Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje WoD
  3. Rozgrywka
  4. Sezon 1
Martwe Wody
AbishaiA
Abishai jako
XXI
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Ann Paige

Sezon 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
76 Posty 2 Uczestników 147 Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • AbishaiA Niedostępny
    AbishaiA Niedostępny
    Abishai jako XXI
    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
    #7

    Koszmary czasu snu były znów znajome. Nieprzyjemne, jak to zwykle bywa podczas ale… znajome. Pobudka była spokojna, miejsce w którym się obudziła znajome i ciche. Wieczór był nudny. Umycie się, ubranie i siedzenie przed telewizorem przeskakując pilotem z kanału na kanał. Blake miał kablówkę, ale oferta programowa (głównie kanały traktujące o sztuce, edukacyjne i trochę tych skupiających się na puszczaniu raz po raz filmowych klasyków) zdecydowanie nie była pod gust Ann. Ale co innego miała do roboty? Do Cyrila nie zadzwoni, bo brak zasięgu. Do cywilizacji kilka kilometrów piechotą przez las.
    Jakoś w żadnym filmie o wampirach Ann nie miała okazji przekonać się jak nudna może być wieczność krwiopijcy. Pod tym względem Stillwater rzeczywiście wydawało się idealnym miejscem zsyłki. Tu nie było nic do roboty!
    No i co gorsza… William był wielbicielem Bonanzy.

    Miał nawet cały serial na kasetach VHS. I Ann towarzyszyć musiała przy oglądaniu tego starocia. Bo co innego mogła zrobić? Wędrować po miejscowych lasach? Przecież była miejskim szczurem. Tu było zdecydowanie za dużo drzew i za dużo drapieżników. Blake osłodził jej ten maraton serialowy obietnicą wyjazdu w celu pozyskania pojazdu dla niej. Nic wielkiego… jakiś skuter lub inny motor, jak to Kainita określił. Niemniej w tej sytuacji nawet rower był szczytem marzeń, bo pozwalał na opuszczenie tego więzienia i może nawet… złapania zasięgu na komórce.

    W połowie drugiego odcinka ciągnącego się jak guma od majtek, nudę przerwał telefon. William zerwał się z kanapy i odebrał rozmawiając cicho. Jego ton z wesołego stawał się ponury i poważny. Ann zdołała podsłuchać że rozmawiał z miejscowych szeryfem i księciem zarazem. I że chodziło o czyjąś nagłą wizytę w mieście. Po rozmowie William odłożył słuchawkę i zwrócił się do Ann.

    - Jest sprawa…- zaczął ostrożnie. Przerwał. Potarł nerwowo palcami podstawę swojego nosa.-... nie wiem jak bardzo poważna. Dotyczy ciebie. Otóż, jutro przyjedzie FBI do Stillwater. Dwóch agentów którzy mają cię przesłuchać na temat popełnionej zbrodni. Szczegóły są ci pewnie lepiej znane niż mnie. Ci agenci FBI to pionki podstawione przez Księcia Nowego Jorku więc z pewnością nie ma się co martwić złamaniem Maskarady. Przynajmniej z tym nie będzie problemu.-

    Ale pewnie będą inne. Książę zwrócił uwagę na Ann, a ona wiedziała że ten rodzaj uwagi nigdy nie jest czymś dobrym. Po Wielkim Jabłku krążyły opowieści o perfidnych zemstach Księcia na Kainitach którzy znaleźli mu za skórę lub złamali prawo. Każda egzekucja była wyreżyserowanym widowiskiem, co tylko uwiarygodniało plotki iż Książę został przemieniony w czasach starożytnego imperium rzymskiego.
    Widząc bladość na twarzy Ann, William uśmiechnął się i pocieszył.

    - To nie będzie nikt ważny, tylko jacyś ghule. Nie ma się co martwić zawczasu.

    Po czym dodał spokojnie.

    - Zjawią się jutro na posterunku i tam cię przesłuchają. Ja i Joshua będziemy w pokoju obok.

    -... kochanie, karty potwierdzają twoje przeczucia. Za rogiem czeka już twoja Królowa Kielichów. Nie mój drogi… ja nią jestem. - gdyby Ann nie znała Williama lepiej mogłaby posądzić o to, że jest Kainita jest zadurzony w Jaine Love. Bo jakiż inny był powód słuchania jej audycji podczas jazdy samochodem? Ann musiała przyznać, że głos wróżki radiowej był hipnotyczny i zmysłowy. Nic dziwnego, że telefon do niej dzwonił ciągle i często byli to jej wielbiciele. Na szczęście nie wszyscy nimi byli i wróżka mogła odsłonić przyszłość także przed gospodyniami domowymi, drobnymi przedsiębiorcami, znudzonymi dzieciakami… etc.
    William może i nie miał zainteresowań dotyczących płci pięknej, ale mógł mieć kiepski gust w kwestii wyboru rozrywki.

    W tej chwili jechali razem by poznać Garry’ego. Był to miejscowy Gangrel, jedyny w okolicy przedstawiciel klanu. Wedle słów Blake’a Garry był sympatycznym i łagodnym Kainitą, oraz przywódcą hippisowskiej sekty która hasło “Make love not war” traktowała bardzo dosłownie.

    - Jeśli kiedyś będziesz potrzebowała kryjówki przed zagrożeniami, to udaj się właśnie do Garry’ego. - tłumaczył Blake jadąc ciemną drogą. - On cię ukryje.

    Nagle ktoś pojawił się w świetle reflektorów, wysoka szczupła postać w długim czarnym płaszczu. Mężczyzna o śniadej karnacji i niepokojącym spojrzeniu.

    Śmiertelnik, ale… Ann miała wrażenie, że coś w nim jest nietypowego. Coś trochę niepokojącego, trochę fascynującego. To nie był zwykły człowiek i zachowanie Williama to potwierdzało. Jego ciało się spięło a jego spojrzenie skupiło na stojącym przy poboczu mężczyźnie. Ten nie wydawał się zaskoczony tym, że Blake zaczął zwalniać a potem zatrzymał się kilka metrów przed nim. Wydawało się, że na nich czekał.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • ZellZ Online
      ZellZ Online
      Zell jako Ann Paige
      Moderator Obsługa
      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
      #8

      Mimo zapewnień Toreadora, Ann nie umiała się nie denerwować. Co chciał Książę? Czy to działania Cyrila go nakierowały na nią? O którą zbrodnię chodzi? To, co zlecał Tremere grupie? Te z jej początków wampiryzmu (oby nie!)? Te ostatnie, jakim padła ofiarą jej "Koteria"?
      Jakiś bullshit wykreowany przez Księcia?
      Było coraz gorzej...

      - Kto to jest? - zapytała cicho Williama, gdy zatrzymywali się przy nieznajomym. Spięcie wampira jej też się udzielało.
      - Ehmm… nazywa się James McElroy. A przynajmniej pod takim nazwiskiem żyje w USA, jest varázsló co da się luźno przetłumaczyć jako “czarownik”.- wyjaśnił wampir otwierając drzwi, by wyjść z samochodu.- Jest sojusznikiem… zazwyczaj.
      - Jak Tremere? - zapytała.
      - Nie… nie jak Tremere, raczej jak hazardzista grający z diabłem o wysokie stawki.- odparł William i podszedł do mężczyzny witając się serdecznie uściśnięciem dłoni. Tamten odpowiedział uśmiechem i zaczęli cicho rozmawiać. Początkowo rozmowa dotyczyła dupereli, pogody i ostatnich wydarzeń towarzyskich w mieście. Wydawało się Ann że obaj mają wspólną dobrą znajomą o imieniu Tanith, bo Blake dopytywał się co u niej. I był zadowolony z faktu, że wszystko jest w porządku. Że żadne problemy się nie pojawiły.
      - Jestem z powodu twojej podopiecznej… mam coś na problemy które się pojawią. - powiedział James przechodząc do powodu dla którego tu czekał.
      - A będą jakieś kłopoty? - spytał poważnie Toreador.
      - Zawsze są, większe lub mniejsze.- odparł ów czarownik i zerknął na Ann.- A ona niespecjalnie potrafi się bronić, prawda?

      Ann nic nie odpowiedziała na to pytanie, czując się niepewnie w otoczeniu tego człowieka. Czemu w ogóle on się nią interesował?

      - O czym mówisz? I czemu się mną interesujesz?
      - Ja nie. Poproszono mnie o przygotowanie czegoś dla ciebie. Broni. - odparł Jaz wyciągając spod płaszcza coś zawiniętego w gazę. - Więc ją przygotowałem tydzień temu. Trochę mi to zajęło, bo duch którego szukałem mieszka w zbożach takich jak pszenica, żyto. A w najbliższej okolicy sieje się kukurydzę.
      - Duch? Żyto? - Ann była szczerze zaskoczona - Kto cię prosił?
      - Nie Cyril. - wtrącił Toreador, a James dodał enigmatycznie. - Znajoma… uznała, że nadchodzą ciężkie czasy i każda pomoc się przyda.

      - Czy wszyscy magicy są tak niemożliwie tajemniczy bez powodu? - prychnęła z irytacją. William nie musiał mówić, że to nie sprawka Cyrila. Tak bardzo to by się nie starał dla niej.
      - Zboczenie zawodowe, że tak powiem.- odparł James śmiejąc się chrapliwie. Co podkreśliło przy okazji jego miękki obcy akcent. Z pewnością nie był szkotem wbrew temu co sugerowało nazwisko. Podsunął zawiniątko. - W środku jest sztylet… cóż, nóż bowie z mieszkającym w środku duchem. Musisz wpierw skropić je swoją krwią, by duch uznał cię za swoją… partnerkę.

      Wampirzyca przyjęła zawiniątko z pewnym wahaniem.

      - Duch, co? - spojrzała na przedmiot z powątpiewaniem - Będzie straszył w domu Williama? - zerknęła na Toreadora - Może wspomoże to literaturę z horrorem.
      - To nie jest taki rodzaj ducha. To duch żniw… karmiło się je krwią by plony były duże, karmiło się je krwią by sierpy były ostre… a czasem i miecze. Ten również sprawi, że ostrze będzie ostre i też karmi się go krwią. Na szczęście posoką przeciwników, dlatego nigdy nie wyciągaj go z pochwy o ile nie planujesz go wbić w kogoś. W innym przypadku… rozdrażniony duch bywa groźny.- wyjaśnił czarownik.
      - Groźny? Jak?
      - Może zawładnąć twoim ciałem i rzucić cię do ataku. Jemu wszystko jedno czy zginiesz czy nie… byleby się napił krwi. Broń pasuje do twej natury krwio… nocnego drapieżnika, prawda?- zaśmiał się James i dodał. - Póki jednak będzie w pochwie, to nie może nic zrobić. Więc wyciągaj go z pochwy tylko, gdy chcesz zabić.
      - Brzmi prosto. - spojrzała przelotnie na Williama - W sumie... Will mówi, że nie jesteś jak Tremere. To czym jesteś?
      - Tremere i inni nazywają nas wsiowymi czarownikami. - odparł James wzruszając ramionami.- Paramy się magią… ale nie jesteśmy wybrani przez los i przeznaczenie tak jak prawdziwymi magowie.
      - To znaczy, że on nie ma awatara. Z tego co opowiadał mi john Dee to jest jakiś… duch przewodnik którego każdy prawdziwy mag ma. - wyjaśnił Toreador.
      - Uhm... Mam nadzieję, że nie taki jak to cholerstwo u nas. - mruknęła - Rozumiem więc, że takich jak ty, nie lubią... eeee... Tremere i inni?
      - Nie. Nie jesteśmy lubiani. Ponieważ nasza sztuka wiąże się z większym ryzykiem, ale nie martw się. Ten sztylet jest bezpieczny, pod warunkiem że będziesz trzymała się instrukcji obsługi.- zażartował James i dodał ponuro.- I oby nie zdarzyło ci się go używać, ale… cóż… ciężkie czasy przed nami.
      - Odprysk problemów z Nowego Jorku?- zapytał Blake.
      - Możliwe, ale sam wiesz że wróżenie to nie moja działka. Lepiej zadzwoń do radia. - dodał żartem James. Musieli się dobrze znać, bo w ich wymianie zdań pełno było niedopowiedzeń.
      - Przynajmniej zrozumiemy się na polu bycia ulubionymi wśród swoich... - sarknęła.

      - Dobra… to ja już wracam do siebie. Porządki w schowku same się nie zrobią. Nie można do wszystkiego zatrudniać duchów w czasach, gdy każdy zakłada związek zawodowy. - odparł ironicznie James żegnając się z parką Kainitów i zostawiając zawiniątko w rękach Ann, a William dodał do dziewczyny.- To może zrób co radził i zabierajmy się stąd.

      A następnie rzekł na pożegnanie czarownikowi. - Trzymaj się zdrowo.
      Kobieta powoli rozwinęła zawiniątko.

      - Długo się znacie? - zapytała Williama.
      - Będzie z osiem lat.- przyznał Kainita, gdy dziewczyna odsłoniła zwyczajny długi nóż w skórzanej pochwie ozdobionej dziurkami. Nie było to mistycznie zdobione cudeńko jakim był pożyczony oręż od Cyrilla. I z pewnością nie było to też tak potężne.
      - Wygląda... tanio. - stwierdziła z zawodem, gdy patrzyła na nóż. Westchnęła, wyciągając ostrze z pochwy.
      - Cóż.. pewnie był tani zanim…- Ann trudno się było skupić na słowach Williama, gdy dłoń jej drżała a głowę wypełniały szepty i kuszenia. Jakby w jej duszy obok jej własnej Bestii, zamieszkała druga… równie głodna, za to bardziej potężna.

      O, nie. Wystarczyła jej jedna głodna krwi obecność.

      - Masz. - syknęła, po czym zacięła ostrzem swoją dłoń, aby krew na nie popłynęła.

      Poczuła słabość związaną z utratą krwi, która spłynęła po ostrzu, by w nie wniknąć całkowicie. Poczuła też jak ów obcy głos mlaszcze obleśnie w zadowoleniu, a potem była cisza. Teraz tylko wystarczyło schować nóż do pochwy.

      - Obleśny ten duch.... - mruknęła chowając ostrze - Nie wiem co to jest.... ale to paskudztwo ma zabijać dobrze. - dodała, zamykając ranę na dłoni.
      - Obyśmy się nie musieli przekonywać.- westchnął ciężko Blake patrząc w leśne ostępy w które to zagłębił się James.
      - To teraz... Do Gangrela?
      - Tak. - odparł z uśmiechem Toreador. Bladym uśmiechem. Wyraźnie to spotkanie go zaniepokoiło.
      - Rozmawiałeś wczoraj z Księciem? - zapytała idąc do samochodu.
      - Tak. Nie znalazł śladów tego… obcego, którego widziałaś. Nikt inny nie widział. Może to wędrowny potwór, który już opuścił naszą domenę.- ocenił Toreador i uśmiechnął się dodając.- To jedna z zalet tego miasteczka, niewiele nadnaturali jest nim zainteresowanych. Nawet Sabat nas ignoruje. Zazwyczaj.
      - Nikogo nie znalazł? Zupełnie? - Ann wyglądała na zaniepokojoną - I co rozumiesz przez "zazwyczaj"?
      - Czasami jakaś banda młodych wpada tutaj poszaleć. I zostaje wybita, albo przez wilkołaki albo przez nas. Młode Sabatu są bezmyślną bandą agresywnych drapieżników. To wściekłe psy które się ubija. - wyjaśnił Toreador i wzruszył ramionami. - W Camarilli by przeżyć, musisz słuchać starszych i znać swoje miejsce. W Sabacie… musisz mieć dużo szczęścia i szybko nabrać rozumu i siły.
      - Jak wiele razy w nie życiu widziałeś Sabat? Znaczy, robiący wojnę w mieście.
      - Wiele razy miałem okazję toczyć boje z psami Sabatu, niemniej w samym Stillwater… raz, dwa razy w roku. Czasem częściej. To zależy od sytuacji w Nowym Jorku, jeśli Sabat planuje jakieś akcje przeciw Camarilli to pomniejsze oddziałki przejeżdżają przez Stillwater… lub niedobitki po konfliktach w Nowym Jorku. - wyjaśnił Blake.

      Ann nie pytała dalej. Wystarczył jej aktualny uścisk w żołądku.

      William przejechał przez Stillwater i skręcił w boczną uliczkę kierując na jezioro. Podróżowali coraz bardziej zaniedbanym szlakiem w kierunku dość dużej willi nad jeziorem. Cała posesja była co prawda ogrodzona, ale brama do niej była otwarta. A nad bramą wisiał ukwiecony szyld.
      |-“Ośrodek samodoskonalenia duchowego i terapii ziołoleczniczych”. Pod szyldem był nawet numer telefonu, stacjonarnego. Litery nieco się zatarły, wieńce zawieszone na szyldzie były deczko zwiędłe. Budynek zaś, choć imponujący i duży był zdecydowanie zaniedbany… co nie mogło dziwić zważywszy na to, kto go zamieszkiwał. Hippisi żywcem niemal wyrwani z lat sześćdziesiąt włóczyli się po okolicy, radośni i weseli. Leciała muzyka, zarówno hippisowska jak i obecne przeboje popowe, oraz nawet rap czy lżejsze kawałki metalowe. Niemniej przeważała moda z lat sześćdziesiątych i sztuka z tamtych lat.-|
      Caitiffka była wyraźnie zaskoczona.

      - To... nieoczekiwane. - szepnęła do Williama.
      - Wpływ krwi Garry’ego. Większość z nich piła ją, więc nie tylko siłę z niej czerpią ale też i jego krew wpływa na ich poglądy i myśli. Nie jest to tak mocny efekt jak przy diaboliźmie czy nawet piciu krwi Kainity przez innego Kainitę. Tu efekt jest bardziej subtelny i bardzo rozłożony w czasie. Garry żyje przeszłością, toteż sekta której przewodzi… też. - wyjaśnił Blake wysiadając.
      - Czyli... to ghule.
      - Nie wiem, być może. Rzecz w tym że Garry nie karmi ich tak regularnie jak ja moje psy. Nie wiem czy to już ghule czy tylko lekko uzależnieni.- odparł z uśmiechem Blake. - Garry polega na swojej charyzmie w trzymaniu tej grupki razem i jest, jak na przywódcę para-religijnej sekty, bardzo tolerancyjny i łagodny. No i nie ma własnego haremu.
      - Dla każdego, zaczyna być sprawa seksu tak mdła? - zapytała - Próbowalam raz... Strata czasu.
      - Bo jesteś martwa, twoje ciało jest martwe…- wyjaśnił William parkując samochód i wysiadając. - A co za tym idzie… hormony też. Przyjemność z seksu to hormony docierające do mózgu. Wielu młodych wampirów jeszcze potrafi czerpać przyjemność z seksu, ale tylko dlatego że jeszcze pamiętają jaka to przyjemność. Potem wspomnienia zaczynają się zacierać i tak jak jedzenie, seks traci swój smak. Są wśród nas tacy co… jeszcze potrafią, ale potrzebują do tego kogoś z kim łączy ich uczuciowa więź. Bez niej szkoda czasu.
      - A ty miałeś kogoś po śmierci?
      - Tak… parę razy. - odparł krótko wampir ucinając ten temat. Rzekł bowiem ruszając w kierunku budynku. - Polubisz Garry’ego to równy gość.

      Po kilku minutach weszli do budynku, zdewastowanego śladami “artystycznej twórczości” na ścianach i niedbalstwa mieszkańców wszędzie dookoła. To była kiedyś wspaniała posiadłość. Teraz, przeludniona i wypełniona różnymi poduszkami, kocami, świeczkami… wyglądała jak squat i w sumie tym była. Ann i Williama mijali weseli i zdecydowanie naćpani mieszkańcy. Jedna z dziewczyn bezczelnie pocałowała Blake’a w usta, a potem cmoknęła i zaskoczoną Ann… a następnie oddaliła się chwiejnym krokiem. Sądząc po spojrzeniu była tak naćpana, że nie wiadomo nawet czy miała świadomość tego, co właściwie zrobiła.
      |-Ale to było niczym w porównaniu ze spotkaniem oko w oko… z dużym górskim lwem. Dorosła puma po prostu wyszła z jednego z pokoi i przyglądała im się badawczo.-|
      Ann spojrzała oczekująco na Williama.

      - Nie przejmuj się. - odparł Toreador.- To część boskiej mocy naszego guru. Wiesz, jest taki cytat w biblii o czasach gdy lew przy jagnięciu legnie. Gdy wrogość między zwierzętami wygaśnie… to oznaka że Garry ma moc. Oznaka dla jego wyznawców.

      Po tych słowach minął ignorującą go pumę.
      -... co? - Ann odezwała się zdezorientowana.

      - Oznaka że jest wybranym przez Jehowę, Buddę czy co tam on wyznaje w tym tygodniu. Doktryna religijna nie jest mocną stroną Garry’ego… - zaśmiał się William poganiając gestem Ann, by ominęła pumę.

      Dziewczyna nie protestowała, tylko wciąż zdezorientwana, ominęła wielkiego kota.

      Przeszli do salonu, urządzonego jak sala tronowa jakiegoś arabskiego księcia. Były tu kolorowe zasłony w oknach, poduszki rozrzucone po całym pomieszczeniu. Dziesiątki świeczek, zarówno rozpraszających mrok jak i zapachowych. Był też siedzisko… duży i wygodny fotel. Było kilkanaście półprzytomnych osób obu płci i wszelkich ras. Był unoszący się wyraźnie zapach mafichuany. Był wreszcie wampir wgryzający się w szyję nieprzytomnej dziewczyny pojękującej lubieżnie i drżącej w jego objęciach. Nikt na to nie zwracał uwagi, zresztą jak mogliby… wszak wszyscy tu byli zamroczeni od narkotyków wypełniających ich krew.

      - Hej Garry…- rzekł na powitanie William. Wampir oderwał się od ofiary i ostrożnie odłożył na poduszki dziewczynę. Opatrzył pospiesznie ślad po ukąszeniu i wstał mówiąc wesoło.
      - Heeeej Wiiilll… kooopę dniii… powinieeneś wpadać częścieej chłopie. Nie możeeszsz całe nnoce zamykać się w swojeej pustelni.-

      Gangrel nie wyglądał zbyt groźnie, stary okularnik z długimi włosami i zaniedbaną brodą. Podobnie i ubranie miał wymięte. Ot podstarzały hippis podchodzący do nich lekko chwiejnym krokiem. - Żyyycie nie jeest po to by je marnowaaać na … a tyy musisz być ta nowa, tak?
      Tymi słowami zwrócił się do Ann, po czym podał dłoń mówiąc. - Garry jestem kwiatuszku, witaj w moooim królestwie.
      Ann odwzajemniła gest, trochę wciąż zagubiona w... tym.

      - Nieoczekiwane miejsce.
      - Moje małe sanktuarium.- przyznał ze śmiechem Gangrel i wzruszył ramionami dodając. - Tutaj każdy jest bezpieczny, człowiek, zwierzę, kainita. Mój mały raj.
      - A co z wilkołakami? Dostałeś wieści od nich?- zapytał William.
      - Taaa… nie przyjęli zgonu swojego krewniaka zbyt dobrze. Możliwe że pojawi się ktoś od nich, by na miejscu obdgadać sprawę i może przeprowadzić śledztwo. Mówiłem im że to żaden z moich podopiecznych. Nie wszyscy widać uwierzyli. -westchnął cicho Garry.- To smutne, ten brak zaufania. Przecież jesteśmy wzorowymi sąsiadami.
      - Lupiny nas nie lubią przecież. - odparła.
      - Ale jeszcze bardziej nie lubią wrogów Gai. I te tutejsze walczą z kopalnią i Żmijem… i z rządem który nie dość dba o rezerwat. My jesteśmy mniejszym złem. Zajmą się nami jak tylko rozprawią się z ważniejszymi wrogami. - zaśmiał się chrapliwie Garry. - To mądre z ich strony. Po co marnować siły na nas, skoro ich nie stać na walkę na dwa fronty.
      - I nie miałeś z nimi problemów? - zdziwiła się - Tolerują cię bardziej? Nie chcą rozszarpać jak jest pełnia?
      - Wilkołaki są po drugiej stronie jeziora i nie zapuszczają się tutaj. Zresztą… No… nie tak łatwo mnie rozszarpać. Twardy jestem. - zaśmiał się Gangrel i zaproponował wesoło.- I tego mogę cię nauczyć, jak będziesz tu wpadała częściej.

      - Jak to... nauczyć?
      - Jak przyjmować ciosy na klatę bez mrugnięcia okiem. - odparł wampir i napiął cherlawą klatkę piersiową. - Mam do tego talent.
      - Dziękuję... - skłoniła się zaskoczona.
      - Luzik, my wygnańcy musimy trzymać się razem, zwłaszcza tu w Stiillwater. Bo nikt inny nam nie pomoże.- Garry przyjacielsko klepnął Ann po plecach. Po czym zwrócił się do Williama.
      - To co was tu sprowadza?
      - Cóż… motor w moim garażu nadaje się do generalnego remontu. Nie używałem go od lat czterdziestych. Masz może coś nowszego w swoim garażu? Ann potrzebuje środka transportu.- wyjaśnił Blake.
      - Jeżeli to nie byłby problem. - w spojrzeniu Ann pojawiła się nutka zdziwienia - William już o mnie opowiadał przez telefon?
      - Wspomniał że jest nowa Kainitka w mieście i że wpadniecie z delikatną sprawą. Nic więcej.- zadumał się Garry i dodał z uśmiechem.- Każdy kto tu trafia z Nowego Jorku ma za sobą nieciekawą przeszłość o której nie chce opowiadać. Ja to szanuję.
      - Och. To dość... nowe tutaj? Znaczy, raczej inni wolą wiedzieć...
      - Z pewnością… stare nawyki z miasta. Bawią się w politykę.- zaśmiał się Garry rubasznie i zaprzeczył ruchem głowy. - Nie ja. Ja mam swój mały raj tutaj. Reszta mnie nie obchodzi.
      - Pewnie i tak prędzej czy później informacje z miasta od reszty ze Stillwater dotrą.
      - Wątpię… podobnie jak mój klan, Kainici ze Stillwater wolą o mnie zapomnieć. Czasem się się Joshua tu zapędzi, czasem William wypełznie ze swojej samotni… reszta? Widuję ich tylko wtedy gdy są wspólne zebrania. - zaśmiał Garry, a Blake wtrącił. - A propo zebrania, wkrótce pewnie nasz Książę zarządzi jedno by oficjalnie przyjąć Ann do naszej rodzinki.
      - Ty też uważasz, że jesteś w więzieniu tutaj? - zapytała Gangrela.
      - Bardziej na dobrowolnym zesłaniu. Gangrele z Nowego Jorku nie chciały widzieć mojej gęby, ja nie chciałem mieć z nimi nic do czynienia. A w tej sytuacji obie strony są zadowolone.- odparł wesoło wampir.
      - Czyli... jesteś zadowolony... - odparła zdezorientowana kolejnym, co lubi tu być - Czemu Gangrele pogardziły tobą?
      - Od lat sześćdziesiątych jestem pacyfistą. - odparł Garry wprost i ze śmiechem dodał. - i poza tym kiepsko dogaduję się z własnym klanem, więc postanowili mnie się pozbyć. Uważają że przeze mnie wychodzimy na mięczaków.

      Ann spojrzała po obu wampirach.

      - Zaskakuje mnie, że prócz Lukrecji i może Larry'ego, nikt bardzo nie przeżywa mieszkania poza NY.
      - Bibliotekarka by pewnie chciała wrócić, ale nie przyzna się do tego otwarcie. W końcu pełni tu ważną misję wyznaczoną jej przez starszyznę swojego klanu. - dodał kpiąco Garry i wsunął dłonie w kieszenie dodając. - Poza tym… do tego miejsca można przywyknąć. Nie ma tu tylko zagrożeń co w dużym mieście więc jak się wygodnie usadowisz to czeka spokojne i przyjemne życie po życiu. Nie musisz martwić się absurdalnymi rozkazami starszyzny klanu i młodymi ambitnymi Kainitami czekającymi na okazję, by wbić ci nóż w plecy.
      - Chyba nie takie przyświecało założenie Księciu NY.
      - A kogo tu obchodzi co przyświeca temu aroganckiemu sadyście. - odparł protekcjonalnie Gangrel, a William wsiniitrącił wyjaśniając. - Dla takich ambitnych postaci jak Lukcrecja to jest to prawdziwe więzienie i zesłanie. Reszta to… w przypadku pozostałych możesz traktować Stillwater jako przechowalnię narzędzi, obecnie niepotrzebnych, ale kiedyś mogą okazać się użyteczne i zostać ponownie wezwani do Nowego Jorku. Lukrecję to z pewnością kiedyś czeka. Gdyby było inaczej, cóż… litość nie należy do zalet księcia Nowego Jorku.
      - Nigdy go nie poznałam, choć to nie dziwi. - spojrzała na gangrela - Tutaj chyba najlepiej mnie traktują od... zawsze. Jak wampira.
      - Nic nie straciłaś, wierz mi.- zaśmiał się rubasznie Garry. - Elitka Nowego Jorku to banda snobów i podlizuchów. Willy jest lepszy od większości z nich zarówno pod względem urodzenia jak i zasług.
      - Przesadzasz. - odparł Blake, a Garry dodał wesoło.- Dziewczyno, mieszkasz z jednym z ojców założycieli tego kraju i narodu.
      - Co? - Ann spojrzała na Toreadora.
      - Przypłynąłem tu na jednym z pierwszych statków z osadnikami, a to jeszcze nie czyni mnie ojcem założycielem. Wiele osób brało udział w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Więcej ludzi niż Kainitów.- machnął ręką William speszony wyraźnie. - Ja nie odegrałem aż takiej wielkiej roli.
      - Ale jednak! Jesteś bardzo skromny.
      - To miłe, że nie powiedziałaś żem stary.- zaśmiał się Toreador wzruszając ramionami i dodał. - Proponuję żebyśmy zrobili tak. Ja z Garrym poszukamy motoru dla ciebie, a ty sobie… pozwiedzaj. Możesz nawet się nakarmić, acz pamiętaj że ludzie tutaj są w mniejszym lub większym stopniu pod wpływem marihuany.

      - Gdybym ci powiedziała jakimi ludźmi musiałam się pożywiać w zaułkach Nowego Jorku... - machnęła ręką -Poradzę sobie.
      - Nie musisz, też tam mieszkałem. - zaśmiał się Garry. - I w dodatku mam wrażliwy na zapachy nos.
      - To musiałeś w przytułkach dla bezdomnych nigdy nie mieszkać. - uśmiechnęła się.
      - Żebyś się nie zdziwiła. Gangrele, w czasach gdy tam mieszkałem, nie miały dobrych miejscówek. Mieszkaliśmy w opuszczonych budynkach i magazynach. Może to się już zmieniło, ale za moich czasów żyliśmy na poziomie ulicy. - zaczął wspominać Garry.
      - Niezbyt się zmieniło. - stwierdziła - Choć powiem, że wolałam nie mieć żadnego obok... Bywali bardzo nieprzyjemni dla kogoś, kogo uważali za poniżej siebie.
      - Czyli nic się nie zmieniło. Nadal piorą się z Brujah przy każdej okazji?- zapytał miejscowy guru.
      - Chyba nie przy każdej... choć czasem można się zastanawiać czy lepiej zezłościć Brujah, czy Gangrela. Rany od tych drugich potrafią się bardziej paprać.
      - Jeśli masz jeszcze jakieś potrzeby to nie wahaj się pytać i prosić. To jest otwarta na pomoc innym i bardzo przyjazna społeczność. W końcu rozpowszechniamy tu miłość i wzajemną życzliwość… i marychę. Nie należy zapominać o boskim ziółku.- dodał ze śmiechem Gangrel z pewnością nieco pod wpływem substancji wessanych wraz z krwią.
      - Dziękuję. - lekko ukłoniła się z przyzwyczajenia.
      - Nie ma za co.- Garry poufale objął Toreadora ramieniem.- To my ruszamy do garażu, a ty…- zwrócił się do Williama.- … musisz mi opowiedzieć, jak kochana Lucia przyjęła obecność kolejnej gęby do wykarmienia. Musi być pewnie wkurzona. No chyba że droga Ann to Ventrue, ale w to jakoś wątpię. Bo nie jest wredną suką.

      Georgina była w miarę przytomna i miła i najwyraźniej miała jakiś fetysz związany z kąsaniem, bo ochoczo dała się odsączyć z odrobiny krwi i na szyi miała ślady od kłów Garry’ego. I na ramieniu i na ręce.

      Posiłek wprawił Ann w dobry nastrój, a świat stał się odrobinę “różowy”. Nie w sensie koloru, a nastroju raczej… choć światło teraz rzeczywiście układało się miękko na wszelkich powierzchniach.

      Ann uśmiechała się trochę zbyt radośnie, gdy pozostawiwszy swój posiłek zaleczony (Garry naprawdę nie miał problemów z Maskaradą?) skierowała się dalej od "radosnej rezydencji", aby móc wreszcie skontaktować się z osobą, na której wspomnienie naprawdę głupawo zaczęła się uśmiechać. Wiedziała, że może humor jej rozmówca szybko ustawi na miejscu, ale na razie wybierała numer walcząc z radością.

      - O co chodzi. - zimny i beznamiętny głos Cyrilla potwierdził fakt, że dodzwoniła do niego.

      Zimny, beznamiętny, bezuczuciowy.... a jednak Ann jak szczeniak mogłaby zacząć merdać ogonem.

      - Ja... - głos na sekundę jej się załamał z uderzenia radości - Tutaj nie dzieje się zupełnie nic, nawet jest ciekawiej niż sądziłam, jest szpital, i mag, i Tremere, i Ventrue co chciała być Księżną, i będę na stacji pracować. l piramida, ale nie taka z Wiednia, ale zjada Tremere, i po coś wysłano FBI od Księcia na mnie, no i ta śmierć małego Wilkołaków i... ktoś się interesował mną. Taki niepokojący drapieżnik. I czy Nadia ma serio misję od Fundacji? - tylko fakt, że nie potrzebowała oddechu, sprawił, że ten potok słów nie załamał się w połowie.
      - Doskonale wiem o tym… wszystkim. Otrzymujemy raporty. Trzymamy rękę na puls…- Tremere przerwał nagle spokojną wypowiedź, by spytać.- O co chodzi z tym FBI?
      - Jutro mają mnie przesłuchać na komendzie. - Ann przetarła oczy - W związku z jakąś zbrodnią. - była blisko powiedzieć "którąś zbrodnią", ale opanowała się.
      - A skąd wiesz że to od Księcia ludzie?- zapytał chłodno i beznamiętnie stary wampir.
      - William powiedział, że to pionki podstawione przez Księcia…
      - Hmm… to niepokojące, ale nic z tym nie możemy zrobić. Odpowiadaj zgodnie z prawdą, acz nie bądź wylewna. Nie muszą dowiedzieć się nic więcej poza to, o co pytali. A potem zdasz mi raport z tego przesłuchania. A co to za niepokojący drapieżnik?- zapytał Cyrill chłodnym tonem.

      Radosny humor wyparował na wspomnienie.

      - Spotkałam go w drodze do Elysium... Nie wiem czy Spokrewniony... - Ann nie mogła się poszczycić umiejętnością rozpoznawania Nadnaturali ot tak - Niski i łysy mężczyzna, ale jego wzrok... - mimowolnie skuliła się w sobie - To było... jakby spojrzenie... drapieżnika. - głos jej zadrżał - Jakbym kiedyś widziała takie spojrzenie.. tylko nie pamiętam gdzie. . - w głosie caitiffa krył się niezrozumiały strach, którego i on sam nie mógł określić - Ta osoba chyba.. Przemieszczała się... skokowo? Była w jednym miejscu, a za chwilę dalej i znowu... Książę Stillwater twierdzi, że nie znalazł nikogo takiego.
      - Opowiedz o nim agentom Księcia, niech pogonią za tym wątkiem. Jeśli to ten który zbił moje pionki w Nowym Jorku, to… hmmm… jeszcze cię nie zabił, więc nie jesteś na jego liście. - stwierdził Tremere głośno rozmyślając.

      - A jeżeli zapytaliby o sprawy dotykające działań, które zlecałeś... to też mam otwarcie i szczerze odpowiadać? - zapytała ostrożnie.

      Musiała dość długo czekać na odpowiedź.

      - Mów szczerze i odpowiadaj precyzyjnie na ich pytania. - odparł w końcu wampir.- Jakoś się wytłumaczę u Księcia, tylko się nie rozgadaj. Na szczęście to nie ty byłaś wtajemniczana w szczegóły. Twoja… wiedza jest mocno ograniczona.
      - Będzie jak mówisz. - niby wiedziała, że ograniczanie jej wiedzy miało pomóc jemu samemu, nie caitiffowi, ale nie mogła pozbyć się uczucia, iż było kierowane troską - Czy chcesz bym się zakręciła wokół któregoś z wydarzeń tego miasta lub miejsca?
      - Rób co chcesz… ta dziura i tak służy głównie do ubijania nadmiernie ambitnych i głupich czarowników. - zaśmiał się Tremere i dodał ostrzegawczo. - Trzymaj się jedynie z dala od piramidy i… jeśli zabójca przyjdzie po ciebie lub po Williama, to jeśli Blake zginie, włam się do jego gabinetu i poszukaj pamiętnika. Taki staromodny Kainita pewnie go prowadzi, a w nim mogą się kryć brzydkie sekrety wielu starych wampirów.

      Cyril zawsze miał plan... nawet na Ostateczną Śmierć Williama. Powinno to zaniepokoić Ann, ale... jakoś nie przejęło.

      - Czyli Nadia... Jest czy nie jest na jakiejś misji tutaj? - zapytała wprost.
      - Nadia to nie twój problem.- odparł chłodno Tremere ucinając temat. - Nadia to sprawy klanu.
      - Oczywiście, oczywiście, sprawy Klanu. - Ann od razu wycofała się, nie chcąc naciskać na coś, co było powyżej niej - Pytam, aby wiedzieć jak się... odnieść... - ostrożnie doprecyzowała i szybko zmieniła temat - Lukrecja była zainteresowana mocno tym, kto mnie tu wysłał.
      - Kto? - zapytał Tremere wykazując minimum zainteresowania jej odpowiedzią.
      - Przeniosłam na Williama odpowiedź na to pytanie, które ciekawiło Lukrecję Borgia. - dodała cicho.
      - Lucrecia Borgia… Borgia… aaa tak…- zadumał się Cyril, a po chwili zaśmiał chrapiliwie. - A więc plotki były prawdziwe. Nie uwędziła się na dachu wieżowca. Ciekawe czemu Książę ją oszczędził. Trzymaj się jej blisko i wyniuchaj co się da. Lukrecja zna sporo sekretów elity i ja też chętnie je poznam.
      - Raczej... Jestem w stanie. - uznała Ann, co mogło być interesującą pewnością Bezklanowca, który chciał przysunąć się do Ventrue - Widziałam u niej kasetę VHS od Księcia…
      - Zdobądź ją, obejrzyj. Może zawierać cenne informacje. - odparł Cyrill władczo, aczkolwiek po chwili opanował się i dodał spokojniej.- Ale unikaj niepotrzebnego ryzyka. Nie musisz się spieszyć. Trochę tam zostaniesz.
      - Jak długo to ma zająć? - zapytała ulegle. Cyril nie potrzebował przy niej być władczym, by zrobiła co kazał, ale czasem to się zdarzało…
      - Na razie kilka tygodni. Może dłużej. Się zobaczy.- ocenił Tremere, by po chwili dodać.- I nie dzwoń bez powodu, możliwe że ktoś założył mi podsłuch. Nie wiem tylko kto próbuje podkopać moją pozycję.
      - Oddalenie jest ciężkie, ale…
      - Otrzymasz fiolkę z krwią co tydzień, mniej więcej. Prześlę ci przez kuriera.- uspokoił ją Cyril.

      Coś głęboko w Ann wrzasnęło na nią, chcąc przywrócić zmysły, ale wampirzyca nie słuchała racji nie pochodzących od tego Tremere. Oczami wyobraźni już widziała fiolkę.

      - Dziękuję... - dłonie jej zadrżały - Czy... mam unikać wspominania moich... zdolności? - dopytała patrząc na otaczające ją cienie.

      Nie myśl o krwi, nie myśl o niej.

      - A kogo to obchodzi na tym zadupiu ? - stwierdził ironicznie Tremere i dodał. - Rób jak uważasz. Wyszukaj mi smaczne informacje jak będzie okazja i nie narażaj się bez potrzeby.
      - Tu może nie obchodzi, to dziwne miejsce, ale agenci...
      - Wątpię by pytali o to akurat.- odparł Cyrill i westchnął.- Nie tylko członkowie twojej koterii zakończyli swój żywot podczas ostatnich nocy.
      - Kto jeszcze? - zapytała z zaniepokojeniem - Co się stało w mieście?
      - Nie znasz ich. To dość wysoko postawieni członkowie klanu Toreador i Ventrue.- gdzieś z tyłu głowy Ann odzywał się głosik, że Cyrill znowu nie mówi jej wszystkiego. Ale wszak wiedziała, że czyni dla jej dobra.

      “Lata egzystencji w klanie nauczyły mnie, że nadmiar wiedzy bywa równie niebezpieczny, co jej niedomiar.”
      Czyż tak jej kiedyś nie powiedział?

      “- Krew co wiąże myśli, serce, krew wampira w tobie krąży. Krew potężna, krew czarowna, jej siła niewolniczą miłością ciąży, krew tumani krew uwodzi niczym mocna morfina. Krew miłości kajdanami twoją myśli wciąż zapina. Pantofelku… co jeszcze mam dodać? Nie… księżniczka nie musi wiedzieć nic więcej… nie musi myśleć. Tak, wypoleruję cię dziś. Tą nową pastą.”

      Pierwszy raz złość wręcz kipiała w caitiffce, gdy bez pozwolenia kogokolwiek wparowała do gabinetu Cyrila, w którym wcześniej się już pojawiała. Była zła... Jak on mógł? Co on sobie myślał?! Czemu wcześniej ukrył powód, dla którego wybrał właśnie taki sposób zabezpieczenia?!
      Nie mogła tego tak zostawić...

      Przed Cyrillem stałą karafka pełna wiekowego koniaku. Jeszcze z czasów napoleońskich, co sam zresztą powtarzał każdemu kto pierwszy raz odwiedzał go w jego gabinecie. Karafka była ze rżniętego szkła i miała pewnie dwieście lat. Dwa kieliszki obok niej też. I karafkę i jej zawartość wampir bardzo cenił, choć sam już nie był w stanie rozkoszować się jej zawartością. Oczywiście mógł ją poczuć przez upitego śmiertelnika, ale nie poczułby wtedy smaku samego napitku. Zresztą “posiłki” Cyrilla musiały być czyste. Żadnego alkoholu, żadnych narkotyków, żadnych nieczystości. To że nie był Ventrue nie oznaczało, że powinien pożywiać się byle czym.
      Miał też inny kielich wypełniony trunkiem który tolerował i z którego siedząc na swoim kamiennym tronie przed dębowym biurkiem rozmyślając nad arcyważnymi (dla niego) sprawami.

      Bądź co bądź był zbyt ważną personą by osobiście ganiać za ofiarami. Za daleko zaszedł by bawić w takie rzeczy. Zimny i spokojny jedynie przelotnie spojrzał na wkraczającą do jego domu i gabinetu Ann. Wchodzącą tu bez jego przyzwolenia, by tu przyjść. Nie po to wszak wymyślono telefony, by coś takiego się zdarzało, prawda?
      Więc nic dziwnego, że cień irytacji przemknął po jego kamiennym obliczu o barwie alabastru.
      Sam sposób w jaki Cyril się prezentował okazał się idealnym środkiem zapalnym dla jej własnej złości. Ann szybkim, stanowczym krokiem podeszła do biurka wampira i oparła dłonie na blacie.

      - Myślałeś, że możesz tak grać nieskończenie, kurwi synu?! - w głosie caitiffki skrywała się agresja Bestii - To dla zapewnienia, że nie będziesz praw łamać?! Tylko formalność? FORMALNOŚĆ?!
      - Siadaj na tyłku.- warknął gniewnie Cyrill, tylko ledwo podnosząc głos. To wystarczyło, nogi dziewczyny się ugięły i upadła pośladkami na podłogę niczym wierny pies.
      - Chcesz rozmawiać, to zachowuj się cywilizowanie. Nie będzie mi tu byle nowicjuszka urządzać scen.- dodał zimno i spoglądając z góry na Ann spytał władczo. - Cóż takiego się stało iż zachowujesz się tak… plebejsko?

      Nagłe ugięcie nóg było zaskakujące dla Ann, ale nie spuściło z niej całej złości i choć teraz patrzyła z dołu na górującego nad nią Tremere wysyczała odpowiedź:

      - Plebejsko? To boli śliską żmiję tak bardzo? - uniosła się na dłoniach, zamierzając wstać - Sądziłeś, że nigdy nie dowiem się, że wyplułeś kłamstwo, mówiąc o swojej krwi?
      - Kłamstwo? Doprawdy?- odparł Cyrill upijając krew z kielicha i przyglądając się jak Ann walczy z niewidzialnymi okowami przykuwającymi ją do podłogi. - Powiedziałem, że moja krew w twoich żyłach jest gwarancją, że nie będziesz łamać praw. I to była prawda. Powiedziałem, że to formalność i to też była prawda. Byłaś znajdą z podejrzanymi mocami… skoro wiesz o tym jak działa wampirza krew, wiesz także co się najczęściej robi z takimi kundlami jak ty. Może mnie oświecisz łaskawie w tej kwestii?
      - Nie zgrywaj teraz dobroczyńcy. - warknęła, po chwili tej bezsensownej walki, poddając się i zostając na podłodze - Odeszłabym z miasta bez oporów, gdybyś nie wyleciał nagle z ofertą opieki.
      - Mylisz się. Zostałabyś zabita. Tak kończą bezklanowe i bezpańskie wampiry. Tak powinnaś ty skończyć. - stwierdził spokojnie Cyrill dopijając krew w kielichu. - Zwłaszcza takie pozostałości furii Sabatu. Powinienem cię zabić, gdy cię spotkałem. Ale nie uczyniłem tego. Nie poinformowałem siepaczy Księcia, by zakończyli twój żywot krwawo i boleśnie. Zamiast tego wstawiłem się u Księcia za ciebie. Powiedziałem, że możesz być przydatną osobą dla naszej społeczności.

      Założył nogę na nogę i mówił dalej. - Zaoferowałem się zostać twoim mentorem, co oznacza, że twoja wpadka byłaby moją wpadką. Twoje błędy owocowałyby karą nie tylko dla ciebie, ale i dla mnie. Dlatego wolałem się zabezpieczyć. Krew była formalnością, bo gdybyś jej nie przyjęła… to dałbym cynk Pięknej i Bestii. I oni usunęliby cię z tego padołu. Krew była zabezpieczeniem dla mnie, że nie wytniesz jakiegoś głupiego numeru. Nowicjusze klanowi potrafią spaprać sprawę, a ja miałbym zaufać jakiemuś bezklanowcowi, który nie miał pojęcia o świecie mroku?

      - I powiedz mi jeszcze, że to wszystko zrobiłeś znalawszy swoją człowieczą naturę na pchlim targu. - parsknęła - Twoje mentorowanie zapomniało nawet wyjaśnić wielu kwestii nieżycia, jak potęgi krwi. Co by też zrobił Książę, gdyby teraz się dowiedział o twoich kłamstwach?
      - Nic. Więzy krwi są powszechnie praktykowane w społecznościach Tremere. To odwieczna tradycja klanu.- odparł ironicznie Cyrill odstawiając pusty kielich na biurko. - Oczywiście, zakładając, że miałabyś okazję z nim porozmawiać. A w to wątpię. Ja… bywam wyrozumiały mała caitifko i mogę przymknąć oko na twoje chamskie zachowanie. Książę z wyrozumiałości nie słynie… ani z człowieczeństwa. A i ty powinnaś porzucić takie mrzonki jeśli chcesz pożyć dłużej niż kilka dziesięcioleci.

      Spojrzał na nią zimnym przeszywającym spojrzeniem. - Powiedziałem ci wszystko to, co potrzebowałaś wiedzieć. Nie mniej, nie więcej. Lata egzystencji w klanie nauczyły mnie, że nadmiar wiedzy bywa równie niebezpieczny, co jej niedomiar.
      Wstał i odsunął szufladę biurka wyjmując z niego długie i posrebrzane ostrze. Sztylet który on określał mianem puginału.
      On był tak spokojny... Zachowywał się jakby już wygrał....

      - I co teraz? Sądzisz, że przejdę z tym do porządku? Po co to w ogóle zrobiłeś ze mną? Po co ciągle dajesz krew? - zapytała, wyraźnie nie wiedząc, co robi ciągłe karmienie vitae.
      - Postawiłem się Księciu ryzykując swoją skórę, by ocalić twoje nieżycie. I nadal je ryzykuję, a ryzyka nie lubię. Oczekuję całkowitej i niewzruszonej lojalności. Moja vitae w tobie tę lojalność mi zapewnia, ale… - przesunął dłoń nad kielich i naciął nadgarstek. Krew spłynęła do kielicha szerokim strumieniem, wypełniając go po chwili. -... skoro cię to oburza, to masz okazję się postawić caitfiko.

      Przysunął kielich ku Ann, tak by mogła sięgnąć ku niemu.

      - Wylej, wypij, zignoruj… zrób co chcesz. Jeśli nie chcesz… znajdę kogoś innego. Nie zmarnuje się. - rzekł przyglądając się Ann. - No… i co ty teraz zrobisz?

      Dosłownie w pierwszym ułamku sekundy Ann chciała odrzucić krew. Nie jest niczyim niewolnikiem! Odejdzie!
      Caitiffka wyraźnie walczyła ze sobą. Drżała w walce z ciałem, jednocześnie nie chcąc i chcąc odrzucić ten dar. Ociężale wystawiła dłoń do kielicha, przesuwając palcami po jego krawędziach.
      Nie mogła!

      - Czemu... - przysunęła do siebie kielich - Czemu... zechciałeś mnie oszczędzić...? - ciężko wydyszała słowa, obserwując czerwoną zawartość zdobionego kielicha zaciskając na nim palce.
      - Bo uznałem, że masz potencjał do bycia użyteczną dla mnie. I za cenę twojej lojalności postanowiłem cię ocalić przed śmiercią. Masz rację, to nie miało nic wspólnego z sentymentalnym człowieczeństwem. Jesteś moją inwestycją. - odparł spokojnie Kainita. - Ale nie czuj się z tego powodu źle. Nie jesteś już człowiekiem, ja nim nie jestem od wieków. W naszym społeczeństwie wszystko to interesy.

      Ann patrzyła jak zahipnotyzowana w zgromadzoną krew, ostatkami sił prowadząc przegraną walkę.

      - Znałeś wynik... - spojrzała z miłością na krew - Nie krzywdź mnie... - po tych słowach zaczęła z wyraźnym zapałem wypijać zawartość kielicha.
      - Oczywiście, że znałem. Wspomniałem przecież, że nie lubię ryzyka. Wolę szachy, tam każdy ruch jest skalkulowany i nie ma miejsca na przypadek. - odparł Tremere uśmiechając się kwaśno. - No i skąd pomysł, że planuję cię skrzywdzić? Za dużo w ciebie zainwestowałem, by zmarnować to nieprzemyślanym działaniem.

      Chwiejnie wstała i ruszyła do Cyrila, pozbawiona nawet cienia złości na niego, po drodze stawiając pusty kielich na biurku.

      - Różne rzeczy... mówili... - ociężale składała słowa, porażona siłą vitae Tremere - Będę służyć... - usiadła na podłodze przy wampirze - Zawsze... Bo to interes... Dla mnie też.
      - Dobrze. A następnym razem jak zbierze ci się znów na żale, to proszę odpuścić sobie tę całą dramę. - odparł spokojnie Tremere opatrując ranę i siadając z powrotem na tronie. - Nie ma co urządzać pokazów tego typu. Zawsze chętnie rozwieję twoje wątpliwości.
      - Nie będę więcej... - wyglądało, że Ann odczuwa jakąś radość z tej fałszywej miłości - Wybacz mi… - szepnęła kładąc głowę mu na kolanach.
      - Wybaczam z uwagi na twoje niedoświadczenie. Dopiero wszak uczysz się reguł Maskarady i życia wśród Kainitów. - odparł łaskawie Cyrill i pytając.- Masz jeszcze jakieś pytania, wątpliwości?

      Ann chwilę zbierała słowa, by w końcu wyszeptać wtulając głowę w nogi Tremere, gdy jego krew płynęła w żyłach kobiety.

      - Jak mogę ci się przysłużyć, dobry panie?
      - W tej chwili niczym, ale nie martw się. Przyjdzie ci czas się wykazać. Prędzej czy później. - czule pogłaskał po głowie młodą wampirzycę.

      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • ZellZ Online
        ZellZ Online
        Zell jako Ann Paige
        Moderator Obsługa
        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
        #9

        Rozmowa zakończyła krótką mętną wypowiedzią Cyrilla na zadane przez Ann pytanie. Krew miała się zjawić wkrótce. Mogło to oznaczać, że będzie następnej nocy. Mogło oznaczać, że wampirzycy przyjdzie czekać dłużej na przesyłkę.
        Tymczasem do Ann podchodzili Garry z Williamem prowadząc… eee.. tooo…

        [media]http://i.ibb.co/mNZWZDj/3c5f223e-cb1e-4292-8f06-a444006ba36c.jpg [/media]

        Był to stary i zaniedbany motor japońskiej produkcji z flakami na obu oponach. Jeśli to miał być ten sprawny motor, to jak wyglądała ruina w garażu Blake’a.

        - Opony się napompuje, silnik jest na chodzie, hamulce w miarę sprawne.- ocenił Garry przyglądając się temu obrazowi nędzy i rozpaczy. A tymczasem Toreador dodał. - Dukes go odnowi, w każdym razie jest na chodzie. Pomijając brak świateł oczywiście.
        - To twój w garażu jest w częściach, czy z czasu twojej Przemiany, Will? - Ann była trochę rozbawiona, ale jednocześnie zadowolona.
        - Mój bardziej nadawał się do muzeum niż na drogę. Ten ma flaki, mój miał jedynie resztki opon.- wyjaśnił Toreador i dodał. - Przejedź się jak tylko służka Garry’ego…- Gangrel znacząco chrząknął.- …to jest oddawana wyznawczyni i duchowa córka… przyniesie pompkę.
        - A ma paliwo? - zapytała. Ciekawe czy o tym zapomnieli.
        - Nalaliśmy. To stary solidny silnik. - Garry poklepał czule maszynę.
        - Z czasów gdy ekologia znaczyła mniej niż trwałość. Ten motor może pojechać nawet na oleju do smażenia i zatruć pół lasu spalinami.- stwierdził ironicznie Toreador.
        - Trochę przesadza, ale rzeczywiście ten motor pojedzie na każdym paliwie. I sprawdziliśmy, silnik działa i sprzęgło też. - dodał Garry.
        - Zaryzykuję te w miarę sprawne hamulce. - stwierdziła - Upadek nie byłby chyba gorszy od wyskoczenia z jadącej ciężarówki.
        - Jeśli nie będziesz jechała za szybko.- odparł Garry, a William dodał. - Po prostu jak najszybciej oddaj go Larry’emu do przeglądu. Na mój rachunek.

        Tymczasem ukwiecona hipiska przyniosła pompkę do roweru, trzymając ją jak cenne trofeum i z uśmiechem oddała ją Garry’emu który zabrał się za pompowanie pierwszego z kół.

        - Mógłbyś mnie dziś jeszcze podwieźć do Elysium? - zapytała Williama - Chcę spotkać się z Lukrecją, a dopiero będę poprawiała wygląd motoru... Wolę by Ventrue nie musiał nawet o tym od ghuli słyszeć...
        - Dobrze… nie ma sprawy.- odparł ciepło Toreador i rzekł. - Załadujemy motor na mój samochód, jak tylko Garry napompuje opony.
        - Dziękuję. - Ann skłoniła się. William był... niepokojąco miły. Caitiffka wiedziała, że ktoś tak stary nie może być uroczy, bez żadnych planów.

        Tymczasem Garry napompował drugie koło. A William mówił.- Więc… zostawię cię w mieście z motorem. Zdołasz sama wrócić do domu? Jeśli nie to Lukrecja cię przenocuje w dzień.

        - Najwyżej zostanę, lepiej nie kluczyć nocami przez las na pierwszy raz. O której jutro ma być to FBI?
        - Pewnie koło dwudziestej, dam znać Joshui żeby cię od niej zabrał.- odparł z uśmiechem William.- Motor zostawić w mieście, czy może wolisz bym podrzucił Larry’emu?
        - Jeżeli nie będzie to ten moment, w którym cierpliwość starszego Toreadora do kundla się wyczerpie... to nie sprzeciwiłabym się temu transportowi do Larry'ego. - odparła gładko.
        - Kawałek drogi nadłożę co najwyżej. A i tak w końcu Dukes powinien zrobić przegląd generalny i zamontować światła w tym jednośladzie. - odparł spokojnie William. - Więc po prostu załatwimy rzecz od razu.

        Ponownie skłoniła głowę z wdzięcznością.

        - Lukrecja będzie pewnie narzekać, że wczoraj odeszłeś nie dając jej szansy na zaspokojenie ciekawości.
        - Lukrecja nie ma nic lepszego do roboty niż knuć i narzekać.- odparł Blake i zwrócił się do Garry’ego który napompował już opony.- Dzięki za motor, załadujemy go do mojego wozu…-

        Po czym wziął motor jakby był lekki niczym piórko. Co świadczyło o sile, o dużej sile. Nadnaturalnej sile, bo przy całej swojej urodzie Blake był… efemerycznym chucherkiem.

        - Zdziwiliby się ci, co uznaliby cię za dobrą ofiarę nocnej kradzieży. - stwierdziła lekko, gdy po pożegnaniu z Gangrelem szła za Toreadorem.
        - Cóż… urodziłem się w niebezpiecznych czasach, zanim przebudziłem się do nocnego życia. Trzeba było wtedy umieć walczyć. - odparł Toreador niosąc motor i westchnął. - A choć minęło tyle dziesięcioleci i uważamy się za bardziej cywilizowanych to nadal zarówno ludzie jak i Kainici często używają siłowych sposobów do rozwiązywania sporów.

        Załadował motocykl na tył forda i zapiął go pasami, po czym wsiadł na miejsce kierowcy.
        Zanim wsiadła caitiffka.

        - Więc od początku musiałeś się walką parać?
        - Noblesse oblige.- wyjaśnił z uśmiechem Toreador, co znająca francuski Ann zrozumiała. “Szlachectwo zobowiązuje”.
        - Ventrue na pewno by przyklasnęli temu. Czyli twoje umiejętności poza literaturą to był fechtunek?
        - Byłem dworzaninem, więc musiałem mieć obycie z rycerskim rzemiosłem. Acz muszę przyznać, że nie szło mi za dobrze w rycerskiej sztuce. Lepiej władam piórem. - samochód ruszył i powoli zaczęli opuszczać siedzibę Garry’ego.

        Dziewczyna siedziała chwilę w ciszy.

        - Wybacz, jeżeli nie powinnam pytać, ale zastanawiam się... Jak odbywa się takie... zaplanowane Przeistoczenie? Zakładam, że to głównie tyczy się tych wysoko urodzonych Klanów? Śmiertelnik jest powiadamiany wcześniej? To zawsze jest z zaskoczenia? Twoje było, hmm, spokojne?
        - Tak. Zazwyczaj śmiertelnik jest przygotowany do tego przejścia. Uczony o Maskaradzie i społeczności Kainitów kilka miesięcy przed przeistoczeniem. Tak przynajmniej robi się to u nas, Toreadorów. Podobnie jest u Ventrue. Co do innych klanów… - zadumał się William.-... to różnie bywa. U Gangreli i u Malkavianów bywa… czasem przypadkowe.
        - Dają wybór? - zaciekawiła się.
        - Toreadory? Tak, dają. - przyznał enigmatycznie William.
        - Ciekawe co w razie odmowy.. choć wy chyba macie moce na to. - zastanowiła się - A jak było z tobą?
        - Uwiodła mnie perspektywa wieczności z moją miłością. A potem… okazało się że wieczność to bardzo bardzo długo. - westchnął smętnie Kainita. - I wiele może się zdarzyć w tym czasie.
        - Wiesz, słyszałam o tobie w szkole, czytałam twoje dzieło.
        - Nie… to nie ja. - zaśmiał się William i dodał. - Możliwe że to ktoś z mojego rodu. Miałem starszego brata i… cóż… nie śledziłem potem losów mojej rodziny.
        - Och. - Ann wyglądała na zawiedzioną - A jak poznałeś swojego Stwórcę? - zapytała szczerze zainteresowana.
        - On znalazł mnie. Zresztą wtedy Kainici byli na dworze królewskim wieloma ważnymi personami. - wyjaśnił William z uśmiechem. - Tak zresztą bywa w przypadku takich oficjalnych przemian. Zwykle to twórca wybiera swojego potomka, a nie na odwrót.
        - Czyli w ten sposób przeprowadzona Przemiana jest... przyjemna?
        - Lepsza niż seks. - wyjaśnił krótko Toreador. - Widziałaś jak Garry się pożywiał prawda? Dla śmiertelników, takie oddawanie się nam jest bardzo przyjemne. Cóż… zazwyczaj.
        - To rozumiem już czemu tak wiotczeją. - Ann zadawała te pytania jak zwykły wampirzy pisklak... Choć nawet najwyraźniej nie była już zawstydzona zdobywaniem wiedzy skąd mogła.
        - Nic więc dziwnego, że Garry jest guru tej sekty. Zresztą są oni tak naćpani, że wątpię by “wyznawcy” potrafili zrozumieć w jakiej się znaleźli sytuacji. - zaśmiał się Blake. - Garry jest najbardziej sympatycznym Gangrelem jakiego można spotkać.

        Równie dziwnym co reszta Stillwater...

        Znowu znalazła się w miasteczku. Wysiadła przed przybytkiem należącym do Lukrecji, jasnym i radosnym w przeciwieństwie do właścicielki.

        - To do jutrzejszej nocy. Spotkamy się na posterunku.- rzekł przyjaźnie Blake na pożegnanie.

        Ann pożegnała Williama i weszła do przybytku. Musiała porozmawiać z Ventrue, zawiązać kontakty... dla Cyrila. I siebie.
        Pąsowa Róża była taka sama jak wczoraj. Tylko nie było wczorajszej piosenkarki. Dużo ludzi, dużo zapachów nęcących żoładek. Pot, zapach pobudzenia, alkoholu, ekscytacji. Dobrze że była najedzona. Źle, że deczka naćpała się przy okazji. Oczywiście nie widziała tu Lukrecji, wiedziała że Ventrue prawdopodobnie siedzi w swoim gabinecie. Za to widziała jej pomocnice i ghulice zajmujące się klientami.
        Przesunęła się w poszukiwaniu Miracelli, a gdy ją wypatrzyła, zagadała od razu.

        - Chciałbym się zobaczyć z panią Lukrecją.
        - Eemm… mogę wiedzieć w jakim celu? - zapytała Miracella uśmiechając się niepewnie. - Pani Lukrecja bywa zajęta.
        - To całkiem zrozumiałe. - bywa zajęta knuciem i marzeniami o Nowym Yorku... - Ale sądzę, że mogę trochę przydać się w kwestii informacji. Powiedz jej, że w wielkim mieście przypomniano sobie o miasteczku. I o tym chcę rozmawiać.
        - Usiądź i poczekaj tutaj. Wrócę z odpowiedzią mej pani. - odparła Miracella i ruszyła na górę zostawiając Ann samą.

        Gdy tak siedziała ktoś do niej podszedł i przysiadł się. Czarnoskóry mężczyzna w ciemnym garniturze uśmiechnął się i dodał.

        - Nowa tutaj, prawda?

        Uśmiechnął się jeszcze szerzej odsłaniając wampirze kły.

        - Jestem tu trzecią noc dopiero. - przyznała - Ann Paige. - przedstawiła się lekko skłaniając głowę.
        - Jestem Clyde, jakbyś chciała przewodnika po okolicy to wierz mi, nikt nie nadaje się do tego bardziej ode mnie. A jakbyś chciała coś na ząb… to jestem też miejscowym dostawcą. 0, A, B… Rh+ lub nie. Każdą załatwić potrafię….- rzekł poufale się nachylając i pusząc się niczym indor..

        Widać, czemu działał Ventrue na nerwy...

        - Jesteś Potomkiem Księcia, prawda? - nie musiała pytać, ale chciała reakcję zobaczyć.
        - To widać? - odparł z uśmiechem wampir zupełnie nie zaskoczony jej słowami. Zdecydowanie był narcyzem. Był też z pewnością niedoświadczony. Młodszy od niej stażem.

        Po co go Joshua wybrał?

        - Musiałeś naprawdę się odznaczyć w oczach Księcia, że Cię Przemienił.
        - Cóż… nie chcę się chwalić…- skłamał, bo cała jego postać mówiła Ann, że chce się puszyć.

        Ale nie miał okazji.

        - Ann… Lukrecja już czeka.- zjawiła się bowiem Miracella. A mając doświadczenia z dwoma Ventrue w przeszłości caitifka wiedziała, że członkowie tego klanu nie lubią czekać.

        Dziewczyna wstała z siedzenia.

        - Wybacz, ale muszę opuścić teraz, będziemy mieli czas. Jutro wszyscy się zbieramy w końcu. - skłoniła głowę i szybko ruszyła do Lukrecji.

        Wampirzyca przebywała w swoim gabinecie, oczywiście nadzorując swoje interesy poprzez kamery… lub z nudy grając w pasjansa. Ann nie mogła bowiem dostrzec tego co jest teraz na monitorze komputera Lukrecji. Ventrue oderwała od niego spojrzenie, by skupić się na wchodzącej do środka Ann.

        - O czym to chcesz rozmawiać?- spytała gospodyni gestem dłoni wskazując jej fotel przed swoim biurkiem.

        Ann usiadła na wskazanym fotelu, wcześniej skłoniwszy się z szacunkiem.

        - Pewnie wiesz pani, że jutro pojawią się w Stillwater ludzie z FBI od Księcia Nowego Jorku. - powiedziała badając reakcję Lukrecji - Chcę prosić cię o rady... Znasz lepiej Księcia, więc miałabyś lepsze spojrzenie, co powinnam robić a czego na pewno nie, będąc przesłuchiwania przez takie osoby.

        Lukrecja uśmiechnęła się kwaśno słysząc te słowa. Przyjrzała Ann badawczo i rzekła po chwili.

        - To zależy od tego… po co tu przyjeżdżają. I w jakim celu cię przesłuchują.
        - Mają mnie przesłuchać odnośnie jakiejś zbrodni... Nie znam szczegółów, ale mogę założyć, że ma to do czynienia z zabójstwami, które uderzyły w ważnych Spokrewnionych, jak i moja Koteria padła ich ofiarą. A sposób zabicia był... prawie rytualny, brutalny?
        - Brzmi jak Sabat. Tzimisce najpewniej… - westchnęła Lukrecja i wzruszyła ramionami.- Albo któryś z Tremere eksperymentuje z magią krwi w sposób… cóż… niedozwolony. Pod przykrywką “morderstwa”.
        - Skoro też jakieś ważne persony to musiało dopaść, to ktoś był niewybredny w wyborze. Członkowie mojej Koterii może nie byli jak ja, bez Klanu, ale dotykali co najwyżej średniego szczebla. - skrzywiła się - Widziałam to, co z nich zostało. Miejsce wyglądało jak rzeźnia, ktoś nie dbał o wampirzą krew... - opisała po tym wygląd miejsca, jak poćwiartowane szczątki tworzyły "figurę".
        - Brzmi jak Tzimisce i ich zamiłowanie do turpizmu.- przyznała sarkastycznie Lukrecja uśmiechając się pod nosem. - Z drugiej strony wszyscy znają poczucie estetyki Tzimisce, więc nie można wykluczyć innych. Ale to oznacza kogoś dobrze obeznanego w wampirzych obyczajach. Żaden młodzik by na to nie wpadł.
        - Jako, że wysłano tych osobników po mnie, aby mnie przesłuchać, zakładam że w tej sprawie... czego kategorycznie powinnam nie robić, jako że wydarzenia z przesłuchania na pewno do Księcia dotrą? - zapytała z obawą.
        - Skoro ich tu wysyła, to z pewnością otrzyma od nich raport.- wzruszyła ramionami Lukrecja zapalając niemal odruchowo papierosa zapalniczką.

        - Więc... Jakie moje zachowanie przy... kategorycznie nie było tym, co spodobałoby się Księciu? Unikałam zawsze - o ile już spotkałam - osób z wyższej półki, więc w sumie nie wiem czego unikać, jeżeli chcę trochę poistnieć…
        - Nie zobaczysz Księcia. Nie powąchasz nawet jego śmieci. Zobaczysz pomagierów i zrobisz co ci każą. Żadna filozofia.- stwierdziła Lukrecja po namyśle.

        Czyli w sumie nic zaskakującego. Niemniej Ann wciąż czuła się niepewnie.

        - Poza krążącymi opowieściami, czasem sobie przeczącymi... jaki on jest, pani Borgio? - zapytała.
        - Cóż… zimny i o nienagannych manierach, sadystyczny socjopata. - stwierdziła krótko Lukrecja wzdrygając się na samo wspomnienie.
        - Słyszałam plotkę, że lubi, em, spektakle jak w Starożytnym Rzymie organizowano…
        - Nie słyszałaś więc innej… że był w Kartaginie i uciekł z niej przed upadkiem miasta. Nie wiesz pewnie co się działo w utopii Brujah i może lepiej dla ciebie, żebyś nie wiedziała. - zaśmiała się ironicznie Lukrecja. A następnie skinęła głową. - I tak, to prawda. Lubi spektakularne egzekucje. Kainici je zapamiętują lepiej niż kolejne dekapitacje.
        - Nie wiem też jak on się nazywa…
        - Nikt obecnie nie wie. Śmiertelnicy znają go pod nazwiskiem Le Grandè, obecnie określany imieniem Dominic. Lecz Kainici zwracają się do niego tytułem: Książę.- wyjaśniła Lukrecja wzruszając ramionami. - Nigdy zaś imieniem czy nazwiskiem. Te dotyczą raczej konsorcjum Grandè Export-Import, firmy której Książę zawdzięcza osobiste bogactwo. Obecnie jest w niej tylko głównym udziałowcem.

        Postanowiła zaryzykować:

        - Wybacz za bezczelność, ale... Czy to oznaka wielkości ego, czy paranoja Księcia?
        - Hmmm... pewnie oznaka obu. - stwierdziła wampirzyca dodając z uśmiechem.- Zdrowa paranoja i mania prześladowcza to oznaka, że długo utrzymujesz się na szczycie.
        - Dziękuję za pomoc. - uśmiechnęła się - Znalazłam się w Stillwater, aby nie wystawiać się przed szereg, jakby zabójca zorientował się, że kogoś ominął z Koterii, kto akurat na miejscu nie był. - wytłumaczyła - Kiepsko wygląda, ale co poradzić…
        - Cóż… lepiej trzymaj się blisko Williama więc. Umie sobie radzić w walce.- odparła wampirzyca wypuszczając odruchowo dym papierosowy z ust. - I nie wydaje mi się bym ci w czymś pomogła.

        - Sama pomoc w powiększeniu informacji, a nie trzeba geniusza by wiedzieć, ze Bezklanowiec z podstawami ma cienko. -westchnęła - Jak jutro zakończą przesłuchanie, to będę mogła mniej lub więcej przekazać.
        - Przykładasz do tego zbyt wielką wagę. Gdybyś naprawdę miała znaczenie i twoje zeznania też, to zawieźli by cię do Nowego Jorku i przesłuchiwał ktoś bardziej znaczący niż śmiertelni sługusi Księcia.- dodała sarkastycznie Ventrue.
        - A jeżeli ktoś, jak ja ma związek z innym wampirem, który to znaczenie posiada? - zapytała po namyśle.
        - To już jego problem. Nie twój.- odparła Lukrecja wzruszając ramionami.- Tutaj lądują ci o których Nowy Jork chce zapomnieć. Czas być samolubną.
        - Les misérables de L'eau Calme. - westchnęła Ann używszy płynnego francuskiego bez śladu akcentu, tak płynnie jak mówiła po angielsku.

        Lukrecję zatkało wyraźnie na moment. Po chwili się pozbierała i odparła ironicznie po włosku z wyraźnym włoskim akcentem.

        - In questi tempi qualcuno conosce alcune lingue.
        - Może i więcej niż jeden czy dwa. - Ann nie była w stanie się nie uśmiechnąć - Masz bardzo... ciężko brzmiący akcent.
        - Stary… bo renesansowy. - stwierdziła uprzejmie Lukrecja.
        - Bardziej znam łacinę, włoski tyle o ile, więc na tym bazuję.
        - Och… dobrze… wiedzieć.- odparła Ventrue po chwili. Chrząknęła i dodała nieco skonfundowana. - To o czym rozmawiałyśmy?
        - O Księciu i jego zamiłowaniu do widowisk rodem z Koleseum. - odparła - Między innymi.

        - A tak… - wzdrygnęła się nagle i dodała.- …Książę lubi robić z egzekucji widowiska. Tradycyjne ścinanie głowy, nie jest w jego guście. Ale ty się nie musisz martwić. Nie masz wyrobionego imienia, by twoja śmierć warta była przedstawienia. Pewnie Bestia cię rozerwie.
        - To... byłoby lepsze niż przedstawienie Księcia? Ten sam koniec... - mruknęła.
        - Brutalny, ale rzeczywiście szybki koniec.- przyznała Lukrecja i uśmiechnęła się ciepło. - Ale tu cię on nie czeka.To nie jest jego dziedzina, a i generalnie nie obchodzi go co tu się dzieje.
        - Ty, pani, widziałaś jak kiedyś Piękną i Bestię? Ja tylko znam historie, jedna bardziej szalona od drugiej…
        - O tak. Znam ich dobrze. - stwierdziła sarkastycznie. - Piękna to czarnowłosa lolitka, a Bestia to rudy anemiczny chudzielec. Oboje wydają się niegroźni, ale wierz mi… jeśli wejdziesz im w drogę to już jesteś martwa.
        - Oni tylko na rozkaz Księcia mordują czy... to nie ma znaczenia?
        - Na szczęście nie czerpią przyjemności z zabijania. A przynajmniej ona nie. Po prostu wykonują polecenia księcia z bezlitosną skutecznością. Niemniej jeśli staniesz na drodze do ich celu, to zostaniesz usunięta bez mrugnięcia okiem. - wyjaśniła Lukrecja i przyjrzała się oczom Ann. - Jeśli będziesz pomiędzy nimi a twoim.. patronem. Zginiecie oboje.

        "Więc po prostu zginę... bo w razie potrzeby będę pomiędzy."

        - Zapamiętam. - dodała, chcąc odsunąć się od kwestii Cyrila - Jakie Klany reprezentują?
        - Ventrue i Gangrel, aczkolwiek nie podlegają swoim primogenom w mieście tylko bezpośrednio Księciu. - wyjaśniła Lukrecja.
        - Dowiedziałam się - zaczęła ostrożnie - że twoja obecność pani, to bardziej plotka w Nowym Jorku, nie pewna informacja... Jakby nie każdy mógł uwierzyć?
        - Czyżby?... - zdziwiła się autentycznie Lukrecja. - … Aż tak o mnie zapomniano? Przecież… co prawda działam delikatnie, ale…- teraz Ventrue zaczęła mówić do siebie rozważając słowa Ann i zapominając na moment o obecności caitifki.

        A ona nie miała zamiaru przeszkadzać Ventrue, jedynie milcząc grzecznie i pozwalając wampirzycy się wygadać do siebie.

        - Cóż… to tylko świadczy o ich niekompetencji. - wampirzyca nie próbowała wyjaśnić jakich ich ma ona na myśli. Bardziej przekonując siebie niż kogokolwiek innego. Spojrzała na Ann i uśmiechnęła się nieco sztucznie pytając. - Jakie jeszcze ploteczki przynosisz z Nowego Jorku?

        Ann przechyliła głowę zaciekawiona.

        - Może i mam coś... ale czy też powinnam się temu w przyszłości bardziej przysłuchiwać?
        - A co innego masz do roboty? Oglądać seriale z Williamem? Słuchać jego poezji? Sama nie wiem co gorsze. - zaśmiała się Lukrecja. - Plotki z dużego miasta, to jedyne co nam pozostało.
        - Już wcześniej słyszałam to, ale ty także mi powiedziałaś pani, że trzeba tu być samolubnym. - powiedziała spokojnie - Więc powiedzmy, że mogę spróbować być teraz. A informacje... - wzruszyła ramionami - Rozumiesz, pani.
        - Nie. Nie rozumiem. Oświeć mnie. - mruknęła Lukrecja uśmiechając się bezczelnie.

        Ann nie wyglądała na zniechęconą.

        - Informacji nie rozdaje się za darmo. Nawet kundel musi to w końcu zrozumieć. - oparła się plecami na krześle - Przekażę informacje... ale chcę w otrzymać coś w zamian dla siebie.
        - Bylebyś nie przeceniała ich wartości.- zaśmiała się Lukrecja.- Plotki nie są wiele warte.
        - A ile jest warty kundel? - wzruszyła ramionami - Nie planuję przejąć kontroli nad Camarillą, a głównie nadrobić bolesne braki w zrozumieniu, które w Klanach dostaniesz od Stwórcy nawet pierwszego dnia oraz zaspokoić własną ciekawość.
        - Nie przeceniaj roli Stwórcy w edukacji. Mój wygadany nie był. - odparła z uśmiechem Lukrecja i wzruszyła ramionami pytając.- A co cię teraz tak ciekawi?
        - Ale chyba nie zostałaś pozbawiona zrozumienia, że od teraz żywisz się krwią, nie zwykłym jedzeniem? - zastanowiła się - Ciężko na szybko całość opisać. Czy mogłabyś mi wytłumaczyć o co chodzi z tym, że każdy ma inną Moc? To ustalenia Klanowe? - wzruszyła ramionami - Jak się tworzy ghule? Czemu jest podział wampirów na dwie grupy? Nie mówiąc o okołopowiązanych sprawach.
        - Co do mocy to nie są to żadne… ustalenia klanowe a bardziej prawa autorskie. Teoretycznie każdy wampir może nauczyć się korzystać z każdej mocy… teoretycznie. Ale każdy klan pilnie strzeże swoich sekretów i niechętnie dzieli się nimi z innymi. Jednym wychodzi to lepiej, drugim gorzej. Niektóre moce są dość powszechnie używane i żaden klan nie może rościć sobie do nich praw, bo kilka klanów dzieli między sobą wiedzę o nich. Inne… jak magia krwi, są dość ekskluzywne, na tyle że na przykład Tremere z furią ścigają każdego kto nie będąc członkiem ich klanu korzysta z tej ścieżki.- stwierdziła ironicznie Lukrecja.
        - To bezklanowi... jakie powinni mieć? - zapytała.
        - Nie powinni mieć żadnych, ale mają…- stwierdziła wampirzyca i spojrzała na Ann mówiąc. - Ponieważ to bujda. Nie ma bezklanowców. Z pewnością jakieś moce przebudziły się w twojej krwi i one mówią jakiego klanu był twój ojciec czy twoja matka. Ale jak każdy bękart, nie jesteś uznawana przez swoją rodzinę.
        - Raz spotkałam jednego... Mówił, że nie da się ustalić z jego mocy kto mógł go stworzyć.
        - Niektóre moce, jak mówiłam nie są charakterystyczne i mogą wskazywać na różne klany. Jak prezencja… potęga charyzmy, którą dzielimy z Toreadorami. Inne są, jak wspomniałam specyficzne, jak Thaumaturgia Tremere. - wyjaśniła wampirzyca.
        - I tych specjalnych się nie nauczy kundel?
        - Każdych teoretycznie można się nauczyć. - przypomniała swoją wypowiedź Lukrecja.- Teoretycznie.
        - Cóż... Ja tylko ukrywam się... głównie. Nie zawsze działa na każdego...
        - Na nosferatu nie wyglądasz. - wzruszyła ramionami Lukrecja i znów zaciągnęła się dymem. - Pewnie jakiś assasyn upił się krwią i cię dopadł w ciemnym zakątku.
        - Niestety nie... Chyba, że są w Sabacie. - zrobiła się jakby mniejsza na wspomnienia.

        Brew Ventrue zadrżała nerwowo, gdy mówiła. - No to dobrze, że tu trafiłaś. Nawet jeśli Książę zaakceptował pomiot Sabatu, to wielu Kainitów, zwłaszcza tych młodszych… niekoniecznie. Dla nich zawsze będziesz piątą kolumną. Ukrytą agentką Sabatu. Być może nawet naprawdę nią jesteś, nie zdając sobie z tego sprawy.

        - Piątą kolumną? - zapytała z niezrozumieniem.
        - To wojenne określenie. W czasie wojny… tak się mówiło na agentów obcej armii działającej za liniami wroga i sabotującymi… cóż… najczęściej obiekty wojskowe. - wyjaśniła wampirzyca.
        - Jak zrozumiałam, to co się ze mną stało to było... sabatowe. Przemiana wielu porwanych śmiertelnych na raz dla celu wojennego. Gdybym nie wyrwała się temu po przebudzeniu... to bym pewnie szybko zginęła drugi raz. Dopiero w Nowym Jorku dowiedziałam się, że to musiał być Sabat. Wcześniej nawet nie wiedziałam czym on jest.
        - Im mniej wiesz o Sabacie tym lepiej śpisz za dnia. Wierz mi.- stwierdziła spokojnym tonem Ventrue.

        - Wystarczy mi to, co widziałam... - skrzywiła się - William mówił mi, że Przemiana jest... przyjemna? Chodzi tylko o ugryzienie, tak? - zapytała próbując to sobie ułożyć.
        - Nie potrzebujesz tej wiedzy. Przemiana to coś więcej niż ukąszenie, ale i tobie… nikomu nie wolno przemieniać bez zgody księcia.- odparła wampirzyca.

        Ann była wyraźnie zaskoczona odpowiedzią i dopiero po chwili zrozumiała nieporozumienie.

        - Nie, nie, nie pytam, bo chcę kogoś Przemienić. - zaprzeczyła kręcąc głową - Pytam z ciekawości. Tak, sama powinnam wiedzieć z doświadczenia, ale moje doświadczenie mówi, że trzeba być zwykłym psychopatą, aby komukolwiek to zrobić, co nie ma sensu w połączeniu z informacjami o chętnych na to…
        - Przemiana jest… wyjątkowa pod wieloma względami. - odparła enigmatycznie Lukrecja.

        Cóż, nie tylko Cyril jest zamkniętą księgą na niektóre tematy.

        - Ehm... Jasne. Tylko czemu, jeżeli to w gestii Księcia jest danie przyzwolenia na Stworzenie Potomka... jest jakiś problem z nowym Potomkiem Joshui? Przecież on tu jest Księciem... - zapytała niewinnie.

        - Cóż… To nie Nowy Jork. - odparła z szubrawczym byskiem w oku. - Władza nie wywodzi się z dokumentów czy obyczaju, władza pochodzi z mocy do zaprowadzenia swoich porządków. Z siły tego kto ją sprawuje, a Joshua… cóż… nie ma dość sił, by móc sobie władać jak mu się podoba. Jest nas tu niewielu i mamy duże wpływy. Ja, William, Larry nawet… Joshua jako Książę może robić co chce, ale że chce utrzymać swoją władzę to musi liczyć się ze zdaniem podwładnych.
        - Larry nie wydawał się być pewny w obecności Księcia, trochę jakby ustępował miejsca, więc chyba Joshua taki słaby nie jest? - zaciekawiła się.
        - Potęga to nie tylko zwykła siła fizyczna. Gdyby tak było to domenami rządziłyby osiłki z Brujah. - stwierdziła lekceważącym tonem Lukrecja. - A jak się przekonasz prędzej czy później, jeśli nawet nie rządzimy to i tak, my Ventrue mamy ostatnie słowo w wielu domenach.

        I tupet rozpieszczonych bachorków...

        - Rozumiem więc, że nowy Potomek naprawdę cię rozdrażnił... ponoć chciałaś pani, byś sama mogła kogoś przemienić?
        - Och… wprost przeciwnie. Zyskałam dzięki niemu argument za powiększeniem Ventrue, bo teraz jest aż trzech Brujah w Domenie, podczas gdy inne klany składają się z pojedynczych przedstawicieli.- zaśmiała się Ventrue, zaciągnęła dymem. - Poznałaś już Clyde’a? Potrafił być irytujący jako ghul i przemiana nie pozbawiła go tej wady. Szkoda że jest użyteczny. Choć pewnie tylko ten atut, sprawił że stał się jednym z nas.
        - Tak, na dole mnie zaczepił. Jest... - zastanowiła się nad słowem - Ekstrawertykiem z ego do sufitu, który chyba nie rozumie, że komuś nim oczy wydłubuje?
        - Na jego szczęście przebudził się w Stillwater. W Nowym Jorku byłby już martwy…- stwierdziła sarkastycznie Lukrecja.

        - A skoro powiedziałaś o ghulach to mam pytanie... Czym one w sumie są? Czemu służą wampirom? To czasem wygląda stratnie dla nich…
        - Z tego samego powodu… który zmusza do służby Kainitów. - uśmiechnęła się Lukrecja uniosła dłoń, by po chwili wbić w nią kły. Popłynął rubinowy płyn… wampirza posoka o słodkim nęcacym zapachu.

        Bezklanowa bała się, że to usłyszy. Nie, nie chciała dopuścić do siebie tego, nie była niczyim ghulem! To nie tak działa na wampiry!

        - Uhm... - odwróciła wzrok od krwi, aby choć wizualnie nie nęciła - Tylko ludzie mogą być ghulami? Lupiny nie, prawda? Czy inne Nadnaturale…
        - Nie wiem.- przyznała wprost Lukrecja wycierając dłoń jedwabną chusteczką. - Nie widziałam żadnego nadnaturala uzależnionego od naszej krwi. Po prawdzie niewiele nadnaturali widziałam w swoim życiu. To wilkołaki żyją w świecie duchów i tego całego mistyczymu, Tremerebabrają się w nadnaturalnych sprawach. Ja nie.
        - Wampiry nie mogą być ghulami, więc to jedno do skreślenia.
        - To zależy od definicji jaką przyjmiesz. Ghule są uzależnione od naszej krwi jak narkomani. My jesteśmy uzależnieni od krwi…- odparła melancholijnie Lukrecja.
        - Ale w tej definicji to jakby mówić, że tak jak wampiry od krwi, tak ghule od powietrza.

        Lukrecja zaśmiała się głośno i skinęła głową zgadzając się z Ann.
        Nie, nie myśl nad tym mocniej, masz już wystarczająco problemów...

        - Nie wiem ile dotarło do pani z Nowego Jorku, ale te zabójstwa dotyczą bynajmniej nie tylko przypadkowych. Ofiarą padli jacyś z Klanów Ventrue i Toreador, o wiele za wysoko dla mnie do znania. Zatrzęsło się całe miasto, jego wyższy pułap. - zmieniła temat, dając Ventrue obiecane strzępy wiedzy.
        - Interesujące… - zaciekawiła się Lukrecja przyglądając się Ann. - Co o tym wiesz? Bo powinnaś się domyślić co to oznacza dla nas.
        - Że Nowy Jork zmniejszył populację i jego Książę może być zainteresowany zamkniętymi tu?
        - Dokładnie. W mieście zwolniło się parę… miejsc. - odparła z uśmiechem Lukrecja.
        - Mam wrażenie, że innym osobom wybito ich... inwestycje.
        - Cóż… fortuna kołem się to…- nagle zadzwonił telefon, odrywając Lukrecję od rozmowy. Ventrue odebrała i przez chwilę słuchała głosu z komórki. Oderwała ją na moment od ucha i z uśmiechem zwróciła się do Ann. - Na tę noc musimy zakończyć naszą konwersację.
        - Oczywiście. - wstała i skłoniła się - Zostaję dziś na dzień.
        - Powiadom moje pracownice o tym, wskażą ci pokój na dzień gdy już będziesz gotowa. - odparła Lukrecja z ciepłym uśmiechem.
        - À bientôt, maîtresse.
        - Ehmm…- skinęła głową wampirzyca zaledwie domyślając co znaczyły słowa Ann.- Do widzenia.

        Kim w ogóle się stała?

        Zamknęła oczy czując gorzki smak niechęci do siebie. Oczywiście wiedziała, że swoje uległe zachowanie dostosowała do sytuacji, w jaką ją wpędziła śmierć. Za życia takie podejśce byłoby to nie do pomyślenia... przynajmniej nie w jego drugiej połowie. W sumie takiego się po niej spodziewano, czemu zadała cios, porzucając złotą klatkę gotową na jej wejście w dorosłość i wszystkie związane z nią wygody.
        Nie chciała żyć wedle narzuconego schematu. Sama próbowała walczyć o swój schemat.

        Początek był ciężki. Bez wszystkiego, co oferowało jej urodzenie, bez pieniędzy, bez stałego dachu nad głową... ale zaczęła o własnych siłach wychodzić na prostą. I nigdy nikogo nie prosiła o pomoc, nie wróciła do rodziny błagając o możliwość powrotu. Sama pięła się w górę, od dna i chrzanić tych, którzy chcieli ją zatrzymać na drodze!
        Tylko wtedy pojawiło się zbyt silne zagrożenie...

        Ann wbiła paznokcie w dłoń, czując wzbierającą bezsilną złość w klatce piersiowej.

        "Nie dbam o to. I ty nie powinnaś. Ktokolwiek cię przemienił, pewnie już nie chodzi po tym świecie."

        Tej rady Cyrila nie zamierzała wprowadzić w życie. Nie umiała zapomnieć dnia porwania oraz swojej śmierci. Mogła wyprzeć z pamięci wiele wydarzeń, ale nie zapomniała bólu, o którym przypominały jej wciąż widoczne rany... a ból był nierozerwalnie połączony z tym, przez kogo teraz znajduje się ponownie na końcu łańcucha pokarmowego.

        A nawet i czasem pod nim.

        "Z tego samego powodu… który zmusza do służby Kainitów."

        Nie chciała przyznać głośno tego, co próbowało się przebić do jej świadomości. Od ghula dzieliło ją... podejście?
        Ile z jej chęci partycypowania w interesach Cyrila to była siła jego krwi, a ile jej własna wola? Czasem myślenie o tym było takie trudne... Niemniej ta służba zapewniała jej pewną protekcję i szansę. Czy żywe kundle nie kończą ostatecznie na sznurze innego wampira? Nawet jeżeli któryś Klan ich przyjmie to tylko z rozbawienia lub planu Starszych.
        Nie różniło to się wiele od standardowej drogi powstania. Po prostu kundle miały dłuższą i cięższą drogę, bo najpierw musiały przecierpieć swoje.

        I być w tym sprytne, aby ich nie pożarło społeczeństwo Kainitów.

        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • AbishaiA Niedostępny
          AbishaiA Niedostępny
          Abishai jako XXI
          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
          #10

          Pomieszczenie w którym położyła się by odpocząć, było sterylne. Takie samo wrażenie odniosła wstając. Szare gołe ściany. Szara podłoga. Szpitalna świetlówka w suficie. No łóżko bardziej przypominające metalową trumnę. No cóż… za darmo mogła otrzymać jedynie minimalne wygody. Niemniej Ann nie miała powodów do narzekań, bo wszak nieraz budziła się w znacznie gorszych miejscach.

          https://www.youtube.com/watch?v=bc-Prdyp9LY

          Wampirzyca miała jeszcze trochę czasu dla siebie, nim ktoś przyjdzie po nią by zaprowadzić ją na posterunek. O tej porze przybytek Lukrecji był jeszcze pustawy. Stali bywalcy jedynie zasiadali przy stolikach. Kilka par małżeńskich. Jeden staruszek o wytrzeszczu i spojrzeniu szaleńca. Z którego kącika ust płynęła ślina. Jego zmierzwiona broda i spojrzenie pełne obłędu wyraźnie kontrastowały z w miarę schludnym ubiorem.
          Oprócz tego masywni mężczyźni i… masywni mężczyźni w odmianie ogolonej na twarzy. Ci pierwsi byli kierowcami ciężarówek, ci drudzy miejscowymi górnikami. Nawet w obecnych czasach pełnych mechanizacji, robota pod ziemią wymagała krzepy i odwagi oraz siły. Niektórzy wydawali się tacy… mniej ludzcy, ale… cóż, to tylko powierzchowne wrażenie i nie poparte żadnymi dowodami. Ot, takie wrażenie, taki lokalny koloryt. Zaś na Ann nie zwracał nikt uwagi. Ani hostessy, ani klienci. Te pierwsze zajęte były swoją robotą, ci drudzy… cóż, Ann nie była co prawda szpetna ale na tle wymuskanych pracownic Lukrecji była szarą myszką.

          W końcu zjawił się Joshua z delikatnym uśmiechem na twarzy.

          - Hej…- rzekł miejscowy książę witając caitifkę. - Ghule są już na miejscu. William też. Rozmówiliśmy się z nimi. I wytłumaczyliśmy że jesteś w mojej domenie gościem, a wkrótce moją poddaną. I że mają ten fakt respektować. Oni z kolei zapewnili, że przybyli tu tylko porozmawiać. Będziemy z William w pokoju obok i widzieli wszystko przez lustro weneckie. Nie masz się czego bać. -

          To było miłe, mieć kogoś za sobą. W poprzedniej koterii nie miała takiego luksusu. Po prawdzie tamtą grupę skupiały jedynie więzy z Cyrillem i cała grupka niespecjalnie potrafiła się dogadać.

          - Chodźmy.- rzekł ciepło mężczyzna i oboje wyszli.

          Posterunek był mały, ale dobrze wyposażony. Coś co mogło dziwić w tak małym miasteczku, ale miało swoje wytłumaczenie. Znajdująca się na terenie hrabstwa kopalnia płaciła tu spore podatki i opłaty środowiskowe. Stillwater było w miarę zamożnym miasteczkiem. Agenci FBI czekali już na nią w pokoju przesłuchań, standardowym pomieszczeniu podobnym do tego jakie Ann widywała w filmach. Sami agenci byli…

          … białym mężczyznami, ubranymi w garnitury i z jakiegoś powodu noszącymi czarne lustrzanki. Byli też pozbawieni jakichkolwiek szczególnych cech. W ogóle nie rzucali się w oczy. Nawet ich nazwiska…

          - Agent Thompson i agent Jones.- … były równie bezbarwne i trudne do zapamiętania.

          Nie zapamiętała nawet który z nich jest Thompsonem, a który Jonesem.
          -... FBI… - kontynuował jeden z nich, podczas gdy drugi rozstawiał dyktafon i mikrofon. - … zanim przejdziemy do naszego przesłuchania, musimy przygotować materiał dla naszych przełożonych.
          W ręce Ann trafił scenariusz. Pytanie, odpowiedź, pytanie, odpowiedź. Wszystko gładko rozpisane, na dwie lub trzy role.

          - Proszę trzymać się tekstu i kwestie wypowiadać naturalnie. - mówił agent.- Proszę usiąść i zaczniemy jak pani będzie gotowa.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • ZellZ Online
            ZellZ Online
            Zell jako Ann Paige
            Moderator Obsługa
            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
            #11

            Ann przejrzała pytania i odpowiedzi. Przesłuchanie na role... czuła się z tym... dziwnie, ale co było robić? Maskarada nie jest za darmo.
            Miała niemiłe wrażenie, że napisane kwestie w najgorszym wypadku mogą zostać zmanipulowane tak, aby wykorzystać je przeciwko samemu bezklanowcowi... czy Cyrilowi nawet. Skurwysyństwo wampirów by ją nie zadziwiło. Musiała wpierw sprawdzić co przyjdzie jej mówić.

            Imię i nazwisko: Larra Grant. Wedle tego co było pisało w scenariuszu była to eks-studentka, obecnie ćpunka na dobrowolnym odwyku, która podczas studiów i po nich dorabiała prostytucją. I to w dodatku dość specyficzną, bo css zdtmiała się specjalizować w ekstremalnych zabawach z dużą ilością lateksu i BDSM. I jej klientami mieli być obaj martwi Ventrue z jej koterii. To co z nim robiła wymykało się jej wyobraźni. Opisy tego były skąpe i na szczęście niezrozumiałe dla Ann. Chyba wolała nie wiedzieć jak dużych zboczeńców kreowała z denatów, acz informacje jakie były zawarte wywiadzie pozwalały domyślić się logiki śledztwa. Obaj Ventrue jak i pozostała trójka Kainitów oficjalnie miały być seksualnymi dewiantami, którzy w swoim poszukiwaniu ekstremalnych doznań posunęli się za bardzo… albo natknęli na kogoś, kogo podniecały brutalne mordy. Jednym słowem sami szukali swojej zguby. Ona sama zaś ponoć nie widziała ich od kilku tygodni i zerwała z nimi kontakt przebywając na dobrowolnym odwyku i nawróceniu na właściwą ścieżkę w ośrodku Garry’ego. Zważywszy że na ilość marichuany tam wypalanej ośrodek był ostatnim miejscem w jakim powinna się znaleźć eks-narkomanka, ale… nie było sensu tego poprawiać. Przecież wszystko tu było jednym wielkim kłamstwem mającym wyciszyć śledztwo. W końcu… jeżeli zboczeńcy giną z powodu swoich chorych skłonności to pruderyjni i bogobojni mieszkańcy Nowego Jorku nie mają się czego obawiać, prawda? A sama zbrodnia zamiast straszyć będzie tylko ciekawostką na stronach brukowców.
            Do tego Ann czuła się rozbawiona wykreowaniem seksualnych dewiantów z tych nadętych Ventrue.

            - Pasuje. - zgodziła się zajmując miejsce - Miejmy to za sobą.
            - Dobrze… zaczynamy.- odparł mężczyzna włączając dyktafon i cóż… zaczęło się nagrywanie słuchowiska radiowego dla ich przełożonego. On pytał, ona jak grzeczny piesek zachowywała się naturalnie... jak ćpunka. Niekoniecznie chętna do współpracy, ale poddająca się szybko. Raz nawet delikatnie zapytała o drugi, a Ventrue opisała jako rozpieszczonych dewiantów, dość barwnie...

            Agenci zachowywali się bardzo fachowo i profesjonalnie przez cały czas trzymając się scenariusza i bez emocji na twarzach.

            Gdy zakończyło się nagranie, wyłączyli dyktafon i jeden zwrócił się do Ann.

            - Wiemy że opuściłaś Nowy Jork dość niedawno. Nie minęło zbyt dużo czasu od tego wymordowania twoich towarzyszy, więc… jak rozumiesz jest to podejrzane. Co wiesz o tej zbrodni?
            - Że wymordowano całą moją Koterię. - stwierdziła krótko.
            - Jak się dowiedziałaś o tym?- zapytał jeden z agentów, ten siedzący przed nią. Drugi zaś kręcił się po pokoju. Obaj obserwowali bacznie Ann zza swoich lustrzanek.
            - Nie jest tu za ciemno na lustrzanki? - sarknęła - Aż taki stres, że wam w głowach namieszam?

            Nie odpowiedzieli. Przez chwilę trwali w milczeniu, po czym ten siedzący rzekł ponownie.

            - Jak się dowiedziałaś o śmierci swojej Koterii?
            - Poszłam na miejsce naszych zbiorek i tam byli.
            - Opowiedz co się tam stało, co widziałaś… ze szczegółami. - rzekł ten siedzący przed nią wyciągając notes, by zrobić notatki.
            - Zastałam ich w wielu częściach. W gore. Masa krwi wszędzie, oni poszatkowani i ułożeni w jakąś figurę. - opisała scenę, jednocześnie nie wyrażając ni cienia żalu.
            - Czy zetknęłaś się z podobnymi figurami czy obrazami podczas wypełniania poleceń swojego opiekuna? - zapytał ponownie ghul siedzący przy stole.
            - Nie.
            - Czy podejrzewasz kogoś o popełnienie tej zbrodni na swojej koterii? - zapytał beznamiętnie agent.
            - Nie. - wzruszyła ramionami.
            - Czy masz jakichś wrogów w Nowym Jorku?
            - Czy caitiff może klanowca tak wkurzyć, aby miał vendettę? - uśmiechnęła się ironicznie.
            - Nie musi być caitiffem by wkurzyć. - odparł agent pozwalając sobie na nikły uśmiech. - Więc masz czy nie masz wrogów?

            Czy mu zrobić przykrość.. Czemu nie?

            - Jest taki jeden Ventrue... Nie przyjął dobrze, że nie wyszło mu upokorzenie mnie przy Elysium. - wzruszyła ramionami - Quentin Ellsworth.
            - Mhmm…- agent zapisał informacje. - I to wszystko? Żadnych innych?
            - Nie. - pokręciła głową, ale zaraz się zmitygowała - Choć... Nie wiem kto mnie wczoraj obserwował jak szłam do Elysium Stillwater. - skrzywiła się - Opisać go mogłabym jako "drapieżnik". Taki wzrok miał.
            - Opowiesz coś o nim więcej?- zapytał agent notując pospiesznie.

            Ann opisała osobnika najlepiej jak mogła, również jego sposób przemieszczania się zaznaczając.

            - Interesujące. Czy dysponujesz rozszerzonymi zmysłami? Postrzeganiem aur?- zapytał agent.

            Ann pokręciła głową w zaprzeczeniu.

            - Czy może usłyszałaś coś lub poczułaś na miejscu zbrodni? Jakiś zapach?- dopytywał się agent.
            - Nic. - odparła, stosując się do zalecenia Cyrila.
            - To chyba wszystko na obecną chwilę. Numer pani komórki się nie zmienił? - zapytał agent.
            - Nie.
            - Więc będziemy w kontakcie.- odparł agent wstając od biurka. Po czym obaj ruszyli do wyjścia z pokoju.
            - Do widzenia.- rzekł drugi na pożegnanie.

            Ann wyszła z pokoju zadowolona. Zrobiła co kazał Cyril.

            Na korytarzu ghule od Księcia wymienili już kilka uwag pożegnalnych z Joshuą i Williamem. Po czym ruszyli do wyjścia. Toreador zaś ruszył ku Ann.

            - No i po strachu, wszystko gładko poszło. -rzekł do niej z uśmiechem.
            - Przynajmniej coś się zdarzyło, nie? - stwierdziła.
            - Przynajmniej. Ale się nie przyzwyczajaj. Reszta nocy… cóż, jest dla ciebie. Ja wracam do domu. - odparł z uśmiechem Toreador. Wzruszył ramionami dodając.- Larry powiedział, że jutro motor będzie gotowy. I dobrze, bo jutro też będzie twoje oficjalne przedstawienie i przyjęcie do naszej małej rodzinki nieumarłych.
            - Następny odcinek czeka? - uśmiechnęła się do Toreadora - Więc ja będę u Lukrecji spała, nie tak źle.
            - Chcesz się do niej przenieść na dłużej?- zaoferował William. - Mogę po ciebie przyjechać przed świtem.
            - Jak jutro będę miała motor, to już będzie lepiej. Mogę dziś u niej się zakopać, nie ma problemu. Nie ma co cię tak wykorzystywać. - machnęła ręką.

            - Ach... Czy skrzynka na listy u ciebie jest na kluczyk?
            - Nie. Niby po co? Kto miałby ją obrabować? Wiewiórki?- zaśmiał się William.
            - Nadinteligentne psy w poszukiwaniu smakołyków? - uśmiechnęła się.
            - Prędzej zjedzą listonosza. Są bardzo nadopiekuńcze wobec mnie.- odparł Toreador.
            - Dziwisz się? I zwykłe pieski potrafią.
            - Ale zwykłe pieski nie są tak sprytne jak moje. - wyjaśnił Kainita z uśmiechem.- I bywają w nadgorliwe w swojej opiece.
            - To niech nie zjedzą kuriera, jaki ma się pojawić dla mnie z przesyłką. - poprosiła - Raczej w skrzynce zostawi, ale nie wiem czy do drzwi nie zechce podejść.
            - Nauczyły się nie polować na tych, którzy wkładają przesyłki do skrzynki. Nie martw się.- zaśmiał się Toreador. I zamyślił się pytając. - Coś ma do ciebie przyjść?
            - Tak. Przesyłka z Nowego Jorku. - odparła krótko.
            - Domyślam się co. Radziłbym z niej nie korzystać, choć wątpię byś posłuchała mej rady.- rzekł współczująco wampir.

            Ann ścisnęło w żołądku. Za dużo wie, za bardzo ingeruje.

            - Rada spóźniona o dekadę. - mruknęła - Dziękuję za słowa.
            - Cóż… nigdy nie wiadomo co będzie następnej nocy. - uśmiechnął się ciepło. - Zostajesz w mieście, czy gdzieś mam cię podwieźć?
            - Połażę po mieście.

            Co mógł zrozumieć szlachetny Toreador z jej sytuacji? Nic. Jak nie Cyril to byłby ktoś inny. Bezpańskie kundle się zabija. Cyril to jej ochrona. Jej protektor. Chce tylko lojalności i służby. Tylko tyle za istnienie…

            - Dobrej zabawy.- odparł z uśmiechem William, a Joshua rzekł.- Jakby były kłopoty wbijaj na posterunek lub kieruj się do Elizjum lub Biblioteki. Nadia może i niechętnie opuszcza legowisko, ale potrafi pokazać pazurki jak ktoś jej nadepnie na odcisk.
            - Zapamiętam. - skłoniła się - O jakiej porze ma jutro być to oficjalne, hmm, przedstawienie i gdzie ma się odbywać? - dopytała Joshui.
            - U Lukrecji na zapleczu w ramach pokerowej nocki.- odparł z uśmiechem Joshua wzruszając ramionami. Nie brzmiało to za bardzo uroczyście.

            Stanęła dalej w mieście, żeby nie znajdować się zbytnio w zasięgu głównych miejscówek Spokrewnionych. Wybierając numer do Cyrila uważnie lustrowała wzrokiem otoczenie, opierając się plecami o ścianę nieczynnego sklepu.

            - Cze… o co chodzi? - usłyszała jego lekko zirytowany głos.
            - Miałam zdać raport po przesłuchaniu... - odparła z lekkim przestrachem w głosie.
            - Ach… tak. No więc raportuj.- stwierdził już spokojniej Cyril.

            - Przesłuchiwało mnie dwóch ghuli w czarnych okularach, co do zabicia mojej Koterii. Standard. Jak się dowiedziałam, jak scena zbrodni wyglądała, czy coś wyczułam, czy widziałam ten kształt, w jakim zostawiono ofiary podczas jakiegoś twojego polecenia...
            - Cóż… jak się okazuje twoje informacje nie mają tak dużego znaczenia jak te które Książę otrzyma od tych ghuli. Więc mam nadzieję, że zrobiłaś na nich dobre wrażenie. - odparł Tremere.

            Ann następne słowa wypowiedziała wyrażając zagubienie w temacie.

            - Nie rozumiem...?
            - Raport mają przedstawić bezpośrednio Księciu. Zaszczyt dla nich, kłopot dla mnie. Bo to oznacza, że Książę się zainteresował sprawą, a to nie jest nigdy nic dobrego dla zainteresowanych stron.- wytłumaczył cierpliwie Cyril. - A ja… jestem jedną z zainteresowanych stron.
            - Odpowiadałam jak poleciłeś. Na to co chcieli, krótko. Jak zapytali czy mam wrogów wspomniałam o napotkaniu tego dziwnego drapieżnika w Stillwater i... - w tym momencie prawie połknęła język. Sam Książę usłyszy o tym Ventrue... czy powinna o nim wtedy mówić?
            - Nieważne co powiedziałaś. Ważne co usłyszy Książę. - ocenił Tremere, westchnął ciężko.- No cóż… zobaczymy co będzie.
            - Czyli… ghule mogą mu nakłamać?
            - To są nadal ludzie… mogą nie tyle nakłamać co wyrazić swoje zdanie, domysły, wrażenia.- ocenił jej mentor.

            - I… spodziewasz się kłopotów z tego?
            - Ostatnio zacząłem przyciągać zbyt wiele uwagi. Nie lubię przyciągać uwagi.- stwierdził cierpko Cyril. - I ty też nie powinnaś. Siedź w Stillwater i nie wychylaj się z niego. Nowy Jork robi się obecnie coraz bardziej gniazdem rozdrażnionych os.
            - Ale nie grozi ci niebezpieczeństwo? - zapytała z prawdziwym niepokojem.
            - Niczego się nie nauczyłaś? Zawsze grozi mi niebezpieczeństwo. Zawsze grozi tobie. - odparł Cyril.- To cena życia po śmierci. Niewielka w sumie.
            - Większe niebezpieczeństwo niż zwykle… - sprecyzowała nieśmiało.
            - Nawet gdyby tak było, to i tak nie byłabyś w stanie pomóc. Twoja obecność tylko mogłaby zaszkodzić. - stwierdził stanowczo stary Kainita.

            - Rozumiem. - uległe potwierdziła - Zakręciłam się przy Lukrecji. Sądzę, że mogę zdobyć informacje w końcu, tylko… - ton zmienił barwę - Potrzebuję trochę pomocy od ciebie… panie. - dodała, choć używanie tego słowa było mało przyjemne dla niej, to pomagało w głaskaniu starego ego.
            - Zapomnij. Jeśli potrzebujesz pomocy, to znaczy że się spieszysz. Nie musisz, bo nie sądzę by trzeba było naciskać na Lukrecję aż tak bardzo. - ocenił stary Kainita. - Lata temu wyleciała z obiegu, jej informacje mogą być przestarzałe. Lepiej by nie zaczęła się domyślać komu służysz.
            - To byłby problem?
            - Niekoniecznie. Aczkolwiek Lukrecja nieszczególnie mnie lubiła. Niemniej nigdy nie byliśmy wrogami. - ocenił Tremere.
            - Bardzo ciekawią ją plotki z Nowego Jorku. Jest zaskoczona, że jej nie pamiętają, a ponoć coś robi delikatnie…
            - Ludzie szybko o tobie zapominają gdy znikasz ze szczytu. Kainici podobnie. - zaśmiał się chrapliwie Cyril.- Na jej miejscu już gryzą się między sobą inni Ventrue.

            - Co miał z nią Książę zrobić? Jest… jakby z PTSD. Na wspomnienie o nim jest bardzo wystraszona.
            - Miała zostać stracona wraz z innymi spiskowcami w masowej egzekucji. Powinna zostać stracona.- ocenił w zamyśleniu Cyril.- Bardzo jestem ciekaw, czemu nie została. Ale wątpię by znała odpowiedź na to pytanie.
            - A jak inni spiskowcy zostali straceni?
            - Spaleni na dachu jakiegoś wieżowca należącego do firmy Księcia. Spaleni słońcem, dość łagodna śmierć… chyba. - ocenił Tremere.
            - Jak zareagowano na jej egzekucję?
            - Wszyscy się ucieszyli, a ci którzy się nie ucieszyli oczywiście nie okazywali tego faktu. Ona i jej towarzysze spiskowali by obalić Księcia. Jeśli ktoś żałował otwarcie jej zgonu trafiał na jego listę. A nikt nie chce być na liście Księcia.- wyjaśnił stary wampir.
            - To mieli zamiar podłożyć mu bombę w samochodzie? Wedle Lukrecji upadła przez swoich towarzyszy.
            - Planowali coś bardziej wyrafinowanego i przebiegłego niż zwykła eksplozja w samochodzie. Szczegółów nie znam.- przyznał Cyril.
            - Po egzekucji coś Książę o nich wspominał czy przestało to wydarzenie istnieć?
            - Nie wiem. Nie jestem aż tak blisko Księcia. A i tobie nie radzę. - zaśmiał się żartobliwie Tremere.
            - Być blisko Księcia czy wiedzieć? - uśmiechnęła się pod nosem.
            - To jak ze słońcem i skrzydłami Ikara. Im bliżej jesteś Księcia tym bardziej możesz się sparzyć.- wyjaśnił stary wampir.
            - Czy wiesz może czemu Joshua jest Księciem niemile widzianym w innych domenach? - zapytała Tremere.
            - To już o to musisz miejscowego Księcia spytać.- odparł Tremere obojętnym tonem.

            - Rozumiem... - na pomoc Cyrila by liczyć nie mogła... - Czy chciałbyś czegoś ode mnie jeszcze, opiekunie?
            - Byś nie dzwoniła tak często. Skoro Książę zainteresował się tobą, to być może i mną. Mogę być podsłuchiwany… albo ty. Trzeba zmniejszyć intensywność naszych kontaktów.
            - Tak będzie. - Ann starała się, aby te sztuczne emocje nie zachwiały jej głosem, jako że czuła je teraz boleśnie gryzące wnętrze, gdzieś w gardle i żołądku. Odseparowanie tak bolało…
            - Dobranoc.- odparł Tremere i rozmowa się zakończyła.

            Przez chwilę patrzyła w wyblakły ekran przestarzałej komórki, jakby nie wiedząc co zrobić. Nie potrafiła uspokoić swoich emocji, które w niej płynęły w rytm krwi Cyrila w żyłach wampirzycy...
            Była jednocześnie wściekła i załamana. Złość odczuwała w swoją stronę, nie była w stanie skierować jej na Tremere. Miała poczucie, iż odsunięcia od niego sama jest sobie winna, choć nie wiedziała oczywiście czym zawiniła. Może gdyby była bardziej przydatna, gdyby tylko bardziej była istotna w jego planach... może wtedy by nie trzymał jej z dala?

            Osunęła się na chodnik po ścianie.

            Czy był na nią zły? Czy przez nią będzie miał kłopoty? Źle wypadła w oczach ghuli, które to wrażenie przekażą Księciu?
            Oparła głowę na pięści czując się rozrywana przez emocje, których i łzami nie mogłaby rozegnać.

            Musiała być... przydatna...
            I posłuszna.

            Nowy Jork nie składa się w całości z bogactwa, ale i nie ze slumsów. Jest mieszany i czasem trzeba wjechać niżej, by otrzymać oczekiwaną nagrodę. Dla porzuconego kundla wielkie miasto oferowało rozmycie obecności w masach ludzkich, ale gdy nie ma się pojęcia o stanie rzeczywistości świata, można łatwo przekroczyć granicę.
            Ann nie wiedziała jak źle jest, gdy jej posiłek walczył, jak tylko wampirzyca puściła chwyt, sama obawiając się dalszych kroków. Czy tak powinna go zostawić? Nie chciała więcej zabijać… ale mężczyzna na pewno nie chciał zostawać obok wariatki, która go pokroiła nożem w szarpaninie i ugryzła w szyję… a raczej wyrwała mu kawałek skóry.
            Ann nie wiedziała co zrobić. Spanikowanemu pozwoliła rzucić się ku wyjściu z zaułka w stronę głównej ulicy, wzywając pomocy. Dziewczyna w podobnym strachu schowała się za metalowym kontenerem ze śmieciami, jednocześnie sprawdzając czy krzyki nieznajomego zaalarmują możliwą pogoń, a do tego mając wejrzenie w przeciwległą drogę ucieczki.

            - Zamknij się… - zimny głos powstrzymał krzyki mężczyzny, a potem mocne uderzenie pięści powaliło go na ziemię sądząc po odgłosach. - Tyle wrzasków z powodu takich ranek. Co za banda mięczaków, ci millenialsi.

            Potem kolejne słowa sprawiły że ciarki przeszły Ann po grzbiecie.

            - A ty wyłaź zza śmietnika, zamiast kulić się tam jak szczur. Nawet kanalarze mają w sobie odrobinę dumy.
            - Zostaw mnie… - Ann zaczęła cofać się w stronę wyjścia, byle dalej od osoby, która się do niej odezwała. Jej ubranie nosiło ślady ziemi oraz błota, zaschłej i świeżej krwi (a nawet może kąpieli w niej), jak i wielokrotne rozcięcia i rozerwania szarej bluzy z kapturem - Nie żartuję, won ode mnie!
            - Naprawdę myślisz, że się ciebie boję? - zapytał kpiąco mężczyzna, który okazał się dość rachitycznym staruszkiem w długim zdobionym dziwnymi haftami czarnym prochowcu zakrywającym jego ciało.

            Mimo że niewysoki to budził w Ann lekki niepokój.

            [media]http://i.pinimg.com/474x/5b/a2/74/5ba2742cc99a9b91ae4b29d61f9ee845--bill-nighy-morgenstern.jpg[/media]

            Było w jego spojrzeniu coś groźnego, gdy szedł ku Ann wzruszając ramionami.

            - Ostatnio namieszaliście strasznie w mieście, co mnie irytuje. Nie lubię być wyganiany na ulicę i zmuszany do sprzątania jej z was. To robota dla Kainitów niżej postawionych ode mnie.

            Kainici…? W co tym razem wpadła?

            - Ostatnie ostrzeżenie. Zostaw mnie! - odsłoniła trochę kły wciąż szurając plecami po ścianie, cofając się.
            - Doprawdy? Myślisz że możesz stawiać warunki mała Kainitko? - odparł tajemniczy staruszek również uśmiechając się drapieżnie i odsłaniając przy tym długie kły.

            Teraz już wiedziała. Nie było innego wyjścia. Musiała uciec…
            Własny cień Cyrilla zadrżał i zmienił kierunek padania, aby nabrać na swojej czerni i zakryć mu oczy.

            - Ciekawa sztuczka… siadaj!- głos mężczyzny nieco się zmienił na końcu, stał się władczy i dominujący. I nogi Ann mu uległy, upadła pośladkami w kałużę.

            Dziewczyna szarpała się, chciała wstać, uciec, odczołgać się… a gdy spojrzała na nieznajomego, cienie zdawały się ją otulać, jakby chcąc zakryć kocem.

            - To było nawet pomysłowe. Nieskuteczne, bo twoja aura jest dla mnie widoczna, ale pomysłowe. A ja umiem doceniać inwencję. - mówił mężczyzna podchodząc do Ann. - Planowałem cię po prostu unicestwić, ale teraz… okazałaś iskrę potencjału. Może warto więc pozostawić cię przy życiu?

            - Nic nie zrobiłam… Nie zabiłam tego mężczyzny… - mimo braku potrzeby oddechu, teraz urywane wdechy łapała - Daj mi odejść…
            - Rzeczywiście nie zabiłaś. Jak wielu nowoprzebudzonych jesteś miękka i sentymentalna. I jesteś zagrożeniem z tego powodu. A ja nie mogę dać ci odejść. Przeszukujemy całe miasto w celu oczyszczenia ich z niedobitków Sa… nazwa i tak ci nic nie powie.- zadumał się wampir i spojrzał na Ann. - Więc, czemu miałbym cię nie zabijać?
            - Myślałam, że tutaj was nie będzie… - jęknęła z rosnącą rozpaczą - Książę dał mi uciec…
            - Najwyraźniej jeszcze mało wiesz o świecie skoro wierzysz w takie bajki. Książę dał ci tylko fory.- odparł mężczyzna.
            - Tutaj wczoraj przybyłam… Pozwolono mi z Montpelier odejść… - zadrżała - Odejdę, nie zobaczysz już mnie…
            - To nie wchodzi w rachubę. - odparł spokojnie mężczyzna. - Powiedz mi dlaczego miałbym zostawić cię przy życiu.
            - Nie mam nic… - głos jej się załamał - Jestem niewinna czegokolwiek, na co polujesz..
            - Jeśli nie masz nic i nic nie jesteś warta, to ja nie mam powodu by pozwolić ci żyć. - wzruszył ramionami mężczyzna. - Twoja niewinność jest… bez znaczenia.

            Ann spróbowała ponownie się unieść, ale opadła szybko.

            - Czego chcesz ode mnie…? - Cyril zobaczył kroplę krwawej łzy przerażonego dzieciaka znaczącą policzek Ann.
            - Hmmm… dobre pytanie.- stary wampir się wyraźnie zadumał. I powiedział spojrzawszy na Ann. - Służby i lojalności, bo jeśli cię oszczędzę sam narażę skórę.

            Ann nie rozumiała jak ma to być zagwarantowane…

            - Przyrzekam ci lojalność… - zaryzykowała.
            - Dobra. To ja zobaczę czy zdołam ocalić twoją skórę. Siedź tutaj i czekaj na mnie. - mężczyzna się odwrócił i wyszedł z zaułku po drodze wyjmując komórkę. Zapewne by do kogoś zadzwonić.

            Caitiffka skuliła się pod ścianą. Bała się, nie wiedziała co ją teraz czeka. Czy ten wampir naprawdę będzie próbował ją ocalić? Może powinna wykorzystać sytuację i uciec? Czy zdołałaby umknąć z miasta?
            Drżała z nerwów, czuła czające się na nią zagrożenie i wiedziała, że mu nie podoła sama. Ledwo tygodniowa wampirzyca zapłakała krwawymi łzami, co już głodnej kainitce zwiększyło głód.
            W napięciu i strachu oczekiwała na powrót wampira.

            Ten wrócił po kilkunastu długich minutach.

            - Załatwione. Będziesz pod moją opieką i uczyć cię będę. Masz słuchać uważnie, wykonywać polecenia bez pytań i zastrzeżeń i przestrzegać praw i zasad których cię nauczę. A i jeszcze jedno dla gwarancji tego że będziesz przestrzegać praw Maskarady. - naciął swój nadgarstek i pozwolił by spłynęły rubinowe krople krwi. - Musisz być głodna, bez obaw… to tylko formalność.

            Ann otworzyła szeroko oczy w zdziwieniu.

            - Ale… - spojrzała na krwawiąca ranę - Nie… - zadrżała ze wspomnień, kiedy ostatnio kosztowała krwi wampira - Czemu ktokolwiek chciałby tak…
            - Głupie pytanie… wolisz się rzucać mi do krtani? - zaśmiał się ironicznie starzec.
            - Wiesz… że możesz tak… zginąć… Prawda…? - wampirzyca bała się, że jeżeli znowu zabije kogoś tym sposobem, to tym razem dosięgną ją konsekwencje.
            - Nie myśl, że dam się zabić takiej niedoświadczonej i mizernej krwiopijczyni. - parsknął śmiechem stary wampir.

            Ann na te słowa ugryzła jej własna duma... choć coś w niej chciało ją do parteru zrównać. Nie było sensu.

            - Zdziwiłbyś się... - mruknęła gardłowo.
            - Widziałem jak upadały miasta i królestwa… wampirzy podlotek mnie nie zaskoczy niczym.- odparł pogardliwie starzec.

            Wampirzyca spojrzała na ranę Cyrila.

            - Ten jeden raz, nie więcej. - postawiła swój warunek, dość mizernie brzmiący w tej sytuacji.
            - Zobaczymy, a teraz się pospiesz… moja rana wkrótce się zasklepi a ja nie chcę spędzić reszty wieczoru w tej brudnej uliczce.- warknął zniecierpliwiony mężczyzna.

            Ann złapała jego rękę i zaczęła spijać wypływającą krew. Było to... podobne do ostatniego razu. Uczucie równie mocno uderzyło w nią, dawało radość, satysfakcję... chciała więcej! Przycisnęła mocniej do ust nadgarstek Cyrila, nie chcąc przestawać. Było to tak... niesamowite! Czemu się tego obawiała przed chwilą?
            Nie... Nie mogła tego odrzucić, nie chciała.

            Została gwałtownie odepchnięta po chwili od krynicy tej radości. Starzec spojrzał na zaskoczoną tym dziewczynę i dodał. - Tyle wystarczy.
            Po czym sięgnął do kieszeni i wyjął portfel szukając w nim czegoś.
            W pierwszym odruchu Ann poczuła wściekłość. Nie mógł jej nic nakazywać! Dziewczyna wydała z siebie zirytowane warknięcie przypominające wściekłe zwierzę oraz obnażyła zęby. Dopiero po chwili się uspokoiła, choć jej wzburzenie wciąż było widzialne.

            - Skurwiel... - warknęła pod nosem, obserwując co robi starzec.
            - Umiar jest cnotą. To pierwsza lekcja. Trzeba umieć się powstrzymywać by nie wyssać do końca posiłku. A teraz siadaj na dupie i słuchaj.- znowu automatycznie usiadła na ziemi przyciśnięta do niej mocą jego głowu.

            Uwiązana dziewczyna nie porzuciła cichej buzującej w niej złości, którą ukazywała mowa ciała oraz wzrok, jakim obdarzała Cyrila.

            - Co teraz?

            - Teraz dam ci wizytówkę z adresem do przytułku dla bezdomnych. Dobra kryjówka zarządzana przez jednego z członków Camarilli. Tymczasowy dom dla wielu takich jak ty. Niskich pozycją neonatów, którzy czekają na szansę by się wykazać i móc piąć w górę po klanowej drabince.- wyjaśnił mężczyzna wyciągając karteluszek.- Powiesz że Cyrill z Tremere cię przysłał. To wystarczy.
            - I co dalej? - mruknęła biorąc karteczkę - Po prostu mnie wezmą do lumpów? A jutro co mam zrobić?
            - Siedzieć na tyłku i czekać? Załatwienie jakiejś klitki dla ciebie będzie wymagało ode mnie wykorzystania kontaktów mego klanu. Trochę to potrwa. - odparł Cyrill.
            - Cokolwiek. - mruknęła, nie mając pojęcia o czym on mówi wspominając o Klanach, Camarilli, neonatach... - Czyli jutro będę mogła już robić co będę chciała?
            - Jesteś teraz pod moją opieką i częścią Camarilli. Twoją wolność ogranicza przysięga lojalności i służby u mnie oraz prawa Maskarady.- odparł obojętnym tonem Kainita.
            - Ty wiesz, że te określenia nic mi nie mówią, prawda? - mruknęła trochę olewczo.
            - Nie zabijaj posiłku, nie wczynaj bójki z innymi Kainitami oraz przede wszystkim… nie daj śmiertelnym przyłapać się na działaniach nadnaturalnych. To są prawa Maskarady w pigułce. Na kilka następnych nocy to ci wystarczy. Potem cię nauczę.- wyjaśnił Cyrill.
            - A jeżeli nie będę się do tego stosować, choć raz? Wypadki się zdarzają.
            - Książę nie jest wyrozumiałą osobą. Ani ja taki nie jestem. Więc… postaraj się nie mieć wypadków. - odparł zimnym tonem Cyrill.

            Kainitka uśmiechnęła się złośliwie.

            - Nie wiem czy powinieneś mi grozić. Zawsze mogłabym pójść do mediów czy na policję. To by dobrze tej Maskaradzie nie zrobiło, co?
            - Możesz spróbować. - odparł Cyrill z szyderczym uśmieszkiem. - Myślisz że byłabyś pierwsza? Myślisz, że ludzie rządzą tym miastem? Nie… To Książę włada Nowym Jorkiem wspierany przez primogenów wszystkich klanów. Agenci Księcia są wszędzie i zanim zdążysz cokolwiek powiedzieć czy pokazać na antenie to… cóż… spełni się twoje życzenie. Będziesz widowiskiem. Książe lubi by egzekucje były zjawiskowe, a ty… będziesz przeklinała swoją nieumarłą wytrzymałość, która wydłuży twoją agonię.

            Przechyliła głowę nie wiedząc czy wierzyć.

            - Książę nie jest takim boogiemanem z taniego horroru. - mruknęła - Blefujesz. Ty się po prostu boisz, że zrobię coś, czego twoje stare życie pożałuje.
            - Książę jest raczej szefem olbrzymiej mafii gustującym w rzymskim stylu życia. Wystawne uczty, kulturalne rozmowy i zamiłowanie do cyrku… tego starorzymskiego. Z walkami gladiatorów i brutalnymi egzekucjami. - Cyrill kucnął przed siedzącą na ziemi wampirzycą. - Zapomnij o głupich horrorkach dziewczyno. Sama jesteś częścią takiego. Zapamiętaj za to, że w tym mieście jest zbyt wiele potężniejszych od ciebie Kainitów, którzy wdepczą cię w ziemię, a potem wytrą podeszwę o krawężnik, jeśli się wychylisz za bardzo. Ze mną włącznie. Mogę cię zabić… - pstryknął palcami.- …ot tak. Mogę przycisnąć cię do ziemi, rozciąć żyły i patrzeć jak się wykrwawiasz. Albo podpalić żywcem, a ty byś płonęła nie mogąc się ruszyć. Mogę zrobić to, albo… jeśli zechce mi się wysilić, coś znacznie gorszego za pomocą magii krwi. Rozumiesz?

            Widać było niepewność w oczach Ann. Nie mogła uwierzyć... a jednocześnie nie umiała nie wierzyć. Terminy, jakich nie znała nie pomagały.
            Na boku bluzy powiększył się świeży ślad krwi.

            - Cokolwiek mówisz. - odparła z wtłoczoną na siłę w wypowiedź pogardą - Wybacz, że nie czuję się zastraszona przez dziadka. - wzruszyła ramionami.
            - Och… wybacz mi że nie jestem przerażający. Następnym razem założę jakąś maskę z papier-mâché, taką z rogami.- zaśmiał się sarkastycznie Cyrill wstając. - Mało mnie obchodzi, czy cię przestraszyłem. Zapamiętaj co powiedziałem i zachowuj się właściwie. Jeśli oczywiście cenisz swoje marne życie i wolisz nie umierać w bolesnej agonii.
            - A jak sądzisz... - parsknęła - Nie chciałam dziś umrzeć, więc cenię. - spojrzała na bok - Ale do szpitala muszę się udać.
            - Jesteś wampirzycą. Wszelkie rany goją się na tobie, niektóre bardzo powoli jeśli zadane przez ogień czy magię.- westchnął Cyrill wzruszając ramionami.- Ale nawet te z czasem się zagoją.
            - Z jakim czasem? - popatrzyła na niego - Te, które mam... One są... Od wtedy. Gdy mnie zabito... - skrzywiła się - I ciągle krwawią.
            - Aaaa… to taka się nie zagoi. Twoje ciało pozostanie zawsze takie jakim było podczas przemiany. Skoro wtedy miałaś ranę, to ona zostanie z tobą na zawsze.- zastanowił się Cyrill rozważając sytuację.
            - Zakładam, że któraś z nich mnie zabiła... w końcu. Nie pamiętam tego dobrze, tylko że było dużo ciosów. Chyba czymś ostrym. Za dużo... - humor jej nagle spadł, gdy przypominała - Dużo krwi…
            - Taaa… nie dbam o to. I ty nie powinnaś. Ktokolwiek cię przemienił, pewnie już nie chodzi po tym świecie. - odparł Cyrill prostując się. - A propo chodzenia. Ja i ty powinniśmy już ruszać. Udaj się jak najszybciej pod ten adres. Nie jestem jedynym Kainitą którego rozkaz Księcia wypchnął na ulice po to aby oczyścić miasto z niedobitków zniszczonej sfory. Kolejny pachołek Księcia może ci nie dać czasu na wypowiedź.

            Kolejny mówi o Sforze... Czym w ogóle jest to, o co ją oskarżają?

            - Jasne... - spojrzała na adres i w końcu wstała z mokrej ziemi. Ze zdziwieniem uznała, że wcale nie czuje zimna…
            - Zjawię się podczas następnej nocy neonatko.- odparł Cyrill poprawiając kołnierz. - Parszywa ta noc. Za potężny jestem na tak poniżające zadanie. Od tego są… plebejusze, którzy trwają ledwie dwie dekady.

            Ann pokręciła głową i ruszyła w miejsce, gdzie skierował ją adres... wyklinając w myślach tego starego dziwaka. W co on pogrywał?

            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • AbishaiA Niedostępny
              AbishaiA Niedostępny
              Abishai jako XXI
              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
              #12

              Pobudka po koszmarach. Tym razem wrócił w nich strach przed porzuceniem przez Cyrila. W snach była sama, zamknięta w pomieszczeniu wyłożonym metalowymi płytami… podświetlonym na czerwono. Była tam zamknięta przez Tremere, porzucona by sczeznąć z głodu. Była bezużyteczna dla niego, więc pozwolił jej umrzeć… samej i szalejącej z pragnienia i tęsknoty.
              Pobudka była przerażająca tym bardziej, że lokum w podziemiach siedziby Lukrecji przypominał ową czerwoną pułapkę z koszmarów. Na szczęście kolor świetlówek był tradycyjny. Niemniej… może Tremere ją porzucił, by została tutaj na zawsze?
              Może i Książę ją nie wypędził, ale Cyril zabronił jej wracać. Pomieszczenie w których przyszło jej spędzać dnie, było czyste aż do przesady… wręcz sterylne z nutką szpitalnego sznytu. Piwnica Toreadora była podobna w kwestii czystości, acz William zadbał o nutkę charakteru. Tu lokum u Ventrue było bezosobowe. I dlatego szybko je opuściła.
              Na zewnątrz noc dopiero zapadła i w samej Róży było spokojnie.
              Dlatego pewnie Patty zaczepiła Ann z uśmiechem.

              - Jeśli ci się nudzi, to przydałaby mi się pomoc przy organizacji pokerowego wieczoru.-

              W Nowym Jorku uczestniczyła w podejrzanych a czasami wręcz kryminalnych akcjach… tu, sprzątanie pokoju i ustawianie mebli jej proponują. Jakże nisko… upadła?

              Miejscowi Kainici zbierali się powoli. Pierwszy pojawił się Larry wraz ze swoimi dwoma ghulami, oraz Clyde niewiele później. Owens trzymał się blisko Ann próbując nawiązać rozmowę i wypytać ją o jej nieżycie w Nowym Jorku. Przy okazji się też chwalił swoją pracą w szpitalu i dostępem do krwi. Był głównym dostawcą “posiłków” dla miejscowych Kainitów.
              I był bardzo dumny z tego powodu. Był po prostu młody. Ann widziała wielu takich jak on, świeżo przebudzonych i zachłyśniętych swoją nową egzystencją. Z czasem okrzepnie i przestanie być tak nieznośnie entuzjastyczny, oby.
              Trochę się uspokoił i przycichł gdy zjawiła się Lukrecja. Jej wzrok zmroził młodego Brujah.
              Gdy pojawiła się Ventrue nastrój zrobił się bardziej oficjalny. Sama Ventrue skupiła się na cichych knowaniach z Larry’m. Ann miała wrażenie że wampirzyca coś planuje na ten wieczór, coś niespodziewanego. W Nowym Jorku pewnie wiązałoby się to z rozlewem krwi, tu… raczej nic drastycznego.
              Nadia pojawiła się jako następna, co było dziwne zważywszy że miała najbliżej. Tremere nie spieszyła się najwyraźniej. Za to usiadła przy stoliku i zaczęła metodycznie tasować karty nie interesując się tym, co się działo dookoła niej.
              Potem w końcu zjawili się Garry z Williamem. Toreador przywitał się z Ann i wypytał o jej nastrój. Bądź co bądź to była ważna noc dla caitifki. Zostanie przyjęta w szeregi miejscowej społeczności.
              Ostatni był Joshua, książę wkroczył ubrany dość okazjonalnie… podobnie jak reszta Kainitów, za wyjątkiem Kainitów. Uśmiechnął się podchodząc do Ann i mówiąc.

              - Witamy w Stillwater, tym razem oficjalnie. Pewnie inaczej by się to odbywało w Nowym Jorku, o ile się w ogóle odbywało dla ciebie. Ogólnie staniesz przed nami, powiesz kim jesteś i czego szukasz w Stillwater…- zaczął wyjaśniać Joshua, a William wtrącił.- … schronienia…
              - Właśnie. - kontynuował Książę.- Potem ja uda, że się zastanawiam i zapytam o opinię reszty “Primogenów” na temat.
              - To formalność.- wtrącił William z pocieszającym uśmiechem.- Wszystko jest dogadane.
              - I udzielimy ci schronienia. - potwierdził Joshua również się uśmiechając.- I to tyle jeśli chodzi o całą ceremonię, potem jest wieczorek pokerowy… lub brydżowy jeśli Nadia się uprze.
              - Spotkanie zapoznawcze bardziej niż prastary rytuał.- dodał z uśmiechem Toreador.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • ZellZ Online
                ZellZ Online
                Zell jako Ann Paige
                Moderator Obsługa
                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                #13

                Stillwater miało pewien niepowtarzalny wdzięk... jak to karykatury.

                - Nie wiem co robią w Nowym Jorku, więc żadnych oczekiwań nie mam.
                - Po prostu prawdziwe takie zapoznanie jest bardziej…- William wskazał na stolik do pokera.- … bardziej… no nie są takie. Mają więcej tradycji ze sobą i dostojności.
                - Chciałeś powiedzieć, że nie są takie wsiowe? Lukrecja się z tobą z pewnością zgodzi.- odparł Joshua ze śmiechem i dodał ironicznie. - Ja jednak uważam to całe pozerstwo za stratę czasu, a ty Ann… po której jesteś stronie?
                - Z Przeistoczenia... za nieformalnością, bo nie pasuję do formalnych. Z urodzenia za wszystkim, co oficjalne i wysokie. Z natury... - uśmiechnęła się - Za tym, co jest najkorzystniejsze. Dostosowuję się. W obu się odnajdę.
                - Już wszyscy są to możemy zaczynać, chyba że chcesz pogadać i rozluźnić się przed tym całym przedstawieniem.- odparł Joshua, a William cicho szepnął.- Bardzo dyplomatycznie się z tego wyplątałaś.

                Dziewczyna jedynie delikatnie się uśmiechnęła do Williama, choć nie było pewności czy to objaw radości, czy neutralny uśmiech.

                - Zacznijmy, Książę.

                Joshua się rozejrzał.

                - Panie i panowie. Wiecie po co was tu zebrałem. Czas powitać w naszej małej społeczności nową Kainitkę. Proszę zasiąść wokół… eee…- policjant rozejrzał się i wybrał sobie jedno z krzeseł. -... tego tronu.

                Pozostałe wampiry również wybrały sobie krzesła i zasiedli dookoła Ann, która znajdowała się w środku tego okręgu.

                - Przedstaw się nowo przybyła Kainitko, podaj imię swoje klan i powód dla którego stajesz przed naszą społecznością.- rzekł Książę oficjalnym tonem i poza nim tylko Lukrecja i William zachowali jakiś pozór powagi. Reszta była po prostu znudzona.

                Sytuacja otwierała pole do ugrania reputacji w tym towarzystwie, ale będzie wymagało to połączenia elementów sobie sprzecznych. Odpowiadając Joshui Ann była bardziej niż dyplomatyczna, po prostu szczera.

                - Poszukuję schronienia w twojej Domenie, Książę. Klanu nie posiadam, jako że nigdy go nie poznałam. Używam imienia Ann Paige, choć urodziłam się jako Annabelle Baudelaire.

                Joshua przez chwilę siedział zamyślony, reszta Kainitów udawała również że rozważają jej słowa. Lukrecja na moment wydawała się zaskoczona, ale na moment tylko… potem jej twarz była maską obojętności.

                - Co więc sądzą o tej prośbie moi primogeni?- zapytał szeryf rozglądając się wokół.
                - Cóż… jako że ja ją tu przyprowadziłem, ręczę za nią.- rzekł Toreador, a Garry dodał z uśmiechem. - Dajmy dziewczynie szansę.
                - No nie wiem… może nie powinniśmy.- droczył się Larry żartobliwie uśmiechając. - Niemniej skoro Willy potrzebuje towarzystwa, to powinniśmy mu pozwolić je mieć. Skiśnie sam w tej chatce.
                - Kończmy tę parodię, dostała kartę, jestem za.- rzekła Tremerka.
                - Im więcej tym weselej.- wtrącił Clyde, choć on tu się nie liczył. Primogenem klanu wszak mógł być Joshua, a jeśli nie on to Larry.
                - Jestem też za… acz chciałabym podnieść pod rozważenie jeden fakt, że zaczynamy się tu mnożyć. Wpierw był Clyde, teraz ona…- zaczęła Lukrecja przyglądając się Księciu. - Co prawda Ann nie jest członkinią klanu, ale dobrze wiemy kogo będzie wspierać. Jest protegowaną Williama. To trochę niesprawiedliwie nieprawdaż? Ta nierównowaga sił.
                - Do czego zmierzasz?- odparł niecierpliwie Joshua, choć miało się świadomość, że on dobrze wie.
                - Uniżenie proszę o możliwość przeistoczenia jednej z moich ghuli. Dobrze widać teraz, że argument o nadmiernej ilości nas… jest deczko mało wiarygodny w tej sytuacji. A mnie przydałaby się pomoc w zarządzaniu elizjum. I większe wsparcie w razie kłopotów.- rzekła Lukrecja.
                - Ma rację.- poparł ją Larry.- Zanim ja tu dojadę, albo Garry to będzie po wszystkim. Nadii też dużo czasu zajmuje wygrzebanie się z biblioteki. A ty na nocnych patrolach.
                - Jeśli pozwolę ci przeistoczyć kogoś, przestaniesz mi wiecznie ciosać kołki na głowie w sprawie potomka? Mam już trochę dosyć tego ciągłego nagabywania w tej sprawie.- warknął poirytowany Joshua i dodał rozglądając się dookoła.- Jeden potomek Lukrecjo. Tylko jeden. Ktoś się sprzeciwia? Ktoś chce dołączyć z podobnymi żądaniami? Ktokolwiek?
                - Ja mógłby….- rzekł Larry, ale rozwścieczone spojrzenie Księcia sprawiło, że podkulił ogon.
                - Nikt inny. - podsumowała Nadia i wtrąciła. - Kończmy tę szopkę. Obiecano mi partyjkę brydża za przyjście tutaj.
                - Miał być poker.- rzekł szeryf, a Tremere dodała lodowatym tonem. - Partyjkę brydża.
                - Możemy obie gry. - wtrąciła Ann - Jest nas ośmiu, po czterech graczy na grę.
                - Ale stolik jeden, poza tym nie wszyscy lubią czy umieją…- tu William wskazał gestem na Larry’ego.-... grać.
                - Nie lubię matmy, to nie grzech. - odparł Brujah. - Nie każdy się podnieca cyferkami.
                - Trochę powagi. Najpierw dokończmy ceremonię.- wtrąciła zdegustowanym tonem Lukrecja.
                - No tak… podjąłem decyzję.- Joshua wstał i rzekł dostojnym tonem głosu.- Ann, jaką Książę miasta po wsłuchaniu się w opinię podległych mi Kainitów postanowiłem iż udzielę ci gościny w mojej domenie wedle praw Maskarady które musisz przestrzegać i obdarzam przywilejami jakie zyskujesz będąc pod moją opieką.

                Po czym spojrzał na Lukrecję. - A ty masz dwa tygodnie na wybranie kandydatki, tydzień na przemienienie i kolejny na przedstawienie jej naszej społeczności.
                Te niesnaski wampirów ze Stillwater przypominały zwykłe przekomarzanie i fochy. To było... w sumie odprężające.

                - Dziękuję, Książę. - skłoniła głowę - I wam Primogeni za zgodę na przyjęcie mnie. - powiedziała do reszty gromadki.

                - Nie masz za co…- machnął Larry wsuwając dłonie do kieszeni. - Podziękujesz mi naprawdę później, bo już będziesz rzeczywiście miała za co. Skończyłem naprawiać twój motorek, przywiozłem go na pace mojego pickupa. -

                Tymczasem Nadia zaczęła tasować karty taksując spojrzeniem zgromadzone wampirze towarzystwo. William już przysiadł się do jej stolika. A Lukrecja wzięła w dłoń przygotowaną wcześniej “Bloody Mary” by upić nieco jego zawartości.
                Ann wyraźnie się ucieszyła na wieść o motorze. Nie będzie uwiązana!

                - Uratujesz moją psychikę. - powiedziała do Larry'ego - Siedzenie w miejscu ma swoje granice.
                - Tylko uważaj gdzie wyruszysz. Niektórych granic nie warto przekraczać, bez dwóch obrzynów na siedzeniu obok i dwuręcznego miecza za plecami. - odparł ze śmiechem wampir.- Wilkołaki to twarde skurczybyki.
                - Wilkołaki prześcigają motor?
                - Prześcigną i zeżrą.- odparł z przekonaniem Larry. - Wytrzymają mocny łomot, węszą lepiej od ogarów i swoimi pazurami zadają prawdziwe rany. To wspaniałe maszyny do zabijania, szkoda że tak rzadko mamy okazję z nimi walczyć.
                - Jak kiedyś jakiegoś spotkam, to mu dam namiary do ciebie, jeżeli chcesz. - uśmiechnęła się rozbawiona.
                - Żaden problem. Przyda mi się jakaś rozrywka w tej dziurze.- po czym wskazał kciukiem na obecnie trójkę wampirów przy kartach (Bo Joshua też się dosiadł).- Bo to nie jest żadna rozrywka. I tak wiadomo że Nadia wygra… widziałaś kiedyś film o autystycznym facecie ogrywającym kasyno w karty?
                - Ten sam schemat? - zerknęła na Nadię - Ona chyba nie jest autystyczna…
                - Nie jest. Ale liczyć potrafi jak komputer. Ma zresztą obsesję na temat liczb. Czasami zastanawiam się czy nie przekąsiła jakiegoś Malkaviana po drodze.- odparł bardzo cicho Larry, jakby bał się że Nadia go usłyszy.
                - To czemu grają jak mówisz, że już w sumie jest pewność kto wygra?
                - Bo co innego mają do roboty? W co innego mają zagrać? W szachy jest jeszcze lepsza. Poker daje im choć szansę. Niewielką, ale zawsze…- zaśmiał się Larry.
                - Larry... - po chwili zdecydowała się zapytać - Czy ten Primogen, który chciał cię ubić, nazywał się Pawlukow?
                - No to… on… ale pewnie bym go załatwił.- chełpił się Larry. - Załatwiłem jego podwładnego bez większego problemu. Co prawda… w szale i nie do końca pamiętam szczegóły, ale ostatecznie to jego flaki rozwleczone były po zaułku.
                - Ja bym ci kibicowała. - stwierdziła cicho - Z daleka. Ten rusek ma wiele rodzajów na liście tych, do eksterminacji i dąży do tego z jakąś fanatyczną radością.
                - Stary dobry Pawlukow. Ktoś go w końcu uśmierci. - zaśmiał się ironicznie Larry. - Pewnie Papa Roach jak w swojej pogoni zapuści się za głęboko do kanałów.
                - W kanałach na pewno miałby czas istnienia... przynajmniej w swojej wizji oczyszczania krwi. - przyznała.
                - Tyle że kanały to domena dzielona między Nosferatu i Malkavian. Pawlukow może nie lubić obu klanów, ale niestety nie jest na tyle głupi by z nimi zadzierać.- zaśmiał się wampir głośno, podczas gdy Lukrecja dołączyła do gry i czwórka wampirów grała w pokera.
                - W sumie, czy Brujah byli zawsze tacy... - zamyśliła się nad określeniem - Że lepiej unikać ich za wszelką cenę? Nawet inne Klany ich nie lubią.
                - Po prostu my Brujah jesteśmy wojownikami, tak jak Toreadory są mięczakami a Ventrue dusigroszami. - zaśmiał się Larry i dodał cicho.- Nie wszyscy jesteśmy Pawlukowami.
                - Miałam w Koterii takiego, co każdemu, bez względu na pochodzenie, dałby w łeb, jak tylko się zaczynała kłótnia... Więc racja. Niemniej przydupasy Primogena dają się wystarczająco we znaki w Nowym Jorku.
                - Cóż… jak wszystkie przydupasy.- zaśmiał się Larry i zamilkł uciszany sykami Nadii, której jego głośny śmiech przeszkadzał.
                - Garry - wskazała na Gangrela - mówił, że Brujah i Gangrele często ze sobą się mierzyli.
                - I nadal mierzą… my jesteśmy kłami i pazurami Camarilli. - wyjaśnił Larry.- Gdy nie ma konfliktu, musimy być jakoś ostrzeni.
                - Lubisz takie traktowanie? - zapytała - Bo to jakby korzystać z broni, ale nic więcej nie robić. Nie szanować.
                - Taka nasza natura dziewczyno. Sami rzucamy się na siebie. Nie trzeba nas szczuć. Walkę mamy we krwi. A już powinnaś wiedzieć, że…- westchnął ciężko Larry. - … my Kainici, jesteśmy niewolnikami naszej krwi.
                - Wybacz, jeżeli powiedziałam za dużo. - najwyraźniej zawstydziła się.
                - Daj spokój, nie jesteśmy w Nowym Jorku na jednym z tych głupich przyjątek. Etykietę zostawmy sztywniakom Ventrue.- machnął ręką Larry.
                - Czasem nie tylko Ventrue wymagają od Caitiffa... większego uniżenia. - odparła bez zadowolenia - Więc lepiej nie ryzykować.
                - To prawda… w Nowym Jorku, ale już się przekonałaś… tu jest po prostu inaczej.- wzruszył ramionami Brujah.
                - Przyznam, Stillwater mnie... wzięło z zaskoczenia.

                Chwilę patrzyła w przestrzeń.

                - Chcesz, bym jutro przyjechała do sklepu?
                - Jeśli nie będziesz chciała oglądać powtórek Bonanzy… to raczej powinnaś.- zażartował Kainita.

                Ann uśmiechnęła się i spojrzała na Gangrela.

                - Muszę z Garrym ustalić naćpane sprawki. - rzekła.


                Podeszła do hipisa.

                - Czy oferta nauki wciąż aktualna?
                - Hej… jasne. - odparł z uśmiechem Gangrel, wyraźnie przybyłym po kilku domowych drinkach. - Kiedy znajdziesz czas na odwiedziny, to poćwiczymy.
                - Pewnie za kilka dni, jak skończę pracę na tydzień. - przysiadła się do wampira - Pamiętam, że William mówił o jakiejś twojej wizji? Często je miewasz?
                - Wiesz jak to jest… wizje przychodzą i odchodzą regularnie. Nie mam jak Tanii… No. Nie tak regularnie. No i mało kto mi wierzy. Gdybym był z klanu szajbusów, pewnie byłbym bardziej wiarygodny. Gdzieś w tym jest ironia.- zaśmiał się Garry.
                - Tanii?
                - Eee… powiedziałem za dużo. Nie przejmuj się. - odparł speszony Gangrel. - To już przeszłość. Zapomnij.

                Ann spojrzała z niezadowoleniem.

                - Teraz się odsuwasz?
                - Cóż. Z moimi wizjami bywa różnie. Przychodzą i odchodzą, większości nie zapamiętuję. Ale niektóre tak.- przyznał Garry wracając do swoich objawień. - Joshua z Williamem sądzą, że to tylko narkotyczne majaki, ale wiesz… tu w okolicy jest oko chaosu magicznego, ów przeklęty zakład psychiatryczny… czy tam sanatorium… i myślę, że czasami mój umysł nastraja się do fal z niego płynących.
                - Nie powinno się ignorować wszystkiego, bo jeden element świadczy przeciw. Szczególnie przy tym, jaka jest okolica. - spojrzała zaciekawiona - Jaka była ostatnia wizja?
                - Coś szło za tobą.. za dziewczyną z Nowego Jorku wysiadającą z autobusu. Jakaś zmiennokształtna bestia… wiesz, widziałem ciebie… dziewczynę z płonącymi włosami za którą podążała pożoga, upiora kryjącego się w potężnym zamku i nekromantę pożeranego przez szczury… wiesz, takiego w czarnych szatach wyszywanych w czaszki.- wyjaśnił Garry z uśmiechem. Wzdrygnął się.- Paskudna wizja to była.
                - Kojarzy mi się z moimi koszmarami, też okropne, ale nie są od teraz. - zamyśliła się. Miała wystarczająco kontaktu z Tremere, aby nie odrzucać wprost zbyt mistycznie brzmiących rzeczy.
                - Tylko z Williamem i Joshuą rozmawiałeś o tym?
                - Pogadaj z Lukrecją o wizjach… no spróbuj… - zaśmiał się cicho Garry i dodał.- Dla niej Tremere to banda szarlatanów, a legendy o Kainie i Przedpotopowcach to bajeczki mające utrzymać plebs w ryzach.
                - Bardziej myślałam o Nadii. - stwierdziła cicho - O Przedpotopowcach to tylko w Sabacie gadają, czego oczekujesz od Ventrue?
                - Wiesz… jest sporo, nawet wśród Ventrue, którzy wierzą w to wszystko. Lukrecja jest na to za…. pragmatyczna. A Nadia skupiona na swojej misji i nie interesuje ją nic poza rozgryzieniem kodu. - wyjaśnił Gangrel i wzruszając ramionami dodał. - Cokolwiek to znaczy.
                - Ja chętnie posłucham. Najwyżej będzie zabawnie. - uśmiechnęła się.
                - Będziesz miała często okazję, podczas nauki. Bo poznanie dyscypliny zajmie ci kilka intensywnych nocy.- odparł z uśmiechem Garry.
                - Jak intensywnych? - zapytała.
                - Musisz zrozumieć, ale tak na poziomie podświadomości, że to…- uderzył lekko dłonią ramię wampirzycy.- … jest martwe. Że nie krwawi, nie boli, nie można tego tak łatwo uszkodzić jak żywą tkankę. To kwestia uwolnienia psychiki od nawyków żywych. Wtedy staniesz się twarda naprawdę. Wymaga to trochę łomotu.
                - Będziesz mnie bił jako zwierzę..? - zapytała z przestrachem.
                - Tej dyscypliny nigdy nie udało mi się opanować. Za mało we mnie agresji pozostało.- rzekł wesoło Garry.
                - Ale gadasz z Wilkołakami, nie? Nie jako wilk?
                - Wilkołaki nie przychodzą do nas jako zwierzęta. - zaśmiał się cicho Garry.- To Uktena, a nie Czerwone Szpony. Ci konkretni wywodzą się z odłamu Indian Cherokee. Mają oni swój rezerwat na północ od jeziora. To znaczy… ci Indianie mają, nie wilkołaki.
                - Wilkołaki nas bardzo nie lubią... Czemu ciebie tolerują?
                - Jesteśmy mniejszym złem w okolicy. Jesteśmy ciałem obcym, ale bardziej pasożytem niż zagrożeniem. Tym jest Żmij i fomory. I…- dodał cicho Garry rozglądając się.-... fomory istnieją. Widziałem je. Nadia pewnie powie ci że to są byty z równoległych światów, ale wilkołaki wiedzą lepiej. Są fomory w okolicy, jest skażenie przy kopalni. I z nią przede wszystkim wilkołaki walczą. My nie jesteśmy ich głównym wrogiem. Pewnie, że nas nie lubią, ale nie uważają za wrogów, zazwyczaj. Prędzej prawdziwych Magów.
                - ...co?
                - Za dużo wiedzy nadal? No cóż… dobrze znam sąsiadów.- odparł cicho Garry by nie przeszkadzać innym w grze. - Fomory to takie stwory które są z pozoru ludźmi. Wyglądają jak ludzie, chodzą jak ludzie, mówią jak ludzie, ale jest w nich coś… obcego. A w razie zagrożenia lub bez powodu ujawniają swoją prawdziwą naturę. Widziałem to, gdy pomagałem wilkołakom w ich robocie. Paskudny widok.
                - To miasto ma więcej ciekawostek niż niejedna metropolia... - westchnęła.
                - Fomory są i w Nowym Jorku, tak samo jak Wilkołaki. Pożyjesz jeszcze parę dziesięcioleci to odkryjesz jak bardzo nasz świat jest inny od tego co widzisz w telewizji.- odparł poważnym tonem gangrel.

                Skinęła głową.

                - Wszystko, bylebym więcej nie napotkała znowu tego łysego creepa co się bawi w teleportowanie się. - mruknęła.
                - To mógł być fomor właśnie.- odparł cicho wampir.
                - Świetnie... - Ann wydawała się stać mniejsza - Jeszcze czego brakuje…
                - Bo ja wiem. Catgirl? - zadumał się Garry.- Ponoć istnieją kotołaki. Przynajmniej tak twierdzą Uktena których poznałem. Ale żadnej kotołaczki nie poznałem.
                - Żałujesz?
                - Trochę. - odparł żartobliwie Kainita.
                - Nie bądź zachłanny, masz przecież cały harem! - cicho zaśmiała się - I panterę, jak wolisz zwierzęco.
                - Nie żartuj nawet tak. - zaśmiał się cicho Garry. - Zdarzały się już różne głupotki, jak niektórym za bardzo marycha uderzyła w czub.
                - Nawet nie chcę wiedzieć... - pokręciła głową - Pojawię się u ciebie za kilka dni. U Larry'ego popracuję, pozamiatam czy coś…
                - Coś trzeba robić dla pozorów. - przyznał Garry. - No chyba, że się śpi na pieniądzach jak William.
                - Skąd on w sumie tyle ma? Z poezji? - zastanowiła się.
                - Może i trochę tak… ale przede wszystkim z nieruchomości. Połowa domów w Stillwater i okolicy należy do niego.- wyjaśnił Garry.- Joshua może jest i Księciem, ale to nasz Toreador ma prawdziwe wpływy.

                Stillwater było jeszcze bardziej szalone niż możnaby sądzić...

                - Lukrecja wyczaiła okazję na Potomka... Jakoś mnie to nie zaskakuje. Musiała już długo męczyć Joshuę.
                - O tak.- przyznał ze śmiechem Garry i wzruszył ramionami. - Ciosała mu kołki na głowie od czasu “usynowienia” Owensa.
                - To byłoby istotne może w Nowym Jorku, ale tu?
                - Tu też ma znaczenie. Jej frakcja wzrośnie o jeden głos.- odparł Garry.
                - A... Często to w Stillwater ma znaczenie?
                - Nie… nie aż tak bardzo. - wzruszył ramionami gangrel.- Dla niej jednak ma.

                Ann zerknęła za dzieciakiem Księcia, ciekawa co szczeniak robi.
                Clyde właśnie zerkał przez ramię na karty grających wampirów i równie często w kierunku Lukrecji i jej… dekoltu. Ona mogła go nie lubić, ale sam Owens był nią zaintrygowany.
                Caitiffka zakryła oczy zażenowana sytuacją. Gówniarz...
                Przeprosiła Garry’ego i podeszła cicho za Owensa.

                - Duże ma atuty? - wyszeptała do ucha dzieciaka.
                - Ano... spore. - przyznał młody wampir i spojrzał za siebie. - Jest za co ją lubić.
                - Mówisz o kartach, prawda? - zapytała niewinnie.
                - Oczywiście, że o kartach… eee... Nadii kartach.- zreflektował się Owens.
                - Wiesz, że jesteś uroczy w swojej niewinności i naiwności? - pokręciła głową.
                - Jestem jak karmelek… twardy ale słodki.- “czarował” Brujah uśmiechając się bezczelnie.
                - Naprawdę... - Ann nie wyglądała na poruszoną - Ty wiesz, że ona cię nie znosi, prawda?
                - Tylko udaje niedostępną. Zmiękczę ją z czasem… zobaczysz.- mężczyzna promieniował niezachwianą pewnością i przerostem ego.
                - Wiesz, Twój Stwórca przy kolejnym karmieniu powinien ci lekko wytłumaczyć czemu to nie da efektu.
                - Mylisz się… zobaczysz, jak posiedzisz tu dłużej.- odparł z uśmiechem Owens i dodał. - Ale dość o mnie. Jak ci się podoba Stillwater?

                Ten dzieciak naprawdę nie wyzbywa się wiary w bajki o wampirach...

                - Jest spokojnie. Inaczej. - "Dość o mnie"? Bzdura, długo to nie potrwa…
                - Wiem, że to nie Nowy Jork i pewnie William pokazał ci główne miejsca, ale jeśli chciałabyś zobaczyć wszystkie ciekawostki… to ja jestem twoim człowiekiem. Znam tą mieścinę jak własną kieszeń. - zaoferował się Clyde.

                Pewnie jego kieszeń jest większa niż Stillwater...

                - Zgaduję, że znajdę cię w komendzie lub szpitalu?
                - W szpitalu. Tam pracuję i pilnuję by był dostęp do banku krwi. Mam tam swoich agentów teraz. - odparł z uśmiechem Clyde.
                - Więc w końcu się tam zjawię. - pomyślała o tym, że znajdzie tam dostępne opatrunki - Na razie mam kilka dni pracy na stacji.
                - Mogę ci tam coś podrzucić jeśli chcesz. Rozwożę zamówienia Kainitów dotyczących towarów ze szpitala.- wyjaśnił z uśmiechem Owens.
                - W sumie... Mógłbyś. - zdecydowała - Opatrunki, bandaże, plastry. - zawyrokowała.
                - Nie ma sprawy. Ile chcesz opakowań? - zapytał w odpowiedzi Clyde.
                - Daj z pięć. - wzruszyła ramionami - W sumie zastanawiam się... jak się dowiedziałeś, że umrzesz? I czemu?
                - Czemu? Bo zasłużyłem. Byłem zdolnym i wiernym ghulem. Niestety sytuacja w szpitalu zaczęła wymykać mi się spod palców i Joshua uznał, że czas bym stał się jednym z nas. - odparł dumnie Clyde.- Dzięki temu zyskałem wpływy i kontrolę… i własnych ghuli w szpitalu i… wszystko wróciło do normy.
                - Gratulacje, zaskakująca rzecz. - nieszczerze skomentowała - I wszystko jest, tak jak chciałeś?
                - No… niezupełnie. - odparł niepewnie Clyde i uśmiechnął się wesoło. - Ale ogólnie jest lepiej.
                - A co jest nie tak?
                - E nic takiego…. - machnął nerwowo ręką Owens wyraźnie nie chcąc o tym rozmawiać.
                - Teraz tchórzysz? - Ann przybliżyła się do twarzy Owensa - Już twardzi nie jesteśmy?
                - Powiedzmy że moje łóżkowe osiągnięcia nieco spadły jeśli chodzi o… ilość i długość.- odparł przyciśnięty do metaforycznej ściany Kainita.
                - Chyba nie sądziłeś, że trup będzie bogiem w łóżku? - zaśmiała się cicho - Rigor Mortis nie jest wieczny, a i pamięć ciała szybko zaniknie. Może wolniej uciec, może szybciej... ale przyzwyczajaj się, że to w tobie - ukuła go palcem w klatkę - ma teraz inne priorytety.
                - Bzdura… nie każdy tak ma. Można się nauczyć zachować możliwości. - naburmuszył się Clyde, mając rację i nie mając jej. Owszem można było symulować aktywność, ale była to tylko symulacja… nie było w tym przyjemności. Ale Ann wątpiła by ta prawda przebiła się przez prawdziwie grubą czaszkę czarnoskórego wampira.
                - Może będziesz przypadkiem, który zasmakuje w fałszu. - wzruszyła ramionami - Męczyłeś już Ojca o wytłumaczenie tej kwestii?
                - Nie. Nie będę zawracał Joshui głowy takimi detalami. - przyznał się młody Kainita.
                - W sumie i lepiej. W końcu sam zrozumiesz. - spojrzała jak sytuacja brydżowa, by przekonać się że Nadia masakrowała przeciwników, zgodnie z przewidywaniami Larry’ego.

                Ann pokręciła głową na to przedstawienie całkowitej dominacji. Tremere to muszą mieć we krwi. Wampirzyca postanowiła sama uraczyć się drinkiem z Mary...

                Imprezka chyliła się ku końcowi, więc goście powoli zaczęli się rozchodzi. Ann poszła z Larry’m wychodząc na zaplecze. Jego wóz prezentował się okazale, lecz ważniejsze dla dziewczyny było to co znajdowało się na pace. Mot…orek.

                [media]https://www.drivespark.com/img/2015/06/04-1433399816-yamaha-rx100-002.jpg[/media]

                Nawet po generalnym remoncie, motorek nie imponował rozmiarami czy urodą. Był to chyba pojazd przejściowy między skuterem, a motorem dla prawdziwych Amerykanów. Nic dziwnego że Garry nie używał. Nic dziwnego że zrobili go Japończycy.
                Ale Ann była wniebowzięta. Może nie było to co za życia kupowała jej rodzina, ale europejsko-kanadyjska dusza nie widziała tego za ból.

                - Kupiłeś nowy, Larry. To nie może być ta ruina!
                - Nie… odnowiłem i położyłem nowy lakier, dlatego tak się błyszczy. Stare japońskie samochody i motory to solidny sprzęt. Nie psują się tak łatwo. Wystarczyło tylko przeczyścić, usunąć rdzę, naoliwić. - wzruszył ramionami Brujah. - No i mam sporo części zapasowych.
                - I dużo zaparcia. Rury wydechowej nie miało. - uśmiechała się od ucha do ucha.
                - To prawda… ale teraz ma. I jeździ jak marzenie… jeśli ma się małe marzenia. - odparł żartobliwie wampir.
                - Nie mam tych dziwnych potrzeb Amerykanów na Harleye, masę spalin i głośne jak samolot. - zaśmiała się.
                - Mają mocnego kopa.- przyznał Brujah i wzruszył ramionami.- I wymagają pary w łapach.
                - Ty masz jakiś motor?
                - Kilka Harley Davidsonów. Każdy z nich jest trofeum, każdy ma za sobą wojenną historię. Wędrowne sfory Sabatu i Anarchów często ukrywają się pod maską gangów motocyklowych. - wyjaśnił Larry.
                - Wyobrażam sobie, że zrzuciłeś jeźdźca jak wprost na ciebie jechał. - pokiwała głową - Byłoby ciekawie pooglądać cię w akcji.
                - Pewnie będziesz miała kilka okazji. Stillwater nie jest tak rozrywkowe jak Nowy Jork, ale i tu trafiają się czasem sfory Sabatu. A jak ty sobie radzisz w walce?- zapytał Larry zmieniając temat.
                - Wolę nie musieć walczyć niż musieć, ale najchętniej to... hmm... zakradnę się i zaatakuję? Strzelać mogę, choć lepiej mi z bronią białą, pobić też mogę... - wzruszyła ramionami - Raczej nie pcham się na pierwszą linię. Czemu pytasz?
                - Nie ma nas zbyt wielu tutaj. Każda para rąk się więc przydaje.- wyjaśnił Brujah.
                - A jak często taka para rąk potrzebna? I nie umiem sobie wyobrazić Schwarza walczącego na linii. - ironiczny uśmieszek zawitał na ustach wampirzycy.
                - Toreadory potrafią walczyć. Schwarz nie był tak… dobry jak William, ale radził sobie ze sztucerem.- odpowiedział Brujah naświetlając znaną osobę, z innej nieznanej Ann, strony.- Świat mroku to niebezpieczne miejsce, nawet dla potężnych Kainitów.
                - Po prostu ten wampir w depresji mi nie wyglądał na kogoś, kto zechce choć drgnąć, aby kogokolwiek zaatakować, chyba że w panice.
                - Wymiotował krwią po walce. Ale nie daj się nabrać na pozorną słabość, którą dostrzeżesz u innego Kainity. Pamiętaj, każde z nas ma kły. Każde… jest idealnym drapieżnikiem.- przestrzegł ją Larry.
                - Już jakiś czas temu uznałam, że po prostu lepiej uważać, że każdy wampir jest zagrożeniem. - wzruszyła ramionami i spojrzała na motor - Dzięki wielkie za przywrócenie motoru do użytku. Nie będę zależna!
                - Dobrej zabawy. - odparł z uśmiechem Brujah na pożegnanie.

                Wampirzyca wróciła do Williama wyraźnie w kiepskim nastroju, podłamana w środku, choć nie chciała tego okazać. Kiedy weszła głębiej do domu przyjęła wymuszony neutralny wyraz.

                - Dałam radę? - odezwała się do Toreadora.
                - Żyjesz, więc dałaś. - odparł z uśmiechem Blake i dodał. - Nowo narodzony, który nie da rady podczas oficjalnego przedstawienia, jest zabijany na miejscu. Nie jesteśmy ludźmi Ann, nie tolerujemy porażek.
                - Tak samo jest w Stillwater? Owens dał radę? - zapytała z powątpiewaniem.
                - Nie… nie jest tak samo. - przyznał Toreador wzruszając ramionami. Usiadł w fotelu i dodał. - Tutaj możemy czuć się bezpiecznie, pozwolić sobie na szczerość i wyluzowanie. Tu… nikt z nas nie jest ważny. Nawet tron Księcia jest bez znaczenia. Joshua nim jest, bo ktoś musi być.
                - Lukrecja chyba nie tak to widzi... Czy chce widzieć.
                - Lukrecja jest uwięziona w swoich traumach, a poza tym…- machnął ręką wampir. - … nie potrafi sobie odpuścić. Ambicja pchała ją przez całe życie, ambicja zmieniła ją w ghula, potem w Ventrue, ambicja pchała ją na szczyty władzy i… ambicja zepchnęła ją w dół, do nas właśnie. Lukrecja potrzebuje drabiny po której mogłaby się wspinać, nieważne że ta drabinka jest dla przedszkolaków i ma trzy stopnie.
                - Ale to chyba nawet drabinka, o którą nie będzie rozlewu krwi? - zapytała ostrożnie.
                - Pewnie że nie… - zaśmiał się Toreador głośno. - Nawet Lukrecja wie, że nie ma co się specjalnie wysilać. Tym bardziej, że śni jej się inne miasto i inny tron. Tutaj po prostu ćwiczy swoje intrygi, żeby nie wyjść z wprawy. A Larry… intryguje z nudów i z przekory. To takie szkolne wprawki przed egzaminem. Lukrecja chce wrócić do Nowego Jorku, tak jak w sumie Nadia i Larry. Każde z innego powodu, ale Lukrecja najmocniej z całej trójki tego pragnie.
                - Czemu Joshua ma złą renomę, że go nie chcą poza Stillwater? - zapytała.
                - Bo jest… bo był członkiem Sabatu. Dość znacznym. Przeszedł na stronę Camarilli zdradzając swoich. Został za to wynagrodzony, ale wiesz… zdrajcom nikt nigdy do końca nie ufa.- wyjaśnił po dłuższym milczeniu William.- To trochę już zapomniana historia, ale pewnie Cyril ją zna.
                - Nie tak, jakby mu zależało się nią dzielić... - mruknęła - Lukrecja zabawnie zareagowała, jak jej po francusku coś powiedziałam jakiś czas temu. - pokręciła głową - Szok, że kundle mogą więcej umieć z życia?
                - Ventrue tak mają. Przerośnięte ego. Gdybyś była Malkavem zareagowała by tak samo.- zażartował Wllliam. - Albo Gangrelem. Uważa ich za dzikusów i Garry jest dla niej potwierdzeniem tych poglądów.
                - To niezbyt bezpieczne podejście. Można wpaść z nim w niezłe bagno. - wzruszyła ramionami - Fakt, że nie zna języka ją... hmm... męczył, gdy wyszło, że umiem coś czego ona nie.
                - To prawda. Ale niektóre wady trudno u siebie zwalczyć.- Toreador przyznał jej rację.
                - Sądzę, że teraz może próbować zrozumieć czemu nie używam tego pompatycznego imienia, ona by używała. - pokręciła głową - Wszystkie Ventrue tak mają?
                - Wszyscy… im młodsi tym bardziej. Mądrość przychodzi z wiekiem, lub śmierć. Możemy się wydawać nieśmiertelni ale na tym świecie jest wiele zagrożeń które na nas czyhają.- zadumał się William i spojrzał na Ann uśmiechając się. - Tu znacznie mniej niż w Nowym Jorku.

                Pokiwała głową zgadzając się.

                - Jeżeli pierwszy znajdziesz przesyłkę do mnie... to mógłbyś ją gdzieś tu zostawić lub chociaż informację o niej? - zapytała najbardziej nonszalancko jak mogła.
                - Dobrze. Uczynię tak.- zgodził się Toreador i zapytał. - Jak ci się podobało to całe przyjęcie? Ostrzegam, wspólne narady wyglądają podobnie.
                - Mogłam porozmawiać z Larrym, Garrym i poznać dzieciaka Księcia. A, i motor dostałam, więc jest na plus.
                - Cieszy mnie to. I cieszy że dogadujesz się z miejscowymi, bo możliwe, że zostaniesz tu dłużej.- przyznał William i podrapał się po karku. - Ta… cała heca z FBI, świadczy o tym że w Nowym Jorku jest jakiś duży ferment.
                - Większy niż trzeba... - mruknęła - Wiem, że zostanę, co poradzić. Nie tak, jakbym miała wrócić w każdej chwili.
                - Może ci się tu nawet spodoba. Ja tu żyję już kawał czasu i nie narzekam.- stwierdził współczująco William.
                - Miejsce nie jest problemem... - mruknęła pod nosem - Czy w sumie masz jakiś większy powód na bycie tutaj?
                - Żadnego… poza osobistą odrazą dla blichtru. Byłem na wielu dworach, obserwowałem tą całą walkę buldogów pod dywanem tak długo, że mi obrzydła. - wyjaśnił Toreador.
                - Cóż, tutaj tylko Lukrecja marzy choć o walce ratlerków. - stwierdziła i dodała z jakimś tłumionym smutkiem - Pójdę spać. - uśmiechnęła się nerwowo.
                - Rozumiem. To była ekscytująca noc.- odparł wampir ciepło.
                - Tak... Tak. - Ann uśmiechnęła się słabo i zwróciła do wyjścia - Jutro do Larry'ego pojadę. - dodała nim ruszyła do swojej "samotni" w piwnicy.
                - Baw się dobrze. - usłyszała za sobą, aczkolwiek głos nie był zbyt… entuzjastyczny.

                Musiała utrzymywać twarz, nie poddawać się stresowi tej całej sytuacji. Cyril przecież powiedział, że wyśle przesyłkę. Znała starego Tremere na tyle, aby nie dziwić się jego działaniu. Nie porzuci jej, ciągle jest użyteczna.

                Ale nie było przesyłki...

                Będzie jak zapowiedział. Czemu świrujesz już? Nie tak dawno cię nakarmił, nie musisz pić codziennie!

                Ale... Jeżeli zostawi...

                To będzie tylko z twojej winy. Nie możesz mu dawać powodu, aby cię zostawił to tego nie zrobi.

                On zawsze się tobą opiekował.
                Zawsze uczył.
                Troszczył się.

                Nawet jeżeli nie zasłużyłaś.

                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • ZellZ Online
                  ZellZ Online
                  Zell jako Ann Paige
                  Moderator Obsługa
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                  #14

                  - Zawaliłaś. Zawiodłaś mnie.- rzekł flegmatycznie Tremere rozglądając się po norze, która była obecnie mieszkaniem Ann.

                  Młoda wampirzyca wyglądała na dość znudzoną wizytą. Nie miała ochoty na rozmowę ze staruchem, choć coś w niej najchętniej by się do niego połasiło.

                  - Och. - mruknęła bez przejęcia, siedząc na posłaniu, będącym masą kocy rzuconych na podłogę - To przykre.
                  - To jednak zrozumiałe. Jesteś słaba i niedoświadczona, potrzebujesz bardziej wyćwiczyć swoje talenty. I potrzebujesz motywacji do tego. - Cyril wyjął kieszonkowy zegarek zerkając na niego.
                  - Spieszysz się na randkę? - parsknęła.
                  - Patrzę ile czasu ci zostało. Zawiodłaś mnie, więc poniesiesz tego konsekwencje i może nawet czegoś się nauczysz przy okazji. Nie jesteś jedyną Kainitką pod moją opieką. Mam kilku uczniów i jeden z nich… też potrzebuje treningu. Właśnie zmierza tutaj, by cię upiec żywcem. Ma na to czas do świtu, więc radziłbym ci wziąć dupę w troki i uciekać. A potem wykorzystać swoje moce do ukrycia się przed nim. Bo jeśli postanowisz z nim walczyć, mój czas i wysiłek zainwestowany w ciebie okażą się błędem. A ja nie lubię popełniać błędów.- odparł obojętnym tonem Tremere.

                  Ann skrzywiła się i warknęła gardłowo.

                  - Tak chcesz mnie zastraszać? - wstała, a w jej ruchach dało się zobaczyć tłumioną agresję - Blefem?
                  - Powinnaś znać mnie już na tyle dobrze, by wiedzieć że nie blefuję.- odparł spokojnie Cyril.- Masz około piętnastu minut. Radzę się pospieszyć.
                  - Nie pozwolisz na to. Sam mówisz, że nie lubisz błędów popełniać, a teraz okazałoby się twoim błędem inwestowanie we mnie. Przecież nic takiego się nie stało.
                  - Zawiodłaś mnie. Zawaliłaś zadanie. Nie potrzebuję wadliwych narzędzi. I wcale nie chcę byś zginęła. To nauka. Dla niego i dla ciebie. Jeśli nie przeżyjesz do świtu to… widać nie jesteś dość dobra, bym inwestował więcej czasu w ciebie. - odparł Cyril ruszając do drzwi i chowając zegarek do kieszeni.- Trzynaście minut, lepiej opuść to mieszkanie. Nie chcemy by ci zwęglił lokum.
                  - Jesteś walnięty... - ruszyła do wyjścia. Ten świr... Mógł serio wysłać kogoś na nią!
                  - Jestem potworem i ty też. Jeśli chcesz przetrwać w świecie potworów, musisz szybko się uczyć, albo szybko umrzeć.- odparł wampir wychodząc. Zostawił otwarte drzwi i ruszył do wyjścia. - Śmierć z kosą wisi nad każdą istotą.

                  Ann zaklęła niewyraźnie pod nosem i bardziej zirytowana niż wystraszona, skierowała się do wyjścia. Ukryć się w Nowym Jorku? Pestka... prawda...?

                  `
                  |-

                  Drżała na kocach w swoim "mieszkaniu", do którego dotarła po poprzedniej nocy pełnej ucieczki, strachu i... ognia. Nasłany na nią Tremere był zdeterminowany spopielić młodziutką wampirzycę, a ogień, który wskrzesił magią...
                  Objęła się rękoma chcąc zapomnieć.

                  Czemu część ran pozostała?
                  Była słaba.
                  Taka głodna...
                  I bała się, że przyjdą po nią....

                  Drzwi do jej mieszkania otworzyły się z cichym zgrzytem. Usłyszała kroki.
                  Pierwszą reakcją wampirzycy było przygotowanie się do walki do ostatniej kropli krwi. Obnażyła zęby i ustawiła się tak, aby móc rzucić się od razu na niezapowiedzianego gościa... ofiarę...
                  Może tak ją nakarmi?
                  Po chwili dostrzegła znajomą sylwetkę. To był jej opiekun elegancko ubrany. Podszedł do jej leża, usiadł na krześle i uśmiechnął się mówiąc.

                  - Wyglądasz jak gówno, ale… przetrwałaś. Jestem zadowolony.

                  Rany na ciele Ann były wyraźnie spowodowane ogniem i leczące się w różnym stopniu. Skóra na barku została na tyle spalona, iż prześwitała tam kość.

                  - Wróg... - warknęła gardłowo - Jesteś wrogiem…
                  - Gdybym był twoim wrogiem dziewczyno, byłabyś już martwa. Ja nie zostawiam swoich wrogów przy życiu.- skłamał wtedy, ale o tym Ann przekonała się znacznie później. Teraz brzmiał przekonująco.

                  - On tu jest? - spojrzała w stronę wyjścia. - Sprowadziłeś ogień?
                  - Nie. On przegrał. Nie zabił cię. Szkoda, że nie widziałaś jego miny jak raportował o swojej porażce. Zupełnie jakby spuszczono z niego powietrze. - zaśmiał się chrapliwie starzec wspominając niedawne chwile. - Z twoich postępów jestem zaś zadowolony.
                  - Bolało... Ciągle boli... - jęknęła ze zbolałym wyrzutem - I było... - zakryła głowę, chcąc coś odegnać od siebie.
                  - I dobrze. Znaczy, że nauczyciel był dobry. - odparł Cyril beznamiętnie. - Zapamiętasz udzielonej ci lekcję, a teraz jesteś pewnie spragniona?
                  - A jak sądzisz?! - ruszyła się gwałtowniej, ale ból jej przerwał cokolwiek chciała zrobić - To się nie leczy... Mówiłeś, że będzie..
                  - Poparzenia się nie leczą. Nie tak szybko jak inne rany, podobnie jak rany postrzałowe od broni o dużym kalibrze. Głowa też ci nie odrośnie jak ci zetną. Jesteś długowieczna, ale nie nieśmiertelna. - odparł Tremere coś rozważając. Niechętnie rozpiął mankiet i odsłonił nadgarstek. - Masz… pij.

                  Reakcja Ann była prawie natychmiastowa, kierowana głodem, nie rozważaniem. Rzuciła się do odsłoniętego nadgarstka i wgryzła w poszukiwaniu krwi, której tak łaknęła... oczywiście nie rozważając jakichkolwiek konsekwencji.
                  Krew starucha była lepsza od wszystkiego czego próbowała, czy to alkoholu, czy narkotyków czy wreszcie krwi ludzi. Nic więc dziwnego że Ann piła i piła, aż została brutalnie odepchnięta od źródełka przez jego właściciela.

                  - Tyle ci wystarczy.- rzekł władczo Tremere.

                  Dziewczyna zamrugała zaskoczona, ale tym razem nie była wściekła za to oderwanie od krwi. Prędzej... zasmucona?

                  - Jeszcze... - jęknęła błagalnie, po prostu wtulając głowę w klatkę piersiową Cyrila.
                  - Wystarczy… na dziś. Resztę możesz dopić z ludzi jak ci się polepszy. Udaj się do przytułku Schwarza, tak jak zwykle. Tam znajdziesz bezdomnych, których będziesz mogła nieco wydoić. Drogę już znasz, byłaś tam wiele razy przecież.- odparł niewzruszony jej błaganiem Kainita.
                  - Czemu... - dalej wtulała się w wampira, jak szczeniak - Wolę twoją krew…
                  - Jak każdy inny Kainita. Niemniej przyzwyczaj się do picia ludzi. - odparł Tremere. - To głównie oni są twoim pożywieniem.
                  - Oni się łatwo... - zamyśliła się nad słowem - Psują? Przerażają?
                  - To podchodź do tego subtelnie. Zresztą ci zapijaczeni żule raczej nie są aż tak kłopotliwym posiłkiem? - bardziej stwierdził niż zapytał wampir.

                  - Zabierz mnie ze sobą. - nagle wypaliła błagalnie.
                  - Nie. Loża Tremere to nie miejsce dla caitifów. Ba… dla innych klanów też nie.- odparł spokojnie Cyril.

                  Wyraźnie odmowa zasmuciła Ann.

                  - Jasne... Jak chcesz. - przeniosła się na własne posłanie, ze zbolałym wyrazem - Co z tym... co mnie gonił?
                  - Zostanie ukarany za swoją porażkę. - odparł z sadystycznym uśmieszkiem Cyril. - Nie będzie cię więcej nachodził.
                  - Jak? - mruknęła - To twój Klan. Nie zabijesz go jak mnie chciano...
                  - On miał cię zabić. Ty miałaś przeżyć. To tylko zwykły konflikt interesów. Nie bierz tego do siebie.- odparł Cyril wzruszając ramionami.- Pomijając sam fakt upokorzenia i degradację pozycji, wymyślę coś poniżającego i bolesnego.
                  - Nie chcę znowu takiego bólu i strachu... Nie rób mi tego więcej...
                  - To nie sprawiaj mi zawodu.- odparł pobłażliwie Cyril i dodał głaszcząc dziewczynę po głowie.- Poza tym… nic nie uwalnia nas od bólu czy strachu, takie jest życie… także po życiu.
                  - Spróbuję... - szepnęła - Ale nie zawsze się da... Jestem słabsza, bo nie mam Klanu…
                  - Zobaczymy co będzie. Nie widzę potrzeby posyłania cię na misje, których nie byłabyś w stanie wykonać. - odparł Tremere.
                  - A kiedyś byś widział sens?
                  - Czas pokaże. - Cyril tym enigmatycznym zwrotem wymigał się od odpowiedzi.

                  Ann nie mogła sobie przypomnieć czemu niedawno czuła złość na Cyrila. Przecież działał dla jej dobra.

                  - Kiedy znowu się spotkamy?
                  - Wkrótce. - kolejna enigmatyczna odpowiedź.
                  - Książę kazał ci być moim nauczycielem, a ty ciągle mnie samą zostawiasz…
                  - Ja zaoferowałem cię nauczyć - przyznał się Cyril i dodał. - i cię uczę życia w cieniu ulicy i Klanów, niemniej ty nie jesteś z mojego… a jak już wiesz Tremere mają wiele sekretów, których nigdy nie poznasz. Tobie wystarczy nauczyć się być samodzielną i nie potrzebować wiecznie mojej rączki do prowadzenia przez Świat Mroku.
                  - Masy rzeczy nie rozumiem... - skrzywiła się niepocieszona - Mówią, że jestem słabsza, bo nie mam Klanu, że jestem błędem, zaraz ktoś mnie zmyje i tak dalej... - pokręciła głową - Bawi ich chociażby to, że nie wiem komu się odgryźć, a komu nie, kto kim jest... - wyglądała na zirytowaną tym, co jej zdążono zaserwować.
                  - Nikt nie chodzi z Klanem wypisanym na pysku… poza Nosferatu. Ale tych rozpoznasz, jak tylko jednego zobaczysz. - odparł Cyril i machnął ręką. - Niech mówią co chcą… gadać byle Toreador potrafi, ale to nie czyni go potężnym. Takich mięczaków możesz wciągnąć nosem. Większość z tych, co się tak puszą swoim Klanem, nie dożyje drugiego dziesięciolecia.
                  - Czemu nazywają mnie abominacją?
                  - Bo czemu nie? Przezwisko tak samo dobre jak każde inne. - odparł Cyril i wzruszył ramionami. - Klan Tremere określają też barwnie za naszymi plecami.
                  - Ale czemu tak widzą kogoś bez Klanu? - nie dawała za wygraną.
                  - Klan popiera swoich, klan jest siłą swoich pobratymców… ty nie masz klanu, ty jesteś sama i słaba tą samotnością. Słabymi się gardzi. Jeśli zdołasz zyskać potęgę i siłę, to zobaczymy czy wtedy będą tak chętnie pluć ci w twarz. - odparł sarkastycznie stary wampir.

                  - To nie mogę być przyłączona do Tremere?
                  - Nie masz odpowiedniej linii krwi. Nie będziesz miała klanu… nigdy.- skłamał wtedy ukrywając przed nią pewną szaloną opcję.
                  - Ale jesteś moim opiekunem. Nie możesz mnie przyłączyć?
                  - Nie mam takiej władzy. Poza tym Tremere to bardzo elitarny Klan. Bardziej niż pozostałe.- odparł krótko i dobitnie Cyril.
                  - Cyril... Masz mi pomagać, to by pomogło.
                  - Nie. Mam cię przygotować do życia wśród Kainitów. Nic to nie ma wspólnego z pomaganiem. - zaprzeczył Tremere. - Nie licz na prowadzenie za rączkę czy głaskanie po główce.

                  Ann westchnęła ciężko.

                  - Nie sprawiasz by było lepiej... Tylko gorzej. - patrzyła jak na kości barku narasta tkanka - I co to znaczy, że nie mam odpowiedniej linii krwi? Każdy Tremere ma taką samą krew od narodzin? - zapytała bez przekonania, nie wiedząc wiele o Klanach - To jaką ja mam?
                  - Nie wiem… jakąś krew Sabatu. Kto tam ich wie… buntowników od siedmiu boleści.- wzruszył ramionami Cyril. - Skoro nie wiesz jakiej krwi jesteś, to znaczy, że dla Sabatu byłaś mięsem armatnim posłanym na pierwszą linię, by zginąć w boju… i przy okazji zabić jak najwięcej wrogich Kainitów. Pamiętasz co się stało po przebudzeniu? Co ci kazano zrobić, gdzie wysłano?
                  - Pamiętam... częściowo moment śmierci, że był ktoś zły, bo uciekać próbowałam. Ból i... tyle. Później jak odzyskałam świadomość byłam cała we krwi, nie tylko swojej. Dość niejasne to... ale nie trafiłam na nikogo z Sabatu. - próbowała przypomnieć sobie - Daty też uciekły. Większości swoich wspomnień nie jestem nawet pewna, bo co raz pamiętam je inaczej.
                  - To ci nie bardzo pomogę ze znalezieniem rodzica.- odparł Tremere nie chcąc by rozczarowanie wyraźnie przebijało się w jego głosie.
                  - Przynajmniej nie jestem... z tego... Sabatu. - spróbowała znaleźć pozytyw.
                  - To już nie ma znaczenia. Teraz jesteś w Camarilli. Nieważne jak bardzo by kpili z ciebie, to inni Kainici ten fakt muszą uszanować.- odparł ciepło stary wampir.
                  - Nauczyłam się jednak czegoś przez uciekanie wczoraj. - odparła chcąc coś dać od siebie - Ten Tremere w końcu nie mógł mnie znaleźć jak odpowiednio cieniami się okryłam.
                  - Spodziewałem się, że ci się to uda.- odparł Cyril i wzruszył ramionami.- Zagrożenie życia to dobra motywacja do nauki. Na kolejnej misji ode mnie, pójdzie ci lepiej.
                  - To musi być z zagrożeniem życia?
                  - Nie musi, ale… nie zawsze zadanie z którym się zmierzysz, będzie bezpieczne. Lepiej przywyknąć zawczasu.- wyjaśnił Tremere.

                  - Cyril... Naprawdę nie boisz się dawać innym swojej krwi? - skrzywiła się - Taka śmierć jest... dziwna. Bardzo.
                  - A skąd ty to możesz wiedzieć? - spytał się Tremere przyglądając się badawczo młodej wampirzycy.

                  Ann poczuła się nieprzyjemnie pod tym wzrokiem.

                  - Czemu pytasz?
                  - Bo wydajesz się dużo wiedzieć na ten temat. - odparł krótko stary wampir.
                  - Przecież każdy to wie. Każdy tak robi, nie? - zapytała niepewnie - Ty też na pewno...
                  - Pojenie tak… nie każdy daje się zabić. A już zabicie w ten sposób to złamanie Maskarady.- wyjaśnił Cyril.

                  Dziewczyna patrzyła z przestrachem.

                  - Ale... Nikt nie widział…
                  - Więc… lepiej o tym nie opowiadaj. Nie skaże cię to co prawda na śmierć, bo nie jesteś jedyną której przypadkiem trafił się diabolizm w Nowym Jorku. Niemniej… nie wypada się tym chwalić. - ocenił Tremere.
                  - Czyli mam za nich problem? - zapytała wystraszona.
                  - Cóż… tak… zgodnie z prawem powinnaś być ubita.- przyznał Tremere i wzruszył ramionami dodając. - Acz… i ludzie wszak obchodzą czasem przepisy prawa, prawda?
                  - Ty mnie nie wydasz? Byłam wtedy zła i głodna, nie wiedziałam co robię!
                  - Wątpię by los takiej płotki jak ty, był ważny dla Księcia. Nie powiem mu.- odparł pobłażliwie Tremere.
                  - Nie popełniłam tego w Nowym Jorku...

                  Uśmiechnęła się lekko po chwili i utkwiła ufne spojrzenie w Cyrilu.

                  - Naprawdę dziękuję. - spuściła głowę - Wybacz, że byłam zła na ciebie... Nie radzę sobie z głodem i ten strach... ogień... - wzdgrygnęła się - Naprawdę nie mogę pójść z tobą?
                  - Naprawdę nie możesz pójść ze mną. To sprawy klanu…- nagle odezwała się komórka Tremere. Ten westchnął zerkając na ekran. - A propo spraw… Augusto wzywa na audiencję.
                  - Augusto?
                  - Mój szef.- wampir delikatnie odepchnął Ann i ruszył w kierunku drzwi.
                  - Jasne... - Ann wyraźnie nie była pocieszona, że nie pójdzie z Cyrilem - Ale wrócisz jutro? - dodała za nim.
                  - Nie sądzę.- odparł Cyril krótko. - Mam dużo… interesów do załatwienia.

                  Ann nie odpowiedziała dusząc w sobie smutek.

                  Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • AbishaiA Niedostępny
                    AbishaiA Niedostępny
                    Abishai jako XXI
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                    #15

                    - Jerry, Jerry. Co mam ci powiedzieć? Karty mówią same za siebie, wieża nie leży obok królowej kielichów. Tylko przy królu monet. Powinieneś mniej zajmować się swoją żoną, a skierować swoje podejrzenia ku… może partnerowi w interesach? Może też ta karta oznaczać ciebie, jeśli samotnie prowadzisz firmę. Wtedy uważaj na zbliżającą się burzę od strony biznesowej. Rodzinne życie masz spokojne… w tej kwestii raczej nie musisz martwić. -
                    - Ale… - wtrącał uparcie męski głos w radiu, gdy Jane Love uparcie acz spokojnie tłumaczyła. - Żadnego “Ale” Jerry. Nie masz co podejrzewać żony o romans. Nie masz powodów do zazdrości. Tak mówią moje karty i tak pewnie powiedział ci prywatny detektyw którego wynająłeś.
                    - Skąd wiesz, że…- zaczął mężczyzna, a Jaine zaśmiała się ironicznie. - Oj Jerry, nie jesteś pierwszym mężczyzną z którym rozmawiam na antenie. Mam duuuże doświadczenie w tych sprawach i nie mam czasu na dalsze przekomarzanie z tobą. Tylu czeka na swoją kolej.

                    Przerwała połączenie dodając.- Ale kolejny nieszczęśnik dowolnej płci musi poczekać, teraz czas na kawałek muzyczny, a po nim reklamy. Dajmy się więc ponieść kawałkowi o mnie. Ciekawe czy ktoś z was jeszcze go pamięta. - po czym rozległ się rockowy kawałek.

                    - [She'll only come out at night

                    The lean and hungry…](https://www.youtube.com/watch?v=yRYFKcMa_Ek) -

                    Któremu Ann przysłuchiwała siedząc za ladą kolejną noc z rzędu. Drugą? Trzecią, Czwartą? Równie dobrze mogła być setna.
                    Stillwater było nudne. Przekonywała się o tym każdej nocy, siedząc na stacji benzynowej za kasą. I czytając gazety, bo choć na stacji wifi, to po pierwsze było słabe. A po drugie odczuwała lęk przed rozładowaniem komórki i przegapieniem rozmowy z Cyrilem. Co prawda krew dotarła. Niewielka fiolka z rubinowym płynem mogła starczyć na jeden łyk. Na dwa jeśli się opanuje i nie wychyli całej za jednym razem. Za mało dla niej, ale z drugiej strony zawsze za mało było.

                    Noce spędzała tu. Słuchając lokalnego radia (gdyż inne, przeglądając gazety i komiksy. Czasem odzywając się do wchodzących klientów. Tych nielicznych którzy przemierzali puste drogi tonące w ciemności tak gęstej że dałoby się ją kroić nożem. Byli to głównie kierowcy tirów i ciężarówek. Czasem harleyowcy. Kupowali głównie żarcie, słodycze i piwo, okazjonalnie gazety. Same mruki. Podobnie jak ghule Larry’ego. Dwa olbrzymy rzadko przychodziły do sklepu pracując głównie w warsztacie. Jeszcze rzadziej się odzywali. Samego Larry’ego nie widywała nocami. Nie wiedziała gdzie się podziewał. W ogóle rzadko widywała kogokolwiek z miejscowych wampirów poza oczywiście Blake’m. Garry nie ruszał się ze swojego legowiska. Podobnie jak Lukrecja i Nadia czy William. Larry najwyraźniej się ruszał, tylko nie wiedziała gdzie. Na stację wpadał też czasem Joshua patrolujący po zmroku okolicę. Jak na Księcia był bardzo przystępny i sympatyczny. Zupełnie jak nie Brujah, których to Ann poznała w większości, od najgorszej strony. Ale co poradzić, Nowy Jork to teren psów Pawlukowa.

                    No i oczywiście Clyde Owens, on też wpadał często na stację. Zwłaszcza gdy kończyła zmianę. Wtedy mogła pozwiedzać okolicę w jego towarzystwie. Robił bowiem za przewodnika. Wygadanego i przechwalającego się przewodnika. Dzięki temu wiedziała, że Clyde pracuje w prosektorium pobliskiego szpitala stanowego. I dzięki swoim kontaktom uzyskał dostęp do zgromadzonej tam krwi. I dlatego został zmieniony w wampira. Bo będąc ghulem miał słabą siłę przekonywania i coraz gorzej mu szło z wywiązywaniem się z obowiązków. Przemiana miała pomóc i spełniła swoje zadanie.
                    I według oceny Ann, był to jedyny powód dla którego dostąpił tego zaszczytu. Nic więc dziwnego że nawet jego własny “ojciec” niespecjalnie się nim interesował. Joshua bowiem po nauczeniu młodego wampira podstaw odpuścił sobie dalsze jego szkolenie. Owens, choć nie zdawał sobie z tego sprawy, nadal był tylko narzędziem w rękach starszyzny. Zmiana statusu nic w tej sytuacji nie znaczyła.

                    Clyde pokazał jej okolicę. Granice miasta, plażę przy jeziorze. Nawet piramidę… która okazał się omszałym głazem wystającym ze środka bagna. Wedle Clyde’a reszta piramidy była pod wodą, sam obiekt był widoczny tylko dlatego że ostatnie lata były suche i woda opadła odsłaniając jej szczyt. Prawdopodobnie była to prawda, acz… nieduży głaz wystający ponad wodę nie dawał złowieszczego wrażenia, jakiego to można było oczekiwać po miejscu pożerającym młodych Tremere.
                    Szpital psychiatryczny Ann zobaczyła z daleka jedynie. Nikomu nie wolno się tam było zbliżać. Nakaz księcia. Co prawda za jego złamanie nie groziły żadne kary, ale w przypadku kłopotów nikt nie przyszedłby im z pomocą.
                    Kilka ciekawszych rezydencji na południowym brzegu jeziora też pokazał. Większość z nich miała mieszkańców, których Clyde nie znał. Wiedział natomiast że należą do Blake’a. A on je wynajmuje poprzez agencję nieruchomości w Nowym Jorku. Wedle Owensa Toreador był obrzydliwie bogaty i należała do niego połowa miasta. Możliwe że przesadzał w tej kwestii, niemniej wspomniał że William zajmuje się codziennym zarządzaniem Domeną Księcia. Wydawał się być szarą eminencją tego miejsca.

                    Odwiedzanie miejscowego “elizjum” poza uzupełnianiem głodu nie przyniosło nowych korzyści dla Ann. Lukrecja była wiecznie zajęta i niechętna pogaduszkom dla zabicia czasu, toteż caitifka nie dostąpiła zaszczytu kolejnej audiencji. Nie pojawił się przez te kolejne dni, żaden wampirzy gość. Z śmiertelników jedyną ciekawostką był ubrany na czarno wysoki Azjata z monoklem. Ten jednak rozmowny nie był i w Róży załatwiał jedynie sprawunki. Jak się Ann dowiedziała od przyjaciółek w Elizjum, pracował on w jednej z rezydencji jako lokaj jakiejś bogatej damulki. Nie znały jednak ani jego imienia, ani innych informacji na jego temat. Zresztą czy warto było się nim interesować? Był tylko miejscową ciekawostką w nudnym wszak mieście.

                    Nuda… właściwie definiowała Stillwater. Kiedy emocje związane z osiedleniem się tutaj opadły okazało się że Ann pozostało tylko czekanie na powrót do Nowego Jorku. Noce wypełnione siedzeniem za ladą, przejażdżkami motorem, przekąskami w elizjum i … tyle. Wspomnienia podejrzanych łysków już się zatarły. Clyde pokazał jej wszystko co mógł i choć początkowo zabawnie było obserwować jego gafy i niezdarne próby podrywu, to obecnie zaczynał ją już drażnić. Był nudny jak to miasto, jak to nieżycie.
                    Monotematyczny i monotonny.

                    - Kto obecnie się do mnie dodzwonił? Liz? Mmmm… rzadko odwiedzają mnie panie.- zamruczała Jaine Love w radiu, gdy skończyły się reklamy, a Ann odruchowo sięgnęła po kolejny magazyn mający zabić jej czas na tym odludziu. Nie podniosła wzroku, gdy usłyszała zatrzymujący się przed stacją benzynową samochód. Bo niby czemu miała? Stacja była samoobsługowa, a jeśli klient chciał coś kupić w sklepie to pewnie się pofaty…

                    Dźwięk dzwonka potwierdził przeczucia Ann, jednakże…

                    - Zamykaj sklepik i bierz swoje klamoty. Jedziemy do Garry’ego. Jest sytuacja. - głos należał do Larry’ego który uśmiechał się po części radośnie, po części złowieszczo prezentując swoje kły.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • ZellZ Online
                      ZellZ Online
                      Zell jako Ann Paige
                      Moderator Obsługa
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                      #16

                      Ann nie spowalniała. Zabrała swoje rzeczy i zaczęła zamykać
                      -Kogo bijemy? - rzuciła do Larry'ego.

                      - Ktoś wlazł do naszej domeny. Garry rozesłał wici.- odparł z uśmiechem Brujah i polecił Ann.- Wskakuj do wozu, muszę polecić podwładnym by zebrali klamoty i udali się do nory Garry’ego jak skończą.

                      Dziewczyna zamknęła sklep i władował się do wozu.
                      Dukes wrócił do pojazdu z obrzynem na ramieniu, wrzucił go na tylne siedzenie i wsiadł. Ruszył z piskiem opon i szybko skręcił w kierunku miasta, szczerząc kły wesoło.

                      - Jesteś naprawdę nakręcony na bitkę.
                      - Taaa… a czemu nie miałbym? Co innego jest tu do roboty? Klepać pijaczków po mordach? Zabawa szybko się nudzi, gdy nie ma w niej wyzwania. - wyjaśnił Larry jadąc szybciej niż pozwalały przepisy.
                      - Uważaj, bo mandat ci Joshua wlepi. - uśmiechnęła się.
                      - Niech spróbuje. - odparł buńczucznie Brujah, choć zwolnił wjeżdżając do miasteczka.
                      - Pewnie w Nowym Jorku miałaś okazję pokazać kiełki, co?- zapytał gdy wjeżdżali na drogę prowadzącą do sekty Gangrela.
                      - Kiełki?
                      - Kły… no… biłaś się kiedyś, tak na ostro… na poważnie?- zapytał Larry zerkając na Ann.- Nie jesteś mięciutka jak większość pozerów z Ventrue czy Toreador?

                      Jak mi Cyril pozwolił...

                      - Umiem się bić. Po prostu nie szukam tego. - mruknęła urażona.
                      - Czyli nie bardzo… - podsumował Larry wzruszając ramionami.
                      - Co to ma znaczyć?
                      - To znaczy, co zobaczysz… Prawdziwą jatkę, gdzie flaki fruwają w powietrzu tak samo jak kule. Gdzie w ruch idą kły i pazury, jak skończy się amunicja. - wyjaśnił bardzo “poetycko” Brujah.

                      Położyła dłoń na pochwie sztyletu schowanego pod bluzą.

                      - To, że wolę wykończyć szybko i gładko nie znaczy, że boję się jatki.
                      - To dobrze… bo będzie jatka. My nie arabskie assasyny, tylko prawdziwi wojownicy. Nawet Blake, choć trudno w to uwierzyć patrząc na jego chłopięcą facjatkę.- uśmiechnął się Larry, gdy dojeżdżali do siedziby Gangrela. Ann zauważyła już samochód Toreadora zaparkowany tutaj.

                      Dziewczyna szybko wyskoczyła z samochodu. Brujah mógł nie chcieć być assassynem, ale Ann nie uważałaby swojego działania jako... czystego w efekcie.

                      Wampirzyca nie musiała szukać daleko, obaj rozmawiali na dziedzińcu posesji. Gangrel otoczony był przez dwa wilki i pumę, a tuż za Toreadorem stały dwa z jego psów obronnych.

                      - Powinnam karmę przynieść? Czy ją załatwimy na miejscu? - zapytała Ann, gdy podeszła bliżej wampirów. Toreador mógł zauważyć, że odkąd otrzymała przesyłkę była bardziej... "żywa".

                      I zapewne zauważył, ale nie skomentował tej kwestii. Uśmiechnął się za to do dziewczyny nawiązując do jej wypowiedzi.

                      - Oby nie… wolałbym nie narażać moich zwierząt.
                      - Podobnie.- stwierdził Garry i spojrzał na nadchodzącego Dukesa. - Znajdą się tacy którzy chętnie wezmą na siebie pierwszy ogień wroga. Zresztą… na razie jeszcze trzeba parę spraw ustalić. Na przykład z kim mamy do czynienia.
                      - Jeżeli nie będzie flaków to Larry zrobi się smutny i tym smutkiem mi zatruje miejsce pracy. - westchnęła teatralnie - Trochę empatii.
                      - Empatia empatią, ale nie chcemy sobie narobić kłopotów. Stillwater to nie jest duża domena, a choć Nowy Jork do pewnego stopnia jest dla nas oparciem, to nie ma co liczyć na to że Książę będzie nastawiał za nas karku, gdy wyrżniemy emisariuszy z Waszyngtonu.- zaśmiał się Garry.
                      - Wy najwyżej gadacie z Larrym. - wyglądało, że nastrój dopisuje Ann.
                      - Cóż… gdyby to były emisariusze, to by nie korzystali z kryjówek w lesie.- odparł pocieszająco William.- Musimy zresztą poczekać na resztę. Na Nadię i szeryfa.
                      - No i Clyde’a.- wtrącił Garry.
                      - No… i… Clyde’a.- westchnął ciężko Toreador.
                      - Co w ogóle widziałeś?
                      - Ja nic… moje zwierzaczki. Wyczuły nieumarłych w starym tartaku. Ludzi i Kainitów, na żelaznych wierzchowcach. Anarchy lub Sabat.- wyjaśnił Garry.
                      - Może chcą się przywitać?
                      - Może… ale gdyby chcieli, to by zajechali do miasta. A nie skorzystali z kryjówki.- wyjaśnił Toreador. - Lukrecja prowadzi hotelik dla Kainitów w podróży.
                      - No to czekamy na ślamazary.

                      - Właśnie… gdzie oni są. Nadiuszce jeszcze można wybaczyć, w końcu całe swoje klamoty musi zapakować. Ale szeryf, Clyde?!- huknął Dukes podchodząc i zwrócił się do Gangrela. - A ty nadal z tyłu?
                      - Wezmę M-16 jeśli to cię pocieszy, ale poza tym… raczej nie będę wchodził wam w drogę.- potwierdził Garry.
                      - A co z Lukrecją? Niańczy nowego Potomka? - zapytała.
                      - Lukrecja brzydzi się przemocą i krwią. - wyjaśnił William po czym dodał żartobliwie.- A precyzując, brzydzi się fizycznym wysiłkiem i plamami krwi na swoich ubraniach.
                      - Sądzę, że warto czasem się ubrudzić raz, aby nie brudzono cię codziennie, bo nie zatrzymasz kogoś w porę. - wzruszyła ramionami.
                      - Będzie wygodniej nam załatwić sprawę, bez marudzącej nad uchem damulki. - wyjaśnił Garry, a William spytał Ann. - Larry już cię uzbroił?
                      - Nie? Mam swoją zabawkę, na bezpośrednie, ale to tyle.
                      - Jakoś nie było okazji. Ale jak moi chłopcy przyjadą, to wybierzesz sobie coś z arsenału. Jesteś patriotką czy może wolisz niemiecką precyzję lub ruską wytrzymałość? - zapytał Larry, a Gangrel wtrącił.- Ma broń z amerykańskich arsenałów trochę Hecklerów & Kochów, oraz kałasznikowy z afganistanu.
                      - A Uzi?- zapytał William.
                      - Mam je… ale na chwilę obecną żadnych magazynków do nich. Więc co najwyżej jak młotki mogą posłużyć.- wzruszył ramionami Brujah.
                      - Precyzję. Nie urodziłam się w USA, więc amerykańskiego patriotyzmu we mnie nie szukaj.
                      - Czyli niemiec.- odparł z uśmiechem Larry i zerknął za siebie. Tak jak pozostali spojrzał w kierunku bramy, przez którą przejeżdżał właśnie policyjny radiowóz.
                      - Nie naskarżę, że jechałeś za szybko. -szepnęła do Larry'ego.

                      - Widzę, że już prawie wszyscy są.- rzekł na powitanie Joshua, a następnie zwrócił do Gangrela.- To jaka jest sytuacja?
                      - Cóż… ten tego… siedzą w starym tartaku. Trochę ciepłych, ale rdzeń to Kainici. Przypuszczalnie Sabat lub Anarchy.- wyjaśnił Gangrel.
                      - Sabat wie o tartaku, to dobre miejsce na kryjówkę. Odosobnione, ale łatwo stamtąd zapolować. Wędrujące anarchy… nie powinny znać tego miejsca.- zastanowił się Smith.- Zresztą dowiemy się jak Nadia przyjedzie. Tartak dawno już został okablowany.
                      - Wózek już mam na chodzie.- rzekł Gangrel i wzruszył ramionami.- Jak tylko Nadia i reszta się zjawią, to możemy ruszać do lasu.

                      Na razie zjawił Clyde, a potem ghule Larry’ego w ciężarówce.

                      - Chodź, dobierzemy ci lufę.- zaproponował Dukes zwracając się do Ann.

                      Zadowolona caitiffka zgodziła się od razu.
                      Podeszli na tyły i Larry wskoczył na pakę ciężarówki.

                      - To… jaka spluwa by ci pasowała? Strzelba, pistolet maszynowy? Zwyczajny? Jeśli zwykły to raczej amerykański. Te niemieckie na Kainitów się nie nadają.
                      - Dlaczego się nie nadają?
                      - Za mały kaliber. Żeby zrobić dziurę w ciele wampira potrzebujesz pukawki robiącej duże dziury. Takiej jak Desert Eagle. - wyjaśnił Dukes przeszukując skrzynie z bronią.
                      - Raczej zwyczajny. A masz tam też coś, aby do tego przymocować pochwę z ostrzem? Bo prócz pistoletu to może być moja główna broń, a noszenie w ręku to mało wygodne...
                      |-- Gdzie chcesz ją przymocować? Do kostki? Przy nadgarstku? Przy pasku? Jak kaburę? - zapytał Larry podając dziewczynie ręczną armatę z grawerunkiem czaszki .-|
                      - Nawet taka pukawka wymaga kilku celnych strzałów do powalenia. Dopóki czaszka Kainity nie pęknie jak arbuz nie możesz mieć pewności że ubiłaś Sabatnika.- wyjaśnił na koniec Brujah.
                      - Przy pasku. -stwierdziła oglądając broń - Ta też zdobyczna z jakiegoś pikniku krwawego?
                      - Możliwe… nie pamiętam.- zadumał się Larry przyglądając broni. - Wiesz… popychadła Sabatu to pozerzy. U szefa nie trafisz na coś takiego, ale sługi… sługi lubią takie rzeczy.
                      - W sumie Garry mówił, że tam są żywi... Sabat często z mortalami się zadaje, gdy nie zamierza ich zakopać?
                      - To zależy… wiesz, ci co są przy takiej wędrownej grupie to… my… znaczy ja i moja paczka nazywaliśmy ich “awaryjnymi przekąskami”. To ghule które aspirują do dołączenia do Sabatu i stanowią mięso mięsa armatniego. Ekipa albo ich pożera w drodze jak są głodni, albo zmienia tuż przed większą akcją. Te cyrki z zakopywaniem to się robi na przedmieściach miast Camy i… w większości służy to dwóm celom, zastraszaniu szeregowych Kainitów i odwróceniu uwagi Starszych. Chyba nie sądzisz że taka liczna horda świeżo przemienionych stanowi zagrożenie dla prawdziwego Brujah?- zapytał Dukes retorycznie wyszukując zamówionej pochwy.
                      - Oczywiście, że nie stanowi, a co najwyżej chwilowo odwróci uwagę od mierności egzystencji w Stillwater, co Larry?
                      - Dokładnie…- odparł z uśmiechem Dukes podając dziewczynie pochwę.
                      - Dzięki. - przypięła pochwę i wsunęła w nią ostrze z duchem - Nie ubrudź się za bardzo ich krwią. - zaśmiała się i skierowała ku pozostałym.

                      - No to już ustalone… pojedziesz z Nadią. Zna drogę. - rzekł na powitanie Joshua, dodając. - Dzwoniła już będzie tu za kilka minut. Wtedy wyruszamy. Na miejscu Nadia przeprowadzi zwiad elektroniczny, a wtedy ustalimy poziom zagrożenia i zastosujemy odpowiednie środki i… uważaj na Larry’ego. Czasem… - tu jego słowa przerwało znaczące chrząknięcie Toreadora.- … często go ponosi.
                      - Przecież nie planuję wchodzić między przeciwników a Larry'ego.
                      |-- Nie wiadomo jak się sytuacja potoczy. Więc powinnaś to wiedzieć zawczasu. - wyjaśnił szeryf i zerknął w kierunku bramy przez którą nadjeżdżały dwa pojazdy, spory kamper oraz duży van .

                      Z kampera wysiedli dwaj ghule, a z vana… Nadia nawet nie raczyła go opuścić.

                      - Gdzie ruszamy? I załatwmy to szybko. Nie mam całej nocy na sprzątanie odpadków. - warknęła tylko wychylając się przez okno.

                      Urocza jak zawsze...

                      - Stary tartak. - odparła Ann - Mamy razem jechać na tą wycieczkę. - dodała, wyraźnie będąc aż w zbyt dobrym nastroju.
                      - Super. To ruszajmy. - odparła obojętnym tonem Kainitka.

                      Caitiffka bez wahania wpakowała się do vana, z ciekawością rozglądając się po tymczasowym lokum Tremere. I otwarła usta w zdziwieniu. Van Tremere przypominał bowiem mobilne centrum dowodzenia FBI, takie jakie można było zobaczyć na filmach. Były tu komputery i sprzęt podsłuchowy. Była mała szafka z bronią, coś czego ciężko się było spodziewać po klanie znanym z magii krwi. Jaki szanujący się czarownik woził ze sobą taktyczną śrutówkę używaną przez SWAT?

                      - Niczego nie dotykaj.- mruknęła Nadia ruszając powoli.

                      -... woah... - uśmiechnęła się - I to wszystko magia?

                      - Nie. To wszystko to technologia. Nie ubija się karaluchów strzelając do nich błyskawicami. - wyjaśniła wampirzyca gdy jechały tuż za autem Toreadora. - Mamy potajemnie okablowane wszystkie potencjalne kryjówki dla naszego rodzaju w okolicy. Ot, tak na wszelki wypadek.
                      - Tam może być Sabat. - dodała Ann - Mogli zdążyć przegryźć kable.
                      - Prędzej oposy mogły. - odparła ironicznie Nadia i dodała.- Jest taka możliwość, ale nikt nie spodziewa się kamer w rozpadającym się tartaku, tym bardziej że nie ma on podłączenia do sieci elektrycznej. Same kamerki chodzą na zasilaniu wewnętrznym… kilku akumulatorach ukrytych pod podłogą i są włączane zdalnie sygnałem radiowym. Więc przez większość czasu nie są aktywne.

                      Ann wyraźnie była zaskoczona całym sprzętem w vanie.

                      - Ta technologia też ci pomaga szukać mocy w matematyce?
                      - W poszukiwaniu boskiej liczby… imienia Stwórcy. Tak. Nie jestem tak ograniczona jak większość magów Tremere. Nie jestem tak skostniała.- dodała ironicznie Nadia. I pewnie dlatego była tutaj. Bo nie pasowała do tradycyjnego wizerunku tego klanu.
                      - Augusto musiał cię nie lubić.
                      - Augusto wywodzi się z arystokracji. Ja też. Mamy różne poglądy, ale wiemy kiedy ich nie wypowiadać. Zresztą… Augusto mnie tu sprowadził do Nowego Jorku, gdy ziemia niemal dosłownie paliła mi się pod stopami.- wampirzyca odparła po dłuższej chwili milczenia. - Ten Sabat czy co tam będzie, jest tylko bladym cieniem zagrożeń z jakimi musiałam się mierzyć.
                      - Z Księciem czy demonami?
                      - Z prawdziwymi dzikimi Brujah, prawdziwym Sabatem… z Czerwoną Sotnią i innymi opitymi wolnością i krwią анархисты - zakończyła swoją wypowiedź jakąś niezrozumiałą obelgą w słowiańskim języku.
                      - i to wszystko w Nowym Jorku? - zdziwiła się.
                      - Nie… w ojczyźnie.- odparła Nadia po dłuższej chwili i dodała.- Zbliżamy się.

                      Rzeczywiście… cała ekipa wjeżdżała na niedużą polankę. Samochody zatrzymywały się jedne po drugich, a gdy Tremerka stanęła… przeszła na tyły wozu i zaczęła uruchamiać sprzęt. Włączywszy komputer przeleciała po kilkunastu pozycjach znajdujących się w katalogu o nazwie Nadzór i nacisnęła jedną z nich.
                      Ekrany ożyły, jeden po drugim. Na ekranach pojawiły się ujęcia z kamer pokazujących w większości imprezkę harleyowców. Część bawiła się przy ognisku pijąc i wrzeszcząc. Dwóch gwałciło przy motorach porwane z drogi dwie autostopowiczki. Trzecia ginęła wypijana przez nadzorującego imprezkę wampira. W pomieszczeniach chaty trójka innych harleyowców grała w karty, następny urządził sobie worek treningowy ze złapanego nieszczęśnika. Kolejna kamerka była czarna.

                      - Cholerne oposy.- mruknęła. A na następnej kilku innych harleyowców wyraźnie się kłóciło spoglądając na mapę okolic Stillwater.
                      - Jesteś w stanie powiedzieć którzy, prócz tego pijącego, to wampiry? - zapytała Ann - I który to mógłby być szef?
                      - Oczywiście…- odparła dumnie wampirzyca, wciskając myszką opcję wyświetloną na monitorze, a podpisaną: Termowizja.

                      I obrazy na kamerach zmieniły się. Trójka karciarzy była niebieska w termowizji, podobnie jak “bokser” i debatujący nad mapą Kainici. Większość przy ognisku, poza oczywistym krwiopijcą… była ciepła.

                      - Niestety śmiertelnicy też o tym wiedzą, ci którzy na nas polują… i ci którzy mają świadomość istnienia naszej “rasy”. Maskara nie jest całkowicie szczelnym parawanem. - westchnęła ciężko Nadia. - Więc bądź ostrożna w budynkach pełnych kamer.
                      - Pewnie któryś z tych przy mapie to szef grupy. - spojrzała na Nadię - Możesz dźwięk też przekazać?
                      - Nie… zaglądam tu tylko raz na dwa trzy lata w ramach przeglądu. Kamerki wytrzymują, ale mikrofony są delikatne. I wszelkie gryzonie je lubią.- wyjaśniła Nadia drapiąc się po karku.
                      - To trzeba Joshuę poinformować.
                      - Zaraz się tu zjawi.- odparła Nadia pochylając się i siegając po duże pudełko. Z niej wyjęła słuchawki douszne z mikrofonami.
                      - Ja zostanę w centrum dowodzenia. No chyba że zawalicie sprawę.

                      Spojrzała na jedną z kamerek pokazującą okolicę wokół jej centrum dowodzenie i skomentowała nadjechanie znanego Ann dodge’a .

                      - Clyde nadjeżdża.
                      - Zawalimy sprawę? Wtedy co zrobisz?
                      - Zlikwiduję wszelkie problemy.- odparła otwierając kasetkę w której znajdowały się dwa pistolety, takie same jak ten który Ann dostała. Tyle że wyposażone w celowniki laserowe i z innymi dodatkami.
                      - Może Clyde ci towarzystwa dotrzyma. - sarknęła.
                      - Żeby mi truł nad uszami? On jest za młody… jeszcze mu się wydaje, że odczuwam jakiekolwiek fizyczne podniety. - Nadia wzruszyła ramionami. - Jestem za stara by to pamiętać.
                      - Ciebie też chce poderwać? - zaśmiała się - Płacze za gorszą jakością swojego seksu.
                      - Ty tego nie wiesz… bo nigdy nie miałaś okazji się dowiedzieć. Nie byłaś ghulem.- wyjaśniała Tremerka bacznie obserwując to co się działo na kamerkach .- Widzisz… ojcowie w ciemności mówią wiele o tym co możesz zyskać stając się Kainitą. Pomijają milczeniem to… co stracisz, prędzej czy później.
                      - Po roku mógłby już to sam zrozumieć...

                      - Niełatwo się pogodzić z takim faktem, gdy jednym z powodów bycia ghulem… dla niego była większa szansa na podr…- zanim Nadia dokończyła, do wozu weszli Joshua z Williamem.
                      - Jaka sytuacja?- zapytał szeryf będący księciem.
                      - Sfora… może anarchów, ale obstawiam Sabat. Tak czy siak niespecjalnie dbają o maskaradę.- zaraportowała Tremerka.
                      - Oglądają mapę okolic Stillwater i nad nią gadają. - dodała Ann wzruszając ramionami.
                      - To niepokojące… spodziewałem się jakiejś grupy Sabatników przejeżdżającej tylko przez nasze miasto by uderzyć w Nowy Jork.- zastanowił się Smith i spojrzał na wampirów obradujących nad mapą. - Żaden z nich nie wygląda na Lasombrę czy Tzimisce.
                      - Może są w pokoju obok. Kamerka mi tam nie działa.- wyjaśniła Nadia.
                      - Ductus nie brałby udziału w naradzie nie bez ważnego powodu… ba… nie ma ważnego powodu dla którego przywódca sfory nie brałby udziału w naradzie. - odparł z przekonaniem w głosie Smith. - No i brak kapłana.
                      - Ductus? - caitiffka mało o Sabacie wiedziała.
                      - Przywódca sfory. Tak ich zwano za moich czasów… cóż… czasów gdy ja byłem młody. - wyjaśnił Joshua spoglądając na kłócących się Kainitów.- Ci… wydają się jeszcze nie mieć przywódcy. Taki wyłonić się powinien spośród nich wkrótce. Coś ich musi hamować, że jeszcze się za wybieranie wybrali. Nie widzę też kapłana… który jest duchowym przewodnikiem sfory i manipuluje nimi zza pleców ductusa.
                      - Jak sądzisz, który tu jest największym problemem?
                      - Ten pośrodku… ten z szerokimi barami. Ten będzie ductusem za noc lub dwie. - Joshua wskazał postać na ekranie pokazującym czwórkę kłócących się wampirów. - Na nasze szczęście, bo nie wygląda na zbyt bystrego. Ogólnie cała ta sfora to jakieś tępe karki, wybrane tylko dla siły.
                      - Czyli potężni wojownicy.- westchnął Toreador i dodał sarkastycznie. - Larry się ucieszy.
                      - Tak. Potężni, ale są jak olbrzym bez głowy. Ślepa siła, którą nikt nie potrafi pokierować. - dodał szeryf. - Ok, rozegramy to tak. Jak wezmę ghuli, Clyde’a, ciebie i uderzę od frontu na śmiertelników by wywabić jak najwięcej na zewnątrz. Larry pójdzie od tyłu i usunie głowę… czyli przede wszystkim przyszłych przywódców sfory i każdego kto się tam mu nawinie. Byleby jeden pozostał przy życiu. Potrzebujemy języka.

                      Ann wyraźnie się nad czymś zastanawiała ciężko.

                      - Czyli oni zbyt bystrzy nie są i łatwi do oszukania?
                      - Mięśnie Sabatu nie muszą być inteligentne, od tego mają duchowych przewodników w sforze. Ale tu takich nie widzę.- zadumał się Joshua, a Nadia zwróciła się do Smitha. - A co z Garrym?
                      - Roześle dookoła zwierzątka, musimy mieć pewność że nikt stąd nie ujdzie żywy. - zadecydował Joshua.
                      - Jeżeli rzucimy się otwarcie na nich, to będzie ciężka przeprawa. Czy nie byłoby lepiej oszukać tych geniuszy? Wystawić ich na rzeź, na naszych zasadach?
                      - Co masz na myśli? - spytał William, acz Joshua również zerkał na Ann czekając na jej wypowiedź.
                      - Nie mają kapłana, ductusa... Czy gdyby pojawił się ktoś taki to miałby szansę im zawrócić w planach?
                      - Nie. Obawiam się że na to nie ma szans.- odparł Joshua.- To nadal jest Sabat.
                      - Cokolwiek to znaczy. - wzruszyła ramionami - Jeżeli mi pokażecie cel do likwidacji dość szybkiej to zajmę się nim jak walka się zacznie. Umiem podejść do celu i wiem jak się nim zająć.
                      - Chcesz odbierać zabawę Larry’emu?- zdziwił się szeryf i dodał. - Pójdziesz z nim i będziesz osłaniać mu plecy. Z pewnością przyda mu się ktoś taki, a nam przyda się ktoś kto dopilnuje by Larry zostawił przy życiu choć jednego Sabatnika.
                      - Postaram się. Wiem, że nie będzie szczęśliwy, ale już jestem poza godzinami pracy, nie muszę robić co chce. - odparła lekko, choć sądziła jednocześnie, że nie jest traktowana jako ktoś, kto może zrobić krzywdę w walce. Normalnie w Nowym Jorku by to jej nie przeszkadzało tak, ale jeżeli w Stillwater też cię za nic mają...
                      - Po prostu nie wchodź mu w drogę. Odbija mu palma podczas walki, często nawet jak na brujah.- wyjaśnił William.
                      - Zaopiekuję się wariatem. - odparła lekko - Jak planujecie, wpierw na śmiertelnych wejść?
                      - Tak. Gdy my zrobimy burdel, wy dwoje wejdziecie przez dziurę w budynku od tyłu. Larry wie jaką. - wyjaśnił Joshua wybierając sobie zestaw słuchawkowy i zakładając na głowę. - Raz raz… słyszysz mnie?

                      Jego głos odezwał się w vanie rezonując przez głośniki.

                      - Dokładnie. - westchnęła lekko - Trzeba smutną wiadomość Larry'emu przekazać.
                      - Cóż… będzie miał czterech, a może i więcej Sabatników do ubicia. Nie powinien się smucić.- odparł wesoło Joshua.

                      Larry właśnie sprawdzał ostrość dużej maczety, jeden z wielu rodzajów oręża które nosił. Poza dwoma obrzynami przytroczonymi niczym policyjne pistolety, miał jeszcze desert eagle w kaburze przy pasku i karabin maszynowy na plecach. A i dwa granaty. Podobnie uzbrojeni byli jego ghule trzymając solidne karabiny maszynowe.
                      Ann podeszła do Brujah i słodko odezwała się do niego.

                      - Idziemy razem. - uśmiechnęła się.
                      - Tak? Skąd wiesz? Knułaś razem z szefem za moimi plecami? - zapytał żartobliwie.
                      - Nie był chyba do końca przekonany, ale w końcu wyszło, że się z tobą zabiorę. Joshua nie chce w końcu, abym ci sama całą zabawę zabrała.
                      - Coś jeszcze wielki wódz kazał ci przekazać? Jaki mamy plan?- zapytał wampir wykonując kilka zamachów maczetą.
                      - Oni wchodzą z przodu i robią tam chaos wśród ludzi, my mamy wejść przez dziurę do budynku od tyłu i Sabatników załatwić. A, jeden z nich ma przetrwać.
                      - A to konieczne?- burknął Dukes wyraźnie niezadowolony z ostatniego warunku. - Bo jak mnie poniesie rytm bitwy to nie mam ochoty markować ciosów, po to by jakaś miernota przeżyła.
                      - Ich obecność jest zbyt podejrzana. Trzeba nam kogoś do przesłuchania... Najwyżej jakiegoś odciągnę, zanim zabijesz wszystkich.
                      - No dobra.. tylko żebyś wiedziała, wchodzimy ostro szybko i głośno.- odparł Dukes uśmiechając się szeroko i odsłaniając kły. - Wzięłaś słuchawki dla mnie?
                      - Jak możesz we mnie wątpić? - zrobiła smutną minkę i rzuciła mu słuchawki.
                      - Super… to zabierajmy się stąd zanim Książę zacznie się mądrzyć. - zaśmiał się wampir, założył słuchawki i rzekł po ich włączeniu. - To jakie dziś masz majtki?

                      Po chwili zaśmiał się słuchając niewątpliwie cierpkich uwag, a może i krzyków Nadii.

                      - Ja też cię kocham. Połączenie w porządku, ruszamy na tyły.
                      - Też cię kocham, Larry. - Ann zaśmiała się - Ruszajmy.

                      Ruszyli w krzaki na przełaj przez las. Dukes był cichy i pochylony i z maczetą w dłoni.

                      - Żadnego strzelania. Możemy się tu natknąć na czujki, jeśli mają choć trochę oleju w głowie. - wyjaśnił cicho Larry i dla zabicia czasu, szepnął.- To… co ogólnie wiemy o tych typkach.
                      - Trzech, czterech widać. Brak kapłana i ductusa, choć pewno jeden ductusem by został za kilka nocy. Tak Książę twierdzi. Kombinowali coś na mapie okolic Stillwater.
                      - Eeee… Joshua za dużo się głowi. Co nas obchodzą plany truposzy. Po dzisiejszej nocy, pozostanie po nich wspomnienie i części motocy…- tu przerwał, bo oboje zobaczyli grubego brodacza odlewającego się pod drzewem. Oparł o nie stary sztucer myśliwski ze skróconą lufą.

                      Ann nie zapytała o pozwolenie, jedynie dając znak ręką, że to będzie jej ofiara, po czym wykorzystała swój niegroźny arsenał, z którego najbardziej Nosferatu są znani. Dzięki osłonie niewidzialności miała zamiar zajść człowieka od tyłu i chętnym krwi ostrzem upuścić z niego życie oraz głos, nawet jeżeli musiałaby szybko mu sama kark skręcić.
                      Nie było to aż takie łatwe, z prostego powodu… liście. Tutaj było pełno liści, szeleszczących i mogących zdradzić jej obecność. Gdyby jeszcze potrafiła się pocić, to by pewnie się pociła. Niemniej udało się jej podejść. Zajęty cedzeniem kartofelków mężczyzna nie był zbyt czujny.
                      Nie mogła już się doczekać... i duch sztyletu pewnie też nie, Musiała jednak zagłuszyć mężczyznę.... na ustach którego pojawił się nieoczekiwanie oczekujący cień, zupełnie jakby coś zaczęło go rzucać.
                      Sztylet wyjęła z pochwy i bez wahania zaatakowała człowieka, wbijając sztylet głęboko w jego kark.
                      Mężczyzna zacharczał i szarpnął się, sztylet wbił się głęboko. Nie pociekła krew, za to ostrze się czerwieniło. Jakby sztylet zasysał niczym gąbka życiodajny płyn. Mężczyzna zbladł coraz słabiej szarpiąc się w objęciach Ann. Upływ krwi był znaczny i zabójczy dla śmiertelnika.
                      Pozwoliła ostrzu jeszcze chwilę pochłeptać krew, nim po prostu chwyciła głowę człowieka i szybko dokończyła robotę skręcając mu kark.

                      - Słodziutkie.- podsumował tą robotę Larry i skontaktował się z Nadią.- Piękna? Mamy czujki w okolicy. Niech Garry wyśle zwierzątka i je pozagryzają. Ok, dzięki.
                      - Czekamy teraz? - zapytała chowając sztylet w pochwie.
                      - Nie… idziemy dalej. To już niedaleko. Odciągnij tylko typka w krzaki i ukryj jego broń. Lub zabierz.- nakazał Larry.
                      - Rozkaz, szefie. - wykonała krzywy salut i zabrała się za ukrywanie "śladów zbrodni".

                      Po kilku minutach dotarli na tyły rozpadającego się budynku. W mrokach nocy wydawał się upiornym domkiem jakiegoś seryjnego mordercy… i w tej chwili rzeczywiście był domkiem morderczej sekty. Z drugiej strony Ann i jej towarzysz też nie byli aniołkami. Dukes podkradł się do rozpadającej się ściany budynku i poinformował Nadię.

                      - Jesteśmy gotowi. Daj znać.
                      - W środku dam tobie pierwszeństwo. - Ann szepnęła do Larry'ego.
                      - Dzięki - odparł Dukes chowając maczetę i sięgając po obrzyny. -Teraz czekamy.

                      Gotowy do boju nasłuchiwał. Przez dłuższą było cicho. Potem… posłyszeli wrzaski i okrzyki bólu, a potem zaczęły padać strzały.

                      - Niecierpliwimy się. - mruknął do słuchawki Dukes.
                      - Brujah mi się irytuje na czekanie, no dalej. - Ann przekazała przez swoją słuchawkę.
                      - Niech cierpi. - odparła flegmatycznie Nadia przez słuchawkę. - Należy mu się. Poza tym… bitwa się dopiero rozpoczęła.
                      - Mnie też się należy? To ja z bombą niewyzwolonej agresji siedzę.
                      - Medytacja jest dobra na takie rzeczy… i ponoć orgazm.- dodała ironicznie Tremere.- Już. Zostało trzech, jeden wyszedł sprawdzić, pozostali są plecami do was.

                      Te słowa musiał usłyszeć i Larry. Bo ruszył pierwszy, po odchyleniu kilku starych przegniłych desek.
                      Ann nie miała zamiaru zabrać mu uciechy, Sama pod osłoną niewidzialności weszła dopiero, gdy chaos Larry'ego się rozpętał.

                      Huk broni, zmieszał się z eksplozją po tym jak głowa Sabatnika eksplodowała niczym arbuz. Pozostali dwaj jednak nie próżnowali. Jeden strzelił z dużego rewolweru do Larry‘ego. A drugi poruszając się błyskawicznie zderzył z wampirem przyciskając do ściany. Tuż obok otworu z którego Dukes wylazł. Ann, nadal w ukryciu, jeszcze nie została zauważona. A do jej nozdrzy docierał słodki zapach wampirzej posoki wypływającej z kikuta karku martwego Kainity.
                      Korzystając z chaosu, Ann ustawiła się bliżej strzelającego wampira, aby mieć go na oku. Własny cień Sabatowca zmienił kierunek padania, aby opleść lufę broni i podbić ją ku górze, jakby ktoś chciał ją mu wyrwać.

                      - Co do chole…- zaklął wampir nie dokańczając zdania i szarpiąc się z cieniami. Strzelił… niecelnie co prawda. Ale blisko obu siłujących się wampirów. Larry trafił na silnego przeciwnika, ale był na tyle doświadczony by mu nie ulec. Upuścił oba obrzyny i próbował dosięgnąć do maczety. A jego wróg tymczasem starał się mu dosłownie przegryźć gardło.

                      Cień wampira z bronią wręcz oderwał się od niego pozostawiając go nie rzucającego cienia, W ogóle. Wampir mógł wręcz poczuć, jak jego własny cień próbuje go opleść niczym lina, unieruchomić.
                      Niestety nabuzowany sytuacją wampir był czymś czego jego własny cień nie był w stanie unieruchomić. Co najwyżej deczko przeszkadzał, gdy ten porzucił broń i ruszył w kierunku szarpiących się adwersarzy wydłużając po drodze pazury.
                      Tymczasem Larry uderzył pięścią w podbródek odrywając od siebie napastnika i… w szale pochwyciwszy go za głowę dosłownie … urwał mu ją.
                      Larry'emu odbiło...
                      Ann zakradła się za Gangrela bez cienia, z nadzieją, że sztylet jej pomoże, gdy wyciągnie część krwi z wampira... i Larry nie rzuci się na niego. I samą Ann.

                      Gangrel i Larry rzucili się na siebie jak dzikie bestie. Pokryty posoką martwego Kainity, znajomy Brujah przypominał teraz bardziej potwora z koszmarów niż tego beztroskiego wesołka jakiego znała. Uderzał z całej siły pięściami w próbującego go rozszarpać gangrelowego antitribu. Walka była szybka, gwałtowna i krwawa. Nie dało się chirurgicznie dziabnąć adwersarza Dukesa.
                      Ann była zirytowana. Jak miała powstrzymać Larry'ego przed zabiciem wroga, jednocześnie to samo robiąc z Gangrelem?
                      Cień Brujah skoncentrował się przed jego oczami, chcąc go ruchowo trochę upośledzić, zakrywając obraz. Cień przeciwnika powrócił na swoje miejsce w tym momencie. Ann nie planowała porzucić zamiaru wbicia sztyletu w Gangrela... ale na razie jedynie odsunęła się dalej od walczących, aby strzelić w tył kolana Sabatowca z pistoletu, który dał jej Larry jednocześnie tracąc tym osłonę niewidoczności.
                      Dukes oślepiony cieniami, bynajmniej nie stracił na zaciekłości. Starał się pochwycić przeciwnika, by móc go dalej okładać pięściami. Co akurat było łatwo, bo walczyli blisko siebie. Boki Brujaha pokryte były ranami z których ciekła krew, a pół twarzy Ganrela wyglądało jak krwawe puzzle. Cóż… pozostało więc strzelić w nogę przeciwnika Larry’ego i…

                      - Zbliża się do was kolejny Sabatnik, szybko.- usłyszała w słuchawce głos Nadii.

                      Ann syknęła przez zęby, co usłyszała wyraźnie tylko Nadia.

                      - Merde!

                      Jeżeli nie ten to tamten Sabatnik będzie. Caitiffka ustawiła się przy wejściu, którym powinien wejść kolejny Sabatnik, ze sztyletem w pogotowiu i zastygła nieruchomo, gdy oplotły ją cienie dla lepszego kamuflażu.
                      Ten który wpadł, nie wyglądał na harleyowca. Na żula bardziej… zarośnięty nieregularnie, wciśnięty w skórzaną kurtkę opinającą zapadniętą klatkę piersiową. Twarz… miał pociętą, z nieregularnych ranek spływały kropelki krwi. Owe nacięcia przypominały runy jakie można było znaleźć w książkach o mitologii skandynawskiej… a potem… potem nastąpił koszmar.
                      Nowy z przerażeniem spojrzał na Larry’ego który tłukł głową przeciwnika o ziemię próbując rozbić jak jajko. Gangrel próbował mu rozharatać gardło, ale widać było że nie ma czasu na to.
                      Nowy się przeraził… otworzył usta i zionął ogniem niczym jakiś smok. Płomienie były wycelowane w obu walczących wampirów, ale dosięgły stolika podpalając go nieco (i spalając to co było na nim). Poraziły też strachem Ann, mimo wściekłych krzyków Nadii “Zabij, zarżnij dupka! Wypatrosz heretyka!

                      Ciemna uliczka, cienie otaczające i otulające niczym matka. Płomień, rośnie, rozszerza się… rozwiewa chroniące cienie, parzy, pali aż do kości.
                      I drwiący głos. “Widzę cię.”

                      Jednocześnie w Ann pojawiły się różne emocje. Była przerażona, a to co powodowało przerażenie przypominało jej... polowanie...

                      ZNISZCZ.

                      Dziewczyna niczym przyparte do ściany zwierzę, rzuciła się na sabatowca, wbijając w jego ciało duchowy sztylet.

                      Zraniony wampir zawył z bólu i zaczął kręcić bączka próbując wyrwać oręż z ciała. Niestety jeśli chodzi o wampiry, sztylet nie był aż tak śmiercionośny. Pozbawianie ich krwi nie zabijało w takim tempie jak śmiertelników. Płomienie zapaliły meble w chacie… głównie stół się palił i jedno z krzeseł. Z pewnością trzeba było ugasić pożar wkrótce, ale kto o tym mógł pomyśleć w tej chwili.
                      Na pewno nie Larry, który roztrzaskał głowę wampira i szalonym spojrzeniem szukał kolejnej ofiary do ubicia.
                      Nie poradzi sobie z Larrym w równej walce... a przeciwnik jeszcze był zdolny do ognia...
                      Zwiększyła swoją siłę poprzez krew, aby pozostawiając w wampirze wypijające krew ostrze, uderzyć w ścianę, żeby wyrwać z niej kawałek drewna... którym zakorkuje piromaniaka.
                      Jeden problem na raz…
                      Oczywiście kwestią było czy zdąży to zrobić, bo Larry rzucił się na biedaka. Ten wykrzesał jeszcze z siebie nieco ognia uderzając płomieniem prosto w twarz i tors brujaha dotkliwie go paląc. Ale Dukes pod wpływem szału nie zwracał uwagi na ogień i ból. I tego że ciało odchodziło mu od czaszki, przez co zaczynał przypominać terminatora.

                      - Zostaw ich… Larry go rozszarpie. A ja nie chcę by ten złodziej tajemnic żył. Poszukamy innych do złapania. - zadecydowała Nadia tymczasem.
                      - Fais pas hier, Nadia! - warknęła wściekle, zupełnie nic sobie nie robiąc z jej słów. Joshua chciał któregoś, to dostanie.

                      Przełamała na dwa kawałek deski i korzystając z okazji, że Larry był zajęty, a sztylet zjadał Tremere krew, skoczyła za Dukesa chcąc przebić jego serce od pleców.

                      - Langue, jeune fille!- słyszała w słuchawkach, gdy zdradziecko pozbawiła czucia poważnie poparzonego brujah. Ten osunął się na ziemię, niczym marionetka której ucięto sznurki. Zaatakowany i wystraszony Sabatnik wygrzebał się błyskawicznie spod Dukesa i próbował uciec z pokoju który wypełniał się żarem i dymem.

                      Za nim skoczyła wciąż wściekła Ann, rzucając się mu niczym dzikie zwierzę na plecy, zaburzając jego równowagę, próbując i jemu kawałek drewna zatopić w sercu.
                      Wampir zatoczył się jak pijany próbując strącić Ann z pleców, gdy ta próbowała go zakołkować. Uderzył nią o ścianę wyjąc z bólu i słabnąc od upływu krwi i coraz bliżej będąc stanu Bestii, gdy głód całkowicie go opanuje.

                      - Idzie kolejny. Ale William rusza wam na odsiecz. - odezwała się Nadia.
                      - LEŻ, KURWA! - wysapała wściekle Ann, po czym... uczepiona sabatinka wbiła kły w jego szyję.

                      To przyspieszyło nieco działanie sztyletu i kolejny wampir dołączył do pozostałych leżących na podłodze.

                      A potem było uderzenie, ból łamanych kości przeszywający klatkę piersiową gdy poleciała przez cały pokój i uderzyła o ścianę ciałem. Zanim zdążyła się podnieść, ktoś niemal natychmiast pojawił się przy niej i uderzył jej twarzą o podłogę trzymając ją za włosy. Jedyne co dostrzegła przez krew zalewającą oczy to zęby spiłowane na rekinie kły i.. metalowe kolce wtopione w ciało w okolicach kłykci.

                      - Załatwiłaś śmierdziela… nawet powinienem ci pogratulować dziwko Camy, ale po prostu cię zabiję. - wysyczał ciemnoskóry… meksykanin? Na takiego meksykanina wyglądał z oblicza.

                      Uniosła wzrok i splunęła krwią śmierdziela w twarz sabatnika.

                      - Jednak powinni szybciej... mur wybudować... - parsknęła nawiązując do sprawy z murem między Meksykiem a USA - Camarilla wznowi projekt... shit-face.
                      - Bo tchórze zawsze chowają się za murami. - burknął mężczyzna i pięść boleśnie uderzyła w twarz Ann robiąc z jej nosa krwawą miazgę. Bolało… ale po chwili to wrogi wampir zawył z bólu, gdy rozpędzony Toreador wykorzystując zaskoczenie, przyszpilił wroga swoim mieczem do ściany niczym motyla w kolekcji. Długi miecz pogruchotał kości i co ważniejsze meksykanin nie mógł się oderwać od ściany. Za to Blake zdołał wyrwać Ann z jego objęć.
                      - Wezmę Larry’ego, a ty weź drugiego. A on…- odparł Blake rozglądając się dookoła po powoli rozprzestrzeniających się płomieniach. - … niech się ładnie uwędzi.
                      - Mój bohaterze... - wyrzuciła z siebie słowa pełne bólu, po czym skierowała się do magicznego i wzięła go za nogę, w ten sposób mając wyciągnąć na zewnątrz, jednocześnie kuląc się z bólu złamanych kości. Dobrze, że nie musiała oddychać...

                      Po drodze wyjęła z wampira sztylet i schowała nażartego w pochwie.

                      - Pospieszmy się… zanim wpadnę w panikę. - odparł William podnosząc unieruchomionego Larry’ego oraz ignorując wyzwiska coraz bardziej panikującego meksa, którego moce nie potrafiły poradzić sobie z przyszpileniem do ściany. Trzeba było przyznać, że jak na swoją eteryczną postać Blake był bardzo silny, za bardzo by Ann nie mogła podejrzewać nadnaturalnego dopakowania. Nic niezwykłego u brujah takich jak Larry, ale rzadkiego u Toreadorów.

                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • ZellZ Online
                        ZellZ Online
                        Zell jako Ann Paige
                        Moderator Obsługa
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                        #17

                        Przeszli pospiesznie przez kolejne pomieszczenia tartaku po drodze mijając niemal rozsmarowanego na ścianie trupa. William w przeciwieństwie do Larry’ego wyglądał schludnie. Był opryskany mocno posoką, ale poza tym nie miał żadnych obrażeń. Co innego Dukes, ten miał wyraźne ślady pazurów na ciele pół czaszki odsłoniętej. Prawdziwy two-face.
                        Przed budynkiem było kilka rozwalonych motorów i kilka trupów rozkładanych przez ghuli Larry’ego wedle wskazówek Joshui dowodzącego nimi. Garry i jego zwierzaki pilnowali “więźniów”, kilku poobijanych ghuli i jedną straumatyzowaną dziewczynę. Ann nie miała wątpliwości że ta grupka była na zwycięską ucztę. Nikt nie miał stąd wyjść żywy, więc pewnie trzeba będzie ich wysączyć do końca.
                        Caitiffka zawlokla zakołkowanego sabatnika do Joshui, przed którego rzuciła nieruchome ciało wroga.

                        - Jeden... zachowany... Na skraju głodu... Ogień wzywa... - starła własną krew z oczu, ciężko mówiąc przez zmiażdżony nos - Larry spacyfikowany... - spojrzała za wymiotującym w krzakach Clydem - Dziecko... ci się wykrwawia... Książę...

                        Ubranie zakrywające tors Ann było upstrzone krwawymi śladami pojawiającymi się od wewnętrznej strony kurtki, a sam zdeformowany kształt torsu dawał do myślenia jak bardzo kościec został połamany. Skóra była zdarta do kości na prawej dłoni - pamiątka po wybijaniu nią kawałka drewnianej ściany. Dziewczyna dzielnie wytrzymywała ból, ale nie sądziła, że długo tak da radę. Musiała zacząć się leczyć, zjeść…

                        - Niech się uczy, co to znaczy być wampirem. To nie tylko ciągłe machanie urokiem osobistym przed śmiertelnymi. Zresztą zdołał ubić dwa ghule, więc… jest dla niego nadzieja.- szeryf wskazał ręką na jeńców. - Wybierz sobie któregoś i osusz. Nikt stąd nie może wyjść żywy.

                        Ann nie potrzebowała dalszej zachęty, ani nie miała zamiaru nawet wybierać. Złapała pierwszego z brzegu harleyowego ghula i pozwoliła własnej Bestii zaucztować. Nawet ona zasłużyła.
                        Gdy tak chłeptała ciepłą krew, a Joshua odkołkowywał Larry’ego na polanę przed chatką weszli Nadia z Garrym. W tym czasie ghule Dukesa poszły z gaśnicami ratować sytuację, bowiem płomienie zapoczątkowane zionięciem Sabatnika zaczęły powoli wymykać się spod kontroli.

                        Nadia podeszła do księcia, który uwalniał właśnie Dukesa od brzemienia kołka i zapytała wprost.

                        - Co z tym heretykiem?
                        - Po pierwsze to nie heretyk. Na pewno to nie jest Tremere… bo wątpię, że któryś z czarowników dał się tak pochlastać po twarzy przed przemianą. Po drugie… Lukrecja go przesłucha. Jego wiedza będzie bardzo przydatna, bo fajczy się pokój narad.- wyjaśnił Joshua patrząc jak Larry powoli dochodzi do siebie. Wampir podniósł się i z warknięciem zwierzęcym bardziej niż ludzkim ruszył ku Ann i jeńcom. Rozpędził się na czworaka, skoczył i rzucił… na jednego z Harleyowców by wbić w niego kły i łapczywie ucztować.
                        - A potem go zabijesz?- zapytała Nadia nie dbając o to co się działo.
                        - Mhmm…- odparł Smith wstając.
                        - Nie brzmiało to przekonująco.- burknęła Tremerka.

                        Caitiffka wypiła całość posiłku. Czuła się w tym momencie szczęśliwa jak kot leżący na słońcu. Wiedziała, że rany szybciej się zagoją podczas snu, ale już teraz zaczynały obrażenia zanikać. Nie było to przyjemne, jak żebra zaczynały być na swoim miejscu...
                        Ann patrzyła jak Larry sobie radzi. Ciekawe czy będzie miał za złe to drewno?

                        - Mhmm…- odparł szeryf, tylko rozwścieczając Nadię, której to pięści zacisnęły się mocno. A po palcach skakały iskierki.- Ten… ta obraza dla sztuki mojego Klanu musi zginąć.Ten… renegat musi zostać zabity, w przeciwnym razie…
                        - W przeciwnym razie, co? - odparł chłodno Joshua spoglądając wyzywająco na wampirzycę, podczas, gdy Larry był zajęty osuszaniem kolejnej ofiary. Pokonane ghule pogodziły się ze swoim losem i potulnie czekały na śmierć.
                        - W przeciwnym razie… co… primogenko? - powtórzył pytaniem szeryf przyglądając się dziewczynie. - Być może byłem zbyt spolegliwy i łagodny… bo zapominacie kto tu jest Księciem. Jestem otwarty na sugestie, argumenty i propozycje… ale NIKT nie będzie mi rozkazywał.
                        - W przeciwnym razie będę musiała poinformować mojego regenta w Nowym Jorku. Takie są zasady i reguły. - odparła zimno Nadia wytrzymując spojrzenie Joshui. Szeryf zaś złagodniał i wzruszył ramionami. - To powiadomisz. Zobaczymy czy Augusto pofatyguje się tutaj z powodu takiej błahostki.
                        - Mój Klan traktuje bardzo poważnie takie kwestie. - odparła chłodno Nadia.
                        - Na razie… jeniec zostanie przesłuchany, a potem… potem zobaczymy. - odparł Joshua wzruszając ramionami.
                        - Może byś się dowiedziała skąd on to umie? - zasugerowała Ann, która nawet nie miała ochoty wstać z pozycji siedzącej - Żeby wiedzieć na kogo polować.

                        "Czyli.... Moc Tremere jest do nauczenia? O tym Cyril nie mówił nigdy."

                        - Może… ale skoro Lukrecja go dostanie w swoje wypielęgnowane paluszki, to nie podzieli się nim. Poza tym… nienawidzę anarchów, ludzkich i nieludzkich… i wszelkich takich rewolucjonistów. - kopnęła gniewnie jednego z trupów leżących na ziemi.- Buntowników bez powodu. Parszywi siewcy chaosu.
                        - Chciała przez to powiedzieć, że mogłaby nie zapanować nad sobą podczas przesłuchania i zrobić coś głupiego.- wtrącił uprzejmie William przyglądając się podopiecznej.
                        - Ano. A ty nie chcesz widzieć Nadii wściekłej. Bo zwykle to jest ostatni twój widok w życiu.- zarechotał Larry i spojrzał na Ann dodając. - Muszę przyznać mała… że masz jaja. Metaforyczne. Ale gdy spróbujesz ponownie zrobić taki numer, to będziesz musiała zregenerować nogi, bo ci je z dupy powyrywam.
                        - To nie tak, jakbym mogła poprosić w tamtym momencie. - wzruszyła ramionami oglądając, jak powracała skóra na dłoniach.
                        - Nie mam urazy… zabiłem paru zanim całkiem odpłynąłem w krwawą mgłę. - zaśmiał się Brujah.
                        - A ja mogę się wozić, że powaliłam Dukesa w szale? - wystawiła język do Larry'ego.
                        - Tylko jeśli chcesz być co noc niema.- odparł wampir spoglągając znacząco na język.

                        - Garry… załaduj więźnia i zawieź do Lukrecji. Dukes, ty i twoi ludzie mają tu posprzątać. Clyde pomoże jak tylko wyjdzie z krzaków. Nadia… napraw okablowanie, żeby następni frajerzy znów pozwalali się wyśledzić. I to chyba wszystko. Jak zrobicie co macie zrobić, możecie wracać do swoich spraw.- zadumał się szeryf.

                        Caitiffka w końcu uniosła się z ziemi, rzucając tylko do Larry'ego "nie ma zabawy z tobą..." i podeszła do Nadii.

                        - Bardzo chcesz mnie zabić, prawda?
                        - Co? - mruknęła wampirzyca i spojrzała przez okulary na Ann w zamyśleniu. - Nie jesteś na mojej liście.
                        - Też mi się nie uśmiecha go zostawić żywym, ale pozytywy przeważają. Tymczasowe. - uśmiechnęła się - Ile języków w sumie znasz?
                        - Rosyjski, niemiecki, łacinę, grekę, francuski i włoski. I trochę polskiego.- wyliczyła beznamiętnie Nadia.
                        - Zapamiętam, żeby w tych językach do ciebie nie gadać podczas walki.
                        - Jestem za stara by się przejmować takimi detalami i zbyt wiele przeszłam, by obrażać się z powodu wulgaryzmów.- wzruszyła ramionami Tremerka.
                        - Ale i tak o nich gadasz, gdy się pojawią.
                        - Stare nawyki. - skwitowała tą kwestię Nadia. - Detal bez znaczenia.

                        Ann spojrzała na Williama.

                        - Ta szarża z mieczem... bardzo rycerskie.
                        - Jestem szlachcicem i byłem… giermkiem za dawnych lat. - przyznał się Toreador uśmiechając lekko. - Acz przyznaję szermierka nigdy nie była moim ulubionym zajęciem.
                        - Ten brutal musiał być w szoku. Mógł zamordować jedną z Camarilli, a jakiś rachityczny Toreador go do ściany przypiął. - zaśmiała się.
                        - Mieliśmy szczęście, że mój atak się udał i go zaskoczył. Ten brutal… mógł być najgroźniejszym z tej sfory Sabatu.- przyznał William jakoś się nie śmiejąc. - Jeśli jakiś Diabeł poświęca swój czas i talent na zmodyfikowanie Kainity to znaczy, że to ktoś… znaczny. W tym przypadku chyba wyjątkowy zabijaka.
                        - Czyli... powinna być szansa, że w panice się wyrwie z miecza...
                        - Nie… o to się nie martw. Gdyby mógł, to wyrwałby się wtedy kiedy uciekaliśmy. W dodatku ogień zaciemni mu całkiem rozum.- dodał z uśmiechem Blake i zaproponował. - Wracamy już do domu?
                        - Brzmi dobrze. Motor przy stacji został, to podjedziemy?
                        - Nie. Bob albo Luc przywiezie go do mojego domu razem z moim mieczem. - machnął ręką Toreador i spojrzał na Ann.- Chyba że ci zależy na powrocie na stację?
                        - Nie przesadzajmy. Wolę wrócić na rumaku ze swoim cnym rycerzem. - humor jej nie opadł.
                        - To dobrze, bo nie lubię jeździć na stację Dukes’a. Larry ma dość… plebejski gust… o ile to można nazwać gustem.- zażartował William gdy tak szli do jego pojazdu. - Zakładam że już się zaaklimatyzowałaś w Stilwater, prawda?
                        - Nie jest źle... choć wiesz... wolałabym wrócić do... Nowego Jorku.
                        - Wiem. Nie wiem dlaczego co prawda.- odparł nieco ironicznie William.- Nowy Jork nie ma za wiele do zaoferowania Caitiffom, poza… kanałami.
                        - Nie o samo miasto chodzi. I nie jestem tam osamotniona przecież.

                        William wyglądał jakby miał inny pogląd na ten temat, ale przez grzeczność wolał go nie wyrażać. Doszli do jego samochodu, pomógł Ann wsiąść, a potem sam wsiadł ruszając.

                        - Takie… zabawy jak ta dzisiaj nie trafiają się często. Zwykle Sabat woli się pojawiać w innych miejscach i atakować od razu Nowy Jork. To że szukali czegoś tutaj, jest niepokojące. Może przybyć następna, lepiej przygotowana sfora.- rzekł ni to do siebie ni to do niej.
                        - Może zainteresowali się piramidą?
                        - Mogą ją sobie zabrać jeśli im na tym zależy… Tremere mogą się fukać w tej kwestii, ale nawet nikt inny.- zaśmiał się Katinita włączając radio, gdy powoli zaczęli jechać.

                        - … fortuna ci sprzyja mój drogi. Więc trzymaj się tej ścieżki. Inni jednak tej nocy powinni uważać by nie zabłądzić w lasy.- rzekła Jaine Love i dodała.- Policja ze Stillwater bowiem nakazała nam poinformować że czwórka turystów zaginęła wczoraj w okolicy naszego miasta. A dla wszystkich nocnych marków błądzących wśród cieni kochana Jaine Love ma mniej znany kawałek, mało znane grupy. Oto Slave to Love zespołu Lords of Acid. Nie daje się zniewolić żądzy… nie tej nocy przynajmniej.

                        I w radiu popłynął kawałek muzyczny , po którym Jaine odezwała się.- A ja się żegnam z wami moi kochani. Spotkajmy się znów razem jutro… i niech dzisiejszy krwawy księżyc upłynie wam spokojnie. Cóż.. krwawy przynajmniej z mojej perspektywy.

                        - Czy ta babka to ghul? - zapytała.
                        - Ech… nie…ona jest… powiązana z McElroyem. Pamiętasz go? On dał ci sztylet.- odparł William i wydawało się że to pytanie było wyjątkowo mało komfortowe dla niego.
                        - Ktoś w końcu chciał mi dać ten sztylet? - postanowiła nie pytać dalej o nią.
                        - Są parą. Więcej nie wiem.- powiedział Toreador zaskakująco szybko i zaskakująco… nieszczerze.
                        - Jestem tu tak niegodna, że ukrywasz coś przede mną? - westchnęła - Tylko maskotka dla was?
                        - Za krótko tu jesteś. To spokojna mała mieścina na uboczu i jeśli tego nie nauczyły seriale, to ja cię oświecę. Takie mieściny skrywają wiele sekretów. - odparł pół żartem pół serio Kainita.
                        - Nie jedynie tutaj tak mnie widziano. Tylko Cyril umie zobaczyć wartość, choć dla siebie! - uniosła głos.
                        - Cóż… nie wiadomo jeszcze czy zostaniesz tu na stałe, czy może wyjedziesz następnej nocy.- odparł spokojnie Blake i uśmiechnął się. - Masz czas… nie musisz wszystkiego wiedzieć od razu.
                        - Wątpię, że wyjadę tak szybko. - mruknęła - Bo na to czekam.
                        - Cierpliwi będą nagrodzeni.- odparł enigmatycznie William i wjechali już na główną drogę kierując się do siedziby Toreadora.

                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • AbishaiA Niedostępny
                          AbishaiA Niedostępny
                          Abishai jako XXI
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                          #18

                          - … skup się. Pozbądź ludzkich nawyków i instynktów. Umysł ponad ciałem! - i łup w czaszkę, a potem w żebra. Mocne ciosy gazrurką. Ból otępiający, pękające żebra. To że do jutra się zagoi, nie było pocieszeniem. Jutro znów zostaną połamane. Sytuacja jak z mitu o przykutym Prometeuszem i orle wyjadającym mu wątrobę. Tylko czemu to Garry musiał być tu “orłem”?!

                          Łup, ból i kolejne porady. Ech, jakby wiedziała na co się pisze uznałaby, że oferta Gangrela nie była tak hojna. A jego tłumaczenia miały więcej wspólnego z bzdurkami New Age niż rzeczywistością.
                          “- Widzisz, musisz zrozumieć że jesteś martwa… ale musisz zrozumieć to na poziomie instynktu. Twoje ciało jest twarde samo z siebie. Czas byś w to naprawdę uwierzyła. A wtedy będziesz naprawdę wytrzymała.”- tyle było w kwestii teorii upitego narkotykami hippisa. Ann wątpiła, by jakiś inny Kainita zgodził się z jego wykładnią tej zdolności, ale… Garry sam był dość odporny. A przynajmniej tak twierdził. Ann nie miała się okazji przekonać, ale miała okazję podpytać Dukesa. A Brujah potwierdził to, a także dodał coś od siebie.
                          Garry co prawda nie lubił walczyć, ale nie oznaczało to, że nie umiał. Ponoć brał udział w jakiejś wojnie jako śmiertelnik. I jako weteran wojenny i wampir, w kolejnej. Detali Larry nie znał, ale widział ponoć dwa purpurowe serca które Garry trzymał gdzieś w postaci pamiątek z dawnych czasów.
                          Więc… przyjeżdżała tu co noc i robiła za worek treningowy w nikłej nadziei, że kolejnej nocy się czegoś nauczy. Oby…

                          Po trzech nocach nastąpiło kolejne zebranie. Główną atrakcją miałoby dołączenie do miejscowej społeczności nowej Ventrue. Tą została oczywiście Patty zmieniając imię na Miracella. Nie było w tym nic dziwnego, niewątpliwie Lukrecja od dawna szykowała potencjalną kandydatkę na nową Kainitkę. I tylko czekała okazji. Z pewnością Ventrue bardzo cierpiała nie mając kim pomiatać, skoro była jedyną przedstawicielką swojego klanu w domenie Stillwater.
                          Odbyło się to tak samo jak w przypadku Ann. Tyle że tym razem to caitifka siedziała na jednym z krzeseł ustawionych dookoła neonatki stojącej pośrodku starszyzny i przed samym Księciem. Nikt też nie zapytał Ann o zdanie na temat przyjęcia Miracelli (dawniej Patty) do miejscowej społeczności. Nie była primogenką mimo, że była wszak jedyną przedstawicielką swojego… “klanu”. Niemniej i tak było lepiej niż w Nowym Jorku, tam jej przynależność do społeczności Kainitów była w ciągłym zagrożeniu. Klanowe wampiry czasami pozwalały sobie na ryzyko napaści na kundla. W końcu kto stanąłby w ich obronie ?
                          W Nowym Jorku nie uczestniczyłaby w takim obrzędzie.

                          A potem nie rozpoczęła się karciana bibka, tak jak ostatnio. Powodem był bowiem jeniec. I to co Lukrecja wydobyła z niego.

                          - To nie była wyprawa do Nowego Jorku. Planowali działać tutaj, w naszej okolicy. Nie przyszli też zadzierać z Camarillą, to była tajna misja. - widząc powątpiewające spojrzenia, primogenka Ventrue sprecyzowała.- Tajna jak na sforę Sabatu. Przybyli z okolic Montrealu, przysłani przez biskupa Benezrie’go. Mieli znaleźć kogoś… członka Sabatu, który… urwał im się ze smyczy.

                          Tu spojrzenia Lukrecji, Garry’ego i Williama spoczęły na księciu Stillwater.
                          Ten zachowując kamienny spokój spytał. - Czy jeniec zna imię owego… renegata?

                          - Nie. Te informacje znane były jedynie przywódcy i księdzu sfory. Obaj polegli, gdy napotkali sforę rozwścieczonych wilkołaków. Sytuacja szybko wyrwała się spod kontroli mimo prób kapłana do zażegnania walki… wiadomo… Sabat.- wzruszyła ramionami Lukrecja.- Szef i ksiądz zginęli, wraz z kilkoma Sabatnikami i ghulami. I sfora postanowiła gdzieś się zaszyć, by wylizać rany i pozbierać się po walce.
                          - Cóż… dwie dekady minęły odkąd…- wtrącił Garry, a Toreador dodał krótko.- Las Vegas. Z tamtym stron wywodzili się ostatni zabójcy i poprzedni, i ci jeszcze przed nimi. Poza tym... sfora? Trochę za dużo by kogoś ubić… i za mało elitarnie.
                          - Nie przybyli by zabić. Przybyli by schwytać żywcem. - ocenił Larry drapiąc się po głowie. - To była obława.
                          - Czyli on żyje, ten jeniec? - zapytała tymczasem Nadia spoglądając to na Lukrecję, to na Joshuę, to na Williama. - Nie, żebym tego nie przewidziała. Wypada więc powiadomić was, że przedsięwzięłam odpowiednie… kroki.
                          - Zdajemy sobie z tego sprawę.- odparł Książę i wzruszył ramionami. - Augusto raczył nas uprzejmie powiadomić, że przyśle swojego przedstawiciela w celu rozwiązania tego problemu.
                          - To nic osobistego. - odparła spokojnie Tremere.- Po prostu trzymałam się wypracowanych przez wieki praw i obyczajów. Bez nich świat nasz popadłby w kolejny chaos.
                          - Oczywiście.- odparł zadziwiająco ciepło Joshua. - Nie mam ci tego za złe Nadieżdo.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • ZellZ Online
                            ZellZ Online
                            Zell jako Ann Paige
                            Moderator Obsługa
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                            #19

                            Uderzenie.
                            Kolejne złamanie.
                            Pęknięta kość.

                            Ann już przestała liczyć, ile razy Garry uszkodził jej ciało. Początkowo może to miało znaczenie. Przynajmniej zapoznawało to ją z każdym bólem obrażeń, jakie cierpiała. Narządy wewnętrzne wielokrotnie musiały zostać przemienione w koktajl. Nigdy wcześniej takiej fizycznej traumy nie zaznała...

                            Najgorsze, że nie sądziła, iż uczy się czegokolwiek. Wyjaśnienia Gangrela brzmiałyby jak bzdura przygotowana na kolanie, gdyby Garry w nią nie wierzył. Pewnie w jego łbie zadymionym marychą i utaplanym w innych środkach upiększających życie, miało to sens. Ann go nie widziała...

                            A jednak przychodziła ciągle.
                            Może w końcu czucie w ciele ją opuści samo...

                            Ann zacisnęła palce na rancie siedziska. Przewróciło jej się w żołądku...
                            Nie wiedziała czy bać się, czy radować.

                            - Czy wiecie kogo Augusto wysyła? - zapytała siląc się na jak najbardziej neutralny ton, patrząc po Nadii i Joshui.

                            Istniała szansa, że wysłany skojarzy ją z kundlem łażącym przy Cyrilu... O ile Augusto nie wykopał samego Cyrila, żeby mu zrobić nieprzyjemność podróży do Stillwater, a wtedy stary wampir nie będzie w dobrym humorze, wysyłany jak chłopiec na posyłki.

                            - Nie wiemy. Może nawet jeszcze nie wyznaczył. - przyznał Joshua drapiąc się po karku.
                            - Niemniej na podstawie, tego kogo stary primogen pośle będzie można łatwo wywnioskować jak traktuje tą sprawę. Jeśli kogoś ze swoich przybocznych, to to ważna kwestia. Jeśli jakiegoś nowicjusza w klanie.- tu Lukrecja spojrzała na Nadię. - To będzie oznaczało, że przeceniłaś znaczenie owego jeńca. Tym bardziej, że to nie żaden renegat Tremere… a zwykły Panders.
                            - Panders? - zapytała Ann - Jaki to Klan? Camarilla nie ma takich?
                            - Pandersi… cóż… są jak ty. Tak Sabat nazywa swoich bezklanowców.- wyjaśnił William cicho. A Joshua dodał. - Choć mają kilka nieformalnych przydomków, w tym jeden bardzo celny. Mięso armatnie.

                            Ann nie odpowiedziała tego, co cisnęło jej się na usta. Nie tylko Sabat widział tak Bezklanowców... Dla wielu w Camarilli Caitiffy na nic lepszego się nie nadawały, niż żeby osłaniać "prawdziwe wampiry".

                            - Cóż... Jego ogień to była bardzo ostra broń, jak na po prostu mięso armatnie.
                            - Cóż… powiedział jak powstał i trzeba przyznać, że jego narodziny były… nietypowe. Nazywa się Charlie i miał być ofiarą złożoną w rytuale krwawej magii klanu Tremere, jak jego dwóch kumpli. Niemniej nim czarownik dokończył, to co planował… sfora Sabatu wpadła na teren rytuału, wybiła sługi i… samego czarownika. I dla zabawy nakarmiła krwią skatowanego Tremere umierającego śmiertelnika zmieniając go w Kainitę. Oczywiście przymusowy tatuś został osuszony i rozerwany na strzępy. - odparła Lukrecja z ironicznym uśmiechem.

                            - Trzeba przyznać, że dużo wycisnęłaś z tego jeńca. Najwyraźniej twoja moc dominowania nad innymi wzrosła ostatnio.- zadumał się Joshua, a Lukrecja prychnęła. - Ani trochę… Charlie nie potrzebował motywacji by mówić. Był świeżym nabytkiem i nie zdążył się zindoktrynować. Nie miał większego pojęcia o filozofii Sabatu, to była jego pierwsza misja pod opieką księdza sfory i… cóż… nie przejawia zbyt dużej lojalności do Sekty, która uratowała jego skórę.
                            - Wolał ratować własną skórę niż walczyć. - mruknęła Caitiffka - Jego atak na Larry'ego bardziej przypominał paniczne działanie. Był, cóż, absolutnie przerażony jak Larry rozbijał jak jajko łeb przeciwnika... chyba później Brujah ogniem w twarz dostał, bo się do niego zbliżał... Zrozumiała reakcja, tak szczerze.
                            - To prawda. Nie wydaje się być szczególnie fanatyczny. Robił co mu kazali i nic ponadto. Nie bardzo nawet rozumie stan w jakim się znajduje. Narodził się wszak kilka miesięcy temu, a wędrowne sfory nie są szczególnie dobre w tłumaczeniu takich kwestii.- Lukrecja zgodziła się z Ann. A Nadia spytała. - A kim był ten zabity Tremere?
                            - Nazywał się Jasper Devries i był społecznikiem, prowadził klinikę odwykową w Toronto. Charlie nie wie nic na temat jego kainickich powiązań i przynależności. Znał go tylko jako śmiertelnika, zanim Jasper zwabił go i jego towarzyszy na miejsce rytuału. -wyjaśniła Ventrue.

                            Dobrze, że prawdopodobnie Cyril nic takiego Ann nie będzie chciał zrobić...

                            - Kojarzysz takiego Tremere? - Ann spojrzała na Nadię.
                            - Nie… trzeba by powiadomić Klan w Toronto o losie ich członka, o ile oczywiście nie wiedzą o tym zgonie. - westchnęła Nadia wzruszając ramionami, po czym spytała Joshuę. - Co więc będzie z tym… Charliem?
                            - Na razie zostawimy go przy życiu. Nie ma co go ubijać nim przybędzie wysłannik Augusto. Poza tym może być jeszcze przydatny. - ocenił Książę Stillwater, ku niezadowoleniu Nadii. Ta jednak nie pozwoliła sobie na wybuch agresji.

                            Caitiffka spojrzała na Nadię.

                            - W sumie... on chyba jest na pewno Tremere? De facto zmieniła go krew z Camarillli... Nie masz ochoty adoptować? - zapytała niewinnie.
                            - Chyba sobie żartujesz… to anarch w najlepszym wypadku. Nienauczony trzymania się zasad, chaotyczny… niewątpliwie rewolucjonista, który sprowadz… - zaczęła mówić Nadia, ale William jej przerwał. - Chyba przesadzasz moja droga. To prostu nieszczęśliwa duszyczka która, przez przypadek została przemieniona. A nie agent chaosu.

                            Tremere zmrużyła oczy i dodała. - Ty nie wiesz co takie zagubione duszyczki mogą wywołać. Niech no tylko znajdzie się płomyczek, który ten ogień rewolucji.

                            - Ta duszyczka przynajmniej wie kto ją Stworzył. To nie jest taki... prawdziwy... Bezklanowy. - zamyśliła się nad tym Caitiffka - No i przecież woli być grzeczny, anarcha by Lukrecja inaczej traktowała.
                            - Dla niego Tremere to pusta nazwa. Wie mniej o tym klanie niż ty. - wyjaśniła Ventrue. - W ogóle wie mniej o Kainitach niż ty…

                            - Dobra, coś jeszcze nam zostało do omówienia? O właśnie…Garry.- stwierdził Joshua zerkając na Gangrela.

                            Ten pokiwał głową mówiąc.- Wilkołaki potwierdzają, że jakieś wampiry pojawiły się na ich ziemiach i wkurzona na świat młodzież spuściła im manto, tracąc co prawda jednego członka. Mają jeszcze jedną sprawę do nas…
                            Książę potarł czoło pytając. - Jaką to?

                            - Interes… bo widzicie Uktena mają swoich wojowników i filozofów, i magów, i… innych. Tropicieli mają nawet, ale nie złodziei i hakerów. I chcą… wynająć kogoś z nas do złodziejskiej roboty. Wejście na teren kopalni, dostanie się do ich serwerów, podwędzenie plików. Obiecują za to coś w zamian.- wyjaśnił Garry.

                            Ann spojrzała na Nadię wyczekująco. Wyraźnie.

                            - Czemu nie? Chciałabym jednak wiedzieć czemu nie zrobią swojego wyskakiwania z Umbry? - zaciekawiła się Tremere.
                            - Najwyraźniej nie mogą tego zrobić na terenie kopalni. Jakiś trujący wpływ Żmija… sprawia że nie da się przejść tam z Umbry.- wzruszył ramionami Gangrel, a Joshua dodał.- Powiedz że przemyślimy to. Nie możemy wszak puścić Nadii samej.
                            - Nie wiem czy Larry by tam się nadawał... - mruknęła Ann.
                            - Ja wiem, że z pewnością, by się nie nadawał. Larry i koronki nie pasują do siebie. A włam na korporacyjny teren to koronkowa robota. Nie mamy tam wpływów, by zatuszować wszelkie wpadki. - wyjaśnił Joshua.
                            - Jeżeli wystarczy wejście niezauważonym... to mogę... - spojrzała na Nadię.
                            - No to mamy parkę… Garry, przytrzymaj ich w niepewności przez jakiś czas by byli gotowi porządnie zapłacić i pójdzie Nadia jeśli zechce, Ann i ty jako osłona i łącznik z Wilkołakami. - zadecydował Joshua. - Macie moje błogosławieństwo na tą akcję.
                            - Czemu nie.- odparła Nadia zgadzając się.

                            Ann była zadowolona. Przynajmniej lania uniknie tej nocy…

                            Caitiffka odczekała, aż będzie mogła złapać Joshuę na osobności żeby móc z nim porozmawiać. Stanęła przed wampirem, zastanawiając się jak bardzo szalona wydawałaby się taka sytuacja w Nowym Jorku. Kundel i władca domeny w luźnych stosunkach…

                            - Posiadasz dużą wiedzę o Sabacie, Książę. - Ann wiedziała o przeszłości Joshui, ale nie czuła się na tyle pewnie, aby wprost z tym wyskakiwać - Czy mogę… zapytać o kilka rzeczy… z nim związanych? - zaryzykowała badając reakcję Joshui.

                            Cyril za dużo o Sabacie nie chciał Ann mówić. O Camarilli też mało, ale prawie nic o Sabacie. Próbowała go ubłagać, jako że ta sekta była odpowiedzialna za śmierć Ann i gdzieś tam były odpowiedzi, jakich Caitiffka pragnęła, jednak Tremere był nieprzejednany. Dopiero w Stillwater Ann zaczęła otrzymywać jakiekolwiek informacje.

                            - Cóż… moja wiedza może być lekko… przeterminowana.- odparł Kainita przyglądając się Ann.- Mimo naszej ostatniej akcji, nie jesteśmy na bieżąco z poczynaniami Sabatu i ich obecną hierarchią. A tam wymiana kadr bywa bardzo dynamiczna.
                            - Chcę wiedzieć raczej podstawy... Chyba. - patrzyła zakłopotana - Często Sabat... masowo przemienia? To norma?
                            - Są bardziej chętni niż my do takich masowych przemienień, lecz raczej stosują je przed akcjami bojowymi. Kainici powstali podczas takich masówek zwykle nie dożywają trzeciego zmierzchu. Jeśli nie pozabijają się tuż po przemianie, to są pędzeni na szeregi wojowników Camarilli jak piechurzy podczas wojny secesyjnej. I giną dziesiątkami. - wzruszył ramionami Smith. - Sabat może uważać się za istoty szlachetne, ale bywa równie bezwzględny i bezlitosny co Camarilla.
                            - To ktokolwiek przeżywa? Czy ma być jednorazowy? Zdarza się, że przeżyje ktoś?
                            - Przeżywa wielu, zwłaszcza jeśli Sabatowi się powiedzie i rozgromią Camarillę na ich podwórku. Wtedy reszta niedobitków staje się naprawdę częścią Sabatu. To coś jak chrzest wojenny. - wyjaśnił Joshua.- Gorzej jest jak Sabat skrewi, wtedy poraniona Cama ściga bezlitośnie każdego Sabatnika, bez względu czy robił on za mózg, mięśnie, czy był tylko bezrozumnym psem przeznaczonym na chwalebną śmierć w boju.

                            - Nie wiem co jest chwalebnego w drugiej śmierci... - westchnęła - Sabat ma te same klany co Camarilla, tylko... hm... gorsze?
                            - Niezupełnie. - Joshua nachylił i szepnął cicho jakby zdradzając ważny sekret.- Sabat w większości ma… te same klany co Camarilla. Rzecz w tym, że kiedyś w średniowiecznej Europie nastąpił bunt młodszych wampirów, który wywrócił zastany porządek i ówcześni Kainici podzielili się. Część Brujah stanęło po stronie Camarilli, część po stronie Sabatu. To samo z Ventrue, Gangrelami czy Toreadorami. Klanem który całkiem stanął po stronie Sabatu była Lasombra… oraz Diabły. Ale z tego co słyszałem, Diabły do dziś rzadko odwiedzają USA. Wolą Europę.
                            - Mówiłeś o nich przy akcji. Nie znam tych Klanów.
                            - Tacy szeregowi Sabatnicy… też nie.- zaśmiał się Joshua i wzruszając ramionami dodał. - Sabat jest bardziej dziki, bardziej oddający się pierwotnym instynktom Bestii tkwiącej w nas. Ale nie jest bezmyślny. Lasombra są sercem i umysłem Sabatu. To oni najczęściej planują akcje, to oni indoktrynują nowo przemienionych. O samych Lasombrach nie wiem za dużo… potrafią manipulować cieniami, co może robić wrażenie… zwłaszcza, że jest to ich popisowa sztuczka nieznana szerzej wśród innych klanów. O samych Diabłach… wiem niewiele. Tzimisce, bo tak siebie zwą, to potężni czarownicy… równi sile Giovanni czy Tremere. To rzeźbiarze ciał tworzący straszliwe abominacje, które czasem wspomagają Sabat w walce. Niemniej… ciężko jakiegoś Diabła spotkać osobiście. Raczej nie czują potrzeby narażać się w boju i musisz stać wysoko w hierarchii Sabatu by z jakimś pomówić.

                            Ann wyraźnie zastanawiała.

                            - Czy te Klany pojawiają się na masowych Przemianach?
                            - Patrzysz na to z perspektywy Camy. Zbyt formalnie. - odparł z uśmiechem Joshua.- Masowe przemiany robi sfora taka jaką wybiliśmy. Razem. Jeśli ma w szeregach diabła, to parę diabłów powstanie, jeśli Lasombrę… to parę Lasombr też.
                            - I tacy są tylko Sabatem?
                            - Sabat, Camarilla, Anarchy… to frakcje polityczne. Możesz odziedziczyć po krwi rodzica jakieś moce, ale ostatecznie ty sama określasz swoją przynależność. - wyjaśnił cicho Smith.

                            - Mm... - Ann nie była szczęśliwa - Czuję się dobrze, bezpiecznie z cieniami... - szepnęła do Joshui.
                            - To Stillwater, my się nie przejmujemy takimi detalami. - odparł żartobliwie Joshua i wzruszył ramionami. - No… może poza Nadią, ale dopóki nie zaczniesz ciskać krwawą magią na prawo i lewo to ją twoje cienie mało obchodzą.
                            - Tu może i nie obchodzi to... Ale w Nowym Jorku to co innego. I ktoś stamtąd przyjdzie.
                            - No i co z tego. Tu ja jestem Księciem i tutaj ja stanowię prawo.- odparł dumnie Joshua. - I William może potwierdzić, że władca Nowego Jorku szanuje moją pozycję.
                            - Dlaczego? - wypaliła i zaraz się poprawiła - Czemu się z tym zgodzono? Wiesz Książę... Uprzedzenia...
                            - Stare pakty i jeszcze starsze prawo. Camarilla opiera się na regułach, które czasem można naginać, ale nigdy łamać. - wyjaśnił Joshua. - To umiłowanie porządku odróżnia ją od Anarchów i Sabatu. A poza tym.. owe stare pakty są pomiędzy mną zawarte a księciami Nowego Jorku. Obecny również je potwierdził i jeśliby Augusto wpadł tu z bandą czarowników by narobić zamieszania, to na jego zadek najechałby szeryf Nowego Jorku z grupką pomocników by wyegzekwować karę za takie zachowanie.

                            Więc Joshua był taki stary?!

                            - Uhm... Widzę, że wiekiem większość tu się wybija...
                            - No cóż… wszyscy u władzy mają co najmniej dekadę lub dwie na karku. - odparł z uśmiechem Smith.- Lub kilka. Z czasem będziesz zyskiwała na potędze. To naturalny proces i darwinizm w czystej postaci. Albo staniesz potężna, albo zginiesz.
                            - Albo jakieś setki... - ile oni wszyscy mają?! - Sama mam z dwie dekady, więc... - Ann wyraźnie była teraz awe struck... a może strach odczuwała?
                            - Nie planujesz chyba już swojego pogrzebu, co? W Stillwater możesz trochę dłużej i spokojniej pożyć. Sabat jeśli już atakuje to na wielkie miasto. Taka pipidówka jest ignorowana przez sfory. Zwłaszcza, gdy można przy okazji wejść w paszcze wilkołaków.- wzruszył ramionami Smith.
                            - Wcześniej też nie planowałam. A tu nie mogę zostać... Wrócę do Nowego Jorku. - powiedziała z tłumionym wstydem.
                            - Na razie ciesz się tym co tu masz, a co będzie dalej… też nie spodziewałem się że zostanę Księciem… i to Camarilli. - wzruszył ramionami Smith i pogłaskał po głowie Ann. - Wszystko przed tobą dzieciaku.

                            Ten gest przypominał Cyrila...

                            - To, co będzie dalej... zależy od kogoś innego.
                            - Hmm… nie wiadomo co przyniesie los. - Joshua miał na ten temat inne zdanie.

                            Ann nie była przekonana.

                            - Czy... będzie nie tak, jak zapytam o to jak się robi wampira?
                            - Pod warunkiem, że sama nie skorzystasz z tej wiedzy, bez pozwolenia Księcia. Camarilla bardzo tego nie lubi. - zadumał się Joshua.- Choć dziwne że sama tego nie zauważyłaś, wszak opisałem jak powstał Charlie. Odsączony z własnej i nakarmiony krwią zabijanego Tremere. Tak powstają nowi Kainici. Pozbawieni własnej i nakarmieni krwią swojego stwórcy stają się wampirami Klanu z którego pochodzi rodzic. To jest rytuał przeistoczenia.
                            - Nie zostało wspomniane o odsączeniu. Samo danie krwi martwemu nie wystarczy czy umierającemu?
                            - Wystarczy jeśli chcesz zyskać ghula, który ma jeszcze dług wdzięczności za uratowanie życia. Nie… by stworzyć Kainitę, trzeba człowieka zaprowadzić do wrót śmierci i stamtąd zabrać.- stwierdził z uśmiechem Książę.
                            - Nie planuję potomka. To byłoby... niepotrzebnie okrutne. Bezklanowcem zrobić...
                            - Wielu ghuli by się z tobą nie zgodziło.- odparł filozoficznie Joshua i skinął głową.- Poza tym… jest chyba niewielka szansa, że twoja krew stworzy coś słabszego niż caitif. Ostatnie pokolenia wydają na świat cienkokrwistych. Dziedzictwo Kaina traci znacznie na mocy w dalszych pokoleniach.

                            - Chyba... to mi nie groziłoby. - odparła niepewnie.
                            - Nie wiem. Szczerze powiedziawszy te teorie związane z pokoleniami i tego jak one są liczone. - wzruszył ramionami Joshua. - To dobre dla kronikarzy klanów. Ja się tym nie interesuję.
                            - Słyszałam, że Sabat lubi wypijać inne wampiry z powodu tych rzeczy. - próbowała poskładać jakoś te strzępy informacji, jakie wyrwała od Cyrila, ale raczej blisko tych o wodnistej krwi nie była.
                            - I dzielić się krwią między sobą też w celu wzmocnienia więzi. I tak… ten proces wypijania krwi i zabijania Kainity nazywa się diabolizacją i jest zakazany w Camarilli.- przyznał Brujah.
                            - Oni łapią kogoś i razem go piją? - zapytała zdezorientowana.
                            - Wiesz… różnie to bywa. - odparł wymijająco Książę.
                            - To… - była zdezorientowana - Czemu my w Camarilli tego nie robimy? Jeżeli to więzi zacieśnia? Mniej byłoby konfliktów…
                            - Wypijanie innego Kainity to więcej niż zabicie go, to dosłownie pożarcie jego duszy. Coś to takiego to tabu, no i… zdarza się ponoć że taka silna osobowość po pożarciu wcale nie ginie, tylko zagnieżdża się w tobie i powoli próbuje zdominować i zająć twoje ciało. Przynajmniej tak twierdzi William. - wyjaśnił Joshua sam chyba jednak nie do końca w to wierząc.
                            - Mam nadzieję, że to bzdura… To pożarcie duszy… - w tym momencie Ann wyglądała, jakby się pochorowała.
                            - Nie… to akurat jest prawda.- przyznał Joshua i dodał wzruszając ramionami.- Po prostu nie wierzę w to, że tak pożarty Kainita może przetrwać proces i… potem próbować opętać swojego zabójcę. Brzmi to trochę jak bajka którą opowiada się młodym Kainitom, by tego nie próbowali.

                            - Książę… tak między nami… - zniżyła głos odważywszy się zapytać - Zrobiłeś tak kiedyś…?
                            - Byłem blisko… raz… ale nie. Nie unicestwiłem tak żadnego Kainity. Trzeba uważać by nie wpaść w szał… bo wtedy najczęściej zdarzają się takie wypadki.
                            - Przed Camarillą też nie? - zaryzykowała.

                            Joshua zamarł na moment i spojrzał zaciekawiony.

                            - Jakie to plotki słyszałaś na mój temat?
                            - Że odeszłeś z Sabatu i dali ci Stillwater… - zaczęła się obawiać, że ją uderzy.
                            - Z Sabatu się nie odchodzi. Z Sabatu się ucieka lub Sabat się zdradza.- wyjaśnił Książę i wzruszył ramionami. - No cóż… nie jest to jakiś wielki sekret. Ale myślałem, że już o tym zapomniano. To prawda… byłem w Sabacie, słyszałem opowieści, poznawałem ideologię i… cóż, zdradziłem… bo Sabat się myli, bo Sabat głosi jedno ale czyni drugie. I choć udaje że różni się od Camarilli, to jest odwrotną stroną tej samej monety. Tylko tą gorszą…

                            Wzruszył ramionami. - Diabolizowanie daje moc, potęgę… dlatego nawet Starsi Sabatu starają się ograniczać i kontrolować te praktyki. Nikt kto ma władzę, czy to w Camarilli czy w Sabacie, nie lubi niespodziewanej konkurencji.

                            - To… Ci z masowej przemiany… mogą mieć power boost?
                            - Ci z masowej przemiany są ledwie zwierzętami, psami gnanymi do przodu przez prawdziwy Sabat. Jeśli mają jakiś dopalacz, to nie jest on specjalnie potężny.- wyjaśnił Joshua.- Rzadko potrafią korzystać z jakichkolwiek nadnaturalnych zdolności. To przychodzi później, gdy już się opanują, gdy będą mieli czas by oswoić z nowym nieżyciem.
                            - Jaki mógłby być powód, że Sabat kogoś tak zmienionego… eee… zgubił? Tuż po przebudzeniu… - w końcu zapytała.
                            - Dowolny…- zaśmiał się Joshua i wsuwając dłonie w kieszenie spodni dodał.- Biedacy stworzeni w takich masówkach mało kogo obchodzą. Oni mają zginąć, najlepiej zabierając ze sobą kogoś z Camy… jeśli jakiś przeżyje i go odnajdą, to zostaje dołączony do Sabatu gdyż przeszedł chrzest bojowy. Jednak nikt nie sprawdza czy ktoś przeżył i nikogo nie obchodzi czy ktoś taki się zagubił. Zresztą większość takich skołowanych Kainitów i Kainitek ginie potem w pazurach wilkołaków lub z rąk Camarilli, gdy nie wiedząc nawet o tym, złamią Maskaradę.

                            - Kiedy był ostatni szturm na Nowy Jork?
                            - Nie wiem… kilka lat temu? Taki większy? Nie każdy szturm idzie od naszej strony.- zadumał się Joshua wspominając. - A my tam… to znaczy większość z nas, nie żyje plotkami z Nowego Jorku.
                            - Kiedy tam się pojawiłam, sprzątali po Sabacie. Chyba więc jakąś walka była dwadzieścia lat temu.
                            - Hmm… możliwe.- przyznał Joshua i dodał. - Nowy Jork to cenna domena, więc nic dziwnego że walka o niego jest intensywna. Co innego Stillwater, o to nikt nie chce walczyć.
                            - Żałujesz?
                            - Czego mam żałować?- zapytał Joshua.
                            - Że o Stillwater tak nie walczą. Larry by był szczęśliwy.
                            - Larry może i tak, ale ja się już dość nawalczyłem w życiu i nieżyciu… dość napatrzyłem na trupy. Wiesz, że w naturze Brujah jest także idealistyczna nutka? U mnie ten aspekt mego klanu jest silny. U Larry’ego zaś… agresja. Za łatwo poddaje się Bestii w nim drzemiącej. Dlatego tu trafił, a nie z powodu zabójstw. Ktoś w Nowym Jorku liczy, że Larry nauczy się samokontroli, ale marne szanse na to. - zadumał się Książę.
                            - Pawlukow chyba chce by Larry mógł być napuszczony na tych, co chce z nich oczyścić miasto… - skrzywiła się.
                            - Pawlukow… taaa… trochę niefortunnie, że to on jest Primogenem. - przyznał Joshua wzdychając.
                            - Gdyby Książę Nowego Jorku nie trzymał go za pysk, to Pawlukow by zagryzł bezklanowych i cienkokrwistych w krucjacie na całe miasto... - mruknęła - Pewnie dzięki niemu lepiej unikać Brujah w NY... Na wszelki wypadek. Gangrele są nerwowe, ale nie zaatakują, bo zajmujesz miejsce w przestrzeni. Jeżeli jest w tym Primogenie idealistyczna nutka, to chyba jest ona z krwi elementu, jakiego nie chce. - przesunęła dłonią po grzywce - Najemnicy Brujah są tą bardziej opanowaną częścią twojego Klanu, Książę. Temu też byłam... zaniepokojona... że Brujah jest tu Księciem.
                            - Pawlukow to z natury twardy komunista… a może faszysta? Czerwony faszysta, tak go nazwijmy. - zaśmiał się Smith i wzruszył ramionami. - Może ktoś go w końcu strąci z jego tronu, oby. Niemniej nikt go nie lubi, więc o władzy absolutnej w mieście może tylko pomarzyć.

                            - Widziałeś kiedyś władcę Nowego Jorku, Książę? - zapytała zaciekawiona.
                            - Od czasu do czasu go widuję. Współpracujemy razem… nasze domeny są obok siebie, a w dzisiejszych czasach podróż na duże odległości nie stanowi już problemu. No i mamy telefony. - dodał z uśmiechem.

                            Caitiffka przysunęła się, wyraźnie zainteresowana. Jak ciekawe wszystkiego małe stworzonko.

                            - Jaki on jest?
                            - Czarujący oczywiście. - odparł Brujah i dodał wyjaśniając. - To rasowy Ventrue, przystojny i szarmancki, trzymający nerwy na wodzy i znający savoir-vivre. Wszystkie te plotki jakie o nim słyszałaś na ulicy są zapewne prawdziwe. Ale nie jest to sadystyczny maniak i furiat. Tylko kalkulujący na zimno socjopata.
                            - Czy to lepiej?
                            - Z pewnością dla niego. Ale i dla miasta. Bądź co bądź, trzyma Pawlukowa na smyczy i nie pozwala Tremere się rozpanoszyć. I powstrzymuje ambitnych szeregowych Nosferatu i Malkavian przed rzuceniem się sobie do gardeł. - wzruszył ramionami Brujah. - Jesteśmy potworami, więc dobrze jeśli ktoś trzyma nas w żelaznym uścisku.
                            - Nie tak go straumatyzowana Lukrecja opisywała…
                            - Dla każdego Kainity odsłania inną twarz. - zaśmiał się Smith.- Poza tym, dlaczego miałby być miły dla kogoś, kto spiskował przeciw niemu?
                            - Według niej to zwykły psychopata rodem z najbardziej obrzydliwych horrorów...
                            - Hannibalem Lecterem jeśli już…- wzruszył ramionami Brujah.
                            - Ona tutaj zawsze taka była? Nerwowa, mówiąc delikatnie, na jego temat?
                            - Nie wiem. Nie znałem jej, zanim przybyła do Stillwater. A większość z was nie przybywa z dobrym nastawieniem do sytuacji w jakiej się znaleźliście. - wzruszył ramionami Joshua.
                            - Ale już w Stillwater?
                            - W Stillwater zjawiła się jeszcze bardziej zastraszona. Miała napady paniki przed świtem. Bała się wchodzić do trumny.- wzruszył ramionami Joshua. - Z czasem jej przeszło, nieco.

                            - W sumie jak go nazywasz w rozmowie? Chyba nie "Książę". To byłoby... dziwne.
                            - Obawiam się, że to sekret. Może mało ważny, bo ma tylko dodawać mu tajemniczości, ale sama rozumiesz… to sekret. - zażartował Brujah.
                            - Teraz automatycznie będę snuła domysły, czasem możliwie kompletnie niepoważne. - podśmiewała się - Często się spotykacie, Książę? Chyba na pokera nie przychodzi.
                            - Od czasu do czasu… raz, dwa… do trzech razy na rok. Częściej dzwonimy. - wzruszył ramionami Kainita.
                            - Jak sądzisz Książę, kogo wyśle Augusto? Jeżeli chciałby po prostu zabić, to by chyba przekazał to Nadii?
                            - Augusto musi się liczyć z moim zdaniem na temat spraw dziejących się na moim terenie. Nie może tak po prostu nakazać wykonanie egzekucji na Kainicie który jest pod moją opieką. Nadia… ma wiele zalet, ale dyplomacja nie jest jedną z jej atutów.- wyjaśnił Smith.
                            - To Charlie liczy się jako wampir pod twoją opieką? Nie pojmany wróg?
                            - Jako mój zasób… moja własność. - doprecyzował Książę.
                            - Dziękuję za rozmowę, Książę. - Ann skłoniła się grzecznie. W Nowym Jorku to by bardziej było podszyte niechęcią i strachem. Tu nie czuła tego stresu - Ostrzegę, że Clyde przykleił się do Dziecka Lukrecji... a to może zakończyć się fajerwerkami, jeżeli przesadzi.
                            - Ileż można go niańczyć.- Joshua jakoś się tym nie przejął.

                            Powrót do domu Toreadora był... bardzo energetyczny. Ann wręcz tam wparowała, trochę nabuzowana wyprzedzając Williama, który wszedł zaraz po niej z zafrasowaną miną.

                            - Czy to prawda? - Ann wypaliła od razu, nie precyzując.
                            - Czy to prawda? Co jest prawda?- zapytał mężczyzna, nie bardzo wiedząc, o co wampirzycy chodzi.
                            - Że można zjeść duszę innego wampira i później on może zająć ci ciało. - zapytała.
                            - Tak… choć rzadko to jest krótkotrwały proces. Mówimy tu o latach zmagania się z wrogiem we własnym ciele. - wyjaśnił Toreador i zaciekawiony rzekł. - Czemu pytasz?
                            - Joshua mi powiedział o tym. Brzmi... Źle.
                            - Nie jest to tak częste. Tylko wyjątkowo silne osobowości mogą przetrwać zdiabolizowanie i zagnieździć się w głowie zabójcy. Acz… mamy inne problemy do omówienia.- Kainita skierował się do lodówki, by przygotować krwawe drinki.
                            - Mam się już niepokoić? - ciągle diabolizacja siedziała w głowie Ann, ale słowa Toreadora były zbyt niepokojące. Ruszyła za Williamem - Coś zrobiłam? - zapytała zaniepokojona. Nie byłby to pierwszy raz, gdy oskarżaliby ją o coś, czego nie zrobiła.

                            - Masz być ostrożna. - odparł Toreador wracając z drinkami.- Jak już ci wspomniałem teren kopalni jest miejscem które należy omijać z wielu powodów. Z których najważniejszym jest to, że obecni właściciele kopalni są… bardzo tajemniczy. I potencjalnie bardzo groźni.
                            - Mają ogień? Miotacze ognia?
                            - Prawdopodobnie coś gorszego. - zadumał się Blake podając jeden z drinków wampirzycy. - Otóż… jakiś czas temu kopalnię kupiło duże konsorcjum czy może jakiś fundusz. Osobiście to nie wyznaję się na tym biznesowym żargonie. Od tego mam opłacanych prawników. Niemniej… ci osobnicy kierują kopalnią gdzieś z daleka i… nie wiemy kim są naprawdę. Nadia pogrzebała i doszła do muru. Lukrecja okręciła sobie dyrektora kopalni wokół palca i… cóż, jest on tylko miejscowym zarządcą. Niewiele wie o swoich panach. Poruszyłem moje kontakty wśród nowojorskich Nosferatu i… z tego grzebania wynikło kilka wniosków. Po pierwsze żadne wampiry z Camarilli czy Anarchów nie maczają tu palców. Możliwe że to Sabat, ale… - wzruszył ramionami William.- … modus operandi do nich nie pasuje. Giovanni uprzejmie zaprzeczyli, by rodzina się w tym mieszała. Ale jednocześnie, całość dobrze zagmatwana i ukryta. Nadia nie odkryła co się kryje w tym kłębku, Nosferatu z Nowego Jorku, po długim grzebaniu odmówili dalszej współpracy, zwrócili zaliczkę i poradzili by to zostawić w spokoju. Mogli co prawda pogrzebać głębiej, ale… znasz powiedzenie o Otchłani?
                            - Może temu Nadia tak chętna. Tajemnica i Tremere. Oni nimi istnieją. - Ann zaczęła myśleć czy to i Cyrilowi by się przydało.
                            - Nadia uważa że to ośrodek Technokratów. To taka sekta magów, jedna z wielu sekt… jedna z większych sekt. - wzruszył ramionami Blake i wyjaśniał. - Na terenie kopalni jest wydzielona część terenu pod nietypową funkcję. Ośrodek Badawczy obejmujący kilka budynków i część szybów kopalnianych. Podobno szukają tam nowych złóż soli. Nikt z miejscowych górników nie ma tam wstępu. Pracujący tam badacze, ochroniarze i inni pracownicy nie mieszkają w Stillwater i nie przyjeżdżają do miasta. Nie można więc ich wybadać. To pewnie tam chcą uderzyć Wilkołaki.
                            - To może być... warte ryzyka. - upiła krwi - Nie sądzisz?
                            - Może… lub nie musi. Nosferatu odpuściły moje zlecenie obawiając się że strona przeciwna zdoła nie tylko odkryć fakt, że są sprawdzani, ale i… dotrzeć do samych Kainitów i ich sekretów. - wzruszył ramionami William i dodał. - Możliwe też że ryzyko okaże się większe.

                            - Może to pokaże, że ktoś nieuprawniony działa w domenie Joshui. Wątpię by był z tego szczęśliwy.
                            - Są siły na tym świecie, potężniejsze niż Książę na swojej domenie, siły które lepiej pozostawić w spokoju. - odparł melancholijnie William.- Zatopiona w bagnie piramida jest takim przykładem. I Joshua dobrze wie, że ktoś potężny mąci wokół kopalni. Wspominałem już, że Wilkołaki regularnie próbują dokonywać tam aktów sabotażu i ekoterroryzmu?

                            Spojrzał na Ann dodając. - W ich wyniku zginęło co najmniej kilku członków stada. I ani jeden akt terroryzmu z ich strony nie został zgłoszony Smithowi. Ani jednego śledztwa nie musiał tam przeprowadzać. Oficjalnie żadna wilkołacza napaść nie miała miejsca. A trupy jakie były ich wynikiem przepadały bez wieści.

                            - To czemu Książę tak spokojnie Nadię i mnie wysyła? - skrzywiła się - Już podpadłam czy to Nadii ma zabraknąć, a ja się napatoczyłam?
                            - Same żeście się zgłosiły. Tyle, że Nadia zna ryzyko. Ty nie. - odparł William i uśmiechnął się dodając. - I nie mówię ci tego wszystkiego po to, by cię odwieść od tego. Tylko żebyś wiedziała co cię czeka i cóż… była ostrożna. Garry postara się wytargować u futrzaków jak najlepsze warunki na tę misję dla was.
                            - Każda taka możliwość to szansa dla... mnie. - spojrzała w kieliszek - Nie zrozumiesz... - szepnęła.
                            - To prawda. Nie staniesz się potężna, uciekając przed wyzwaniami.- odparł ciepło Kainita upijając nieco krwi z kieliszka. - Jak ci się podoba bycie po drugiej stronie? Wśród wprowadzających nowego Kainitę do społeczności?
                            - Nigdy bym tego nie spodziewała się? To Ventrue. Nie oczekuję żadnej pozycji czy wyższości nad nią.
                            - Takie bzdurki jak pozycja zostaw dla snobów z NY. Tu wszyscy mamy podobną pozycję…- zaśmiał się William. - Jest nas mało i musimy na sobie polegać tak. jak podczas akcji w starym tartaku. Bo nie mamy pod sobą sług, którzy za nas będą brudzić sobie paluszki.
                            - A wyobraźmy sobie, że wracamy do NY. Nagle zmieni się wszystko. Teraz podpadnę, późnej zapłacę. - wzięła większy łyk.
                            - Masz rację.- przyznał się William i wzruszył ramionami dodając przyjaźnie.- Ale tym pomartwisz się później. Nie wiadomo, jaka wrócisz do Nowego Jorku. Garry już cię uczy, nieprawdaż?
                            - Tak. Próbuje moje nerwy zniszczyć. Jeszcze się mu nie powiodło, choć chyba każdą kość już złamał...
                            - Potęga rodzi się w bólu.- odparł żartobliwie wampir i dodał.- Ceń nauczycieli, bo ciężko o nich wśród naszego rodzaju. Wiedza jest zazdrośnie strzeżona.
                            - Nie odrzucam przecież. Cyril nie dałby aż tyle, co wy dajecie, choć rozmową. Ale to nie znaczy, że on nic nie daje! - szybko dodała.
                            - Nie wątpię.- skłamał gładko Kainita dopijając drinka, przeciągnął się i dodał.- Ja już się położę. Dla mnie to już była wystarczająco dłuuga noc, ale ty możesz posiedzieć jeszcze, jak chcesz. i nie zapomnij zmierzwić łóżka przed pójściem na nocleg. Gosposia przyjdzie zmienić pościel.
                            - Bez problemu. - dopiła drink - William... - odezwała się jeszcze - Czy ty nie lubisz Cyrila?
                            - Hmm… nie… Po prostu… dobrze go znam. - odparł enigmatycznie William, uśmiechając się lekko. - Może nawet… za dobrze.
                            - Nie wydajesz się popierać tego, co mówię o nim. Grzeczny unik stosujesz. - spojrzała przenikliwie - Co jest nie tak?
                            - Wiem, co przez ciebie przemawia. Widziałem to nie raz. Ba, sam byłem ofiarą więzi krwi.- uśmiechnął się smutno William. - Nie jesteś w stanie dostrzec Cyrila takim, jaki jest… widzisz go przez różową mgiełkę.
                            - Wiem co on mi daje. - zaprotestowała - Nikt inny opieki kundlowi nie da.
                            - Papa Roach zwykł dawać. - przypomniał jej Blake i machnął ręką. - Ale darujmy sobie ten temat. Cyril ma swoje zalety, ma i wady, jak każdy z nas.
                            - Nie zrobił mi nigdy krzywdy... a cena za opiekę, naukę i troskę - żadna.

                            W oczach Ann dało się zobaczyć gorące uczucie podobne trochę ludzkiej miłości, choć oblane czymś, czego nie powinna w nim zaznać. Bólem. Kłamstwem. Tęsknotą?

                            - Nie on to inny. Lub Ostateczna Śmierć. Bez Cyrila zostałabym zabita. Tak kończą bezklanowe i bezpańskie wampiry. - powtórzyła słowa Tremere - Cyril nigdy nie poddawał w wątpliwość, że jestem wampirem, co w Nowym Jorku jest kwestią niepewną dla zbyt wielu Spokrewnionych. Roach? Słyszałam go raz. Póki mówi i moc działa, póty jesteś oczarowany. Przestanie mówić... - pstryknęła palcami - Czar pryska i zostają brednie szaleńca. Tak łatwo odchodzi…
                            - Taki jest urok Papy Roacha.- przyznał z uśmiechem Blake i skinął głową. - Ale… nie powinnaś zbyt dużej wagi przywiązywać do słów wypowiadanych przez Kainitów. Ważniejsze są ich czyny i decyzje, jakie podejmują oni za zasłoną tych słów. Wiem coś o tym… w końcu jestem poetą.
                            - Czyny Cyrila są dobre dla mnie. Ma swoje cele, jasne, ale jednocześnie generują pozytywy dla mnie. - spojrzała Williamowi w oczy - Czuję się w tym związku szczęśliwa. Daje mi nieznane wcześniej uczucie. Jakiś spokój. Bezpieczeństwo. Poczucie, że kogoś jeszcze obchodzisz...
                            - Oczywiście, że to czujesz. Upojenie krwią jest jak miłość w płynie.- odparł ciepło mężczyzna, pogłaskał Ann po policzku mówiąc. - I jest to cudowna rzecz, nie pozwól jednak, by upoiła cię jak wino. To moja rada dla ciebie. No… chodźmy wypocząć i nie zamartwiaj się tymi kwestiami. Każdy z nas to musiał przejść.
                            - Załatwię nieporządek w pokoju. - odstawiła kieliszek i zaczęła się odwracać - Och. - ponownie spojrzała na Toreadora - Z kim ty byłeś w więzi?
                            - Najpierw z moim twórcą, a potem… z moimi… dziećmi. Ostatecznie… nie zakończyło się to dobrze ani razu. - odparł melancholijnie Kainita.
                            - Stwórca cię zmusił?
                            - Nie… sam chciałem. Tak jak Pa… Miracella… bardziej nawet niż ona. Kochaliśmy się. Naprawdę. I to bez więzi krwi. Zakochałem się w nim, zanim poznałem jego naturę, zanim posmakowałem jego krwi.- rzekł sentymentalnie Toreador i westchnął. - Ale to opowieść na długi wieczór na werandzie. Może kiedyś ci wszystko opowiem.
                            - Nie wiem, jak można kochać Stwórcę... - jeżeli Ann miałaby wskazać, kogo nienawidzi najbardziej... - Ale idź spać. Kiedyś o to pomęczę...

                            Mówić, że Ann była przerażona to nic nie mówić. Dramatycznie wręcz szukała Cyrila, nie wahając się nawet napaść na przypadkowego ghula, którego kojarzyła. Na szczęście ten faktycznie pracował dla poszukiwanego Tremere.
                            Dla uspokojenia sytuacji ghul zabrał wampirzycę do budynku, w którym Cyril rezydował, gdy musiał być oficjalny.
                            Polecił innym sługom sprowadzić szybko pana, jako że nabuzowana Ann zaczynała panikować... A panikujący Spokrewniony mógł być sporym problemem.

                            Tremere zjawił po przerażająco długiej chwili, nieszczególnie zadowolony z pojawienia się wampirzycy. Wszedł do pokoju, z obliczem wyrażającym kamienny spokój.
                            Caitiffka od razu podbiegła do niego na odległość dłoni i wyraźnie przerażona wyrzuciła słowa.

                            - To wypadek, nie chciałam, mamy problem, ratuj, nie karaj mnie!

                            Spanikowana ledwo akcentowała odstępy między słowami.

                            - O co chodzi?- odparł beznamiętnie Cyril przyglądając się dziewczynie bacznie, acz bez entuzjazmu.
                            - Ja... - bała się wypowiedzieć, ale w końcu wyszeptała - ...złamałam Maskaradę...
                            - Szlag. - Wampir nieco zbladł pocierając czoło dłonią. - Jak złamałaś?
                            - Nagrano mnie komórką, gdy jadłam... Nie wiedziałam, że tam ktoś jest!
                            - Co z nagrywającym cię? I gdzie jest ta komórka?- zapytał Tremere.
                            - Było dwóch... jednego dorwałam, nie wiem czy żyje... Ale nie on miał komórkę. Ten z komórką uciekł... Nie wiem gdzie!
                            - Dwóch? To brzmi… podejrzanie.- sięgnął do kieszeni i wyciągnął komórkę. Powoli wystukał numer i zadzwonił.
                            - VJ? Tu Cyril. Tak… mam robotę dla ciebie. Tak, standardowa stawka. Trzeba posprzątać po wypadku. Namierzyć komórkę i uciszyć właściciela. Wiem… nie zajmujesz się brudną robotą. Od tego mam koterię mi podległą. Wyślę do ciebie wampirzycę, ona tam wszystko ci wyjaśni. - powiedział.- Mhmm… myślę że tak, za pół godziny? Ok, wystaw mi rachunek i podeślij na adres zboru.

                            Odłożył komórkę dodając.- Poczekaj tu, przyjdzie tu do ciebie ghul i zawiezie pod wybrany przeze mnie adres. W środku mieszka VJ, to nosferatu zajmująca się hakerką. Powiesz jej wszystko co wiesz na temat tego wydarzenia. Ona ustali adres i wyruszysz z resztą swojej koterii posprzątać ten bajzel.

                            - Książę się nie dowie...? - zapytała drżąc.
                            - Może tak, może nie? Takie wpadki się zdarzają, to nie jest rażące naruszenie Maskarady. O ile oczywiście nie wyjdzie z tego większa afera. No i… dwóch osobników, może oznaczać, że nie było naruszenia Maskarady. To mogli być czyichś ghule, jacyś łowcy wampirów… kto wie.- wzruszył ramionami Cyril.- Tak czy siak VJ się dowie i wy posprzątacie wszystko. Trzeba będzie zabić ich obu. Zrzuci się to na porachunki gangów lub coś w tym stylu.
                            - Wiesz, że nie jestem... chętna zabijać...
                            - No i…? To nie ty będziesz zabijała.- wzruszył ramionami Tremere. - Samson nie ma takich skrupułów.

                            Ann wzięła kilka głębokich wdechów, których brać nie musiała. Młoda wampirzyca miała problem czasem z porzuceniem dawnych nawyków.

                            - Dziękuję... - niespodziewanie przytuliła się do Cyrila.
                            - Bez przesady… odpowiadam za ciebie przed Księciem.- odparł stary wampir wyraźnie nie wiedząc, jak się zachować w takiej sytuacji. I wyraźnie nie mając ochoty na fizyczny kontakt.

                            Problem, że Ann nie miała oporów. Wciąż pamiętała życie.

                            - Nie karaj mnie za to... - najwyraźniej ucieczka przed Tremere wciąż siedziała w pamięci, gdy wtulała się w wampira.
                            - Na twoje szczęście… nie mam akurat teraz czasu na wymyślanie kar dla ciebie i nie wiem jeszcze na ile ta sytuacja zaistniała z twojej winy. A na ile to jakaś pokręcona intryga moich wrogów. To wszystko za bardzo wygląda na kiepski scenariusz teatralny. - odparł Tremere.

                            Ann jeszcze chwilę poprzytulała się w wampira, wyraźnie odczuwając jakieś bezpieczeństwo w tej sytuacji.

                            - Ventrue nie będą szczęśliwi, że muszą sprzątać po mnie…
                            - Oni ciągle nie są szczęśliwi będąc u mnie w kieszeni.- wzruszył ramionami Cyril delikatnie, ale stanowczo odpychając Ann.

                            Dziewczyna nie protestowała, gdy zakończono ten pokaz uczucia.

                            - Jesteś na mnie bardzo zły...? - trochę skuliła się w sobie.
                            - Nie mam czasu być zły na ciebie. Mam sprawy do zrobienia, które ty przerwałaś. - spojrzał na zegarek.- I ty masz mało czasu… trop stygnie. Dobra, idę załatwić formalności. Przyjdzie szofer, zawiezie cię do VJ i… wiesz co masz robić.
                            - Tak jest, tak jest, nie zawiodę cię! Przysięgam!

                            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • AbishaiA Niedostępny
                              AbishaiA Niedostępny
                              Abishai jako XXI
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                              #20

                              Minęły kolejne dwie noce? A może trzy? Łatwo było zatracić tu się w czasie.
                              Nowy Jork ciągle zaskakiwał, a Cyril zawsze miał jakieś sprawy do załatwienia… które oczywiście musiała załatwić podległa mu koteria, zastępując go w tym zadaniu. Nie zawsze było to coś ekscytującego. Najczęściej coś trzeba było przywieźć, coś zawieźć, z kimś pogadać. I zwykle od gadania byli Ventrue z jej ekipy, ona miała stać i pilnować okolicy.
                              Czasami trzeba było po prostu podjechać limuzyną do myjni samochodowej. Ot, duperelki które przerywały rutynę kolejnych nocy. Tu… tego nie było. Cyril nie dzwonił, a od Ann nikt niczego nie wymagał. Była sama i sama musiała decydować czym wypełnić pustkę kolejnych nocy na zadupiu Wielkiego Jabłka.

                              I wypełniała je nudą, bólem i łomotem. Nudę zapewniała jej praca na stacji benzynowej, resztę otrzymywała podczas treningów u Garry’ego. Tam zresztą też i zakradła się nuda. Obijane co noc ciało zrastało się podczas snu i… z każdym kolejnym biciem ciało Ann robiło się coraz bardziej otępiało. Bolało coraz mniej i każdy raz stawał się coraz mniej zauważalny. Może to ta legendarna wytrzymałość… może po prostu, zbyt długo była na ćpunskiej diecie, że zaćmiony morfiną umysł nie potrafił odczuwać bólu. Niemniej Garry był zadowolony z wyników i według niego, Ann wkrótce zakończy ów trening sukcesem.
                              Sama caitifka nie była pewna czy powinna się z tego powodu cieszyć, czy smucić. I czy rzeczywiście jest tak twarda jak twierdził hippisowaty Gangrel ?

                              Była to już trzecia noc i to późna, gdy William i Ann czekali wspólnie na przyjazd limuzyny Fundacji Henry’ego Palafox Lumiere'a. Bo taką siedzibę i nazwę obrali sobie Tremere w Nowym Jorku. Choć wśród wampirów krążyła inna prześmiewcza nazwa tej organizacji… Howard Phillips Lovecraft Foundation. I była równie trafna. Ów tajemniczy Henry, założyciel Fundacji był filozofem i profesorem religii, stworzył jakieś tam teorie na temat rozwoju wyznań starożytnego Egiptu, które nie dały mu nawet długiego wpisu w encyklopedii. Był też założycielem Fundacji, która prowadziła badania dotyczące starożytnych kultów i fundowała stypendia zdolnym studentom kierunków humanistycznych, oraz opłacała praktyki na różnych wykopaliskach.
                              Na zewnątrz fundacja jakich wiele na świecie, w dodatku o niszowych obecnie zainteresowaniach i tematyce. W środku zbór Tremere i ośrodek rekrutacyjny ghuli. Ann miała okazję zwiedzić go za życia. Wtedy uznała to miejsce za dość szowinistyczne i nudne. Dopiero po śmierci odkryła upiorną prawdę.

                              Limuzyna powoli nadjeżdżała przed hotel Lukrecji. William i Ann mieli być komitetem powitalnym, gdyż… Joshuę wezwano do wypadku i jako pełniący rolę szeryfa nie mógł się wymigać od swojej śmiertelnej roli. Dlatego też zadania powitania gościa klanu Tremere spadło na Blake’a. A Toreador wziął Ann do pomocy. Sama Ventrue odmówiła bowiem kategorycznie osobistego powitania Tremere. Czekała na niego w swoim biurze i nie zamierzała go opuszczać.
                              Tak więc… stali obok siebie. Czekali aż ciemna limuzyna ze złotym logo Fundacji zatrzyma się przed nimi.

                              https://imgbb.com/

                              Najpierw wysiadł z niej kierowca. Rosły murzyn o łysej głowie i krótkiej bródce. Ubrany w czarną skórzaną kurtkę, spod której wystawała lekko rękojeść uzi. Ann znała tego typa.
                              |-Raze z klanu Gangrel. Najemnik i to dość drogi. Brutalny w walce i skuteczny w polowaniach. Zabójca, ochroniarz, kurier. Sprawdzał się w każdej roli. Tym razem był szoferem, ochroniarzem i opiekunem. I nie wydawał się szczególnie zadowolony z tego zadania.

                              Obszedł wóz i otworzył drzwi do limuzyny. Wysiadł z niej blady, stary Tremere o wyjątkowo niebieskich oczach i kościstej twarzy, ubierający się w elegancką czerń. Serce Ann by stanęło w miejscu, gdyby nie to że już od dawna nie było.
                              |-Wysłannikiem Palafoxa był… Cyril .

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ZellZ Online
                                ZellZ Online
                                Zell jako Ann Paige
                                Moderator Obsługa
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                #21

                                Wszystkie mięśnie Ann napięły się w jednym momencie, gdy stanęła sztywno, całkowicie nieruchomo. Nie chciała zrobić złego kroku w tym momencie. Zakładała, iż przybycie Cyrila oznacza, że zapewne został wysłany do Stillwater w zamiarze poniżenia go. Musiał czuć się fatalnie w tej chwili...

                                Jak chłopiec na posyłki, pośledni kainita. Nie mogła ryzykować jego złości.

                                Nie była w stanie odezwać się, patrząc na Cyrila szeroko otwartymi oczyma. Zalały ją emocje zasiane krwią Tremere - wampirza wersja miłości. Nie mogła myśleć trzeźwo, jak zobaczyła tego, za którym tak tęskniła, którego straty tak bardzo się bała...
                                Po chwili otrząsnęła się na tyle, aby skłonić głęboko przed starym wampirem.
                                William widział, że Ann nie będzie zbyt pomocna, rażona słodkim uwielbieniem kajdanów. Jej myśl musiała teraz pływać w różowej mgiełce oszukiwanego szczęścia…

                                Ann poczuła jak czyjaś dłoń mocno zaciska się na jej. Dłoń Blake’a… jakby chciał dopilnować, by nie zrobiła czegoś głupiego. A Cyril… wydawał się jej nie zauważać. Rozejrzał się dookoła z kwaśną miną, uśmiechnął “dyplomatycznie” i ruszył w ich kierunku. Raze tuż za nim, nie bawiąc się w odstawianie limuzyny w miejsce bardziej odpowiednie dla tego pojazdu.

                                - Witamy w Stillwater. Zapytałbym czy podróż minęła przyjemnie, ale… stąd do Nowego Jorku jest obecnie ledwie parę godzin.- zażartował Toreador na powitanie.
                                - Parę nudnych godzin. Ściągnęła mnie tu dramatyczna plotka o renegackim Tremere.- odparł uprzejmie Cyril i westchnął. - Nic tu się nie zmieniło, odkąd byłem tu ostatnio.
                                - No… nic. Z tego co mi wiadomo… zatrzymasz się tu na dwie lub trzy noce? - zapytał William.- W każdym razie na dłużej.
                                - Na tyle, na ile będę potrzebował, by dogłębnie zbadać sprawę. Czyli co najmniej dwie noce.- przyznał Tremere i westchnął. - Lukrecja nadal gości nas w ołowianych grobowcach?
                                - Tak. Łatwiej je sprzątać.- przyznał Toreador.- Tak twierdzi.
                                - Ech… zapłacę za wersję luksusową.- rzekł z wyraźnym żalem Cyril, a William zwrócił się do Ann. - Idź, powiadom Lukrecję.
                                - Tak, oczywiście. - wydusiła z siebie, z bólem zdejmując spojrzenie z Cyrila. Szybko odwróciła wzrok i usilnie chcąc odciągnąć uwagę od Tremere, skierowała się szybko do Elysium Stillwater.

                                Przeszła przez główną salę z barem. Obecnie już pełne gości i ruszyła w kierunku schodów. Znała już dobrze każdy “publiczny” zakamarek budynku i kilka “niepublicznych”. Miała jednak świadomość, że lekko paranoiczna Ventrue z pewnością zaplanowała w swoim leżu kilka niespodzianek znanych tylko sobie.
                                Ann doszła w końcu do drzwi i zapukała. Usłyszała.

                                - Kto tam?

                                Paranoiczna Ventrue jest paranoiczna...

                                - Ann. - odparła wampirzyca ciągl trochę mając Cyrila przed oczami - Gość przybył.
                                - Mhmm… i co z tego?- odparła beznamiętnym głosem wampirzyca poprzez zamknięte drzwi. Po czym dodała. - Wejdź.

                                I co z tego?! Cyril to nie jest "nic z tego"! Weszła, starając się panować nad niechcianymi i niepotrzebnymi teraz emocjami.
                                Lukrecja była zajęta pracą w postaci gapienia się w monitor komputera. Przelotnie spojrzała na Ann dodając. - Coś jeszcze chcesz dodać na temat owego gościa?

                                - Będzie badał dogłębnie sprawę tego młodego, mówi że co najmniej dwie noce zostanie w mieście.
                                - Mhmm…- zaś zainteresowanie Ventrue sięgało dna. - Mamy sporo wolnych puszek. To nie tak, że turystyka wśród Kainitów rozkwita.
                                - Zapłaci za opcję Lux. - spojrzała uważnie na Lukrecję - Gdzie jest ten magiczny?
                                - Zamknięty i bezpieczny. Bez Joshui Tremere nie ma do niego dostępu. Polecenie naszego księcia. - odparła Ventrue.
                                - Biorąc pod uwagę, że wysłał tak silnego Tremere, to pewnie Augusto się przejął jednak sprawą. - zahaczyła.
                                - Najwyraźniej na starość zaczyna robić z igieł widły.- stwierdziła kwaśno wampirzyca. - Ten Panders nie jest warty pakowania się w konflikty.
                                - Miałaś kontakty z Augusto w Nowym Jorku?
                                - Oczywiście że miałam. Coś tam znaczyłam. - odparła sarkastycznie Lukrecja.
                                - To pewnie znałaś też Cyrila Sauveterra?

                                No i pojawił się tik nerwowy na twarzy Ventrue.

                                - Czy znałam? Czy znałam? Oczywiście, że znałam… któż go nie znał. - odparła chłodno. - Zginął może?
                                - Em... To ten wysłannik. - powiedziała krótko, klnąc w myślach.
                                - Hmmm… to ciekawe. - zadumała się Lukrecja.
                                - Co w tym ciekawego? - zapytała zdziwiona.
                                - Augusto dobrze wie, że Cyril od lat próbuje zająć jego miejsce za pomocą różnych intryg. Nie posłałby do ważnej dla niego misji. Bo nie ufa mu w ogóle. - stwierdziła Ventrue.
                                - Mam mu powiedzieć, żeby przyszedł do ciebie czy sama pójdziesz? Pani?
                                - Niech się przespaceruje. W jego wieku i profesji, ruch to zdrowie. Czarownicy zwykle nie ruszają się poza swoje pracownie. - odparła z ironicznym uśmiechem Lukrecja.
                                - Czy nie byłoby jednak lepiej pierwszej stanąć mu na drodze? - Ann kombinowała, jak nie drażnić dalej Tremere.
                                - Nie. - odparła dumnie i władczo Lukrecja podkreślając ten fakt całą mimiką swojego ciała. To był jej zamek, tu ona była władczynią i z pewnością chciała by petent Tremere to odczuł.
                                - Dobrze... - wampirzyca poddała się z nietęgą miną. Nawet gdyby to nie był ten wampir, ale inny równie silny... nie uśmiechałoby się jej mu przynosić takich wieści.

                                Pozostało tylko powiadomić rozmawiających przy barze Kainitów o tej sprawie. To znaczy Williama i Cyrila, bo Raze siedział w milczeniu i popijał “krwawą Mary” szukając wzrokiem potencjalnych zagrożeń dla Tremere pośród miejscowych typków. Na nieszczęście dla niego, jego masywna sylwetka Gangrela odstraszała wszystkich potencjalnych kandydatów do rozróby.
                                Caitiffka podeszła do stolika i automatycznie skierowała uwagę na Cyrila.

                                - Pani Lukrecja Borgia przyjmie cię w swoim gabinecie, panie... - mówiąc to zachowywała kontakt wzrokowy z Tremere... a spojrzenie Ann ukrywało w sobie tłumione uczucia.
                                - Nadal stroi fochy? Po tylu latach mogłaby dać sobie spokój.- odparł ze zrezygnowaniem i wyraźnym brakiem zaskoczenia Cyril, a William wzruszył ramionami.- Ma prawo być zgorzkniała.
                                - Niektórzy nie potrafią ruszyć z miejsca.- przyznał ironicznie Tremere.- Ciągle tkwią w mentalnych okowach swoich poprzednich zwycięstw i porażek.
                                - Zaprowadzić cię do niej, panie? - zapytała usłużnym tonem.
                                - Znam dobrze drogę. Zadbaj o to, by mój pokój był odpowiednio przygotowany. Znasz jej służbę.- Kainita wstał powoli, a Raze wstał wraz z nim. Jedynie William pozostał przy stoliku, wodząc spojrzeniem po miejscowych przystojniakach, zabijając tym czas.

                                Ann za to od razu skierowała się w stronę jakiejś pracownicy, która skieruje ją do pokoju dla Cyrila. Oczywiście, w pewnym stopniu zignorowała istnienie Williama i Raze'a.

                                Najlepszym wyborem była to tego Patty. Która, choć teraz awansowała na wampirzycę, nie zmieniła statusu. Nadal była pracownicą tego przybytku i podwładną Lukrecji.

                                - Wysłannik Tremere weźmie płatną opcję pokojową. - stwierdziła, gdy podeszła do nowego Dziecka Ventrue, które omiotła wzrokiem - Jak ci się istnieje w nowym-starym świecie?
                                - Cudownie. - odparła z uśmiechem Miracella i skinęła głową, a potem dłonią by Ann podążyła za nią. - Uczę się jak korzystać z moich talentów. Mistrzyni mówi, że mam duży potencjał.
                                - Mam nadzieję, że twoja nauka nie polega na biciu cię? Za ładna jesteś na to. -stwierdziła z uśmiechem, idąc za dziewczyną.
                                - Nie. I nie bardzo rozumiem skąd ten pomysł.- zdziwiła się Kainitka prowadząc Ann przez korytarze, po drodze zabrała z kasetki przy drzwiach klucze do jednego z “apartamentów”.

                                A gdy dotarły na miejsce otworzyła go. Był to schludnie urządzony pokój o lepszym standardzie niż przeciętne hotelowe pokoje. Z żelaznymi żaluzjami na oknach, oraz z solidną dębową trumną w miejscu łóżka ukrytą za masywnymi kotarami otaczającymi ją ze wszystkich stron.

                                - Jak widzisz… jest tu całkiem ładnie.- rzekła wampirzyca prezentując pomieszczenie przed Ann.

                                Caitiffka rozejrzała się uważnie, myśląc czy Cyril będzie zadowolony, czy marudny... Z nim nie było pewności.

                                - Sądzę, że przypadnie do gustu.

                                Odwróciła się do rozmówczyni.

                                - Powiedz mi... - ściszyła głos - Zmiana imienia na stałe to ty, czy Lukrecji się bardziej podobało?
                                - Wiesz… prędzej czy później musisz umrzeć. - “świeżo upieczona” wyjaśniła Kainitka wzruszając przy tym ramionami.- Śmiertelnicy nie żyją wiecznie, więc ty też nie możesz. I wtedy trzeba sobie pomyśleć nad nową tożsamością. Nowym imieniem w mroku. Miracella bardzo mi się podoba, ale pewnie porzucę je po dziesięcioleciu lub dwóch.
                                - W sumie... jak masz pozycję to wypada... Choć przyznam, że im rzadsze imię, tym ciężej. No i czy masz zamiar zmieniać także dla innych wampirów? Tu nie ma sensu.
                                - Zamierzam z tego imienia korzystać w Stillwater. W Nowym Jorku będę miała nowe, lepsze imię.- odparła wesoło Miracella.
                                - Więc już są plany powrotu? - zapytała, zastanawiając się jak wiele Lukrecja jej powiedziała.
                                - Zawsze są jakieś plany. A poza tym, szefowa może i ma zakaz, ale nie ja. - odparła żartobliwym tonem młoda Ventrue.
                                - Rasowa Ventrue. Już myśli znaleźć sobie niszę na własny zamek. - pokazała język dziewczynie.
                                - Cóż poradzić… mam to we krwi.- zaśmiała się wampirzyca i spytała. - A Ann to twoje prawdziwe, czy przybrane imię?

                                Westchnęła kręcąc głową.

                                - Używałam go i za życia, choć nie urodziłam się Ann. Tak znajomi skracali moje imię, co poparcia w rodzinie nie miało, więc... zaczęłam go używać. Prawdziwego nie lubiłam nigdy. Zbyt pompatyczne. - machnęła ręką - Annabelle.
                                - Według mnie… ładne. - przyznała z uśmiechem Miracella i zapytała.- Czy wszystko ci tu pasuje? To znaczy… w tym pokoju?
                                - Tak, tak. - skinęła głową - Mogę oddać klucz Tremere.
                                - To chodźmy. - zaproponowała Ventrue kierując się do wyjścia z pokoju, a Ann chętnie podążyła za nią.

                                Sytuacja przy barze zmieniła się znacznie w czasie gdy obie dziewczyny plotkowały w pokoju wynajętym przez Tremere. Po pierwsze, Cyril skończył rozmowę z Lukrecją i schodził z nią właśnie do baru. Jego ochroniarz podążał tuż za nim. Po drugie, William rozmawiał przez telefon i ta rozmowa nie była chyba wesoła. A przynajmniej tak mogła sądzić Ann obserwując mimikę Toreadora. Nie był może przerażony, ale z pewnością zafrasowany.
                                Caitiffka podeszła w stronę Toreadora, nie chcąc wyskakiwać przed szereg, jak Cyril schodził tu z nią. Nie odzywała się też do Williama, nie chcąc przeszkadzać w rozmowie.

                                - Będę za kilka minut, bo już schodzą.- najwyraźniej przyszła już na koniec rozmowy, bo William się rozłączył, schował komórkę i ruszył ku Lukrecji i Cyrilowi z nerwowym uśmiechem.
                                - Jest taka sprawa.- rzekł zbliżając się do obojga.- Smith dzisiaj się nie pojawi, coś ważnego wypadło nagle i ja też muszę was opuścić.
                                - Co może być ważniejszego ode mnie… od tej sprawy związanej z jeńcem ? - zdziwił się Tremere, także i Lukrecja była zaskoczona.
                                - Tego dokładnie nie wiem. To nie była rozmowa na telefon.- wyjaśnił Blake. - Joshua przeprasza i mówi że całą tą sprawą zajmiemy się jutrzejszej nocy. Dziś… Lukrecja może przekazać wszystko co się dowiedziała od Pandersa.

                                Cyril nie był z tego powodu zadowolony, ale wydawał się też zaintrygowany.

                                - Więc wybaczcie i do widzenia. - rzekł Toreador, kłaniając się, a Tremere spojrzał na Ann i ruszył głową jakby ją… ponaglając.

                                Ann tylko na sekundę skrzyżowała wzrok z Cyrilem nim nie ruszyła za Williamem, aby na zewnątrz go dogonić.

                                - Co się dzieje? - zapytała - Czy coś z wilkołakami?
                                - Nie… nie wiem. Coś poważnego.- rzekł William wsiadając do swojego samochodu. - Joshua wspominał o dużym problemie.
                                - Więc jedziesz na komendę z nim pogadać? - zapytała - Mogę z tobą jechać?
                                - Nie na komendę. Na miejsce wypadku.- wyjaśnił wampir i spojrzał na Ann nieco podejrzliwie. Następnie wzruszył ramionami. - No dobra… wsiadaj.

                                Nie trzeba było tego powtarzać.

                                - Zabijać nudę: zawsze. - wsiadła do wozu Toreadora.
                                - Powiedzmy…- mruknął ironicznie William i ruszył z miejsca.

                                - ... szeryf Martha Smith dziś ogłosiła wyniki śledztwa dotyczącego pożaru starego tartaku. Znalezione na miejscu zwłoki sugerują zaprószenie ognia w wyniku pijackiej balangi gangu motocyklowego…- ogłaszała spikerka radiowa. Ann już wiedziała, że Martha jest ghulem, oficjalnie szeryfem i żoną Joshui. Książę był dla śmiertelników pantoflarzem i zastępcą szeryfa. No cóż… maskarada na całego.

                                Ann i Williama przysłuchiwali się radiowym wywodom spikerki na temat zacierania śladów po ich akcji w lesie. Toreador był zamyślony i niechętny rozmowom.
                                Ann nie naciskała. Niech wydarzenia same się toczą, ona wybierze moment.
                                Wkrótce dojechali do miejsca wypadku. Niby nic niezwykłego. Ot duża limuzyna rąbnęła w drzewo. Tyle że wrak wyglądał jakby… coś go rozerwało, jakieś zwierzę? Takie było jej skojarzenie, gdy się zatrzymywali.
                                Gliny się tu kręciły, a Joshua z wyraźną wprawą wydawał rozkazy. Ani William, ani Ann nie byli zatrzymywani przez miejscowych.
                                Jakiś Lupin zirytował się na warczącą limuzynę? Tylko kto jeździ taką? Snoby z Nowego Jorku?
                                Dziewczyna była zaciekawiona, ale milczała idąc za Toreadorem.
                                Podążając za nimi, potknęła się o kawałek metalu… część drzwi. Spojrzała w dół i zamarła.

                                Na drzwiach było dobrze jej znane logo.
                                Idąc dalej zastanawiała się, czy znaleźli szkielety w bagażniku…

                                - Kto to zrobił?- zapytał się tymczasem William zbliżając do Joshui. A ten rzekł wzruszając ramionami. - Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz. Niby wygląda na robotę wilkołaków, ale… nawet one chyba nie są w stanie zrobić czegoś takiego. A poza tym, nie powinno ich tu być. To nasz teren.
                                - I na nas spadnie odpowiedzialność. Giovanni się wkurzą. - podrapał po karku Toreador.- Gdzie Garry?
                                - Na odlocie. Tak się uchlał krwią swoich wyznawców, że nie kojarzy prawej dłoni z lewą.- stwierdził sarkastycznie Smith. - Dziś na niego nie możemy liczyć.

                                Spojrzał na Ann. - A ty co tu robisz?

                                - Jak typowy seryjny wracam na miejsce zbrodni. - sarknęła - Co w sumie tu Giovanni robili? - zapytała, unikając własnej odpowiedzi.
                                - Byli przejazdem… - stwierdził Joshua.- … to był ktoś ważny. Jego ochrona została przerobiona na mielonkę, ale żaden z trupów nie pasuje mi na potencjalną dużą szychę. Tu zginęły tylko karki.
                                - Nie poinformowali nas. To możemy wykorzystać jak już wpadną z wizytą.- ocenił William.
                                - Trudno powiedzieć co zrobią Giovanni. Limuzyna wygląda na drogą i cenną. Nie jechał nią szeregowy Kainita. I właśnie on zaginął. Jego szczątków tu nie ma.
                                - Postaram się coś pomóc, ale… moje zmysły są niczym w porównaniu z pupilkami Garry’ego.- westchnął William. - Cyrila przysłali.
                                - Hmmm… ciekawe czy Augusto chce sprawdzić jego lojalność, czy może wpakować na minę. - zastanowił się głośno Smith, gdy William kucnął i przymknąwszy oczy zaczął… węszyć.

                                Ann nie skomentowała czynów Toreadora. Nie były najdziwniejszym, co się działo wokół.

                                - Prawdopodobnie i jedno, i drugie. Przyszły…- William wskazał kierunek.- … stamtąd.
                                - Jesteś pewien? Orientujesz się co to za stwory?- zapytał Joshua, któremu wskazywany przez Blake’a kierunek nie bardzo się podobał.
                                - Nie jestem dobry w tropieniu. Mało futra w każdym razie. Kilka… zapachy bardzo… podobne.- westchnął cicho Toreador.
                                - Co tam takiego jest? - zapytała, patrząc we wskazywaną stronę.
                                - Problemy… - odparł Joshua zerkając na niebo i na księżyc.- … zwłaszcza, że dziś jest pierwsza kwadra.
                                - Pamiętasz szpital, o którym ci mówiłem? On jest właśnie tam. - wskazał palcem Toreador. Clyde już raz pokazał Ann szpital, ale z daleka… i cóż… dojeżdżali wtedy do niego inną drogą.
                                - McElroy będzie potrzebny...? Mogło coś... stamtąd... er... wyjść? - zapytała niepewnie.
                                - Jeśli coś wylazło… mógłby być potrzebny. Z drugiej strony mógłby pogorszyć sprawę.- zastanowił się Joshua i westchnął. - Zadzwonisz do niego William? Niech się tu zjawi. A my się rozejrzymy i miejmy nadzieję, że cokolwiek stamtąd wylazło… ma alergię na ołów. Bo niczym innym nie dysponujemy w tej chwili.
                                - Ok. Czekamy na niego?- zapytał Toreador wybierając numer.
                                - Nie. Chcę ocenić sytuację jak najszybciej i musimy mieć pewność, że kreatura… kreatury nie zdążą rozproszyć się po lesie.- zadecydował szeryf. Następnie zwrócił się do jednego z kręcących się po miejscu wypadku policjantów. - Ej Johnesy, przynieś tu wszystkie śrutówki z aut. Ja i moi znajomi robimy rekonesans. Jakbym się nie odzywał przez… dwie godziny, powiadom o wszystkim moją żonę.

                                Caitiffka zastanawiała się czy Cyril chociaż ruszy dla niej kącikiem ust, za to niebezpieczeństwo, w które ją wkopał...

                                - Wiadomo jak wyglądają te kreatury?
                                - Hmm… nie mam zielonego pojęcia. Ale raczej nie spodziewaj się nic ludzkiego. Trudno powiedzieć co wypełznie z czystego absurdu i koszmaru. - wyjaśnił Joshua, a William dzwoniąc wyjaśnił.- W szpitalu rzeczywistość po prostu… pękła jak lustro i przez jej szczeliny czasem przechodzą… istoty z innych wymiarów. Fairfolk, upiory, widma… demony… coś…
                                - To czemu Tremere nie oblegają tego miejsca, tylko piramidę? - zdziwiła się.
                                - Z tego powodu… że magia Tremere jest bardzo powiązana z rzeczywistością. Nie radzą sobie w ogóle z innymi wymiarami. I cóż… boją się szpitala. Zresztą słusznie. - przyznał William.- Owszem jakiś głupi Tremere mógłby się zapuścić w lustrzane wymiary szpitala i przekonać, że cała jego magia krwi jest równie użyteczna co pistolet na kapiszony. Piramida kryje w sobie przynajmniej tajemnicę. Szpital… tylko śmierć ostateczną.
                                - Czy w takim razie nasz Książę ma teraz skłonności samobójcze? - uśmiechnęła się do Joshui.
                                - Nie idziemy do szpitala. Obejrzmy tylko jego najbliższą okolicę na wypadek gdyby coś stamtąd wypełzło. Nie powinno. Magowie co jakiś sprawdzają i poprawiają nałożone przez siebie bariery.- wyjaśnił szeryf, a William rozpoczął cichą rozmową z McElory’em.
                                - Stillwater może być nudne, ale jak coś się dzieje to chcesz, żeby nuda wróciła... - westchnęła.
                                - No właśnie. W Stillwater uczysz się doceniać nudę.- uśmiechnął szeryf, podczas gdy jeden z pomocników wrócił z dwoma mossbergami.

                                - Wybierz swój oręż pani.- dodał z uśmiechem szeryf, a William zakończył rozmowę.
                                - Już tu jedzie.- poinformował pozostałą dwójkę.

                                Ann wzięła jeden z mossbergów, starając nie uśmiechać się jak głupia, że Książę, nawet w żartach, ją nazwał "pani". Zachowa radość dla siebie.

                                - Po pierwsze, trzymaj mocno broń. Po drugie… nie wdawaj się w walkę wrecz jeśli masz okazję strzelić. Po trzecie… nigdy nie kąsaj i nie pij posoki tego co stamtąd wychodzi. - Joshua wyjaśnił zasady, gdy cała trójka zagłębiała się w las. On miał rewolwer, a ona i Blake śrutówki.
                                - Po czwarte nie wahaj się strzelać… jeśli oberwę śrutem to i tak zmartwi mnie to mniej niż pazury, macki, język… czy inny organ potwora próbujący mnie zabić.
                                - Takie przebicia bariery zdarzają się bardzo rzadko.- wtrącił William.- Raz na kilkadziesiąt lat i zazwyczaj podczas pełni.
                                - Myślałam, że podczas pełni to wilkołaki wariują…
                                - To mit…. chyba…- odparł szeryf i wzruszył ramionami. - Choć rzeczywiście… bardzo cenią i czczą Księżyc.
                                - Rytuał, który załamał rzeczywistość, był odprawiany podczas krwawego księżyca. To rzadki rodzaj pełni, gdy światło przechodzące przez atmosferę barwi księżyc na rdzawo. Wtedy jest najgorzej… ale podczas zwykłej pełni też. Oczywiście… jeśli się jest na tyle głupim, by wejść do szpitala.- wyjaśniał William.

                                Ann pokiwała głową, ale nic więcej nie mówiła. Wolała skupiać się na otoczeniu.

                                Minęło chyba z pół godziny, gdy cała trójka przemierzała wirgiński las. Wysokie drzewa, nocna mgiełka, porosty zwisające z drzew niczym zielone całuny. Ann czuła się jakby była aktorką w jakimś niskobudżetowym horrorze, co było zabawne zważywszy, że tym razem to ona powinna być potworem polującym na napalonych i głupich nastolatków. Tymczasem, szła z dwójką podobnych do niej potworów i… czuła się jak potencjalna ofiara.

                                - A pamiętasz tą zabłąkaną duszę… z nią było sporo kłopotów… tylko dlatego, że ty uparłeś się jej pomóc. I te jej… ciało z gluta…- wtrącał Joshua, zajmując ich uwagę wspominkami. Niezbyt głośnymi, bo i on się rozglądał dookoła.
                                - Nie należy strzelać do wszystkiego, co wygląda nieco… inaczej.- wtrącił William nieco nadąsany tym, że Joshua poruszył najwyraźniej jakiś drażliwy temat.

                                Ann… nie zwróciła na to uwagi, bo doszli w okolice szpitala, tak blisko jak jeszcze nigdy nie była wcześniej. I to w okolicach pełni… Clyde zawiózł ją gdy Księżyca nie było.
                                Teraz przyglądając się budynkowi zauważyła, że coś było z nim nie tak. Niby wszystko było w porządku, ale miała wrażenie, że widzi przed sobą trójwymiarowy obraz i to popękany lekko. Jakby ktoś rozbił kawałek świata i mozolnie poskładał go na nowo.. tylko teraz kawałki nie do końca pasowały do siebie. Nie widziała co prawda żadnych rys na tym “obrazie”, ale instynktownie wyczuwała, że być powinny.
                                Dziewczyna rozglądała się, czując niespokojnie. Trzymała silnie broń w pogotowiu.

                                - To tak... zawsze jest w pełni?
                                - Mniej więcej.- przyznał Książę rozglądając się dookoła. - Wystarczy do niego nie wchodzić i będziemy… bezpieczni.
                                - Ktoś wcześniej już to kiedyś zrobił...? - zapytała.
                                - To znaczy… wszedł tam? Podczas pełni? Zdarzyło się parę razy.- przyznał Książę.- Nie został po nich żaden ślad.
                                - To nie oznacza, że ich nie ma... Czy odkryto co się stało z Tremere w Piramidzie?
                                - Z zewnątrz czasami widać jak… taka osoba… znika. Tam przy każdym kroku można przejść do… innego świata. I niekoniecznie z niego wrócić.- tłumaczył William, a Joshua dodał. - Nie jest aż tak źle. Można zaryzykować wejście i czasami udaje się wyjść. Jeśli księżyc nie jest w pełni… gdy wpływ jego słabszy to i szpital jest bezpieczniejszy… nieco.
                                - Czemu go po prostu nie zburzyć? - zaproponowała.+
                                - A co to by dało? To miejsce jest zaburzonym obszarem, a nie sam budynek.- wyjaśnił William węsząc od czasu do czasu.

                                Nagle cała trójka posłyszała głośny szelest nad głowami i zauważyła jakiś kształt przeskakujący pomiędzy konarami. Coś co miało pękaty tułów, coś jakby szyję bez głowy i… zdecydowanie za dużo kończyn.
                                Pierwszym odruchem Ann bez zastanowienia wystrzeliła w stwora. Śrut poszarpał gałęzie i liście, ale nie dosięgnął stwora kryjącego się wysoko w drzewach. Bestia zaczęła przeskakiwać z drzewa na drzewo z małpią gracją i nadnaturalną szybkością. William i Joshua też wystrzelili… równie celnie co Ann.
                                W ten sposób tego stwora nie załatwią...

                                - Zajmijcie uwagę. - syknęła do wampirów, sama odsuwając się i korzystając z okazji, znikając z widoku.

                                Nie wiedziała czy usłyszeli, nie miało to jednak znaczenia. Szeryf próbował strzałami z rewolweru dosięgnąć przeciwnika. Podobnie czynił William. Zaś sama bestia, skacząc zwinnie z gałęzi na gałąź, z konara na konar zbliżała się coraz bardziej do nich.
                                I Ann mogła wreszcie się jej przyjrzeć.

                                Stwór był dziwaczny i nawet… pocieszny. Z długimi zwinnymi łapami, jedną dziwaczną strukturą nad torsem na którym to znajdowała się “twarz” i z jedną tylko nogą. Co nie przeszkadzało mu być małpio zwinnym. Nie wydawał się szczególnie groźny, dopóki… nie otworzył szeroko paszczy oblizując fioletowym olbrzymi jęzorem rzędów stożkowatych przypominających szpikulce zębów. Wtedy tracił swój urok, no i łatwiej było zauważyć, że każdy z długich palców kończy się pazurem.
                                Ann wiedziała, że największą szansę da jej strzał z zaskoczenia, gdy stwór będzie się chciał zająć Joshuą i Williamem.. czekała więc w gotowości, by oddać celny strzał w tego pysk.
                                Pozostałe wampiry nie przemieszczały się widocznie próbując skusić potwora. Wszak Ann wiedziała, że i szeryf i William potrafią być nadnaturalnie szybcy. Bestia też była, ale nie aż w takim stopniu. Wreszcie… zraniona dwoma kulami z rewolweru, odbijając się stopą od pnia skoczyła ku szeryfowi.
                                To był moment, na który czekała. Nim bestia dopadła Księcia, strzał z broni trafił potworka w dolną paszczę, przy okazji ujawniając Ann.
                                Chmura śrutu uderzyła w pysk bestii, orając go głębokimi ranami. Potwór pisnął straciwszy impet skoku i uderzając ciałem o ziemię. Zanim zdążył się pozbierać do kupy, William dopadł go i uderzeniem kolby przewrócił, a następnie strzelił. A potem szybko odskoczył unikając pazurów jego dwóch łap. W tym czasie Joshua przeładowywał pospiesznie rewolwer.
                                Nie przybliżając się, Ann oddała znowu strzał w tors stwora, aby nie miał on szansy skrzywdzić wampirów.
                                Potwór zapiszczał otwierając szeroko poszarpaną gardziel, w którą to tym razem William wpakował mu garść śrutu. Niebieskozielona posoka spływała z wielu ran bestii, która będąc już w desperacji rzuciła się do ucieczki w stronę szpitala.
                                Na odchodne, dziewczyna strzeliła stworow w plecy.
                                Poraniona bestia straciła sporo krwi i dwiema łapami ciągnęła po ziemi. Ale nadal była szybka. Ani Wiliam, ani Joshua nie mieli ochoty za nią podążać.

                                - Tylko jedna?- zapytał szeryf, a Toreador potwierdził skinieniem głowy i słowami. - Tylko jedną wyczuwam.
                                - Jesteś zawiedziony, Książę? - caitiffka była zdziwiona.
                                - Nieco… ale nie z tego powodu co sądzisz. Z drugiej strony… - zamyślił się Joshua. - Nastąpiła przebitka na szpitalu. Parę potworów wyskoczyło z niego i pognało w dół. Przypadkiem natknęły się na jadących Kainitów i zaatakowało pojazd, zabijając ochronę i zabierając szychę Giovannnich na przekąskę. Jak to brzmi?
                                - Brzmi jak… podejrzanie dużo nieszczęśliwych zbiegów okoliczności. - odpowiedział William odprowadzając potwora spojrzeniem. On zaś dotarł do szpitala, jego sylwetka zafalowała przez moment. Dotarł do zmurszałych drzwi budynku i znikł nagle, zanim je zdążył otworzyć.
                                - Myślę że Giovanni pomyślą tak samo. - zgodził się z Toreadorem Książę.
                                - Jak chcą, to mogą przyjść i sprawdzić szpital osobiście. - przewróciła oczami - Fakt, sporo zbiegów okoliczności, ale... Giovanni są dziwni. Może uznamy, że sami chcieli tu być, zdjęcia porobić?
                                - Obawiam się, że ów klan narobi nam nieco kłopotów w najbliższej przyszłości z powodu tego wypadku na moich ziemiach.- westchnął ciężko Joshua przeładowując rewolwer. - Bywają nieobliczalni i niebezpieczni.
                                - I są bardzo bogaci. Co ma znaczenie nawet w świecie Kainitów.- dodał Blake.
                                - Czy to prawda, że sypiają z własną rodziną, myślę o rodzonych krewnych, i mają szkielety w szafach? - zapytała, powtarzając co na ulicach Nowego Jorku usłyszała.
                                - Szczerze powiedziawszy nie wiem. Są bardzo skryci.- przyznał Blake pocierając podbródek.- Ale te plotki krążą odkąd pamiętam, więc musi być w nich ziarenko prawdy.
                                - Jest cały worek. To jedna wielka banda kazirodców i zboczeńców. Niewiele klanów jest od nich gorszych. Może ci czciciele węża, albo… Baali. - odparł Joshua wzdychając ciężko. - William ty tu czekaj na czarownika. Ja wracam do swoich ludzi. I tak tu nic nie pomoże, niepotrzebnie go wzywaliśmy.
                                - Może trzeba coś połatać? W tym mógłby pomóc... - zaproponowała.
                                - Co dokładnie połatać?- zapytał William.
                                - Skoro stworek wyszedł, a to nie dzieje się ciągle, to może magiczne mury siadły, o których mówiłeś?
                                - On w tym nie pomoże. Tu trzeba prawdziwego maga.- wyjaśnił Toreador, podczas gdy Brujah zaczął się oddalać.
                                - Ciekawe jak Lukrecja i Cyril sobie radzą. Ona go nie darzy sympatią... - mruknęła - Miała nadzieję, że zginął...
                                - Lukrecja go nie zabije. To że kogoś nie lubisz, nic nie znaczy w naszym małym klubie. Interesy są ważniejsze od osobistych urazów, zwłaszcza gdy jest się ambitną Ventrue. A nasza Lukrecja nie ma interesu w śmierci Cyrila, nawet jeśli podejrzewa go o to, że ją wydał Księciu Nowego Jorku. - wyjaśnił Toreador.
                                - Więc dlatego tak nerwowo zareagowała jak dowiedziała się, że to on przyjechał! Naprawdę to zrobił? - zapytała zaciekawiona.
                                - Nie wiem. Może? Jeśli miałby w tym interes uczyniłby to na pewno. Rzecz w tym, że nie wiadomo dokładnie kto wydał spiskowców, do których należała nasza droga Lukrecja. - odparł z uśmiechem Blake.
                                - Ale skąd by wiedział...? - zastanowiła się. Czy dzięki tej zagrywce, teraz posiada plusy u Księcia? Czy dzięki temu Ann dostała szansę?
                                - Nie wiem.- wzruszył ramionami Toreador spoglądając w kierunku, z którego szedł już widoczny czarownik. - Ale Cyril ma swoją siatkę agentów.

                                Ann patrzyła na nadchodzącego czarownika, chcąc wrócić w końcu do Cyrila... tylko wpierw musiała wiedzieć co się stanie dalej.

                                Toreador podszedł do czarownika i zaczęli cicho rozmawiać. Ogólnie William streszczał wydarzenia McElroy’owi. Ten słuchał uważnie i w milczeniu, od czasu do czasu tylko zadając pytania. Po czym stwierdził, że się rozejrzy i popyta miejscowych duchów. Może nawet coś… przepędzi. Ale na ewentualne szczeliny w barierze nie miał żadnego remedium.
                                Potem się rozdzielili. William wrócił z Ann do miejsca wypadku, a James został przy szpitalu. Cóż… on mógł przetrwać w świetle dnia. Oni nie…
                                A dużo już nocy zdołało przeminąć.

                                - Myślisz, że długo mu zajmie? - zapytała Williama.
                                - Co zajmie?- zapytał Toreador, gdy dochodzili do pojazdu. - Aaaa… to co ma robić? Nie wiem dokładnie. Może kilka, może kilkanaście godzin.
                                - Więc wracamy do hotelu?
                                - Raczej chyba do domu.- odparł z uśmiechem Toreador, otwierając drzwi samochodu.
                                - No tak... - spojrzała w niebo na chwilę - Wiesz... Mam taką silną chęć... - odwróciła wzrok - Być tam…
                                - I tak prawdopodobnie szykuje się do snu.- odparł William i dodał z uśmiechem. - Jutro go zobaczysz.

                                Dziewczyna weszła do samochodu, walcząc z przybitym wyrazem.

                                - Mam ciągle takie poczucie.... - odezwała się, gdy Toreador też wsiadł - ...że może mnie nie zechcieć widzieć....
                                - Z pewnością nie będzie chciał, byś mu teraz zawracała głowę. - przyznał Toreador. - Jeśli pojedziemy do hotelu, to i tak niewiele już nam czasu zostanie na… rozmowy.
                                - To ciężkie, wiesz... ale poczekam do jutra…
                                - Z pewnością… ale cóż… cierpienie jest też częścią miłości.- pocieszał ją William, jadąc w kierunku swojej willi i oddalając od Ann od Cyrila.

                                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • AbishaiA Niedostępny
                                  AbishaiA Niedostępny
                                  Abishai jako XXI
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #22

                                  Coś czaiło się w wodzie. Coś lepkiego, oślizgłego, czarnego… potwornego. Coś wyciągało swoje macki ku niej. Coś kryło się w jeziorze rozlewając plamy czerni na powierzchni.
                                  Wiedziała o tym. Ale szła nadal, jakby zahipnotyzowana przez czworo świecących czerwienią oczu. Woda, zimna i lepka objęła już jej kostki, ale szła nadal ku głębi.
                                  Wiedziała co ją czekało, rozrywanie żywcem, pożarcie… niewypowiedziany ból. Ale i tak szła w głąb jeziora nie mogąc wyrwać się woli potwora. Była tylko żywą laleczką podległą jego woli…

                                  Ann obudziła się nagle, wyrywając z tego koszmaru. Była… w dobrym humorze. Wszak nic nie mogło popsuć jej tej nocy. Cyril był w mieście! Więc koszmary nie miały dzisiaj znaczenia. Wszak przywykła do nich, nawet jeśli zazwyczaj śniły jej się inne. Bo ten o wodzie, o potworze w jeziorze zdawał się pojawiać znikąd. W Nowym Jorku takich snów nie miała.
                                  To był jednak detal. Cyril był w Stillwater i ona musiała być przy nim jak najszybciej.

                                  -... mój drogi, fortuna ci sprzyja. Dziewięć monet jest w dobrym towarzystwie, acz widzę burzę na horyzoncie, więc nie przesadzaj z wydawaniem. - jak zwykle słuchali wróżki, gdy jechali do Stillwater. Ta stacja była ustawiona w radiu. - Fortuna to kapryśna pani, wierz mi… Nie należy liczyć na to, że długo będzie ci sprzyjać. Nawet jeśli moje karty.

                                  - A co z miłością? Czy powinienem się teraz oświadczyć?- pytał rozmówca. A Jaine Love odpowiadała.- Możesz spróbować, ale nie pozwól by uczucie cię zaślepiło. - w tle słychać było wykładane karty. - Widzę sekret ukryty pod powierzchnią.
                                  - Hmm… potwór w jeziorze, powiadasz? - zamyślił się William, gdyż podekscytowana ponad miarę Ann przypadkiem wspomniała o swoim koszmarze.
                                  - Nie… nic mi o tym nie wiadomo. - przyznał w końcu. - Może Indianie wiedzą więcej? Możliwe że mają jakieś legendy na temat tego jeziora. Będziesz miała okazję ich spotkać, to możesz zapytać.

                                  Jechali razem, według Ann za wolno ale Blake trzymał się rygorystycznie przepisów drogowych.

                                  - Garry ma się zjawić w hotelu z informacjami na temat robótki dla wilkołaków. - dodał przypominając sobie. - Dzwonił dziś, mówił że są gotowi zapłacić swoimi skarbami. Pewnie jakieś magiczne fetysze. Musi im bardzo zależeć, skoro są tak hojni. Z drugiej strony ich plemię nie należy do bogatych.

                                  Miasto. Hotel. W końcu dojechali. Mimo że droga miała taką samą długość jak co noc, to tym razem wampirzycy droga wyjątkowo się wydłużyła. Niemal wyskoczyła więc z samochodu, gdy już dojechali na miejsce. Po wejściu do “królestwa” miejscowej Ventrue, Ann zobaczyła
                                  |-znajomą wampirzycę która to śpiewała na scenie , bluesowo-rockowy bardziej energiczny niż ten który Ann słyszała ostatnio. Na sali był też Raze rozmawiający z Patty/Miracellą oraz Clyde’m. Niewątpliwie Gangrel zaimponował obojgu swoją sylwetką i aurą dzikości. Ann nie widziała co prawda jeszcze Cyrila, ale skoro Raze tu był to i stary wampir pewnie też tu był.

                                  - Joshua przyjedzie za godzinę.- poinformował William wchodząc tuż za Ann i chowając komórkę do kieszeni. Musiał zadzwonić do Księcia, gdy Ann pognała do drzwi hotelu.
                                  - Wtedy zajmiemy się za negocjacjami z wysłannikiem Tremere. I… nie będziesz przy tym obecna. Takie negocjacje są delikatną sprawą i nie potrzeba przy tym świadków.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • ZellZ Online
                                    ZellZ Online
                                    Zell jako Ann Paige
                                    Moderator Obsługa
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #23

                                    - Uch? - Ann spojrzała na Toreadora, chyba zrozumiawszy o czym mówił... lub nie? - Jasne...

                                    I wróciła do poszukiwania Cyrila, jedynie obdarzając wampirze gówniarstwo niezainteresowanym wzrokiem. W Central Parku by więcej Gangreli znaleźli... i pewnie nie wyszli z niego w jednym kawałku.

                                    Prawie jak po sznurku skierowała się bez zastanowienia, ku pokojowi Cyrila. Wiedziała, że tam właśnie się znajduje.

                                    Nim weszła zapukała do jego drzwi.

                                    - Nie przeszkadzać! - usłyszała wrogie wręcz warknięcie Cyrila zza drzwi.

                                    Serce podskoczyło caitiffce do gardła i odskoczyła od drzwi jak oparzona. Po prostu odsunęła się po ścianie, byle dalej od drzwi. Drżała i gdyby żyła, to łapałaby nerwowe oddechy. Złapała się za głowę, opierając o ścianę plecami. Nie mogła wrócić... nie w tym stanie!
                                    Którego się wstydziła…

                                    - Je teraz… wiesz jak bywają Tremere drażliwi podczas posiłków.- usłyszała za sobą głos Lukrecji. Ta podeszła bliżej i ćmiąc papierosa przez cygaretkę spojrzała trochę podejrzliwie, trochę litościwie na Ann.

                                    Teraz ona tu była...
                                    Ann czuła się w tym momencie poniżona. Wiedziała, że widać po niej reakcję, a jeszcze zobaczyła ją ta Ventrue. Skinęła jedynie głową, obawiając się teraz zmuszać swój głos do opuszczenia ściśniętego gardła.
                                    Jasna cholera!

                                    - Jak skończy to sam wyjdzie. - Lukrecja nie przejęła się sytuacją szczególnie. Większą uwagę poświęcając drzwiom niż samej Ann.- Powiadom go wtedy, kiedy Joshua przyjedzie, jeśli możesz… dobrze?
                                    - Tak, oczywiście... - cicho odparła Ann, w ten sposób maskując rozdygotanie głosu.
                                    - Dziękuję. - odparła beznamiętnie wampirzyca i oddaliła się od drzwi pokoju Tremere.

                                    Gdy Lukrecja zniknęła z pola widzenia, caitiffka położyła czoło na ścianie. Nienawidziła tego stanu, nie chciała by pojawiał się... Poniżające.
                                    ...a jednak wciąż czekała kawałek od pokoju.

                                    Tremere w końcu otworzył drzwi ocierając usta chusteczką i rozejrzawszy się dostrzegł Ann.

                                    - Skoro tu już jesteś, wynieś babkę do jednego z pokoi na górze. Niech odeśpi.- wydał rozkaz szerzej otwierając drzwi. Tuż obok łóżka leżała bez czucia jakaś atrakcyjna czterdziestolatka, oddychając płytko.
                                    - Oczywiście... - wampirzyca weszła do pokoju, aby zabrać "talerz" i móc odnieść na odpowiednie miejsce... i wrócić.
                                    - No... rusz się… nie mam całej nocy i ty chyba też. - odparł wampir zerkając do góry.- Już zapomniałem jaka to jest dziura, to Stillwater.

                                    Ann bez ociągania, zaczęła prowadzić półprzytomną kobietę, trzymając w pionie wokół talii. Szeptała do niej uspokajająco, zapewniając że zaraz odpocznie. Zaprowadziła kobietę schodami, do pokoju na górze, gdzie ułożyła ją delikatnie na łóżku i...
                                    ...szybko, prawie potykając się na schodach, wróciła do Cyrila.

                                    - Mam nadzieję szybko załatwić tu interesy. Jestem pewien, że regent wykorzystuje moją nieobecność do osłabienia mej pozycji w klanie. - Cyril mówił bardziej do siebie niż do niż do niej, gdy sprawdzał w lustrze ubranie, czy aby nie zachlapało się posoką posiłku.

                                    Caitiffka po prostu podeszła do Tremere i poprawiła jego ubranie tak, aby leżało jak najlepiej na ramionach.

                                    - Książę Stillwater pojawi się niedługo. - zapewniła cicho.
                                    - Jak miło… chodzi tu o jakiegoś sabatnika władającego sztuką, tak? - przypomniał sobie Cyril i westchnął.- Strata czasu. Trzeba było go zabić i byłoby po sprawie. Tyle zachodu z powodu marnego imitatora.
                                    - Jego sprawa jest... dziwna... - odparła zajmując się niechcianymi zagięciami - Nie został wciągnięty w Sabat... nie zdążyli. Wie kto był jego Rodzicem... ale został on unicestwiony od razu po użyciu go jako przymusowego Ojca. Czyli w sumie... ten Charlie jest Tremere? Nim go zakołkowałam odstraszał nas ogniem... - trochę napięły się mięśnie Ann na wspomnienie ognia.
                                    - Jest złamaniem prawa moja droga. On i jego rodzic zgodnie z prawem powinni zostać unicestwieni. Nie ma znaczenia, kto go stworzył… klan go nie uznaje. - odparł chłodno wampir wyjaśniając. - To nie jest tak, że z automatu dziedziczysz przynależność do klanu. Musisz być przez niego uznana za członkinię.
                                    - To nie można go... przygarnąć? - zaryzykowała skończywszy układać ubranie Tremere - Miał umrzeć w jakimś rytuale. Tylko Sfora się wbiła. I uznała, że takie zrobienie wampira będzie zabawne.
                                    - Przygarnąć? Co za absurdalny pomysł.- zaśmiał się Cyril, a potem zbladł rozważając. - To pułapka na mnie. Augusto nie dba o to jak potoczą się negocjacje i jaki będzie ich wynik. Tak czy siak będzie miał okazję wypominać mi efekt tych negocjacji do końca swojego nieżycia.

                                    - Też jest kwestia wczorajsza... Najwyraźniej jakieś rzeczy się wyrwały z naszego magicznego miejsca, otoczonego barierą, i ubiły Giovannich... którzy nie mówili, że tu się zjawią.
                                    - Giovanni? To ciekawe… udało ci się… coś zdobyć z ich zwłok? - zaciekawił się nagle Tremere zapominając o swoim “tragicznym” położeniu.
                                    - Znaleziono tylko zniszczoną drogą limuzynę i ciała ochroniarzy. Nie było szczątków wampira. - pokręciła głową.
                                    - To co się z nim stało? A co z jego rzeczami, zapiskami? - zapytał poirytowany Cyril.
                                    - Zakładam, że Książę może więcej powiedzieć... Jeżeli potwory go nie zabrały... tam... to pewnie zostały zgarnięte przez policję. A on... albo potwory go zjadły, albo miejsce pochłonęło... - patrzyła na Cyrila ostrożnie.
                                    - Hmm… jeśli uda się wysępić rzeczy Giovanniego w zamian za życie tego Pandersa, to Augusto z pewnością pożałuje, że mnie traktował jak chłopca na posyłki. - rozmarzył się Cyril.
                                    - Panders może też być... interesem.... Straciłam całą Koterię, może... Da się odbudować?
                                    - Na tym zadupiu? Na co ci koteria? Nic tu się nie dzieje… Giovanni to wyjątek od reguły.- ocenił Tremere.
                                    - Ale wrócę do miasta... Do tego... Jak tu się nic nie dzieje, to dobrze. Kiedy zacznie to gorzej. - westchnęła - Nie wiemy czemu Sabat się pojawił, bo nie zależało im na Nowym Jorku. Jest Piramida. Jest to... przejście... z którego potwory wychodzą. Wilkołaki. I kopalnia, do której z Nadią idę dla Wilkołaków dane wykraść... Nawet Nosferatu nie chcieli tam gmerać…
                                    - Nosferatu gmerają w sieci. Wy raczej zakradnięcie się do jakiegoś ośrodka dla wilkowsioków. - ocenił Tremere. - To chyba bezpieczniejsze… zresztą Rosjanka się tam będzie bardziej narażała, więc powinnaś wyjść bez szwanku z tej przygody.

                                    Spojrzała na podłogę nim zapytała.

                                    - Kim jest Nadia, panie? Dla klanu? Jest tu w nagrodę? Za karę? - odważyła się.
                                    - Cóż… strażniczką projektu regenta. Nie jest tu ani w nagrodę, ani za karę. Jest z konkretną misją, której natury oczywiście ci nie zdradzę. Aczkolwiek dla niej to równie dobrze może być kara. Tu jest nudno… - wzruszył ramionami stary Tremere. - Większość nocy nie ma co robić.
                                    - Czyli... jest sojuszniczką Regenta? Twoim wrogiem?
                                    - I tym, i tym… aczkolwiek… - odparł Cyril wzruszając ramionami. -... wrogiem ją ciężko nazwać. Wrogów mam w Nowym Jorku, tu jest po prostu przydupaską Augusto, bez znaczenia dla mnie. A i wątpię bym ja obchodził ją.

                                    Ann zawahała się i uklękła przed Cyrilem.

                                    - Ciężko znoszę to, że jestem od ciebie odseparowana... Tęsknię, cierpię... Proszę, zabierz mnie…
                                    - Wykorzystałem moje kontakty, by cię tu umieścić. Z dala od tego… całego cyrku, jaki się teraz odstawia w Nowym Jorku. - burknął Tremere.- Ocaliłem cię, zamiast rzucić cię na pożarcie jak kilka innych moich pionków, a ty narzekasz? Co za niewdzięczność.

                                    To było jakby uderzył ją w twarz otwartą dłonią...

                                    - Nie, to nie tak! - skuliła się na podłodze, kładąc czoło na posadzce - Ja tylko... - głos jej się łamał - To boli... A krew skąpa... - jęknęła.
                                    - Nie mogę co chwila dawać ci mojej krwi. - odparł spokojnie Cyril. - Nie stać mnie na taką rozrzutność. Poza tym… ciesz się, że w ogóle jeszcze daję. Na tym etapie mógłbym sobie odpuścić.

                                    Wampirzyca uniosła głowę, patrząc szeroko otwartymi oczami.

                                    - Jestem przydatna, lojalna... - zadrżała wystraszona. Czy jej koszmary się ziszczają?
                                    - W tej chwili nie jesteś przydatna w Nowym Jorku. Wprost przeciwnie. Byłabyś zawadą i mogłabyś zginąć. - odparł Cyril i westchnął. - Wiem, że Stillwater jest… wioską tylko przez przypadek nazwaną miasteczkiem, ale tu… nie narobisz sobie kłopotów i mnie też. Tu nie zginiesz.

                                    Wsparła czoło obok jego nóg.

                                    - Wybacz... Troszczysz się... - wycisnęła z siebie - Poświęcasz... dla caitiffa... z Lasombry. - wykorzystała po raz pierwszy nazwę, której Cyril jej nie przekazywał wcześniej.

                                    Oblicze wampira nerwowo zadrżało, gdy usłyszał te słowa.

                                    - Będzie dla ciebie lepiej, jeśli nigdy więcej nie wypowiesz tej nazwy. Lepiej udawać głupka przed innymi, niż dać komuś powód do podejrzeń, że nie jesteś caitiffem. Szpiedzy z Lasombry przenikają do Nowego Jorku, czasami. - przestrzegł ją.
                                    - Książę Smith mi o nich mówił... - szepnęła - Nie jestem niczyim szpiegiem... To te cienie...
                                    - Jest różnica pomiędzy wiedzą o Lasombrze, a wiedzą o swoim sabacim pochodzeniu. Też się domyśliłem, jaki klan cię wypluł… wiedziałem o tym od początku. Tyle, że ta wiedza nie była ci do niczego potrzebna. I może być obciążeniem w przyszłości.- wyjaśnił Cyril beznamiętnie.
                                    - Nie byłam w strukturach tej sekty... Nie wiem nic o niej. Pewnie powstałam, aby zginąć szybko... - zacisnęła pięści - Spotkałeś mnie jak miałam z tydzień i błąkałam się. Żaden szpieg ze mnie.
                                    - To nie ma znaczenia. Daj im cień podejrzenia, a chłopcy Grozy wycisną z ciebie prawdę. Taką “prawdę” jaka będzie Pawlukowi odpowiadała. - wzruszył ramionami Tremere.

                                    - Joshua Smith kontaktuje się z Księciem Nowego Jorku... czasem twarzą w twarz. - Ann wyglądała na przybitą wcześniejszymi wypowiedziami - Czyli... czy on pojawia się w Stillwater?
                                    - Rzadko bywa z oficjalnymi wizytami w tym mieście. Teraz gdy mamy erę smartfonów, to już nie musi. - ocenił czarownik.

                                    Delikatnie, wręcz z obawą, ujęła rękę Cyrila, wciąż z dołu patrząc na wampira.

                                    - Pozwól, panie... Skoro jesteś...
                                    - Nie mogę się osłabiać przed negocjacjami. Nie po to jadłem, by tracić siły na ciebie. Może przed wyjazdem stąd… ale nie teraz.- wampir wyrwał dłoń z uścisku Ann. - Powstań i zachowuj się odpowiednio. Nie pozwól, by głód tobą władał.

                                    Bezklanowa nawet nie trzymała silnie, więc bez oporu Cyril zabrał rękę ku tłumionemu smutkowi dziewczyny.

                                    - Wedle życzenia... - szepnęła. Rozmowy z Cyrilem ostatnio powodowały niemały ból emocjonalny.

                                    Ann wstała z podłogi wykonując polecenie.

                                    - Mogę dzień przesypiać w piwnicy hotelu, żeby być na miejscu, by służyć, póki się tu znajdujesz.
                                    - Jeśli chcesz… - rzekł obojętnym tonem Cyril ruszając do drzwi.

                                    Caitiffka grzecznie ruszyła za Cyrilem do wyjścia.

                                    - Jak przebiegają relacje z Lukrecją...?
                                    - Nie lubi mnie, ja nie lubię jej. Oboje udajemy, że nic się między nami nie wydarzyło. Czyli wszystko jest tak, jak być powinno. - zaśmiał się złośliwie Cyril. - Wygnanie trochę utarło jej noska.
                                    - Czemu jej nie lubisz, panie? I czemu ona ciebie? - zapytała.
                                    - Ona jest Ventrue. Ich można szanować, można się ich bać, ale nie można ich lubić. Bo to są zadufane w sobie aroganckie dupki. - wyłożył swoją filozofię czarownik.- A ona… nie wiem i nie obchodzi mnie to, czemu za mną nie przepada.
                                    - Może... sądzi, że miałeś coś wspólnego... z jej wpadką? - zaryzykowała.
                                    - Doprawdy? Może tak było… nie pamiętam… - odparł Tremere nie przywiązując większej wagi do sugestii Ann.

                                    Ann jedynie skinęła głową, nie mówiąc nic i otworzyła przed Tremere drzwi, dając mu wyjść pierwszemu.

                                    - Zorientuję się, czy Książę przyjechał. - dodała zamykając drzwi i bez ociągania, ruszyła do głównej sali.
                                    - Dobrze… ja się nie będę spieszył. Niech wiedzą, że nie jestem byle posłańcem. - odparł Cyril zwalniając kroku.

                                    Sytuacja niewiele się zmieniła. Lukrecji nie było w głównej sali. Raze nadal oczarowywał historyjkami Patty oraz Clyde’a. Toreador przyglądał się temu z boku pijąc krwistą Mary. Joshui nie było widać. Zamiast tego… wkroczył do baru Garry.

                                    - Heeej… jak się masz stary? W końcu Lucius poznał się na tobie i wygonił cię?!- zaśmiał się głośno Gangrel i ruszył ku zdumionemu pobratymcowi.
                                    - Nieee… interesy mój drogi, interesy. Jak wiesz, pracuję jako ochroniarz i pilnuję teraz bogatego tyłka jednego takiego sztywniaka.- rzekł wesoło Raze i oba Gangrele uścisnęły się mocno i serdecznie.
                                    - No i jak tam w wielkim mieście? Robisz karierę, zbijasz kokosy?- zapytał przyjaźnie Garry, już nieco cichszym głosem.
                                    - A gdzie tam. Dziaduję pod drzwiami bogatszych. Lucek tnie moje zarobki zbierając fundusze na kolejne swoje wielkie plany. Z których ostatecznie nic nie wychodzi. Jest z nim coraz gorzej. Popadł w obsesję na temat odrodzenia potęgi naszego plemienia. A prawda jest taka, że betonowe dżungle nie są dla Gangreli i Wilkołaków. - odparł z uśmiechem Raze, podczas gdy jego fanklub przyglądał się temu z zaciekawieniem i lekkim zdezorientowaniem.
                                    - Zabawna sprawa, bo słyszałem o plemionach wilkoła…- zaczął Garry, a Raze mu przerwał. - Cokolwiek słyszałeś to bajki. Są co prawda jakieś… likantropy, ale nazwa jaką sobie przybrali dobrze obrazuje ich upadek. Bo kto przy zdrowych zmysłach nazwałby się Gnatożujami.

                                    Ann podeszła do oczarowanej młodzieży i przesunęła im dłonią po widoku.

                                    - Możecie go o numer zapytać…
                                    - O jaki numer?- zapytał Clyde, gdy tymczasem dwa Gangrele wymieniały się anegdotkami.
                                    - Komórki. Może wam mięśnie pokaże, napręży się bez koszulki…
                                    - To dobry pomysł.- odparł wesoło Clyde, a Miracella pokręciła głową dodając. - Ona cię podpuszcza.
                                    - W samym mieście źle się dzieje… Co prawda plotki nie dotarły jeszcze do ulicy, ale parę prominentnych Kainitów przestało się odzywać. Łatwo się domyślić, co się z nimi stało. Tak sobie myślę, czy by wiesz… nie wybrać się na prowincję na kilka tygodni. Przeczekać całą tą burzę, która zbiera się nad Nowym Jorkiem.- rzekł cicho Raze, ale nie dość by trójka wampirów nie posłyszała.
                                    - Do mnie możesz wpaść. Co prawda wiem, że nie lubisz doprawionych przekąsek, ale zawsze możesz stołować się w mieście.- odparł wesoło Garry, a Raze skinął. - Może tak zrobię wkrótce, dam ci znać i dzięki.

                                    - Jesteście uroczy. - Ann mruknęła do Clyde'a i Miracelli, po czym wskazała tylko na Brujah - A ty wciąż dziecinnie naiwny. - westchnęła. Ventrue się zaśmiała cicho, a Clyde zaperzył wyraźnie urażony tymi słowami.
                                    - Zakładam że Lukrecja każe sobie płacić za posiłki? - zapytał Raze, a Garry kiwnał głową.- Jeśli zamierzasz zatrzymać na dłużej to… tak… bez karty bibliotecznej trzeba płacić pogłówne. Czy jak tam to ona nazywa.
                                    - Nie będzie się Ryze liczyć jako... pracownik Tremere? - zasugerowała Ann i spojrzała na Clyde'a - Nie jeż się na mnie, nie warto w Elysium. - szepnęła.
                                    - Cóż… płaci za mnie klan Tremere tak długo jak dla niego pracuję.- odparł Raze ze śmiechem.- Jeśli przyjadę tu prywatnie, żaden kościsty tyłek nie będzie za mnie opłacał rachunku.

                                    Ann nie wyglądała na zadowoloną z określenia Cyrila.

                                    - Zawsze Larry by się ucieszył, gdyby był ktoś inny, kto bić się może. Zatrudnij się jako najemny umilacz istnienia w Stillwater. Więcej ciekawych rzeczy.
                                    - Larry? Jeszcze żyje? O nie… ja się trzymam z dala od takich czubków jak Dukes.- odparł czarny Gangrel unosząc dłonie w żartobliwym geście poddania. - I wolę nie sprawdzać, jak długo wytrzymam łomot w jego wykonaniu.
                                    - Ja dałam radę przetrwać, to ty też. A zawsze nam się tu przyda kolejny. Stillwater... Ma swój... nieoczekiwany wdzięk. I ostatnio nawet nam Sabat umilał czas. - uśmiechnęła się - A pomoc Gangreli... zawsze dobrze wspominam.
                                    - Nie zamierzam tu zostać. Nowy Jork ma swój syreni śpiew. Po prostu nauczyłem się przez lata wyczuwać skąd wiatr wieje. A ostatnio wieje coraz bardziej śmierdzący wiaterek.- wyjaśnił cicho Raze. - Czuć w nim zagrożenie.
                                    - Co się dzieje? - Ann także głos ściszyła.
                                    - Nie wiem. Ja tylko pilnuję szyszek. A one zrobiły się nerwowe. Możesz Cyrila spytać, jeśli uda ci się wydusić z niego jakąkolwiek informację… co byłoby cudem.- zaśmiał się cicho Raze.
                                    - Co wy, Gangrele, w ogóle macie do Cyrila? - zapytała szczerze zaciekawiona - Nie jest taki... zły.
                                    - Nie powiedział ci nigdy? Cóż… to nie jest taki wielki sekret, Cyril to oszust i złodziej.- wzruszył ramionami Raze. - Ukradł coś, co jest cenne dla każdego klanu.

                                    Wyraźnie caitiffka nie wiedziała co powiedzieć. Zaprzeczyć? Nie... A może powinna?

                                    - Ja... Nie wiem. Po prostu... nie wiem. - widoczne było jej zagubienie.
                                    - Poznał dyscyplinę klanu Gangrel i ponoć uczynił to w sposób nie do końca uczciwy czy honorowy. - wtrącił Garry i wzruszył ramionami wyjaśniając. - Lucius zna szczegóły, bo to są stare dzieje… Cyril jakoś wywinął się od zemsty klanu, spłacając tę zbrodnię przysługami, ale… zarówno na starym kontynencie jak i tu klan Gangrel traktuje go podejrzliwie. Kto raz ukradł wiedzę klanu, ten może zawsze chcieć spróbować powtórzyć ten wyczyn.

                                    Ann zastanawiała się, czy tak samo ten klan Lasombra by widział ją. Jak złodzieja ich dyscypliny...

                                    - Przykro mi... tylko tyle mogę. Nie wiedziałam…
                                    - Nie przejmuj się, ja się nie przejmuję… Raze też nie. - machnął ręką Garry. - To stare dzieje.
                                    - Możecie poopowiadać historie młodym? - szeptem zwróciła się do Gangreli - Są pod wrażeniem.
                                    - Jak to nowoprzeistoczeni. Parę dziesięcioleci… i przekonają się jak nudno być umarlakiem. - westchnął filozoficznie Garry, a Raze dodał.- Przystopuj może z tymi ziółkami we krwi.

                                    Caitiffka zostawiła Gangreli na żer dzieciom i podeszła do Williama.

                                    - Kiedy ma zjawić się Książę?
                                    - Tak za pół godziny… myślę. - zastanowił się Blake, a tymczasem do obojga podszedł Garry.
                                    - Tak się rozgadałem, że zapomniałem wspomnieć. Mamy spotkanie z wilkołakami, Ann skoczysz po Nadię? Bo wkrótce musimy wyruszać.
                                    - Jasne, jasne. Tak zrobię. Mam z nią tu wrócić?
                                    - Tak. - uśmiechnął się Gangrel.
                                    - Załatwię, tylko przekażę o Księciu... - spojrzała na Toreadora, jakby upewniając się, że nie uraczy ją jakimś komentarzem i po prostu szybko wróciła do Cyrila.

                                    - Książę będzie za pół godziny... około. - wyrzuciła z siebie od razu.
                                    - Ech… jak miło, że każą mi czekać. - prychnął zirytowany Tremere zerkając na Gangrela i Toreadora.- No cóż… Blake nie jest zajęty niczym ważnym, albo… nikim?
                                    - Tylko obserwował jakiś śmiertelnych, ale tak to na górze jest. Raze także. Muszę iść teraz po Nadię, misja czeka. Nie wiem ile to zajmie.
                                    - Nie szkodzi. Nie będziesz tu potrzebna. Negocjacje i tak odbywają się w dość ścisłym gronie.- ocenił sytuację Cyril kierując się ku Toreadorowi.

                                    Ann wyprzedziła Cyrila i stanęła przed nim. Nie mogła wytrzymać, musiała zapytać...

                                    - Czy to prawda, co mówią Gangrele? - zapytała, zachowując nieoczekiwaną pewność. Może oskarżycielskość nawet?
                                    - A co mówią zwierzaki? - zapytał Cyril.
                                    - Że jesteś oszustem i złodziejem. - skrzywiła się - Cyril, co ty zrobiłeś?

                                    Ann teraz już rzadko zwracała się po imieniu do Tremere, ale kiedy to robiła... najwyraźniej sytuacja ją na tyle poruszyła.
                                    Wampir zgromił ją spojrzeniem, władczym i bezlitosnym.

                                    - Zamierzasz mi prawić morały? Zapomniałaś czym jesteś? Czym my jesteśmy? Jeśli ktoś jest na tyle nieudolny, że nie potrafi pilnować tego, na czym mu zależy to najwyraźniej nie jest tego godny.
                                    - I teraz cały klan ci nie ufa. Mówią, że ukradłeś moc, poznałeś ją przez oszustwo i bez honoru. Nie zapomniałam czym jestem... - zacisnęła zęby, a jej spojrzenie wyrażało, iż prawdziwość tego oskarżenia ją zabolała - ...ale przynajmniej nie jestem złodziejem.
                                    - Nie jesteś też silna. - Tremere dźgnął ją palcem w obojczyk za każdym razem gdy formułował oskarżenie. - Bo jesteś sentymentalna. Naiwna. Pełna skrupułów. Ludzka.

                                    Cyril spojrzał na nią władczo. - Nas nie stać na humanitaryzm. A honor… tym słowem stare klany Sabatu podcierały sobie tyłki. Tym słowem klany stojące na szczycie Camarilli krępowały słabsze klany. Honor to wydmuszka dziewczyno. Był nią kiedy byłem śmiertelny i tak pozostało do dziś. I co mi ty za bajki opowiadasz. Jesteś złodziejką… w końcu w tym celu wilkołaki cię chcą wynająć, nieprawdaż?

                                    - Jak poznałeś ich moc? - zignorowała słowa Cyrila, nie chcąc mu dać możliwości ucieczki, odwracania tematu.
                                    - Spytaj ich. - odparł krótko Tremere postanawiając wyminąć Ann.

                                    Wampirzyca uparcie stanęła znowu na drodze.

                                    - Ty mi odpowiedz.
                                    - Zejdź mi z drogi. Nie zamierzam tobie się spowiadać z dawnych czynów.- stary wampir powoli tracił cierpliwość, a ciało Ann zareagowało na polecenie ustępując Tremere.

                                    Nie chciała ustąpić... i jednocześnie chciała. Była zirytowana, ale co na to mogła poradzić?

                                    - No tak. Każ mi coś zrobić i sprawa załatwiona. - zgorzkniale rzuciła za Tremere - To fajne, co?
                                    - Na tym to polega. Gdybym chciał być przesłuchiwany przez młodzików… zostałbym ojcem za życia. - warknął poirytowany Tremere przez ramię.

                                    - Gdybyś nie ukrywał wszystkiego przede mną, mogłabym się lepiej przydać. - podeszła chwytając Cyrila za ramię.
                                    - Doprawdy? Mam wrażenie, że im więcej wiesz tym bardziej nieznośna się robisz. - odparł czarownik nie oglądając się nawet. - Jesteś pod moją opieką w zamian za wykonywanie moich poleceń. Nie potrzebuję byś wszystko wiedziała i nie potrzebuję, byś… wypytywała mnie o sprawy, które ciebie nie dotyczą.
                                    - Gdy strzępy informacji mi się nie składają, to jestem nieznośna. - mruknęła - Cały czas zastanawiałam się, o co chodzi z tobą i Gangrelami. Sam nie mówiłeś, więc przypadkowo się dowiedziałam. To było gorsze, nie sądzisz? Jeżeli to byłby inny klan, to może tak miło by nie było dla mnie.
                                    - Czy wiesz, czy nie wiesz… nie ma to znaczenia. Gangrele nie mają mnie na liście celów do ubicia, a ich antypatia nie dotyczy powiązanych ze mną Kainitów. I mnie osobiście ich ból dupy mało obchodzi. - burknął Tremere. - Nie moja wina, że nie umieją przegrywać z klasą.

                                    - Czy jeszcze komuś taką krzywdę zrobiłeś? - przeszła przed niego.
                                    - Wielu osobom, zbyt wielu bym spamiętał każdego robaka, którego rozgniotłem na swojej drodze. - odparł stanowczo Cyril i spojrzał w oczy Ann. - Zadowolona z odpowiedzi?
                                    - Niech będzie. - bezklanowa tylko chwilę wytrzymała spojrzenie Cyrila nim odwróciła wzrok - Traktujesz mnie czasem jak kogoś, przed kim trzeba kryć wszystko.
                                    - Nie zamierzam się przed tobą spowiadać z mojej przeszłości i moich czynów. - Cyril stwierdził obojętnym tonem spoglądając na Ann. - Znaj swoje miejsce. Nie jesteś moim sumieniem, by mnie osądzać.
                                    - Nawet bym nie uważała, że osądzanie by coś dało. - wciąż patrzyła w bok - O sumieniu mi już mówiłeś, jasne. Jesteś za stary na nie i zbyt martwy. - zwróciła w końcu spojrzenie na Cyrila - Pożałuję poruszenia tego tematu, prawda? - szepnęła z rezygnacją i tłumioną obawą.
                                    - Tak. - odparł krótko stary wampir. - I tego nieposłuszeństwa też.
                                    - Nie byłam nieposłuszna... - zaprotestowała ze wzrastającą obawą.

                                    Cyril nie odpowiedział, ale jego zdziwione spojrzenie mówiło wystarczająco wiele Ann.

                                    - Odejdź. - dodał krótko i szorstko.

                                    Ann skuliła głowę i usunęła się z miejsca, kierując do głównej sali. Była jednocześnie wystraszona i zła...
                                    Wyraźnie rozdrażniona przeszła szybko przez salę do wyjścia, jakby chciała uspokoić się chłodnym powietrzem... jednak miała lepszy pomysł. Nie była tak szalona by w Elysium robić pandemonium ani przy wejściu... Były jednak tyły.
                                    A na tyłach był kontener ze śmieciami.
                                    Ann nie zważała na szkody. Wściekle niszczyła metal kontenera, rozrzuciła jego szczątki oraz zawartość po całej tylnej alejce Elysium. Chciała komuś zrobić krzywdę... mogła chociaż tej rzeczy. Dać się ponieść...
                                    Po zniszczeniach, gdy dźwięki zamilkły, wydała z siebie zbolałe wycie zwierzęcia. Zrezygnowane...
                                    Po czym ze spuszczoną głową poczłapała w stronę biblioteki.

                                    Doszła na tyły budynku i doszła do drzwi. Pozostało tylko zadzwonić dzwonkiem przy nich, by bibliotekarka się odezwała.

                                    - Zamknięte na noc. Proszę przyjść rano. I od frontu.- po zadzwonieniu Ann usłyszała znaną formułkę. Ciekawe czy Nadia rzeczywiście ją powtarzała, czy też miała nagraną na dyktafon i tylko wciskała przycisk.
                                    - Nadia, robota czeka. - mruknęła bez cienia delikatności, jaką okazywała normalnie.
                                    - Jaka znowu robota? - odparła bibliotekarka.
                                    - Otwórz. - fuknęła wciąż zirytowana - Garry się dogadał.
                                    - Hmm… z kim dogadał? - zapytała otwierając drzwi.
                                    - Przespałaś tamtą rozmowę? - ruszyła szybkim krokiem do leża wampirzycy.
                                    - Którą rozmowę… prowadziłam wiele rozmów z wieloma osobami. - usłyszała za sobą, gdy drzwi się za nią zamykały. Dalsza rozmowa musiała poczekać, aż Ann do niej dojdzie.

                                    Nadia jak zwykle zajęta była swoimi komputerami i ciągami liczb, na które to tłumaczyła fragmenty starego testamentu.
                                    Caitiffka nie miała w tym momencie cierpliwości, a tym bardziej do Tremere. Nie miała zamiaru czekać na nic, jedynie poszła w stronę komputerów.

                                    - Więc.. z kim to się Garry dogadał? - zainteresowanie Nadii było dalekie od entuzjazmu.
                                    - Z Wilkołakami. O wynajęcie nas dla wykradnięcia informacji. - cierpliwość Ann nie była wysoka.
                                    |-- No tak. Zapomniałam o tym.- westchnęła wampirzyca i sięgnęła do szuflady wyciągając spośród zgromadzonej tam broni krótkiej duży chromowany rewolwer . Sprawdziła czy w bębenku broni, wszystkie naboje są srebrne i wstała pytając. - Co powiedział Garry?-|
                                    - Że mamy spotkanie z nimi. Musimy wrócić do Elysium, stamtąd nas Garry zabierze.
                                    - No to ruszajmy.- odparła Tremere pakując rewolwer do torebki. - Ty przodem.

                                    Ann napięcie odwróciła się. Cholerne Tremere, za innymi zawsze się chowają…

                                    Słyszała za sobą jej kroki i nic poza tym. Nadia zajęta swoimi sprawami nie przejmowała się Ann, więc obie szybko dotarły do siedliska Ventrue i dwójki Gangreli wspominających dawne dobre czasy przy browarkach. Otworzyli je, ale nie pili. Clyde’a już nie było, Cyril rozmawiał z Williamem, a Miracella… cóż… pracowała przy barze, wymieniając docinki z piosenkarką, która zrobiła sobie przerwę od grania.

                                    Wampirzyca z wyraźnym bólem, zawodem i urażą, przeszła obok Cyrila, z całych sił panując by nie patrzyć na niego. Wewnętrznie czuła, jakby chciała płakać z bezsilności, więc na siłę skierowała się ku Gangrelom.

                                    - Garry, wróciłam z Nadią.
                                    - Hej… dziewczyny. Gotowe na wycieczkę? - Garry zdecydowanie miał dobry humor, wstał od stolika.
                                    - Tak. Tak. Pospieszmy się. Nie mam całej nocy na duperele. - westchnęła teatralnie Nadia.
                                    - Szkoda, że muszę bawić się w niańczenie. Zawsze chciałem ubić wilkołaka.- wtrącił Raze.
                                    - Tutaj z nimi gadamy. - odparł Garry klepiąc towarzysza po grzbiecie. - Jeśli chcesz ubić coś niezwykłego to pełnia jest już wkrótce.
                                    - Nie marudź. Chciałaś. - Ann rzuciła do Nadii.
                                    - Będę marudzić kiedy będę chciała.- stwierdziła zaczepnie Tremere, a Garry dodał ciszej. - Bądź wyrozumiała, pocięła się z mentorem.
                                    - Z kim?- zdziwiła się Nadia, a Gangrel wstając wskazał kciukiem na Cyrila.
                                    - Acha…no.. cóż… nie ona jedyna. - wzruszyła ramionami Rosjanka.

                                    Tymczasem Gangrel pożegnał się z Razem i ruszył do wyjścia z budynku.
                                    Ann ruszyła za Garrym, wyraźnie zła na świat.

                                    Wkrótce cała trójka awanturników dotarła do vana należącego do Gangrela. Typowo hippisowskiego wozika. Po otwarciu drzwi przez Gangrela, Nadia zakryła nos z odrazą.

                                    - Do diabła Garry… mógłbyś czasem kazać tym swoim niewolnikom posprzątać w samochodzie. Jedzie od niego marychą na kilometr. - dodała, a Garry odparł uprzejmie. - To nie niewolnicy, to moi wierni pomocnicy we wspólnym poszukiwaniu prawdy i nirwany.
                                    - Banda pospolitych ćpunów, ot co. - skomentowała Tremere z nutką odrazy.
                                    - Z tym będziesz lepsze ciągi liczbowe widziała. - mruknęła Ann.
                                    - Nieprawda… takie rzeczy jak zioła odciągają od Boga, narkotyki to narzędzie Szatana. Albo szatanów… to Baali je stworzyły. - burknęła Nadia wsiadając do wozu, a Garry dodał. - To bajki Camy… Starszyzna klanowa uwielbia oskarżać Baali o całe zło. Parę wampirów trafi na widły łowców… Baali, jakaś krwawa orgietka z symbolami satanistów… Baali. Czego nie mogą dolepić Sabatowi, w to wrabiają Baali. A nawet nie wiadomo czy jacyś Baali jeszcze istnieją.
                                    - Zapytaj Williama, w końcu mierzył się z nimi. - mruknęła Nadia.
                                    - Z infernalistą… to niekoniecznie musiał być Baali.- odparł Gangrel podążając za nią.

                                    Zniecierpliwiona Ann po prostu popchnęła Nadię do vana, sama tam wskakując.

                                    - Uważaj kundlu…- warknęła gniewnie Nadia, a Garry siadając za kierownicą rzekł błagalnie do dziewczyn siedzących z tyłu.
                                    - Panie, proszę o spokój. Nie chcemy sobie narobić wstydu.

                                    Ann spojrzała na swoje kolana, wspierając twarz w dłoniach.

                                    - Przepraszam, czarowniku. - mruknęła.

                                    Ruszyli z miejsca kierując się ku nowemu celowi. Minęła godzina, nim dojechali do celu… przekraczając po drodze most na przesmyku dzielącym jezioro na dwie części. Większą po ich lewej, mniejszą po drugiej stronie. Tam już czekały dwie półciężarówki. Jedna z przodu z dwiema osobami, druga nieco dalej. I zawierająca aż sześciu ludzi na pace. Wilkołaki przybyły w dużej liczbie.

                                    Z tej z przodu, wyszedł młody mężczyzna , niewątpliwie członek miejscowego plemienia. W dłoniach trzymał spory obrzyn i gestem dłoni nakazał im się zatrzymać.

                                    - Stare Uktena są rozsądni, ale młodzi… cóż, młode wilkołaki to jak Brujah opite krwią. Bardzo nerwowe i szukające okazji do starcia. Nie dajcie się sprowokować. - poradził Garry.

                                    Na ten moment Ann zdążyła się już uspokoić to pozostał tylko ten smutek, teraz też z napięciem pomieszany.

                                    - Larry by tu chciał być.
                                    - I dobrze, że go tu nie ma. Zginąłby… a my z nim.- przyznał Garry i dodał.- Wilkołak to ciężki przeciwnik w walce wręcz. A jego pazury zadają prawdziwe rany. A tych tutaj jest sporo, więc… bądźcie miłe.
                                    - Ja zawsze jestem miła… i zawsze jestem szczera. Nie moja wina, że nikt nie lubi prawdy rzuconej prosto w oczy. - stwierdziła cierpko Nadia.
                                    - Ognia używasz? - zapytała Nadii - Jeżeli tak, to nie jesteś miła. Z założenia.
                                    - Używam błyskawic, broni i technologii. Nie ognia. - odparła Nadia, a Garry dodał.- Mój znajomy wilkołak płomienie potrafi zignorować. Dar Gai, tak twierdzi.

                                    - Chciałabym zapytać o jezioro... ale nie wiem, czy zdołam odezwać się do wilkołaka. - odparła Ann.
                                    - A o co chodzi z jeziorem? - zapytał Garry, gdy cała trójka ruszyła ku młodzikowi.
                                    - Śni mi się... To koszmary z nim, że coś się tam czai... - szepnęła.
                                    - Hmm… mi czasem też.- odparł z uśmiechem Garry, a Tremere przewróciła spojrzeniem dodając. - Oczywiście że ci śniły koszmary. Dotarły do mnie pogłoski o twoim treningu pod opieką Garry’ego. Jakbym cały tydzień łaziła napruta tymi jego ziołowymi mieszankami to też by mi się głupoty śniły.
                                    - A można by pomyśleć, że Tremere będzie miał mniej zamknięty umysł... - parsknęła.
                                    - Hmmm? Naprawdę wyrobiłaś sobie o mnie tak… błędne wrażenie.- zdziwiła się z ironicznym uśmieszkiem Nadia, a Garry uciszył obie słowami.- Cicho teraz, nie róbmy z siebie błaznów przed pracodawcami.

                                    Po czym głośniej zwrócił się do Indianina z śrutówką.

                                    - Hej… młody, gdzie jest Szept Wiatru?
                                    - Tam, zanim się jednak z nim rozmówicie… pogadacie ze mną. Ja zajmuję się tą misją z poziomu taktycznego i logistycznego. Jestem Śmierć Na Twarzy. - odparł Indianin.

                                    Ann nie odzywała się, dając radość Garry'emu, przy którym też się trzymała.

                                    - Zapewniam, że znam najlepszych speców od… niekoniecznie legalnej roboty. Zresztą Uktena świetnie wie, że zawsze dobrze ubijać ze mną interesy.- odparł radośnie Garry i zagadnął. - Pierwszy raz cię widzę… musisz być jednym z nowo przebudzonych?
                                    - Przybyłem z innego plemienia…- odparł chłodno Śmierć Na Twarzy.- I sam wolę wyrobić sobie opinię.

                                    Zwrócił się do obu wampirzyc. - Co wam wasz wygadany hipis powiedział o zadaniu?

                                    - Trzeba dostać się do kopalni i wykraść z niej pliki dla was, z komputerów. - odezwała się Ann.
                                    - Trzeba pokonać płot z drutem kolczastym, ominąć kamery ochrony, dotrzeć do budynków badawczych, pokonać zamki, wejść do środka… podłączyć się do serwerów, które najpierw trzeba znaleźć. Złamać hasła i skopiować całą zawartość. I przy tym wszystkim zachowywać się relatywnie cicho, bo ochrona kopalni w nocy… nie jest ludzka.- wyjaśnił spokojnie wilkołak.
                                    - Radzę sobie całkiem dobrze z komputerami i ochroną elektroniczną. Kamery staną się moimi sługami.- odparła butnie Tremere.

                                    -Czy… nosferatu nie powinny być brzydkie?- zapytał wilkołak zwracając się do Nadii, która zaperzyła się.- To… pozbawione podstaw stereotypy! Nie tylko nosferatu zajmują się informatyką.
                                    Ann połknęła słowa, które cisnęły jej się na usta.

                                    - Ja przejdę niezauważona i postaram się ogarnąć naszego informatyka, by nie wpadł ślepo na ochronę. - zerknęła na Nadię.
                                    - A co jeśli zostaniecie zauważone?- zapytał wilkołak przyglądając się z powątpiewaniem obu wampirzycom. Na co Nadia dodała, gdy jej dłoń pokryła się wyładowaniami elektrycznymi.- To usmażę każdego kto mi zagrozi. Mam też inne sztuczki w swoim arsenale. I znam wojnę… bo jedną przetrwałam. Nie wiem ile masz lat wilkołaku, ale wątpię byś widział ludzi i nieludzi rzucających się sobie do gardeł jak dzikie bestie. Ja widziałam.
                                    - Czyli poradzimy sobie, chciała powiedzieć. - spojrzała na Nadię z irytacją - Nasz Książę by nas wam oddał, gdybyśmy zaraz zrobiły tu aferę na całe Stillwater.
                                    - O to się on nie musi martwić. Wasz los może być gorszy od śmierci, ale żadne wieści nie wydostają się poza teren kopalni. Kilku naszych tam znikło bez wieści. Dostarczymy wam mapy i wszelkie informacje dotyczące tego miejsca, aczkolwiek nie wiemy wszyskiego. Także i sprzęt musicie sobie załatwić we własnym zakresie.- odpowiedział Śmierć Na Twarzy.
                                    - O jak "nieludzkiej ochronie" mówimy?
                                    - Fomory. - stwierdził krótko Indianin, jakby to coś miało znaczyć.

                                    Ann spojrzała na Nadie. Ta wzruszyła ramionami również nie wiedząc co to są owe… fomory.
                                    Wilkołak spojrzał na nie z politowaniem.

                                    - To potwory w ludzkiej skórze, dosłownie. Wyglądają jak ludzie i zachowują się jak ludzie, ale to tylko pozory. W każdej chwili mogą zrzucić tą… iluzję normalności i odsłonić swoje wynaturzone oblicze.
                                    - Ale co potrafią? - zapytała Nadia.
                                    - Wiele, ale te które napotkacie to bojowy chów, więc większa siła i wytrzymałość i odporność na ciosy gwarantowana. No i dobrze posługują się bronią… ze srebrnymi kulami w magazynkach. - wyjaśnił Śmierć Na Twarzy.

                                    Dzień jak co dzień.... Cyril na to przyzwyczajał.

                                    - Cóż… wyglądacie na pewne siebie i swoich talentów. Jutrzejszej nocy, jeśli dogadacie cenę spotkamy się omówimy atak na kopalnię. A podczas kolejnej ruszycie do akcji. Będziemy was wspierać zza płotu, ale na wiele nie liczcie. Oni wiedzą, jak się przed nami bronić. - odparł Indianin kończąc przesłuchanie.

                                    Ann jedynie spojrzała na Garry'ego.

                                    - No to chodźmy do Szeptu Wiatru. - rzekł wesoło Gangrel i pierwszy wyminął młodego wilkołaka.

                                    Caitiffka przemknęła za Gangrelem, nie chcąc dłużej z młodymi wilkołakami siedzieć.

                                    Z wozu tymczasem wysiadł Indianin o zaokrąglonych rysach twarzy, siwych włosach i nieco ociężałej sylwetce.

                                    Ciężko było sobie wyobrazić tego człowieka jak krwiożerczą futrzastą bestię, przed którą nawet wampir czuł respekt.

                                    - Hej… Dave, co tam u ciebie. Widzę sporo nowych twarzy w plemieniu. - rzekł wesoło Garry witając się wylewnie z niższym od niego wilkołakiem.
                                    - Cóż poradzić, musimy… zadbać o to by krew naszych krewniaków nie wypaczyła się w wyniku chowu wsobnego. Między plemionami z rezerwatów następuje, więc że tak powiem przetasowanie. Billy… przybył do nas ze swojego rezerwatu na północ od nas. Sorki… Śmierć Na Twarzy.- zaśmiał się cicho Indianin i wzruszył ramionami. - Mam nadzieję, że Manitu objawił mu to imię… a nie książki o dawnych wodzach Dakota.

                                    Ann stała spokojnie, nie pytając, a jedynie próbując się domyślać.

                                    - Ta cała sprawa wygląda poważnie. - Garry tylko mówił, bo i Nadia stała cicho w milczeniu. - Jakieś fomory i zagrożenia.
                                    - Pomożecie w ratowaniu świata, na któym żyjecie, to chyba coś warte.- odparł Dave “Szept Wiatru”. A Gangrel wzruszył ramionami.- Wiesz jak jest. Ja bym nawet chętnie pomógł, ale dziewczyny nie będą narażać się za friko.
                                    - Cóż… nie mogę zapłacić w pieniądzach. Nie mamy kasyn na terenie naszego rezerwatu.- odparł ironicznie i nieco sarkastycznie Dave. - Ale możemy dać coś innego. Fetysze. Magiczne przedmioty z duchami powiązanymi do nich lub przysługi, w tym nawet wędrówkę przez Umbrę. Nie jestem pewien czy da się fetysz powiązać z martwą istotą, jaką jest wampir, ale… ponoć obie są powiązane z wampirzymi magami, więc… może to wystarczy? W najgorszym przypadku będą to wyjątkowe przyciski do papieru, którymi można będzie szpanować.- dodał na koniec ze śmiechem.

                                    "Może... Cyril by jej wybaczył, gdyby taki prezent dostał od niej?"

                                    - Interesujące. Dwa fety… albo nie. Niech będzie jeden i ta słynna wędrówka do Umbry. - wyceniła swoje usługi Nadia.
                                    - To samo co pani przede mną. - Tremere wie, co najlepsze z takich rzeczy.
                                    - Hmm… myślę, że moi się na to zgodzą.- odparł z uśmiechem Dave. -Śmierć Na Twarzy przekazał wam szczegóły misji?
                                    - Chyba tak... Dotrzeć do plików dla was. Uważać na Fomory.
                                    - Mniej więcej. Dostarczymy wam wszystko co możemy załatwić, ale całość tego skoku musicie zaplanować same. W moim plemieniu brak członków działających subtelnie.- przyznał Dave.

                                    "O ile Nadia umie subtelnie..."

                                    - Więęęc… to chyba wszystko na dziś.- odparł wilkołak, a Garry zgodził się z nim skinieniem głowy i spytał dziewczyny. - Wracamy?

                                    Ann skinęła głową, starając się utrzymać w ryzach emocje, jakie ją ciągnęły do Cyrila, jednak wtedy coś jej się przypomniało.

                                    - Czy może w okolicy krążą jakieś przekazy o potworze w jeziorze? Że coś niebezpiecznego się w nim czai...? - zapytała wilkołaka.
                                    - Cóż… tak… ale nie w tym jeziorze, które widzisz swoimi oczami. - odparł z uśmiechem stary wilkołak. - Jezioro po drugiej stronie bariery. Tej, która oddziela ten świat od świata duchów. Prastary wróg tam leży, pokonany przez naszych przodków. Ciężko raniony, ale nie zabity. Bo zbyt potężny, by go zniszczyć.

                                    Spojrzał na dziewczynę i dodał.- Nie powiem ci, czym jest ten stwór, bo nikt z nas go na oczy nie widział. Wiem tylko, że ma atramentowe macki, które czasem wynurzają się z wody jeziora.

                                    - To brzmi... jak z mojego snu. - spojrzała na Gangrela pytająco.
                                    - Penumbra jest blisko nas, a bariera w okolicy mocno naruszona przez cały ten cyrk ze szpitalem. Wpływa więc na te umysły, które są bardziej wrażliwe na emanacje płynące ze świata duchów. - wyjaśnił Dave.
                                    - Mówiłeś, że też o tym śniłeś. - zwróciła się do Garry'ego - Też o mackowatym potworze z jeziora, który chciał cię pożreć?
                                    - Moja droga ja mam wiele snów, zbyt wiele by spamiętać wszystko. Aczkolwiek chyba tak… śnił mi się i on. - zadumał się Gangrel.
                                    - Dziękuję... - zwróciła się do wilkołaka i zerknęła na Nadię ze spojrzeniem "a nie mówiłam, że to prawda".

                                    Ta tylko wzruszyła ramionami.

                                    - To chyba już wszystko?- zagadnęła.
                                    - Tak sądzę? - zapytał Garry zwracając się do Dave’a. A ten rzekł.- Tak, chyba tak. Zadzwonimy wieczorem i damy namiary na miejsce kolejnego spotkania.

                                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ZellZ Online
                                      ZellZ Online
                                      Zell jako Ann Paige
                                      Moderator Obsługa
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #24

                                      Jakiś jazzowy kawałek leciał w radiu, gdy wracali razem do Stillwater. Garry gwizdał cicho będąc w dobrym humorze. A Nadia straciła zainteresowanie czymkolwiek milcząc i wpatrując się w widoki przemykające za oknami pojazdu.
                                      Ann natomiast wpatrywała się silnie w Nadię.

                                      - Głupoty, bzdury się nam tylko śnią, co Nadia?
                                      - Co leży za Rękawicą, zostaje za Rękawicą… - odparła Nadia wzruszając ramionami. - Gdybyś wiedziała, co kryje w sobie Umbra. Jakie światy, jakie koszmary. Gdybyś wiedziała, to byś nie mogła spać. A jednak, one wszystkie są za Rękawicą. Trzymaj się z dala od szpitala, to pozostaną tylko marami sennymi bez znaczenia.
                                      - To, co ostatnio ze szpitala wyszło, nie było bez znaczenia. - mruknęła.
                                      - Tak, tak… z pewnością coś okropnego. William napisze łzawy liścik do fundacji i przyślą jakiegoś maga, by załatał dziurę. Zdarza się to od czasu do czasu. Raz na dziesięciolecie, lub dwa. - oceniła wampirzyca.
                                      - Nadia... - westchnęła - Jak na czarownika jesteś nudna, wiesz?

                                      Wampirzyca spojrzała na Ann z politowaniem.

                                      - Ponieważ potwory nie robią na mnie wrażenia? Cóż… widziałam prawdziwe potwory, obleczone dla niepoznaki w ludzką skórę. Widziałam okrucieństwa, od których śmiertelni mogliby osiwieć. Pokraki wychodzące ze szpitala nie robią na mnie wrażenia… nie budzą nawet ciekawości. Za stara jestem.
                                      - I na pewno Stillwater tyle ciekawszych rzeczy ci oferuje, co?
                                      - Nie przybyłam tu dla przyjemności, tylko z ważnym zadaniem. - odgryzła się Tremere.
                                      - Augusto musiał ci chyba mocno ego połechtać, byś tu siedziała. - mruknęła.
                                      - Nikt niczego mi łechtać nie musiał. Znam swoje miejsce i obowiązki.- mruknęła Nadia, a Garry dodał.- I zna swój dług wdzięczności wobec regenta.
                                      - To też. - odparła sucho Rosjanka.
                                      - Nie powiesz mi, że Stillwater to twoje ziszczenie marzeń. - parsknęła Bezklanowa.
                                      - Nie. Nie jest. Niemniej… - odparła cierpko wampirzyca. - Ty jesteś pariasem wśród Kainitów, ja w moim klanie. Stillwater jest bezpieczne dla mnie.
                                      - Więc w tym momencie jesteś w Stillwater na tym samym wózku co parias. - nie mogła się powstrzymać.
                                      - Nie. Nie jest ze mną aż tak źle, jak z tobą drogi kundelku.- odgryzła się Tremere. - Po prostu mi nie ufają. Nie powierzą znaczącej roli, nie dorobię się wpływów… będą zawsze obgadywać mnie za plecami. Banda skostniałych parweniuszy i nieudaczników.
                                      - Więc twoja misja nie jest znacząca. - znowu uderzyła - Lub twoja rola w niej nie jest.
                                      - Zapytaj o to Cyrila czy wie… ale chyba nie zdołał tego wywęszyć, co? Jego też to męczy, że są sprawy które są poza zasięgiem jego łap?- zadrwiła wściekła Tremere, a Garry próbował zażegnać kłótnię.- Uspokójcie się drogie panie, pojutrze przyjdzie wam współpracować. Nie ma więc powodów by się kłócić.

                                      - Czy to twoje życzeniowe zgadywanie, Nadia? - Ann nie posłuchała Gangrela - Sama nie wiesz, co wiedziałby Cyril i możesz tylko się irytować próbując mnie zmusić do podania odpowiedzi.
                                      - Och… znam Cyrila zapewne dłużej niż ty i lepiej niż ty. - odgryzła się Tremere. - Dobrze wiem, jak mu nadepnąć na odcisk i jakie są jego słabości.
                                      - To czemu tego nie zrobisz? - wyzwała Tremere - Czemu nie nadepniesz mu na odcisk? On nie ma o tobie... wysokiego zdania, jak sądzę. Może temu?
                                      - Po co? By popatrzeć jak się nadyma, gdy zranisz jego miłość własną? - zaśmiała się sarkastycznie wampirzyca. - Dla zabawy?

                                      Spojrzała na Ann dodając. - Moja droga, co do Cyrilka, to możesz być pewna. On nie ma o nikim wysokiego zdania, ani o mnie, ani o regencie, księciu… ani o tobie. W oczach tego Kainity nikt nie jest ważniejszy niż on sam, wliczając w to nawet samego Kaina. - podrapała się po policzku. - A dla mnie Cyril nie jest dość ważny bym zdobyła się na wysiłek drażnienia jego ego. To zbyt łatwe i zbyt nudne.

                                      - Mówisz tak, jakbyś sądziła, że świat mi załamiesz, mówiąc o jego niskim spojrzeniu na mnie. Nie tak, jakby był jedyny.
                                      - Nie obchodzi mnie twoje widzenie świata, ani nie sprawia mi przyjemności… poniżanie ciebie. Mówię tylko prawdę, prosto z mostu. A ona jest jaka jest. - odparła obojętnym tonem wampirzyca z klanu Tremere. - Niech ci Toreadory świat kolorują swoimi kwiecistymi kłamstewkami, ja trzymam się faktów nawet jeśli są parszywe.
                                      - Wiem, że nie jestem warta dla niego! - warknęła - I że nie będę warta. Nie trzeba mi kolorować świata.
                                      - Więc po co ja mam następować na jego odciski? Skoro bez trudu następuję na twoje?- zapytała ironicznie Nadia, po czym spojrzała mówiąc z melancholią. - Zresztą to wszystko to marnowanie czasu. Cyril jest mi obojętny, jego opinia o mnie także i twoja o mnie. Są ważniejsze rzeczy na świecie.
                                      - Miło wiedzieć, że najwyraźniej dla kogoś z klanu jestem na tyle ważna, aby mnie drażnić dla zabawy. - mruknęła.
                                      - Cieszę się, że czerpiesz z tego jakąś satysfakcję. - odparła uprzejmie, acz sarkastycznie Nadia.

                                      Powrócili do miejsca z którego wyruszyli, ale to już się zmieniło. Lokal był w zasadzie pusty, było już bowiem późno i pracujący od rana ludzie poszli spać. Zostało tylko kilku miejscowych pijaczków. I wampiry. Był już sam szeryf siedzący razem z Blake’m, był Raze rozmawiający przy barze z młodziutką Ventrue. Była i Lukrecja przysłuchująca się Williamowi i Joshui będąc przy stoliku obok. Acz jej uwaga skupiała się na artystce, która zakończyła już występ na tę noc i siedząc przy stoliku coś tam sobie brzdąkała na gitarze. Jedynie Clyde’a i Cyrila nie było. No i miejscowy Brujah nie raczył się tej nocy w ogóle pojawić.
                                      Ann podeszła powoli, aby móc też posłuchać o czym Joshua i William mówią.

                                      - Myślałem o burgundowym, wiesz… to królewski kolor i ciemny przy okazji. Jakby krew się rozlała to łatwo zmyć, ale żona twierdzi że to nieodpowiedni kolor do sypialni.- rozważał głośno Joshua, a Blake z pobłażliwym uśmieszkiem tłumaczył.- Ma rację, lepiej wybrać jakiś pastelowy kolor do sypialni. Swoja drogą może to jej zostawisz szczegóły remontu? Chyba już się na tym zna.
                                      - Nie… wolę mieć wszystko skonsultowane ze mną. - odparł szeryf.

                                      To było... dziwne. Konsultował z ghulem kolor ścian?

                                      - Dobrze się bawiliście? - Ann podeszła do Lukrecji.
                                      - Kto? Ja i Cyril? Jestem Ventrue moja droga… oddzielam emocje od interesów. - odparła ironicznie wampirzyca. - A propo interesów. Jak wam poszły negocjacje z futrzakami?
                                      - Masa młodych przybyła, a tak to ustaliliśmy co trzeba. I nas nie rozszarpali. To plus. - przechyliła głowę - Czyli negocjacje nie były nieprzyjemne dla ciebie, pani. W końcu jesteś Ventrue. Ale czy były owocne?

                                      Lukrecja zaśmiała się sarkastycznie.

                                      - Ani trochę. Były za to głośne i pełne przerzucania się argumentami. Strata czasu w sumie. Bo Cyril i tak będzie musiał przekazać wszystko Palafoxowi i to regent podejmie decyzję. A nie wysłannik.
                                      - Więc... pan Sauveterr nie ma dobrego nastroju... - westchnęła cicho.
                                      - Raczej nie liczyłabym na spotkanie dzisiaj. Zamknął się w pokoju nakazując by nikt mu nie przeszkadzał.- odparła Ventrue wskazując palcem na Raze’a .- I tylko ten Gangrel ma klucz do jego drzwi oraz sam Tremere.

                                      Ann u skinęła głową nie wymówiwszy słowa na te nowiny.

                                      Wycofała się w stronę Księcia i Williama, wyraźnie będąc w tym momencie przybita.

                                      - Jak było na wycieczce? Nie pogryźli was za bardzo? - Toreador był za to w świetnym humorze, bo przyjaźnie zwrócił się do zbliżającej się Ann.
                                      - Nie, choć chyba spodziewali się czegoś więcej. Na powitanie masa młodych wyszła. - odparła cicho, jakby nie miała sił z głosem walczyć o lepsze brzmienie.
                                      - Najgorsze są właśnie te młode. Stare są potężne i silne, ale z nimi można się dogadać. Młode są fanatykami.- odparł Joshua, a William spytał. - Jak chcesz to możemy już wracać, ja załatwiłem swoje sprawy… a ty ?
                                      - Wszystko... - spojrzała jeszcze na Joshuę i po chwili też Williama - Nie każdy sen Garry'ego to narkotyczny majak.
                                      - To nie sny… gada gdy się naćpa. I nie przykładałbym do tego aż tak dużej wagi, choć… cóż… okolica sprzyja mediom.- przyznał po chwili Blake.- Bardziej zrzucałbym te nadmierne zbiegi okoliczności okolicy, niż samemu Garry’emu.
                                      - Śniłam o zagrożeniu, które znajduje się w jeziorze. Stary wilkołak mówił, że tam, od strony tej... innej przestrzeni, ich przodkowie wygnali wroga, który tam pozostaje. - mruknęła z lekką irytacją na brak wiary.
                                      - Inni też miewają takie koszmary. - przyznał Joshua i wzruszył ramionami.- Z czasem przywykniesz.
                                      - Już przywykłam do koszmarów. Dawno temu. - spojrzała ponownie na Williama - Chyba powinnam tu na dzień zostać... - wzruszyła ramionami.
                                      - Cóż, jeśli chcesz…- odparł Toreador wstając od stolika. - Nie wiem czy to dobry pomysł, ale nie zabronię ci.
                                      - Czemu? Nie mam zamiaru teraz do niego iść. Tylko na miejscu być, jak się obudzi... - szepnęła.
                                      - Pokusa bywa zbyt wielka… czasami.- wyjaśnił Blake równie cicho.

                                      Chciała mu krzyknąć, że nic nie rozumie... ale on niestety rozumiał...

                                      - Wróćmy... - Ann wstała z miejsca, wyglądając, jakby ponownie zabrano z niej życie.

                                      “Sweet dreams are made of this
                                      Who am I to disagree?...”

                                      W radiu leciał muzyczny utwór jakiegoś skandynawskiego zespołu… chyba. William go musiał znać, bo nucił cicho.

                                      “Some of them want to use you
                                      Some of them want to get used by you”

                                      Coś było upiornego w tekście…

                                      “Some of them want to abuse you
                                      Some of them want to be abused”

                                      Coś było upiornego w okolicy, ściany drzew po jednej i po drugiej stronie tworzyły pręty olbrzymiej klatki… a przynajmniej takie złudzenie.
                                      Ann siedziała w aucie i czekała aż w końcu dojadą. Noc która zaczęła się tak obiecująco… teraz wydała się kpić z marzeń wampirzycy.

                                      Melodyjka jej telefonu rozbrzmiała nagle, ktoś do niej dzwonił.

                                      Nawet jeżeli miała taką cichą, głupiutką nadzieję, że zobaczy inny numer... to szybko się to rozmyło.

                                      - Co jest, Garry? - zapytała nijakim głosem, gdy odebrała telefon.

                                      Przez dłuższy słyszała ciche mamrotanie… wreszcie po chwili chrapliwy głos wyszeptał głośniej.

                                      - Nie idź czerwoną drogą, nie idź przez czerwone drzwi, to ścieżka bestii. Tam zagrożenie tkwi!

                                      Caitiffka wyglądała na mocno zaniepokojoną.

                                      - Jakie zagrożenie? Gdzie ta droga? - zapytała uspokajając głos.
                                      - Nie idź czerwonym szlakiem krwi… to droga do zguby… uważaj.. bestia tam czeka! - Garry nie odpowiadał na pytania powtarzając nieskładnie słowa.

                                      Ann zerknęła na Williama.

                                      - Nie pójdę. - szepnęła do telefonu.
                                      - Nie.. idź… uważaj na czerwoną drogę… unikaj….- trudno powiedzieć czy do Garry’ego docierało to co mówiła Ann.

                                      Ann zwróciła się szeptem do Toreadora.

                                      - To Garry... zapętlił się, nie wiem co zrobić.
                                      - Zakończ rozmowę… pewnie i tak za chwilę odleci. To mu się zdarza, gdy przesadzi z krwią wyznawców. - Blake przyjął tą sytuację obojętnie. Zapewne był jej świadkiem wiele razy.
                                      - Odpocznij... - rzuciła jeszcze przez telefon i zakończyła połączenie, ze smutkiem patrząc na komórkę.
                                      - Nie przejmuj się tak tym. Jutro nie będzie nawet tego pamiętał. Tak to jest, gdy się ciągle popija krew narkomanów. - pocieszył ją William.

                                      Pomieszczenie w piwnicy owiane było ciemnością, jedynie rozświetlanym nikłym blaskiem lampki nocnej. Ann patrzyła uważnie na kręcące się wokół niej cienie, niczym przywołane światłem ćmy.
                                      Jak i ona była przyciągana do osoby Cyrila...

                                      Some of them want to use you

                                      Wampirzyca warknęła z irytacją, zrywając z lampki abażur. Światło od razu rozświetlio się w całej przestrzeni, gdy bariera przestała je ograniczeć. Ann patrzyła na pozostałe zacienione miejsca z bezsilną złością.

                                      Some of them want to get used by you

                                      Na granicę światła zaczęły wsuwać się cieniste smugi pozbawione źródła. Bezklanowa położyła się na plecach, na swoim materacu, wpatrzona w tworzące się na suficie cieniste bestie. Wyciągnęła w ich kierunku dłoń, a po chwili cienie zbiły się w dwie istoty, które rzuciły się na siebie we wściekłości i poczęły rozszarpywać przeciwnika na strzępy.

                                      Some of them want to abuse you

                                      Płakała bez łez. Ten dzień mógł jej dać tyle szczęścia... Tyle miała nadziei. Odseparowanie od Cyrila było tym, za co nienawidziła Stillwater. Mogła być bezpieczna, traktowana tu z jakimkolwiek poważaniem, jak wampir... Mogła tu tak wiele się nauczyć, otrzymać... Nie była poniżana z powodu istnienia, którego nie chciała...
                                      A jednak.... pragnęła powrotu.

                                      Some of them want to be abused

                                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • AbishaiA Niedostępny
                                        AbishaiA Niedostępny
                                        Abishai jako XXI
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #25

                                        Następna noc po dziennym koszmarze wypełniona była niecierpliwością. Ann nie czekała aż William się zdecyduje wyruszyć, tylko sama wsiadła na swój motor i pognała do Stillwater niemal na złamanie karku. I miała okazję go złamać. Przeceniła bowiem swoje możliwości, nie była wszak świetnym kierowcą, a motor na którym jechała nie był idealnym środkiem transportu dla niej. Wypadek zdarzył się jej na zakręcie… nie wyrobiła wtedy na nim, wpadła w poślizg na kałuży i wyleciała jak z procy w krzaki na poboczu. Poobijała sobie żebra, być może złamała jakąś kość… skręciła kark. Nie przeżyłaby tego wypadku, gdyby jeszcze była żywa. Ale nie była. Rany, choć bolesne, goiły się szybko. Gorzej było z motorem. Mocno go chyba uszkodziła. A przynajmniej tak to wyglądało z boku. Podniosła maszynę z ziemi i przyglądnęła się mu. Kierownica poruszała się luźniej nieco, kilka elementów było podejrzanie wygiętych i… zimno przeszło jej po plecach. Odruchowo się skuliła szukając instynktownie drapieżnika który jej zagrażała. I Ann zauważyła go.
                                        |-Cicho i powoli poruszał się po drodze. Niby nic niezwykłego. Ot duży czarny lincoln , samochód jakiegoś bogacza. Tak mógłby wydawać zwykłemu śmiertelnikowi, ale nie Ann. Było coś złowrogiego w tym samochodzie. Nie kojarzył jej się z limuzyną jakiegoś krezusa, a… z karawanem. Coś co sprawiło, że kusiło ją skulić niczym zając na widok kojota. I odczekać aż samochód odjedzie.

                                        Dopiero gdy ów czarny pojazd się oddalił od Ann, wampirzyca spróbował uruchomić ponownie motor. Odpalił dopiero za trzecim razem. Caitiffka oceniła że jej motor wymaga wizyty u Dukes’a w najbliższej przyszłości. Na razie jednak musiała dotrzeć do Cyrila i jej maszyna powinna sobie poradzić z tym zadaniem. A przynajmniej taką wampirzyca miała nadzieję.
                                        Z duszą na ramieniu ruszyła przysłuchując się krztuszącemu się od czasu do czasu silnikowi maszyny.

                                        Ulga wywołana faktem, że udało się jej dojechać do miasta ustąpiła lękowi gdy zatrzymała się przed “Pąsową Różą”. Limuzyna która minęła wampirzycę na drodze, zaparkowana była teraz przed Elizjum i stał przy niej wysoki mężczyzna w ciemnych lustrzankach na twarzy. Wysoki ochroniarz w klasycznym i dość drogim garniturze od Armaniego. Byle najemnik takiego nie nosił. Przyjechał ktoś bogaty, co było podejrzane zważywszy że obecnie nawet biedni turyści omijali Stillwater szerokim łukiem.

                                        Ann weszła do środka ostrożnie i z obawą pamiętając o tym co poczuła na drodze. W środku zauważyła oprócz znajomych twarzy wśród śmiertelników, tylko kilka Kainitów.
                                        |-Była tu Lukrecja i był Cyril. Oboje zajęci rozmową z jedynym wampirem którego Ann nie znała. Był wysoki i szczupły, ubrany elegancko i drogo. Był też dość sztywny, w czym przypominał Ann włoskiego mafiosa.-|
                                        Dwóch wysokich ochroniarzy pilnujących by nikt nie przeszkadzał trójce wampirów w rozmowie, tylko wzmacniało ten imige. Poza nimi jedynym wampirem był tu Raze, siedzący przy barze i obserwujący spode łba całą trójkę Kainitów. Najwyraźniej nie tylko Ann nie podobał się ten “nowy” wampir w mieście.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • ZellZ Online
                                          ZellZ Online
                                          Zell jako Ann Paige
                                          Moderator Obsługa
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #26


                                          MAKARONIARZE W STILLWATER


                                          Bezklanowa ostrożnie stawiała kroki. Możliwie było to spowodowane zaleczającymi się pod ubraniem złamaniami, ale najpewniej wręcz zwierzęcą nieufnością... Skupiona na możliwym zagrożeniu, skierowała się ku Gangrelowi siedzącemu przy barze, aby przy nim być świadkiem sytuacji... tym razem bardziej zwracając uwagę nie na osobę Cyrila, ale na tych, co mogliby mu zaszkodzić. Poprawiła ubranie, które ucierpiało na wyglądzie... i była pewna, że plastry i bandaże trzeba będzie dziś wymienić.
                                          Nikt jej nie zauważył, może poza ochroniarzami pilnującymi spokoju rozmówców, więc zbliżyła się do Raze’a bez większych problemów. Ten uśmiechnął się drapieżnie i zawyrokował.

                                          - Wyglądasz jakbyś spotkała się oko w oko z rosomakiem.
                                          - Przegrałam z zakrętem. - odparła ponuro - Tych zauważyłam na drodze. - wyraźne jeżyła się patrząc na nieznanego wampira - Nie wiesz czy Książę powiadomiony? - szepnęła.
                                          - Chyba Lukrecja posłała swoją po niego. - zadumał się Raze.
                                          - Mam nadzieję... Co się dzieje teraz? Ten wampir jest problemem? - zmrużyła oczy - Bo wygląda na problem.
                                          - Jest bogaty i wydaje mu się że jest ważny. I chyba jest. Nigdy go nie widziałem, ale jego ochroniarze to ghule. - wyjaśnił Raze, a następnie wzruszył ramionami.- A on sam wygląda jak nieboszczyk. Na moje oko to któryś z Giovanni.
                                          - Jest agresywny wobec Cyrila i Lukrecji? - zapytała w skupieniu.
                                          - To dyplomata… może być agresywny uśmiechając się szeroko i odpowiadając grzecznie. Znam takich typków jak on, to węże. Wiją się między słowami i tylko czekają by ugryźć.- odparł Raze i zerknął na Ann.- Twój Cyril nie jest jego celem, bo podczepił się do rozmowy Lukrecji w nadziei… - podrapał się po karku.-... nie wiem na co. Ot, może z ciekawości?
                                          - Lub uważa, że tu trzeba kogoś kompetentnego, bo na pewno za taką nie ma Lukrecji... - westchnęła.
                                          - Nie sądzę, by pchał palce między drzwi z samej uprzejmości. Ten Giovanni wtargnął tutaj jak najeźdźca. Coś musiało go wkurzyć, skoro wypełzł ze swojej dziury w nowojorskich dokach. - tu Raze spojrzał na dziewczynę pytając. - Nie wiesz może co?
                                          - Mogę mieć podejrzenia... - wyciągnęła swoją komórkę - Możesz pouważać by nie zeżarli całego makaronu z Elysium? - mruknęła cicho i wstała z siedziska - Spróbuję z Williamem się skontaktować.
                                          - Nie ma sprawy. - odparł wampir.

                                          Odeszła na bok, aby nie być w zasięgu słuchu obecnych i wybrała numer domowy Toreadora. Może jeszcze nie wie i wciąż siedzi w domu…
                                          Nie dodzwoniła się, co znaczyło że już wyjechał. W takim razie spróbowała zadzwonić na jego komórkę.

                                          - Słucham? Co się stało?- zapytał wampir, a w tle słychać odgłos silnika. Musiał być w drodze.
                                          - Wiesz już, że mamy w Elysium gościa? Powiedz, że dlatego tu jedziesz.
                                          - Słyszałem, Giovanni… spodziewaliśmy się tu jednego z nich, to było nieuniknione. - przyznał Blake.
                                          - Dupek zachowuje się jakby był na swoim... - mruknęła przez słuchawkę - Mam nadzieję, że Cyril go nie zirytuje... potrafi mieć taki wpływ na innych, niekoniecznie umyślnie.
                                          - Giovanni to zimnokrwiści zboczeńcy, nie podlegają emocjom. Kalkulują na chłodno. - westchnął Blake. - Jeśli się gniewa to na pokaz.
                                          - Wiesz, kiedy Książę się zjawi?
                                          - Powinien wkrótce.- ocenił Toreador.
                                          - Dzięki. Uspokoiłeś. Czekamy. -pożegnała się i rozłączyła, wracając do Raze'a.
                                          - I Książę, i William są w drodze. Joshua powinien być wkrótce. - spojrzała na scenę z wamirami - Jakaś zmiana,czy ciągle agresja dyplomatyczna?
                                          - No nie wiem… Giovanni taki ciągle nadąsany.- ocenił Gangrel, a tymczasem do Elizjum wkroczył wesolutki Garry i spojrzał skonfundowany na całą trójkę rozmówców, a następnie na Ann i Raze’a. Ruszył ku nim zerkając ukradkiem na Lukrecję i jej dwóch rozmówców. A gdy dotarł do nich spytał.
                                          - Który to klan wysłał typka z pretensjami?
                                          - Makaroniarze. - szepnęła do Garry'ego.
                                          - Kto?- zapytał Garry drapiąc się po czuprynie, a Raze podpowiedział. - Giovanni.
                                          - Co oni tu robią?- zapytał Garry, a Raze spytał. - A co ty?
                                          - No tak… co ja… otóż, ja zabieram dziewczynki na wycieczkę. - odparł wesoło Garry i spytał. - Ann pójdziesz może po Nadię?
                                          - Jasne... - spojrzała uważnie na Garry'ego - Ale dobrze już z tobą?
                                          - A miało być źle?- zasępił się Garry drapiąc za uchem.
                                          - Więc... nie pamiętasz wczoraj, co? - westchnęła.
                                          - Hmm… miałem kiepski trip, zdarza się czasem. Cóż, nie warto być łakomym i mieszać prochów i krwi… taka to lekcja dla ciebie mała.- odparł mentorskim tonem Garry żartobliwie strofując Ann palcem.

                                          Poklepała Garry'ego po ramieniu.

                                          - Pójdę po Nadię. Będę unikać krwawej drogi, bądź spokojny. - uśmiechnęła się i skierowała do wyjścia z Elysium.

                                          Procedurę już znała na pamięć. Wejście na tyłach biblioteki, przycisk, rozmowa, wejście. Zajęta swoimi sprawami Nadia wymagała przypomnienia wczorajszych ustaleń, nim drzwi się otworzyły i Ann mogła wejść.

                                          - Ty naprawdę jesteś nudna... - mruknęła Ann na wejściu do pokoju.
                                          - Doprawdy? - stwierdziła sarkastycznie Tremerka odrywając się od monitorów. - Powiedz mi w takim razie dlaczego miałabym wysilać się by być… interesującą? Albo dla kogo?
                                          - Wiesz, że niektórych by bardzo zaciekawiło co robisz? Mistyczne? Nie tylko magów.
                                          - Nie robię tego dla innych, tylko dla siebie. Służysz jednemu z nas. Powinnaś więc wiedzieć jak zachłannie zbieram skrawki wiedzy…- odparła Nadia wstając i sięgając po broń, by schować ją do torebki. - … i jak zazdrośnie pilnujemy tego czego się nauczyliśmy, także i przed innymi z naszego klanu.
                                          - Cóż... Zaczynasz być tak sztywna, jak ten Giovanni. Za młodo na to wyglądasz.
                                          - A pewnie jestem od niego starsza.- odparła sarkastycznie wampirzyca poprawiając okulary i westchnęła. - Chodźmy pogadać z tymi futrzakami. W końcu… podjęliśmy się tej fuchy.

                                          Na miejscu był już Joshua i dołączył do rozmowy trójki wampirów. Był też Larry przechadzający się z wielkim kijem baseballowym i drapieżnym uśmiechem na obliczu. Jakby chciał sprowokować ochroniarzy do bójki, albo ich zastraszyć.

                                          - Hej mała… Willie złapał gumę. Chyba oboje dziś macie pecha do pojazdów. Co się stało twojej maszynie? Postanowiła staranować drzewo?- rzekł na powitanie Dukes.
                                          - Przegrała z zakrętem i postanowiła nauczyć mnie latać. - westchnęła - Grozi, że padnie przy następnym zapaleniu.
                                          - Zaprowadź do warsztatu przy najbliższej okazji. Bob lub Luc się nim zajmie. - rzekł przyjaźnie Brujah.
                                          - Dzięki. - uśmiechnęła się - Masz nadzieję, że się coś wydarzy? - wskazała na kij.
                                          - Ponoć Giovanni to niebezpieczne skurczybyki. Niestety… nigdy nie miałem okazji się przekonać czy to prawda. - odparł z bezczelnym uśmiechem Larry, a Nadia westchnęła z dezaprobatą.
                                          - Uważaj. Zombie czy szkielety nie czują nic. - zażartowała Ann.
                                          - No i? Lubię wyzwania. - uśmiechnął się Larry.
                                          - Sprowadził cię to zmysł wykrywania kłopotów?
                                          - Nie. Smith zadzwonił, bym przybył z odsieczą i moralnym wsparciem.- odparł wampir wskazując kciukiem na Księcia. Nadia tymczasem udała się do Garry’ego i Raze’a.
                                          - Jak idzie to moralne wsparcie?
                                          - Nudzę się.- odparł Larry szczerze i spojrzał na ochroniarzy Giovanni’ego. - A oni się chyba boją.
                                          - A ja przegapię wszystko. - mimochodem spojrzała w stronę Cyrila - Baw się dobrze?

                                          Pożegnała tak Larry'ego i poszła do Gangreli i Nadii.

                                          - Gotowe, ruszamy?- zapytał Garry, gdy Ann się zbliżyła. Nadia zaś rzekła. - Ja tak.
                                          - Również. - zgodziła się Ann.

                                          Cała trójka pojechała do siedziby Garry’ego. Tam właśnie czekało kilku Indian, z których część musiała być wilkołakami. Być może wszyscy. Byli młodzi i byli ciekawscy… a sekta Garry’ego, otwarta na nowe doświadczenia (z ładnym panienkami chodzącymi często topless), miała czym przyciągnąć młodych i żywych nadnaturalni. Ciężko im było udawać, że to miejsce ich nie kusi.
                                          Prawdziwe wyzwanie dla samodyscypliny.
                                          Nic więc dziwnego że “Śmierć Na Twarzy” z ulgą przywitał pojawienie się “najemniczek”.

                                          - Jesteśmy. - rzekł na powitanie Garry, a wilkołak rzekł nerwowo.- Jest tu jakieś spokojne miejsce na negocjacje? Bez ćpunów i pijanych nagusek?
                                          - Znajdzie się. - odparł wesoło Gangrel.
                                          - Wedle Garry’ego to wspiera poszukiwanie Nirwany. - odparła Ann.
                                          - Nie szukacie przypadkiem Golgoty?- zdziwił się wilkołak ale ani Garry, ani Nadia nie podjeli tego tematu. Gangrel ruszył przodem budynkowi wyglądającemu jak stodoła. I jak się okazało była to stodoła z kilkoma krowami. Zwierzęta dzięki wpływowi Garry’ego nie reagowały nerwowo na nieumarłych i były zadbane. Na tyłach zaś stodoły wyodrębniona była zagroda wojenna… z dużym drewnianym stołem i z bronią zawieszoną na ścianach. Śrutówki, dubeltówki, obrzyny. Duży kaliber, ale w większości przestarzały.
                                          - Broń dla obrony moich wyznawców. Na szczęście nie było okazji, by z niej skorzystać.- wyjaśnił Gangrel zwracając się do Ann.
                                          - A w którym roku ją tu umieściłeś? - zapytała.
                                          - Hmm…w 77’m? Tak mi się wydaje.- zadumał się Garry. - Może w ’82 ? Od lat sześćdziesiątych moja percepcja czasu zrobiła się bardzo płynna… stałem się bardziej metafizyczny, rozumiesz?

                                          Nadia stuknęła palcem żyłę na szyi sugerując częste… branie w żyłę.
                                          Caitiffka pokiwała głową ze "zrozumieniem", czekając już bez pytania o jego metafizyczność.
                                          Wilkołak nie był zainteresowany rozważaniem tej kwestii, wziął do ręki nóż i zaczął nim ryć udeptaną ziemię pełniącą rolę podłogi tutaj.
                                          Rysowana ostrzem noża mapa nie była dokładna. Wilkołak to przyznawał otwarcie. Służyć jedynie miała ogólnemu zrozumieniu sytuacji.

                                          - Kopalnia jest oparta o wysoką skalną ścianę. Trudno po niej zejść, zwłaszcza w nocy. Ale i tak jest obserwowana przez kamery i będziecie na niej wystawione na odstrzał. Nie oczekujcie też zwykłych kul. Więc lepiej podejść od strony drogi prowadzącej do kopalni i sforsować wszelkie przeszkody od tej strony. Pierwszą jest płot. - mówił “Śmierć Na Twarzy”. - Metalowa siatka, 3 metry wysokości z drutem kolczastym na szczycie. Pod napięciem. Za dnia bardzo niski, ale na noc podkręcają zasilanie tak, że śmiertelnika dotknięcie płotu może zabić, a i garou poczuje takie kopnięcie. Przypuszczam że pij… wampir również. Dwie kamery przy wejściu do kopalni, plus budka strażnicza. Kamery na płocie co pięć metrów. Potem jest duży placyk otoczony przez budynki. Dwa budynki socjalne z kabinami prysznicowymi i stołówką. Potem budynek administracyjny z lewej i budynek ochrony z prawej. Tam siedzą strażnicy, gdy nie patrolują terenu. Około dwudziestu fomorów udających ludzi i z czterech przypominających psy. Może nawet sześć psów. Nie łudźcie… w nocy nie ma na terenie kopalni żadnych ludzi, poza może agentami Żmija. Cokolwiek żywego tam napotkacie będzie chciało was zabić, także i maszyny… one również nie są tylko zwykłymi tworami Tkaczki, lecz nasączone są esencją Żmija. - tłumaczenia wilkołaka były nieco mętno-mistyczne, ale czego innego można się było po nich spodziewać. - Kolejny budynek po lewej to wejście do kopalni … Nas nie interesuje. Waszym celem jest drugie wejście do kopalni i jednocześnie do budynku badawczego. Ogrodzony kolejną siatką pod napięciem i strzeżony przez cztery kamery, oraz czytnik odcisków palców przy zamku. Musicie wejść tam i uzyskać informacje… Niestety nasza wiedza się kończy tutaj. Nie udało się nam dotrzeć dalej. Jakieś pytania?
                                          - Wiecie jak oni sobie radzą z widzeniem, takich, Nosferatu? - zaryzykowała wspomnienie tych wampirów, o których już mówił wcześniej.
                                          - Niektórzy nie polegają tylko na wzroku… także na węchu lub słuchu. To nie są ludzie, nawet jeśli tak wyglądają.- wyjaśnił wilkołak spoglądając na wampirzyce. - Nie nastawiajcie się na łatwe zadanie.
                                          - Wiadomo gdzie jest źródło zasilania kamer i płotu i innych budynków? - zapytała Nadia.
                                          - Przy budynku ochrony, ale wasz cel ma własne niezależne źródło zasilania. - odparł “Śmierć Na Twarzy”.
                                          - Gdzie potrzebujesz być, aby dobrać się informatycznie? - zapytała Nadii.
                                          - Hmmm… w środku? Szczerze powiedziawszy nie sądzę by mieli tam połączenie z internetem. Mówimy o układzie zamkniętym w środku budynku. Sforsowanie tych wszystkich elektronicznych zabezpieczeń nie będzie problemem. Jedynie strażnicy. - zadumała się Tremere i spojrzała na wilkołaka. - Mała dywersja z waszej strony byłaby użyteczna w tej sytuacji.
                                          - Mała… nie zaryzykujemy życia dla was.- zgodził się acz stawiając warunki wilkołak.
                                          - Obronię cię, nie martw się. - Ann szepnęła i słodko uśmiechnęła się do Nadii.
                                          - Po to tam idziesz.- odparła Tremere udowadniając swój brak poczucia humoru.
                                          - Coś jeszcze chcecie wiedzieć? - zapytał wilkołak tymczasem. A gdy nie otrzymał odpowiedzi od żadnej z nich, rzekł. - Garry was przywiezie koło dziesiątej w nocy, myślę że jutro około jedenastej czy dwunastej można wykonać akcję. Nie ma z tym problemu?
                                          - Żadnego. - odparła Ann... choć ciągle myślała o stracie chwil na Cyrila.
                                          - Nie ma.- przyznała krótko Nadia.
                                          - No to do jutra.- Indianin pospiesznie opuścił stodołę.

                                          - Strasznie nerwowe te wilkołaki. Zupełnie jakby gołych bab w życiu nie widziały.- podsumował sytuację Garry, gdy Indianina nie było już w budynku.
                                          - Zaproś tu Clyde'a, to zobaczysz jego reakcję. - podśmiewała się.
                                          - Clyde tu bywa… od czasu do czasu. Częściej bywał, gdy był jeszcze ghulem. Teraz już rzadziej. - zadumał się Gangrel i wzruszył ramionami.- Odwieźć was do miasta?
                                          - Tak.- rzekła krótko Nadia, co i potwierdziła Ann.

                                          - Przepraszam za wczoraj. - Ann odezwała się do Nadii, gdy już były w samochodzie - Nie powinnam tak się zachowywać w stosunku do ciebie.
                                          - Nie powinnaś. - przyznała krótko wampirzyca. Długo milczała nim znów rzekła. - Przeprosiny przyjęte.

                                          Potem znów dłuższa milczenia. - Na jutro przygotuję plan, który wykonamy. Nie do końca ufam kompetencjom futrzaków w kwestii wywiadu… albo zrobienia czegokolwiek poza rzucaniem się na innych z kłami i pazurami.

                                          - Masz już jakieś pomysły? - zapytała.
                                          - Poniekąd… jak już wspomniałam. Całe te elektroniczne w zabezpieczenia mogą być problemem dla futrzaków, ale nie dla mnie. Równie dobrze mogli postawić ściany z papieru. - wyjaśniła Nadia.
                                          - Mam nadzieję, że nie są tak bystrzy, aby szukać czegoś, czego nie widać i czuć, eee.. jak siebie samych? Oni Żmij, my... tak mówią futrzaki.
                                          - Cóż… zbytnia pewność siebie może nas zgubić. Ale nie jesteśmy bezbronne. Przynajmniej ja nie jestem. Wezmę qqod Dukes’a parę pistoletów maszynowych. Tak na wszelki wypadek.- zastanowiła się Tremere głośno.
                                          - Czyli mam szansę zobaczyć magię? - zapytała.
                                          - Tak. Trochę. - odparła krótko Nadia.

                                          Ann wyglądała na naprawde zadowoloną. Wreszcie zobaczy!

                                          - Dojeżdżamy… - odezwał się tymczasem Garry dotąd zajęty słuchaniem wróżki w radiu i prowadzeniem wozu. - Wysadzić was pod biblioteką czy Różą?
                                          - Mogę przejść w razie co. I tak wracam do Róży.
                                          - W takim razie biblioteka. - odparła Nadia.

                                          I tam się zatrzymali.

                                          Przy barze była Miracella, oraz Clyde. Raze także był, tylko siedział przy jednym ze stolików rozmawiając z Lukrecją. I najwyraźniej ta rozmowa była ważna, bo byli blisko siebie i rozmawiali cicho.
                                          Podeszła do młodych.

                                          - Co się dzieje?
                                          - William i Joshua gadają z Giovannim na górze. - rzekła Miracella na powitanie. - Ponoć ów Kainita zostanie tu na czas śledztwa.
                                          - A co z Tremere?
                                          - Nie pogadali dziś długo. Ostateczne decyzje zostały przełożone na jutro. Ale ponoć… Tremere Nowego Jorku chyba zgodzą się zostawić Pandersa przy życiu… - wyjaśniła wampirza barmanka. - Chcesz Bloody Mary, czy krwawego Billa w pokoju numer 10 ?
                                          - Nie mogę teraz. - odmówiła krwi - Tremere w swoim pokoju? - zapytała przejęta.
                                          - Tak. Nie mógł uczestniczyć w rozmowie ze Giovannim. Nawiasem mówiąc nazywa się Pisanob… Gino Pisanob. - wtrącił Clyde.
                                          - Muszę iść... - zaaferowana Ann szybko skierowała się do pokoju Cyrila. Będzie zły…

                                          I był… Na pukanie zareagował poirytowanym tonem i słowami. - Czego?!
                                          Zawsze problemy w tej relacji...

                                          - To ja... panie... - ciężko jej było złożyć słowa, gdy Tremere był wściekły.

                                          Wampir otworzył drzwi i spojrzał gniewnie na Ann i syknął. - No i? Masz dobry powód, by mi przeszkadzać?
                                          Widać było, że dziewczyna ciężko znosiła wzburzenie Cyrila.

                                          - Wczorajsza rozmowa z Wilkami.... Dadzą nam swoje magiczne rzeczy... - lekko skuliła się w sobie - Myślałam, że chciałbyś którąś....
                                          - Hmm… tak… zawsze to coś do badania. Lub sprzedaży. Lub podarowania.- zadumał się Cyril i potarł podbródek. - Acz w tej chwili nic jeszcze od nich nie masz, tak?
                                          - Jutro dopiero z Nadią mam akcję. Po tym mają zapłacić. Jedno ma... pomóc w przejściu przez Umbrę.
                                          - Nie obchodzi mnie Umbra… inne wymiary są… niebezpieczne.- machnął ręką wampir. - Mam nadzieję że obiecali coś więcej niż wycieczkę do Piekła.

                                          Caitiffka czuła się coraz bardziej wystraszona, im bliżej była tematu... wczoraj.

                                          - Słyszałam, że Panders przeżyje?

                                          Zimne spojrzenie Cyrila stało się wręcz lodowate.

                                          - Nie będę omawiać z tobą polityki mego klanu.- warknął.- Jeśli już wszystko co miałaś powiedzieć, powiedziałaś to zostaw mnie samego. Porozmawiamy jutro, przed moim wyjazdem.

                                          Już wyraźnie skuliła się w ukłonie.

                                          - Oczywiście, nie poruszę, to nie sprawy kundla. - spanikowana cofała się tyłem w ukłonie. Nie mogła poruszyć wczorajszego wydarzenia - Jutro o jedenastej idę z Nadią... - dodała.
                                          - Nie muszę znać szcze…- zaczął Cyril, ale potem przerwał i zamyślił się. - Cóż… ta cała szopka z Pandersem może potrwać dłużej, więc może jeszcze będę jak już wrócisz. Jeśli nie, Blake będzie miał kopertę ze wskazówkami dla ciebie.
                                          - Dobrze... Dziękuję... - za co w sumie dziękowała? - Przepraszam za wczoraj. - wydusiła z siebie i rzuciła się biegiem z powrotem do sali w Róży.

                                          Wcześniej taki nie był! Nie często...

                                          Kiedy znalazła się na górze, od razu zajęła jedno z krzeseł pod ścianą i wyraźnie rozbita kuliła się na miejscu i trochę jej zajęło, aby pozbierać się znowu. Powoli wstała po kilku minutach i po prostu przeszła ostrożnie, jakby bojąc się, że upadnie, do Miracelli i Clyde'a.

                                          - Czy pojawił się Will...?
                                          - Pewnie już wkrótce, bo będziecie musieli wracać, gdyż panicz Blake nie lubi sypiać poza domem. - wampirzyca podała Ann kieliszek z krwią. - Napij się.

                                          Złapała kieliszek i na raz wychyliła krew, trzymając ją w drżących dłoniach.

                                          - Ciężka noc. - wyjaśniła.
                                          - Nie wątpię. - odparła Patty po czym zgromiła Clyde’a wzrokiem, gdy ten próbował się odezwać. - Dla niego też, więc… może lepiej poczekać aż będzie w lepszym humorze?
                                          - Kto? - Ann zapytała nerwowo.
                                          - Tremere z Nowego Jorku. - odparła Miracella cicho. - Negocjacje nie poszły zgodnie z jego planem, to było widać. A jego… pojawienie się przyćmiła wizyta klanu Giovanni.
                                          - To... Źle... - szepnęła - Bardzo źle…
                                          - Przejdzie mu jutro. Jak to wszystko przetrawi. - próbowała ją pocieszać Ventrue.

                                          Ann jedynie spojrzała na dziewczynę bez wiary, że czas naprawi bardzo sytuację.

                                          - Na mnie też zły…
                                          - Hmm… gdyby naprawdę był zły, to by… zabił, nieprawdaż?- zapytała retorycznie Patty.
                                          - Może...

                                          Nie lubił marnować interesów... Ale czy wciąż jest jednym?

                                          - Muszę wrócić do Nowego Jorku. - szepnęła zrezygnowana.
                                          - Teoretycznie nic cię tu nie trzyma.- usłyszała za sobą. William pojawił się cicho niczym cień. Uśmiechnął lekko. - Co się stało?

                                          -Wróćmy do domu... - szepnęła w podłogę.
                                          Wampir otoczył Ann ramieniem i oboje wyszli w milczeniu z przybytku.

                                          - Poszło nie po jego myśli... - szepnęła na dworze - Jest zły...
                                          - Ale nie na ciebie. Nie martw się tym.- odparł ciepło William.
                                          - Wczoraj... byłam... - zakryła oczy - Jest zły na mnie...
                                          - Nie sądzę. Jest co prawda małostkowy… ale nie aż tak. - odparł ciepło William i spytał. - Przywołał cię do siebie, by cię zbesztać?
                                          - Nie... Sama poszłam, ale bałam się…
                                          - Jeśli nie wezwał by cię zbesztać, to nie jest na ciebie zły. Po prostu ma dużo na głowie. - wzruszył ramionami Blake. - A wtedy bywa deczko zrzędliwy.
                                          - Cyril zawsze był... ciężki. Wymagający. Czasem zbyt wiele... - przytuliła się do boku Toreadora - Nie jest to miłość, to jakieś... oddanie. I strach przed porzuceniem... - silniej wtuliła się drżąc - Nie chcę by mnie oddalił, nie chcę by porzucił... Nie chcę być sama...
                                          - To uzależnienie… i każdy je przechodzi… na początku.- mruknął cicho bardziej do siebie niż do niej Blake i wyprowadził ją z budynku.
                                          - Ty też tak miałeś? - zapytała cicho.
                                          - Tak… tylko że gorzej. W moim przypadku to naprawdę była miłość i bolało mocniej.- odparł cicho wampir wzdychając i wpatrując się w nocne niebo.
                                          - Ale... skoro to była miłość... To nie powinno tak być... Chyba że druga osoba była dla ciebie... niedobra?
                                          - Jednostronna… nieodwzajemniona miłość. - sprecyzował Blake.
                                          - Mi Cyril praktycznie od razu dał do zrozumienia, że nie będzie to... emm... relacja, jakiej by ktoś szukał. Dopiero dłużej po tym, jak pierwszy raz wypiłam, dowiedziałam się co to jest. - pokręciła głową - Nie informował zawczasu.
                                          - Tak… to coś co jest częstym nawykiem u starych wampirów. Nie tylko u Cyrila. - przyznał z drobnym uśmieszkiem Toreador.

                                          Milczała chwilę.

                                          - On nie traktuje mnie źle. - powiedziała pewnie - Nie cierpię... nie zawsze... Daje mi wiele.

                                          Dotarli do samochodu Toreadora.

                                          - Nawet jak nie wszystko jest mi miłe... to nie ma znaczenia.
                                          - Rozumiem… Cyril nie jest… zły. Tylko samolubny.- odparł William.
                                          - Zależy mi na jego słowach o mnie... ale ciężko oczekiwać lepszych w jego wypadku. Niemniej, przygarnął mnie, dał opiekę, dom…
                                          - To prawda. - zgodził się z nią Blake, gdy wsiadali do samochodu.

                                          - Powiedz mi, jeżeli chcesz... - Ann usiadła na przednim siedzeniu - Jak normalnie wampir jest chowany przez Stwórcę?
                                          - To się może różnić między klanami, ale najczęściej jest wtajemniczany w świat nasz będąc jeszcze śmiertelnikiem. - wyjaśnił Blake ruszając.- Poznaje prawa, reguły i zależności pełniąc rolę sługi lub… kochanka… i zwykle wtedy jest ghulem. Nie wszystkie ghule zostają przeistoczone, ale większość Kainitów zaczynała jako ghule właśnie.
                                          - To znaczy, że są planowane? Chciane?
                                          - Wieczne życie i wieczna młodość… To silne pokusy młoda damo.- odparł ciepło William ruszając samochodem.
                                          - Ale to pokusa dla Przemienianego. Co z Rodzicem?
                                          - Są różne powody dla których się tworzy Potomka. - odparł Blake. - Czasami by zachować kochanka na wieczność, czasami by zyskać sojusznika lub pomocnika.

                                          Ann zasępiła się i ucięła nagle tamat. Czy Cyril po coś ją chciał? Nie wiedziała jaki miał interes... mógł tyle innych wampirów...

                                          A jej prawdziwy Stwórca chciał by zginęła.

                                          Słowa Williama nie uspokoiły Bezklanowej tak, jak tego by potrzebowała. Ann wciąż czuła, że wisi nad nią złość Cyrila, może nawet nadchodząca kara. W końcu obiecał jej konsekwencje... a on nie blefuje...


                                          KUNDEL, BULLIES I ZWIERZAKI


                                          Nie rozumiała czego od niej chcą, czemu zawsze chcą zrobić jej krzywdę. Cyril mówił, że to dzięki ich szefowi, z pasją nienawidzącego Bezklanowych i tych, o słabej krwi... ale to nie miało sensu! Młoda wampirzyca nic im nie zawiniła! Wyśmiewali i bili bez powodu. Czemu? Była z Camarilli, jak oni!

                                          Zwykle szybko zmieniała drogę, jak tylko na horyzoncie pojawili się ci bullies. Szkoda, że potrafili być tak szybcy... Wcześniej dwa razy dorwali ją i zrobili z niej worek treningowy. Gdyby nie była martwa, zatłukliby ją wtedy na śmierć. Dumni z siebie jebańcy dobrze się bawili, gdy otoczony, zmaltretowany caitiff w końcu tracił przytomność...

                                          Tym razem zmusili ją do ucieczki w nieznany teren; do Central Parku. Miała nadzieję, że tam zdoła zgubić oprawców, ukryć się przed nimi w zaroślach... Wbiegła w park najgłębiej jak mogła, skręcając między drzewa, jednak nie zdołała zgubić pogoni. Rzucony w nią kamień, uderzył Ann w głowę z taką siłą, aż usłyszała kruszącą się kość i upadła na ziemię przed oczami mając krwiste mroczki. Nie zdążyła się ogarnąć, gdy nad nią stanął jeden z grupy, jaka na nią polowała.

                                          - Zostawcie mnie! - przewróciła się na plecy, aby patrzeć na górującego nad nią mężczyznę - Nic wam nie zrobiłam... - jęknęła drżąc, osłaniając się rękoma i kuląc w strachu na porośniętej trawą ziemi, przypominając postawą bezbronne, poddające się zwierzę - Błagam... jestem jak wy...

                                          Wiedziała, że powoływanie się na Cyrila nic jej nie przyniesie...
                                          Próbowała już.

                                          - Nie jesteś jak my… suko! - wrzasnął przywódca tej grupki. Łysy osiłek z tatuażem czaszki na karku. On i jego dwaj kumple powalili ją… on kopał, kumple się śmiali.
                                          - Jesteś odpadem, wypadkiem przy pracy… żałosną parod…
                                          - Jesteście nie na swoim terenie Brujah. - jego wściekłe słowa przerwał inny głos. Coś poruszyło się w krzakach, coś na pierwszy rzut oka przypominającego kupkę szmat zakończoną gęstą czupryną. Dwoje oczu łypnęło spod kudłów.

                                          Żul spojrzał to na Ann, to na trójkę jej oprawców. - Wynocha mi stąd.
                                          Kopnięcia były tylko zapowiedzią.... Oni nie słuchali... choć tego bezdomnego... zaczęli? Caitiffka nie wiedziała kim on jest. Może to zapity biedak lub następny oprawca...
                                          Zwinęła się w kulkę, chcąc chronić brzuch i klatkę piersiową. Wciąż drżała ze strachu i niepewności, patrząc to na Brujah, to na żula.
                                          Cyril mówił by tu nie włazić. Nie pamiętała czemu i dziś nie obchodziło jej to. Miejsce było na drodze ucieczki…

                                          - Nie będzie mi zawszony zwierzak mówił co mam robić! - wrzasnął łysy i błyskawicznie przemieścił się ku niemu… chybiając uderzenie pięści, bo i ów zwierzak przemeścił się tuż obok.
                                          - Testujesz moją cierpliwość Brujah. To teren Gangreli i nie życzymy sobie wchodzenia z butami na nasz teren.- warknął wampir.
                                          - I co nam zrobisz? Może i jesteś szybki, ale jesteś tu sam.- co prawda jej oprawcy nie zwracali na razie uwagi na samą Ann, ale jeden nadal opierał stopę o jej brzuch.

                                          Nie wiedziała co ją czeka... i bała się dowiedzieć. Zaryzykowała skorzystać z okazji i spróbowała wyrwać się spod nogi Brujah. Może jeszcze zdoła dziś nie skończyć dnia rzucona gdzieś w śmieci…

                                          - A ty gdzie…- ryzyko się nie powiodło. Brujah zauważył jak się rusza, pochylił się i chwycił ją za ubranie przytrzymując przy ziemi. Tymczasem dwójka pozostałych próbowała zastraszyć żula.
                                          - Jesteś tu sam, a nas trzech… możesz być szybki jak my, ale w końcu cię załatwimy, więc może zabieraj swoje zawszone szmaty i spier…- żul przerwał im mówiąc ironicznie.- Kto powiedział, że jestem tu sam?
                                          - A kto ci pomoże, co?- zapytał drwiąco szef bandy.
                                          - Ja. - usłyszała za sobą Ann i trzymający ją Kainita. Tuż za nimi pojawił się wysoki łysy murzyn z niewielką bródką.
                                          - Raze…- wydukał nerwowo Brujah trzymajacy Ann.
                                          - Raze. - powtórzył jego kumpel wywołując tym zdziwienie swojego lidera, bo on podobnie jak Ann nie wiedział kto to.
                                          - Ja mu pomogę… lub sam was załatwię… lub z kumplami. To teren Gangreli, jest nas wielu nawet jeśli nas nie dostrzegacie. - mruknął złowieszczo czarnoskóry wampir. - A wy… weszliście bez pozwolenia na nasz teren i urządzacie tu burdel. Radzę wam stąd spadać, zanim wasze szczątki zostaną dostarczone Grozie z przypomnieniem co się robi z takimi żle wychowanymi Potomkami.

                                          Ann spojrzała na czarnoskórego, wyraźnie nie wiedząc kim on jest. Nie wiedziała też czy cieszyć się z jego obecności, czy bynajmniej…

                                          - Jeśli myślisz że się przestraszę, to…- zaczął łysy, a jego kumpel dodał.- Chłopie, to jest Raze. Lepiej z nim nie zadzierać.
                                          - Dallas ma rację.- odparł Brujah trzymający Ann.- Ja się stąd wynoszę.
                                          - Ja też…- odparł Dallas. Trzymający Ann wampir próbował wyminąć Raze’a ale ten zatrzymał go ręką.
                                          - Zdobycz zostaje.
                                          - Ale…- zaczął oprawca Ann, a Raze spojrzał na niego szczerząc kły.

                                          
                                          |-

                                          - Zdobycz… zo… sta… je.- powtórzył i Ann została puszczona. Dwaj Brujah rzucili się do ucieczki, a ich łysy przywódca pognał za nimi pomstując głośno na ich tchórzostwo.

                                          To było.... coś nowego. Mogłaby być rozbawiona reakcją Brujah, ale była daleka od tego. Jeżeli oni się kogoś bali...

                                          - