Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
Pipboy79P
Pipboy79 jako
Pipboy79
Mistrz Gry
DekaresD
Dekares jako
Dekares
MirasM
Miras jako
Miras
CioldanC
Cioldan jako
Cioldan

Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
193 Posty 6 Uczestników 710 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79P Niedostępny
    Pipboy79 jako Pipboy79
    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
    #169

    Oryginalny tytuł: Tura 38 - 2521.05.04; bkt; popołudnie

    Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
    Czas: 2521.05.04; Angestag; południe - popołudnie
    Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, łag.wiatr; ziąb (0)

    Wszyscy

    Chyba wszyscy odczuwali napięcie. Czy się stało przed zbudowaną z gałęzi zasieką czy próbowało się ją obejść pot perlił się na skroni i karku. Wydawało się, że złowrogie ślepia tego pradawnego, ponurego i owianego złą sławą lasu wpatrują się w śmiałków jacy próbowali zbadać jego tajemnice. Każdy krok wydawał się naciągać tą strunę dalej. A gdy już się zaczęło coś dziać to na całe gardło i natychmiast.

    Duivel

    Duivel nie był pewien czy Kolesnikow w ogole dojrzał jego gestykulację. Widział jego grupę po skosie i za sobą. Liczne drzewa i krzaki jakie ich dzieliły sprawiały, że ledwo byli na pograniczu jego postrzegania. Zwłaszcza, że myśliwi mieli na sobie kubraki w barwach brązów i zieleni przez co zlewały się z leśnym otoczeniem. Gdzieś wsród nich powinien być ich dowódca ale czy ten akurat patrzył na elfa i czy w ogóle zauważył co ten do niego macha tego Mandu-naru nie miał pojęcia. Zdecydował się powoli cofać razem z towarzyszami. Powoli aby nie zaalarmować tamtych za zasieką, że zostali zauważeni. Zdawało im się, że zdołali odejść tylko parę kroków gdy leśny spokój rozdarł bojowy okrzyk z wielu dzikich gardeł. A zawtórował im warczenie równie dzikich ogarów. Te wyskoczyły za zawalidrogi i ruszyły wprost na grupę Duivela. Jakie szybkie! Zdawało się, że błyskawicznie pokonują odległość i zaraz będą mieli na gardłach ich zaślinione szczęki. Czwórka łuczników zwolniła naszykowane strzały. Te przeszyły leśne powietrze. Elf miał wrażenie, że jego pocisk trafił w któregoś z ogarów. Czworonóg zawył gdy ten wszedł mu głęboko w pierś. Zwolnił i stracił swoją grację leśnego drapieżnika. Gdzieś zza plecami elf usłyszał okrzyki Kolesnikowa. I chwilę potem od strony drogi poszły strzały w stronę szarżujących ogarów. Któraś musiała trafić tego zranionego wilczura bo ten zaskamlał i przewalił się na glebę. Jednak pozostałe wciąż pędziłu ku grupie elfa i już były tuż tuż. Musiało być ich z pół tuzina co najmniej!

    Stefan

    Stefan zgodnie z rozkazem swojego imiennika miał blokować ewentualny atak zza zawalidrogi jaki mógł pójść na główną grupę łuczników. Razem z Wieslerami widział jak dwie mniejsze grupki zwiadowców, ta na prawo pod wodzą Duivela, ta na lewo Tobiasa krok po kroki okrążają tą przeszkodę. Zamiar herszta hochlandzkich banitów był prosty. Z obu flank mogli w względnie bezpiecznej odległości zobaczyć co jest za nią. I jeśli wróg to albo dać znać albo ostrzelać go. Tylko dzikie okrzyki jakie ich dobiegły jasno świadczyły, że nie udało im się dokończyć tego flankującego manewru. Zza zasieki na grupe elfa wyskoczyły jak z procy stado ogarów a na Tobiasa wrzeszczące, koźlonogie dzikusy. Obie grupy zwiadowców oddały swoje strzały w ich kierunku ale gołym okiem widać było, że liczebnie są mniejsze od przeciwników jacy na nich szarżowali. Za sobą Stefan usłyszał okrzyki Kolesnikowa. Rozkazał aby jedna jego grupa łuczników ostrzelała ogary a druga te dzikusy dając w ten sposób wsparcie i Tobiasowi i Duivelowi.

    - Bierzcie ich! - krzyknął do nich Stefan wskazując ręką na dzikich jacy biegli w kierunku Tobiasa i jego dwóch towarzyszy. Bezpośrednie starcie z liczebnie przeważającym przeciwnikiem uzbrojonym w tarcze i jakaś broń kiepsko wróżyło tej trójce zwiadowców. Więc zapewne Kolesnikow chciał ich wesprzeć trójką swoich włóczników. Ledwo to krzyknął a zaraz sami znaleźli się pod ostrzałem. Gdzieś z lewej flanki drogi, z głębi lasu widać było strzelające sylwetki łuczników jakie obrały za cel największe zgrupowanie przeciwnika jakie było na drodze. Właśnie to pod wodzą Kolesnikowa. Mimo to jego myśliwi posłali swoje pierzaste pociski i w ogary i w kozich tarczowników.

    Tobias

    Towarzysze Tobiasa stanęli. I gdy pokazał im kierunek skinęli głowami. Też zaczęli spoglądać w tamtą stronę gotowi strzelić gdyby coś stamtąd wyskoczyło. I wyskoczyło. Ale zza zasieki a nie gdzieś tam z lasu gdzie machnęła mu niedawno poruszona gałąź. Tylko zza tych naścinanych gałęzi ułożonych w barykadę. Właśnie stąd z dzikim wrzaskiem wybiegła ku ich trójce zgraja dzikich, koźlonogich tarczowników. Posłali ku nim swoje strzały ale widział, że jedna przemknęła nieszkodliwie gdzieś ponad ich głowami a ze dwie utkwiły w ich tarczach. Za sobą usłyszał krzyki Kolesnikowa. Zaraz potem ci co zostali z nim na drodze posłali swoje strzału ku nadbiegającym, leśnym dzikusom. Ale bez wyraźnego efektu. Ta zgraja biegła niepowstrzymanie ku Tobiasowi i jego dwóm towarzyszom. Na oko to przeważali ich ze trzykrotnie więc bezpośrednie starcie z nimi zapowiadało się bardzo kiepsko. Dwunogie bestie biegły tak jakby chcieli ich odciąć od drogi i reszty towarzyszy.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • DekaresD Online
      DekaresD Online
      Dekares jako Dekares
      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
      #170

      Napięcie jakie towarzyszyło Stefanowi i Wieselom gdy powoli posuwali się do przodu w kierunku przesieki było nie do wytrzymania, czas wydawał się niemal stać w miejscu gdy krok po kroku zbliżali się do przeszkody, jednocześnie odrobinę schodząc z drogi aby zyskać chociaż trochę osłony.
      W ciągu jednego uderzenia serca cała sytuacja odwróciła się do góry nogami przyśpieszają do niemiłosiernego galopu gdy nagle zostali zaatakowani z wielu stron jednocześnie.
      Jaeger widział kątem bestie podobne do tych z którymi walczyli wcześniej biegnące na Duviela i jego towarzyszy ale widząc wybiegających za przesieki zwierzoludzkich zasrańców wiedział, że grupa po drugiej stronie drogi będzie musiała sobie poradzić bez jego pomocy, On, Tobias i ich ludzie i tak mają już za nadto na swojej głowie. Zanim jego imiennik zdołał wykrzyczeć do niego jakikolwiek rozkaz Stefan biegł już w kierunku atakujących pomiotów chaosu razem ze swoimi ludźmi i psem chcąc spaść na ich flankę albo nawet na tyły póki Ci byli zajęci próba dopadnięcia Tobiasa i Jego towarzyszy.

      - Spuście psy! - rzucił tylko za siebie do sierżanta licząc na to, że chociaż tak zostanie wsparty w starciu z jak wyglądało liczniejszym wrogiem.

      Ostatnie sekundy przed starciem Jeager poświęcił na próbę wypatrzenia czy wśród bestii jest jakiś wyróżniający się drań mogący być ich dowódcą którego Stefan mógłby próbować zabić aby złamać ich ochotę do walki.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • Pipboy79P Niedostępny
        Pipboy79P Niedostępny
        Pipboy79 jako Pipboy79
        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
        #171

        -Jak głupcy weszliśmy w pułapkę, której się spodziewaliśmy. - pomyślał Tobias wypuszczając strzałę która utkwiła w tarczy zwierzoczłeka o koziej głowie. Biegł z kilkoma podobnymi mu stworzeniami wprost na Zwiadowcę i jego dwóch towarzyszy. Liczebnie ich przewyższali, nadrabiali tym i dzikością szkolenie i dyscyplinę ludzkich oddziałów. Byli zbyt blisko by próbować strzelać ponownie a ucieczka nie wchodziła w grę. Tobias wiedział że są w beznadziejnej pozycji, dodatkowo mając gdzieś za plecami kozionogich łuczników, którzy ostrzeliwali Stefana i jego towarzyszy. Ci spuścili psy i podążyli za nimi by zaatakować te stwory które zaatakowały Tobiasa, Johana i Karla. To zmieniło znacznie sytuację bowiem zwierzoludzie to dostrzegli i zamiast pewnej szarży na trzech zwiadowców przyjęli pozycje obronne, osłaniając się od strony drogi. -Na nich! - krzyknął do towarzyszy Tobias wyciągając miecz i rzucając się na przeciwników.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • CioldanC Niedostępny
          CioldanC Niedostępny
          Cioldan jako Cioldan
          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
          #172

          Ogary były już o krok od rzucenia się do gardeł ludzi. Elfy jednak stały tuż za swoimi kompanami, także również byli narażeni na błyskawiczny atak. Dzięki temu, że oboje szpiczastouszy potrafili błyskawicznie przeładować łuk, zdążyli oddać szybki strzał i odrzucić łuk w momencie gdy ogary już zwarły się z Thomasem i Jurgenem. Dwójka z przodu odrzuciła już wcześniej swoją broń długodystansową i w ostatniej chwili dobyli własną broń długą. Myśliwi nie byli najlepsi w unikaniu ciosów, także od razu przeszli do ataku. Ucieczka nie wchodziła w drogę, więc zdecydowali, że najlepszą obroną jest atak. Jurgen od razu ruszył w stronę pierwszej grupy przerośniętych psów, natomiast Thomas rzucił się dziko na drugą grupę krzycząc ile sił w gardle - ZA SIGMARA!!! .

          Sytuacja była na tyle dynamiczna, że początkowo ciężko było stwierdzić czy jakiś zwierz nie pobiegł za którymś drzewem i nie skoczył już na jednego z elfów, nawet nie było pewności czy ostatnie dwie strzały gdziekolwiek trafiły. Znaczy gdziekolwiek na pewno, ale czy wróg miał na tyle "szczęścia", że to miejsce okazało się ciałem któregoś z ogarów. Łuki zostały odrzucone, ale zarówno Duivel jak i Lindara nie zdołali jeszcze dobyć swoich broni do walki w zwarciu...

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • Pipboy79P Niedostępny
            Pipboy79P Niedostępny
            Pipboy79 jako Pipboy79
            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
            #173

            Oryginalny tytuł: Tura 39 - 2521.05.04; bkt; popołudnie

            Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
            Czas: 2521.05.04; Angestag; południe - popołudnie
            Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, łag.wiatr; ziąb (0)

            Duivel

            Duivel ze swoją trójką zwiadowców mieli czas strzelić raz czy dwa. A przy tak krótkiej odległości, te ogary jakie wcześniej dojrzeli za przygotowaną zasieką już pędziły na nich. Błyskawicznie pokonały odległość i do łuczników dotarało, że już na strzelanie nie ma czasu ani miejsca. Trzeba albo walczyć albo uciekać. Zacheceni okrzykiem elfa odrzucili swoje łuki i dobyli oręża. Przyjęli na siebie szarzę z pół tuzina rozpędzonych ogarów. Te wbiły się w nich z impetu i miały przewagę liczebną. Wśród korzeni i pni drzew, krzaków i mizernej trawy rozgorzała chaotyczna walka. Za mało ich było aby utworzyć jakiś jednolity front zwłaszcza przy przeważającym liczebnie przeciwniku. Więc tak naprawdę każdy ze zwiadowców musiał radzić sobie sam. Ale to na Tomasa i Jurgena spadła główna furia tego ataku. Duet elfów mógł wykorzystać to i walczyć z tymi ogarami co już nie znalazły miejsca wokół tych dwóch ludzi więc było im łatwiej.

            Z początku szło im całkiem dobrze. Odparli pierwszy impet ataku i zaczęła się regularna wymiana ciosów pomiędzy stalą a zaślinionymi szczękami, między wyszkoleniem szermierczym a pierwotnym instynktem zabijania. Problem był w tym, że wszyscy w ich zwiadowczej czwórce raczej byli strzelcami niż szermierzami. Początkowo żadna ze stron nie mogła uzyskać przewagi. Ani czworonogi nie dały rady wyrwać komuś ochłap krwawego mięsa ani dwunogi nie mogły trafić w te ruchliwe, kudłate cielska. Nie trwało to jednak długo. Któryś z mężczyzn krzyknął boleśnie gdy w końcu osaczony przez ogary uległ natłokowi ich ciosów. Zaraz potem krzyknęła Lindara. Chociaż ogarze szczęki tylko ją drasnęły w nogę. Za to Duivielowi udało się chociaż raz trafić kudłatego przeciwnika. Wspólnym wysiłkiem udało im się powalić tego postrzelonego wcześniej strzałą. Ale to nie był koniec walki.

            Ta okazała się być bardzo wyrównana. Padł kolejny ogar a kolejny został tak ciężko ranny, że stracił ochotę do walki. Odwrócił się i dał dyla w leśny gąszcz. Jednak i dwunodzy ponosili straty. Jeden z myśliwych padł, drugi był poważnie ranny, kuzynka Duivela też oberwała po raz kolejny. A wciąż przeciwko sobie mieli jeszcze z połowę bojowych ogarów. Wkrótce padł drugi od Kolesnikowa. Duet elfów został sam zmagając się z trójką ogarów. Walka wciąż wydawała się wyrównana i wydawało się, że lada chwila jedna ze stron przeważy szalę na swoją korzyść. Ten przełom jednak nie nadchodził. Dopiero jakieś zamieszanie od strony drogi i drugiej flanki sprawiło, że trzy ostatnie ogary odskoczyły o krok aby się rozejrzeć czy posłuchać. I zaraz potem dały dyla w las. Lindara odetchnęła ciężko z ulgą i bez skrupułów oparła się wolną dłonią o pień najbliższego drzewa. Widać było, że ma zakrwawione i poszarpane ubranie więc musiała mocno oberwać.

            Stefan i Tobias

            Z początku wyglądało, że żadnej ze stron jej pierwotny zamiar nie wyszedł ale też udało się nieco zaskoczyć tą drugą. Ungory jacy wybiegli zza zasieki runęli wprost na nasłuchujących zwiadowców Tobiasa. Dostali od nich strzały ale te nie uczyniły im widocznej krzywdy. Za to w międzyczasie już biegli tak aby ich odciąć od drogi i reszty imperialnych oddziałów. Ale gdy w sukurs łucznikom nadbiegła trójka włóczników Stefana posłana tam w dodatku przez jego imiennika i wsparta jeszcze trzema własnymi psami to w ostatniej chwili zmieniło to kalkulacje kopytnych. Zamiast uderzyć na osamotnionych strzelców pobiegli prosto ku nadbiegającym włócznikom. Obie grupy starły się ze sobą frontalnie. Ale prawie jednocześnie Tobias zdecydował się odrzucić łuki i zaatakować plecy ungorów jacy właśnie zwarli się z grupą Jeagera. Tyle, że znów kopytni wykorzystali swoją przewagę liczebną i zamiast nią oflankować grupę Stefana wystawili dwóch swoich w roli tylnej straży. Właśnie na nich wbiegł Tobias, Karl i Johan. W efekcie jedna z grup rogaczy została wzięta w kleszcze między ludźmi Stefana i Tobiasa. Ale nie na tyle aby którejś pokazać plecy. A tuż obok trójka myśliwskich psów zmagała się z podobną grupą ungorskich tarczowników. Gdzieś na pograniczu postrzegania słychać było okrzyki myśliwych i ungorskich strzelców ale byli zbyt zajęci bezpośrednią walką aby rejestrować co tam się dzieje.

            Dla Stefana walka była dość prosta. Szybko zorientował się, że przewyższa swojego dzikiego przeciwnika technicznie. I po mistrzowsku wykorzystuje swoją tarczę. A i miał przewagę zasięgu włóczni przeciwko toporowi. W pojedynku zapewne by z nim wygrał. Ale to nie był pojedynek. Walczyli w grupie przeciwko wrogiej grupie. A w grupie to poziom był już bardziej wyrównany. Tamci też mieli tarcze tak samo jak ostlandcy włócznicy. Zaś dla obu Wieslerów to już nie była taka łatwizna jak dla ich lidera. Stefan co jakiś czas trafiał swojego przeciwnika ale nie na tyle mocno aby go to wyłączyło z walki. Dobrze, że Tobias ze swoimi ludźmi wziął dwóch czy trzech dodatkowych zwierzoludzi na siebie bo inaczej mogliby ich oflankować dzięki przewadze liczebnej. Podobnie z drugiej strony Azur z dwoma psami myśliwych pełnił podobną rolę blokując ich flankę przed drugą grupą ungorów.

            Jeden z Wieslerów oberwał. A potem znowu. Wciąż jednak trzymał swoją pozycję. W zamian udało im się usiec jednego a potem drugiego ungorskiego tarczownika. Został jeden przeciwko im trzem. No i tych dwóch co byli za nim, plecami do włóczników ale frontem do strzelców. Tyle, że aby się do nich dostać trzeba było powalić tego jednego. A ten się nie dawał. Twardo bronił się pomimo zalewu ciosów. Gdzieś obok co jakiś czas słychać było skomlenie ale nie było czasu się tam oglądać.

