodziny jakiej członkowie mieli cechy, których ci niżej nie. - powiedziała zimno - Są inteligentniejsi, piękniejsi. Coś czego na ulicach nie uświadczysz.

    • Czyli… “lepszy” oznacza inteligentniejszy i piękniejszy, tak? Coś jeszcze?

    • Posiadający cnych przodków, szlachetną linię. - powiedziała lekko zirytowana tak głupimi pytaniami.

    • Zaszczyć człowieczynę z rynsztoka, której chyba brakuje tej inteligencji… - prosił i nie było słychać w jego głosie mroku, który powoli się zbierał w jego psyche. - Co oznaczają te “cnoty przodków”? Jak rozpoznać tę “szlachetną linię” u dwóch ludzi postawionych nagich obok siebie… tu i teraz?

    • Wygląd, sposób mówienia i noszenia się. Bez znajomości rodowodu... Niższe klasy potrafią przebierać się za wyższe. Udawać. Cnoty przodków to przekazywane z pokolenia na pokolenie wartości i wielkość duszy.

    • I uważasz, że wszyscy… każdy jeden szlachetnie urodzony którego kiedykolwiek spotkałaś był inteligentniejszy, piękniejszy i cnotliwszy niż każdy jeden nisko urodzony którego kiedykolwiek spotkałaś?

    • Jako znaczna większość. Wyjątki są właśnie tym - wyjątkami. Zdarzają się, ale w większości nie istnieją.

    • Myślisz, że jakbym wziął tysiąc dzieci biedoty. I tysiąc potomków szlacheckich… zamienił je miejscami w sposób, że rodzice tego nie postrzegą… to dzieci szlacheckie, pozbawione dobrodziejstw pełnych brzuchów, edukacji czy medycyny wciąż okażą się inteligentniejsze i lepsze niż dzieci biedoty, wychowane ze wszystkimi przywilejami bogactwa?

    • Będą miały do tego predyspozycje... - odpowiedziała czując już niebezpieczeństwo.

    • Ah… zaczęliśmy temat od definitywnego stwierdzenia, nie pozostawiającego miejsca na wątpliwości. Przed chwilą pojawiły się wyjątki, a teraz jesteśmy już przy marnych predyspozycjach? Niech będzie… A co z tymi co się wkupują w szlachectwo? Albo wżeniają? Obydwa te sposoby były na moje wyciągnięcie ręki i kiedyś bym po któryś sięgnął, ale dumny byłem i wciąż jestem z drogi którą przebyłem.

    • Ci, co kupują szlachectwo są pogardzanym stanem, to nie są prawdziwi szlachcice. Mój ojciec się wżenił, pochodził z rodziny jakiś bogatych kupców i raczej nigdy naprawdę nie został zaakceptowany.

    • I czemu twoja matka wolała mężczyznę z plebsu, ponad wszystkich błękitnokrwistych których miała pod ręką?

    • Zakochała się w nim. Wbrew woli rodziny.

    • I zakochała się w nim… czemu? Nie miała lepszych opcji? Przecież sama była lepsza, a on gorszy… Nie mów mi tylko, że był jednym z wyjątków. Wierzę, że stać twoją bystrą główkę na więcej niż tak leniwe nie-argumenty…
      Kaylie zamilkła. Co miała powiedzieć?

    • Ja... Nie wiem...

    • I to jest, Kruszyno, bardzo wartościowa odpowiedź. Temat cię niepokoi, więc zakończę męczenie cię nim. Jednak zachęcam do refleksji nad tą rozmową. Ostatnia szczypta pokarmu dla myśli… błękitna krew w twoich żyłach nie ma dla mnie większego znaczenia niż to, że jesteś brunetką. Czyli żadnego. Chcę ciebie z powodu tego kim TY jesteś. Nie kim jest twoja matka, ani kim byli twoi przodkowie.
      Khal sięgnął po jedną z kanapek i wrócił do pisania listów.

    • A może po prostu kręci cię moje ciało. - odparła dopiero po dłuższym czasie, I'llgdy milcząc przepisywała listy.
      Viktor uśmiechnął się, nieco pobłażliwie i otworzył usta… ale zamknął je nim wydał dźwięk i po chwili dopiero się odezwał.

    • Mam na to dwie odpowiedzi. Ładną i brzydką. Którą chciałbyś usłyszeć?

    • Brzydką.

    • Spałem z, około, dwunastoma setkami kobiet. Tak w przybliżeniu, w luźnych szacunkach, bo ponad dekadę temu przestałem liczyć. Niemal wszystkie były piękne. Jest ci wiadome jak zjawiskowo potrafią rozkwitnąć dziewczęta, gdy ich rodzice dysponują pieniędzmi, wiedzą i czasem by je odpowiednio ukształtować. Miałem najlepsze co Cheliax ma do zaoferowania. Kobiety o urodzie dla której poeci wypowiadali sobie wojny liryczne. Za których spojrzenie ludzie zabijali. Które zdążyły zapomnieć jak brzmi słowo “nie”, bo nikt nie był w stanie odmówić ich oczom. I one również wypadały z rotacji. Twoja uroda jest miła moim oczom i dłoniom, ale jakbyś tylko ją miała do zaoferowania to by się ta historia nie potoczyła tak jak ci się wydaje.
      Zrobił krótka pauzję, dla wyczucia jej nastroju i reakcji.

    • Czy to naprawdę aż tak absurdalna myśl, że mogę widzieć w tobie więcej niż biust i przodków? Nie dostrzegasz, że jesteś znacznie więcej niż tymi dwiema drobnostkami? Przy czym zaznaczyć tutaj pragnę, że te dwa powody, pomimo że wypowiedziane jednym ciągiem, nie są w tej samej kategorii. Twój biust ma dla mnie znaczenie. Twoje pochodzenia żadnego.
      Arkanistka w tym momencie wyglądała na naprawdę boleśnie uderzoną. Wlepiła wzrok w kartkę i dalej pracowała starając się za często nie mrugać. Widział ją jak jedną z mniej ciekawych swoich zdobyczy...

    • Mhm... - mruknęła cicho - To przecież zrozumiałe. Miałeś tak wiele kobiet, piękniejszych, jakie lepiej cię satysfakcjonowały. Głupio byłoby zrezygnować z tego, skoro może być i znowu wielość wyboru. W końcu dla ciebie nie ma żadnego znaczenia pochodzenie. - uparcie unikała spojrzenia Khala.
      Khal westchnął przestawił swoje krzesło i usiadł za Kaylie, obejmując ją ramionami i opierając czoło o tył jej głowy.

    • To co cały czas chcę ci powiedzieć… - mówił powoli, łagodniejszym głosem - …to to, że jesteś ZNACZNIE więcej niż tylko swoim pochodzeniem. Ja ci mówię, że jesteś znacznie więcej niż piękną szlacianką. I to “znacznie więcej” jest tym co czyni ciebie wyjątkową. Wiele jest pięknych kobiet na świecie. Wiele jest szlachcianek. Wiele jest pięknych szlachcianek. Ale jest tylko jedna Kaylie. Rozumiesz co mam na myśli?

    • Ale to dlatego potrzebujesz swojej rotacji. - powiedziała cicho - Nie wystarczę... Czy czegoś nie robię? - nadal siedziała tyłem do Khala.
      Viktor milczał dłuższą chwilę, szukając odpowiedzi.

    • Nie myśl o tym zbyt intensywnie, Kruszyno. To nie o ciebie chodzi. Po prostu, taki już jestem. Nie wiem, czy byłem “taki stworzony” czy coś się we mnie zepsuło po drodze, ale już pół tysiąca kobiet próbowało mnie przekonać do monogamii… kilka razy nawet uwierzyłem im, że może się to udać… ale zawsze kończyło się tak samo. Taki już jestem. Ludzie poukładani i zdrowi na głowę nie zostają arcykapłanami diabłów.
      Kaylie spuściła głowę.

    • Rozumiem. - słowo kobiety było wyprane z emocji. Patrzyła w kartkę zamykając swoje uczucia głęboko w sobie skute ciężkim łańcuchem.
      Milczeli dłuższą chwilę, z ciężarami na sercach, których nie potrafili strącić.

    • Część mnie, Kruszyno… ma nadzieję, że kiedyś spotkasz kogoś lepszego niż ja i kopniesz mnie wtedy w dupę, tak jak na to zasługuję. Do tego czasu postaram się ci wynagrodzić to kim jestem. I to kim być nie potrafię.
      Rozplótł ramiona i wrócił na swoje miejsce. Jeszcze wiele pracy było przed nimi.

    Kaylie przepisywała bez ustanku w ten sposób nie pozwalając myślom się przytłoczyć. Po kilku następnych skończonych listach odłożyła pióro by trochę wygimnastykować dłonie.

    • Planujesz coś jeszcze dziś?

    • Z twoją pomocą skończę w miarę wcześnie, to będę w stanie zabrać się za generowanie funduszy. Z rana zobaczę jak będę się czuł, to może prześpię się dwie godziny. Wyślę listy i z Zoryą pojadę się spotkać. Liczę, że da mi jakieś punkty zaczepienia, bym mógł zacząć jej dzieci szukać. Miała się nad tym zastanowić.
      Zorya... Kobieta poczuła uścisk w żołądku na to imię.

    • Mhm... A jak te fundusze będziesz zbierał?

    • Tworząc kolejny magiczny płaszcz na sprzedaż. Na nie zawsze jest popyt. Szybszej metody nie znajdę bez zagrożenia. A pieniądze co się za wyprawę na alchemika należały… najwyraźniej Filia uznała, że robiliśmy to pro bono. Tym lepiej. Waluta wdzięczności jest często cenniejsza niż samo złoto, ale oddala nas to trochę od świątyni.

    • Gdzie to chcesz sprzedać?

    • Znalazłem pośredników, biorących zaniżoną marżę. Z nich skorzystam.

    • Jakich pośredników? - zapytała podejrzliwie - Czy to ci twoi kumple?

    • No i widzisz? To nie twoja krew ani ciało uczyniły ten wniosek oczywistym, a twoja własna główka - stwierdził z pochwałą - Z tobą nigdy nie załamują mi się ręce, gdy trzeci raz z rzędu muszę zasugerować coś w jeszcze prostszy sposób, gdy preferuję nie mówić czegoś wprost.

    • Mogę z tobą pójść do nich?
      Vitor zmarszczył brwi.

    • To zrezygnowałaś już zupełnie z planów dołączenia do straży?
      Kaylie westchnęła.

    • Mogę zostać tym Łowcą Głów czy innym najemnikiem dla straży... Bo powiedzmy sobie szczerze. Nawet gdybym ich nigdy nie spotkała, a weszła do straży to nie mogłabym unikać powiedzenia, że ty wiesz kim są.

    • Skoro tak uważasz to tylko więcej miałem racji w mojej niechęci opowiadania ci o nich. Jak będę się z nimi widział i będziesz miała czas to cię zabiorę, ale gdy nie łączę tego z budowaniem kontaktów są to krótkie wizyty.

    • ... ty naprawdę nie chcesz bym się poznała z twoimi znajomymi, co? - zapytała, choć już znała odpowiedź.

    • A wnioskujesz to po tym, że z miejsca się zgodziłem cię zabrać? - zapytał Viktor powątpiewająco - To nie tak, że nie chcę ci ich przedstawiać, ale nie wierzę by przypadli ci do gustu. To są głównie krasnoludy i półkrwiści. I są ucieleśnieniem wszelkich stereotypów na temat swojej rasy… a ja wchodząc między wrony zaczynam jak wrona krakać, więc spodziewam się możliwych uszczypliwości z tym związanych. Zapraszałem cię już na obiad z Malmem. Bez zająknięcia powiedziałem, że zabiorę cię do Zmierzchowców. Naprawdę nie rozumiem skąd wnioski, że czegoś tu nie chcę.

    • Bo starasz się mnie zniechęcić za wszelką cenę. - odpowiedziała szczerze - Jakbyś się mnie wstydził przed pokurczami.

    • Dlaczego cały czas starasz się wymyślić najgorszą możliwą interpretację, hmm? Nie ma możliwości abym to ja wstydził się pokurczów przed tobą? Zdążyłaś mi powiedzieć co myślisz o gorszych rasach i gorszym urodzeniu. Mi JUŻ gdzieś tam kiełkuje wrażenie nieadekwatności w twoich oczach. Co jak wejdę między nich i przyjmę typowo krasnoludzkie zachowanie? Wraz z udziałem w konkursie na najdonośniejsze bęknięcie, bądź najsmrodliwszego pierda?

    • To nie możesz zachowywać się jak cywilizowany człowiek? - zmarszczyła brwi - I czy twoja matka to pochwalała?

    • Wciągnięcie mojej matki do dyskusji, w formie taktyki retorycznej uważam za niesmaczne i nie będziemy tego robić - oprotestował tonem pełnym determinacji i pewności - I zostało zauważone, że nie zaprzeczyłaś mojej “nieadekwatności”. Doceniam - krzywy nie-uśmiech i ton jednoznacznie przeczyły jego słowom. - A ofertę wzięcia cię do zmierzchowców uznaj za nieważną. Rozwiały się właśnie moje wątpliwości co do twojego postrzegania tej wesołej zgrai i mojej osoby w jej towarzystwie. Z kolei odpowiadając na twoje pytanie: Nie. Nie mogę się tam zachowywać, tak jakbyś ty to nazwała “jak cywilizowany człowiek”, bo mój plan wymaga by uznali mnie za swego. Nie oddadzą mi przywództwa nad sobą, jeśli będę wyglądał jakbym czuł się od nich lepszy.
      Reakcja Khala wyraźnie zaskoczyła kobietę.

    • Czy ktoś ci już kiedyś mówił, że jesteś histerykiem? Zapytałam o matkę tylko temu by dowiedzieć się czy za dzieciaka ot tak sobie latałeś z pokurczami i nikt ci nie bronił tego. A co do nieadekwatności to nawet nie widziałam potrzeby tego rozwijać. Nie spałabym z tobą, gdybyś był dla mnie nieadekwatny, nie obrażaj mnie!

    • Mam dość tej dyskusji - stwierdził krótko - Masz jakieś plany na jutro? Wykorzystałbym trochę ciebie, jeśli nic czasochłonnego…
      Jaka z niego baba...

    • Do czego? - zapytała wracając do pisania.

    • Na staromostowej jest ten kurier o którym ci wspominałem. Jakbyś mogła zająć się zaniesieniem mu listów i zaznaczeniem, że trzeba będzie je odczytać to oszczędziłoby mi czasu rano.

    • I pospałbyś w końcu jak normalny człowiek, a nie latał po mieście? - zapytała z naganą w głosie.

    • Wątpię. Może dwie godziny się prześpię, ale dla mnie to jak cała noc - wzniósł dłoń w górę, prezentując pierścień i opuścił ją dopiero gdy Kaylie rzuciła w końcu spojrzeniem. - Ale myślę, że jeszcze nie potrzebuję. Dwie pominięte noce to dla mnie chleb powszedni. Choć po pół dnia spędzonym w siodle już wątpię bym dał radę trzecią. Muszę jakieś szybsze metody transportu opracować… ale to nie dziś, nie jutro.

    • Khal, dorośnij wreszcie! - odłożyła pióro i podeszła do mężczyzny stając nad nim ze skrzyżowanymi na piersi rękoma - Nie możesz tak mordować swojego organizmu, jesteś już na to za stary!

    • Yhym… protest został usłyszany i odrzucony. Mam zbyt dużo do zrobienia - odpowiedział i dopiero po skończeniu linijki tekstu podniósł na nią spojrzenie - Kaylie. Mówiłaś, że fascynuje cię ten gnojek co z rynsztoku wybił się na najwyższe cheliańskie salony. Myślisz, że w jaki sposób on to osiągnął? Myślisz, że Piórami tam zostawali ludzie którzy mieli zdrowy cykl; snu i jawy? Nie. Wszyscy spaliśmy nie więcej niż kilka godzin dziennie i wszyscy się czymś wspomagaliśmy. Chwała niebiosom-łamane-przez-piekłom, że ja szybko zacząłem korzystać z dobrodziejstw magii. Jeszcze nawet nim sam ją we własne ręce dostałem. Ten pierścień starczyłby do nabycia małej wioski - zaprezentował znowu prosty, stalowy pierścień, ozdobiony jedynie regularnymi liniami dziweru, gdzie warstwy stali zbite po raz czternasty wreszcie pękały i scalały się, tworząc regularne faliste wzory - Nie doceniasz magii objawionej. Ona potrafi naprawiać wszelkie zniszczenia. Wyleczenie niedoborów snu to kuglarska sztuczka w kontekście możliwości wyleczenia odrąbanej głowy. Gdy to wszystko się skończy… może wtedy będę w stanie przespać całą noc.

    • Skoro magia objawiona jest taka dobra w leczeniu to czemu nie wyleczy twoich traum? - mruknęła - Ja się o ciebie chcę troszczyć, ale ty to sabotujesz. Ciągle masz taką jakąś obsesję, by pokazać jakim silnym facetem jesteś.

    • Ależ wyleczy… - opowiedział nagle płasko - … w dniu gdy wskrzeszę moją matkę. Pach… - pstryknął palcami - … ot tak będę zdrowy i wszystko będzie wreszcie jak zawsze miało być. Wszystko to co ci we mnie zaimponowało, cały upór i zdolności które nabyłem, dzięki którym dotarłem na moje szczyty… nic z tego nie było za darmo. Wszystko opłaciłem brakiem snu, potem i krwią. Jakbym chciał osiadać na laurach zostałbym na Zachodnim Wybrzeżu. Tam rzeczywiście mogłem odpuścić… zadowolić się byciem Siódmym Piórem Cheliax, by przesypiać pełne noce i móc żyć powoli. Nie zrobiłem tego. Porzuciłem wszystko co miałem i rozpocząłem nowy maraton, wierząc, że na jego końcu czeka mnie więcej niż w Cheliax mogłem marzyć. Ale nie mogę się teraz zatrzymać, nie mogę nawet zwolnić, bo inaczej wszystko pójdzie w diabły. Doceniam, że chcesz się o mnie troszczyć. Naprawdę… i dlatego nie frustrują mnie twoje starania… ale nie zawsze mogę pozwolić ci się skusić i to jest właśnie ten moment.

    Kaylie na pewno nie była zadowolona z tej odpowiedzi, a wręcz była smutna z jej powodu. Nie podobało się jej to podejście i zaczęła się obawiać czy postawiła na odpowiednią osobę. Czy w ogóle ten związek rozwinie się w sposób jaki miała ona nadzieję.

    • Ile zakładasz, że to wszystko potrwa?
    • Ten maraton? Nie wiem. Może za dwa miesiące będzie stała już świątynia, nic się po drodze nie skomplikuje, Yasperhyde będzie martwy, a moja matka… żywa… wtedy nie musiałbym już nigdzie pędzić i wreszcie bym odpoczął. A może będzie jak zwykle… i wszystko będzie zakończone, klepnięte i zatwierdzone nie prędzej niż za dekadę, tylko po to aby nagle rozpoczął się zupełnie nowy rozdział, jeszcze bardziej burzliwy niż ten.
      Kaylie spojrzała na swoje dłonie.
    • Czemu więc postanowiłeś teraz spróbować ze związkiem, nie czekając na spokojny czas? I co jeżeli twoja matka powróci? Wtedy pewnie wszystko zsuniesz na dalszy plan.
    • Kaylie…. o co ci rzeczywiście chodzi? - zapytał zmartwiony - Nie wątpisz przecież w sens tego co jest między nami tylko dlatego, że nie chcę marnować czasu i nerwów na sen, prawda? Dziś praktycznie cały dzień spędzamy razem i odnoszę wrażenie, że wcale nie czujesz się zaniedbana. Więc co jest twoim zmartwieniem? Jaki jest rdzeń problemu?
      Kobieta wróciła na krzesło ciągle patrząc na swoje dłonie. Co miała powiedzieć? Nie chciała go antagonizować, a wychodziło, że najwyraźniej był on bardzo drażliwy i delikatny na punkcie niektórych tematów.
    • Chcę po prostu wiedzieć... - zawahała się i rozpoczęła ponownie - Chcę zrozumieć... Czy mamy takie same spojrzenie na przyszłość w związku. Czego ty tak naprawdę chcesz od niego. Jak on może wpłynąć na twoje plany...

    Viktor oparł łokcie na swoich kolanach i jego spojrzenie również powędrowało nisko.

    • Chcę wszystkiego… - odpowiedział po chwili, trochę odlegle. - Próbuję pochwycić za ogony stado srok i żadnej nie puścić. Odzyskać matkę. Być z tobą. Doprowadzić do końca mój Wielki Plan. Zamordować Yasperhyde’a. Prawdopodobnie również Blackfyre’a. Nigdy nie obiecałem ci nic ponadto, że dam z siebie wszystko aby nam się udało… i tej obietnicy zamierzam dotrzymać. Ale możliwe, że kiedy lepiej mnie poznasz, zrozumiesz, że ja nie potrafię być księciem z bajki. Ja nie jestem dobrym człowiekiem. Więc małe są szanse bym był dobrym partnerem. Nie jest absurdalny scenariusz, że najlepszą byłaby opcja, gdy wykorzystasz mnie i czas spędzony ze mną aby trochę się w główce podleczyć… trochę sobie w niej poukładać… i wtedy znajdziesz dla siebie kogoś, kto posiada w sobie więcej niż żal i smolistą drwinę. Nie zrozum mnie źle, nie byłbym szczęśliwy z tego powodu… ale bym zrozumiał.
      Milczała. Czuła jak zimno w gardle jej zabiera głos. Przygryzła wargę i ponownie wzięła pióro w dłoń.
    • Wróćmy do pracy. - powiedziała pustym głosem starającym się skryć chwast, jakim był rozrastający się strach.
      “Stary, naiwny dureń…” myślał gdy się prostował i obracał do stołu “...aż tak bardzo chciałeś by zaprzeczyła?”
      Odsunął od siebie tę myśl. Zbyt dobrze rozumiał powody dla których miałaby go zostawić. Kłócenie się z nimi było jak zaprzeczanie błękitowi nieba. Musiał się z tym pogodzić.
    • Jest jak jest… - szepnął do siebie, najdrobniejszą odrobinę głośniej niż chciał i wrócił do pracy. Mieli jeszcze godziny pracy przed sobą. I właśnie chyba stała się ona nieznośna.

    Kaylie spojrzała na Khala, gdy szept do niej dotarł. Nie rozumiała co miał na myśli...

    • O czym mówisz? - zapytała sądząc, że on coś do niej chciał powiedzieć - Co jest jak jest?

    • Do siebie mamroczę - odpowiedział z grymasem, wciąż pisząc - Swoista mantra de moi-même. Miałem nadzieję, że spędzimy ten czas w lepszej atmosferze… i to NIE jest zarzut do ciebie, a do mnie samego. Nie przejmuj się. Wybacz, że nie jestem lepszy.

    • Jesteś lepszy niż byś myślał. - stwierdziła - Dla mnie najlepszy. Po prostu się boję... Ja naprawdę nie jestem dobra, gdy idzie o związki. Zawsze coś robię nie tak... Temu mnie zostawiali wcześniej czy później. Boję się tego i teraz, że gdy moje chęci będą sprzeczne z twoimi własnymi... Po prostu się ewakuujesz lub nie będziesz chciał bym je zrealizowała, jeżeli staną naprzeciw twoim planom.
      Viktor zbierał przez kilka chwil myśli.

    • Tak długo póki nie będziesz próbowała przekonać mnie do zaniechania poszukiwań matki, albo “pracy” dla Kozła… będzie dobrze. Chyba… martwisz się jakimiś konkretnymi planami, których miałbym nie chcieć byś realizowała?

    • Kiedyś... Chciałabym mieć dziecko, ale nie tylko tyle. Z partnerem, jaki by w tym brał udział. - westchnęła - Nie wiem jeszcze, ale... Jeżeli kiedyś bym spotkała tych co mnie skrzywdzili... - pokręciła głową - Nie umiem powiedzieć. Na pewno bym zrobiła coś, co w żaden sposób nie byłoby za prawem.

    • Z dzieckiem… nie jestem pewny czy jestem w stanie ci pomóc. Nie mam wiary bym był wartością dodaną dla dziecka… i wciąż uważam, że sprowadzanie na ten świat czegoś co nigdy nie musiało zaistnieć jest okrucieństwem. Z drugim jednak odpowiedź jest prostsza. Nie jestem fanatykiem. Odwet… “Oko za oko” jest świętym prawem i nawet Kozioł zadaje się, choćby niechętnie, je akceptować. To co zamierzam zrobić z Yasperhyde’m też technicznie może być wbrew dosłownej literze prawa.

    • A jeżeli to dziecko byłoby już na świecie? By istniało tylko potrzebowało rodziców?

    • Myślisz o przygarnięciu jakiegoś?

    • Chcę wiedzieć co o takiej opcji myślisz.
      Viktor znów dał sobie czas na przemyślenie odpowiedzi.

    • Nihilistyczny problem moralny zostaje w ten sposób rozwiązany. Ale zastanów się chwilę… i szczerze… Byś to dziecko kochała. Czy chciałabyś aby ta niewinna istotka miała ojca takiego jak ja? Jestem kapłanem diabła. Jestem nim bo wierzę, w jego sprawę. Ze wszystkich bogów spoglądających na Golarion on jest najbliższy mojej moralności. Nie zgadzam się z nim we wszystkim, oj nie… ale w zdecydowanej większości… i jako ojciec przekazywał bym dziecku moje wartości moralne. To jest nie tyle konieczne, co nieuniknione, jeśli nie miałbym udawać kogoś kim nie jestem. Czy to cię… nie mierzi w zły sposób?

    • Widzisz się jako ktoś gorszy niż naprawdę jesteś. - pokręciła głową - Miałby też mnie i moje wartości moralne. Czemu zakładasz najgorszą z możliwości? Chcesz być potężnym arcykapłanem. Mieć wpływy na tym terenie, a nie chcesz pozostawić po sobie żadnego spadku? W Piekłach to już nie będziesz ty. To miejsce wypacza i całą istotę zmienia. Naprawdę nie chciałbyś aby ktokolwiek pamiętał Khala Frey?

    • Khala Freya tylko ty widzisz. Dla świata jestem Viktorem Goodmannem. Dla siebie, w znacznej mierze, również. Jeśli się spiszę to Azazel da mi zachować tyle siebie ile jest to możliwe, a przede wszystkim poczucie ciągłości tożsamości. Z mojej perspektywy… to wciąż będę ja. Nie mniej niż wciąż jestem tym samym człowiekiem, co spał w komórce pod schodami w bibliotece Isger. Pozostawienie spadkobiercy po mnie… nie będę kłamał, porusza jakąś niedookreśloną strunę. Jednak jej brzmienie przytłacza ryzyko, że będę tak złym ojcem jak się boję i miałby on dla mnie tylko żal… albo gorzej: stałby się drugim mną.

    • Ja nie wiem czy chciałabym zachować cokolwiek po drugiej stronie ze swojej osoby. - powiedziała wprost - Czy nie wolałabym zostawić wszystkiego w tym miejscu, całego bólu i traumy. Stać się kimś innym. - patrzyła poważnie - Pamiętaną tylko przez tych co zostaną w życiu.

    • Ja chcę mieć w piekle pałac z różowego marmuru. Każdego wieku być kimś więcej i więcej niż poprzedniego. Zatańczyć na grobach wszystkich moich wrogów, po tym jak zerżnę im żony i córki. Zakończyć moje istnienie dopiero kiedy sam podejmę tę decyzję. Na przekór światu, co próbował mnie zgnieść.

    • Więc mamy inne cele. - stwierdziła smutno - Ty patrzysz na życie po śmierci. Ja tylko na doczesne. - westchnęła - Mówiąc szczerze nie mam za dużego przywiązania do wszystkiego co by ten diabeł chciał. Mam za to dość dużo złości skierowanej w jego stronę. - powiedziała szczerze i zaraz zaniemówiła na jeden oddech - Czyli... Ty masz zamiar zerżnąć Filię?!
      Khal zamrugał kilkukrotnie oczami analizując co właśnie usłyszał.

    • Aaaaa…. pytasz bo powiedziałem, że… - pokręcił głową, chichocząc nisko - Nie. To była figura liryczna. Zbyt wiele komplikacji mogłoby się z tego zrodzić… i wygląda na zadowoloną ze swojego związku z Davelem. Nie chcę tego psuć.

    • Davionem. - poprawiła - A co w związku zresztą mojej wypowiedzi?

    • Mamy różne cele, to fakt, ale nie wykluczające się. Nie dostrzegam tu problemu.

    • Naprawdę? Nie widzisz czemu bym chciała pozostawić kogoś po sobie? - westchnęła z irytacją - I czy nie widzisz jako kapłan problemu z moim brakiem chęci działania dla tego rogatego skurwiela?

    • Nie jestem fanatykiem - wzruszył ramionami - I rozumiem skąd twoje uczucia. Jakąkolwiek problematykę bym dostrzegł dopiero jakbyś zaczęła mi aktywnie przeszkadzać w wykonywaniu jego woli. I rozumiem również czemu chcesz dziecko… To ja jestem w mniejszości i, oczywiście, uważam, że moja filozofia jest słuszna, inaczej bym jej nie miał jako swojej, ale nie mam zamiaru próbować wymusić jej na kimkolwiek, ani nawet sugerować.

    • Mogę przeszkadzać pasywnie, po prostu nie pomagając i nie przyspieszając procesu moją pomocą. Nie umiem po prostu znaleźć żadnej motywacji w mojej sytuacji.

    Viktor westchnął i spojrzał na nią.

    • Twoja sytuacja nie jest łatwa, wiem. I kiedyś mu w końcu wwałkuję do rogatego czerepu, że miękkie metody wpływu są znacznie skuteczniejsze i tworzą popleczników bardziej takich jak ja, niż takich jak ty. Troszczysz się o mnie i ja też chcę się troszczyć o ciebie… będę z tobą aby pomóc ci to przejść… może zamiast wykonywać jego rozkazy, wolałabyś mi pomagać? Może wydawać się, że to semantyka… ale to jest zupełnie co innego.
    • O czym mówisz? - zapytała z niepewnością.
    • Możesz pracować na rzecz jego wiary myśląc o sobie jako jego podległej. I będziesz nienawidziła każdego jednego momentu tego procesu. Całkowicie słusznie i zrozumiale. Proponuję ci tu alternatywę… chrzań go. Nie myśl o nim. Nie kontaktuj się z nim jeśli nie trzeba. Zapomnij o jego istnieniu tak bardzo jak się da. I pracuj dla jego wiary, ale dlatego, że chcesz pomóc mi. Potraktuj to jako poświęcenie dla mnie. Nie dla niego. A kiedy wszystko będzie skończone – dzięki tobie znacznie szybciej, dodać trzeba – będę miał czas zasypiać i budzić się przy tobie.

    Kaylie przetarła powieki.

    • Myślałam... by zakręcić się wokół szlachcianek w bibliotece... Choć sama już nie wiem. Chciałabym móc nawiązać kontakt z tym Fernem, On na pewno ma dostęp do lepszych ksiąg z magiczną wiedzą, a to także otworzyłoby też dodatkowe drzwi. - powiedziała niezbyt pewna swoich słów.
    • Fern to ciężki orzech do zgryzienia. Mam wrażenie, że to paranoik. To nie rzadkie u dywinatorów, ale kontakty z lokalną szlachtą zawsze są cenne. Więc jeśli czujesz się w tym dobrze to zachęcam. Nawet bez odgórnego celu rekrutacji, czy nawracania. Same kontakty są wartościowe.
      Kaylie pokiwała głową zgadzając się.
    • Raczej nie będę miała problemów. I ostatnia rozmowa w bibliotece o romansach podobała mi się. - przyznała się - Może przez te babki nawiążę kontakt z Fernem. Wiem, że bywa w karczmie, Ale wolałabym to raczej bardziej oficjalnie ogarnąć, nawet jeżeli będzie "przypadkiem".
    • Jak się pojawi otwarcie to ci w tym pomogę… rozmowa o romansach w bibliotece, mówisz? Ma związek z tytułami na twoim stoliku? - zapytał weselej, znając odpowiedź, ale zadziornie ciągnąć ją za jezyk.

    0- Ostatnio wymieniałyśmy się swoimi gustami literackimi. - powiedziała dumnie i bez wstydu - I rozmawiałyśmy o pikantniejszych kawałkach.

    • Oho… robi się ciekawie. Jakiś konkretny podtyp? - zapytał z zainteresowaniem.
    • Rozmawiałyśmy o książkach opisujących zakazane romanse, o gorących kochankach... Ale nie o tych bardzo gorszących, choć opisanych tak dobrze, że aż serca pobudzały. - Kaylie uśmiechnęła się do swoich myśli - O słowach tak zniewalających, że silniejszych niż jakikolwiek łańcuch, jakie i cnotliwą dziewoję z tej cnoty obrabują. - westchnęła lekko na wspomnienia.
    • Uuu… to mówisz, że na kobiety działają takie słowa? - zapytał serdecznie, choć odrobinę drwiąco, w sposób który sprawiał, że nie brzmiało to wcale jak pytanie, ale deklaracja głębokiego rozumienia tematu. Zachichotał nisko pod nosem. - To z tych dzieł przyszedł ci wtedy pomysł chodzenia nago pod iluzją?
      Na te słowa Kaylie spłonęła ostrym rumieńcem i zakryła twarz w dłoniach.
    • Ja tylko chciałam byś był bardzo zadowolony! - jęknęła - Mężczyzn ruszają takie rzeczy i chcą by ich kobieta była zdana na ich siłę i łaskę.
    • Hmmm… skoro tak mówisz… - odpowiedział z powątpiewaniem i chichotem w głosie.
      Miałby coś do powiedzenia o tym jak kobiety są ruszane przez takie rzeczy, ale trochę zbyt świeżo w pamięci miał przedpołudnie.
      Sięgnął po kanapkę.
    • Rzecz jasna łap jedną jakbyś miała ochotę.

    Kaylie wzięła jedną z kanapek i zaczęła ją przegryzać.

    • Miałam wystarczająco do czynienia z różnymi mężczyznami. - powiedziała między kęsami - Dominacja to było coś co większość bardzo chętnie przyjmowała. Tak bardzo sprawiało im to przyjemność. - mówiła bardzo spokojnie, jakby w ogóle jej nie ruszało to wszystko - Niektórzy uwielbiali trzymać władzę i patrzeć jak korzysz się przed nimi. Zupełnie jakby samo to poczucie sprawiało im większe spełnienie niż sam stosunek.
    • Yhhhym… - przytakujące mruknięcie przez chwile zdawało się mieć być jedyną odpowiedzią - A jak ty się wtedy czułaś?
      Arkanistka początkowo wydawała się zdziwiona pytaniem. Nie do końca nie mogła zrozumieć w pierwszym momencie.
    • Ja? - zapytała niepewnie - Ja... - pokręciła głową - Robiłam co chcieli, jak aktorka w przedstawieniu. Oni byli zadowoleni, Nyer był. - uśmiechnęła się na siłę - Robiłam co miałam.
      Ta odpowiedź nie była tak naprawdę odpowiedzią na pytanie Khala.
    • Nie pytam co robiłaś. Nie pytam czy im się podobało. Pytam jak TY się z tym czułaś?
      Pytał łagodnym tonem, jakby od niechcenia, przerywając pisanie aby rozluźnić dłoń.
    • Tak jak ty się czułeś wykonując dobrze swoją pracę, gdy zadowoliłeś swojego klienta i wygrałeś jego sprawę. - ponownie odpowiedziała okrężnie - Dostawałeś zapłatę przecież.
    • Byłaś z siebie dumna i choć wiedziałaś, że potrzebujesz tych kilku dni wakacji, to nie mogłaś się już doczekać następnego razu?

    Kaylie milczała przeżuwając kanapkę.

    • Cieszyłam się z tego co otrzymam. Że wykonałam dobrze polecenia Nyera. Że mnie nagrodzi...
    • Jest wiele kobiet – i mężczyzn również, należałoby zaznaczyć – którzy czerpią wielką przyjemność z oddania zaufanej osobie władzy nad sobą. Pośród nich jest pewna część która uwielbia również być w trakcie… upodlona. Nie chodzi im o nagrody, ani nic co miałoby być potem, ale o sam proces. Ty wcale nie brzmisz jakbyś do nich należała, dobrze myślę?
    • Jeżeli by to miało ci dać radość to mogłabym należeć. - powiedziała to jakby chcąc pokazać, że może spełnić jego życzenia jeżeli takie by miał.
    • Kiedyś uganiałem się za margrabiną, jeszcze w czasach nim dopracowałem moje techniki. Nie pamiętam już jej imienia. Bawiło ją to, ale uwielbiała ten proces nie mniej niż ja. Pod koniec zgodziła się ze mną przespać… “no bo co jej szkodzi?”. Z miejsca straciłem zainteresowanie. Ostatecznie przespaliśmy się ze sobą, ale to było trzy lata później i wtedy to ona za mną latała. Entuzjazm i ekscytacja są dla mnie kluczowe. Zawsze były. Te razy gdy partnerka była w klimacie – tak to w moich kręgach nazywaliśmy – stawały się one drastycznie istotniejsze. Jeżeli kiedyś TY byś chciała… dla samej siebie i swojej własnej przyjemności, a nie dla mnie… to będę potrzebował trochę więcej niż “mogłabym”. Ale ja w żadnym razie nie naciskam. Byłem po obu stronach pejczyka w życiu i jeśli już to wolę go trzymać, ale nie zależy mi aby w ogóle on był obecny… pejczyk jest tu, oczywiście, figurą liryczną. Mówię o całym klimacie.
      Przez następną minutę kobieta bardzo powoli żuła kawalątek kanapki. Widać było, że musi zbierać myśli lub zastanawiać się jakiego uniku użyć. Wykorzystała ten czas jak najdłużej potrafiła, aby jeszcze nie wyglądało to niemożliwie, jakby ciągle chciała gryźć zmiażdżoną dawno kanapkę.
    • Z nimi... - odezwała się przełknąwszy jedzenie - Nie każdy był taki... Potrafiłam czasem poczuć się... Dobrze... Bo niektórzy z nich byli po prostu delikatni... - przyznała z jakimś strachem - Zazwyczaj po prostu nie czułam żadnych emocji. To było... Jak praca. - spuściła wzrok.
      Viktor wyciągnął rękę i chwycił ją za dłoń.
    • Może umówimy się, że to nigdy nie będzie już praca dla żadnego z nas, co?

    Kaylie powoli pokiwała głową i przysunęła rękę Khala do swojego policzka by chwilę się w nią powtulać.

    • Musimy to skończyć pisać, co? - zapytała jakby mając nadzieję, że jednak nie będzie trzeba.
    • Niestety tak… aczkolwiek… tsk tsk tsk… z twoją pomocą wyrobiliśmy zapas… więc jakąś przerwę dałoby się wcisnąć w grafik…
    • A masz coś na myśli? - zapytała odkładając pióro.
    • Są pewne opcje…
      Kaylie uśmiechnęła się na te słowa.
    • Chodź ze mną do łóżka. Poprzytulamy się i poodpoczywamy.

    I naprawdę tylko o tym myślała...

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach
      napisał ostatnio edytowany przez
      #104

      Godzinę później Khal i Kaylie leżeli na jej łóżku całkowicie ubrani, a kobieta wtulała się w tors mężczyzny. najwyraźniej ten moment sprawiał jej wielką przyjemność, choć absolutnie nie była ona seksualna. Samo poczucie bliskości i bezpieczeństwo jakie z niego wynikało było dla niej ważną sprawą.

      • Musimy wrócić do pracy, prawda? - szepnęła wyraźnie rozstanielona sytuacją.
      • Przynajmniej ja muszę - ni to zaprzeczył, ni potwierdził… choć po prawdzie… on też nie chciał wstawać. Z drugiej strony dotarło do niego, że robi się bardziej i bardziej śpiący. - Ty leż, Kruszyno, jeśli chcesz. Dam sobie radę - zachęcił, samemu siadając na łóżku.
      • Możesz mnie tą swoją cudowną magią rozbudzić? - zapytała unosząc się na rękach - Nie chcę tego ćpać jak ty, ale chociaż tyle. I chciałam się też z tobą skonsultować co do mojego planu. Jak ogarnąć tego maga. - zapytała głaszcząc szczękę Khala.
        Viktor zamknął dłoń Kaylie w swoich własnych i wymruczał krótką inkantację, zbyt cichą by mogła go usłyszeć. Poczuła rozlewającą się po jej ciele powoli kroczącą falę orzeźwienia, przepędzającego senność.
      • Masz już jakiś plan?
      • Ja raczej tworzę plany podczas ich egzekucji. Gdy nie masz pomysłu to przecież nic cię nie zaskoczy. - uśmiechnęła się - nie wiem czy w bibliotece dostanę odpowiednie możliwości dobrania się do tego mężczyzny, ale na pewno powinnam zebrać trochę informacji. Jeżeli na niego jednak wpadnę to mam zamiar po prostu zainteresować się jego magiczną umiejętnością i opcjami jakie by przede mną otwierała znajomość z nim. Wiesz, jak to dwóch używających magii wtajemniczeń by rozmawiało. Chcę się po prostu dowiedzieć od ciebie czy ty masz jakieś pomysły. Szczerze, nigdy nie byłam dobra w relacjach społecznych, w ich zawiązywaniu na dłuższe chwile. Jestem szlachcianką i znam się na etykiecie, ale nie dotarłam do wieku, gdy szlachcice zaczynają knuć na salonach.
      • A ja jestem bardzo dobry w relacjach społecznych i na razie nie udało mi się do niego dotrzeć. Ale to nihil jeszcze nie oznacza… to nie tak, że ktokolwiek może być uniwersalnie lubiany. Jak na razie wiemy, że regularnie bywa we Dworze. Wie, że Otto nie jest śmiertelnikiem i próbuje go rozszyfrować. Na razie bez efektów. Wtedy możesz mieć do niego podejście. Mówiłem ci już, że oskarżałbym go o przynajmniej delikatną paranoję i to w zupełnie innym wykonaniu niż moja, więc to będzie utrudniało… powiedz mi… jaki jest twój cel w zaznajomieniu się z nim? Chcesz mieć towarzysza do rozmów o arkanach, na poziomie którego ja, pomimo mojej głębokiej wiedzy o w zasadzie wszystkim, zapewnić nie potrafię? Chcesz go zwerbować z czasem do religii? Czy chciałabyś dostępu do jego biblioteki dla dalszego studium własnego?
      • Pierwsze i trzecie, a do tego przez taką znajomość zrobić sobie dostęp na salony i do barona, zaznajomić się z wyższą klasą. - wyjaśniła.
      • Hmmm… Zasadniczo to bym sugerował podejście “opus est auxilio”... potrzeba pomocy. To jest metoda którą ciebie “podszedłem” w Brodach Nivakty. Przychodzisz z problemem, lecz zadajesz pytanie w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że rozumiesz temat i podjęłaś już próby rozwiązania go. Próbujesz zainteresować współrozmówcę, aby sprowokować dalsze interakcje. Dobrze jest wyciągnąć od niego jakąś małą przysługę. Nie ważne jaką. Ludzie naturalnie cieplej myślą o tych którym kiedyś w czymś pomogli. To daje otwarcie. Tylko sugerowałbym… nie rób tego swojego numeru z recytowaniem strony i akapitu księgi. To wygląda… nienaturalnie. Jakbyś jakąś sztuczkę stosowała, albo co gorsza… chciała się przechwalać. Na przykład ja… Trzecie Pióro Cheliax, mógłbym co najwyżej powiedzieć, że w Codex Iuris Civilis Cheliax cum Commentariis Praefecti lorda legatusa Auctoritasa – praktycznie świętej księdze w moich kręgach – znam na pamięć strony rozdziałów… i mówię tu o pamięci mięśniowej, więc nie wyrecytuję ich i zadziała tylko w przypadku konkretnie mojego egzemplarza. Na przechwałki jest czas i miejsce, ale one nie są gdy chce się dopiero zbudować wartościową znajomość… i nie ma znaczenia, że nie miałaś zamiaru się przechwalać. Tak to MOŻE być odebrane. Co innego gdybyś chciała kogoś przytłoczyć i zmusić aby ci ustąpił, wtedy to jest potężna broń. To mi się zdarzało robić, choć musiałem specjalnie wyryć strony w pamięci.
      • To nie są przechwałki! - odparła urażonym tonem - Magowie robią takie rzeczy ciągle! Co jest złego w pokazaniu, że z tobą w ogóle warto rozmawiać?
      • Ja tak nie potrafię. Czy postrzegasz mnie jako niewartego rozmowy? - zapytał zadziornie.
      • Rozmowy o arkanach magii wtajemniczeń? Tak. - wypowiedziała to zupełnie naturalnym tonem jakby wierzyła we wszystko - Magowie czasami potrafią mnie nie widzieć jako kogoś im równego. Słyszałam już, że tacy jak ja po prostu próbują oszukać i nie umiejąc Sztuki wykorzystują jakieś sztuczki, aby nadużyć mocy. Łatwiej ich przekonać jak im od razu pokażesz swoje wykształcenie. Nie będą cię widzieć jako oszusta wyrywającego ze Splotu bez zrozumienia co w ogóle robi.
        Viktor zmrużył brwi, nie do końca zadowolony.
      • Dziewczę drogie… studiowałem różnice między atrybutami manicznymi koniunkcji a zmiennymi pętlami sigilarnymi zanim ojciec twojego ogrodnika zdążył nauczyć go trzymać ręce przy sobie. Znam teorię metamagicznych rekursji ścieżek nekrotycznych. Nie wrzucaj mnie do jednego wora z nieukami dla których rezonanse alchemiczne kończą się na podgrzewaniu żelaza. Jeszcze dziś w nocy będę stosował metody dekompozycji trójfazowych pieczęci etherium przy dwukanałowej krystalizacji węzłów, aby wesprzeć moją własną magię w czasie kolejnego tworzenia. Z miejsca wyrecytuję ci gradienty abjuracyjne według szkoły westaryjskiej, albo cheliańskiej. Rozumiem schizmy arkan prescencyjnych i pływy elementarne evokacji. Nawet wgłębiłem się, choć nie do dna, w thassilonańskie runy, nazywane “szkołą grzechu”. Postaw mnie w pokoju z setką magów Golarionu, będę wiedział o arkanach więcej niż dziewięćdziesięciu z nich. A magia arkanistyczna to tylko mój projekt poboczny… Jeden z bardzo wielu. Jedyny raz gdy miałaś okazję zobaczyć moją wiedzę z tej dziedziny był trzy lata temu, gdy z tamtym małym problemikiem do ciebie przyszedłem... podpowiedź: znałem jego rozwiązanie. Był dla mnie tylko pretekstem by rozmowę z tobą zacząć. Mówisz, że inni magowie czasem ciebie nie doceniają? Oh… jestem taki ciekaw jakie to uczucie.
      • Twoja ironia nie pasuje. - parsknęła - Znasz teorię, ale z tej magii nie umiesz korzystać. Używasz pożyczonej siły magicznej jako kapłan, to co innego. A jeżeli chcesz być podbudowany to ja nigdy nie byłam zainteresowana w tworzeniu magicznych świecuszek jakie można na targu kupić, więc w tym masz wiedzę jakiej ja nie mam. - tym razem to ona powiedziała urażonym ironicznym tonem.
      • Dziewczę drogie… Może nie prześcigajmy się lepiej kto wie więcej, a kto mniej. Niepraktyczność mojej wiedzy arkanistycznej – nawet JAKBY była faktualna – nie jest powiązana z tematem. Zarzutem była moja niezdolność prowadzenia rozmowy o arkanach magicznych… z kolei jeśli sądzisz, że bycie poniżej twojego poziomu odbiera mi prawo brania udziału w dyskusji… to wnioski ci się nie spodobają.
      • O jakich wnioskach mówisz? - zapytała z obawą.
      • Ughh… Kaylie. Gdy chcesz traktować ludzi w jakiś sposób rozważ czy chciałabyś być tak traktowana na ich miejscu. Ponieważ nie dościgam ciebie w dziedzinie arkany upierasz się, że nie jestem dla ciebie partnerem do rozmowy o magii. Popraw mnie jeśli się mylę… Hmmm? Co będzie jeśli Fern uzna, że TY nie dościgasz GO w tej wiedzy? Byś się czuła uczciwie potraktowana gdyby nie uznał ciebie za równą pierwszemu z brzegu nieukowi? Z całym twoim wysiłkiem i pracą w to włożoną? One zasługują by machnąć na nie ręką, tylko dlatego, że znalazłaś się w pomieszczeniu z kimś o trochę większej wiedzy? Pokarm dla myśli: pracownicy w kancelarii słyszeli ode mnie coś takiego tylko jeśli zaleźli mi za skórę i to w momencie kiedy przerywałem naszą współpracę.
        Arkanistka spuściła głowę wyraźnie niepocieszona ze słów prawnika.
      • Za często mnie tak traktowano, więc nie czuję powodu aby teraz nie móc tak samej traktować innych. - burknęła - A czy ci wyrzuceni przez ciebie byli już przez siebie użyci wystarczająco często, że się znudzili?
      • Czy JA ciebie tak traktowałem? - zapytał przechylając głowę w bok, z niepokojącym spojrzeniem.
      • Nie... - przyznała cicho.
      • A wiesz czemu tak ciebie nie potraktowałem, gdy moja magia pozwoliła nam znaleźć Ahaira, te pół tuzina innych razy, które by się znalazło i czemu nigdy ciebie tak nie potraktuję?
        Kaylie pokręciła głową.
      • Po pierwsze jest to krzywe zachowanie. Spójrz na mnie. Przeszliśmy od tulenia się i śmiania do tego - dłonią zaprezentował swoją sfrustrowaną twarz i ciężkie spojrzenie - Cały mój wysiłek i pracę, z których jestem dumny, wdeptałaś w ziemię tym jednym zdaniem… Dałem ci szansę się wycofać. Tak, że oboje byśmy zachowali twarz, ale poszłaś w zaparte i drwinę. Zmusiłaś mnie do podjęcia decyzji: albo przyznam ci rację – choćby przez nie zaprzeczenie – albo wejdę z tobą w konflikt. Warto było?
        Niby-pytanie, wcale nie było to pytaniem, a obserwacją i kontynuował nie czekając na odpowiedź.
      • Po drugie, co ważniejsze… to byłoby nierozsądne. To byłoby marnotrawienie potencjału. Roztrwonienie prawdopodobnego atutu. Gdy temat zejdzie na struktury geologiczne i warstwowanie skał w regionach sejsmicznych, by wyekstrapolować prawdopodobne zejście do zapadniętego grobowca… gdy będę musiał rozwikłać zagadkę nie-migracyjnej krystalizacji ciała pochłoniętego przez splugawionego nekromantycznie mykonida… gdy potrzebować będę rozszyfrować interakcje cieku parowego, wydostającego się z terenów granicznych planów wody i ognia… będę chciał wykorzystać każdą najmniejszą drobinkę twojej wiedzy. Nawet jeśli będzie mniejsza od mojej. Tak samo jak analizy tematu z adwokatami, co posiadali ułamek mojej wiedzy o prawie, wciąż były cenne. Choćby dlatego, że stymulowali moje własne myślenie, ale okazjonalnie mieli dobre pomysły. I zaważyć tu trzeba, że przepaść między mną a nimi prawdopodobnie jest drastycznie większa niż różnica między nami dwojgiem.
      • Kruszyno… - kontynuował po wdechu, już łagodniej - Wydaje mi się, że rozumiem co tu się stało. Byłaś tak traktowana przez innych i to ciebie bodło. Wciąż gdzieś tam ci doskwiera. To nie jest uczciwe potraktowanie. Gdzieś tam w główce zauważyłaś “Schemat” tylko tym razem byłaś z innej jego strony. Postanowiłaś, w ramach jakiegoś meta-odwetu, zagrać zgodnie z nim. Tylko zapomniałaś, że ja nigdy nie brałem udziału w “Schemacie” i nie zasługuję na forsowne umieszczenie w nim. Mam tu choć trochę racji?
        Kobieta wyraźnie skuliła głowę i odwróciła wzrok na bok. Było jej głupio tylko ciężko byłoby jej to przyznać. Zaciskała zęby i dłonie próbując wymyślić sposób odwetu werbalnego. Straszliwie ją drażniło, że Khal umiał gadać i gadać ciągle wyciągając z rękawa jakieś sposoby na wygranie dyskusji.
      • Nienawidzę cię za to. - burknęła - Chcesz zawsze pokazać, że twoje jest na wierzchu jak na sali sądowej. Nienawidzę tego. Kiedy ja wchodzę w jakąś dyskusję to zawsze są w niej tylko dwie opcje: albo wygrasz albo przegrasz. To całe "wychodzenie z twarzą" jest tylko ucieczką tchórza. - ciągle nie patrzyła w stronę Khala - Przepraszam. Nie było moim zamiarem zranienie ciebie. Po prostu... - zamilkła, jako że nie wiedziała sama co powiedzieć.
        Viktor położył dłoń na jej kolanie i zacisnął czule… po czym zadziornie szturchnął jej ramię barkiem.
      • You… are… - niska melodia wydostała się z jego ust i z początku powolna szybko nabierała tempa i “pazura”.
        ...looser, baby.
        A loser, goddamn baby
        You're a fucked-up little whiny bitch
        You're a loser just like me

      You're a screw-loose boozer and only one-star reviews-er
      You're a power bottom at rock bottom
      But you got company.

      Viktor uśmiechał się do Kaylie niemal przez cały czas, gdy ona mrugała na niego nierozumiejącymi oczami. Nie był pewny jak mu wyjdzie, ale z gardła wydobył czyste i klarowne nuty, w większości trafiające prosto w zamierzone dźwięki a rytm i tempo utrzymał po prostu jak należało. Był zadowolony z siebie i z niezrozumienia w szeroko otworzonych oczach Kaylie, którą piosenka zdała się skutecznie poderwać z dołka, więc rozochocony nabrał tylko tempa i mocy.

      We're both losers, baby, we're losers
      It's okay to be a coked-up dick-sucking hoe.
      Baby, that's fine by me
      I'm a loser, honey
      A schmoozer and a dummy
      But at least I know I'm not alone you're a loser just like me

      Viktor otworzył oczy i już nie gibał się już w rytmie piosenki, ale uśmiech miał tylko jeszcze poszerzony gdy spojrzał na Kaylie.

      • Mam jeszcze kilka zwrotek, jeśli wciąż się dąsasz! - “zagroził” jej ale choćby się starać nie dałoby się wziąć tego poważnie, gdy przed chwilą śpiewał z pełnym wczuciem się, z mimiką i gestykulacją, a nawet poddrygiwał jakby taniec próbował się wyrwać mu z ciała.

      Kaylie uśmiechnęła się z rozbawieniem i wtuliła się w policzek Khala zarzucając mu ramiona na szyję.

      • Często tak się w Cheliax wydurniałeś i stąd zostałeś umieszczony na przedzie Pierzastego rankingu?
      • Ehm… faktualne jest, że tytuł Któregoś-tam Pióra ma w sobie elementy konkursu popularności - odpowiedział z nie-smutkiem w głosie i uśmiechem tańczącym w kącikach jego ust - a ja raz czy dwa zszargałem swoją dumę i godność dając usłyszeć moje skrzeki szerszej publiczności, dla kilku punktów społecznych. Więc nie mogę, z czystym sumieniem, zaprzeczyć twojemu twierdzeniu.
      • Więc te punkty zyskałeś głównie takimi wygłupami oraz umiejętnością wykorzystania kobiet. - powiedziała głosem, jaki sugerował, iż drażnij się z nim.
      • Winny, winny… - pokręcił głową, wznosząc dłonie jakby się poddawał. - Proszę o łagodny wyrok i liczę na szybkie zwolnienie za dobre sprawowanie.
      • Tylko jeżeli po napisaniu listów nie odejdziesz w nocy! - pocałowała Khala w policzek.
      • Hmmm… tworzenie nie jest głośne, więc jeśli będziesz mogła spać, gdy będę pracował przy stole… to mogę pójść na taki układ.
        Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Myślała, że będzie wymówka czy rozsądne zaprzeczenie z bólem, a tu...
      • Naprawdę? - zapytała z niepewnością - Zostaniesz? - w oczach była obawa, że się myli pomieszana z radością.
      • Tak, Kruszyno… - przytaknął nieco rozczulony - …tu jest lepszy klimat niż w piwnicy i towarzystwo też nieco lepsze.
        Na co Kaylie pocałowała mężczyznę w usta.
      • Dokończymy więc te listy. - powiedziała radośnie, jakby wcale nie było tego spięcia jeszcze chwilę temu.
      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach
        napisał ostatnio edytowany przez
        #105

        Viktor rozłożył się na stole Kaylie ze swoimi przyrządami. Ona już drzemała, szybko odpływając w sen. Jego ciało protestowało i również chciało skorzystać, ale wiedział, że ma zbyt wiele do zrobienia… i koszta alternatywne też były zbyt wysokie.

        • Chciało ci się oddać jej ostatnie odnowienie, to masz… - syknął szeptem, niewidzialny głos na jego barku.
        • Dam radę. Zasłużyła.
          Fisuś żachnął się niezadowolony.
        • Ale ona teraz śpi, a ty masz całą noc przed sobą.
        • Ale to jest noc którą spędzę na czymś konstruktywnym, a nie pisaniu, w kółko, tych samych listów. A by mnie cholera strzeliła. Zdążyłem zapomnieć jak nie znoszę tak bezmyślnej roboty. Myślałem, że nostalgia mi to umili, ale nie! Potrzebuję tej kancelarii i asystentów od brudnej roboty… Apropos… posiadłszy przeciwstawne kciuki kwalifikujesz się do awansu.
        • … znaczy… więcej roboty, bez podwyżki?
        • Ależ skąd? Za kogo ty mnie masz? Podniosę ci pensję o całe piętnaście procent!
        • O całe… - ekscytacja chowańca zgasła równie szybko jak zabłysła. - Nie wierzę, że znów mnie na to złapałeś…
        • Hyhy… też cię kocham, mały. I… jeszcze raz przepraszam za tamten numer…
          Nastrój nagle się złamał, przygnieciony winą, która wciąż była świeża.
        • Tia… - szepnął chowaniec po chwili, patrząc gdzieś w bok. - Przypomnij mi, jak poznałeś tego karka, co wikidajłował ci w kancelarii? Boryat się nazywał? Tam w Nivakcie, co Kaylie pierwszy raz spotkałeś?
          Viktor się uśmiechnął. Wiedział dobrze do czego Fisuś zmierzał i nie opierał się.
        • Wynająłem go jako wsparcie dla nas. Razem z jego bratem. Zdradzili nas. I przyprowadzili kumpli… ale gdy przyszło co do czego próbował negocjować z nimi nasze życie. I nie podniósł na nas ręki w tych kilkunastu sekundach walki, gdy ich zabiliśmy. Dałem mu drugą szansę. Zabrałem ze sobą do Cheliax gdzie wiernie mi służył aż do mojego wyjazdu. Jest teraz przykładnym obywatelem. Ma śliczną córeczkę i przeszczęśliwą żonę…
        • I o jaki morał zawsze ci chodziło, gdy tę historię komuś opowiadałeś?
          Viktor westchnął podłużnie.
        • O drugą szansę. Nie każdy zasługuje, ale wielu tak.
        • No to potraktuj to jako swoją drugą szansę. Minie trochę czasu nim o tym zapomnimy i będziemy mogli się śmiać, ale nie powtórz tego i…
        • Nigdy! - Viktor wbił się w słowo chowańca, z werwą która aż przestraszyła go, że może Kaylie wybudzić z płytkiego snu, ale gdy obejrzał się wciąż miała oczy zamknięte.
        • …i będziemy na czystym. A teraz mamy chyba robotę, co?

        Kliknij w miniaturkę

        Viktor nie tworzył kolejnego płaszcza, tak jak planował wcześniej, bo dzięki Kaylie miał czas na coś ambitniejszego. Więcej środków do wygenerowania… ale był zmęczony i poplątał węzły magiczne w konstruowanym pasie. Był to solidny twór, ze skóry minotaura. Co prawda, była ona tylko marginalnie wytrzymalsza od skóry byka, ale struktury arkano-krystaliczne łatwiej się w nim mieściły.

        • Fisuś, przejmij proszę kwadrę cztery-piętnaście i zamknij, dobrze?
          Piekielny imp, sięgnął rękoma do nieistniejących połączeń, nie otwierając oczu. Uchwycił je delikatnie między palce i zaczął powoli zaplatać. Nie było to permanentne rozwiązanie, ale dawało czas odpocząć. Viktor oparł dłonie wierzchami na krawędzi blatu. Nie zostawił sobie dużo miejsca na wygodę.

        • Uhhh… kiedyś to lepiej znosiłem - sapnął pozwalając głowie zawisnąć pół-bezwładnie.

        • Yhym… Może wiedźma ma rację mówiąc, że za stary na to jesteś?

        • Możliwe. Nie abym mógł sobie pozwolić na spowolnienie.

        • To na przyszłość trochę egocentryczniej dysponuj, swoim magicznym wspomaganiem, hmmm? To jest druga noc kiedy nie śpisz. Bez magii długo nie pociągniesz.

        • Dam radę, Sir Fistaszku. Będę tylko trochę więcej na tobie polegał, dobrze?
          W ciszy co nastała między nimi nagle robiło się… jakby ciepło… przyjemnie.

        • Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć.

        • Wiem. I dziękuję ci za to. Nie wiem jakbym sobie bez ciebie poradził.

        • Ughh… daj spokój, bo się czerwieńszy jeszcze zrobię!
          Viktor zachichotał nisko, a Fisuś zaraz dołączył do niego.

        • Chyba zbliża się czas.

        • Yhym… to nie będzie przyjemne. Ostatnio trochę zaniedbałem, a to nie przystoi.

        Viktor usiadł po drugiej stronie stołu. Czysta kartka na blacie, stare pióro w dłoni.
        Wyprostował się. Zamknął oczy… i czekał. Godzina nocy zbliżała się i czuł to. Obecność jego boga zawsze była dla niego jakby łaskotaniem gdzieś z tyłu języka, ale teraz nabierała mocy.

        • Caper Emissarius, tibi cultum defero… - wyszeptał zapadając w półtrans, a jego dłoń zaczęła pisać. Sama prowadziła piórko po papierze w nienaturalnym tańcu kreśląc imiona wszystkich co byli na którejkolwiek z list Azazela. Tych którym był winny przysługi, którzy byli winni mu. Jego sojuszników i wrogów. Najdłuższa lista miała imiona istot które go skrzywdziły na tyle, że urazy jątrzyć się miały aż do momentu ich odkupienia.

        Gdy jego ręka sama pisała jego umysł był tak jakby gdzie indziej. Część pozostała we Dworze. Świadoma i czuwająca, ale większość była w obecności jego Benefaktora. Nie postrzegał go w żaden sposób, poza nieokreślonym uczuciem, ale tak to zawsze wyglądało w czasie głębszej modlitwy. Rzeczywiście widział go swoimi oczami i słyszał swoimi uszami gdy był wzywany na audiencję. Jednak to poczucie starczyło. Czysto emocjonalnie pochylił czoło i pozdrowił go, a potem opowiedział o ostatnich wydarzeniach. O sukcesach jakie osiągnęli, o planach jakie miał, o tym jak przekonywał do siebie lokalnych przedstawicieli i, że był o dwa kroki od założenia nie skrytego kultu, ale oficjalnej i legalnej religii. Cały czas czuł się… obserwowany. Jakby za jego plecami drapieżnik wwiercał spojrzenie prosto w jego kark, albo aortę. Wiedział, że w tym stanie jest na łasce swojego boga, ale ufał jego pragmatyzmowi i ufał jego słowu. Nie łączyła go z Azazelem więź jaka może paladyna z Regathielem, czy kapłana z Shelyn. Oni mogli liczyć, że jak zawiodą to wciąż otrzymają swoje miejsce w ich zaświatach. Jeśli Viktor by zawiódł i Azazel w tej porażce utraciłby w niego wiarę… los kapłana nie byłby do pozazdroszczenia.

        Jednak teraz nie czuł zawodu. Nie czuł nagany, a czystą aprobatę.

        I echo tej aprobaty towarzyszyło mu z powrotem do Popielnego Dworu.
        Spuścił z siebie powietrze i spojrzał na kartkę. Bazgroły. Wypełniona po brzegi samymi bazgrołami. Zawsze tak było. A jednak był pewien, że każdy bazgroł był imieniem, bądź tytułem.

        • Chyba dobrze poszło? - zapytał chowaniec.
        • Tak. Mamy termin. Teraz muszę zmusić siostrzyczkę do przecierpienia ze mną tej godziny czy dwóch.
        • Yhym…
        • Co jest?
        • No więc…
        • …
        • …
        • No więc… - szepnął zachęcająco.
        • Pamiętasz plan?
        • Który plan?
        • Ten z pytaniami.
        • Tttak… co z nim? - zapytał kapłan, czując, że zrobiło mu się nagle gorąco.
        • Chyba możemy spróbować.
        • Ale… teraz? - zapytał z głupim wyrazem twarzy. Nie oczekiwał tego w najbliższych miesiącach, a przynajmniej tygodniach.
        • Tak. Chyba. Wiesz… nie robiłem tego jeszcze.
          Viktor odsunął przybory na bok, oparł łokcie na stole i oparł usta na złożonych dłoniach. Czuł jak krew zaszalała mu w żyłach w rytm ekscytacji. Chwilę próbował się uspokoić. Znał pytania. Zaplanował je i poprawiał setki razy, szukając najlepszych metod, ale teraz zdawały się być gdzieś… gdziekolwiek tylko nie w jego głowie.
        • Viktor. Robisz się blady i czerwony jednocześnie. Oddychaj.
        • W porządku. Jestem - stwierdził w końcu. - Mam już pytanie.

        Sen Kaylie zrobił się niespokojny. Dekady wyrobionych na szlaku odruchów nawet w nieświadomości dały się we znaki zbliżyła się do jawy, tak blisko, że zaczęła się ona przesączać do mary. Ktoś coś mówił… powoli i łagodnie… był smutny. Nie… pocieszał. To był Khal… świadomość szybko do niej wracała, a myśli nabierały tempa. Uchyliła oczy, ale obraz wciąż się rozmywał… nie, to nie był Khal, a Fisuś… czasem tam bardzo przypominał głos swojego kapłana…

        • … inny sposób.
        • Wiem. Ja po prostu…
          Zacisnęła powieki przeganiając mgłę i gdy otworzyła oczy wreszcie widziała. Wiktor siedział z drugiej stron stołu. Oparty łokciami o blat, z twarzą schowaną w dłoniach. Wydawał się taki… mały… Fisuś stał przed nim, obejmując jego głowę i głaszcząc go powoli.
        • Wiem, Viktor. Wiem. Też myślałem, że się uda…

        Kaylie nic się nie odezwała, a jedynie po cichu postarała się zajść Khala od tyłu by delikatnie zarzucić mu ręce na szyję w utuleniu. Spotkała spojrzenie Fisusia po drodze, ale ten ją tylko zachęcił gestem dłoni.
        Viktor spiął się gdy objęła go dodatkowa para rąk, a potem, wraz ze zrozumieniem, zdał się jeszcze bardziej skurczyć.

        • Kaylie, ja… - chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zachłysnął się powietrzem i stracił wiarę, że da radę wydać z siebie artykułowalny dźwięk, a nawet, że z oddechem nie wyda z siebie żałosnego jęknięcia, więc wstrzymał go.
        • Ćśśś… Viktor, ja jej powiem, dobrze? - zapytał Fisuś. Emocje kapłana były burzliwe, ale dla chowańca jasne i klarowne. Po krótkiej chwili odpowiedziało mu krótkie kiwnięcie głowy.
        • Drugi etap jednego z planów nie wypalił… jakby się udał… to byłyby dwa-trzy tygodnie nim byśmy ją odnaleźli.
        • Myślałem… - sapnął Viktor nieco niewyraźnie, przez dłonie kryjącego jego twarz. -... za dużo… sobie myś… - znów głos ugrzązł mu w gardle.
          Kaylie pochwyciła jego twarz rozsuwając mu dłonie. Udała, że nie dostrzegła łez w jego oczach, ani tych kilku co roztarły się na jego policzkach i ucałowała go w usta.
        • Znajdziemy ją. - powiedziała kończąc pocałunek - Jak nie tak to w inny sposób. Mamy czas.
          Viktor objął ją i dłuższy czas nikt z ich trójki nic nie mówił, a Viktor… nawet teraz nie do końca rozumiał jak dobrze było nie być w tym momencie samemu.

        Niedookreślony czas później Kaylie wróciła do łóżka, a Viktor, wbrew jej naleganiom, do pracy. Wiele wysiłku miał jeszcze dziś do włożenia tej nocy.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach
          napisał ostatnio edytowany przez
          #106

          Baltizar

          Majestat powoli sunęła po rzece Esmara, szerokim, płaskim dnem muskając nurt niczym leniwy krokodyl. Popołudniowe światło przedzierało się przez wysokie korony drzew po obu stronach rzeki, barwiąc świat na złoto i zieleń. Ptaki świergotały ospale. Owady bzyczały. A na beczce przy przednim maszcie stał Baltizar Harpenes, z rozpostartymi ramionami, kapeluszem przekrzywionym z wdziękiem, przemawiając do półzainteresowanej załogi.

          • … kiedy olbrzymi węgorz odkrył, że pierścień księcia utknął mu w gardzieli, wykrztusił: ‘Na Głębokie Dno! Zostałem uszlachcony!’ - Uśmiechnął się szeroko, dumny z dowcipu, wywołując kilka cichych chichotów i jęknięcie gdzieś spod steru.
            Kapitan Amelia leżała nieopodal na zwiniętej linie, jej srebrzyste futro lśniło w słońcu. Długi, cętkowany ogon drgał lekko z rozbawienia, gdy ostrzyła sztylet o osełkę.
            Robisz postępy, Baltizarze - zamruczała. -Ten prawie bolał. - Obdarzyła go powolnym, zębatym uśmiechem. -Masz szczęście, że moja załoga potrzebowała śmiechu. Dziś na rzece jest... zbyt cicho.”
            Zbyt cicho.
            Słowa ledwo opuściły jej pysk, gdy rozległ się świszczący świst. Bełt wbił się w drewno tuż przy uchu Baltizara.
          • Zasadzka! - krzyknęła Amelia, błyskawicznie stając na nogi.
            Z lewego brzegu wybuchły trzcinowiska, a z nich wybiegły niskie, skórzaste postacie — Boggardy. Oczy ropuch świeciły mokrym blaskiem w niknącym świetle dnia, ich rechoty były głębokie i gardłowe, jak bębny w zalanej jaskini. Większość trzymała krótkie włócznie, kilku miało prymitywne kusze, a wszyscy odziani byli w zbroje z poskładanych skór i rzecznego pancerza.
          • Boggardy! Tarcze w górę! - wrzasnął ktoś z załogi.
            Majestat zakołysała się gwałtownie, gdy kilku napastników wskoczyło bezpośrednio na pokład, ich błoniaste stopy mlaskały mokro o deski. Jeden przewrócił skrzynkę z cebulą; inny przebił nogę marynarza, zanim Amelia rzuciła się na niego w błysku stali i kocich przekleństw.
            W powietrzu rozbrzmiewały wojenne pieśni Boggardów. Stal uderzała o stal. Drewno trzaskało.

          Kaylie

          Miasto powoli budziło się ze snu, gdy arkanistka poczuła delikatne szturchanie.
          – Kaylie... Kaylie, obudź się. Nowy dzień trzeba przywitać – powiedziała Lilia, rudowłosa córka Otto, pochylając się nad Galtianką z delikatnym uśmiech. – Śniadanie czeka na dole. Odciągniesz tego swojego Goodmana od biurka? Dużo się dzieje i tata potrzebuje pomocy.

          Nie czekając na odpowiedź, Lilia wybiegła z pokoju arkanistki. Kaylie dokończyła ubieranie się i pakowanie ekwipunku. Gdy sięgnęła po rękojeść miecza, usłyszała w głowie głos Rhaasta.

          • Musimy porozmawiać.

          Khal

          W komnacie Kaylie, przy przestronnym biurku Khal właśnie kończył swoje dzieło. Czuł, że zmęczenie zaczyna dawać się we znaki. Przypomniało mu to stare czasy, gdy dopiero zaczynał naukę prawa i potrafił studiować do nieprzytomności. Ból głowy uświadomił mu jednak, jak dawno to było – nie miał już tego samego wigoru, by zarywać kilka nocy z rzędu. Mimo to nie mógł sobie pozwolić na stratę czasu.
          Wyjrzał przez okno – słońce na dobre rozgościło się na niebie, a na ulicach zaczęli pojawiać się ludzie. Zauważył kilku strażników miejskich zmierzających w stronę Popielnego Dworu – tym razem bez Filii.
          Nawet nie usłyszał kiedy Lilia wkroczyła do pomieszczenia i zaczęła budzić Kaylie.

          Nowy dzień, nowe przygody.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach
            napisał ostatnio edytowany przez
            #107

            Viktor odciągnął jedną dłoń od ostatnich meta-węzłów i przetarł twarz. Był zmęczony… tak bardzo zmęczony. Dekadę wcześniej, gdy jeszcze suplementował się magią od kogoś innego, to i tydzień dawał radę, a teraz… nie dawał wiary, że trzecią noc da radę przepracować. No nic.

            Spuścił z siebie powoli powietrze i wymruczał formułkę, pozwalając magii przegnać zmęczenie. Fala orzeźwienia uderzyła z intensywnością od której przeszedł go przyjemny dreszcz.

            Podrapał po karku zwiniętego w kłębek, niewidzialnego Fisusia, aby zaczął się łagodnie wybudzać i obrócił się, z jedną ręką wciąż nad stołem, do ślicznych dziewcząt. Uśmiechnął się ciepło do obydwu

            • Hej, Lilio, jak minęła noc? - zapytał cichym, łagodnym głosem dobranym aby Kaylie pomóc się wybudzić, a nie ją do tego zmusić - Potrzebuję jeszcze kilku minut i Fisuś będzie mógł przejąć. Dwór nie spłonie w ciągu tych paru chwil?
            • Damy sobie radę. Mamy większy ruch niż zwykle. - odparła rudowłosa nim opuściła pokój.

            Arkanistka wybudzona ze snu siedziała na aksamitnej pościeli swojego łóżka, ukrywając się uczelnie jej kawałkiem. Wszak Kaylie nie przejmowała się ubiorem na sen, temu teraz jedynie okrywała ją kołdra.

            Skrzywiła się, gdy usłyszała głos Rhaasta. Chciała odrzucić miecz.
            "- Ty gadasz z własnej woli? Już zapomniałam."

            Uniosła spojrzenie, by napotkać wzrok Khala jaki spowodował jej uśmiech.

            • "Możesz nie uwierzyć, ale tak." - głos miecza nie odpuszczał - "Nie wiem czy chcesz, aby twoja zabawka widziała jak gapisz się we mnie bez słowa czy nie, ale może niech nie czeka bez sensu? Musimy, coś omówić."

            Viktor odpowiedział Kaylie uśmiechem i wrócił do pracy nad ostatnimi węzłami w magicznym pasie.

            • Miałam cię odciągnąć od biurka. - odezwała się do Khala - nie możesz przerwać na trochę? Zjemy śniadanie i wrócisz do pracy, a ja załatwię te listy. - powiedziała ignorując Rhaasta.
            • Fisuś, wyjaśnisz? - poprosił Viktor, nie przerywając wznowionej pracy.
              Niechętne przytaknięcie poprzedziło materializację zaspanego węża na stole obok.
            • Wersja krótka: nie.
            • Fiiisuuuś… - upomniał Viktor nieobecnie, skupiony na pracy.
            • Ughh… to jest sztuka, dobrze? Jeśli to byłoby malarstwo to nie może odejść, bo “farby wyschną”, a na tym etapie szybciej będzie wykonać te ostatnie “maźnięcia pędzla”, a ja potem “pozamykam farbki, pozmywam palety i umyję pędzle”. Trzy minuty i będzie mógł z tobą zejść. To chyba nie tak długo, co?
            • Dobrze, dobrze. - uniosła dłonie w geście poddania się - Jeżeli to tyle ma być to ja po prostu poczekam tutaj i pogadam ze swoim ekwipunkiem. Jeżeli dłużej to pójdę i przyniosę śniadanie tutaj.
              Fisuś spojrzał na Viktora szukając potwierdzenia i otrzymał zdawkowe kiwnięcie głową.
            • Pozdrów Rastafa - pogłos chichotu w głosie Fisusia szybko odbierał złudzenia, że to przejęzyczenie.

            Kaylie położyła obok siebie miecz.
            "- Czego chcesz?"
            -"Rastafa…" - burknął miecz - "Chciałem pogadać o tym twoim pomyśle, że strażą. O ile cieszę się, że porzuciłaś ten plan, co ci przyszło do głowy? Ty? W straży miejskiej jakiegoś pipidówka, które o cywilizacji słyszy od podróżnych w karczmie?"

            • "Chciałam być częścią czegoś większego, przyczynić się do zmiany! Myślałam, że będziesz zadowolony z moich wyborów w stronę prawa?"

            • "Pierwsze primo: Już jesteś czegoś częścią, co przyczyni się do zmiany. Drugie primo: Wybory w stronę prawa powinny być motywowane chęcią wspierania prawa. Nie "Będzie zabawnie". Ty nie szanujesz autorytetu, na pewno nie tej całej Blackfyre, a bycie w straży znaczyłoby, że MUSIAŁABYŚ jej słuchać."
              "- Szanuję odwet, więc gdy prawo do niego prowadzi to szanuję. I nie jestem częścią niczego. Bym nauczyła się jej słuchać."
              "- Przed, czy po tym jak zrujnujesz opinię o sobie w straży i skalasz ich dobre imię?" - Kaylie czuła, że miecz jest wyraźnie zmęczony - "Tak jak mówię, dobrze, że jednak rezygnujesz z pomysłu, ale wolałbym, aby takie idee ci w ogóle nie przychodziły do głowy. A co z tym całym projektem Khala i Azazela? Myślałem, że partycypujesz."
              "- Czy wynajęty budowniczy do zbudowania kościoła liczy się jako część kultu tego kościoła?"

            • "Zła alegoria. Bo dobrze wiemy, że nie odróżnisz zaprawy murarskiej od kleju. Do tego ty bardziej będziesz pewnie trzymać mu książkę, aby czytał kazania. Co czyni cię bardziej częścią kultu od budowniczego. Do tego... skąd wiesz, że Azazel nie zaprzęgnie cię do bardziej oficjalnej pracy?"
              "- Nigdy nie przystąpię do wiary w diabła!"

            • "Nie musisz go wyznawać, aby szerzyć wiarę w niego. Być propagandzistką? Brzmi jak coś co Galtianka by zrozumiała."
              "- Słyszysz siebie? Galtianka! Nie będę nawet udawać i propagować wiary w cholernego diabła!"

            • "Och odpuść sobie. Po pierwsze z Azazela taki diabeł jak z tego Khala altruista. Po drugie z ciebie taka Galtianka jak ze mnie topór. Po trzecie... ty wiesz, że to nie musi być twoja decyzja."
              "- Azazel niezależnie od tego co sobie uroi zawsze będzie cholernym diabłem, najwyżej niekompetentnym. Khala po prostu nie znasz, a mnie jak zwykle obrażasz i chcesz bym źle się poczuła. Jaki w ogóle masz cel w tej rozmowie?"
              -" Najwyraźniej planujesz jakoś, w końcu, skierować swoje życie na jakiś stabilny kurs. Po prostu chcę się upewnić, że znowu nie skończysz... jak w Cheliax."
              "- Przestań..." - zacisnęła pięść i zaczęła drżeć trzymając usilnie łzy w oczach, a Fisuś w końcu szturchnął ogonem Viktora, zwracając jego uwagę.

            • Przestań! - nagle rozległ się płaczliwy krzyk, gdy Kaylie rzuciła mieczem z dala od siebie na podłogę i rykoszetował o stopę od Khala, co zdążył już pół drogi do niej przemknąć.

            • Hej… - półszepnął przykucając przed nią, z dłonią położoną na jej kolanie. - W porządku? - zapytał ze zmartwieniem
              Z kobiety zsunął się materiał kołdry odsłaniając jej nagie ciało drżące z emocji, gdy starała się utrzymać łzy pod kontrolą.

            • W porządku, wszystko dobrze. - uśmiechnęła się z bólem spowodowanym tym wymuszonym gestem.
              Viktor usiadł obok niej i objął ramieniem. Poczuła jego skroń opartą o swoją i palce czule przeczesujące jej włosy.

            • Jest w porządku czasem nie być w porządku - powiedział krótko, dając jej czas.
              Uniosła spojrzenie.

            • I ty to mówisz, o mistrzu udawania, że wszystko dobrze? - sarknęła.

            • Oczywiście - przytaknął łagodnym głosem - Któż lepszy by za tym poświadczyć, hmmm? - zapytał wciąż ją głaszcząc uspokajająco.

            • Po prostu miałam napiętą rozmowę z ekwipunkiem. - mruknęła.

            • Yhym… - przytaknął, jakby to nie rozumiało się samo przez się.
              Rzucił Fisusiowu spojrzenie, a ten mu przytaknął, że da jeszcze radę utrzymać węzły w jego imieniu.

            • Chciałbyś o tym porozmawiać, czy abym cię głaskał bez odzywania się? - zaoferował bez nacisku.

            • Jesteś zajęty, a po tym mamy iść zjeść. Po zjedzeniu idę z listami. - powiedziała monotonnym głosem. - Rhaast po prostu... był dupkiem. Jak zwykle.

            • Kilka minut nie zrobi różnicy - stwierdził i wciąż ją głaskał uspokajająco.

            • Był zły, że o przyłączeniu się do straży myślałam i postanowił mnie za to ochrzanić. Na końcu przypomniał o... czasie w Cheliax... - pokręciła głową - Jest prawie tak wielkim dupkiem jak mój pradziadek. Obaj lubili mnie poniżać i ośmieszać.

            • Niektórzy ludź… niektóre istoty myślą, że są najmądrzejsze na świecie i będą oczekiwać, że jako takie będziesz je traktować… gdy im tego dasz spróbują ciebie ukarać. Często w formie próby wdeptania w ziemię, abyśmy poczuła się mała i głupia. Z sadystyczną lubością sięgną po wszystkie błędy twojej przeszłości. Im boleśniejsze tym lepiej… a twierdzić będą, że mają na celu twoje dobro. Bah… może nawet im się wydaje, że to rzeczywiście prawda… Jeśli nawet tak jest to oznacza, że mają w sobie chorą wiarę, że potrzebują ciebie uniżyć tak bardzo aż uznasz ich zwierzchnictwo i więcej nie śmiesz zrobić kroku jakiego oni by nie pochwalili.
              Zamilkł na moment zbierając słowa, a gdy otworzył usta były one łagodniejsze ale w żadnym razie nie mniej pewne.

            • Ale ty Kaylie nie jesteś mała. I nie jesteś sama. W Cheliax mamy porzekadło co wyszło od muzyka, popularnego wśród młodzieży, ale straszliwie atakowanego przez rodziców tych pierwszych. Psuł im dzieci, twierdzili.
              Bij pod żebrem! Może zmięknę… lecz od słowa się nie zegnę.

            • Słowa Rhaasta nie mają żadnej mocy, poza tą którą sama mu dasz. Odbierz mu ją i podziwiaj jak on sam się w złości i w żalu kurczy i gnie.
              Kaylie pokręciła głową. Nie chciała słuchać tych słów wypowiadanych przez kogoś, kto nie wiedział jaki jest problem. Jak mógł? Czas, gdy takie słowa ją załamywały był przeszły. Teraz to przypominanie sytuacji ją męczyło jakie Rhaast chętnie stosował... Dupek wiedział co się działo. Tyle razy mu opowiadała, ale nie słuchał.

            • Rhaast po prostu grzebie we wciąż otwartych ranach. Nie pozwala o nich zapomnieć. - spuściła wzrok.

            • Wróć lepiej do pracy. Nie zajmuj sobie czasu moimi bzdurnymi problemikami. - powiedziała to robiąc wyraźny unik.

            • Oh, nie martw się… żadne “bzdurne problemiki” nie marnują teraz mojego czasu - tak-jakby-zaprzeczył, wciąż ją głaszcząc, tuląc i nie ruszając się z miejsca.

            • Masz pracę jaką teraz za ciebie wykonuje twój chowaniec. - mimo tego z radością przyjmowała przytulanie - Nie ogarniesz moich problemów z Rhaastem. Jeżeli masz ochotę to możesz sam z nim pogadać choć nie sądzę, że to będzie miła rozmowa.

            • O mnie się nie martwcie! - rzucił Fisuś z przekąsem i pewnym stresem roszącym potem jego wężową skroń, intensywnie wpatrzony w coś nieistniejącego nad pasem.

            • Widzisz? Sir Fistaszek daje sobie radę... Kusząca oferta i chętnie skorzystam, ale nie teraz. Tej rozmowy nie chciałbym poganiać i po prawdzie średnio mnie ona w tej chwili interesuje. Na ten moment ważne jest dla mnie tylko twoje samopoczucie.

            • Więc wracaj do pracy. Musisz ją zrobić byśmy poszli na śniadanie, a do tego nie zrzucaj całej roboty na biednego Fistaszka. To mi poprawi samopoczucie. - trąciła nos Khala swoim.
              Viktor ucałował Kaylie w czoło i kiwnął głową, widząc, że istotnie już jej lepiej. Małe sukcesy, hę? Na dociekanie do źródła problemu definitywnie nie miał teraz czasu.
              Fisuś z westchnieniem ulgi oddał Viktorowi węzły. To nie było na jego wężowy łepek.
              Kaylie natomiast wysunęła się naga spod kołdry, aby zacząć się odziewać. Po chwilowym zastanowieniu odłożyła na bok jakąś część garderoby, jaką schowała po chwili pod szatą, między jej połami, po czym grzecznie wróciła do oczekiwania na Khala. Po Rhaasta jednak nie podeszła. Na niego będzie czas później.

            Viktor szybko ukończył pracę. Ostatnie węzły magiczne zostały zaplecione do stanu gdzie trzeba było je tylko wykończyć, a tym już Fisuś potrafił się zająć.

            • Dasz dalej radę? - i tak zapytał, bardziej grzecznościowo i aby symbolicznie uszanować autonomię chowańca.
            • Ayay. Yokkidy-dookida.
            • Yokkady-doo - odpowiedział Viktor z chichotem, wstając z krzesła.
            • To zobaczmy o co całe zamieszanie - zaproponował Kaylie.
              Kobieta skinęła głową zgadzając się i zakładając maskę na twarz, co mogło już bardziej z przyzwyczajenia wynikać niż potrzeby. Z pewną niechęcią podeszła po miecz by przymocować go u pasa.
            • Chodźmy.

            Na dole panował ruch jakiego para nie kojarzyła o tej porze na Dworze. Ludzie różnych zawodów i kultur zamawiali posiłki, jedli i rozmawiali.
            Z kilku urwanych zdań mogli wywnioskować, że opowieść o uratowaniu pojmanych zdołała już dotrzeć do sąsiadujących państewek, które powysyłały swoich emisariuszy.
            Otto stał przy kontuarze wysłuchując opowieści kolejnego gościa, którego chwilę później porwała Piwonia. Karczmarz zerknął na dwójkę Azazelitów.

            • O jesteście, kusi mnie, aby rzucić was im na pożarcie, daliby wtedy mnie spokój. Jakieś preferencje co do śniadania?

            • Lekką jajecznicę bym prosił - powiedział Viktor nieobecnie, bo drugie spojrzenie które poświęcił tłumowi było znacznie bardziej szczegółowe i uważne. Szukał oznak stanów, państw czy charakterystycznych cech, mogących mu coś więcej powiedzieć o sytuacji.

            • Wyprawia komendant Filii Blackheart uratowała kilku wieśniaczków. Czemu ktokolwiek miałby się tym zainteresować? - zapytał ciekaw jak ich rola była w tym wszystkim postrzegana. Wiedział, że odwalili kawał dobrej roboty, ale aby w dwa dni już zrobili sobie famę sięgającą poza granice? Takiego czegoś nie oczekiwał.

            • Szalony alchemik zmieniający ludzi w potwory. - odparł karczmarz - Najwyraźniej nie tylko u nas znikali ludzie, przybyli tu zobaczyć czy może udałoby się zdobyć informacje o innych ofiarach. - oczom Khala ukazał się kalejdoskop różnych kolorów odzienia. Nic co by oczywiście naznaczało przynależność, do którejś z okolicznych państewek, chociaż słyszał słowa jak Brevoy czy Pitax, więc najwyraźniej tereny niedalekie.

            • Czyli wsie same? - mruknęła Kaylie zniżonym głosem - Czy jest szansa na prawdziwe petit dejeuner? Gorącą czekoladę ze słodkimi rogalikami z konfiturą? Czy lepiej bym oczekiwania zniżyła?

            • Mademoiselle, jeżeli Dwór czegoś nie posiada, to to nie istnieje. - odparł karczmarz z uśmiechem - Przekażę Otisowi czego sobie życzycie. Znajdźcie jakieś miejsce dla siebie, dziewczyny wam przyniosą.

            • Merci, mon bon Roi. - odparła skłaniając głowę Otto.

            • Widziałem kilku strażników tu idących - zagadał Viktor - Przyszli na śniadanie grupą, czy coś ciekawego się działo?

            • Ktoś okazyjnie kupił jałówkę? - Kaylie sarknęła pod nosem.

            • Pilnują porządku. Lady Blackfyre uznała, że Dwór będzie dobrym miejscem, aby zebrać polityków wszystkich okolicznych państewek. - Kaylie kaszlnęła dodając "Wsi" - Więc chłopaki upewniają się, że nikt nie wywoła wojny na naszym terenie.
              Viktor patrzył dłuższy czas na grupę rozważając, w średnim zadowoleniu. Nie miał dziś ochoty na budowanie znajomości… miał zupełnie inny plan, a ci tutaj… mogli się nigdy nie przydać, ale… ughh… tak zawsze było ze znajomościami. Niemal żadne nigdy się nie przydawały, ale kiedy okoliczności dawały szansę… to było warte aż nadto.

            • Zmiana planów - powiedział bardziej do siebie niż Kaylie, czy Otto, ale już dla nich wyjaśnił - Wyprawę do Zoryi odłożę na jutro… albo na noc. Ale jakbym mógł cię prosić to wciąż chciałbym abyś zdjęła mi z głowy wysłanie listów. Taka okazja do zawiązania kontaktów może się nie szybko ponownie nadarzyć.
              Mówił wypatrując więcej i więcej szczegółów i okupując w głowie fakty i trivia o królestwach, których przedstawicieli widział we Dworze.
              Kaylie poczuła jak jakiś kamień ciągnie jej żołądek w dół, gdy usłyszała o nocy u Zorii. Szybko pokiwała głową, aby nie pozwolić swoim emocjom wypłynąć na twarz.

            • Wyślę te listy, oczywiście. - powiedziała szybko i spojrzała na salę - Poszukam nam jakiegoś miejsca. - stwierdziła i od razu zaczęła kierować się w stronę stolików.
              Viktor dołączył do niej dopiero po dwóch minutach.

            • Król Castruccio Irovetti w Pitax, Markiz Irdal vazzak w jego Protektoracie, Król-Regent Noleski Surtova w Brevoy. Mivon ma burmistrz ktoś-tam Selline - usiadł wciąż mamrocząc do siebie, nie będąc nawet pewnym czy rzeczywiście widział kogoś z Mivon czy tylko mu się wydawało. Nie był gotowy na to przedsięwzięcie… jakby miał kilka dni to połowę z nich by pewnie już znał z imienia przed spotkaniem… no ale kto nie próbuje bez przygotowania, ten największe okazje koło nosa przepuszcza.

            • To komplikuje nam życie, ale daje możliwości… może nie “na już”, ale jeśli uda mi się wykorzystać tę sytuację to na przyszłość będzie bardzo przydatne - niby-zagadał, tak naprawdę, kątekm oka, wciąż obserwując ambasadorów, by jak najwięcej informacji zebrać przed rozpoczęciem operacji.
              Kaylie siedziała ni to patrząc na towarzystwo, ni to na otoczenie. Była rozkojarzona i zamyślona nad czymś zupełnie innym... i nie było to śniadanie, na które zatraciła poprzedni apetyt.

            • Mhm... - mruknęła - Będziesz dobrze się bawił. - dodała tylko kurtuazyjnie.

            Kaylie zjadła słodkie śniadanie bez oczekiwanej przyjemności. Nie miało to oczywiście nic wspólnego z jego prawdziwym smakiem, o nie. Dwór zatroszczył się o jak najlepszy smak, ale ona po prostu nie mogła się nim cieszyć kiedy ciągle myślała o tym co usłyszała.
            Khal zajmował się obserwowaniem całego zgromadzonego towarzystwa i analizowaniem wszystkiego. Ona nie miała chęci tego robić.

            • Więc na noc jedziesz do Zorii. - ni to zapytała, ni to stwierdziła ocierając usta chusteczką jaką jej użyczono - I nie wrócisz dziś?
            • Hmmm? - mruknął Viktor wyrwany z rozważań mikro-politycznych, w pierwszej chwili niepewny czy dobrze zrozumiał pytanie - Nie… - zaprzeczył jakby uważał to za oczywistość - Znaczy.. tfu... tak. Jeśli uda mi się dostać do jej sypialni bez ryzyka spostrzeżenia to wracam przed świtem. Alternatywnie odczekam do przedpołudnia, gdy dostaje ona swoje szydercze pół godziny prywatnego czasu w ogrodzie i po tym wrócę.
              Teraz, gdy zwróciła na siebie jego uwagę dostrzegł niepokój w niej. Przechylił głowę nieco w bok analizując i pokręcił głową, przerywając analizę. Nie czas na to. Kiedy indziej zapyta i wyjaśni. Wziął kolejny kęs jajecznicy i wzrok znów mu uciekał ukradkiem w bok.
            • A jeżeli uda ci się dostać do jej sypialni... - zaczęła patrząc w pustą już szklankę noszącą na sobie ślady osadu czekolady na ściankach - To... wrócisz w nocy? W dzień? - pod stołem wyginała palce - Czy w ogóle powinnam czekać dziś?
              Viktor zamknął na moment oczy, godząc się, że jednak musi to wyjaśnić teraz. Gdy je otworzył jego uśmiech był ciepły i wspierający. Nie pozwolił najmniejszemu śladowi frustracji się na niego wylać.
            • Tak, jeśli uda mi się dostać do pomieszczenia w którym prawdopodobnie będzie nocą. Podejrzewam, że to będzie sypialnia. Jeśli plan pójdzie po mojej myśli to wyruszę tak aby dotrzeć na miejsce przed zmrokiem i wrócę kilka godzin po zmroku. Moja obecność w willi musi być ograniczona do bezwzględnego minimum, bo jeśli do Crawcolta dotrze, że ktoś się do niej zakrada ucierpi na tym Zorya i cały plan.
            • I znowu nie będziesz spał. - westchnęła z widocznym poddaniem się.
            • Oj nie, dziś już będę potrzebował snu, choćby kilka godzin - zaprzeczył zbierając z talerza ostatnie resztki jajecznicy na widelec.
            • To gdzie masz zamiar spać dziś? I jeżeli będziesz do jutra musiał zostać? - zapytała wyraźnie z troską.
            • Jeśli pójdzie po mojej myśli… to wrócę dziś kilka godzin po zmroku i będę spał z tobą. Jeśli będę musiał poczekać do jutra… to na tą okazję zabiorę ze sobą namiot.
              Pokiwała lekko głową.
            • Naprawdę ci na niej zależy. - stwierdziła.
            • Yhym… - przytaknął - To dzięki niej pierwszy raz poczułem się jak człowiek. Wiele nocy nie marzłem z pustym brzuchem dzięki jej matce. Jeśli ktokolwiek zasługuje na ratunek to jest to właśnie ona.
            • Pewnie tak... - wymamrotała - Pójdę... wysłać te listy. I może popytam w bibliotece o tego wieszcza. Ty się tu baw. - stwierdziła bez entuzjazmu w głosie.
              To nie tak, że Viktor nie widział, że coś jest nie tak. On, po prostu, priorytetyzował. Z Kaylie wyjaśni o-cokolwiek-jej-chodziło później, a część dyplomatów pewnie nie planowała spędzić we Dworze więcej niż dnia albo dwóch.
            • To nie zabawa, a obowiązki. Pytałaś ostatnio jak długo planuję być tak bardzo oddany obowiązkom, że i nocami pracuję… znajomości tu nawiązane mogą okazać się skrócić ten czas o parę lat nawet, kosztem kilku dni.
            • Masz już którąś na oku? - zapytała siląc się na nieprzejęty ton i patrząc po zgromadzonych - Ta z Brevoy wygląda ciekawie. I ma spore cycki, młoda. Będzie pewnie fajnie na niej i w niej być.
            • “Fajnie w niej być”? - powtórzył Viktor powoli, niepewny czy poprawnie zrozumiał. - Kaylie. Ja nie mam szesnastu lat i bardziej interesują mnie starzy, jak ten z Pitax, bo oni prawdopodobnie będą mieć więcej możliwości. To nie będzie wypad rekreacyjny, a praca, więc przestań sobie dopowiadać historie… dobrze?
            • Przecież to jest sposób, aby nawiązać znajomości, prawda? - fuknęła urażona - Ja tylko staram się ustalić co ty masz zamiar robić, a zrozumiałam, że te aktywności są u ciebie dużym bonusem. Nie wiedziałam, że starzy faceci są w grze.
              Viktor uśmiechnął się, z lekkim tylko cieniem pobłażliwości.
            • Znasz to powiedzenie: „Jak masz młotek w ręce, wszystko wygląda jak gwóźdź”? Problem w tym, że młotkiem nie wyheblujesz deski. Seks to takie samo narzędzie. Ma konkretne zastosowania i wymaga odpowiedniego kontekstu. Trzeba wiedzieć, kiedy, jak i wobec kogo go użyć. A jeśli okoliczności faktycznie będą sprzyjające do jego wykorzystania, to raczej nie będzie to moment, w którym będę mógł sobie pozwolić na wybieranie celu na podstawie samych kształtów.
            • Jesteś dziwką, wiesz? - szepnęła, a mimo maski słyszalne w jej głosie rozbawienie.
            • Czyż wszyscy nie jesteśmy? - zapytał filozoficznym tonem rozkładając ręce - Również ty nie uniknęłaś przehandlowania ze mną mi swojej wiedzy, czasu i bezpieczeństwa za kilka koron. Wszyscy sprzedajemy swoje ciało, czas i zdrowie za zyski. Mam więcej żalu do losu górnika co zemrze na węglicę płuc przed trzydziestką, niż kobiety pracującej. On znacznie gorzej wychodzi na swoim zawodzie, prawdopodobnie za gorsze pieniądze.
            • Ty robisz to z chęci. Nie jest to niezbędne, tylko szybkie. - oceniła - Masz za nic swoją godność. Nikt cię do tego nie zmusza, nie jest to jedyna opcja. Jest łatwa.
            • Ty też z chęci używałaś ognistych kul i lodowych burz na goblinach na naszej wyprawie. Nikt cię do tego nie zmuszał. To nie była jedyna opcja. Była łatwa. Czy to oznacza, że ty masz za nic swoją godność? - zapytał wciąż się uśmiechając.
            • Nie przeinaczaj sensu moich słów. Bycie dziwką i dawanie się każdemu kto zapłaci to zupełnie co innego niż bycie najemnikiem i oferowanie swoich umiejętności walki oraz wiedzy. Nie byłam najemnikiem co dawał swoje ciało za kilka koron. - burknęła - Nie udawaj, że nie widzisz różnicy.
            • “Dawanie każdemu kto zapłaci”? - powtórzył rozglądając się wokół, w teatralnym “o kim ty mówisz?”. - Nie dawałem “każdemu” bardziej niż ty od “każdego” przyjmowałaś zlecenia. Jak chcesz zarzucać coś komuś takiemu jak ja sugeruję nie stosować hiperbol. Każda zostanie wytknięta.
            • Chcesz dyskutować czy po prostu mnie irytować? - parsknęła - Czy ty naprawdę chcesz by ci wszystko tłumaczono dokładnie, abyś zrozumiał? To nie sala sądowa, abyś musiał ciągnąć każdego za słówka by pod koniec radośnie zamachać mu wszystkimi bzdurkami jakie wyciągniesz i pozwolą ci wygrać sprawę jakiej tak naprawdę nie powinieneś wygrać, bo nie masz racji.
            • Rzecz w tym, że z twoich ust popłyną całkiem poważny zarzut i całkiem dotkliwa obelga. W tym momencie wybacz, ale jeśli zamierzasz bronić tych twierdzeń rozdmuchanymi bajdami to się może zdziwisz, ale ci na to nie pozwolę. “Daję każdemu kto zapłaci”? To bzdura i wiesz o tym. Jeśli chcesz mi udowodnić, że powinienem się czuć źle z tym co robię to potrzebujesz tak zdziebko lepszych argumentów. Moje twierdzenie: wszyscy jesteśmy dziwkami. Wszyscy oferujemy czas, zdrowie i ciało aby coś zyskać. Czy to wiedza, siła, doświadczenie, zwykła harówka, czy seks… wszystko jest identyczne. Oferujemy iks, otrzymujemy igrek. Jeśli chcesz wyjąć z tej listy seks i nadać mu jakąś wyjątkowość to jest to osobne twierdzenie i musisz je jakoś uargumentować. Obal moje twierdzenie. I postaraj się albo zarzuć temat, bo moja cierpliwość by przyjmować twoje obelgi z uśmiechem ma swoje granice, hmm?
              Kaylie zmrużyła oczy.
            • Obelgi? Prawda nie jest obelgą. Jest stwierdzeniem faktu. A seks to wyjątkowy akt. Nie daje się go każdemu. Nie sprzedaje się go, jak i nie sprzedaje się swojej godności. Tego uczy wysokie urodzenie. - powiedziała z jakimś poczuciem lepszości.
              Viktor patrzył na nią wyczekująco jeszcze kilka chwil.
              Rozważał utracie jej nosa bo ooh… wiedział doskonale jak utrzeć jej nos przy użyciu samej prawdy i tylko prawdy. Odpuścił. Na razie.
            • I rzeczywiście wierzysz, że “daję każdemu kto zapłaci”?
            • Temu, kto zapłaci czymś czego potrzebujesz. Mogą to być wpływy, mogą to być przysługi, może to być po prostu chęć przyjemności. Jesteś na tyle wybredny, na ile możesz sobie pozwolić. Nie zmienia to faktu, że nie czujesz żadnej wartości w swoim ciele i nie czujesz wartości w ciele partnera. - powiedziała poważnie.
            • Wszystko jest względne, moja kochana. I wszystko jest na sprzedaż. Wszystko marność – marność nad marnościami. W odróżnieniu od ciebie ja tylko mam dosyć dystansu do siebie aby to rozumieć i przyznawać. I mam dość pewności siebie aby nie definiować mojej wartości przez coś tak nieistotnego… Z mojej perspektywy to ty sobie uwłaczasz i raz po raz obrażasz własną godność i wartość…
            • Co ty przez to rozumiesz? - mruknęła - Nie obrażam siebie. Mam swoją godność i dbam o jej czystość. Nie jestem sprzedajna. - słowa zostały wypowiedziane siłą nawet zbyt wielką niż powinny być. Kryła między nimi coś co wygryzało jej sumienie i chowała rzeczy z jakimi nie mogła sobie od lat poradzić. Z jakimi tak naprawdę nie chciała nawet próbować sobie poradzić.
            • Iii… sama nie wierzysz w to co mówisz, ale ja do czego innego piję niż ci się wydaje. Jesteś szlachcianką? Miło. Ja jestem brunetem. Coś jeszcze? - zapytał z oczekiwaniem.
            • W co ty grasz? Co to wszystko ma znaczyć? - co ten prawnik próbował osiągnąć?
            • To jest proste pytanie. Kim. Jesteś? Jakimi słowami byś siebie określiła. Jakie zasługi byś sobie przypisała.
            • Jestem ze szlacheckiej linii Galt i Kyonin. Przecież wiesz co mogę. - mruknęła.
            • … tylko mi ułatwiasz… zadaj teraz mi to pytanie.
            • Kim jesteś i jakimi słowami byś się opisał... - powiedziała dokładnie wiedząc co on chce mówić - Jakie zasługi sobie przypiszesz? Wiem, że będzie w tym dużo przechwałek...
            • Oj, będzie… ale wszystkie wywalczone moją krwią, potem i bólem. Jestem Viktor Goodmann. Wszystko co posiadam wywalczyłem własnymi rękoma i nawet to imię sam sobie nadałem. Narodziłem się jako szczur w rynsztoku i ponad trzecią część życia jako ten szczur spędziłem. Własnymi umiejętnościami, zdolnościami, uporem i bezwględnością dotarłem na szczyty gdzie najlepiej urodzeni mogli co najwyżej aspirować by kiedyś mi rękę uścisnąć. Byłem Trzecim Piórem Cheliax. Trzecim największym adwokatem państwa diabłów i jako samouk przebiłem absolwentów najwspanialszych uczelni tegoże państwa. I to wszystko porzuciłem, bo moje ambicje niosą mnie jeszcze wyżej i w pełni swej arogancji nie wątpię, że znajdę nowe szczyty z których “Trzecie Pióro” będzie wydawało się nie więcej niż “dwudzieską kredką”. Nie jestem dobrą osobą, ale w swoim życiu zrobiłem wiele dobrych rzeczy i wiele cierpienia oszczędziłem tym którzy go najbardziej potrzebowali. Coś o tym wiesz. Jestem bawidamkiem, lekkoduchem, jestem niepoważnym klaunem co odmawia traktowania życia poważnie, bo boi się stanąć w nim oko w oko, gdy obedrze się je z maski absurdu i komedii. Jestem tym czym większość ludzi chciałaby być, choć nie wiedzą jakimi skrzywieniami to okupuję. Mówię w szesnastu językach. Znam dogłębnie tajniki wiedzy tajemnej, znam topografię i metodyki podróżowania w podziemiach. Mam szeroką wiedze o inżynierii, budownictwie, geografii, historii, anatomii bestii i potworów. Znam strukturę planów i rytuały oraz zwyczaje wszystkich głównych religii i legionów pomniejszych. Potrafię nawet malować, tańczyć, ostatnio widziałaś, że śpiewam lepiej niż większość profesjonalnych objazdowych bardów. Poza tym gram na flecie, tubie i całej serii instrumentów strunowych. Potrafię przygotować czterdzieści różnych drinków z całego Golarionu, z tymi wszystkimi wygłupami i zabawami z shakerami latającymi nad głową. Studiowałem kulinaria pod Robertem vel Ghaustem, mistrzem kwiatu koronnego gastronomii Zachodniego Wybrzeża. Jakbym ci przygotował moje Corr Surrabæ Glacé to by ci mózg stanął, a te rogaliki w czekoladzie byś przed świnie rzuciła. Tylko wspomnę o tym jak zabójczą kawę potrafię zrobić i ją przyozdobić. I to wszystko wciąż nie opisuje w połowie tego kim jestem. Widziałaś jak niewielka tego część odnosiła się do tego spomiędzy czyich nóg wyszedłem? - zapytał w głowie już składając podobną listę dla swojej partnerki.
              Kaylie opierała głowę na swojej dłoni. Nie było widać jej emocji przez maskę. Dopiero po chwili się odezwała:
            • Och. Już skończyłeś. - odezwała się dość znudzonym głosem - To wszystko naprawdę zdobywało ci kobiety w Cheliax? Bardzo niskie mają wymogi. To co przedstawiłeś jest tym najmniej mnie interesującym. Możliwe ponownie źle wybrałam... Ale ciągle mam nadzieję. - westchnęła przeciągle - Trzecie pióro? Śpiewający, gotujący, wręcz geniusz? I po prostu to przyciągało do ciebie kobiety? - pokręciła głową - To wszystko każdy może osiągnąć. Urodzenia... Nie. Nie możesz cofnąć czasu i narodzić się na nowo.
              Viktor zmarszczył brwi, a jego uśmiech stał się zimniejszy. Jego ton bezwględniejszy.
            • I właśnie dlatego to wszystko, co mówisz, jest bezwartościowe. Bo tylko mali ludzie muszą sobie wmawiać, że są kimś więcej, dlatego że mieli szczęście wyjść komuś z trzewi między jedwabnymi prześcieradłami. Ty nie jesteś swoją matką, nie jesteś pierścieniem na palcu ojca. Jesteś jak ich cień, który sam nigdy nie zapłonął. I gdzieś tam to wiesz i to boli cię najbardziej, prawda? Bo w twoim świecie nie da się zdobyć niczego – wszystko trzeba odziedziczyć. Dlatego kiedy widzisz kogoś takiego jak ja... kogoś, kto sam wyrąbał sobie miejsce przy stole zębami i pazurami, kto nie błagał, a brał – czujesz się naga. Bezużyteczna. Zdemaskowana. Legion kobiet, które mnie chciały... chwile, które sam wyrwałem z gardła światu... każde potknięcie, każda rana, każde przeklęte zwycięstwo i WSZYSTKIE błędy – to wszystko jest moje. A ty? Avruil Myamtharsar… twoją największą wartością jest, że narodziłaś się wśród tych aksamitów? A POTEM dałaś się zredukować do samotnej najemniczki? Proszę cię… - słowa zmieszały się z pogardliwym prychnięciem.
            • Nie, Kaylie. Nie ma wielu takich jak ja. Ale setki takich jak ty marzyły, żeby zdobyć moją uwagę. Jeden uścisk dłoni. Jedną noc. A może właśnie dlatego szczekasz? Bo wiesz, że ja nie muszę cię upokarzać. Ty robisz to sama, za każdym razem, gdy mierzysz własną wartość metryką urodzenia. Ubliżaj sobie dalej, jeśli chcesz. Ale gdzieś tam wiesz, że to, co nazywasz dumą, jest w istocie tylko wyparciem. Żałosnym, kruchym wyparciem.
              Zęby Viktora zgrzytnęły gdy wbijał w nią wzrok.
            • Aż trudno patrzeć, gdy tak straszliwie trzymasz się swoich korzeni. Jakbyś tylko oderwała od nich wzrok byś dostrzegła jak piękne masz skrzydła i musisz im tylko zaufać, a poniosą cię w przestworza!
              Wstał od stołu i uśmiechnął się do niej chłodno, niemal z litością.
            • Wiesz co? Idę się odświeżyć. Może rzeczywiście rzucę okiem na pannę z Brevoy. Tam przynajmniej człowiek nie musi się przebijać przez warstwy złudzeń, zanim dotrze do kobiety.
              Ukłonił się z perfekcyjną manierą północnego Kyonin i odszedł bez dalszego słowa.

            A Kaylie nic nie powiedziała, a jedynie patrzyła za odchodzącym człowiekiem. Patrzyła równie niemo jak słuchała jego słów, chroniona zakryciem maski, jaka nie dawała uciec emocjom na wierzch. Dopiero, gdy Khal zaczął odchodzić sama Galtianka powoli wstała z ławy i ruszyła do wyjścia z Dworu.
            Nic nie powiedziała.
            Nie zareagowała.

            Nie chciała rozważać. Nie chciała pamiętać.

            Jedynie na siłę trzymane w oczach łzy żalu i frustracji opowiadały historię, jakiej nikt nie mógł zobaczyć w spojrzeniu wychodzącej Kaylie.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach
              napisał ostatnio edytowany przez
              #108

              Viktor moczył się w łaźni. Wciąż czuł uderzenie w bok. Niewidzialny Fisuś wleciał w niego z pełnym impetem na korytarzu. Chowańcowi nie umknął nagły przypływ mrocznych emocji, który nadszedł zaledwie chwilę po zakończeniu zawiązywania ostatnich niestabiolnych splotów. Pas wymagał jeszcze drobnych poprawek, ale to mogło poczekać.

              Teraz obaj się wygrzewali, chcąc wydusić z siebie gniew.

              • Nie było listów… - powiedział Fisuś, rozłożony w wannie z gorącą wodą, ręcznikiem na oczach i miną znudzonego demona. Przed chwilą był w pokoju Kaylie i zabrał z niego wszystkie rzeczy Viktora. Na listach szczególnie mu zależało.

              • Czort by to… - mruknął Viktor, równie rozłożony, z takim samym, tylko większym ręcznikiem. W jakiś dziwny sposób wyglądali jak odbicia w przeklętym lustrze. - Musiała mieć je w tej swojej torbie od początku.

              Drzwi do łaźni mieli zamknięte. Nie chcieli, by ktokolwiek zakłócał im samotność. Viktora zaraz czekał wir pracy. To były ostatnie chwile relaksu. Ale relaks, jak na złość, nie nadchodził.

              • Raczej nie storpeduje ona swojego własnego planu. Ten obiad jest do niego potrzebny.

              • A jeśli jednak?
                Viktor wzruszył ramionami, ale Fisuś poczuł ten gest na czysto emocjonalnym poziomie.

              • Będę pracował z tym co mam. Opóźni mnie to o co najmniej kilka miesięcy, jeśli nie wyrobię sobie dodatkowej famy na procesie, ale to nic strasznego.

              • Jak to w ogóle szło?

              • Fisuuuś… - sapnął Viktor ze zmęczeniem i osunął się trochę głębiej w wodę.

              • No co? Nie było mnie tam bo twoją zabawkę składałem do końca!

              • Ugh… obnażyłem przed nią moją duszę. Nazwałem się klaunem co boi się spojrzeć światu w oczy nie broniąc się szyderą i komedią… - wystrzelił szybko, aby mieć to za sobą.

              • Viktor… - sapnął Fisuś ze zmartwieniem, unosząc ręcznik z oczu aby spojrzeć na przyjaciela. On wiedział, że Viktor się tak postrzega, ale nigdy nie widział go przyznającego to na głos.

              • Dokładnie tak powiedziałem… a ona to przeżuła i splunęła mi tym w twarz. Po drodze próbując mi dopiec czym tylko się jeszcze dało. Niecelnie… ale… - zamilkł na na chwilę szukając słów.

              • Ale dlaczego, w ogóle, chciała ciebie zranić? - podpowiedział chowaniec, czujący emocje Khala, ale nie obciążony nimi aż tak bardzo.

              • No… - przytaknięcie było ciche i słabe.

              Szum płynącej gorącej wody w bani pozwalał niezręcznej ciszy nigdy nie nastać, więc milczeli dłuższy czas, oddając się ciepełku i masażowi.

              • Ta suka cholerna… - wysyczał w końcu Fisuś coś co Viktor sam miał ochotę, ale było poniżej jego godności… ale przecież tejże godności właśnie mu ćwierćkrwista odmawiała!
              • Yhym… menda niewyrodna…
              • Czyli to koniec tego waszego eksperymentu?

              Viktor długi czas nie odpowiadał.
              Nie wiedział.
              Ale chyba miał nadzieję, że nie.

              • Przesadziłem, cholera… - przerwał w końcu ciszę głosem skażonym oleistym poczuciem winy.
              • Vicky… ona zaczęła, gdy ty miałeś dobre intencje. Od powrotu nie było dnia, by cię nie obraziła niepotrzebnie i bez prowokacji. Za każdym razem odpowiadałeś jej uprzejmością i wyrozumiałością
              • Tak, wiem, cholera… nie powinna tak robić, ale jej zarzuty… były tak nieporadne, że prawie by je za urocze można było przyjąć. Z kolei moje… czort to… najcięższe działa wytoczyłem. Niewiele brakło i bym jej czas u Nyera wypomniał! Ale i tak, wszystko, co mi powiedziała, nie dorasta do pięt temu, jak ja ją w grunt wcisnąłem…
              • Cóż… nie powinna zaczynać wojny na słowa z Trzecim Piórem Cheliax?
              • To chyba przez tę maskę - kontynuował Viktor, nie odnosząc się do sugestii Fisusia.
              • Nie widziałem za grosz jej reakcji. Jakbym zobaczył iskrę bólu w jej oczach, to pewnie bym zwolnił, ale tylko się nakręcałem, gdy wyglądała, jakby jej to w ogóle nie ruszało. A to była ta cholerna maska!
              • I ty jej tę maskę na twarz założyłeś?
              • No… nie…
              • Dziwię się, że w ogóle przyszło ci duszę obnażać, gdy ona własnej twarzy obnażyć przed tobą nie mogła. Nieco słabe, w mojej opinii…
              • Fisuuuś… musisz?
              • Hej! Jestem klonem kawałka twojej duszy, więc to jest też TWOJA opinia! Tak czy siak… Okrągłoucha…
              • Mam okrąglejsze uszy niż ona - wszedł mu Viktor w słowo.
              • Tak, ale ty nie nie masz z tego powodu kompleksów…. więc Ciut-nie-okrągłoucha długo obsiewała swoje pole odwetu i w końcu ziarna wydały plony. Zebrała co zasiała. Wypiła piwo którego naważyła. Wyspała się jak sobie posłała…
              • Tak, tak… załapałem…
              • …
              • …
              • Mieczem nawojowała i od miecza poległa?
              • Niech cię cholera, niewyrosły czarcie!
              • Ej! Ja w twoje kompleksy nie uderzam!

              Zmartwienia i troski na jeden krótki moment odpłynęły, rozpuszczając się w salwach szczerego śmiechu, który rozbrzmiewał ciepło i lekko, jak kojący balsam na ciężkie dni. Dwójka przyjaciół pozwoliła sobie na tę chwilę ulgi, wylewając z siebie nagromadzone bóle i zawody, zamieniając je w serdeczny dźwięk oczyszczający ich dusze z żalu i stresu.

              • W porządku. My tu śmiechy-chichy, ale mówiłem, że zapracowała sobie na wszystko czym ją potraktowałeś. Może się nauczy na przyszłość nie zaczynać walk, których nie ma jak ukończyć. Dawno temu powinieneś ją wypionować za to, jak cię traktowała.
              • Mówisz to, bo jesteś moim przyjacielem i jesteś po mojej stronie.
              • Yhym… - Fisuś nawet nie zaprzeczał - I wiesz co? Zawsze będę. W odróżnieniu od tej wiedźmy.
                Ostatnich słów Viktor nawet nie dosłyszał, bo nagle objęła go fala słabości. Zsunął się głęboko pod gorącą wodę, byle tylko ją ukryć… ale i oczy Fisusia się zaszkliły, gdy te emocje dotarły do niego więzią empatyczną.
              • Do stu piekieł… - sapnął Viktor, ocierając twarz, gdy już się wynurzył - Jakim cudem z czegoś tak pogiętego jak ja, wyszło coś tak czystego jak ty?
                Fisuś zanurzył się w wodzie i przepłynął nią, przywodząc na myśl węża. Gdy jednak wynurzył się z drugiej strony, był już zmokłym bezwłosym kotem i jak kot wpełzł mu na pierś, opierając o nią swój pyszczek.
              • Bo w jednym wiedźma ma rację. Nie jesteś taki zły jak ci się wydaje.

              Viktor znów zsunął się głęboko pod wodę.

              Drzwi do łaźni otworzyły się bez oporu, chociaż Khal mógł przysiąc, że je za sobą zamknął. Do środka wtargnęła rudowłosa Lilia patrząc prosto w oczy adwokata.

              • Coś ty jej zrobił?
              • Uuugghhhh… - jęknął gardłowo osuwając się do wody i przez chwilę dodał swoje bąbelki do gorącej wody. Dosłownie od kilku minut czuł się zrelaksowany i teraz wszystko fey strzeliło!
                Szybko się wynurzył a w oczach miał determinację i chłód.
              • Potwierdziłem teorię. Ludzie nie bardzo doceniają, gdy zaczynasz ich traktować jak oni traktują ciebie. Któż by się spodziewał? - niby-zapytał z uśmiechem koloru zimnej nieszczerości.
              • Ludzie czasami mają własny powód, aby cię tak traktować. Zwracanie energii czyni cię dupkiem. - odparła rudowłosa - Stroisz się na inteligenta, który umie czytać ludzi, więc czemu ona jest dla ciebie zagadką?
                Viktor patrzył na nią kilka chwil z jakimś smutkiem. Uśmiech zupełnie zszedł z jego ust.
              • Scenariusz: Podchodzę do ciebie i nazywam ciebie puszczalską dziwką bez godności osobistej. Jak byś to przyjęła?
              • W tym momencie? Kiepsko. Później pewnie bym się zastanowiła "czemu" to powiedziałeś. Nie żebym coś z tym zrobiła, trudno przeprosić truchło, że "przesadnie zareagowałam".
              • Uhuh… Widzisz Lilio. Ty już przy pierwszej nieprzyjemności byś mi “zwróciła energię”. Więcej: jestem przekonany, że czułabyś się całkowicie uprawomocniona moralnie za zrobienie tego. Nie czyni cię to “dupką” wedle twoich własnych słów? - zapytał przekrzywiając głowę, ale nie dał czasu na odpowiedź. Nie potrzebował jej.
              • Kaylie nazwała mnie wytresowanym. Jak pies. Odpowiedziałem na to łagodnością i prośbą by tak nie robiła. Wielokrotnie obraziła moją wiedzę i moją osobę. Odpowiadałem wyrozumiałością. Dziś nazwała mnie puszczalską dziwką bez godności osobistej. Odpowiedziałem cierpliwością, ale też ostrzeżeniem, że ta cierpliwość ma granice. Otworzyłem przed nią swoja duszę i zwerbalizowałem moje słabości i lęki, którym nigdy nie dałem głosu… wszystko aby jej pomóc w czymś z czym się mierzy… a ona splunęła mi za to w twarz. W socjalnym sensie, rzecz jasna. Wtedy pękłem. Ale wciąż zareagowałem w sposób drastycznie łagodniejszy niż ten z twojej deklaracji. Powiedz mi, ile jej obelg jestem zobowiązany przyjmować jako “mądrzejszy”, ograniczając się do próśb o zaprzestanie? Kiedy byłbym usprawiedliwiony w “oddaniu energii”? Pamiętaj, że nie tylko ona jest po przejściach i ma bagaż emocjonalny. Wbrew temu co może wam się wydawać… ja także posiadam uczucia. Mnie także można zranić.

              Lilia westchnęła i pokręciła głową.

              • Srebrny język diabłów sięga tylko tak daleko, co? Rozumiem cię i najpewniej masz rację, nie czujesz tego co ojciec jeżeli chodzi o nią. Fakt, że twój benefactor nie nadużywa swojej pozycji, nie zmienia tego jak to ją gnębi. Pomijając jej historię, która pewnie jest kolorowa i to nie w jasne pstrokate barwy, jest niewolnicą istoty, z którą nie ma szans, a ty jesteś bezpośrednim reprezentantem jej właściciela. Jakimi ciepłymi słowami obdarowałbyś kogoś, kto jest namacalnym łącznikiem ze wszystkim złym co ci się przytrafiło w życiu?

              • Czy to oznacza, że gdybym zaczął Filię traktować jak ostatnią szmatę to powinna to pokornie przyjąć i się z tym pogodzić?

              • Filia nie jest najlepszym przykładem w tej analogii. Ona nie reprezentuje swojego ojca. - rudowłosa dziewczyna chwilę się zastanowiła - Ojciec opisał ciebie i Kaylie jak dwa potłuczone garnki, które zdołały poskładać się do kupy. Z tą różnicą, że ty użyłeś kleju. Kaylie jest zniszczoną istotą, jej teraźniejszość, przyszłość i ostateczny los nie są jej, jedyne co do niej należy to przeszłość sprzed spotkania Azazela. Nie powinieneś oczywiście pozwalać sobą pomiatać, nauczy ją to, że może tak robić, ale nie powinieneś trzymać się negatywnych uczuć powodowanych jej słowami. Zastanów się skąd one się wzięły.

              • Ja pracuję dla Azazela. Nie czczę go, nie kocham go. Wielokrotnie byłem krytyczny co do jego praktyk i liczę, że zostając jego pierwszym arcykapłanem uda mi się na niego wpłynąć. Filia pośrednio pracuje dla swojego ojca. Nie jest mniej “łącznikiem” do niego, niż ja jestem do Kozła. W całej mojej karierze w Cheliax ani razu nie spotkałem się z analogią o perfekcyjnej symetrii. To jest nieosiągalne toteż oczekując jej dyskwalifikujemy analogie jako narzędzie w całości.
                Westchnął ciszej, stopując się, nim ugrzązł głębiej w pobocznym temacie.

              • Nie zrozum mnie źle… nie jestem dumny z tego co zrobiłem. Czy zasłużyła sobie na to? Jak najbardziej. Czy powinienem być “lepszy niż to”? Bez wątpliwości. Ale gdy wyciągnąłem do niej moje serce na dłoni, a ona tak mnie potraktowała… i to tylko dlatego, że narodziłem się w rynsztoku, a nie w aksamitach, jak ona.
                Jego głos zadrżał, a pięści się zacisnęły.

              • W Cheliax całe lata walczyłem by uznali moją wartość. Tuzin razy, jako już poważnego adwokata, stawiano mnie na przeciw młokosa. Takiego co ledwie po akademii miał być lepszy niż ja. Tylko ze względu na swoją krew. I wiesz co? Przegrywałem z nimi. Raz za razem. Bo wszyscy którym dano prawo nas oceniać mieli tę samą błękitną krew co młokos i byli gotowi stawać na rzęsach byleby tylko “udowodnić” wyższość szlachty. Własnymi pazurami i kłami wyrąbałem sobie szacunek. To co inni dostawali za nic, ja okupić musiałem krwią i bólem. I dopiero gdy dotarłem na szczyt zorientowałem się, że zbudowałem go z gruzów, które za sobą zostawiałem. Stojąc na nim obiecałem sobie nevermore. “Nigdy więcej nie dam się nikomu tak traktować”. I nie dałem. Aż do teraz. Aż do Kaylie. Starałem się opanować urazę i jad. Tłumaczyć sobie, że to nie jej wina, ale czułem jak one wzbierają i ostrzegałem ją o tym. Nie raz. Mimo to postanowiła wzgardzić moimi odczuciami.
                Viktor czuł jak ta uraza znów w nim wzbiera, a wraz z nią malał żal za jego własny wybuch. Zacisnął pięść i uderzył, nią patrząc gdzieś w bok.

              • Nie zasługiwałem na to wtedy. Nie zasługuję na to teraz.

              • Wiesz jak to mówią? Jeżeli chcesz poznać jak naprawdę wielka jest osoba, zobacz jak daleko musi sięgać do wspomnień swej wielkości. I to nie jest przytyk do ciebie, tylko obserwacja co do Kaylie. Cóż nasza droga arkanistka ma, albo sądzi, że ma, oprócz swojego urodzenia?

              • A to są dwa zupełnie różne pytania. Pozwól, że zacytuję sam siebie, z mojego wybuchu przed chwilą, bo jestem z tego tak tycią-odrobinkę dumny… Kaylie trzyma się swoich korzeni aż jej kłykcie bieleją, ale jakby tylko oderwała od nich wzrok dostrzegła by jak piękne ma skrzydła i musi im tylko zaufać, by poniosły ją w przestworza.

              • Odpowiadając bezpośrednio… Myśli, że nie ma nic i aktywnie podejmuję kolejne próby udowodnienia jej jak bardzo się myli.

              • A czemu uważa, że nie ma nic? - rudowłosa najwyraźniej próbowała doprowadzić adwokata na jakiś tok myślenia.

              • Bo dała sobie to wmówić przez okrutnych ludzi z przeszłości - wzruszył Viktor lekko ramionami, dając się prowadzić, ciekaw czy Lilia ma jakieś wnioski, o których on nie pomyślał.

              • Spaliście ze sobą, widziałeś jej ciało… i blizny?

              • No tak… tamten nieszczęśliwy masaż… Tak, widziałem je i wiem skąd są… - przytaknął, celowo nie mówiąc wiele. Nie wiedział ile Lilia wie i czy Kaylie byłaby wdzięczna za podzielenie się jakimikolwiek skrawkami informacji.

              • O ile nic mi o nich nie powiedziała, widziałam dostatecznie dużo ciał i blizn, aby wiedzieć skąd je dostała. Więc, reasumując jej życie: Szlachetnie urodzona dziewczyna, pchnięta przez los do zaprzedania całej swojej istoty dupkowi z piekła, najpewniej przed tym zdołali ją przekonać, że jest "nic nie warta", opuszcza ciepło i wygodę szlachetnego życia, kończy w łańcuchach, gdzie ponownie przekonują ją o własnej bezużyteczności. - dziewczyna wyliczała na palcu tragedie Kaylie - Spotyka ciebie, który stara się jej wmówić, że wszystkie lata jej cierpienia i braku wartości są nieprawdą, natomiast jedyne, JEDYNE szczęśliwe wspomnienie, szczęśliwa koneksja jej życia… - rudowłosa zapauzowała, aby adwokat przemyślał dokładnie to - jest nic niewarta. Chcesz uleczyć jej traumę dodając do niej?

              • Misinterpretujesz moje cele…

              • Ale dobrze interpretuje jej interpretację - zaznaczyła Lilia.

              • … to co chcę zrobić to przekonać ją do wartości merytokratycznych, ale ona traktuję to jak grę o sumie zerowej. Każdy “punkt” dla nich, to “punkt” odebrany wartościom heredytarnymi i każdą próbę pokazania jej “hej, jesteś wielką czarodziejką!” traktuje jako ubliżenie jej pochodzeniu… Ughh… Lilio… bardzo doceniam twoje starania i zaangażowanie. Na prawdę. Cieszę się, że ma ona kogoś komu aż tak na niej zależy, ale to jest dla mnie zbyt świeże. Wciąż jestem zły i zraniony i z tyłu głowy mam plugawą myśl “dobrze jej tak”... Pomyślę nad tym, jeśli mogłabyś sama też pomyśl o tym jak ty byś widziała pomoc jej i wrócimy do tego tematu, jutro, albo pojutrze. Gdy będę już miał pewność, że mogę podejść do tej rozmowy z moją najszczerszą wolą i intencją, dobrze?

              • Jasne… przyznam, nie licząc nieumarłych dawno nie widziałam istoty tak przepełnionej entropią jak ona. - kobieta westchnęła - Tata mówi, że ze wszystkich Pierwszych, śmiertelnicy są najbardziej podobni do niego. Ciągle głodni czegoś, ona… sądzę, że tata się o nią martwi… na swój sposób. I jeszcze jedna rzecz, nie sądzę, że to twojego uznania ona szuka, ona nie potrzebuje, abyś to ty, ja, Azazel czy cały świat jej powiedział, że jest wartościowa.
                Viktor skrzywił się nieco i nie zwerbalizował myśli o Nyerze czy jej dziadku.

              • Wszyscy potrzebujemy sami to sobie powiedzieć. Ale więcej-niż-czasem potrzeba nam do tego zewnętrznego wsparcia, ale rozumiem… jeśli uważasz, że to nie to “zewnętrzne wsparcie” jest tu konieczne to bardzo chętnie wysłucham twoich przemyśleń przy naszej następnej rozmowie o tym.

              • Na pewno potrzebuje, aby sama wierzyła w swoją wartość. Sądzę jednak, że jakaś konkretna osoba musi jej to jednak przekazać. Kaylie przypomina mi Filpiny, to juczne bestie z jednego z innych planów materialnych, które odwiedziliśmy z tatą. Silne, posiadające pewną dawkę świadomości, co sprawia, że są cholernie uparte i dumne z tego. Dlatego lokalni mają powiedzenie "Możesz zaciągnąć Filpina do źródełka, możesz nawet zmusić go, żeby się z niego napił, ale jeżeli chcesz żyć, upewnij się, aby wierzył, że to był jego pomysł." - Lilia się uśmiechnęła - Nie obiecuję, że to będzie łatwa droga, ale jeżeli ci zależy na niej, nawet nie jako partnerce, kochance czy "współwiernej", to lepiej przygotuj się na wyboje.

              • Jak będę w lepszym stanie mentalnym przemyślę poważnie wszystko co powiedziałaś. A teraz, ech… zostaw mnie, dołącz do mnie, albo cokolwiek, byle byśmy skończyli tę rozmowę… - poprosił z niby-kokietą, ale w sposób w którym czuło się, że jednak chciałby być sam.

              • Dobrze, zostawię cię samego z twoim małym wężykiem… i z Fisusiem. - odparła pokazując język i wychodząc z łaźni.

              • Chy chy… małym wężykiem - zaśmiał się chowaniec gdy Viktor zsuwał się pod wodę, gdzie jej toni i tajemnicy oddał, swój przepełniony frustracją i żalem krzyk. Krzyczał długo aż płuca zapłonęły, aż powietrze się skończyło i nawet wtedy próbował jeszcze trochę z siebie wycisnąć… ale gdy wynurzył się i przetarł twarz nie było śladu po wylanych emocjach. Kogóż miałyby one obejść?

              Chyba tylko łysego kotka, tulącego się bez słowa.

              • Jest jak jest - szepnął do siebie i wstał, z Fisusiem na rękach. Nie miał czasu kolejnej godziny spędzać na “relaksie”.
              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SeachS Niedostępny
                SeachS Niedostępny
                Seach
                napisał ostatnio edytowany przez
                #109

                Zamaskowana najemniczka niemrawo szła przed siebie w stronę w jaką skierowali ją patrolujący strażnicy miejscy, gdy zapytała o kurierów jakich można wynająć do zlecenia im przekazania listów. Robiła wszystko prawie automatycznie.

                Miała kłótnię z Khalem, ale to nie oznaczało, że miała zamiar niszczyć plany. Nie była dzieckiem!

                Parsknęła ze złością, gdy doszedł do niej komentarz Rhaasta. Ten cholerny miecz jeszcze miał czelność jej pyskować? Co on mógł wiedzieć o żyjących istotach? Był tylko narzędziem, przedmiotem z półek sklepowych, jakiego macały brudne łapska biedoty marzącej o czymś lepszym od pokrzywionego zardzewiałego sztyletu.


                Zlecenie wysłania tylu listów w tak krótkim czasie wymagało perswazji, ale moneta zawsze miała odpowiednią siłę. Z naddatkiem dostali, aby nie narzekali za bardzo, szybko oblecieli i niepiśmiennym przeczytali. Kaylie nawet nie próbowała kłócić się o cenę. Nie miało dla niej sensu oszczędzić jednej złotej monety dla bólu głowy. W ten sposób będą bardziej niż chętni zaoferować jak najlepszą usługę jeszcze przed wieczorem dnia dzisiejszego.

                Gdy wchodziła do biblioteki była sporych nadziei. To wręcz nie mogło się nie udać. Potrzebowała tylko trochę informacji i mogła dalej działać. Gdyby tylko istniała możliwość przyznania się do swojego szlacheckiego pochodzenia to wszystko przeszłoby śpiewająco w chwilę moment! Zaraz by weszła na te wiejskie salony i załatwiła wszystko lepiej niż genialny samouk z Cheliax! Po prostu powołać się na swoje urodzenie!

                ... czego zrobić nie mogła.

                Musiała kręcić się po bibliotece w nadziei, że natrafi na kogoś, kto jej poda drogę do ścieżek magicznych tego miasta, a tym samym i samego nadwornego maga.
                I choć informacje znalazła... Były one gorzej niż niezadowalające.

                Evercrest posiadało TYLKO JEDNEGO użytkownika magii tajemnej i był nim ten wieszcz! Tylko... Jednego... Aby go spotkać musi umówić się z nim przekazując strażnikom rezydencji barona list z prośbą o audiencję... Audiencję...


                "Pamiętaj za kogo się podajesz. To nic dziwnego, że najemnik stoi niżej nawet od tej "szlachty" ze wsi. "

                Kaylie oparła się ciężko o drewnianą ścianę sklepu z narzędziami do uprawy roli oraz zaskakująco dość bogatą ofertą nawozów.
                Kobieta spojrzała w stronę lepszej partii miasta, w jakiej Khal na pewno nie mieszkał za dzieciaka. Ciekawe czy kiedykolwiek mógł tam wchodzić czy przeganiała go straż? Ci, co doszli wyżej nie byli chętni dzielić przestrzeni z biednymi dzieciakami jakie mogły nie tylko brud roznosić i kraść ze straganów.

                Ruszyła powoli wedle instrukcji z biblioteki, kierując się w stronę rezydencji wbudowanej w mur wschodniej części miasta.

                Znalezienie rezydencji nie było trudne. Znajdowała się we wschodniej części miasta, bliżej gór i dalej od głównej bramy wjazdowej. Domy tu były większe, bardziej ozdobne, wyraźnie należące do śmietanki społeczeństwa. I w samym środku, wbudowana w mur miasta, była rezydencja Barona Incanto Sahila. Dwa razy większa i wyższa od okolicznych domostw, Kaylie podejrzewała, że potrzeba było przynajmniej setki ludzi, aby ją dokładnie obsłużyć, nie licząc przyłączonych stajen, kuźni i innych dogodności.
                Zauważyła, że pomimo iż rezydencja wbudowana jest w mur miasta, sama nie jest otoczona żadnym ogrodzeniem, nawet drewnianym płotkiem. Przed głównymi drzwiami stała dwójka strażników, widocznie znudzonych monotonią swojego posterunku.

                Zamaskowana najemniczka ruszyła w stronę znudzonych strażników, przed zatrzymaniem się zdejmując maskę z twarzy i wyciągając z torby sporządzoną prośbę o audiencję, jaką wykaligrafowała przy stole biblioteki. Wiedziała, że pospolity najemnik tak by pisać nie umiał, o ile by w ogóle jakkolwiek potrafił, ale poniżanie siebie miało granice. Wątpiła też by miała lepsze szanse umniejszając swoją osobę.

                Widząc zbliżającą się kobietę, dwóch strażników momentalnie się wyprostowało, chociaż nie sięgnęli od razu po broń. Ten po prawej od kobiety uniósł delikatnie dłoń, aby nie podchodziła bliżej, zatrzymano ją jakieś trzy metry od drzwi.

                • Witam, co sprowadza cię do rezydencji Barona Sahila?
                  Ciekawe jak by zareagowali na odpowiedź "Przyszłam włamać się i okraść barona."?
                • Chciałam prosić o audiencję u Ferna. - wyciągnęła ku strażnikowi pieczołowicie zwinięty list zaadresowany do maga - Bylibyście tak mili i mu przekazali?
                  Mężczyzna spojrzał na list, po czym zerknął na kolegę.
                • Myślisz?
                • Co?
                • Nie pamiętasz? Dwa lata temu, Fern nam powiedział, że "Spodziewa się zamaskowanej piękności niosącej własne zaproszenie". Trzy miesiące mi to przypominał.
                • Bogowie, myślisz, że to ona? Dwa lata? Ten cholerny elf musi naprawdę wrócić do akademii, za wcześnie go wypuścili. - wrócili uwagą do najemniczki.
                • Oczywiście, przekażemy. - strażnik, który kazał jej się zatrzymać przejął list i wszedł do rezydencji.
                • To trochę zajmie. Fern ma swoją pracownię na tyłach trzeciego piętra. Mam nadzieję, że nie chce pani skorzystać z jego usług wieszcza… jak widzisz, o ile nigdy się nie myli… nie zawsze jest precyzyjny.
                • Żaden problem, mogę czekać i nie, usług wieszcza nie szukam. - uśmiechnęła się - Ale dobrze rozumiem jaki jest problem z przepowiedniami wieszczów.
                • Nawet nie wyobraża pani sobie jaką batalię musiała przejść lady Blackfyre, aby Fern do niej NIE przychodził. Biedaczka zaczęłą gubić włosy od jego przepowiedni zagłady, szarańczy czy innego syfu. Ciągle czekamy na przybycie smoka…
                  Kaylie cicho zaśmiała się zasłaniając usta.
                • Możecie przestać.
                  Strażnik zamrugał kilka razy.
                • Przepraszam?
                • Fern nie jest dokładny nie tylko w sprawie czasu. Nie przejmujcie się żadną jaszczurką, wszystko pod kontrolą.
                  -... Będę potrzebował większych konkretów niż słowo zdemaskowanej najemniczki.
                • Nazywa się Brandelen i jest... - pokazała wysokość typowego kota - ...jak kociak. Słodkie maleństwo.
                • Ok.. i GDZIE on jest?
                • A kto wie, gdzie takie maleństwo łazi? Może należy szukać w koloniach bezpańskich dachowców.
                  Powietrze momentalnie zeszło ze strażnika.
                • Prosze powiedzieć mi, że pani żartuje…
                • Że żartuje mówiąc o istnieniu kolonii bezpańskich kotów?
                • Że po mieście gania nam świeżo wykluty smok…
                • Och, nie, nie. On nie jest świeżo wykluty, ale na pewno dziecko. Po prostu... nie taki smok z Pierwszego Materialnego. - powiedziała - Ale proszę się nie martwić. Nie będzie terroryzował miasta, możliwe nawet nie będzie chodził w obrębach Planu. - zastanowiła się - To w sumie skomplikowane.
                • Zbyt skomplikowane na to ile mi płacą?
                • To na pewno. - pokiwała głową.
                  Strażnik odetchnął.
                • Więc nie będę się tym przejmował. - przechylił głowę w stronę drzwi - O, chyba wraca. - faktycznie pierwszy ze strażników otworzył drzwi i zaprosił Kaylie do środka.
                • Fern twierdzi, że się ciebie spodziewał. Jest w bibliotece, proszę za mną.
                  Kobieta skinęła głową i ruszyła za strażnikiem, zadowolona że najwyraźniej poprawiła nudę temu drugiemu i pewnie jego koledze, jak znowu staną razem na straży.

                Strażnik przeprowadził najemniczkę rzez kilka korytarzy pełnych obrazów, posągów i zestawów ozdobnych zbroi. W końcu dotarli do drzwi, za którymi mieściła się biblioteka barona tego miasta. Musiała przyznać… nie imponująca. W sumie może sześć, siedem regałów. Fern, elfi mag na usługach barona siedział przy jedynym stole pomieszczenia z tacką z ciasteczkami i imbryczkiem.

                • Witaj, moja droga. - przywitał arkanistkę - Usiądź proszę.
                  Kaylie nie była zawiedziona biblioteką barona, bo nie spodziewała się więcej po baronie tej mieściny. Zachowanie elfa natomiast przypomniało jej dawne czasy, gdy ich Lud ją otaczał. Przed usiąściem skłoniła się z gracją i odezwała gdy już usiadła na fotelu.

                • Dziękuję serdecznie za zezwolenie mi na audiencję. - nie wypowiedziała jednak słów w języku ludzkim, a zwiewnym i eleganckim elfickim, jakiego już za dziecka była uczona oraz w domu często z niego się korzystało.
                  Och, jak jej tego brakowało…

                • Och, nossë. - odparł Fern ze słowem oznaczającym krewnego - Dawno nie słyszałem języka Kyonin w tych stronach. Cóż cię sprowadza do mnie? Przewidziałem twe przybycie, ale jego cel pozostał enigmą.

                • Przybyłam do tego miasta nie tak dawno i ze smutkiem zobaczyłam, że nie ma tu braci magii wtajemniczeń, nie licząc może przypadkowych najemników, jacy będą się tym parać. Może to i zbyt daleko idące z mojej strony, ale chciałam móc nawiązać kontakt z magiem Evercrest, aby nie być skazaną jedynie na milczące zbiory miejskiej biblioteki, w jakich bardziej popularnonaukowo traktują magię niż akademicko.

                • Nawiązać kontakt w celu uzyskania dostępu do moich zbiorów? - zapytał elf - Ech, młodzi magowie zawsze wolą łatwiejszą drogę proszenia starszych. - Fern chwilę się zastanowił - Mogę na to przystać, ale będę potrzebował czegoś od ciebie w zamian.

                • Nie chodzi mi po prostu o ściąganie z twoich zbiorów! - Kaylie lekko się uraziła - Zależy mi też na możliwości rozmowy z doświadczonym magiem oraz dostępu do zbiorów. Sama czarodziejem nie jestem. Ja staram się wykorzystywać wiedzę, jaka zaoferuje mi możliwość modyfikacji magicznych splotów by uzyskać potrzebny efekt. - uśmiechnęła się - Jestem Arkanistą.

                • Och… przykro mi. - odparł elf - Tak czy inaczej, będę chciał coś w zamian, i nie chodzi o pieniądze.
                  Magowie... Zapatrzone w siebie dupki... Nie powinno jej to dziwić... Choć ta reakcja przypomniała jej reakcję pradziadka, gdy ją pierwszy raz zobaczył i dowiedział się kim jest. Fern przynajmniej się nie skrzywił...

                • Oczywiście. - skinęła głową dusząc w sobie irytację - Tylko czego byś chciał? Wszak jestem też najemnikiem, więc jestem przyzwyczajona do wykonywania zadań.

                • Och, nic tak prymitywnego. Nie jesteś uczniem, abym się tobą wysługiwał. Jesteś mi równa, więc załatwmy wymianę wiedzy, wymianą wiedzy. Chciałbym wiedzieć co ty, ten Cheliaxianin i gnom, robicie w Evercrest.
                  Równa...?

                • Co robimy... - zastanowiła się chwilę - W sumie nie ma jednej odpowiedzi, bo każdy chce co innego, ale grupując nas... Mamy tu założyć legalny kult boga, jakiego kapłanem jest Viktor Goodmann. Gnom... Teraz popłynął chyba ulotki drukować, a tak bajki opowiada gawędzi, a ja jestem najemnikiem przyklejonym do kapłana.

                • Legalni bogowie nie potrzebują "kultów". - zauważył elf - Miałem wizję co do waszej trójki. Wiatry zmiany nadchodzące z zachodu niosące zapach siarki. - Fern uniósł brew - Mam nadzieję, że potwierdzisz lub zaprzeczysz moim podejrzeniom. Nie muszę chyba mówić jakie one są?

                • Kult, religia... I chyba jeszcze on nie jest bogiem? Całkowicie? Jakieś pozwolenia skądśtam z niebios ma... - wzruszyła ramionami - Jeżeli martwisz się, że ci tu Asmodeusza chcemy sprowadzić to bez stresu. Viktor kopnął go w ten kozi zad lata temu, a jego patron nie lubi pana Piekieł.

                • Czy jego patron ma imię?

                • Azazel, Ostateczny Sędzia. - nie wiedziała ile powinna mówić, ale szczerze dobro tego diabła ją nie obchodziło.

                • Och, Kozioł chce się usadowić tu? A to ciekawe. - elf pokiwał głową, najwyraźniej części jakiejś jego własnej układanki zaczynały wchodzić na swoje miejsca - Zakładam, że to tłumaczy wasze przebywanie u tego smoka?... Cholera. - elf zaklął najwyraźniej poirytowany ostatnim zdaniem.

                • Wiesz czym on jest, więc wiesz też, że nie ma sensu się starać. - zaśmiała się krótko - W sumie skąd wiesz o Koźle? To nie jest wszem znana istota na Pierwszym Planie.

                • Nawet wyższe plany nie są odporne na plotki. Jestem pierwszym źródłem ostrzeżenia dla Evercrest więc nasłuchuję. A plotki o "nowym bogu prawa" pojawiały się ostatnio coraz częściej. - elf westchnął - Tak wiem, czym ten cały Otto jest. Sęk w tym, że to przeze mnie nikt nie może tego powiedzieć, a spora część miasta jest nawet niezdolna sobie tego uświadomić.

                • Azazel nie jest powodem, że Otto tu jest. Otto był wcześniej niż Azazel miał zamiar. Prawdziwa zbieżność.

                • Nie musisz mnie o niczym przekonywać. - zapewnił Fern - Informacje o Azazelu sięgają maksymalnie sześciu lat wstecz. Otto pojawił się tu ponad dekadę temu i to mnie martwi. Wszelkie informacje na jego temat, mówią, że to nie jest istota, która zostaje na długo w jednym miejscu. Czemu więc został tu tyle czasu?

                • Z tego co rozumiem, nasze pojawienie się jest dobrą rzeczą dla Evercrest, jeżeli mowa o Otto. Musisz zdawać sobie sprawę, że jakaś umowa między Otto a Azazelem została zawiązana byśmy na Dworze przesiadywali, więc nie ma żadnego niebezpieczeństwa w tej sytuacji.

                • Wybacz jeżeli nie będę uważał, że umowa między diabłem a istotą na F, oznacza coś dobrego dla okolic.

                • Będzie na pewno na tyle dobre, jak nasza trzódka dobrą robotę ogarnie. - wzruszyła ramionami - Choć ciężko mi przewidywać myślenie pozaplanarnych. Niemniej żadne z nas zagłady miasta nie chce.
                  Fern kiwnął głową bez słowa.

                • Nie wykrywam fałszu w twoich słowach… Dobrze więc. - klasnął zadowolony dłońmi - Zaspokoiłaś moją ciekawość, pora abym odwzajemnił gest. Jakiej to wiedzy tajemnej poszukujesz?

                • Próbuję zrozumieć naturę magicznej nauki z ksiąg zaklęć. Wejść w kwestie teoretyczne i bardzo naukowe.
                  Elf pokiwał głową.

                • Więc, chcesz książkę na ten temat, czy kilka lekcji ode mnie.

                • A jak wyglądałyby twoje lekcje? - zapytała wciąż pamiętając lekcje pierwszego mistrza.

                • Jedna godzina wieczorem, codziennie, przez tydzień. Wytłumaczę ci teorię, pokaże praktyczne zastosowanie a następnie zaczniemy ćwiczyć aplikację w praktyce.
                  Kaylie skinęła głową. Co jej szkodzi?

                • Zgadzam się.

                • Kiedy będziesz chciała zacząć?

                • Mogę jak najszybciej. - wzruszyła ramionami - Aktualnie nie mam innych rzeczy.

                • No dobrze, na razie też nie mam naglących obowiązków. - wyciągnął z jednej z półek dość obszerną księgę - Zacznijmy więc. - otworzył tom, pokazując pierwszą stronę Kaylie - Pierwsze co musisz zrozumieć to...


                Godzinę później lekcja się zakończyła, a Kaylie była w nie lada konsternacji.
                Przeszłe doświadczenia nauczyły ją, aby spodziewała się zbywania, traktowania tematu powierzchownie i nie słuchania jej wkładu.
                Fern był inny, potrafił tłumaczyć problem kilka razy, za każdym razem w inny sposób, aby Kaylie na pewno zrozumiała teorię. Za każdym razem pytał czy rozumie jego tłumaczenie, chociaż szybko wytłumaczył, że nigdy nikogo nie uczył, więc nie ma w tym doświadczenia. Najwyraźniej dostrzegł jak ciągłe kwestionowanie rozumności arkanistki na nią wpływa.
                Pod koniec wręczył jej niewielki tomik.

                • Masz tu kilka teorii co do zapamiętywania formuł. Przeczytaj je proszę i postaraj się przyswoić, przyda się to nam jutro.
                  Kaylie przyjęła tomik i skłoniła głowę wypowiadając słowa elfickiego podziękowania i nazywając Ferna nauczycielem.
                • Hanna annonn, Aerister.
                • Larmanya, nólemo. - odparł Fern, nazywając arkanistkę uczennicą.

                Kaylie Sunfall patrzyła w prawie już opróżnioną szklanicę sikacza tej wioski, jakiego barman określlił mianem silnej wódki, jaka położyłaby piekielnego konia. Było to wielkie kłamstwo, jako że po pięciu konkretnych kolejkach arkanistka czuła jedynie zawirowania w głowie...

                • Wstaniesz to przywitasz glebę. - stwierdził karczmarz tej speluny z zaułków miasta. Jak ona się nazywała? Czy w ogóle zwróciła uwagę na ten szczegół, czy weszła po prostu do miejsca pachnącego tanim alkoholem i wymiocinami?

                Kobieta jedynie machnęła dłonią prawie zwalając maskę rzuconą na kontuar. Ociężale spojrzała po miejscu, jakby po raz pierwszy je widziała. Bywalców, jacy całe życia wydali mniej pieniądza niż ona zjadała na podwieczorek. Mężczyzn w śmierdzącym ciuchu, jakich skóra nigdy nie doświadczyła aksamitu pachnących mydełek... o ile mydła w ogóle. Widziała snujące się po karczmie wychudłe dziwki, szukające pieniądza w spodniach mężczyzn. Brud, bieda i ten zapach całkowitej beznadziei ogarniał całe to pomieszczenie. Beznadziei...

                Kaylie położyła głowę na ramionach lepiących się do taniego drewna kontuaru. Czuła się zmęczona. Czuła się znowu pokonana... dlatego wlała w siebie kolejny łyk.

                • Coś nie tak, lala?

                Słowa wytrąciły ją ze stuporu i zmusiły do spojrzenia w stronę ich źródła. Zobaczyła mężczyznę w średnim wieku, jakiego kiedyś jasne włosy dawno wypadły teraz będąc jedynie rzadkim wspomnieniem swojej chwały. Uśmiechnął się do niej szeroko okazując wyłamany kieł, jakiego brak mógł mieć coś wspólnego z blizną przechodzącą przez policzek i usta.

                • Chłop inną wydupczył? - arkanistka odwróciła wzrok nie wiedząc nawet czy chce odpowiadać - Przecie to widać. - twarda dłoń została położona na karku kobiety i musiała ona przyznać, że ta twardość nie była nieprzyjemna... a może po prostu jej nie przeszkadzało, bo była pijana?
                • Sukinsyn z takiego, ale nie płacz przez niego. Kto by w sumie nie chciał uśmiechu na tych ustach? - palec przesunął po dolnej wardze dziewczyny.
                  Kaylie zadrżała gdy poczuła ciepły oddech mężczyzny na swoim uchu, jak ten szeptał dalsze słowa.
                • Radości w tej piersi...

                Alkohol rozgrzewał żyły, tworzył mgiełkę zakrywającą myśli. Wszystko wydawało się niewyraźne, ciężkie...
                Kaylie sapnęła, jak usta mężczyzny zaczęły całować jej szyję. Zamknęła oczy wyobrażając sobie dalsze wydarzenia, jakie szeptem zasugerował nieznajomy.

                "Przecież cię na pewno zdradził."
                "Co ci szkodzi?"


                Wszystko działo się zbyt szybko jak dla Kaylie, która nie doceniła siły alkoholu, podstępnie zwiększającego swoją moc z lekkim opóźnieniem. Ale czy to tak naprawdę miało dla niej znaczenie? Nie obchodziło ją, gdy pas z mieczem został odrzucony na ziemię w jakimś obskurnym zaułku. Nie obchodziło jej zimno drewnianej ściany jakie przeszyło nagie plecy, gdy obnażone zostały piersi.

                • Nie... - szepnęła na wdechu, jak mężczyzna czcił ustami ich krągłość - Khal... - z zamkniętymi oczami prawie bezgłośnie wyszeptała czując rękę nieznajomego zaciskającą się raz po raz na jej wstydliwości.
                • Cii... - doszedł szept mężczyzny jakiego palce już wędrowały w dół podbrzusza eksplorując przeciw jej protestom.

                Obserwował jej każdy ruch, każdy gest, każdy nieumiejętnie skryty odruch. Widział niepewność, widział strach i... Wstyd?
                Tak. To było spodziewane. Nie był zaskoczony. Rozumiał działanie.

                Nie zostało szybko odrzucone ubranie, ale to nie był ten czas. Nie oczekiwał tego.

                Najemniczka jaką sprzedali jej właśni kamraci miała wyraźne, problemy by odsłonić skrywany w ramionach biust. Patrzyła na ziemię, gdy górna część ubrania upadła bezwładnie. Dopiero po chwili uniosła spojrzenie pełne zażenowania i obawy.

                Mężczyzna skinął dłonią i patrzył jak galtianka podchodzi oddychając urwanie. Strach... Był narzędziem w jego arsenale, a wstyd go zakorzenioniał.

                Delikatnie uchwycił jej dłonie i prawie nie używając siły nakierował je by odsłoniły przed nim skrywane skarby. Nasycał się tym widokiem, jednak nie było to jedynym powodem. Nie skupiał się zbytnio na prymitywnej radości. Miał inny cel.

                Gdy jej palce dotknęły dołu stroju pozwolił samej go zsunąć jedynie z niewielką pomocą na początku. Nic nie powiedział widząc ją nagą przed sobą, ciągle analizował. Tym razem oddał jej kontrolę nad sytuacją. Oddał jej decyzję.
                Choć to tak naprawdę nie była decyzja. Nie prawdziwa.

                Irvys Nyer wiedział, że pewnych procesów nie można pospieszać, temu odprawił ją tej nocy, gdy oddała jego oczom swe ciało.


                Khal...

                Arkanistka poprawiała zmiętoloną szatę jaka uparcie nie chciała powrócić do dawnego stanu.

                Czemu do tego doszło?

                Patrzyła ze smutkiem i bólem na swoje dłonie, na pobrudzone odzienie. Próbowała zrozumieć dlaczego on to jej zrobił. Czemu?

                To moja wina?

                Nie trzymała już łez. Nie mogła. Nie miała siły.

                Wszystko twoja wina.

                Szła w stronę bramy by opuścić miasto.

                Zawsze.

                Wytarła o piach ulicy krople krwi z klingi.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SeachS Niedostępny
                  SeachS Niedostępny
                  Seach
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #110

                  Popielny Dwór żył własnym życiem. Działo się. Ciekawi goście, nawet jeśli to prawie sąsiedzi, przyciągnęli jeszcze lokalnych, a gdy dodać do tego strażników od Filii… robił się tutaj prawie-tłum.

                  Cały socjalny ekosystem.

                  Kliknij w miniaturkę

                  Lady Elanna Orlovsky z Brevoy… młoda, urodziwa i wyrachowana kobieta o kasztanowych włosach, bladym licu i pełnych nie tylko ustach. Jej oczy były chłodne, dosknale współgrające z wyszukaną suknią, koloru głębokiego granatu, wyszywaną srebrną nicią i sygilem niedźwiedzia nad piersią. Po jej prawicy siedziała służka o włosach na wpół posiwiałych z wieku, ale emanująca dostojnością, a przed nimi dwie lokalne szlachcianki w sukniach koloru żółci i błękitu. Rozmowa nie interesowała Elanny, ale nie dawała tego po sobie w żaden sposób poznać.

                  Kliknij w miniaturkę

                  Varion Letalle, siwiejący ale o spojrzeniu wyniosłym, z lśniącymi na piesi insygniami Pitax. Miał na sobie ciemne, jedwabne szaty i pachniał tytoniem i pergaminem. On, w odróżnieniu od Orlovsky’ej nie miał cierpliwości udawać zainteresowania i nie był już w pozycji by to musieć robić. Siedział sam z kieliszkiem herbacianego napoju i księgą otwartą na tej samej stronie od ostatniego kwadransa. Nie czytał, a nonszalancko obserwował otoczenie i chłonął klimat.

                  Kliknij w miniaturkę

                  Kapitan Alescio Duraan z Mivonu… postawny i ogorzały latami ćwiczeń na słońcu, z ciętym spojrzeniem i szramą przez brew głęboko na policzek. Ubrany w błękity i czernie, bardziej praktycznie niż pokazowo, ale z sygnetem na palcu o symbolice miecza przeciętego piórem… siedział na krzyż z dwoma najemnikami Evercrest i rozmawiał o stylach walki i pojedynkach, raz po raz stukając kuflem o blat z aprobatą, ku głębszemu niezadowoleniu Nymisa Quickharpa, elfa z Severanches o długich czarnych włosach i turkusowych oczach, ubranego przewiewnie w zielenie i turkusy.

                  Była jeszcze urodziwa dama o czujnym spojrzeniu lady Calina Thornwell z Gralton. Był wysoki i krzepki Grel Venzaar z Daggermark. Była nawet Mirae Vadessari o włosach czarnych jak Hybryjska noc.

                  Viktor zszedł powoli schodami z piętra. Popielny Dwór żył własnym życiem i żywym rytmem ciekawego popołudnia. Rozmowy gości przerywane były odgłosami sztućców, szelestem kart i głosami lokalnych bywalców…

                  Goodmann krok miał miarowy i miękki. Bez wymuszonej dumy ni skrępowania. Włosy przygładzone w tył, ubranie skromne w ten właściwy sposób i z wyczuciem.

                  Wyparł już wcześniejszą złość i zawód, wchodząc w rolę, której mu, zwyczajnie, brakło. W Cheliax bywała męcząca, ale po miesiącach przerwy czuł się jakby zobaczył źródełko krystalicznej wody i dopiero zdał sobie sprawę jak bardzo chciało mu się pić.

                  Zatrzymał się na ostatnim stopniu, zerkając na salę z ledwie dostrzegalnymi iskierkami w oczach. Nie szukał nikogo wzrokiem, a wodził powoli po sali. Pozwalał by to spojrzenia znalazły jego.

                  • Mam wrażenie, że trafiłem tu zaraz przed początkiem czegoś… interesującego.
                    Mówił do siebie, a głos miał ciepły, lekko zachrypnięty i obramowany nutą charyzmy, przyciągającej uwagę nawet bez podnoszenia głosu.

                  Nie szedł od razu do żadnego z ambasadorów. Zdążył samym kątem oka dostrzec spojrzenie i zainteresowanie, które prosiło się o uzewnętrznienie, więc udał, że nawet go nie postrzegał i sprowokował wydarzenia. Pozwolił im jednak wydarzać się jakby nie miał w nich udziału.

                  • Panie Goodmann!

                  Kliknij w miniaturkę

                  Viktor spojrzał na strażnika… blond młodzika, o oczach tak błękitnych a rzęsach pełnych, że niejedna dama musiała mu zazdrościć. Opatrunek pod prawą żuchwą miał czysty i świeży.

                  • Chwila, chwila… - powiedział wesoło, strzelając palcami, szukając w pamięci imienia. Misza!
                    -Mirel, panie Goodmann - poprawił go, ale nie miał żalu o pomyłkę. Rozmawiali tylko raz na wyprawie. To i tak było coś, że pamiętano brzmienie jego imienia.
                  • Jak twoja szyja, nie paskudzi się?
                  • Troszkę, panie Goodmann, ale felczer mówi, że będzie dobrze.
                  • Czy ja słyszę… jakąś wątpliwość w twoim głosie? - zapytał i pozwolił sobie podejść bliżej. Nachylił się do jego szyi i dwukrotnie wciągnął woń w nozdrza i skrzywił się w konsternacji.
                  • Wie pan, jak to jest. Dużo ran, mało czasu - stwierdził młody, lekko zażenowany bliskością mężczyzny niemal dwukrotnie od niego starszego.
                  • Mogę? - pytanie podkreślił wskazaniem opatrunku.
                  • Hmmm?
                  • Chodźmy na bok, aby nie rzucać się tak w oczy.
                  • Hmmm? - to malutkie “tak?” w głębi “co?” w tym mruknięciu Viktorowi starczyło. Odszedł z Mirelem kilka kroków dalej, tak, że wyglądało jakby wcale nie robił przedstawienia dla wszystkich co potrafili patrzeć.

                  Powoli odwiązał bandaż, gdy młodzik odchylał głowę, by zaprezentować ranę, nie podważając już autorytetu jednego z bohaterów wyprawy. Jakoś tak naturalnie przychodziło mu zaufać.

                  Viktor strzelił śliną niezadowolony.

                  • Hmm? Coś nie tak? - zapytał chłopak z nagłym niepokojem.

                  • Hmmm… chyba nie… ale to opatrunek z odzysku, prawda?

                  • Uhhh… tak? Ale wyprałem go porządnie!

                  • To następnym razem wypierz go porządNIEJ. Albo lepiej przestań się, Miruś, wydurniać i kup nowy. Ty wiesz jak szybko zakażenie rany szyi może zabić?
                    Viktor uchwycił młodego strażnika pod brodą, by pokierować nim, dla lepszego wglądu w ranę po strzale goblina… stłumił uśmiech gdy dostrzegł delikatny rumieniec co wystąpił na jego policzku.
                    Puścił chłopaka.
                    Sięgnął za pazuchę i wyciągnął worek, w kórym wyszukał mała tubkę maści.

                  • Trochę zaboli a po chwili zapiecze.

                  • T-tak, psze pana.
                    Miruś był dzielnym chłopakiem i przyjął nakładanie medykamentu prawie bez zająknięcia. Prawie.

                  • Pochyl się proszę.

                  • C-co?
                    Viktor złapał go delikatnie za czuprynę i pochylił jego głowę, by znów zawiązać bandaż wokół opatrunku. Zmierzwił Mirelowi włosy uśmiechając się do niego.

                  • Będziesz żył. Prawdopodobnie nic się nie działo, ale tu lepiej dmuchać na zimne.
                    Uchwycił go za dłoń i był przekonany, że młody zassał nagle przy tym powietrze i gdy Viktor zaciskał w jego dłoni tubkę maści rumieńca nie był już w stanie nie dostrzec.

                  • Masz jej dość jeszcze na cztery aplikacje. Smaruj sobie ranę wieczorem póki nie zużyjesz całej. Nie zwiększaj dawki. Nie przyjmuj żadnych medykamentów opartych na kurawicy, wespanie łąkowym, ani żadnego rodzaju lilii, bo spuchniesz jak beczka. Dasz radę?

                  • T-tak, psze pana…

                  • Nie jestem w pracy, a i tam tytuł jest “mistrz”, a nie “pan”. Jestem Viktor, co?

                  • Dobrze p-panie Viktor.
                    Goodmann zachichotał i klepnął strażnika w ramię.

                  • Widzimy się potem. Jeśli chcesz to wpadnij za dwa dni pokazać ranę - zaproponował puszczając porozumiewawcze oczko i odwrócił się do sali, wyłapując spojrzeniem tych w końcowej fazie nagłego odwrócenia się celem skupienia uwagi na losowym elemencie otoczenia. Kilka spojrzeń dostrzegło jego pokazówkę, ale jego uwagę przyciągnął ambasador Pitax, który wciąż patrzył na niego. Bez skrępowania, przekrzywiając nieco głowę, na co Viktor uniósł nieco brew i odwzajemnił gest, aż oba spojrzenia się rozświetliły w zrozumieniu.

                  • Panie Letalle - zagadnął podchodząc do jego stolika. - Proszę mi powiedzieć, że to nie jest wciąż “Żelazny Umysł” - zapytał z serdeczną zadziorą w głosie.

                  • Goodmann - stwierdził Varion, z najmniejszą tylko nutą pytania o potwierdzenie. - Isger.

                  • Wciąż nie to. Cheliax.

                  • Ah, no tak… głupi ja. Ale, że ten wasz… wasz… wasze Piąte Pióro to dobrze pamiętam?

                  • Prawie. Gdy ostatnio opuszczałem Zachodnie Wybrzeże byłem już Trzecim.

                  • Awansik, awansik - zaśmiał się mężczyzna - Przysiąść się ma ochotę mistrz Goodmann? Uraczyć starca ciekawym dyskursem, jak pół dekady temu.

                  • Przysiąść się, przysiądę - zgodził się zajmując miejsce, ale kiedy ten starzec miałby do nas dołączyć?

                  • Daj pan spokój! - oprotestował Letalle, ale śmiech sam wyrwał mu się z gardła.

                  Viktor obserwował chwile, ze szklanicą calvadosa w ręku, prezentację techniki i postawy. Nic wielkiego, nic zaawansowanego. Lordowie Mieczy Aldori najlepsze sztychy i kombinacje zachowywali dla siebie i dla tych, którzy mieli nigdy o nich nie móc opowiedzieć.

                  • Panie kapitanie, znów ktoś próbuje Mivon sztuki pojedynków uczyć? Nie zabiorę czasu, ale chciałem tylko wyrazić podziw dla cudownej elegancji pańskiego École du Lys Noir.
                  • A kto ty jesteś, że rozpoznajesz styl mojej ręki po jednym pchnięciu?
                  • Tylko kimś, kto widział mistrzostwo… i nigdy go nie zapomniał.
                    Alescio uśmiechnął się z uznaniem za odchodzącym nieznajomym. Już wcześniej się nim zainteresował, gdy z tego zjełczałego pitaxiańskiego grzyba wyrwał śmiech, jakby jeszcze jakaś dusza tliła się w jego trzewiach.
                  • Kto to był? - zapytał najemników z którymi spędzał popołudnie.
                  • Oh, panie kapitanie… usiądźmy w takim razie i zamówmy jeszcze piwa, bo to dłuższa historia…

                  Kliknij w miniaturkę

                  • Nie jesteś stąd, prawda? - pytanie rzucone bez przywitania i zadek posadzony na stołku obok bez zaproszenia… Grel Venzaar z Daggermark. Wysoki, postawny i w odróżnieniu od pozostałych ambasadorów: jawnie niebezpieczny.
                    Viktor zdusił uśmiech. Tak sądził, że ten typek tylko czekał na moment gdy będzie chwilę sam.
                  • I tak i nie. Ale chyba wiesz już z kim rozmawiasz.
                  • I tak i nie…
                  • Hah.
                  • …z kimś kto miał szczęście, albo talent. Albo obydwa. Zobaczymy czy któreś z nich uratuje skórę, gdy przyjdą konsekwencje…
                    Napięcie urosło między nimi bardzo szybko. Viktor potrzebował chwili, ale doszedł do tego, że Grel zwyczajnie blefuje. Sprawdzał go. Ohoho… dawno nie grał w socjalnego tchórza! Ekscytacja rozświetliła mu spojrzenie.
                  • Wiesz Goodmann… lubię ludzi, którzy nie udają, że są czyści. Powiedz mi… czy ty też nie udajesz?

                  Nie polubili się tego dnia, wcale a wcale. Ale zaczęli się szanować. A dla kogoś z Daggermark… to znaczyło nie mniej niż przyjaźń.

                  Kliknij w miniaturkę

                  Lady Calina Thornwell, piękna jak obrazek i jak obrazek płaska, a ubrana pstrokato jakby do roli w komedii się szykowała. Powstała, wynurzając się ponad tłum swoich sykofantów, gdy Viktor przechodził obok.

                  • A oto ten, o którym mówią ściany i podłogi tego Dworu! - zaanonsowała z teatralną manierą - Panie Goodmann, czyż nie powinieneś pan nosić hełmu z laurem? - zapytała z ukłonem pełnym po równo uroku co kpiny.
                    Viktor odpowiedział własny ukłonem co był uprzejmy i apologetyczny, ale w jego głosie krył się pazur.
                  • Gdybym to zrobił, lady Thronwell, odebrałbym ci twój najlepszy atrybut! A nie chcemy przecież reinscenizacjii drugiego aktu Peripetii Valdevilla, prawda?
                    Śmiech. Żywy i serdeczny. Wymiana socjalnych ciosów, zakończona uściskiem dłoni. Calina szybko się zorientowała, że Viktor nie był ani nudny, ani bezbarwny… a po historiach które jedna po drugiej się potwierdzały… zaczęła myśleć, że może być odpowiedzią na jej problemy…

                  Kliknij w miniaturkę

                  Viktor uczestniczył w rozmowie poprzez samą swoją obecność. Od dziesięciu minut się nie odezwał, słuchając tylko Calithii Wren, elfki z Severarches o cerze białej jak mleko, a włosach brązowych jak kora. Podobnie jak Goodmann nie mówiła wiele, spoglądając przez okno, gdy Jorund-zielarz coraz żywiej dyskutował z Wimirem - kapłanem Erastila. Słowa nabierały tempa, a ton emocji.

                  • Czyż to nie fascynujące… - mężczyźni nagle zamilkli, gdy prawie-kłótnię przerwało im tak spokojne wtrącenie, nie powiązane z tematem… jakby w ogóle nie kierowane do nich i nagle speszyli się jakby przeszkadzali -... że niektóre gatunki gniazdują tylko tam, gdzie wcześniej była śmierć? Jakby nie tylko u fundamentów, ale na każdym poziomie życie potrzebowało rozkładu by kwitnąć
                    Cisza. Nikt nic nie mówił, ale nie krępowało to Viktora.
                    Calithii dopiero po dwóch oddechach odwróciła do niego swe dotąd nieobecne spojrzenie.
                  • To prawda. Ale niektóre ptaki po prostu uciekają od hałasu. A ty, Viktorze… Rośniesz na śmierci, czy uciekasz przed gromami?
                    Adwokat przejrzał to pytanie jako to czym była. Jego tajemnica nie kryła się w słowach, ale w tym jak były one wypowiadane. Wyzwaniem. Testem. Flirtem. Odpowiedział uśmiechem.
                  • Żadnym z tych. Ja jestem hałasem. Ale przynoszę te nową muzykę.
                    Zielarz z kapłanem szybko poczuli sie piątymi kołami u wozu i znaleźli wymówkę, by odejść gdzieś gdzie ich chcieli.

                  Viktor z Calithii spędzili kilka przyjemnych kwadransów, powoli i bez pośpiechu wymieniając się spokojnymi i wyważonymi zdaniami, przeplatanymi długimi okresami przedziwnej ciszy, co nie krępowała i nie żądała wypełnienia. Testowali się nawzajem. Wyczuwali wody, obwąchiwali zagadkami i odpowiedziami nabierającymi tylko więcej i więcej poziomów. To była powolna gra, ale moment gdy rozgryzało się zagadkę… nagradzający za wszystko. Nie padły żadne deklaracje, a ty bardziej obietnice. Ale w oczach Calithii zapaliła się żywa iskra ciekawości.

                  Kliknij w miniaturkę

                  W kącie sali, przy chłodnej zewnętrznej ścianie, zachowując widok na drzwi siedział konsul Tyrel Nex z Numerii. Surowy mężczyzna o rysach ascety, z włosami nakropionymi srebrnymi pasemkami i spojrzeniem aktywnym i bystrym jak magiczna soczekwa. Lewa dłoń, technomagiczna, złożona z czarnych segmentów, z regularnością maszyny stukała palcami o stół. Miał na sobie prosty płaszcz z wytłoczonym herbem gildii i srebrną broszą ze stylizowanym obwodem ark-magnetycznym. Jego obecność była chłodna, ale rzeczowa. Jak wojenna doktryna.

                  Przy jego stole siedziało dwóch lokalnych uczonych. Sędziwy skryba i młody medyk. Obaj usiłowali podtrzymać rozmowę o nowych technikach chirurgii, ale Tyrel więcej słuchał niż mówił. Tylko palce stukające to w blat, to w kielich, zdradzały aktywność jego myśli i nie zdradził ich wzmożenia gdy do jego stołu dotarł wreszcie Viktor. Zdążył dopytać Grela Venzaara z Daggermark kim on właściwie jest i ciekawiło go jak to spotkanie się rozegra.

                  • Witaj, konsulu Nex. We Dworze pełno dziś duchów polityki, ale to przy twoim stole słyszę, jak rezonuje przyszłości i mechanika. Pozwolisz, że dosiądę się na moment i posłucham jak operują tryby epoki?
                    Konsul utrzymał spojrzenie. Nie było w nim zdziwienia, ani zaskoczenia. Obaj wiedzieli, że już wypatrzyli się wcześniej i wypytali pozostałych.

                  • Goodmann - przywitał go jednym słowem. Beznamiętnym i pustym jak diagnowza. - Widziałem, jak obchodziłeś pozostałych jak kolekcjoner oceniający okazy. Więc… jak byś ocenił co przy moim stole widzisz?

                  • Człowieka który nie szuka sojuszu, ani uznania. Czyli właśnie to co miałem nadzieję znaleźć.
                    Oczy Tyrela zwęziły się na ułamek sekundy, ale potem kącik jego ust drgnął.

                  • Podobnoś nie tylko adwokat i kapłan. Jeszcze hazardzista.
                    Viktor nie dał po sobie poznać zdziwienia. Zwyczajnie nie miał pomysłu skąd wziąć mógł się ten pomysł. Może kolejny już, tego wieczora, blef? Jeśli tak to nie zamierzał dać się mu wykoleić

                  • Jestem wieloma rzeczami. Kontakty z piekłami uczą strategii. Kontakty z ludźmi: statystyki. W hazardzie i w tobie widzę obie te cechy. Dlatego chciałbym porozmawiać.
                    Konsul przechylił głowę. Udawał przez chwilę, że waży myśli. W końcu skinął brodą w kierunku pustego miejsca przy stole.

                  • Porozmawiajmy więc.
                    Kolejne minuty Viktor nie próbował dominować. Słuchał. Pytał o kondycję sieci energetomagicznych Starfall. O niedawny kryzysik relacji z Absalomem. O cykle transmutacji metali, niedostępne dla klasyczej alchemii. Nie mówił językiem polityków, a uczonych.

                  • Kilka miesięcy temu źródła mnie poinformowały, że złamaliście nowy andruuk w andorfańskich kryptach - wyraził słowa z precyzja i akcentem, nie pozostawiającym wątpliwości, że zna jego prawdziwe znaczenie. Oczy konsula błysnęły jak stal, a palce zacisnęły się na kielichu. “Andruuk” słowo w języku tajemniczym i nie rozpowszechnianym poza Numerią… “Andorfan” również nie było powszechnie znany słowem. Andruuk oznaczał “zamknięty łuk”, bądź “pieczęć energetyczną”. Był jednym z fundamentalnych pojęć odnoszącym się do technologicznych artefaktów Numerii.

                  Viktor nie znał wielu więcej słów, ale to jedno wyraźnie wystarczyło, aby przejść z “uprzejmej uwagi Tyrela” do “personalnej ciekawości konsula”.

                  • Wartość tych artefaktów - kontynuował schodząc do bardziej personalnego tonu - Jest oczywista. Jeśli to nie brednie to jestem ciekaw czy coś ze znalezisk nie zostało zaklasyfikowane przez Radę Mechaniczną jako tajne i byłbyś w stanie zaspokoić ciekawość fana.
                  • To co pan mówi, Viktorze Goodmannie, nie jest plotką czy domysłem - odpowiedział powoli, z nutą respektu w głosie, ale adwokat odnosił wrażenie, że najwyżej jego połowa kierowana była do niego. Reszta arbitralnie przypisana została samemu tematowi rozmowy. - Niestety nie jestem w stanie powiedzieć wiele bez złamania moich lojalności...
                  • Oczywiście, rozumiem - wbił się w zdanie Viktor natychmiast, opierając się o krzesło i wznosząc dłonie w geście zrozumienia.
                  • … mogę powiedzieć tyle, że Liga Techniczna trzyma kruchą kontrolę nad ich mocami… Hmmm… Nie jesteś zwykłym diabolistą, jak sądziłem z początku. Wyrazy uznania.
                  • Och, konsulu… a spotkałeś kiedyś diabolistę co byłby “normalny”?

                  Zapadła cisza, którą przerwał dopiero cichy, dudniący śmiech ich obojga. Lokalni uczeni kiwnęli sobie głowami w niemocy, zgadzając się, że dawno przestali rozumieć o czym prowadzona jest dyskusja i wymówili się ze stolika.

                  Od tego czasu rozmawiali ze sobą jak równy z równym. Nie przyjaciele, ale towarzysze w jednej grze.

                  Przy pożegnaniu Tyrel ujął Viktora za ramię swoją technomagiczną dłonią.

                  • Jeśli kiedyś zapragniesz prawdziwej mocy, w odróżnieniu od tego teatrzyku… odwiedź Starfall. Pytaj o mnie w Akademii Numeriańskiej Rady Nauk i Postępu, w gmachu arkanokrystaliki. Tam gardzimy grą w pozory.
                  • A jednak należycie do najlepszych w nią graczy.
                  • Dlatego wciąż istniejemy - zaśmiał się Tyrel, klepiąc Viktora w ramię na pożegnanie.
                  • W zasadzie… - zatrzymał go adwokat przed odejściem. - Miałbym u ciebie dług do zaciągnięcia… Konsulu Tyrelu Nexie z Numerii.

                  O Viktorze nie można powiedzieć by nie rzucał się w oczy. Gdy przyszedł niewielu go znało, ale teraz… zdało się, że już z każdym uścisnął rękę, z kadego zrobił sobie przyjaciela, albo przynajmniej sojusznika. Umówiony był już “na twardo” na dwa spotkania i jeszcze jedno miało być “dogadane”. Spojrzenia ciągnęły się za nim delikatnym ukradkiem i co rusz ktoś nowy do niego przychodził, gdy przez chwilę był sam.

                  Ale gdyby ktoś zainteresował się co siedzi w Khalu… i gdyby potrafił patrzeć i czytać… a najlepiej wróżyć… mógłby dostrzec ukłucie wciąż świeżego gniewu i urazy, które odżyły na nowo gdy skierował swe spojrzenie wreszcie na prześliczną i młodziutką lady Elannę Orlovsky z Brevoy.

                  Ale nikogo nie obchodził ten aspekt Viktora. Ani tu i teraz, ani nigdy nigdzie.
                  Może poza łysym kotkiem, który był teraz niewidzialnym wężem.

                  Ci, którzy nadal śledziliby Viktora wzrokiem, mogliby dostrzec, jak z gracją podchodzi do jej stolika. Jak opiera dłoń na oparciu jej krzesła i pochyla się. Blisko. Niemal do ucha ambasadorki. Widzieliby jak przez kilka chwil coś mówi, udając przed nią i całym towarzystwem, że ich bliskość jest całkowicie zgodna z etykietą…

                  Nie usłyszeliby słów, ale dotarłby do nich cichy chichot jej towarzyszek. Może nawet ktoś zauważył cień zażenowanego uśmiechu na twarzy jej służki.

                  Tylko stary Letalle z Pitax, dyskretny jak zawsze, zauważył, że gdy się pożegnali pół godziny później, lady Elanna nie wróciła do rozmów. Wymówiła się jakimś powodem i wróciła do swojego pokoju.
                  A pięć minut później, Viktor również pożegnał towarzystwo, z uśmiechem i wymówką o obowiązkach, które nie cierpią zwłoki. I tylko Varion, co widział z którego pokoju on przyszedł na samym początku, dostrzegł, że wcale nie do niego on teraz “wrócił”.

                  • Huhu… Nic się gnojek nie zmienił… - zachichotał sam do siebie z serdecznością, wracając wspomnieniami do lat swoich własnych podbojów.

                  Suknia Elanny opadła bezszelestnie na podłogę, sunąc po jej ciele jak dłonie chcące każdy kształt wyczuć. Jedynie świeca i resztki światła przedostające się przez zamkniętą okiennicę zarysowywały jej ciało, pozwalając wyobraźni w przecudowny sposób doszukiwać się niedopowiedzianego.

                  Oczy Elanny, szare jak deszczowe poranki Brevoy, były chłodne i pełne kalkulacji, kontrastując z serdecznością i nonszalancją Viktora.

                  Nie była kobietą, która oddaje serce. Lecz w tamtej chwili to nie serce było stawką.
                  Nie było pytań. Nie było zapewnień.

                  • Nie mów nic co śmiałbyś powtórzyć w świetle dnia - szepnęła mu na ucho, palcami pianistki kończąc rozpinanie jego kubraka.
                  • W takim razie…

                  Chlast. Rozbłysk przed oczami.
                  Ból dotarł ułamek sekundy później.

                  Wyprowadzony policzek przerwał mu w pół słowa. Nie dostrzegła gniewu w jego spojrzeniu, bo już odchodziła do łóżka, wręcz wulgarnie kołysząc nagimi biodrami. Uśmiechnął się dziko, gdy zrozumienie do niego przyszło. To nie była agresja. To było wyzwanie. I zaproszenie.

                  Przysiągłby, że w półmroku dostrzegł jak jej oczy wreszcie rozbłysły, gdy leciała, miotnięta na łóżko jak szmaciana lalka, z nieprzystojnym określeniem wciąż pobrzmiewającym w jej uszach…

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SeachS Niedostępny
                    SeachS Niedostępny
                    Seach
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #111

                    Bitwa rzeczna na pokładzie Majestatu

                    Zaskoczenie. Irytacja. Emocje te szybko pojawiły się, a potem równie znikły z twarzy gnoma. Był wszak wędrownym bajarzem. Zasadzki na szlaku były “atrakcją” wliczoną w profesję.

                    • Etrigan.- rzekł Baltizar wstając pospiesznie.- Broń.-
                      “Ptaszysko” stanęło między gnomem a zagrożeniem i nastroszyło papierowe piórka. Koci łeb otworzył paszczę grożąc śmiertelnymi zacięciami od papieru.
                      Gnom mrucząc pod nosem wywołał krąg i sięgając po losową kartę wyciągnął króliczego księcia.
                      Bestia która była oczywistym wyborem w tym środowisku i walce z tymi przeciwnikami. Naturalnego łowcę płazów.
                      Na statku naprzeciw Boggardów pojawił się olbrzymi dwugłowy wąż szczerzący złowieszczo kły w kierunku żaboludzi. Amfisbena nieco zwinniejsza od zwykłych przedstawicieli tego i z pewnością… przerażający przeciwnik mający skruszyć morale napastników. Wszak węże polują na żaby.
                      Nie dając ostrzeżenia wąż rzucił się na żaboludzi, dopadając najbliższego i wbijąjąc swoje kły w brzuch i krtań płaza. W przeciągu kilku chwil pierwszy z napastników leżał martwy a Amfisbena szczerzyła się na następne.
                      Największy z nich jedynie wydał z siebie, najpewniej agresywny, skrzek i przeskoczył nad wężem i Etriganem, lądując tuż przed Baltizarem. Potężnie zamachnął paskudnie wyglądającą włócznią, która bezpiecznie wbiła się w drewno barki obok nóg gnoma. Zdziwienie wymalowało się na pysku Boggarda, który zaczął próbować wyzwolić oręż.
                      Gnom wykorzystał tą sytuację przywołania łańcuchów mających zabić odważnego żaboludzia, wpierw jednak przesuwając się tak by flankować wroga. Wszak rozwścieczony Etrigan już skoczył w kierunku przeciwnika by wbić w niego i paszczę i pazury. Ochroniarz gnoma dostawał furii, gdy jego pan był zagrożony.
                      Trzy łańcuchy przywołane zaklęciem wystrzeliły wprost z desek pokładu, by jeśli nie zabić, to przynajmniej zmusić wroga do porzucenia unieruchomionej broni.
                      Łańcuchy oplotły się wokół Boggarda zadając mu solidne obrażenia, żaboczłek zaskrzeczał zaskoczony nagłym bólem, kiedy dopadł do niego Etrigan. Po kilku sekundach kolejny z napastników leżał martwy z "ręki" Baltizara.
                      Gnom nie tracił czasu sięgając po kolejną sztuczkę w swoim arsenale, przywołując tak blisko sercu jego rasy magię iluzji, mającą ukryć jego ruchy. Jednocześnie rozglądał się dookoła by ocenić sytuację na polu bitwy.
                      Boggardy najwyraźniej miały nadzieję na łatwy łup i w momencie kiedy dwójka z nich padła martwa stracił ducha do walki i zaczęły uciekać. Mimo wszystko raniły kilku członków załogi. Kapitan Amelia właśnie wyciągała ostrze rapiera z truchła kolejnego zaboczłeka.
                      Amfisbena ciągle jeszcze żywa podążyła za nimi, by ubić jak najwięcej stworków. I przy okazji zniechęcić ich do zmiany zdania co do odwrotu. Baltizar zaś podszedł do Amelii pytając.
                    • Zakładam, że takie napaści nie są częstą atrakcją na tym szlaku wodnym?-
                    • Jesteśmy daleko od jakichkolwiek bagien czy mokradeł. - odparła Amelia spluwając na martwego Boggarda - Więc tak, nie jest to częste.
                    • Czyli coś musiało je wypłoszyć ze siedliska. Jakieś plemię goblinów… może?- zastanowił się głośno Bajarz i rozejrzał po statku.- Chyba poszło nam całkiem dobrze. Nie zauważyłem ciężko rannych czy też… zabitych.-
                    • Wyliżą się. - zapewniła - Dobrze sobie poradziłeś, mości bajarzu.
                    • Kiedy jest się samotnym wędrowcem podróżującym od miasta do miasta, trzeba mieć w rękawie parę sztuczek powitalnych. Bandyci lubią takie małe ofiary jak ja. - wyjaśnił z uśmiechem Baltizar. Po czym zmienił temat.
                    • To co teraz? Płyniemy dalej? Czy też statek będzie musiał zakotwiczyć gdzieś na uboczu by niezbędne naprawy zostały poczynione? Nie znam się na statkach, więc ciężko mi ocenić sytuację.-
                      Kocicka podskoczyła kilka razy, statek zająknął w proteście a ona jedynie kiwnęła głową.
                    • Dobra balia… - powiedziała z aprobatą w głosie - Nic jej nie jest, możemy płynąć dalej, ale od teraz jesteśmy na baczności. Więc żadnych opowiastek.
                    • Etrigan. - Baltizar rzekł do swojego pierzastego ochroniarza. - Leć przed dziobem i wracaj do mnie, gdy zauważysz potencjalne zagrożenie.-
                      Papierowe stworzenie nastroszyło swoje pióra i poderwało się do lotu. Gnom się uśmiechnął mówiąc. - Mówiłem że jest użyteczny.-
                    • A ja nie wierzyłam. - odparła Amelia z udawanym wstydem - Jednak jestem na prawdę wdzięczna. Mówisz, że do Willow Creek skorzystać z ich drukarni?
                    • Mam historie do zapisania. Dwie w sumie.- przyznał gnom.- I chciałbym je zapisać w wielu kopiach.-
                      Spojrzał na panią kapitan.- Zakładam, że jest tam drukarnia, że nie gonię za niesprawdzoną plotką?-
                    • Jest, kilka lat temu sprowadził się tam jakiś skryba i przywiózł ze sobą solidną maszynę. Rok czy dwa później oszalał, wydłubał se oczy i wyskoczył przez okno. Drukarnia została, obsługuje ją kilkoro krasnoludów na zlecenia bardów i tym podobnych.
                    • Interesujące.- zastanowił się gnom.- To kto jest teraz właścicielem owej machiny?-
                    • Krasnolud… Hrun, czy Hurn Młoto-góro-kamień, wszystkie te krasnoludzkie imienia brzmią tak samo.
                    • Z pełnym szacunkiem kapitan, pierdol się. - odparł jeden z krasnoludzkich członków załogi.
                    • Och, wybacz Gorgu, synu Groga z klanu Skalnych Toporów. - Amelia uśmiechnęła się zadziornie - Będziesz musiał zapytać na miejscu.
                    • Cóż… gnomy też mają długie… pełne tytuły: imiona, przydomek, nazwisko rodowe…- machnął ręką Bajarz.- Całkiem niepraktyczna tytulatura.-
                      I znów zmienił temat.- A co planujesz po przybiciu do portu? Masz już zakontraktowane zamówienie na przewóz, czy dopiero będziesz szukać?-
                    • Willow Creek to przestój na drodze, zmierzamy dalej więc obawiam się, że nie zabiorę cię z powrotem, chyba że chcesz wracać na około.
                    • Rozumiem. Niemniej pewnie znajdę jakiś statek płynący z powrotem, prawda? Ruch na tym odcinku rzeki pewnikiem jest intensywny?- zastanowił się gnom.
                    • Jeżeli nie statek to jakiegoś kupca. - przyznała Amelia - Zależy też ile tu czasu spędzisz.
                    • To prawda. A śpieszyć się nie muszę. - przyznał gnom i spytał.- Ładne jest to Willow Creek? Duże?-
                    • Wieś rybacka, która trochę podrosła ze względu na miejsce na szlaku rzecznym. Może tysiąc lokalnych i połowa tego przejezdnych?
                    • I taka… wioska… ma własną drukarnię?- zdziwił się szczerze gnom.
                    • Tak jak mówiłam, jakiś pisarz sprowadził drukarnię ze sobą. Najwyraźniej chciał zacząć dystrybucję w spokoju i zaciszu małej wioseczki.
                    • A mają tam jakąś gospodę w której można się zatrzymać na noc?- dopytywał się Baltazar.
                    • Płacząca Wierzba. - odparła kapitan - Przyzwoite ceny, jedzenie i napitek na poziomie. Łóżka mogłyby być lepsze.
                    • Zapamiętam.- rzekł z uśmiechem Bajarz.

                    Willows Creek

                    Kilka godzin później dotarli na miejsce. Faktycznie Willows Creek było niczym nie wyróżniającą się mieściną. Domki, młyn, piekarz, kuźnia… jedyne co odstawało to podłużny budynek widoczny na wzniesieniu, najpewniej drukarnia.

                    • Szerokiej drogi mistrzu Harpeness. - pożegnała gnoma Amelia - Chłopcy już płaczą, że nie będzie miał kto im bajek na dobranoc opowiadać.
                    • To jeszcze kwestia rozliczenia się za podróż. Zasłużyłem na upust?- zapytał żartobliwie Bajarz.
                    • Policzmy. Cena bazowa dziesięć złota, minus za pomoc w walce i rozrywka w podróży, plus za mój ból głowy. Powiedzmy siedem sztuk złota, odpowiada?
                    • Zgadzam się z tą oceną.- odparł z uśmiechem Baltizar i zapłacił kobiecie. Po czym rozejrzawszy się ruszył wpierw w poszukiwaniu karczmy, by załatwić sobie nocleg. Etrigan poderwał się do lotu, by z góry osłaniać swojego pana.

                    Płacząca Wierzba była przybytkiem jakich Baltizar widział setki w swoim życiu. Średnio czysta, z prostymi drewnianymi stołami, ławami, ciepłym piwem i zimnym żarciem. Karczmarz zerknął na nowo przybyłego z drobnym znużeniem.

                    • Noc kosztuje sztukę złota, półtorej z jedzeniem.
                    • Dwie jeśli dostanę kwaterę tylko dla siebie.- stwierdził gnom obojętnym tonem, rozglądając się po bywalcach karczmy.
                      Karczma gościła kilku tutejszych rybaków i chłopów. Nikt nie przykuwał za specjalnie uwagi Baltizara.
                      Karczmarz wręczył gnomowi klucz.
                    • Pokój jest na piętrze na końcu korytarza.
                      Gnom zapłacił za trzy dni z góry i… udał się do wyjścia. Teraz gdy już załatwił nocleg udał się do celu swojej misji. Do drukarni.
                      Droga do podłużnego budynku odbyła się bez niespodzianek, widział kilka dzieci bawiących się na ulicy, plotkujące wieśniaczki i węglarza sprzedającego węgiel drzewny.
                      Sam budynek wyraźnie różnił się od tutejszych domów. Solidna cegła i ceramiczne dachówki odstawały od strzechy i drewna reszty wsi. Duże drewniane drzwi stały mu na drodze.
                      Zastukał więc grzecznie acz stanowczo w te drzwi kosturem. I czekał na reakcję z drugiej strony.
                      Gnom usłyszał dźwięk skrzypnięcia drzwi, chociaż one same stały nieruchomo.
                    • Czego?- mniesze drzwiczkie wbudowane w masywne odrzwia budynku się otworzyły i wychylił się przez nie czarnobrody krasnolud, rozglądając się przez chwilę na poziomie swojego wzroku zanim zerknął w dół.
                    • Och, wybacz mistrzu gnomie. W czym mogę służyć?
                    • Drukarnią. Potrzebuję wydrukować moje opowieść w kilkudziesięciu egzemplarzach i jestem gotów zapłacić za tę usługę. Wiedz bowiem mistrzu drukarni, żem jest wędrownym Bajarzem. I chciałbym jedną historię uwiecznić dla potomności w wielu egzemplarzach.- odparł Baltizar skłaniając się lekko, po czym sięgnął do jednej kieszeni przy pasie wyjmując karteluszek.- A i… poproszono mnie o powielenie tego… cokolwiek toto jest.-
                      Krasnolud spojrzał się tępo i na gnoma i na kartkę, którą trzymał.
                    • Szefie! - zawołał do środka - Klienta mamy! - krasnolud zniknął i po chwili otworzył drzwi wpuszczając gnoma do środka. W środku widział jeszcze jakiś tuzin krasnoludów krzątających się wokół kilku masywnych maszyn. Do Baltizara podszedł jeden z nich, kilka plam tuszu zdobiło zarówno jego ubiór, jak i siwiejącą brodę.
                    • A witam, witam. Więc, jakie zamówienie. Ile stron oryginał i ile kopii?
                      Gnom przez chwilę milczał rozglądając z zainteresowaniem. Ciekaw jakim cudem ten przybytek tu funkcjonuje. Wszak rybacy raczej nie należą do miłośników słowa pisanego.
                    • Dwadzieścia cztery strony i w stu kopiach. Do tego jedna historia na 30 stron, w dwóch kopiach. I to … - pokazał karteluszek wręczony mu przez kapłana. - Czterdzieści egzemplarzy?-
                      Krasnolud przewertował kartki robią wyliczenia w głowie.
                    • Możemy mieć wszystko gotowe, na jutro wieczorem. W sumie będzie 70 sztuki złota. Chce pan zapłacić z góry, czy na razie zaliczka i reszta po odbiorze?
                    • Zaliczka na razie. Zamierzam przebywać tu trzy dni, więc nie spieszy mi się aż tak.- odparł Baltizar sięgając do sakiewki.
                    • Rozumiem. Odbierze pan sam, dostarczyć gdzieś? Mamy konia i wóz jeżeli trzeba poza miasto.
                    • Zatrzymałem się w miejscowej karczmie. Tu w osadzie. A tak… z ciekawości. Kto zwykle zamawia tu druki. Bo chyba nikt w Willows Creek?- zapytał na koniec gnom.
                    • Oczywiście, że nie. - zaśmiał się krasnolud - Świątynia w Evercrest poświęcona trzem boginiom, nazywają ją Dom Odnowy, zamawia u nas kopiowanie ksiąg. A tak to wysyłamy raz w miesiącu jednego z chłopaków po okolicznych miastach i stolicach i zbieramy zamówienia.
                    • Są wśród nich osady mojego ludu ?- zapytał gnom z ciekawości.
                    • Słyszałem o jakiejś na granicy ze Skradzionymi Ziemiami, ale tak to nie.
                    • Szkoda. - odparł rozczarowany tą wieścią gnom. Przez chwilę namyślał się, po czym rzekł.- Dziś dam te “wizytówki” do zrobienia w liczbie czterdziestu i opowieść do wydrukowania w stu kopiach. Jutro podam egzemplarz do skopiowania w dwóch… jeszcze muszę go doszlifować.-
                      Gnom wyciągnął z plecaka swoje dzieło. - To ile zaliczki?-
                    • Dwadzieścia złota powinno wystarczyć. - odparł krasnolud - Jak planujesz wrócić do domu?
                    • Pewnie… statkiem.- zadumał się Bajarz.
                    • Ostatnio coś się dzieję wokół rzeki. Większe zagęszczenie szkaradztwa z okolicznych bagien i mokradeł.
                    • Mhmm… napotkałem ich po drodze do Willow Creek. Upierdliwe stworzonka z tych żaboludzi. Coś je musiało wypłoszyć z domów.- ocenił gnom po namyśle.- Zakładam, że nikt z okolicznych osad nie zapuszcza się w tamte strony? Żaden z myśliwych tam nie poluje?-
                    • Chodzą plotki o jakiejś suszy, ale przecie padało kilka dni temu. Nie wiem co im do tych miękkich głów strzeliło, żeby tak daleko się zapuszczać.
                    • Napadli na statek którym płynąłem. Mało przemyślany atak. Bardzo desperacki.- przyznał Baltizar i zapytał.- Willow Creek ma jakąś straż? Albo chociażby pospolite ruszenie? Wygląda mi bowiem na łakomy kąsek, dla zdesperowanych boggardów.-
                    • Kilku chłopaków z Evercrest to stacjonuje. Do tego tutejsi wiedzą jak sobie radzić z żabami. Więc nie ma co się nami przejmować. Jeżeli jednak faktycznie bagna schną, to może się źle odbić na okolicach.
                    • Będę mógł więc spać spokojnie.- rzekł z uśmiechem gnom i podrapał się po brodzie.- Pomijając żaboludzi, jaki jeszcze kłopot może sprawić wysychające bagnisko?-
                    • Poza wkurzeniem lokalnych drzewolubów? Bagna, lasy i rzeki to elementy od siebie zależne. Rzeczy z bagien pójdą w las i przegonią zwierzynę, łowcy nie będą mieli na co polować, przyjdzie zima będzie źle.
                    • Jest w tym prawda. - zastanowił się gnom drapiąc po brodzie.- Czy masz może sugestię co do tego jak miałbym wrócić do Evercrest?-
                    • Hmm… - krasnolud się zastanowił - Hroli wyrusza z dostawą do stolicy za dwa dni. - wskazał na innego krasnoluda z złotymi włosami i brodą - Mógłby zabrać cię ze sobą.
                    • Chętnie dołączę więc. W grupie zawsze weselej i bezpieczniej.- odparł z uśmiechem Baltizar.
                    • Na pewno. - odparł krasnolud - Więc, widzimy się za dwa dni, uregulujemy płatności i wyruszysz z Hrolim. Taki układ pasuje?
                    • Hmm… tak… choć w zasadzie to widzimy się jutro. Bo poświęcę trochę czasu na poprawki i podam jutro manuskrypt do skopiowania w dwóch egzemplarzach.- odparł Bajarz.

                    Willows Creek, karczma Płacząca Wierzba

                    Było już późno, było już ciemno… gnom zjadłszy posiłek zabrał się za pisanie opowieści. Bajki w zasadzie. Nie znał zbyt dobrze Dari, a Citri w ogóle. Opisać więc prawdziwej historii nie mógł. Zresztą zakończenie takiej było opowieści byłoby zbyt ponure. Dlatego gnom wolał przygotować coś innego. Bajkę dla dzieci. O króliczkach.
                    Bajarz miał świadomość, że dzieci lubię te długouche gryzonie.
                    “Dawno, dawno temu, w norce daleko stąd…” historię o króliczkach Dari i Citri. Zwierzaczki nie dzieliły tylko imion z kapłankami. Ale też i charakter. Citria była taka ją Dari opisała. A króliczka Dari taka jak kapłanka którą znał gnom. Cała opowieść była o tym jak Citria spotkała Dari żyjącą wygodnie w norce. Jak pokazała jej piękno otaczającego jej norkę świata, w tym księgi. Jak pokazała jej świat zapisanych opowieści. A w epilogu… obie króliczki udały się głębiej w leśne ostępy w poszukiwaniu skarbnicy wiedzy i piękna. Potężnego dębu w którego wnętrzu krył się zbiór woluminów pobłogosławiony przez samą Shelyn.

                    Baltizar… nie był zadowolony z tego dzieła. Nigdy nie był dobry w pisaniu takich historyjek, ku pokrzepieniu serc. Nie miał w sobie zbyt wiele… jak to nazywał pewien elf? Empatii?
                    No cóż, ostatecznie oba egzemplarze trafią w ręce Dari. Jeśli się historia jej nie spodoba… może… może…

                    Gnom przerwał pocierając skroń. Cienie w jego pokoju rosły, szepty się nasilały. Myśli… robiły się irytująco ciężkie.

                    Sięgnął po sztylet.

                    Przedmiot ów nie wyglądał jak broń. Krótkie i szerokie ostrze niespecjalnie sprawdzało się w walce. Było bogato zdobione, ale nie dlatego je Baltizar cenił.
                    Było pamiątką i służyło do odbierania życia, tym przeznaczone było zostać ofiarą.

                    Baltizar naciął dłoń i skropił kartkę pergaminu swoją krwią. Patrzył beznamiętnie na plamę czerwieni. Patrzył jak pojawia się szczelina i otwiera się oko… znajome o błękitnej tęczówce. Bardzo… ludzkie.

                    Bajarz mruknął pod nosem.

                    • Carlyx… czego znów chcesz?
                      Usłyszał w odpowiedzi nerwowy bulgot.
                    • Czego się spodziewałeś? Sam wybrałeś swój los. Służąc im. Jak sądziłeś, gdzie trafisz po śmierci? Głupcze…- zaśmiał się cicho Bajarz opatrując ranę.
                      Znów bulgot w odpowiedzi.
                    • Co u mnie? Nic wielkiego. Kilka odkryć. Wygląda że nie mogę umrzeć. Nawet jeśli to ciało zostanie zniszczone… pojawi się moja kolejna wersja w następnym pokoleniu. - wzruszył ramionami gnom i dodał.- Nie ma potrzeby używania wulgaryzmów. Nie wypada ich używać, zważywszy na twoją pozycję za życia.-
                      Bulgot usłyszał w odpowiedzi.
                    • Tak. Tak. Jestem przeklęty. Wiem. Powiedz mi coś czego nie wiem. Twoje prywatne tomy też niczego mi nie powiedziały.- po tym słowach gnom wbił sztylet prosto w oko wywołując bulgot ból.
                      Podniósł przebitą kartkę i podpalił ogniem wywołanym inkantacją.
                    • Wracaj do niebytu duszo nieczysta.-
                      Czuł się zmęczony, ale i usatysfakcjonowany. To co planował zrobił. Jutro pozostało mu podanie drugiego manuskryptu i… słodkie lenistwo. Wątpił by jego ekscelencja zainteresowany był kontraktem na wywoływanie deszczu lub przywoływanie ryb. Nie sądził też, by był zainteresowany zapłatą w śmierdzącej i pokrytej łuską “naturze”.
                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SeachS Niedostępny
                      SeachS Niedostępny
                      Seach
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #112

                      Światło sączące się przez szczelny w oknach zaczynało nabierać ciepłej miodowej barwy. W pokoju pachniało potem, winem i seksem. Elanna siedziała na parapecie z podciągniętymi kolanami. Koc zarzucony na ramiona wyglądał jakby miał tylko podkreślić jej nagość, a mimo to była pewna siebie i swego piękna jak niejedna ubrana kobieta.

                      Viktor dopiął sprzączkę u pasa i spojrzał na nią przez odbicie w lustrze.

                      • Jeśli planowałeś tajemniczo uciec, to ci nie wyszło. Czy może wymówisz się niejasnymi “obowiązkami”?
                        Viktor zachichotał nim odpowiedział.
                      • Ani to, ani to… zwyczajnie i bezczelnie: wyjdę. I tyle. Mam spotkanie. Tylko osoba jeszcze nie wie, że to już dziś.
                      • Hmmm… - uniosła brew nad swoim chłodnym, kalkulującym spojrzeniem - Oczywiście, oczywiście… - przyznała jakby istotnie było to oczywiste. - A z kimś o kogo nie powinnam pytać? Bo brzmi jak wstęp do kiepskiej ballady.
                        Odwrócił się i przez krótką chwilę chłonął spojrzeniem cudowny obraz. Piękna zadziorna kobieta, w ciepłym świetle… naga i nieugięta.
                      • Im mniej wiesz, tym mniej możesz wydać na przesłuchaniach.
                        Parsknęła śmiechem, ale czuł, że było w nim więcej kalkulacji niż szczerego rozbawienia… trochę go tam słyszał.
                      • Jakże uprzejmie… oszczędzasz niewieście lochów. Jesteś prawdziwym bohaterem.
                      • Yhym… a czasem nawet: sobą.
                        Wstała z parapetu, pozwalając kocowi osunąć się na ziemię. Przestąpiła bezszelestnie przez pokój. Była blisko, ale nie dotykała go. Mierzyła go swoim chłodem w oczach i prawie miał wrażenie jakby mógł dostrzec w nich jej myśli… jakby miała go przejrzeć na wskroś.
                      • Nie wiem jeszcze, czy to nie był błąd.
                      • Zwykle jest - przyznał bez cienia żalu - Ale rzadko rozumiemy to od razu.
                        Stanęła na palcach i wyciągnęła się do niego, ale nie pocałowała go w policzek, jak się spodziewałam. Za to szepnęła mu do ucha. A w tym szepcie słyszał jakiś warkot, jakby drapieżnika.
                      • Nie zostawiaj listów, ani kwiatów. Jeśli będziesz chciał mnie zobaczyć, nim wrócę do swoich… po prostu przyjdź.
                      • A jeśli cię nie będzie?
                      • Będziesz musiał liczyć na trochę szczęścia.
                        Uśmiechnął się i sam nawet poczuł w tym uśmiechu własną szczerość.
                      • Mam nadzieję, że się jeszcze zobaczymy, Elanno.
                      • Nie wątpię.

                      Ostatni raz w drzwiach obejrzał się przez ramię. Stała tam nadal. Musząc doskonale wiedzieć jak to skromne światło obrysowuje jej sylwetkę. Półuśmiechała się, z ręka na biodrze, jak ktoś kto nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

                      Zamknął drzwi cicho i zaraz dotarł do niego gwar Popielnego Dworu.

                      W końcu dotarł. Już trzy razy zdążył przeklnąć się w myślach (choć nie całkiem poważnie), że nie skrócił o godzinę zabawy z Elanną. Oszczędziłoby mu to dwóch godzin błądzenia w mroku... Ale potrzebował tego.
                      Kłótnia z Kaylie uderzyła go mocniej, niż miał ochotę sam przed sobą przyznać. Czuł się słaby. Zwyczajnie słaby. Khali, który nie potrafi przekonać kobiety, ponoć go kochającej, że wartość człowieka to coś więcej niż miejsce w genealogii...
                      Z kolei, gdy zostawiał nagą Elannę za sobą, znów był sobą: zdobywcą świata. Mającym na wyciągnięcie ręki wszystko, czego zapragnie… był Viktorem Goodmannem. Trzecim Piórem Cheliax, nie zranionym Khalim, który zdawał się potrzebować przede wszystkim poklepania po główce. Aż wstyd mu było, jak bardzo wtedy to wszystko wziął do siebie…

                      Willa Hieronima Crawcolta w znacznej mierze spała. Tylko drobne blaski świec odbijały się w dwóch oknach. Jeden w sypialni Zoryi. Jeśli dotrze do niej nim zaśnie… to nieco ułatwi.

                      Dotarł do winnicy. Archibald twierdził, że drzwiczki zawsze są otwarte. Czas sprawdzić teorię.

                      Na szczęście nie mylił się. Drzwiczki otworzyły się bez większego oporu, a Viktora przywitało ciemne zejście do ciemnej piwnicy.

                      Fisuś wleciał pierwszy. Widzący perfekcyjnie w ciemnościach, okryty niewidzialnością był doskonałym zwiadowcą, a ze spojrzeniem zdolny dostrzegać magię…
                      Nic jednak nie dostrzegł magicznego. Ściany piwnicy były wypełnione beczkami z których chować czuł woń dojrzewającego wina. Pomieszczenie było chłodne ale suche, kończyło się po jakiś pięciu metrach drzwiami.

                      Viktor zszedł powoli, instruowany szeptem chowańca, aby na pewno na nic nie wpaść. Kusiło rozświetlić sobie magią, ale nie mógł ryzykować, że ktoś przechodzący akurat korytarzem to zauważy. Zawołał chowańca do siebie.

                      • Spróbuj czy dasz radę pod drzwiami przejść i jeśli tak to rozeznaj się w sytuacji. Pamiętasz mapę i gdzie ma pokój? Dobrze. Nie wpakuj się w nic magicznego. Jakby coś poszło nie tak to widzimy się przy siwku. Ja poczekam tutaj.
                      • Yokkidy-dookida.
                      • Yokkady-doo.

                      Trochę zajęło wiercenia się, ale chowaniec w końcu przedostał się przez drzwi. Czekał go lot w górę schodów do kolejnych drzwi do przeciśnięcia się przez. Po drugiej stronie czekał go parter rezydencji. Pamiętając mapę dotarł do pokoju Zoryi, gdzie sama kobieta kładła się spać. Wyglądała na przygnębioną, bardziej niż kiedy Khal widział ją poprzednio. Kiwnął sam sobie głową, ale nie był to jeszcze czas na powrót. Rozłożył znowu diabelskie skrzydełka i ruszył szukać innych mieszkańców, z priorytetem na twardorękim co jej pilnował. Jeśli Khal miał z nią bezpiecznie porozmawiać to musieli zminimalizować szansę, że ktoś ich najdzie, albo usłyszy. Łatwo zlokalizowal wszystkich. Cztery służki już spały. Majordomus, który zastąpił Archibalda, pracował w biurze Crawcolta nad jakimiś papierami, a strażnik doglądał ekwipunku, w czymś co wyglądało jak rytuał… tylko nie wiedział, czy taki przed snem, czy przed obchodem, a to była różnica jak między życiem a śmiercią.

                      Kwadrans późnie twardogłów już spał, a majordomus nie wyglądał jakby miał zauważyć paradę nagich kobiet maszerujących przez pomieszczenie, jeśli tyko pod ich ilością i werblami nie zaczęłoby się biurko trząść. Poza tym biuro było prawie po drugiej stronie willi.

                      Nadszedł moment dla Viktora. Opuścił piwniczkę i, jak duch, przemknął pustymi korytarzami, nie wydając nawet jednego dźwięku. Fisuś wciąż w awangardzie upewniał się, że wszystko jest jak należy, a w razie potrzeby Viktor będzie miał kilka sekund by zareagować.
                      Dotarł do drzwi Zoryi bez incydentu. Teraz jedynie zostały drzwi do jej pokoju. Fisuś znów przemienił się w niewidzialnego węża i upewnił się, że nie ma tu żadnej magii, a potem przecisnął się pod drzwiami, gdy Viktor oglądał mechanizm zamka… Paranoja? Prawdopodobnie… ale dopiero gdy potwierdził, że wszystko jest zgodne z oczekiwaniami Viktor delikatnie nacisnął klamkę, tak aby nie pozwolić zamkowi wydać najmniejszego dźwięku, ale pod naporem… drzwi nie drgnęły. Spróbował najdrobniejszego szarpnięcia i wciąż nie otworzyły się. Były zakluczone. To dobrze… to bardzo dobrze, że zamyka się na noc. Cieszył się, że tę odrobinę prywatności miała dla siebie.
                      Fisuś, niechętnie aczkolwiek ze zrozumieniem, przeoblekł się w postać węża, który byłby turkusowy, gdyby nie był niewidzialny. Przecisnął się pod drzwiami by znaleźć klucz…

                      Viktor siedział znów w piwniczce z kwaśnym wrażeniem gdzieś z tyłu głowy. Nie było klucza w drzwiach. Nie było klucza na biurku. Nie było klucza nigdzie w jej pokoju. Nie była ona osobą która zamknęła te drzwi. Ta “prywatność” gorzko teraz smakowała.

                      Fisuś znalazł klucz, co prawdopodobnie otworzyłby zamek. Był w pokoju strażnika u jego spodni, ale… Khal nie wierzył, że to zwykły prosty twardogłów. Za dnia chodził cały czas za Zoryą. W nocy co godzinę robił obchód. Coś takiego można by dać radę uciągnąć kilka tygodni. Nie całe lata. Uznał, że jego niecierpliwość nie waliduje ryzyka. Opuścił dwór i nieco ponad kilometr dalej rozłożył namiot… znaczy… Fisuś rozłożył z jego ślepym wsparciem.

                      Sen przyszedł błyskawicznie. Niemal jak tylko zamknął oczy pozwalając sobie na niego. Kaylie miała mniej racji niż jej się wydawało, ale trochę jednak tak. Przedłużanie jawy niosło swój ciężar. I nie chroniło przed snami.

                      Fisuś z ciężkim sercem doglądał Viktora. Jak przewracał się on, jak wzdrygał się… jak wyginał palce w szpony, w geście, który dosyć niedawno dała radę zinterpretować jako reinscenizację momentu gdy kopał matce grób. I czuł to… czuł wszystkie emocje które się z niego wylewały gdy nie był w stanie ich świadomie tłumić, ani kompensować. NIe znosił tych nocy, ale rozumiał, że dla Viktora wcale nie były lżejsze.

                      Z natężeniem wpatrywał się w ostatnie ziarenka w klepsyderce. Dwie godziny. Plus dwie minuty zapasu, dla możliwości złej interpretacji precyzyjnego momentu zaśnięcia. Tyle Viktor potrzebował z magią pierścienia, co dawno przesyciła jego ciało.

                      • Viktor - potrząsnął jego ramieniem, wraz z opadającym ostatnim ziarnkiem. - Już starczy. Możesz się obudzić.
                        Khal nie zerwał się dramatycznie. Nie krzyknął, ani nie jęknął. Po prostu otworzył oczy i znieruchomiał. Fisuś go nie poganiał. Ta chwila była mu potrzebna. Przysiadł za nim i drapał przyjaciela czule za uchem.
                      • Już, już… już starczy i kilka dni spokoju…
                        Khal zacisnął oczy ze wszystkich sił i usiadł.
                        Zacisnął powieki ze wszystkich sił i roztarł je przegubami dłoni, by wygonić znużenie.
                      • To chyba była najgorsza noc od opuszczenia Cheliax…
                        Viktor zastanowił się chwilę.
                      • Druga najgorsza… - stwierdził i wmusił cwany uśmiech na swoje usta - Tam było zabawniej.
                      • Nie musisz dziś pracować, wiesz? Możemy pójść na długi nocny spacer… okolica jest wcale niebrzydka.
                      • Nie, nie… twardym trzeba być. Świątynia sama się nie sfinansuje, a miłoby byłoby zacząć niedługo.

                      Kliknij w miniaturkę

                      Zorya usiadła na tej samej ławce co wcześniej. Viktor obserwował ją z ukrycia. Widział smutek w jej oczach, ale chwila samotności wyraźnia dodawała odwagi. Aż żal było ją odbierać, ale tak trzeba było. Czekał aż Fistaszek zakończy podniebne okrążenie i sprawdzi jedyne okno z którego można by dojrzeć, że Zorya ma nieplanowane towarzystwo, więc… miał czas ją obserwować. Czas ją docenić.

                      • Niech Avernus zamarznie… - szepnął tak, że sam ledwie swój głos słyszał - …jesteś piękna jakim cię mały Khali widział…
                        We wspomnieniach była niemal ikoną, którą można i trzeba było kochać, ale z daleka. Jak królową znaną tylko z portretów. To było dziwne uczucie, że mały Khali jest w stanie jej się teraz odwdzięczyć za te krótkie chwile kiedy nie był szczurem.

                      Zamrugał zadziwiony, wespół z Fisusiem, do którego również dotarły te emocje… On nie był już małym Khalim! Był Viktorem Goodmannem! Któremu do stóp winien paść cały świat! A takie jak ona to on…

                      Myśl nie chciała być dokończona.

                      Spuścił powoli z siebie powietrze. Obie myśli były… niewłaściwe. Nie pomoże jej jeśli nie zwalczy tego mistycyzmu którym jego wspomnienia wciąż chcą ją otaczać, ani jeśli wrzuci ją między jagnięta.

                      Zobaczyła go kątem oka, gdy wynurzał się z krzaków, prawie jakby przez nie przenikał na wzór leśnego ducha, odzianego w płaszcz z kory i listowia. W półkroku strzepnął barkami przeistaczając go w trochę inny, ale wciąż korelujący z trawą, żywopłotami i jabłoni, którą miał po swojej prawicy gdy sam przyklęknął obok ławki tak by być niemal niedostrzegalnym z tego jedynego okna, a nawet jakby został dostrzeżony, to uznanym za dziwną grę perspektywy.

                      • Mój przyjaciel patroluje z nieba okolicę, skryty pod płaszczem niewidzialności. Nikt nas nie zaskoczy. Jak się trzymasz, Zoryo? - zapytał, czując, że jak tym razem udało mu się zacząć rozmowę z początku jej chwili samotności to mają czas na trochę bardziej… [i]prywatną[i/] rozmowę.

                      Kobieta podskoczyła i ledwo zdusiła krzyk zaskoczenia.

                      • Khal? Na bogów nie strasz mnie tak. - Kobieta opadła na kamienną ławkę - Nie wiem, co już myśleć. Nic nie mogę się dowiedzieć co do moich dzieci, ciągle jestem zamknięta tutaj… mam dość, Khal. - wilgoć zaczęła zbierać się na oczach Zoryi.
                        Viktor skrzywił się w myślach. Był nieuważny i nie potwierdził, że go zauważyła. Tylko założył. Błąd. Na szczęście bez konsekwencji.

                      • Hej… zrób coś dla mnie. Przysuń się pół metra do mnie…
                        Kobieta zrobiła jak kazał.

                      • Lepiej?
                        Nie odpowiedział od razu, ale wyciągnął rękę… w pierwszej ćwierćsekundzie z zawahaniem, za które niewerbalnie się zganił w myślach, a potem z pewnością złapał ją za dłoń. Ścisnął z czułością i determinacją.

                      • Znajdę je. Pracuję już nad wektorami podejścia. Buduję już sieć kontaktów w Numerii. Philip i Doria nie są losowymi dziećmi farmerów. Nazwisko Crawcolt na pewno zostawiło za nimi ślad i ja go znajdę. To nie będzie jutro, nie za tydzień, pewnie i nie za miesiąc. Ale znajdę je. A potem zaproponuję ci odrobinę hazardu… będziemy się zakładać która z głów mojego cerbera pożre więcej ciała panicza Hieronima...

                      • Nie! - odpowiedź była szybka i pełna przerażenia, sama Zoryia wydawała się tym zdziwiona - Nie… proszę.. ja chcę po prostu móc przytulić moje dzieci… wtedy wszystko już będzie dobrze.
                        Viktor milczał chwilę.

                      • Zoryo… przywilej zemsty należy tylko i wyłącznie do ciebie. Nie odbiorę życia w twojej sprawie komu sama nie życzysz śmierci, jeśli nie będę do tego zmuszony. Jednak… jeśli chcesz pozostać w Evercrest… Hieronim musi zginąć. I kilku ludzi z jego otoczenia, ale nikt kto sam sobie na to nie zasłużył. Ich krew spadnie tylko na ich własne dłonie, a obowiązek katowski na mnie. Jeśli chcesz darować mu życie to znajdę ci nowy dom. Daleko stąd gdzie nie sięgnie was ani on ani jego przyjaciele i gdzie zmartwieniem będzie czy sąsiadka wolałaby być uraczona herbatką z róży, czy jaśminu.
                        Zorya chwilę się zastanowiła.

                      • Nie… wybacz Khal, ale on nie MUSI zginąć. Ty po prostu tego chcesz. - uniosła dłoń, aby jej nie przerywał - Rozumiem, chcesz pomóc, chcesz wrócić do Evercrest i naprawić wszystko zabijając tych, którzy zawinili tobie, mnie, miastu, bezdomnych psom… Ale… ja się ciebie boję… Jesteś jak on, jesteś jak Yesperhyde, Blackfyre czy ten cholerny naukowiec, który nas odwiedził. Masz obsesję… zżera cię tak jak ich…
                        Viktor puścił jej rękę i milczał dłuższy czas.
                        Odsunął od siebie emocje. Do przepracowania później.

                      • Zoryo… jesteś tak czysta jaką ciebie pamiętam - powiedział w końcu zupełnie szczerze - Zbyt czysta dla tego świata. Może widzisz pewne podobieństwa, ale ja nigdy zniszczyłem życia, które na to nie zasługiwało. Oni tak.

                      • A kto ocenia, kto na co zasługuje?

                      • Luceryn Ravounel zgwałcił niewinną dziewczynę, która była… pod moją opieką. Liczył, że jest lepszy. Liczył, że wykpi się rzucając mi kilka monet. Wiem, że Céline nie była pierwsza. I nie była ostatnia, bo byłem zbyt niezdecydowany… - nie dokończył historii, ale wierzył, że wyobraźnia podpowiada Zoryi jej puentę - Łamiesz mi serce mówiąc mi, że się mnie boisz, ale rozumiem cię. Nie będę ci więcej proponował aktów zemsty. Jednak potrzebuję wiedzieć. Jak to widzisz? Odnajduję Philipa i Dorię. Ukrywam ich u moich przyjaciół. Wyciągam ciebie stąd i jednam z nimi. Co dalej? Znasz jakiś sposób który powstrzyma Hieronima przed zaprzęgnięciem swoich wpływów i władzy swoich przyjaciół, jakbyś spróbowała żyć z nimi normalnie i otwarcie?
                        Zorya słuchała Khala, nie był pewien które słowo ją złamało, ale nim ostatnia sylaba opuściła jego usta kobieta była cała we łzach. Nie było szlochu, zawodzenia, gwałtownych ruchów... po prostu pasywny potok łez i smutne, puste, przegrane spojrzenie.
                        Viktor milczał dłuższy czas, dając jej pobyć z własnymi myślami… i czuł się źle. Jakby był winny tych łez. Ale może też tego potrzebowała? Zdruzgotania ideałów aby stać się gotową do sięgnięcia po konieczne metody?

                      • Przykro mi, że nas do tego zmusili. Przykro mi, że nie zostawili nam żadnej furtki pozwalającej zachować czyste sumienie… Największą zbrodnią złoczyńców czasem jest to do czego nas zmuszają dla ochrony tych których kochamy… To nas zmienia. Ale czas leczy rany i z tego też można wyzdrowieć. Z czasem i z miłością naszych bliskich. Zostaw mi plany i decyzje. Postaram się osiągnąć waszą wolność tak czysto jak się da, ale tam gdzie nie będzie to możliwe… niech te chwile obciążają tylko moje sumienie.

                      • Ja... ja przepraszam. - kobieta w końcu zdołała się pozbierać na tyle, aby ułożyć słowa - Tu nie chodzi o moje sumienie, duszę czy inne tam moralności... ja się boję. Do końca nie wiem co Hieronim i reszta są w stanie zrobić dla tych swoich obsesji, ale to co wiem... mnie przeraża. Boję się ryzykować... co jak ci się nie uda...

                      • Nie pozwolę im ciebie skrzywdzić… ani twoich dzieci. I mam własne powody by ich ścigać. Blackfyre, Yasperhyde, Crawcolt, a najpewniej i Davros są wszyscy zamieszani w śmierć mojej matki. Jeśli zawiodę to łatwo uwierzą, że to była moja jedyna motywacja. Twoje życie będzie wtedy trwało jakbym nigdy nie wrócił.

                      • To niewielkie pocieszenie… - przyznała kobieta - On się robi gorszy, wiesz? Z miesiąca na miesiąc, coraz bardziej chce mieć nade mną kontrolę.

                      • Ale jest gwarant, że możesz tylko zyskać i nie musisz się bać. Gnój. I ta groźba, że Philip z Dorią mogli w kopalni skończyć… - zagryzł zęby, odnosząc się do jednego z listów, które zdążył już wcześniej odebrać z domku dla ptaków i przeczytać. - Jeśli kiedyś zdecydujesz, że to już za dużo to cię stąd zabiorę. Mam przyjaciół w stolicy, którzy mogą cię ukryć. Warunki nie będą takie dobre jak tutaj i z początku nie będziesz mogła wychodzić na zewnątrz, ale matka będzie mogła ciebie odwiedzać i będziesz miała klucz do swojego pokoju.

                      • To byłoby miłe. Jeżeli ją odwiedzisz… powiedz proszę, że się trzymam.

                      • Przekażę - przytaknął - Opowiedz mi o tym naukowcu, który was odwiedził… starszy człowiek, ale o uszach zaostrzonych jak elfie? Pomarańczowe oczy, przerzedzające się siwe włosy, zapadnięte policzki i broda siwiejąca po bokach, ale pod dolną wargą wciąż ma kolor?

                      • Nie był starszy i siwiejący, ale wszystko inne pasuje. - odparła Zorya - Znasz jakiegoś krewnego?

                      • Spotkałem kogoś podobnego… Słyszałaś może jego imię? Wiesz co tu robił? Czy cokolwiek jesteś w stanie o nim powiedzieć?

                      • Davros. - odparła po chwili namysłu - Wiem, że rozmawiał z Hieronimem o jakiś "inwestycjach". Niestety nic więcej nie usłyszałam. Wiem, że wymieniali się jakimiś papierami i Hieronim otrzymywał fiolki z jakimś płynem.

                      • Kiedy to było?

                      • Ostatnio? Tydzień temu. Nie ma jakiś wytycznych terminów.

                      • Hmmm… - mruknął Viktor analizując. Chronologia się nie zgadzała… raczej nie mógł to być ten sam Davros którego pojmali, choć może jakieś teleportacje?. - Fiolki pozwoliły ci dostrzec kolor płynu?

                      • Zimno niebieski. Jak niebo zaraz po wschodzie słońca…
                        Viktor znów dał sobie chwilę na myślenie.

                      • Wiesz czy je potem zabierał gdzieś? Czy są w tej willi jakieś pomieszczenia do których nie masz dostępu?

                      • Ma biuro do którego tylko on ma klucze. Jeżeli gdzieś je trzyma to tam.

                      • Rozumiem, że nie to w którym majordomus wieczorami pracuje… Wydaje mi się, że wiem co to może być, ale bardziej interesuje mnie do czego może tego używać… ale to moje zmartwienie, nie twoje. Z dobrych wieści… pojawiły się nowe możliwości. Mój przyjaciel będzie mógł u ciebie częściej bywać i wymieniać korespondencję. Jeśli pójdzie po mojej myśli to z początku tygodnia bym go tutaj wysyłał.

                      • To miłe, cieszy mnie, że mam kontakt z kimkolwiek…

                      • Cieszę się, że doraźnie chociaż tak mogę pomóc. Zoryo… ty rozumiesz, że my nie musimy czekać z zabraniem ciebie stąd aż do momentu gdy Hieronim stanie się nieznośny, prawda? Mogę zacząć organizować wszystko i w przyszłym tygodniu cię stąd zabrać. Nim by się spostrzegli, że uciekłaś byłabyś już bezpieczna gdzie nawet magią cię nie odnajdą.
                        Zorya patrzyła przez chwilę na Khala, najwyraźniej rozważając jego ofertę. W końcu jednak westchnęła i pokręciła głową.

                      • Najpierw moje dzieci… proszę Khal.

                      • W porządku… rozumiem. Zostawiam to tobie, ale proszę… nie rób z siebie męczenniczki. Twoja obecność tutaj nie pomaga mi ich szukać, a jeśli jego rosnąca potrzeba kontroli uniemożliwi nam wygodny kontakt to zmusi mnie do dalszego podziału mojej uwagi i wysiłków. Jeśli twoje życie tu jest znośne to jeszcze nie ten moment, ale może nadejść chwila gdzie w najlepszym interesie Philipa i Dorii będzie byś dała mi się ewakuować. Rozumiesz to?

                      • A sądzisz, że jego obsesja nie będzie ci przeszkadzać jeśli mnie tu nie będzie? Na pewno będzie mnie szukać i jeżeli dowie się o naszej przeszłości, może zacząć robić ci problemy.

                      • Mam swoje małe doktryny. Jedna z nich brzmi: „pracuję z tym, co mam”. Doskonałe warunki to luksus dla pozbawionych ambicji. Ci, którzy chcą wygrać, muszą oswoić się z ryzykiem i nauczyć się nim zarządzać. On mnie nie zna. Dzielą nas całe poziomy abstrakcji, zanim zorientuje się, że mogłem mieć coś wspólnego z twoją ucieczką. Mało prawdopodobne, ale możliwe. Trudno. Jeśli tak się stanie, znów będę pracował z tym, co mam. tak często rzucano mi kłody pod nogi, że dziś potrafię na nich tańczyć.
                        Niski chichot wyrwał się z jego piersi. Rozbawiła go ta wizja, ale szybko go zgasił.

                      • Jednak musisz być na to gotowa, że gdy cię stąd zabiorę, twoje warunki życia pogorszą się znacząco. Nie będziesz jeszcze wolna tak, jak bym chciał. Ludzie będą cię szukać, a każdy, kto może mieć z tobą coś wspólnego, będzie obserwowany. Przez wiele miesięcy niebo będziesz oglądała tylko przez okiennice. Z matką zdołam zorganizować ci jedno prawdziwe spotkanie, zanim ktokolwiek zauważy, że zniknęłaś i długo nie będzie można tego powtórzyć. Nie będziesz sama, ale ja mam tu ogrom obowiązków i projektów, z których jestem rozliczany. No i... jeśli to nie jest sytuacja desperacka to potrzebuję trochę czasu, by zrobić to jak należy. Część przygotowań już rozpocznę i większość powinna być gotowa w przyszłym tygodniu.
                        Zorya kiwnęła głową.

                      • Nie wiele gorzej niż teraz, w takim razie. Dasz chociaż jakąś podpowiedź co do twoich planów? Pomoże mi się to z nimi oswoić.
                        Viktor myślał chwilę, rozważając ile można jej powiedzieć.

                      • Ukryję ciebie u jednego ze współpracowników, a standardy będą czyste-karczemne i zastosowane zostaną środki kontr-dywinacyjne. Monitorując natężenie poszukiwań moimi własnymi dywinacjami będziemy mogli dostosowywać twoją swobodę, ale w pierwszych miesiącach nie opuścisz pokoju bez głębokiego przebrania. W tej chwili, poszukiwaniami Philipa i Dorii, zajmie się mój kontakt. Ma on możliwości w Numerii oraz incentywę. Wierzę w jego zdolności, lecz niestety, będzie to maraton a nie sprint. Musimy być cierpliwi, bo błąd może nas wiele kosztować. Jak będziesz bezpieczna u mojego współpracownika będziemy mogli urządzić długi porządny wywiad i może wtedy uda i się coś poskładać w kształt pierwszego puzzla, od którego wszystko się potoczy już w satysfakcjonującym tempie.
                        Postanowił nie wspominać o rozważaniach zatarcia za nimi śladów… takie spalenie willi definitywnie byłoby mniej dyskretne, ale mogłoby opóźnić zrozumienie, że to była misja wyzwoleńcza, zrzucając podejrzenia na rajd…

                      • I najważniejszą częścią planu jest być zawsze gotowym na jego korektę o nowe wydarzenia. Bez elastyczności nic tu nie osiągniemy.
                        Zorya pokiwała głową.

                      • Dobrze. - kobieta chwilę się zastanowiła - Widziałam coś jeszcze. Symbol na kilku dokumentach. - narysowała szybko na ziemi koło zębate z trójkątem w środku - Mówi ci to coś?
                        Viktor spojrzał i strzelił śliną niezadowolony.

                      • Liga Techniczna w Numerii. Mają siebie za naukowców i poniekąd mają rację, ale etyka zawodowa jest dla nich obcym terminem. Nieliczni ale silni. Nie dziwi mnie, że ma z nimi koneksje. Poproszę mój kontakt aby się temu przyjrzał.
                        Milczał moment rozważając… Hieronim na pewno nie należał do Ligii. Yasperhyde z Blackfyre’m także nie… ale Ahair Davros? Mógł być od nich? Moralności się zgadzały... Jeśli tak to jaką rolę miałby tu konsul Nex? Czy nie popełnił błędu angażując go? Cóż… mleko się wylało i przyjdzie mu pracować z tym co się wydarzy. Bezpieczeństwo i zachowawczość są dla pozbawionych ambicji, czyż nie?

                      • To jest jedyny symbol który rzucił ci się w oczy? Czy może najczęstszy?

                      • Jedyny, który nie rozpoznałam. Były też listy z Cheliax, Galt, Kyonin, Absalom. Hieronim mówił, że to dokumentacja handlowa… nigdy w sumie nie pytałam czym handluje…

                      • Jeśli to był jedyny symbol powiązany z Numerią to istnieje pewna szansa, że Liga Techniczna ma jakieś powiązania z dziećmi. To jest cenne. Może bardzo cenne. Dobra robota…
                        Viktor zastanowił się krótki moment i, skoro już byli przy temacie dzieci, postanowił go wyczerpać… przynajmniej na to spotkanie.

                      • Przejrzałem listy od ciebie tylko pobieżnie, ale nie widziałem wiele o Philipie i Dorii… potrzebuję ich poznać tak jak się tylko da, abym mógł im udowodnić, kiedy ich już znajdę, że jestem od ciebie i przekonać by poszli ze mną z wolnej woli. To moje przeoczenie, że tego nie widziałem, czy umknęło mi wspomnienie, że to jest ważne, gdy ostatnio tu byłem?

                      • Oboje mają znamiono. - odparła - Ciemną plamkę na łopatce w kształcie jagody. - Zorya chwilę się zastanowiła, po chwili sięgnęła do kieszeni wyciągając medalionik. Otworzyła go spoglądając na ryciny chłopca i dziewczynki, westchnęła ciężko i wręczyła go Khalowi - Pokaż go im, będą wiedzieli, że to ode mnie…

                      Viktor sięgnął do podwymiarowej kieszeni i wyciągnął z niej małą mosiężną szkatułkę, zaraz po tym jak opróżnił jej zawartość… do późniejszego pozbierania.
                      Otworzył ją i położył medialionik na czerwonej jedwabnej wyściółce. Zamknął i schował, oddając pamiątce szacunek odpowiedni do emocji z nią powiązanych.

                      • To bardzo pomaga. Otwiera opcje. Jednak wciąż prosiłbym ciebie abyś rozpisała się, na tak wiele stron tekstu na ile będziesz w stanie… o nich, o ich zdolnościach, zainteresowaniach i o ich relacjach, zarówno między nimi samymi, relacjach z tobą oraz z Hieronimem. To są rzeczy które mogą okazać się potrzebne. Żaden szczegół nie jest dość mały aby być nieistotny. Wiele razy wygrywałem sprawy na osądach dzięki dostrzeżeniu wartości w niuansie zbyt drobnym aby wcześniej uznać go za ważny. Dasz radę to dla mnie zrobić?

                      • Dobrze, ale raczej nie w tej chwili. - przyznała ze smutkiem - Mój czas prywatności się kończy, napiszę ile zdołam sobie przypomnieć i zostawię w domku dla ptaków. Dobrze?

                      • Absolutnie - przytaknął VIktor ze zrozumieniem - Jeśli mi okoliczności pozwolą odwiedzę cię w przyszłym tygodniu. Jeśli nie to mój człowiek tylko wymieni korespondencję… a skoro już przy tym jesteśmy…
                        Wręczył jej małą kopertę. Była gruba, bo list w niej złożono wiele razy, aby zmieścił się wygodnie do każdej, nawet najmniejszej, kieszonki.

                      • Od matki. Tęskni, ale w jej spojrzeniu jest nowa nadzieja, której nie dostrzegałem gdy pierwszy raz się z nią widziałem po powrocie.
                        Zorya pośpiesznie otworzyła list i zaczęła go czytać. Chłonęła każdą literę, słowo i interpunkcję. W połowie czytania jej łzy znowu zaczęły łzawić, w końcu odłożyła list przytuliła mocno Khala, zbierając siły tylko na ciche "Dziękuję", które wyszeptała mu do ucha.

                      Nawet nie zauważył gdy odpowiedział na uścisk swoim własnym. To było… miłe… ciepłe… Aż do tej pory Zorya była bardzo ostrożna z jakimikolwiek przejawami emocji. Może poza momentami gdy proponował zemstę.

                      • Do usług, Zoryo… uwolnię was od niego… - obiecał.
                        Nie przerywał uścisku póki Zorya sama nie miała dość.

                      Potem czas było się zbierać.
                      Mimo, że wcale nie miał na to ochoty.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SeachS Niedostępny
                        SeachS Niedostępny
                        Seach
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #113

                        Kaylie

                        Drzwi karczmy delikatnie zaskrzypiały, wpuszczając do środka chłód nocnej ulicy. Chwiejnym krokiem Kaylie niemal się wtoczyła do środka. Potargana, blada, z ubraniem w nieładzie. Rękaw rozpruty, ubiór pokryty błotem, gdzieniegdzie przyciemniony czymś, co wyglądało na zaschniętą krew. Jej oczy były nieobecne jakby widziały coś, czego nie da się opisać... albo raczej nie widziały niczego, i to właśnie bolało najbardziej.

                        Gości jeszcze nie było. Godzina była na tyle wczesna, że wszyscy jeszcze spali.
                        Wszyscy, oprócz Otto. Karczmarz Popielnego Dworu spojrzał na kobietę z za kontuaru, już miał się do niej odezwać, gdy nagle dostrzegł jej stan. Zaklął cicho pod nosem, ale się nie ruszył. Wyraźnie wyczuł, że Kaylie przeszła przez piekło i że teraz jedyne, czego potrzebuje, to cisza.

                        Kaylie nie spojrzała na niego. Każdy krok w stronę schodów wydawał się ciężki, jakby musiała podejmować decyzję na nowo przy każdym ruchu. A jednak dotarła na ich szczyt z zaskakującą szybkością, jakby kilkanaście stopni zmieniło się w dwa.

                        Nie obchodziło jej to. Otworzyła drzwi, weszła do pokoju i zamknęła je za sobą. Nikt za nią nie wszedł.
                        Kiedy kładła się na łóżku, usłyszała jedynie cichy szept swojego magicznego miecza:

                        "Śpij. Nie pozwolę, aby cię tknięto. Jak się obudzisz porozmawiamy... jeśli będziesz chciała."

                        Khal

                        Poranek był chłodny i mglisty, choć słońce próbowało przebić się przez mleczne zasłony nieba. Khal zsiadł z konia przed Popielnym Dworem. Zwierzę było zmęczone, ale utrzymane przy siłach dzięki magii. On sam również wyglądał na wyczerpanego, choć nie pozwalał ciału się poddać, jeszcze nie teraz.
                        Drzwi karczmy zaskrzypiały znajomo, gdy wszedł do środka. Zapach drewna, kurzu i starego piwa uderzył go w nozdrza jak zawsze, ale coś w powietrzu było inne. Cięższe. Zatrzymał się na moment, jakby próbując zrozumieć, co się zmieniło.
                        Zanim zdążył zdjąć płaszcz, dopadła do niego Lilia. Miała rozczochrane włosy i nie miała jeszcze na sobie dziennej sukni, wyglądała, jakby zerwała się wprost z łóżka. Jej twarz była blada, mina była pełna przejęcia.

                        • Khal… - wyszeptała, łapiąc go za rękaw. - Kaylie… wróciła po otwarciu bram. Coś się stało. Trzeba do niej pójść. Teraz. Natychmiast.

                        Zamilkła tylko na chwilę, po czym dodała ciszej

                        • Nigdy nie widziałam jej w takim stanie...
                          Nie czekając na jego reakcję, puściła rękaw i wskazała schody. W jej oczach błyszczała nie tylko troska, ale i bezsilność, jakby wiedziała, że nie umie pomóc... ale może on będzie potrafił.

                        Baltizar

                        Schody pięły się w górę bez końca, wijąc się. Były lepkie, chociaż noc była ciepła i sucha. Bose, krwawiące stopy przyklejały się do każdego kamiennego stopnia. Biegł, choć jego ciało dawno już powinno było się poddać. Nie oglądał się za siebie. Nie mógł. Wiedział, co tam było. I wiedział, że ono go nie goni.

                        Ono czekało,jak echo, które wraca dopiero wtedy, gdy zapomnisz, że krzyczałeś.

                        Pamiętał opowieści. Bogowie, chrońcie jego duszę… pamiętał je wszystkie.

                        Opowieści o świecie, o ludziach, o narodach i ich historiach.
                        Na początku wierzył, że wreszcie odezwała się do niego muza. Pisał je dla niej. Każda historia była darem, prezentem składanym u stóp istoty, która go natchnęła.

                        Nie były to jednak opowieści dla ludzi. Były złamane, wypaczone… złe.
                        Zbyt późno, zbyt późno zrozumiał, co się dzieje.
                        To nie muza go natchnęła. To był głód. Głód czegoś z nicości, czegoś, co pragnęło zaistnieć.

                        Każdy zakręt schodów był powtórzeniem poprzedniego, tylko ciemniejszym. Ściany przesiąknięte solą, jakby wilgoć płynęła nie z zewnątrz, lecz z samego powietrza. Potem schody się skończyły. Pojawiła się drabina, a potem, tylko gładka ściana i ciężar wewnętrznego przymusu.

                        A mimo to wspinał się dalej.

                        Aż wreszcie, szczyt. Ostatnie piętro, ostatni oddech przed końce
                        m. Zimne, nieruchome powietrze. Dach wieży, z którego nie widać było gwiazd.

                        Ciemność nie była tu brakiem światła. Była czymś obecnym. Pełnym.

                        Stanął.

                        Obrócił się. Nie w stronę tego, co za nim. Nie odważył się spojrzeć przed siebie.

                        Zerknął tylko na własne dłonie.

                        W nich, dwa stalowe pióra. Proste. Eleganckie. Ciężkie od znaczenia.
                        Wiedział, co musiał zrobić.

                        Nawet się nie zawahał. Ręce nie zadrżały mu, gdy uniósł ostrza piór do oczu.
                        I wtedy...

                        sen się skończył.


                        Baltizar obudził się gwałtownie. Leżał na plecach, wpatrzony w sufit, jakby jego ciało zapomniało, że już się skończył sen. Każdy mięsień był napięty, jak struna. Kiedy spróbował się podnieść, jego stawy zaprotestowały głośnym, nieprzyjemnym chrupnięciem. Czuł się, jakby naprawdę przebiegł przez te wszystkie schody, jakby jego ciało śniło razem z nim.

                        Był mokry. Koszula przyklejała się do jego pleców, włosy zlepione potem.
                        Podszedł powoli do okna. Otworzył je i chłodne powietrze natychmiast wpadło do środka, niosąc ze sobą zapach wilgoci.

                        I wtedy ją zobaczył.

                        Cień wieży o mało nie wbił go do ściany. Jak nie mógł jej spostrzec wczoraj i uznać za coś obcego?

                        Coś było wyraźnie nie tak w tej wiosce.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SeachS Niedostępny
                          SeachS Niedostępny
                          Seach
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #114

                          Kaylie poza Evercrest

                          Nocny wiatr smagał poły rozdartej szaty Kaylie. Arkanistka wciąż była oszołomiona i zdezorientowana. Wiedziała, że sam alkohol na nią tak nie działał, więc co tym razem było inaczej?
                          Jaka różnica...

                          Pamiętała jednocześnie za dużo, jak i za mało. Nie zdradziła Khala! To nie tak!

                          Gdy opuszczała miasto czyniący warty strażnicy przy wschodniej bramie ostrzegali ją, że niedługo zamykają na noc. W świetle pochodni nie dostrzegli stanu jaki kobieta ukrywała przed światem. Nie chciała by ktokolwiek ją teraz zatrzymywał. Nie chciała wrócić do Dworu. Nie chciała pytań czy prób pocieszenia. Nie chciała wątpliwości czy śmiechu.
                          Chciała być sama.

                          Dlaczego nie walczyłaś?

                          Kaylie pozwoliła łzom popłynąć dopiero gdy oddaliła się od miasta i ukryła pomiędzy roślinnością na poboczu.

                          Czy ty tego chciałaś? Pozwoliłaś mu odsłonić swoje piersi i uczynić je zabawką dla niego. Gdy zaciągnął cię w boczną uliczkę nie stawiałaś prawdziwego oporu. Gdy poczułaś jego język na swoim ciele to jedynie wyszeptałaś by tego nie robił, a jednocześnie nie walczyłeś z tym.
                          Musiałaś chcieć.

                          Galtianka zasłoniła oczy we wstydzie. Ktokolwiek postronny widziałby to tak... Chętna kobieta pozwalająca przypadkowemu mężczyźnie uczynić ją swoją w brudnej uliczce Evercrest.

                          Kaylie ciągle pamiętała spojrzenie pełne zadowolonego pożądania jakim obdarzał ją nieznajomy patrzący na bezbronną partnerkę zdobywaną raz po raz.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #115

                            Viktor spojrzał na schody dając sobie jeden wdech na przemyślenia. Na analizę.
                            Zagrożenie życia? Nie. Reakcja byłaby gwałtowniejsza.
                            Więc emocjonalny wstrząs? Chyba jedyna opcja.
                            Nie kac-morderca. Lilia była zbyt przejęta.
                            Czy istotnie mógł zakładać, że piła? Może? Nie widział jej reakcji obronnych na takie sytuacje, ale ciągnęło ją do alkoholu i przysiągłby, że gdzieś wspominała o pewnych problemach z nim, choć nie użyła tych słów.

                            Jeśli piła sama w Evercrest…

                            Serce chciało mu wyrwać się z piersi, ale powstrzymał je i spojrzał na Lilię. Pytania były krótkie. Rzeczowe. Żądające wyjaśnień. “Czemu tak uważasz? Co widziałaś?” Tłumaczenia nie inne. “Jeśli mam pomóc muszę wiedzieć co się stało.”

                            Odpowiedź Lilii nie wprawiły w Viktorze optymizmu.
                            "Wtoczyła się do karczmy przed świtem. Wyglądała jakby wyszła z grobu, miała krew na ubraniu. Tata powiedział, że dawno nie czuł zapachu entropii od istoty żywej tak silnie jak od niej."

                            Podziękował jej krótko i przyznał, że dobrze zrobiła natychmiast mu mówiąc.
                            Więcej nie zwlekał, tylko poszedł do Kaylie.

                            Nie otworzyła mu drzwi. Musiał czekać, aż rozważać zaczął posłanie Fisusia do środka, a potem tylko przekręciła klucz i je uchyliła. Odczekał sekundę i powoli wszedł do środka. Okiennice były zamknięte i panował półmrok. Widział kształt Kaylie, owinięty w koc, kierujący się do łóżka.

                            Przekręcił za sobą klucz wskazując chowańcowi rzucone na ziemie szaty, które Kaylie zwykle na sobie nosiła. Ludzkie oczy mogły go zwodzić. Diabelskim i pełna ciemność nie przeszkadzała.

                            Kaylie wzięła leżący na łóżku ręcznik i usiadła… wbijając nieobecnie wzrok w tkaninę. Viktor przyklęknął przed nią na jedno kolano, trochę dalej niż zwykle by to zrobił. Wkradł się spojrzeniem by spotkać jej, ale nie dostrzegł reakcji.

                            • Kruszyno… - głos miał czuły i pełen troski. Wzniósł bardzo powoli rękę, ale drżenie poruszyło jej ciałem i odsunęła się najmniejsza odrobinkę od niej, jakby w odruchu, a nie decyzji. Pozwolił jej na moment zawisnąć w powietrzu i cofnął ją.
                              W tle, jej szatę, cal po calu, analizował niewidziany imp, a sam Viktor… Nie był gotów stawiać wszystkiego na zbyt niewiele kart…

                            O ile przed chwilą intencjonalnie pokierował rękę tak aby nie mogła jej nie zobaczyć, to teraz przemycił drobny gest… najlżejszy dotyk, ale nie kierowany do niej… opuszek jego palca spoczął na klindze Rhaasta.

                            • Opowiedz mi co się stało… - poprosił jednocześnie ich oboje, ale o ile słowa były delikatne i ostrożne, to towarzysząca im myśl wrzała… nie wiedział czy inteligentne ostrze wyczuje tę emocję.

                            "Poszła pić, do jakiejś speluny. Przez ciebie, jeżeli mogę zaznaczyć. Chlała na umór jak ma w zwyczaju kiedy życie da jej popalić. Zgaduję, że ścierwa wrzuciły jej coś do trunku. Chwilę później była na ziemi w alejce i jakaś gnida sobie na niej używała. Zdołałem się do niej przebić, przyzwała mnie, pocięła ścierwo i zatoczyła się tu."

                            Kaylie nie spojrzała na mężczyznę. Wstała powoli z łóżka, gdy Viktor odsuwał się aby dać jej przestrzeń.

                            • Czemu przyszedłeś, Khal? - odezwała się cicho - Teraz muszę się umyć, przepraszam. - nadal nie patrząc na mężczyznę skierowała się w stronę wanny.

                            “Muszę mówić na głos?” - posłał do Rhaasta myśl z całą intensywnością, jaką mógł z siebie wykrzesać gdy rozważał dziesięć rzeczy jednocześnie i czekał, nie wiedząc czy to zadziała.

                            "Nie do mnie. Jak tam twoja podzielność uwagi?"

                            • Bo się martwię o ciebie. Lilia też - odpowiedział patrząc za nią - Nie wyobrażam sobie lepszego powodu niż to.

                            “Wystarczająco” odpowiedział, ale czuł, że jest w stanie dać z siebie co najwyżej solidne siedemdziesiąt procent w obu tych dyskusjach. Na szczęście Kaylie nie nadawała dużego tempa. “Jak daleko to zaszło? Pamiętasz jego twarz?”

                            "Jasne widziałem ją dokładnie tymi pięknymi oczami. Nie widzę świata tak jak wy, a w szczególności nie martwię się aby odróżniać jeden wór mięsa od drugiego. Co do tego co zdołał zrobić… miał zdjęte spodnie, tak jak i ona."

                            Kobieta bez słowa napełniała magiczną wannę patrząc bez emocji na taflę wody. Zawahała się nim zdecydowała zdjąć ręcznik.

                            • Nie patrz na mnie...

                            Viktor kiwnął głową i odwrócił się plecami, siadając tak aby swoim ciałem zasłonić Rhaasta.

                            • Jak sobie życzysz… - przytknął jej bez żadnego utrudniania.

                            “I nie robisz tu naddramatycznej pauzy, ale na tym etapie udało się to przerwać i nie doszło to nigdzie dalej, tak?”

                            "Świat nie jest taki piękny. Nie skończył swojego zadania, jeżeli o to pytasz. Ale był w niej."

                            Khal miał ochotę ryknąć. Przekląć wszystko co święte… wyjść i wyrżnąć pół męskiej populacji… ale zachował to w sobie. Nie czas było na gniew. Zdusił go w sobie. Skondensował w malutką perełkę i schował w tyle głowy, do późniejszego odkopania… a teraz… słuchał…

                            Cisza była jedynie przerywana pluskiem wody przepływającej ciało galtianki. Patrzyła jak obmywa ją i próbuje tym samym zmyć cały stres... Niestety nie chciał on zejść wraz z mydłem jakim się namydlila. Zamknęła w sobie emocje i nie wydawała żadnego dźwięku. Nie chciała myśleć nad wszystkim co się wydarzyło. Chciała zapomnieć.

                            Fisuś ostrożnie podszedł do Viktora. Widzialny… z żalem w oczach prezentował mu rozerwanie szaty, niesionej na dłoniach jak okrutny dar.

                            • Wiem już… - syknął do chowańca. - Wiem…

                            “Potem wrócimy do tej rozmowy. Dziękuję.”

                            • Mogę podejść bliżej? - zapytał Kaylie, nie śmiąc w takiej chwili odbierać jej choćby najmniejszej drobinki autonomii. Nie wiedział co powinien zrobić jakby kazała mu wyjść… prawdopodobnie zależnie od jej tonu?

                            Pluskanie wody ustało, gdy zastanawiała się nad odpowiedzią.

                            • Dobrze.

                            Powolny, ostrożny krok przywiódł Viktora do niej. Patrzył w ziemię i na tej ziemi usiadł, niewygodnie opierając się o wannę plecami, tak, że kątem oka tylko widział jej twarz, ale nie obracał głowy i patrzył przed siebie.

                            • Zamierzam tutaj siedzieć i pozwolić ci dyktować tempo. Jak będziesz chciała mi opowiedzieć będę tutaj. Jak będziesz chciała krzyczeć wysłucham ciebie. Jeśli nie będziesz czuła się na siłach to jednego pytania ci nie zadam… ale będę tu dla ciebie. A potem dorwiemy go.
                              Przetarła dłonią opłukaną twarz i wróciła do namydlania ciała kolejny raz.
                            • Nie zdradziłam cię Khal. - powiedziała apatycznie.
                            • Oczywiście, że nie - przytaknął, bez cienia wątpliwości.
                              Choć złapał się na myśli, że preferowałby tę opcję… gorsza dla jego dumy… o niebiosa lepsza dla niej. To była… dziwnie nienaturalna myśl w jego egocentrycznej duszy.
                            • Nie pamiętam... Wszystkiego... Jest jakby za mgłą... - patrzyła pusto w odbicie w wodzie na jakiej tafli pływała różowa piana z mydła - Część... Jakbym się przebudzała co któryś moment...
                            • To spodziewane w takiej sytuacji. Z co najmniej trzech różnych powodów… - zachowywał spokój, ale na zmianę zaciskał i luzował pięści. Jego wola chciała działać. Chciała karać… ale wsparcie dla Kaylie było tu ważniejsze.
                            • Czy mogę ci jakoś pomóc? - zapytał bez nadziei, ale licząc, że sama deklaracja i jej przekaz emocjonalny, na jakimś poziomie do niej dotrą…
                              Ponownie ruch wody ustał.
                            • Czemu byś chciał? Nie zasłużyłam.
                              Viktor westchnął i spuścił z siebie powoli powietrze. Ograniczone widzenie niewiele słów opóźniły poznanie, ale już utracił wątpliwości. Wciąż była struta.
                            • Dotknę cię lekko. W ramię. Na krótką chwilę i ledwie spojrzę, dobrze? - zapytał dając jej moment na protest, ale nie pojawił się żaden.
                              Zaczął mamrotać inkantację, ale wstrzymał ją…
                            • Kaylie… poza tym pobiorę ci krew. Wiem, że to ostatnia rzecz na którą masz ochotę ale później to będzie ważne… mogę?
                              Znów jedyną odpowiedzią był brak protestu.
                              Z kieszeni ponadwymiarowej wyciągnął fiolkę i igłę, której koniuszek zamoczył w antykoagulancie pozyskiwanym z pijawek. Brudna robota, ale przydatna.
                            • Zakłuje… - ostrzegł i nakłuł jej ramię. Pojedyncza kropelka krwi spłynęła do nastawionej fiolki. Potem druga… po piątej Viktor stwierdził, że starczy. Naratł ranke maścią, która powstrzymała krwawienie i dał fiolkę Fisusiowi. Po krótkich wyszeptanych instrukcjach chowaniec wyleciał z pokoju z poczuciem misji.

                            Viktor natomiast mamrotał już pod nosem inkantację, tak, że sam by nie rozpoznał jej słów gdyby ich nie znał z góry. Poczuł jak magia narodziła się w jego płucach, przelała przez mięśnie, bark, ramię, dłoń i przez palce w bark Kaylie, regenerując ciało i pozwalając mu poradzić sobie z pozostałościami alkoholu i czegokolwiek co rzekomo jej dodano.
                            Najkrótszą odrobinkę przedłużył dotyk, mając nadzieję, że w tak ograniczonej skali nie spowoduje reakcji ponad ugruntowanie jego obecności.

                            Kaylie przymknęła oczy i odetchnęła z ulgą czując jak magia Khala wyciąga z niej toksyny jakie przyjęło ciało, teraz rozluźniające się.

                            • To nie jest w ogóle nomenklatura którą bym się posługiwał. Nie ma tu miejsca na dyskusje o zasługach. Widzę tylko, że cierpisz i nic więcej mnie nie obchodzi. Chcę pomóc.

                            • Przecież jesteś na mnie zły...

                            • Kaylie… to było wiele godzin temu. A choćby i było przed chwilą to wciąż by zbladło do nieistnienia w świetle tego co się wydarzyło. Zapomnijmy o tamtej kłótni, dobrze? Chcę tu być dla ciebie.
                              Kaylie prawie niezauważalnie pokiwała głową. Szczerze to już jej tak bardzo nie obchodziło...

                            • Podałbyś mi ten ręcznik? - zapytała wskazując na nieopodal leżący bogato zdobiony materiał, jaki ze sobą zabrała do wanny - To... Głupie wszystko. Ja nawet nie pamiętam każdego momentu, tylko wyrwane skrawki. - jedną dłonią masowała swój kark, drugim ramieniem zakrywając nagość biustu zupełnie jakby Khal już go z każdej strony nie poznał.

                            • Oczywiście… - przytaknął Viktor podając ręcznik i znów usiadł, opierając się plecami o wannę, w sposób nie pozwalający mu nic dostrzec. Liczył, że to da jej jakieś poczucie… prywatności? Nie był do końca pewny jak to nazwać… a powinien wiedzieć…

                            • To nie jest ani trochę głupie. - odpowiedział krótko.
                              Kaylie wysunęła się z już wychłodniałej wody, a stróżki spływały po jej ciele niczym łzy. Wycierała nagość powoli, chcąc osuszyć się całkowicie, aż w końcu Khal usłyszał jak mokre stopy stają na posadzce,

                            • Moje myśli... Były wolne i bez ładu. - szepnęła - Takie... inne. Nie jak po upiciu się. A ruchy... - westchnęła ciężko - Potrzebuję ubrania.

                            • Zaraz coś Ci znajdę… - stwierdził Viktor wstając. Nie spojrzał na nią, ale skierował się wprost do pięknej szafy rzeźbionej w piękny wczesny aelirean. Otto się popisał powołując ją do istnienia, sam by o coś takiego “oskarżał” dzisiejszych nowomodnych dygnitardzy Kyoninu.

                            Otworzył ją i… nieco oklapł. Szafa była pełna pięknych sukni odpowiednich na bale. Nie aby w nich chodzić.

                            • Zaraz coś zorganizuję… - rzucił za siebie i szybko wymaszerował z pokoju.

                            Jedwabna koszula Khala była miejscami uroczo zbyt duża, a miejscami… nazbyt napięta. Za to luźne spodnie bardziej pasowały niż nie. W ręku miał jeszcze dwa eleganckie kubraki. Jeden w kolorach czerwieni i czerni, a drugi błękitu i srebra.

                            • Któryś preferujesz? - pytał oferując oba.
                            • Daj mi diabelski... - stwierdziła po zastanowieniu i na to hasło Viktor niemal nonszalancko odrzucił ten łagodniejszy za plecy, jakby był to śmieć.
                              Podszedł do niej wyciągając czerwony w dłoniach w sposób po równo oferujący jej by go wzięła i aby dała sobie go założyć…
                            • Nie musisz się tak bać... - powiedziała już spokojnie bez problemu dając sobie założyć wszystko.
                            • Myślę, że można mnie oskarżyć o pewną logikę, gdy preferuję ryzykować bycie zbyt delikatnym, szczególnie gdy wciąż poszukuję zrozumienia tego jak chciałabyś być teraz traktowana… ale uczę się i ostrożnie przyjmuję do wiadomości.
                              To było… odrobinę kłamstwo? Bo wciąż zamierzał być nazbyt ostrożnym, gdy otrzymywał sprzeczne sygnały.
                            • Zapytam jeszcze raz… mogę ci jakoś pomóc? Chciałabyś czegoś? Przytulenia? Ciastka? Wykrzyczeć się? Wypłakać? Czyjegoś przyrodzenia na srebrnej tacy? Powiedz a zorganizuję ci to…
                              Kaylie spuściła głowę siadając na łóżku. Ciężko myślała nad tym co miała zamiar powiedzieć. Ciężko z sobą samą walczyła by to zrobić. Uniosła w końcu spojrzenie na kapłana, a to spojrzenie miało w sobie ból oraz zmęczenie.
                            • Chciałam przeprosić...
                              Viktor zamrugał kilka razy oczami, dając sobie czas upewnić się, że dobrze usłyszał.
                            • Hmmm? - mruknął głupio, przekręcając głowę w bok, z niezrozumieniem w oczach.
                            • O czym ty mówisz?
                            • Za to co mówiłam. - dodała odwracając wzrok - Za daleko zaszło...
                              Khal mruknął niezadowolony, ale momentalnie zdusił to w sobie. Podszedł bliżej i ostrożnie złapał ją nieśmiało za ramiona… zawsze gotów przerwać gest na jakąkolwiek oznakę dyskomfortu.
                            • Kaylie. Powiedziałaś kilka okropnych rzeczy. Potem ja powiedziałem jeszcze gorsze. Tobie jest przykro i mi także… więc też ciebie przepraszam co ja powiedziałem. Czy w twojej główce to starczy by zakończyć ten temat jako wyjaśniony, wybaczony, zapomniany i nie warty wracania do niego?
                            • Myślałam, że zacząłeś się przechwalać, gdy tak wymieniałeś swoje osiągnięcia. Że chciałeś mi pokazać jak lepszy ode mnie jesteś i co osiągnąłeś... Nawet nie chciałam słuchać tej całej wypowiedzi... Myślałam jak wbić ci szpilę.
                              Viktor nie pozwolił sobie zwiesić głowy w niemocy. Skoro tak chciała o tym dyskutować… to niech tak będzie.
                            • To miała być prezentacja. Przykład. Jakbyś mnie wysłuchała to kolejnym krokiem byłoby zbudowanie takiej samej listy dla ciebie. By ci pokazać jak wspaniała jesteś i jak imponujące są twoje zdolności. Bo masz ich wiele, ale bronisz się jak możesz przed dostrzeżeniem ich i chciałem cię niejako zmusić byś je zauważyła. A szpila była, na swój sposób, celna i ukłuła bardziej niż powinna. Dlatego… powiedziałem co powiedziałem. Utraciłem kontrolę.
                            • Byłam zirytowana... Także nad sobą nie panowałam... Tak naprawdę nie chcę sprawiać ci bólu i nie sądzę o tobie tak jak wtedy wykrzyczałam.
                            • Teraz cię przytulę… - poinformował Kaylie i objął ją ramionami, palce wplatając w jej włosy i przyciskając jej głowę do swojej piersi.
                            • Żadne z nas nie chciało skrzywdzić drugiego. Mam dla ciebie układ. Ty wybaczysz mi. Ja wybaczę tobie. I na przyszłość spróbujemy dać sobie więcej kredytu zaufania, dobrze?
                            • Dobrze... - szepnęła chowając twarz w jego piersi - Dobrze...
                              Nagle szloch wydobył się z jej ust, a całe ciało drżało w stresie. Zacisnęła palce na koszuli mężczyzny nawet nie próbując ukrywać płaczu.
                              Viktor nic nie mówił. Tulił ją tylko mocno, głaskał i pocałował po włosach, szepcząc słowa które tak naprawdę nie miały znaczenia, a były jedynie nośnikiem dla jego głosu. Jednak nie poganiał jej w żaden sposób. To był ważny moment i emocje z traumą zasługiwały by dać im wszelkie wyraz jakiego chciały.
                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SeachS Niedostępny
                              SeachS Niedostępny
                              Seach
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #116

                              Minęły długie chwile nim galtianka zdołała się uspokoić. Nie puściła jednak prawnika czując w nim oparcie. Bezpieczeństwo.

                              • Więc... Pora wracać do pracy?
                              • Absolutnie mowy nie ma. Teraz będę z tobą. Nie mam nic ważniejszego ponadto. Potem zamierzam znaleźć tego gnoja i przynieść ci jego głowę na srebrnej tacy. W szerokim tego zwrotu znaczeniu… ze szczegółowym wykonaniem zależnym od twoich własnych preferencji.
                              • I ty nie wnioskujesz o prawne załatwienie tego? Choryś? - uśmiechnęła się lekko.
                              • Nie jestem fanatykiem. Ty decydujesz. Możemy go doprowadzić przed osąd, albo możemy sami się tym zająć. Jedynie tyle, że jeśli bierzemy to w swoje ręce to załatwimy to po mojemu.
                              • Po twojemu? Przecież to oznacza, że ma być jak ty będziesz chciał w obu opcjach...
                                Strach przed dotykiem minął, gdy teraz czuła dotyk Khala. Gdzieś w środku rozumiała, że on jej krzywdy nie zrobi, chce ją bronić, a to było diametralnie różne od wydarzeń przeszłości.
                              • Chcę by błagał o życie. - wykrzywiła usta w zbyt szerokim uśmiechu.
                              • Nikt nie będzie w stanie dojść, że mieliśmy z tym coś wspólnego i to wszystko co to oznacza. Nie pędzimy w straceńczej szarży, paląc za sobą wszystkie mosty, ale zrobimy wywiad, dowiemy się o nim wszystkiego co się da, potem go schwytamy gdy się nie spodziewa – gdy nie będzie świadków. Wywieziemy go z miasta do wcześniej przygotowanej lokacji i tam dostaniesz go w swoje ręce, gdzie ja będę obecny tylko w ramach ubezpieczenia. Brzmi dobrze?
                                Kobieta mruknęła niezadowolona.
                              • Po co takie podchody? - zamarudziła.
                              • Masz ochotę po tym musieć się bronić z zarzutów morderstwa? Jeśli to on byłby oskarżony, a ty ofiarą to byłabyś traktowana łagodnie, z wyczuciem i z pewną dozą poufności. Jeśli my będziemy oskarżeni to zrobią nam wiwisekcję i będą kazać opisać ze szczegółami i wielokrotnie każdy jeden element układanki specyficznie celując by uczynić to tak bardzo niekomfortowym dla ciebie jak się da, aby w ten sposób wyciągnąć z ciebie założone kłamstwo.
                              • Ale to on mnie wykorzystał! Moja zemsta byłaby sprawiedliwością! - zaprotestowała - Czy nie o sprawiedliwość chodzi w prawie?
                                Viktor się zawahał na moment.
                              • Tak… jednak system zobaczy tylko, że ktoś został zabity i zabójca twierdzi, że został skrzywdzony przez ofiarę. Czy wierzysz, że obywatele byliby ubezpiezpieczeni jakby system, nie otrzymując żadnych dowodów, zwyczajnie zaufał zabójcy?
                              • To nie jest sprawiedliwe... - skrzywiła się krzyżując ręce na piersi.
                                Mimo gestu Viktor wciąż ją tulił, choć poluzował nieco chwyt, by pozwolić jej się łatwiej wyplątać gdyby miała ochotę.
                              • Masz rację. Niestety systemowa non-omnisciencjia połączona z ludzką zdolnością do decepcji nie pozwalają wierzyć ofiarom na słowo. Zbyt wielu zbrodniarzy by się za ofiary podawało, by bezproblemowo uniknąć konsekwencji. Aby tego uniknąć system musi oczekiwać dowodów. I również, niestety, za jedną instancję tej zbrodni nie śmierć jest przewidzianą karą… ale tu dochodzimy do elementu wywiadu, bo jestem przekonany, że ujawni on więcej ofiar.
                                Kaylie parsknęła.
                              • Dlatego jestem za braniem sprawy we własne ręce. Nie będzie wtedy wątpliwości czy ofiara nie trafi na prawnika jakiego ta druga strona łatwo pokona, bo będzie on bezużyteczny.
                                Mimo irytacji wciąż pozwalała się przytulać, a jakieś drżenie było słyszalne w jej głosie. Jakby zbierało się jej na płacz jaki z całej siły chciała zatrzymać.
                              • I weźmiemy, Kruszyno. - Powiedział nieco ciszej… przytulając ją nieco mocniej i dużo czulej. - Wszystko w porządku, Malutka… nie musisz być silna i nie potrzebujesz być już pozbierana. Płacz, krzycz… uderzaj pięściami jeśli masz na to ochotę, ale nie trzymaj tego w sobie. Tylko sobie tym zaszkodzisz.
                              • Nie chcę cię bić... - wzięła głęboki oddech - Dam sobie radę... Dam... Nie stało się nic czego nie doświadczyłam wcześniej...
                                Postarała się wypowiedzieć ze słowa ze spokojem i brakiem emocji. Jej próby były bardzo wymuszone...
                              • I to daje tobie tylko więcej prawa, by się totalnie rozkleić i rozpaść… i wiesz doskonale, że w moim oczach od czegoś takiego byś tylko urosła. Nie trudno jest udawać, że wszystko jest w porządku… przynajmniej przez chwilę… ale to jest stawianie chwilowego komfortu, ponad długotrwałe zdrowie… Potrzeba siły by zmierzyć się z tragedią, przyjąć ją z pełnym zrozumieniem ogromu krzywdy i pozwolić emocjom płynąć… przezwyciężyć fałszywe poczucie, że to jakaś słabość i pozwolić sobie to przepracować tak jak się tego potrzebuje…
                                Uniosła spojrzenie na oczy Khala.
                              • To czemu tego sam nie robisz?
                                “Bo jestem słaby” chciał powiedzieć, ale tylko zachłysnął się powietrzem… nie mógł przepchnąć tego przez gardło. Wciąż zbyt drapała go reakcja na jego ostatnie przyznanie się do słabości…Chwilę szukał odpowiedzi.
                              • Najniższy moment w jakim mnie widziałaś to było gdy poznaliśmy los Zoryi… pamiętasz moją reakcję, prawda? Weź poprawkę na skalę wydarzenia oraz, że byliśmy wciąż sobie obcy… więc myślę, że ja tak, w gruncie rzeczy, robię.
                              • Wtedy to była niespodziewana sytuacja. Nie byłeś przygotowany. To się nie liczy. - wyjaśniła - W innej chwili starasz się wszystko trzymać w sobie.
                              • Kaylie… to nie jest moment na rozmowę o mnie. Jeżeli chcesz możemy przebyć ją później, ale teraz ty jesteś tu najważniejsza… i pomimo, że zdecydowanie zachęcam cię byś wypuściła z siebie to drżenie, które cały czas czuję w twoim ciele, to nie tak, że ci każę to zrobić… więc nie musisz się bronić przed tym, próbując zmienić temat, w porządku?
                              • Ale co to zmieni? - głos Galtianki nabrał na sile - Co to zmieni? Cofnie czas? Sprawi, że wszystko zapomnę? Nie stanie się?
                              • Płacz i krzyk to emocje próbujące się z ciebie wydostać - odpowiedział łagodnie, ujmując jej policzek - Żal i ból chcące znaleźć ujście. Trzymając je w sobie robisz właśnie to jak to brzmi. Zachowujesz je. Dajesz im się kotłować i gnić. To jest ciężar. Nie mówię, że łzy naprawią to co się stało. Nie twierdzę, że to jest konieczne dla leczenia, które ciebie czeka. Ale z całą stanowczością twierdzę, że MOŻESZ to zrobić… I nikt tu nie będzie ciebie oceniał, ani nie umniejszy cię to w niczyich oczach… ale jeśli nie chcesz i wolisz działać, albo walczyć na słowa… służę pomocą.

                              Kaylie wymsknęła się z objęć Khala i zaraz złapała go za dłoń by zacząć prowadzić bez słowa w stronę łóżka. Nie opierał się jej w żaden sposób, choć nie zakładał nic co do jej intencji.
                              Obok łóżka Kaylie po prostu padła na nie, ciągnąć Khala za sobą za dłoń, aby zarzuciwszy mu ręce na szyję przytulić się do niego. Viktor pokierował upadek, tak aby samemu legnąć obok niej i odwzajemnił uścisk. Tylko tyle i aż tyle.

                              • Miałam nadzieję, że uciekłam od tego... - odezwała się przerywając dłuższe milczenie, ale nie kończąc przytulenia - Że już nigdy nikt mi tego nie zrobi... Dla nikogo nie będę zabawką...

                              • Zapłaci za to. I pożałuje, że kiedykolwiek spojrzał w twoją stronę.

                              • Azazel nie będzie zadowolony. - odsunęła się lekko by spojrzeć na twarz rozmówcy - Nie przeszkadza ci to?

                              • Nie jestem fanatykiem. Będzie dobrze - odpowiedział z całkowitą pewnością, choć miał jej może dziewięćdziesiąt procent. Gnój nie dostanie nic na co nie zasłużył…

                              • Ale to nie będzie według prawa...

                              • Czy… - zaczął z odrobiną zawahania - …chciałabyś zrobić to według prawa? Mówiłem ci, że nie wierzę aby to był jednorazowy wybryk. Bardzo możliwe, że i tak przysłuży mu szubienica gdy z nim skończę, a taniec na linie, ku uciesze gawiedzi niesie ze sobą bardzo przyjemny aspekt upokorzenia… - proponował ostrożnie, ale z pewną nonszalancją… w sposób nie naciskający, ale oferujący.

                              • Może... - westchnęła - Dla ciebie jest ważne by Azazel był zadowolony... - omijała, że jej też powinno zależeć.

                              • Nie ma potrzeby teraz twardo decydować. Najpierw i tak potrzebny jest wywiad. A o zadowolenie Benefaktora się nie martw. To moje zmartwienie.

                              • ... - zaśmiała się krótko - Ta sytuacja teraz musi być dziwna dla ciebie.

                              • Cóż… może w ten sposób - odpowiedział z lekkim uśmiechem w szczwanym kolorze - gdybym miał śmierdzącego pensa, za każdym razem gdy jestem w takiej sytuacji to miałbym dwa śmierdzące pensy… co nie jest dużo, ale bardzo mi przykro, że nawet raz się to zdarzyło.

                              • A kiedy była wcześniej, że leżałeś z kobietą w łóżku i nic nie robiliście?*

                              • Nie byliśmy wtedy w łóżku. Céline siedziała owinięta w trzy koce przy kominku i nie czuła się komfortowo z niczym ponad trzymaniem jej dłoni. I płakała. Całą noc płakała. Żadna z was nie zasłużyła na to co wam zrobiono.
                                Westchnęła.

                              • Mówiłam o innej sytuacji, ale...
                                Viktor zamrugał kilkakrotnie.

                              • Masz na myśli, że leżę z kobietą i ponadto?

                              • Mhm.
                                Westchnął przeciągle.

                              • Kay… masz na mój temat bardzo wiele wyobrażeń które nijak się mają do rzeczywistości. Wierz mi lub nie… seks jest dla mnie ważną rzeczą, ale nie jest jedynym co mi chodzi po głowie w czasie wolnym. Wiesz… zawsze możesz mnie zapytać.

                              • A co takiego ci chodzi po głowie?

                              • Bardzo wiele czasu spędzam na samodoskonaleniu. Na przykład… co może być małą niespodzanką… studiuję galtiański. Znajomość klasycznego elfickiego wiele pomaga. Próbuję także opanować sztuczki manualnej prestidigitacji, ale te mi nie idą wcale dobrze. Kiedyś posiądę jakiś sensowny ich poziom.

                              • Naprawdę? Czemu to robisz? - zdziwiła się.
                                Wzruszył ramionami, z nieco lisim uśmiechem.

                              • Bo nawet proste karciane sztuczki potrafią być imponujące i będą kolejnym wektorem wejścia w niektóre towarzystwa.

                              • Czemu uczysz się galtiańskiego? - doprecyzowała.

                              • Z dwóch powodów. Jeden ściśle egoistyczny, jeden… mniej.

                              • Jakich? - naciskała.

                              • Pierwszy jest taki, że chcę rozumieć co czasem mówisz. Drugi… myślałem, że sprawi ci to przyjemność - wzruszył ramionami, jakby nie wiedział co więcej dodać.
                                Zdziwienie szybko przerodziło się w zawstydzenie, gdy dotarło do niej co to czasem oznacza. Spłonęła rumieńcem jaki szybko skryła wbijając twarz w tors mężczyzny.

                              • Och, Khal... - wyrzuciła tylko z siebie.
                                Niski chichot wydobył się z piersi Viktora, gdy całować ją w czubek głowy.

                              • Jesteś przeuroczym dziewczęciem, wiesz?

                              • Bo się wstydzę? - burknęła.

                              • Bo masz w sobie dość niewinności aby się rumienić z takiego powodu. To bardzo dziewczęca rzecz. Utrzymaj to jak najdłużej, bo jak przejdzie… to już nie wróci i większość życia będziesz znieczulona na takie podchody i będziesz tylko wspominała z nostalgią jak ci serduszko biło mocniej w takich chwilach.

                              • Gdy byłam w Cheliax wytworzyłam znieczulicę... - odparła "wycierając" sobie twarz w tors Khala - A jednak wróciło... Choć chyba nie do każdego tak mam. A raczej nie tyle, co nie do każdego się nie rumienię, co nie do każdego się rumienię... I nie każde oznacza to samo... - pokręciła głową - Wstyd do ciebie to zupełnie co innego niż wstyd przy Nyerze, jaki z początku odczuwałam.

                              • Cóóóż… Ubodło by mnie okropnie jakbyś uważała, że to jest to samo… jakakolwiek jest historia, jakkolwiek będzie w przyszłości… teraz dla mnie to jest tak przeurocze, że chcę ciebie całować i się tobą opiekować gdy tak robisz.

                              Spuściła wzrok i po chwili odkleiła się od mężczyzny by położyć się sama otulając własnymi rękoma i nie patrząc na niego.

                              • Pewnie teraz będziesz sądził, że to wydarzenie w ogóle na mnie mocno nie wpłynęło... Jestem zbyt spokojna.
                                Ujął jej policzek i spojrzał na nią ciepło, ale smutno.
                              • Kaylie… Widziałem dość przejawów traumy, krzywdy, czy żałoby by wiedzieć, że zewnętrzna reakcja nic nie oznacza. Ani forma, ani czas, ani intensywność, ani, tak naprawdę, nic. Przechodzisz to na swój wyjątkowy sposób w swoim wyjątkowym tempie i w żaden sposób to nie umniejsza krzywdy która ciebie spotkała. Jeśli teraz przez trzy miesiące będziesz oscylowała między pozornym spokojem, płaczem, wrzeszczeniem a koniecznością działania już teraz-natychmiast… nie zdziwi mnie to i będę przy tobie na każdym kroku.
                                Bez słowa oparła czoło o tors mężczyzny.
                              • Nie myśl o tym, zapomnij. To nic nie znaczy. Nie czxuj, tak będzie łatwiej. - wyszeptała jakby do siebie i po tym uniosła smutny wzrok na Khala - To mi szeptał Irvys jak mnie uspokajał. Jak przytulał, jak rany opatrywano…
                                Kolejny pocałunek w czubek głowy przekazywał wsparcie i… obecność?
                              • I jak? Pomagało?
                                Kaylie niepewnie pokiwała głową.
                              • Może nawet było w tym trochę racji. Są sytuacje gdzie nie ma nic do ugrania i trzeba poświęcić swoją chwilową godność dla swojej przyszłości… - powiedział niby-neutralnie i zrobił pauzę, zbierając się w sobie… ale w tym procesie stał się jakby mniejszy a jego głos słabszy. - Nie zmienia to faktu, że ja wolałbym krzyczeć. I krzyczałem. I płakałem. I żłożeczyłem. I uderzałem pięściami gdy wieszali moją matkę i gdy potem ją chowałem. I jakby ktoś spróbował mi powiedzieć to co tobie to… myślę, że bym mu zęby wybił i na tym nie poprzestał póki ktoś by mnie nie odciągnął.

                              Odkaszlnął by odzyskać pewność głosu.

                              • Więc może dało ci to jakąś perspektywę, albo i nie… ale i tak zapytam jeszcze raz. Czy sądzisz, że to ci pomagało? Bo ja bym ci mówił: płacz, krzycz i uderzaj pięściami. Buntuj się i złożecz i daj światu i sobie znać, że to co się stało to była krzywda i zbrodnia, a nie nieprzyjemność, czy jakaś niewygoda. Do not go gentle into that good night.
                                Rare, rage.. against the dying of the light.

                              • Ale to nie tak, że mam odpowiedzi na wszystko i może mi się źle wydaje…

                              Kaylie patrzyła pusto przed siebie.

                              • Tak było lepiej. - powiedziała jakby automatycznie - Lepiej... Gdy wcześniej się buntowałam... Przed procesem... Stąd mam blizny i strażnicy... - ciężko nabrała powietrze - Nyer pomógł mi się oswoić. Uniknąć dalszych problemów...

                              Viktor chciał protestować, ale… to nie był na to moment. Chwila i tak była dosyć ciężka. Uzmysławianie jej jak paskudnie była traktowan i druzgotanie jej przekonań byłoby tylko kolejnym ciężarem dla niej… a trudne one były nawet w najlepszych okolicznościach.

                              • Nie ma go tutaj - powiedział delikatnie - Nie ma strażników i nie będzie blizn za protesty. Nie będzie żadnej kary.
                              • On mnie nigdy nie skrzywdził. Nawet nic nie wymuszał. To strażnicy...
                              • Ci którym płacił specyficznie za łamanie nowych niewolników? Takich stawiających się i buntujących? Eh… Kruszyno… to nie jest temat na dziś. Innym razem możemy się o to pokłócić… ale jeśli ci zależy to powtórzę… tych strażników RÓWNIEŻ tutaj nie ma i nikt ciebie nie ukarze za nie godzenie się z losem…
                              • Nie rozumiesz... - próbowała się bronić mocniej obejmując się ramionami.
                              • Kaylie… nie zamierzam się z tobą kłócić. Chcesz by był tym dobrym... niech ci będzie. Dziś nie oprotestuję tego twierdzenia… ale na bogów… nie używaj opowieści z tamtych czasów jakby były argumentami czemu musisz zachować stoicką apatię w takim dniu…
                              • Ale to dobra nauka...
                              • I co te nauki mówiły o twoim odwecie, czy zadośćuczynieniu?
                              • Nic...
                              • Wiesz, że to nieprawda. Kazały ci zaniechać odwetu i zapomnieć o jakimkolwiek zadośćuczynieniu. I z całą moją pogardą do Nyera… to była dobra nauka w tamtym momencie. Oj, nie zrozum mnie źle… robił to specyficznie we własnym interesie. Stoicki niewolnik to posłuszny niewolnik… ale to faktualnie jest dla nich najzdrowsze podejście. Ale coś co jest słuszne i zdrowe w jednym kontekście może być szkodliwe i złe w innym. Powiedz mi… czy dostrzegasz różnicę między teraz a wtedy?
                                Kaylie przytuliła się do mężczyzny.
                              • Jesteś ty... A to nie ma porównania.
                              • I będę dla ciebie. Ale to nie wszystko… również nie jesteś już niewolnicą. Nie masz nad głową całego systemu zaprojektowanego, by ciebie stłamsić i pozbawić nadziei. Nie mierzysz się z niepowstrzymywalnym żywiołem. Masz autonomię, moc sprawczą i potężnych sojuszników. To co kiedyś było zrozumiałe, dziś jest niewystarczające. Nie musisz się już godzić z tym co się stało. Możesz być niezadowolona. Masz prawo czuć się skrzywdzona. I masz prawo to okazać. Stoicyzm jest dobrą lekcją gdy nie masz mocy, by cokolwiek zmienić. My mamy i to wyrzuca wszystkie jego mądrości prosto w szambo, gdzie jego miejsce.

                              Kaylie zupełnie nagle zmieniła temat. Tak naprawdę po prostu chciała uciec od tego co słyszała od kochanka. Nie podobało jej się jego myślenie i nie chciała w nie głębiej wchodzić...

                              • Widziałam się z Fernem.
                              • Hmm? - zdziwione mruknięcie było pierwszą odpowiedzią - I coś ciekawego z tego wyszło? - zapytał dalej, doskonale rozumiejąc co robiła, ale nie zamierzając jej tego utrudniać.
                              • On doskonale wie czym jest Otto, tylko przez niego nie może tego wypowiedzieć całe miasto oraz on sam. - skupiła się na tym temacie by odejść od poprzedniego na wszelki wypadek - Ogólnie interesował się co my robimy i najwyraźniej uspokoiło go, że chodzi o Azazela, nie Asmodeusza czy innych jego lizodupów.
                              • Wie? Hmmm… pewnie coś nowego. Nie zdawał się wiedzieć gdy z nim o tym rozmawiałem… ale może źle pamiętam. Wiele się wydarzyło po drodze. I nie dziwie się… Nasz Benefaktor jest jedną z najkorzystniejszych “mrocznych” sił jaka może się pojawić w dowolnej okolicy. I jest przewidywalny, w dobrym tego słowa znaczeniu.
                              • A do tego będzie mnie uczył. - powiedziała bez przejęcia.
                              • Uuu… praktyki u arcymaga królewskiego - przytknął z pełnym uznaniem - Wiedziałem, że teoretycznie akranistyka z klasyczną magią jest dosyć kompatybilna, ale oczekiwałem… nie wiem… jakieś formy rywalizacji? Nie miał żadnych przytyków?
                              • Kiedy usłyszał, że nie jestem magiem a arkanistą... Powiedział, że mu przykro. - skrzywiła się.*
                                Viktor parsknął rozbawiony, ale zagryzł śmiech gdy zobaczył jej spojrzenie.
                              • W porządku, w porządku… pradon. Nie przejmuj się tym. W Malcador&Marcelion też sobie robiliśmy wzajemne przytyki z gwardią miejską, a nawet z adwokatami z bardziej odległych dziedzin, jak prawo morskie. Nie było w tym zwykle złej woli, a jedynie poszukiwania co kreatywniejszych metod serdecznego zadrwienia z kumpli po fachu. Wziął ciebie na uczennicę choć nie musiał, więc nie może o tobie źle myśleć, co nie?
                              • Nie znasz elfów... I on to zrobił tylko dlatego, że mu powiedziałam kim jesteśmy. Przysługa za przysługę.
                              • Wydaje mi się, że poznałem ich całkiem sporo… I pomyśl Kruszyno… “kim jesteśmy” powiedzieliśmy Filii “za darmo”. Nie sądzisz chyba, że za samą taką nie-tajemnicę byłby gotów zaprzedać kilkadziesiąt do kilkuset swoich własnych godzin jakie z tobą spędzi na nauce, co nie?
                              • Jeżeli chcesz tak sądzić... - kobieta wyraźnie nie sądziła, jakby jej osoba była tego warta.
                              • Chwila, chwila, chwila… - Viktor oparł się na łokciu - Ty poważnie sądzisz, że on poświęci tyle swojego prywatnego czasu za coś tak łatwo wywiadywalnego? To dywinator… to jest jedno zaklęcie dla niego. Jedno pytanie zadane Filii lub mi. Jak widać również tobie. On cię uczy, bo dostrzegł u ciebie zdolności warte oszlifowania. Nie dlatego, że zapomniał mnie zapytać o coś tak bazowego.
                              • Może twoja siostrzyczka nie powiedziała mu wszystkich szczegółów. Ja po prostu chciałam więcej wywiedzieć się o procesie nauki zaklęć, teoria.
                              • A jakimi to sekretnymi szczegółami się podzieliłaś z Fernem, że uznał je za warte tak dużej inwestycji swojego czasu?
                              • To będzie tylko tydzień codziennych spotkań godzinnych, to nic wielkiego. - mruknęła - Jak chcesz sam go możesz zapytać dzisiaj.
                              • No… nie wiem, nie wiem… jak ja go chciałem na obiad zaprosić… gdzie warto dodać: mógł mnie łatwo o to wszystko zapytać w perfekcyjnym do tego kontekście, to mnie zwyczajnie i bezceremonialnie spławił. Nie miał nawet pół godzinki dla marnego adwokaciny… ale dla Kaylie przykro-mi-arkanistki ma ich aż siedem? Tsk tsk tsk… zazdrosny się zrobię!
                              • Do tego pamiętaj, że to żaden królewski arcymag, a po prostu mag opłacany przez wioskowego szlachcica. - mruknęła - Tu nie ma królów czy prawdziwej szlachty. Nie podniecaj się tak.
                              • Oj Kaylie, nie przysługuje ci tu prawo do dyskryminowania lokalnych władców. Miejscowe systemy socjalne są nie tylko Rzeczne, ale również powszechnie akceptowane jako Królestwa. W tym RÓWNIEŻ przez Galt, czy Kyonin. To są faktualnie królowie, a to, że królują mniejszym obszarom o nie tak wysublimowanym guście im nie zdejmuje korony z głowy. Przestań chować głowę w piasek i pogódź się z rzeczywistością. Uznał ciebie za co najmniej czternaście razy bardziej wartą jego czasu niż mnie i nie, nie zrobił tego z powodu powszechnie dostępnej informacji którą się z nim podzieliłaś.
                              • A co z tym... Obiadem? Kolacją na jaki cię zaproszono? - zapytała znowu uciekając od tematu.
                              • Oj, nie, nie, nie… nie zmieniaj tematu. Chcę abyś przestała zachowywać się jak dziecko i przyznała coś co od początku nie powinno być trudne. Fern, nadworny mag królestwa Evercrest, uznał, że jesteś warta poświęcenia ci wielu godzin jego prywatnego czasu, za który nikt mu nie zapłaci. Powiedz to, mniej więcej tymi słowami i możemy rozważać jakieś nieistotne głupoty.
                                Kaylie wyraźnie nie była pocieszona tym, co powiedział Khal. Nie chciała dalej drążyć tematu!
                              • Daj spokój. Nie będę mówić tego, po co? I tak słowa nie zmienią mojego postrzegania czy magicznie mnie nie przekonają.
                              • Bo mam kaprys. Taki ciężki i intruzywny. Nie do pominięcia. Zrób to dla mnie, powiedz to i więcej nie będę dziś naciskał.
                              • Fern uznał, że jestem warta zmarnowania trochę czasu na mnie. - burknęła niechętnie.
                                Viktor pocałował ją w czubek głowy.
                              • Niech ci będzie, ale tylko dlatego, że doskonale wiesz, że “warta zmarnowania” to oksymoron. Nie ma on sensu logicznego. Jeśli jesteś warta to czas nie będzie zmarnowany. Więc obiecane nieistotne głupoty. Obiad się odbył. Serg zabrał swoją małżonkę. Była prześlicznie ubrana w turkusową suknię na ramiączkach. Zakompleksione dziewczę czujące, że miała więcej szczęścia niż rozumu zyskując uwagę swojego aktualnego męża i boi się, że to zepsuje… moje słowa, nie jej, rzecz jasna.
                              • A ty na pewno nie chciałeś wystawić tego na próbę?
                              • Nie. Mówiłem ci już… nie ruszam szczęśliwych mężatek. Jest dosyć chętnych jagniąt w Evercrest bym nie musiał sięgać po takie przypadki… i zwyczajnie nie wiem czy by tę próbę przeszła. Bardzo możliwe, że nie. Strach i niepewność czasem są wspaniałym wektorem podejścia, ale bywają murem nie do przeskoczenia. Na podstawie tych dwóch krótkich godzin, które z nimi spędziłem, chylę się bardziej ku drugiej opcji w jej przypadku.
                              • Ty uwielbiasz niszczyć związki dla swojej własnej chorej satysfakcji. - skrzywiła się - Żeby pokazać światu, że miałeś rację, dla niczego więcej. To okropne...
                                Viktor nie pozwolił grymasowi wykwitnąć na swojej twarzy.
                              • I jakie jest źródło tego twierdzenia?
                              • Wszystko co mi opowiadałeś. A do tego twoje podejście do kobiet. Ty uważasz to za "testowanie". Ja widzę to jako zwykłe pastwienie się i niszczenie żyć.
                              • No… definitywnie NIE wszystko, bo to co powiedziałem dosłownie pięć sekund temu bardzo wygodnie zignorowałaś. Dla przypomnienia: kontekstem, w którym nazwałem to “testowaniem” była naddramatyczna prezentacja uwodzenia specyficznie mężatek które nie były szczęśliwe w swoim małżeństwie. To było powiedziane w tamtej historii. Jak ci się wydaje, że wygląda dalsze życie kobiet, które opuściły moją rotację?
                              • Daruj mi swojego pozowania na zbawiciela tych biednych kobiet. - warknęła.
                              • Najpierw ty przestań mnie demonizować, to przestanę być stawiany w sytuacji gdzie muszę się bronić, hmmm? Byłem Trzecim Piórem Cheliax. Setki oczu obserwowały każdy mój ruch i jakbym zostawiał za sobą szlak zdruzgotanych niewiast to ktoś… nawet wiem KTO specyficznie, by to zauważył i wykorzystał przeciwko mnie. Moje jagnięta zdawały sobie sprawę z tego w co wchodzą, jeśli tylko nie postawnawiały zignorować tego co im mówiłem. One wiedziały, że to jest tymczasowe i, że to tylko zabawa. Wiele było bardzo zadowolone z tego układu. Niejedna piękna plebejuszka usidliła pomniejszego szlachcica po tym jak pokazała się z Viktorem Goodamannem na balu. Dziewczyny które za sobą zostawiałem czuły zwykle zawód. Nie rozpacz po utraconej miłości, bo nie pozwalałem im się we mnie zakochać. Ty… hmmm… - zamyślił się na kilka momentów rozważając coś.
                              • To tylko zabawa? - prychnęła kręcąc głową - Dla ciebie oczywiście. Też byś sądził, że tylko się bawiłam, gdybym poszła teraz spać z kimś innym? Zabawa? Uczuciami i przyszłością tylko.
                              • A chciałabyś być dla mnie niczym więcej jak jagnięciem co tylko tymczasowo jest w rotacji? Bo wtedy tak… mogłabyś sypiać z kimkolwiek chcesz dookoła i nic by mi to nie przeszkadzało. Jednak nie jesteś i nie chcę abyś była… I to zmienia zasady i dlatego, to co mamy to nie jest “tylko zabawa”.
                              • Pokazujesz właśnie jak nisko sądzisz o kobietach jakie dawały ci przyjemność. - skrzyżowała ramiona w irytacji - Nawet masz na nie określenie! Równie dobrze nic by się nie zmieniło gdybyś nazywał je tak jak o nich myślałeś. Dziwki. Nie, Khal? O, Trzecie Pióro? Nie wiem jak można być tak zapatrzonym w siebie i każdą pochwałę traktować jako coś na co na 100% zasłużyłeś.
                              • Kaylie… powiedz mi, dziewczę drogie… ty… byłaś w tym nieprzyjemnym związku z liderem najemników… ale potem coś ci się jeszcze trafiło… To nie był twój jedyny dłuższy związek… prawda?
                                Galtianka patrzyła nieufnie.
                              • Najdłuższy... Drugi trwał może miesiąc, a trzeci z trzy dni. Później trwały tak długo jak długo trwała noc. Tylko wtedy już nie miałam nadziei na związek, a jedynie zaczęłam rozumieć, że to wszystko do tego się odnosi. Na tym zaczyna i kończy.
                              • Opowiesz mi o tym swoim drugim? Miesięcznym?
                                Kaylie nie wiedziała czy chce opowiadać... Jaki on miał w tym cel?
                              • Jey. Był taki delikatny i współczujący. Jak byłam rozbita po zerwaniu zaopiekował się mną, spędzał ze mną czas i nawet razem zlecenia przyjmowaliśmy jako duet... - zamknęła oczy - Po prostu pewnego dnia obudziłem się sama nago na posłaniu ciągle nosząc na sobie ślady po szalonej nocy z nim, w którym jeszcze wczoraj mówił o miłości i otrzymywał ją ode mnie na wszystkie sposoby... - pokręciła głową - Odszedł z inną kobietą, jak później się dowiedziałam w gildii.
                              • Rozumiem. Przykro mi, że to ciebie spotkało. Spodziewam się, że ten trzydniowy nie wyglądał lepiej. A później… zdarzyło ci się plotkować z kimś o związkach? Koleżanki najemniczki? Jakieś szlachetne głowy? Nieznajoma przy barze?
                              • Co? - zapytała wyraźnie zdziwiona - Czemu? To prywatne sprawy...
                                Viktor zmarszczył brwi w zamyśleniu, gdy powoli do niego coś docierało.
                              • Hmmm… tsk… to… że tak zapytam… skąd bierze się twoja wiedza o związkach?
                              • Jako dziecko widziałam miłość jak dażyli do siebie rodzice... - zaczęła wymieniać - Książki... A, i moje doświadczenia. Do tego czasem coś Rhaast.
                              • Czyyyli... z pary ludzi na szczęśliwym finishu. Z fikcji. Z dwóch następujących po sobie najemników. I od miecza. Ughhh… to wyjaśnia TAK wiele…
                                Zamilkł analizując nowe informacje.
                                Kaylie wyglądała na zupełnie zaskoczona, nie rozumiejąc o co chodzi mężczyźnie.
                              • Coś... Nie tak?
                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SeachS Niedostępny
                                SeachS Niedostępny
                                Seach
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #117
                                • Oj nie… wszystko wreszcie się rozjaśnia. Daj mi moment… myślę - poprosił, gładząc się po zaroście powoli. - Nic dziwnego, że tak wiele sobie dopowiadasz o moich jagniętach - powiedział w końcu. - Ale może jeszcze dla upewnienia… jak się zaczął twój związek z liderem najemników? Jak on miał na imię? “Lider najemników” nie schodzi gładko z języka…
                                • Saveris... - odparła zaskoczona - Błąkałam się sama nie wiedząc co ze sobą zrobić po ucieczce. Rhaast zasugerował przyłączenie się do najemników. Byłam przerażona i osamotniona, nie wiedziałam co robić. On w sumie przygarnął mnie do grupy i nie chciał ode mnie wyciągać informacji skąd pochodzę. Opiekował się mną i zapewnił mi pracę. - powiedziała z jakimś smutkiem - Podczas pierwszej misji uratował mi skórę. Od tego się zaczęło.
                                • Klasyczne wzięcie pod skrzydła. Zawsze działa, jeśli tylko warunki to umożliwią… Większość kobiet naturalnie grawituje w kierunku silnych, opiekuńczych charakterów. Kaylie… nie zrozum mnie źle. To nie jest zarzut w żadnej formie i nie mówię tego aby ci jakoś dopiec… ale twoja wiedza o związkach wydaje się nad wyraz ograniczona. Twoi rodzice prezentowali coś do czego związki dążą, ale bardzo niewielka ich część kiedykolwiek to osiąga i praktycznie nigdy nie jest to “naturalne” a wymaga pracy - mówił powoli i troskliwie, nie rzucając jej słowami w twarz, ale tłumacząc cierpliwie - Romanse pisane są często jako materiał dla mentalnego brandzlowania się kur domowych, co marzą, że ich książę z bajki, na białym koniu porwie. Saveris był dupkiem. Jey wykorzystał, że byłaś rozbita i szukałaś pocieszenia. Nie traktuj tych doświadczeń jako jakąkolwiek reprezentację zdrowego związku. A Rhaast… on w ogóle był kiedyś człowiekiem?
                                • Nigdy... On został stworzony przez elfy jako magiczna broń z intelektem. I on nigdy nie miał ochoty gadać o związkach... Czasem coś rzucił. Ciebie nie lubił od początku.
                                • Znaczy… wyjątkowo nie lubił, czy zdarza mu się zapałać spontaniczną miłością do nowej osoby którą poznałaś?
                                  Kaylie zamyśliła się przypominając sobie przeszłe znajomości i reakcje Rhaasta. Spojrzała w stronę miecza.
                                • Głównie nie obchodzą go moje znajomości. Chyba, że chce mnie skrytykować za ich posiadanie... Lub sądzi, że uczynię sobie szkodę mając je, a to też o tobie sądzi. Wolałby żebym nie miała większych znajomości, bo źle wtedy kończę, a moje traumy go drażnią.
                                  Powiedziała ostatnie zdanie z zimną powagą.
                                • W porządku… moja ciekawość zaspokojona więc możemy wrócić do głównego tematu. Odnoszę nieodparte wrażenie, że postrzegasz moje jagnięta jako traktowane tak jak Saveris czy Jey ciebie potraktowali. Czy mam w tym trochę racji?
                                • Szczególnie twoje pomocnice z kancelarii. - powaga była mocno słyszalna w jej tonie - Saveris tyle dla mnie zrobił... Był taki czuły... Nie mogłam mu odmówić. To było jak dług.
                                • Nigdy nie pozwoliłem, by któraś poczuła, że musi się ze mną przespać z powodu długu. Ani, że nie może mi odmówić. Ani, że czeka nas jakaś wspólna przyszłość. Przejdźmy trochę dalej w twojej historii… gdy wzięłaś sobie kogoś na jedną noc. Czułaś się potem przez niego wykorzystana i zraniona, że to się skończyło?
                                • Byłam już wtedy po tych trzech związkach i niewoli... Wtedy mało czułam. - spojrzała w podłogę - Broniłam się przed wpadnięciem w to znowu, więc... uciekałam.
                                  Viktor przytulił ja mocniej na moment i ucałował w czubek głowy. Dopiero mówił dalej.
                                • Kruszyno… dam ci zadanie domowe. Chciałbym abyś, jak nadarzy się okazja, oplotkowała z szlachciankami z biblioteki nie książkowe romanse, ale rzeczywiste romanse. Powiedz, że jesteś ciekawa czy tu w Evercrest, jak… gdzieś. Wybierz sama czy wolisz Galt, Kyonin czy cokolwiek. Posłuchaj co będą mówić. Jakim językiem się posługiwać. A potem chciałbym abyś przyszła do mnie i mi o tym opowiedziała, dobrze?
                                  Zdziwienie było namacalne.
                                • Ale... Jak to? Po co?
                                • Bo nie masz zielonego pojęcia jak wyglądają romanse w prawdziwym życiu… i nie wierzysz mi w to co mówię. Myślisz, że sam sobie coś wmawiam i to ja nie wiem jak to jest… Dlatego chcę abyś usłyszała moje słowa z ust tych kobiet… wtedy będziemy mogli zdrowiej o tym porozmawiać, bez tych okropnych insynuacji.
                                • Zaprzecz, że takie rzeczy tylko istnieją i się dzieją naprawdę! - mruknęła.
                                • Które “takie”? Prawdziwe miłości jak romansów? Dupki jak Saveris i Jey? Ludzie wmawiający sobie coś?
                                • Prawnicy wykorzystujący pracownice kancelarii.
                                • Zdarzają się. Jak najbardziej. I co w związku z tym? Masz jakieś powody sądzić, że personalnie JA taki byłem? Czy tylko pasuje ci do mentalnego obrazu?
                                • Trzecie Pióro z Cheliax co własny harem miało? Duże prawdopodobieństwo, że tak będzie...
                                • Czy kiedykolwiek TY poczułaś się naciskana, by się ze mną przespać? Kiedykolwiek na ciebie próbowałem wywrzeć niemoralny nacisk?
                                • Sytuacja jest inna... I mogłeś nieświadomie stosować nacisk swoją pozycją.
                                • “Duże prawdopodobieństwo”, teraz “mogłem coś robić”... To nie jest nawet poszlaka. To może, być najwyżej motyw aby poszukać poszlak, czy dowodów. I nawet powód byłby to kiepski. Ale nie zrobiłaś nawet tego… Sama możliwość starczy ci aby mnie oskarżyć, skazać i dokonać egzekucji wbrew wszystkiemu co o mnie wiesz, wbrew wszystkiemu co ci o sobie opowiadam. Interesują ciebie, w ogóle, jakiekolwiek fakty? Czy tylko ta nieszczęsna możliwość?

                                Kaylie patrzyła chwilę na Khala nim położyła się plecami do niego. Objęła się rękoma i zamknęła oczy.

                                • ...nie umiem naprawdę wierzyć, że to robiłeś, ale... - ściszyła głos, by jego drżenie nie wyszło na jaw - ... większość życia byłeś w Cheliax...
                                • Ale nie jestem Cheliax. Nie jestem Abrogail Drugą, ani Pierwszą. Nie jestem manifestacją cheliańskiego buta na karku Galt, a Czerwona Rewolucja wybuchła prawie dwie dekady przed moimi narodzinami. Nie jestem Saverisem, nie jestem Jeyem, nie jestem nikim z drużyny która wydała ciebie w niewolę, ani nie jestem Nyerem, czy twoim dziadkiem. Jestem Khal Frey – narodzony jako szczur w rynsztoku Evercrest i do Evercrest powróciłem. Jestem Viktor Goodmann – który wybronił ciebie i nie tylko ciebie, z tortur, gdy byłaś w najwrażliwsze pozycji…
                                  Nie miał agresywnego głosu. Nie mówił z wyrzutem, a z troską i cierpliwością kogoś kto nie chce “wygrać” dyskusji, ale nauczyć…
                                  Kobieta słuchała uważnie...
                                • Ja...
                                  Odwróciła się ponownie do Khala i rzuciła mu się na szyję.
                                • Przepraszam...
                                  Bez ostrzeżenia przylgnęła ustami do ust Khala całując go głęboko i Viktor jej odpowiedział. W pierwszej chwili prawie odruchowo, ale potem objął ją w talii i przysunął jej biodra do swoich… jednak nie pospieszał. Dawał jej dyktować tempo.

                                Pocałunek był długi i namiętny. Kaylie czuła uderzenia serca w piersi, czuła drżenie na skórze. Jak mogła zapomnieć kim dla niej był Khal? Przecież nawet jeżeli zdarzyło się, że jego pozycja przeważyła w sytuacji z pracownicą kancelarii... Czy to miało znaczenie? Nie mogła sobie wyobrazić by on przymuszał. Co najwyżej pozwalał by ona żyła błędnym przeświadczeniem...
                                Galtianka zakończyła pocałunek, ale nie odsunęła się od Khala. Oddychała pełną piersią chcąc unormować oddech.
                                I nie wiedząc co powiedzieć.
                                Viktor gładził ją za uchem powolnym i cierpliwym gestem.. Nie przeszkadzała mu chwilowa cisza.

                                • W porządku, wybaczam… - zachichotał pod nosem. - Przynajmniej jeśli nie wyobraziłem sobie tej iskierki zrozumienia w twoim spojrzeniu… uwierzyłaś mi w końcu, że nie nadużywałem pracownic, prawda?
                                  Kaylie powoli pokiwała głową.
                                • ...mhm... - wzięła kolejny głęboki oddech - A one ciebie?
                                • Może raz czy dwa… - chichot zadudnił głęboko w jego piersi - …gdy Mia potrzebowała więcej uwagi niż ja miałem czasu… ale odebrałem sobie to później z nawiązką… Hmmm… sub-temat: czy wątpliwości co do Livii i pozostałych służących również są już za nami?
                                  Kaylie skrzywiła się.
                                • To... Nie podejrzewam byś zmuszał, ale... - zagryzła wargę - W tym diabelskim państwie nie traktują sprzedanych jako ludzi. Przynajmniej z moich doświadczeń. Masz po prostu wartość pieniężną jak przedmiot. - podała "nie-odpowiedź" w odpowiedzi
                                  sama nie wiedząc jak to zwerbalizować.
                                  Viktor kiwnał głową ze zrozumieniem.
                                • Wiesz czemu zwykła ludzka empatia nie obejmuje w Cheliax niewolników?
                                  Kobieta pokręciła głową w zaprzeczeniu.
                                • “Sami, by sobie nie dali rady. My im dajemy strukturę i zapewniamy przetrwanie, w zamian za trochę pracy”. Albo “Są w takiej sytuacji w jakiej są z racji gorszej krwi. Urodzili się gorsi i słuszne jest by służyli lepszym.” Tysiąc i jeszcze jedna wymówka składająca się na przekonanie “Mnie by to nigdy nie mogło spotkać”. Głęboka dehumanizacja. W ich umysłach oni różnią się od niewolników w takim samym stopniu jak różnią się od bydła. Krowy rozpłodowej, czy byka na roli. “To nie są ludzie… MY jesteśmy ludźmi.” Mnie też próbowano do tego przekonać. Bah… sam siebie próbowałem przekonać. To byłoby znacznie prostsze gdybym w to wierzył… ale nie potrafiłem. Jak mogę w coś takiego uwierzyć, jak perfekcyjnie rozumiem, że sam byłbym niewolnikiem jakby mi odrobiny szczęścia zabrakło? Mieliby na to odpowiedź. “Ale NIE zostałeś niewolnikiem i to nie była kwestia szczęścia, a twojej inteligencji i woli.” I musiałbym to zaakceptować, albo zostałbym ikonoklastą… a takich nie czeka dobry koniec. System mógł oczekiwać ode mnie wzięcia niewolników. Ale nie mógł mnie zmusić by przestać widzieć w nich ludzi i jak ludzi ich traktowałem… a gdy o seks idzie… byłem po trzykroć ostrożniejszy niż z jagniętami. Brałem gigantyczny margines błędu, do stopnia, że trzy razy odesłałem Livię, bo miałem najmniejsze drobinki wątpliwości, czy przychodzi do mnie kobieta, czy niewolnica. I ona to rozumiała. Potem mówiła, że tylko jeszcze bardziej chciała do mnie przyjść… - opowiadał, oczami wspomnień będąc te lata temu w Cheliax. To były dobre wspomnienia.
                                • Zakochała się w tobie. - Kaylie stwierdziła wprost - To bliskie historii z książek. Czemu to nie ona tu jest, zamiast mnie?
                                  Jakiś skrywany smutek był obecny w jej oczach.
                                  Viktor mruknął w dumająco.
                                • To tak-jakby-zabawne, ale… nie jestem pewny. Sam sobie zadawałem to pytanie. Jakbym jej zaproponował bez wahania by się zgodziła. Jakby ona zapytała to bym na to przystał… wydaje mi się… że to nie byłoby dla niej dobre? Może nawet na dwa sposoby. Ona nigdy nie była wolną kobietą… wierzę, że powinna poznać co to wolność. Próbowałem ją do tego przygotować, bo wiedziałem, że kiedyś ją oswobodzę, ale… to zawsze wydawało się takie odległe… szkoda, że nie dano mi więcej czasu… ale Boryat ma jej doglądać… pamiętasz Boryata? Drwala?
                                • Mhm... - Kaylie mruknęła w zamyśleniu. To wszystko jej się bardzo nie podobało - Więc... To była ważna osoba dla ciebie? Bo ona... Jej zachowanie wygląda jakby... Była zakochana...
                                  Viktor zmarszczył brwi w pewnym zdziwieniu. Oczekiwał nietęgiego zdziwienia mówiąc o Boryacie.
                                • Kochała mnie i była dla mnie ważna… tylko nie w ten sposób. Była moją przyjaciółką, ale po ośmiu latach pod jednym dachem… ona zasługuje na więcej niż samą przyjaźń. Gdybym ją zabrał… myślę, że gdzieś tam, z tyłu głowy, zawsze pozostałaby moją niewolnicą, której ta przyjaźń by starczyła…
                                  Położyła dłoń na czole. W tym momencie zrobiło się jej słabo. Myśli szaleńczo wirowały w jej głowie, a przy gardle czuła lodowaty uścisk. Dalsze słowa powiedziała patrząc na swoje dłonie.
                                • Khal... Ona marzyła, abyś miłość odwzajemnił. Dla niej to było coś więcej niż przyjaźń tylko godziła się na to wszystko, bo dobrze widziała jaki jesteś, lepiej niż ja najpewniej. Poświęcała się dla ciebie wiedząc, że na nic więcej nie może liczyć. - czy on nie rozumiał, że z tego samego powodu arkanistka zgadza się na rotację?
                                  Viktor pomyślał chwilę, ale pierwszą odpowiedzią był gest. Odsunął jej dłoń na bok, pochylając się nad nią i ucałował ją głęboko.
                                • Kaylie… - zaczął, wciąż pochylony nisko nad nią, patrząc jej w oczy - … ona jest daleko. Jest wolną kobietą pół Golarionu stąd. Przed wyruszeniem kupiłem jej księgarnię. Zawsze mówiła, że chciałaby mieć księgarnię. Nie jest ona dla ciebie zagrożeniem i pewnie nigdy jej żadne z nas już nie zobaczy. Przestań sobie wyobrażać scenariusze gdzie ona się tu pojawia i robi nie wiadomo co, hmmm?
                                  Khal zobaczył drżenie dłoni kobiety. Bała się, tak bardzo się bała... Wiedziała, że ta kobieta przerasta ją wiedzą i doświadczeniem z tym mężczyzną.
                                • Co byś zrobił... Gdyby tu się pojawiła...?
                                • Bym… był zawiedziony. Mam dla niej znacznie większe nadzieje. Bym kontynuował walkę aby nam się udało. Może umknęło twojej percepcji, ale my już przekroczyliśmy przyjaźń. Ona nigdy nie została powierniczką moich pokrzywień. A z nią… nie wiem. Mam nadzieję, że zobaczyłbym kogoś znacznie więcej niż zostawiałem w Cheliax. Kogoś poniżej kogo godności byłoby być moją służącą… kogoś komu bym mógł rzeczywiście być przyjacielem. Wreszcie równym. Niezależnie od tego… wciąż miałabyś mój priorytet. Rozumiesz?
                                  Wszystko co zdarzyło się przez ostatnie godziny, wszystko co próbowała skrywać i udawać, że nie istnieje. Wszystko co w sobie trzymała przez cały ten czas... Co jej powiedział Fisuś... Wszystkie jej strachy i niepewności...
                                  Nie umiała ich zatrzymać.

