Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Popiół i Śnieg
Popiół i Śnieg
PiołunP
Piołun jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Moriz Richter
MortarelM
Mortarel jako
Pieter Falk
WiredW
Wired jako
Tomasimo Ashfield
DhratlachD
Dhratlach jako
Heinrich "Heinz" Kraus

Popiół i Śnieg

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
13 Posty 5 Uczestników 227 Wyświetlenia 2 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PiołunP Online
    PiołunP Online
    Piołun jako Mistrz Gry
    napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
    #1

    text alternatywny

    Drzwi karczmy otworzyły się z hukiem, wpuszczając do środka podmuch śniegu, mrozu i zmierzchu. Na chwilę płomień w palenisku przygiął się nisko, rozmowy urwały się w pół słowa, a spojrzenia powędrowały ku progu, gdzie właśnie wtoczyło się dwóch ludzi wyrwanych szponom zamieci. Pierwszy wspierał drugiego ciężarem ramienia. Wysoki, okryty śniegiem, z kapeluszem zsuniętym nisko na oczy i płaszczem sztywnym od lodu. Drugi chwiał się ledwie przytomny, w zimowych szatach pociemniałych od krwi.

    Przez kilka uderzeń serca nikt nie rozumiał jeszcze, kto naprawdę wszedł do izby, ale trwało to doprawdy krótką chwilę. Gdy śnieg zaczął topnieć na płaszczu przybysza, odsłaniając skórzane pasy, dobrze utrzymaną broń, święte symbole i ponure znaki urzędu, ludzie zaczęli cofać wzrok i z niezwykłą intensywnością wpatrywać się w swoje kufle, jakby te były najciekawszą rzeczą na świecie. Do karczmy wszedł Łowca Czarownic z rannym kapłanem Sigmara, a takie wejścia rzadko poprzedzały cokolwiek dobrego.

    – Zajmuję ten stół – oznajmił. Nie była to prośba, ani nawet rozkaz wypowiedziany z gniewem. Głos przybysza zabrzmiał cicho, płasko i spokojnie, ale może właśnie dlatego zadziałał tak dobrze. Mężczyźni siedzący przy ławie obok tej, przy której od tygodnia trwała czwórka wędrowców, podnieśli się niemal odruchowo. Nikt nie próbował oponować. Łowca Czarownic poświęcił ułamek chwili, by zlustrować, kto siedzi przy stole obok tego, na którym miał zamiar łatać swojego towarzysza. Kogo zobaczył?

    text alternatywny

    Przy sąsiednim stole siedział rudowłosy młodzik o żylastej posturze i twarzy nazbyt poważnej jak na swój wiek. Milczał przy kubku, w praktycznym, znoszonym stroju podróżnym, który dawno przestał wyglądać porządnie, ale wciąż spełniał swoje zadanie. Obok niego trwał wychudzony człowiek lasu, schowany pod ciężkim, ciemnym kapturem, z oczami zmęczonymi, czujnymi i przywykłymi do wypatrywania śladów wśród leśnych ostępów. Nieco z boku siedział milczący wędrowiec o pociągłej, zszarzałej twarzy, poruszający spojrzeniem oszczędnie, lecz uważnie, częściej ku drzwiom, oknom i cieniom niż ku ludziom. Czwarty był niziołkiem w zieleni Hochlandu, z zadbanym wąsem, wojskowym sznytem i kapeluszem, który dodawał mu zarówno wzrostu, jak i polotu. U jego nóg leżało potężne psisko z Kisleva, spokojne tylko pozornie, z łbem wspartym na łapach i jednym okiem uchylonym na tyle, by mieć baczenie na to, co dzieje się wokół jego pana.

    Łowca Czarownic położył kapłana na sąsiednim stole obok tej czwórki. Ci, którzy tam siedzieli, podnieśli się niemal natychmiast. Dwóch było traperami, sądząc po futrach, łukach opartych o ścianę i przykrej woni dymu leśnych ognisk, która nawet w karczemnym zaduchu trzymała się ich ubrań. Trzeci był zwyczajnym miejscowym pijaczyną, człowiekiem o czerwonych oczach i zapadłych policzkach, których nabawił się od taniego piwa i przesiadywania w spelunach takich jak ta. Jeszcze przed chwilą bełkotał coś, zmroczony alkoholem, ale gdy zrozumiał, kto stoi nad nim w mokrym płaszczu i kapeluszu z szerokim rondem, rychło otrzeźwiał, i to lepiej niż po kuble lodowatej wody. Jeden z traperów uniósł ręce, pokazując puste dłonie. Drugi zgarnął z blatu swój nóż, kawałek sera i skórzaną rękawicę, którą zostawił przy kuflu. Nie zrobili tego z oburzeniem. Nie było w tym nawet gniewu. Był tylko stary, dobrze znany odruch ludzi Imperium, którzy przez całe życie uczyli się, że pewnym jej dygnitarzom lepiej ustępować z drogi.

    Karczmarz nagle ożył. Dopiero gdy złożono ciało kapłana na jednym z jego stołów, odzyskał władzę nad własnym ciałem. Stał za kontuarem z szeroko otwartymi oczami, grubymi palcami wciąż zaciśniętymi na cynowym kuflu wypełnionym piwem, który właśnie miał komuś zanieść. Nazywał się Bernolt Gruber, choć większość stałych bywalców mówiła do niego po prostu Gruber albo jeszcze prościej, Gruby. Był człowiekiem ciężkim, miał ogorzałą twarz, a brzuch opinał mu poplamiony fartuch. Słynął z tubalnego głosu, którym zwykł opierdalać wszelkie mendy, ekhmm... to znaczy klientów, w każdym rogu swojej karczmy. Teraz jednak ten głos, gdy wreszcie się wydobył, miał w sobie niepodobną do niego, piskliwą nutę.

    – Gerolt! – ryknął w stronę zaplecza. – Rudi! Ruszcie się, przeklęte lenie!
    Z kuchni dobiegł brzęk naczynia, po nim kobiecy głos, gniewny i zdławiony, a potem zza kotary wysunął się człowiek zbudowany jak belka nośna. Gerolt, karczemny wykidajło, miał jedną brew przeciętą starą blizną i dłonie tak duże, że kufel wyglądał w nich jak cebrzyk dla dziecka. Za nim pojawił się młodszy chłopak, chudy, piegowaty, z rękami mokrymi od pary i łupin cebuli. Obaj zatrzymali się na widok przybyszy, lecz Gruber już wskazywał im ławę i rannego.
    – Do izby z tą ławą i kapłanem na niej. Weźcie ten pokój przy składziku. Jest pusty od wczoraj. Tylko ostrożnie, na młot Sigmara, ostrożnie. Greta! – wydarł się znów, tym razem w stronę kuchni. – Gorącej wody, czystych płócien i bimbru. Tego z dolnej półki, nie tego, co leję parobkom.
    Kobieta w kuchni odpowiedziała mu słowami, których żaden kapłan nie powinien był słyszeć, nawet ranny i nieprzytomny. W innych okolicznościach ktoś by się zaśmiał. Tego wieczoru nikt się jednak nie zaśmiał.

    Kapłan został złożony na ławie z należytą ostrożnością i czcią. Łowca musiał wielce szanować tego człowieka. Głowa sługi Sigmara opadła mu na bok, odsłaniając bladą szyję, zaschnięte plamy krwi na kołnierzu i ciemne linie sakralnych tatuaży, które znikały pod rozciętą tkaniną. Amulet z małym srebrnym młotem zsunął się z jego piersi i powoli tonął w kałuży krwi wzbierającej na deskach ławy. Ciepło izby musiało uwolnić to, co mróz zdążył na chwilę zatamować. Jego pancerz, prosty, ale solidny, zdobiły zalakowane pieczęcie przytrzymujące skrawki pergaminu ze świętej księgi Acta Sigmari, żywota Sigmara Młotodzierżcy spisanego w klasycznej mowie. Wszystkie bez wyjątku były ubłocone, popękane i pociemniałe od wilgoci. Mężczyzna poruszył ustami. Może się modlił. Może przeklinał. A może tylko próbował złapać oddech, co w tej chwili samo w sobie musiało stanowić niemały wyczyn.

    Pomocnicy karczmarza nie próbowali zdejmować kapłana z ławy. Byłoby to głupie i mogłoby tylko pogorszyć stan rannego. Zamiast tego Gerolt chwycił jeden koniec ciężkiego mebla, Rudi drugi, zerkając nerwowo na krew sączącą się między deskami i na bladą twarz rannego, która przy każdym poruszeniu stawała się jeszcze bledsza. Łowca Czarownic ruszył pierwszy. Otworzył przed nimi drzwi do izby, przytrzymując je ramieniem. Dopiero wówczas zauważył, że młodszy pomocnik nie radzi sobie z ciężarem. Rudi zacisnął zęby, ale ręce drżały mu coraz bardziej, a ława przechyliła się niebezpiecznie, zmuszając kapłana do cichego, zduszonego jęku.

    Łowca po prostu przesunął się bez słowa, odtrącił chłopaka barkiem na tyle stanowczo, by ten zrozumiał, że ma zejść z drogi, i sam przejął ten koniec ławy. Jego dłonie, wciąż ciemne od krwi, zacisnęły się na drewnie. Dopiero wtedy ruszyli dalej, powoli, ostrożnie, krok po kroku, niosąc rannego w głąb gospody, do wydzielonej izby. Drzwi zamknęły się za nimi z hukiem.

    Ludzie w sali głównej zaczęli nieśmiało podnosić wzrok i spoglądać po sobie z niepokojem. Nastrój zmienił się niepomiernie. Zmieniła się sama izba, choć przecież wciąż była tą samą niską, duszną komorą, z tym samym czarnym od sadzy stropem i tymi samymi oknami, za którymi śnieżyca tarła pazurami o szkło. A jednak coś niewidzialnego zawisło w powietrzu, cięższe od dymu i zimniejsze od chłodu na zewnątrz.

    Ludzie nie lubili Łowców Czarownic. Nie była to nienawiść, o której mówiło się głośno, bo nikt rozsądny nie obdarzał takich ludzi jawną niechęcią. Był to raczej stary, głęboko schowany lęk, którego mieszkańcy Imperium wyuczyli się na rynkach większych miasteczek, przy szubienicach, katowskich pniach i stosach, które płonęły jasno nawet w deszczowe dni. Niemal każdy widział kiedyś proces albo dwa. Widział ludzi prowadzonych z workiem na głowie, słyszał odczytywane win, których nie rozumiał, patrzył na sąsiadów, krewnych albo znajomych z jarmarku, gdy znikali w świętym ogniu, krwi i dymie. Sprawiedliwość Sigmara bywała szkarłatna, a dowody zła często należały do tych rzeczy, których prosty człowiek nie miał prawa oglądać ani pojmować. Często nie przedstawiano nawet żadnych i na słowo trzeba było uwierzyć świętym mężom w kapeluszach z szerokim rondem.

    Dlatego trudno było dziwić się bywalcom karczmy, że ścisnęli się na ławach nieco mocniej, jakby chcieli stać się mniejsi i mniej godni zauważenia. Rozmowy przygasły do szeptów, a potem i szepty umarły, zostawiając tylko trzask ognia i jęk wiatru za oknem.

    Minęło dobrych kilka minut, nim ludzie spróbowali wrócić do wcześniejszych czynności. Pierwszy poruszył się Gruber. Stał dotąd za kontuarem, wpatrzony otępiale w zamknięte drzwi izby. W końcu oprzytomniał, zamrugał ciężko i ruszył z kuflem piwa do jednego ze stołów. Postawił go przed przypadkowym człowiekiem, bo za nic w świecie nie pamiętał już, komu właściwie miał go zanieść. Obdarowany nie protestował. W takich czasach darmowe piwo było jednym z niewielu cudów, których nie należało kwestionować.

    Dopiero po tym sala powoli zaczęła odzyskiwać ruch. Ktoś znów ujął karty w palce, choć przez chwilę patrzył na nie tak, jakby zapomniał zasad gry. Ktoś przysunął kufel bliżej ust, ktoś nałożył sobie potrawki na talerz. Rozmowy wróciły przyciszone, ostrożne, pełne spojrzeń rzucanych ku drzwiom izby i ku wejściu, przez które wdarła się śnieżyca. Temat Łowcy Czarownic wyrósł na językach ciżby szybko i nieuniknienie, jak pleśń na wilgotnym chlebie.

    Najpierw odezwał się człowiek siedzący przy oknie, chudy handlarz z nosem czerwonym od mrozu, twierdząc, że na trakcie do Carroburga widział, jak łowcy spalili kobietę, bo urodziła dziecko z błoną między palcami. Potem ktoś inny przypomniał historię młynarza, którego powieszono przed jego domem za to, że ponoć skrzydła jego młyna obracały się nawet w bezwietrzne noce. I to w przeciwną stronę. Zaraz po nim starszy woźnica nachylił się nad stołem i opowiedział o psiarczyku z jednego z folwarków, zastrzelonym za karmienie psów spaczonym mięsem. Bestiom miały potem ponoć wyrosnąć skrzydła, skórzaste i mokre jak u nietoperzy, choć przyznał, że nie widział tego na własne oczy, tylko słyszał od kogoś, kto słyszał od kogoś innego. Każda opowieść była cichsza od poprzedniej, ale nie mniej ciężka. Zrobiło się paskudnie. Gadanie po próżnicy miał już przerwać sam karczmarz, przypominając co głośniejszym, że chyba im życie niemiłe, gdy z pomieszczenia, w którym zamknął się Łowca Czarownic, wyszedł Gerolt.

    Wykidajło zamknął drzwi ostrożnie, z nietypową dla siebie delikatnością. Przez chwilę stał przy nich z szeroką dłonią opartą na klamce, a twarz miał bledszą niż zwykle. Potem podszedł do Grubera, który właśnie wrócił za kontuar, i pochylił się ku niemu. Nie był jednak człowiekiem stworzonym do szeptów. Jego głos, nawet zduszony, poniósł się po izbie wystarczająco wyraźnie.
    – Zwierzoludzie. Zaatakowali ich na trakcie. Może parę godzin stąd – oznajmił tonem, w którym niepokój przykryto zbyt cienką warstwą opanowania.

    Zdanie przecięło gwar tak skutecznie, jak wcześniej uczyniło to wejście Łowcy Czarownic. Gerolt zorientował się za późno. Zacisnął usta, lecz szkoda została już wyrządzona. Gruber chwycił go za rękaw i syknął coś gniewnie, ale ludzie zdążyli usłyszeć dość.
    Zwierzoludzie.
    Nie gobliny, które można było wyobrażać sobie jako zielone, pokraczne stworzenia z kiepskimi łukami. Nie bandyci, których dało się przekupić, zastraszyć albo położyć mieczem, jeśli miało się wprawę i szczęście. Zwierzoludzie należeli do innej kategorii okropieństw. Do tych, o których mówiło się ciszej, zwłaszcza po zmroku. Ci, którzy mieli na zewnątrz konie albo muły, zaczęli naradzać się coraz głośniej, czy nie zaryglować drzwi stodoły, albo czy nie przenieść zwierząt bliżej karczmy, albo czy może przeciwnie, wyprowadzić je za budynek i ukryć od strony lasu. Jakby którekolwiek z tych rozwiązań mogło mieć znaczenie, gdyby z ciemności naprawdę wyszły kreatury Chaosu.

    W powstałym zamieszaniu mało kto zauważył chwilę, w której karczmarz został wezwany do izby z rannym. Właściwie Łowca nawet po niego nie posłał. Drzwi po prostu uchyliły się na tyle, by w szczelinie pojawił się cień, a Gruber zrozumiał. Otarł dłonie o fartuch, choć były suche, i ruszył z miną człowieka, który wolałby właśnie odziedziczyć burdel z chorymi dziwkami i długi zmarłego krewnego, niż udać się na pogawędkę z Łowcą Czarownic. Drzwi zamknęły się za nim z niepokojącym skrzypieniem, a czas w karczmie zgęstniał.

    Gruber zabawił w izbie długo. Gdy wreszcie wyszedł, twarz miał ciemniejszą niż przedtem, a każdy, kto na niego spojrzał, mógł odnieść wrażenie, że karczmarz jest wielce strapiony. Był człowiekiem, który spędził życie na liczeniu. Jego rachunki oscylowały głównie wokół zysków, strat, beczek w piwnicy, garnków w kuchni i ludzi, których należało obsłużyć. Teraz również coś sobie policzył i wynik najwyraźniej bardzo mu się nie spodobał.

    Rozejrzał się po sali, choć w gruncie rzeczy od początku wiedział, do kogo podejdzie. W tej karczmie nie było wielu takich, którzy mogli podołać zadaniu, jakie zamierzał im przedstawić. Ruszył więc ku stołowi, przy którym od tygodnia siedziała trójka ludzi i niziołek w barwach Hochlandu. Przy ostatnich krokach zwolnił nieco, jakby zawahał się jeszcze przez moment, lecz w końcu pochylił się nad nimi i przeszedł do rzeczy.
    – Łowca potrzebuje ludzi, żeby ruszyć dalej – powiedział bez wstępu.
    Jego głos był niższy niż zwykle, pozbawiony karczemnej pewności siebie. Patrzył przede wszystkim na przepatrywacza, ale mówił do całej czwórki. Przez ten tydzień spędzony przy jednej ławie zdążył uznać ich za jedną kompanię, czy rzeczywiście nią byli, czy nie.
    – Musi dotrzeć do Dunkelwaldu.

    Nazwa mieściny padła cicho. Nie zrobiła takiego wrażenia jak „zwierzoludzie”, bo większość obecnych nigdy o niej nie słyszała. Tylko przepatrywacz skinął lekko głową, dając do zrozumienia, że wie, gdzie szukać tego miejsca. Gruber potarł kark i tak czy siak wytłumaczył mniej więcej, co to za miejsce.
    – To sioło. Małe. Nieoznaczone na porządnych mapach, bo i po co komu oznaczać miejsce, gdzie ludzie osiedli chyba tylko po to, żeby odpocząć sobie od innych ludzi i od świata. Parę tuzinów drwali i łowców z rodzinami. Mniej niż setka. To oni prędzej ruszają gdzieś z towarem, niż ktoś fatyguje się do nich. Latem trafiają tam głównie ci, którzy potrafią czytać drogowskazy wyryte na kamieniach przy drodze. Zimą kamieni nie widać. Ścieżki też nie widać. Wszystko zasypał śnieg, więc sam nie trafi. Człek, który miał go prowadzić, zginął w ataku.

    Zmarszczył brwi, próbując wyczytać z ich twarzy, jak zapatrują się na mały spacer przez śnieg. Przez ostatni tydzień wyduszał z nich każdy grosz i był w tym dalece mniej przyjazny. Teraz sprawiał raczej wrażenie człowieka, który ze wszystkich sił pragnie, by ktoś inny przejął jego problem. W jego oczach i postawie odbijał się niepokój ciężki niczym żelazny całun.
    – Zapłaci... – dodał po chwili. – ...i to w złocie, jak twierdzi. A ja dorzucę coś od siebie, jeśli jutro nie będę już miał go pod swoim dachem.
    To ostatnie powiedział ciszej, lecz z większą szczerością niż wszystko wcześniej. Gruber nie wyglądał w tej chwili jak człowiek targujący się o przysługę, ale jak gospodarz, który wyczuł, że pod jego dachem osiadło nieszczęście.
    – Tacy goście źle robią interesom. Widmo spotkania zwierzoludzi może zatrzyma mi tu ciżbę jeszcze na parę dni, ale jeśli szanowny jegomość zbyt długo się zasiedzi, znajdą się i tacy, co spróbują szczęścia na szlaku, byle dalej od niego.
    Nie poprosił ich wprost, ale prośba tkwiła w jego postawie, w palcach zaciśniętych na krawędzi stołu i w spojrzeniu uciekającym raz po raz ku drzwiom izby, za którymi czekał Łowca Czarownic.

    Awanturnicy spojrzeli po sobie. Przez ostatni tydzień ich sakiewki topniały szybciej niż śnieg naniesiony do izby na podeszwach butów. Każdy kolejny wieczór pod dachem, każdy kufel i każda miska gorącej strawy kosztowały krocie, a będzie jeszcze trzeba zapłacić za tę noc. Nie mogli sobie zbytnio pozwolić na to, by ktoś inny zajął się tym problemem. Zresztą mówiono tu o złocie, nie srebrze. Być może chwila niewygody była warta fatygi i ryzyka?

    Zgodnie stwierdzono, że decyzja nie musi przecież zapaść od razu. Co szkodzi wejść i zobaczyć, jak wygląda oferta? Rudowłosy młodzik, człowiek lasu pod ciemnym kapturem, milczący wędrowiec o czujnych oczach i niziołek w zieleni Hochlandu podnieśli się jeden po drugim, a wielki kislevski pies ustawił się przy nodze niziołka. Kilka osób w sali odprowadziło ich wzrokiem. Była w tych spojrzeniach pewna ulga, ale też i pewna doza współczucia.

    Gruber ruszył przodem. Karczemny gwar został za ich plecami, przytłumiony przez wąski korytarzyk prowadzący do izby na parterze. Było tam niżej, chłodniej i ciaśniej. Na ścianach wisiały zapasowe derki, kilka starych narzędzi i wyschnięty wieniec z ziół, który dawno stracił zapach, jeśli kiedykolwiek go miał. Spod drzwi sączyła się cienka smuga bladego światła. Nie miała w sobie nic z ciepła paleniska.

    W środku pachniało krwią, gorącą wodą, alkoholem i mokrym ubraniem. Zapach przypominał ten z pola bitwy, lecz zamknięty był w zdecydowanie zbyt małym pokoju. Kapłan leżał na ławie, którą przykryto kocem i płótnem. Jego szaty zostały rozcięte, odsłaniając opatrzoną ranę biegnącą pod żebrami, paskudną i głęboką. Skóra wokół szycia była sina, gdzieniegdzie czarna od brudu i zakrzepłej krwi. Mężczyzna miał twarz zapadniętą od zmęczenia. Jego policzki ostro zarysowywały się na tle twarzy, a wargi miał spierzchnięte, lecz oddychał.

    Klęczał przy nim Łowca Czarownic. Nie wyglądał już jak ten sam człowiek, który wszedł do karczmy wraz z zawodzeniem wiatru. Bez płaszcza wydawał się młodszy, ale nie przydawało mu to łagodności. Miał niewiele ponad trzydzieści lat, może trzydzieści kilka. Jasne włosy przykleiły mu się od wilgoci do skroni. Twarz miał pociągłą i zmęczoną, lecz niezniszczoną. Była w nim pewna twarda nuta, zahartowana stal i zimno, które nosił jak element zbroi. Jego dłonie były czerwone od krwi, ale poruszały się pewnie. Kończył właśnie nakładać bandaż, owijając płótno ciasno, równo i przede wszystkim... pewnie. Miał w tym wielką wprawę, jakby w poprzednim życiu był felczerem.

    Na stole leżał jego kapelusz: szeroki, ciężki, z piórem nasiąkniętym wodą i szerokim rondem. Na klamrze, która go opinała, widniała żelazna brosza przedstawiająca podwójną kometę. Znak Sigmara. Obok spoczywał pistolet ozdobiony świętymi symbolami, z wytartą drewnianą rękojeścią, oraz miecz, którego pochwa nosiła ślady długiego używania. Pod rozpiętym kaftanem widać było kolczą koszulę i elementy dobrego, solidnego pancerza. Zrazu dało się poznać, że był to pancerz wykonany przez kogoś, kto rozumiał, że stal ma ratować życie, a nie budzić zachwyt.

    Nie odwrócił się od razu, gdy weszła czwórka awanturników. Dokończył bandaż, wsunął koniec płótna pod poprzednią warstwę i dopiero wtedy pochylił głowę nad kapłanem. Jego usta poruszyły się cicho. Nie było pewności, czy wypowiada modlitwę, obietnicę, czy może chodziło jeszcze o coś innego. W bladej poświacie okna, gdzie śnieg osiadał na zewnętrznym parapecie jak popiół na cmentarnych grobach, ten gest miał w sobie osobliwą godność. Łowcy Czarownic rzadko kojarzyli się z miłosierdziem. Ten też nie wydawał się miłosierny. A jednak przez ten jeden moment było jasne, że ranny kapłan nie jest dla niego tylko towarzyszem podróży ani narzędziem misji.

    Kiedy w końcu podniósł wzrok, cisza w izbie nieznacznie stężała. Jego oczy były jasne, chłodne i nieprzyjemnie uważne. Wolno przesunął wzrok po każdym z obecnych, w sposób, który kogoś mniejszego ducha mógł przyprawić o ciarki. Oceniał. Dokładnie lustrował każdy detal, broń, buty, dłonie, twarze, postawę, ślady podróży i inne szczegóły, które ktoś przeszkolony mógł dostrzec w ludzkiej sylwetce. Karczmarz wszedł za czwórką, chcąc upewnić się, że Łowcy niczego nie brakuje. Mężczyzna sięgnął do sakiewki, wyjął dwie złote korony i położył je na stole. Monety zabrzęczały cicho.

    – Dziękuję, Herr Gruber. Oto zapłata za wodę, izbę i pomoc – powiedział. – Teraz proszę wyjść.
    Karczmarz spojrzał na złoto, potem na Łowcę, i szybciutko zwyciężył w nim rozsądek. Zabrał monety, skinął głową z niezgrabną pokorą i zamknął za sobą drzwi. Łowca Czarownic wstał powoli. Był krzepki, wysoki i roztaczał wokół siebie aurę autorytetu. Jego ruchy zdradzały zmęczenie, choć próbował je ukryć. Może od wielu godzin nie spał. Może od paru dni. Mimo to stał prosto, jakby sama myśl o słabości była uchybieniem wobec urzędu, który nosił.

    text alternatywny

    – Klaus Sneider – przedstawił się wreszcie. – Imperialny Łowca Czarownic, zaprzysiężony przez Imperatora Karla Franza, Protektora Imperium.
    Nie zabrzmiało to bynajmniej chełpliwie. Nie potrzebował tego. Tytuł miał być informacją, ale był też ostrzeżeniem, i wszyscy w izbie mogli to zrozumieć. Wskazał rannego krótkim ruchem dłoni.
    – To Leopold Mann, kapłan Sigmara. Człowiek wierny, twardszy niż powinien i, jak widać, jeszcze niegotów stanąć przed Morrem.
    Wypowiedział te słowa oschle, lecz ręka, którą poprawił koc przy ramieniu rannego, nie była ręką człowieka obojętnego. Gest trwał krótko, ale wystarczył, by odsłonić szczelinę w pancerzu surowości. Sneider mógł być fanatykiem, urzędnikiem ognia i stryczka, człowiekiem od wyroków, lecz nie był zrobiony z samego żelaza. A jeśli był, to tej nocy żelazo zdążyło pęknąć w jednym miejscu.
    Sięgnął po szmatę zanurzoną w misce i starł krew z palców. Nie zmyła się całkiem. Wniknęła pod paznokcie, osiadła w załamaniach skóry, jakby chciała zostać tam na dłużej. Sneider patrzył na swoje dłonie przez moment z nieodgadnionym wyrazem twarzy, po czym odłożył szmatę.

    – Nie będę udawał, że sprowadzono was tutaj na czcze pogaduszki – rzekł. – Karczmarz twierdzi, że jest wśród was przepatrywacz znający drogę przez zasypany trakt. A i reszta z was nie pierzchnie, gdy napotkamy pierwsze przeciwności losu. Prawdę mówi?
    Zapytał, a kiedy zadowolił się odpowiedzią, płynnie przeszedł do sedna historii, tłumacząc, gdzie właściwie planuje ich zabrać i co robi w tych stronach.

    – Zostaliśmy wysłani z Zamku Lenkstert, które tymczasowo jest nowym przyczółkiem władzy w okolicy po upadku Wolfenburga – ciągnął po chwili. – Jak zapewne wiecie, kogoś mojego urzędu nie posyła się dla sprawy błahej. Są rzeczy, które można zostawić miejscowym kapłanom, starszyźnie i tak dalej. Ale to, co dzieje się w miejscu, do którego zmierzamy, prawdopodobnie ma związek z siłami Chaosu...
    Zamilkł i pozwolił, by różnica między jednym a drugim wybrzmiała bez dodatkowych objaśnień. Za drzwiami ktoś w sali głównej zaśmiał się nerwowo, po czym natychmiast ucichł. Sneider nawet nie drgnął.

    – Zmierzam do Dunkelwald – powiedział wreszcie. – Mała osada w niedalekiej okolicy. Kilkadziesiąt dusz, które skupiają się na handlu drewnem, skórami i mięsem. Prawdę powiedziawszy, zapomniana wieś, o której nawet mało słyszeli poborcy podatkowi. Jednym słowem zapadła dziura, gdzie psy szczekają dupami.
    Pozwolił sobie na żartobliwą uwagę, która z jego ust brzmiała wcale nieśmiesznie, bo wypowiedział ją z gniewem. Potem podszedł do stołu i oparł na nim dłonie. Drewno skrzypnęło cicho pod naciskiem.
    – Do Lenkstert dotarły jednak niepokojące wieści. Ostatni poborca, który tam zawitał, uciekł w nocy, obawiając się o swoje życie. Mówił, że sioło to jest norą kultystów, jeno przebranych za poczciwych obywateli. Podobno nie zgadzają się także wpisy z księgi narodzeń i zgonów. Poznikało trochę ludzi. Niestety, zanim ktoś z głową na karku zdążył zebrać szersze zeznania, serce stanęło biednemu Emrichowi. A robił w swoim fachu jedynie dziesięć lat, trzeba wam wiedzieć. Zgroza, którą przeżył, musiała zaciążyć jego sercu i duszy.

    W tej chwili jego twarz wydawała się jeszcze bardziej surowa, lecz nie była twarzą człowieka, który czerpie przyjemność z grozy własnych słów. Raczej kogoś, kto znał już zbyt wiele historii zaczynających się w podobny sposób.
    – Mann i ja mieliśmy się tam przejechać i zbadać sprawę. Oddzielić ziarno od plew, głupotę od herezji i tak dalej. Zdarza się, że nawet zgłoszenia przekazywane przez urzędników są, no cóż, pochopne – rzucił, choć raczej nie było widać po nim, by uważał, że urzędnik wydał zły osąd.
    – Mieliśmy eskortę – dodał po chwili. – Niewielką, lecz wystarczającą na drogę. Kilku zbrojnych, dwóch konnych, chłopaka od zapasów i miejscowego przewodnika, który mówił, że będzie w stanie przeprowadzić nas przez te śniegi. Wszystko szło dobrze pomimo silnej śnieżycy. Namioty i ekwipunek na takie wyprawy wydaje się z najlepszych materiałów, ale to nie zima miała zebrać żniwo wśród moich ludzi...
    Jego palce zacisnęły się lekko na krawędzi stołu. Choć żaden grymas nie przeszedł mu przez twarz i nawet nie westchnął, w tym drobnym ruchu dało się poznać, że nie poradził sobie jeszcze w pełni z tym, co wydarzyło się parę godzin temu na przełęczy. Trudno się dziwić. I tak szło mu zaskakująco dobrze.

    – Zwierzoludzie wyszli na nas z zamieci. Nie z lasu, nie z traktu, nie z miejsca, gdzie rozsądny człowiek wypatruje zasadzki. Wyłonili się ze zwierciadła bieli i oddam głowę, że jej intensywność jest sprawką ich plugawych rytuałów. W każdym razie zaskoczyli nas. Najpierw zobaczyliśmy rogi, czarne na tle śniegu. Potem racice, a później rozgorzała walka, w której nie mieliśmy żadnych szans. Na każdą dwójkę, którą położyłem mieczem, pojawiała się następna trójka. Usłyszałem krzyk konia, potem dostałem w głowę, potem... reszta potoczyła się szybko.
    Mówił spokojnie, lecz widać było, że trochę kosztuje go zachowanie takiej fasady. W każdym razie oszczędził im opisu rozrywanych ciał i innych rzeczy, których dopuścili się zwierzoludzie.
    – Przewodnik zginął pierwszy albo drugi. Trudno powiedzieć. W takich chwilach kolejność śmierci przestaje mieć znaczenie dla kogokolwiek poza Morrem. Leopold dostał pod żebra, kiedy próbował podnieść jednego z konnych. Chłopak od zapasów uciekł w drzewa. Być może dotarł daleko. Być może wciąż biegnie. Być może śnieg okazał się dla niego łaskawszy niż bestie.
    Nie było w tym kpiny. Tylko ponura nadzieja, że koniec chłopaka był nieco spokojniejszy niż reszty. Sneider odsunął się od stołu i spojrzał ku oknu. Za szybą zamieć szorowała po szkle, jakby tysiące lodowych paznokci próbowały znaleźć szczelinę do wewnątrz, by zdusić ciepło w środku.
    – Zostaliśmy we dwóch. Jakoś udało nam się trochę odczołgać, a śnieżyca, ta sama, która wcześniej ich ukryła, teraz ukryła nas. Sigmar w swojej opatrzności osłonił nas przed bestiami w dalszej drodze i jakoś udało nam się tutaj dostać.
    Odwrócił się znów ku stojącym w izbie.
    – Nie jestem człowiekiem, który wierzy w przypadek. Jeśli Mann oddycha, jeśli ja stoję tutaj zamiast leżeć z twarzą w śniegu, to znaczy, że droga jeszcze się nie skończyła. Sigmar widocznie chce, bym dalej podążał swoją drogą.
    Wypowiedział to bez podniesionego głosu, ale z taką pewnością, że zawstydziłby niejednego akolitę Młotodzierżcy. Była w tym wiara prawdziwa, twarda i nierozcieńczona, ale zarazem coś niebezpiecznie bliskiego pysze.

    Przez chwilę patrzył na czwórkę wędrowców stojących w izbie, a blade światło z okna czyniło jego twarz jeszcze surowszą.
    – Potrzebuję przewodnika – powiedział wreszcie. – Kogoś, kto zna las, drogę i te przeklęte zimowe ścieżki.
    Jego spojrzenie zatrzymało się na przepatrywaczu, lecz zaraz objęło całą czwórkę, jakby nie zamierzał pozwolić, by którykolwiek z nich schował się za plecami drugiego.
    – Wygląda na to, że potrzebuję też ostrzy. Oczu. Uszu. Ludzi, którzy potrafią trzymać broń w dłoni i patrzeć w ciemność bez natychmiastowej potrzeby odwracania wzroku. Nie szukam świętych mężów, a i wy nie wyglądacie mi na takowych. Nie obchodzą mnie jednak teraz wasze występki. Sprawa jest pilniejsza od jakichkolwiek małostkowych rzeczy, którymi mogliście się obarczyć w przeszłości. Wiele osób miało powody, by w ostatnich latach przetestować swoją dobrą duszę, ale teraz gra toczy się o wyższą stawkę i jestem skłonny przymknąć oko na małe przewinienia. Żaden z was nie jest przecież poszukiwany?
    Zapytał. Kącik jego ust poruszył się nieznacznie, ale oczy pozostały czujne. Nikt nie zdradził się z kryminalną przeszłością, więc pozwolił sobie na coś, co mogło uchodzić za płytki uśmiech, grymas, który na moment znalazł szczelinę w żelaznej twarzy.

    Przesunął dłonią po krawędzi stołu. Krew na jego palcach zdążyła już ściemnieć, wchodząc w pęknięcia skóry jak brud.
    – Doprowadzicie mnie do Dunkelwaldu. Tam pozostaniecie przy mnie tak długo, jak będzie wymagało tego śledztwo. Do waszych obowiązku będzie należało pilnowanie moich pleców, drogi odwrotu i spełnianie moich drobnych poleceń. Nie wymagam od nikogo wiary ponad tę, którą powinna być w każdy mieszkańcu Imperium. Nie będziecie też pomagać mi w czynieniu sądów, o ile sami nie zechcecie. Podsumowując, wymagam posłuszeństwa w sprawach, które zazwyczaj nie wykraczają poza standardowe czynności przewodników i najemników. To chyba nie brzmi najgorzej? - zapytał retorycznie.
    Dopiero wtedy sięgnął do sakiewki. Przesunął palcem po monetach w środku, ale nawet ślepy zauważyłby, że ma ich sporo. Naprawdę sporo. Trzeba tu dodać, że sakiewkę należałoby raczej nazwać sakwą.

    – Trzydzieści karlów od głowy – powiedział. – Za drogę do Dunkelwaldu i ochronę podczas wykonywania moich obowiązków.
    Pozwolił, by suma wybrzmiała. W karczmie, po tygodniu bezczynności i wydawania srebra, trzydzieści karlów nie było małą sumką. Wystarczająco dużą, by człowiek zaczął ważyć z nią ryzyko, głód, mróz i własną niechęć do Łowców Czarownic.
    – Jeśli sprawa zakończy się tak, jak zakończyć się powinna, zapłacę również za drogę powrotną. Piętnaście karlów od głowy. Bez targów po fakcie. Bez karczemnych sztuczek i dodatków za wszelkie niedogodności, jakie mogłyby nas spotkać.
    Posłał im zimne spojrzenie lodowatych oczu. Nie dodał, że odmowa byłaby może rozsądna. Nie musiał. Wiedział to on i wiedzieli to oni. Mógł jeszcze popytać innych w karczmie i może nawet by kogoś znalazł, ale jedno było pewne. Sneider nie zamierzał odpuścić sobie tej wycieczki, a jeśli nie znajdzie chętnych za złoto, istniało niemałe prawdopodobieństwo, że będzie próbował innych metod werbunku. Takich, których nikt nie chciał w gruncie rzeczy poznawać.

    Łowca Czarownic czekał na odpowiedź, stukając niespokojnie w blat stołu.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    4
    • WiredW Online
      WiredW Online
      Wired jako Tomasimo Ashfield
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
      #2

      Tomasimo Ashfield był niziołkiem w sile wieku, co swoje przeszedł podczas najazdu Chaosu, wraz z Pieterem Falkiem służyli w Forcie Schippel, tam też przyszło im walczyć z "wojskami" Niszczycielskich Potęg, a później oczyszczać Białe Wzgórza z niedobitków zwierzoludzi, maruderów armii chaosu i innych paskudztw, które przybyły do nas z Kislevu. Groza tamtych dni do dziś potrafi go budzić w nocy, męczyć, przypominać o kruchości życia. Ostatnie miesiące odmieniły każdego, wielu posiwiało, Pieter stracił większość włosów, a Tomasimo nabawił się natręctw i kompulsywnej maniery dbania o wąsy. Konował zalecił palenie fajki, domieszki ziół do tytoniu na rozluźnienie nerwów, poszukania hobby i inne pierdolety. Hobby?! Cyrulik psia jego mać, szkoda gadać. Odkupił od wojska psa, od dawna z nim spędzał czas, a podobno obecność zwierząt koi nerwy.

      Owe wzgórza to był w dużej mierze wyłączny teren łowiecki wielkiego barona Hochlandu, księcia elektora Aldebrand Ludenhofa. Teren więc, bez oficjalnych zabudowań, dróg, czy przepraw, za to pełen mokradeł, bagien i innych naturalnych przeszkód. Idealny do ścigania regularnej armii co nie zna okolicy, dużo mniej do walki z zwierzoludźmi co się rozlazły po nieudanym oblężeniu fortu, choć i tych spora część się potopiła. Wybili tylu ilu znaleźli, modląc się do znanych bogów by łachudry nie dotarły do miasteczek i wsi Hochlandu, każdy z żołnierzy przykładał się jak mógł, wiedząc że bestie z którymi walczą, mogą spotkać albo ich, albo ich rodziny, chyba że te zdążyły się schronić w jakimś większym mieście. Na co każdy z nich miał nadzieję, ale jak wiadomo nadzieja to kapryśna pani.
      To wtedy poznał lepiej Pietera Falka, przepatrywacza jego regimentu, trzymał się go kurczowo bo był dużo niższy od reszty żołnierzy i tam gdzie inni bez problemu przechodzili moczary, on się pięknie topił, a ponad wodę wystawał jedynie jego okazały kapelusz z piórami. Od tego czasu zwali go "wodnik".

      Dosłużył w wojsku stopnia kaprala, kapelusz trzyma w klamrze emblemat regimentu i dwa pióra, dłuższe czerwone - świadczące o jednostce strzeleckiej, i niższe zielone, świadczące o jego pozycji obergefreiter'a.
      Gdy w końcu zwolnili ich ze służby tak naprawdę nie wiedzieli gdzie się podziać. Prowincja była pełna uchodźców z najprzeróżniejszych stron, tragedii ludzkich i nieludzkich, trakty pełne zbirów i oportunistów, a oni to w jednej karczmie dostawali darmowe piwo i podziękowania za służbę, a w drugiej bluzgi i obelgi, że wojska nie było wtedy gdy ta lub inna osada była w potrzebie. Szalone czasy.

      Ale jak to mówią, gdzie jest szlam tam są niziołki, i faktycznie Tomasimo swoim urokiem i wrodzoną gadatliwością szybko znajdował okazje do zarobku, a kto w tych czasach nie potrzebował błyszczków.
      Pieter i Tomasimo trzymali się od czasu wojska razem i nie wybrzydzali w zleceniach, zwierzyna schodziła szybko, a czasy były niespokojne. Prawo w wielu miejscach przestało istnieć. Ludzie nie zadawali pytań, a w obozach dla uchodźców traktowano ich jak zbawców. Byli by głupcami gdyby nie próbowali na tym zarobić.

      Handel legalnym i nielegalnym towarem szedł w najlepsze. Jak pomoc w upłynnieniu zapasów armii otrzymanych poprzez znajomych żołnierzy (kto by liczył ile tej pszenicy czy prochu było, a ile zużyto, prawda? zresztą może dostali w rozliczeniu żołdu, Tomasimo miał w sobie dość kultury by nie pytać kolegów po fachu o takie szczegóły), czasem transport bez zbędnych pytań jakiś przedmiotów (wszak kto by nie ufał tak zacnym wojom), czy też odzysk cennego dobytku z pól bitew, ruin, kurhanów i zapomnianych grobowców Gór Środkowych. Oportunizm pełną gębą, ale z klasą i honorem, nie mordowali, nie odbierali chleba głodnym, jedynie korzystali z okazji co się nadarzyły, a Ranald i inni bogowie nie omieszkali im szczęścić!

      Tomasimo był przesądnym i bogobojnym niziołkiem, zatem nie szczędził geltów na świątynie, a i część "znalezionych" przedmiotów zostawiał u kapłanów Vereny, szczególnie książki, z których sam miał niewielki pożytek. Chętnie nauczyłby się czytać i pisać, bo matka mu do głowy wbijała, że wiedza jest jak skarb, którego nikt ukraść nie może. Nie było mu to jednak dane - a to mus, gdyby chciał myśleć o karierze w wojsku i wyższych stopniach. Może kiedyś, na razie jednak niech księgi Verenie służą, a ona mu niech błogosławi, wszak sprawiedliwość często różni się od prawa. Tę naukę dobrze zapamiętał gdy był w Gruyden, świątynnej osadzie gdzie z woli barona Gregora Auerbacha wzniesiono kaplice wszystkich głównych bogów Imperium. Miejsce to święte było na wszechskroś, a budynki zachwycały wykonaniem, przepychem złota, kamieni szlachetnych oraz barwami cudnych witraży. Wiele pielgrzymek tam podążało, a wraz z nimi kapłani, kupcy i różnej maści klientela. Ashfield często tam bywał, pochodził bowiem z Dunstigfurt, wioski osadzonej we wschodniej części Drakwaldu, równo oddalonej od obecnej stolicy prowincji Hergig, byłej stolicy Talabheim, i właśnie sławnego Gruyden.

      Co więc sprawiło że utknął w karczmie tak daleko na północ, otoczony mroźną zamiecią? Biznes, po wzięciu udziału w oczyszczaniu podziemi Breder, wraz z Pieterem mieli się spotkać tu z ich znajomym specjalistą od pułapek i niekonwencjonalnego otwierania zamków, Panem Mullerem, ów dżentelmen i archeolog z zamiłowania chciał z nimi zbadać pewien grobowiec w Górach Środkowych, na północ od miejsca gdzie się znajdowali. Sam wybrał to zapomniane przez bogów miejsce jako punkt zborny, dobrze pamiętał jak opisywał im przełęcz. Sam jednak nie dotarł. Czekali na niego już tydzień i tracili nadzieję, że w ogóle się pojawi.

      Tomasimo chętnie bawił zebranych przy stole opowiadaniami, odpowiednio je cenzurując z celów jakie realizowali, ubarwiając jednak tam gdzie mógł, by zaciekawić. W przeciwieństwie do Pietera lubił rozmawiać, lubił plotki i sam niejednych był źródłem. Gadane miał za trzech, jego towarzysz zwykle milczał, czasem uśmiechnął się nieznacznie. Był to człowiek dzikich ostępów, szorstki w obyciu niczym futro dzika. Idealnie się tu uzupełniali.

      Zapowiadał się kolejny szary dzień, gdzie jedynie słowem, piwem i może grą w kości, szło jakoś nudę przegonić, gdy nagle drzwi od karczmy otworzyły się z hukiem, wlewając ziąb i nowość do zatęchłej izby.
      Łowca Czarownic z krwawiącym kapłanem Sigmara zrobili niemałe wrażenie na zebranych. Na Tomasimo również! Pomimo uznania dla klasy i szykownego kapelusza to jednak nie lubił tych fanatyków, w sumie chyba nikt ich nie lubił. Tomasimo jednak z zupełnie innych powodów niż reszta. Raz, że to byli przedstawiciele prawa o nader wysokich uprawnieniach wykraczających poza miejscowe przepisy i granice prowincji, dwa że ze wszystkich plotek jakie słyszał mógł uznać jedynie jedno - byli szaleni. Prędzej czy później Chaos z którymi walczyli pochłaniał ich dusze, wywracał umysł i odbierał logiczny ogląd na świat.

      Przy całym respekcie do ich pracy, było jedynie kwestią czasu kiedy takiemu odbije, a wtedy lepiej nie być w jego otoczeniu, czy nawet w obrębie wioski w której przebywa. Ashfield szanował to co robili, wszak po każdym najeździe Chaosu to oni w czasach pokoju wypalali ogniem i żelazem plugastwa z tych ziem, polowali na mutantów. Chronili też Imperium przed często niewidocznym wrogiem, plugawymi kultami, magami, obcokrajowcami z ich bluźnierczymi zwyczajami i religią, w skrócie byli potrzebni. Tak samo jak potrzebny jest gorąc, ogień i dym by pozbyć się pluskiew i wszy z pościeli. Nikt jednak nie chce leżeć na przypiekanym łożu.

      Gdy dwójka zniknęła za zamkniętymi drzwiami Tomasimo porozumiewawczo spojrzał na Pietera. Pora była się ewakuować. Obydwoje to rozumieli, zdając sobie sprawę z zagrożenia. Dobrze, że przybył bez obstawy zbrojnej czy strażników dróg. Niziołek pogładził psa, który wyczuł zaniepokojenie właściciela.
      - Wszystko w porządku Tyci - bo tak wabiła się bestia - wszystko w porządku - powtórzył, trochę do psa, trochę do siebie.

      Nie zdążył nic powiedzieć, gdy osiłek co niósł rannego wrócił i przekazał im wieści o bandzie zwierzoludzi w okolicy. Nic dla niego i jego towarzyszy nowego, ale tym bardziej nie chciałby zostać w karczmie do której właśnie doprowadził krwawy trop posoki kapłana. To przecież zwierzęta, mróz czy nie mróz, węch mają nie gorszy od psiego, a może i lepszy. Kwestią czasu było kiedy tu dotrą, i kwestią zgadywanek w jakiej liczbie.
      Niziołek dopił piwo i rozejrzał się po zebranych, uszami łowił plotek, ale tłuszcza nic ciekawego nie mówiła.
      - Pora w drogę, dalej od zapachu krwi tego sigmaryty - rzucił cicho przy stole do Pietera, ale i reszta siedząca obok go słyszała.

      Po chwili namysłu postanowił wstać, pójść do Łowcy Czarownic, i w ramach pomocy nad rannym wypytać skąd i dokąd zmierzają, co by się upewnić, że ich drogi więcej się nie przetną. Nie było mu to dane, ledwo się odwrócił na ławie a zobaczył obok siebie karczmarza zrzucającego na nich odpowiedzialność o którą nie prosili. Kochał barwy swego kraju, dobrze mu było w zielonym, pomagało to też w interesach i wzbudzaniu zaufania - teraz jednak mocno się zawiódł na efekcie jakie zrobiło umundurowanie.
      - Ku chwale ojczyzny - rzekł gorzko niziołek na wywód Grubera jakim to szczęściem jest towarzystwo Łowcy Czarownic i półżywej przynęty na zwierzoludzi z znakami Sigmara, z którymi chciał ich wystawić za drzwi.
      - Ale nie tylko dorzucisz coś od siebie, ale i oddasz nam to co wydaliśmy - dodał hardo Tomasimo.

      Nie wypadało odmówić Łowcy, a na pewno warto było go wysłuchać, choćby po to by dowiedzieć się więcej i skierować swoje kroki w przeciwnym kierunku. Obawiał się jednak, że jako żołnierz nie mógł zbytnio odmówić. Może próbować, ale nie słyszał o dekrecie kończącym wojnę z najeźdźcą, oczywiście nie był w czynnej służbie, no ale...

      Izba pachniała krwią i przypominała im wszystkim, że czas pokoju jeszcze nie nadszedł, po wyjściu karczmarza Klaus Sneider zaczął swoją opowieść. Opowieść przyprawioną złotem, ilością bliską rocznego żołdu. To było naprawdę sporo pieniędzy jak za kilka dni pracy. Dość rzec, że mocno zmieniało nastawienie niziołka.
      - Tomasimo Ashfield, obergefreiter regimentu strzeleckiego Fortu Schippel, armii Hochlandu - zaczął pewnie Tomasimo - a to mój towarzysz Pieter Falk, przepatrywacz, wojskowy. Za nas dwóch mogę ręczyć. - rzekł pewnie by wybrzmiało ich doświadczenie i obeznanie w walce.
      Spojrzał na Pietera, po czym na niecierpliwie stukającego w blat Łowcę Czarownic. Co za bagno, ale nie mieli wyboru, a płaca była zacna. Do tej pory źle im nie wychodziło branie tego co przynosił los.
      - Rad jesteśmy pomóc - dodał podkręcając z nerwów wąsa, dobrze wiedział że nie mają wyboru, szczególnie on w tym wojskowym płaszczu i z emblematem regimentu za klamrą na kapeluszu. Mimo że to inna prowincja, jego władza wykraczała poza takie niuanse, lepiej było brać złoto i się uśmiechać do złej gry niż go rozgniewać.
      Strażnikowi Dróg z Ostlandu mogliby powiedzieć "spierdalaj". Imperialnemu Łowcy Czarownic... już nie.
      - Jesteście więc Panie z Ostlandu? - dopytał szukając kislevskich akcentów w jego mowie - żal słyszeć o losie Wolfenburga - dodał, choć troski w tym pytaniu wiele nie było. Każda prowincja poniosła daninę krwi i nie było co się nad tym rozwodzić. Fakt jednak, ośli upór Ostlandczyków dał się we znaki najeźdźcom, choć raz ta ich tępa krasnoludzka natura zaprawiana kislevksą wódką przyniosła jakieś dobre efekty.
      - Droga powrotna to znaczy dokąd? - upewnił się, Zamek Lenkster również był w Ostlandzie, jakakolwiek władza tam urzędowała nie była to jego władza, ani jakakolwiek władza którą by chciał spotkać. Obecnie w każdym grodzie brakowało żołnierzy, a niektórym ludziom ciężko się odmawia - wliczając w to jego obecnego rozmówcę. Cierpliwie czekał na odpowiedź, zrobił też miejsce dla innych by mogli się wypowiedzieć.

      Gdy każdy podjął decyzję dodał:
      - Słyszałem o Dunkelwald, ta wioska i ziemia w okolicy należą do Kościoła Ulryka, od dekad, miejscowi narzekają na daniny na rzecz kościoła, i teraz im jeszcze poborcę przysłaliście? Czasy ciężkie Panie, głód, uchodźcy, po lasach zwierzoludzie i niedobitki armii Chaosu, nawet bez plugawego kultu by tego poborcę ubili i udawali że nigdy do nich nie dojechał. A jeśli litościwi to mogli go chcieć po prostu nastraszyć.
      - Wasz druh jest ciężko ranny. Rozumiem że zostanie tu pod opieką karczmarza? - zapytał na koniec, oceniając jak wojskowy targanie krwawiącego kapłana jako balast i proszenie się o problemy z każdym zwierzem i zwierzoczłekiem, który głodny w mroźną noc wyczuje jego krew.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      4
      • DhratlachD Online
        DhratlachD Online
        Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #3

        Heinrich znany jako „Heinz”, bardzo popularny sos grzybowy z Nordlandu tak przy okazji, siedział większość czasu wpatrzony w swój puchar z którego miał wrażenie nigdy nie ubywało piwa. Co było dobrą nowiną. Siedział, pił, słuchał. Nie raz nie dwa rzucił suchą uwagą, ale jako wdzięczny słuchacz nigdy nie przerywał, gdy inni mówili. Choć jego ubiór już dawno temu miał swoje lepsze dni to nadal był praktyczny. Szczególnie wełniany kubrak odznaczał się fachurą wykonania. Nie mniej i on widział lepsze dni. Nie rozstawał się również z czapką i szalem. Jakby nie patrzeć, nie było wcale, a wcale ciepło…

        Ciężko było powiedzieć ile miał lat. Był rudy, ale jego broda jawnie okazywała pierwsze oznaki starości siwiejąc na słomkowo, a jego zielone oczy były pozbawione światła. Oczy człowieka co dość widział, ale nadal nie poddawał się w pełni mrokom życia. Cerę miał zdrową, choć skrytą pod fałdami brudu, bo kto myślał o kąpieli? Zdecydowanie, wyglądał na znoszonego życiem podróżnika…

        Pamiętał jak przez mgłę, który to był wieczór gdy znowu się poniewierał? Jak ktoś przy stole zapytał go o przeszłość. Niby normalna rzecz. Był asystentem-tłumaczem Herr Magistra… Hiero… nimusa? …minusa? …magnusa? Nie pamiętał. Badali kurhany w północnym Osatlandzie. Jego pracodawca nie interesował się kruszcem. Tylko „przedmiotami kulturalnymi”. Pierdółkami takimi jak sztuka, figurki i inne pierdoły… Tak czy inaczej, zaskoczyła ich Burza Chaosu. Udało mu się uciec… od tamtej pory tułał się i dorabiał jako zielarz…

        Kiedy wkroczyli wędrowcy i okazało się, że to Łowca Czarownic z Kapłanem, mruknął gorzko:
        - Daj człowiekowi pochodnię, będzie u ciepło przez klepsydrę. Podpal pod nim stos, będzie mu ciepło do końca życia… ehh… ogrzałbym się…

        Przybysze zniknęli na zapleczu, Heinz sięgnął do swojego plecaka wydobywając dwie sakiewki, wypił piwo duszkiem i ruszył ku właściciela przybytku. Kapłan kapłanem... ale nadal człowiek, jakby nie patrzeć. Nie miał wielkiej miłości do stanu kapłańskiego, ale szanował życie. Kładąc sakiewki na stole spojrzał na oberżystę mówiąc głosem pozbawionym nadziei. Kładąc miedziaka na blacie.

        - Dwie łyżki kory na kufel wody. Gotuj ćwierć klepsydry, odcedź i przemyj ranę. Pomoże odkazić. Z igieł zrób napar i daj do picia. Wzmocni organizm. Czubata łyżka na kufel. Nalej mi jeszcze…

        Z uzupełnionym napitkiem wrócił do towarzyszy i nic nie mówiąc to pił, to patrzył w kufel, a kiedy o zgrozo, Łowca ich wezwał westchnął ciężko. Wiedział dobrze, że nie może odmówić, choć chciał się gdzieś ukryć. Miało to się zmienić, gdy Herr Sneider przedstawił swoją… ofertę. Nad wyraz korzystną, choć czuł problemy nosem. Nie mniej, był zdeterminowany się jej chwycić. Wszystko, by wyrwać się z tego miejsca i ruszyć Hergig. Pomny by trzymać język za zębami i posłusznie wykonywać rozkazy… choć przekora była w nim silna… spojrzał na wygadanego niziołka obojętnie nie pojmując o co mu chodzi. Czy starał się targować?

        - Mój topór jest na wasze usługi, Herr Sneider. – powiedział bez emocji.

        Jakby nie patrzeć, trzydzieści karli to nie była mała kwota, a jeszcze była możliwość połowy tyle. Moneta monetą… ale miał okazję wyrwać się z tego przeklętego miejsca. Chwyciłby się takiej okazji nawet i bez obietnicy grosza, a tu jeszcze mu płacili? Okazja jak się paczy… Głupi by odmówił. Pal licho, że Łowca Czarownic. Widział gorsze. Po nim? Mniej więcej wiedział czego się spodziewać. Mniej więcej… grunt to siedzieć cicho i robić co nakazują. Jak trudne to może być?

        Teraz? Miał ochotę wrócić się napić…

        Pour a drink and pass it on
        Let the quiet speak for longer...

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • MortarelM Niedostępny
          MortarelM Niedostępny
          Mortarel jako Pieter Falk
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #4

          Pieter Falk przez dłuższą chwilę milczał. Nie dlatego, że ważył słowa szczególnie starannie. Raczej dlatego, że słowa zwykle przychodziły mu z oporem, jakby każde trzeba było wydobyć spod śniegu, błota i starego zmęczenia. Stał nieco z boku, z barkiem opuszczonym pod ciężarem własnego płaszcza, i patrzył nie na Sneidera, nie na jego kapelusz, pistolet ani sakiewkę, lecz na wyrytą w jego głowie mapę. Na drogę ukrytą pod zaspami. Na białą linię traktu, której nikt rozsądny nie szukałby teraz bez powodu. Na miejsca, gdzie las schodził bliżej drogi, a wiatr potrafił nagle ucichnąć tak, że człowiek słyszał własną krew w uszach.

          Dunkelwald.

          Znał tę nazwę. Nie była ważna dla ludzi z miast ani dla poborców, którzy woleli drogi szersze, suchsze i lepiej opisane w papierach. Ale dla kogoś urodzonego w Hochlandzie, przy Górach Środkowych, takie miejsca nie były plamami na mapie. Były wspomnieniem zapachu mokrej kory, śladów racic w śniegu, dymu z osad, których nie widać było zza drzew, dopóki człowiek prawie na nie nie wszedł.

          Falk przesunął spojrzeniem po twarzy Łowcy Czarownic. Potem po rannym kapłanie. Potem znów ku oknu, za którym zamieć skrobała szkło, jakby chciała dostać się do środka i położyć dłoń na każdym karku.

          — Dwa dni — powiedział wreszcie.

          Głos miał niski, suchy, bez chęci robienia wrażenia. Nie brzmiał jak człowiek, który chce się targować, ani jak ktoś, kto próbuje dodać sobie odwagi. Raczej jak ktoś, kto podaje wagę martwego zwierzęcia albo odległość do miejsca, gdzie znaleziono ciało.

          — Jeśli śnieg nie pójdzie wyżej. Jeśli wiatr nie zasypie wszystkiego do rana. Na wieczór drugiego dnia można być w Dunkelwaldzie. - „Można” w tych stronach znaczyło mniej więcej tyle, co „jeżeli bogowie nie zechcą dla odmiany splunąć człowiekowi w twarz”. Każdy, kto choć raz zimą wyszedł poza światło karczemnych okien, powinien to wiedzieć bez tłumaczenia.

          Pieter poprawił pas na ramieniu. Skóra zaskrzypiała cicho. W izbie było ciasno, za ciepło i za bardzo śmierdziało krwią. Nie lubił takich pomieszczeń. Człowiek stał za blisko ścian, za blisko innych ludzi, za blisko cudzych oddechów i cudzych decyzji. Na zewnątrz przynajmniej wiadomo było, skąd wieje.

          — Droga idzie starym traktem. Słabo chodzonym. Zimą prawie go nie ma. Kamienie zasypane, koleiny zasypane, drzewa wszystkie jednakowe, jak ktoś nie zna okolicy. — Przerwał na chwilę i zasępił się.

          Spojrzał krótko na Tomasimo, kiedy niziołek skończył mówić. W tym spojrzeniu było coś starego, wojskowego, niewypowiedzianego. Fort Schippel. Białe Wzgórza. Zmarznięte dłonie, nocne alarmy, mokradła, w których ludzie zapadali się po pas, a czasem głębiej. Falk pamiętał niziołczy kapelusz sterczący nad wodą jak znak drogowy postawiony przez pijanego inżyniera. Pamiętał też inne rzeczy, mniej zabawne, których nie opowiadało się przy piwie, jeśli człowiek chciał potem zasnąć.

          — Nie ma osad po drodze — dodał. — Nie takich, gdzie można zapukać i dostać miskę zupy. Jedną noc trzeba będzie spędzić na zewnątrz. Może pod skałą. Może w jamie, jeśli znajdziemy suchą i pustą.