            W pewnym momencie ich psy pękły. Było tylko widać kątem oka jak śmignął gdzieś w bok czworonożny kształt skomląc z boleści albo strachu. A to wykorzystała czwórka tarczowników drugiego stada jaka runęła na flankę Stefana i Wieslerów już czując zwycięstwo w powietrzu. Poszarpana bronią dzikich trójka włóczników zachwiała się pod tym naporem. Wróg zdobył nad nimi przewagę liczebną i zaatakował ich z flanki. Ci jednak mu się dalej odgryzali. Któryś z Wieslerów znów oberwał. Wydawało się, że zaraz ich zmiotą. Gdy niespodziewanie czterech ungorów zamiast ich dobić zawyło coś ze strachu, odwróciło się i zaczęło uciekać w głąb lasu. Stefan z Wieslerami znów mieli przeciwko sobie tego jednego, już mocno zranionego ungora z jakim walczyli od początu. Ten wzięty w kleszcze między nich a zwiadowców Tobiasa nie mógł pójść w ślady swoich dzikich pobraytmców i musiał walczyć do końca. Gdzieś za sobą Stefan usłyszał tętet kopyt o nowe, ludzkie okrzyki. Zaraz potem przejechało za nim paru jeźdźców ścigając uciekającą czwórkę ungorów. Wreszcie ten ostatni ungor padł pod ich ciosami. Przez chwilę widzieli jeszcze plecy tego co walczył z Tobiasem ale i ten został przeszyty ich ostrzami. Jak się rozejrzeli widzieli pobojowisko. Kilka nieruchomych ciał ungorów, dwa psy, jeden z Wieslerów. Plecy konnych łocwóc czarownic jacy podzielili się na dwie grupki i każda ścigała zmykających napastników.

            Tobias też to widział. Obok niego stał jeden z jego towarzyszy. Drugi leżał ze dwa kroki dalej i nie było wiadomo czy jeszcze dycha. Rzucili się we trzech na plecy tych z jakimi starła się grupka Stefana. Ale ci w ostatniej chwili zasłonili swoje plecy dwoma tarczownikami. A te tarcze to jednak stanowiły dla nacierających całkiem skuteczną przeszkodę. I Tobias i jego dwaj koledzy mieli tylko swoje topory i miecze więc wiele z ich ciosów trafiało w te tarcze. Za to ungory potrafiły się całkiem skutecznie odgryźć. Sam Tobias z początku to poczuł na własnej skórze. Ledwo sieknął przeciwnika a jego broń przeszyła powietrze. Spudłował. Za to ungor chlasnął go na odlew w rękaw. Zabolało! Ale w walce to nie była poważna rana. Chwilę potem znów wydawało mu się, że sięgnie leśnego rogacza gdy sytuacja powtórzyła się. Tylko tym razem maczuga tamtego otarła się o jego wzmocniony kubrak zostawiając na nim rysy ale na szczęście nie przebijając go. Któryś z myśliwych padł w tym zwarciu więc zrobiło się dwóch na dwóch. Ale łucznicy nie mieli tarcz co dawało dzikusom przewagę. Bo Tobias czuł, że poziom mają dość wyrównany tylko wiele z ich ataków trafiało właśnie na te tarcze. A sami nie mieli się czym zasłonić. Więc wkrótce i drugi z myśliwych krzyknął boleśnie gdy oberwał od swojego przeciwnika.

            W pewnym momencie zrobiło się groźnie. Ich psy albo padły albo zwiały a czwórka przeciwników jakich dotąd blokowały zwaliła się na walczącą trójkę Stefana. Wydawało się, że to przełom i to nie na korzyść imperialnych. Ale za tym wszystkim Tobias dojrzał pędzącą drogą kawalerię. To ci łowcy czarownic! Rogacze też musieli ich dostrzec bo ci co mieli już domknąć okrążenie nagle dali dyla. I znów szanse się wyrównały. Zaraz potem trójka jeźdźców przejechała o parę kroków za plecami walczących włóczników ścigając uciekających tarczowników. Druga trójka pojechała w bok, szarżując na wciąż strzelających ungorskich łuczników. Ci nie mieli ochoty na takie starcie więc też dali dyla. Zaś obie grupki piechociarzy zdołały dorżnąć resztki otoczonych tarczowników. Tobias przebił ostatniego mieczem i nagle okazało się, że kilka kroków przed sobą widzi równie zdyszanych, brudnych i zakrwawionych włóczników.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • CioldanC Niedostępny
              CioldanC Niedostępny
              Cioldan jako Cioldan
              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
              #174

              Duivel oczami wyobraźni zdołał wystrzelić strzałę, odrzucić broń i unikać bojowych psów... to jednak była tylko chwilowa wizja, gdy zobaczył jak szybko ogary zmierzają w ich stronę, pozostało tylko odrzucić broń i szykować się do walki. Ludzie dzielnie stanęli z przodu przyjmując pierwszą szarżę, jednak bestie przeważały ich liczebnie i dorwały się też do elfów. W ferworze walki ciężko było wyłapać co się dzieje, ale w końcu resztka psów uciekła.
              Duivel w końcu mógł zobaczyć co się dzieje z jego kompanami. Niestety dwójka ludzi leżała na ziemi bez ruchu, mocno zakrwawiona, Lindara stała dzielnie na nogach, jednak czerwone plamy dawały znać, że mocno ucierpiała, zaś Mundo-Naru oprócz brudu i lekkich zadrapań, znów wyszedł cało z potyczki.

              - Sprawdź co z nimi, nie wyglądają dobrze... - Lindara jako pierwsza doszła do siebie i odezwała się do kuzyna.

              Łowca, posłuchał się i momentalnie ruszył do Jurgena i Thomasa. Sprawdził puls, ewentualny oddech. Mała praktyka w sztuce leczenia dała mu pewność. Obaj nie żyli. Elf był świadom poważnych ran jakie otrzymała Lindara, więc zamknął powieki ludziom i podszedł do kuzynki aby ją opatrzeć. Ta już kucała przy pniu i ciężko oddychała.
              Duivel rozejrzał się i spostrzegł, że inkwizytorzy ruszyli za pomiotami chaosu. Pewnie dlatego te kundle uciekły w trakcie walki. Kolesnikov stał jednak dalej w miejscu, więc elf krzyknął do niego

              - Ej, STEFAN!! Dwóch nie żyje! Lindara mocno oberwała!! Daj mi kogoś do pomocy i z bandażami!! Jakie rozkazy?!?! - krzyczał głośno i chodź wiedział, że to przełożony, to swoje rządania wyartykuował w dość mocnym tonie. Był mocno zawiedziony jego zdolnościami taktycznymi. W sumie to żałował, że nie było z nimi Petry, a tym bardziej Renate, która to sprawiała wrażenie godnej zaufania i decyzyjnej. Nie był to jednak czas na rozważania. Zaczął opatrywać swoją kuzynkę w oczekiwaniu na rozkazy i pomoc.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79P Niedostępny
                Pipboy79 jako Pipboy79
                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                #175

                Tobias ciężko oddychał, rana piekła ale było to tylko draśnięcie. Ciemnoczerwona posoka ściekała po stali kiedy wyciągał miecz z ciała zwierzoczłeka, musiał przy tym przytrzymać nogą ciało bestii chaosu, a jej mętniejący wzrok patrzył na zwiadowcę z wyrzutem. Nie było w nim już wściekłości i szału, tylko ból i zdziwienie. Ludzie wokół krzyczeli jedni na drugich, biegli do siebie, wszędzie było pełno krwi żołnierzy i ich wrogów. Po chwili Tobias oprzytomniał, wychodząc z szału bitwy i zaczął rozglądać się wokół. Karl stał nieopodal trzymając się za podbrzusze, skąd ściekała mu krew. Milczał kiedy myśliwy do niego podchodził, milczał z bólu, zaciskając zęby.

                - Tutaj. Żołnierz potrzebuje pomocy! wykrzyczał Tobias odwracając się do ludzi na trakcie. I wtedy zobaczył Johana leżącego twarzą do ziemi. Doskoczył do niego i ostrożnie przewrócił go na plecy. Oczy były bez życia, szeroko otwarte, z ust płynęła wciąż krew. Poniżej Tobias dostrzegł pękniętą włócznie wystającą tuż poniżej klatki piersiowej mężczyzny. Śmierć przyszła po niego szybko, nie czuł bólu długo, za co podziękował w myślach Bogom. Zamknął Johanowi oczy i poświęcił chwilę na modlitwę do Taala i Mora.

                Słyszał jak ktoś podbiega do Johana, klnie szpetnie i się nim zajmuje. - Zrobimy co możemy żołnierzu, wszystko będzie dobrze.. - usłyszał ale w głosie było słyszalne zwątpienie.
                Wstał i rozejrzał się po bojowisku. Stracili kilku ludzi, kilku było poważnie rannych i Tobias zastanawiał się czy można było tego uniknąć. Oczywiście że można, Zwiadowca po raz kolejny przeklinał dowództwo za błędy, niekompetencje, przeklinał też siebie, wszak nie pierwszy raz stykał się ze zwierzoludźmi i powinien był to przewidzieć. Czy dalsza podróż do miasta miała sens? Wiedzieli już że po drodze czeka na nich wróg, niewiadomą tylko jest w jakiej liczbie. A siły zwiadowców malały, czy wystarczy by dotrzeć do Wendorfu? A jeśli tak, to czy będzie komu wrócić i przekazać wieści. Wściekł się na siebie za czarnowidztwo, ale nie dostrzegał w tym momencie jasnych punktów w zastałej sytuacji.
                I wtedy wrócili konni Łowcy Czarownic, i Tobias przeklął po raz kolejny.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • DekaresD Online
                  DekaresD Online
                  Dekares jako Dekares
                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                  #176

                  Jeager zwolnił swój bieg aby Wiselowie wyrównali z nim szyk zanim starli się z pomiotami chaosu.
                  -KREW I ŚMIERĆ! -zawyli razem zderzając się z przeklętym wrogiem.
                  Przeciwnik Stefana atakował go z niezwykłą wściekłością często nie zwracając uwagi na własne bezpieczeństwo co dało Ostlandczykowi kilka okazji do szybkich kontr w których zadawał mu kolejne rany, niestety Jeager nie skorzystał z kilku naprawdę dobrych momentów które pewnie zakończyłyby się ciosem w gardło albo serce i skończyły walkę z ohydną rogata kreaturą ponieważ musiał blokować ciosy które w tym czasie spadały na Albrechta, rana z wcześniejszej potyczki ewidentnie nadal dokuczała starszemu Wieselowi i był na tyle wolny, że kilka razy dostałby ciosy od swojego przeciwnika gdyby nie pomagaliby mu Stefan i Olaf.
                  Pomimo tego udało im się powoli zdobyć przewagę nad swoimi przeciwnikami na tyle, że wydawało się że zaraz spotkają się z grupą Tobiasa. Niestety wtedy stało się to co musiało nastąpić, mianowicie ich psy skończyły tak samo jak bestie pomiotów które zaatakowały ich wcześniej…zmasakrowane.
                  I tak czworonogi wytrzymały dłużej niż Stefan oczekiwał że im się uda ale nie zmieniało to obrazu sytuacji leśne pokraki natychmiast runęły na Olafa i choć ten zdołał się zwrócić do nich i przyjąć atak to zostałby po prostu zasypany ciosami gdyby nie Jego ojciec który rzucił się na napastników z furią odciągając ich uwagę od swojego syna. Zapłacił za to momentalnie otrzymując cios za ciosem.
                  W tym momencie usłyszeli za sobą tętent końskich kopyt. Zwierzoludzi tak jak przed chwilą z żądzą mordu runeli na nich spodziewając się łatwego łupu tak teraz pobledli ze strachu i rzucili się do ucieczki poza jednym który utknął pomiędzy ludźmi i z szałem zaatakował Jeagera chcąc wyrwać się z matni bądź przynajmniej zabrać któregoś wroga z sobą. Dzięki temu atakowi szału skupionemu na Stefanowi totalnie nie zauważył ataku Olafa który trafił go w brzuch i powalił na ziemię. Stefanowi pozostało tylko podejść do beczącej ze strachu kozy i wykończenia wroga pchnięciem włóczni w szyję, co zrobił z nieukrywana satysfakcją.
                  Po tym poświęcił chwilę na ocenienie sytuacji dookoła, zdusił w zarodku budząca się w nim chęć ścigania uciekających wrogów, Łowcy czarownic mający konie poradzą sobie z tym lepiej od niego.
                  Zamiast tego razem z Olafem dopadli do jego ojca aby zobaczyć czy można mu pomóc. Ten żył jeszcze na szczęście ale ledwo. Zaliczył kilka ciosów ale prawdziwym problemem była paskudna rana głowy, czaszka mężczyzny była ewidentnie rozbita, Stefan widział zbyt wiele podobnych ran zarówno na polu bitwy jak i w szpitalu w którym pomagał przy rannych i wiedział, że żeby zatrzymać śmierć w takim wypadku trzeba mieć naprawdę bezbłędne umiejętności, nie czuł się na siła dokonac tego cudu więc szybko wydobył niedawno zakupiony eliksir leczniczy i z pomocą Olafa podał go jego rannemu licząc na to że ten pomoże mu na tyle, że będzie w stanie opatrzyć pozostałe rany starszego z Wieselów.
                  Po tym delikatnie chwycili rannego i odciągnęli do kilka metrów od trucheł pomiotów chaosu.
                  Stefan nie chciał ryzykować że któraś z tych bestii nagle przestanie się tylko wić w agonalnych konwulsjach srając pod siebie a zamiast tego wsadzi im sztylet w plecy jak nie będa uważąć.
                  Przy okazji transportowaniarannego Stefan zobaczył z ulga, że dwa psy które zostały na jego rozkaz spuszczone do walki ze zwierzoludźmi choć strasznie poharatane podniosły się z ziemi i zaczęła skomleć o pomoc. O wiele gorzej wyglądał dla niego sytuacja pozostałych grup, dlatego jak tylko położyli Albrechta w wybranym przez niego miejscu odezwał się do Olafa :

                  - Biegnij do sierżanta i poproś o pomoc i namioty, niech zniosą tu wszystkich rannych żeby można ich wszystkich opatrzyć w jednym miejscu i w lepszych warunkach, ja się nim zajmę w tym czasie. - dokończył z troską spoglądając na rannego.

                  Kiedy młody Wiesel ruszył Jeager zakrzyczał do reszty:

                  - Znoście rannych Tutaj! Zajmijmy się nimi razem w jednym miejscu!

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • Pipboy79P Niedostępny
                    Pipboy79P Niedostępny
                    Pipboy79 jako Pipboy79
                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                    #177

                    Oryginalny tytuł: Tura 40 - 2521.05.04; bkt; zmierzch

                    Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
                    Czas: 2521.05.04; Angestag; zmierzch
                    Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                    Wszyscy

                    Po tym jak ostatnie walki piechociarzy skończyły się a konni łowcy czarownic przepędzili grupki kopytnych ci pierwsi mogli rozeznać się w sytuacji. Wyglądało, że walki się skończyły. Żadna z leśnych bestii nie stawiała już oporu. Co prawda niektóre czmychnęły w leśne ostępy ale mieli na karku ścigających ich konnych. A nawet zwinne, koźlonogie dwunogi nie powinny być szybsze od konnych. Ale jak szedł ten pościg to już spod zasieki nie było widać. Okazało się, że poza zawalidrogą nie kryją się żadne inne grupy rogaczy. Więc myśliwi doszli do wniosku, że kto miał się tu na nich zasadzać to już to zrobił. Można było zająć się tym co zostało na pobojowisku. Z obu flank doszły okrzyki i Duivela i Stefana o rannych towarzyszach. Kolesnikow krzykiem kazał jednej swojej czwórce ludzi obsadzić czujki wokół zgrupowania aby uniknąć przykrych niespodzianej. A z pozostałymi podszedł aby sprawdzić jak to wszystko wygląda.

                    - Dzielni chłopcy. Mężnie stawali. - rzekł ze smutkiem widząc zagryzionych i rozszarpanych wilczymi kłami Tomasa i Jurgena. Przyklękł przy nich, sprawdził oddech ale szklisty wzrok na zmasakrowanych, bandyckich twarzach wskazywał, że nie ma już dla nich nadziei. Potem ruszył na przeciwną stronę aby zobaczyć jak to wygląda u łuczników i włóczników. Tu też mieli straty. Los Karla wydawał się już przesądzony ale starszego Wieslera jeszcze rokował, że może da się go uratować.

                    - Dawać chłopcy! Brać się za namioty! Rozbijać! A ty i ty rozpalcie ognisko i przygotujcie wody! - krzyknął na swoich ludzi wspierając tym prośbę swojego imiennika. Widocznie zawierzył jego umiejętnościom cyrulika. Ubrani w brązy i zielenie banici rozbiegli zdawałoby się chaotycznie po okolicy. Ale jednak widać było, że mają w tym wprawę. Ścinali gałęzie na szkielet namiotu, rozpięli wyjęte z plecaków płachty, rozwiesili je na tej konstrukcji, wbili pętle w ziemię aby sie trzymały. A inni znaleźli jakiś strumyk i nieśli w kociołkach używanych normalnie do gotowania strawy wodę. Ogień też udało im się całkiem sprawnie rozpalić. Gdzieś na tym etapie zastali ich powracający z leśnych ostępów łowcy czarownic Brurchalda Munzela.

                    - Sierżancie proszę do mnie. - odezwał się z siodła ponury łowcza czarownic wzywając do siebie Kolesnikowa. Ten ruszył do niego niezwłocznie ale znów widać było jawną obawę wypisaną na twarzy jaką budził w nim ten konny przedstawiciel profesji o strasznej reputacji. Tym razem jednak dowódca łowców chciał raportu jak poszło piechociarzom.

