Sharn - Mrocznymi Scieżkami
-
Ukryty pod płasczem swojej “niewidzialności”, czy też raczej “niepercepcji” Bekhesh obserwował rozwój wypadków z niemałą dozą irytacji. Wszystko co się tutaj działo było dramatycznym marnotrawstem czasu i środków, o nieprzewidywalności potencjalnych reperkusji nawet nie wspominając. Miał jednak nadrzędny cel którym była ochrona Alestaira i gdy tylko zauważył że goblin z którym ten się mierzył zaczyna sprawiać problemy natychmiast wszedł do akcji. Krótkie dźgnięcie nożem sprawiło że ponownie stał się “zauważalny”, pożyczona magia była słaba. Po pierwszym ciosie pokurcz wciąż stał na nogach, co gorsza goblin spróbował wymknąć się Bekheshowi, ale kiedy hobgoblin już zamierzał się do ataku, by wykorzystać otwarcie, to okazało się być zmyłką. Mały nożownik zawinął się w piruecie, tnąc przeciwnika po skroni - gdyby nie zwinność Bekhesha, krew właśnie zalewałaby mu oczy, a tak skończyło się “jedynie” na solidnej ranie. Pokurcz wykorzystał ten moment nieuwagi, by odskoczyć na sam dziób łodzi - w drugiej dłoni zamiast porzuconej po drodze kuszy dzierżył już koniec liny z hakiem. Hobgoblin nie miał zamiaru jednak odpuścić. Skrócił dystans i niemal wpadł całym swoim ciałem w mniejszego przeciwnika, efektywnie ograniczając jego mobilność. Goblin próbował jeszcze odskoczyć, ale krótkie pchnięcie otarło się o twarz zielonoskórego który stracił równowagę i z krzykiem spadł ze statku. Wolną dłonią Bekhesh ucisnął krwawiącą skroń, starając się uratować swoje ubrania przed zniszczeniem.
Dopiero teraz miał chwilę na rozejrzenie się po otoczeniu. Wyglądało na to że elf… Taer? Miał niejakie problemy z efektywnym pokonaniem swojego oponenta i obficie krwawił. Architekt skrzywił się delikatnie i gładkim ruchem odpiął od pasa niewielki kryształowy flakonik. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w jego drugiej dłoni pojawił się kawałek kredy, którym wyrysował na przedmiocie jakiś symbol i zmrużył oczy. Kryształ zaczął wykrzywiać się i buzować, niemal jakby zawarta w nim magia chciała wyrwać się na wolność. Bekhesh na to pozwolił, a rany Taera zaczęły się zamykać z nadludzką szybkością. Nie czekając nawet na efekt swoich działań, ani na podziękowania, ruszył spokojnym krokiem w kierunku walki.
Zrobił ledwie kilka kroków kiedy bardziej poczuł niż zauważył że coś jest nie tak. Wyczuł czarną śmierć pędzącą w kierunku Alestaira, w głowie obliczał łuki które pokonywały pociski, opór powietrza, potencjalne możliwości wyjścia z tej sytuacji. Gdyby pociski celowały w niego zdążyłby zareagować. Nie miał jednak jak przekazać tej wiedzy detektywowi. Bezradnie patrzył jak strzała wyrasta mu z piersi i druga przebija gardło pół-elfa. Ułamek sekundy później spadał w dół.
- Lecę za Alestairem - oznajmił głośno Bekhesh, wycofując się z walki - wiecie gdzie mnie szukać, spotkamy się na miejscu. - mówiąc to skupił się na czymś, a będący w pobliżu wyczuli że coś się wydarzyło. Nie było widać ani czuć niczego oczywistego, poza niejasnym uczuciem że hobgoblin zrobił coś nadnaturalnego. Zgrabnie starał się odskoczyć w kierunku zacumowanych niebostatków, ale żyroskopowa magia sprawiła że jego błędnik zaczął wariować i z impetem uderzył o ziemię. Przynajmniej padając zobaczył skrzydlatą bladą sylwetkę odrywającą się od muru mniej więcej z tego miejsca skąd musiały paść strzały.
Podniósł się, otrzepał ubranie i ponownie uniósł kawałek kredy. Tym razem zaczął rysować mistyczne symbole na niewielkiej sakiewce którą nosił u pasa. Skupił się przez moment, a magia zawarta w przedmiocie uległa wypaczeniu. Hobgoblin teatralnie odpiął ją od pasa, otworzył przed sobą i włożył do środka swoją głowę, która nagle pojawiła się w powietrzu kilka metrów dalej. Zgrabnym ruchem przeciągnął “wrota” sakwy przez swoje ciało i przestąpił na drugą stronę materializując się w całości na pokładzie jednej z podniebnych łodzi.- To był Scrimshaw! - zawołał jeszcze do innych współpracowników Alestaira i zaczął rozglądać się za detektywem. Kilka poziomów niżej wisiał zacumowany mały niebostatek z potrzaskanym bokiem markizowego daszku - spadając, Alestair musiał weń uderzyć.
Podczas kiedy walka w głębi karczmy się kończyła hogbgoblin siadał już za sterami niebostatku, z nienaturalnym skupieniem malującym się na jego twarzy. Jego ruchy były wyćwiczone, niemal automatyczne, ale równocześnie nieco sztywne i robotyczne. Przekładał manatki lewą ręką, prawą pewnie trzymając stery. Drewno z którego pojazd był zbudowany zawibrowało.
- Tracimy czas. - powiedział płaskim i cichym głosem, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, po czym odezwał się ponownie, teraz głośniej i wbijając spojrzenie swoich płomienno pomarańczowych oczu w Taera. Jedynego współpracownika Alestaira który był w jego polu widzenia. - Elfie. Lecisz ze mną?- Tak, ale bez tego goblina - Taer ostrożnie przeszedł na pokład, i schylił się przeszukując nieprzytomnego napastnika - Wystarczy że ja będę obciążeniem w walce, jeniec nam nie potrzebny. Choć jego kusza… Borinie! - zawołał, wyciągając pakiet dokumentów zza pazuchy
- Dobrze. - potwierdził hobgoblin i uniósł się z siedziska aby pomóc z przepchnięciem ciała na twardy grunt. Z niesmakiem wytarł po tym dłonie o chusteczkę którą znalazł w jednej z kieszeni swojego płaszcza. - Tamtędy spadał Alestair. - powiedział wskazując zaparkowany niżej niebostatek z połamanamy elementami - Wypatruj go, jeśli chcemy żeby przeżył musi otrzymać pomoc niezwłocznie. - jakby na potwierdzenie jego słów pojazd w którym byli zawibrował jakby chciał ruszyć w odsieczy. - Jeśli ktoś jeszcze chce z nami lecieć to macie ostatnią szansę! - zawołał do sojuszników którzy zajęci byli Siberys wiedział tylko czym.
Borin nie zareagował od razu na wezwanie Taera. Upewniał się, że walka skończona i ich przeciwniczka opuściła Króla Ognia. Było bezpiecznie.
- Idę! - zawołał, gdy miał pewność, że wszyscy są bezpieczni. - Zostanę z Gundrikiem by zabezpieczyć teren i upewnić się, że za tą akcją nie stoi nic więcej.- Byłoby źle, gdyby zginęły na dole - Taer, nawet z nogą na skrzynce kapusty, ledwo sięgnął do krawędzi balkonu żeby podać krasnoludowi dokumenty, a niebostatek już nie tylko się obracał, a także zaczął opadać - Lećmy
-
Widząc, w jakiej sytuacji się znalazła, do niedawna pewna siebie goblinka podjęła najrozsądniejszą decyzję – wzięła nogi za pas. Prześlizgnęła się między nogami Żelo, skoczyła na krzesło, by potem przesadzić barierkę. Po drodze porzuciła broń i sięgnęła do przytroczonej u pasa liny z hakiem, który zaczepiła o balustradę, licząc chyba na to, że przeciwnicy nie będą złośliwi. Sekundę później ześlizgiwała się już na taras poniżej.
Jej pobratymcy nie ruszyli się z miejsca, nie mając pewności z kim się zmierzyć: z całą bandą schowaną za barierą czy potworem który właśnie zmiażdżył ochroniarza Syrrix? Ona sama była tuż obok, więc ucieczka pewnie nie wchodziła w grę…
Ostatecznie ponownie sięgnęli do fiolek z truciznami, zatruwając bełty i posyłając je w Varoka. Jeden z nich trafił między płyty pancerza, ledwie drasnąwszy olbrzyma, któremu trucizna w ogóle wydała się nie szkodzić. Stojąca wśród nich Reilru skupiła się na swoich pobratymcach, splatając między nimi magiczną więź.
Borin pozwolił sobie na chwilę spokoju w chaosie bitwy. Musiał odzyskać… balans, wytrącony wcześniej goblińską trucizną. Stanął oparty o stół składając dłonie i koncentrując się na swoim wnętrzu. Wydawał się łatwym celem dlatego Gundrik przesunął lufę swojej broni w kierunku wejścia do loży wznosząc ją i opierając o ramię. Zagwizdał a tafla energii którą wcześniej przywołał przesunęła się nieco.
KLOMP, KLOMP, KLOMP. Stalowe buty Varoka odbijały się echem po podłodze Króla Ognia, konstrukt jednak nie zauważył działającego niedaleko totemu. ŁU-BDMM. Głuchy dźwięk stali uderzającej o podłogę rozniósł się jak grom, a posiadacz rogatego hełmu sapnął z wściekłości. Uderzając, przeciwnik, który moment wcześniej trafił go kolejną błyskawicą, wymknął się toporowi w ostatniej chwili. Chwilę potem jednak Varok, nagle pod wpływem zaklęcia, zachwiał się i z rumorem uderzył w posadzkę.
– Przeklęte sztuczki! – z wnętrza stalowego pancerza dobył się pełen wściekłości ryk.
Wyglądało na to, że to był właśnie moment, na który wyczekiwaĺy gnolle. Pierwszy dopadł do leżącego i ciął go swoim zakrzywionym ostrzem w lączenie zbroi, nie tylko zostawiając krwawiącą ranę, ale też utrudniając mu poruszanie.Tymczasem palce Thalamera rozbłysły złotym światłem, kiedy ten podbiegł nieco bliżej. Mag zakreślił znak w powietrzu, a złota poświata rozbłysła na jeden oddech wokół Varoka. Cokolwiek Thalamer uczynił sprawiło, że wrzucony między kleszcze Varok sapał wścieklej i z większą werwą.
Syrrix widząc, jak jej ludzie są masakrowani przez gości z balkonu, straciła nieco rezon. Odpowiadziała wulgarnym gestem na wyzwanie Żelo i wydała z siebie kolejny okrzyk, jednocześnie mgnieniu oka rosnąc do rozmiarów ogra.
-Nie strasz nie strasz bo się zesrasz! - huknął Gundrik
Diablę warknęło wściekle, po czym ruszyło w stronę Varoka.-Najpierw ten wielki! - krzyknęła, nie spuszczając jednak wzroku z Żelo.
Odzyskawszy wewnętrzną równowagę Borin przywołał jeszcze jeden rodzaj magii. Przymknął oczy i ukształtował manę. Przez krótką chwilę za jego plecami rozbłysła sylwetką dwugłowego orła, którego każda z głów wypatrywała innego celu. W tej samej chwili jego towarzyszy przeniknęło osobliwe uczucie… jakby dostrzegali kilka możliwych przyszłości naraz. Zaledwie ułamki sekund naprzód, lecz to wystarczało, by instynktownie wybierać najkorzystniejszy moment i najdogodniejszy cel. Natychmiast postanowił skorzystać z tego Gundrik. Widząc że żaden z przeciwników nie złapie się na jego prowizoryczną pułapkę przeszedł do kontrataku. Subtelnym gestem przesunął pod siebie i Borina taflę bariery kształtując ją w zdobioną krasnoludzkimi motywami łódź. Zasilany przez pobratymca zdołał pchnąć ten magiczny wehikuł wraz z sobą i towarzyszem ponad szynk w głównej sali Króla Ognia. Z wysokości strzelec błyskawicznie ocenił kogo łatwiej będzie trafić. W umyśle przemykały mu podsunięte przez czary i jego własne wynalazki możliwości. Widząc że przywódczyni zbirów jest zbyt mocno obstawiona skierował rózgę na gnollicę której totem tak paskudnie załatwił Varoka chwilę temu. Gundrik nacisnął spust. Rozległ się huk, sypnęło iskrami, a broń podskoczyła puszczając kłąb dymu o niebieskawym arkanicznym zabarwieniu. Gnollica nawet nie szczeknęła gdy brutalnie rzucił nią o podłogę impuls energii… pocisk? Cokolwiek co zrobiła broń Gundrika ostatecznie spacyfikowało przeciwnika.
-Ścierwa… - wymamrotał manipulując mechanizmami arkamicznego oręża.
Pozostały przy życiu ochroniarz odskoczył od Varoka, skupiając się na swojej szefowej i Żelo. Ostatni kryształ na jego przedramieniu wypalił się, gdy wystrzelił błyskawicę, która ugodziła zbrojnokutego, a zaraz po tym sięgnął do jakiegoś urządzenia na klatce piersiowej. Błyskawiczny ruch wystarczył, by po jego ciele rozlała się fala leczącej energii.
W tym czasie kolejni napastnicy okrążali leżącego Varoka, niczym sfora dzikich psów, tnąc i szarpiąc ogromną, odzianą w stal postać. Ten jednak wydawał się niemal niezniszczalny, niewiele robiąc sobie z kolejnych ciosów.
Podnosząc się, sapał za każdym razem, kiedy raz sięgnął jego pancerza. Z wnętrza, oprócz syknięć, które zapewne były jakimś wyrazem bólu konstruktu, jednak wokół tych pomruków czaił się też śmiech.– Wy? – zimny głos dobył się z wnętrza pancerza. – Skręcę karki każdemu z was z osobna, jeśli trzeba będzie…
Varok ciął toporem na odlew, nagle znajdując lukę. Berdysz uderzył jednego z goblinów pod klatkę: rozległo się mokre chrupnięcie, a z bebechu trysnął galon krwi. Goblin znieruchomiał.Podobno szaleństwem jest robić tą samą rzecz raz po raz i oczekiwać innych rezultatów. Jednak w przypadku Syrrix w tym szaleństwie była jakaś metoda - trzeci z kolei ryk sprawił, że bohaterów zmroziło, odbierając im równowagę i chęć do walki.
I nie był koniec ich problemów… -
Iskra
Miało być bez walki.
Gdy Varok wpadł do środka, ledwo mieszcząc się w dwuskrzydłowych wrotach, kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Syrrix cisnęła drinkiem o podłogę i dobyła miecza, goblinka wydała z siebie tłumiony wcześniej okrzyk przestrachu, a Reilru, wykazując się najlepszym refleksem, wskazała na alkowę Alestaira.
– On był z nimi! – zaszczekała donośnie.
Taer dopadł lykana pierwszy i powalił go na ziemię.
Żelo uznało negocjacje za zakończone. Z prawej dłoni wysunęło niewielkie pręty. Najpierw przemknęły po nich iskry, a oddech później między stalowymi palcami trzaskały już regularne wyładowania.
Lykan podnosił się właśnie z podłogi, gdy jego ciało zaczęło przemieniać się w bestię.
Żelo nie czekało na rozwój wypadków. Wymierzyło cios, a wokół zatrzeszczały błyskawice. Tarcza bez problemu osłoniła zbrojnokute przed kontrą, a Gundrik dobrze wymierzonym strzałem ostatecznie powalił lykana.
Układ nagrywający rejestrował cywilów opuszczających scenę bitwy.
Opuszczali ją jednak za wolno.
Tymczasem Żelo wiedziało już, dokąd prowadzi iskra.Burza
Żelo weszło na stół.
Mebel zatrzeszczał pod jego ciężarem. Z jakiegoś powodu ruch wywołał zakłócenie równowagi. Wewnętrzne żyroskopy wskazały wychylenie, które nie powinno pozwolić na utrzymanie pionu.
A jednak blok stali z tarczą i burzą w dłoni utrzymał się na nogach.
Poszycie pancerza zmieniło wygląd. Dla postronnego obserwatora czerwień ustąpiła srebru, a matowa czerń zbroi nabrała metalicznego połysku.
Oto powód, dla którego co najmniej kilku członków rodu Cannith chciało rozebrać Żelo na części. Zbrojnokute nie powinny przecież same się modyfikować.
Goblinka uznała najwyraźniej, że dalsze przebywanie na jednym stole z Żelo nie leży w jej interesie. Prześlizgnęła się między szeroko rozstawionymi nogami zbrojnokutego, odbiła od krzesła i chwilę później zniknęła za balustradą.Tymczasem Syrrix uniosła się w powietrze i spróbowała narzucić wszystkim swoją wolę.
Zastraszanie? Kontrola?
Dla Żelo różnica nie miała większego znaczenia.Osłoniło się tarczą, a Gundrik i Borin zdali się jakoś przełamać dziwny efekt. Zbrojnokute było im wdzięczne. Wiedziało też, że nic nie powstrzyma już walki między nimi.
Wskazało Syrrix. Błyskawice zatańczyły po prawej dłoni, po czym naelektryzowana pięść z hukiem uderzyła w tarczę.
Wyzwanie nie wymagało słów.Syrrix zrozumiała.
Odpowiedziała gestem, po czym nagle zaczęła zwiększać swoje rozmiary. Swoje i swojej broni.
Ruszyła w stronę Varoka, ale nie spuszczała wzroku z Żelo. Wyzwanie zostało przyjęte. Po prostu kolejność celów była inna.Grom
„Przekierowano ładunki baterii do układu ruchu.”
Żelo ruszyło niczym taran.
Stół pękł pod jego ciężarem. Kolejne stoliki odbijały się od tarczy. Gobliny rozpierzchły się przed szarżą, nie wszystkie dostatecznie szybko. Reilru i ochroniarz Syrrix również znaleźli się na drodze zbrojnokutego.
Żelo ledwo utrzymało się na nogach. Wewnętrzne żyroskopy wskazywały wychylenie, które nie powinno pozwolić na zachowanie równowagi.
A jednak stało.
Kolejny strzał Gundrika zdjął Reilru, wcześniej trafioną przez Żelo.
A potem były już tylko gromy.
Ochroniarz. Syrrix. Cios za ciosem.Pole widzenia zapełnił czerwony ostrzegawczy kolor. Kolejne uderzenia odrywały fragmenty pancerza. I chociaż pięść wciąż siała błyskawice, po następnych ciosach Żelazny Obrońca Mk VII przeszedł już przede wszystkim do obrony. Systemy naprawcze z sykiem pary łatały płyty pancerza na barku tylko po to, by chwilę później odpadły z hukiem po kolejnym celnym ciosie ogromnej przeciwniczki.
„Alestair.”
Rejestrator na skraju pola widzenia wychwycił detektywa.
Pierwsze trafienie.
Drugie.
Upadek za balustradę."Trajektoria. Wysokość. Brak możliwości natychmiastowej pomocy."
Ocena szans na przeżycie dawała wynik, którego Żelo nie chciało analizować ponownie.
Nie miało jednak czasu tego robić.
Syrrix nadal była przed nim. Ochroniarz nadal walczył, a pod stopami Żelo zbierała się tęczowożółta substancja o ostrym zapachu chemikaliów.
Jego „krew”.
W końcu Żelo padło na plecy z hukiem gromu.
„Przerwać nagrywanie?”
Ostatkiem sprawności i wyuczonym ruchem uniosło tarczę. Gdy miecz olbrzymki w nią uderzył, rezonans sprawił, że zadrżała podłoga.
– Tym razem przeżyłeś – usłyszało.
Obraz przeciwniczki się rozmył.
Syrrix zniknęła.
Żelo podniosło się i natychmiast otrzymało cios od ochroniarza. Płyta pancerza na ramieniu opadła, odsłaniając przewody hydrauliczne splątane wokół układu stalowych tłoków osadzonych na drewnianym rdzeniu.
Ot, jakby ktoś zdarł z niego skórę, odsłaniając mięśnie, kości i naczynia krwionośne. Czy też ich odpowiedniki opatentowane przez Cannith.
Pięść otoczona wyładowaniami ruszyła w stronę ochroniarza. Miała to być kończąca walka odpowiedź, ale uszkodzone układy oceny odległości miały inne zdanie. Pięść wielkości młota minęła cel prawie o stopę.
I wtedy, kolejny już raz, Gundrik dokończył coś, co Żelo zaczęło.
Ochroniarz padł.
On padł.
A Żelo stało.Nie minęła nawet minuta. Zapas sprawnych układów malał, część poszycia wisiała luźno, z pęknięć wyciekała „krew”, a kolejne systemy zgłaszały przeciążenie.
Żelo wciąż jednak utrzymywało pion.
Cisza
Cisza przyszła niespodziewanie.
Przez kilka kolejnych sekund Żelo nie składało tarczy. Czerwone punkty udające oczy przesuwały się po pobojowisku, po leżących przeciwnikach, po uciekających i po tych, którzy stracili ochotę do dalszej walki.
Po pustym miejscu, w którym przed chwilą stała Syrrix.
Borin i Gundrik również jej szukali.Nic.
Dopiero gdy stało się jasne, że przeciwniczka opuściła pole walki, Żelo pozwoliło systemom przejść z trybu bojowego.
Wraz z ciszą przyszło coś znacznie mniej użytecznego niż ból.
Brak działania, które mogłoby zmienić to, co już się wydarzyło.„Alestair.”
Pomysły dotyczące kolejnych kroków zaczęły układać się same.
Trzeba było ustalić, co się z nim stało. Trzeba było dostać się do jego biura. Trzeba było dokonać niezbędnych napraw. Problemy można było rozwiązywać. Wystarczyło znaleźć następny krok.Tarcza zwinęła się do lewego przedramienia. Błyskawice zgasły.
-
Borin przeszedł się pośród pokonanych, szukając ran wymagających opatrzenia, ale nie znalazł nikogo czyjemu życiu zagrażałoby niebezpieczeństwo… po drodze tylko rozbroił pokonanych z tych oczywistych broni. Nie miał zamiaru ich teraz dokładniej przeszukiwać.
Skierował swoje spojrzenie na nieprzytomną, teraz już opartą o szynkwas, Reilru. Jego lewe oko zalśniło pomarańczowo na krótki moment. Spojrzał na ostatniego przytomnego gnolla, Gundrik właśnie nim dysponował, aby upozycjonować w niezagrażającej nikomu pozycji, więc uwagę miał zajętą. Świetnie. Borin stanął tak aby nawet jakby spojrzał nie było czystego widoku i – poprzez materiał koszuli – dotknął palcem amulet na swojej piersi. Gdy znów podniósł oczy tym razem błyszczały na fioletowo i w parze.
Borin podszedł z drobną dozą niepewności do duo: Thalamera z Varokiem. Nieco ostentacyjnie, z drobnym rozbawionym uśmieszkiem.
- Wyczuwam tu subtelnie cierpką woń olejów wypływających z metalicznych żył. Niekoniecznie cię doprowadzę do świetności z jaką dzisiaj witałeś poranek, ale myślę, że mogę tu sporo pomóc.Varok rzucił spojrzenie na Borina, jakby Thalamer nawet nie istniał. Pomimo swej wielkiej sylwetki, konstrukt milczał; niepodobna było rzec, czy była to duma, czy też Varok po prostu rozważał, czy oferta pomocy mogła być jakimś rodzajem krotochwili tudzież obelgi.
Wreszcie, rzekł Thalamer:
– Będziemy potrzebować jakąkolwiek pomoc, tedy dzięki ci, panie Borin – mag skłonił się lekko. – Varok, zaakceptujesz pomoc cnego pana Borina który sam ze się, w ramach kooperacji, chce dokonać ulepszenia mocy uderzeniowej szwadronu.
Varok drgnął, słysząc głos maga, którego uśmieszek nie wydawał się spełzać z twarzy. Konstrukt przez jedną chwilę spojrzał ognistym wejrzeniem na Thala, jak gdyby obiecując mu zemstę także i za to. Rzekł wreszcie:
– Zaiste, pracuj – nadstawił swój potężny bark i pancerz, który został rozerwany przez pomagierów Syrrix.
Borin kiwnął i ściągnął ściągnął brunatną rękawiczkę z lewej dłoni, ujawniając magitechową protezę, którą jeszcze dalej odsłaniał podwijając rękaw aż za mechaniczny łokieć. Szarpnął równie gwałtownie co zdawkowo, pozwalając sile bezwładności uchylić skrytkę z której wytoczył się pas z narzędziami, wyraźnie pojemniejszy niż miał prawo się zmieścić w tak ciasnej przestrzeni, bez choćby sporej szczypty magii. Wybrał narzędzia i zaczął pracę, która też wyraźnie zasilana była jakiegoś rodzaju magią, bo metal ciała Varoka giął się w jego dłoniach nie trudniej niż glina o wyjątkowo kooperatywnym stosunku. Łaty pasował jak ulał przy pierwszym przyłożeniu i trzymały się jakby smarowane były klejem, co chwytał w idealnym momencie.
- No. Wstępnie gotowe. Na tę chwilę jest to, rzecz jasna, rozwiązanie tymczasowe, ale dajże mi moment, a utwardzę to należycie, żeby już zostało tak, jak jest.
– Twa ofiara zostanie dodana do Ołtarzu Bitew – zimny głos, pozbawiony emocji, wydobył się z hełmu Varoka.
- Tsk… to dla ciebie. Wojna dawno dostała ode mnie wszystko co zamierzałem jej dać, ale podumać możemy o tym później. Teraz gdzie indziej jestem potrzebny.
– Dzięki ci, cny panie Borin! – Thalamer jowialnie zrobił ukłon, wirując swoimi powłóczystymi szatami, w tym samym czasie sięgając po uprzednio przyrządzone eliksiry. – Varok, nie spodziewam się twej wdzięczności, tedy weź to, i to, i tamto.Leczące mieszaniny - fiole wypełnione złotawym, podobnym do miodu napojem błysnęły w zręcznych palcach Thalamera, który przekazał je do konstruktu.
– Tam, gdzie idziemy, będziemy potrzebować jakiejkolwiek siły oporu. Rzekłbym, że zapomnianym przez bogów mieście, ależ wszak obecność magii boskiej jest niezaprzeczalna w tej dziurze, niestety! Chociaż nie opatrzności… Ha-ha. Panie Borin, tysiąc podziękowań dla ciebie. Potrzeba mi wyruszyć czym prędzej, żeby zabezpieczyć resztki naszego chlebodawcy. W onym nieszczęsnym wypadku chciałbym ogłosić, że zaklepałbym sobie mózg naszego drogiego przyjaciela, sądzę, że mógłby mi się przydać do wielu interesujących eksperymentów, które pominąć chciałbym na wypadek pozostania wrażliwych niewiast w tym dostojnym przybytku. Varok?
Konstrukt, dopijając ostatnią z mieszanin, skinął głową.
– Gotów na zadanie śmierci – Varok mruknął.
– Wspaniale! Niebostatkiem w dół! Czy znajdzie się dla nas miejsce? Ach, wszakże nie potrzeba, przygotowałem się właśnie na możliwość braku miejsca.Mag i Varok ruszyli w stronę hobgoblina, który zdawał się majstrować w niebostatku.
Krasnolud, z pewnym stresem, podszedł do zbrojnokutego, który przybył jako ochroniarz Syrrix. Jego towarzysz leżał w częściach, między stołami. Z nim już nic nie dałoby się zrobić. Ten teraz wcale nie wyglądał wiele lepiej.
Leżał oparty o przewrócony stół, z jedną nogą wygiętą pod nienaturalnym kątem. Płyty pancerza na torsie miał wgniecione tak głęboko, że nachodziły na siebie a jedna wprost pękła. Z rozszczelnionych przegubów wystawały pęki stalowych linek i miedzianych przewodów, a do tego sączyły się smary i oleje. Mechanizm barkowy ledwie się trzymał na miejscu. Drobna dźwignia i łatwo byłoby go urwać. Twarz miał częściowo oderwaną odsłaniając skomplikowany układ soczewek, przekładni i zębatek.
Borin strzyknął śliną.
- No dobrze… zobaczymy co da się zrobić.
Najpierw zabezpieczył ostrze twardo wmontowane w rękę. Tego nie był w stanie rozbroić, ani nie chciał go okaleczać pozbawiając całej kończyny. Zadowolił się obwiązaniem dwoma obrusami. Zabezpieczenie łatwe do pozbycia się, ale wymagające cennych sekund. Potem przeszukał czy nie posiada więcej ukrytych ostrzy, czy broni i nic nie znalazł. To oczywiście niewiele oznaczało, ale pracował z tym co miał. Na całkowite rozłożenie go nie było czasu. Potem powtórzył procedurę z Railru. Potwierdzenie, że Gnuuth – ostatni przytomny gnoll – nie widzi… Pomarańczowy odblask w oku a potem fioletowe światło. Skrzywił się i strzelił - śliną niezadowolony gdy ono zgasło.
- No nic. Do roboty.
Odnowił magiczną protekcję i zaczął pracę. Najpiew pozbył się tego co teraz już tylko przeszkadzało. Niektóre przewody po prostu odciął, inne łączył roboczo, a jeszcze inne udało się wyplątać z pogiętych elementów konstrukcji. Wymontował najbardziej zdruzgotane płyty fragmenty pancerza. Nie próbował ich prostować. Właściciel zrobi z nimi potem co sam uzna za słuszne, ale raczej były do utylizacji… Ten demontaż pozwolił mu zajrzeć wgłąb piersi.
- Aha. Niedobrze.
Kilka zębatek głównych przekładni napędowych było wyszczerbione. Jedna zupełnie strzaskana, ale mechanizm wciąż się obracał. Łącza energetyczne były niemal całkowicie zerane z mocowania. Borin docisnął je na miejsce i unieruchomił kawąłkiem drutu. Zamiast właściwego zacisku użył śrubki z własnej kolekcji.Więcej czasu zajęło poskładanie najważniejszych mechanizmów. Nie celował w pełną operatywność. Doprowadzenie się do pełnej funkcjonalności będzie jego własnym zmartwieniem.
Jeszcze nim to dokończył zabrał się za nogę. Staw był zniszczony. Wymagałby dłużej pracy, więc zrobił najlepsze co się dało. Wsunął stalowy pręt i ustabilizował go, aby usztywnić całe kolano.
- Chodzić będziesz. Tylko niezbyt elegancko.Najwięcej czasu zajęła mu ręka. Bo z niej zbrojnokuty miał jeszcze skorzystać w najbliższej przyszłości. Borin znalazł oderwane ściegno ze stalowej linki. Długimi szczypczykami przeciągnął je przez prowadnice i połączył z gniazdem w głębi “pachy”. Jeden z brakujących elementów dał radę zastąpić odpowiednio opiłowanym fragmentem pancerza, wcześniej odrzuconym do “utylizacji”. Cóż… został zutylizowany!
Sięgnął w głąb piersi konstruktu i ostrożnie zakręcił jedną z przekładni. Ręka drgnęła. Dokonał kilku korekt i był już w stanie zacisnąć ją w pięść.
- To teraz, prosiłbym, o więcej zdziwienia i wdzięczności niż agresji…
Mruknął rozcierając dwa magitechowe smary, a wraz z tym jak się mieszały błyskały coraz intensywniej błękitnymi wyładowaniami.
Rzucił spojrzenie do Gundrika, potwierdzając, że towarzysz go ubezpiecza i włożył obie dłonie w głąb piersi konstruktu, obydwoma chwytając jego swoiste “serce”. Smary nagle wymieszane z znacznie gwałtowniejszej objętości błysnęły raz, drugi… z każdym ciałem zbrojnokutego wstrząsał skurcz. Chwilę po tym jak krasnolud wyciągnął dłonie ze środka błysnęło po raz trzeci. Nie nie intensywniej, ale dłużej. -
Środkowa Dura, Król Ognia
Rozróba w karczmie skończyła się ledwie kilka chwil po okrzyku i zniknięciu Syrrix. Wciąż przytomne zbiry z Daask ulotniły się błyskawicznie, pozostawiając zo sobą krajobraz jak po przejściu huraganu. Porozrzucane i połamane meble, porozbijane szkło, plamy trunków, gdzieniegdzie krew, tu i tam zalegające ciała. Burda przyniosła kilka ofiar śmiertelnych, ale najwyraźniej wszystkie po stronie napastników. Ci z gości, którzy byli w stanie iść o własnych siłach, chyłkiem umykali na zewnątrz (pewnie bez płacenia rachunków) korzystając z tego, że jednej z nich się to nie udało…
- Nie obchodzi mnie, że to on zaczął! - wkurzony Lat Horasca, właściciel tego przybytku, głośno strofował nieco przestraszoną meduzę, wskazując na posąg goblina zastygłego podczas skoku z nożem w dłoni - Twoje “dzieło”, twój problem, zabieraj go ze sobą, będę tu miał dość kłopotów i bez tego! - niziołek zamachał rękami, jakby chciał dla podkreślenia swoich słów objąć nimi całe to pobojowisko.
Gdy już upewnił się, że wężogłowa dźwignęła skamieniałego zielonoskórego, rozejrzał się raz jeszcze i z posępną miną ruszył w stronę Borina i Gundrika, stojących nad poturbowanym ochroniarzem Syrrix.
- Wasi kumple już się stąd zmyli - zaczął, bardziej zmęczonym niż wkurzonym tonem - Wam też bym to doradzał. Straż pojawi się pewnie w ciągu kilku minut, jak już się upewnią, że jest bezpiecznie - dodał z ironią, swe słowa kierując raczej do młodszego krasnoluda, najwyraźniej nie chcąc przeszkadzać w pracy Borinowi.
- Cała ta awantura będzie mnie pewnie kosztowała więcej niż mogliby mi zabrać, ale przynajmniej te pokraki zastanowią się dwa razy zanim spróbują to powtórzyć. Szepnę o was dobre słówko w klanie, jak już mi powiedzą, za co tak w ogóle im płacę - to musiała chyba być jakaś wersja podziękowań w wykonaniu niziołka.Tymczasem, oczy zbrojnokutego znów zalśniły. Odzyskiwał przytomność powoli, bez gwałtownych ruchów, analizując wnętrze karczmy. W końcu zogniskował spojrzenie na Borinie i uniósł się na rękach do pozycji siedzącej. Wtedy też zauważył, że jego ramię z mieczem owinięte jest materiałem. Z gardła dobiegło metaliczne prychnięcie, a w postawie dało się zobaczyć rozluźnienie. Jeden z kryształów na jego piersi zapulsował i zgasł, a część obrażeń zniknęła w ułamku sekundy.
- Dzięki, dobra walka. Syrrix nie spodziewała się takiej ochrony. Czego chcecie? - szybko przeszedł do konkretów. W jego mechanicznym głosie nie było słychać złości czy zawiści, tak jakby wcale nie walczyli chwilę temu.Dolna Dura, zaułki Złotej Bramy
Niebostatek przejęty przez Bekhesha zdecydowanie nie był jednostką ani szybką, ani wytrzymałą. Wyglądało na to, że zbiry Daasku po prostu ukradły kilka jednostek używanych przez handlarzy warzywami. Barka miała solidny udźwig, ale i tak ledwo wytrzymała ciężar pięciu osób, w tym dwóch opancerzonych konstruktów. Na szczęście cała ich podróż polegała na opadaniu i poszukiwaniu śladów spadającego Alestaira.
A tych nie było wiele i gdyby nie wyostrzone zmysły Bekhesha, prześledzenie tak pionowej ścieżki byłoby niemal niewykonalne w tym tempie. Tor jego lotu znaczyły uszkodzone markizy, zgięte słupy i barierki, wyglądający przez tarasy gapie i drobne, ale bardzo niepokojące ślady krwi, i doprowadził ich w końcu do wąskiego zaułka w Dolnej Durze, zbyt ciasnego dla niebostatku. Gdy wylądowali u jego wylotu kilkanaście metrów dalej, nozdrza mieli już wypełnione ciężkim, zatęchłym powietrzem, niosącym odór zgnilizny i dymu. Otaczające ich ściany zdawały się nienaturalnie potężne - ale były to w końcu fundamenty wież Sharn, tak masywne, że w ich wnętrzu zmieściłby się cały zamek. Niegdyś, przed stuleciami, te kamienne mury stanowiły dumne rezydencje założycielskich rodów miasta, lecz dziś porywały je głębokie pęknięcia, wykwity pleśni i prymitywne, pełne bluzgów graffiti. Podczas opadania mieli okazję dojrzeć w oddali potężny łuk bramy. Choć jej prawdziwie złote wykończenia zdarto setki lat temu, wciąż stała jako niemy świadek upadku dzielnicy, która nadała jej swą dumną, lecz dziś już pustą nazwę.
Teraz, unosząc wzrok, nie dostrzegało się ani skrawka nieba, sklepieniem była tu jedynie splątana sieć krzyżujących się mostów, platform i tarasów, zawieszonych setki stóp powyżej. Nieustanne, rytmiczne kapanie brudnej wody przypominało tylko, że Dolna Dura rzadko kiedy raczona była prawdziwym deszczem, zmuszona do zadowalania się tym, co spływało z wyższych dzielnic metropolii. Stopy ślizgały się na wytartych kocich łbach, po których szczury i robactwo przemykały z większą pewnością niż mieszkańcy dzielnicy - biedacy o zapadniętych policzkach i głodnych spojrzeniach, obserwujący nowoprzybyłych obcych z mieszanką podejrzliwości i desperackiej urazy. Gdzieś w oddali rozległ się huk spadającej skrzyni i pijackie przekleństwo.
Zaułek pogrążony był w ciemnościach. Wieczne pochodnie w większości zostały skradzione lub roztrzaskane, pozostawiając po sobie jedynie długie pasma dymiącego cienia. Jedynym źródłem światła była pojedyncza pochodnia, trzymana przez mężczyznę o posturze (a i pewnie zawodzie) robotnika portowego - potężnie zbudowanego, o masywnych dłoniach i przedramionach, odzianego w poniszczona skórzaną kurtę. Wolna dłoń owinięta była ciasno pasami materiału nabijanego żelaznymi ćwiekami. Opierał się z pozorną nonszalancją o ścianę, podczas gdy trzy mniejsze sylwetki kucały nad leżącym kilka kroków dalej ciałem. To musiał być Alestair! Pytanie, w jakim był stanie i czy w ogóle jeszcze żył? Detektyw może i dał się zaskoczyć Scrimshawowi (co już było niepokojące), ale zwykle był gotów na wszelkie ewentualności i zwykły upadek kilkaset stóp nie powinien być problemem. Żeby się o tym upewnić, należało jednak najpierw przegonić lokalnych padlinożerców…
Zostali szybko zauważeni. Stojący na czatach oderwał się od ściany i po obcięciu bohaterów wzrokiem gwizdnął przeciągle, na co jego kumple poderwali się na równe nogi, a jeden umknął w mrok. Osiłek zrobił kilka kroków w stronę intruzów, stając tak by zastawić jak najwięcej z ledwie 3-4 metrowej szerokości zaułka.
- Byliśmy tu pierwsi, fanty są nasze, wypierdalać! - warknął, robiąc groźną minę.
Trzeba mu było przyznać, umiał trzymać fason, nawet na widok zbliżających się Żelo i Varoka. -
Thalamer i Varok wnet znaleźli się na niebostatku. Varok, jeszcze pod wpływem działania zaklęć najemnego maga, z niejaką nieufnością przestąpił burtę barki.
– Lataliśmy i gorszymi – zauważył Thalamer, który z politowaniem spojrzał na parę skrzyń dojrzałej kapusty i nawinięte na powrozy łodygi czosnku. – Choć muszę powiedzieć, że zbiry tej ogrzej dziewki zdają się być prawdziwymi mętami mętów, zupełnie jak pewne formy szlamów, o których czytałem w tej księdzie z Korranberg…
Barka ruszyła, dwójka zaś obserwowała zwykłą przemianę scenerii, jak zniżali się coraz dalej w dół i dół. Kamienne mosty przepływały z dołu w górę, aby wizualnie stać się nieregularnym sklepieniem, sieć balkonów tworzyła nieregularne urwiska, pomiędzy którymi nierzadko rozwieszone były sznury, na których wisiało pranie. Między tym, w powietrzu szybowały gargulce dostarczające wiadomości, obok nich kurierzy i hipogryfy, każdy z nich zaś uwijał się przy swej robocie jak ukropie. Zaledwie przecznicę dalej w tym mrowiu i można było stwierdzić, że incydent w Królu Ognia był niczym więcej nad epizod w zwykłym, hektycznym dniu Miasta Wież. Światła, pochodnie mijały ich, a sceneria, w miarę zlatywania w dół przestawała wyglądać jak miasto, a coraz bardziej przybierała postać wielkiej, rzygającej dymem i ogniem maszyny.
Thalamer zabębnił palcami o burtę, nieco znudzony rozwojem wypadków. Przez chwilę kontemplował, czy powinien był zostać w Królu Ognia, jednak intuicja dyktowała mu, że powinien właśnie ulotnić się z przybytku jak najszybciej, zanim znajdzie się ktoś, kto zacznie zadawać pytania, kim jest Varok i on sam. Mag zahaczył swe oko na sigilu stabilizującym wyryty przez, zdawało się, inżyniera Domu Lyrandar. Thalamer przez parę chwil zaciekawionym, niefrasobliwym wejrzeniem lustrował glify lekko połyskujące na szybodrzewie.
Atmosfera raptownie zagęściła się wraz z nagłym wzrostem temperatury. Zapachniało żelazem i miedzią, prądy powietrzne stały się gorętsze. Sadza stała się widoczniejsza, im dalej zagłębiali się. Z początku dalekie, ale coraz bliższe dźwięki kuźni Cannith. Czarne dymy dobywały się z kominów, aby zostać wessane w zawory filtracyjne powyżej.
– Nie ma jak w domu – z krzywym uśmieszkiem Thalamer rzucił do Varoka, ten jednak milczał, jak gdyby nie usłyszał go.
Thal podrapał się po głowie. Gdzie znaleźli się, jaka to była dzielnica? Ach, tak, Złota Brama. Nie miało to żadnego znaczenia, ponieważ miejsce, w którym znaleźli się, nie miało żadnego garnizonu straży.
– Alestairze, nie mogłeś sobie znaleźć godniejszego miejsca na upadek – z przekąsem mruknął Thal w przestrzeń, to do siebie, to do towarzyszy. – W gruncie rzeczy, czemu zatrzymałeś się tak blisko? Równie dobrze mogłeś spadać sobie aż do Wrót Khyber.
Tam był Alestair! Thal zauważył upadłego detektywa dopiero po pewnym czasie i uczynił w myślach notatkę, że mniej roboty zajęłoby po prostu odcięcie głowy, jeśli w istocie miał z czasem zagospodarować jego mózg. Parę sylwetek, na podobieństwo hien, było wokół niego. Znaleźli się tutaj w samą porę.
- Byliśmy tu pierwsi, fanty są nasze, wypierdalać! – osiłek wypluwał z siebie słowa.
Thal przewrócił oczyma. Już miał ułożyć swe dłonie w kształt zaklęcia i zacząć wyśpiewywać słowa mocy, jednak rozsądek kazał mu przystanąć.
– Panie Bekhesh? – rzucił niskim głosem. – Zdajesz się przysposobiony na podobne ewentualności, bez obrazy wszak. Zanim każę Varokowi wypruć bebechy z drabów, być może wskórasz coś?
-
- To jest mój przyjaciel i jest mi witalnie potrzebny, albo jego ciało jeśli już umarł. - odpowiedział Bekhesh na zaczepkę miejscowego "kolorytu" - Mogę wam dać… 100 złotych monet żebyście sprawdzili czy nie ma was gdzie indziej. Albo mogę dać wam pracę w moim magazynie. Płaca regularna, robota fizyczna, niekwalifikowana, ale wystarczająca byście mieli dach nad głową, strawę w garnku i wódkę w kubku. - oczy goblinoida zapłonęły gdy to mówił.
Mężczyzna przyglądał mu się chwilę ze zmrużonymi oczami. Potem przeniósł wzrok na Żelo i Varoka, co pomogło mu podjąć decyzję.
- Obiecanki-macanki - prychnął, wyciągając rękę po monety - Dawaj kasę, bierz trupa i spierdalaj - jego towarzysze odsunęli się pod ściany, trzymając dłonie pod połami obszarpanych płaszczy.
- Robienie z wami interesów to czysta przyjemność - odparł hobgoblin pozbawionym emocji głosem. Odliczył równe sto monet, z swojego pozawymiarowego mieszka. Trzymając ręce na widoku, a w nich błyszczące w płomieniu pochodni złoto, ruszył w kierunku Alestaira i lidera rzezimieszków. Podał zbirowi monety i uprzejmie czekał aż ten się przesunie, dając mu dostęp do detektywa.
– To wszystko? – zapytał Thal, zezując między Bekheshem a osiłkami, a także kimkolwiek, kto mógł czaić się w ciemności alejki. – Tedy suplikuję o niezwłoczne opuszczenie tego… No. Czymkolwiek to jest.
- Ta - mruknął osiłek i dał znak ruchem głowy. Cała trójka nonszalancko opuściła zaułek, pozostawiając w nim jedynie bohaterów i nieruchomego Alestaira.
Bekhesh podszedł do leżącej sylwetki i niestety musiał przyznać, że stoi przed trupem. Połamane, powykrzywiane kończyny, plamy krwi na ubraniach tam, gdzie impet uderzeń rozerwał skórę. Nawet jeśli czarna strzała wbita w tułów nie zabiłaby go, musiał to zrobić sam upadek. Chociaż biorąc pod uwagę kolejny grot wystający z szarego gardła, to musiało być po wszystkim, zanim uderzył o powierzchnię, z białymi oczami na szarej twarzy, spoglądajacymi wciąż w stronę zasłoniętego nieba…
… zaraz, co? Szare gardło? Twarz o ledwie zarysowanych rysach i szarej skórze? Białe, pozbawione tęczówek oczy? To nie był dobrze im znany khoravar, tylko wypisz wymaluj doppler!
Bekhesh obejrzał zwłoki i bezceremonialnie zaczął je przeszukiwać. Alestair mu zaimponował i to podwójnie. Nie dość że pomyślał o tym że Scrimshaw może się na niego zasadzać, to doppler którego wynajął był na tyle dobry że hobgoblin nie zauważył różnicy. Szkoda takiego talentu.
Na pierwszy rzut oka widać było, że lokalne hieny zdołały już sobie coś uszczknąć - brakowało sakiewki, a kieszenie były opróżnione. Rzezimieszki nie zdążyły jednak znaleźć wszytej w płaszcze ukrytej kieszeni, kryjącej pozawymiarową przestrzeń. Sama w sobie była cenna, ale jej zawartość również była niczego sobie: druga sakiewka, wypełniona złotymi monetami, puzderko z zestawem fiolek i niewielki notes oprawiony w czerwoną, pokrytą runami skórę.- To nie Alestair. Jak zawsze krok przed opozycją. - powiedział, wycierając dłonie o ubranie zwłok, a następnie o chusteczkę którą wyjął z jednej z kieszeni płaszcza. Po krótkim namyśle wyrzucił ubrudzony kawałek materiału.
– Ach, jakaż szko- khm, oczywiście, Aleistairze, znowu stanąłeś na wysokości zadania! – Thalamer zakręcił wąsa. – Muszę przyznać, że niedługo człek zajrzy do spyży i znajdzie tam klona Alestaira. Mmm… Tak czy inaczej, szukamy czegoś konkretnego?
- Aż korci pytanie czy plan Alastaira zakłada pozostanie martwym przez jakiś czas - Taer, który zamiast na ciele najpierw skupił się na dojrzeniu ewentualnej kolejnej zasadzki, wrócił do towarzyszy - Na pewno nie możemy wrócić na górę z ciałem.
- A co do szukania czegoś konkretnego…spodziewałbym się jakiegoś narzędzia do śledzenia lub komunikacji, nasz niedoszły zmarły nie wydaje się zostawiać zbyt wielu rzeczy ich własnemu biegowi
- Podejrzewam że tutaj znajdziemy jakieś sugestie, ale jest oporny na próby otwarcia - Bekhesh uniósł notatnik w górę. Mówiąc to skupił na nim swoje nadnaturalne zmysły. Wyglądało to na prostą pieczęć uniemożliwiającą rozwarcie stron.
- Jest magiczny.
- Możnaby oczekiwać, że przy tak złożonych planach przewidziano więcej niż jeden sposób otwarcia, prawda? - elf wyciągnął rękę po notatnik, licząc że na jego okładce - lub w samej pieczęci - znajdzie jakieś wskazówki co do natury słowa-klucza. A jeżeli nie, to miał w głowie kilka typowych wytrychów, jak dotyk dłoni właściciela - a wciąż mieli go jeszcze przy sobie.Thalamer także zakreślił glif wykrycia magii, zarówno na ciele, jak i na dzienniku, zastanawiając się, czy nie wykryje przypadkiem czegoś więcej, niż Bekhesh.
– Prosta magia? – zapytał najemny mag, obracając swą różdżkę antymagii w palcach. – Jeno zamyka i niczego więcej? W takim razie, towarzysze broni, miałbym tutaj całkiem niezłe remedium na rozwiązanie naszego problemu. Pan pozwoli, panie Bekhesh? - w odpowiedzi hobgoblin przekazał magowi notatnik.
– Nie, nie, zostanie w dłoniach… Jeśli coś trzeba będzie zrobić…
Thalamer zakręcił swoją różdżką. Ciemnopurpurowa energia objęła lekką poświatą różdżkę, zaś Thal wyrzekł pojedyncze słowo, skierowawszy ją na dziennik. Promień, podobny wyładowaniu elektrycznemu, pomknął przez przestrzeń i dotknął dziennika, który podobnie pojaśniał nieco poświatą, szczególnie w okolicy zamka.
– Spróbujmy otworzyć, supresja magii trwa tylko pewien czas! Wynika to z nietrwałości pola antymagii…
Hobgoblin bez słowa wziął notatnik ponownie w swoje ręce. Zgromadzeni przez moment poczuli że zrobił coś “nienaturalnego”, i z nieludzkim skupieniem zaczął grzebać przy zamku za pomocą wytrychów, które wyciągnął z ukrytej po wewnętrznej stronie rękawa kieszonki.
Kilkanaście sekund i moment stresu, gdy wytrych omal nie złamał się w zamku, Bekhesh zdołał się z nim uporać. Notes stanął przed nimi otworem, ale wyglądało na to, że nie był to koniec trudności. Jego kartki zapisane były drobnym pismem w jakimś nieznanym alfabecie, a może wręcz szyfrem? To, co dało się zauważyć po szybkim kartkowaniu to fakt, że zapisano je różnymi stylami pisma - z czego jeden z nich zmieniał się z kolejnymi stronami, upodabniając do pierwszego.W tym czasie Taer przyjrzał się zwłokom. Fałszywy Alestair nie miał ze sobą nic więcej wartego uwagi, ale elfowi udało się odkryć coś innego. Doppler miał na szyi, pod uchem niewielki tatuaż przedstawiający dwie teatralne maski - nietypowa dla tej rasy permanentna modyfikacja. Sam wzór wydawał się znajomy w tym kontekście, musiał być powiązany z jakąś grupą.
- Nie wygląda mi to na szyfr który uda mi się złamać w kilka chwil. Sugeruję zostawić truchło i przenieść się do mojego studio, żeby zająć się tym w przyzwoitych warunkach.
Thalamer spojrzał na kolejne z kartek notatnika, próbując pisma i sprawdzając, czy którykolwiek z glifów mówił mu cokolwiek. Na pierwszy rzut oka upewnił się tylko, że pierwszy styl pisma jest podobny do pisma Alestaira.
– Hmm… – mag pogładził swoją wymuskaną brodę. – Tak czy inaczej okolica nie jest, khm, najlepszą pracownią do dokonywania badań odpowiednim badaczom naszego pokroju… Zaiste, przyznaję rację, panie Bekhesh, sporo prawdy jest w twych słowach. Nie mówiąc już o tym, że ta banda pospolitych chuliganów może w każdej chwili zmienić swe zdanie i napaść na nas po raz wtóry… Pfch. Znam niestety kreatury ich proweniencji. Winniśmy czym prędzej powrócić na niebostatek i przenieść nasze badania do miejsca zdatnego na przeprowadzenie badań.Tu uczynił znak w stronę Taera, który zdawał się lustrować zwłoki.
– Panie Taer? – zapytał. – Ładujmy trupa na barkę i ruszajmy.
- Nie godzi się zostawiać ciała w zaułku, ale jeżeli wylecimy na górę z dopplerem w szatach naszego niedoszłego nieboszczyka, stracimy tą drobną przewagę. Więc ładujmy, ale zróbmy przystanek żeby znaleźć jakiś całun który zakryje tego nieszczęśnika -Powoli z góry spłynęła tafla energii niosąca dwóch krasnoludzi.
- Raportujcie. - rzucił Gundrik stanowczo.
Z uwagą wysłuchał co reszta ma do powiedzenia. Spojrzał na ciało nie-Alestaira.
- Już się robi.
Otworzył jedną z kieszonek przy szelkach i wydobył z niej długi cienkopleciony sznureczek. Nasycił go magią, przywołał do siebie parę walających się w zaułku brudnych szmat które się rozplótły a potem na sznureczku zaczęły się układać i przeplatać. W ciągu kilkudziesięciu sekund „z niczego” w dłoniach krasnoluda pojawiła się niezbyt czysta płachta którą ten nakrył ciało.
- Tylko zdajecie sobie sprawę że jak jakiś mag się do niego dorwie to może z tego chopa wyciągnąć sporo nadprogramowych informacji?
– Będzie w naszym żywotnym interesie zabezpieczyć ciało – zgodził się Thal.
- Możemy je spalić i złożyć prochy w urnie. Miasto dowie się że Alestair umarł, ciało stanie się niedostępne.- zasugerował hobgoblin.
- Nie odnośmy się do tego w ogóle - zaproponował starszy krasnolud - Ciało spalimy. Po cichu pochowany w nieoznaczonym grobie i nikomu słowa nie piśniemy. Kto się jego śmierci spodziewał, ten jego śmierć zobaczy. A my będziemy działać.
Zamyślił się na moment, po czym poprawił pas.
- Teraz powinniśmy udać się do jego biura i zgarnąć wszystko co tam ma, zanim nas ktoś uprzedzi. Bo w takich sprawach, moi drodzy, pośpiech nie jest może najlepszą przyprawą, ale zwlekanie potrafi przypalić nawet całkiem dobrą okazję.
– Jeśli udamy się do jego biura, powinniśmy zrobić to wespół – zauważył Thal, kręcąc od niechcenia swą różdżką kontrczarowania. – Spodziewałbym się… Pewnych niespodzianek.
- Ai - przytaknął krasnolud krótko.
- Zgoda. - przyłączył się do chóru hobgoblin
- Aye. Ładujmy się na pokład. - rzucił Gundrik.
Elf bez słowa potwierdzająco skinał głową -
Chwilę wcześniej...
- A dzięki, dzięki… Wy równieżście się starali. Łatwo nam nie było, oj nie… Można się było napocić, albo kości przekrzywić..
Borin zerknął na ramię zbrojnokutego, które przed chwilą prowizorycznie opatrzył, a teraz już wyglądało jak nowe.
- Teraz, jeśli pozwolicie, wolałbym uniknąć dalszego rozlewu krwi… albo smaru. Jeśli Boromarowie dotrą tu przed strażą miejską, a na wachcie akurat trafi się kapitan bardziej…. temperamentny, to zrobi się z tego bardzo nieprzyjemna sytuacja.
Westchnął i zaczął powoli zwijać pasek narzędziowy.
- Dlatego zabierz tylu swoich, ilu zdołasz. Zbierzcie rannych i wynoście się stąd, póki jesteście w stanie. Swoją porcję przemocy dzisiaj już miałem i niemiła mi dokładka.Zbrojnokuty obejrzał się tylko w stronę zmasakrowanego trupa drugiego ochroniarza.
- Z Trzydziestki niewiele już zostało, a Syrrix tu nie ma. Kontrakt był na nią, pozostali się nie liczą - powoli podniósł się na nogi - Ale jeszcze raz dzięki, tym razem za ostrzeżenie, długo tu nie zostanę.
- No to w ramach podziękowania weźże kogo zdołasz na plecy i przenieś ich ze dwie przecznice stąd, najlepiej do jakiegoś rowu, zaułka czy innego miejsca, które zmniejszy szansę, że Boromarom w ręce wpadną. Da im to jeszcze szansę przeżyć i trochę oleju sobie między uszy wlać z wiekiem. Zaczynając od tamtej Reilru, jeśli możesz… chyba oficeruje, a takich to się gorzej traktuje.
- Dziwna prośba, ale skoro nalegasz - konstrukt wzruszył ramionami w geście, który musiał podpatrzeć u innych ras. Ruszył w stronę nieprzytomnej gnollki i z wysilkiem zarzucił ją sobie na ramię, co spotkało się z groźnym warknięciem ostatniego przytomnego gnolla. Zbrojnokuty, nie wydawał się tym przejęty - miał swoje zadanie i szedł już w stronę wyjścia.
- Ty się, Thraz, nie buntuj mi tutaj, tylko pomóż mu, bo szkoda czasu na takie przedstawienia! Chwytaj kogo możesz i ewakuujcie się stąd czym prędzej, bo jak Boromarowie się pojawią to nie na popołudniową herbatkę was zaproszą!
Gnoll przez chwilę obserwował krasnoluda z głuchym warczeniem, ale widać że wystarczyła mu na przemyślenie swojej sytuacji. Dobro sfory ostatecznie wygrało z dumą - powoli podniósł się na nogi, dźwignął leżącego jak worek ziemniaków towarzysza ruszył za zbrojnokutym.Borin obserwował wychodzącą parkę. Westchnął powątpiewając lekko czy to była dobra decyzja. Pakt Znir doceni troskę o życie swoich ludzi? Czy za słabość i “zaproszenie” uzna? Co Boromarowie pomyślą o ratowaniu żyć ich konkurentów? To plus wydarzenia z rana w Brzegu… mogło okazać się rysą na ich relacjach.
- Będzie co będzie. Najwyżej to rozwiążę…
Spojrzał dalej po Królu Ognia i do loży, gdzie chwilę temu towarzysze zlecieli ratować Alestaira.
- Proponuję się stąd zwijać jak sugeruje gospodarz. - warknął Gundrik rozluźniając się trochę.
Nadal trzymał w dłoniach swoją broń, załadowaną i gotową do strzału. Nie patrzył na Borina tylko na potencjalnych przeciwników, miejsca skąd mógł nadejść atak… smocze znamię zdążyło przygasnąć pozostawiając tylko na ramieniu kurtki wypaloną dziurę.
- Idziemy na balkon. Sprowadzę nas na dół śladem pozostałych.
- Jeśli miłe to twoim uszom… - zaczął Borin do gospodarza - …to za kilka godzin, albo jutro, jeśli sytuacja nie pozwoli, zawitać mogę i zreperować zniszczone meble. Dobry jestem w takie zabawy.
- Mam od tego fachowców na kontrakcie - odparł niziołek, niechętnie odnosząc się do propozycji.
Borin spojrzał na Gundrika, kiwnął mu głową i ruszył za nim.
Idąc zgrabnie i płynnie młodszy krasnolud omiótł jeszcze raz wzrokiem główne pomieszczenie.
- Jeden ślad młotka na tych mebelkach i ubezpieczenie szlag trafi. Tak tylko mówię. - rzucił do Borina i machnął lekko ręką na co ukształtowana w łódź tafla energii wpłynęła za krasnoludami na balkon.
- Zapraszam na pokład.
- Ah, dziękuję, dziękuję. Oddaję się w twoje ręce, kapitanie - zachichotał starszy krasnolud wchodząc na magiczny transport. -
Pozostawał jeden problem do rozwiązania - jak dyskretnie zabrać ze sobą ciało dopplera? Wykombinowana przez Gundrika płachta co prawda ładnie zasłoniła pokrwawione i połamane zwłoki, ale paradowanie przez miasto z tak charakterystycznym, lekko przeciekającym pakunkiem raczej w niczym by nie pomogło... W sukurs planowi ukrycia martwego "Alestaira" przyszedł Thalamer, który po szybkiej naradzie z Bekheshem skorzystał z zaklęcia pomniejszającego. Denat skurczył się do rozmiarów niziołczego dziecka, co pozwoliło hobgoblinowi upchnąć go w międzywymiarowej przestrzeni swojej torby. I tak z miejsca śmierci tajemniczego sobowtóra zostało jedynie wgłębienie w błocie i kilka plam krwi, które deszcze zmyje w parę minut.
Wychodząc z zaułka, zauważyli obserwujących ich z bezpiecznej odległości zbirów. Do tych, których ugadał Bekhesh dołączyło paru kolegów - jeden z nich wyjątkowo się wyróżniał, nie tylko przerośniętą wrecz muskulaturą - łysą czaszkę pokrywał mu postrzępiony wzór, dla nieobznajomionego mogący uchodzić za dziwny tatuaż. Jednak doświadczeni bohaterowie szybko doszli do wniosku, że jest on posiadaczem Smoczego Znamienia, i to wynaturzonego…
Cała grupa obserwowała w milczeniu, jak bohaterowie opuszczają ich teren, wznosząc się ponad biedotę w stronę tej części miasta, która mogła zobaczyć chociaż pojedyncze promienie zachodzącego słońca.Biuro Alestaira znajdowało się w Środkowym Menthis, w Dymnych Wieżach, dzielnicy artystów i teatrów, goszczącej także znaczną populacją Cyrańczyków, zarówno mieszkających tu od pokoleń, jak i niedawnych uchodźców (przynajmniej tych bogatszych). Nie tracąc czasu, bohaterowie złapali bezpośredni powietrzny powóz, który wysadził ich ledwie parę kładek od celu.
Pogoda nie poprawiała się, ale nocny deszcz w Środkowym Menthis nie przypominał ciężkiej, lepkiej zawiesiny z dolnych poziomów, gdzie na głowy przechodniów spływał brud i sadza z kuźni Czeluści. Tutaj, wysoko na wiszących mostach łączących kolosalne wieże, była to chłodna, drobna mżawka, oblepiająca płaszcze i zamazująca blask wiecznych latarni. Smugi wody spływające po kamiennych gzymsach odbijały seledynowe i purpurowe światło iluzorycznych afiszy, które zapowiadały przedwojenne sztuki w Teatrze Klasycznym, koncerty popularnych zespołów w Atrium, oraz występy w całej gamie mniejszych i większych teatrów, klubów i lokali.
Dzielnica tętniła życiem niezależnie od pory dnia i pogody. Zza uchylonych drzwi wykwintnych restauracji i salonów poetyckich dobiegały dźwięki muzyki, mieszając się z gwarem rozmów - z częstym jak na Sharn udziałem cyrańskiego dialektu. Oświetlone kolorowymi światłami mosty pełne były przechodniów, poruszających się bez typowego dla tej metropolii pośpiechu. Klienci restauracji wracający po kolacji, bywalcy teatrów zmierzający na spektakl, czy imprezowicze przenoszący się z lokalu do lokalu albo wręcz kręcący się bez celu, deszcz wydawał się być dla nich jedynie drobną niedogodnością, nadającą za to lepszy klimat dzielnicy.
Jasne iluzje oraz gwar tarasów i mostów sprawiały, że tutejsze zaułki, ledwie łapiące światło latarni, wydawały się kompletnie skryte w mroku. Co bystrzejsze oko dostrzegało kryjące się w nim postacie: imprezowiczy, których za bardzo poniosło, złodziei czyhająych na właśnie takie cele, a może dilerów oferujących bardziej ekstremalne rozrywki?
Podobny półmrok panował w korytarzach wieży Kashik, w które zagłębili się bohaterowie. Przechodząc przez tunel wycięty w ścianie można było odnieść wrażenie, że wchodzi się do innego świata. Kolorowe światła ustąpiły przytlumionemu blaskowi lamp, harmider muzyki głosów zamienił się w głuche dudnienie butów na kamiennej posadzce, zaś chłodny wiatr zastąpiony został przez duszne powietrze, przesiąknięte zapachem taniego tytoniu, kawy z nutami alkoholu i gotowanej kapusty.Poszukiwany przez drużynę lokal mieścił się kawałek dalej, wciąż na zewnętrznej, bardziej "prestiżowej" ścianie wieży. Mosiężna tabliczka, kiedyś zmatowiała aż do nieczytelności, została oczyszczona jak nigdy i napis “Alestair de Saint-Cyran. Śledczy. Tylko poważne sprawy.” dawał się odczytać z daleka. Ten szczegół, choć interesujący, nie był jednak najbardziej rzucającym się w oczy. Drewniane, częściowo oszklone drzwi do biura były uchylone, a z wewnątrz sączyła się strużka lekko drżącego światła. Uchylając je ostrożnie, bohaterowie mogli zobaczyć, że ich znajomy albo został nagle niesamowitym bałaganiarzem, albo w ciągu ostatnich paru godzin miał nieproszonych gości. Wewnątrz panowało istne pandemonium, niczym po przejściu huraganu.
Szafki na dokumenty zostały wybebeszone, a papiery zalegały na całej podłodze, zabarwione na seledynowo przez blask wpadający przez otwarte okno. Kilka teczek rozrzucono na biurku, tak jakby ktoś przeglądał je w pośpiechu w świetle pokrzywionej wiecznolampy. Golemiczne ramię leżało pod parapetem z połamanymi palcami. Na jednej ze ścian, na korkowej tablicy śledczy musiał pracować nad jakąś sprawą, rozwieszając notatki i łączące je sznurki na mapie przedstawiającej poziomy Sharn – teraz jednak wszystko było w strzępach, nici pozrywane, a schemat miasta znaczyły ślady cięcia i ognia, jakby pochlastano je czymś wyjątkowo gorącym.
Ciężko było stwierdzić na pierwszy rzut oka, czy był to niechlujne przeszukanie, prywatna zemsta, czy zwykły akt wandalizmu - pewne za to było, że nie ułatwi to przeszukiwania jego akt…
-
Podróż niebostatkiem Thalamer powitał z wdzięcznością. Choć specjalizacją najemnego maga był pewien plan związany z wojną i aspektem bitew, Thal wolał za każdym razem rzeźniczą robotę zostawiać Varokowi, samemu hołdując bardziej praktykom godnym uczonego. Oczywiście, nie oznaczało to, że Thal nie lubił rozlewać krwi. Problem z krwią polegał na tym, że brudziła ona rękawiczki, nie mówiąc już o innych płynach pochodzenia naturalnego, które trudno doprać można było na tkaninach wszelakich. Posoka bowiem, kiedy przestawała być świeża, pozostawiała brązowe plamy na białych elementach surduta.
– Martwy sobowtór ani chybi należał do Pięciu Twarzy – rzekł Thalamer do swych towarzyszy, skubiąc końcówkę wąsa. – Skoro był jeden, ciekaw jestem, ilu więcej Alestairów może biegać po ulicach Miasta Wież. Spodziewałbym się, wielu. Ten tutaj, uważacie, drodzy koledzy, może okazać się co najmniej przydatny. Powinniśmy z czasem zabezpieczyć ciało i, hm, zorientować się być może co interesujących, stricte akademickich metod sprawdzenia pamięci mózgu tudzież podobnych jemu enwironów. I, uważacie, rzecz, która wydaje mi się niebezpieczna… Tamte łachudry, zbiry i osoby pospolitego gminu. Zdawało mi się, że jeden z nich miał znamię Domu Tarkanan. Ach, niedobrze, niedobrze… Ale przynajmniej nie mieli ciała. Może być i tak, że zaczną węszyć. Hmm… I co owe szakale mogły zrabować.
Thal tylko mógł podejrzewać, co dla osobników tego rodzaju mogło oznaczać ciało spadające z wyższych poziomów miasta.
– Węszę kłopoty, które z tego wynikną – uśmiech Thala stał się nieco kwaśny, kiedy zastanawiał się nad konsekwencjami tego wszystkiego.
~
Thalamer bywał, czasem, w Centralnym Menthis. Rzadko wszakże. Choć akcent z Cyre, jego własny, brzmiał w jego uszach miło i znajomo, przypominał mu także o tym, co stało się z jego własnym krajem nie tak dawno temu. Daleko mu było także od klimatów zwykłych w tym miejscu sybarytów, których zamiłowanie sztuki często przeradzało się w entuzjazm do alchemicznego narkotyku zwanego Smoczą Krwią. Thal zaś nie ufał środkom zmieniającym umysł i ciało, poza nielicznymi, które warzyli jego przyjaciele.
Thalamer jednak doceniał jednak jedzenie i, oczywiście, kobiety, w tawernie Gwiezdny Smok.
Do Wieży Kashik zachadzał rzadko. Ponoć atrium jakieś, być może? Dobre dla dekadencji w Centralnym Menthis! Zapach tytoniu jednak sprawił, że Thalamer miał ochotę na zapalenie jednej z cygaretek Alestaira. Może w jego gabinecie zostaną jakieś, z łutem szczęścia, wcale nie oszabrowane przez nikogo?
Wolno, spodziewając się niebezpieczeństwa, Varok i Thalamer szli do lokalu Alestaira. Thalamer rzucił cicho do Varoka:
– Hejże, stary, może zostaniesz na zewnątrz i przypilnujesz, żeby nieproszone persony nie wchodziły?
Varok zwrócił swoje stalowe oblicze na Thalamera.
– Co?
– Jak przyjdzie ktoś, to nie przepuszczaj.Thal nie omieszkał uczynić też uwagi co do wyczyszczonej tabliczki:
– Hmm. Dziwna rzecz, tablica wyczyszczona na połysk… – rzekł mag, który spodziewał się, że będzie tak samo przyprószona kurzem, jak płaszcz Alestaira. – Czyżby ktoś wypolerował tablicę, żeby wiadomo było, żebyśmy przyszli tutaj? Miejmy się na baczności…
Thalamer, węsząc potencjalną zasadzkę, z początku został na zewnątrz. Zainteresował się nagle zamkiem, na który rzucił zaklęcie wykrycia magii. Zastanawiał się, czy zamek był w jakiś sposób naruszony lub też czy też nosił na sobie sygnatury jakiegoś rodzaju zaklęcia, które mogło go otworzyć.
Pojedyncza lampa oświetlała drżącym światłem otoczenie, jednak Thal nadal miał dziwne przeczucie, że być może mógł być to jakiś wybieg. Spojrzał: czy były tutaj ślady walki? Czy na lampie były wgniecenia? I, cóż, na wszystkie diabły robiło tutaj ramię golema? Thal nie przypominał sobie, żeby Alestair kiedykolwiek miał do czynienia cokolwiek z konstruktami.
Wreszcie, na samym końcu, rzucił okiem na mapę ze sznurkami - typowy Aleistar, pomyślał z przekąsem Thalamer. Czy naprawdę szukanie Scrimshawa wymagało pompy tego rodzaju, znaczy się, szpilek połączonych sznurkiem. Mag ugryzł się w język, by nie wygłosić kąśliwej uwagi.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się