Bastion 2521 - Przez wojenne ostępy
-
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
Czas : 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
Warunki : ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, umi.wiatr; zimno (-5)Duivel rozglądał się głównie za odpowiednim rumakiem, jednak sam nie był pewny czy chce wydać dużą kwotę tylko na zwykłego konia, który w walce szybko ucieknie. Podchodził też do każdego sprzedawcy, który oferował łuki. Jako mistrz broni wiedział co nieco na temat tej broni dystansowej, a ponad to jako elf mógł rozpoznać elfi łuk. Jego starszy brat posiadał takowy, więc parę razy miał okazję wypróbować, ale sam nigdy nie posiadł wiedzy jak stworzyć takie dzieło. Pomyślał też, że może mógłby sobie dokupić drugi kołczan, aby sytuacja z brakiem strzał zdarzała się rzadziej. Z uwagą przyglądał się wszystkim łukom i grzecznie pytał o pochodzenie każdego z nich. Był gotów kupić jakiś, gdyby tylko stwierdził, że sam ma gorszy.
Przy okazji pomny wczorajszego wieczoru w karczmie, rozglądał się za dwójką osobników, którzy to zrobili scenę przy jednym ze stolików. Szczególnie rozglądał się za tym mniejszym, który albo coś załatwiał dla osiłka, albo po prostu pracował w tamtej gospodzie. Jego ciekawość nie dawała mu spokoju.Elf przechadzał się po tym targu więc dostrzegł pewne zamieszanie. W jego centrum był jakiś mężczyzna w ojcowskim wieku. Ubrany na kislevską modłę a i mówił w reikspiel z takim właśnie wschodnim akcentem.
- … i sami widzicie, w ostatniej koszuli uszłem z życiem. Musiałem sobie tym wyrąbać drogę. A w tym lesie to myślałem, że będzie już mój koniec. Dobrze, że zrobił się dzień i dym wyczułem to jakoś tutaj trafiłem. - opowiadał chętnym ten mężczyzna wskazując na ozdobny buzdygan wetknięty za szeroki pas. Broń całkiem popularną w Kislevie i wschodnich, imperialnych kresach. Wyglądało na to, że jechał tutaj i rozbili się na noc licząc, że rano czyli dzisiaj, dokończą podróż przyjeżdżając tuaj na targ. Ale w nocy napadły ich gobliny. Kupiec z trudem i dzięki boskiej opatrzoności dotarł nad ranem tutaj. Jednak nie miał pojęcia czy ktoś jeszcze ocalał z jego karawany.
Podszedł bliżej do człowieka z ozdobnym buzdyganem i rzucił do niego:
- Szanowny Panie! Zamieńmy słowo!- po czym podszedł do niego, aby nie musieć krzyczeć i kontynuował.
- Czemu nie poszedł Pan żeś do straży z tym? Szukasz pomocy, chcesz się zrewanżować? Jesteś kupcem nie wojakiem, może napastnicy ocalili część sprzętu... znaczy się Twoich towarzyszy. Gdzie to się stało? Tak w ogóle to jestem Duivel, a w oddziale mam tu takiego znajomego wuja, zdaje się, że z Twoich regionów. Oficer Gotthard Distler z Kisleva we własnej osobie, może znasz?- tu Elf skończył swoje małe dochodzenie.Ewidentnie był podekscytowany informacją o napadniętych kupcach. Tylko musi podzielić się tą informacją z Petrą. Popatrzył jeszcze raz mężczyznę i powiedział jakby w tajemnicy
- Chodź ze mną, przedstawię Cię Szefowej- mówiąc ostatnie słowo, zrobił duże oczy jakby chcąc wzbudzić u mężczyzny szacunek do Petry, jeszcze za nim ją spotka.
-
Tobias wstał z łóżka, podszedł do miski z wodą w której obmył twarz i dłonie. Wział łyka zwietrzałego piwa z wczoraj i spojrzał z dziewczynę śpiącą na łóżku. Podszedł i przykrył ją kocem, przygladajac się jeszcze raz jej krągłościom. Ubrał się i zszedł na dół na sniadanie.
Sala nie była przepełnona, wiekszość gości spała jeszcze ale i tak po sali roznosił się zapach smażonych jajek i miesiwa. Karczmarz na gest Tobiasa nalał kufel miodu i przyniósł do stolika przy którym usiadł zwiadowca. Jajecznicę poproszę - rzekł Tobias i wziął porządny łyk trunku.
Widok Krasnoluda, starego juz i dyszącego jak miechy w kuźni i wspierajacej się na jego ramieniu drobnej Panny - niechybnie będącą niewiastą drobnego ludu - niziołków - okrytą jedynie w wyblakły płaszcz, był na tyle niezwykły, że Tobias zawrócił ze schodów i usiadł ponownie za ławą - przyglądając się przybyszom niczym wół, patrzący na malowane wrota. Karczmarz patrzył na nowoprzybyłych spod krzaczastych brwi ale cierpliwe czyścił naczynia czekając aż cos zamówią. Tobias po dłuższej chwili - nie wiedząc dlaczego - zamowił 2 porcję jajecznicy ze skwarkami i trzy kufle miodu i dosiadł się do niezwykłej pary.- Wyglądacie mości krsnoludzie i Wy - mości panienko na wyczerpanych podróżą i głodnych. Mam nadzieję że moje towarzystwo nie bedzie dla Was krępujące, jestem Tobias Walder - mogę zapytać skąd przybywacie i co dokładnie Was spotkało?
-
Oryginalny tytuł: Tura 11 - 2521.04.25; mkt; popołudnie
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
Czas: 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; ziąb (0)Duivel
Poranek i pierwszą cześć dnia blondwłosy elf spędził chodząc pomiędzy straganami. Przez co buty i dół nogawek miał całkiem ubłocone w tym szaroburym błocie jakie zalegało na targu i ulicach naziemnej części miasta. Jak w południe jeszcze zaczęła padać mżawka co wypłoszyła tych mniej wytrwałych do domów i gospód to już całkiem zmoczyła wszystko i wszystkich co byli na zewnątrz. W końcu jednak i ona przeszła a szare do tej pory niebo zaczęło się przejaśniać i nawet słońce zaczęło pokazywać się pomiędzy tymi pierzastymi przesmykami. Zrobiło się pogodniej i jakby nieco weselej. Mieszkańcy miasta i przybysze spoza niego wrócili do straganów i na ulice ponownie je zaludniając.
Przy tym zwiedzaniu tutejszej oferty chłopów, rzemieślników i kupców Duivel nie znalazł broni wytworzonej przez przedstawicieli swojej rasy. Ale nie powinno go to dziwić. Breder do dużych miast nie należało a do tego chyba nie miało jakichś nadzwyczajnych związków z elfią rasą to i nie było się co dziwić, że nie mają elfickich towarów. Zresztą sam też coś nie spotkał żadnego swojego pobratymca w tym pstrokatym tłumie. Jakiś niziołek tu czy tam, nawet zauważalna ilość khazadów ale elfów to jak na lekarstwo.
Chociaż ze dwa czy trzy stoiska z łukami i osprzętem do nich znalazł. Ale nic nadzwyczajnego. Widocznie byli nastawieni na tutejszych myśliwych i może chłopskie milicje bo chociaż parę okazów mogło wzbudzać zaciekawienie to jednak na pewno nie wyszły one spod elfiej ręki.
Podobnie było z końmi. Koni było całkiem sporo. Większość to zwykłe chłopskie konie robocze do ciągnięcia pługa czy wozu. Całkiem zauważalna ilość wierzchowców czy koni bagażowych. O wiele skromniej było z rumakami używanymi przez rycerstwo i szlachtę. Były tak okazałe, piękne i dumne, że wielu przystawało aby chociaż popatrzeć, nacieszyć oko, dać coś do schrupania, pogłaskać a czasem pogadać o koniach. Ale niewielu było stać na nie. Zwłaszcza, że wojna wdarła się do sąsiedniego Ostlandu więc wiadomo było, że wojenne potrzeby będą pożerać także konie. Duivel może nie był ekspertem od handlu końmi ale jeździecka praktyka podpowiedziała mu, że ceny tych rumaków są chyba nieco droższe niż zwykle. Ale zwykle wojna z odwiecznym wrogiem nie stała u bram sąsiadów. Jasnym było, że teraz jest być może ostatni moment aby kupić w miarę na miejscu takiego bojowego wierzchowca. I miały one wzięcie chociaż kupowali je bogaci panowie szykujący się na wojnę. Albo jedna, niebieskowłosa bogata pani. Też szykująca się na wojnę. I chyba przedstawicielka górskiego margrafa zwracała na siebie uwagę bo na targu była tylko jedna młoda, bogata, nieznana kobieta a do tego kupowała te konie hurtem więc stała się niemałą sensacją wśród miejscowych. No i chodziła ze swoją mieszaną obstawą złożoną z górali, mieczników i halabardników co zapewniali bezpieczeństwo jej, jej kufrowi z monetami i zakupionym inwentarzem jaki odprowadzali na podwórze karczmy gdzie się zatrzymała milady von Falkenhorst. Ale uwagę elfa zwrócił w końcu ten ubrany na kislevicką modłę mężczyzna z buzdyganem.
- Aj co straż pomoże jak to się za miastem stało, w lesie jeszcze. - kupiec biadolił zrozpaczony nad swoją krzywdą. Akcent też sugerował, że chyba pochodzi z Kisleva lub wschodnich kresów Imperium. - Jestem zrujnowany, ledwo uszłem z życiem. O tam, w lesie nas napadli jak nocowaliśmy. - machnął w zdawałoby się losowy kierunek gdzie za ostatnimi straganami zaczynał się pradawny las.
I nieco chaotycznie bo wydawał się być zdruzgotany tym strasznym doświadczeniem streścił brodatemu elfowi i reszcie słuchaczy swoją tragedię. Nazywał się Simon i był kupcem handlującym winem i miodami. W Imperium kupował tutejsze sznapsy i piwa a potem wiózł je na wschód, do granicznego Petrogradu i Leszken a tam kupował słodkie miody i nalewki jakie woził z kolei do Imperium. Właśnie teraz jechał z taką trasą z imperialnymi baryłkami wypełnionymi płynnymi smakołykami gdy zatrzymali się na noc. Rano zamierzali pokonać ten ostatni kawałek i przyjechać tutaj, na dzień targowy ale nic z tego nie wyszło bo w nocy napadły ich te wrzeszczące, pokraczne gobliny! Całe mrowia! No i bronili się ile dali rady ale jednak chyba nie dali rady. Sam Simon w końcu zgubił się w sam w lesie w ogóle nie widząc gdzie się znajduje. Na szczęscie dobrzy bogowie pokierowali go we właściwą stronę i wreszcie wyszedł tutaj, w Breder.
- Ale tam wszystko zostało, moje wozy, mój wagon, baryłki, moi ludzie co tak dzielnie stawali, moi wspólnicy nawet nie wiem co się z nimi wszystkmi stało. Wszystko przez tą przeklętą, goblińską zarazę! - biadolił zrozpaczony nad własną tragedią. Ale nie tylko. Bo dla bezpieczeństwa utworzyli karawanę z kilku wozów należących do różnych kupców i tak planowali wspólnie przejechać na wschód. Ale nawet to nie pomogło, zwłaszcza, że napad był w nocy i w lesie.
Na propozycję Duivela Simon zgodził się pójść do Petry. Wydawało się, że jest tak zmęczony i przybity, że mu już wszystko jedno. Szefową zastali przy obiedzie więc gdy usłyszała wstęp zaprosiła ich obu do stołu i tu wysłuchała podobnej historii jaką złotowłosy i ciżba na targu usłyszeli niedawno na targu.
- A wiesz gdzie to jest? Ten wasz obóz? Trafisz tam? - zapytała go gdy jeszcze jedli. Kupiec też. Ciepły posiłek przydał mu sił bo nawet się ożywił gdy tak siadł w cieple i jadł coś ciepłego.
- Tak przez las to nie. Ze mnie żaden myśliwy. Dlatego się zgubiłem. Ale drogą to tak. Mogę zaprowadzić. Zresztą to proste, wystarczy wyjść tą drogą na południowy zachód i dzwon albo dwa i się dojdzie. Wczoraj nam właśnie zabrakło ten dzwon czy dwa aby dojechać tutaj dlatego nocą już nie chcieliśmy jechać przez las no więc rozbiliśmy obóz. Ale stąd to nie tak daleko. - wyjaśnił z całkiem rzeczowym spojrzeniem i tonem. Wydawało się, że wraz z ciepłem i posiłkiem wraca mu jasność myślenia.
- I mieliście wagony? - szefową zainteresował ten wątek bo sama szukała na targu krytego budą wozu zwanego popularnie wagonem ale na razie coś jej się chyba nie udało znaleźć czegoś odpowiedniego.
- Tak, nie wszystkie ale były. - Petra skinęła głową i zaczęła się targować. Była gotowa przegonić gobliny i w ogóle pomóc w niedoli ale w zamian chciała jeden wagon dla siebie. Kupiec protestował argumentując, że taki wagon jest wart o wiele więcej i to rozbój w biały dzień. - No to trudno. Ja potrzebuję wagon. Wy macie wagony. Możemy się dogadać. Ale jak nie to znajdź kogoś innego do ganiania się z goblinami. Chcę sam wagon, resztę możecie zatrzymać. - negocjacje trwały jeszcze dobrą chwilę. Ostatecznie kupiec zgodził się, że w zamian za pomoc odstąpi ze wspólnikami jeden wagon a von Falkenhorst, że dorzuci coś z kiesy swojego patrona aby kupcy nie żywili krzywdy i zawiści. Wtedy świeżo mianowana szlachcianka pokiwała swoją niebieską głową i spokojnie skończyła jeść swój obiad. Po czym wstała gestem wezwała do siebie Duiviela i Gretę.
- Słyszeliście. Pójdziecie z nim do tego ich obozu. Nie mogę dać wam wszystkich ludzi bo ktoś musi pilnować dobytku no i koni. Weźcie tych co się znają na lesie i tak dalej. I sprawdźcie. Co się da uratować z tego obozu to zbierajcie tutaj, do miasta a jak się nie da czy tych goblinów będzie za dużo to wracajcie. Chociaż nie zdziwię się, jeśli zrobiły napad w nocy i z nastaniem dnia zwiały. Ale może kto inny się tam przypałętać aby zgarnąć coś do siebie. Uwińcie się z tym jak najprędzej zanim tam wszystko rozkradną jak nie jedni to drudzy. - szefowa wydawała im ogólne polecenia. Wyszło na to, że do tego zadania nadawaliby się miecznicy Theiss bo halabardnicy to chyba mniej. Może nawet tych kuszników porucznika Ferro dałoby się namówić do współpracy. Co do tropicieli to oprócz Grety i Duviela szefowa też poleciła zebrać Stefana i Tobiasa. Bo zdaje się, że wyznawali się w tym leśnym rzemiośle.
Tobias
- Przybywamy z Middenheim. A co? Nie widać? - na pytanie Tobiasa pierwszy odpowiedział krasnolud. Ale ton był równie opryskliwy jak pierwsze, chmurne wrażenie jakie sprawiał. Jego okryta kocem towarzyszka na odwrót.
- Ależ Hagrinie. Przecież ten dobry człowiek tylko pyta. Pierwszy raz się widzimy. Skąd miałby to wiedzieć? - zwróciła się do towarzysza z miłą dla ucha, kobiecą łagodnością. Jej partner prychnął coś i pogrążył się w ponurych myślach. Więc ona przejęła pałeczkę rozmowy.
- Wybacz za mojego kolegę. Mieliśmy ciężką noc. Co ja mówię, “ciężką”! Straszną! Napadli nas w nocy. Całą chmarą. Te straszne gobliny. - tłumaczyła niziołka grzejąc dłonie od drewnianego kubka z parującą zawartością.
- Jakie tam straszne?! Zwykłe, żałosne, pokurcze! Pozabijałbym je wszystkie tuzinami! Tylko z tymi pokurczami to tak zawsze, że na jeden ubity tuzin złażą się dwa następne! - krasnolud chyba nie miał zamiar wtrącać się w tą rozmowę ale jak usłyszał od koleżanki o “strasznych goblinach” to gorąca krew znów uderzyła mu do głowy. A on zdzielił pięścią blat stołu aż wszystko podskoczyło. Widać było, że przemawia przez niego złość. Zmitygował się gdy zorientował się, że ten nagły wybuch chyba nieco przestraszył towarzyszkę bo znów zamilkł i zamknął się w sobie.
- No właśnie, oczywiscie masz rację Hagrinie ale wybacz, mnie się wydawały w nocy strasznie wielkie, groźne i straszne. Ale ja jestem tylko słabą, płochliwą niewiasta a nie takim dzielnym wojownikiem jak ty. - odparła niziołka znów kładąc mu swoją delikatną i pulchną dłoń na jego sękatej, spracowanej łapie. To pochlebstwo chyba dodatkowo uspokiło krasnoluda.
- W każdym razie kawalerze jesteśmy kupcami. Ja zajmuję się wyrobem garnków, patelni i kotłów wszelakich. Jestem Ludena Czerwona z klanu Czerwonych Kogutów. A to mój wspólnik, Hagrin Nolagrin. To najlepszy metalurg jakiego znam po tej stronie gór. - przedstawiła się i swojego towarzysza obdarzając go ciepłym uśmiechem.
- Jechaliśmy tutaj na targ i rozbiliśmy się na noc. Niedaleko. Ale do miasta przed zmrokiem nie zdążyliśmy. Więc obozwaliśmy ale w nocy napadły nas gobliny. Jak one wrzeszczały! Strasznie się bałam! Dobrze, że zdążyłam się schować i zamknąć w wagonie bo inaczej nie wiem co by było. A potem na szczęście trafiłam na Hagrina i on bohatersko mnie uratował. Cudem nam się udało wydostać z tej matni ale nasze wozy i cała reszta tam zostały. Nie wiem czy jeszcze ktoś się od nas uratował. Strasznie ciemno było w tym lesie ale trafiliśmy w końcu na drogę i po niej dotarliśmy tutaj. Już dzień był. Ale cały nasz majątek został tam w obozowisku na pastwę tych przeklętych goblinów. - Ludena bardzo przeżywała tą nocną napaść i wciąż wydawała się być przerażona na myśl o czymś tak strasznym. Hagrin zaś zachowywał ponure milczenie. Widać było, że na ramieniu ma założone świeże opatrunki.
Jeszcze chwilę rozmawiali przy stole gdy do środka karczmy weszła Greta. Rozejrzała się dookoła i jak jej spojrzenie spotkało się z Thobiasa dała mu znak aby do niej podszedł. Jak to zrobił zaczęła mówić szybko i cicho.
- Duivel przyprowadził jakiegoś kupca co go jakieś gobliny w nocy pod miastem napadły. Szefowa się z nim dogadała, że za wagon możemy im pomóc. Zbieraj się, idziemy tam. Jeszcze Duivel, Stefan i Theiss ze swoimi ludźmi. Może ktoś z tych tileańskich kuszników. - góralka o kasztanowym, krótkim warkoczu streściła mu polecenie szefowej gdy widocznie jednak jakieś zajęcie się dla nich znalazło w ten dzień targowy.
-
Tobias spojrzał na Gretę, na krasnoluda, później znów na Gretę. Szefowa podążyła za wzrokiem Tobiasa, ale zanim zdołała otworzyć usta, zwiadowca streścił historie dwojga nietypowych gości. - Krasnolud pali się do powrotu i walki z zielonoskórymi, może być przydatny.
Greta spojrzała mu głęboko w oczy - Dobra, dobra. Idź się przygotować a ja z nimi porozmawiam, może mają dodatkowe informacje. No już! Zabieraj się stąd!
Tobias miał swoje rzeczy pod ręką więc udał się do reszty oddziału, który przygotowywał się do nagłego wymarszu. Sprawdził stan łuku i cięci i uśmiechnął się ukontentowany. Kołczan zawierał 3/4 stanu początkowego.- powinno wystarczyć - pomyślał. Grupa już się zbierała. Ledwie dzień wcześniej przybyli tu po walce ze zwierzoludźmi a już za chwilę mieli ruszać i być może walczyć z goblinami. A hordy Chaosu w tym czasie zbierają się na ziemiach Imperium z zamiarem zmiecenia ludzi cywilizowanych z powierzchni ziemi.
-
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; główny rynek; targ i gospody
Czas : 2521.04.25; Marktag; wieczór - południe
Warunki : ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; ziąb (0)Duivel zwrócił się do Petry
- Szanowna szefowo, który że Stefanów ma iść z nami? Ją skromnie sugerował bym obu, chyba , że Kolesnikov no chce zostawić swojego oddziału. Miło by było gdyby nasza Nagini Światła przekonała kuszników do wyjścia z nami. Szubciej rozprawimy się z ewentualnym wrogiem i chyżej wrócimy, a jak mnie słuchy doszły to nasz kraj, znaczy się Ostland, jest plądrowany każdego dnia coraz bardziej...
. Zakończył elf swą przemowę jakby na końcu chciał zwrócić uwagę na główny cel armii, czyli walkę z Chaosem.
Odrzucił swoją tarczę na wóz ze wspólną bronią i zostawił drugi kołczan przypięty z boku. Pierwszy wciąż miał na plecach. Szable zostawił, tak na wszelki wypadek. Sprawdził czy ma miejsce na dodatkowe złoto gdyby znalazł nieco rozrzuconego przy napadniętej karawanie.
Tuż przed wyruszeniem zagadał jeszcze do Grety- Gdybym chciał przystąpić do Waszego oddziału to do kogo miałbym się zgłosić? Może nauczyła byś mnie strzelać podczas jazdy konno? Aaaa, no i czy każdy z Waszego oddziału dostaje swojego ojca?- uśmiechnął się do rozmówczyni bo liczył na to, że tym razem coś więcej się wypowie niż ostatnio
.
Następnie podszedł jeszcze do Magini Światła i zwrócił się do niej- Szanowna Pani, jeśli nie idziesz z nami to czy masz w swoim repertuarze jakiś czar, który pomógłby nam w tej wyprawie? Ochronny czy też wzmacniający albo jakieś błogosławieństwo?
-
Oryginalny tytuł: Tura 12 - 2521.04.25; mkt; zmierzch
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas: 2521.04.25; Marktag; popołudnie - zmierzch
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Wyprawa do obozu karawaniarzy
Petra zarządziła zbiórkę tam gdzie sama miała kwaterę. Ale nie czekała na ich finał widocznie pokładając zaufanie w swoich wojakach i oficerach. Po rozmowie z Duvielem i Simonem wyszła z gospody aby kontynuować zakupy prowiantu i zwierzyńca na potrzeby reszty regimentu. Zanim jednak wyszła odparła elfowi coś takiego.
- A jak chcesz toczyć wojnę bez koni, wozów, prowiantu i zapasów? Sam miecz czy łuk w dłoni nie wystarczy. I musimy tutaj kupić co się da bo nie wiem kiedy następnym razem trafi się taka okazja. I nie tylko dla nas co tu przyszli ale i dla reszty regimentu. - widocznie nie uważała aby lecieć w wir nowej kampanii wojennej na łapu capu miało sens. I wolała się zaopatrzyć tutaj, w sąsiedniej prowincji w co się da nim ruszą do boju. No i wreszcie działali na rzecz całego regimentu von Falkenhorst a nie tylko tego wydzielonego oddziału jaki przyjechał tu po zaopatrzenie.
Zaś co do obu Stefanów to Kolesnikowa zamierzała zatrzymać przy sobie. Wcześniej jedynie on bywał w tym mieście i jako przewodnik oraz pośrednik oddawał jej nieocenione przysługi świetnie nawigując pomiędzy różnymi kupcami. Dlatego chodziło jej o Jaegera jaki też mówił, że ma doświadczenie i wojskowe i leśne więc szefowej wydał sie w sam raz do takiej misji.
Potem gdy młoda von Falkenhorst wyszła wraz ze swoją świtą aby dalej zawierać transakcję na hurtową skalę to na miejscu została Theiss. Blondynka też miała rozproszonych ludzi po różnych karczmach albo i samym targu czy zaułkach miasta bo w końcu mieli mieć dzień wolny więc korzystali. Dlatego musiała posyłać kogo się udało złapać ze swoich mieczników aby ściągnął kogo się da. I tak pojedynczo, po dwóch, trzech stopniowo gromadzili się przy jednym ze stołów gospody.
Zaś Tobias po rozmowie z Gretą niewiele miał do zabrania więc zostało mu czekać aż wszyscy się zbiorą. Sama drużynniczka Gebirsjeager wysłuchała go uważnie zerkając na tą nietypową dwójkę poszkodowanych. - Może są z tej samej karawany co Duivel przyprowadził tego Kislevitę. - wyraziła swoje przypuszczenie. A potem do nich podeszła. I jak padło imię “Simon z Kisleva” to i krasnolud i niziołka bardzo się ożywili. “To on! On był z nami! Czyli jemu też się udało!” ucieszyli się oboje. Więc Greta ich poporisła aby poszli razem z Tobiasem tam gdzie Petra miała swoją kwaterę od wczorajszego zmierzchu.
Właśnie tam doszło do radosnego spotkania. Okazało się, że po tak chaotycznej, nocnej walcje i Hagrim z Ludeną byli przekonani, że tylko im się udało ujść z życiem jak i Simon podobnie. Teraz jak znów się spotkali to padli sobie wszyscy w ramiona i cieszyli się jak dzieci. Szybko zaczęli sobie opowiadać jak to im się udało przeżyć i zastanawiać się czy komuś jeszcze się udało. W końcu całą trójką dość zgodnie chcieli podziękować Petrze, że się za nimi ujęła. No ale, że ta już wyszła wcześniej to podziekowania spadły na tych jej podwładnych jacy akurat byli na miejscu.
- Ale ja to nie wiem czy z wami pójde. Tylko bym wam przeszkadzała. - Ludena Czerwona dostała od jakichś litościwych ludzi koszulę i spódnicę. Ale, że od ludzi więc się w nich topiła bo były za długie. Niemniej obrotna niziołka sprawnie podwinęła rękawy, w parę chwil pożyczyła od kogoś nitkę i igłę po czym podwinęła podobnie spódnicę aby się nie ciągnęła po ziemi i nie plątała pod nogami. Jednak widocznie obawiała się starcia z goblinami i chyba w ogóle nie była zbyt bojowo nastawiona. W przeciwieństwie do obu jej kolegów. Bo zarówno Hagrin jak i Simon pałali żądzą zemsty na goblinach. No i wciąż byli przy nadziei, że uda się odzyskać chociaż część majątku pozostawionego w obozie.
Ostatni przyszedł Stefan. Któryś z wojaków Theiss go powiadomił, że trafiła się jakaś niespodziewana za miasto i szefowa zgłosiła go na ochotnika w roli zwiadowcy. Na miejscu przekonał się, że faktycznie tak było i już się spora kupa luda szykowała na tą wyprawę.
Wcześniej miał dość zajęty ten pochmurny poranek. Wspólnie z Alezzią doglądali rannych swoich i tileańskich. Oczyścili rany i zmienili opatrunki na nowe. Następnie ten urzędnik z ratusza zaprowadził go do swojej żony. Rzeczywiście wyglądała na chorą. Pot obficie zrosił jej ciało i zlepił włosy. Brzydko kszalała i na słuch to coś jej siedziało w płucach. Od ręki niewiele mógł jej pomóc. Co najwyżej zostawić zioła i wytłumaczyć jak używać. Trzeba było zrobić z tego napar w misce a potem wdychać te opary. Tylko głowę trzeba było przykryć ręcznikiem czy czymś takim aby za szybko nie uciekały. Więcej tam pomóc nie mógł zwłaszcza jak nie zanosiło się, że zostaną w Breder na dłużej.
Wreszcie mógł pójść na targ. Nie miał zbyt wyszukanych wymagań i okazało się, że wszystko co sobie zaplanował kupić było do kupienia. Alkohol do robienia nalewek, worek soli do peklowania, mięso do zapeklowania albo dwukrotnie droższe ale już gotowe do drogi. Albo do wyboru żywy inwentarz. Były też choćby i kury do kupienia, i gęsi i kaczki. Tak, całkiem spory był ten targ w Breder, można było zrozumieć dlaczego jego imiennik tak go zachwalał i polecał. Nawet co jakiś czas widział tam i tu damę w niebieskiej sukni. Dzisiaj ich szefowa wyglądała zdecydowanie bardziej okazale niż wczoraj w skórzanych spodniach i stroju podróżnym gdy z traktu przyjechali do miasta. I widać było, że wszyscy handlarze wokół niej skaczą bo nie kupowała aż jednego konia czy krowy tylko masowo. Więc zrobiła się głównym rozgrywającym na dzisiejszym targu. Ale to jeszcze było wcześniej, przed obiadem. Jak sam się obkupił w co chciał i zaniósł do do karczmy w jakiej nocował to właśnie znalazł go wojak Theiss i poinformował o nowym zadaniu.
- Dobra to chyba wszyscy już są. Dłużej nie czkamy. Ruszamy. A wy prowadźcie do tego waszego obozu. - Theiss krytycznie spojrzała w niebo. Jeszcze było widno i było dobre kilka dzwonów do zmierzchu. Jednak południe minęło już jakiś czas temu i było już pewnie bliżej końca dnia niż środka.
Więc ruszyli. Mimo, że w tych improwizowanych warunkach i niejako z zaskoczenia blondłowsa sierżant zdołała zebrać gdzieś z połowę swoich ludzi. Za to na ochotnika zgłosiło się paru Tileańczyków.
- Wy pomogliście nam to teraz my pomożemy wam. - powiedział porucznik Ferro swoim łamanym reikspiel. Wraz z nim ruszyło paru innych, ci co wyszli z walk na bagnach bez wiekszego szwanku albo już doszli do siebie. Dziś wyglądali znacznie lepiej niż przy pierwszym spotkaniu. Chociaż jeszcze bardziej pstrokato bo swoje ubłocone ubrania oddali do prania i teraz paradowali w zapasowych albo tym co zdołali kupić na targu. Właściwie to ich status był mocno niepewny. Chyba siłą rozpędu doszli razem z oddziałami von Falkenhorst do Breder. Tu rozbili się po różnych karczmach gdzie się znalazło miejsce. I na razie tak to zostało. Nawet jeśli porucznik coś rozmawiał z Petrą to do zwykłych wojaków nic z tego nie skapło.
Po drodze był czas aby pogadać. Na czele szła trójka kupców skoro znali drogę. Trójka bo mimo obaw i wątpliwości Ludena jednak zdecydowała się dołączyć. Chyba zdecydowała niepewność co do losów swoich pracowników i majątku. Z nimi albo przed nimi szli zwiadowcy. A za nimi miecznicy i kusznicy. Nominalnie dowódcy nie wyznaczono ale wydawało się, że Theiss ma największy autorytet no i dowodziła największym oddziałem. Zresztą z duetem mówiących po reikspiel Tileańczyków rozmawiali sobie na całkiem przyjaznej stopie. Bo Greta która też dołączyła do wyprawy chociaż była zaufaną Petry to jednak nie miała cech przywódczych i raczej nadawała się na zwiadowcę. Zwłaszcza, że w tej wyprawie tylko ona była konno.
- Jakby ktoś chciał się do nas zgłosić to musiałby pogadać z Erykiem. On jest naszym dowódcą i wszystkich przyjmuje. - odparła elfowi na to co pytał wcześniej ale nie było za bardzo o tym kiedy pogadać. Dopiero teraz jak wyszli za miasto.
- I ja nie umiej strzelać konno. Więc cię nie nauczę. Nie walczymy konno. Kucy używamy tylko do jazdy, jak coś się dzieje to wtedy zsiadamy z koni. - wyjaśniła mu klepiąc po przyjacielsku grzbiet swojego kuca. Ten faktycznie nie wyglądał zbyt bojowo. A elf nie słyszał aby ktoś używał kucy w walcząc z ich grzbietu. Do tego używało się dorodnych rumaków specjalnie hodowanych i szkolonych do tego zadania a nie zwykłych kucy. Te za to były mniej wymagające i Gebirgsjaeger chwalili je sobie, że są w sam raz do jazdy po górskich bezdrożach. Dlatego Greta nie umiała strzelać z końskiego grzbietu.
- I jakiego ojca? O czym ty mówisz? - zdziwiła się jednak na to co ostatnie brodaty elf zapytał.
Za to świetlista magini nie była pewna czy może mu pomóc. Nie miała w swoim repertuarze czarów jakie by mogły podziałać na całą grupę. Na pojedyncze osoby też nie. Przynajmniej nie na tyle aby efekt utrzymał się dość długo. Parała się tą dziedziną świetlistej magii jaka przynosi natychmiastowe efekty i trudno jej coś zdziałać na odległość.
Stopniowo jednak zagłębiali się w pradawny las. Po ostatnich deszczach droga zmieniła się w grząskie błoto jakie z lubością wsysało nogi a niechętnie je wypuszczało. Szło się więc niezbyt lekko.
- To już niedaleko. To gdzieś tutaj było. - powiedział w końcu Hagrin. Theiss dała więc znać aby przestać palić i rozmawiać.
- To idźcie przodem i zobaczcie jak to wygląda. - krótkoostrzyżona blondynka dała znak zwiadowcom aby robili swoje. Ona i jej ludzie nie byli zbyt dyskretni a do tego dość liczni co mogłoby uprzedzić gobliny o ich nadejściu. Mała grupka myśliwych i tropicieli miała o wiele większe szanse aby się podkraść i rozeznać w terenie.
- To zbierajcie się i chodźcie. - rzekła cicho Greta sprawdzając jeszcze torbę i kołczan. Po tej krótkiej chwili ona, Stefan, Tobias i Duivel ruszyli do przodu. Zaś Theiss kazała ustawić się w dwa szeregi frontem do każdej strony drogi. A w środek szermierze wzięli kuszników aby ci mogli być chronieni przed bezpośrednim atakiem.
Zaś czwórka zwiadowców ruszyła przodem. Z początku wiele się nie zmieniło. Ot, leśny dukt rozmoknięty deszczem. Jednak pomni na słowa krasnoludzkiego metalurga szli ostrożnie jak przy podchodzeniu zwierzyny. Uszli tak już kawałek, że główna grupa zniknęła im z pola widzenia za którymś drzewem i zakrętem. Gdy dostrzegli coś nowego. Ślady. Dużo śladów.
~ Sporo ich było. ~ szepnęła Greta widząc te tropy na dnie lasu. Bo chociaż deszcze rozmył lub wręcz zmył większość z nich to było ich na tyle wiele, że część się uchowała. Mżawka padała niedawno, w samo południe to ślady musiały być wcześniejsze. Szli jeszcze ostrożniej i wolniej bo widocznie już byli blisko tego napadniętego nocą obozu. W pewnym momencie gdzieś między drzewami zaczęły im majaczyć nienaturalne regularne kształty zwiastujące stojące wozy. A jeszcze bliżej widzieli pierwsze ciała, porozrzucane graty i ślady pobojowiska. Na szczęście las zapewniał sporo kryjówek aby podejść jeszcze bliżej. Wreszcie zbliżyli się na tyle blisko aby uszłyszeć jakieś dźwięki zdradzające, że ktoś tam jeszcze jest i żyje. Chociaż na słuch to brzmiało raczej jak goblińskie życie. Wreszcie podeszli na tyle blisko aby objąć wzrokiem większość obozu.
Wozy stały w na rozjeżdżonym wśród drzew błotnistym placu jaki widocznie tradycyjnie stanowił miejsce postojowe. Z pół tuzina wozów z czego połowa to wagony a druga połowa kryta płótnem. Jestem z tych drugich leżał teraz przewalony na bok a jego zawartość rozsypała się luzem i tonęła w błocie. W ogóle chyba wszystkie wozy zostały solidnie splądrowane i ich towary jak i dobytek podróżnych leżała wybebeszona i zbrukana w tym błocie. Kilka trucheł koni leżało tam gdzie dopadły je ciosy lub strzały napastników. Ale na pobojowisku było mnóstwo ciał. W większości goblińskich ale niestety zdarzały się też i ludzkie ofiary nocnej napaści.
~ Dużo ich tu. Ale dużo ich jednak zabili. ~ szepnęła cicho Greta gdy tak przeglądała z kompanami to towarzystwo. No bo rzeczywiście jak na taki zaskakujący, nocny atak to tych goblinów obrońcy zdawali się kłaść pokotem całymi tuzinami, że tak tu teraz masowo zalegały. Co prawda nie wszystkie. Tam jakiś grzebał i wyrzucał coś z wozu czegoś szukająć. Tam ze dwa kłóciły się i wyzywały o coś skrzekliwymi głosami a kilka innych im podjudzało albo kibicowało. Jeszcze dalej któryś patroszył albo znęcał się nad truchłem konia. Łącznie widać było jakiś tuzin, może trochę więcej tych zielonoskórych jacy chyba do głowy sobie nie brali, że ktoś ich może właśnie podglądać.
~ Oh! Oni są pijani! ~ zorientowała się w pewnym momencie Greta. Zresztą jej towarzysze także gdy już mieli okazję aby któryś tam raz obrzucić pobojowisko spojrzeniem. Bo jak się przyjrzeli uważniej to okazało się, że to czy tamto goblińśkie “truchło” pochrapywało, przewaliło się na bok czy czknęło. A i u tych co byli jeszcze mniej więcej na nogach widać było w łapach jakieś butelki albo przystawiali się do szpuntu jakiejś beczułki. Przez to jednak nie było teraz pewności ile tych “trucheł” to rzeczywiście truchła a które tylko są kompletnie opitymi goblinami. Z tym tuzinem czy dwoma co były jako tako na nogach to chyba z udziałem ludzi Theiss można by sobie poradzić. Z drugiej strony jak te wszystkie “zwłoki” by ożyły z pijanego widu to mieliby zdecydowaną przewagę liczebną. O ile zdecydowałyby się walczyć bo gobliny z odwagi nie słynęły.
~ Miejcie tu na wszystko oko. Ja wracam pogadać z resztą. ~ szepnęła Gebirgsjaeger i powoli zaczęła się wycofywać aby powiadomić główną grupę jak się sprawy mają. Zdążyła już im zniknąć z oczu i w obozie dalej nic niezwykłego się nie działo. Pijane gobliny ucztowały swoje zwycięstwo na swój skrzekliwy, złośliwy sposób. Aż w pewnym momencie jeden z nich kołysząc się w pokraczny sposób potknął się o jakieś ciało. Wstał i ze złością odwrócił się i je kopnął. Wtem przestał i na jego wielkonosej twarzy pojawił się grymas zdziwienia. Ale wyszczerzył się złośliwie i jeszcze raz kopnął ciało. I jeszcze i jeszcze aż chyba sam się zdziwił jak ciało nagle zerwało się i rzuciło się do ucieczki. Ale w stosunku do trójki obserwatorów to w bok więc niezbyt dobrze widzieli kto to jest poza tym, że pewnie ktoś z napadniętych nocą ludzi. Z początku gobliny były zbyt zaskoczone takim obrotem sytuacji ale widok uciekającego w las człowieka pobudził je i kilka z nich rzuciło się z głośnym skrzekiem w ślad za zbiegiem. Reszta potraktowała to jak dobrą zabawe bo zaczeła złośliwe rechotać, szydzić i wyśmiewać ale chyba nie zamierzali dołączyć do pościgu. Tymczasem zbieg już rwał przez las a gobliński pościg został nieco w tyle ale skrzeczące kreatury nie odpuszczały. Zwłaszcza, że widać było, że w sylwetce uciekającego i jego kroku jest pewna nieregularność co zdradzało albo rany albo ból po tych kopnięciach.
-
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas : 2521.04.25; Marktag; popołudnie - zmierzch
Warunki : ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Miejsce zbiórki
Elf wysłuchał szefowej i zanim wyszła chciał jeszcze wyjaśnić pewne małe nieporozumienie, gdyż nie chciał być źle zrozumiany.
- Szanowna Petro, doskonale wiem po co tu jesteśmy, obawiam się jedynie aby nasza wyprawa po wóz kupców nie spowolniła nas w wymarszu do Ostlandu... - powiedział blondobrody i skłonił się lekko.
Podczas marszu
- Greto, oczywiście nie chodziło mi o ojca, ale czy każdy z Was dostaje własnego kuca.
Obóz kupców
Duivel patrzył jak uciekająca kobieta oddalała się od nich. Dzięki niej z obozu oddaliło się też sporo goblinów. Wszyscy oni biegli jakby byli nieco pijani, albo ranni. Elf przypatrzył się czy mają jakąś broń. Skupił się jednak na obserwacji obozu, chciał rozpoznać ilu wrogów jest na nogach. Cały czas się ukrywał między drzewami. Zdecydował się pójść do Theiss i jej mieczników oraz kuszników Ferro. Szepnął do towarzyszy, że udaje się do głównej grupy aby opowiedzieć o wydarzeniach po odejściu Grety i zrobić małą, krótką naradę.
Po niedługim czasie stał już przy krótkowłosej Nordlandce.- Droga Renate, część goblinów, zdaje się, że pięciu, pobiegła za jakąś kobietą. W obozie zostało ich teraz mniej niż dziesięciu na moje oko. Możemy teraz wysłać kuszników aby ostrzelali razem z nami zwiadowcami tych goblinów które zostały przy obozie, a następnie niech miecznicy ruszą na nich. Możemy też spróbować ich odstraszyć np. strzelając do nich...- mówił Duivel cichym i spokojnym głosem, tak aby nie narobić zbędnego hałasu.
-
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas: 2521.04.25; Marktag; popołudnie - zmierzch
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Droga do pobojowiska
Stefan wyrwał do przodu maszerującej grupy aby zrównać się z idącymi tam kupcami, po czym zagadnął do nich:
- Przepraszam że przeszkadzam ale chciałem z Szanownymi Państwem porozmawiać o tym co nas czeka, czy możecie powiedzieć ile mniej więcej może na nas czekać tych zielonoskórych? Jak byli uzbrojeni? Widzieliście jakiegoś ich wodza może?
Trójka kupców i wspólników popatrzyła po sobie pytająco. Każde z nich wydawało się inne. Chropowaty krasnoludzki metalurg, ciepła, pulchna niziołka i ubrany po kislevsku handlarz win.
- Wiela. I noc była to niewiela było widać. Wrzasku i biegania pełno. Nie było okazji im się przyglądać i liczyć. - odparł Simon w imieniu całej trójki. Pozostali potwierdzili jego słowa kiwając głowami. Im też widocznie nocna napaść i chaos walki nie pozwolił na rolę obserwatora. *
Stefan podziękował kupcom za ich zdawkową odpowiedź i wrócił do swojego miejsca w grupie i zaczął… bawić się podczas marszu z Azurem aby zagłuszyć coraz silniejsze obawy jakie Stefan odczuwał względem swojego udziału w ekspedycji biorąc pod uwagę jego wcześniejszą porażkę.
Obóz kupców
Widząc uciekająca z obozu kobietę Stefan wiedział od razu że muszą jej jakoś pomóc, tym bardziej zmroziła go sugestia elfa żeby wracać do reszty na jakąś naradę:- Duivelu ta kobieta potrzebuje naszej pomocy, liczę na to że mi pomożecie - rzucił szeptem do pozostałych po czym nie oglądając się na nich ruszył przeciąć drogę ścigających, z łukiem gotowym do strzału i Azurem i nogi. Zatrzymując się tylko na sekundę żeby pociągnąć nogą po poszyciu leśnym aby zostawić jak jak największy ślad wskazujący w którą stronę poszedł.
-
Polowanie na gobliny często przypominało polowanie na lisy. Masa psów hałasująca, zmuszająca do panicznej ucieczki w określonym kierunku - gdzie czekały już oddziały której wręcz masakrowały złośliwe istoty. Inaczej było kiedy gobliny były albo czujne albo miały przewagę liczebną - a najczęściej miały. Wtedy mała grupa przekradała się do ich obozowiska, robiła hałas i uciekała w kierunku własnych - przygotowanych- sił. I zmasowany atak łuczników i kuszników łamał pierwszy szereg goblinów, często i drugi licząc na złamanie także morale pozostałych. Z reguły się udawała ta sztuka. Śmierć herszta bandy istotnie to ułatwia. Najgroźniejszą istotą w zielonoskórej bandzie był bez wątpienia szaman. Jeśli takowy był należało zgładzić go w pierwszej kolejności, inaczej był w stanie samodzielnie zabić tuzin łowców jednym zaklęciem.
Tobias obserwował pole bitwy - szukał goblina w charakterystycznym stroju shamana - obwieszonego amuletami z kości i skóry. Albo co najmniej herszta.
W końcu dostrzegł goblina leżącego w trawie ubranego barwniej od pozostałych.
Niestety Tobias nie mógł ustalić kim dokładnie jest i czy w ogóle żyje, może tylko śpi pijany.
Widok powstającej osoby - najwyraźniej żywej - i jej ucieczka w las wybiła Tobiasa z rozważań. Sugestia elfa o powrocie do oddziału Tobias skwitował tylko kwaśną miną. Bezpieczeństwo własne nad życie towarzyszy, przyjaciół. Znał to uczucie, ukłuło go boleśnie, obiecał sobie że nie popełni błędu z nie tak dalekiej przeszłości.
Leć do szefowej Duivelu - niech atakują jak najszybciej.
Tobias przechwycił wzrok Stefana, skinął mu znacząco głową, jednocześnie wyjmując kilka strzał- Uratujmy kapłankę .
Puścili się w pościg za goblinami. -
Oryginalny tytuł: Tura 13 - 2521.04.25; mkt; zmierzch
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas: 2521.04.25; Marktag; zmierzch
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Wyprawa do obozu karawaniarzy
- Co za potwory! Wypiły moje wino! Jestem zrujnowany! - Simon załkał po raz kolejny. Właśnie podniósł kolejny antałek tylko po to aby się przekonać, że też jest pusty. Gobliny zresztą dobrały się i splądrowały wszystkie wozy. Zachowując się przy tym jak dzikie małpy i jakby za punkt honoru sobie stawiając aby wszystko zapaskudzić, połamać i rozwalić. Dwójka pozostałych kupców też nie miała zbyt szczęśliwej miny. Ludena ze smutnym wzrokiem chodziła i podnosiła z ziemi kolejną miskę, patelnię czy garnek jakie napastnicy porozrzucali po okolicy w jakimś dzikim szale. Na niekótrych były ślady ich noży, żebów i pazurów. A jeden czy dwóch próbowali użyć garnków jak hełmów a przynajmniej znaleziono je na głowie.
- Szkodniki. Same szkodniki. Dawno mówiłem, że trzeba się raz zebrać do kupy i wszystkich ich wybić co do nogi. Spokój będzie. - Hagrin złorzeczył na gobliny. Jako, że był metalurgiem to miał na swoim wozie sporo wyrobów i połsurowców metalowych. Teraz widział skrzynie rozsypanych w trawie gwoździ, płaty metalu podobnie i ogólny chaos w swoim wozie i wokół niego.
- Trzeba to będzie wszystko pozbierać. Uporządkować. - wybąkała Ludena a jako dobrotliwa i wrażliwa kobieta wydawała się być przygnębiona i bliska płaczu na widok tego spustoszenia jakie gobliny tu uczyniły.
Gobliny bowiem udało się rozbić i przepędzić. Zmasowany atak oddziałów Theiss wspartych jedną salwą kuszników Ferro skutecznie opanował teren obozu. Tileańczycy zdążyli tylko raz strzelić bo potem gobliny przy obozie już czmychały w las. Co prawda goblińskie wrzaski i ludzkie krzyki z pościgu za uciekającą kobietą rozbudziły większość zielonoskórych napastników. Bo gdy nadeszła Theiss z odsieczą to ci już byli na nogach. Skrzeczeli, wrzeszczeli do siebie, chwiali się i podskakiwali. Ale coś nie mogli się zdecydować na jakieś konkretne postępowanie. Więc jak Ferro dał rozkaz do salwy a krótkowłosa blondynka do ataku swoim miecznikom to gobliny właściwie nie stawiały oporu. Rzuciły się do koślawej ucieczki w las. Tylko te parę sztuk co byli zbyt pijani aby się sprawnie poruszać albo w ogóle się nie obudziło padło ofiarą mściwych mieczy i sztyletów. Oraz buzdyganu Simona i topora Hagrima. Spora część jednak uciekła w las.
A to, że w obozie coś się zaczęło dziać to Theiss, Ferro i Greta zorientowali się jeszcze zanim Duivel do nich przyszedł. Bo jak wrócił na drogę i już ich widział to też słyszał jakieś zduszone przez leśne odległości okrzyki i wrzaski. Chociaż na głównej drodze nie wiedziano co tam się dzieje w obozie i co je spowodowało. Gdy sierżant mieczników to usłyszała nie wahała się ani chwili.
- Damy radę! Ruszać się, za mną! - powiedziała gromko na swoich ludzi. I ci zwinęli dwuszereg i ruszyli raźnym tempem w stronę obozu. A tam właśnie zastali to zamieszanie jakie pomogli rozwinąć goblinom na swoją korzyść. Do prawdziwej walki więc właściwie nie doszło a obóz został opanowany.
Nieco inaczej sprawy się miały podczas pościgu za kobietą ściganą przez gobliny. Ona chyba była ranna czy chora bo widać było pewną niezgrabność w jej ruchach. Ale i gobliny też chwiały się i potykały bardziej niż zwykle. A samą pogoń zdawały się traktować jak niezłą zabawę. Jednak mimo to zauważyły, że ktoś ruszył ich śladem. A Stefan z Tobiasem musieli się sporo nabiegać zanim dogonili ten nieco chwiejący się wyścig. Nie byli pijani ani zmęczeni co by ich opóźniało ale jednak już na samym początku tego pościgu ta pierwsza grupa miała sporą przewagę.
Podczas biegu łuku nie dało się właściwie użyć. Trzeba by zatrzymać się, wycelować i strzelić. I to tam do przodu, pomiędzy drzewa i krzaki do ruchomego i oddalającego się celu. A potem znów trzeba by nadganiać to co się straciło na zatrzymanie się. Strzał zaś nie byłby taki łatwy a wynik ewentualnego trafienia niepewny. Szybko się okazało, że plan Stefana aby przeciąć drogę goblinom odcinając ich od uciekinierki nie ma zbyt wielkich szans powodzenia. Musiałby dogonić pierwszego goblina, drugiego i tak aż do pierwszego. A potem się zatrzymać i ich zablokować. Z boku to byłoby jeszcze trudniejsze bo raz, że kątem oka tak jak on mógłby ich widzieć tak oni jego. A po drugie musiałby jeszcze mieć czas aby odbić w bok tak aby przeciąć im kierunek pościgu. Gdy obie strony były w ruchu to robiło się właściwie nierealne. Pozostawało po prostu biec za nimi bez większej finezji i spróbować dopaść po kolei. O ile bowiem na początku pościgu to gobliny stanowiły dość zwartą grupkę to im dłużej pościg trwał tym bardziej się ona rozproszyła. Jednak nie na tyle aby było co liczyć, że pozostałe nie dostrzegą starcia z jednym z nich za swoimi plecami.
W końcu Azur nie zdzierżył gorączki myśliwskiej i zaczął ujadać zwracając na siebie uwagę goblinów. Ci odwrócili się i dostrzegli także dwóch ludzi co ich ścigali. Podniosły wrzask. I zrejterowały dając dyla w las. Zdyszany Thobias jeszcze zdołał posłać za nimi strzałę czy dwie i nawet trafił któregoś w plecy ale to był koniec tego ganianego starcia z goblinami. W końcu obaj mieli okazję podejść do kobiety jaka też się zatrzymała. I w pierwszej chwili powitanie było kiepskie bo cała trójka ostro robiła bokami po tym biegu próbując złapać oddech.

https://i.imgur.com/HslZxL0.jpg
- Bardzo wam dziękuję. Już myślałam, że po mnie i złapią mnie te straszne gobliny. - powiedziała dziewczyna próbując uśmiechnąć się do swoich obu wybawców. Jak się wszystko uspokoiło można było wracać do obozu. A tam zastali już główną grupę która zdołała opanować rozpiżony obóz i przegnać lub wybić gobliny.
Uratowana dziewczyna nazywała się siostra Guendalina. Ale pozwalała sobie mówić “siostra Guen”. Siostra była nowicjuszką Rhyii i wiozła ważne listy od swoich przełożonych do Breder i Lenkster. Dlatego przyłączyła się do tej karawany kupców. Dla bezpieczeńśtwa. I to się sprawdzało aż do ostatniej nocy gdy napadła ich ta zgraja goblinów. Sama dziewczyna dostała w głowę i ją zemdliło. Jak się obudziła to wszędzie już panowały gobliny no i był dzień a nie noc. To dalej leżała udając nieżywą. Aż któraś z tych niezdar przypadkiem ją kopnęła i to w ten zraniony bok co wywołało jej orzyk boleści. A co dalej się działo to już trójka zwiadowców widziała na własne oczy.
Teraz też trójka ocalałych kupców ucieszyła się na widok młodej kapłanki. Simon się wzruszył, że objął ją na kislevską modłę a Guen nazywała go “wujaszkiem”. Ludena nie kryła radości i zaczęła cieszyć się z ocelenia młodziutkiej “dziewczynki” jak ją pieszczotliwie nazywała i biadolić nad jej ciężkim losem. Jedynie Hagrin okazał powściągliwość i zdawkowo rzucił coś, że dobrze się znów widzieć kiwając jej głową. Ale potem trójka kupców zaczęła obchód pobojowiska swoich wozów i obozów. Sprawdzali czy ktoś nie przeżył i czy kogoś nie brakuje. Paru osób nie było więc mieli nadzieję, że może im też udało się zwiać w nocnym zamieszaniu. I próbować pozbierać ten swój porozrzucany i uwalany majątek.
- Ale jeszcze z jeden dzwon dnia będzie. W sam raz aby wrócić do miasta. - odezwała się Theiss wymownie spoglądając w niebo. Rzeczywiście dzień się już kończył. Biorąc pod uwagę jak wiele im zajął marsz tutaj to akurat było w sam raz aby zacząć odwrót i zdążyć do miasta tuż przed nadejściem zmroku.
- Ale jak to odejść? I jak? Zostawić to wszystko? Pomiłujcie pani kochana, zostańcie z nami na noc. Rano pozbieramy co trzeba i wrócimy z wami do miasta. Teraz to sami widzicie jak to wszystko wygląda. Tylko na zmarnowanie tu zostanie. - Simon słysząc to poprosił dowódcę mieczników aby jednak zgodziła się pozostać tu na noc. Światła dnia faktycznie było już zbyt mało aby liczyć, że uda się przed zmierzchem uporządkować obóz i wozy. Zabrać lub pochować zabitych podczas nocnego napadu. Faktycznie by to pewnie parę dzownów na to trzeba było albo i z pół dnia. A teraz to najwyżej można by było po prostu zostawić to wszystko i wrócić do miasta. Było zrozumiałe, że kupcom to nie w smak ale Theiss niekoniecznie. Co było widać po jej minie.
- Szefowa mówiła, że jutro to ona jest umówiona z kupcami konie i wozy oglądać to jutro i tak nie będziemy wracać do Lenkster. - odezwała się Greta aby pomóc głównodowodzącej w podjęciu decyzji. Zdawała się współczuć poszkodowanym i żal jej było zostawiać ich tu samych. Zresztą wcześniej Duviel też coś podobnego usłyszał od szlachcianki w niebieskiej sukni. Jako najpoważniejszy kupiec na targu mogła dyktować warunki a i handlarze nie byli gotowi, że dzisiaj się zjawi ktoś kto będzie kupował na taką skalę. Więc umówili się, że resztę inwentarza i dobytku jakim von Falkenhorst była zainteresowana przywiozą do miasta jutro. Dlatego Petra nie obawiała się, że “wyprawa po wagon” jak to nazwała może opóźnić ich powrót do Lenkster. Chociaż chyba spodziewała się, że wrócą dzisiaj a nie jutro.
- No. Pani oficer to przemyśli. A tu coś dla lepszego myślenia. - Simon jowialnie podał kubek z jakimś płynem jaki nalał z ocalałej baryłki. Blondynka spróbowała i skinęła głową z uznaniem na znak, że jej posmakowało.
- Spieszyliśmy się i nie braliśmy prowiantu. A tu jak byśmy mieli zostać to dzisiaj kolacja i jutro śniadanie by się przydały. - rzuciła sierżant mieczników w stronę kupców.
- Jedzenie się znajdzie! Te pokraki nie zdążyły zapaskudzić wszystkiego. Tylko bym potrzebowała pomocy aby na tyle osób coś ugotować. - zawołała chętnie niziołka obdarzając wszystkich ciepłym, życzliwym spojrzeniem godnym swego ludu gdy chodziło o sprawy kuchni i jedzenia. Theiss wahała się jeszcze chwilę ale w końcu zdecydowała.
- Dobra to zostaniemy. Ale do obiadu. Obiad już chcę jeść w Breder. - rzuciła do trójki kupców wywołując ich wdzęcznie uśmiechy i zapewnienia. Potem wezwała do siebie Gretę. Kazała jej wracać do miasta i zawiadomić szefową co się wydarzyło i, że zostają tu na noc. Góralka pokiwała głową i ruszyła po swojego kuca.
W sprawie kucy Gebirgsjaeger wyjaśniła Duivelowi jak to jest. Otóż właścicielem wszystkich kucy jest margraf bo to nawet teraz wszystko kupowane za jego karliki. Ponieważ górskich oddziałów jest więcej niż kucy to zwykle dosiadają ich ci co akurat jadą na patrol albo trasę. Większość kucy jakie mieli do tej pory to właśnie ruszyli wraz z Petrą i Inez do Lenkster. I dlatego też margrafowi a na miejscu jego wysłanniczkom tak zależało aby kupić jak największy tabun. Zwłaszcza, że na wojnie zużycie koni wszelakich jest o wiele większe niż gdy wojny nie ma. Więc żaden z górali nie ma swojego kuca. Te są przydzielane do w zależności od potrzeb i zadania. Chociaż najczęściej na takim zadaniu ona czy jej koledzy jadą na tym samym wierzchowcu co może postronnym sprawiać wrażenie, że należą do nich.
- Póki jeszcze coś widać to spróbujcie rozejrzeć się za końmi. Kilka te porkaki zarżnęły ale reszta musiała zwiać. Może gdzieś się tu kręcą. Jak znajdziecie jakiegoś to dobrze, jak nie to wracajcie zanim się ściemni. - Theiss wiedząc już, że zostaną tu na noc wezwała do siebie trójkę zwiadowców i dała im kolejne polecenie. Rzeczywiście przy tej końcówce pochmurnego i dżdżystego dnia była jeszcze okazja coś zdziałać zanim zacznie naprawdę zmierzchać.
-
Duivel gdy zobaczył Stefana i Tobiasa wracających z młodą kobietą podszedł do nich
- Panowie, raz już jednego musieliśmy wyciągać z bagien wraz z Kolesnikovem, teraz zaalarmowaliście cały obóz. Dobrze, że te gobliny były z tych bardziej płochliwych. Gdybyśmy zaatakowali wioskę tych śmierdzieli jak jeszcze spali, to może byśmy nawet złapali kilka goblinów, a te z pogoni i tak pewnie by wróciły albo uciekły słysząc co tu się wyprawia. No, ale dobrze, tym razem uratowaliście totalnie nieznajomą opuszczając towarzyszy broni... - popatrzył na kapłankę i zwrócił się do niej wciąż będąc uśmiechniętym
- uratowało Cię dwóch mężnych wojaków z Górskiej Marchii Falkenhorst, pewnie już zdołaliście się nieco poznać ukłonił się i odszedł od grupki..
Elf raczej nie był skory do mieszania się w sprawy, które kompletnie go nie obchodziły. Oczywiście cieszył się, że dziewczyna przeżyła bo nie wyglądała na pomiot Chaosu, ale podobnie by się cieszył gdyby na jej miejscu był jeleń i to on zostałby uratowany.Duivel wysłuchał rozmowy Grety, Theiss i kupców. Gdy jedna z koleżanek udawała się po swojego kuca, brodaty elf podszedł do niej, gdyż ta miała mu opowiedzieć w końcu o zwyczajach panujących wśród żołnierzy z Gebirgsjaeger. Odprowadził ją, podziękował za wyczerpujące wyjaśnienia i lekkim skinięciem głowy pożegnał i życzył bezpiecznej drogi. Natychmiast wrócił do środka obozowiska, a obecnie raczej pobojowiska, gdyż Theiss zwołała do siebie trójkę zwiadowców. Po wysłuchaniu rozkazów elficki łowca znalazł zwrokiem kapłankę i podszedł aby chwilę porozmawiać. Spytał jak się znalazła wśród kupców, gdzie zmierza i jakie ma plany na dalszą podróż. Gdy siostra Guen skończyła streściła ostatnie wydarzenia z jej życia, Duivel popatrzył jej głęboko w oczy, uśmiechnął się szeroko pokazując swoje uzębienie i zwrócił się do niej
- Widzisz jak świetnie się składa! Jutro na obiad udajemy się do Breder, będziesz mogła załatwić swoje sprawunki, a kolejnego dnia cała wyprawa wyrusza do Lenkster aby połączyć się z resztą armii. Po prostu trzymaj się nas młoda damo- lekko skinął głową jak to miał w zwyczaju rozmawiając z kobietami. Szczególnie z pięknymi kobietami.
Mundo-naru już wcześniej zaplanował propozycję dołączenia do wyprawy, gdyż kapłanka zawsze jest mile widziana w szeregach armii. Szczególnie gdy posiada się tylko jednego maga i niewiele osób potrafiących zająć się rannymi. Zbieg okoliczności jeszcze chciał, że Guen udaje się do Lenkster, także propozycja zdaję się nie do odrzucenia.
Duivel chodził wokół obozu bacznie obserwując wszelkie ślady na ziemi. Zabrał ze sobą swój łuk i oba kołczany, ale tym razem odstawił szablę i wziął zamiast tego trochę paszy dla konia aby zachęcić go do powrotu. Zataczał coraz większe kręgi aby wychwycić końskie ślady, najlepiej takie które obok nie miały śladów krwi. Ranny koń raczej nie przydałby mu się, a zresztą leśne zwierzęta też czasem zasługują na łatwy łup. Nawet jeśli nie ma tu w pobliżu niedźwiedzi czy wilków, to ostatecznie znajdą się jacyś miłośnicy truchła. W końcu natknął się na obiecujący trop. Znalazł odciski należące łacznie do trzech koni i około siedmiu goblinów. Rozejrzał się szybko po okolicy, gdyż już odszedł kawałek od obozu. Było bezpiecznie na pierwszy rzut oka, więc prędko ruszył po śladach. Nie minęł nawet pacierz, a doszedł do konia, ale już od kilku chwil widział ślady krwi na poszyciu leśnym. Niestety w ciele nieszczęsnego zwierza wciąż tkwiły prowizoryczne dwie włócznie, a z jego szyi wylała się rzeka krwi, gdyż łeb mu odcięto/odrąbano (bardzo niezdarnie). W głębi duszy pomodlił się do elfich Bogów aby potraktowały tego konia jak leśne zwierzę. Szedł dalej i na szczęście po krwi nie było już śladu. Jedne ślady ewidentnie należały do jakiegoś konia wierzchowego, gdyż po stylu biegu widać było, że był szybszy. Drugi zapewne juczny bądź nawet pociągowy. Ślady w pewnym momencie się rozdzieliły. Łowca stanął wytężył swój wzrok i słuch bacznie obserwując okolicę. Odnalazł go! Duży, masywny koń stał sobie przy niewielkiej leśnej sadzawce, pił wodę i machał intensywnie ogonem odganiając się od prawdopodobnie różnych owadów. Duivel spokojnie podszedł do niego wyciągając paszę, którą zapakował w worek na sznurku (znalazł go w obozie na ziemi między zakrwawionymi szatami, a popękanym dyszlem od fury). Koń nie nadawał się do jazdy, także czekała ich ciut dłuższa droga powrotna niż początkowo zakładał, a było już prawie ciemno. Elf dał zwierzęciu jeść, na początek z ręki, a gdy ten załapał (a zrobił to od razu), przełożył mu worek przez głowę, tak aby koń mógł jeść podczas podróży. Na szczęcie krok łowcy był szybki więc wrócili do obozu w dobrym czasie. Choć było już bardzo ciemno, znalazwszy Theiss powiedział do niej, że gdzieś tam trochę dalej niż on zaszedł, powinien być jeszcze jeden koń, szybszy i na pewno wierzchowy. Jednak już po zmroku nie chciałby iść sam (mimo widzenia w ciemności), gdyż licho nie śpi. Może rano się po niego udać, ale to może być już za późno dla tamtego konia.
Duivel dosiadł się do reszty przy ognisku. Nie było go przez przynajmniej jeden dzwon, także jedzenie już było gotowe, a Ludena wciąż jeszcze szykowała kolejne porcje, tak aby każdy miał co do ust włożyć. Jako, że łowca był na krótkiej indywidualnej wyprawie, dostał swoją porcję królika od razu gdy usiadł przy sporym palenisku. Potrawa była idealnie zrobiona i elf poczuł się przez chwilę jak w domu. Podczas posiłku odpłynął w myślach. Słyszał strzelające drwa z ogniska, pohukiwanie sowy w oddali, a także rozmowy i śmiech swoich towarzyszy. Po posiłku poprosił o napój z baryłki jaki wcześniej podano oficer Theiss. Następnie oddał się rozmowom o wszystkim i o niczym z resztą wyprawy....
-
Stefan przystanął przy uciekinierce starając się złapać oddech i obserwować otoczenie w poszukiwaniu zagrożeń, choć to było dość trudnę biorąc pod uwagę wielką urodę dziewczyny zachęcającą do bezwstydnego gapienia się na nią. Ostlandczyk postarał się zdusić w sobie to słabość po czym przemówił do kobiety uspokajającym głosem:
Spokojnie Pani, nie pozwolimy żeby te potwory zrobiły Ci krzywdę, Czy jesteś ranna? Możesz iść?
Upewniwszy się, że gobliny uciekły Stefan zaoferował dziewczynie pomocną dłoń w marszu do obozu i potrzebną pomoc medyczną.
Idąc W stronę pobojowiska Stefan spojrzał z nieukrywaną sympatią na Waldera i szepnął do niego:
Dziękuje, że poszedłeś ze mną Tobiasie - Stefan chciał powiedzieć znacznie więcej ale nie był to czas ani miejsce na wylewność.
Docierając do obozu Stefan poczuł ulgę widząc że ich siły odniosły zwycięstwo, Stefan niemal instynktownie zaczął rozglądać się po towarzyszach broni czy ktoś nie potrzebuje pomoc medycznej. To zainteresowanie innymi skupiło jego uwagę na tyle że nie zauważył zbliżającego się Duivela i jego bezczelna tyrada zaskoczyła go tym bardziej. Słuchał z absolutnym niedowierzaniem niewiarygodnie bezczelnego elfa który miał czelność oskarżać ich o porzucenie towarzyszy.
Stefan nie wiedział jak ale udało mu się wbrew wszystkiemu opanować i pomimo ogarniającej go furii zachować pozorny spokój do tego stopnia że po za tym że pobladł to jego zdenerwowanie okazywało się tylko drgającym nerwowo kącikiem ust. Zmierzając do obozu zastanawiał się jak ma postąpić z Duivelem po tym jak ten uciekł przed walką. W końcu był mu dłużny za uratowanie życia, słowa elfa dały mu proste rozwiązanie tej sprawy, choć nie takie na jakie liczył . Kiedyelf skończył mówić do kapłanki Stefan odpowiedział:
Drogi Duivelu nie obawiaj się, nie mamy w żadnym wypadku zamiaru porzucać kogokolwiek z naszych towarzyszy - przemówił Prawie, że przyjaznym, lekkim tonem - Mieliśmy w końcu dzisiaj pokaz tego że to ktoś “inny” niż ja i Tobias całkiem sprawnie porzuca towarzysz w obliczu wroga i wieje na tyły… - Stefan pozwolił wadze wypowiedzianych przez niego słów wybrzmieć po czym dodał lodowatym tonem:- Pomogłeś mnie uratować na bagnach i bynajmniej o tym nie zapomniałem… dlatego nie skończyłeś dzisiaj ze strzałą w plecach, ale następnym razem nie liczyłbym na taką pobłażliwość.
Po tych słowach spoglądał przez chwilę na elfa surowym wzrokiem po czym zwrócił się do kapłanki, zupełnie już lekkim tonem.
Choćmy Siostro jak sądze czekają tam na nas osoby które się bardzo ucieszą na Pani widok.
Słysząc rozkazy Theiss Stefan od razu podszedł do niej i uprzejmie poprosił o głos:
Przepraszam Pani sierżant ale pozwolę sobie zasugerować że jeśli mamy tutaj zostać na noc aby uratować te wozy to sugerowałbym, żę powinniśmy poprosić Panią Gręte aby poprosiła nasza dowódczynie o przysłanie koni do wozów rankiem. Może nam się udać znaleźć jakieś konie , ale to hazard i na pewno nie będzie ich dość. Kupujemy sporo koni, niech zaczną zarabiać na siebie jak najszybciej.
Po rozmowie z Theiss Stefan udał się z Azurem na poszukiwanie zaginionych koni , dzięki świetnemu węchowi psa stosunkowo szybko znalazł w gęstwinie przestraszoną ale w pełni zdrowa klacz z którą wrócił do obozu gdzie zajął się pomaganiem innym w zajmowaniem się zabitymi(w tym sprawdzaniu czy wszystkie gobliny na pewna sa martwe, porządkowaniu rzeczy, szykowaniu posiłków i przygotowywania się do obrony na noc. Nie omieszkał także starać się pomagać uratowanej kapłance i poznać ją jak najlepiej:
Mam nadzieje że listy które Siostra wiezie nie zostały rozszarpane przez zielonoskórych? Szkoda by było tyle podróżować na nic - zagadnął kapłankę przyjaźnie przy ognisku.Nie omieszkał także zbliżyć się do Tobiasa z uśmiechem na twarzy i kubkiem zmajstrowanego trunku dla Waldera oraz porcją wody dla siebie:
Twoje zdrowie Tobiasie, zdrowie towarzyszy na których można liczyć w walce! -
Tobias posłał dwie strzały w kierunku uciekających goblinów i był niemal pewien że przynajmniej raz trafił zielonoskórego pokurcza. Dziewczyna zwalniała, zmęczona i najwyraźniej ranna. Kiedy cała trójka zdała sobie sprawę, że po goblinach nie ma już śladu, zatrzymali się dysząc ciężko. Tobias spojrzał na czerwoną ze zmęczenia twarz i osłupiał. Była tak podobna do jego siostry, do tego była w wieku jakim byłaby teraz Arienne gdyby żyła. Gdy wraz ze Stefanem - już po przywitaniu się - wracali ostrożnie do swych towarzyszy, którzy najwyraźniej rozprawili się z goblinami - bowiem odgłosy walki już przycichły - zerkał na nią z ukradkiem z niedowierzaniem. Kiedy przyłapała go dwa razy na tym, że się w nią wpatruje, zarumieniła się lekko, być może mylnie uznając że Tobias poczuł do niej afekt.
Nie mógł przestać na nią zerkać, kiedy na ziemię sprowadził go Duivel i Tobias niemal przecierał oczy (i uszy) ze zdziwienia słuchając o 'porzuceniu towarzyszy by ratować nieznajomą niewiastę' najwyraźniej będąc niezadowolonym z podjęcia tej decyzji. I to jeszcze mówił to przy tej niewiaście. Tobiasa po prostu zatkało.
- Jeżeli czyjeś życie ryzykowaliśmy ze Stefanem - to tylko Nasze własne - zdołał tylko wykrztusić z siebie Tobias.
Po odejściu elfa, obaj ze Stefanem spojrzeli po sobie, najwyraźniej mając takie samo zdanie o zaistniałej właśnie sytuacji. Choć Tobias uważał, że Stefan trochę przesadził z tą strzałą w plecach.
Dopiero po chwili Tobias rozejrzał się po pobojowisku. Żołnierze z którymi nie tak dawno ramie w ramie walczył ze zwierzoludzmi, wyglądali na zadowolonych z Siebie - I słusznie! - pomyślał Tobias klepiąc z uznaniem po ramieniu jednego z żołnierzy Theiss. Ten rozpoznając Tobiasa przyjął z zadowoleniem ten gest pochwały, skinął ku kapłance i rzekł do Tobiasa - Ja to chyba w złej formacji służę - powinienem zostać - jak Wy - zwiadowcą. Takie ładne sztuki znajdujecie po lasach.
Tobias pozdrowił pozostałych żołnierzy zadowolony z roboty jaką wykonali. Nie był do końca zadowolony z decyzji o pozostaniu na noc, ale przyjął ją i zaczął rozglądać się za drewnem na opał. Miał zamiar wykorzystać wieczór na rozmowę z młodą akolitką a myśląc o niej nie mógł zapomniej o ukochanej siostrze.Ślady zaprowadziły Tobiasa jednego ze spłoszonych koni. Krępy, ciemnokasztanowy wałach stał między drzewami skubiąc trawę, zupełnie nie zważając na zbliżającego się zwiadowcę. Pozwolił do siebie podejść i z zadowoleniem przyjął drapanie otwartą dłonią po czole - aż przymknął oczy z zadowolenia. Tobias chwycił za uzdę i zaczął iść w kierunku obozu. Z przerażeniem spojrzał na tylną nogę konia, mylnie w pierwszej chwili biorąc to co widział za ranną bądź złamaną nogę. Urwana w łokciu ręka goblina nadal zamykała się na nodze wałacha.
- Już cię od niej uwalniam, spokojnie
Tobias siedział obok Guendaline, kiedy podszedł do nich Stefan z dwoma kubkami, podając mu jeden z nich i rzekł - Twoje zdrowie Tobiasie, zdrowie towarzyszy na których można liczyć w walce! . Tobias pokiwał z aprobata głową, po czym rzekł spokojnie do niego.
-Dzięki, bracie!
A kiedy gdzieś tam zobaczył sylwetkę Duviela dodał:
Nie oceniaj Duivela zbyt surowo Stefanie. I nie oczekuj od niego ludzkich odruchów. Jest Elfem - nie posiada ich. -
Oryginalny tytuł: Tura 14 - 2521.04.26; bkt; wieczór - południe
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; karczma “Kozi łeb”; główna sala
Czas: 2521.04.26; Backertag; południe
Warunki: ciepło, gwar rozmów, sucho, jasno; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.sil.wiatr; chłodno (0)Wszyscy
- O. Tam jest. - jak to zwykle bywa zaraz po wejściu do karczmy dobrze było się zatrzymać i rozejrzeć kto jest w środku i w ogóle jak wygląda sytuacja. Tak też było jak krótkowłosa Theiss weszła do “Koziego łba” jaki szefowa obrała sobie od przedwczoraj na kwaterę. Więc siłą rzeczą tutaj biło serce grupy zaopatrzeniowej tworzonego mieszanego regimentu górskiego margrafa. Wojownicza blondynka z mieczem u pasa zatrzymała razem ze swoimi towarzyszami i rozejrzała się. Ale pod jedną ze ścian wypatrzyli znajome twarze i sylwetki. Więc razem z sierżant mieczników skierowali się w tamtą stronę. Szefowa zaś chociaż zwykle była całkiem bystrooka w pierwszej chwili ich nie zauważyła, że się zbliżają bo absorbowało ją co innego.
- Ja nie wiem jak one chodzą w tych długich sukniach. Jak Inez z tym sobie radzi? Przecież to byle co i się wszystko brudzi. - gderała zirytowana, zadzierając nieco swoją długą, niebieską suknię w jakiej wczoraj chodziła po targu szukając zaopatrzenia dla ich regimentu. A dziś widać było tego ślady. Chodzenie po błocie zostawiło zwłaszcza dół sukni w ciemnobrązowych zaciekach jakich nie dało się tak łatwo oczyścić. Co prawda można było oddać suknię do prania ale podwładni Petry nie byli pewni ile ona takich eleganckich kreacji zabrała ze sobą w drogę bo właściwie wczoraj pierwszy raz widzieli ją w sukni. Wreszcie wyglądala jak szlachcianka. A nie jak zwykle gdy chodziła w skórzanych spodniach i kubraku bo wtedy łatwo można było ją wziąć za jakąś najemniczkę czy kogoś w tym rodzaju. Mogła jeszcze oddać suknię do prania ale wtedy musiałaby albo ubrać nową albo swój podróżny zestaw.
- Mam to gdzieś. Idę ubrać spodnie. W sukni i tak słabo jeździ się konno. - zdecydowała w końcu z zauważalną dozą irytacji na te wymogi względem błękitnokrwistych dam do jakich powinna się stosować. Alezzia co siedziała obok przyjęła to z oszczędnym uśmiechem starając się ukryć swoje rozbawienie.
- Tak, konno lepiej spodnie założyć. Zresztą wczoraj i tak już pewnie wszyscy poznali cię jako wielką panią co nie przyjechała po jakiś koszyk jabłek. - powiedziała magister jakby chcąc osłodzić te ubraniowe rozterki młodej szlachcianki. Wtedy jednak Petra podniosła głowę i zorientowała się, że wróciła Theiss i jej grupa.
- O jesteście. Wyglądacie jak zmokłe kury. Głodni jesteście? - odezwała się szybko taksując pstrokatą grupkę jaka towarzyszyła sierżant mieczników. Ale zaprosiła ich do stołu i przywołała kelnerkę aby przyniosła dodatkowe porcje. Bo ona sama i jej towarzysze to chyba właśnie skończyli swój obiad.
Zaś nie tylko Theiss była zmarznięta i przemoczona. Pogoda od wczoraj raczej nie uległa poprawie. I tylko wczoraj wieczorem było względnie pogodnie chociaż czuło się chłodną wilgoć w powietrzu. Gdzieś o północy się rozpadało więc jak się obozowało w lesie to nie było zbyt przyjemnie. Zwłaszcza, że chyba sama Theiss nie spodziewała się nocować poza miastem. Ale na szczęście z pomocą krytych wozów i kupców jacy udostępnili także jakieś brezenty i koce dało się to jakoś przetrwać. Druga połowa nocy była po prostu wietrzna i wilgotna ale już nie padało. Nad ranem nawet się rozpogodziło ale wiatr jaki bez trudu zamiatał całkiem grubymi gałęziami nie osłabł więc było zimno, dżdżysto i błotniście. W takich warunkach jedli śniadanie. A potem jak pomagali kupcom porządkować obóz to znów zaczęło mżyć. Może nie tak mocno jak w nocy ale ta wiosenna słota byla dokuczliwa. Zmoczyła i wychłodziła ich mocno i nawet to, że jak wracali już do miasta to przestało w końcu padać było niewielkim pocieszeniem. Zresztą pogoda mocno przydusiła dobre humory z wczorajszego zwycięstwa nad goblinami. Dziś zarówno Theiss jak i jej wojacy byli od rana dość marudni i chcieli jak najszybciej wrócić do miasta, ogrzać się, wysuszyć i zdjąć coś ciepłego. Tobias też czuł, że go niewidzialne palce ugniatają w skroniach i nasadzie nosa jak zapowiedź jakiegoś przeziębienia. Ale i Stefan czy Duivel też nie wstali zbyt wypoczęci chociaż do tej pory jakoś to rozchodzili przez tą pierwszą połowę dnia. Nie było więc dziwne, że zaproszenie do stołu i obiadu, w suchej i ciepłej izbie większość bardzo się ucieszyła z gościnności szefowej.

https://i.imgur.com/j6SQHzV.jpg
- No i jak? Sprawdziły się koniki? - zapytała zaciekawiona. Nie było dziwne, że o to pytała. Wczoraj widocznie Greta przekazała propozycję Stefana szefowej gdy wracała do miasta z wieściami, że grupa Theiss zostanie w obozie na noc i wrócą jutro. Ale ani Stefan, ani pozostali nie wiedzieli jak von Falkenhorst potraktuje tą prośbę. Dopiero dziś rano jak drogą nadjechała Greta na czele pół tuzina świeżo kupionych koni było wiadomo. W końcu wczoraj jeszcze nie wiedzieli czy w ogóle uda się odnaleźć jakieś konie a nawet jeśli to w jakim by były w stanie. Ostatecznie tuż przed zapadnięciem wczesnej, wiosennej nocy trzech zwiadowców wróciło na raty i z różnych kierunków prowadząc tego czy owego konia. Ale w tym momencie to konna góralka już pewnie była w Breder.
Powrót z końmi bardzo ucieszył trójkę kupców. Zwłaszcza jak rozpoznali swoje. Może oprócz Hargima, ten miał pecha także i w tej sprawie. Dlatego Simon i Ludena obiecali mu, że może wziąć do swojego wozu tego trzeciego.
Właściwie wieczorem to humory raczej dopisywały. Odnieśli zwycięstwo nad goblinami, przegonili je precz, niektóre dopadli i ukatrupili odzyskując panowanie nad obozem. Ku uciesze napadniętych kupców. No może nie do końca się cieszyli. Zwłaszcza Kislevita i krasnolud nie ukrywali utyskiwań na swój podły los i wielką stratę jaką odnieśli. Lulenda też ale ją angażowało gotowanie dla tylu osób więc było jej mniej widać i słychać. Theiss oddelegowało dwóch wojaków do pomocy. Wszyscy zaś cieszyli się na wieść, że udało się uratować służkę bożą. Do tego całkiem ładną i młodą. Jak jeszcze Simon machnął ręką i wytoczył jedną ze swoich ocalałych baryłek to zrobiło się całkiem wesoło. Chociaż Kislevita pospołu zdawali się markotnieć i smutnieć z każdym kolejnym kufelkiem ale reszty to raczej nie dotyczyło.
Nawet wieczór jakby na przekór właśnie zakończonemu dniu okazał się pogodny chociaż chłodny. Wcale się nie zapowiadało na regularny deszcz jaki spadł krótko po północy. W tym wieczornym towarzystwie dominowali mężczyźni więc trójka kobiet w naturalny sposób rzucała się w oczy i koncentrowała na sobie uwagę.
Lulenda zdawała się być ucieleśnieniem stereoptypów o swojej rasie. Jak już skończyła gotować i usiadła na pieńku czy kamieniu to okazała się wesoła, bezpośrednia i skora do żartów. Dla wojaków wydawała się być po trochu dobrą cioteczką co o nich dba a trochę młodszą siostrą która jest taka kochana, że aż chce się nią opiekować.
Theiss też dała się poznać na dwójnasób. Z jednej strony była w tej grupie najstarsza stopniem więc zastępowała Petrę w roli szefowej co w naturalny sposób skałaniało resztę do okazania respektu i pewnego dystansu. Ale też wydawała się być swojską, żołnierską duszą jaka je, pije i śpiewa sprośne piosenki razem z resztą swoich wojaków. Chociaż jednak ostatecznie nie zdradzała tendencji do zbytniej fraternizacji ani i nikt z jej wojaków na to się nie poważył. Ale jako kompan do uczty czy pijatyki wydawała się w sam raz.
Najwięcej zaciekawienia chyba jednak budziła siostra Guendalina. Po części zapewne dlatego, że była dla reszty grupy Petry nowa. Ale zapewne niebagatelny wpływ miała też jej uroda, młodość, życzliwość no i status służki bożej. Ona sama siedziała spokojnie i była oszczędna w ruchach i śmiechach. Stefan miał okazję sprawdzić dlaczego. Miała potężny siniak na żebrach i w ogóle wyglądała jak ofiara pobicia. Co zresztą miało miejsce ostatniej nocy. Tyle, że jej szczęście w nieszczęściu polegało na tym, że straciła przytomność i legła bez ruchu. A jak się ocuciła miała na tyle trzeźwości umysłu aby dalej udawać nieżywą. Miała nadzieję, że gobliny się w końcu wszystkie upiją albo odejdą albo doczeka zmroku i spóbuje się wymknąć. Wszystko to szlag trafił gdy jeden z nich niechcący potknął się o nią i to tak nieszczęśliwie, że kopnął ją w ten zraniony bok przez co krzyknęła z bólu. Widząc, że już i tak ją odkryto zerwała się i rzuciła w las. Ale po nocy i dniu leżenia nieruchomo ciało miała zesztywniałe i odwykłe od ruchu a do tego rany od pobicia ją spowalniały.
- Już myślałam, że mnie te pokraki dopadną. Ale niespodziewanie usłyszałam ujadanie psa za sobą. Jak się przestraszyłam! Myślałam, że to te gobliny skądeś wzięły jakiegoś psa. Bo wcześniej u nich żadnego nie widziałam ani nie słyszałam. Dopiero jak one zaczęły wrzeszczeć i uciekać to się zorientowałam, że to coś nie tak. I jak się zatrzymałam aby sie odwrócić to zobaczyłam tych dwóch zacnych kawalerów. - nowicjuszka Rhyi wskazała na swoich dwóch wybawców obdarzając ich ciepłym i życzliwym uśmiechem jakiego zapewne w tym momencie nie jeden z wojaków im pozazdrościł.
Na jakieś flirty i amory siostra Guen niezbyt miała ochotę. Podziękowała za ratunek i kolację ale poszła do wozu “cioteczki” jak nazywała Lulendy jako jedna z pierwszych od ogniska. Była obolała od nocnej napaści i leżenia potem przez większość dnia nieruchomo na gołej ziemi drżąc z chłodu i obaw aby te goblińskie pokraki jej nie odnalazły jako żywą. Chciała ogrzać się i odespać to wszystko. Spała tak mocno, że rano nie pokazała się przy śniadaniu i niziołka wyjaśniła, że śpi jak zabita i nie chciała jej budzić. Dopiero kołysanie wozu w drodze do Breder wybudziło dziewczynę. Ale tylko wyjrzała przez kozła na drogę a, że mżyło i ogólnie było nieprzyjemnie to znów schowała się pod olejakową budę.
A jeszcze wieczorem Theiss wysłuchała propozycji Stefana co do umocnień obozu ale większość z nich uznała za zbyt niepraktyczną jak na czas i siły jakimi dysponowali. Zgodziła się tylko na zapalenie wokół obozu kilku ognisk. Te jednak pogasły podczas nocnego deszczu bo z trudem dało się utrzymać to jedno przy jakim tkwiło dwóch pechowców z jej oddziału jacy akurat mieli wartę. Sama blondwłosa sierżant zaś nie robiła żadnych wyrzutów żadnemu z trójki zwiadoców za ich zachowanie na tym rozpoznaniu obozu na jakie poszli. A nie sprawiała wrażenia takiej co by z tym czekała gdyby miała do któregoś z nich jakieś pretensje albo chciała jakieś wyjaśnienia.
- A pułapki jak chcecie to zastawiajcie. Ale gdzieś dalej abyśmy idąc za potrzebą sami się w nie nie wpakowali. - skomentowała jeszcze pomysł z zastawianiem sideł i wnyków. Więc im nie zabroniła ale jej ludzie na tym się nie wyznawali, z kupców też nikt się nie zgłaszał do tej roboty jak jeszcze i sam Stefan przyznawał, że nie jest to jego mocna strona to właściwie zostało zapytać o to dwóch pozostałych zwiadoców.
W każdym razie rano okazało się, że gobliny nie próbowały żadnej nocnej akcji odwetowej. I po śniadaniu można było próbować odzyskać z obozowiska co się da. Theiss w zamian za kolejne dwie baryłki Simona zagoniła swoich ludzi do pomocy. Trzeba było pozbierać dobytek z powrotem na wozy. Tylko tego przewalonego nie dali rady postawić na koła. Dopiero potem, jak Greta z kolegami przypędzili te parę koni. To je zaprzęgli do lin i udało się z głuchym gruchnięciem postawić ten wywrócony wóz. A, że to wszystko było w błocie a potem jeszcze mżawce to była to ciężka, brudna, zimna i niewdzięczna praca. Udało się jednak wykonać wczorajszy wieczorny plan czyli wrócić razem do Breder mniej więcej na obiad. Już w naziemnej części miasta Theiss rozpuściła swoich wojaków z powrotem do karczm dając im wolne a sama z czwórką uratowańców poszła do “Kozła” gdzie urzędowała szefowa. A ta właśnie była ciekawa jak to poszło z tymi końmi, obiecanym wozem no i cała resztą.
- Ja się przebiorę w coś normalnego i jadę do sąsiedniej wioski. Tam ponoć mają ciekawe wozy i konie i paszę. Może coś się z tego wybierze. Ale nie wiem czy zdążę wrócić na noc to może dopiero jutro. Na jutro też jeszcze jestem umówiona więc nie wracamy do Lenkster. Najprędzej pojutrze. Ale bądźcie w pogotowiu bo sami widzicie jakie hece się tu zdarzają. Nie było was to nie wiem czy słyszeliście. Ale podobno najeźdźcy podeszli już pod Wolfenburg. Nie wiadomo jak wielu i czy na pewno ale tak mówią. Więc musimy się tu obkupić w co się da bo w Ostlandzie lepiej nie będzie. - obwieściła im akurat jak kelnerki zaczęły znosić parujący, zamówiony obiad. Ona sama życzyła im jeszcze smacznego po czym wstała i odeszła od stołu kierując się ku schodom na piętro gdzie miała swój wynajęty pokój.
Mecha 14
Pogodoodporność (ODP): wszyscy
Surwiwal +10: Tobias, Stefan, Duivel
wędrowiec +10: Tobias
zimno -5: wszyscyTobias 40 + 10 + 10 - 5 = 55; rzut: https://orokos.com/roll/989207 56; 55-56=-1 > remis = 0 nie jest lekko ale ostatecznie może być
Stefan 40 + 10 - 5 = 45; rzut: https://orokos.com/roll/989208 28; 45-28=+17 > ma.suk = jakoś to będzie 0
Duivel 35 + 10 - 5 = 40; rzut: https://orokos.com/roll/989209 24; 40-24=+16 > ma.suk = jakoś to będzie 0
-
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas : 2521.04.25; Backertag; ranek
Warunki : ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Duivel z samego rana podszedł do wozu gdzie spała młoda kapłanka. Miał zamiar ją nieco podleczyć, aby szybciej odzyskała siły. Jako, że ciągle spała, po chwili krzątania się i krótkiej pogadance z Lulendą, elf wyszedł nie wiedząc czy udało mu się choć trochę poprawić stan Guendaliny. Następnie sprawdził czy wciąż widać ślady po których wczoraj poszedł w głąb lasu w poszukiwaniu koni. Niestety deszcz padający prawie całą noc, pokrzyżował plan łatwego pozyskania kolejnego konia. Nie miałby problemu w trafieniu do miejsca gdzie ślady po dwóch koniach rozdzielały się na dwie osobne ścieżki, ale dalej byłoby już obecnie trudno o znalezienie ogara. Z braku jakiegoś sensownego zajęcia dołączył do wojaków Theiss porządkujących obóz. Spytał też każdego kupca o towary którymi handlują. Gdy tamci odbywali pogawędkę obok wozu Lulendy, zaczepił ich
- Słuchajcie, nie oczekuję oczywiście jakiś nagród, ale Simon doskonale wie, kto zaprowadził go do Petry. Jedyne co to liczę na jakieś zniżki na towary które macie. Ewentualnie, jeśli macie jakieś znajomości w Breder, to przydałby mi się jakiś ponadprzeciętny łuk. Jeszcze lepiej byłoby posiadać rumaka, ale z wielkiej wyprzedaży oczywiście. Oczywiście nie liczę na nic, ale twierdzę, że zawsze lepiej spytać. Tak samo jakby Simon nie opowiadał swej historii, to raczej nikt by nie uratował tych zapasów - łucznik ukłonił się, a na twarzy wciąż widniał lekki uśmiech. Chwilę jeszcze z nimi postał i podziękował za kolację i śniadanie sporządzoną z ich zapasów.
W końcu mogli ruszyć w drogę powrotną, a elf wsiadł na jeden z wozów, żeby zachować jak najwięcej zdrowia podczas podróży powrotnej w deszczu.
Miejsce : pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; karczma “Kozi łeb”; główna sala
Czas : 2521.04.26; Backertag; południe
Warunki : ciepło, gwar rozmów, sucho, jasno; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.sil.wiatr; chłodno (0)Elf ucieszył się na propozycję Petry aby zasiedli do stołu i zjedli coś ciepłego. Na obiad trzeba było jeszcze chwilę poczekać, także po zapytaniu szefowej o konie, łucznik odczekał aż ktoś odpowie i następnie podszedł do von Falkenhorst i poprosił ją na słówko. Stanęli na chwilę bliżej schodów, tak aby nikt inny ich nie słyszał.
- Droga szefowo- zaczął elf jak zwykle, ale po tych słowach uśmiech na jego twarzy zniknął
- Dopiero co, razem z Kolesnikovem, uratowałem życie Stefanowi. Tym razem zostaliśmy wysłani na zwiady właśnie ze Stefanem i Tobiasem. Nagle jedna dziewka z obozu zaczęła uciekać, ale pobiegło za nią kilku goblinów, dzięki czemu zyskaliśmy przewagę nad grupą która została w obozie. Poinformowałem chłopaków, że biegnę do Renate aby szybko zdać jej relację i żebyśmy szybko przejęli obóz. No, a Stefan oznajmił, że biegnie ratować tamtą dziewkę. Z tym, że podczas ich misji ratunkowej zaalarmowali gobliny pozsotające w wiosce, umożliwiając im przegrupowanie. Mieliśmy szczęście, że były pijane i wyjątkowo bojaźliwe, bo tamte z pogoni za Guendoliną, uciekły mimo przewagi liczebnej. W każdym razie do sedna. Gdy skrytykowałem Jaegera za pochopną reakcję, ten zagroził mi strzałą w plecy. Nie znam ludzkich standardów, ale nie pomyślałbym, że osoba której ratuje się życie, może zagrozić wybawcy haniebną śmiercią. Chcę poinformować, że jeśli ten podły człowiek wykona jeszcze jakieś pogróżki w moją stronę to wyzwę go na pojedynek, albo po prostu zareaguje od razu jeśli będzie trzeba.- Duivel ewidentnie nie był zadowolony z sytuacji w jakiej się znalazł, ale gdy tylko skończył ten temat, uśmiech mu wrócił na twarz
- Tobias zachował się fair, pobiegł za towarzyszem w gorącej wodzie kąpanym. A i zapomniałbym, ale ta cała Guendalina jest kapłanką i wybiera się do Lenkster z jakimś poselstwem czy listem. Myślę, że można spróbować ją zwerbować, przyda się ktoś taki przy armii. Już nie zawracam głowy, bo idzie jedzenie . Elf odszedł od Petry i zasiadł przy stole.Duivel z przyjemnością patrzył jak podają im posiłku jeszcze parujące z ciepła. Wysłuchał przykrych informacji o postępach sił chaosu i zaciekawił się planami Petry. Póki jadł, nie wtrącał się z zasady do żadnej z rozmów. Chciał w pełni nacieszyć się posiłkiem, a jak na chudą istotę, potrafił wcisnąć w siebie zaskakująco dużo jedzenia. Tym razem jednak zaproponował Petrze, że może z nią się wybrać do wioski, jeśli potrzebowałaby egzotycznej ochrony. W swoim życiu wielokrotnie trudnił się właśnie jako ochroniarz, więc propozycja wyszła naturalnie. Wrócił do jedzenia.
EDIT:
Po skończonym obiedzie, dosiadł się na chwilę do Lulendy, Hagrima i Simona. Zaczął opowiadać, że jest pierwszy raz Breder, ale swego czasu często jeździł pod granicę Ostlandu i Hochlandu jako ochroniarz karawany kupieckiej. Jego wujek zawsze dbał, aby jego towary były zabezpieczone w samym Ostlandzie. Za granicą przejmowała ich inna grupka śmiałków do ochrony. Gdy wspomniał imię swojego wuja, okazało się, że Simon słyszał o nim, nawet chyba czymś handlowali, ale nigdy nie spotkał Albwina osobiście. Elf spytał jeszcze do kiedy zostają w Breder i kulturalnie oraz z taktem przypomniał, że miłoby było jakby użyli kontaktów i znaleźli jakiegoś zdrowego rumaka w bardzo dobrej cenie. No, ewentualnie jakiś świetny łuk. Zobaczył, że Petra już skończyła jakieś narady w swoim pokoju i zbiera się do wyjazdu do wioski. Pobiegł do wozu na którym przyjechał, zabrał swoje rzeczy i dołączył do małej wyprawy szefowej...Rzuty: ogólny - 39, na wyleczone PZ jeśli spełniłby ogólne wymagania - 2
link -
Tobias późno się położył. Po powrocie do miasta był zmęczony i przemoczony, ale znalazł czas by napić się ze Stefanem i pogadać. O sytuacji z Duivelem, o kapłance, ogólnie o życiu. Mogli wypić trochę za dużo. Na pewno Tobias.
Zaprowadzę go na górę do jego pokoju - rzekła do Stefana karczemna dziewka. Objęła Tobiasa i oboje udali się do pokoju Tobiasa.
Chłodny wiatr otworzył uchylone okno w pokoju Tobiasa. Spało mu się całkiem dobrze, chwilę mu zajęło przypomnienie sobie wydarzenia poprzedniego wieczora. Tobias wydawał się całkiem rześki mimo wszystko. Umył się i zszedł na śniadanie. Spokój jaki panował w miasteczku był nie na miejscu według Tobiasa. Wszyscy zachowywali się jakby hordy Chaosu nie zbliżały się nieubłaganie, z Archaonem Wszechwybrańcem - Niech Sigmar go przeklnie - na czele. Wieść o nadchodzących oddziałach Imperatora Karla Franza dotarła tu i dodała otuchy mieszkańcom Breder. Nawet wieści o otaczaniu Wolfenburga przez wroga nie wywołało jakiegoś wielkiego poruszenia.
Co za głupcy! Myślą że żołnierze będą wszędzie i odeprą każdy atak. - pomyślał Tobias.
Co będzie z mieszkańcami tego miasteczka jak już udamy się z powrotem do Ostladu? Czy grasanci wroga podejdą tu i zaczną zabijać, gwałcić i plądrować bezbronnych Hochlandczyków?
Tobias pogrążał się w ponurych myślach…Petra patrzyła Tobiasowi prosto w oczy. - Siadaj Herr Walder - rzekła oschle, ale może się Tobiasowi tylko tak wydawało. Wiedział że rozmawiała już z Duivelem ale nie wiedział co elf przekazał szefowej odnośnie ich zwiadu. Tobias opowiedział ze szczegółami całą sytuację od momentu podejścia bod miejsce zasadzki goblinów. Pominął jednak reakcję elfa w momencie kiedy kapłanka usiłowała zbiec napatnikom.
- Uważam że decyzja o udaniu się za goblinami goniącymi Guendaline była jak najbardziej słuszna. Prawie na pewno dziewczyna nie przeżyłaby gdybyśmy ze Stefanem zostawili ją na pastwę zielonoskórych. Musieliśmy podjąć ryzyko zaalarmowania resztę goblinów, jednak w mojej ocenie było on niewielki z racji stanu do jakiego doprowadziły się same gobliny. No i ryzyko opłaciło się. Nasze oddziały były zmobilizowane i gotowe na walkę, gobliny nie, dlatego będę bronił naszej decyzji. I postąpił bym dziś tak samo.
Petra przenikliwie patrzyła na Tobiasa, który pod naporem tego spojrzenia wręcz wstrzymał oddech. Miał nadzieję, że jego spojrzenie nie zdradza słabości.
- W porządku Tobiasie, możesz odejść, przyślij mi Herr Jeagera z łaski Swojej .
-Tak jest.
Tobias widział gdzieś Stefana na zewnątrz i skierował go do szefowej.Słońce wyszło i ogrzewało twarz Tobiasa gdy ten udał się na targ szukając sprzedawcy strzał. Chciał uzupełnić kołczan i zakupić dodatkowy. Czuł że będzie ich potrzebował więcej niż posiada obecnie. Dużo więcej.
-
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; okolice m. Breder; las; pobojowisko karawany
Czas: 2521.04.25; Backertag; ranek
Warunki: ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Jeager wstał wcześniej od większości, zmówił poranną modlitwę i zabrał się szybko do dalszego przeszukiwania okolicy obozu w świetle poranka. Niestety pomimo szczerych wysiłków swoich i Azura nie znaleźli żadnych obiecujących śladów zapowiadających możliwość odnalezienia dzięki nim dalszych zaginionych kupców bądź ich koni. Po tym zajął się pomaganiem w przygotowywaniu śniadania dla reszty oddziału i pomagał kupcom porządkować pobojowisko. W pewnym momencie pomagał krasnoludzkiemu handlarzowi wnieść szczególnie ciężki pakunek z jego dobrami na wóz, sugerował mu wcześniej aby wnosić rzeczy na wóz partiami ale ten się uparł żeby wszystko wnosić na raz co o mało nie skończyło się tym, że skończyliby obydwoje przygnieceni ciężkim kufrem. Kiedy w końcu umocowali mandżur do wozu Stefan odezwał się do Hagrina:
- To wszystko pańska robota Panie Hagrin?
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; karczma “Kozi łeb”; główna sala
Czas: 2521.04.26; Backertag; południe
Warunki: ciepło, gwar rozmów, sucho, jasno; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, d.silny.wiatr; chłodno (0)Stefan z chęcią skorzystał z gościnności szefowej oferującej im darmowy ciepły posiłek. Zbliżając się do stołu przy którym mieli spocząć nie omieszkał wysforować się odrobinę do przodu i odsunąć krzesła dla siostry Guendaliny i Lulendy.
Słysząc zapytanie o to jak spisały się konie rzucił wesoło:
- Świetnie się spisały! Gdyby nie one musielibyśmy porzucić większość dobra z wozów albo nałapać sobie w lesie tych goblinów i je zaprząść do wozów.
Więcej w dyskusje o samej akcji wolał się nie wdawać zostawiając to Pani sierżant.
Widząc podły stan Tobiasa zdecydował że będzie go musiał odwiedzić z rana z dwoma wywarami z ziół, jednym na kaca i drugim na przeziębienie, nie wiedział czy będzie posiadał wszystkie potrzebne do tego zioła więc postanowił szybko skończyc posiłek sprawdzić to i udać się na obrzeża miasta aby zebrać potrzebne zioła zanim nad miastem zajdzie słońce, tak czy tak wolał pobyć trochę sam biorąc pod uwagę informacje o podejściu Wroga pod Wolfenburg, miasto w którym przebywała jedna z jego sióstr.
Zaczął się zbierać gdy zobaczył oddalającego się od szefowej Duivela.
Zebrał się w sobie i choć nie miał tak naprawdę na to większej ochoty podszedł do elfa aby się z nim ponownie rozmówić. Postarał się aby słyszało ich jak najmniej osób, a najlepiej aby jeśli ten się zgodzi oddalili się od stolika, po czym powiedział:- Nie zmieniłem zdania co do tego co się ostatnio wydarzyło i postąpiłbym dokładnie tak samo... ale w rozmowie z Tobą pozwoliłem sobie na zbyt wiele Duivelu i za ten mój cięty język chciałbym abyś przyjął moje przeprosiny - mówiąc ostatnie słowa wyciągnął do elfa rękę na zgodę.
Po wyjściu z karczmy Stefan owinął się podróżnym kocem i udał się w kierunku obrzeży miasta, jednak już po kilku krokach przypomniał sobie, że powinien zajrzeć do jeszcze jednego miejsca więc zmienił kierunek swojego marszu na dom rodziny w którym starał się przed wymarszem pomóc chorej kobiecie. Powinien zajrzeć do nich, w końcu możliwe, że będzie musiał nazbierać i ziół dla tej chorej.
-
Oryginalny tytuł: Tura 15 - 2521.04.31; wlt; ranek - przedpołudnie
Miejsce: pn-wsch Hochland; północne pogórze; m. Breder; karczmy i place; różne miejsca
Czas: 2521.04.26-30; Festag; zmierzch
Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sła.wiatr; chłodno (0)Wszyscy
Powrót z Breder do Lenkster zaczął się gdy szefoa “spustoszyła” miasto i okoliczne wioski z wszelkich wozów, żywca i zapasów na jakie ją było stać i udało jej się je dorwać. Łącznie przez trzy dni tak buszowała. A wszyscy zdawali jej się nadskakiwać i oferować co najlepsze bo była bezkonkurencyjna. Wśród wszystkich detalistów kupowała wszystko na masową skalę więc to ona dyktowała warunki. Zaś przez te trzy dni kto tylko miał do zaoferowania jakąś kozę, krowę, konia czy paszę to ruszał tam gdzie akurat stacjonowała wielka pani licząc, że od niego też kupi.
A Petra kupowała to co mogło stanowić zaplecze dla rodzącego się regimentu. Głównie konie wszelakie. Kuce dla Gebirjeager bo potrzebowali do przemieszczania się po trudnym górskim terenie a do tej pory może jedna trzecia albo jedna czwarta miała swoje wierzchowce. Z czego większa część przyjechała z nią i Inez to Lenkster.
Kupowała zwykłe, chłopskie konie robocze bo ktoś te wszystkie wozy i furmanki musiał ciągnąć. Same pojazdy także leżały w gestii jej zainteresowania i kupiła ich ponad pół tuzina. Z czego najbardziej cieszył ją wagon jaki w ramach umowy za odsiecz z goblonami trójka kupców jej oddała. Wszyscy chyba wiedzieli, że za bezcen i nie wiadomo czy trójka kupców była z tego powodu zadowolona. Z drugiej jednak strony oddali wóz zabitego przez gobliny kolegi a sami zostali z tak skromnymi srodkami, że ledwo dali radę zarządząc swoimi własnymi wozami. Pozostałe jakoś przewieźli do miasta i tam je sprzedali nie będąc w stanie ich zabrać ze sobą.
Szefowa wyprawy zaopatrzeniowej kupowała też konie wierzchowe. Te piękne i silne zwierzęta były w sam raz do jazdy konnej dla kurierów czy nawet dla rycerzy jako zapasowe konie do podróży aby nie przemęczać bojowych rumaków oszczędzanych na bitwy.
Ale najbardziej dumna była z tego pół tuzina rumaków bojowych godnych prawdziwego rycerzy. Od razu wybrała jeden dla siebie i z miejsca stał się jej ulubieńcem. Zresztą i wałach wydawał się polubić nową właścicielkę. Drugiego z góry wybrała dla Inez ale jeszcze miała dać przyjaciółce ostatnie słowo. Pozostałe zaś miały być rozdysponowane dla potrzeb margrafa i jego szlachetnie urodzonych gości.
Jednak szefowa skupowała też trzodę i bydło oraz paszę dla nich. Miała to być żywa spiżarnia dla maszerującego i walczącego regimentu. W efekcie gdy wyjeżdżali z Breder ich kolumna była o wiele większa, dłuższa, głośniejsza i bardziej pstrokata. Za to Petra i jej wojsko była żegnana jak wielka pani. Nawet jeśli już nie była w pięknej sukni w jakiej paradowała przez czas zakupów tylko znów w stroju podróżnym czyli czerwonym kubraku i brązowych, skórzanych spodniach oraz wysokich butach. Ponownie wyglądała jak jakaś konna najemniczka ale tym razem tubylcy żegnali ją i zapraszali ponownie. Nic dziwnego. Podczas tych masowuch zakupów musiała tam zostawić niemałą fortunę. A osobiście niebieskowłosa szefowa miała ogromną satysfakcję, że przez te kilka dni tak zdołała wyrobić sobie nazwisko. Zwłaszcza w porównaniu do niezbyt fortunnego przywitania jakie spotkało ją pierwszego zmierzchu zaraz po przyjeździe.
Jednak nie wszyscy z nią podążyli. Okazało się, że nie ma Gottharda i jego kozaków. Petra nie była tym zaskoczona i wyglądało na to, że przyjęła jego rezygnację i nie broniła mu podążać własną drogą. Nawet niezbyt było wiadomo kiedy śledczy opuścił miasto ale chyba jeszcze gdy była szefowa myszkowała po okolicznych wsiach w poszukiwaniu prowiantu i żywca.
Za to kapitan Ferro postanowił się przyłączyc do kompanii. Uznał wraz ze swoimi ludźmi, że skoro i tak mieli się zaciągnąć pod jakieś sztandary w tej nowej wojnie to mogą i pod sztandary von Falkenhorsta. Zwłaszcza jak część tych oddziałów już poznali i wspólnie przelali krew na Mglistych Bagnach. Widocznie w przeciwieństwie do Gottharda doszli do porozumienia w nową szefową bo wyruszali z Breder jako integralna część jej oddziałów niejako zastępując kozackich łuczników pod wodzą Ostlandczyka.
Do oddziału dołączyła też siostra Guendalina. W Breder zostawiła część listów jakie miała tam zawieść. Ale część musiała też dostarczyć do zamku Lenkster. A, że kilka dni zeszło jej na leczeniu ran i odpoczynku po napaści goblinów to akurat była gotowa do drogi w podobnym czasie co oddział aprowizacyjny von Falkenhorst. Dlatego postanowiła do niego dołączyć na czas podróży do Lenkster. Podróżowała albo na jednym z wozów albo na grzbiecie jednego z wierzchowców kupionych w Breder. A jej skromna, łagodna natura o przyjemnym dla oka uśmiechu wydawała się być dobrym duchem tej wyprawy. No i chociaż była tylko nowicjuszką Rhyi to jednak stanu duchownego co też większość wyprawy przyjęła jako dobry omen bo wiadomo, lepiej mieć sługę bożego po swojej stronie.
Trójka pechowych kupców, Lulenda, Hagrim i Simon początkowo nie zadeklarowali się jednoznacznie co zamierzają dalej. Po prostu wrócili z oddziałem Theiss i zwiadowcami do Breder i zajęli się spieniężaniem majątku po zabitych towarzyszach. Co im zajęło większość uwagi. Jednak gdy przyszedł dzień odjazdu dołączyli swoje trzy wozy do wyprawy Petry. W końcu pierwotnie mieli zamiar jechać do Wolfenburga. To był ich stały punkt końcowy na tej trasie. A teraz różne plotki krążyły o stolicy Ostlandu. Jest już oblegany? Jeszcze nie? Nasi odrzucili wroga ku granicy? Czy na odwrót? Wydawało się, że każdego dnia przychodzą całkiem odmienne plotki na ten temat. Ostatecznie trójka kupców postanowiła pojechać do Lenkster i zasięgnąć języka jak to jest z tym Wolfenburgiem. Jak nie będzie im pasować to albo zostaną na miejscu albo wrócą do Breder.
Rankiem w Konigstag cała ta pstrokata hałastra już znacznie mniej przypominała w miarę zwarte oddziały jakie przybyły trzy dni wcześniej do tego podziemnego miasta. Raczej jak wędrowna karawana kupiecka z silną eskortą. Zebrali się na targowisku jakie tego dnia było względnie puste i dawało miejsce na taką zbieraninę. Wtedy się dowiedzieli, że Gotthart postanowił opuścić szeregi regimentu. A także obwieszczenie rozkazów czyli potwierdzenie, że dziś wracają do Lenkster. Odliczenie czy kogoś nie brakuje. Po czym zaskakując chyba wszystkich szefowa siedząca w siodle, już w podróżnym ubraniu czyli spodniach i wysokich butach dodała coś od siebie.
- Chciałam też pochwalić! Stefana Kolesnikova! Za nieodzowną pomoc w negocjacjach i akcji aprowizacyjnej! - zawołała wskazując na brodatego herszta hochlandzkich banitów z łukami. Ten wyszczerzył się bezczelnie a koledzy zaczęli składać mu gratulacje. Oklaski i pomruki ze strony pozostałych oddziałów były ale dość skromne.
- Poza tym chciałam też wyróżnić! Sierżant Renate Theiss i jej oddział! Oraz towarzyszących im zwiadowców! Za rozpędzenie goblińskiej bandy plądrującej okolicę! I odzyskanie własności zaprzyjaźnionych kupców! - zawołała szefowa wskazując na krótkowłosą blondynkę z mieczem u boku i tarczą na plecach. Ta roześmiała się nieco zaskoczona ale nie mniej uradowana niż Kolesnikow przed chwilą. Tym razem oklaski były głośniejsze. Zaś do przodu wysunęła się wspomniana trójka zaprzyjaźnionych kupców. I do Theiss podszedł Simon niosąc jakiś antałek.
- A to w podziękowaniu od nas! Za pomoc i ratunek w opresji! Wiadomo! Prawdziwy wojak wipić musi i suche gardło mu nie służy! Czy tam jej! - zawołał donośnym głosem z wyraźnym kislevskim akcentem wywołując falę rubasznego rozbawienia tak u zwykłych wojaków jak i okolicznej ludności jaka z ciekawości zebrała się na skraju błotnistego targowiska aby obserwować to widowisko. Sam kupiec prawie w ostatniej chwili połapał się, że wręcza antałek kobiecie a nie mężczyźnie i szybko dodał ostatnie zdanie co też rozbawiło i obdarowanych i resztę. Szefowa poczekała aż Kislevita wróci do swoich i aż reszta się nacieszy tą chwilą nim zaczęła krzyczeć ponownie.
- A w szczególności! Chciałam pochwalić naszych dwóch zuchów! Stefana Jeagera i Tobiasa Waldera! Wystąp! - zawołała donośnie i poczekała aż wspomniani wojacy wystąpią przed szereg aby wszyscy mogli ich zobaczyć. Wtedy dopiero kontynuowała. - Te dwa chwaty z narażeniem życia uratowały naszą czcigodną siostrę Gwendolinę! I nie pozwoliły jej rozszarpać tym pokracznym, goblińskim małpom! Chwała im! - obwiesciła szefowa i wskazała na młodą nowicjuszkę o naturalnym, ciepłym uśmiechu. Ta dała w boki konia butami i zrównała się z von Falkenhorst. I poczekała aż oklaski, gwizdy i oklaski ucichnął. Po czym znów dała w bok wierzchowca i podjechała do swoich dwóch wybawicieli.
- Bardzo chciałam wam jeszcze raz podziękować. Wam wszystkim co przyszliście nam z pomocą. A teraz idziecie na tą straszną wojnę. Dziękuję wam z całego serca, jesteście bardzo dzielni. - powiedziała to całkiem głośno ale chyba nie nawykła do publicznych wystąpień bo głos jej drżał z emocji i nie była taka pewna siebie jak Petra. Ale zsiadła z konia podeszła do Stefana i Tobiasa po czym jednemu i drugiemu założyła na głowę wianek upleciony z polnych kwiatów. Tylko nadzwyczajnie dorodnych, barwnych i pachnących.
- Nie mam żadnych medali ani nic takiego. Więc proszę przyjmijcie ten skromny podarek jako dowód mojej wielkiej wdzięczności. - powiedziała z łagodnym uśmiechem zawieszając im tą nagrodę na szyi. Po czym zawahała się, zaczerwieniła i w końcu odważyła się aby po bratersku każdego z nich uściskać i przytulić w geście przyjaźni i wdzięczności. Co już w ogóle wywołało wrzawę na całego póki siostra nie wsiadła z powrotem na użyczonego jej wierzchowca i nie wróciła do miejsca gdzie stała szefowa. Ta dała się swoim oddziałom chwilę wyszumieć po czym dała znać i jeden z Gebirgsjaeger zadął w róg przywołując porządek. I dalej zaczęła się ta nudniejsza część odprawy. Jaki oddział maszeruje na czele, jaki za nim, gdzie i jak wozy, jak chronić stada podczas marszu i tak dalej.
Duivel
Jeśli chodziło o plany zakupu rumaka albo jakiegokolwiek konia to trójka kupców niezbyt mogła mu pomóc. Nikt z nich nie handlował końmi. A sami mieli tylko po jednym, zaprzęgniętym do ciągnięcia wozu. Inne albo zostały zabite przez gobliny albo uciekły tak skutecznie, że nie udało ich się odnaleźć. Po drugie żadne z nich nie było z Breder. Owszem przejeżdżali tędy często i znali się co nieco z miejscowymi handlarzami a niekótrzy z nich nawet byli handlarzami końmi. Ale nie były to tak głebokie znajomości aby liczyć, że wytargują jakąś realną obniżkę cen. A po trzecie i najważniejsze wtedy już drugi dzień w okolicy buszowała jego szefowa jaka na pniu skupowała wszystko co nadawało się do jeżdżenia. Więc mocno przetrzebiła ten rynek bo ludzie sami się do niej zgłaszali aby zechciała obejrzeć konia czy kuca i kupić. Dla pozostałych zakupów indywidualnych pozostało już niewiele miejsca i raczej “puste półki”. Czy raczej puste obory i stajnie. Zresztą potem sam był tego świadkiem jak towarzyszył Petrze podczas objazdów okolicznych wiosek jak oglądała i jak coś jej się spodobało to kupowała. Trudno było z kimś takim konkurować.
Już lepiej zanosiło się na sprawy z kupnem nowego łuku. Tutaj znalazł jednego łuczarza jaki miał nie tylko zwykłe łuki ale też modele wyprofilowane a to pod kątem dalszego zasięgu a to lepiej przebijające pancerze a to z zadziorami co miały zadawać większe rany odkrytym celom. Tutaj już miał większe szanse aby coś nabyć co by mu pasowało. No i nawet taki ulepszony łuk co kosztował tyle co dziesięć zwykłych to nadal był dużo tańszy od jakiegokolwiek wierzchowca.
Gdy później zdawał szefowej raport z wypadu do obozu kupców ta wysłuchała go uważnie. Pomilczała chwilę trawiąc to w głowie. Po czym skinęła głową.
- Bójki, zabójstwa i inne takie awantury nie będą tolerowane. Nie będę się z wami użerać. Kto będzie rozrabiał zostanie odpowiednio ukarany. - odparła mu jako pierwszą odpowiedź. I widząc po jej minie chyba niezbyt miała ochotę uganiać się za utarczkami i niesnaskami każdego ze swoich wojaków. - A jak uratowaliście kapłankę i przepędziliście gobliny to dobrze. Kupcy jak zadowoleni to też dobrze. I jak przywieźliście wozy to jeszcze lepiej. Wagon jest mój. Taka była umowa. - podsumowała resztę jego słów i nie zapomniała za co zgodziła się posłać oddział Theiss i zwiadowców do splądrowanego obozu kupców. Ale zgodziła się aby elf uczestniczył w jej wyprawie aproziwazyjnej po okolicy. I tam właśnie sam miał okazje widzieć jak sprawnie szefowa wybierała i kupowała to co miało się stać zapleczem tworzonego właśnie regimentu.
Tobias
Tobiasowi te półtorej dnia odpoczynku w Breder przydało się jak złoto. Nie należał do żadnego oddziału to póki szefowa nie przydzieliła go do jakiegoś albo sama nie wydzieliła mu zadania to właściwie miał wolne. A tak właśnie było przez te prawie dwa dni po powrocie z rozbitego obozu kupców bo Petra co prawda zabrała część oddziałów ze sobą ale właściwie wyjechała z miasta i nie był nawet pewny czy wracała na noc czy nocowała gdzieś tam po wsiach gdzie kupowała zapasy dla ich regimentu. Więc miał z nią tylko tą jedną rozmowę gdy składał raport z wycieczki do obozu kupców.
- Dobra robota z tą kpałanką. Dobrze, żeście ją uratowali. I kupców i ich wozy też. To dobrze wygląda. A my jako nowi dopiero wyrabiamy sobie opinię. Więc lepiej aby dobrze o nas mówili. A takie czyny dobrze o nas świadczą. Gdzie jest teraz ta kapłanka? Chciałabym ją poznać. Słyszałam, że jedzie do Lenkster to może będzie nam razem po drodze. - jakoś tak to było. Więc chyba szefowa nie miała im za złe ich postępowania ani w ogólności co do wyprawy za miasto ani w szczególności co do akcji z pogonią za uciekającą kapłanką i goniącymi ją goblinami. Wręcz przeciwnie, pochwaliła ich za to i podkreśliła jak bardzo ważna jest dobra renoma dla regimentu jaki dopiero się tworzył i nie mógł się równać z innymi jakie potrafiły mieć wielowiekową tradycję i szlak bojowy. Wszystko trzeba było budować od nowa i takie dobre i chlubne uczynki młoda von Falkenhorst uważała za słuszne i pożyteczne.
Ale i potem ten odpoczynek mu się przydał. Pomógł odzyskać siły i po wcześniejszym marszu jak i ostatniej przygodzie. Zapewne też pomogły zioła jakie zaparzył mu Stefan. Udało mu się też kupić dodatkowy kołczan i strzały albo pochodzić sobie po mieście. Póki szefowa wieczorem trzeciego dnia pobytu w Breder nie rozesłała wici, że wróciła i jutro zbiórka a potem wymarsz powrotny do Lenkster.
Stefan
- Nie panuj mi tu smyku. Te swoje fikuśne tytuły to zatrzymajcie dla siebie. Hagrim jestem. Hagrim Nolagrin z klanu Łamaczy Żelaza. - coś w ten deseń Stefan usłyszał jeszcze dobre parę dni temu gdy pomagał krasnoludzkiemu metalurgowi pozbierać sponiewierany przez gobliny towar z powrotem na jego wóz.
- No wszystko to nie. Część kupiłem. Ale te wszystkie płaty, druty, worki to moje. - powiedział początkowo jakby niechętnie. Pokazywał na wnętrze już jako tako uporządkowanego wozu. Ale potem się rozgadał jak to często różni spece gdy mówią o swojej specjalności. Hagrim specjalizował się w wytapianiu rudy podobnie jak kowal ale za kowala się nie uważał. On formował metal w druty albo płaty blach i handlował takim półproduktem. Skupowali go od niego zarówno kowale, metalurdzy, płatnerze jak i inżynierowie. Właściwie wszyscy kto pracowali w metalu. On sam co prawda też mógłby wytwarzać bardziej zaawansowane przedmioty ale wszystko miało swoje miejsce w tym świecie. I on za inzyniera czy płatnerza się nie uważał. Właściwie jak chyba każdy krasnolud zdradzał silne przywiązanie do tradycji i nie chciał się z niej wyłamywać. A tradycja jego klanu to właśnie było łamanie żelaza czyli formowanie go w te wszystkie półprodukty jakimi zawalony był jego wagon.
Te półtorej dnia co mieli do dyspozycji jakoś mu zeszło. Żona urzędnika była chora na te płuca. I chociaż dostrzegał pewną poprawę po piciu jego ziół to zdawał sobie sprawę, że rokowania kobiety są kiepskie. Nie była już ani młoda ani silna a stadium choroby było zaawansowane. Nawet gdyby tu z nią został nie był pewien czy byłby w stanie ją uratować. A zostać nie mógł bo to oznaczałoby dezercję.
Za to większość rannych z oddziałów Kozaków i Tileańczyków jacy oberwali na Mglistych Bagnach doszła już do siebie. Więc mogli wrócić do swoich oddziałów. Tobias też pod koniec drugiego dnia wyglądał lepiej. On sam też nie miał jakichś służbowych zajęć to miał okazję odpocząć i zająć się sobą.
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.31; Wellentag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sła.wiatr; chłodno (0)Wszyscy
Wczoraj przed zmierzchem dotarli w okolice tego samego Górskiego Brodu na rzece Wolf jaki stanowił graniczne przejście między Hochlandem a Ostlandem. Przynajmniej jak się na to patrzyło od zachodniej, hochlandzkiej strony. Ale było na tyle późno, że szefowa nie chciała ryzykować przeprawy w zapadających ciemnościach. Dlatego zarządziła postój. Ostatni po hochlandzkiej stronie. Jutro mieli przeprawiać się przez ten bród i wracać na ziemię Ostlandu.
Okazało się, że znacznie większa karawana sprawia znacznie więcej kłopotu podczas marszu niż gdy wcześniej podróżowali w miarę zwartymi oddziałami. Teraz to cało pogłowie kupione w Breder i okolicy beczało, muczało, rżało i wydawało się, że jak trzeba ruszać z postoju tu złośliwie udaje głupiego byle nie ruszyć się z miejsca a podczas marszu co rusz włazi w szkode albo rozłazi się na boki, tarasuje przejście i tak w ten deseń. Szybko się okazało, że o ile wcześniej całą trasę nie licząc pół dnia spędzonego wokół walk na Mglistych Mokradłach zajęło im trzy dni to teraz pod koniec trzeciego dnia dotarli dopiero do tego granicznego brodu. Co oznaczało, że przeprawa i dotarcie do Lenkster zajmie im zapewne jeszcze jeden dzień przynajmniej.
Jak zwykle jak już zjedli śniadanie i wkrótce mieli ruszać dalej to szefowa posłała przodem konnych zwiadoców. Z miejsca obozowania jeszcze nie było widać rzeki ale wiadomo było, że jest prawie po sąsiedzku. Większość oddziałów jeszcze się zbierała do wymarszu, zaganiała konie, trzodę i bydło gdzie należy, zaprzęgała wozy gdy jeden z konnych wrócił z powrotem do szefowej. I złożył jej meldunek.
- W potoku jest jakiś wóz. - zameldował o tym dziwnym znalezisku. Tego chyba nie tylko Petra się nie spodziewała bo przez chwilę wypytiwała górala o co chodzi z tym wozem. No wóz, leżał trochę na boku w bystrzycy. Chyba go zniosło podczas przeprawy czy co. Nikogo tam nie było widać, ani w środku ani na zewnątrz, ani na brzegu. Koni też nie. Ale pewnie albo zwiały albo ktoś je odciął przed lub po wypadku.
- No to jeden wóz w środku potoku… - szefowa w spodniach niezbyt wydała się tym przejęta. Sami się w zeszłym tygodniu przeprawiali i też mieli kłopoty z ich jedynym wówczas wozem. A co dopiero teraz jak było ich chyba z dziesięć. Ciężko się jechało po tych otoczakach na dnie przy tak silnym prądzie. Właśnie dlatego też nie chciała wczoraj na siłę forsować tej przeszkody. Nie dziwiło jej, że komuś mogło się to nie udać.
Więc plotka o tym wozie wydawała się z początku tylko poranną ciekawostką. Zwinęli obóz, czoło kolumny zbliżało się już do zachodniego skraju potoku i brodu więc Petra i jej konne towarzystwo wyjechało do przodu aby zobaczyć osobiście jak to teraz wygląda. I siłą rzeczy też dostrzegły kanciastą,regularną sylwetkę jakies pół setki kroków poniżej nurtu. Twkiła tam jak jakieś duże pudło ciśnięte przez olbrzyma. Tylko z kołami. Na tyle blisko, że trudno było przeoczyć ale na tyle daleko, że nie byłoby tak łatwo tam się dostać przez te zatopione kamienie i bystry nurt. Zwłaszcza jak się samemu chciało przeprawić na drugą stronę. Dopiero słowa Alezzi dorzuciły pary do ognia.
- Ale to jest wóz Kolegium Magii. Ma ich symbole. - powiedziała zdziwionym tonem świetlista magister.
- Magii? - Petra skrzywiła się i na szczęście splunęła przez lewe ramię. Wielu ludzi wręcz instynktownie obawiało się wszystkiego co magiczne.
- Tak mi się wydaje. Ale podjadę bliżej. - odparła tileańska magister i dała znak wierzchowcowi aby pojechał wzdłuż brzegu potoku. Petra wahała się chwilę po czym dała znać nadchodzącym zwiadocom.
- Idźcie z nią. I słuchajcie co mówi, ona się na tym zna a my nie. - powiedziała tonem przestrogi ale sama została na miejscu. Doszli właśnie ludzie Kolesnikova i podobnie jak poprzednio pierwsi mieli przejść na drugi brzeg i tam czekać na resztę. Więc zaczęli ściągać buty i spodnie zaś reszta karawany dopiero docierała pod ten bród.
Tymczasem Tileanka podjechała spacerowym tempem mniej więcej naprzeciwko przewalonej budy powozu. Nie dzieliło ich dalej niz może z tuzin kroków od tego powozu. Tyle, że był to tuzin bardzo zdradliwego terenu gdzie każdy otoczak pod nogą lubił sie obsunąć a nurt napierał na przechodnia niemiłosiernie i w każdym momencie. W takich okolicznościach wywrotka do lodowatej, górskiej wody byłaby zapewne jednym z łagodniejszych efektów gdyby ktoś miał pecha. Niemniej było widać już całkiem sporo.
- A czemu on ma kraty w oknach? - zapytał któryś z Gebirgsjaegerów gdyż okna w powozie były mniejsze niż zazwyczaj. A do tego zakratowane. Co niezbyt teraz robiło różnicę bo drzwi i tak były otwarte na oścież i opierały się o burtę przechylonego wozu. Ale przez to przechylenie niezbyt było widać co jest w środku. Albo kto.
Za to widać było ślady osmalenia na tych drzwiach. No i coś o co chyba każdy wolał nie pytać nawet jak na ciemnej barwie powozu te szponiaste ślady były widoczne od razu. Jakaś bestia musiała szaleć przy tym powozie. I tam czy tu widać było krwawe zacieki jakich nie dosięgła i nie zmyła górska woda z bystrzycy. Właściwie to ten powóz wyglądał jakby stał się ofiarą napaści.
- Wyczuwam aurę złej mocy. Rozejrzyjcie się proszę czy czegoś albo kogoś nie znajdziecie. Jak tak to mnie zawołajcie. - powiedziała Alezzia ledwo na nich spoglądając. Ale zaatakowany i okaleczony powóz wydawał się ją absorbować całkowicie. Wyjęła jakiś wisiorek i zaczęła go obracać w dłoni jakby się modliła albo medytowała.
-
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.31; Wellentag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sła.wiatr; chłodno (0)Stefan widząc na powozie ślady szponów starał się ocenić co za potwór mógł je zostawić i czy ślady na powozie były w stanie mu powiedzieć czy stwór zaatakował pojazd z zewnątrz czy może wydostał się ze środka? Słysząc polecenia Alezzii natychmiast odparł rozglądając się dookoła w poszukiwaniu jakiś śladów na ziemi:
- Rozejrzymy się Pani i będziemy Panią pilnować, ale najpierw powiem Pani von Falkenhorst, że możemy mieć kłopoty.
Spoglądając na pozostały żołnierzy zwrócił się do nich uprzejmie ale stanowczo, patrząc przede wszystkim na Tobiasa i Duiviela:
- Panowie możemy mieć poważne kłopoty, idę do szefowej i po linę żeby dostać się na ten wóz, proszę osłaniajcie Panią di Lucci aż wrócę.
Jeager nie tracąc czasu ruszył truchtem w kierunku kolumny rozglądając się za ewentualnymi zagrożeniami bądź poszlakami. Podchodząc do von Falkenhorst postarał się aby słyszała go jak najmniej osób po za nią i zaraportował:
- Możemy mieć kłopot prosze Pani, powóż wygląda jakby przewoził jakiś cenny ładunek albo groźnego więźnia. Jest pełno krwi i ślady szponów jakiejś bestii. Panna di Lucci wyczuwa jakąś złą moc i bada sprawę dalej, poprosiła abyśmy przeszukali okolicę proszę Panią i biorąc pod uwagę, że nie wiemy czy napastnicy nie są tuż tuż uprzejmie sugerowałbym postawienie ludzi w gotowość bojową i zaprzestanie przeprawy póki nie zabezpieczymy okolicy, abyśmy nie zostali zaatakowani kiedy będziemy na środku rzeki.
-
Miejsce: pd-zach Ostland; pogranicze z Hochlandem; rz. Wolf; Górski Bród; okolice brodu
Czas: 2521.04.31; Wellentag; ranek
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sła.wiatr; chłodno (0)Tobias z dumą nosił przez jakiś czas wianek od Gwendoline, traktował go jak jakiś amulet, w końcu wykonała go kapłanka. Ludzie Theiss, poklepywali go po plecach, gratulowali wyróżnienia i choć wiedział, że być może faktycznie zasłużył na to wyróżnienie, w głębi serca zdawał sobie sprawę że to w wyniku rozkazu był tam gdzie był i mógł pomóc Stefanowi uratować kapłankę.
Podróż wydawała się długa mimo iż już podążali tą ścieżką, ale ze względu na zwierzęta zakupione przez szefową po prostu poruszali się znacznie wolniej. Tobias był zniecierpliwiony, chciał bowiem dotrzeć jak najszybciej do Lenkster, by dowiedzieć się jak naprawdę wygląda sytuacja na froncie. Powolne tempo marszu wykorzystał - za zgodą oczywiście - na samotnym zwiadzie wokół dość sporego teraz kontyngentu. Szukał śladów obecności wroga, jego własnych zwiadowców. Jednocześnie napawał się tym pozornym spokojem wokół, szumem wiatru w koronach drzew, śpiewem ptaków, momentami zapominając o wojnie. Odganiał w ten sposób ponure myśli które pojawiały się często gdy zamykał oczy. Był gdzieś na wschód od oddziału kiedy usłyszał szum rzeki - zbliżali się do brodu - przystanął by wsłuchać się lepiej w otoczenie. Nie słyszał niczego poza szumem wody i końskich kopyt konnego szefowej, wracał cwałem do miejsca gdzie oddział się zatrzymał.
Tobias podkradał się w kierunku rzeki obserwując uważnie okolice. Dostrzegł w końcu coś co wyglądało na przewrócony wóz. Słysząc nadjeżdżających ludzi z Petrą na czele - nie dostrzegając zagrożenia - powoli szedł w ich kierunku, pojawiając się w chwili kiedy mistrzyni Alezzia wypowiedziała słowa- Ale to jest wóz Kolegium Magii. Ma ich symbole.
Tobiasowi aż ciarki przeszły po karku na te słowa a łuk bezwiednie pojawił się w jego dłoniach. Kiedy przyglądali się dłużej powozowi i dostrzegli co mogło się tu wydarzyć słowa były zbędne. Wszyscy jak jeden mąż jęli rozglądać się i nasłuchiwać, spodziewając się jakiś potworności mających spaść im znienacka na głowę. Tobias widział jak wielu z nich dobyło oręż, sam również położył strzałę na łęczysku, opartą o palec wskazujący lewej dłoni. Dwie kolejne strzały trzymał w palcach prawej dłoni w sposób nie przeszkadzający przy strzale. Przechwycił spojrzenie Stefana Duivela i Stefana, widział w nich to co zapewne spozierało z jego oczu. Byli gotowi - cokolwiek nastąpi. Wtedy mistrzyni zaczęła coś recytować - modliła się albo czarowała. Tobias poczuł jak powietrze ' gęstnieje' i z trudem powstrzymywał drżenie rąk.
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się