Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. [Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
Popielny Dwór
SeachS
Seach jako
Seach
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Kaylie Sunfall
ArveeA
Arvee jako
Viktor Goodmann
AbishaiA
Abishai jako
Abishai

Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.

[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder18+golarion
152 Posty 4 Uczestników 334 Wyświetlenia 1 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SeachS Niedostępny
    SeachS Niedostępny
    Seach jako Seach
    napisał ostatnio edytowany przez
    #135

    Świątynia Calistri

    Galtianka nie była miłośniczką os, jakie wszędzie tu latały. Na szczęście Azazel nie miał jakiegoś ulubionego pupila, jaki bzyczałby po świątyni, Nie był w końcu panem much. Nie mogła jednak zaprzeczyć kunsztowi dekoracji tego miejsca. Dotacje dostawali chojne, to musiała przyznać.

    • Mój gnomi kompan martwił się o was. - skinęła głową na Baltizara - Ale to chyba jego miejsce wylać swoje troski.
      Gnom rozglądał się w zamyśleniu, szukając tego co jest pod powierzchnią. Nie widział jednakże nic, jedynie gdzieniegdzie pęknięcia w cieniu. Przez które to zerkały ślepia wysuwały się macki i ociekające śluzem jelita… i krew wypływająca strużkami z gniazd os. I obłęd w oczach niektórych kochanków. I rozpacz pod ich uśmiechami.
      Wzdrygnął się niczym uczniak wywołany do tablicy, gdy usłyszał słowa Kaylie.
    • Przepraszam, zamyśliłem się. - rzekł i potarł czoło.- O czym to ja. O tak… wiele się ostatnio wydarzyło i niedawno mijałem wysuszone w nienaturalny sposób źródło wody. Więcej jest ich takich w pobliżu. I staną się prędzej czy później problemem dla miasta. Więc… - podrapał się po karku. - … z pomocą naczelnej kapłanki Erato zamierzam zorganizować wiec uczonych, co by mogli podyskutować i znaleźć rozwiązanie takiego problemu. Wydało mi się niestosownym nie skierować takiego zaproszenia do wszystkich ważniejszych świątyń w mieście. Więc z tego powodu tu jestem. Oczywiście…- machnął ręką po okolicy.- … zdaję sobie sprawę, że wysychające niecki nie leżą obszarze zainteresowań Calistri. Niemniej jeśli w gronie kapłanek i wiernych są osoby obeznane z obszarami wiedzy mogącymi być przydatnymi w tej sytuacji. Cóż… wiec taki jest okazją do zaprezentowania świątyni od najlepszej strony.-
    • Faktycznie, zgromadzenia naukowe nie leżą w zainteresowaniach naszej pani. - przyznała kapłanka - Jednak skąd pańskie zainteresowanie naszym udziałem? I, co ważniejsze, jak się pan spodziewa iż ów udział będzie wyglądał? Erato i pozostali mogą zorganizować miejsce, księgi, porozsyłać zaproszenia. Opinia o mojej świątyni nie jest mi obca i wiem, czego ludzie będą się spodziewać. Nie mówię, że będą się mylić, ale jakiż jest twój plan mości gnomie?
    • Obawiam się że w naturze mojej rasy nie leżą aż tak dalekosiężne gdybania.- zaśmiał się Baltizar.- Nie jestem wszak krasnoludem. Uznałem po prostu, że nietaktem byłoby pominąć tą wspaniałą świątynię, nawet jeśli nie zdecyduje się ona wysłać własnych przedstawicieli ną ty dyskusję. O jej kształcie… nie będę decydował, nie będę jej głównym organizatorem.-
    • Rozumiem. Mogę jednak zapytać, skąd twoje przejęcie naszą dolą? Nie należysz do grona naszych wyznawców.
    • To nie znaczy, że nie sympatyzuję z ideami… przynajmniej niektórymi waszej Pani.- odparł uprzejmie gnom i rozejrzał. - No i życie nauczyło mnie, że dobrze jest być pozytywnie postrzeganym przez miejscowy kler, a musisz przyznać twój zachwycający przybytek jest jedną z trzech najważniejszych świątyń w mieście.-
    • Och? A czyjeż są pozostałe dwie? - delikatnie łobuzerski uśmiech pojawił się na twarzy kapłanki.
    • Z tego co wiem Shelyn i dwóch pozostałych bóstw, oraz Abadara?- zapytał retorycznie Bajarz drapiąc się po karku.- W każdym razie tak mi mówiono. Czyżbym się mylił?-
    • A ktoś mi się skarżył, że będziemy mieli na dniach nową świątynię w mieście. Słyszeliście coś o tym?
    • Ponoć tak. - wzruszył ramionami Bajarz.- Ale co to za świątynia? Bez wiernych. Pusty budynek.-
    • To miejsce. - wskazała na ogród poświęcony Calistrii - Zaczęło jako zwykły ołtarz z wyrzeźbioną osą. Nie umniejszaj ważności miejsca przez jego początki.
    • Niemniej to nie ołtarz przyciągnął wiernych, to nie on zbudował tę społeczność wyznającą Calistrię, tylko kapłanki i kapłani jej służący. Sam budynek to tylko początek, czy z niego wyrośnie kult…- westchnął gnom. - To już leży w ustach i dłoniach czcicieli bóstwa.-
    • Tak długo jak Kozioł zapamięta swoje miejsce, nie będzie problemu. Zgłoszę się do Erato, może znajdzie się jakieś zajęcie dla mojej świątyni.
    • Nie mnie w to wnikać pani jak plany ma Kozioł. - odparł uprzejmie gnom. - Boską politykę zostawiam bogom i ich klerowi.
      Skłonił się przed kapłanką i spojrzał na dotąd milczącą Kaylie.- To… co … chcesz się rozejrzeć po świątyni w ramach dokształcania?
    • Czemu nie... Chociaż pooglądam ten wystrój, aby się dokształcić w potrzebach świątyń. - zdecydowała.
    • Och? - kapłanka uniosła brew na słowa Kaylie - Pani bierze też udział w budowie?
    • Tak, od strony... estetycznej. - przyznała - Wyposażenie, jak i ozdoby pomieszczeń.
    • Chodziło mi o… a zresztą nieważne. - machnął ręką Bajarz.
      Kapłanka zachichotała.
    • Ohoho… widzę, że mości gnom ma typ. - zerknęła na Kaylie - Tu znajdziesz jedynie coś co jest miłe Calistrii moja droga. Jeżeli chcesz pomóc zrobić świątynię, taką, żeby ten niezdecydowany diabeł był zadowolony, będziesz musiała zrobić ją pod niego.
    • Mości gnom ma doświadczenia. - uściślił Baltizar uprzejmie.
    • Jeżeli zrobiłabym ją tak jak ja go widzę... Byłby bardzo niezadowolony. - burknęła galtianka.
    • Ach, widzę, że rekrutował swój kler w tradycyjny sposób. Potraktuj to w takim razie jak zlecenie. Im bardziej mu się spodoba tym większą nagrodę dostaniesz.
      Bajarz nie wtrącał się w tę wymianę zdań, bądź co bądź nie dotyczyła go. Jego spojrzenie wędrowało po okolicy, na moment zatrzymując się na ołtarzu. Wspomnienia… i wizje pomieszały się na moment, przez co lekko zbladł.
      Kaylie nie zwróciła uwagi na gnoma najwyraźniej za bardzo przejęta słowami o klerze.
    • Ja przepraszam, ale ja do kleru nie należę. - zaprzeczyła silnie swoim galtiańskim akcentem.
    • Alternatywa jest gorsza moja droga. Szczególnie, że "dla niego" pracujesz. Nie mam złych intencji. Zapraszam cię oczywiście do zwiedzania, a jeżeli jesteś zestresowana, to jedna z moich sióstr czy braci chętnie pomoże.
    • Czy... Czy ty mówisz o... - zaskoczenie było wyraźne na twarzy kobiety.
    • Tak. Tak. Mówi o tym. Choć myślę, że dla ciebie bardziej wskazane byłyby traktaty o tematyce łóżkowej, może z rycinami. Wiesz… dla inspiracji na później.- wtrącił gnom.
    • Jeżeli oczywiście jesteś w związku, nie ośmielili byśmy się przyczynić do zdrady. Nie istnieje większa zbrodnia dla naszego kościoła. Możemy zaoferować masaż.
    • Ale te osoby... Robią to wszystko z własnej woli...? - zapytała z prawdziwą troską.
    • Oczywiście. Niektóre mogą chcieć udawać przymus, ale nikogo nie zmusimy do zrobienie czegoś, czego by nie chciał.
    • Tak Kaylie, robią to z własnej woli lub przekonania. Przybywają tutaj by się uwolnić od okowów “moralności” i przekraczać granice które mają w swoich głowach. - wtrącił gnom niecierpliwym tonem. - I realizować swoje fantazje… skoro to już ustaliliśmy, to może pójdziemy po tą książkę dla ciebie lub się rozejrzyjmy, co byś się doedukowała?
    • Jesteś mrukliwym, nudnym przykurczem, wiesz? - galtianka odezwała się do Baltizara - Rozejrzę się... książki już w bibliotece ogarnęłam.
    • Możesz to uczynić sama? Ja mam jeszcze jedną świątynię do odwiedzenia. - stwierdził gnom i skłonił się kapłance Calistrii. - Dziękuję za poświęcony czas i uwagę.-
    • Oczywiście. - odwzajemniła skłonieni - Mogę jeszcze w czymś pomóc? - to pytanie było skierowane do Kaylie.
    • Polecasz jakieś miejsca, jakie powinnam tutaj zobaczyć? - zapytała.
    • Zależy czego poszukujesz?
    • Chcę zobaczyć istotne dla waszej religii miejsca i ich sztukę, chcę zrozumieć waszą boginię poprzez wygląd świątyni.
    • Jeżeli chodzi o sztukę, to oczywiście statua naszej pani. Możesz też obejrzeć mur okalający naszą świątynie. Jest pełen rycin i płaskorzeźb.
      A gnom w tym czasie w milczeniu się oddalił, tuż za nim podążyła dwójka jego zwierzaków.

    Zaś Kaylie zezwolono na zwiedzenie teren świątynny. Ściany muru okalającego ogród faktycznie były ozdobione płaskorzeźbami. Niektóre powtarzały motywy Calistrii, osy, noże oraz seks.Niektóre natomiast przedstawiały elementy historii boginii, jak została zdradzona przez swojego kochanka i jak zemściła się na nim. Jej udział w uwięzieniu Rovaguga również został uwieczniony, chociaż postać Niszczyciela została umniejszona. Przechadzając się tak wśród bzyczenia os, które trzymały swój dystans od Galtianki, usłyszała nowy dźwięk, kobiecy chichot. Znalazła się obok jednej z przesłoniętych jedwabiem altan, której lokatorzy nie zauważyli jeszcze obecności Kaylie. Kobieta i mężczyzna poruszali się w sensualnym objęciu, eksplorując swoje ciała i dzieląc przyjemność pocałunku.

    Straż Miejska

    Bajarz zostawił kobiety samym sobie kierując się do wyjścia. Zobaczył tu już wszystko co chciał zobaczyć. Teraz pozostało opuścić ten przybytek i udać się na poszukiwanie Filli. Ona wszak powinna być rozwiązaniem kwestii ostatniej z świątyń, a jeśli nawet nie była, to wskaże tego do którego musiał się udać. Więc… czas udać się do budynku straży miejskiej.
    Budynek przywitał go typowym ruchem i zgiełkiem. Strażnicy i urzędnicy pokierowali Baltizara do jednego z bocznych pokoi gdzie Filia właśnie przeglądała jakiś notatnik. Komendant straży zerknęła na gnoma.

    • Pan Harpaness. W czym mogę służyć?
    • Mam nadzieję, że nie przeszkadzam? Pewnie dużo jest pracy w mieście… otóż, w okolicy zaczęły się pojawiać obszary nadnaturalnej suszy. Co powoduje na razie drobne niedogodności w okolicy i w przyszłości może stać się dużym problem. Z pomocą świątyni Shelyn organizuję coś w rodzaju zebrania mądrych głów i cóż… chciałbym zaprosić do grona mędrców służących Abadarowi, by i oni dołożyli swoje pomysły. Myślę że taka debata nikomu nie zaszkodzi, a może pomóc.- zaczął pospiesznie mówić gnom. - Nie orientuję się jednak do kogo powinienem się zwrócić w tej sprawie.-
    • Świątynia Abadara znajduje się blisko marketu, ale pewnie by pan nie odróżnił od zwykłego urzędu, gdyby pan nie wiedział czego szukać. Przekaże to kapłanom jak wpadnę do nich wieczorem. - kobieta odłożyła notatnik - Proszę dokładnie opisać sytuację, jeżeli to coś co zagraża miastu, powinnam wiedzieć czy należy jakieś przygotowania zorganizować.
    • Obszary nienaturalnej suszy. Wyschnięte jeziorka i bagna. Same w sobie niegroźne, acz…- wzruszył ramionami gnom.- Susza oznacza głód dla istot żyjących przy jeziorkach, głód oznacza migrację w rejony gdzie da się go zaspokoić. Na przykład do pobliskich ludzkich osad. Już zaczęły się ataki na statki płynące rzeką. Uważam, że bardziej się opłaca leczyć przyczynę choroby niż zmagać z jej symptomami.-
    • Skąd pewność, że jest to nienaturalna susza? - Filia podeszła do jednej z komód i wyjęła mapę okolic Evercrest.
    • Punktowe wysychanie obszarów nie jest naturalne. - odparł gnom. - Dziwne narośla które zauważyłem, też nie były naturalne. Chyba. Nie jestem uczonym. Opowiadam historyjki.-
      Kobieta westchnęła.
    • Rzezimieszki i mordercy… czy proszę o dużo? - spojrzała na gnoma - Dobrze, rozpocznę jakieś zbiory wody, jeżeli faktycznie jest tak źle. Dziękuję, że dał mi pan o tym znać.
    • To akurat chyba bardziej zmartwienie możnowładcy i wyzwanie dla magów i mędrców Evercrest niż nasz problem.- odparł gnom i zapytał. - Czyli zaproszenie kapłanów Abadara mogę zostawić w twoich kompetentnych rękach? Szczegóły co do spotkania pewnie przekażą posłańcy ze świątyni Shelyn.
    • Dobrze jest czasem wyjść z własną inicjatywą. - odparła komendant - Tak, oczywiście. Na pewno będzie to ciekawe wydarzenie. Ciekawe skąd znajdą dostatecznie dużo mędrców, aby zadowolić określenie "wiec".
    • Nawet jeśli to będzie tylko spotkanie czterech osób przy herbatce, to będą mieli okazję wykazać się mądrością i może uratować okolicę.- przyznał uprzejmym tonem Bajarz.- Jakkolwiek trudno przyznać, przemoc i monety nie rozwiążą każdego problemu. Czasem trzeba pójść po rozum do głowy.-
    • Zdumiewająco dużo problemów da się jednak rozwiązać przemocą. Więc, pan też będzie brał udział w tym spotkaniu?
    • Jako świadek i gość. Nie zamierzam mieszać się w rozmowy mądrzejszych ode mnie.- odparł skromnie Bajarz.
    • Pewnie wezmę z ciebie przykład. - uznała kobieta - Potrzeba czegoś jeszcze?
    • Nie. Nie wydaje mi się.- stwierdził po namyśle gnom, skłonił się i rzekł.- To już więcej cennego czasu nie będę zajmował.
      A następnie skierował się do wyjścia.

    Odetchnął z ulgą będąc poza budynkiem. Załatwił bowiem wszystkie obowiązki… no może poza tym magiem. Ale w tym miała mu Kaylie pomóc podając mu list, o którym będzie wiedział… jeśli z niego tak dobry wróżbita.
    Baltizar potarł kark w irytacji. Tyle rozpraszających drobiażdżków odciągało go od jego misji. Tyle kwestii niewartych uwagi. Powoli stukając kosturem ruszył ulicami miasta. Dwójka jego ochroniarzy podążała tuż za nim.
    Joghmeth z nudów trącał czasem pyskiem kołyszącego się na boki Etrigana. Ten bowiem nie był stworzony do chodzenia pieszo, tylko latania. Niemniej ignorował zaczepki ogara z typową dla swojego pana obojętnością.

    Tymczasem Bajarz rozmyślał kierując swoje kroki ku gospodzie. Dziś już nie zamierzał się zabierać za nic. Na wieczór musiał przygotować swój występ i zarobić co nieco. Ostatnio wydał sporo i choć jeszcze co nieco mu zostało, to trzeba zacząć uzupełniać zapasy monet. Wykopaliska tanie nie są.

    Jutro więc liczył na spotkanie z miejscowym “towarzystwem archeologicznym”. Może uda się wydobyć od krasnoludów z Helmhammer trochę dodatkowych informacji? Albo od Fiony Crawford? Ta wydawała się wręcz zachwycona mogąc podzielić wiedzą jaką posiadała. I zapewne Bajarz nie potrzebowałby łapówki, by napić się z tego źródełka wiedzy.
    Tak więc jutro należało się z nimi skontaktować i może dogadać parę spraw? A dziś… jak wróci do karczmy to napisze list, który może Kaylie przekaże dziś, może jutro? Tak czy siak, dzisiaj już, nie miał ochoty na kolejne pogaduszki o wiecu uczonych. Chciał odpocząć, tym bardziej że cienie się wydłużały, a macki i oczy spoglądały z nich coraz śmielej. Zębate paszcze, żuwaczki i inne otwory szeptały to co zawsze… lubiły szeptać. Drwiły i kpiły, śmiały się i płakały.
    Coś co mogłoby go przerazić lata temu i słabsze umysły doprowadzić do szaleństwa, ale obecnie… było tylko irytującym bzyczeniem komara dla jego uszu i oczu, które nauczył się ignorować.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SeachS Niedostępny
      SeachS Niedostępny
      Seach jako Seach
      napisał ostatnio edytowany przez
      #136
      • Wygląda pięknie - skomentował Viktor z wdzięcznością, ale już chwilę potem, wyplątany z liliowego chwytu, przechadzał się po sali, analitycznym okiem przyglądając się wystrojowi i oceniając. Przeszedł się powolnym krokiem wokół sali dwa razy nim w końcu utwierdził się w swoim zdaniu.
      • Lata interakcji z tymi “zwykłymi ludźmi” utwierdziły mnie w przekonaniu, że pewna ich część bardzo docenia potraktowanie ich trochę… poważniej. Nie wszyscy, a nawet nie większośc, ale jednak zasadna ich część. Skoro to nie problem to chciałbym dodać dwie bardziej wyszukane potrawy do menu. Widzę tu pieczoną perliczkę, nadziewaną kaszą z tymiankiem i borowikami, w sosie z owoców leśnych na słono. Drugą byłby miękki rwany chlebek ziołowy. Wiesz co mam na myśli? Takie trochę ciasto na słono, z masłem wzbogaconym czosnkiem, pietruszką, bazylią i rozmarynem… głównie czosnkiem. Jedno i drugie w niewielkiej ilości i wkomponowane aby było widoczne, ale nie raziło kontrastem. Możliwe też, że pojawią się dzieci. Jakby dało się pod ścianą zostawić kilka wyższych krzeseł, tak aby sięgały one wygodnie blatu byłbym bardzo wdzięczny.
      • Przekażę Otisowi, załatwi to szybko. Tata sądził, że dzieciaki powinny siedzieć przy tym osobnym stole. Żeby same cieszyły z dobrego jedzonka i słodkości, z dala od "poważnych spraw dorosłych", ale to twoje przyjęcie. - uznała Lilia. Wręczyła kartkę jednej z dziewczyn, z którymi szła. Ta pośpiesznie ruszyła w stronę głównej sali karczmy - Co w sumie planujesz im powiedzieć?
      • Wierzę w możliwość wyboru… część dzieci usiądzie przy małym. Inne będą wolały przy głównym stole. Ludzie doceniają wybór. Szczególnie tacy którym rzadko się go oferuje. Nie jestem jeszcze pewny co precyzyjnie będę mówił, ale to nie będzie jedna rzecz, a cały proces… Chcemy uhonorować zmarłych, ale jednocześnie nie zapomnieć o tych co powrócili. Nie możemy dać im poczuć się mniej wartymi uwagi niż ofiary. Mają poczuć, że nie są sami i, że nie zostali zapomniani. Poza tym już buduję tutaj swoją renomę, więc to także muszę odpowiednio przedstawić… brzmi to wyrachowanie, co nie? - zapytał jakby w pewnej autorefleksji.
      • Zbyt. - skomentowała Lilia - Ale rozumiem, że to część twojej wielkiej gry w szachy z podmienialnymi pionkami. Po prostu nie przesadzaj też, ci ludzie są prości i raczej dużo od nich nie zyskasz poza dobrym słowem.
      • Ach… widzisz… czasem dobre słowo to wszystko czego potrzeba…

      Sala nie była pełna gdy wszyscy się zebrali. Wiele krzeseł było puste, bo nie każdy przyjął zaproszenie. Przy każdym talerzu stała świeczka. Przy niektórych dwie, a tylko przy nielicznych żadnej. Jednak bez sposobu aby je rozpalić. Drobne pomuki nadawały szumu w tle sceny, ale większość ludzi milczała, niepewna jak się zachować.

      Viktor był ubrany prościej niż zwykle. Bardziej swojsko i skromniej, aby bogactwem nikogo nie przytłoczyć. Witał każdego przy wejściu. Kilkoro z nich pamiętał z wyprawy i tych witał po imieniu.

      • Sophie… radują się moje oczy, że ciebie widzę.
        Jego uśmiech był nawet szczery gdy zobaczył Sophie. Ciemnowłosą kobietę, którą we własnych ramionach wynosił z jaskini goblinów Ahaira. Wtedy trawiona była gorączką aż do poziomu gdzie jej piękne-teraz włosy zlepione były w kręcone strączki. Powitał ją i skojarzył znane już sobie imiona jej towarzyszki i matki z twarzami, ale nie poświęcił więcej czasu, bo już kolejni goście przychodzili.

      Szumy zamilkły gdy Viktor w końcu wstał. Nie potrzebował prosić o ciszę, ani uderzać łyżeczką w kieliszek. Spotkanie było wystarczająco kameralne by wszyscy sami dostrzegli.

      • Drodzy mieszkańcy Evercrest…a jeśli pozwolicie powiedzieć: towarzysze, bo nie śmiem jeszcze mówić “przyjaciele”. Nie znam wielu z was, lecz wiele twarzy widziałem i wyprowadziłem z mroku. Spotykamy się dziś nie po to aby wspominać zło które spotkało, na swój własny sposób, każdego z was tu obecnych. Chciałbym aby był to moment by uhonorować tych których już nie ma z nami… Lyran Dovall… młody kowal, który kochał ptaki. Edrin Callen, student biblioteki Evercrest…zafascynowany alchemią.

      Kilka rąk cicho opadło na stół, a starsza kobieta w czerni zasłoniła dłonią drżące usta. Siedzący obok młodszy mężczyzna – brat Lyrana – zacisnął dłoń na ramieniu matki ich obojga.

      • …Sarah Wintrel, która sprzedawała najpiękniejsze kwiaty… Nima, krawcowa która kochała dzieci…

      Ktoś podciągnął nosem, a ktoś zaszlochał cicho, słysząc imię utraconej osoby. Lista imion nie była krótka. Każdemu z nich Viktor poświęcał intymną chwilę i posyłał rodzinom współczujące spojrzenie. Nie miał żadnej listy, żadnej notatki… wszystkie te imiona i drobne fakty niósł w swojej pamięci. Był to swoisty dar dla obecnych… ukochani których stracili, nawet dla wielkich i potężnych, nie byli bezimiennymi ofiarami. Oni wszyscy istnieli. A istnieli tym bardziej im więcej ludzi pamiętało ich imiona.

      • Chciałbym abyście teraz wzięli świeczki które stoją przed wami - poprosił samemu też ujmując jedną. - Pozwólcie głupcowi uczynić z tego symboliczną chwilę. Jesteśmy w tym razem…

      Viktor rozproszył część magicznych świateł, pogrążając pokój w półmroku. Dopiero wtedy odpalił swoją własną świecę. Cisza pogłębiła się jakby wszystkie dźwięki zapadły się w sobie.

      • Niech każdy z tych płomieni niesie imię. Niech ich światło wypali się w naszych oczach byśmy pamiętali. Nie tylko o śmierci, ale o życiu, które miało znaczenie. Które było prawdziwe - prosił powoli, głosem spokojnym, ale skażonym jakąś słabością. Jego oczy błyszczały odbijając światło, gdy wnosił swoją świeczkę nieco do góry, a spojrzenie jeszcze wyżej.
      • Tisis… - niby-szepnął, pozwalając tej słabości zabrzmieć z cichą mocą. Po chwili usiadł i podzielił się swoim płomieniem z Elayne Torr po swojej prawicy, matką Terena, z Mirą Holt ze swojej lewej.

      Ogniki mnożyły się w półmroku. Kolejne imiona przebijały ciszę.
      Co chwila ktoś szlochał, ktoś inny szeptał słowa otuchy.
      To nie była klasyczna chwila ciszy. Jednak, na swój własny sposób, coś znacznie bardziej osobistego.

      Sam ukradkiem otarł swoje powieki, gdy rozjaśnił znów salę i oczy gości musiały przyzwyczaić się do światła. Odkaszlnął, aby wyraźnie zakończyć moment ciszy.

      • Nigdy ich nie zapomnimy i zabierzemy ze sobą ten ból do grobów, ale ten medal ma dwie strony. Nie chciałbym… nie mogę pozwolić by to cierpienie umniejszyło życia tych co wrócili… Daren Holt jest tu dziś z nami i niejeden stół jeszcze wyhebluje. Hadrik Voss jeszcze wróci do strzeżenia naszych ulic. Isella Dorn ukończy swoją naukę. Caldwinie… ja sam jestem sierotą i pozwól mi wyrazić jak się cieszę, że twoje dzieci unikną tego losu. Sello, Sophie… Wiem, że nigdy nie zapomnicie grozy którą przeszłyście, ale raduję się, że będziecie mieć przed sobą całe życia aby sobie z nią poradzić…

      Lista imion ponownie nie była wcale krótka. Do każdego ocaleńca zwrócił się z imienia i do większości powiedział słowo, albo dwa.

      • Teraz prosze jedzcie… dziewczęta Popielnego Dworu zaraz przyniosą gorące dania. Jedzcie, rozmawiajcie, poznajcie się. Mówią, że ból łatwiej nieść razem. Dajmy temu szansę.

      Posiłek-spotkanie trwał. Pyszne potrawy i wino rozwiązywały języki. Ludzie wstawali i rozmawiali. Za drobnymi socjalnymi szturchnięcia Viktora zaczęli dzielić się wspomnieniami. Nieraz salą wstrząsnął szloch, lub wręcz płacz. Raz Khal przyjął w pierś niemy krzyk protestu, za wydarzenia co ich spotkały. A on sam… łapał się raz i raz, że tracił więcej i więcej swego chłodu.

      Jeszcze pół dekady wcześniej przechodził przez takie spotkania jak golem. Jak mistrz cechu rzemieślniczego wykuwający swoje kolejne dzieło, ale teraz?
      “Pizda!” – warczał na siebie w myślach, za każdym razem gdy sam musiał otrzeć oczy.

      Nie spowalniało go to jednak. Wciąż pozostawał mistrzem swego rzemiosła. Nawet jeśli nagle czuł się niekomfortowo z przedmiotowością z jaką je traktował. Przygotowywał tych ludzi. Łączył ich wspólnym bólem i wspólną stratą. Wiedział, że to początek – zalążek jego wspólnoty.

      • Mam nadzieję, że cokolwiek co dziś zostało powiedziane przyniosło chociaż jednemu z wam jakąkolwiek ulgę… ale dzień sądu nadchodzi i to dosłownie. Alchemik stanie przed sądem i w związku z tym… chciałbym wam zaproponować, z szacunkiem i pokorą… pozwólcie abym to ja był na tym procesie waszym głosem. Prawa nauczyłem się na dzikich salach samego Cheliax. Nie dajcie się zwieść mojej łagodności na tym spotkaniu… Wygrałem setki spraw, w tym wiele uznawanych za niemożliwe do wybronienia. Posyłałem na męki i śmierć wielkich i możnych, jak również ratowałem od nieuczciwego wyroku niewinnych gdy wszystko na nich wskazywało. Poznaliście dziś ludzką stronę Viktora Goodmanna, ale gwarantuję wam, prawnika lepszego niż ja nie znajdziecie w Rzecznych Krolowstwach. Jeśli uznacie, że powierzycie mi swój głos… oddam pamięci waszego cierpienia należną jej sprawiedliwość.
        Humor gości jak i ich ogólne samopoczucie wydało się podnieść po słowach Viktora, jak i po jego geście w ich stronę. Chwilę szeptali między sobą, Goodmann natomiast usłyszał chichot dzieci. Odwracając się w ich stronę dostrzegł niecodzienny widok. Kaylie zabawiała maluchy prostymi magicznymi sztuczkami. Nie nosiła zwyczajowo maski, ponieważ jedna z dziewczynek się nią bawiła, próbując nałożyć tak aby nie spadła. Uśmiech gościł na twarzy Galtianki, ciepły.
      • Panie Goodmann. - odezwała się Sophie, aby zwrócić uwagę prawnika - Dziękujemy za pana ofertę i z miłą chęcią skorzystamy z pańskich usług. Proszę zapewnić nam i… nieobecnym sprawiedliwość.
      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SeachS Niedostępny
        SeachS Niedostępny
        Seach jako Seach
        napisał ostatnio edytowany przez
        #137
        • Kaylie… spóźnimy się… - ponaglał delikatnie partnerkę Viktor, oparty barkiem o ścianę, z dłońmi zaplecionymi na krzyżu. Sam zdawał się jeszcze wcale nie gotów, ale dla niego przywdzianie odpowiedniego ubioru to była kwestia jednego gestu. Wyszorował się w łaźniach jeszcze przed południem, teraz się wypachnił i to były całe przygotowania. Nie krył jednak, że w jakiś sposób go nieco… rozczulało… obserwowanie procesu nakładania makijażu przez Lilię na kaylową buźkę.
          Kaylie natomiast czasem chichotała jak młodziutkie dziewczę, co pierwszy raz ma za rękę z młodzieńcem spacerować.
        • Pamiętam o czasie. - stwierdziła patrząc z tłumioną radością na swój makijaż. Nic krzykliwego, ale podkreślający urodę i jej bardzo okrągłe oczy. Lilia musiała się na tym znać... lub to kolejna sztuczka Fey - A ty gotowy czy tylko marudzisz?
        • Gotowy, gotowy… Kiedy kreację wybierzesz to wyczaruję sobie coś pasującego i viola. Będziemy mogli wychodzić.
        • To wyjdź stąd! To będzie niespodzianka! - zachichotała jak typowa głupiutka siksa.
        • Nie psuj dziewczynie zabawy. - uśmiechnęła się do niego Lilia - Macie jeszcze czas. - spojrzała na swoje dzieło i kiwnęła głową - No, wyglądasz cudownie, moja droga. Nie jeden pewnie będzie pytał cię, czy "tata"... - skinęła głową na Viktora - pozwoli ci pójść z nim gdzieś.
          Viktor uniósł brew rozbawiony, ale postawnowił nie wspominać jak “kilku” panienkom w jego przeszłosci zdarzało się do niego zwracać.
        • Jak mnie nie chcą to idę sobie znaleźć zajęcie - rzucił z przekorą, nieco-tanecznym krokiem odwrócił się na pięcie i wyszedł, nie omieszkając puścić porozumiewawczego oczka gdy zamykał drzwi.

        Zanim Kaylie wyszła, Lilia musiała zbiec na chwilę do głównej sali porozmawiać o czymś z Otto. Ten zaśmiał się delikatnie i kiwnął swojej córce, która po chwili wróciła na górę do Galtianki.
        Po kilku minutach powolnym krokiem Kaylie Sunfall zeszła schodami. Jej usta umalowane były głęboką purpurą przechodzącą w czerń na krańcach ust. Jej oczy były pokryte fioletowo-różowym cieniem. Jej skóra została delikatnie przybledzona pudrem, a prawy kącik ust został przyozdobiony sztucznym pieprzykiem.
        Jej włosy uczesane były w warkocz zwijający się ku górze i przyozdobione intensywnie czerwoną siatką i motywami czarno-pomarańczowych motyli.
        W końcu ozdobna, jedwabna suknia. Długa czerwona spódnica z czarnymi kwiatowymi akcentami. Czarno-czerwony gorset przylegał do ciała kobiety, odsłaniając odważnie, ale nie wulgarnie dekolt. Ramiona pokryte były czarną koronką. Wszystko wieńczył krótki czerwony płaszczyk z czarnym futerkiem.

        Kaylie wykorzystywała swoją elficką smukłość i lekki chód, aby zejść ze schodów i niespiesznie podejść do Khala pogrążonego w dyskusji z jakąś kobietą. Poczuła ukłucie zazdrości, ale usilnie stłumiła grymas niezadowolenia, aby bez słowa położyć dłoń na ramieniu mężczyzny.

        • Och… - sapnął Viktor, gdy wstał i objął Kaylie całą spojrzeniem. Oczy zabłysły mu gdy chłonął jej widok. Uśmiechnął się do niej ciepło i przyjemnie.
        • No no… prawie jakbym na Vesperę Aureę się wybierał. Nie byłoby wstydu.
        • Cal, to jest Kaylie Sunfall. Potężna arkanistka i moja bliska… przyjaciółka. - Drobna pauza nie była zawahaniem, a niosła w sobie niemożliwy do pomylenia przekaz - Kay, to jest lady Calina Thornwell, poetka, artystka, aktorka i ambasadorka prosto z Gralton.
          Wysłanniczka sąsiada, ubrana kolorowo i krzykliwie, jakby na scenę teatru sie udawała zaraz, powstała i zmierzyła Kaylie wzrokiem. Oczy jej się zmrużyły nieco gdy zagryzała wargę.
        • Więc to tej jaskółce śpiewają motyle i kwiaty. Radość mnie wypełnia wreszcie mogąc cię poznać. Dołączysz do nas? Właśnie…
        • Przykro mi Cal, ale własnie się do lokalnego teatrzyku wybieramy.
        • Ah, wspominałeś coś istotnie…
        • Yhym. I nie chcemy się spóźnić. Więc…
        • Ostatnią jestem osobą która by pochwaliła spóźnienie się na sztukę, choćby najmniejszego z teatrów. Idź Vicky. I Kaylie… mam nadzieję, że dane nam będzie się zapoznać przy innej okazji.

        Teatr La Sala delle Maschere znajdował się w ścisłym centrum. Klejnot na miarę Evercrest. Niewielki, o nieco brutalnej urodzie, ale pyszny i dumny. Fasadę zdobiły rzeźby muz i smoków, a nad głównym portalem trzy witraże witały obrazami świtu, zmroku i głębokiej nocy. Mosiężne lampiony rozświetlały prowadzące w górę schody aż do szerokich, otwartych teraz wrót. Tłum zaczynał się zbierać. Wozy przyjeżdżały i szybko odjeżdżały, by zrobić miejsce dla kolejnych, bo wiele więcej czekało na swoją kolej.

        Gdy wysiadali z powozu Viktor pasował już kreacją do Kaylie. Pozostawał w kolorach czerni z czerwienią. Ciemny surdut o wysokim kołnierzu zapinany był mosiężnymi guzikami w kształcie róż. Ramiona i mankiety zdobiły ozdobne hafty o motywach pnączy przeistaczających się, miejscami, w węze. Pod spodem miał czarną satynową koszulę z szerokim kołnierzem, czerwoną wstęgę i burgundową kamizelkę, lekko połyskującą srebrną nicią którą wyszyto kilka motyli na jego piersi. Uderzało ekstrawagancją.

        Viktor wyciągnął do Kaylie rękę, by wsparła się na nim gdy wysiadała…

        • La damme?

        Kaylie wydawała się nagle przybrać więcej wdzięku z salonów, a sama zdawała się otoczona blaskiem tej szlacheckiej dumy.

        • Mon seigneur. - odparła przyjmując dłoń by się wesprzeć na niej.

        Kliknij w miniaturkę

        • … a to jego prześliczna małżonka Varia.
          Stali na schodach, tuż przed głównym wejściem do teatru. Ubrani w odcienie bieli i szarości, z antracytowymi dodatkami. Serg nie prezentował się wybitnie, nie był człowiekiem urody, ani charyzmy, ale swoją kompetencją i osiągnięciami (jakkolwiek nie dostatnimi jak na jego ambicje) dał radę przyciągnąć uwagę i chyba nawet miłość pięknej Varii… jasnookiej Hymbrianki, z najmniejsza domieszką elfiej krwi w żyłach.
        • Przemiło mi ciebie poznać - podjęła, zwracając się do Kaylie - Dawno nie widziałam stylu isgeriańskiego, bo dobrze rozpoznaję kolorystykę i dodatki, prawda? Mam kuzyna w Gillamoor i jak nas odwiedził to się bardzo podobnie nosił… opowiedz mi…

        Viktor z Sergiem zostali zostawieni sami, gdy Varia Malm jakimś zręcznym i nie do końca zaobserwowanym ruchem wyswobodziła Kaylie spod ramienia Viktora i sama ją ujęła, prowadząc przez bramy Sali Masek. Technicznie stał tam elegancko ubrany mężczyzna kontrolujący zaproszenia, ale znał już Varię dość aby wiedzieć, że na pewno stosowne posiada.

        Viktor zachichotał w końcu.

        • Cóż… chyba obaj zostaliśmy zostawieni… Heh… chciałem tobie, Serg, jeszcze raz podziękować za te bilety. Bez ciebie…
        • Daj spokój, Viktor. Przyjemność po mojej stronie. Przynajmniej będę miał towarzysza niedoli.
        • Czegóż to nie zrobimy dla naszych kobiet?
        • Mniej więcej. Idziemy?

        Na scenie panował półmrok. Nie mieli miejsc w żadnej z czterech lóż, ale nie były one wcale złe. Akurat taka odległość, że wciąż jeszcze mogli jasno dostrzec niuanse mimiki aktorów w przedniej połowie sceny, którą przyozdabiały cierniowe pnącza, z różami skręcanymi z czerwonej bibułki.

        Panie, za inicjatywą Varii, usiadły obok siebie, by móc na żywo oplotkowywać wydarzenia, a panowie siedzieli obok… pewnie by móc wspólnie wzdychać

        Narrator wystąpił z głębszego cienia. Ubrany w dworski płaszcz, z obdartymi brzegami i sfatygowaną, wyblakłą czapką błazna. Lekko ironiczny uśmiech zdobił jego twarz, gdy przez te kilka sekund mierzył publikę bystrym spojrzeniem, czekając aż ostatnie pomruki umilknął.

        • Witajcie podróżni! - zawołał, a akustyka tego miejsca poniosła jego słowa w najdalsze zakątki sali - Co przybyliście z traktów suchej codzienności! Zza gór niespełnionych nadziei! Zza mórz nudnych dni! Witamy was w La Sala delle Maschere – Sali Masek – gdzie monotonia jest największym grzechem!

        Zabierzemy was dzisiaj w podróż! Zabierzemy was w opowieść gdzie słowa nieść będą złoto i kłamstwa! Gdzie pod jednym dachem zatańczą święci i rozpustnicy, a każdy kielich w dwa dna jest przysposobiony by móc i winem słodkim napoić i gorzką trucizną.

        Tu pachnie różami, choć pod nimi gniją korzenie!
        Tu się śpiewa o miłości, by jęki zbrodni zgłuszyć!
        Tu każdy gest ma swój koszt. A każdy uśmiech może kryć sztylet!

        Na tronie Wrót Taldora zasiada nie kto iny jak nadobna Królowa Lysandra!
        Piękna jak grzech i jak grzech kosztowna.
        Korona Cierni zdobi skroń jej cieni! Dar jej krwi i przekleństwo losu!
        Bo w tym świecie nawet królowa nie wybiera…
        Czy ma kochać?
        Czy być kochaną?

        Zaraz jej dwór ujrzycie:
        Rycerzy, co honorem na ustach zdradę ze swych gardeł kryją!
        Damy modlące się w ciszy – nie zawsze do właściwych bogów!
        Poetów piszące wiersze, w nadziei na jeden uśmiech panny…

        Ale nie bierzcie tego nazbyt poważnie!
        Bo w tragedii czasem już tylko śmiech pozostaje!
        A śmiech, wiadomo, najstraszliwiej przebrzmiewa w najczarniejszych lochach!
        Narrator zrobił krótką pauzę, pozwalając ciszy przebrzmieć krótki moment. Podszedł wprzód i przykucnął na granicy sceny… tylko niemagiczna-magia tego miejsca niosła jego szept docierał gdziekolwiek poza najbliższymi mu osobami.

        Więc, drodzy widzowie… jeśliście gotowi…
        Jeśli macie w sobie tę straszliwą odwagę, aby spojrzeć w lustro…
        ...usiądźcie spokojnie.

        Wrota Taldora się przed wami otwierają.
        A za nimi miłość… zdrada… i kielich wina.

        Pamiętajcie tylko jedno:
        Gdy nazbyt chętnie ściśniecie różę…
        ...jej cierne zasmakują waszej krwi.

        • A jak on patrzył na Amandę! Myślałam, że naprawdę ją kocha!

        Galtianka szła uwieszona przez ramię Khala, gdy wychodzili z kolacji, na jaką się udali po zakończonym przedstawieniu. Podekscytowana Kaylie gadała jak nakręcona do wszystkich na raz.

        • A gnojek obracał jej siostrę pod pierzyną! I jak pojawił się na scenie z nagim torsem... - zachichotała patrząc na żonę Serga, nieudolnie próbując skryć ten dziewczęcy rumieniec, ale była wśród swoich, bo Varia w żaden sposób nie kryła swoich własnych ekscytacji.
        • Ah… MUSISZ z nami pójść na Sny Poranków Andorańskich. Tutaj się nie krępowali, ale w tamtych… uhhh… Tylko grają to cyklicznie i chwilowo…

        Serg szedł z minął zmęczoną ale spokojną. Nieco rozbawioną, w ten odrobinę protekcjonalny sposób, jakim rodzic obdarzyć może fascynację dziecka kolonią mrówek w ogrodzie, a Viktor odpowiadał mu milczącym spojrzeniem “wiem, wiem”. Obaj jednak mieli niemałą przyjemność z obserwacji ekscytacji swoich kobiet i cieszyli się, że znalazły sobie nową koleżankę.

        Kaylie mocniej uwiesiła się na ramieniu Khala i skierowała usta do jego ucha by mu wyszeptać konspiracyjnie z wyraźnym podekscytowaniem:

        • Tak sobie myślę... Że moglibyśmy...
        • Yhym? - mruknął Viktor zachęcająco, spoglądając na zaśmianą Varię, zajmującą uwagę Serga.
        • No bo... - ukryła twarz w ubraniu Khala - To takie... krępujące... Bo wiesz... Miałam takie marzenie... - jeszcze bardziej ściszyła głos - Bardzo gorszące... Nie wiem i czy ciebie nie zgorszy...
        • Och… dziewczę drogie…. - mruknął, ale postanowił nie onieśmielać jej werbalizacją wątpliwości, czy cokolwiek co na by sobie wyobraziła byłoby w stanie go “zgorszyć” w jakikolwiek sposób. - …zamieniam się w słuch.
        • Czy... Moglibyśmy... Na mieście... - zasłoniła usta - W jakimś zaułku...
          Viktor uśmiechnął się, z pewną minimalną dozą niby-zawodu… chwilę łudził, że może jednak coś go jeszcze zaskoczy, ale to było… tak bardzo… typowe dla błękitnokrwistych pań. Nie aby zamierzał narzekać.
        • Vario, Serg… To była przyjemność i liczę, że rychło to powtórzymy, jednak my tutaj odbijemy. Mamy ochotę jeszcze na spacer.
        • W sumie… - Serg zastanowił się patrząc w gwiazdy na niebie - Może my z wami też ughh… - stęknął gdy małżonka nieco zbyt entuzjastycznie szturchnęła go łokciem w bok. - Znaczy… my… - bardziej zapytał, z pewnym niezrozumieniem próbując wyczytać z jej spojrzenie skąd nagła brutalność. - Ohh... Aaah… oni… wy… my… oh… Znaczy… ekhm… oczywiście, Viktorze, to była przyjemność i musimy to powtórzyć. My wrócimy do siebie zupełnie nie…
        • Dziękujemy wam za wspólny czas - wtrąciła mu się w słowo żona, nie mając wiary by kolejne słowa płynące z jego ust nie miały okazać się… nietrafione - Do zobaczenia i miłej nocy.

        Kaylie patrzyła chwilę za odchodzącymi zanim zachichotała lekko wtulając się w ramię Khala.

        • Serg jest zabawny w swoim niezrozumieniu. A może by chciał nam towarzyszyć wiedząc co planujemy?

        • A TY byś chciała aby nam towarzyszył? - zapytał Viktor w rozbawieniu, prowadząc ich ciemnymi ulicami Evercrest. Zwykli i rozsądni ludzie powinni unikać takich spacerów, bo nawet w Egorianie strażników zawsze było zbyt mało… ale nikt nie oskarżył by tej dwójki o bycie “zwykłymi”, a nawet i “rozsądku” pewnie i sami by sobie odmówili.

        • A ty? - odwróciła pytanie.

        • A Varia też by dołączyła? - zapytał z chytrym uśmieszkiem.

        • Nawet ich tak naprawdę nie znamy, więc co tu dywagować. - postarała się wykręcić od odpowiedzi.
          Viktor zachichotał tylko, pozwalając jej się wywinąć, choć posłany uśmieszek sugerował, że postrzegał to jako łaskę ze swojej strony.

        • Co sądzisz o zakończeniu sztuki?

        • Taka... bajkowa. - powiedziała pewnie - Nierealna. Lysandra przeżyła to wszystko zbyt delikatnie, jakby jej nie obchodziło. Jakby tak naprawdę nigdy go prawdziwie nie kochała.
          Viktor uśmiechnął się i ucałował Kaylie w poczliczek.

        • A nie można na to patrzeć, że była silną osobą, która wiedziała, że niesie na swoich barkach wielką odpowiedzialność? Albo, że i tak jest w lepszym miejscu niż była gdy historia się zaczynała?

        • W lepszym? Wtedy była zakochana i był jej ukochany z nią, a teraz została sama. To nie jest lepsze. - zaprotestowała - Bycie porzuconą jest najstraszniejszym doświadczeniem.

        • Kruszyno… rozumiem, że porzucenia były w Twojej przeszłości niezwykle bolesnymi przeżyciami, ale… uwierz mi, że są znacznie gorsze rzeczy. Dowód empiryczny: definitywnie bym wolał abyś mnie porzuciła niż abyś, na przykład, zginęła.

        • A czy widzisz opcję - zatrzymała mężczyznę w pół kroku - że ty byś mnie porzucił?
          Radosny głos stał się poważny.
          Viktor patrzył na nią dłuższą chwilę z łagodnością i jakimś smutkiem.

        • Dajmy z siebie wszystko co możemy - zachęcał, ująwszy ją za barki - Słuchajmy się i bądźmy wyrozumiali dla siebie i swoich… pokrzywień… to nigdy do tego nie dojdzie.
          Kaylie zwiesiła głowę i po chwili westchnęła ciężko.

        • Przepraszam, ja... Po prostu się boję. Za wiele razy straciłam w taki sposób. Więc czasem zbyt panicznie reaguję...

        • Heh… To nazywasz “paniczną reakcją”? Ja kiedyś prawie zatłukłem panicza Hawthorne’a. W jego własnym salonie. Na jego własnym spotkaniu. Za kilka słów zbyt dużo o mojej matce. A po uzdrowieniu jeszcze zmusiłem go aby mnie przeprosił. Ha!
          Dwa palce uniosły spojrzenie dziewczęcia w górę, by spojrzała w czułe oczy Viktora.

        • Nie jestem Saverisem, ani Jeyem. I ty też już dawno nie jesteś tą samą dziewczyną którą byłaś wtedy. Piszemy własną historię i tylko od nas zależy jak się ona potoczy. Rozumie twoja straumatyzowana główka?

        • ...ale przecież ty wiele razy odrzucałeś swoje dziewczyny, prawda? Wyrzuciłeś jak zużyte. - zaryzykowała.
          Viktor zamyślił się na kilka chwil. Miał ochotę oprotestować formę w jakiej wypowiedziano tak-jakby-zarzut, ale… nie miało to większego znaczenia. I kilka razy zdarzyło się, że był on adekwatny.

        • Tsk… Ta rozmowa wiele by zyskała gdybyś była już po dyskusji z kimś-trzecim o tym jak rzeczywiste związki wyglądają…

        • Ale już jestem. - wtrąciła przerywając mężczyźnie - Rozmawiałam w bibliotece ze "szlachciankami" - wypowiedziała to słowo z jakąś ironią w głosie - No i z Baltizarem.

        • Oh… i czy słusznie wyczuwam w tonie, że rozmowa nie przebiegła tak jak się tego spodziewałaś?

        • Zachowywały się jak plebejki! - jęknęła - Jakby nie rozumiały o co chodzi w szlachectwie. Jakby nie widziały tego, jak powinny zachowywać się lepsze stany! Nie traktowały moich słów poważnie... Nie rozumiały, a to mnie za dziwną widziały. - załamała ręce.

        • A czy to rzeczywiście aż tak dziwne? Te kobiety i ci mężczyźni, nieraz pierwszy raz spotykają swojego “wybranka” na żywo w dniu ślubu. Czy jest takie “nieludzkie”, czy “niskie”, że nie czując więzów miłości szukają odebranej im wolności gdzie indziej? W końcu zwykle to nie o uczucie wcale chodzi, ale o interesy rodów.

        • Szlachta jest wyższym stanem, a to się wiąże z poświęceniami! - wyłkała - To jest czymś więcej niż plakietką!

        • Kaylie… - w głosie Viktora było zmartwienie. Ostrożnie dobierał słowa. - Wszystko co teraz powiedziałaś to prawda. Jednak to nie paladyni światłości. Nie składali ślubów czystości, wierności czy prawości. Ci… szlachetni-szlachcie, o których myślisz, istnieją. Pewnie nawet ich spotkałaś w życiu, ale szlachcice to – generalnie – ludzie. Są wśród nich dobrzy, są wśród nich źli. Są wśród nich czyści i piękni, a są puszczalskie garbuski. Każdy zasługuje i każdego TRZEBA oceniać jego własną miarą. Tak jak ja nie jestem Cheliax, jak Ty nie jesteś tymi co dopuścili Ogrodników do mocy, tak i Aegon Blackfyre nie jest definiowany przez lokalną szlachtę. Ani w dobrą, ani złą.
          Kaylie wyglądała na zasmuconą. Nie radziła sobie z tymi nowościami życia, jakie zawsze chciała po prostu ignorować i nie patrzeć na nie.Tak było łatwiej. Czemu w ogóle patrzeć na świat w ten pokręcony sposób?

        • A jaka ja jestem? - zapytała nagle - Dobra, zła? Kim ja jestem?
          Viktor ujął ją za ramiona.

        • Kaylie… mam tysiąc i jedną odpowiedź na to pytanie… ale one nie są istotne. Powiedz mi: co TOBIE się wydaje? Kim jesteś w swoich własnych oczach?

        • Nie wiem... - odparła wprost unikając wzroku mężczyzny - Dla niektórych mogę być aniołem, dla innych wariatką... To... ciężkie. Sama w sumie nie wiem kim jestem.

        • Wszystkie trzy twoje odpowiedzi są równocześnie prawdziwe. Wszyscy składamy się z bardzo wielu aspektów, z których żaden nie definiuje nas w całości… Próba określenia się jednym słowem, czy zdaniem jest z góry skazana na porażkę. Zacznijmy od czegoś małego… słuchaj co mówię: Jestem człowiekiem, co za młody sypiał w schowku pod schodami biblioteki Isger. To jest bardzo mała cząstka tego kim jestem, ale jest prawdziwa. Teraz spróbuj ty… jestem kobietą która…

        • ...urodziła się szlachcianką w Galt...

        • Brawo. A teraz spróbujmy znaleźć coś w czym miałaś czynną rolę, a nie – po prostu – przydarzyło się tobie. Coś małego. Nie zmieniającego życia, ale ledwie na tyle istotnego abyś to wciąż pamiętała.
          Kaylie zamilkła. Naprawdę próbowała, ale... nie mogła sobie nic przypomnieć dobrego, więc... Musiała improwizować.

        • Za młodu widziała krew spływającą po schodach sceny…

        • Znowu to samo - Viktor udawał, że nie zauważył nawet treści wypowiedzi - Byłaś tego świadkiem. To jest coś co tylko tobie się przydarzyło. Pozwól, że ja “spróbuję”... Jesteś osobą która próbowała powstrzymać naiwnego głupca przed nadzianiem się na sytuację, z którą mógł sobie nie poradzić. To, że Viktor Goodmann okazał się potem Khalem Freyem to zupełnie osobna sprawa. Jesteś kobietą która sama zażądała ode mnie spisania umowy, te trzy lata temu, kiedy potrzebowałem twojej pomocy. Jesteś dziewczyną, która ze swojej własnej inicjatywy poświęciła swój czas i chęci dzieciom ofiar Ahaira, na obiedzie który wydawałem. To wszystko są drobne aspekty. Małe elementy twojej osoby. Rozumiesz już koncepcję?

        • Jestem też osobą, jaka wykonała przeciąganą w czasie egzekucję na jednym z Thrune. - spojrzała zimnym wzrokiem na ziemię - I smakowała z radością każdą chwilę i dźwięk jego wrzasków.

        • Tsk… Prosiłem o małe rzeczy, ale niech ci będzie. Pozwolę na to - łaskawie przystał Viktor na przytoczony “aspekt” - Trochę nie na temat, ale aby była jasność… Zasłużył sobie. I ja nie mam tutaj moralnej wyższości, bo gdy Yasperhyde wpadnie w moje ręce tak samo będę radował się jego błaganiami. Zarówno tymi o życie jak i tymi o śmierć… i nigdy nie pozwolę sobie pochylić głowy z tego powodu… Ale wróćmy do ważnego tematu. Załapałaś. To rzeczywiście było coś co sama zrobiłaś. Znajdziesz coś jeszcze? Może nieco lżejszego?

        • Byłam najemnikiem... Dość dobrym... Ale takich pewnie wiele, więc żadne osiągnięcie.
          Viktor przechylił głowę, jakby w zainteresowaniu.

        • Nie jest AŻ TAK wiele dość dobrych i byłaś zacznie więcej niż dość dobra, ale to nawet nie ma znaczenia. Nie proszę o twoje zalety. Chcę usłyszeć o twoich aspektach. I to było dobre. W wyniku swoich działań, zdolności i wiedzy zostałaś szanowaną najemniczką. A coś świeższego? Może coś o literaturze, która leży przy twoim stoliku nocnym?

        • Przecież według ciebie jest śmieszna. Żałosna wręcz. - burknęła bardzo niezadowolona najwyraźniej - Jest to dla głupiutkich szlauf.
          Viktor westchnął przeciągle.

        • Raz: to jest obrzydliwe słowo i nigdy go nie używam. Dwa: nie jest dla mnie śmieszna. Trzy: nawet gdyby była… to nie o to teraz chodzi. Szukamy drobnych aspektów tego kim jesteś. A jesteś dziewczyną która… - zaproponował z nadzieją w głosie.

        • Fisuś mówił, że tego słowa używasz. - nadęła policzki w irytacji i skrzywiła się - Jestem dziewczyną, która jest spragniona miłości? Która jest maginią, najemnikiem, odrzuconą szlachcianką? Jaka sprzedała duszę i wolność za życia i po śmierci?
          Viktor zmrużył brwi w konsternacji.

        • Jestem… mniej-więcej pewny, że nie miał na myśli tego co myślisz, że miał na myśli i to jakieś nieporozumienie. Bo ja. Tego słowa. Nie używam. Kropka. Ale dalej poszło ci bardzo ładnie. To są wszystko aspekty twojej osoby. Sugerowałbym ci, abyś poświęciła trochę czasu. w najbliższych dniach, aby spróbować rozwinąć tą listę. Ale to już raczej nie teraz… - zaproponował Viktor, spojrzeniem proponując by kontynuować spacer.

        • A ty w ogóle wiesz, gdzie idziemy? - zapytała ponownie biorąc go pod rękę.

        • Ależ oczywiście… idziemy prosto przed siebie! - zadeklarował z niezachwianą pewnością siebie, prowadząc ich na wprost w ciemności Evercrest.

        • Ale czy masz jakieś upatrzone miejsce i scenariusz?

        • Myślę… że trochę się nad tobą popastwię i zostawię cię w niewiedzy - odpowiedział ze zbójeckim półuśmieszkiem.

        • Czyli po prostu nie masz zielonego pomysłu. - delikatnie uśmiechnęła się w rozbawieniu.

        • Może tak, może nie… - chichotał Viktor, pewnym krokiem prowadząc ich przed siebie.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SeachS Niedostępny
          SeachS Niedostępny
          Seach jako Seach
          napisał ostatnio edytowany przez
          #138

          Viktor przerwał na moment pracę. Była już późna noc. Kaylie spała obok, zawinięta w swoje pościele, a okiennica otwierała się na nocne niebo. Nawet Fisuś spał obok, zwinięty w kłębek. Praca męczyła, ale magia go wspomagała, a tworzenie jeszcze nie zdążyło mu spowszednieć. Wciąż było pewnym wyzwaniem i zajmowało umysł, pozwalając uniknąć znudzenia. Na nie żadna magia nie mogła pomóc.

          Przez chwilę pozwolił myślom błądzić. O tym co zrobił z Kaylie w tamtym zaułku i jak cudownie się rumieniła robiąc tak nie-szlacheckie rzeczy. O tym jak budować będzie świątynię i, że jeszcze nie odnowił swojej wiedzy architektonicznej. A ona była absolutnie konieczna. Jakby się dach zawalił, nawet bez żadnych ofiar, to byłaby wizerunkowa tragedia. O raporcie który zdał mu Fisuś… Philipa-i-spółkę oskarżyć najłatwiej byłoby o lenistwo. Czyste, grzeszne lenistwo. Chowaniec, okryty płaszczem niewidzialności, przez pół dnia, całą noc i kolejny dzień obserwował ich przez dziurę w dachu, a ci tylko na dupach siedzieli i narzekali. Jedynym ciekawym wydarzeniem było gdy odwiedził ich niejaki “Sierżant”. Bezczelnik nawet nie zdjął munduru straży. Fisuś potem śledził go dalej. Jeszcze trzy podobne meliny odwiedził, a potem wrócił do patrolowania ulic. Regionalny zarządca za dychę… ale dosyć charakterystyczny. Wybielenia na twarzy i we włosach. A nawet bez tego… miał już narysowany portret pamięciowy. Viktor musiał tylko zdecydować czy angażować w to Filię. Niepotrzebnie się za strażnika podawał, ale to był dodatkowy wektor podejścia, który, w retrospekcji, okazał się zbędny, a teraz aktywnie szkodliwy… Napędzany emocjami błąd. Nie dość, że teraz “sierżant” mógł obalić legendę Ralpha Hillsburego, to na pewno nie chciałby aby do siostrzyczki dotarło, że za strażnika się podawał. Musiałby się pewnie na okoliczności powołać… a bardzo nie chciał “wykorzystywać” tego co przytrafiło się Kaylie w roli argumentu. No nic. Do przemyślenia później. Koniec przerwy…

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SeachS Niedostępny
            SeachS Niedostępny
            Seach jako Seach
            napisał ostatnio edytowany przez Seach
            #139

            Siedem dni minęło w Evercrest, a miasto zaczynało powoli wracać do normalności. Horrory i tragedie ostatnich miesięcy powoli odchodziły w zapomnienie, a mieszczanie zaczęli z powrotem patrzeć ku przyszłości.

            Kaylie

            Arkanistka obudziła się z porannym słońcem, nie był to jednak jej pokój w Popielnym Dworze. Ostatni wieczór spędziła w towarzystwie Ferna. Elfi wieszcz zakończył obiecaną edukację kobiety i zaproponował aby trochę poświętować tą okazję. Wieczór spędzili na rozmowie i sączeniu wina o dobrym roczniku. Niestety opowieść dla Kayliee kończy się zanim zasnęła, najpewniej wypiła za dużo. Obudziła się jednak w swoich ubraniach, jedynie buty leżały na podłodze pokoju. Właśnie pokój, nie rozpoznawała go. Łóżko było wygodne, ale nie umywało się do tego z Dworu. Mały stolik, skrzynia na ubrania… wyglądał jak pokój gościnny.
            Rozmyślania dziewczyny rozproszyło pukanie, przez drzwi weszła pokojówka, z tacą niosąc śniadanie.
            - Och, panienka się obudziła. Dobrze, Mistrz Fern kazał przekazać, że znajdzie go pani w bibliotece.

            Baltizar

            Baltizar obudził się w swoim pokoju na Popielnym Dworze, sam.
            Piwonia na ogół lubowała się w spędzeniu nocy i boku gnoma, ale ostatnio coś wydawało się zawracać jej głowę.
            Sam gnom również miał pełno zajęć. Między pomocą z organizacją Wiecu, planem, aby w końcu uwolnić się od istoty trzymającej macki na jego duszy i po prostu wykonywaniu swojego zawodu, miał niewiele czasu na relaks w objęciach blondwłosej piękności.
            Rozbudziwszy się ujrzał swoich dwóch kompanów, ogar piekielny spał u nóg swego pana, Egon natomiast siedział na belce pod sufitem, przyglądając się Baltizarowi.
            Papierowy ptak sfrunął do bajarza i wypuścił z dzioba kartkę.

            Dom Odnowy zaprasza wszystkich ludzi nauki, arcanów i wiedzy wszelakiej, na wiec organizowany poza murami miasta. Tematem zgromadzenia będzie zagrożenie suszy, której symptomy pojawiają się w pobliskich terenach.
            Transport będzie zorganizowany przy głównej bramie miasta."

            Wiec miał się odbyć dzisiejszego wieczora, Baltizar chyba wiedział gdzie go spędzi.

            Viktor

            Viktor spędził noc w pokoju Kaylie. Sam, nie był przyzwyczajony do takiej sytuacji. Nie mieli ostatnio kłótni, czy innych burzliwych sytuacji. Galtianka miała udać się wieczorem na swoje nauki u nadwornego maga Evercrest.
            Wierzył, że nic jej nie jest, jednak gdzieś z tyłu głowy czuł odrobinę niepewności.
            Postanowił rozwiać obawy i zajął się pracą na kolejnym magicznym przedmiotem, przychód z ich sprzedaży pomoże w pierwszych etapach ustalenia faktycznej świątyni w mieście.
            Nakładał właśnie ostateczne poprawki kiedy usłyszał pukanie do drzwi.
            - Viktor? - Lilia zajrzała przez drzwi upewniając się, że prawnik nie śpi. Kiwnęła mu głową na przywitanie kiedy ich spojrzenia się spotkały - Masz gościa.

            Kapłan Azazela usłyszał szybką wymianę zdań po drugiej stronie drzwi i po chwili do pokoju weszła Filia Blackfire.

            - Mamy problem. - żadnego "Hej", "Dzień dobry". Kobieta chodziła w kółko, od okna do drzwi i z powrotem - Szlachta napiera na mnie, chcą rozprawy teraz. Nie będę w stanie odwlekać tego dłużej…

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SeachS Niedostępny
              SeachS Niedostępny
              Seach jako Seach
              napisał ostatnio edytowany przez Seach
              #140

              Znowu przesadziła z alkoholem.

              Pierwszą reakcją po przebudzeniu był niezadowolony pomruk i położenie dłoni na czole. Nie było to nowe doznanie, ale też nie było czymś, za czym tęskniła.
              Westchnęła zobaczywszy, iż znajduje się w obcym pokoju... Także typowe. Ile to razy ją spotkało w przeszłości? Jak często budziła się w nieznanym miejscu, jakie niekonicznie było łóżkiem nawet? Pocieszeniem mógł być brak mężczyzny obok, choć z doświadczeń mogła wnioskować, że kimkolwiek był partner nie był skory pozostać po stosunku. Czemu by miał?
              Posiadanie ubrania na sobie było rzadkim przypadkiem, ale nie niemożliwym, szczególnie jeżeli partner chciał ukryć wydarzenia, co dwa razy wcześniej się stało w przeszłości. Wtedy jednak czuła się inaczej, miała pewne zrozumienie, iż zaszło coś tej nocy... choć po ostatnim upojeniu narkotykiem nie była w stanie określić szczegółów, więc... Pytanie było: Czy tym razem to znowu było wymuszone, czy zwykła zdrada Khala?

              Arkanistka skrzywiła się.
              Szlachcianka... pfeh. Pospolita dupodajka z ulicy.

              Nim zdążyła wstać do pokoju weszła nieznana służąca ze śniadaniem jakiej słowa przypomniały kobiecie z kim spędziła czas... choć nic więcej.
              - Tak... Fern. - mruknęła przyjmując jedzenie jakie postawiła na stoliku obok łóżka. Kiełbasa, chleb z masłem, plastry sera i szynki, do tego dzbanek z wodą. Na przyniesioną wodę wręcz rzuciła się wypijając ją długimi haustami - Dziękuję... Jeżeli byłabyś tak dobra to przynieś jeszcze więcej wody, dobrze?

              - Oczywiście, pani. - dziewczyna opuściła pokój i wróciła po kilku chwilach z kolejnym dzbanem wody - Będzie panienka jeszcze czegoś potrzebować?
              - Nie, nie. Ogarnę się i pójdę do mistrza Ferna.
              "Choć nie ogarnę tego kiełkującego poczucia winy..."


              Żałowała, że nie ma tu Khala. On by oczyścił jej organizm i przestała czuć konsekwencje wczorajszego picia... Teraz musiała zmierzyć się z elfem... i w sumie miała mieszane uczucia, gdy dotarła do biblioteki, w której ten miał przebywać.

              Fern siedział w bibliotece przeszukując kilka tomów. Spojrzał do góry kiedy dziewczyna weszła do pomieszczenia.
              - Dzień dobry… jak głowa?
              - Jakby ogr maczugą walił. - odparła.
              - Cztery butelki wina i czymkolwiek była ta piąta pewnie do tego doprowadzą. Coś ci siedziało na sercu i chciałaś to utopić w alkoholu. - nie było osądu w głosie elfa, brzmiało bardziej jak słowa kogoś kto już widział coś takiego nie raz.
              - To łatwiejszy sposób na radzenie sobie z tym, czego nie da się inaczej pokonać. - powiedziała spokojnym, trochę zrezygnowanym głosem - Mam nadzieję, że nie uczyniłam niczego, za co bym ci nie odpłaciła później?
              - Kilka przekleństw, zwymiotowałaś na dywan, nie jestem pewien czy zauważyłem różnicę i straciłaś przytomność. Służba zaniosła cię do pokoju pod moim okiem.
              Kaylie milczała chwilę zbierając słowa.
              - W którym momencie picia przespaliśmy się ze sobą? - zapytała jednocześnie z pewnością i zrezygnowaniem w głosie.
              - Erm… nigdy? - elf uniósł brew na tą insynuację.
              Kaylie wyraźnie była zaskoczona, jak i niepewna prawdomówności wieszcza.
              - Nie będę zła, nie będę oskarżać na ulicach miasta. Wiem jak to wszystko się kończy, więc zdaję sobie sprawę do czego mogło dojść i tym razem.
              - Nie doszło do niczego. - zapewnił elf - Czemu sądzisz, że odprowadziłem cię kiedy nieśli cię służący? Oni pewnie by skorzystali z nieprzytomnej niewiasty.
              Cisza przedłużała się jak Kaylie próbowała to strawić.
              - Dlaczego? - zapytała nagle - Dlaczego nie doszło do niczego między nami?
              Fern westchnął i odłożył trzymaną książkę.
              - Ponieważ nie jestem jakimś obszczymurem, który bierze każdą oferowaną dziurę. Ponieważ szanuję cię i nie zrobiłbym ci czegoś takiego. I ponieważ nie jesteś w moim typie. Tyle.
              - ...och. - przetarła oczy, jakie ją zaszczypały - Coś jest ze mną nie tak?
              - Oczywiście, że nie. Po prostu… użyłbym kulinarnej metafory, ale jesteś chyba na zbytnim kacu na to. - elf się uśmiechnął - Wolę swoje kobiety wyższe od siebie. Dużo wyższe.
              - To chyba nieczęsty widok, by kobieta była wyższa od elfiego mężczyzny, prawda?
              - Tragedia mojego gustu… kilka lat temu spotkałem wojowniczkę z Doliny Mamucich Lordów. - elf westchnął tęsknie - Zostałaś kiedyś uniesiona przez kogoś nad głowę i rzucona na łóżko jak kawał mięsa? Nie polecam, jeżeli nie jesteś gotowa.
              - Połamała ci kości?
              - I kochałem każde chrupnięcie… - elf westchnął - Dość o moim życiu. Czujesz się na siłach, aby powiedzieć co ciebie doprowadza do takiego picia? Nie nalegam, ale czasem podzielenie się bólem pomaga.

              Kaylie zamilkła rażona tym pytaniem. Nie spodziewała się go od de facto obcej jej osoby... a która nie wiedziała przecież kim ona naprawdę jest.
              - Moja przeszłość ciągnie się za mną i nie daje mi o sobie zapomnieć. - w końcu odpowiedziała wymijająco - Dokonałam wyborów, jakich konsekwencje na mnie ciążą. Łatwiej zapić niż tkwić w nich na trzeźwo.
              - Mówimy tu o twoim układzie z Azazelem, czy coś więcej za tobą podąża? - elf uśmiechnął się smutno - Nie zaprzeczaj, jestem wieszczem. I wiem, że ludzie tacy jak ty, nie będą sprzyjać Diabłu, bo chcą.
              - Wszystko jest w pewne sposoby powiązane z układem. - wymamrotała niechętna zaprzeczać - Czasem mam wrażenie, że wydarzenia zostały zapisane nim poznałam Azazela. Także wszystko, co stało się już po tym. - oparła się o stół zastawiony książkami - Jedna nieskończona opowieść o upadku.
              - Nie zaprzeczę, czasem los jaki potrafi nam zgotować Pharasma bywa okrutny. - elf wręczył kobiecie filiżankę z herbatą - Nie ma sensu jednak gnębić się rzeczami, na które nie mamy wpływu. Czy możesz coś na razie zrobić z tym co za tobą podąża?
              - Nic z tego by się nie stało gdybym nie podpisała paktu... - wymamrotała niepomna, że oficjalnie przyznała zapisanie umowy z Azazelem - To, co podąża... nie ma ciała. Nie ma formy. Nie ma istnienia. - umilkła na kilka oddechów patrząc smutno w herbatę w otrzymanej filiżance - Dziękuję za naukę i wytrzymanie mnie.
              Elf położył dłoń na ramieniu dziewczyny.
              - Jeżeli nie masz na coś wpływu, skup się na czymś, na co masz wpływ. Wydaje mi się, że mówiłaś, że planujesz z panem Goodmann'em otworzyć tę świątynię dla Kozła.
              Pokiwała powoli głową.
              - Tak. - upiła łyk herbaty - Potrzebuję wykorzystać magię do wytworzenia umeblowania świątyni i jej udekorowania. - wyjaśniła skupiona na płynie w naczyniu - Czy użyczyłbyś mi czegoś, by wykonać zadanie?
              Elf się uśmiechnął i wyciągnął z niewielkiej sakwy drewnianą różdżkę owiniętą w czerwony jedwab.
              - Ta różdżka zawiera zaklęcie, które pomoże ci wyobrazić sobie co dokładnie chcesz stworzyć… - następnie wręczył jej berło z czarnego żelaza, wyciągnięte z tej samej. zbyt małej jak na takie berło, sakwy - Natomiast to berło pozwoli ci zmienić surowy materiał w gotowe produkty, jak meble.
              Kaylie wzięła różdzkę w lewą rękę, filiżankę w prawą, zaś berło otrzymała w prawym ramieniu.
              - Jesteś z siebie zadowolony, bo wreszcie się sprawdził sen? Jak długo z tymi rzeczami chodziłeś?
              - Miesiąc.
              - Nawet nie jestem tak długo w Evercrest! - podziw był słyszalny w głosie kobiety.
              Elf nie mógł powstrzymać uśmiechu na ustach.
              - Wiem… - wydał z siebie piskliwie po czym zaśmiał się, a czysta radość wyszła z ciała Ferna - Ach… miłe uczucie, kiedy przepowiednia się spełnia. Szczególnie taka pozytywna.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • AbishaiA Niedostępny
                AbishaiA Niedostępny
                Abishai jako Abishai
                napisał ostatnio edytowany przez Zell
                #141


                Baltizar "Bajarz" Harpaness

                Pobudka była dla gnoma niepokojąca. Brak Piwonii przy nim sprawił, że poczuł się nieswój. Zniknięcie Piwonii było zmianą w dotychczasowym rytuale dnia. Gnom nie wiedział co ta zmiana oznacza, ale…
                … karta którą wyciągnął dodatkowo wzmogła niepokój.

                Łomot.

                Wbrew nazwie, karta nie pokazywała bójki tylko ręce nieumarłych wynurzające się z ziemi by napaść na nieszczęsnego śmiertelnika. Prawdopodobnie hienę cmentarną.
                Łomot był złowieszczą kartą. Zapowiadał napaść ze wszystkich stron lub załamanie nerwowe. Łomot oznaczał upadek fizyczny lub mentalny spowodowany nieustannymi atakami… jedyną “osłodą” było odkrycie jakiejś dotąd niezauważonej prawdy.
                Gnom zbladł niczym ściana…nie potrafiąc, nie mając pojęcia nawet co o tym myśleć. Dzień wszak zapowiadał się nudno. Nawet, sensacja wieczoru, wiec nie miał być niczym więcej niż cyrkiem z przekrzykującymi się uczonymi w roli klaunów.

                Choć do wieczora było całkiem sporo czasu, to gnom postanowił zajrzeć na miejsce zebrania tuż po śniadaniu. Wpierw jednak zamierz byał sprawdzić czy u Piwonii wszystko w porządku. Nie dlatego, że były między nimi jakieś uczucia. Baltizar wątpił by był jeszcze w stanie wykrzesać w sobie jakieś silne emocje. Niemniej przywiązał się do blondynki jak do swoich ochroniarzy. Więc podczas jedzenia porannej polewki popijanej cienkim piwem rozglądał się po sali w poszukiwaniu sylwetki Piwonii.
                Dziewczyny jednak nigdzie nie było. Zauważył Lilię, która biegała między gośćmi, nawet Otto opuścił swoje normalne miejsce i pomagał córce.
                Gnom po posiłku podszedł do Lilii powoli i przyglądał się przez chwilę, aż nadarzyła się okazja zapytać.
                -Czy mogę ci na chwilię poprzeszkadzać rozmową?-
                Dziewczyna zerknęła chwilę na gnoma.
                -Jasne, o co chodzi?
                -O Piwonię. Czy u niej wszystko… w porządku?- zapytał Baltizar.
                -Mam nadzieję, tata ją wysłał… gdzieś. Jeżeli chcesz szczegółów to zapytaj jego. - twarz dziewczyny przyjęła przepraszającą minę - Wybacz, tajemnice rodzinne.
                Gnom pokręcił głową w zaprzeczeniu.- Nie wpycham nosa tam gdzie nie mam interesu. Szanuję sekrety innych. Jeśli będę jej potrzebny… niech da znać. I niech uważa na siebie. Tajemnice rodzinne bywają… zabójcze.-
                Dziewczyna spojrzała chwilę, zastanawiając się czym może się podzielić.
                -Poszła po naszą młodszą siostrę… i nie ma jej na Golarionie.
                Gnom skinął ze zrozumieniem. - Będę się o nią martwił.
                Rozejrzał się dookoła.- No i już nie będę przeszkadzał w obowiązkach.-
                Lilia kiwnęła głową i wróciła do obowiązków. Po kilku chwilach ktoś przysiadł się do gnoma.
                -Mistrz Harpeness?
                -Mistrz to deczko przesada. - odparł skromnie gnom zerkając w kierunku rozmówcy.
                Do gnoma przysiadł się niebieskoskóry, złotooki mężczyzna, ubrany w złoto granatowe szaty.

                -Paimon Aslin, mamy… wspólnego znajomego. - uścisnął z uśmiechem rękę Baltizara.
                -Doprawdy? A kim jest ów wspólny znajomy?- zapytał beznamiętnie gnom.
                Aasimar zerknął na piekielnego ogara leżącego pod stołem.
                -Ktoś z bardziej ciepłego miejsca. Nie jestem pewny, czy wymawianie jego imienia jest odpowiednie przy cywilach.
                -Cóóóż… obawiam się, że jego ekscelencja pod którym obecnie pracuję, nie ceni dyskrecji. Chyba wszystkie świątynie w okolicy wiedzą co się tu kroi.- odparł sarkastycznie gnom.
                -Świątynie, tak. Podejrzewam, że Kozioł dał wszystkim listę swoich zamiarów. Ale zwykły chłop pańszczyźniany?
                -Nie mnie wnikać w rozgrywki między bogami.- wzruszył ramionami Baltizar. - Na razie ta cała sprawa się ślimaczy, bo jego ekscelencja najwyraźniej pochodzi z tych okolic i… - machnął ręką.- Nie wiem co właściwie planuje uczynić. Nie raczył mnie wtajemniczyć, a ja nie jestem na tyle zaciekawiony, by to zbadać.
                Spojrzał na aasimara. - Wspólny znajomy pewnie cię wtajemniczył, w moją niepochlebną opinię o bóstwach i samej naturze boskości?-
                -Szczerze… nie. - Paimon się zastanowił -Powiedział, i pozwolisz, że zacytuję, ta trójka idiotów, którą wysłałem bawi się w Politykę, przez duże P, zamiast to po co ich wysłałem. W skrócie uważa, że się trochę guzdrzecie, więc wezwał małe wsparcie. Nie sprecyzował co mam robić więc… jak wygląda Polityka, przez duże P?
                -Bogowie, żebym to ja wiedział.- zaśmiał się gnom. - Będziesz musiał jego ekscelencję o to zapytać. Z tego co ja wiem… do trzymania przestępcy w piwnicy… w jakimś celu.- wzruszył ramionami Baltizar. - Przy okazji Kozioł zapomniał wspomnieć o długu jaki tu zaciągnął, a jaki, jak się okazało, my mamy spłacić w jego imieniu. Miło by było wiedzieć o tym wprzódy. Więc… moje zadanie póki co, to przygotowanie się do spłacenia tego długu, bo nie wiem jak nasz wspólny znajomy ale ja nie chcę zrobić sobie wroga z naszego gospodarza.- machnął ręką.- Po prawdzie jego ekscelencja uwielbia robić politykę, przyciągać ku sobie uwagę i budować swoją prezencję… zapomniał tylko o tym, że ostatecznie jest kapłanem. Nie pamiętam, żeby urządził jakąkolwiek uroczystość religijną, czy wygłosił choćby kazanie. My tu potrzebujemy proroka, kaznodzieję… kogoś kto obudzi żar w sercach mieszkańców. A póki co na czele jednoosobowego kultu stoi prawnik i polityk. -
                Gnom potarł kark.- Więc jakbyś znał jakichś paru żarliwych akolitów, byłoby miło ich rozesłać po mieście. Sam bym się tym zajął, ale nie mam odpowiedniej prezencji, a i… nie jestem i nie będę klechą. Nie pokładam wiary w żadnym z bogów, wliczając Kozła.-
                Paimon się zaśmiał.
                -Akolitów Kozła? Bogowie, ostatni kult, który próbował go wyznawać został wyrżnięty. Jakiś elfi bohater zrobił sobię na tym renomę. Nie, nie… dlatego tym razem on robi wszystko legitnie i otwarcie. Przynajmniej wobec bogów. Co do twojej opinii wobec Trzeciego Pióra Isger. Któż lepiej reprezentowałby boga adwokatów, niż adwokat?
                -Znaczy to że nie był to kult… tylko sekta. Podporządkowana pod interesy kapłana przewodzącego kultystom i służąca głównie jego interesom.- skinął głową gnom pocierając podbródek.- Jest to różnica. Problem w tym, że obecnie ten legitny kult nie różni się niczym od tego wyrżniętego. Może z wyjątkiem tego, że tamten miał sukces z werbowaniem wyznawców.-
                -No… nie. Był to kult wyznający doktrynę Kozła. Znaleźli jakąś jego księgę. Sęk w tym, że Az… Kozioł ma na pieńku z kilkoma bóstwami, które notorycznie, że tak ujmę, podcinały mu skrzydła, kiedy próbował to robić metodą Pierwszego.
                -Jednym słowem… to nie kultyści zawiedli, ino okoliczności nie sprzyjały sukcesowi?- zapytał retorycznie gnom i wzruszył ramionami. - Cóż… tu na razie sytuacja jest taka, że jego ekscelencji zależy chyba tylko na przekabaceniu jednej osoby. Kapłanki innego kultu. Jeśli to nie kopnie nas w dupę na końcu, to znaczy że Abadar skapciał na stare lata.-
                -Jeszcze budynku nie postawił, a już kradnie wyznawców? - aasimar gwidznął - Albo brak mu skrupułów, albo rozumu. Chwali się.
                -Kapłankę… to coś więcej niż byle wyznawca. - odparł gnom wzdychajac. - Brak skrupułów może i da się pochwalić. Ale brak rozumu… jest niepokojący. Tyle w każdym razie wiem, jeśli chcesz więcej polityki przez P to będziesz musiał przepytać jego ekscelencję. Teraz… moja kolej.- wskazał palcem na aasimara.- Co więc zamierzasz zrobić z tym wszystkim Paimonie? Bo jeśli tylko wysłać raport do naszego znajomego, to szkoda było fatygować się tutaj.-
                -Ma moje niestety, mam dług wobec Kozła… albo inaczej, moja pra-pra-bardzopra-babka miała u niego dług i mnie przychodzi go spłacić. - aasimar skrzywił się kwaśno -Więc, jestem tu, aby pomóc wam zrobić co chcecie lub musicie, aby tą religię tu zacząć.
                -No to muszę cię rozczarować. Moje spojrzenie na organizowanie religii od podstaw zdecydowanie się rozmija z wizją jego ekscelencji. A jego… “geniusz” przerasta moją wyobraźnię, więc nie mam pojęcia co właściwie on planuje zrobić. Siedzę od kilku dni na stercie propagandowych ulotek i czekam aż w końcu powstanie świątynia. - stwierdził sarkastycznie Bajarz.- Na początek radzę ci się rozgościć, bo spędzisz tu dużo czasu. Niemniej zdradź może jaki to rodzaj pomocy możesz zaoferować.-
                -Brzmi jak brak komunikacji. - zauważył aasimar - Prawa ręka nie wie co robi lewa. Macie cel, każdy dąży do niego na własny sposób, bez nadzoru, bez kierunku. - planokrwisty pokręcił głową - Nie dobrze, nie dobrze… Organizacyjny chaos, brak struktury, ego. - Paimon westchnął - Porozmawiam z Goodmann'em. Tak być nie może. Na jego miejscu zrobił bym z ciebie propagandzistę, pomagał wybrać cele, widownię, jakie słowa wybrać, jakie opowieści przekazać. - aasimar wzruszył ramionami - Mniej więcej to mogę zaoferować.
                -Kilka spraw wymaga więc wyjaśnienia. Po pierwsze nie ma tu chaosu, bo nie ma organizacji. Kult póki co jest jednoosobowy. Nie wydaje mi się, by nawet osobista ochroniarz jego ekscelencji chciała czcić nowe bóstwo. Ja natomiast jest osobą poza kultem, a i umowa moja… jest specyficzna. I mnie niespecjalnie może zmusić do czegokolwiek.- uśmiechnął się ironicznie gnom i potarł czoło.- Poza tym… przypuszczam, że wspólny znajomy nie przysłał cię tutaj z drobiażdżkiem o który prosiłem? Bo w tej postaci nie mogę się bawić w kaznodzieję. Muszę mieć trwałe i solidne przebranie na takie momenty.-
                -Nic nie mówił. Przykro mi. Mogę jednak też coś załatwić, moja rodzina ma kontakty. Potrzebujesz przebrania w sensie peruka, sztuczny nos i szminka? Czy bardziej różdżka z zaklęciem?
                -Cóż dłużej trwającego niż mój czar.- przyznał gnom drapiąc się podbródku.- Mogę przez chwilę zmienić postać, lecz mój czas w takiej formie jest dość ograniczony. Przebranie odpada. Jestem gnomem, a w Evercrest to dość rzadka rasa.-
                -Aż dziwne. - zamyślił się aasimar - Słyszałeś, że w pobliskich ziemiach granica między Pierwszym Światem, a naszym jest cienka? Twoich pobratymców powinno być na pęczki. Co do zaklęcia… za dwa dni uda mi się skombinować różdżkę z magią polimorfii. Powinna spełnić twe zapotrzebowania.
                -To lepsze niż nic.- przyznał gnom i rozejrzał się mówiąc.- Tak, orientuję się mniej więcej czemu tak jest. I jak wspomniałem, zachowuj się grzecznie w tej karczmie. -
                Po czym wstał pytając.- Too… teraz chciałbyś zapewne odwiedzić jego ekscelencję? Wskażę ci drogę do jego pokoju. Może go tam nawet zastaniemy.-

                text alternatywny

                Przez drzwi Dworu przeszła Kaylie, wyglądając… definitywnie wczorajszo. Oczy delikatnie czerwone i przymrużone. Zdołała zauważyć Baltizara rozmawiającego z kimś kogo nie znała.

                Głośniejsze rozmowy w Dworze powodowały skrzywienie bólu, gdy głowa nim odpowiadała. Kobieta położyła dłoń na czole i powoli ruszyła w kierunku gnoma, ale miast do niego zagadać skradła szklankę z wodą stojącą na stoliku przy nim by wypić zawartość bez pytania. Zignorowała obecność Aasimara, jedynie przelotnie na niego spojrzawszy.
                -Piwonia nie będzie zazdrosna z nowej zabawki? - mruknęła do Baltizara.
                -Czuję, że właśnie zostałem obrażony, ale nie rozumiem kontekstu. - Paimon przedstawiał odrobinę wyolbrzymioną urazę.
                -Najwyraźniej posiadasz tylko śliczną buźkę, nic poza. - burknęła.
                -A teraz jednocześnie pochlebiony i obrażony… rekord.
                -To jest Paimon. Wsparcie przysłane jego ekscelencji w celu… przyspieszenia realizacji jego świętej misji.- stwierdził oficjalnie gnom przedstawiając Aasimara.- Ktoś na górze, albo na dole ocenił, że się strasznie ślimaczymy z tym zadaniem.
                Kaylie spojrzała z pogardą na Aasimara.
                -Czyżby? - parsknęła - Nasz malowany diabeł nie może się zabawki doczekać? - wykonała gest jakby ocierała łzę - Przykre. Powiedz mu, że ma się nie wpieprzać i czekać jak grzeczna koza. - zirytowanie było słyszalne w tonie skacowanej galtianki.
                Gnom spojrzał znacząco na aasimara jakby mówił “widzisz z kim ja muszę pracować?”.
                -Ty musisz być… jak on to ujął. Naiwnym dzieckiem okoliczności z Galt, o którym mówił. Paimon Aslin, najemnik, mniejszy szlachcic, daaaleki krewny Kozła. - sięgnął po dłoń kobiety w celu ucałowania jej, Kaylie zezwoliła na gest, chociaż na jej twarzy malował się brak zaufania do nowo przybyłego.
                -I jeszcze się rozmnożył? - skrzywiła się z obrzydzeniem.
                Aasimar się zaśmiał.
                -W życiu. Jestem prawie pewny, że on nawet nie rozumie mechaniki skąd się biorą nowi śmiertelnicy.
                -Tak czy siak, brałbym pod uwagę pochodzenie naszego pracodawcy. Anielska cierpliwość jest niezgodna z jego naturą. A głowę kościoła… zawsze można wymienić na inną.- wtrącił uprzejmie Baltizar.
                -Ha! - Paimon się zaśmiał ponownie - Och… jak mało o nim wiecie. Cierpliwości jeszcze ma, gdybyście stąpali po cienkim lodzie nie przysłałby mnie. Tak czy inaczej, nie mamy kim zastąpić Goodmanna. Jedyna istota na tyle obeznana z jego religią jest po drugiej stronie Cheliax i nie ma zamiaru się stamtąd ruszać. Więc, trzeba pchnąć Viktorka w rzyć.
                Kaylie westchnęła z głośną irytacją.
                -Nie mam sił na to całe tańczenie wokół Azazela. Nie wiem co ten gnom ci nagadał i serio nie mam ochoty się wplątywać w jego wyobrażenia szaleńca.
                -Zrozumiałe, wyglądasz jakbyś próbowała zapomnieć ostatnie… życie. - Paimon pokiwał głową - Może pani pójdzie przespać tego kaca i spróbujemy jeszcze raz z przywitaniami? Jestem pewny, że kiedy przestaniesz słyszeć dzwony będziesz naprawdę przyjemną osobą do rozmowy.
                -Odszukajmy jego ekscelencję i cóż… wtedy sobie porozmawiacie o tańcu i cierpliwości i innych… kwestiach.- zaproponował gnom. - Niektórzy tu mają sprawy do załatwienia.
                -Niech mi wyleczy tego kaca... - mruknęła - I o jakich sprawach mówisz?
                -O sprawach na przyszłość. - machnął ręką gnom.- Nasz pracodawca narobił długów i nam przyjdzie je spłacić. Pracuję nad tym, żeby wtedy karty w naszej dłoni były mocne.
                -I dziwi cię to? Naprawdę? On spłaca nami, bo może. Było o tym myśleć nim mu duszy nie oddałeś. - zasłoniła oczy, gdy światło dnia wpadło przez okno - Ooooottooo! Wyłącz to słońce, no!
                -W zasadzie to mu duszy nie oddałem…- odparł cicho gnom i wzruszył ramionami.- Ale to inna kwestia. Generalnie nie masz się czym martwić. Sprawa jest szlachetna, jest też samobójcza, ale to detal.-
                Karczmarz nawet nie spojrzał w kierunku Galtianki, jednym ruchem ręki sprawił, że wszystkie firany zasłoniły okna wewnątrz karczmy. Aasimar przyjrzał się uważnie karczmarzowi.
                -To jest pewnie ta "istota o którą mam nie pytać i być wobec kulturalny"?
                -Jeżeli wiesz co dla ciebie dobre. - Otto burknął przechodząc szybko obok Azazelitów.
                -Nie strasz nam towarzysza broni…- skarcił go żartobliwie gnom i rzekł do Paimona.- On i jego córki są bardzo sympatyczni. Wystarczy nie być zbyt wścibskim.-
                Kaylie tylko cicho mruknęła podziękowania do Otto i skinęła głową.
                -Och… bycie wścibskim to jedna z moich bardziej urokliwych cech, postaram się ją powstrzymać. Więc, idziemy na poszukiwania pierwszego i przez długi czas jedynego arcykapłana Kozła?

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • ArveeA Online
                  ArveeA Online
                  Arvee jako Viktor Goodmann
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #142

                  Viktor

                  text alternatywny

                  Kapłan Kozła Ofiarnego pozwolił sobie ostatniej nocy spać. Rzeczywiście zamknąć oczy na kilka godzin i pozwolić ciału odpocząć, a że koszmary go, tak wyjątkowo, nie męczyły, Fisuś go nie wzbudzał.

                  Ostatni tydzień był pracowity. Wiele osiągnięto i zbliżali się do finału pierwszego aktu.

                  Zrujnowany browar o dwie przecznice od ratusza Evercrest należał już do niego, wraz z prawem rozbiórki i przebudowy. Materiały już zmierzały do stolicy i miały pojawić się na dniach.

                  Ekscytował się na samą myśl o tym jak zacznie budowę, bo spotkanie Filii z Azazelem także poszło po jego myśli…

                  Uchylona okiennica rozwarła się bardziej i zamknęła, a Fisuś porzucił płaszcz niewidzialności, w trakcie przeistaczania się w turkusowego węża.
                  - Wciąż nic?
                  - A gdzie tam… speluna tam wyrosła zeszłego wieczora, ale Philipka i spółki ni widu, ni słychu. W pozostałych lokacjach to samo.
                  Viktor kiwnął głową. Stracił już nadzieję, że bandyterka wróci. Dwa dni po spotkaniu ich wszyscy zniknęli. Jak kamień w wodę. Tak samo strażnik z bielactwem, którego widział Fisuś i pozostałe grupy którymi on zawiadywał. Kontakt urwany. Zupełnie.
                  - Tsk… - strzelił śliną do własnej myśli. Dostrzegał w tym możliwość swojego błędu. Nie zakładał go jeszcze, ale najprostszy scenariusz był taki, że Pan Bielaty rozpytał o Ralpha Hillsburego, co w straży robił. Dowiedział się, że kogoś takiego nie ma i postanowił pozbyć się śladów. Oczywiście miał gotowe i dziesięć innych możliwych scenariuszy, nawet bez starania się, ale ten jeden wskazywałby jego błąd. A nie lubił swoich błędów.

                  Jego biurko, przyniesione do pokoju Kaylie, zawalone było stosami ksiąg, zwojów i traktatów. Doszkalał się. Przyswajał nową wiedzę i powstarzał starą, bo miał jej niedługo BARDZO potrzebować. Gdzieś w szufladzie miał schowany odcisk klucza do pokoju Zoryii, który Fisuś zdobył pod osłoną zaklęcia ciszy, gdy nienaturalny strażnik spał.

                  Również jego budżet powoli puchł i Zmierzchowcy bardziej i bardziej polegali na nim jako głównym kliencie. Macki kontroli które tam zapuszczał jeszcze długo miały się rozwijać nim je zaciśnie i Owlkin już w ciągu tych kilku dni pytał go o ważną radę. Okazywało się, że stosunkowo młody Guntar nie doceniał problematyki prowadzenia takiej organizacji. Na szczęście Khal służył pomocą, budując głębszą i głębszą zależność od siebie… oczywiście przy okazji pilnował aby nie robili nic głupiego. Jakby do Filii dotarło, że ma z nimi konszachty… negatywnie by się to odbiło na relacji z siostrzyczką.

                  text alternatywny

                  - Viktor? - Lilia zajrzała przez drzwi upewniając się, że prawnik nie śpi. Kiwnęła mu głową na przywitanie kiedy ich spojrzenia się spotkały - Masz gościa.

                  Kapłan Azazela usłyszał szybką wymianę zdań po drugiej stronie drzwi i po chwili do pokoju weszła Filia Blackfyre.

                  - Mamy problem. - żadnego "Hej", "Dzień dobry". Kobieta chodziła w kółko, od okna do drzwi i z powrotem - Szlachta napiera na mnie, chcą rozprawy teraz. Nie będę w stanie odwlekać tego dłużej…

                  Viktor zmrużył brwi w konsternacji.
                  - Jakbyś mi powiedziała, że lud chce sprawiedliwości to bym się nie zdziwił… ale szlachta? Ta sama której to nie obchodziło gdy pospólstwo ginęło teraz się obudziła gdy już nic nie jest w stanie zrobić?
                  - Wiem, dlatego się martwię. - oparła się o ścianę, nerwowo stukając palcami o drewno - Śmierdzi gównem i polityką, wybacz za słownictwo. Ojciec również zaczyna kręcić nosem od ich naporu. Obawiam się, że mamy maksymalnie tylko kilka dni.
                  - Ktoś się boi czegoś co Ahair może wypaplać. Wiemy, że panicz Crawcolt z nim kooperował. Wiemy, że alchemik jest członkiem Ligii Technicznej… i wciąż we dworze mamy ich ambasadora. Istnieje przynajmniej kilka wektorów z których te naciski mogą nadchodzić. Hmmm… Mógłbym sam sprawdzić, ale skoro ciebie tutaj mam… czy prawo Evercrest w jakikolwiek odnosi się do klonów?
                  Kobieta zaśmiała się pusto.
                  - Jasne, jest w tym samym dziale co homunculusy, golemy i mimiki… - pokręciła głową - Jeżeli istota wydaje się posiadać namiastki autonomii, a Ahair je posiada, to jest traktowana jako autonomiczna istota. Kropka.
                  - Świadkowie koronni? Odroczenie egzekucji celem wykorzystania w śledztwie za oryginałem? Brzmi jak coś co lokalne prawo mogłoby uznać za rozsądne?
                  - Viktor. Zakładam, że w Isger i Cheliax bawiłeś się ze szlachtą. Co się dzieje z prawem, kiedy szlachta chce czegoś, co nie jest dokładnie nielegalne?
                  - Wynajmowali odpowiedniego adwokata aby sprawił, że prawo zagra wespół z ich wolą. Wiesz Filio… jeśli mówisz, że sprawa już jest przegrana i nic nie da się zrobić… - wzruszył ramionami - To stare prawidło, że niektóre wektory podejścia zawodzą niezależnie od nas. Jedynym pewnym sposobem jest mieć ich wiele w garści. Nie jest on niezbędny, w zasadzie, do niczego. I może powinniśmy dać mu zginąć… jeśli te naciski byłyby manifestacją wzniesionej gardy takiego Crawcolta to po śmierci Ahaira pewnie ją opuści… o ile nic nie przekona go, że problem nie został rozwiązany. Jedyny problem byłby jeśli na procesie wypapla za dużo i nasze Trio zrozumie, że jesteśmy na tropie ich przeszłości. To definitywnie nie jest jeszcze moment aby odkryć karty… Hmmm… zajmę się tym.
                  Kiwnęła głową.
                  - Mówiłam ci już, że nienawidzę jak bardzo twoja obecność w mieście komplikuje mi życie?
                  Viktor milczał chwilę rozważając słowa, jakby przyjął je głębiej niż była intencja.
                  - Mam szczerą nadzieję, że gdy ta historia się zakończy, będziesz uznawała moje przybycie za jednak dobrą rzecz.
                  - Ja też… - Filia najwyraźniej ciągle nie była pewna słuszności swojej decyzji - Ciągle ciężko mi to przyjąć…
                  - Nie dziwię się. Masz na barkach wielki ciężar trudnych decyzji, których konsekwencje będą równie wielce poważne co odroczone w czasie. Nie zazdroszczę ci w moim kościele będziesz miała potężnego sojusznika. Niekoniecznie zawsze prostego i łatwego, ale wiele dobrego razem zdziałamy.
                  - Chociaż raz bym chciała, abyś przestał to ubierać w duże słowa o wspaniałej przyszłości, potężnych sojuszach… powiedz mi proszę, że to nie jest dla ciebie polityczna gra… że NAPRAWDĘ chcesz sprawiedliwości. Prosto w moje oczy.
                  Viktor zachichotał dudniąco. Nie odpowiedział od razu, ale po dwóch wdechach wstał i spojrzał siostrze w oczy, tak jak go prosiła.
                  - Nie jestem aniołem, ani paladynem dla którego “działanie w imię dobra” jest wystarczające…
                  Filia uśmiechnęła się i wcięła się adwokatowi w słowo.
                  - Znam różnicę między dobrem a sprawiedliwością… To, że ktoś je zrównuje, nie oznacza, że to prawda.
                  Viktor kiwnął głową krótko.
                  - To do czego zmierzałem to to, że moja wizja sprawiedliwości może być okrutniejsza od twojej, ale jednak o tę sprawiedliwość mi chodzi. Nie chcę obcinać rąk dzieciom kradnącym chleb, ale nim kto się dopuści mordu powinien zadrżeć na myśl tego co z nim Prawo zrobi jeśli zostanie schwytany… Szczerze chcę dla tego królestwa jak najlepiej i żaden z moich celów nie koliduje z tym jednym. Nie obiecam ci, że nigdy nie zniżę się do polityki… ale możesz być pewna, że TERAZ nie politykuję.
                  Komendant straży nie odrywała oczu od kapłana. W końcu kiwnęła głową.
                  - Wierzę ci… dokładniejsze szczegóły wkładu twojego kościoła w sprawiedliwość miasta obgadamy jak wszystko skończymy. - westchnęła - Cieszę się, że chcesz nam pomóc… wszystkim. Po prostu nie cierpię faktu… że czuję się jakbym była absolutnie bezsilna.

                  Viktor ostrożnie podszedł do kobiety i powoli uchwycił ją za ramiona, jakby chcąc dodać jej siły.
                  - Filio… Nie jesteś bezsilna. Jedynie nie jesteś samowystarczalna. Nikt nie jest. Myślisz, że bez mojej magii byśmy nie schwytali Ahaira? Prawda. Ale bez ciebie, twoich ludzi i twoich zdolności organizacji też bym sam nic nie zrobił i ludzie wciąż by umierali. Odkryłaś właśnie nowy świat. Znacznie mroczniejszy niż ten który znałaś. Nic dziwnego, że czujesz się w nim ślepa. Jednak z czasem nauczysz się w nim operować. Niezależnie czy będziesz chciała skorzystać z mojej w tym pomocy, czy sama w nim manewrować.
                  Viktor wycofał się pół kroku w tył, oddając kobiecie przestrzeń, do wkroczenia w którą wcale nie został zaproszony.
                  - Damy radę, ale potrzebujemy siebie nawzajem.
                  - … Masz szczęście, że jesteśmy spokrewnieni. Bo jestem zestresowana a mój narzeczony pojechał na jakiś Wiec… - kobieta zachichotała i wypuściła powoli powietrze - Więc, jaki jest plan?
                  - Myślę… że to nie byłaby aż taka tragedia, jakbym nie był chroniony tym konwenansem - uśmiech Viktora stał się nieco bezczelny, nim nie nabrał powagi - Wciąż działamy ostrożnie. Korzystne sytuacje da się prowokować, ale jest to niebezpieczne. Gdy czas nie goni lepiej czekać aż się one narodzą niezależnie i tak będziemy robić. Proces pójdzie do przodu. Ja z Ahairem ustalę jego zachowanie. Sądzę, że dojdziemy do porozumienia. Nie odkładaj procesu na siłę. Ktoś pociąga za sznurki szlachty i nie chcemy aby zauważył, że masz motywacje ponad rzetelny osąd. W pewnym momencie nastąpi okazja bym się spotkał z Aegonem i miło byłoby wtedy potwierdzić którego rodzica dzielimy, ale przede wszystkim muszę się do niego zbliżyć. Równolegle rozwijam kilka innych projektów, o których mógłbym ci opowiedzieć, ale nie wydaje mi się aby ciebie interesowały. Przede wszystkim… bez pośpiechu. Mamy czas i będziemy go mieć póki nie pozwolimy się zauważyć. Dopiero wtedy klepsydra ruszy.
                  - Kusisz… - mruknęła kobieta - Mogę tak zrobić, iść im na rękę i niech myślą, że wychodzi na ich… Kiedy przyjdzie ci na to spotkanie z moim ojcem… staraj się powstrzymać. Wiem, że masz konkretne emocje co do niego.
                  Viktor znów milczał kilka chwil, jak to miewał w zwyczaju.
                  - To było trzy dekady temu. Nabrałem dość chłodu i dystansu, oraz mam dość zrozumienia sytuacji, aby wiedzieć, że chcę aby uznał mnie za kogoś wartościowego. Idealnie byłoby jakby udało mi się wkraść w jego kręgi, ale to dalsze plany.
                  Kobieta kiwnęła głową.
                  - No to ja ci przyniosłam kiepskie nowiny, ty masz coś, co sprawi, że zacznę kwestionować wstawanie z łóżka przez miesiąc?
                  - Hmmm… Skoro sama pytasz… miałem poruszyć temat później, ale niech będzie… Jeśli miałbym zrobić coś zgodnego z ogólną moralnością oraz zgodnego z lokalnym prawem, co jednak zostanie odebrane jako poważne przestępstwo, ale niemożliwe do powiązania ze mną… wolałabyś zostać o tym poinformowana wcześniej, czy aby pozostawać w niewiedzy? To jest szczere pytanie. Gdy nie wiesz nie będzie w stanie ci to zaszkodzić.
                  Filia podniosła wzrok rozważając słowa Viktora.
                  - Potrafisz dać praktyczny przykład tego scenariusza?
                  - Hmmm… - Viktor myślał chwilę, tworząc w głowie scenariusz dosyć daleki od realnych zamiarów, ale dosyć bliski aby być adekwatny do nich. - Kradzież rodowego dziedzictwa, które wiem, że jest zaklętym magicznie człowiekiem, celem odczynienia uroku? Myślę, że to jest adekwatne porównanie.
                  - Czysto hipotetyczne, mam nadzieję. Jeżeli scenariusz trzymałby się tych kryteriów? Możesz mi mówić, mogłabym jakoś wtedy pomóc.
                  Viktor dał sobie czas.
                  - Zapytam ciebie tylko… chcesz abym ciebie w to wprowadził? To nie jest konieczne. Dam radę sam. Jeśli tobie opowiem to będzie pewien ciężar. Jeśli nie powiem to usłyszysz o tym i nie niekoniecznie będziesz wiedziała, że to moja sprawka. Przepraszam, że nie mam tutaj scenariusza który nie przyprawi ciebie o ból głowy.
                  - To po co wogóle pytałeś? - kobieta pokręciła głową - Czy bym chciała? Nie zaszkodzi jak sądzę, jeżeli uważasz ŻE zaszkodzi to nie mów.
                  Goodmann półuśmiechnął się do siebie, po chwili rozważań. Nie dawała my wygodnych opcji, ale trudno.
                  - Moja przyjaciółka została zmuszona do małżeństwa wbrew własnej woli, a jej dzieci są daleko w Numerii jako zakładnicy. Kontrola męża jest absolutna do poziomu, gdzie nawet w toalecie towarzyszy jej silnoręki. Ostatni raz widziała matkę na oczy dekadę temu, a jedyne listy od niej, które otrzymała, osobiście jej przemyciłem. Moim planem jest ją stamtąd wydostać, co na pewno zostanie przedstawione jako uprowadzenie. Najlepiej po odnalezieniu dzieci. Ale awaryjnie również przed tym. Ta przyjaciółka to Zorya Crawcolt. Żona Hieronima Crawcolta. Jeśli chcesz to z radością pozwolę ci z nią porozmawiać i potwierdzić moją wersję, gdy będzie pod moją opieką.
                  Filia stała jak wryta kilka chwil.
                  - Ciocia Zorya… żyje? I dzieciaki też?
                  Viktor zmarszczył brwi w konsternacji.
                  - Ah, tak… - przypomniał sobie dziwne relacje Filii z Trio. - Zorya jest uwięziona w willi Crawcolta o sześćdziesiąt mil na zachód od Evercrest. Phlip i Doria są gdzieś w Numerii na edukacji. Cz… czemu myślałaś, że są martwi? Co Hieronim wam opowiedział?
                  - Kilka lat temu wyprowadził się z miasta, zabrał Zoryę, dzieciaki. "Dobrze im zrobi z dala od zgiełku". Ciężka zima przyszła, na wiosnę Hieronim odwiedził mnie i… ojca. Powiedział, że się rozchorowali i… - łzy spłynęły po policzkach kobiety, jej głos zaczął się łamać - … nic im nie jest? Żyją?
                  Viktor powoli i ostrożnie, z powolnością i gestykulacją dającą do zrozumienia, że w każdej chwili był gotów przerwać, objął Filię rękoma.
                  - Tak, siostrzyczko… - mówił cicho i uspokajająco - Widziałem się z Zoryą trzy dni temu. Jest cała, zdrowa… fizjologicznie nic jej nie brakuje i wreszcie zaczyna mieć jakąś nadzieję w oczach. Philipa i Dorię też odnajdę. Już zacząłem wici zapuszczać. Mam stosunkowo pewne przekonanie, że Liga Techniczna jest z tym powiązana i mam już kontakt z kimś od niej. Koła się kręcą, zębatki już skrzypią. Machina idzie do przodu i odnajdę ich. W porządku? Hmmm?
                  Kobieta rozpłakała się w objęciach Viktora. Drżała kiedy emocje, których nie potrafiła zatrzymać wylewały się z niej potokami.
                  -...Nie… nienawidzę cię… - odparła po chwili z delikatnym uśmiechem - Jesteś… jesteś jednocześnie największym źródłem frustracji i radości dla mnie. - jej oddech zaczął się uspokajać - W-więc… Phili i Dori są w Numerii… mam nadzieję, że nic im nie jest. Co masz na myśli, że chcesz zabrać Zoryę? Gdzie?
                  - Mam prawie wszystko czego potrzebuję aby ją zabrać stamtąd w nocy. Planuję ją umieścić we Dworze, muszę tylko z Otto to omówić. Jego efekt antydywinacyjny jest tutaj kluczowy. Zorya mówi, że Hieronim robi się bardziej i bardziej zaborczy, ale dałem jej sposób by mnie wezwać gdy przesadzi.
                  Wciąż obejmując Filię pokazał jej srebrną obrączkę na swoim palcu.
                  - Pierścień Przysięgi, ona ma drugi od pary. Ma go zdjąć gdyby potrzebowała pomocy.
                  - To dobrze… jeżeli ją jeszcze zobaczysz, zanim ją zabierzesz. Pozdrów ją ode mnie i powiedz… że ją odwiedzę, jak już będzie bezpieczna.
                  - Przekażę - kiwnął głową adwokat, powoli wyplątując się z objęć. - Ostatnie pytanie z mojej strony. Masz w straży kogoś ze zmianami bielaczymi na twarzy?
                  Kobieta westchnęła.
                  - Pewnie tak… o co chodzi? Zakładam, że coś co przyprawi mnie o migrenę…
                  Viktor pstryknął palcami, przypominając coś sobie.
                  - Moment.. - poprosił sięgając za kaftan by wygrzebać z podwymiarowej przestrzeni kartkę papieru. Potwierdził, że jest na niej portret pamięciowy który naszkicował z relacji Fisusia i wręczył go Filii.
                  - To on. Mój szpieg widział go zawiadującego handlarzami zmierzchu... trzy dni temu wszyscy zapadli się jak kamień w wodę i on jest jednym z moich ostatnich tropów, choć nie mam co do niego wielkich nadziei.
                  Kobieta przyjrzała się rysunkowi.
                  - Ech… kilka lat temu jeszcze byłam w stanie rozpoznać każdego strażnika… było ich wtedy około trzydziestu. Teraz będziesz mi musiał dać czas, aby go znaleźć.
                  - Zachowaj szkic. To brudny strażnik i możesz chcieć sama go dopaść… mówisz, że ile wtedy ich było? Teraz ich ilość jakoś zauważalnie wzrosła? Czemu brzmisz jakby to coś złego było?
                  Kobieta westchnęła.
                  - Ponieważ straciłam prywatną koneksje. Wtedy znałam ich po imieniu, znałam ich rodziny, marzenia. Teraz, jest ich za dużo abym to spamiętała
                  Viktor uniósł brew powątpiewająco.
                  - Jesteś chyba pierwszą kapitan straży w historii, co jest niezadowolona z tego, że dostała więcej ludzi. Ilu ich teraz masz? Dwa razy więcej? Trzy?
                  - Stu osiemdziesięciu trzech strażników. Setka w mieście, reszta na rotację patrolując ziemie barona.
                  - To dosyć… drastyczna zmiana… skąd się oni, tak nagle, wzięli? To nie tak, że nagle ci się stu pięćdziesięciu strażników zaciągnęło na służbę, co?
                  - Inwestycja i rozrost. Zaczęliśmy rekrutować z okolicznych wsi. Wyszkoleni na tyle, aby wiedzieć jak trzymać włócznię i się nią nie zabić. Jesteśmy jak napompowany pęcherz, ale i tak muszę na nich zwracać uwagę… przynajmniej powinnam.
                  Viktor usiadł na rogu swojego biurka.
                  - W Cheliax prowadziłem kancelarię Malcador & Marcelion. Pracowało w niej około dwustu ludzi, wliczając w to sześćdziesięciu siedmiu auxilii. Chciałabyś… porady?
                  - Nie muszę się raczej martwić o noże w plecach, więc to możesz pominąć. - uśmiechnęła się - Szczerze, każda pomoc się przyda.
                  - Struktura hierarchiczna. Miałem pod sobą troje partnerów i piętnastu starszych adwokatów. Tyle. Trzon Malcador & Marcellion, czyli prawie setka socii, była podzielona na płynne zespoły – zwykle po pięć do siedmiu osób – i każdy zespół był zarządzany przez któregoś starszego adwokata. Problemem tego systemu był dobór tych osiemnaściorga ludzi których charakterom i zdolnościom ufałem wystarczająco, aby móc dać im wolną rękę. Kładę nacisk na charaktery, bo one były tu ważniejsze. Jeden nad wyraz zdolny starszy adwokat, ze sterroryzowany zespołem socii jest dwakroć mniej wart niż jeden o umiarkowanych zdolnościach, z zespołem o wysokim morale. Nie mówiąc już o drastycznie mniejszej ilości komplikacji w drugiej wersji. Nauczyłem się tego w bolesny sposób…. masz trzydziestu ludzi których znasz od podszewki. Znajdziesz wśród nich piętnastu którym ufasz, że nie nadużyją pozycji władzy?
                  Kobieta pokiwała głową.
                  - Ale trafiamy na problem jak teraz. Jeżeli znam tylko tych bezpośrednio pode mną, to nie będę wiedziała kim są wszyscy inni… i nie będę mogła sama ocenić sytuacji.
                  - Problem leży ciut-ciut gdzie indziej. Przy małych organizacjach, jaką była straż licząca trzydzieści osób, lider ma możliwość poznania każdego i mikrozarządzania wszystkim. Przy średnich, do których teraz się straż zalicza, nie ma takiej możliwości. Cassian Ulrex, w pewnym momencie, był moim głównym rywalem. Jego kancelaria była wspaniała. Był bardzo zdolny i miał świetny zespół. Miał wszelkie powody aby wygryźć Malcador & Marcelion z jej pozycji. Jednak zawiódł w bardzo ważnym teście, który ty teraz właśnie przechodzisz. Gdy jego kancelaria się rozrosła wciąż próbował operować nią jak wtedy kiedy miał pod sobą dziesięciu ludzi. Chciał mikrozarządzać każdą możliwą decyzją, bo nie ufał nikomu, że ma dość kompetencji by poradzić sobie bez jego światłego przywództwa. Jednak był tylko jednym człowiekiem. Na koniec prawie nie spał, wciąż decydował o wszystkim, ale przeciążony i wykończony umysł najpierw podejmował złe decyzje, a potem wybuchał i wyżywał się na współpracownikach próbujących ratować kancelarię przed tymi złymi decyzjami, by na koniec obwiniać ich o nie poradzenie sobie z “prostymi zadaniami”. W tym czasie ja miałem swój wewnętrzny krąg, któremu oddałem część odpowiedzialności i zajmowałem się tylko tym co rzeczywiście jedynie ja mogłem sobie poradzić.
                  Viktor skończył opowieść, nie przedstawiając wprost żadnych wniosków, dając Filii samej je wyciągnąć.
                  Komendant zastanowiła się chwilę nad słowami adwokata.
                  - Sądzisz, że to zadziała? Straż to nie to samo co kancelaria… ale chyba tak też działa wojsko, co nie?
                  Viktor kiwnął głową.
                  - W wojsku nazywają to łańcuchem dowodzenia. I wiem, że to by zadziałało, bo już przynajmniej raz to sama zrobiłaś.
                  Lekki, ale serdeczny uśmiech osładzał krótką pauzę, którą zostawił Filii na zastanowienie się.
                  - Gdy wyruszyliśmy po Ahaira, straż w Evercrest nie przestała funkcjonować, prawda?
                  - No… nie. Przekazałam swoje obowiązki mojemu zastępcy.
                  - I jak sobie poradził?
                  - Miasto wciąż stoi co nie? - Filia się uśmiechnęła trochę pusto - Więc radzisz, że powinnam wprowadzić system piramidowy… Nie wiem jak się z tym czuje… brzmi zbyt rygorystycznie.
                  - System piramidowy, łańcuch dowodzenia, struktura hierarchiczna… zwał jak zwał. Ważne jest to, że nie jesteś w stanie zarządzać tak jak to robiłaś dotąd. Możesz świadomie zmienić metodykę i na swoich regułach ją wprowadzić, albo piętrzące się kryzysy wymuszą to na tobie w znacznie boleśniejszy sposób. Nie mogę ci w tym oficjalnie pomóc, ale zawsze znajdę czas na konsultacje z tobą.
                  Filia odetchnęła i kiwnęła głową.
                  - Brzmi lepiej, niż żebym znowu szukała rozwiązania na dnie butelki…
                  - Na pewno będzie zdziebko produktywniejsze. Aby nie być gołosłownym… chciałabyś się już teraz umówić na spotkanie dedykowane twojej nowej sytuacji w straży? To będzie nie rozmowa, a seria długich rozmów i rozważań, które zaczną się od tego, że szczegółowo opowiesz mi o swoich najbardziej zaufanych ludziach. Tak abyśmy spośród nich mogli wybrać dziesiętników, którym nie będziesz bała się zaufać. Ja może ten łańcuch dowodzenia przedstawiłem w kilku zdaniach, ale tam jest wiele mankamentów które będą musiały być zaadresowane.
                  Filia już chciała odpowiedzieć kiedy drzwi do pokoju się otworzyły i przeszła przez nie Kaylie. Chód był trochę chwiejny, oczy odrobinę przekrwione, ubrania w nieładzie. Zdołała złapać Viktora za koszulę.
                  - Boli mnie głowa… pomóż.
                  Filia zerknęła na nowo przybyłą Galtiankę.
                  - Jakbym widziała swoje życie z zewnątrz…
                  Viktor zmarszczył brwi w pewnym niezadowoleniu.
                  - W porządku - odpowiedział, ale jeszcze zapytał Filię na szybko - Jutro wieczorem byś chciała może? - pytanie było delikatne i nienachalne. Nie wywierające nacisku, ale uciszające ewentualne nieśmiałości. Zaczął mruczeć infernalną inkantację, jedną dłoń opierając na skroni Kaylie, a wierzch drugiej na jej barku, dając tym też czas Filii na spokojnie rozważyć.
                  - Nosz… proszę. Lepiej? - zapytał serdecznie pacjentkę.
                  - Mmmmmhmmm... - magini mruknęła przeciągle i objęła Khala za szyję uwieszając się jego karku - Nawet już nie jest niedobrze…
                  -... Uważaj, jeżeli rozpoznanie wzorców mnie nie zawodzi, to zaraz zaciągnie cię do łóżka. - uśmiechnęła się się - Jutro może być. Możesz jakaś kolacja? Dawno nie byłam na czymś mniej wiążącym.
                  - Wspaniale. Purpurowy Indor? Tylko go znam lokalnie... chyba, że sama coś zaproponujesz?
                  - Brzmi dobrze… mam się wystroić, czy chcesz mnie bardziej po cywilu?
                  - A może by się wystroić po cywilu? - zapytał z półuśmieszkiem. Ciekaw bardziej wieczorowych kreacji siostrzyczki.
                  - Idziemy na kolację? - wtrąciła nagle Kaylie za wyraźnym uśmiechem.
                  - Jeśli masz ochotę się zabrać to jasne - przytaknął jej Viktor - Przy czym to będzie biznesowe spotkanie i tylko nasza osobista wspaniałość uchroni je przed byciem nieziemsko wręcz nudnym.

                  To spotkanie zostało przerwane pukaniem, potem ktoś… a dokładnie to gnom… nie czekając na odpowiedź wszedł wprowadzając za sobą szaroskórego aasiamara.
                  - Jego ekscelencjo poznaj Paimona Aslina… specjalnego wysłannika i doradcę do twojej dyspozycji.- rzekł oficjalnym tonem, po czym zwrócił się do Paimona.- Paimon… eee… poznaj jego ekscelencję i… Filię.-
                  Paimon poklepał delikatnie gnoma po plecach.
                  - Dziękuję mistrzu Harpeness, ale nie potrzebuję zapowiedzi. - po czym wysunął się przed gnoma i skłonił przed Viktorem - Paimon Aslin, do twej dyspozycji. - zerknął na stojącą w pokoju Filię - Nie wiem czy to odpowiedni moment na introdukcje…
                  Komendant straży westchnęła.
                  - Bogowie… kolejny?
                  - To bezpańska przybłęda. - Kaylie szepnęła nie ukrywając tego - Po prostu się pojawił.
                  Tym razem Viktor nie zmarszczył brwi. Dlatego, że jego niezadowolenie było poważniejsze.
                  - Ohoh… tłoczno się zaczyna robić. Uwierzyć by się chciało, że zaraz jeszcze Otto z córami nas zaszczycą.
                  Prawnik wstał z biurka i wygładził swój kaftan.
                  - Do dyspozycji mówisz… niech będzie. Jestem Viktor Goodmann, ale pewnie to już wiesz. Jadłeś śniadanie? Ja jeszcze nie, a tak zgrabniej będzie porozmawiać i wyjaśnić o co tu, w zasadzie, chodzi. Hmm?
                  - Ja jadłam. - wtrąciła Kaylie na ucho Khalowi wciąż się tuląc do niego.
                  - Mogę coś niewielkiego zjeść. A sytuacja do rozmowy jak najbardziej mile widziana. - aasimar wyciągnął dłoń w stronę kapłana - Mam nadzieję, że nasza współpraca będzie produktywna.
                  Gnom przyglądał się temu z obojętnością, co najwyżej zerkając na Fillę i przyglądając się jej reakcji na to wszystko.
                  Niby diabełek Kaylie znowu wyszeptała słowa do ucha Khala, tym razem tylko by on usłyszał: "Gnom nakłamał o tobie.
                  Viktor mruknął do Kaylie równo wdzięcznie co apologetycznie, gdy wyplątywał się z jej objęć, aby oddać gościowi należną uwagę. Uścisnął jego rękę pewnym chwytem.
                  - To zależy tylko od nas - odpowiedział serdecznie i wesoło. - Aslin… z tych Aslinów od sieci najemniczej?
                  - Mam nadzieję, bo jeżeli nie to nakłamałem naprawdę niebezpiecznym ludziom. - mężczyzna odwzajemnił uśmiech i rozejrzał się po pokoju - Więc, takie nagrody załatwia ci Azazel? Przytulnie, dostojnie.
                  - Pośrednio tak - przytaknął Viktor z uśmiechem, ale niby-żal zaraz wypełzł na jego twarz - Paimonie, czy byłbyś uprzejmy poczekać na mnie w głównej sali jakieś pięć do dziesięciu minut? Właśnie kończę tu rozmowę, ale chciałbym ją dokończyć poprawnie. Zamów sobie kawałek – albo dwa – jabłecznika. Robią go tutaj wspaniale i nim skończysz jeść powinienem już do ciebie dołączyć, hmmm?
                  - Och, oczywiście, gdzież moje maniery. Wtargnąłem w coś prywatnego. Przeprosiny w twoim kierunku i twych gości. - aasimar ponownie się skłonił i opuścił pomieszczenie. Filia przechyliła głowę na spektakl.
                  - Przynajmniej jest uprzejmy.
                  - Będę potrzebny przy tym doradzaniu? Bo jeśli nie to mam sprawy które muszę załatwić, miejsca które muszę odwiedzić. - wtrącił Baltizar beznamiętnie.
                  - Będziesz udawał się na dzisiejszy wiec? - zapytał Viktor w odpowiedzi.
                  - Tak. W końcu go zorganizowałem.- wzruszył ramionami Bajarz tłumacząc. - Chętnie posłucham co mędrcy Evercrest potrafią wykoncypować w związku przedstawionym im problemem. Mam wrażenie, że prędzej czy później będzie to dla nas ważne.
                  - Spodziewasz się, że ile będzie trwał? Ten jeden wieczór? Czy trochę dłużej?
                  - Pewnie wieczór. Może całą noc jeśli się rozgadają lub pokłócą. Mądrzy ludzie mają zwykle wysokie o sobie mniemanie… i niskie o głupcach. Przy czym często do głupców zaliczają każdego, kto nie zgadza się z ich tezami.- wzruszył ramionami Bajarz i potarł kciukiem o drewno kostura przyglądając się mu.- A ja lubię głupców… bywają bardziej nieprzewidywalni.-
                  - Nie pokrzyżuje żadnych twoich planów, jeśli też się na niego zabiorę, prawda?
                  - Ani trochę… - odparł gnom drapiąc się po karku.- Co prawda, nie będzie tam jego ekscelencja potrzebny. Nie wiesz czego szukamy w tym przypadku.-
                  - Oh, nie mam arogancji, by uzurpować sobie moc rozwiązania problemów, które was tam zbierają, samą swoją obecnością… ale jeśli coś poważnego się dzieje w okolicy to chcę sam wiedzieć co takiego.
                  - Cóż… wiec jest otwarty dla wszystkich. A ja sam też będę tylko widzem. Nie mnie uzurpować władzę do decydowania kto tam ma być, a kto być nie może. - ocenił gnom i spojrzał na Filię.- Zakładam że tutejsi mędrcy i świętobliwi kapłani zazwyczaj walczą na argumenty i nie będzie potrzeba straży by ich rozdzielać?-
                  Filia przekrzywiła głowę.
                  - "Mędrcy"... to duże słowo. Mamy kilku wyedukowanych, kapłaństwo się zjawi, z tego co słyszałam wezwali też lokalny krąg druidów. Nikt kto miałby tendencje do agresji… na trzeźwo. - zastanowił się chwilę - Co prawda mają tam też być służki Calistry, więc sądzę, że one utrzymają porządek… w ten czy inny sposób.
                  Kaylie widząc, że kapłan już się pobawił w uprzejmości, po prostu ponownie się uczepiła jego ramienia wtulając w nie.
                  - Dziękuję ci, Baltizarze… - Viktor położył dłoń na głowie Kaylie i opiekuńczo ją pogłaskał - …za twój wkład. Widzimy się na wiecu.
                  - Nie ma za co jego ekscelencjo.- odparł Bajarz, skłonił się i opuścił pospiesznie pomieszczenie.

                  Viktor odchylił głowę w tył, rozciągając kark i wziął dłuższy wdech. Wydarzyło się wiele i nagle. Ale w porządku… to były nowe możliwości. Obdarował Filię przyjaznym uśmiechem.
                  - Więc podsumowując… jutro. Nas troje. O zmroku. Purpurowy Indor. Ubiór umiarkowanie wieczorowy? Brakuje mi trochę okazji by się wystroić. Wciąż nie mogę uwierzyć, że całe miesiące przyjdzie mi czekać na najbliższy planowany bal, czy galę.
                  Kaylie wyglądała jak bardzo ucieszona nastolatka.
                  - Ubierzemy się pięknie, jak wyżej urodzeni! Będziemy piękni! - spojrzała na Filię - Nawet ty!
                  Komendant zamrugała kilka razy, po czym uśmiechnęła się wyzywająco.
                  - Dziewczyno wyglądałabym lepiej od ciebie w łachach!
                  Viktor strzyknął śliną kilkukrotnie, w jakiejś zadumie.
                  - Czy ja tu usłyszałem… wyzwanie? - zapytał przekornie i prowokacyjnie.
                  - Ty? - Kaylie wyglądała na rozśmieszoną szlachetkę - Ja wiem, że łachy do ciebie od narodzin pasują, więc nie próbuj wyrosnąć poza poziom wychodka, jaki służył ci za łaźnię obok stodoły, gdzie się rodziłaś. - machnęła ręką jakby odganiając owada - Znaj swoje miejsce i nie próbuj stawać na szczeblach społecznych jakich czubkiem głowy nie dotkniesz.
                  Viktor zmrużył trochę oczy, wczytując jak Filia to odbierała i oceniając, czy wymaga to jego interwencji… ale rozluźnił się widząc jej spojrzenie.
                  - Och, proszę. Tobie do szlachty jak mnie do czarowania. Pewnie ubrałabyś się jak dziewka uliczna i sądziła, że to szczyt mody. - uśmiech nie znikał z twarzy komendant, najwyraźniej potrzebowała odrobinę pasyno-agresywnej rozrywki.
                  - Słyszysz co ta plebejka sobie bzdura? - zapytała Khala obejmując jego ramię mocno - Może będziemy musieli na kolację przyjść z mydłem, jakby ta zapomniała o nim.
                  Filia złapała i zaczęła obejmować drugie ramię Viktora.
                  - Ja plebejka? Patrzcie szlachciankę trzech krów i świni. - spojrzała na adwokata - Pamiętaj, aby zabrać worek na paszę dla niej, aby biedactwo głodne nie było. - rozmowa zaczęła eskalować coraz bardziej, podjudzana tylko przez Viktora krótkimi prowokacjami. Kobiety przerzucały się "obelgami" ciągnąc go każda w swoją stronę kiedy była jej kolej na wyzwiska. Niby-oburzenie gościło na jego mimice, ale sytuacja naprawdę bawiła, a na swój sposób była nawet prymitywnie przyjemna.
                  - W porządku, dziewczęta. Stop - zatrzymał je ze śmiechem w głosie - Myślę, że ostatnim etapem eskalacji jaki nam tutaj jest walna bitwa. Albo na pięści i pazury, albo na kiecę i styl jutro wieczorem.
                  Adwokat w żadnym momencie nie krył która wersja bardziej mu się podoba.
                  - I żadnego korzystania z usług Otto! - postawiła warunek komendant - Nie dam ci wygrać bo masz dostęp do nieskończonej garderoby. Idziesz na miasto jak ja.
                  - Że niby jak plebs?! - oburzyła się - Od tego jest służba!
                  - A zaufałabyś nie-nieśmiertelnej służbie w doborze twojej kreacji? - pytanie Viktora było tylko odrobinę prowokacyjne.
                  - Jeżeli się oferujesz. - odparła Kaylie do mężczyzny wtulając twarz w jego ramię.
                  - Oj, wybacz, ale tu chciałbym pozostać bezstronny. Raczej mi chodzi, że nudna i uwłaczająco prosta byłaby to gra, jakbyś w ramach “służby” zaciągnęła dla siebie kogoś kategorii jak Otto z rodziną. I tak poważniej… nie dasz rady Filii pokazać bez supernaturalnego wsparcia, hmmm?
                  - Nie znam dobrze tego miasteczka. Nie wiem czy znajdę coś odpowiedniego dla gustu szlacheckiego. - powiedziała siląc się na przerysowany ton łaskawej wyższości.
                  - Myślę, że będzie uczciwie, jeśli weźmiesz Lilię do pomocy, póki ograniczy się ona do wsparcia ciebie swoją myślą i gustem, prawda Filio?
                  - Jeżeli jaśnie pani, nie potrafi sama się ubrać, to niech idzie z nią i cały orszak. - kobieta pokazała Galtiance język.
                  Galtianka prychnęła.
                  - Jutro zobaczysz, wieśniaro gdzie twoje miejsce.
                  - Nawzajem. Chcesz dodać odrobinę dreszczyku tej rywalizacji?
                  - Jakiego dreszczyku? - zapytała nieufnie.
                  - Zakład. Powiedzmy… jeżeli wygram będziesz musiała pracować dla straży przez tydzień i wykonywać wszystkie moje polecenia.
                  Uniosła brew.
                  - Tak serio? - przekręciła głowę - Czy ta wizja cię podnieca?
                  Komendant się zaśmiała.
                  - Zważając, że to ty tak to zinterpretowałaś? Zastanawiam się, kto tu jest podniecony.
                  - Czyli chciałabyś by mnie to podniecało!
                  - Lubię kiedy moi podkomendni cieszą się z pracy.
                  - Może być, o ile nie będziesz dawała mi pracy odrzucającej. A co jak - nie powiedziała "jeżeli" - ja wygram?
                  Filia zastanowiła się chwilę.
                  - Zorganizuje tobie i Viktorowi jakąś romantyczną randkę?
                  Kaylie spojrzała na Viktora.
                  - Czy ona sugeruje, że ty takiej robić nie potrafisz? - uśmiechnęła się wrednie.
                  - Adwokat z Cheliax. - zauważyła komendant.
                  - Myślę, Kruszyno, że mogła do Filii nie dotrzeć informacja o moich… o moim powodzeniu i kreatywności. Ale pikuś to. Jeśli w tle będzie nam grała orkiestra straży miejskiej to przyjmę to dla samej draki. Macie swoją orkiestrę w straży, prawda? - zapytał, w sumie nie wiedząc czy może swobodnie ekstrapolować reguły Cheliańskie na Evercrest… tam straż każdej dzielnicy miała własny zespół grajków i czasem ścierali się na tej płaszczyźnie.
                  - Ty sądzisz, że ja wam jakąś imprezę w remizie zorganizuje? Nie wiem, czy to nie jest większa poczwarz niż wszystko co Kaylie do mnie dziś powiedziała. Za karę zorganizuję randkę na siebie i Kaylie. Platoniczną. - zapewniła Galtiankę - A ty będziesz siedział sam w pokoju i wcinał suchary.
                  Chichot Viktora zadudnił nisko w jego piersi.
                  - Czyli ty wygrywasz – Kaylie jest twoją niewolnicą. Kaylie wygrywa – obie ryzykujecie wydrapanie sobie oczu? Tsk, tsk… przynajmniej nie będę wtedy stronniczy.
                  - Więc jak? - zerknęła na Galtiankę - Stoi? Tylko kto będzie sędzią?
                  - Coś wymyślimy w trakcie? - wzruszyła ramionami.
                  - Niech będzie. Przygotuj się na mało wygodny mundur.
                  Kaylie spojrzała na prawnika.
                  - To idziemy do tego wypierdka spod ogona Azazela? Bo wiesz... on się rozmnożył. - pół szeptem przekazała.
                  - Trzeba będzie. Filio, jesteśmy umówieni. Szlachty nie trzymaj bardzo na siłę. Zgodnie z ostatnimi informacjami materiały mają dotrzeć jutro bądź pojutrze i wtedy od razu zacznę budowę. Wypożyczyłabyś mi dwóch do czterech strażników, co przypilnują by nikt postronny nie wlazł mi na plac budowy i nie stracił kończyny? Czy kogoś niezależnego mam wynająć?
                  - Kilku świeżaków mogę ci dać. Spodziewasz się problemów?
                  - Tylko jeśli ktoś postanowi pozwolić ciekawości zwyciężyć nad instynktem samozachowawczym i nikt go nie uratuje przed własną… decyzją.
                  - Powinni sobie poradzić w takim razie. Nie będę wam przeszkadzać. I pamiętaj Kaylie… - komendant rzuciła Galtiance wyzywający uśmiech - zaczynamy pracę z porannym słońcem.

                  Wyrwanie

                  Gdy, po pożegnaniach, Filia zamknęła za sobą drzwi Viktor spojrzał na Kaylie.
                  - No, no… pewności na pewno ci nie braknie, skoro na tak nierówne szale zakładu się zgadzasz - zachichotał nisko.
                  - Ależ to idealna sprawa! - Kaylie wyraźnie była podekscytowana - Wątpliwe bym przegrała, ale w razie co... przecież i tak chciałam pójść do straży!
                  - W takim razie cieszę, że stworzyłaś sytuację gdzie zawsze wygrywasz. Słuchaj Kay. Chciałbym z Paimonem na razie porozmawiać sam na sam. Poznać go i podpytać o relacje z Kozłem. Miałabyś coś przeciwko?
                  - Dlaczego sam na sam? - zdziwiła się - Wstydzisz się mnie?
                  - Absolutnie nie, ale masz swoiste podejście do Kozła i chwilowo chciałbym przeprowadzić wywiad z nim bez tej dodatkowej komplikacji. Rozumiesz, prawda?
                  - O czym ty mówisz?
                  Viktor westchnął z drobnym zawodem.
                  - Nienawidzisz Kozła i masz do tego swoje powody. To będzie rozmowa dwóch istot które go szanują i nie chcę by twoje relacja z moim patronem skomplikowała rozmowę. Nie wiem kim on jest, jakie ma cele, ani czego można się po nim spodziewać czy oczekiwać. To ważny moment socjalny i preferowałbym go uprościć. Sądzisz, że twoje niekryte odczucia co do Kozła ułatwią mi ten moment?
                  - Ale... - Kaylie chyba nie spodziewała się tego i jednocześnie nie miała gotowej odpowiedzi, więc wpierw zbyt długo milczała robiąc pauzę - Ale on już wie co o Azazelu myślę... Byłam na kacu, ale mówiłam do niego...
                  - Kaylie… - Viktor złapał ją dłońmi za ramiona, patrząc w oczy z zauważalną, aczkolwiek delikatną stanowczością - … to nie chodzi o ciebie. Nie wstydzę się ciebie i w przyszłości bardzo chętnie się tobą przed nim pochwalę, a jak przyjdzie etap planowania definitywnie będziesz zaangażowana. Jednak teraz chciałbym z nim porozmawiać sam. Proszę.
                  Kobieta już otworzyła usta by oprotestować i nie zgodzić się z tym co mówił jej kochanek. Czy on naprawdę sądził, że była tak nieokiełznana, aby nie umieć się zachować, gdy tego wymaga sytuacja?
                  Zamknęła usta porzucając chęć protestu.
                  - Dobrze... To twój żywioł. - stwierdziła cicho.
                  - Dziękuję - ucałował ją w czule ponad brwiami - Widzimy się potem.

                  Wyrwanie

                  Kaylie od wyjścia Khala nie mogła wyzbyć się atakujących ją wspomnień, jakie cała sprawa przypomniała. To było bardzo dawno, jakby w innym życiu, bez diabłów, bez najemniczej krwi i lodu łańcuchów. Wtedy była inna, była spokojniejsza i bez wszystkich blizn, a jednak...
                  Taka sama...
                  Kobieta przewróciła się na łóżku, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Czy zawsze tak będzie?
                  - Niechciana... - szepnęła ledwo słyszalnie.

                  Co ona tu robi?
                  Po co w ogóle tu przyszła?

                  Silnie zamknęła oczy, jakby miały one zagłuszyć myśli szepczące wokół głowy.

                  *Przyniesie nam jedynie wstyd. *

                  Narzuciła na głowę aksamitną pościel.

                  Obraz grzechu swojej matki.

                  Wyrwanie

                  Szmer poranka we Dworze miał przyjemny klimat. Potrawy pachniały dla nosa, rozmowy grały dla uszu, a córy Otto… lśniły dla oczu. Viktor bez większego trudu wynalazł spojrzeniem niebieskoskórą sylwetkę.
                  - Wybacz, że kazałem czekać - czysto grzecznościowo przeprosił siadając przy wolnym krześle.
                  - Och, żaden problem. - aasimar podał Viktorowi kubek z jakimś sokiem - Trochę za wcześnie na coś mocniejszego. Więc… zapewne masz pytania?
                  - Oczywiście - przytaknął Viktor wesoło - Zacznijmy może podstaw. Paimonie… co ciebie do mnie sprowadza?
                  - Krótka odpowiedź? Kozioł. Długa odpowiedź? Kilka dni po tym jak tu wylądowaliście zaczął się martwić, że jesteście rozkojarzeni. Zajmujecie się jakimiś pobocznymi rzeczami zamiast budowaniem jego kultu. Ja rozumiem sprawy prawno-logistyczne, trzeba pogłaskać populację zanim otworzycie drzwi świątyni istoty z Piekieł. Azazel niestety najpewniej zaczyna czuć nacisk… chciałem powiedzieć, że z góry, ale to piekło.
                  - Hmmm… - Viktor zastanawiał się chwile, rozważając czy oficjalny powód istotnie był właściwym. W końcu nie spotkał się z żadnym ponagleniem ze strony patrona. - I jesteś tutaj jako bat, czy jako wsparcie?
                  - Wsparcie. Jeszcze za wcześnie na bat. - aasimar rozejrzał się i ściszył głos - Jak rozumiem, kobieta z którą cię przyłapałem to potencjalna rekrutka? Mistrz Harpeness sugerował, że podkradasz kapłaństwo innym bóstwom.
                  Viktor zmarszczył brwi niezadowolony
                  - Baltizarowi wydaje się, że rozumie znacznie więcej niż rzeczywiście rozumie. Na szczęście nie na jego wnioskowaniu mi zależy. Filia to komendant straży i miała – w sumie wciąż MA możliwości – aby uniemożliwić nam założenie legalnej religii. Jaka jest natura twojej relacji z Kozłem? Oczywiście ta część którą jesteś gotów wyjawić na pierwszym spotkaniu - uśmiech Viktora nie zobowiązywał do szczerej odpowiedzi. Nawet nieszczera mogła mu wiele powiedzieć.
                  - Och… gdzie tu zacząć… - Paimon zerknął na Viktora - Zakładam, że wiesz, że kiedyś był aniołem?
                  - Jak sam Mroczny Książę we własnej osobie i wiele innych diabłów. Jakby to nie było nasze pierwsze spotkanie to przynajmniej jednego z nas to pytanie by obrażało - śmiech Viktora nie zdradzał aby krył jakąkolwiek urazę.
                  - Asmodeus był bardziej bóstwem niż aniołem, ale przystanę na twoje. Sęk w tym, że Azazel przyłączył się do piekieł długo po tym jak Pierwszy się obraził, bo nie poszło po jego myśli. Zanim to nastało, moja przodkini nawiązała z Kozłem kontakt. Było to tak dawno, że traktujemy całą sprawę jak mit, nie sądzę, aby sam Azazel pamiętał szczegóły. Wersja, którą ja słyszałem, to taka, że moja przodkini była w ciąży i życie dziecka było zagrożone… ponieważ. Azazel, wtedy Fenuel, użyczył swoich mocy i uratował nienarodzone życie. Stąd masz mnie. - Paimon się uśmiechnął, tym uśmiechem, który bynajmniej nie widzi humoru w sytuacji - To był jeden z wielu długów, który moja rodzina u niego zaciągnęła. I teraz go spłacam.
                  - I po ugruntowaniu jego pozycji jako legalnego i, przede wszystkim, stabilnie czczonego bóstwa będziesz wolny ze swoich zobowiązań?
                  - Tych związanych z wami? Owszem… chociaż ciągle jest sprawa JEGO długu wobec… gospodarza.
                  - Ich spłacenie, niestety, będzie ważną częścią gruntowania pozycji Kozła. Cóż… mogę ci obiecać, że dołoże starań abyś możliwie szybko odzyskał swoją niezależność… Opowiedz mi może teraz, jeśli możesz, o tym czego mogę od ciebie oczekiwać. Jakie zadanie mogę ci oddelegować, jakie twoje zdolności mogę wykorzystać?
                  - Szeroki zakres wiedzy i metod jej pozyskiwania. - zaczął aasimar - Nie spodziewaj się, że będę dobrym wsparciem religijnym, pomimo mojego… pokrewieństwa z Azazelem, nie jestem wyznawcą jego ani nikogo innego. Znam się na nadzorze, organizacji i logistyce. Plus moja… bliska relacja z Kozłem ma benefity magiczne. Słyszałeś pewnie o czaroklepach, co to nie muszą siedzieć nad księgami bo ich przodek był bardem i zamoczył z czym nie powinien? Ta sama zasada, tylko ja jestem bardziej jak kapłan.
                  - To definitywnie będzie przydatne. Może udało mi się oszukać tutaj większość, ale tak naprawdę wcale nie wiem wszystkiego - szepnął konspiracyjnym tonem - Wsparcie magiczne na pewno będzie przydatne, a rzetelna wiedza logistyczna niezastąpiona. Moje ekstrapolacje z prowadzenia kancelarii są dobre na tyle na ile są dobre.W porządku, to daje mi obraz. Czy ty chcesz o nas coś wiedzieć? Czy zostałeś wprowadzony?
                  - Tylko podstawy. Ty masz… historię związaną z tym miastem i wiem, że to mało powiedziane. Galtianka ma masę własnych problemów, plus nienawidzi Azazela. Gnom jest absolutnie szalony a i tak najstabilniejszy z waszej trójki.
                  - To jest… definitywnie ciekawa interpretacja sytuacji, ale nie zniżę się do obrony własnych cnót. Na pewno będziesz miał okazję zrewidować ten dziwny pogląd. Więc może trochę ciebie wprowadzę w to z kim współpracujesz…

                  Viktor zaczął opowiadać, możliwie rzetelnie, choć raz pozwolił sobie na drobną szpilę wycelowaną w Baltizara. Gdzieś w połowie historii Lilia przyniosła im słodkie bułeczki i cienkie wino do zapicie, o które Viktor poprosił przed dołączeniem do Paimona.

                  - To zaraz. Abym dobrze zrozumiał. Ty i Kaylie nie jesteście ekskluzywni? Chcę wiedzieć jakie mam opcje.
                  Viktor uniósł brew.
                  - Mam swoje oczekiwania wobec niej, ale technicznie nie umawialiśmy się na wyłączność.
                  Aasimar również uniósł brew rozbawiony.
                  - A kto mówi o Kaylie?
                  Adwokat zamrugał kilka razy oczami, szukając logiki w niby-pytaniu Paimona. Oczy latały z lewa do prawa, odrzucając jedną opcję po drugiej aż zrozumienie przyszło.
                  - Oooo… To… Ah… - Viktor zamilkł na kilka chwil, składając dłonie przed ustami, w konsternacji.
                  - Co? Pierwsze pióro Isger i Trzecie Cheliax nigdy nie próbowało złapać klientów na ten sposób? - aasimar wyraźnie się świetnie bawił - Dobrze już, już. Nie jestem zwyrodnialcem. Rozumiem kiedy zainteresowanie nie jest wzajemne. I jeżeli nie chcesz, aby Kaylie szukała pociechy u innego, to to też uszanuję.
                  - To… - śmiech który wyrwał się z piersi Viktora tym razem był naturalny i całkowicie szczery, choć wcale nie różnił wiele od jego wystudiowanych. Dopiero odkaszlnięciem go przerwał.
                  - Może się zdarzało, może nie. Tego się nigdy nie dowiemy. Twoja uwaga definitywnie jest doceniona i ciepło przyjęta, ale to tyle… ale jakbyś skrzydłowego szukał, to definitywnie mogłoby być ciekawe ćwiczenie kooperacyjne - zaśmiał się znowu i upił łyk wina.
                  Paimon uśmiechnął się ciepło.
                  - Trzymam cię za słowo. - klasnął i zatarł dłonie - Dobrze, granice ustalone i szturchnięte.
                  - Coś mi mówi, że się naprawdę dobrze dogadamy. Dobrze. Część formalną mamy za sobą, to poznajmy się lepiej. Zagrajmy w Opowieści...

                  text alternatywny

                  Nim opowieści się skończyły i nowi towarzysze odeszli w swoje strony, sala jadalna Popielnego Dworu zdążyła się, w znacznej mierze, wypełnić. W jednym z kątów dostrzec można było drobne zgromadzenie i zgromadzenie to żądało od Viktorowej ciekawości zbadania. Nie opierał się uczuciu. Ciekawość nie zawsze była jednym z filarów jego działań, ale dziś… pozwolił jej.

                  Viktor zbliżył się do tłumu, wynajdując pretekst w krótkiej rozmowie ze strażnikiem miejskim co siedział niedaleko zgromadzenia. Rozmowa o niczym rozegrała się niemal bez udziału viktorowej świadomości, bo ona wypatrywała i wsłuchiwała się w to co działo się obok.

                  Wśród roztrajkotanej grupki, składającej się głównie z młodych mężczyzn, nieregularne centrum tworzyła, nie kto inny, jak z gracją siedząca na blacie stolika Elanna. Uśmiech miała przyjemny na twarzy, ale spojrzenie zimne. Z jakąś nieco-nawet-okrutną satysfakcją, bo o ile sprawiała jej uwagę satysfakcja to wiedziała, że próżny jest ich trud.

                  right aligned paragraph

                  Dostrzegła Viktora jedyne pół oddechu później niż on ją. Nie wstała by się z nim przywitać, a jedynie odchyliła lekko głowę… jakby w drobnej prowokacji. On też wcale nie przerwał niby-rozmowy ze strażnikiem i czekał. Pozwolił poczuć jej niecierpliwość (a może samo zainteresowanie?)
                  - Ciekawa jestem, Goodmann - zagadnęła gdy Viktor wreszcie zakończył dialog ze strażnikiem. Głos miała lekki, jakby senny - Czy brak interakcji jest oznaką obojętności… czy może subtelnej wzgardy?
                  - Ani jedno, ani drugie - odpowiedział siadając na pobliskim krześle. Nie przesadnie blisko, aby nie prowokować adoratorów swoją obecnością akceptując, bez krępacji, jej wyższa pozycję - Po prostu obserwuję i jeszcze nie jestem przekonany, czy jakakolwiek moja reakcja jest – bądź będzie – potrzebna.
                  Elanna przesunęła spojrzeniem po jego twarzy. Powoli i dokładnie. Z lekko uniesionymi brwiami i rozchylonymi ustami, z których uśmieszek prawie zniknął. Każdy gest miał znaczenie.
                  - Hmmm… - wymruczała, opuszczając powieki na pół sekundy, testując jego cierpliwość - Czyli jakby ktoś chciał twoje miejsce zająć… nie dotknęłoby cię to?
                  - Moje miejsce? Kochana… nie roszczę sobie prawa posiadania do żadnego miejsca w twoim kontekście. Tylko ty możesz je komukolwiek przyznać.
                  Uśmiech Elanny skrzywił się minimalnie. Niemal niewidoczny jak niewidoczny jest cień w półmroku. Była w nim satysfakcja i zadowolenie.
                  - Cóż, Viktorze… W takim razie… być może znajdziesz mnie później, gdy teatr dziennych obowiązków się zakończy.

                  text alternatywny

                  - Dzieciaku, nie chcesz tego robić… - Viktor mierzył spojrzeniem jednego z adoratorów Elanny. Grupka ucichła, na czele z ambasadorką Brevoy, co wyciągała szyję aby widzieć co się dzieje nad barkami mężczyzn… ale nie na tyle by wyglądała na nazbyt zainteresowaną… jednak w jej oczach Viktor widział to zainteresowanie. Mroczne i karmione agresją. Prymitywna satysfakcja, której samego istnienia by odmówiła, ale jednak karmiąca się walką samców o dominację… walką o nią.
                  - Ależ oczywiście, że chcę! - odwarknął młody brunet z kozią bródką. Był młody. Był silny… niewątpliwie silniejszy od niespomaganego magią, powoli starzejącego się już Viktora. Prawnik rozumiał skąd ta błędna pewność siebie. - Chyba, że sądzisz, ze panna Orlovsky nie jest warta walki o nią!?
                  - Ughh… - Viktor spuścił powoli powietrzem, nie pozwalając młodzikowi dyktować tempa tej interkacji. Spojrzał jeszcze raz na Elannę i widząc jej spojrzenie… posłał jej porozumiewawcze oczko. - Jak masz na imię?
                  - Lavel Orlock! Zapamiętaj je!
                  - Więc Lavel… ostatnia szansa. Nie chcę się z tobą bić… ale jeśli mnie zmusisz… to będzie wyglądało dużo inaczej niż sobie wyobrażasz.
                  - Nie przestraszysz mnie, dziadku.
                  Viktor znów westchnął i stanął z nim twarzą w twarz.
                  - Więc niech będzie… Lavel… czy byłbyś tak uprzejmy... - wyrecytował powoli - I zdzielił się w ten umiarkowanie-inteligentny pysk?
                  - Hmmm? Aughh… - początkowe zdziwienie przerwał ból, gdy pięść Lavela rzeczywiście wymierzyła cios w jego szczękę.
                  - Jeszcze raz - grupka adoratorów rozstąpiła się w przestrachu, odsłaniając Elannie widok na scenę. Drugi cios, z drugiej strony, powalił Lavela na ziemię.
                  - Splot słoneczny… - polecił Viktor i następne uderzenie wypompowało z chłopaka powietrze.
                  - Starczy ci?
                  Ale nie starczyło… potrzeba było jeszcze dwóch ciosów, z Viktorem nonszalancko kucającym nad nim… nieporuszony w żaden sposób bliskością pięści pana Orlocka (kimkolwiek Orlock miał być), nim Lavel pogodził się, że przegrał jeszcze nim zaczął.
                  - Wiesz, w ogóle, kim jestem?
                  - Dź-dziadem… starym.
                  - Nie do końca. Jestem Viktor Goodmann. I pamiętaj. Viktor Goodmann to twój przyjaciel.
                  Puścił mu oczko i uwolnił go wreszcie z zaklęcia. Tylko w przelocie spojrzał na Elannę, ale tylko tego momentu potrzebował by potwierdzić, to co już wiedział. Pod maską zimnej suki, Elanna była kobietą jak każda inna i jak większośc kobiet… uwielbiała u mężczyzn akty dominacji.

                  text alternatywny

                  right aligned paragraph

                  Po “rozładowaniu” napięcia z młodym Orlockiem, Viktor chciał już wrócić do Kaylie, ale spojrzeniem i gestem zawołał go do siebie nie kto inny jak Varion Letalle… ambasador Pitax. Zmarszczki wokół oczu zdradzały wiek i doświadczenie, ale spojrzenie wciąż było bystre i przebiegłe.
                  - Viktorze! - Varion zaprosił go gestem by zasiadł mu naprzeciw i zawołał po kielich wina dla niego - Pamiętałem ciebie jako bardziej… zdystansowanego… choć nie kryję, że czułem w tobie… alternatywne możliwości.
                  Viktor uśmiechnął się pół-tajemniczo.
                  - Mam wiele narzędzi w moim repertuarze, nie preczę.
                  - Ale powiedz mi… dzisiejsza “lekcja dla młodzików” była częścią większego planu? Zalotami? Czy po po prostu przejawem zranionej pychy?
                  - Och, Tym wszystkim… - odpowiedź była spokojna i przyjazna - … i jeszcze więcej. Zyskałem tym kilka rzeczy, kilka innych straciłem… ale czasem trzeba postawić granice.
                  - Prawda. Młodzi zawsze będą chcieli wycyckać starców i zrobią to jeśli im pozwolimy.
                  - Starców? Letalle, proszę cię… daj mi zachować moje złudzenia.
                  - Tsk, tsk, tsk… nie da rady. Moje wyrwano mi z piersi już dawno, więc zostało mi zawistne wciąganie innych w to bagno.
                  - Ty potworze…

                  text alternatywny

                  right aligned paragraph

                  Dyskusja trwała jeszcze dobry kwadrans. Ze wszystkich obecnych na sali Viktor chyba właśnie Variona dażył największą sympatią. Ten człowiek nie próbował już nic ugrać. Miał swoją pozycję i był z niej zadowolony. Robił swoje, bez zabaw w intrygi… albo był w nich tak dobry, że nawet Viktora oszukał. A wtedy należał mu się tylko większy respekt.

                  Przed powrotem do pokoju znów ktoś zwrócił jego uwagę… Z pergaminami i notatnikiem przy ścianie, w wiecznej gotowości, skrupulatnie rejestrował obserwacje konsul Tyrel Nex, z Ligii Technicznej. Viktor znał moralności Ligii Technicznej, ale potrzebował go teraz. Podszedł do jego stolika, zwracając na siebie uwagę.
                  - Viktorze, dobrze, że znalazłeś czas - powiedział Tyrel, jego ton był spokojny, precyzyjny, bez zbędnych ozdobników. - Usiądź tutaj. - Wskazał miejsce obok siebie, nie naprzeciw. Nachylili się do siebie, jakby knuli. - Mam dla ciebie aktualizację. Sprawa, o którą pytałeś, zaczyna przybierać konkretny kształt. Wymagać będzie dokładności i ostrożności w wykonaniu.
                  Goodmann kiwnął głową, ale nie odpowiedział.
                  - Zidentyfikowałem dwoje, których szukasz. Nazwisko Crawcolt zostawia po sobie sygnaturę rozchodzącą się jak kręgi na wodzie, łatwą do śledzenia dla kogoś z odpowiednimi możliwościami - Tyrel odchrząknął i przesunął kilka notatek, jakby chciał je poukładać według własnej logiki. - Są w jednej z akademii Ligii Technicznej. Nie w mojej. Trzy inne pozostają opcjami. Konkretne dane dopiero otrzymam. Nie wiem, czy będę w stanie uzyskać precyzyjne informacje przed opuszczeniem Evercrest. Ich obecność jest… nieoptymalna. - Tyrel ujął to swoistymi słowami, jakby opisywał usterkę w maszynie. - Zostali przyjęci alternatywnymi kanałami. Zasoby, fundusze i procedury, zostały przekierowane w sposób, który nie jest standardem. Może to spowodować dodatkowe komplikacje w operacji.
                  Viktor milczał, przyswajają informacje.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ArveeA Online
                    ArveeA Online
                    Arvee jako Viktor Goodmann
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #143

                    - Innymi słowy - kontynuował Tyrel, mierząc Viktora chłodnym spojrzeniem - przysługa, o którą prosiłeś, staje się znacznie bardziej złożona. Jedno: to zlokalizować cel w Numerii. Drugie: ingerować w działanie moich kolegów, nawet gdy nie kategoryzuję ich koniecznie pozytywnie. - Położył palec na notatniku, jakby wskazywał zależności między układami. - Zakładam, że przy rozliczeniu długu zostanie to uwzględnione. Logika wymaga, by moje naruszenie lojalności wobec nich było odpowiednio zbilansowane.
                    - Oczywiście, Tyrelu - odpowiedział Viktor. - Rozumiem koszty takiego działania i przyjmuję je do wiadomości.

                    text alternatywny text alternatywny
                    text alternatywny

                    Viktor stał w ciemnym pokoju. Zasłony były zaciągnięte, a okiennice zamknięte. Na łóżku kołdra zawinięta była w kulkę wielkości jakby ktoś się w nią zawinął. Goodmann odchylił głowę w tył, nagle czując zmęczenie i niechęć. Kolejna drama. Kolejne tłumaczenia. Zamknął za sobą drzwi i usiadł przy Kaylie.
                    - Wszystko w porządku? - zapytał kładąc dłoń na kołdrze, nie wiedząc która część ciała Kaylie znajdowała się w tym konkretnym miejscu.
                    Kołdra się lekko uniosła i wysunęła się z niej twarz Kaylie. Mężczyzna zobaczył zaczerwienienie pod jej oczyma i lekkie sińce. Dłoń trzymał na jej barku najpewniej.
                    - ...Mhm. - mruknęła cicho w potwierdzeniu - Jak było? - zapytała szeptem.
                    - W porządku. Rozmówiłem się jeszcze z kilkoma ludźmi po drodze. Czemu tak w ciemności leżysz?
                    Kaylie wzruszyła ramionami.
                    - Tak jakoś...
                    - Aż takie znaczenie miało dla ciebie pójść ze mną? Czy o coś innego chodzi?
                    - To nie tak... Po prostu... Myśli i wspomnienia aktywowała sytuacja... - uniosła się i zarzuciła ręce na szyi Khala by utulić go - To nie twoja wina.
                    Viktor objął ją ramieniem. Cicho zaskoczony i niejako zadowolony, że nie było znów tłumaczyć jej – i zagłaskiwać – jak dziecku.
                    - Rozumiem. Postaram się to brać pod uwagę, na przyszłość.
                    - Opowiesz co się działo? - zapytała wciąż wtulona jak dziecko.
                    - Mój kontakt znalazł coś o Philipie i Dorii… są w jednej z akademii Ligii Technicznej. Z Elanną kilka słów zamieniłem, ku niezadowoleniu kółka jej adoratorów… Porozmawiałem z Varianem trochę… to ambasador z Pitax. Spotkaliśmy się pięć lat temu w Andoranie na szczycie politycznym. Ah… i nauczyłem manier jednego młodzika, co myślał, że jest twardy…
                    - Jakiego młodzika? Co się stało? Ktoś cię zaatakował? - zapytała z troską i spojrzała na twarz mężczyzny by sprawdzić czy nie jest obity.
                    - Liczył, że nazbiera kilka punktów społecznych na mnie. Zmusiłem go by sam się pokonał… w stylu jak bandytów przed trzema laty. Tylko mniej krwawo. Pamiętasz to, prawda?
                    - Tak, tak. - wróciła do przytulanek - A ten twór krocza Azazela? - zapytała ze słabo ukrywaną niechęcią.
                    - Dogadalibyście się, myślę. Też nie jest chętny Kozłowi, choć mniej intensywnie niż ty.
                    - Naprawdę mi się dziwisz? Popełniłam najgorszą zdradę w Galt. Nieważne, że chciałam ratować rodzinę... - ukryła twarz w jego szyi.
                    - Meh… może w idei. Jestem przekonany, że nawet Obywatel Drannoch miałaby większe pretensje do kogoś kto, hipotetycznie, by jej rodzinę zabił niż do ciebie.
                    Nadal przytulała się w szyję prawnika, uwieszona na jego barkach.
                    - I jestem zakochana w kapłanie diabła... - mruknęła pod nosem.
                    - Ah… no rzeczywiście… w takim razie Obywatel Drannoch rzeczywiście, by rozkazała wstrzymać poszukiwania tego mordercy jej rodziny. “To już nieważne. Musimy znaleźć prawdziwego zbrodniarza! Sprowadźcie mi JĄ”. Tak to sobie wyobrażasz, dziecino?
                    - Wyobrażam sobie, że to byłoby jak dowód. Zdradziłam i teraz się kręcę z diabolistami z Cheliax. - połasiła się o jego policzek - Ale to w sumie nieważne. Nic nie odkręcę. Nie zmienię przeszłości.
                    - Nie pierwszy raz w historii oskarżenie o konszachty z jakąś grupą wepchnęła oskarżonego prosto w łapy tej grupy. Gdyby nie Yasperhyde, albo Aegon nigdy bym nie zawarł paktu z Azazelem.
                    - Tylko z Asmodeuszem? - uśmiechnęła się.
                    - Mógłby być problem w spotkaniu jego kleru w Evercrest - odpowiedział z podobnym uśmiechem. - Tak naprawdę to nie mam pomysłu jak moja historia potoczyłaby się jakby nie tamte wydarzenia. Łatwo zgadywać, że bym został kapłanem-prawnikiem Abadara, ale bez mojej obsesji… nie wiem jak by to mogło wyglądać, ale diabłów w tej historii by – niemal na pewno – nie było.
                    - Jak w ogóle różniłbyś się, gdybyś został kapłanem pana Piekieł? Byłaby to ciekawa różnica?
                    - Hmmm… na pewno musiałbym trochę ugiąć moje poglądy. Dopasować do kleru. Oczekiwano by ode mnie konkretnych interpretacji prawa. Naginania go pod cele Czerwonej Loży i samego Księcia. By oczekiwano ode mnie posiadania znacznie większej liczby niewolników. Jako jego kapłan oraz Trzecie Pióro by oczekiwano ode mnie organizowania przyjęć których klimat by mi nie odpowiadał. Również miałbym znacznie większe wsparcie i zdobyłbym naturalne dojście do Thrune’ów. Niekoniecznie od razu do samej królowej Abrogail Drugiej… ale z czasem… tak. Jestem pewny, że tak. Chciałbyś abym poteoretyzował o jakimś konkretnym aspekcie tej fantazji?
                    - Zastanawiam się jaki byś był. Jako osoba. Blisko ci było do zostania jego kapłanem? Jak byś mnie traktował i czy miałbyś też rotację? - zapytała ciekawa i rozbawiona.
                    - Dosyć blisko, ale… jakbym chciał to bym mógł zostać, ale wiesz pewnie jak to jest… póki cel był odległy to niuanse nie raziły w oczy. Jednak kiedy się przybliżał coraz bardziej i bardziej nad ambicje i cele wynurzały się… różnice filozoficzne. Więc zacząłem szukać alternatyw. Kozioł był jedną z nich. Gdy udało mi się z nimi dogadać powoli wycofałem się z procesu zostania kapłanem. Ale jakbym nie znalazł Azazela, ani żadnej innej zadowalającej alternatywy… to bym został tym kapłanem… ale nie wiem ile by się zmieniło. Kwestia na ile bym dał radę rozdzielić moją publiczną personę od prywatnego-mnie. Myślę, że w ramach czystej teorii, można by założyć nieco by się przesączyło. To by oznaczało, że byłbym nieco twardszy. Nieco mniej wyrozumiały. Trochę bardziej wierzący, że najłatwiej ci pomóc strukturą.
                    - A jak byś najprawdopodobniej zachowywał się do niewolników? Widziałbyś ich jako rzeczy? - pytanie mogło się wydawać niepokojące, ale wychodziło bardziej z ciekawości niż próby znalezienia czegoś, co się nie spodoba - Jak w sumie standardowo kapłan Asmodeusza podchodzi?
                    - Kler Księcia Ciemności musi, przynajmniej oficjalnie, zgadzać się z generalną polityką Cheliax. Wedle tej polityki niewolnicy to raz rzeczy, a raz istoty gorszego sortu, a raz zwierzęta potrzebujące tresury i kierownictwa. Zależnie co jest w danej chwili wygodniejsze. Oficjalnie, poza kręgiem najbliższych zaufanych znajomych, musiałbym się z tym nie tylko zgadzać, ale potwierdzać swoim zachowaniem. Prywatnie jednak by dla mnie wciąż byli ludźmi. Sam zbyt blisko byłem zostania niewolnikiem abym był w stanie uwierzyć w którąkolwiek z tych bzdur. Zbyt dobrze rozumiem jak skuteczny jest ludzki umysł, gdy potrzebuje zracjonalizować sobie zasadność zła, które jest dla niego wygodne.
                    Zadała w końcu niepokojące pytanie.
                    - A co sądziłbyś o Thrunie, który mnie maltretował? Miałbyś jaja powiedzieć mu "nie"?
                    - Jakbyś była pod moją opieką i by przyszedł o ciebie prosić?
                    - Hmm. Kilka sytuacji. Jakbyś go miał jako gościa i nigdy wcześniej nie spał ze mną. Jakbyś miał go jako gościa, ale on już mnie miał wcześniej. Jakbyś po prostu słyszał co on robi z jakąś niewolnicą.
                    - Hmmm… Nigdy nie zaoferowałem gościowi żadnej z moich podopiecznych. Wybacz, że eufemizmów używam, ale… No… - wierzył, że powiedział wszystko co potrzebuje - Nigdy też nie zgodziłem się na żadną taką prośbę. Jak raz szlachcic myślał, że może Céline sam wziąć i wypłacić potem mi odszkodowanie, to pożałował. Bardzo. Dray Thrune był znacznie potężniejszą osobą z racji samego swojego nazwiska, więc musiałbym być ostrożniejszy. Zachować wiarygodną zaprzeczalność… ale walczyłbym o ciebie. Niezależnie czy byłabyś kolejną niewolnicą, czy rzeczywiście łączyłoby nas coś jak teraz. Najpewniej nie miałby dość posłuchu w swojej rodzinie aby mnie zmusić do oddania mu ciebie. Prędzej bym upozorował twoją śmierć i odesłał daleko z Cheliax, jako wolną kobietę, niż pozwolił mu robić z tobą to co robił. Tak… myślę, że w tym kierunku bym kombinował.
                    - A jeżeli byś tylko o tym wiedział, ale nie byłabym twoja? Jakoś byś mu nagadał?
                    Viktor skrzywił się nieco i myślał dłużej.
                    - Zależy od niuansów… ich miliona i jeszcze trzech. Nie zrozum mnie źle… otwarcie pogardzałem takim traktowaniem niewolników. Wielu ludzi wiedziało, że walczę przeciw ich oczyszczaniu przed przesłuchaniami… ale nie byłaś jedyna. I miałbym bardzo słabe roszczenia do czegokolwiek. Jakby mnie Nyer zapytał jak ciebie z tego wyciągnąć to by dostał czterdziestostronnicowy list z instrukcjami jak to wywalczyć, na jakie precedensy się powoływać, jak to bronić… może sam bym się pojawił. I bym ciebie wybronił. Są stare prawa, zapomniane przez większość i od początku ich istnienia mało stosowane… ale są. Kodeksy Prawne Cheliax są labiryntami. Przepisy są pisane niejednoznacznie i odwołują się do innych, które często są w innych księgach i te inne też się odwołują dalej. Tworzą splątaną sieć, której nikt nie jest w stanie pojąć w całości, a zrozumienie w małych kawałkach jest bezwartościowe. To nie jest wada, to nie jest błąd. Taka była intencja. To niemal sztuka poruszać się w ich ramach, ale jak jest się artystą w tej dziedzinie… wywalczyć można niemal wszystko. A ja byłem trzecim największym artystą Cheliax… Jednak to gdyby to była wola Nyera i ja bym go reprezentował… bez tego byłoby mi bardzo trudno coś zdziałać. Choć może… niższy trybun Westcrown był mi winny dużą przysługę. Jakbym był w klerze Księcia i miał jeszcze kilka znajomości i przysług… mógłbym spróbować pójść drogą, że z własnej próżności chcę ciebie dla siebie samego… byłoby to kosztowne i trudne, ale myślę, że przy najmniejszej odrobinie szczęścia dałbym radę to ugrać.
                    Kaylie utuliła silniej prawnika.
                    - Ten Thrune był zwykłym psychopatą. Robił krzywdę dla własnej satysfakcji z jej robienia. Swoje problemy wyładowywał na mojej skórze... - spuściła głowę - Jakkolwiek próbowałam... jakkolwiek okazywałam uległość i posłuszeństwo... Rzadko to wystarczało. Bardzo rzadko.
                    - Bo nie o to mu chodziło… ale masz to już za sobą i nigdy więcej cię to nie spotka.
                    - ...są sny, rozumiesz?
                    - Wiem. Cała nasza wesoła ferajna jest dręczona koszmarami. Ja sobie radzę, po prostu, nie śpiąc. Bardzo zdrowe, wiem… - zachichotał dudniąco i krótko - Te sny miną. Kiedyś. Tak jak i moje, a co z baltizarowymi to mnie średnio interesuje.
                    - A czasem... są jakby na jawie. Nie mogę przestać myśleć o nich.
                    - Znaczy… zmysło dostrzegasz obrazy i wydarzenia, czy to kompulsywne myśli, których nie możesz przegnać?
                    - Czasem sytuacje mi przypominają wydarzenia, nawet niekoniecznie powiązane... I wtedy myślę bez mojej zgody o tym co się stało. Zatapiam się w sytuacji i ciężko wypłynąć. Najłatwiej w to wpaść jak jest się samotnie, bez czegokolwiek na głowie. - powiedziała smutno.
                    - Trauma. Tak ona działa. Mi też wiele lat zajęło sobie z moją poradzić i tak średnio mi to wyszło… to dlatego siedziałaś w ciemności, pod kołdrą?
                    - Nie chciałam słyszeć tych wszystkich myśli... - odsunęła się puszczając Khala by spojrzeć mu na twarz - Głęboko wiedziałam, że nie to miałeś na myśli, ale... Myśli i tak gadały. Słyszałam głosy z przeszłości, pamiętałam sytuacje. Uciekałam od nich. - ściszyła głos - Przecież mnie nie chciałeś odrzucić...
                    - Oczywiście, że nie - odpowiedział patrząc jej w oczy - I dlatego też tutaj teraz jestem.

                    Kaylie pokiwała smutno głową.
                    - Mam rzeczy mi potrzebne do stworzenia umeblowania świątyni. - powiedziała cicho.
                    - Dobra robota - Viktor poklepał ją po główce jak zdolne dziecko - Rzeczy mówisz? Masz na myśli komponenty?
                    - Nie... Dostałam różdżkę i berło od Ferna. - wyjaśniła.
                    Viktor uniósł brew w konsternacji.
                    - I czego za nie chciał?
                    Spojrzała podejrzliwie.
                    - Czy ty mnie już o coś oskarżasz czy tylko tak brzmi?
                    - Możliwe, że w twojej główce rzeczywiście brzmi jak oskarżenie, ale zapewniam ciebie, że jest to zupełnie zasadne pytanie. Przecież nie oddał ci ich z dobroci serca, więc zastanawiam się co takiego za to dostał. I nie… “dupa” nie nie rodzajem waluty jakiej użycia się spodziewam…
                    - Straciłam świadomość w pewnym momencie i obudziłam się w łóżku, więc zapytałam go po przebudzeniu... - westchnęła - W końcu mi powiedział wcześniej, że jeżeli miałby taką uczennicę jak ja to zapełniłby uczniami Galarion...
                    Viktor zamrugał kilka razy oczami.
                    - Chyba nie do końca rozumiem co ja słyszę. Rozwiń proszę temat nim zupełnie błędne wnioski wyciągnę, proszę.
                    - Więc jak to wcześniej mówił to teraz sama byłam niepewna, ale jak zapytałam o to, to... wiesz co mi powiedział?! - odezwała się z irytacją.
                    - Hmmm?
                    - Że nie jestem w jego typie! - parsknęła.
                    Viktor spuścił powietrze i zachichotał głęboko w swojej piersi.
                    - Pardon, ale w takim razie… jaki jest jego typ?
                    - Wspomniał barbarzynkę o wielkiej budowie co go mogła na łóżko rzucić i jak podczas łamała mu kości... a on uwielbiał każdą chwilę. - pokręciła głową.
                    - Uuu… To jest… ciekawe. Cenna informacja, dziękuję… W porządku, to ustaliliśmy to co już wcześniej wiedzieliśmy… co cię kosztowała ta różdżka i berło? No bo przecież to nie był prezent, prawda?
                    Wzruszyła ramionami.
                    - Polubił mnie przez ten tydzień nauki i jak zapytałam czy miałby rady co do magii mi potrzebnej do umodelowania wnętrza świątyni to dał mi te rzeczy... bo przewidział nim w Evercrest się pojawiłam, że będą potrzebne komuś. Wieszcze...
                    - Hmmm… to… optymistycznie mnie nastawia. Raz: cieszę się, że odnaleźliście wspólny grunt. Szczególnie, że po fachu. Dwa: arcywieszcz wspierający nasze działania… wygląda jak dobra wróżba. Świetnie. Doedukowałaś się odpowiednio? Możliwe, że jutro postawię już świątynię i wtedy będzie twoja kolei…
                    - Mhm... Jak pójdziecie na wiec przejdę się do sądu... Pewnie jego wnętrze da mi pomysły... Na świątynię tego maniaka prawa... - mruknęła.
                    - Ale… żmudną pracę poznawania procesów rzemieślniczych też już odbębniłaś, lub masz zamiar odbębnić, prawda? - zapytał ostrożnie.
                    - A czy ja ci wyglądam na robola?
                    Viktor powoli wskazał ręką swoje biurko. Zawalone zwojami, księgami i kodeksami. Część otwarta, w większości po kilka zakładek.
                    - Też to przerabiam. Wiesz dobrze jak działa zaklęcie Wytwarzania. Zrozumienie procesu twórczego jest kluczowe. Nie każę ci iść do zakładu ciesielskiego i własnymi rękami wystrugać krzesła. Edukacja chyba nie jest poniżej twojej szlacheckiej godności…
                    - Zrobię to na czuja. - machnęła ręką i spojrzała w sufit - Na tyle ile zasługuje. - powiedziała powoli.
                    - A czy JA zasługuję tylko na “czuja”? - zapytał równie powoli.
                    Kaylie spojrzała na niego zaskoczona.
                    - Khal... Nie ufasz mi?
                    - W jaki sposób dochodzisz do takich wniosków, gdy ja, po prostu, wierzę ci w to co mi mówisz wprost?
                    - Przecież... - spuściła głowę - Tak, tak. Odbębniłam. - wymruczala pod nosem - Nie chcę by pan chochlik był zły.
                    - Dziękuję - ucałował ją w pochylone czoło - Zbyt się fiksujesz na nim. Spróbuj może myśleć o tym bardziej jak coś robionego dla mnie, hmmm? Nie brzmi to lepiej? A im szybciej to pójdzie, czego elementem jest świątynia, tym szybciej będziemy mieć czas aby, po prostu, żyć.
                    - Co z twoją kancelarią? - zapytała nagle.
                    - Będzie częścią świątyni, więc jak tylko materiały dotrą się tym zajmę. Czemu pytasz?
                    - Zastanawiałam się gdzie chcesz ją w mieście, ale najwyraźniej nie chcesz daleko ruszać tyłka między pracami. Ale ciągle tu będziesz mieszkał, prawda?
                    - To jest adekwatne by arcykapłan diabła prawa miał kancelarię w budynku świątyni. Będę też miał tam swoją sypialnię. To rozsądne mieć łóżko obok biura. Spać zamierzam gdzie akurat wygodnie - wzruszył ramionami.
                    - Czyli... To znaczy, że głównie raczej nie tu? - zapytała cicho ze smutkiem w spojrzeniu.
                    - Tam gdzie akurat wygodnie - powtórzył swoje słowa - I będzie dla ciebie tam miejsce. Czy coś innego ciebie martwi?
                    - Gdzie będzie miejsce? I czy ja nie jestem wystarczająco wygodna?
                    - Kaylie… nie jesteś niewygodna. O co tobie – rzeczywiście – chodzi? Nie odpycham ciebie. Jak będę spał w świątyni będziesz mogła spać ze mną. Jak będę tam pracował całą noc będziesz mogła być obok.
                    Galtianka westchnęła ciężko.
                    - Najwyraźniej nie jestem wystarczająco. - położyła się na łóżku i wyciągnęła ręce jakby się przeciągając, a jednocześnie eksponując kształty w byłej koszuli Khala - Naprawdę stary jesteś, jak dla ciebie jestem niewygodna.
                    Viktor milczał chwilę, ale jego oczy wyrażały, że wreszcie zrozumiał co Glatianka chciała przekazać… Odkaszlnął i wdrapał się powoli na nią.
                    - Ah.. la damme... czy pani mnie próbuje uwieść? - pytał niskim, przyjemnym głosem, pochylając się nad nią, a dłonią wyczuwając jej talię. To, że kryła się pod jego ubraniami dodawało scenie pewnej… personalnej intymności.
                    Kaylie zaczęła się wiercić niżej prawnika jak kotka.
                    - Masz iść na wiec i przecież Elanna jest na dole. Nie masz co marnować czasu na taką jak ja. - głos magini wyrażał drażniącą się z nim nutę.
                    Viktor uśmiechnął się drapieżnie, chwytając ją za policzki, aż wydął jej usta.
                    - Oh… myślę, że dam radę nieco czasu wysupłać, aby pokazać “takiej” gdzie jej miejsce… - mówił powoli chwytając jeden jej nadgarstek, drugi i unosząc obie dłonie nad jej głowę.
                    Na samym początku Kaylie patrzyła zdziwiona i jakby oczekiwała czegoś strasznego, ale zaraz się rozluźniła jak zrozumiała, że nie ma zagrożenia. Patrzyła na Khala badawczo, szukała znaków ostrzegawczych.
                    - Biedaku, na Brevoykę zabraknie sił. - uśmiechnęła się półgębkiem.
                    - Ohuhuhh… jeszcze zobaczymy kto z tego pokoju wyjdzie, a kto ledwie wypełznie…
                    Khal szarpnął koszulę na ciele Kaylie w górę, odsłaniając jej walory, ale ciągnął wyżej i wyżej, aż zasłoniła ona jej twarz i jeszcze odrobinkę wyżej, tworząc pseudo-węzeł na jej wzniesionych rękach. Magiczne kajdany spętały jej nadgarski i ściągnęły do siebie.
                    Nachylił swoje usta do jej ucha ukrytego pod koszulą.
                    - Grzeczne dziewczynki dostają nagrody. Niegrzeczne są rżnięte jak zwierzęta - mówił powoli rozpinając jej pasek. Pozwalając jej czuć gorąc swego oddechu uwięzionego pod materiałem, swoją niemal-ślepotę, gdy starała się dostrzegać cokolwiek między drobniutkimi szwami materiału a nawet niemoc spętanych dłoni.
                    - To ty... Powinieneś znać... Miejsce... - dyszała jednocześnie z podekscytowania jak ukłuć niepewności z obawy - Śmietnikowcuah… - obelga zakończyła się lekkim jękiem, gdy Viktor uszczypnął ją w sutka. Spodziewał się wyższego dźwięku. Już brał poprawki w jak na niej grać.
                    - Znajduję jednak w tym więcej godności niż na przykład… no nie wiem… byciem zabawką smietnikowca? - zapytał i szybkim ruchem przerzucił ją na twarz, by zszarpnął z niej spodnie. Taka naga i skrępowana zdążyła ledwo biodrami ruszyć nim nie poczuła jego dłoni na swoim karku i jego bioder na swoich. Siła wcisnęła jej twarz w poduszkę ledwie pozwalając oddychać.
                    - Coś jeszcze masz, zabawko, do powiedzenia? - pytał rozpinając swój pasek.
                    - Nie j.. - zaczęła mówić póki nagle nie przycisnął mocniej jej twarzy do poduszki. Jedynie pozostały jej niezgrabne szarpnięcia.
                    - Och… nie słyszę cię - jęknął z niby-zmartwieniem - Mów wyraźnie. Wyprostuj się. Głowa wysoko i spojrzenie godne! - kpił z niej, radując się z jej bezradności.
                    Męczył się jeszcze chwilę z paskiem nie przystosowanym do operaowania jedną dłonią, ale gdy “się” wyswobodził zmienił chwyt, poprzez swoja koszulę chwytając ją za włosy i wzniósł na kolana. Ręce wciąż uwięzione w koszuli i kajdanach były jedyną, poza jej głową, częścią ciała której skromność nie została odebrana.
                    Zwolnił nagle nachylając się do jej ucha i wsłuchując się w jej oddech, a przede wszystkim… oznak nadmiernego napięcia, strachu, czy przeciążenia emocjonalnego. Grał ostro i musiał powziąć środki ostrożności…
                    Kobieta nie rozumiała swoich uczuć. Braku strachu... przecież powinien być!
                    Ale była tylko ekscytacja jakiej nie mogła stłumić biorąc głęboki oddech… i zadowoliła ona Viktora. Uciszyła niepokój.
                    - Teraz ciebie zerżnę - mówił powoli, niskim głosem - Będziesz jęczeć i kwiczeć, aż ledwie będziesz w stanie się ruszać. Musisz tylko być grzeczną suką i powiedzieć “poproszę”.
                    - Pierdol się. - powiedziała jedynie, choć w tonie czuć było napięcie i podekscytowanie.
                    Lekkie pchnięcie. Tylko tyle było potrzebne aby znów runęła twarzą w przód. Próbowała ratować się i oprzeć na łokciach…
                    - Mocne słowa…
                    … jednak nacisk na kark znów odebrał jej autonomię, wciskając okrytą koszulą twarz w poduszkę, odbierając oddech. Ale tym razem tyle Viktorowi nie starczyło. Poczuła jego dłoń między swoimi nogami. Jednak nie był to pieszczotliwy dotyk, a niemalże–brutalny i całkowicie-zaborczy chwyt, który uniósł jej biodra w górę aż kolana rozdzieliły się z materacem i prawie odruchowo nóżkami zamajtała, próbując wyczuć swoją sytuację.
                    - … jak na kogoś kto cieknie tak bardzo, że ledwie mogę ten chwyt utrzymać. Poproś.
                    Rozkazał, osłabiając nacisk na karku.
                    - ...Proszę... - powiedziała przez zaciśnięte zęby.
                    Viktor opuścił ją, z drobnym zawodem. W swoich wyobrażeniach już zdążył zarumienić jej pośladki klapsami za nieposłuszeństwo… ale to też miało swój urok.
                    - Grzeczna dziewczynka.
                    I jak zaczęli to kolejne godziny nie skończyli…

                    Wyrwanie

                    Naga Kaylie leżała wspierając głowę o tors swojego partnera. Pomrukiwała z zadowoleniem odpoczywając po ostatnich godzinach, jakich odwaga ją zadziwiła, a jednocześnie wskazywała na jej własne zaufanie w stosunku do Khala. Wcześniej nie zgodziłaby się na coś takiego nie po pijaku. Nie zaufałaby i nie powstrzymała powodzi wpomnień jakich przecież panicznie się bała.
                    To było... nowe.

                    Przytulała się z radością i z jeszcze większą przyjmowała delikatny dotyk na swojej gorącej i zroszonej potem skórze. Przypominał on pieszczotę oferowaną ulubionej kochance czy pupilowi o aksamitnym futrze.

                    Oddychała głęboko, ciągle czując drżenie napiętych mięśni. Spod półprzymkniętych oczu wodziła wzrokiem po liniach tatuażu Khala kręcącego meandry po skórze. Przesunęła palcami delikatnie po tym labiryncie na torsie i zaraz zaczęła składać delikatne pocałunki wokół czarnych kresek, a muskanie ust było tak delikatne, że miękkie usta lekko łaskotały.

                    Viktor pozostawał średnio przytomny po tym jakże przyjemnym wymęczeniu. Najchętniej oddałby się błogości i zdrzemnął godzinkę, albo dwie, ale… wiec się zbliżał. Magia go wspomoże, ale chwilowo nie było jeszcze takiej potrzeby, a relaks wciąż z siłą wibrował w jego mięśniach.

                    Wzniósł rękę. Przeczesał palcami jej włosy i leniwie podrapał za uchem.
                    - Dobra… dziewczynka… - wymruczał zadowolony.
                    Kaylie zatrzymała pocałunki.
                    - Pierdol się z tym. - i powróciła do pocałunków.
                    Pierś Viktora uniosła się rytmicznie w cichym chichocie.
                    Miał już trzy odpowiedzi, włącznie ze “zmuszeniem” jej do przyznania zachwytu tym potraktowaniem (pod groźbą, czy obietnicą, nie powtórzenia tego)... ale nie było potrzeby dalszych przepychanek. Chwilowo był zadowolony…
                    - Śliczny ten tatuaż... - uniosła głowę - Też mi taki zrobisz?
                    - Huh… Może jakbym trochę poćwiczył? Miałoby dla ciebie wartość, że tatuaż byłby zrobiony przeze mnie? Czy po prostu chciałabyś taki sam?
                    Arkanistka lekko posmutniała.
                    - Pewnie tatuażysta by zauważył ten drugi... i się domyślił co oznacza, a do tego... Będę w tym bezbronna. - położyła policzek na torsie mężczyzny i szepnęła - Może i to śmiesznie naiwne po takim czasie, jak jedna z głupiutkich siks jakie przetaczały się przez twoje pościele... - umilkła na może trzy sekundy - ...ale tylko tobie jestem w stanie tak zaufać...
                    Viktor aktywnie musiał się powstrzymać przed napompowaniem swojej piersi w jakiejś dumie, czy satysfakcji. Na ogół zrywał jakąkolwiek znajomość z jagniętami na długo nim miały okazję wytworzyć takie emocje. Nie zdusił ich, ale schował w kieszeń. Zachował do późniejszej celebracji.
                    - Bez większej wiary wspomnę tylko, ponownie, że mógłbym go usunąć… byłoby to tylko umiarkowanie bolesne… Poza tym… dobrze. W pewnym momencie liznąłem tematu. Będę potrzebował kilku dni, może tygodni aby opanować tę umiejętność i fuszerki ci nie odwalić… ale jeśli nie chcesz nic bardziej skomplikowanego niż to co ja mam to dam radę.
                    - Ja... Nie wiem. Na razie zostawmy... - szepnęła niepewnie - I raczej nic bardziej skomplikowanego nie chcę... A ten twój w sumie ma magię w sobie?
                    - Nic nie naciskam. Wiem, że blizny przeszłości mogą być powodem masochistycznej dumy… “Przetrwałem pomimo”... części mojego tatuażu mają w sobie magię, ale ja nie potrafię zawierać magii w tuszu, więc moje usługi byłyby czysto estetyczne.
                    - Szkoda... - przeciągnęła się wciąż wtulona w ciepłe ciało Khala - A jaką mają magię? - zapytała z ciekawością.
                    - Nadwymiarowy, niewykrywalny dla magii, schowek na piersi - klepnął prezentując - Na barkach mutiplikator udźwigu. To on, wraz z dodatkową magią, pozwolił mi unieść tamtą bramę u Ahaira. Na przedramionach pozwalają mi na te iluzoryczne ubiory. Bardzo hmmm… przydatne. Przy czym drogie. Dużo droższe niż ta sama magia zaklęta w przedmiotach.
                    Kobieta zachichotała i położyła dłoń na policzku Khala.
                    - A to na dole... też zaklęte? - zapytała ze słodkim uśmieszkiem.
                    - Ah… - zafrasował się odrobinę Viktor nim znalazł odpowiedź - Kiedyś pewna wiedźma odgrażała mi się jakimś urokiem, ale chyba nie poszło jej najlepiej… o ile rzeczywiście chciała mi zaszkodzić. W sumie to bardziej tobie oceniać… - puścił jej oczko i pozwolił głowie opaść na poduszkę.
                    - ...czy później masz zamiar się z nią spotkać? - zapytała po chwili milczenia jednocześnie wciąż wtulając się w jego tors policzkiem jakby w poduszkę. Głos miała zadziwiająco spokojny choć raczej po prostu dysocjacyjny.
                    - Zakładam, że nie pytasz o wiedźmę… Elanna? Nie. Przynajmniej nie dziś. Dzisiaj jest wiec.
                    - Mhm... - bawiła się kosmykiem włosów - Ale masz zamiar, prawda?
                    - Tsk… to trochę bardziej skomplikowane. Zapraszała mnie dziś wieczorem do siebie… a ja będę na wiecu. Nie wiem czy dobrze zniesie ona tą “wzgardę”. Raczej przyzwyczajona jest, że to ona wzgardza amantami, a nie widzę siebie znajdującego ochotę na odzyskanie jej łask…
                    - Więc ci zniszczyłam plany... Mogłeś z nią być teraz. - nie wiedziała czy czuje się z tym źle.
                    - Kaylie… czy ja wyglądam jakbym na cokolwiek narzekał?
                    - Teraz nie... Ale możesz później żałować.
                    - Kruszyno… Jakie to konsekwencje przewidujesz, z których ja sobie nie zdaję sprawy?
                    - Można żałować po fakcie. Można sobie pluć w brodę.
                    - I w jakiej sytuacji można żałować – po fakcie – swojej decyzji? - pytał spokojnym i nieco “edukacyjnym” tonem.
                    - Że nie wybrało się tego co zaraz może zniknąć.
                    - I każda taka decyzja prowadzić będzie do żalu?
                    - Nie, ale chyba byłeś szczęśliwy z ostatniego razu z nią...
                    - I każda decyzja rezygnacji z czegoś, co w przeszłości przyniosło satysfakcję, prowadzić będzie do żalu?
                    - Jeśli to co dostaniesz w zamian nie było tego warte.
                    - I czemu miałbym podjąć błędną decyzję?
                    - Nie jestem tak niesamowita... - powiedziała przybitym głosem.
                    - Kaylie… zaadresujemy tę bzdurę za chwileczkę… niech ci nie przyjdzie do głowy, że zgadzam się z nią. Ale nie odpowiedziałaś na moje pytanie… nie pytam czemu uważasz, że ta konkretna decyzja mogłaby być błędna. Pytam hipotetycznie… z jakich powodów ludzie podejmują decyzje których potem żałują?
                    - Pomyłki. Błędne spojrzenia na sytuacje i osoby...
                    - Dokładnie. Błędy. Nieprzewidziane konsekwencje. Żal z podjętej decyzji to moment, w którym człowiek orientuje się, że wybór który podjął ma skutki, których wcześniej nie przewidział, lub konsekwencje są bardziej dotkliwe niż oczekiwał. Do tego stopnia, że gdyby mógł cofnąć czas, podjąłby inną decyzję… Więc mówiąc mi, że mogę później żałować mówisz mi, że mogą być konsekwencje których teraz nie widzę… cóż to miały by być za konsekwencje?
                    - ... - Kaylie umilkła i spuściła wzrok.
                    - Podjąłem w pełni świadomą decyzję, znając jej zyski i konsekwencje. Nie będę jej żałował. Jeśli spędzenie kilka godzin z tobą kosztować mnie spotkanie z nią… warto było. Wolę ciebie nad nią. Rozumiesz?
                    Spojrzenie Kaylie uległo zmianie. Jej twarz wyrażała szczere zdziwienie słowami kochanka. Ona naprawdę się ich nie spodziewała, co było bardzo widoczne. Uniosła się na rękach by obserwować Khala w ten sposób, starając się go oceniać?
                    - Naprawdę? - głos galtianki był wyższy, wyrażający zaskoczenie pomieszane z jakąś... ulgą? - Ty byś był w stanie sprzedać mi największe kłamstwo, a ja bym została wiernym w jego prawdę. Nie płacą ci, tak, ale... Nie umiałabym określić czy i to nie jest kłamstwem.

                    Te słowa nie były zarzutem. Były silnym stwierdzeniem, że ona rozumie, iż jest bezsilna, jeżeli on by chciał ją okłamać.
                    - Jesteś za dobry w tym.
                    - Tajemnicą kłamstwa nie jest sam proces kłamania. Dobry blef wymaga inteligentnego wplecenia go w rzeczywistość i inteligencją można go odkryć. Jakbym próbował ci wmówić, że jestem reinkarnowanym martwym bóstwem, ale odmawiam ci udowodnienia tego w jakikolwiek sposób czyste nieprawdopodobieństwo tego scenariusza uniemożliwiłoby mi okłamania średnio rozgarniętego dziewięciolatka. Jak nie ufasz sobie, że rozgryziesz mnie “tu i teraz” z moich samych słów, przyglądaj się temu co rzeczywiście robię na dłuższą metę. Przykład pierwszy… jestem tutaj z tobą, a nie z nią. O czym to świadczy?
                    - ...że wybrałeś to? - odparła niepewnie.
                    Viktor zachichotał cichutko.
                    - To jest obserwacja faktu. Spróbuj wejść głębiej. DLACZEGO to wybrałem? Stwórz listę potencjalnych przyczyn. Choćby absurdalnych. Ja zacznę… Mogłem wybrać Ciebie bo to jakaś długa gra. Potrzebuję tobą zmanipulować i stworzyć poczucie przywiązania… No i to by wymagała dalszego dywagowania dlaczego musiałbym to robić właśnie w ten sposób, co byłoby nie mniej przekombinowane niż pierwsza część… widzisz jakieś inne możliwości? Może prostsze?
                    - By nasycić własną potrzebę dominacji nad inną osobą. By poczuć się lepszym w ten sposób. - powiedziała ostrożnie.
                    - Można by tak rozważać… ale rodzi to więcej pytań. Dlaczego ty? Dlaczego nie Sigrun? Która jadłaby mi z ręki gdybym jej tylko pozwolił… Dlaczego nie Elanna?
                    - Bo ja potrafię być ci niemiła...
                    - Oh, dziewczę drogie… jakby TO był wyznacznik to definitywnie siedziałbym teraz z Elanną… Pudło. Masz jakiś inny rozsądny powód? Zaznaczam, że jego brak nie oznacza od razu odrzucenia możliwości…
                    - Chciałeś mi pokazać... moje miejsce?
                    - Szukasz w złych miejscach. Jeśli chodzi o klimat ustawiania knąbrnej dziewczynki... Również byłby teraz z Elanną w tym momencie. Zostawmy motyw potrzeby dominacji za sobą. Czy widzisz jakieś inne powody abym wybrał być tu z tobą, a nie kimkolwiek innym?
                    - Chcesz ten eksperyment realizować, jak to nazwałeś...
                    - Zbliżamy się… ale nazywasz bardzo bezosobowo coś bardzo osobistego. Dlaczego mi na tym eksperymencie zależy?
                    - By zobaczyć czy w ogóle jesteś w stanie kochać i być kochanym? - zaryzykowała.
                    - Woah… - westchnął Viktor - Znacznie mroczniej niż oczekiwałem… Melodramatyczniej… Dobrze, to jest pewna interpretacja, ale wciąż unikasz najprostszej. Najoczywistszej. Wymagającej najmniej tłumaczeń, wyjaśnień i najkrótszych łańcuchów logicznych. Wypowiesz ją na głos, czy na moje barki to spadnie?
                    Zamilkła nie wiedząc co dalej.
                    - Ehh… najprostszym wyjaśnieniem, wymagającym najmniej wyjaśnień i nie tworzącą żadnych kolejnych pytań, jest, że – zwyczajnie – zależy mi na tobie i uwielbiam z tobą spędzać czas. Bardziej niż z alternatywnymi opcjami. To jak teraz zebraliśmy kilka możliwych opcji mojej motywacji musisz sama rozważyć która z nich brzmi najwiarygodniej… oczywiście wiarygodność opcji nie jest wyznacznikiem prawdziwości… ale jak zbierzesz setkę takich sytuacji, gdzie odpowiedź “bo mu zależy” będzie najwiarygodniejszą opcją będziesz mogłą, z czystym sumieniem, przyjąć, że taka jest prawda. Tak się rozszyfrowuje kłamstwa intelektem. Bo kłamcy niemal zawsze popełnią gdzieś błąd. Zaplączą się w pajęczynie swoich fałszów. To jest jeden z powodów dla których sam nie kłamię… Jest tylko jedna rzeczywistość, ale kłamstw może być nieskończona ilość. Jakbym rutynowo kłamał to bym musiał zapamiętywać nową rzeczywistość dla każdego jednego człowieka którego okłamała. Korelować je między sobą, gdy dwóch okłamanych się zna. To jest absurdalnie trudny projekt, którego nie da się wykonać w pełni poprawnie. Znacznie prościej jest nie kłamać… ale chyba znów wpadłem w słowotok… przemyśl co powiedziałem i wyciągnij własne wnioski…
                    Znów pozwolił głowie opaść na poduszkę.
                    Zapadła wręcz niezręczna cisza w pokoju. Jedynym dźwiękiem mógł być szelest pościeli poruszonej lekkim ruchem nagiego ciała siedzącej na kołdrze kobiety jakie było wyeksponowane na widoku Khala. Blade światło nadchodzącego wieczora ledwie prześlizgnęło sie przez materiał zasłony nadając sylwetce Kaylie szarości poświaty, a jednocześnie obmywając kontrastem czerwieni jej wyeksponowany biust.
                    - Nie wiem... - odezwała się kuląc lekko jak pod ciężarem - Nie wiem czy jestem godna... być kochana... ważna komuś...
                    Viktor westchnął powoli.
                    - Naprawdę straszliwie siebie nie doceniasz. Jesteś pokrzywiona. Prawda. Bardziej nawet niż ja… ale widziałem już kobiety pokrzywione bardziej niż ja, które były kochane. Jesteś dla mnie ważna. To jest fakt. Twoje poczucie nieadekwatności w żaden sposób tego nie zmienia…
                    Ważna... Bolało ją, że tylko tyle, choć połknęła ten ból.
                    - Wcześniej jakaś była tak jak ja ważna dla ciebie? W takim stopniu?
                    - Valerie - odpowiedział chłodno, smutno i krótko.
                    Valerie...
                    - Śnisz o niej... - szepnęła bardzo delikatnym tonem.
                    - Czasami - przytaknął, jakby rzeczywiście miał nadzieję, że to zaspokoi Ciekawość Kaylie.
                    - Słyszałam jak mówiłeś jej imię przez sen. Val...
                    - Taaa… - przytaknął niechętnie - Fisuś też mi mówił.
                    Kobieta znowu położyła się obok kochanka. Nie chciała go zmuszać, choć chciała zrozumieć co się stało...
                    - Zaraz musisz na wiec iść. - powiedziała tuląc się do jego torsu.
                    Viktor pilnował czasu i wiedział, że ma jeszcze kilka chwil… ale to był dobry moment.
                    - Tak. Masz rację - przytaknął drapiąc ją za uchem - I potrzebuję się szybko wykąpać. Nie jestem świeży…

                    - Khal... - szepnęła do niego gdy zaczął już się unosić na rękach - Jak będziesz potrzebował... Zawsze możesz wylać swoje serce i myśli do mnie.
                    - Wiem - przytaknął - I jestem ci wdzięczny…- Choć nie spodziewał się kiedykolwiek opowiedzieć tej historii.

                    Wyrwanie

                    Potem wszystko się potoczyło szybko.

                    Viktor zamknął się w łaźni dworu. Zanużył w wodzie pachnącej lekko ziołami i gorącej aż piekła w skórę. Zagryzł nieprzyjemność, graniczącą z bólem i wyszorował się. Bez zwłoki. Bez relaksu. Bez rozkoszowania się. Zużył swój chwilowy przydział przyjemności i teraz trzeba było zająć się obowiązkami.

                    Pewnie jeszcze przed wyjściem Kaylie się do niego przyssie, by swój zapach zostawić, więc musiał liczyć jeszcze trzy minuty “straty”.

                    Mylił się… po kąpieli, gdy odnosił swoje brudne ubrania do pokoju, jej już nie było. Ani w pokoju, ani we Dworze.
                    - A gdzie wiedźmę wywiało? - zapytał turkusowy wąż spod jego kołnierza.
                    - Milion możliwości… możesz średnio w to wierzyć, ale ona ma swoje życie poza mną.
                    - …
                    - …
                    - Masz rację. Obserwując was, gołąbeczki, trudniej i trudniej mi w to uwierzyć…
                    - Hmmm? Co masz na myśli?
                    - Doskonale wiesz.

                    Nie kontynuowali rozmowy.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • AbishaiA Niedostępny
                      AbishaiA Niedostępny
                      Abishai jako Abishai
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #144


                      Baltizar "Bajarz" Harpaness

                      Wychodząc z Popielnego Dworu gnom odetchnął z ulgą. Sprawy swoje załatwił. Niech “nowy” męczy się z kapłanem i jego kochanicą. On zaś miał w planach zobaczenie miejsca przyszłej debaty, a potem… musiał znaleźć krasnoludzkich badaczy i podpytać ich o postępy w ich badaniach. A może i nawet wywiedzieć się o położeniach gnomich osad. No… znaleźć sposób, by bardziej włączyć się w ich badania.
                      Droga na wiec poprowadziła Baltizara poza tereny miejskie. Na niewielkiej polanie otoczonej zagajnikiem rozłożono namioty i stoły. Gnom widział służbę zbierającą jedzenie i trunki. Zauważył też kilka znanych twarzy lokalnego kapłaństwa.
                      Bajarz rozejrzał się oceniając położenie stołu i wyszukując dla siebie wygodne miejsca z których mógłby podziwiać debatę i całkiem “przypadkowo” zbliżał się do miejsca w którym zebrało się kapłaństwo. A nuż uda się podsłuchać coś ciekawego z ich rozmów. Szczególnie interesowało go w jakich relacjach są służki osy i służki ptaszyny. Wszak w teorii uprawiały to samo poletko, jedne piórkiem a drugie pejczem.
                      Rozmowy między kapłankami przebiegały pokojowo. Dopinały spraw logistycznych kiedy zauważyły gnoma.
                      -Mistrz Harepness. Miło cię widzieć, cieszymy się, że dołączysz do dzisiejszego spotkania.
                      -Moja obecność będzie raczej symboliczna. Będę widzem mogącym podziwiać wymianę poglądów mądrzejszych od siebie. - stwierdził skromnie Bajarz kłaniając się głęboko.
                      Kapłanka Calistrei się zaśmiała.
                      -Z tego co słyszałam, mości gnomie, to ty rozpocząłeś całe to zamieszanie. Nie odejmuj sobie zaszczytów.
                      Kapłanka Shaelyn pokiwała głową.
                      -Słusznie. Gdyby nie twoje nowiny o wysychających terenach pewnie ciągle bylibyśmy pogrążeni w niewiedzy.
                      -Ktoś by w końcu przybył z nowiną. Takich problemów nie da się ignorować w nieskończoność. - przyznał Baltizar i dodał żartem.- Zwłaszcza gdy skutki tej suszy dopadły mnie osobiście, gdy napadnięto na okręt którym podróżowałem.-
                      -Zaczęłyśmy słyszeć o napadach Boggartów. - przyznała Seralyth - Paskudztwa robą się coraz odważniejsze.
                      -Niestety możemy jedynie poradzić lady Blackfyre zwiększyć patrole, ale straż miejska nie jest przygotowana na walkę z potworami. - dokończyła.
                      -Boggarty nie robią się odważniejsze. Tylko bardziej zdesperowane. - wtrącił gnom i wzruszając ramionami. - Straciły dom więc szukają nowych terenów łowieckich. Pewnie się cofną z powrotem na bagna, gdy będą miały gdzie się cofnąć.-
                      -Można mieć nadzieję. - pokiwały głową - Trochę zajmie zanim cały wiec się zacznie, możemy w czymś pomóc do tego czasu?
                      -Ach… zbytek łaski. Ja tu tylko się rozglądam, szukając sobie miejsca w którym mógłbym przycupnąć wieczorem.- odparł z uśmiechem gnom.
                      -Tamten namiot. - Erato z światyni Shelyn wskazała jeden z szerszych - Ma jedzenie i napitek, jeżeli chcesz umilić sobie czas. Wydaję mi się, że Dari też tam jest.
                      -Szkoda więc, że jestem po śniadaniu. Niestety w to małe ciałko można wcisnąć tylko ograniczoną liczbę przysmaków.- zażartował Bajarz i skłonił się.- Pozwolicie jednak że się oddalę, by obejrzeć ów namiot.-
                      Na miejscu gnom faktycznie zastał pokaźną ilość jedzenia i trochę żałował, że nie jest głodny. Zauważył szybko młodą, elfią kapłankę Shelyn która skubała kurczaka czytając jakąś książkę.
                      -Więęęc… jak oceniasz moją historyjkę? Tą przygotowaną dla ciebie? Przyznaję, że niewiele mogłem uczynić w tej kwestii mając tak mało informacji.- zapytał na wstępie gnom.
                      Elfka podskoczyła i zaśmiała się, delikatnie uderzając gnoma własnym tomem po głowie.
                      -Bogowie, przestraszyłeś mnie. - przytuliła gnoma na przywitanie - Bardzo mi się podobała. Twoja władza na prozą jest imponująca.
                      -Miałem trochę czasu na naukę i dużo opowieści na których mogłem się wzorować. Rzadko jednak sam tworzę fikcję. Wolę opowiadać historie które zasłyszałem. Tym bardziej, że…- zamyślił się gnom drapiąc po karku.- … wiele z nich jest lokalnymi legendami. Zostaną z czasem zapomniane zapewne i nikt o nich nie usłyszy w szerokim świecie. No chyba, że ktoś taki jak ja, zapozna się z nimi i poniesie je w świat szeroki.-
                      -Prawdziwy bard. - westchnęła elfka - Słyszałam, że jesteś po części odpowiedzialny za to zgromadzenie. Brawo, dawno nie widziałam tylko myślicieli na raz i to z tylu różnych dziedzin. Mamy magów, kapłanów, szamanów i druidów. Nawet kilku bardziej świeckich mędrców.
                      -Żaden bard. Bardowie śpiewają, grają na instrumentach… zaciągają córki karczmarzy na siano w stajni. Ja nie czynię żadnych z tych rzeczy. - zażartował gnom.
                      -Plotki krążą o tobie i Piwonii. - zauważyła Dari.
                      -Cóż… żadnej stajni nie było. Nie lubię jak źdźbła kłują mnie w zadek. Poza tym…- Baltizar machnął ręką.- Ja jestem gnomem, a ona jest wysoka. I traktuje mnie jak swojego egzotycznego zwierzaczka. Więc nic, poza tuleniem mnie jak ulubionej maskotki, się nie wydarzyło. A jakież to plotki krążą?-
                      -Że wzdycha przy oknie kiedy ciebie nie ma. Że Otto planuje zawiesić twoją głowę nad kominkiem za splugawienie jego córki. Że dzieli się tobą z Lilią. - elfka wyliczała na palcach - Że spodziewacie się bliźniaków. I, moja ulubiona, że jesteś rosłym człowiekiem, którego zaklęła do rozmiarów gnoma, abyś był… bardziej strategicznie umiejscowiony.
                      -Nie wiem gdzie oni widzą tą ciążę. Piwonia jest cały czas smukła.- westchnął gnom i dodał. - Piwonia jest moją przyjaciółką. A ja jej… egzotyczną nowinką. Bo gnomów w tym mieście jak na lekarstwo.-
                      Skierował czubek kostura ku twarzy młodej kapłanki.- A i ty zacznij uważać. Kto wie jakie plotki opowiedzą o nas.-
                      -Och, oby. Może wtedy w końcu ktoś mnie zauważy. - Dari pokręciła głową - Zazdrość. Nie ma chłopa, który by widział te dwie o odrazy nie luzował spodni. Pomysł, że… ich słowa nie moje, "pół człowieka" taką dziewczynę zdobył? Tóż to potwarz na ich "honorze".-
                      Gnom przyjrzał się dziewczynie uważnie oceniając atuty jej urody.
                      Jak przystało na przedstawicielkę elfiej rasy Dari była urodziwą niewiastą. Jej rysy były ostre, ale nie srogie. Włosy ładnie ułożone, delikatny makijaż. Jak każdy elf jej oczy miały niewiele białka, całość wypełniała ciemno niebieska tęczówka i źrenica. Nie posiadała biustu pokroju Lilii, ale nie była też niedożywionym dzieckiem. Na pewno cieszyłaby się zainteresowaniem nie jednego mężczyzny.
                      -Co? - uniosła brew widząc jak gnom ją lustruje.
                      -Wiesz… myślę że twoim problemem nie są niedostatki urody. A otoczenie. Erato jest jak garniec miodu, przyciąga uwagę wszystkich “muszek” w swoim otoczeniu.- zaczął wyjaśniać Baltizar. - Więc nie daje twojej urodzie zabłysnąć. Gdybyś… pojawiła się w innych zakątkach miasta, sama też musiałabyś mieć packę do odpędzenia namolnych zalotników. -
                      Elfka pokręciłą oczami.
                      -Nie jestem zdesperowana. Bez urazy dla tutejszych, ale większość mieszczuchów tutaj… to chłopi, którzy przyszli za pieniądzem i to widać. Chyba mam prawo trochę wybrzydzać.
                      -Oczywiście, że masz prawo.- odparł gnom skłaniając się przed nią.- O piękna niewiasto masz prawo chować się za murami biblioteki i rzucać tomami w niechcianych zalotników. Nie masz jednak prawa uważać się za brzydszą od Piwonii i Lilii. Jesteś równie śliczna jak one.-
                      Elfka dramatycznie powachlowała się ręką.
                      -Uważaj, jeszcze tak mną zakręcisz, że dam im powody do siania plotek. - Dari się uśmiechnęła - Nie chcę się wciskać w cudze prywatne sprawy… ale jesteś pewny, że Piwonia uważa cię jedynie za "ciekawostkę"? Albo inaczej, jesteś pewny, że ci to odpowiada? Czuję odrobinę bólu w twoich słowach.
                      Gnom podrapał się po brodzie w zamyśleniu. - Plotki które sprawią, że Otto przestanie szukać miejsca na moją głowę, zawsze są mi miłe.-
                      Zaśmiał się cicho. - Z tego co wiem o Piwonii i jej rodzinie. I ich sytuacji. Cóż… żaden romans między nami możliwy nie jest.-
                      -Ich sytuacji? - elfka przekrzywiła głowę - Zresztą nieważne, to duża dziewczyna. Na pewno może sama podejmować decyzje. Nie chciałbyś spróbować?
                      -Rzecz w tym, że jest możliwość… opcja bardziej, że Otto z rodziną się wyprowadzą z tej okolicy, a ja… - wzruszył ramionami Bajarz.- A ja właśnie kupiłem sobie wieżę. Pełną książek w nienajlepszym stanie. I pewnie zorganizuję ich przekazanie twojej świątyni.-
                      -Och… szkoda. Dwór jest częścią miasta już tak długo, niemal od zawsze. No ale pewności nie ma… - elka się zastanowiła - Wieżę? Gdzie?
                      -W Willow Creek.- odparł Bajarz.- Tam gdzie księgi drukują.-
                      -Och, świetne miejsce dla bajarza, jeżeli masz zamiar iść w publikowanie swoich opowieści. - uznała elfka - Opuszczona wieża pełna ksiąg… po magu? Czy jakaś mroczniejsza historia?
                      -Hmmm… dość mroczniejsza. Jej były właściciel stworzył drukarnię w tej osadzie i zniknął w tajemniczych okolicznościach. - wyjaśnił gnom drapiąc się po brodzie.
                      -"Tajemniczych" na ogół znaczy krwawych i bolesnych. - westchnęła elfka - Nie jesteś w zagrożeniu z tego powodu?
                      -Tajemniczych w znaczeniu… w zasadzie nikt nic nie wie.- wzruszył ramionami Bajarz. - Właściciel wieży zaginął bez wieści. Może się zadłużył u niewłaściwych osób i przybyli oni odebrać dług? -
                      -Och… trochę nudne. No ale cieszę się, że znalazłeś coś dla siebie w naszym skromnym końcu świata. Masz jakieś plany co do tej wieży?
                      -Jeszcze nie. Ale myślę nad tym. A co ty byś z nią zrobiła?- zapytał gnom ciekawy jej opinii.
                      Elfka zastanowiła się.
                      -Nigdy nie myślałam o wieży… ale pewnie wypełniłabym ostatnie piętro moimi ulubionymi księgami, każdą kondygnację przeznaczyła na inne rodzaj sztuki. Na samym dole byłoby miejsce gdzie "żyję", sypialnia, kuchnia, mój pokój do tworzenia. - uśmiechnęła się kiedy obraz zaczął się malować w jej wyobraźni - I zapraszałabym ludzi, aby mogli podziwiać moją kolekcję.
                      -To ciekawy pomysł.- przyznał gnom drapiąc się po brodzie. - Wieża jednak jest dość zaniedbana. Będzie wymagała sporo roboty i funduszy-
                      A następnie zapytał.- A o jakiej kolekcji mówisz?-
                      -Nooo… mam kilka książek. Nie mam dużego domu czy wieży, aby zacząć bawić się w magnata sztuki… ale bym chciała…
                      -Interesujące.- zamyślił się gnom i dodał ze śmiechem.- Twoja kolekcja i tak jest liczniejsza niż moja.-
                      -Ale ty tworzysz… w sensie ja też, ale dla świątyni. Nie mam czegoś co jest moje… - elfka trochę posmutniała, ale potrząsnęła głowa, aby rozgonić myśli - Mam czas, aby ją zwiększyć.
                      -Bardzo rzadko…- wyjaśnił gnom.- Moją rolą nie jest wymyślać nowe historie, a roznosić zasłyszane opowieści po krainach które odwiedzam.-
                      -Mógłbyś poszerzyć swój zasięg przenosząc je na pergamin. - zauważyła elfka.
                      -Jestem Bajarzem… cenię kontakt z widownią. Są lepsi ode mnie w pisaniu na kartach ksiąg.- rzekł wesoło Baltizar.
                      -Rozumiem. No cóż, może to będzie projekt dla mnie. Będę spisywać twoje opowieści.
                      Pożegnali się kilka minut później i gnom wyruszył z powrotem do miasta by wytropić krasnoludy zainteresowane archeologią. I dowiedzieć się o postępach ich badań.

                      Gnom w końcu dotarł do krasnoludzkiej części miasta. Zwiększona ilość kuźni i kamieniarzy sugerowała to przynajmniej. Szybko znalazł główną bazę klanu Helmhammer, spory budynek gildii miał na sobie znak runiczny klanu. Nie było strażników przed wejściem do gildii.
                      Baltizar ruszył więc ze swoimi ochroniarzami do drzwi i uprzejmie zapukał kosturem w drzwi, przed wejściem do środka.
                      Drzwi otworzyły się i wyjrzał przez nie łysiejący krasnolud, jego broda zaczynała pokazyć pierwsze siwe włosy. Zerknął na Baltizara i jego orszak.
                      -Słucham?
                      -Baltizar Harpaness…- przedstawił się gnom. - Przyszedłem… cóż, w sprawie poszukiwanych krasnoludzkich ruin.-
                      Krasnolud westchnął.
                      -Wyniesiemy się z miasta jak tylko je odnajdziemy i oczyścimy ze ścierwa. Wszelkie zażalenia rozumiemy i przykro nam z powodu niedogodności związanych z naszą obecnością w mieście. - przemowa krasnoluda wydawała się wytrenowana - Czy w czymś jeszcze mogę pomóc?
                      -Cóż… nie przyszedłem się żalić. W zasadzie to jestem bardzo zainteresowany tą sprawą. Bo może być powiązana z ruinami po moim ludzie. I byłem ciekaw… jaka jest obecnie sytuacja w tej kwestii i czy może mógłbym jakoś pomóc? - wyjaśnił Bajarz i zapytał. - Oczyścić… z czego?-
                      -Gobliny, trolle, orki… jakiekolwiek tałatajstwo się tam zagnieździło odkąd zostaliśmy stamtąd wykurzeni. - krasnolud zerknął na bajarza - Faktycznie kilka waszych osad i miast było w okolicy naszej głównej twierdzy. - odźwierny wpuścił gnoma do środka -Więc czego chce pan dokładnie się dowiedzieć?
                      -Wszystkiego… w tym jak mogę pomóc w tej działalności. Jestem wielce zainteresowany historią mojego ludu dotyczącą tej okolicy. A jak zapewne wiadomo… historia gnomów bywa często powiązana z krasnoludami.- rzekł entuzjastycznie Baltizar. wchodząc.
                      -Mamy kilka ksiąg o poczynaniach gnomów z czasów naszej bytności tu… - zadumał się krasnolud prowadząc Baltizara - Z tego co pamiętam pomagały nam z wyrobami jubilerskimi, a ich sztuka innowacji była mile widziana na dworze naszego ówczesnego króla… - krasnolud i gnom dotarli do niewielkiej biblioteki - Wydaje mi się, że osady zaczęły pustoszeć bez powodu na kilka miesięcy przed… czymkolwiek co zmusiło nas do opuszczenia tych terenów.
                      -Hmm…- zamyślił się gnom.- Jednym słowem nie macie pojęcia co tak naprawdę zmusiło je i was do exodusu? Żadnych źródeł pisanych, żadnych legend czy bajań na ten temat nie ma.
                      Spojrzał na krasnoluda pytając się. - To może oznaczać tylko jedno. Tabu. Cokolwiek się stało wtedy, sama rozmowa o tym wydarzeniu wydawała się być wtedy przestępstwem. Co mogłoby tak przerazić potężny i dumny lud krasnoludzki?-
                      Krasnolud westchnął.
                      -I to jest tragedia. Nic nie wiemy o tym co dokładnie się stało. Obecni Helmhammer są potomkami tych członków klanu, którzy nie żyli w głównej twierdzy. Dalsze placówki i mieściny. Główny klan dosłownie zniknął, a ci którzy zostali wysłani nie odważyli się mówić co widzieli. Przynajmniej takie są oficjalne doniesienia.
                      -Jeśli to nie tajemnica… to czy mogę poznać ówczesne położenia dawnych placów i mieścin? - zapytał się gnom wyjmując mapę z plecaka.- Przypuszczam, że główna twierdza była centrum… słońcem z którego promieniowała cywilizacja w postaci kolejnych siedzib.-
                      -Powiedziałbym bardziej rzeką, od której się robiły odnogi, ale twoja analogia jest ładniejsza. - krasnolud wyciągnął jedną staro wyglądającą mapę - Główna twierdza znajduje się gdzieś tu… - krasnolud wskazał na główne pasmo górskie na wschód od Evercrest.
                      -Mhmm…- gnom zaznaczył odpowiednie miejsce na swojej mapie.- I tam prowadzicie już poszukiwania? Czy jest już tam jakiś obóz, do którego mógłbym zajrzeć z pomocą?-
                      Krasnolud wskazał miejsce u podnóża gór na południe od miasta.
                      -Tam jest nasza główna ekspedycja, nie wiem co prawda czy chłopaki przyjmą pomoc kogoś z zewnątrz. Wiesz, sprawy klanu. - odźwierny się uśmiechnął i wskazał kilka punktów na mapie - Tu znajdowały się dawne wioski gnomów, wzdłuż naszych starych szlaków kupieckich. Kilka z nich było podziemnych z niewielkimi strażnicami na powierzchni, aby zaznaczyć gdzie się znajdują.
                      Gnom nanosząc punkty na swojej mapie mruknął.- Nooo… nie zamierzam się zjawić z pustymi rękami. Niemniej jeśli znajdę coś wartego waszej uwagi podczas moich badań historii mego ludu, to z przyjemnością podzielę się informacjami.-
                      Potarł podbródek.- A co do tych ksiąg o mojej rasie, to mogę je pożyczyć, czy choćby przejrzeć na miejscu i spisać interesujące kwestie do mojego notatnika?-
                      Krasnolud wziął trzy tomiki.
                      -To wszystko co mamy, kopie oczywiście, oryginały trzymamy w głównej bibliotece. Proszę o oddanie kiedy z nimi skończysz. I z miłą chęcią przyjmiemy wszelkie informacje, odbudowa naszego królestwa tutaj będzie wymagała też odbudowy gnomich mieścin.
                      -Jestem wielce…- oznajmił szczerze Baltizar.- …zobowiązany. Dziękuję za przekazanie tak cennych źródeł wiedzy.-
                      -Obyś miał z nich więcej pożytku niż my. To raporty zebrane z dzienników.. z braku lepszego słowa, burmistrzów tych mieścin. Zauważyliśmy kilka powtarzających się wzorców, ale nic konkretnego.
                      -Oby…- odparł z uśmiechem gnom przyglądając się zdobyczy.- Postaram się oddać jak najszybciej.
                      Zapakował dokumenty i swoją mapę.
                      -W takim razie… nie będę już więcej przeszkadzał w obowiązkach. Mam lekturę do przeczytania. - rzekł na pożegnanie.
                      Krasnolud kiwnął głową i zaczął odprowadzać gościa z powrotem do wyjścia.
                      -Radzę uważać, co kolwiek się przytrafiło naszym przodkom, nie mogło być dobre.
                      -Mam doświadczenie w takich… sprawach. - odparł uprzejmie Baltizar nie wdając się jednak w szczegóły

                      Dzień powoli zbliżał się do popołudniowych godzin kiedy Viktor dotarł na miejsce wiecu.
                      Wszystko wydawało się już przygotowane, namioty na odpoczynek i spożycie posiłku były gotowe. Biblioteczki i stoły do badań porozstawiane, aby goście mogli korzystać kiedy będą potrzebowali.
                      I duża widownia ustawiona w półokręgu przed niewielką sceną.
                      Wszystko gotowe na przyjęcie mądrych głów z Evercrest i okolic.

                      text alternatywny

                      Pięty uderzyły o ziemię.. Viktor wyprostował się i wziął głęboki wdech chłonąc atmosferę. Na ten moment zupełnie ignorując to lekkie chrupnięcie w kolanie. Klimat jarmarczny rozczulał go, nawet jeśli już po drobnym przyjrzeniu widać było różnice. Odwrócił się i podziękował woźnicy nim ruszył między lokalną inteligencję, wyciągając zza pazuchy mały bukłak z dosłownie kilkoma łykami wina w sobie. Zmówił krótką inkantację posilając się magią niewidzialnego Fisusia i upił dwa z nich. Poczuł przyjemne mrowienie rozchodzące się po ciele. Czas było dowiedzieć się o co – z tą całą suszą – chodzi.
                      Chodząc między zgromadzonymi Viktor mógł zauważyć oczywiście formujące się obozy; magów, kleryków, druidów i świeckich mędrców, które na razie trzymały się swojego grona i pewnie obgadywały pozostałych.
                      Kręcił się, niezobowiązująco między grupami, korzystając z kamuflażu wiecznego ruchu i ludzi przychodzących i odchodzących… długi czas nic nie mówił, tylko słuchał zbierając wiedzę…
                      Wszystkie grupy zgadzały się, że susza nie jest z przyczyn naturalnych, ale nikt się nie zgadzał co do przyczyn. Magowie podejrzewali jakieś arkanistyczne machlojki, kapłaństwo podejrzewało gniew bogów, Druidzi i Szamani mówili, że ilość miast i wsi burzyła naturalny ład świata i to jest konsekwencja.

                      Baltizar wraz ze swoją dwójką zwierzaków przemierzył szybko plac wiecu rozglądając się na boki. Szybko dotarł do miejsca, które wypatrzył rano. Beczki stojącej przy jednym z namiotów. Wdrapał się na nią i mając z niej doskonały widok na sam plac usiadł wygodnie z notatnikiem w dłoni i piórem. Liczył bowiem, że ktoś z rozmówców powie coś interesującego. Szansa na to była niewielka… ale zawsze była.

                      -Mistrzu Harpeness! - głos adwokata dotarł uszu gnoma - Cieszę się, że was znalazłem.
                      -Nie widzę powodu…- zastanowił się gnom kartkując notatnik. - To wszak nie ja jestem gwiazdą tego zbiegowiska. Dzisiejsze atrakcje wkrótce zjawią się na placu przed nami.-
                      -Wiem, wiem… zdaję sobie sprawę. Jednak to ty to… hmmm… zapoczątkowałeś. Znalazłbyś kilka do kilkunastu minut aby mi wyłożyć swoją wiedzę o tej suszy? Ostatnio obaj nie mieliśmy wiele czasu, a chciałbym poznać pełniejszy kontekst.
                      -Hmmm… Susza… jest wtedy, gdy na jakimś obszarze jest bardzo sucho. Nie ma roślinności i ziemia jest spękana… zupełnie bez wody.- zaczął wyjaśniać gnom beznamiętnie, przerywając jedynie co chwilę, by spojrzeć… gdzieś w dal. Jakby coś zauważył, coś co było inspiracją dla kolejnych wypowiadanych “sentencji”.- Ostatnio takie obszary zaczęły się pojawiać tam gdzie wody jest… powinno być bardzo dużo… na bagnach. I to powoduje że potwory tam żyjące szukają nowych siedlisk bliżej miasta. Na tych suchych obszarach są też dziwne narośle. Ot, to wszystko.-
                      Viktor kiwał głową, niezrażony.
                      -To wszystkie twoje obserwacje? Nie masz jakichś teorii z czego to może wynikać? Nie zorganizowałeś tego, bo zauważyłeś, że jakieś specyficzne bagno podeschło.
                      -Nie jestem tu od teorii… tylko od spisywania opowieści. Jeśli wasza ekscelencja chce błysnąć tutaj jakimś pomysłem, to sugeruję wpaść na niego samemu. Ja jestem wędrownym Bajarzem. Gdzie mi się tam równać z mądrymi głowami.- odparł gnom i potarł podstawę nosa odpowiadając ironicznie.- Nie żadne bagno podeschło, tylko…. obszar bagna wysechł całkowicie bez powodu. Ziemia aż popękała. I z tego co wiem takich obszarów jest całkiem sporo w okolicy. Jeśli wasza eminencja uważa, że to żaden istotny problem, radzę zabrać się za leczenie krótkowzroczności. To wada którą lepiej usunąć nim zasiądzie się na tronie. Bywa śmiertelna, gdy jest się już u władzy.-
                      Spojrzał przed siebie. - Jeśli tylko siebie ma się na widoku… łatwo stracić prawdziwy cel z oczu. Proponuję więc przyglądać się widowisku, słuchać i uczyć się nie tylko z ich słów, ale i postaw… reakcji. Czasami najlepsza pozycja to ta u podstawy świecznika, a nie na nim.-
                      -Właśnie dlatego jestem tu. Nie na świeczniku, ale naprzeciw ciebie. Nie mówić, a słuchać. Wierzę, że obaj cenimy ciebie znacznie więcej niż jako samego kronikarza i interesują mnie twoje obserwacje oraz przemyślenia. Jakbyś mógł odrobinę zwiększyć ich objętość kosztem morałów… byłbym wdzięczny. Szybciej wtedy wrócimy do wdzięczniejszych zajęć.
                      Gnom przyglądał się mężczyźnie przez chwilę niczym rzekł. - Moje obserwacje, przemyślenia. Otóż… są one proste. Nie wiem czy nasz nowy nabytek wspomniał ci o opinii twojego Pana o nas. Zacytuję więc jego cytat. Ehmm…- zaczął mówić zachowując intonację głosu Paimona. -“Ta trójka idiotów, którą wysłałem bawi się w Politykę, przez duże P, zamiast to po co ich wysłałem.” Moje przemyślenie więc jest takie. Zakup budynek, zrób w nim świątynię, zbierz garstkę wyznawców. Żarliwców przekuj w akolitów, a potem w kapłanów… a wtedy, będziesz miał wolną rękę. Twoi podwładni zajmą się tym, co ciebie nie interesuje. Kaptowaniem kolejnych owieczek do kultu. Codziennymi modlitwami, rytami… całym tym religijnym zgiełkiem.-
                      Wzruszył ramionami.- A ja wreszcie pozbędę się stosu broszurek z mojej komnaty, które przygotowałem na okres tuż przed otwarciem świątyni .
                      Viktor westchnął przeciągle, ale westchnienie to na końcu przerodziło się w głęboki, dudniący chichot.
                      -Zachowaj swoje spóźnione rady… Zadałem ci pytanie o suszę. Dałeś mi banały, gdy obaj wiemy, że masz obserwacje wykraczające ponad to co widać gołym okiem. Jesteś w stanie odpowiedzieć na pytanie? Czy odmawiasz podzielenia się wiedzą?
                      -Jego ekscelencja nie potrzebuje wiedzy. Potrzebuje skupienia się na celu zamiast kolejnych rozpraszaczy uwagi. A to…- wskazał przed siebie Baltizar. - Nie poświęciłem temu ani dnia rozmyślań. Nie zajmowałem się suszą ponad to, co uczyniłem. Zorganizowałem wiec, na którym mądrzy ludzie poprzerzucają się teoriami z których nic nie wyniknie. Bo nic wyniknąć teraz nie może. Za to zgromadzona widownia zorientuje się że Evercrest ma problem. I będzie oczekiwała od władzy, by ta ten problem rozwiązała. A władza zrobi to, co władza potrafi robić najlepiej. Zrzuci ten problem na kogoś innego. I ten ktoś, zapewne najmądrzejsza tutaj głowa, zorganizuje wyprawę badawczą by odkryć przyczynę suszy… i wtedy, jak ci tak bardzo na tym zależy, możesz podczepić się pod wyprawę jako zatroskany obywatel i zbadać dogłębnie tę tajemnicę. A na razie… weź skrzydełko kurczaka i posil się obserwując widowisko. Albo dołącz się do przerzucenia teoriami. Jak wolisz.-
                      Viktor westchnął w niezadowoleniu, a jego spojrzenie skierowało się już na sam wiec.
                      -Zostaw, Baltizarze, moje priorytety mnie do oceny. Tak jak ja nie doradzam tobie co masz robić na swoich wycieczkach. Obu nam braknie perspektywy, aby się wymądrzać na temat drugiego. Dziękuję ci za twój czas. Bywaj.
                      -Dobrej zabawy życzę wasza ekscelencjo.- rzekł kurtuazyjnie gnom na pożegnanie.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • ArveeA Online
                        ArveeA Online
                        Arvee jako Viktor Goodmann
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #145

                        Viktor na wiecu

                        text alternatywny

                        Viktor stał z boku kręgu mówców, nie wchodząc między nich. Nie było potrzeby. Na ten moment słuchał. Mapa rozłożona na skrzyni była stara, poprawiana wielokrotnie. Różne odcienie atramentów zaznaczały granice wydarzeń, nowe młyny, zanikłe osady, jedną nową tamę. Na niej skupiano wzrok, ale sam Viktor poświęcał więcej uwagi twarzom nad nimi pochylonymi.

                        \ - Od trzech lat obserwujemy zmniejszone opady w południowej Numerii - mówił Mirok z Martwego Mostu, nerwowo pocierając dłonie - Ale wciąż mieszczą się w granicach naturtalnej zmienności.
                        - A jednak studnie wysychają - odpowiedziała Soraya, mieszkająca w tych okolicach. - Nawet te co przetrwały lata znacznie gorsze niż te.

                        Rozmowa trwała dalej i zaczęła zataczać bezproduktywne koło, gdy liczono, że burza umysłów pozwoli coś nowego dostrzec.
                        - Pozwolicie, że dopytam… - wtrącił się wreszcie Viktor, ale nie podnosił głosu - Czy porównywano poziomy wód gruntowych z latami w których zaobserwowano przesunięty spływ, a nie realne niedobory?
                        Krótka cisza zaległa nad mapą, gdy w twarzach próbowano zrozumieć w jaki sposób jest to na temat.
                        - Przesunięty… spływ… - zapytał ktoś z tłumku.
                        - Oh, bogowie… - rozdrażnił się starszy Luriz, który przybył z Gralton - Sytuacja gdy opady powinny wystarczyć, ale woda nie chce się wchłaniać w ziemię. Jak po zbyt długiej suszy grunt jest utwardzony na kamień i potrzebuje długiego czasu aby w ogóle zmięknąć.
                        - Wiemy, dziadku o czym on mówi, ale jaki masz wektor logiczny w tym panie…
                        - Viktor. Viktor Goodman, tu z Evercrest. Rozważam tylko czy susza nie jest objawem. Nie mam jeszcze żadnych wniosków. Dołączam się tylko swoje dwa miedziaki.
                        - To… zmienia nieco bieg rozmowy - ktoś przytaknął. - Więc… czy mamy te dane?

                        Kałamarz

                        Krąg “kapłański” był spokojniejszy. Mniej emocji, więcej symboli i teologii. Trochę nadmiar rozmów o bogach jak na opinie Viktora, ale w końcu gdy ma się młotek wszystko zaczyna wyglądać jak gwóźdź. Erato rozważała zaburzoną harmonię. Pieśń natury, która straciła rytm. Selyth odpowiadała teoriami o gniewie duchów i zaniedbanych obrzędach.

                        Viktor stał nieco z tyłu. Dłonie splecione na plecach, wzrok opuszczony. Słuchał. Pozwał by teologia przebrzmiała i dopiero gdy temat rytuałów został poruszony w końcu powoli wszedł do rozmowy.
                        - Chciałbym się podzielić obserwacją…
                        - Oczywiście, panie Goodmann - odpowiedziała Erato.
                        - Goodmann? Vik…tor? - niemal zastrzygła uszami Selyth, kapłanka bogini – między innymi – rządz. - Chyba obiło mi się ostatnio o uszy to imię. Nie spodziewałam się ciebie na wiecu. Nie miałeś innych celów w mieście?
                        - Mam wiele celów i dobrobyt okolicy jest jednym z nich. Po heroicznej walce z moim grafikiem udało mi się wyszarpnąć ten jeden wieczór na sprawy suszy.
                        - Chwali się, chwali… więc co to za obserwacja?
                        - Wydaję mi się, że jakby nałożyć na mapę zaobserwowanych efektów suszy aktywne konflikty graniczne byśmy dostrzegli pewien wzór. Tymon z Razmiranem w górnych częściach Tolemaidy. Gralton z Touvette na północy Yhalt… te dwa spory zdają się oszczędzone, mimo, że pogorszenie opadów jest obserwowane w ich bezpośrednich okolicach.
                        - Rozwiniesz myśl? - zapytano go po nieco dłuższej chwili.
                        - Konflikty zbrojne, nawet jeszcze niedokonane, dodają pobożności lokalnej populacji.
                        - Prowokując intensywniejsze modlitwy… - zamyśliła się Erato.
                        - Ale konflikt Numerii z Brevoy, przy górach Golushkin już ich tak nie wyratował i susza uderza tam silniej niż w okolicach - skontrowała Selyth.
                        - To może być przypadek. Tak samo jak moje dwie wcześniejsze obserwacje. Za mało obserwacji aby mówić o schemacie, ale dosyć aby to zauważyć.
                        - Nie przekonuje mnie to zbytnio - krzywiła się arcykapłanka Calistrii, ale była w tym jakaś przekora.
                        - I słusznie. Mnie też wcale nie przekonuje… Ale budzi ciekawość.
                        - Jeśli by się okazała ona zasadna… - zaczęła powoli Erato.
                        - … to teoria o gniewnych duchach jest obalona - dokończyła Selyth.
                        - A możliwość potrzeby rytuałów przebłagalnych nabiera siły.
                        - Przy czym wciąż mamy definitywnie za mało wiedzy. - zakończył Viktor i niedługo potem wymówił się z rozmowy.

                        Kałamarz

                        Przy tym ognisku rozmowa była ostrzejsza. Davion mówił o kontraktach, klauzulach, zabezpieczeniach. Ku zdziwieniu Viktora... Elanna też tu była. Zimna jak lód. Ręce skrzyżowane na piersi i ledwie dało się zauważyć, że w ogóle dostrzegła przybycie Viktora, a potem nie bardzo na niego, w ogóle, patrzyła.

                        - Drobna korekta - wtrącił się w końcu, tonem uprzejmym i przyjaznym. - To nie “wywłaszczenie”.
                        - Słucham? - zapytał Davion, mierząc go chłodnym spojrzeniem.
                        - Pitax nikogo nie wywłaszczyło. Nazwali to prewentcyjną redystrybucją zasobów, maskując ją klauzulą siły wyższej - wyjaśnił Viktor, znosząc wzrok partnera swojej siostry. Nie znał go z tej… agresywniejszej strony. Ciekaw był czy zawsze jest taki w formalniejszych rozmowach, czy tylko w tej… - Technicznie legalne działanie. Moralnie… mocno dyskusyjne.
                        Elanna uniosła brew.
                        - Twierdzisz, że ktoś sprowadza suszę?
                        - Raczej ktoś ją wykorzystuje. Jeśli da się przewidzieć, które miasta pierwsze poczują zimne dreszcze z jej powodu… da się dużo na tym zarobić.
                        Davion zamruczał nisko, popadając w głębokie rozmyślania.
                        To wyglądało… wręcz uroczo, gdy aż tak zamknął się w swoim wewnętrznym świecie.
                        - To oznaczałoby świadome złamanie ze trzech traktatów - powiedział w końcu.
                        - Tylko jeśli by udowodnić intencję - skontrowała Elanna. Wszyscy wiedzieli jak trudno udowodnić intencję.
                        - Intencja często zostawia ślad… - skontrował Viktor - W umoach. W harmonogramach. W logistyce.
                        - A masz, w ogóle, metody aby tego szukać? - zapytała Brevoyka.
                        - Ja sam? Mowy nie ma. Ale jakby się zorganizować…

                        Kałamarz

                        Calithia Wren zachowywała się zupełnie inaczej niż we Dworze, po powrocie z wyprawy po Ahaira. Viktorowi… podobało się to. Mówiła szybko i rzeczowo. Zupełnie inaczej niż powolne wymiany haseł-zagadek. Nie oczekiwał nic innego… w końcu wciąż była ambasadorką Sevenarches. Ale przyjemnie było potwierdzić przypuszczenia. Słuchał jej uważnie. Zapamiętywał nazwy, pory… kierunki.
                        - Sevenarches nie odnotowało podobnych zjawisk? - zapytał w końcu.
                        - Nie. Najwyżej drobne anomalie. W granicach normy.
                        - A w Daggermark widzi się tego dużo. Hmmm… czyżby zjawisko miało granicę?
                        - Albo gradientowy zasięg. Na południu Daggermark niewiele już tego się obserwuje.
                        - Ale się obserwuje. A za granicą już nic. Przypadek? Tsk… jest możliwe.

                        Kałamarz

                        Wiec trwał głęboko w noc. Ogniska rozpalone na obrzeżach rzucały nieregularne światło na twarze wciąż dyskutujących ludzi. Były to cichsze rozmowy. Mniej gwałtowne. Wiele przerodziło się w zakrapiane imprezy towarzyskie, a i wiele namiotów miało w tamtej chwili więcej rezydentów niż przewidywano. Viktor siedział na beczce z boku. Niemal na granicy światła i cienia. Nie uczestniczył już w rozmowach. Chłonął klimat. Dobrze się tam czuł.

                        Fern odnalazł go bez trudu. Zawsze znajdował łatwo tych, którzy nie ustawiali się w centrum.
                        - Nie zabierałeś głosu na forum - powioedział, stając obok, bez ceremonialnego tonu, ani nazbytniego dystansu.
                        - Nie było potrzeby - odparł Viktor.
                        Fern przez chwilę nic nie mówił. Patrzył na ogniska, ludzi… wielkich mędrków, którzy teraz nie dyskutowali czy problem istnieje, ale jak złożony on jest. W końcu prychnął cicho.
                        - A jednak, twoje pytanie przebrzmiały wielokrotnie na zgromadzeniu.
                        Viktor uniósł wzrok nad horyzont. Ogień tańczył w jego oczach i pozwolił sobie na okazanie odrobiny satysfakcji.
                        - Bo dobre pytanie jest warte więcej niż i dziesięć odpowiedzi. Twierdzenia zamykają rozmowę. Odpowiednie wątpliwości ją ukierunkowują.
                        Fern uśmiechnął się ciężko.
                        - Nie myśl, że nie widzę co tu robiłeś.
                        - W żadnym momencie się nie łudziłem, że przechytrzę królewskiego arcywieszcza.
                        - Wielu uznało ciebie za aroganckiego.
                        - Owszem. I nie mylą się - w odpowiedzi nie brzmiał nawet ślad zawahania - Ludzie czasem wolą gdy ktoś się myli razem z nimi, niż gdy ma on rację sam… ale nie sympatię dziś chciałem zebrać.

                        Znów milczeli chwilę, patrząc w gwiazdy.
                        - Skąd wiesz, że dostrzegą to co chcesz?
                        - Nie wiem. Ale jakbym wszedł między nich i zaczął pokazywać palcem czego oczekuję to by się opierali. Gdy dają im dojść do moich wniosków stają się współautorami.
                        - Widzę przyszłość, a czasem zazdroszczę i tego jak manipulujesz głowami, co sądzą, że są zbyt na to mądre.
                        - To bardziej edukacja… - sprostował Viktor - róznica polega na tym, że po interakcji zostawiam ich mądrzejszymi, a nie posłusznymi.

                        Przez chwilę stali w milczeniu. W oddali ktoś śmiał się zbyt głośno, ktoś inny kłócił się o szczegół, który jeszcze rano uznano by za nieistotny.
                        - Możesz być wkrótce przydatny bliżej decyzyjnego kręgu - powiedział w końcu Fern - Nie dziś, ale wkrótce.
                        - Jak trzeba… - odpowiedział Viktor, jakby przyjmował to jako obywatelski obowiązek, a moment potem jego oczy dostrzegły w mroku… sylwetkę.
                        - Wiesz Fern… jestem zmęczony…
                        - A myślałem, że nie łudzisz się w oszukanie wieszcza…
                        - Wciąż użyję tej wymówki i bronić się będę klauzują domniemanej niewinności - odgryzł się rozbawionym głosem - Wiesz gdzie mnie znaleźć.

                        Viktor podszedł do tajemniczej sylwetki.... Elanna wzięła go pod ramię i odeszli razem w mrok.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • ZellZ Niedostępny
                          ZellZ Niedostępny
                          Zell jako Kaylie Sunfall
                          Moderator Obsługa
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #146

                          text alternatywny

                          Kaylie Sunfall

                          Kaylie stała nad swoim biurkiem w pokoju jaki sprezentował jej Otto. Powróciła z wyprawy na miasto do sądu i od razu zabrała się do pracy, choć bez nadmiernego entuzjazmu. Wiedziała w końcu na czyją korzyść musiała się z tym męczyć... i powiedzenie, że nie sprawiało jej to wielkiej radości zostałoby określone delikatnie.

                          Zacisnęła pięść na rozłożonych papierach zarysowanych szkicami malunków i płaskorzeźb, jakimi miała być ozdobiona świątynia. Nie zależało jej na wykonaniu rysunków idealnie, tyle aby zaznaczyć ich sens i położenie. W głębi duszy nie chciała tego robić... ale niestety ta dusza już do niej nie należała.
                          Jak i jej życie.
                          Prychnęła biorąc jedną kartkę i zmełła ją w dłoni by odrzucić w bok nieudanego śmiecia. Następna była zapisana wręcz hasłowo... Sceny z historii w Niebie, sceny z Piekła.

                          Wizyta w sądzie dała jej wejrzenie w styl, aby móc trochę wzorować całość na jego własnych planach, żeby świątynia mogła w pewnym sensie przypominać swym wystrojem właśnie sąd i w tym miały jej pomóc rozłożone wokół księgi traktujące o architekturze wnętrz.


                          text alternatywny text alternatywny

                          Viktor Goodmann, Kaylie Sunfall

                          Zajęta pracą nawet nie zwróciła uwagi, że wiec trwał już wystarczająco długo, więc jedynie dyskomfort pleców mógłby jej przypominać o czasie.
                          Nawet nie tknęła niczego z kolacji, jaka wciąż czekała na stole.

                          - Ughh… ale tu ciemno… - Viktor, którego wejścia nawet nie zauważyła póki się nie odezwał, przeszedł obok i otworzył okiennice. Nie nagle. Dał jej ten moment na zmrużenie oczu, by nie narażać nazbyt naraz na poranne światło.
                          - Studiujesz… - zauważył oczywistość, jakby miało to zmienić, że właśnie oderwał ją od pracy. Dłonią położoną na jej talii przyciągnął Kaylie do siebie i ucałował krótko.
                          - Całą noc temu poświęciłaś?
                          Kaylie uniosła spojrzenie zmęczonych oczu na Khala, jakich podkrążenie było widoczne z bliska.
                          - Mhm... Tak. Tak.
                          - Pracowita dziewczynka… - pochwalił Viktor, kładąc wierzch swojej prawej dłoni na jej barku i zmówił powoli inkantację modlitwy, wypędzając zmęczenie z ciała i umysłu Kaylie.
                          - Może nie najbardziej imponująca magia, ale jedna z praktyczniejszych. - Uśmiechnął się do niej w zadowoleniu.
                          Z widocznym zaskoczeniem spojrzała na Khala.
                          - Magowie nie potrzebują tego by się uczyć!
                          Viktor uniósł brew rozbawiony.
                          - Zdajesz sobie sprawę, że jeśli już by to za jakiś przytyk uznać, to był on do zarówno twojej, jak i mojej magii?
                          - Magowie nie muszą błagać kogoś innego o ich moc, najwyżej sami alchemią załatwią.
                          - Tiiiaaa… widziałem takich co tej alchemii nadużywali… I błagania się zdarzają, ale nie tak jak ci się wydaje. Wśród dobrych bóstw się nie błaga. U neutralnych też nie. Głównie szaleńcy wyznający demony rzeczywiście błagają o moc. Z Azazelem łączy mnie bardziej relacja… układu. Albo zatrudnienia. Ja oferuję swoje usługi, on mnie wyposaża w narzędzia które jestem w stanie udźwignąć. Nie ma tu nic uwłaczającego.
                          - Nigdy on ci nie dał swojej mocy? Takiej jego siły. Jesteś jego kapłanem. Nie czułeś jego mocy? - zapytała siadając na blacie biurka po odsunięciu zapisanych i zarysowanych papierów.
                          - Zależy co precyzyjnie masz na myśli. Efekty jego magii czułem, ale nigdy nie zostałem nawiedziony przez niego, ani żadne z jego sług… O czym myślisz?
                          - Ja... Otrzymałam od niego moc potrzebną do wygrania z moim pradziadkiem. Jego moc. - westchnęła - Bo moją własną bym tego nie zrobiła w tamtym momencie. I poczucie tego... Jest naprawdę ciężkie do opisania. - na chwilę zatopiła się w tym wspomnieniu - Niemniej nie opanowałam tego. Nie byłam w stanie. Przerosło mnie. Ale czy ty też coś takiego miałeś?
                          Viktor zamyślił się na chwilę.
                          - Tak i nie. Nigdy nie dostałem od niego ad hoc wzmocnienia mocy na daną chwilę. Nigdy nic tymczasowego… aczkolwiek wspomógł mnie gdy uczyłem się walki wręcz. Miałem w pewnym momencie fazę na to. To jak młotem macham jest, w zasadzie, jego zasługą. Sam bym nigdy nie znalazł czasu do mozolnej nauki i treningów.
                          - Więc mam więcej doświadczenia w odczuciu mocy Azazela niż jego kapłan? - zachichotała.
                          - Hmmm… jakby na to bardzo specyficznie spojrzeć… to tak można by powiedzieć.
                          - Lepsza od arcykapłana. - wskazała mężczyźnie by podszedł i zarzuciła mu ręce na szyję - A teraz opowiadaj co było, że tyle zajęło.

                          - Tsk… pełen sukces, ale niestety tylko mój, a nie mądralińskich. Istotnie jest susza. I to poważna. Nienaturalna. Udało mi się zaprezentować w gronie mędrców i to jak im równy. Nawet Fern tam był i chyba udało mi się zrobić na nim pewne wrażenie. To będzie bardzo cenne w przyszłości. Orlovsky też się na nim zjawiła... znaczy Elanna… choć ona niewiele mówiła.
                          - Hmm... - wtuliła twarz w szyję mężczyzny - Nie musisz dziękować za polepszenie spojrzenia Ferna. - stwierdziła zastanawiająco unikając tematu Elanny.
                          - Oh… Wstawiałaś się za mną u niego?
                          - Za naszą grupę, za tym kościołem... - powiedziała niechętnie - Uspokoiłam jego niepokój z nami związany... Ile się dało.
                          - No to dobra robota. Choć nie odmówię sobie wiary, że jednak pewna część zasług wynika z mojej prezencji na wiecu… ale możemy przyjąć, że mniejsza część.
                          - Oczywiście, że bez prezencji nic byś nie osiągnął. Ja tylko zmniejszyłam trudność. - powiedziała łagodnie - Ale długo to trwało, ten wiec.
                          - Wiesz jak to jest gdy inteligencyja się spotyka… zaczynają bardziej, bądź mniej poważnie, ale i tak kończy się alkoholem i karczemnym śpiewem.
                          - Mhm... Nie czuć od ciebie tony alkoholu. Od Elanny było? - zapytała tym samym spokojnym głosem.
                          - Trochę wina tylko. Dziewczyna ma impulsywną potrzebę kontroli… przynajmniej na ogół… a alkohol by jej to odebrał. Ja też niewiele piłem, choć nie mówił bym prawdy twierdząc, że uniknąłem upadlania się wspólnymi śpiewami. Radosna to była gromadka, gdy już się rozluźniła.
                          - No tak. Gdyby była pijana to byś z nią nie spał, nie? - zapytała łasząc się o jego szyję - Przecież nie sypiasz z pijanymi niewiastami.
                          - Zostawia to gorzki posmak - przytaknął.
                          - Nawet mnie byś odmówił?
                          - To… trochę co innego z kimś z ustaloną już relacją… aczkolwiek wciąż preferuję mieć ciebie trzeźwą. Przyjemniejsze, w mojej personalnej opinii.
                          Nadal wtulała się w jego szyję.
                          - W seksie też ma impulsywną potrzebę kontroli?

                          Viktor uniósł brew, choć Kay nie mogła tego widzieć.
                          - To w bardzo złym stylu rozmawiać o upodobaniach innych ludzi. Zapytaj o moje preferencje to bez problemu ci odpowiem, ale co Elanna lubi robić za kotarami to jej prywatna sprawa… Na pocieszenie: taką samą odpowiedź usłyszy każdy kto zapyta o twoje preferencje.
                          - No wiesz... Zobaczyłabym tak co ty też lubisz, skoro chętnie ją obracasz. Chcę wiedzieć co ci sprawi przyjemność.
                          - Wejście w posiadanie tej wiedzy nie wymaga od ciebie wypytywania mnie o preferencje osób trzecich. Możesz ją zapytać… Może nawet ci odpowie. Nie zdziwiłoby mnie to za bardzo. Ale możesz też zadać mnie pytanie… tylko musi być ono odpowiednie.
                          - Ty i te twoje intelektualne szarady.... - mruknęła - Czy dominujesz w trakcie waszych zabaw?
                          - Wciąż złe pytanie, bo zawiera w sobie osobę trzecią, która może sobie nie życzyć informowania o niej, ale odpowiem, że lubię dominować. Jednak to chyba nie zostawiało wątpliwości po wczorajszym, hmmm?
                          - Więc zakładam odpowiedź. Czy było to tak jak myśmy robili wczoraj?
                          - Kay… potrzebuję byś zrozumiała, że nie dam ci odpowiedzi wskazującej na to co specyficznie wczoraj i, może dziś, z nią robiłem bądź nie robiłem. Umowa zobowiązuje mnie do informacji, że COŚ było, ale tylko tyle. Możesz pytać mnie o moje generalne upodobania, możesz pytać mnie co robiłem z wieloma innymi nieokreślonymi jagniętami w przeszłości, ale tylko tyle.
                          - Jesteś uparty. - przewróciła oczami wracając przed niego - Zachowujesz się jakby nie powiedzenie czegoś dawało ci immunitet i czyste sumienie. Tylko może na papierze, a wiadomo że "Carta non erubescit".
                          - Jakby mnie Elanna zapytała dziś rano w jaki sposób ciebie wczoraj wziąłem i bym jej rzeczywiście odpowiedział. Czułabyś się potraktowana uczciwie?
                          Kaylie uśmiechnęła się bez emocji na to.
                          - To nie jest nic, co byłoby mi obce. Przyzwyczaiłam się. Stało się dla mnie normą.
                          - Cóż… nie u mnie. Co lubisz i co z tobą robię nie wyjdzie poza nasze grono, chyba, że sama o tym komuś opowiesz.
                          - Dla mnie ważne twoje chęci...
                          - A dla mnie twoje. Elanna i co z nią robię nie ma tu nic do rzeczy.
                          - Oczywiście, że ma. Chcę wiedzieć czy sprawia ci to większą przyjemność i chciałbyś bym i ja tak robiła!
                          - A ja bym chciał abyś pomyślała co TY chcesz robić. Hmmm?
                          Kay spojrzała zagubiona.
                          - ...to co ty chcesz bym robiła...
                          - Niestety nie jest tak łatwo mnie zadowolić. Będziesz musiała się bardziej postarać… ale niekoniecznie dziś i niekoniecznie jutro… ale w końcu tak.

                          - Dziś to już raczej miałeś wystarczająco radości... Jeszcze trochę popracuję, bo mnie rozbudziles i pójdziemy spać. - stwierdziła.
                          - Kto pójdzie ten pójdzie… złapałem posłańca po drodze… dziś moje zamówienie dociera. Potrzebuję dopieścić plany i szczegóły nim zacznę. No i definitywnie jestem zbyt podekscytowany by teraz zasnąć, nawet jakby sen był w moim zwyczaju.
                          - Co? Już? Ale... - przetarła oczy - To po kij tu ten bękart Azazela? - zirytowała się.
                          - Ehhh… Kozioł wysłał nam wsparcie aby nas wspomóc. I tyle. To o obijaniu się potraktuj jako przejaw piekielnego humoru.
                          - Humoru? Niech sam sobie tworzy kościół, to będzie miał co robić, a nie żarty! Putain de lutin, niech daje dupy Asmodeuszowi, a nie nam zawraca głowy... - warczała pod nosem.
                          - Jest jak jest. To co dziś zrobimy to nie koniec naszych zmartwień i wysiłków. Będzie on bardzo użyteczny w dalszych etapach i po to on tutaj jest.
                          Burknęła jeszcze pod nosem.
                          - Jasne... Niech będzie... - wyglądała teraz jak poirytowana nastolatka, co jej zabrano kieszonkowe - Jak znowu zobaczymy Azazela to już mu powiem do słuchu!
                          Zabawne było, że jakoś nie było pewności czy będzie miała odwagę cokolwiek mu powiedzieć w twarz... choć kto ją tam wie.
                          - Heh… no to będę musiał cię trzymać z daleka od niego przez jakiś czas. Nie chciałbym ciebie ryzykować.
                          - Ryzykować? O czym ty mówisz? -skrzyżowała ręce na piersi jak urażona damulka.
                          - O chęci nawtykania piekielnemu lordowi? - zapytał z uśmiechem.
                          - No i co on zrobi? Popłacze się?
                          - Tsk… preferowałbym nie sprawdzać co robią tacy jak on gdy się im napyskuje.
                          - Nic nie zrobi. Jestem mu potrzebna. - powiedziała wymuszoną pewnością.
                          - Kay… - głos Viktora zrobił się poważniejszy - Między “nic nie zrobi” a “ubezwartościowi” jest całe spektrum rzeczy które mógłby ci zrobić… Niech cię twoja główka nie myli. To wciąż diabeł, nawet jeśli stosunkowo mało “diabelski”.
                          - Ostatnio mu napyskowalam. I uderzyła go prawda, jakiej nie lubi, że wcale nie jest aż tak inny od Asmodeusza. Że jest tym samym skurwielem co wykorzystuje kruczki i przekręty. I co? - rozłożyła ręce - Żyję!
                          Jakaś satysfakcja była widoczna w jej oczach. Że pokonała system nie widząc jak balansuje na linie.
                          - … i myślisz, że Asmodeusz tak łagodnie, by potraktował takie “psykowanie” od, de facto, niewolnika?

                          Opuściła ręce.
                          - Nie. Azazel jest trochę inny, ale nie tyle, ile chciałby. Ale na tyle bym mogła mu powiedzieć do słuchu.
                          - Bardzo wygodne… znaczy się: dla ciebie. Korzystna, dla swojej sprawy, waloryzacja obserwacji jest demagogią. Nie aby była ona poniżej mojej godności… gdy ktoś mi za to płaci. Ale bądź ze sobą szczera… to, że nie gotujesz się teraz w oleju, okrutnie unieśmiertelniona, to wyraz drastycznej różnicy między Azazelem a Asmodeuszem. To, że Kozioł nie jest jeszcze “na mecie” i wciąż korzysta z krótkowzrocznych decyzyjnej desperatów… nie unieważnia tego jak daleko moralniejszą jest on istotą od Księcia Ciemności, Pana Much czy innych arcydiabłów. Chcesz go nienawidzić? Jasne… ale rób to uczciwie i nie okłamuj się przy tym.
                          - Jak ja niby się okłamuję, co? - fuknęła z irytacją - On nas potrzebuje, jestem też w tym. Niby czemu nie zrobił do tej pory nic ze mną?
                          - Jest ku temu kilka powodów… - odpowiedział Khal powoli - Raz - wzniósł jeden palec do góry - Nie przysługuje ci tu fałszywy dualizm – gdzie ukaranie ciebie za bezczelność udowodniłoby twoje naiwne twierdzenie, a nie ukaranie ciebie świadczy tylko o twojej konieczności. Nie ważne jak potrzebna byłabyś Asmodeuszowi… za pyskowowanie by przypomniał ci co może z tobą zrobić. Dla zasady. Nie spotkało cię to ze strony Azazela, więc tracisz możliwość przyrównywania do siebie tych dwóch istot. Dwa. - Wyprostował drugi palec. - Wstawiłem się za tobą i obiecałem mu, że JA spróbuję ciebie opanować, nim on będzie musiał.
                          Galtianka stała jak wryta. Chciała powiedzieć coś o pierwszym powodzie, ale drugi ją wyrwał z toku.
                          - ...co? - wyrzuciła z siebie po dłuższym czasie.
                          - Słyszałaś głośno i wyraźnie.
                          - On coś mówił o mnie, że musiałeś...?
                          - Mylisz się co do tego jaką istotą on jest, ale nie mylisz się aż tak bardzo aby pyskowanie mu przeszło bez echa. Jest dokładnie tak jak to brzmiało… jeśli sama sie nie opanujesz, albo mi się nie uda… to on będzie musiał to zrobić. A wtedy to ci się bardzo nie spodoba. Choć będziesz miała ten drobny tryumf, gdzie rzeczywiście zniży się on do poziomu o który go oskarżasz. Może spróbujmy tego uniknąć?
                          - ...co on chce zrobić? - wskoczyła na biurko siadając na granicy blatu, a jedna kartka powoli spadła na podłogę.
                          - “Chce”? On by preferował nie robić nic. Przynajmniej nic lokalnego dla Evercrest. Jestem przekonany, że ma lepsze zajęcia niż bawienie się nami. Ale wciąż jest bogiem i jest diabłem. Rozumiesz dobrze co to oznacza.
                          - I on ci to powiedział? Czemu? - spojrzała w podłogę.
                          - Kaylie… znasz dobrze odpowiedzi na oba te pytania. Nienawidzisz go, bo świadomie pozwolił ci podjąć krótkowzroczną decyzje i do dziś z niej korzysta. Rozumiem to. Ale nie daj się temu zaślepić. Ani temu, ani tej satysfakcji, gdy nie wgniótł ciebie w ziemię po tym jak mu napyskowałaś. To się niekoniecznie musi powtórzyć.
                          Nie uniosła głowy tylko zamknęła oczy i położyła dłoń na nich.
                          - Jestem blisko przekroczenia granicy?
                          - Niestety nie mam odpowiedzi na to pytanie. Nigdy nie widziałem go postawionego w takiej sytuacji. Więęęc… może nie testujmy?
                          Kaylie wyglądała na przybitą. To nie mogło być...
                          - Więc mam być jego posłusznym niewolnikiem i milczeć...
                          - Masz być rozsądna. Jesteś w sytuacji w jakiej jesteś. Jeśli go zmusisz aby traktował ciebie jak krnąbrną niewolnicę to nie jest to poniżej jego godności. Mnie traktuje jak nieco zdespociały król mógłby traktować wiernego rycerza.
                          - Niech będzie... - wymamrotała pod nosem i wyraźnie było widać jak ją to przybiło.

                          Viktor podszedł do Kaylie i przytulił ją ciepło.
                          - Nie jest idealnie, ale dla takich jak my… “idealnie” to daleka przeszłość, której może nawet nigdy nie było. Musimy żyć z tym co mamy dostępne… i będziemy żyć. Damy radę.
                          Nie odpowiedziała jedynie bez si kładąc czoło na ramieniu Viktora.

                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SeachS Niedostępny
                            SeachS Niedostępny
                            Seach jako Seach
                            napisał ostatnio edytowany przez Seach
                            #147

                            Wiec dotyczący tajemniczej suszy dobiegł końca.
                            Niestety wizje zesłane przez bogów, zaklęcia plecione przez magów, jak i zwykła przyziemna nauka nie były w stanie wytłumaczyć fenomenu.
                            Ostatecznie zostały podjęte decyzje przygotowawcze na wypadek pogorszenia się sytuacji.
                            Tu rozpoczęła się prawdziwą wojna.
                            Magowie sugerowali utworzenie tymczasowych portali do planu żywiołu wody, aby zasilić lokalne źródła.
                            Kapłani i Druidzi byli absolutnie przeciwko temu rozwiązaniu i optowali za oddaniu sprawy w ręce bogów czy duchów natury.
                            Świeccy uczeni sugerowali bardziej logistyczne rozwiązania magazynowania wody.

                            Koniec końców wicc trwał dłużej niż ktokolwiek z naszych bohaterów miał siły czy ochotę dłużej słuchać.


                            Viktor i Kaylie

                            Kolejny poranek przywitał Azazelitów w pokoju Kaylie. Viktor zakończył swoje prace niedługo przed tym jak Kaylie skompletowała swoje projekty.
                            Lilia tym razem ich nie przywitała, a kiedy para zeszła na dół zobaczyli, że była zajęta rozmową z nieznaną im kobietą.

                            text alternatywny

                            Podobieństwo do Lilii i Piwonii było niezaprzeczalne, ta jednak wyglądało nieco doroślej od córek Otto. Karczmarz skinął głową kapłanowi i arkanistce zapraszając ich do siebie.
                            - Dobrego dnia, moi drodzy. Zjecie coś? Jakieś plany na dziś?

                            Baltizar

                            Gnom obudził się w swoim pokoju, ponownie było przy nim Piwonii. Coś nowego jednak pojawiło się w jego "królestwie". Donica z niewielką rośliną obdarzoną w małe paszcze.

                            text alternatywny

                            Oprócz tego był też niewielki list.

                            Drogi przyjacielu
                            Wróciłam z naszej ekspedycji i chciałam podzielić się moimi odkryciami.
                            Mogą cię zaciekawić.

                            Alicja Crawford

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • ArveeA Online
                              ArveeA Online
                              Arvee jako Viktor Goodmann
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #148

                              Róża
                              RóżaRóża

                              - I tobie dobrego, Otto… - odpowiedział Viktor, przez wpatrzony w nową dziewczynę we Dworze. - Dziś mam wielki dzień… ale wolę nie zapeszać. Jednak nie przejmuj się… jestem przekonany, że dotrze do ciebie informacja albo o moim wielkim tryumfie, albo przytłaczającej hańbie… Słusznie bym zgadywał, że to Lawenda? - zapytał z rozbawieniem. Słyszał jeszcze imię Chante, ale… łamało ono schemat.
                              Karczmarz kiwnął głową.
                              - Piwonia sprowadziła ją dziś w nocy. Lilia opowiada jej… między innymi o was. - Otto zerknął na kapłana - Zabierasz się w końcu za budowę świątyni?
                              - Mhm... - mruknęła Kaylie już ładując w policzki rogala ze śniadania, jakiego porwać musiała z kontuaru przy kuchni do wydawania jedzenia - Gpffazda dzie.
                              Otto uniósł brew i zerknął na Viktora.
                              - Przetłumaczysz? Mój Galtianski najwyraźniej kuleje.
                              - Przykro mi, wciąż mi umykają niuanse niektórych akcentów… - wzruszył ramionami. - I mówiłem, że nie zamierzam zapeszać, więc nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. - Pomimo protestu, puszczone oczko z uśmieszkiem jasno tę odpowiedź dawały.
                              Kaylie wciąż z rogalikiem w ustach (już drugim!) uwiesiła się na szyi Viktora.
                              - Mfój! - przełknęła jedzenie - Będzie gwiazdą dziś!
                              Otto zerknął ponownie na Viktora, oceniając go jakby w nowym świetle.
                              - Nie za późno na zmianę kariery? Nie bronię oczywiście… ale chyba nie to Azazel miał na myśli mówiąc słowo "kult".
                              - To będzie przedstawienie jakich ta wieś jeszcze nie zaznała! - zachichotała Galtianka tuląc silnie Khala.
                              - Myślę, że fanów wystarczy dla nas obu - zaśmiał się Viktor do Otto, obejmując Kay ramieniem. - Przy czym ochłodził bym trochę przedwczesne zachwyty… Nie wiem czy dam radę dziś ją dokończyć. Jestem dobrej myśli, ale nigdy wcześniej czegoś takiego nie robiłem.
                              - Uda ci się, wierzę w ciebie. - Kaylie wkładając mu do ust kawałek rogalika z czekoladą.
                              - W porządku, Kaylie… - powiedział, nieco poważniej, gdy już przegryzł - Jeśli chcesz jeść śniadanie to mogłabyś się do tego wziąć? Wybacz, ale niecierpliwię się i chcę wreszcie to zacząć. Hmmm?
                              Kobieta fuknęła na niego i pokazała wyczyszczony talerz po rogalikach jakie musiała pochłaniać.

                              Róża

                              Evercrest obudziło się tego dnia nieco wcześniej niż zwykle.
                              Nieco żwawiej.

                              Nie dlatego, że coś się wydarzyło — ale dlatego, że coś miało się wydarzyć.

                              W ruinach dawnego browaru od świtu panował ruch. Straż opróżniała je z pijaków i włóczęgów. Wyznaczano obszary wyłączone z ruchu. Naprzeciw wejścia rosła niewielka góra materiałów… już nie wyższa, lecz coraz dłuższa, gdy kolejne wozy opróżniano z kamieni, stali i drewna.

                              Ludzie zbierali się powoli. Najpierw kilkoro, potem kilkunastu, aż w końcu wiele tuzinów. Rozmawiano, dywagowano, zgadywano, jaki los wreszcie dosięgnął starą ruinę.

                              Wszystko odbywało się z osobliwą sprawnością ludzi skupionych na swoim małym fragmencie zadania, nieprzejmujących się szerszym kontekstem. Ktoś inny musiał mieć plan. Prawda?

                              Tym kimś był Viktor Goodmann.

                              Przyszedł w zwiewnej białej koszuli z purpurowymi mankietami, na jednym z których krył się złoty sygnet Azazela, i w czarnych spodniach. Bez kaftana, bez kamizelki. Skromnie — niemal jak bard przed występem. Skrzypce pod ramieniem tylko potwierdzały to wrażenie.

                              Urzędnik z karawany podtruchtał do niego z dokumentami. Viktor nie chciał ich czytać. Był zbyt podekscytowany tym, co miało się wydarzyć. Wymruczał inkantację i pozwolił, by sens sam spłynął w głąb jego świadomości. Złożył podpis.

                              Rozładunek wciąż trwał.
                              Tłumek się zbierał.
                              Jakaś matka ściągnęła swoje dziecko z góry materiałów.

                              Khal szybko zrozumiał, że czterech strażników to za mało. Postronni mogli zrobić sobie krzywdę nie tylko na budowie, ale też wśród materiałów.

                              Łatwo wynalazł w tłumie Filię i z jej pomocą, niedobór został zażegnany.

                              Na skośnym blacie Viktor rozłożył plany budowy, lecz już na nie nie patrzył. Przez ostatnie wieczory wypaliły się w jego umyśle. Były częścią rytuału.
                              Uniósł twarz ku niebu i w ostatnich spokojnych chwilach chłonął atmosferę. Wiedział, że za moment czeka go wysiłek ponad ludzkie siły — i wiedział, że mu podoła. Wiele razy już dawał radę. A teraz miał do pomocy magię, o jakiej kiedyś nawet nie śnił.

                              Pomruki tłumu były mu potrzebne. Pomagały wejść w rytm.

                              Musica

                              Pierwsze nuty były niemal nieśmiałe.
                              Nie łamały praw natury.
                              Nie unosiły kamieni w powietrze.
                              …ale budziły uwagę.

                              Tłum zamilkł.

                              Kamienie drgnęły. Ruina przestała być obojętna. Drewno zatrzeszczało, jakby budziło się po długim śnie. Pierwsza dachówka oderwała się od dachu i opadła na ziemię. Za nią trzy kolejne. Potem dziesięć następnych. Układały się spokojnie w stos obok materiałów.

                              Ktoś zachłysnął się powietrzem.
                              Ktoś zakrzyknął w ekscytacji.
                              Ktoś oniemiały tylko patrzył.

                              A kilkoro dzieci wybuchło wiwatem.

                              Budowa ruszyła. Zaczynając od rozbiórki. Dachówki, krokwie, kamienie odrywały się od zaprawy i gromadziły, by za chwilę znów zostać użyte. Viktor grał bez przerwy. Czasem patrzył na to, co się działo. Czasem przymykał ocz, jakby to nie on kierował magią, lecz instrument prowadził jego.

                              Wydobywał dźwięki, o które nigdy nie posądziłby własnych dłoni. Były piękne.

                              Viktor grał bez przerwy. Nie stał w miejscu jak zwycięzca, ale przechadzał się między lewitującymi kamieniami, opadającymi belkami, a czasem nawet naprzeciw ludzi, chłonąc ich… atmosferę.

                              Po godzinie browar zniknął. Pozostały fundamenty i piwnice — część z nich zamierzał wykorzystać.

                              Wtedy zaczęła się właściwa praca.

                              Niewidzialne dłonie kopały rowy i przestrzenie jednocześnie. Belki wzmacniały konstrukcję. Wozy wywoziły nadmiar ziemi i gruzu poza miasto.

                              Po trzech godzinach widać było już zarys świątyni. Nie gotowy kształt — raczej intencję. Fundamenty były stabilne. Ściany miejscami sięgały czterech metrów, w innych dopiero półtora. Z browaru zostało tylko wspomnienie.

                              Gawiedź nie rozchodziła się. Wsłuchana w muzykę. Wpatrzona w cud, jakiego Evercrest nie pamiętało. Przynoszono jedzenie i wodę. Dzieci liczyły kolumny. Strażnicy mogli wreszcie odetchnąć, gdy nieroztropni przestali pchać się pod lewitujące belki.

                              Ktoś zauważył, że Viktor jest blady.

                              Po czterech godzinach jego palce krwawiły. Struny nie były ostre, lecz magia, która dała mu lata wprawy, nie dała opuszkom hartu, jaki te lata by przyniosły. Gdyby przerwał, choćby na chwilę, zaklęcie rozsypałoby się i mógłby do niego wrócić dopiero po siedmiu dniach.

                              Muzyka stała się cięższa.

                              Magia już nie żądała. Negocjowała.

                              Dach nie chciał się domknąć. Kolumna pękła i trzeba było ją rozebrać. Ramy przyszłych witraży nie dawały się osadzić, jakby to jeszcze nie był ich moment.

                              W siódmej godzinie fasada była gotowa, a ostatnie dachówki zamknęły dach. Praca przeniosła się do wnętrza. Kamienne płyty wykładały posadzkę. Belki budowały antresolę nad wejściem, gdzie kiedyś staną organy. Marmurowe obeliski ustawiano między otworami okiennymi, które w przyszłości staną się niszami na posągi.

                              Nie pozwolił nikomu dostrzec grymasu bólu, gdy kolejny skurcz próbował odebrać mu władzę w dłoni. Jak kuszące było zostawić resztę na później. Zrobił już swoje. To, co powinno zająć dziesięć lat, wykonał w jeden dzień.

                              Legenda kiełkowała.

                              Muzyka ucichła dopiero godzinę później.

                              Baltizar obserwował to gdzieś z tłumu. Trzymał się z tyłu i starał nie zwracać na siebie uwagi. Całe “przedstawienie” z budową niespecjalnie mu imponowało. Niemniej był zadowolony. Świątynia stanęła i będzie mógł pozbyć się broszur ze swojego pokoju. Ostatecznie… możliwe, że jedynie będzie co jakiś czas sprawdzać sytuację i wreszcie będzie mógł skupić się na swojej prawdziwej misji.

                              Kaylie natomiast nie było w okolicy od samego początku, jako że zniknęła w uliczkach miasta nic nie tłumacząc. W połowie występu Khal mógł zauważyć swoją partnerkę krzątającą się po okolicy, głównie ogarniającą zbyt podekscytowane dzieci chcące się przybliżyć do latających kamieni. Widział jak zajmuje się wykonywaniem dla nich większej ilości magicznych sztuczek i opowiadaniem jakiś niestworzonych historii, jak nosiła jedno z mniejszych dzieci na barana.
                              I naprawdę wyglądała na szczęśliwą w tym jednym momencie, gdy zafascynowane dzieciaki kłóciły się kogo następnego weźmie na ręce.

                              Róża

                              Kay dopadła do Viktora, który zachwiał się, gdy tylko przestał grać i wiedział, że nikt z zewnątrz go nie widzi.
                              - Stoję… - sapnął słabo, odzyskując równowagę.
                              Rękoma drżącymi jak w chorobie wcisnął jej skrzypce i smyczek do rąk, nim prawa ręka przykurczyła mu się do torsu w skurczu, który od godzin zwalczał i odsuwał. Był blady, wyczerpany. Struny instrumentu zbrązowiałe od krwi, mimo, że dwa razy proszono kapłana aby uzdrowił go magią… sam nie mógł czarować w czasie gry.

                              Kaylie była naprawdę zaniepokojona, jak i podczas przedstawienia co pewien czas podawała Khalowi wody do ust.
                              - Co ty sobie zrobiłeś?! - położyła instrumenty na ziemi i chwyciła kapłana w swoje ramiona starając się tym razem sama go podtrzymywać.

                              - Nic strasz-sznego… - stęknął, próbując przeprostować skurcz w ręce, bo z nim nie był w stanie składać pieczęci błogosławieństw. - Dam-m radę. Ta magia jest wyczerpująca… i myślana dla znacznie krótszych prac… Ciało nie przyzwyczajone do tak długiego wysiłku. Zwykłe przeciążenie… Dasz mi stać samemu? - Poprosił, czując się już pewniej na nogach.
                              Kaylie ostrożnie puściła Khala.
                              - Nie powinieneś tak zamęczać swojego ciała... Nie jesteś już chłopcem w sile wieku... - syknęła mu na ucho.
                              Viktor skrzywił się w grymasie bólu, gdy forsownie rozciągał skurcz w mięśniu. Czuł jak się włókna przeciągają i uszkadzają, ale nie dbał o to. Magia zaraz miała je wszystkie uzdrowić.
                              - Sam będę to osądzał - odpowiedział krótko wwiercając spojrzenie w swoją drżącą pięść, jakby samym gniewem i pogardą chciał zmusić ją do posłuszeństwa i spokoju. Działało… Powoli.
                              - Uparcie zaprzeczając nie zmienisz faktów... - w jej głosie słychać było troskę, gdy położyła dłoń na ramieniu kochanka
                              - Dałem radę. To jedyny fakt który ma znaczenie.
                              Rozluźnił w końcu dłoń. Wciąż lekko drżała, ale było w niej wystarczająco opanowania.
                              Złożył ją w pieczęć i wymruczał inkantację.
                              Błogosławieństwo przepływało przez jego ciało, wypłukując zmęczenie i ból. Spokojna, posłuszna i znajoma, jak jego własna krew. Z ulgą się wyprostował. Bladość ustąpiła ciepłu. Ramiona przestały drżeć. Oczy znów miały w sobie światło… ale nie takie jak na budowie. Ekscytacja ustąpiły innemu… stabilnemu.
                              - Znam swoje granice i potrzebuję ciebie, abyś jednak mi trochę bardziej ufała. Możesz się martwić i doradzać, ale proszę ciebie…
                              Kaylie po prostu się poddała.

                              Róża

                              Viktor wyszedł przez główny portal. Tak pozbawiony wrót, jak pozbawiona witrażu pozostawała rozeta nad nim. Kościół pachniał świeżym pyłem. Drewno nosiło ślady narzędzi. Świątynia stała naga przez obywatelami Evercrest. Szczera i nie udająca niczego.

                              Stanął przed tłumem. Nie do końca naprzeciw, ale prawie, że z nimi. Idealnie by się wyróżniać, w jakiś taki swojski sposób.

                              Ludzie w większości milczeli. Część szeptała. Ktoś patrzył z niepokojem, ktoś z nadzieją, a wszyscy z jakąś ekscytacją ostatniego akordu epickiej sagi.

                              - To nie jest mój kościół - powiedział spokojnie. Nie musiał unosić głosu - I nie jest on dla Niego - uniósł lekko dłoń, nie wskazując jednak ani nieba, ani ziemi. - Jest on dla was.

                              Zapadła cisza, nakrapiana niezrozumieniem.

                              - Jest dla każdego kto czuje się skrzywdzony. Dla każdego kto widział jak potężni naginają prawo dla samych siebie. Dla tych co wierzą, że Sprawiedliwość musi być ślepa i bezlitosna.

                              Zrobił krótką pauzę, aby dać ludziom czas zrozumieć.

                              - Azazel nazywany jest Kozłem Ofiarnym. Tym który przyjmuje na siebie ciężar decyzji, aby wspólnota mogła trwać. Nie jest bogiem gniewu. Nie jest bogiem zemsty, okrucieństwa, ani chaosu. Jest manifestacją Prawa takiego jakim prawo powinno być. Takiego które rozumiane winno być jako odpowiedzialność.

                              Przeszedł spojrzeniem po twarzach.

                              - Uczy, że decyzje mają wagę. Że władza wymaga odwagi. Że porządek to więcej niż sama litera prawa, ale także jego egzekucja.

                              Nie padały imiona innych bóstw. Nie było porównań. Tylko subtelne różnice, które nie trafiły, by do nikogo kto już nie był zawiedziony.

                              - Ta świątynia nie powstała, by rywalizować z innymi wiarami. Powstała aby wypełnić pewną przestrzeń, która – głęboko wierzę – do dziś była porzucona.

                              Zrobił krok w bok, gestem prezentując wejście.

                              - Wejdźcie. Zobaczcie. Oceńcie, czy właśnie dla was jest to miejsce.

                              Nie uśmiechał się szeroko. Nie musiał.

                              Świątynia czekała.

                              A spośród tłumu pierwsi ruszyli ci, którzy swe życie zawdzięczali łaskom Kozła Ofiarnego.
                              A Bajarz stał w cieniu pobliskiej kamienicy, obserwował i liczył potencjalnych wiernych. Ciekaw jak spora to będzie grupka.

                              Do kapłana podeszła Sunfall i szepnęła trochę poirytowanym tonem, uważając by nie usłyszał nikt inny.
                              - Czemu już ich tam wpuszczasz? To pusty budynek!
                              Viktor spojrzał na nią z lekkim uniesieniem brwi. Jego głos był miękki i ciepły, ale kryło się w nim coś więcej.
                              - Jest doskonały. Ci którzy teraz wchodzą i rzeczywiście zostaną, będą czuć, że są z kościołem od samego początku. - mówił idąc powoli, wzdłuż wchodzącego tłumu - Będą czuć się z tego powodu wyjątkowi, a ciężko o lepsze źródło lojalności - mówił cicho, głosem specyficznie takim aby nie było słychać, że słowa przeznaczone są tylko dla uszu Kaylie.
                              Kaylie skrzywiła się z wyraźnym brakiem zgody z jego słowami.
                              - Jak tam sobie sądzisz. To w końcu ty jesteś arcykapłanem. - mruknęła i zatrzymała się sama nie widząc sensu by wejść.
                              - Nie wygłupiaj się… - plany zepsuł jej chwyt za dłoń, który wciągnął ją w głąb świątyni pustej, gołej i szczerej. Viktor zaprowadził ją do środka i dłoń puścił dopiero gdy mijali ostatnich gapiów. Sam przekroczył te trzy schodki, wyznaczające strefę sacrum... jednak nic nie mówił. Obserwował ludzi z uśmiechem na ustach. Co do kilku twarzy nie miał wątpliwości, że zostaną tu dłużej. Jednak większość była tu zwiedzać. Pierwsza homilia miała poczekać na moment, gdy zostaną już sami prawdziwie zainteresowani.

                              Róża

                              Arkanistka oczekiwała cierpliwie, aż gapie rozejdą się wreszcie i pozostawią nowinkę w spokoju. Cały czas trzymała się z boku pod ścianą, nie chcąc wychodzić na przód i stać obok kapłana, więc zdecydowała się jedynie partycypować nic nie mówiąc o ile Khal nie postanowi jej wciągnąć w dyskusję z ludem... co byłoby pewnie ryzykownym posunięciem.
                              Powoli zbliżyła się do Viktora rozmawiającego z zafascynowaną nim rudowłosą dziewczyną jakiej malutki nosek dodawał uroku jej piegowatej młodej twarzy. Zbyt delikatna na zwykły plebs, ubrania za bardzo pospolite na szlachectwo czy bogactwo. Wyraźnie czyny i słowa prawnika ją wzięły silnie i prawie nieśmiale się uśmiechała, jakby nie była pewna co dalej. Nie był to ten wstyd, jaki okazywała Kaylie, ale wstyd mimo wszystko.
                              Galtianka stała blisko mężczyzny jedynie tnąc dziewczynę wzrokiem, a jednocześnie trzymając dłoń na pochwie Rhaasta.
                              … - ci za dobre słowa, Veroniko. Zostań proszę, jeśli masz czas - proponował Viktor, ujmując dziewczę za dłonie i patrząc mu w oczy. Kaylie widziała, że rudzina połknęła już haczyk, z linką i wędką… a i na wędkarza jeszcze liczyła.
                              - Gdy te mury opuszczą ci, których tylko płonna ciekawość przywiała, wygłoszę pierwszą – nawet jeśli symboliczną – homilię.
                              Rumieniąca się dziewczyna wzniosła na niego swoje spojrzenie.
                              - Bardzo nie chciałbym jej przegapić… - przyznała cicho, z pewnym przejęciem - Ale.. nie dziś.
                              Uśmiechnęła się nieśmiało, trochę jakby sama ta rozmowa była dla niej wyróżnieniem.
                              - Ale wrócę! Obiecuję… ojcz-e Viktorze? - Niepewność pojawiła się w jej ostatnich słowach, ale kapłan wciąż się uśmiechał łagodnie i zachęcająco. Ledwie zauważalne kiwnięcie głową przywróciło jej tej uszczkniętej pewności. Wysunęła palce z jego dłoni, spojrzała raz jeszcze – trochę z zachwytem, trochę nadzieją, trochę… czymś… – po czym odsunęła się i odeszła w tłum, do przyziemnych spraw, które wiedziała, że są ważne.. ale jakoś nie wydawały się już AŻ TAK ważne.
                              - Ojcze... Viktorze... - Kaylie wycedziła pod nosem przez zaciśnięte zęby. Jej zazdrość była aż wyczuwalna przez skórę.
                              - Eh… w moich uszach tytuł “mistrz” brzmi naturalniej, ale przyjmę co dają… - żachnął się niepoważnie, w fałszywej skromności.
                              - Jak ci tak zależy możesz przecież ich poprawić, w końcu jesteś prawnikiem w świątyni diabła. - mruknęła.
                              - Niestety to słowo nie niesie odpowiedniego przekazu emocjonalnego… “Ojciec” prowadzi i opiekuje się. “Mistrz” nakazuje i informuje. Niby-podobne, ale to gigantyczna różnica… w kancelarii będę “mistrzem” i to mi będzie musiało wystarczyć.
                              - Będziesz wolał by wyjękiwały "mistrzu" czy "ojcze"? - prychnęła złośliwie.
                              Uśmiech Viktora tylko odrobinę złagodniał. Widział zazdrość w Kaylie. Była dla niego jasna, jakby sobie to słowo wypisała na dekolcie… ale musiała się nauczyć. Jeśli ten związek miał działać to nie miała wyboru.
                              - Myślę, że to nie jest miejsce na tą rozmowę. Możemy ją kontynuować potem, jeśli ci zależy… - odpowiedział, dostrzegając kogoś w tłumie.
                              - Sello! - półzawołał niskawą blondynkę z pieprzykiem na skroni. Wyszedł jej naprzeciw.
                              Ujęli się za przedramiona, jak ludzie nie na tyle bliscy aby witać się uściskiem, ale wystarczająco aby uścisk dłoni zdawał się zbyt suchy.
                              - I… - pstryknął trzy razy palcami, wyszukując umienia towarzyszącego jej mężczyzny, aby dać mu znać, że nie chce podpowiedzi. Oboje byli ocaleńcami z jaskiń Ahaira - Daren. Daren… Holt?
                              Oblicze kasztanowłosego chłopak z blizną z tyłu żuchwy rozjaśniło się.
                              - Zgadza się, panie Viktorze. Chciałem powiedzieć, że to co zrobiliście… po prostu łał. To jest niesamowite, że jeszcze rano były tu te ruiny browaru, a teraz? Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Tatko opowiadał, że świątynię Calistry budowano dwanaście lat!
                              - Proszę… proszę… odpuśćmy królewskie “wy”, dobrze? Przynajmniej dzisiaj. Przed-ostatni akt tego dzieła należał do mnie, ale nie osiągnąłbym tego bez wsparcia.
                              Kay dostrzegała jak fałszywa skromność Khala zdawała się trafiać, bez żadnych oporów, prosto w lędźwia Selli. Galtianka miała wrażenie, że zaraz wyjdzie z siebie. Albo zacznie krzyczeć. Może w nieartykułowanej złości, a może im w twarze, że to tylko jego gra i wszyscy (a przede wszystkie wszystkie) wokół tańczą bezkrytycznie pod viktorową melodię… nie wiedziała jeszcze.
                              - W porządku… - odpowiedział Daren z drobną niezręcznością. - Panie Viktorze. Ojcze?
                              - Jakkolwiek jest ci wygodniej - zapewnił kapłan, wiedząc dobrze, że “ojciec” już niedługo się przyjmie niezależnie od jego nastawienia.
                              Daren kiwnął głową, łapiąc Sellę za dłoń, a ona odpowiedziała własnym uściskiem.
                              - Chcieliśmy zapytać, kiedy oficjalne otwarcie… I pierwsze nabożeństwo.
                              Viktor uśmiechnął się ciepło do dwojga młodych, z jakimś rozrzewnieniem. Wiedział jak bardzo wspólnego tragedie mogą łączyć ludzi, a oni byli razem w klatkach goblinów. Zdziwiłby się wielce, jakby wśród ocaleńców nie było jeszcze ze trzech świeżych par.
                              - W ciągu najbliższych dni. Jutro postawię tablicę z ogłoszeniami przed wrotami i tam będzie rozpisany plan. Planujecie obecność? - zapytał skromnie, jakby wcale nie znał na to pytanie odpowiedzi już kilka dni temu, w czasie obiadu we Dworze.
                              - Bez dwóch zdań!
                              Ta rozmowa nie trwała długo, ale płynnie przeszła do kolejnej i jeszcze kolejnej i, w efekcie, dopiero niemal kwadrans (i ośmioro ludzi później) Kaylie znów miała Viktora dla siebie… nawet jeśli na krótką chwilę.
                              - Durna, płytka cipa... - wysyczała przez zęby patrząc za odchodzącymi - Wszystko łyknęła jak z ciebie łyknie... - złość jaka przechodziła przez Galtiankę tylko wzrastała, a uścisk na broni pobielał kłykcie.
                              Viktor stanął przed Kaylie, zasłaniając ją przed resztą zgromadzonych.
                              - Kruszyno… Chciałbym móc pójść z tobą teraz na stronę i to wszystko przepracować, ale to jest dla nas bardzo ważny moment. Dałabyś radę wykrzesać z siebie przynajmniej neutralny wyraz twarzy? Dla mnie? Hmmm? - w głosie brzmiała przymilna prośba, a nie nagana… choć miał ochotę ją przynajmniej odrobinę skarcić za psucie tego momentu.
                              Z Kaylie opadła czysta złość zastąpiona gorzkim smutkiem, takim co przylepia się do ściśniętego gardła.
                              - Tak, tak... Po prostu lepiej będzie jak stąd pójdę na zewnątrz... Powiedz mi jak już będę miała wolne miejsce, by zacząć pracować nad wystrojem...
                              - Dziękuję… Myślę, że potrzebuję tutaj jeszcze godziny… Jak masz ochotę to możesz do Dworu wrócić i Fisusia po Ciebie poślę, gdy nadejdzie odpowiedni moment.
                              - Mhm... - mruknęła poprawiając maskę, jaką założyła teraz na twarz ukrywając swój wyraz, choć krótkie słowa ukazywały, że nie chce mówić więcej by nie pokazać łamiącego się głosu - Tak.

                              Viktor obserwował wychodzącą Kaylie nie pozwalając sobie na żaden smutek, który mógłby chcieć się wydobyć z tego widoku. Nie mógł. Zamiast tego uśmiechnął się szeroko do kolejnej twarzy, aby znaleźć dla niej miejsce na swojej szachownicy.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ZellZ Niedostępny
                                ZellZ Niedostępny
                                Zell jako Kaylie Sunfall
                                Moderator Obsługa
                                napisał ostatnio edytowany przez Zell
                                #149


                                KAYLIE W DWORZE



                                Arkanistka wróciła do Dworu sama, jak nie mogła już dłużej wytrzymać w budynku nowej świątyni. Jak kiedyś, tak teraz trzymała maskę na twarzy, jaka zakrywała jej stan emocjonalny, jakiego okazywać nie chciała. Ruszyła do swojego pokoju nie zważając na nikogo, jedynie chcąc się w nim zamknąć.
                                Dwór był relatywnie spokojny, Otto zerknął na Galtiankę i tylko kiwnął głową. Lilia natomiast odstąpiła od siostry i ruszyła do kobiety.
                                - Hey, Kay… coś się stało? Nie musisz zdejmować maski, abym wiedziała, że aż w tobie buzuje…
                                Kaylie przystanęła by bardzo wypranym z emocji głosem powiedzieć tylko.
                                - Nie. Wracaj do siostry. - i ponownie ruszyć do swojego pokoju.
                                Kobieta złapała dłoń Kaylie i przytrzymała ją w miejscu.
                                - Dobra, co ten idiota zrobił tym razem?
                                - Lilio. - odezwała się tym samym głosem, choć bardziej twardym - Nic nie zrobił. Po prostu chcę być sama. - kobieta walczyła, aby zdania były jak najkrótsze, aby nie pokazywać zawirowań emocji, jakie nią szargały.
                                - Yhym… - rudowłosa dziewczyna przyjrzała się Galtaince - Słuchaj… Kay. Lubię cię, uważam nawet za przyjaciółkę. Więc nie kłam mi, że nic się nie stało, bo widzę, że stało. Jeżeli jednak chcesz po prostu wypłakać się w poduszkę, to nie będę stała ci na drodze. Chcesz wina, aby nie być przynajmniej samą z tym wszystkim?
                                Kaylie milczała w zdziwieniu, jak określono ją jako czyjąś przyjaciółkę... Ale zaraz wzięła głęboki oddech by kontynuować:
                                - Będę musiała wrócić, aby ozdobić świątynię za jakąś godzinę. Nie mogę się upić, więc podziękuję.
                                Dziewczyna skrzywiła usta i westchnęła.
                                - Poczekaj chwilkę. Dobrze? - podbiegła szybko do ganku gdzie szybko wymieniła zdanie z ojcem. Otrzymała od niego butelkę i jakieś pudełko. Po chwili ponownie stała przy Galtiance wręczając jej day.
                                - Musujący napój owocowy, nie alkoholowy. I nadziewane czekoladki, nie alkoholowe. Napchaj się, napij się słodkim. Będzie trochę lepiej. Albo rozboli cię żołądek i zapomnisz o idiocie.
                                Kaylie patrzyła z zaskoczeniem na otrzymanie rzeczy by po chwili objąć Lilię jednym ramieniem.
                                - Dziękuję…
                                Lilia odwzajemniła oburącz uścisk Galtianki, jej dłonie na krótką chwilkę powędrowały niżej, aby znowu wrócić do pleców Arkanistki.
                                - Nie ma za co, zasługujesz aby być szczęśliwą.


                                Viktor nie wszedł na pustą ambonę. Gdy wyszli ci których sprowadziła tylko ciekawość staną ledwie schodek ponad tymi co pozostali. Ponad dwadzieścia twarzy rozpoznawał… ocaleńcy wyciągnięci z leża Ahaira. Nie wszyscy przyszli, ale też nie liczył, że do KAŻDEGO dotrze.
                                - Trzydzieści trzy osoby - powiedział spokojnie, głosem spokojnym i cichym, ale wyćwiczonym tak, że wraz z akustyką nawy świątyni łatwo docierała do wszystkich.
                                - To dobrze - niby-mruknął powoli przechadzając się wzdłuż szeregu słuchaczy.
                                - Gdybym chciał tłumu, mówiłbym o łasce. Gdybym chciał poklasku, mówiłbym o cudach.
                                Zatrzymał się patrząc przed Sophie, którą wynosił na własnych rękach z jaskiń goblinów.
                                - Ale nie zostaliście tutaj dla cudów.
                                Za nią stał Caldwin, a obok niego Isella. Wznowił swój powolny chód wzdłuż.
                                - Wy przyszliście, bo wiecie, co się dzieje, gdy nie ma porządku. Widzieliście czym się kończy wolność bez granic. Widzieliście jak wygląda geniusz bez odpowiedzialności. Co potrafi jeden człowiek, którego nikt nie zatrzyma.
                                Nie podnosił głosu. Nie wzbudzał trwogi.
                                - To nie był demon. To nie był smok. To był tylko i aż… człowiek.
                                Krótka pauza pozwoliła dotrzeć znaczeniu.
                                - I dlatego potrzebny jest nam Azazel.
                                Kolejna pauza.
                                - Kozioł ofiarny nie przychodzi, by was utulić. Nie przychodzi, by was pocieszyć. Nie wskaże wam drogi do szczęścia czy spełnienia. On przychodzi aby wskazać winę. Aby ją nazwać. I zmusić winnych, by ponieśli jej ciężar.
                                Cisza gęstniała. Widział rodzące się zacięcie w twarzach obecnych. Ból i rodzony z niego gniew. Przeciw tym którzy ich skrzywdzili bez poniesienia kary. I Ahair nie był jedynym takim.
                                Viktor nie spieszył się z kolejnymi słowami.
                                Gdy się odezwał, a jego głos był spokojny.
                                - Słuchajcie mnie uważnie… Azazel nie żąda krwi. On żąda porządku. Świat nie rozpada się dlatego, że jest zły. Rozpada się dlatego, że granice są zbyt płynne.
                                Zatrzymał się przez Elayne, kolejną ocaloną. Obok niej stał nieznany jej mężczyzna… Przyprowadzony mąż?
                                - Alchemik, który was okaleczył był człowiekiem bez ograniczeń. Bez nadzoru. Bez strachu przed konsekwencjami. Azazel obiecuje konsekwencje. Azazel jest granicą. Jego prawo jest surowe, ale jest jasne.
                                Uniósł dłoń jak nauczyciel.
                                - Przestrzegaj zasad i bądź chronion.
                                - Złam je i bądź osądzon.
                                - Nie ma kaprysu. Nie ma ukrytych wymagań. Nie ma wyjątków, nie ma ślepej łaski.

                                Ktoś zapytał… nieśmiało i ze słabością w głosie, jakby bał się, że coś zepsuje.
                                - A kto zapewni, że zasady będą uczciwe?
                                - My - Viktor odpowiedział bez zawahania. - Nie będę wam obiecywał, że świat nagle stanie się uczciwy. Nie obiecam, że damy radę naprawić wszystkie niesprawiedliwości Glarionu, ani nawet Evercrest… ale zaczniemy. I z naszą pracą, nasze dzieci zaznają mniej niesprawiedliwości niż my, a nasze wnuki, mniej niż nasze dzieci.
                                Spojrzał długo na wszystkich trzydzieścioro troje zgromadzonych i wzniósł głos.
                                - W tej świątyni prawo będzie jasne. Granice wyraźne. Ochrona realna. Ścieżka oczywista.
                                Uniósł ręce w kapłańskiej pozie.
                                - Oto jest przymierze które Azazel chce z wami zawrzeć.
                                - Jeśli nie jest ono dla was, odejdźcie z moim własnym błogosławieństwem. Ci którzy zostaną… otrzymają Jego.
                                Cisza znów była ciężka.
                                To był moment decyzji. Moment deklaracji i wszyscy to rozumieli.
                                Sophie pierwsze przepchała się, by stanąć naprzeciw Viktora i uklękła. Zaraz obok niej Sella z Darenem. Czwarty ukląkł ktoś kogo twarzy VIktor nie znał, a potem poszło już wszystko falą…


                                Procesja powoli się kończyła kiedy do Viktora podszedł niedawno poznany Aasimar. Planokrwisty miał szczery uśmiech na twarzy i delikatnie klaskał zbliżając się do kapłana.
                                - Brawo, panie Goodmann. Nie myślał pan o karierze w handlu?
                                - Rozważałem wiele karier. Ostatecznie wybrałem prawo. Nie był to wybór serca, ale obsesji… Ale wygląda, że kapłaństwo zostało wybrane DLA mnie - odpowiedział półżartem, z uśmiechem na ustach.
                                - Kapłaństwo to w sumie sprzedawanie religii. - przyznał Paimon - Mimo wszystko piękna robota. Widzę prawdziwe zaczątki czegoś. - aasimar się zastanowił - Jednak… początki są zawsze łatwe, nawet jeżeli się nie wydają. Najbliższe miesiące pokażą czy ma pan szansę ustalić coś prawdziwego.
                                - Wolę myśleć, że ją oferuję, a nie handluję nią. Moją rolą jest zrobić co się da, ale ludzie sami muszą chcieć tu przyjść… - nie był zupełnie szczery. Oboje doskonale wiedzieli, że chęci ludzkie mogą zostać pchnięte, połechtane lub podrażnione, na wiele różnych sposobów.
                                - Jeśli masz coś do omówienia, bądź podzielenia się… mam tu już mury mojego przyszłego biura, a nie miałem jeszcze okazji się nim pochwalić.
                                - I już łączysz przyjemne z pożytecznym. - odparł Paimon - Ano, mam. Kilka sugestii w sprawie tego waszego… biznesu.


                                Wbrew obietnicom Viktora… mury nie były puste. Jak w głównej sali tu też leżału już materiały na meble i wyposażenie. Pomieszczenie było przestronne i dawało możliwości, które Viktor niewątpliwie wiedział jak zaktualizować.
                                - Klasyczny plan. Biurko między wejściem a tyłem. Okno na lewej ścianie. Ściany wytapetowane regałami… nigdy nie jest dość półek na kolejne klastry dokumentów.
                                Aasimar rozejrzał się po pomieszczeniu, zdziwiony wyraz twarzy pojawił się u niego kiedy podszedł do jednej ze ścian, przesuwając dłonią po niej.
                                - Potrzebujesz chyba zamówić tynkarza, ściana nie trzyma pionu.
                                - Oh… może rzeczywiście… - niby-zmartwił się Viktor, obserwując Paimona, badającego jedno z kilku wgłębień w ścianach. - Ale szkoda byłoby marnować fundusze na coś takiego… oszczędniej byłoby chyba… wynaleźć im jakieś alternatywne zastosowanie… Nie wiem, nie wiem. Do późniejszego przemyślenia.
                                - Właśnie o funduszach chciałem między innymi pogadać. - zaczął Paimon - Wiem, że Kozioł raczej ci kieszonkowego nie daje i wszystko tu fundujesz sam. Dobre na początek, ale jeżeli kult się ma rozrastać, a to oznacza potencjalnych innych kapłanów, potrzebujesz jakiegoś stałego źródła dochodu. Pomysły?
                                - Kilka różnych. Dwa tylko wyszły ponad plany. Zakładam, że masz jakieś pomysły, hmmm?
                                - Będziecie instytucją charytatywną, prawda? Przynajmniej jeżeli idzie o wasze usługi prawnicze. Większość takich organizacji poszukuje bogatych sponsorów, albo finansowania od lokalnego rządu. - Paimon się uśmiechnął - Jest szansa na osiągnięcie pierwszego i to nie długo.
                                - Odpowiedź byłaby znacznie bardziej zniuansowana niż “tak, nie”... - odmówił Viktor prostej odpowiedzi, rozkładając dłonie w geście bezradności. - Chyba, że to co mi zaraz powiesz drastycznie zmieni kontekst.
                                - Ano trzymałem ucho na tym co się dzieje wśród śmietanki miejskiej. Niebiańskie korzenie jakoś otwierają ludzi na mnie. Tak czy inaczej, szykuje się impreza i to nie mała. Szlachta lokalna i dalsza, ponoć nawet ktoś z Galt i Cheliax ma się zjawić. Dużo ludzi z większą ilością kasy niż rozsądku i ty potrafiący sprzedać swoją religię niczym dziewka uliczna swe nogi. - aasimsar się uśmiechnął do kapłana - Żal byłoby nie skorzystać.
                                - Oprotestować chciałbym to przyrównanie, ale bardziej interesuje mnie pierwsza część wypowiedzi. Wypatrywałem takiego wydarzenia od dłuższego czasu… prawda, prawda - wzniósł ręce, jakby przyznawał się do winy - Nie miałem wiele czasu, by specyficznie na to przedsięwzięcie poświęcić, ale pytanie pozostaje w mocy… czemu ty o tym wiesz, a ja nie?
                                - Ponieważ jesteś siwiejącym wypierdkiem z Cheliax, który bawi się w Poszukiwacza Przygód. - przyznał aasimar szczerząc się - Ja jestem wypierdkiem z Cheliax w sile wieku i bez skrupułów aby zamoczyć ze służbą. Kilka dziewczynek podzieliło się plotkami swoich pań, później podążyłem za tropem.
                                - Hah… z takimi agentami mogę być siwiejącym wypierdkiem - zaśmiał się Viktor - Świetna robota. Będziesz musiał mi opowiedzieć więcej. Kto, kiedy, gdzie, dlaczego i wszystkie pozostałe. Preferowalnie jutro z rana. Odpowiada ci to?
                                Paimon się zastanowił po czym pstryknął palcami.
                                - Zawsze zapominam zapytać o ich imiona. - zachichotał - Oczywiście, postaram się zrobić listę gości i potencjalne cele wizyty.
                                - Ahhh… to takie było uczucie, gdy faktycznie ktoś był użyteczny ORAZ bezproblemowy… już zdążyłem zapomnieć wrażenia. Dziękuję ci bardzo. Taki cynk z wyprzedzeniem to bardzo cenna przewaga.
                                - Służę, aby zadowalać. - uśmiechnął się aasimar - To jedna rzecz, druga: Jak przewidujesz, że będzie wyglądał organizacyjnie kościół? Kapłani jedna działka, adwokaci druga, egzekutorzy trzecia?
                                - Na razie musimy się skupić na tym, by kościół rozrósł się do rozmiarów walidujących taki podział. Na ten moment ja będę kapłanem i prawnikiem, a rola egzekutorów na razie się dopiero klaruje i jest to bardzo delikatna sprawa, bo wiesz… oni już są… nazywają się strażą miejską. Jak pojawią się nowi kapłani… to wtedy będzie moment aby przemyśleć ich rolę. Każdemu podług jego zdolności… Idealnie by było aby każdy kapłan potrafił nudne rzeczy, jak pielęgnacja trzódki, jak i te trudniejsze w zdobywaniu nowej, a poza tym jeszcze znał się na prawie w ogóle, wraz z jakąś własną specjalizacją… I wierzę, że w pewnym momencie pojawią się takie jednostki, ale będą one wyjątkowe.
                                - Pytam ponieważ trzeba rozważyć styl. - Paimon się zamyślił - Broń, kolory, płaszcze czy nie. Trzeba to rozplanować, zamówić i ustalić stały kontrakt. Wiem, że to przyszłościowe, ale dobrze będzie rozpuścić wici teraz.
                                - To jest ZNACZNIE bardziej skomplikowana sprawa i nie ma teraz czasu wchodzić w niuanse… ale chcę się – w znacznej mierze – odciąć od diabelskiego splendoru, zostawiając jednak pewne elementy. Myśl o estetyce w dwóch trzecich drogi między Księciem Ciemności, a Boskim Sędzią, plus elementy własne. Również zamierzam pozostać wierny moim przekonaniom i metodyce, pozostając przy miękkich metodach wpływu jako punkcie wyjścia. Oczywiście z gotowością dla bardziej zdecydowanych działań. To wszystko będzie miało swoje odzwierciedlenie w strukturze i dekoracjach. Przy czym, jeśli masz jakieś sugestie, to nie krępuj się. Chętnie wysłucham, choć nie obiecuję, że wszystko wykorzystam.
                                - Ja jestem od logistyki i w tym będę pomagał. Powinniśmy znaleźć źródło inne niż wykorzystuje straż, to na początek. Nie ma co robić konkurencji i konfliktu interesów. Jeżeli chodzi o styl… bardziej mogę poradzić materiał. Atłas albo satyna nie byłyby złe.*
                                - Osobiście lubię mieszać materiały, dla różnych faktur… ale jak najbardziej rozumiem sentyment. A ze strażą zamierzam głęboko współpracować. Tak najłatwiej będzie mi poczynić realne zmiany… bo wierz, mi lub nie… na nich mi też zależy. Więc tak.. definitywnie nie chcemy wchodzić z nimi w jakikolwiek konflikt.
                                - To dobrze, zważając na ich powinowactwo z kościołem Abadara… - Paimon westchnął - Została więc ostatnia rzecz. Jak kłopotliwa jest twoja agenda nie związana z kościołem?
                                Viktor zmarszczył brwi, ale patrzył na aasimara z zainteresowaniem, a nie napięciem.
                                - Niektóre elementy wcale, a wcale. Inne… nieco bardziej. Ile wiesz?
                                - Pochodzisz z tego miasta, twoja matka tu została legalnie zamordowana, powiązani z tym wciąż żyją.
                                - I piastują wysokie funkcje, albo są szanowani, albo wpływowi. Więc tak, to jest właśnie ta bardziej kłopotliwa część mojej agendy... ale znam swoje priorytety. Oni nie są na pierwszym miejscu, więc nie musisz się lękać sabotażu.
                                - Yhym… - odparł aasimar chyba nie do końca przekonany -... a Kaylie? Rozumiem, że macie relacje, ale ona wydaje się mniej… ma inne priorytety niż ty.
                                Viktor milczał kilka chwil.
                                - Trafna obserwacja - przytaknął Paimonowi - Czy stąpa za nią jakieś pytanie?
                                - Bardziej luźna obserwacja. Gnom jest obłąkany z tego co mi wiadomo, ty masz przykrą historię z lokalnymi możnymi, a twoja ładniejsza połowa wydaje się na taką co uważa, że konsekwencje to coś co przytrafia się innym.
                                - Wciąż nie słyszę żadnego pytania, ale z pierwszego już zrezygnowałem, a nad drugim aktywnie pracuję, jeśli o to ci chodzi.
                                - Czyli nie mam brać ich pod uwagę jeżeli idzie o konkretniejsze plany związane z organizacją? - wytłumaczył do czego zmierzał aasimar.
                                - Jeśli uda ci się zaangażować gnoma to będziesz musiał mi zdradzić swój sekret. Kaylie jest… Kłopotliwa na wielu płaszczyznach i na równie wielu bardzo użyteczna. Skonsultuj się ze mną, jakbyś chciał skorzystać z jej zdolności.
                                Paimon przekrzywił głowę z zaciekawieniem.
                                - Wydawało mi się, że mówiłeś że jesteście ekskluzywni.
                                Viktor uniósł brew w powątpiewaniu.
                                - Stosujesz chyba nieznane mi idiomy, bo umyka mi kiedy przeszliśmy z rozmowy o kościele do prywaty… Co, w twoich ustach, oznaczają “konkretniejsze plany związane z organizacją”?
                                - Najwyraźniej źle zrozumiałem "skorzystać z jej zdolności." - przekomarzał się delikatnie aasimar - Są częścią tego przedsięwzięcia, jeżeli tylko ty zostaniesz częścią samej organizacji… plotki się zradzały z mniejszych rzeczy.
                                - Plotki zradzały się również z absolutnie niczego.
                                - Dlatego poruszam temat. Azazel może tego nie powiedzieć na głos, ale Asmodeus zareaguje na jego usamodzielnienie. Potrzebujemy sojuszników.
                                - I aktywnie buduje ich bazę - przytaknął Viktor Paimonowi - Którychś konkretnych masz teraz na myśli? Kogoś nieoczywistego uważasz, że byłoby łatwo przekonać do siebie?
                                - Lokalny baron? - zaproponował aasimar - Wiem, że opinie o nim są… nie najlepsze, ale jest głównym decydentem tych ziem. Jakiekolwiek ruchy wykona Asmodeus, będzie musiał przestrzegać lokalnych praw.
                                - Zawsze warto być w łaskach lokalnej władzy, ale też dobrze, nie być nikim przy pierwszym spotkaniu, bo wtedy nie łatwo wyrwać się z tego stanu. Dziś stałem się istotny. To był pierwszy krok do zdobycia jego przychylności na moich warunkach.
                                - Zawarłeś już sojusz ze strażą miejską, a Kaylie ma jakieś prywatne spotkania z lokalnym czaroklepom. Pierwsze kroki zrobiłeś już dawno… jeżeli oczywiście zostały zauważone, ludzie pokroju lokalnego władcy uważają takie politykowanie za źródło zgagi.
                                - Jak tak szeroko spojrzeć to tak. Przyznaję zasadność twojej perspektywie, ale to co dziś zrobiłem… to zostało zauważone do niewątpliwie. Nie wiesz może, czy mamy na tyle szczęścia, by na tej imprezie, o której wspomniałeś, miał się baron pojawić?
                                - Och będzie, będzie. Ma zaprezentować… - Paimon sięgnął do kieszeni wyjmując notatnik, przeglądając swoje zapiski- "Najnowszy nabytek z Mwangi"... ponoć jakiś złoty idol lokalnego bóstewka… płodności. Hm… dziewczyny mówiły, że wygląda… i tu zacytuje "prowokacyjnie".
                                - Wyobrażam sobie co najmniej trzy warianty co mogą mieć one na myśli… ale to świetnie. Wspaniale. Takie spotkania są znacznie lepszą okazją na zdobycie kontaktów. Trzeba poczynić przygotowania… Nie możemy zmarnować tej okazji. Ile mamy czasu?
                                - Cztery dni. Wstępnie impreza zaczyna się koło południa, taki obiadek magnacki. Wieczorem rozpoczną się tańce, hulanki i swawole… potrzebne jest zaproszenie, ale zważywszy na twoje kontakty z komendant straży sądziłem, że to zbyteczny szczegół.
                                - Słusznie. A i bez tego bym jakoś dał radę się tam pojawić. Znasz lokację?
                                - Poza miastem Baron na swoją rodzinną willę. Taki "pałac letni". Wszyscy wiedzą o nim, więc jak wynajmiesz jakiegoś lokalnego woźnice to cię tam zawiezie.
                                - Doskonale. Jeśli dobrze rozumiem to na dziś skończyłeś ten hymn własnych osiągnięć, hmmm? Pytam, czuję właśnie mojego zbliżającego się chowańca, a to oznacza, że Kaylie też się zbliża i możemy wziąć się do pracy.
                                - Ta, to tyle jeżeli idzie o moje chwalenie się. - Paimon się uśmiechnął - Więc zostawię sprawę Kaylie tobie, mam wrażenie, że za mną nie przepada.
                                - Uh… kiedyś ci opowiem jak moja znajomość z nią się zaczynała. Jak chciałbyś jej uniknąć to w lewo i w dół jest jeszcze nie odrzwione wyjście.
                                Zasłony w pokoju Kaylie znowu były zasunięte, a jedynym źródłem światła była blada poświata dnia przemykająca przez materiał przed szybami. Siedziała na łóżku z podkulonymi pod brodę kolanami, a kołdra zakrywała je niezdarnie, jakby narzucona bez ładu. Przytulała zakryte kolana jakby była dzieckiem szukającym ukojenia w pluszaku. Zaczerwienione od płaczu oczy nie miały już łez, choć ukazywały niedawny stan emocjonalny.
                                Wokół ust kobiety znajdowało się zabrudzenie czekoladą, jak i na jej palcach, zaś resztki cukierków i wspomnianej czekolady leżały obok niej na talerzyku.

                                - Hej. Wszystko w porządku? - zapytał niewidzialny Fisuś, który sobie znanymi sposobami dostał się do pokoju i przysiadł na biurku. Głos miał… zmartwiony.
                                Kaylie podskoczyła wystraszona i zajęło kilka oddechów nim się uspokoiła.
                                - Długo tu jesteś? - głos miała jakby zmęczony płaczem - Khal już skończył?
                                - Właśnie przypełzłem. Możesz przyjść robić swoje… ale mówi, że nie trzeba koniecznie teraz, jeśli potrzebujesz czasu dla siebie.
                                - Im szybciej skończę tym lepiej... - wymamrotała - A jeszcze mamy dziś kolację z Filią... - spojrzała na talerzyk z łakociami - Chcesz czekolady czy czegoś innego?
                                - Innym razem… - zdjął z siebie płaszcz niewidzialności, z jednoczesnym wzruszeniem ramion. - Poczekać na ciebie na zewnątrz?
                                Teraz to Kaylie wzruszyła ramionami.
                                - Możesz zostać jak chcesz. Mnie nie robi różnicy. I tak widziałeś mnie z Khalem w łóżku, a teraz dużo nie zamierzam ze sobą robić.
                                - W porządku… - Fisuś zwiesił cienkie nóżki z biurka i położył się na nim, by czekać we względnej wygodzie.
                                Kobieta wstała z łóżka i zrzuciła z siebie kołdrę, pod którą miała pełne ubranie. Podeszła do chowańca i uniosła go, by przenieść na wygodny materac łóżka, nieopodal łakoci. Położony wyciągnął się wygodnie i przeistoczył w turkusowego wężyka, z czerwonymi strzałkami, co wygodnie zwinął się w spiralę.
                                Kaylie poszła do łazienki przemyć twarz i ręce z czekolady, a gdy wróciła zdjęła z siebie szatę, by przebrać się w czerwono-czarne ubranie jakie dostała od Viktora. Dla dodatkowego odświeżenia go wykorzystała magiczną sztuczkę, aby wszystkie zagięcia i nierówności oraz kurz zniknęły z odzienia. Już ubrana przytroczyła do paska nadwymiarową torbę jaka skrywała potrzebne rzeczy do stworzenia wystroju świątyni, jak i zabrała swój miecz. Jej twarz została zasłonięta maską, jaką ukrywała ślady swoich emocji.
                                Podeszła do węża i delikatnie uniosła go na ramię, pozwalając się wtulić w to ubranie, w jakim buszował jeszcze w Cheliax.
                                - Gotowa.

                                Róża

                                Viktor przechadzał się po pustej świątyni. Grube drewnane deski, nieobrobione obeliski i stalowe sztabki leżały w okolicach, gdzie powstać miały ławy, posągi, czy wrota. Trochę głębiej wiadra kwarcowego piasku i barwniki, które miały stać się witrażami.
                                Jego spojrzenie rozjaśniło się gdy zobaczył Kaylie wchodzącą przez pusty portal.
                                - Cieszę się, że jesteś. Jak się czujesz? - zapytał podchodząc do niej bliżej.
                                Pierwszym co mogło rzucić się Viktorowi w oczy było dawne jego ubranie, jakie musiało z jakiegoś powodu przypaść galtiance do gustu. Drugim była maska, w jakiej nawet teraz przyszła, czego przestała robić. A trzecim... wybrzuszenie poruszające się pod bluzką.
                                - Dobrze, dobrze... - odparła cichym głosem.
                                - Kruszyno… - Viktor podszedł do Kaylie i złapał ją za dłonie z wyrozumiałością. - Jeśli się nie czujesz, to możemy zostawić to na później. Dziś potrzebuję tylko głównych główne i boczne wejścia zamknąć drzwiami, ale możemy to zrobić nocą, wracając z kolacji z Filią. Hmmm?
                                - Nie chcę być problemem. Znowu. - wymamrotała.
                                - Kay… Nie jesteś problemem. Bez ciebie jeszcze wiele czasu, by mi zajęło uruchomienie świątyni. Surowe materiały to ułamek ceny gotowych produktów i tylko ten ułamek ceny byłem w stanie sfinansować. Nie jesteś wołem pociągowym, którego można lać batem i to faktycznie odniesie skutek. Wolę byś się tym zajęła gdy twój umysł będzie wypoczęty, spokojny i rześki. Teraz tego nie widzę. Lepiej nam zrobi przejść się na spacer… albo zapolować na jakiś stroik dla ciebie na wieczór. Co myślisz?
                                - Strój jest już zamówiony... - szepnęła z lekkim wstydem - Myślałeś, że oleję sprawę, prawda?
                                - Wybacz, ale nie miałem dziś czasu poświęcić temu tematowi zbyt wiele uwagi. Kiedy możesz to odebrać? Nie potrzeba będzie przymiarek?
                                - Późnym popołudniem. Suknia gotowa, tylko poprawki na moje rozmiary są przygotowywane. - wyjaśniła.
                                - Hmmm… Rozumiem. No to jak? Spacer za miastem? Coś takiego zwykle oczyszcza umysł.
                                - Chciałabym pójść, ale... Czy jesteś na mnie zły? - zapytała nagle.
                                - Kaylie… dlaczego… miałbym być na ciebie zły?
                                - Bo... Byłam nieprzyjemna pewnie... I niszczyłam twoje zadowolenie. - wymamrotała.
                                Viktor spuścił z siebie powietrze powoli i spojrzał jej w oczy.
                                - Nie jestem zły. Wszystko jest w porządku. Hmmm?
                                - Dobrze... Masz pomysł gdzie możemy pójść? - zapytała już spokojniej, a wybrzuszenie pod koszulą znowu lekko się poruszyło.
                                - Zwykły spacer po lesie. Dla odświeżenia głowy. Myślę, że te mury ustoją te kilka godzin bez naszej opieki.


                                Kaylie dopiero zdjęła maskę jak opuścili miasto. Ślady smutku i mentalnej rozterki były jeszcze widoczne w oczach kobiety idącej w milczeniu obok kochanka.
                                Minęło sporo czasu nim Kaylie odezwała się:
                                - Fisusiowi tu dobrze. - zaczęła niezręcznie.
                                - W to nie wątpię - przytaknął Viktor, rozbawionym tonem. - Baron niedługo organizuje przyjęcie. To będzie okazja aby się z nim spotkać wreszcie.
                                - Kiedy? - zapytała nagle rozbudzona - Kiedy idziemy na przyjęcie? - wyraźnie łączyła jego pójście ze swoją obecnością, mimo że nic o tym nie mówił.
                                - Za cztery dni. To musi być bardzo prywatne przyjęcie, skoro tak późno się tego dowiaduję. Zapytam dziś Filię o to. Ona na pewno zna więcej szczegółów.
                                - Będzie przyjęcie!- pisnęła trochę jak podekscytowana nastka i objęła ramię Khala - To takie ekscytujące! Nasze pierwsze wspólne przyjęcie!
                                Radość partnerki Viktora była w jednocześnie dziecinnie urocza, jak i po prostu naiwna. - Tak, będzie przyjęcie - przytaknął jej nieco rozczulony. Wiele z jego krótkotrwałych partnerek "na jedno wyjście" zachowało się, w przeszłości, podobnie.
                                - Nie jestem jeszcze tylko pewny formy… i musimy na gwałt znaleźć co baron mógłby chcieć dostać jako prezent i to znaleźć.
                                - Coś kiczowatego! Ten facet nie ma gustu i jeżeli coś błyszczy to uzna, że wartościowe! - zachichotała - Fern mi to powiedział.
                                - Uhuh… takich precyzyjnie słów użył? Opowiedz mi o tej rozmowie.
                                - No... - Kaylie zaśmiała się - Mówił, że baron absolutnie nie ma gustu i tak długo jak jest to drogie i egzotyczne to weźmie to. Nie sądzę, by Fern szanował jego brak smaku, jak i pewnikiem jego samego. Ma w tej rezydencji masę kiczu rzuconą przypadkowo między inny kicz. Taki plebs co dostał kasę i się nią wozi... w sumie nie mając pojęcia co z nią robić. Gromadzi każdy kicz udający wyższą klasę.
                                - Hmmm… dobra robota. To bardzo ułatwi mi życie. Dziękuję ci za tę wiedzę.
                                - Tobie? A nie "nam"? Chyba razem mamy iść na przyjęcie, prawda? - patrzyła uważnie na mężczyznę - Bo ja też z tobą idę, czyż nie?
                                - Tak, tak… Po prostu myślę już dalej niż samo przyjęcie. Ah… i ma być ktoś z Galt i Cheliax podobno…
                                - ...z Galt? - uśmiech znikł jej z twarzy - Jesteś pewien? Znaczy... Ahm... - zasłoniła oczy nie wiedząc jak na to zareagować - Nie wiem... Czy... Może nie, ale... - kobieta wyraźnie była zestresowana - Myślisz... Że jest duża szansa...?
                                - Tego nie jestem w stanie określić. Słowo “podobno” było użyte.
                                - Ale sądzisz... że mogę mimo wszystko? - spojrzała z wzrokiem proszącym o przyzwolenie - Naprawdę?
                                - Wątpię aby były przeciwwskazania… w końcu… ilu Galtian może ciebie rozpoznać po tych wszystkich latach?
                                - Raczej niewielu... ale... po prostu boję się. - zaczęła wyginać palce w stresie - Choć by sens miało. Cheliax porwało, teraz jest kochanką kapłana diabła... - zaśmiała się pod nosem.
                                - Eh… w najgorszym wypadku zwalimy winę na mnie. Wielki, zły asmodean – bo wątpię aby interesowała ich różnica – porwał ciebie i zmanipulował do całkowitego złamania mentalności i wiary, że jest z własnej woli. W pewnych kręgach mogłoby mi to nawet koneksji dodać.
                                - I dopiero "zobaczył światło" jakie nie było ogniem, gdy poznał wiarę w Azazela. Bleh... - wystawiła język jakby w obrzydzeniu - Wciąż czuję obrzydliwy posmak tych słów.
                                - W tą stronę też można by - wzruszył ramionami, nieprzejęty absurdem wykorzystania którejkolwiek z tych wymówek w praktyce… to nie tak, że miała nastać taka potrzeba.
                                Kaylie objęła ramię mężczyzny jak swojego obrońcy przed wypadkami tego świata.
                                - Nie będziesz się mnie wstydził?
                                Viktor uniósł brew.
                                - A zamierzasz przynieść mi wstyd?
                                - Nie... Ale przecież teraz w kościele nie lubiłeś mojej obecności.
                                - Kaylie… ja sam ciebie wciągnąłem do świątyni. I ty sama z niej wyszłaś. Mi chodziło tylko o twoją postawę, jakbyś miałą wydrapać komuś oczy. Rozumiesz różnicę między sobą samą a swoją postawą, prawda?
                                - A jak inaczej kobieta miałaby się zachowywać w takiej sytuacji?
                                - Z godnością i akceptacją. Inaczej wychodzi na słabą, ofiarę, furiatkę, albo wszystko na raz. Takie sytuacje BĘDĄ się zdarzać. I możliwe, że na tym przyjęciu też się zdarzy. Czy będziesz w stanie to znieść z godnością i akceptacją?
                                - Akceptacją... podrzędnej roli w oczach partnera? - puściła ramię Viktora.
                                - Podrzędna się ona staje tylko jeśli sama sprawiasz takie wrażenie. Przyjmij to z godnością a pozostaniesz w kontroli i wszyscy będą uznawać, że jesteś panią życia. Buntuj się i strzelaj piorunami z oczu, a będziesz postrzegana jako słaba i żałosna.
                                - Postrzegasz to na opak. Jaka jest duma w tym, że pozwalasz się poniżać? Co ci to daje? - nie zgodziła się z prawnikiem - Pokazujesz tylko, że można ci wejść na głowę, bo i tak nic nie zrobisz. Że jesteś niczym w tej relacji... - spojrzała w ziemię - Że jesteś jak jedna z tych żon, co odwracają wzrok jak mąż w drugim pokoju posuwa służkę, gdy ty bawisz wasze niemowlę z uśmiechem na ustach.
                                - Co było poniżającego w tym, że Sella byłaby moja na pstryknięcia palców, gdy tymi palcami nie pstryknąłem?
                                - Bo nie pstrykałbyś palcami u rąk. Wiemy o tym, Khal. - spojrzała twardym wzrokiem w jego oczy.
                                Viktor uniósł brew powątpiewając.
                                - To odpowiedź z innej kategorii logicznej. Zadałem pytanie o czynnik poniżający, odpowiedziałaś domniemaniem intencji, łamane przez: możliwości. Zauważyć bym chciał, że brak poprawnej odpowiedzi na właściwe pytanie głęboko zasugeruje braki merytoryczne w zarzucie.
                                - Nie rozumiesz, że czuję się poniżona? - przetarła oczy - Nieważne. I tak nie zrozumiesz, nie było tematu. Jest jak jest, no nie?
                                - Och, ależ rozumiem doskonale. Tylko co innego niż byś chciała…
                                - Co takiego, co? - zapytała krzyżując ręce na piersi.
                                - Po pierwsze. Prawda jest taka, że nie dałem ci dziś żadnego powodu do zazdrości. Sella może trochę. Jeśli się mylę to mi to udowodnij. Tylko merytorycznie proszę. Hmmm?
                                - Ale jaka to dla mnie różnica? Ona dała mi powód. Jestem zazdrosna, bo wiem jak to najpewniej się skończy. Nie ustalaliśmy, że mam nie być zazdrosna, nawet jeżeli nie bierze się to z twoich działań. Bardziej z braku działań prostujących taką Sellę, czy tam Veronikę... Choć nie powinnam ich oczekiwać. To byłoby wbrew twojej naturze i celom jak i oficjalnym, jak i personalnym.
                                - I co to był za powód? Specyficznie, proszę.
                                - Te debilne uśmieszki, ona się do ciebie prawie łasiła!
                                - Tak, kobiety tak robią w obecności potężnych, uber-kompetentnych mężczyzn, co zdolni są, kiwnięciem palca, zapewnić im byt i bezpieczeństwo. Co miałem zrobić? “Sello… byłabyś tak uprzejma nie śmiać się z moich żartów?”, albo “Ladacznico, przestań wykonywać te drobne, praktycznie niezauważalne-dla-niewyćwiczonego-oka ruchy ocierania uda o udo”. Wszystko co robiła było w granicach niedostrzegalności i wytknięcie jej tego zrobiło, by ze mnie niepoważnego wariata. Kobiety są w tym dobre. Znacznie lepsze niż większość mężczyzn. Bardzo rzadko przekraczają granicę wiarygodnej zaprzeczalności i Sella tego nie zrobiła NAWET jeśli zakładać, że wszystko co robiła było świadome. Wiesz jak zwykle kobiety sobie radzą z takimi nieadresowalnymi zachowaniami względem ich partnerów?
                                - Oświeć mnie.
                                - Kontrują własnym, nie-adresowalnym, adresowalnym bądź bardzo adresowanym zachowaniem. Miałaś kilka możliwości. Podejść do mnie i stanąć blisko. Na tyle by widać było, że jesteś moja. To by było to nie-adresowalne. Mogłaś chwycić mnie za rękę patrząc jej w oczy z lekkim wyzwaniem. To byłoby adresowalne. Mogłaś też wciągnąć mnie w głęboki pocałunek i wtedy jej spojrzeć w oczy. Nie polecam tego. Wygląda bardzo źle poza bardzo specyficznymi sytuacjami i bym musiał ciebie zatrzymać w trakcie. Jakbyś zrobiła pierwszą albo drugą rzecz byś była w kontroli. Byś miała władzę w sytuacji i byś wyglądała na silną. Ta której mężczyznę chcą inne, ale nie go mogą mieć. Stojąc i rzucając piorunami z oczu wyglądałaś na słabą i godną pożałowania. Co wolisz? Być silna i w kontroli, czy aby ciebie żałowano?
                                - Nie zrobiłam tego by nie psuć ci twojego momentu i nie włazić w środek! - krzyknęła niespodziewanie z silnymi emocjami - Żebyś mógł mieć całą scenę dla siebie i czynić jak uznasz za wartościowe! Byś mógł sam pławić się w tym poczuciu bycia lepszym, gdy rozpływają się na każde twoje słowo i gest! A ja tylko chciałam byś nie pozwalał przekroczyć moich granic! - pod koniec ostatniego zdania głos kobiety się załamał.
                                - Mam tutaj całą SERIĘ problemów z tą wypowiedzią, ale zaadresuję najważniejsze. Jakich granic? Ona NIC nie zrobiła. Drobny głupiutki uśmieszek, niewinny gest dłoni. Stojący obok niej partner nic nie zauważył. Daleko głębiej granice przekracza Lilia, czy nawet Lady Barnabii, gdy się z nią widzę.
                                - Wiem, jak mogą one skończyć. Jak ty możesz z nimi skończyć i to mnie boli. Czemu w trakcie nie postanowiłeś sam jakkolwiek mnie zaadresować słowem czy gestem? Chociażby to by ustanowiło pewną granicę.
                                - Kaylie… ja będę miał swoją rotację. Aby powiedzieć wprost i bez eufemizmów… ja BĘDĘ sypiał z innymi kobietami. Uprawiał seks. Pieprzył je. Przepychał rury. Jebał i wszystkie inne – coraz to wulgarniejsze – synonimy. Wiedziałaś o tym i twierdziłaś, że dasz sobie z tym radę. Nie wyglądasz jakbyś dawała…
                                - Nie wiedziałam, że to będzie takie ciężkie, bo wytrzymywałam w innych związkach, ale... MUSIAŁO MI TAK MOCNO NA TYCH OSOBACH NIE ZALEŻEĆ! - uniosła głos, co wyraźnie i ją samą zaskoczyło - ...przepraszam...
                                - Kay… zależy mi na tobie… ale nie zrezygnuję z rotacji. Nie jestem na to gotowy i nie wiem czy kiedykolwiek będę. Nie chcę ciebie krzywdzić… dlatego potrzebuję wiedzieć… czy sądzisz, że możesz dać radę sobie to w główce poukładać? Być szczęśliwą pomimo tego?
                                - Ja... Będę próbować... - powiedziała smutno - To też dla mnie ciężkie... Więc nie dziw się mojej zazdrości...
                                - Ehh… rozumiem. Mimo wszystko potrzebuję ciebie aby ta zazdrość pozostała czymś prywatnym. Tylko między nami. Ujawnianie tego… stawia nas oboje w bardzo złym świetle. Rozumiesz?
                                Kaylie pokiwała głową nadal wpatrzona w ziemię.
                                - Rozumiem... Rozumiem. - wyszeptała i... wtuliła się w mężczyznę.
                                Viktor objął ją ramieniem i kontynuowali dalej spacer. Tylko wolniej niż wcześniej.
                                Nie szedł on do końca po jego myśli, ale przynajmniej pewne sprawy zostały wyjaśnione. Na jak długo? Miał nadzieję, że na dość.

                                Kaylie po prostu chciała być kochana przez kogoś. Chciała być jedyna. Chciała by poza nią świata nie widział, nawet być przez niego rozpieszczana... Być kimś najistotniejszym w życiu ukochanego.
                                Jak w historiach... Historiach o błogim szczęściu w miłości. Bajkach jakich jej życiu tak strasznie brakowało.



                                KAYLIE VS FILIA - fashion battle



                                - Panie Goodmann! Witam w Purpurowym Indorze.
                                Viktor, prowadzony przez obsługę, zatrzymał się na ścieżce między stolikami i spojrzał na zbliżającego się do nich Mistrza Sali.
                                - Pańskie dokonania wyprzedzają pana o kilka kroków. Obawiam się, że muszę dopuścić się pewnej drobnej zmiany. Mamy dla pana przygotowane stosowniejsze miejsce. Bardziej ustronne i spokojniejsze… albo bardziej eksponowane, jeśliby pan wolał.
                                Viktor uśmiechnął się delikatnie pozwalając swojej piersi się odrobinę napompować. Chłonął ten konkretny rodzaj społecznego uznania, którego nie zaznał od opuszczenia Cheliax.


                                Viktor obserwował salę z wysokości. Dokładnie wysokości trzech stopni ponad resztą. Delektował się przyniesionym winem, a gdy miał ochotę spoglądał przez wielkie łukowo-zakończone okno, z widokiem na noc Evercrest. Temu miastu można było wiele zarzucić, ale odpowiadało mu co oznacza “miejsce bardziej wyeksponowane”. Nie było ono jedynym takim. Stoły Arkadowe były jeszcze dwa w Indorze i jeden z nich był zajęty przez lokalnego lorda z żoną, którego Viktor nie miał jeszcze okazji poznać.

                                Dotarły już do niego fikuśne przystawki, będące bardziej dziełem sztuki niż pokarmem i kieliszek przedniego wina. Czekał. Obserwował. Chłoną atmosferę… i udawał, że nie zauważa spojrzeń które przyciąga


                                Do restauracji wkroczył Davion, elf wyglądał na wyraźnie zmartwionego. Podszedł do Viktora i przytaknął na przywitanie.
                                - Dzień dobry, panie Goodmann. - przysiadł się do stolika zajętego przez kapłana Azazela - Będziesz w stanie mi wytłumaczyć co się dzieje między naszymi partnerkami?
                                - Davionie, proszę… walczyliśmy ramię w ramię. Pozwól nam mówić sobie po imieniu, co myślisz?
                                - Filia powiedziała mi, że będzie konkurs piękności między nią a Kaylie… nie wiem co o tym myśleć.
                                Viktor uniósł brew, nieco rozbawiony zaaferowaniem kapłana, który zdał się nawet nie usłyszeć viktorowej propozycji.
                                - Umowa, chyba, opiewała na bitwę na kiece. Nie per se piękność. Dziewczyny się rozochociły w faux-kłótni i skończyło się wyzwaniem o gust i kreacje, podkreślony małym zakładzikiem. Nic dramatycznego. Nic czym należałoby się martwić. Częstuj się, proszę. - zachęcił, gestem dłoni wskazując indorowe “płatki feniksa”, będące pergaminowo-cienkimi plastrami pieczonego buraka i jabłka i oprószone sproszkowanym szafranem, z kroplą miodu z lawendą, podane na czarnej kamiennej płycie. Dla przyjaznego oka wyglądały jak płomień i znikały w jednym kęsie.
                                Kapłan westchnął.
                                - "Nic czym by się martwić" - powtórzył Davion - Viktorze, moja kobieta prosi mnie o opinię na temat swojej kiecki i żeby porównać ją z kiecką innej kobiety. Mniej niebezpiecznie było w kopalni alchemika…
                                - Oh Davionie… tak by było gdybyś był debitorrówną lojalność obu kobietom. Nie jesteś. Chcesz zagrać bezpiecznie i bezproblemowo? To choćby Filia przyszła w worku na ziemniaki, mów, że ona wygląda lepiej. Tyle. Kay będzie sfrustrowana twoim stronnictwem, ale… tak po prawdzie.. zrobi ci to różnicę?
                                - Och… to ty nie wiesz. Filia przygotowała zaklęcie nie zezwalające na kłamstwa…
                                - Och… - było przez długi czas jedynym komentarzem Viktora, który zrozumiał, że sprawa jest poważniejsza niż sądził. - Och… - powtórzył, składając ręce w łódeczkę.
                                - Taa… - odparł kapłan - Więc… mamy przesrane…
                                - Eh… damy radę - bagatelizował, ale nie miał już tej niewzruszonej pewności w głosie. I twoja situatio raczej jest wygodna. Kaylie nie miała nawet dnia na znalezienie kreacji. Jest skazana na coś gotowego, na szybko dopasowanego do jej figury. Filia powinna łatwo wygrać. Co innego ja… JA mam rzeczywiście problem. Bo Filia powinna łatwo wygrać…
                                - Tu nie chodzi o wygraną… wyobrażasz sobie mówienie, SZCZERZE o innej kobiecie swojej narzeczonej? - Davion westchnął - Wiem, że nie zniszczy to naszego związku… ale darmowa amunicja do męczenia mnie przez lata nie przychodzi tak łatwo.
                                - Tsk… zawsze możesz przyjść do mnie, abym representavit ciebie w sprawie o nękanie małżeńskie. Kaylie już reprezentuję w sytuacji, gdy Filia wykazałaaggressio wobec niej z użyciem niebezpiecznego narzędzia, specyficznie: poduszki.… a poważniej… jak dziewczęta zaczną przesadzać to powstrzymam je. Bitwa na kiece może być zabawna i śmieszna, ale to zaklęcie łamie grę. Kiedy do tego dojdzie… potrzebuje tylko abyś stanął za mną murem. Nie musisz być aktywny. Jedynie przytakiwać. Wtedy wyjdziemy z tego cali i najgorszym scenariuszem będą partnerki niezadowolone na jeden wieczór… i to raczej tego typu niezadowolenie, które da się kreatywnie rozładować późniejszym wieczorem.
                                Davion pokręcił głową.
                                - Mam nadzieję, że to żart i wyjdziemy z tego obronną ręką. Filia potrafi być bardzo kombatywna jeżeli idzie o swoją kobiecość… wiesz, nie może się na ogół zbyt afiszować w zbroi strażnika.
                                - I rozumie, że jeśli da nam swobodę do drobnych kłamstewek będziemy mogli to wszystko ubrać w słowa które połechcą jej ego, tak jak ona tego chce, a jeśli nas obarczy tym zaklęciem to zmusi nas, aby obnażyć każdą brzydką prawdę, której ona sama nie chce usłyszeć. To może brzmieć ładnie w głowie, ale raczej dojdzie do tego, że to nie jest dobry pomysł.
                                - Ego ma na tyle mocne, że wierzy, że nie istnieją "brzydkie prawdy" co do jej wyglądu. - kapłan Abadara zachichotał - Postarajmy się to powstrzymać i zróbmy, że żadna nie wygra. Co ty na to?
                                - Absolutnie. Jeśli spróbują zmusić nas do mówienia rzeczy których nie chciałyby usłyszeć to nie usłyszą nic. Mogą się chwilę dąsać, ale im obu zależy na tej kolacji. Szczególnie, że udało mi się dostać jeden ze Stołów Arkadowych. Przynajmniej dla Kay to będzie cenne.
                                - Brzmi jak plan… pora na nie czekać… będzie prawie tak stresujące jak kiedy się pojawią…
                                - Davion… Zostaw to mnie. Nie z takich sytuacji wychodziłem obronną ręką. Opowiedz mi lepiej jakieś plotki z kleru Abadara. Jak przyjęto nową świątynię?
                                - Zastanawialiśmy się, kiedy w końcu ją postawisz. Chociaż nie spodziewaliśmy się tak… innowacyjnego podejścia. Czapka z głowy za to. - kapłan Abadara delikatnie skłonił się koledze - Nie jesteśmy jeszcze pewni co myśleć o twoim patronie, Abadar nie ma najgorszej opinii o nim, ale to nie jest trudne do osiągnięcia.
                                - Ale jest wygodnym punktem wyjścia i daje perspektywy na przyszłość. I myślę, że z czasem okażemy się sobie bliżsi doktrynalnie niż niektórzy mogliby się spodziewać… pardon, nie jestem tu nic sprzedawać. Jakie są najgłośniejsze głosy przeciwko mnie? Nie pytam o imiona osób… chciałbym tylko wiedzieć czego się spodziewać w przyszłości.
                                - Za bardzo politykujesz jak na kapłana. - odparł Davion - Za bardzo się mieszasz w sprawy regionu. Wygląda to bardziej jak próba zasiedzenia, niż zbudowania od niczego, jeżelwiesz o co mi chodzi.
                                - Ała… - Viktor obruszył się w niby-urazie - Ale cóż… sam o to prosiłem - kontynuował już z uśmiechem nim nie spoważniał nieco. - Jakbyś był uprzejmy rozwinąć myśl… myślę, że rozumiem, ale wiesz...
                                - No… wygląda jakbyś nie chciał założyć nowej religii. Tylko zająć wysoką politycznie pozycję, zagarnąć ucho barona, wziąć w garść całe królestwo i założyć nową religię.
                                - Huh… o takie możliwości jestem oskarżany? Schlebia mi to niepomiernie. Nie odbierz mnie na opak, nie każę ci bronić tych zarzutów, ale chciałbym zrozumieć skąd się one biorą… któreś moje specyficzne działanie zostało tak zinterpretowane? Czy to bardziej…. hmmm… niechęć osób mniej zmotywowanych, aby aktywnie poczynić zmiany?
                                - Krótka odpowiedź? Cheliax. Długa odpowiedź? Jedno z twoich pierwszych ruchów w mieście to zaprzyjaźnienie się z Filią. Niektórzy zaczęliby od lokalnych pijaków.
                                - A ty jak się na to zapatrujesz? Bez nacisku… jeśli to niezręczne dla ciebie to wycofuję pytanie i zaraz znajdę inny temat. Rozumiesz ciąg logiczny, który do tej przyjaźni doprowadził?
                                - Wiem o waszej… skomplikowanej historii. Rozumiem jednak, że nie ona była powodem waszego spotkania. Koniec końców jednak, wiem, że jeżeli twoje motywacje nie są w stu procentach szlachetne, nie są też szkodliwe dla miasta. To mi wystarczy.
                                - Dziękuję ci za zrozumienie. Naprawdę je doceniam. Nawet same Filia i Kaylie miały problem z zobaczeniem mnie pod tą smołą, co się na mnie osadziła przez lata w Cheliax… W zamian możesz być pewny, że ja ciebie też nie będę oceniał - zaoferował tonem łaskawym i nieco zadziornym.

                                - To nie jego masz oceniać. - głos Filii pojawił się tuż przy uchu Viktora. Komendant zachichotała odsuwając się od mężczyzn, obracając się i pokazując swój ubiór. Nie była to jakaś niezwykle ozdobna kreacja. Ciemno niebieski aksamit pomieszany z bielą i złotem. Odsłaniała odrobinę skóry na klatce piersiowej, jednak nie była wulgarna. Spojrzała na mężczyzn z uśmiechem. Jej twarz była delikatnie umalowana. Usta podkreślona czerwienią, odrobina różu na policzkach.
                                - I jak?
                                - W… wyjdź za mnie. - Davion się zająknął, a Filia zdusiła śmiech.
                                - Jeszcze miesiąc, kochanie. - zerknęła na Viktora oczekując jego opinii.
                                Kapłan dał sobie czas aby przyjrzeć się detalom, ocenić ich zgranie i ogólny smak kreacji. Było to dużo co innego niż moda cheliańska… ale nie była wcale mu nie w smak.
                                - Doskonały wybór. Perłowa biel współgra z cerą, a granat z oczami. Całość nie przytłacza nadmiarem niepotrzebnych niuansów, pozwalając tobie samej błyszczeć.
                                Komendant dygnęła w swej sukni i delikatnie zachichotała znowu, siadając obok Daviona.
                                - Co to w sumie za uroczystość, że jesteśmy na podeście?
                                - Nie wiem o co chodzi… - odpowiedział Viktor z otwartą nieszczerością - Prowadzą mnie do stolika i wyobraź sobie, że w połowie ktoś nas przechwytuje i wylewnie przeprasza, ale musi wprowadzić pewne zmiany… i prowadzi mnie tutaj.
                                Goodmann w żadnym momencie nie krył samozadowolenia, o jakie przyprawiało go takie potraktowanie.
                                - Aha… - odparła Filia - Chodzi o tą twoją popisówę na mieście dzisiaj, prawda?
                                - Myślisz, że o to chodzi? - zapytał, z uśmiechem biorąc do ust jednego z płatków feniksa. - Poważnie Davion, Filia… częstujcie się. Są pyszne.
                                Komendant pokręciła oczami, ale sięgnęła po poczęstunek, delikatny błogi uśmiech pojawił się na jej ustach, kiedy jedzenie zaczęło pieścić jej język.
                                - Więc, gdzie jest Kaylie? Chyba nie oddała pojedynku walkowerem?
                                Viktor uśmiechnął się odrobinę szerzej widząc zadowolenie siostrzyczki.
                                - Ja nic nie widziałem, nic nie słyszałem i nic nie powiem. Z resztą… o ile pamiętam to wasza bitwa na kiece jest tu przede wszystkim urozmaiceniem znacznie nudniejszego spotkania… hmmm?
                                Kobieta fuknęła.
                                - Faceci… nigdy nie wiedzą co jest naprawdę ważne…
                                Kapłan wzniósł dłonie apologetycznie.
                                - To nie jest wzgórze na którym gotów jestem umrzeć, więc mogę zagrać z wami.

                                Pierwszy zobaczył Kaylie narzeczony Filii. Szła w stronę stolika prowadzona przez jednego z kelnerów, przy którym poruszała się gładko niczym w powietrzu, prawie nie wydając dźwięku stąpania po podłodze, a jej ruchy były równie nieskrępowane jakby pływała w powietrzu. Rozpięte włosy delikatnie poruszały się w rytm jej własnego ruchu, a delikatny makijaż jedynie zaznaczał kreski oczu swoim czerwonym barwnikiem, gdy złota szminka przyciągała wzrok do ust.

                                Ale to sukienka miała większe znaczenie.

                                Była inna stylem od tej, jaką przywdziała Filia. Nie było widać w niej aksamitu czy innych bogatych materiałów, jednak połączenie skrywało taką niedoskonałość. Biała suknia była obleczona burgundem i czernią tworzącymi siateczkę kwiatową wokół ciała kobiety opadającymi niczym woda na biodro oraz zakrywającymi lewą rękę ich pętami, pozostawiając nagość skóry na tym ramieniu.
                                Kapłan Abadara przekrzywił głowę widząc Kaylie.
                                - No, no… suknia piękna… - podskoczył czując uderzenie łokcia Filii, kiedy jego oczy nie potrafiły się oderwać - Ale twoja lepsza kochanie!
                                Komendant uśmiechnęła się i zerknęła na swoją oponentkę.
                                - Porządna kreacja, Kaylie. Trochę zbyt skomplikowana jak na moje upodobania.
                                Kaylie uśmiechnęła się do Daviona z dziewczęcym zawstydzeniem i dygnęła grzecznie.
                                - Widziałam kiedyś jak moja matka nosiła podobne kreacje na przyjęciach. I elfki z naszej rodziny. - wytłumaczyła wybór.
                                Galtianka spojrzała na Khala z mocno bijącym sercem.

                                Prawnik sycił wzrok widokiem swojej partnerki. Wyglądała pięknie, ale tak to po prostu powiedzieć? To się mijało z celem. Wstał i z niby poważną miną obszedł Kaylie, lekkim łukiem. Obejrzał ją dokładnie z każdej strony. Nie trzymał jej w niepewności. Pozwolił, aby jego spojrzenie wyrażało… może nie zachwyt. Zbyt wiele czasu na salonach Cheliax spędził… ale głębokie zadowolenie. Czynił z tego rytuał. Dodawał ciężaru emocjonalnego słowom, które wszyscy wiedzieli jakie zaraz nadejdą…
                                - Wspaniała. Na gale [i]Noctis Electae[/i] zabierałem towarzyszki w gorszych kreacjach. Nie było wstydu. Skądżeś, w tej… w Rzecznych Królestwach, dała radę coś takiego wyczarować?
                                - Poszłam do Lady Barabii. - uśmiechnęła się wyraźnie szczęśliwa z jego słów... Nawet bardziej niż z innych. Właśnie na jego ocenę czekała najbardziej.
                                Viktor umyślnie nie spoglądał na widownię Purpurowego Indora. Potem Fisuś mu opowie reakcje, ale na ten moment jego zauważone zaciekawienie mogłoby zepsuć efekt. Cieszył się też, że Kaylie dała Lady Barabii okazję zabłysnąć. Może uda się to odpowiednio zakręcić, aby mogła powoli wrócić do pracy dla wyższych sfer?
                                Ujął Kaylie za rękę, doprowadzając ją do stolika.
                                - La damme… - odsunął dla niej krzesło i zaprosił dwornym gestem ręki co Kaylie przyjęła z uroczym dziewczęcym rumieńcem siadając na wskazanym krześle.
                                Filia przyglądała się sukni Kaylie.
                                - Przyznam, zaczyna mi się podobać bardziej. Nie nosiłabym jej, ale ci pasuje. - spojrzała na dwójkę mężczyzn ,- To teraz, szczerze, która wygląda lepiej? - mina Davina zrzedła i zerknął na Viktora, czekając na jego ruch. Rozbawiony uśmiech kapłana nie dodał mu wiele otuchy.
                                - Davion – wierzę – już wyraził swoją opinię. Ja – z kolei – najwyraźniej obrosłem w siarkę i bardziej cheliańska kolorystyka do mnie przemawia. To jest piękna kreacja i absolutnie piękna w niej siedzi kobieta. Ale dla mnie Kay tu wygrywa.
                                Filia skrzywiła usta niezadowolona.
                                - Remis nic nam nie daje, chłopaki. Kaylie, masz jakiś pomysł jak go rozstrzygnąć?
                                - Niech nam powiedzą, która jest według nich bardziej szlachecka. - powiedziała ciągle wpatrzona w Viktora.
                                - Ty i te twoje szlacheckie ego… - mruknęła Filia - To niech będzie tak, która wygląda bardziej szlachecko, która wygląda bardziej kobieco i która wygląda bardziej kusząco. Zobaczmy jak chłopaki się pocą.
                                - Zgadzam się. - zawyrokowała Kaylie.
                                Viktorowy uśmiech stał się odrobinę… mniej poważny.
                                - Nie spodobają wam się odpowiedzi… Kaylie wygląda bardziej jak szlachta Cheliax, Isger, czy Andoranu. Ty, Filio, jak szlachta Rzecznych Królestw, Ustalavu, czy nawet Mivonu w niektórych okresach. Z kolei kobiecość i pokusa są pojęciami bliskoznacznymi i obaj jesteśmy głęboko uprzedzeni. Wybierzemy tę kobietę, której mieliśmy okazje zajrzeć pod kiece… Ot co…
                                - Słyszałam, że zaglądanie pod kiecę przychodzi ci łatwo - zagaiła Filia - Więc której chciałbyś teraz zajrzeć?
                                - Za dużo plotek słuchasz - uśmiechnął się lekko, choć w oczach przemknęło coś chłodniejszego. - Ale skoro pytasz wprost… Udając, że nie jesteś w szczęśliwym związku i nie łączy nas krew – bo tych emocji wciąż nie rozpracowałem – to wygra chłopięca fantazja. Więc wam obu. Na raz. Ale też Erato i bruneteczce w czerwieni i różu, dwa stoliki za tobą. A jeśli zmusisz mnie do wskazania jednej… odpowiedź już padła. Jestem głęboko nieobiektywny. Wybrałbym kobietę, z którą dzielę nasze własne nieprzyzwoite sekrety. - na co Kaylie ułożyła głowę na ramieniu kapłana Azazela zamykając oczy w radości i zakochaniu.
                                - Znasz mnie na tyle, że wiesz, że żadnej. Nie jestem tego typu mężczyzną. - odparł Davion, trzymając ręce blisko siebie, mężczyzna wyraźnie czuł się niezręcznie. Filia westchnęła i spojrzała na Kaylie.
                                - Chłopy… dobrzy tylko do jednego. Więc, co robimy jak jest remis? Nikt nie wygrywa, czy obie wygrywamy?
                                - Mmm... - mruknęła wciąż wtulona z zamkniętymi oczami - Będę łaskawa i niech będzie, że obie wygrywamy.
                                - Więc.. - Filia klasnęła dłońmi - Ja wam urządzam romantyczną kolację, a ty przez tydzień pracujesz w Straży.
                                - I z obu opcji jestem szczęśliwa. - odparła z uśmieszkiem.
                                Komendant westchnęła, ale odwzajemniła uśmiech.
                                - Jeszcze zobaczymy.

                                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • ArveeA Online
                                  ArveeA Online
                                  Arvee jako Viktor Goodmann
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #150

                                  Trójróża
                                  ......

                                  Viktor uśmiechnął się do Daviona pokrzepiająco, jakby mówiąc “już po wszystkim”. Sam był zadowolony, że interakcja skończyła się polubownie i bez nawet jednej obrażonej minki.
                                  - Skoro werdykt zapadł to pojedynek na kiece uznaję za zakończony! Więc: rozejm i świętowanie. Filio, skoro będziesz organizowała romantyczną kolację… - nachylił się niby konspiracyjnie - … a wszyscy wiemy, co Kay naprawdę kręci. - Wrócił do wcześniejszej postawy, jakby nigdy tego nie wypowiedział - Powiedz mi, co według ciebie bardziej zdradza szlachtę. Maniery przy stole, czy gust i styl?
                                  Wzniósł dłoń, aby gestem zwrócić na siebie uwagę kelnerki, zastanawiając się, czemu to sobie zrobił? Mógł wybrać prosty i bezpieczny temat, ale pozwolił ciekawości wygrać.
                                  - Zależy co rozumiesz przez "zdradza". Jak Kaylie pokazała, byle ulicznica może ubrać się w gustowny ciuch. - mówiąc to Filia puściła Galtiance oko na znak żartu - Manier też da się nauczyć. Co najczęściej zdradza szlachtę to ich negatywne cechy. Wywyższanie się, udawanie edukacji.
                                  A Kaylie mimo początkowej irytacji na słowa Filii o kreacji, powróciła do wtulania się w ramię Viktora, gdy zobaczyła, że to miało być droczenie się i żart. Wolała dalej okazywać uczucie w ten uroczy sposób.
                                  - Zła opinia o szlachcie, widzę… - stwierdził Viktor, bez żadnego nacisku - Jestem w stanie zrozumieć. Z drugiej strony pycha nie jest przywilejem samej szlachty. I tacy wychowani na ulicy - nieznacznym, łatwym do niezauważenia gestem wskazał siebie samego - mogą wyrosnąć na aroganckich dupków, o przerośniętym ego. Tytuły można odziedziczyć. Klasę, edukację, czy styl trzeba wypracować. A jednak wciąż pospólstwo chce się upodabniać do szlachty, a nie odwrotnie.
                                  - Ponieważ szlachta ma pieniądze. Pospólstwo może ich nie mieć, ale może udawać, że je ma. Czasem ludzie pragną okłamywać samych siebie. - Filia westchnęła nieco ciężej - Ludzie robią dużo rzeczy kiedy są nieszczęśliwi…
                                  - Masz wiele racji, ale to nie tylko to. Pieniądze i szczęście to nie to samo. Uwierz mi, żyłem w obu tych światach i choć oczywiście proporcje są zgoła różne, to jednak widziałem lordów ze smutkiem w sercu, którego nie potrafili zrzucić i widziałem uliczną biedotę śmiejącą się tak głośno, że mógł rozboleć brzuch. Jeśli to jakoś doda ci otuchy… moje skrzypce nie są jednorazowe. Nie podejmowałbym się ponownie aż takiego wyczynu jak dziś… on mnie wiele kosztował. Ale możemy, w przyszłości, poczynić realne zmiany na lepsze dla tych co dziś są na tych ulicach, jak byłem ja.
                                  - W sumie skąd to pytanie? - zagaiła Filia - Mam wrażenie, że chcesz mnie wciągnąć w kolejny "Wielki Plan".
                                  - Ależ oczywiście… w końcu ja tylko pracuję, a relaxatio to dla mnie obcy koncept. - Viktor prychnął, przykładając opuszki do piersi, w teatralnej urazie - Dziś moim Magnum Consilium jest poznać Filię i Daviona, jacy są po cywilu. Znam już komendant straży. Chcę wiedzieć kim jesteś gdy zrzucasz pancerz. Znam też kapłana z misją, ale dopiero teraz człowiek mi się wyłania - dodał także, patrząc na Daviona. - A przede wszystkim, największy z planów, to miło spędzić czas, a może i wspomóc cię moim doświadczeniem, jeśli będziesz miała ochotę uhonorować pierwotne plany. Ten aspekt jednak spokojnie można przełożyć na kiedy indziej. Tylko Ty oceniasz jak bardzo czas goni.
                                  Filia uniosła ręce w przepraszającym geście. W tym czasie podeszła też kelnerka oczekując zamówienia od Viktora.
                                  - Przepraszam, przepraszam… Po prostu… odkąd pojawiłeś się w moim życiu wszystko stanęło na głowie. Za każdym razem kiedy z tobą rozmawiam staję się częścią świata, który jest zbyt duży i straszny na moje doświadczenie…
                                  Kaylie dalej się przytulała, jakby dumna, że to ona go ma.
                                  - Humpf… wybaczone - odpowiedział z niby-urażoną miną, ale do kelnerki uśmiechał się już zupełnie serdecznie - Karty bym prosił. Cztery. Nie mielibyście jakiejś butelki wina z Zachodniego Wybrzeża? Ugh… Cheliax, może Isger, Ravounel, ale nie Nidal. Hmmm?
                                  - Uh… zapytam mistrza sali i przy tym przyniosę karty, dobrze?
                                  - Yhym… - przytaknął Viktor, a dziewczyna odchodziła już przy pierwszej głosce zgody. Znów spojrzał na Filię.
                                  - Dziś nie chcę poszerzać twoich horizontes o to co trudne i straszne. Wolałbym aby to było w drugą stronę… Albo o kompletnych bzdurach rozmawiać. Na przykład… jak się poznaliście? I chciałbym coś więcej “ja byłam w kościele, on był w kościele i jakoś tak fortuna zadecydowała.”
                                  Filia i Davion zesztywnieli na to pytanie i spojrzeli na siebie z nie lada konsternacją. Pierwszy odezwał się Davion.
                                  - Ty chcesz, czy…?
                                  - Ty faktycznie to pamiętasz, więc może ty opowiedz… - odparła komendant straży zakopując twarz w dłoniach.
                                  Davion przytaknął i odchrząknął.
                                  - No.. nasze pierwsze spotkanie… nie było zbyt romantyczne. Znalazłem Filię… - zniżył głos do poziomu konspiracyjnego - W rynsztoku… - kobieta zdawała się próbować zakopać pod ziemię im bardziej jej kochanek opowiadał.
                                  - Była w naprawdę ciemnym miejscu i zaczęła sięgać do butelki, aby o tym zapomnieć. Nie miała na sobie munduru… ledwo co na sobie miała… ja wtedy byłem nowy w mieście i nie wiedziałem jeszcze kto jest kim. Zabrałem ją do kościoła, aby otrzeźwiała… coś zjadła. Dużo płakała kiedy się obudziła…
                                  - I myślałeś, że to jakaś biedaczka z dolnych dzielnic, co się zachlała po ostatnim kliencie.
                                  Kaylie nie zapytała. Kaylie stwierdziła wciąż wtulona w Khala.
                                  - Romantyczne.
                                  Davion westchnął.
                                  - W sumie… tak. - Filia wyprostowała się.
                                  - CO!? - Davion uniósł dłonie w obronie.
                                  - Nie znałem cię, byłaś w łachach w rynsztoku. Co powinienem myśleć? - komendant uspokoiła się i znowu wróciła do prób wtopienia się w krzesło - Więc po tym, zaoferowałem jej pomoc. Wsparcie w trudnych czasach… po kilku tygodniach… przybliżyło to nas.
                                  - Nie przeszkodziło, że zmusiłam cię do seksu kilka razy… - Filia mruknęła, czerwona na twarzy.
                                  - ... a kiedy dowiedziałeś się kim ona jest? - zapytała i spojrzała przelotnie na Khala.
                                  - Po jakimś tygodniu. - przyznał Davion - Głównie dlatego, że przyszła do mnie w mundurze… wcześniej udawała zwykłą dziewczynę z miasta.
                                  - Hah… Filio… na pewno pamiętasz jaką miał wtedy minę. Nie trzymaj nas w niewiedzy - negocjował Viktor.
                                  Kelnerka zdążyła wrócić z winem i kartami.
                                  - Dam państwu chwilkę i wrócę przyjąć zamówienie. - Filia odrazu złapała kartę i schowała się za nią.
                                  - Pierdol się… - mruknęła jedynie.
                                  - Wybacz… ona naprawdę nie wspomina dobrze tamtego czasu. Byłem w szoku, chociaż to mało powiedziane. - ujął delikatnie dłoń komendant, która starała się ciągle trzymać kurczowo kartę.
                                  Viktor skrzywił się, ale w ręku już trzymał wino i czytał etykietę.
                                  - Custodia Aurea. Tsk… kiepskie. Przygotowane tak jak obcym by się mogło wydawać, że cheliańskie powinno smakować.
                                  Mimo to otworzył butelkę. Nie wierzył, by mieli cokolwiek innego, skoro nie proponowali.
                                  - Uwierz lub nie, ale byłem w gorszym miejscu niż to co opisałaś. Nie spotkasz się z kszytyną oceny z mojej strony. A ty Davionie? Masz jaka jest twoja najbardziej zawstydzająca historia którą gotów jesteś się podzielić?
                                  Kapłan westchnął.
                                  - Dawno temu… będzie ze stulecie. Zostałem zaproszony na przyjęcie w… Isger jeżeli się nie myle. Dużo alkoholu, więcej niż przystoi, ale nie pamiętam kiedy straciłem kontrolę. Obudziłem się z grupą mężczyzn w fontannie, wszyscy mieliśmy pawie pióra między pośladkami.
                                  - Moje najwstydliwsze… ale takie odpowiednie do towarzyskiej dyskusji… - mruknął Viktor w zastanowieniu, bo jak pytał to wypadało aby i on się podzielił.
                                  Palce uderzały rytmicznie w stół, gdy rozważał póki nie znalazł.
                                  A wtedy rytm został przerwany i jego oczy otworzyły się szerzej na moment.
                                  - Ughh… - stęknął pochylając głowę by oprzeć ją na dłoni - to wydawało się znacznie łatwiejsze póki było abstrakcyjne… Kiedyś próbowałem reakwizycjonować kilka jaj. To było blisko granicy Andoranu i Isger, ale nie wiem po której stronie. Ogara pasterskiego przekupiłem jelenimi kośćmi, które niedźwiedź zostawił. Dostałem się do gęśnika na podwórzu i powoli wybierałem jajka w worek z porwanej koszuli. Wszystko szło świetnie póki spod gąsiora nie spróbowałem wybrać jaj. Musicie zrozumieć, że ja wtedy już dawno nie byłem dzieckiem. Nie w środku. Ale jak dziecko krzyczałem gdy przed nim uciekałem. Najpierw mnie podziobał i pogryzł, aż miło a potem dwa miesiące mi się rany paskudziły. Do dziś… te dwadzieścia trzy lata później, jak gęś zobaczę to potrafię się wzdrygnąć. Wielki prawnik. Trzecie Pióro Cheliax. Boi się gęsi. Hah!
                                  - Gęsie Pióro. - podśmiała się Kaylie.
                                  Filia spojrzała zza karty.
                                  - Mamy kilka gęsi w biedniejszej dzielnicy, jeżeli chcesz zmierzyć się ze swym lękiem ponownie.
                                  - Masz na myśli, że zorganizujesz dla mnie akcję eksterminacji wszystkich zębatych ptaków hodowlanych? Filio, jak ja ciebie uwielbiam. Tak, poproszę.
                                  - Miałam bardziej na myśli takie mini zoo, gdzie dzieci się oswajają z groźnymi i niebezpiecznymi stworzeniami ze wsi. Byłbyś wśród swoich. I dostaniesz słodycza jeżeli będziesz dzielny.
                                  - Niebezpieczne bestie… rozumiem czemu wybraliście do tego gęsi.Tak czy siak podziękuję… od ponad dwóch dekad uskuteczniam sukcesywne unikanie tych piekielnych stworzeń i sprawdza się to doskonale.
                                  - Mój dzielny mężczyzna... - zażartowała Kaylie dając Viktorowi cmok w policzek.
                                  - No to twoja kolej, Kaylie. Wszyscy się wyzwierzaliśmy. - rzuciła wyzwanie Galtiance Filia.
                                  Kaylie spojrzała trochę spanikowana. Zaczęła myśleć nad tym, co może powiedzieć, ale... wszystko co wymyśliła było gorsze od drugiego, a przecież nie na tym to wszystko miało polegać by innych traumą zalewać.Khal mógł zobaczyć jak ciężko jej odnaleźć coś, co uznane byłoby za śmieszne, gdy myśli zbaczały do ciemniejszych rejonów.
                                  - Ja... - zaczęła chcąc czas sobie kupić - ...budziłam się często z przypadkowymi osobami... wiecie, alkohol... - zaśmiała się nerwowo - Najemnicza wolność... I... Był też bogaty kupiec co nas wynajął... I po wykonanym zadaniu impreza... Na jakiej i on był... Oczywiście jak zawsze zaszalałam... I był też on... - wiedziała, że historia żałosna, ale nie mogła wpaść na inną - Po miesiącu myślałam, że jestem w ciąży. Może z nim. Tak brzuch męczył, niedobrze... - westchnęła - Ale miałam tylko problemy żołądkowe. Duże gazy i przeszły.
                                  Filia pokręciła głową.
                                  - Widzę, że wszystkie nasze wstydliwe grzeszki mają jeden temat. - westchnęła - Więc, widzisz Viktor. Tak wyglądam kiedy "jestem sobą". Nie najlepszy widok, co?
                                  - Meh… - wzruszył Viktor ramionami bez przejęcia - Nie jestem już dzieciakiem, co kradł gęsie jaja, by nie zdechnąć jak pies. Nie jesteś kobietą, która nie potrafiła kontroli zachować. Davion nie ma już pawiego pióra gdzie słońce nie dociera, a Kay nie jest już nie jest najemniczką z problemami z przywiązaniem. Nie jesteśmy definiowani nawet przez te historie, których nie ważymy się opowiedzieć przy tym stole. Jesteśmy tu i teraz. A teraz siedzimy przy Stole Arkadowym i chłopak po twojej lewej niedługo dostanie od swojej partnerki w twarz, bo zbyt chętnie jego wzrok ucieka w twoim kierunku.
                                  Filia walczyła z chęcią spojrzenia w kierunku, o którym wspomniał Viktor.
                                  - Więc… - westchnęła - … Szczerze… nie mam osobowości poza bycia Komendant Straży. Ojciec i… ogólnie wszyscy, kierowali mnie w kierunku bycia częścią systemu prawnego, jedyna moja wolność polegała na tym gdzie skończę… bez zaczęcia.
                                  - I uważasz, że dwa słowa “komendant straży” w pełni oddają twoją osobę?
                                  Filia zastanowiła się chwilę i kiwnęła smutno głową.
                                  - Z mojej perspektywy…
                                  - Zacznij chodzić na szlacheckie imprezy. To na pewno cię rozbudzi. - zasugerowała Kaylie.
                                  - Ćśś… nie teraz, Kruszyno… - poprosił ją Viktor, wciąż patrząc w Filię - Ile znasz osób piastujących stanowisko odpowiadające temu co w Evercrest nazywamy komendantem straży?
                                  Kaylie zamilkła, choć nie była zadowolona ze słów Viktora. Nie podobało jej się, że została uciszona i odstawiona na bok.
                                  - W sensie "koledzy po fachu"? Kilku z okolicznych królestw.
                                  - Czy jakbyś dostała niemożliwie-kompletne dossier was wszystkich, ale z usuniętymi wszystkimi nazwami własnymi oraz osiągnięciami zawodowymi. Byłabyś w stanie siebie wśród nich znaleźć? Czy byłyby one wszystkie identyczne i inherentnie nierozróżnialne?
                                  - Byłabym jedyną kobietą, jeżeli o to ci chodzi…
                                  Viktor pokręcił głową z nieco zażenowanym uśmiechem na twarzy.
                                  - Czy płeć byłaby jedyną rzeczą, cechą osobowości, elementem stylu zarządzania, które pozwoliłyby ci rozpoznać siebie?
                                  - Ech… nie… - kobieta nalała sobie kieliszek wina i upiła łyk, po czym opróżniła cały kielich- Głównym elementem byłoby to że zaczęłam jako Komendant Straży… a nie, że skończyłam na tej pozycji.
                                  - A zatem dalsze pytanie będzie takie samo jak poprzednie. Czy ten element byłby jedynym co pozwoliłoby ci rozpoznać siebie? Możesz zarzucać mnie całym szeregiem irreleventia, które doskonale wiesz, że nie stanowią sedna. Wówczas ja – za każdym razem – zawężę pytanie aby wykluczyć kolejny zbędny detal, aż dojdziemy do właściwego essentia. Więc sama decyduj… przejdziemy od razu do rzeczy o realnej wartości, czy kontynuujemy dalej w tą socjalną ciu-ciu-babkę?
                                  Kaylie wciąż się nie odzywała, ale wiedziała, że on ma teraz zamiar wejść w te nudne i zagmatwane rozprawy intelektualne, jakich osobiście nienawidziła.
                                  - Jedynym? Nie. Ale gdybyś powiedział "To jest lista wszystkich Komendantów Straży Rzecznych Królestw", to uwierz mi, nie musiałabym szukać głębiej jakbym zobaczyła "Baba, która została Komendant, bo jej ojciec jest głównym sędzią"...
                                  - Mógłbym otworzyć disputatio o zasięgu praktykowanego nepotyzmu wśród tych u władzy… gdyby nie była to nieistotna dygresja. Dyskutujemy o tym, czy osobowość Filii Blackfyre można by skutecznie zdefiniować słowami “komendant straży”. W contextusie tego tematu… nawet tak niekorzystna dla ciebie interpretacja rzeczywistości udowadnia jedynie MOJĄ tezę. Nie da się. Oczywiście, rozumiem, że bycie definiowaną jako “komendant straży; baba; nepo-dziecko” to nie jest pochlebną “definitia”, ale dopiero zaczęliśmy burzyć mury twojej błędnej percepcji swojej osoby. Jakbyśmy byli sami i wyraziłabyś chęć to bym chętnie pomógł ci przejść przez to powoli, tak abyś sama do wszystkiego doszła, jedynie naprowadzana przeze mnie… ale z szacunku dla poczytalności naszych partnerów trochę to przyspieszę… Jesteś własną, wyjątkową osobą. Jesteś mieszanką tysiąca i jednej cechy, które tworzą niepowtarzalną mieszankę i to mówiąc tylko o warstwie zawodowej. Jesteś kapitan straży która jest gotowa ścigać prawdę, mimo tego jak bardzo wygodniej byłoby schować głowę w piasek i udawać, że nic nie widzisz. Nie każdy, by się tego podjął. Jesteś kapitan straży, która osobiście poprowadziła wyprawę, aby uratować ludzi których przysięgała chronić. Nie każdy, by się tego podjął. Jesteś kapitan straży którą coś – nie pytam co – wepchnęło tak głęboko w butelkę, że jakakolwiek godność wyleciała przez okno… i się z tego podniosła. Nie każdy, by dał radę. Jesteś kapitan straży, która dla dobra swoich ludzi zaryzykowała sojusz z kapłanem Piekielnego Duke'a, mimo, że znacznie łatwiej intelektualnie byłoby się nie zastanawiać i to odrzucić. Uwierz mi: nie każdy by się tego podjął. To wszystko wykracza daleko ponad “kapitan straży”, a to dopiero warstwa zawodowa. Nie mam tak długiej listy dla Filii-w-cywilu, bo to pierwsze nasze rzeczywiście prywatne spotkanie, ale daj mi takie trzy to stworzę identyczną listę prywatnych atrybutów. Jednak już teraz mogę powiedzieć… jesteś moją siostrą i z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu… stałaś się dla mnie ważna. Nie oczekuję od ciebie odpowiedzi wzajemności. Zamiast tego powiedz mi, która z wymienionych decyzji, nie była twoja?
                                  - Viktor… a ile tych decyzji musiałabym podjąć i podjęłabym, gdybym nie była komendant? - Filia westchnęła - Tak, wiem… mało istotne, ale nie możesz powiedzieć, że nie ma korelacji… nawet wyciągnięcie się z dołka… nie było MOJĄ decyzją… było czymś co ktoś inny pomógł mi osiągnąć. Nie ma różnicy między mną komendant, a mną cywil. Mundur schodzi tylko wizualnie.
                                  - Davion. Jaka jest – w Domie Odnowy – skuteczność rzeczywistego pomagania tym, co szczerze chcą aby się od nich odczepić i dać wrócić do trucia się?
                                  - Viktor… wiem o co ci chodzi, ale przestań. Ignorujesz to co ją naprawdę męczy. - odparł kapłan Abadara, i położył dłoń na ramieniu Filii - Powiedz mu… po cichu…
                                  Filia zamknęła oczy i odetchnęła kilka razy.
                                  - Myszkowałam trochę… wiesz, po tym jak mi powiedziałeś o naszym pokrewieństwie. Myślałam… "Może to nie takie złe. Może matka Vitkora po prostu przeżyła noc pasji z moim ojcem."... Taty nie było w Evercreast, królestwie, przez cały okres twojego poczęcia i narodzin… Nie ma marginesu błędu.
                                  Kaylie w milczeniu spojrzała na Viktora, choć i jej się to mniej i mniej podobało.
                                  Viktor miał ochotę wytknąć różnice między “ignorowaniem” a “brakiem informacji”... póki Filia nie powiedziała o co rzeczywiście chodzi. Wtedy przestało to być takie ważne.
                                  Spojrzał na nią z jakąś niemocą i powoli rozłożył dłonie.
                                  - Spodziewałem się tych wniosków, do których nas to prowadzi. Przykro mi, że się potwierdziły.
                                  - A mnie jest przykro, że nie potrafię spojrzeć w lustro i nie czuć obrzydzenia i lęku. Że nie kwestionują każdego oddechu który biorę… bogowie.. czy ty… - Davion momentalnie przytulił Filię chowając jej twarz w swojej piersi.
                                  - Ciii… cii… - kapłan Abadara zerknął na Viktora - Naprawdę ją to wstrząsnęło. Stara się być silna, ale nie śpi już któryś dzień…
                                  Viktor patrzył chwilę na scenę… w jego oczach odbijał się siostrzany ból. Szukał w głowie sposobu jak jej pomóc. Jak wymanipulować z tego wszystkiego może odwrócić uwagę coś wyznając, albo…
                                  - Ja… nie mam… ja chciałbym… ehhh… Nie mam tu słów pocieszenia. Nawet nie wyobrażam sobie jak się czujesz. Wiem jak to jest nie móc patrzeć w lustro, ale… mamy kategoryczną różnicę w przyczynach. Wyobrażam sobie, że nic co zrobię, albo powiem nie byłoby w stanie ci teraz pomóc, więc przyjmij proszę, przynajmniej intencję… bardzo bym chciał ci pomóc i jeśli bym był w stanie bym zrobił co mogę, aby to osiągnąć.
                                  Filia siedziała tak chwilę wtulona w Daviona, do Viktora dotarły ciche dźwięki jej chlipania. W końcu się uspokoiła i odsunęła od narzyczone, kładąc delikatnie dłoń na jego policzku. Spojrzała potem twardo na Azazelitę.
                                  - Daruj sobie obietnice o pomocy - spojrzenie Viktora uciekło w dół, by nie ujawnić słabości w nim - Obiecaj mi coś. Mówisz, że Azazel będzie bogiem sprawiedliwości dla tych, których zawiódł system. Udowodnij mi to…
                                  - Jaki test proponujesz? - zapytał z jakąś rezygnacją.
                                  - Daj sprawiedliwość mnie i nasz… naszej… - kobieta zamknęła oczy starając się uspokoić - naszej matce. Dobrze? Obiecaj mi to.
                                  Spojrzenie Viktora wzniosło się. Było twarde, bystre i błyszczały w nim nienawistne iskry.
                                  - Dlaczego – ci się wydaje – zostałem adwokatem w kraju diabłów? - pytał, niemal sycząc przez zęby, gdy pod stołem Kaylie uchwyciła jego dłoń poza wzrokiem innych, gotowa by ją ścisnął.
                                  - Dlaczego – ci się wydaje – właśnie Azazela wybrałem?
                                  - Dlaczego – ci się wydaje – porzuciłem wpływy, bogactwa i moc, by tu przybyć?
                                  - Zostałem adwokatem, bo wpadłem w obsesję. “Jak mógłbym uzyskać sprawiedliwość?”. Dla niej. Wybrałem Azazela, bo obiecał mi właśnie to o co mnie prosisz. A wróciłem tutaj, bo nadszedł już Czas. Prowadzę wiele gier i mam wiele Wielkich Planów, jednak… Na wszystko co kiedykolwiek było mi drogie, na własną przeklętą duszę i wszelkie moje nadzieje… jeśli miałbym spełnić tylko jeden z nich to właśnie będzie sprawiedliwość dla mojej… naszej matki. Tisis Frey.
                                  - Nie wiem co pcha ludzi do podjęcia decyzji takich jak twoja… ale wierzę w twoją motywację. Po prostu… czuję się splugawiona… tak dogłębnie, że nie wiem jak ze sobą teraz żyć. Nie wiem czy sprawiedliwość, czy zemsta czy jak chcesz to nazwać, przyniesie mi ulgę… Ale KTOŚ musi za to zapłacić… tylko. - kobieta starała się uspokoić rzucające nią emocje - Daj mojemu ojcu szansę… przynajmniej, aby to wszystko wyjaśnił.
                                  - Własnoręczne grzebanie matki robi z ludzką psychiką nieprzyjemne rzeczy - odpowiedział, z nieszczerym uśmieszkiem, ale szybko go zmazał z twarzy - Wciąż przyjmuję opcję, że był tylko “oszukanym głupcem”. Widziałem podobnie nieprawdopodobne scenariusze okazujące się prawdą… scenariusz - poprawił się - jeden. Ale to daje mu pewne święte przywileje. Jeśli tylko okoliczności umożliwią to dostanie swoją możliwość wyjaśnień.
                                  - Dziękuję… - Filia powoli zaczęła się uspokajać - Trochę… trochę mi lepiej jak się tym podzieliłam. Przepraszam, że zepsułam tą sytuację moimi… problemami. - komendant uśmiechnęła się, chociaż smutno - Więc… - odchrząknęła starając się zmienić temat - Ktoś zamawia?
                                  Viktor wziął dłuższy wdech… gdy się prostował poczuł opór… to jego dłoń zaciśnięta na dłoni Kaylie. Świadomie zmusił się, aby rozluźnić palce.
                                  - Wybacz, Kruszyno… nie chciałem… - przeprosił, bo dopiero po fakcie poczuł z jaką siłą je zaciskał.
                                  Kaylie jedynie blado się uśmiechnęła na znak, że nie szkodzi, ale Khal mógł poczuć jak pod stołem lekko głaszcze trzymaną wcześniej dłoń.
                                  Wrócił do swego rytuału. Długi wdech… i powolny, prawie świszczący wydech, przedłużony aż płuca zaczęły palić z braku tlenu. Gdy podniósł wzrok miał w nim już swój zwyczajowy spokój i kontrolę.
                                  - Jeśli dobrze pamiętam to miałem swój udział w inicjacji tego tematu… - zagadnął lekko, spoglądając w kartę - Więc roszczę sobie prawo do części “winy”. Ja dziś świętuję moją świątynię. Więc biorę stek… z orzechami… - mówił powoli, na bieżąco zczytując wzrokiem opcje - i rozmarynem. Do niego pieczywo czosnkowe i jakąś sałatkę dla złamania smaku. Kay, coś wpada tobie w śliczne oko? Ah… i, oczywiście, dziś ja się zajmę rachunkiem i jak ktoś mi spróbuje się sprzeciwiać, to klnę się na moją umiarkowaną poczytalność, że przy dramie którą urządzę, ta sprzed chwili wydawać się będzie kulturalną rozmówką o zeszłorocznej pogodzie.
                                  - Chateau de Beaucastel Chateauneuf-De-Pape. - Kaylie powiedziała idealnym galtiańskim - I Crostini z serem Brie i smażonymi figami, proszę.

                                  Kelnerka zamrugała kilka razy i spojrzała do kart dań wertując strony. W końcu zatrzymała się w pewnym momencie i delikatnie ruszała kącikiem ust czytając nazwę wina.
                                  - Oczywiście, milady.
                                  - Dwie butelki. - rzuciła Filia.
                                  - Oczywiście, pani Kom… - dziewczynę zmroziło kiedy zobaczyła spojrzenie Filii - Lady Blackfyre.
                                  - Dobrze i poproszę Terrine z dziczyzny zapiekane w cieście Galtianskim. Wasz kucharz wie o co mi chodzi. - kelnerka zapisała zamówienie. Kaylie spostrzegła, że jej oponentka w ubiorze nawet dobrze wypowiedziała nazwę potrawy.
                                  - Ja poproszę naleśniki z twarogiem i owocami leśnymi, polane miodem. - Filia pokręciła oczami.
                                  - Ten twój elfi metabolizm nie jest wymówką, abyś jadł jak dziecko.
                                  - Zazdrościsz. - kapłan ucałował policzek swej narzeczonej. Kelnerka przyjęła zamówienia i ruszyła w stronę kuchni. Filia zerknęła na Kaylie.
                                  - Faktycznie miałaś na to ochotę, czy chciałaś się pochełpić swoim "szlachetnym językiem"?
                                  - Na co ochotę? - zapytała Kaylie.
                                  - Drogie Galtiańskie wino i potrawę z Galtianskiej części potraw?
                                  - Przypominają mi dom. Nie mam też często na nie okazji, a do tego to nie ja płacę. W domu mogły w piwnicach leżeć, tutaj mi jakieś sikacze ze spelun zostają.
                                  - Myślisz, że czemu poprosiłam o dziczyznę? - Filia uśmiechnęła się kiedy usłyszała "to nie ja płacę" od Kaylie - A ta restauracja jest faktycznie dobra… chociaż nie wiem, czemu narzekasz. Otto pewnie mógłby ci wyczarować każde wino, z każdego planu. - kobieta pokręciła głową - Skoro mowa o tym… czymś. Macie jakieś pojęcie CZEGO on tu chce? Nie robi problemów i kiedy pierwszy raz poruszyłam temat, po prostu odpowiedział: "Odnalazłem to czego szukam od dawna". Ale już minęło… pięć, sześć lat i nic nie zrobił.
                                  - Jego miejsce tak. Ale ja jako najemnik podróżowałam. A co chce... a masz go dość? Miły jest.
                                  - Wiem czym on jest, nawet jeżeli nie możemy tego powiedzieć. Pomysł, że taka istota jest praktycznie w samym centrum miasta nie napawa mnie spokojem.
                                  - Więc nasza obecność jest ci na rękę, bo na pewno póki my jesteśmy... póty nie będzie robił problemów. - wzruszyła ramionami - Może brzmieć jak szantaż, ale tym nie jest. To po prostu tak działa w jego przypadku.
                                  - Tak, wiem. Poczuje się sto razy lepiej jednak, kiedy zniknie. Nawet jeżeli będę trochę tęsknić za jego córkami i jedzeniem. - Filia westchnęła - Właśnie, czy ja dobrze widziałam, że kolejna się pojawiła?
                                  - Wyrastają prawie jak grzyby po deszczu, nie? - zażartowała - Choć to może być bardziej prawda niż się wydaje.
                                  - Nie wiem czy to dobry, czy zły omen. Mimo wszystko miło będzie ją poznać.
                                  - Lawenda ma na imię - wtrącił Viktor, zadowolony, że nie potrzebował – w żadnym momencie – skorygować słów Kaylie. Zgrabnie rozwiązała temat. - Śliczne dziewczę, ale to już tylko potwierdzenie zastanego wzorca. Nie miałem jeszcze okazji jej poznać. Trochę zbyt się ekscytowałem na dzisiejsze wydarzenia, aby zwolnić i złapać ją na kilka słów.
                                  - Lawenda? Ah, Lilia mi o niej opowiadała. - Filia zamyśliła się chwilę - Mówiła, że jest najspokojniejsza i najbardziej dojrzała z nich wszystkich. W sumie dobrze, nie wiem czy bym zniosła kolejnej flirtującej ze mną…
                                  - Flirtują z tobą? - twarz Daviona obrazowała duże spektrum emocji.
                                  - Głównie Lilia, ale Piwonia też potrafi. Czasem trudno odmówić…
                                  Davion otworzył i zamknął kilka razy usta.
                                  - Nie jestem pewny co o tym sądzić.
                                  Filia prychnęła.
                                  - Facet.
                                  - Lawenda istotnie daje wrażenie… hmmm… dojrzałości - dodał Viktor, nie wyrażając swojej opini o tym co Davion powinien sądzić. - Choć to mało warta opinia, w kontekście, że widziałem ją piętnaście sekund i nie zamieniłem z nią słowa. Ha.
                                  - Lilia i mnie chce zapylić. Coś mi się tak widzi. - galtianka stwierdziła bez wstydu.
                                  - Zapewnia mnie, że tak okazuje przyjaźń i ogólne ciepłe uczucia. - oznajmiła Filia.
                                  - Gdyby Otto nie zabronił... - podśmiała się cicho - Byś jeszcze listki wypuściła. - zerknęła na Daviona - Ktoś inny zasadziłby nasionka w twojej narzeczonej.
                                  Mężczyzna się zaczerwienił, a Filia zachichotała.
                                  - Och daj spokój, one nie ściągają sił życiowych z kobiet, więc my mamy wolną rękę. Do tego one nie zasadzają nasionek.
                                  - Więc pozostaje nam szukać innych dawców... Kiedy Davion zasieje?
                                  Mężczyzna zakrztusił się pijąc wino, a Filia sama się zaczerwieniła.
                                  - Niestety… nie jestem w stanie. Lekarze i Kapłani mówią, że nic nie da się zrobić…
                                  - Odpowiednio silna magia kapłańska da radę. Tu pewnie tak silnych kapłanów nie ma. - stwierdziła.
                                  - Mnie… brakuje odpowiednich części… - odparła Filia - Trudno uleczyć coś czego nie ma…
                                  - Nadal można odpowiednią magią zbudować, a w razie co... Pakty działają. - zasugerowała.
                                  - Może kiedyś, ale nie ma pośpiechu… - odparła Filia - A wy planujecie coś? Poważniejszy związek?
                                  Viktor zachichotał dudniąco.
                                  - W poważniejszy związek próbujemy. Na swój własny sposób. A na rozważania dzieci jest trochę za wcześnie po ledwie dwóch tygodniach takich prób.
                                  - Mhm... - Kay nie widziała sensu ciągnąć tematu, kiedy już widziała, że jest on po prostu przegrany. Filia i Davion nie wiedzieli, ale szanse na szczęśliwy związek i potomstwo nie były wysokie dla tej dwójki azazelitów.
                                  - No cóż, jeżeli będziecie potrzebowali zaślubin, wiecie gdzie pytać. - odparł Davion z uśmiechem.
                                  - Skoro o planach mowa, co teraz z tym waszym kościołem? Zbieracie pewnie wiernych, ale… no nie wiem, zaczniesz wymyślać jakieś święta? - Filia zerknęła na Viktora.
                                  - Święta będę raczej ustanawiał na bieżąco… jak coś ważnego się wydarzy, godnego własnego święta. Na pewno pierwszym będzie oficjalne otworzenie kościoła. Ale nie chcę robić nic na siłę. Wolę stawiać na oddolną pracę organiczną. Będę robił swoje, będę świecił przykładem moich wartości, będę pomagał ludziom i wierzę, że to się samo rozrośnie. Jednocześnie muszę pomyśleć o jakimś zewnętrznym finansowaniu… a propos tematu… podobno baron jakieś przyjęcie wyprawia, gdzie pojawią się bardzo wpływowe persony… - pozwolił aby niezakończona wypowiedź pobrzmiewała pytaniem.
                                  Filia zatrzymała się na sekundę.
                                  - Cholera… zapomniałam kompletnie. To już teraz? - komendant westchnęła - Taa, sfinansował jakąś wyprawę do Mwangi i będzie się popisywał co mu tam nie przynieśli.
                                  - Yhym. Z tego co wiem ma być za czte…
                                  - Taka PRAWDZIWA impreza za cztery dni! - podekscytowana galtianka wcięła się Khalowi w słowa.
                                  Filia wydawała z siebie delikatne zawodznie.
                                  - Wieeeeem… nienawidzę takich imprez. Wszyscy są fałszywie uprzejmi i pytają mnie o rzeczy, o których nie chce gadać…
                                  Humor komendant nieco się poprawił kiedy kelnerka zaczęła przynosić potrawy dla gości. Komendant zaczęła częstować się swoim daniem.
                                  - Będą lokalni możni, kilku z okolicznych królestw i jacyś cudzoziemcy spokrewnieni z baronem. Śmietanka towarzyska, rozpoznasz bo wszyscy są bladzi jakby z Ustlav…
                                  - To takie ekscytujące! - Kaylie wydawała się nie słyszeć niechęci komendant - Przyjęcie szlachty, piękne stroje i maniery! Drogie jedzenie! - galtianka się naprawdę w tym zagłębiła i wtuliła w Khala - Powiedział mi, że z nim idę! Tak się cieszę!
                                  - Przynajmniej ktoś się cieszy… - mruknęła Filia.
                                  - Na razie, Kaylie, to my jeszcze nie mamy zaproszeń - studził nieco zapał Viktor, wkrajając się w swój stek. Mięso bardzo przyjemnie rozstępowało się pod nożem.
                                  - Znałabyś może kogoś, komu mógłbym się podlizać, aby je dostać? - zapytał wznosząc spojrzenie na Filię.

                                  - Ha, ha, ha… - odparła sucho komendant - Załatwię wam te zaproszenia. Tylko proszę nie rób żadnych scen… już i tak będę się czuła nędznie…
                                  - Będę tam w interesach, a nie dla przyjemności, więc raczej nie musisz się o to martwić. I dziękuję. Wiele mi to ułatwia.
                                  - Będzie idealnie! - Kaylie nawet zapomniała o swoim posiłku będąc tak podekscytowaną. Silnie przytuliła Khala, jakby chciała miłością z niego życie wycisnąć. - Mogę się tobą opiekować! - rzuciła w stronę Filii.
                                  - Super… w sumie możemy się lepiej przygotować na to przyjęcie. Zwalimy facetów z nóg?
                                  - Tak! - radośnie zgodziła się Kaylie.
                                  - Drogie panie…. już jesteśmy zwaleni. Przy czym – oczywiście – wyczekuję z niecierpliwością czym nas zaskoczycie na przyjęciu.
                                  - A kto mówi o was? - odparła Filia - Już udowodniliście, że wasza opinia jest nic niewarta. Miałam nosa przygotowując zaklęcie, ale nie jesteście nawet warci zachodu.
                                  - Wiadome było, że będą kłamać. - machnęła ręką.
                                  - Nawet nie zamierzam zaszczycić tych oskarżeń obroną - Viktor wgryzł się w kęs swojego zamówienia i mruknął zadowolony - Mój stek jest wyśmienity. Jak wasze zamówienia?
                                  - Byłyby lepsze gdybyście bawili się z nami w ten konkurs kreacji, myśmy się specjalnie starały, a twardzi faceci stchórzyli. - mruknęła galtianka.
                                  - Miałoby to sens tylko i wyłącznie przy kategoryzacji względem płci - odpowiedział Viktor, odkrawając kolejny kawałek - Niemożliwe jest porównanie mody męskiej z żeńską bez wchodzenia w stosunkowo dziwne obszary. Jakbyś mi sie pochwaliła w czym przychodzisz to dobrałbym kreację współgrającą i uzupełniającą się z twoją, ale nie dostałem takiej możliwości.
                                  Filia pokręciła głową.
                                  - Odpuść sobie Kaylie, większe szanse masz w wyjaśnieniu konceptu koloru ślepej osobie. - zerknęła na talerz Galtianki - Dasz spróbować swojego?
                                  Galtianka podsunęła swój talerz Filii.
                                  - Chciałyśmy wiedzieć, która z nas będzie lepiej i bardziej szlachecko wyglądać od drugiej w waszych oczach, nie która para będzie bardziej pasująca ubiorem do siebie.
                                  - I wyszło, że jesteśmy sobie równe. Jak na faceta, który twierdzi, że jest obrotny, mało rozumiesz kobiety, Viktorze. - Fillia ugryzła kęs dania Kaylie i oddała spowrotem talerz - Dobre, weź zjedz bo szkoda, aby się zmarnowało.
                                  - Kiedyś coś takiego twierdziłem? - zapytał między kęsami i wzruszył ramionami. Powoli przestawała mu się podobać ta dwuosobowa obława na niego. - I chciałbym głęboko oprotestować bezpodstawne zarzuty o kłamstwo - bardziej prosił, niż karcił, a głos miał spokojny i serdeczny - Same zorganizowałyście zawody, ich zasady i ustanowiłyście parzystą liczbę głęboko nieobiektywnych sędziów. Wyniki wam nie pasują? Same jesteście sobie winne. Pretensje nie do mnie.
                                  /- To nie tak jakbyśmy miały wybór. Większość osób wolałaby być po dobrej stronie komendant Blackfyre, więc i to nie byłoby szczere. - Kaylie burknęła i włożyła do ust kawałek crostini
                                  - Dlatego proponuję, abyśmy poszły po całości. Słowa kłamią, ale oczy i ciała już mniej. - odparła Filia.
                                  - Czyli przyjdziesz odkryta? - zapytała galtianka.
                                  - Dziękuję za komplement. - odpowiedziała Filia z uśmiechem - Ale pamiętaj, wyobraźnia jest silniejsza. Odkryj tyle, aby umysł sam zaczął wypełniać luki.
                                  - Hej… - zaczął Davion, a Filia zamknęła jego oburzenie pocałunkiem.
                                  - Cii… lubisz kiedy ubieram się tylko w moją zbrójkę…
                                  - Przecież to rani ciało... - zaprotestowała Kaylie.
                                  - Dlatego nie noszę jej długo. - Filia mrugnęła do Galtianki, a Davion postarał się zniknąć we własnym posiłku.
                                  - Pożycz mi go! - radośnie poprosiła Kaylie - Zawsze chciałam by mnie elf miał!
                                  Komendant pacnęła Galtiankę po czubku głowy.
                                  - Już spokojnie. Wy możecie mieć luźną interpretację związku, ale my nie. - ton Filii był stanowczy, ale nie surowy - Poza tym, masz Ferna.
                                  - Upodobania Ferna nie są ze mną kompatybilne... Więc chciałabym Daviona spróbować. Najemnicy to co innego i zazwyczaj elfa w nich nie uświadczysz za dużo, a na pewno nie rasowego.
                                  - No niestety, ten jest mój i nie masz niczego co by mnie zainteresowało na tymczasową wymianę.
                                  - Przepraszam?! - Davion nie chował oburzenia bycia traktowanym jak przedmiot.
                                  - Mogę pożyczyć mojego faceta. Jest naprawdę dobry w łóżku. Czy gdziekolwiek indziej się legnie. - zaoferowała galtianka.
                                  - Tak, brałam go pod uwagę i nie, nie jest wart.
                                  Niewidzialny Fisuś pod stołem zastrzygł uszami nerwowo, czując emocje Khala.
                                  - CO!? - kapłan Abadara wydawał się tracić zmysły.
                                  - Cicho kochanie, poważne sprawy kobiet omawiamy. - Filia wróciła do Kaylie - Więc wybacz moja droga, Viktor może i kręci ciebie, ale jest za stary na moje upodobania… czy czasem ten cały Harpeness nie miał jakiegoś elfa w swojej trupie?
                                  - Po prostu daj im sobie pogadać… - Viktor machnął dłonią do Daviona lekceważąco, bardziej zainteresowany swoim stekiem niż psiapsiółczymi bla-blaniami. - To nie tak, że którakolwiek z nich mówi poważnie.
                                  Kaylie spojrzała na Viktora jakby zasmucona, że nie wywołała w nim zazdrości i silnej reakcji jak Filia w Davionie.
                                  - Nie mój typ. - szturchnela głową policzek Khala, chcąc by jakoś zareagował - Nie przeszkadzałoby ci, gdybym z Davionem się przespała?
                                  Odpowiedział własnym i wesołym szturchnęłam swoim policzkiem jej głowy.
                                  - Przeszkadzałoby, jak najbardziej… Ale nie uświadczysz ode mnie tego uroczego oburzenia. Niekoniecznie jestem wciąż do niego zdolny. To wymaga pewnej… niewinności, której od lat nie posiadam. Ty ją, Davionie, wciąż masz. Na lepsze, na gorsze… ale masz. Zachowaj ją. Gdy ją tracisz coś w tobie umiera i już nigdy nie jesteś taki sam. Można by argumentować o większej samokontroli, ale to puste słowa cyników podobnych mnie, ale mniej niż ja samoświadomych.
                                  Galtianka bardzo posmutniała na te słowa. Były one dla niej przyznaniem, że nie ma szans na to o czym marzyła. Na prawdziwe emocje z książek. Na to wszystko na czym została stworzona jej bajka.
                                  - Znaczy... - zaczęła ostrożnie - nigdy nie pokażesz tego oburzenia kochanka?
                                  - A sprawisz kiedyś, że w ciebie zwątpię?
                                  - Więc nigdy... - westchnęła boleśnie z wyraźnym smutkiem malującym się na twarzy. Miała głęboką nadzieję, że otrzyma coś tak książkowego.
                                  - Pamiętasz golema-masażystę? Wtedy miałaś “oburzonego kochanka”. Podobało ci się to? - zapytał lekko, znów wkrajając się w stek.
                                  - Na pewno było urocze jak źle zrozumiałeś sytuację. - wróciła do posiłku i napełniła kieliszek alkoholem - Więc zabawne w retrospekcji.
                                  - Więc czy chciałabyś abym częściej tak źle rozumiał sytuację? Jakbym teraz się oburzył o coś co misinterpretowałem, to byłabyś teraz z tego zadowolona?
                                  - Bym widziała, że ci zależy... Że jesteś naprawdę mną... zaaferowany i... czasem po prostu tracisz głowę w uczuciach.
                                  Kaylie wyginała palce nerwowo pod stołem, czując się jednocześnie głupio, jak i zestresowana możliwą odpowiedzią.
                                  - Raz straciłem głowę. Źle się skończyło. Dla wszystkich zaangażowanych i jeszcze kilkorga postronnych. Nigdy więcej. Musisz się zadowolić czynami które są moim wyborem. Wyjście do teatru. Zabranie ciebie na przyjęcie u barona. Ciągła praca emocjonalna z tobą, którą przyjmuję bez przymusu i z satysfakcją, ale dla kogoś innego nie miałbym motywacji aż tak się starać. Nawet w ten zakład z braćmi-barbarzyńcami wszedłem, co jest stricte dla ciebie i twojej przyjemności. Wymieniać dalej?
                                  Kaylie patrzyła w dół na swoje dłonie. Marzenie zostało odkopane z drogi jak śmieć ją zagradzający. Nie będzie wyłączności, nie będzie pięknych emocji jakie nim zawładną, tracenia dla niej głowy. Po prostu... nie.
                                  - Nie... - szepnęła unikając jego wzroku - Rozumiem. - wróciła do powolnego przeżuwania jedzenia.
                                  Viktor przechylił głowę w bok i ugryzł się w język. Nie tutaj…
                                  - Kaylie, to nie jest rozmowa na teraz. Ale zależy mi na tobie i dbam o ciebie. Wierzę, że widzisz to każdego dnia, nawet jeśli teraz skupiasz się bardziej na moich słabościach i rzeczach które straciłem lata temu.
                                  Spojrzał na Daviona z Filią przepraszającym spojrzeniem, ale nie zwerbalizował tego gestu.

                                  A Fisuś – pod stołem – coraz bardziej i bardziej kusiło, aby ugryźć Kaylie w łydkę.

                                  Davion i Filia patrzyli po sobie widząc interakcję między parą. W końcu komendant się odezwała.
                                  - Słuchajcie, nie moje miejsce mieszać się wasze relacje. Sądzę jednak, że potrzebujecie mediatora. Kogoś kto pomoże wam rozgryźć swoje emocje do siebie i przekazać je bez wylewania ich…
                                  - Doceniam próbę pomocy… - odpowiadał powoli Viktor - Może to rozważymy, ale to nie jest ten dzień.
                                  - Po prostu mówię, może dla was to działa, ale patrząc z zewnątrz… zdrowsze relacje widziałam między dziwkami i nowymi klientami.
                                  Viktor uniósł brew w powątpiewaniu po czym weschnął zrezygnowany, na moment pozwalając swojej głowie nieco opaść. Szanse na konstruktywny wieczór malały i malały, ale niech im będzie.
                                  - Odnosisz się do czegoś jeszcze, poza ostatnią minutą interakcji? Bo jeśli tylko o niej mówisz to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że twoje słowa były odrobinkę przesadzone.
                                  - Sądzisz, że potrzeba czegoś więcej niż oczywista asymetria w związku, aby zobaczyć, że coś jest nie tak? - Filia spojrzała na Viktora - Mówisz, że myślicie, aby związek był "poważniejszy". Co to oznacza z twojej strony?
                                  Viktor skrzywił się niezadowolony, ale szybko zmazał ten wyraz twarzy.
                                  - Zaznaczam, że to ty chciałaś wejść na ten temat. Asymetria nie oznacza nic. Każdy związek jest bardziej lub mniej asymetryczny, więc jeśli to jest stosowane jako zarzut “w moim kierunku” to najpierw to omówimy. Więc temat: dlaczego, asymetria – inherentnie – ma być czymś “nie tak”?
                                  - Nie mówię, że jestem specjalistką w tej sprawie. Ale wiem czemu jestem szczęśliwa w swoim związku. Asymetria, masz rację zawsze istnieje. Zapewne znasz się na handlu, więc koncept zysku i straty jest ci znany. Kaylie otrzymuje od ciebie ciepłe słowa, wsparcie, w zamian ogranicza się do bycia tylko z tobą i upewniania się, że nie zezłości cię i robi jak zechcesz. Czy możesz powiedzieć, że tak samo to wygląda w sprawie twojego wkładu w ten związek?
                                  - To już jest odejście od generalnej rozmowy o czymś zewnętrznym i wejście na tematy głęboko personalne. Nie sądzę, aby to był dobry moment na nią - zdawkowym gestem głowy wskazał wciąż przybitą Kaylie - Zachęcam ciebie jednak do znacznego zdystansowania się od sytuacji. Ja dziś tylko powiedziałem, że nie jestem nastoletnim księciem z bajki, którego da się wmanipulować w brak zaufania do partnerki, “bo to takie romantyczne”.
                                  - Nie to miałam na myśli. - odparła Filia - Ale dobrze, chcesz ogólniki czemu asymetria jest zła? Bo nikt nie jest naiwny na zawsze. W końcu ktoś zauważy, że w związku więcej daje niż otrzymuje i jeżeli różnica jest duża, zacznie to rodzić niepokój, gniew i zawiść.
                                  - Filio... - Kaylie odezwała się w końcu - To... to nie jest tak jak myślisz... Ja się zgodziłam na to, tylko... jest ciężkie... Khal mi daje naprawdę dużo wsparcia jakiego od nikogo nie otrzymywałam... Opiekuje się mną, czego też nie miałam. Znosi moje nagłe akcje i pomaga mi pożary ugasić…
                                  - Kaylie, ja tego nie neguję i widzę, że nie do końca jesteś tak szczęśliwa jak byś chciała. Coś się gnębi, ale nie będę naciskać. Viktor zapytał mnie o coś, to dałam odpowiedź.
                                  Vikor zemł w ustach adwokacką formułkę o słowach i ich intencjach, albo kto faktycznie zaczął temat i w niego lgną. Kogo by to miało obejść?
                                  - Doceniam, Filio, że zależy ci na Kaylie na tyle, aby ten temat poruszyć. Czy możemy uznać temat za zamknięty, przynajmniej na dzisiejszy wieczór?
                                  - Oczywiście, złych intencji nie miałam, ani nikogo nie chciałam oskarżyć. Dla mnie wyglądało jak brak doświadczenia, który może zaszkodzić czemuś pięknemu.
                                  - Rozumiem Filio i wiem, że chciałaś dobrze - odpowiedział Viktor, powstrzymując jad, który chciał się wylać przez jego głos i ton. - Mieliśmy plany na dzisiejszy wieczór… chciałabyś już do nich przejść, czy wolisz mi opowiedzieć o co chodzi z tymi robotami na rynku, przed ratuszem?

                                  Zaczął rozmowę na zupełnie inny temat, aby uratować jeszcze to spotkanie i dać Kay czas i przestrzeń. Nie podobało mu się, że musiał sięgnąć po “techniki”. Miał nadzieję na zwykłą, towarzyską rozmowę o niczym. Bez nieszczerości, czy wyrachowania. Miał nadzieję… zbliżyć się do siostry? Ta myśl pobrzmiewał obco w jego głowie.

                                  Powoli wyratował sytuację. Nie była tak beztroska na jaką liczył i cień pozostał na spotkaniu.

                                  Kilka godzin później przeszli w końcu do rozmowy o straży. Wymianie doświadczeń i obserwacji. Analogii i różnic między strażą miejską, a kancelarią Viktora w Cheliax. To był dopiero początek. Goodmann ostrzegał, że to będzie seria dłuższych spotkań, ale Filia była chętna, otwarta i inteligentna. Szybko chłonęła wiedzę, nawet bez Viktora wykładającego jej ją na talerzu. Nie miał wątpliwości, że – z jego pomocą – Filia da radę z największymi wyzwaniami.

                                  Komendant straży słuchała uważnie porad adwokata i o ile miała kilka uwag, wydawała się akceptować jego sugestie, nawet jeżeli nie zaimplementuje ich od razu.
                                  Dwie pary rozeszły się w dobrych humorach i propozycji, aby zrobić z tego może cotygodniowe zdarzenie, szczególnie jeżeli Viktor stawia.

                                  Wyrwanie

                                  Kaylie stała pod ścianą restauracji ze spuszczoną głową, czekając aż dwójka azazelitów pozostanie sama. Wyglądała jak zawstydzone dziecko, jakie ma powiedzieć ojcu, że nie zachowywała się grzecznie i pewnie dostanie w tyłek oraz nie będzie słodyczy następny miesiąc.

                                  Viktor patrzył na nią z intensywnością która tylko… malała. Był zły. Był niezadowolony i przez dłuższą chwilę zdążył już żałować, że w ogóle zabrał Kaylie na tą kolację. I o ile przed chwilą był pewien, że da jej po uszach i potencjalnie wrócą osobno do Dworu… to ta złość szybciej w nim topniała niż Filia z Davionem znikali w mroku nocy.
                                  - Uhhh… - spuścił powoli powietrze, godząc się, że nie ma już w sobie “pary” by ją skarcić. - Dzięki, że się za mną wstawiłaś. Myślałem już, że sam zostałem z tymi nie-zarzutami.
                                  - To jedyne co mi pozostało... - wymamrotała unikając patrzenia Khalowi w oczy - Ja... Przepraszam, że zepsułam... Nie tak miało być..
                                  - Nie chciałaś źle i – ostatecznie – nie skończyło się źle. Możemy udawać, że się nie wydarzyło.
                                  Podszedł bliżej i wsunął w zasięg jej widzenia swoje ramię. Ujęła je nieśmiało i ruszyli w powolną wędrówkę nocnym miastem.
                                  - Czujesz się jeszcze na wyczarowanie bramy świątynnej i tylnych drzwi? Materiały są ciężkie i nieporęczne, ale wolałbym nie ułatwiać potencjalnym złodziejom.
                                  - Obiecałam, więc to zrobię. - powiedziała pewnie, choć patrzyła na Viktora z wyraźną nutką przestrachu... Niepewności?
                                  Viktor westchnął zmęczony nieco.
                                  - Kay… wyjaśnij mi co ci po główce chodzi?
                                  - Że jesteś na mnie teraz tak zły. Że przekroczyłam granice. Że jesteś już tylko dla mojej magii, a tak będziesz chciał ode mnie uciec, bo znowu zawaliłam wszystko. Że to moja wina, zniszczyłam kolejny związek... - galtianka zapętlała się.
                                  Viktor uchwycił Kaylie za podróbek i pchnął ją w ścianę kamienicy. Była w tym pozorna moc, ale… w jakiś sposób wynikała ona z jakiejś woli i inicjatywy, a nie rzeczywistej siły. Zamknął jej usta pocałunkiem. Długim aż dech odrobinę straciła.
                                  - Byłem zły, ale już nie jestem - powiedział cichutko, ledwie oderwawszy swoje usta od jej. Kaylie była jednocześnie zaskoczona, jak i bardzo podekscytowana. Jej obawa w oczach przerodziła się w rozanielenie tym nagłym uczuciem, jakie spowodowało drżenie na ciele. Wyglądała jak dziewczyna co właśnie została po raz pierwszy pocałowana przez nowego chłopaka.
                                  - I wciąż oferuję ci wsparcie i opiekę. Znoszenie twoich “nagłych akcji” i gaszenie pożarów. Wiem, że nie chciałaś. I wszystko wyszło dobrze. Zależy mi na tobie i jedno potknięcie nie starczy aby to zmienić. Rozumiesz?
                                  - T... tak... - szepnęła gdy rumieniec pojawiał się na jej policzkach, jaki zakryła dłońmi we wstydzie - ...tak mężatki łowiłeś...
                                  - Zdarzało się - przytaknął cicho i odsunął się nieco, aby móc spojrzeć jej w oczy. - Już dobrze w główce?
                                  Pokiwała lekko głową.
                                  - I naprawdę podoba ci się suknia?
                                  - Yhym… - kiwnął głową, zaplatając jej dłoń znów wokół swojego przedramienia i kontynuowali powolny powrót. - Nie sądziłem, że uda ci się coś takiego zorganizować. Lady Barabii pracuje teraz dla zwykłych ludzi. To coś odłożonego? Jakaś pamiątka?
                                  - Nie mów nikomu, ale to zlepek z tanich produktów. Ta siateczka jest z firanek, po prostu jej nadałam koloru. Lady Barabii kanibalizowała co miała i swoim kunsztem nadała kształtu ukrywając czym oryginalnie było! - powiedziała rozemocjonowana.
                                  - I w jeden dzień dała radę? Ho ho… No to gratulacje. W mojej opinii zwycięstwo a to jeszcze tylko podkreśla je. Dobra robota.
                                  - To jej zasługa, nie moja. Główny materiał też taki jak biedniejsi mają. - powiedziała z jakąś dumą, że nikt nie zauważył - Oczywiście zapłaciłam. I powiedziałam, że następnym razem przyniosę lepsze materiały.
                                  - Hmmm… może, z czasem, uda się jeszcze jej na tym skorzystać. Jakby to odpowiednio sprzedać… i właśnie dać wcześniej odpowiednie materiały… można by jej pomóc wrócić do pracy dla szlachty. Należałoby się jej to. Cieszę się, że tak się to potoczyło.
                                  - I tyle historii mi o małym Khalim opowiedziała! - zachichotała.

                                  Wyrwanie

                                  Stara Sonia, która kiedyś była Lady Barabii, wcale nie wymagała wiele przekonywania aby przynajmniej spróbować z suknią dla Kaylie. Wciąż czasem – głównie nocami – przyznawała przed sobą, że tęskno jej do czasów gdy tworzyła cuda szlachty, zamiast cerować kieszenie i łatać dziury pospólstwu. A jak Galtianka, jeszcze nim temat zdążył zostać poruszony, zaproponowała kwotę o którą Barabii dziś nawet nie śmiała by prosić, jednocześnie godząc się z możliwością porażki… poczuła się prawie jakby wytrącono jej z rąk wszelkie argumenty, by nie zjeść podwójnej porcji lodów w ramach śniadania…

                                  A gdy weszła w pracę… z czasem język jej się rozwiązał. Khala może tu nie było, ale jego towarzyszka przyniosła… jakąś jego aurę? I nawet ten jej skrawek przypominał jej o szczęśliwszych czasach.

                                  - Aaa… Tisis, powiadasz. Dzielna była dziewucha. Jedna z takich co się patrzyło i zastanawiało “skąd w niej tyle siły?” Nie myśl sobie… moja praca też była niełatwa, ale miałam wtedy jeszcze wiele szczęścia. Ale ona? Ona sama nauczyła się po dachach chodzić! Za parę miedziaków kominy czyściła. Połowę tego co prawdziwi kominiarze. A sadzy zabrać ze sobą z komina i dwa wory wielkie dawała radę. Ludzie myśleli “o taka, biedna i wdzięczna, że jeszcze dla nas sprząta”. Ale, ona głupia nie była. Tę sadzę potem w brykiet przerabiała.
                                  Stara Sonia uśmiechała się w czasie pracy, oczami wspomnień widząc lepsze czas.
                                  - Pokazała mi kiedyś. Oczy aż świeciły się jej z radości, bo w końcu znalazła proporcje co rzeczywiście działały. Jak ona to robiła? Hmm… na pewno kruszyła tę sadzę na mąkę prawie. Mieszała z trocinami, które Khali podbierał z tartaku. Takimi mokrymi i ciężkimi od żywicy w nich. Jeszcze z kruszonym węglem. Trochę popiołu, nie rozumiem po czemu, a na koniec wody i łoju ze świec, co po pół miedziaka kupowała. Pewnie jeszcze coś było, czego dziś już nie pomnę. Ale pokazała mi. Kuleczki. Ładne. Prawie błyszczące. Małe jak śnieżki i twarde jak.. no może nie “jak kamień”, ale w rękach nie rozkruszysz. A jak ona wtedy wyglądała.. ho ho! Cała umorusana w tej czerni. Ręce, twarz, szyja i pod nią, jakby ją górnik w obroty wziął! Kilka dni spod paznokci tego wymyć nie mogła, a nawet jedno oko jej się czerwieniło jakiś czas od tego wszystkiego.

                                  Wyrwanie

                                  - A Khali… no… o nim to mniej ci opowiem. On częściej się przy ścianie bawił, gdy Tisis uwagę poświęcałam. Albo moja Zoryenka go zabierała gdzieś. Oj, jak on wtedy promieniał, kiedy ona go brała. - Staruszka na moment przestała szyć i uśmiechnęła się tak, jakby pod sufitem rozgrywały się właśnie tamte dni. - Ona by więcej historii miała do opowiedzenia. Jak to się wszystko skończy i Khal już ją uratowaną będzie miał to sama ci nagada.

                                  - Ale jedno pamiętam. Czas taki był… Khali miał z siedem lat. Może osiem i w głowę mu weszło, że generałem będzie. Wojennym prawdziwym. I ćwiczyć zaczął. Tylko z kim miał musztrę robić, jak inne dzieci wolały biegać i się korzeniami traw obrzucać? No to sobie sam zebrał armię. Ze dwa tuziny ślimaków na murku i krzyczał na nie, że mu formację łamią. A innym razem jakiś chłopak od Zoryi go przyłapał, jak do wypolerowanej pokrywki od garnka miny ćwiczył. Takie poważne. Generalskie. Oh, jak się naśmiewali z małego Khaliego, aż trochę przykro się robi jak teraz wspominam…

                                  Wyrwanie

                                  - Byłeś taki słodki, taki niewinny. - wtuliła głowę w szyję Khala - Generał ślimaczej armii.
                                  Viktor zmarszczył brwi w konsternacji.
                                  - O czym ty… - zająknął się i zamilkł z intensywną mimiką. - Ah… ja… nie pamiętałem tego - powiedział powoli, wciąż zalewany szczegółami dawno utraconego wspomnienia. - Ahh… - zakrył dłonią górne pół twarzy w zażenowaniu. - To nieuczciwe, że ja nie mam kogo wypytywać o twoje wstydliwe historie!
                                  - To nie moja wina! Choć Zorya pewnie ma więcej ciekawych historii do opowiedzenia o Khalim! - powiedziała z wyraźną radością na możliwość.
                                  - To… muszę wprowadzić to jako dodatkowy koszt do rachunku zysku i strat z całej tej akcji. Ale tak. Aż mnie nieco stres łapię gdy pomyślę jakie historie jeszcze te dwie mogą pamiętać, które ja dawno wyrzuciłem z głowy. Hah.
                                  - To będzie urocze! Poznać prawdziwą część Khala!
                                  Viktor uśmiechnął się tylko odpychając od siebie chęć wytknięcia dramatycznej różnicy między Khali-przed-procesem i tym po. Nie chciał psuć tego uśmiechu na jej twarzy.
                                  - Jak tylko ją z tego wyciągnę będziesz mogła podjąć próby wywiadowcze. Zobaczymy czy coś z niej wyciągniesz.

                                  Milczenie przedłużyło się po tym temacie, choć wyraźnie coś gryzło Kaylie, ale dopiero po dłuższym czasie to z siebie mogła wywalić.
                                  - Czy ty ją kochasz?
                                  Viktor nie od razu wiedział jak, w ogóle, odpowiedzieć.
                                  - Narodziłaś się w jedwabiach. Nie zrozumiesz jak to jest pierwszy raz poczuć się człowiekiem gdy całe życie byłaś szczurem. Po prostu uznaj, że czuję się jej dłużny tak bardzo, że wyciągnięcie jej z tej sytuacji nie starczy by go spłacić. Brzmi to rozsądnie w twojej główce?
                                  - Rozumiem, ale... to nie odpowiada na pytanie. Skoro jest tak ważna dla ciebie mogłaby być o wiele lepszą partią niż ja byłabym kiedykolwiek i oboje to wiemy. - powiedziała smutno, choć poważnie.
                                  - Ona jest… zbyt czysta. Zbyt niewinna. Nawet musiałem jej obiecać, że nie zabiję Hieronima, jeśli to nie będzie konieczne. Bałaby się mnie jakby poznała kim – naprawdę – jestem. Więc całkowicie się tutaj mylisz. Skąd to pytanie?
                                  - Chcę wiedzieć... czy nie będę przeszkodą jak się pojawi... - wymamrotała. wyraźnie wciąż mając w sobie niepewność i poczucie nieadekwatności.
                                  - Ja… nawet nie bardzo wiem jak na to odpowiedzieć. Popełniasz tutaj błąd kategoryczny. Ona nie jest potencjalnym jagnięciem, ani członkinią rotacji. Nie postrzegam jej jako możliwej partnerki. Ty nią jesteś i nie chcę tego zmieniać.
                                  - Ale jest bardziej ważną osobą w twoim życiu niż ja kiedykolwiek... Bo znamy się ledwo ledwo. A to osoba z twojej przeszłości, istotna osoba, jaka ci pomogła przeżyć i ukształtować się... Fisuś o niej nawet wspominał... - przypomniała sobie jak chowaniec o niej mówił jeszcze na wyprawie.
                                  - Nie wiem co ten gamoń ci o niej mówił, ale rozmówię się z nim na temat paplania… Może w ten sposób spróbuję to wyjaśnić… Lady Barabii też jest dla mnie ważna. Znam ją dłużej od ciebie i bardzo wiele jej zawdzięczam. Czy czujesz jakbyś nam “była przeszkodą” w jakimś sensie?
                                  - Nie miej mu za złe, on serio chce dobrze dla ciebie... Ja po prostu potrafię być czymś, co jest przeciwnością twojego dobrego samopoczucia... I nie czuję w jej sensie.
                                  - Dlaczego nie?
                                  - Bo... Nie sądzę abyś kiedykolwiek widział ją jako osobę interesującą seksualnie. - wytłumaczyła z zażenowaniem.
                                  - Czyli zgadzamy się, że nie każda kobieta z pulsem musi być dla mnie interesująca seksualnie, tak?
                                  - Ale jej córka to nie każda kobieta z pulsem...
                                  - Kaylie… Przestań walczyć z moimi słowami, zacznij słuchać co rzeczywiście mówię. Bo mówię tobie, po raz czwarty, że nie postrzegam Zoryi jako potencjalną partnerkę. Rozumiesz wreszcie? - zapytał z lekkim naciskiem.
                                  - Przepraszam, że jestem tak zazdrosna...
                                  - W porządku. Przeżyjemy to. Musisz tylko zrozumieć, że wybrałem ciebie i nie był to przypadek, ani nie jest to “na przeczekanie”. Nie jesteś “póki się lepsza nie trafi”. Hmm?
                                  - Tylko w sumie to tak szybko było... Miałeś wiele partnerek. pewnie sporo sądziło, że jest na dłużej. Jaka teraz różnica?
                                  - Partnerek? No niech będzie. Różnica jest taka, że nigdy nie oferowałem próby. Oferowałem zabawę. Przyjemnie spędzony czas. Wejście do wyższego świata, nawet jeśli tylko na chwilę. To nigdy nie była “próba” niczego. Zawsze, od samego początku, było tylko na chwilę i nie próbowałem im wmawiać nic innego.
                                  - I wszystkie to zawsze tylko za to widziały?
                                  - Jeśśśli… rozumiem o co pytasz… to niektóre wyobrażały sobie, że są bohaterkami romantycznej powieści i przypisywały sobie wielką wyjątkowość. Taką, by spodziewać się, że zmienią moje danie. Zwykle, szybko wypadały z rotacji. Były problematyczne.
                                  - Zajmijmy się tymi drzwiami, co? Chcę odpocząć w łóżku... Będziesz spał obok? - zapytała nagle z nadzieją, urywając temat.
                                  Viktor przytaknął, bo istotnie zbliżali się już do świątyni.
                                  - Poczekam aż zaśniesz, a resztę nocy będę pracował o wyciągnięcie ręki od ciebie.
                                  - ...czy kiedyś będziesz ze mną zasypiał? - zapytała ze smutkiem.
                                  - Kay. Możliwe, że na przyjęciu barona uda mi się znaleźć patrona, który by finansował kościół i zdejmie z moich barków ten obowiązek, ale nie zmieni to wtedy tego jak wyczerpujący emocjonalnie jest dla mnie sen.
                                  - Dlaczego? Sen z kimś kto cię będzie chronił emocjonalnie?
                                  Wzrok Viktora złagodniał i posmutniał jednocześnie.
                                  - Kruszyno. To z kim śpię nie ma nic do mar które mnie nawiedzają we śnie.
                                  - Dla mnie to ma znaczenie. Nie czuję się z tobą samotna i pozostawiona bez opieki... Nawet jeżeli koszmar się pojawi to po przebudzeniu czuję, że nie jestem porzucona i zdana na siebie samą. Że komuś zależy na mnie i będzie się opiekował jak zajdzie potrzeba... wtedy koszmary... są łatwiejsze do przetrwania ich.
                                  Viktor zmarszczył brwi w niezadowoleniu.
                                  -I… to, że pracuję dziesięć cali od ciebie, zamiast na nowo przeżywać moje własne koszmary, w jakiś sposób inwaliduje te wszystkie razy rzucałem wszystko aby ci pomóc i się tobą zaopiekować?
                                  Kaylie spojrzała zaskoczona nagłymi słowami Khala. Nie spodziewała się ich.
                                  - Khal... - zatrzymała się i położyła dłoń mu na policzku - Ja po prostu mówię jak sama sobie radzę, jak dużo mi daje przebywanie z tobą blisko i miałam nadzieję, że i tobie by to ulgi mogło dać. Nie chciałam cię do niczego zmuszać, a jedynie podać mój sposób... Ja nie cierpię, jako że koszmary bym miała, choć po przebudzeniu łatwiej mi z nich się otrząsnąć, gdy jesteś chociaż w tym samym pokoju.
                                  Spojrzenie Viktora złagodniało.
                                  - Próbowałem sobie z nimi radzić na tysiąc i dwa sposoby. Wszystkie zawiodły, albo koszta były gorsze niż same koszmary. Od ponad dekady śpię po dwie godziny, co dwa do pięciu dni i radzę sobie wystarczająco. Doceniam twoje próby pomocy, ale są one bezcelowe, poza samą deklaracją intencji.
                                  Kaylie patrzyła z prawdziwym smutkiem, ale skinęła głową na zgodę.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • AbishaiA Niedostępny
                                    AbishaiA Niedostępny
                                    Abishai jako Abishai
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #151

                                    Baltizar w milczeniu przyglądał się roślinie próbując… zrozumieć jej znaczenie. A roślina w odpowiedzi łypała na niego swoimi rozlicznymi oczkami, zarówno gadzimi jak i owadzimi jak i ludzkimi. I kłapała paszczami.
                                    Gnom ignorował te próby zastraszenia go przez przedstawicielkę flory, nadal nie mając pojęcia dlaczego ta roślina znalazła się w jego pokoju. I kto ją przyniósł. Gnom wszak nikomu nie wspomniał, że lubi “kwiatki”. Bo i nie skłamał w tej kwestii. Niespecjalnie bowiem przepadał za zielonymi organizmami, zwłaszcza jeśli zerkały na niego i oblizywały liczne paszcze gnijącymi jęzorami.
                                    Westchnął głośno postanawiając zignorować nowy dodatek do pokoju. Nie lubił szczególnie roślin czy kwiatków, ale też nie żywił wobec nich niechęci. Obecność nowego obiektu w pokoju nie stanowiła więc żadnej różnicy dla niego.
                                    Dlatego więc bajarz zabrał się za swoje poranne rytuały. Karta została wyciągnięta.
                                    Karta przedstawiająca szlachciankę zbierającą krew z odciętej głowy na winogrona.

                                    text alternatywny

                                    Karta zdrady. Karta o wielu znaczenia. Karta samolubstwa. Karta zazdrości prowadząca do zagłady. Karta pięknej osoby kryjącej zgniłe serce… tych gnom ostatnio znał wiele. Jedna karta byłaby za mało na podpowiedź. Gnom schował kartę w talii uznając, że odpowiedź przyniesie czas. Na razie miał wiele do zrobienia.

                                    text alternatywny.

                                    Budowla świątyni była przedstawieniem. Popisem jednego aktora, którym był naczelny kapłan kultu. Gnom był zadowolony. Z tego że budynek powstał i z tego że nie musiał brać udział w tym cyrku. Zdecydowanie wolał pozostawać w cieniu, więc cieszył się że to kapłan woli pławić się w blasku i wystawiać na cel. Zgodnie z rolą jaką przyszło mu pełnić.
                                    Nie widział potrzeby przepychać się ze swoimi zwierzakami do kapłana by mu pogratulować. Inni podbiją ego kapłana za niego.

                                    Po całym przedstawieniu związanym z budową kościoła Baltizar ruszył zająć poważnymi sprawami. Takimi jak odkrycia Alicji. Zresztą i tak miał w planach odwiedzić arystokratkę. W końcu potrzebował jej ekspertyzy w kilku nurtujących go kwestiach. Znając drogę do jej domu udał się tam. By w końcu stanąć przed bramą i zastukać o nią kosturem.
                                    Jeden ze strażników, którzy oryginalnie przyjęli Baltizara tygodnie temu wyjrzał przez bramę.
                                    - Harpeness? Milady cię oczekuje. - strażnik odprowadził gnoma do nieznanego mu skrzydła rezydencji. W dużej bibliotece wypełnionej księgami i artefaktami siedziała Alicja Crawford, przeglądała właśnie jakiś tom kiedy ujrzała swego gościa.
                                    - Baltizarze! Witaj. - uściskała gnoma na przywitanie - Opowiadaj, co tam u ciebie?
                                    Gnom skłonił się głęboko kobiecie i uśmiechając dodał. - Cóż… trochę się rozejrzałem po okolicy, zakupiłem wieżę. A teraz… powoli… szykuję się dooo… cóż… do pierwszej wyprawy archeologicznej. Nie mając w ogóle pojęcia jak się do niej zabrać.- zakończył ze śmiechem.
                                    Kobieta delikatnie zachichotała i wskazała na fotel naprzeciwko swojego.
                                    - Opowiadaj więc, gdzie toż się wybierasz?
                                    - Na razie…- podrapał się Baltizar. - Gdzieś w głuszę, do Dalga’goon. Przynajmniej tak nazywała się ta osada jego ludu kiedy istniała. Udało mi się dotrzeć do źródeł pozwalających zidentyfikować kilka takich miejsc. I to jest nam najbliższe.-
                                    - "Dalga'goon"... - powtórzyła kobieta jakby starała się posmakować słowo - Nie znam gnomiego, ale brzmi… odpowiednio. Jeżeli jednak tam cię prowadzi twoja misja. Czegoś potrzebujesz?
                                    - Oznacza… jakby to… rodzaj koloru… coś pomiędzy fuksją a fioletem. Trudno go zdefiniować, bo to kolor z ich rodzimego wymiaru. W każdym razie nazwa osady oznacza tęsknotę za tym kolorem. - wyjaśnił Baltizar i podrapał się po brodzie.- W sumie… wszystkiego. Ale na początku rady. Bo… ja spisuję historię, a nie przekopuję ziemię w poszukiwaniu pamiątek. Nie mam żadnego pojęcia na temat organizowania takich wypraw.-
                                    Kobieta się zastanowiła.
                                    - Podejrzewam, że będziesz musiał tam pójść więcej niż raz. Na początek sam, plus jakaś ochrona. Znaleźć miejsce, zobaczyć jak trudno się tam dostać. Później druga ekspedycja ekskawacyjna - Alicja zerknęła na gnoma - Przynajmniej tak ja bym to zrobiła, nie wiem czy ty nie chciałbyś zrobić tak jak to robią Poszukiwacze Przygód i wejść do dawno zapomnianego miejsca w nadziei, że skarb będzie wart tego co tam cię spotka.
                                    Baltizar zaśmiał się mówiąc. - Obawiam, że wioska gnomów to nie krasnoludzka twierdza. Nie bywają olbrzymi podziemnymi labiryntami pełnymi skarbów. Spodziewam się jedynie kilku zapadłych norek i reszek mebli, może kilku zagubionych drobiazgów. Żadnych niebezpiecznych pułapek i cóż… nawet krasnolud ma problemy z przemierzaniem wąskich i ciasnych tuneli gnomów.-
                                    - I tak polecałabym jakieś wsparcie - odparła szlachcianka - Ruiny mają tendencję do bycia niestabilnymi. Przykro by mi było, aby twoja opowieść zakończyła się w ten sposób.
                                    -Sam się tam wybierać nie zamierzam.- przyznał po namyśle Baltizar.
                                    - To dobrze. - przyznała kobieta - Mogę w końcu zapytać skąd to zainteresowanie historią twego ludu? Nie sądzę, aby dużo baśni dało się z tego utkać.
                                    - To MÓJ lud. Dziwi cię więc moja ciekawość? W okolicy powinno być pełno gnomów. Nie widziałem ani jednego.- przypomniał jej Baltizar i wzruszył ramionami.- Więc ciekawi mnie co się stało z nimi. Zresztą, skoro i tak krasnoludy badają swoją historię, to czemu ja nie miałbym. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty.-
                                    Spojrzał na niewiastę.- A skoro już pytamy o te sprawy. Czemu ciebie interesuje archeologia i badanie przeszłości? Nie wyglądasz na osobę, która całe dnie spędza między zakurzonymi księgami.-
                                    - Och księgi są nudne. Młodość spędziłam czytając opowieści o odległych miejscach i egzotycznych istotach. Stwierdziłam, że bardziej ekscytującym będzie zobaczyć je na własne oczy. - Alicja również wzruszyła ramionami - Lubię tajemnice i lubię wspomnienia, archeologia to przypomnienie sobie wspomnień, o których zapomniał świat.
                                    - Ciekawość rozumiem. Kieruje ona moim ludem… ponoć.- zadumał się gnom. - Mam kilku zaufanych “ludzi” w miejscowej gildii. Raz się sprawdzili, więc zapewne wynajmę ich po raz drugi. Niestety… moje prywatne podróże nie są tak ekscytujące, jak ochrona kupca podczas wyprawy handlowej.-
                                    Spojrzał na nią pytając. - Wspominałaś coś o ekspedycji w liściku ? Tej z której wróciłaś? -
                                    - A, tak. Kompletnie zapomniałam. Chciałam ci pokazać coś. Ekspedycja była do jednej z krasnoludzkich ruin. Handlowa mieścina, znalazłam tam dystrykt gnomi a w nim znane nam hełmy.
                                    - Interesujące… coś jeszcze poza hełmami?- zapytał Bajarz wyraźnie zaciekawiony jej słowami.
                                    - Ryciny i płaskorzeźby. Nie pasujące mi do tego co wiem o twoim ludzie, ale może coś mi umknęło. Masa macek i oczu, mówi ci to coś?
                                    - Hmm… no nie bardzo.- skłamał Baltizar drapiąc się po brodzie. Po czym dodał już szczerze.- Choć spotkałem się z podobnymi motywami, to nie łączyły się z moimi współziomkami.-
                                    - Och, po prostu było to wyłącznie w ich części miasteczka. Miałam nadzieję, że możesz coś wiedzieć.
                                    - Jestem tylko Bajarzem. Nie uczonym. Opowiadam opowieści i… nie jestem znawcą historii mojej rasy.- przyznał Baltizar.
                                    - Żebyś ty wiedział ile opowieści mnie doprowadziło do skarbu. - zadumała się kobieta - Życzę ci powodzenia, jeżeli czegoś potrzebujesz, nie bój się zapytać. Twoje ekspedycje mogą być dobrym startem na kilka moich.
                                    - Opowieści gnomów nie dotyczą władców, wojen, twierdz i zagubionych skarbów. To historie o żartach i moralne przypowiastki dziejące się małych osadach. Często bezimiennych, podobnie jak ich bohaterowie… którzy są zwykle archetypami bardziej niż postaciami. - wyjaśnił Bajarz i zapytał.- Czy mogę obejrzeć te ryciny i płaskorzeźby?-
                                    - Mam szkice. - przyznała Alicja - Nie zabieram niczego co wygląda jakby było przeklęte, bez urazy. - kobieta sięgnęła do jednej z szuflad biurka i wręczyła gnomowi szkicownik. Szybko znalazł odpowiednie strony. Nie kłamała z opisem, masa macek i oczu. Od razu przypomniało mu to obraz Ahuizotla, który pokazał mu Otto.
                                    - Kult… a może tylko wizje…- zamyślił się gnom przyglądając się rycinom i niemal zapominając o całym świecie.- Tylko wyobrażenia bestii… żadnych czynności, żadnych opisów rytuałów? Bestia była sama? Nic przy niej?-
                                    - Trudno mi było odróżnić jeden kształt od drugiego. Była tam masa zniszczonych książek porozrzucana pod ścianami przy tych rycinach.
                                    - Byłaś tam gdzie krasnoludy kopią szukając swojej stolicy?- zapytał Baltizar drapiąc się po brodzie i dodał w zamyśleniu.- Będę musiał odwiedzić to miejsce.-
                                    - Oni nie tyle co kopią, co szukają faktycznej twierdzy. Krasnoludy budowały, aby przetrwało tyle co góra. Sęk w tym, że wszyscy którzy wiedzieli gdzie forteca się znajdowała dawno umarli, a wiedza o jej dokładnej lokalizacji zaginęła. Więc na razie bardziej przeczesują góry w poszukiwaniu wejścia.
                                    -Niemniej coś już znaleźli… co przywódca ich wyprawy sądzi o odkryciach w dzielnicy gnomów? Czy podziela twój niepokój co do tych znalezisk?- zapytał Baltizar.
                                    - Aby go zacytować "Gnomie gryzmoły". Nie miał najwyższej opinii na ich temat, był bardziej zainteresowany krasnoludzką częścią, szczególnie, że nie znaleźliśmy żadnych jubilerskich skarbów z których znane są gnomy.
                                    - No tak. Całe krasnoludy.- zaśmiał się Baltizar drapiąc po karku.- Pewnie szukają swojej stolicy, głównie dla ukrytych tam skarbów.- zażartował na koniec. I podrapał się po potylicy.- Jak już zbiorę najemników i wyruszę, to powiadomię cię o wynikach po moim powrocie. Nie spodziewam się jednak znaleźć zbyt wiele. To tylko w końcu osada gnomów.-
                                    - Jeżeli chodzi o odkrycia przeszłości nie istnieje słowo "tylko". - odparła Alicja - To miejsce gdzie żyli twoi ziomkowie. Ich historie ciągle tam są i powinny pojawić się na nowo w pamięci świata.
                                    - Będę o tym pamiętał. I pewnie przywiozę ci pamiątki. - rzekł Baltizar kłaniając się. - A teraz będę musiał cię pożegnać. Mam wie… o właśnie… nie wiem czy słyszałaś o tej całej tyradzie uczonych na błoniach miasta. Jeśli dotarły do ciebie wieści o niej, lub miałaś okazję ją zobaczyć, to ciekaw jestem twojej opinii na ten temat.- dodał przypominając sobie nagle o tej sprawie.
                                    - A tak, słyszałam o tym. To twoja sprawka? No, no… nie uważałam cię za takiego stróża dobra publicznego. - Alicja zastanowiła się - Zakładam, że nie jest to naturalna susza?
                                    - Zdecydowanie nienaturalna. Bo punktowa. Suche obszary w środku bagna. No i… przez tę suszę, napadnięto mnie, gdy podróżowałem na statku. Więc postanowiłem zwrócić uwagę władz na ten problem. Nie wiem jednak, czy mi się udało.- zadumał się Bajarz. - Tobie nie przydarzyły się takie przygody?-
                                    - Ostatnio faktycznie bagniste istoty wychodzą ze swego środowiska. Nie myślałam o tym zbytnio. Na szczęście nic nas jeszcze nie zaatakowało, ale będę chyba musiała zwiększyć ochronę.
                                    - Wypadałoby. Z czasem potwory będą coraz bardziej zdesperowane. Z czasem też przyjdą i większe. Z pewnością na tak olbrzymich bagnach kryje się przynajmniej jedna hydra.- ocenił sytuację gnom.
                                    - Omijają tereny blisko miasta szerokim łukiem. Jakby czegoś się bały. - zauważyła Alicja - Na razie i tak nie planujemy niczego. Będę jednak miała to na uwadze.
                                    - Omijają póki strach nie triumfuje nad głodem.- zasugerował Bajarz i zamyślił się. - Szkoda, że nie wiem czy ten cały wiec zwrócił jakoś uwagę włodarzy miasta ku sobie. I czy będą z niego wyciągnięte wnioski czy też…- wzruszył ramionami.- … cała sprawa zostanie zamieciona pod dywan.-
                                    - Słyszałam, że jakieś logistyczne decyzje zostały podjęte, bez zgody władz się nie da.
                                    - Dobrze, dobrze… dziękuję za dobre i podzielenie się ze mną wiedzą na temat odkryć. Jeśli będzie okazja porozmawiać o nich w większym gronie specjalistów to… byłbym zaszczycony, jeśli zostanę zaproszony. Nawet jeśli tylko w roli milczącego świadka.- rzekł kurtuazyjnym tonem gnom.
                                    - Raz w tygodniu organizujemy spotkanie w Domu Odnowy. Jest otwarte dla wszystkich. Następne będzie jutro, zaczynamy po czterech dzwonach.
                                    - Będę o tym pamiętał. - rzekł na pożegnanie gnom.

                                    text alternatywny

                                    Teraz, gdy istniał budynek z symbolem nowego bóstwa, Bajarz mógł zabrać się rozprowadzenie swojej broszury po całym mieście. Wyszukał i wynajął kilku solidnych uliczników do rozdania ich miejscowym. Prosta fucha, mieli stać na rogatkach i rozdawać broszurki chętnym. Połowa wynagrodzenia, przed połowa po robocie. Wskazując na Etrigana gnom zasugerował, że ma on władzę nad ptakami. I że gołębie będą obserwować ich czy wykonują poprawnie swoje zadanie. Był to oczywisty blef, ale kontrola jest lepsza od zaufania. Baltizar był ukontentowany. Na razie jego rola w tym przedstawieniu się zakończyła. Zasiał ziarna… i w postaci broszurek i w postaci wiecu. Pozostało czekać na to, co z nich wyrośnie.

                                    text alternatywny

                                    Gnom wszedł do karczmy po dość pracowitym dniu załatwiania formalności. Najęci pomocnicy już rozdawali broszurki które od jutra powinny krążyć po całym mieście. Czytane przez kolejne osoby. Na razie tyle mógł zrobić w kwestii kultu i nie miał ni ochoty ni powodu, ni nawet możliwości by uczynić coś więcej. Nie planował dziś występu w karczmie, tylko zakopanie się w pokoju i przygotowanie planów wyprawy zwiadowczej.
                                    Mijał kolejne stoły kiedy poczuł objęcie wokół swojego torsu i poczuł znajomy słodki zapach złotowłosej córki Otto.
                                    - Hej, Balti… - Piwonia wyglądała na ciągle zmęczoną, mimo wszystko przywitała gnoma uśmiechem.
                                    - Cieszę, że widzę cię z powrotem. Całą i zdrową.- była i nuta szczerości w jego słowach. Przyjrzał się jej bacznie.- Nie będę rozpytywał dziś, ale może później wypytam cię o twoją… wycieczkę.-
                                    - Mam ci trochę do poopowiadania. - przyznała Piwonia - Tyle cudownych rzeczy widziałam. Głodny jesteś?
                                    - Trochę.- przyznał gnom drapiąc się po czuprynie.- Tu też wiele wydarzyło. Z pewnością słyszałaś o nowej świątyni.-
                                    - Uwiliście w końcu gniazdko dla Fenuela? To świetnie, na pewno się ucieszy. - dziewczyna się uśmiechnęła - Nie wiedziałam, że znasz się na architekturze.
                                    - Nie znam. Jego ekscelencja wyśpiewał sobie budynek… właściwie to zagrał na instrumencie i zbudował.- stwierdził Bajarz wzruszając ramionami.- Cóż… lubi być na świeczniku, więc z pewnością miał to od dawna w planach. -
                                    - No, no, patrzcie państwo. Kapłan, adwokat, grajek i kochanek. Ten Viktor robi się nie lada osobistością. - Piwonia przytuliła ponownie gnoma - A ty jakiś wkład miałeś?
                                    - Nie. W zasadzie to nie. Za to dzięki temu, że zabrał się do roboty.- odparł Baltizar z uśmiechem.- Ja mogłem pozbyć się papieru z mojego pokoju. Jako kochanek też jest sławny?-
                                    - Lilia mówi, że zakręcił w głowie Kaylie i najwyraźniej podwija kiecki po mieście. Więc coś musi być na rzeczy.
                                    - Jedna… niewiasta?- machnął dłonią Bajarz.- Trudno to nazwać wyczynem. Legendarni kochankowie liczą swoje wielbicielki w tuzinach. Jedna kochanka to nie powód do sławy, nawet jeśli jest bardzo zakochana.-
                                    - Jedna kochanka, której imię znamy. - poprawiła Piwonia - Reszta to jakieś dziewczyny z miasta czy przyjezdne.
                                    - Jakieś…?- zapytał powątpiewająco gnom i potarł kark.- Po prawdzie wielu kapłanów zła ma prywatne haremy. Niemniej mają je już po założeniu świątyni i zbudowaniu kultu. Rekrutują je z głupich gąsek wyznających ich bóstwa. Stadko takich gąsek pielgrzymujących do jego komnaty, nawet mnie ciężko by było przegapić. A jednak nie byłem niczego takiego świadkiem, ani ja… ani moje zwierzaki. Niemniej…- uśmiechnął się gnom. - Jego łóżkowe sprawy to nie jest mój interes, więc… załóżmy, że jednak istnieją owe niewiasty. Tak samo jak istnieją romanse i figle między nami. Plotki, plotki.. zapewne bez pokrycia.-
                                    - Po prostu je szerzę. - uśmiechnęła się Piwonia - To jakie teraz są plany? Zostaniesz ze mną w mieście na jakiś czas, czy…?
                                    - Kusisz.- odparł ciepło Baltizar i pomyślał głośno. - Na razie. Na kilka dni zostaję. Potem wyprawa badawcza która potrwa kilka kolejnych dni. Powrót. A potem się zobaczy. No chyba, że jego ekscelencja wpadnie na jakiś szalony pomysł i będę mu potrzebny do jego realizacji. W co szczerze wątpię, bo zajął się chyba polityką i podlizywaniem możnym. A w tym niespecjalnie jestem przydatny. -
                                    - Yay! - ucieszyła się dziewczyna i przytuliła gnoma - Siadaj do stołu, zaraz coś ci przyniosę.
                                    Brodacz skorzystał z tej propozycji i usiadł przy stole. A jego zwierzaki otoczyły go z obu stron. Bajarz rozejrzał się dookoła przyglądając się klienteli, jej liczbie i składzie. Oceniał czy warto było dziś zabrać się za opowiadanie opowieści po posiłku, czy może byłoby to nieopłacalne.
                                    Zbiorowisko było większe niż zwykle. Wielu gości, których Baltizar kojarzył, że dawno powinni wyjść ciągle było w karczmie. Piwonia przyniosła gnomowi pieczeń z indyka, pieczone ziemniaki i sałatę.
                                    - Proszę bardzo. - Piwonią rozejrzała się po sali widząc jak Baltizar ją obserwuje - Lawenda przyciągnęła tłumik.
                                    - Lawenda?- zapytał gnom zdziwiony.- Czemu? Co w niej takiego niezwykłego?
                                    - Jest nowa. Wieści, że kolejna piękną córka Otto zjawiła się w karczmie przyciągnęła typowych gapiów. - dziewczyna się uśmiechnęła - Jak chcesz to was przedstawię.
                                    - Nie jestem…- machnął ręką Baltizar.- … tak łasy na niewieście wdzięki. I nie widzę potrzeby odbierania innym szansy na szczęście zajmując uwagę twojej krewnej.-
                                    Podrapał się po podbródku spytał.- Nie ujmując nic tobie i twoim siostrom, to nie wydaje mi się, by miasto narzekało na niedobór piękności mając pod ręką świątynię bogini piękna i świątynię bogini rozpusty. Więc… nie bardzo rozumiem skąd takie zamieszanie.
                                    - No wiesz co. Porównujesz nas do śmiertelnej urody? - Piwonia usiadła z udawaną urazą na twarzy - Wolałbyś towarzystwo jakiejś tam kapłanki Shelyn od mojego? - podrapała gnoma po bródce - Sporo opowiadałyśmy im o Lawendzie i Chante. Więc są ciekawi, do tego kto wie, może jest równie otwarta na zabawy co Lilia?
                                    - Jestem gnomem, w dodatku z początkowymi symptomami blaknięcia. Nie mnie oceniać urodę dużych kobiet.- odparł z uśmiechem Baltizar.- No i nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek narzekał na twoje towarzystwo.
                                    - A ja nie pamiętam, żebyś je ostatnio chwalił. - odparła kobieta z psotnym uśmieszkiem - Maszkara cię ciągle gnębi?
                                    - O której maszkarze mówimy?- zapytał ironicznie gnom.- Sporo ich koło mnie.
                                    Po czym westchnął ciężko.- A moja osobista… nie opuszcza mnie nigdy.
                                    - Jak tam twój plan na pozbycie się jej?
                                    - W gruncie… samobójczy? Cokolwiek bym nie wymyślił, nie widzę szans na przetrwanie konfrontacji. To droga w tylko jednym kierunku.- zamyślił się gnom.- Zdobyłem księgę szaleństwa… ale jeszcze nie wiem jak ją skutecznie użyć.
                                    Kobieta posmutniała.
                                    - Nie mów tak, na pewno coś wymyślimy. To chyba nie odpowiednia pora i miejsce na takie rozmyślania. Zjedz, odpocznij i może pójdź spać. Jutro cię pomęczę z tą twoją książką.
                                    - Nie smuci mnie ten fakt. Już dawno pogodziłem się z moim losem. I nie tykaj księgi. Nie chciałbym, żeby coś ci się stało z mojego powodu. A na mnie sen nie czeka. Mam… plany do przygotowania. Wyprawę do zaplanowania. Niedaleko co prawda, ale nigdy nie organizowałem wykopalisk. To coś nowego dla mnie. - odparł z uśmiechem Bajarz.
                                    - Kolejne ruiny? Możę pójdę z tobą?
                                    - Nie mogę obiecać ruin. Natomiast mogę obiecać, że nie będzie to daleko. Wybrałem najbliższą miastu lokację. Więęęęc… mogę cię wziąć ze sobą.- stwierdził z uśmiechem gnom.- Acz nie oczekuj zbyt wiele. Ja w każdym razie sensacji się nie spodziewam.
                                    - Będę musiała uprosić tatę, a ty będziesz musiał mu obiecać, że nic mi się nie stanie.
                                    - Z nas dwojga prawdopodobnie ty jesteś ta potężniejsza. Ale mogę to mu obiecać. Po pierwsze nie planuję nic niebezpiecznego, a po drugie… zatrudnię wypróbowanych już przeze mnie ochroniarzy.- odparł ciepło Bajarz.

                                    text alternatywny

                                    Baltizar nie posłuchał rady Piwonii. Nie mógł tego uczynić. Noc wszak była młoda, a on miał co robić. Miał co planować. Rozłożył mapę i przywoławszy magią kulę światła zabrał się do roboty. Już wcześniej zaznaczył położenie zaginionych osad gnomów. Teraz trzeba było obliczyć odległości, ocenić czas trwania wyprawy i zaplanować trasę i zapasy. Trzeba było przyznać, że Bajarz nigdy nie czynił takich przygotowań. A przynajmniej nie na taką skalę. Niemniej odległość od Evercrest nie miała być zbyt duża i wszystkie błędy jakie poczyni podczas tej wyprawy powinno dać łatwo skorygować wysyłając paru członków wyprawy po brakujące zasoby.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ZellZ Niedostępny
                                      ZellZ Niedostępny
                                      Zell jako Kaylie Sunfall
                                      Moderator Obsługa
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #152


                                      Viktor i Kaylie nocą w pokoju w Dworze

                                      Niski pomruk w gardle Viktora składał się w galtiańskie kołysanki. Nie były do końca poprawne… akcent wciąż trochę się nie zgadzał, czasem odmiana, a słowa wciąż znał w znacznej mierze tylko dlatego, że się specyficznie ich wyczuł… ale brzmiała w nich opieka, gdy tak leżał obok Kaylie i głaskał ją czule, czekając aż zaśnie.
                                      Kaylie natomiast wtulała się niczym dziecko spragnione opieki rodzica, jakiej było pozbawione. Czuła się bezpiecznie, czuła się kochana.
                                      - Czy twoja mama też cię tak często usypiała? - zapytała bardzo rozmarzonym głosem.
                                      - Yhym… - przytaknął - NIe pamiętam już tych momentów. Bardziej jako koncept. Niejasny obraz w pamięci… ale pamiętam uczucie jakie we mnie budziło pamiętanie tego.
                                      - Mnie usypiały nianie. - kontynuowała - Czy inne służące. Nie miałam jednej osoby w rezydencji, bo i sama nie byłam. A mama miała inne rzeczy na głowie. Później byłam za duża.
                                      - Nie wymieniłbym się z tobą. Nianie coś ci śpiewały?
                                      - Tak... Ale w sumie nie pamiętam co dokładnie. Przynajmniej śpiewały jak bardzo malutka byłam. Tak sądzę...
                                      - Cóż… to zapamiętasz przynajmniej te… * ♪ À la claire fontaine. M’en allant promener… ♪*
                                      Kaylie słuchała z przymkniętymi oczami, sycąc się prostą kołysanką. Mocniej wtuliła twarz w ramię Khala i z prawdziwą delikatnością oraz radością w głosie wyszeptała:
                                      - Byłbyś wspaniałym ojcem...
                                      - Może tak… najpewniej wcale nie. To wymaga trochę więcej niż talentu do lingwistyki… śpij Kryszyno. Napracowałaś się dziś.
                                      - Przecież dopiero zaczęłam, żadna praca... - broniła się.
                                      - Powiedziałem: śpij. Skończyłaś na dziś.
                                      Kobieta jeszcze łasiła się do Khala, ale jednocześnie układała spokojniej i zamykała oczy.
                                      - Będziesz jak się obudzę, nie porzucisz mnie, jak będę spała? - zapytała w sposób, jaki jest z jakiegoś powodu ważny dla kobiet chociaż przecież nie zapewnia, że ich partner ich nie oszuka... tylko jest to jakieś uspokojenie dla nich?
                                      - Będę tutaj - przytaknął i pocałował ją nad brwiami. - A teraz już koniec gadania. * ♪ À la claire fontaine. M’en allant promener… ♪* - zanucił ponownie jedyną kołysankę, którą w-miarę potrafił, aby odprowadziła Kaylie do snu.



                                      Viktor i Azazel

                                      Blisko środka nocy Viktor przerwał pracę. Z Fisusiem zamknął węzły magiczne i zrobił miejsce. Nie komunikował się z chowańcem. Obaj wiedzieli, że to ten czas.

                                      Kartka papieru przed nim, pióro w ręce, kałamarz obok.
                                      Zaczął pisać. Z początku powoli i wciąż świadomie. Imiona wrogów swego Benefaktora, które znał… lecz drugiego nie skończył nim dłoń nie zaczęła pisać sama. Pióro przyspieszało w swoim tańcu po papierze. Piękny styl pisma nabierał nieśmiertelnej gracji, aż taniec pióra stał się niemal hipnotyzujący. Świadomość Viktora już nie była tylko we Dworze, ale na wpół dryfowała między planami.

                                      A Wielki Cień słuchał jego modlitwy i raportu. Słuchał i najwyraźneij był zadowolony, bo pokój kapłana wydawał się zanikać w oddali świadomości Viktora. Gdy otworzył oczy był… w innym miejscu niż te które kojarzył ze swych dotychczasowych wizji. Zniknęła znana mu sala sądowa Azazela, to miejsce było… inne… obce. Piekielny ogień ciągle palił jego plecy jednak kapłan nie czuł zagrożenia, to miejsce przepełnione było… nadzieją? Wizualnie nie był jeszcze pewien co widzi, miejsce wiło się niczym dym i mgła nie mogąc przyjąć jednego kształtu.
                                      Azazel stał u jego boku, diabeł zerkał co chwilę na swe dzieło.
                                      - Nie jest jeszcze gotowy, trochę zajmie zanim będę mógł przeprowadzić swoje działania. - wrócił uwagą do swego sługi - Więc, słyszę, że mamy postęp.
                                      - Tak, panie. Dotychczasowe małe kroczki wypracowały okoliczności do wielkiego skoku. Fasada świątyni już stoi i w dwa dni będzie ona wypełniona. Pierwsi wierni już zbiegają się w jej progi i będzie ich więcej.
                                      - Dobrze. - diabeł spojrzał jeszcze raz na swój projekt po czym machnął ręką, pojawiły się dwa siedziska, Azazel zasiadł przy jednym i wskazał na Viktorowi na drugie - Więc, opowiadaj o tej rozprawie, tej z alchemikiem. Rozumiem, że reprezentujesz ofiary.
                                      - Zgadza się - przytaknął, siadając na wskazanym miejscu - Sprawa prosta i klarowna. Rzesza świadków, dowody w postaci jego zapisków i jego pełna kooperacja. Spodziewam się, że przyzna się sam do winy. Są tylko dwa mankamenty i zdają się powiązane. Fakt, że jest on klonem oryginalnego Ahaira oraz ktoś naciska aby proces szybko został pchnięty w przód, więc spodziewam się, że ktoś wpływowy – postawiłbym duże pieniądze na Hiernonima Crawcolta, lub kogoś bezpośrednio z nim powiązanego – chce szybko ukręcić sprawie łeb nim Junior wypapla zbyt wiele.
                                      - Istota jego natury nie zmniejsza jego winy. - odparł diabeł - Możesz gdybać o tym czy został taki stworzony, czy nauczył się sam. Fakt pozostaje faktem, że jego działania są rezultatem jego decyzji. Jego wolnej woli. Co do grubszej polityki… polecałbym ci ją na razie pozostawić w spokoju. Zaczniesz mieszać się bardziej niż powinieneś i szybko skończysz na stryczku. - Azazel się zastanowił - Możemy zapewnić, że dusza tego Ahaira, nawet jeżeli to klon, spotka należyta kara…
                                      - Polityka, niestety, ma tendencje samodzielnie wchodzić z butami do życia. Tylko agresywniej jeśli się od niej wzrok odwraca. Ale definitywnie zamierzam grać zachowawczo i pozwolić Crawcoltowi zgnuśnieć w satysfakcji i błędnym poczuciu bezpieczeństwa, gdy będzie oglądał egzekucję alchemika. Jego kara jest mi ważniejsza niż ta należna Seniorowi.
                                      - Mi też bardziej chodzi o pokaz… - odparł diabeł z drobnym uśmiechem - Mojej osobistej interwencji w tej sprawie. I byłoby zastosowanie dla twojej towarzyszki.
                                      - Definitywnie coś takiego miałoby moc i napędziło zainteresowanie. Czy to jest plan w co mógłbym zostać wtajemniczony z wyprzedzeniem?
                                      - Rytualna egzekucja. - odparł diabeł - Nic krwawego, nic wbrew normom społecznym. Zwykła głośna modlitwa do mnie, dekapitacja. Reszta to, jak mówią, show biznes, sądzę, że Kaylie się nada.
                                      - Dam radę to zorganizować - zgodził się Viktor, z najdrobniejsza nutą nieufności.
                                      - Coś ci chodzi po głowie. - to nie było pytanie.
                                      - Wybacz, panie, - Viktor pochylił głowę w szacunku - ale próbuję zrozumieć twą wizję tego wydarzenia. W ramach “osobistej interwencji” spodziewałem się… więcej niż samej mojej modlitwy? I nie wiem czy nie zrozumiałem twojego planu, czy – zwyczajnie – nie zostałem jeszcze wprowadzony we wszystkie szczegóły.
                                      - Myślałem, że masz odrobinę pojęcia o teatralności. Jeżeli jednak wymagasz dokładnego opisu. Po tym jak głowa zostanie usunięty z ciała, na czole pojawi się mój symbol, oznaczający, że dusza złoczyńcy została oddana mnie do ukarania. Nie jest to oczywiście coś co mogę zrobić z każdym, bogowie trzymają dusze swoich sług przy piersi. Zważając jednak na sytuację, najpewniej odbędzie się bez obiekcji z zewnątrz. - Azazel zerknął na kapłana - Chyba nie sądziłeś, że osobiście się zjawię na egzekucji?*
                                      - Oh, nie. Zbyt niskie progi, to bez dwóch zdań. Twój symbol jest wystarczający i rzeczywiście osobisty. Wypełnia lukę logiczną, która powodowała mój dysonans poznawczy. Czy… mógłbym zasugerować praktyczne zastosowanie dla jego duszy?
                                      - Nie wykorzystam jej do umagicznienia ci broni… to zbyt demoniczne na moje gusta.
                                      - To bym sam mógł zrobić… mniej-więcej. Chciałbym go… wypożyczyć z Twej domeny. Za jakiś czas, na kilka krótkich dekad. Znajdę artificera, który zbuduje mu odpowiednie ciało. Gdy kara już go odpowiednio zmiękczy. Będzie pracował na moje polecenie i twoją korzyść. Kościół, prędzej czy później, zyska wrogów. Choćby agentów Księcia Ciemności, gdy ten zorientuje się, że idzie nam lepiej niż oczekiwał. Wtedy każda przewaga się przyda. Włącznie z niewolnym alchemikiem.
                                      Diabeł się zastanowił.
                                      - Rozważałem podobny system. Chociaż bardziej tutaj. Metoda dla idiotów, którzy zasłużyli na piekło, aby odkupić swe czyny ciężką pracą. Wysyłanie ich z powrotem na Golarion… ech, Pharasma będzie mi suszyć głowę o to, a wy będziecie pewnie mieli kłopot z jej wyznawcami. Nie martwiłbym się o Asmodeusa… jeszcze. Pierwszy uważa, że ciągle ma mnie w garści.
                                      - Hmmm… nawet w pełni mej arogancji nie przypisuję sobie możliwości zrozumienia niuansów boskich spraw… oświeć mnie jednak, panie… jeśli raczysz. Idea o której mówisz jest więcej-niż-zasadna. Nie mówimy tu o tworzeniu nieumarłych, ale tymczasowym opuszczeniu zaświatów. Procederem praktycznie niewiele różniącym się od klasycznych wskrzeszeń, o które kler Matki Dusz nie ma pretensji, a i sam czasem stosuje w regularności nie rzadszej niż inni kapłani. Pretensje o coś takiego wydają się… trącić hipokryzją?
                                      - Viktorze, klasycznym wskrzeszeniem nie będziesz miał nad nim kontroli. Wierzę w twój talent do urabiania sobie ludzi, ale czy jesteś pewny, i to całkowicie, że Ahair z własnej woli będzie chciał odkupić swe winy? Czy on w ogóle uważa swoje czyny za coś godnego potępienia?
                                      - Proszę o korektę, jeżeli się mylę, ale… Matka Dusz nie ma dogmatów przeciw kontroli, ani przymusom. Jej przykazania nie poruszają wolnej woli, ani odkupienia win. Jedynie nieuniknioność ostatecznego… - Viktor zatrzymał się w odpowiedzi, z twarzy patrona wyczytując, że popełnił jakiś błąd.
                                      - Nie to miałem na myśli. - diabeł westchnął - Wskrzesisz go. Jak przekonasz go, aby ci pomógł? Nie zaprzeczam ci umiejętności w tej sztuce, ale nawet ona ma swoje limity.
                                      - Zapewnieniem, że jedynie moja wola trzyma go przed powrotem na dół. Nie wierzę, by śmiertelne metody korekty mogły na niego wpłynąć, ale tam na pewno znajdą się sposoby kary, do których za nic w świecie nie będzie chciał wrócić. To plus z pół tuzina zabezpieczeń w samym ciele, które zostanie dla niego zbudowane.
                                      Diabeł się uśmiechnął.
                                      - To lepiej. - obejrzał się za nich w oddali było widać płomienie piekła - Więc jak sądzisz… tydzień wśród moich… współpracowników?
                                      - Mam kontakt z Ligą Techniczną. Można im wiele zarzucić, ale jeśli chodzi o budowanie ciała-więzienia dla duszy to na Golarionie raczej nie będzie lepszych. Jednak nie sądzę, aby zajęło to mniej niż miesiąc, więc będzie miał czas się ukisić w swoich sokach.
                                      - Czy on nie jest częścią Ligi?
                                      - Wiemy, że Senior jest w Lidze. Niekoniecznie Junior. Szczegóły i tak nie będą ich obchodziły, a pieniądze lub przysługi które będę im za to winny. Ale to mój problem, aby to zorganizować w sposób nienaruszający potrzeb Kościoła.
                                      Diabeł kiwnął głową.
                                      - Nie będę się mieszał, wiem, że jest to po części związane z twoją prywatną sprawą w tym mieście i trzymam cię za słowo, że nie sprawisz, aby stanęło to na drodze twojej powinności wobec mnie. - Diabeł spojrzał z powrotem w kierunku swego przyszłego dzieła - Miesiąc w Piekle powinien dać mu do myślenia. Czy masz do mnie jeszcze jakąś sprawę?
                                      - Jedną, jeśli się da. Czy jest możliwe otoczenie mojego biura w świątyni polem antydywinacyjnym? Częstość ich występowania w Evercrest każe mi sądzić, że są ku temu jakieś korzystne warunki… Mam metody obrony przed szpiegami, przed wrogami, przed cwaniakami i naciągaczami, a nawet przed przyjaciółmi, ale na dywinacje nie mam żadnej realnej kontry. A jednak sprawy kościoła i kancelarii powinny pozostać prywatne.
                                      - Naprawdę potrzebujesz mnie do tego? - Diabeł uniósł brew - Mogę dać ci przedmiot, który umieści teren w promieniu dziesięciu metrów w bańce przeciw wieszczeniu. Lub mogę cię nauczyć rytuału, aby osiągnąć ten sam efekt. Rytuał trzeba będzie powtarzać oczywiście, ale przedmiot można ukraść.
                                      - Rytuał, panie, jeśli mogę prosić.
                                      - Rytuał nie jest skomplikowany, ale jest czasochłonny. Będziesz potrzebował ołowiu, soli i odrobinę krwi… - trochę zajęło, aby diabeł wytłumaczył wszystkie niuanse przedmiotów i ich konieczności, ale po kilku minutach Viktor miał gotowy rytuał - Następnie będziesz musiał spędzić trzy godziny na modlitwie o ochronę, powtarzaj to raz na tydzień, aby utrzymać efekt.

                                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      Odpowiedz
                                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                      • Najpierw najstarsze
                                      • Najpierw najnowsze
                                      • Najwięcej głosów


                                      • Zaloguj się

                                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                      Powered by NodeBB Contributors
                                      • Pierwszy post
                                        Ostatni post
                                      0
                                      • Kategorie
                                      • Ostatnie
                                      • Tagi
                                      • Popularne
                                      • Świat
                                      • Użytkownicy
                                      • Grupy