          Słowo „pustą” zawisło w powietrzu trochę ciężej niż reszta.

          Pieter nie spojrzał wtedy na rannego kapłana, ale czuł jego obecność. Czuł ją w zapachu krwi, w mokrym płótnie, w napięciu Łowcy. Ranny człowiek zawsze zmieniał rachunek drogi. Spowalniał marsz. Przyciągał zwierzęta. Wymuszał postoje tam, gdzie nie powinno się stawać. A jeżeli krew należała do kapłana Sigmara, niesionego przez Łowcę Czarownic po ataku zwierzoludzi, rachunek robił się jeszcze brzydszy.

          — Wilki są tam zawsze — mruknął. — Zwłaszcza o tej porze. Głodne. Ciche, dopóki nie będą blisko. Orkowie… może. Ludzie gadają dużo, kiedy śnieg zamknie ich pod dachem. Zwierzoludzie… - Urwał.

          W izbie przez chwilę słychać było tylko oddech kapłana i ciche stuknięcie czegoś za ścianą. Może belka pracowała od mrozu. Może ktoś w sali głównej przesunął kufel. Falk nie odwrócił głowy, ale oczy drgnęły mu w stronę drzwi.

          — Jeśli wyszli z zamieci raz, mogą wyjść drugi raz. - Nie było w tym straszenia. Po prostu stwierdzenie faktu. Takiego samego jak to, że śnieg padał, a człowiek w końcu marzł, jeśli stał za długo bez ruchu.

          Pieter przeniósł spojrzenie na Sneidera. Patrzył na niego inaczej niż większość ludzi patrzyła na Łowcę Czarownic. Bez jawnego buntu, ale też bez pokornego spuszczenia oczu. Raczej tak, jak patrzy się na źle przywiązanego konia, na zbyt świeży trop albo na drzewo nadłamane przez wichurę. Coś, co może jeszcze stać spokojnie albo zaraz spaść człowiekowi na głowę.

          — Kapłan z nami pójdzie? — zapytał w końcu. — Jeśli pójdzie, umrze po drodze albo spowolni nas tak, że noc zastanie nas w złym miejscu. - Było to niegrzeczne. Zbyt proste. Może nawet niestosowne. Pieter nie miał do takich rzeczy ręki. Nie umiał owijać prawdy w płótno, żeby wyglądała mniej paskudnie.

          — Krew przyszła tutaj razem z wami. Nie wiem, czy bestie poszły za tropem... - Falk przesunął dłonią po przerzedzonych włosach na czole, odruchowo, bez myśli. Potem opuścił rękę i spojrzał na sakiewkę Łowcy.

          Trzydzieści karlów.

          Za tyle człowiek mógł przez jakiś czas udawać, że życie nie jest tylko marszem od jednego nieszczęścia do następnego. Mógł kupić nowe buty, naprawić broń, zapłacić za dach, który nie przeciekał. Mógł też dać się zabić w śniegu za sprawę, która nie była jego sprawą, w wiosce, do której nikt rozsądny nie szedłby po zmroku. Pieter znał już takie rachunki. Zwykle wychodziły na minus.

          — Poprowadzę — powiedział krótko.

          Nie dodał „dla złota”, choć złoto miało znaczenie. Nie powiedział też „dla Imperium”, bo za dużo widział ludzi, którzy ginęli z takimi słowami na ustach i błotem w płucach. Nie powiedział „dla Sigmara”, bo nie lubił wypowiadać wielkich imion, kiedy pod paznokciami ludzi wciąż siedziała świeża krew.

          Po prostu poprowadzi. Bo znał drogę. Bo jeżeli ktoś inny spróbuje ją znaleźć, zabłądzi. Bo Dunkelwald leżał w Hochlandzie, a Hochland, choć brudny, zmarznięty i często niewdzięczny, był jego ziemią. I bo gdzieś tam, za dwoma dniami marszu, za jedną nocą pod gołym niebem, za wilkami i białą pustką traktu, coś najwyraźniej czekało.

          A Falk nie lubił rzeczy, które czekały w ciszy.

          — Ruszyć trzeba rano — dodał. — Przed świtem, jeśli wiatr siądzie. Weźmiemy liny, suchy opał, płachty, więcej jedzenia niż wygląda na potrzebne. I coś na opał, co zapali się nawet mokre. Kto ma dobre buty, niech je dziś sprawdzi. Kto nie ma, niech ukradnie albo kupi.

          Spojrzał po obecnych, na każdym zatrzymując wzrok tylko na moment. Nie szukał zgody. Raczej oceniał, kto pierwszy zacznie narzekać.

          — Na trakcie nie będzie gadania więcej niż trzeba. Nie po zmroku. Nie w lesie. Jak powiem stać, stoicie. Jak powiem zgasić światło, gasicie. Jak powiem, że coś jest nie tak… -Tu zawahał się nieznacznie. Może dlatego, że przez ułamek chwili wróciły inne śniegi, inne drzewa i inna cisza, której kiedyś nie usłuchał wystarczająco dokładnie. — …to nie pytacie od razu dlaczego.

          Dopiero wtedy cofnął się pół kroku, jakby uznał, że powiedział już więcej, niż powinien. W izbie wciąż pachniało krwią, mokrą wełną i alkoholem. Za drzwiami ludzie pewnie dalej szeptali o stosach, zwierzoludziach i nieszczęściu. Pieter Falk poprawił płaszcz na ramieniu i spojrzał jeszcze raz ku oknu. Śnieg dalej padał. Cicho, cierpliwie, jakby miał cały czas świata.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          2
          • ZellZ Niedostępny
            ZellZ Niedostępny
            Zell jako Moriz Richter
            Moderator Obsługa
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #5

            Ostatnie dni spędzone na przymusowej odsiadce w karczmie nadwyrężyły nie tylko cierpliwość do upartej pogody, ale także sam mieszek jaki cierpiał brak zarobku spowodowany właśnie pogodą. Niczym rolnik, któremu pola nie dają plonów, gdy ziemia zmarznięta, tak i Moriz oszukał się kiedy szlak nie wydał grubej sakwy napchanej podatkami, gdy dojście do celu było zasypane śniegiem. Może zesłanie do tej karczmy to była jakaś kara za ukrycie pod śniegiem pozostawionych śmieci po pracy?

            Nie czuł się dobrze wśród czterech ścian i karczemnego zaduchu. Otwarta przestrzeń również nie byłaby mu miła, ale bardziej niż być zamkniętym w tym miejscu i ciągle czuć na sobie prawdziwe bądź wyobrażone spojrzenia. Początkowo złapał się na odczuwaniu większej dawki paranoi, której dopiero zdołał się pozbyć po kilku dniach bez nadziei na wyjście. Nie miał możliwości powrócić do swoich, do obozu skrytego w lesie Hochlandu i cieszyć się tym połączeniem przestrzeni ograniczonej leśnym terenem oraz obecnością mu podobnych, jacy nie ściskali się w ograniczonej drewnem przestrzeni.

            Wraz z nagłym pojawieniem się Łowcy Czarownic z ledwo żywym kapłanem Sigmara rozbudziło Richtera z marazmu przerywanego grą w karty czy kości podczas oczekiwania na zbawienie... choć chyba nie o takim zbawieniu myślał.

            A na pewno nie z rąk Łowcy Czarownic.

            Moriz Richter zwany czasami Sędzią (i to nie tylko z powodu nazwiska) nie posiadał spięć z tym typem Łowców, aczkolwiek gdy Sneider zapytał niby żartem o bycie poszukiwanym... szczerze Morizowi do śmiechu nie było, szczególnie zważając na miejsce o jakim wspomniano. Niemniej sytuacja w jakiej znalazł się ten Łowca działała na korzyść Moriza, jakiego obecność w najgorszym wypadku mogła zostać przemilczana dla wykonania ważniejszego zadania. Do tego przecież to nie tak jakby był on jakimś heretykiem czy za rękę z Chaosem szedł. Mógł głową nie tłuc o posadzki w kościołach, ale zachował jakąś człowieczą obawę przed siłami boskimi i bez powodu im nie przeciwdziałał.

            Mimo początkowych wątpliwości całość stopniała w obecności zaoferowanej zapłaty jaka zmyła z oczu Richtera niepewność, zaś wzrok Klausa Schneidera dodatkowo przypieczętował umowę. Ten człowiek nie dawał tak naprawdę opcji. On opisywał zadanie ich czekające w jakie już zostali wpisani, a zapłata była na osłodzenie i zachętę. Z jednej strony nic z tego nie mogło upewnić, że przypadkowe osoby po prostu nie zechcą zabić Łowcy i zabrać pieniędzy, gdyby zapomnieć o jego własnym doświadczeniu jakie mogłoby nastręczyć trudności. Pomijając ten fakt, to ciągle pamiętał, że i grupy banickie nie były chętne atakować grup z Łowcą Czarownic, jako że ich obecność to zawsze była złym znakiem. Oni mieli wpływy i znajomych, co chętnie wytropiliby winnych skrywających się w łatwopalnych lasach i sprawdzili czy jednak nie byli kierowani Chaosem.

            - Mogę mieć baczenie na las okalający drogę, odsiewając dźwięki głuszy od dźwięków zagrożenia dla człowieka, jakie potrafią być czasami niepokojąco podobne. - odezwał się na końcu bardzo ostrożnym głosem, jakoby ta ostrożność wryła się także i w jego słowa - Lasu nie można przeceniać ani niedoceniać. Ważne by rozumieć jego sygnały i wiedzieć z czym walczyć, a czemu w drogę wchodzić się nie opłaca.

            Banita wyniósł się z Ostlandu ponad rok temu, a parszywy los siłą postanowił go ponownie wciągać w te ziemie, jakby sam grunt wciąż pamiętał zapach krwi i chciał z powrotem winnego człowieka, który zbiegł z jego terenów.

            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • PiołunP Online
              PiołunP Online
              Piołun jako Mistrz Gry
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #6

              text alternatywny

              W izbie przez chwilę nikt się nie odezwał. Knot świecy syczał cicho. Kapłan Sigmara oddychał płytko na ławie, przykryty kocem, z twarzą bladą i zapadniętą. Sneider przestał stukać palcami o blat. Nie wyglądało na to, by się namyślał. Raczej próbował ciszą wywołać w nich napięcie, co musiało być częścią jego sposobu bycia, może nawet tego, jak przeprowadzał przesłuchania. Część z nich mogła zdawać sobie sprawę, co robił i z czego to wynikało. Siedział teraz przy stole w rozpiętym kaftanie, z rękawami pobrudzonymi krwią kapłana, blady od zmęczenia, ale wciąż zwarty i czujny. Powoli przesunął wzrok po stojących przed nim wędrowcach, co samo w sobie tworzyło pewien rodzaj napięcia. Zatrzymał spojrzenie na Tomasimo. Przebłysk zaciekawienia odbił się w jego oczach, gdy niziołek przedstawił siebie i Pietera wojskowymi tytułami.

              – Fort Schippel – powtórzył. – No popatrzcie.
              Nie brzmiało to jak pochwała, ale po raz pierwszy w jego głosie pojawił się cień praktycznego uznania.
              – Przez parę ostatnich lat musieliście się napatrzeć na paskudy chaosu z bliska i nadal tu stoicie. Dobrze. Nie trzeba wam będzie tłumaczyć podstaw. To oszczędzi nam trochę czasu.
              Spojrzał na Pietera Falka dłużej niż na pozostałych. Słowa przepatrywacza o drodze, śniegu, noclegu i wilkach brzmiały może nawet profesjonalnie, a twardość, z jaką wyraził swoje instrukcje, mogłaby komuś zaimponować, ale na pewno nie Sneiderowi. Nie spodobał mu się ton mężczyzny.
              – W sprawach orientacji na trakcie będziemy cię słuchać, przepatrywaczu – powiedział w końcu, zwracając się do wszystkich, nie tylko do niego. – Obiecuję, że nie będziemy urządzać narady przy każdej zaspie. Jeśli powiesz, że droga idzie tędy, idziemy tędy. Jeśli powiesz, że trzeba stanąć, stajemy. Możesz wybrać nam miejsce na nocleg, czytać tropy zwierząt i ogólnie przeprowadzić nas cało przez las. Nie będę ci wchodził w kompetencje. Nie ulegaj jednak mylnemu wrażeniu, że idziesz z nowicjuszem lub nieopierzonym chłystkiem, ani tym bardziej, że nie wiadomo, kto tu dowodzi podczas tego zadania. Spacerów podobnych do tego, na który się wybieramy, odbyłem już dziesiątki i jeśli będę miał coś do zakomenderowania, zrobię to. Ty zaś odpowiesz wtedy, „Tak jest, panie Sneider, robi się”. Mam nadzieję, że wyraziłem się jasno? – rzekł to lodowatym, nieznoszącym sprzeciwu tonem, po czym przeniósł spojrzenie na Moriza Richtera.

              W słowach banity, który być może cieszył się teraz w duchu, że Łowca nie zna dokładniej jego przeszłości, nie było tej samej żołnierskiej pewności, co u przedmówców. Moriz zachował ostrożność człeka, który spędził w lesie dość czasu, by wiedzieć, że lepiej skupić się i nasłuchiwać niebezpieczeństw, niż później szukać własnych flaków w śniegu. Dobrze. Sneider widział w tym sens. Skoro przepatrywacz miał skupić się na drodze, ktoś taki jak Richter mógł zająć się wypatrywaniem zagrożeń. A tych Łowca spodziewał się całkiem bez liku, biorąc pod uwagę niedawną zasadzkę zwierzoludzi na jego oddział. Mógł nie lubić ludzi, którzy zbyt długo kręcili się po lasach bez nadzoru prawa, ale nie był na tyle głupi, by lekceważyć kogoś podobnego w obecnej sytuacji. Nawet jeśli twarz Moriza wydawała mu się jakoś dziwnie znajoma.
              – Dobrze – powiedział po chwili. – Będziesz miał baczenie na boki, linię drzew i wszystko, co ogólnie rzecz biorąc, nie pasuje do krajobrazu. Jeśli coś zauważysz, meldujesz mi od razu. To ważna uwaga. Zapamiętaj ją sobie. Meldujesz OD-RA-ZU. – wypowiedział ostatnie słowo z naciskiem, jakby mówił do głupiego dziecka. Nie uważał Moriza może za takowe, ale chciał dobitnie wyrazić swoją "prośbę", nawet kosztem personalnych odczuć swojego rozmówcy. – Nie po namyśle. Nie po podrapaniu się po dupie. Od razu. Nie pozwolę się więcej zaskoczyć na tej wyprawie. Nikt więcej nie zginie. Rozumiemy się?
              Rzucił to może nieco zbyt gniewnie, ale pamięć niedawnych wydarzeń wciąż była zbyt świeża, by zmieściła się w spokojniejszym tonie. Zrobił krótką pauzę, nie dlatego, że szukał bardziej obrazowych słów, lecz dlatego, że chciał, aby nie tylko Moriz, ale i reszta zapamiętała tę uwagę.

              Dopiero potem spojrzał na Heinricha. Rudowłosy młodzik stał z tym swoim pozbawionym nadziei spokojem, który mógł drażnić wielu ludzi, ale akurat nie Łowcę. Chłopak nie powiedział wiele, i dobrze, bo Sneider nie przepadał za rozgadanymi gagatkami. Faktem, że Heinrich ograniczył się do oddania topora na usługi oraz wcześniejszego zostawienia składników dla rannego kapłana, wielce sobie zaplusował. Łowca doceniał gest i dobrze wiedział, że nawet proste, domowe sposoby radzenia sobie z ranami mogły czasem zdecydować, czy człowiek obudzi się rano, czy tylko zesztywnieje pod kocem.
              – Mój topór jest na wasze usługi, Herr Sneider – powtórzył po nim Łowca Czarownic, bez kpiny, ale też bez uśmiechu. – Dobrze. Zobaczymy, ile jest wart. Dziękuję za składniki dla naszego kapłana. Zrobisz jednak dla mnie coś jeszcze, chłopcze. Dopilnujesz, by karczmarz dostał jasne polecenie, jak zajmować się rannym. Jeszcze raz, przed świtem. Albo jego kobieta, jeśli okaże się bystrzejsza od niego, co zdaje się nie jest wielkim wyczynem. Powtórzysz im, jak to gotować, czym przemywać ranę i ile dać Mannowi do picia.
              Rozkazał to, nie siląc się na podziękowania. Przynajmniej nie takie, jakich można byłoby oczekiwać od innych ludzi. Skinął tylko głową, krótko i oszczędnie. Jeśli Heinrich oczekiwał czegoś więcej, musiał zadowolić się tym.

              Po tych słowach znów spojrzał na całą czwórkę, jakby zamykał jedną część rozmowy i przechodził do następnej, ważniejszej od ludzkich uraz, ambicji oraz tego, czy ktoś poczuł się dotknięty jego tonem. Na pytanie Tomasimo o Ostland i Wolfenburg odpowiedział dopiero po chwili. Właściwie nie podobało mu się, że niziołek uznał za stosowne wiedzieć więcej na jego temat, nawet jeśli ten tylko zagadnął.
              – Nie jestem tu po to, żeby omawiać własny żywot – odparł spokojnie. – Służę teraz przy Lenkstert, bo tak przydzielono mnie po Burzy. To powinno wam wystarczyć. Siatka wykonawcza Łowców Czarownic musiała się w ostatnich latach rozrosnąć, a mistrz naszego zakonu, Herr Wulfrick, musi czasem dokonywać roszad. Ostatecznie nie ma to dla mnie większego znaczenia. Służę Imperium, nie księstwom.
              Dopiero po krótkiej pauzie dodał nieco więcej, raczej dla uporządkowania faktów niż z chęci zaspokojenia ich ciekawości.
              – Po Wolfenburgu władza w tej części Imperium robi, co może. Granice księstw zaczęły się zacierać, a mniejsze ośrodki władzy pomagają sobie nawzajem, choć pewnie minie jeszcze trochę lat, nim wszystko wróci do starego porządku. Lenkstert zbiera podatki, zapasy, zeznania i wszystko inne, co pozwala choć trochę uporządkować obecny chaos. Robi to może gorzej, niż powinien. Lepiej jednak robić to źle, niż pozwolić, żeby każda wieś uznała się za osobne księstwo z własnym prawem. Imperium musi pozostać zjednoczone, jeśli ma się sprawnie uporać z pokłosiem niedawnych bitew.
              W tej odpowiedzi nie było gniewu, ale widać było jak na dłoni, że Łowca nie ma ochoty dłużej rozwodzić się nad podobnymi zagadnieniami.
              – Pytaliście o powrót – ciągnął. – Nie muszę was zabierać z powrotem do Lenkstert, choć jeśli będzie trzeba, właśnie to zrobimy. Możemy jednak uznać, że odprowadzicie mnie do tej karczmy albo do najbliższego bezpiecznego traktu, na którym będziecie mogli odejść w swoją stronę bez mojego towarzystwa. Nie oszukujmy się, później będę potrzebował raczej kilku zbrojnych ludzi niż przewodników przez zasypane drgi. Zwłaszcza, że pogoda powinna już na dniach zelżeć. Pewnie przyjmą też mniejszy pieniądz. Teraz nie przebieram w środkach, bo jest mi pilno. Później, kiedy już wyplewimy złe nasienie z Dunkenwaldu, mogę wracać spokojniejszym tempem i zabrać ze sobą Manna. Jeśli jednak z jakiegoś powodu będę potrzebował was dalej, zapłacę osobno. Nie jestem kupcem i nie mam zamiaru spierać się o każdy dzień marszu. Na pewno nie stracicie na pomaganiu mi.
              Kiedy Tomasimo wspomniał o Dunkelwaldzie i ziemiach Ulryka, Sneider spojrzał na niego znacząco i pokręcił nosem. Nietrudno było zgadnąć, co sądzi o ewentualnych problemach z ulrykanami i że ma je, nieoględnie mówiąc, głęboko w życi.
              – Wiem, do kogo należą te ziemie – powiedział. – Ale jesteśmy w Imperium Sigmara, nie Ulryka. Rządzi nami Imperator, a jeśli temu potrzeba więcej środków, ludzie nie będą sobie wyganiać poborców. Zdaję sobie sprawę z ewentualnych utrudnień, ale zapewniam was, że ludzie będą mówić. Jeśli nie wrócę zadowolony, przyjedzie większy, znacznie mniej sympatyczny oddział. W interesie mieszkańców Dunkelwaldu leży więc to, by odpowiedzi na nurtujące mnie pytania padły szybko i sprawnie. Mam przy tym podobną nadzieje, że to znamię ciężkich czasów, a nie coś gorszego.
              Oparł dłoń o stół. Pokręcił głową, wziął oddech, a kiedy znów się odezwał, był już nieco spokojniejszy.
              – Nie jadę tam, żeby kłócić się z kapłanami Ulryka. Niech miejscowi modlą się, do kogo chcą, byle nie do złych bożków i Władców Chaosu, bo dla takich ludzi nie ma miejsca na ziemiach Imperium.
              Przez chwilę patrzył na Tomasimo, jakby ważył, czy powiedzieć coś jeszcze.
              – Nie myślcie, że wydałem już wyrok. Mimo tego, co mówi się o członkach mojego zakonu, przykładam się do swojej pracy. Może ktoś nastraszył urzędnika, bo miał dość danin. Wtedy dla winowajców i tak nie będzie lekkiego rozwiązania, ale przynajmniej sprawa okaże się zwyczajna. Jeśli jednak rośnie tam zarzewie kultu, rozkwita skaza albo ktoś z mieszkańców świadomie ukrywa plugastwo, nie będzie litości dla ludu Dunkelwaldu.
              Ostatnie słowa oznajmił zimnym, spokojnym głosem, przez co perspektywa ta wydała się tym bardziej nieprzyjemna. Czwórka bohaterów mogła nagle lepiej zrozumieć, na co się pisze i z jakim człowiekiem przyjdzie jej iść przez śnieg.
              Na pytanie o Leopolda Manna odpowiedział dopiero po spojrzeniu w stronę rannego. Kapłan leżał nieruchomo, choć nie spokojnie. Oddech miał płytki, przerywany krótkimi dreszczami. Droga bez wątpienia szybko by go zabiła.
              – Mann zostaje – rzekł Sneider. – Nie przeżyłby drogi. Gruber i jego kobieta będą go doglądać, jak już wspomniałem. Nie mam wątpliwości, że lepiej zadbają o sługę Sigmara tutaj, pod dachem, niż my na trakcie.

              Kiedy wszystko zostało już wyjaśnione, Sneider zapiął mankiet, a potem wygładził sobie koszulę. Przeszedł do podsumowania ustaleń.
              – Ruszamy skoro świt. Wierzę, że umiecie należycie przygotować się do drogi. Nie będę szczędził języka, jeśli ktoś przypomni sobie na trakcie, że zapomniał jadła albo przemokło mu krzesiwo. W sprawach drogi głos ma nasz przepatrywacz, Herr Falk. Jeśli chodzi o wypatrywanie zagrożeń, liczę na Herr Moriza. Herr Tomasimo i ty, chłopcze – zwrócił się do Heinricha – będziecie wspomagać jednego i drugiego. Pies może się przydać, jeśli trzeba będzie podjąć trop. Nawet dobrze się składa, że jest z nami.
              To powiedziawszy, spojrzał na brytana siedzącego cicho przy nodze niziołka. Zwierzę było tak spokojne, że łatwo można było zapomnieć o jego obecności, dopóki nie zauważyło się czujnie postawionych uszu i jego spojrzenia.
              – W sprawach śledztwa słuchacie mnie. Jeśli będę miał uwagi do tego, co dzieje się po drodze, również słuchacie mnie. Kto ma z tym kłopot, niech powie teraz, zanim weźmie moje pieniądze.
              Poczekał chwilę, lecz nie wyglądało na to, by ktokolwiek zamierzał się sprzeciwić, choć charakter Łowcy najprościej rzecz ujmując, nie należał do łatwych. Umowa została zawarta. Na koniec Sneider wydał każdemu po jednej błyszczącej sztuce złota w poczet zaliczki. Za mało, by opłacało się z tym zniknąć. W sam raz, by wyobrazić sobie mieszek takich monet przy pasie. Czterdzieści pięć geltów za całość zadania było kwotą niebagatelną, a niedogodność w postaci charakteru Łowcy Czarownic dało się za takie pieniądze jakoś przełknąć.

              ***

              Gdy wrócili do głównej sali, wszyscy na pozór zachowywali się tak, jakby nic się nie wydarzyło. Karty znów leżały na stole, kufle z resztką złocistej piany wróciły w dłonie, ktoś nawet próbował rzucić żartem, ale wyszło to sztucznie, a śmiech urwał się szybciej, niż się zaczął. Ludzie patrzyli ukradkiem na tych, którzy wyszli z izby Łowcy Czarownic, po czym natychmiast znajdowali sobie coś pilnego do roboty. Gruber kręcił się za kontuarem jak gospodarz mający wszystko pod kontrolą. Szło mu marnie. Wciąż zerkał ku drzwiom izby, za którymi leżał Leopold Mann, i wycierał dłonie o fartuch, choć z nerwów zdążył już doprowadzić je do idealnego stanu.

              Tomasimo wypatrzył go w mgnieniu oka i przypomniał mu, że to on wskazał ich Łowcy. Nie omieszkał również nadmienić, że kapłan zostaje pod jego dachem, a droga będzie znacznie prostsza, jeśli karczmarz użyczy im suchego drewna na rozpalenie ognia na trakcie. Dodał też łaskawie, że skoro na gospodarza i tak spadła niedola, nie będą już dusić go o zwrot za piwo. Gruber nie należał jednak do ludzi skorych do rozdawnictwa i po raz kolejny, odkąd spali pod jego dachem, zdradził się skąpstwem.
              – Drewno? – powtórzył. – Suche drewno? Pewnie. Może jeszcze pierzynkę, balię i grajka na drogę? Ludzie, czy wy chcecie, żebyśmy tu wszyscy pomarzli na śmierć? Czort jeden wie, ile jeszcze dni tej zawiei i śniegu. Tak nie może być... nie może być...
              Odrzekł stanowczo, ale niziołek mówił dalej i widać było, że powoli urabia karczmarza. Ostatecznie jednak targi przypieczętowała żona Grubera, która wyszła z kuchni, spojrzała na męża i prychnęła z politowaniem.
              – Daj im te szczapy, stary durniu. Jak zamarzną w lesie i coś im się stanie, to Łowca wróci sam. Wtedy dopiero będziesz miał po interesie.
              To podziałało lepiej niż wszystkie uprzejmości.
              Spod schodów i z zapasu przy kuchni wyniesiono zawinięty w stary worek pakunek suchych szczap. Nie były piękne ani równe, ale suche i nadawały się do szybkiego rozpalenia. Dorzucono garść łuczywa oraz trochę szmat do osłonięcia opału. Do tego doszło kilka spojrzeń Grety, która obserwując męża, parobków i nowych towarzyszy Łowcy Czarownic, jasno dawała wszystkim do zrozumienia, co sądzi o tej całej wyprawie. Gdyby dało się wzrokiem wyganiać ludzi, staliby już nocą na trakcie. Gruber jeszcze długo mamrotał, że puszczą go z torbami, że zimą nie tak łatwo o drewno i że wbrew temu, co sądzą niziołki, nie wskakuje ono samo pod siekierę.

              ***

              Wieczór minął na przygotowaniach.

              Pieter i Tomasimo pochylili się nad stołem, planując trasę. Przepatrywacz mówił mało, ale kiedy już się odzywał, każde zdanie miało praktyczne znaczenie. Nakreślił towarzyszowi drogę, tłumacząc, gdzie kamienie drogowe mogą leżeć pod śniegiem i na jakie charakterystyczne punkty w terenie trzeba będzie zwracać uwagę. Mniej więcej w połowie drogi powinni natrafić na pieczarę, w której dałoby się rozpalić ogień i spędzić noc pod osłoną skał. Pieter nie wiedział, jaki namiot i ekwipunek ma Łowca, albo czy w ogóle ma, oraz w wypadku gdyby stracił ekwipunek, to czy uda mu coś sensownego zdobyć do rana, dlatego priorytetem pozostawało odnalezienie tej jaskini przed zmrokiem.

              Tomasimo palił fajkę, kręcił wąsa, dopytywał o szczegóły i układał sobie w głowie listę rzeczy potrzebnych do przeprowadzenia tej eskapady, która z każdą chwilą wydawała się coraz mniej rozsądnym sposobem na zarobienie, bądź co bądź, całkiem sporej ilości szmalu. Tyci leżał przy jego nodze i unosił łeb za każdym razem, gdy ktoś za mocno trzasnął drzwiami.

              Moriz Richter kręcił się po obejściu i zapleczu karczmy, wypytywał gości i szukał wszystkiego, co mogło się przydać w trasie. Udało mu się zdobyć starą końską derkę oraz lichy koc, ciężki od zapachu stajni. Nie dawały one wprawdzie wygody, ale mogły okazać się cenne, kiedy zimno zacznie wchodzić w kości. Porządnego namiotu ani śpiwora nie było. Gruber roześmiał się na samą wzmiankę, jakby Moriz poprosił go o osobną komnatę z piecem i służącą do podawania grzanego wina. Dodatkowych strzał też nie znalazło się wiele, a te, które wyciągnięto z kąta przy składziku, wyglądały tak, jakby ktoś przechowywał je z myślą o strzelaniu do szczególnie cierpliwych drzwi. Za to wśród rzemieni, drutów, haczyków, starych gwoździ, sprzączek i kawałków cienkiego sznura znalazło się dość drobiazgów, by człowiek obeznany z lasem mógł z nich zrobić sidło. Gruber naprawdę chciał zobaczyć, jak Moriz zamierza się do tego zabrać, choć po prawdzie bardziej z niedowierzania niż z ciekawości.

              Heinz zjadł, wypił swoje piwo i przekazał jeszcze raz, jak użyć zostawionych składników. Greta słuchała z miną zdradzającą, że nie ufa ani ziołom, ani kapłanom, a jej polewka i trochę dobrego tłuszczyku na pewno więcej dadzą choremu niż jakieś leśne badyle. Niemniej powtórzyła instrukcję poprawnie. Gruber stał obok i udawał, że też zapamiętuje, ale rudowłosy chłopak nie dawał temu szczególnej wiary.

              Noc była niespokojna, ale obyła się bez ekscesów. Żadni zwierzoludzie nie napadli na karczmę, choć przez pół wieczoru mówiono o tym, co należałoby zrobić, gdyby jednak przyszli. Ostatecznie nikt nie przedsięwziął szczególnie drastycznych środków ostrożności. Ktoś sprawdził stajnię. Ktoś podłożył drewno pod drzwi. Kilku gości piło dłużej, niż powinno, bo nie chcieli przymykać oczu przy widmie napadu. Gruber zmusił swoich parobków, by czuwali na zmianę i wyglądali przez okno, co przyjęli z minami ludzi przekonanych, że jeśli bestie naprawdę wyjdą z lasu, pierwszym i ostatnim pożytkiem z ich czuwania będzie możliwość pokrzyczenia sobie trochę przed śmiercią.

              Z izby na parterze dobiegał czasem zduszony jęk kapłana, który cierpiał w gorączce i majaczył przez sen. Sneider większość nocy spędził w pokoju z rannym, parę razy wychodząc po świeżą wodę, czyste płótno albo coś do jedzenia. Za każdym razem jego pojawienie się wywoływało niepokój na sali. Rozmowy cichły a spojrzeniami uciekano do kufli. Ostatecznie jednak zmęczenie zrobiło swoje, a karczmę stopniowo zdusiła noc.

              ***

              Świt przyszedł szary i niechętny. Choć bardzo tego chcieli, nie było w nim nic z pięknego brzasku ani choćby obietnicy lepszego dnia. Było zimno. Twarde, jaskrawe światło odbijało się w brudnych szybach, a śnieg przez noc wygładził obejście.

              text alternatywny

              Heinz wstał wcześnie. Zjadł, wypił, co miał wypić, i ruszył za karczmę oraz ku najbliższym drzewom, szukając kory brzozy, huby i czegokolwiek suchego, co mogło posłużyć za rozpałkę. Mimo że mieli już zapas od karczmarza, być może bardziej ufał własnym sposobom. Wrócił po pewnym czasie zziębnięty i wyraźnie niezadowolony. Śnieg przykrył wszystko zbyt grubą warstwą, a to, co wystawało ponad biel, było oblodzone, mokre albo zwyczajnie bezużyteczne. Las nie dał mu tego ranka niczego wartego zabrania.
              – Gówno nie rozpałka – oceniła Greta, gdy zobaczyła to, co mimo wszystko zdecydował się przynieść, po czym podała mu miskę czegoś ciepłego.

              Tomasimo zjadł porządne śniadanie. Zrobił to raczej z rozsądku niż z samej dziury w żołądku. Podejrzewał, całkiem słusznie, że na trasie nie będzie wielu okazji, by spokojnie napełnić brzuch. Tyci też dostał swoje, koń został nakarmiony i przygotowany, juki sprawdzone. Pieter obejrzał uprząż, pakunki, stan butów, a potem zapatrzył się w niebo, próbując odczytać z chmur, jaka pogoda szykuje się na dziś. Zapowiadało się lepiej, niż można było oczekiwać po nocnej zawiei. Chmur było mniej, a ostre słońce odbijało się od białych połaci śniegu tak mocno, że szybko trzeba było zmrużyć oczy. Moriz miał przy sobie derkę, rzemienie i zebrane poprzedniego wieczoru drobiazgi. Gruber wydał im drewno z taką miną, jakby każda szczapka miała imię i należała do jego najbliższej rodziny.

              Sneider pojawił się gotowy do drogi. Miał płaszcz zapięty wysoko, kapelusz nasunięty na czoło, a pod oczami ciemne ślady niewyspania. Na plecach niósł wypchany pakunek, w którym pobrzękiwały i przesuwały się rzeczy uznane przez niego za potrzebne. Sądząc po odgłosach niezadowolenia dochodzących z głębi karczmy, Łowca Czarownic nie tyle zaopatrzył się, ile zarekwirował wszystko w imię sprawy, za jaką uznawał swoją misje. Było to złodziejstwo najwyższej klasy, tyle że w białych rękawiczkach, ale nikt się jednak nie sprzeciwił. Zanim wyszedł do pozostałych, zatrzymał się jeszcze przy drzwiach izby, w której leżał Mann. Nie wszedł do środka. Stał tylko przez chwilę, z dłonią opartą o drewno, jakby nasłuchiwał oddechu zza desek. Potem poprawił rękawicę, odwrócił się i ruszył do wyjścia.

              Na zewnątrz uderzył ich mróz. Wszedł pod kołnierze, w rękawy płaszczy i między palce, szybko przypominając, że ciepło karczmy, choć trąciło piwem, dymem i ludźmi, było jednak ciepłem. Dym z komina snuł się nisko, po chwili rwany przez wiatr na brudne strzępy. Obejście skrzypiało pod butami. Konie nie wyglądały na zachwycone tym, że ktoś postanowił wyprowadzić je z stajni, w której może nie buchało ognisko, ale ściany dawały schornienie od zimnego wiatru. Tyci stanął przy nodze Tomasimo, otrzepał łeb ze śniegu, który spadł na niego płatem z brzegu daszku i spojrzał ku wejściu karczmy z nieco smutnymi oczyma.

              Droga prowadząca do lasu była ledwie widoczna, przysypana i nierówna. Tam, gdzie powinny ciągnąć się koleiny, leżała biała, zdradliwie gładka warstwa śniegu. Dalej, między pniami, trakt zwężał się i ginął w cieniu. Drzewa stały ciężkie od białych czap. Łatwo było dać się zwieść tej spokojnej bieli, ale każdy, kto choć trochę włóczył się po kniejach w takich warunkach, wiedział, jak szybko zacznie odbierać siły. Nogi będą zapadać się w śnieg, oddech stanie się cięższy, a przemoczone od potu ubranie zacznie lepić się do skóry pod płaszczem.

              ***

              Pierwsze godziny marszu wiały nudą i nie miały nic wspólnego z przygodą, jeśli któryś z nich miał na takową ochotę. I dobrze, bo przygoda zimą, w takich warunkach, częściej oznaczała śmierć niż uroczą chwilę, jakimi bardowie karmili tłuszczę w karczmach. Szli w milczeniu, zatrzymując się tylko po to, by sprawdzić kierunek, poprawić pakunek albo dać chwilę odpoczynku sobie lub koniom. Pieter prowadził ich pewnie, choć właściwie nikt poza nim nie rozumiał, czym się kieruje. Moriz trzymał wzrok na bokach traktu. Tomasimo pilnował konia i Tyciego. Heinz szedł z resztą, starając się zachować czujność. Sneider milczał, spełniając tym samym obietnicę złożoną poprzedniego wieczoru Pieterowi. Naprawdę nie wtrącał mu się w przeprawę.

              Bliżej południa Tyci zatrzymał się nagle. Nie szczeknął. Stanął tylko z uniesionym łbem, sztywno postawionymi uszami i nosem skierowanym ku zaspie pod pochylonym świerkiem. Koń parsknął, cofnął uszy i przestąpił niespokojnie. Przez chwilę widać było jedynie śnieg, kilka ciemnych gałęzi i cień między drzewami. Dopiero po chwili Pieter dostrzegł skórzany pas wystający spod bieli.

              text alternatywny

              Pod zaspą leżał koń. A właściwie jego truchło. Śnieg wokół niego był stratowany, rozrzucony i miejscami głęboko poorany kopytami, jakby zwierzę długo walczyło, zanim osunęło się na bok. Widać było też szkarłatne plamy, które cienka warstwa bieli przykryła nieskutecznie i niedbale. Szyja konia była nienaturalnie wygięta, pysk oblepiony zamarzniętą pianą, jedno oko otwarte i matowe. Siodło przekręciło się pod brzuch, pasy były zerwane, strzemię wciągnięte w zaspę. Na boku widniała szeroka, brzydka rana, zbyt poszarpana jak na zwykły upadek i zbyt głęboka jak na ślady wilków żerujących już po śmierci. Krew zamarzła w ciemnych smugach na sierści i uprzęży.

              Sneider podszedł, odgarnął śnieg z jednego z pasków i znalazł mały metalowy znacznik przytroczony do rzędu. Przez chwilę patrzył na niego bez słowa.
              – Koń Ulmanna – powiedział.
              Nie dodał, kim był Ulmann. Nie musiał. Zwierzę musiało zerwać się podczas zasadzki, ponieść rannego jeźdźca albo uciec już bez niego, a potem biec przez las, kierowane bólem i paniką, aż wyszło na trakt prowadzący ku Dunkelwaldowi. Dotarło dalej niż część ludzi z eskorty Sneidera.

              Wokół padliny znać było ślady: rwane odciski kopyt, częściowo zasypane nocnym śniegiem, oraz drobniejsze tropy łap przy boku i zadzie zwierzęcia. Wilki albo coś podobnego przyszły, znalazły mięso i odeszły. Nie wszystkie tropy wyglądały jednak staro. Kilka zachowało ostre krawędzie tam, gdzie wiatr zdarł z wierzchu sypką warstwę śniegu.

              Tyci patrzył nie na konia, ale między drzewa. Niziołek spojrzał w to samo miejsce co jego pies, lecz w ścianie obleczonych bielą pni nie dało się dostrzec niczego konkretnego. Gdyby pupil zobaczył tam wyraźne zagrożenie, pewnie szczekałby albo rwał się do przodu, ale on tylko patrzył w tamtą stronę, napięty i cichy. Trwało to jeszcze przez chwilę, po czym zwierzę straciło zainteresowanie. Moment później śnieg zaczął znów drobno prószyć, osiadając na grzbiecie martwego konia, uprzęży, tropach i ciemnej, szkarłatnej ranie.

              Sneider wstał, otrzepał śnieg z płaszcza i ponuro rozejrzał się po okolicy.
              – Nic tu po nas – rzekł. – Jeśli potraficie odczytać coś ze śladów, zróbcie to. W przeciwnym razie idziemy dalej. Nie wiem, czy koń padł od rany odniesionej przy zasadzce, czy później, ale rozwiązanie tej zagadki niewiele nam da, jeśli zmarnujemy tu zbyt dużo dnia. Priorytetem jest dojście do miejsca na nocleg. Nie chcę, żeby ciemność zastała nas nieprzygotowanych.
              Spojrzał po reszcie, oczekując albo szybkiego zbadania śladów, albo dalszego marszu.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • WiredW Online
                WiredW Online
                Wired jako Tomasimo Ashfield
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
                #7

                Szary zimowy świt skradał się do okien. Tomasimo nie spał. Przekleństwo wojska, zawsze budził się przed świtem. Tej nocy nie miał koszmarów i spał całkiem dobrze, co go miło zaskoczyło, może zasługa kapłana w dolnej izbie? Sama obecność świętego męża mogła wpływać na okolicę, nawet jeśli nie był to jego ulubiony bóg. Zresztą, Tomasimo od wielu lat twierdził, że mniej ważne od tego czy wierzysz w boga jest to czy bóg wierzy w Ciebie, kim jest, i czy ma wobec Ciebie szczególne plany. Bo czym jest wola człowieka czy niziołka wobec potęgi najwyższych? Miał jedynie nadzieję, że Oni nie grają ich życiem, niczym w kości, jak to powiedział mu kiedyś pewien cyniczny bard, a jeśli grają, to oby jego gracz miał dobre rzuty i normalne ręce zamiast macek. Brrr... otrząsnął się z migawki wspomnień o mutantach, których stosy podpalali po walce. Powykręcane ciała, pełne dodatkowych oczu, dziobów, szczypiec i macek. Przerażające. A jednak, walczyli po stronie zwierzoludzi i robili z swoich pokracznych ciał użytek w każdej bitwie, nie traktowali mutacji jako przekleństwa, nie wołali o pomoc. Nie szukali odkupienia... kto wie, może nawet byli z nich dumni? W zmianach poczynionych na ich ciałach dostrzegali dotyk boga, bycie wybrańcem? Do dziś nie potrafił tego zrozumieć...

                Przemył twarz w misie z wodą przygotowanej dzień wcześniej by odgonić myśli i przywrócić się do teraźniejszości Woda była zimna, wychłodzona powietrzem przechodzącym przez nieszczelne okiennice. W sam raz by go orzeźwić. Wyjął swój przybornik i rozczesał brodę i wąsy, lekko podciął i nasączając olejkiem zakręcił je jak co rano. Wypolerowany kawałek metalu służący za lusterko mówił mu, że jest dobrze. Chciał mu wierzyć. Następnie wziął szczoteczkę i wyczyścił buty oraz kolczugę, ubrał się starannie i zszedł na dół na śniadanie.

                Jako kapral nie raz słyszał donosy, że niektórzy z świeżaków twierdzą, że mu odbija, że ubłoceni i zmęczeni nie powinni obrywać po mordzie i robić karnych pompek za to że guzik niedopięty, buty brudne czy włos nie przystrzyżony. Że się wyżywa na młodszych. Tomasimo jednak wierzył, że magia jest w pracy, której staramy się unikać. Że dyscyplina kształtuje się przez rutynę i postawę, a ta ostatnia powinna nas odróżnić od ubłoconych i brudnych zwierząt i sług Chaosu z jakimi walczymy. Że jak z oddali nie widać po Tobie czy jesteś żołnierzem imperium czy zachlapanym krwią i brudem wojownikiem chaosu, to znaczy że blisko Ci do zostania tym drugim.

                Jedząc solidną jajecznicę i zagryzając suchym już chlebem, rozglądał się po karczmie, w jadalni było kilku śpiących pijaczków, którzy w porę nie przenieśli się do wspólnej izby na sen. Ogień radośnie skierkał w kominku, a żona karczmarza właśnie podała mu grog, który rozgrzewał jego trzewia.
                Do stołu dosiadł się Heinz, małomówny rudzielec, który też jak widać nie mógł spać po świcie. Widocznie zziębnięty musiał zapragnąć sprawdzić pogodę. Przyniósł jakieś badyle, mech wysuszony w jakiejś dziupli i trochę kory drzewnej, kładąc to wszystko na stole.
                - Gówno nie rozpałka – oceniła Greta dając mu miskę ciepłej strawy. Tomasimo nie skomentował.
                Pytanie o pogodę było bez sensu, zresztą już zorientował się, że nie jest to człowiek co lubi rozmawiać czy dzielić się przeszłością. Pozostało więc obserwować. Wyciągać wnioski z postawy i czynów.
                Weźmy na przykład te badyle gdy mamy zapas suchego drwa od karczmarza, może wstał wcześnie i nie miał czym zająć rąk, w końcu prędzej czy później wyschną i będzie z nich użytek. A może nie był pewien czy i jak długo będzie nam towarzyszył? Może miał własne plany i po którejś nocy go więcej nie zobaczymy, może zostawi ich chudszych o sakiewki?
                - Hmm... - rzekł do własnych myśli niziołek, kończąc posiłek
                - Zajrzę do stajni - oznajmił przerywając milczenie.
                - Chodź Tyci. Pora przywitać dzień - rzekł do psa co kończył pałaszować resztki z wczoraj wrzucone mu do misy.

                Zanim weszli do stajni oporządzić kuca mróz uderzył ich solidnie w twarz. Nawet pies, kislevski owczarek, był niezadowolony. Pan Zimy solidnie dawał do zrozumienia kto ma władzę nad tą krainą. Stajnia była tylko chwilowym wybawieniem. Wkrótce wszyscy zebrali się przed zajazdem. Tyci otrzepując się z płata śniegu co spadł na niego z dachu z tęsknym wzrokiem wskazywał swojemu panu na drzwi do ciepłej izby, którą zostawiali za sobą.
                - Hahahaha - wybuchł śmiechem Ashfield - a podobno kislevskie owczarki lubią zimę.
                Pogładził psa po łbie, i poszedł jeszcze na chwilę do karczmy.
                - Pilnuj - rzekł do niego odchodząc. Bardziej na pokaz niż z potrzeby, by inni zobaczyli co się stanie gdyby podeszli do jego kuca z wypchanymi jukami, gdy go nie ma w pobliżu.

                Ku ich zaskoczeniu podziękował Gruberowi i jego żonie za gościnę, pochwalił jedzenie i napitek oraz dał dwa szylingi napiwku. Gest rzadko spotykany w tych czasach i miejscu. Po czym uśmiechając się szeroko, podniósł lekko kapelusz schylają głowę w geście pożegnania i wyszedł z karczmy. Doczepił do siodła stary worek od Grubera z drewnem, łuczywem i szmatami, wsiadł na kuca i spojrzał na pozostałych. Był gotowy do drogi. Jak i reszta. Ruszyli.

                Spojrzał w niebo i prowadził zwierzę za koniem Falke. Chmur było mniej niż wczoraj, co sugerowało mniejsze opady, ale i zimniejszą noc. Jak zawsze trzymał się pleców przepatrywacza. W drodze rozglądał się bawiąc załadowaną procą, gotowy zdzielić pierwszego gościa co wychyli się nieproszony z lasu.
                Za końmi szła reszta, śniegu napadało sporo, zwierzęta torowały im drogę. Miały też talent do nie stawiania łap byle gdzie. Jak? Tomasimo chciałby wiedzieć. Tyle razy co ugrzązł w śniegu czy błocie gdy stanął nie tam gdzie trzeba, a jego kuc czy pies jakoś nigdy. Tyci szedł obok, radośnie z otwartym pyskiem łapał lekko prószące śnieżki, czujnie towarzysząc swemu panu. Co pewien czas rzucał się trochę dalej od grupy, przystawał, nasłuchiwał. Po czym wracał do Tomasimo i maszerował dalej.

                Aż w końcu coś znalazł. Pieter po psie pierwszy wypatrzył w zaspie wystający rzemień. Górka śniegu była wyższa niż okoliczne, i najwidoczniej coś skrywała. Zeszli z wierzchowców. Pod zaspą leżał koń. Znaczy zwłoki. Szyja była nienaturalnie wygięta, a na boku głęboka poszarpana rana. Zbyt głęboka jak na wilki.

                - Koń Ulmanna - stwierdził sucho Łowca Czarownic.
                Pieter pochylił się nad truchłem znajdując mieszek i tubę z mapą. Ani jedno ani drugie mu się już nie przyda. Przez myśl mu przeszło, czy aby Łowca nie zarekwiruje chociaż pieniędzy, by oddać rodzinie poległego. A może podzielą jak łupy? Wszak stali się najemnikami, a Ci zwykle dzielili udział procentowo zależnie od ich ilości i rangi.
                Nie był to jednak czas na takie pytania. Skoro inni badali zewłok Tomasimo odruchowo rozejrzał się szukając zagrożenia i zobaczył że jego pies czujnie obserwuje jedno miejsce w lesie. Coś wyczuł, może coś usłyszał. Nic co by go zaalarmowało najwidoczniej bo po chwili spojrzał na niziołka i wrócił do reszty.
                - Tyci urwisie, gdybyś tylko umiał mówić - powiedział cicho niziołek.
                Tomasimo nie zamierzał tego ignorować i poszedł w stronę wskazaną przez psa. Sam nie wiedząc czego szuka, może coś w śniegu leży i pachnie tak że tylko pies wyczuwa, może jakieś ślady znajdzie.

                Na jednym z drzew, mniej więcej na wysokości piersi dorosłego człowieka, ktoś wyciął w korze prosty znak. Nie był świeży, ale nie wyglądał też na bardzo stary. Łatwo było go przeoczyć wzrokiem. Znak wycięto nożem głęboko w korze. Składał się z kilku krótkich nacięć i jednej dłuższej kreski, zrobionych w sposób zbyt celowy, by uznać je za przypadkowe zadrapanie. Tomasimo już miał się odezwać, ale zanim zdążył Sneider odbierając jakiś papier od Moriza postanowił ich okłamać.
                - Kawałek raportu polowego – powiedział łowca czarownic kończąc czytać podany mu pergamin, wyraźnie zirytowany – Dobrze, że nie wpadł w niepowołane ręce.
                - Raportu? - powtórzył dodając wręcz teatralne zdziwienie Tomasimo - wyruszając z Ostlandu, z zamku Lenkster, do zabitej dechami dziury w sąsiedniej prowincji, Dunkelwald, zabrał ze sobą raport wojskowy? - pytanie było retoryczne, Ashfield nie oczekiwał odpowiedzi, ale oczekiwał od ich zleceniodawcy trochę więcej szacunku i nie robienia z nich idiotów. Nie sądził też by jakikolwiek stary raport mógł tak zirytować łowcę czarownic.
                - Ktoś tu był, oznaczył ten teren dla innych, to chyba znaki łowców - oznajmił reszcie pokazując nacięcia na drzewie - Ktoś z Was wie co znaczą?
                - To że zostawił papier nie znaczy, że go nie czytał - dodał na koniec, gdyby znaczenie jego słów nie było jasne.

                Widząc, że Heinrich idzie dalej w las zostawił ten kierunek i przeszedł obok, przyglądając się porytej kopytami ziemi. Szukał śladów krwi, kierunku skąd szedł koń, jeśli naprawdę został ranny w bitwie i dotarł tu ostatkiem sił, to by znaczyło że krwawił od przełęczy. Niziołek nie znał się na zwierzętach na tyle, ale znał się na ranach, a ta na koniu była na tyle głęboka, że nie sądził by była tą którą zadano mu podczas bitwy.

                W porytej kopytami ziemi zamiast krwi znalazł gwizdek, niewielki kościany, możliwe że nie na ludzi, a na zwierzęta, przydatny do wielu rzeczy, od wydawania komend na większe odległości po sianie popłochy w szeregach koni gdy dmuchniesz mocniej a nieprzyzwyczajone do dźwięku niesłyszalnego dla ludzi zwierzęta zechcą uciec od źródła powalając przy tym jeźdźców. Dość wyszukana zabawka, tresowanie zwierząt to sztuka.

                - Sądzicie że dotarł z tą raną aż z przełęczy? - zapytał Klausa
                - Spora rana, głęboka, a nie widać jakiejś większej ścieżki z krwi, ziemia w około rozorana jakby z czymś walczył.
                - Co gorsza nie ruszony przez wilki, one czują krew z ogromnych odległości i nie wybrzydzają, tu przecież bufet jak się patrzy, z setka kamieni mięsa.
                - Obróćmy go, zobaczmy co pod nim - zaproponował, a gdy inni spojrzeli na niego niepewnie dodał - może jaki juk czy torba zaczepiona do siodła - choć obecnie równie ciekaw był samych ran zwierzęcia i czemu nic go nie zjadło, lub chociaż nie nadgryzło.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • DhratlachD Online
                  DhratlachD Online
                  Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #8

                  Heinz wiedział, aż nadto dobrze, jak bezlitosna była łaska Taala, lub raczej jej brak. jakby nie patrzeć był to dość... krnąbrny bóg i jego uwaga była mocno selektywna. Jak tak o tym myślał, gdy wracał z przemoczonym drwem... to wszyscy bogowie tacy byli. Nieczuli. No, może za wyjątkiem Ranalda. Tego łaska była namacalna. Co prawda, żaden bóg nigdy nie odpowiedział na jego modlitwy i powątpiewał momentami czy to przypadkiem nie ludzkie wymysły... ale prawda była okrutna. Kapłani czynili cuda. Ranald jednak miał to do siebie, że sprzyjał wszystkim. Jednym mniej, innym bardziej, ale jednak. Nawet nie trzeba było się specjalnie modlić... tylko spróbować jeszcze raz i poprosić. Ot, tak po ludzku. Poprosić. Nawet bez wzywania jego imienia.

                  Miska ciepłej, cienkiej, piwnej polewki którą dobra kobiecina go poczęstowała była miłą odmianą i posłał jej słaby uśmiech przyjmując tą odrobinę nadziei w ludzkość z wdzięcznością. Może jednak była dla nich wszystkich jeszcze nadzieja? Jakaś? Nikła? Dogasająca i targana zmiennymi wiatrami losu, dumą i sknerstwem wielu, ale... jednak jakaś? Trochę żył. Trochę widział. Trochę przeszedł, a jednak... jednak gdzieś na tym podłym świecie byli dobrzy ludzie. Tacy zwykli. Przyziemni. Jak on... bo mi wyżej w hierarchii tym... ehh...

                  Nie uśmiechało mu się pracować dla Łowcy Czarownic. Ani trochę. Miał z nimi... jakby to powiedzieć delikatnie... nie lubił ich. nie lubił ich praktyk. Nie lubił ich wyniosłości. Nie lubił ich zacietwierzenia i zdecydowanie, ale to zdecydowanie, nie lubił ich za wszystko to co przekonani o swojej "wspaniałości" robili bogu winnym ludziom, bo... ot, tak, chyba. Bo ktoś. Bo coś. Nie mniej, jednak, rozumiał konieczność ich fachu. Nawet to szanował. Na swój... rozczochrany życiowymi turbulencjami sposób. Nie mniej, miał okazję się wyrwać i zarobić dobry grosz. Plus to co uzbierał do tej pory? No, to będzie niemała sumka. Nadal mało by spełniły się jego marzenia i plany, ale... byłby o ten kroczek bliżej.

                  Droga była żmudna. Ciężka i paskudna. Jak to zima, co nie? Już nawet nie czuł zimna. Ot, od dawna czuł tylko wewnętrzną pustkę i ten jej okrutny chłód tam gdzie kiedyś biło szczęście młodzika którym kiedyś był. On już nie żył. Od długich lat, a każdy kolejny dzień był taki sam. Czasami zastanawiał się co go w ogóle trzyma przy życiu... i jak by świat wyglądał, gdyby nie tamte wydarzenia. Alkohol pomagał tłumić myśli. Rozgrzewał ciało. Pozwalał zapomnieć. Może nie był wytrawnym ochlapusem i jego tolerancja na alkohol nie była jakaś duża... ale nie ufał sobie po alkoholu. Pił tyle, by zapomnieć. Nie tyle by się spić w trupa. Oczywiście, nie miał problemu spijać innych... Sam jednak... nie mógł sobie na to pozwolić.

                  Zaspa i truchło konia... było dla niego radosną nowiną. Lubił mięso, a te aż się prosiło o to by je zabrać. Co jak co, ale głupi by odmówił, nie? Smaczne, skwierczące, ciepłe mięsko... ahh... co tu więcej chcieć? Psina zareagowała dziwnie. Zbyt dziwnie jak na jego gust. Co to za pies co uszy strzyży i głosu nie daje? Co on, wewerkę zwęszył, czy innego zajeca? Miał przegniłe przeczucie...

                  - Bierzmy mięso. - powiedział beznamiętnie i po chwili dobywając topór dodał - Sprawdzę co ta psina...

                  Nie widział nic szczególnego... ale dostrzegł tą jedną rzecz która zmroziła mu krew w żyłach. Guślarskie amulety. Oj, nie, nie, nie, nie... to nie mogło się skończyć dobrze. Nie znał się na nich, ale wiedział o nich jedną, a właściwie dwie, rzeczy. Po pierwsze, mogły chronić miejsce przed złem... co by było miłe... ale druga opcja był dużo bardziej złowroga i bardziej do niego przemawiała. Mogły... zatrzymywać coś by nie wyszło. Co by pasowało, bo koń był ranny... a krwi było tyle co... no właśnie.

                  Miał wracać, ale o mało nie potknął się o zasypany w śniegu korzeń i dostrzegł to. Hubę. na wpół przemoczoną. Niemalże całą pokrytą śniegiem... Hubę. Sięgnął do cholwy buta i dobył szeroki nóż. Odciął ją i "oprawił". Po krótkim, wprawnym, zabiegu miał trochę palnego materiału. Niewiele i zdecydowanie za mało by poprawić mu humor ruszył w drogę powrotną. Zasłyszając szczepki rozmowy powiedział beznamiętnie i ciszej niż wymagałaby pogoda, czy pora dnia.

                  - Bierzmy co się da. Juki, czy co tam. Wykrawajmy mięso i spierdalajmy stąd. Byle szybko. - zamilkł na parę kroków jak się zbliżał i dodał ponuro spoglądając na Łowcę
                  - To przeklęte miejsce. Guślarskie amulety wśród drzew.

                  Pour a drink and pass it on
                  Let the quiet speak for longer...

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  2
                  • MortarelM Niedostępny
                    MortarelM Niedostępny
                    Mortarel jako Pieter Falk
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #9

                    Wieczorem Pieter nie pił więcej, niż musiał. Siedział przy stole z kawałkiem starego węgla w palcach i przez dłuższy czas przesuwał nim po blacie, znacząc krótkie linie, urwane łuki i punkty, które dla kogoś postronnego mogły wyglądać jak bezładne bazgroły. Dla niego były jednak drogą. Zasypanym traktem. Miejscem, gdzie należało trzymać się lewej strony jaru. Kamieniem drogowym, którego rano nikt nie zobaczy, bo śnieg przykrył go pewnie po sam czubek. Starą świerczyną, po której można rozpoznać zakręt, jeśli człowiek pamiętał, że jedno z drzew pękło dawno temu od pioruna i rosło teraz krzywo, jakby chciało uciec od własnego korzenia. Nie mówił dużo.

                    Tomasimo dopytywał, poprawiał coś, kręcił wąsa i co jakiś czas rzucał uwagą, która w innych okolicznościach mogłaby rozjaśnić wieczór. Pieter odpowiadał krótko. Tu bagno pod śniegiem. Tam osłonięta skała. Dalej zwężenie traktu. W połowie drogi powinna być pieczara, jeśli wejścia nie zawiało. Dobra na nocleg, bo od północy chroni ją kamień, a dym przy słabym ogniu nie powinien nieść się za wysoko.

                    Później wstał od stołu i sprawdził swój ekwipunek. Nie było w tym żadnej przesadnej ceremonii, raczej stary nawyk człowieka, który zbyt wiele razy widział, jak drobiazg decyduje o życiu. Poprawił rzemienie, obejrzał sprzączki, przeciągnął palcem po ostrzu, upewnił się, że hubka i krzesiwo są suche, a rzeczy, które powinny być pod ręką, naprawdę będą pod ręką, kiedy przyjdzie po nie sięgnąć zmarzniętymi palcami. Zwinął płaszcz tak, by nie przeszkadzał w marszu, a jednocześnie dawał się szybko narzucić na ramiona podczas postoju.

                    Z samego rana poszedł do stajni, zanim karczma na dobre się rozbudziła. Koń parsknął cicho, niezadowolony z chłodu i poruszenia o takiej porze. Pieter nie przemówił do niego pieszczotliwie. Nie miał do tego talentu. Przesunął tylko dłonią po karku zwierzęcia, sprawdził nogi, podciągnął popręg, obejrzał podkowy i uprząż. Potem uporządkował pakunki tak, żeby ciężar nie ciągnął na jedną stronę. Wszystko musiało leżeć równo. Na trakcie nierówny juk potrafił narobić więcej kłopotu niż głupi człowiek, a głupich ludzi i tak zwykle nie brakowało.

                    Kiedy wyszedł przed karczmę, spojrzał jeszcze raz na niebo. Nie wyglądało dobrze.


                    Droga od pierwszych kroków odebrała im złudzenie, że opuszczenie karczmy było początkiem przygody. Nie było w tym nic wzniosłego. Był tylko śnieg, który chrzęścił pod butami i kopytami, mróz wciskający się pod rękawy, oddech zmieniający się w białą parę oraz powolne, nużące pilnowanie, żeby iść dalej. Las nie robił nic widowiskowego. Nie ryczał, nie wył, nie wysyłał od razu potworów spomiędzy pni. Stał cicho, ciężki od bieli, obojętny na ludzi, którzy uznali, że mają dostatecznie dobry powód, by przejść przez jego gardło.

                    Pieter szedł przodem. Nie wyglądał na kogoś, kto prowadzi wielką wyprawę. Bardziej na człowieka wykonującego pracę, która dawno przestała wymagać od niego słów. Co jakiś czas zatrzymywał się, patrzył na linię drzew, na kształt zaspy, na pochylenie starego pnia albo przerwę między gałęziami. Tam, gdzie inni widzieli tylko biel i ciemne smugi lasu, on widział resztki traktu, ukryty spadek terenu, miejsce, w którym śnieg ułożył się inaczej, bo pod spodem leżał kamień albo wykrot.

                    Nie tłumaczył każdego wyboru. Czasem wskazał ręką. Czasem mruknął jedno słowo. Czasem skręcił bez zapowiedzi. Milczenie nie było przyjemne, ale było użyteczne. Po jakimś czasie każdy dźwięk zaczynał znaczyć więcej. Skrzypienie uprzęży. Parsknięcie konia. Cięższy oddech któregoś z ludzi. Szelest śniegu zsuwającego się z gałęzi. Dalekie pęknięcie drewna, które mogło być tylko mrozem, ale mogło też nie być tylko mrozem. Pieter słuchał tego wszystkiego bez szczególnej miny.

                    Spojrzał raz przez ramię na Tomasimo. Niziołek trzymał się jak zwykle lepiej, niż powinien ktoś jego wzrostu w takim śniegu. Pieter nie lubił przyznawać, że obecność psa go uspokajała, więc tego nie robił. Ale pies słyszał rzeczy, których ludzie nie słyszeli. A w lesie to wystarczało, żeby mieć dla niego szacunek.

                    Sneider milczał. To Pieter zapisał mu na plus, choć nie powiedział tego nikomu. Łowca Czarownic szedł z twarzą człowieka, który niósł w sobie więcej gniewu niż snu, ale nie przeszkadzał. Nie pytał co kwadrans, czy to na pewno dobra droga. Nie kazał zawracać przy każdej zaspie. Nie poprawiał człowieka, którego wynajął do prowadzenia. W świecie pełnym ludzi pewnych własnej racji była to cecha rzadka.


                    Pieter stał nad martwym koniem z twarzą równie nieruchomą jak śnieg zalegający między drzewami, ale oczy pracowały mu uważnie, powoli, bez pośpiechu. Nie patrzył na padlinę tak, jak patrzy człowiek, który widzi tylko mięso, skórę i zamarzniętą krew. Patrzył jak ktoś, kto próbuje odtworzyć ostatnie chwile zwierzęcia, jego strach, kierunek ucieczki, sposób, w jaki upadło, i to, co stało się później, kiedy wszystko powinno już należeć tylko do mrozu, wilków i ciszy.

                    Śnieg prószył drobno, cierpliwie, jakby chciał zakryć każdy ślad po ludzkich błędach. Falk nie lubił takiego śniegu. Za dobrze wiedział, że biel potrafi kłamać lepiej niż ludzie.

                    Przykucnął przy boku konia i przesunął wzrokiem po uprzęży. Nie dotknął od razu niczego, tylko pochylił się niżej, tak że para jego oddechu osiadła na zmarzniętej skórze zwierzęcia i zniknęła po chwili w zimnym powietrzu. Dopiero wtedy odgarnął rękawicą śnieg spod siodła.

                    Przy jednym rzemieni, tuż pod siodłem, zauważył coś, co nie pasowało do reszty. Rzemień był częściowo przerwany. Nie była to jednak poszarpana krawędź po zębach ani brzydkie rozerwanie od nadmiernej siły. Nacięcie było czyste, równe, wykonane ostrym nożem. Pieter przyglądał mu się przez chwilę, mrużąc oczy.

                    — To nie wilki — powiedział cicho. — I nie zwierzoludzie.

                    Odgarnął więcej śniegu, potem ostrożnie oderwał od skóry niewielką tubę, częściowo przymarzniętą do rzemieni. Szło opornie. Mróz trzymał mocno, jakby nawet martwe rzeczy nie chciały oddawać tego, co do nich przywiązano. W końcu skóra puściła z cichym trzaskiem. Pieter otworzył tubę i wyciągnął mapę.

                    Nie była piękna. Nie miała w sobie nic z pracy uczonego kartografa siedzącego przy świecy w ciepłej izbie. Była praktyczna, brudna, zrobiona ręką człowieka, który bardziej potrzebował trafić do celu, niż zachwycić kogokolwiek starannością kreski. Zaznaczono na niej dukty, leśne przejścia, kamienie drogowe i punkty, które dla obcego nie znaczyłyby pewnie nic, ale dla kogoś z Hochlandu mogły mówić całkiem sporo.

                    Falk patrzył na nią dłużej, niż wymagała zwykła ciekawość. Próbował rozeznać się jaką drogę przedstawiała mapa. Przesunął palcem po jednym z oznaczeń, potem po drugim. Przez moment wyglądał, jakby w głowie nakładał rysunek na las, który ich otaczał, na zasypany trakt i drogę do Dunkelwaldu.

                    Pieter podniósł wzrok na Sneidera — Ktoś chciał ją zabrać, ale nie zdążył. - Rzekł krótko.

                    Nie powiedział „ktoś rozumny”, ale to wisiało między nimi wystarczająco wyraźnie. Zwierzoludzie mogli mordować, rozrywać, palić, plugawić i zostawiać po sobie ślady, które człowiekowi śniły się później przez lata. Ale takie cięcie, w takim miejscu, przy takiej rzeczy, nie było dziełem bestii szukającej mięsa.

                    Potem Falk przesunął się bliżej zadu konia i zaczął przeszukiwać rząd. Nie było w tym zachłanności. Raczej surowa praktyka ludzi, którzy zbyt długo chodzili po miejscach, gdzie martwi zostawiali rzeczy bardziej potrzebne żywym. Pod zmarzniętą fałdą skóry i śniegu znalazł małą sakiewkę. Oderwał ją z wysiłkiem, potem rozwiązał i wysypał zawartość na dłoń.

                    Srebro. Miedź. Kościana kostka.

                    Falk obejrzał ją pobieżnie, po czym obrócił między palcami jeszcze raz, już uważniej. Kącik ust drgnął mu ledwie dostrzegalnie, ale nie był to uśmiech.

                    — Oszukiwał przy kościach — powiedział sucho, pokazując obciążoną kostkę Tomasimo, a potem reszcie. — Dwadzieścia szylingów. Piętnaście pensów.

                    Przez chwilę ważył sakiewkę w dłoni. Potem spojrzał na martwego konia, na mapę, na ślady kopyt rozrzucone w śniegu i dalej, ku drzewom, gdzie Tyci wcześniej zatrzymał wzrok.

                    Nie było w tym potępienia. Raczej zwykłe stwierdzenie faktu, może nawet cień zrozumienia. Ludzie, którzy żyli z prowadzenia innych przez las, rzadko byli święci. Święci zresztą zazwyczaj kończyli gorzej.

                    Falk wstał powoli i otrzepał rękawice ze śniegu. Dopiero wtedy przyjrzał się tropom.

                    Najpierw kopytom. Potem drobniejszym śladom łap przy boku i zadzie. Potem miejscu, gdzie koń musiał się szarpać, ranić, zapadać i próbować poderwać się z ziemi. Śnieg był już częściowo zniszczony przez nocny opad i wiatr, ale nadal dało się coś z niego wydobyć. Zbyt mało, żeby nazwać to pełną odpowiedzią. Dość, żeby nie podobało się Pieterowi jeszcze bardziej.

                    Kiedy Tomasimo wspomniał o znakach na drzewie, Pieter odwrócił głowę i popatrzył w tamtą stronę. Nacięcia w korze. Proste, celowe. Nie takie, które robi gałąź albo pazur. Słyszał o znakach łowców, drwali i ludzi, którzy chcieli zostawić wiadomość bez używania słów. Czasem oznaczały drogę. Czasem ostrzeżenie. Czasem miejsce, gdzie ktoś coś ukrył. A czasem mówiły tylko: „Tu byłem - Knut”. Pieter nie próbował udawać, że wie więcej, niż wiedział. To była jedna z niewielu uczciwości, na które mógł sobie pozwolić.

                    Słowa Heinza o guślarskich amuletach sprawiły, że Falk spojrzał w głąb lasu dłużej niż wcześniej. Nie lubił guseł. Nie dlatego, że był człowiekiem szczególnie pobożnym albo uczonym. Po prostu w górach i lasach Hochlandu człowiek uczył się szybko, że rzeczy powieszone na drzewach rzadko wiszą tam bez powodu. A powód zwykle nie był dobry.

                    — Nie brałbym mięsa — powiedział spokojnie. Spojrzał na Heinza, potem na Tomasimo. — Nie z tego miejsca.

                    Nie tłumaczył od razu, ale po chwili dodał, bo widział, że trzeba.

                    — Koń jest dziwnie ranny. Są przy nim znaki. Amulety wiszą w lesie. Nawet wilki przyszły i nie zeżarły truchła...

                    Odwrócił głowę ku martwemu zwierzęciu. Śnieg zaczynał już osiadać na jego otwartym oku, przykrywając je powoli, jakby las sam chciał zamknąć sprawę.

                    — Głodny wilk nie zostawia takiego mięsa bez powodu.

                    Pieter schował mapę z powrotem do tuby, ale nie oddał jej od razu. Trzymał ją jeszcze chwilę razem z mieszkiem z monetami i kością, jakby ważył, czy przedmioty powinny trafić w ręce Sneidera, czy pozostać u niego. W końcu spojrzał na Łowcę Czarownic.

                    — Mapa może mi się przydać. Jeśli była Ulmanna, prowadzi w tę samą stronę, w którą idziemy. Mogę ją nieść. Albo wy ją niesiecie, a ja będę mówił, kiedy trzeba spojrzeć.

                    To była najgrzeczniejsza forma sprzeciwu, na jaką Falk potrafił się zdobyć. Nie chciał kłócić się z Łowcą Czarownic nad końskim truchłem, w zimnym lesie, przy śladach czegoś, co mogło nadal być blisko.

                    Potem wskazał na sakiewkę.

                    — Pieniądze i kostka.. Wasz człowiek, wasza decyzja. - Zerkną pytająco na łowcę czarownic. Nie dodał, że martwemu pieniądze nie są już potrzebne.

                    Pieter przez moment stał nieruchomo, nasłuchując. Las był cichy, ale nie była to dobra cisza. Dobra cisza zimą ma w sobie oddech: skrzyp gałęzi, ruch śniegu, nawoływanie ptaka gdzieś daleko, pękające drewno.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • WiredW Online
                      WiredW Online
                      Wired jako Tomasimo Ashfield
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
                      #10

                      - Wilki przyszły? - dopytał Pietera Tomasimo, bo nie znalazł żadnych ich śladów
                      - Ale fakt, mięsa którego leśne zwierzę zimą nie tknie bym nie jadł - zgodził się z przepatrywaczem.

                      Przewrócenie martwego konia nie było ani łatwe, ani przyjemne. Zwierzę zesztywniało od mrozu, przywarło do śniegu i lodu, a tam, gdzie krew zmieszała się z białą breją, wszystko trzymało mocniej, niż powinno. Trzeba było zaprzeć się butami, szarpnąć za rząd i włożyć w to trochę siły. Kiedy ciało w końcu puściło, wydało z siebie głuchy, mokry odgłos.

                      Druga strona nie przyniosła wielkiego odkrycia. Juki, które znalazły się pod spodem, były częściowo zmiażdżone ciężarem konia, częściowo rozorane pazurami albo kłami. Skóra stwardniała od mrozu, szwy popękały, było widać też parę rozprutych dziur które musiały powstać za sprawką zwierzoludzi. Jeśli było tam kiedyś coś cennego albo ważnego, nic po tym nie zostało.

                      - Ładnie go coś rozharatało - ocenił niezbyt fachowo niziołek.
                      - To mówicie Panie Heinrich, że amulety guślarskie wśród drzew? - zmienił temat odwracając wzrok od krwi.
                      - Nono, odważne stwierdzenie jak na towarzystwo naszego zleceniodawcy, długo w tym siedzicie że taka Wasza pewność? - rzucił pół żartem, przypominając Heinzowi z kim podróżują i zaśmiał się klepiąc go w ramię, choć był pewien że jak przystaną na postój to rudemu do śmiechu nie będzie.

                      Co gorsza przez takie gadanie Klaus mógł poczuć potrzebę wzięcia i reszty na spytki, a żaden z nich raczej do zacieśniania więzów z Sneiderem się nie garnął. Mieli zrobić swoje i wziąć kasę, dodatkowe wzbudzanie zainteresowania swoją osobą było zbędne, zdecydowanie zbędne...

                      - Kult Taala i Rhyi jest bardzo stary i ma swoje lokalne odmiany, może te talizmany zostawił ten łowca od znaków na drzewie, chcąc na znane mu sposoby odgonić zło co zalęgło się w lesie? - zaproponował mniej bluźniercze wytłumaczenie - niemniej, niech się łowca czarownic im przyjrzy, i ruszajmy, nic tu po nas - dodał i wsiadł na kuca czekając na resztę.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • DhratlachD Online
                        DhratlachD Online
                        Dhratlach jako Heinrich "Heinz" Kraus
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Dhratlach
                        #11

                        Hkucnął przy truchle. Heinz spojrzał przelotnie na niziołka pustym, obojętnym spojrzeniem. Jego głos pozbawiony emocji, kiedy pracował. Metodycznie.

                        - Plugastwo rozpoznam wszędzie. - mówił nieśpiesznie, nawet lakonicznie - Żaden porządny obywatel Imperium nie sięga po czarnoksięskie zabobony. Nie ważne jakie miałby intencje...

                        Kilka szybkich cięć wyzwoliło strzemiona, które trafiły do bocznej przegródki plecaka, oraz czaprak... w kiepskim stanie, który to zwinął i przytroczył z kocem. Do tego wędzidło i sprzączka. Dłuższy kawałek rzemienia.... .

                        - ...oddać się zabobonnym praktykom guślarskim to jak sprzedać swoją duszę. Kawałek po kawałku, niezauważalnie, aż ostatecznie... Nie ma nic co możnaby ratować. Tylko wiara w Sigmara może ocalić człowieka, choćby za wstawiennictwem Dobrych Bogów, ale jednak. Sigmara.

                        Pour a drink and pass it on
                        Let the quiet speak for longer...

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • ZellZ Niedostępny
                          ZellZ Niedostępny
                          Zell jako Moriz Richter
                          Moderator Obsługa
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #12

                          Podróż zaczęła się typowo, jak to na zmarzniętych terenach Imperium i szczerze nawet widok zamarziętego końskiego truchła nie zrobił na Moritzie wrażenia. Gdyby nie fakt, że Łowca Czarownic został napadnięty przez zwierzoludzi nie byłoby nic niepokojącego. Ot, może zwierzęta, bandyci, wrogowie, naturalne przeciwności losu. To nadnaturalne dopiero były niepokojące.
                          A skoro towarzyszyli Sneiderowi właśnie tych nadnaturalnych wypadało się głównie spodziewać.

                          Banita nie patrzył per se na konia, ale rozglądał się po tropach przy nim powstałych.
                          Moriz nie zdołał odczytać tropów w rozdeptanym, częściowo zasypanym śniegu. Zauważył jednak coś innego. Kilka kroków od truchła, wciśnięty w brudny śnieg, leżał niewielki, porwany kawałek pergaminu. Mróz usztywnił go na tyle, że łatwo mógłby pęknąć w palcach. Ten jednak ujął go delikatnie. Na pergaminie widniało pismo, lecz dla Moriza znaki były tylko niezrozumiałym ciągiem kresek i zawijasów. Sneider dostrzegł fragment niemal od razu.
                          – Pokażcie to – rozkazał krótko.
                          Wyciągnął rękę po pergamin szybciej, niż kazałaby zwykła ciekawość.

                          Sneider wziął fragment pergaminu ostrożnie. Przez chwilę czytał w milczeniu, a jego twarz coraz bardziej wykrzywiała się w przykrym grymasie irytacji. Potem zaklął cicho pod nosem.
                          – Kawałek raportu polowego – powiedział w końcu, składając pergamin. – Dobrze, że nie wpadł w niepowołane ręce.
                          Nie wyjaśnił nic więcej. Wsunął fragment głęboko za poły płaszcza, tak starannie, jak chowa się rzecz, której nie zamierza się już nikomu pokazywać. Mina Łowcy Czarownic sugerowała jasno, że cokolwiek zapisano na tym skrawku, Sneider uznał to za sprawę swoją, urzędową i niepodlegającą dyskusji.

                          Moriz nie miał ochoty dyskutować w tej kwestii i nie widział powodu. Sztuki czytania nigdy nie zaznał, więc mógł jedynie podziewać jak zostały postawione te szlaczki na papierze oraz dziwić się umiejętności ich rozszyfrowania tak szybko i łatwo. Cokolwiek tak było okazało się na tyle istotne, aby ich pracodawca skrupulatnie zabrał się za jej ukrycie przed wszystkimi, jednocześnie rad, że nikt więcej nie położy na niej łap.

                          Kiedy reszta zabrała się za przeszukiwania truchła (jakie wpierw musiała namęczyć się by przekręcić na drugi bok) nauczony paranoją banita po prostu obserwował otoczenie i każdy ruch ich otaczający. Niech oni się bawią w poszukiwanie skarbów ukrytych pod końskim cielskiem, on wolał mieć baczenie na las ich zawsze obserwujący. Lepiej upewnić się, że nie jest w tym większe zainteresowanie niż mógłby okazać wiatr czy skrywający się przed nimi zwierz.
                          Tak na wszelki wypadek.

                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • PiołunP Online
                            PiołunP Online
                            Piołun jako Mistrz Gry
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #13

                            text alternatywny

                            Sneider wysłuchał uwag swoich najemnych pomocników. Zrazu widać było, że kontent był z ich kompetencji, lecz nie zamierzał nikomu za to dziękować. Stał przy martwym koniu, cierpliwie czekając, aż skończą swoje oględziny. Wiatr poruszał połami jego odzienia. Śnieg osiadał mu na rondzie, na rękawach i na rękojeści miecza. Nie zwracał jednak na niego uwagi, a właściwie sprawiał wrażenie, jakby mróz był tylko kolejną niedogodnością, którą należało odnotować i zignorować. Na słowa Tomasimo o raporcie spojrzał na niziołka ostro, z karcącą iskierką gniewu w oczach.

                            – Nie prosiłem was o komentarz, Herr Ashfield – powiedział. – Nasz przepatrywacz sporządzał raport na użytek Lenkster. Miał zrelacjonować problemy na szlaku, który właśnie przemierzamy. Zawarł w nim coś, czego nie powinien i, jak rzekłem, dobrze, że nie trafiło to do nieodpowiednich person. Odniosłem nieprzyjemne wrażenie, że zarzucacie mi kłamstwo, Herr Ashfield. Nie nawykłem puszczać takich afrontów mimo uszu. Radzę spętać swój język, bym nie pogłębił tego wrażenia bardziej. Jeśli uznam, że treść tego skrawka pergaminu lub innego jest wam potrzebna do zachowania życia, dowiecie się.

                            Uderzył palcem w poły płaszcza, pod którymi zniknął fragment pergaminu. To ucinało temat. Gdy Pieter wspomniał o mapie, Sneider odwrócił ku niemu głowę. Spojrzał najpierw na tubę, potem na przepatrywacza, a dopiero później na zasypany trakt i las, który stał wokół nich cierpliwie, cicho, bez cienia pośpiechu.
                            – Nie zgubcie jej – oznajmił w końcu. – Po zakończeniu misji ją skonfiskuję. W Lenkster pewnie się ucieszą, że nie trzeba kopiować nowej. To żmudne zajęcie.

                            Potem przeniósł wzrok na znak wycięty w korze drzewa. Podszedł bliżej, stanął przed pniem i przyjrzał się nacięciom. Nie dotykał ich. Po prostu patrzył, jakby w kilku krótkich kreskach próbował odczytać charakter człowieka, który je zostawił. Znak był prosty, ale odnosiło się wrażenie, że ma przed czymś ostrzegać, albo taką wersję wykoncypował sobie Łowca przez wzgląd na scenerie, która ich otaczała.
                            – Znak łowców, bez wątpienia – rzekł wreszcie. – Na moje to ostrzeżenie, choć tylko zgaduję.
                            Ostatnie zdanie zabrzmiało sucho, ale uczciwie. Łowca chyba nie miał w zwyczaju przypisywać sobie umiejętności lub znamion wiedzy, których nie posiadał. Było to trochę pocieszające. Ktoś inny z podobnymi uprawieniami mógłby pomyśleć, że ma licencje na wszelką prawdę.
                            Przypatrzył się gwizdkowi, który odnalazł Tomasimo. Obrócił go w palcach, przyjrzał się otworom, pożółkłej kości i prostym nacięciom po nożu.
                            – Mógł być Ulmanna, choć nie widziałem, by go używał. Zdolniejsi przepatrywacze używają podobnych drobiazgów do koni, które poddano tresurze, by rozumiały sygnały. Niech ci służy – rzucił zdawkowo do niziołka.

                            Gdy Heinrich poinformował ich o guślarskich amuletach, twarz Łowcy zmieniła się wyraźniej. Podszedł we wskazane miejsce, tylko kilka kroków poza linię traktu, tak by zobaczyć zawieszone między drzewami drobiazgi. Patyczki związane brudnym sznurkiem. Kostki. Ciernie. Mała ptasia czaszka, która obracała się lekko na wietrze, jakby martwy kruk próbował nadal wyglądać jednym pustym oczodołem między gałęzie. Łowca długo nic nie mówił. Spojrzał na Heinricha. W jego oczach pojawiło się coś, co mogło być wyrazem aprobaty, choć jak zwykle szafował nią oszczędnie.

                            – Dobrze, żeście to zauważyli. Spalimy to przed pójściem dalej. I tak zaczyna powoli się ćmić, więc pójdziemy dalej z pochodnią – zarządził, choć można było dyskutować, czy poruszanie się w ten sposób nie uczyni ich bardziej widocznymi. Z drugiej strony wejście po ciemku w niedźwiedzie sidła mogło się okazać dalece bardziej przykrą niespodzianką, a ogień odstrasza zwierzęta, więc ostatecznie podróż z pochodnią wygrała. Później wrócił na trakt i spojrzał na truchło konia. Gdy padła propozycja brania mięsa, skrzywił się ledwie dostrzegalnie.
                            – Nie.
                            Powiedział to spokojnie, bez cienia wahania.
                            – Nie będziemy brali mięsa z konia, który padł po starciu ze zwierzoludźmi, leżał nocą przy lesie, nie został porządnie ruszony przez wilki, a obok którego wiszą guślarskie śmieci. Nie bądźcie głupcami. Zwierzęta musiały wyczuć spaczenie w posoce i zostawiły truchło. Po prawdzie radziłbym wam dobrze oczyścić ręce. Skaza jest podstępna. Czasem sam kontakt ze skażoną krwią starcza. Widywałem już takie przypadki – przestrzegł ich po tym, jak właściwie kończyli przewracać konia na bok.

                            Z premedytacją pozwolił im działać. Patrzył bez entuzjazmu na wysiłek, z jakim ciało martwego zwierzęcia odrywało się od zmarzniętej brei. Mięso puściło w końcu z głuchym, mokrym odgłosem, a z drugiej strony ukazały się rozorane juki, stwardniała skóra, przymarznięte pasy i rzeczy zbyt zniszczone, by wzbudzić większą radość. Heinrich wydobył strzemiona, wędzidło, sprzączkę, dłuższy rzemień i czaprak w stanie dalekim od przyzwoitości. Sneider nie protestował.
                            – To możecie zabrać – rzekł. – Ale nie grzebcie w tym dłużej, jeśli macie szacunek do swojej świętej duszy.
                            Jeszcze raz spojrzał na znak wycięty w drzewie, na amulety wiszące dalej między pniami, na śnieg, który zaczynał przykrywać końskie oko.
                            – Ruszamy.
                            Nie zapytał, czy są gotowi. Pewnie miał to głęboko gdzieś. W głosie miał ten sam surowy ton co poprzedniego wieczora. Tylko teraz pod spodem pobrzmiewało coś jeszcze. Niepokój. Bardzo dobrze zakopany, ale jednak obecny.

                            Pieter złożył mapę i zabezpieczył tubę. Tomasimo schował gwizdek, jeśli go zatrzymał. Heinrich przytroczył do siebie wydobyte resztki końskiego rzędu. Moriz przez cały czas miał baczenie na las, choć nic nie zapowiadało, by było to teraz potrzebne. Wziął sobie jednak wyjątkowo do serca ciężar tego zadania, co spotykało się co jakiś czas z pomrukami ze strony Łowcy Czarownic. Ktoś obdarzony bujną wyobraźnią mógłby nawet stwierdzić, że słyszy w nich nutę zadowolenia.

                            text alternatywny

                            Ruszyli dalej. Droga z każdą kolejną godziną robiła się gorsza. Każdy kolejny krok odbierał trochę więcej niż poprzedni. Śnieg leżał miejscami głęboko, z wierzchu zwarty i twardy, pod spodem zdradliwie sypki. Kto postawił stopę źle, zapadał się po łydkę albo kolano i musiał wydobywać nogę z cichym przekleństwem, które para zamieniała zaraz w biały obłok. Konie szły ostrożniej. Kuc Tomasimo parskał z urazą. Tyci natomiast poruszał się lepiej od ludzi, czasem wybiegając kawałek naprzód, czasem wracając do pana, raz po raz wkładając nos w śnieg. Zdawał się mieć niewyczerpywalne pokłady energii.

                            text alternatywny

                            Las ciągnął się po obu stronach traktu, gęsty i ciemny mimo białych czap. Świerki uginały gałęzie od śniegu, nagie buki stały sztywno jak kolumny w opuszczonej świątyni, a martwe krzewy przy drodze sterczały spod zasp jak palce zmarłych, zagrzebanych płytko pod ziemią. Czasem z gałęzi osuwał się płat śniegu, spadał z cichym szmerem i sprawiał, że któryś z ludzi odruchowo spoglądał w tamtą stronę. Czasem gdzieś daleko stuknął dzięcioł albo pękła kora od mrozu. Poza tym było cicho.

                            Pieter prowadził, od czasu do czasu sięgając po mapę. Wyciągał ją tylko wtedy, gdy topografia terenu zaczynała płatać mu figle. Zaznaczone na niej punkty okazały się przydatne. Jeden z kamieni drogowych rzeczywiście tkwił pod śniegiem przy starym wykrocie, niewidoczny z traktu, ale po odgarnięciu bieli dało się wyczuć twardy grzbiet pod rękawicą. Dalej był zakręt przy pękniętym świerku, którego korona dawno temu musiała zostać rozłupana przez piorun. Potem wąski jar, przez który wiatr przepychał śnieg tak zaciekle, jakby chciał pokryć go w całości.

                            Mapa nie prowadziła ich jak po sznurku, ale pomagała. Potwierdzała to, co Pieter podejrzewał, prostowała to, czego nie był pewien, i parę razy oszczędziła im kluczenia, przez co spokojnie można stwierdzić, że oszczędzili godzinę albo dwie z trasy. Sneider szedł wraz z nimi w żelaznej ciszy, niemal jakby na trasie złożył śluby milczenia. Przez większą część dnia trzymał się z tyłu lub z boku, tak by widzieć i prowadzącego, i linię drzew. Nie wyglądał na zadowolonego z tego spaceru, a humor, jeśli w ogóle miał jakieś jego pokłady, zepsuł mu się od czasu odnalezienia guślarskich amuletów. Czerwona łuna pochodni jedynie nadawała jego rysom jeszcze bardziej paskudnych cieni.

                            W ostatnich godzinach marszu, mimo iż był jeszcze dzień, światło słońca całkiem straciło swoją moc. Niebo nie pociemniało od razu, raczej wyblakło, jak stara szmata wyprana z koloru. Cienie pod drzewami zrobiły się dłuższe, ostrzejsze. Mróz nie zelżał, ale zmienił charakter. Rano szczypał i kąsał. Teraz zaczął pełznąć. Wchodził pod odzienie zdradziecko, ściskając w uścisku mięśnie, wsączając się do kości. Zmęczenie kładło się na barkach i udach. Naprawdę mieli już dość tej wędrówki na dzisiaj.

                            Pieter w końcu zatrzymał się przy niskim skalnym występie, którego prawie nie było widać spod śniegu. Stał chwilę, patrzył na zarys zbocza, na drzewa rosnące w dziwnym półkolu i na ciemniejszą plamę między kamieniami.
                            – Tu – powiedział.
                            Pieczara nie była wielka. Bardziej rozpadlina w skale niż prawdziwa jaskinia, ale dawała to, czego potrzebowali. Dach nad głową, osłonę od północnego wiatru i dość miejsca, by ludzie oraz zwierzęta nie musieli spać jedni na drugich. Wejście było szerokie, półotwarte, częściowo przesłonięte zaspą i zwisającymi gałęziami. W środku pachniało zimnym kamieniem, starym dymem i wilgocią. Ktoś musiał korzystać z tego miejsca wcześniej, może drwale, może łowcy. Przy jednej ze ścian leżały czarne ślady dawnego ogniska, rozmazane i częściowo zasypane pyłem oraz zmarzniętym błotem. W głębi kamień opadał nisko, tworząc ciemny zakątek, gdzie dało się złożyć pakunki albo usiąść plecami do skały.
                            Sneider wszedł do środka pierwszy tylko na tyle, by sprawdzić wzrokiem ciemność. Potem skinął głową.
                            – Dobre miejsce. Znaczy się, dobre na tyle, na ile można oczekiwać od dziury w skale.

                            text alternatywny

                            Rozłożyli obóz szybko, bez zbytecznego gadania. Dzień uciekał, a zmrok dławił ostatnie nikłe promienie słońca. Konie przywiązano bliżej wejścia, ale nie tak, by mogły w panice stratować ludzi. Rzemienie sprawdzono dwa razy. Zwierzęta dostały paszę z juków i trochę osłony od wiatru. Kuc Tomasimo wyglądał na urażonego warunkami, ale jadł, godząc się z okolicznościami. Tyci obszedł wejście pieczary, obwąchał kamienie, śnieg i ślady starych popiołów, po czym usiadł przy Tomasimo, czujny, z kufą zwróconą ku drzewom.

                            Opał od Grubera okazał się wart więcej, niż karczmarz chciałby przyznać. Suche szczapy i łuczywo przyjęły iskrę po pewnej chwili dmuchania poprzetykanego przekleństwami. Ogień najpierw był mizerny, niski, złośliwy jak leniwy parobek, który robi tylko tyle, ile musi. Potem jednak podniósł się, złapał drewno i zaczął trzaskać cicho, rozświetlając kamienne ściany pomarańczowym blaskiem. Dym przeszkadzał delektować się ciepłem w pełni. Część szła ku wyjściu, część snuła się po sklepieniu, a cześć leciała prostu na jednego z nich na zmianę, gryzła w oczy lub dusiła krtań.

                            Ktoś ustawił garnek z wodą przy ogniu. Ktoś inny wyjął racje. Twardy chleb, kawałki suszonego mięsa, trochę kaszy czy czegoś innego, co po podgrzaniu mogło udawać posiłek. Sneider wydobył z własnego pakunku zawiniątko z ziołami, które nie pachniały zbyt przyjemnie.
                            – Dodajcie to do garnka – powiedział. – Ale nie za dużo. Raczej nie będzie wam smakować, ale doda nam trochę sił. Sigmar jeden wie, że będziemy jej potrzebować.
                            Napar, kiedy w końcu naciągnął, miał barwę brudnej słomy i smak, który faktycznie trudno było przełknąć. Mimo wszystko spływał do żołądka i rozprowadzał ciepło po zmarzniętym ciele. Zresztą po całym dniu marszu nawet takie paskudztwo trzeba było wziąć za dobrą monetę.

                            Warty ustalono bez większej kłótni. Nikt rozsądny nie zamierzał spać bez czuwania po tym, jak znaleźli zmaltretowanego konia. Wejście do pieczary pozostawało zbyt szerokie, by czuć się bezpiecznie, ale dość wąskie, by przynajmniej nie musieli spodziewać się niebezpieczeństwa ze wszystkich stron naraz. Ogień ustawiono głębiej, tak by dawał światło i ciepło, ale nie wystawiał ich na widok z lasu. Pakunki ułożono pod ścianą. Kto był z nich mądrzejszy, złożył broń bliżej dłoni niż w zwyczajnych warunkach. Sneider ściągnął kapelusz tylko na chwilę, otrzepał go ze śniegu, po czym założył z powrotem. Zamierzał, zdaje się, spać na siedząco po tym, jak wszedł do śpiwora i zakrył się derką. Wyglądało na to, że nawet nocleg w pieczarze nie był dla niego wystarczającym powodem, by rozstać się z kapeluszem.

                            Zmrok opadł wreszcie na las. Z początku tylko przyciemnił pnie, potem zgasił odległe przestrzenie między nimi, aż w końcu wszystko poza zasięgiem ognia stało się czarną ścianą poprzecinaną białymi smugami śniegu. Niebo za koronami drzew miało barwę zimnego ołowiu. Wiatr ucichł trochę. Ogień trzaskał. Konie przeżuwały niespokojnie paszę w obroku. Gdzieś w głębi pieczary kapała woda, drażniąc ucho jak głośno tykający zegar w nocy. Mieli właśnie ułożyć się do snu, kiedy czujny Moriz, pierwszy na warcie, zmrużył lekko oczy. Ciemne płótno nocnego krajobrazu się poruszyło. Jakimś cudem wyłowił ruch jakiegoś zwierzęcia. Tyci również odwrócił się w tamtą stronę. Nie zerwał się gwałtownie. Nie zaszczekał od razu. Podniósł łeb, przestał poruszać pyskiem i zastygł. Uszy stanęły mu wysoko. Potem z gardła wydobyło się niskie, ledwie słyszalne warczenie. Tomasimo znał swojego psa na tyle, by wiedzieć, że to nie był kaprys ani reakcja na spadający śnieg.
                            – Mamy gości – mruknął Moriz głośniej. Wystarczająco głośno, by słowa przecięły obozową ciszę.
                            Tyci wstał powoli, zjeżył sierść na karku i stanął przy Tomasimo. Teraz już warczał wyraźniej. Jasny zarys zębisk, który począł wyłaniać się ze zmroku, oraz odgłosy warczenia nie pozostawiały złudzeń. Zbliżała się do nich wataha wilków.

                            Sneider odłożył kubek z naparem tak spokojnie, jakby spodziewał się tego od samego początku. Lewą ręką sięgnął po pistolet. Prawą po miecz. Metal wyszedł z pochwy z cichym, zimnym sykiem, który zapowiadał obietnicę krwi.
                            – Broń do rąk – rzucił chrapliwie.
                            Nie krzyknął. Właściwie powiedział to lodowato spokojnym głosem. Ten spokój dał im potrzebny czas. Każdy, kto jeszcze siedział, miał dość czasu, by wstać. Każdy, kto miał broń opartą o ścianę, mógł po nią sięgnąć. Każdy, kto chciał poprawić pas, odsunąć garnek, kopnąć pakunek spod nóg albo odciągnąć konie głębiej, miał na to kilka uderzeń serca. Wataha nie rzucała się jeszcze. Podchodziła mądrze. Drużyna mogła dokładnie ocenić stan drapieżników, ich liczbę i zważyć, ile mają szans, aby wyjść z tego żywi.

                            text alternatywny

                            Pierwszy wilk wyłonił się zza zasłony nocy cicho niczym zjawa. Był chorobliwie chudy, z żebrami rysującymi się pod brudnoszarym futrem, lecz wcale nie wyglądał przez to na słabszego. Szedł nisko, z łbem opuszczonym, z mięśniami pracującymi pod skórą i ślepiami, w których drżał odbity blask ognia. Pysk miał ciemny od śliny, a z nozdrzy ulatywała para. Za nim pojawił się drugi. Potem trzeci. Zwierzęta nie wyskakiwały z lasu, nie rzucały się zrazu do gardła. Wychodziły powoli, cierpliwie, metodycznie zamykając krąg i osaczając ich. Po bokach, między krzakami i niskimi świerkami, przemykały kolejne kształty. Raz widoczne, raz ginące w czerni pni i bieli śniegu.
                            Osiem.
                            Może więcej, jeśli liczyć cienie, które dało się wyłowić w głębi drzew. Co do tych jednak nie było pewności. Osiem dało się wypatrzyć na pewno, gdy poruszyły się niemal jednocześnie, zamykając przed wejściem do pieczary szeroki, głodny półkrąg.

                            Ten największy wyszedł ostatni.
                            Był paskudny. Nie po prostu duży, choć był większy od reszty. Nie po prostu stary, choć futro na pysku miał miejscami siwe, posklejane i nierówne. Było w nim coś wypaczonego. Grzbiet miał wysoki, łapy cięższe, łeb szerszy. Ślepia połyskiwały lekko zielonkawym blaskiem, nie tak jak oczy zwykłego zwierzęcia odbijające ogień, lecz własną, plugawą łuną. Dochodziła od niego woń gnijącego ciała. Z pyska ciekła mu ślina. Gęsta, zielonkawa, ciągnąca się nitkami, które spadały na śnieg i zostawiały w nim ciemne plamki.

                            Konie poczuły nienaturalne zagrożenie od razu. Jeden szarpnął rzemieniem, drugi cofnął się gwałtownie, parskając z paniką. Kuc Tomasimo rzucił łbem, siłując się z liną, do której go przywiązano. Tyci odpowiedział pełniejszym warczeniem, stając szerzej na łapach.
                            Sneider uniósł pistolet, ale nie strzelił. Jeszcze nie. Lufa skierowała się ku największemu wilkowi, a miecz w prawej dłoni Łowcy opadł nisko, gotów do cięcia, jeśli któryś z mniejszych spróbuje skoczyć przez ogień albo obejść wejście bokiem.
                            – Nie rozpraszać się – powiedział zimno. – Pilnować boków. Dużego zostawcie mnie, jeśli podejdzie.
                            Wilki rozchodziły się półkolem. Dwa zostały naprzeciw wejścia, trzy przesuwały się w lewo, nisko przy śniegu, prawie bezgłośnie. Kolejne szły od prawej, korzystając z krzaków i nierówności terenu. Nie wyglądały, jakby bały się ognia tak, jak powinny. Może głód był silniejszy. Może ten większy wymógł na nich posłuszeństwo alfy.

                            Ciszę, jaka nastąpiła, gdy dwie grupy mierzyły się wzrokiem, można było kroić nożem. Najgłośniejsze było ognisko, w którym rozbrzmiał trzask pękającego polana. Dym wylewał się siwym warkoczem ku wyjściu, rwał na chłodzie w brudne pasma i mieszał z nocą. Wolno, by nie wzbudzić nagłego ataku, wyciągnęli broń. Każdy z nich przyglądał się już swojemu wilkowi. Wzrok obiecywał spojrzeniem przemoc, jeśli zwierzę się nie wycofa, ale zwykła determinacja nie działała na te bestie. Ktoś przesunął stopą pakunek pod ścianę. Ktoś inny odciągnął łokciem koński łeb, gdy zwierzę szarpnęło się niespokojnie na uwięzi.

                            Wataha podchodziła powoli. Nie cofała się. Nie wahała. Po prostu skracała dystans, cierpliwa i drapieżna, rozciągnięta przed wejściem do pieczary niczym szczęka wygłodniałego lasu. Wtedy największy z nich otworzył pysk szerzej. Z gardła wypłynął niski, mokry warkot, bardziej przypominający pracę chorego miecha niż głos jakiegokolwiek żywego zwierza. Zielonkawa ślina oderwała się od jego kłów, spadła ciężko na śnieg i zostawiła przy łapach ciemną, parującą plamę.

                            Ruszyli jednocześnie. Walkę zainicjował huk wystrzału z pistoletu Sneidera.

                            text alternatywny

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            Odpowiedz
                            • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                            Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                            • Najpierw najstarsze
                            • Najpierw najnowsze
                            • Najwięcej głosów


                            • Zaloguj się

                            • Nie masz konta? Zarejestruj się

                            • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                            Powered by NodeBB Contributors
                            • Pierwszy post
                              Ostatni post
                            0
                            • Kategorie
                            • Ostatnie
                            • Tagi
                            • Popularne
                            • Świat
                            • Użytkownicy
                            • Grupy