                    - Trzech zabitych, kilku rannych. Właśnie chłopcy ich łatają wasza miłość. - odparł usłużnie herszt banitów wskazując na właśnie rozbite namioty i grupkę poszkodowanych jaka się wokół nich zebrała. Złowieszczy konny nie skomentował tego słowem tylko w milczeniu obserwował swoim bacznym spojrzeniem grupkę. Mało kto był w stanie zdzierżyć jego spojrzenie i jakoś dziwnym trafem większość spoglądała akurat w inną stronę.

                    - Harold pomóż im. - rzucił krótko do jednego ze swoich ludzi. Starszy mężczyzna skinął głową i zsiadł z siodła. Odpiął z olstrów jakaś torbę i podszedł do namiotu. W nim już Stefan rozkładał swoje narzędzia a Duivel czekał aby się zabrać do pomocy.

                    - Witam. Widzę, że będziemy dzisiaj razem pracować. - rzekła na przywitanie też stawiając przy sobie swoją torbę. - Ładne cacko. - rzekł z uznaniem gdy widocznie poznał się na jakości jego przyborów cyrulika jakie niedawno kupił w Lenkster. Potem jednak mieli sporo pracy w tym improwizowanym punkcie opatrunkowym. Rannych było całkiem sporo. Od drobnostek z jakimi skończyli Tobias czy młodszy Wiesler po krytyczny stan w jakim był starszy Wiesler. Przez co niezbyt zdawali sobie sprawę co się działo poza płachtami namiotu. Na trzy pary rąk jakie znały się na tej robocie to faktycznie szło to znacznie sprawniej. I było widać, że Harald nie robi tego pierwszy raz, widać było w jego postawie i ruchach.

                    - Dobrze stawaliście przeciwko przeważającemu liczebnie wrogowi. Tak właśnie trzeba. Bez strachu i wątpliwości stawać przeciwko odwiecznemu wrogowi. - łowca heretyków chociaż nie tracił nic ze swojego złowieszczego wyglądu to jednak zaskoczył piechociarzy gdy oszczędnie ale jednak ich pochwalił. Stefanowi wyraźnie ulżyło i się nawet trochę rozpogodził. Zwłaszcza jak większość łowców zsiadła z koni i zaczęła oglądać pobojowisko. Tak zabitych imperialnych jak i wrogów. Coś sobie pokazywali, rozmawiali półgłosem ale nikt z myśliwych za bardzo nie miał ochoty wchodzić im w paradę i mimo pochwały z ust ich szefa trzymali się na zauważalny dystans. Co chyba odpowiadało obu stronom bo ludzie Munzela też jakoś za bardzo nie dążyli do fraternizacji. A każdy z nich wydawał się być spod innej gwiazdy ale każdy wyglądał na krzepkiego i bystrego. Krzepki osiłek z dwuręczem w olstrze. Zamaskowany mężczyzna z łukiem albo młoda kobieta. Wyglądali na całkiem zgranych i, że wiedzą co robią chociaż niekoniecznie mieli ochotę się tym podzielić. Zwłaszcza ciała zabitych zwierdzoludzi zdawały się przykuwać ich uwagę.

                    Ich grupka jeszcze rozprawiała o czymś półgłosem gdy od strony drogi dał się słyszeć okrzyk czujki - Ktoś jedzie! - co postawiło na nogi wszystkich co nie byli w namiocie z rannymi. Po chwili i reszta jak spojrzała wzdłuż drogi dojrzała jakichś konnych wyłaniających się zza zakrętu. Od strony Speck skąd sami przybyli. Jeszcze trochę niepewności i dało się rozpoznać charakterystyczne krótkonogie kuce górali. A po chwili podjechali na tyle blisko, że okazało się, że to Eponia i pół tuzina gebirgsjaeger prowadzone przez Gretę. Przybyli już ze dwa albo trzy pacierze po zakończeniu walki. I przywieźli wieści, że reszta regimentu maszeruje za nimi no ale oczywiście jak była tam prawie sama piechota i jeszcze nieruchawe wozy taborowe to musiało trochę potrwać zanim tu dotrą. Sami zaś byli ciekawi co tu się stało. Ale Munzel nie był zbyt wylewny.

                    - Uprzątnijcie to. Trzeba zrobić przejście dla reszty regimentu. - rozkazał Munzel wskazując na świeżo ściete gałęzie jakie ustawiono w zawalidrogę. Przez co nie dało się tą leśną drogą przejechać swobodnie. Greta nie zamierzała dyskutować z groźnie wyglądającym łowcą czarownic i szybko wskazała na swoich górali. Ci z pomocą swoich kucy albo rąk zaczęli metodycznie rozwalać tą przeszkodę.

                    Medycy uporali się w końcu ze swoimi poszkodowanymi. Harald skłonił głową obu towarzyszom i zaczął obmywać zakrwawione ręcę. Gdy skończył zwrócił się do Stefana. - Widzę, że jesteś bardzo zaangażowany. To dobrze. Myślę, że to może ci się przydać. - powiedział wyjmując ze swojej torby jeden flakon i podał go włócznikowi. Gdy ten przeczytał etykietę zorientował się, że to podobna mikstura jak niedawno zużył aby wyratować Albrechta. Łowca zaś wyszedł na zewnątrz wracając do swoich towarzyszy. Ostatecznie udało im się ustabilizować stan rannych ale o ile ktoś nie był ledwo draśnięty to stan pozostałych wyglądał na całkiem poważny. Szczęśliwie udało się Lindarę postawić na nogi tak, że wydawała się w prawie jakby wcale nie oberwała podczas walki. Więcej w tej chwili nie byli w stanie zrobić. Zostawało poczekać do rana i modlić się do bogów aby byli łaskawi dla poszkodowanych.

                    Minęło jeszcze ze dwa czy trzy pacierze. Gdy czujki znów dały znać, że ktoś nadchodzi od strony Speck. Tym razem była to piechota. I jak szybko się okazało były to główne siły regimentu von Falkenhorst. Co wywołało widoczną falę ulgi i radości u myśliwych i górali widząc czołówkę macierzystej jednostki. Zgiełk wielu dziesiątek nóg, odgłosy zwierząt, wozów czyniły swojski tumult. Zaś gdy czoło dotarło do już prawie rozwalonej zasieki doszło do spotkania dowódców. Munzel bowiem bez ceregieli podjechał do czołówki i zapytał głośno kto tu dowodzi. Po chwili gdzieś z centrum nadjechały konno obie szefowe. Stefan stał niepewnie nieco z boku nie bardzo chyba wiedząc co powinien zrobić przy takich szarżach o wiele wyższych od niego. Więc podobnie jak jego zbóje obserwował to spotkanie pół tuzina konnych łowców i dwójki szefowych w eskorcie dwojga niedawno zwerbowanych rycerzu i paru gebirgsjaeger na swoich górskich kucach.

                    - Petra von Falkenhorst. I Inez von Muller. W służbie margrafa Walthera von Falkenhorst. - z duetu dowodzącego Petra jak zwykle pierwsza zabrała głos przedstawiając siebie i swoją towarzyszkę. O ile Inez w swojej sukni wyglądała niczym jakaś szlachcianka lub uczona na konnej przejażdżce to jej koleżanka w czerwonej brygantynie jaką kupiła w Breder sprawiała wrażenie konnej kuszniczki lub najemniczki. Tylko oficera a nie takiej pierwszej, lepszej.

                    - Brurchald Munzel. W służbie Sigmara pod patronatem Oczyszczającego Płomienia. - odparł oschle dowódca łowców czarownic jakby rozmowa z oficerami nie robiła na nim większego wrażenia. Za to teraz obie młode szefowe jakby zbladły gdy zorientowały się z kim rozmawiają. Ale obie panowały nad sobą lepiej niż Kolesnikow co miał maniery prostego zbója rabującego na traktach i nie był zbyt subtelny w obyciu.

                    - Ah tak. Miło nam niezmiernie. - powiedziała szybko Petra próbując jakoś zatuszować ten moment utraty pewności i wymiany szybkich spojrzeń z koleżanką.

                    - Cieszymy się, że dobrzy bogowie spotkali nas ze sobą w tak trudnych czasach. Dostałyśmy wiadomość o zasadzce zwierzoludzi więc spieszyliśmy jak się dało aby was wesprzeć. A jeśli można zapytać waszą miłość co sprowadza w te strony? Bo w Ristedt nic nam o was nie mówili. - Inez za to jak zwykle okazała się bardziej elokwentna od koleżanki i udało jej się z gracją przełknąć to z kim mają do czynienia.

                    - Śledztwo. Właśnie o tym chciałbym z wami porozmawiać. - odparł niewzruszony pogromca heretyków. Obie szlachcianki spojrzały po sobie i pokiwały zgodnie głowami.

                    - To zapraszamy do naszego wagonu. Tam nam nikt nie powinien przeszkadzać. - Petra zaprosiła łowcę gestem w dal stojącej już kolumny. Ten skinął głową i ruszyli wzdłuż niej. Zaś po ich odjeździe jakby i u obserwatorów napięcie chociaż trochę opadło.

                    - Nic dobrego z tego nie będzie. Z tymi fanatykami zawsze są kłopoty. Zawsze znajdą paragraf aby kogoś powiesić albo spalić. - zajęczał cicho Kolesnikow do swoich towarzyszy. Chociaż ulżyło mu, że to nie na nim już skupia się uwaga łowców to jednak miał mało szczęśliwą minę.

                    - Teraz to już szefowe się nim zajmą. To już nie nasza sprawa. - rzekł z nadzieją Urlich też odprowadzając wzrokiem odjeżdżającą trójkę.

                    - Co tu się działo? - w międzyczasie podjechał do nich Erik i cicho zapytał wskazując na już prawie rozwaloną zasiekę, trupy ungorów i trzy przykryte kocami ciała zabitych myśliwych. No i na barwną grupkę łowców czarownic jaka wciąż tu się kręciła. Aby się lepiej rozmawiało podał im swój bukłak. Pełen jak się okazało jakiejś owocowej nalewki, nieco kwaskowatej w sam raz do gaszenia pragnienia. A i ponad prześwitami mrocznego lasu widać było błękit nieba jakby się przejaśniło. Kolesnikow i jego grupa mieli okazję porozmawiać nie tylko z Erikiem ale właściwie z każdym z kolumny.

                    Po jakimś czasie widać było jak Munzel wrócił z powrotem na czoło kolumny dołączając do swojej grupy. I o czymś z nimi rozmawiał. Zaś posłaniec wezwał do wagonu szefowych Kolesnikowa i chyba wszystkich dowódców oddziałów bo widać było jak tam idą wzdłuż kolumny. Czarnobrody cmoknął niezbyt ucieszony, splunął przez ramię i bez słowa ruszył na to wezwanie.


                    Mechanika 40

                    Leczenie ran (INT + Leczenie)

                    Stefan INT 45
                    pomoc Duivela +10
                    pomoc Harolda +10
                    stan rannych 0/-10/-20/-30/-40

                    Tobias; mod 0 > ma.suk = 1+k6 > +4 HP = 13+4=15/15 HP (s.zdrowy; mod 0)
                    Johan; mod -30 > remis = -1+k6 > +2 HP = 2+2=4/12 (s.ciężki; mod -20)
                    Olaf; mod 0 > ma.suk = 1+k6 > +4 HP = 10+4=12/12 HP (s.zdrowy; mod 0)
                    Albrecht; mod -40 > ma.por = -1+k6 > +2 HP = 0+2=2+3=5/12 HP (s.ciężki; mod -20)
                    Pies 1; mod -30 > śr.por = -2+k6 > +1 HP = 2+1=3/10 HP (s.ciężki; mod -20)
                    Pies 2; mod -30 > śr.suk = 2+k6 > +5 HP = 2+5=7/10 HP (s.ranny; mod -10)
                    Lindara; mod -10 > śr.suk = 2+k6 > +5 HP = 5+5=10/10 HP (s.zdrowy; mod 0)
                    Kolesnikow 1; mod -20 > śr.por = -2+k6 > +1 HP = 6+1=7/12 HP (s.ranny; mod -10)
                    Kolesnikow 2; mod -20 > ma.por = -1+k6 > +2 HP = 5+2=7/12 HP (s.ranny; mod -10)

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • DekaresD Online
                      DekaresD Online
                      Dekares jako Dekares
                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                      #178

                      Stefan podniósł wzrok znad opatrywanego przez siebie i Duiviela Albrechta słysząc słowa powitania od jednego z pomocników łowcy czarownic który jak widać chciał im pomóc z rannymi, Stefan uśmiechnął się z wdzięcznością wymalowaną na twarzy:

                      - Witam. Dziękujemy za pomoc! - na tym jednak zakończył uprzejmości przechodząc od razu do rzeczy wskazując na rannego - Mamy tu kilka ran, poważnym problemem jest ta rana głowy, jeśli nie zatrzymamy…


                      Stefan otarł twarz przedramieniem mając nadzieje że to nie jest całe pokryte krwią i brudem chwile po tym jak skończyli opatrywać ostatniego rannego, był zmęczony i w pełni świadom tego, że w wielu wypadkach nie popisał się podczas leczenia… z drugiej strony nikt nie umarł w namiocie i raczej nie zapowiadało się na to żeby miał umrzeć więc nie poszło mu tragicznie.
                      Ukląkł i odmówił dziękczynne modlitwy zarówno do Sigmara jak i Pani Miłosierdzia. Nieznany mu medyk właśnie skończył myć zakrwawione dłonie i odezwał się do niego z pochwałą, Stefan w odpowiedzi uśmiechnął się ewidentnie zakłopotany i odparł:

                      - Nie bardziej zaangażowany nich Pan czy Duiviel…nie było dotąd czasu się przedstawić, nazywam się Stefan Jaeger, jeszcze raz dziękuję za pomoc - wyciągnął do medyka rękę szybko przypominając sobie, że jest cały w krwi i zatrzymując rękę z przepraszającym spojrzeniem po którym natychmiast zabrał się za zmywanie krwi.

                      Przy tej czynności podszedł do niego wspomniany medyk z swoim cennym prezentem dla niego.

                      - Dziękuję, Panie, nie zasłużyłem, ale obiecuję dobrze ją wykorzystać… - zażenowany tak drogim prezentem Jeager odłożył cenną miksturę na ziemię i zaczął myśleć jak mógłby się odwdzięczyć swemu dobrodziejowi:

                      Nie mam nic równie cennego ale może przydałyby się wam jakieś zioła, mam trochę w swoich zapasach na wozie w regimencie?


                      Chwilę po tym gdy medyk łowców czarownic ich opuścił Jaeger podszedł do Duiviela z miksturą którą otrzymał przed chwilą:

                      - Dziękuję Ci za świetną pomoc przy rannych Duivielu…to powinno przypaść Tobie- powiedział wręczając miksturę elfowi z którym może zbytnio się nie lubili ale Jeager nigdy nie zapomniał jego pomocy na bagnach i chciał w końcu chociaż trochę zacząć spłacać swój dług wdzięczności wobec niego.


                      Jeager spędził jeszcze chwilę przy namiocie z rannymi czyszcząć i porządkując swój sprzęt medyczny. Po czym podszedł do każdego z zaangażowanych w udzielanie pierwszej pomocy i przyszykowanie punktu opatrunkowego aby im podziękować za pomoc. Przy okazji rozpytał się czego dowiedzieli się w międzyczasie o okolicy inni, w czasie kiedy on był skupiony na leczeniu. Po tym poprosił Olafa o pomoc i razem z nim i Azurem udał się do ruin aby przeszukać je dokładnie.
                      Wśród rozpadających się murów to młody Wisel zamienił się w mistrza i przewodnika natomiast Jeager stał się jego uczniem z uwagą przyglądającym się Olafowi kiedy ten badał różne zakamarki ruin w poszukiwaniu jakiś ukrytych rzeczy. Widać było że skupienie się na tym zajęciu było dla niego dobrym sposobem na odwrócenie uwagi od krwawego starcia które dopiero co stoczyli oraz ciężkich ran które odniósł jego ojciec.

                      Jeager zebrał w sobie całą dostępną odwagę i ruszył w kierunku przywódcy łowców czarownic aby porozmawiać z nim. Podchodząc do ponurego mężczyzny zasalutował:

                      - Panie, chciałem podziękować za pomoc zarówno w walce z Pomiotami jak i za przysłanie swojego medyka do pomocy- Jeager pochylił głowę przed łowcą czarownic w geście wdzięczności. Po tym z lekkim wahaniem odezwał się ponownie starając się spojrzeć na łowcę i nie okazywać strachu:
                      - Muszę także ośmielić się zapytać o waszego więźnia Theoberta…wcześniej nie było na to czasu Panie, bo musieliśmy oczyścić tą przesieke z pomiotów, ale teraz chciałem się Panie spytać czy można jakoś pomóc w rozwiązaniu jego sprawy? Słyszałem że sierżant Kolesnikow pokrótce opisał Panu sprawę wcześniej. Jeśli chciałbyś Śledczy to mogę opisać całą naszą drogę tutaj i wszystkie zajścia przy posągu Naszego Pana Sigmara i jak to wyszło że Theobert został tam aby zająć się posągiem. Jeśli będziesz chciał Panie to mogę także spisać zeznanie na piśmie…tylko że do tego będę potrzebował poczekać na przybycie reszty regimentu i zabrać stamtąd swoje przybory do pisania.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • CioldanC Niedostępny
                        CioldanC Niedostępny
                        Cioldan jako Cioldan
                        napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                        #179

                        Elf zajął się swoją ranną kuzynką. Dwójka trupów mogła poczekać... i tak nic więcej nie można było zrobić. Ich tymczasowy dowódca w końcu zaczął zarządzać grupą, nawet podszedł w miejsce gdzie Tomas i Jurgen leżeli bez ruchu. Wyglądało jakby chciał się upewnić, że na pewno nie da się już im pomóc.Jedyna rzecz jaką można było zrobić dla martwej dwójki, to godnie ich pochować. To też musiało zaczekać, gdyż Stefan zaczął organizować sprzęt i namioty, by pomóc innym poszkodowanym.

                        Do Duivela i Jeagera dołączył jeden z łowców czarownic. We trzech 'prace' szły dość szybko. Elf w pewnym momencie zagadał do Harolda.

                        - Powiedz mi szanowny łowco, jak rozpoznajecie heretyków? Bo powiem szczerze, że ten cały Theo, którego pojmaliście przy przewróconym pomniku, to niedawno do nas dołączył i przez ostatni miesiąc nie widziałem nikogo aż tak żarlwiie przemawiającego w imię Sigmara. Zdziwiłem się widząc go podejrzanego o zniszczenie posągu, a nawet lekko rozbawiło biorąc pod uwagę poziom jego wiary. Bo wiesz, ja mogę za niego poświadczyć. Charakter ma trudny, ale potrafił nas wszystkich zmotywować żarliwą modlitwą- .

                        W trakcie rozmowy zdołali podleczyć kolejną osobę i pracowali dalej.

                        Lindara w tym czasie, z nowymi siłami, poszła na czaty wraz z jednym z ludzi Kolesnikova. Z jednej strony była ciekawa czy pomioty chaosu nie szykują kolejnej zasadzki, a z drugiej chciała zobaczyć czy jej siostra przypadkiem nie wraca z odsieczą. Okazało się, że Elfka miała dobre przeczucie, gdyż po kilku chwilach, krzyknęła - Ktoś jedzie! - . Dało wyczuć się entuzjazm w jej głosie, gdyż ewidentnie słyszała odgłos końskich kopyt. Raczej łatwo było odróżnić ten stukot od różnych pół-ludzi z lasu, którzy przecież często również mieli kopyta.

                        Eponia wróciła cała i zdrowa i była wielce uradowana, że jej siostra również jest w dobrym stanie, choć ubranie wskazywało na coś innego. Ich powitanie szybko przerwał Munzel - dowódca łowców czarownic - który wydał rozkazy. Mimo, że nie był jakkolwiek związany z grupą Petry, to wszyscy grzecznie posłuchali, łącznie z Gretą, która przecież zarządzała wszystkimi gebirgsjaeger. Jako, że Lindara stała teraz koło nich, to również poszła wykonać polecenia Munzel'a.

                        Duivel wykorzystał wolną chwilę, by bardzo dokładnie przyjrzeć się ruinom w których już wcześniej był. Przeszukał też najbliższe okolice, gdzie trwały walki, a następnie drogę ucieczki i gonitwy. Może akurat któryś z łowców przeoczył coś drogocennego, bądź ważnego. Wrócił do grupy, gdy przybyła Petra, Inez i cała reszta wojaków. Serdecznie uśmiehnął się do Sorokiny, gdy ta przechodziła obok i z dużym uśmiechem skinął głową. Szybko znalazł też Alezzię i nowego maga. Zbliżył się do nich i zagadał z pewną dozą nieśmiałości, ale wzrokiem nie uciekał od ich spojrzeń

                        - Szanowni magowie, mamy kilku rannych, niektórym z nich przydałaby się dodatkowa pomoc. Proszę, jak zechcecie pomóc, to tam jest namiot w którym leżą ranni... - tu Duivel wskazał w kierunku prowizorycznej siedziby medyków.

                        Elf następnie udał się do swoich przyjaciół, uściskał się z Leni, która od razu poczęstowała go jakimś zachomikowanym jedzeniem, Kargun już zabrał się do naprawy zbroi uczestników walki, ale znalazł czas na przyjacielski uścisk dłoni z elfem. Na koniec Mund-naru znalazł Feliksa, którego odesłał do namiotu z rannymi, gdyż jako lekarz-amator mógł się w końcu wykazać. Może jeszcze nie dziś, ale jutro rano z pewnością będzie dużym wzmocnieniem 'sanitariuszy'

                        Elf zauważył zgromadzenie ludzi, gdzie Kolesnikov chyba zaczął opowiadać o wydarzeniach podczas zwiadu. Posłaniec zakłócił opowieść, wzywając Stefana do Petry i Inez. Duivel podszedł do Erika, poprosił o łuka trunku z bukłaku i oznajmił, że chętnie dokończy opowieść o walkach z pomiotami chaosu...

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • Pipboy79P Niedostępny
                          Pipboy79P Niedostępny
                          Pipboy79 jako Pipboy79
                          napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                          #180

                          Oryginalny tytuł: Tura 41 - 2521.05.04; bkt; zmierzch - wieczór

                          Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; leśna droga
                          Czas: 2521.05.04; Angestag; zmierzch - wieczór
                          Warunki: - ; na zewnątrz: półmrok, zachmurzenie, d.sil.wiatr; zimno (-5)

                          Wszyscy

                          link: https://i.imgur.com/PoT66tQ.jpeg

                          Pod mroczne już niebo czasem strzelały iskry z ognisk. Większość drewna jakie udało się zebrać na ogniska była wilgotna więc nie było to dziwne. Tak samo jak to, że mocno dymiły a całkiem silny wiatr niósł ten dym w stronę obozowiczów, namiotów i niknął gdzieś w zapadających ciemnościach coraz mroczniejszego lasu. Trochę bowiem czasu minęło odkąd szefowe naradziły się z łowcami nagród a potem wezwały do siebie dowódców poszczególnych oddziałów. Co tam było mówione to ludzie Kolesnikowa dowiedzieli się gdy czarnobrody herszt leśnych banitów wrócił z tego zebrania.

                          - Idziemy dalej. Niedaleko ma być jakaś polana. Tam rozbijemy się na noc. Jutro ruszymy dalej do Wendorf. - Stefan nie bawił się w finezję i po prostu streścił im co tam było na tym zebraniu. Z rachunków bowiem wynikało, że do miasta był może dzwon, może, dwa, może trzy marszu. Właściwie nie tak daleko. Pewnie byłaby szansa dotrzeć tam do zmroku. Tylko właśnie do zmroku też było podobnie. Więc gdyby im się nie poszczęściło i okazali się wolniejsi albo cel podróży był nieco dalej to trzeba by już maszerować w zapadającym zmierzchu lub rozbijać się na noc w tych niezbyt sprzyjających okolicznościach. A do tego czynnikiem trudnym do przewidzenia była aktywność zbrojnych band zwierzoludzi w tym terenie. Czy to były już forpoczty armii najeźdźców czy jakieś lokalne bandy tego nikt nie był pewien. Ale ich aktywności jaką się dzisiaj wykazali też nie dało się pominąć w tych rachubach. I biorąc to wszystko pod uwagę dowódcy wielu oddziałów woleli przenocować i nie pchać się w ciemno do przodu a obie szefowe przychyliły się do tego zdania.

                          Po całym dniu marszu nogi już domagały się odpoczynku a żołądki jedzenia. Więc i zwykli żołnierze chętnie powitali myśl, że spoczynek będzie prędzej niż później. Gdy dowódcy zadęli w gwizdki kolumna zebrała się w sobie i ruszyła dalej. Myśliwi Kolesnikowa szli teraz wzdłuż niej pojedynczo albo parami aby zabezpieczyć bardzo rozciągniętym szpalerem czujek przed przykrymi niespodziankami. Zaś konni górali przejęli rolę oddziału czołowego. Zwykle od frontu kolumny nie było ich widać.

                          Tak przeszli z pacierz, dwa lub trzy zanim dotarli do polany jaka była w stanie pomieścić chociaż większość kolumny. Tutaj po kolei wchodziły kolejne oddziały i szukano miejsca na noc. Powstał typowy dla każdego wieczoru rozgardiasz. Część wojaków poszła w obrzeża lasu szukać drewna na ogniska, część rozbijała namioty, inni palikowali zwierzęta, kuchnia szykowała się do przygotowania posiłku a ostmarscy ochotnicy Glazkowa zostali wyznaczeni jako straż tego wszystkiego. Zanim z tym wszystkim się uporano dzień rzeczywiście skończył się i ponad głowami zaczął się zmierzch. Coraz mniej było światła słonecznego a coraz więcej tego od ognisk. Zerwał się jednak całkiem silny wiatr jaki szarpał kapturami, włosami i płachtami namiotowymi. No i nawiewał ten dym z ognisk prosto w twarz. Jednak ogień koił oko i ducha, grzał zmarznięte dłonie a w miskach parowała gorąca strawa. Ta przyjemnie spływała po przełyku do żołądka gdzie syciła i rozgrzewała od środka. Nawet jeśli kasza z gęstym sosem, kawałkami kiełbasy nie była zbyt wyrafinowana to jednak spełniała swoje zadanie. Pomagała odpocząć po tych wszystkich dzisiejszych trudach marszu przez tą dziką krainę. Podobnie jak ogień przed namiotami i obecność towarzyszy, także tych z innych oddziałów. Teraz była okazja aby porozmawiać z nimi czy przemyśleć sobie wcześniejsze rozmowy.

                          Starszy wiekiem cyrulik od łowców czarownic wyraził uprzejme i stonowane zainteresowanie ziołami jakie Stefan mógłby użyczyć. Chociaż bez wylewności. Zresztą później się rozstali gdy Harold wrócił na grzbiet swojego wierzchowca i grupy swoich kamratów.

                          Podobnie razem z elfem wpadli na pomysł aby rozejrzeć się po ruinach. Sądząc po kształcie i wielkości musiał to być kiedyś przydrożny zajazd czy coś podobnego. Kamienne ściany wciąż jeszcze w większości stały chociaż dawno porósł je mech, kępki trawy, zarosły krzakami i wyrosło jakieś drzewko a zamiast podłogi miały dywan z przegniłych liści jaki szurał przy każdym kroku. Trochę obok znaleźli zarys fundamentów czegoś większego, pewnie stajni. Obecnie już w ogóle nie widocznej spod warstwy trawy i liści zalegających na dnie lasu. Póki się o nie ktoś nie potknął. Sądząc po widocznych osmaleniach na starych belkach to zapewne budynek się spalił. Dawno temu.

                          A jednak gdy już mieli wracać to w głębi lasu dostrzegli jakąś plamę koloru jaka nie pasowała do tego ponurego dnia lasu. Gdy ostrożnie podeszli bliżej dostrzegli barwę ubrania. To był jakiś człowiek przywiązany do pnia jednego z drzew. Właściwie jego ciało. Bezgłowe ciało. Brudne, zakrwawione i widocznie poddane torturom co świadczyły liczne rany. Czarno - biała kratownica ubrania sugerowała, że musiał to być ktoś w służbie ostlandzkiej, pewnie żołnierz lub urzędnik. Jego głowę czy też raczej osmoloną czaszkę znaleźli zawieszoną na sąsiednim drzewie. Wisiała tam niczym makabryczne trofeum.

                          link: https://i.imgur.com/6ukRbqG.jpeg

                          Mimo to znaleźli oprócz rozsypanych rzeczy jakie należały do tego nieszczęśnika także skórzaną tubę w jakiej zwykle przewożono listy. Ta też na to wskazywała i chyba została przegapiona bo znaleźli ją przy korzeniu drzewa. I to, że wciąż miała pieczęć z jakimś ostlandzkim herbem. Dało się poznać po wizernunku byczej głowy. Lak nie był zerwany więc mimo tragedii jaka się tu rozegrała tuba nie była jeszcze otwierana.

                          Gdy zaś Stefan zebrał się na odwagę aby podejść do przywódcy łowców heretyków ten ponury człowiek spojrzał na niego w dół spod szerokiego ronda kapelusza. Kryło ono jego twarz w cieniu przez co wydawał się jeszcze bardziej groźny i tajemniczy. Zwłaszcza jak siedział w siodle a się patrzyło w górę gdy się było piechurem. Burchald Munzel wysłuchał propozycji Jaegera i skinął głową.

                          - Dobrze Stefanie Jeagerze. Cieszy mnie twoja postawa i chęć współpracy. Spisz swoje zeznania jeśli potrafisz. Jeśli nie zgłoś się do Harolda, pomoże ci w tym. I gdy będziesz miał gotowy ten papier przynieś mi go. - odparł surowym i oschłym tonem chociaż zachował spokój. Niemniej uznał też zapewne rozmowę za zakończoną bo nie kontynuował jej dalej. Dopiero teraz, przy ognisku jak mieli okazję spocząć Ostlandczyk miał okazję aby się nad tym zastanowić przed snem.

                          Także Duivel miał okazję aby wspomnieć swoją krótką rozmowę z Haroldem. - Jak rozpoznać heretyka… - powtórzył pytanie elfa jakby go rozbawiło. - Mam nadzieję, że nie oczekujesz prostej, uniwersalnej odpowiedzi jaka będzie zdolna dopasować się do każdej sytuacji. - odparł po tej krótkiej chwili zastanowienia. Ale mimo to podzielił się swoim doświadczeniem. Jego zdaniem wiele mówiło podejrzane zachowanie jak choćby nie celebrowanie mszy, modlitwy, podważanie autorytetu władz świeckich i świątynnych. Bardzo pomocne były tutaj czujne oczy prawych obywateli jacy nie mogli ścierpieć takiego niegodnego zachowania. Potem łowcy mogli sami zweryfikować takie spostrzeżenia.

                          - A z tym Thedebertem to sprawa wyglądała dość prosto. Przewalony, zbeszczeszczony posąg Sigmara ze świeżo wyciętymi bluźnierstwami i pochylający się nad nim mąż z nożem w dłoni. Oczywiście, że zarzekał się, że to nie jego sprawka ale każdy heretyk by się tak tłumaczył. Więc nie można było mu puścić tego płazem i został zatrzymany do wyjaśnienia. No ale sprawa już się wyjaśniła więc jest wolny. - Harold nie wydawał się zbyt przejęty owym zdarzeniem. I bez skrępowania wyjaśnił punkt widzenia i motywacje jego grupy. I widocznie tak było po naradzie dowódców Theoberta rozwiązano i puszczono wolno. Ten zaś nie zdradzał żalu do łowców heretyków tylko radość, że nie zginie uznany za bluźniercę co wydawało mu się chyba bardzo straszne. Zresztą tą końcówkę drogi do polany i już przy kolacji cały czas kręcił się przy grupce konnych stróżów prawa.

                          Alezzia przychyliła się do prośby Duivela i poszła do namiotu zmajstrowanego przez myśliwych Kolesnikowa. Tam użyła swojej świetlnej magii leczącej jaka sprawiła, że stan rannych widocznie się poprawił. Prawie wszyscy nagle wstali niczym cudowni ozdrowieńcy. Rany też zniknęły lub mocno się zabliźniły. Przez co gdy Feliks już tam zaszedł to właściwie po robocie cyrulików i potem magiczki właściwie nie miał już nic do roboty. Poza tym i tak narada się już skończyła i padły rozkazy aby zwijać ten namiot i ruszać dalej.

                          Elf przez moment widział bosman rzecznych marines. Ale ta szła ze swoimi rzecznymi wilkami i odpowiedziała na jego pozdrowienie uśmiechem i skinieniem głowy. Nie indagowała go jednak.

                          Za to pewne poruszenie w świeżo rozbitym obozie wywołało spotkanie łowcy czarownic z tajemniczym, czerwonym magiem. Zapewne też nie przypadkowo skoro przy Munzelu kręcił się Theodebert. A może i nie bo z drugiej strony magister w czerwonym płaszczu ozdobionym złotymi i czarnymi tajemniczymi znakami jakie podróżował konno nie był aż tak trudny do wyłuskania w tej pieszej masie jaką była kolumna. Zaś charakterystyczne ubranie zdradzało jego nietuzinkowa profesję.

                          - Chciałbym zobaczyć twoją licencję magu. - zaczął Munzel podchodząc do mistrza Drogora jaki właśnie zsiadł ze swojego wierzchowca. Obejrzał się ku grupce łowców jaka właśnie nadeszła. Spod czerwonego kaptura jego twarz nie była zbyt widoczna przez co wyglądał dość tajemniczo by nie rzecz złowrogo.

                          - Obawiam się, że nie mam. - odparł bez ceregieli mag. To chyba poruszyło łowców a Thedebert wskazał go oksarżycielskim palcem.

                          - Heretyk! Bluźnierca! Sprzedawczyk! To szpieg najeźdźców, spalić go! - wykrzyczał jakby wrócił do konfliktu z magiem jaki miał już w Ristedt rano. Tylko wtedy był sam a teraz stał obok łowców heretyków.

                          - Milcz. - rzucił mu krótko Munzel uciszając gorliwego sługę swojego patrona. - Czemu nie masz licencji? Chyba znasz obowiązujące prawo dotyczące magistrów? - głos śledczego stał się jeszcze bardziej cierpki.

                          - A tak, coś mi się obiło o uszy. Nigdy nie mam głowy do dupereli. Jakieś karteluszki tu czy tam. Kto by na to zwracał uwagę? - odparł zakapturzony diametralnie odmiennym tonem. Wydawał się mówić jakby chodziło o błahostkę. Ale przysłuchujący się nie byli zaznajomieni ani z magią ani prawem ich dotyczących to nie byli w stanie ocenić ważkości tych argumentów.

                          - On z nas kpi! - rzucił mięśniak z grupy łowców wyraźnie wzburzony takim zachowaniem maga.

                          - Brak tej karteluszki może ci przysporzyć wiele kłopotów. Każdy mag w tym kraju powinien mieć swoją licencję ze sobą do okazania odpowiednim władzom i urzędnikom. Inaczej może zostać za nielegalnego czarokletę i ponieść tego konsekwencję. - Munzel nie tracił zimnej krwi i monotonnym głosem poinformował maga o jego prawach.

                          - Rzeczywiście. Brzmi poważnie. - zgodził się uprzejmie czerwony mag i mimo kaptura widać było jak zgodnie kiwa głową.

                          - Proszę o wybaczenie wasza miłość! Mistrz Drogor został napadnięty podczas podróży. I stracił cały swój dobytek. To był celowy atak aby go zlikwidować zanim wspomoże nasze siły w walce z najeźdźcą. - do dyskusji dołączyła Alezzia jaka weszła na scenę szybkim krokiem stając obok czerwonego maga.

                          - Ona z nim współpracuje. Zawsze go broni i tłumaczy. Myślę, że ją też trzeba by sprawdzić. Mogą być w zmowie. - podpowiedział gorliwie Theodebert rzucając oskarżycielksie spojrzenie na młodą magiczkę. - Ja bym sprawdził ich wszystkich. Dwójka kuglarzy a kapłana nie mają żadnego. To podejrzane. A te ich dwie co nimi rządzą też trzeba sprawdzić. Niby jakiegoś barona z gór o jakim nikt nie widział i nie słyszał. To podejrzane. - eremita wyrzucał z siebie szybkie zdania napiętnowane niechęcią. A do magów wręcz pałał żywą nienawiścią.

                          - Kazałem ci zamilnąć. - odparł sucho Munzel nie poświęcając mu nawet spojrzenia. To koncentrował na dwójce magów jaka stała kilka kroków dalej. - A ty masz swoją licencję? Chciałbym ją zobaczyć. - zwrócił się do młodej błondynki. Ta gorliwie pokiwała głową, sięgnęła do torby i podchodząc do śledczego wyjęła jakiś papier. Ten przechylił go w stronę najbliższego ogniska i zaczął czytać. Na tym zastały ich obie szefowe jakich pewnie też ściągnęło tu coraz większe zbiegowisko i wrzawa. Obie przyjechały konno.

                          - Co tu się dzieje? - zapytała Petra widząc to zamieszanie ale pewnie nie mogąc w lot zorientować się o co chodzi.

                          - Śledczy sprawdza nam licencję. Niestety licencja mistrza Drogona została w zniszczonym wozie. Tam w strumieniu na brodzie z Hochlandem. No i mistrz w tej chwili nie ma tych dokumentów. - wyjaśniła szybko młodsza magister korzystając, że lider łowców czytał dokument jaki mu właśnie podała.

                          - Twoja licencja jest w porządku. - odparł Bruchald oddając białogłowej jej dokument. Widocznie go usatysfakcjonował. - Jednak ten mężczyzna nie ma licencji. A w świetle prawa oznacza to, że jest dzikim magiem. A tacy powinni natychmiast zgłosić się do pierwszego licencjonowanego urzędu w celu sprawdzenia i weryfikacji. Jeśli tego nie zrobią są uznawani za heretyków i czarnoksiężników. - rzekł śledczy wskazując na maga w ozdobnym, czerwonym płaszczu. Jakby chciał i jego i zebranych poinformować jak działa prawo w tym zakresie.

                          - A czy my możemy o tym spokojnie porozmawiać? Zapraszam do naszego wagonu. - odezwała się milcząca do tej pory Inez.

                          - Nie daj im się zwieść panie! Trzeba zwaczać tą herezję na każdym kroku! One go chronią! Już w Ristedt nic nie zrobiły jak zwracałem im na to uwagę! - krzyknął wzburzony biczownik prosząc śledczego o interwencji w sprawie jawnej herezji. Przynajmniej tak to pewnie wyglądało w jego oczach. Wielu zwykłych ludzi jednak obawiało się magii i magów. Więc dało się wyczuć, że wielu wojaków chętnie pozbyłoby się czerwonego maga ze swoich szeregów. Na razie jednak nie wtrącali się w rozmowy ważniejszych od siebie przybierając postawę wyczekującą. Burchald też to widział i posłał obu konnych kobietom zagadkowe spojrzenie. Wreszcie jednak po tej pełnej napięcia chwili skinął głową i ruszył za nimi. Podobnie jak Harold. Cała czwórka po chwili zniknęła wewnątrz wagonu szefowych. Zaś w naturalny sposób zbiegowisko wokół magów zaczęło wracać do swoich spraw. Zwłaszcza, że gong od kuchni obwieścił początek kolacji. Nad polaną panowało już raczej nocne niż dzienne niebo. Do tego pochmurne jakby znów miało zacząć padać. Nie przeszkodziło to jednak wojsku z apetytem spałaszować wreszcie coś ciepłego. A potem coraz więcej z nich udawało się do swoich namiotów aby udać się na spoczynek. Obóz stopniowo cichł. Jedynie czujki z milicji Wurfer na jego obrzeżach nie mogły sobie pozwolić na odpoczynek.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • DekaresD Online
                            DekaresD Online
                            Dekares jako Dekares
                            napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                            #181

                            Jeager przykląkł przy ciele zamęczonego mężczyzny w barwach Ostlandu.

                            - Pochowamy cię godnie, przyjacielu - pomyślał rozglądając się po okolicy aby po chwili wyciągnąć spomiędzy korzeni drzewa tubę na listy.
                            - Zanieśmy to dowódcą, po tym przyjdziemy zabrać ciało żeby pochować je z naszymi zabitymi. Lepiej nic nie ruszajmy na wypadek gdyby śledczy chciał zbadać to miejsce - Stefan wstał szybko ruszając szybkim krokiem w kierunku demontowanej przesieki.

                            Kiedy dotarł na miejsce rozejrzał się poszukując wzrokiem dowódców poszczególnych oddziałów po czym zawołał do nich:

                            - Panno Herschel! Panie Kolesnikov! Panie śledczy Munzel! Znaleźliśmy ciało w lesie! Proszę uprzejmie podejdźcie tutaj - prosił wybierając miejsce które mniej więcej stawiało go pomiędzy trzema dowódcami. Kiedy Ci podeszli Jeager zaczął wyjaśniać sytuację wymownie wskazująć palcem kierunek w którym leżało ciało:
                            - Przeszukiwaliśmy z Duvielem i Olafem ruiny w poszukiwaniu śladów obozu pomiotów, gdy wypatrzyliśmy za nimi miejsce kaźni, jest tam ciało mężczyzny w barwach Ostlandu, był bardzo torturowany, może przesłuchiwany? Znaleźliśmy niedaleko ciała tubę na listy, pieczęć jest nienaruszona, mogę w razie czego otworzyć go i odczytać - wymawiając ostatnie słowa pokazał obecnym wspomnianą tubę pokazując na nienaruszoną pieczęć - Ciała i pozostałych rzeczy na miejscu staraliśmy się na tyle ile się dało nie ruszać, gdybyście Pani i Panowie chcieli się mu przyjrzeć zanim weźmiemy je do pochowania - ostatnie słowa najbardziej kierował w kierunku śledczego który wydawał mu się potencjalnie najbardziej zainteresowanym potencjalnym zbadaniem miejsca kaźni.


                            Polana na której rozbijają obóz

                            Stefan zmęczony całym dniem maszerowania i walki rozejrzał się po polanie, miał wielką ochotę po prostu położyć się spać tak jak stał. Jednak rozkazy jakie słyszał od sierżantów wzbudziły jego zaniepokojenie:

                            - Te ogniska zaledwie parę mil od potencjalnie zajętego przez wroga miasta mogą nie być najlepszym pomysłem… - Ostlandczyk przez chwilę myślał co z tym zrobić, po ostatniej burze jaką dostał za wykazywanie inicjatywy nie miał wielkiej ochoty na powtórkę, z drugiej strony wolał także dożyć następnego dnia a nie zginąć w nocnym ataku wroga więc po chwili namysłu zdecydował się udać do panny von Muller jako bardziej uprzejmej z dwóch dam oficerów. Stefanowi udało się złapać ją względnie oddzieloną od reszty żołnierzy, dzięki czemu miał nadzieje że nikt nie usłyszy ich konwersacji, nie chciał w końcu publicznie podważać rozkazów przełożonych:
                            - Przepraszam, Panno von Muller, czy mogę poprosić panią na słowa? - Kiedy młoda szlachcianka skinęła mu głową na zgodę podszedł bliżej i z widocznym podenerwowaniem zaczął mówić:
                            - Proszę pani nie chcę być malkontentem szukającym dziury w całym ale… obawiam się, że rozpalanie ognisk tak blisko miasta może być niebezpieczne. Jeśli Wendorf jest zajęte przez nieprzyjaciela to w najlepszym przypadku będą świadomi naszej obecności, w najgorszym zaatakują nas w nocy jak tylko zgromadzą siły. Dlatego ośmielam się zasugerować żebyś przemęczyli się przez noc bez ognisk…- Jeager widocznie zamyślił się na chwilę po czym dodał śpiesznie - albo postąpimy dokładnie odwrotnie i rozpalimy dwa, trzy albo i cztery razy więcej ognisk niż potrzeba. Powinno to zmylić ewentualnych zwiadowców wroga, zwiększając nasze siły kilkukrotnie, trzeba by do tego porozkładać przy tych ogniskach trochę worków z zapasami z wozów i po przykrywać je kocami czy płachtami żeby udawały śpiących żołnierzy - Jeager skończył snuć swoje pomysły patrząc z wyczekiwaniem na Inez jak oceni jego propozycje.


                            Konfrontacja pomiędzy magiem i łowcami

                            Stefan nie słyszał dokładnie wszystkich słów w rozwijającej się konwersacji, ale niesłychana nonszalancja i pycha Drogona osłabiły Ostlandczyka nie chcącego widzieć walk pomiędzy sojusznikami. Tym bardziej wściekł się gdy usłyszał podłe podjudzanie Thedeberta :

                            - Podła wesz jeszcze parę drzonów temu błagał o litość i wstawianie się za nim, a teraz sam podjudza do palenia na stosie! - pomyślał wściekle Jeager . Słyszał też dobrze rozkaz łowcy czarownic uciszający fanatyka i zdecydował się wykorzystać sytuacje. Kiedy gad drugi raz zaczął się drzeć Ostlandczyk ruszył w jego kierunku zbliżając się od tyłu. W chwili kiedy padalec po raz trzeci zaczął krzyczeć Jeager położył mu rękę na ramieniu i odezwał się cicho:
                            - Sługa naszego Pana kazał Ci milczeć, zamkniesz się sam, czy potrzebujesz pomocy? - Ostatnie słowa wsparł zaciśnięciem pięści i błyskiem w oku który jasno wskazywał, że ma nadzieję na to, że fanatyk da mu powód do rękoczynów.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • CioldanC Niedostępny
                              CioldanC Niedostępny
                              Cioldan jako Cioldan
                              napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                              #182

                              Ruiny, przed przybyciem głównego regimentu
                              Duivel zgodził się ze Stefanem, że koniecznie trzeba poinformować przełożonych o znalezisku. Jednak zanim zdążył powiedzieć swoje, ten zaczął już działać. Elf już zdążył się przyzwyczaić do tego jak Jeager działa. Jest na pewno prędki, szybko podejmuje decyzje, choć wydaję się czasem, że bez pomyślunku. Jednak to było zdanie Mundo-naru, a on ogólnie odbiera ludzi inaczej niż oni widzą siebie nawzajem. Planował wyciągnąć tubę i zachować ją aż do przyjścia Petry, ale po chwili przyszedł Stefan wraz z kilkoma ważnymi osobistościami, w tym najwyższym łowcą czarownic. Starał się jeszcze stroić miny i kiwać głową, aby o tubie nikt nic nie powiedział, ale jego próby wydawały się bardziej komiczne i ktoś musiałby mieć naprawdę farta żeby domyślić się o co chodzi. Grzecznie poczekał, aż wszyscy przyglądną się ciału i tubie. Zaznaczył jednak dość stanowczo jak na swoją pozycję

                              - Z otwarciem tuby, zaczekałbym do momentu pojawienia się Petry i Inez, wydaje mi się, że będą to sprawy wojenne, a to One są przedstawicielkami Górskiej Marchii Falkenhorst. Z całym szacunkiem...- ukłonił się nisko na koniec, ewidentnie śledczemu Munzelowi.

                              Następnie wziął na bok Jeagera

                              - Nie zdążyłem Ci podziękować za miksturę. No więc.... dziękuję, na pewno się przyda. Wziąłem ją jedynie dlatego, gdyż uważam, że nie powinno się odmawiać gdy ktoś Ci coś daje. Sam też ją otrzymałeś, ale wiec, że ja nie mam zamiaru przekazywać jej dalej. Żeby też była jasność, w pierwszej kolejności leczę Lindarę i Eponię, trzeci może być Azur, bo polubiłem tego psiaka. Później pewnie wedle obrażeń, ale chcąc nie chcąc będę pamiętam od kogo ją dostałem. Rozgadałem się, a Ty na pewno masz już jakieś plany na działanie!- elf nic nie wspomniał o tubie i planach, bo przecież wcześniej ich nie wypowiedział, więc uznał za bezsensowne wypominać komuś podjęte decyzje, gdy samemu się nic nie zrobiło.

                              Drużyna Duivela
                              Podróż minęła im już spokojnie. Odkąd w grupie pojawiły się jego kuzynki, to elf czas głównie spędzał z nimi. Razem chodzili na czujki, przemierzali pobliskie lasy, a że byli nieco szybsi od ludzi to starali się czasem zebrać jakieś jagody czy jeżyny. Z lasem byli za pan brat, więc potrafili odróżnić owoce leśne jadalne, nawet od tych przyswajalnych, ale mniej smacznych. Jedno z nich jednak zawsze większą uwagę skupiało na okolicy, by szybko rozpoznać ewentualne zagrożenie.
                              Duivel kochał swe siostry stryjeczne, jednak to nie było tak, że pragnął przebywać tylko z nimi. Czuł się też w takim obowiązku. Odkąd jego kuzyn zaginął, a Lindara i Eponia dołączyły do wojny, wie, że po prostu musi się nimi zająć. Poza tym, reszta Jego ekipy trzymała się już z nowo poznanymi osobnikami. Kargun, mimo iż pracował u elfa, nie był jakimś wyjątkowym przyjacielem szpiczastouszych. Ba! Nawet ciężko było go nazwać krasnoludem przychylnym elfom. Miał oczywiście dobre relacje z rodziną Mundo-naru, ale poza tym nie znał ani jednego przedstawiciela ich gatunku i raczej nie zamierzał poznawać. Dalej chętnie wypiłby z Duvielem i porozmawiał, ale to by było na tyle. To nie był Jotunn, który za swym przyjacielem wskoczyłby w ogień (i vice versa). Także Kargun właśnie przebywał głównie Eitrim oraz nowo zwerbowanym pobratymcem.
                              Felix szybko się zaaklimatyzował. Mimo braku jakiegokolwiek dokumentu potwierdzającego jego zdolności medyczne, szybko dał się poznać jako osoba z umiejętnościami lekarskimi. Starał się pomagać nawet gdy ludzie byli po prostu przeziębieni, albo mieli jakiś większy ból głowy. Zgłosił się na ochotnika do pracy z ziołami i do ich zbierania. Próbował stworzyć jakieś trucizny w postaci smarowideł na broń. Wolny czas spędzał z milicją, a szczególnie starał się być w pobliżu Christiny Wurfer, która mu mocno imponowała swoją zaradnością i historią.
                              Najbardziej rozpoznawalną, albo lubianą, osobą z grupki Duivela była zdecydowanie Leni, która swoją miłością do kuchni, podbiła serca, a raczej żołądki, wojaków. Odnalazła się w nowej roli jak ryba w wodzie, wciąż się uśmiechając i rozmawiając bez wytchnienia. Po kolacji jednak, gdy tylko była taka możliwość, zawsze szła do dwóch elfek, gdyż traktowała je jak najbliższą rodzinę.

                              W obozie
                              Podobnie sytuacja wyglądała podczas rozstawiania obozu na polanie, każdy zajmował się tym co umie najlepiej. Chwilową sielankę przerwało jednak jakieś napięcie w południowej części obozu. Duivel dostrzegł tam Thedeberta, więc czym prędzej ruszył by zobaczyć całe to zamieszanie. Szczerze był zszokowany jak Theo może być tak niewdzięcznym i chwilę po uratowaniu mu życia, zacznie sypać jakimiś wymyślonymi oskarżeniami w kierunku Petry czy Inez!
                              Stefan już zdążył stanowczo zareagować na idiotyzmy biczownika, a elf pomyślał sobie wtedy tylko " weź nie pytaj, weź mu jebnij ". Sam Duviel postanowił też działać szybko. W mgnieniu oka doszedł do odchodzącej grupki w postaci Łowcy Czarownic, Inez, Petry i Harolda.

                              - Muszę coś powiedzieć. Wyboczcie szanowni, ale to ważne. - mówił będąc w ciągłym pokłonie - W wozie, którym jechał czerwony mag, była widoczna jakaś książeczką z pieczęciami, ale nie dość, że była nadpalona od obrażeń jakie doznał wóz w wyniku ataku pomiotów chaosu, a do tego już przmoczona, gdyż pojazd trafił do rzeki. Następnie na polu walki z jakimś nienaturalną latającą bestią, pomogliśmy sobie nawzajem. Nie bronię tu maga, ale chcę pokazać jak absurdalne są zarzuty wobec Petry i Inez. Bądźcie pozdrowieni i niech Sigmar pomoże Wam podjąć dobrą decyzję! - nadal w pół zgiętej pozycji elf jakby odsuwał się na bok, gdyż nawet nie liczył na odpowiedź. W sumie nie wie na co liczył, postanowił tym razem reagować.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • Pipboy79P Niedostępny
                                Pipboy79P Niedostępny
                                Pipboy79 jako Pipboy79
                                napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                #183

                                Oryginalny tytuł: Tura 42 - 2521.05.04; ang/fst; wieczór - noc

                                Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
                                Czas: 2521.05.04; Angestag; wieczór
                                Warunki: - ; na zewnątrz: noc, zachmurzenie, d.sil.wiatr; zimno (-5)

                                Wszyscy

                                Wieczór przy ognisku okazał się dość spokojny. Dało się wyczuć, że ulga z tego, że można zrzucić z siebie zbędny ekwipunek, usiąść, ogrzać się przy ognisku, zjeść ciepłą strawę była powszechna. Ale też i dało się wyczuć złowrogie napięcie jakie wywoływała złowroga ściana lasu otaczającego polanę. Po zapadnięciu nocy ta prastara puszcza wydawała się jeszcze mroczniejsza niż w dzień. Wówczas nawet pochmurne światło jakie przebłyskiwało w szczelinach pomiędzy leśnym sklepieniem dawało jakieś pocieszenie, że gdzieś tam dalej jest jeszcze inny świat niż te omszałe, wielkie, pradawne drzewa i mroczne tajemnice jakie skrywają.

                                link: https://i.imgur.com/zK0EELS.jpeg

                                Potyczki jakie oddział hochlandzkich ochotników Kolesnikowa stoczył w ciągu dnia nie dawał do myślenia. Co prawda główny trzon regimentu nie został zaatakowany co dawało nadzieję, że tych zwierzoludzi nie jest zbyt wiele aby się poważyli na tak śmiały atak. To samo zresztą dało się słyszeć od zwiadowców. Byli atakowani może przez tuzin, może trochę więcej koźlonogich i ich psich pomagierów. To były bandy jakie mogły się poważyć na taki izolowany oddział ale nie regiment jakiego byli częścią. Polowy, przydrożny pochówek zabitych łuczników i jakiegoś kuriera znalezionego trochę dalej od miejsca potyczki zwiadowców widzieli wszyscy. Pogrzeb był szybki i prosty, jak to zwykle w armiach bywało. Czy Hochlandzie, Ostlandzie, Stirlandzie to odbywało się to tak samo. Tylko znaczniej urodzeni i przywódcy którzy padli w boju mogli liczyć na coś więcej. O ile była do tego okazja. Tym razem nie było. Bo wedle słów Teodeberta niedaleko miała być polana na tyle duża aby była szansa pomieścić regiment. Nie było więc co zwłóczyć. Inaczej regiment musiałby nocować wzdłuż polnej drogi w przygodnym terenie co nie byłoby zbyt korzystne. Podczas pochówku Petra i Inez z końskich grzbietów wygłosiły krótkie podziękowanie poległym jacy padli tu w służbie górskiego margrafa w walce z odwiecznym wrogiem. Śledczy Munzem dodał coś od siebie zaś Harold odmówił krótki psalm żałobny złożony Morrowi aby przyjął poległych do swoich ogrodów. Po czym kolumna ruszyła dalej. A świeżo wykopany grób na cztery ciała wydawał się złowróżbnie pozdrawiać przechodzące oddziały. Gorliwy wyznawca nie mylił się i rzeczywiście kilka pacierzy później czoło regimentu władowało się na polanę o jakiej mówił.

                                Tym razem szefowe zapewne aby odciążyć pieszych zwiadowców poleciły im osłaniać flanki głównej kolumny maszerującej drogą. Szli więc na przełaj wzdłuż niej wypatrując zagrożeń i pułapek. Musieli iść pojedynczo tworząc szpaler czujek jaki tworzyli razem z milicjantami Wurfer jakich też często używano do takich pomocniczych zadań. Zaś na czoło kolumny wysunęli się konni gebirgsjaeger Eryka. Jakich zwykle nie było widać z czoła kolumny. Gdy więc w końcówce dnia weszło ono na tą polanę powitało ich tych kilku konnych górali jacy stanowili tą forpocztę regimentu.

                                Przy ognisku, strawie i przed rozbitymi namiotami, wśród towarzyszy broni była chwila aby odetchnąć. Aby porozmawiać, wspomnieć świeże wydarzenia z całego dnia czy pomyśleć o tym co czeka ich jutro.

                                Stefanowi udało się zainteresować Gretę, swojego imiennika i łowców czarownic odkryciem miejsca kaźni nieznanego kuriera. Cała grupka przyszła i rozejrzała się po tym niezbyt przyjemnym miejscu. Munzel wziął od niego zalakowaną tubę i przyjrzał się jej. Jeager i Duivel nie byli pewni czy dosłyszeli w jego ponurym głosie ironię czy nie. W każdym razie konny przywódca łowców heretyków zachował powagę jak to mówił.

                                - Czyli wasze szefowe są przedstawicielami Górskiej Marchii Falkenhorst. Więc są tu na gościnnych warunkach. Ja zaś jestem przedstawicielem władz Ostlandu a jesteśmy na terenie Ostlandu. Zaś na czas wojny zostałem zmobilizowany i mam pełnię władzy wojskowej. - poinformował ich z siodła jak wygląda sytuacja prawna. Czy tak było faktycznie ani Ostlandczyk ani elf nie mieli pojęcia bo w końcu w nauce prawa nie byli mocni. Brzmiało to jednak prawdopodobnie.

                                Śledczy przełamał pieczęć, otworzył tubę i wyjął z niej rulon. Rozwinął go i zaczął czytać. Za to z jego twarzy nie dało się odczytać czy są tam dobre czy złe wieści. W końcu zwinął rulon, schował z powrotem do tuby a tą do torby. - Posłaniec z Wendorf. Nic tu po nas. Wracamy na drogę. - rzekł i zawrócił konia z powrotem ku reszcie jaka krzątała się przy rozwalaniu zasieki. Z oględzin tego miejsca i ciała dało się odczytać, że zapewne zamęczono tego nieszczęśnika niedawno. Może ostatniej nocy, może rano, może wczoraj. Ciało jeszcze nie było zbyt spuchnięte ani nie zalatywało z daleka padliną. W każdym razie był martwy jak ludzie Kolesnikowa ruszali rano ze Speck albo i wcześniej. Kolesnikow uznał, że był dla zwierzoludzi rozrywką w jakiej się lubowali.

                                A gdy Stefan już wieczorem pośród obozu znalazł lady von Muller to ta po chwili zastanowienie zgodziła się aby przeszli się pomiędzy namiotami i ogniskami. Zresztą odnalezienie którejś z szefowych nie było takie trudne bo pośród tego namiotowego miasteczka buda ich wagonu rzucała się w oczy. Petra zresztą też obrzuciła go spojrzeniem gdy podszedł do jej koleżanki ale nie ingerowała w rozmowę.

                                - Dobrze, przekażę twoje sugestie Petrze. - lady Inez obiecała mu to ciepłym, uprzejmym głosem ale nie skomentowała tego co jej proponował. I tak się rozstali gdy on poszedł w swoją stronę a młoda szlachcianka z powrotem ku wagonowi. Ognisk jednak nie wygaszono. Jednak rozpalono sporo mniejszych już poza obozem, w głębi lasu jakie powinny pomóc dostrzec strażnikom podkradającego się nocą przeciwnika.

                                W nerwowej sytuacji jaka się wytworzyła między dwójką magów a łowcą czarownic Stefan postanowił spacyfikować Teodeberta. Jednak gorliwy wyznawca patrona Ostlandu odtrącił jego dłoń i spojrzał na niego hardo.

                                - Milcz! Widziałem cię jak konszachtowałeś w Ristedt z tym czerwonym heretykiem! Nie waż się kalać mnie swoimi obrzydliwymi łapami! - syknął mu w odpowiedzi jakby też zaliczył go do tych bardziej podejrzanych. I zapewne jeszcze w Ristedt był świadkiem jak Stefan poszedł do dziwnej, błotnej chatki mistrza Drogona. I w jego oczach było to równoznaczne z paktowaniem z czarokletą. Wiara sługi Młotodzierżcy pozwalała mu nie lękać się gróźb i rękoczynów więc interwencja Stefana nie zrobiła na nim żadnego wrażenia.

                                Duivel z kuzynkami zaś jak wieczorem sprawdzali co im się od zasieków udało uzbierać z leśnego runa to było tego na ich trójkę ze dwa kubki smardzy i pieczarek. Odcinek był krótki a za bardzo nie mogli się rozłazić aby nie opuszczać szpaleru zwiadowców wokół głównej kolumny. Jak coś nie rosło w ciągu parunastu kroków od ich marszruty to nie opłacało się po to chodzić. Przez co ich zbiór nie był zbyt imponujący. Ale mógł stanowić dodatek do wieczornej strawy.

                                Tylko musiał jeszcze rozmówić się z zaproszeniem od śledczego na rozmowę. Gdy bowiem powiedział swoje podczas zajścia z Teodebertem, magami i łowcami to Munzel trawił chwilę jego słowa po czym rzekł mu aby poczekał. A gdy już jako tako zajście rozeszło się po kościach dał mu znak i elf przeszedł obok wierzchowca łowcy do ich rozbitego obozu. A rozbili się obok wagonu obu szefowych regimentu.

                                - To opowiedz co widziałeś w tym wozie. I co za stworzenia spotkaliście. Kto był z tobą? No i co robił ten mag podczas tego wszystkiego. Jak się zachowywał? Czy coś wzbudziło twoje podejrzenia? Albo dostrzegłeś coś nietypowego? Byłeś świadkiem jak używał mocy? Możesz to opisać? Twoje słowa mogą być ważnym świadectwem w tej sprawie. - wskazał mu na jakiś pieniek aby elf usiadł a sam skorzystał z podobnego. Harold przejął na siebie obowiązki skryby i spisywał tą rozmowę w jakiejś księdzę. Lider łowców niewiele się odzywał ale nie tracił swojego ponurego wyrazu twarzy. Głównie jednak słuchał co Duivel ma do powiedzenia w sprawie pierwszego spotkania maga i okoliczności jakie temu towarzyszyły. Przez tą rozmowę elf spóźnił się na kolację i gdy poszedł do kuchni polowej to już było już właściwie po niej. Przynajmniej nie czekał w kolejce jak większość regimentu.

                                Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
                                Czas: 2521.05.04; Angestag/Festag; noc
                                Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)

                                Wszyscy

                                Obudziły ich krzyki. Odgłosy trwogi. W mrocznym wnętrzu namiotu żaden z nich nie widział wiele a co dopiero co się dzieje poza nim. Jeszcze skołowany umysł ocierał resztki snu próbując zorientować się co się stało. W małych namiotach spali zwykle po dwie, trzy osoby. Więc po omacku też wyczuwali ruch pozostałych. Też się właśnie wybudzali. “Co się dzieje?!” co chwila padało w tych namiotowych ciemnościach.

                                Ale coś złego. Spoza namiotów słychać było okrzyki ludzi pełne strachu, zaskoczenia i zdenerwowania. Oraz odgłosy walki. Jakieś dzikie wrzaski, szczęk broni, ujadanie psów, rżenie koni, tumult zwierząt. Wreszcie gwizdki sierżantów.

                                - Wyłazić! Wyłazić psie syny! Zbiórka! - krzyczał któryś z nich. Zresztą zaraz też i zza któregoś namiotu pokazał się i Kolesnikow. Wyglądał jakby go właśnie rozbudzono. Czyli tak jak chyba wszyscy obozowicze w zasięgu wzroku i słuchu. Ubierał nerwowo spodnie gdy inni podobnie wychodzili z namiotów też robiąc to jak najszybciej.

                                - Hochland! Hochland do mnie! Zbiórka! Zbiórka psia mać bo nas tu zastaną bez gaci! - krzyczał podobnie jak inni dowódcy. Gdzieś nad obozem rozległ się czysty, przeniklywy dźwięk trąbki bijącej na alarm. Cały obóz zbierał się jak w ukropie. Trudno było zorientować się co się właściwie dzieje.

                                - Strzelają! Strzelają do nas! - krzyknął jakiś na wpół rozebrany wojak. Pokazywał jak towarzysz co właśnie dopinał pas upadł z krzykiem gdy jakaś strzała wbiła mu się w pierś. Rzeczywiście widać było jak z nieba spadają jakieś kreski. Zwłaszcza jak się wbijały w namioty, w ziemię czy jakiegoś pechowca. Gdzieś na obrzeżach obozu musiała już trwać walka. Ale spomiędzy namiotów i licznych sylwetek nie dało się rozpoznać co się tam dzieje.

                                Spomiędzy tego chaosu dało się wyłowić równomierny trucht i brzęk metalu. Jednolita, zwarta grupa przeszła pomiędzy namiotami. To ostlandcy włócznicy pod wodzą swojego sierżanta parli w kierunku walki. Chociaż w tym tumulcie trudno było się zorientować gdzie ona jest. Hałasy dobiegały zewsząd. Włócznicy Duera byli jedyną zwartą, gotową do walki grupą w zasięgu wzroku. Bez ceregieli odpychali kogoś kto im zawadzał lub nie ustąpił zbyt szybko. Prędko też zniknęli im z oczu gdzieś pomiędzy namiotami.

                                - Do mnie! Hochland do mnie! - krzyczał Kolesnikow gdy sam ubierał się ale już z namiotów powychodzili jego myśliwi i też zbierali się przy nim. Podobnie jak przydzieleniu do jego oddziału zwiadowcy też potrzebowali czasu aby sprawić się do walki. Sytuacja w sąsiedztwie wyglądała podobnie i tam też wyrwani ze snu żołnierze zaczynali się grupować wokół swoich dowódców. Gdzieś na obrzeżach dały się słyszeć warkot jakichś bestii i okrzyki przeżenia i bólu jakby ktoś tam był żywcem rwany na strzępy. W nocne niebo poszybowały jakieś race. Narobiły huku ale póki były w powietrzu rozjaśniały ten objęty chaosem ziemski padół.

                                Stefan widział, że zbieranie się idzie mu podobnie jak Wieslerom i reszcie. Ale Duivel i Tobias zorientowali się, że są już prawie ubrani i chyba szybciej się wyrobią niż otaczający ich towarzysze.


                                Mecha 42

                                Nocny ostrzał

                                szansa 96+

                                1 Tobias, 2 Stefan, 3 Albrecht, 4 Olaf, 5 Duivel, 6 Eponia, 7 Lindara, 8 Kargun, 9 Felix, 10 Leni

                                rzut: https://orokos.com/roll/1011141

                                1 Tobias 76 > nic
                                2 Stefan 43 > nic
                                3 Albrecht 74 > nic
                                4 Olaf 55 > nic
                                5 Duivel 32 > nic
                                6 Eponia 54 > nic
                                7 Lindara 39 > nic
                                8 Kargun 14 > nic
                                9 Felix 46 > nic
                                10 Leni 83 > nic

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • Pipboy79P Niedostępny
                                  Pipboy79P Niedostępny
                                  Pipboy79 jako Pipboy79
                                  napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #184

                                  Tobias leżał na swoim kocu, w ubraniu, jedynie buty zdjął by stopy nieco odpoczęły. Nie dawał mu spokoju fakt, że mimo niedawnych dwóch zasadzkach, jakie zgotowali im zwierzoludzie, dowództwo zachowywało się jakby byli na pikniku a nie na wojnie. Być może się nie znał na wojaczce ale miał doświadczenie w polowaniu na te dwunożne bestie i nigdy, tak głęboko na wrogim terytorium nie palili ognisk, by nie przykuć jego uwagi. Z drugiej strony nigdy myśliwi nie byli taką wielką kupą ludzi, do tego w jednym miejscu. Nawet w całkowitych ciemnościach byłoby ich słychać, no i czuć. A węch te koziesyny miały znacznie lepszy od ludzkiego. Powinni przynajmniej zastawić potykacze wokół obozu. Ale była już musztarda po obiedzie i za trzymanie gęby na kłódkę winić tylko siebie, teraz mógł tylko być przygotowany, na cokolwiek nastąpi. Ubranie miał na sobie, łuk leżał obok. W razie czego będzie potrzebował tylko chwili by założyć buty i cięciwę na łuk. Ciekawość też zżerała Tobiasa jakie wieści niósł kurier z Wendorfu. Zapewne do wysokich rangą oficerów, sądząc po reakcji tego tępogłowego fanatyka. Gdyby Wenorf padł, pewnie by już o tym wiedzieli, zapewne to była jakaś prośba o posiłki czy coś w tym stylu.
                                  Sen przyszedł niespodziewanie, kiedy o tym myślał, zmęczenie dało się zwiadowcy we znaki i przez te parę godzin Tobias znów śnił koszmar jaki nawiedzał go od czasu gdy stracił wszystko w Smallhof.
                                  Gwałtownie został z niego wyrwany, tylko po to by znalazł się w innym. W koszmarze na jawie, gdzie ludzie krzyczeli - jedni podnosząc alarm, inni z bólu i cierpienia. Tobias otrząsnął się szybko z otępienia, nałożył cięciwę na łuk, na nogi buty i wybiegł z namiotu, sprawdzając jednocześnie czy miecz leży dobrze przy pasie i czy ma odpowiedni zapas strzał. Gdzieś przed chwilę zobaczył twarz elfa, który też był już na nogach gotowy do walki. ktoś krzyknął [i]- Do mnie! Hochland do mnie![/I
                                  Czy był to moment, kiedy losy najemników margrafa Walthera von Falkenhorsta się ważyły? Czy był to frontalny atak dużych sił zdolnych do pokonania najemników czy bardziej nękanie przez wrogich zwiadowców chcących obniżać morale, siać chaos w siłach margrafa. Zaraz mieli się przekonać.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • CioldanC Niedostępny
                                    CioldanC Niedostępny
                                    Cioldan jako Cioldan
                                    napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #185

                                    - Szanowny łowco Muznelu, jako jedyny udałem się do karety, gdy ta była w rzece. Byliśmy zaskoczeni całą sytuacją i nie miałem żadnych narzędzi, które mogłyby mi pomóc. W wozie pływały różne dokumenty, niestety nie odważyłem się wyciągnąć ich z tego chlewu, bo martwe ciało w środku zaczynało już gnić, a zdecydowanie nie potrzebowałem wtedy zakażenia. Były tam różne symbole, które współgrają z tymi noszonymi przez podejrzanego maga. Później znajdowaliśmy różne ślady. Na wozie były znaki po ataku jakiejś bestii, a następnie widzieliśmy to również na ciałach porozrzucanych po okolicy. Z magiem mieliśmy jeszcze czynność później. Po intensywnej walce z jakąś latającą bestią pomiotu chaosu, mieliśmy chwilę wytchnienia. Gdy trafiliśmy na kolejne ślady martwych kultystów, spotkaliśmy właśnie Jego. Ewidentnie sam sobie poradził z tym ścierwem bo potwory nie miały śladów po mieczach czy strzałach. Moje zaufanie do niego? Jest tak naprawdę związane z bezgranicznym zaufaniem do Alezzi, a ta stawia się za nim za każdym razem. Zresztą jedyną osobą, która go ciągle podważa to Teodebert, a moim skromnym zdaniem, jest on nieco... szalony. W obecnych czasach potrzeba nam ludzi silnych wiarą, jednak ze wszystkim można przesadzić...- zakończył Elf, ukłonił się nisko. Poczekał na jakąkolwiek odpowiedź czy gest wskazujący, że może odejść. Na koniec, gdy wychodził rzucił jeszcze hasłem "Chwała Sigmarowi!". Poszedł coś zjeść i spać, bo nie było już towarzystwa do wieczornego posiedzenia, a nie był też wyznaczony do nocnej warty. Namiot rozbity miał blisko swych kuzynek raczej pod koniec obozu. Ogólnie panował spokój i było nad wyraz cicho jak na tak dużą zbieraninę. Elf nie wierzył w przesądy, także hasło "cisza przed burzą", jakie usłyszał idąc do swego namiotu, nie ruszyło go zbytnio. Zadowolony był, że w końcu się wyśpi i cała regiment będzie rano gotowy do uderzenia na Wendorf. Przed zaśnięciem, zmówił jeszcze cichą modlitwę do Sarriel, zdjął buty i zasnął szybciej niż się spodziewał.

                                    Jeszcze w nocy obudził go atak na obóz. Wyszedł w miarę szybko z namiotu, na szczęście żadna strzała nie trafiła jeszcze elfów. W ekspresowym tempie założył buty i wyciągnął swój łuk i strzały. Był gotów do walki, ale jeszcze nie ogarnął się gdzie jest wróg i z której strony strzelają. Patrzył co rusz w górę czy aby żadna strzała nie leci w niego. Jego kuzynki też już był gotowe aby ruszyć w stronę Kolesnikova, bo póki co to właśnie do niego byli przypisani. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że będzie bronił Ostlandu, pod obcą banderą jakiejś Górskiej Marchii i w oddziale Hochlandczyków. Nie było jednak czasu na przemyślenia o losie, trzeba wziąć sprawy w swoje ręcę.

                                    - Skąd dranie strzelają?! NIECH MAGOWIE ROZJAŚNIĄ LAS WOKÓŁ NAS!- starał się zawołać tak głośno jak tylko potrafił. Następnie już podniesionym tonem mówił do Kolesnikova, ale jeśli obok był jeszcze jakiś dowódca to też by usłyszał
                                    - Może zgaśmy ogniska, a podpalone drwa niczym pochodnie rzućmy w las. Może ich odstraszymy, a powinniśmy też lepiej widzieć.- mówił ogólnie, chociaż jako elf miał przewagę w rozpoznaniu terenu w ciemności. Także bacznie się przyglądał i zwrócił się do kuzynek
                                    - musimy mówić ludziom o wszystkim co widzimy wokół polany, skupcie się i nie oberwijcie!-

                                    Lindara i Eponia stały przykulone przy nim. Nie odzywały się, bo nie miały żadnego zamiaru przejmować inicjatywy, więc miały czas aby już rozejrzeć się i namierzyć ewentualny cel.
                                    Leni gdzieś w obozie złapała za swą procę i schowała za pasek, zdjęła jedną z tarcz na wozie i schowała się pod nią, aby przypadkiem nie dostać losową strzałą. Kargun ze swym orężem postanowił kroczyć za Eitrim, który z kolei trzymał się blisko krasnoluda-rycerza. Felix chował się pod tarczą, ale jego priorytetem była pomóc rannym. W ten sposób, po słyszalnych okrzykach znalazł się przy Jeagerze by pomóc leżącemu rannemu wojakowi.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • DekaresD Online
                                      DekaresD Online
                                      Dekares jako Dekares
                                      napisał ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #186

                                      Otwarcie wiadomości zabitego kuriera

                                      Słysząc słowa łowcy czarownic o przysługującej mu władzy wojskowej Jeager starał się nie okazywać zaciekawienia, żeby nie powiedzieć zadowolenia z potencjalnych implikacji tych informacji. Już od dłuższego czasu miał najogólniej mówiąc obiekcje co do stylu dowodzenia Petry . Ewentualne przejęcie dowództwa przez twardego łowcę czarownic mogło wyjść im na lepsze militarnie, ale Stefan nie miał zamiaru zachowywać się nielojalnie wobec przedstawicielek górskiego szlachcica. Raz że nie było to w jego stylu, a dwa łowca czarownic mógł przejąć dzisiaj dowodzenie i pojutrze odjechać bez słowa zostawiając tych którzy by otwarcie sprzeciwili się Petrze w bardzo kiepskim położeniu.
                                      Słysząc o tym, że wiadomość w tubie została nadana z Wendorf i widząc, że żaden z podoficerów nie zadaje w tej kwestii pytań Stefan westchnął w duchu i myśląc o tym że zdecydowanie za mało mu płacą w tym regimencie odezwał się do łowcy czarownic:

                                      - Wybacz Panie śledczy, ale jako że zadaniem naszego oddziału jest rozpoznanie drogi do wspomnianego Wendorf i szerzej wyjaśnienie jaka jest sytuacja w mieście to czy moglibyśmy rzucić okiem na tą wiadomość? Albo chociaż zapytać się kiedy została nadana i czy można z niej wywnioskować czy miasto się trzyma, czy jest atakowane przez siły wroga?

                                      Śledczy spojrzał w dół na piechociarza jaki wyłamał się z pokornego milczenia jakie panowało wokół jego autorytetu. Przez chwilę Stefana świdrowało jego przenikliwe spojrzenie aż miał poczucie, że dłużej nie zniesie tego wzroku jaki zdawał się czytać duszę na wylot. Scena jakby zamarła gdy inni przybrali wyczekujący wyraz twarzy niepewni jak lider łowców czarownic zareaguje na tą zuchwałość.

                                      - Nie. To nie jest wiadomość dla was. Porozmawiam o niej z waszym dowódcą. - odparł oschle łowca herezji po czym spiął konia ostrogami aby zawrócić w stronę drogi.

                                      Przekazanie zeznania łowcą czarownic

                                      Jeager zbliżał się do miejsca obozowania śledczego i jego ludzi z mieszanką zmęczenia i lekkiej obawy. Miał nadzieję że forma w jakiej jego zeznanie zostało napisane spełni oczekiwania łowców potępionych, bo raz nie chciał robić sobie z nich wrogów a dwa nie chciał pisać tego wszystkiego od nowa.
                                      Jeszcze raz przeleciał przez dokument w swoich myślach.
                                      Na początek zawarł krótko informacje o wykonywanym przez nich zwiadowczym zadaniu, do wykonania którego został im przydzielony wspomniany Teodebert jako przewodnik. Napisal także o tym że ten pojawil się w regimencie na chwilę wcześniej. Streścił że ten wykonywał swoje zadanie z tego co Stefan wiedział poprawnie i że w Speck został rozpoznany jako wędrujący kaznodzieja Sigmara przez co zyskał im przychylność miejscowych.
                                      Po tym poświęcił najwięcej uwagi opisaniu samego wydarzenia z posagiem. Opis na tyle na ile potrafił w jakim stanie znaleźli zbezczeszczony posąg ich daremne wysiłki w celu postawienia go, w końcu decyzję o dalszym marszu podyktowaną ich rozkazami. Po tym opisał zachowanie samego Teodeberta, jego wściekłość z powodu obrazy dokonanej względem posągu Sigmara. Postanowieniu pozostania przy posągu aż ten zostanie naprawiony na tyle na ile będzie to możliwe oraz o tym jak pracował nad usunięciem bluźnierczych znaków wyrytych na posagu, gdy odchodzili i akurat im nie złorzeczył. Starał się w samym pismo je przedstawiać fakty a nie swoje przypuszczenia czy domysły oraz byc możliwe obiektywnym mimo wieczornego zatargu z fanatykiem.

                                      -Tak, wszystko się zgadza- pomyślał stając przed namiotem który jak słyszał miał należeć do Harolda do którego dostał polecenie udać się z pismem zanim stawi się u samego śledczego.

                                      Atak na obóz

                                      Stefan śnił właśnie o prostszych czasach gdy razem z rodziną mieszkał w Lenkster gdy nagle ze snu wyrwał go przeraźliwy krzyk bijący na alarm.
                                      Wojak przez sekundę nie był pewien czy to realne zagrożenie czy senny majak, szybko jednak nabrał pewności, że mają kłopoty i zerwał się z posłania z włócznią w ręku wrzeszcząc ile sił w płucach:
                                      -ACHTUNG!!! Wieselowie do boju!- po tym wypadł z namiotu rozglądając się za potencjalnymi wrogami.
                                      -Wiedziałem że tak będzie, Wedziałem! - wściekał się w myślach jednoczęśnie zaciągając na nogi buty które zrzucił na noc.
                                      Dotąd obserwował tylko rozgrywający się dookoła chaos jednak gdy usłyszał głos sierżanta Kolesnikova wzywającego zwiadowców do zbiórki, Ostlandczyk odpowiedział na jego zawołania:

                                      - Hochland czy nie, Jeager z ludźmi melduje się na rozkaz! - Stefan postarał się aby okrzyk zawierał nutkę humoru, ten potrafił w odpowiedniej chwili pomóc ludziom opanować rodząca się panikę.

                                      Wzywając Wieselów aby dołączyli do niego jak najszybciej razem z Azurem ruszył w kierunku wołającego sierżanta gdy wypadł na niego spanikowany żołnierz wskazujący na właśnie trafionego strzałom towarzysza.

                                      - Widzę że strzelają! - wydarł się na niego Jeager - Masz broń? - widząc zaprzeczający gest mężczyzny Ostandczyk podał mu topór który zabrał z sobą:

                                      Za mną! zajmiemy się nim! - po czym ruszył biegiem w kierunku trafionego żołnierza chcąc udzielić mu pomocy.

                                      Pipboy79P 1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • Pipboy79P Pipboy79 odniósł się do tego tematu
                                      • DekaresD Dekares

                                        Otwarcie wiadomości zabitego kuriera

                                        Słysząc słowa łowcy czarownic o przysługującej mu władzy wojskowej Jeager starał się nie okazywać zaciekawienia, żeby nie powiedzieć zadowolenia z potencjalnych implikacji tych informacji. Już od dłuższego czasu miał najogólniej mówiąc obiekcje co do stylu dowodzenia Petry . Ewentualne przejęcie dowództwa przez twardego łowcę czarownic mogło wyjść im na lepsze militarnie, ale Stefan nie miał zamiaru zachowywać się nielojalnie wobec przedstawicielek górskiego szlachcica. Raz że nie było to w jego stylu, a dwa łowca czarownic mógł przejąć dzisiaj dowodzenie i pojutrze odjechać bez słowa zostawiając tych którzy by otwarcie sprzeciwili się Petrze w bardzo kiepskim położeniu.
                                        Słysząc o tym, że wiadomość w tubie została nadana z Wendorf i widząc, że żaden z podoficerów nie zadaje w tej kwestii pytań Stefan westchnął w duchu i myśląc o tym że zdecydowanie za mało mu płacą w tym regimencie odezwał się do łowcy czarownic:

                                        - Wybacz Panie śledczy, ale jako że zadaniem naszego oddziału jest rozpoznanie drogi do wspomnianego Wendorf i szerzej wyjaśnienie jaka jest sytuacja w mieście to czy moglibyśmy rzucić okiem na tą wiadomość? Albo chociaż zapytać się kiedy została nadana i czy można z niej wywnioskować czy miasto się trzyma, czy jest atakowane przez siły wroga?

                                        Śledczy spojrzał w dół na piechociarza jaki wyłamał się z pokornego milczenia jakie panowało wokół jego autorytetu. Przez chwilę Stefana świdrowało jego przenikliwe spojrzenie aż miał poczucie, że dłużej nie zniesie tego wzroku jaki zdawał się czytać duszę na wylot. Scena jakby zamarła gdy inni przybrali wyczekujący wyraz twarzy niepewni jak lider łowców czarownic zareaguje na tą zuchwałość.

                                        - Nie. To nie jest wiadomość dla was. Porozmawiam o niej z waszym dowódcą. - odparł oschle łowca herezji po czym spiął konia ostrogami aby zawrócić w stronę drogi.

                                        Przekazanie zeznania łowcą czarownic

                                        Jeager zbliżał się do miejsca obozowania śledczego i jego ludzi z mieszanką zmęczenia i lekkiej obawy. Miał nadzieję że forma w jakiej jego zeznanie zostało napisane spełni oczekiwania łowców potępionych, bo raz nie chciał robić sobie z nich wrogów a dwa nie chciał pisać tego wszystkiego od nowa.
                                        Jeszcze raz przeleciał przez dokument w swoich myślach.
                                        Na początek zawarł krótko informacje o wykonywanym przez nich zwiadowczym zadaniu, do wykonania którego został im przydzielony wspomniany Teodebert jako przewodnik. Napisal także o tym że ten pojawil się w regimencie na chwilę wcześniej. Streścił że ten wykonywał swoje zadanie z tego co Stefan wiedział poprawnie i że w Speck został rozpoznany jako wędrujący kaznodzieja Sigmara przez co zyskał im przychylność miejscowych.
                                        Po tym poświęcił najwięcej uwagi opisaniu samego wydarzenia z posagiem. Opis na tyle na ile potrafił w jakim stanie znaleźli zbezczeszczony posąg ich daremne wysiłki w celu postawienia go, w końcu decyzję o dalszym marszu podyktowaną ich rozkazami. Po tym opisał zachowanie samego Teodeberta, jego wściekłość z powodu obrazy dokonanej względem posągu Sigmara. Postanowieniu pozostania przy posągu aż ten zostanie naprawiony na tyle na ile będzie to możliwe oraz o tym jak pracował nad usunięciem bluźnierczych znaków wyrytych na posagu, gdy odchodzili i akurat im nie złorzeczył. Starał się w samym pismo je przedstawiać fakty a nie swoje przypuszczenia czy domysły oraz byc możliwe obiektywnym mimo wieczornego zatargu z fanatykiem.

                                        -Tak, wszystko się zgadza- pomyślał stając przed namiotem który jak słyszał miał należeć do Harolda do którego dostał polecenie udać się z pismem zanim stawi się u samego śledczego.

                                        Atak na obóz

                                        Stefan śnił właśnie o prostszych czasach gdy razem z rodziną mieszkał w Lenkster gdy nagle ze snu wyrwał go przeraźliwy krzyk bijący na alarm.
                                        Wojak przez sekundę nie był pewien czy to realne zagrożenie czy senny majak, szybko jednak nabrał pewności, że mają kłopoty i zerwał się z posłania z włócznią w ręku wrzeszcząc ile sił w płucach:
                                        -ACHTUNG!!! Wieselowie do boju!- po tym wypadł z namiotu rozglądając się za potencjalnymi wrogami.
                                        -Wiedziałem że tak będzie, Wedziałem! - wściekał się w myślach jednoczęśnie zaciągając na nogi buty które zrzucił na noc.
                                        Dotąd obserwował tylko rozgrywający się dookoła chaos jednak gdy usłyszał głos sierżanta Kolesnikova wzywającego zwiadowców do zbiórki, Ostlandczyk odpowiedział na jego zawołania:

                                        - Hochland czy nie, Jeager z ludźmi melduje się na rozkaz! - Stefan postarał się aby okrzyk zawierał nutkę humoru, ten potrafił w odpowiedniej chwili pomóc ludziom opanować rodząca się panikę.

                                        Wzywając Wieselów aby dołączyli do niego jak najszybciej razem z Azurem ruszył w kierunku wołającego sierżanta gdy wypadł na niego spanikowany żołnierz wskazujący na właśnie trafionego strzałom towarzysza.

                                        - Widzę że strzelają! - wydarł się na niego Jeager - Masz broń? - widząc zaprzeczający gest mężczyzny Ostandczyk podał mu topór który zabrał z sobą:

                                        Za mną! zajmiemy się nim! - po czym ruszył biegiem w kierunku trafionego żołnierza chcąc udzielić mu pomocy.

                                        Pipboy79P Niedostępny
                                        Pipboy79P Niedostępny
                                        Pipboy79 jako Pipboy79
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                        #187

                                        <Nowe otwarcie, wznowienie sesji z LI>

                                        |-Tura 43 - 2521.05.06; wlt; ranek-|

                                        Miejsce: pd-zach Ostland; Las Cieni; droga Speck - Wendorf; obóz na polanie
                                        Czas: 2521.05.06; Wellentag; ranek
                                        Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; ziab (0)

                                        Obóz regimentu von Falkenhorst

                                        Kolejny poranek wstawał nad umęczoną, ostlandzką ziemią. Na dno pradawnego, złowróżbnego, Lasu Cieni, słoneczny blask prawie nie dochodził. Za to mgła podniosła się rozrzedzoną kurtyną, przesłaniając dalszy widok. Ukrywając nawet za dnia, to co czaiło się w głębi leśnych trzewi. Wydawała się nigdy do końca nie schodzić i w tym ponurym lesie, zawsze gdzieś wisiały jej kłębki.

                                        Dziś o poranku do tej jasnej zawiesiny w powietrzu dochodziła ciemna. Wraz ze swądem spalenizny w powietrze unosił się dym ze spalonych namiotów i dobytku. W trakcie nocnej walki część ognisk rozsypała się podpalając je. Dało to co prawda chwilowo spore ogniska rozświetlające mrok nocy. Ale część żołnierzy straciła swoje przenośne domy i bambetle. Tak naprawdę dopiero z nastaniem światła dnia, dało się zaprowadzić jakiś porządek i ocenić poziom strat. Zewsząd dochodziły jęki boleści, lament rannych, nawoływania sierżantów zwołujących swoich ludzi. Część żołnierzy rozproszyła się podczas nocnych walk i walczyła z dala od macierzystej jednostki. Dopiero teraz się odnajdywali, często przy kolejce do kuchni gdzie wydawano posiłek. Okazywało się, że ktoś żyje tylko w nocy oddzielił się od reszty. Ilu jeszcze takich zaginionych wróci do swoich oddziałów o własnych siłach tego na razie nie było wiadomo. Wszyscy wiedzieli, że podczas ataku zwierzoludzi, część kompanii rozproszyła się lub spanikowani ludzie czmychnęli w mrok lasu, byle z dala od pogrążonego w walce, chaosie i dymie obozu. Przez chwilę rzeczywiście wydawało się, że nocna, kopytna fala zmiecie wyrwany ze snu regiment.

                                        Zaczęło się głęboko w nocy. Po walkach na drodze jakie stoczyły czołówki regimentu von Falkenhorst, szefowe postanowiły nie kusić losu i wokół obozu rozstawiły milice sierżant Wurfer. Powszechnie uważano je za mniej wartościowe w bezpośredniej walce, więc często używano ich do zadań pomocniczych. Jak choćby właśnie stanie na straży. To one przyjęły na siebie pierwszy impet uderzenia kopytnej furii. Dość szybko nie zdzierżyły temu zmasowanemu uderzeniu i pękły. Ale w gotowości, w centrum obozu, czekali halabardnicy sierżanta Meistera. To już byli zawodowi żołnierze. Energicznie ruszyli do kontrataku. Ich halabardy były uniwersalną bronią, skuteczną w obronie jak broń drzewcowa i w ataku jak wielki topór. Jednak ani one, ani szefowe, nie spodziewali się ataku tej skali. I halabardnicy chociaż stawali dzielnie, dość szybko zostali oskrzydleni przez przeważające siły wroga. Poza tym meisterowcy mogli walczyć w tylko jednym miejscu a wróg zdawał się wdzierać z każdej. Do środka wpadły dzikie ogary, które siały strach, chaos i dezorganizację. Słychać było ich ujadanie i wrzaski zaatakowanych ludzi. Wtedy właśnie, podczas tej gorączkowej bieganiny, został w obozie zaprószony ogień.

                                        Jednak czas kupiony przez milicje i halabardników, pozwolił pozostałym na względne zorganizowanie się i ruszenie na pozycje obronne. W improwizowanym mieście namiotowym, kolejne oddziały kolejno wchodziły do walki. Więc kopytni wciąż spychali ich w stronę obozu. Walki toczyły się już między namiotami, jakie obie strony cięły i tratowały. W końcu jednak przewaga liczebna ludzi zaczęła robić swoje i zaczęli odpychać napastników z powrotem w stronę pierwszych drzew. Ci napędzani pierwotną furią dalej siekli, rąbali i dziko wrzeszczeli. W pewnym momencie jeden z oddziałów obrońców pękł. Tam gdzie były te największe zwierzoudzie, w ciężkich pancerzach, co swoimi wielkimi toporami, zdawały się ścinać ludzi jak zboże. Z rykiem rzuciły się do pościgu i wyczuwając ten krytyczny moment bitwy ludzkie szeregi zadrżały niepewnością. Wtedy naprzeciwko nim wyjechała grupka ciężkozbrojnych jeźdźców. W całym regimencie było ich ledwo kilkoro i to licząc razem z grupką Burchalda Munzela, łowcy czarownic jaką spotkali wczoraj. Była też kobieta w bordowej brygantynie i kuszą. To mogła być jedna z dwóch oficer dowodzących regimentem, Petra von Falkenhorst. Konni nie mieli czasu ani miejsca aby w tym zatłoczonym, gęstym od dymu i wrzasku namiotowisku wziąć pełny rozpęd. Więc przypominało to raczej jazdę kłusem niż galopem. Ale może to i lepiej? Nie byłoby dobrze gdyby w pełnym cwale wbili się po ciemku w bagno jakiego jeszcze przed chwilą tu nie było. Zwierzoludzie już w nim ugrzęźli i też wyglądali na zaskocznych. Zapewne miała coś z tym wspólnego samotna sylwetka w czerwonym płaszczu. Stała samotnie na jednym z wozów i krzyczała ikantację. Bo od czego innego? Tak czy inaczej grupka imperialnych jeźdźców ugrzęzła w tym mokradle tak samo jak zwierzoludzie. Siekli się nawzajem gdy już komuś do kogoś udało się dotrzeć. Tu przewagę miała oficer z kuszą jaka mogła zostać na miejscu i strzelać w rogaczy. Także innym łucznikom i strzelcom to pozwoliło wziąć ich na cel. Do świetlnych rac jakie nagle zalały nocne niebo. Rozrproszyły nocne ciemności jakie do tej pory sprzyjały raczej zwierzoludziom. Wielcy zwierzoludzie padli od strzał i ciosów w błoto w jakim tkwili albo zrejterowali. To jakby złamało morale pozostałych kopytnych. Poszli w ich ślady. Ale ludzie nie odważyli się ich ścigać w pogrążonym w nocnym mroku lesie. To była domena tej dzikiej, pierwotnej rasy. Zaczęło się wystawianie wart, gaszenie płonących namiotów, zbieranie oddziałów i znoszenie rannych do lazaretu a zabitych w jedno miejsce. I tak zeszło prawie do rana.
                                        Teraz siedząc na pniu czy ognisku, ludzie wymieniali się wiadomościami z ostatniej nocy. Ktoś widział, jak Kurt Landsknecht, ostlandzki gwardzista z wielkim mieczem przez moment sam walczył z trzema zwierzoludźmi. To wlało wiarę w jego towarzyszy którzy z werwą wrócili do tak mężnego wojownika. Inny opowiadał o Teodoryk który stał na jednym z wozów i bronił go jak małej twierdzy. Zdzielając swoim cepem każdego rogacza jaki przebiegał w pobliżu lub próbował wejść na ten wóz. Podobno mistrz Drogon zapłacił za swoją odwagę raną od ciśniętego oszczepu. A podobno Munzel i tak go oskarżał o sabotaż bo bez bagna jakie mag wywołał na pewno zmiażdżyłby nacierających zwierzoludzi. Ale chwilowo to nie było ważne bo oberwał tak mocno, że teraz też był w lazarecie tak samo jak czerwony magister i wielu innych zwykłych wojaków.

                                        Wśród nich siedzieli także banici Kolesnikowa. W nocy alarm ich wyrwał tak samo jak resztę obozu. Jednak chaos i pośpiech sprawił, że prawie od razu tłum ich rozdzielił i walczyli w rozproszeniu. Gdzie jednak kto nie trafił to miał do czego strzelać. Tak naprawdę większość z nich była przekonana, że są ostatnimi ocalałymi z ich drużyny. Dopóki nad ranem nie zaczęli się odnajdywać w kolejce po jedzenie albo gdzieś obok. Okazało się, że jest ich całkiem sporo. Właściwie to chyba większość.
                                        - Jedzcie, jedzcie. Nie wiadomo kiedy następny raz się trafi okazja coś zjeść. Powiem wam, że póki kuchnia działa jak należy to jeszcze nie jest tak źle. Ale spokojnie, zaraz zapewne sobie o nas przypomną i wyślą gdzieś dalej. - Stefan Kolesnikow, czarnowłosy, ze zmierzwioną, czarną brodą jaka nadawała mu wyglądu herszta banitów, śmiał się sarkastycznie do swoich kamratów. I tych z jakimi przybył z Hochlandu i z tymi jakich szefostwo najczęściej mu ostatnio przydzielało. Jakoś tak się utarło, że to właśnie hochlandzcy myśliwi szli jako szpica reszty regimentu. Tak był wczoraj i wcześniej. I tego zapewne Stefan spodziewał się i dzisiaj. W końcu wedle planu mieli być niedaleko miasta Wendorf do jakiego zmierzali od przeprawienia się przez Wolf w Ristedt. Wczoraj podobno prawie doszli więc i dziś powinno być blisko do tego miasta. Leżało mniej więcej w połowie drogi między Ristedt a Grunazkeren. Gdzie to ostatnie już miało mieć podjazdy wrogiej armii pod murami a kto wie? Może już nawet było oblężone? Nie wiadomo. A co się dzieje w Wendorf nie było w ogóle wiadomo. Ale wiadomo było, że przez nie, wiedzie najkrótsza droga do Grunazkeren. A na pomoc obrońcom tego miasta, zmierzał regiment von Falkenhorst.

                                        Tak naprawdę to w chaosie nocnej walki, oddział Kolesnikowa pszedł w rozsypkę. Jedni zbierali się zbyt wolno aby za nim podąrzyć, innych oddzielił tłum biegnących i walczących, zgubili się w labiryntem namiotow. Oślepiala ich nie tylko nocna ciemność ale kurz wzbity przez ten tłum i dym pożarów. Tak naprawdę to dopiero po walce zaczęli się powoli odnajdywać. A dopiero teraz rano, przy śniadaniu zebrała się większość z nich. I każdy z nich miał do opowiedzenia nieco inną historię.

                                        Duivel w pewnym momencie trafił na uciekających ludzi. Może milicjantów a może jakieś ciury obozowe. Widział jak na plecy jednego z nich skoczyła wilcza bestia powalając go na ziemię. Słyszał wrzask przerażonego człowieka zdjętego pierwotnym lękiem gdy kły i pazury zaczęły go rozszarpywać żywcem. Widział też jak na włócznik kopytnych właśnie miał wbić swoją broń w pierś jednego z obrońców gdy w jego włochatą pierś nagle wbił się bełt. Gdy elf odwrócił się, dojrzał kawałek dalej kobietę w siodle, w czerwonej brygantynie z kuszą w dłoni. Jednocześnie próbowała zapanować nad koniem samymi nogami a dłońmi przeładować swoją broń. Albo Petra von Falkenhorst była niesamowitym strzelcem, że ten strzał jej się udał, albo bogowie wojny jej w tym momencie sprzyjali.

                                        Tobias też swoje przeżył. Widział jak czerwony mag szyje swoje czary z uniesionymi wysko dłońmi, wykrzykuje coś rozkazująco i w efekcie wpakował grupę zwierzoludzie w bagno. Ale zaraz potem stamtąd poleciała włócznia jaka go trafiła i mistrz Drogor upadł z jękiem na ziemię. Chwilowo odzyskana nadzieja wśród ludzi znów się zachwiała. Widział jeszcze jak ktoś próbuje odciągnąć bezwładnego maga gdzieś w głąb obozu. A nieco później sam był świadkiem jak biegł ku niemu jakiś kopytny. Wrzeszczał dziko i szarżował z opuszczoną włócznią. Pierwszy strzał Tobiasa chybił a w okół nie było innych strzelców. Sięgnął do kołczana po drugą strzałe i zdawał sobie sprawę, że jeśli teraz chybi to przeciwnik pewnie go dopadnie. Ale wtedy stała się światłość. Nad jego głową. Jasne race oświetliły teren. tak samo jak niegdyś na Mglistych Bagnach. Łucznik zorientowal się, że biegnie ku niemu nie jeden a kilku zwierzoludzi. Ale zatrzymali się porażeni jaskrawym światłem jakie mieli prosto w ich zwierzęce ślepia. To dało okazję jemu i kilku przygodnym wojakom aby zebrać się do kontrataku. Kopytni wciąż oślepieni światłem nie stanowili zbyt wielkiego wyzwania i szybko albo zostali trafieni albo zrejterowali.

                                        Stefan w nocy miał okazję być świadkiem innego epizodu. Gdy pod koniec walk, kawalerzysta w płaszczu i wysokim kapeluszu, śmiało ruszył w pościg za uciekającymi zwierzoludzi. Widział jak zaraz po wjechaniu w pierwsze drzewa, zwala się nagle z siodła. Teraz rano słyszał różne wersje. Że Brurchald Munzel dostał z łuku lub włóczni, że wcale nie planował ruszać w pościg tylko koń go poniósł, że w ciemności nie zauważył gałęzi i dostał nią prosto w czerep. Wszystkie jednak były zgodne, że oberwał na sam koniec walki i dlatego teraz rano nie był na chodzie i nie wiadomo było czy przeżyje. Ale też widział jak wcześniej, grupie rejsterujących w głąb obozu wojaków, zajechała drogę kawalerzystka z rozwianymi włosami. Wykrzyczała coś rozkazująco. Nie był pewien czy przez moment oczy nie zabłysły jej dziwnym blaskiem. Większość żołnierzy zatrzymała się. A gdy im wskazała na linię walki, oni zakrzyknęli raz jeszcze i ruszyli z powrotem aby dołączyć do wciąż walczących towarzyszy.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • DekaresD Online
                                          DekaresD Online
                                          Dekares jako Dekares
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Dekares
                                          #188

                                          Ostlandczyk bardziej zwalił się na ziemię niż przysiadł przy gromadzącym oddział myśliwych ognisku, był całkowicie wyczerpany ostatnimi wydarzeniami, już sama walka poprzedniego dnia dała mu się nieźle we znaki a teraz ten cały burdel się na nich zwalił….
                                          Zaczął powoli, mechanicznie jeść z miski otrzymaną z kuchni porcję jedzenia składającą się głównie z kaszy i cebuli. Jednocześnie ospale rozglądając się po obozie. Liczba pojawiających się przy ognisku żołnierzy wcale go nie dziwiła, miał za sobą już kilka podobnych starć i wiedział że chaos i ciemność zawsze wyolbrzymiały poniesione straty w ludziach którzy tak jak tutaj w żadnym wypadku nie zginęli a po prostu oddzielili się od reszty w ogólnym rozgardiaszu. Zatrzymał się wzrokiem na Wieselach siedzących nieopodal i podobnie jak on próbujących choć chwilę odpocząć, cieszył się że udało mu się zadbać o to żeby przynajmniej dostali coś do jedzenia i spokojne miejsce do odpoczynku jakąś godzinę temu. Wczorajsza rana starszego z nich otworzyła się w walce i trzeba było na nowo go opatrzeć. Na szczęście nie była to aż tak poważna sprawa jak się obawiał w pierwszej chwili.

                                          - Żeby to samo można by powiedzieć o reszcie… - pomyślał mimowolnie wracając myślami do jatki jaką była opieka nad tymi którzy zostali ranieni w ataku. Pracował w zasadzie bez ustanku z resztą znających się choć trochę na medycynie. Już w trakcie ataku odciągnął i opatrzył ze dwóch rannych, po tym było tylko gorzej.
                                          Wiedział że jeszcze długo będą mu się śniły krzyki młodego chłopaka ze zmiażdżonym ramieniem którego dopiero niedawno udało się jako tako opatrzeć. W zasadzie pomoc rannym to był cały jego udział w nocnej walce poza tym udało mu się tylko chwilę bez większego efektu zetrzeć z jedną z włochatych bestii za nim Ci nie zaczęli uciekać. Chciał dojść do rannego łowcy czarownic żeby mu pomóc ale zobaczył, że jego właśni ludzie są już przy nim więc dał sobie spokój No i po tym strzelał jeszcze z łuku do drani którzy utknęli w magicznym bagnie ale to trudno było nazwać prawdziwą walką, rozstrzelał z innymi kilka bezradnych bestii i tyle . Z resztą kilku tych przerośniętych parszywców i tak nie chciało grzecznie zdechnąć, dostawali po kilka strzał i nadal próbowali się wyrwać z matni trzeba było zrobić z nich prawdziwe jeże żeby padli albo poczekać na ludzi Egera którzy swoimi arkebuzami w końcu ubijali zwierzoludzi.

                                          Znajome skomlenie wyrwało go na moment ze koszmarnych wspominek, to wierny Azur przytulił się do jego boku, zapewne wyczuwając ponury nastrój swojego pana i chcąc go pocieszyć.

                                          • Dobre psisko - powiedział miękko głaszcząc psa po głowie.
                                            W tym samym czasie usłyszał słowa sierżanta Kolesnikowa o tym żeby zjedli i przygotowali się do rychłego wymarszu. Słysząc to zaśmiał się się pod nosem myśląc o tym jak bardzo boli go głowa, jak bardzo chciałby się położyć i zasnąć.Jednocześnie wiedząc że za chwilę zbierze się z ziemi i przygotuje do wymarszu bo na swój własny absolutnie szalony sposób jednocześnie nienawidził i lubił tą cholerną robotę.
                                            Czując powołanie Prawdziwego Zwiadowcy zabrał się do spełnienia Najważniejszego Obowiązku każdego Zwiadowcy z krwi i kości i zaczął narzekać jak najgorsza jędza:
                                          • Tak Jest! W końcu ktoś musi poprowadzić resztę tego burde…-przerwał teatralnie rozglądając się po obozowisku które jeszcze w co niektórych miejscach nadal się tliło po nocnym pożarze i poprawił się - Przepraszam, Płonącego Burdelu przez las żeby się nie zgubili biedacy w drodze do wychodka w Wendorf - puścił porozumiewawcze oko do swojego imiennika żeby ten wiedział że chce tylko trochę rozbawić towarzystwo.
                                            Jednocześnie wstał z pieńka na którym siedział, bo wiedział że jeśli ma być niedługo gotowy do drogi to musi jeszcze ogarnąć swój zapewne stratowany dobytek i wrócić do doglądania rannych.

                                          Jego spojrzenie padło na Tobiasa i Duviela, nie był pewien czy to ze zmęczenia ich wcześniej nie zauważył czy dopiero pojawili się przy ognisku ale postawił natychmiast do nich podejść. Coraz bardziej lubił tą dwójkę, nawet pomimo wcześniejszych utarczek z elfem, cieszył się że wygląda na to że nic im się nie stało podczas nocnego ataku:
                                          -Jak się macie? Szczególnie Ty długouchy dekowniku, gdzie żeś się chował całą noc? Bo nie było Cię razem ze mną pod tym wozem - rzucił do nich figlarnym tonem połączonym z ciężkim ziewnięciem.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa