[Pathfinder 1e, 18+] Popielny Dwór
-
Na jawie Bajarz częściej niż strach okazywał irytację. Na jawie bowiem niewiele miał powodów do lęku. To sny przerażały… to sny… kryły w sobie zagrożenie, przy którym śmierć czy nawet wieczne potępienie wydawały się gnomowi trywialne.
Dlatego teraz powoli i lękliwie schodził w głąb tego miasta obawiając się tego co znajdzie i tego co zapamięta. Niemniej… świadomie podjął ryzyko. Świadomie nie zażył niczego przed snem, w nadziei że coś w tym miejscu, zmieni jego codzienne koszmary… że tu odnajdzie wskazówki, drogę… cokolwiek.
Każdy krok wzbudzał w gnomie lęk, to pradawne przerażenie ofiary w obecności drapieżcy. Miasto zdawało się na niego napierać, czuł głodne spojrzenia atakujące jego sylwetkę z każdego okna, każdej alejki, każdej cegły.
Miasto żyło, jednak spało tak bardzo długo, samotnie w ciszy i ciemności. Gnom naruszył ten spokój i jeżeli nie będzie uważny może rozbudzić je do końca…
Bajarz miał tego świadomość, ale też i nie miał wyboru. Podjął świadomie to ryzyko, by zdobyć wiedzę. Więc starając się kryć w cieniach i nie zwracać na siebie uwagi podążał w dół krętymi uliczkami. Coraz głębiej w tą kamienną otchłań miasta.
Nie jest pewny ile tak kluczył po uliczkach? Godzinę? Pół dnia? Dziesięć minut? Czas zdawał się rządzić własnymi zasadami w tym miejscu. Może dlatego, że to sen? Może dlatego, że nie? Ilekolwiek czasu nie minęło w końcu natrafił na pierwszą oznakę życia w tym zakazanym miejscu.
Niewielka statuetka... czegoś, im dłużej Baltizar na to patrzył tym bardziej zaczynała boleć go głowa. Postać przypominała człowieka, albo jakąś małpę o nienaturalnie długich kończynach i palcach. Jej zad przyozdabiał wachlarz brzydkich piór, każde zakończone okiem. Tak ja te, którymi wymalowane są ściany tego miejsca, oczy na piórach wydawały się śledzić gnoma.- Oczywiście ty tu jesteś. Powiedziałbym że masz obsesję na moim punkcie i miałbym rację. Powiedziałbym że mnie nienawidzisz albo kochasz… ale wątpię by te emocje byłyby dla ciebie zrozumiałe. Powiedziałbym… ale ciebie nie ma tu… jesteś tu.- gnom wskazał na swoją głowę. I rozejrzał się dookoła.- I wszędzie poza spojrzeniem, ukryty w kącie oka.-
Rozejrzał się zwalczając pokusę wzięcia w figurki w dłoń, bo był to naprawdę zły pomysł.
Rozejrzał się szukając dalszej drogi. Nie skupiał spojrzenia na figurce swojego prześladowcy. Przyszedł by zdobyć tu nową wiedzę, a nie utwierdzić w tym co już wie.
Minął kilka kolejnych alejek, kiedy wyszedł na coś co mogło służyć jako główny plac, no środku którego stała masywna metalowa wieża.
Gnom w milczeniu przyjrzał się temu obiektowi starając się zauważyć i zapamiętać wszystkie szczegóły. Planował wejść do wieży, więc… przede wszystkim szukał wejścia do niej.
Wieża była wielką konstrukcją liczącą jak na oko gnoma jakieś pięćdziesiąt metrów. Znalezienie wejścia trochę mu zajęło, gdyż znajdowało się w połowie tej wysokości na końcu schodów na kółkach. Sama wieża była cylindrem dokładnie wykutego metalu, przyozdobionego różnego rodzaju runami.
Gnom nie był pewny czy by potrafił odczytać je… nie był pewny nawet czy miałyby jakiekolwiek znaczenie. Gnom nie był pewny… niemniej był ciekaw, pstryknął palcami próbując przywołać Etrigana… cóż… jego senny fantom powstały ze wspomnień, wyobrażeń i nadziei. Bądź co bądź to był sen i nic więcej.
Powoli zaczęły pojawiać się kartki, masa kartek formująca wzgórze. Tym razem jednak coś wynuszało się z tego wzgórza, macki ociekające smołą? Tuszem? Skrzydła wynurzyły się, potem pysk z świecącymi oczami. Tym razem Etrigan nie ukrywał się za zasłoną z kartek opowieści. Tym razem był tym… czym… gnom się obawiał że jest. Wypaczoną wersją potwora który go obserwował. Jego podarunkiem? Strażnikiem? Szpiegiem. Niemniej nadal wierny swojemu nowemu panu. - No… idź przodem. I uważaj na pułapki… lub wrogów.
Oblepione smarem skrzydła rozpostarły się, gotowe do lotu. Ale Etrigan nie startował używając macek i pazurzastych łap do poruszania. Podszedł do wieży, poderwał się do lotu w kierunku owego wejścia.
W środku ptak mógł poczuć zapach śmierci. Nie brutalnej, pełnej krzyku i krwi. Dawnej, spokojnej, akompaniującej rozpaczy i akceptacji. Wieża była grobowcem.
Macki potwora wydłużyły się owijając wokół torsu gnoma. Wciągnięty do środka wieży Bajarz pogłaskał czule stwora po łbie nie przejmując się tym, że czarna ciecz lepiła się do jego dłoni, a potem szaty.
Powoli podszedł do najbliższego trupa, którego dźgnął palcem między żebra. - Hej! Ty! Nie udawaj…- burknął. - Śmierć może i zabrała cię do siebie. Ale tu jest domena Desny. Martwe może obudzić się ze wiecznego snu, więc wstawaj… pytania mam.-
Zasuszone ciało dawno martwego gnoma delikatnie drgnęło. W końcu głowa denata podniosła się, spojrzała pustymi oczami na bajarza. - Ba… Baltizar?
- Znasz moje imię… dobrze… nie dziwi mnie to…- mruknął pod nosem gnom spoglądając na trupa.- Powiedz mi. Co tu się stało. I dlaczego się stało.-
- Chcieliśmy uciec... od... niego. Zbudowaliśmy tą strukturę, aby zabrała nas z Golarionu, ale nie udało się. Znalazł nas wtedy, zabrał co jego i zostawił nas tu, abyśmy uschli... ty i kilkoro innych uciekliście.
- Co jest jego…? - odparł w zamyśleniu gnom, ten który był żywy.
- Oczy i to co widziały. Wspomnienia, widoki, opowieści... on ich potrzebuje…
- Potrzeba… oznacza uzależnienie… uzależnienie… to słabość. - zastanowił się gnom siadając obok gadatliwego trupa. - Wiesz czemu ich potrzebuje? Brakuje mu… wyobraźni… do kształtowania świata… siebie…?-
- On... i jemu podobni są... inni, obcy... mniej prawdziwi. Nie mają głosu, koloru, kształtu. Potrzebują czegoś aby się urealnić. Zbierają, kolekcjonują i... wtłaczają w siebie.
- Hmmm… to można wykorzystać jakoś.- zastanowił się głośno Baltizar.- Opowieść jest tworzywem w moich palcach… tworzywem, które można zatruć. Trzeba tylko znaleźć odpowiedni rodzaj “jadu”.-
- Oby ci się udało... my zawiedliśmy. Jestem... taki zmęczony…
Baltizar wzruszył ramionami i wstał. Po czym ruszył w głąb wieży, Etrigan zaś za nim. Gnom nie wiedział co jeszcze znajdzie w tym grobowcu, ale nie zamierzał się poddawać. Zwłoki nie robiły na nim wrażenie. Widział w innych snach straszniejsze rzeczy. Może ich nie pamiętał, ale lęki pozostawały po przebudzeniu.
Rząd po rzędzie, trup po trupie. Ta budowla była istnym mauzoleum gnomów. Wszyscy pozbawieni oczu, wszyscy wysuszeni przez czas. Żadnych ozdób, każda przestrzeń została wykorzystanie jedynie do trzymania osób albo dawno zgniłego prowiantu. - Pytanie kto to zrobił. Albo jak? Bariera osłabła? Jak się do nich dobrał.- zastanawiał się głośno gnom zwiedzając to miejsce ze swoim sługą. Gdy już zaś uznał, że zobaczył tu wszytko, postanowił zawrócić i poszukać… nowych wskazówek. Wiedział, że gdy się przebudzi nie zaryzykuje kolejnego snu w tym miejscu. Więc musiał wykorzystać tą sytuację w pełni.
- To byłeś ty… - głos dobiegał od… Etrigana? Chowaniec stał teraz na ziemi, patrzył na gnoma, jego ciało miotały drgawki - Zobaczyłeś wyrwę i usłyszałeś głos. Pytający. Byłeś taki chętny opowiadać, taki pomocny. Pokazałeś go innym i tak dostał się do nich. Nawet tu.. on zawsze podąża za tobą.
- Więc sprowadzę go ku zagładzie.- warknął Baltizar i zaśmiał się szaleńczo.- Ku zniszczeniu go sprowadzę, nawet jeśli będę przynętą w klatce. Nawet wtedy… sam zamknę klatkę i zginę wraz z nim… śmiejąc się. Będę jego przewodnikiem ku ostatecznej śmierci. Na pewno spodoba ci się nowe doświadczenie. W końcu… ile bogów ma okazję poznać ostateczny koniec?-
Śmiechem maskował strach, panikę… może… może tym razem nie zdążyć… a w następnym życiu. Będzie musiał znów zaczynać od podstaw? - Próbowałeś. Przez setki żywotów, setki twarzy, ale zawsze Baltizar. Nigdy ci się nie udało. Jesteś sam, mały gnomie.
- Cóż… nie powstrzymało mnie to wcześniej, prawda?- zachichotał Bajarz. - Nie wygrywa ten, kto się poddaje. Tym razem mi się uda.-
Po czym wzruszył ramionami. W końcu jeśli nie tym razem, to zawsze jest kolejny raz. Potwór nie da mu odejść w zapomnienie, więc… ma cały czas wszechświata. I cały swój upór.
Wieża zaczęła się rozwiewać, a sen zaczynał przegrywać z rzeczywistością. Ostatni trup spojrzał na Baltizara. - Znajdź nas… jesteśmy niedaleko…
Gnom podniósł się gwałtownie i rozejrzał dookoła próbując zorientować się w sytuacji. I położeniu, zarówno swoim jak i jego ochrony.
Ciąglę znajdował się wewnątrz krateru, wśród krzaków i drzewek przy których usypiał. Kilkanaście metrów od siebie widział delikatnie światło ogniska gdzie pewnie rozbili się jego towarzysze.
Sięgnął do swoich rzeczy, wyjął mapę. I przyjrzał się okolicy krateru. Skoro byli blisko… Podrapał się za uchem. Będzie musiał odwiedzić pewną admiratorkę antyków w mieście. Być może wie, gdzie już kopano w tej okolicy. Martwe gnomy były niedaleko… a Bajarz planował je znaleźć.
Na razie ruszył w kierunku Ofuna stukając laską. Jego dwaj nieludzcy ochroniarze podążali tuż za nim.- I jak sytuacja? Okolica zabezpieczona? Wykopaliście coś ciekawego?- zapytał przyjaznym tonem.
- O patrzcie kto odżył! - zawołał Jor.
- Szefie spałeś cały dzień i całą noc. Baliśmy się, że już nie wyjdziesz z tego. - Inarion podszedł do gnoma - Wszystko w porządku?
- Ja… sądzę…- gnom potarł czoło i mruknął.- Ja sądzę, że… potrzebuję się napić. I to porządnie… czegoś… mocnego.-
Dwaj barbarzyńcy kiwnęli sobie głową i podali gnomowi skórzany bukłak. - Sfermentowane mleko yaka. Wali jak kafar, ale sprawia, że jest też ciepło w brzuchu.
- Piłem gorsze rzeczy. A przynajmniej mam taką nadzieję. - gnom sięgnął po bukłak i zanim się napił, rzekł.- Miałem długi… sen… kapłan powiedziałby że proroczy. Ale poeta powiedziałby że… inspirujący. Czy coś jeszcze się wydarzyło, gdy byłem nieprzytomny.-
Po czym upił kilkoma haustami “alkohol” barbarzyńców, mając nadzieję, że nie zwymiotuje zaraz po wypiciu.
Trunek był delikatnie mdło słodki w smaku, przynajmniej z początku. Po kilku chwilach gardło gnoma zaczęło palić i faktycznie zaczął czuć ciepło we wnętrznościach. - Ptactwo i zwierzyna pouciekały. - zauważył Jor - I to w nie lada popłochu. Nawet robactwo wszelakie zwiało.
- Ty natomiast pokryłeś się… wilgocią. - zauważył alchemik - Nie potem, po prostu jakby ktoś cię wrzucił całego do sauny.
- Hmm… a sny… mieliście jakieś… dziwne?- zapytał gnom krztusząc się.
- Nic niezwykłego. - przyznał mag - Jor i Ori gadali, że śniła im się zwierzyna, którą upolują dla tej zamaskowanej magini, co była z nami. To jednak nic nowego dla nich.
- Ale zwierzyna była dziwna!
- Ano, jeden z tych olbrzymich dwunogich jaszczurów, tylko pokryty piórami!
- Tak, tak pierzasty Tyranozaur… tu. W Rzecznych Królestwach. Nie wypiliście za dużo przed snem?
- Nie istnieje "za dużo".
- Pozatym ci Piekielnicy z zachodu kupują je, może naszemu oponentowi jakiś uciekł.
- Zapytacie go jak go spotkamy. - Inarion pokręcił głową - Więc, nie, żadnych dziwnych snów. Zakładam, że twoje to co innego?
- Koszmar… ale przywykłem. Koszmary to moja codzienność. - Baltizar nie chciał się wdawać w szczegóły, nie teraz przynajmniej. Przeciągnął się mówiąc.- No tak. Skoro się wyspałem, to może wracajmy do domu? Z powrotem do miasta?-
- Brzmi dobrze, nie wiem czy żarcia by nam wystarczało, skoro twój mały rytualik odstraszył zwierzynę. - Inarion zerknął na dwóch barbarzyńców - Zbierajcie obóz, wracamy do Evercrest. Offun przygotuj konie. - ekipa zaczęła zbierać się do wyruszenia.
- Możemy podążyć okrężną drogą, bliżej rzeki jeśli chcecie zapolować w ramach uzupełnienia zapasów.- zaproponował gnom ocierając drżącą dłonią skroń. Wrażenia ze snu jeszcze nie całkiem ustąpiły. Strach… który był mu nieznany na jawie, nadal trzymał go w swoich okowach i Baltizar potrzebował jeszcze kilku chwil by całkiem dojść do siebie.
A potem… miał plany w samym mieście. Osoby do odwiedzenia, pytania do zadania, plany do zrealizowania. Znaleźć drukarza, porozmawiać ze znajomą entuzjastką starożytności Alicją Crawford, dowiedzieć się od Piwonii co do sytuacji w mieście. Odwiedzić świątynię i porozmawiać z bibliotekarką. Zabrać się za infiltrację kolejnej świątyni. O tak… gnom miał dużo planów do zrealizowania.
- Oczywiście ty tu jesteś. Powiedziałbym że masz obsesję na moim punkcie i miałbym rację. Powiedziałbym że mnie nienawidzisz albo kochasz… ale wątpię by te emocje byłyby dla ciebie zrozumiałe. Powiedziałbym… ale ciebie nie ma tu… jesteś tu.- gnom wskazał na swoją głowę. I rozejrzał się dookoła.- I wszędzie poza spojrzeniem, ukryty w kącie oka.-
-
Viktor i Kaylie
Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy brama Evercreast stanęła otworem przed wracającą ekspedycją. Strażnicy, zmęczeni, pokryci pyłem, maszerowali w milczeniu, prowadząc uratowanych. Niektórzy poruszali się z trudem, skacząc na każdy cień, inni spoglądali przed siebie pustym wzrokiem, wciąż nie wierząc, że koszmar kopalni dobiegł końca. Na czele szła Filia Blackfyre, jej zbroja uszkodzona, twarz zacięta, ale postawa nieugięta. Za nią Kaylie i Viktor, ich spojrzenia czujne, gotowe na każdą reakcję tłumu.
Wieści o powrocie dotarły do miasta wcześniej – gdy tylko strażnicy z przednich posterunków dostrzegli ekspedycję, po ulicach rozniosły się szeptane modlitwy i okrzyki nadziei. Gdy drużyna przekroczyła mury, pierwszym dźwiękiem, jaki ich powitał, była cisza. Setki oczu spoglądały na nich, szukając znajomych twarzy, licząc osoby w kolumnie ocalonych. Potem ciszę przecięły płacze – radosne i rozpaczliwe zarazem.
Matka, dostrzegając syna, rzuciła się naprzód, wpadając na kolana, obejmując go tak mocno, jakby bała się, że zniknie. Żona jednego z poerwanych, zanosząc się szlochem, pobiegła w stronę pochylonego mężczyzny, przyciskając jego twarz do swojej piersi. Dzieci szarpały ubrania rodziców, wołając ich imiona, nie wierząc, że to prawda.
Ale nie wszyscy mieli kogo objąć. Niektórzy patrzyli po twarzach i nie znajdowali tej jednej, której szukali. Starszy mężczyzna, opierający się na lasce, rozejrzał się kilkukrotnie, a gdy nikt do niego nie podszedł, jego ramiona opadły, a w oczach pojawił się pusty wyraz. Kobieta z czerwoną chustą spojrzała na Filię, jej spojrzenie pełne niemego pytania. Filia nie powiedziała nic – jedynie lekko pokręciła głową. Kobieta zakryła usta dłonią, wstrzymując szloch, po czym osunęła się na kolana.
Strażnicy, nawet ci najsilniejsi, unikali spojrzeń osieroconych rodzin. Zwycięstwo było gorzkie – choć wielu wróciło, wielu także zabrakło. Niektórzy strażnicy stali w milczeniu, inni poszukiwali swoich bliskich, a jeszcze inni, wyczerpani, po prostu chcieli usiąść i zapomnieć.
Na końcu kolumny wlekła się para strażników, ciągnąc wóz z Alchemikiem. Blada twarz szaleńca wykrzywiona była w nieczytelnym uśmiechu, a jego oczy lśniły dziwnym blaskiem. Widząc go, tłum zawrzał. Głosy pełne gniewu i nienawiści podniosły się nad miastem, ktoś rzucił kamieniem, który trafił go w ramię. Alchemik nawet nie zareagował, uśmiechając się tylko szerzej.
Filia uniosła dłoń, a strażnicy ustawili się w szyku, oddzielając więźnia od rozwścieczonych mieszkańców.– On odpowie za swoje zbrodnie – oznajmiła głośno, jej głos przebijał się przez chaos. – Sprawiedliwość zostanie wymierzona.
Powoli, wracający zaczęli się rozpraszać, a emocje zaczęły opadać. Czekały jeszcze raporty, obrady, ciche modlitwy w domach. Lecz tej nocy w Evercreast płonęły nie tylko świece wdzięczności, ale i światła żałoby.
Filia wydała ostatnie polecenia swoim podwładnym i po czym skierowała się do dwójki Azazelitów. Dopiero teraz mogli zobaczyć ból w jej oczach. Pomimo tych, których ocalili, wiele imion przyozdobi puste nagrobki. A komendant czuła to jako osobistą porażkę, a spojrzenie w oczy tłumowi mieszkańców Evercrest tylko ją w tym utwierdziło.
No…- odchrząknęła starając się schować łamiący się głos - No, to tyle. Nasz więzień będzie siedział pod ciągłą obserwacją i oczekiwał na osąd. Powinniście odpocząć, jutro omówimy sprawę z moim ojcem i całym procesem. - chwilę się zastanowiła i wciągnęła powietrze starając się uspokoić emocje - Ah, i powiedzcie Otto, o mojej prośbie z rozmową z waszym przełożonym. Zobaczymy czy będzie mógł nam w tym pomóc.
Baltizar
Słońce już dawno minęło zenit, a cienie rzucane przez mury Evercreast wydłużyły się, gdy mała grupa jeźdźców przekroczyła wzgórze i ujrzała miasto rozciągające się przed nimi. Pył drogi osiadł na ich ubraniach, a zmęczenie malowało się na twarzach. Konie, choć silne, poruszały się wolniej, odczuwając ciężar wielodniowej podróży.
Baltizar jechał na czele, owinięty płaszczem, który chronił go przed zimnym wieczornym wiatrem. Jego myśli wciąż krążyły wokół tego, co widział, wokół koszmaru, którego ślady próbował odnaleźć. Ale im bardziej zbliżał się do miasta, tym bardziej czuł, że koszmar nie był jedyną rzeczą, która na niego czekała.
Za nim jechał Inarion, obok niego Ofun, który już kilkukrotnie sprawdzał swoje torby, upewniając się, że żadne z jego narzędzi czy eliksirów nie ucierpiały podczas podróży. Bliźniacy, Jor i Ori, spoglądali na miasto z mieszanką znudzenia i ciekawości – Jor rzucił jakąś uwagę na temat tego, jak wiele mięsa będzie w stanie pochłonąć po tym, jak się w końcu dostaną do gospody.
Zbliżając się do bramy, dostrzegli, że miasto było spokojniejsze niż zwykle. Strażnicy patrzyli na nich uważnie, niektórzy z ulgą rozpoznając Baltizara i jego towarzyszy, ale inni mieli w oczach cień zmęczenia. Wieści o ekspedycji rozeszły się po Evercreast, a ludzie wciąż jeszcze trawili wydarzenia ostatnich dni.
– Spóźniliśmy się na świętowanie? – mruknął Jor, rozglądając się po pustawych ulicach.
– Jeśli było co świętować – odparł Inarion, zeskakując z siodła.
Baltizar skinął strażnikom i bez większych problemów został wpuszczony do miasta. Ich cel był jasny – Popielny Dwór.Ulice Evercreast wypełniał zapach palonych świec i kadzideł – znak, że w wielu domach odprawiano modlitwy za tych, którzy nie wrócili z kopalni. Co jakiś czas mijali przechodniów, niektórzy rozpoznawali Baltizara i patrzyli na niego z mieszaniną podziwu i obawy. Był opowiadaczem, człowiekiem, który znał tysiące historii… ale teraz wracał z takiej, którą niewielu chciałoby usłyszeć.
Gdy dotarli do Popielnego Dworu, drzwi otworzyły się z cichym skrzypnięciem, a ciepło wnętrza uderzyło ich w twarze. Światło świec i kominka tańczyło na ścianach, a kilka osób obróciło głowy w ich stronę, oceniając ich stan.
– Stolik. I alkohol. – Ori pierwszy podszedł do Otto, rzucając mu kilka monet.
– I dużo jedzenia – dodał Jor, rozciągając mięśnie.
Ofun bez słowa usiadł przy stole i zaczął coś notować w swoim dzienniku. Inarion oparł się o krzesło masując skronie.A Baltizar? On usiadł ciężko na krześle, pozwalając sobie na chwilę oddechu. Wciąż czuł na sobie ciężar podróży, ciężar myśli, których nie mógł się pozbyć. Gdzieś w okolicy były ruiny jego ludu, ruiny, które mogły mieć odpowiedzi na męczące go pytania.
Ale to był problem na później.
Teraz czekało ich jedzenie, odpoczynek i noc pełna cieni.- Wróciłeś. - słodki głos Piwonii wybił go z zadumy - I śmierdzisz rybą. - blondynka skomentowała z niesmakiem, siadając obok gnoma - Spuszczam cię z oka na kilka dni i już szukasz sobie uciech u innych? - przytyk córki karczmarza nie miał w sobie jadu, a jedynie drobne droczenie - Czuję też kurz… zyskałeś jakieś odpowiedzi?
-
Viktor ujął siostrę za barki spoglądając zdecydowanie w jej oczy.
- Wygraliśmy, Filio. Każda śmierć to tragedia, ale każda tragedia której zapobiegliśmy to nasz tryumf. Opłaczmy ofiary, ale nie ujmujmy tym co powrócili, pozwalając sobie nie dostrzec ich przez żałobę. Ich życia też mają znaczenie. Nie tylko te utracone. Hmmm?
Zapytał, pokrzepiająco wstrząsając jej ramieniem, jakby chciał ją delikatnie wybudzić ze złego snu. - Tak, tak. - zgodziła się komendant - Zawsze jednak… myślisz, że mogłeś więcej. Nie czekać tak długo, zebrać więcej ludzi… COŚ. Zawsze będę to miała z tyłu głowy.
- To tylko “złe myśli”. Przygotowałaś tę wyprawę w dzień. Tygodniowy przemarsz. Czterdziestu ludzi pod bronią i potencjalnie ćwierć setki rannych i chorych do przetransportowania. Wiesz lepiej niż ja jak bezmyślne byłoby wyruszenie bez tych przygotowań… a więcej ludzi by w żadnym momencie nie pomogło. Nawet post factum, znając wydarzenia, nie mogłaś zrobić nic lepiej, poza może wywróżeniem z fusów gdzie alchemik miał kryjówkę… a nie… przed tym też był zabezpieczony.
Viktor obrócił Filię i palcem ręki, wyciągniętej nad jej barkiem, wskazał scenę ojca na kolanach, objętego przez czwórkę jego dzieci. Żadne nie mogło mieć więcej niż dziewięć lat i wszystkie płaczem wylewały z siebie tygodnie strachu, rozpaczy i przedwczesnej żałoby. - Patrz na nie. Oddałeś im tatę. Zmieniłaś ich życia. Uratowałaś od głodu, zimna i choroby. Może córkę od sprzedawania się. Może synów od złodziejstwa i rozbójnictwa. Uratowaliśmy życia dwóch dziesiątek porwanych, ale życia które ZMIENILIŚMY są bliższe setki, albo niepoliczalnych tysięcy, jeśli liczyć przyszłe pokolenia, które dzięki nam będą miały drastycznie lepszy start. I to licząc tylko tych co teraz uratowaliśmy. Nie tych których by jeszcze porwał.
Viktor puścił Filię, czując, że jego bliskość może zrobić się niekomfortowa i cofnął się o krok. - Ostatecznie… jesteśmy tylko ludźmi. Nie mogę pomóc wszystkim, ale mogę pomóc wszystkim którym tylko mogę - wyrecytował starą maksymę, którą usłyszał od pewnego paladyna w przeszłości.
Kaylie nie zabrała głosu pozwalając prawnikowi mówić. Wiedziała, że jej słowa mogłyby napsuć tutaj, więc powstrzymała się przed nimi.
Nie podobało jej się, że do tego Filia ciągle chce rozmawiać z Azazelem. Arkanistka wolałaby mieć o wiele mniej sytuacji, gdy ten diabeł będzie miał obecność na Planie Materialnym... Ciągle czuła się bardzo niekomfortowo z myślą, że należy do niego.
Filia spojrzała w niebo, powtarzając sobie cicho słowa Viktora.
- Ma to sens, ale… - pokręciła głową - Nie, gdybanie i wiercenie sobie w brzuchu nic nie przyniesie. Muszę pójść do łóżka i patrzeć w sufit, aż nie usnę. - spojrzała na swojego brata i jego kochankę - Dziękuję wam jeszcze raz za pomoc. Też idźcie odpocząć, zasłużyliście.
Viktor kiwnął głową. Przez chwilę chciał jej przypomnieć, że mają do przeprowadzenia rozmowy o doktrynie Azazela przed spotkaniem… ale na pewno pamiętała.
- Nie zadręczaj się. Jakbyś chciała z kims pogadać i była dość zdesperowana, to wiesz gdzie mnie szukać… Widzimy się.
Kwadrans później, na kolejnym z rozwidleń drogi, Viktor objął Kaylie w talii i ucałował ją krótko.
- Mam kilka rzeczy do załatwienia w mieście. Wrócę do Dworu za kilka godzin, ale mam jeszcze pracę, więc nie czekaj na mnie.
Kaylie zatrzymała się nagle jak jej kochanek objął ją i ucałował. Wcześniej była milcząca i po prostu przyjmowała co los na nią nakładał. Teraz delikatny uśmiech pojawił się na jej twarzy, który jednak lekko zanikł, gdy mężczyzna powiedział jaki jest powód zatrzymania.
- Ja... - zawahała się nim pozbierała się do kupy - Ja nic nie zrobiłam nie tak, prawda?
Obawa była wciąż obecna. Czy czymś go uraziła? - Nie, nie nienie… - zaprzeczenie było zdecydowane, z przekonaniem w głosie - Wszystko jest w porządku. Po prostu mam rozmowę do przeprowadzenia, zamówienie do złożenia, plotki do poznania i część z moich kontaktów woli być anonimowa, no a potem dalsza praca-praca. Wiele jest rzeczy do zrobienia na mojej liście. Jeśli byś chciała to mogę, po drodze, zajrzeć do ciebie i ucałować na lepszy sen, hmmm?
- Nie powinieneś pracować bez odpoczynku tylko magią się wspierając. - powiedziała poważnie acz już uspokojona słowami Khala - Na tym nie można działać bez prawdziwego odpoczynku. W końcu twoje ciało zapłacze. - mówiła trzymając jego dłonie w swoich.
Viktor uśmiechnął się ciepło, nie do końca wiedząc jak przyjąć przejęcie jego cyklem dobowym. - To nie tylko magia… na długo nim ją posiadłem, piąłem się na swoje szczyty, rzadko przesypiając zdrowe sześć godzin dziennie. Znam swoje limitacje i szanuję je jak zaakceptowane kalectwo… - Niski chichot zadudnił w piersi Viktora wesoło - Nie martw się o mnie. Nie pracuję tu wcale intensywniej niż przez ostatnią dekadę. Dam radę.
- To nie jest wystarczające. Khal, ty tak krzywdzisz swój organizm. Nie jesteś już przerażonym młodzieńcem, co chce dostać się do miejsc za wysoko na jego urodzenie. - ujęła policzek Khala w swoją dłoń w takiej prawie matczynej trosce - Czas twojej walki o pozycję z nizin pospólstwa na salony doszedł końca. Teraz to salony grzeją ci pościele.
Viktor ujął jej dłoń i ucałował długo… tak naprawdę kupując sobie czas. Za nic nie wiedział co na to odpowiedzieć… i jak zwalczyć poczucie… krępacji? - Niestety tego privilegium się dobrowolnie zrzekłem - odpwiedzial drapiąc się po skroni, ze spojrzeniem skierowanym gdzieś nad jej barkiem - Opuściłem moje Salony, by zacząć budować coś nowego i praktycznie jestem teraz w Punkcie Zero. Więc to precyzyjnie jest moment mojej walki o pozycję i szlag mnie strzeli jeśli miałbym wyciągnąć z niej mniej niż miałem w Egorianie. Doceniam, że się o mnie martwisz, ale potrzebuję byś zaufała mi, że wiem co robię. Możesz to dla mnie zrobić? - zapytał z łagodnością, ale też najdelikatniejszym naciskiem.
Kaylie uchwyciła jego twarz między swoje dłonie. - Mogę zaufać, ale postawię granicę. Jeżeli będziesz ją przekraczał... To po prostu za ucho cię na piętro zaciągnę do snu i protesty będą zagłuszone obijaniem się o schody.
- Omówimy to gdy do tego dojdzie - nie-odpowiedział i pocałował ją krótko - A teraz bym leciał. Mam dużo do zrobienia.
- Idź, idź... - westchnęła odprawiając go - Pewno już czekają.
Viktor ucałował ją jeszcze, tym razem między brwiami i odszedł szybkim krokiem.
Dużo… dużo do zrobienia.
- Wygraliśmy, Filio. Każda śmierć to tragedia, ale każda tragedia której zapobiegliśmy to nasz tryumf. Opłaczmy ofiary, ale nie ujmujmy tym co powrócili, pozwalając sobie nie dostrzec ich przez żałobę. Ich życia też mają znaczenie. Nie tylko te utracone. Hmmm?
-
Miasto zdawało się nie tyle co ciche, a wręcz wymarłe. Czasami mijało się patrolującą straż, ale głównie zamaskowana Kaylie była samotna w okolicy. Wychowana stolicy Galt nie była przyzwyczajona do takiej ciszy miasta. Prawdę mówiąc nie oczekiwała tak silnej społecznej reakcji na to wydarzenie. Zrozumiała, że ci ludzi musieli być ulepieni z innej gliny niż jej współobywatele, jacy nawet nie zmrużyliby oka i na tak błahą tragedię szczególnie jeżeli nie dotyczyłaby ich personalnie. Byli zbyt przyzwyczajeni do traum życia codziennego, aby być czymś takim poruszonym.
Chyba stali się trochę znieczuleni społecznie.Arkanistka była obeznana z samotnością jednak obecność Khala rozbudziła w niej skrywaną potrzebę bliskości z inną osobą. Zaczęła się ponownie obawiać samotności choć przecież to zwalczyła po ostatnim rozstaniu... Miała już nigdy w coś takiego się nie wpakować!
Ale jego słowa...
Ten Cheliaxianin wiedział jakich słów i gestów używać, aby omotać sobie wokół palca kobietę, a ona nie zaprzeczała, że w kwestii romansów i związków potrafiła oddać się naiwności. Rozumiała też, że w razie jego chęci nie miałaby żadnych szans, aby zobaczyć jakiekolwiek kłamstwo. Równie dobrze mogła w tej sekundzie dawać mu rozgrywać się jak tylko chciał, ale postanowiła zaryzykować.
Aby zająć myśli udała się w poszukiwaniu czegokolwiek co to miasteczko uważałoby za bibliotekę i przejrzeć zawartość zbiorów takiego miejsca dla oceny jego użyteczności w przyszłości.
Nie zajęło jej długo, aby trafić na patrol strażników. Ci należeli do grupy, którą Filia pozostawiła w mieście, aby pilnowali porządku pod jej nieobecność. Widać było, że trochę zazdrościli kolegom, którzy mieli okazję wziąć udział w wielkiej przygodzie. Słyszeli natomiast jaki wkład miała "Zamaskowana Magini", więc potraktowali Kaylie z szacunkiem na jaki zasługiwała. Pokierowali ją do "Domu Odnowy", świątyni trójki bogiń, który zajmował się nie tylko leczeniem, ale i krzewieniem kultury i wiedzy wśród mieszkańców. Niedługo później stała pod bramą świątynną, której pilnował jeden z zakonników.
- Niechaj Trójka pochyli się nad tobą i twoimi troskami. - przywitał ją z delikatnym uśmiechem - W czym nasza świątynia mogłaby pani dziś pomóc?
Mogła podejrzewać, że to kapłaństwo będzie trzymało pieczę nad księgami.
- Przybywam w poszukiwaniu biblioteki i straż powiedziała mi, że tutaj ją znajdę. Nie jestem długo w tym mieście i nie wiem czego oczekiwać w zasobach literackich Evercrest.
- Oczywiście, oczywiście. - kapłan otworzył drzwi wprowadzając kobietę do środka - Mamy obszerną bibliotekę, z szerokim zasobem ksiąg na wiele tematów. Nie jesteśmy oczywiście akademią, więc nasz zbiór jest bardziej przyjazny laikom. Czegoś konkretnego szukasz, pani?
- Zakładam, że nie powinnam nastawiać się na obszerny zbiory dotyczące teorii magicznej. - westchnęła.
- Obawiam się, że nic zagłębiającego się w wielkie tajemnice, ale mamy kilka ksiąg znanych magów. Jakaś konkretna tematyka, czy coś bliższego "Magia dla zabobonnych chłopów: Ogniste Kule"? - kapłan delikatnie zachichotał z własnego żartu - Sam jednak mogę jedynie wskazać kierunek, Magowie i im podobni to bezbożnicy chwytający potęg, które nie są ich. - sekundę później najwyraźniej złapał się na tym co powiedział - Bez urazy, moja pani.
- Ci magowie przynajmniej nie korzystają z czegoś, czego nawet nie mają. - zaśmiała się i machnęła ręką - W takim razie co jest poczytne dla tutejszych?
- Zbiory historyczne i teologiczne, encyklopedie… - kleryk zaczął się zastanawiać - Dział opowieści przygodowych i romantycznych cieszy popularnością wśród płci pięknej miasta. - zauważył - Baśnie i legendy są odwiedzane przez dzieci. Almanachy rolnicze, księgi o ziołach. Mamy wszystkiego po trochu, niektóre działy są obszerniejsze zależnie od popularności.
Zamaskowana arkanistka ożywiła się na wspomnienie jednej kategorii.
-
Posiadacie w swoich zbiorach tylko takie sławy jak Almondas Grzeszny czy jednak także mniejszych autorów jak Pipin Ezari lub wręcz prawie zakazanych jak Łowca Dziewic? - zapytała z przyjęciem. Wszyscy pisarze jakich wymieniła to była trzódka romansów, a trzeci zahaczał nawet o tematy ostro pornograficzne, jakich żadna młoda dama nie powinna czytać, więc na półkach ze świecą ich szukać.
Kleryk gwizdnął na sugerowanych autorów. -
Tą trójkę posiadamy oczywiście, chociaż nie wiem czy Łowca jest do wypożyczania, skandaliczne tematy, rozumie pani. Z podobnych autorów mamy Felicae, galtianski filozof i pisarz, zasłynął po wyzwoleniu Galt z okowów Cheliax. Mozdormu, mamy kilka egzemplarzy jednej z niewielu ksiąg tkniętych ręką smoka, ma kilka ciekawych romantycznych opowieści. Mamy zbiór opowieści z Ziem Mamucich Lordów, oralne legendy przerzucone na pismo, jest kilka słodkich romansików, które mogą trącić cyniczne serduszka.
-
Świetnie. Poprowadź mnie do działu. - odparła radośnie - Wiem, że to słodkie mrzonki i niektóre pornograficzne kąski, ale co poradzić... Przygodówki to też kłamstewka, a jednak poczytne. Ciągnie do tego, za czym się tęskni i nie może otrzymać. Ja tematów przygodowych mam aż nad w życiu.
-
Rozumiem. Dom Odnowy proponuje też usługi matrymonialne, jeżeli szczęście nie uśmiecha się w miłości. - zaproponował kleryk prowadząc Kaylie do biblioteki.
-
Zapamiętam ofertę, chodź wybrany sam jest kapłanem tylko nie jednego z bogów małżeństwa. I nie wiem czy on by chciał to zrobić oficjalnym…
-
To niestety częste. - przyznał kapłan - Służba i oddanie bóstwu wymaga poświęceń. Czasem ku cierpieniu innych.
Kaylie nic nie odpowiedziała idąc w ciszy za kapłanem.
Po kilku minutach dotarli do przestrzennego pomieszczenia wypełnionego regałami pełnymi ksiąg, w środku znajdowało się kilku wiernych, najwyraźniej poszukujących ukojenia w wiedzy lub fantazji. Kapłan skręcił w jeden z bocznych działów, drewno tutejszych regałów miało delikatnie różowe zabarwienie. -
To tu, wybaczy pani, ale to nie jest moja specjalizacja. Mogę cię pozostawić?
-
Ależ oczywiście, Monsieur. - zgodziła się z radością.
Kapłan skłonił się i odwrócił na pięcie wracając do drzwi świątyni. Przed Kaylie stał "Dział Opowieści Miłosnych" jak obwieszczał napis na drewnianym łuku przed nią. Nie należał do najmniejszych, jak na oko magini przynajmniej trzydzieści regałów pełnych historii o romansach, zdradach i seksie, w różnej kombinacji.
Widziała kilka kobiet krzątających się między zbiorami, kapłanki oczywiście, ale też kilka mieszczanek. Dostrzegła nawet dwie kobiety w droższym odzieniu, najwyraźniej ekwiwalent szlachty w tym mieście.
Kaylie czuła się żywa w tym otoczeniu. Mogła wreszcie być sobą! Nie przejmować się statusem, choć zapewne w tym miejscu miała najwyższy z nich wszystkich.
Zdjęła maskę i przytoczyła ją do pasa. Z zafascynowaniem chodziła wokół półek patrząc ile z tego już czytała, a ile jeszcze oczekuje na jej łase oczy. Zachichotała widząc Gorące Wspomnienia pośród zbiorów. Pamiętała jak nastoletnia siksa chowała tom pod poduszka! Opowieści były tak ostre, że czasem zastanawiała się czy nie straciła niewinności czytając zdania weń zawarte!Podczas wyboru lektur obserwowała towarzyszki działu i ich zainteresowania, szczególnie tych zaściankowych szlachcianek.
Bardziej pospolite bibliofilki przeglądały dość proste romansidła o przystojnych, silnych herosach ratujących nieszczęśniczki z okrutnego losu. Szlachcianki natomiast chichotały do siebie przeglądając "Opowieść Tysięcznej Nocy", erotyczna opowieść o tematyce Osirionskiej.
Kaylie podeszła bliżej szlachcianek i swoim galtiańskim akcentem zagadała do nich.- Świetna książka, nawet następne tomy tego autora są jeszcze lepsze.
Dwójka na początku wyraźnie się speszyła obecnością nowoprzybyłej magini. Po chwili jednak albo z powodu akcentu, wyglądu czy zainteresowania musiały uznać ją za sojuszniczkę w poszukiwaniach tanich ekscytacji. - Fascynująca na zasadzie jak mężczyzna, samotny do tego jak sądzimy, wyobraża sobie sceny miłości. Strasznie dużo mówienia, najwyraźniej. - jej koleżanka przytaknęła.
- O tak, mój mąż mniej powiedział w łóżku przez całe dziesięć lat naszego małżeństwa, niż bohater tej książki w trzech stronach.
- Czasami ma się wrażenie, że przez to rozgadanie brakuje trochę bliższych akcji i emocji między bohaterami. - powiedziała bez skrępowania - Ale za to w "Aksamitnych Koronkach" tego samego autora widać już większą dorosłość pióra... Czy czytałyście panie? - zatrzymała się orientując, iż mogły nie dobrać się do tej książki.
- Jeszcze nie, ale była następna na naszej liście. Możesz pani polecić jeszcze jakieś, lub autorów? Widać, żeś światowa i oznajmiona w takiej literaturze.
- Oczywiście! - zgodziła się z typowym próżnym zadowoleniem szlachcianki - Jestem po raz pierwszy w bibliotece tego miasta, więc zbiorów nie znam. Zależy też jaka subżanra was bardzo interesuje, a jaka wręcz jest wam niemiła.
- Och, nie uznajemy niczego jako taboo. To tylko pismo bądź co bądź. A fantazja pozwala na eksplorację.
Kaylie nie opierała się już. Rozmawiała z kobietami o nawet najgorętszych kawałkach wymieniając się z nimi poleceniami i historiami z życia, czasem nawet sama zarumieniła się i zachichotała pod nosem kryjąc twarz w dłoniach.
Czuła się gdzieś przynależąca, nie porzucona, bez domu. Nawet jeżeli miało to być tylko chwilowe.
W końcu zegar wybił zbliżający się wieczór, a dwie panny przeprosiły nową towarzyszkę rozmów i ruszyły do domów. Kaylie została sama wśród regałów pełnych pikantnych i mniej opowieści.Kaylie wybrała ze zbiorów "Zakazane ciasto", ckliwą historię o niemożliwej miłości między karczemną służką a przejezdnym dziedzicem wsi w jakiej mieszkała. W oko także wpadła jej "Szlachcianka na sprzedaż", gdzie opisywane były perypetie młodej dziewczyny jaką rodzina wbrew woli wydawała za jednego z znajomych rodziców. Na dokładkę porwała także "Nie mów nikomu" opowieść o pornograficznym smaku w trzech tomach, w jakich rozwija się romans mężatej ze strażnikiem domu. Nigdy nie przeczytała całości do końca, ale miała wrażenie, że w drugim tomie znajdą się oboje w małżeńskich pościelach.
Arkanistka zainteresowała się też książką o nauce teorii magicznej i przyswajaniu wiedzy przez magów. Bez skrępowania kładła wszystkie książki po kolei na stole do wypożyczenia.
Jedna z bibliotekarek zanotowała, tytuły delikatnie zakrzytuszając się przy "Nie mów nikomu".- Erm... mogę jeszcze tylko poprosić o imię i rezydencję?
- Kaylie Sunfall. W tym momencie mieszkam w Popielnym Dworze, choć pewnie zmienię miejsce za jakiś czas.
Uśmiechnęła się spokojnie, bez krztyny skrępowania. - Dobrze. - kobieta zanotowała informacje - Książki ma pani za darmo na tydzień czasu, jeżeli chciałaby pani przedłużyć ten czas, proszę do nas przyjść.
- Rozumiem, rozumiem. - upchnęła książki w torbie - Często tu przychodzą kobiety wyższe statusem? - zapytała kleryczki co opiekowała się biblioteką.
- Raz na kilka dni. Dwa razy w miesiącu organizują obiadek z książkami.
- Jakieś szlachetne głowy?
- Szlachcianki miasta prowadzą te spotkania. Chcą polepszyć społeczeństwo szerząc edukację.
- Pytam o... Bardziej uszlachetnione. Nie o niską szlachtę.
Mina kobiety delikatnie zrzedła, ale postarała się utrzymać fason. - Obawiam się, że do naszej małej dziury w ziemi nie dochodzą, zaprawdę wysoko urodzone osobistości. Więc, niestety będziesz chyba musiała pani uraczyć się własnym towarzystwem.
- Naprawdę? Nikogo? - zdziwiła się - A ci Blackfyre?
- To też szlachta tego miasta. Lord Blackfyre uzyskał tytuł ze względu na swoją służbę miastu. Nie
- Och. - uśmiechnęła się - To dobrze, że nie będzie dramy z pluszowych salonów. Wolę dramy z bawełnianych. Tamte potrafią zmęczyć. - Kaylie nie wydawała się w żaden sposób szczególnie zainteresowana tymi drugimi.
Bibliotekarka jedynie kiwnęła głową. - Czy mogę jeszcze w czymś pomóc?
- To wszystko. - skłoniła głowę wdzięcznie.
Arkanistka rzuciła na łóżko torby z książkami i sama padła na kołdrę. Położyła miecz obok siebie i od niechcenia dłoń na nim.
"Nie miałeś racji." przesłała telepatyczną wiadomość do Rhaasta "Khal nie jest taki jak poprzedni."
"Och?" miecz odparł jakby od niechcenia "Spędziliście jedną, dwie noce razem. W przeciągu dwóch tygodni. I już znasz go w całości i jesteś w stanie go ocenić?"
"Spędziliśmy więcej innego czasu, seks nie jest najważniejszy!" zirytowała się "On mnie rozumie."
"Yhym, a ile on faktycznie wie o tobie?"
"To on był tym prawnikiem, co mnie uratował od tortur! To on przekonał Nyera!" uczucia kobiety wirowały szaleńczo.
"Ale nie zrobił tego dla ciebie. W sensie nie dla CIEBIE ciebie. Zrobił swój jeden dobry uczynek na dekadę." głos miecza wydawał się być odrobinę zirytowany "I dobrze wiesz, że miałby kłopot z zaakceptowaniem ciebie gdyby znał całą prawdę."
"Nie miałby, nie miał!" złość kobiety się wzmagała "Zrozumiałby, zaakceptował!"
"Dziewczyno. Dałaś mu uproszczoną wersję tortur jakim poddałaś tego idiotę z Cheliax. Tortur, które jestem pewny, bardziej by zrobiły z ciebie uczennicę tego Davrosa niż kogoś kto go pojmał."
"Zamknij się!"
"Nie wspominając o tym co robiłaś później…"Te słowa spowodowały, że miecz rozstał rzucony przez pokój i wbił się w drewnianą ścianę ciśnięty siłą furii, jakiej tak naprawdę nie spodziewałby się nikt po Kaylie.
I pogrążyła się w lekturze naiwnego romansidła o tytule "Zakazane ciastko".
Po kilku minutach Kaylie usłyszała pukanie do drzwi swojego pokoju.
-
Kaylie? Mogę wejść? - Lilia, głos córki karczmarza wydawał się zatroskany.
Arkanistka odłożyła książkę na stolik i usiadła na łóżku. -
Wejdź, jest otwarte.
Rudowłosa dziewczyna weszła do pokoju zamykając za sobą drzwi. -
Tata chciał, abym sprawdziła czy wszystko w porządku i och… - zatrzymała się widząc wbity miecz w ścianę - I poprosił, abyś nie wandalizowała karczmy. - wskazała dłonią na osobliwy ornament - Kłótnia?
-
Irytujący element ekwipunku nie wiedział kiedy się zamknąć. - wzruszyła ramionami - Nic się nie dzieje, naprawię szkodę jak go zabiorę.
-
Och, dwór się sam naprawi. Tata po prostu jest świadom takich szkód, irytują go goście, którzy nie szanują jego gościnności. - Lilia pacnęła miecz, który delikatnie się zakołysał na ścianie - Co tam czytasz? - rudowłosa dziewczyna usiadła obok Kaylie spoglądając na książkę.
-
Romans. - podała książkę Lilii - Jedna z tych uroczych, o miłości karczemnej dziewki i dziedzica wsi w jakiej jest karczma!
-
Huh... - Lilia zaczęła czytać pobieżnie książkę - Nie moje tematy, ale historia brzmi znajomo. W tej historii to dziewczyna się zabujała a chłopak jest ignorantem?
-
Dopiero zaczęłam czytać. - wyjaśniła z jakimś dziewczęcym entuzjazmem - Uwielbiam jak bohaterowie rozmawiają ze sobą tak... romantycznie. Takie piękne słowa...
-
To bardziej gadaj z Piwonią, ona zbiera tego typu romantyków. Pytałam o historię tej ksiażki, bo jakieś dwiescie lat temu, mniej więcej coś takiego się jej przytrafiło. Tata był wściekły, kiedy uciekła ze swoim amantem.
-
Nie zrozum mnie źle. Ja wiem, że to naiwne bujdy, ale... Mnie to rusza, nawet jeżeli to bajka. - wzruszyła ramionami.
-
Och, uwierz mi. - Lilia skrzywiła się widząc część dialogu z książki - Potrafią się znaleźć tacy, którzy będą ci słodzić tak jak w tych książkach. Tak złapał Piwonię ten panicz dwa stulecia temu. Pewnie ten twój też by tak potrafił gdyby się przyłożył. Więc nie trać nadziei.
-
On tak potrafi i tak robi... - zarumieniła się przymykając oczy - Lubię też takie książki... co opisują skandale. Jak ta. - wskazała na "Nie mów nikomu" - Zahacza o... lekką pornografię.
-
Oh, to ciekawsze, ale nie będę ci zabierała zabawki. Słyszałam co się stało na wyprawie... i twoją reakcją jest lektura?
Kaylie spojrzała zdziwiona. -
Coś... nie tak?
-
Nie, nie. Wiadomo każdy sobie radzi z takimi rzeczami jak może. Większość chłopaków przyszła się zapić w trupa i gapić na mój dekolt. Chociaż ty pewnie miałaś odstresowaczkę w drodzę do miasta. - uśmiechnęła się łobuzersko - Mówił ci słodko do uszka?
-
W końcu się przespaliśmy ze sobą! - powiedziała z dumą - Nie raz! Niestety była też krew, ale... - machnęła ręką.
Lilia uniosła brew. -
Kreeew? - przeciągnęła ciekawsko słowo - Opowiedz więcej!
-
Te rany naprawdę krwawią mocno. - westchnęła - W sumie gorzej wygląda niż jest.
-... Dobrze, CO wyście sobie zrobili? - dziewczyna wyglądała na jednocześnie zaciekawioną i zmartwioną - I przypominam ci, że ja zjadam ludzi żywcem podczas kochania się, więc naprawde mi tu imponujesz. -
Nie zraniłam go podczas. Po prostu za bardzo nalegał w rozmowie, abym poruszyła temat... - pokręciła głową - ... zbyt traumatyczny... A gdy zaczęłam emocjonalnie reagować i chcieć uciec od niego, postanowił mnie zatrzymać... - przymknęła oczy - Gdy mnie trzymał po prostu z całej siły uderzyłam go czołem w nos. Byłam wtedy w jakimś stanie histerycznym. - pokręciła silnie głową - Potrafię być... nieobliczalna.
Lilia przez chwilę patrzyła pusto w ścianę po czym zaczęła się śmiać.
- Wybacz, wybacz… - zdołała powiedzieć łapiąc oddech - Po prostu wyobraziłam sobie scenę i nie mogę przestać… jaką miał minę?
- W pierwszej sekundzie? Chyba siłą panował nad sobą by ciągle mnie trzymać i nie oddać instynktownie lub nie skulić się w bólu ze złamanym nosem.
- Typowy samiec. - uśmiechnęła się - Nie przejmuj się, kocha to wybaczy.
- Już wybaczył, później wtuleni spaliśmy razem. - uśmiechnęła się błogo.
- No w końcu. - rudowłosa przytuliła Kaylie - Od razu widziałam iskrę między wami. Miło widzieć, że coś z tego wyszło.
- Jest taki kochany, rozumie mnie i nie krytykuje, a do tego żebyś wiedziała jaki jest w łóżku! - wyszczerzyła się.
- Och? To może spróbuję. - Lilia pokazała zadziornie język - Jak taki dobry to powinnaś się dzielić.
- Jeżeli będzie chciał... Ja nie zabraniam. Tylko go nie zjadaj. Sam seks.
- Będę grzeczna. - zapewniła dziewczyna - Nie będę już przeszkadzać. - wstała z łóżka i ponownie przytuliła Kaylie - Miłej lektury, jak cię ten dalej będzie wkurzał, wsadź go do wody. Rdza działa świetnie na gadatliwy sprzęt.
Kaylie siedziała patrząc bezmyślnie na treść książki. Nie mogła się już skupić i niezależnie jak próbowała słowa nie potrafiły się złożyć w jej myślach.
Przecież nie powinna mieć z tym żadnego problemu. Dała w końcu swobodę Khalowi z innymi kobietami, więc tak bardziej uszczęśliwi go nie stając przeciwko zabawie z Lilią.Tak będzie lepiej.
Westchnęła i odłożyła książkę, po czym padła plecami na łóżko okrywając kocem aż na głowę. Nie było sensu się tym zadręczać.
Tak będzie lepiej.
-
Knajpa Wisielcze Oko nie miała klasy, nie była cicha ani nawet czysta, a alkohole były najwyżej średnie, ale za to jedzenie było przednie i atmosfera… w jakiś sposób urzekała Viktora. Dwaj krasnoludzcy bracia tańczący na stole prisiadki, kelnerka dająca w twarz zbyt dotykalsiemu klientowi i rubaszne śmiechy jego kumpli. Dym unoszący się pod sufitem, nieco napity zespół grający skoczne kawałki, rozmowy, szmery, na zewnątrz mała bójka, a w rogu tłumem jakby kto walki kogutów urządzał…
Brew Guntara już zdążyła zdrętwieć, a ciche picie calvadosa przeistoczyć się w natrętne siorbanie nim Viktor wreszcie wrócił do niego spojrzeniem.
Kliknij w miniaturkę- Sigrun ma na imię, skoro pytasz - doinformował krasnolud kumpla, choć ten nigdy nie zadał żadnego pytania. - Młódka, ale nie aż tak jak wygląda. Matka byłą ludzicą, ojciec normalny.
- Normalny? - powątpiewająco uniesiona brew drżała w rytm rozbawionego chichotu. - O ile dobrze pamiętam to “ludziowie” w Evercrest mają lepsze podstawy do ustalania “norm”.
- Skrzydłowego byś chciał? - zapytał wskazując brodą za rozkołysanymi biodrami.
Viktor zachichotał intensywniej, ale pokręcił głową, choć… oczy same za nią powiodły, za rudziną, z gałązkami jarzębiny wplecionymi we włosy. - Znam jej znajomych i mogę… sytuację zorganizować - zachęcał dalej, widząc jak spojrzenie Viktora do niej ciągnęło.
- Nie po to tu jesteśmy - odpowiedział, nagle nieco ostrzej. Że, on miałby sytuacji potrzebować?! - Mam coś większego do spieniężenia. Zmierzchowcy mają okazję się wykazać.
- Dawaj. Co za towar?
Negocjacje nad kwotami i marżami za upłynnienie magicznej czapki wodza goblinów trwały kolejne godziny. Głównie dlatego, że żaden z nich nie dedykował się istotnie szybkiemu ich ukończeniu. Tematy się zmieniały, opowieści, marginalnie powiązane z tematem, rozrastały się do osobnych dyskusji i nieraz nowe osoby dołączały na jakiś czas… inne zostawały i z czasem i czasem…
Plany poszły w diabły, a Viktor został w knajpie całą noc, nie pracując nad niczym, co wcześniej sobie założył. Zaczęło się niewinnie – jedna historia, druga i trzecia. Potem żart, może odrobinę zbyt natarczywy, ale zaraz łagodzony autoironiczną kontrą, która rozbroiła wszelką rezerwę. Krasnoludy wokół śmiały się coraz głośniej, a on, niby przypadkiem, przejmował rytm wieczoru.
Nie sposób było nie zwrócić na niego uwagi. Siedział niedbale oparty o bar, kielich w dłoni, a każde jego słowo zdawało się uderzać w idealnie dobraną strunę. Opowieści płynęły gładko, niby rzucane od niechcenia, a jednak z precyzją godną barda. Gdy mówił, wydawało się, że czas zwalnia – krasnoludy milknęły, wsłuchując się w jego głos, a potem wybuchały śmiechem w rytm, który niepostrzeżenie im narzucał. Nie był intruzem. Nie był gościem. Był jednym z nich.
To nie tak, że chciał być w centrum uwagi. O nie. To oni go tam wepchnęli, prawda? Ciągnęli za język, nieświadomi, jak umiejętnie ich za nos wodził. Pytali o historie gdzie możnowładnych na stryczek odprowadzał. O historie gdzie żebracy zostawali książętami. Trzy razy opowiadał jak zakończył walkę z alchemikiem, a raz nawet zaprezentował swoje łańcuchy na nieco nazbyt chętnej niewiaście…
Zadawał pytania, kiwając głową z udawanym zainteresowaniem, a każde słowo było starannie dobrane, by rozmówca poczuł się ważny – niemal równie ważny jak on, ale nigdy nie do końca. Szybko obcy zmieniali się w kumpli, klepali go po plecach, toast za toastem wznosili za jego zdrowie, a dziewczęta... Cóż, dziewczęta odwracały się ku niemu, ich spojrzenia mówiły więcej niż tysiąc słów.
Z wdziękiem i delikatnością godną najwytrawniejszego dyplomaty, Viktor spławiał je z subtelnym uśmiechem i wymówkami odmawiającymi im nawet możliwości poczucia się odrzuconymi. Nie dla nich tej nocy prowadził swoją orkiestrę. Każdy gest, każde słowo było precyzyjnie dobrane, by utrzymać kontrolę nad atmosferą. To była jego scena, jego wieczór, a Zmierzchowcy i bywalcy tańczyli, nawet o tym nie wiedząc. Był mistrzem ceremonii, dyrygentem, który z gracją maestro z Pierwszej Filharmonii Egorianu prowadził ten koncert ludzkich emocji – i nikt nawet nie zauważył, kiedy oddali mu batutę.
A potem przyszła cisza. Rumiany poranek nieśmiało zaglądał przez okiennice, a knajpa tonęła w letargu zmęczenia. Krasnoludy drzemały, ktoś chrapał cicho pod stołem, a powietrze było ciężkie od dymu, alkoholu i ciepła. Viktor siedział przy stole w kącie i nie był tam sam.
Nonszalancja wylewała się z niego, nawet gdy pochylał się nad papierem, a w dłoni tańczył mu pędzelek, maczany chwila po chwili w kolorowych tuszach. Portret wyłaniał się z papieru falami, gdy kolejne warstwy tuszu przeistaczały nieregularne plamy w coraz bardziej zdefiniowane kształty. Prawda była taka, że Viktor nie był wielki artystą, ale miał w ręku zwinność i w palcach władzę nad pędzlem wypracowaną do poziomu gdzie stały się mu kolejnym narzędziem w “arsenale”.
Nie przeszkadzał sobie, wciąż zabawiając rozmową i kokietą, siedzącą z jego lewicy…
– Sigrun – Dziewczynę, dla której rozkręcił cały ten spektakl. Kiedy Gunren zasugerował, że może "zorganizować sytuację" pod jego podryw, Viktor poczuł, jak krew w nim zawrzała. On? Miałby potrzebować pomocy? Absurd. Nie chodziło o dumę... może trochę… albo bardzo i aby udowodnić Owlkinowi (i trochę samemu sobie), że wciąż ma to i kobiece wdzięki są dla niego do wzięcia na zawołanie.Tusz delikatnie sunął po papierze, układając się w kontury twarzy, którą widział przed oczami nawet teraz. Zielone oczy, w których kryła się dzikość. Płomienne włosy, rozpuszczone jak ogień tańczący na wietrze. A obok niej, w ramach inwencji artystycznej, dwa liski. Rude cienie. Czujne i oddane, jakby strzegły jej cnoty. Każdy szczegół malował z czułością, jakby próbował uchwycić nie tylko jej twarz, ale i coś ulotnego... coś, co kreował między nimi przez całą noc.
Skończył. Oparł się o ścianę, przymknął oczy. Z cichym westchnieniem odłożył pędzel i przesunął kartkę do swojej muzy, którą aż dotąd uważnie pilnował by nie podglądała “bo nie gotowe”.
Nachylił się do oniemiałem niewiasty, obejmując ją czule ręką i wyszeptał na ucho, z odległości z której czuła ciepło jego oddechu. Poczuł dreszcz przeszedł po jej ciele i nie potrafił nie uśmiechnąć się dziko do siebie.
- Jeszcze się zobaczymy…
Obietnicę przypieczętował cichym cmoknięciem tak bliskim, że prawie poczuła je na swoim uchu. - Ale… - chciała aprotestować, ale poczuła jak uchwycił jej dłonie w swoim… i coś w nich zostawił.
- To nie jest prezent - uprzedził ją, gdy oglądała spiżowy pierścień, który dotąd miał na palcu - To pożyczka. Odbiorę go przy następnym spotkaniu.
Mrugnął do niej i wstał. - Czekaj… - zatrzymała go, rozpaczliwie czegoś szukając po kieszeniach, aż nie przyszło oświecenie.. odwróciła się, odrobinę wstydliwie, ale Viktor i tak widział, jak sięgnęła, przez dekolt, pod kiecę i prawie wyszarpnęła spod niej materiałową husteczkę.
- To też nie jest prezent… - zadeklarowała podając mu ją, ale urwała. Rumieniec momentalnie spełzł z jej policzków i zbladła.
Viktor uśmiechnął się i na jeden krótki wdech przyłożył przepocony materiał do nosa. Westchnienie które z siebie wydał brzmiało jakby upił łyk lodowatego napoju po dniu ciężkiej pracy. - Oddam gdy się zobaczymy - puścił jej oczko, chowając chustę za kaftanem i wyszedł z Wisielczego Oka, nie poświęcając więcej spojrzenia nikomu ani niczemu.
Słońce już wychylało się nad dachami, gdy wchodził do Popielnego Dworu.
Drzwi do pokoju były otwarte. Wszedł ostrożnie i cicho, aby żadnym dźwiękiem nikogo nie obudzić. Przekrzywił głowę w bok, w zaciekawieniu chłonąc spojrzeniem Rhaasta wbitego w ścianę, co pod ciężarem zdążył już opaść i oprzeć się rękojeścią o ziemię.
- Co tu się… - zapytał sam siebie, bardziej ruchem samych ust niż wydając jakiekolwiek dźwięki. Na stoliku kilka książek świeciło okładkami. Nie próbował opanować ciekawości i spojrzał na okładki. Większości tytułów nie znał… Zakazane Ciasto, Szlachcianka na Sprzedaż… przewrócił oczami z lekko pobłażliwym uśmiechem, ale nie było w geście krztyny krytycyzmu. Sam swego czasu douczał się oczekiwań kobiecych serc czytając romanse w ilościach hurtowych i po samych konwencjach tytułów rozpoznawał gatunek. Za to “Nie mów nikomu” znał... może nie czytał sam, ale wysłuchał niedawno opowieści o tym tytule. Był… intrygujący na swój sposób. “Gwizdnął” bezgłośnie i spojrzał wreszcie na Kaylie… leżała lekko odkryta, włosy rozpuszczone swobodnie na poduszce tworzyła jakąś taką aureolę. Wystawało spod pierzyny nagie udo i wyglądała jakoś tak smutno i niewinnie. Oddychała miarowo i jakoś tak… rozczulająco? Viktor pokręcił gwałtowniej głową by przegonić to uczucie. Oparł się o zagłówek gdy pochylał się nad nią.
- Hej, Kruszyno… - wymruczał ledwie szeptem, co łagodnie wyciągnął ją z głębszych snów aby równie delikatnie, pocałunkiem wyciągnąć ją na jawę… odrobinę, tak aby poznała, że do niej przyszedł, ale by nie odebrać jej powrotu w sen za krótki moment.
Jakaś trwoga pojawiła się w spojrzeniu zaspanych oczu, jakie szybko przeszło w spokój.
- Khal... - szepnęła śpiącym głosem - Przyszedłeś...
- Yhym… przytaknął przykucając przed łóżkiem i opierając brodę na dłoni. - Śpij dalej - radził łagodnym głosem, pozwalającym pozostać w błogim ćwierć-śnie. Palce gładziły ją pieszczotliwie po skroni. - Jeszcze wczesny ranek i masz godzinę albo dwie.
Kaylie z chęcią przyjmowała ciepło dłoni mężczyzny i sama wyciągnęła własną ku jego twarzy by położyć ją na policzku kochanka. - A ty? - zapytała sennie.
Khal nie odpowiedział, ale nachylił się nad nią i ucałował ją w czoło. - Znajdziesz mnie wtedy w piwniczce Dworu. A teraz śpij, bo jak nie to będę się bał w przyszłości przychodzić do ciebie na jednego całusa, hmmm? - zapytał nieco przekornie, nieco czule, a wciąż łagodnie i cichutko.
- Musisz spać... - zaprotestowała patrząc mu w oczy - Prawdziwie spać. Khali... Chodź spać...
Lekko złapała Khala za nadgarstek prawie bez siły chcąc przyciągnąć go do siebie w sennej próbie - Khali...
Viktor pochylił się do niej i znów ucałował w czoło, na tyle nisko, że wręcz odruchowo zamknęła oczy. - Śpij, Kruszyno. Widzimy się potem…
Delikatnie wyplątał się z jej chwytu i lekkim krokiem wyszedł z pokoju. Zawalił całą noc, to chociaż kilka godzin powinien spędzić rzeczywiście pracując…
-
Popielny Dwór
Plany, plany, plany… gnom miał wiele planów. I tylko niektóre dotyczyły całej tej zabawy w tworzenie kultu. Baltizar nie był entuzjastycznie nastawiony do tej misji, głównie dlatego że nie widział drogi do sukcesu przed nimi. Nie wiedział jak się zamierzał do tego zabrać przyszły arcykapłan. Poszli ratować biedaków więzionych przez alchemika. Szlachetna sprawa, ale trochę… bezcelowa? Dobrze że przynajmniej Bajarz zadbał o to by z tą heroiczną historią powiązany był symbol Azazela. Więc udało się zrobić coś więcej niż dobry uczynek. Pytanie, co dalej? Czy Viktor miał wizję dalszego rozwoju kultu? Czy miał ją Azazel?
Bajarz nie był pewien. I gotów był na najbliższym zebraniu z arcydiabłem zaproponować, by sam Baltizar zabrał się za organizację struktury kultu i podstawowych spraw. Bo miał wrażenie że wpatrzony w siebie kapłan nie miał serca ni cierpliwości do przyziemnej pracy u podstaw. Co zresztą gnoma nie dziwiło.
Wszyscy źli kapłani tacy byli… tyle że Baltizarowi niespecjalnie chciało się bawić w budowanie sekty od podstaw. Z drugiej strony… nie chciało mu się czekać w nieskończoność. Miał ważniejsze sprawy na głowie.
Tak czy siak czekała go rozmowa z jego ekscelencją, na którą to nie miał za bardzo ochoty.Życie bywało cieżkie… także bez nadnaturalnego bytu czyhającego tuż granicą rzeczywistości.
Eeech…
Słowa dziewczyny wyrwały go z rozmyślań, potarł czoło mrucząc.
- Zabawna sprawa… byłem ci wierny. - wtrącił gnom żartobliwie, wyprostował się lekko na krześle wspominając .- Ryby były… odrażające… łuskowate, zimne w sercu i na ciele. Nie było w nich nic pociągającego. Żadna konkurencja dla ciebie.-
Piwonia uśmiechnęła się na komplement. - No ja myślę. Dziwne jednak, że w ogóle do ciebie się zbliżyły. Musiały być młode.
- Próbowały… kusić. Tyle że…- wzruszył Bajarz ramionami.- Nie umią uwodzić. Okropne. Paskudne.-
- Ta, syreny takie są. - poczochrała delikatnie włosy gnoma - Słyszałam, że udało wam się na wyprawie. A jak twoje, osobiste, poszukiwania?
- Opowiem ci wkrótce. - odparł Bajarz.- Nie teraz, nie tu. To bardziej… prywatna sprawa. A przy okazji, jak ci mijały dni beze mnie? Wydarzyło się coś ciekawego w mieście, gdy mnie nie było?-
- Przez całe dni było nudno. Dopiero dzisiaj zrobiło się ciekawie kiedy Jori wrócił z nowym członkiem rodziny. - Piwonia uśmiechnęła się - Otis jest cały w skowronkach.
- Z nowym członkiem?- zapytał gnom wykazując zainteresowanie.
- Ten smoczek, którego spotkaliście na drodze. - wyjaśniła blondynka - Brandelen.
- Ach… to się cieszę z takiego obrotu sprawy. Nie sprawia aby zbyt wielu kłopotów?- zapytał uprzejmie gnom.
- Na początku trochę sprawiał, ale tata dał mu pokój dla siebie. Spalił wszystko, wciągnął co mógł i poszedł spać. Typowy Popielny Smoczek.
- Słodko.- skomentował gnom i zamyślił się planując głośno.- Teraz będę musiał się przejść po mieście i rozmówić z paroma osobami. Wieczorem… pewnie uraczę gości jakąś opowieścią, a potem… resztę wieczoru mogę przeznaczyć na rozmowę z tobą. I wtedy wyjawić sekrety jakie odkryłem. O ile jesteś nimi zainteresowana.
- Jak najbardziej. - odparła Piwonia - Chociaż nie jestem pewna, czy dzisiaj będą mieli ochotę na jakieś baje. Wiele rodzin jest dziś w żałobie.
- W takim razie pozostanie mi opowiedzieć ci bajkę na dobranoc.- odparł Bajarz w zamyśleniu.- Hmmm… która świątynia będzie prowadzić uroczystości pogrzebowe?-
- Na tak masowy pogrzeb? - zamyśliła się przez chwilę dziewczyna - Pewnie będzie to grupowe przedsięwzięcie, chociaż Abadar będzie kierował wszystkim. Bóg Miasta, Prawa i tych innych rzeczy.
- Mogłabyś znaleźć kogoś kto zasugerował by Khalowi by wkręcił się na tę imprezę? No chyba, że sam wpadł na taki pomysł.- poprosił gnom drapiąc się po brodzie.
- Przekaże mu jak go spotkam. - zapewniła.
- Dzięki, pocałowałbym cię w ramach podziękowań, ale trochę za nisko mam usta.- zażartował Bajarz.- Tylko nie wspominaj że to mój pomysł. Mam wrażenie, że kapłan ma jakieś kompleksy względem mnie.
- Przystojniejszy jesteś, pewnie temu. - uśmiechnęła się Piwonia i ucałowała gnoma w czoło - Będziesz leciał do tej bogatej archeolog?
- Pod wieczór. Najpierw zajrzę do świątyni bogini Shelyn. Spytam się bibliotekarki o kilka spraw.- wyjaśnił Baltizar i podrapał po brodzie.- A tak przy okazji, czy idea druku dotara do tego miasta? Są tu jacyś drukarze?-
- W samym Evercrest? Nie. Słyszałam, że otworzyli drukarnie w jednej z okolicznych mieścin, ale musiałabym popytać. A co, chcesz wydać książkę? Antologia Bajek Baltizara?
- Broszurę.- przyznał gnom z uśmiechem. - Opowieść o ostatniej wyprawie. Szkoda by heroiczne czyny poszły w zapomnienie.-
- Och, będą gadać o tym przez miesiące jak sądzę. - blondynka pokiwała głową - Chociaż, tak jak z plotkami, szybko zostanie wszystko wyolbrzymione. Zamiast straży będą szlachetni rycerze, zamiast trójki sług nowego bóstwa, będzie dwójka pół-bogów i jeden niski olbrzym.
- Coś takiego podobnego mam napisane.- przyznał ze śmiechem Baltizar.- I będzie ten tekst rozdawany za darmo. Każdy będzie mógł przeczytać. -
- Pomiń sprawę z syrenami. - poprosiła - Żeby cholerne szproty się kręciły tak blisko taty, nie wróży nic dobrego.
- Nie zamierzam o nich wspominać. Sam wolałbym o nich zapomnieć.- nachylił się ku niej i położył palec na jej ustach.- To sekret twój i mój. Nikt inny o nich nie wie.-
- Dzięki, chociaż powiem tacie, dobrze? Dawno nie mieliśmy kontaktu z Pierwszym Światem, więc cokolwiek, ktokolwiek stamtąd jest… ciekawy.
- Jeśli chcesz. Nie nazwałbym tego kontaktem. Ofukałem je.- zaśmiał się Baltizar.
- Och nie przejmuj się, Otis je znajdzie. Spodziewaj się ryb na obiad za kilka dni.
- Wolałbym nie.- przyznał ironicznie gnom.- Mam alergię na gadatliwe posiłki.-
- Och, te są moimi ulubionymi. - uśmiechnęła się Piwonia - Szczególnie, kiedy opowiadają piękne historie. - przybliżyła się do twarzy gnoma z drapieżnym uśmiechem i szybko cmoknęła go w nos.
- To byłaby przyjemna konsumpcja. - przyznał żartobliwym tonem gnom i przeciągnął się.- Ale pogadamy o niej wieczorem… niestety. Nie chcę ci zajmować więcej czasu. Jeszcze się twój tatko na mnie obrazi.-
- Och, tego byś nie chciał. - przyznała dziewczyna wstając z krzesła - Powodzenia w poszukiwaniach i rozmowach. Będę czekała. - po czym wróciła do obowiązków w karczmie.
Świątynia Shelyn
Świątynia Shelyn była pierwsza na liście planów gnoma. Udał się tam pospiesznie przez ulice miasta, ignorując otwierające się oczy i paszcze na budynkach i skupiając na atmosferze panującej wśród mieszkańców. Na to co mówili w rozmowach, na tonie ich głosu, na spojrzeniach. Ciekaw ile prawdy było w słowach o żałobie i jak ten nastrój wpłynął na świątynię Shelyn.
Dom Odnowy był dość pusty, jeżeli chodziło o wiernych. Żałobnicy najpewniej woleli zostać w domu, niż kłopotać bogów swoimi żalami. Minął kilku kapłanów, zanim zauważył znają twarz Dari. Elfka właśnie kończyła własne modły gdy spostrzegła gnoma.- Mistrzu Baltizar! - zawołała podbiegając - Miło cię znowu widzieć. Czy mogę w czymś pomóc?
- Właściwie to ja przyszedłem w tej samej kwestii. Nie wiem czy udało mi się uwolnić drogą ci osobę. Szukałem ale… nie wiem czy była wśród uwolnionych. Nie zauważyłem kapłańskich szat.- przyznał uprzejmie Baltizar.
Elfka smutno pokręciła głową. - Niestety… strażnicy znaleźli je, szaty znaczy się, wśród łupów goblinów. - dziewczyna oparła się o ścianę, jej oczy zaczynały się szklić - Miałam nadzieję… ale…
- Współczuję. Strata bliskich jest zawsze bolesna.- odparł smutno gnom i dodał.- Jeśli… nie chcesz o tym mówić zrozumieć. Jeśli jednak opowiedzenie o niej ulży ci w bólu, to ja umiem nie tylko gadać, ale i słuchać.-
- Miała na imię Citria. - zaczęła Dari - Była pół-elfką, moją kuzynką jak się okazało. - elfka delikatnie się uśmiechnęła i spojrzała w sufit - Ona mnie wciągnęła do tej świątyni, naopowiadała jaką piękną mają bibliotekę, ilo to ksiąg tu nie ma… - westchnęła - Sama była bardziej aktorką, niż członkiem kleru, ale szerzyła wierę jak mogła. Kilka tygodni temu wyruszyła na małą pielgrzymkę po okolicznych wsiach, zrobić kilka pokazów, po opowiadać o świątyni i co oferujemy. Nie wiemy, kiedy ją złapali… ani co z nią zrobili.
- I lepiej… nie wiedzieć… - spochmurniał gnom i sięgnął do notatnika, coś zapisując.- Citria… opowieść o… pięknym śnie Shelyn. Pozwolisz, że napiszę i zostawię ci historię o niej. Tobie zostawię wybór, czy zachowasz ją dla siebie, czy umieścisz w bibliotece. Tylko tyle mogę zrobić.-
- Dziękuję. - uśmiechnęła się elfka - Naprawdę. - wyprostowała się poprawiając szatę, odchrząknęła uspokajając głos - Nie przybyłeś chyba jednak tutaj tylko, aby mi poprawić nastrój?
- Właściwie, to tylko z tego powodu. Poprosiłaś mnie o pomoc, a ja przybyłem sprawdzić czy pomogłem. Przykro mi, że nie udało mi się.- westchnął Bajarz.
- Och,dziękuję za troskę, naprawdę. - elfka zmusiła się na delikatny uśmiech - Skoro już tu jesteś, nie chcesz wypożyczyć kolejnej książki?
- Tym razem skuszę się na… twoją sugestię. Co warto wypożyczyć? Co byś poleciła?- zapytał Bajarz.
Kobieta się chwilę zastanowiła. - Chcesz zobaczyć jeden z mroczniejszych tomów jakie mamy? Ciekawa mieszanka, romans połączony z przygodą i legendą.
- Intrygujące.- przyznał z uśmiechem gnom.- Z pewnością warte przeczytania.
Elfka uśmiechnęła się i zaczęła prowadzić Baltizara. - Klątwa Strahda. Opowieść o wampirzym lordzie, porwanym przez jakieś mroczne siły i uwięziony we własnym królestwie. Wiecznie poszukuje zapomnianej miłości i walczy z tymi, którzy chcą zakończyć jego istnienie. Kilka osób ponoć przyłożyło pióro do tego dzieła.
Gnom zbladł, zacisnął dłoń na kosturze starając się… utrzymać w pionie. Słowa Dari przywołały wspomnienia…wizje… słowa, obrazy… coś znajomego. Jakby on…ale nie on… jakby kiedyś miał styczność z tym królestwem Stradha. A może tylko jego obłęd wzmocnił się po sennej wyprawie. Bajarz potrząsnął głową na boki próbując pozbyć się natrętnych myśli i uśmiechnął się. - Masz rację, to może być naprawdę ciekawa lektura.-
Dotarli w końcu do odpowiedniego działu, gdzie na podeście leżał egzemplarz książki, wokół na półkach było kilka kopii, więc nie będzie problemu z wypożyczeniem. - A tak przy okazji, wiem że świątynia Abadara będzie prowadziła uroczystości żałobne i pogrzebowe. Niemniej, może wiesz coś na temat ich przebiegu?- zapytał gnom wybierając książkę.
- Na razie wiem tylko, że ustalili termin na za tydzień. Nie ma ciał… więc nie ma pośpiechu. Podejrzewam symboliczne zapalanie latarni. Wiesz, świeczki pod lekkimi płachtami aby uniosły się w powietrze? - elfka się chwilę zastanowiła - A tak, to podejrzewam, że wszystko będzie przechodziło standardowo.
- Zapalanie latarni brzmi całkiem uroczo.- zastanowił się Bajarz. - I odpowiednio w tej sytuacji.-
- Najpewniej zrobi się z tego tradycja na kilka lat. - zauważyła kapłanka - Miesięcy najpewniej w przypadku tych, którzy faktycznie stracili kogoś.
- Mimo wszystko… to będzie urocza tradycja. Zakładam, że to ten pomysł był sugestią Erato? - zapytał Bajarz.
- Tak, były jeszcze sugestie małych łódek ze świeczkami na rzece, ale jest zbyt rwąca o tej porze roku.
- Byłby to jednak bardzo piękny widok.- gnom uśmiechnął się i po chwili zamyślił.- Hmm… a tak przy okazji. Planuję napisać opowieść o tej wyprawie, której byłem świadkiem. Co więcej, nie tylko zapisać ale i wydrukować w kilku… dziesięciu kopiach i jedną z nich ofiarować bibliotece. Tylko, nie wiem jak to zrobić. Słyszałem że nie ma tu żadnych drukarzy, ponoć są gdzieś w okolicznych miasteczkach. Tylko nie wiem gdzie.-
- Willow Creek. - odparła elfka - Miasto portowe na zachód, wzdłuż rzeki. Otworzyli tam drukarnię, rozpowiadają wiadomości spoza królestwa.
- Więc to miejsce będzie moim kolejnym celem. Ile dni potrzeba by tam dotrzeć?- zapytał Bajarz.
- Trzy dni koniem. - spojrzała na gnoma - Cztery kucem. Możesz zobaczyć czy jakaś barka nie zmierza w tamtą stronę, powinniście się uwinąć w dzień wtedy.
- Dziękuję za informacje.- gnom się skłonił nisko. - Nie będę ci już więcej przeszkadzał. Mam wszak książkę do przeczytania i.. jeszcze inne sprawy do załatwienia.-
Moja droga przyjaciółko. Zapewne dotarły do ciebie wieści na temat niedawno zakończonej wyprawy. Zapewne wiesz, żem w niej uczestniczył. Moja rola tam była mało znacząca. Jeno widzem byłem tych bohaterskich zmagań. Niemniej ciekawsze dla nas sprawy wydarzyły się bowiem po wyprawie. Udałem się bowiem w miejsce które mi sugerowałaś i spędziwszy tam nieco czas dokonałem pewnych odkryć o których chciałbym z tobą pomówić. Wszak wiesz, że cenię twoją ekspertyzę i zdanie na temat historii.
Czekam niecierpliwie na twoją ripostę w Popielnym Dworze.z poważaniem Baltizar Harpaness.
Talk. Dmuchnąć. Gotowe. List został napisany i byłby przypieczętowany gdyby… gnom miał lak i pierścień herbowy. Ale nie miał nic takiego. Dlatego zwinął zwój i podał dzieciakowi, przykazując by zaniósł ów list pod wskazany adres. Sam zaś podążył za nim kilka metrów dalej, by upewnić się smarkacz wywiąże się z opłacanego trzema sztukami srebra zadania.
Po załatwieniu wszelkich spraw Bajarz wracał do Popielnego Dworu na wieczorny posiłek. Stukając kosturem o bruk i ignorując szepty planował następne swoje działania, choć w sumie niewiele mu zostało. Zjeść posiłek być może w towarzystwie Piwonii by zaspokoić jej ciekawość i zyskać przychylność… cóż, więcej przychylności. Wszak okazała się wielce pomocna wcześniej. Oczekiwać odpowiedzi Alicji Crawford i planować wyprawę do Willow Creek. W tym celu pewnie będzie musiał udać się do portu. Wyprawa łodzią wydawała mu się bowiem najszybszym sposobem i relatywnie tanim.
- Zabawna sprawa… byłem ci wierny. - wtrącił gnom żartobliwie, wyprostował się lekko na krześle wspominając .- Ryby były… odrażające… łuskowate, zimne w sercu i na ciele. Nie było w nich nic pociągającego. Żadna konkurencja dla ciebie.-
-
Baltizar
Baltizar obudził się w swoim pokoju, czując ciepło ciała Piwonii obok siebie. Powietrze jest ciężkie od zapachu starego drewna, alkoholu i subtelnej woni jej perfum. Przez chwilę leżał nieruchomo, pozwalając sobie na leniwe przebudzenie, Piwonia delikatnie wtuliła się w gnoma, pozwalając jej nagiej skórce zetknąć się z jego.
Schodząc na dół, Baltizar zauważa, że karczma już tętni życiem – kilku wczorajszych pijaków dalej siedzialo przy stołach, a inni przygotowują się do dalszej drogi. Karczmarz rzucił mu krótkie spojrzenie, wskazując na stół z opcjami śniadaniowymi, ale zanim gnom zdążył podejść do lady, zatrzymuje go młody chłopak – goniec, może czternastoletni, ubrany w prostą tunikę i lekko podarte spodnie.
- Mistrz Baltizar? - zapytał niepewnie - Mam dla pana list. Opłacony. - chłopak wyciągnął kwałek pergaminu, złożony i zabezpieczony pieczęcią Crawfordów.
Po rozerwaniu pieczęci na kolana gnoma spadł niewielki stalowy pierścionek. Posiadał kilka zdobiennych rycin, żadnych klejnotów ani domieszanych metali. Chłopak natychmiast skupił się na pierścieniu, ale nic nie powiedział.
Mój drogi przyjacielu.
Dokładnie słyszałam o twojej ekspedycji z drogą Blackfyre.
Nie jestem pewna czy kłamiesz z powodu skromności czy chcesz coś ukryć, ale wiem, że twój wkład był większy niż mówisz. Gratuluję zwycięstwa.
Cieszę się, że moja sugestia przybliżyła cię do kolejnych odkryć. Jeżeli chcesz się spotkać, udaj się proszę do Gildii Poszukiwaczy Przygód i pokaż w recepcji pierścień, który powinien dotrzeć do ciebie z tym listem.
Obecnie organizuję kolejną wyprawę z innymi archeologami.Całusy
Alicja CrawfordKiedy gnom podniósł wzrok z pergaminu zobaczył, że chłopak ciągle tam jest. Najwyraźniej czekał na napiwek.
Kaylie i Khal
Kaylie otworzyła oczy. Szarzejące światło poranka sączyło się przez szpary w okiennicach.
W pracowni, przy blasku niemal wygasłej lampy olejnej, Khal kończył swoją pracę. Zgarbiony nad stołem, ostrożnie przeciągał dłonią wzdłuż ciemnego materiału płaszcza, którego faktura migotała pod dotykiem magii. Na jego powierzchni przez chwilę pojawiły się smużki srebrzystych symboli, po czym rozpłynęły się, jakby nigdy ich tam nie było. Khal odsunął się, uniósł płaszcz, obracając go w dłoniach, i przez moment oceniał swoje dzieło, zanim złożył tkaninę na krześle obok.
Na dole, w głównej sali karczmy, panował poranny harmider. Para unosząca się z gorących misek owsianki mieszała się z aromatem pieczonego chleba i słonego mięsa. Otto, witał ich szerokim uśmiechem znad kontuaru, wciąż wycierając wilgotne dłonie w lniany fartuch.
-
Witajcie, jak się spało? - zagadnął, choć odpowiedź nie była konieczna.
Zanim zdążyli odpowiedzieć, do izby wpadła Lilia, rudowłosa córka karczmarza, ze zwyczajowym figlarnym błyskiem w oku. Jej spojrzenie natychmiast zatrzymało się na Khalu, a kąciki ust uniosły się w uśmiechu, który nie pozostawiał wątpliwości co do jej intencji. Opierając się o kontuar, nachyliła się lekko, pozwalając pełnemu biustowi opaść na materiał rozpiętej koszuli, wprawnym ruchem odsuwając kosmyk włosów za ucho. -
Coś dzisiaj wyglądasz na zmęczonego - zauważyła z udawanym zatroskaniem, jej palce subtelnie bawiły się sznureczkiem od gorsetu. - Nie pracowałeś chyba całą noc, prawda?
Zanim Khal zdążył odpowiedzieć, drzwi karczmy otworzyły się z impetem. Do środka wkroczyła Filia. Jej ruchy były sprężyste i zdecydowane, ale twarz miała napiętą, a oczy błyszczały pod warstwą zmęczenia. Stanęła w progu, omiatając spojrzeniem wnętrze, jakby ważyła każde słowo, które zamierzała powiedzieć. Po krótkiej chwili ruszyła prosto w ich stronę, nie zwracając uwagi na otaczający ją gwar. Coś ją wyraźnie trapiło.
- Mistrz Baltizar? - zapytał niepewnie - Mam dla pana list. Opłacony. - chłopak wyciągnął kwałek pergaminu, złożony i zabezpieczony pieczęcią Crawfordów.
-
Viktor z miejsca rozpoznał ten rodzaj uśmiechu… dyskretne i analityczne spojrzenie na Kayle ujawniło mu wiele z tej historii i większość reszty sobie dopowiedział. Na Zachodnim Wybrzeżu przyjaciółki również uwielbiały oplotkowywać kochanków i to było coś czego nauczył się wręcz oczekiwać.
Jego spojrzenie było krótkie i nienachalne, ale wystarczająco uważne, by dać jej do zrozumienia, że docenił prezentację.
Arkanistka z milczącym spokojem obserwowała jak Lilia już zastawia sidła na Khala. Zdążyła już w nocy przemęczyć się z myślą i pogodzić. To nie był w końcu romans z książek, mimo całej otoczki romansu jaką była otaczana przez prawnika. Musiała sobie powtarzać, że to iluzja, ale... tak realnie ją odczuwała.
Lilia zapewni mu niesamowite przeżycia. Nakarmiła ją, więc nie będzie problemów... Miała nadzieję, że Frey zrozumie poświęcenie i zauważy starania.
Usiadła przy stoliku kawałek od kontuaru nie chcąc przeszkadzać sytuacji, gdy drzwi do karczmy otworzyły się z impetem. Filia...
- Kogoś trzeba się pozbyć? - zapytała cicho, gdy kobieta zrównała się z jej stolikiem.
Viktor rozłożył apologetycznie ramiona, przepraszając getem Lilię. Ich rozmowa bdzie musiała poczekać. Odprowadził ją wdzięcznym spojrzeniem, gdy zostawiała ich samych z komendnat.
- Co? Nie… - komendant usiadła ciężko - Mam… niepokojące wieści. Czytałam kilka ksiąg tego popaprańca, Davrosa. Chciałam ustalić mniej więcej ile było ofiar… poddałam się kiedy minęłam pięćset. Nie o to chodzi. Boję się, że nie możemy go zabić.
- Więc pozostaje go męczyć w nieskończoność. - wzruszyła ramionami.
Filia pokręciła głową. - Kuszące, ale nie. Nie pozwolę, aby miasto zniżyło się do jego poziomu. I mi nie chodzi, że jest nieśmiertelny. Bardziej, że zabicie go to zwrócenie mu wolności.
- Czemu?
- Zakładałbym zaklęcie klona? - Dedukował Viktor, spojrzeniem szukając potwierdzenia u siostry - To jest modus operandi naszego gościa.
- Twój bóg nie zaradzi temu? - zapytała silnie podkreślając słowo "twój".
- Mam na to pewną metodę… - przytaknął adwokat diabła, z samozadowolonym uśmieszkiem. - …ale pozwólmy Filii potwierdzić bądź zaprzeczyć… - dokończył znów patrząc na siostrę.
- Tak wywnioskowałam z jego ksiąg. Pisał o "ruchomym zabezpieczeniu" w przypadku pojmania. Najpewniej ma jakiś swoich pomagierów przenoszących jego zabezpieczenie. - Filia spojrzała na Khala - Jaką metodę?
Viktor skrzywił się nieco, jakby przez krótki moment rozważał czy nie wycofać się z deklaracji. - Mroczną - powiedział poważnie - Tak mroczną, że nigdy po nią nie sięgnąłem. I potencjalnie zawodną, ale może wywiadem dałoby się wyeliminować tę wątpliwość. Mógłbym spróbować załapać jego duszę… ale samo w sobie to rozwiązanie byłoby tymczasowe. Więc musiałbym ją zniszczyć. Zupełnie. Nie sięgałby po to pochopnie.
- To jak łaska dla niego... - Kaylie odparła najwyraźniej nie martwiąc się zniszczeniem jego duszy - Możemy też Azazela zapytać. Ta istota powinna wiedzieć, prawda?
- Żadne z bogów miasta by się tego nie tknęło. - komendant zerknęła na Khala - I chciałam przeprowadzić z nim wywiad.
- I dostaniesz tę audiencję, ale po tych kilku godzinach tłumaczenia doktryny. Żadne z nas nie wyjdzie na tym dobrze jeśli nie okażemy mu należnego szacunku, przygotowując cię do tej rozmowy. I chwilowo wolę nie zawracać mu głowy pytaniami które: po pierwsze) tyczą się metody której lepiej nie wykorzystać. Po drugie) prawdopodobnie mogę sam się dowiedzieć. Zniszczenie duszy to bardzo poważna sprawa i niewątpliwie byśmy się narazili Pharasmie. Chwilowo lepiej upewnić się, że nie ucieknie… ani w jeden, ani drugi sposób… i znaleźć jego klona. Selektywne pole antymagiczne, które kryło jego laboratorium przed dywinacjami to bardzo duża rzecz. Mobilna jej wersja… jest możliwa, ale niekonieczna.
- Kiepski z ciebie kapłan, jeżeli nie potrafisz streścić swojego boga do kilku zdań. Czy konsekwencja twojego drugiego zawodu i chorobliwej miłości do własnego głosu? - Filia wyraźnie była zmęczona i wizja słuchania jak Khal dywaguje nad za i przeciw swojego patrona najwyraźniej się jej nie podobała.
- Streścić mogę - stwierdził Viktor i niemal wyrecytował:
- Bóg Prawa, uznający, iż sprawiedliwość oraz jednoznaczność norm legislacyjnych, w połączeniu z rygorystycznym egzekwowaniem przepisów, stanowią fundament skutecznej prewencji, działającej poprzez mechanizmy instynktu samozachowawczego potencjalnych sprawców czynów zabronionych, zapewniając tym samym najsłabszym i najbardziej wrażliwym jednostkom możliwość życia w spokoju i bezpieczeństwie…
Odkaszlnął, bardziej na znak odcięcia części wypowiedzi. - Ale to nie jest wystarczające by dać ci ogląd gdzie różnią się doktryny Kozła choćby z doktrynami Abadara. Również nie starczy by określić czy dobrowolne przyzwolenie na założenie jego otwartego, legalnego i poddawanego kontroli, jak każda inna lokalna religia, kościoła będzie miało wartość pozytywną czy negatywną dla Evercrest. Rozmawialiśmy już tym i myślałem, że doszliśmy do zrozumienia.
Kaylie opierała policzek na dłoni z jakimś wyrazem politowania w oczach. Chyba nie zgadzała się jakoś z Khalem, ale nie odzywała się ni słowem. - Nie traktuj mnie protekcjonalnie… - mruknęła komendant - Znalazłam kilka wzmianek na jego temat. Jeden z najwyższych aniołów porzucił Niebo ponieważ mijały lata dywagacji i procedur zanim zaczęliby działać, najwyraźniej chciał karać zbrodniarzy kiedy zapadnie werdykt. Więc, co się zmieniło, że teraz Piekło mu nie leży?
- Oferuję wyrwanie z mojego dnia kilku godzin aby rzetelnie wyłożyć ci temat: źle. Streszczam go, za twoją własną prośbą: też nie dobrze… Ja tu, Filio, naprawdę próbuję… pomóż mi trochę, proszę? Historia Kozła Ofiarnego jest znacznie bardziej skomplikowana, ale tego się domyślasz. On chce poczynić zmiany. Jak każda jedna istota, która bogiem się stała, a nie narodziła, ma w sobie głęboki imperatyw pchający go do akcji aby zmienić świat. To co czyni go wyjątkowym to to, że on chce wykorzystać prawo do zmiany go na lepsze… co stawia go w ostrej opozycji z Księciem Ciemności, dla którego prawo jest bardziej narzędziem… czy naprawdę chcemy tę rozmowę przeprowadzać teraz? Chyba mieliśmy jakiegoś alchemika do omówienia?
- Podążam za propozycją twojej partnerki. Powiedziała, że Azazel może mieć rozwiązanie. Też się nad tym zastanawiam, jeżeli celuje w boga prawa. Chcę tylko wiedzieć czy on będzie tyranem, sędzią czy arbitrem?
- Nie będzie nikim kim miasto nie pozwoli mu być. To jest polityka i nikt nie dyskutuje o oddaniu mu korony Evercrest. Jakby, powiedzmy w ciągu następnego wieku, kościół Kozła stał się główną siłą polityczną i na tronie zasiadał by też wyznawca… nie zmieniłoby się wiele. Nie przebudowano by miasta w czarnym kamieniu, zamek nie miałby nadmiernej ilości rogów i ostrych krawędzi, ulice nie płynęły by krwią ofiar. Ludzie żyliby jak dotąd. Tylko pewne mieliby w pamięci scenę kaźni ostatniego mordercy, co dekadę wcześniej myślał, że umknie prawu. Ale właśnie ta pamięć… ta odrobina koszmarów, okazjonalnie nawiedzających ich sny, byłyby powodem czemu po drodze nie było dziesięciu innych mordów. Jeśli kiedyś kapłan Abadara spotkałby kapłana Azazela i rozmawiali o doktrynie, nie ujawniając jakiego boga wyznają, to znaleźli by znacznie więcej elementów wspólnych niż niezgodnych, bo w gruncie rzeczy chcą tego samego. Bezpieczeństwa prawych obywateli. Czy ta odpowiedź cię zadowala?
Pokiwała głową. - Powinno wystarczyć. Wiem jakie pytania chciałabym zadać. Więc… możemy zaczynać? Czy masz jakieś inne propozycje?
- Zapytać w jakie interakcje zaklęcie klejnotu duszy wejdzie z klonem. Nie. Już mówiłem. Zniszczenie duszy to duża rzecz i nie jestem jeszcze przekonany, że w ogóle powinniśmy to robić. Przed tym co najmniej bym spróbował zapytać Ferna czy nie jest w stanie znaleźć sklonowanego ciała… nie mów mi, że idea destrukcji czyjegoś istnienia, w sposób który niemal na pewno sprowadza na istotę męki przekraczające śmiertelne pojmowanie, w żaden sposób nie mierzi ciebie w zły sposób. Jeśli to okaże się koniecznie to jasne. Sam na siebie to ściągnął, ale na ten moment nawet nie spróbowaliśmy znaleźć alternatywy. Przepraszam jeśli brzmię jak nadęty dupek, nie jest to moim celem, ale nie czuję aby to było właściwe w tym momencie.
Kiedy Khal mówił o "mierzeniu w zły sposób" Kaylie poczuła się w tym momencie nieciekawie... Jej to nie mierziło. - Anihilacja duszy to nie tylko czyn taboo, ale też niezwykle trudny. - zauważyła Filia - Po pierwsze nastajesz na palce Pharasmie, a wątpię, aby ktokolwiek chciałby umyślnie ją gniewać. Po drugie… nawet nie chcę myśleć jak plugawa magia byłaby potrzebna, aby zniszczyć coś tak… pierwotnego jak dusza. Fern… może być dobrym rozwiązaniem, zapytam go czy mógłby nam pomóc.
Viktor przytaknął Filii gdy podłapała wcześniej rozpoczęty temat Pharasmy. - Oszczędze ci szczegółów, a nawet ogółów, ale by chronić opinię którą mam w twoich oczach, gdy przypomnisz sobie jak mówiłem, że ja potrafię zniszczyć duszę… przerażające jest to, że nie wymaga to żadnych plugawych metod. Jeśli teoria się nie myli to jest to drastycznie łatwiejsze niż się wydaje… niż POWINNO być… ale nigdy nie sprawdzałem, więc nie powiem z empirycznych doświadczeń. Tylko kolejny powód by sięgnąć po tę metodę dopiero w ostateczności.
- Zawsze moglibyście dać go mnie. - usłyszeli z kontuaru. Pomimo odległości Otto wyraźnie ich słyszał - Chociaż wątpię, aby moja metoda trzymała się liter jakiegokolwiek prawa.
- Lisz. - mruknęła Filia i westchnęła - Wybacz Otto, ale z tego co pamiętam, nie możesz opuścić Dworu.
- Tylko sugeruję. - karczmarz uniósł dłonie obronnie.
Komendant spojrzała na Khala. - Więc taki mamy plan? Szukamy jego sklonowanego ciała i dopiero wtedy zajmujemy się elementami prawnymi? Nie podoba mi się to, im dłużej on żyje tym większa szansa, że znajdzie inną metodę, aby uciec.
- Opcji jest wiele, a to jest nowa informacja, którą musiałbym dopiero przetrawić aby wyrazić w pełni edukowana opinię. Na ten moment… dajmy obu wątkom dziać się równolegle. Przygotowanie do osądu i tak miało zająć tydzień, prawda? To może wystarczyć aby znaleźć ciało i je zniszczyć. Jeśli nie… organ sądowniczy winien znać okoliczności niosące wpływ na ewentualny wyrok, prowadząc do odroczenia egzekucji, jeśli zajdzie taka potrzeba. O niego nie bardzo trzeba się bać. Alchemicy bez swojej alchemii nie są groźni, a jakby jakąś miał ukrytą… to raczej próbował by uciekać w drodze do Evercrest, kiedy było to łatwiejsze. Problemem jest, że prawdopodobnie ma w mieście dawnego partnera handlowego… takiego który ma władzę i może mieć interes w tym, aby nie dać mu szansy wygadania ich powiązań… - Viktor zrobił krótką pauzę, by dać wszystkim dojść do wniosku, że mowa o Aegonie - Przydałoby się alternatywne miejsce przechowywania. Choćby pod pretekstem otrzymanego listu z obietnicą jego niedożycia procesu. Tak abyś tylko ty i twoi najbardziej zaufani ludzie… tacy lojalni przede wszystkim tobie, wiedzieli gdzie on jest.
Filia chwilę się zastanowiła, po czym spojrzała wymownie na karczmarza. - Będzie cię to kosztować. - odparł Otto.
- Jesteś mi winny, że nic nie robię z faktem, że nikt nie może cię nazwać Axiomatą.
Karczmarz mimowolnie się uśmiechnął i chwilę zastanowił. - Jak długo bym musiał go tu trzymać?
- Dwa tygodnie? Zależy jak szybko znajdziemy rozwiązanie, w sprawie jego klona.
- Znajdę dla niego jak najmniej wygodny pokój. - komendant kiwnęła głową wracając uwagą do Khala i Kaylie - To załatwione.
- Doskonale. Da to nam też dobre miejsce aby go przesłuchać tylko w naszym gronie. Jak się tu znajdzie powinniśmy to zrobić możliwie bezzwłocznie. Może coś wyciągniemy. W międzyczasie… prawdopodobnie optymalnie byłoby Fernowi przynieść fiolkę krwi Davrosa. Na pewno nie utrudni mu poszukiwań, a może ułatwić. Da się obie te sprawy dziś zorganizować? Jutro będę dostępny dopiero późnym popołudniem.
- Więc lepiej późnym popołudniem jutro. - odparła Filia - Ja dziś załatwię Ferna i przygotowuje Davrosa do transportu. - komendant odetchnęła chyba po raz pierwszy od kilku godzin - Czy macie jakieś własne prośby?
Viktor kiwnął głową. - Odpocznij i spróbuj się zrelaksować. Ta sprawa to maraton, a nie sprint. Może wyważam otwarte drzwi, bo tak naprawdę nie znam twojej metodyki pracy, ale wielu na podobnych stanowiskach nie uwierzyłoby jak wiele swoich obowiązków mogą oddelegować podwładnemu i nic się nie zawali. Jakbyś potrzebowała z czymś pomocy to proszę, nie wahaj się po mnie posłać. Zjawię się kiedy tylko będę mógł. Pod pewnymi aspektami masz najcięższy, z nas wszystkich, orzech do zgryzienia.
Kaylie wyciągnęła zza połów szaty zwinięty w kwadracik kawałek papieru jaki bez słowa wcisnęła w rękę Filii.
Komendant spojrzała na wręczoną kartkę, następnie zerknęła podejrzliwie na Kaylie, ale zaczęła ją otwierać.
Wpierw zobaczyła emblemat straży miasta. Później znajomy formularz przygotowany dla chętnych na przyłączenie się do rang straży. Wypełniony danymi Kaylie Sunfall.
Filia przejrzała kartkę jeszcze kilka razy, upewniając się, że dobrze widzi. - Ty tak na poważnie?
- Coś nie tak? - zapytała spokojnie - Nawet jest tam podpis.
- Ty chcesz się przyłączyć do straży miejskiej? Mojej straży miejskiej? Przyjmować rozkazy i je wykonywać?
- Przynajmniej te co będą sensowne, ale tak.
Viktor postanowił się nie mieszać do tej interakcji, uznając, że wyraźnie czegoś w niej nie rozumiał, więc pozwolił Kaylie to rozegrać jak tylko chciała. - No, dobrze… jak sądzę będzie można pominąć trening fizyczny, ale będziesz musiała poznać teorię prawa i zasady pracy w straży. Zajmie to mniej więcej miesiąc zanim będziesz mogła wziąć udział w czynnej służbie. - zaczęła komendant - Masz jakieś preferencje? Straż więzienna, patrole miejskie, patrole na traktach?
- Miejskie. Wejście w części miasta, w które nie chcą strażnicy wchodzić. - powiedziała z zadowoleniem.
Filia uniosła brew. - To nie jest jakaś metropolia gdzie mamy bogatsze tereny i slumsy. - zauważyła - Więc nie mamy takich dzielnic.
- Ale macie biedne tereny i slumsy. Na pewno tu ma miejsce działalność gangów czy innych grup przestępczych. Przydałoby się ich wyplenić.
Viktor powstrzymał jakąkolwiek zewnętrzną reakcję. Jeśli Kaylie rzeczywiście zamierzała dołączyć do straży to będzie musiał z nią omówić sprawę pewnych przemytników…
Filia westchnęła. - Omówimy to po całej sprawie z Davrosem i sądem, dobrze?
- No dobrze... - mruknęła z lekkim zawodem.
Najwyraźniej nie było innych spraw do omówienia, Filia pożegnała się z dwójką Azazelitów i opuściła Popielny Dwór, aby odpocząć.
Kaylie pokręciła głową i ciężko westchnęła kładąc głowę na leżących rękach na blacie.
- Co to był za problem dać jeden podpis... - fuknęła jak naprawdę zirytowany młodzik.
Viktor chwile zastanawiał się co powinien odpowiedzieć i już śliczna i wygodna półprawda prawie sama zsunęła mu się z języka ale zemł ją w ustach. Mieli być szczerzy, prawda? - Ja jestem w szoku, że w ogóle chciałabyś dołączyć do straży.
“Aha” pomyślał sam do siebie “Czyli nie szczerość a zmiana tematu.” - Skąd ta chęć? Dlaczego miałabyś chcieć to sobie zrobić?
Arkanistka odpowiedziała naburmuszonym głosem. - Nie działam z prawem: źle robię. Próbuję działać: też źle. - spojrzała w górę na twarz Khala - Czy twój bóg nie chce by naprawić nieskuteczne mechanizmy?
- Działałaś jako najemniczka. Wszystko w ramach prawa… i było to bardzo dobrze przyjęte i docenione. Jeśli masz wątpliwości to znów ci powtórzę… na wyprawie spisałaś się świetnie… na prawdę sądzisz, że dobrze czułabyś się w straży? Masz… nazwijmy to “pazurem”. I takie pazury wymagają przytemperowania. Ten miesiąc to byłoby głównie musztrowanie ciebie. Więcej by ci mówiono o tym kiedy NIE działać, niż czegokolwiek innego, bo straż ma ścisłe protokoły których musi przestrzegać. Nie wolałabyś choćby wyrobić sobie licencji łowcy głów? Oni mają znacznie więcej swobody… i nie patrzy im się tak na ręce.
- Ale znowu, robiłabym dla tych co mają pieniądze. W straży mogłabym się zajmować rzeczami za jakimi łowcy głów nie ganiają. Jak chociażby ukrócenie działań grup przestępczych w mieście. Wychwycenie wszystkich nękających uczciwych handlarzy, wyciągających od nich "pieniądze za ochronę", czy stanowiących dla nich nieuczciwą konkurencję przemycając towary poza podatkami. Wytępienie alfonsów jakich działanie daje życie prostytucji.
- Jako łowca głów sama byś decydowała które zlecenia przyjmujesz. Mogłabyś pracować ekskluzywnie dla Filii i wtedy też nie byłaby ona odpowiedzialna za metody jakimi się posłużysz do celu, co byłoby poważnym czynnikiem krępującym twoje działania, jakbyś oficjalnie była w straży… uważasz, że prostytucja powinna być nielegalna? - zapytał z ciekawością.
- To ciężkie pytanie... - zamyśliła się - Na pewno powinna być uregulowana. Nie powodować zachęcania młodych dziewczyn do łatwego zarobku swoim ciałem, a na pewno sprawić by jakiś gnojek z tego nie brał pieniądza.
Viktor uśmiechnął się, odrobinkę tylko pobłażliwie. - Nie uważasz, że dziewczyny powinny móc żądać za swój czas stawek jakie tylko uznają za słuszne?
- Tak... - odpowiedziała nieufnie spodziewając się pułapki. On ją chciał znowu wciągnąć w jakąś debatę czy spróbować jej coś udowodnić.
Viktor znów się uśmiechnął, ale tym razem ciepło i podrapał Kaylie za uchem z czułością. - Problematyka jest niestety bardzo skomplikowana. Śliczne dziewczę dyktuje cenę i znajduje chętnego. Właśnie “się skusiła łatwym zarobkiem”. Nie do wyeliminowania, bez odbierania jej prawa do samooceny własnej wartości. Ta sama dziewczyna zmęczyła się samodzielnym szukaniem klientów, może przestraszyła się, bo jej koleżankę ktoś zamordował, albo o raz za dużo klient postanowił nie płacić, albo gorzej. Chciałaby nająć się w domu uciech, ale nie może… bo już ich nie ma odkąd zakazano “jakimś gnojkom brania od nich pieniędzy”. Inna nie ma warunków aby szanowany dom publiczny ją chciał. To sprawa robi się gorsza, ale może ona sama wciąż woli ulicznego alfonsa, zabierającego połowę jej zarobków, za samą obietnicę, że jak ktoś ją tknie nie tak jak ona się zgadza, to jego mięsień go nauczy i się to nie powtórzy… i eliminując z ulicy alfonsa dziewczyna zatrzyma całe pieniądze, które dostanie, ale mogą znaleźć się tacy, co skorzystają, że nie ma teraz ona ochrony kogoś silniejszego od nich…
Znów sięgnął do Kaylie dłonią i podrapał ją po karku pieszczotliwie. - Masz serce w dobrym miejscu i tak jak ty chciałbym, aby nie było już nigdy historii z ulicznymi alfonsami. Niestety oni nie są źródłem problemu. Nawet nie do końca jego objawem. Oni są odpowiedzią na objaw i usuwając ich zmusimy najsłabsze i najwrażliwsze dziewczyny by zmierzyły się z objawami, których unikały dzięki nim. Poprawne naprawienie tego wszystkiego wymaga rozpoczęcia pracy kilka poziomów niżej. I jest to praca trudna, długa, nieprzyjemna i nie przynosząca chwały.
Kaylie przymknęła oczy, gdy pieścił jej kark wyraźnie zadowolona z tego. - Nie oznacza, że nie należy z tym walczyć, nawet jeżeli poprzez strach. Jeżeli klient będzie się bał - nie zrobi krzywdy. Tak samo z alfonsem. Straż nie robi dobrej roboty. Ich działania nie zastraszają nikogo, a samo mówienie czy klepnięcie po rękach nic nie da.
- Teraz zaczynasz brzmieć ja ja - uśmiechał stał się bezczelny na moment - Masz oczywiście rację, ale trzeba zrobić to w poprawny sposób. “Dobra praktyka śledcza” jest stosowana nie bez powodu. Ilu niewinnych, co byli w złym miejscu o złym czasie, jesteś gotowa poświęcić na ołtarzu strachu, który chciałabyś zaszczepić tym co żerują na słabszych? Bo to nie jest kwestia “czy kogoś poświęcisz”, ale “ilu”. Bo ZAWSZE będą niewinni których prawo, osąd tłumu, bądź vigilante niesłusznie skaże. Moja wizja prawa też nie jest na to odporna.
- I... Co to miało udowodnić? - zapytała naprawdę zdziwiona.
- Kruszyno, musisz przestać myśleć, że ja tu próbuje z tobą, w jakikolwiek sposób, wygrać. Nie próbuję. Jeśli dwóch szczerych współrozmówców się z czymś nie zgadza i jeden udowadnia drugiemu, że się mylił, to oboje wygrywają. Ale ten drugi szczególnie, bo jego postrzeganie świata jest o tę odrobinę bliższe prawdy. Nie próbuję tutaj nic udowodnić, a jedynie daję ci materiał do przemyśleń. Jeśli chcesz pomóc temu miejscu, to masz moje pełne wsparcie, ale nie pozwól sobie postrzegać nad wyraz skomplikowanej i trudnej sytuacji jako jasnej i oczywistej, bo osiągniesz wyniki przeciwne do zamierzonych i skrzywdzisz tych których chciałaś chronić. Połowa ludzi idących na szafot miała dobre chęci.
- Zakładam, że ja bym też skończyła na szafocie. - wzruszyła ramionami - Podoba mi się działanie vigilanti, bo tam gdzie nie działa prawo, tam oni wykonują jego zadania.
- W Egorianie, dekadę temu, mieliśmy coś co dziś nazywają Plagą Czerwonego Piasku. Nieoryginalna nazwa, przyznaję. Czerwony Piasek to był narkotyk, co na kilka miesięcy zadomowił się w niższych dzielnicach. W tym czasie zabił blisko pół tysiąca ludzi i kolejny tysiąc nigdy już nie będzie takie samo. Edward Valt stracił córkę z tego powodu. Mała ćpunka, żadnych wizji na przyszłość, ale kochał ją. Na własną rękę znalazł przemytnika i śledził go. Widział go często wchodzącego w interakcje z bratem. Coś sobie przekazywali. Zachowywali się podejrzanie. Wymieniali pieniędzmi. Schwytał brata. Torturował go. Chciał informacji. Chciał przyznania się do winy. Osiągnął wszystko co chciał. I informacje i spowiedź. Po tym go zabił. Wciąż przywiązanego do krzesła rzucił go do jeziora. Dzięki informacjom dał radę zabić przemytnika. Dzięki jego anonimowemu donosowi straż zamknęła jedną ze ścieżek którymi narkotyk dostawał się do miasta. Rzecz w tym, że brat był niewinny. Na torturach się złamał i opowiedział Edwardowi wszystko co myślał, że da mu szansę na zakończenie bólu i na to by nie osierocić swojej córeczki. Edwarda był na mękach trzy dni i zawisł obrzucany zgniłymi pomidorami przez społeczność. Uważasz, że śmierć przemytnika była warta śmierci niewinnego brata i osierocenia dziewczynki? Dodam tylko, że zajęła się nią dalsza rodzina, więc to nie tak, że na ulicy skończyła…
Coś drgnęło w Kaylie, ale nie w sposób jaki pewnie był oczekiwany. Spojrzenie Arkanistki stało się zimne. - Tak. - wypowiedziała słowo w sposób jaki mógł spowodować zimny pot na plecach. Nie powiedziała jednak nic więcej, a po prostu wstała z krzesła,.
Viktor jej nie zatrzymywał. Patrzył na nią przez oddech z jakimś smutkiem czy może zawodem? Spojrzał przed siebie, ale tak naprawdę zupełnie gdzie indziej… kiedy indziej. - Gdyby historia potoczyła się odrobinę inaczej ja mogłem być takim osieroconym dzieckiem... gdybyśmy nie odkryli wszystkiego co odkryliśmy to Aegon mógłby być, zwyczajnie, nadgorliwy. Więc zapytam jeszcze raz, ale inaczej. Czy w innym świecie, jeśli śmierć mojej matki i w efekcie, moje wygnanie, byłoby “w pakiecie” ze śmiercią rzeczywistej wiedźmy co zabijała ludzi… to byłoby tego warte?
Głos miał nieco odległy, a jego pięta uderzała rytmicznie o podłogę, wylewając z niego tłumiony dyskomfort, który sam na siebie ściągnął.
Arkanistka milczała początkowo nim bez słowa ruszyła w stronę schodów, zatrzymując się tylko przy nich, aby dłonią dać sygnał Khalowi by ten szedł za nią na górę. Nie był to gest pełny erotycznego napięcia ale napięcia tak czy inaczej. Nie czekała na mężczyznę, a skierowała się prosto do swojego pokoju w jakim niedługo później zniknęła.
Viktor rozważał chwilę czy ma, w ogóle, na to ochotę…
- Miałem być wyrozumiały, prawda? - zapytał sam siebie, dochodząc do wniosku, że da jej jeszcze szansę się wytłumaczyć. Zasługiwała na to.
Niechętnie wstał i poszedł za nią.
-
Na górze drzwi były zamknięte tylko na klamkę. Nie został zaatakowany fizycznie czy werbalnie. Kaylie siedziała na krześle przed oknem wpatrzona ulicę miasta. Nie odezwała się, gdy mężczyzna wszedł do środka, a nawet nie odwróciła się w jego stronę by na niego spojrzeć.
Nie wiedziała czy chce pierwsza powiedzieć. Nie była pewna czy jest sens, a jednocześnie nie wiedziała co dokładnie chciała uzyskać. Zastanawiała się co on zrobi teraz... Co ona zrobi.- Pani wołała? - zapytał nosowym tonem dworskiego lokaja, z najmniejszą tylko nutką przekory goszczącą w jego głosie, choć wcale a wcale nie był w nastroju. Sam nie do końca był pewny czemu i to obraca w żart.
Kaylie lekko opuściła głowę, aby zaraz ponownie ją podnieść. Ciągle nie mogła znaleźć słów i nie wiedziała jak to rozegrać, więc po prostu ręką wskazała na stołek stojący w kącie pomieszczenia i na miejsce obok siebie, niby szlachcianka kierująca służbą.
Viktor strzyknął śliną i zignorował stołek. Za to przystanął na swojej pięcie i zsunął buta, a potem drugiego i usiadł na jej łóżku krzyżując nogi. Stołek nie spełniał jego wymogów.
Oparł się o ścianę i przymknął oczy, oddalając od siebie myśli o matce i czekając co Kaylie sobie uwidziała.- Byli dwaj bracia. - odezwała się po chwili wystarczająco długiej, aby mógł zacząć sądzić, że ona jednak nie podejmie tematu - Bardzo zżyci ze sobą i ze swoimi rodzinami. Obaj mieli młode żony, małe dzieci. - opowiadała historię patrząc pustym wzrokiem w szybę - Ale pewnego dnia... Tą pełną szczerej miłości rodzinę spotkała tragedia, gdy jeden z braci oddał na niesprawiedliwą śmierć drugiego, zabierając dzieciom ojca i męża jego żonie. Zniszczyło to ich finansowo, pogrążyło w ciężkim żalu. - zamilkła by po chwili dodać - Dlaczego to zrobił?
Viktor rozważył, pomyślał i stwierdził, że nie będzie ryzykował, że to jest jeszcze inna historia niż ta którą Kaylie opowiedziała mu wcześniej o swoim wuju. - Nie będę tu ekstrapolował z niepełnej wiedzy. Dlaczego?
- Dobrze cię wytresowali w Cheliax. - Kaylie odwróciła się na krześle by patrzeć na prawnika - Brat zdradził niewinnego brata by ocalić swoją rodzinę, nawet za cenę cierpienia rodziny brata. Skazał jego duszę na wieczne uwięzienie bez możliwości odejścia do Zaświatów. Powiedz mi teraz: czy zrobił dobrze?
- Pamiętaj, że nic, poza moją dobrą wolą, nie zmusza mnie do znoszenia twoich nieprzyjemności. Nie sprawdzajmy może ile ich potrzeba abym to ja odszedł bez słowa, dobrze? - poprosił intensywniejszym tonem, po czym się rozluźnił, znów opierając o ścianę - Zrobił dobrze, zrobił źle, zrobił tchórzliwie, czy okrutnie… to była sytuacja z której nie było dobrego wyjścia. Ktoś spośród partykularystów by powiedział, że lojalność wobec jego własnej rodziny wiedzie prym i żona z dziećmi wiedzie prym wobec reszty rodziny, więc by pochwalili. Utylitaryści po potępili, jako, że istniejące cierpienie się nie zmniejsza, a wręcz zwiększa o poczucie zdrady oraz niewątpliwe poczucie winy. Deontologowie z całą stanowczością by potępili to co zrobił, wierząc w bezwarunkowość moralności. Tu nie ma jednej jasnej odpowiedzi.
Kaylie nic nie zrobiła sobie ze złości prawnika. Chce czy nie: został wytresowany, aby tak reagować zapobiegawczo na pytania.
- Jeżeli sprawa by dotyczyła ciebie i twojej matki to oczywiście, że byłabym przeciwna temu. - poruszyła wcześniejsze pytanie - Jeżeli kogoś innego... Uznałabym za potrzebne szkody, jako że więcej ludzi by zostało uratowanych od wiedźmy. - pokręciła głową - Widzisz problem?
- Potrzebne szkody… - powtórzył Viktor do siebie, z jakimś przekąsem - Jakby ktoś twojego wuja nazwał “potrzebnymi szkodami” jakbyś zareagowała?
Kaylie uśmiechnęła się krzywo z jakimś gorzkim, ironicznym wydźwiękiem. - W ten sposób mi to próbowano wytłumaczyć. - powiedziała niepokojąco odartym z uczuć głosem - Wtedy nie rozumiałam. Wtedy miałam osiem lat. - spojrzała w podłogę - Wtedy nie rozumiałam...
Viktor dopiero teraz pozwolił zdziwieniu pojawić się na jego twarzy. Otworzył oczy i przekrzywił głowę. Spojrzenie miał pytające i intensywne.
- Co znaczy “wtedy”? Nie próbujesz powiedzieć, że pochwalasz działania Ogrodników, prawda?
- Mojego ojca. - sprecyzowała ciągle zachowując ten sam nijaki ton głosu - On nas bronił... Poświęcił jedną miłość by ochronić inne... Ale ja nie umiałam zrozumieć...
Viktor spuścił z siebie powietrze powoli. To była znacznie lepsza wersja. - Był postawiony w tragicznej sytuacji, bez dobrego wyjścia. Jeśli tortury wchodziły w grę… widziałem ludzi wydających na nich własne dzieci, doprowadzeni bólem do szaleństwa. Nie znam szczegółów tej historii, ale są scenariusze, gdzie jego decyzje były nie tylko zrozumiałe ale wręcz właściwe.
- Mój wuj mógł zrobić to samo. Ale za bardzo kochał brata i mu ufał. - głos stracił na sile - I gdy leżał już pod gilotyną... Gdy patrzył w stronę mojego ojca... Ten wzrok... Jaki pozostał na ściętej głowie...
Zamilkła.
Cisza przedłużała się kilka chwil. Prawie jakby miała być symboliczną minutą ciszy dla jej wuja.
- Był dzielnym człowiekiem. To nie powinno było się wydarzyć.
Następne wydarzenia były nagłe. Kaylie powoli wstała z krzesła i spojrzała na swojego kochanka z wyrazem bólu jaki wylewał się z jej oczu choć były one suche. Bez żadnego ostrzeżenia kobieta wręcz rzuciła się na szyję siedzącego na łóżku Khala i własnym ciężarem go przewróciła.
Jej ciało drżało ze wstrzymywanego płaczu i dopiero po chwili wydobył się z jej gardła dźwięk. Pomiędzy płaczem a śmiechem, szaleńczym wręcz. - A później zabiłam swojego ojca!
Viktor nie wiedział co odpowiedzieć. Kolejne elementy układanki, które nie do końca chciały składać się w całość. Co jeszcze to dziewczę przeszło?
- Chciałabyś… - zapytał ostrożnie, wciąż obejmując ją ramionami i głaszcząc z tyłu głowy - … mi o tym opowiedzieć?
- Zabiłam go... - ciężko było określić czy ona się śmieje, czy może rozpacza - Oskarżałam go ciągle i ciągle, nie chciałam słuchać sensownych argumentów. Nie dałam mu zapomnieć. - drżenie się wzmogło - Męczyłam go tym, byłam winna... - złapała mężczyznę za ramiona - Winna! Ja go zabiłam!
- Byłaś dzieckiem. Tylko dzieckiem. To nie ty ani on jesteście tu winni, a Ogrodnicy i ktokolwiek doprowadził ich do aż takiej władzy. Czy to obywatel Drannoch, czy Cheliax, czy ktokolwiek pomiędzy. Nie ty.
Mimo że była obejmowana to i tak próbowała się bujać jednocześnie wtulając w szyję prawnika. - Miałam wtedy 10 lat... Wykrzyczałam mu słowa pełne nienawiści... Krzyczałam, że to on powinien umrzeć, a nie wuj. - uchwyciła silnie ubrania Khala, jakby próbując złapać siłę jaka chciała jej uciec, a Viktor tylko mocniej ją uścisnął czując jej chwyt.
- Przeze mnie się powiesił!
- Byłaś tylko dzieckiem. Nie wiedziałaś co robisz, nie rozumiałaś świata, konsekwencji ani szerszego kontekstu. Ogrodnicy zabili twojego wuja. Ogrodnicy zdewastowali emocjonalnie twojego ojca oraz ciebie i to ta dewastacja doprowadziła do jego śmierci. Cała twoja rodzina jest tu ofiarą.
- Znalazłam go przypadkowo. Znalazłam go za domem w miejscu w jakim składowaliśmy skrzynie ze śmieciami. - mówiła jakby znajdowała się w innym miejscu - Było tam stare, wysokie drzewo... A on powiesił się na jego gałęziach... Na tych samych gałęziach, gdzie kiedyś wisiała moja huśtawka...
- To okropne. Przykro mi.
Kaylie w milczeniu wtulała się w kochanka. Szukała w nim oparcia, szukała siły. Ciężko oddychała nerwowo łapiąc powietrze. Palce wbijała w materiał ubrania mężczyzny i mięła je w dłoniach.
- Widok jego skręconego karku... I ten krzyk mojej matki... Żadnego nie mogę zapomnieć.
- Takich rzeczy się nigdy nie zapomina - przytaknął Viktor, cichym kojącym głosem, rytmicznie przeczesując jej włosy.
- Jestem winna... - powtórzyła z uporem - Jestem winna jego śmierci. Jestem winna bólu mojej matki. - łzy w końcu nieśmiało popłynęły - Ona mi ciągle to mówiła... Tak jak ja nie dawałam .ojcu zapomnieć, tak ona nie dawała zapomnieć mi mojej winy...
- Więc obie jesteście winne?
- Nie... Ona po prostu dała mi poczuć ból jaki spowodowałam. Nie za pakt, a za moje uczynki muszę pójść do piekła...
- Nie widzisz tu analogii? Jeśli twoja matka nie ma winy w torturowaniu emocjonalnym ciebie, to ty po dwakroć nie masz winy, za męczenie twojego ojca. Robiłyście dokładnie to samo. Męczyłyście członka rodziny, którego oskarżałyście o doprowadzenie do śmierci innego członka rodziny. Ale ty byłaś dzieckiem, co miało jeszcze siano w głowie.
Kaylie po prostu przytulała Khala, nie komentując już jego słów. Syciła się jego bliskością i poczuciem bezpieczeństwa jakie dawał. Nawet gdy zagłębiała się we wspomnienia to jego obecność dawała ulgę nie pamiętała żadnej innej osoby jaka by czyniła tyle co on dla niej.
-
Nigdy nie wierzyłam... - odezwała się niespodziewanie - Nie wierzyłam, że otrzymam miłość. - spojrzała w oczy prawnika - Bo ty mnie kochasz?
Viktor bał się tego pytania od kiedy usłyszał od niej te słowa w namiocie, tamtej nocy. Miał przygotowaną na nie odpowiedź… ale i tak nie był jej pewny. -
Kaylie ja… nie jestem pewny czy w ogóle wiem co masz, przez to słowo, na myśli. Jest ono dla mnie enigmą i trudno mi się nim posługiwać. Ale to co mogę, z całą pewnością i bez najmniejszego zająknięcia powiedzieć to, że zależy mi na tobie. Troszczę się o ciebie i chcę abyś była bezpieczna i chcę ci pomóc z tym co masz w głowie. Chcę aby nam się udało i jestem gotów o to walczyć. Jeśli to nie jest jeszcze miłość o której mówisz, to potrzebuję jeszcze czasu, ale najpewniej dotrzemy jeszcze do tego…
-
Więc... - Kaylie wyraźnie była zaskoczona - Ty mnie nie kochasz...? Więc to wszystko... To nie była oznaka miłości...? Myślałam, że to wszystko połączone składa się na miłość do partnera... Twój kochanek w łóżku nie jest kimś, kto otrzymuje troskę i opiekę od ciebie, a jedynie te chwile przyjemności...
Kaylie zdawała się wyraźnie tego nie rozumieć. -
Kruszyno, jeśli to co wymieniłem dla ciebie oznacza “miłość” to mnie to tylko raduje, że mogę to tak nazwać, ale czy to słowo ma, tak naprawdę, głębsze znaczenie? Chcę ciebie. Chcę się o ciebie troszczyć, dbać i widzieć cię szczęśliwą. Nazwij to jak chcesz. Miłość, przywiązanie, “związek”, czy cokolwiek innego. To tylko słowa. Są ważniejsze rzeczy niż słowa.
-
Kiedyś byłeś już w jakimś związku? - zapytała.
Viktor zawahał się i zastanowił moment. -
Zdefiniuj… “związek”. Bo coś czuję, że inaczej rozumiemy to słowo.
-
To jest jak dwie osoby chcą być ze sobą i się kochają lub tak uważają.
-
Zakładamy wzajemność intencji?
-
Wzajemność?
-
Że obie strony mają mieć dłuższe plany i obie “kochają lub tak uważają”?
-
Najlepiej...? - Kaylie odparła nieufnie.
-
To… - Viktor westchnął cicho. - … nie wiem. Może raz - odpowiedział z nieobecnym spojrzeniem utkwionym gdzieś w przeszłości.
-
Opowiedz mi o tym. - arkanistka lekko odsunęła się by patrzeć na twarz Khala.
-
Ona była… - twarz Viktora na jedną krótką chwilę nabrała odrobiny życia, by natychmiast zgasnąć. - Nie. Wybacz… ale nie. Nie lubię tej historii i nie skończyła się ona dobrze.
-
Ja ci opowiedziałam historię, której nie lubię opowiadać, bo jest bardzo bolesna. - mruknęła - To przecież ma być proces leczniczy, prawda?
Cisza znów się przedłużała, gdy Viktor bił się ze swoimi myślami.
-
Wybacz, ale nie jestem na to gotowy. Kiedyś ci pewnie opowiem tę historię, ale to nie będzie dzisiaj… może powiem tyle, że ją skrzywdziłem i Valerie nie zasługiwała na to, ale to musi ci wystarczyć. Przepraszam.
-
Chciałbyś mieć jeszcze jedną szansę by z nią być? - zapytała jak najbardziej neutralnie jak tylko potrafiła.
-
Ona jest daleko. Nyshire, na wschód od Egorianu. Nigdy więcej jej nie zobaczę… i tak będzie lepiej. - Viktor mówił powoli i nie do końca obecnie. Nie krył, że to nie jest dla niego łatwe. - To co bym chciał, związanego z nią, to nigdy jej nie spotkać i oszczędzić jej… mnie.
Kaylie położyła dłoń na jego policzku i zaczęła głaskać. -
Ale widzę, że cierpisz.
Niby-wesołe prychnięcie złamało cichy nastrój. -
Nieprzerwanie od tamtego dnia dwadzieścia osiem lat temu… ale skończmy, bo już jęczeć zaczynam i nie podoba mi się to. Możemy się, po prostu, tulić póki obowiązki nie zmuszą nas do wstania?
-
Unikasz całe życie. Po dwóch tygodniach jestem w stanie to zobaczyć. - pokręciła głową i położyła ją na jego klatce piersiowej - Czy to samo widziały twoje inne partnerki? Te na noc czy kilka dni? Czy po prostu tak je mamiłeś, aby nie myślały o niczym poza najszybszą drogą do twojej sypialni?
-
“Mamiłem” pfff… - prychnął w niby-oburzeniu - Nigdy nie kłamałem, ani nie udawałem kogoś kim nie jestem. Jedynie wybierałem które aspekty mojej osoby im wyeksponuję, a które zachowam dla siebie… Nie uwodziłem ich niestworzonymi obietnicami, a budowałem fascynację dla “tu i teraz”. I… Kruszyno… znamy się, tak naprawdę, niecałe dwa tygodnie, a już większość moich żali na ciebie wylałem. Daj mi czas, a poznasz pewnie resztę, ale to nie jest podbudowujące kiedy, po raz kolejny, tak generalnie zarzucasz mi tchórzostwo, nie myślisz?
-
Nie zarzucam tchórzostwa. - zaprzeczyła bawiąc się materiałem bluzki mężczyzny, miętoląc ją między palcami - Unikanie nie musi oznaczać tego. Może oznaczać umyślne wprowadzanie w błąd A ty przecież dokładnie wiedziałeś do jakich wniosków może dojść partnerka. - ciągle trzymając głowę na piersi Khala spojrzała do góry na jego twarz - Nie jesteś tak naiwny i głupi, aby nie zauważyć regula condictionis. Po prostu nigdy nie przechodziłeś za linię jaka zapewniała ci ochronę przed posądzeniem o deliberata actio.
-
Kaylie, proszę cię… - głos Viktora wciąż był ciepły, a palce rozczesywały jej włosy. Nie przyznał tego, ale na jakiejś dziwnej płaszczyźnie poczuł się nieco “jak w domu” słysząc z czyichś ust infernalny - Mam wrażenie, że pomieszało się kilka tematów… Naprawdę nie przyjmujemy innych opcji czemu ktoś może chcieć zachować historie dla siebie, poza tchórzostwem bądź nieszczerością? Nie miałaś tego na myśli, prawda?
-
Och, Khal. A ty ciągle o tym? - zaśmiała się - Nie mówię o historiach z życia, zrozumiałam, że jeszcze nie czas. Mówię o twoich podbojach i ogólnym traktowaniu partnerek jako de facto zwierzyny łownej. Czy tak o nich myślałeś od początku, czy z czasem dopiero?
-
Oh, pradon, że wciąż pamiętam temat sprzed jednej wypowiedzi! - niski chichot wydobył się z jego piersi. - Nie użyłbym określenia “zwierzyna łowna”. Jeśli ktoś by powiedział, że zamierza "upolować tę sarenkę” to byś z miejsca pomyślała, że “sarenka” oznacza tyle co moje jagnię. A definitywnie bardziej myślę o tym jako podboju niż polowaniu. I… - zmarszczył brwi, wyszukując wspomnień sprzed dwóch dekad - Chyba nie było tak zawsze. Ale też nie było dużo inaczej. Może z Aurorą, na początku, w tamtych chwilach gdy nasza… relatio… wyglądała jak związek. Po niej, przez kilka lat, jeśli byłem w czymkolwiek co mogłoby być nazwane relacją, to było nie z mojej inicjatywy, bo byłem zbyt zapatrzony w księgi i mistrzynię Morgwyn… czysto akademicko. Potem… byłem zawiedziony. Kolejne partnerki nie dorastały do pięt żadnej z tych dwóch. Nagle okazało się, że większość kobiet… w zasadzie to większość ludzi, ale o niewiastach teraz mówimy… nie jest w stanie nawet prowadzić stymulującej rozmowy ani nie reprezentuje sobą nic ciekawego. Mają swoje małe problemiki, małe dramy, małe wyzwania z których każde dałoby się z łatwością rozwiązać najmniejszą odrobiną inteligencji bądź kompetencji. Ale nie są w stanie tego zrobić. Naprawdę widzę perfekcyjną logikę, że w momencie gdy oferują tylko jedną ciekawą rzecz, to tylko w tym budzą moje zainteresowanie.
Kaylie słuchała mężczyzny z zainteresowaniem lub może lekkim rozbawieniem. Gdy już zakończył przez chwilę patrzyła w milczeniu by później zachichotać krótko. -
Avernus. Tam byś należał ty cholerny nadęty własną dumą cwaniaku. Czy ty w ogóle się słyszysz ponad dźwięk marszu własnej pychy? - dodała rozbawiona - Tak, jak możesz mieć rację w stosunku do niektórych, tak wątpię byś tak długo ze wszystkimi przebywał, aby zobaczyć ich prawdziwą naturę i spróbować widzieć coś więcej niż co mają pod ubraniem oraz jaka kryje się w nich dusza i umiejętności.
Viktor milczał chwilę, jakby wsłuchany w coś odległego. -
Hmmm? Mówiłaś coś? Nie dosłyszałem cię na tle surn, wygrywających hymn na moją cześć - zaśmiał się przekornie i ucałował ją w skroń. - Każda z nich miała szansę udowodnić swoją… może nie “wartość”, ale “ciekawość”. Z początku na siłę się tego doszukiwałem i dopiero po jakimś czasie przestałem. Gdy doszedłem do wniosków, że statystycznie to nie jest warte zachodu. No powiedz mi, proszę… jak ja miałem traktować poważnie jęczenie, że kot jest w rui i znowu uciekł? Albo usilne wybaczanie kolejnych noży w plecach wbitych przez “przyjaciółkę”? Czy może wypłakiwanie mi w pierś, że… uważaj, uważaj, bo to jest dobre… że mąż ją zdradza. Mąż. Ją zdradza… gdy tak chlipie obok mnie NAGA i wciąż rumiana, a twarz ma przyozdobioną moim nasieniem. Jestem dumny ze swojego samoopanowania, że nie wyśmiałem jej w tamtym momencie.
-
Więc dla ciebie ja jestem lepsza, bo nie mówię o problemach-pierdołach? - Kaylie skrzywiła się - Zapamiętane. Każdy problem-pierdoła pozostanie zamknięty we mnie. Co do kurwy co zdradzała męża... Wiesz, że ty też nie jesteś bez winy? Jej wina większa, tak, jednak ty nie byłeś dzieckiem i dobrze wiedziałeś co robisz. Do tego ja ci nie obiecam, że nie ma szans, abym kiedykolwiek wbiła ci nóż w plecy. Będę próbowała tego nie zrobić, ale życie to życie i może doprowadzać do bardzo wybuchowych sytuacji, w jakich cię skrzywdzę umyślnie bądź nie.
Arkanistka bawiła się paskiem przy spodniach Khala, ale nie próbowała go rozpiąć. -
“Raz”. Postaraj się nie chlipać z powodu plamki na sukni to będzie wszystko w porządku. “Trzy”. Przejdziemy ten most gdy do niego dojdziemy. Wiem, że jesteśmy pokrzywieni i czeka nas prawdziwa burza do przejścia. I wracając do “dwa”. Pewna czarownica mi to kiedyś zarzuciła… było jeszcze kilkoro, ale ta była najciekawsza… interesuje cię pełna odpowiedź, skrócona czy może w ogóle byś wolała zmienić temat?
-
Dawaj pełną. Może będzie w tym dużo ochrzaniania ciebie. - ułożyła głowę na brzuchu kochanka - I nie chlipałabym z takiego powodu, błagam. Zapomniałeś? - wykonała kilka ruchów palcami - Magia?
- Pani wołała? - zapytał nosowym tonem dworskiego lokaja, z najmniejszą tylko nutką przekory goszczącą w jego głosie, choć wcale a wcale nie był w nastroju. Sam nie do końca był pewny czemu i to obraca w żart.
-
- A widzisz? Nawet nie chcesz być kategoryzwana razem z takimi ciapami. I uznaję, że właśnie zrzekłaś się prawa do narzekania na mój “słowotok”. Wiedźma miała na imię Abigail. Włosy rude, że prawie pomarańczowe, choć mocno już posiwiałe. Nieco przygarbiona od setek godzin pracy nad dekotami, miksturami i wywarami dla mieszkańców Auginford, małej mieściny na południu Nidal. Spędzałem tam swoisty urlop. Po dwóch tygodniach menda miała mnie rozpracowanego. Przynajmniej na pewnym poziomie. Przyszła do mnie gdy w zajeździe notatki robiłem, w przód planując obrony spraw, które na tym urlopie zaniedbywałem.
- Jesteś plagą, wiesz to, prawda? - zaczęła wtedy ostro, nie patyczkując się. - Rozbijasz małżeństwa, siejesz nasiona zamętu i zaraz znikniesz zostawiając nas byśmy to zebrali. Zostawisz za sobą tylko pożądanie, niespełnione marzenia i popiół. - Abigail chyba lubiła dramatyzować. Czując się wtedy w klimacie uznałem, że podejmę jej grę. Aby się rozerwać choćby trochę. Odrobina teatrzyku nie mogła zaszkodzić. Więc złożyłem notatki, dopiłem wina, zawołałem po jeszcze i zerkając samozadowolenie, spod półprymkniętych powiek zapytałem:
- Ja to robię? Czy może to świat reaguje na… moją obecność. Wiesz, że nie trzeba magii aby ludzie ukazali swoje prawdziwe oblicze. Trzeba tylko dać im wybór. I ten moment, sam na sam, z zakazanym owocem. Ja nie jestem plagą. Jestem próbą. Kto upada był już słaby długo zanim mnie spotkał. - Nie była pocieszona tą odpowiedzią - zachichotał do wspomnień. - Prychnęła pogardliwie i zapytała - Ile takich słabości odnalazłeś, ty próbo chodząca? - Miała cudowną manierę w głosie, którą prawie jeszcze pamiętam, ale za nic nie potrafiłbym powtórzyć. - Dzisiaj? Dwie - odpowiedziałem - I pół. Jedna wciąż waha się między narzeczonym a legendą którą obrosłem w jej wyobraźni. Dam jej czas do jutra. Ale powiedz mi, oh mistrzyni trucizn, run i serc.
Viktor był “w” scenie i jakaś nutka w jego głosie, głębia jego tonu dawały poczucie jakby co mniej doświadczone niewiasty mogły się zarumienić od samego tego zdania.
- Czemu naprawdę się złościsz? Czymże ja ci zawadziłem?
- Powiedziałam już. Przynosisz nam popioły i choć potępiam te wszystkie co wpadają w twoje sidła, ty też nie jesteś bez winy. Na twoim sumieniu będą rozbite rodziny i dzieci w nich wychowywane.
- Ach… ta moralność. Cnotliwe niewiasty, z sumieniami wypolerowanymi na lustro tak chętnie się na nią powołują, próbując ukryć własne kompleksy i niedoskonałości pod płaszczem niewidzenia – oślepiając się takimi złoczyńcami jak ja… Ale jak przyszło mi słuchać tych oskarżeń to pozwól, że się odniosą… Po pierwsze… nie ja jestem żonaty. Nie złożyłem żadnych przysiąg, nie zbłaźniłem się klękając z pierścionkiem w palcach i sercem na tacy. To nie moje obietnice są łamane… ale ich. Ja jestem tylko okazją…
- Po drugie… moja droga, mamy wolną wolę. Nie jestem czarnoksiężnikiem. Nie znam dekotów na pożądanie, nie rzucę uroku miłosnego, nie napoję miksturą odbierającą zmysły… choć niektórzy mnie o to oskarżali - jego głos stał się bezczelnie samozadowolony i choć Kaylie nie widziała jego twarzy, to niemal “usłyszała” mrugnięcie w jego głosie. - Ale to one wybierają. To ZAWSZE jest ich wybór. Ja jestem tylko… uroczy… przystojny… tajemniczy… i niebezpieczny… przychodzą do mnie bo mają dość nudnych wieczorów z mężami. Bo chcą uciec od szarości codziennego życia. Poczuć serce próbujące się z piersi wyrwać jeszcze ten jeden raz. Zostać księżniczką w moich ramionach, o której potrzeby ktoś chce i umie zadbać, w opozycji do seksu będącego bardziej pańszczyźnianym obowiązkiem. Czy to moja wina, że daję im MOŻLIWOŚĆ poczucia czegoś więcej niż chłód małżeńskiego łoża?
- Po trzecie… wprost uwielbiam jak i ludzie to zarzucają. Wiesz o co mnie pytają częściej? W połowie przypadków jedni i ci sami? “Jak ty to robisz?”, “Czy ona naprawdę?”, “A może ja też bym mogła…”. Większość tych świętoszków chciałaby być przez jeden wieczór mną… albo ZE mną… A w swej niemocy zostaje im pluć. Klasyka… zazdrość przyodziana w maskę moralności.
- Po czwarte. Najważniejsze. Ja nie niszczę związków. Ja tylko pokazuję, że były już zniszczone. Piękna dama, wzdychająca w moich ramionach już od dawna nie czuła do męża-z-powinności nic, a na pewno nie lojalność. Ja nie jestem powodem, drodzy świętoszkowie. Ja jestem lustrem. Nie mam mej winy w tym, że nie podoba wam się co w nim widzicie – I jeszcze jedno. Z możliwości mnie NIGDY nie skorzystała żadna szczęśliwa mężatka.
Viktor odkaszlnął w pięść kończąc historię. - Oczywiście to była improwizowana na bieżąco parafraza. To było dobrą dekadę temu, ale sens został zachowany. Dyskusja trwała jeszcze pół nocy. Abigail była… wyjątkowa. Gdyby nie śmierdziała alchemicznie, ilekroć się do niej zbliżyłem, pewnie bym nawet dał jej możliwość zawiedzenie w próbie.
Kaylie patrzyła zimno w ciszy leżąc głową na brzuchu Khala. Cierpliwie czekała by zabrać głos. - Myślałam czy po prostu nie dać ci w pysk. - odparła wpierw - Ale to w sumie nie miało by sensu. Ciągle jesteś dzieciaczkiem jakiemu brakuje wychowania w życiu i starasz się przekonać się, że Ty nie robisz niczego niepoprawnie, a to inni są winni. Nie obchodzą cię konsekwencje jakie zostawiasz by to inni rozwiązali. To musi być niesamowicie przyjemne uczucie, gdy jesteś w stanie przekonać samego siebie, że wszystkie konsekwencje nie mają z tobą nic wspólnego, bo ty masz wolną wolę. I coś takiego idzie od nieudanego kapłana Asmodeusza? Tego, co był absolutnie przeciwny wolnej woli? - parsknęła - To gdzie moja wolna wola? Czy to znaczy, że ja mogę brać kogo chcę i ty nie możesz nic przeciwko temu?
Zimna frustracja zalała Viktora, ale opanował ją nim powiedział więcej niż chciał. - Iii… znów przechodzimy do nieprzyjemności? Jestem ciekaw czy ty byś tak zgrabnie przyjęła przytyk z kategorii “nieudana studentka szkoły magicznej Galt”, co? Nie zostałem kapłanem Asmodeusza, bo się nadarzyła lepsza okazja. Kozioł oferuje lepsze warunki rozwojowe. Tyle. W sumie wcale nie “tyle”, bo jeszcze gardzę jego wizją legislacyjną i to też jest ważne. A w całym tym wywodzie ani razu nie wspomniałem o MOJEJ wolnej woli, więc rozważać zaczyna czy zrozumiałaś przekaz… ale tak. Tak samo jak wszystkie panie, co zdradziły zaufanie swoich mężów, masz wolną wolę i możesz sypiać z kim ci się podoba i ja wtedy nie będę mógł mieć żadny żech pretensji… do tego “kto ci się spodoba”. Ten ktoś nie jest mi nic winny. On mi nic nie obiecał. Nie miałem z nim żadnych ustaleń… A ja nigdy nie naruszyłem wolnej woli żadnej z kobiet z którymi spałem. Każda mogła powiedzieć mi “nie” i wiele razy mówiły, a ja wtedy to uszanowywałem. To były dorosłe, w pełni zdrowe na umyśle i wykształcone emocjonalnie osoby. I historia może mnie odrobinę misscharakteryzować. Abigail zaczęła temat mężatek, dlatego o mężatkach mówiłem, ale takie są w zdecydowanej mniejszości moich podbojów. Rzadko wychodzę do takich z inicjatywą. Tylko jeśli mam dobre powody sądzić, że małżeństwo jest już tym z-powinności. Wolę wolne panny, wdowy, albo zakonnice… drastycznie mniejsza szansa późniejszych komplikacji.
- Małżeństwa wyżej urodzonych są zasady w większości TYLKO z powinności. Bardzo rzadko w tym występuje jakiekolwiek prawdziwe uczucie. A to co mówisz trąci mizoginią. Kobieta nie może z innym się przespać prócz męża, ale nie byłoby tego problemu w drugą stronę, prawda?
- Fakt, małżeństwa szlachcianek zasługują aby je specyficznie wymienić. I moja praktyka potwierdza twoją teorię. Wśród niższej i średniej klasy mężatki miały znacznie zredukowany stopień… odpowiedzi na moje podejścia. U szlachty ten efekt był znacznie mniej zauważalny. I przykro mi, Kruszyno, ale pudło. Płeć nie ma nic do rzeczy, a jedynie umowa między partnerami. Dla wielu jagniąt nie byłem jedynym partnerem i nie raziło mnie to w żaden sposób. Bo się na to nie umawialiśmy. Gdy znajomy z loży zdradzał żonę spotykał się z krytyką z mojej strony. Bo łamał wcześniejszą umowę. To o nią się rozchodzi.
- Starasz się rozgrzeszać w ten sposób. - powiedziała zimno - Ale skoro jest ci tak lepiej żyć... - wzruszyła ramionami. Prawdę mówiąc w tym momencie zaczęła być niespokojna o dalsze losy tego związku - W sumie gdzie byłeś wczoraj? - zapytała nagle zmieniając temat.
- Nie mam nic z czego musiałbym się rozgrzeszać, tak jak ty nie potrzebujesz rozgrzeszenia z zabijania ludzi. W nocy budowałem kontakty. Będę potrzebował wielu przyjaciół jako arcykapłan i sieć informatorów będzie więcej niż użyteczna.
- Więc już z kimś spałeś. - stwierdziła udając brak zainteresowania.
Viktor zachichotał nisko, po swojemu. - Nie, Kruszyno, nie spałem. Budowałem kontakty… - powtórzył swoje słowa - …w diasporze krasnoludzkiej Evercrest. Mam tam znajomego sprzed trzech dekad.
- I... Nikt ci nie wpadł w oko?
- Było kilka dziewcząt… - wzruszył ramionami od niechcenia - I spośród nich kilka się kręciło wokół, a jedna czy dwie istotnie śliczne. Jednak nie mam wobec nich jeszcze żadnych planów. Może w przyszłości, ale sam nie wiem. Chwilowo mam ważniejsze rzeczy na głowie.
- A... Jakie one są? - zapytała nadal udając brak zainteresowania.
Viktor uniósł brew w rozbawieniu, ale Kaylie nie mogła tego widzieć. - Jesteś od nich ładniejsza, skarbie, jeśli o to pytasz - odpowiedział chichocząc i pocałował ją w czoło. - I to znacząco. I kompetentniejsza, i one nie potrafiłyby mnie w harmonijkę złożyć no i jeszcze zbladłyby, i uciekły jakbym opowiedział im o sobie jedną dziesiątą tego co ty wiesz.
- Są młodsze ode mnie, prawda? - teraz opadły nawet jej próby ukrywania swojej niepewności.
- T-tak… i wciąż nie dorastają ci do pięt. To tylko jagnięta. Z kategorii nieciekawych, co pewnie nawet do rotacji by nie weszły, GDYBYM w ogóle się z nimi przespał. Nie są nawet w sąsiedniej kategorii co ty. Rozumiesz?
- Rozumiem, rozumiem... - potwierdziła nerwowo - po prostu... To nowe dla mnie.
- Rozumiem i w porządku. Ilekroć pojawią ci się wątpliwości w ślicznej główce… pytaj. Nigdy się nie zirytuję na ciebie za danie mi okazji pomóc ci z… niezręcznością tego układu.
Kaylie uśmiechnęła się dość niezręcznie. - Nie chcę cię krępować... Tylko po prostu nie wiem... - przygryzła usta - Nieważne. Czy będę mogła spotkać tych twoich znajomych?
- Ekhm… - Viktor podrapał się po skroni - Nie jestem pewny czy byś ich polubiła. I jeśli dołączysz do straży tworzyłoby to… pewien konflikt interesów i sądzę, że to nie byłaby komfortowa, dla ciebie, sytuacja. Z Sergiem cię chętnie zapoznam. Ostatnio nie miałem swojego “plus jeden”, gdy w Purpurowym Indorze jedliśmy. Co o tym myślisz?
- Sergiem? Kto to? - zapytała i dodała - i dlaczego tworzyłoby to konflikt? W co ty się pakujesz? Kim są ci znajomi?
Kaylie miała złe przeczucia co do wyboru znajomych swojego kochanka. - Szara strefa. Ludzie do wykorzystania w najbliższych miesiącach i późniejszego redefiniowania na moje potrzeby. To prości ludzie. Łatwo osiągnę wśród nich “miękką kontrolę”. Serg to… niższy trybun. Zajmuje się rozsądzaniem drobnych spraw mieszczaństwa. Niezbyt istotna osoba, ale raz, że dobrze będzie wyglądać zadawanie się z nim, dwa to z legionu takich “drobnych przyjaciół” co jakiś czas się wyłaniają “zasadni sojusznicy”, co okazjonalnie, przy dużej dozie szczęścia i wkładu własnego, mogą stać się “potężnymi partnerami”.
- Szara strefa? Co przez to rozumiesz?
- Ludzie których poznanie, jeśli dołączyłabyś do straży, zmusiłoby cię do wybrania lojalności wobec niej, albo wobec mnie - powiedział z troską i zmartwieniem - Nie chcę wymuszać na tobie tego wyboru, więc zostawmy to na tym, możemy?
Arkanistka uniosła się i usiadła patrząc na mężczyznę. - Czy... Czy ty się zadajesz z kryminalistami? - pokręciła głową w niedowierzaniu - Khal! Jesteś przecież prawnikiem i kapłanem boga prawa i porządku! I chcesz przekonać do siebie miasto!
- Jestem też człowiekiem, na którego barkach spoczywa zadanie zbudowania religii. Człowiekiem, którego pracodawca zapomniał o pewnym tycim-mycim, maluśko-drobniutki aspekcie… finansach. I to nawet nie tak, że “po prostu się nie dołożył”. Dał mi tydzień. Jeden. Przeklęty. Tydzień. Na ogarnięcie WSZYSTKIEGO przed wyjazdem. Jakby dał mi rok to sam bym uzbierał fundusze na to wszystko, ale z tym tygodniem… w panice sprzedałem wszystko czego nie mogłem ze sobą zabrać. Po znajomości, powołując się na trzy duże przysługi, które ludzie byli mi winni, udało mi się uzyskać jedną trzecią tego co mogłem mieć. Jednego domku wakacyjnego w ogóle nie dałem rady sprzedać. Z łatwością odstąpiłbym go komuś za dziesięć do dwudziestu pięciu tysięcy. Jakbym tylko miał czas. Technicznie wciąż jest mój, ale za półtorej dekady będę oficjalnie wywłaszczony, a na długo wcześniej zostanie on zdewastowany przez młodzież, gdy tylko zorientują się, że właściciel “zapomniał o nim”. Straciłem fortunę. Prawdziwą fortunę.
Głos Viktora drżał warkliwie, w odcieniu zimnej złości. - Wiem dobrze kim jestem i jaka to jest hipokryzja. Wiem i nienawidzę każdego momentu tej farsy. Jednak moim celem nie jest tu zostać przyjacielem miasta, nie jest być wzorem do naśladowania, ani nawet poprawnie wyznawać Kozła. Ja mam zbudować mu religię. Evercrest łaskawie pozwoli nam zrobić to oficjalnie, ale kto sfinansuje budowę świątyni? Przepisanie świętych tekstów? Utrzymanie wszystkiego? Koszta związane ze świętami? I działania pro-społeczne, które z początku będą pochłaniały duże fundusze, bo będziemy musieli zwrócić na siebie uwagę ludzi i przekonać ich do siebie. Mam na to plan… plan wymagający dziesiątej części funduszy dla klasycznej budowy i setnej części czasu normalnie do tego potrzebnego, ale to wciąż nie mniej niż kilkanaście tysięcy koron, których nie mamy w swoim posiadaniu. O których pozyskaniu, wybacz, że to powiem, ani Baltizar ani ty nawet nie zaczęliście myśleć. To jest na moich barkach. To jest moja odpowiedzialność i jeśli zawiedziemy, albo co gorsza: ośmieszymy się, to głównie na moją głowę wyleje się gniew Azazela. Godzę się z tym jednak. To nie jest temat jak poprzednia dyskusja. Tu przyznaję ci całkowitą rację, że to nie jest coś co powinienem robić i niech piekła zamarzną… chciałbym mieć lepszą opcję. Tyle dobrego, że moi “dawni znajomi” nie krzywdzą ludzi. Nie napadają nikogo, nie przelewają krwi, nie kradną. Zamierzam wykorzystać ich możliwości. Na ich lidera już mam haka, że mógłbym mu w pysk splunąć i kazać podziękować, ale wolę mieć go za przyjaciela. Za rok będę miał ich w kieszeni i będą mi za to wdzięczni. Już teraz zacząłem ich reformować w coś innego, co z czasem stanie się zupełnie legalne.
Kobieta skrzywiła się i spojrzała w bok. Nie podobało się jej to wszystko... Bardzo się nie podobało. Nie chciała by tak to wszystko wyglądało! - Nie powiesz mi, że te wszystkie kulty mają od samego początku masę pieniądza! Czemu nie zmusi się bogatych ich członków do dotacji? - fuknęła z irytacją - Niech bogaci z miasta dotują w ramach nagrody w podzięce za załatwienie tego alchemika!
- Trzy z czterech kultów, co wyszły ponad etap tajemniczych spotkań w piwnicy, jest bezpośrednio, bądź pośrednio finansowana przez kogoś pokroju ludzi, co budują marmurowe domki gościnne dla psów swoich gości. Nawet pomijając to… musisz pamiętać, że my nie zakładamy kultu. My zakładamy religię. Oficjalną. Z pompą. Kamienną świątynią z witrażami. Procesjami trzy razy w roku. Mocno stylizowanym mosiężnym posągiem, wysokim na trzy metry w głównej celli. Próba zmuszenia bogatych do rozstania się z pieniędzmi skończy się tylko konfliktem z lokalną szlachtą, a chcemy, by z czasem i oni do nas dołączyli. Jak się im buty odpowiednio wycałuje to rzucą jakimiś drobnymi, “aby dobrze wyglądało”, ale nie rozwiąże to naszych potrzeb finansowych, ale już zawsze będą oczekiwać byśmy rozmawiali z nimi na kolanach. Moglibyśmy zrobić to “powoli i jak należy”. Zaczynając od skromnej drewnianej kaplicy i z datków to rozwijać. Ale wtedy to zadanie nie zostanie ukończone za życia mojego następcy.
- Myślałam, że wystarczy kupić jakiś magazyn i tam umeblować. - powiedziała zszokowana - Po co to wszystko? To ma być kult Azazela czy Asmodeusza? - Khal mógł zobaczyć jakąś irytację w spojrzeniu Kaylie - Jak on chce jakiś posąg to niech sam go załatwi! - prychnęła.
- Załatwia go sobie. Naszymi rękami - odpowiedział z kwaśnym przekąsem - Magazyn przerobiony na kościół zawsze byłby tylko i wyłącznie tym. Magazynem przerobionym na kościół. Prawdopodobnie w Dzielnicy Kuźniczej, która jest bardzo złą lokacją dla świątyni. Mam plan, Kaylie. I mam w nim miejsce dla ciebie i dla Baltizara. Wasza dwójka przyspieszy go o całe lata, ale i tak kilka potknięć po drodze, albo kilka losowych wydarzeń może łatwo doprowadzić do końca tej historii, gdzie Kozioł zadanie uznaje za wykonane, kiedy ja jestem już starcem. Zależy mi aby jednak osiągnąć to trochę wcześniej.
Kaylie skrzyżowała ręce na piersi i silnie wypuściła powietrze nosem. Nie była szczęśliwa, w żadnym wypadku. - Azazel powinien się cieszyć z choć kapliczki w schowku na miotłę. - niechęć do diabła była wręcz namacalna i w sumie smutna w swej bezsilności.
Kobieta zacisnęła szczękę bijąc się z myślami i odezwała się dopiero po jej rozluźnieniu i głębokim nabraniu powietrza w płuca. - Dobrze. - wypowiedziała twardo jakby papierem ściernym każdą literę przecierała - Nie pójdę do straży i nie upoluję tych kryminalistów.
Viktor ucałował kochankę w czoło. Długo i czule. - Oj nie, Kaylie. Dziękuję ci, że jesteś na to gotowa, ale jeśli uważasz, że będziesz w straży tę odrobinkę szczęśliwsza, albo zwyczajnie zadowolona z życia, to nie rozumiem tego, ale zachęcam cię. A ja to wykorzystam, aby ich jeszcze bardziej od siebie uzależnić. To będzie komplikacja, ale przy odrobinie szczęścia, tylko przyspieszy to moje… moją miękką reakwizycję przywództwa. Myślałem, że pomożesz mi w kancelarii, ale to nie tak, że to jest gorsza opcja. Po prostu inna.
Arkanistka spojrzała spode łba na prawnika. - Jako strażnik miałabym pewien poziom władzy i posłuchu, choćby i z obawy.
- Jeśli chciałabyś to wykorzystać aby pomóc naszemu zadaniu: świetnie. To jest dobry materiał do działań. Jeśli chciałabyś to robić jako poboczną rzecz, niezależnie od naszych obowiązków: wspaniale. Będę się cieszył, że znalazłaś swoje miejsce. Jeśli masz jakąś inną myśl… to zamieniam się w słuch.
Magini ciężko westchnęła. - Nie rozumiesz. Kiedy robię cokolwiek staram się zrobić to perfekcyjnie. Być najlepsza. Kimś, kto zawsze wykona zadanie. Porażka... - pokręciła głową - Nie przełknęłabym, nawet pozorowana. - znowu zawiesiła głowę - Mogę... Sprawić by Filia nie chciała mnie w straży. Na egzekucji. - pojawił się na twarzy kobiety krzywy uśmieszek - Po prostu... Pozostać najemnikiem. Tym Łowcą Głów jakiego będzie się obawiała tłuszcza, gdy pójdzie polować. Gdy nie będzie... - wzruszyła ramionami - Mogę chodzić na przyjęcia, czytać swoje romanse, pomagać w kancelarii nawet. Nie widzę problemu.
Kaylie powiedziała to tak bez wahania, że dochodziło się do wniosku, iż ona naprawdę nie czuje tego psychicznego rozerwania. Kontradykcji. - Ty… kojarzysz, że Filia od lat walczy z… szemranym elementem w Evercrest i ma wsparcie nadwornego dywinatora w tym, oraz małego legionu strażników, prawda? Rokujesz tutaj, że zostając strażniczką byś osiągnęła coś co im, ani nikomu, nigdy się nie udało i byś wyeliminowała zupełnie wszystkie grupy przestępcze? Choćbyś sprowadziła tutaj kontyngent Szarych Ogrodników i miasto dało im wolną rękę to nie daliby rady wyłapać wszystkich. Moi znajomkowie to mały pryszcz w porównaniu do innych grup Evercrest. W najlepszym scenariuszu… takim EKSTREMALNIE dobrym… “heroiczna powieść akcji” – dobrym… lata by ci zajęło przebijanie się przez te grupy co rzeczywiście krzywdzą ludzi, aż byś doszła do tej małej gromadki. A do tego czasu będą oni już całkowicie zresocjalizowani i przebudowani zgodnie z moją wolą. Baltizar podejrzewa, że w mieście są kultyści Mammona. Potencjalnie inni. W dzielnicy Kuźniczej i Północnej operuje mała mafia… wiesz… wymuszenia, pieniądze za “ochronę” i podobne sprawy. Coś się dzieje w cechu krawieckim, ale tylko powąchałem temat i wiem tyle, że śmierdzi. Za miastem jest przynajmniej kilka grup rozbójniczych napadających na kupców i para wywern, które co jakiś czas zlatują z gór i terroryzują okolicę. Narkotyki nie są poważnym problemem w Evercrest, ale znacznie większym niż moi znajomi. To wszystko poznałem “przy okazji”, więc definitywnie jest tego znacznie więcej. I to wszystko są problemy z którymi straż jeszcze nie dała sobie rady, albo mają zbyt mały priorytet by, ‘na poważnie”, się nimi zająć. Jako strażniczka miałbyś dość roboty i okazji poczynić zmiany.
- To z czym miałabym wielki problem to maniakalne przywiązanie do praw. - westchnęła - Uważam, że nie ma co się patyczkować z niektórym elementem tylko przetłumaczyć mu tak jak rozumie. Jeżeli to wymaga wybicia kilku zębów? Niech i będzie. Jeżeli to skończy się śmiercią jakiegoś mordercy? Przynajmniej nie będzie problemem już. To takie patyczkowanie się robi więcej zła niż działanie tych co są winni.
- Oj tak, miałabyś duży z tym problem, a Filia z tobą większy, jeśli byś nie potrafiła tego uszanować. “Dobra praktyka sądownicza” jest łagodniejsza niż byś chciała, bo społeczeństwo uznało, że strażnicy miejscy nie są nieomylni i przy najlepszych chęciach mogą “wybić kilka zębów”, albo “zabić jakiegoś mordercę”, aby się później okazało, że mieli niewłaściwą osobę… no i tym dochodzimy do drugiego tematu, że jako strażniczka MUSIAŁABYŚ działać w myśl doktryny “lepiej dać winnemu się wymknąć, niż skrzywdzić niewinnego”. To jest coś absolutnie koniecznego. Straż miejska działająca bez tego założenia bardzo szybko, jeśli jej pozwolić, zmieni się w Szarych Ogrodników. A nikt nie chce mieć u siebie Szarych Ogrodników. Na pewno nie Filia. Dlatego proponowałem ci zostanie łowcą głów, działającym ekskluzywnie dla niej. Nie będziesz oficjalnie W straży, albo wciąż byś pracowała DLA straży. Nie wiązały by cię aż tak ich dylematy. Jakbyś popełniła błąd nie rzutowałoby to tak na Filię, więc nie musiała by cię trzymać na krótkiej smyczy, jakby to miało miejsce z Kaylie – krawężnikową. No i mogłaby ci płacić drastycznie lepsze pieniądze, nie będąc związaną odgórnymi dekretami o pensji strażnika miejskiego ani zazdrością kolegów ze służby.
Kaylie zamruczała pod nosem z niezadowoleniem, ale w końcu poddała się. - Niech i będzie. Miałam nadzieję być częścią czegoś większego, a nie samotna, ale może tak będzie lepiej. - padła plecami na materac.
- Ja nie próbuję cię tu do niczego przekonać. Najwyżej do tego abyś podjęła doinformowaną decyzję. Jaka jest moja opinia na ten temat nie ma znaczenia i jeśli byłabyś w straży szczęśliwsza to z radością pomogę ci jak tylko będę mógł. Po prostu chciałbym abyś, jeśli dołączysz do straży, wiedziała z jakimi wyrzeczeniami się to wiąże, abyś uniknęła rozczarowania i kłopotów. Ale starczy już mówienia o tym. Masz czas się zastanowić i w każdej decyzji będę cię wspierał. Jakbyś chciała później zrobić na ten temat kolejną burzę mózgów, to musisz tylko zacząć temat… to jak? Chciałabyś pójść ze mną na podwójną randkę, w Purpurowym Indorze, z Sergiem i jego żoną?
- I nie będziesz jej podrywał? - zapytała patrząc na niego z leżącej pozycji.
Viktor zaśmiał się cicho i serdecznie. - Będę czarujący i będę starał się pogłębić dobre wrażenie, jakie na nich wywołałem ostatnio, ale to nie tak, że jak coś ma biust i puls to koniecznie muszę to oznaczyć. I podryw, w obecności męża dziewczęcia ORAZ mojej własnej stałej partnerki… brzmi jak za dużo nawet dla mnie. Okazuje się, że mam jakieś granice przyzwoitości.
- Nie mam innych ciuchów, wiesz... - wskazała na siebie - Jak bardzo oficjalne to ma być? Nie chcę wyglądać jak jakieś pospólstwo.
- Definitywnie zorganizujemy Ci jakąś suknię… albo zrobimy ci wersję fizyczną magicznego tatuażu co pozwala tworzyć iluzje ubioru. To by miało od razu rząd innych zastosowań.
- Czekaj... Czy ty chcesz mi zrobić tatuaże? Czy dać mi przedmiot jaki w razie odcięcia od niego pozostawi mnie w nieodpowiednim stroju lub nago?!
- Odcięta? Kaylie, ja ci mogę zakląć sztukę koronkowej bielizny aby tak działała. Myślałem o rękawiczce, płóciennym faux-sleevie, albo czymś co by było, w zasadzie, jedwabnym karwaszem, ale mógłbym zakląć do tego podkoszulek. W tym momencie, póki nie mówimy o nagłej manifestacji pola martwej magii, jeśli zostałabyś od niego nagle odcięta to by oznaczało, że masz znacznie większe problemy, niż brak stroju wieczorowego. Ale możemy kupić zwykłą, niemagiczną suknię. Jeśli nie chcesz to nie będę ci wciskał dziesieciokrotnie droższej zabawki.
Wzruszenie ramion było swobodne i niezobowiązujące. - Przyznaj się. - położyła się opierając ramionami o klatkę Khala i przybliżając twarzą do jego własnej - Po prostu podnieca cię możliwość, że będę pod tym naga.
Viktor zamilkł na chwilę, ze spojrzeniem utkwionym “gdzieś”, gdy wizualizował sobie postawioną przed nim możliwość. Przez chwilę rozważał pokierowanie odrobinę Kaylie aby to osiągnąć… - Bardzo, ale to BARDZO podoba mi się twoje myślenie i jakbyś się na to zdecydowała to definitywnie by na mnie działało… Uff… bardzo by działało… ale nie przyszło mi to do głowy. Ja cały czas chodzę pod iluzorycznym ubiorem i pod tą iluzją jestem tak mało golutki jak się tylko da. Aczkolwiek definitywnie bym zachęcał do eksploracji tej… idei.
Posłany Kaylie zbójecki uśmieszek przypieczętowany został puszczonym oczkiem.
Oczywiście spowodowało to rumieniec wstydu i plaśnięcie dłonią w bark Khala. - Przestań! - zaprotestowała, ale chyba jej to też się spodobało - To się nie godzi!
Viktor uśmiechnął się, nieco dziko, do nadspodziewanie… kuszącej reakcji. - Więc postanowione. W takim razie myślę… że zrobię tobie pas z tym efektem? Bardziej szarfę z granatowego kaszmiru… żółcienie będą się dobrze komponować więc wykończenia z mosiądzu. Nie złota, bo zbyt miękkie jest i niewiele by przetrwało. Rezerwuję sobie prawo do dogłębnych testów funkcjonalności w tej formie… wiesz… z przyczyn badawczych - ale w głosie Viktora słychać było wyraźnie, że wcale nie myślał o celach badawczych.
- Nie ma mowy bym na spotkaniach to robiła czy balach, zapomnij! - postawiła granicę - Choć... Jeżeli mowa o innych spotkaniach niedotyczących tworzenia kultu... - przysunęła usta do jego ucha - Nie będziesz wiedział. - ciągle z widocznymi śladami wstydu musnęła ustami płatek ucha mężczyzny wypowiadając słowa.
Viktor pozwolił przyjemnemu dreszczowi przejść po swoim ciele. Uchwycił ją w tali, zaparł się i ćwierć wdechu później był już nad nią, pochylony, że niemal się stykali czubkami nosów. - Mam lepszy pomysł… - szepnął pieszcząc linię jej szczęki, szyi i do obojczyka schodząc, samymi tylko wierzchami palców. Nachylił się i pocałował ją namiętnie, a potem wycałował sobie drogę do jej ucha, gdy jego dłoń spoczęła na jej mostku, z dwoma tylko palcami wyciągniętymi na jej szyję, w sposób nieco nawet… zaborczy. Odrobinę tylko, a oczy i uszy miał szeroko otwarte i nawet jej tętno obserwował aby wyczuć… czy jej się to spodoba, czy jednak nie.
- … będę zawsze wiedział [i]czy[i] oraz jak bardzo jesteś naga pod iluzją i będziesz uwielbiać każdy tego moment…
Kaylie jednocześnie się jak i zarumieniła, jak i zbladła. Jednocześnie była podniecona, jak i przerażona. Nie wiedziała jak powinna na to zareagować. - ...co?
- Może się mylę… - szeptał jej kusząco do ucha, choć wcale nie brzmiał jakby w siebie wątpił - …jeśli tak to więcej nie poruszę tego tematu… ale mam teorię. Sądzę…- dalej kusił, powoli, niespiesznymi ruchami znajdując swoje miejsce między jej udami - … że moja słodka, śliczna, ułożona Kaylie… ma fantazje, które wydają jej się… brudne - w jego ustach to słowo spływało najsłodszą andorańską czekoladą - niegodne jej błękitnej krwi. Odpowiednie bardziej dla pospólstwa, nie rozumiejącego dumy i godności…
Viktor się nie spieszył i nic nie poganiał. Wciąż wsłuchiwał się w każdy jej oddech i odkodowywał każdy jej gest. Widział jej dyskomfort, ale mieszał się on wciąż z pożądaniem i ustępował mu. To była cudowna mieszanka, prowadząca do wspaniałych rzeczy. - To... - sapnęła drżąc z przeczących sobie uczuć - To jest niegodne... - zasłoniła sobie oczy - Po prostu... Tak słodko brzmiało w słowie książki... Ale sama nie wiem... To nie dla mojej krwi... - Kaylie czuła się teraz złapana w pułapkę z jakiej i nie chciała wyjść, i nie wiedziała jak - Jestem ponad to...!
- Oczywiście - przytaknął bez cienia wątpliwości, jedną dłonią już rozpinając pasek jej spodni - Ale jakbyś komuś zaufała… jak doskonale wychowana, posłuszna i ułożona dziewczynka… i, po prostu, pozwoliła temu komuś dyktować tempo… i to on okazał się nie być ponad to... - pasek i spodnie były już rozpięte, ale nie ściągał ich jeszcze. Jedna dłoń zawędrowała pod jej koszulę - To nie byłaby przecież, w żadnym razie, twoja wina. Cała hańba na niego! Byłabyś tylko ofiarą niemożliwych okoliczności i oczekiwań.. no bo przecież to nie przystoi tak… szlachetnej damie sceny robić, albo słowo swoje cofać… - głos kusił umysł i pieścił wyobraźnię w duecie z dłonią, co już głęboko zawędrowała - zostałoby tylko godzić się z losem i dać się pchać, na granicę komfortu i odrobinę za nią, ale nigdy do jej złamała… rumienić się i wstydzić, ku jego uciesze, gdy w tłumie nikt, by nie zdawał sobie sprawy jak bezczelnie wykorzystywana byś była, gdy on by się z tobą droczył groźbą… polecenia by na ćwierć sekundy zrzucić iluzję. I tylko wciąż i wciąż byś nie potrafiła zrozumieć, czemu aż tak mokra jesteś każdej chwili tej zabawy… - uchwycił jej spodnie w pasie i nieco gwałtowniejszym, ale wciąż całkowicie pewnym i wystudiowanym ruchem obnażył jej biodra i nogi, podziwiając efekty swojego kuszenia i widząc niezbity dowód, że działało.
Kaylie oddychała ciężko czasem rytm tracąc. Patrzyła na mężczyznę z mieszanką pożądania i strachu, choć ciało raczej grzało tylko w pierwszym, a naoczne dowody były widzialne. - W ten sposób... Przekonywałeś kobiety... - przełknęła ślinę, gdy zaschło w gardle - Młode, stare, panny, mężatki, kurwy i dziewice. - wyspała - Jesteś naprawdę zgubą...
- Jestem szansą - zaprzeczył znów się na nią pochylając, tym razem powoli podwijając jej koszulkę - Okazją by poczuć, że się żyje. Zasmakować zakazanego owocu. Tego niegodnego i okropnego… - wydyszał do ucha z nieszczerym oburzeniem. - Jestem pretekstem pozwalającym szlachciankom spełnić fantazje o upodleniu i erotycznym niewolnictwie. Okazją dla córek farmerów i szwaczek, by zostać, choć na jedną na jedną noc, księżniczką. Echem dla znudzonych kur domowych, przypominającym o tym, że seks kiedyś był i znów może być wspaniały. A przede wszystkim… jestem cholernym dupkiem, który najbardziej to uwielbia nie tylko zdobywać kobiety, ale dawać im takie rozkosze i doświadczenia, że choćby chciały to nigdy nie będą w stanie nie wspominać mnie z rozrzewnieniem…
Koszulka też już wylądowała obok, zostawiając Kaylie pod Khalem nagą… i tak cudownie wrażliwą. W odruchu próbującą się jakoś bezwiednie zakryć czyniąc to dla niego tylko jeszcze bardziej pociągającym.
-
Mniej więcej w tym momencie Khal zobaczył jakąś zmianę w zachowaniu Kaylie. Gdy tak próbowała się zakryć odsłonięte zostało nie tyle co ciało, a dusza. gdzieś pomiędzy jej ruchami dało się zauważyć strach wnikliwemu obserwatorowi... I nie był to strach jaki zakrywało pożądanie. Ono zniknęło jak pogoda na szczytach gór. Zastąpione zostało czymś fałszywym, co jedynie na wierzchu miało przypominać wcześniejszy kształt.
Coś zmieniło się z prawdy w fałsz.
Kaylie uśmiechnęła się niby tak samo, a jednak inaczej. Niby znajomo, ale coś było nie tak. Kiedy kobieta poczęła rozpinać pas Khala, jego doświadczenie powiedziało mu o jednym: Ona walczyła, by jej dłonie nie drżały i jakiś mały kawałek Viktora chciałby tego nie zauważyć… ale on nigdy nie zyskał w nim posłuchu. Chwycił jej dłonie w nadgarstkach, delikatnie jak motylka można by łapać, ucałował ją w czoło… czule i troskliwie, nagle wyglądając zupełnie inaczej niż przez ostatnie chwile. Pół bezwładnie zwalił się obok niej, sięgnął za plecy i nakrył ich oboje kocem, kryjąc jej nagość. Milczał chwilę, szukając odpowiednich słów.
W pierwszym odruchu dziewczyna zdawała się struchleć i oczekiwać innej reakcji. Bardziej agresywnej?
- Przepraszam... - wyszeptała.
Viktor ostrożnie sięgnął do niej rękę i podrapał pieszczotliwie za uchem. - Nie chcę, Kruszyno… abyś się kiedykolwiek zmuszała ze mną do czegokolwiek. Cokolwiek ci zaproponuję, co bym sobie nie wymyślił, jakich scenariuszy byśmy nie mieli odgrywać… twoja chęć, twój entuzjazm i twoja wola, by to zrobić są dla mnie bezwarunkowymi wymogami. Chcę się tobą zaopiekować. Chcę ciebie kochać, a nie wykorzystać. Bawić się i eksplorować fantazje RAZEM z tobą, a nie ciebie wykorzystywać. Rozumiesz różnicę, prawda?
- Ja... - zadrżała - Ja myślałam, że chce, że dam radę i tak się czułam, naprawdę chciałam, przepraszam, przepraszam... Chciałam byś był zadowolony... Przepraszam... - odruchowo skuliła się w sobie, jakby w oczekiwaniu na cios.
Viktor powoli uniósł odrobinę koc. Nie na tyle by cokolwiek dostrzec, ale by mógł podpełznąć bliżej niej. Jeszcze wolniej objął ją ramionami… jakby chciał ją ukryć przed światem.
Ciało kobiety było totalnie spięte i gdy ręce zaczynały ją obejmować wydała z siebie przytłumiony płaczliwy jęk jak absolutnie przerażone małe zwierzątko.
- Ćśśś, Perełko… - szeptał kojącym głosem - jesteś bezpieczna i nie stanie ci się krzywda. To nie jest podstęp. To nie jest wstęp do żadnej kary. Nie zrobiłaś nic nie tak i w żaden sposób się na ciebie nie gniewam. Jesteś bezpieczna i zawsze przy mnie będziesz.
- Próbowałam... Próbowałam... - powtarzała niczym mantrę - Jestem słaba... Przepraszam...
Widać było jak wzrok kobiety ze strachem co chwila patrzył na prawnika. - Ćśśś… już dobrze… jesteś bezpieczna… - Viktor nie pozwolił się porwać jej panice ani strachowi, za to cały czas szeptał uspokajające słowa z czułością o jaką Viktor sam siebie by nie posądzał, bujając się z nią, odrobinę z boku na bok, niemal w kojącym rytmie kołyski. Dawał jej czas i nie zamierzał dać jej się zniechęcić.
- Naprawdę chciałam... Marzyłam przecież... Wyobrażam sobie sytuację... - mówiła trzymając łzy - I chciałam też dla ciebie...
- Jeśli potrzebujesz się wypłakać, to nie krępuj się… będę tutaj by scałować ci łzy z policzków. To co proponowałem nie jest dla każdego i nie ma w tym nic złego. Wiele fantazji jest przyjemna tylko za warstwą abstrakcyjności czystych wyobrażeń i nie do wykonania w praktyce. Nie przejmuj się. Nie jestem zły ani zawiedziony.
- Nie zostawiaj mnie... Nauczę się... Więcej już tak nie zrobię... - Kaylie zdawała się wejść w zafiksowanie.
- Ćśśś… porozmawiamy o tym później, możemy tak? - proponował, ale wcale nie oczekiwał by słowa do niej dotarły. Dawał jej czas wrócić do siebie. Liczył tylko, że czuły dotyk, albo kojący ton pomogą jej odnaleźć drogę z powrotem, w jej labiryncie traum i myśli.
- Jesteś taki dobry... Taki dobry dla mnie... - mówiła wtulając się w Khala - Taki dobry... Zawsze...
Kaylie szeptała do siebie pozbawione sensu słowa jak i nie łączyły się w żadne konkretne zdanie. - Łaskawy... Zawsze...
Spojrzała na Khala uśmiechając się w ten wymuszony i napięty sposób. - Mój Panie...
Viktor zamknął oczy, ze wszystkich sił starając się przegnać poczucie bezsilności, co ogarnęło go z gwałtownością oblężniczego tarana… ale nie mógł. Co takiego mógł poradzić by pomóc komuś tak zdewastowanemu? Nie potrafił leczyć ludzi. Nie w ten sposób. Potrafił ich wykorzystywać, zaszczepiać tęsknotę do kogoś kim nie jest i nigdy nie był. Potrafił krzywdzić i rozkochiwać w sobie. Jak on miałby sobie z tym poradzić? Może powinien się, po prostu, pogodzić? I być tym “panem”, którego ona, najwyraźniej, chciała mieć. Tylko być dobrym i łaskawym? Najlepszym jakiego można sobie wymarzyć?
- Kaylie, Perełko… - ton miał prosząc gdy ujmował jej policzki w dłonie - Spójrz na mnie, proszę… nie jesteś moją własnością, rozumiesz? Twoja zgoda, chęci i wola są dla mnie nadrzędne i nigdy bym nie chciał abyś utraciła prawo ich wyrażania. Dla nikogo i nie dla mnie. Błagam cię, powiedz mi, że rozumiesz…
- Rozumiem... - powiedziała jakby mechanicznie i wtedy zdarzyło się coś co mogło nie przydarzyć się jeszcze Khalowi.
Bez zawahania zarzuciła ręce na szyję prawnika i zaczęła głęboko go całować, a on... Po prostu mógł czuć, że to było jakieś inne od wszystkich poprzednich. Nie mógł w tym momencie złapać uczucia, ale coś nie pasowało w tej sytuacji, gdy kobieta obejmując go całowała gorąco jego usta. - Kaylie… - szepnął między pocałunkami, tak bardzo walcząc ze sobą i tą potworną niemocą. Poczuciem, że nie jest w stanie nic tu poradzić a jedynie co powinien zrobić… co musi zrobić… spowoduje tylko więcej bólu im obojgu… ale myśl o szansie, że Kaylie chciała mu się oddać z jakiegoś chorego poczucia powinności wypełniła go oleistym obrzydzeniem które przekuł w gniew… a niemoc nie może istnieć tam gdzie jest gniew.
- Kaylie, dość - Viktor nie prosił. Viktor decydował. Skrzywił się mentalnie, bo dokładnie tego tonu używał gdy niewolników w Cheliax chciał delikatnie pogonić, ale mleko się wylało i nie zamierzał nad nim płakać. - Absolutnie nie jestem teraz w nastroju.
Pierwsze półkłamstwo.
Nigdy wcześniej nawet półkłamstwem nie potraktował Kaylie.
Czy dobra wiara i cel usprawiedliwiały to? - Nie jestem na ciebie zły, nie mam ci nic za złe, nie zrobiłaś nic nie tak.
VIktor spuścił z siebie powoli powietrze, aby przegnać ten ton “pana”, który tak usilnie trzymał się jego głosu. - Jeżeli byś chciała to się, po prostu, potulmy. Możemy?
Kaylie była zaskoczona reakcją mężczyzny, jakby nie mogła jej ogarnąć. Spuściła głowę czując jak ze stresu dopada ją migrena. Czuła się zagubiona, jakby znalazła się w nieznanej rzeczywistości. Jakby nie rozumiała jej...
To było takie ciężkie...Przecież kiedy on ją chciał to nigdy nie poniechał. Kiedy ją wzywał zawsze miał wyliczony czas i moment.
-
Nie wzywałeś? - zapytała.
-
“Wzywałeś”? Bogowie… - Viktor czuł jakby coś mu się przesypywało przez palce by na zawsze zaginąć w ciemności - …z kim ty myślisz, że rozmawiasz?
Kobieta spojrzała na Khala jakby zdezorientowana. Później w podłogę intensywnie myśląc nad odpowiedzią. Przecież to nie było trudne! -
... - zakryła twarz dłonią - Z Irvysem...
W porządku… więc załamanie nerwowe. Albo szaleństwo ją objęło. Czy to on jej to zrobił? Starając się… być dobrym? Spojrzał w róg pod sufitem, w którym siedział niewidzialny Fisuś, równie zdębiały jak Viktor. On również nie miał żadnego pomysłu co powinien zrobić. -
Chodźmy na spacer.
Viktor zabrał Kaylie do lasu za murami Evercrest. Aktywność fizyczna i świeże powietrze, a może sam czas zdawały się pomóc jej wrócić do siebie. Byli już w pół drogi gdy nie dało się dostrzec z niej tego spięcia. Nie rozmawiali. Tylko szli przed siebie.
- Kaylie… jak się czujesz? - zapytał jeszcze kwadrans później. Tak dla pewności.
Kaylie cały ten czas szła prawie mechanicznie, bez myśli podążając za Khalem. Nie chciała moczyć się w porywistej rzece z jakiej dopiero udało jej się wyjść, ale wiedziała, że będzie musiała spojrzeć w jej toń, by nie wpaść znowu na ślepo. Czuła się winna, że spowodowała nieprzyjemne wrażenia u kochanka.
- Lepiej. - odpowiedziała krótko. Milczała znowu przez kilka minut zanim udało jej się sformułować słowa - Przepraszam, że musiałeś tego doświadczyć. - odezwała się cichym głosem wyraźnie oblanym poczuciem winy.
Viktor zatrzymał się i nim Kaylie się spostrzegła była w jego ramionach.
- Nie przejmuj się. Po prostu cieszę się, że jesteś z powrotem. Nie potrzebujemy o tym rozmawiać jeśli nie chcesz.
- To... Nie martw się. To nie dzieje się często, naprawdę... - przyjęła z radością utulenie.
- Bałem się, że ja to jakoś spowodowałem. Ale nieważne… przeszło ci i to się liczy.
- Nie, nie... Mogłam się spodziewać. Chciałam... Spróbować, myślałam, że dam radę. Widziałam jak bardzo ci się spodobała myśl, a ja... Z książek to znałam i bardzo mi się podobało...
- Niestety będziemy musieli się zadowolić byciem normalnymi - zachichotał nisko. - I będę potrzebował o tym z tobą porozmawiać, ale możemy to zostawić na później. Kiedy nie będziemy tak wyzuci.
Viktor w końcu wypuścił ją z objęć, ale wciąż ściskał jej dłoń. - Jak jesteśmy już na spacerze to możemy go dokończyć, co myślisz?
Arkanistka pokiwała głową w zgodzie, sama ściskając jego dłoń. Dawało jej to poczucie bezpieczeństwa jakie odczuwała będąc dzieckiem, gdy ciągle rodzina była cała. Od tego czasu nigdy ten gest nie pojawił się.
Spojrzała na drogę jaką przebywają. Nie była pewna, ale coś jej się z niej kojarzyło.
- Pamiętam tę drogę, choć niedokładnie... - zaryzykowała - Czy tam jest grób twojej matki?
Viktor kiwnął głową w odpowiedzi. - Yhym… alternatywna szansa, nawet jeśli mierna, jeśli byś wciąż nie wróciła do siebie. Trochę na oślep błądziłem… a skoro już na miejscu prawie jesteśmy… - wzruszył ramionami. Sam nie potrafił uargumentować po co mieliby tam dalej iść. To nie tak, że Tisis wciąż tam leżała.
- Ale jednak masz potrzebę zjawić się w tym miejscu, nawet jeżeli to jest już tylko symbol przeszłych wydarzeń. Potrzebujesz... Szukasz sposobu, aby zamknąć ranę.
Viktor uśmiechnął się nieszczerze czując się jakby Kaylie mu w myślach czytała. - Mam sposób aby ją zamknąć. Muszę odzyskać mamę. A do tego czasu… dać sobie radę. Jestem dobry w dawaniu sobie rady.
Jedno pytanie nie dawała spokoju kobiecie. Zatrzymała ich oboje i trzymając obie jego ręce zapytała:
- Co jeżeli dusza twojej matki nie będzie chciała powrotu do żywych, tylko spokoju zaświatów?
- Gdy usłyszy, że to ja ją wołam nie będzie się wahać - odpowiedział z pewnością kogoś kto nie dopuszcza do siebie alternatyw.
- Mam nadzieję... Po prostu pamiętaj, że ta dusza przetrwała długie lata w tej sytuacji w jaką ją wrzucono. - mówiła spokojnie i starała się go nie złościć.
Viktor uchwycił mocniej jej dłonie i spojrzał jej głębiej w oczy. - Ona wróci. Jeśli tylko nie zawiodę. Ja tu jestem słabym ogniwem, a nie ona… co innego, że nie wiem co Blackfyre czy Yasperhyde z nią zrobili! - warknął nagle gniewnie - Mogę tylko teoretyzować jak by się wskrzeszenie zachowało jeśli wszystkie jej kości zostały użyte dla klona! Ehh… muszę zapłacić komuś aby przekopał jej grób. Może chociaż pojedynczego zęba zostawili, albo malutką kosteczkę… to by mi wystarczyło…
Położyła dłoń na jego policzku. - To co jest całkowicie pewne to los jaki zgotuje się winnym. Ten krasnolud będzie błagał o litość. - uśmiechnęła się - I wbrew temu co mówią inni, taka zemsta jest naprawdę niesamowicie oczyszczająca.
- Na końcu będzie wdzięczny za ofiarowanie mu śmierci… - warknął Viktor gniewnie, ale zaraz się uspokoił swoim długim spuszczeniem powietrza. - Ale to dalsza przyszłość. I trzeciorzędny cel. Najpierw jest mama i religia. A teraz chciałbym podumać w miejscu gdzie ją zakopałem, te trzy dekady temu.
Kaylie złapała ponownie jego dłoń.
-
W drodze opowiedz mi najciekawsze historie ze swoich podbojów!
Viktor zaśmiał się serdecznie, z radością podejmując temat co tak cudownie łechtał jego ego. -
A ten temat zawraca nas do młodszej siostry znanej ci już Abigail…
-
Musiałeś siostrę wiedźmy? - Kaylie pokręciła głową - Czemu?
Khal zamknął usta i zawahał się, bo w głowie składał już pierwsze wersy oraz metastrukturę tej opowieści. -
Kaylie… wszystkie kobiety które zdobyłem były osobami z własnym życiem. Niemal każda miała rodzeństwo, albo własne dzieci. Miały swoich przyjaciół i życia poza mną. Zdążyłem już zapomnieć o Samarze nim z Abigail pierwsze słowo zamieniłem. I to definitywnie nie tak, że “musiałem”. Ot się nawinęła… biedna, samotna i właśnie wychodząca z trzyletniej żałoby po mężu. Nawet nie kiwnąłem palcem w jej kierunku. Zbudowanie legendy w towarzystwie wystarczyło aby sama zgubiła sukienkę. Była przy tym tak cudownie niezgrabna, w jakiś taki… dziewczęcy sposób, że aż tak ciut-ciut mi przykro, że nigdy więcej jej nie zobaczę… malutkie ciut-ciut… iii już mi przeszło gdy zwizualizowałem sobie jak ty prześlicznie się rumienisz.
-
Jesteś dupkiem, wiesz? - pokręciła głową - Gdybyś mnie spotkał jak miałam szlacheckie życie... To byłoby łatwe dla ciebie. Byłam trzymana z dala od chłopców i ogólnie nie miałam znajomych...
-
Powołam się prawo do wstrzymania zeznań - uśmiechnął się do niej lisio, w ten sposób który nie pozostawiał wątpliwości, że się z nią zgadzał - I wiem, że wielu ludzi nazwałoby mnie dupkiem, ale przedstawiłem już moją linię obrony przed tymi zarzutami…. w sumie to wcale nie była ciekawa historia. Może tylko poprzez Abigail… mogę ci opowiedzieć o vice-hrabinie mademoiselle Coco, właścicielce galerii sztuki w Egorianie. To było bardziej skomplikowane i było znacznie więcej aktorów w to zaangażowanych… i moralnie mniej wątpliwe, bo Coco jest wredną suka, co myślała, że JA zostanę jej barankiem. Jednym z wielu... To zaczęło się jakieś trzy lata temu…
-
… chciałem jej listy również zignorować, ale… to dosyć potężna kobieta i stwierdziłem, że wolę jakoś załagodzić to “rozstanie”. Więc spotkałem się z nią na obiedzie, co miał być naszym ostatnim prywatnym spotkaniem… ale to już inna historia - zakończył opowiadanie, tracąc w nim jakiekolwiek zainteresowanie, gdy spomiędzy rozstępujących się drzew dostrzegł wreszcie nagrobek.
Nie rozmawiali dużo od tego momentu. Z czasem, po kilku pośrednich krokach, Viktor siedział z jego boku, opierając się plecami i głową o zaokrągloną linię kamienia. Gdy nie patrzył w niebo i przymykał oczy wyglądał jakby drzemał.
Wyglądał niemal… nieswojo. Nie krył się pod czarnym humorem, cynizmem, bezczelnością czy nawet ego. Jakby zrzucił zbroję, której nikt nigdy nie zauważał, a pod nią krył pusty chłód i to przeraźliwe zmęczenie. Milczące i skostniałe, nigdy nie proszące o litość, dobre słowo, czy nawet zauważenie…
Kaylie szybko zrozumiała, że być może była jedyną osobą, która kiedykolwiek widziała Khala… takim.
Kaylie nie przerywała milczenia przez cały czas uszanowując potrzebę Khala. Jego wyraz był inny niż prezentował na zewnątrz i trzeba było Khala mocno obserwować by choć zdołać dojrzeć coś więcej... Oczywiście jeżeli nie rozproszyłoby się jego zasłoną dymną.
Arkanistka patrzyła ze smutkiem na twarz kochanka, jaka ukazywała głębokość ran przezeń noszonych. Czemu jej zaufał? Bo też nosiła blizny?
Czy temu, że nie był w stanie zatrzymać maski, gdy został otulony ciepłem opieki?Godzinę później już wracali. Mieli swoje zadania do wykonania i dzień nie robił się dłuższy.
Kaylie nieoczekiwanie zapytała, gdy razem zbliżali się ku miastu, jakie już widoczne było na drodze.
- Więc... Masz jakieś plany? - zapytała dość bez życia - Szczerze to ja nawet nie mam ochoty próbować starać się dla niego. - przyznała z rozbrajającą szczerością. - Po prostu on jest czymś na czym mi tak naprawdę w ogóle nie zależy. - przyznała się.
Głos Arkanistki był pozbawiony chęci, z wylewającą się z niego depresją. Jej naprawdę nie zależało na sukcesie diabła... I tak miał jej duszę oraz życie. Nic więcej mógł nie mieć, a ona po prostu nie widziała dla siebie perspektyw.
VIktor jakiś czas nie odpowiadał. Analizując i rozważając. To nie tak, że Kaylie dotąd kryła przed nim swoje bolączki. - Mam wiele planów. Wystarczy aby część z nich wydała plony i wszystko będzie dobrze. Wiem, że nasza sytuacja jest inna. Ja jestem tutaj bo, w gruncie rzeczy, chciałem tutaj być. Od mojego pierwszego kontaktu z nim wiedziałem, że to będzie moje zadanie i jestem tu dla nagrody, którą mi obiecano za sukces. Ty tego nie masz więc trudno się dziwić bezsensowi jaki teraz czujesz. Czeka cię teraz trudne kilka lat… ale będę z tobą na każdym kroku, aby ulżyć tobie ich ciężaru i uczynić przynajmniej znośnymi. A gdy nam się uda…
- Chcę pójść na jedno z tych przyjęć z tego wioskowego szlachectwa i spotkać ojca Filii.
Wtrąciła nagle nie ważąc słów. Po prostu określiła to tak, jak o tym uważała.
Viktor żachnął się niezadowolony, że przerwano mu nim zdążył dojść do końca… ale najwyraźniej Kaylie nie miała ochoty tego teraz słuchać, więc zostało mu się z tym pogodzić.
- Prędzej czy później na pewno uda się to zorganizować. Nadchodzący proces tylko to ułatwi. Zabiorę cię wtedy jako moją “plus jeden”. Albo ty mnie - uśmiechnął się nieco zadziornie.
- A co będzie gdy nam się uda? - całkowicie zmieniła temat o sto osiemdziesiąt stopni i nawet nie było sekundy zawahania, jakby ot tak przedstawiała klocki w swojej głowie, chyba nie widząc nawet, że mogła myśl przerwać.
- Wtedy miałbym nadzieję dzielić moje nagrody z tobą. Jeśli będziesz chciała to zarówno te doczesne, jak i te których oczekuję po drugiej stronie. I wierzę, że po tym jak tu skończymy Kozioł pozwoli nam przeżyć większość reszty naszych żyć na naszych warunkach, okazjonalnie tylko oczekując czegoś od nas. Tacy jak on w ten sposób właśnie działają. Te ciężkie kilka lat się skończy i będziesz mogła żyć prawie jak wolna kobieta. Może szczęśliwsza niż przed tym jak cię wezwał… teraz jak nie musisz się już bać łowców z Galt… i może z innych powodów?
- Jakich innych? - zapytała słodkim głosikiem i założyła ramiona na szyję Khala.
- Hmm… no nie wiem, nie wiem… na przykład z powodu czułego, opiekuńczego kochanka? Z magiczną techniką i małymi tylko mommy issues? Trochę wybrakowanego, trochę obdrapanego, ale ogólnie w niezłym stanie i mogło być gorzej?
Pytał przekornie, z dłońmi obejmującymi jej talię.
Kaylie cichutko zachichotała i palcem pacnęła mężczyznę w nos.
- Twoja fałszywa skromność jest urocza. - zarumieniła się nieznacznie.
- “Fałszywa skromność”, bójcie się bogowie. - Słowa protestowały, ale głos był niski i przyjemny aż do pokusy. - Mnie o nie-skromność oskarżać? Toż to się nie godzi. Toż to potwarz i kłamstwo wierutne… - protestował i kusił dalej, gdy dłoń już spoczywała na jej policzku, a kciuk zaczepiał już i nieco nawet bawił się kącikiem jej ust, szybko nabierając w tym bezczelności. - Domagam się przeprosin i… satysfakcji - dokończył z dworską manierą, gdy pułapka jego słów właśnie kliknęła i miała się zatrzasnąć...
Wzrok Kaylie był rozmarzony. Ona już w swojej wyobraźni widziała tego mężczyznę spełniającego jej najskrytsze marzenia i siebie wijącą się w jego objęciu. Spuściła wzrok na ziemię próbując zakryć w ten sposób rumieniec jednocześnie wstydu, jak i ekscytacji jaki zadomowił się na jej obliczu. Wiedziała, że to nie było godne jej urodzenia...! Więc czemu czuła to rozlewające się ciepło z dolnych partii ciała...?
- Khal... Daj już spokój... - zaprotestowała słabo - Przecież mówiłeś, że mamy dużo do roboty...
I sidła się zatrzasnęły z biedną dziewczyną wciąż głęboko w nich. Łatwość z jaką to Viktorowi przychodziło tworzyła cudowny i nieczęsty kontrast z tym jak niebezpieczną ona była osobą. Nie mógł się mu oprzeć! - A teraz jeszcze wymówki do tego? - pytał w niby-oburzeniu, gdy kciuk odginał już jej wargę, odsłaniając ząbki i dziąsło - Preteksty by się wymigać? Tsk tsk tsk… Za pięć minut będziemy mijać mały zagajnik. Tam omówimy dalej ten temat…
Te słowa spowodowały że szlachetna arkanistka poczuła się w tym momencie jak nieopierzona nastolatka, która pierwszy raz wypuszczona samopas zadurzyła się w prostym chłopaku pracującym z ojcem w ogrodzie Akademii. Pamiętała jak łatwo urobił dziewczynę jaka przez całe życie była trzymana z dala od męskiego zainteresowania, by móc ją w końcu wydać za odpowiedniego męża i być tylko jego od pierwszych słów przysięgi. Im więcej miałby elfickiej krwi w sobie, tym lepiej. Wszak spodziewane było, że jej dzieci powrócą na szlaki wysokiego ludu.
Oczywiście nastoletniej Avruil to bynajmniej nie obchodziło. Karmin zaplątał ją w swoje sidła, z których nawet nie próbowała uciekać. Kilka lat starszy młodzian był wręcz nie do odrzucenia, a jego pospolite urodzenie trącało fascynację sytuacją, o jakiej czytała tylko w książkach.
Początkowo próbowała opierać się jego zalotom jednak po niecałym miesiącu skrytego romansu w świetle księżyca, gdy wymykała się do ogrodu po zmroku, była gotowa szlachecką zasadę. Czasami śniła o uczuciach jakie ją ogarniały tamtej nocy, jakich doświadczyli skryci między listowiem, gdy jej nagie ciało łaskotane było trawą. Jak zobaczyła po raz pierwszy nagość męską i jak Karmin instruował wystraszoną młódkę co powinna zrobić dalej.Viktor uniósł jej spojrzenie w górę, trzymając ją delikatnie ale zdecydowanie… palcem wskazując pod brodą… kciukiem na szczycie jej ząbków. Napawał chwilę swe oczy jej rozedrganym rumieńcem i spojrzeniem skonfliktowanym między onieśmieleniem i… żarem. Nachylił się do jej ucha ze swoim kuszącym tonem i musnął je swoimi ustami.
Oczy Kaylie otworzyły się tak szeroko jakby chciały jej uciec, gdy słodki szept opowiadał jej jak ta rozmowa będzie wyglądała. Ze wszystkimi intymnymi szczegółami, ubranymi w mowę tak kwietną, że w każdej innej sytuacji musiałaby być zwyczajnie śmieszna… ale nie w tej. Nie w jego wykonaniu.Kaylie czuła obawę, ale nie była to taka sama obawa jak jeszcze godzinę temu. Ta obawa była przed nieznanym. Była bardzo niewinna w swojej naturze, chodź niewinność już dawno została jej zabrana.
I nagle… przestał. Ucałował ją krótko w policzek, w sposób niemal platoniczny. Jak przyjaciółkę można by cmoknąć. Wznowił spacer, trzymając ją za rękę. Jakby nic się nie wydarzyło, jakby wcale nie wymówił, oddech wcześniej, tych wszystkich, kotłujących się teraz w jej głowie, słów. Szedł wesoło, napawając się okolicą i tylko jakaś… najdrobniejsza nuta jego uśmiechu zdradzała, że sobie tego wcale nie wyobraziła.
Pięć minut, czy dziesięć, czy godzina… Kaylie nie była pewna ile czasu minęła, gdy w jej głowie wciąż odbijały się, w niemożliwym do zatrzymania huraganie, groźby (czy może obietnice) które Khal wyszeptał jej do ucha. Intelektualnie wiedziała, że nie mogło to trwać długo, ale nie potrafiła się tak czuć. A ten dupek się nią bawił… tak bezczelnie udawał teraz, że wcale nie rozkręcił jej do poziomu, że myślała, że zaraz zwariuje, jeśli nic z tym nie zrobi… a on… podziwiał las i opowiadał co za dźwięk do jakiego ptaszka należy!
Czy on w ogóle pamiętał? Czy może ona sobie to wyobraziła? Niby wiedziała przecież… wciąż czuła “odcisk” jego dłoni, co chciwie zacisnęła się na jej talii gdy szeptał jej do ucha, ale był tak przekonujący w swojej gierce, a ona czuła się tak… nie jak groźna-i-zatwardziała-Kaylie, ale niewinna-niedoświadczona-Avruil, że sama w siebie zaczynała wątpić i jakoś tak… odruchowo mocniej zaciskała palce na jego dłoni i dawała się prowadzić.
Historia z Karminem skończyła się jednak wcześniej niż było zaplanowane, gdy przyłapał ich jego ojciec. Starszy już mężczyzna był absolutnie przerażony możliwością, że spadną na nich konsekwencje działań jego syna. Rozdzielił ich oboje nim doszło do oczekiwanego aktu i rzucił w syna jego spodnie grożąc mu fizyczną agresją, zaś młodziutką szlachciankę delikatnie oddział jej ubraniem i odprowadził bezpiecznie do pokoju. Cokolwiek powiedział synowi: sprawiło, że Avruil rzadko już miała okazję choć dłużej na niego patrzeć, bo po prostu zaczął jej unikać.
Niemal zachłysnęła się powietrzem, gdy zza wzniesienia wyłonił się ten zagajnik. Spojrzała na Khala, ale sukinkot udawał (na pewno UDAWAŁ!), że go nie dostrzegł. Albo, że nie ma on znaczenia. Żadnym gestem, spojrzeniem czy uśmiechem nawet nie przyznał, że on w ogóle zaistniał.
Jak wcześniejsze minuty wydawały się godziną, tak teraz każdy krok dłużył się niemożliwie. Niepewność, ekscytacja, jakiś strach czy niepokój kotłowały się razem, a Khal wydawał się jednocześnie tego powodem jak i jedynym fundamentem pozwalającym nie utonąć. Nie wiedziała czy bardziej się boi, że zaraz skończą w tym zagajniku… czy, że właśnie NIE skończą.
Gdy objął ją w talii i w ten delikatny, ale nie znoszący sprzeciwu sposób, zakręcił ich prosto w prawo, bezpośrednio w kierunku młodych drzewek… mroczki niemal wystąpiły przed jej oczy.
Jeśli “szczęśliwi czasu nie liczą” to nieokreślony czas później przekraczali bramy Evercrest. Błękitnooki Sarbin o twarzy pożłobionej słońcem i krzaczastych brawiach stał w na warcie w bramie, z młodym Drusem, co wciąż miał na sobie odrobinę zbyt duży mundur, bo wyszycie nowego się opóźniało. Obaj nie mogli dostrzec liści i igliwia w ich ubraniach i włosach, bo magią to wszystko zostało usunięte. Widzieli jednak postawę… a pierwszy z nich ją rozpoznawał. Kaylie z Viktorem promienieli, na swoje własne sposoby. On dumny i potężny, jakby świat właśnie zdobył. Ona uwieszona na jego ramieniu, wciąż nieco rozanielona po ostatniej dyskusji.
Sarbin zasalutował Viktorowi pół poważnie i puścił oczko, gdy Kaylie nie widziała. Prawnik zaśmiał się bezgłośnie i oddał salut, ale nie zwolnili nawet. Mieli dużo pracy tego dnia i o trzy albo cztery godziny mniej niż oczekiwali.
- Co żeś ty robisz? - zapytał Drus gdy już się oddalili, nie rozumiejąc ani co się wydarzyło wcześniej ani teraz.
- A widzisz, młody… jak kiedyś uda ci się wybatożyć tę twoją Marissę jak należy, to zrozumiesz.
Strażnik żachnął się oburzony. - W życiu bym czegoś takiego jej nie zrobił! Tfu… Czemu bym miał jej coś…
- Młody… znowu to robisz.
- Hmmm?
- To była przenośnia. Chodziło o seks…
- Aaa… - załapał wreszcie młody strażnik i oburzył się po dwakroć bardziej, gdy dotarło do niego co rzeczywiście mu zarzucono.
- Przepraszam... - wyszeptała.
-
Popielny Dwór
Bajarz spojrzał na posłańca i sięgnął do sakiewki. Wydobył z niej sztukę srebra i rzucił dzieciakowi. Licząc że ten datek, wystarczy by posłaniec się od niego odczepił.
Gnom schował pierścień i jeszcze raz przeczytał list. Po czym sięgnął do talii i wyciągnął z niej kartę na chybił trafił.Położna. Odbierająca poród noworodka czarciego rodowodu. Niziołczyca w tradycyjnym stroju i z odważnym dekoltem. Ta która pośredniczy w powstaniu nowego życia, lub nowej wiedzy. Ta która widzi dobro nawet w najgorszej sytuacji. Niemniej zmiana której patronuje może być równie dobrze negatywna jak i pozytywna. Co więc oznaczała dla gnoma?
Hmm… Baltizar widział w tym zmianę, pytanie tylko kto będzie położną tej zmiany podczas tego dnia? Czas pokaże.
Bajarz nie zamierzał od razu udać się do Gildii, wpierw zamierzał rozejrzeć się wzdłuż rzeki, by znaleźć potencjalny transport do Willow Creek.Port Rzeczny
W przeciągu pół godziny znalazł port rzeczny. Niewielka barka mogłaby go zabrać do Willow Creek, pytanie było czy chce zapłacić pełną cenę i nic nie robić, czy zaoszczędzić i pomagać podczas podróży.
Gnom był zdecydowany zaoszczędzić oferując pomoc lub/i rozrywkę. Ponieważ przecież nie podróżowałby sam. Tylko ze swoimi zwierzaczkami. Co prawda mógł… odwołać oba na czas podróży, ale wolałby tego nie czynić. Toteż zaczął się rozglądać wśród zakotwiczonych statków i wypytać pracujące na nich załogi o to gdzie zamierzają płynąć i kto na nich dowodzi.
W końcu znalazł barkę zmierzającą do Willow Creek. Jej kapitan, kotoczłeczka, Amelia, przywitała gnoma.- Witam na Majestacie. W czym mogę służyć?
- Planuję się dotrzeć do Willow Creek. - rzekł gnom kłaniając się.- I pomyślałem o rzecznym transporcie. Czy znalazło by się tu wolne miejsce dla mnie? Nie mam wielkich wymagań. Nie potrzebuję kajuty i jestem gotów odpracować podróż… lub opłacić jeśli odpracowanie nie wchodzi w rachubę.-
Kobieta spojrzała na gnoma od góry do dołu, kilka razy. - No, nie wyglądasz na takiego co by się spisał siłowo. A mam już chłopaka od czyszczenia burty. Co oferujesz oprócz pieniędzy? Chłopaki nie lubią jak jakiś darmozjad im się panoszy po pokładzie.
- Jestem Bajarzem… mogę zapewnić rozrywkę. No i…- pogłaskał po papierowych piórach Etrigana. -... mogę zapewnić latający zwiad przed statkiem. To może być użyteczne, nieprawdaż? -
- Ah, to o tobie gadali. - odparła - Słyszałam, że jakiś gnom ulokował się Popielnym Dworze i opowiada ludziom fantastyczne historie wieczorami. A zwiad… - spojrzała na papierowego ptaka - Może się przydać, chociaż piratów na tych wodach nie ma.
- Podaj swoją cenę pani, a potem gdy już dopłyniemy wynegocjujemy upust na podstawie mej użyteczności podczas podróży. To chyba będzie uczciwa umowa?- zaproponował Baltizar.
Kocia kobieta zastanawiała się chwilę. - Ano, brzmi dobrze. Odpływamy wieczorem, kiedy będzie się już ściemniało. Radzę być trochę wcześniej.
- A cena?- zapytał gnom po krótkim namyśle.
- 10 sztuk złota. Nie wyglądasz na duże utrapienie.
- Jestem duży tam gdzie się liczy.- zaśmiał się gnom udając obrażonego. Po czym skinął głową. - Będę więc przed wieczorem tutaj.
Kapitan jedynie pokręciła oczami, ale kiwnęła głową..
Gildia Poszukiwaczy
Gildia.. Poszukiwaczy… Przygód. Gnom nie spodziewał się, że tu akurat znów przyjdzie. Nie był poszukiwaczem przygód. Szukał zwykle konkretów… nie rozrywki. Niemniej plany które miał wymuszały przybywania do takich miejsc. Westchnął więc głośno i stukając kosturem wszedł do środka kierując się do recepcji, by pokazać ów pierścień.
Recepcjonistka spojrzała na gnoma i na pierścień, po chwili się uśmiechając- Lady Crawford mówiła, aby się pana spodziewać. Proszę za mną. - poprowadziła Baltizara do jednego z bocznych pokoi. W środku zobaczył masę map i ksiąg oraz grupę ludzi przeglądających je i notujących coś.
Na środku siedziała Alicja Crawford przerzucająca leniwie strony jakiegoś tomu. Widocznie się rozpromieniła kiedy ujrzała gnoma przechodzącego przez próg. - Mistrzu Baltizar! Miło cię widzieć. - podeszła do bajarza i uścisnęła mu dłoń - Pozwól, że cię przedstawię pozostałym. - poprowadziła gnoma na środek pomieszczenia, aby lepiej mógł zobaczyć archeologów i oni jego. Pierwszy był mężczyzna już w swoich srebrnych latach, jego oczy jednak ciągle lśniły jak u młodzieńca - Oto Lord Elizah Dankworth. Ma za sobą wiele ekspedycji, wiele w Mwangi. - starszy człowiek skinął głową na przywitanie.
- Witam, witam. Alicja nam trochę o panu opowiadała. - po jego prawej był rudobrody krasnolud, emblemat jednej z gildii klanu Helmhammer wisiał na rzemieniu u jego szyi.
- Starszy Kowal, Beremg Helmhammer. Jego klan finansuje naszą ekspedycję. - krasnolud również skinął głową, ale nie odezwał się, wracając do ksiąg.
- Fiona Crawford. Moja młodsza siostra. - kobieta dygnęła witając gnoma, była ostatnim członkiem zebranej grupy.
- Alicja mówiła, że jest pan zainteresowany historią gnomów w tych terenach?
- Och… zdecydowanie.- przyznał entuzjastycznie Baltizar.- Jestem… historyk to może za duże słowo, ale z pewnością jestem entuzjastą historii, zwłaszcza mojego ludu na tym obszarze. Kryje bowiem wiele zagadek.-
- Zrozumiałe. Zdumiewająco okolice Evercrest i lokalnych gór są pełne gnomich osad. Najwyraźniej ustanowiły relacje z klanem Helmhammer, ponieważ wiele z nich jest wzdłuż dróg handlowych prowadzących, jak sądzimy, od głównej twierdzy klanu. - Fiona ledwo się zatrzymywała, aby złapać oddech kiedy obrzucała gnoma całą swoją wiedzą.
- To zabawne… bo jakoś nie spotkałem gnoma w samym Evercrest.- zamyślił się Baltizer znając co prawda powód, ale nie spodziewając że wpływ Otto rozciąga się tak szeroko.
Szybko zmienił temat.- Głupio mi tak… będąc wszak w gronie uczonych przyznawać się do powodu mojego przybycia tutaj. Bo jest nim mistyczna wizja. Uważam że gdzieś w okolicy niecki uważanej za uderzenie meteoru… znajduje się zapomniane cmentarzysko mojego ludu.-
Archeolodzy spojrzeli po sobie. - Możesz wyjaśnić? Nie będziemy odrzucać wszelkich poszlak.
- To było… podziemne miasto…- zaczął tłumaczyć gnom wspominając swój sen.- Trochę jak labirynt, bardzo stare…-
Wspomniał o statuetce w kształcie “małpoluda” z “pawim ogonem”, o piórach z oczami. Potencjalne wypytywanie o nią, zbył tym że ledwo ją pamiętał i więcej szczegółów nie mógł podać. Za skupił swą opowieść na placu i wieży z metalu, powoli zarzucając przynętę na ich ciekawość. Ot, wspomnienie o starożytności tego miejsca, o jakichś runicznych zapiskach na ścianach w wieży w nieznanym mu języku… o tym że wieża wyglądała na wykutą jako całość. Żadnych śladów łączenia elementu… zapomniane starożytne metody metalurgiczne?
Wspomniał wreszcie o tym co było w środku. Zwłoki jego ludu. Dziesiątki trupów. Być może niektóre pochowane z magicznymi przedmiotami i biżuterią? Kolejny haczyk na inną często występującą cechę oprócz ciekawości. Chciwość. - Nie jest to sposób pochówku mojego ludu. - zastanowił się głośno na koniec. - A choć… to wszystko tylko mi się to śniło, to ów sen trwał znacznie dłużej niż jedną noc. Stąd wnioskuję, że jest to wizja i planuję… w przyszłości, odszukać to miejsce. Musi być gdzieś w okolicy krateru.-
Wszyscy zaczęli spoglądać po sobie, nawet krasnolud odszedł od swych ksiąg, aby wysłuchać opowieści gnoma. - Naprawdę znalazłaś nam nie małe źródełko Alicjo. - przyznał Elizah i uśmiechnął się do gnoma - Okolice krateru są puste. Wiele ekspedycji prowadziliśmy w tamtych regionach. Sądzę, jeżeli mogę spekulować. Że krater ma jakieś powiązanie z tym miastem, artefakt czy zginął tam ktoś z niego i ta więź pchnęła cię do wizji miasta. - reszta pokiwała głowami. Krasnolud wyciągnął mapę.
- Bez urazy do twych przodków, ale obchodzenie się z metalem, szczególnie w tak dużej ilości, nie było ich specjalnością. Chociaż zaintrygowałeś mnie tym opisem. Po co im była taka wieża? - rozłożył mapę na stole, były tam zaznaczone różne lokacje. Cześć na czerwono, cześć na czarno, część na żółto - Żółte lokacje to odkryte osady gnomów, wszystkie jednak były nad ziemią.
- Wizja nie pojawiła się z przypisami. Obawiam się, że powiedzieć tylko to co widziałem. Wytłumaczenia nie mam żadnego. - odparł Baltizar i zamyślił się.- Może trzeba szukać głębiej… jakiejś sieci jaskiń? Może… któraś z gnomich osad szczyci się spisanymi historiami? Legendami?
- Niewiele się ostało. Osady opustoszały po upadku fortecy Helmhammer. Sprawdzimy nasze notatki, może coś się uda ustalić.
- Nie ma pośpiechu. Na razie i tak muszę opuścić miasto na kilka dni.- odparł uprzejmie gnom.
- Och? Gdzie wyruszasz? - Alicja spojrzała na gnoma z troską.
- Do pobliskiego portowego miasteczka. Willow Creek. Podobno tam jest drukarnia.- wyjaśnił gnom drapiąc się po czuprynie.- Napisałem historię o wyprawie… oczywiście z pewną nutką artystycznej interpretacji. Żadne tam historyczne dzieło. Pomyślałem że je utrwalę i powielę dla potomności.-
- Słusznie. - odparła Alicja - Jak wrócisz, powinniśmy mieć dla ciebie jakieś poszlaki. Jeżeli nas nie będzie, to zostawimy je w recepcji gildii.
- Liczyłem na pomoc w organizacji przyszłej ekspedycji archeologicznej, choćby w postaci porad.- rzekł z uśmiechem gnom i podrapał się po brodzie.- A i… jestem ciekaw, kto powiedział ci o moim więcej niż skromnym udziale w tej całej wyprawie? Jestem pewien, że deczko przesadził. Mój udział bowiem okazał się niezbyt znaczący dla jej sukcesu.-
- Archeolodzy prosperują dzięki plotkom. Mam kilka sług nasłuchujących co się dzieje w mieście. Strażnicy gadali jak to ty, zamaskowana magini i diabelski kapłan uratowaliście całą ekspedycję z rąk szalonego alchemika. - Alicja się uśmiechnęła - Do tego, jesteś zbyt skromny.
- Zamaskowana magini i diabelski kapłan uratowali. Ja… spisywałem historię i zasponsorowałem awanturników. Osobiście… nie przepadam za przemocą. Zresztą co taki mały gnom mógłby zrobić potworom? - wzruszył ramionami Baltizar.
- Dziwne, że jako bajarz nie słyszałeś opowieści o wyczynach swych pobratymców. - uznała Alicja - Obawiam się, że przemoc znajdzie ciebie prędzej czy później.
- Nie jestem z tych stron. Pochodzę z dość… daleka. Nie wiem nic na temat tutejszych klanów. - odparł uprzejmie Baltizar i potakując dodał. - I masz rację pani co do przemocy. Ta dopada każdego samotnego wędrowca na szlaku. Niemniej nie jestem całkiem bezbronny. -
Spojrzał badawczo na kobietę. - A co do samej “przemocy”, mówimy tu metaforycznym fatum, czy też wraz ze sławą zyskałem jakichś niechętnym mi osobników skorych do skorzystania z brutalnej siły? - Tak. - odparła Alicja pokazując język i zachichotała - Na razie nie, ale jeżeli szukasz ruin, to na ogół nie jesteś sam, a konkurencja lubi być brutalna.
- Ale nie szukam ich dla sławy czy bogactwa… chcę pochować odpowiednio moich ziomków. To zadanie zesłano mi w wizji. - odparł zdziwiony Bajarz.- Jestem otwarty na współpracę z innymi… nawet z konkurencją. Nie potrzebuję przypisywania do mnie tego odkrycia.-
Kobieta spojrzała na gnoma z politowaniem. - Ludzie potrafią być okrutni bez powodu. Jeżeli sądzą, że zyskają na twoim cierpieniu.
- Mhmm…- zastanowił się gnom.- Będę miał nad czym pomyśleć podczas mojej podróży. Będę miał odpowiedź jak wrócę z Willow Creek.-
Popielny Dwór, prywatna komnata gnoma
Baltizar rozłożył starannie narzędzia pisarskie i wybrał jeden z pergaminów. Potarł podstawę nosa przypominając sobie słowa Viktora.
“Póki nie zbierzesz jaj aby pójść bezpośrednio do naszego Benefaktora i postawić swoje słowo przeciwko mojemu to jest twoja rzeczywistość.”
Prawda była bowiem taka, że nie potrzebował pójść do Azazela w celu rozmowy. Znał inne sposoby kontaktu ze swoim… rogatym wspólnikiem. Inną kwestią było to że niespecjalnie miał powody, by się żalić na kapłana. To czartowi zależało na tej całej boskości, Baltizar widział w tym profity i dla siebie, ale nie na tyle duże by mu zależało na powodzeniu tego całego cyrku. Niemniej… uważał się za osobę profesjonalną i zamierzał poważnie podejść do swojego zadania.Nie wiem czy obserwujesz sytuację w mieście przez swoich agentów, czy też na inne sposoby. Niemniej całe te przedstawienie z kultem w mieście zmierza do oficjalnego objawienia się. Przygotowałem natenczas materiały propagandowe. Brakuje jednakże świątyni, które to ulotki mogłyby reklamować. Świątyni z prawdziwego zdarzenia. A to oznacza widoczny dobrze znak nad wrotami do przybytku, oraz odpowiednie wyposażenie w środku. Bogato zdobione meble i obrazy i rzeźby opowiadające doktrynę twojego kultu i inne bajeczki które planujesz wciskać swoim wyznawcom. Takich rzeczy śmiertelnicy nie przygotują ci w kilka dni. Potrzebują miesięcy. Przypuszczam więc, że albo Otto przygotował cały zestaw mebli i strojów. Albo trzymasz wszystko w swoim zamku. Tak czy siak trzeba to wydobyć i kuć żelazo póki gorące.
Nie jestem pewien też czy wybrany przez ciebie kapłan jest mówcą wystarczająco dobrym by porywać tłumy. A nawet jeśli się okaże takim, to twój kult nadal cierpi na niedobór kaznodziejów. Jeśli masz jakichś na podorędziu, racz przysłać. Ewentualnie ja jestem w stanie wygłaszać kazania pod przebraniem kapłańskim, acz jedynie przez kilka minut więc jeśli miałbym się podszywać pod jednego z twoich proroków to oczekuję że sprezentujesz albo pożyczysz przedmiot pozwalający mi na magiczne przebranie trwające dłużej niż owe kilka minut.B.
List był gotów po chwili. Gnom zwinął go i zabieczywszy uwiązał mocno u szyi Joghmetha.
Spojrzał ograrowi w oczy i rzekł.- Wiesz co masz robić. Zanieś list swemu panu i czekaj u niego na odpowiedź. Wezwę cię do siebie, gdy już będę w Willow Creek. Nie ma potrzeby byś się nudził podczas podróży rzecznej. No… nie patrz tak mnie…- pogłaskał go po kudłatym łbie. - To potrwa krócej niż sądzisz.-
Wykonał kilka gestów otwierając portal który pochłonął ogara. Westchnął głośno zdając sobie sprawę, że trudna rozmowa dopiero przed ni,.
Popielny Dwór nieco później
Gnom podszedł do kapłana dostojnie i głośno stukając kosturem. Skłonił się nisko i rzekł.
- Cieszę się widząc waszą ekscelencję w dobrym zdrowiu. Jest pewna kwestia do omówienia, acz postaram się uczynić to szybko, bowiem nie chcę niepotrzebnie zajmować ci czasu jak i sam go mam niewiele. Statek na mnie czeka w porcie.- po tych słowach sięgnął do plecaka wyjmując z niego zapisane kartki i podając je mężczyźnie.- To… historyja ostatniej wyprawy spisana przeze mnie. Bardziej bajka niż prawda, niemniej jej bohaterowie… dzielny i charyzmatyczny kapłan tajemniczego bóstwa oraz najemnicy służący pod znanym nam symbolem dokonują w tym opowiadaniu wielu dzielnych i szlachetnych czynów. Gdy wrócę… ten tekst będzie można łatwo zyskać w całym mieście. Liczę na to że rozbudzi ciekawość plebsu na tyle że poszukają znaku który bohaterowie na tunikach. Liczę też na to, że znajdą wtedy mieście nową świątynię z frontonem opatrzonym tym znakiem. I kapłana, który raczy zaspokoić ich ciekawość… i może przyciągnąć do bóstwa.
Wzruszył ramionami. - Posłałem już wici w sprawie umeblowania do samego szefa, więc pewnie nie będzie z tym problemu.
Viktor uśmiechnął się do gnoma uprzejmie i przyjął rękopis do ręki. otwierając na losowej stronie. - I mi miło ciebie, Baltizarze, widzieć zadowolonym - odpowiedział, czytając losowe zdanie.
Na przeczytanie musiałby poświęcić więcej czasu potem… jakby Kaylie wcześniej nie nakierowała go na bardzo użyteczne zaklęcie. Wewnętrznie uśmiechnął się do siebie, zadowolony z możliwości przetestowania go. “Zamknął” zbiór kartek między swoimi dłońmi i wymruczał pod nosem inkantację. Magia przepłynęła przez litery, zdania, całe akapity i rozdziały, interpretując je dla niego i dając mu zrozumienie zawartości. - Dobra robota. Podróż zabiera cię w sprawach które wzbudziłyby moją uwagę, czy jednak nie są związane z zadaniem od naszego Benefaktora?
- Bynajmniej. Wyobraź sobie, że tak duże i bogate miasto jak Evercrest nie odkryło wynalazku druku. Płynę do najbliższego miasta posiadającego własną drukarnię. - gnom nie krył zarówno zdziwienia jak i irytacji z powodu takiego stanu rzeczy. - Wrócę za parę dni z ulotkami. Nie krępujcie się z inicjowaniem audiencji. Już posłałem wieści do naszego Benefaktora. I jeśli będzie miał mi coś do przekazania… znajdzie sposób.
- Audiencji... - mruknęła pod nosem Arkanistka wyraźnie nie będąc nastawiona pozytywnie na wspomnienie Azazela - To tylko dla tych ulotek wypływasz?
- Mhmm… - wzruszył ramionami gnom. - Wynajęcie skrybów byłoby zbyt kosztowne. Druk jest znacznie tańszy.
- Hmmm… zdążyłem się już przekonać o lokalnej nieobecności tej wygody. Posłałem zlecenie aż do Pitax, bo to było najbliższe miejsce o którym faktualnie wiedziałem, że mają prasę, ale nie przyjdzie ono prędzej niż za trzy do sześciu tygodni. Skorzystałbym z okazji… - powiedział, wyciągając zza poły kaftana wizytówke i wręczając ją gnomowi - Zrobiłbyś mi przy okazji setkę kopii?
Gnom przyjrzał się beznamiętnie karteluszkowi, schował do jednej z sakiewek bandoliera którego nosił. Po czym wzruszył ramionami.- Czemu nie… Mogę zrobić jak już będę w Willow Creek. Coś jeszcze… zanim wyruszę? - Potwierdź mi jeszcze… - poprosił Viktor, przekrzywiając lekko głowę - Ty nie grasz na lirze, ani niczym podobnym, prawda?
- Nie tylko nie gram na niczym, ale też nie śpiewam, ani nie tańczę. A i nie występuję na ceremoniach weselnych. - uściślił Bajarz.
- Więc masz czas do powrotu nauczyć się grać na jakimś instrumencie. - Kaylie powiedziała to tonem nieznoszącym sprzeciwu.
- Nie planuję i nie mam zamiaru. To nie leży w moich obowiązkach. Niemniej Otto z pewnością ma rozeznanie wśród miejscowych bardów i znajdzie wam odpowiedniego muzyka.- odparł Baltizar nie robiąc sobie z jej tonu głosu. - Do czegokolwiek będzie wam potrzebny, będzie bardziej użyteczny niż ja. -
- Damy radę - przytaknął Viktor - Nie chciałem potem usłyszeć “przecież nie pytałeś” - półuśmiechnął się wesoło. - To nie brzmi na nic niebezpiecznego, ale i tak zapytam… Spodziewasz się jakichś… complicationes?
- Nie sądzę. Z tego co wiem rzeka na tym obszarze jest bezpieczna.- wzruszył ramionami Bajarz. - Nie planuję nic nielegalnego, a tekst… jak już pewnie zauważyłeś, jest powiastką bez pazura. Nikogo nie obraża, nikogo nie obśmiewa.-
- Jest doskonała do naszych celów - przytaknął i zmienił temat - Ze świątynią to zobaczymy. Jak dobrze pójdzie to będzie w budowie, ale na ten moment próbujemy robić wszystko jak należy i oficjalnymi kanałami. Ponadto planuję pełen rozmach, więc to zajmie więcej niż kilka dni, kiedy ciebie nie będzie… ale powinienem mieć alternatywę do nauczania zainteresowanych słuchaczy.
- Zakładam że ktoś wyjątkowo ambitny zapewne z góry przewidział rozwój sytuacji i w kwestii wyposażenia świątyni nie będziemy musieli polegać na miejscowych rzemieślnikach. Tylko wszystko nam zostanie dostarczone. Nawet jeśli będzie trochę cuchnęło siarką.- stwierdził ironicznie gnom.
- Moja już w tym głowa aby było jak należy. Mam kilka alternatywnych planów, które wciąż dopieszczam i poprawiam, wraz z rozwijającą się sytuacją… i jakby nadarzyła się w Willow Creek okazja… to nie krępuj się wrócić dzień czy dwa później, by sensowne fundusze wygenerować. Sam cały czas je zbieram, ale nawet moje najbardziej optymistyczne plany wciąż wymagają dużo więcej waluty… ale to tylko jakby się okazja nadarzyła, pozbawiona ryzyka. Nie chcielibyśmy ciebie stracić.
- Zobaczę co tam będzie.- odparł enigmatycznie Bajarz drapiąc się po podbródku.
- Tylko o to proszę. No to połam wiosła i wracaj do nas szybko.
- Zgodnie z życzeniem waszej ekscelencji.- skłonił się głęboko i wyszedł. Za nim podążał jego papierowe “ptaszysko”. I tylko ono. Jego ogara nie było przy nim.
Port rzeczny
Do portu gnom szedł ignorując szepty z pobliskich uliczek i oczy gapiące się na niego. Szaleństwo chyba lubiło mrok, bo nasilało się w ciemności. A może to wyobraźnia miała ułatwione zadanie zmieniając niewyraźne kształty w upiorne zapowiedzi przyszłości?
Tak czy siak Baltizar ignorował te kwestie skupiając się na rozmyślaniu i wyciąganiu wniosków. Zbieranie funduszy… gnom nie był zainteresowany w zarabianiu na rzecz świątyni. Miał swoje plany i swoje wydatki i nie zamierzał finansować marzeń Azazela z własnej kieski. Arcydiabeł był przecież bogaty. Jeśli znalazłoby się coś na czym mógłby zarobić Viktor, to czemu nie… Bajarz nie widział problemu z przesłaniem mu wieści na ten temat. Niemniej własny zarobek Batlizar zamierzał poświęcić na interesujące jego plany. Wykopaliska same się nie sfinansują.
Ogólnie cała ta gadanina o finansach wzbudziła kolejne wątpliwości u gnoma. Mimo wszystko młody kult nie tylko potrzebował sprawnego organizatora. Ale przede wszystkim żarliwego proroka. Niemniej czy można cyrografem kupić taki entuzjazm? Może należy raczej “wyhodować” takiego neofitę? Może w planach Azazela Viktor nie był przyszłym przywódcą rozwijającego się kultu, a jedynie siewcą wiary. I to z któregoś z nowych wyznawców wyrośnie prorok, który poniesie sztandar nowej religii na wszystkie strony świata? Prawdopodobnie po trupie obecnego arcykapłana, jak to w diabelskich kultach często bywało.
Cóż… gnomowi to ogólnie nie przeszkadzało. Służył stanowisku, a nie osobie dzierżącej owo stanowisko.Z tych rozmyślań wyrwał Baltizara skrzek Etrigana człapiącego obok niego i kiwającego się na boki niczym duża kura. Jego skrzydlaty ochroniarz zwrócił mu uwagę, że zbliżali się zarówno do Majestatu, jak i do rzeki. I głupio by było, gdyby zamyślony Bajarz na początku swojej podróży wpadł do rzeki nie zauważając, że zbliża się do jej brzegu.
-
Popielny Dwór by dopiero zaczynał się wypełniać ludźmi przychodzącymi coś zjeść, by mieć siłę do dalszej pracy, a i tak główne zapracowane godziny miały przyjść dopiero późnym popołudniem, toteż znalezienie dla siebie chwili gospodarza nie było trudne.
- Otto, przyjacielu! - Viktor zasiadł przy szynkwasie…
Kaylie ciągle chodziła uwieszona ramienia Khala mając naprawdę zadowoloną minę. Kiedy jej kochanek zajął miejsce, ona po prostu stanęła za nim ciągle wtulona. - Mam sprawę do ciebie. Chciałbym urządzić kolację na dwadzieścia pięć – trzydzieści rodzin. Jakieś sto dwadzieścia, do stu pięćdziesięciu osób. Nic wykwintnego, jako, że to głównie mieszczanie będą, ale by było smacznie i syto. Tylko mało czasu, nie dalej niż za trzy dni. Znałbyś może jakieś miejsce gdzie mógłbym to urządzić? - zapytał znacząco, nie kryjąc wcale, że ma już konkretne miejsce na myśli.
- Dwór to moje królestwo i pomieści tyle osób ile zechcę. - zapewnił Otto - Pytanie tylko, czemu powinienem się na to zgodzić?
Kaylie spojrzała zza Khala.
- Brandelen? Czy sprowadzenie jego nic nie znaczy?
Otto się skrzywił. Karczmarz najwyraźniej chciał coś ugrać, a Galtianka wyrwała mu wszelkie argumenty. - Fakt… - westchnął - No dobrze, więc gdzie chciałbyś ich ugościć?
- Ale to tylko część naszego kredytu za młodego… - zaznaczył Viktor, uznając, że jest on znacznie więcej warta niż przyjęcie za kilkadziesiąt złotych koron. - Główna sala. Nie potrzebują wiedzieć, że Popielny Dwór to znacznie więcej niż najlepsza karczma w mieście. - Mrugnął do niego serdecznie - Wszystko standardowo opłacę, nie chcę cię tu naciągać. Myślę, że za trzy dni jakoś, w fireday. Wieczorkiem kiedy wszyscy skończą już robotę i sami by do kolacji siadali.
- Nie przeginaj. - burknął Otto kiedy usłyszał słowo "kredyt" - Zachowaj pieniądze, zainwestuj je lepiej w ten swój kult. Fireday, wieczór. Jasne. Urządzimy wszystko jak trzeba, dam znać dziewczynom.
- No daj spokój Otto.. nie powiesz mi, że sprowadzenie zaginionego krewnego nie jest warte jeszcze, co najmniej, ulepszenia pokoju i większego, wygodniejszego łóżka! - niby-oburzył się Viktor, ale chichot pobrzmiewał w jego głosie.
Karczmarz pokręcił oczami. - Zgodzę się na lepsze łóżko. Tak długo, jak oduczysz tą Galtiankę dźgania ścian.
Viktor położył rękę na piersi. - Jak tylko się dowiem o czym mowa, zrobię co w mojej mocy.
Karczmarz kiwnął głową i pstryknął palcami. - Proszę bardzo, większe łóżka. Z tego co rozumiem, twoja luba obraziła się na swój ekwipunek i wbiła go w ścianę swojego pokoju. Mam tłumaczyć, czemu nie chcę takich sytuacji?
- Mam kilka teorii, ale zachowajmy tę odrobinę tajemniczości. Pozwolisz, że zapytam ją o to potem? Jak będziemy sami… Hmmm… “sami”... to słowo prezentuje sobą rzeczywistą możliwość, gdy jesteśmy we Dworze ?
Wtulona w ramię Khala kobieta leciutko pokazała język karczmarzowi. - Nie jestem zboczeńcem. - zaznaczył karczmarz - Wasze prywatne sprawy są wasze. - w odpowiedzi na zaczepkę Kaylie, Otto sam pokazał swój język, bardzo długi język, którym sięgnął do oka kiedy go chował.
- Kusisz by go zawiązać o coś. - kobieta mruknęła wrednie.
- Zazdrosna. - odparł Otto.
- Ja na pewno… - stwierdził Khal spod uniesionej brwi - Taki organ niesamowicie rozszerza możliwości. Dooobra… my tu gadu gadu a dzień nie robi się młodszy. Dasz, Otto, wyłudzić od siebie jeszcze jakieś porządniejsze biurko i krzesło? Jak nie to sobie na własną rękę zorganizuję coś, bo ten stolik mnie do pasji doprowadzi jak przyjdzie mi przy nim dłużej pracować, a mam przed sobą całe popołudnie i może pół nocy, pisania listów.
Kaylie spojrzała na kochanka z niepewnością we wzroku. Miała wątpliwości co do tego co sobie Khal wymyślił...
Kolejne pstryknięcie. Otto zerknął na Kaylie.- Ty sobie czegoś życzysz? Biblioteczkę może?
Kaylie była wyraźnie zaskoczona, że Otto o jej chęci pyta. - Mała biblioteczka byłaby dobra... Nic ekstrawaganckiego. - powiedziała wyraźnie speszona - Mój pokój sam w sobie jest już wystarczający, cały dwór jest naprawdę piękny z tego co widzę. - pochwaliła - Jestem szlacheckiego urodzenia, ale to nie znaczy, że nie poznałam życia na szlaku. W sumie większość życia tak spędziłam... Nie to co ten tutaj plebs z delikatnym tyłeczkiem. - powiedziała ironicznie wyraźnie odnosząc się do Khala.
Otto uśmiechnął się. - No patrzcie, błękitna krew w moich skromnych progach i się nie chwali. - karczmarz klasnął dłońmi i dwójka azazelitów mogła poczuć delikatne drżenie podłogi - Mam nadzieję, że pokój będzie odpowiadał twoim standardom.
- Meh… ja tam jestem dumny ze swej ścieżki od plebsu na salony, gdzie dolne plecy mi się uwrażliwiły na niewygody. - Viktor wstał od lady - Dziękuję ci, Otto. Mógłbym jeszcze prosić o jakąś przegryzkę do pokoju? Myślę kanapki i może jabłecznik, a do tego cienkie białe wino by w pysku sucho nie było? - zapytał przed odejściem.
- Ja też ci dziękuję. - Kaylie skłoniła się jak szlachcianka, choć nie miała odpowiedniego ubrania.
- Otis! Odstaw te swoje dziecko! Zamówienie mamy! - karczmarz ruszył do kuchni i wyszedł po kilku minutach z prostymi kanapkami z serem i szynką oraz winem dla Khala. Miał też talerzyk z kurczakiem udekorowanym kluchami w kształcie piór, z niewielką porcelanową miseczką z sosem , który wręczył Kaylie - I coś dla ciebie pani. - jedzenie zniknęło z rąk karczmarza - Znajdziecie je w swoich pokojach.
Arkanistka uśmiechnęła się z zadowoleniem. - Dziękuję z całego serca, Popielny Królu. - powiedziała cicho kłaniając się ponownie.
- Lady Myamtharsar. - odparł Otto również skłaniając się galtiance.
Viktor kiwnął głową rozbawiony.
- Huh… doskonale. W razie czego będę u siebie… - zadeklarował i spojrzał na Kaylie w pytająco-zapraszający sposób.
Kaylie była wyraźnie bardzo mile zaskoczona słowami Otto. Uśmiechnęła się ponownie do niego zanim ruszyła za swoim kochankiem. - Może najpierw wejdziemy do mnie, bo moje danie jest ciepłe.
- Chciałbym zacząć pracować. Może weźmiesz je i przyniesiesz do mnie, co myślisz?
- O tym myślałam, ale może po prostu zahaczymy razem? Zaniesiesz mi potrawę. - wyszczerzyła się rozbawiona.
- W takim razie, prowadź - odpowiedział z uśmiechem.
- Jestem ciekawa co przygotował w moim pokoju. - powiedziała i ruszyła na górę.
Pokój Kaylie przybrał na kilku metrach kwadratowych. W miejscu niewielkiego pokoiku karczemnego był obszerny pokój z wysokim sufitem. Zwykłe deski podłogi zastąpiły ciemne i jasne deseczki, lakierowane i ułożone w mozaikowe wzory. Ściany miast prostego tynku czy smutnego drewna, pokryte były zdobiennym marmurem z zielonymi żyłkami. Sufit, również drewniany, pokryty był malunkami znamienitych artystów. To jedynie sam pokój, nie zaczęliśmy jeszcze opisywać umeblowania. Łóżko było dwuosobowe, z baldachimem i materacem wypełnionym pierzem i wełną. Pościel była aksamitna, delikatnie pieściła skórę przy dotyku. Prawy róg mieścił dwa regały pełne wszelakich ksiąg, chociaż Kaylie zauważyła, że spora ich część dotyczyła miłych jej tematów. Lewa ściana posiadała wnękę, w której para zobaczyła porcelanową wannę, z mosiężnymi kurkami. Po przeciwnej stronie był lakierowany ciemno-drewniany stół ze zdobionymi nogami, przy którym stały trzy krzesła z miękkim obiciem. Na stole stał posiłek, który zaproponował galtiance Otto, ciągle parował ciepłem.
Kaylie zaniemówiła. Zaczęła powoli chodzić po pokoju, oglądając każdy jego zakątek, nie mogąc pojąć. Czy to się działo naprawdę?
Uśmiechała się do widoku jakby ciągle nie wierzyła w to co ma przed oczami. Poczuła ciężkość w oczach i jednocześnie szybko przetarła ich powieki nie chcąc by pokazały jej emocje.To było coś... Coś z dawnego życia...
Viktor gwizdnął przeciągle, z uznaniem. Zdarzało mu się bywać w takich rezydencjach… zwykle jednak tylko na noc.
-
No no… to myślę, że zmiana planu i ja przyniosę swoje kanapki do ciebie… jeśli nie zwiędną z poczucia nieadekwatności po przestąpieniu twoich progów.
Zaśmiał się i wyszedł, po odczekaniu momentu. -
Tak... Tak zróbmy. - odpowiedziała przechodząc obok łóżka i opuszkami palców przesuwając po aksamicie pościeli.
Pokój Khala nie zmienił się zbytnio. Ciągle był to prosty pokoik karczemny, gdzie drewno królowało. Nowe łóżko było na tyle duże, że mógłby się wygodnie na nim przewracać bez lęku, że spadnie. Niewielki stolik z dwoma drewnianymi krzesłami stał naprzeciwko łóżka. Na stoliku leżał talerz z kanapkami Khala, obok butelki prostego wina. W rogu natomiast stał nowy mebel, biurko narożne z prostym stołkiem do siedzenia.
Viktor stał chwilę w progu chłonąc to wszystko… Czuł jak wężowy Fisuś spiął się w znacznie intensywniejszym zawodzie.
- Czy to żart? - zapytał infernalnie.
Viktor nie oczekiwał ulepszenia takiego jak dostała Kaylie, ale biurka jednak tak, bo go potrzebuje do pracy. Natomiast badziew który stał wciśnięty w róg… rozważał tylko czy to jakiś przejaw humoru, klasizmu, czy wprost obelga. Stołeczek był tylko wisienką na nieśmiesznym torcie. Powoli spuścił z siebie powietrze. No nic. - Ćśś… Fisuś. Jest jak jest.
- Ale przy tym śmieciu nie da się…
- Fisuś. Zorganizujemy własne meble. I nie będziemy więcej prosić. Otto nie jest nam NIC winny.
- Figa! Brandelena…
- I najwyraźniej uznał… - nie dał nawet dokończyć zdania chowańcowi - …że odnalezienie bratanka jest warte niecałą setkę koron, za którą bym wydał tę kolację w dowolnym innym zajeździe.
Rozległo się pukanie do drzwi jego pokoju.
VIktor stłumił warknięcie i dał sobie kilka sekund na wciśnięcie frustracji i tego niegodnego poczucia pokrzywdzenia, głęboko we własną rzyć. Nie godziło się pozwolić emocjom tak dyktować swoje reakcje.
- Idę! - zakrzyknął i tylko najdrobniejsza nutka niezadowolenia wydarła mu się na światło dzienne.
Wziął talerz z kanapkami i już uchylając drzwi dostrzegł, że to Kaylie pukała. Tak jak przewidywał. Wyszedł w sposób który, niemal bezwiednie i naturalnie, nie pozwolił jej dostrzec prawie nic z wnętrza pokoju. - Hmmm? - mruknął zdziwiony, tonem pogodnym, ale niedostrzegalnie fałszywym - Mówiłem, że zaraz przyjdę… wracamy do ciebie?
- Jestem też twojego pokoju ciekawa. - spokojnie odparła, chcąc zajrzeć przez ramię mężczyzny - Po to przyszłam, to w końcu tylko chwila i wrócimy jeść.
- Nie dla plebsu luksusy - zachichotał z przekorą - Prosiłem o biurko i dostałem biurko. Nie ma czego oglądać.
- Aby ten badziew…
- Fisuś - syknął Viktor, uciszając chowańca. Niewidzialny wąż prychnął gniewnie i wsunął się pod koszulę.
Prawnik westchnął i spojrzał na Kaylie ze swoim zwyczajowy uśmiechem. Lekki gest dłoni, kierowany do drzwi jej pokoju zaakcentował pytającym spojrzeniem. - Oj no pokaż swój pokój! - Kaylie naciskała zafascynowana jak dziecko - Nie będę się przecież śmiała.
- Tsk… proszę cię bardzo - otworzył drzwi za sobą i ustąpił jej drogi.
Arkanistka bez wahania weszła do pokoju. Zatrzymała się po kroku i zaczęła rozglądać po pomieszczeniu, po czym westchnęła i odwróciła się w stronę Khala.
- W sumie... Można było się tego spodziewać. Dostałeś dokładnie to o co poprosiłeś. - ogarnęła ruchem ręki pokój - W stylu Fae.
- Chyba sobie jaja…
- Fisuś… Czy wymagasz spaceru dla odzyskania spokoju ducha? - przerwał chowańcowi, nim ten zdążył się rzeczywiście rozpędzić i zwrócił się do Kaylie.
- Wyraźnie zupełnie inaczej niż on rozumiem “porządne biurko i krzesło”. Jest jak jest. Ten śmieć ląduje za oknem, ja własne sprowadzę, a wnioski zostaną wyciągnięte i tyle będzie z tej historii. Tymczasem potrzebuję się jednak przejść do Filii. Naciesz się pokojem. - Uśmiech lekki, ale serdeczny i zachęcający złamał kamienną ekspresję Viktora - Zasługujesz na to. - Stwierdził i pocałował ją krótko. - Wracam niedługo. Ilość roboty się nie skurczy póki się do niej nie wezmę.
Kaylie złapała prawnika za ręce.
- Chodź z tymi kanapkami i pracą do mnie. Ja mam biurko, a twój pokój jeszcze się ugada. - pogłaskała policzek Khala.
- Nie będę się już o nic prosił i będę musiał z naszym Benefaktorem porozmawiać, a prawdziwe meble zorganizuję na własną rękę. Jednak tymczasem nie tylko Fisuś potrzebuje tego spaceru. I ja na ten moment nawet nie wiem do kogo bym pisał listy, więc potrzebuję imion i adresów od Filii.
- O tej kwestii chciałam porozmawiać właśnie. - wtrąciła - Bez sensu byłoby pisać do rodzin, jeżeli nie wiemy czy wszystkie te osoby czytają i wiesz, że możliwe jest, iż niektórzy nie mają tej umiejętności. - próbowała wypowiedzieć to jak najdelikatniej potrafiła - Raczej tutaj nie istnieje coś jak powszechna edukacja.
- Krok przed tobą, Kruszyno. Nie rzadkie są i tu także widziałem, biznesy pocztowe oferujące przeczytanie listu na głos. Właśnie dlatego, że wielu jest niepiśmiennych. Coś jeszcze?
- Mogę ci pomóc pisać taką tonę listów. - zaoferowała.
Spojrzenie Viktora zdało się nagle utracić jakieś napięcie, albo przynajmniej jego część.
-
Tak, Kruszyno. To będzie… to mi bardzo pomoże. Wciąż potrzebuję pójść po tę listę, ale będę mógł inne plany pchnąć w przód wcześniej. Wracam za godzinę, może dwie.
-
Najpierw jedzenie. Zjesz kanapki i możesz iść. - zadecydowała - Pozwól mi ogarnąć sprawę z twoim pokojem, a jak nie wyjdzie to dopiero sam możesz.
-
Kaylie. Chcę się przejść. Teraz. I tak miałem iść do Filii, albo poprosić ciebie o pomoc z tym. I rolą tych kanapek jest przegryzka na godziny bezmyślnego przepisywania listów, aby cokolwiek się działo. Jeśli teraz je zjem to mnie szlag trafi w czasie pracy. Idę do Filii. Wracam za godzinę, do dwóch, bo zahaczę jeszcze o jedno albo dwa miejsca. Ciesz się pokojem. Wypróbuj tę wannę i opowiedz mi potem czy jest tak przyjemna jak wygląda, co? - zapytał z uśmiechem.
-
Typowa męska duma. - pokręciła głową - To chociaż przed wyprawą chodź do mnie i zjedz trochę ciepłego? Nie zajmie to długo.
-
Ughh… niech będzie, skoro nalegasz, ale nie obiecuję być przyjemny.
-
Zgoda. - Kaylie pokiwała głową.
Zaprowadziła kochanka z powrotem do swojego pokoju, gdzie na miejscu podzieliła swoją porcję na pół i dała mężczyźnie połowę zostawiając mu swoje sztućce.
- Ja po tobie zjem.
- Dzięki - sapnął siadając do stołu i zaczął jeść, starając się odsunąć dyskomfort tej sytuacji. Dopiero po kilku kęsach dotarło do niego… jakie to jest, do stu piekieł, dobre!
- Ufff… brakło mi takiego jedzenia. Hadrik jest wspaniałym kucharzem. Karmelizowane gołębie podroby, w pieprzu z Jalmeray. Rosół na języku ogromnego węża, podawany na ostro - wymieniał między kęsami - Langusta pieczona z jabłkami i morelami, w czarnej soli i z czosnkiem liberalskim… może nie powiem, że tego brakło mi najbardziej, ale było jedną z tych “naj”.
Kaylie lekko się uśmiechała i odsuwała od siebie własną chęć jedzenia. To musiało chwilę poczekać.
- Kiedyś ci opowiem o daniach z mojego domu. - obiecała.
Viktor tylko chwilę pozwolił sobie rzeczywiście się delektować i po tym szybko zjadł oddaną mu połowę, podając niewidzialnemu Fisusiowi kilka kęsów po drodze. - Dzięki wielkie - odsunął do Kaylie talerz - Lepiej mi trochę. Poważnie myślisz, że ugrasz coś z tym biurkiem? Jeśli tak to odłożę szukanie stolarza i przepłacanie jego stawki, aby mieć to “już-teraz”.
- Postaram się jak tylko pójdziesz. - obiecała - W najgorszym wypadku mogę ci odstąpić moje biurko i krzesło.
- Nie ma potrzeby. Najwyżej narażę się na te straszliwe nieprzyjemności spędzania tutaj więcej czasu - uśmiechnął się przekornie, wstając z krzesła - Jak chcesz spróbować to ci nie zabronię, ale najlepsze biurka, nie licząc tych co są dziełami sztuki, to kilka koron. Nie warte choćby naruszenia godności osobistej. Jeszcze raz dzięki, Kruszyno - nachylił się do niej i ucałował - Wracam niedługo.
Viktor zostawił Kaylie samą w pokoju i opuścił cały Dwór.
Kaylie w ciszy dokańczała letni już posiłek jakiego nie miała nawet ochoty próbować podgrzać magią. Była po prostu zadowolona, że zirytowany prawnik nie poszedł na pusty brzuch załatwiać swoich spraw.
Uśmiechnęła się pod nosem pamiętając jego minę i zirytowanie. Te reakcje były wręcz dziecięce! Dostał focha i nie chciał przyjąć czegokolwiek co byłoby dla niego dobre jeżeli wymagałoby więcej pracy. Było to na swój sposób słodkie, ale pokazywało czego mu w życiu brakowało. Kaylie nie miała zamiaru tak łatwo się z nim poddać. W końcu on nie poddawał się z jej traumami.Kiedy już wyczyściła talerz złożyła na nim wszystkie sztućce w odpowiednim ułożeniu. Wiedziała, że normalnie czekano aż uprzątnie to służba, Ale życie najemnika nauczyło ją czego nie oczekiwać. Uporządkowała stół i zasunęła krzesło, po czym wzięła zastawę i po prostu wyszła z pokoju zamykając na klucz drzwi za sobą.
Pora było zejść i ugadać sprawę z Otto.Zeszła po schodach lekkim krokiem niczym szlachetna dama, a nie zwykły najemnik, a jej elficka gracja w genach nadawała tego nie człowieczego smaku. Podeszła do szynku i delikatnie ustawiła na nim naczynia.
- Było naprawdę niesamowite. - skłoniła głowę Otto - Ukłony dla kucharza.
Karczmarz uśmiechnął się i skłonił delikatnie.
-
Cieszy nas to niezmiernie. Przekażę oczywiście Otisowi. Mam nadzieję, że pokój również się podoba.
-
Niesamowicie! Jego charakter przywołał moje wspomnienia z domu. - wzrok kobiety wskazywał, że musiało ją to ruszyć emocjonalnie.
-
Pozytywne mam nadzieję. - odparł karczmarz - Jeżeli jeszcze czegoś trzeba, nie krępuj się pytać.
-
Pozytywnie, pozytywnie. - uśmiechnęła się z prawdziwą radością - Jeżeli bym mogła to chciałabym poruszyć kwestie pokoju mojego...
towarzysza - zawahała się w określeniu - A raczej tego nieszczęsnego biurka. Czy byłaby opcja, abyś zmienił to biurko na lepszy komfort? By jego prawnicze potrzeby były zaspokojone, jak i potrzeba lepszego krzesła doń. - zapytała delikatnie. -
Ooooch…- karczmarz uniósł dramatycznie dłonie - Wielki pan prawnik ma uwagi co do daru, który wyłudził od monarchy? - Otto najwyraźniej podobała się odrobina teatralności - Ma dokładnie o co poprosił, powinien lepiej uważać na słowa w towarzystwie osób mojej natury. Lepsze biurko, co? Krzesło pewnie też, aby dupcia bardziej nie bolała? - karczmarz wymownie uniósł dłoń i pstryknął - Proszę, niech się cieszy.
-
Czy mam się bać co zastanie na górze? - zapytała dziewczyna z lekkim uśmieszkiem.
-
Jeżeli jego ego jest takie delikatne, to nie ma co się nim bawić. Zwykłe porządne biurko z półeczkami na narzędzia i wygodnym krzesłem. - karczmarz wzruszył ramionami - Mogę zadać… osobiste pytanie? W sumie dwa.
-
Oczywiście królu. To w sumie Twoje włości.
-
Co ty w nim widzisz? Nawet z tym co osiągnął, on jest pospolity jak błoto, niegodny twej uwagi.
Kaylie odpowiedziała od razu. -
Oboje jesteśmy skrzywionymi duszami i to jakoś daje zrozumienie. - następne słowa wypowiedziała z uśmieszkiem - A do tego jest dobry w łóżku.
-
Rozumiem. Naprawdę. - odparł Otto - No to teraz drugie. Coś ty ustaliła z moją córką, że poluje na tego twojego gacha? Dawno nie widziałem jej w trybie aktywnego łowu.
-
Dałam jej zezwolenie na przespali się z Khalem. Żadnego krzywdzenia go, tylko seks.
-
Aaa… dziwne, starsi nie są jej gustem. - przyznał karczmarz - No dobrze, jeżeli wszyscy się zgadzacie, to nie będę się mieszał. Ostrzegam, kiedy ona z nim skończy może wypuszczać liście.
-
On?! - zasłoniła usta w przerażeniu - I chyba nie... "stamtąd"...?
-
Erm… był jeden satyr, ale on zasłużył. Nie, nie po prostu, jak krzak, trochę obrośnie listowiem.
-
Ale to permanentne...?
-
Aż nie zrzuci nasion. Około… zaraz… - karczmarz zaczął wyliczać coś na palcach - Golarion, lato, księżyc jest w… dwa dni.
-
...ty żartujesz czy poważnie mówisz?
-
Całkiem poważnie. Spółkujesz z Fae musisz liczyć się z konsekwencjami. Ciesz się, że trafiliście na moją rodzinę, z innymi byłoby gorzej.
-
Ale... Przecież Twoje córki chyba spółkowały z dwoma co im dałam...?
-
Owszem, ale też karmiły się na nich. Za mało w nich było energii, aby nasiona wykiełkowały. Zakładam, że z Khalem to będzie zwykłe spółkowanie, więc cała radość z natury moich córek jest w cenie.
-
Och... - bardzo posmutniała, gdy zrozumiała, że całe maltretowanie się psychiczne, aby pogodzić się z nocą Lilii z Khalem było na nic - Rozumiem…
-
Coś nie tak?
-
Nie, nie, wszystko dobrze. - skłamała - Wygrzeję się w tej pięknej wannie.
-
Polecam. Mogę zawołać Lilię, aby pomogła ci w kąpieli. Płatki kwiatów do wody, może bąbelki?
-
Ale nie będzie się to wiązało z porastaniem listowiem czy jakąkolwiek inną konsekwencją?
-
Jeżeli nie będziesz chciała. - oznajmił karczmarz.
-
Nie... Podziękuję za to. Wystarczy kąpiel z płatkami. - powiedziała.
-
Przekażę. Życzę miłego relaksu. - karczmarz kiwnął głową szlachciance i wrócił do swoich obowiązków.
- Otto, przyjacielu! - Viktor zasiadł przy szynkwasie…
-
Słońce leniwie opadało za dachy Evercrest, rzucając ciepłe, miodowe światło na bruk i szare mury dzielnicy, gdzie czas zdawał się płynąć wolniej. Viktor szedł spokojnie, nieco zamyślony. Płaszcz miał rozpięty, ręce w kieszeniach, jakby nie śpieszyło mu się nigdzie – ale każdy krok stawiał z precyzją człowieka, który wiedział, dokąd zmierza, nawet jeśli zmierzał okrężną drogą. Dając sobie czas by resztki urazy zgasły i przestały się żarzyć.
Drzwi były lekko uchylone, jakby kobieta spodziewała się go jeszcze zanim zapukał. Poczuł zapach herbaty i tkanin – te same nuty, które unosiły się tu nieco ponad tydzień wcześniej, gdy odbierał od niej list przy pierwszej wycieczce do dworku Crawcolta.
Sonia odwróciła się od stołu, trzymając coś w dłoniach.
- Jesteś wcześniej, niż sądziłam - powiedziała cicho, nie patrząc mu jeszcze w oczy.
- Nie potrafię zostawiać spraw na ostatnią chwilę... - uśmiechnął się łagodnie, nie chcą wspominać, że ściska go na myśl, że jest ona tam sama. - Poza tym... jutro znów ją zobaczę. Chcę, żeby list trafił do niej jak najszybciej.
Sonia skinęła głową i bez słowa wstałą od stołu. Kilka sekund później wyjęła z szuflady kartkę, złożoną starannie i owiniętą cienką nicią. Razem z nią cztery identyczne, ale z westchnięciem trzy z nich schowała z powrotem. Wybraną położyła ją na tkaninie przed sobą, ale nie podała od razu. - Nie wiem, czy powinnam pisać... - zaczęła, głos jej zadrżał. - Nie wiem, czy te słowa cokolwiek znaczą. Czy nie tylko pogłębiają… - próbowała znaleźć odpowiednie słowa, ale nie potrafiła. Może nie istniały.
Viktor podszedł powoli, usiadł po drugiej stronie stołu. Milczał chwilę, patrząc nie na list, a na jej twarz. W oczach Soni było zmęczenie i coś, czego nie było przy ich pierwszym spotkaniu – cienki, ledwie widoczny ogień nadziei, okupiony jednak desperacją i jakimś zburzonym murem, za którym wcześniej kryła ból.
- Widziałem ją - powiedział spokojnie. - Czytała twój poprzedni list dwa razy. Potem trzymała go przez długą chwilę przy sercu. Nie powiedziała nic... ale to znaczyło więcej niż jakiekolwiek słowa.
Sonia zamknęła oczy, przysięgając sobie nie płakać. Ale dłoń zadrżała, gdy przesuwała kopertę w jego stronę. - Niech... niech wie, że jestem z nią. Nawet jeśli nie mogę jej pomóc tak, jak ty potrafisz...
Viktor wziął list, schował ostrożnie do wewnętrznej kieszeni. Wstał. - Pomagasz bardziej, niż myślisz, Lady Barabii. - nachylił się i ujął jej dłoń lekko. - Twoje słowa to dla niej światło w miejscu, gdzie prawie nie ma słońca.
Spojrzała na niego z wdzięcznością, ale i z cieniem bólu, który nie znikał łatwo. - Wracaj bezpiecznie... I... przekaż jej, że cokolwiek się nie wydarzy… ja zawsze będę czekać.
Viktor skinął głową i wyszedł w ciszy. Zostawił za sobą zapach herbaty, szelest materiałów i kobietę, która od dekad pisała listy, wiedząc, że nie dochodzą i świadomość, że to się zmieniło… na swój sposób nie była łatwa.
Viktor wracał do Popielnego Dworu. Było już popołudnie. Miał za sobą rozmowę z Filią, a w nadwymiarowej kieszeni listę nazwisk i adresów, wraz z komentarzami. Musiał obiecać takt i wyczucie, a wcześniej wyjaśnić, że potrzebuje jej, aby móc zaproponować poszkodowanym swoją reprezentację. Wracając wstąpił na moment do Serga, w ramach dalszego budowania kontaktów i zrezygnował z wcześniejszego planu zajrzenia do Zmierzchowców. Trochę za wcześnie było, a na ten wieczór i na noc miał już zajęcia. Jeśli by dobrze poszło to zajrzy do nich nocą. Kiedy są nieco aktywniejsi.
Viktor, z oschłym uśmiechem, zdawkowo kiwnął Otto głową gdy wkroczył do Dworu. Nie był to serdeczny gest, jak wszystkie wcześniej, ale nie odmawiał mu prawa gospodarza do choćby tego aktu szacunku… nie przedłużał go i skierował się do swojego pokoju. Wypatrzył już po drodze stolarza, u którego zamówi swój mebel, jeśli Kaylie nie udało się przekonać Otto, albo wciąż nie będzie on spełniał wygórowanych viktorowych wymogów.
Otto odwzajemnił gest adwokata, jedynie odprowadzał go wzrokiem do schodów.
Pokój wyglądał lepiej, najwyraźniej arkanistka zdołała coś ugrać u karczmarza. Stare, ledwo biurko zastąpił porządny mebel z jasnego polerowanego drewna. Blat miał wydzielone miejsce na pisanie, otoczone wieżyczkami pełnymi przegródek na narzędzia. U spodu blatu były trzy pojemne szuflady. Stołek został zamieniony na porządne krzesło, tego samego koloru co biurko. Bez obicia, ale z miękką poduszką do siedzenia.
Łóżko również doznało renowacji, ciągle jednoosobowe, ale teraz mógł spokojnie położyć się na rozgwiazdę i mieć spokój. Materac również był lepszej jakości.Viktor kiwnął głową sam sobie, przyjmując tę poprawę. Biurko było wszystkim czego oczekiwał. Krzesło… do przetestowania, a łóżko traktował jako miły bonus.
Usiadł na poduszce oceniając. Ułożył się wygodniej, poprawił. Oparł dłonie, a potem łokcie na blacie, oceniając wysokości. Wyciągnął kilka piór i przyborów, by rozłożyć je wokół i sprawdzić jak się sięga po nie gdy są na półkach i jak wygodnie się je odkłada. Po dłuższym czasie, stwierdził z pewną niechęcią, że nie ma się do czego przyczepić… a próbował!
Zachichotał sam do siebie i wstał.
-
Kaylie napełniała wodą magiczną wannę. Jak to w ogóle było możliwe? To miejsce nie miało chyba rur doprowadzących wodę.
Szlachcianka zdjęła ubrania i ułożyła je delikatnie na krzesełku obok wanny, jednocześnie okrywając się dużym zielonym ręcznikiem niczym jadeitowym płaszczem. Przyjemne ciepło parującej wody wprawiało kobietę w rozluźniony nastrój.
Usiadła na rancie wanny w oczekiwaniu na córkę króla jednocześnie delikatnie gładząc taflę wody opuszkami palców.Po kilku minutach usłyszała pukanie do drzwi i po chwili do pokoju weszła rudowłosa Lilia z koszykiem pełnym płatków kwiatów i mydełek. Córka Otto zatrzymała się, kiedy zauważyła stan pokoju i gwizdnęła.
- No, no. Tata cię ugościł. Mówił, że przyznałaś się do szlachetnego pochodzenia, ale nie sądziłam, że zabawi się w Króla goszczącego swych wasali. - rudowłosa dziewczyna podeszła do Galtianki z uśmiechem - No to wskakuj do wody, a ja zajmę się resztą.
Kaylie uśmiechnęła się i zsunęła z siebie ręcznik odsłaniając nagie ciało smuklejsze niż ludzkie. Mimo lat na szlaku jakaś miękkość skóry w niej pozostała czemu intonowała zręczność w ruchach. Wciąż odczuwało się w nich obcą człowiekowi grację, ale do elfickiego piękna jej wiele brakowało.
Lilia podczas masażu widziała blizny pokrywające plecy kobiety I choć nie pytała wtedy to mogła zrozumieć z jakiego traktowania wynikały.
Kaylie powoli zanurzyła ciało w ciepłej wodzie i zaraz zaczęła wydawać pomruk zadowolenia.
Lilia przysiadła na krawędzi wanny i wsypała kilka płatków do wody, mieszając ją ręką.-
Właśnie tak, odpocznij, rozluźnij ciało i umysł. Dużo zrobiłaś, zasłużyłaś na relaks.
-
Mm... Nie zrobiłam aż tyle. - mruknęła z zamkniętymi oczami - Khal robi więcej.
-
Ale ty też robisz i to zasługuje na uznanie. - odparła Lilia - Robisz pewnie więcej niż ten gnom a Piwonia wariuje na jego temat.
-
Na jego? Cóż, nie w moim guście to antypatyczny pokurcz. - wzruszyła ramionami i głębiej zanurzyła się, aż do szyi.
-
Nie gadajmy o innych. - przyznała Lilia - Jakie masz teraz plany?
Galtianka wydała z siebie zadowolony pomruk. -
Pomogę Khalowi napisać te listy do rodzin. Dużo pewnie ich będzie.
-
Listy? A, ta kolacja, którą organizujemy. Miły gest. - przyznała rudowłosa sięgając dłońmi pod wodę i masując kark Kaylie.
-
Mmm... To przyjemne... - galtianka naprawdę była w niebie - Odkąd opuściłam dom nie zaznawałam takiego relaksu. Najemnicy potrafią doznawać z rąk opłaconych masażystów czy kobiet do towarzystwa. Ja unikałam towarzystwa na szlaku.
-
Mam nadzieję, że nie porównujesz mnie do ladacznic. - odparła Lilia, jej ton pełny udawanej urazy - Ten twój pewnie będzie, jeżeli dostanę go w swoje łapki.
-
W to wątpię. - odparła - Khal jest... On z ladacznic nie korzystał, jak twierdzi. A co do dostania go... - skupiła spojrzenie na twarzy Lilii - Twój ojciec mi powiedział, że go zasiejesz i obrośnie listowiem.
Lilia zamrugała kilka razy i zachichotała.
- I ty mu uwierzyłaś? Eh, stary jeleń jeszcze te żarty rzuca. - pokręciła głową - To Piwonia i Dahlia zasiewają. Jeżeli ja bym chciała zrobić z nim moje młode, musiałabym go rozlać na ziemi.
- Rozlać? - zapytała zaskoczona.
- Głównie jego krew. - przyznała. Spojrzała na galtiankę i westchnęła - Już wyjaśniam. Tata i Mama są uosobieniem męczarni i entropicznego życia. Tata jest Popielnym Królem, władcą pustych ziem gdzie nic nie rośnie, wiecznie spragniony, nigdy nie nasycony. Mama jest Królową Gnicia, matką czerwi i much, opiekunką ogrodów pleśni. Ja i moje siostry jesteśmy podobnymi istotami, życie istniejące w ekstremalnych warunkach, dające sobie radę jak można. Piwonia jest mięsożerną rośliną, pewnie słyszałaś o tych dziwnych kwiatach na południu? Śmierdzą jak gnijące mięso, aby przyciągnąć owady? To jej potomstwo. Ode mnie są rośliny, które rosną na zwłokach, kałużach krwi i tym podobne. - Lilia wzruszyła ramionami - Jak odwrócone Driady. Zamiast przypisane do jednego drzewa, to wszystkie drzewa są przypisane do nas.
Kaylie przetarła powieki mokrą dłonią. - Zostawię to jego decyzji. Co będzie chciał to zrobi. - powiedziała nie zamierzając oponować w podejmowaniu tej decyzji.
- Słusznie, nie zamęczaj się niepotrzebnymi problemami. - Lilia namydliła dłonie i zaczęła czyścić ręce i szyję galtianki - Jakieś życzenia moja pani?
- Mm... - zamruczała - Umyj całą. Później zobaczymy co dalej.
Bez słowa rudowłosa zaczęła pieczołowicie myć swojego gościa, co jakiś czas dorzucając płatków do wody, aby stała się bardziej wonna.
-
Zanurzymy teraz głowę, dobrze? - delikatnie wsunęła głowę galtianki pod wodę i szybko ją wyciągnęła - Teraz stópki. - Lilia przesunęła się w dół wanny i zajęła nogami Kaylie.
Arkanistka było naprawdę zadowolona z tego traktowania. Tak bardzo jej brakowało tego luksusu…
Córka Otto opiekowała się ciałem Kaylie przez dobre pół godziny nim wróciła do głowy arkanisti i delikatnie cmoknęła ją w czubek nosa. -
Proszę bardzo, czyściutka niczym niemowlę.
Kaylie skinęła głową i powoli wstała w wannie. Strugi wody spływały po nagim ciele magini, a kilka malutkich płatków kwiatów przykleiło się do mokrego ciała.
Lilia przez chwilę przyglądała się arkanistce, napawając się widokiem. W końcu jednak sięgnęła po ręczniki i zaczęła wycierać galtiankę. Na koniec owinęła ręcznikiem i ruszyła po przyrządy do pielęgnacji włosów. -
Usiądź na łóżku, zajmiemy się teraz twoją głową.
-
Czuję się traktowana jak ktoś bardzo ważny dla was lub kto zapłacił wiele. - powiedziała lecz usiadła na łóżku bez oporu.
-
No cóż, tata powiedział, że należy ci się. Jesteś szlachcianką przecież, na dworze króla, zawsze takich gości trzeba traktować należycie. - Lilia uśmiechnęła się i zaczęła czesać włosy Kaylie.
Kaylie za to wygląda teraz jak bardzo zadowolony z siebie kociak pod ciepłym kocem w zimowe dni. -
Przecież ty jesteś córką króla. - mówiła, ale nie oponowała działaniom Lilii - Księżniczką. A wykonujesz służebne zadania?
-
Tradycja. - odparła Lilia - Dobry gospodarz osobiście upewnia się, że godny gość jest zadowolony. - uśmiechnęła się - Nie zrobiłabym tego dla byle kogo.
Kaylie wyraźnie urosła na te słowa, a do tego nie próbowała im zaprzeczać. -
To bardzo miłe, dziękuję.
-
Nie ma za co. - Lilia pociągnęła szczotką po raz ostatni i przyjrzała się uważnie swojemu dziełu - No, jak z bajki. Makijaż?
Kaylie ciężko się nad tym zastanawiała nie mogąc najwyraźniej dojść do wniosku. Przygryzła dolną wargę i już prawie będąc chętna zgodzić się na jakikolwiek makijaż, ale... -
Może tylko lekki wokół oczu...
Lilia wyciągnęła zestaw kosmetyczny i zaczęła się przyglądać oczom arkanistki. -
Co powiesz na delikatną purpurę pod oczami i cień na powiekach?
- No, no. Tata cię ugościł. Mówił, że przyznałaś się do szlachetnego pochodzenia, ale nie sądziłam, że zabawi się w Króla goszczącego swych wasali. - rudowłosa dziewczyna podeszła do Galtianki z uśmiechem - No to wskakuj do wody, a ja zajmę się resztą.
-
Nie minęło kilka minut, a był to czas akurat moment gdy Lilia zakończyła swoją pracę, rozległo się pukanie do drzwi.
- Hej Kaylie, jesteś tu? - zapytał stłumiony glos Viktora zza nich, bardziej anonsując kto przybył, niż rzeczywiście o cokolwiek pytając.
Arkanistka uśmiechnęła się słysząc głos zza drzwi. Stanęła kawałek od wejścia by móc od początku prezentować swój ulepszony wygląd przez Lilię. Była bardzo podekscytowana tym, że Khal ją zobaczy. - Jest otwarte!
Gdy Khal wszedł do środka i zobaczył przed sobą maginię stojącą uśmiechniętą od ucha do ucha. Wręcz promieniowała jakimś zadowoleniem jak i stojąca nieopodal Lilia musiała mieć coś wspólnego z małymi kosmetycznymi zabiegami, jakie nadały kobiecie delikatnego uroku. Włosy zostały ułożone prawie, że profesjonalnie, a na jej powiekach umieszczono cień zaś pod oczami delikatną purpurę.
-
Hej, jak… - zaczął Viktor pytanie wchodząc już do środka, ale przerwał je, a oczy mu się zaświeciły… i jakoś tak przyjemnie mu się zrobiło, gdy oczy chłonęły mu widok jej takiej… uradowanej.
-
No, no. Robię się tylko bardziej i bardziej zazdrosny o ten pokój... - podszedł do niej i objął w talii - …jeśli aż takie cuda są zawarte w pakiecie z nim.
Kaylie uśmiechnęła się niepewnie. -
Czyli... Podoba ci się?
Viktor uniósł palcem jej podbródek i ucałował ją nim odpowiedział. -
Tak, Jaskółeczko. Tobie to nawet w kurzu drogi, zlepionym starym potem dobrze, ale teraz? Tsk tsk tsk… - uniósł nad Kaylie wzrok na Lilię i tylko poruszył bezgłośnie ustami “dzięki” nim nie skupił uwagi znów na Kaylie. - Czas wolny to rzecz święta i doskonale go wykorzystałaś.
-
Ale... Naprawdę ci się podoba? Jesteś zadowolony? - zapytała zawstydzona - Nie mówisz tak tylko, aby mi nie było przykro?
Viktorowa dłoń pogłaskała ją po policzku, gdy nieco rozczulonym spojrzeniem patrzył jej w oczy. -
A co jest tu do nie-podobania się? - zapytał już w tym momencie wiedząc, że choćby Kaylie na głowę wcisnęła jakąś z tych markoviańskich peruk, co w Andoranie, przed dekadą, modne damy sie oszpecały, to nie usłyszy ona od niego słowa krytyki. Szczerość nierzadko nie jest tego warta. - Wyglądasz ślicznie. Kropka. Dotarło to między twoje uszka? - zapytał z ciepłem i czułością w głosie.
Lilia pokręciła oczami. -
Nie słodź jej tak, bo dziewczynie miód zacznie oblepiać uszy. - odparła rudowłosa - Mam was zostawić, Kaylie?
-
Musimy te listy napisać... - stwierdziła zawstydzona, a jednocześnie rozanielona Kaylie, na jaką to słodzenie działało.
-
Yhym… - przytaknął Viktor i spojrzał na Lilię - Nie wyrzucamy cię, ale teraz czeka nas monotonne kilka godzin. Chyba, że chciałabyś pomóc w przepisywaniu, wtedy czuj się zaproszona - zaśmiał się i puścił Kaylie, która nie była szczęśliwa z powodu końca przytulanek.
Lilia sama przytuliła Kaylie, patrząc na Khala jak na intruza. -
Nie po to jestem Fae, aby listy pisać. To wam zostawię. - puściła w końcu arkanistkę i podeszła do adwokata - Zachowuj się odpowiednio do naszej drogiej, Kaylie. Pospólstwo jak ty nie zasługuje na jej względy. - pokazała psotnie język Khalowi i pośpiesznie opuściła pokój.
Viktor zmarszczył brwi dopiero po tym jak drzwi się zamknęły. -
Powoli tracę poczucie, że to “tylko żarty”... ale rybka to… - wzruszył ramionami i usiadł przy stole. - Jeśli wciąż chcesz mi pomóc w przepisywaniu to i tak poczekaj aż napiszę pierwszy egzemplarz, abyś miała wzór.
Rozłożył przed sobą kałamarz i położył kilka różnych stalowych piór do pisania, oraz plik kartek papieru. Zabrał się do pracy rozpoczynając pracę, którą od lat się nie zajmował, bo zawsze miał mały legion asystentów do tak niewdzięcznego zajęcia.
Kaylie przysunęła do mężczyzny drugie krzesło zaglądając mu ciekawsko przez ramię. Jego słowa lały się na papier równo wzdłuż nieistniejących linii, nawet na czystym papierze zachowując poziomy i równoległości. Delikatna kursywa dodawała estetyki, a każda litera była wyćwiczona i elegancka, a słowa i zdania z wyczuciem i taktem. Delikatne i empatyczne. “Wiem, że to dla was niewyobrażalnie trudny czas”, czy “strata której nic nigdy nie wymaże”. Pisał o zaproszeniu na obiad, wraz z innymi rodzinami. Nie używał słów “ofiara”, ani “porwanie”. Pozwalał im pozostać w samym kontekście. Oferował wspólne spędzenie czasu z jedynymi osobami które rzeczywiście mogą zrozumieć przez co adresaci przechodzą. Wspominał o braku jakichkolwiek oczekiwań i między słowami przemycił nawet przyzwolenie na przyjście, zjedzenie i wyjście bez słowa, oraz nieoficjalność spotkania, aby nikomu nie przyszła do głowy wątpliwość co do posiadanego ubioru.
“Zdaję sobie sprawę, że to może być zbyt wcześnie, albo zbyt trudne. Nie czujcie się zobowiązani.” I kilka krótkich zdań później “Z wyrazami szacunku i nadziei na spotkanie, Viktor Goodmann”.
Khal obejrzał jeszcze raz swoją pracę. W pierwszym czytaniu wprowadził kilka korekt, ale główną było skreślenie swojego, przepięknie kaligrafowanego i inicjałowanego nazwiska i przepisanie skromniejszą czcionką, tak, że tylko ledwo wyróżniało się ponad resztę tekstu.
W drugim czytaniu podkreślił wszystkie zaimki tyczące adresatów, do późniejszego przekaligrafowania i drobnego powiększenia, aby niczym nie ustępowały wagą jego własnemu nazwisku.
W trzecim czytaniu nie miał już poprawek, więc przepisał całość od początku, adresując go już do konkretnej rodziny, ale nawet wtedy zatrzymać się musiał na moment przed złożeniem swojego nazwiska, bo pamięć mięśniowa prawie go wyprzedziła i chciała złożyć piękny, ozdobny podpis. Powoli, bez pośpiechu napisał swoje imię skromnie. Dziwnie wyglądało ono w jego oczach.
Podsunął kartkę Kaylie.
- Coś byś zmieniła? - zapytał bez nacisku.
Kaylie nie była bardzo przekonana co do brzmienia, ale wzruszyła ramionami.
- Te rodziny są raczej z niskich pułapów społecznych. Nie wiem czy będzie im w smak czytać słowa wysokie i brzmiące ważnie, ale chyba znasz publikę. Ogólnie nie mam uwag ponad to.
Viktor uśmiechnął się lekko, słuchając jej komentarza i kiwnął jej głową, nie był to pobłażliwy uśmiech, a bardziej zadowolony.
-
Części istotnie to nie przypadnie do gustu. Inni poczuli by się scalpati in via mala jakby pisać do nich “niższym stylem”. Ostatecznie… nie zadowoli się wszystkich, ale ja osobiście więcej razy widziałem iskierki zapalające się w oczach mieszczanina, gdy traktowałem go jako mi aequum, niż zniechęcenie wiarą w niego. I to będzie moja persona publicae, więc wpasowuje się już w przyszłe plany.
Viktor położył na stole listę, którą otrzymał od Filii. -
Mamy trzydzieści cztery zaproszenia do wypisania. Te oznaczone nazwiska to ci co utracili kogoś, te tutaj to familiae które odzyskały swoich. Na razie piszmy tylko do tych pierwszych - poprosił, zabierając się do pracy.
Kaylie spojrzała na pióro kochanka z krzywym uśmieszkiem. -
Ciągle używasz tego samego? Nie stać cię było na nowe? - w głosie pobrzmiewała złośliwość szlachcianki, gdy sama zabierała się do pracy.
-
Dziewczę drogie! - oburzony protest wcale nie pobrzmiewał powagą - To piórko jest młode jak w dniu gdy je otrzymałem. W Cheliax niebanalne byłoby znalezienie czegoś porównywalnego, tutaj? Nie liczę. Przyznaj… po prostu chciałabyś bym je wyrzucił, abyś sama mogła je w ręce dostać, prawda? - zapytał chichocząc, ale nie patrzył na nią, bo wzrok wlepiony miał w kartkę, gdzie pióro udowadniało swoją wartość.
-
Bynajmniej! To jakieś z przeceny! - pokręciła głową - Ile kosztowało? Mierną setkę złota?
-
“Marną setkę złota”? Kochana… trochę respectus dla pieniądza! Setka to kwota którą niewielu na oczy kiedykolwiek widziało. Ale nie… to było speciale mandatum mistrzyni Morgwyn, dla jej znajomego artysty, co od dekad był na emeryturze. Znalazłem jej precedens sprzed trzech wieków, który uratował jej twarz, w bardzo publicznym procesie. To był pierwszy raz gdy ktoś trzeci dostrzegł, że mogę być więcej-niż-bardzo-dobrym adwokatem. Jest ono dla mnie symbolum pierwszego kamienia milowego by zostać kim byłem przez ostatnią dekadę… a stalówka ze stopu mithrilu z adamantytem, okraszona odrobiną magii, gwarantuje, że nie dam rady go zużyć za mojego śmiertelnego życia. Kocham to piórko i przykro mi, ale nigdy go nie wymienię. Możemy ci znaleźć podobne, ale nie znam nikogo kto pracuje w adamatycie dla tak filigranowych elementów - przekomarzał się wciąż Viktor, rozbawiony tą dyskusją. Może te najbliższe godziny wcale nie będą tak nieznośne jak się spodziewał?
-
Ta cała Morgwyn raczej nie posiadała wysublimowanego gustu. - mówiła sama kreśląc słowa listu - Raczej jej wystarczyło, że miało w sobie ociupinkę magii i mithrilu, a za wygląd nie dopłacała. A może nie chciała za dużo wydawać na uczniaka. - powiedziała to bardzo nieprzejetym tonem szlachcianki pewnej swojej wyższości.
-
Mistrz Dalek był znany z tworzenia dzieł w stylu molgranitu, z elementami żelwornu. Rzadziej runeoryzmu. Lepiej są one znane wśród kultur krasnoludzkich, gnomickich i im okolicznych. Piórko to czysty molgranit i był on bardzo modny w moich kręgach w Cheliax, dwie dekady temu. Choć bez trudu potrafię zrozumieć czemu nie odpowiada on elfickiej estetyce o korzeniach w Galt. Jednak byłbym ci wdzięczny jakbyś nie lekceważyła mistrzyni Morgwyn. To ona dała mi szansę, dzięki której Viktor Goodmann miał realną możliwość się narodzić. Jeśli ci to jakoś ułatwi to wiedz, że Mistrzyni Morgwyn szczyci się tytułem szlacheckim volg, nawet jeśli to pośrednie miano, nie do końca równające się z prestiżem Myamtharsar. W Cheliax, w Isger, Andoranie a nawet w Nidal wyżej urodzeni mogli liczyć na wzajemny szacunek od suwerennych sobie tytułów. Galt nie praktykuje takiej kurtuazji? - zapytał z ciekawością w głosie.
-
W sumie... Tak. Chodź tam więcej było animozji niż przyjaźni. Więc raczej się nie ufało, bo zawsze ktoś mógł cię wydać niesprawiedliwie na śmierć. - wzruszyła ramionami prawie źle stawiając kreskę.
-
Ale podejrzewałbym, że te nieprzyjemności raczej były “za zamkniętymi drzwiami”. Bez świadków pozbawionych szlacheckich korzeni. Dla pospólstwa starano się wyglądać jak niewzruszony monolit, aby przypadkiem nie budzić w nim dziwnych pomysłów. Nie mylę się, prawda?
-
To... - Kaylie odłożyła pióro na bok i westchnęła - Pospólstwo w Galt zawsze ma dziwne pomysły... Lub ten, który nimi steruje akurat. Jako szlachcic czasami jesteś jak więzień w swoich włościach. Tak naprawdę nie czujesz się bezpieczny w ogóle. Nie możesz czuć się bezpieczny nawet otoczony własną rodziną. Śmierć może na siebie czekać wszędzie, o każdej porze i z ręki wszystkich... I możesz mieć tylko nadzieję, że to będzie po prostu śmierć.
Viktor milczał chwilę, choć nie przestawał pisać. -
Wszyscy byliście tam jak w potrzasku, co? - zapytał powoli i z ciężarem - Szlachcic, biedak, kapłan, karczmarz, menda czy kurtyzana. Każdy żył ze świadomością bliskości śmierci.
Kaylie ponownie wzięła pióro i wróciła do pisania. -
W pewien sposób społeczeństwo przyzwyczaiło się do tej myśli, że nic nie jest pewne, w tym i twoje życie. Mogło się zdarzyć niespodziewanie... w sumie wszystko. Mogłeś pójść do restauracji wraz ze swoją żoną, aby pojawili się Ogrodnicy i de facto porwali cię bez wyjaśnień po czym byłbyś tylko kolejną osobą, o której słuch zaginął. Nawet nie pozostało po tobie zupełnie nic, bo i nie zostałeś ścięty gilotyną. A co się stało z tobą? Nikt się nie dowie.
-
A, że człowiek się dostosuje do warunków to nie diubito. Widziałem to w stu i jednym wykonaniu, a oboje jesteśmy tylko kolejnymi exemplars. W Cheliax najsłabsi są uciskani i wykorzystywani, ale przynajmniej mogą się spodziewać, że jeśli będą grać zgodnie z narzuconymi zasadami to aparat państwa pozwoli im żyć w spokoju, a zbrodnie przeciw nim popełniane będą traktowane, co najmniej, jak naruszenie własności korony. Cieszę się, że tam mnie nogi poniosły na mojej banicji. Galt nie jest kompatybilny z moimi preferencjami.
-
Niektórzy z członków mojej rodziny zasiadali w Senacie Galt. Można go określić jako najbardziej stabilny kawałek naszego rządu. - powiedziała z jakąś dumą - Rewolucyjna Rada zmienia się... - zamilkła coś licząc - ... często. Ponad dziesiątkę już ich mieliśmy. Zawsze jedna rada zostaje powalona, aby druga przejęła kontrolę i powtórz. Krew, krew, krew. Senat niby powinien być wybierany co 8 lat, ale od dekad nie był zmieniony. W sumie dlatego, że ciągle były konflikty i kolejne masakry rządu. Nie znaczy to oczywiście, że nas to ominęło wszystko. Oryginalnie było trzystu członków. Teraz około setka. Wiesz, Ostateczne Ostrze.
-
W przyszłości aktualny status quo ulegnie zmianie. Jeśli nie dopuścimy sztychu pod nasze żebra to tego dożyjemy. Jednak nie stawiałbym pieniędzy, że wszyscy będą zadowoleni z tego jak przebiegnie proces zmiany, ani jak będzie ona wyglądała w swoim finale. W Cheliax wojna domowa trwała, z interruptionibus, niemal pięćdziesiąt lat, zanim udało się osiągnąć jakąkolwiek stabilność.
Kaylie odłożyła na bok jeden z zapisanych listów.
- Jesteś pierwszą osobą odkąd opuściłam Galt jaka chce mnie wysłuchać. I jakiej mogę powiedzieć o sobie. - zmieniła temat zaczynając następny list swoim ozdobnym charakterem pisma.
Khal uśmiechnął się do myśli. Trochę się namęczył i nagadał nim się otworzyła i cieszył się, że w końcu się udało. - Cieszę się, że tak mnie widzisz, Kruszyno. Do usług. Kiedy tylko masz ochotę.
- Zastanawiam się kiedy tego pożałujesz. - wypowiedziała zdanie zupełnie niefrasobliwie, jakby był to jeden z faktów.
- Heh… To problem dla Przyszłego-Viktora. Teraźniejszy-Viktor jest zbyt pewny siebie, by takimi możliwościami się przejmować.
- Teraz ty mi coś opowiedz. Jaki był Khali jak pierwszy raz miał kancelarię.
- Hej Kaylie, jesteś tu? - zapytał stłumiony glos Viktora zza nich, bardziej anonsując kto przybył, niż rzeczywiście o cokolwiek pytając.
-
Pióra cicho sunęły po papierze, gdy odwiedź kształtowała się w jego głowie.
-Khali dawno już nie używał tego imienia w tamtym momencie. Viktor z kolei dostał się do kancelarii Marcellion & Malcador. Szybko się tam piął i po zaledwie dwóch latach stał się starszym wspólnikiem. Jednym z trojga. Zaznaczę tu, że kancelaria choć wciąż elitarna, nie miała już w swoich szeregach pierwotnych założycieli, co dawno udali się w dalszą drogę. W chwili, o której mowa, właścicielami kancelarii byli Modewick volg Zespar oraz Sabrina vell Sarini. No i Viktor Goodmann.Viktor spojrzał przez okno, jakby szukając tam szczegółów dawnych wspomnień, a samozadowolony unosił kącik jego ust.
-
Początkowo współpraca pomiędzy tymi osobami przebiegała w pełnej harmonii, jednakże Zespar, z czasem poczuł się zagrożony. Wedle jego mniemania Viktor chciał dokonać przejęcia kancelarii. Faktualnie… miał on rację. Goodmann miał takie ambicje, ale był dopiero na zaawansowanym etapie formułowania planu siedmioletniego. Jeśli Zaspar nie zasięgnął do wróżby to jego przekonianie wynikało z jakiegoś nieporozumienia, bo nie dane mu były żadne przesłanki, mogące wzbudzić takie podejrzenia.
-
Dwuletni konflikt, który nastał z tego powodu, zakończył się poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi dla Sabriny, z których ledwie wyszła oraz przedłużonymi wakacjami w wieży Modewicka. Żadne z nich nie wróciło do zawodu.
-
Jaki był wtedy Viktor? Czuł się królem świata. I jego status majątkowy nagle przekroczył najoptymistyczniejsze oczekiwania. Trochę uderzyło mu to do głowy. Mógł łatwo zrujnować renomowaną kancelarię, która przez dwa wieki rozwiązywała największe sprawy prawne w Cheliax. Jakby jedną dużą sprawę więcej przegrał… było blisko pewnym momencie. Niemniej jednak ta ekstrawagancja, nie baczenie na koszta, postawa oraz bezczelność pomogły mu pokonać ostatni stopień klasizmu, z którym walczył wcześniejsze lata.
-
Sytuacja była bardzo delikatna. Hedonizm i pycha które prezentował łatwo mogły by zaskarbić mu pogardę, ale nie gdy za nimi stała wręcz rażąca w oczy kompetencja. Po kilku miesiącach, gdy już nikt nie mógł mieć wątpliwości, że to nie jest przypadek, a rzeczywista jego wybitność. Viktor Goodmann dał wreszcie radę zrzucić okowy swojego pochodzenia. Stał się postrzegany jako równy wysoko urodzonym i traktowany jako taki w każdym aspekcie, za wyjątkiem braku formalnego tytułowania. Jednak velga, vella, czy sora zastępowano Mistrzem co na swój sposób, w jego opinii, brzmiało tylko lepiej.
-
Od tego czasu otrzymywał zaproszenia na elitarne gale, bale oraz spotkania, do których nawet przedstawiciele niższej szlachty rzadko bywali dopuszczani. Żadna zawiść nie była bardziej widoczna, jak ta, którą dostrzegł w oczach szlachty, której odmówiono wstępu, gdy on – witany imiennie i tytułowany Mistrzem – prezentował im swoje plecy.
Viktor skończył opowieść, z jakąś mroczną dumą rozświetlającą jego spojrzenie.
Kaylie milczała kończąc pracę nad następnym listem. Dopiero, gdy odłożyła już go skończonego odezwała się mówiąc wprost.
- Ty czerpiesz radość z niszczenia żyć innych, prawda?
W słowach Arkanistki nie było pochwały, ale nie czuć było też nagany. Ona stwierdzała fakt, jakby sama była emocjonalnie odseparowana od empatii. Jakby chciała tylko wyrobić sobie większą opinię o Khalu. - Ciebie raduje zawiść, szczególnie taka pochodząca z wyższej półki społecznej, gdy sam stałeś się w twoim mniemaniu "królem świata". Bardzo okrojonego świata.
Viktor milczał chwilę, nie przestając pisać.
- Wyrażenie “czuł się królem świata” należy traktować jako figurę retoryczną i doskonale to rozumiesz. Nie przypisywałem sobie realnej supremacji ani nie uroiłem sobie korony na głowie. Świadomie rozumiałem zakres i granice własnych możliwości i wpływów. Twoja ocena nie jest trafna. Nie czerpałem satysfakcji z aktu krzywdy. Był on narzędziem do celu i to narzędzie kierowane było wobec tych co zasłużyli, w taki czy inny sposób… Choć nie twierdzę, że moje ręce są czyste. Operując przez lata wśród cheliańskich sępów obrosłem ich piórkami i nawet śpiewać zacząłem jak oni.
Na moment poświęcił myśl osobom, których upadek umożliwił mu osiągnięcie własnej pozycji. Tym, których jedyną "winą" była niepohamowana ambicja, która przywiodła ich na szczeble polityki Cheliax, gdzie nie oczekiwanie ataku zewsząd było niewybaczalnym grzechem.
-
Działania Zaspara doprowadziły Sabrinę do ciężkiego zawału i bez mojej interwencji możliwe, że by nie przeżyła. To jego decyzje i czyny sprowadziły na niego wyrok wieży i utraty licencji. Powodzenie mojego Planu Siedmioletniego pozwoliłoby im obojgu wciąż cieszyć się dostatnim życiem i zdrowiem. Do żadnego z nich nie czułem personalnej antypatii i tylko ambicja postawiła mnie naprzeciwko nim. I oni wiedzieli, że tak może się rozwinąć nasza historia. Nie stanąłem na sali jako świadek przeciw Zasparowi, bo i ja nie miałem mu za złe, że postanowił mnie wygryźć. Nie zostawiłem Sabriny samej z jej nieszczęściem, bo “brak personalnej antypatii” w jej przypadku jest głębokim niedopowiedzeniem…
-
Zaś co do oskarżeń o spijanie łez upokorzenia jako najsłodszego miodu, gdy kazałem podziwiać moje podeszwy tym co wcześniej uważali się za lepszych ode mnie… winny. Culpabilis, culpabilis i po raz czwarty: culpabilis. Każde ich krzywe spojrzenie, każda ich próba szerzenia fałszywych opowieści, każde nienawistne syknięcie było dla mnie jak hymn pochwalny. I jestem pewny, że to rozumiesz. Ty też doświadczyłaś niesprawiedliwej pogardy z racji niewłaściwego urodzenia i niewątpliwie miałaś kiedyś okazję udowodnić swoją wyższość krótkowzrocznemu długouchowi.
-
Nie rozumiesz. - powiedziała wprost - Nikomu niczego nie udowadniałam, bo... wiedziałam, że mają rację. - pewność w głosie arkanistki była wręcz niepokojąca - Ja marzyłam być elfem i ciężko było mi pogodzić się, że nim nie będę. Mogę być wyżej z urodzenia nad większością, lepszym w tym. Ale to mi nie pomagało, bo i tak byłam niżej niż elficcy szlachcice. I jestem. - pokręciła głową przerywając pisanie wpatrzona w litery - I tego nie mogę zmienić.
Ponowiła pisanie lecz wykonała nieuważny ruch dłonią, jakim zamazała słowo. Warknęła, zmęła kartkę i rzuciła ją na podłogę by zacząć na nowej od początku.
Viktor zastanawiał się chwilę nad odpowiedzią, przerywając nawet pisanie. Spojrzał na Kaylie z jakimś smutkiem.
-
Potrzebuję zrozumieć… jak rozumiesz słowo “lepszy”? Co ono dla ciebie oznacza w kontekście urodzenia?
-
Być urodzonym w wyższej klasie społecznej i w lepszej rasie. - powiedziała nie przerywając pisania i nie patrząc gdzie indziej.
-
I w jaki sposób czyni ich to lepszymi?
-
Jesteś z rodziny jakiej członkowie mieli cechy, których ci niżej nie. - powiedziała zimno - Są inteligentniejsi, piękniejsi. Coś czego na ulicach nie uświadczysz.
-
Czyli… “lepszy” oznacza inteligentniejszy i piękniejszy, tak? Coś jeszcze?
-
Posiadający cnych przodków, szlachetną linię. - powiedziała lekko zirytowana tak głupimi pytaniami.
-
Zaszczyć człowieczynę z rynsztoka, której chyba brakuje tej inteligencji… - prosił i nie było słychać w jego głosie mroku, który powoli się zbierał w jego psyche. - Co oznaczają te “cnoty przodków”? Jak rozpoznać tę “szlachetną linię” u dwóch ludzi postawionych nagich obok siebie… tu i teraz?
-
Wygląd, sposób mówienia i noszenia się. Bez znajomości rodowodu... Niższe klasy potrafią przebierać się za wyższe. Udawać. Cnoty przodków to przekazywane z pokolenia na pokolenie wartości i wielkość duszy.
-
I uważasz, że wszyscy… każdy jeden szlachetnie urodzony którego kiedykolwiek spotkałaś był inteligentniejszy, piękniejszy i cnotliwszy niż każdy jeden nisko urodzony którego kiedykolwiek spotkałaś?
-
Jako znaczna większość. Wyjątki są właśnie tym - wyjątkami. Zdarzają się, ale w większości nie istnieją.
-
Myślisz, że jakbym wziął tysiąc dzieci biedoty. I tysiąc potomków szlacheckich… zamienił je miejscami w sposób, że rodzice tego nie postrzegą… to dzieci szlacheckie, pozbawione dobrodziejstw pełnych brzuchów, edukacji czy medycyny wciąż okażą się inteligentniejsze i lepsze niż dzieci biedoty, wychowane ze wszystkimi przywilejami bogactwa?
-
Będą miały do tego predyspozycje... - odpowiedziała czując już niebezpieczeństwo.
-
Ah… zaczęliśmy temat od definitywnego stwierdzenia, nie pozostawiającego miejsca na wątpliwości. Przed chwilą pojawiły się wyjątki, a teraz jesteśmy już przy marnych predyspozycjach? Niech będzie… A co z tymi co się wkupują w szlachectwo? Albo wżeniają? Obydwa te sposoby były na moje wyciągnięcie ręki i kiedyś bym po któryś sięgnął, ale dumny byłem i wciąż jestem z drogi którą przebyłem.
-
Ci, co kupują szlachectwo są pogardzanym stanem, to nie są prawdziwi szlachcice. Mój ojciec się wżenił, pochodził z rodziny jakiś bogatych kupców i raczej nigdy naprawdę nie został zaakceptowany.
-
I czemu twoja matka wolała mężczyznę z plebsu, ponad wszystkich błękitnokrwistych których miała pod ręką?
-
Zakochała się w nim. Wbrew woli rodziny.
-
I zakochała się w nim… czemu? Nie miała lepszych opcji? Przecież sama była lepsza, a on gorszy… Nie mów mi tylko, że był jednym z wyjątków. Wierzę, że stać twoją bystrą główkę na więcej niż tak leniwe nie-argumenty…
Kaylie zamilkła. Co miała powiedzieć? -
Ja... Nie wiem...
-
I to jest, Kruszyno, bardzo wartościowa odpowiedź. Temat cię niepokoi, więc zakończę męczenie cię nim. Jednak zachęcam do refleksji nad tą rozmową. Ostatnia szczypta pokarmu dla myśli… błękitna krew w twoich żyłach nie ma dla mnie większego znaczenia niż to, że jesteś brunetką. Czyli żadnego. Chcę ciebie z powodu tego kim TY jesteś. Nie kim jest twoja matka, ani kim byli twoi przodkowie.
Khal sięgnął po jedną z kanapek i wrócił do pisania listów. -
A może po prostu kręci cię moje ciało. - odparła dopiero po dłuższym czasie, I'llgdy milcząc przepisywała listy.
Viktor uśmiechnął się, nieco pobłażliwie i otworzył usta… ale zamknął je nim wydał dźwięk i po chwili dopiero się odezwał. -
Mam na to dwie odpowiedzi. Ładną i brzydką. Którą chciałbyś usłyszeć?
-
Brzydką.
-
Spałem z, około, dwunastoma setkami kobiet. Tak w przybliżeniu, w luźnych szacunkach, bo ponad dekadę temu przestałem liczyć. Niemal wszystkie były piękne. Jest ci wiadome jak zjawiskowo potrafią rozkwitnąć dziewczęta, gdy ich rodzice dysponują pieniędzmi, wiedzą i czasem by je odpowiednio ukształtować. Miałem najlepsze co Cheliax ma do zaoferowania. Kobiety o urodzie dla której poeci wypowiadali sobie wojny liryczne. Za których spojrzenie ludzie zabijali. Które zdążyły zapomnieć jak brzmi słowo “nie”, bo nikt nie był w stanie odmówić ich oczom. I one również wypadały z rotacji. Twoja uroda jest miła moim oczom i dłoniom, ale jakbyś tylko ją miała do zaoferowania to by się ta historia nie potoczyła tak jak ci się wydaje.
Zrobił krótka pauzję, dla wyczucia jej nastroju i reakcji. -
Czy to naprawdę aż tak absurdalna myśl, że mogę widzieć w tobie więcej niż biust i przodków? Nie dostrzegasz, że jesteś znacznie więcej niż tymi dwiema drobnostkami? Przy czym zaznaczyć tutaj pragnę, że te dwa powody, pomimo że wypowiedziane jednym ciągiem, nie są w tej samej kategorii. Twój biust ma dla mnie znaczenie. Twoje pochodzenia żadnego.
Arkanistka w tym momencie wyglądała na naprawdę boleśnie uderzoną. Wlepiła wzrok w kartkę i dalej pracowała starając się za często nie mrugać. Widział ją jak jedną z mniej ciekawych swoich zdobyczy... -
Mhm... - mruknęła cicho - To przecież zrozumiałe. Miałeś tak wiele kobiet, piękniejszych, jakie lepiej cię satysfakcjonowały. Głupio byłoby zrezygnować z tego, skoro może być i znowu wielość wyboru. W końcu dla ciebie nie ma żadnego znaczenia pochodzenie. - uparcie unikała spojrzenia Khala.
Khal westchnął przestawił swoje krzesło i usiadł za Kaylie, obejmując ją ramionami i opierając czoło o tył jej głowy. -
To co cały czas chcę ci powiedzieć… - mówił powoli, łagodniejszym głosem - …to to, że jesteś ZNACZNIE więcej niż tylko swoim pochodzeniem. Ja ci mówię, że jesteś znacznie więcej niż piękną szlacianką. I to “znacznie więcej” jest tym co czyni ciebie wyjątkową. Wiele jest pięknych kobiet na świecie. Wiele jest szlachcianek. Wiele jest pięknych szlachcianek. Ale jest tylko jedna Kaylie. Rozumiesz co mam na myśli?
-
Ale to dlatego potrzebujesz swojej rotacji. - powiedziała cicho - Nie wystarczę... Czy czegoś nie robię? - nadal siedziała tyłem do Khala.
Viktor milczał dłuższą chwilę, szukając odpowiedzi. -
Nie myśl o tym zbyt intensywnie, Kruszyno. To nie o ciebie chodzi. Po prostu, taki już jestem. Nie wiem, czy byłem “taki stworzony” czy coś się we mnie zepsuło po drodze, ale już pół tysiąca kobiet próbowało mnie przekonać do monogamii… kilka razy nawet uwierzyłem im, że może się to udać… ale zawsze kończyło się tak samo. Taki już jestem. Ludzie poukładani i zdrowi na głowę nie zostają arcykapłanami diabłów.
Kaylie spuściła głowę. -
Rozumiem. - słowo kobiety było wyprane z emocji. Patrzyła w kartkę zamykając swoje uczucia głęboko w sobie skute ciężkim łańcuchem.
Milczeli dłuższą chwilę, z ciężarami na sercach, których nie potrafili strącić. -
Część mnie, Kruszyno… ma nadzieję, że kiedyś spotkasz kogoś lepszego niż ja i kopniesz mnie wtedy w dupę, tak jak na to zasługuję. Do tego czasu postaram się ci wynagrodzić to kim jestem. I to kim być nie potrafię.
Rozplótł ramiona i wrócił na swoje miejsce. Jeszcze wiele pracy było przed nimi.
Kaylie przepisywała bez ustanku w ten sposób nie pozwalając myślom się przytłoczyć. Po kilku następnych skończonych listach odłożyła pióro by trochę wygimnastykować dłonie.
-
Planujesz coś jeszcze dziś?
-
Z twoją pomocą skończę w miarę wcześnie, to będę w stanie zabrać się za generowanie funduszy. Z rana zobaczę jak będę się czuł, to może prześpię się dwie godziny. Wyślę listy i z Zoryą pojadę się spotkać. Liczę, że da mi jakieś punkty zaczepienia, bym mógł zacząć jej dzieci szukać. Miała się nad tym zastanowić.
Zorya... Kobieta poczuła uścisk w żołądku na to imię. -
Mhm... A jak te fundusze będziesz zbierał?
-
Tworząc kolejny magiczny płaszcz na sprzedaż. Na nie zawsze jest popyt. Szybszej metody nie znajdę bez zagrożenia. A pieniądze co się za wyprawę na alchemika należały… najwyraźniej Filia uznała, że robiliśmy to pro bono. Tym lepiej. Waluta wdzięczności jest często cenniejsza niż samo złoto, ale oddala nas to trochę od świątyni.
-
Gdzie to chcesz sprzedać?
-
Znalazłem pośredników, biorących zaniżoną marżę. Z nich skorzystam.
-
Jakich pośredników? - zapytała podejrzliwie - Czy to ci twoi kumple?
-
No i widzisz? To nie twoja krew ani ciało uczyniły ten wniosek oczywistym, a twoja własna główka - stwierdził z pochwałą - Z tobą nigdy nie załamują mi się ręce, gdy trzeci raz z rzędu muszę zasugerować coś w jeszcze prostszy sposób, gdy preferuję nie mówić czegoś wprost.
-
Mogę z tobą pójść do nich?
Vitor zmarszczył brwi. -
To zrezygnowałaś już zupełnie z planów dołączenia do straży?
Kaylie westchnęła. -
Mogę zostać tym Łowcą Głów czy innym najemnikiem dla straży... Bo powiedzmy sobie szczerze. Nawet gdybym ich nigdy nie spotkała, a weszła do straży to nie mogłabym unikać powiedzenia, że ty wiesz kim są.
-
Skoro tak uważasz to tylko więcej miałem racji w mojej niechęci opowiadania ci o nich. Jak będę się z nimi widział i będziesz miała czas to cię zabiorę, ale gdy nie łączę tego z budowaniem kontaktów są to krótkie wizyty.
-
... ty naprawdę nie chcesz bym się poznała z twoimi znajomymi, co? - zapytała, choć już znała odpowiedź.
-
A wnioskujesz to po tym, że z miejsca się zgodziłem cię zabrać? - zapytał Viktor powątpiewająco - To nie tak, że nie chcę ci ich przedstawiać, ale nie wierzę by przypadli ci do gustu. To są głównie krasnoludy i półkrwiści. I są ucieleśnieniem wszelkich stereotypów na temat swojej rasy… a ja wchodząc między wrony zaczynam jak wrona krakać, więc spodziewam się możliwych uszczypliwości z tym związanych. Zapraszałem cię już na obiad z Malmem. Bez zająknięcia powiedziałem, że zabiorę cię do Zmierzchowców. Naprawdę nie rozumiem skąd wnioski, że czegoś tu nie chcę.
-
Bo starasz się mnie zniechęcić za wszelką cenę. - odpowiedziała szczerze - Jakbyś się mnie wstydził przed pokurczami.
-
Dlaczego cały czas starasz się wymyślić najgorszą możliwą interpretację, hmm? Nie ma możliwości abym to ja wstydził się pokurczów przed tobą? Zdążyłaś mi powiedzieć co myślisz o gorszych rasach i gorszym urodzeniu. Mi JUŻ gdzieś tam kiełkuje wrażenie nieadekwatności w twoich oczach. Co jak wejdę między nich i przyjmę typowo krasnoludzkie zachowanie? Wraz z udziałem w konkursie na najdonośniejsze bęknięcie, bądź najsmrodliwszego pierda?
-
To nie możesz zachowywać się jak cywilizowany człowiek? - zmarszczyła brwi - I czy twoja matka to pochwalała?
-
Wciągnięcie mojej matki do dyskusji, w formie taktyki retorycznej uważam za niesmaczne i nie będziemy tego robić - oprotestował tonem pełnym determinacji i pewności - I zostało zauważone, że nie zaprzeczyłaś mojej “nieadekwatności”. Doceniam - krzywy nie-uśmiech i ton jednoznacznie przeczyły jego słowom. - A ofertę wzięcia cię do zmierzchowców uznaj za nieważną. Rozwiały się właśnie moje wątpliwości co do twojego postrzegania tej wesołej zgrai i mojej osoby w jej towarzystwie. Z kolei odpowiadając na twoje pytanie: Nie. Nie mogę się tam zachowywać, tak jakbyś ty to nazwała “jak cywilizowany człowiek”, bo mój plan wymaga by uznali mnie za swego. Nie oddadzą mi przywództwa nad sobą, jeśli będę wyglądał jakbym czuł się od nich lepszy.
Reakcja Khala wyraźnie zaskoczyła kobietę. -
Czy ktoś ci już kiedyś mówił, że jesteś histerykiem? Zapytałam o matkę tylko temu by dowiedzieć się czy za dzieciaka ot tak sobie latałeś z pokurczami i nikt ci nie bronił tego. A co do nieadekwatności to nawet nie widziałam potrzeby tego rozwijać. Nie spałabym z tobą, gdybyś był dla mnie nieadekwatny, nie obrażaj mnie!
-
Mam dość tej dyskusji - stwierdził krótko - Masz jakieś plany na jutro? Wykorzystałbym trochę ciebie, jeśli nic czasochłonnego…
Jaka z niego baba... -
Do czego? - zapytała wracając do pisania.
-
Na staromostowej jest ten kurier o którym ci wspominałem. Jakbyś mogła zająć się zaniesieniem mu listów i zaznaczeniem, że trzeba będzie je odczytać to oszczędziłoby mi czasu rano.
-
I pospałbyś w końcu jak normalny człowiek, a nie latał po mieście? - zapytała z naganą w głosie.
-
Wątpię. Może dwie godziny się prześpię, ale dla mnie to jak cała noc - wzniósł dłoń w górę, prezentując pierścień i opuścił ją dopiero gdy Kaylie rzuciła w końcu spojrzeniem. - Ale myślę, że jeszcze nie potrzebuję. Dwie pominięte noce to dla mnie chleb powszedni. Choć po pół dnia spędzonym w siodle już wątpię bym dał radę trzecią. Muszę jakieś szybsze metody transportu opracować… ale to nie dziś, nie jutro.
-
Khal, dorośnij wreszcie! - odłożyła pióro i podeszła do mężczyzny stając nad nim ze skrzyżowanymi na piersi rękoma - Nie możesz tak mordować swojego organizmu, jesteś już na to za stary!
-
Yhym… protest został usłyszany i odrzucony. Mam zbyt dużo do zrobienia - odpowiedział i dopiero po skończeniu linijki tekstu podniósł na nią spojrzenie - Kaylie. Mówiłaś, że fascynuje cię ten gnojek co z rynsztoku wybił się na najwyższe cheliańskie salony. Myślisz, że w jaki sposób on to osiągnął? Myślisz, że Piórami tam zostawali ludzie którzy mieli zdrowy cykl; snu i jawy? Nie. Wszyscy spaliśmy nie więcej niż kilka godzin dziennie i wszyscy się czymś wspomagaliśmy. Chwała niebiosom-łamane-przez-piekłom, że ja szybko zacząłem korzystać z dobrodziejstw magii. Jeszcze nawet nim sam ją we własne ręce dostałem. Ten pierścień starczyłby do nabycia małej wioski - zaprezentował znowu prosty, stalowy pierścień, ozdobiony jedynie regularnymi liniami dziweru, gdzie warstwy stali zbite po raz czternasty wreszcie pękały i scalały się, tworząc regularne faliste wzory - Nie doceniasz magii objawionej. Ona potrafi naprawiać wszelkie zniszczenia. Wyleczenie niedoborów snu to kuglarska sztuczka w kontekście możliwości wyleczenia odrąbanej głowy. Gdy to wszystko się skończy… może wtedy będę w stanie przespać całą noc.
-
Skoro magia objawiona jest taka dobra w leczeniu to czemu nie wyleczy twoich traum? - mruknęła - Ja się o ciebie chcę troszczyć, ale ty to sabotujesz. Ciągle masz taką jakąś obsesję, by pokazać jakim silnym facetem jesteś.
-
Ależ wyleczy… - opowiedział nagle płasko - … w dniu gdy wskrzeszę moją matkę. Pach… - pstryknął palcami - … ot tak będę zdrowy i wszystko będzie wreszcie jak zawsze miało być. Wszystko to co ci we mnie zaimponowało, cały upór i zdolności które nabyłem, dzięki którym dotarłem na moje szczyty… nic z tego nie było za darmo. Wszystko opłaciłem brakiem snu, potem i krwią. Jakbym chciał osiadać na laurach zostałbym na Zachodnim Wybrzeżu. Tam rzeczywiście mogłem odpuścić… zadowolić się byciem Siódmym Piórem Cheliax, by przesypiać pełne noce i móc żyć powoli. Nie zrobiłem tego. Porzuciłem wszystko co miałem i rozpocząłem nowy maraton, wierząc, że na jego końcu czeka mnie więcej niż w Cheliax mogłem marzyć. Ale nie mogę się teraz zatrzymać, nie mogę nawet zwolnić, bo inaczej wszystko pójdzie w diabły. Doceniam, że chcesz się o mnie troszczyć. Naprawdę… i dlatego nie frustrują mnie twoje starania… ale nie zawsze mogę pozwolić ci się skusić i to jest właśnie ten moment.
Kaylie na pewno nie była zadowolona z tej odpowiedzi, a wręcz była smutna z jej powodu. Nie podobało się jej to podejście i zaczęła się obawiać czy postawiła na odpowiednią osobę. Czy w ogóle ten związek rozwinie się w sposób jaki miała ona nadzieję.
- Ile zakładasz, że to wszystko potrwa?
- Ten maraton? Nie wiem. Może za dwa miesiące będzie stała już świątynia, nic się po drodze nie skomplikuje, Yasperhyde będzie martwy, a moja matka… żywa… wtedy nie musiałbym już nigdzie pędzić i wreszcie bym odpoczął. A może będzie jak zwykle… i wszystko będzie zakończone, klepnięte i zatwierdzone nie prędzej niż za dekadę, tylko po to aby nagle rozpoczął się zupełnie nowy rozdział, jeszcze bardziej burzliwy niż ten.
Kaylie spojrzała na swoje dłonie. - Czemu więc postanowiłeś teraz spróbować ze związkiem, nie czekając na spokojny czas? I co jeżeli twoja matka powróci? Wtedy pewnie wszystko zsuniesz na dalszy plan.
- Kaylie…. o co ci rzeczywiście chodzi? - zapytał zmartwiony - Nie wątpisz przecież w sens tego co jest między nami tylko dlatego, że nie chcę marnować czasu i nerwów na sen, prawda? Dziś praktycznie cały dzień spędzamy razem i odnoszę wrażenie, że wcale nie czujesz się zaniedbana. Więc co jest twoim zmartwieniem? Jaki jest rdzeń problemu?
Kobieta wróciła na krzesło ciągle patrząc na swoje dłonie. Co miała powiedzieć? Nie chciała go antagonizować, a wychodziło, że najwyraźniej był on bardzo drażliwy i delikatny na punkcie niektórych tematów. - Chcę po prostu wiedzieć... - zawahała się i rozpoczęła ponownie - Chcę zrozumieć... Czy mamy takie same spojrzenie na przyszłość w związku. Czego ty tak naprawdę chcesz od niego. Jak on może wpłynąć na twoje plany...
Viktor oparł łokcie na swoich kolanach i jego spojrzenie również powędrowało nisko.
- Chcę wszystkiego… - odpowiedział po chwili, trochę odlegle. - Próbuję pochwycić za ogony stado srok i żadnej nie puścić. Odzyskać matkę. Być z tobą. Doprowadzić do końca mój Wielki Plan. Zamordować Yasperhyde’a. Prawdopodobnie również Blackfyre’a. Nigdy nie obiecałem ci nic ponadto, że dam z siebie wszystko aby nam się udało… i tej obietnicy zamierzam dotrzymać. Ale możliwe, że kiedy lepiej mnie poznasz, zrozumiesz, że ja nie potrafię być księciem z bajki. Ja nie jestem dobrym człowiekiem. Więc małe są szanse bym był dobrym partnerem. Nie jest absurdalny scenariusz, że najlepszą byłaby opcja, gdy wykorzystasz mnie i czas spędzony ze mną aby trochę się w główce podleczyć… trochę sobie w niej poukładać… i wtedy znajdziesz dla siebie kogoś, kto posiada w sobie więcej niż żal i smolistą drwinę. Nie zrozum mnie źle, nie byłbym szczęśliwy z tego powodu… ale bym zrozumiał.
Milczała. Czuła jak zimno w gardle jej zabiera głos. Przygryzła wargę i ponownie wzięła pióro w dłoń. - Wróćmy do pracy. - powiedziała pustym głosem starającym się skryć chwast, jakim był rozrastający się strach.
“Stary, naiwny dureń…” myślał gdy się prostował i obracał do stołu “...aż tak bardzo chciałeś by zaprzeczyła?”
Odsunął od siebie tę myśl. Zbyt dobrze rozumiał powody dla których miałaby go zostawić. Kłócenie się z nimi było jak zaprzeczanie błękitowi nieba. Musiał się z tym pogodzić. - Jest jak jest… - szepnął do siebie, najdrobniejszą odrobinę głośniej niż chciał i wrócił do pracy. Mieli jeszcze godziny pracy przed sobą. I właśnie chyba stała się ona nieznośna.
Kaylie spojrzała na Khala, gdy szept do niej dotarł. Nie rozumiała co miał na myśli...
-
O czym mówisz? - zapytała sądząc, że on coś do niej chciał powiedzieć - Co jest jak jest?
-
Do siebie mamroczę - odpowiedział z grymasem, wciąż pisząc - Swoista mantra de moi-même. Miałem nadzieję, że spędzimy ten czas w lepszej atmosferze… i to NIE jest zarzut do ciebie, a do mnie samego. Nie przejmuj się. Wybacz, że nie jestem lepszy.
-
Jesteś lepszy niż byś myślał. - stwierdziła - Dla mnie najlepszy. Po prostu się boję... Ja naprawdę nie jestem dobra, gdy idzie o związki. Zawsze coś robię nie tak... Temu mnie zostawiali wcześniej czy później. Boję się tego i teraz, że gdy moje chęci będą sprzeczne z twoimi własnymi... Po prostu się ewakuujesz lub nie będziesz chciał bym je zrealizowała, jeżeli staną naprzeciw twoim planom.
Viktor zbierał przez kilka chwil myśli. -
Tak długo póki nie będziesz próbowała przekonać mnie do zaniechania poszukiwań matki, albo “pracy” dla Kozła… będzie dobrze. Chyba… martwisz się jakimiś konkretnymi planami, których miałbym nie chcieć byś realizowała?
-
Kiedyś... Chciałabym mieć dziecko, ale nie tylko tyle. Z partnerem, jaki by w tym brał udział. - westchnęła - Nie wiem jeszcze, ale... Jeżeli kiedyś bym spotkała tych co mnie skrzywdzili... - pokręciła głową - Nie umiem powiedzieć. Na pewno bym zrobiła coś, co w żaden sposób nie byłoby za prawem.
-
Z dzieckiem… nie jestem pewny czy jestem w stanie ci pomóc. Nie mam wiary bym był wartością dodaną dla dziecka… i wciąż uważam, że sprowadzanie na ten świat czegoś co nigdy nie musiało zaistnieć jest okrucieństwem. Z drugim jednak odpowiedź jest prostsza. Nie jestem fanatykiem. Odwet… “Oko za oko” jest świętym prawem i nawet Kozioł zadaje się, choćby niechętnie, je akceptować. To co zamierzam zrobić z Yasperhyde’m też technicznie może być wbrew dosłownej literze prawa.
-
A jeżeli to dziecko byłoby już na świecie? By istniało tylko potrzebowało rodziców?
-
Myślisz o przygarnięciu jakiegoś?
-
Chcę wiedzieć co o takiej opcji myślisz.
Viktor znów dał sobie czas na przemyślenie odpowiedzi. -
Nihilistyczny problem moralny zostaje w ten sposób rozwiązany. Ale zastanów się chwilę… i szczerze… Byś to dziecko kochała. Czy chciałabyś aby ta niewinna istotka miała ojca takiego jak ja? Jestem kapłanem diabła. Jestem nim bo wierzę, w jego sprawę. Ze wszystkich bogów spoglądających na Golarion on jest najbliższy mojej moralności. Nie zgadzam się z nim we wszystkim, oj nie… ale w zdecydowanej większości… i jako ojciec przekazywał bym dziecku moje wartości moralne. To jest nie tyle konieczne, co nieuniknione, jeśli nie miałbym udawać kogoś kim nie jestem. Czy to cię… nie mierzi w zły sposób?
-
Widzisz się jako ktoś gorszy niż naprawdę jesteś. - pokręciła głową - Miałby też mnie i moje wartości moralne. Czemu zakładasz najgorszą z możliwości? Chcesz być potężnym arcykapłanem. Mieć wpływy na tym terenie, a nie chcesz pozostawić po sobie żadnego spadku? W Piekłach to już nie będziesz ty. To miejsce wypacza i całą istotę zmienia. Naprawdę nie chciałbyś aby ktokolwiek pamiętał Khala Frey?
-
Khala Freya tylko ty widzisz. Dla świata jestem Viktorem Goodmannem. Dla siebie, w znacznej mierze, również. Jeśli się spiszę to Azazel da mi zachować tyle siebie ile jest to możliwe, a przede wszystkim poczucie ciągłości tożsamości. Z mojej perspektywy… to wciąż będę ja. Nie mniej niż wciąż jestem tym samym człowiekiem, co spał w komórce pod schodami w bibliotece Isger. Pozostawienie spadkobiercy po mnie… nie będę kłamał, porusza jakąś niedookreśloną strunę. Jednak jej brzmienie przytłacza ryzyko, że będę tak złym ojcem jak się boję i miałby on dla mnie tylko żal… albo gorzej: stałby się drugim mną.
-
Ja nie wiem czy chciałabym zachować cokolwiek po drugiej stronie ze swojej osoby. - powiedziała wprost - Czy nie wolałabym zostawić wszystkiego w tym miejscu, całego bólu i traumy. Stać się kimś innym. - patrzyła poważnie - Pamiętaną tylko przez tych co zostaną w życiu.
-
Ja chcę mieć w piekle pałac z różowego marmuru. Każdego wieku być kimś więcej i więcej niż poprzedniego. Zatańczyć na grobach wszystkich moich wrogów, po tym jak zerżnę im żony i córki. Zakończyć moje istnienie dopiero kiedy sam podejmę tę decyzję. Na przekór światu, co próbował mnie zgnieść.
-
Więc mamy inne cele. - stwierdziła smutno - Ty patrzysz na życie po śmierci. Ja tylko na doczesne. - westchnęła - Mówiąc szczerze nie mam za dużego przywiązania do wszystkiego co by ten diabeł chciał. Mam za to dość dużo złości skierowanej w jego stronę. - powiedziała szczerze i zaraz zaniemówiła na jeden oddech - Czyli... Ty masz zamiar zerżnąć Filię?!
Khal zamrugał kilkukrotnie oczami analizując co właśnie usłyszał. -
Aaaaa…. pytasz bo powiedziałem, że… - pokręcił głową, chichocząc nisko - Nie. To była figura liryczna. Zbyt wiele komplikacji mogłoby się z tego zrodzić… i wygląda na zadowoloną ze swojego związku z Davelem. Nie chcę tego psuć.
-
Davionem. - poprawiła - A co w związku zresztą mojej wypowiedzi?
-
Mamy różne cele, to fakt, ale nie wykluczające się. Nie dostrzegam tu problemu.
-
Naprawdę? Nie widzisz czemu bym chciała pozostawić kogoś po sobie? - westchnęła z irytacją - I czy nie widzisz jako kapłan problemu z moim brakiem chęci działania dla tego rogatego skurwiela?
-
Nie jestem fanatykiem - wzruszył ramionami - I rozumiem skąd twoje uczucia. Jakąkolwiek problematykę bym dostrzegł dopiero jakbyś zaczęła mi aktywnie przeszkadzać w wykonywaniu jego woli. I rozumiem również czemu chcesz dziecko… To ja jestem w mniejszości i, oczywiście, uważam, że moja filozofia jest słuszna, inaczej bym jej nie miał jako swojej, ale nie mam zamiaru próbować wymusić jej na kimkolwiek, ani nawet sugerować.
-
Mogę przeszkadzać pasywnie, po prostu nie pomagając i nie przyspieszając procesu moją pomocą. Nie umiem po prostu znaleźć żadnej motywacji w mojej sytuacji.
Viktor westchnął i spojrzał na nią.
- Twoja sytuacja nie jest łatwa, wiem. I kiedyś mu w końcu wwałkuję do rogatego czerepu, że miękkie metody wpływu są znacznie skuteczniejsze i tworzą popleczników bardziej takich jak ja, niż takich jak ty. Troszczysz się o mnie i ja też chcę się troszczyć o ciebie… będę z tobą aby pomóc ci to przejść… może zamiast wykonywać jego rozkazy, wolałabyś mi pomagać? Może wydawać się, że to semantyka… ale to jest zupełnie co innego.
- O czym mówisz? - zapytała z niepewnością.
- Możesz pracować na rzecz jego wiary myśląc o sobie jako jego podległej. I będziesz nienawidziła każdego jednego momentu tego procesu. Całkowicie słusznie i zrozumiale. Proponuję ci tu alternatywę… chrzań go. Nie myśl o nim. Nie kontaktuj się z nim jeśli nie trzeba. Zapomnij o jego istnieniu tak bardzo jak się da. I pracuj dla jego wiary, ale dlatego, że chcesz pomóc mi. Potraktuj to jako poświęcenie dla mnie. Nie dla niego. A kiedy wszystko będzie skończone – dzięki tobie znacznie szybciej, dodać trzeba – będę miał czas zasypiać i budzić się przy tobie.
Kaylie przetarła powieki.
- Myślałam... by zakręcić się wokół szlachcianek w bibliotece... Choć sama już nie wiem. Chciałabym móc nawiązać kontakt z tym Fernem, On na pewno ma dostęp do lepszych ksiąg z magiczną wiedzą, a to także otworzyłoby też dodatkowe drzwi. - powiedziała niezbyt pewna swoich słów.
- Fern to ciężki orzech do zgryzienia. Mam wrażenie, że to paranoik. To nie rzadkie u dywinatorów, ale kontakty z lokalną szlachtą zawsze są cenne. Więc jeśli czujesz się w tym dobrze to zachęcam. Nawet bez odgórnego celu rekrutacji, czy nawracania. Same kontakty są wartościowe.
Kaylie pokiwała głową zgadzając się. - Raczej nie będę miała problemów. I ostatnia rozmowa w bibliotece o romansach podobała mi się. - przyznała się - Może przez te babki nawiążę kontakt z Fernem. Wiem, że bywa w karczmie, Ale wolałabym to raczej bardziej oficjalnie ogarnąć, nawet jeżeli będzie "przypadkiem".
- Jak się pojawi otwarcie to ci w tym pomogę… rozmowa o romansach w bibliotece, mówisz? Ma związek z tytułami na twoim stoliku? - zapytał weselej, znając odpowiedź, ale zadziornie ciągnąć ją za jezyk.
0- Ostatnio wymieniałyśmy się swoimi gustami literackimi. - powiedziała dumnie i bez wstydu - I rozmawiałyśmy o pikantniejszych kawałkach.
- Oho… robi się ciekawie. Jakiś konkretny podtyp? - zapytał z zainteresowaniem.
- Rozmawiałyśmy o książkach opisujących zakazane romanse, o gorących kochankach... Ale nie o tych bardzo gorszących, choć opisanych tak dobrze, że aż serca pobudzały. - Kaylie uśmiechnęła się do swoich myśli - O słowach tak zniewalających, że silniejszych niż jakikolwiek łańcuch, jakie i cnotliwą dziewoję z tej cnoty obrabują. - westchnęła lekko na wspomnienia.
- Uuu… to mówisz, że na kobiety działają takie słowa? - zapytał serdecznie, choć odrobinę drwiąco, w sposób który sprawiał, że nie brzmiało to wcale jak pytanie, ale deklaracja głębokiego rozumienia tematu. Zachichotał nisko pod nosem. - To z tych dzieł przyszedł ci wtedy pomysł chodzenia nago pod iluzją?
Na te słowa Kaylie spłonęła ostrym rumieńcem i zakryła twarz w dłoniach. - Ja tylko chciałam byś był bardzo zadowolony! - jęknęła - Mężczyzn ruszają takie rzeczy i chcą by ich kobieta była zdana na ich siłę i łaskę.
- Hmmm… skoro tak mówisz… - odpowiedział z powątpiewaniem i chichotem w głosie.
Miałby coś do powiedzenia o tym jak kobiety są ruszane przez takie rzeczy, ale trochę zbyt świeżo w pamięci miał przedpołudnie.
Sięgnął po kanapkę. - Rzecz jasna łap jedną jakbyś miała ochotę.
Kaylie wzięła jedną z kanapek i zaczęła ją przegryzać.
- Miałam wystarczająco do czynienia z różnymi mężczyznami. - powiedziała między kęsami - Dominacja to było coś co większość bardzo chętnie przyjmowała. Tak bardzo sprawiało im to przyjemność. - mówiła bardzo spokojnie, jakby w ogóle jej nie ruszało to wszystko - Niektórzy uwielbiali trzymać władzę i patrzeć jak korzysz się przed nimi. Zupełnie jakby samo to poczucie sprawiało im większe spełnienie niż sam stosunek.
- Yhhhym… - przytakujące mruknięcie przez chwile zdawało się mieć być jedyną odpowiedzią - A jak ty się wtedy czułaś?
Arkanistka początkowo wydawała się zdziwiona pytaniem. Nie do końca nie mogła zrozumieć w pierwszym momencie. - Ja? - zapytała niepewnie - Ja... - pokręciła głową - Robiłam co chcieli, jak aktorka w przedstawieniu. Oni byli zadowoleni, Nyer był. - uśmiechnęła się na siłę - Robiłam co miałam.
Ta odpowiedź nie była tak naprawdę odpowiedzią na pytanie Khala. - Nie pytam co robiłaś. Nie pytam czy im się podobało. Pytam jak TY się z tym czułaś?
Pytał łagodnym tonem, jakby od niechcenia, przerywając pisanie aby rozluźnić dłoń. - Tak jak ty się czułeś wykonując dobrze swoją pracę, gdy zadowoliłeś swojego klienta i wygrałeś jego sprawę. - ponownie odpowiedziała okrężnie - Dostawałeś zapłatę przecież.
- Byłaś z siebie dumna i choć wiedziałaś, że potrzebujesz tych kilku dni wakacji, to nie mogłaś się już doczekać następnego razu?
Kaylie milczała przeżuwając kanapkę.
- Cieszyłam się z tego co otrzymam. Że wykonałam dobrze polecenia Nyera. Że mnie nagrodzi...
- Jest wiele kobiet – i mężczyzn również, należałoby zaznaczyć – którzy czerpią wielką przyjemność z oddania zaufanej osobie władzy nad sobą. Pośród nich jest pewna część która uwielbia również być w trakcie… upodlona. Nie chodzi im o nagrody, ani nic co miałoby być potem, ale o sam proces. Ty wcale nie brzmisz jakbyś do nich należała, dobrze myślę?
- Jeżeli by to miało ci dać radość to mogłabym należeć. - powiedziała to jakby chcąc pokazać, że może spełnić jego życzenia jeżeli takie by miał.
- Kiedyś uganiałem się za margrabiną, jeszcze w czasach nim dopracowałem moje techniki. Nie pamiętam już jej imienia. Bawiło ją to, ale uwielbiała ten proces nie mniej niż ja. Pod koniec zgodziła się ze mną przespać… “no bo co jej szkodzi?”. Z miejsca straciłem zainteresowanie. Ostatecznie przespaliśmy się ze sobą, ale to było trzy lata później i wtedy to ona za mną latała. Entuzjazm i ekscytacja są dla mnie kluczowe. Zawsze były. Te razy gdy partnerka była w klimacie – tak to w moich kręgach nazywaliśmy – stawały się one drastycznie istotniejsze. Jeżeli kiedyś TY byś chciała… dla samej siebie i swojej własnej przyjemności, a nie dla mnie… to będę potrzebował trochę więcej niż “mogłabym”. Ale ja w żadnym razie nie naciskam. Byłem po obu stronach pejczyka w życiu i jeśli już to wolę go trzymać, ale nie zależy mi aby w ogóle on był obecny… pejczyk jest tu, oczywiście, figurą liryczną. Mówię o całym klimacie.
Przez następną minutę kobieta bardzo powoli żuła kawalątek kanapki. Widać było, że musi zbierać myśli lub zastanawiać się jakiego uniku użyć. Wykorzystała ten czas jak najdłużej potrafiła, aby jeszcze nie wyglądało to niemożliwie, jakby ciągle chciała gryźć zmiażdżoną dawno kanapkę. - Z nimi... - odezwała się przełknąwszy jedzenie - Nie każdy był taki... Potrafiłam czasem poczuć się... Dobrze... Bo niektórzy z nich byli po prostu delikatni... - przyznała z jakimś strachem - Zazwyczaj po prostu nie czułam żadnych emocji. To było... Jak praca. - spuściła wzrok.
Viktor wyciągnął rękę i chwycił ją za dłoń. - Może umówimy się, że to nigdy nie będzie już praca dla żadnego z nas, co?
Kaylie powoli pokiwała głową i przysunęła rękę Khala do swojego policzka by chwilę się w nią powtulać.
- Musimy to skończyć pisać, co? - zapytała jakby mając nadzieję, że jednak nie będzie trzeba.
- Niestety tak… aczkolwiek… tsk tsk tsk… z twoją pomocą wyrobiliśmy zapas… więc jakąś przerwę dałoby się wcisnąć w grafik…
- A masz coś na myśli? - zapytała odkładając pióro.
- Są pewne opcje…
Kaylie uśmiechnęła się na te słowa. - Chodź ze mną do łóżka. Poprzytulamy się i poodpoczywamy.
I naprawdę tylko o tym myślała...
-
-
Godzinę później Khal i Kaylie leżeli na jej łóżku całkowicie ubrani, a kobieta wtulała się w tors mężczyzny. najwyraźniej ten moment sprawiał jej wielką przyjemność, choć absolutnie nie była ona seksualna. Samo poczucie bliskości i bezpieczeństwo jakie z niego wynikało było dla niej ważną sprawą.
- Musimy wrócić do pracy, prawda? - szepnęła wyraźnie rozstanielona sytuacją.
- Przynajmniej ja muszę - ni to zaprzeczył, ni potwierdził… choć po prawdzie… on też nie chciał wstawać. Z drugiej strony dotarło do niego, że robi się bardziej i bardziej śpiący. - Ty leż, Kruszyno, jeśli chcesz. Dam sobie radę - zachęcił, samemu siadając na łóżku.
- Możesz mnie tą swoją cudowną magią rozbudzić? - zapytała unosząc się na rękach - Nie chcę tego ćpać jak ty, ale chociaż tyle. I chciałam się też z tobą skonsultować co do mojego planu. Jak ogarnąć tego maga. - zapytała głaszcząc szczękę Khala.
Viktor zamknął dłoń Kaylie w swoich własnych i wymruczał krótką inkantację, zbyt cichą by mogła go usłyszeć. Poczuła rozlewającą się po jej ciele powoli kroczącą falę orzeźwienia, przepędzającego senność. - Masz już jakiś plan?
- Ja raczej tworzę plany podczas ich egzekucji. Gdy nie masz pomysłu to przecież nic cię nie zaskoczy. - uśmiechnęła się - nie wiem czy w bibliotece dostanę odpowiednie możliwości dobrania się do tego mężczyzny, ale na pewno powinnam zebrać trochę informacji. Jeżeli na niego jednak wpadnę to mam zamiar po prostu zainteresować się jego magiczną umiejętnością i opcjami jakie by przede mną otwierała znajomość z nim. Wiesz, jak to dwóch używających magii wtajemniczeń by rozmawiało. Chcę się po prostu dowiedzieć od ciebie czy ty masz jakieś pomysły. Szczerze, nigdy nie byłam dobra w relacjach społecznych, w ich zawiązywaniu na dłuższe chwile. Jestem szlachcianką i znam się na etykiecie, ale nie dotarłam do wieku, gdy szlachcice zaczynają knuć na salonach.
- A ja jestem bardzo dobry w relacjach społecznych i na razie nie udało mi się do niego dotrzeć. Ale to nihil jeszcze nie oznacza… to nie tak, że ktokolwiek może być uniwersalnie lubiany. Jak na razie wiemy, że regularnie bywa we Dworze. Wie, że Otto nie jest śmiertelnikiem i próbuje go rozszyfrować. Na razie bez efektów. Wtedy możesz mieć do niego podejście. Mówiłem ci już, że oskarżałbym go o przynajmniej delikatną paranoję i to w zupełnie innym wykonaniu niż moja, więc to będzie utrudniało… powiedz mi… jaki jest twój cel w zaznajomieniu się z nim? Chcesz mieć towarzysza do rozmów o arkanach, na poziomie którego ja, pomimo mojej głębokiej wiedzy o w zasadzie wszystkim, zapewnić nie potrafię? Chcesz go zwerbować z czasem do religii? Czy chciałabyś dostępu do jego biblioteki dla dalszego studium własnego?
- Pierwsze i trzecie, a do tego przez taką znajomość zrobić sobie dostęp na salony i do barona, zaznajomić się z wyższą klasą. - wyjaśniła.
- Hmmm… Zasadniczo to bym sugerował podejście “opus est auxilio”... potrzeba pomocy. To jest metoda którą ciebie “podszedłem” w Brodach Nivakty. Przychodzisz z problemem, lecz zadajesz pytanie w sposób nie pozostawiający wątpliwości, że rozumiesz temat i podjęłaś już próby rozwiązania go. Próbujesz zainteresować współrozmówcę, aby sprowokować dalsze interakcje. Dobrze jest wyciągnąć od niego jakąś małą przysługę. Nie ważne jaką. Ludzie naturalnie cieplej myślą o tych którym kiedyś w czymś pomogli. To daje otwarcie. Tylko sugerowałbym… nie rób tego swojego numeru z recytowaniem strony i akapitu księgi. To wygląda… nienaturalnie. Jakbyś jakąś sztuczkę stosowała, albo co gorsza… chciała się przechwalać. Na przykład ja… Trzecie Pióro Cheliax, mógłbym co najwyżej powiedzieć, że w Codex Iuris Civilis Cheliax cum Commentariis Praefecti lorda legatusa Auctoritasa – praktycznie świętej księdze w moich kręgach – znam na pamięć strony rozdziałów… i mówię tu o pamięci mięśniowej, więc nie wyrecytuję ich i zadziała tylko w przypadku konkretnie mojego egzemplarza. Na przechwałki jest czas i miejsce, ale one nie są gdy chce się dopiero zbudować wartościową znajomość… i nie ma znaczenia, że nie miałaś zamiaru się przechwalać. Tak to MOŻE być odebrane. Co innego gdybyś chciała kogoś przytłoczyć i zmusić aby ci ustąpił, wtedy to jest potężna broń. To mi się zdarzało robić, choć musiałem specjalnie wyryć strony w pamięci.
- To nie są przechwałki! - odparła urażonym tonem - Magowie robią takie rzeczy ciągle! Co jest złego w pokazaniu, że z tobą w ogóle warto rozmawiać?
- Ja tak nie potrafię. Czy postrzegasz mnie jako niewartego rozmowy? - zapytał zadziornie.
- Rozmowy o arkanach magii wtajemniczeń? Tak. - wypowiedziała to zupełnie naturalnym tonem jakby wierzyła we wszystko - Magowie czasami potrafią mnie nie widzieć jako kogoś im równego. Słyszałam już, że tacy jak ja po prostu próbują oszukać i nie umiejąc Sztuki wykorzystują jakieś sztuczki, aby nadużyć mocy. Łatwiej ich przekonać jak im od razu pokażesz swoje wykształcenie. Nie będą cię widzieć jako oszusta wyrywającego ze Splotu bez zrozumienia co w ogóle robi.
Viktor zmrużył brwi, nie do końca zadowolony. - Dziewczę drogie… studiowałem różnice między atrybutami manicznymi koniunkcji a zmiennymi pętlami sigilarnymi zanim ojciec twojego ogrodnika zdążył nauczyć go trzymać ręce przy sobie. Znam teorię metamagicznych rekursji ścieżek nekrotycznych. Nie wrzucaj mnie do jednego wora z nieukami dla których rezonanse alchemiczne kończą się na podgrzewaniu żelaza. Jeszcze dziś w nocy będę stosował metody dekompozycji trójfazowych pieczęci etherium przy dwukanałowej krystalizacji węzłów, aby wesprzeć moją własną magię w czasie kolejnego tworzenia. Z miejsca wyrecytuję ci gradienty abjuracyjne według szkoły westaryjskiej, albo cheliańskiej. Rozumiem schizmy arkan prescencyjnych i pływy elementarne evokacji. Nawet wgłębiłem się, choć nie do dna, w thassilonańskie runy, nazywane “szkołą grzechu”. Postaw mnie w pokoju z setką magów Golarionu, będę wiedział o arkanach więcej niż dziewięćdziesięciu z nich. A magia arkanistyczna to tylko mój projekt poboczny… Jeden z bardzo wielu. Jedyny raz gdy miałaś okazję zobaczyć moją wiedzę z tej dziedziny był trzy lata temu, gdy z tamtym małym problemikiem do ciebie przyszedłem... podpowiedź: znałem jego rozwiązanie. Był dla mnie tylko pretekstem by rozmowę z tobą zacząć. Mówisz, że inni magowie czasem ciebie nie doceniają? Oh… jestem taki ciekaw jakie to uczucie.
- Twoja ironia nie pasuje. - parsknęła - Znasz teorię, ale z tej magii nie umiesz korzystać. Używasz pożyczonej siły magicznej jako kapłan, to co innego. A jeżeli chcesz być podbudowany to ja nigdy nie byłam zainteresowana w tworzeniu magicznych świecuszek jakie można na targu kupić, więc w tym masz wiedzę jakiej ja nie mam. - tym razem to ona powiedziała urażonym ironicznym tonem.
- Dziewczę drogie… Może nie prześcigajmy się lepiej kto wie więcej, a kto mniej. Niepraktyczność mojej wiedzy arkanistycznej – nawet JAKBY była faktualna – nie jest powiązana z tematem. Zarzutem była moja niezdolność prowadzenia rozmowy o arkanach magicznych… z kolei jeśli sądzisz, że bycie poniżej twojego poziomu odbiera mi prawo brania udziału w dyskusji… to wnioski ci się nie spodobają.
- O jakich wnioskach mówisz? - zapytała z obawą.
- Ughh… Kaylie. Gdy chcesz traktować ludzi w jakiś sposób rozważ czy chciałabyś być tak traktowana na ich miejscu. Ponieważ nie dościgam ciebie w dziedzinie arkany upierasz się, że nie jestem dla ciebie partnerem do rozmowy o magii. Popraw mnie jeśli się mylę… Hmmm? Co będzie jeśli Fern uzna, że TY nie dościgasz GO w tej wiedzy? Byś się czuła uczciwie potraktowana gdyby nie uznał ciebie za równą pierwszemu z brzegu nieukowi? Z całym twoim wysiłkiem i pracą w to włożoną? One zasługują by machnąć na nie ręką, tylko dlatego, że znalazłaś się w pomieszczeniu z kimś o trochę większej wiedzy? Pokarm dla myśli: pracownicy w kancelarii słyszeli ode mnie coś takiego tylko jeśli zaleźli mi za skórę i to w momencie kiedy przerywałem naszą współpracę.
Arkanistka spuściła głowę wyraźnie niepocieszona ze słów prawnika. - Za często mnie tak traktowano, więc nie czuję powodu aby teraz nie móc tak samej traktować innych. - burknęła - A czy ci wyrzuceni przez ciebie byli już przez siebie użyci wystarczająco często, że się znudzili?
- Czy JA ciebie tak traktowałem? - zapytał przechylając głowę w bok, z niepokojącym spojrzeniem.
- Nie... - przyznała cicho.
- A wiesz czemu tak ciebie nie potraktowałem, gdy moja magia pozwoliła nam znaleźć Ahaira, te pół tuzina innych razy, które by się znalazło i czemu nigdy ciebie tak nie potraktuję?
Kaylie pokręciła głową. - Po pierwsze jest to krzywe zachowanie. Spójrz na mnie. Przeszliśmy od tulenia się i śmiania do tego - dłonią zaprezentował swoją sfrustrowaną twarz i ciężkie spojrzenie - Cały mój wysiłek i pracę, z których jestem dumny, wdeptałaś w ziemię tym jednym zdaniem… Dałem ci szansę się wycofać. Tak, że oboje byśmy zachowali twarz, ale poszłaś w zaparte i drwinę. Zmusiłaś mnie do podjęcia decyzji: albo przyznam ci rację – choćby przez nie zaprzeczenie – albo wejdę z tobą w konflikt. Warto było?
Niby-pytanie, wcale nie było to pytaniem, a obserwacją i kontynuował nie czekając na odpowiedź. - Po drugie, co ważniejsze… to byłoby nierozsądne. To byłoby marnotrawienie potencjału. Roztrwonienie prawdopodobnego atutu. Gdy temat zejdzie na struktury geologiczne i warstwowanie skał w regionach sejsmicznych, by wyekstrapolować prawdopodobne zejście do zapadniętego grobowca… gdy będę musiał rozwikłać zagadkę nie-migracyjnej krystalizacji ciała pochłoniętego przez splugawionego nekromantycznie mykonida… gdy potrzebować będę rozszyfrować interakcje cieku parowego, wydostającego się z terenów granicznych planów wody i ognia… będę chciał wykorzystać każdą najmniejszą drobinkę twojej wiedzy. Nawet jeśli będzie mniejsza od mojej. Tak samo jak analizy tematu z adwokatami, co posiadali ułamek mojej wiedzy o prawie, wciąż były cenne. Choćby dlatego, że stymulowali moje własne myślenie, ale okazjonalnie mieli dobre pomysły. I zaważyć tu trzeba, że przepaść między mną a nimi prawdopodobnie jest drastycznie większa niż różnica między nami dwojgiem.
- Kruszyno… - kontynuował po wdechu, już łagodniej - Wydaje mi się, że rozumiem co tu się stało. Byłaś tak traktowana przez innych i to ciebie bodło. Wciąż gdzieś tam ci doskwiera. To nie jest uczciwe potraktowanie. Gdzieś tam w główce zauważyłaś “Schemat” tylko tym razem byłaś z innej jego strony. Postanowiłaś, w ramach jakiegoś meta-odwetu, zagrać zgodnie z nim. Tylko zapomniałaś, że ja nigdy nie brałem udziału w “Schemacie” i nie zasługuję na forsowne umieszczenie w nim. Mam tu choć trochę racji?
Kobieta wyraźnie skuliła głowę i odwróciła wzrok na bok. Było jej głupio tylko ciężko byłoby jej to przyznać. Zaciskała zęby i dłonie próbując wymyślić sposób odwetu werbalnego. Straszliwie ją drażniło, że Khal umiał gadać i gadać ciągle wyciągając z rękawa jakieś sposoby na wygranie dyskusji. - Nienawidzę cię za to. - burknęła - Chcesz zawsze pokazać, że twoje jest na wierzchu jak na sali sądowej. Nienawidzę tego. Kiedy ja wchodzę w jakąś dyskusję to zawsze są w niej tylko dwie opcje: albo wygrasz albo przegrasz. To całe "wychodzenie z twarzą" jest tylko ucieczką tchórza. - ciągle nie patrzyła w stronę Khala - Przepraszam. Nie było moim zamiarem zranienie ciebie. Po prostu... - zamilkła, jako że nie wiedziała sama co powiedzieć.
Viktor położył dłoń na jej kolanie i zacisnął czule… po czym zadziornie szturchnął jej ramię barkiem. - You… are… - niska melodia wydostała się z jego ust i z początku powolna szybko nabierała tempa i “pazura”.
...looser, baby.
A loser, goddamn baby
You're a fucked-up little whiny bitch
You're a loser just like me
You're a screw-loose boozer and only one-star reviews-er
You're a power bottom at rock bottom
But you got company.Viktor uśmiechał się do Kaylie niemal przez cały czas, gdy ona mrugała na niego nierozumiejącymi oczami. Nie był pewny jak mu wyjdzie, ale z gardła wydobył czyste i klarowne nuty, w większości trafiające prosto w zamierzone dźwięki a rytm i tempo utrzymał po prostu jak należało. Był zadowolony z siebie i z niezrozumienia w szeroko otworzonych oczach Kaylie, którą piosenka zdała się skutecznie poderwać z dołka, więc rozochocony nabrał tylko tempa i mocy.
We're both losers, baby, we're losers
It's okay to be a coked-up dick-sucking hoe.
Baby, that's fine by me
I'm a loser, honey
A schmoozer and a dummy
But at least I know I'm not alone you're a loser just like meViktor otworzył oczy i już nie gibał się już w rytmie piosenki, ale uśmiech miał tylko jeszcze poszerzony gdy spojrzał na Kaylie.
- Mam jeszcze kilka zwrotek, jeśli wciąż się dąsasz! - “zagroził” jej ale choćby się starać nie dałoby się wziąć tego poważnie, gdy przed chwilą śpiewał z pełnym wczuciem się, z mimiką i gestykulacją, a nawet poddrygiwał jakby taniec próbował się wyrwać mu z ciała.
Kaylie uśmiechnęła się z rozbawieniem i wtuliła się w policzek Khala zarzucając mu ramiona na szyję.
- Często tak się w Cheliax wydurniałeś i stąd zostałeś umieszczony na przedzie Pierzastego rankingu?
- Ehm… faktualne jest, że tytuł Któregoś-tam Pióra ma w sobie elementy konkursu popularności - odpowiedział z nie-smutkiem w głosie i uśmiechem tańczącym w kącikach jego ust - a ja raz czy dwa zszargałem swoją dumę i godność dając usłyszeć moje skrzeki szerszej publiczności, dla kilku punktów społecznych. Więc nie mogę, z czystym sumieniem, zaprzeczyć twojemu twierdzeniu.
- Więc te punkty zyskałeś głównie takimi wygłupami oraz umiejętnością wykorzystania kobiet. - powiedziała głosem, jaki sugerował, iż drażnij się z nim.
- Winny, winny… - pokręcił głową, wznosząc dłonie jakby się poddawał. - Proszę o łagodny wyrok i liczę na szybkie zwolnienie za dobre sprawowanie.
- Tylko jeżeli po napisaniu listów nie odejdziesz w nocy! - pocałowała Khala w policzek.
- Hmmm… tworzenie nie jest głośne, więc jeśli będziesz mogła spać, gdy będę pracował przy stole… to mogę pójść na taki układ.
Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Myślała, że będzie wymówka czy rozsądne zaprzeczenie z bólem, a tu... - Naprawdę? - zapytała z niepewnością - Zostaniesz? - w oczach była obawa, że się myli pomieszana z radością.
- Tak, Kruszyno… - przytaknął nieco rozczulony - …tu jest lepszy klimat niż w piwnicy i towarzystwo też nieco lepsze.
Na co Kaylie pocałowała mężczyznę w usta. - Dokończymy więc te listy. - powiedziała radośnie, jakby wcale nie było tego spięcia jeszcze chwilę temu.
-
Viktor rozłożył się na stole Kaylie ze swoimi przyrządami. Ona już drzemała, szybko odpływając w sen. Jego ciało protestowało i również chciało skorzystać, ale wiedział, że ma zbyt wiele do zrobienia… i koszta alternatywne też były zbyt wysokie.
- Chciało ci się oddać jej ostatnie odnowienie, to masz… - syknął szeptem, niewidzialny głos na jego barku.
- Dam radę. Zasłużyła.
Fisuś żachnął się niezadowolony. - Ale ona teraz śpi, a ty masz całą noc przed sobą.
- Ale to jest noc którą spędzę na czymś konstruktywnym, a nie pisaniu, w kółko, tych samych listów. A by mnie cholera strzeliła. Zdążyłem zapomnieć jak nie znoszę tak bezmyślnej roboty. Myślałem, że nostalgia mi to umili, ale nie! Potrzebuję tej kancelarii i asystentów od brudnej roboty… Apropos… posiadłszy przeciwstawne kciuki kwalifikujesz się do awansu.
- … znaczy… więcej roboty, bez podwyżki?
- Ależ skąd? Za kogo ty mnie masz? Podniosę ci pensję o całe piętnaście procent!
- O całe… - ekscytacja chowańca zgasła równie szybko jak zabłysła. - Nie wierzę, że znów mnie na to złapałeś…
- Hyhy… też cię kocham, mały. I… jeszcze raz przepraszam za tamten numer…
Nastrój nagle się złamał, przygnieciony winą, która wciąż była świeża. - Tia… - szepnął chowaniec po chwili, patrząc gdzieś w bok. - Przypomnij mi, jak poznałeś tego karka, co wikidajłował ci w kancelarii? Boryat się nazywał? Tam w Nivakcie, co Kaylie pierwszy raz spotkałeś?
Viktor się uśmiechnął. Wiedział dobrze do czego Fisuś zmierzał i nie opierał się. - Wynająłem go jako wsparcie dla nas. Razem z jego bratem. Zdradzili nas. I przyprowadzili kumpli… ale gdy przyszło co do czego próbował negocjować z nimi nasze życie. I nie podniósł na nas ręki w tych kilkunastu sekundach walki, gdy ich zabiliśmy. Dałem mu drugą szansę. Zabrałem ze sobą do Cheliax gdzie wiernie mi służył aż do mojego wyjazdu. Jest teraz przykładnym obywatelem. Ma śliczną córeczkę i przeszczęśliwą żonę…
- I o jaki morał zawsze ci chodziło, gdy tę historię komuś opowiadałeś?
Viktor westchnął podłużnie. - O drugą szansę. Nie każdy zasługuje, ale wielu tak.
- No to potraktuj to jako swoją drugą szansę. Minie trochę czasu nim o tym zapomnimy i będziemy mogli się śmiać, ale nie powtórz tego i…
- Nigdy! - Viktor wbił się w słowo chowańca, z werwą która aż przestraszyła go, że może Kaylie wybudzić z płytkiego snu, ale gdy obejrzał się wciąż miała oczy zamknięte.
- …i będziemy na czystym. A teraz mamy chyba robotę, co?
Kliknij w miniaturkę
Viktor nie tworzył kolejnego płaszcza, tak jak planował wcześniej, bo dzięki Kaylie miał czas na coś ambitniejszego. Więcej środków do wygenerowania… ale był zmęczony i poplątał węzły magiczne w konstruowanym pasie. Był to solidny twór, ze skóry minotaura. Co prawda, była ona tylko marginalnie wytrzymalsza od skóry byka, ale struktury arkano-krystaliczne łatwiej się w nim mieściły.
-
Fisuś, przejmij proszę kwadrę cztery-piętnaście i zamknij, dobrze?
Piekielny imp, sięgnął rękoma do nieistniejących połączeń, nie otwierając oczu. Uchwycił je delikatnie między palce i zaczął powoli zaplatać. Nie było to permanentne rozwiązanie, ale dawało czas odpocząć. Viktor oparł dłonie wierzchami na krawędzi blatu. Nie zostawił sobie dużo miejsca na wygodę. -
Uhhh… kiedyś to lepiej znosiłem - sapnął pozwalając głowie zawisnąć pół-bezwładnie.
-
Yhym… Może wiedźma ma rację mówiąc, że za stary na to jesteś?
-
Możliwe. Nie abym mógł sobie pozwolić na spowolnienie.
-
To na przyszłość trochę egocentryczniej dysponuj, swoim magicznym wspomaganiem, hmmm? To jest druga noc kiedy nie śpisz. Bez magii długo nie pociągniesz.
-
Dam radę, Sir Fistaszku. Będę tylko trochę więcej na tobie polegał, dobrze?
W ciszy co nastała między nimi nagle robiło się… jakby ciepło… przyjemnie. -
Wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć.
-
Wiem. I dziękuję ci za to. Nie wiem jakbym sobie bez ciebie poradził.
-
Ughh… daj spokój, bo się czerwieńszy jeszcze zrobię!
Viktor zachichotał nisko, a Fisuś zaraz dołączył do niego. -
Chyba zbliża się czas.
-
Yhym… to nie będzie przyjemne. Ostatnio trochę zaniedbałem, a to nie przystoi.
Viktor usiadł po drugiej stronie stołu. Czysta kartka na blacie, stare pióro w dłoni.
Wyprostował się. Zamknął oczy… i czekał. Godzina nocy zbliżała się i czuł to. Obecność jego boga zawsze była dla niego jakby łaskotaniem gdzieś z tyłu języka, ale teraz nabierała mocy.- Caper Emissarius, tibi cultum defero… - wyszeptał zapadając w półtrans, a jego dłoń zaczęła pisać. Sama prowadziła piórko po papierze w nienaturalnym tańcu kreśląc imiona wszystkich co byli na którejkolwiek z list Azazela. Tych którym był winny przysługi, którzy byli winni mu. Jego sojuszników i wrogów. Najdłuższa lista miała imiona istot które go skrzywdziły na tyle, że urazy jątrzyć się miały aż do momentu ich odkupienia.
Gdy jego ręka sama pisała jego umysł był tak jakby gdzie indziej. Część pozostała we Dworze. Świadoma i czuwająca, ale większość była w obecności jego Benefaktora. Nie postrzegał go w żaden sposób, poza nieokreślonym uczuciem, ale tak to zawsze wyglądało w czasie głębszej modlitwy. Rzeczywiście widział go swoimi oczami i słyszał swoimi uszami gdy był wzywany na audiencję. Jednak to poczucie starczyło. Czysto emocjonalnie pochylił czoło i pozdrowił go, a potem opowiedział o ostatnich wydarzeniach. O sukcesach jakie osiągnęli, o planach jakie miał, o tym jak przekonywał do siebie lokalnych przedstawicieli i, że był o dwa kroki od założenia nie skrytego kultu, ale oficjalnej i legalnej religii. Cały czas czuł się… obserwowany. Jakby za jego plecami drapieżnik wwiercał spojrzenie prosto w jego kark, albo aortę. Wiedział, że w tym stanie jest na łasce swojego boga, ale ufał jego pragmatyzmowi i ufał jego słowu. Nie łączyła go z Azazelem więź jaka może paladyna z Regathielem, czy kapłana z Shelyn. Oni mogli liczyć, że jak zawiodą to wciąż otrzymają swoje miejsce w ich zaświatach. Jeśli Viktor by zawiódł i Azazel w tej porażce utraciłby w niego wiarę… los kapłana nie byłby do pozazdroszczenia.
Jednak teraz nie czuł zawodu. Nie czuł nagany, a czystą aprobatę.
I echo tej aprobaty towarzyszyło mu z powrotem do Popielnego Dworu.
Spuścił z siebie powietrze i spojrzał na kartkę. Bazgroły. Wypełniona po brzegi samymi bazgrołami. Zawsze tak było. A jednak był pewien, że każdy bazgroł był imieniem, bądź tytułem.- Chyba dobrze poszło? - zapytał chowaniec.
- Tak. Mamy termin. Teraz muszę zmusić siostrzyczkę do przecierpienia ze mną tej godziny czy dwóch.
- Yhym…
- Co jest?
- No więc…
- …
- …
- No więc… - szepnął zachęcająco.
- Pamiętasz plan?
- Który plan?
- Ten z pytaniami.
- Tttak… co z nim? - zapytał kapłan, czując, że zrobiło mu się nagle gorąco.
- Chyba możemy spróbować.
- Ale… teraz? - zapytał z głupim wyrazem twarzy. Nie oczekiwał tego w najbliższych miesiącach, a przynajmniej tygodniach.
- Tak. Chyba. Wiesz… nie robiłem tego jeszcze.
Viktor odsunął przybory na bok, oparł łokcie na stole i oparł usta na złożonych dłoniach. Czuł jak krew zaszalała mu w żyłach w rytm ekscytacji. Chwilę próbował się uspokoić. Znał pytania. Zaplanował je i poprawiał setki razy, szukając najlepszych metod, ale teraz zdawały się być gdzieś… gdziekolwiek tylko nie w jego głowie. - Viktor. Robisz się blady i czerwony jednocześnie. Oddychaj.
- W porządku. Jestem - stwierdził w końcu. - Mam już pytanie.
Sen Kaylie zrobił się niespokojny. Dekady wyrobionych na szlaku odruchów nawet w nieświadomości dały się we znaki zbliżyła się do jawy, tak blisko, że zaczęła się ona przesączać do mary. Ktoś coś mówił… powoli i łagodnie… był smutny. Nie… pocieszał. To był Khal… świadomość szybko do niej wracała, a myśli nabierały tempa. Uchyliła oczy, ale obraz wciąż się rozmywał… nie, to nie był Khal, a Fisuś… czasem tam bardzo przypominał głos swojego kapłana…
- … inny sposób.
- Wiem. Ja po prostu…
Zacisnęła powieki przeganiając mgłę i gdy otworzyła oczy wreszcie widziała. Wiktor siedział z drugiej stron stołu. Oparty łokciami o blat, z twarzą schowaną w dłoniach. Wydawał się taki… mały… Fisuś stał przed nim, obejmując jego głowę i głaszcząc go powoli. - Wiem, Viktor. Wiem. Też myślałem, że się uda…
Kaylie nic się nie odezwała, a jedynie po cichu postarała się zajść Khala od tyłu by delikatnie zarzucić mu ręce na szyję w utuleniu. Spotkała spojrzenie Fisusia po drodze, ale ten ją tylko zachęcił gestem dłoni.
Viktor spiął się gdy objęła go dodatkowa para rąk, a potem, wraz ze zrozumieniem, zdał się jeszcze bardziej skurczyć.- Kaylie, ja… - chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zachłysnął się powietrzem i stracił wiarę, że da radę wydać z siebie artykułowalny dźwięk, a nawet, że z oddechem nie wyda z siebie żałosnego jęknięcia, więc wstrzymał go.
- Ćśśś… Viktor, ja jej powiem, dobrze? - zapytał Fisuś. Emocje kapłana były burzliwe, ale dla chowańca jasne i klarowne. Po krótkiej chwili odpowiedziało mu krótkie kiwnięcie głowy.
- Drugi etap jednego z planów nie wypalił… jakby się udał… to byłyby dwa-trzy tygodnie nim byśmy ją odnaleźli.
- Myślałem… - sapnął Viktor nieco niewyraźnie, przez dłonie kryjącego jego twarz. -... za dużo… sobie myś… - znów głos ugrzązł mu w gardle.
Kaylie pochwyciła jego twarz rozsuwając mu dłonie. Udała, że nie dostrzegła łez w jego oczach, ani tych kilku co roztarły się na jego policzkach i ucałowała go w usta. - Znajdziemy ją. - powiedziała kończąc pocałunek - Jak nie tak to w inny sposób. Mamy czas.
Viktor objął ją i dłuższy czas nikt z ich trójki nic nie mówił, a Viktor… nawet teraz nie do końca rozumiał jak dobrze było nie być w tym momencie samemu.
Niedookreślony czas później Kaylie wróciła do łóżka, a Viktor, wbrew jej naleganiom, do pracy. Wiele wysiłku miał jeszcze dziś do włożenia tej nocy.
-
Baltizar
Majestat powoli sunęła po rzece Esmara, szerokim, płaskim dnem muskając nurt niczym leniwy krokodyl. Popołudniowe światło przedzierało się przez wysokie korony drzew po obu stronach rzeki, barwiąc świat na złoto i zieleń. Ptaki świergotały ospale. Owady bzyczały. A na beczce przy przednim maszcie stał Baltizar Harpenes, z rozpostartymi ramionami, kapeluszem przekrzywionym z wdziękiem, przemawiając do półzainteresowanej załogi.
- … kiedy olbrzymi węgorz odkrył, że pierścień księcia utknął mu w gardzieli, wykrztusił: ‘Na Głębokie Dno! Zostałem uszlachcony!’ - Uśmiechnął się szeroko, dumny z dowcipu, wywołując kilka cichych chichotów i jęknięcie gdzieś spod steru.
Kapitan Amelia leżała nieopodal na zwiniętej linie, jej srebrzyste futro lśniło w słońcu. Długi, cętkowany ogon drgał lekko z rozbawienia, gdy ostrzyła sztylet o osełkę.
Robisz postępy, Baltizarze - zamruczała. -Ten prawie bolał. - Obdarzyła go powolnym, zębatym uśmiechem. -Masz szczęście, że moja załoga potrzebowała śmiechu. Dziś na rzece jest... zbyt cicho.”
Zbyt cicho.
Słowa ledwo opuściły jej pysk, gdy rozległ się świszczący świst. Bełt wbił się w drewno tuż przy uchu Baltizara. - Zasadzka! - krzyknęła Amelia, błyskawicznie stając na nogi.
Z lewego brzegu wybuchły trzcinowiska, a z nich wybiegły niskie, skórzaste postacie — Boggardy. Oczy ropuch świeciły mokrym blaskiem w niknącym świetle dnia, ich rechoty były głębokie i gardłowe, jak bębny w zalanej jaskini. Większość trzymała krótkie włócznie, kilku miało prymitywne kusze, a wszyscy odziani byli w zbroje z poskładanych skór i rzecznego pancerza. - Boggardy! Tarcze w górę! - wrzasnął ktoś z załogi.
Majestat zakołysała się gwałtownie, gdy kilku napastników wskoczyło bezpośrednio na pokład, ich błoniaste stopy mlaskały mokro o deski. Jeden przewrócił skrzynkę z cebulą; inny przebił nogę marynarza, zanim Amelia rzuciła się na niego w błysku stali i kocich przekleństw.
W powietrzu rozbrzmiewały wojenne pieśni Boggardów. Stal uderzała o stal. Drewno trzaskało.
Kaylie
Miasto powoli budziło się ze snu, gdy arkanistka poczuła delikatne szturchanie.
– Kaylie... Kaylie, obudź się. Nowy dzień trzeba przywitać – powiedziała Lilia, rudowłosa córka Otto, pochylając się nad Galtianką z delikatnym uśmiech. – Śniadanie czeka na dole. Odciągniesz tego swojego Goodmana od biurka? Dużo się dzieje i tata potrzebuje pomocy.Nie czekając na odpowiedź, Lilia wybiegła z pokoju arkanistki. Kaylie dokończyła ubieranie się i pakowanie ekwipunku. Gdy sięgnęła po rękojeść miecza, usłyszała w głowie głos Rhaasta.
- Musimy porozmawiać.
Khal
W komnacie Kaylie, przy przestronnym biurku Khal właśnie kończył swoje dzieło. Czuł, że zmęczenie zaczyna dawać się we znaki. Przypomniało mu to stare czasy, gdy dopiero zaczynał naukę prawa i potrafił studiować do nieprzytomności. Ból głowy uświadomił mu jednak, jak dawno to było – nie miał już tego samego wigoru, by zarywać kilka nocy z rzędu. Mimo to nie mógł sobie pozwolić na stratę czasu.
Wyjrzał przez okno – słońce na dobre rozgościło się na niebie, a na ulicach zaczęli pojawiać się ludzie. Zauważył kilku strażników miejskich zmierzających w stronę Popielnego Dworu – tym razem bez Filii.
Nawet nie usłyszał kiedy Lilia wkroczyła do pomieszczenia i zaczęła budzić Kaylie.Nowy dzień, nowe przygody.
- … kiedy olbrzymi węgorz odkrył, że pierścień księcia utknął mu w gardzieli, wykrztusił: ‘Na Głębokie Dno! Zostałem uszlachcony!’ - Uśmiechnął się szeroko, dumny z dowcipu, wywołując kilka cichych chichotów i jęknięcie gdzieś spod steru.