                                Płacz był nagły i silny, i jakby przerwana została tama trzymające w zbiorniku żywioł niepowstrzymanej rzeki. Galtianka wbiła twarz w pościel i wydała z siebie żałosny krzyk bólu psychicznego. Złapała za włosy i zaczęła szarpać je jakby planując wyrwać.

                                Viktor zagryzł zęby. Pozwolił jej krzyczeć i płakać. Sam ją zachęcał, prawda? I wciąż w większości wierzył, że to jest zdrowe… choć przekonanie chwiało się, gdy widział to w praktyce.

                                • Jest w porządku. Wyrzuć to z siebie… - miał wrażenie, że szeptał, ale w tym krzyku szeptu by nie słyszał. - Będzie potem lepiej… ze zmęczeniem przyjdzie spokój…
                                  Dłoń miał na jej policzku, ale między słowami obserwował ją… rozumiał, że czasem można chcieć zadać sobie ból i, że przynosi on oczyszczenie… pilnował tylko, aby nie wykroczyło to ponad sam ból…

                                Kaylie puściła kilka wyrwanych włosów jakie opadły na pościel obok mężczyzny. Ciągle płakała histerycznie i zaczęła wbijać paznokcie w policzki krzycząc niezrozumiałe słowa i to był jego sygnał do akcji. Przytulił ją mocno, nieco przygniatając swoim własnym ciężarem i objął całą jej głowę rękoma, trochę piersią a nawet własną twarzą, że nie miała jak jej sensownie sięgnąć… ale poza tym jej nie przerywał… tylko upewniał się, że nie zrobi sobie krzywdy i może da jej alternatywy do fizycznego wyrzucenia z siebie bólu.
                                Khal zobaczył, że paznokieć kobiety przebił skórę na jej policzku aż do krwi. Ona najwyraźniej się tym nie przejmowała, a jedynie zarzuciła ramiona na jego kark i zaczęła próbować ustami dotrzeć do jego, aby móc go całować i pozwolił jej na to. Uniósł się nieco z niej i pozwolił się jej przesunąć pod nim w górę, ale znów pozostał bierny aż ich usta się spotkały…

                                Zachowanie Kaylie różniło się od tego, do czego zwykle dochodziło. Bez grama wstydu zrzucała z siebie ubranie powtarzając szeptem galtiańskie słowa, co pewien czas uderzając ręką w materac z jakąś złością. Jej ruchy zdawały się być wręcz wulgarnie zachęcające, ale jednocześnie bardzo niepasujące do jej bazowego zachowania.
                                Gdy jej ciało zostało obnażone, zabrała się za rozpinanie spodni Khala, zupełnie porzucając wstydliwość sytuacji. Viktor nie przerywał jej, kooperując w najmniejszym stopniu, którego brak byłby już biernym oporem. Pytanie “Jesteś pewna” samo chciało ześlizgnąć się z języka, ale całkowicie bezcelowe z kimś w takim stanie.
                                Nie był nawet pewien kiedy ona zdjęła jego spodnie i zajęła się jego przyjemnością. Gdyby mógł to rozważać zobaczyłby dziwne podobieństwo do działań bardziej wyuzdanych swoich podbojów... jak i zobaczyłby coś co tu nie pasowało… ale sam też był już wymęczony emocjonalnie i “pozwolenie na jej dyktowanie tempa” miało już silny precedens w jego głowie.

                                Chowaniec znalazł elfiego alchemika w dość obszernej piwnicy. Kilkanaście stołów wypełnionych byłe sprzętem alchemicznym, czasem połączonym między stołami.
                                Sam elf przeglądał jedną z ksiąg zabranych z kopalni Davrosa. Zdawał się nie zauważać obecności małego intruza.

                                Fisuś zawisł przed biurkiem, na wysokości twarzy Joriego i odkaszlnął, mając nadzieję zwrócić na siebie uwagę.

                                • Jestem od Viktora. Ma prośbę… - zagadnął zmieszany, nie wiedząc czy powinien się uprzejmie przedstawić, czy skoczyć mu na twarz i wykrzyczeć co powinien zrobić…
                                  Elf zerknął na chowańca odrobinę znudzony. W końcu jakby od niechcenia chwycił go i zaczął się przeglądać z każdej strony. W końcu wypuścił impa, wracając do księgi.
                                • Czego chce pan Goodmann?

                                Fisuś nie był zadowolony z takiego potraktowanania, ale zagryzł zęby i zniósł to. Był tu po przysługę, co nie?
                                Położył fiolkę w czytanej książce.

                                • Prosi o przebadanie tej krwi pod kątem obecności morfeirów, mleczka z północnicy, sukruby lub podobnych narkotyków - ton Fisusia był zmartwiony i nieco drżący - Jeśli jesteś w stanie to w sposób pozwalający potem to zastosować jako dowód. Szacowany czas przyjęcia to ostatnie sześć a szesnaście godzin, w towarzystwie alkoholu. Przeprasza za niewielką ilość materiału. To bardzo delikatny moment. Prosi też, oczywiście, o ścisłą poufność na ten moment…
                                  Elf zerknął na fiolkę.
                                • Mogę zrobić to po mojemu, lub alchemicznie. Jesteś przedłużeniem swojego pana, więc jak sądzisz co by wolał? Stuprocentowe potwierdzenie i moje słowo jako specjalisty, czy coś co może przedstawić jako dowód przed Blackfyre?
                                  Fisuś zastanowił się krótki moment.
                                • Twoje słowo byłoby dla Filii bardzo silnym argumentem po wyprawie po Ahaira. Zrób to po swojemu.
                                  Bez słowa elf wlał zawartość fiolki do ust, przesuwając krew Kaylie kilka razy, po czym przełknął. Chwilę się jakby nad czymś zastanawiał.
                                • Nic lokalnego, tego jestem pewny. Alchemiczny produkt ogłupiający, będę w stanie odtworzyć formułę. Bezwonne, bez smaku, łatwe do wymieszania z alkoholem. Dawka podana Kaylie, sprawiła, że była bezbronna i nie byłaby w stanie zapamiętać szczegółów zdarzenia. - elf westchnął - Ktoś lepszy od ulicznego alchemika stworzył to.
                                • Poprosimy o formułę… jeśli się da o proces syntezy… i wszystko co dasz radę wyciągnąć. Będziemy mieć tu polowanie na czarownice i Viktor twierdzi, że żadna informacja nie jest naprawdę nieistotna – każda może odmienić bieg wydarzeń. Dupek ma zbyt wiele takich historii.
                                • Dajcie mi godzinę. Będzie receptura, próbka i gdzie można znaleźć składniki.
                                • Dziękujemy. Przylecę do ciebie za tę godzinę.
                                  Fisuś zawahał się, niepewny czy nie powinien jeszcze czegoś dodać, czy jakoś zgrabniej zakończyć dystkusji… ale nie miał pomysłu… kiwnął więc tylko lekko głową i zeskoczył z biurka, by nabrana prędkość ułatwiła start.

                                Kaylie dyszała miarowo pod ciałem kochanka, jakiego przyjęła w każdej postaci. Jej smukła elficka sylwetka drżała z emocji jakie wywołał seks. Bardzo dziki seks i bardzo nie-szlachecki. Khal miał jeszcze w uszach słowa kobiety jakie rozumiał, a żadne z nich nie było dla niej samej pochlebne.

                                Nie patrzyła na niego, a jedynie leżała wyraźnie wymęczona czymś, o co by nie można było jej podejrzewać.

                                • Kaylie… - odezwał się wreszcie Khal, po dłuższym czasie zwykłego leżenia obok niej. Im dłużej myślał tym bardziej miał złe przeczucia. - Wypowiedz moje imię… - poprosił z nadzieją.
                                  Galtianka odwróciła w jego stronę głowę.
                                • Khal...
                                  Jakieś napięcie zeszło z jego twarzy.
                                • Uff… przez moment się bałem. Nie rozumiem jeszcze wiele w Galtaińskim, ale… ehh… powiesz mi co mówiłaś?
                                  Kaylie odwróciła wzrok.
                                • W porządku… - kiwnął głową i nie drążył więcej tematu. Za to wzniósł rękę zapraszająco i zachęcił spojrzeniem. - Chodź no mi tutaj… - zaproponował, by zwrócić na siebie jej uwagę. Choć starał się utrwalić w pamięci brzmienie co bardziej wyraźnych słów które słyszał.
                                  Niestety kobieta nie drgnęła z miejsca ani na niego nie spojrzała.
                                  Trochę posmutniale Khal opuścił rękę.
                                • To również jest w porządku… Jakby co to jestem tutaj…
                                  Po deklaracji przymknął oczy i spowolnił nieco oddech.
                                  Dawał jej czas. Choć zżerała go niepewność… czy coś zrobił nie tak?

                                Upłynęło dość sporo czasu nim rozbrzmiały słowa Kaylie.

                                • Mam nadzieję, że ci się podobało.
                                • Nie narzekam… - odpowiedział drętwiej niż planował. - Po to było? Dla mojej przyjemności? - zapytał wmuszając w swój głos łagodność i troskę.
                                • Musiałam sobie przypomnieć. - mówiła dość sztywno - Kim jestem.
                                • Że jesteś piękną kobietą, potężną arkaistką, tęgą głową, uroczym dziewczęciem i kimś kogo wybrałem dla siebie, z dosłownie legiona posiadanych przeze mnie opcji? - zapytał z nutą fałszywej nadziei.
                                  Odpowiedziała mu cisza, którą dopiero przerwało mocniejsze nabranie powietrza, jakby z utrzymywania w ryzach łez.
                                • Nie jesteś zabawką do bycia używaną… - powiedział powoli i smutno. Obserwując jej reakcje. - Ani to co było w Cheliax, ani to co się wydarzyło ostatnio nie ujmuje ci człowieczeństwa, ani wartości…

                                Odwróciła głowę ku niemu i zobaczył teraz łzy ledwo utrzymywane w oczach.

                                • Nie wiesz ile robiłam...
                                  Wzruszył ramionami nonszalancko.
                                • A ty nie wiesz co robiłem w czasie moich pięciu lat szlajania się z Evercrest do Isger. I co z tego wynika? Czy cokolwiek co bym zrobił po drodze aby tylko przeżyć wpłynęłoby na to jak mnie widzisz? Choćby powiedzmy, że zdarzało mi się obciągać pod stołami w karczmach aby jeszcze jeden dzień przeżyć. Potępiłabyś mnie za to?
                                  Dziewczyna spojrzała zaskoczona, nawet łzy ukryły się za oczami.
                                • ...co?
                                • Kobieto, kurcze molek… daję ci przykład. Nie chodzi o to czy to robiłem, czy nie… chodzi o to czy byś pomyślała o mnie źle? Udajmy przez moment, że to było na poważnie… czy czyni mnie to gorszym w twoich oczach?
                                • Myślałam, że poważnie mówisz... - uspokoiła się - Nie czyniłoby cię gorszym.
                                • Tia… - strzyknął śliną przeganiając natrętną myśl - Cokolwiek bym ci nie powiedział nie zmniejszyłoby mnie w twoich oczach, prawda? Wszystko by otrzymało jedno i uniwersalne wyjaśnienie “robił co musiał aby przeżyć”, mylę się?
                                • Nie... - pokręciła głową.
                                • Yhym… - przytaknął jej - I ja wiem co robiłaś. Robiłaś WSZYSTKO co musiałaś aby przeżyć. I bardzo się, do stu czortów, cieszę, że to robiłaś i jestem ci za to wdzięczny, bo inaczej pewnie bym ciebie nigdy nie spotkał… I nic co robiłaś pod tą doktryną nie redukuje twojej wartości. Jedynie nakłada na twoje barki ciężar, który cholernie trudno zrzucić, ale niech mnie sto azat ugryzie… chcę ci pomóc go zrzucić.
                                • Khal... Ja... - zakryła oczy - W końcu zaczęłam... to lubić... - powiedziała z wyraźnym wstydem, choć nie był to wstyd uroczy z rumieńcem dziewczęcia, a prawdziwy bolesny wstyd.
                                • Wiem - odpowiedział jej bez cienia zawahania, czy zdziwienia - Kaylie… Ja wiem. I gdy to do mnie dotarło absolutnie nic to nie zmieniło.

                                Parsknęła po chwili milczenia.

                                • Taka ze mnie szlachcianka. - powiedziała karcąco ze smutkiem w oczach - Zwykła ulicznica, ot co... - oparła dłoń na czole.

                                • Miałaś na barkach ciężar całego systemu państwowego zaprojektowaego by łamać dumę i godność. Redukować ludzi do przedmiotów. Wymień mi trzy znane ci szlachcianki, co przetrwałyby to co ty z głowami podniesionymi wysoko w szlacheckiej dumie, hmmm?

                                • Zaczęłam w końcu sama, z własnej woli... - ominęła pytanie o szlachcianki nie mając odpowiedzi - ... przychodzić do Nyera... Bez jego polecenia...

                                • Wyobraź sobie dwóch farmerów… dwaj bliźniacy z identycznymi farmami. Jeden kocha swój zawód. Uwielbia hodować zwierzęta i uprawiać ziemię. Drugi nienawidzi każdej chwili na roli, a od smrodu świeńskiego łajna chce mu się rzygać. Który z nich jest szczęśliwszy?

                                • Pierwszy...

                                • Yhym… Bez wątpienia. Szczęście jest bardzo efemeryczną rzeczą. Zależy w znacznej mierze od tego jak sami jesteśmy w stanie postrzegać sytuację. Drugi bliźniak mógłby być tak samo szczęśliwy jak pierwszy. Musiałby tylko rekonstruować to jak widzi swój los. I ty właśnie to zrobiłaś. To był czysty mechanizm obronny. Zrekonstruowałaś jak to wszystko widziałaś. To jak widziałas Nyera. I wiesz co? Każdy jeden krok w kierunku “lubię to”, czy “Nyer jest dla mnie dobry” sprawiał, że było ci odrobinę łatwiej nie otworzyć sobie żył. Powieści mogą sobie mówić co chcą. Nie ma nic szlacheckiego w samobójstwie. Cnotą jest być gotowym ugiąć się i upaść, gdy trzeba, byle tylko przeżyć. Wykazalaś wolę. Nie słabość. Wolę aby nawet swój własny umysł nagiąć, gdy potrzebowałaś siły, aby wytrwać jeden dzień więcej.

                                • Ale Nyer był dla mnie dobry... - wymamrotała wyginając palce - Był cierpliwy. Nie był okrutny. Nie krzywdził mnie. Czułam się bezpieczna z nim. - wypowiadała te słowa jako krótkie zdania, jakby chciała szybko je z siebie wyrzucić - Kiedy pierwszy raz pozwolił mi zostać z nim w łóżku na noc... - uśmiechnęła się mimowolnie - ...to było jak łaska. Coś niesamowitego.
                                  Viktor nachylił się do niej i ucałował ją ponad brwiami, nim znów nie legł na bok.

                                • Kaylie… dlaczego tak bardzo tego potrzebujesz? Co by się stało w twojej główce, jakbyś uwierzyła, że Nyer cię krzywdził, tylko robił to w podstępny i inteligentny sposób?

                                • ...bo... - zamknęła oczy - ... pokochałam go...

                                • Hmmm… w sumie tego też powinienem był się domyślić - mruknął do siebie - Skoro go kochałaś… - i był dumny z siebie, że dał radę cały jad usunąć ze swojego głosu - … to przecież sypianie z nim nie było niczym złym. Nie kojarzę, by Galt było AŻ TAK pruderyjne.
                                  Kaylie nie miała odpowiedzi. Łzy wróciły do oczu.

                                • Nawet czekałam aż on wyjedzie, aby zemścić się na moim oprawcy i uciec... Myślałam cały czas czy spowoduje Irvysowi problemy... Ale po prostu już nie mogłam...

                                • Wciąż go kochasz? - zapytał z najdrobniejszym zadrżeniem głosu i zaraz zganił się za nie w myślach. Powinien bardziej nad sobą panować.
                                  Spojrzała na mężczyznę.

                                • Myślę czasem o nim. Co mu zrobiłam. Mam nadzieję, że nie sprawiłam mu szkody... Ale miłość... - pokręciła głową - Nie... Teraz jesteś ty.
                                  Przesunęła się do prawnika naga i objęła go, zarzucając ręce na szyję, przyciskając swe ciało do jego. Ciepło kobiety przyjemnie muskało skórę, ale Viktor wciąż zwalczał w sobie ochotę potrząśnięcia nią. Co ONA mu zrobiła?!

                                Wziął głęboki wdech i powoli go z siebie spuścił, by odzyskać równowagę.

                                • A czy to było takie uczucie jakim mnie darzysz?
                                  Natychmiast pożałował pytania. Poważnie był AŻ TAK niepewny, że musiał o to pytać?!
                                  Spojrzała zdziwiona I uśmiechnęła się.
                                • Czemu o to pytasz? Czy to nie ty powiedziałeś, że mnie nie kochasz?
                                • Ostatnio gdy o tym rozmawialiśmy stanęliśmy na tym, że przejawiam wszystkie wymienione cechy stanu zakochania i, że jeśli nazwiesz to miłością to nie będę protestował… - wyrecytował odrobinę zbyt szybko i płasko, jak na swój gust. Powinien być lepszy niż to! - I prowadzę tu śledztwo, Kruszyno. Próbuję zrozumieć co się tam wydarzyło, w nadziei, że pomoże to mi pomóc tobie.
                                • Jesteś uroczy, gdy się peszysz. - lekko zachichotała, wyraźnie spokojniejsza - Czemu mi trochę nie pomożesz wymienić różnic i podobieństw? - zapytała drażniąc się z nim - Bo chyba zapomniałam.
                                • To… nie… - Viktor zmarszczył brwi nieco skonfudowany, ale odruchem sięgnął po starą sztuczkę. “Nie słuchaj co mówią, patrz co pokazują”. A naga kobieta, z rękoma zaplecionymi na jego karku pokazywała jasno co miała na myśli.
                                • Myślę, że da się jeszcze wycisnąć nieco “prezentacji”... - głos znów miał niski i przyjemny, gdy nachylał się do jej ust.
                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SeachS Niedostępny
                                  SeachS Niedostępny
                                  Seach
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #118

                                  Viktor opadł na materac wymęczony i spocony. Tajemnicą, której strzegł nawet przed sobą, było, że z wiekiem “drugie rundy” wymagały od niego więcej i więcej kreatywności. Ale podołał… miał ku temu motywację. Jeśli “pierwsza runda” była “po nyerowemu”, to ta miała być całkowicie “viktorowa” i Kaylie miała odczuć różnicę jak to jest gdy komuś poważnie zależy na jej przyjemności..

                                  Ale za to wymęczyło go to i dyszał ciężko na łóżku, łapiąc oddech i pozwalając wilgoci parować z ciała. Nie te lata… powoli kiełkowała mu w głowie myśl, że może trzeba będzie się magią wspomagać przy dłuższych maratonach… albo “grach zespołowych”... ale to jeszcze nie był ten dzień, a tymczasem jego kobieta drżała z przyjemności jaką została obdarzona. Jej brzuch poruszał się w rytmie głębokich oddechów, a nogi nie miały nawet siły leżeć razem. To było...

                                  • Też byś musiał mnie... nieść... do łazienki... - wysapała - Ja teraz... Nie wstanę...
                                    Viktor otworzył oczy. Czystą wolą i motywacją przegnał zmęczenie, jak rycerz zawezwany by odbić Jeruzalem z rąk pogan na słuszną misję. Wzniósł nogi w górę, w jakiegoś rodzaju pół-świecy i gwałtownie je opuścił szerokim zamachem. Mocą ich pędu wzniósł się do siadu i płynnym ruchem wstał.
                                  • La damme? - zapytał, pół-przyklękając przed nią, z przerysowaną wręcz rycerską manierą tonem, słowem i gestem rąk pytając o pozwolenie i proponując uniesienie jej w ramionach, jak baśniową księżniczkę w sztuce teatralnej… zupełnie nie ważąc na jej całkowitą nagość, drżenie i wszelkie inne nieprzyzwoitości kalające ją w tej chwili. Każda jedna tylko dodawała jej piękna i cnoty w oczach Viktora.
                                    Wzrok jaki rozbłysł w oczach Kaylie był znany, inny niż wulgarne sprzed kilkunastu minut. Początkowo była zdziwiona działaniem kochanka, aby zaraz uśmiechnąć się szeroko z rozmarzeniem. Skryła uśmiech w dłoniach, jakby bojąc się by na wierzch wyszedł i mimo swojej nagości spróbowała się skłonić głową i szlachecko przyjąć jego rękę.
                                  • Mon le Sier. - drugą dłonią próbowała skrywać drżący rytmem oddechu biust.
                                    Ujął jej dłoń z deliaktnością odpowiednią dla motylego skrzydełka i poprowadziła ją za swój kark, gdy sam ujmował ją pod ramieniem i pod kolanami. Uniósł ją powoli i bez wysiłku, ani na moment nie zrywając połączenia ich spojrzeń.. ani wtedy, ani gdy niósł ją do małej łazieneczki, chichrając w duchu z głębokiego kiczu tej sceny, która miała miejsce chyba w co czwartym erotyku pisanym dla znudzonych kur domowych…

                                  Jakkolwiek kiczowate by się to nie wydawało Khalowi, jego partnerka była zachwycona. Przemyła się zmywając ze swojego szlacheckiego ciała dowody pozostawione przez mężczyznę, jakie wyraźnie krzyczały o jej wrażliwości i łatwości z jaką została przez niego opętana. Pozornie bez celu próbowała wciąż ukrywać swoją wstydliwość, choć w jakiś sposób mogło to być uroczą bezcelowością. W końcu nie zakrywała niczego, czego już nie poznał z każdej strony.

                                  • Tak samo wyglądało z tą jedną z twoich podwładnych? - zapytała uwieszona na jego karku już umyta i gotowa do powrotu na łóżko.

                                  • Bardzo blisko. Były drobne różnice… - odpowiedział nisko i tajemniczo, z wielką przyjemnością wracając z nią między pościele. W tej chwili nawet nie bardzo pamiętając co się niedawno wydarzyło.

                                  • Khal... - odezwała się porzucając zakrycie i oboma rękoma owijając się wokół jego karku - Ale dorwiemy tego dupka, co... Mi to zrobił wczoraj?

                                  • Widziałem kiedyś metodę kastracji przy pomocy liny i osła. Chyba Andoran wtedy przemierzałem… myślę, że to piękna tradycja warta propagacji. Alternatywnie wierzę, że wykazałby on niezwykły talent do tańca na linie… wyobrażam sobie owacje tłumu… - zaczął beztrosko i wesoło, ale jego głos nagle spoważniał - Dorwiemy go Kaylie… dorwiemy i pożałuje, że kiedykolwiek spojrzał w kierunku jakiejkolwiek kobiety.

                                  • Nie rozumiem czemu tak wtedy się zachowywałam... Nie chciałam tego, ale jednocześnie niezbyt walczyłam... - mruknęła ze wstydem - Byłam pijana tylko to jednocześnie było coś zupełnie innego niż wcześniej. Gdyby nie Rhaast...

                                  • Tutaj chyba ja mogę coś dodać… - z biurka spadła szklanka, gdy niewidzialny chowaniec na nie wskakiwał. - Ups… pardon mua - przeprosił porzucając płaszcz niewidzialności. Był w formie czerwonego impa. Chyba przyzwyczajał się do tego ciała. Podniósł spojrzenie na parę i odwrócił się, by nie widzieć ich nagości - Jori zbadał twoją krew. Ktoś ci dorzucił sedatyka do alkoholu. Coś wymyślnego, o całą klasę lepszego niż cokolwiek dostępnego na ulicach Evercrest. Bez zapachu, bez smaku… tęgi alchemik był do tego potrzebny. Jori niedługo będzie miał próbkę, składniki i szacunki gdzie można je tu zdobyć.

                                  • Jak długo tu byłeś? - wystraszona Kaylie zaczęła szybko próbować zakryć jak najwięcej swojej nagości.

                                  • Trochę krócej niż Rhaast? - odpowiedział, jakby się dziwił oburzeniu - Pamiętasz, że jestem technicznie-bezpłciowym kawałekim jego duszy? - Zapytał odwracając tors (ale nie spojrzenie) by gestem obu rąk i ruchu bioder zaprezentować czerwoną skórę między nogami, pozbawioną jakichkolwiek narządów.

                                  • Eh… Sir Fistaszku… - westchnął Khal lekko zmęczony, ale ciut-ciut rozbawiony - Rozmawialiśmy o tym.

                                  • T-tak… ale ta sytuacja nie ma precedensu i chyba nadpisuje zwyczajowe ustalenia? Siedziałem cały czas tu za biurkiem i choćby mnie to interesowało to figę bym widział.

                                  • Ughh… Wybacz Kaylie mojego niesfornego chowańca… porozmawiam z nim potem o takcie i wyczuciu…

                                  • Auć… to zgaduję, że powinienem był pójść na herbatkę i się zupełnie nie spieszyć z wieściami?!

                                  • Mogłeś dać znać, że wróciłeś?

                                  • Oj uwierz mi, gdy wróciłem to miałem wszelką incentywę, by udawać, że mnie tu nie ma!

                                  • Nie kłóćcie się... Nic się nie stało. Po prostu mnie zaskoczył... - odparła zarumieniona wstydem.
                                    Oboje mruknęli równo niezadowoleni i wręcz synchronicznie porzucili wątek.

                                  • Więc już wiemy skąd twoja pasywność. Alchemia ciebie ogłupiła, a na nią nie ma mocnych. Coś klasę lepszego niż uliczne środki… hmmm… wcześniej to było trochę wróżenie z fusów, że to nie była jego pierwsza taka akcja, ale teraz nabieram głębszego do tego przekonania… i wygląda, że jest więcej ludzi w to zaangażowane.

                                  • Nie pamiętam bym krzyczała o pomoc... - mruknęła, gdy ją ponownie kładł na łóżku.

                                  • Formowanie wspomnień też ma upośledzać…

                                  • Coś jeszcze wiemy? - zapytał Viktor, siadając obok Kaylie.

                                  • Na ten moment? Dobrze miesza się z alkoholem i Jori nazwał to “niczym lokalnym”.

                                  • Tak czy siak… zagadka rozwiązana. Byłaś naćpana i to wszystko. Dlatego nie krzyczałaś, nie opierałaś się i nie broniłaś póki zupełnie trzeźwy Rhaast nie dał rady na ciebie wpłynąć.
                                    Galtianka przetarła oczy.

                                  • Naprawdę tego nie chciałam... Khal, nie chciałam... Byłam zła, byłam roz...

                                  • Ćśśś… - Viktor położył palec na jej ustach i chwycił ją za nadgarstek. - Kaylie. Już to przerabialiśmy. Ty powiedziałaś coś okropnego i ja też. Tobie jest przykro i mi też. Ty przeprosiłaś i ja też. Sprawa zamknięta. Nie chcę słuchać więcej przeprosin i absolutnie nie chcę byś czuła się winna tego co się stało… - postanowił rozmowę o rozsądku samotnego picia w parszywych dzielnicach zostawić na inny moment. - Jesteś tutaj pokrzywdzona i tylko jako pokrzywdzoną ciebie tutaj widzę. Rozumiesz? - zapytał, unosząc pytająco brew i zdjął palec z jej ust.
                                    Kaylie powoli pokiwała głową zgadzając się z nim.

                                  • Dobrze... - westchnęła zakładając górne ubranie pożyczone od Khala. Kolory cheliaxiańskie dziwnie na niej wyglądały, ale dość pasowały. Paradoksalnie.

                                  • Skąd wiedziałeś, co robiłam u Nyera, skąd miałeś pewność, że go pokochałam i z chęcią mu się oddawałam? - zapytała układając ramiona koszuli na sobie.

                                  • Nie będzie ci się podobała odpowiedź. Na pewno chcesz ją usłyszeć?
                                    Zaczęła poprawiać szkarłatne mankiety koszuli.

                                  • Tak.

                                  • Obiecujesz, że nie będziesz się gniewać? - zapytał patrząc spod byka, ale spojrzenie było bardziej komiczno-proszące niż cokolwiek innego.

                                  • Na pewno będę jeżeli zaraz mi nie powiesz. - przewróciła oczami - Twój kolejny podbój?

                                  • Nie. Wydarzenia w Chaken Holt. Pamiętasz… nieudane porwanie, tygodniowe przepychanki słowne ze strażami, porwana rodzina staje potem po stronie porywaczy. Córka rodu zaręcza się z jednym z nich. Głowa rodziny opłaca im prawnika, syn oskarża straż o niezdolność do deeskalacji… W umysłach ludzi sterroryzowanych coś się dzieje. Każdą jedną namiastkę dobroci rozdmuchują do niebotycznych poziomów. I wiem, że Nyer jest skurwielem, ale emocjonalnie inteligentnym skurwielem. Słyszę jak o nim mówisz i co o nim mówisz…
                                    Kaylie uważnie słuchała prawnika jednocześnie udając bardzo zajętą zapinaniem mankietu, co już trzeci raz robiła. Nie chciała pokazać swoich emocji, więc skupiała się na najbliższej błahostce.

                                  • … i powidziałaś mi już, że sama do niego chodziłaś. A kiedy już tu jesteśmy… restrukturyzacja percepcji do “w sumie to lubię” jest znacznie mniej spektakularna niż “Nyer jest pozytywną postacią w tej historii”. Pójście się przespać z kimś dla własnej przyjemności jest dobrym wydarzeniem. Przynoszącym ulgę udręczonemu umysłowi… Z kolei zrozumienie, że trzeba pójść się komuś oddać, bo inaczej uczyni twoje życie drastycznie mniej znośnym… to jest coś co może człowieka złamać. Zupełnie się nie dziwę, że broniłaś swojej woli życia tą odrobiną szaleństwa. Zdolny bajarz byłby w stanie zestawić twoją historię u Nyera z historią Livii u mnie… jako archetypiczną opowieść z mrocznym odbiciem w krzywym zwierciadle… a że go w jakiś pokręcony sposób pokochałaś… do tego jeszcze nie doszedłem, choć oskarżył bym siebie, że jeszcze kilka dni czy dyskusji i bym dotarł i do tego.
                                    Zaczęła zajmować się drugim mankietem nie patrząc na Khala.

                                  • Nyer nigdy mnie nie zmuszał. Nigdy nie karał i nie kazał karać.

                                  • Dziś bardzo wiele mówiłaś o możliwościach. Więc o możliwości porozmawiajmy… czy Ktoś. Nie Nyer, ale nieokreślony Ktoś... kto ma niewolnika… chce go złamać aby był posłuszny, ale rozumie, że będzie miał nad nim większą władzę, jeśli pokaże się niewolnikowi “jako ten dobry”. Czy na ten moment sama możliwość jest rozsądna? Czy wierzysz, że coś takiego mogło się gdzieś wydarzyć choćby raz?

                                  • Pewnie mogło... - powoli jej unik przestawał być ciekawy...

                                  • Definitywnie mogło, bo ja sam raz mniej-więcej to zrobiłem… tylko z wolnym człowiekiem. Byłem architektem jego upadku i przez cały czas miał mnie za ostatniego przyjaciela. Bydlak zasłużył, ale to historia na inny raz. Istnieje manewr manipulacyjny zwany “białym rycerzem”. To mroczna sztuczka. Przykładowo taktyka “białego rycerza” w podrywie mogłaby mieć formę wynajęcia bandytów aby napastowali obiekt westchnień naszego cwaniaka, tylko po to aby mógł on przybyć z odsieczą i pokazać się w dobrym świetle. Rozumiesz tę ideę? Widzisz dlaczego może być ona skuteczna?

                                  • Mhm...

                                  • Więc ten nasz Ktoś chcąc posiąść pozytywne uczucia swojego niewolnika mógłby zastosować białego rycerza. Kazać swoim ludziom znęcać się nad nim, złamać jego wolę, sprawić aby poczuł, że definitywnie nie jest już wolnym człowiekiem… po to aby potem przybyć z odsieczą. Pokrzyczeć trochę. Ukarać przykładnie, czego wykonania niewolnik nie byłby świadkiem, rzecz jasna… po to aby pokazać się jako zbawiciel przybywający w odsieczy w najczarniejszej godzinie. Dodajmy do tego srogą dozę zdolności manipulacyjnych i inteligencji emocjonalnej i viola… niewolnik jest przekonany, że jego oprawca jest ostatnią osobą która jest po jego stronie. Czy ta historia ma sens dla ciebie?

                                  • Tak... - odparła nieufnie.

                                  • Więc skoro ta historia jest możliwa i niewolnik w niej zostaje zmanipulowany do nieświadomości sytuacji… które elementy historii z Nyerem pozbawiają wiarygodności możliwość, że on zastosował Białego Rycerza i zmanipulował ciebie? Ma on do tego talent manipulacyjny, ma inteligencje emocjonalną, ma ludzi na których mógłby zrzucić winę…

                                  • Czemu jesteś tak uparty i chcesz, abym zaczęła Nyera nienawidzić teraz? - porzuciła zainteresowanie mankietami - Czemu ty nim tak gardzisz? Zazdrość? - w głosie był skryty strach.

                                  • Wyprowadź mnie z błędu, skoro uważasz, że się mylę. Powiedz mi gdzie jest mój błąd logiczny. Gdzie moje błędne założenie. Jeśli masz rację to na pewno masz bardzo dobre powody być przekonaną, że to nie był Biały Rycerz, perfekcyjnie rozegrany za twoimi plecami… Nie proszę teraz abyś przyznała, że na pewno to się stało. Chodzi tylko o zaakceptowanie możliwości.

                                  • Możliwość to nie pewność! - broniła się - Nie jestem naiwna by się dać na to!
                                    Khal ugryzł się w język nim zapytał o jej naiwność i Saverisa, czy Jeya. To nie był moment na taki tłuczek.

                                  • Kaylie… to człowiek który zawodowo łamie niewolników. Robił to na długo nim na oczęta zobaczyłaś pierwszy raz tego twojego syna ogrodnika. Ma zdolności, wiedzę i doświadczenie, oraz doskonałe warunki aby mieszać im w głowach. Gdy gra jest tak ustawiona… to przestaje być kwestia naiwności. Czy naprawdę aż tak wysoko oceniasz swoją intuicję, by być pewną, że ktoś taki nie dałby rady sztucznie zaprojektować wydarzeń, które doprowadziłby cię do takich wniosków, jakie on chciał? Ale wiesz co? Nie odpowiadaj. Przemyśl to albo i nie, ale to nie jest moment na te dyskusję. Wybacz, że nas w nią wprowadziłem. Rozejm?

                                  Kaylie wstała z łóżka w samej koszuli Khala, jaka zbyt długa zakrywała jej też wstydliwe kobiece ciało. Rozłożyła dłonie i przed nim zakręciła piruet.

                                  • Jak wyglądam? - zapytała pokazując się z każdej strony - Pasuje mi? Fisuś? - dodała zerknąwszy w stronę chowańca.

                                  • Hmmm… - mruknął Viktor - Nie przyjrzałem się do końca… zakręciłabyś się jeszcze raz, tylko trochę szybciej? - zapytał z cwanym uśmiechem na twarzy, a Fisuś parsknął śmiechem.

                                  • Wyglądasz przeuroczo - odpowiedział chowaniec - Zachowaj jeśli chcesz.

                                  • Hej… to moja koszula. Chyba mam coś do powiedzenia?

                                  • Oh dajże spokój. Wszyscy troje, a może i czworo, wiemy, że do tego to prowadzi!

                                  • Czworo? - zapytała zdziwiona i wykonała silniejszy piruet.

                                  • Ty, ja, Vicky i może nawet Rastafa, choć tu pewności nie mam.

                                  • “Vicky”? Skracamy teraz moje imię do “Vicky”? Zaraz obok “Khaliego”... niech to niebiosa kopną, chyba muszę pójść ściąć drzewo, czy posadzić dzieciaka, jak tak niewiele szacunku już przysługuje mojej męskości… - spojrzał a Kaylie pytająco - Może powinien zapuścić potężną brodę jak drwal i trochę masy zbudować? - zapytał prezentując gestem dłoni jak pokaźna miałaby to być broda, a w oczach tańczyło mu tylko rozbawienie.

                                  • Wolałabym dzieciaka... - zarumieniła się.
                                    “Vicky” zachłysnął się powietrzem. Nie o to chodziło w tym przeinaczonym żarcie, ale sam w to wdepnął i nie mógł nic z tym zrobić. Powinien był to przewidzieć!

                                  • No Vicky… posadź dzieciaka, jak takiś chętny był!

                                  • A ty po czyjej stronie jesteś, mały zdrajco?

                                  • Po tej która może ci wreszcie nosa utrzeć, ty zapatrzony we własną chwałę egocentryku!
                                    Viktor zamrugał oczami nierozumiejąco.

                                  • A skąd TO się, w ogóle, wzięło?
                                    Fisuś rozejrzał się, jakby szukając odpowiedzi, ale w końcu rozłożył tylko ręce w niemocy, z głupim wyrazem twarzy.

                                  • Eh? Yokkidy-dookida?

                                  • …

                                  • …

                                  • Eh… Yokkady-doo - przytaknął mu.
                                    Fisuś podskoczył, z okrzykiem radości, jakby niewiadomo co właśnie mu obiecano, wyrywając Viktorowi śmiech z gardła.

                                  Kaylie natomiast nie rozumiała co ta dwójka wyrabia i gada. Jedynie zrozumiała, że on nadal nie jest chętny do tego o czym wspomniała. W sumie nie było sensu mieć nadziei, więc żadne zaskoczenie.

                                  • Więc Khal? Jak wyglądam?
                                  • Przyślicznie, Kruszyno… - strzepnął ramionami i własny negliż ukrył pod iluzją, gdy do niej podchodził. Ujął ją za ramiona i pocałował w czoło - Jeśli ci się podoba to czuj się zachęcona by ją zatrzymać, ale wtedy chcę ciebie w niej częściej widywać.
                                    Fisuś rozkaszlał się nagle, a między skurczami przepony dosłyszeć można było jakieś słowa… “coś-tam, coś-tam, że tak będzie”.
                                  • A co z planami kancelarii? - zapytała zakładając dół stroju, gdy odnalazła majtki.
                                  • W toku. Znalazłem lokację niedaleko centrum. Zacząłem już proces przednabywczy. Nieruchomość jest do wyburzenia i to będzie niebezpieczny proces, ale cena to odzwierciedla. Uznałem, że brzmi całkowicie rozsądnie by kancelaria arcykapłana boga prawa znajdowała się w tej samej strukturze co jego świątynia. Da to dobry przekaz. To już się kręci i pracuję nad tym aby budowa nie zajęła dziesięciu lat, ale zobaczymy który z planów przyniesie owoce, więc na ten moment zachowam to jako mój sekret.

                                  Zarzuciła ręce na szyję Khala i pocałowała go w policzek.

                                  • Jak było z Brevoyką?
                                    Galtianka oczywiście nie wiedziała czy on wykonał to czym "groził", ale miała prawie pewność, że tak się skończyło.
                                  • Nie narzekam - odpowiedział bez zawahania, tak jak wcześniej ustalił sam ze sobą. - Archetyp femme fatale, ale nie do końca - odpowiedział krótko i nonszalancko, ale cały czas analizując jej reakcje.
                                    Główną emocją Kaylie był skrywany czysty smutek.
                                  • To świetnie. Więc jeśli będzie okazja to częściej z nią będziesz spędzał czas? - głos kobiety pozornie był całkowicie nieprzyjęty tą sprawą. Jakby chciała pokazać że jej to nie obchodzi.
                                  • Nie wiem. Może… - wzruszył ramionami Viktor, udając, że nie dostrzega tych drobnych sygnałów, które ona myślała, że ukrywa… Czuł się z tym bardzo mieszanie, ale… rotacji może chwilowo jako-takiej wcale nie było… ale definitywnie miała się pojawić… i Kaylie musiała podjąć własne decyzje w związku z nią.
                                  • Jestem zajętym człowiekiem. Nie wiem czy znajdę na to czas, a definitywnie nie chciałbym ciebie zaniedbać.
                                  • Poradzę sobie. - wymuszony uśmiech - Będzie dobrze.
                                    Cisza chwilę się przedłużała.
                                  • Jori powinien już skończyć… - niechętnie wtrącił się Fisuś, z jakimś wyrzutem patrząc na Viktora, ale mimo to ratując go z sytuacji.
                                  • Kaylie… - jego głos zrobił się poważniejszy i troskliwy - Czy pamiętasz może w której spelunie to się wczoraj stało?
                                  • Może gdybym poszła po okolicy to bym przypomniała sobie... Teraz nie jestem w stanie przypomnieć sobie nazwy czy dokładnego miejsca.
                                    Viktor skrzywił się i zastanowił.
                                  • Czy percepcja Rhaasta mogłaby mu pozwolić znaleźć to miejsce? Nie sądzę by było dobrym pomysłem, byś tak wcześnie odtwarzała tę noc…
                                  • Może... O ile oczywiście on będzie skory. - zetknęła na miecz oparty o ścianę.
                                  • Myślę, że się z nim jakoś dogadam… pójdę z nim dziś do miasta, dobrze?
                                  • On jest jak moja ręka... ale dobrze. - powiedziała niepewnie - Ja tu zostanę i przygotuję się na lekcję u wieszcza.
                                    Viktor ucałował ją w policzek.
                                  • Poproszę Lilię, by ciebie doglądała. Trzymaj się, dobrze?
                                  • Nie jestem dzieckiem...
                                  • Więc nie utrudniaj i pozwól się sobą zaopiekować, hmm? - niby-zaproponował klepiąc ją po ramieniu i już nie czekał na odpowiedź, tylko poszedł po Rhaasta.
                                  • O której będziesz szła do Farna?
                                  • Pod wieczór.
                                  • Okazjonalnie przyślę do tu Fisusia. Jakbyś sobie coś przypomniała to mu opowiedz.
                                    Przykucnął przy mieczu i położył palec na jego głowicy.
                                    “To jak?” zapytał bezgłośnie “Podoba ci się plan? Dorwiemy razem tego gnoja?”
                                    "Zasłużył." kapłan usłyszał dźwięk aprobaty w wiadomości miecza "Wiesz, że jest szansa, że już nie żyje, prawda?"
                                    “Ale chyba obaj chcielibyśmy wiedzieć, że zdechł, prawda?” zapytał wstając z mieczem w dłoni i przytwierdzając sobie jego pochwę do pasa… dosyć niezręcznie, jako, że jego bronią wyboru były młoty bojowe…
                                    "Wolałbym, aby żył." odparła broń "Może i był kryminalistą, ale miejskie władze mogą mieć coś przeciwko samosądom."
                                    “Dopuszczalne jest użycie środków śmiertelnych w przypadku obrony własnej, gdy zagrożenie życia bądź zdrowia jest bezpośrednie i nieuniknione. Nie samosąd, a Obrona Własna i to już zdążyłem sprawdzić, a jakby ktoś miał wątpliwości co do wydarzeń to na świadka powołałbym oskarżonego. Zmarli mają głęboką kulturę osobistą… nie łżą. Nawet jeśli za życia to robili. Jeśli nie żyje to i tak chcę dostać w ręce jego ciało. Ktokolwiek to świństwo rozprowadza nie powinien więcej ujrzeć słońca.
                                  • Fisuś, idziesz?
                                    Chowaniec nie odpowiedział, ale zerwał się do lotu i wylądował na barku wychodzącego kapłana, a tuż potem okrył się niewidzialnością.
                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SeachS Niedostępny
                                    SeachS Niedostępny
                                    Seach
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #119

                                    Willow Creek

                                    Do wczoraj ta wioska… nie miała znaczenia dla niego. Jej sekrety go nie interesowały, miał własne sprawy na głowie. Dziś, wyglądało na to że tutejsze sekrety skrzyżowały się z jego zainteresowaniami. Obmył się w misie i sięgnął po talię. Wyciągnął kartę… spojrzał.

                                    Teatr. Czy to widział patrząc na wieżę? Scenę teatralną ze “smokiem” ukrytym w jej trzewiach? Czy on zaś był rycerzem mającym pokonać tą bestię? Może i tak.
                                    Sama karta oznaczała przepowiednię z prorokiem świadomie odgrywającym swą rolę… kukiełki bogów.
                                    Czy gnom był tą kukiełką? Tylko bogowie wiedzą.
                                    Na razie Baltizar postanowił odpuścić sobie wzywanie ogara z powrotem. Nagle miał inne plany.
                                    Po posiłku udał się na wybrzeże, by wraz ze swoim ochroniarzem przejść się nim rozkoszując miejscowym powietrzem i gwarem załóg rybackich wyruszających na poranny połów. Gnom szukał odpowiedniego miejsca dla siebie, blisko wieży i z dala od oczu ciekawskich. Gdy takie znalazł, usiadł i rozłożył swoje przybory pisarskie… oraz rękopis jednej ze swoich opowieści. Oficjalnie w celach poprawiania jej… w praktyce jako przykrywkę.
                                    Sięgnął bowiem po magię, zaczerpnął jej szeptając słowa zaklęcia. Zacisnął dłoń, po czym otworzył ją… na jego dłoni siedziały dwa małe czarne chrząszcze.
                                    Spojrzał na wieżę i nakazał chrząszczom polecieć tam, rozejrzeć się i wrócić do niego. W końcu po co miał osobiście tam się udawać, skoro miał dwójkę niepozornych szpiegów?
                                    Małym robaczkom podróż trochę zajęła. W międzyczasie Baltizar zauważył, że wieża wydaje się być ślepym punktem w jaźni mieszkańców wsi. Ludzie nigdy nie patrzą w jej kierunku, co wydaje się być niemal niemożliwe. Jednak każde spojrzenie skierowane chociażby w ogólnym kierunku wieży, zdaje się natychmiast zbaczać. Przypomniał też sobie, że opis wsi w wykonaniu Amelii, bynajmniej nie rysował obrazu, który widział przed sobą. Jakby jej umysł starał się obronić przed horrorem prawdy i naszkicował wiarygodne kłamstwo rzeczywistości.
                                    W końcu żuczki wróciły z raportem. Wieża jest pusta, wydaje się być w dobrym stanie. Same bały się tam wejść, nie potrafiły zbytnio wyjaśnić czemu.
                                    To… było dziwne. Żuczki były kreacją magii wieszczeń, a nie żywymi stworzeniami. Insektami, które nie powinny odczuwać strachu… chyba.
                                    Gnom westchnął i zaczął składać swoje rzeczy kończąc poprawki. Ruszył wpierw do drukarni, by złożyć na ręce krasnoludów ukończony rękopis. A załatwiwszy tą sprawę, planował udać się do wieży. Najwyraźniej nie ma co posyłać robali do męskiej roboty.

                                    Willow Creek, Wieża

                                    Znalezienie wejścia do środka wieży nie było trudno. Gnom mógł przysiąc, że drzwi go same zapraszały do środka. Nie było zamka, kłódki czy nawet sznurka blokujacego dostęp. Drzwi otworzyły się z bolesnym jękiem, a Baltizar poczuł jak zewnętrzne powietrze wpada do środka, jakby porywane od ciepła słońca, popychając przy tym gnoma do środka. Parter stanowiła pojedyncza komnata, na środku której leżała góra książek, porzuconych, podartych, niekochanych.
                                    Piekielna mowa zapaliła szczyt kostura gnoma chorobliwie żółtawym ogniem. Rozświetlił jego blaskiem pomieszczenie rozglądając się po nim. Wszedł dumnie, a choć w sercu czuł lęk, wszedł pewnym krokiem. Etrigan szedł obok niego szukając przeciwników.
                                    Gnom podszedł bliżej zniszczonych tomów przyglądając się im beznamiętnie. Następnie rozejrzał się dookoła szukając drzwi lub klapy. To bowiem nie było to pomieszczenie które winien znaleźć. Gdzieś pod skórą czuł, że musi drążyć… głębiej.
                                    Światło kostura rozjaśniło trochę pomieszczenie, ale nikło w zakamarkach i odleglejszych miejscach. Pochłonięte przez lepką ciemność. Jego poszukiwania na początku odkryły jedynie schody wiodące na górę, dopiero jak dostrzegł pojedyncze boczne drzwi i zajrzał do środka, znalazł niewielką klapę w podłodze.

                                    To był jego cel… na później. Na razie ruszył w kierunku stosu ksiąg. Kucnął sięgnął po jeden z egzemplarzy, by pobieżnie przejrzeć jego zawartość. I zorientować się o czym w ogóle jest ta książka. Etrigan zaś rozglądał się bacznie dookoła czuwając nad bezpieczeństwem swojego pana.
                                    Na początku gnom zauważył, że wiele z tych ksiąg jest kopiami. Przewodniki po różnych krajach Golarionu, historie danych regionów, kilka heroicznych lub romantycznych opowieści. Wszystkie przypisane temu samemu autorowi "Stephanos Dirge".
                                    Gnom zagarnął kilka ksiąg dotyczących Evercrest i Rzecznych Królestw, po czym skierował się ku swojemu celowi. Owej klapie w podłodze. Podążał powoli i ostrożnie i czujnie. Z jednej strony domyślając się tego co tam znajdzie… z drugiej strony obawiając się owego znaleziska.
                                    Klapa nie stanowiła zbytniej przeszkody. Za nią gnom ujrzał kolejne schody, prowadzące w dół. Nie był jednak w stanie ustalić jak daleko idą, światło kostura nie sięgało dalej niż kilka stopni. A tam gzie nie sięgało, czaiły się macki z cienistej materii, jak i tej bardziej organicznej i śluzowatej… gotowe pochwycić szalonego gnoma, jak i popchnąć w dół.
                                    Etrigan ruszył więc przodem po schodach. Co prawda Baltizar, jak wszystkie gnomy, nie potrzebował zbyt wiele światła by widzieć w mroku, to jego ochroniarz potrafił widzieć w całkowitej ciemności.
                                    Eidolon gnoma szybko dał swojemu panu znać, że miejsce do którego zmierzają jest niemożliwie duże. Niemożliwie, ponieważ pieczara powinna dawno wyjść na światło dnia i pochłonąć wieś rybacką. Mimo to, wszystko wydaje się być zamknięte wewnątrz tej jaskini. Najwyraźniej schody, na których jest gnom będą wić się jeszcze długo.
                                    Cóż… gnom miał czas. I był uparty. I póki co, nie odkrył niczego… wartego odkrycia. Nie znalazł niczego, co wynagradzałoby czas który dotąd zmarnował. Jeśli nic ciekawego tu nie było poza schodami donikąd, to lepiej zrobiłby ignorując sen i samą wieżę… tak jak robiła to reszta osady.
                                    Nie był pewny ile mu to zajęło, może pięć minut, może dwadzieścia pięć. W końcu jednak dotarł do końca schodów, na okrągłą platformę na środku której stało biurko z krzesłem. Na biurku leżała księga oprawiona w skórę, był też kałamarz i pióro.
                                    Gnom spojrzał na księgę… uśmiechnął się… ironicznie. Podszedł bliżej. Wiedział że znalazł odpowiedź na swoje pragnienie. Broń której potrzebował. Co bowiem zabije nienasyconą ciekawości bestię? Opowieści innej bestii, które wypaczały umysł i wolę.
                                    Zewrzeć dwoje tytanów w walce i czekać na to, aż nawzajem pochłoną się w wiecznym szaleństwie.

                                    • Będę potrzebował łańcuchów na ciebie, kajdan…- mruknął pod nosem wyjmując z plecaka linę. Oplótł księgę sznurem z pajęczej nici związując ją mocno. Posiadł broń… taka była prawda. Posiadł broń której nie mógł użyć... jeszcze. Nie szkodzi to jednak. Miał czas i być może Otto będzie miał jakieś rozwiązania. Sięgnął po rytualny sztylet. Naciął skórę dłoni do krwi i przyłożył sznura. Ignorując ból, patrzył jak krew wsiąka w pajęczą nić. Na razie… to musi wystarczyć. Lepiej zapieczętować nie mógł.
                                      Schował księgę do plecaka i mruknął do niej, obwiązując zranioną dłoń szmatką wyciętą koca.
                                    • Ciesz się. Opuszczasz te lochy i… cóż, zostaniesz użyta w przyszłości. Staniesz się trucizną, którą zaaplikuję starożytnej istocie. Pewnie nawet się znacie. Możesz to nazwać spotkaniem po latach.- następnie ruszył wielce zadowolony. Uwielbiał bowiem, gdy wszystko szło zgodnie z planem. Nie ważne było do kogo ten plan należał, dopóki posuwał jego zemstę naprzód. Czas było wrócić na powierzchnię.
                                      Droga na górę zajęła znacznie mniej czasu. Ciemność pomieszczenia również zaczęła zanikać im bardziej się wspinał po schodach. Po zaledwie kilkunastu już był przy klapie prowadzącej na parter wieży, a za sobą widział jedynie normalną piwnicę i spiżarnię.

                                    Gnom rozejrzał się dookoła i postanowił po raz ostatni wykorzystać to miejsce, nim… znów zacznie przyciągać uwagę miejscowych.
                                    Zabrał się za rysowanie znaku. Czas było przywołać Jogmetha z piekła.
                                    Kilka minut później… krąg był gotowy i gnom zabrał się za inkantację.
                                    Piekielny ogar wyskoczył z kręgu rozglądając się po nowym miejscu. Kilka razy pociągnął nosem, starając się rozpoznać nowe miejsce. Szybko jednak zakrył nos. Najwyraźniej ciemność, którą przesiąknięte jest to miejsce, nie przypada mu do gustu.

                                    • Nie bądź takim mięczakiem. Jesteś wszak psem z piekła rodem.- westchnął gnom, choć spodziewał się takiej reakcji. To miejsce było tak samo nienaturalne jak jego własne spojrzenie na świat. Pogłaskał zwierzaka po łbie, a następnie zmacał obrożę szukając listu od arcyczarta.
                                      List faktycznie tam był, dokładnie zwinięty i zapieczętowany. Azazel ciągle chciał traktować ich współpracę profesjonalnie.

                                    Popielny Król poinformował mnie o waszych odkryciach dotyczących istoty, która cię gnębi. Rozpocznę własne dochodzenie w tej sprawie. Na dniach najpewniej zostanę przyzwany do Popielnego Dworu, wtedy będziemy mogli omówić szczegóły.

                                    Uroczo z jego strony, że się zainteresował. Gnom zwinął list i schował. Ruszył ze swoimi zwierzakami do wyjścia. Bajarz uznał, że diabeł nie odniósł się do żadnych problemów, które on zasygnalizował. Niemniej to nie Baltizar chciał dostąpić ascendencji, tylko Azazel. Więc to ostatecznie był jego problem.
                                    Na razie, gnom wracał z wieży w wielce zadowolony. Upór się opłacił. Co teraz?
                                    W zasadzie nic. Baltizar nie miał żadnych innych planów do zrealizowania. Może więc czekając na wydrukowanie jego broszur po prostu odpocznie?

                                    W drodze do karczmy gnom odkrył niewielką kapliczkę. Wieś nie miała funduszy na porządną świątynię, więc wydzieliła skrawek terenu, aby poświęcić go obrządkom religijnym. Kapliczka była poświęcona dwóm bogom: Erastrilowi, bogowi łowów oraz Gozher, bóstwu natury i wody.
                                    Wybór bóstw nie był dziwny dla wioski rybackiej.

                                    Obstawiony przez swoją dwójkę ochroniarzy, gnom zatrzymał się przy owej kapliczce. Obejrzał ją oceniając kunszt z jakim została zrobiona i… szukał śladów ofiar pozostawianych bóstwom. Drobnych monet, kwiatów polnych, niewielkich słodyczy… świadczących o prośbach miejscowych składanych bóstwom i ‘próbom wykupienia” ich łask. Taka kapliczka była miarą żarliwości religijnej miejscowych.
                                    Kapliczki były zadbane, kilka ofiar miłym obu bóstwom były do kostrzegalne w misach ofiarnych. Cokolwiek zagnieździło się w wieży Stephanosa nie miało wpływu na resztę wsi.
                                    Baltizar nie wiedział czy to był dobry czy zły omen dla niego. Niemniej, księga była zbyt cenną zdobyczą, by nie podjąć odrobiny ryzyka. A propo ryzyka…

                                    • Jesteś głodny? - zapytał swojego ogara. - Bo ja tak. I zaryzykuję miejscową kuchnię rybną.
                                      Po czym ruszył ku wybrzeżu, by upolować jakiś smaczny posiłek ze świeżo złowionej ryby. O tak, zdobycie księgi wprawiło Baltizara w pogodny nastrój, coś czego nie czuł od dawna.
                                      Rybacy chwalili się zdobyczami połowów. Klenie, karpie, szczupaki, jelce. Baltizar miał w czym wybierać. Słyszał również jak rybacy przechwalali się opowieściami o swych połowach. Wtedy usłyszał delikatny pomruk z plecaka, najwyraźniej nowy nabytek reagował na słowa rybaków.
                                    • Siedź cicho.- mruknął gnom zaniepokojony tą sytuacją. Niemniej podszedł do grupki rybaków, by wybrać rybkę dla siebie i dla Jogmetha.
                                    • Witamy mości gnomie. - przywitał Baltizara jeden z rybaków - Mamy ochotę na dary rzeki?
                                    • Na coś… dobrego. Na dwie sztuki.- przyznał gnom rozglądając się wśród zdobyczy rybaka.
                                    • No to sandacz. - kilku innych rybaków pokiwało głową - Delikatny, jędrny, mało ości. - rybak wystawił dwa okazy na beczkę - Tam. - mężczyzna wskazał na niewielką chałupkę przy molo - Jest kuchta, który przyrządzi ci ją jak będziesz chciał.
                                      Gnom skinął głową z uśmiechem, pożegnał się i gestem nakazał swoim zwierzakom podążanie za sobą, by skorzystać z uroków miejscowej kuchni.
                                      Kucharz był półelfem o imieniu Jaxin. Przyjął rybę od gnoma i niewielką płatność za robociznę. Po półgodzinie wręczył Baltizarowi rybę usmażoną z ryżem i sosem.
                                    • Jestem pewny, że ci zasmakuje.
                                    • Z pewnością.- odparł gnom dzieląc się przy okazji rybą z Jogmethem. Papierowo-pierzasty ochroniarz nie dbał bowiem o posiłki.
                                      Ogar pochłonął kąsek ze smakiem, zaczął się oblizywać kiedy skończył i szukać więcej.
                                    • Cóż cię sprowadza do naszej małej dziury w ziemi? - półelf zabrał się za obrabianie kolejnej ryby.
                                    • Jestem… bajarzem… - mruknął Baltizar pomiędzy kęsami. - Napisałem opowieść, broszurkę właściwie o bohaterskich czynach szlachetnych postaci, które wydarzyły się w okolicy Evercrest. Przybyłem tu ją wydrukować. Dziwne że to miejsce ma drukarnię, a w Evercrest nie znajdziesz takiego przybytku, nieprawdaż?-
                                    • Podobno ten cały Dirge co ją wybudował chciał się osiedlić w Evercrest. Tylko ten ich mag go pogonił.
                                    • Dirge… to nazw… imię? Wydaje mi się ono znajome. Gdzie mógłbym go spotkać?- zapytał gnom udając naiwnego ignoranta.
                                    • Nazwisko. Stephanos Dirge. Leży na naszym cmentarzu już chyba trzeci rok.
                                    • To straszne. Co się stało? - odparł zaskoczonym głosem Baltizar.- Jakaś.. tragedia? Coś romantycznego może? Historie o tragicznych romansach… są w cenie.- dodał na koniec “nieświadomy faktów” Bajarz.
                                    • Zabił się. - odparł krótko kucharz - Nie było to ładne. Znaleźliśmy go któregoś poranka u stóp jego domu. Wbił sobie swoje własne pióra w oczy i rzucił się z tej cholernej wieży.
                                    • Z pewnością tragiczne.- przyznał gnom po namyśle.- Ale… niekoniecznie… nieromantyczne. Takie widowiskowe samobójstwa to numer popisowy odrzuconych kochanków. Znał może dobrze kogoś w tej wiosce? Przyjaźnił się z kimś?- zapytał.
                                      Półelf pokręcił głową.
                                    • Nie. Rzucił kasą w starostę, kilku chłopa, żeby zbudowali dom i dostarczali zapasy. Siedział cały czas w środku.
                                    • Zostawił po sobie jakiś testament?- zastanowił się gnom, znając już odpowiedź. Wypadało jednak zapytać.
                                    • Nic mi o tym nie wiadomo. Nikt się tam nie wprowadził, więc pewnie nie.
                                    • Czemu? Wygląda solidnie.- spytał “naiwnie” Baltizar zerkając na wieżę.
                                    • Ponoć jest przeklęte. Poza tym… wygląda źle. Głowa boli jak spojrzysz na nią za długo.
                                    • Acha…- Bajarz znów spojrzał na wieżę. Nie odczuwał żadnego bólu, z drugiej strony usunął jego źródło.- To pewnie tanio można by ją kupić. To gdzie szukać starosty?-
                                    • W centrum koło placu handlowego. Drań owapniował sobie dom za pieniądze od Dirge'a, więc łatwy do rozpoznania.
                                    • Dzięki za informacje. Ile jestem winien za rybę?- zapytał gnom kończąc posiłek.
                                    • Pięć złota.
                                    • Drogie te ryby.- zaśmiał się gnom, ale sięgnąwszy do sakiewki, zapłacił.
                                      A potem pożegnawszy się ruszył na poszukiwanie domu starosty.

                                    Domek starosty znalazł relatywnie szybko. Faktycznie był jedynym z wybielonymi ścianami w tej małej wiosce. Sama wioska żyła własnym życiem wokół gnoma, ludzie sprzedawali swoje produkty, prowadzili dysputy i kształtowali plany na wieczór. Nikt nie stał przed domem starosty, jedynie drzwi stały na drodze Baltizara.
                                    Bajarz podszedł więc do nich i zapukał w nie stanowczo kosturem.

                                    • Już, już! - usłyszał głos ze środka. Po chwili drzwi otworzyły się i wyjrzał przez nie ludzki mężczyzna już starszego wieku. Zaczął się rozglądać po swojej linii wzroku, nie zauważając gnoma.
                                    • Zakładam, że dobrze trafiłem? - spytał gnom uśmiechając się. - To dom starosty? Chciałbym porozmawiać o moim kaprysie i zarobku z nim związanym.-
                                      Starosta podskoczył słysząc głos gnoma.
                                    • Bogowie, przestraszyłeś mnie. Powinniście nosić jakąś flagę, aby ludzie normalni wzrostem wiedzieli, że jesteście. - mężczyzna pozbierał myśli - Tak to dom starosty, którym jestem ja. Lazlo, miło mi mości gnomie. Cóż to za kaprys cię do mnie sprowadza?
                                    • Przyglądałem się waszej wieży i postanowiłem ją… kupić. Taki kaprys mam. - gnom przeszedł od razu do rzeczy uśmiechając się naiwnie. Wszedł do środka, a jego dwójka ochroniarzy podążyła tuż za nim.
                                    • Wieży? Chodzi ci o rezydencję pana Dirge? No nie wiem, nie wiem. Czy uchodzi sprzedawać jego domostwo? Umarł przecie nie tak dawno temu…-
                                    • I zostawił testament? Ma jakichś krewnych? - zdziwił się gnom, choć bardziej dziwił go fakt, że Lazlo ma jakieś skrupuły. A może starosta po prostu próbował podbić cenę?
                                      Bajarz potarł brodę w zamyśleniu.- Cóż… jeśli nie uchodzi, to nie uchodzi. To kiedy umarł?-
                                    • Trzy lata temu niby… nie wiem co prawda jaki jest standard… a ile byś panie był w stanie zapłacić?
                                    • Za porzuconą budowlę w zapewne kiepskim stanie.- wzruszył ramionami gnom.- Pięć… dziesiąt złotych monet, zapewne.- odparł po namyśle.- A na co umarł?-
                                    • Paskudna sprawa. Zamknął się tam tak długo, z dala od ludzi. Stracił zmysły i odebrał sobie życie.
                                    • Rzeczywiście ponura historia. Jak zasnąć w miejscu o takiej renomie? I to jeszcze z duchami. Bo pewnie wieża jest nawiedzona. Hmmm…- zamyślił się gnom.- Trzydzieści… pięć… Aż drżę na myśl, ile będzie mnie kosztowało sprowadzenie kapłanów i zakup worka soli.-
                                    • Nie wiem czy kapłani tu pomogą… - odparł ponuro starszy - Zrobisz jak mości chcesz.
                                    • Więęęęc… trzydzieści pięć sztuk złota. Jednorazowa oferta, tylko dziś.- gnom wyciągnął dłoń ku Lazlo.
                                    • Erm… wybacz mistrzu, ale nie. Sam Dirge zapłacił nam trzy tysiące. Rozumiem jej zły stan i złą renomę, ale twoje osiedlenie się tutaj oznacza, że muszę zarejestrować to wszystko w stolicy. Dwieście i jest twój.
                                    • Hmm… nie.- odparł Baltizar po namyśle. - Nie jest tyle warta. Zarówno ze względu na zły stan jak i renomę.
                                      Wzruszył ramionami.- Szkoda. Przepraszam za zajęcie czasu.-
                                      Skłonił się i ruszył do drzwi gestem nakazując swoim podopiecznym podążenie za nim.
                                      -Sto? - zawołał jeszcze starosta - Mogę się zgodzić na sto złota.
                                    • Pięćdziesiąt. Bo mam dziś dobry humor. Ten zakup i tak uważam za mój mały kaprys. Nic ważnego dla mnie.- odparł Baltizar zatrzymując się nagle.- Pięćdziesiąt. Ostatnia oferta z mojej strony.-
                                      Starosta się chwile zastanowił po czym z uśmiechem wyciągnął dłoń.
                                    • Stoi.
                                      Gnom uścisnął dłoń Lazlo z równie szerokim uśmiechem.

                                    Gnom opuścił dom Lazlo z dokumentem potwierdzającym to, że wieża obecnie należała do niego. Właściwie to nie wiedział, czemu ją kupił. Może to był przebłysk intuicji, może przejściowy kaprys. W każdym razie mając dokument w dłoni, nie miał pojęcia co zrobić z wieżą. Wzruszył więc ramionami i ruszył, by zakupić kłódkę i łańcuchy. By zamknąć zakupiony przez siebie budynek. Teraz, gdy mroczna księga już go nie chroniła, należało zabezpieczyć wejście.
                                    Zakup zajął chwilę. Zamontowanie kłódki dłużej. Niemniej w końcu wrota wieży zostały zatrzaśnięte, a gnom miał jedyny klucz do nich.

                                    I to był koniec tego dość owocnego dnia. Jutro wszak miał odebrać powielone broszury i wyruszyć do Evercrest. Baltizar miał nadzieję, że do jego powrotu kapłan wykaże się kompetencją i założy świątynię. Nie był to jednak duży promyk nadziei, ot mikre światełko w mrocznym korytarzu.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SeachS Niedostępny
                                      SeachS Niedostępny
                                      Seach
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #120
                                      • Jori? - zapytał Viktor, pukając w otwarte drzwi jego laboratorium, aby zwrócić na siebie jego uwagę. Z dłonią opartą na głowicy miecza, impem na ramieniu i ubrany w czerwienie i czernie wyglądał jak żywy i dychający diabolista… tylko serdeczny półuśmiech nie chciał mu z pyska zejść…
                                      • Powiedz mi, że masz coś dla mnie.
                                        Elf zerknął na kapłana Azazela.
                                      • Subtelnyś, niczym satyr w burdelu. - zagaił alchemik - Mam, mam. - położył niewielkie naczynko z białym proszkiem przed Khalem - To narkotyk, w czystej postaci.
                                      • A dziękuję, dziękuję… doceniam uznanie - stwierdził nieco odlegle, gdy podchodził do biurka i brał produkt w rękę, by obejrzeć. - Jesteś niesamowity. Z czego się go syntezuje? Może nas naprowadzi na trop…
                                      • Opioid. - odparł elf - Więc, mak. Do tego ma w sobie związki z kilku roślin. Belladonna, wilcze jagody. Trucizny, które ogłupiają i osłabiają. Nic co pozwoliłoby na ustalenie miejsca ponad "blisko lasu". Natomiast wymaga to solidnego laboratorium. Jak powiedziałem twojemu chowańcowi, uliczny alchemik w piwnicy tego nie stworzył.
                                        Viktor się skrzywił.
                                      • Mak, belladonna i wilcze jagody? Tsk… nic czego się nie znajdzie w okolicznych lasach, jeśli potrafi się szukać. Wyjaśnisz mi co znaczy “solidne laboratorium”? Jakiś konkretny sprzęt jest charakterystyczny i dałoby się szukać tego alchemika tym tropem?
                                      • Coś bliskiego do mojego sprzętu. - Jori wykonał gest ręką pokazując serię stołów pełnych różnokształtnego szkła - Mogę zasugerować?
                                      • Ależ po to tu jestem. Będę wdzięczny za każdą sugestię, pomysł czy przypuszczenie.
                                      • Davros. - powiedział krótko elf - Skądś musiał brać fundusze na rzeczy, których nie mógł zrobić sam. Był tu kilka ładnych lat. Produkcja narkotyków, to nie byłby najgorszy z jego grzechów.
                                        Viktor kiwnął głową rozważając, ale idea definitywnie była warta rozważenia. Szczególnie, jeśli miał to.
                                      • Filia ma dziś go przetransportować pod kuratelę Otto. Może wtedy da się zgrabnie go przepytać. Dotąd był bardzo otwartą osobą… - nie chciał jeszcze Filii angażować w sprawę. Spojrzał znów na proszek, jakby doszukiwał się w nim odpowiedzi - Produkcja wymaga samych wybitnych umiejętności, czy jest kosztowna w jakiś sposób?
                                      • Jeżeli to Davros, podejrzewam, że robił to w wolnym czasie między eksperymentami. Więc koszt ograniczał się do zdobycia bazowych komponentów i paliwa, oba które mógł mieć za darmo zważając na zniewolone kreacje i gobliny. Gotowy produkt dostarczał do miasta, gdzie dystrybutorzy mieszali go z żelatyną, powiedziałbym proporcja 1 na 1,5. Następnie dodawali po kropli wody i mieli gotowe tableteczki. Wymieszana z wodą, lub połknięta wprowadza w stan spokoju, który przechodzi w euforię. Wymieszane z alkoholem, jak z Kaylie, pozbawia zdolności ruchu, zamazuje wzrok i przytępia zmysły.
                                      • I tutaj… - potrząsnął buteleczką, wciąż w nią patrząc - …mamy ile standardowych dawek?
                                      • Nie dodawałem żelatyny. Jeżeli przyjąć moje proporcje... 100... 120 tabletek? Jeżeli chcesz wiedzieć ile to gówno by ci dało na czarnym rynku. Około 2000 sztuk złota, zależnie od nabywców.
                                        Viktor zamrugał pytająco, spoglądając na Joriego z niejaką trwogą.
                                      • I w godzinę to zrobiłeś?! Czort… Sama wartość rekreacyjna nie waliduje takiej kwoty… - skrzywił się, bo to oznaczałoby, że głównym zastosowaniem jest takie jak z Kaylie - Choćby wypuszczano na lokalny rynek setkę tygodniowo to spodziewałbym się poruszenia z tym związanego. Setka dziennie byłaby jawną plagą… Czy dramatyzuję tutaj i źle przeskalowuję warunki Cheliańskie na lokalne?
                                      • Och, wybacz. Mnie zajęło to godzinę. Davrosowi stworzenie tyle produktu zajęłoby lepszą część miesiąca. Podejrzewam, że część wysyłał na eksport niż do dystrybucji w mieście. - dopiero teraz Khal zauważył zmęczoną posturę elfa - Mam kontakty w tych kręgach, mogę popytać czy paskudztwo dostało już jakąś nazwę.
                                      • To ma więcej sensu… i będę wdzięczny. To się przyda. Ja poszukam ze swojej strony. Coś jeszcze powinienem wiedzieć, albo masz jakiś pomysł, choćby najwątpliwszy?
                                      • Davros nie wygląda mi na osobę, która odpowiedziałaby miasto. Gobliny czy jego kreacje nie były na tyle subtelne, aby dostarczyć produkt. A pozwalanie dystrybutorom na odwiedzanie jego kryjówki w kopalni brzmi jak nierozsądne ryzyko. Ktoś pomagał mu w transporcie.
                                        Viktor zastanowił się krótki moment.
                                      • Też bym tak zakładał. W porządku… dziękuję ci Jori. Twoja pomoc była tak ogromna jak się spodziewałem. Jakby coś ci jeszcze przyszło do głowy to nie wahaj się podzielić, choćby wydawało się błahe. Jak będę w stanie ci się jakoś odwdzięczyć, proszę… daj mi znać.

                                      Viktor nie wyruszył od razu na poszukiwania. Zaczął od przygotowań. Usiadł przy ladzie Dworu, na samym jej końcu, dla stosunkowej prywatności i zaczął malować. Pędzelki i kolorowe tusze poszły w ruch i szybko zaczęły wyłaniać dwa obrazy… jeden przedstawiał całą Kaylie, w swoich szatach, które tamtej nocy na sobie miała, a drugi to był portret. Ani jeden ani drugi nie był dziełem sztuki, ale spełniały swoją rolę. Banalnie wręcz było ją w nich rozpoznać…

                                      • I jak się czuje? - głos Lilia oderwał jego uwagę od rysunków. Rudowłosa córka Otto przysiadła się do Viktora, a Fisuś wylądował na ladzie i przeistoczył się w małego węża, nie chcąc przyciągać uwagi gości. Viktor podziękował mu kiwnięciem głowy.
                                      • Jest twarda - odpowiedział Lilii, odkładając pędzelek. Już praktycznie skończył. - Będzie dobrze, ale teraz idę odświeżyć umiejętności detektywistyczne. Będziesz jej doglądać, gdy mnie nie będzie?
                                      • Jasne… tylko powiedz co się stało. Tata, nie chciał powiedzieć.
                                        Viktor spojrzał na córkę Otto z jakąś troską.
                                      • Naprawdę NAPRAWDĘ mi przykro, Lilio, ale to nie jest moja historia, by ją opowiedzieć. Zapytaj Kaylie, ale zrób to delikatnie. Przepraszam, że Cię w niewiedzy trzymam… ale rozumiesz, prawda?
                                        Twarz Lilii przeszła przez kilka stadiów. Niezrozumienie, realizacja, strach i w końcu gniew.
                                      • Idziesz znaleźć skurwiela?
                                      • Tak. Ale to zajmie czas. Jedyny znany mi świadek… - gestem dłoni zaprezentował Rhaasta -... nie postrzega rzeczywistości jak my. Po to mi też portret. Muszę odtworzyć jej trasę.
                                      • Spraw żeby cierpiał. Kaylie dostatecznie dostała od życia, aby jeszcze to jej dodawać.
                                      • Na razie go znajdę i dowiem się o nim czego się da. Potem jej dam zdecydować… ale nie wróżę mu spokojnej starości, ani przyjemnych ostatnich chwil. Hmmm… na ile orientujesz się w topografii miasta? Wiem, że przed tym jak poszła pić była w wieży Ferna. Znasz pobliskie lokale? Od nich bym zaczął.
                                      • Lepszej, gorszej renomy?
                                      • Gorszej.
                                      • Bęben, Stara Beka i Fistaszek. Tanie piwo, łatwe kobiety i koc do spania.
                                      • Dobry początek. Ostatnio miałem dużo szczęścia, chętnie skapitalizuję jego resztkę na tę sprawę…
                                        Viktor zaczął zbierać przyrządy i schował malunki w cieniutkiej teczce.
                                        Gdy skończył chwycił dłoń Lilii, leżącą na ladzie i spojrzał jej w oczy.
                                      • Kaylie udaje twardą i może częściowo nawet rzeczywiście jest, ale nie daj się temu zwieźć. Doglądaj jej często. Zabieram Rhaasta na śledztwo. Prawdopodobnie niedługo do niej dotrze jak bardzo sama jest, a to bardzo złe poczucie na ten moment. Jeśli będzie kręciła nosem na zbyt częste odwiedziny zwal winę na mnie i powiedz, że ja kazałem, a ja to potem z nią załatwię, dobrze?
                                      • Oczywiście. - zerknęła na miecz - A ty trzymaj swoje opinie przy sobie. To nie moment na zwalanie winy.
                                      • Rhaast rozumie sytuację i chce pomóc. Wychodzi na to, że gdy trzeba to można na niego liczyć…. widzimy się potem, Lilio. Dzięki za pomoc.
                                        Lilia skinęła głową i wstała od stołu kapłana. Na dowidzenia pacnęła jeszcze Rhaasta i wróciła do obowiązków. Khal mógł usłyszeć "Faeska kurwa" od miecza.
                                        “Bo cię dotknęła? Czy jakoś inaczej sobie zasłużyła?” zapytał go, nie wychodząc jeszce z dworu, ale kierując się do swojego pokoju. Miał jeszcze coś do zrobienia…
                                        "To Fae." odparł miecz "Więcej powodów potrzebujesz?"
                                        “Załóżmy, że nie miałem z nimi wiele do czynienia i nie zgłębiałem ich… skąd mamy taką do nich antypatię?”
                                        "Ugh… Fae to banda degeneratów. Nieśmiertelne istoty dla których moralność i prawa, to rzeczy, które przytrafiają się innym. Światły ponoć jesteś. Słyszałeś pewnie historie o porwanych dzieciach, ludziach pozamienianych w wiewiórki i tym podobne? Fae nie robią tego ponieważ są moralnie złe. One to robią ponieważ ABSOLUTNIE NIE ROZUMIEJĄ moralności."
                                        “Rozumiem cię… mroczne fae są zarazą. Znam z trzeciej ręki opowieść jak komuś ukradły całe imię. To miało cały szereg poważnych konsekwencji i utrudniło mu życie… ale jak się znasz na nich… to nie tak, że na każdy typ złych fey jest pożyteczny odpowiednik? Domovoie pomagające w gospodarstwach za miseczkę mleka, huldufolki ostrzegające przed niebezpieczeństwami, czy sidhe co zawsze za dobroć mają dobrem odpowiadać…” argumentował, zamykając za sobą drzwi.
                                        "Dobrze, ale Otto i jego rodzina nie są istotami tego rzędu."
                                        “Staram się tylko zrozumieć twoją perspektywę. Po prostu nie do końca czuję jak Lilia sobie zasłużyła na taką opinię.”
                                        "Ty wiesz, że ona chciała wskoczyć ci do łóżka prawda?"
                                        “Za przyzwoleniem Kaylie“ przytaknął mentalnie, czekając na kontynuację.
                                        "A sądzisz, że jakby go nie dostała to by nie próbowała?"
                                        “Rozmawiasz z adwokatem. Niewinny do udowodnienia winy, a fakty są takie, że nie dała żadnych oznak zainteresowania do momentu otrzymania pozwolenia… a uwierz mi… bym zauważył… ale pikuś tam… nieistotny temat. Wróćmy do ważnych rzeczy… Powiedz mi, bo chciałbym zrozumieć, mówisz, że nie rozpoznajesz twarzy worków mięsa, ale jakoś nas od siebie rozróżniasz, prawda?
                                        "Głos." zaczął miecz "Do tego bez przesady. Rozróżniam ciebie, tego przykurcza i Kaylie" chwila ciszy, miecz najwyraźniej coś rozważał " Rozróżniam też te cholerne Fay. Co do reszty z was? Jaki jest sens?"
                                        “Jak usłyszysz głos naszego celu to go rozpoznasz?”
                                        "Powinienem."
                                        “To już coś. A z martwą natura? Postrzegasz jakoś otoczenie nie wydające dźwięku?”
                                        "Trudno to opisać. Krótka odpowiedź, nie."
                                        “No nic. Mam nadzieję, że w tym trudno opisać coś się kryje, co uda się wykorzystać.”
                                        W końcu usiadł przy swoim biurku i powyciągał narzędzia i przed małym lusterkiem zaczął modyfikować swoją twarz. Anonimowość miała być przewagą, a magia nie działała dostatecznie długo. Postanowił skorzystać z wizerunku, który nazywał “drwalem”. Po dwudziestu minutach pracy skończył… Uśmiechnął się do siebie oceniając, że rodzona matka by go nie poznała.

                                      Kliknij w miniaturkę

                                      Strzepnął ramionami, zmieniając ubiór na bardziej pospolity i w końcu wyruszył.

                                      Droga wiodła go do wieży arcymaga. Dawało mu to trochę czasu.
                                      “W porządku… pozwolisz, że przejdziemy do właściwej części detektywistycznej… opisz mi proszę, po kolei, wszystkie wydarzenia które zaobserwowałeś od momentu gdy skończyła ona lekcje magiczne u Ferna.”
                                      "Była… w konsternacji. Fern traktował ją inaczej, lepiej niż jej poprzedni nauczyciele. Czytaj jej dziadek. Potem przypomniała sobie waszą kłótnię, nie było to dobre wspomnienie. I ruszyła przed siebie, w gorsze dzielnice. Byłem w stanie dojrzeć… gorycz tego miejsca. Jego zepsucie. Więc tam bym zaczął."
                                      “Gorsze dzielnice spod wieży Ferna… w porządku. Dobry start.”

                                      Trochę zajęło nim Rhaast był w stanie potwierdzić, iż znajdują się we właściwym miejscu.
                                      "Czuć tu smutek i ból. Tak jak wczoraj. Pewnie to przyciągnęło Kaylie."
                                      Khal stał przed Starą Beką. Rudera z której capiło zjełczałym piwem i gorzej.
                                      “Sądzisz, że to tutaj się zdarzyło? Czy to był pierwszy z jej przystanków?”
                                      "Jedyny jej przystanek, zanim złamas ją zabrał."
                                      “I kiedy ją zabierał… to było bardziej w uliczkę za tą dziurą, czy gdzieś dalej?”
                                      "Na początku zabrał ją gdzieś... obok. Nic daleko. Później robili to w zaułku... Też blisko. Może znajdziesz w okolicy krew, albo zwłoki."

                                      • Fisuś. Sprawdź perymetr.
                                      • Znaczy… gdzie? Kojarzysz, że ja NIE mam dostępu do waszych prywatnych rozmówek?
                                      • To pewnie się wydarzyło za tą ruderą. Zbadamy okolice. Sprawdź czy nie natkniemy się na jakieś niepotrzebne niespodzianki.
                                      • Yokkidy-dookida.
                                      • Yokkady-doo - przytaknął mu Viktor, gdy ten wypełzła zza jego kołnierza.
                                        Już okryty niewidzialnością Fisuś przeistoczył się w impa, aby wzbić się w powietrze.
                                        "Co to było?"
                                        “Odnoszę nieodparte wrażenie, że byłeś kilka razy przy tym zakrzyku. Nasza mała zabawa… catchphrase, jeśli wolisz.”
                                        "Tak, byłem tego świadkiem. I zawsze sądziłem, że jesteś po prostu niespełna rozumu. To to ma jakieś znaczenie? Nakręcacie się do działania?"
                                        “To się jeszcze klaruje… Powstało w czasie powrotu z wyprawy. Na ten moment bym przybliżył do czegoś typu To jak? Ustalone? i odpowiedzi Do dzieła!. Albo bardziej niewerbalna wzajemna afirmacja. Bądź po prostu para przyjaciół jest dziwna. Taką interpretację także przyjmę.”
                                        "Ale… on jest z części twojej duszy… Więc, miałem rację. Jesteś szalony. I ona zostawiła mnie z tobą…"
                                        “Oj, wiesz doskonale, że jest bliżej klona kawałka mojej duszy. Nie dzielimy jednej świadomości, ani nawet semi-świadomości. Mamy osobne przemyślenia, charaktery i cele, a i pożreć się potrafimy. Jest niezależną ode mnie istotą… ale jasne… chcesz mnie szalonym nazywać? Proszę cię bardzo… “ odpowiedział bez cienia urazy.
                                        "Idź szukać zdechlaka. Mam dość kłopotów z Kaylie, nie potrzebuję jeszcze twojej odmiany wariactwa…"
                                        “Sir Fistaszek zaraz wróci z raportem i wtedy pójdziemy.”
                                        "SIR Fistaszek? Czy ty się słyszysz człowieku?"
                                        Viktor zachichotał rozbawiony.
                                        “Yhym… Coś brzmi nie takww?” zapytał z niby-zmartwieniem.
                                        "... Nieważne. Skoro czekamy na niego, mogę wyrazić swoją opinię?"
                                        “Jestem zawsze otwarty na alternatywne punkty widzenia. Wal czym tylko masz.”
                                        "Powinieneś zakończyć ten romans z Kaylie."
                                        “I ta opinia okraszona jest jakąś argumentacją?”
                                        "Oboje jesteście zbyt uszkodzeni, aby skończyło się to dobrze. To co się teraz stało z Kaylie było spowodowane waszą kłótnią. Kłótnią spowodowaną tym, że oboje jesteście zakompleksieni."
                                        “Widzę, że masz nas już rozgryzionych…”
                                      • Tsk tsk… - strzelił śliną rzeczywiście na głos.
                                        “I jak to widzisz? Zakończę to, a ona przyjmie rozstanie jak dorosła i stabilna emocjonalnie osoba i nie będzie miała problemów z dalszą współpracą na rzecz Benefaktora któremu nie może się przeciwstawić?”
                                        "Zakładasz że już nie ma problemów ze służeniem Azazelowi. Nie byłaby to jej pierwsza histeria. I uważam, że byłoby to lepsze, niż ciąganie jej przez bogowie wiedzą jak długo, wprowadzanie w stan rozpaczy, aż w końcu któreś z was nie pęknie i nie zerwie wtedy."
                                        “Co myślisz o jej postrzeganiu Nyera?” zapytał Viktor, pozornie nie na temat.
                                        "Nienawidzi go i jednocześnie pragnie go i jego aprobaty. Złamał ją w więcej niż jeden sposób i ona uważa, że to dobre i zasługiwała na to."
                                        “I chyba się zgadzamy, że to dla niej nie było dobre i mam głęboką nadzieję, że obaj byśmy chcieli ją zobaczyć wyleczoną z jego wpływu. Dobrze myślę?”
                                        "I sądzisz, że TY potrafisz ją wyleczyć?"
                                        “Nyer, w wielu aspektach, jest krzywym odbiciem mnie samego. Obaj jesteśmy rynsztokowacami którzy wyszarpali sobie drogę do bogactwa i wpływów. Obaj walczymy głównie słowem i systemem. Obaj mieliśmy niewolników i obaj byliśmy przez niewolnicę kochani… choć potrzeba bardzo szerokiej definicji miłości… Gdybym kilku ludzie NIE spotkał na swojej drodze to mógłbym skończyć jako ktoś jak on, albo gorszy… Mimo to – oczywiście – nie wiem czy mi się uda… jednak wierzę, że szansa jest dość zasadna, by walidować próbę. Czy można mieć mi za złe próbę pomocy? Czy już zupełnie skreślasz jej szanse?
                                        "Szalony pomysł, ale pozwól, że ci go zaproponuję. Zamiast stosować dobre intencje i ciepłe słówka. Znajdź kogoś, KTO SIĘ NA TYM ZNA! I pójdź do niego też. Bogowie, jesteś adwokatem służącym diabłu, który był aniołem, a teraz chce być czymś innym. A teraz chcesz próbować, SAM, rozwikłać wszystkie problemy najbardziej uszkodzonej istoty w promieniu wielu mil. Przynajmniej nie zaprzeczę ci ambicji."
                                        “W porządku. Załóżmy, że znalazłem… doskonały ktoś. Perfekcyjnie się zna. Sądzisz, że Kaylie będzie zainteresowana rozmową z nim? Czy mnie szyderczo wyśmieje gdy jej zaproponuję?”
                                        "Użyj tego swojego srebrnego języka gdzie indziej niż na jej łonie choć raz. Jestem pewny, że to ma większą szansę na sukces niż ty próbujący to zrobić na własną rękę."
                                        “Schlebiasz mi, ale jakby mój srebrny język miał takie możliwości o jakie go oskarżasz to bym zaczął od przekonania ciebie abyś jednak był zdecydowanie delikatniejszy w interakcjach z nią. Myślisz, że dałbym radę?”
                                        "Myślisz, że nie próbowałem? Na początku byłem delikatny. Sugerowałem, radziłem, starałem się nauczyć jak istnieć w świecie dorosłych. Myślisz że słuchała? A skąd, ona wie lepiej, szczególnie po trzeciej butelce wina. Miarka się przebrała kiedy powiedziałem jej, i tu cytuję. "Wiem, że uważasz, że to twój moralny obowiązek, aby uratować tych ludzi. Ale jesteś sama w tej walce. Twoich kompanów to nie obchodzi. Jeżeli to zrobisz, będą straszne konsekwencję." Zgaduj, co się stało. No zgaduj."
                                        “Kojarzę historię” odpowiedział Viktor bez zająknięcia “Zgaduję, że to oznacza nie. Nie dałbym rady ciebie przekonać do okazania łagodności. Nie dałbym ponieważ mój srebrny język to nie magia. Potrzebuję haków, primingu, odpowiednich dźwigni nacisku… mógłbym ją zmusić aby poszła do tego hipotetycznego medykusa, ale nie aby rzeczywiście spróbowała. Możemy wrócić do tej dyskusji, gdy pojawi się na horyzoncie ten cudowny lekarz. Wtedy sam będę chętny jednak spróbować ją przekonać… Do tego czasu… Ja pozostaję najlepszą opcją. Jeśli mi pomożesz będę więcej-niż-wdzięczny. Jeśli uniesiesz się dumą, czy pogardą i nie będziesz się mieszał to też w porządku. Ale nalegałbym, abyś mi nie utrudniał. Na tym to ona ucierpi, a nie ja. Hmmm?
                                        "Jak zostałeś adwokatem z taką zdolnością słuchania…? PRÓBOWAŁEM być miły i delikatny. Nie tylko mnie nie słuchała, WINIŁA mnie jak coś poszło nie tak. NIC nie zmieniło się od tego czasu, to czemu mam uważać, że teraz będzie inaczej?"*
                                        “Meh… wystarczyło być trzecim najlepszym w całym Cheliax…” stwierdził z otwarcie-fałszywą pokorą, jakby to była jedyna potrzebna kontra na zarzut o niesłuchanie. “Ja ją traktuję łagodnie i z godnością. Odnoszę wrażenie, że działa. Pamiętasz Boryata? Drwala z naszej przygody trzy lata temu?”
                                        "Ledwo?"
                                        “To ten co nas zdradził i niby-chciał obrabować z bratem i resztą gangu. Chłopak miał bagaż emocjonalny i był całe dzieciństwo terroryzowany przez brata i matkę. Ojciec był nic nie warty i szybko zdechł. Udało mi się go w pełni resocjalizować. Dziś ma żonę i córeczkę w Cheliax. Ma teraz jakieś pięć miesięcy. Licencję ochroniarską wyrobił i jest szanowanym zawodowcem. Nawet nie jest już tak paskudny, gdy go poprawnej higieny nauczyłem. Wiesz jak to udało się osiągnąć? Nie twierdzę, że on był w dziesiątej części tak trudnym przypadkiem jak Avruil, ale wiesz jak to osiągnąłem?
                                        "Jest to przynęta na bardzo niski żart, ale zgadnę, że swoim srebrnym językiem."
                                        “Można to tak nazwać, jeśli chciałoby się karygodnie uprościć proces. Nie wyobrażasz sobie jak cudownie potrafią rozkwitnąć ludzie, gdy okaże im się szczerą afirmację, cierpliwości i zaangażowanie. Chłopak mi się rozbeczał aż dostał krwotoku z nosa, gdy w końcu uwierzył, gdy mówiłem, że nie jest głupi i wierzę w niego. Dziś czyta, pisze i nieco nawet rachuje. No i zaskarbił sobie uczucie kobiety. Mógłbym dać mu najlepszych nauczycieli i zmanipulować go do najszczerszych chęci, ale bez mojego “wierzę w ciebie” nic by to nie dało. Kaylie też tego potrzebuje i wierzę, że ona może rozkwitnąć, jeśli poczuje, że wreszcie nie jest sama i komuś rzeczywiście zależy. Twoje wsparcie także byłoby dla niej bardzo cenne… nie sądzisz, że po tym co przeszła i po tylu latach dziewczę zasługuje jednak na jeszcze jedną szansę? Może się zdziwisz…”
                                        Khal usłyszał westchnięcie miecza.
                                        "DOBRZE, spróbuję. Ale jeżeli to się nie uda i wyjdzie na moje, rezerwuję sobie prawo do powiedzenia "A nie mówiłem"."
                                        “To jest święte prawo, którego nie śmiałbym nikomu odmawiać. Za bonus możesz uznać, że jeśli będzie miała afirmację z twojej strony to nie będzie jej tak potrzebować ode mnie i łatwiej jej będzie kopnąć mnie w arogancki tyłek. Nam obydwu zależy na jej dobru… tylko co do metod się nie do końca zgadzamy. Nie musimy się darzyć sympatią, ale ucieszyłbym się gdyby udało nam się trochę kooperować…”

                                      Fisusowi nie zajęło długo aby znaleźć miejsce ataku. Ślady krwi na ścianie i na ziemi odchodzące od jednej z bocznych alejek. Nie znalazł jednak żadnego ciała.

                                      Viktor rozważył opcje… i uznał, że zacznie od zbadania miejsca zbrodni. Przed wejściem do alejki jeszcze zawezwał błogosławieństwa Benefaktora na swój młotek, pancerz i puklerz… a potem poszedł na około, aby dojść do alejki boczną drogą, a nie prosto z głównej drogi (jeśli tak można by nazwać tę śmierdzącą udeptaną ziemię).

                                      • Fisuś, pilnuj perymetru - poprosił chowańca, gdy brał się do pracy i sam zaciągnął kaptur na głowę. Nie chciał aby choćby jego persona została rozpoznana. Anonimowość była potężnym narzędziem, z którego nie zamierzał rezygnować.

                                      Wstępne oględziny miejsca zbrodni zrodziły kilka ciekawych odkryć. Viktor znalazł kawałek materiału zaczepionego o beczkę na deszczówkę. Skrawek czarnego lnu pokryty zeschniętą krwią. Obok też zobaczył plamę krwi na ścianie, znajdowała się gdzieś na poziomie torsu.

                                      Viktor zamknął skrawek materiału w pudełeczku i sięgnął po probówkę ze skalpelem, by zeskrobać ze ściany tyle krwi ile był w stanie bez głębszego zanieczyszczania. Może i była zakrzepła, ale wciąż miała wartość.
                                      “Jesteś w stanie mi coś więcej opowiedzieć o tym jak mu krew upuściliście?” zapytał Rhaasta przyglądając się rozpryskowi, szukając czy krwotok byłby na tyle poważny, że wyśledzenie po plamach krwi byłoby realną opcją.

                                      "Jeżeli się nie mylę, cięła go na poziomie klatki piersiowej. Nie głęboko, ale na pewno krwawił i to nie mało."
                                      Viktor kiwnął głową, opuszkami palców dotykając jednej z mniejszych plamek, jakby miał coś z dotyku wyczytać.
                                      “I wrócił potem do środka.” stwierdził, wiodąc palcami do kolejnej plamki, wyraźnie prowadzącej do speluny.

                                      • Fisuś… Podlecisz?
                                        Ugiął się odrobinkę gdy chowaniec, w niemałej prędkości, wylądował mu między łopatkami, by przejść na bark.
                                      • Idziemy dalej do środka. Nie chcę niespodzianek. Sprawdź wnętrze. Jeśli dasz bezpiecznie radę to jeszcze zaplecze.
                                      • Ayay - odpowiedział niewidzialny imp i Viktor znów się nieco ugiął, gdy chowaniec się od niego odbijał.

                                      Viktor wszedł do środka w sfatygowanym mundurze straży, którego potrzeba prania nabierała powoli bezwzględności. Nie zatrzymał się w drzwiach, ani nawet nie rozejrzał, ale poszedł prosto do lady i usiadł ciężko przed barmanem.

                                      • Dwie zmiany z rzędu. Nie tylko bez śniadania, ale i bez kolacji - głos miał zmęczony i pobrzmiewała w nim frustracja - Daj mi co masz dobrego i tłustego a i jeszcze czegoś, by przełyk czymś zlać, co?
                                      • Płacisz ty czy straż? - zapytał barman sięgając za kontuar i nalał nowo przybyłemu kufel piwa. Po chwili też ustawił przed nim talerz z kiełbaskami - Ciężki dzień?
                                        Niby-nie-Viktor poklepał się w pierś, na znak, że on sam płaci.
                                      • A dopiero się zaczął, co? - zaśmiał się kwaśno - Ciężki dzień to dopiero będzie jak starej będę musiał wyjaśnić czemu mnie w nocy nie było… ughh… Wiesz co mnie drażni okropnie?
                                      • Niska płaca? Brak szacunku? Żelazna Dziewica Blackfyre suszy ci głowę o raporty?
                                      • Heh… niektórzy powinni nauczyć się gęby trzymać zamknięte… To wszystko racja, oczywiście… ale teraz o czym innym myślałem. Miałem do czynienia z wieloma chłopakami co im się wydaje, że ja tylko czekam by znaleźć pretekst by ich do lochu wtrącić. Zdecydowanie zbyt wielu nie rozumie, że ja to chciałbym przede wszystkim do domu wrócić i z córeczką się pobawić, pisząc możliwie mało raportów ughh… półgłówki utrudniają życie i sobie i mi… wiesz o czym mówię? - pytał Niby-nie-Viktor między kęsami kiełbasy, pochłaniając ją niewiele gryząc.
                                      • Ano.. - przyznał barman - Tu szczególnie idiotów nie mało…
                                      • Ano…w - przytaknął strażnik uradowany, jakby już pierwsze wepchnięte w gardło kiełbasy poprawiły mu nastrój - Ale gdzie moje maniery… Pierwszy raz tu jestem. Ralph Hillsbury - przedstawił się, ocierając otłuszczoną rękę w spodnie i kładąc ją na ladzie w sposób który pozwalał, ale nie narzucał uścisku dłoni.
                                      • Garv Uli. - barman uścisnął dłoń "strażnika" - Długo już tyrasz dla ludzi lepiej zarabiających od ciebie?
                                      • Hmmm… - zastanowił się chwilę i otworzył oczy szerzej w zrozumieniu - O żesz kurde mol to jasny strzeli… to piętnaście lat będzie… Eh… kiedyś bym myślał, że po takim czasie to mnie aspirantem przynajmniej zrobią… dupki. A tobie przynajmniej interes się kręci?
                                      • Eh, tyle o ile. Nie jestem Dworem czy inną "poważną karczmą", ale klientów stałych mam. Ostatnio nawet kilku nowych.
                                      • Ale przynajmniej tu mnie stać napchać sobie żołądek, więc dla mnie przedniejszy jesteś od Dworu! - Ralph wzniósł kufel w podzięce i upił solidnie z niego.
                                      • Choć pewno klientela też bywa uciążliwa, co? - zapytał po chwili.
                                      • Po to mam kastety pod ladą. - odparł Garv - Jednak większość to swoje chłopaki, wiedzą, żeby tu smrodu nie robić.
                                      • Ale nie wszyscy, co? Jak często “smród” ci się zdarza? - zapytał oblizując palce, jakby od niechcenia.
                                      • Raz na jakiś czas. Wczoraj jeden bęcwał wdał się w jakąś bójkę i go chlastnęli.
                                      • Chlastnęli? Nie miej mi tego za złe Garv, ale w tej dziurze, którą jest uliczka za twoim cudownym przybytkiem to i skaleczenia bym się bał… obejrzał go medykus jakiś? Zakażenie to wredna zdzira. Kumpla pół dekady temu straciłem od skaleczenia o tu, na ramieniu. Wdarła się gangrena, ucięliśmy mu rękę, ale było już za późno. A syczał i prychał do samego końca, jakby już na drugą stronę zaglądał.
                                      • Chłopie, gdzie ja ci tu znachora znajdę? Zapłacił za litra czystej i mu lali po tej ranie aż się nie uspokoiła. Zabrali go potem do siebie.
                                        Ralph skrzywił się niezadowolony.
                                      • Nooo… jak go po ręce cięli to pewnie i starczy, ale jeśli to szyja czy tors… tsk tsk tsk…
                                      • Tors... - odparł ponuro Garv i przeleciał palcem po środku swojej klatki piersiowej - Tutaj. Czyste cięcie, jakby się papierem zaciął, tyle że głębiej.
                                      • To precyzyjna prezentacja i rzeczywiście tak blisko serca to przeszło, czy tak ci się, po prostu, pokazało? - zapytał Ralph mrużąc brwi zmartwiony i nagle uważny.
                                      • Czy blisko serca? - Garv się zastanowił - Znaczy się na poziomie, tak. Ale cięcie nie było aż tak głębokie. Bliznę będzie miał do popisywania się, ale nie doszło do niczego istotnego.
                                        Ralph patrzył na niego z powątpiewaniem.
                                      • Że nie do serca, to ja wiem, bo by teraz leżał tam gdzie go rzucił ktoś. Myślę o zakażeniu. Mówiłem ci przecież… kumpel mi zszedł od skaleczenia na ręce. A im bliżej serca tym gorzej… Uwierz mi, wiem co mówię… w wojsku takich szyłem przez dwa lata, nim w Evercrest dupę posadziłem. To dobry chłopak, którego szkoda by było, czy gnój co lepiej niech tam sobie zdechnie w kanale?
                                        Twarz Garva zrobiła się nieco bledsza.
                                      • Nie no, gnój jak większość. Ale swój chłopak, nie chciałoby się go jeszcze do ziemi wsadzać... - mężczyzna zakrył usta dłonią wyraźnie myśląc - A mówisz, że znasz się na tym? Byłbyś w stanie pomóc idiocie?
                                        Spojrzenie Ralpha pozostawało sceptyczne.
                                      • A przyjmie pomoc od strażnika?
                                      • Powiedz mu, że Dozer za ciebie ręczy. Będą wiedzieli, że jesteś ode mnie.
                                        Rozważania w głowie Ralpha się przedłużały.
                                      • Jeszcze się nie zgadzam, ale daleko to stąd? Wiesz… Jestem na nogach od szóstej rano… wczoraj.
                                      • Dwa domy stąd w kierunku centrum. Rudera z zieloną farbą i dziurą w dachu.
                                        Strażnik oparł głowę na dwóch palcach, przytkniętych do nasady nosa, krzywiąc się w niezadowoleniu.
                                      • Ughh… Czyli nawet jest mi po drodze… czort to! Niech będzie skoro Los tak chce. Jesteś pewny, że samo hasło “ja od Dozera” da radę przezwyciężyć mundur? Po dzisiejszej nocy moja cierpliwość jest na wyczerpaniu…
                                      • Bez problemu. Mamy kilku waszych, którzy nam pomagają. - Garv chyba szybko się złapał na tym co insynuuje - W sensie wiesz, rzucą nam groszem, czy zrobią jakąś przysługę za kilka miedziaków.
                                      • Jjjasne… - powiedział powoli, z pewną dozą podejrzliwości, której brak byłby znacznie bardziej podejrzany… choć śmierdziało mu to grubszą sprawą. - Ostatnie pytanie. Co się stało ze szlachtającym? Nie wiem nic aby ktoś z moich go zgarnął, a samosądów dosyć mocno nie lubię…
                                      • Ponoć chłopak jakiejś dziewczyny, którą idiota przeleciał, miał uwagi do korzystania z tego co jego. Nic mi nie wiadomo czy go zgarnęli.
                                        Ralph prychnął…
                                      • Baby.
                                        ... choć Viktor miał ochotę zgrzytnąć zębami.
                                      • No dobra. To za to ile płacę? - zapytał wskazując pusty talerz i kufel.
                                      • Dwa srebra. - odparł Garv - Sorry, ale nie mogę dawać darmówek.
                                      • Nie liczyłem na to. To tamtego durnia policzę, choć nie wiem jeszcze ile… - stwierdził Ralph kładąc monety na stole. - Eh… pójdę się jeszcze przebrać jednak. I tak nie mam nawet maści z rokitnika, to bym najwyżej obejrzał. Dzięki za żarcie.
                                        Odżegnał się quasi-salutem wstając i wyszedł, gdy Fisuś został wciąż na krokwi pod sufitem… obserwując i słuchając. Jeśli Niby-nie-Viktor miał dostać swój ogon to powinien wiedzieć.
                                        Nic się jednak nie stało. Jeżeli jest to jakaś szajka z zorganizowanej przestępczości, część organizacyjna ma wiele do życzenia.
                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SeachS Niedostępny
                                        SeachS Niedostępny
                                        Seach
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #121

                                        Viktor poszedł dłuższy kawałek w kierunku koszar straży, a gdy po raz trzeci nakarmił swoją paranoję i upewnił się, że nikt go nie śledzi wszedł do alejki, gdzie zrzucił iluzję mundury, zostawiając lekki skórzany pancerz. Potem poszedł pod wskazany adres.
                                        Inną drogą.

                                        Ale przed dotarciem położył jeszcze dłoń na głowni Rhaasta.
                                        “Na ten moment nie będziemy go jeszcze zabijać. Garva trochę nastraszyłem i alkohol powinen wystarczyć na tę ranę, więc zamierzam go rzeczywiście opatrzyć. Dla picu i zaufania. Martwię się, że kumple naszego przyjemniaczka również stosują podobne metody, a wtedy chcę aby wszyscy żarli glebę… Tak informuję z góry abyś się nie zdziwił.”
                                        "Rób jak chcesz, popieram opcję zabicia większej ilości." Rhaast wydawał się nie zainteresowany całym procesem prowadzący od punktu A do punktu "Mordowanie".

                                        Znalezienie kryjówki "Idioty" nie było trudne, zielone ściany i dziura w dachu dość się wyróżniały. Chociaż zielonego niewiele już zostało na ścianach. Jedyna rzecz, która wydawała się solidna w całej konstrukcji to drzwi.

                                        Ralph westchnął. Już wcześniej upewnił się, że ewentualne przeszukanie nie pokaże nic interesującego, a materiały medyczne miał w torbie poza podwymairową sakwą… mimo to znów miał ochotę to zrobić. Stresował się… odrobinkę… ale znacznie bardziej niż powinien… zbeształ się w
                                        myślach i uderzył pięścią w drzwi kilka razy.

                                        • Czego!? - przez drzwi wypadł dryblas, typowy typ spod ciemnej gwiazdy. Więcej mięśni niż rozumu, mniej cierpliwości niż włosów na głowie, a ten był łysy - Zgubiłeś się?

                                        • Dozer mnie przysyła - powiedział Ralph krótko przechylając głowę nieco w bok, w oczekiwaniu. - Chcesz bym tłumaczył tutaj, czy w środku?
                                          Mężczyzna kiwnął głową, aby Ralph za nim podążył.
                                          W środku zobaczył kilku inny mężczyzn grających w karty, w kącie zobaczył jeszcze jednego zwiniętego na łóżku.

                                        • Więc, czego chce Garv?

                                        • Pytanie czego wy chcecie. Uli poprosił czy bym nie obejrzał waszego chłopa, co dał się poszlachtać. Sanitariuszem w wojsku byłem - doinformował nieco od niechcenia i wzruszył ramionami. - Ralph Hillsbury jestem - dodał i gestem zaproponował swoją dłoń, ale w nienarzucający się sposób, uznając suwerenność gospodarza.
                                          Dryblas spojrzał najpierw kwaśno na Ralpha, zerknął kumpli, którzy kiwnęli głowami. Mężczyzna westchnął i wskazał na leżącego na łóżku.

                                        • Philip. Debil wczoraj jakąś dziewczynę wydupczył i jej chłopak go dorwał.

                                        • Tak też słyszałem - przytaknął i skierował kroki do Philipa… ale powoli, aby łysol mógł się z nim łatwo zrównać jeśli by chciał. - Przytomny jest? - zapytał nieco ciszej, gdy się zbliżyli do rannego.

                                        • Teraz śpi. Pół wódy, którą dostaliśmy od Uliego wychlał, co go czyszczenie nie bolało. Nawet się nie podzielił, gnida.

                                        • Dupek… - przytaknął Ralph i przyklęknął przy chłopie - Philip! Budzimy się! - podniósł głos klepiąc go po policzku.
                                          Mężczyzna mruknął coś i powoli otworzył oczy, zerkając na Ralpha oczami, które niczego nie rejestrują.

                                        • Czeeeego? Nie widzisz, że śpię?

                                        • Widzę - przytaknął - Ciężko byłoby cię obudzić jakbyś już nie spał, nie? Siadaj proszę. Przyszedłem obejrzeć twoją ranę abyś na pewno żyw z tego wyszedł. Ralph Hillsbury jestem.

                                        • Jasne… - mężczyzna usiadł niechętnie i podniósł bluzę. Ralph mógł zobaczyć bandaż na torsie. Krew powoli zaczęła przebijać się przez opatrunek.

                                        • Tsk… wciąż krwawi. Od pasa w górę nago, proszę. Jakieś czyste ręczniki dostanę? - zapytał łysola - Muszę zdjąć bandaż a wolałbym wam wszystkiego nie zakrwawić, jeśli się otworzy bardziej niż się spodziewam… jakbym mógł stół zająć byłoby mi wygodniej i mniej niekomfortowo dla Philipa.

                                        • Mamy jakieś szmaty. - odparł mężczyna, który wprowadził Ralpha. Pomyszkował przy jednym z lewo stojących regałów i rzucił "medykowi" kilka szarych, ale czystych kawałków materiału.

                                        • Dziękuję… - kiwnął głową do łysola i spojrzał na dwóch mężczyzn co grali przy stole w karty. Gapili się w niego z zaciekawieniem kota, co muchę zobaczył, ale nie ruszyli tyłków. Ralph westchnął, potem wziął wdech…

                                        • Dupy, kurrrwa, w troki bo nogi z nich powyrywam! - ryknął jak sierżant w wojsku na co leniwszego rekruta, wstając i z mocą krocząc w ich kierunku - Stół chcę pusty widzieć i was daleko od niego, zanim Philip rozbierać się skończy! Raz! RazRAZ! - poganiał podkreślając klaśnięciami w rytm słów.
                                          Mężczyźni zerwali się słysząc krzyk Ralpha. Najwyraźniej nie spodziewali się tego typu energii od niego. Pozbierali karty i kufle ze stołu, a sami przeszli na bok pomieszczenia.
                                          Sanitariusz nie poświęcił im więcej spojrzenia. Ocenił krytycznie blat i jedną z danych mu szmat przetarł go z okruszków, rozlanego piwa i bogowie raczą wiedzieć czego jeszcze. Ustawił dwa krzesła naprzeciw siebie i zawołał Philipa gestem do siebie, ale jeszcze go nie sadzał na krześle.

                                        • Podejdź, proszę - znów był łagodny i uprzejmy.
                                          Rozłożył na stole własny czysty materiał a na nim kilka przyrządów, które oczekiwał wykorzystać, a niewielką torbę medyczną nad nim.

                                        Spojrzał oceniająco na Philipa.

                                        • W skali od zera do dziesięciu jak bardzo pijany teraz jesteś? Jeden to ledwo dostrzegalne poczucie lekkości, dziesięć to całkowite wyłączenie.
                                        • Ee… ts..ts…tszy? - odparł mężczyzna. Jak na oko "Ralpha" jakieś pięć.
                                          Ralph kiwnął głową niezrażony.
                                        • Czym zadano ranę? To był nóż, szabla, tasak?
                                        • Nósz jaki. Dziwkę wczoraj wziąłem, jej chłop się zjawił z kumplami. Dwóch powaliłem, ale skórwysyn mnie chlastnął.
                                        • Imponujące - przytaknięcie pełne było wątpliwości - Było dużo krwi?
                                        • No trochę. Ostre żelastfo było. Ale spokojnie, dużo piłem to nadrobiłem.
                                        • Alkohol rozrzedza krew. Postaraj się więcej ni pić gdy jesteś ranny. Wiem, że uśmierza ból, ale znacznie łatwiej się wykrwawić. Zacznę odwijać bandaże. Nie kasłałeś krwią, nie czułeś jej smaku w ustach, ani nie wyplułeś brunatnych, miękkich grudek?
                                        • E? Nie?
                                        • Miałeś dreszcze? Uderzenia gorąca, lub zimna? Nie czujesz jakiegoś odrętwienia? - pytał z umiarkowaną wiarą, wciąż odwiązując bandaże… tak pijany Philip mógł ich nie zauważyć, a ostatnie mogłoby być od samego alkoholu.
                                        • Nooo trochę chłodniej mi… a co, to źle?
                                        • Jakbyś miał uderzenie zimna to byś wiedział o tym i byłoby źle. Chłodniej jest nieidealnie, ale może być. Kiedy ostatnio coś jadłeś?
                                        • No kiełbachę opchnąłem przed snem. A co, to też źle?*
                                        • To standardowy wywiad - odpowiedział nie patrząc na niego, ale powoli kończąc odwijanie. Im głębsze warstwy tym bardziej brunatne się robiły - Niektóre leki można podawać tylko na czczo… - uznał, że nie będzie wnikał w chwalebne opcji udławienia się własnymi rzygowinami - Teraz może nieco boleć - ostrzegł gdy odwijał bandaże bezpośrednio z ciała. Rana była pokryta popękanymi strupami i krwią. Nieco rozwarta i nie za głęboka, ale Niby-Ralph widział obumierające skrawki tkanki popalone wódką. Rana nie była głęboka, ale wymagała oczyszczenia i szycia. Było to czyste, gładkie cięcie, jeżeli chłopak przeżyje będzie miał ładną bliznę.
                                        • Dobra. Trochę nad tym spędzimy. Siadaj, proszę, tak trochę bokiem do mnie - poinstruował i samemu usiadł na swoim krześle.
                                        • Macie tu możliwości przegotowania wody? - zapytał tego co go wpuścił - Jak ty masz, w ogóle na imię? Czy “Łysy” do ciebie wołać?
                                        • Zygmunt. - odparł "łysy" - Mam garnuszek, zaraz coś załatwię.
                                        • Poproszę. Mojej na to nie starczy - stwierdził, patrząc na swoją szklaną butelkę wody i zwrócił się znów do Philipa. - Potrzebuję dojścia. Weź proszę… rękę tak… - instruował go, samemy chwytając go za łokieć i pokierował aby oparł dłoń na swojej własnej głowie, pięknie prezentując bok. Z rany pociekły trzy małe strużki krwi. Jakby Philip był trzeźwy to byłby bolesny ruch.
                                        • To będzie nieprzyjemny proces - ostrzegł rannego.
                                          Niby-Ralph położył ścierki które dostał na biodrze chłopaka, aby wchłaniały spływającą krew i zaczął pracę…Pęsetą i czystym materiałem, moczonym w przegotowanej wodzie, powoli oczyszczał ranę i okolice z krwi. Czasem coś wyciągał z niej, czasem musiał skalpelem wyciąć kawałek obumarłej tkanki.
                                        • Pamiętam jak jeszcze za czasów wojska na przepustkę do Pitax pojechałem z kumplem… mówię ci… tyle chętnych szmat tam spotkaliśmy. W życiu tyle się nie nadupcyłem. Nie ważne czy wolna, czy mężata, czy chłopczata… zero szacunku do siebie - zabawiał Philipa opowieścią mającą pomóc mu się otworzyć… może nawet wyznać swoje grzechy. - Ale sądziłem, że w Evercrest to wcale nie jest takie częste… - dodał z pobrzmiewającą niepewnością, aż proszącą się o sprostowanie.
                                        • Ee tam, ta pijana była. Facet ją dla innej zostawił. A tak to jej jeszcze…
                                        • PHIL! Morda! - Zygmunt uciszył kolegę zanim ten powiedział za dużo.
                                        • Oj daj spokój. To swój chłop jest. Pomaga widziszszszszsz?
                                        • Jaki swój? Nie znasz gościa.
                                        • Ale mi pomaga. Poza tym słyszałeś, sam lubi korzystać, mosze i od nas zechce pomosy… - nie czekając na reakcję kolegi, Philip sięgnął do kieszeni i wyjął kilka tabletek - Słuchaaaj… to działa doskonale. Wrzucisz babie do piwa i jest twoja do rana…
                                          Niby-Ralph wiedział, że musi działać szybko. Zygi ogarniał i rozumiał jak bardzo tajne powinno być to co pijany Philip właśnie głupio wypaplał.
                                        • Ohoh atmosfera tężeje - skomentował biorąc pigułki i kładąc je obok swoich narzędzi, nie poświęcając im więcej uwagi. - To morfeina? Nie przejmuj się Zygmuncie… jak to mówią, niech pierwszy rzuci kamieniem kto nigdy nie podrzucił nic szmacie do drinka, co? Czy sam bym mógł rzucić kamieniem? Może tak, może nie, ale ja tego nie wypaplam nawet po pijaku. Wszystko w porządku, Zygmunt? Nie mamy spiny? - pytał wciąż oczyszczając ranę… choć zwolnił… i spiął mięśnie, wczuwając się głęboko w emocje Fisusia, co siedział wczepiony w krokiew pod sufitem. Liczył, że da mu ten ułamek sekundy więcej, jakby miało dojść do przemocy…
                                          Zygmunt westchnął.
                                        • Nie ma, nie ma. Tylko kurwa cicho. Szef nam łby pourywa jak się rozniesie. - Zygmunt zerknął na resztę grupy, która też się uspokoiła - Co mamy z tym idiotą robić jak już go załatasz?
                                        • Trochę instynktu samozachowawczego wlać do głowy? Od tego bym zaczął. Może lepszą wersję ustalić, bo tu od początku widać, że to nie jest rana od noża, a miecza… prostego i diablo ostrego. A jeśli pytasz o kwestie medyczne… jak go pozszywam to przydałaby się kontrola za trzy dni a potem za siedem, jeśli wszystko będzie dobrze szło. Następnie za dwa tygodnie by szwy zdjąć. Nie róbcie tego sami. One potrafią się rwać i jak kawałek zostanie w ciele to może się paskudzić. Poza tym zostawię wam maść do smarowania i zioła, z których będziecie napar robić do nasączania bandaży. Jeśli będzie postępował zgodnie z zaleceniami to będzie żył, a do blizny dorobi sobie chwalebną legendę z jakim to rycerzem nie walczył gdy ją zarobił.
                                        • Jasne. Coś się należy za usługę?
                                        • Zwrócicie mi za materiały, a robocizna… powiedzmy, że jak Philip tak chętnie oferuje to przyjmę te tabletki. W celach naukowych, rzecz jasna… Powiedzcie mi tylko co to precyzyjnie za środek, abym wiedział czego się spodziewać.
                                        • My zwykłe chłopy jesteśmy. Nie wiemy co to, wiemy co robi. Na ulicy Zmierzch na to mówią. Jak łykniesz z wodą to cię tak uspokoi na chwilę, a później będziesz miał jazdę jak nigdy.
                                        • Nie chodzi mi co się dzieje w głowie, ale jak to wygląda. Jakbym wziął to rekreacyjnie i jakaś stara prukwa się do mnie przystawiała… jak bym to odbierał? - pytał powoli, niby od niechcenia, jakby cały czas bardziej skupiony był na oczyszczaniu rany. - Teraz będziemy szyć - poinformował Philipa - Będzie bolało, ale to jest potrzebne. Inaczej nawet jak nie zakazi się to się bardzo brzydko zabliźni i nie będzie chwalebnych historii jej pozyskania.
                                        • Wrzuć jej do piwa czy co tam będzie miała, łyknie i po pół minuty, powietrze z niej zejdzie i będzie jak szmaciana lalka. Zrobisz swoje, zostawisz gdzie chcesz a ona nic nie będzie pamiętać.
                                          Niby-Ralph kiwnął głową zakładając pierwsze szwy.
                                        • No już Philip… duży chłopiec jesteś i tak pijany powinieneś to ledwo czuć. Potrzebuję ciebie byś się nie ruszał, bo mi się sam na igłę nadziejesz jak się szarpniesz, w porządku? Super. Niedługo kończę i wrócisz spać.
                                        • Jakby mi się spodobał i chciałbym potem go więcej kupić… mogę do was przyjść?
                                        • Jasne. Towaru jeszcze trochę mamy, a niedługo powinniśmy mieć kolejną dostawę.
                                          Viktor zdziwił się, ale był to czysto wewnętrzny gest. Zygmund nie wiedział, że producent wpadł, czy jednak to nie Ahair był producentem?
                                        • I po ile on chodzi? Po znajomości… dla kumpla… - przymilał się, chichrając pod nosem, ale wciąż głównie szył.
                                        • Dwa srebrniaki za pastylkę.
                                        • Przyzwoicie. To może na tej kontroli za trzy dni bym dokupił - zaśmiał się pod nosem z obrzydliwą nutą. - Już powoli kończę Philip… - dodawał otuchy wiercącemu się rannemu, choć wcale nie było blisko końca, ale jeśli był zbyt pijany by poczuć, że dopiero trzecią część rany pozszywał to zaraz zapomni, że mu kit wciskano.
                                        • Jakbym szukał dodatkowego grosza… to w waszych kręgach często dajecie się ciachać daleko od felczera? Byłby w tym pieniądz do zrobienia?
                                        • Zapytamy. Na ogół nie lubią nie sprawdzonych. Chociaż jak się wstawimy za tobą… czemu nie. Lepiej wyglądasz od nas, możesz się dostać w lepsze miejsca.
                                        • Gwoli ścisłości… myślę tutaj o szyciu was, a nie rozprowadzaniu towaru, czy innymi zorganizowanymi nielegalnościami. Co robię prywatnie to moja sprawa, ale jeśli mam wpaść to wpadnę przez własne błędy, a nie bo jakiś młody coś wypaplał… Hipotetycznie. Jakbym miał mieć jakiekolwiek powody do wpadki. Rozumiesz.
                                        • A jasne. Tylko jak mamy cię znaleźć?
                                        • Hmm… to istotnie problem do rozwiązania… - mruknął wciąż pracując - Wiesz. My tu kumple i fajnie ale, chyba rozumiesz, że wolę byście nie wiedzieli gdzie mieszkam ze starą i córeczką. To definitywnie nie ten etap znajomości. Na ten moment dowiedzcie się tylko czy to wchodzi w grę i zostawcie u Dozera informację. Jeśli bylibyście zainteresowani to coś wymyślimy, a jeśli nie… - wzruszył ramionami - To będzie to jednorazowa przygoda. No… poza tymi wizytami kontrolnymi, bo tu bym naciskał. Takie rany trzeba sprawdzić. Nie trudno sobie jakiś syf przypadkiem wetrzeć.

                                        Viktor nie naciskał dalej i niedługo potem wyszedł. Wziął Zmierzch, wziął parę monet za materiały, zostawił instrukcje i pożegnał się. Niewidzialny Fisuś ponownie potwierdził brak ogona, a potem… wrócił do chłopaków i przysiadł na dachu, obserwując ich przez dziurę. A nóż widelec dowie się kim może być ten tak zwany “szef”. Miło byłoby i go dorwać. Sam poszedł okrężną drogą. Twarzy nie mógł zgrabnie zmienić, ale wierzchni ubiór to było dla niego samo strzepnięcie ramionami… Zatrzymał się w jakiejś karczmie, zamówił piwo i w rogu, z kapturem naciągniętym na twarz zabrał się do pracy… póki w pamięci świeże były twarze sporządził portrety pamięciowe.
                                        Portrety wyszły porządnie, zachował proporcje twarzy , rysy i znaki szczególne. Do tego miał imiona powiązane z dwoma portretami.

                                        W marszu powrotnym Viktor w końcu uznał, że już czas poznać opinie Rhaasta.
                                        "Czemu ich nie zabiłeś?" - usłyszał gdy tylko położył dłoń na jego głowicy.
                                        “Bo zamierzam rozmontować całą ich żałosną bandę. Chcę dorwać ich szefa i upewnić się, że ten syf więcej nie pojawi się w Evercrest. No i Kaylie powinna być obecna gdy Philip będzie umierał. Nie zgodzisz się z tym?
                                        "... Nie." głos miecza na ogół był pozbawiony większej gamy emocji. Głównie irytacja. Tym razem, jego ton był zimny.
                                        “Rozwiniesz myśl? Mam związane ręce, bo już jej obiecałem, że dam jej wybór… ale chciałbym poznać trochę głębiej twoją opinię.”
                                        "Ponieważ nie skończy się to na byciu obecnym. Będzie chciała partycypować i nie będzie to ładne."
                                        “I myślisz, że to jej bardziej zaszkodzi niż pomoże?”
                                        "Nie jestem terapeutą. Ale sądze, że dźganie gościa aż w końcu nie trafi się w coś ważnego nie będzie dobre, na dłuższą metę."
                                        “To sensowna obserwacja.” przytaknął mieczowi “I tak ekstremalnego obrotu sprawy definitywnie wolałbym uniknąć. Myślałem raczej o poderżnięciu gardła, ewentualnie poprzedzonym szybką kastracją. Może zadowoli się powieszeniem? Publiczne egzekucje mają cudowny aspekt upokorzenia. I pozostałe ofiary też mogłyby obserwować. Może być mniej satysfakcjonujące, ale nie przyłożenie ręki definitywnie będzie łagodniejsze na psychice.”
                                        "To jej nie zadowoli…" miecz wyraźnie rozważał możliwe opcje "Nie pokażesz jej tego, będzie zła, że zrobiłeś to za jej plecami. Publiczna egzekucja, będzie zła, że sama tego nie zrobiła. Zrobi to sama, pogrąży się w niezdrowej przemocy… Co jeżeli ona dokona egzekucji? Pchnie stołek, czy tam pociągnie za wajchę od szubienicy?"
                                        “Hmmm… trzeba będzie zakręcić. Na to Filia musiałaby się zgodzić i trzeba by zrobić całkowicie zgodnie z procedurą prawa… a ja już zacząłem od podszywania się pod strażnika. W retrospekcji… było to zbędne, ale myślałem, że Garv więcej problemów sprawi. Nie zmienia to faktu, że to jest bardzo nielegalne. Ale pewnie uda mi się to odpowiednio zawinąć… I Kaylie musiałaby poprawnie dokonać egzekucji… żadnego błędu który by przedłużył cierpienie Philipa… a problemem pozwolenia jej samodzielnie go zabić jest właśnie jej brak powściągliwości…” myślał Viktor niby-na głos…
                                        "Po prostu o tym nie wspominaj? Powiedz, że zdobyłeś informacje, bez wchodzenia w szczegóły." zaproponował miecz

                                        • Od tego na pewno zacznę. - odpowiedział VIktor na głos nim się złapał. Odkaszlnął i wrócił do mentalnej komunikacji.
                                          “Ale nie spotkałem kompetentnych kapitanów straży, co nie chcieli szczegółów. Wiesz… linią obrony jest tutaj, że ja, tak naprawdę, nigdy nie twierdziłem, że jestem strażnikiem. Miałem na sobie coś podobnego do munduru straży i pozwoliłem im wyciągnąć błędne wnioski. Ludzie są bardzo pochopni, gdy się ich odrobinkę pchnie w odpowiednim kierunku… “
                                          "Co nie usłyszy to se dopowie." skwitował miecz "Tu nie jest Cheliax, czy sala sądowa Azazela. Tu się zgodzę z Kaylie. To dziura w zadzie świata, gdzie każdy jest kuzynem każdego. Bez urazy."
                                          “Ale co sobie dopowie to nie zmusi jej do działania, jeśli sama nie będzie chciała. Jakoś to rozwiąże, jeśli Kaylie zgodzi się iść zgodnie z literą prawa. “
                                          "Prawo już kilka razy ją zawiodło. Będziesz musiał to jej dobrze sprzedać."
                                          “Zrobię co mogę, ale wciąż utrzymuję, że to nie jest magia. Zobaczymy.”
                                          "Bez urazy Khal. Przestań z tą pokorą, bo się mi mdło robi. Dobrze wiesz jaką siłę potrafią mieć słowa jeżeli użyte na odpowiedniej osobie w odpowiednim czasie."
                                          “Wiem doskonale i wiem, że to też czasem zawodzi. Nie bez powodu byłem Trzecim Piórem Cheliax, a nie Pierwszym. Dlatego mówię, że zobaczymy. Więcej ode mnie nie wyciągniesz… i bardziej Viktor jestem niż Khal… jeśli nie masz nic przeciwko. Ledwie się przyzwyczaiłem, że Kaylie tak do mnie mówi…”
                                          "Jasne, jasne Viktor." miecz przez chwilę był cicho "Pomysł mam. Sprytny. Możesz spróbować nakręcić swoją siostrę, że tych patałachów złapałeś jako część usług Kościoła Azazela i z tego tytułu, rezerwujesz dla Kościoła prawo egzekucji. Tu wchodzi Kaylie, wszystko zgodnie z lokalnym prawem i obrządkami. Jej natomiast powiedz jedno, że ten cały Philip, to dopiero pierwszy."
                                          “Pomysł dobry i ma pompę… niestety widzę tutaj dwa poważne problemy. Po pierwsze: Kaylie musiała by oficjalnie przystąpić do kościoła, a tego ona nie chce robić. Po drugie: kościół Kozła na ten moment jest w pełni hipotetyczny. I to Filia musi nam dać na niego pozwolenie. Pozwól mi spróbować rozwiązać to po mojemu… tak aby Filia była nam jeszcze wdzięczna za pomoc, zamiast czuć się przymuszona. Wierzę, że uda mi się to wszystko ugrać, jeśli tylko Kaylie przekonam.”
                                          "To już bardziej leży w kwestii szefa, a nie twojej." przyznał miecz "Ty ją przekonasz do swojej sprawy i że twoja sprawa i sprawa Azazela się spotykają gdzięś. Jeżeli chcesz, aby ona się przekonała do Kozła, to on sam musi ją przekonać."
                                          “Lubię myśleć, że mam tutaj przynajmniej poboczną rolę wsparcia… ale ostatecznie masz niewątpliwą rację. Kozioł również potrzebuje się odpowiednio zaprezentować i to jest niezależne od moich umiejętności. Mam nadzieję, że da radę, bo inaczej będziemy trochę w kropce… jednak mam w niego wiarę. Muszę tylko odpowiednio przygotować samą Filię, aby rozumiała, że idzie do boga na audiencję, a nie podejrzanego przesłuchać.
                                          "Bóg to duże słowo. Szczególnie jeżeli idzie o niego. I szczerze, przyda mu się kontakt z rzeczywistym śmiertelnikiem. Jeżeli chce się bawić w "obrońcę uciśnionych" czy jak on tam się sprzedaje, to najlepiej, aby jeden z nich mu powiedział prosto w twarz czego się spodziewa."
                                          “Może duże, może nieduże… ale w skali w której ja operuję jest nierozróżnialny od innych bogów i to mi wystarczy. I możesz mieć rację, a może i nie. Wiele jest zmiennych i miałem nadzieję wpłynąć na niego będąc jego arcykapłanem, ale do tego najpierw muszę mu zbudować religię. Ostatecznie… jestem dobrej myśli.”
                                          "Gdybym miał oczy to bym nimi kręcił. Dobra miej myśl dobrą, zobaczymy czy ci się uda. Hm… w sumie możesz jedno jeszcze zaproponować Kaylie. Niech pokaże mnie Philipkowi zanim zadynda. Niech wie CZEMU dokładnie idzie do piekła."
                                          “Nie ma problemu. Skoro mnie autoryzujesz do takiej propozycji to jej to zaproponuję w jakiś momencie. Szczególnie, że brzmi sensownie.”
                                          "Też ja z nią mogę o tym porozmawiać… zgodziliśmy się, że mam być wspierający, prawda?"
                                          “I jestem ci za to bardzo wdzięczny. Myślę, że to nawet lepiej jak ty to jej zaproponujesz, jako główny zainteresowany. Mam tylko jeszcze prośbę… dla Kaylie to może być pewien szok, albo może być podejrzliwa… możliwe, że coś chlapnie, albo zwyczajnie będzie dalej próbowała sama siebie sabotować, godząc w ciebie rykoszetem. Miej do niej odrobinę cierpliwości i wybacz jej drobne potknięcia, hmmm?”
                                          "Ta, ta… w końcu jest tylko człowiekiem… w sensie śmiertelnikiem."
                                          “Dokładnie… i tak między nami… tylko śmiertelnikiem co jeszcze kilka klepek zgubił po drodze” dodał konspiracyjnie, jakby zdradzał tajemnicę do którą tylko oni dwaj teraz znali, ale uśmieszek tańczył mu w rogu ust.
                                          "Nawet nie masz pojęcia. Przynajmniej z alkoholizmu ją wyciągnąłem…"
                                          “Więc oddałeś jej tym wielką przysługę i również ja jestem ci za to wdzięczny. Cieszę się, że miała ciebie w czasie swojej tułaczki.”
                                          "Przynajmniej ktoś jest." miecz znowu zamilkł "Dobra, mam dość tego. Jesteś pierwszą "miłą" osobą, z którą mam doczynienia od ponad millenium. Wiesz jak powinienem działać, prawda?"
                                          “Do usług” uśmiechnął się Viktor w zadowoleniu “To jest tak szerokie pytanie, że nie wiem nawet od której płaszczyzny zacząć. Będziesz musiał trochę zawęzić opcje, albo sam mi powiedzieć co precyzyjnie masz na myśli.”
                                          "Że powinienem być jak Fisuś. Powinienem być jej chowańcem. Kopią jej osobowości i tym podobne?"
                                          “W teorii, ale nie miałem do czynienia z Adeptami Ostrza” odpowiedział krótko.
                                          "No to masz przyspieszony kurs. Ostrze Magusa i Adepta Ostrza to taki Chowaniec, tylko że ekwipunek. Więc, pytanie za sto złota. Czemu JA nie jestem jak Kaylie?"
                                          “Wiele możliwości… coś poszło nie tak na etapie tworzenia. Coś drastycznie zmieniło ciebie po drodze, albo coś zmieniło ją. Może nie zostałeś stworzony dla niej. Może jesteś odbiciem jej cienia – części osobowości z którą jest ona w głębokim konflikcie… dalej wymieniać możliwe opcje? Wyciągnę ich z kapelusza jeszcze trzy razy tyle…”
                                          "Zaraz, ona ci nie powiedziała skąd mnie ma?"
                                          “Byłeś przy wszystkich naszych rozmowach… słyszałeś aby kiedyś mi mówiła?”
                                          "Myślisz, że nie mam lepszych zajęć niż waszego pseudo romansidła słuchać? Oryginalnie byłem mieczem Halpaeril'a, jej pradziadka. Stary rasista upokorzył ją na tyle, że przyzwała Azazela, zrobiła pakt i skopała dupsko elfowi. Azazel przekonał ją, żeby uciekała, ponieważ nie wybaczą jej ataku na pradziadku. Zabrał mnie z technicznie nieżyjącego ciała Halpaerila i wręczył Kaylie. Wtedy oficjalnie związałem się z nią. Tylko, że przez te kilka chwil kiedy Azazel trzymał mnie w łapie, zmienił moją esencję, abym był bardziej podobny do niego niż do Kaylie. Stwierdził, że dziewczyna długo nie pożyje, jeżeli będzie jej towarzyszył potakiwacz. Mógł mieć rację."
                                          Viktor myślał dłuższą chwilę, przyjmując informacje.
                                          “Chyba czegoś nie rozumiem… wyprowadź mnie z błędu, ale jeśli powstałeś jako klon kawałka duszy Halpaerila, który gardził Kaylie z całego serca… to chyba wcale nie byłbyś dla niej prostym hurra-optymistycznym potakiwaczem... gdzie mnie logika zawodzi?” pytał jakby nie miał już własnych teorii, ale zawsze lepiej usłyszeć wyjaśnienie ze źródła, zamiast zgadywać.
                                          "Pozwól, że w takim razie uściślę. ORYGINALNIE zostałem stworzony przez grupę magów jakieś dwa tysiące lat temu. Więc jestem mieszanką kilku dusz, więc trochę bardziej swoją istotą. Przez ten czas przechodziłem przez ręce kilku magów, magusów i kilku co mieli w sobie tyle magii co nocnik. Przed Kaylie miał mnie jej pradziadek jaaakieś 300 lat. Skurczysyn na początku był w porządku. Typowe elfie "Jestem lepszy od wszystkiego". Potem jak Galtianie zamordowali mu syna… trochę mu poszło w drugą stronę i zaczął poważnie nienawidzić ludzi. Kaylie może i była potomkiem tegoż syna, ale też częścią społeczności, która go zabiła. Więc, pognębił ją "dla zasady". Mnie i tak ledwo używał, traktował jak szabelkę na pokaz. Teraz, co do tego czemu Azazel mnie zmienił? Śmiertelnicy naprawdę za dużo przypisują pozaplanowcom i bogom. Sądzisz, że Gorum by wiedział jak ja działam? Założył, że tak będzie i się zabezpieczył. Moja poprzednia osobowość… może by nie była potakiwaczem, ale pewnie by przekonywała Kaylie, aby wróciła i wszystko wyjaśniła. Pewnie zrozumieją i wybaczą… teraz sądzę, że pewnie razem z rodziną by skończyła u Ogrodników."
                                          “A to na pewno… wybacz, ale istotnie przyznam ci rację, że jakby wróciła wyjaśnić to by skończyła jak wuj. Co jak co, ale w wyniuchiwaniu siarki Galt jest całkiem niezłe. A ty jak do tego podchodzisz? Czujesz się inną istotą niż wcześniej? Masz do Azazela żal? Rozumiesz czemu to zrobił? Może jedno i drugie?”
                                          "Wdzięczny nie jestem. Czułem się trochę splugawiony na początku, ale z czasem zacząłem rozumieć jego podejście. Filozofowanie czy to też nie jest wynik jego wpływu zostawię sobie na przyszłe stulecie. Rhaast to ciągle Rhaast, po prostu bardziej infernalny niż elfi."
                                          “A ja bym chętnie z tobą pofilozofował przy innej okazji. Myślę, że byłaby z tego ciekawa dyskusja. I bardzo chętnie posłuchałbym twoich opowieści o wydarzeniach sprzed dwóch tysięcy lat. Poza Kozłem nie spotkałem tak wiekowej istoty, a on nie jest rozmowną osobą. Tymczasem cieszę się, że sobie z tym radzisz. Wielu w twojej sytuacji mogłoby się złamać pod astronomicznej skali kryzysem egzystencjalnym. Twardy jesteś, to trzeba ci przyznać.”
                                          "Viktor… ja spędziłem stulecie na dnie kanionu, sam z gnijącym ciałem mojego właściciela. Najlepsze stulecie mojego istnienia i obie moje osobowości tak sądziły. Wy śmiertelnicy macie w sobie tyle dramaturgii i ego, że nie dziwię się, że bogowie przystali na istnienie piekła. Chodzi mi o jedno z tym całym wywodem. Kaylie tego nie wie. Ona nie ma pojęcia, że Azazel manipulował ją de facto od samego początku. Sądzę, że dobrze by było, aby się przyznał i ktoś mu musi to przekazać."
                                          “Jak bardzo samego początku? Rozumiesz, że ja nie jestem w temacie… masz na myśli od kiedy do akademii się dostała? Od kiedy się urodziła? Jeszcze wcześniej?”
                                          "No dobrze. Nie od SAMEGO samego początku. Od momentu kiedy go przyzwała ledwo działającym kręgiem."
                                          “I… mówisz, że nie wie? Odniosłem wrażenie, że go i tak oskarża o wszystko co złego jej się przytrafiło od momentu gdy go przyzwała… choć przyznam, że nie zagłębiałem się. Może sobie coś dopowiedziałem…”
                                          "No nie wie, bo nie wie, że powinienem być inny. 90% jej edukacji to to co nauczyła się sama z ksiąg Halpaeril'a. Więc nawet nie wie, że powinna go oskarżać o mnie, pewnie spodziewała się, że będę chamem jak jej dziadek."
                                          “Czyli będąc precyzyjnym, aby mieć całkowitą pewność, że dobrze się rozumiemy… mówiąc, że manipulował nią od początku masz specyficznie na myśli, że zmodyfikował twoją świadomość, czy coś jeszcze? Poza jego domniemanymi oczekiwaniami, że historia skończy się jak się skończyła…
                                          "Pamiętasz tą historię z niewolnikami? Poczułem wtedy komendę, aby mówić jej, że uwolnienie ich to zły pomysł. Ju ż wtedy na ogół robiła przeciwnie do moich sugestii… nie wiem co spodziewał się, że zyska tym."
                                          “Najprostszą interpretacją jest, że nie chciał by wpadła ona w syf w który wpadła, gdy nie posłuchała ciebie. Gdyby historia potoczyła się odrobinę inaczej to mógłby ją stracić, a to by uderzyło w jego plany budowy swojej wiary. Bez niej moje zadanie byłoby znacznie trudniejsze.”
                                          "Lub nie byłaby tak złamana jak jest… czyli łatwiejsza do kontroli. Głupio się czuję, że nie zrozumiałem, co się dzieje…"
                                          “Hmmm… Wybacz, ale nie mogę się z tobą zgodzić. Absolutnie rozumiem argument o złamaniu i kontroli, ale jeśli chciałby zrobić z niej posłuszną zabawkę to zabrakło mu puenty. A puenta byłaby banalna i sama pod rękę wchodziła. Widzisz ile lojalności od niej mam za samo to, że oszczędziłem jej tortur przed procesem. To wyobraź sobie teraz, że chwilę potem przybywam do Nyera, jako ten rycerz w lśniącej zbroi… daję Nyerowi socjalnego liścia, ratuję ją z tego piekła, w momencie gdy jest bardzo, ale to BARDZO wrażliwa psychicznie. Zabieram do siebie, gdzie więcej nie spotka jej krzywda. Dodaj trochę pracy z Livią i Cѐline abym odpowiednio się prezentował w ich rozmowach i po trzech miesiącach byłaby absolutnie i totalnie lojalna wobec mnie, a poprzez moją lojalność Kozłowi również wobec niego. Rozwiązanie dramatycznie elegantsze i prostsze. Bez ryzyka, że Thrune ją zabije. Nienawidziłbym takiego łamania niewolnicy, ale chyba nie oskarżymy Azazela o przejęcie się tym, prawda?”
                                          "Po prostu zgaduję. I nie zrozum mnie źle, chciałem jej powiedzieć, że to zły pomysł. Po prostu… odebrano mi wybór w tym."
                                          “A to było rzeczywiście bardzo nieeleganckie… i też tego nie rozumiem. Skoro zmodyfikował ciebie na swoje podobieństwo to powinien się spodziewać, że bez ingerencji będziesz jej to odradzał… Wydaje mi się, że Azazel potrzebuje czasu aby nauczyć się interakcji ze śmiertelnikami… pardon, w jego skali ty również jesteś śmiertelnikiem. Jako jego arcykapłan, gdy już się zasłużę w jego oczach, postaram się go nauczyć więcej miękkich metod wpływu.“
                                          "Masz go przyzwać, aby z tą Blackfyre pogadał co nie? Może będziesz miał okazję, oboje będziecie mieli, aby dać mu drobną reprymendę. Może i jest bóstwem, ale obecnie wy jesteście mu bardziej potrzebni niż w drugą stronę."
                                          “Niestety potrzeba to jedno, ale bat to drugie. A bata na nas ma solidnego. I jakakolwiek reprymenda NIE może mieć miejsca w towarzystwie osób trzecich. Jeśli mam go jakkolwiek krytykować to sama na sam. Jeśli bym mu pomachał palcem przed Filią, to by to wyglądało na słabość, a na to nie będzie chciał sobie pozwolić. Nawet jakby chciał mnie posłuchać, to musiałby dać mi nauczkę. Ale masz pewną rację… będę musiał się z nim bezpośrednio rozmówić przed audiencją Filii.”
                                          "No tak, obrazy majestatu być nie może. Więc, mamy plan. Pora chyba go wdrożyć. Wracamy do Dworu?"
                                          “Jesteśmy już niedaleko. Jestem ciekaw jej reakcji gdy pozna cieplejszego Rhaasta… musisz mi potem opowiedzieć jak zareagowała, jeśli nie będę przy tym!”

                                        Kiedy Viktor wrócił do Dworu, nie zdążył nawet dokładnie przejść progu kiedy dopadła do niego Lilia, widząc wprost przez fałszywą twarz Ralpha.

                                        • I co? Niezłe przebranie przy okazji.
                                        • Znalazłem go - odpowiedział Viktor z niejaką dumą. Ile mu to zajęło? Dwie godziny? - Fisuś go obserwuje. Teraz idę z Kaylie omówić co chcemy z nim zrobić.
                                        • Dobrze. Nie zdążyłam do niej jeszcze zajrzeć. Jeżeli będziecie czegoś potrzebować, wino, zupy… czegokolwiek to daj znać.
                                        • Jasne. Dzięki ci wielkie. Doceniam i ona też na pewno doceni. Idę do niej… tylko najpierw tę twarz zdejmę.
                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SeachS Niedostępny
                                          SeachS Niedostępny
                                          Seach
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #122

                                          W pokoju arkanistki porozrzucane po całym łóżku były różnorakie notatki, a ona sama siedziała wsparta na poduszce uparcie próbując zaznajomić się z lekturą jaką wieszcz jej przekazał. Ku jej niezadowoleniu zdradzały ją własne myśli jakie kierowały jej uwagę na wydarzenia tej nocy.
                                          Ciało wciąż pamiętało dotyk tego mężczyzny, ciepło jego skóry ocierające się o jej własną. Z bólem i irytacją ścisnęła nasadę nosa gdy piekielna migrena znowu powróciła.

                                          Jak tak pracować?!

                                          Odrzuciła książkę na bok swojej poduszki godząc się już z tym, że od następnego elfa usłyszy jak bezużyteczna jest. Nie miała siły teraz skupić się na wszystkich problemach odnoszących się do nauki magicznych zaklęć jakiej to naturę chciała poznać. Czuła się w tym momencie bardzo samotna i pozostawiona, bardzo nieważna.

                                          Rzuciła na głowę kołdrę i skuliła się pod jej okryciem.

                                          • Kaylie? - usłyszała stłumiony głos Viktora niedługo później, kiedy po cichu wszedł on do pokoju. Słyszała kroki gdy podchodził do niej i delikatny dotyk jego dłoni na swoim kolanie, gdy potwierdzał w którą stronę ona, w ogóle, leży..

                                          • Jak nie masz nic przeciwko to do ciebie dołączę… - zadeklarował ściągając z siebie buty i pancerz skórzany. Nie spieszył się, bo dawało jej to czas na przemyślenie i ewentualny protest.

                                          Kilka dłuższych chwil potem do oczu Kaylie przedostało się światło, gdy Viktor podniósł kołdrę… tylko tyle by móc wpełznąć pod nią, ale przyzwyczajone do niemal całkowitego mroku oczy i tak się naturalnie zmrużyły.

                                          Pełzł powoli, wymacując swoją relatywną pozycję palcami, bo o ile przyzwuczajone i ćwierć-elfie oczy Kaylie coś-coś dostrzgały, to on był zupełnie ślepy. W końcu dotarł… do celu. Nachylił się nieco, całując ją w skroń z czułością i opadł powoli naprzeciw niej.

                                          • Jak się trzymasz?
                                          • Dobrze - odpowiedziała mu fałszywie - Przygotowywałam się do lekcji z Ferenem.
                                          • Przyda się pomoc? Praca w parach nie bez powodu jest bardzo często wykorzystywaną techniką na dobrych akademiach.
                                          • To żadna praca domowa. Musiałam spróbować ogarnąć temat, abyśmy mogli dalej o nim dyskutować. - powiedziała cicho - Po prostu... Moje myśli są w każdym miejscu tylko nie tam gdzie powinny i przeszkadza mi to w skupieniu się na tekście.
                                          • Kiedy będziesz się z nim widziała?
                                          • Dziś wieczorem.
                                          • No to mamy czas. Praca zespołowa to nie tylko ćwiczonka po zajęciach, ale również pełne studia. Zewnętrzna stymulacja w postaci moi może pomóc ci się skupić, hmmm?
                                            Parsknięcie śmiechem rozeszło się pod kołdrą.
                                          • Z moich doświadczeń zewnętrzna stymulacja w twojej osobie łączy się z odwrotnością skupienia. Dam sobie radę. A ciebie to stare żelastwo nie zamęczyło? Znaleźliście cokolwiek?
                                          • Oferta wciąż zostaje w mocy… A Rhaast był bardzo pomocny. Mamy gnoja. Nazywa się Philip. Potraktował ciebie narkotykiem który nazywają Zmierzch. To, że cokolwiek pamiętasz z wydarzeń sugeruje, że guzik wiedzą jak ma on rzeczywiście działać, albo coś poszło nie tak. Ma kumpli z bandy, co nie lepsi są od niego i jakiegoś szefa nad sobą. Głupi jak but i łatwowierny jak szczeniak. Mam ich portrety namalowane i Fisuś teraz go obserwuje. Może uda się zidentyfikować szefa. Widziałoby mi się pozbycie ich wszystkich z Evercrest…
                                          • Mhm... Można oczywiście. - wyraźnie zignorowała kwestię Rhaasta - Dobrze się nimi bawiłeś?
                                          • Tfu… nawet tego nie sugeruj. Persona którą przyjąłem na czas śledztwa była plugawa. Nie lepsza niż ta chędożona banda. Czuję się brudny z samych słów które mi z ust wypłynęły i niedobrze mi na myśl, że mogę musieć znów się wcielić w Ralpha…
                                          • Potrzeba ci kąpieli? Nie mam ochoty na razie dalej siedzieć nad książką... Za dużo niechcianych myśli.
                                          • Taaak. Definitywnie się przyda… ale wiesz… Fisuś na czatach to mi samotno, więc tylko jeśli dotrzymasz mi towarzystwa.
                                          • Przecież to rozumie się samo przez się. Oferuję ci łazienkę w tym pokoju. - zdjęła w końcu kołdrę z głowy - Znajdę u siebie jakieś lepsze mydełka, jakie w asortymencie z pokojem dostałam.
                                          • Hmmmm… niech będzie… - stwierdził samemu też wychodząc spod kołdry. Preferowałby łaźnie Dworu, ale skoro Kaylie woli zostać w pokoju to niech tak będzie.
                                            Odkręcił wodę w wannie i zaczął się rozbierać.

                                          Kaylie w tym momencie zaczęła przeszukiwać szafki i wyjmować z nich ręczniki, mydełko i nawet jedno pachnidełko. Cieszyła się, że mężczyzna zostanie z nią w pokoju, a nie pozostawi ją samą ze swoimi myślami. Na razie nie uśmiechało jej się wychodzić za drzwi.

                                          Ułożyła złożone ręczniki na stoliku przy wannie i wpuściła kilka kropel kwiatowego zapachu do ciepłej wody, jaką napełniała się wanna.

                                          Viktor wciągnął zapach pełną piersią.

                                          • Uff… tego mi brakło odkąd Cheliax opuściłem - stwierdził, przepuszczając lejącą się wodę przez palce.
                                            Gdy wanna była jeszcze daleka od wypełnienia rozebrał się i wszedł do niej, pozwalając gorącej wodzie powoli wkradać się wyżej i wyżej. Każde pół cala było nową dawką przyjemności płynącej z takiego gorąca wdzierającego się w głąb ciała. Wyłożył się tak wygodnie jak się dało.
                                          • Przez trzy miesiące w trasie tutaj brakło mi tego jak czort jasny. Kultura higieny po drodze rzadko sięgała standardów do których moje cztery litery się przyzwyczaiły.
                                            Opowiadał o głupotach, tak naprawdę… bardziej by wejść w jakąkolwiek rozmowę i z niej wyczytać nastrój i samopoczucie. Ciekaw też był czy do niego dołączy.
                                            Kaylie ze spokojem podeszła do Khala i stając za nim powoli zaczęła ochlapywać jego plecy cieplutką wodą by po tym zacząć rozluźniający masaż mięśni karku. Nie miała wprawy jak wysoko wykwalifikowane masażystki, ale nie robiła tego na ślepo i to Viktorowi starczyło by mruczeć w zadowoleniu.
                                          • Tak łatwo zapomnieć o braku luksusów życia?
                                          • Może tak, może nie… ale odzwyczaić się bardzo trudno. W mojej pamięci to jest wciąż świeże i mam nadzieję wyrobić nam sytuację, że luksusy wrócą do nas na stałe nim ich zapomnę.
                                            Kaylie nie odezwała się zajęta rozmazywaniem i rozgrzewaniem jednego upartego mięśnia, zbyt twardego, aby niedługo nie zrobił się problemem. Dopiero po chwili mężczyzna poczuł niesamowicie przyjemny ból z jego strony.
                                          • Ughh… - stęknął zadowolony, pozwalając głowie opaść bezwiednie w przód - A czy to ja nie miałem o ciebie tutaj dbać i cię rozpieszczać?
                                          • Przecież znalazłeś tego dupka. - powiedziała ze spokojem i pewnością w głosie. Przyjemnie drapiące uczucie pojawiło się na skórze Khala gdy jego kochanka nacierała ją mydłem z gąbki.
                                          • A to jest zupełnie osobna sprawa. Oczywiście nie śmiem tutaj kręcić nosem, gdy tak dobrze mnie tu traktują… Swoją drogą… w jakiś dziwny sposób… dobrze Ci w Cheliańskim stylu. Jakby jeszcze pod twoją figurę to dopasować to wierzę, że było ci bardzo do twarzy.
                                            Na chwilę zatrzymała mycie i spojrzała po sobie.
                                          • Naprawdę?
                                          • Yhym… myślę, że veastalia praeclarus byłby tu szczególnie pasujący. Choć chyba bym czerwienie stonował do ciepłych purpur. I ten styl trochę czerpie z estetyki magów, tylko bardziej takich teatralnych. Ma wysokie kołnierze udające nieco kaptury szat, ale w odróżnieniu od klasycznych szat, w nim i kobiety chodzą w spodniach… choć bardziej obcisłych. Nie jest to klasyczny styl, nawet w samym Cheliax i nie każda kobieta może sobie pozwolić w nim przyjść… dla mężczyzn jest on łaskawszy… ale o dygresja… nawet sama ta kolorystyka na tobie do mnie przemawia. Nie ma potrzeby ubierania ciebie w żadne egzotyki. Nawet w moich ubraniach wyglądasz bardzo dobrze… choć tu możemy dochodzić nieobiektywności mojej opinii… - chichot zadudnił w jego piersi.
                                          • Arcykapłan diabła i Trzecie Pióro Cheliax nieskromny? Bójcie się bogowie takich szaleństw! - zaironizowała.
                                          • Heh… nie piję tu do mojego niewątpliwie dobrego gustu gdy idzie o to w co się ubieram, ale do mojej nieobiektywności wobec ciebie. Mogło ci umknąć, taki ze mnie zimny drań i prostak… ale mam do ciebie pewną… słabość.
                                          • Każda cholera ma jakąś słabość jaka sprowadzi na niego zgubę w ostatecznym momencie. Tak mówi każda bajka. - rozpoczęła myć włosy Khala poprzez wylanie na jego głowę malutkiego wiaderka cieplutkiej wody.
                                          • A jaką zgubę ty byś na mnie sprowadziła? - zapytał dając strużką wody lać się po jego twarzy.
                                          • Nie wiem... - cieplejszy szampon został nalany na głowę mężczyzny - Może... - palcami rozprowadzała szampon - By twoi wrogowie zaszkodzili ci przez informacje ode mnie... - kwiatowy aromat łąki rozlał się w łazience - Lub cię zaszantażowali porywając mnie. - palce kreśliły wzory po skórze między włosami Khala - Albo może i ja sama w końcu stanę się zbyt toksyczna i nieopanowana w tym związku. Będę krzywdziła psychikę... - zakryła oczy mężczyzny dłonią - I powłokę fizyczną.
                                            Kolejna woda zmyła włosy Khala z piany szamponu.
                                          • Meh… wszyscy musimy umrzeć. Ależ o ile romantyczniejsze jest gdy zagłada przychodzi od naszych bliskich. Jest w tym dramaturgia i jakaś siła. Tworzy znacznie lepszą historię niż dać się ubić bandytom na drodze, czy od losowej strzały na polu bitwy.
                                          • A nie lepiej nie dać się ubić nikomu?
                                          • I umrzeć ze starości i słabości? Może? Jakby odpowiednich ludzi mieć wokół siebie… Ale myślisz, że taki los jest pisany takim jak my?
                                          • Jeżeli byśmy nikomu nie dali się zabić... To byłoby możliwe. Jak bardzo? Pewnie mało, ale byłoby. Bogowie w końcu przystali na wolną wolę i nie włażenie ci buciorami do domu.
                                          • Brzmi całkiem nieźle… no niech ci będzie. Przekonałaś mnie. Możemy spróbować tego całego dożywania starości.
                                          • Ty już blisko jesteś. - dodała wrednie - Trzeba resztę ciebie umyć. Chłopiec podoła czy mam pomóc?
                                          • W jednym zdaniu jestem stary, w drugim już gówniarz? Baby… - prychnął rozbawiony, ale nie było w tym geście zawiści, ani pogardy - Dam radę, dzięki wielkie - stwierdził siadając prościej i przechodząc do praktyczniejszej części kąpieli.

                                          Nie trwała ona długo. Gdy się sprężył ukończył w kilka minut i chwilę potem kończył się wycierać. Ubrał się w świeże rzeczy i spojrzał na Kaylie z trochę… intensywniejsza intencją.

                                          • W porządku. Wiem, że temat nieprzyjemny, ale musimy wreszcie to omówić. Co chcesz z nim zrobić?
                                            Kaylie rozwieszała ręczniki na parapecie by schły, sama nie patrząc na Khala.
                                          • Po prostu pozostaw to mnie.
                                          • Przepraszam, Kruszyno, ale absolutnie mowy nie ma. Jak cię puszczę samopas to jest niezerowa szansa, że to CIEBIE Filia będzie musiała powiesić, a to się dosyć mija z tym o czym mówiliśmy… wiesz… na ten moment to całe dożywanie starości jest akceptowalne, bo masz mi w tym towarzyszyć.
                                          • To dlatego on wciąż dycha? - odwróciła się do niego..
                                          • Nie. Dycha dlatego, że chciałem dać ci wybór. Nie pełen wybór, ale pewien wybór. Nie wezmę udziału w czymś co może ciebie zabić i jeśli uprzesz się na coś takiego, to będę musiał żyć z twoim gniewiem i żalem, ale wolę to niż z twoją krwią na rękach. Moja propozycja: zróbmy to jak należy. Poślijmy ich wszystkich na szafot, a tobie zorganizuję, przywilej ciągnięcia za dźwignię dla każdego jednego z nich, na oczach całego Evercrest, a przede wszystkim oczach kobiet które oni skrzywdzili tak jak ty zostałaś skrzywdzona.
                                          • I ile to zajmie? - zamarudziła.
                                          • Zależy ilu z nich chcemy dorwać. Zależy jak wiele takich przyszłych krzywd chcemy powstrzymać. Jeśli zadowolimy się samym Philipem i jego najbliższymi kumplami… kilka dni, jakby dobrze poszło? Ale wtedy najgorsze bydlaki pozostaną na wolności. Jeśli chcemy dorwać “Szefa” i może producenta to zależy… nic nie wiem jeszcze ani o jednym ani o drugim, ale w ciągu dwóch godzin poszukiwań odnalazłem Philipa, jego bandę, dorwałem próbki... - z podwymiarowej kieszeni wyciągnął mały słoiczek z kilkoma tabletkami Zmierzchu - ... i zdobyłem ich wstępne zaufanie. Najpewniej nie będą to miesiące poszukiwań, a tygodnie.
                                            Kaylie skrzyżowała ręce na piersiach.
                                          • A to by było także ważne dla ustalenia religii, co?
                                          • Kaylie… jeśli zabijemy Philipka na własną rękę to i tak pójdę za resztą gangu. Czy pozbędziemy się go poprawnie, czy osobiście nie jest ważne dla religii. Jest to ważne dla mnie i ważniejsze dla ciebie. I wierzę, że dla ciebie będzie lepiej aby wszyscy zginęli na szafocie.
                                            Zwróciła spojrzenie w podłogę.
                                          • Ale nie zanegujesz, że można by wykorzystać całą sprawę dla tego cholernego chochlika?
                                          • Nie twoją sprawę. Nie pojedynczy incydent, niezależnie od tego jak osobiście go traktuję. Można wykorzystać tragedię nie wiadomo ilu kobiet. Można wykorzystać rozbiór całej zorganizowanej grupy przestępczej, w której Philip jest tylko malutkim trybikiem. Ale i bez naszego zadania od Kozła bym posłał ich wszystkich na randkę ze sznurem wisielczym, bo posyłałem takich jeszcze zanim moje ścieżki przecięły się z jego.
                                            Kaylie mogła się wydawać teraz jak niezadowolona mała dziewczynka, jakiej nie pozwolono w nocy siedzieć ze starszymi.
                                          • ... będzie jak trzeba...
                                            Viktor uchwycił ją za ramiona.
                                          • Kaylie… on umrze. I przed śmiercią będzie się bał. Pożałuje, że kiedykolwiek ciebie spotkał. Kwestia tylko JAK zejdzie z tego świata. Czy chcesz aby to było osobiste, gdy go sama wykastrujesz i poderżniesz gardło, czy się zapaskudzi w konwulsjach, na tle wiwatującego tłumu, wciąż czując w ustach zgniłe pomidory którymi zostanie obrzucony. Naciskam na drugą opcję, ale nie narzucę ci jej.
                                          • Filia nie zgodzi się by ktokolwiek inny przeprowadził egzekucję. - burknęła - A na pewno nie bym była to ja. Ta, co chlała i dawała się na mieście każdemu kto chciał... - dodała pod nosem.
                                            Viktor ucałował ją czule nad brwiami.
                                          • Nie “dawała każdemu co chciał”, ale “brała kogo tylko chciała”, jeśli wierzyć Davionowi. Zostaw to mnie. Wierzę w swoje zdolności. Muszę tylko wymyślić jak to ugrać, ale dam radę. A jakbym nie dał… to wrócimy do planu pierwszego z tajemniczym zaginięciem.
                                            Kaylie opuściła głowę jakby bez siły. Nie miała jej na sprzeczanie się, więc nieoczekiwanie tego nie robiła. Psychicznie zmęczenie nie minęło, a jedynie skryło się w całej warstwie jej traum, a ona starała się zakopać je głęboko pod ich ciężarem.
                                          • Cokolwiek... - odparła prawie szeptem głosem wypranym z emocji i siły.
                                            Viktor objął ją ramionami.
                                          • Przepraszam, że nie przynoszę doskonalszego rozwiązania…

                                          Godzinę leżeli już w łóżku. Viktor tulił ją jak małą dziewczynkę, przeczesując palcami jej włosy i niestrudzenie szepcząc jej słowa czułości i pochwały, oraz zapewniał, że wszystko będzie dobrze…

                                          W końcu powoli wyplątał się z jej ramiona, usiadł i rozejrzał się, dostrzegając poszukiwaną książkę na łóżku. Biorąc ją przysunął się do ściany i oparł o nią, otwierając na stronie oznaczonej zakładką. Wrócił do początku rozdziału. Arcana Magii Wtajemniczeń: Księgi i ich zastosowanie.

                                          • Hmmm… coś tam, coś tam… - mruknął pod nosem i wyszeptał inkantację muskając papier opuszkami palców, racząc się zaklęciem które Kaylie mu pokazała.
                                            Rozdział zawierał informacje dotyczące magicznych ksiąg stosowanych przez magów do katalogowania zaklęć.
                                            Każde zaklęcie zawiera dokładną formułę, słowa, składniki i rytuały, które muszą zostać wykonane w odpowiedniej kolejności, aby osiągnąć zamierzony efekt.
                                            "Zapamiętywanie zaklęcia" jak określają to laicy, nie polega jedynie na przeczytaniu receptury. Jest to rytuał sam w sobie, gdzie poprzez czytanie, zapamiętywanie i medytację wzór istoty i struktury zaklęcia zapisuje się w umyśle maga.
                                            Zależnie od mocy i talentu maga jest on w stanie zapamiętać określoną ilość takich wzorów.
                                            Rzucenie zaklęcia powoduje wyzwolenie wzoru, przywołanie jego mocy i "zapomnienie" zaklęcia.
                                          • Cudowne zaklęcie… - powiedział pod nosem do siebie i wziął się do rzeczywistego pierwszego czytania. Takiego przy którym jeszcze nie oczekiwał od siebie głębokiego zrozumienia…
                                            "Liber Magicus, dalej znane jako magiczne księgi stanowią podstawę prac badawczych każdego studenta magii…"

                                          Kaylie spojrzała z irytacją, jak zobaczyła, że Khal zabrał się za książkę. Nie był magiem a uzurpował sobie umiejętność pomocy jej i wytłumaczenie problemu? Absurdalny, nadęty dupek...

                                          • No już, już… przecież jej nie ubrudzę… - zapewnił Kaylie kątem oka widząc jej minę.
                                            Wczytywał się w książkę, chłonąc słowa i znaczenia. Kilka razy całe akapity czytając po dwa i więcej razy, gdy były bardziej skomplikowane niż był w stanie je zrozumieć z marszu. Aby być szczerym… nie było ich mało. Arkana magii wtajemniczeń nie były jego głównym obszarem zainteresowań, ale nie spodziewał się większych problemów, jeśli poświęci temu dość czasu.

                                          Wstał z łóżka i usiadł do biurka. Przyszedł czas na drugie czytanie, gdy z każdego jednego akapitu spisywał notatkę. Krótszą i niepełną, bo i tak miała być tylko mapą mentalną, prowadzącą go do nie utrwalonego jeszcze zrozumienia, które jednak posiadał w swoim umyśle.

                                          Ponownie kilka razy potrzebował się zatrzymać.

                                          • Hmmm… zatrzymałaś się przed, czy po fluktuacjach krystalo-meferestyki?

                                          • Przed. - starała się by jej irytacja nie wypłynęła w słowach.
                                            Zobaczyła Rhaasta opartego o ramę łóżka i jakby od niechcenia położyła dłoń na jego rękojeści.
                                            "Jesteście już najlepszymi przyjaciółkami?"
                                            "Bez przesady. Doszliśmy po prostu do porozumienia." miecz przez chwilę milczał "Więc, jak się czujesz? On nie usłyszy i nic mu nie powiem."
                                            "A odkąd to jesteśmy my przyjaciółkami co się sobie zwierzają? Nie pamiętasz już jak wiele razy ustalałeś granicę i przypomniałeś mi o tym?"
                                            "Tak… przepraszam. Uniosłem się dumą i pozwoliłem, aby to zepsuło nasze relację, jestem stary powinienem wiedzieć lepiej. Słuchaj to nie jest tak, że mnie na tobie nie zależy. Po prostu… jest wiele rzeczy, które nas różnią, których sam nie za bardzo lubię. Nie powinienem wyładowywać tego na tobie."
                                            "...co on ci nagadał?" zapytała nieufnie, nie do końca wierząc w jego intencje.
                                            "Że bycie negatywnym nie będzie działać na ciebie. Więc, chcę spróbować zacząć od nowa. Pozytywne wsparcie i porady. Podejrzewam, że za bardzo zszargałem nasze relacje, aby zadziałało, ale jestem gotów spróbować."
                                            "Wybacz, jeżeli będę nieufna."
                                            "Wybacz, jeżeli i tak spyróbuję?"
                                            Kaylie westchnęła lekko.
                                            "Dobrze..."
                                            "Dobrze. Mogę zacząć więc od drobnej porady?"
                                            "Jakiej to?"
                                            "Pójdź z planem Viktora i spróbuj publicznej, legalnej egzekucji."
                                            "Już przecież się zgodziłam, będzie jak wolicie..."
                                            "Ale robisz to ponieważ nie chcesz się kłócić. Chciałbym cię przekonać, abyś faktycznie uważała, że to lepsza opcja."
                                            "Co jest w tym lepszego? Poza zakładaniem kościółka."
                                            "Głód. W sensie głód cię czeka, jeżeli pójdziesz drugą opcją. Widziałem to dostatecznie dużo razy. Zabijesz raz w zemście za siebie i wielu innych, poczujesz się słuszna. Więc zaczniesz szukać kolejnego i kolejnego i kolejnego. Wielu bohaterów zmieniło się w potwory w imię tego co "słuszne". Jeżeli natomiast pójdziesz z planem Viktora, może nie poczujesz tego uczucia słuszności. Nie od razu, ale uwierz mi będziesz miała bardziej rację niż przy zabawie w samozwańczego stróża prawa. Nie jesteś złą osobą Kaylie."
                                            Przez cały wywód ostrza Kaylie słuchała spokojnie, bez słowa. Dopiero przy ostatnich słowach... Coś w niej pękło. Otworzyła szeroko oczy i zaczęła oddychać urwanie, próbując łapać głębokie oddechy.

                                          • Kaylie? - zapytał Viktor odwracając do niej spojrzenie.
                                            Miecz został z brzękiem stali zsunięty na podłogę, gdy skulona w sobie kobieta patrzyła pusto w przestrzeń szeroko rozwartymi oczyma.
                                            Adwokat już przy niej był nim dźwięk upadającego miecza zdążył przebrzmieć.
                                            Złapał ją za dłoń i zacisnął mocno.

                                          • Jestem tu. To tylko atak paniki. Zaraz przejdzie… ściśnij mocno moją dłoń. Z całej siły jaką w tej chwili masz.
                                            Prawie automatycznie i powoli zaczęła zaciskać dłoń Khala sama drżąc. Ciągle jej spojrzenie wychodziło z szeroko otwartych oczu skupionych na nienazwanej przestrzeni.

                                          • Kaylie, spójrz na mnie - Viktor pochylił się szukając jej uwagi.

                                          • On... - wydusiła z siebie nie chcąc spojrzeć na Khala.

                                          • Zaraz mi opowiesz, ale teraz pomóż mi pomóc sobie, dobrze? Spójrz na mnie, kobieto.

                                          • Nie ma racji, nie ma... - nadal nie patrzyła zanurzona w pustej przestrzeni.

                                          • Kaylie! Słyszysz ty mnie?! Jesteś tu?!
                                            Chciał uchwycić ją forsownie za twarz i skierować jej spojrzenie na swoje, ale jej dłoń zacisnęła się na jego jak imadło i zwyczajnie nie miał siły jej wyrwać.
                                            Bardzo powoli skierowała swoje spojrzenie na Khala... Nie było już tak rozszerzone, ale wciąż... Lekko za mgłą.

                                          • ... przecież jestem w pokoju z tobą...

                                          • Kaylie… mam wrażenie, że w paranoję popadłem, ale powiedz mi… jak mam na imię?

                                          • Khal... Viktor...

                                          • W porządku. Jesteś już spokojna? Atak paniki za nami?
                                            Jedynie pokiwała niemo głową.

                                          • Uff… - Viktor spuścił powoli powietrze - Chcesz mi opowiedzieć mi co się stało? Kto nie ma racji? Jakieś nieporozumienie z Rhaastem?

                                          • Rhaast... Powiedział, że ja... - zakryła głowę ramionami - Sam go zapytaj.
                                            Viktor kiwnął głową i w końcu wyswobodził dłoń z jej uścisku, by położyć palec na głowni magicznego miecza.
                                            “Hmmm?” mruknął tylko mentalnie, pewnien, że nie musi wyjaśniać.
                                            "Mówiłem, że bycie pozytywnym nie zadziała…" głos miecza wydawał się pokonany "Próbowałem ją przekonać do twojego planu. Powiedziałem, że przykro mi, że wcześniej nie wyszło, że to moja wina, bo dumny byłem. Powiedziałem, że nie jest złą osobą. Zapytałem czy wszystko z nią w porządku."
                                            “Dobrze zrobiłeś. Nie miej sobie za złe. Praca nad tak zdruzgotanymi ludźmi nie jest łatwa, ani przyjemna. Dla nich zdrowienie bywa brutalnym opuszczeniem znanych dziedzin i to potrafi być przerażające. Potem porozmawiamy o tym więcej, ale powtarzam ci i nie wątp w moje słowa: dobrze zrobiłeś.”
                                            "Chyba ją zepsułem bardziej…"
                                            Viktor chciał na to odpowiedzieć, ale… nie był to czas na to. Teraz Kaylie go potrzebowała.
                                            “Nie.” odpowiedział krótko i wrócił do arkanistki.

                                          • … że nie jesteś złą osobą? - dokończył zdanie sprzed kilku chwil, którego Kaylie nie była w stanie.
                                            Ponownie niema odpowiedź, gdy lekko skinęła głową.

                                          • Kaylie… spójrz na mnie… - poprosił ujmując jej policzki i kierując oczy w górę. - Jakbyśmy odnaleźli niewolników których uratowałaś i opowiedzieli im o tym jak straszliwą cenę za to zapłaciłaś… co by o tobie sądzili?

                                          • Część z nich została złapana ponownie... - wyłkała z drżącymi mokrymi oczami - Zapłaciłam za nic...

                                          • No to skupmy się na tych którzy dali radę uciec. Co by o tobie sądzili? - zapytał z większym naciskiem.

                                          • ...nie... Nie zrobiłam tego dla poklasku...

                                          • A gdybyś robiła… to by dodało cnoty temu czynowi, czy odebrało?

                                          • Odebrało...

                                          • Więc ci którzy zyskali całe swoje życie dzięki tobie, wiedząc jaką cenę za to zapłaciłaś i, że nie robiłaś tego dla poklasku… co by o tobie sądzili?

                                          • ...że jestem naiwna...

                                          • Ja też byłem naiwny gdy ciebie od tortur wybroniłem?

                                          • Nie robiłeś tego bez żadnego bonusu dla siebie, choćby sama pomoc Nyerowi, prawda? Nawet jeżeli nie zależało ci na tym bardziej niż na pomocy niewolnikowi to dodałeś tak swojej renomie. - zaryzykowała.

                                          • Oj tak… zyskałem wiele w oczach niewolników i mniejszości co widziała ich jak ja. Ale wiesz u kogo straciłem? U Thrune’ów. U Davianów. U Arvanxi. Zgadnij którzy z nich mieli więcej możliwości dać mi odczuć swoje opinie… z resztą nieistotne… - zatrzymał sam siebie, zauważając, że pozwolił oskarżeniu wpędzić się w defensywę. - Naiwność nie tym o czym mówimy. I ostatecznie… tak. To było naiwne co zrobiłaś i wielu utilitarian by nazwało to dosadniej. Jednak nikt z uratowanych. W ich opowieściach jesteś aniołem zesłanym im z niebios. Ci co wiedzą bądź zgadują jak za to zapłaciłaś by cię jeszcze męczenniczką nazwali. Paladynów co idą ratować ludzi bez planu się jeszcze wychwala. Ja NIGDY nie zrobiłem nic w dziesiątej części tak dobrego jak ten jeden czyn. Nie jesteś złą osobą, Kaylie. Jesteś zszargana. Jesteś skrzywdzona. Jesteś zdewastowana emocjonalnie i zatwardziała przez to co przeszłaś… tak, aż za bardzo lubisz zabijać, ale nie widziałem abyś skierowała to przeciw komuś niewinnemu. Nie jesteś. Złą. Osobą. Udowodnij mi, że się mylę.

                                          • Jaka to różnica przeciw komu? - odwróciła wzrok - Chciałabym dokonywać krwawych i okrutnych odwetów... Co za różnica na kim?

                                          • Chciałabyś dokonać takiego odwetu na Lilii? Na losowej osobie co pod oknem teraz przechodzi? Na mnie?

                                          • Nie...

                                          • Czyli perfekcyjnie rozumiesz jaka jest różnica przeciw komu odwet jest kierowany. A to, że twoja zszargana dusza pragnie zemsty nie czyni ciebie złą osobą. To co zrobiłaś Thrune’owi nie czyni ciebie złą osobą. Twoje fantazje okrutnych mordów nie czynią ciebie złą osobą. Dopiero jakbyś pozwoliła temu okrucieństwu wylać się do czynów i skrzywdzić kogoś kto na to nie zasłużył… dopiero to byłoby złe. Ale wiesz co? Zrobienie jednej złej rzeczy RÓWNIEŻ nie uczyniłoby ciebie złą osobą. Zła osoba to taka która wybiera zło znowu, i znowu, i znowu. Ani razu nie widziałem ciebie wybierającą zło.
                                            Kobieta nie odpowiedziała. Nie widziała jak i nie wiedziała czy chce. Po prosto skuliła głowę unikając wzroku mężczyzny.

                                          • Wiem, że to nie jest proste. Wiara w coś takiego pozwala zabić nadzieję nim się ona narodzi, a nadzieja potrafi być przerażająca dla takich jak my. Bo co jeśli się nie uda? Co jeśli uwierzymy i zawiedziemy? Czujemy jakbyśmy mieli się po tym nie podnieść, to po co ryzykować, skoro tak jak jest teraz radzimy sobie całkiem–całkiem… Ale nie zawiodłabyś… czemu ten raz jest inny niż wszystkie poprzednie? Bo teraz wreszcie nie byłabyś z tym sama.

                                          • Mam coraz mniej czasu na studia... - mruknęła nie patrząc na Khala.

                                          • MamY. Pomagam ci w tym. Jeszcze kwadransa potrzebuję, a potem kolejny kwadrans gdy pomożesz mi dwie rzeczy zrozumieć i będę miał całość opanowaną. Wtedy będę mógł ci pomóc to przyswoić. I to NIE jest żadne wywyższanie się, ani w żaden sposób nie udowadnia to żadnej formy wyższości nikogo nad nikim. To tylko to, że ja mam w tym momencie znacznie czystszą głowę niż ty i nie muszę na głos mówić czemu tak jest…

                                          • Jasne... - mruknęła pod nosem. Ze swojego doświadczenia w czytaniu ludzi prawnik mógł mieć takie lekkie przeświadczenie, że ona
                                            po prostu była...
                                            ...
                                            ...zazdrosna?
                                            Viktor zamrugał kilka razy… przyjrzał się jej dokładniej, odegrał w głowie wydarzenia jeszcze raz i… utracił wiarę, że mu się tylko wydaje… ale to, że widział w najmniejszym stopniu nie oznaczało, że rozumie…

                                          • Wyjaśnisz mi, Kruszyno, co teraz czujesz?

                                          • Niecierpliwość. - odparła zbyt szybko by to było prawdziwe - Załatwmy już to.
                                            Cisza się odrobinę przedłużała gdy Khal rozważał opcje. Prawdę mówiąc… ciekawość go zżerała. Chciał to rozgryźć jak łamigłówkę. Jego uniesiona brew nie kryła braku wiary w jej odpowiedź.

                                          • W porządku - kiwnął w końcu głową i wrócił do biurka. - Kwadrans i dalej będę ciebie potrzebował byś mi wyjaśniła… - powiedział biorąc do dłoni pióro i wracając do pracy.

                                          Czwarte czytanie to było już tylko powtarzanie listy punktów i podpunktów, które miały podsumowywać cały rozdział książki. Przeczytał ją dziesięć razy i na koniec wyrecytował pod nosem, upewniając się, że za każdym podpunktem idzie nie tylko słowo, ale zrozumienie.

                                          • W porządku, Kruszyno… podejdziesz do mnie? Potrzebuję twojej pomocy z kilkoma rzeczami…
                                          • Tylko kilkoma? - przesunęła się bliżej Khala, starając się nie okazywać sarkazmu w głosie.
                                          • Dwoma czy trzema… - udał, że wcale go nie słyszał. - Powiedz mi jak, rozumiesz meta-amplifikacje taurytyczne w kontekście polaryzacji wstecznej many? Jak to ma, w ogóle, działać?

                                          Kaylie ledwo panowała nad zazdrością i złością. Nie mogła znieść, że JAKIŚ kapłan ma JĄ uczyć, który potrzebuje lizać buty innemu by użyczono mu magii? Jego szybka pojętność ją drażniła nieznośnie. Przecież to nie on był adeptem sztuk wtajemniczeń, to nie on miał za sobą lata doświadczeń! Czym on był przy niej?!

                                          Kilkukrotnie fuknęła ironicznie na pytanie o wytłumaczenie mu banalnej teorii. Jeżeli jest taki niesamowity to czemu tego pojąć nie może? Czemu w ogóle próbuje, a nie odda się przyznając, że to go przerasta?

                                          Ale Viktor się nie dawał zniechęcić. Na ten moment jeszcze udawał, że nie zauważa nieprzyjemności i jej spojrzenia. Czasem one same przechodziły… ale jego cierpliwość się kończyła powoli.

                                          • Kaylie, Kaylie, Kaylie… - zastopował ją, gdy się trochę zapędziła - Wolniej proszę. Jakbym nie potrzebował wyjaśnienia bym ciebie o nie nie prosił. Możemy jeszcze raz? Od początku? To już ostatnie będzie, hmm?
                                            Kaylie skrzywiła się.

                                          • Czy ty robisz mi na złość, czy naprawdę złoty chłopiec Cheliax, Trzecie Pióro potrzebuję kolejnego powtórzenia? - tym razem mi ton był dość agresywny.
                                            VIktor oparł się na krześle, aby trochę się zdystansować.

                                          • Tak - odpowiedział i dał słowu przebrzmieć nim kontynuował - Aby w danych mi ramach czasu to ogarnąć optymalne jest skorzystać z twojej ekspertyzy. Myślałem, że ci tu pomagam, ale zaczynam myśleć, że się tylko narzucam. Czy moja pomoc jest mile widziana?

                                          • Przecież ty nawet nie będziesz w stanie tego pojąć, a chcesz mnie uczyć?

                                          • Jakbyś połamała nogę… i potrzebowała się gdzieś szybko dostać, też byś traktowała jako obelgę jakbym chciał ci w tym pomóc?

                                          • To zupełnie co innego!

                                          • Tak? Bo ja to widzę tak, że jesteś ode mnie lepsza w czymś, ale okoliczności utrudniają tobie wykonanie tego czegoś w efekcie mi to idzie lepiej. Gdzie jest ta różnica?

                                          • Teraz nic nie złamałam!

                                          • Nie, nie złamałaś… złamanie byłoby “okolicznością utrudniającą” bieg. “Okoliczności utrudniające” naukę mają inne formy. Wiesz co zrobiłem gdy mnie spotkała “okoliczność utrudniająca” w postaci gorączki? Oddałem sprawę młodszemu wspólnikowi… ale gdyby była na tyle ważna, że osobiście musiałbym się stawić to pozwoliłbym mu przepracować temat i wyłożyć go dla mnie, mimo, że byłem dwa razy takim adwokatem co on. Pozwól mi teraz być tobie “młodszym wspólnikiem”.

                                          • ...niech będzie... - burkneła jak mała dziewczynka.

                                          • Dziękuję… więc wyjaśnisz “młodszemu wspólnikowi” ark-syntezę? Naprawdę jest on bliski załapania, ale potrzebuje jeszcze trochę pomocy, hmm?

                                          • Już rozumiem. W sumie to proste jest. Bernck się solidnie postarał aby skomplikować prosty temat… W porądku… daj mi chwilę by sobie to wszystko ułożyć w głowie w jedną całość.

                                          Viktor odchylił się w krześle i założył ręce za głowę. Spojrzenie skupiało się gdzieś ponad sufitem, gdy mamrotał do siebie po kolei chronologię zjawisk…

                                          • W porządku. Wolisz zacząć od samego początku, czy od któregoś konkretnego momentu?
                                          • Może być od początku... Nie chcę byś się pogubił.
                                          • Doceniam troskę, tak też rzeczywiście bym preferował… pozwolisz, że zrobię to z tym całym wstępem jakbym ciebie rzeczywiście uczył, abyś mogła wyłapać moje ewentualne niedociągnięcia. Tak w ramach podwójnego sprawdzenia, hmmm? - zapytał mruknięciem, ale nie dał jej wcale czasu na odpowiedź. - No to więc…
                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy