[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
-
Gnom z zadowoleniem oddalał się ze swoimi ludźmi od wracającej do miasta wyprawy karnej. Baltizar zdecydowanie za dużo czasu stracił na tym przedsięwzięciu, ale… cóż… może materiały propagandowe oparte o nią będą warte wpakowanych w nią pieniędzy, czasu i wysiłku. Bajarz był rozczarowany osobą kapłana. Nie tak wyobrażał sobie charyzmatycznego religijnego przywódcę, który miał być założycielem kultu. Khal czy Viktor…czy jak się tam zwał. Tak czy siak okazał się doskonałym materiałem na arcykapłana, ale już utrwalonego kultu. Byłby z niego pewnie idealny arcykapłan Asmodeusza, posiadał bowiem… wedle gnoma, cały zestaw zalet i wad typowego kapłana złego kultu. Tylko czy… poradzi sobie na początku, gdy religia będzie tylko wątłą roślinką wymagającą opieki, podlewania i troski?
Bajarz uznał, że ma to w nosie. On już swoje zrobił, póki co niech Viktor zakasa rękawy i zacznie w końcu nawracać plebs na kult Azazela. W końcu nie ważne jak wspaniałe dzieło gnom napisze, na nic się ono zda jeśli prorok nowej religii okaże się leniem.
Tak czy siak zerknąwszy na mapę i pożegnawszy się z Filią, udał się drogą w kierunku krateru. Z przyszłym arcykapłanem nie zamienił słowa, bo… po co miał gadać po próżnicy? Jego ekscelencja wszak słuchała tylko jednej osoby… siebie samego.Po kilku dniach podróży pełnych spokoju i nudy, ekipa Baltizara dotarła do krateru, o którym gnom słyszał jako o źródle dziwnego hełmu. Teraz miejsce przejęła z powrotem natura, ale posiadało wciąż rozpoznawalny kształt krateru. Inarion podszedł do pracodawcy, rozglądając się po terenie.
- Więc co teraz, szefie? Mamy brać łopaty?
- Jeśli macie ochotę.- stwierdził nieco zakłopotanym tonem gnom. - Ja tu przybyłem dla widoku, inspiracji… - machnął ręką.- … się po prostu rozejrzę.
Uniósł palec w górę. - Ale nim zaczniemy zabijać czas pisaniem i kopaniem i gadaniem… Trzeba rozbić obóz mniej więcej pośrodku i sprawdzić okolicę, co by nie zaskoczyli nas miejscowi bandyci lub miejscowa fauna.-
Pstryknął palcami i wykonał gest dłonią, małe kółeczko.
Etrigan zrozumiał polecenie i wzbił się w powietrze, by rozejrzeć się po najbliższej okolicy.
Okolice wydawały się bezpieczne, kilka łań i lisów biegało wśród lokalnych zarośli, ale nic niebezpiecznego.
Jor i Ori karczowali teren pod obóz, natomiast Inarion i Ofun zbierali sprzęt. - Mamy na coś konkretnie uważać?
- Nie wiem… to wy jesteście miejscowymi awanturnikami. Z czego słynie okolica? Z jakich zagrożeń? - zapytał Bajarz.
- No… porwań lokalnej populacji wiejskiej, ale to już chyba problem rozwiązany. - zaczął mag - Krasnoludy poszukują ruin dawnych przyczółków, skoro miały tą dużą twierdzę gdzieś w górach.
- Interesujące. Aczkolwiek krasnoludy nie mają powodu by być agresywne wobec nas. Porwania już nie są problemem, więc… obawiam się, że jedyną rozrywką tutaj mogą być wilki albo niedźwiedzie.- wzruszył ramionami Baltizar i uśmiechnął się.- Niestety wygląda na to że atrakcje już mamy za sobą i jedyne co nas tu czeka to nudne oglądanie widoków. W takim przypadku kopanie dołków w poszukiwaniu starych zapomnianych skarbów może być rozrywką. Ja jednak… lubię nudę. -
Zaśmiał się głośno i dodał. - Zamierzam połazić po okolicy, po kraterze… i napawać się atmosferą aż do wieczora.-
Kłamał. W planach miał bowiem jedną niebezpieczną wycieczkę. Niemniej nie mógł na nią zabrać ani najemników, ani pieska ani nawet Etrigana. Niektóre ścieżki mógł tylko on przemierzać.
-
[media]https://t4.ftcdn.net/jpg/09/70/20/71/360_F_970207167_ZeYdfxBEMyggQbdJjTJ89nyDQnM0t1cI.j pg[/media]
Przebudzenie nie było tak dobre jak miała nadzieję. Sen nie zmył wszystkiego co mętliło się w głowie Kaylie i chodź wtulenie w kapłana było przyjemne to jednak jego obecność przypominała jej o czymś o czym chciała zapomnieć...
"Czy on to naprawdę powiedział?"
Kobieta ciągle pamiętała słowa chowańca o Valerie. Było ich oczywiście za mało, ale zasadziły poczucie niepewności jakie już lekko wykiełkowało, gdy w trakcie ich nocy Khal powiedział przez sen: "Val...". Niestety arkanistka nie wiedziała czy usłyszała to naprawdę w ten sposób, czy po prostu sobie dopowiedziała zapadając w sen.Obóz jeszcze spał, więc nie była to sekunda na wyjście, ale ona już spać nie mogła. Patrzyła na mężczyznę śpiącego obok niej pod porwanym śpiworem w jakim niedawno toczyli miłosny bój. Obserwowała jego oddech, wznoszący się i opadający tors w rytm oddechu.
"Czy jestem po prostu drugą opcją? Zapasowym zamiennikiem?"
Pokręciła głową kładąc swoją dłoń na jego tatuażu na torsie. Delikatnie, aby nie obudzić, pocałowała jego skórę naznaczoną farbą.
Spał niespokojnie. Nie były to dramatyczne sceny, nie rzucał się, nie krzyczał przez sen, ale co jakiś czas jego brwi marszczyły się, w nieprzyjemnym grymasie. Czasem pojedynczy drobny tik, niemal niezauważalnie wzdrygał jego ciałem, albo jego oddech, na krótki moment, przyspieszał.
- …uś…
Kaylie przez chwilę myślała, że Khal się przebudza, ale szybko okazało się, że wciąż jest pogrążony we śnie. Ciekawość i niepewność zwyciężyły nad… nie wiadomo w sumie nad czym, ale uniosła się o cal, albo dwa. Z gracją kotki, tak aby jak najmniej nim poruszyć, nachyliła nad jego ustami, czy nie wypowie czegoś więcej. Nie była pewna czy lepiej byłoby nadstawić ucho, aby każdy najdrobniejszy dźwięk usłyszeć, czy patrzeć na usta, by może braki dźwięków z ich ruchu próbować wyczytać. Spróbowała czegoś pośredniego. Dłuższy czas wisiała nad nim. Czując się coraz bardziej i bardziej jakby naruszała jego prywatność. Mięśnie zaczynały drżeć w niewygodnej pozycji, gdy jego brwi znów się zmarszczyły, a usta poruszyły, wydają z siebie ledwie artykułowane, jękliwe dźwięki. - F…uś… wuć… iłeś… zos… szę…
Kaylie rozejrzała się po namiocie, znowu spojrzała na Khala i zacisnęła zęby. Ostrożnie wsunęła się od ciepła ciała mężczyzny by opuścić ochronę śpiwora. Wzdrygnęła się, gdy chłód obmył jej ciało i odnalazła na ziemi długą bluzkę. Nie chciała w tym momencie szukać innych części odzienia jakie zagubiły się podczas wszystkiego co robili.
"Ten suczysyn tu był... na pewno!"
Szybko wypowiedziała szeptem słowa krótkiego zaklęcia i zaraz jej oczom ujawnił się ślad prowadzący na zewnątrz. Wyciągnęła bardziej w dół bluzkę, aby lepiej zasłonić swoje prywatne części, i nawet nie zakładając butów wyszła na zewnątrz poszukiwaniu chowańca.
Budzący się do życia obóz nie był pozbawiony emanacji magicz oonych, ale ta jedna była łatwa do śledzenia. Była świeża. Czuć była od niej, na swój dziwny sposób, agrestem, insynuując, że to prawdopodobnie była iluzja. To tylko potwierdzało, skoro Fisuś ostatnio, jako nowo-odrodzony imp, potrafił pozostawać wiecznie okryty niewidzialnością.Poranek był chłodny i sama bluzka, ledwie kryjąca walory (definitywnie nie wszystkie) nie uchroniła przed gęsią skórką, która falą podbiła całą jej skórę, od karku aż do koniuszków palców.
Ktoś z lewej zakrzyknął w pozdrowieniu dla Kaylie, co wraz z Khalem ogłoszona została wcześniejszego wieczora bohaterką wyprawy. Odmachnęła mu, uśmiechając się. Potem kolejnemu. I jeszcze jednemu, choć trzeci chyba to już jako żart traktował. Trop zawiódł ją do obozu z zaopatrzeniem. Jak podeszła i wychyliła się by zajrzeć dostrzegła rozpakowaną rację podróżną… z sera zostały okruszki, suchary zostały, z pogardą, odrzucone gdzieś w bok, a suszone mięso pełzało w miejscu i kawałek po kawałku znikało, gdy kawałek został dość przerzuty do połknięcia.
- Uczta się podoba? - arkaniska odezwała się podchodząc ku znikającemu jedzeniu. Oplatała się ramionami próbując w ten sposób zatrzymać uciekające ciepło.
Rzute mięso odskoczyło gdzieś w bok, a niewidzialny Fisuś wyraźnie w jakimś innym kierunku, z gwałtownością przestraszonego zwierzęcia.
- Ughhh… - westchnięcie ociekało frustracją - Ze wszystkich choler to ty musiałaś być, co? Jakżeś mnie, w ogóle znalazła?! To prawie pusty wóz na skraju obozu! Nikt nie powinien się nim interesować aż do wyjazdu!
Głos wyraźnie należał do Fisusia, ale był nieco inny. Głębszy. I przyjemniejszy. Zyskał jakąś nutę upodabniającą go do głosu Khala.
Kaylie lekko się uśmiechnęła patrząc w stronę głosu i co jakiś czas lekko drżąc z zimna. - Zapomniałeś, że używam magii?
- Jasne… każdego ranka przechodzisz się prewencyjnie po obozie, oglądając pływy magiczne… zapomnij, nieważne. Słuchaj, nie jestem pewny czy nie zostawiłem we dworze świeczki zapalonej pod firanką, to będę już leciał. Nie mów Viktorowi, że tu byłem, dobrze?
Emanacja magiczna się wyklarowała w oczach Kaylie i mogła już dostrzec, że przysiadł na brzegu wozu, z dala od niej. - Znalazłam cię, bo on wyczuł twoją obecność przez sen. - nagle się odezwała - Wzywał cię po imieniu przez sny. - zrobiła ostrożny krok w stronę chowańca - Nie może sobie poradzić z twoją nieobecnością.
Chowaniec długi czas nie dał znaku, że w ogóle wciąż jest. Tylko zaklęcie pozwalało Kaylie potwierdzić, że został w miejscu. - I co ja, niby, mam na to odpowiedzieć? Wiem o tym, ale ty też wiesz czemu nie chcę z nim rozmawiać…
- On żałuje. - kolejny krok i zatrzymanie - Rozumie, że nie powinien mówić tych słów i były one spowodowane jedynie emocjami oraz jego własnymi problemami emocjonalnymi. Gdzieś w środku ty też to wiesz... A ja wiem, że ci naprawdę zależy na nim i vice versa.
Znowu długa chwila ciszy przeminęła nim się odezwał. - Wiem. Cholera… mamy tę więź empatyczną… - Fisuś brzmiał jakoś inaczej i Kaylie szybko zrozumiała, że mówił do niej patrząc gdzieś daleko w bok. - Godzinę później już wiedziałem, że głupoty gadał. Nie wyobrażaj sobie, że znasz go lepiej niż ja! Możesz mu powiedzieć, że niedługo wrócę… tylko jeszcze… Nah… tyle starczy. Albo nic mu nie mów. To też może być lepsze rozwiązanie.
- Wiem, że znasz go lepiej. - stwierdziła stając już obok - Nie skorzystałam z tego co do mnie powiedziałeś tamtego dnia. Nie pytałam o nią. - powiedziała delikatnie - Zrozumiałam, że to jest coś co spowodowałoby krzywdę dla niego, a tego nie chciałam i nie chcę.
Fisuś westchnął i pozwolił niewidzialności się rozwiać ukazując długie, czarne futro, przetykane srebrną siwizją, dodającą mu jakoś powagi.
Kliknij w miniaturkę
Spojrzał na nią swoimi żółtymi oczami, co wyglądały jakby odrobinę bardziej ludzko niż powinny.
- Słuchaj. Byłem wtedy jeszcze zły i nie chciałem dla niego dobrze. Najlepiej zapomnij, że kiedykolwiek wspomniałem ci o Valierie. Tak będzie lepiej dla nas wszystkich trojga. Dobrze?
- Rozumiem, że byłeś zły, A moja własna złość została źle odebrana. Byłam zła, ale nie na żadnego z was, a na świat. Ale... - zawahała się - Powiedz mi proszę kim jest Valerie. Khal przez sen wypowiedział jej imię... Z bólem.
Czarny kocur odchylił głowę daleko w tył i syknął sfrustrowany. - Ughhh… Czemu, do jasnej cholery, miałby wypowiedzieć jej imię?! Czort… - zamilkł na chwilę, ale szybko skorygował. - To nie jest pytanie do ciebie… I to nie jest moje miejsce by ci o niej opowiadać. Kazałbym ci samej go zapytać, ale… on ci nie opowie. Nawet wtedy wiedziałem, że ci nie opowie. Zapomnij tego imienia. To jest… szczera rada.
- Nie mogę! - patrzyła błagalnie - Muszę wiedzieć by zrozumieć gdzie jestem w tej relacji i jakie dręczą go koszmary.
- Przykro mi. Ale nie mogę ci pomóc. Wiem dość o tej sprawie, by wiedzieć jak ważne to dla niego jest. Nie zdradzę tak jego zaufania. Nie ważne jak zły na niego jestem. Valerie jest daleko w Cheliax. Jest mała szansa, że się znowu spotkają, więc nie powinnaś się przejmować. A gdzie w relacji jesteś to ci, cholera, nie podpowiem. Ja się już zupełnie pogubiłem.
- Co takiego skomplikowanego jest w naszych relacjach? - zapytała przybita odmową chowańca.
Fisuś otworzył szerzej oczy, doszukując się żartu. - … poważnie? Dziwię się, że pół obozu nad tym się nie zastanawia ze mną. Po serenadach jakie dziś odgrywaliście? Znaczy… specyficznie jakie TY odgrywałaś. Byłem gotów na odsiecz lecieć, jakbyś nagle zmieniła namiot w słup płomieni… A po tym wszystkim gołąbeczki śpią razem, snem niemowlaków. Nie rozumiem. Już nie próbuję zrozumieć.
- Ja... - skrzywiła się - Przesadziłam... Przeraziło mnie jak zaczął krwawić. Mówiłam mu, że nie jestem stabilna, ale jego to nie obchodzi. Nie obchodzi go moja przeszłość... - spuściła wzrok - Czy Valerie... To ktoś kto mógłby mnie tak po prostu zastąpić?
Kot przekręcił głowę, nadając temu jakiegoś smaku agresji. - Co znaczy fraza “zaczął krwawić”?! Wiedźmo! Go może nie obchodzić, ale ja ci wydrapię oczy we śnie, jeśli coś mu zrobisz! - warknął stając w bojowej postawie i syknął jak wściekły kot.
Kaylie cofnęła się o krok, wystraszona nagłą złością chowańca. - Trzymał mnie siłą i nie chciał puścić, a chciałam po prostu uciec! Byłam w histerii i po prostu uderzyłam go z czółka w nos, bo tylko tyle mogłam zrobić!
- Chwila! Co?! - zapytał kot w zdziwieniu, jakby ducha zobaczył. - Siłą cię trzymał?! Viktor! Nie, nie, nienienie… Viktor NIGDY by żadnej kobiety nie chciał siłą wziąć! Albo masz na myśli coś innego niż jak to brzmi, albo… nie możesz mieć tego na myśli! Refrazuj, proszę!
Kaylie silnie pokręciła głową. - Nie, nie! Nie chciał mnie brać siłą! Oba razy oddałam się dobrowolnie! - sprecyzowała - Tylko nie mogłam wytrzymać przytaczania rzeczy z przeszłości o jakie chciał mnie wypytać... Po prostu nie wytrzymam.
Fisuś znów usiadł na brzegu wozu, choć wciąż patrzył spode łba. - Przyjmijmy na razie, że było jak mówisz… To się zapuszcza. Normalnie ma wyczucie. Żebyś widziała jak w Cheliax sobie szlaufy, wokół palca, okręcał mmmppphaa… - wydał z siebie cmoknięcie, jak szef kuchni prezentując swoje sztandarowe danie - Poezja. Czysta poezja… ale nieistotne. O coś mnie pytałaś… A no tak. Valerie. Ona jest daleko w Cheliax i potrzebna byłaby jakaś koniunkcja tuzina nieprawdopodobnych wydarzeń, aby cię wygryzła. Nawet nie zgaduję, jak by zareagował, gdyby się tu pojawiła. Nie przejmuj się nią. Zapomnij najlepiej.
- Ale byłabym "tym drugim" wyborem... Prawda? - zapytała ze smutkiem w głosie.
- Kobietooo… - westchnął Fisuś zmęczony - Nie jestem Viktorem i nie mam do ciebie tyle cierpliwości co on. Przestań wymyślać problemy. Z Valerie się… - wstrzymał myśl nim mu się wymsknęła - Nie. Za dużo. Nie moje miejsce. Valerie jest poza kadrem. Nie bierze już udziału w tej historii. Już nie wiem czy nie powiedziałem za dużo. Zapytaj go jeśli chcesz wiedzieć… mówił przez sen jej imię? To nawet nie musisz zdradzać, że ja się wygadałem. Nie poznaję ostatnio Viktora. Może dasz radę to z niego, jakoś, wyciągnąć.
Kobieta spuściła głowę. - Mówiłeś, że się mną znudzi jak dostanie mnie. Jak oddam mu się. - spojrzała w oczy kota - Nadal tak sądzisz?
Fisuś myślał długi czas i widać było, że nie podobały mu się wnioski… aż w końcu westchnął z rezygnacją. - Nie wiem już nic. Nie jesteś jagnięciem dla niego. To na pewno. Jednak to nie tak, że w rotacji nie było nie-jagniąt. I one też wypadały. W końcu. Nie wiem czy jesteś na tyle inna by wyrwać się ze schematu.
- Mówiłam mu, że może mieć inne! - broniła się.
Fisus uniósł brew do góry, w jakimś powątpiewaniu. - Znaczy… co dokładnie mi mówisz? Że godzisz się z jego rotacją? Czy “wiedziały gały co brały” i mógł szukać innej relacji, a nie chciał?
Kobieta westchnęła ciężko. - Będzie mógł mieć rotację, jakieś inne kobiety... Po prostu nie chcę bym była znana wszem i wobec jako ta bardziej stała co się na to godzi.
Fisuś wstrząsnął głową, nie będąc pewnym czy dobrze zrozumiał. - Chciałabyś… ukrywać, że byłabyś jego numero uno?
Kaylie powoli pokiwała głową. - Nie chcę... by mnie porzucił.
Fisus spojrzał gdzieś w bok, otwierając szerzej oczy jak ktoś mający ciężki orzech do zgryzienia. - W porządku… Po pierwsze… dobrze, że się na rotację zgodziłaś. Drastycznie zwiększa wasze szanse. To nie jest kwestia nudy dla niego. Viktor tego potrzebuje i te ostatnie pięć dni celibatu to jego osobisty rekord. Jakbyś rozumiała co to naprawdę oznacza, to byś się teraz rumieniła i uśmiechała jak głupiutka nastolatka, której idol puścił oczko. Po drugie…
- A co oznacza? - weszła w słowo Fisusiowi.
- Hmmm… - zastanowił się chowaniec - W sumie to najlepiej chyba powiedzieć, że to się nie zdarzyło. Nigdy. Viktor nie jest golemem i też mu się zdarzały fascynacje, czy może jakiegoś rodzaju zadurzenia… i u niego, jakoś dziwnie, to działało, że w tych okresach intensyfikował swoje interakcje z rotacją… jego kariera zawsze na tym cierpiała. Interpretuj to jak chcesz, ale dla mnie to duży ewenement.
Mały rumieniec pojawił się na obliczu kobiety. Fisuś miał rację w ocenie. - No - prychnął Fisuś, w niby-irytacji. - Tak już lepiej. Jeśli masz go mieć dla siebie, to lepiej go, kurna, doceniaj i całuj ziemię po której stąpa, bo ja się z tobą policzę… - Fisuś zamyślił się na chwilę, kiwając głową na boki. - Z tym ostatnim to przegiąłem. Nie chcemy mu jeszcze bardziej ego podpompować, co?
Odkaszlnął i w tym dźwięku brzmiał prawie zupełnie jak Khal, gdy anonsował on, że przechodzi to innego tematu. - Po drugie… - zrobił pauzę, upewniając się, że teraz nikt mu nie wejdzie w zdanie - …nie mam pojęcia jak Viktor przyjmie, jeśli mu powiesz, że chciałabyś abyście pozostali tajemnicą, ale nie będzie mu się to podobać… może… przeceniasz jak “publiczna” jest jego rotacja? O jej istnieniu wiedział on, wiedziałem o niej ja. Wiedział Ziggi, Moyra i naprawdę niewielka garstka innych ludzi, co nie paplali. Jeśli coś nie pójdzie bardzo nie tak, to nigdy nie będziesz “wszem i wobec znana” jako ta, co się na coś takiego zgadza… Czort… czemu ja ci, w ogóle, pomagam? - Zaklął i zmarszczył kocie brwi, gdy szukał odpowiedzi gdzieś z boku.
- Niby się zgodził... jak ustaliliśmy zasady... Ale to było w przerwie między jedną a drugą sesją, więc...
- Ughh… jeśli pytasz o jakąś opinię to potrzebuję cytatu… i kontekstu… a będę pewnie żałował jeśli dostanę te dwie rzeczy…
- Pytam... - westchnęła i przycupnęła obok kota - Ja nie mam żadnego sensownego doświadczenia w prawdziwych związkach. - po tych słowach nastąpił dość dokładny opis sytuacji w jakiej ustalali zasady... Włącznie z tymi jakim kusił i jak doprowadziło to do zbliżenia.
- Nie wiem na ile mam to brać poważnie... - odezwała się po historii wyraźnie zarumieniona samym opisywaniem.
- Ughhh… czemu mnie los pokarał uszami?! - jęknął w niebiosa i przemienił się w turkusowego węża. Takiego jakim był dawniej, tylko miał ponad trzy stopy długości zamiast jednej.
- Tak już lepiej - zachichotał z własnego żartu - Po pierwsze. TO! - wskazał ogonem prosto w nią - To gdy się rumienisz i zawstydzasz jak ta głupia siksa, co ledwie dzieciaka może z siebie wyciągnąć… Nigdy tego nie trać. Cholera jasna. Nawet JA mam ochotę cię w czoło ucałować gdy tak robisz. Viktor na to leci zdecydowanie bardziej niż powinien.
Na te słowa leciutko się zarumieniła i zakryła twarz.
Fisuś się zawiesił na moment i, dopiero po wstrząśnięciu łebkiem, kontynuował. - Dooobra jesteś… ale do rzeczy… Viktor jest dumny z tego, że nie kłamie. Skoro się tak umówiliście to tak będzie. A dalej… nie jestem pewny na co kładziesz tutaj nacisk… ty się boisz, że by uczynił z tego publiczną wiedzę, że mając ciebie jako “Pierwszą z wielu”, ma jeszcze to “wiele”? - przekręcił łepek pytająco.
- To miasto jest małe. Tutaj plotki rozchodzą się pewnie bardzo szybko i ciężej utrzymać coś w tajemnicy, szczególnie jeżeli nie będzie się na nią zwracać uwagi. On będzie Arcykapłanem... Będzie miał też możliwości polityczne i wiem, że będzie musiał chociaż dla nich czasem użyć swojego czaru na kobiety... Jeżeli byłoby wiadomo, że jestem jego oficjalną partnerką... - westchnęła - Rozumiesz...
- Jeśli myślisz, że Viktor by “nie zwracał uwagi” na dyskrecję to jesteś w błędzie. Istnienie rotacji było plotką. I to taką, której niewielu dawało wiarę. Wiedziano, że jest kawalerem i korzysta z praw tego stanu, ale niewielu podejrzewało, a NIKT nie mógł w żaden sposób potwierdzić ogromu skali, w jakiej korzystał. Zawsze potrafił zakręcić to tak, że po pytaniu wiedziało się mniej na ten temat niż przed pytaniem. I utrzymał to przez półtorej dekady, prawie bez potknięć. Mam wiarę, że tutaj też sobie da radę.
Kobieta westchnęła ciężko. - Zdaję sobie sprawę, że ten sekret prędzej czy później będzie za ciężki do utrzymania lub po prostu się wyleje w tej społeczności. Rozumiem to... - przetarła oczy - Po prostu nie chcę tego od początku.
- Kaylie… czy ty mnie słuchasz? Bo twoja ostatnia wypowiedź brzmi jakbyś zrozumiała coś zupełnie odwrotnego niż powiedziałem… Półtorej dekady. Prawie bez potknięć. To jest inna sytuacja i ty jesteś tutaj dzikim elementem…. jednak jest duża szansa, że to by nigdy nie wyjdzie. Nie ponad plotki. Z resztą o czym my tu rozmawiamy? Ty pamiętasz, że wy tak nie do końca się kryliście, prawda? Wiesz… chodzenie za ręce… buzi buzi... popisy w kopalni… bardzo emocjonalna noc w namiocie… Fisuś podkreślał każdy kolejny przykład przechyleniem wężowego łebka w drugą stronę.
- Bah… sama to “związkiem” nazwałaś… prawie z wozu spadłem jak to usłyszałem… ale to moja sprawa tylko via proxy. Musisz o tym z Viktorem porozmawiać, bo to co mi opowiedziałaś… ja z tego bym nie wyciągnął, że chcesz bawić się w “tajny romans”. Może on tak, ale nie obstawiałbym pieniędzy na jego domyślność, gdy świeciłaś…
Fisuś zatrzymał się w wypowiedzi, zdając sobie sprawę, że nie ma już ochoty być wrednym gadem i nie bardzo chce ją zawstydzać. Westchnął, nieco zawiedziony swoją postawą. - … gdy był w takich okolicznościach.
- Co innego pocieszać się razem w trakcie misji. - silnie stwierdziła - Przecież nie tylko my użyliśmy dziś namiotu jako prywatnego pokoju... A co innego być oficjalnie parą na salonach! Do tego w kopalni to mieliśmy spięcie. Poważne.
- Widziałem - odpowiedział Fisuś, nagle poważny, choć tylko na to jedno słowo. - A gdy tylko Filia chciała was rozdzielić z miejsca zawarliście szeregi i stworzyliście wspólny front. Jeśli to nie wygląda jak “kłótnia kochanków” to nie wiem co można by tak określić. I co Lilia ci mówiła? Że ona “widzi jak on do ciebie mówi”? Jakoś tak. Albo może “jak ciebie traktuje”? Nieistotne szczegóły… ważne, że ludzie to widzą… ale nie zrozum mnie źle.
Głos Fisusia złagodniał. - Rozumiem twoje zmartwienia, rozumiem twoją bardzo niewygodną pozycję i jak powszechna wiedza, na temat zasad waszej relacji, by uderzała w twoją godność, łamane przez: dumę. Skreśl mniej odpowiadające słowo. - Z nieruchomego, wężowego łebka wydobył się niski chichot. Fisuś, w nowym wydaniu, okazjonalnie brzmiał bardzo jak Khal.
Kaylie ciężko westchnęła. Widać przy tym było, że sama nie do końca rozumie tego związku, choć nie było wiadomo czy chodzi konkretnie o ich związek, czy o związek w ogóle. - Fistaszku... - przysnęła rękę bliżej chowańca i pogłaskała jego łepek opuszkami palców. Chętnie przyjął pieszczoty. - Dziękuję za rady... I przepraszam za moje agresywne zachowanie wcześniej. To... Czasem tracę kontrolę.
Fisuś, z początku otworzył szerzej jedno oko, co chyba miało udawać uniesienie brwi. Krótką chwilę potem westchnął. Długo. - Nie przejmuj się. Ja trochę-tyci byłem dupkiem, ty byłaś… no też przesadziłaś… chwilowo i tak wydaje się to małe piwo… - głos węża zadrżał słabością, którą natychmiast odepchnął od siebie gniewnym syknięciem - Możemy uznać, że chujoza wyrównana! Skoro Viktor postanowił na ciebie postawić…
Pauza się przedłużała, gdy chowaniec szukał co w ogóle chce powiedzieć. - To chyba powinienem zacząć wam kibicować… Od teraz sztama? - zaproponował, nieco niepewnie.
- Ja nie mam do ciebie złości. - podrapała chowańca po łebku - Pójdziesz zrobić niespodziankę? - przycupnęła przed Fisusiem - Na razie Khal śpi. Jest przekonany, że cię szybko nie zobaczy, a nawet boi się, że nie zobaczy cię już nigdy. Może zaserwuj mu szok stulecia? Zwiniesz się na nim i poczekamy jak zareaguje gdy się obudzi? Zakładam bardzo wiele przeprosin. - zaproponowała - Proszę.
- J-ja… - chowaniec się zająknął. Niby się spodziewał, że dotrą do tej części rozmowy, ale wcale nie uczyniło to jej łatwiejszą. Skonfliktowany spojrzał gdzieś w bok, zadowolony, że wężowa forma niezdolna była do żadnej mimiki…
- Nie-e wiem czy jestem… jak teraz wrócę to, założę się, że będę beczał! A jak ja zacznę to pewnie i ten ciul zacznie! To nie jest dobry pomysł! Nie dobry pomysł! Tak… znaczy NIE!
Wąż odgiął się w górę gdy brał głęboki wdech i, zupełnie jak Khal, powoli spuścił z siebie powietrze, aby uspokoić rozszalałe emocje.
Kaylie poczęła delikatnie, uspokajająco głaskać węża. Było coś w tym geście przypominającego sposób w jaki próbowała uspokoić kapłana. - Rozumiem, że to po prostu ciężkie. Niemniej każdy z was będzie cierpiał dłużej im później sytuacja zostanie zażegnana. Będziemy ponownie rozmawiali z Filią w czasie następnego postoju i on potrzebuje mieć głowę pozbawioną tego stresu jaki ciągle siedzi w jego myśli. Mogę wam zapewnić spokój, aby nikt do was nie wchodził i ciszę, aby nikt was nie słyszał.
Fisuś utrzymał się na bezdechu, jeszcze kilka sekund, po tym jak Kaylie skończyła mówić. Walczył z rosnącym w piersi bólem, jednocześnie odnajdując w nim jakiegoś rodzaju autodestruktywny spokój i klarowność. Jednak w końcu musiał z nim przegrać. Wziął łapczywy wdech, jak nurek, co niemal przesadził i spojrzał na arkanistkę oczami otwartymi jak spodki. - Tak, masz rację - przyznał odrobinę zbyt szybko, kiwając główką, odrobinę zbyt intensywnie, ale jego spojrzenie zaraz odzyskało poczytalność.
- Nikt nie słyszał? Jak was wczczyyy… Nie! Miałem NIE być małym chujkiem. Pardon. O jakimś zaklęciu myślisz? Namiot macie w środku obozu…
- Cisza, będę z nią próbować. Dasz mi pół godziny. Oprócz tego sama mogę zacząć robić zamieszanie obozie, aby zaczęli się ruszać.
Turkusowy wąż uniósł się w górę. W kilka sekund porosła go ruda sierść i chwilę potem patrzył na Kaylie lisimi oczami, co zdawały się być równie mądre co chytre.
Kliknij w miniaturkę
-
Potrafisz… stworzyć w niej martwe pole? Viktor nie potrafi… a mogę sam mieć już dość tego dąsania się, ale jednak CHCĘ usłyszeć jak gnojek się płaszczy…
-
Zrobię wszystko co będę mogła. - powiedziała i lekko pocałowała w lisią głowę.
Ku zdziwieniu obojga… zawstydziło go to. W dobry sposób… że aż odwrócił spojrzenie gdzieś w bok, w zakłopotaniu. -
I naprawdę mam się nie przejmować Valerią? - zapytała, postanawiając udawać, że tego nie dostrzega.
Zawstydzenie wywietrzało z pyszczka lisa, co okazał się znacznie zdolniejszy w sztuce mimiki emocji niż wąż… ale jego miejsce zajęło jakieś zmartwienie. Nie tego Kaylie oczekiwała. -
ValerIE, nie ValerIĄ… Długie “iii”... podobne imiona… - poprawił ją Fisuś, jakoś nie do końca obecnie. Pokręcił pyszczkiem ekspresyjnie i ukrył… cokolwiek miał do ukrycia. Jednak, gdy spojrzał na Kaylie, mógł tylko westchnąć… Widziała zawahanie… a on teraz widział jej minę. Otwarte szerzej oczy, rozchylone usta… postawę która jakby się skurczyła… Zaczynało ją to zżerać. I z miejsca wiedział, że czego on nie wyjawi, to ona sobie sama dopowie… i to w najgorszy możliwy sposób.
-
Nie, nie, nie! - Zaprzeczył szybko, starając się ją uspokoić. - Valerie jest poza obrazkiem, nie musisz się o nią martwić, ona nie jest żadnym problemem!
Dla Kaylie pauza zdawała się trwać całą wieczność. Nic nie powiedziała, ale oboje rozumieli, że jest tam “ale”. Tylko Fisuś potrzebował chwili, aby móc przepracować i ocenić wszystkie ZERO możliwości zgrabnego porzucenia tematu. -
Szlag… - zaklął w chwilowej złości. Miał wrażenie, że Kaylie pęknie. Westchnął i wylał z siebie potok słów. - Niemal na pewno mi się wydaje. Jeśli się nie wydaje to to był tylko “taki moment”. Jeśli to było więcej niż “taki moment” to na pewno nie jest to w ten…
-
Fisuś!
Lis wziął wdech, bo zdążył powietrze całe zużyć i starał się kontynuować wolniej. -
Nnnie byłem przy jego rozmowie z Zoryą, stałem na czatach aby nikt ich nie nadszedł, ale… emocje jakie w nim, w pewnym momencie wzbudziła… To nie… nie wiem, jak to określić… - zawiesił na moment głos, rozważając swoje lojalności - Czort! Niech będzie… to nie było to co przy Valerie, ok?! Ani nie jest to co przy tobie… ale jeszcze coś innego, a te wszystkie trzy i tak są w jakiś sposób podobne…. To było tylko przez krótki moment, nie więcej niż minuta. Ona była jakąś jego przyjaciółką, w poprzednim życiu. To, na pewno, jest coś bardziej tego typu. Może się przed chwilą zawahałem, ale to była myśl co mnie nagle strzeliła i jak pomyślałem, to jestem niemal pewny… - spojrzał w niebiosa przeklinając własny język, bo odniósł nieodparte wrażenie, że “niemal pewny” Kaylie zrozumie nie lepiej niż “być może”... - jestem PEWNY, że ona nie jest dla ciebie konkurencją. Chłop ostatnio ją widział jak jeszcze Tisis żyła i to pewnie z tym się jakoś skorelowało… Poza tym jesteś młodsza, ładniejsza i jesteś wspaniałą czarodziejką! Nawet obiektywnie jesteś, po prostu, atrakcyjniejszą partią. Hmmm?
Kaylie uśmiechnęła się... ale w tym uśmiechu brakowało prawdziwej radości.
Czy ona w ogóle miała szanse przy tych dawnych znajomościach? O Valerie mówił przez sen tuż po ich pierwszym zbliżeniu... -
Dzięki. - odparła i poczochrala lisa za uszami, uśmiechając się w ten wymuszony sposób imitujący radość.
Fisuś… zrozumiał, że nawalił. Po prostu. I nie wiedział jak to naprawić. Nie był Viktorem i może podłapał coś z jego retoryki… ale tu on był potrzebny. Tylko kolejny powód dla którego musiał wrócić… -
Kaylie, słoneczko… Jesteś bystra dziewczyna. Wiesz dobrze, że to nic nie oznacza. Może umówmy się, że nie będziesz wyciągać pochopnych wniosków, a jeśli “wredny głos” próbuje ci coś wmówić, to może skontrargumentuj go tym celibatem, którego Viktor nigdy, dla żadnej nie przyjął… Tylko dla ciebie… Może ładnie ten fakt podkreśli, jak ci powiem, że on jeszcze przed waszym spotkaniem we Dworze, zdążył tutaj znaleźć jagnię, które już raz miał i to po tamtym wieczornym spacerze po Evercrest stwierdził, że nie zrobi z tego niczego regularnego… Hmmm? Przemawia to, choć trochę, do ciebie?
-
Może troszkę... - westchnęła drapiąc liska za uchem. Nie była przekonana do tego powodu. Celibat? Dobre sobie. Ile to trwało? Ponad tydzień bez seksu?
-
I czy naprawdę on jest tak uzależniony od używania wszystkich kobiet jakie mu wpadną w oko? - mruknęła z lekkim skrzywieniem.
Fisuś uniósł brew, ale grymas szybko zszedł mu z pyszczka. Od-drapaniowe przymrużenie oczu przeważyło. -
Z Viktorem mam odmienną opinię dlaczego on to robi… ale na twoje pytanie obaj byśmy opowiedzieli “nie”, a ja od siebie dodam “zapytaj go”, bo to nie moje miejsce by go tłumaczyć z tego. Jednak jeśli inne kobiety mają cię… drażnić. To… Ufff… dziewczę drogie, czeka cię nieprzyjemna przeprawa… Czy może twoje zmartwienia są bardziej moralne i martwisz się o “biedne, głupiutkie niewiasty”?
-
Nie, nie! - zaprzeczyła silnie, trochę jakby wystraszona - Ustaliliśmy, że będą inne i to już moja broszka, aby się z tym pogodzić i nie robić scen. Bardziej zastanawiam się czy on jest takim seksoholikiem, aby tygodniowy "celibat" wręcz był jemu męczeńskim poświęceniem. - pokręciła głową - A co do kwestionowalnej moralności wprowadzania w błąd kobiet mam swoje zdanie, bo byłam kiedyś po stronie takiej kobiety i po roku mydlenia oczu, niedopowiedzeniach i pozwalania mi dojścia do błędnych wniosków zostałam nagle odrzucona jak zużyta szmata. - powiedziała grobowo - Więc wiem jak to boli.
Fisuś milczał chwilę, oddając ten symbol szacunku przeżyciom Kaylie. -
To wiedz, że to tak wyglądać NIE będzie. Mediana długości bytności kobiet w rotacji to było około trzech–czterech tygodni… On nie zostawiał za sobą szlaku złamanych serc. Najwyżej frustracji i zawodów. Wiele od początku wiedziało, że to tylko chwilowa zabawa i z radością się na to zgadzało, bo to była jedyna w ich życiu szansa, choćby aby znaleźć się na gali Conventia Sola–Vallis, która jest jednym z największych niepublicznych wydarzeń roku w Egorianie. Viktor… i dziewczyny z plebsu zabierał na salony, jeśli tylko reprezentowały one sobą wystarczająco wiele… Suknie dostawały wtedy w prezencie. Kiedy wszystko szło po jego myśli, a niemal zawsze szło, z perspektywy jego jagniąt, to był tylko przelotny romans. Jeden z wielu jakich w swoim życiu doświadczyły i, łamane przez: lub… doświadczą.
-
A “celibat”... eh… wciąż nie łapiesz. To nie jest per se “poświęcenie”. To nie tak, że on tobie złożył taki trybut. Nie mówię ci abyś traktowała to, jakby dla ciebie, po żarzących się węglach przeszedł boso… Choć przypomnę, że już zdążył samotnie wszarżować do jaskini pełnej wrogów, aby cię ratować… Ja podkreślam tutaj, tylko i aż, wyjątkowość tego splotu wydarzeń, która sugeruje jego wyjątkowe postrzeganie ciebie. Capere?
-
To może być czasowe zauroczenie... - mruknęła - Takich miałam na tyle dużo, aby nie szukać już prawdziwych... Więc teraz jestem zagubiona i trochę wystraszona. Nie chcę ponownie wpaść w pułapkę uczuć w jaką wpadłam za pierwszym razem...
-
Iii… Czy to ma bardziej związek z jego rotacją, czy bardziej… czymś… - Fisuś zawahał się, szukając delikatnego słowa które zawrze odpowiedni przekaz - …eh… inaczej. Czy chcesz usłyszeć co mi się wydaje?
Kaylie pokiwała głową z twardą pewnością.
Fisuś kiwnął głową, czując się nieco bardziej uprawniony jej zgodą. -
Wydaje mi się, że to nie do końca o Viktora chodzi… Raz się naprawdę zaangażowałaś. Dostałaś za to w mordę. Srogo. Boleśnie. Potem… instynkt samozachowawczy ci nie dał tego powtórzyć. I teraz, wbrew niemu, znów się angażujesz… jeśli dobrze rozumiem sytuację, to bym się dziwił gdybyś nie była wystraszona. Nie spodziewam się abyś cokolwiek mi odpowiedziała… po prostu potraktuj to jako materiał dla rozważań…
Kaylie spuściła wzrok i po chwili uciekła spojrzeniem w bok. Nie mogła dać całkowicie wiary w słowa Fisusia. Musiała być ostrożna...
- Zajmę się osłoną dla was... Chodźmy do namiotu. I tak ubrania muszę wziąć... - odetchnęła głęboko - Tylko daj mi jeszcze chwilę. Muszę się skupić na wykonaniu tej magii... Później... Będziecie mieli maksymalnie pół godziny. Po tym ruszamy, a będę obok siebie Khala potrzebowała, by drogę pomagał wybierać.
Lisek kiwnął niepewnie łebkiem.
- Ttta… chodźmy zanim stchórzę…
Kaylie już wiele razy wcześniej myślała o wykonaniu takiej modyfikacji magicznej, ale nigdy nie była w stanie opanować procesu. Minęło dużo prób i nigdy żadna nie dała pożądanego efektu... ale dziś chciała spróbować ponownie i tym razem wykonać proces.
Już tyle próbowała, wreszcie czuła gotowość, a nawet Rhaast dał jej zielone światło.Słowa magii akompaniamentowały ruchom jej dłoni splatającym nici magii. Zaplatala je delikatnie, unikając ich zerwania, ale w swoim dziele nie poruszała się magicznymi drogami jakie zapisano w księgach. Poruszała się sprawnie dzięki umiejętności wykorzystania skrótów i stworzenia nowych dróg.
Patrzyła przez odsłoniętą płachtę namiotu na śpiącego Khala i nieśmiało pełzającego Fisusa, jakich ominęła moc magii.
Ostatni raz z uczuciem przesunęła wzrokiem po Khalu nim zniknęła na zewnątrz zasłaniając płachtę.
- …uś…
-
Viktor wciąż spał. Turkusowy wąż, z czerwony strzałkami wpełzł przez jeden z wielu otworów które miał do dyspozycji. Z tej odległości… czuł, że Viktor ma za sobą ciężką noc. Nie paskudną, takie też były częste… ale nieprzyjemną. Znał ten rodzaj zmęczenia, wyciekający teraz z niego. Dokładnie taki sam jakim emanował godzinę wcześniej, gdy z Kaylie wciąż spał, a Fisuś wkradł się na przeszpiegi. Nie denerwował się wtedy tak bardzo. Teraz serce chciało mu, z małej piersi, wyskoczyć. Ten stres przelewał się echem na Viktora i w jakimś rezonansie wracał do Fisusia. Wąż pokręcił łebkiem… “im szybciej tym lepiej”...
Zwinięty na jego piersi… czekał. Viktorowe oddechy podnosiły go i opuszczały, nadając poczucia trochę jakby był na łódce. Cisza była nierealna. Tak głęboka, że pomiędzy oddechami kapłana zdawało mu się, że słyszy pulsy krwi w jego żyłach… albo swoich.
Czekał.
I czekał.
I jeszcze czekał.Nie tak wyobrażał sobie tę scenę. Serduszko mu zwolniło, ale tylko trochę. Miał wrażenie, że zaraz pęknie jeśli coś się nie wydarzy. Wychylił się i wężowy łepek zawisł nad twarzą kapłana, starając się, samym przekazem mentalnym, pogonić go, by się wreszcie obudził… ale więź, jaka ich łączyła, nie działała w ten sposób…
Wysunął rozdwojony język…
Do snu Viktora, co zaraz miał zostać niepowrotnie zapomniany, przedarło się poczucie… swędzenia. Sięgnął leniwie ręką, potarł czubek nosa i pozwolił jej opaść.
Nie dotarło do niego oburzone syknięcie.
Swędzenie się ponowiło. Bardziej natarczywe. Znów go wyciągnęło na granicę jawy i, tym razem, na niej pozostał. Po przegonieniu uczucia, pozwolił dłoni orpzeć się na twarzy. Było już jasno… gdzieś tam jego rozsądek się budził i przypominał sobie, że musi wstać, bo będą niedługo ruszać. Roztarł leniwie oczy, przez powieki, gdy spychał głęboko w niebyt pamięć niektórych snów i same odczucia pozostałych.
Pozwolił głowie opaść w bok.
- Hee…
Zalotne powitanie przerwał w pół tonu, gdy dopiero otworzone oczy nie dostrzegły obok Kaylie. Był nieco… zawiedziony, ale było to dalekie uczucie. Nie był w jawie jeszcze na tyle twardo, by absolutna cisza nie wpędziła go w poczucie nierealności.
Kątem oka dostrzegał nieznany kształt na swojej piersi, ale umysł wciąż tego nie przyjmował do siebie. Tryby powoli się obracały, ale były nieuchronne. W końcu spojrzał z ciekawością na węża na sobie. Nie widział łebka Fistaszka, ukrytego za zwiniętym ciałem. Nie widział jego oczu okrągłych jak spodki, a szybki wężowy oddech był zbyt drobny, by mógł go usłyszeć.
- Heh… - uśmiechnął się, dochodząc do jedynego rozsądnego wniosku. Wciąż spał.
Zamknął oczy i przewrócił się na bok.
Fistaszek jęknął, spadając z wysokości, co dla niego nie była wcale błaha, ale… pozostał w bezruchu, bo poczuł szybko narastający szok i niedowierzanie emanujące od Viktora.
Oba oddechy ugrzęzły w piersiach. Jeden w dużej a drugi w malutkiej.
Obaj czuli aż dwa węzły emocji. Jeden swój, a drugi empatycznie.
Obaj, dziesiątki razy, wyobrażali sobie jak ta rozmowa miała by przebiegnąć… mieli plany. Punkty które trzeba było poruszyć. Zarzuty które wykrzyczeć, ale… niewiele mogli sobie teraz przypomnieć i nic z tego nie brzmiało w żaden sposób… adekwatnie.
Fisuś powoli i drżąco odwrócił pyszczek i wreszcie mogli na siebie spojrzeć. Obaj.
Gdyby Viktor kiedyś opowiedział komuś o tym momencie opisać by musiał małego turkusowego węża, drżącego z emocji. Takiego co potrzebował dać im ujście tak bardzo, że przeoblekł się w małego psa, leżącego płasko na ziemi, spoglądającego w górę czarnymi oczkami, które coraz bardziej i bardziej się szkliły.
Kliknij w miniaturkę
… jednak Viktor miał nigdy nikomu nic o tym nie powiedzieć…
Gdyby Fisusia ktoś zapytał co widział swoimi psimi ślepiami opowiedziałby o gargulcu. Zastygłym w całkowitym bezruchu, poza drżącą szczęką i powiekami. Mówiłby o niedowierzającym spojrzeniu i drzemiącej w nim winie. O tym jak bał się wydać z siebie jakiś dźwięk, a nawet oddech wziąć…
... ale Fisuś wiedział, że zabierze to ze sobą do grobu…
Gdyby ktoś zażądał od bogów, by wyjawił co się działo w tym namiocie spotkałby się z prostą odmową… bo niektóre wydarzenia są święte i nawet diabły, albo kapłani upadłych aniołów mają swoje prawa, dla których naruszenia dostatecznie dobre powody nie istniały. Po prostu.
Kaylie nie posiadała żadnych umiejętności jakie pomogłyby jej w nadzorowaniu ogarniania obozu. Musiała zdać się na siłę jaką zyskała przez czyny podczas misji i mieć nadzieję, że to wystarczy.
Na szczęście wystarczyło.
Strażnicy byli dość ospali, gdy zaczęła towarzystwo budzić ostrym tonem. Nie była ich dowódcą, ale przecież zawsze mogła nastraszyć ich tym, że może przekazać Filii jacy byli nie kooperatywni.
Szybko zauważyła, że nie tylko ona i Khal dziś w nocy świętowali razem, gdy namioty okazywały się koedukacyjne, chociaż posiadały mniej śpiworów niż ludzi w nich leżących... zazwyczaj bardzo blisko siebie.Czasami rzucano jej lekko wredne uśmieszki dając do zrozumienia, że jej noc została usłyszana. Kiedy jeden z obudzonych zapytał ją o znaczenie jednych słów, jakie dość głośno wykrzyczała, Kaylie spłonęła silnym rumieńcem wstydu i szybko odeszła rzucając przez ramię rozkaz by ogarnęli śniadanie, bo niedługo wyruszają.
Rzeczy które zając powinny kwadrans zajmowały trzy. Nie chodziło tylko o samą Kaylie, co na bieżąco dochodziła do tego co powinna zrobić, ale też ogólne rozluźnienie obozu. Ludzie czuli się zwycięzcy. Czuli się niepokonani. I czuli się bezpieczni…. a ponadto czuli się niewyspani, po długim świętowaniu, w niektórych przypadkach trwającym póki wstające słońce nie zaczęło rozświetlać horyzontu.
Ktoś się lenił.
Ktoś potrzebował decyzji.
Ktoś miał jakieś pretensje.
Ktoś szukał cichego miejsca, by się zdrzemnąć.
Ktoś znów szedł do Kaylie o coś zapytać…Arkanistka szybko spławiła poprzedniego “kogoś”... powoli zaczynała rozumieć czemu ogarnianie obozu nie zostawiało Filii czasu na bardziej przyziemne obowiązki… a teraz to sytuacja była komfortowa, bo raczej nie trzeba było lękać się zagrożeń…
Kryjąc rosnącą frustrację, z błahości połowy problemów, z którymi do niej przychodzono, odwróciła się, by rozwiązać kolejną trudność, z którą przeciętny półgłówek NIE wyszkolony do bezmyślnego wykonywania rozkazów, powinien sobie łatwo poradzić…
.. niemal nie zdążyła wzroku odwrócić, nim nie objęły jej ramiona… jedna dłoń spoczęła na jej plecach, druga z tyłu głowy… jeszcze ćwierć sekundy potrzebowała, by skojarzyć to krótkie mignięcie twarzy, jego sylwetkę i zapach…
- Dziękuję… - głos Khala był inny niż w ostatnich dniach. Jakby ubyło z niego przygniatającego ciężaru, którego wcześniej nawet nie dostrzegła… aż cieplej się zrobiło gdzieś w piersi…
W pierwszym momencie się spięła nim nie dotarło do niej kto ją dotknął. Gdy zrozumiała rozluźniła się od razu. Uśmiechnęła się słysząc jego głos pozbawiony wcześniejszego stresu, jaki pomagała mu wczoraj zagłuszać.
Ktoś kogoś szturchnął, wskazując na parę bohaterów wyprawy.
Ktoś się uśmiechnął i zwolnił, by nacieszyć oczy gestem tak…
...szczerym?
Ktoś przewrócił oczami, ale nie potrafił się z nimi nie cieszyć.Kaylie niemalże “usłyszała” khalowy uśmiech… ten z aroganckiego rodzaju. Niemal bezczelnego. Ręka opadła, obejmując ją w talii…
… i poderwała ją w górę. Wir, w który nagle została wciągnięta wydobył z niej, prawie-że “dziewczęcy”, jęk, a on wyrwał Khalowi z gardła serdeczny śmiech, co zdawał się, choć na krótki moment, odsuwać wszelkie troski.
Uchwyciła się jego karku… Wciąż wirowała gdy jej pisk został stłumiony khalowym pocałunkiem.Ktoś w tle zawiwatował.
Ktoś się tylko uśmiechnął błogo.
Ktoś gwizdnął, wibrująco, przez palce.
Ktoś wyrechotał oczekiwania “powtórki” z nocy.
Ktoś zdzielił poprzedniego w potylicę.Stopy Kaylie, niemal “nagle”, spotkały ziemię, ale dłoń na krzyżu upewniła jej wątpliwą równowagę i trzymała ją póki błędnik się nie opanował. Spotkała wreszcie jego spojrzenie… intensywność wdzięczności i jakiegoś… uczucia w nim wręcz wprawiło ją w zakłopotanie.
A przecież nie zrobiła nic tak wielkiego... Nie była przyzwyczajona do takich reakcji na temat swoich czynów... więc tylko z zakłopotaniem uśmiechnęła się do mężczyzny.Viktor pochylił się i ucałował Kaylie w czoło
- Fisuś mi wszystko powiedział… nigdy ci tego nie zapomnę… - mówił cicho, tak blisko, że ustami wciąż muskał jej skórę.
Zimno przeszło jej po kręgosłupie, gdy usłyszała, że wszystko zostało przekazane Khalowi. Była wystraszona i niepewna reakcji. Czy on już wie o wątpliwościach odnośnie Valerie i Zoryi?
Nie znalazła w Viktorze odpowiedzi, bo odstąpił pół kroku, a jego spojrzenie objemowało już obóz, który na ten moment się zatrzymał… Wiwaty, zachęty, żarty i śmiechy niemal ustały, a część powoli wracała do pracy…
- Dziękujemy za dobre słowa! - zakrzyknął, głosem wyćwiczonym latami, by nieść się daleko, brzmieć przyjemnie i rozwiewać wątpliwości. - Wszyscy wiemy co robić! Zbierzmy dupę w troki i wracajmy do rodzin, dobrze? Ktokolwiek z was wpadnie do Popielnego Dworu zawsze znajdzie miejsce przy moim stoliku i kolejkę dla siebie!
Ostatni wiwat rozszedł się po obozie falą i ludzie wrócili do pracy, z jakąś odrobiną nowej werwy i zadowolenia.
Uśmiechnięty Khal odwrócił się do Kaylie.
- Czego ode mnie potrzebujesz? - zapytał, a w głosie i spojrzeniu znalazła gotowość do pełnego jej wsparcia.
- Znasz się na tych terenach. - stwierdziła patrząc z lekkim zafascynowaniem nagłością i siłą zmiany w jego zachowaniu. Jakby wtłoczyć w niego nowe życie. Czy Viktor Goodmann taki był w Cheliax?
- Pomógłbyś mi poprowadzić do następnego postoju przed miastem.
- “Znam” to mocne słowo… - jednak głosie Viktora nie znać było zwątpienia czy zawahania - … ale pamiętam, chyba, punkty orientacyjne po drodze, a jak Fisuś się dość wzniesie to i samo Evercrest dojrzy. Widoczność jest doskonała - ocenił patrząc w niebo - Jak ruszymy rozeznam się kto jest najwyższy rangą, pod niedyspozycyjność Filii, aby pomógł nam z technikaliami i dziwactwami lokalnej straży… Ale najpierw musimy ruszyć. Jakieś konkretne problemy wymagają rozwiązania, czy starczy im pomoc, zachęta i doraźna decyzja?
- Mają do nas bardzo pozytywne podejście. - odezwała się, gdy upewniła się, że inni zajęli się śniadaniem - Choć czasem niektórzy bardzo jak do kumpla... To bywa... Krępujące. - rumieniec zażenowania dawał wyraźną odpowiedź o czym mówi - Chyba byliśmy za głośni w namiocie...
- Tylko w tym sensie, że sprowokowaliśmy te żarty - uśmiechnął się Khal, puszczając oczko.
- Jeśli byś chciała, to mogę zgrabnie i po cichu ogarnąć, aby przystopowali nieco… ale jak nie ma w tym złej woli, ani nie zrobi się natarczywe… - wzruszył ramionami - Starczy twoje słowo… - zachęcił, widząc jej zawstydzenie, ale galtianka tylko machnęła ręką zbywając temat - Wiemy co u Filii? Daviona ktoś widział? Ktoś specyficznie skontrolował stan odbitych? Mamy wartowników na posterunkach?
Khal pytał o wiele rzeczy, ale nie gnał, a jego głos nie był natarczywy… słychać było, że chce odhaczyć punkty na swojej liście i spodziewa się, że większość jest już rozwiązana.
Kaylie została zalana tymi pytaniami, które ją po prostu wystraszyły na tyle, że nie wiedziała czy jest w stanie na każde odpowiedzieć. - Ja... - zająknęła się - Przep... - drżenie głosu ukazywało jak czuje się w tym momencie. - Zobaczę co z Filią...
Wyglądała jak przyłapane dziecko przez nauczyciela na braku pracy domowej. - Hej, hejejej… - Khal złapał jej dłoń, wzniósł do ust i ucałował. Nie spieszył się z tym. - Idąc tu widziałem, że uwijałaś się jak truteń… Jestem tu aby cię wesprzeć. Nie by oceniać.
Zbliżył się. Ujął ją za biodro oraz policzek i oparł czoło o jej. - Teraz spokojnie… - Głos miał łagodny i opiekuńczy. - Oddychaj ze mną. Wdech. Yyyyhhh… i wydech. Uhhhhh… Wszystko gra, hmmm? Sprawdź, proszę, Filię i Daviona. Ja ustalę co z wartami i uratowanymi. Widzimy się, w tym miejscu, za pięć do dziesięciu minut, dobrze?
Kaylie wyraźnie ulżyło, gdy zobaczyła reakcję Khala. On jej o nic nie oskarżał, nie był ironicznie wredny... - Dobrze, dobrze! Dziękuję... - powiedziała szybko i ruszyła do namiotu Filii.
Arkanistka zatrzymała się przed wejściem do namiotu dowódcy i tylko uniosła głos nie wchodząc bez zaproszenia.
-
Mogę wejść czy to zły moment?
Chwilę zajęło zanim ze środka dobiegł głos komendant. -
Wejdź, wejdź… - Filia brzmiała na zmęczoną.
Galtianka przeszła do środka odsuwając poły materiału z drogi.
Filia zakładała właśnie buty, jej zbroja i reszta rynszutku leżała porozrzucona po ziemi. Westchnęła kiedy w końcu z trudem wsunęła stopę w but. -
O co chodzi? - włosy komendant były w nieładzie, sama też wyglądała jakby potrzebowała kilku wizyt w jakimś salonie piękności.
-
Pobudziłam wszystkich, teraz mają ogarnąć śniadanie. Khal zajmuje się wartami i stanem odbitych, komendant. - Kaylie zasalutowała poważnie i zaraz z wrednym uśmiechem dodała - Kac doskwiera?
Zaskakująco Kaylie nie nosiła teraz maski. -
Tylko kiedy bije mi serce… - odparła Filia - Dziękuję, że przejmujesz obowiązki… ja… nie jestem w dobrym stanie, aby przeprowadzić musztrę, a co tu mówić o prowadzeniu tej wycieczki…
-
Więc będą mieli spacerek, bo i ja musztrować ich nie będę. - wzruszyła ramionami - Też ich noc wymęczyła. Niejedni musieli spuścić stres grupowo.
Komendant pokiwała głową i jęknęła kiedy ruch wywołał ból. -
Nie wiem… nie wiem, co zrobić jak wrócimy do miasta. To… to za dużo.
Kaylie usiadła obok Filii. -
Porozmawiamy o tym podczas następnego postoju. Spokojnie, nie zostaniesz sama z decyzjami i nie będą wymuszone na szybko. - niepewnie położyła dłoń na barku Filii, po czym zabrała rękę - Na razie odpoczywaj... Choć przyznam, że nie oczekiwałam tak ostrego traktowania przez elfa.
-
Ostrego? - komendant uniosła brew - Davion jest najdelikatniejszą osobą jaką znam.
-
A co... - bez ostrzeżenia dźgnęła palcem bok kobiety.
Filia syknęła. -
To kac… - zapewniła - Po prostu za dużo wypiłam… i zawsze miałam tylko materac i drewno na opał…
-
Jak twierdzisz... - stwierdziła nie do końca dając wiarę - Gdzie on polazł w sumie?
-
Zorganizuje małą kapliczkę i przeprowadzi krótką modlitwę dla chłopców i uratowanych.
-
Kapłani są dziwni... Tym się zajął i zostawił kobietę z jaką miał noc?
-
Czy jest teraz noc? - zapytała Filia - Pomógł mi kiedy byłam w potrzebie, teraz inni go potrzebują. Tak, jest tak wytrzymały. - komendant ubiegła żart arkanistki.
-
W łóżku też? - wyszczerzyła się radośnie.
-
Szczególnie. - odparła - A jak mój brat? Zadowala pomimo zaawansowanego wieku?
-
W czym niby zadowala? - Kaylie próbowała zostać bezemocjonalna, ale bez maski widać było rumieniec na jej policzkach.
-
Mogłam opróżnić trzy butelki wina, rumu i piwa, ale to nie znaczy, że nie mam oczu i uszu w obozie. - uśmiechnęła się łobuzersko - Widzę natomiast po twojej reakcji, że owszem. Dobrze, zasługujesz na trochę radości w życiu.
Galtianka położyła dłonie na kolanach i skupiła wzrok przed sobą. -
Tak, w końcu spędziliśmy intymny czas ze sobą. Bynajmniej nie żałuję.
-
To dobrze. - odparła komendant - A on?
-
On? - zapytała zdziwiona - Czemu miałby?
-
Żart. - zapewniła Filia - Nie znam was tak dobrze i próbuje wybadać grunt.
-
O czym mówisz? - zdziwiła się - Tak, podoba mi się i daliśmy temu upust w namiocie. - przyznała.
Filia pokręciła głową.
-
Jak na Galtiankę jesteś bardzo sztywna. Zmieńmy temat. - zastanowiła się chwilę - To będzie dość prywatne pytanie, więc nie musisz mi odpowiadać. Wiem, że Viktor jest tu, aby zacząć kult tego… Azazela. Wiem, że mistrz Baltizar ma mu w tym pomóc. Wnioskuje zatem, że oboje mają jakiś układ z tym diabłem. Więc jaki jest twój, jeżeli jest jakiś?
-
Jestem najemnikiem i pracuję dla Khala. - odparła.
Filia jedynie skrzywiła usta. -
Nawet na kacu wiem, że to nie cała prawda. Nie musisz jednak mówić, jeżeli nie chcesz.
-
Skąd w ogóle takie zainteresowanie? - nie była szczęśliwa z dociekliwości Filii - Jaki ono ma sens?
-
Jaki sens miało pytanie mnie czy Davion jest wytrzymały w łóżku? - odparła komendant.
-
Przekomarzaniki i to ty pierwsza powiedziałaś o jego byciu wytrzymałym, więc się prosiło. Temat dobry na zajęcie twoich myśli. - odpowiedziała wprost - Chyba nie myślałaś, że mnie to interesuje z personalnych powodów i chcę go dziś zobaczyć nocą w swoim namiocie?
-
Przyjąłby to jako komplement. - zapewniła Filia - No cóż, odwzajemniłam przekomarzanki. Wybacz jeżeli uderzyłam w drażliwy temat.
-
Twoje pytanie nie było tym samym. - pokręciła głową - Sądzisz, że Davion by do mnie przyszedł w nocy i uprawniałby ze mną miłość, gdybym wyraziła zainteresowanie? - zapytała z uśmieszkiem.
-
Zainteresowanie? Nie. Przyjdziesz do niego z wypełnionym kontraktem i moją pisemną zgodą? Jak najbardziej.
-
Jakim kontraktem?
-
Że wasza noc przyjemności, będzie wyłącznie dla przyjemności, żadnych uczuć czy pasji i po jej zakończeniu pójdziecie swoimi osobnymi ścieżkami. Tak w skrócie.
-
Ale uczucia potrafią się tworzyć dopiero po takiej nocy. Nie możesz samym kawałkiem papieru tego zmienić. - pokręciła głową krzywiąc się.
-
A jednak ludzie potrafią chodzić na dziwki bez emocji. - uśmiechnęła się - Tu chodzi o założenie zasad spotkania.
-
Twierdzisz, że byłabym dziwką? - zapytała z chłodem w głosie.
-
To Davion przyjmowałby kontrakt z zezwoleniem. - Filia się uśmiechnęła.
-
Niech ci będzie... - mruknęła - Wszyscy jesteście tak sztywni co do papierologii jak i Khal umie być. Szokujące.
-
Och, ty nawet sobie nie wyobrażasz jak ja potrafię zagrać na Davionie przy odpowiedniej manipulacji papierów.
-
Co? - Kaylie wyraźnie nie rozumiała o czym Filia mówi.
Komendant uśmiechnęła się. -
Mam ci wytłumaczyć zawiłości skomplikowanego systemu druków, wniosków i petycji? Czy wystarczy ci "Daję mu prośbę o urlop na wniosku o rezerwację miejsca w restauracji" i on wtedy wie, że zapraszam go na kolację?
-
Jesteś spokrewniona z Khalem. - pokręciła głową - Oboje byście to za dobry sposób widzieli i śmiali byście się z wykonania. - złapała się za głowę - Dobrze, że mnie tak nie powaliło…
-
Jeżeli twój związek z nim potrwa dłużej, to możesz się zarazić. - zapewniła Filia - Poczekaj, aż zaczniesz sprawdzać czy kolor papieru, na którym piszesz spełnia normy. Wtedy będziesz wiedziała, że jest za późno.
-
Szczerze wątpię... - westchnęła ze skrzywieniem - Mogę mu pomagać w przeszukiwaniu papierów, ale nie mam zamiaru się do nich onanizować…
Filia delikatnie się zaśmiała. -
Ech, naprawdę. Niektórym brak wyobraźni.
Kaylie skrzywiła się.
- Mam nadzieję, że Khal aż tak nudny nie będzie często.
-Tylko ciebie to nudzi. - zapewniła komendant - Coś jeszcze? - Wątpliwe, że tylko mnie z całej populacji. - pokręciła głową - Na następnym postoju pogadamy, to masz czas poleczyć kaca... K-O-M-E-N-D-A-N-T.
Ostatnie słowo wypowiedziała umyślnie długo i głośno salutując jej z wrednym uśmieszkiem.
W odpowiedzi dostała w głowę poduszką od Filii. - Spadaj już.
Okrutny chichot Kaylie jeszcze był słyszany jak opuściła namiot dowodzącej.
Viktor odprowadził Kaylie spojrzeniem nie do końca jeszcze wiedząc co myśleć o jej… pewnej nadreaktywności na niego… odłożył rozważania na później. Nie wiedział czy obóz jest zabezpieczony. Nie spodziewał się aby ktoś ich zaatakował, ale jakby do tego doszło to obecność a nieobecność wartowników na straży decydowałaby o życiu lub śmierci.
- Sprawdzisz perymetr? zapytał niewidzialnego chowańca, a odpowiedzią którą usłyszał był trzepot skrzydeł.
Odprowadził spojrzeniem imaginację obrazu Fisusia.
- Dobrze mieć cię z powrotem…
Szybkim krokiem poszedł sprawdzić co z odbitymi ludźmi. Wyzwoleńcy byli w dobrym stanie fizycznie, ale widać, że ich umysły noszą blizny po tym co widzieli i doznali. Długo zajmie zanim na ich twarzach ponownie pojawi się szczery uśmiech, ale nie o niego teraz Viktorowi chodziło. Starczyło, że są wszyscy zdrowi. Nie miał czasu aby jakoś ich rozweselić, więc nie został u nich długo i poszedł potwierdzić, że mają straże… szczerze oczekiwał, że będą… to nie były podlotki, ale chciał mieć pewność.
Strażnicy faktycznie byli obecni, chociaż nie byli bardzo uzbrojeni. Starali się zapewnić byłym jeńcom poczucie bezpieczeństwa. Kilku akolitów Abadara upewniało się, że niczego im nie potrzeba. To też było zadowalające.
Na koniec poszedł potwierdzić, że obóz w całości jest poprawnie zabezpieczony i żadne losowe zagrożenie nie da rady się do nich podkraść.
Wszystko wydawało się być bezpieczne. Viktor nawet zauważył grupkę goblinów, którą przygarnęli, składającą "raport" Ihaili. Uznał, że ciekawszego nic nie znajdzie w tej chwili. Wszystko wyglądało jak należy. Podszedł bliżej, od strony z której został zauważony przez niziołkę. - Hej, Ihaili. Coś interesującego się dzieje? Widzę, że znalazłaś nowym rekrutom zajęcie…
- Ano, chociaż na razie widzieli pięć wiewiórek, dwie wrony, trzy orły, sowę i więcej niż dziesięć drzew. - haflinka westchnęła - Mimo wszystko, lepiej jest im dać cokolwiek do robienia. Nie chcę, aby zaczęli iść na samowolkę.
- Dobrze, że ktoś o tym pomyślał - przytaknął, chichocząc. - W obozie wydaje się wszystko w porządku i ogarnięte. Miło widzieć kompetencję. Jakby rekruci sprawiali problemy to odeślij ich do mnie. Ostatnio udało mi się przemówić im do rozsądku.
- Lepiej nie, szamanie. Ostatnio rozważali ołtarz na cześć wielkiej Wódz Blackfyre. Jeszcze zaczęliby cię pytać o wymiary komendant.
- Cóż, wielka wódz Blackfyre poprowadziła zwycięską wyprawę, przeciw strasznemu alchemikowi terroryzującemu lokalne społeczności bez strat w personelu… - Głos Viktora był wesoły i niepoważny - Jakiś mały łuczek triumfalny można by jej postawić!
- W wykonaniu goblinów? Bałabym się nad nim przelecieć, co tu mówić o przejściu pod.
- Trzeba doceniać chęci, nawet gdy towarzyszy im niekompetencja… każda wielka umiejętność była kiedyś właśnie takim zamiarem bez zdolności… - uśmiechnął się Khal - Pójdę jeszcze spojrzeć co u naszego jeńca i kończę personalne upewnienie się, że wszystko gra. Jakby potrzeba było z czymś pomocy, to łatwo mnie znajdziesz… - zaproponował adwokat…
Przed sprawdzeniem upłynęło by ustalone “pięć do dziesięciu minut”, a punktualność miał we krwi do stopnia, że czuł nieprzyjemne drapanie z tyłu głowy, gdy dotarło do niego, że musi zmienić plan, bo by się spóźnił…. Kaylie już na niego czekała. Widział… zalążki znudzenia i próby odepchnięcia go, na razie poprzez szukanie w okolicy czegokolwiek na czym można by oko uwiesić.
- Hej. Obóz jest sprawny. Dają radę. Co u siostrzyczki?
Jak tylko Khal się odezwał zmienił się humor Kaylie. Drastycznie wręcz.
Spojrzała w stronę mężczyzny uśmiechając się szeroko i doskoczyła bliżej Frey'a wieszając mu się na szyi. Khal zamrugał oczami w zdziwieniu, ale szybko ustąpiło ono zadowoleniu i musiałby forsownie powstrzymać uśmiech, gdyby go nie chciał… ale go nie powstrzymywał.
- Chodź! - rzuciła od razu i chwyciła go za nadgarstek chcąc go ciągnąć na mocne obrzeża obozu by.. zrobić coś?
- W… porządku? - zgodził się w rozbawieniu, uznając, że odłoży trochę kontrolę więźnia. Jak dotąd jego obchód pokazał jedną rzecz: straż wiedziała co robić. - Chodźmy.
Kaylie ciągnęła Khala szybko aż nie zniknęli z widoku obozu i zatrzymała się z nim wśród roślinności ich okrywającej. Pchnęła go plecami na pień wysokiego drzewa i szybko pocałowawszy go w usta wtuliła się i wymruczała mu do ucha.
-
Potrzebuję prawnika.
-
Hmmm… - zastanawiał się chwilę Khal, ale Kaylie czuła jak jego kciuk znalazł drogę pod jej koszulę i sunął to w jedną, stronę, z powrotem po jej talii gdy reszta dłoni spoczywała na jej biodrze - Myślę, że byłbym w stanie ci kilku polecić… a jaką… problematyką miałby się zająć dla ciebie?
-
Polecić? - złapała Khala za koszulę pod gardłem i przysunęła jego twarz do swojej - Ja chcę ciebie. CIEBIE. - złożyła kolejny pocałunek na jego ustach - Potrzebuję stworzyć pismo urzędowe, aby pozwać osobę, jaka mnie zaatakowała fizycznie.
Viktor pozwolił słowom Kaylie dotrzeć do siebie dopiero po chwili, wcześniej wyparte przyjemnością pocałunku… ale gdy dotarły otworzył oczy szeroko, a jego mięśnie się spięły. Chwycił ją za ramiona i odsunął od siebie, tyle aby spojrzeć w jej oczy.
- Ktoś ciebie zaatakował? - zapytał, choć widział, że czegoś tu wyraźnie nie rozumie.
- Tak. - powiedziała twardo z pewnością w wyrazie twarzy - Filia.
- Opowiedz mi.
Kaylie ciężko westchnęła, ale Khal zobaczył jakiś malutki uśmieszek krążący wokół rogu jej ust. - Jest skacowana. I żeby mnie pogonić, gdy głośno do niej mówiłam zaatakowała mnie... - przytuliła się do mężczyzny i czuła ile spięcia w nim było, jakby już się szykował do walki - ...poduszką.
Stres powoli zszedł z Khala. Schodził wraz z powoli spuszczanym z płuc powietrzem. - Sam ci kark ukręcę, jak mnie będziesz tak straszyć! - zaśmiał się z równą wesołością co ulgą i sam ją ucałował.
- Gadałyśmy o tym, że wysyła swojemu facetowi jakieś papiery jeżeli chce go zaprosić na kolację. Chyba prawniczo się onanizują nimi. - mruknęła - Powiedziała, że jestem nudna i nie mam inwencji... - prychnęła i uśmiechnęła się złośliwie - To ja już jej pokażę galtiańską inwencję prawniczą!
- Hmmm… rozumiem. To będziemy musieli sporządzić zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa… protokół z przesłuchania pokrzywdzonego powinien być przeprowadzony przez organ porządkowy, ale możemy go nazwać “niezależnym” i będziemy udawać, jakby miało to jakikolwiek sens. “Bądź dość bezczelny w tym co robisz, a nikt nie śmie cię sprawdzić.” Potem byłby akt oskarżenia, a jakby udało się pożyczyć od niej tą poduszkę, to można by zrobić z niej “załącznik”, jako dowód wydarzenia. Całość adresowana do “Komendant straży miejskiej Evercrest Blackfyre” i oskarżonego nazywać “Filia Blackfyre”... w prośbie o rozstrzygnięcie zasugerujemy jakąś absurdalną, ale niegroźną karę jak “zakaz używania poduszek przez dwa tygodnie i rozprawka o psychologicznych konsekwencjach mikro-przemocy”...
Kaylie już w połowie wypowiedzi utraciła jakiekolwiek złudzenia… Khal się świetnie bawił.
Kobieta też wyraźnie dobrze się bawiła tym absurdem. - Niech to wygląda jak najbardziej prawdziwie i oficjalnie jak się da. Niech absurd zostanie odkryty dopiero na samym końcu tekstu, aby musieli się przekopać przez prawnicze mambo-dżambo, bo na pewno swojego faceta w to włączy!
- Hmmm… sugerowałbym jednak ograniczyć. Pięć minut stresu, że to na poważnie starczy. Tym bardziej, że gdy dojdą do naszego “niezależnego protokołu przesłuchania pokrzywdzonego” to się domyślą, że to żart, a jeśli nie… to zostanie interpretacja, że rażąco nie rozumiemy tutejszego prawa, albo mamy nieczyste zamiary i to jest jakiś trik. Jak na moje to niech tylko pierwsze dwie trzecie zawiadomienia będą brzmiały poważnie. To jakieś dwie do pięciu minut stresu. Za to… znajdziemy jakiegoś dzieciaka. Specyficznie siedmiolatka i damy mu miedziaka aby nabazgrał kilka dyktowanych słów o tym jak przegranie walki na poduszki ze starszą siostrą było dla niego tragedią i nazwiemy go “ekspertem”... dostanie drugiego miedziaka za wydrapanie kredkami rysunku patyczaka z czarnym sianem na głowie, rzucającego poduszką w patyczka z kasztanowym sianem i to będzie “rekonstrukcja wydarzeń”. Na koniec się ja się podpiszę jakoś dziwnie, jak Giktor Voodmann… lub Voodoomann? Heh… Tsk.. nie. Przesada już. Cienka jest granica między absurdalnym humorem, a zwykła groteską.
- Może być i tak. - zgodziła się - Niech się nauczy, żeby nie podgryzać mnie. A! Przecież ona była po alkoholu, to się dodaje do oskarżenia!
- Hmmm… może? Zobaczę jakie są tu klimaty. W Cheliax jak najbardziej bym dodał, w Isger powoli to wchodzi, ale w Nidal by mnie zapytano czemu o tym piszę w dokumentacji… “nie alkohol jest problemem, ale czyny”... ale dobre myślenia. Spora szansa, że miałoby znaczenie, gdyby to było na poważnie… musimy się jeszcze postarać by trafiło to prosto do niej, a nie przechodziło przez nikogo pośrednio, bo jeszcze jej narobimy pod tyłkiem i wtedy nie będzie jej do śmiechu. Cóż… w takim razie przyjmuję twoją sprawę, potrzebuję teraz abyś dała mi srebrnika.
- Mmm... - skrzywiła się lekko i zaczęła poprawiać kołnierzyk Khala - A czy przypadkiem nie dałam ci wystarczająco monet ostatniej nocy? - zapytała dwuznacznie.`
- Hmmm… kwestia niuansów. W momencie jak dostanę od ciebie jakiekolwiek pieniądze, nawet pojedynczego srebrnika, jestem przez ciebie zatrudniony i to nakłada na mnie pewne obligacje… najbardziej znana: tajemnica zawodowa. Dalej: obowiązek działania w twoim interesie. Swoista lojalnościówka, co tutaj znaczy, że Filia nie mogłaby do mnie przyjść abym ją bronił przed twoimi zarzutami i wiele wiele innych mankamentów. Nie spotkałem się jeszcze z systemem który pozwalałby adwokatowi oficjalnie rozliczać się w naturze... A co najważniejsze… bawi mnie to - wzruszył ramionami z uśmiechem na twarzy, dając znać, że nawet “najważniejsze” wciąż nie było tutaj wcale ważne.
- Poza tym mihi ignoscet... - żachnął się z jakimś oburzeniem i uniósł ją w górę, obejmując w talii. Sekundę potem to ona była przyparta do drzewa, ale jej nogi wisiały w powietrzu.
- Jeśli dobrze odtwarzam wczorajsze wydarzenia to to definitywnie nie była jednostronna wymiana korzyści…
Khal miał jakiś taki sposób, że nawet gdy mówił tak okropnie płaskie i rzeczowe słowa, to tonem, gestem i mimiką potrafił sprawić, że brzmiały nieprzyzwoicie w ten najlepszy sposób. - Wiesz, że teraz nie ma czasu... - spojrzała w stronę obozu - I chyba trzeba nam coś zjeść przed podróżą, co? Coś zasycającego, jakieś jedzenie. - dodała szybko nim mógł wtrącić cokolwiek o tym, co mógłby jej dać.
- Tsk… - skrzywił się niepoważnie, widząc, że jego żart został powstrzymany nim dało się go wypowiedzieć. No ale nie oczekiwałby po Kaylie wpadnięcia w tak klasyczną i, mimo wszystko, banalną pułapkę. - No to chodźmy - przytaknął, stawiając ją na ziemi.
Kaylie poprawiła górę szaty. - Ciągle mi wisisz urwaną sprzączkę od ubrania, pamiętasz?
Khal strzelił palcami w przebłysku zrozumienia. - Vae mihi... - zaklął niezobowiązująco do siebie i sięgnął do kieszeni na piersi. - Wstyd i hańba by tyle razy zapomnieć… a gdy nie było okazji to pamiętałem… - mówił, ale trochę nieobecnie, bardziej wypełniając ciszę gdy szukał - Mam - zadeklarował, wyciągnął zawezwaną sprzączkę i wręczył ją Kaylie - Proszę bardzo. Miałem nadzieję, że nic więcej nie przegapiłem, ale magiczne światło nie jest wdzięczne do takich poszukiwań.
Była pogięta do stanu nieużywalności, ale wierzył, że odrobina kaylowej magii to więcej niż potrzeba. - Świetnie. - odparła z uśmiechem gdy chowała sprzączkę w kieszonkę pod szatą - Rozumiem, że mamy ustalone co ze sprawą o pobicie? Dzięki! - nie czekała na odpowiedź Khala najwyraźniej uważając sprawę za załatwioną, a mu nie zależało dosyć, więc wkrótce poszedł za nią.
- Hee…
-
Baltizar
Baltizar leżał wśród zieleni porastającej dno krateru, wsłuchując się w ciche szmery wiatru między liśćmi. Przestrzeń wokół była niemal idylliczna – miękka trawa, ciepłe światło zachodzącego słońca, zapach wilgotnej ziemi. Co jakiś czas natrafiał na zardzewiałe fragmenty metalu i strzępy materiału, niemal całkowicie pochłonięte przez przyrodę, jakby krater powoli trawił resztki dawnej tragedii. Kiedy niebo zaczęło ciemnieć, ułożył się wygodnie, zamknął oczy i pozwolił, by sen go pochłonął.
Ale to nie był zwykły sen.
Najpierw poczuł dotyk – zimny, obślizgły, pełzający po skórze jak tysiące cienkich macek. Nie był to uścisk, lecz zaproszenie, jakby coś pod ziemią czekało, cierpliwie i od wieków. Nim zdążył się poruszyć, opłatające go macki szarpnęły, a świat zawirował. Spadał w dół, przez ziemię, przez skałę, przez coś, co nie powinno być płynne, a jednak pochłaniało go jak ciemne odmęty.
A potem nastała cisza.
Baltizar stał w sercu podziemnego miasta. Było znajome, a jednak obce – niby gnomia architektura, lecz nienaturalnie rozciągnięta, zniekształcona, jakby budynki były świadomymi istotami, które próbowały naśladować styl jego ludu, ale nie do końca rozumiały proporcje i celowość ich konstrukcji. Wąskie uliczki wiły się nielogicznie, ściany budynków uginały się pod niemożliwymi kątami, a latarnie wyrastały w miejscach, w których nie było potrzeby oświetlenia.
Światło było mdłe, blade i nienaturalne, jakby sączyło się z powietrza, a nie z konkretnego źródła. Powietrze pachniało pleśnią i czymś nieznanym, niemal chemicznym, jakby starożytność tego miejsca nie była naturalnym efektem upływu czasu, lecz wynikiem zapomnianej alchemii.
Baltizar nie widział nikogo, nie słyszał kroków, rozmów, nawet echa własnego oddechu. Ale czuł, że nie jest sam.
Oczy.
Malowane na budynkach, rozciągnięte po ścianach i drzwiach, niektóre proste jak dziecięce bazgroły, inne realistyczne do granic niepokoju – złowieszcze, z wypukłymi źrenicami, błyszczące w półmroku. Każdy krok Baltizara zdawał się zmieniać ich ustawienie. Nie ruszały się, a jednak zawsze były skierowane na niego. Niektóre szeroko otwarte, inne przymrużone jak w nieufnym zaciekawieniu.
Cisza trwała, lecz Baltizar czuł, że to tylko maska. Miasto nie było opustoszałe. Czekało.
Kaylie i Viktor
Poranek nadszedł zbyt szybko dla tych, którzy świętowali ubiegłą noc. Komendant Filia Blackfyre, zwykle czujna i pełna energii, teraz ukrywała się pod kapturem płaszcza, walcząc z konsekwencjami nadmiernej konsumpcji alkoholu. Jej obowiązki przejęła Kaylie, zajmując miejsce na froncie karawany. Chłodne powietrze poranka wdzierało się pod jej ubranie, ale była na to przygotowana. Oczy miała szeroko otwarte, wypatrując zagrożeń – od zwykłych bandytów po dzikie bestie, które mogłyby czaić się w gęstwinie.
Ścieżka, którą podążali, wiła się przez zarośnięty las, wciąż wilgotny po niedawnej burzy. Karawana była dobrze zabezpieczona – strażnicy, choć niektórzy jeszcze zaspani, trzymali ręce na broni, a konie poruszały się równo, przyzwyczajone do długich podróży. Jeńcy, których uratowali poprzedniego dnia, jechali pod strażą, wciąż wstrząśnięci wydarzeniami, ale przynajmniej wolni od szaleństwa alchemika, który ich więził.
Z tyłu karawany Viktor, w pełnej krasie swojego prawniczego autorytetu i kapłańskiej postawy, prowadził rozmowę ze strażnikami. Pytali go o jego wiarę – jak to jest służyć bogu, który nie zna litości dla niesprawiedliwości? Czy naprawdę wierzy, że można sprowadzić sprawiedliwość na ten świat, skoro zło nigdy nie śpi? Czym różni się od bóstw takich jak Calistria czy Ragathiel? W końcu jeden z nowszych strażników zadał ciekawe pytanie.
— A co, jeśli ktoś żałuje swoich czynów? Czy Azazel daje im drugą szansę?
Dyskusja ucichła, a w karawanie rozległ się tylko stukot końskich kopyt i skrzypienie wozów, czekając na odpowiedź.
Kaylie była pierwsza, która ją zobaczyła.
Drzewa wokół nagle przerzedziły się, ustępując miejsca szerokiej polanie, wypalonej niemal do gołej ziemi. Popiół unosił się w powietrzu, a czarne ślady ognia rysowały się na krawędziach lasu. W centrum tej pustki coś leżało – mała, zwinięta w kłębek istota.
Smoczek. Brandelen.
Jego łuski, mieniące się delikatnym odcieniem srebra i błękitu, zdawały się połyskiwać w porannym świetle. Oddychał spokojnie, jego boki uniosły się miarowo, jakby nie przejmował się niczym na świecie.
Kaylie podniosła rękę, dając znak karawanie do zatrzymania się. Konie zarżały, a strażnicy natychmiast chwycili broń, niepewni, co myśleć o tym znalezisku. Cisza zawisła nad polaną, gdy wszyscy wstrzymali oddech, czekając, co zrobi smok. W między czasie podszedł Jori, alchemik rozejrzał się po polanie.- No, maluch się najadł. Pewnie będzie ciężko go przekonać na przeprowadzkę. - zerknął na dwójkę Azazelitów - Spróbujecie udobruchać Filię? Ja w tym czasie pogadam z Brandelenem.
-
Khal & trzódka
Viktor nie czuł się jeszcze pewnie w roli ewangelisty Kozła Ofiarnego. Ta rola miała wiele wspólnego z magią słów którą stosował we wciąż niedalekiej przeszłości, ale w niuansach zaczynała się różnić. Nie dał po sobie poznać krztyny zawahanie. Zbyt dobrze wiedział jak odwracać uwagę i kupować sobie czas na przemyślenia, jak zmieniać tematy czy jak odpowiadać nie przedstawiając żadnych twierdzeń… ale to pytanie… było ważne. Mogło definiować.
- Gdy ktoś żałuje… hmmm… - mruknięcie, które wydał, w brzmieniu nadało mu aury nauczyciela. Mędra nieco. - Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Niemal zawsze: tak. Bądź pewny, że na każde tysiąc przewin które popełniają mieszkańcy Golarionu, na palcach jednej ręki możesz policzyć te których kara nie da ci drugiej szansy. Jeśli skradłeś chleb i żałujesz to przyjmij baty, albo prace, albo cokolwiek będzie ci wyznaczone i po tym… nie krzywdź więcej swych bliźnich. To jest łaskawość sprawiedliwego Prawa. Kara cię oczyszcza. Przyjmij ją z pokorą i zakończ lepszym nim byłeś, a sprawiedliwe społeczeństwo przyjmie cię z otwartymi ramionami, niewinnego jak dziecko… Tak, widzę już pytania w waszych spojrzeniach - zachichotał się Viktor serdecznie - Co jeśli zbrodnia jest gorsza? Zaczęliśmy od jednej skrajności, to przejdźmy w drugą. Mord. Mąż dopatruje się niewierności żony. Rzeczywistej bądź urojonej… W zazdrosnym szale dusi ją, ucieka, zostaje pojmany i postawiony przed szafotem. I wtedy zaczyna żałować? Nie. Na to już za późno. Mógł żałować po czynie. Teraz? Czy łaską byłoby powiedzieć zdruzgotanej matce, że wybaczymy mordercy jej córki? Czy byłoby sprawiedliwe poinformować jej braci i siostry, że darujemy szwagrowi żonobójstwo, “bo jest mu przykro”? Widziałem dziesiątki winnych co pod niebiosa deklamowali żal za swe czyny, ale wiecie co? Oni kłamali. Oni nie żałowali czynów, ale tego, że nie udało im się umknąć. Nie przebudziło się ich sumienie, ale strach, bo przez ten cały czas byli przekonani, że unikną kary. Dobre prawo, dobry system… pokazuje ludziom, nawet najmniejszym i najsłabszym: tu masz receptę na przyzwoite życie. Żyj zgodnie z tymi zasadami a zaopiekujemy się tobą… Sprzeciw się im… to zastosujemy metody przymusu. W wizji Kozła Ofiarnego, a również i mojej własnej, surowe kary są narzędziem, a nie celem. Jak każde narzędzie, trzeba je stosować z rozsądkiem, ale w odróżnieniu od narzędzi, ich ostatecznym celem jest aby nie stosować ich w ogóle…
Głos Viktora dawał poczucie niedokończonego wątku, ale zamiast odpowiedzieć sięgnął po bukłak i upił odrobiny cienkiego wina. - A co z niesprawiedliwymi karami? - zapytał jeden ze starszych strażników - Ludzie potrafią być skorumpowani, nawet ci, którzy stoją na czele prawa. Magowie też istnieją jak i kapłani mrocznych bóstw. Co jeżeli taki czaroklepa cię zaczaruje, abyś zabił swoją żonę, ty za to zawiśniesz i... i co wtedy?
Viktor spoważniał i znów się chwilę zastanowił, dając poważnemu pytaniu poważną ilość czasu. - Tu, niestety, dochodzimy do bardzo trudnego tematu. Najlepsze, najsprawiedliwsze, najdoskonalsze Prawo nie zda się na nic jeśli jego egzekucja zawiedzie. Nie ma tu dobrej odpowiedzi… niezależnie czyja doktryna kształtuje system prawny… To jest niedoskonałość natury ludzkiej, której efekty możemy… MUSIMY próbować przezwyciężyć, ale nigdy do końca się nie uda… a jeśli interesuje cię czym, w tym aspekcie, różniłby się Kozioł Ofiarny od innych bogów… On traktuje bardzo osobiście przewiny, tych co w tak plugawy sposób malwersują Prawo i jego kapłani dokładaliby nieproporcjonalnych starań aby temu przeciwdziałać… a bardziej konkretnie… jeśli jakiś czarodziej magią zmusi kogoś do zabicia żony… to idealnym zachowaniem byłoby od razu biec do władzy i o tym opowiedzieć. Tak jak magia może zmusić człowieka by zrobił czego nie chce, tak i magia może pokazać, że ten przymus miał miejsce… Jak mag zabija żonę rękoma męża, za pomocą magii, to mag jest winny. Nie mąż. I Kozioł dołożyłby szczególnych starań aby go dorwać. Szczególnie jeśli zrozumienie przyszłoby zbyt późno i niewinny mąż zdążyłby już zawisnąć. To jest coś czego Kozioł nigdy by nie wybaczył, a kara która spotkała by tego maga byłaby nauczką dla niego i lekcją dla wszystkich innych magów, aby nigdy nawet nie próbowali.
Strażnicy słuchali uważnie słów kapłana, kiwając głowami, najwyraźniej zgadzali się z logiką zarówno Viktora jak i Azazela. - Jeżeli można. - zaczął ponownie młody strażnik - Czy te surowe kary nie wydają się marnotrawstwem? Na ilu winnych popaprańców jak ten alchemik, trafiło się bogu winnych nieszczęśników, którzy zaszli za skórę niewłaściwej osobie? Chyba lepiej aby, nieważne jaka zbrodnia, śmierć nie była odpowiedzią. Lepiej, aby taki spędził resztę życia na ciężkich pracach, jeżeli jest niewinny, ktoś będzie mógł tego dowieść. Jeżeli jest winny, to i tak nikomu już nie zagrozi, a przysłuży się społeczeństwu.
- Ależ absolutnie - przytaknął Viktor młodzikowi - Dlatego specyficznie mówiłem o karach jako narzędziu, które stosować należy z rozsądkiem. Egzekucja jest bardzo… trudną karą. Z wielu względów. Jednak musimy tutaj rozważyć jakie są cele systemu karnego… bo jest ich kilka. Pierwszym i najważniejszym: jest prewencja. Wszyscy sobie możemy wyobrazić jak by Evercrest, czy jakiekolwiek inne państwo, wyglądało jakby wszyscy ludzie nagle poczuli się całkowicie i niepodważalnie bezkarni. Nie wymierzamy przestępcom kar z zemsty. Wymierzamy je aby ci wszyscy, co rozważają skrzywdzenie drugiej osoby stwierdzili, że to nie jest tego warte. Drugim celem jest reedukacja. Wielu ludzi popełnia przestępstwo, zostają złapani, odbywają swoją karę i do końca życia są przykładnymi obywatelami. Ostatni, najmniejszy, ale wciąż istotny powód zadaje kłam mojemu wcześniejszemu stwierdzeniu… bo ostatnim jest łaska zemsty. Wyobraź sobie… mag zmusił ciebie byś udusił swoją żonę. Byłeś tego cały czas świadomy. Widziałeś jej strach, jej niezrozumienie… czułeś jak bardzo zdradzona się czuła, gdy w jej oczach gasło światło. Umarła wierząc, że osoba, którą całym sercem kochała, postanowiła ją zabić własnymi rękoma…. i nie da się już tego naprawić. Nigdy nie będzie możliwości by to zmienić. Daj temu chwilę. Wyobraź sobie… To jest coś co może zdruzgotać człowieka. Ran na psychice, które to stworzyło, pewnie nigdy się nie wyleczy, ale… poczucie dokonanej sprawiedliwości może uśmierzyć ból… choćby tę odrobinkę.
Viktor zamilkł, pozwalając wszystkim by wyobraźnia pokazała im te sceny.
Cisza była niemal namacalna. Reakcje strażników były podobne chociaż różniły się w sile.
Niektórzy pobledli, najmłodszy wyglądał jakby miał zamiar zwymiotować, ale główną emocją w powietrzu był gniew. Oburzenie niesprawiedliwością możliwości zaistnienia takich sytuacji, w końcu odezwał się najstarszy ze strażników. - Tak, czasem trzeba. Chociażby dla dobra tych co pozostali. - pokiwał głową - Dobrze, że takie sprawy są ponad naszą płacę, bo chyba bym się sam powiesił ze stresu. Zatem, ten twój Kozioł. On chce zapewnić, że ci którzy chcą oszukać system nie dadzą rady?
Viktor znów chwilę myślał. Dla kogoś o mniejszej charyzmie, o słabszej aurze mogłoby to wyglądać źle. Jakby nie miał odpowiedzi. Jakby szukał jakiegoś sposobu by ominąć prawdę… ale od niego… czuć było tylko szacunek do pytania i powagę z jaką je traktował. - Azazel sam doświadczył niesprawiedliwego Prawa na swojej skórze. I cierpiał za to w skali niemożliwej do zrozumienia przez śmiertelne dusze. Wielu bogów Prawa ma serce w dobrym miejscu i gdyby świat był lepszy, albo mieli więcej mocy to wyeliminowali by niesprawiedliwości… To nie tak, że miasto, w którym kościół Azazela niósłby ciężar Osądów oraz Egzekucji Prawa na swoich barkach, z miejsca zostałoby oczyszczone z takich elementów… ale możemy mieć pewność co do dwóch rzeczy. Po pierwsze: żaden z jego kapłanów nigdy by nie splugawił tak Litery Prawa. To by oznaczało natychmiastową ekskomunikę, a wierni Kozłowi kapłani z miejsca zostali by spuszczeni na niego, jak piekielne ogary, co j.cduż zwęszyły krew swojej ofiary… Drugą rzeczą której możemy być pewni… każdy taki ”mag”, co rozważałby “perfekcyjną zbrodnię”, by zabić kogoś rękoma zdominowanymi magią i na te ręce zrzucić winę… zastanowiłby się jeszcze trzy razy, jeśli w jego pamięci byłaby ta straszliwa scena z kaźni, którą urządzono poprzedniemu “magowi” co myślał, że w ten sposób zmalwersuje Prawo. I, mam nadzieję, że dzięki temu wspomnieniu zaniechał by planu, stwierdzając “Jakiekolwiek małostkowe powodu bym miał by to zrobić… ryzyko, że skończę tak jak tamten mag, nie jest tego warte.” I w ten sposób jedna “żona” zachowała by życie, a “mąż” uniknął straszliwej traumy. Widzicie… surowe kary… nawet okrutne kary… nie służą nasyceniu żądzy krwi. Ukaranie winnego jest tylko środkiem. CELEM jest uchronić tych co nie noszą na sobie krztyny winy… ale chyba w dygresję się zapędziłem! - Viktorowy chichot momentalnie rozchmurzył atmosferę, która zwyczajnie robiła się już zbyt ciężka - Kler Azazela dokładałby nieproporcjonalnych starań aby wyeliminować próby wykorzystania systemu wbrew jego intencji, szczególnie z krzywdą niewinnych ludzi. To jest DUŻA rzecz dla niego i jego kapłanów.
Strażnicy zaczęli patrzeć po sobie, słowa kapłana najwyraźniej trąciły jakąś strunę. - Jak? O ile wszystko co mówisz brzmi fajnie, to… no jesteś pierwszym przedstawicielem swojej religii o której słyszeliśmy. Co możesz zrobić, aby to osiągnąć?
- Ja? Hmmm… ja jestem tylko jednym człowiekiem. Będę zakładał kancelarię, więc będę mógł być obrońcą pokrzywdzonych, walczącym z całych sił aby ten “mąż” otrzymał uczciwy proces, który mu zwyczajnie przysługuje i nie zawisł póki jego wina nie będzie “najprawdopodobniejsza”, ale zwyczajnie “całkowicie pewna”. Z innej strony… ja, w odróżnieniu od niektórych kapłanów, nie boję się pobrudzić sobie rąk. Wymachiwanie młotem bojowym, marsz w awangardzie, czy mroczniejsza magia… jak rozmowa ze zmarłymi ofiarami… nic z tego nie jest poniżej mojej godności. Zaryzykuję nieskromność, ale… to dzięki mojej magii wiedzieliśmy gdzie zacząć szukać kryjówki alchemika. Jedna burza mózgów zespołu: “Kaylie oraz moi” plus zaciągnięta przysługa i viola... w jedno popołudnie wyznaczyliśmy gdzie go szukać.
Samozadowolony chichot zadudnił nisko ze strony Viktora. Nie krył, że miał pewne poczucie dumy ze sprawności z jaką udało im się określić lokację kopalni. - Z kolei jako przedstawiciel religii… Hmmm… na pewno będę kontynuował współpracę ze strażą, Filią i Evercrest aby zapewnić jego mieszkańcom poczucie bezpieczeństwa, a malwersantom Litery Prawa zaszczepić strach i poczucie, że jestem na ich tropie… ale jestem. tylko jednym człowiekiem. I na pewno zrozumiałe jest, że przy wielce ograniczonych godzinach jakie mam w dobie, priorytetem dla mnie byli by moi bracia w wierze… I to niezależnie czy potrzebować oni będą bezlitosnego adwokata, co wyuczył się prawa w najdzikszych salach samego Cheliax… detektywa co rozwikła ich sprawę, czy może bym ujął w prawicę mój młot… A chyba dałem już radę pokazać, że to nie są czcze słowa, co? - zapytał, klepiąc jednego z chłopaków swojsko w ramię.
- Heh… ale na dyskusję co kościół Azazela by mógł Evercrest zaoferować jako jedna z wiodących religii to nie wchodźmy. Do wieczora byśmy nie skończyli… ale jakby kto miał ochotę na legislacyjno-religijną dyskusję to wpadnijcie do Dworu, postawcie mi piwo i z radością spędzę z wami długie wieczory!
- A jaką rolę pełni zamaskowana pani w klerze? Bo jest jego częścią prawda? - to znowu zapytał młody strażnik.
- Kaylie… jest, przede wszystkim, moją… hmmm… przyjaciółką - uśmiechnął się Viktor znacząco - Nie ma w “klerze” żadnej oficjalnej roli, ale zamierzam cieszyć się jej towarzystwem tak długo jak będzie chętna mi go użyczyć.
Strażnicy uśmiechnęli się do siebie znacząco. W końcu starszy strażnik zadał pytanie, na które wszyscy spojrzeli uważnie na kapłana. - Więc, jak to wszystko ma się do faktu, że Azazel jest jednym ze sług Asmodeusa?
- “Sługa” to nie jest dobre słowo… Książę Ciemności jest jego… Suwerenem. I ma się to nijak. Są osobnymi bogami, mają osobne doktryny i nawet jeśli mówić tylko o Prawie to też w wielu miejscach się nie zgodzą. A z kolei ich interakcje, niesnaski, czy możliwa zła krew... to już kwestia boskiej polityki, a wyobrażacie sobie jak pokręcone mogą być intrygi diabłów i piekielnych lordów… jednak zapamiętajcie z tego jedno… Azazel może niewprawnemu oku wydawać się podobny Asmodeuszowi, ale jakby się przyjrzeć… Kozłowi jest dużo bliżej do Abbadara niż Księcia Ciemności.
Odpowiedź kapłana najwyraźniej zadowoliła publiczność. Rozmowa powoli zaczęła się przenosić na bardziej przyziemne sprawy.
Kaylie czuła ironiczne rozbawienie widząc jak Filia na kacu próbuje trzymać fason i podążać w milczeniu z grupą. W sumie miała szczęście, że arkanistka naprawdę traktowała swoje obowiązki poważnie i po skonsultowaniu drogi z Khalem sumiennie wykonywała powierzone jej zadanie.
Kobieta wiedziała, że prawdziwa akcja zacznie się dopiero w mieście, gdzie będą musieli zakończyć problem z alchemikiem. Zastanawiała się czy ktokolwiek będzie próbował mu teraz pomóc, czy po prostu pozostawią go jako ofiarę, aby obronić swoje interesy i własne tyłki. Ten węzeł zależności sięgał zbyt daleko, aby łatwo go rozwiązać.
Kaylie patrzyła na rozleniwionego smoczka zachowującego się jak najedzony kot. Może sama powinna jakiegoś zwierzaka posiadać? Rhaast nie zastępował chowańca jako dobry towarzysz i przyjaciel.
-
Pogadamy ze skacowaną komendant. - zgodziła się z Jorim - W sumie... Może masz coś co ulżyłoby jej w cierpieniach? - uśmiechnęła się wrednie pod nosem - Mogłabym wykorzystać taką opcję jako kartę przetargową.
-
Nie przy sobie. - przyznał alchemik - Jeźeli jest, aż tak źle, to może być ugodowa, abyście dali jej spokój.
-
To pójdę do niej, ty tego łuskowatego kota przekonaj. - stwierdziła i machnęła ręką do Khala - Idziesz ze mną?
-
Definitywnie - przytaknął adwokat diabła, trochę żałując, że jednak nie zajął się tym wcześniej, jednak stan Filii nie faworyzował pośpiechu.
Zadowolona Kaylie ruszyła przodem przed Khalem jakby dowodząca.
Znaleźli Filię opierającą się o jeden z wozów, jej twarz ciągle przesłonięta kapturem. Zerknęła na zbliżającą się dwójkę Azazelitów wydając z siebie zmęczone westchnięcie.
- Co się stało? - jej głos nie brzmiał inaczej niż zwykle, przynajmniej nie dla niewprawionych uszu. Viktor i Kaylie poznali jednak delikatny ból w jej głosie, kiedy promień słońca przemknął się między kapturem płaszcza i włosami kobiety.
- Chwilowy postój by zabrać dodatkowego pasażera. - arkanistka stwierdziła beztrosko - Może lepiej by ci było na wozie? Z wiadrem na wszelki wypadek?
- NIC… au… - komendant sięgnęła do skroni po zbyt głośno wypowiedzianym słowie - Nic mi nie jest… Jakiego znowu pasażera?
- Popiołożernego smoczka. Ty bierzesz kult goblinów do miasta, my tego malucha.
- Pokrótce, aby cię nie męczyć… - wtrącił się Viktor łagodnie, mówiąc cichym i nieco obniżonym głosem, aby możliwie oszczędzić Filii bólu pokuty poalkoholowej. - Jori uważa, że Brandelen jest spokrewniony z Otto. Jeśli to prawda to jest tylko kolejny powód aby nie zostawiać tego chodzącego zagrożenia pożarowego samopas. Jako dowódca wyprawy powinnaś wiedzieć, że go bierzemy. Nie masz nic przeciwko, prawda?
- Eh... wiedziałam, że ten pierniczony… solar, ma więcej swego motłochu tutaj. - komendant westchnęła - Więc chcecie go zabrać DO miasta?
To było zabawne. Otto będzie musiał usłyszeć, że jest Solarem. - Oczywiście. - przyznała kobieta - Możesz chcieć z nami dywagować na ten temat, ale wtedy będziesz musiała podjąć dyskusję w tym momencie przeciw Viktorowi. Jakim będzie używał swoich mocy w gadaniu bez przerwy. Głośno. - uśmiechnęła się uroczo.
- Tęskno ci do poduszki? - bąknęła komendant - Bierzcie go. Ale wy bierzecie za niego odpowiedzialność. Wy z nim wychodzicie na spacery, karmicie i zbieracie brudy.
Viktor zdawał się chwilę to rozważać. - Otto będzie nam winny dużą przysługę za to. Niech będzie. Inny temat… a raczej nienachalne pytanie. Mam przygotowaną magię odnawiającą… Chciałbyś się poczęstować? Pytam bardziej pro forma, bo raczej masz dostęp do własnej, ale kto tam wie… - wzruszył ramionami na znak, że nie naciska.
Komendant wetchnęła i kiwnęła głową. - Na ogół nie męczę Daviona tym. Proszenie Abadara, aby uratować mnie przed konsekwencjami: picia na służbie, publicznego upajania się i nadużywania alkoholu, brzmi trochę jak herezja...
Viktor uśmiechnął się łagodnie. - Mnie takie ograniczenia nie obejmują i wielokrotnie ratowałem się, łaskami Kozła, przed konsekwencjami…
Podszedł do niej i oparł, nieco ceremonialnie, wierzchy swoich dłoni na jej barkach. Przymknął oczy gdy mruczał niekanoniczną inkantację, w której prosił Azazela o ulżenie “siostrzyczce” i o personalnej wdzięczności za to. Pomarańczowe światło rozświetliło tętnice w jego nadgarstkach, jego dłonie i powoli przesączyło się przez skórę i wniknęło w mundur Filii, wypełniając ją magicznym wypoczynkiem, przeganiając zmęczenie i całą resztę konsekwencji dnia poprzedniego.
Khal cofnął się o krok gdy magia zakończyła swoje działanie. - Lepiej? - zapytał dla potwierdzenia, ale też z tlącą się satysfakcją z pomocy. - Hmmm… Nie mówisz w infernalnym, prawda?
- Mój ojciec jest prawnikiem. - przypomniała Filia.
- Hmmm… to ciut niezręczne, w takim razie - ale uśmieszek Khala nie zdradzał żadnego zażenowania - Mimo to polecam się na przyszłość.
- Nie martw się, idiotką nie jestem. Wiem, jakie mniej więcej są zasady diabłów i nie możesz sprzedać mojej duszy, za swoje zaklęcia. - uśmiechnęła się, ból najwyraźniej opuścił jej ciało - Jori zabiera tego smoka podróżnego?
- Eh… zaklęcie tu, przysługa tam, wsparcie jeszcze gdzie indziej i ziarnko po ziarnku uda mi się wrobić ciebie w przekonanie, że wcale nie jestem taki zły - odpowiedział zadziornie - Tak, myślę, że jak tu wszystko ustalone to chyba pójdę zobaczyć jak mu idzie.
- No cóż, zawsze chciałam plażę. - Filia uśmiechnęła się do Viktora - Idź, idź.. ja… chyba i tak zostanę na wozie. Muszę odpocząć a Kaylie, chce się pewnie wykazać.
- Rano przejmiesz stery. - mruknęła Arkanistka.
- Odrobina wolnego, w odpowiednim momencie, to święte prawo - stwierdził Viktor tonem mędrca - Widzimy się potem.
- Gdy ktoś żałuje… hmmm… - mruknięcie, które wydał, w brzmieniu nadało mu aury nauczyciela. Mędra nieco. - Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. Niemal zawsze: tak. Bądź pewny, że na każde tysiąc przewin które popełniają mieszkańcy Golarionu, na palcach jednej ręki możesz policzyć te których kara nie da ci drugiej szansy. Jeśli skradłeś chleb i żałujesz to przyjmij baty, albo prace, albo cokolwiek będzie ci wyznaczone i po tym… nie krzywdź więcej swych bliźnich. To jest łaskawość sprawiedliwego Prawa. Kara cię oczyszcza. Przyjmij ją z pokorą i zakończ lepszym nim byłeś, a sprawiedliwe społeczeństwo przyjmie cię z otwartymi ramionami, niewinnego jak dziecko… Tak, widzę już pytania w waszych spojrzeniach - zachichotał się Viktor serdecznie - Co jeśli zbrodnia jest gorsza? Zaczęliśmy od jednej skrajności, to przejdźmy w drugą. Mord. Mąż dopatruje się niewierności żony. Rzeczywistej bądź urojonej… W zazdrosnym szale dusi ją, ucieka, zostaje pojmany i postawiony przed szafotem. I wtedy zaczyna żałować? Nie. Na to już za późno. Mógł żałować po czynie. Teraz? Czy łaską byłoby powiedzieć zdruzgotanej matce, że wybaczymy mordercy jej córki? Czy byłoby sprawiedliwe poinformować jej braci i siostry, że darujemy szwagrowi żonobójstwo, “bo jest mu przykro”? Widziałem dziesiątki winnych co pod niebiosa deklamowali żal za swe czyny, ale wiecie co? Oni kłamali. Oni nie żałowali czynów, ale tego, że nie udało im się umknąć. Nie przebudziło się ich sumienie, ale strach, bo przez ten cały czas byli przekonani, że unikną kary. Dobre prawo, dobry system… pokazuje ludziom, nawet najmniejszym i najsłabszym: tu masz receptę na przyzwoite życie. Żyj zgodnie z tymi zasadami a zaopiekujemy się tobą… Sprzeciw się im… to zastosujemy metody przymusu. W wizji Kozła Ofiarnego, a również i mojej własnej, surowe kary są narzędziem, a nie celem. Jak każde narzędzie, trzeba je stosować z rozsądkiem, ale w odróżnieniu od narzędzi, ich ostatecznym celem jest aby nie stosować ich w ogóle…
-
Kaylie odezwała się, gdy byli już dalej granicy słuchu Filii zbliżając się ku polanie prochu.
- Czemu to zrobiłeś? - mruknęła niepocieszona - Czemu uleczyłeś jej kaca?
Viktor zmarszczył brwi w lekkiej konsternacji. - A… istnieje jakiś powód aby tego nie robić? - zapytał jeszcze kilka kroków dalej.
- A istnieje powód by to robić?
- Milion i jeszcze jeden - odpowiedział spod uniesionej brwi - Zaczynając od tego, że to, zwyczajnie, miła rzecz aby zrobić.
- Nie otrzymaliśmy niczego w zamian. Nie miało sensu. Przecież nie umarłaby cierpiąc konsekwencje swoich działań. - przewróciła oczami.
- Otrzymaliśmy. Co najmniej jej wdzięczność oraz ciepłą myśl… nie doceniasz jak cenna jest to waluta.
Parsknęła. - Nie słyszałeś jak ona o mnie jak o dzieciaku, co chce się wykazać przed dorosłymi?
- A nie słyszałaś jak zaczęła od verbatim: “muszę odpocząć”? Bo to był powód… a reszta to próba przekonania samej siebie, że to jest w porządku. Myślałem, że zakopałyście topór wojenny…
- Ale to ona zaatakowała. - najeżyła się.
Viktor zatrzymał ich oboje w miejscu aby spojrzeć Galtiance w oczy.
- Kaylie. Kruszyno. Nikt ciebie nie zaatakował. Nikt nie miał nic złego na myśli. Nikt nie jest ci tu nawet odrobinę wrogi. Ludzie co czują się winni jakiś decyzji często szukają zewnętrznej jej usprawiedliwienia. Zostałaś wykorzystana jako takie usprawiedliwienie, bo Filia nie przypuszczała, że w jakikolwiek sposób weźmiesz to do siebie. Rozumiesz?
Kaylie odwróciła wzrok nic nie odpowiadając.
Viktor spojrzał na nią nieco łagodniej. - Ptaszyno… powiedz mi, które z nas jest mistrzem, czy mistrzynią, manipulacji?
Kaylie spojrzała twardo na mężczyznę. - Żadne.
- Cóż… no to chyba będziemy musieli się wstrzymać z oceną sytuacji póki nie dowiemy się więcej, a tymczasem zająć się oczywistszymi elementami. Jak sprawdzenie co z Jorim i Brandelenem. Co o tym myślisz? - zapytał, nie wykazując aby jakoś go odpowiedź zraziła.
Kaylie w odpowiedzi jedynie wzruszyłem ramionami, a Viktor wziął to jako znak dla wznowienia marszu. Nie był pewny czy Jori na pewno da radę z Brandelenem.
Kiedy dotarli do alchemika ten właśnie podnosił, z trudem, drzemiącego smoczka.
- Och, jesteście. I jak poszło?
- Możemy go zabrać - odpowiedział Viktor - ale my odpowiadamy za ewentualne pożary, więc postarajmy się tego uniknąć… Przejąć go od ciebie? - zapytał, wskazując już dłonią smoka.
- Daj mu się wykazać. - odezwała się ironicznie do alchemika - Jego poczucie męskości potrzebuje tego.
Viktor nie cofnął ręki, wciąż nienachalnie oferując Joriemu pomoc, jakby nie usłyszał przytyku Kaylie.
Alchemik pokręcił głową. - Wybacz, ale ciebie nie zna. Ja mu przynajmniej pachnę odpowiednio. - Jori otworzył jedną ręką swoją torbę i delikatnie włożył do niej smoka tak, że jedynie wystawał z niej czubek jego nosa - To powinno mu wystarczyć.
Viktor uśmiechnął się, niezrażony. - Jasne. Więc zostawiamy go tobie. Potrzebujesz czegoś od nas? Jakbyś miał z nim problemy wal do nas jak w dym. Nie żartuję. Siedzimy w tym razem.
- Spokojnie, maluch powinien spać aż nie wrócimy do miasta.
- Doskonale, widzimy się. Zbieramy wyprawę i ruszamy? - zapytał Kaylie z lekkim uśmiechem.
Kaylie ruszyła bez słowa dopiero odzywając się jak byli sami. Zatrzymała się przed Khalem i od razu słownie zaatakowała.
-
Musimy porozmawiać. - wypowiedziała te słowa zupełnie jakby kierowała w jego stronę broń przygotowując się do walki.
-
Chyba nawet się zgadzamy - przytaknął Viktor, ale nie kontynuował. Pozwolił jej zacząć.
-
Czy ty masz jakiś problem ze mną?
Nieco uniesione brwi Viktora nie wyrażały zrozumienia. Pokręcił głową, odzyskując zwyczajowy wyraz twarzy. -
W porządku… wyjaśnij. Gdzie postrzegasz mój “problem z tobą”?
-
Unikasz konfrontacji. Tchórzysz przed nią. - powiedziała wychylając się bliżej w agresywnym ruchu, na który otworzył tylko szerzej oczy, na krótki moment - A jednocześnie chcesz tak bardzo pokazać jaki lepszy jesteś.
-
Iii… zaobserwowałaś to w tym jak oszczędziłem Filii kaca?
-
Zobaczyłam to w twojej próbie pokazania jakim jesteś lepszym i potężnym w manipulacji jednocześnie chcąc bym przyznała przed światem jak jesteś niesamowity, a mnie nijak do ciebie. Zobaczyłam jak chciałeś pokazać przed wszystkimi, że naprawdę jesteś tak silny i możesz zrobić więcej niż inni.
-
W którym momencie chciałem byś przyznała, że Ci “nijak do mnie”? - zapytał, ignorując całą resztę wypowiedzi.
-
Gdy zapytałeś mnie, które z nas jest mistrzem manipulacji wyraźnie oczekując mojego skulenia uszu i przyznania, że to wielki ty.
-
A masz pomysł dlaczego zadałem to pytanie?
-
Żeby mi pokazać moje miejsce w szeregu. - wręcz wywarczała słowa - Nie myśl sobie, że nie znam takich zagrywek. "Kim jesteś? Powiedz kim." - zaczęła mówić pobudzonym głosem.
-
No to mi dogadałaś wtedy, co? - zapytał z lisim uśmiechem - Tak się chciał, menduch, wywyższyć, ale pokazałaś mu, że nie dasz sobie w kaszę dmuchać. - Zachichotał pod nosem ale zaraz spoważniał. - Kaylie. Ja JESTEM od ciebie lepszy. W wielu aspektach. I ty jesteś ode mnie lepsza. W wielu innych. W arkanach mam ułamek twojej wiedzy, w magii bitewnej nie bardzo ci do kolan dorastam. W wymachiwaniu mieczem nie bardzo bym się nawet z tobą próbował. Czy to wielokrotnie przyznanie ci wyższości nade mną, w jakikolwiek sposób, uniża mi i sprawia, że “nijak mi do ciebie”?
-
Ty tak nie sądzisz naprawdę. Chcesz tylko ciągle boostować swoje ego! - zaczęła sama się nakręcać.
-
Kaylie. Rozumiem, że czujesz teraz rosnące emocje i bardzo chciałbym byśmy byli w sytuacji gdzie możemy je wykrzyczeć, omówić i rozwikłać, ale nie jesteśmy. Czy damy radę kontynuować tę rozmowę w sposób spokojny i bez podnoszenia głosu?
Kaylie prychnęła i objęła się rękoma patrząc uważnie na mężczyznę. -
Dziękuję - kiwnął jej głową, choć sam aktywnie się powstrzymywał przed zaciskaniem pięści. - Czy uważasz, że, będąc rozsądną osobą, mogę uważać moją wiedzę arkanistyczną jako porównywalną do twojej?
-
Pewnie nie, ale to niczego nie zmienia.
-
Czy uważasz, że będąc rozsądnym, mógłbym przyrównywać moją magię bitewną do twojej?
-
Rozsądek nie ma tu nic do mówienia w wypadku, gdy jesteś tak bardzo żądny poczucia wyższości. - stwierdziła wprost.
-
Nie o to pytałem. Czy… jeśli założymy, że jestem rozsądny, mogę przyrównać moją magię do twojej, w kontekście bitew?
-
Twoja magia ma inne zastosowanie, ciężko to porównywać. - mruknęła - Nie będę porównywać dwóch różnych zastosowań magicznych.
-
Alesz pod górkę robisz… - prychnął rozbawiony, ale tak naprawdę wcale nie do końca - Jakbym cię zapytał o przyrównanie pozytywnej energii do many astralnej, w kontekście uzdrowień… też byś tak kręciła?
-
Czego ty oczekujesz? Wygrania debaty, prawda? - fuknęła.
-
Oczekuję odpowiedzi na proste pytanie - wyrwało mu się warknięcie, ale zaraz zemł je w gardle. - Pardon. Postawiłaś mi zarzut i zamierzam skorzystać ze przysługującego mi świętego prawa do obrony. Jeśli mi go jednak chciałbyś mi go odmówić, to skorzystam z prawa do zachowania milczenia i zakończenia tej dyskusji. Więc jak to będzie, hmmm? Twój wybór.
Kaylie odwróciła spojrzenie ze złością.
-
Dobra, jak tak bardzo chcesz. Nie, nie możesz. Zadowolony z wygranej?
-
Też mi wygrana… - prychnął. - Ale jeszcze nie skończyłem. Nie mam ochoty ryzykować dalszego utrudniania, więc ja już odpowiem na ostatnie pytanie: również nie można rozsądnie uwierzyć, że w machaniu mieczem byłbym od ciebie lepszy. Więc przyznałem ci prym w tych trzech dużych kategoriach i musiałbym być głupcem aby sądzić, że jest inaczej… Ale ty wolisz zarzucić mi kłamstwo, a tym samym również i głupotę, bo z jakiegoś powodu CHCESZ abym myślał o tobie źle i doszukujesz się tej pogardy w każdym jednym miernym pretekście. Nie myślę o tobie źle. I nie uważam ciebie za kłamczynię, ani nie uważam byś była głupia - ostatnie dwa nie-zarzuty wywarczał. - Więc kto tu o kim tak źle myśli? - zapytał z pretensją.
Arkanistka silnie obejmowała się rękoma wyraźnie bardzo rozstrojona. -
Znam takie zachowania. Wiem, że chcecie namieszać słowami w głowie i wyjść tak zwycięsko. - zasłoniła oczy dłonią kładąc ją na masce. W tym momencie wydawała się zmaleć.
-
Zdajesz się już posiadać pełną i wyczerpującą wiedzę na temat tej dyskusji, a mój udział wygląda jakby był zbędny. Cokolwiek ja powiem obalasz retorycznym odpowiednikiem “Nie bo nie-e” i z tą samą wartością argumentacyjną… “Ja znam takie zagrywki”, “wcale tak nie myślisz”... to nie są argumenty. To TWIERDZENIA. Deklaracje, co wymagają własnych argumentów… Nie czuję byś mnie tu w ogóle słuchała, więc powtórzę jeszcze raz. Proszę… usłysz moje słowa i zrozum ich treść: Samo moje przyznanie, że jesteś lepszą czarodziejką niż ja, lepszą szermierką niż ja i wiesz więcej o arkanach niż ja, w żaden sposób mi nie ubliża. Żadne z tych twierdzeń nie mówi “jestem gorszy od ciebie jako osoba w całości”. One mówią “jeden z TYSIĘCY aspektów składających się na moją osobę jest słabszy niż ten sam u ciebie”. Nie “cała osoba”. Jeden “aspekt”. Doprowadźmy to do argumentum ad absurdum... jakbym ci powiedział, że przewyższam cię w “aspekcie” zatytułowanym “ilość elementów anatomicznych wiszących między nogami” w jakikolwiek sposób by cię to ubodło?
-
Ja... - spuściła głowę jak dziecko strofowane przez rodzica nerwowo wyginając palce w dłoniach - Mówię co czuję... Moje uczucia...
Viktor skrzywił się, korzystając z tego, że Kaylie nie mogła go widzieć. Przez chwilę nic nie mówił, zemł w ustach przekleństwo i spuścił powoli powietrze. Podszedł i objął ją rękoma. -
Rozumiem, Kruszyno - głos miał łagodny. Niemal kojący. - Uczucia ludzi, co przeszli dziesiątą część tego co ty, potrafią ich omamić. To nie oznacza, że są one “złe” i należy je stłumić, ale trzeba spróbować znaleźć jakiś złoty środek. Dobrą metodą jest zdepersonalizowanie zagadnienia. Spróbuj pomyśleć o tym nie w kategoriach “Viktor i Kaylie”, ale “Osoba A i Osoba B”. Żadne z nas nie jest żadną z tych osób. Czy jeśli B powiedziałaby do A “Opanowałam jeden zestaw umiejętności na poziomie wyższym niż ty, a ty opanowałaś inny na wyższym niż ja.” Czy to dałoby Osobie B rozsądne podstawy by sądzić, że została obrażona?
-
To po prostu... Smutne... - głos Kaylie był teraz cichy, gdy tak obejmował ją Viktor - Przepraszam... - wydukała i uniosła spojrzenie - ...przepraszam... Ja... Nie chciałam cię urazić, tylko...
Zamilkła nie mogąc znaleźć słów, jakimi chciałaby wyjaśnić swoje zachowanie. Nie, nie umiała. Sama nie potrafiła złożyć swoich myśli w całość posiadającą sens. Gdzieś w sobie czuła, że ta logika istnieje, jednak nie umiała jej zwerbalizować i pokazać innym sensu jaki posiadała w jej głowie. -
… tylko mały, wredny goblin siedzi głęboko z tyłu głowy. Cały czas szepcze okropne rzeczy i czasem naprawdę trudno jest mu nie uwierzyć? - zapytał, nieco nieobecnie - Czy jeszcze coś innego?
-
Czasami nie umiem przekazać sensu swoich słów choć dla mnie są one całkowicie logiczne, na tyle że niepodważalne. Czuję je silnie pod skórą... I nie rozumiem czemu inni tego nie widzą. Irytujące... - westchnęła ciężko, wtulona w Khala jakby w nim szukała oparcia. Poczuła maskę zsuwającą się odrobinę z jej twarzy i czuły pocałunek na czole. Po nim maska wróciła na miejsce.
-
Rozumiem. Znaczy… trochę. Chyba. Błąd logiczny. Tylko głęboki. Trudny do przezwyciężenia… potrzebuję zapytać. TERAZ widzisz już, że nie chciałem cię w żaden sposób uniżyć?
Kaylie milczała wtulając się tors Khala. -
Chyba tak... - mocniej wbiła twarz w mężczyznę - Przepraszam, przepraszam... Nie zostawiaj mnie...
Viktor ścisnął ją mocniej. -
Nie mam zamiaru. Obiecałem, że dam z siebie wszystko i stanę na rzęsach, obok siebie byle nam się udało. Jedno spięcie i to wcale nie takie poważne, to dużo za mało. Ale z dzisiaj chciałbym spróbować jednego… tylko spróbować, jak się nie uda to trudno… będziemy się starać dalej. Postaraj się mi uwierzyć i zapamiętać… Ja nie myślę o tobie źle i nie jesteś dla mnie jagnięciem. Szanuję ciebie, twoje zdanie i twoje emocje. Nie uważam się za lepszego ani gorszego. Wbij to sobie w główkę. Zapamiętaj. I umówmy się… jak postrzeżesz jakąś moją akcję, słowa, bądź nie-akcję jako przeczącą temu… daj mi ten kredyt zaufania. Odsuń od siebie te wioski na chwilę. Zamiast już decydować, oceniać i szpile wbijać… zapytaj. Daj mi się wytłumaczyć. A ja będę cierpliwy. Będę wyrozumiały. Możemy tak spróbować?
-
Ale mnie nie zostawisz? - zapytała z realnym strachem w głosie - Na pewno mnie nie porzucisz? Bo znudzisz się mną. Inne będą cię bardziej zaspokajały swoją różnorodnością. Swoją nowością. W końcu zdobędziesz ze mnie wszystko co sobie wymarzysz, A ja w końcu zrobię się tylko przeszkodą i to nudną.
Khal milczał dłużej niż by chciał. Świadomym wysiłkiem zachowywał swobodę w mięśniach. -
Kaylie ja… ughh… chcę dać nam wszelką możliwą szansę. Chcę aby nam się udało, bo uznaję cię za moją ostatnią szansę być lepszym. I nie chcę cię skrzywdzić… aby to miało szansę przetrwać… to będzie wiele, nas oboje, kosztowało. Jeśli odniesiemy sukces to wszystko się zwróci po stokroć, a jeśli zawiedziemy to tylko pogłębi ból… ale to jedyna droga. Nie wiem czy za rok, czy dekadę wciąż będziemy razem, a jeśli tak, to czy nie byłoby lepiej abyśmy jednak nie byli… ale ewentualne rozstanie nie byłoby niczym nagłym. Tyle mogę obiecać. Nie zostałabyś tym zaskoczona.
-
Ale... To jest możliwe? - zapytała z wyraźnym strachem w głosie - Zakładasz, że się wydarzy... - otworzyła szerzej oczy - Co mam robić żeby tego uniknąć? - zapytała wyraźnie wystraszona.
-
Kaylie. Posłuchaj mnie i co do ciebie mówię. Tak, to jest możliwe. Nie, DEFINITYWNIE nie zakładam, że to się wydarzy. Co możesz zrobić? Na razie wszystko idzie jak powinno. Rozmawiasz ze mną. Po odrobinie wysiłku, słyszysz co do ciebie mówię i dajesz sobie wytłumaczyć. Wszystko idzie dobrze. Rozumiesz? Musimy utrzymać kurs. Gdy będą pojawiać się problemy, razem stawiać im czoła. Gdy będą między nami tarcia, być wyrozumiałymi i cierpliwymi. Wynosić się na nowe wyżyny. Ufać sobie i dawać sobie dużo, DUŻO kredytu zaufania. Chcę uczynić ciebie najszczęśliwszą dziewczyną na Golarionie. Na przekór plugawości tego świata i głębokiemu mrokowi, którym jest on spowity, rozpalić w nim światełko i z obelżywym gestem, zaśmiać mu się w twarz. Wykrzyczeć “Nie dałeś rady! Na przekór tobie, jesteśmy szczęśliwi! Niech niebiosa zapłaczą wespół z Otchłanią i Piekłami, bo skoro TO nam się udało… to nic nas już nigdy nie zatrzyma!”
Khal w końcu zamilkł, dopiero zdając sobie sprawę ile dla niego znaczyło to wszystko co powiedział. Widział to w swoim oddechu, którego mu zabrakło. Oczach otwartych szerzej niż powinien. Palcach zaciśniętych na niej i sercu walącym z niezrozumiałą mocą. Niemal natychmiast zwątpił w swoją własną wiarę w tę możliwość… Czy, przy najlepszych nawet okolicznościach, mogli być, rzeczywiście, szczęśliwi?
Kaylie milczała wczepiona w ubranie Khala jak wystraszone dziecko ojca. Oddychała głęboko i drżała z nagromadzonych emocji. Czy spodziewała się innego wyniku niż był zawsze? Przez ciągle porzucanie postanowiła już nie próbować znowu...
- Zbyt wiele razy zostałam odrzucona... więc postanowiłam nie wiązać się z nikim, nawet w przyjacielskiej więzi... Tak było bezpieczniej. Być samemu. - nie przestawała się tulić w pierś mężczyzny - Bo tak... Nikt nie skrzywdzi. - uniosła spojrzenie na oczy Khala - Mogę cię skrzywdzić... Znowu uderzyć... Stracić panowanie.
Khal odwzajemnił spojrzenie i ujął w dłoń jej policzek. - Złamana kość, trochę przelanej krwi, siniak czy wstrząs… niewielka cena za szansę dla nas. Może nie pasować do mojej persony, ale Viktorowi Goodmannowi krew i przemoc nie są nieznane. To baśka w nocy… heh… nie zrobiła na mnie wrażenia.
Wzięła głęboki oddech i niepewnie pokiwała głową po czym zmusiła się do uśmiechu. - Chciałam rozwiązać spór przed rozmową z Filią na postoju nocą.
- No to doskonała robota. Gratulacje. Cel osiągnięty. W ramach nagrody… - palce zsunęły się jej z policzka i wplotły we włosy - … zamierzam cię teraz pocałować.
Palce zacisnęły się, a ruch nadgarstka odgiął jej całą głowę nieco w górę, idealnie aby ich ustom najłatwiej było się spotkać. To nie był grzeczny buziak, ale gorący pocałunek, którym wylewał i odreagowywał emocje właśnie zakończonego konfliktu i naiwnie rozbudzonych nadziei.
Kaylie odwzajemniała równie gorąco i zdawać się mogło, że zatraciła się nim nie odsunęła ust kończąc chwilę. - Trzeba wracać... - wydyszała zarumieniona.
- Oj, definitywnie. Chodźmy.
- Tak... - potwierdziła poprawiając maskę - Kategorycznie...
- Czemu to zrobiłeś? - mruknęła niepocieszona - Czemu uleczyłeś jej kaca?
-
Wieczór znalazł ekspedycję niedługo później. Podobnie jak nocy poprzedniej rozpoczęto rozbijanie obozu. Namiot Filii został postawiony jako pierwszy a komendant schowała się w nim przy pierwszej sposobności.
Kaylie weszła do namiotu Filii przy pierwszej sposobności nie czekając na ruch Khala, a jedynie wskazując mu drogę i zakładając, że zrozumie, iż ma za nią podążyć. Chciała tą sprawę załatwić jak najszybciej i nie czekać, aby zerwać ten opatrunek z rany.- Musimy przeprowadzić tą rozmowę, kapitan. - odezwała się, gdy tylko weszła i zobaczyła Filię.
Nim Filia odpowiedziała Viktor zdążył wejść do namiotu. - Drogie panie… - wpół przywitał się, głównie aby “coś” powiedzieć.
Filia spojrzała na intruzów w swoim namiocie. - Naprawdę nie dacie mi odpocząć? - komendant usiadła na krzesełku przy swoim stole - Zaczynajcie więc.
Kaylie nie wiedziała które z nich powinno zacząć i chociaż nie przyznałaby tego to jednak widziała, że to jej towarzysz ma przewagę w gadaniu. Miała tylko nadzieję, że wszystko co powiedziała wtedy nie poszło na marne.
-
Daliśmy ci, Filio, cały dzień - w głosie Khala było jednak więcej cichego zrozumienia i pewnych przeprosin, niż protestu. - A jutro wracamy już do Evercrest. Czas się kończy. Swoją drogą, nim dotrzemy powinniśmy jeszcze alchemika przepytać we troje… ale może to być jutro. Mamy pewien plan. Ahair zostanie poddany pod sąd. Chciałbym być oskrażycielem. I aby Aegon był sędzią. To da mi socjalne dojście do niego. Jak nadamy osądowi odpowiedniego rozgłosu to może do całej śmietanki towarzystwa… a tam miałbym zupełnie nowy wektor, spod którego mógłbym rozpracowywać tę intrygę. Myślisz, że możliwe jest ściągnięcie go z “emerytury”?
Arkanistka odezwała się jak tylko mężczyzna skończył mówić. -
Mam nadzieję, że Baltizar szybko wróci. Z jego pomocą rozprowadziłoby się informacje o alchemiku i potrzebie najlepszego, doświadczonego sędziego ku dobru ludu. Siła pospolitej braci jest czasem niedoceniona, a może wpływać na decyzje możnych. Z humorem mas trzeba się liczyć i tymi humorami możemy sterować.
Filia chwilę się zastanowiła. Jej twarz na początku wydawała się zmęczona, najwyraźniej "Wielkie konspiracje" nie były w planach jej wieczoru. Delikatny cień paniki pojawił się na twarzy komendant kiedy Kaylie wspomniała o "sterowaniu humorami mas", ale postanowiła najwyraźniej nie pozwolić temu wpłynąć na jej wypowiedź. -
Osąd był planem od początku. Ty jako oskarżyciel i ściągać ojca z emerytury? Tu naprawdę będziecie musieli się postarać i wciągnąć ludność w to, a ty… - spojrzała na Viktora - Będziesz potrzebował zgody od rodzin poszkodowanych, bo nie mogę cię wziąć jako reprezentującego miasto.
-
Zgodę powinienem łatwo uzyskać - w Khalu było jeszcze więcej pewności, niż nawet w jego głosie. Dobrze się pokazał i już, faktualnie, uratował porwanych jeńców. To był silny symbol który, definitywnie, został zapamiętany. - I nie martw się, nikt nie mówi tu o wzniecaniu zamieszek, a jedynie wywołaniu uwokalnionego sentymentu wśród obywateli by go wezwać do osądzenia tak plugawego złoczyńcy. Niewygodą może tu być jedynie jeśli wolałaś zachować woal nieinformacji na szczegółach jego działań.
-
Wystarczy by w mieście rozeszły się informacje i ogólne chęci społeczne. Chcieliby, aby sprawdzony i szanowany sędzia powrócił, by tak wielką sprawę rozsądzić i dać im wszystkim siłę prawa. - dodała Kaylie - Tak wiele lat tutaj sądził i narobił sobie szacunku wśród ludzi. Kto lepszy byłby w tym momencie?
-
Nie musicie mi tłumaczyć, wiem o co chodzi. - uspokoiła komendant - Musimy to jednak… wytłumaczyć i jemu i ludowi. Tak NAGLE wzywać go po tylu latach do czynnej służby? JEGO specyficznie? Może zacząć coś podejrzewać, zanim wykonamy pierwszy ruch. - Filia się zastanowiła - Jeżeli ma powiązania z Alchemikiem może być łatwiej… ale musimy jakoś sprawić, aby historia była bardziej soczysta. Może wyciągnąć od niego, że podzieli się jakimiś informacjami o swoich benefaktorach?
-
Dla soczystości konieczny jest nam także ten gnom. On ma gadane... A co do powiązań... Nie jestem pewna czy powinniśmy o czymś takim wspominać. Czy nie narobi to nam więcej problemów jeżeli chcemy go pokazywać jako krystalicznie czystego bezstronnego sędziego. - stwierdziła arkanistka.
-
Sęk w tym, że na razie sytuacja nie wymaga obecności mojego ojca. Mamy zbrodniarza, mamy ofiary, mamy nawet dokumentację zbrodniarza. Wyciąganie starego sędziego wydaje się… na pokaz? - komendant schowała twarz w dłoniach, sytuacja wydawała się ją powoli przerastać - Z jakiegoś powodu lud musiałby zacząć wątpić w sędziów których mamy, opowieści opowieściami, ale CZEMU nagle musieliby chcieć mojego ojca? Nie mówię, że nie możemy od tak zrobić, ale myślę też o dalszym dochodzeniu. Jeżeli w jakikolwiek sposób wyda się to podejrzane, możemy stracić wszelkie szanse na wyciągnięcie prawdy.
-
To jest faktyczne ryzyko - przytaknął Viktor - Musimy wymyślić dobry powód. Nie wgłębiałem się w ostatnią historię wydarzeń kryminalnych w Evercrest, ale po rozmowach z Sergiem, odnoszę wrażenie, że Ahair to największa, zbrodnia ostatnich lat, bądź może dekad…
-
Nie ma za co… - mruknęła Filia.
-
… przynajmniej z tych znanych - kontynuował Viktor -, gdy już włożymy trochę wysiłku aby plotki się rozniosły. Aegon to największa osobistość, w legislacji Evercrest, jaką ktokolwiek z żywych wciąż pamięta.
-
To ma ruszyć ludzi, być pewnym wydarzeniem na skalę miasta. - wtrąciła Kaylie - Czymś co poruszy wszystkich mieszkańców, Co możemy osiągnąć z pomocą Baltizara. W pewnym sensie to będzie także rozrywka dla wszystkich, jak i zwykła sprawiedliwość dla wielu innych. Nie możemy patrzeć tylko na najwyższe z form sprawiedliwości, a czasem trzeba się umoczyć w tym w czym tapla się zbrodniarz, by dotrzeć do prawdziwie sprawiedliwego celu.
-
Baltizara niekoniecznie możemy zawierać w naszym równaniu - pokręcił Viktor głową - Brzmiał jakby nie zamierzał wrócić na proces. Co istotnie jest problematyczne, ale nie jest nie do obejścia. Musimy, po prostu, sprawić aby wyglądało, że to obywatele chcą Aegona jako sędziego. Nie my. No i, bardzo korzystnie byłoby też znaleźć mu prawdziwego obrońcę. Takiego co nie zmusi mnie, bym robił z siebie głupca, nie chcąc by sprawa zakończyła się na pierwszym posiedzeniu. Jeszcze inny problem jest, że Ahair wygląda jakby miał się przyznać z samego początku rozprawy, a wtedy to i ja bym nic nie wskórał, w jego obronie. Dlatego też chcemy go przesłuchać przed dotarciem do Evercrest.
Komentant przetarła skroń, nie chcąc chyba wypowiedzieć słów, które właśnie opuszczą jej usta.
- Dwór byłby dobrym punktem. - przyznała Filia - Sporo osób spędza tam czas, a ten Pół-bóg ma dostatecznie dużo zabawek, aby coś nam załatwić. Nie chcę go jednak musieć przekonywać do tego.
- To jest też w jego interesie. - stwierdziła Kaylie - To nie tak, że będziesz musiała duszę sprzedać.
- To… - Komendant przez chwilę otwierała usta w końcu się jednak poddała - eh… czy wy wiecie CZYM Otto jest?
- Niekoniecznie wiemy wszystko, ale wiemy sporo - przytaknął VIktor z wahaniem - Niestety obowiązuje nas poufność. Nie miej nam za złe, że nie chcemy mu się narazić… jednak wedle tego co wiemy to można mu ufać i nie zamierza być problemem, ale… sprecyzuj proszę… “dobrym punktem” na co? Przesłuchanie go tam raczej byłoby bardziej-niż-podejrzane.
- To wyobraź sobie moją frustrację, kiedy fizycznie nie jestem w stanie tego powiedzieć. - komendant westchnęła - Miałam bardziej na myśli rozpuszczenie plotek. Nakręcenie mas, Dwór często jest odwiedzany i tamtejsi słuchają nie tylko Otto, ale też jego córek i Otisa. Możnaby z tego skorzystać, zważając, że oddajemy mu nowego członka dworu.
Viktor wzruszył dłonią, w miniaturowym geście machnięcia ręką.
- Tym aspektem się, Filio, nie przejmuj. Bierzemy go na siebie. Manipulacja opinią publiczną… znajduje się w zakresie moich kwalifikacji… choć to delikatny proces i przydało by się głębokie wyjaśnienie lokalnej polityki i głównych graczy. Przez te kilka dni temat poznałem bardzo powierzchownie… jednak na pewno nie w tym momencie i prawdopodobnie Davionowi łatwiej byłoby znaleźć na to czas, niż tobie. Zapytam tylko: zakładając, że poszło po naszej myśli, jestem oskarżycielem, Aegon sędzią, proces jest bardzo publiczną sprawą o której wszyscy mówią. Jest jakiś konkretny adwokat który, niemal na pewno, zostałby postawiony w roli obrońcy?
- W przypadku braku obrońcy z powołania oskarżonego, jak w tym przypadku, mam kilku chłopców którzy studiują pod Davionem i innymi kapłanami Abadara, im przychodzi zaszczyt reprezentowania oskarżonego. Więc pewnie z tej puli będę brała. Masz jakieś specjalne życzenia?
- Najlepszy jakiego da się tu znaleźć - odpowiedział Viktor - Preferowalnie takiego co potrafi grać na zwłokę i przedłużać proces w nieskończoność. Zakładam, że będę się poważnie ograniczał jako oskarżyciel, ale wciąż muszę wyjść na potencjalnie-najlepszego prawnika w okolicy. Potrzebuję zainteresować sobą Aegona i móc zgrabnie wkraść się w towarzystwo. Nie mogę tego pospieszać, aby nie wzbudzić cienia podejrzeń, a każdy kolejny tydzień procesu to będzie rodził nowe okazje. Jeśli chcielibyśmy się bawić w głębsze intrygi to może sam Davion, ale tylko jeśli nie wyglądałoby to podejrzanie. Wtedy mógłbym mu pomagać i wyciągać sposoby w jakie mógłby mnie opóźniać w wiarygodny sposób… choć rozumiem, oczywiście, jeśli aż takie… starania okazałyby się daleko poza granicami komfortu twoimi bądź Daviona. Łagodniejszą wersją byłoby gdyby Davion wspierał obrońcę, z moją pośrednią pomocą.
- Davion specjalizuje się w prawie finansowym, więc wątpię aby tu ci pomógł. - przyznała Filia - Nie mogę również kazać mojemu obrońcy grać na zwłokę. - komendant westchnęła i zaczęła stukać palcami o blat stołu rozważając możliwości - Jak długo chcesz to przeciągać? Minimum?
- Oj Filio… jakbyś mnie widziała w Cheliax byś od razu zrozumiała o czym mówię. Jeśli bym to potraktował na poważnie, a dostał z drugiej strony jakiegoś uczniaka, to zakończę to w godzinę… a większością tej godziny będzie uczniak bełkoczący ze stresu. Nie chcę aby grał on na zwłokę, “aby dać mi czas”. Chcę aby grał na zwłokę, bo to jedyny sposób abym, dając z siebie solidne trzydzieści procent, nie skończył tego w dwa dni. To JEST zasadna taktyka dla kogoś w jego pozycji. Póki trwa proces, póki wyrok nie zapadł – COŚ – może się wydarzyć. Jedną sprawę przegrałem, bo młokos po drugiej stronie przeciągał ją półtorej roku i mój klient zdążył kark skręcić, z konia spadając. Nawet nie byłem zły… Niestety nie ma żadnego minimum, czy maksimum. Potrzebuję by narodziła się okazja, a tego nie kontroluję. Im dłużej tym lepiej, ale ostatecznie… nic na siłę. Jest tu wiele do zyskania, ale jeszcze więcej do stracenia, a kolejne okazje pojawią się w przyszłości… Zbliżają się może jakieś przyjęcia, gale, wystawy, czy inne wydarzenia kulturalne, na których Aegon będzie? Jakby sprawa wciąż trwała to da mi piękne otwarcie, nie tylko do niego.
Kaylie starała się połknąć śmiech i nie wybuchnąć nim w tej sytuacji. Maska może i dawała jej pewną ochronę, ale nie tłumiła dźwięku, a lekkie parsknięcia radości można było usłyszeć w trakcie słów mężczyzny.
- Tak, tak ósma kredka Korvosy i tak dalej. - zażartowała Filia - Miałam na myśli ile czasu potrzebujesz?
Viktor uśmiechnął się na drwinę z jego tytułu Trzeciego Pióra. Dobre szpilki zasługują na uznanie. - Jeśli pytasz “ile czasu bym chciał by proces trwał” to zrozumiałem i odpowiedź, niestety, jest ta sama. Każdy kolejny dzień daje możliwość pojawienia się naturalnej okazji. Gra idzie o zbyt wysoką stawkę, abym ryzykował tworzenie wykreowanej okazji. Szczególnie gdy Aegon ma łatwy dostęp do królewskiego dywinatora… Jeśli chciałabyś jakąś konkretną wartość, bo łatwiej będzie zorganizować… trzy tygodnie byłyby miłe. Jakby się szykowała jakaś gala za cztery, to kładłbym nieco większy nacisk aby dociągnąć to do niej. Jeśli coś by było za dwa, to pewnie one starczą… Tamto addendum również pozostaje takie samo. Jeśli nie da się tego nie-podejrzanie przeciągać, dość długo aby ta okazja się pojawiła… - wzruszył ramionami - Będą kolejne. Tak długo póki nic nie podejrzewa… stracimy tylko czas, a jeśli któremuś z nas brakuje tu cierpliwości, to sprawa już jest przegrana.
- Trzy tygodnie? Na tak oczywistą sprawę? Nie uda się. Tydzień może uda nam się ugrać. Jeszcze jeden tydzień zanim zacznie się proces, ale wątpię abym dała radę pociągnąć to dłużej. Szczególnie Aegon będzie chciał zakończyć to jak najszybciej.
Viktor uśmiechnął się lisio sam do swojej myśli. - Żadna sprawa nie jest oczywista, gdy obrońcą jest odpowiedni adwokat… no ale to nie Zachodnie Wybrzeże i doktryny są nieco inne - wzruszył ramionami - Będzie jak będzie. Co z tego wyciągniemy to nasze, po resztę sięgniemy w przyszłości. Zmiana tematu… - zadeklarował, wyciągając z nadwymiarowej kieszeni księgę, ze wstążkami włożonymi między strony. Wyciągnął ją do Filli. Postawę miał poważną. Niemal grobową.
- Kolejny element układanki. Dziennik który znaleźliśmy w kopalni. Wybacz, że zrzucamy na ciebie “aż tyle” i “na raz”, ale chcemy cię trzymać w obiegu informacyjnym, a sporo mamy do omówienia i zrobienia jeszcze przed dotarciem do stolicy. Zakładkami zaznaczyłem ważne elementy. Nie czytałem go jeszcze strona po stronie.
Komendant zaczęła spokojnie przeglądać zawartość księgi, pozwalając Viktorowi kontynuować. - W skrócie… W warsztacie były wielkie słoje, półtorej metra średnicy, trzy metry wysokie. Zgodnie z zapiskami pozwalają one tworzyć klony z “niewielkich ilości tkanki”. Nawet kości mają starczyć. W sześćset dziewięćdziesiątym szóstym alchemik, nazywający się Davros, dostał tamtą kopalnię od “sprzymierzeńców”. Dwadzieścia osiem lat temu. Rok po moim wygnaniu. Rok przed rozkopaniem grobu Tisis.
Komendant zbladła na słowa adwokata, spojrzała na niego wzrokiem z mieszanką strachu i obrzydzenia. - Nie…
- Jeszcze nie wiemy - zaprzeczył, kręcą głową - To, że element zdaje się pasować do układanki, nie determinuje, że jest on faktualny… ale to jest opcja którą musimy mieć w głowie… naprawdę mi przykro… - jego głos złagodniał na końcu. Nie musiał dopowiadać powodu. Wizja bycia córką klona zamordowanej kobiety była już nazbyt obrazowa.
- Przepraszam, że obarczam cię tą wiedzą. Nigdy bym ci jej nie życzył.
Filia pokiwała głową, starała się uspokoić myśli jak i szybciej bijące serce.
-
Możemy... możemy przemilczeć tą sprawę na razie? - poprosiła w końcu - Nie jestem chyba gotowa na takie odkrycia. Czy księga podaje jakieś imiona, lokacje, cokolwiek, aby dało nam trop?
-
Nie miałem możliwości jej poprawnie zbadać. Rzeczywista analiza i cross-egzaminacja takich dokumentów zajmuje dużo czasu, nawet z pomocą hordy asystentów. Z samego przejrzenia… niewiele. Liczę, że przesłuchanie Ahaira rzuci więcej światła.
-
Ja mogę szybko to ogarnąć. - wtrąciła dotychczas milcząca Kaylie - Sądzę, że pół godziny mi wystarczy.
-
Dobrze. Czy coś jeszcze jest do omówienia? Jak tak dalej pójdzie wciągniecie mnie spowrotem w alkoholizm… - komendant wydawała się naprawdę zmęczona psychicznie najnowszym odkryciem.
-
Czy można ponownie kogoś wciągnąć w coś w czym i tak już jest? - wzruszyła ramionami magini.
Arkanistka nie zauważyła, że posłanie komendant jest już rozłożone. Zauważyła jednak, że ponownie oberwała poduszką. -
A teraz ją oddawaj.
Zirytowana Kaylie schowała w ramionach poduszkę i spojrzała na prawnika: -
Nie pozwolę się tak więcej traktować. Weź tę księgę i wychodzimy.
Po tych słowach po prostu wraz z poduszką w ramionach zaczęła wychodzić z namiotu.
Filia spojrzała na Viktora z udawanym oburzeniem. -
Pozwolisz jej tak mnie okraść?
Viktor uniósł brew rozbawiony. -
Ja to postrzegam jako zabezpieczenie materiału dowodowego i jednoczesną konfiskatę narzędzia przemocy. Spodziewałbym się, że jej adwokat się z tobą skontaktuje w tej sprawie… - wyciągnął głowę, by spojrzeć na jej posłanie. To byłą jej jedya poduszka. - Możliwie niedługo -
“Załatwię to” - dodał, nadmiernie wyartykułowanym ruchem samych ust. -
Mój adwokat będzie w kontakcie z jej adwokatem. - odparła Filia z delikatnym uśmiechem, dała znak Viktorowi, że może iść.
- Musimy przeprowadzić tą rozmowę, kapitan. - odezwała się, gdy tylko weszła i zobaczyła Filię.
-
Kaylie czekała już na zewnątrz uśmiechnęła złośliwie. Teraz to Filia już na pewno pożałuje, nie ma wybaczenia! Przewaliła!
A zawsze ta sytuacja zrobiła coś dobrego - odciągnęła myśli Filii od kwestii dotyczącej jej bliskich.
- Nasza sprawa nabiera treści. - Khal dogonił ją niedługo po wyjściu - Teraz jeszcze dochodzi recydywa. Tsk tsk tsk… nie wywinie się już.
Kaylie tuląc poduszkę ucałowała krótko Khala w usta. - Musimy dowód gdzieś schować. - stwierdziła chwytając jedną dłonią mężczyznę za rękę i prowadząc ku namiotowi, który najwyraźniej teraz był wspólny - To teraz wystarczy tylko, że wygrasz z barbarzyńcami!
Viktor krzywił się już, dając się ciągnąć za rękę. Najwyraźniej coś innego będzie musiał z poduszką wymyślić. - Barbarzyńcami? - zapytał, jakby dopiero dosłyszał - Czy mówimy tu o tym wyzwaniu wybełkotanym, przez któregoś z nich, gdy jeszcze spałem?
- No tak. Wyzwanie. - przytaknęła z uśmiechem - Dokładnie o tym.
Viktor wcale nie przestał mrużyć brwi, w konsternacji, choć gotów był zmazać ten wyraz twarzy gdyby się nagle odwróciła i mogła go dostrzec. - Przypomnij mi… jak to dokładnie szło? - poprosił zachowawczo, uznając, że może jednak rzeczywiście spał wtedy głębiej niż sądził.
Kaylie nie patrzyła na niego i wyraźnie nie zauważywszy żadnego problemu szła radośnie z poduszką pod jednym ramieniem, trzymając Khala za dłoń drugą ręką. - Będziecie zabiegać o mnie, oczywiście. Kogo prezent wybiorę ten zostanie moim wybrankiem.
Khal nawet się uśmiechnął, nieco drwiąco, gdy słyszał o wyłonieniu wybranka w kontekście wcześniejszej nocy, jak i zapowiadającej się kolejnej. - I to był twój pomysł?
- Mój? Nie... Oni zaproponowali. - dobry nastrój nie opuszczał Kaylie.
- A to jestem w błędzie czując się jakbym już uzyskał ten zaszczytny status?
- Jeżeli byś tak czuł to mogłoby wpłynąć na jakość twoich starań i prezentu od ciebie. - powiedziała z lekkim przekomarzaniem - Jor poświęcił się bym nie została spetryfikowana, więc choć trochę wysiłku i inwencji oczekuję od twojego prezentu.
Viktor czuł jak “te wygłupy” bawią go mniej i mniej… a od początku wcale nie były wybitnie śmieszne.
- Hmmm… z czymś takim rzeczywiście nie tak łatwo się mierzyć - stwierdził ze zrozumieniem i nawet lekkim uśmiechem w głosie - To chyba rzeczywiście będę musiał się postarać, aby przypadkiem nie przegrać ciebie z powodu jakiegoś prezentu.
- A uważasz to za możliwość? - zapytała patrząc na niego jak dotarli do namiotu zatrzymując się tuż przed wejściem.
- Ty mi powiedz… - “poprosił”, przekrzywiając głowę i wciąż mrużąc brwi. Nie krył swoich gasnących wątpliwości, ani zastępującego je niezadowolenia.
Kaylie patrzyła w milczeniu próbując zrozumieć sytuację. Czemu on zaczął tak reagować? - Ale ty tak naprawdę mówisz? - zapytała już się nie uśmiechając.
- Nie wiem… - jego spojrzenie złagodniało, ale w jakiś niepoprawny sposób - Czy ty “tak naprawdę mówiłaś” o tym wyzwaniu?
- To tylko zabawa... - arkanistka była zdziwiona - Przecież nie ma szans, że wybiorę ich na końcu... ale chcę poczuć się choć raz jako ktoś, o kogo będą zabiegać. Byłam zbyt młoda w Galt, aby już się starano, a później uwiązana w akademii. - westchnęła - Chcę poczuć te emocje, męskie zmagania o moją zgodę. Czy to takie złe?
Khal patrzył na nią kilka przedłużających się sekund.
- Złe było jak to przedstawiłaś przed chwilą. “Oczekiwanie” czy “wyzwanie”... zmusiłoby mnie aby założyć ręce i czekać, by pokerowo “sprawdzić blef”. Rozumiem, że ten rodzaj atencji jest… upajający, ale… - spojrzał gdzieś w bok, rozważając czy potrzebuje ją uświadamiać, że daje się w ten sposób zredukować do poziomu kobiet, które się kupuje. Tylko z kilkoma dodatkowymi krokami po drodze… albo o tym jak traktował kobiety, co próbowały z nim podobnych gier.
- … nieważne. Jak ustalamy, że to tylko zabawa to niech będzie - zgodził się, nieco niechętnie i otworzył Kaylie połę namiotu, zapraszając ją gestem do środka.
Kaylie przeszła do namiotu z poduszką wtuloną w pierś. - Nie rozumiem problemu. Czemu jesteś zły na mnie za to? - odwróciła głowę ku mężczyźnie - Chcę poczuć się wartościowa, jak ktoś o kogo się ubiega, nie ktoś kogo po prostu się ma na każde skinienie...
Smutek był widzialny w oczach Kaylie. Rozejrzała się próbując znaleźć najlepsze miejsce na ukrycie poduszki Filii. - Nie byłam wartościowa dla mojej rodziny, nie byłam dla nauczyciela niezależnie od moich wyników. Nie byłam tak naprawdę dla mojej pierwszej miłości, nie byłam dla drugiej grupy najemniczej i na pewno nie byłam warta więcej w Cheliax, gdzie po prostu miałam określoną wartość pieniężną. - opuściła wzrok - Nie byłam dla własnej matki... - uniosła spojrzenie na Khala - Wartość uzyskałam tylko, gdy skryłam swoje oblicze za maską i pozbyłam się tożsamości zostając jedynie swoim przydomkiem. - mówiła głosem fałszywie wyzutym z emocji - Sama.
Khal wysłuchał w ciszy historii marności, nie przerywając jej, a przez chwilę, gdy była odwrócona plecami, pogrążona w bolesnych wspomnieniach… złapał jedną z trzech swoich poduszek i zdecydowanym ruchem wyłożył ją do przedsionka namiotu, gdzie nie była widoczna od wewnątrz. Poczuł zdziwienie Fisusia.
- Yhymmm… - mruknął na głos, jakby przytakiwał, ale do chowańca dotarł nacisk…
Khal “usłyszał” mentalnie westchnięcie i wąż wypełzł mu spod koszuli na plecach.
Rozważał chwilę wyjaśnienie jej tej sytuacji pytając jakby się czuła jakby Khal nagle kazał jej konkurować z kilkoma innymi kobietami w miss mokrego podkoszulka, ale… nie całkowicie poważnie, stwierdził, że stracił prawo do takiej argumentacji pół dekady wcześniej.
- W porządku. Z tym pomysłem widzę cały PAKIET problemów, ale niech będzie. Wiem jakie to uczucie i rzeczywiście nie ziębi mnie myśl abyś też je poznała. Poza tym chętnie zapamiętam wyraz twarzy tych prymitywów, gdy dotrze do nich, że jakiś cherlawy adwokaczyna zorganizował coś lepszego niż oni dali radę.
Nieśmiały uśmiech pojawił się na ustach arkanistki, jaka położyła poduszkę przy posłaniu by móc obiema rękoma objąć Khala w przytuleniu. - Dziękuję. - wpierw milczała sycąc się uczuciem bliskości nim kontynuowała:
- Na początku chcieli walki... ale ja jej nie chciałam, aby ktokolwiek z was miał dla mnie być raniony. Ta cała sprawa została ustalona jeszcze nim w ogóle weszliśmy do kopalni. - uniosła spojrzenie na twarz mężczyzny.
- Cóż… nie pogardził bym pretekstem, by zmusić Jora do przekalibrowania swojej własnej twarzy i późniejszego wyśmiania go z niechybnego zarzutu o “nieuczciwą walkę”. Osz… aż szkoda… do mnie przyszedł jeden z nich i wypaplał wyzwanie, gdy ja jeszcze zbierałem się po nocy. Nim zdążyłem się wyprostować go już nie było. Jakie są zasady tej… zabawy? Precyzyjnie. Co zostało ustalone przez ciebie, aby nie mogli mi nic zarzucić.
- Khal! - arkanistka oburzyła się na jego pierwsze słowa - Właśnie tego chciałam uniknąć, męskiego prężenia muskułów i pokazywania jak lepiej może komuś fizycznie przywalić w stylu typowo ulicznym. - odparła kręcąc głową - To nic skomplikowanego. Ot, prezent. Magiczny przedmiot, oni wpierw sugerowali zrobienie broni lub zbroi, ale im powiedziałam, że ja z tego bym nie skorzystała.Termin... pewnie do miesiąca po powrocie do miasta.
- Oh Kaylie. Za kogo ty mnie bierzesz? Nie prężyłbym muskułów ani nie zrobił nic gwałtownego - zaprotestował tonem jakby to było głęboko poniżej jego godności - Zapytałbym go tylko czy byłby tak uprzejmy... aby samemu się w twarz zdzielić. Jestem pewny, że zrozumiałby moją logikę… jesteś pewna, że tylko tyle? Bo mam wrażenie, że mówiono do mnie coś o upolowaniu potworka. Czy to sami sobie dopowiedzieli?
- Potworek to jedna z możliwości, szczególnie że zrobiłby dobre składniki do umagicznienia ich. Gdybyś na przykład poszedł ubić takiego i z jego kłów, pazurów, kości zrobił jakiś amulet...
- “Jedna z możliwości”, ale jakbym ci sprowadził z Cheliax szmaragdową tiarę z różowego złota, to by kręcili nosami, prawda?
- Oczywiście, bo to nie byłoby wykonane przez ciebie, a po prostu zapłacone. Bez żadnego starania, a tylko rzucenie pieniądzem w odpowiednią stronę i wszystko zrobią za ciebie. To nie chodzi by było świecące, złote i wow. Nie jestem kimś łasym na bogactwa.
- Nic takiego nie sugerowałem, ale próbuję wyciągnąć z ciebie reguły, bo przed chwilą usłyszałem “ot, prezent”, bez dalszych warunków, a to wpływa na to które narzędzia, z mojego arsenału, wykorzystam. Zakładam, że jestem tu prawny posłużyć się innymi zdolnościami niż moją imponującą muskulaturą i biegłością w machaniu toporzyskami…
- Na nie właśnie mam nadzieję. - uśmiechnęła się szeroko - Bo choć twoja muskulatura jest wystarczająca dla mnie, to jednocześnie nie chce jej narażać na obrażenia poprzez zmęczenie jakie nie byłoby spowodowane nocą ze mną. - zaśmiała się krótko.
- Dobrze. To będę musiał pomyśleć… i zrobić głębszy wywiad na temat lokalnej fauny…
Kobieta ponownie przytuliła Khala i pociągnęła go, by usiadł z nią na posłaniu.
- Jak się czujesz po odkryciu księgi? - zapytała nagle patrząc mu w oczy sama wyrażając opiekuńcze uczucie i lekko gładząc palcami wierzch dłoni Khala.
- Odważne założenie, że czuję się jakkolwiek.. - odpowiedział z kwaśna przekorą, ale oddech potem odwrócił spojrzenie gdzieś w bok. Już bez tej bezczelnej pewności.
- Nie wiem. Staram się o tym nie myśleć.
- Ale myślisz. - powiedziała z pewnością w głosie. Khal poczuł palce na swojej szczęce, gdy czule go nimi głaskała - I choć wiesz, że to nic teraz nie zmieni, zadręczasz się podczas, gdy pozujesz na niewzruszonego.
- Mało oryginalnie, co nie? - zapytał z lisim uśmiechem, ale wciąż patrzył gdzieś w przestrzeń. Wzruszył, bezsilnie, ramionami - Sklonowali mi martwą matkę. I te klon może wciąż jeszcze żyć. Zupełnie nie wiem jak powinienem się z tym czuć. I możliwe zakończenia tej historii jeszcze bardziej konfudują.
- Wątpię by żył, jak my. - odparła nadal głaszcząc - Klony są z zasady bezduszne... Nie wiem co by z nim zrobiono. - ujęła twarz Khala w obie dłonie - Ale cokolwiek to będzie... Nie zostawię cię i się uporamy z tym. Po prostu zadręczanie się tym nie ma sensu. Nie niszcz się, bo właśnie to robisz.
Drętwy śmiech wyrwał się z gardła Viktora, ale szybko nabrał pewnego poddźwięku serdeczności, nawet jeśli nieco pobłażliwej. Spojrzał na nią, uśmiechając się odrobinę… jakoś.
-
Jakby zadręczanie się było śmiertelne to nigdy byśmy się nie poznali. Oboje wiemy, że “zadręczanie się” nie jest decyzją. To się, po prostu, dzieje. Będę rozważał milion i dwa niemożliwe scenariusze, bo jest zasadna szansa, że dwieście czterdzieści siedem tysięcy, osiemset dwudziesta ósma opcja okaże się bliska prawdy i będę o tę odrobinę gotowszy na nią, gdy w końcu ją odkryję. Taki już jestem. Rozumiem co chciałabyś osiągnąć i dlaczego uważasz, że by mi to pomogło… ale ja nie potrzebuję “spokoju”. Ja potrzebuję czuć, że idę naprzód. Rozumiesz o czym mówię?
-
W ten sposób zadajesz sobie samemu obrażenia jeszcze nim pierwsze uderzenie wroga nadejdzie. - westchnęła, a po chwili mężczyzna poczuł usta Kaylie lekko dotykające skóry jego szczęki, gdy składała pojedynczy pocałunek.
-
Nie chcę byś jeszcze przed walką sam się zniszczył.
Khal uchwycił jej policzek i oparł swoje czoło o jej, przymykając oczy. -
Funkcjonuję tak od przynajmniej dwóch dekad. Nie złamało mnie to w tym czasie, nie złamie mnie to teraz. I to uczyniło mnie tym kim jestem. W trzy lata, niemal samodzielnej nauki, prześcignąłem absolwentów najbardziej prestiżowych szkół w Cheliax. To nie wynikło z jakiegoś wybitnego talentu, czy daru od bogów… osiągnąłem to dzięki obsesji, która pozwalała mi spędzać szesnaście godzin dziennie na nauce i nie przejmować się warunkami w jakich wtedy żyłem. Byleby tylko czuć, że, w jakiś dziwny sposób, posuwam się naprzód. Apropos… opowiedz i o zaklęciu co miałoby ci pozwolić w pół godziny przeanalizować dziennik alchemika…
-
Znowu robisz uniki tematu, który cię męczy. - powiedziała wprost.
-
Pół na pół - przyznał jej częściową rację - Nie jestem pewny jak prowadzić taką rozmowę na głos i nie jestem jeszcze… do końca przekonany o jej zasadności. A jakieś zaklęcie, pozwalające skrócić trzy dni pracy do pół godziny, to coś co chciałbym poznać.
Kaylie odsunęła twarz od mężczyzny i ciężko westchnęła.
- Może to źle przekazałam... To nie sprawi, że dowiemy się tajemnic tekstu... ale będziemy mogli określić tematy jakie zawiera i mniej więcej w jakich miejscach ich szukać. - spojrzała w ziemię - prawdopodobnie i byłbyś w stanie to zaklęcie otrzymać od... naszego pana.
Ostatnie dwa słowa jakie wypowiedziała wyraźnie zadrżały niechętną nutą, co mogło sugerować jak ciężko znosiła przyznanie się do tego. Może nawet samo wspomnienie sprawiało jej obrzydzenie.
Khal milczał chwilę. - To będzie zawstydzające jeśli spędziłem te wszystkie noce, zapędzając asystentów do roboty, na czymś co mogłem zastąpić zaklęciem. Dasz mi obejrzeć co to za zaklęcie w twojej księdze? To znacznie przyspieszy proces.
Kaylie zawahała się i dopiero po chwili wyciągnęła księgę zaklęć, jaka wyglądała naprawdę na zadbany tom o czerwonej okładce obłożonej łuską.
Szybkim ruchem zaczęła przerzucać strony nim nie dotarła do jednej z nich i podsunęła księgę bliżej mężczyzny, ale nie zdjęła całkowicie ręki z niej, jakby bała się, że Khal ją jej zabierze.
Nie dał po sobie poznać zdziwienia zachowaniem, ale znał magów co traktowali swoje księgi bardzo personalnie… choć czuł pewne ukłucie gdzieś z tyłu. Nie chwycił książki, pochylił się jedynie. Skoro to było dla niej w jakiś sposób krępujące, bądź stresujące to nie chciał utrudniać. - Yhym… - kiwnął głową po niecałych dwóch minutach czytania i wyprostował się - Mage’s Perusal. Zaklęcie ma większość charakterystycznych markerów… jest duża szansa, że istnieje odpowiednik w magii objawionej. Sprawdzę to dzisiaj i pewnie przetestuję. Rzeczywiście wygląda jak coś co oszczędziłoby mi wiele pracy w Cheliax. Dzięki wielkie.
- Jasne... - arkanistka znów schowała księgę. Khal zobaczył, że jej humor jakby podupadł i choć nic nie mówiła to wyraźnie coś ją gryzło odnośnie tej sytuacji.
Khal pochylił się i wygiął głowę w górę, aby złapać jej opuszczone spojrzenie.
- Hej… wszystko w porządku?
- Mhm. - mruknęła w odpowiedzi - Co ma być nie tak?
- No przecież widzę - skontrował, nie dając się zwieść pytaniu.
- Po prostu... - pokręciła głową - Nie, to głupie. Zapomnij.
- Nie wierzę ci - zaprzeczył łagodnie - Oboje wiemy, że nie uznam tego za głupie. Opowiesz mi?
- Już mi to tłumaczyłeś. - uparcie patrzyła w dół.
- I najwyraźniej nie dałem rady, skoro wciąż cię to męczy…
Kobieta milczała dłuższą chwilę zanim z wahaniem w głosie odezwała się: - Wydaje mi się... Ehm... Wiem, że to ty masz być tu szefem, arcykapłanem, dowódcą, ale... - urwała, a Khal czekał spokojnie. Nie poganiał spojrzeniem, gestem ani dźwiękiem, dając jej zebrać myśli.
- …ale… - zachęcił ją w końcu, łagodnie, gdy cisza się przedłużała.
- Nie mogę znieść tego ciągłego zrzucania mnie w dół.
Viktor wyprostował się, poważniejąc. - Powiesz mi co masz precyzyjnie na myśli?
W jego głosie wciąż pozostawała łagodność i zrozumienie. Nie było w nim nawet jednej agresywniejszej nutki. - Żebym zobaczyła, iż możesz zrobić co ja! - uniosła głos - Że wcale nie mam wartości jaka byłaby potrzebna, jesteś wyżej w hierarchii i zawsze będziesz! - głos Kaylie zadrżał z nerwów.
Viktor milczał chwilę, analizując czy istotnie dobrze rozumie stawiany mu zarzut. - Kaylie… jak ty to widzisz? Sądzisz, że kłamałem, że nie znam tego zaklęcia i tylko zapomniałem o jego istnieniu gdy rozmawialiśmy z Filią? I teraz cię poprosiłem o pokazanie mi go tylko po to aby móc ci w twarz wykrzyknąć “aha, ja też mogę je rzucić”?
Kaylie nie odpowiedziała na to ni słowem jedynie patrząc w ziemię.
-
Uhhh… - westchnął Viktor po dłuższym czasie - Rozumiem, Ptaszyno, że to jest ten twój “błąd logiczny”... - mówił powoli, nieco nieobecnym i posmutniałym tonem - Chciałbym wiedzieć jak ci wyjaśnić, że ja nawet nie myślę o nas w tych kategoriach… ale nie wiem. Jednak będę próbował. Cieszę się, że powiedziałaś mi o swoich odczuciach i chciałbym abyś mówiła mi o nich w przyszłości, abym mógł ci powiedzieć to co teraz: nie chcę cię w żaden sposób uniżyć. Chcę cię wyciągnąć w górę i pchać tak wysoko jak się da. Moja magia daje mi dostęp do kilku zaklęć, które są poza twoim zasięgiem. Jest wiele innych których ja nigdy nie osiągnę. A są również takie co są dostępne dla nas obojga. My się tu uzupełniamy. We dwoje możemy znacznie więcej niż oboje z osobna. Moja siła jest twoją przewagą, a twoje zdolności moją kartą atutową.
Kaylie spojrzała w bok we wstydzie. Bała się odezwać choć wiedziała, że musi. Co teraz? -
Mówiłam ci, że to głupie. Nie było co tego mówić. - wyszeptała pod nosem.
Viktor uchwycił dłonie Kaylie z czułością. -
Wcale nie było głupie. To nie będzie łatwe, ale jeśli ma się udać to właśnie tędy droga. Całkowita szczerość, włącznie z tą niewygodną.
-
W w takim razie ty mi wytłumacz jaki problem miałeś z tym konkursem. - uniosła głowę by patrzeć na niego.
Viktor zmarszczył brwi i rzucił cichym przekleństwem gdzieś w bok. No cóż… tak się kończy “emocjonalna otwartość”, co nie? -
W porządku, ale pamiętaj, że sama chciałaś... Problemów jest kilka. Po pierwsze jakby mi kto coś takiego zaproponował to potraktowałbym jako obelgę i zareagował adekwatnie. Jako pomysł-z-przeświadczeniem, że moja afekcja jest czymś co można kupić egzotyczną błyskotką. Po drugie… ta sytuacja faktycznie uwłacza mnie. Postaw się w analogicznej sytuacji… pewnego dnia informuję cię wesoło, że z… - zastanowił się krótko, na jednym wdechu -... Livią, Zoryą i jeszcze jakąś, będziecie brać udział w miss mokrego podkoszulka i ta co wygra zostanie “moją wybranką”... i wszystkie rozmowy, wyznania, obietnice czy problemy przez które przeszliśmy nie mają nagle znaczenia. Mokry biust zadecyduje! Jakby coś ci się miało nie podobać to zacznę od “oh, skarbie… chyba nie sądzisz, że wybiorę którąś z nich, prawda? Ale oczekuję, że się postarasz!”. Łatwo byłoby ci przyjąć taką propozycję z entuzjazmem?
-
Skąd pomysł, że im na uczuciu zależy? - prychnęła - Ja tak szczerze wątpię. Ale oni są na tyle zainteresowani, aby starać się mnie nakłonić... I co ci ta Zorya do głowy przyszła? Jakaś córka dawnej dobrodziejki. - nie mogła się powstrzymać przed zauważeniem tego faktu... Ciągle pamiętała słowa Fisusia...
-
Nie “przyszła do głowy”, a “znalazłem ją w głowie”. Tak aby mentalny obraz nabrał treści. I pardon... “wybranek” to słowo którego TY użyłaś… ale w porządku. Skorygujemy przykład: Zorya, Livia i Kendra zapraszają cię do miss mokrego podkoszulka i zwyciężczyni pojedzie ze mną na miesięczne wakacje do Numerii… ale tylko dla zabawy! Bardzo aktywnej ale bez zaangażowania. Czy byś się ucieszyła z czegoś takiego?
-
To co to było o tym całym zaufaniu o jakim już nie raz mi mówiłeś? - powiedziała i zacisnęła zęby - Ja mam ci ufać, że będziesz w rotacjach miał tylko swoje erotyczne zabawki, a nic więcej, nawet jeżeli jedną z nich będzie taka Zorya, a ja nie dostanę nic podobnego w zamian? Zaufania?
-
Ależ dostałaś zaufanie. Zgodziłem się wziąć udział w tej grze gdy tylko z “oczekuję, że się postarasz” przeszłaś do “i tak wybiorę ciebie”. Ta dyskusja teraz jest tylko z twojego nacisku. Ja jej nie chciałem odbywać i byłem już całkowicie gotowy schować w kieszeń moje opinie i odczucia o tej sytuacji, aby tylko sprawdzić ci radość. Wciąż jestem i jak się z tym prześpię noc, albo trzy to uda mi się samego siebie przekonać aby cieszyć się z tej radości i prztyczka w nos który tym drabom wyprowadzę.
-
Nie chcę by nasza relacja istniała na zasadzie przymuszania ciebie do robienia czegoś czego nie chcesz. Do zamiatania wszystkiego pod dywan.
Viktor milczał jakiś czas, zbierając myśli. Zastanawiając się co powiedzieć, bo z tego miejsca gdzie byli… wiedział doskonale jak łatwo byłoby odwołać całe te wygłupy w prezenty… a to byłoby mu bardzo na rękę. Chwilę mu zajęło zwalczenie pokusy. -
Tobie sprawi to więcej radości niż mi dyskomfortu… a z czasem sam się wkręcę. Więcej-niż-kilka razy dałem się wciągnąć jagniętom w rozmowy o związkach. Te, co miały więcej między uszami niż siano, często powtarzały podobne sentymenty. Parafrazując te adekwatniejsze do sytuacji i dopasowując je do naszej sytuacji… to jest nieuniknione. Będziemy godzić się na rzeczy, które nie są dla nas do końca komfortowe, bo alternatywą jest zakończenie tego wszystkiego. Ty nie jesteś przeszczęśliwa z mojej rotacji, ale się godzisz, bo wiesz, że to dla mnie ważne. Ja nie wiwatuję na tę grę, ale wezmę w niej udział, bo rozumiem jakim uczuciem jest być w niej po twojej stronie.
-
Chcę się poczuć wartościowa... Czy to naprawdę takie złe? - spojrzała w ziemię - A ty? Jak się czujesz wartościowy? Tak po prostu?
Viktor westchnął poważniej, gdy myśli uciekły mu w daleką przeszłość. -
Nie ma w tym nic złego. Dlatego jestem gotów wziąć w tym udział - odpowiedział nieobecnie, nim przeszedł do ważniejszej sprawy - To nie zawsze było jak teraz. Wbrew staraniom mamy… w Evercrest zawsze postrzegałem nas jako szczury żyjące obok ludzi. W czasie mojej tułaczki… robiłem co mogłem aby przetrwać. Rzeczy nie tylko złe, ale też rzeczy tak uwłaczające, że ich pamięć zabiorę ze sobą do grobu. W Isger, z początku, byłem nikim i nie widziałem problemu w jedzeniu gorzej niż niektóre psy i spaniu w komórce, pod schodami biblioteki. Później poznałem ludzi co swoim psom dawali budy większe. Marcus, prowadzący tej biblioteki, był pierwszą osobą która we mnie uwierzyła. Mistrzyni Morgwyn była drugą. Wiele spraw wygrałem, wiele pierzyn za okno wyrzuciłem, kilka wyznań usłyszałem, wielu ludzi zniszczyłem, a kilku pomogłem nim i ja w siebie uwierzyłem. A gdy to się stało… z miejsca zapałałem pogardą do szczura którym kiedyś byłem i do jego gotowości by dać się tak traktować. Poprzysiągłem sobie wtedy: “Nigdy więcej”. Nigdy nie przestałem utrwalać mojego nowego samopostrzegania i wciąż wolę czasem wyjść na aroganckiego dupka, niż pozwolić sobie zrobić najmniejszy kroczek w stronę tego kim kiedyś byłem.
Kaylie po chwili zapytała patrząc wciąż na swoje dłonie na kolanach.
-
Twoja matka próbowała cię podbudować? - zapytała z lekkim zdziwieniem w głosie.
-
Ze wszystkich sił. Tak długo póki nie nauczyłem się udawać, bo nie chciałem aby było jej przykro - przytaknął smutno - Niewiele miałem w dzieciństwie, ale tylko dzięki niej wiem… tylko dzięki niej kiedyś wiedziałem jak to jest czuć… się… tsk… dziś już nie pamiętam jak to było, ale pamiętam, że wspominanie tego uczucia było dla mnie ważne. Nie wymieniłbym tego na żadne pałace Cheliax ani Galt. Przykro mi, że tobie tego odmówiono. To nie jest uczciwe…
-
Mówiono, że plebejusze gardzą swoim potomstwem... O ile nie przynosi pieniądza na chleb. Umówiono mi, że matki zazwyczaj przypadkowo mają bękarty z klientami.
Wypowiedziane słowa nie miały w sobie jednak wiele wiary w ich brzmienie, a nawet jakimś zmęczeniem pobrzmiewały.
Kaylie poczuła dłoń Viktora, głaskającą ją po policzku. -
Niektórzy biedacy w swoich dzieciach widzą jedyny powód by żyć. Ostatnią gwiazdkę na swoim niebie. Inni się nad nimi znęcają i wykorzystują jako własnych niewolników. Nawet w Nidal znajdą się błękitnokrwiści, co za swoimi dziećmi w ogień, by wskoczyli a inni w Andoranie mają dla nich tylko pogardę. Bogaci i biedni, słabi i potężni są takimi samymi ludźmi i zdają się kochać tak samo. Z mojego własnego doświadczenia… ja sprzedałem duszę aby moją mamę kiedyś odzyskać. I przez prawie dekadę… nawet na moment nie zwątpiłem w tę decyzję.
-
Znałeś swojego ojca? - zapytała, choć spodziewała się, że akurat klient to jest odpowiedź.
-
Nie. Myślę, że wiele dzieciaków, z “moich kręgów”, go nie miało więc nie kuło mnie to w oczy. Chyba kiedyś zapytałem, ale mogę wymyślać i nawet jeśli… to nie pamiętam odpowiedzi.
-
Moi rodzice byli w sobie naprawdę szaleńczo zakochani. - powiedziała patrząc przestrzeń - Matka nawet związała się z nim wbrew woli rodziny. Po prostu skandal się rozpętał... szczególnie jak pojawiła się ciąża. - bardzo blady uśmieszek pojawił się w kąciku jej ust - Ale udało się im przekonać obie rodziny, aby pozwolili im na to małżeństwo, choć rodzina mojej matki była bardzo niezadowolona.
-
I jak ta historia dalej się potoczyła?
Arkanistka oparła głowę na ramieniu Khala, aby niespodziewanie po chwili zacząć składać pocałunki na jego szyi a Viktor nie opierał się. Nie oszukała go ta zmiana tematu, ale… nie zamierzał naciskać. Jak nie chciała opowiadać to takie jej święte prawo.
- Nasza sprawa nabiera treści. - Khal dogonił ją niedługo po wyjściu - Teraz jeszcze dochodzi recydywa. Tsk tsk tsk… nie wywinie się już.
-
Viktor bezwładnie padł na posłanie, obok Kaylie, ale nie pozwolił się objąć fali relaksu. Z szeroko otwartymi oczami, skierowanymi nigdzie, analizował co się właśnie stało. Czy rzeczywiście prawie musiał użyć siły aby wyplątać się z jej nóg w “krytycznym momencie”, czy może mógł to źle zrozumieć? Bardzo chciał aby okazało się to tylko nieporozumieniem... ale już poprzednim razem sobie powiedział “tylko mi się wydawało”, a teraz… była znacznie agresywniejsza. Zdecydowany chwyt za kostkę i spojrzenie wystarczyły by puściła, ale dlaczego okazały się potrzebne?!
Wciąż głęboko oddychając spojrzał na nią, szukając jakiegoś potwierdzenia bądź zaprzeczenia…
Zobaczył w jej oczach nie relaks i zadowolenie, nie zawstydzenie czy chociaż poczucie winy. Zobaczył smutek i żal.- Ty naprawdę mi nie ufasz. - odezwała się głosem pełnym gorzkiego bólu.
- Tak? - zapytał z nieszczerym zdziwieniem - To zaplecenie stóp na moim krzyżu, gdy chciałem z ciebie zejść było dla zgrywy i byś puściła “na czas”, choć “czas” był już dokładnie w tamtym momencie? Wyjaśnij mi to, proszę. Bardzo chciałbym by się to okazało głupim nieporozumieniem.
- Było okazaniem jak mało mi ufasz. - skrzywiła się - Jak nie wierzysz temu co robię. - położyła dłoń na czole.
- A co takiego, specyficznie, robiłaś?
- Nie jesteś głupi, wiesz czego chciałam. I tym zwiększyć emocje dla nas.
- Nie sądzisz, że coś takiego wymagałoby wcześniejszego omówienia?
- Zakładałam, że mi ufasz…
- Dziewczę drogie… ty chyba nie dostrzegasz, jak poważnym pogwałceniem mojego zaufania, była ta próba. Tak, ufałem ci. Tak bardzo, że po wczorajszej nocy wmówiłem sobie, że mi się tylko wydawało i na pewno nie zrobiłabyś czegoś takiego bez pytania mnie o zdanie. Kaylie, nie zgrywaj się… nie możesz nie widzieć dlaczego mi się to nie podoba.
Początkowo Kaylie patrzyła w pościel leżąca w nieładzie przy nich. - To boli... - uniosła spojrzenie - Że według ciebie mogę po prostu cię skrzywdzić w taki sposób...
- Czyli NIE chciałaś ryzykować, bądź doprowadzić do ciąży?
Zapadło ciężkie milczenie. Kaylie czuła jak skręca jej się w brzuchu, gdy lodowate ostrze prawdy wycinało jej serce. On wcale nie wierzył jej i nie ufał...
-
Khal. - odezwała się pustym głosem - Ja nie mogę zajść w ciążę.
Viktor dopiero po chwili spostrzegł, że przestał oddychać. Zaklął szpetnie na wydechu, chowając oczy w dłoni. Jego umysł pracował i gdy tylko odsunął od siebie złość i zarzuty przypomniał sobie jak mu opowiadała o pierwszym związku z przywódcą najemników… i chyba o ciąży, co ją przerwała z jego życzenia? -
Kaylie ja… przepraszam. I strasznie, strasznie mi przykro.
-
Mówiłeś o całkowitym zaufaniu. - odezwała się z bólem w głosie - Ja mam ci ufać całkowicie z rotacją, więc z bólem się zgadzam. Myślałam więc, że ty mi tak samo ufasz. Że wiesz, że bym cię nie skrzywdziła umyślnie. - westchnęła - Nie ot tak... Nie zastanowiłeś się, że mogłam magicznie jakoś się zabezpieczyć? Tylko po prostu od razu założyłeś moją złą wolę.
-
No to wiesz już jak JA się czuję gdy kolejny raz zakładasz, że chcę ciebie zgnoić… - odpowiedział zmęczony. - Nigdzie nie zakładałem rozmyślnej złej woli. Zacząłem od “wydawało mi się”. Potem było “pewnie się zbyt wciągnęła”. W najgorszym momencie przyjmowałem możliwość “błędnie wierzy, że to jest to czego potrzebujemy”. Jesteś inteligentną dziewczynką. Jakbym przedstawił ci inną kobietę o historii takiej jak twoja i powiedział, że teraz z całego serca wierzy ona, że dziecko jest tym czego ona, ze swoim partnerem, potrzebują to byś nawet brwi nie uniosła i przytaknęła “tak, to ma sens”. No powiedz mi, że nie…
-
Zakładam, że ty byś nie chciał. - powiedziała głosem bez nadziei, ale jednocześnie spojrzała w oczy mężczyzny.
Viktor westchnął dłużej, szukając odpowiedzi. Czy istniała dobra, którą można by tu udzielić.
Odwrócił się na bok, aby być z nią twarzą w twarz. -
Załóżmy, że mamy dziecko… Kochamy je. Chcemy dla niego jak najlepiej. Aby było szczęśliwe. Czy kiedykolwiek byś umyślnie je skrzywdziła? Nie mówię o surowości w wychowaniu, kiedy pojawiła by się potrzeba. Mówię o zadaniu bólu, który nigdy nie zostanie zmazany ani wyleczony i nie wyniknie z niego nic dobrego. Na pewno nie tyle aby mu zadośćuczynić.
-
Co to za głupie pytanie? Oczywiście że nie.
-
Oczywiście - przytaknął Viktor, nigdy nie wątpiąc, że taką właśnie usłyszy odpowiedź - Ta niewinna istotka teraz istnieje tylko jako koncept. Nie musi zostać przeklęta istnieniem. Może pozostać w błogim niebycie i skazanie jej na życie… postrzegam jako okrutne. Jako krzywdę, która nigdy nie przyniesie dość dobra aby zadośćuczynić samej sobie. Mam swoje impulsy… czasem, w chwilach słabości, odradza się we mnie chęć zostania ojcem. Nadzieja, że może takie dziecko mogłoby mnie naprawić. Tak jak Ziggiego jego dziecko… ale nie postrzegam tego inaczej niż impulsu kleptomana. Tylko takiego którego impulsy są szeroko akceptowane przez społeczeństwo, bo nie rozumie ono jak wiele niepotrzebnego cierpienia te impulsy przynoszą.
-
Ja... - głos Kaylie zadrżał - Planowałam by po zarobieniu z najemiczenia opłacić jakiegoś silnego kapłana, aby swoimi mocami, czy raczej mocami swojego boga, odwrócił cokolwiek zostało mi kiedyś zrobione i zabrało możliwość stworzenia dziecka. - nie określiła jednak co takiego się stało w przeszłości - Ale gdy Azazel odezwał się po latach... - spuściła głowę walcząc z łzami, aż po prostu schowała twarz w poduszce zakrywając głowę ramionami.
Viktor przysunął się bliżej i objął Kaylie ramionami. -
Pewnego dnia odpowiednie zaklęcia znajdą się w moim zasięgu. Wtedy z radością ci pomogę… ale to jeszcze kilka lat… te zaklęcia są z tej samej półki co wskrzeszenia, tej skali, co jest mi potrzebne by matkę sprowadzić, więc mam już dwie poważne motywacje aby się rozwijać w tym kierunku…
Kaylie uniosła głowę by spojrzeć na Khala.
- Czyli to znaczy, że do tego czasu mogę sypiać z innymi. - powiedziała podejrzanie spokojnie.
- Chyba trochę co innego wczoraj ustaliliśmy… - odpowiedział zachowawczo, nie będąc pewnym co jej po głowie chodzi.
- Nie zajdę w ciążę, więc to nie problem. - uśmiechnęła się pod nosem.
- Duży powód, ale definitywnie nie jedyny… - odpowiedział niższym głosem, obejmując ją w talii i przyciągając jej biodra do swoich - Wciąż myślę, że wolę zachować sobie ciebie tylko dla siebie…
Kaylie spuściła oczy i odezwała się znowu dopiero gdy znowu je uniosła na mężczyznę. Czuła przyjemność z bliskości, ale pewien smutek chował się za jej oczami. Wyraźnie nie mogła z kimś sobie poradzić.
- Khal... Powiedz mi teraz wprost, aby była jasność. Skoro wiesz już o moim problemie... Czy wciąż nie będziesz chciał takich prób jak dziś?
Khal skrzywił się mentalnie… nie podobało mu się słowo “próba”. - Cóż… - mimo to zaczął zalotnie - Skoro mówisz mi, że wiesz jako fakt, że na sto procent, nie ma ryzyka… - mówił powoli, patrząc jej w oczy… i, nieco cynicznie, doszukując się jakiegokolwiek zawahania - to definitywnie dostrzegam urok takiego finału.
Arkanistka patrzyła uważnie na Khala. - Ale wolałabyś...? - zapytała chcąc wybadać nastawienie rozmówcy.
- … na wszystkie sposoby, zależnie od chwilowego kaprysu - dokończył jej zdanie, wzruszając ramionami - Choć, przez pewien czas, ten konkretny byłby najciekawszy, jako mało eksplorowany w mojej przeszłości, jeśli nie liczyć kobiet w wieku gdzie nie było już ryzyka.
- Mówisz tak żeby mi zrobić radość czy naprawdę tak sądzisz?
- N-nie zrozum mnie źle. Wczoraj, nim się nie wytarłaś, wyglądałaś tak zjawiskowo, że kusiło mnie poprosić cię o pozostanie tak jeszcze chwilkę albo dwie. Tego nie będzie przy finale “jak natura chciała”, ale on też ma swój niepodważalny klimat, jeśli nie ryzykujemy skrzywdzenia tej konceptualnej istotki... a ja jestem kapryśną bestią i zwykle z radością przyjmuję wszelkie urozmaicenia.
Gdy Khal powiedział o tym jak zjawiskowo wyglądała wczoraj, Kaylie prawie od razu spłonęła rumieńcem wstydu. Obraz wyraźnie w tym momencie ją zażenował i nawet poczuła się bardziej zła na siebie niż w ogóle powinna.
- To... Dobrze. - wydusiła chcąc ukryć rumieniec odwracając twarz, a z piersi Viktora wydobywał się cichy chichot, tak niski, że aż jakby-dudniący. Uchwycił jej podbródek i skierował buźkę do siebie. Jego spojrzenie było… rozczulone… nim nie pochylił się by ucałować ją tuż nad brwiami i objął ciaśniej ramionami.
- Jesteś przeuroczym dziewczęciem, wiesz?
- To samo mówił syn ogrodnika... - powiedziała ze wstydem - Obaj wy z plebsu, widać podobieństwa... - fuknęła próbując irytacją przegnać wstyd.
Chichot znów zadudnił w piersi Khala i teraz Kaylie słyszała go bezpośrednio. - Tym większa chwała na szczycie im niżej się zaczynało… - poczuła palce zsuwające się z jej biodra na pośladek, ale gdy już była pewna, że zaraz się na nim zacisnął, przetańcowały po nim, samymi opuszkami go muskając i dopiero udo poczuło jego chwyt.
Mężczyzna poczuł jak dłoń partnerki zatrzymuje jego rękę przed ruszeniem dalej. - Khal... - powiedziała patrząc mu w oczy - Nie. Nie mam nastroju i emocjonalnych sił po tym, co się wydarzyło wcześniej. Wybacz.
Ostatnie słowo zostało oplecione prawdziwym poczuciem winy wynikającym z przeświadczenia, że nie powinna odmawiać w tej sytuacji, ale spojrzenie Khala pozostało łagodne. - Nie zrozumieliśmy się - odpowiedział z uśmiechem - To nie była per se propozycja, ale cieszenie się moim “szczytem”... a nawet jeśli by była, to nie byłoby problemu i definitywnie nie chciałbym byś robiła, z takiego powodu, tę podkówkę na buźce, hmmm?
Kobieta lekko się uśmiechnęła i wtuliła w klatkę Khala, zaraz palcami kręcąc linie wokół linii jego tatuaży.
- Czemu je masz? - zapytała, gdy skóra dłoni przeszukiwała ten labirynt wyrysowany na ciele mężczyzny - Aby kobiety chciały eksplorować ich zakamarki?
- Heh… nie. Może powinienem był je pod to zaprojektować, ale nie znalazłem nic co odpowiadałoby mojej własnej estetyce. W takiej formie jaką mają… widziałaś ich kawałek to widziałaś je wszystkie. Mam je, bo chciałem, ale przede wszystkim są one “tłumem” w którym kryję kilka magicznych tatuaży.
Jeszcze przez chwilę ciszy kobieta bawiła się tymi wzorami, aby nagle zachichotać pod nosem. - Pewnie Filia teraz śpi jak zwykły wojak na twardym lub sterroryzowała swojego chłopaka by jej dał poduszkę. Nie szkoda mi jej, jeżeli musi ponieść niewygody przez swoje czyny.
Uniosła spojrzenie na twarz partnera. - A jakie zastosowanie mają te magiczne tatuaże? - zapytała porzucając kwestie kapitan.
- Hmmm…
...jakiś cza wcześniej…Kliknij w miniaturkę
Filia odwróciła się do niezadowolonego warknięcia. Jej oczom ukazał się duży czarny pies z poduszką w pysku. Zamrugała raz. Na ten widok sam w sobie… i drugi raz… na myśl, że przecież nie mają w obozie żadnego psa.
-
Ihaili? - zapytała niedowierzająco, a pies szrpnął się i złapała poduszkę tuż nim uderzyła ją w twarz. Gdy ją opuściła pies już kłusował w kierunku z którego przyszedł.
-
T-to… nie jest moja poduszka…
-
Hmmm … - Viktor mruknął, stwierdzając, że nie wyprowadzi Kaylie z błędu - Ten tutaj… - poklepał się palcem, po lewej piersi dwukrotnie i za trzecim palce wniknęły w tatuaż i wyciągnęły uchwycony lniany woreczek - To kieszeń nadwymiarowa. Niewykrywalna dla magii. Z barków - wskazał kciukiem - przez łopatki, prawie do krzyża mam tatuaż zwiększający moją siłę. To on plus doraźna magia pozwoliły mi tamtą bramę unieść. Wzdłuż ramiona mam… - szarpnął ramionami, ale w sposób drastycznie łagodniejszy niż zwykle, nie chcąc szturchnąć, ani nastraszyć nagłym ruchem Kaylie. Na jego nagim ciele, w mgnieniu oka, zmaterializowała się szata identyczna jak ta w której ona na codzień chodziła. Uśmiechnął się zadziornie i kolejnym “szarpnięciem” ją rozproszył.
Kaylie przewróciła oczami. -
Z ciebie to straszny pozer, wiesz? Naprawdę lubisz się popisywać i zbierać oklaski.
-
Po pierwsze… tak - przytaknął jej, bez cienia zażenowania - Po drugie… nie tylko to. Lubię robić ze świata przedstawienie… “Żart” może być lepszym określeniem. Tak, mógłbym ci nudnie wymienić co one robią, ale prezentacje uznaję za, zwyczajnie, zabawniejszą. Szczególnie gdy okrasi się ją szczyptą absurdu.
-
Ty i to twoje pompowanie ego. Musiałeś naprawdę czuć się jak bóg, gdy podwładna z kancelarii wchodziła ci do łóżka. - pokręciła głową i jak dorosły niepopierający działań dziecka.
-
To się nie zdarzało tak często jak ci się wydaje. Ze wszystkich wyciskałem siódme poty i oczekiwałem konkretnych wyników. No i nie lubię relacji zależności. Jeżeli szukamy najbardziej łechtających ego przykładów, to odpowiedniejsze byłoby patrzenie na te co były wyżej ode mnie w hierarchii. Raz czy dwa, podobno, Viktorowi Goodmanowi zdażyło się uwieść jakąś hrabinę, czy tam vice-hrabinę… nic potwierdzonego, wiesz - uśmiechnął się lisio, mrugając do niej okiem.
-
Myślałam, że większość twoich podbojów to były te młódki z kancelarii. - odparła zdziwiona - Twoje pracownice, co głupiutkie dawały ci robić ze sobą co chciałeś, bo byłeś ich szefem i przepustką wyżej.
-
Iii… właśnie z wyżej wymienionych powodów nie były dla mnie atrakcyjnym celem. Wiesz… na przykład ja nigdy nie doceniałem uroków domów publicznych. Byłem w Alabastrowej Jaskółce kilka razy, ale to były zagrania niemal-polityczne, gdy człowiek, do którego chciałem się zbliżyć, widział w tym formę “męskiego wypadu na miasto”. Niewiele przyjemności. Prawie “check-lista do odhaczenia”. Co za frajda z podboju, jeśli jagnię jest opłacone? Albo mogłoby się bać pracę stracić?
Kaylie zapatrzyła się w przestrzeń, gdy mówiła.
- Gdy na początku opierałam się silne, po pewnym czasie zagrożono mi nawet sprzedaniem do burdelu i używam tego słowa rozmyślnie, bo nie mówię o przybytkach, gdzie to prawie miesza się z polityką tylko o mniej drogich. - westchnęła - Ale się nie ziściło na szczęście.
- Cieszę się, że do tego nie doszło. Nie korzystałem nigdy, ale praca adwokata na moim poziomie zadziwiająco często przeradzała się w otwarte szpiegostwo… a nie zawsze ufałem najemnym detektywom. Raz czy dwa zawitałem do właśnie burdelu... nigdy we własnej twarzy… Nie dziwię się, że grożą czymś takim niewolnicom… ale… sądzę, że to był blef. Alternatywy nie są wcale lepsze, jednak odsprzedanie cię do “plebejskiego” burdelu byłoby jak sprzedanie na mięso rumaka, co jest czempionem w Andoranie…. ale to nieistotna dygresja, wybacz. Cieszę się, że miałaś dość elastyczności aby uniknąć wszystkich tych opcji.
- Też zakładałam blef. Nie zmieniłam zachowania po tej groźbie. Zdawałam sobie sprawę, że mogliby chcieć mnie do lepszego przybytku sprzedać, może jako egzotyk. Galtianka i to magini. - machnęła ręką - Ale wiem, że mój pan nie chciał ani za szybko mnie oddawać bez umodelowania, ani nie chciał tracić pieniędzy bez przemyślenia.
Ostatnie zdanie przyprawiło Viktora o zimny dreszcz na krzyżu, jako że zostało wypowiedziane tak... spokojnie i bez zająknięcia, jakby nawet opisywała kogoś innego niż siebie. Było zdepersonalizowane w swym wydźwięku, choć podmiotem była ona.
Khal przytulił Kaylie ciaśniej. Chciał coś powiedzieć. Oprotestować to wszystko i powiedzieć jej, tak aby zrozumiała, że Nyer wcale nie był tam “tym dobrym”, ale… to nie było coś co rozwiążą w jedną noc, ani tydzień a może nie przez całe miesiące bądź lata… i musiał ją, zwyczajnie, bliżej poznać… - Ważne, że to już za nami i nigdy te czasy nie wrócą.
- Czasem... - odezwała się po chwili - Wiesz, to w sumie głupie... - zamilkła ciężko myśląc czy powinna mówić o tym Khalowi - Zdarzyło się, że... - wzięła głęboki oddech - Nieczęsto... - kolejny oddech - Nie zrozum tego źle... Sama nie rozumiem... - wtuliła głowę pod szczękę Khala - Czasem... tęsknię za Nyerem.
Viktor nie pozwolił by gniew, który w nim nagle zapłonął z siłą inferno, w jakikolwiek sposób wylał się na zewnątrz. W tym momencie wiedział, że jeśli kiedyś spotka Nyera, to nie wyjdzie on z tego żywy. Kilka głębokich wdechów i odliczeń w myślach było potrzebne aby odzyskał samokontrolę, ale gniew nie odpłynął “zwyczajnie i po prostu”, ale zostawił za sobą smutek.
- Było kiedyś wydarzenie w Charken Holt… Nie wyróżniające się niczym na tle tysiąca innych miast Cheliax. Jakąś dekadę temu doszło tam do napaści. Próbowano porwać córkę błękitnokrwistego. Nie wyszło. Zmieniło się to w prawie tygodniowy przepychankę słowną z władzami, z uwięziona rodziną szlachecką w tle i ich służbą. Po sześciu dniach doszli do porozumienia. Napastnicy wypuścili zakładników. Ci się zachowywali bardzo dziwnie… wypuszczeni nie biegli do ratunku, ale ściskali ręce, a obejmowali napastników na pożegnanie. W czasie przesłuchania odmawiali oskarżania napastników. Jedno z nich twierdziło, że oni ich bronili przed strażami. Głowa rodziny opłaciła napastnikom adwokatów. Córka, co miała zostać porwana, zaręczyła się z jednym z nich. Autentyczna historia. Sam się zainteresowałem i posłałem moich ludzi aby ją potwierdzili. Co o niej myślisz?
- Może naprawdę dobrze ich traktowali, a córkę lepiej niż jej rodzina? To nic niesamowitego w szlacheckich domach. - powiedziała z pewnością w głosie.
- Porwali ich. Przetrzymywali wbrew ich woli. Grozili zabiciem i okaleczeniem. Lokaj i dwóch strażników zginęło pierwszego dnia, gdy napad się skomplikował. Pierwsze trzy dni ich ciała gniły w pokoju obok. A rodzina była “zwykła” jeśli chodzi o wzajemne traktowanie. Kochali się, ale tak jak rozpuszczona szlachta potrafi. Więc nie Kaylie. Nie byli traktowani dobrze i córka nie była traktowana przez tego jednego lepiej niż przez rodzinę, choć rozumiem skąd mogły być takie przypuszczenia. Masz inne pomysły?
- Masz tylko informacje z drugiej ręki, nie wiesz jak naprawdę tych przeżyłych traktowano. - zaprzeczyła silnie.
- Wiem, że ludzie zginęli. Wiem, że ci co przeżyli mieli na ciele siniaki. Część była ranna. Pierworodny rodziny miał złamaną i źle złożoną rękę… ja uważam inaczej. Ci ludzie przeżyli straszne wydarzenia… ale nasza psychika jest niezwykle elastyczna. Dopasowuje się. W tamtej sytuacji, gdzie ludzie już zginęli i zapowiadało się, że oni też zginą, ich oczekiwania były tak mroczne jak możesz sobie wyobrazić. Tak łatwiej było nie zwariować. I przy takim nastawieniu, w sytuacji wrażliwości emocjonalnej, każdy jeden jeden przejaw litości i dobrej woli ze strony napastników, tak absurdalnie kontrastował z oczekiwaniami, że w ich umysłach był wywyższany pod niebiosa. Każde podanie szklanki wody, czy wręcz pozwolenie pójść za potrzebą do sąsiedniego pokoju, gdzie tylko jeden z porywaczy by ich pilnował, wydawał się jak podzielenie się manną prosto z nieba… ale nie chcę dalej wchodzić w tę dyskusję. To nie miejsce na to. Masz swoje ostatnie słowo i kończymy temat, ale proszę tylko… nie bagatelizuj moich słów. Przemyśl je potem sama. Przeanalizuj swoim intelektem, a nie emocjami, możesz to dla mnie zrobić?
Kaylie spojrzała w wyraźnym szoku. Rozumiała co on chce jej przekazać i wiedziała, że się z nim nie zgadza. Czemu w ogóle chce jej to pokazać?
- Jaki miałeś w tym cel? - zapytała wprost żądając odpowiedzi - Czego to miało dowieść według ciebie?
- Gdzieś tam w środku dobrze wiesz. Pomyśl o tym - odpowiedział, jakby wcale nie słyszał agresji w jej tonie.
- Chodzi ci o Nyera. - mruknęła z irytacją - Czemu tak ci zależy, aby go pogrążyć w moich oczach? Nie byłeś tam, nie przeżywałeś tego co ja. Pewnie w tym czasie siedziałeś na swoich miękkich poduszkach otoczony pracownicami i każdą inną kobietą na jaką miałeś ochotę. Spijałeś łakocie swojej sławy, gdy niektórzy ułasili się o łaskę twojego spojrzenia. Nie, nie wiesz co się działo i jaki Nyer był.
- O Nyera? Dlaczego tak uważasz? Które elementy tych historii, według ciebie, są na tyle podobne aby można było je porównywać?
- Nie udawaj, ja cię błagam. Chcesz mi pokazać, że ta historia odnosi się także do moich wydarzeń. Że tylko dlatego tak myślę o Nyerze. - Kaylie wyraźnie czuła się urażona, że on sądził, iż ona nie zauważy do czego zmierza.
- To nie jest “udawanie”. To jest “udowadnianie”. Jakby tych historii nic nie łączyło byś ich nie skojarzyła. Na przykład… jakbym ci opowiedział historię jak z kumplami włamywałem się do browaru Rakusa i piliśmy wciąż pół-surowe piwo to by ci nie przyszło do głowy, że jakoś nawiązuję do twojej historii. DLACZEGO skojarzyłąś tę historię ze swoją?
- Bo wręcz maniakalnie chcesz mi udowodnić, że mój pan robił mi krzywdę, więc powiedziałeś o porwanych, jacy nie sądzili, że bandyci ich krzywdzili i na tym chcesz sprawę oprzeć. - fuknęła.
- W porządku. Masz swoje ostatnie słowo i kończymy tę dyskusję na dziś. To nie miejsce ani czas na nią. Ale stawiam twardą granicę… nazwij go jeszcze raz “swoim panem”, a będziesz spała na kanapie… - żart kontrastował mocno z tonem głosu Viktora.
Kaylie prychnęła z wyraźną irytacją. On jej stawiał warunki! - Uważaj żebyś ty nie skończył na dworze czy za drzwiami. - ton głosu kobiety wyraźnie wskazywał, że ona nie żartuje. Odsunęła się trochę od Khala i zaciągając szczelnie kołdrę odwróciła się do niego plecami.
Viktor czekał, z rękoma pod karkiem, aż oddech Kylie się uspokoił, wyrównał i nabrał tego brzmienia kogoś kto śpi. Cichutko jak myszka ubrał się i wyszedł.
- Ona ci nie potwierdziła, zauważyłeś? - syknął Fisuś, co milczał jak duch już od dłuższego czasu.
- Oczywiście, że zauważyłem… - przytaknął, odchodząc już od namiotu.
- To zamierzasz ryzykować?
- Zapytałem wprost, patrząc jej w oczy… wierzę jej, że nie może mieć dzieci.
- …
- …
- Obyś nie wdepnął… ale dorosły jesteś. Inny temat… co DO JASNEJ CHOLERY!?
- Ciszej troszkę? Dziękuję. Pytasz o jej relację z Nyerem?
- Nie, o twoje przebieranki w damskie ciuszki… oczywiście, że o tym!
- Co mam ci powiedzieć? To powalone.
- Tia… zachowuje się prawie jak… wiesz kto…
- Nie szarżuj, Fisuś… - zaprzeczył Viktor markotnie - To była zupełnie inna sytuacja i nie miało tej skali. Poza tym… do cholery jasnej… mógłbyś nie przyrównywać mnie do Nyera?
-Pardon, nie to miałem na myśli. - Tia…
- …
- …
- Ona nie wydaje się być otwarta na dyskusje o tym… już drugi raz, jak tylko zaczynasz, ona się unosi.
- Otóż, mój pełzliwy przyjacielu, mylisz się.
- Hę? Czy przez te pięć minut kiedy mnie nie było padł jakiś, zmieniający wszystko, kontekst?
- Nie. Wszystko widziałeś.
- …
- …
- Nie łapię…
Viktor doszedł do wozu i zgarnął jeden z nieużywanych namiotów. Pozdrowił pseudo-salutem wartownika i poszedł do południowej części obozu, gdzie spało mniej ludzi. - Myślę, że ona tam gdzieś bardzo głęboko rozumie, że została jej zrobiona krzywda. Myślisz, że ona się nie domyśla, w którą stronę zboczy dyskusja gdy zaczyna o nim mówić?
- Aaaah… ale masz próbę badawczą ilości “dwa”. Dosyć miernie…
- Zgadza się… ale pracuję z tym co mam.
- Więc jak ta praca zamierza wyglądać?
Viktor wytrząsnął namiot z worka. - Będę potrzegbował twojej pomocy. Sam ledwo tu widzę.
- Czyli mówisz, że mam ci namiot rozłożyć?!
- Nieee… zrobisz to z moją ślepawą pomocą…
~ * ~
- Dzięki… i wybacz, że nie pomogłem za wiele…
Viktor wszedł do pustego namiotu. Położył tylko jedną płaską poduszkę na środku i usiadł na niej. - Jesteś ślepy jak mysz. Czy żarcie marchewki nie miało pomagać na widzenie w półmroku?
- “Ślepy jak KRET”. I Fisuuuś… jest środek nocy. To jest pełna ciemność, rozświetlana tylko niemrawym księżycem i ogniskami.
- To prawie jak kalectwo nie widzieć nic w nocy.
- Trochę tak.
- Wracamy do tematu… jaki masz plan z Kaylie?
- Myślę… że pozwolę jej wyznaczać tempo. Nie będę zaczynał tematu, ale ilekroć ona poczyni honory to spotka się z moim komentarzem.
- Tere-fere… jak tylko załapie, że to tak działa to po prostu przestanie o nim mówić. Powinieneś jakoś delikatnie spróbować.
- Może… ale nie wiem jak.
- Kpisz sobie, tak? Jakbyś pewnego ranka obudził się skurwielem i się postarał to byś łatwo osiągnął ten sam efekt…
- Fisuuuś - Viktor rozmasował skronie, gdy poczuł, że zaraz może dostać migreny.
- … więc byłbyś pierwszą osobą, aby coś takiego poskładać. No nie wydurniaj się Vicky… na pewno już masz pełen plan!
- To… w teorii… może? Nie wiem. Niszczyć jest łatwo… I… nie wiem czy nie pogorszę.
- Viktor… to nie była…
- A właśnie, że była! - adwokat syknął gdzieś w bok - Przepraszam. Nie rozmawiajmy o tym, dobrze?
Cisza się zrobiła niezręczna, aż do stopnia, że mały imp zaczął balansować na jednej nodze, gwiżdżąc pod nosem… byleby tylko ją przerwać. - To może… - zaczął niepewnie - lepiej byłoby zostawić to jak jest? To nie tak, że Nyer przyjedzie i ci ją zabierze…
- Może…
- …
- …
Znów niemrawe, niewyćwiczone gwizdanie. - To nie wydaje się słuszne - tym razem adwokat przerwał nie-ciszę. - Myślę, że jestem na dobrym tropie… a jeśli nie to w pewnym momencie się zorientuję i przerwę.
- Hej, ja cię nie oceniam. I nie sądzę aby tam było cokolwiek co da się bardziej pokićkać. Choć to jej przywiązanie po tygodniu… ugh… Wiesz co byś zrobił w Cheliax z taką?
- Nie jesteśmy w Cheliax, a ona nie jest “taką”.
- Dobra, dobra. Więcej o tym nie pisnę… ale przy twojej taktyce ona zwyczajnie przestanie opowiadać. Może lepiej coś łagodniej?
- Zobaczymy. Na razie chcę spróbować tego. Myślę, że będzie zaczynać te rozmowy. I będzie się wściekać. I będzie chłód i nieprzyjemnie, ale… eh… mam robotę do wykonania. Porozmawiamy o tym później, dobrze? Może kiedy sam sobie w głowie poukładam plan.
- Yokkidy-dookida!
-...
-... - Co?
- Nie wiem o czym mówisz.
- …
- … nie miałeś pracować?
Z podejrzliwością, Khal zaczął wyciągać komponenty z nadwymiarowej kieszeni. - Znaczy… - zaczął niezręcznie, tuż nim zaczął pracę - … to nie miało wcale złego brzmienia… jakby…
- Viktor…. NIE WIEM o czym mówisz…
- Yokkidy-doo?
- …
- …
- Yokkidy-dookida - przytaknął imp, z śmiechem w oczach.
-
Na jawie Bajarz częściej niż strach okazywał irytację. Na jawie bowiem niewiele miał powodów do lęku. To sny przerażały… to sny… kryły w sobie zagrożenie, przy którym śmierć czy nawet wieczne potępienie wydawały się gnomowi trywialne.
Dlatego teraz powoli i lękliwie schodził w głąb tego miasta obawiając się tego co znajdzie i tego co zapamięta. Niemniej… świadomie podjął ryzyko. Świadomie nie zażył niczego przed snem, w nadziei że coś w tym miejscu, zmieni jego codzienne koszmary… że tu odnajdzie wskazówki, drogę… cokolwiek.
Każdy krok wzbudzał w gnomie lęk, to pradawne przerażenie ofiary w obecności drapieżcy. Miasto zdawało się na niego napierać, czuł głodne spojrzenia atakujące jego sylwetkę z każdego okna, każdej alejki, każdej cegły.
Miasto żyło, jednak spało tak bardzo długo, samotnie w ciszy i ciemności. Gnom naruszył ten spokój i jeżeli nie będzie uważny może rozbudzić je do końca…
Bajarz miał tego świadomość, ale też i nie miał wyboru. Podjął świadomie to ryzyko, by zdobyć wiedzę. Więc starając się kryć w cieniach i nie zwracać na siebie uwagi podążał w dół krętymi uliczkami. Coraz głębiej w tą kamienną otchłań miasta.
Nie jest pewny ile tak kluczył po uliczkach? Godzinę? Pół dnia? Dziesięć minut? Czas zdawał się rządzić własnymi zasadami w tym miejscu. Może dlatego, że to sen? Może dlatego, że nie? Ilekolwiek czasu nie minęło w końcu natrafił na pierwszą oznakę życia w tym zakazanym miejscu.
Niewielka statuetka... czegoś, im dłużej Baltizar na to patrzył tym bardziej zaczynała boleć go głowa. Postać przypominała człowieka, albo jakąś małpę o nienaturalnie długich kończynach i palcach. Jej zad przyozdabiał wachlarz brzydkich piór, każde zakończone okiem. Tak ja te, którymi wymalowane są ściany tego miejsca, oczy na piórach wydawały się śledzić gnoma.- Oczywiście ty tu jesteś. Powiedziałbym że masz obsesję na moim punkcie i miałbym rację. Powiedziałbym że mnie nienawidzisz albo kochasz… ale wątpię by te emocje byłyby dla ciebie zrozumiałe. Powiedziałbym… ale ciebie nie ma tu… jesteś tu.- gnom wskazał na swoją głowę. I rozejrzał się dookoła.- I wszędzie poza spojrzeniem, ukryty w kącie oka.-
Rozejrzał się zwalczając pokusę wzięcia w figurki w dłoń, bo był to naprawdę zły pomysł.
Rozejrzał się szukając dalszej drogi. Nie skupiał spojrzenia na figurce swojego prześladowcy. Przyszedł by zdobyć tu nową wiedzę, a nie utwierdzić w tym co już wie.
Minął kilka kolejnych alejek, kiedy wyszedł na coś co mogło służyć jako główny plac, no środku którego stała masywna metalowa wieża.
Gnom w milczeniu przyjrzał się temu obiektowi starając się zauważyć i zapamiętać wszystkie szczegóły. Planował wejść do wieży, więc… przede wszystkim szukał wejścia do niej.
Wieża była wielką konstrukcją liczącą jak na oko gnoma jakieś pięćdziesiąt metrów. Znalezienie wejścia trochę mu zajęło, gdyż znajdowało się w połowie tej wysokości na końcu schodów na kółkach. Sama wieża była cylindrem dokładnie wykutego metalu, przyozdobionego różnego rodzaju runami.
Gnom nie był pewny czy by potrafił odczytać je… nie był pewny nawet czy miałyby jakiekolwiek znaczenie. Gnom nie był pewny… niemniej był ciekaw, pstryknął palcami próbując przywołać Etrigana… cóż… jego senny fantom powstały ze wspomnień, wyobrażeń i nadziei. Bądź co bądź to był sen i nic więcej.
Powoli zaczęły pojawiać się kartki, masa kartek formująca wzgórze. Tym razem jednak coś wynuszało się z tego wzgórza, macki ociekające smołą? Tuszem? Skrzydła wynurzyły się, potem pysk z świecącymi oczami. Tym razem Etrigan nie ukrywał się za zasłoną z kartek opowieści. Tym razem był tym… czym… gnom się obawiał że jest. Wypaczoną wersją potwora który go obserwował. Jego podarunkiem? Strażnikiem? Szpiegiem. Niemniej nadal wierny swojemu nowemu panu. - No… idź przodem. I uważaj na pułapki… lub wrogów.
Oblepione smarem skrzydła rozpostarły się, gotowe do lotu. Ale Etrigan nie startował używając macek i pazurzastych łap do poruszania. Podszedł do wieży, poderwał się do lotu w kierunku owego wejścia.
W środku ptak mógł poczuć zapach śmierci. Nie brutalnej, pełnej krzyku i krwi. Dawnej, spokojnej, akompaniującej rozpaczy i akceptacji. Wieża była grobowcem.
Macki potwora wydłużyły się owijając wokół torsu gnoma. Wciągnięty do środka wieży Bajarz pogłaskał czule stwora po łbie nie przejmując się tym, że czarna ciecz lepiła się do jego dłoni, a potem szaty.
Powoli podszedł do najbliższego trupa, którego dźgnął palcem między żebra. - Hej! Ty! Nie udawaj…- burknął. - Śmierć może i zabrała cię do siebie. Ale tu jest domena Desny. Martwe może obudzić się ze wiecznego snu, więc wstawaj… pytania mam.-
Zasuszone ciało dawno martwego gnoma delikatnie drgnęło. W końcu głowa denata podniosła się, spojrzała pustymi oczami na bajarza. - Ba… Baltizar?
- Znasz moje imię… dobrze… nie dziwi mnie to…- mruknął pod nosem gnom spoglądając na trupa.- Powiedz mi. Co tu się stało. I dlaczego się stało.-
- Chcieliśmy uciec... od... niego. Zbudowaliśmy tą strukturę, aby zabrała nas z Golarionu, ale nie udało się. Znalazł nas wtedy, zabrał co jego i zostawił nas tu, abyśmy uschli... ty i kilkoro innych uciekliście.
- Co jest jego…? - odparł w zamyśleniu gnom, ten który był żywy.
- Oczy i to co widziały. Wspomnienia, widoki, opowieści... on ich potrzebuje…
- Potrzeba… oznacza uzależnienie… uzależnienie… to słabość. - zastanowił się gnom siadając obok gadatliwego trupa. - Wiesz czemu ich potrzebuje? Brakuje mu… wyobraźni… do kształtowania świata… siebie…?-
- On... i jemu podobni są... inni, obcy... mniej prawdziwi. Nie mają głosu, koloru, kształtu. Potrzebują czegoś aby się urealnić. Zbierają, kolekcjonują i... wtłaczają w siebie.
- Hmmm… to można wykorzystać jakoś.- zastanowił się głośno Baltizar.- Opowieść jest tworzywem w moich palcach… tworzywem, które można zatruć. Trzeba tylko znaleźć odpowiedni rodzaj “jadu”.-
- Oby ci się udało... my zawiedliśmy. Jestem... taki zmęczony…
Baltizar wzruszył ramionami i wstał. Po czym ruszył w głąb wieży, Etrigan zaś za nim. Gnom nie wiedział co jeszcze znajdzie w tym grobowcu, ale nie zamierzał się poddawać. Zwłoki nie robiły na nim wrażenie. Widział w innych snach straszniejsze rzeczy. Może ich nie pamiętał, ale lęki pozostawały po przebudzeniu.
Rząd po rzędzie, trup po trupie. Ta budowla była istnym mauzoleum gnomów. Wszyscy pozbawieni oczu, wszyscy wysuszeni przez czas. Żadnych ozdób, każda przestrzeń została wykorzystanie jedynie do trzymania osób albo dawno zgniłego prowiantu. - Pytanie kto to zrobił. Albo jak? Bariera osłabła? Jak się do nich dobrał.- zastanawiał się głośno gnom zwiedzając to miejsce ze swoim sługą. Gdy już zaś uznał, że zobaczył tu wszytko, postanowił zawrócić i poszukać… nowych wskazówek. Wiedział, że gdy się przebudzi nie zaryzykuje kolejnego snu w tym miejscu. Więc musiał wykorzystać tą sytuację w pełni.
- To byłeś ty… - głos dobiegał od… Etrigana? Chowaniec stał teraz na ziemi, patrzył na gnoma, jego ciało miotały drgawki - Zobaczyłeś wyrwę i usłyszałeś głos. Pytający. Byłeś taki chętny opowiadać, taki pomocny. Pokazałeś go innym i tak dostał się do nich. Nawet tu.. on zawsze podąża za tobą.
- Więc sprowadzę go ku zagładzie.- warknął Baltizar i zaśmiał się szaleńczo.- Ku zniszczeniu go sprowadzę, nawet jeśli będę przynętą w klatce. Nawet wtedy… sam zamknę klatkę i zginę wraz z nim… śmiejąc się. Będę jego przewodnikiem ku ostatecznej śmierci. Na pewno spodoba ci się nowe doświadczenie. W końcu… ile bogów ma okazję poznać ostateczny koniec?-
Śmiechem maskował strach, panikę… może… może tym razem nie zdążyć… a w następnym życiu. Będzie musiał znów zaczynać od podstaw? - Próbowałeś. Przez setki żywotów, setki twarzy, ale zawsze Baltizar. Nigdy ci się nie udało. Jesteś sam, mały gnomie.
- Cóż… nie powstrzymało mnie to wcześniej, prawda?- zachichotał Bajarz. - Nie wygrywa ten, kto się poddaje. Tym razem mi się uda.-
Po czym wzruszył ramionami. W końcu jeśli nie tym razem, to zawsze jest kolejny raz. Potwór nie da mu odejść w zapomnienie, więc… ma cały czas wszechświata. I cały swój upór.
Wieża zaczęła się rozwiewać, a sen zaczynał przegrywać z rzeczywistością. Ostatni trup spojrzał na Baltizara. - Znajdź nas… jesteśmy niedaleko…
Gnom podniósł się gwałtownie i rozejrzał dookoła próbując zorientować się w sytuacji. I położeniu, zarówno swoim jak i jego ochrony.
Ciąglę znajdował się wewnątrz krateru, wśród krzaków i drzewek przy których usypiał. Kilkanaście metrów od siebie widział delikatnie światło ogniska gdzie pewnie rozbili się jego towarzysze.
Sięgnął do swoich rzeczy, wyjął mapę. I przyjrzał się okolicy krateru. Skoro byli blisko… Podrapał się za uchem. Będzie musiał odwiedzić pewną admiratorkę antyków w mieście. Być może wie, gdzie już kopano w tej okolicy. Martwe gnomy były niedaleko… a Bajarz planował je znaleźć.
Na razie ruszył w kierunku Ofuna stukając laską. Jego dwaj nieludzcy ochroniarze podążali tuż za nim.- I jak sytuacja? Okolica zabezpieczona? Wykopaliście coś ciekawego?- zapytał przyjaznym tonem.
- O patrzcie kto odżył! - zawołał Jor.
- Szefie spałeś cały dzień i całą noc. Baliśmy się, że już nie wyjdziesz z tego. - Inarion podszedł do gnoma - Wszystko w porządku?
- Ja… sądzę…- gnom potarł czoło i mruknął.- Ja sądzę, że… potrzebuję się napić. I to porządnie… czegoś… mocnego.-
Dwaj barbarzyńcy kiwnęli sobie głową i podali gnomowi skórzany bukłak. - Sfermentowane mleko yaka. Wali jak kafar, ale sprawia, że jest też ciepło w brzuchu.
- Piłem gorsze rzeczy. A przynajmniej mam taką nadzieję. - gnom sięgnął po bukłak i zanim się napił, rzekł.- Miałem długi… sen… kapłan powiedziałby że proroczy. Ale poeta powiedziałby że… inspirujący. Czy coś jeszcze się wydarzyło, gdy byłem nieprzytomny.-
Po czym upił kilkoma haustami “alkohol” barbarzyńców, mając nadzieję, że nie zwymiotuje zaraz po wypiciu.
Trunek był delikatnie mdło słodki w smaku, przynajmniej z początku. Po kilku chwilach gardło gnoma zaczęło palić i faktycznie zaczął czuć ciepło we wnętrznościach. - Ptactwo i zwierzyna pouciekały. - zauważył Jor - I to w nie lada popłochu. Nawet robactwo wszelakie zwiało.
- Ty natomiast pokryłeś się… wilgocią. - zauważył alchemik - Nie potem, po prostu jakby ktoś cię wrzucił całego do sauny.
- Hmm… a sny… mieliście jakieś… dziwne?- zapytał gnom krztusząc się.
- Nic niezwykłego. - przyznał mag - Jor i Ori gadali, że śniła im się zwierzyna, którą upolują dla tej zamaskowanej magini, co była z nami. To jednak nic nowego dla nich.
- Ale zwierzyna była dziwna!
- Ano, jeden z tych olbrzymich dwunogich jaszczurów, tylko pokryty piórami!
- Tak, tak pierzasty Tyranozaur… tu. W Rzecznych Królestwach. Nie wypiliście za dużo przed snem?
- Nie istnieje "za dużo".
- Pozatym ci Piekielnicy z zachodu kupują je, może naszemu oponentowi jakiś uciekł.
- Zapytacie go jak go spotkamy. - Inarion pokręcił głową - Więc, nie, żadnych dziwnych snów. Zakładam, że twoje to co innego?
- Koszmar… ale przywykłem. Koszmary to moja codzienność. - Baltizar nie chciał się wdawać w szczegóły, nie teraz przynajmniej. Przeciągnął się mówiąc.- No tak. Skoro się wyspałem, to może wracajmy do domu? Z powrotem do miasta?-
- Brzmi dobrze, nie wiem czy żarcia by nam wystarczało, skoro twój mały rytualik odstraszył zwierzynę. - Inarion zerknął na dwóch barbarzyńców - Zbierajcie obóz, wracamy do Evercrest. Offun przygotuj konie. - ekipa zaczęła zbierać się do wyruszenia.
- Możemy podążyć okrężną drogą, bliżej rzeki jeśli chcecie zapolować w ramach uzupełnienia zapasów.- zaproponował gnom ocierając drżącą dłonią skroń. Wrażenia ze snu jeszcze nie całkiem ustąpiły. Strach… który był mu nieznany na jawie, nadal trzymał go w swoich okowach i Baltizar potrzebował jeszcze kilku chwil by całkiem dojść do siebie.
A potem… miał plany w samym mieście. Osoby do odwiedzenia, pytania do zadania, plany do zrealizowania. Znaleźć drukarza, porozmawiać ze znajomą entuzjastką starożytności Alicją Crawford, dowiedzieć się od Piwonii co do sytuacji w mieście. Odwiedzić świątynię i porozmawiać z bibliotekarką. Zabrać się za infiltrację kolejnej świątyni. O tak… gnom miał dużo planów do zrealizowania.
- Oczywiście ty tu jesteś. Powiedziałbym że masz obsesję na moim punkcie i miałbym rację. Powiedziałbym że mnie nienawidzisz albo kochasz… ale wątpię by te emocje byłyby dla ciebie zrozumiałe. Powiedziałbym… ale ciebie nie ma tu… jesteś tu.- gnom wskazał na swoją głowę. I rozejrzał się dookoła.- I wszędzie poza spojrzeniem, ukryty w kącie oka.-
-
Viktor i Kaylie
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy brama Evercreast stanęła otworem przed wracającą ekspedycją. Strażnicy, zmęczeni, pokryci pyłem, maszerowali w milczeniu, prowadząc uratowanych. Niektórzy poruszali się z trudem, skacząc na każdy cień, inni spoglądali przed siebie pustym wzrokiem, wciąż nie wierząc, że koszmar kopalni dobiegł końca. Na czele szła Filia Blackfyre, jej zbroja uszkodzona, twarz zacięta, ale postawa nieugięta. Za nią Kaylie i Viktor, ich spojrzenia czujne, gotowe na każdą reakcję tłumu.
Wieści o powrocie dotarły do miasta wcześniej – gdy tylko strażnicy z przednich posterunków dostrzegli ekspedycję, po ulicach rozniosły się szeptane modlitwy i okrzyki nadziei. Gdy drużyna przekroczyła mury, pierwszym dźwiękiem, jaki ich powitał, była cisza. Setki oczu spoglądały na nich, szukając znajomych twarzy, licząc osoby w kolumnie ocalonych. Potem ciszę przecięły płacze – radosne i rozpaczliwe zarazem.
Matka, dostrzegając syna, rzuciła się naprzód, wpadając na kolana, obejmując go tak mocno, jakby bała się, że zniknie. Żona jednego z poerwanych, zanosząc się szlochem, pobiegła w stronę pochylonego mężczyzny, przyciskając jego twarz do swojej piersi. Dzieci szarpały ubrania rodziców, wołając ich imiona, nie wierząc, że to prawda.
Ale nie wszyscy mieli kogo objąć. Niektórzy patrzyli po twarzach i nie znajdowali tej jednej, której szukali. Starszy mężczyzna, opierający się na lasce, rozejrzał się kilkukrotnie, a gdy nikt do niego nie podszedł, jego ramiona opadły, a w oczach pojawił się pusty wyraz. Kobieta z czerwoną chustą spojrzała na Filię, jej spojrzenie pełne niemego pytania. Filia nie powiedziała nic – jedynie lekko pokręciła głową. Kobieta zakryła usta dłonią, wstrzymując szloch, po czym osunęła się na kolana.
Strażnicy, nawet ci najsilniejsi, unikali spojrzeń osieroconych rodzin. Zwycięstwo było gorzkie – choć wielu wróciło, wielu także zabrakło. Niektórzy strażnicy stali w milczeniu, inni poszukiwali swoich bliskich, a jeszcze inni, wyczerpani, po prostu chcieli usiąść i zapomnieć.
Na końcu kolumny wlekła się para strażników, ciągnąc wóz z Alchemikiem. Blada twarz szaleńca wykrzywiona była w nieczytelnym uśmiechu, a jego oczy lśniły dziwnym blaskiem. Widząc go, tłum zawrzał. Głosy pełne gniewu i nienawiści podniosły się nad miastem, ktoś rzucił kamieniem, który trafił go w ramię. Alchemik nawet nie zareagował, uśmiechając się tylko szerzej.
Filia uniosła dłoń, a strażnicy ustawili się w szyku, oddzielając więźnia od rozwścieczonych mieszkańców.– On odpowie za swoje zbrodnie – oznajmiła głośno, jej głos przebijał się przez chaos. – Sprawiedliwość zostanie wymierzona.
Powoli, wracający zaczęli się rozpraszać, a emocje zaczęły opadać. Czekały jeszcze raporty, obrady, ciche modlitwy w domach. Lecz tej nocy w Evercreast płonęły nie tylko świece wdzięczności, ale i światła żałoby.
Filia wydała ostatnie polecenia swoim podwładnym i po czym skierowała się do dwójki Azazelitów. Dopiero teraz mogli zobaczyć ból w jej oczach. Pomimo tych, których ocalili, wiele imion przyozdobi puste nagrobki. A komendant czuła to jako osobistą porażkę, a spojrzenie w oczy tłumowi mieszkańców Evercrest tylko ją w tym utwierdziło.
No…- odchrząknęła starając się schować łamiący się głos - No, to tyle. Nasz więzień będzie siedział pod ciągłą obserwacją i oczekiwał na osąd. Powinniście odpocząć, jutro omówimy sprawę z moim ojcem i całym procesem. - chwilę się zastanowiła i wciągnęła powietrze starając się uspokoić emocje - Ah, i powiedzcie Otto, o mojej prośbie z rozmową z waszym przełożonym. Zobaczymy czy będzie mógł nam w tym pomóc.
Baltizar
Słońce już dawno minęło zenit, a cienie rzucane przez mury Evercreast wydłużyły się, gdy mała grupa jeźdźców przekroczyła wzgórze i ujrzała miasto rozciągające się przed nimi. Pył drogi osiadł na ich ubraniach, a zmęczenie malowało się na twarzach. Konie, choć silne, poruszały się wolniej, odczuwając ciężar wielodniowej podróży.
Baltizar jechał na czele, owinięty płaszczem, który chronił go przed zimnym wieczornym wiatrem. Jego myśli wciąż krążyły wokół tego, co widział, wokół koszmaru, którego ślady próbował odnaleźć. Ale im bardziej zbliżał się do miasta, tym bardziej czuł, że koszmar nie był jedyną rzeczą, która na niego czekała.
Za nim jechał Inarion, obok niego Ofun, który już kilkukrotnie sprawdzał swoje torby, upewniając się, że żadne z jego narzędzi czy eliksirów nie ucierpiały podczas podróży. Bliźniacy, Jor i Ori, spoglądali na miasto z mieszanką znudzenia i ciekawości – Jor rzucił jakąś uwagę na temat tego, jak wiele mięsa będzie w stanie pochłonąć po tym, jak się w końcu dostaną do gospody.
Zbliżając się do bramy, dostrzegli, że miasto było spokojniejsze niż zwykle. Strażnicy patrzyli na nich uważnie, niektórzy z ulgą rozpoznając Baltizara i jego towarzyszy, ale inni mieli w oczach cień zmęczenia. Wieści o ekspedycji rozeszły się po Evercreast, a ludzie wciąż jeszcze trawili wydarzenia ostatnich dni.
– Spóźniliśmy się na świętowanie? – mruknął Jor, rozglądając się po pustawych ulicach.
– Jeśli było co świętować – odparł Inarion, zeskakując z siodła.
Baltizar skinął strażnikom i bez większych problemów został wpuszczony do miasta. Ich cel był jasny – Popielny Dwór.Ulice Evercreast wypełniał zapach palonych świec i kadzideł – znak, że w wielu domach odprawiano modlitwy za tych, którzy nie wrócili z kopalni. Co jakiś czas mijali przechodniów, niektórzy rozpoznawali Baltizara i patrzyli na niego z mieszaniną podziwu i obawy. Był opowiadaczem, człowiekiem, który znał tysiące historii… ale teraz wracał z takiej, którą niewielu chciałoby usłyszeć.
Gdy dotarli do Popielnego Dworu, drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a ciepło wnętrza uderzyło ich w twarze. Światło świec i kominka tańczyło na ścianach, a kilka osób obróciło głowy w ich stronę, oceniając ich stan.
– Stolik. I alkohol. – Ori pierwszy podszedł do Otto, rzucając mu kilka monet.
– I dużo jedzenia – dodał Jor, rozciągając mięśnie.
Ofun bez słowa usiadł przy stole i zaczął coś notować w swoim dzienniku. Inarion oparł się o krzesło masując skronie.A Baltizar? On usiadł ciężko na krześle, pozwalając sobie na chwilę oddechu. Wciąż czuł na sobie ciężar podróży, ciężar myśli, których nie mógł się pozbyć. Gdzieś w okolicy były ruiny jego ludu, ruiny, które mogły mieć odpowiedzi na męczące go pytania.
Ale to był problem na później.
Teraz czekało ich jedzenie, odpoczynek i noc pełna cieni.- Wróciłeś. - słodki głos Piwonii wybił go z zadumy - I śmierdzisz rybą. - blondynka skomentowała z niesmakiem, siadając obok gnoma - Spuszczam cię z oka na kilka dni i już szukasz sobie uciech u innych? - przytyk córki karczmarza nie miał w sobie jadu, a jedynie drobne droczenie - Czuję też kurz… zyskałeś jakieś odpowiedzi?
-
Viktor ujął siostrę za barki spoglądając zdecydowanie w jej oczy.
- Wygraliśmy, Filio. Każda śmierć to tragedia, ale każda tragedia której zapobiegliśmy to nasz tryumf. Opłaczmy ofiary, ale nie ujmujmy tym co powrócili, pozwalając sobie nie dostrzec ich przez żałobę. Ich życia też mają znaczenie. Nie tylko te utracone. Hmmm?
Zapytał, pokrzepiająco wstrząsając jej ramieniem, jakby chciał ją delikatnie wybudzić ze złego snu. - Tak, tak. - zgodziła się komendant - Zawsze jednak… myślisz, że mogłeś więcej. Nie czekać tak długo, zebrać więcej ludzi… COŚ. Zawsze będę to miała z tyłu głowy.
- To tylko “złe myśli”. Przygotowałaś tę wyprawę w dzień. Tygodniowy przemarsz. Czterdziestu ludzi pod bronią i potencjalnie ćwierć setki rannych i chorych do przetransportowania. Wiesz lepiej niż ja jak bezmyślne byłoby wyruszenie bez tych przygotowań… a więcej ludzi by w żadnym momencie nie pomogło. Nawet post factum, znając wydarzenia, nie mogłaś zrobić nic lepiej, poza może wywróżeniem z fusów gdzie alchemik miał kryjówkę… a nie… przed tym też był zabezpieczony.
Viktor obrócił Filię i palcem ręki, wyciągniętej nad jej barkiem, wskazał scenę ojca na kolanach, objętego przez czwórkę jego dzieci. Żadne nie mogło mieć więcej niż dziewięć lat i wszystkie płaczem wylewały z siebie tygodnie strachu, rozpaczy i przedwczesnej żałoby. - Patrz na nie. Oddałeś im tatę. Zmieniłaś ich życia. Uratowałaś od głodu, zimna i choroby. Może córkę od sprzedawania się. Może synów od złodziejstwa i rozbójnictwa. Uratowaliśmy życia dwóch dziesiątek porwanych, ale życia które ZMIENILIŚMY są bliższe setki, albo niepoliczalnych tysięcy, jeśli liczyć przyszłe pokolenia, które dzięki nam będą miały drastycznie lepszy start. I to licząc tylko tych co teraz uratowaliśmy. Nie tych których by jeszcze porwał.
Viktor puścił Filię, czując, że jego bliskość może zrobić się niekomfortowa i cofnął się o krok. - Ostatecznie… jesteśmy tylko ludźmi. Nie mogę pomóc wszystkim, ale mogę pomóc wszystkim którym tylko mogę - wyrecytował starą maksymę, którą usłyszał od pewnego paladyna w przeszłości.
Kaylie nie zabrała głosu pozwalając prawnikowi mówić. Wiedziała, że jej słowa mogłyby napsuć tutaj, więc powstrzymała się przed nimi.
Nie podobało jej się, że do tego Filia ciągle chce rozmawiać z Azazelem. Arkanistka wolałaby mieć o wiele mniej sytuacji, gdy ten diabeł będzie miał obecność na Planie Materialnym... Ciągle czuła się bardzo niekomfortowo z myślą, że należy do niego.
Filia spojrzała w niebo, powtarzając sobie cicho słowa Viktora.
- Ma to sens, ale… - pokręciła głową - Nie, gdybanie i wiercenie sobie w brzuchu nic nie przyniesie. Muszę pójść do łóżka i patrzeć w sufit, aż nie usnę. - spojrzała na swojego brata i jego kochankę - Dziękuję wam jeszcze raz za pomoc. Też idźcie odpocząć, zasłużyliście.
Viktor kiwnął głową. Przez chwilę chciał jej przypomnieć, że mają do przeprowadzenia rozmowy o doktrynie Azazela przed spotkaniem… ale na pewno pamiętała.
- Nie zadręczaj się. Jakbyś chciała z kims pogadać i była dość zdesperowana, to wiesz gdzie mnie szukać… Widzimy się.
Kwadrans później, na kolejnym z rozwidleń drogi, Viktor objął Kaylie w talii i ucałował ją krótko.
- Mam kilka rzeczy do załatwienia w mieście. Wrócę do Dworu za kilka godzin, ale mam jeszcze pracę, więc nie czekaj na mnie.
Kaylie zatrzymała się nagle jak jej kochanek objął ją i ucałował. Wcześniej była milcząca i po prostu przyjmowała co los na nią nakładał. Teraz delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy, który jednak lekko zanikł, gdy mężczyzna powiedział jaki jest powód zatrzymania.
- Ja... - zawahała się nim pozbierała się do kupy - Ja nic nie zrobiłam nie tak, prawda?
Obawa była wciąż obecna. Czy czymś go uraziła? - Nie, nie nienie… - zaprzeczenie było zdecydowane, z przekonaniem w głosie - Wszystko jest w porządku. Po prostu mam rozmowę do przeprowadzenia, zamówienie do złożenia, plotki do poznania i część z moich kontaktów woli być anonimowa, no a potem dalsza praca-praca. Wiele jest rzeczy do zrobienia na mojej liście. Jeśli byś chciała to mogę, po drodze, zajrzeć do ciebie i ucałować na lepszy sen, hmmm?
- Nie powinieneś pracować bez odpoczynku tylko magią się wspierając. - powiedziała poważnie acz już uspokojona słowami Khala - Na tym nie można działać bez prawdziwego odpoczynku. W końcu twoje ciało zapłacze. - mówiła trzymając jego dłonie w swoich.
Viktor uśmiechnął się ciepło, nie do końca wiedząc jak przyjąć przejęcie jego cyklem dobowym. - To nie tylko magia… na długo nim ją posiadłem, piąłem się na swoje szczyty, rzadko przesypiając zdrowe sześć godzin dziennie. Znam swoje limitacje i szanuję je jak zaakceptowane kalectwo… - Niski chichot zadudnił w piersi Viktora wesoło - Nie martw się o mnie. Nie pracuję tu wcale intensywniej niż przez ostatnią dekadę. Dam radę.
- To nie jest wystarczające. Khal, ty tak krzywdzisz swój organizm. Nie jesteś już przerażonym młodzieńcem, co chce dostać się do miejsc za wysoko na jego urodzenie. - ujęła policzek Khala w swoją dłoń w takiej prawie matczynej trosce - Czas twojej walki o pozycję z nizin pospólstwa na salony doszedł końca. Teraz to salony grzeją ci pościele.
Viktor ujął jej dłoń i ucałował długo… tak naprawdę kupując sobie czas. Za nic nie wiedział co na to odpowiedzieć… i jak zwalczyć poczucie… krępacji? - Niestety tego privilegium się dobrowolnie zrzekłem - odpwiedzial drapiąc się po skroni, ze spojrzeniem skierowanym gdzieś nad jej barkiem - Opuściłem moje Salony, by zacząć budować coś nowego i praktycznie jestem teraz w Punkcie Zero. Więc to precyzyjnie jest moment mojej walki o pozycję i szlag mnie strzeli jeśli miałbym wyciągnąć z niej mniej niż miałem w Egorianie. Doceniam, że się o mnie martwisz, ale potrzebuję byś zaufała mi, że wiem co robię. Możesz to dla mnie zrobić? - zapytał z łagodnością, ale też najdelikatniejszym naciskiem.
Kaylie uchwyciła jego twarz między swoje dłonie. - Mogę zaufać, ale postawię granicę. Jeżeli będziesz ją przekraczał... To po prostu za ucho cię na piętro zaciągnę do snu i protesty będą zagłuszone obijaniem się o schody.
- Omówimy to gdy do tego dojdzie - nie-odpowiedział i pocałował ją krótko - A teraz bym leciał. Mam dużo do zrobienia.
- Idź, idź... - westchnęła odprawiając go - Pewno już czekają.
Viktor ucałował ją jeszcze, tym razem między brwiami i odszedł szybkim krokiem.
Dużo… dużo do zrobienia.
- Wygraliśmy, Filio. Każda śmierć to tragedia, ale każda tragedia której zapobiegliśmy to nasz tryumf. Opłaczmy ofiary, ale nie ujmujmy tym co powrócili, pozwalając sobie nie dostrzec ich przez żałobę. Ich życia też mają znaczenie. Nie tylko te utracone. Hmmm?
-
Miasto zdawało się nie tyle co ciche, a wręcz wymarłe. Czasami mijało się patrolującą straż, ale głównie zamaskowana Kaylie była samotna w okolicy. Wychowana stolicy Galt nie była przyzwyczajona do takiej ciszy miasta. Prawdę mówiąc nie oczekiwała tak silnej społecznej reakcji na to wydarzenie. Zrozumiała, że ci ludzi musieli być ulepieni z innej gliny niż jej współobywatele, jacy nawet nie zmrużyliby oka i na tak błahą tragedię szczególnie jeżeli nie dotyczyłaby ich personalnie. Byli zbyt przyzwyczajeni do traum życia codziennego, aby być czymś takim poruszonym.
Chyba stali się trochę znieczuleni społecznie.Arkanistka była obeznana z samotnością jednak obecność Khala rozbudziła w niej skrywaną potrzebę bliskości z inną osobą. Zaczęła się ponownie obawiać samotności choć przecież to zwalczyła po ostatnim rozstaniu... Miała już nigdy w coś takiego się nie wpakować!
Ale jego słowa...
Ten Cheliaxianin wiedział jakich słów i gestów używać, aby omotać sobie wokół palca kobietę, a ona nie zaprzeczała, że w kwestii romansów i związków potrafiła oddać się naiwności. Rozumiała też, że w razie jego chęci nie miałaby żadnych szans, aby zobaczyć jakiekolwiek kłamstwo. Równie dobrze mogła w tej sekundzie dawać mu rozgrywać się jak tylko chciał, ale postanowiła zaryzykować.
Aby zająć myśli udała się w poszukiwaniu czegokolwiek co to miasteczko uważałoby za bibliotekę i przejrzeć zawartość zbiorów takiego miejsca dla oceny jego użyteczności w przyszłości.
Nie zajęło jej długo, aby trafić na patrol strażników. Ci należeli do grupy, którą Filia pozostawiła w mieście, aby pilnowali porządku pod jej nieobecność. Widać było, że trochę zazdrościli kolegom, którzy mieli okazję wziąć udział w wielkiej przygodzie. Słyszeli natomiast jaki wkład miała "Zamaskowana Magini", więc potraktowali Kaylie z szacunkiem na jaki zasługiwała. Pokierowali ją do "Domu Odnowy", świątyni trójki bogiń, który zajmował się nie tylko leczeniem, ale i krzewieniem kultury i wiedzy wśród mieszkańców. Niedługo później stała pod bramą świątynną, której pilnował jeden z zakonników.
- Niechaj Trójka pochyli się nad tobą i twoimi troskami. - przywitał ją z delikatnym uśmiechem - W czym nasza świątynia mogłaby pani dziś pomóc?
Mogła podejrzewać, że to kapłaństwo będzie trzymało pieczę nad księgami.
- Przybywam w poszukiwaniu biblioteki i straż powiedziała mi, że tutaj ją znajdę. Nie jestem długo w tym mieście i nie wiem czego oczekiwać w zasobach literackich Evercrest.
- Oczywiście, oczywiście. - kapłan otworzył drzwi wprowadzając kobietę do środka - Mamy obszerną bibliotekę, z szerokim zasobem ksiąg na wiele tematów. Nie jesteśmy oczywiście akademią, więc nasz zbiór jest bardziej przyjazny laikom. Czegoś konkretnego szukasz, pani?
- Zakładam, że nie powinnam nastawiać się na obszerny zbiory dotyczące teorii magicznej. - westchnęła.
- Obawiam się, że nic zagłębiającego się w wielkie tajemnice, ale mamy kilka ksiąg znanych magów. Jakaś konkretna tematyka, czy coś bliższego "Magia dla zabobonnych chłopów: Ogniste Kule"? - kapłan delikatnie zachichotał z własnego żartu - Sam jednak mogę jedynie wskazać kierunek, Magowie i im podobni to bezbożnicy chwytający potęg, które nie są ich. - sekundę później najwyraźniej złapał się na tym co powiedział - Bez urazy, moja pani.
- Ci magowie przynajmniej nie korzystają z czegoś, czego nawet nie mają. - zaśmiała się i machnęła ręką - W takim razie co jest poczytne dla tutejszych?
- Zbiory historyczne i teologiczne, encyklopedie… - kleryk zaczął się zastanawiać - Dział opowieści przygodowych i romantycznych cieszy popularnością wśród płci pięknej miasta. - zauważył - Baśnie i legendy są odwiedzane przez dzieci. Almanachy rolnicze, księgi o ziołach. Mamy wszystkiego po trochu, niektóre działy są obszerniejsze zależnie od popularności.
Zamaskowana arkanistka ożywiła się na wspomnienie jednej kategorii.
-
Posiadacie w swoich zbiorach tylko takie sławy jak Almondas Grzeszny czy jednak także mniejszych autorów jak Pipin Ezari lub wręcz prawie zakazanych jak Łowca Dziewic? - zapytała z przyjęciem. Wszyscy pisarze jakich wymieniła to była trzódka romansów, a trzeci zahaczał nawet o tematy ostro pornograficzne, jakich żadna młoda dama nie powinna czytać, więc na półkach ze świecą ich szukać.
Kleryk gwizdnął na sugerowanych autorów. -
Tą trójkę posiadamy oczywiście, chociaż nie wiem czy Łowca jest do wypożyczania, skandaliczne tematy, rozumie pani. Z podobnych autorów mamy Felicae, galtianski filozof i pisarz, zasłynął po wyzwoleniu Galt z okowów Cheliax. Mozdormu, mamy kilka egzemplarzy jednej z niewielu ksiąg tkniętych ręką smoka, ma kilka ciekawych romantycznych opowieści. Mamy zbiór opowieści z Ziem Mamucich Lordów, oralne legendy przerzucone na pismo, jest kilka słodkich romansików, które mogą trącić cyniczne serduszka.
-
Świetnie. Poprowadź mnie do działu. - odparła radośnie - Wiem, że to słodkie mrzonki i niektóre pornograficzne kąski, ale co poradzić... Przygodówki to też kłamstewka, a jednak poczytne. Ciągnie do tego, za czym się tęskni i nie może otrzymać. Ja tematów przygodowych mam aż nad w życiu.
-
Rozumiem. Dom Odnowy proponuje też usługi matrymonialne, jeżeli szczęście nie uśmiecha się w miłości. - zaproponował kleryk prowadząc Kaylie do biblioteki.
-
Zapamiętam ofertę, chodź wybrany sam jest kapłanem tylko nie jednego z bogów małżeństwa. I nie wiem czy on by chciał to zrobić oficjalnym…
-
To niestety częste. - przyznał kapłan - Służba i oddanie bóstwu wymaga poświęceń. Czasem ku cierpieniu innych.
Kaylie nic nie odpowiedziała idąc w ciszy za kapłanem.
Po kilku minutach dotarli do przestrzennego pomieszczenia wypełnionego regałami pełnymi ksiąg, w środku znajdowało się kilku wiernych, najwyraźniej poszukujących ukojenia w wiedzy lub fantazji. Kapłan skręcił w jeden z bocznych działów, drewno tutejszych regałów miało delikatnie różowe zabarwienie. -
To tu, wybaczy pani, ale to nie jest moja specjalizacja. Mogę cię pozostawić?
-
Ależ oczywiście, Monsieur. - zgodziła się z radością.
Kapłan skłonił się i odwrócił na pięcie wracając do drzwi świątyni. Przed Kaylie stał "Dział Opowieści Miłosnych" jak obwieszczał napis na drewnianym łuku przed nią. Nie należał do najmniejszych, jak na oko magini przynajmniej trzydzieści regałów pełnych historii o romansach, zdradach i seksie, w różnej kombinacji.
Widziała kilka kobiet krzątających się między zbiorami, kapłanki oczywiście, ale też kilka mieszczanek. Dostrzegła nawet dwie kobiety w droższym odzieniu, najwyraźniej ekwiwalent szlachty w tym mieście.
Kaylie czuła się żywa w tym otoczeniu. Mogła wreszcie być sobą! Nie przejmować się statusem, choć zapewne w tym miejscu miała najwyższy z nich wszystkich.
Zdjęła maskę i przytoczyła ją do pasa. Z zafascynowaniem chodziła wokół półek patrząc ile z tego już czytała, a ile jeszcze oczekuje na jej łase oczy. Zachichotała widząc Gorące Wspomnienia pośród zbiorów. Pamiętała jak nastoletnia siksa chowała tom pod poduszka! Opowieści były tak ostre, że czasem zastanawiała się czy nie straciła niewinności czytając zdania weń zawarte!Podczas wyboru lektur obserwowała towarzyszki działu i ich zainteresowania, szczególnie tych zaściankowych szlachcianek.
Bardziej pospolite bibliofilki przeglądały dość proste romansidła o przystojnych, silnych herosach ratujących nieszczęśniczki z okrutnego losu. Szlachcianki natomiast chichotały do siebie przeglądając "Opowieść Tysięcznej Nocy", erotyczna opowieść o tematyce Osirionskiej.
Kaylie podeszła bliżej szlachcianek i swoim galtiańskim akcentem zagadała do nich.- Świetna książka, nawet następne tomy tego autora są jeszcze lepsze.
Dwójka na początku wyraźnie się speszyła obecnością nowoprzybyłej magini. Po chwili jednak albo z powodu akcentu, wyglądu czy zainteresowania musiały uznać ją za sojuszniczkę w poszukiwaniach tanich ekscytacji. - Fascynująca na zasadzie jak mężczyzna, samotny do tego jak sądzimy, wyobraża sobie sceny miłości. Strasznie dużo mówienia, najwyraźniej. - jej koleżanka przytaknęła.
- O tak, mój mąż mniej powiedział w łóżku przez całe dziesięć lat naszego małżeństwa, niż bohater tej książki w trzech stronach.
- Czasami ma się wrażenie, że przez to rozgadanie brakuje trochę bliższych akcji i emocji między bohaterami. - powiedziała bez skrępowania - Ale za to w "Aksamitnych Koronkach" tego samego autora widać już większą dorosłość pióra... Czy czytałyście panie? - zatrzymała się orientując, iż mogły nie dobrać się do tej książki.
- Jeszcze nie, ale była następna na naszej liście. Możesz pani polecić jeszcze jakieś, lub autorów? Widać, żeś światowa i oznajmiona w takiej literaturze.
- Oczywiście! - zgodziła się z typowym próżnym zadowoleniem szlachcianki - Jestem po raz pierwszy w bibliotece tego miasta, więc zbiorów nie znam. Zależy też jaka subżanra was bardzo interesuje, a jaka wręcz jest wam niemiła.
- Och, nie uznajemy niczego jako taboo. To tylko pismo bądź co bądź. A fantazja pozwala na eksplorację.
Kaylie nie opierała się już. Rozmawiała z kobietami o nawet najgorętszych kawałkach wymieniając się z nimi poleceniami i historiami z życia, czasem nawet sama zarumieniła się i zachichotała pod nosem kryjąc twarz w dłoniach.
Czuła się gdzieś przynależąca, nie porzucona, bez domu. Nawet jeżeli miało to być tylko chwilowe.
W końcu zegar wybił zbliżający się wieczór, a dwie panny przeprosiły nową towarzyszkę rozmów i ruszyły do domów. Kaylie została sama wśród regałów pełnych pikantnych i mniej opowieści.Kaylie wybrała ze zbiorów "Zakazane ciasto", ckliwą historię o niemożliwej miłości między karczemną służką a przejezdnym dziedzicem wsi w jakiej mieszkała. W oko także wpadła jej "Szlachcianka na sprzedaż", gdzie opisywane były perypetie młodej dziewczyny jaką rodzina wbrew woli wydawała za jednego z znajomych rodziców. Na dokładkę porwała także "Nie mów nikomu" opowieść o pornograficznym smaku w trzech tomach, w jakich rozwija się romans mężatej ze strażnikiem domu. Nigdy nie przeczytała całości do końca, ale miała wrażenie, że w drugim tomie znajdą się oboje w małżeńskich pościelach.
Arkanistka zainteresowała się też książką o nauce teorii magicznej i przyswajaniu wiedzy przez magów. Bez skrępowania kładła wszystkie książki po kolei na stole do wypożyczenia.
Jedna z bibliotekarek zanotowała, tytuły delikatnie zakrzytuszając się przy "Nie mów nikomu".- Erm... mogę jeszcze tylko poprosić o imię i rezydencję?
- Kaylie Sunfall. W tym momencie mieszkam w Popielnym Dworze, choć pewnie zmienię miejsce za jakiś czas.
Uśmiechnęła się spokojnie, bez krztyny skrępowania. - Dobrze. - kobieta zanotowała informacje - Książki ma pani za darmo na tydzień czasu, jeżeli chciałaby pani przedłużyć ten czas, proszę do nas przyjść.
- Rozumiem, rozumiem. - upchnęła książki w torbie - Często tu przychodzą kobiety wyższe statusem? - zapytała kleryczki co opiekowała się biblioteką.
- Raz na kilka dni. Dwa razy w miesiącu organizują obiadek z książkami.
- Jakieś szlachetne głowy?
- Szlachcianki miasta prowadzą te spotkania. Chcą polepszyć społeczeństwo szerząc edukację.
- Pytam o... Bardziej uszlachetnione. Nie o niską szlachtę.
Mina kobiety delikatnie zrzedła, ale postarała się utrzymać fason. - Obawiam się, że do naszej małej dziury w ziemi nie dochodzą, zaprawdę wysoko urodzone osobistości. Więc, niestety będziesz chyba musiała pani uraczyć się własnym towarzystwem.
- Naprawdę? Nikogo? - zdziwiła się - A ci Blackfyre?
- To też szlachta tego miasta. Lord Blackfyre uzyskał tytuł ze względu na swoją służbę miastu. Nie
- Och. - uśmiechnęła się - To dobrze, że nie będzie dramy z pluszowych salonów. Wolę dramy z bawełnianych. Tamte potrafią zmęczyć. - Kaylie nie wydawała się w żaden sposób szczególnie zainteresowana tymi drugimi.
Bibliotekarka jedynie kiwnęła głową. - Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?
- To wszystko. - skłoniła głowę wdzięcznie.
Arkanistka rzuciła na łóżko torby z książkami i sama padła na kołdrę. Położyła miecz obok siebie i od niechcenia dłoń na nim.
"Nie miałeś racji." przesłała telepatyczną wiadomość do Rhaasta "Khal nie jest taki jak poprzedni."
"Och?" miecz odparł jakby od niechcenia "Spędziliście jedną, dwie noce razem. W przeciągu dwóch tygodni. I już znasz go w całości i jesteś w stanie go ocenić?"
"Spędziliśmy więcej innego czasu, seks nie jest najważniejszy!" zirytowała się "On mnie rozumie."
"Yhym, a ile on faktycznie wie o tobie?"
"To on był tym prawnikiem, co mnie uratował od tortur! To on przekonał Nyera!" uczucia kobiety wirowały szaleńczo.
"Ale nie zrobił tego dla ciebie. W sensie nie dla CIEBIE ciebie. Zrobił swój jeden dobry uczynek na dekadę." głos miecza wydawał się być odrobinę zirytowany "I dobrze wiesz, że miałby kłopot z zaakceptowaniem ciebie gdyby znał całą prawdę."
"Nie miałby, nie miał!" złość kobiety się wzmagała "Zrozumiałby, zaakceptował!"
"Dziewczyno. Dałaś mu uproszczoną wersję tortur jakim poddałaś tego idiotę z Cheliax. Tortur, które jestem pewny, bardziej by zrobiły z ciebie uczennicę tego Davrosa niż kogoś kto go pojmał."
"Zamknij się!"
"Nie wspominając o tym co robiłaś później…"Te słowa spowodowały, że miecz rozstał rzucony przez pokój i wbił się w drewnianą ścianę ciśnięty siłą furii, jakiej tak naprawdę nie spodziewałby się nikt po Kaylie.
I pogrążyła się w lekturze naiwnego romansidła o tytule "Zakazane ciastko".
Po kilku minutach Kaylie usłyszała pukanie do drzwi swojego pokoju.
-
Kaylie? Mogę wejść? - Lilia, głos córki karczmarza wydawał się zatroskany.
Arkanistka odłożyła książkę na stolik i usiadła na łóżku. -
Wejdź, jest otwarte.
Rudowłosa dziewczyna weszła do pokoju zamykając za sobą drzwi. -
Tata chciał, abym sprawdziła czy wszystko w porządku i och… - zatrzymała się widząc wbity miecz w ścianę - I poprosił, abyś nie wandalizowała karczmy. - wskazała dłonią na osobliwy ornament - Kłótnia?
-
Irytujący element ekwipunku nie wiedział kiedy się zamknąć. - wzruszyła ramionami - Nic się nie dzieje, naprawię szkodę jak go zabiorę.
-
Och, dwór się sam naprawi. Tata po prostu jest świadom takich szkód, irytują go goście, którzy nie szanują jego gościnności. - Lilia pacnęła miecz, który delikatnie się zakołysał na ścianie - Co tam czytasz? - rudowłosa dziewczyna usiadła obok Kaylie spoglądając na książkę.
-
Romans. - podała książkę Lilii - Jedna z tych uroczych, o miłości karczemnej dziewki i dziedzica wsi w jakiej jest karczma!
-
Huh... - Lilia zaczęła czytać pobieżnie książkę - Nie moje tematy, ale historia brzmi znajomo. W tej historii to dziewczyna się zabujała a chłopak jest ignorantem?
-
Dopiero zaczęłam czytać. - wyjaśniła z jakimś dziewczęcym entuzjazmem - Uwielbiam jak bohaterowie rozmawiają ze sobą tak... romantycznie. Takie piękne słowa...
-
To bardziej gadaj z Piwonią, ona zbiera tego typu romantyków. Pytałam o historię tej ksiażki, bo jakieś dwiescie lat temu, mniej więcej coś takiego się jej przytrafiło. Tata był wściekły, kiedy uciekła ze swoim amantem.
-
Nie zrozum mnie źle. Ja wiem, że to naiwne bujdy, ale... Mnie to rusza, nawet jeżeli to bajka. - wzruszyła ramionami.
-
Och, uwierz mi. - Lilia skrzywiła się widząc część dialogu z książki - Potrafią się znaleźć tacy, którzy będą ci słodzić tak jak w tych książkach. Tak złapał Piwonię ten panicz dwa stulecia temu. Pewnie ten twój też by tak potrafił gdyby się przyłożył. Więc nie trać nadziei.
-
On tak potrafi i tak robi... - zarumieniła się przymykając oczy - Lubię też takie książki... co opisują skandale. Jak ta. - wskazała na "Nie mów nikomu" - Zahacza o... lekką pornografię.
-
Oh, to ciekawsze, ale nie będę ci zabierała zabawki. Słyszałam co się stało na wyprawie... i twoją reakcją jest lektura?
Kaylie spojrzała zdziwiona. -
Coś... nie tak?
-
Nie, nie. Wiadomo każdy sobie radzi z takimi rzeczami jak może. Większość chłopaków przyszła się zapić w trupa i gapić na mój dekolt. Chociaż ty pewnie miałaś odstresowaczkę w drodzę do miasta. - uśmiechnęła się łobuzersko - Mówił ci słodko do uszka?
-
W końcu się przespaliśmy ze sobą! - powiedziała z dumą - Nie raz! Niestety była też krew, ale... - machnęła ręką.
Lilia uniosła brew. -
Kreeew? - przeciągnęła ciekawsko słowo - Opowiedz więcej!
-
Te rany naprawdę krwawią mocno. - westchnęła - W sumie gorzej wygląda niż jest.
-... Dobrze, CO wyście sobie zrobili? - dziewczyna wyglądała na jednocześnie zaciekawioną i zmartwioną - I przypominam ci, że ja zjadam ludzi żywcem podczas kochania się, więc naprawde mi tu imponujesz. -
Nie zraniłam go podczas. Po prostu za bardzo nalegał w rozmowie, abym poruszyła temat... - pokręciła głową - ... zbyt traumatyczny... A gdy zaczęłam emocjonalnie reagować i chcieć uciec od niego, postanowił mnie zatrzymać... - przymknęła oczy - Gdy mnie trzymał po prostu z całej siły uderzyłam go czołem w nos. Byłam wtedy w jakimś stanie histerycznym. - pokręciła silnie głową - Potrafię być... nieobliczalna.
Lilia przez chwilę patrzyła pusto w ścianę po czym zaczęła się śmiać.
- Wybacz, wybacz… - zdołała powiedzieć łapiąc oddech - Po prostu wyobraziłam sobie scenę i nie mogę przestać… jaką miał minę?
- W pierwszej sekundzie? Chyba siłą panował nad sobą by ciągle mnie trzymać i nie oddać instynktownie lub nie skulić się w bólu ze złamanym nosem.
- Typowy samiec. - uśmiechnęła się - Nie przejmuj się, kocha to wybaczy.
- Już wybaczył, później wtuleni spaliśmy razem. - uśmiechnęła się błogo.
- No w końcu. - rudowłosa przytuliła Kaylie - Od razu widziałam iskrę między wami. Miło widzieć, że coś z tego wyszło.
- Jest taki kochany, rozumie mnie i nie krytykuje, a do tego żebyś wiedziała jaki jest w łóżku! - wyszczerzyła się.
- Och? To może spróbuję. - Lilia pokazała zadziornie język - Jak taki dobry to powinnaś się dzielić.
- Jeżeli będzie chciał... Ja nie zabraniam. Tylko go nie zjadaj. Sam seks.
- Będę grzeczna. - zapewniła dziewczyna - Nie będę już przeszkadzać. - wstała z łóżka i ponownie przytuliła Kaylie - Miłej lektury, jak cię ten dalej będzie wkurzał, wsadź go do wody. Rdza działa świetnie na gadatliwy sprzęt.
Kaylie siedziała patrząc bezmyślnie na treść książki. Nie mogła się już skupić i niezależnie jak próbowała słowa nie potrafiły się złożyć w jej myślach.
Przecież nie powinna mieć z tym żadnego problemu. Dała w końcu swobodę Khalowi z innymi kobietami, więc tak bardziej uszczęśliwi go nie stając przeciwko zabawie z Lilią.Tak będzie lepiej.
Westchnęła i odłożyła książkę, po czym padła plecami na łóżko okrywając kocem aż na głowę. Nie było sensu się tym zadręczać.
Tak będzie lepiej.
-
Knajpa Wisielcze Oko nie miała klasy, nie była cicha ani nawet czysta, a alkohole były najwyżej średnie, ale za to jedzenie było przednie i atmosfera… w jakiś sposób urzekała Viktora. Dwaj krasnoludzcy bracia tańczący na stole prisiadki, kelnerka dająca w twarz zbyt dotykalsiemu klientowi i rubaszne śmiechy jego kumpli. Dym unoszący się pod sufitem, nieco napity zespół grający skoczne kawałki, rozmowy, szmery, na zewnątrz mała bójka, a w rogu tłumem jakby kto walki kogutów urządzał…
Brew Guntara już zdążyła zdrętwieć, a ciche picie calvadosa przeistoczyć się w natrętne siorbanie nim Viktor wreszcie wrócił do niego spojrzeniem.
Kliknij w miniaturkę- Sigrun ma na imię, skoro pytasz - doinformował krasnolud kumpla, choć ten nigdy nie zadał żadnego pytania. - Młódka, ale nie aż tak jak wygląda. Matka byłą ludzicą, ojciec normalny.
- Normalny? - powątpiewająco uniesiona brew drżała w rytm rozbawionego chichotu. - O ile dobrze pamiętam to “ludziowie” w Evercrest mają lepsze podstawy do ustalania “norm”.
- Skrzydłowego byś chciał? - zapytał wskazując brodą za rozkołysanymi biodrami.
Viktor zachichotał intensywniej, ale pokręcił głową, choć… oczy same za nią powiodły, za rudziną, z gałązkami jarzębiny wplecionymi we włosy. - Znam jej znajomych i mogę… sytuację zorganizować - zachęcał dalej, widząc jak spojrzenie Viktora do niej ciągnęło.
- Nie po to tu jesteśmy - odpowiedział, nagle nieco ostrzej. Że, on miałby sytuacji potrzebować?! - Mam coś większego do spieniężenia. Zmierzchowcy mają okazję się wykazać.
- Dawaj. Co za towar?
Negocjacje nad kwotami i marżami za upłynnienie magicznej czapki wodza goblinów trwały kolejne godziny. Głównie dlatego, że żaden z nich nie dedykował się istotnie szybkiemu ich ukończeniu. Tematy się zmieniały, opowieści, marginalnie powiązane z tematem, rozrastały się do osobnych dyskusji i nieraz nowe osoby dołączały na jakiś czas… inne zostawały i z czasem i czasem…
Plany poszły w diabły, a Viktor został w knajpie całą noc, nie pracując nad niczym, co wcześniej sobie założył. Zaczęło się niewinnie – jedna historia, druga i trzecia. Potem żart, może odrobinę zbyt natarczywy, ale zaraz łagodzony autoironiczną kontrą, która rozbroiła wszelką rezerwę. Krasnoludy wokół śmiały się coraz głośniej, a on, niby przypadkiem, przejmował rytm wieczoru.
Nie sposób było nie zwrócić na niego uwagi. Siedział niedbale oparty o bar, kielich w dłoni, a każde jego słowo zdawało się uderzać w idealnie dobraną strunę. Opowieści płynęły gładko, niby rzucane od niechcenia, a jednak z precyzją godną barda. Gdy mówił, wydawało się, że czas zwalnia – krasnoludy milknęły, wsłuchując się w jego głos, a potem wybuchały śmiechem w rytm, który niepostrzeżenie im narzucał. Nie był intruzem. Nie był gościem. Był jednym z nich.
To nie tak, że chciał być w centrum uwagi. O nie. To oni go tam wepchnęli, prawda? Ciągnęli za język, nieświadomi, jak umiejętnie ich za nos wodził. Pytali o historie gdzie możnowładnych na stryczek odprowadzał. O historie gdzie żebracy zostawali książętami. Trzy razy opowiadał jak zakończył walkę z alchemikiem, a raz nawet zaprezentował swoje łańcuchy na nieco nazbyt chętnej niewiaście…
Zadawał pytania, kiwając głową z udawanym zainteresowaniem, a każde słowo było starannie dobrane, by rozmówca poczuł się ważny – niemal równie ważny jak on, ale nigdy nie do końca. Szybko obcy zmieniali się w kumpli, klepali go po plecach, toast za toastem wznosili za jego zdrowie, a dziewczęta... Cóż, dziewczęta odwracały się ku niemu, ich spojrzenia mówiły więcej niż tysiąc słów.
Z wdziękiem i delikatnością godną najwytrawniejszego dyplomaty, Viktor spławiał je z subtelnym uśmiechem i wymówkami odmawiającymi im nawet możliwości poczucia się odrzuconymi. Nie dla nich tej nocy prowadził swoją orkiestrę. Każdy gest, każde słowo było precyzyjnie dobrane, by utrzymać kontrolę nad atmosferą. To była jego scena, jego wieczór, a Zmierzchowcy i bywalcy tańczyli, nawet o tym nie wiedząc. Był mistrzem ceremonii, dyrygentem, który z gracją maestro z Pierwszej Filharmonii Egorianu prowadził ten koncert ludzkich emocji – i nikt nawet nie zauważył, kiedy oddali mu batutę.
A potem przyszła cisza. Rumiany poranek nieśmiało zaglądał przez okiennice, a knajpa tonęła w letargu zmęczenia. Krasnoludy drzemały, ktoś chrapał cicho pod stołem, a powietrze było ciężkie od dymu, alkoholu i ciepła. Viktor siedział przy stole w kącie i nie był tam sam.
Nonszalancja wylewała się z niego, nawet gdy pochylał się nad papierem, a w dłoni tańczył mu pędzelek, maczany chwila po chwili w kolorowych tuszach. Portret wyłaniał się z papieru falami, gdy kolejne warstwy tuszu przeistaczały nieregularne plamy w coraz bardziej zdefiniowane kształty. Prawda była taka, że Viktor nie był wielki artystą, ale miał w ręku zwinność i w palcach władzę nad pędzlem wypracowaną do poziomu gdzie stały się mu kolejnym narzędziem w “arsenale”.
Nie przeszkadzał sobie, wciąż zabawiając rozmową i kokietą, siedzącą z jego lewicy…
– Sigrun – Dziewczynę, dla której rozkręcił cały ten spektakl. Kiedy Gunren zasugerował, że może "zorganizować sytuację" pod jego podryw, Viktor poczuł, jak krew w nim zawrzała. On? Miałby potrzebować pomocy? Absurd. Nie chodziło o dumę... może trochę… albo bardzo i aby udowodnić Owlkinowi (i trochę samemu sobie), że wciąż ma to i kobiece wdzięki są dla niego do wzięcia na zawołanie.Tusz delikatnie sunął po papierze, układając się w kontury twarzy, którą widział przed oczami nawet teraz. Zielone oczy, w których kryła się dzikość. Płomienne włosy, rozpuszczone jak ogień tańczący na wietrze. A obok niej, w ramach inwencji artystycznej, dwa liski. Rude cienie. Czujne i oddane, jakby strzegły jej cnoty. Każdy szczegół malował z czułością, jakby próbował uchwycić nie tylko jej twarz, ale i coś ulotnego... coś, co kreował między nimi przez całą noc.
Skończył. Oparł się o ścianę, przymknął oczy. Z cichym westchnieniem odłożył pędzel i przesunął kartkę do swojej muzy, którą aż dotąd uważnie pilnował by nie podglądała “bo nie gotowe”.
Nachylił się do oniemiałem niewiasty, obejmując ją czule ręką i wyszeptał na ucho, z odległości z której czuła ciepło jego oddechu. Poczuł dreszcz przeszedł po jej ciele i nie potrafił nie uśmiechnąć się dziko do siebie.
- Jeszcze się zobaczymy…
Obietnicę przypieczętował cichym cmoknięciem tak bliskim, że prawie poczuła je na swoim uchu. - Ale… - chciała aprotestować, ale poczuła jak uchwycił jej dłonie w swoim… i coś w nich zostawił.
- To nie jest prezent - uprzedził ją, gdy oglądała spiżowy pierścień, który dotąd miał na palcu - To pożyczka. Odbiorę go przy następnym spotkaniu.
Mrugnął do niej i wstał. - Czekaj… - zatrzymała go, rozpaczliwie czegoś szukając po kieszeniach, aż nie przyszło oświecenie.. odwróciła się, odrobinę wstydliwie, ale Viktor i tak widział, jak sięgnęła, przez dekolt, pod kiecę i prawie wyszarpnęła spod niej materiałową husteczkę.
- To też nie jest prezent… - zadeklarowała podając mu ją, ale urwała. Rumieniec momentalnie spełzł z jej policzków i zbladła.
Viktor uśmiechnął się i na jeden krótki wdech przyłożył przepocony materiał do nosa. Westchnienie które z siebie wydał brzmiało jakby upił łyk lodowatego napoju po dniu ciężkiej pracy. - Oddam gdy się zobaczymy - puścił jej oczko, chowając chustę za kaftanem i wyszedł z Wisielczego Oka, nie poświęcając więcej spojrzenia nikomu ani niczemu.
Słońce już wychylało się nad dachami, gdy wchodził do Popielnego Dworu.
Drzwi do pokoju były otwarte. Wszedł ostrożnie i cicho, aby żadnym dźwiękiem nikogo nie obudzić. Przekrzywił głowę w bok, w zaciekawieniu chłonąc spojrzeniem Rhaasta wbitego w ścianę, co pod ciężarem zdążył już opaść i oprzeć się rękojeścią o ziemię.
- Co tu się… - zapytał sam siebie, bardziej ruchem samych ust niż wydając jakiekolwiek dźwięki. Na stoliku kilka książek świeciło okładkami. Nie próbował opanować ciekawości i spojrzał na okładki. Większości tytułów nie znał… Zakazane Ciasto, Szlachcianka na Sprzedaż… przewrócił oczami z lekko pobłażliwym uśmiechem, ale nie było w geście krztyny krytycyzmu. Sam swego czasu douczał się oczekiwań kobiecych serc czytając romanse w ilościach hurtowych i po samych konwencjach tytułów rozpoznawał gatunek. Za to “Nie mów nikomu” znał... może nie czytał sam, ale wysłuchał niedawno opowieści o tym tytule. Był… intrygujący na swój sposób. “Gwizdnął” bezgłośnie i spojrzał wreszcie na Kaylie… leżała lekko odkryta, włosy rozpuszczone swobodnie na poduszce tworzyła jakąś taką aureolę. Wystawało spod pierzyny nagie udo i wyglądała jakoś tak smutno i niewinnie. Oddychała miarowo i jakoś tak… rozczulająco? Viktor pokręcił gwałtowniej głową by przegonić to uczucie. Oparł się o zagłówek gdy pochylał się nad nią.
- Hej, Kruszyno… - wymruczał ledwie szeptem, co łagodnie wyciągnął ją z głębszych snów aby równie delikatnie, pocałunkiem wyciągnąć ją na jawę… odrobinę, tak aby poznała, że do niej przyszedł, ale by nie odebrać jej powrotu w sen za krótki moment.
Jakaś trwoga pojawiła się w spojrzeniu zaspanych oczu, jakie szybko przeszło w spokój.
- Khal... - szepnęła śpiącym głosem - Przyszedłeś...
- Yhym… przytaknął przykucając przed łóżkiem i opierając brodę na dłoni. - Śpij dalej - radził łagodnym głosem, pozwalającym pozostać w błogim ćwierć-śnie. Palce gładziły ją pieszczotliwie po skroni. - Jeszcze wczesny ranek i masz godzinę albo dwie.
Kaylie z chęcią przyjmowała ciepło dłoni mężczyzny i sama wyciągnęła własną ku jego twarzy by położyć ją na policzku kochanka. - A ty? - zapytała sennie.
Khal nie odpowiedział, ale nachylił się nad nią i ucałował ją w czoło. - Znajdziesz mnie wtedy w piwniczce Dworu. A teraz śpij, bo jak nie to będę się bał w przyszłości przychodzić do ciebie na jednego całusa, hmmm? - zapytał nieco przekornie, nieco czule, a wciąż łagodnie i cichutko.
- Musisz spać... - zaprotestowała patrząc mu w oczy - Prawdziwie spać. Khali... Chodź spać...
Lekko złapała Khala za nadgarstek prawie bez siły chcąc przyciągnąć go do siebie w sennej próbie - Khali...
Viktor pochylił się do niej i znów ucałował w czoło, na tyle nisko, że wręcz odruchowo zamknęła oczy. - Śpij, Kruszyno. Widzimy się potem…
Delikatnie wyplątał się z jej chwytu i lekkim krokiem wyszedł z pokoju. Zawalił całą noc, to chociaż kilka godzin powinien spędzić rzeczywiście pracując…
-
Popielny Dwór
Plany, plany, plany… gnom miał wiele planów. I tylko niektóre dotyczyły całej tej zabawy w tworzenie kultu. Baltizar nie był entuzjastycznie nastawiony do tej misji, głównie dlatego że nie widział drogi do sukcesu przed nimi. Nie wiedział jak się zamierzał do tego zabrać przyszły arcykapłan. Poszli ratować biedaków więzionych przez alchemika. Szlachetna sprawa, ale trochę… bezcelowa? Dobrze że przynajmniej Bajarz zadbał o to by z tą heroiczną historią powiązany był symbol Azazela. Więc udało się zrobić coś więcej niż dobry uczynek. Pytanie, co dalej? Czy Viktor miał wizję dalszego rozwoju kultu? Czy miał ją Azazel?
Bajarz nie był pewien. I gotów był na najbliższym zebraniu z arcydiabłem zaproponować, by sam Baltizar zabrał się za organizację struktury kultu i podstawowych spraw. Bo miał wrażenie że wpatrzony w siebie kapłan nie miał serca ni cierpliwości do przyziemnej pracy u podstaw. Co zresztą gnoma nie dziwiło.
Wszyscy źli kapłani tacy byli… tyle że Baltizarowi niespecjalnie chciało się bawić w budowanie sekty od podstaw. Z drugiej strony… nie chciało mu się czekać w nieskończoność. Miał ważniejsze sprawy na głowie.
Tak czy siak czekała go rozmowa z jego ekscelencją, na którą to nie miał za bardzo ochoty.Życie bywało cieżkie… także bez nadnaturalnego bytu czyhającego tuż granicą rzeczywistości.
Eeech…
Słowa dziewczyny wyrwały go z rozmyślań, potarł czoło mrucząc.
- Zabawna sprawa… byłem ci wierny. - wtrącił gnom żartobliwie, wyprostował się lekko na krześle wspominając .- Ryby były… odrażające… łuskowate, zimne w sercu i na ciele. Nie było w nich nic pociągającego. Żadna konkurencja dla ciebie.-
Piwonia uśmiechnęła się na komplement. - No ja myślę. Dziwne jednak, że w ogóle do ciebie się zbliżyły. Musiały być młode.
- Próbowały… kusić. Tyle że…- wzruszył Bajarz ramionami.- Nie umią uwodzić. Okropne. Paskudne.-
- Ta, syreny takie są. - poczochrała delikatnie włosy gnoma - Słyszałam, że udało wam się na wyprawie. A jak twoje, osobiste, poszukiwania?
- Opowiem ci wkrótce. - odparł Bajarz.- Nie teraz, nie tu. To bardziej… prywatna sprawa. A przy okazji, jak ci mijały dni beze mnie? Wydarzyło się coś ciekawego w mieście, gdy mnie nie było?-
- Przez całe dni było nudno. Dopiero dzisiaj zrobiło się ciekawie kiedy Jori wrócił z nowym członkiem rodziny. - Piwonia uśmiechnęła się - Otis jest cały w skowronkach.
- Z nowym członkiem?- zapytał gnom wykazując zainteresowanie.
- Ten smoczek, którego spotkaliście na drodze. - wyjaśniła blondynka - Brandelen.
- Ach… to się cieszę z takiego obrotu sprawy. Nie sprawia aby zbyt wielu kłopotów?- zapytał uprzejmie gnom.
- Na początku trochę sprawiał, ale tata dał mu pokój dla siebie. Spalił wszystko, wciągnął co mógł i poszedł spać. Typowy Popielny Smoczek.
- Słodko.- skomentował gnom i zamyślił się planując głośno.- Teraz będę musiał się przejść po mieście i rozmówić z paroma osobami. Wieczorem… pewnie uraczę gości jakąś opowieścią, a potem… resztę wieczoru mogę przeznaczyć na rozmowę z tobą. I wtedy wyjawić sekrety jakie odkryłem. O ile jesteś nimi zainteresowana.
- Jak najbardziej. - odparła Piwonia - Chociaż nie jestem pewna, czy dzisiaj będą mieli ochotę na jakieś baje. Wiele rodzin jest dziś w żałobie.
- W takim razie pozostanie mi opowiedzieć ci bajkę na dobranoc.- odparł Bajarz w zamyśleniu.- Hmmm… która świątynia będzie prowadzić uroczystości pogrzebowe?-
- Na tak masowy pogrzeb? - zamyśliła się przez chwilę dziewczyna - Pewnie będzie to grupowe przedsięwzięcie, chociaż Abadar będzie kierował wszystkim. Bóg Miasta, Prawa i tych innych rzeczy.
- Mogłabyś znaleźć kogoś kto zasugerował by Khalowi by wkręcił się na tę imprezę? No chyba, że sam wpadł na taki pomysł.- poprosił gnom drapiąc się po brodzie.
- Przekaże mu jak go spotkam. - zapewniła.
- Dzięki, pocałowałbym cię w ramach podziękowań, ale trochę za nisko mam usta.- zażartował Bajarz.- Tylko nie wspominaj że to mój pomysł. Mam wrażenie, że kapłan ma jakieś kompleksy względem mnie.
- Przystojniejszy jesteś, pewnie temu. - uśmiechnęła się Piwonia i ucałowała gnoma w czoło - Będziesz leciał do tej bogatej archeolog?
- Pod wieczór. Najpierw zajrzę do świątyni bogini Shelyn. Spytam się bibliotekarki o kilka spraw.- wyjaśnił Baltizar i podrapał po brodzie.- A tak przy okazji, czy idea druku dotara do tego miasta? Są tu jacyś drukarze?-
- W samym Evercrest? Nie. Słyszałam, że otworzyli drukarnie w jednej z okolicznych mieścin, ale musiałabym popytać. A co, chcesz wydać książkę? Antologia Bajek Baltizara?
- Broszurę.- przyznał gnom z uśmiechem. - Opowieść o ostatniej wyprawie. Szkoda by heroiczne czyny poszły w zapomnienie.-
- Och, będą gadać o tym przez miesiące jak sądzę. - blondynka pokiwała głową - Chociaż, tak jak z plotkami, szybko zostanie wszystko wyolbrzymione. Zamiast straży będą szlachetni rycerze, zamiast trójki sług nowego bóstwa, będzie dwójka pół-bogów i jeden niski olbrzym.
- Coś takiego podobnego mam napisane.- przyznał ze śmiechem Baltizar.- I będzie ten tekst rozdawany za darmo. Każdy będzie mógł przeczytać. -
- Pomiń sprawę z syrenami. - poprosiła - Żeby cholerne szproty się kręciły tak blisko taty, nie wróży nic dobrego.
- Nie zamierzam o nich wspominać. Sam wolałbym o nich zapomnieć.- nachylił się ku niej i położył palec na jej ustach.- To sekret twój i mój. Nikt inny o nich nie wie.-
- Dzięki, chociaż powiem tacie, dobrze? Dawno nie mieliśmy kontaktu z Pierwszym Światem, więc cokolwiek, ktokolwiek stamtąd jest… ciekawy.
- Jeśli chcesz. Nie nazwałbym tego kontaktem. Ofukałem je.- zaśmiał się Baltizar.
- Och nie przejmuj się, Otis je znajdzie. Spodziewaj się ryb na obiad za kilka dni.
- Wolałbym nie.- przyznał ironicznie gnom.- Mam alergię na gadatliwe posiłki.-
- Och, te są moimi ulubionymi. - uśmiechnęła się Piwonia - Szczególnie, kiedy opowiadają piękne historie. - przybliżyła się do twarzy gnoma z drapieżnym uśmiechem i szybko cmoknęła go w nos.
- To byłaby przyjemna konsumpcja. - przyznał żartobliwym tonem gnom i przeciągnął się.- Ale pogadamy o niej wieczorem… niestety. Nie chcę ci zajmować więcej czasu. Jeszcze się twój tatko na mnie obrazi.-
- Och, tego byś nie chciał. - przyznała dziewczyna wstając z krzesła - Powodzenia w poszukiwaniach i rozmowach. Będę czekała. - po czym wróciła do obowiązków w karczmie.
Świątynia Shelyn
Świątynia Shelyn była pierwsza na liście planów gnoma. Udał się tam pospiesznie przez ulice miasta, ignorując otwierające się oczy i paszcze na budynkach i skupiając na atmosferze panującej wśród mieszkańców. Na to co mówili w rozmowach, na tonie ich głosu, na spojrzeniach. Ciekaw ile prawdy było w słowach o żałobie i jak ten nastrój wpłynął na świątynię Shelyn.
Dom Odnowy był dość pusty, jeżeli chodziło o wiernych. Żałobnicy najpewniej woleli zostać w domu, niż kłopotać bogów swoimi żalami. Minął kilku kapłanów, zanim zauważył znają twarz Dari. Elfka właśnie kończyła własne modły gdy spostrzegła gnoma.- Mistrzu Baltizar! - zawołała podbiegając - Miło cię znowu widzieć. Czy mogę w czymś pomóc?
- Właściwie to ja przyszedłem w tej samej kwestii. Nie wiem czy udało mi się uwolnić drogą ci osobę. Szukałem ale… nie wiem czy była wśród uwolnionych. Nie zauważyłem kapłańskich szat.- przyznał uprzejmie Baltizar.
Elfka smutno pokręciła głową. - Niestety… strażnicy znaleźli je, szaty znaczy się, wśród łupów goblinów. - dziewczyna oparła się o ścianę, jej oczy zaczynały się szklić - Miałam nadzieję… ale…
- Współczuję. Strata bliskich jest zawsze bolesna.- odparł smutno gnom i dodał.- Jeśli… nie chcesz o tym mówić zrozumieć. Jeśli jednak opowiedzenie o niej ulży ci w bólu, to ja umiem nie tylko gadać, ale i słuchać.-
- Miała na imię Citria. - zaczęła Dari - Była pół-elfką, moją kuzynką jak się okazało. - elfka delikatnie się uśmiechnęła i spojrzała w sufit - Ona mnie wciągnęła do tej świątyni, naopowiadała jaką piękną mają bibliotekę, ilo to ksiąg tu nie ma… - westchnęła - Sama była bardziej aktorką, niż członkiem kleru, ale szerzyła wierę jak mogła. Kilka tygodni temu wyruszyła na małą pielgrzymkę po okolicznych wsiach, zrobić kilka pokazów, po opowiadać o świątyni i co oferujemy. Nie wiemy, kiedy ją złapali… ani co z nią zrobili.
- I lepiej… nie wiedzieć… - spochmurniał gnom i sięgnął do notatnika, coś zapisując.- Citria… opowieść o… pięknym śnie Shelyn. Pozwolisz, że napiszę i zostawię ci historię o niej. Tobie zostawię wybór, czy zachowasz ją dla siebie, czy umieścisz w bibliotece. Tylko tyle mogę zrobić.-
- Dziękuję. - uśmiechnęła się elfka - Naprawdę. - wyprostowała się poprawiając szatę, odchrząknęła uspokajając głos - Nie przybyłeś chyba jednak tutaj tylko, aby mi poprawić nastrój?
- Właściwie, to tylko z tego powodu. Poprosiłaś mnie o pomoc, a ja przybyłem sprawdzić czy pomogłem. Przykro mi, że nie udało mi się.- westchnął Bajarz.
- Och,dziękuję za troskę, naprawdę. - elfka zmusiła się na delikatny uśmiech - Skoro już tu jesteś, nie chcesz wypożyczyć kolejnej książki?
- Tym razem skuszę się na… twoją sugestię. Co warto wypożyczyć? Co byś poleciła?- zapytał Bajarz.
Kobieta się chwilę zastanowiła. - Chcesz zobaczyć jeden z mroczniejszych tomów jakie mamy? Ciekawa mieszanka, romans połączony z przygodą i legendą.
- Intrygujące.- przyznał z uśmiechem gnom.- Z pewnością warte przeczytania.
Elfka uśmiechnęła się i zaczęła prowadzić Baltizara. - Klątwa Strahda. Opowieść o wampirzym lordzie, porwanym przez jakieś mroczne siły i uwięziony we własnym królestwie. Wiecznie poszukuje zapomnianej miłości i walczy z tymi, którzy chcą zakończyć jego istnienie. Kilka osób ponoć przyłożyło pióro do tego dzieła.
Gnom zbladł, zacisnął dłoń na kosturze starając się… utrzymać w pionie. Słowa Dari przywołały wspomnienia…wizje… słowa, obrazy… coś znajomego. Jakby on…ale nie on… jakby kiedyś miał styczność z tym królestwem Stradha. A może tylko jego obłęd wzmocnił się po sennej wyprawie. Bajarz potrząsnął głową na boki próbując pozbyć się natrętnych myśli i uśmiechnął się. - Masz rację, to może być naprawdę ciekawa lektura.-
Dotarli w końcu do odpowiedniego działu, gdzie na podeście leżał egzemplarz książki, wokół na półkach było kilka kopii, więc nie będzie problemu z wypożyczeniem. - A tak przy okazji, wiem że świątynia Abadara będzie prowadziła uroczystości żałobne i pogrzebowe. Niemniej, może wiesz coś na temat ich przebiegu?- zapytał gnom wybierając książkę.
- Na razie wiem tylko, że ustalili termin na za tydzień. Nie ma ciał… więc nie ma pośpiechu. Podejrzewam symboliczne zapalanie latarni. Wiesz, świeczki pod lekkimi płachtami aby uniosły się w powietrze? - elfka się chwilę zastanowiła - A tak, to podejrzewam, że wszystko będzie przechodziło standardowo.
- Zapalanie latarni brzmi całkiem uroczo.- zastanowił się Bajarz. - I odpowiednio w tej sytuacji.-
- Najpewniej zrobi się z tego tradycja na kilka lat. - zauważyła kapłanka - Miesięcy najpewniej w przypadku tych, którzy faktycznie stracili kogoś.
- Mimo wszystko… to będzie urocza tradycja. Zakładam, że to ten pomysł był sugestią Erato? - zapytał Bajarz.
- Tak, były jeszcze sugestie małych łódek ze świeczkami na rzece, ale jest zbyt rwąca o tej porze roku.
- Byłby to jednak bardzo piękny widok.- gnom uśmiechnął się i po chwili zamyślił.- Hmm… a tak przy okazji. Planuję napisać opowieść o tej wyprawie, której byłem świadkiem. Co więcej, nie tylko zapisać ale i wydrukować w kilku… dziesięciu kopiach i jedną z nich ofiarować bibliotece. Tylko, nie wiem jak to zrobić. Słyszałem że nie ma tu żadnych drukarzy, ponoć są gdzieś w okolicznych miasteczkach. Tylko nie wiem gdzie.-
- Willow Creek. - odparła elfka - Miasto portowe na zachód, wzdłuż rzeki. Otworzyli tam drukarnię, rozpowiadają wiadomości spoza królestwa.
- Więc to miejsce będzie moim kolejnym celem. Ile dni potrzeba by tam dotrzeć?- zapytał Bajarz.
- Trzy dni koniem. - spojrzała na gnoma - Cztery kucem. Możesz zobaczyć czy jakaś barka nie zmierza w tamtą stronę, powinniście się uwinąć w dzień wtedy.
- Dziękuję za informacje.- gnom się skłonił nisko. - Nie będę ci już więcej przeszkadzał. Mam wszak książkę do przeczytania i.. jeszcze inne sprawy do załatwienia.-
Moja droga przyjaciółko. Zapewne dotarły do ciebie wieści na temat niedawno zakończonej wyprawy. Zapewne wiesz, żem w niej uczestniczył. Moja rola tam była mało znacząca. Jeno widzem byłem tych bohaterskich zmagań. Niemniej ciekawsze dla nas sprawy wydarzyły się bowiem po wyprawie. Udałem się bowiem w miejsce które mi sugerowałaś i spędziwszy tam nieco czas dokonałem pewnych odkryć o których chciałbym z tobą pomówić. Wszak wiesz, że cenię twoją ekspertyzę i zdanie na temat historii.
Czekam niecierpliwie na twoją ripostę w Popielnym Dworze.z poważaniem Baltizar Harpaness.
Talk. Dmuchnąć. Gotowe. List został napisany i byłby przypieczętowany gdyby… gnom miał lak i pierścień herbowy. Ale nie miał nic takiego. Dlatego zwinął zwój i podał dzieciakowi, przykazując by zaniósł ów list pod wskazany adres. Sam zaś podążył za nim kilka metrów dalej, by upewnić się smarkacz wywiąże się z opłacanego trzema sztukami srebra zadania.
Po załatwieniu wszelkich spraw Bajarz wracał do Popielnego Dworu na wieczorny posiłek. Stukając kosturem o bruk i ignorując szepty planował następne swoje działania, choć w sumie niewiele mu zostało. Zjeść posiłek być może w towarzystwie Piwonii by zaspokoić jej ciekawość i zyskać przychylność… cóż, więcej przychylności. Wszak okazała się wielce pomocna wcześniej. Oczekiwać odpowiedzi Alicji Crawford i planować wyprawę do Willow Creek. W tym celu pewnie będzie musiał udać się do portu. Wyprawa łodzią wydawała mu się bowiem najszybszym sposobem i relatywnie tanim.
- Zabawna sprawa… byłem ci wierny. - wtrącił gnom żartobliwie, wyprostował się lekko na krześle wspominając .- Ryby były… odrażające… łuskowate, zimne w sercu i na ciele. Nie było w nich nic pociągającego. Żadna konkurencja dla ciebie.-
-
Baltizar
Baltizar obudził się w swoim pokoju, czując ciepło ciała Piwonii obok siebie. Powietrze jest ciężkie od zapachu starego drewna, alkoholu i subtelnej woni jej perfum. Przez chwilę leżał nieruchomo, pozwalając sobie na leniwe przebudzenie, Piwonia delikatnie wtuliła się w gnoma, pozwalając jej nagiej skórce zetknąć się z jego.
Schodząc na dół, Baltizar zauważa, że karczma już tętni życiem – kilku wczorajszych pijaków dalej siedzialo przy stołach, a inni przygotowują się do dalszej drogi. Karczmarz rzucił mu krótkie spojrzenie, wskazując na stół z opcjami śniadaniowymi, ale zanim gnom zdążył podejść do lady, zatrzymuje go młody chłopak – goniec, może czternastoletni, ubrany w prostą tunikę i lekko podarte spodnie.
- Mistrz Baltizar? - zapytał niepewnie - Mam dla pana list. Opłacony. - chłopak wyciągnął kwałek pergaminu, złożony i zabezpieczony pieczęcią Crawfordów.
Po rozerwaniu pieczęci na kolana gnoma spadł niewielki stalowy pierścionek. Posiadał kilka zdobiennych rycin, żadnych klejnotów ani domieszanych metali. Chłopak natychmiast skupił się na pierścieniu, ale nic nie powiedział.
Mój drogi przyjacielu.
Dokładnie słyszałam o twojej ekspedycji z drogą Blackfyre.
Nie jestem pewna czy kłamiesz z powodu skromności czy chcesz coś ukryć, ale wiem, że twój wkład był większy niż mówisz. Gratuluję zwycięstwa.
Cieszę się, że moja sugestia przybliżyła cię do kolejnych odkryć. Jeżeli chcesz się spotkać, udaj się proszę do Gildii Poszukiwaczy Przygód i pokaż w recepcji pierścień, który powinien dotrzeć do ciebie z tym listem.
Obecnie organizuję kolejną wyprawę z innymi archeologami.Całusy
Alicja CrawfordKiedy gnom podniósł wzrok z pergaminu zobaczył, że chłopak ciągle tam jest. Najwyraźniej czekał na napiwek.
Kaylie i Khal
Kaylie otworzyła oczy. Szarzejące światło poranka sączyło się przez szpary w okiennicach.
W pracowni, przy blasku niemal wygasłej lampy olejnej, Khal kończył swoją pracę. Zgarbiony nad stołem, ostrożnie przeciągał dłonią wzdłuż ciemnego materiału płaszcza, którego faktura migotała pod dotykiem magii. Na jego powierzchni przez chwilę pojawiły się smużki srebrzystych symboli, po czym rozpłynęły się, jakby nigdy ich tam nie było. Khal odsunął się, uniósł płaszcz, obracając go w dłoniach, i przez moment oceniał swoje dzieło, zanim złożył tkaninę na krześle obok.
Na dole, w głównej sali karczmy, panował poranny harmider. Para unosząca się z gorących misek owsianki mieszała się z aromatem pieczonego chleba i słonego mięsa. Otto, witał ich szerokim uśmiechem znad kontuaru, wciąż wycierając wilgotne dłonie w lniany fartuch.
-
Witajcie, jak się spało? - zagadnął, choć odpowiedź nie była konieczna.
Zanim zdążyli odpowiedzieć, do izby wpadła Lilia, rudowłosa córka karczmarza, ze zwyczajowym figlarnym błyskiem w oku. Jej spojrzenie natychmiast zatrzymało się na Khalu, a kąciki ust uniosły się w uśmiechu, który nie pozostawiał wątpliwości co do jej intencji. Opierając się o kontuar, nachyliła się lekko, pozwalając pełnemu biustowi opaść na materiał rozpiętej koszuli, wprawnym ruchem odsuwając kosmyk włosów za ucho. -
Coś dzisiaj wyglądasz na zmęczonego - zauważyła z udawanym zatroskaniem, jej palce subtelnie bawiły się sznureczkiem od gorsetu. - Nie pracowałeś chyba całą noc, prawda?
Zanim Khal zdążył odpowiedzieć, drzwi karczmy otworzyły się z impetem. Do środka wkroczyła Filia. Jej ruchy były sprężyste i zdecydowane, ale twarz miała napiętą, a oczy błyszczały pod warstwą zmęczenia. Stanęła w progu, omiatając spojrzeniem wnętrze, jakby ważyła każde słowo, które zamierzała powiedzieć. Po krótkiej chwili ruszyła prosto w ich stronę, nie zwracając uwagi na otaczający ją gwar. Coś ją wyraźnie trapiło.
- Mistrz Baltizar? - zapytał niepewnie - Mam dla pana list. Opłacony. - chłopak wyciągnął kwałek pergaminu, złożony i zabezpieczony pieczęcią Crawfordów.
-
Viktor z miejsca rozpoznał ten rodzaj uśmiechu… dyskretne i analityczne spojrzenie na Kayle ujawniło mu wiele z tej historii i większość reszty sobie dopowiedział. Na Zachodnim Wybrzeżu przyjaciółki również uwielbiały oplotkowywać kochanków i to było coś czego nauczył się wręcz oczekiwać.
Jego spojrzenie było krótkie i nienachalne, ale wystarczająco uważne, by dać jej do zrozumienia, że docenił prezentację.
Arkanistka z milczącym spokojem obserwowała jak Lilia już zastawia sidła na Khala. Zdążyła już w nocy przemęczyć się z myślą i pogodzić. To nie był w końcu romans z książek, mimo całej otoczki romansu jaką była otaczana przez prawnika. Musiała sobie powtarzać, że to iluzja, ale... tak realnie ją odczuwała.
Lilia zapewni mu niesamowite przeżycia. Nakarmiła ją, więc nie będzie problemów... Miała nadzieję, że Frey zrozumie poświęcenie i zauważy starania.
Usiadła przy stoliku kawałek od kontuaru nie chcąc przeszkadzać sytuacji, gdy drzwi do karczmy otworzyły się z impetem. Filia...
- Kogoś trzeba się pozbyć? - zapytała cicho, gdy kobieta zrównała się z jej stolikiem.
Viktor rozłożył apologetycznie ramiona, przepraszając getem Lilię. Ich rozmowa bdzie musiała poczekać. Odprowadził ją wdzięcznym spojrzeniem, gdy zostawiała ich samych z komendnat.
- Co? Nie… - komendant usiadła ciężko - Mam… niepokojące wieści. Czytałam kilka ksiąg tego popaprańca, Davrosa. Chciałam ustalić mniej więcej ile było ofiar… poddałam się kiedy minęłam pięćset. Nie o to chodzi. Boję się, że nie możemy go zabić.
- Więc pozostaje go męczyć w nieskończoność. - wzruszyła ramionami.
Filia pokręciła głową. - Kuszące, ale nie. Nie pozwolę, aby miasto zniżyło się do jego poziomu. I mi nie chodzi, że jest nieśmiertelny. Bardziej, że zabicie go to zwrócenie mu wolności.
- Czemu?
- Zakładałbym zaklęcie klona? - Dedukował Viktor, spojrzeniem szukając potwierdzenia u siostry - To jest modus operandi naszego gościa.
- Twój bóg nie zaradzi temu? - zapytała silnie podkreślając słowo "twój".
- Mam na to pewną metodę… - przytaknął adwokat diabła, z samozadowolonym uśmieszkiem. - …ale pozwólmy Filii potwierdzić bądź zaprzeczyć… - dokończył znów patrząc na siostrę.
- Tak wywnioskowałam z jego ksiąg. Pisał o "ruchomym zabezpieczeniu" w przypadku pojmania. Najpewniej ma jakiś swoich pomagierów przenoszących jego zabezpieczenie. - Filia spojrzała na Khala - Jaką metodę?
Viktor skrzywił się nieco, jakby przez krótki moment rozważał czy nie wycofać się z deklaracji. - Mroczną - powiedział poważnie - Tak mroczną, że nigdy po nią nie sięgnąłem. I potencjalnie zawodną, ale może wywiadem dałoby się wyeliminować tę wątpliwość. Mógłbym spróbować załapać jego duszę… ale samo w sobie to rozwiązanie byłoby tymczasowe. Więc musiałbym ją zniszczyć. Zupełnie. Nie sięgałby po to pochopnie.
- To jak łaska dla niego... - Kaylie odparła najwyraźniej nie martwiąc się zniszczeniem jego duszy - Możemy też Azazela zapytać. Ta istota powinna wiedzieć, prawda?
- Żadne z bogów miasta by się tego nie tknęło. - komendant zerknęła na Khala - I chciałam przeprowadzić z nim wywiad.
- I dostaniesz tę audiencję, ale po tych kilku godzinach tłumaczenia doktryny. Żadne z nas nie wyjdzie na tym dobrze jeśli nie okażemy mu należnego szacunku, przygotowując cię do tej rozmowy. I chwilowo wolę nie zawracać mu głowy pytaniami które: po pierwsze) tyczą się metody której lepiej nie wykorzystać. Po drugie) prawdopodobnie mogę sam się dowiedzieć. Zniszczenie duszy to bardzo poważna sprawa i niewątpliwie byśmy się narazili Pharasmie. Chwilowo lepiej upewnić się, że nie ucieknie… ani w jeden, ani drugi sposób… i znaleźć jego klona. Selektywne pole antymagiczne, które kryło jego laboratorium przed dywinacjami to bardzo duża rzecz. Mobilna jej wersja… jest możliwa, ale niekonieczna.
- Kiepski z ciebie kapłan, jeżeli nie potrafisz streścić swojego boga do kilku zdań. Czy konsekwencja twojego drugiego zawodu i chorobliwej miłości do własnego głosu? - Filia wyraźnie była zmęczona i wizja słuchania jak Khal dywaguje nad za i przeciw swojego patrona najwyraźniej się jej nie podobała.
- Streścić mogę - stwierdził Viktor i niemal wyrecytował:
- Bóg Prawa, uznający, iż sprawiedliwość oraz jednoznaczność norm legislacyjnych, w połączeniu z rygorystycznym egzekwowaniem przepisów, stanowią fundament skutecznej prewencji, działającej poprzez mechanizmy instynktu samozachowawczego potencjalnych sprawców czynów zabronionych, zapewniając tym samym najsłabszym i najbardziej wrażliwym jednostkom możliwość życia w spokoju i bezpieczeństwie…
Odkaszlnął, bardziej na znak odcięcia części wypowiedzi. - Ale to nie jest wystarczające by dać ci ogląd gdzie różnią się doktryny Kozła choćby z doktrynami Abadara. Również nie starczy by określić czy dobrowolne przyzwolenie na założenie jego otwartego, legalnego i poddawanego kontroli, jak każda inna lokalna religia, kościoła będzie miało wartość pozytywną czy negatywną dla Evercrest. Rozmawialiśmy już tym i myślałem, że doszliśmy do zrozumienia.
Kaylie opierała policzek na dłoni z jakimś wyrazem politowania w oczach. Chyba nie zgadzała się jakoś z Khalem, ale nie odzywała się ni słowem. - Nie traktuj mnie protekcjonalnie… - mruknęła komendant - Znalazłam kilka wzmianek na jego temat. Jeden z najwyższych aniołów porzucił Niebo ponieważ mijały lata dywagacji i procedur zanim zaczęliby działać, najwyraźniej chciał karać zbrodniarzy kiedy zapadnie werdykt. Więc, co się zmieniło, że teraz Piekło mu nie leży?
- Oferuję wyrwanie z mojego dnia kilku godzin aby rzetelnie wyłożyć ci temat: źle. Streszczam go, za twoją własną prośbą: też nie dobrze… Ja tu, Filio, naprawdę próbuję… pomóż mi trochę, proszę? Historia Kozła Ofiarnego jest znacznie bardziej skomplikowana, ale tego się domyślasz. On chce poczynić zmiany. Jak każda jedna istota, która bogiem się stała, a nie narodziła, ma w sobie głęboki imperatyw pchający go do akcji aby zmienić świat. To co czyni go wyjątkowym to to, że on chce wykorzystać prawo do zmiany go na lepsze… co stawia go w ostrej opozycji z Księciem Ciemności, dla którego prawo jest bardziej narzędziem… czy naprawdę chcemy tę rozmowę przeprowadzać teraz? Chyba mieliśmy jakiegoś alchemika do omówienia?
- Podążam za propozycją twojej partnerki. Powiedziała, że Azazel może mieć rozwiązanie. Też się nad tym zastanawiam, jeżeli celuje w boga prawa. Chcę tylko wiedzieć czy on będzie tyranem, sędzią czy arbitrem?
- Nie będzie nikim kim miasto nie pozwoli mu być. To jest polityka i nikt nie dyskutuje o oddaniu mu korony Evercrest. Jakby, powiedzmy w ciągu następnego wieku, kościół Kozła stał się główną siłą polityczną i na tronie zasiadał by też wyznawca… nie zmieniłoby się wiele. Nie przebudowano by miasta w czarnym kamieniu, zamek nie miałby nadmiernej ilości rogów i ostrych krawędzi, ulice nie płynęły by krwią ofiar. Ludzie żyliby jak dotąd. Tylko pewne mieliby w pamięci scenę kaźni ostatniego mordercy, co dekadę wcześniej myślał, że umknie prawu. Ale właśnie ta pamięć… ta odrobina koszmarów, okazjonalnie nawiedzających ich sny, byłyby powodem czemu po drodze nie było dziesięciu innych mordów. Jeśli kiedyś kapłan Abadara spotkałby kapłana Azazela i rozmawiali o doktrynie, nie ujawniając jakiego boga wyznają, to znaleźli by znacznie więcej elementów wspólnych niż niezgodnych, bo w gruncie rzeczy chcą tego samego. Bezpieczeństwa prawych obywateli. Czy ta odpowiedź cię zadowala?
Pokiwała głową. - Powinno wystarczyć. Wiem jakie pytania chciałabym zadać. Więc… możemy zaczynać? Czy masz jakieś inne propozycje?
- Zapytać w jakie interakcje zaklęcie klejnotu duszy wejdzie z klonem. Nie. Już mówiłem. Zniszczenie duszy to duża rzecz i nie jestem jeszcze przekonany, że w ogóle powinniśmy to robić. Przed tym co najmniej bym spróbował zapytać Ferna czy nie jest w stanie znaleźć sklonowanego ciała… nie mów mi, że idea destrukcji czyjegoś istnienia, w sposób który niemal na pewno sprowadza na istotę męki przekraczające śmiertelne pojmowanie, w żaden sposób nie mierzi ciebie w zły sposób. Jeśli to okaże się koniecznie to jasne. Sam na siebie to ściągnął, ale na ten moment nawet nie spróbowaliśmy znaleźć alternatywy. Przepraszam jeśli brzmię jak nadęty dupek, nie jest to moim celem, ale nie czuję aby to było właściwe w tym momencie.
Kiedy Khal mówił o "mierzeniu w zły sposób" Kaylie poczuła się w tym momencie nieciekawie... Jej to nie mierziło. - Anihilacja duszy to nie tylko czyn taboo, ale też niezwykle trudny. - zauważyła Filia - Po pierwsze nastajesz na palce Pharasmie, a wątpię, aby ktokolwiek chciałby umyślnie ją gniewać. Po drugie… nawet nie chcę myśleć jak plugawa magia byłaby potrzebna, aby zniszczyć coś tak… pierwotnego jak dusza. Fern… może być dobrym rozwiązaniem, zapytam go czy mógłby nam pomóc.
Viktor przytaknął Filii gdy podłapała wcześniej rozpoczęty temat Pharasmy. - Oszczędze ci szczegółów, a nawet ogółów, ale by chronić opinię którą mam w twoich oczach, gdy przypomnisz sobie jak mówiłem, że ja potrafię zniszczyć duszę… przerażające jest to, że nie wymaga to żadnych plugawych metod. Jeśli teoria się nie myli to jest to drastycznie łatwiejsze niż się wydaje… niż POWINNO być… ale nigdy nie sprawdzałem, więc nie powiem z empirycznych doświadczeń. Tylko kolejny powód by sięgnąć po tę metodę dopiero w ostateczności.
- Zawsze moglibyście dać go mnie. - usłyszeli z kontuaru. Pomimo odległości Otto wyraźnie ich słyszał - Chociaż wątpię, aby moja metoda trzymała się liter jakiegokolwiek prawa.
- Lisz. - mruknęła Filia i westchnęła - Wybacz Otto, ale z tego co pamiętam, nie możesz opuścić Dworu.
- Tylko sugeruję. - karczmarz uniósł dłonie obronnie.
Komendant spojrzała na Khala. - Więc taki mamy plan? Szukamy jego sklonowanego ciała i dopiero wtedy zajmujemy się elementami prawnymi? Nie podoba mi się to, im dłużej on żyje tym większa szansa, że znajdzie inną metodę, aby uciec.
- Opcji jest wiele, a to jest nowa informacja, którą musiałbym dopiero przetrawić aby wyrazić w pełni edukowana opinię. Na ten moment… dajmy obu wątkom dziać się równolegle. Przygotowanie do osądu i tak miało zająć tydzień, prawda? To może wystarczyć aby znaleźć ciało i je zniszczyć. Jeśli nie… organ sądowniczy winien znać okoliczności niosące wpływ na ewentualny wyrok, prowadząc do odroczenia egzekucji, jeśli zajdzie taka potrzeba. O niego nie bardzo trzeba się bać. Alchemicy bez swojej alchemii nie są groźni, a jakby jakąś miał ukrytą… to raczej próbował by uciekać w drodze do Evercrest, kiedy było to łatwiejsze. Problemem jest, że prawdopodobnie ma w mieście dawnego partnera handlowego… takiego który ma władzę i może mieć interes w tym, aby nie dać mu szansy wygadania ich powiązań… - Viktor zrobił krótką pauzę, by dać wszystkim dojść do wniosku, że mowa o Aegonie - Przydałoby się alternatywne miejsce przechowywania. Choćby pod pretekstem otrzymanego listu z obietnicą jego niedożycia procesu. Tak abyś tylko ty i twoi najbardziej zaufani ludzie… tacy lojalni przede wszystkim tobie, wiedzieli gdzie on jest.
Filia chwilę się zastanowiła, po czym spojrzała wymownie na karczmarza. - Będzie cię to kosztować. - odparł Otto.
- Jesteś mi winny, że nic nie robię z faktem, że nikt nie może cię nazwać Axiomatą.
Karczmarz mimowolnie się uśmiechnął i chwilę zastanowił. - Jak długo bym musiał go tu trzymać?
- Dwa tygodnie? Zależy jak szybko znajdziemy rozwiązanie, w sprawie jego klona.
- Znajdę dla niego jak najmniej wygodny pokój. - komendant kiwnęła głową wracając uwagą do Khala i Kaylie - To załatwione.
- Doskonale. Da to nam też dobre miejsce aby go przesłuchać tylko w naszym gronie. Jak się tu znajdzie powinniśmy to zrobić możliwie bezzwłocznie. Może coś wyciągniemy. W międzyczasie… prawdopodobnie optymalnie byłoby Fernowi przynieść fiolkę krwi Davrosa. Na pewno nie utrudni mu poszukiwań, a może ułatwić. Da się obie te sprawy dziś zorganizować? Jutro będę dostępny dopiero późnym popołudniem.
- Więc lepiej późnym popołudniem jutro. - odparła Filia - Ja dziś załatwię Ferna i przygotowuje Davrosa do transportu. - komendant odetchnęła chyba po raz pierwszy od kilku godzin - Czy macie jakieś własne prośby?
Viktor kiwnął głową. - Odpocznij i spróbuj się zrelaksować. Ta sprawa to maraton, a nie sprint. Może wyważam otwarte drzwi, bo tak naprawdę nie znam twojej metodyki pracy, ale wielu na podobnych stanowiskach nie uwierzyłoby jak wiele swoich obowiązków mogą oddelegować podwładnemu i nic się nie zawali. Jakbyś potrzebowała z czymś pomocy to proszę, nie wahaj się po mnie posłać. Zjawię się kiedy tylko będę mógł. Pod pewnymi aspektami masz najcięższy, z nas wszystkich, orzech do zgryzienia.
Kaylie wyciągnęła zza połów szaty zwinięty w kwadracik kawałek papieru jaki bez słowa wcisnęła w rękę Filii.
Komendant spojrzała na wręczoną kartkę, następnie zerknęła podejrzliwie na Kaylie, ale zaczęła ją otwierać.
Wpierw zobaczyła emblemat straży miasta. Później znajomy formularz przygotowany dla chętnych na przyłączenie się do rang straży. Wypełniony danymi Kaylie Sunfall.
Filia przejrzała kartkę jeszcze kilka razy, upewniając się, że dobrze widzi. - Ty tak na poważnie?
- Coś nie tak? - zapytała spokojnie - Nawet jest tam podpis.
- Ty chcesz się przyłączyć do straży miejskiej? Mojej straży miejskiej? Przyjmować rozkazy i je wykonywać?
- Przynajmniej te co będą sensowne, ale tak.
Viktor postanowił się nie mieszać do tej interakcji, uznając, że wyraźnie czegoś w niej nie rozumiał, więc pozwolił Kaylie to rozegrać jak tylko chciała. - No, dobrze… jak sądzę będzie można pominąć trening fizyczny, ale będziesz musiała poznać teorię prawa i zasady pracy w straży. Zajmie to mniej więcej miesiąc zanim będziesz mogła wziąć udział w czynnej służbie. - zaczęła komendant - Masz jakieś preferencje? Straż więzienna, patrole miejskie, patrole na traktach?
- Miejskie. Wejście w części miasta, w które nie chcą strażnicy wchodzić. - powiedziała z zadowoleniem.
Filia uniosła brew. - To nie jest jakaś metropolia gdzie mamy bogatsze tereny i slumsy. - zauważyła - Więc nie mamy takich dzielnic.
- Ale macie biedne tereny i slumsy. Na pewno tu ma miejsce działalność gangów czy innych grup przestępczych. Przydałoby się ich wyplenić.
Viktor powstrzymał jakąkolwiek zewnętrzną reakcję. Jeśli Kaylie rzeczywiście zamierzała dołączyć do straży to będzie musiał z nią omówić sprawę pewnych przemytników…
Filia westchnęła. - Omówimy to po całej sprawie z Davrosem i sądem, dobrze?
- No dobrze... - mruknęła z lekkim zawodem.
Najwyraźniej nie było innych spraw do omówienia, Filia pożegnała się z dwójką Azazelitów i opuściła Popielny Dwór, aby odpocząć.
Kaylie pokręciła głową i ciężko westchnęła kładąc głowę na leżących rękach na blacie.
- Co to był za problem dać jeden podpis... - fuknęła jak naprawdę zirytowany młodzik.
Viktor chwile zastanawiał się co powinien odpowiedzieć i już śliczna i wygodna półprawda prawie sama zsunęła mu się z języka ale zemł ją w ustach. Mieli być szczerzy, prawda? - Ja jestem w szoku, że w ogóle chciałabyś dołączyć do straży.
“Aha” pomyślał sam do siebie “Czyli nie szczerość a zmiana tematu.” - Skąd ta chęć? Dlaczego miałabyś chcieć to sobie zrobić?
Arkanistka odpowiedziała naburmuszonym głosem. - Nie działam z prawem: źle robię. Próbuję działać: też źle. - spojrzała w górę na twarz Khala - Czy twój bóg nie chce by naprawić nieskuteczne mechanizmy?
- Działałaś jako najemniczka. Wszystko w ramach prawa… i było to bardzo dobrze przyjęte i docenione. Jeśli masz wątpliwości to znów ci powtórzę… na wyprawie spisałaś się świetnie… na prawdę sądzisz, że dobrze czułabyś się w straży? Masz… nazwijmy to “pazurem”. I takie pazury wymagają przytemperowania. Ten miesiąc to byłoby głównie musztrowanie ciebie. Więcej by ci mówiono o tym kiedy NIE działać, niż czegokolwiek innego, bo straż ma ścisłe protokoły których musi przestrzegać. Nie wolałabyś choćby wyrobić sobie licencji łowcy głów? Oni mają znacznie więcej swobody… i nie patrzy im się tak na ręce.
- Ale znowu, robiłabym dla tych co mają pieniądze. W straży mogłabym się zajmować rzeczami za jakimi łowcy głów nie ganiają. Jak chociażby ukrócenie działań grup przestępczych w mieście. Wychwycenie wszystkich nękających uczciwych handlarzy, wyciągających od nich "pieniądze za ochronę", czy stanowiących dla nich nieuczciwą konkurencję przemycając towary poza podatkami. Wytępienie alfonsów jakich działanie daje życie prostytucji.
- Jako łowca głów sama byś decydowała które zlecenia przyjmujesz. Mogłabyś pracować ekskluzywnie dla Filii i wtedy też nie byłaby ona odpowiedzialna za metody jakimi się posłużysz do celu, co byłoby poważnym czynnikiem krępującym twoje działania, jakbyś oficjalnie była w straży… uważasz, że prostytucja powinna być nielegalna? - zapytał z ciekawością.
- To ciężkie pytanie... - zamyśliła się - Na pewno powinna być uregulowana. Nie powodować zachęcania młodych dziewczyn do łatwego zarobku swoim ciałem, a na pewno sprawić by jakiś gnojek z tego nie brał pieniądza.
Viktor uśmiechnął się, odrobinkę tylko pobłażliwie. - Nie uważasz, że dziewczyny powinny móc żądać za swój czas stawek jakie tylko uznają za słuszne?
- Tak... - odpowiedziała nieufnie spodziewając się pułapki. On ją chciał znowu wciągnąć w jakąś debatę czy spróbować jej coś udowodnić.
Viktor znów się uśmiechnął, ale tym razem ciepło i podrapał Kaylie za uchem z czułością. - Problematyka jest niestety bardzo skomplikowana. Śliczne dziewczę dyktuje cenę i znajduje chętnego. Właśnie “się skusiła łatwym zarobkiem”. Nie do wyeliminowania, bez odbierania jej prawa do samooceny własnej wartości. Ta sama dziewczyna zmęczyła się samodzielnym szukaniem klientów, może przestraszyła się, bo jej koleżankę ktoś zamordował, albo o raz za dużo klient postanowił nie płacić, albo gorzej. Chciałaby nająć się w domu uciech, ale nie może… bo już ich nie ma odkąd zakazano “jakimś gnojkom brania od nich pieniędzy”. Inna nie ma warunków aby szanowany dom publiczny ją chciał. To sprawa robi się gorsza, ale może ona sama wciąż woli ulicznego alfonsa, zabierającego połowę jej zarobków, za samą obietnicę, że jak ktoś ją tknie nie tak jak ona się zgadza, to jego mięsień go nauczy i się to nie powtórzy… i eliminując z ulicy alfonsa dziewczyna zatrzyma całe pieniądze, które dostanie, ale mogą znaleźć się tacy, co skorzystają, że nie ma teraz ona ochrony kogoś silniejszego od nich…
Znów sięgnął do Kaylie dłonią i podrapał ją po karku pieszczotliwie. - Masz serce w dobrym miejscu i tak jak ty chciałbym, aby nie było już nigdy historii z ulicznymi alfonsami. Niestety oni nie są źródłem problemu. Nawet nie do końca jego objawem. Oni są odpowiedzią na objaw i usuwając ich zmusimy najsłabsze i najwrażliwsze dziewczyny by zmierzyły się z objawami, których unikały dzięki nim. Poprawne naprawienie tego wszystkiego wymaga rozpoczęcia pracy kilka poziomów niżej. I jest to praca trudna, długa, nieprzyjemna i nie przynosząca chwały.
Kaylie przymknęła oczy, gdy pieścił jej kark wyraźnie zadowolona z tego. - Nie oznacza, że nie należy z tym walczyć, nawet jeżeli poprzez strach. Jeżeli klient będzie się bał - nie zrobi krzywdy. Tak samo z alfonsem. Straż nie robi dobrej roboty. Ich działania nie zastraszają nikogo, a samo mówienie czy klepnięcie po rękach nic nie da.
- Teraz zaczynasz brzmieć ja ja - uśmiechał stał się bezczelny na moment - Masz oczywiście rację, ale trzeba zrobić to w poprawny sposób. “Dobra praktyka śledcza” jest stosowana nie bez powodu. Ilu niewinnych, co byli w złym miejscu o złym czasie, jesteś gotowa poświęcić na ołtarzu strachu, który chciałabyś zaszczepić tym co żerują na słabszych? Bo to nie jest kwestia “czy kogoś poświęcisz”, ale “ilu”. Bo ZAWSZE będą niewinni których prawo, osąd tłumu, bądź vigilante niesłusznie skaże. Moja wizja prawa też nie jest na to odporna.
- I... Co to miało udowodnić? - zapytała naprawdę zdziwiona.
- Kruszyno, musisz przestać myśleć, że ja tu próbuje z tobą, w jakikolwiek sposób, wygrać. Nie próbuję. Jeśli dwóch szczerych współrozmówców się z czymś nie zgadza i jeden udowadnia drugiemu, że się mylił, to oboje wygrywają. Ale ten drugi szczególnie, bo jego postrzeganie świata jest o tę odrobinę bliższe prawdy. Nie próbuję tutaj nic udowodnić, a jedynie daję ci materiał do przemyśleń. Jeśli chcesz pomóc temu miejscu, to masz moje pełne wsparcie, ale nie pozwól sobie postrzegać nad wyraz skomplikowanej i trudnej sytuacji jako jasnej i oczywistej, bo osiągniesz wyniki przeciwne do zamierzonych i skrzywdzisz tych których chciałaś chronić. Połowa ludzi idących na szafot miała dobre chęci.
- Zakładam, że ja bym też skończyła na szafocie. - wzruszyła ramionami - Podoba mi się działanie vigilanti, bo tam gdzie nie działa prawo, tam oni wykonują jego zadania.
- W Egorianie, dekadę temu, mieliśmy coś co dziś nazywają Plagą Czerwonego Piasku. Nieoryginalna nazwa, przyznaję. Czerwony Piasek to był narkotyk, co na kilka miesięcy zadomowił się w niższych dzielnicach. W tym czasie zabił blisko pół tysiąca ludzi i kolejny tysiąc nigdy już nie będzie takie samo. Edward Valt stracił córkę z tego powodu. Mała ćpunka, żadnych wizji na przyszłość, ale kochał ją. Na własną rękę znalazł przemytnika i śledził go. Widział go często wchodzącego w interakcje z bratem. Coś sobie przekazywali. Zachowywali się podejrzanie. Wymieniali pieniędzmi. Schwytał brata. Torturował go. Chciał informacji. Chciał przyznania się do winy. Osiągnął wszystko co chciał. I informacje i spowiedź. Po tym go zabił. Wciąż przywiązanego do krzesła rzucił go do jeziora. Dzięki informacjom dał radę zabić przemytnika. Dzięki jego anonimowemu donosowi straż zamknęła jedną ze ścieżek którymi narkotyk dostawał się do miasta. Rzecz w tym, że brat był niewinny. Na torturach się złamał i opowiedział Edwardowi wszystko co myślał, że da mu szansę na zakończenie bólu i na to by nie osierocić swojej córeczki. Edwarda był na mękach trzy dni i zawisł obrzucany zgniłymi pomidorami przez społeczność. Uważasz, że śmierć przemytnika była warta śmierci niewinnego brata i osierocenia dziewczynki? Dodam tylko, że zajęła się nią dalsza rodzina, więc to nie tak, że na ulicy skończyła…
Coś drgnęło w Kaylie, ale nie w sposób jaki pewnie był oczekiwany. Spojrzenie Arkanistki stało się zimne. - Tak. - wypowiedziała słowo w sposób jaki mógł spowodować zimny pot na plecach. Nie powiedziała jednak nic więcej, a po prostu wstała z krzesła,.
Viktor jej nie zatrzymywał. Patrzył na nią przez oddech z jakimś smutkiem czy może zawodem? Spojrzał przed siebie, ale tak naprawdę zupełnie gdzie indziej… kiedy indziej. - Gdyby historia potoczyła się odrobinę inaczej ja mogłem być takim osieroconym dzieckiem... gdybyśmy nie odkryli wszystkiego co odkryliśmy to Aegon mógłby być, zwyczajnie, nadgorliwy. Więc zapytam jeszcze raz, ale inaczej. Czy w innym świecie, jeśli śmierć mojej matki i w efekcie, moje wygnanie, byłoby “w pakiecie” ze śmiercią rzeczywistej wiedźmy co zabijała ludzi… to byłoby tego warte?
Głos miał nieco odległy, a jego pięta uderzała rytmicznie o podłogę, wylewając z niego tłumiony dyskomfort, który sam na siebie ściągnął.
Arkanistka milczała początkowo nim bez słowa ruszyła w stronę schodów, zatrzymując się tylko przy nich, aby dłonią dać sygnał Khalowi by ten szedł za nią na górę. Nie był to gest pełny erotycznego napięcia ale napięcia tak czy inaczej. Nie czekała na mężczyznę, a skierowała się prosto do swojego pokoju w jakim niedługo później zniknęła.
Viktor rozważał chwilę czy ma, w ogóle, na to ochotę…
- Miałem być wyrozumiały, prawda? - zapytał sam siebie, dochodząc do wniosku, że da jej jeszcze szansę się wytłumaczyć. Zasługiwała na to.
Niechętnie wstał i poszedł za nią.
-
Na górze drzwi były zamknięte tylko na klamkę. Nie został zaatakowany fizycznie czy werbalnie. Kaylie siedziała na krześle przed oknem wpatrzona ulicę miasta. Nie odezwała się, gdy mężczyzna wszedł do środka, a nawet nie odwróciła się w jego stronę by na niego spojrzeć.
Nie wiedziała czy chce pierwsza powiedzieć. Nie była pewna czy jest sens, a jednocześnie nie wiedziała co dokładnie chciała uzyskać. Zastanawiała się co on zrobi teraz... Co ona zrobi.- Pani wołała? - zapytał nosowym tonem dworskiego lokaja, z najmniejszą tylko nutką przekory goszczącą w jego głosie, choć wcale a wcale nie był w nastroju. Sam nie do końca był pewny czemu i to obraca w żart.
Kaylie lekko opuściła głowę, aby zaraz ponownie ją podnieść. Ciągle nie mogła znaleźć słów i nie wiedziała jak to rozegrać, więc po prostu ręką wskazała na stołek stojący w kącie pomieszczenia i na miejsce obok siebie, niby szlachcianka kierująca służbą.
Viktor strzyknął śliną i zignorował stołek. Za to przystanął na swojej pięcie i zsunął buta, a potem drugiego i usiadł na jej łóżku krzyżując nogi. Stołek nie spełniał jego wymogów.
Oparł się o ścianę i przymknął oczy, oddalając od siebie myśli o matce i czekając co Kaylie sobie uwidziała.- Byli dwaj bracia. - odezwała się po chwili wystarczająco długiej, aby mógł zacząć sądzić, że ona jednak nie podejmie tematu - Bardzo zżyci ze sobą i ze swoimi rodzinami. Obaj mieli młode żony, małe dzieci. - opowiadała historię patrząc pustym wzrokiem w szybę - Ale pewnego dnia... Tą pełną szczerej miłości rodzinę spotkała tragedia, gdy jeden z braci oddał na niesprawiedliwą śmierć drugiego, zabierając dzieciom ojca i męża jego żonie. Zniszczyło to ich finansowo, pogrążyło w ciężkim żalu. - zamilkła by po chwili dodać - Dlaczego to zrobił?
Viktor rozważył, pomyślał i stwierdził, że nie będzie ryzykował, że to jest jeszcze inna historia niż ta którą Kaylie opowiedziała mu wcześniej o swoim wuju. - Nie będę tu ekstrapolował z niepełnej wiedzy. Dlaczego?
- Dobrze cię wytresowali w Cheliax. - Kaylie odwróciła się na krześle by patrzeć na prawnika - Brat zdradził niewinnego brata by ocalić swoją rodzinę, nawet za cenę cierpienia rodziny brata. Skazał jego duszę na wieczne uwięzienie bez możliwości odejścia do Zaświatów. Powiedz mi teraz: czy zrobił dobrze?
- Pamiętaj, że nic, poza moją dobrą wolą, nie zmusza mnie do znoszenia twoich nieprzyjemności. Nie sprawdzajmy może ile ich potrzeba abym to ja odszedł bez słowa, dobrze? - poprosił intensywniejszym tonem, po czym się rozluźnił, znów opierając o ścianę - Zrobił dobrze, zrobił źle, zrobił tchórzliwie, czy okrutnie… to była sytuacja z której nie było dobrego wyjścia. Ktoś spośród partykularystów by powiedział, że lojalność wobec jego własnej rodziny wiedzie prym i żona z dziećmi wiedzie prym wobec reszty rodziny, więc by pochwalili. Utylitaryści po potępili, jako, że istniejące cierpienie się nie zmniejsza, a wręcz zwiększa o poczucie zdrady oraz niewątpliwe poczucie winy. Deontologowie z całą stanowczością by potępili to co zrobił, wierząc w bezwarunkowość moralności. Tu nie ma jednej jasnej odpowiedzi.
Kaylie nic nie zrobiła sobie ze złości prawnika. Chce czy nie: został wytresowany, aby tak reagować zapobiegawczo na pytania.
- Jeżeli sprawa by dotyczyła ciebie i twojej matki to oczywiście, że byłabym przeciwna temu. - poruszyła wcześniejsze pytanie - Jeżeli kogoś innego... Uznałabym za potrzebne szkody, jako że więcej ludzi by zostało uratowanych od wiedźmy. - pokręciła głową - Widzisz problem?
- Potrzebne szkody… - powtórzył Viktor do siebie, z jakimś przekąsem - Jakby ktoś twojego wuja nazwał “potrzebnymi szkodami” jakbyś zareagowała?
Kaylie uśmiechnęła się krzywo z jakimś gorzkim, ironicznym wydźwiękiem. - W ten sposób mi to próbowano wytłumaczyć. - powiedziała niepokojąco odartym z uczuć głosem - Wtedy nie rozumiałam. Wtedy miałam osiem lat. - spojrzała w podłogę - Wtedy nie rozumiałam...
Viktor dopiero teraz pozwolił zdziwieniu pojawić się na jego twarzy. Otworzył oczy i przekrzywił głowę. Spojrzenie miał pytające i intensywne.
- Co znaczy “wtedy”? Nie próbujesz powiedzieć, że pochwalasz działania Ogrodników, prawda?
- Mojego ojca. - sprecyzowała ciągle zachowując ten sam nijaki ton głosu - On nas bronił... Poświęcił jedną miłość by ochronić inne... Ale ja nie umiałam zrozumieć...
Viktor spuścił z siebie powietrze powoli. To była znacznie lepsza wersja. - Był postawiony w tragicznej sytuacji, bez dobrego wyjścia. Jeśli tortury wchodziły w grę… widziałem ludzi wydających na nich własne dzieci, doprowadzeni bólem do szaleństwa. Nie znam szczegółów tej historii, ale są scenariusze, gdzie jego decyzje były nie tylko zrozumiałe ale wręcz właściwe.
- Mój wuj mógł zrobić to samo. Ale za bardzo kochał brata i mu ufał. - głos stracił na sile - I gdy leżał już pod gilotyną... Gdy patrzył w stronę mojego ojca... Ten wzrok... Jaki pozostał na ściętej głowie...
Zamilkła.
Cisza przedłużała się kilka chwil. Prawie jakby miała być symboliczną minutą ciszy dla jej wuja.
- Był dzielnym człowiekiem. To nie powinno było się wydarzyć.
Następne wydarzenia były nagłe. Kaylie powoli wstała z krzesła i spojrzała na swojego kochanka z wyrazem bólu jaki wylewał się z jej oczu choć były one suche. Bez żadnego ostrzeżenia kobieta wręcz rzuciła się na szyję siedzącego na łóżku Khala i własnym ciężarem go przewróciła.
Jej ciało drżało ze wstrzymywanego płaczu i dopiero po chwili wydobył się z jej gardła dźwięk. Pomiędzy płaczem a śmiechem, szaleńczym wręcz. - A później zabiłam swojego ojca!
Viktor nie wiedział co odpowiedzieć. Kolejne elementy układanki, które nie do końca chciały składać się w całość. Co jeszcze to dziewczę przeszło?
- Chciałabyś… - zapytał ostrożnie, wciąż obejmując ją ramionami i głaszcząc z tyłu głowy - … mi o tym opowiedzieć?
- Zabiłam go... - ciężko było określić czy ona się śmieje, czy może rozpacza - Oskarżałam go ciągle i ciągle, nie chciałam słuchać sensownych argumentów. Nie dałam mu zapomnieć. - drżenie się wzmogło - Męczyłam go tym, byłam winna... - złapała mężczyznę za ramiona - Winna! Ja go zabiłam!
- Byłaś dzieckiem. Tylko dzieckiem. To nie ty ani on jesteście tu winni, a Ogrodnicy i ktokolwiek doprowadził ich do aż takiej władzy. Czy to obywatel Drannoch, czy Cheliax, czy ktokolwiek pomiędzy. Nie ty.
Mimo że była obejmowana to i tak próbowała się bujać jednocześnie wtulając w szyję prawnika. - Miałam wtedy 10 lat... Wykrzyczałam mu słowa pełne nienawiści... Krzyczałam, że to on powinien umrzeć, a nie wuj. - uchwyciła silnie ubrania Khala, jakby próbując złapać siłę jaka chciała jej uciec, a Viktor tylko mocniej ją uścisnął czując jej chwyt.
- Przeze mnie się powiesił!
- Byłaś tylko dzieckiem. Nie wiedziałaś co robisz, nie rozumiałaś świata, konsekwencji ani szerszego kontekstu. Ogrodnicy zabili twojego wuja. Ogrodnicy zdewastowali emocjonalnie twojego ojca oraz ciebie i to ta dewastacja doprowadziła do jego śmierci. Cała twoja rodzina jest tu ofiarą.
- Znalazłam go przypadkowo. Znalazłam go za domem w miejscu w jakim składowaliśmy skrzynie ze śmieciami. - mówiła jakby znajdowała się w innym miejscu - Było tam stare, wysokie drzewo... A on powiesił się na jego gałęziach... Na tych samych gałęziach, gdzie kiedyś wisiała moja huśtawka...
- To okropne. Przykro mi.
Kaylie w milczeniu wtulała się w kochanka. Szukała w nim oparcia, szukała siły. Ciężko oddychała nerwowo łapiąc powietrze. Palce wbijała w materiał ubrania mężczyzny i mięła je w dłoniach.
- Widok jego skręconego karku... I ten krzyk mojej matki... Żadnego nie mogę zapomnieć.
- Takich rzeczy się nigdy nie zapomina - przytaknął Viktor, cichym kojącym głosem, rytmicznie przeczesując jej włosy.
- Jestem winna... - powtórzyła z uporem - Jestem winna jego śmierci. Jestem winna bólu mojej matki. - łzy w końcu nieśmiało popłynęły - Ona mi ciągle to mówiła... Tak jak ja nie dawałam .ojcu zapomnieć, tak ona nie dawała zapomnieć mi mojej winy...
- Więc obie jesteście winne?
- Nie... Ona po prostu dała mi poczuć ból jaki spowodowałam. Nie za pakt, a za moje uczynki muszę pójść do piekła...
- Nie widzisz tu analogii? Jeśli twoja matka nie ma winy w torturowaniu emocjonalnym ciebie, to ty po dwakroć nie masz winy, za męczenie twojego ojca. Robiłyście dokładnie to samo. Męczyłyście członka rodziny, którego oskarżałyście o doprowadzenie do śmierci innego członka rodziny. Ale ty byłaś dzieckiem, co miało jeszcze siano w głowie.
Kaylie po prostu przytulała Khala, nie komentując już jego słów. Syciła się jego bliskością i poczuciem bezpieczeństwa jakie dawał. Nawet gdy zagłębiała się we wspomnienia to jego obecność dawała ulgę nie pamiętała żadnej innej osoby jaka by czyniła tyle co on dla niej.
-
Nigdy nie wierzyłam... - odezwała się niespodziewanie - Nie wierzyłam, że otrzymam miłość. - spojrzała w oczy prawnika - Bo ty mnie kochasz?
Viktor bał się tego pytania od kiedy usłyszał od niej te słowa w namiocie, tamtej nocy. Miał przygotowaną na nie odpowiedź… ale i tak nie był jej pewny. -
Kaylie ja… nie jestem pewny czy w ogóle wiem co masz, przez to słowo, na myśli. Jest ono dla mnie enigmą i trudno mi się nim posługiwać. Ale to co mogę, z całą pewnością i bez najmniejszego zająknięcia powiedzieć to, że zależy mi na tobie. Troszczę się o ciebie i chcę abyś była bezpieczna i chcę ci pomóc z tym co masz w głowie. Chcę aby nam się udało i jestem gotów o to walczyć. Jeśli to nie jest jeszcze miłość o której mówisz, to potrzebuję jeszcze czasu, ale najpewniej dotrzemy jeszcze do tego…
-
Więc... - Kaylie wyraźnie była zaskoczona - Ty mnie nie kochasz...? Więc to wszystko... To nie była oznaka miłości...? Myślałam, że to wszystko połączone składa się na miłość do partnera... Twój kochanek w łóżku nie jest kimś, kto otrzymuje troskę i opiekę od ciebie, a jedynie te chwile przyjemności...
Kaylie zdawała się wyraźnie tego nie rozumieć. -
Kruszyno, jeśli to co wymieniłem dla ciebie oznacza “miłość” to mnie to tylko raduje, że mogę to tak nazwać, ale czy to słowo ma, tak naprawdę, głębsze znaczenie? Chcę ciebie. Chcę się o ciebie troszczyć, dbać i widzieć cię szczęśliwą. Nazwij to jak chcesz. Miłość, przywiązanie, “związek”, czy cokolwiek innego. To tylko słowa. Są ważniejsze rzeczy niż słowa.
-
Kiedyś byłeś już w jakimś związku? - zapytała.
Viktor zawahał się i zastanowił moment. -
Zdefiniuj… “związek”. Bo coś czuję, że inaczej rozumiemy to słowo.
-
To jest jak dwie osoby chcą być ze sobą i się kochają lub tak uważają.
-
Zakładamy wzajemność intencji?
-
Wzajemność?
-
Że obie strony mają mieć dłuższe plany i obie “kochają lub tak uważają”?
-
Najlepiej...? - Kaylie odparła nieufnie.
-
To… - Viktor westchnął cicho. - … nie wiem. Może raz - odpowiedział z nieobecnym spojrzeniem utkwionym gdzieś w przeszłości.
-
Opowiedz mi o tym. - arkanistka lekko odsunęła się by patrzeć na twarz Khala.
-
Ona była… - twarz Viktora na jedną krótką chwilę nabrała odrobiny życia, by natychmiast zgasnąć. - Nie. Wybacz… ale nie. Nie lubię tej historii i nie skończyła się ona dobrze.
-
Ja ci opowiedziałam historię, której nie lubię opowiadać, bo jest bardzo bolesna. - mruknęła - To przecież ma być proces leczniczy, prawda?
Cisza znów się przedłużała, gdy Viktor bił się ze swoimi myślami.
-
Wybacz, ale nie jestem na to gotowy. Kiedyś ci pewnie opowiem tę historię, ale to nie będzie dzisiaj… może powiem tyle, że ją skrzywdziłem i Valerie nie zasługiwała na to, ale to musi ci wystarczyć. Przepraszam.
-
Chciałbyś mieć jeszcze jedną szansę by z nią być? - zapytała jak najbardziej neutralnie jak tylko potrafiła.
-
Ona jest daleko. Nyshire, na wschód od Egorianu. Nigdy więcej jej nie zobaczę… i tak będzie lepiej. - Viktor mówił powoli i nie do końca obecnie. Nie krył, że to nie jest dla niego łatwe. - To co bym chciał, związanego z nią, to nigdy jej nie spotkać i oszczędzić jej… mnie.
Kaylie położyła dłoń na jego policzku i zaczęła głaskać. -
Ale widzę, że cierpisz.
Niby-wesołe prychnięcie złamało cichy nastrój. -
Nieprzerwanie od tamtego dnia dwadzieścia osiem lat temu… ale skończmy, bo już jęczeć zaczynam i nie podoba mi się to. Możemy się, po prostu, tulić póki obowiązki nie zmuszą nas do wstania?
-
Unikasz całe życie. Po dwóch tygodniach jestem w stanie to zobaczyć. - pokręciła głową i położyła ją na jego klatce piersiowej - Czy to samo widziały twoje inne partnerki? Te na noc czy kilka dni? Czy po prostu tak je mamiłeś, aby nie myślały o niczym poza najszybszą drogą do twojej sypialni?
-
“Mamiłem” pfff… - prychnął w niby-oburzeniu - Nigdy nie kłamałem, ani nie udawałem kogoś kim nie jestem. Jedynie wybierałem które aspekty mojej osoby im wyeksponuję, a które zachowam dla siebie… Nie uwodziłem ich niestworzonymi obietnicami, a budowałem fascynację dla “tu i teraz”. I… Kruszyno… znamy się, tak naprawdę, niecałe dwa tygodnie, a już większość moich żali na ciebie wylałem. Daj mi czas, a poznasz pewnie resztę, ale to nie jest podbudowujące kiedy, po raz kolejny, tak generalnie zarzucasz mi tchórzostwo, nie myślisz?
-
Nie zarzucam tchórzostwa. - zaprzeczyła bawiąc się materiałem bluzki mężczyzny, miętoląc ją między palcami - Unikanie nie musi oznaczać tego. Może oznaczać umyślne wprowadzanie w błąd A ty przecież dokładnie wiedziałeś do jakich wniosków może dojść partnerka. - ciągle trzymając głowę na piersi Khala spojrzała do góry na jego twarz - Nie jesteś tak naiwny i głupi, aby nie zauważyć regula condictionis. Po prostu nigdy nie przechodziłeś za linię jaka zapewniała ci ochronę przed posądzeniem o deliberata actio.
-
Kaylie, proszę cię… - głos Viktora wciąż był ciepły, a palce rozczesywały jej włosy. Nie przyznał tego, ale na jakiejś dziwnej płaszczyźnie poczuł się nieco “jak w domu” słysząc z czyichś ust infernalny - Mam wrażenie, że pomieszało się kilka tematów… Naprawdę nie przyjmujemy innych opcji czemu ktoś może chcieć zachować historie dla siebie, poza tchórzostwem bądź nieszczerością? Nie miałaś tego na myśli, prawda?
-
Och, Khal. A ty ciągle o tym? - zaśmiała się - Nie mówię o historiach z życia, zrozumiałam, że jeszcze nie czas. Mówię o twoich podbojach i ogólnym traktowaniu partnerek jako de facto zwierzyny łownej. Czy tak o nich myślałeś od początku, czy z czasem dopiero?
-
Oh, pradon, że wciąż pamiętam temat sprzed jednej wypowiedzi! - niski chichot wydobył się z jego piersi. - Nie użyłbym określenia “zwierzyna łowna”. Jeśli ktoś by powiedział, że zamierza "upolować tę sarenkę” to byś z miejsca pomyślała, że “sarenka” oznacza tyle co moje jagnię. A definitywnie bardziej myślę o tym jako podboju niż polowaniu. I… - zmarszczył brwi, wyszukując wspomnień sprzed dwóch dekad - Chyba nie było tak zawsze. Ale też nie było dużo inaczej. Może z Aurorą, na początku, w tamtych chwilach gdy nasza… relatio… wyglądała jak związek. Po niej, przez kilka lat, jeśli byłem w czymkolwiek co mogłoby być nazwane relacją, to było nie z mojej inicjatywy, bo byłem zbyt zapatrzony w księgi i mistrzynię Morgwyn… czysto akademicko. Potem… byłem zawiedziony. Kolejne partnerki nie dorastały do pięt żadnej z tych dwóch. Nagle okazało się, że większość kobiet… w zasadzie to większość ludzi, ale o niewiastach teraz mówimy… nie jest w stanie nawet prowadzić stymulującej rozmowy ani nie reprezentuje sobą nic ciekawego. Mają swoje małe problemiki, małe dramy, małe wyzwania z których każde dałoby się z łatwością rozwiązać najmniejszą odrobiną inteligencji bądź kompetencji. Ale nie są w stanie tego zrobić. Naprawdę widzę perfekcyjną logikę, że w momencie gdy oferują tylko jedną ciekawą rzecz, to tylko w tym budzą moje zainteresowanie.
Kaylie słuchała mężczyzny z zainteresowaniem lub może lekkim rozbawieniem. Gdy już zakończył przez chwilę patrzyła w milczeniu by później zachichotać krótko. -
Avernus. Tam byś należał ty cholerny nadęty własną dumą cwaniaku. Czy ty w ogóle się słyszysz ponad dźwięk marszu własnej pychy? - dodała rozbawiona - Tak, jak możesz mieć rację w stosunku do niektórych, tak wątpię byś tak długo ze wszystkimi przebywał, aby zobaczyć ich prawdziwą naturę i spróbować widzieć coś więcej niż co mają pod ubraniem oraz jaka kryje się w nich dusza i umiejętności.
Viktor milczał chwilę, jakby wsłuchany w coś odległego. -
Hmmm? Mówiłaś coś? Nie dosłyszałem cię na tle surn, wygrywających hymn na moją cześć - zaśmiał się przekornie i ucałował ją w skroń. - Każda z nich miała szansę udowodnić swoją… może nie “wartość”, ale “ciekawość”. Z początku na siłę się tego doszukiwałem i dopiero po jakimś czasie przestałem. Gdy doszedłem do wniosków, że statystycznie to nie jest warte zachodu. No powiedz mi, proszę… jak ja miałem traktować poważnie jęczenie, że kot jest w rui i znowu uciekł? Albo usilne wybaczanie kolejnych noży w plecach wbitych przez “przyjaciółkę”? Czy może wypłakiwanie mi w pierś, że… uważaj, uważaj, bo to jest dobre… że mąż ją zdradza. Mąż. Ją zdradza… gdy tak chlipie obok mnie NAGA i wciąż rumiana, a twarz ma przyozdobioną moim nasieniem. Jestem dumny ze swojego samoopanowania, że nie wyśmiałem jej w tamtym momencie.
-
Więc dla ciebie ja jestem lepsza, bo nie mówię o problemach-pierdołach? - Kaylie skrzywiła się - Zapamiętane. Każdy problem-pierdoła pozostanie zamknięty we mnie. Co do kurwy co zdradzała męża... Wiesz, że ty też nie jesteś bez winy? Jej wina większa, tak, jednak ty nie byłeś dzieckiem i dobrze wiedziałeś co robisz. Do tego ja ci nie obiecam, że nie ma szans, abym kiedykolwiek wbiła ci nóż w plecy. Będę próbowała tego nie zrobić, ale życie to życie i może doprowadzać do bardzo wybuchowych sytuacji, w jakich cię skrzywdzę umyślnie bądź nie.
Arkanistka bawiła się paskiem przy spodniach Khala, ale nie próbowała go rozpiąć. -
“Raz”. Postaraj się nie chlipać z powodu plamki na sukni to będzie wszystko w porządku. “Trzy”. Przejdziemy ten most gdy do niego dojdziemy. Wiem, że jesteśmy pokrzywieni i czeka nas prawdziwa burza do przejścia. I wracając do “dwa”. Pewna czarownica mi to kiedyś zarzuciła… było jeszcze kilkoro, ale ta była najciekawsza… interesuje cię pełna odpowiedź, skrócona czy może w ogóle byś wolała zmienić temat?
-
Dawaj pełną. Może będzie w tym dużo ochrzaniania ciebie. - ułożyła głowę na brzuchu kochanka - I nie chlipałabym z takiego powodu, błagam. Zapomniałeś? - wykonała kilka ruchów palcami - Magia?
- Pani wołała? - zapytał nosowym tonem dworskiego lokaja, z najmniejszą tylko nutką przekory goszczącą w jego głosie, choć wcale a wcale nie był w nastroju. Sam nie do końca był pewny czemu i to obraca w żart.
-
- A widzisz? Nawet nie chcesz być kategoryzwana razem z takimi ciapami. I uznaję, że właśnie zrzekłaś się prawa do narzekania na mój “słowotok”. Wiedźma miała na imię Abigail. Włosy rude, że prawie pomarańczowe, choć mocno już posiwiałe. Nieco przygarbiona od setek godzin pracy nad dekotami, miksturami i wywarami dla mieszkańców Auginford, małej mieściny na południu Nidal. Spędzałem tam swoisty urlop. Po dwóch tygodniach menda miała mnie rozpracowanego. Przynajmniej na pewnym poziomie. Przyszła do mnie gdy w zajeździe notatki robiłem, w przód planując obrony spraw, które na tym urlopie zaniedbywałem.
- Jesteś plagą, wiesz to, prawda? - zaczęła wtedy ostro, nie patyczkując się. - Rozbijasz małżeństwa, siejesz nasiona zamętu i zaraz znikniesz zostawiając nas byśmy to zebrali. Zostawisz za sobą tylko pożądanie, niespełnione marzenia i popiół. - Abigail chyba lubiła dramatyzować. Czując się wtedy w klimacie uznałem, że podejmę jej grę. Aby się rozerwać choćby trochę. Odrobina teatrzyku nie mogła zaszkodzić. Więc złożyłem notatki, dopiłem wina, zawołałem po jeszcze i zerkając samozadowolenie, spod półprymkniętych powiek zapytałem:
- Ja to robię? Czy może to świat reaguje na… moją obecność. Wiesz, że nie trzeba magii aby ludzie ukazali swoje prawdziwe oblicze. Trzeba tylko dać im wybór. I ten moment, sam na sam, z zakazanym owocem. Ja nie jestem plagą. Jestem próbą. Kto upada był już słaby długo zanim mnie spotkał. - Nie była pocieszona tą odpowiedzią - zachichotał do wspomnień. - Prychnęła pogardliwie i zapytała - Ile takich słabości odnalazłeś, ty próbo chodząca? - Miała cudowną manierę w głosie, którą prawie jeszcze pamiętam, ale za nic nie potrafiłbym powtórzyć. - Dzisiaj? Dwie - odpowiedziałem - I pół. Jedna wciąż waha się między narzeczonym a legendą którą obrosłem w jej wyobraźni. Dam jej czas do jutra. Ale powiedz mi, oh mistrzyni trucizn, run i serc.
Viktor był “w” scenie i jakaś nutka w jego głosie, głębia jego tonu dawały poczucie jakby co mniej doświadczone niewiasty mogły się zarumienić od samego tego zdania.
- Czemu naprawdę się złościsz? Czymże ja ci zawadziłem?
- Powiedziałam już. Przynosisz nam popioły i choć potępiam te wszystkie co wpadają w twoje sidła, ty też nie jesteś bez winy. Na twoim sumieniu będą rozbite rodziny i dzieci w nich wychowywane.
- Ach… ta moralność. Cnotliwe niewiasty, z sumieniami wypolerowanymi na lustro tak chętnie się na nią powołują, próbując ukryć własne kompleksy i niedoskonałości pod płaszczem niewidzenia – oślepiając się takimi złoczyńcami jak ja… Ale jak przyszło mi słuchać tych oskarżeń to pozwól, że się odniosą… Po pierwsze… nie ja jestem żonaty. Nie złożyłem żadnych przysiąg, nie zbłaźniłem się klękając z pierścionkiem w palcach i sercem na tacy. To nie moje obietnice są łamane… ale ich. Ja jestem tylko okazją…
- Po drugie… moja droga, mamy wolną wolę. Nie jestem czarnoksiężnikiem. Nie znam dekotów na pożądanie, nie rzucę uroku miłosnego, nie napoję miksturą odbierającą zmysły… choć niektórzy mnie o to oskarżali - jego głos stał się bezczelnie samozadowolony i choć Kaylie nie widziała jego twarzy, to niemal “usłyszała” mrugnięcie w jego głosie. - Ale to one wybierają. To ZAWSZE jest ich wybór. Ja jestem tylko… uroczy… przystojny… tajemniczy… i niebezpieczny… przychodzą do mnie bo mają dość nudnych wieczorów z mężami. Bo chcą uciec od szarości codziennego życia. Poczuć serce próbujące się z piersi wyrwać jeszcze ten jeden raz. Zostać księżniczką w moich ramionach, o której potrzeby ktoś chce i umie zadbać, w opozycji do seksu będącego bardziej pańszczyźnianym obowiązkiem. Czy to moja wina, że daję im MOŻLIWOŚĆ poczucia czegoś więcej niż chłód małżeńskiego łoża?
- Po trzecie… wprost uwielbiam jak i ludzie to zarzucają. Wiesz o co mnie pytają częściej? W połowie przypadków jedni i ci sami? “Jak ty to robisz?”, “Czy ona naprawdę?”, “A może ja też bym mogła…”. Większość tych świętoszków chciałaby być przez jeden wieczór mną… albo ZE mną… A w swej niemocy zostaje im pluć. Klasyka… zazdrość przyodziana w maskę moralności.
- Po czwarte. Najważniejsze. Ja nie niszczę związków. Ja tylko pokazuję, że były już zniszczone. Piękna dama, wzdychająca w moich ramionach już od dawna nie czuła do męża-z-powinności nic, a na pewno nie lojalność. Ja nie jestem powodem, drodzy świętoszkowie. Ja jestem lustrem. Nie mam mej winy w tym, że nie podoba wam się co w nim widzicie – I jeszcze jedno. Z możliwości mnie NIGDY nie skorzystała żadna szczęśliwa mężatka.
Viktor odkaszlnął w pięść kończąc historię. - Oczywiście to była improwizowana na bieżąco parafraza. To było dobrą dekadę temu, ale sens został zachowany. Dyskusja trwała jeszcze pół nocy. Abigail była… wyjątkowa. Gdyby nie śmierdziała alchemicznie, ilekroć się do niej zbliżyłem, pewnie bym nawet dał jej możliwość zawiedzenie w próbie.
Kaylie patrzyła zimno w ciszy leżąc głową na brzuchu Khala. Cierpliwie czekała by zabrać głos. - Myślałam czy po prostu nie dać ci w pysk. - odparła wpierw - Ale to w sumie nie miało by sensu. Ciągle jesteś dzieciaczkiem jakiemu brakuje wychowania w życiu i starasz się przekonać się, że Ty nie robisz niczego niepoprawnie, a to inni są winni. Nie obchodzą cię konsekwencje jakie zostawiasz by to inni rozwiązali. To musi być niesamowicie przyjemne uczucie, gdy jesteś w stanie przekonać samego siebie, że wszystkie konsekwencje nie mają z tobą nic wspólnego, bo ty masz wolną wolę. I coś takiego idzie od nieudanego kapłana Asmodeusza? Tego, co był absolutnie przeciwny wolnej woli? - parsknęła - To gdzie moja wolna wola? Czy to znaczy, że ja mogę brać kogo chcę i ty nie możesz nic przeciwko temu?
Zimna frustracja zalała Viktora, ale opanował ją nim powiedział więcej niż chciał. - Iii… znów przechodzimy do nieprzyjemności? Jestem ciekaw czy ty byś tak zgrabnie przyjęła przytyk z kategorii “nieudana studentka szkoły magicznej Galt”, co? Nie zostałem kapłanem Asmodeusza, bo się nadarzyła lepsza okazja. Kozioł oferuje lepsze warunki rozwojowe. Tyle. W sumie wcale nie “tyle”, bo jeszcze gardzę jego wizją legislacyjną i to też jest ważne. A w całym tym wywodzie ani razu nie wspomniałem o MOJEJ wolnej woli, więc rozważać zaczyna czy zrozumiałaś przekaz… ale tak. Tak samo jak wszystkie panie, co zdradziły zaufanie swoich mężów, masz wolną wolę i możesz sypiać z kim ci się podoba i ja wtedy nie będę mógł mieć żadny żech pretensji… do tego “kto ci się spodoba”. Ten ktoś nie jest mi nic winny. On mi nic nie obiecał. Nie miałem z nim żadnych ustaleń… A ja nigdy nie naruszyłem wolnej woli żadnej z kobiet z którymi spałem. Każda mogła powiedzieć mi “nie” i wiele razy mówiły, a ja wtedy to uszanowywałem. To były dorosłe, w pełni zdrowe na umyśle i wykształcone emocjonalnie osoby. I historia może mnie odrobinę misscharakteryzować. Abigail zaczęła temat mężatek, dlatego o mężatkach mówiłem, ale takie są w zdecydowanej mniejszości moich podbojów. Rzadko wychodzę do takich z inicjatywą. Tylko jeśli mam dobre powody sądzić, że małżeństwo jest już tym z-powinności. Wolę wolne panny, wdowy, albo zakonnice… drastycznie mniejsza szansa późniejszych komplikacji.
- Małżeństwa wyżej urodzonych są zasady w większości TYLKO z powinności. Bardzo rzadko w tym występuje jakiekolwiek prawdziwe uczucie. A to co mówisz trąci mizoginią. Kobieta nie może z innym się przespać prócz męża, ale nie byłoby tego problemu w drugą stronę, prawda?
- Fakt, małżeństwa szlachcianek zasługują aby je specyficznie wymienić. I moja praktyka potwierdza twoją teorię. Wśród niższej i średniej klasy mężatki miały znacznie zredukowany stopień… odpowiedzi na moje podejścia. U szlachty ten efekt był znacznie mniej zauważalny. I przykro mi, Kruszyno, ale pudło. Płeć nie ma nic do rzeczy, a jedynie umowa między partnerami. Dla wielu jagniąt nie byłem jedynym partnerem i nie raziło mnie to w żaden sposób. Bo się na to nie umawialiśmy. Gdy znajomy z loży zdradzał żonę spotykał się z krytyką z mojej strony. Bo łamał wcześniejszą umowę. To o nią się rozchodzi.
- Starasz się rozgrzeszać w ten sposób. - powiedziała zimno - Ale skoro jest ci tak lepiej żyć... - wzruszyła ramionami. Prawdę mówiąc w tym momencie zaczęła być niespokojna o dalsze losy tego związku - W sumie gdzie byłeś wczoraj? - zapytała nagle zmieniając temat.
- Nie mam nic z czego musiałbym się rozgrzeszać, tak jak ty nie potrzebujesz rozgrzeszenia z zabijania ludzi. W nocy budowałem kontakty. Będę potrzebował wielu przyjaciół jako arcykapłan i sieć informatorów będzie więcej niż użyteczna.
- Więc już z kimś spałeś. - stwierdziła udając brak zainteresowania.
Viktor zachichotał nisko, po swojemu. - Nie, Kruszyno, nie spałem. Budowałem kontakty… - powtórzył swoje słowa - …w diasporze krasnoludzkiej Evercrest. Mam tam znajomego sprzed trzech dekad.
- I... Nikt ci nie wpadł w oko?
- Było kilka dziewcząt… - wzruszył ramionami od niechcenia - I spośród nich kilka się kręciło wokół, a jedna czy dwie istotnie śliczne. Jednak nie mam wobec nich jeszcze żadnych planów. Może w przyszłości, ale sam nie wiem. Chwilowo mam ważniejsze rzeczy na głowie.
- A... Jakie one są? - zapytała nadal udając brak zainteresowania.
Viktor uniósł brew w rozbawieniu, ale Kaylie nie mogła tego widzieć. - Jesteś od nich ładniejsza, skarbie, jeśli o to pytasz - odpowiedział chichocząc i pocałował ją w czoło. - I to znacząco. I kompetentniejsza, i one nie potrafiłyby mnie w harmonijkę złożyć no i jeszcze zbladłyby, i uciekły jakbym opowiedział im o sobie jedną dziesiątą tego co ty wiesz.
- Są młodsze ode mnie, prawda? - teraz opadły nawet jej próby ukrywania swojej niepewności.
- T-tak… i wciąż nie dorastają ci do pięt. To tylko jagnięta. Z kategorii nieciekawych, co pewnie nawet do rotacji by nie weszły, GDYBYM w ogóle się z nimi przespał. Nie są nawet w sąsiedniej kategorii co ty. Rozumiesz?
- Rozumiem, rozumiem... - potwierdziła nerwowo - po prostu... To nowe dla mnie.
- Rozumiem i w porządku. Ilekroć pojawią ci się wątpliwości w ślicznej główce… pytaj. Nigdy się nie zirytuję na ciebie za danie mi okazji pomóc ci z… niezręcznością tego układu.
Kaylie uśmiechnęła się dość niezręcznie. - Nie chcę cię krępować... Tylko po prostu nie wiem... - przygryzła usta - Nieważne. Czy będę mogła spotkać tych twoich znajomych?
- Ekhm… - Viktor podrapał się po skroni - Nie jestem pewny czy byś ich polubiła. I jeśli dołączysz do straży tworzyłoby to… pewien konflikt interesów i sądzę, że to nie byłaby komfortowa, dla ciebie, sytuacja. Z Sergiem cię chętnie zapoznam. Ostatnio nie miałem swojego “plus jeden”, gdy w Purpurowym Indorze jedliśmy. Co o tym myślisz?
- Sergiem? Kto to? - zapytała i dodała - i dlaczego tworzyłoby to konflikt? W co ty się pakujesz? Kim są ci znajomi?
Kaylie miała złe przeczucia co do wyboru znajomych swojego kochanka. - Szara strefa. Ludzie do wykorzystania w najbliższych miesiącach i późniejszego redefiniowania na moje potrzeby. To prości ludzie. Łatwo osiągnę wśród nich “miękką kontrolę”. Serg to… niższy trybun. Zajmuje się rozsądzaniem drobnych spraw mieszczaństwa. Niezbyt istotna osoba, ale raz, że dobrze będzie wyglądać zadawanie się z nim, dwa to z legionu takich “drobnych przyjaciół” co jakiś czas się wyłaniają “zasadni sojusznicy”, co okazjonalnie, przy dużej dozie szczęścia i wkładu własnego, mogą stać się “potężnymi partnerami”.
- Szara strefa? Co przez to rozumiesz?
- Ludzie których poznanie, jeśli dołączyłabyś do straży, zmusiłoby cię do wybrania lojalności wobec niej, albo wobec mnie - powiedział z troską i zmartwieniem - Nie chcę wymuszać na tobie tego wyboru, więc zostawmy to na tym, możemy?
Arkanistka uniosła się i usiadła patrząc na mężczyznę. - Czy... Czy ty się zadajesz z kryminalistami? - pokręciła głową w niedowierzaniu - Khal! Jesteś przecież prawnikiem i kapłanem boga prawa i porządku! I chcesz przekonać do siebie miasto!
- Jestem też człowiekiem, na którego barkach spoczywa zadanie zbudowania religii. Człowiekiem, którego pracodawca zapomniał o pewnym tycim-mycim, maluśko-drobniutki aspekcie… finansach. I to nawet nie tak, że “po prostu się nie dołożył”. Dał mi tydzień. Jeden. Przeklęty. Tydzień. Na ogarnięcie WSZYSTKIEGO przed wyjazdem. Jakby dał mi rok to sam bym uzbierał fundusze na to wszystko, ale z tym tygodniem… w panice sprzedałem wszystko czego nie mogłem ze sobą zabrać. Po znajomości, powołując się na trzy duże przysługi, które ludzie byli mi winni, udało mi się uzyskać jedną trzecią tego co mogłem mieć. Jednego domku wakacyjnego w ogóle nie dałem rady sprzedać. Z łatwością odstąpiłbym go komuś za dziesięć do dwudziestu pięciu tysięcy. Jakbym tylko miał czas. Technicznie wciąż jest mój, ale za półtorej dekady będę oficjalnie wywłaszczony, a na długo wcześniej zostanie on zdewastowany przez młodzież, gdy tylko zorientują się, że właściciel “zapomniał o nim”. Straciłem fortunę. Prawdziwą fortunę.
Głos Viktora drżał warkliwie, w odcieniu zimnej złości. - Wiem dobrze kim jestem i jaka to jest hipokryzja. Wiem i nienawidzę każdego momentu tej farsy. Jednak moim celem nie jest tu zostać przyjacielem miasta, nie jest być wzorem do naśladowania, ani nawet poprawnie wyznawać Kozła. Ja mam zbudować mu religię. Evercrest łaskawie pozwoli nam zrobić to oficjalnie, ale kto sfinansuje budowę świątyni? Przepisanie świętych tekstów? Utrzymanie wszystkiego? Koszta związane ze świętami? I działania pro-społeczne, które z początku będą pochłaniały duże fundusze, bo będziemy musieli zwrócić na siebie uwagę ludzi i przekonać ich do siebie. Mam na to plan… plan wymagający dziesiątej części funduszy dla klasycznej budowy i setnej części czasu normalnie do tego potrzebnego, ale to wciąż nie mniej niż kilkanaście tysięcy koron, których nie mamy w swoim posiadaniu. O których pozyskaniu, wybacz, że to powiem, ani Baltizar ani ty nawet nie zaczęliście myśleć. To jest na moich barkach. To jest moja odpowiedzialność i jeśli zawiedziemy, albo co gorsza: ośmieszymy się, to głównie na moją głowę wyleje się gniew Azazela. Godzę się z tym jednak. To nie jest temat jak poprzednia dyskusja. Tu przyznaję ci całkowitą rację, że to nie jest coś co powinienem robić i niech piekła zamarzną… chciałbym mieć lepszą opcję. Tyle dobrego, że moi “dawni znajomi” nie krzywdzą ludzi. Nie napadają nikogo, nie przelewają krwi, nie kradną. Zamierzam wykorzystać ich możliwości. Na ich lidera już mam haka, że mógłbym mu w pysk splunąć i kazać podziękować, ale wolę mieć go za przyjaciela. Za rok będę miał ich w kieszeni i będą mi za to wdzięczni. Już teraz zacząłem ich reformować w coś innego, co z czasem stanie się zupełnie legalne.
Kobieta skrzywiła się i spojrzała w bok. Nie podobało się jej to wszystko... Bardzo się nie podobało. Nie chciała by tak to wszystko wyglądało! - Nie powiesz mi, że te wszystkie kulty mają od samego początku masę pieniądza! Czemu nie zmusi się bogatych ich członków do dotacji? - fuknęła z irytacją - Niech bogaci z miasta dotują w ramach nagrody w podzięce za załatwienie tego alchemika!
- Trzy z czterech kultów, co wyszły ponad etap tajemniczych spotkań w piwnicy, jest bezpośrednio, bądź pośrednio finansowana przez kogoś pokroju ludzi, co budują marmurowe domki gościnne dla psów swoich gości. Nawet pomijając to… musisz pamiętać, że my nie zakładamy kultu. My zakładamy religię. Oficjalną. Z pompą. Kamienną świątynią z witrażami. Procesjami trzy razy w roku. Mocno stylizowanym mosiężnym posągiem, wysokim na trzy metry w głównej celli. Próba zmuszenia bogatych do rozstania się z pieniędzmi skończy się tylko konfliktem z lokalną szlachtą, a chcemy, by z czasem i oni do nas dołączyli. Jak się im buty odpowiednio wycałuje to rzucą jakimiś drobnymi, “aby dobrze wyglądało”, ale nie rozwiąże to naszych potrzeb finansowych, ale już zawsze będą oczekiwać byśmy rozmawiali z nimi na kolanach. Moglibyśmy zrobić to “powoli i jak należy”. Zaczynając od skromnej drewnianej kaplicy i z datków to rozwijać. Ale wtedy to zadanie nie zostanie ukończone za życia mojego następcy.
- Myślałam, że wystarczy kupić jakiś magazyn i tam umeblować. - powiedziała zszokowana - Po co to wszystko? To ma być kult Azazela czy Asmodeusza? - Khal mógł zobaczyć jakąś irytację w spojrzeniu Kaylie - Jak on chce jakiś posąg to niech sam go załatwi! - prychnęła.
- Załatwia go sobie. Naszymi rękami - odpowiedział z kwaśnym przekąsem - Magazyn przerobiony na kościół zawsze byłby tylko i wyłącznie tym. Magazynem przerobionym na kościół. Prawdopodobnie w Dzielnicy Kuźniczej, która jest bardzo złą lokacją dla świątyni. Mam plan, Kaylie. I mam w nim miejsce dla ciebie i dla Baltizara. Wasza dwójka przyspieszy go o całe lata, ale i tak kilka potknięć po drodze, albo kilka losowych wydarzeń może łatwo doprowadzić do końca tej historii, gdzie Kozioł zadanie uznaje za wykonane, kiedy ja jestem już starcem. Zależy mi aby jednak osiągnąć to trochę wcześniej.
Kaylie skrzyżowała ręce na piersi i silnie wypuściła powietrze nosem. Nie była szczęśliwa, w żadnym wypadku. - Azazel powinien się cieszyć z choć kapliczki w schowku na miotłę. - niechęć do diabła była wręcz namacalna i w sumie smutna w swej bezsilności.
Kobieta zacisnęła szczękę bijąc się z myślami i odezwała się dopiero po jej rozluźnieniu i głębokim nabraniu powietrza w płuca. - Dobrze. - wypowiedziała twardo jakby papierem ściernym każdą literę przecierała - Nie pójdę do straży i nie upoluję tych kryminalistów.
Viktor ucałował kochankę w czoło. Długo i czule. - Oj nie, Kaylie. Dziękuję ci, że jesteś na to gotowa, ale jeśli uważasz, że będziesz w straży tę odrobinkę szczęśliwsza, albo zwyczajnie zadowolona z życia, to nie rozumiem tego, ale zachęcam cię. A ja to wykorzystam, aby ich jeszcze bardziej od siebie uzależnić. To będzie komplikacja, ale przy odrobinie szczęścia, tylko przyspieszy to moje… moją miękką reakwizycję przywództwa. Myślałem, że pomożesz mi w kancelarii, ale to nie tak, że to jest gorsza opcja. Po prostu inna.
Arkanistka spojrzała spode łba na prawnika. - Jako strażnik miałabym pewien poziom władzy i posłuchu, choćby i z obawy.
- Jeśli chciałabyś to wykorzystać aby pomóc naszemu zadaniu: świetnie. To jest dobry materiał do działań. Jeśli chciałabyś to robić jako poboczną rzecz, niezależnie od naszych obowiązków: wspaniale. Będę się cieszył, że znalazłaś swoje miejsce. Jeśli masz jakąś inną myśl… to zamieniam się w słuch.
Magini ciężko westchnęła. - Nie rozumiesz. Kiedy robię cokolwiek staram się zrobić to perfekcyjnie. Być najlepsza. Kimś, kto zawsze wykona zadanie. Porażka... - pokręciła głową - Nie przełknęłabym, nawet pozorowana. - znowu zawiesiła głowę - Mogę... Sprawić by Filia nie chciała mnie w straży. Na egzekucji. - pojawił się na twarzy kobiety krzywy uśmieszek - Po prostu... Pozostać najemnikiem. Tym Łowcą Głów jakiego będzie się obawiała tłuszcza, gdy pójdzie polować. Gdy nie będzie... - wzruszyła ramionami - Mogę chodzić na przyjęcia, czytać swoje romanse, pomagać w kancelarii nawet. Nie widzę problemu.
Kaylie powiedziała to tak bez wahania, że dochodziło się do wniosku, iż ona naprawdę nie czuje tego psychicznego rozerwania. Kontradykcji. - Ty… kojarzysz, że Filia od lat walczy z… szemranym elementem w Evercrest i ma wsparcie nadwornego dywinatora w tym, oraz małego legionu strażników, prawda? Rokujesz tutaj, że zostając strażniczką byś osiągnęła coś co im, ani nikomu, nigdy się nie udało i byś wyeliminowała zupełnie wszystkie grupy przestępcze? Choćbyś sprowadziła tutaj kontyngent Szarych Ogrodników i miasto dało im wolną rękę to nie daliby rady wyłapać wszystkich. Moi znajomkowie to mały pryszcz w porównaniu do innych grup Evercrest. W najlepszym scenariuszu… takim EKSTREMALNIE dobrym… “heroiczna powieść akcji” – dobrym… lata by ci zajęło przebijanie się przez te grupy co rzeczywiście krzywdzą ludzi, aż byś doszła do tej małej gromadki. A do tego czasu będą oni już całkowicie zresocjalizowani i przebudowani zgodnie z moją wolą. Baltizar podejrzewa, że w mieście są kultyści Mammona. Potencjalnie inni. W dzielnicy Kuźniczej i Północnej operuje mała mafia… wiesz… wymuszenia, pieniądze za “ochronę” i podobne sprawy. Coś się dzieje w cechu krawieckim, ale tylko powąchałem temat i wiem tyle, że śmierdzi. Za miastem jest przynajmniej kilka grup rozbójniczych napadających na kupców i para wywern, które co jakiś czas zlatują z gór i terroryzują okolicę. Narkotyki nie są poważnym problemem w Evercrest, ale znacznie większym niż moi znajomi. To wszystko poznałem “przy okazji”, więc definitywnie jest tego znacznie więcej. I to wszystko są problemy z którymi straż jeszcze nie dała sobie rady, albo mają zbyt mały priorytet by, ‘na poważnie”, się nimi zająć. Jako strażniczka miałbyś dość roboty i okazji poczynić zmiany.
- To z czym miałabym wielki problem to maniakalne przywiązanie do praw. - westchnęła - Uważam, że nie ma co się patyczkować z niektórym elementem tylko przetłumaczyć mu tak jak rozumie. Jeżeli to wymaga wybicia kilku zębów? Niech i będzie. Jeżeli to skończy się śmiercią jakiegoś mordercy? Przynajmniej nie będzie problemem już. To takie patyczkowanie się robi więcej zła niż działanie tych co są winni.
- Oj tak, miałabyś duży z tym problem, a Filia z tobą większy, jeśli byś nie potrafiła tego uszanować. “Dobra praktyka sądownicza” jest łagodniejsza niż byś chciała, bo społeczeństwo uznało, że strażnicy miejscy nie są nieomylni i przy najlepszych chęciach mogą “wybić kilka zębów”, albo “zabić jakiegoś mordercę”, aby się później okazało, że mieli niewłaściwą osobę… no i tym dochodzimy do drugiego tematu, że jako strażniczka MUSIAŁABYŚ działać w myśl doktryny “lepiej dać winnemu się wymknąć, niż skrzywdzić niewinnego”. To jest coś absolutnie koniecznego. Straż miejska działająca bez tego założenia bardzo szybko, jeśli jej pozwolić, zmieni się w Szarych Ogrodników. A nikt nie chce mieć u siebie Szarych Ogrodników. Na pewno nie Filia. Dlatego proponowałem ci zostanie łowcą głów, działającym ekskluzywnie dla niej. Nie będziesz oficjalnie W straży, albo wciąż byś pracowała DLA straży. Nie wiązały by cię aż tak ich dylematy. Jakbyś popełniła błąd nie rzutowałoby to tak na Filię, więc nie musiała by cię trzymać na krótkiej smyczy, jakby to miało miejsce z Kaylie – krawężnikową. No i mogłaby ci płacić drastycznie lepsze pieniądze, nie będąc związaną odgórnymi dekretami o pensji strażnika miejskiego ani zazdrością kolegów ze służby.
Kaylie zamruczała pod nosem z niezadowoleniem, ale w końcu poddała się. - Niech i będzie. Miałam nadzieję być częścią czegoś większego, a nie samotna, ale może tak będzie lepiej. - padła plecami na materac.
- Ja nie próbuję cię tu do niczego przekonać. Najwyżej do tego abyś podjęła doinformowaną decyzję. Jaka jest moja opinia na ten temat nie ma znaczenia i jeśli byłabyś w straży szczęśliwsza to z radością pomogę ci jak tylko będę mógł. Po prostu chciałbym abyś, jeśli dołączysz do straży, wiedziała z jakimi wyrzeczeniami się to wiąże, abyś uniknęła rozczarowania i kłopotów. Ale starczy już mówienia o tym. Masz czas się zastanowić i w każdej decyzji będę cię wspierał. Jakbyś chciała później zrobić na ten temat kolejną burzę mózgów, to musisz tylko zacząć temat… to jak? Chciałabyś pójść ze mną na podwójną randkę, w Purpurowym Indorze, z Sergiem i jego żoną?
- I nie będziesz jej podrywał? - zapytała patrząc na niego z leżącej pozycji.
Viktor zaśmiał się cicho i serdecznie. - Będę czarujący i będę starał się pogłębić dobre wrażenie, jakie na nich wywołałem ostatnio, ale to nie tak, że jak coś ma biust i puls to koniecznie muszę to oznaczyć. I podryw, w obecności męża dziewczęcia ORAZ mojej własnej stałej partnerki… brzmi jak za dużo nawet dla mnie. Okazuje się, że mam jakieś granice przyzwoitości.
- Nie mam innych ciuchów, wiesz... - wskazała na siebie - Jak bardzo oficjalne to ma być? Nie chcę wyglądać jak jakieś pospólstwo.
- Definitywnie zorganizujemy Ci jakąś suknię… albo zrobimy ci wersję fizyczną magicznego tatuażu co pozwala tworzyć iluzje ubioru. To by miało od razu rząd innych zastosowań.
- Czekaj... Czy ty chcesz mi zrobić tatuaże? Czy dać mi przedmiot jaki w razie odcięcia od niego pozostawi mnie w nieodpowiednim stroju lub nago?!
- Odcięta? Kaylie, ja ci mogę zakląć sztukę koronkowej bielizny aby tak działała. Myślałem o rękawiczce, płóciennym faux-sleevie, albo czymś co by było, w zasadzie, jedwabnym karwaszem, ale mógłbym zakląć do tego podkoszulek. W tym momencie, póki nie mówimy o nagłej manifestacji pola martwej magii, jeśli zostałabyś od niego nagle odcięta to by oznaczało, że masz znacznie większe problemy, niż brak stroju wieczorowego. Ale możemy kupić zwykłą, niemagiczną suknię. Jeśli nie chcesz to nie będę ci wciskał dziesieciokrotnie droższej zabawki.
Wzruszenie ramion było swobodne i niezobowiązujące. - Przyznaj się. - położyła się opierając ramionami o klatkę Khala i przybliżając twarzą do jego własnej - Po prostu podnieca cię możliwość, że będę pod tym naga.
Viktor zamilkł na chwilę, ze spojrzeniem utkwionym “gdzieś”, gdy wizualizował sobie postawioną przed nim możliwość. Przez chwilę rozważał pokierowanie odrobinę Kaylie aby to osiągnąć… - Bardzo, ale to BARDZO podoba mi się twoje myślenie i jakbyś się na to zdecydowała to definitywnie by na mnie działało… Uff… bardzo by działało… ale nie przyszło mi to do głowy. Ja cały czas chodzę pod iluzorycznym ubiorem i pod tą iluzją jestem tak mało golutki jak się tylko da. Aczkolwiek definitywnie bym zachęcał do eksploracji tej… idei.
Posłany Kaylie zbójecki uśmieszek przypieczętowany został puszczonym oczkiem.
Oczywiście spowodowało to rumieniec wstydu i plaśnięcie dłonią w bark Khala. - Przestań! - zaprotestowała, ale chyba jej to też się spodobało - To się nie godzi!
Viktor uśmiechnął się, nieco dziko, do nadspodziewanie… kuszącej reakcji. - Więc postanowione. W takim razie myślę… że zrobię tobie pas z tym efektem? Bardziej szarfę z granatowego kaszmiru… żółcienie będą się dobrze komponować więc wykończenia z mosiądzu. Nie złota, bo zbyt miękkie jest i niewiele by przetrwało. Rezerwuję sobie prawo do dogłębnych testów funkcjonalności w tej formie… wiesz… z przyczyn badawczych - ale w głosie Viktora słychać było wyraźnie, że wcale nie myślał o celach badawczych.
- Nie ma mowy bym na spotkaniach to robiła czy balach, zapomnij! - postawiła granicę - Choć... Jeżeli mowa o innych spotkaniach niedotyczących tworzenia kultu... - przysunęła usta do jego ucha - Nie będziesz wiedział. - ciągle z widocznymi śladami wstydu musnęła ustami płatek ucha mężczyzny wypowiadając słowa.
Viktor pozwolił przyjemnemu dreszczowi przejść po swoim ciele. Uchwycił ją w tali, zaparł się i ćwierć wdechu później był już nad nią, pochylony, że niemal się stykali czubkami nosów. - Mam lepszy pomysł… - szepnął pieszcząc linię jej szczęki, szyi i do obojczyka schodząc, samymi tylko wierzchami palców. Nachylił się i pocałował ją namiętnie, a potem wycałował sobie drogę do jej ucha, gdy jego dłoń spoczęła na jej mostku, z dwoma tylko palcami wyciągniętymi na jej szyję, w sposób nieco nawet… zaborczy. Odrobinę tylko, a oczy i uszy miał szeroko otwarte i nawet jej tętno obserwował aby wyczuć… czy jej się to spodoba, czy jednak nie.
- … będę zawsze wiedział [i]czy[i] oraz jak bardzo jesteś naga pod iluzją i będziesz uwielbiać każdy tego moment…
Kaylie jednocześnie się jak i zarumieniła, jak i zbladła. Jednocześnie była podniecona, jak i przerażona. Nie wiedziała jak powinna na to zareagować. - ...co?
- Może się mylę… - szeptał jej kusząco do ucha, choć wcale nie brzmiał jakby w siebie wątpił - …jeśli tak to więcej nie poruszę tego tematu… ale mam teorię. Sądzę…- dalej kusił, powoli, niespiesznymi ruchami znajdując swoje miejsce między jej udami - … że moja słodka, śliczna, ułożona Kaylie… ma fantazje, które wydają jej się… brudne - w jego ustach to słowo spływało najsłodszą andorańską czekoladą - niegodne jej błękitnej krwi. Odpowiednie bardziej dla pospólstwa, nie rozumiejącego dumy i godności…
Viktor się nie spieszył i nic nie poganiał. Wciąż wsłuchiwał się w każdy jej oddech i odkodowywał każdy jej gest. Widział jej dyskomfort, ale mieszał się on wciąż z pożądaniem i ustępował mu. To była cudowna mieszanka, prowadząca do wspaniałych rzeczy. - To... - sapnęła drżąc z przeczących sobie uczuć - To jest niegodne... - zasłoniła sobie oczy - Po prostu... Tak słodko brzmiało w słowie książki... Ale sama nie wiem... To nie dla mojej krwi... - Kaylie czuła się teraz złapana w pułapkę z jakiej i nie chciała wyjść, i nie wiedziała jak - Jestem ponad to...!
- Oczywiście - przytaknął bez cienia wątpliwości, jedną dłonią już rozpinając pasek jej spodni - Ale jakbyś komuś zaufała… jak doskonale wychowana, posłuszna i ułożona dziewczynka… i, po prostu, pozwoliła temu komuś dyktować tempo… i to on okazał się nie być ponad to... - pasek i spodnie były już rozpięte, ale nie ściągał ich jeszcze. Jedna dłoń zawędrowała pod jej koszulę - To nie byłaby przecież, w żadnym razie, twoja wina. Cała hańba na niego! Byłabyś tylko ofiarą niemożliwych okoliczności i oczekiwań.. no bo przecież to nie przystoi tak… szlachetnej damie sceny robić, albo słowo swoje cofać… - głos kusił umysł i pieścił wyobraźnię w duecie z dłonią, co już głęboko zawędrowała - zostałoby tylko godzić się z losem i dać się pchać, na granicę komfortu i odrobinę za nią, ale nigdy do jej złamała… rumienić się i wstydzić, ku jego uciesze, gdy w tłumie nikt, by nie zdawał sobie sprawy jak bezczelnie wykorzystywana byś była, gdy on by się z tobą droczył groźbą… polecenia by na ćwierć sekundy zrzucić iluzję. I tylko wciąż i wciąż byś nie potrafiła zrozumieć, czemu aż tak mokra jesteś każdej chwili tej zabawy… - uchwycił jej spodnie w pasie i nieco gwałtowniejszym, ale wciąż całkowicie pewnym i wystudiowanym ruchem obnażył jej biodra i nogi, podziwiając efekty swojego kuszenia i widząc niezbity dowód, że działało.
Kaylie oddychała ciężko czasem rytm tracąc. Patrzyła na mężczyznę z mieszanką pożądania i strachu, choć ciało raczej grzało tylko w pierwszym, a naoczne dowody były widzialne. - W ten sposób... Przekonywałeś kobiety... - przełknęła ślinę, gdy zaschło w gardle - Młode, stare, panny, mężatki, kurwy i dziewice. - wyspała - Jesteś naprawdę zgubą...
- Jestem szansą - zaprzeczył znów się na nią pochylając, tym razem powoli podwijając jej koszulkę - Okazją by poczuć, że się żyje. Zasmakować zakazanego owocu. Tego niegodnego i okropnego… - wydyszał do ucha z nieszczerym oburzeniem. - Jestem pretekstem pozwalającym szlachciankom spełnić fantazje o upodleniu i erotycznym niewolnictwie. Okazją dla córek farmerów i szwaczek, by zostać, choć na jedną na jedną noc, księżniczką. Echem dla znudzonych kur domowych, przypominającym o tym, że seks kiedyś był i znów może być wspaniały. A przede wszystkim… jestem cholernym dupkiem, który najbardziej to uwielbia nie tylko zdobywać kobiety, ale dawać im takie rozkosze i doświadczenia, że choćby chciały to nigdy nie będą w stanie nie wspominać mnie z rozrzewnieniem…
Koszulka też już wylądowała obok, zostawiając Kaylie pod Khalem nagą… i tak cudownie wrażliwą. W odruchu próbującą się jakoś bezwiednie zakryć czyniąc to dla niego tylko jeszcze bardziej pociągającym.
-
Mniej więcej w tym momencie Khal zobaczył jakąś zmianę w zachowaniu Kaylie. Gdy tak próbowała się zakryć odsłonięte zostało nie tyle co ciało, a dusza. gdzieś pomiędzy jej ruchami dało się zauważyć strach wnikliwemu obserwatorowi... I nie był to strach jaki zakrywało pożądanie. Ono zniknęło jak pogoda na szczytach gór. Zastąpione zostało czymś fałszywym, co jedynie na wierzchu miało przypominać wcześniejszy kształt.
Coś zmieniło się z prawdy w fałsz.
Kaylie uśmiechnęła się niby tak samo, a jednak inaczej. Niby znajomo, ale coś było nie tak. Kiedy kobieta poczęła rozpinać pas Khala, jego doświadczenie powiedziało mu o jednym: Ona walczyła, by jej dłonie nie drżały i jakiś mały kawałek Viktora chciałby tego nie zauważyć… ale on nigdy nie zyskał w nim posłuchu. Chwycił jej dłonie w nadgarstkach, delikatnie jak motylka można by łapać, ucałował ją w czoło… czule i troskliwie, nagle wyglądając zupełnie inaczej niż przez ostatnie chwile. Pół bezwładnie zwalił się obok niej, sięgnął za plecy i nakrył ich oboje kocem, kryjąc jej nagość. Milczał chwilę, szukając odpowiednich słów.
W pierwszym odruchu dziewczyna zdawała się struchleć i oczekiwać innej reakcji. Bardziej agresywnej?
- Przepraszam... - wyszeptała.
Viktor ostrożnie sięgnął do niej rękę i podrapał pieszczotliwie za uchem. - Nie chcę, Kruszyno… abyś się kiedykolwiek zmuszała ze mną do czegokolwiek. Cokolwiek ci zaproponuję, co bym sobie nie wymyślił, jakich scenariuszy byśmy nie mieli odgrywać… twoja chęć, twój entuzjazm i twoja wola, by to zrobić są dla mnie bezwarunkowymi wymogami. Chcę się tobą zaopiekować. Chcę ciebie kochać, a nie wykorzystać. Bawić się i eksplorować fantazje RAZEM z tobą, a nie ciebie wykorzystywać. Rozumiesz różnicę, prawda?
- Ja... - zadrżała - Ja myślałam, że chce, że dam radę i tak się czułam, naprawdę chciałam, przepraszam, przepraszam... Chciałam byś był zadowolony... Przepraszam... - odruchowo skuliła się w sobie, jakby w oczekiwaniu na cios.
Viktor powoli uniósł odrobinę koc. Nie na tyle by cokolwiek dostrzec, ale by mógł podpełznąć bliżej niej. Jeszcze wolniej objął ją ramionami… jakby chciał ją ukryć przed światem.
Ciało kobiety było totalnie spięte i gdy ręce zaczynały ją obejmować wydała z siebie przytłumiony płaczliwy jęk jak absolutnie przerażone małe zwierzątko.
- Ćśśś, Perełko… - szeptał kojącym głosem - jesteś bezpieczna i nie stanie ci się krzywda. To nie jest podstęp. To nie jest wstęp do żadnej kary. Nie zrobiłaś nic nie tak i w żaden sposób się na ciebie nie gniewam. Jesteś bezpieczna i zawsze przy mnie będziesz.
- Próbowałam... Próbowałam... - powtarzała niczym mantrę - Jestem słaba... Przepraszam...
Widać było jak wzrok kobiety ze strachem co chwila patrzył na prawnika. - Ćśśś… już dobrze… jesteś bezpieczna… - Viktor nie pozwolił się porwać jej panice ani strachowi, za to cały czas szeptał uspokajające słowa z czułością o jaką Viktor sam siebie by nie posądzał, bujając się z nią, odrobinę z boku na bok, niemal w kojącym rytmie kołyski. Dawał jej czas i nie zamierzał dać jej się zniechęcić.
- Naprawdę chciałam... Marzyłam przecież... Wyobrażam sobie sytuację... - mówiła trzymając łzy - I chciałam też dla ciebie...
- Jeśli potrzebujesz się wypłakać, to nie krępuj się… będę tutaj by scałować ci łzy z policzków. To co proponowałem nie jest dla każdego i nie ma w tym nic złego. Wiele fantazji jest przyjemna tylko za warstwą abstrakcyjności czystych wyobrażeń i nie do wykonania w praktyce. Nie przejmuj się. Nie jestem zły ani zawiedziony.
- Nie zostawiaj mnie... Nauczę się... Więcej już tak nie zrobię... - Kaylie zdawała się wejść w zafiksowanie.
- Ćśśś… porozmawiamy o tym później, możemy tak? - proponował, ale wcale nie oczekiwał by słowa do niej dotarły. Dawał jej czas wrócić do siebie. Liczył tylko, że czuły dotyk, albo kojący ton pomogą jej odnaleźć drogę z powrotem, w jej labiryncie traum i myśli.
- Jesteś taki dobry... Taki dobry dla mnie... - mówiła wtulając się w Khala - Taki dobry... Zawsze...
Kaylie szeptała do siebie pozbawione sensu słowa jak i nie łączyły się w żadne konkretne zdanie. - Łaskawy... Zawsze...
Spojrzała na Khala uśmiechając się w ten wymuszony i napięty sposób. - Mój Panie...
Viktor zamknął oczy, ze wszystkich sił starając się przegnać poczucie bezsilności, co ogarnęło go z gwałtownością oblężniczego tarana… ale nie mógł. Co takiego mógł poradzić by pomóc komuś tak zdewastowanemu? Nie potrafił leczyć ludzi. Nie w ten sposób. Potrafił ich wykorzystywać, zaszczepiać tęsknotę do kogoś kim nie jest i nigdy nie był. Potrafił krzywdzić i rozkochiwać w sobie. Jak on miałby sobie z tym poradzić? Może powinien się, po prostu, pogodzić? I być tym “panem”, którego ona, najwyraźniej, chciała mieć. Tylko być dobrym i łaskawym? Najlepszym jakiego można sobie wymarzyć?
- Kaylie, Perełko… - ton miał prosząc gdy ujmował jej policzki w dłonie - Spójrz na mnie, proszę… nie jesteś moją własnością, rozumiesz? Twoja zgoda, chęci i wola są dla mnie nadrzędne i nigdy bym nie chciał abyś utraciła prawo ich wyrażania. Dla nikogo i nie dla mnie. Błagam cię, powiedz mi, że rozumiesz…
- Rozumiem... - powiedziała jakby mechanicznie i wtedy zdarzyło się coś co mogło nie przydarzyć się jeszcze Khalowi.
Bez zawahania zarzuciła ręce na szyję prawnika i zaczęła głęboko go całować, a on... Po prostu mógł czuć, że to było jakieś inne od wszystkich poprzednich. Nie mógł w tym momencie złapać uczucia, ale coś nie pasowało w tej sytuacji, gdy kobieta obejmując go całowała gorąco jego usta. - Kaylie… - szepnął między pocałunkami, tak bardzo walcząc ze sobą i tą potworną niemocą. Poczuciem, że nie jest w stanie nic tu poradzić a jedynie co powinien zrobić… co musi zrobić… spowoduje tylko więcej bólu im obojgu… ale myśl o szansie, że Kaylie chciała mu się oddać z jakiegoś chorego poczucia powinności wypełniła go oleistym obrzydzeniem które przekuł w gniew… a niemoc nie może istnieć tam gdzie jest gniew.
- Kaylie, dość - Viktor nie prosił. Viktor decydował. Skrzywił się mentalnie, bo dokładnie tego tonu używał gdy niewolników w Cheliax chciał delikatnie pogonić, ale mleko się wylało i nie zamierzał nad nim płakać. - Absolutnie nie jestem teraz w nastroju.
Pierwsze półkłamstwo.
Nigdy wcześniej nawet półkłamstwem nie potraktował Kaylie.
Czy dobra wiara i cel usprawiedliwiały to? - Nie jestem na ciebie zły, nie mam ci nic za złe, nie zrobiłaś nic nie tak.
VIktor spuścił z siebie powoli powietrze, aby przegnać ten ton “pana”, który tak usilnie trzymał się jego głosu. - Jeżeli byś chciała to się, po prostu, potulmy. Możemy?
Kaylie była zaskoczona reakcją mężczyzny, jakby nie mogła jej ogarnąć. Spuściła głowę czując jak ze stresu dopada ją migrena. Czuła się zagubiona, jakby znalazła się w nieznanej rzeczywistości. Jakby nie rozumiała jej...
To było takie ciężkie...Przecież kiedy on ją chciał to nigdy nie poniechał. Kiedy ją wzywał zawsze miał wyliczony czas i moment.
-
Nie wzywałeś? - zapytała.
-
“Wzywałeś”? Bogowie… - Viktor czuł jakby coś mu się przesypywało przez palce by na zawsze zaginąć w ciemności - …z kim ty myślisz, że rozmawiasz?
Kobieta spojrzała na Khala jakby zdezorientowana. Później w podłogę intensywnie myśląc nad odpowiedzią. Przecież to nie było trudne! -
... - zakryła twarz dłonią - Z Irvysem...
W porządku… więc załamanie nerwowe. Albo szaleństwo ją objęło. Czy to on jej to zrobił? Starając się… być dobrym? Spojrzał w róg pod sufitem, w którym siedział niewidzialny Fisuś, równie zdębiały jak Viktor. On również nie miał żadnego pomysłu co powinien zrobić. -
Chodźmy na spacer.
Viktor zabrał Kaylie do lasu za murami Evercrest. Aktywność fizyczna i świeże powietrze, a może sam czas zdawały się pomóc jej wrócić do siebie. Byli już w pół drogi gdy nie dało się dostrzec z niej tego spięcia. Nie rozmawiali. Tylko szli przed siebie.
- Kaylie… jak się czujesz? - zapytał jeszcze kwadrans później. Tak dla pewności.
Kaylie cały ten czas szła prawie mechanicznie, bez myśli podążając za Khalem. Nie chciała moczyć się w porywistej rzece z jakiej dopiero udało jej się wyjść, ale wiedziała, że będzie musiała spojrzeć w jej toń, by nie wpaść znowu na ślepo. Czuła się winna, że spowodowała nieprzyjemne wrażenia u kochanka.
- Lepiej. - odpowiedziała krótko. Milczała znowu przez kilka minut zanim udało jej się sformułować słowa - Przepraszam, że musiałeś tego doświadczyć. - odezwała się cichym głosem wyraźnie oblanym poczuciem winy.
Viktor zatrzymał się i nim Kaylie się spostrzegła była w jego ramionach.
- Nie przejmuj się. Po prostu cieszę się, że jesteś z powrotem. Nie potrzebujemy o tym rozmawiać jeśli nie chcesz.
- To... Nie martw się. To nie dzieje się często, naprawdę... - przyjęła z radością utulenie.
- Bałem się, że ja to jakoś spowodowałem. Ale nieważne… przeszło ci i to się liczy.
- Nie, nie... Mogłam się spodziewać. Chciałam... Spróbować, myślałam, że dam radę. Widziałam jak bardzo ci się spodobała myśl, a ja... Z książek to znałam i bardzo mi się podobało...
- Niestety będziemy musieli się zadowolić byciem normalnymi - zachichotał nisko. - I będę potrzebował o tym z tobą porozmawiać, ale możemy to zostawić na później. Kiedy nie będziemy tak wyzuci.
Viktor w końcu wypuścił ją z objęć, ale wciąż ściskał jej dłoń. - Jak jesteśmy już na spacerze to możemy go dokończyć, co myślisz?
Arkanistka pokiwała głową w zgodzie, sama ściskając jego dłoń. Dawało jej to poczucie bezpieczeństwa jakie odczuwała będąc dzieckiem, gdy ciągle rodzina była cała. Od tego czasu nigdy ten gest nie pojawił się.
Spojrzała na drogę jaką przebywają. Nie była pewna, ale coś jej się z niej kojarzyło.
- Pamiętam tę drogę, choć niedokładnie... - zaryzykowała - Czy tam jest grób twojej matki?
Viktor kiwnął głową w odpowiedzi. - Yhym… alternatywna szansa, nawet jeśli mierna, jeśli byś wciąż nie wróciła do siebie. Trochę na oślep błądziłem… a skoro już na miejscu prawie jesteśmy… - wzruszył ramionami. Sam nie potrafił uargumentować po co mieliby tam dalej iść. To nie tak, że Tisis wciąż tam leżała.
- Ale jednak masz potrzebę zjawić się w tym miejscu, nawet jeżeli to jest już tylko symbol przeszłych wydarzeń. Potrzebujesz... Szukasz sposobu, aby zamknąć ranę.
Viktor uśmiechnął się nieszczerze czując się jakby Kaylie mu w myślach czytała. - Mam sposób aby ją zamknąć. Muszę odzyskać mamę. A do tego czasu… dać sobie radę. Jestem dobry w dawaniu sobie rady.
Jedno pytanie nie dawała spokoju kobiecie. Zatrzymała ich oboje i trzymając obie jego ręce zapytała:
- Co jeżeli dusza twojej matki nie będzie chciała powrotu do żywych, tylko spokoju zaświatów?
- Gdy usłyszy, że to ja ją wołam nie będzie się wahać - odpowiedział z pewnością kogoś kto nie dopuszcza do siebie alternatyw.
- Mam nadzieję... Po prostu pamiętaj, że ta dusza przetrwała długie lata w tej sytuacji w jaką ją wrzucono. - mówiła spokojnie i starała się go nie złościć.
Viktor uchwycił mocniej jej dłonie i spojrzał jej głębiej w oczy. - Ona wróci. Jeśli tylko nie zawiodę. Ja tu jestem słabym ogniwem, a nie ona… co innego, że nie wiem co Blackfyre czy Yasperhyde z nią zrobili! - warknął nagle gniewnie - Mogę tylko teoretyzować jak by się wskrzeszenie zachowało jeśli wszystkie jej kości zostały użyte dla klona! Ehh… muszę zapłacić komuś aby przekopał jej grób. Może chociaż pojedynczego zęba zostawili, albo malutką kosteczkę… to by mi wystarczyło…
Położyła dłoń na jego policzku. - To co jest całkowicie pewne to los jaki zgotuje się winnym. Ten krasnolud będzie błagał o litość. - uśmiechnęła się - I wbrew temu co mówią inni, taka zemsta jest naprawdę niesamowicie oczyszczająca.
- Na końcu będzie wdzięczny za ofiarowanie mu śmierci… - warknął Viktor gniewnie, ale zaraz się uspokoił swoim długim spuszczeniem powietrza. - Ale to dalsza przyszłość. I trzeciorzędny cel. Najpierw jest mama i religia. A teraz chciałbym podumać w miejscu gdzie ją zakopałem, te trzy dekady temu.
Kaylie złapała ponownie jego dłoń.
-
W drodze opowiedz mi najciekawsze historie ze swoich podbojów!
Viktor zaśmiał się serdecznie, z radością podejmując temat co tak cudownie łechtał jego ego. -
A ten temat zawraca nas do młodszej siostry znanej ci już Abigail…
-
Musiałeś siostrę wiedźmy? - Kaylie pokręciła głową - Czemu?
Khal zamknął usta i zawahał się, bo w głowie składał już pierwsze wersy oraz metastrukturę tej opowieści. -
Kaylie… wszystkie kobiety które zdobyłem były osobami z własnym życiem. Niemal każda miała rodzeństwo, albo własne dzieci. Miały swoich przyjaciół i życia poza mną. Zdążyłem już zapomnieć o Samarze nim z Abigail pierwsze słowo zamieniłem. I to definitywnie nie tak, że “musiałem”. Ot się nawinęła… biedna, samotna i właśnie wychodząca z trzyletniej żałoby po mężu. Nawet nie kiwnąłem palcem w jej kierunku. Zbudowanie legendy w towarzystwie wystarczyło aby sama zgubiła sukienkę. Była przy tym tak cudownie niezgrabna, w jakiś taki… dziewczęcy sposób, że aż tak ciut-ciut mi przykro, że nigdy więcej jej nie zobaczę… malutkie ciut-ciut… iii już mi przeszło gdy zwizualizowałem sobie jak ty prześlicznie się rumienisz.
-
Jesteś dupkiem, wiesz? - pokręciła głową - Gdybyś mnie spotkał jak miałam szlacheckie życie... To byłoby łatwe dla ciebie. Byłam trzymana z dala od chłopców i ogólnie nie miałam znajomych...
-
Powołam się prawo do wstrzymania zeznań - uśmiechnął się do niej lisio, w ten sposób który nie pozostawiał wątpliwości, że się z nią zgadzał - I wiem, że wielu ludzi nazwałoby mnie dupkiem, ale przedstawiłem już moją linię obrony przed tymi zarzutami…. w sumie to wcale nie była ciekawa historia. Może tylko poprzez Abigail… mogę ci opowiedzieć o vice-hrabinie mademoiselle Coco, właścicielce galerii sztuki w Egorianie. To było bardziej skomplikowane i było znacznie więcej aktorów w to zaangażowanych… i moralnie mniej wątpliwe, bo Coco jest wredną suka, co myślała, że JA zostanę jej barankiem. Jednym z wielu... To zaczęło się jakieś trzy lata temu…
-
… chciałem jej listy również zignorować, ale… to dosyć potężna kobieta i stwierdziłem, że wolę jakoś załagodzić to “rozstanie”. Więc spotkałem się z nią na obiedzie, co miał być naszym ostatnim prywatnym spotkaniem… ale to już inna historia - zakończył opowiadanie, tracąc w nim jakiekolwiek zainteresowanie, gdy spomiędzy rozstępujących się drzew dostrzegł wreszcie nagrobek.
Nie rozmawiali dużo od tego momentu. Z czasem, po kilku pośrednich krokach, Viktor siedział z jego boku, opierając się plecami i głową o zaokrągloną linię kamienia. Gdy nie patrzył w niebo i przymykał oczy wyglądał jakby drzemał.
Wyglądał niemal… nieswojo. Nie krył się pod czarnym humorem, cynizmem, bezczelnością czy nawet ego. Jakby zrzucił zbroję, której nikt nigdy nie zauważał, a pod nią krył pusty chłód i to przeraźliwe zmęczenie. Milczące i skostniałe, nigdy nie proszące o litość, dobre słowo, czy nawet zauważenie…
Kaylie szybko zrozumiała, że być może była jedyną osobą, która kiedykolwiek widziała Khala… takim.
Kaylie nie przerywała milczenia przez cały czas uszanowując potrzebę Khala. Jego wyraz był inny niż prezentował na zewnątrz i trzeba było Khala mocno obserwować by choć zdołać dojrzeć coś więcej... Oczywiście jeżeli nie rozproszyłoby się jego zasłoną dymną.
Arkanistka patrzyła ze smutkiem na twarz kochanka, jaka ukazywała głębokość ran przezeń noszonych. Czemu jej zaufał? Bo też nosiła blizny?
Czy temu, że nie był w stanie zatrzymać maski, gdy został otulony ciepłem opieki?Godzinę później już wracali. Mieli swoje zadania do wykonania i dzień nie robił się dłuższy.
Kaylie nieoczekiwanie zapytała, gdy razem zbliżali się ku miastu, jakie już widoczne było na drodze.
- Więc... Masz jakieś plany? - zapytała dość bez życia - Szczerze to ja nawet nie mam ochoty próbować starać się dla niego. - przyznała z rozbrajającą szczerością. - Po prostu on jest czymś na czym mi tak naprawdę w ogóle nie zależy. - przyznała się.
Głos Arkanistki był pozbawiony chęci, z wylewającą się z niego depresją. Jej naprawdę nie zależało na sukcesie diabła... I tak miał jej duszę oraz życie. Nic więcej mógł nie mieć, a ona po prostu nie widziała dla siebie perspektyw.
VIktor jakiś czas nie odpowiadał. Analizując i rozważając. To nie tak, że Kaylie dotąd kryła przed nim swoje bolączki. - Mam wiele planów. Wystarczy aby część z nich wydała plony i wszystko będzie dobrze. Wiem, że nasza sytuacja jest inna. Ja jestem tutaj bo, w gruncie rzeczy, chciałem tutaj być. Od mojego pierwszego kontaktu z nim wiedziałem, że to będzie moje zadanie i jestem tu dla nagrody, którą mi obiecano za sukces. Ty tego nie masz więc trudno się dziwić bezsensowi jaki teraz czujesz. Czeka cię teraz trudne kilka lat… ale będę z tobą na każdym kroku, aby ulżyć tobie ich ciężaru i uczynić przynajmniej znośnymi. A gdy nam się uda…
- Chcę pójść na jedno z tych przyjęć z tego wioskowego szlachectwa i spotkać ojca Filii.
Wtrąciła nagle nie ważąc słów. Po prostu określiła to tak, jak o tym uważała.
Viktor żachnął się niezadowolony, że przerwano mu nim zdążył dojść do końca… ale najwyraźniej Kaylie nie miała ochoty tego teraz słuchać, więc zostało mu się z tym pogodzić.
- Prędzej czy później na pewno uda się to zorganizować. Nadchodzący proces tylko to ułatwi. Zabiorę cię wtedy jako moją “plus jeden”. Albo ty mnie - uśmiechnął się nieco zadziornie.
- A co będzie gdy nam się uda? - całkowicie zmieniła temat o sto osiemdziesiąt stopni i nawet nie było sekundy zawahania, jakby ot tak przedstawiała klocki w swojej głowie, chyba nie widząc nawet, że mogła myśl przerwać.
- Wtedy miałbym nadzieję dzielić moje nagrody z tobą. Jeśli będziesz chciała to zarówno te doczesne, jak i te których oczekuję po drugiej stronie. I wierzę, że po tym jak tu skończymy Kozioł pozwoli nam przeżyć większość reszty naszych żyć na naszych warunkach, okazjonalnie tylko oczekując czegoś od nas. Tacy jak on w ten sposób właśnie działają. Te ciężkie kilka lat się skończy i będziesz mogła żyć prawie jak wolna kobieta. Może szczęśliwsza niż przed tym jak cię wezwał… teraz jak nie musisz się już bać łowców z Galt… i może z innych powodów?
- Jakich innych? - zapytała słodkim głosikiem i założyła ramiona na szyję Khala.
- Hmm… no nie wiem, nie wiem… na przykład z powodu czułego, opiekuńczego kochanka? Z magiczną techniką i małymi tylko mommy issues? Trochę wybrakowanego, trochę obdrapanego, ale ogólnie w niezłym stanie i mogło być gorzej?
Pytał przekornie, z dłońmi obejmującymi jej talię.
Kaylie cichutko zachichotała i palcem pacnęła mężczyznę w nos.
- Twoja fałszywa skromność jest urocza. - zarumieniła się nieznacznie.
- “Fałszywa skromność”, bójcie się bogowie. - Słowa protestowały, ale głos był niski i przyjemny aż do pokusy. - Mnie o nie-skromność oskarżać? Toż to się nie godzi. Toż to potwarz i kłamstwo wierutne… - protestował i kusił dalej, gdy dłoń już spoczywała na jej policzku, a kciuk zaczepiał już i nieco nawet bawił się kącikiem jej ust, szybko nabierając w tym bezczelności. - Domagam się przeprosin i… satysfakcji - dokończył z dworską manierą, gdy pułapka jego słów właśnie kliknęła i miała się zatrzasnąć...
Wzrok Kaylie był rozmarzony. Ona już w swojej wyobraźni widziała tego mężczyznę spełniającego jej najskrytsze marzenia i siebie wijącą się w jego objęciu. Spuściła wzrok na ziemię próbując zakryć w ten sposób rumieniec jednocześnie wstydu, jak i ekscytacji jaki zadomowił się na jej obliczu. Wiedziała, że to nie było godne jej urodzenia...! Więc czemu czuła to rozlewające się ciepło z dolnych partii ciała...?
- Khal... Daj już spokój... - zaprotestowała słabo - Przecież mówiłeś, że mamy dużo do roboty...
I sidła się zatrzasnęły z biedną dziewczyną wciąż głęboko w nich. Łatwość z jaką to Viktorowi przychodziło tworzyła cudowny i nieczęsty kontrast z tym jak niebezpieczną ona była osobą. Nie mógł się mu oprzeć! - A teraz jeszcze wymówki do tego? - pytał w niby-oburzeniu, gdy kciuk odginał już jej wargę, odsłaniając ząbki i dziąsło - Preteksty by się wymigać? Tsk tsk tsk… Za pięć minut będziemy mijać mały zagajnik. Tam omówimy dalej ten temat…
Te słowa spowodowały że szlachetna arkanistka poczuła się w tym momencie jak nieopierzona nastolatka, która pierwszy raz wypuszczona samopas zadurzyła się w prostym chłopaku pracującym z ojcem w ogrodzie Akademii. Pamiętała jak łatwo urobił dziewczynę jaka przez całe życie była trzymana z dala od męskiego zainteresowania, by móc ją w końcu wydać za odpowiedniego męża i być tylko jego od pierwszych słów przysięgi. Im więcej miałby elfickiej krwi w sobie, tym lepiej. Wszak spodziewane było, że jej dzieci powrócą na szlaki wysokiego ludu.
Oczywiście nastoletniej Avruil to bynajmniej nie obchodziło. Karmin zaplątał ją w swoje sidła, z których nawet nie próbowała uciekać. Kilka lat starszy młodzian był wręcz nie do odrzucenia, a jego pospolite urodzenie trącało fascynację sytuacją, o jakiej czytała tylko w książkach.
Początkowo próbowała opierać się jego zalotom jednak po niecałym miesiącu skrytego romansu w świetle księżyca, gdy wymykała się do ogrodu po zmroku, była gotowa szlachecką zasadę. Czasami śniła o uczuciach jakie ją ogarniały tamtej nocy, jakich doświadczyli skryci między listowiem, gdy jej nagie ciało łaskotane było trawą. Jak zobaczyła po raz pierwszy nagość męską i jak Karmin instruował wystraszoną młódkę co powinna zrobić dalej.Viktor uniósł jej spojrzenie w górę, trzymając ją delikatnie ale zdecydowanie… palcem wskazując pod brodą… kciukiem na szczycie jej ząbków. Napawał chwilę swe oczy jej rozedrganym rumieńcem i spojrzeniem skonfliktowanym między onieśmieleniem i… żarem. Nachylił się do jej ucha ze swoim kuszącym tonem i musnął je swoimi ustami.
Oczy Kaylie otworzyły się tak szeroko jakby chciały jej uciec, gdy słodki szept opowiadał jej jak ta rozmowa będzie wyglądała. Ze wszystkimi intymnymi szczegółami, ubranymi w mowę tak kwietną, że w każdej innej sytuacji musiałaby być zwyczajnie śmieszna… ale nie w tej. Nie w jego wykonaniu.Kaylie czuła obawę, ale nie była to taka sama obawa jak jeszcze godzinę temu. Ta obawa była przed nieznanym. Była bardzo niewinna w swojej naturze, chodź niewinność już dawno została jej zabrana.
I nagle… przestał. Ucałował ją krótko w policzek, w sposób niemal platoniczny. Jak przyjaciółkę można by cmoknąć. Wznowił spacer, trzymając ją za rękę. Jakby nic się nie wydarzyło, jakby wcale nie wymówił, oddech wcześniej, tych wszystkich, kotłujących się teraz w jej głowie, słów. Szedł wesoło, napawając się okolicą i tylko jakaś… najdrobniejsza nuta jego uśmiechu zdradzała, że sobie tego wcale nie wyobraziła.
Pięć minut, czy dziesięć, czy godzina… Kaylie nie była pewna ile czasu minęła, gdy w jej głowie wciąż odbijały się, w niemożliwym do zatrzymania huraganie, groźby (czy może obietnice) które Khal wyszeptał jej do ucha. Intelektualnie wiedziała, że nie mogło to trwać długo, ale nie potrafiła się tak czuć. A ten dupek się nią bawił… tak bezczelnie udawał teraz, że wcale nie rozkręcił jej do poziomu, że myślała, że zaraz zwariuje, jeśli nic z tym nie zrobi… a on… podziwiał las i opowiadał co za dźwięk do jakiego ptaszka należy!
Czy on w ogóle pamiętał? Czy może ona sobie to wyobraziła? Niby wiedziała przecież… wciąż czuła “odcisk” jego dłoni, co chciwie zacisnęła się na jej talii gdy szeptał jej do ucha, ale był tak przekonujący w swojej gierce, a ona czuła się tak… nie jak groźna-i-zatwardziała-Kaylie, ale niewinna-niedoświadczona-Avruil, że sama w siebie zaczynała wątpić i jakoś tak… odruchowo mocniej zaciskała palce na jego dłoni i dawała się prowadzić.
Historia z Karminem skończyła się jednak wcześniej niż było zaplanowane, gdy przyłapał ich jego ojciec. Starszy już mężczyzna był absolutnie przerażony możliwością, że spadną na nich konsekwencje działań jego syna. Rozdzielił ich oboje nim doszło do oczekiwanego aktu i rzucił w syna jego spodnie grożąc mu fizyczną agresją, zaś młodziutką szlachciankę delikatnie oddział jej ubraniem i odprowadził bezpiecznie do pokoju. Cokolwiek powiedział synowi: sprawiło, że Avruil rzadko już miała okazję choć dłużej na niego patrzeć, bo po prostu zaczął jej unikać.
Niemal zachłysnęła się powietrzem, gdy zza wzniesienia wyłonił się ten zagajnik. Spojrzała na Khala, ale sukinkot udawał (na pewno UDAWAŁ!), że go nie dostrzegł. Albo, że nie ma on znaczenia. Żadnym gestem, spojrzeniem czy uśmiechem nawet nie przyznał, że on w ogóle zaistniał.
Jak wcześniejsze minuty wydawały się godziną, tak teraz każdy krok dłużył się niemożliwie. Niepewność, ekscytacja, jakiś strach czy niepokój kotłowały się razem, a Khal wydawał się jednocześnie tego powodem jak i jedynym fundamentem pozwalającym nie utonąć. Nie wiedziała czy bardziej się boi, że zaraz skończą w tym zagajniku… czy, że właśnie NIE skończą.
Gdy objął ją w talii i w ten delikatny, ale nie znoszący sprzeciwu sposób, zakręcił ich prosto w prawo, bezpośrednio w kierunku młodych drzewek… mroczki niemal wystąpiły przed jej oczy.
Jeśli “szczęśliwi czasu nie liczą” to nieokreślony czas później przekraczali bramy Evercrest. Błękitnooki Sarbin o twarzy pożłobionej słońcem i krzaczastych brawiach stał w na warcie w bramie, z młodym Drusem, co wciąż miał na sobie odrobinę zbyt duży mundur, bo wyszycie nowego się opóźniało. Obaj nie mogli dostrzec liści i igliwia w ich ubraniach i włosach, bo magią to wszystko zostało usunięte. Widzieli jednak postawę… a pierwszy z nich ją rozpoznawał. Kaylie z Viktorem promienieli, na swoje własne sposoby. On dumny i potężny, jakby świat właśnie zdobył. Ona uwieszona na jego ramieniu, wciąż nieco rozanielona po ostatniej dyskusji.
Sarbin zasalutował Viktorowi pół poważnie i puścił oczko, gdy Kaylie nie widziała. Prawnik zaśmiał się bezgłośnie i oddał salut, ale nie zwolnili nawet. Mieli dużo pracy tego dnia i o trzy albo cztery godziny mniej niż oczekiwali.
- Co żeś ty robisz? - zapytał Drus gdy już się oddalili, nie rozumiejąc ani co się wydarzyło wcześniej ani teraz.
- A widzisz, młody… jak kiedyś uda ci się wybatożyć tę twoją Marissę jak należy, to zrozumiesz.
Strażnik żachnął się oburzony. - W życiu bym czegoś takiego jej nie zrobił! Tfu… Czemu bym miał jej coś…
- Młody… znowu to robisz.
- Hmmm?
- To była przenośnia. Chodziło o seks…
- Aaa… - załapał wreszcie młody strażnik i oburzył się po dwakroć bardziej, gdy dotarło do niego co rzeczywiście mu zarzucono.
- Przepraszam... - wyszeptała.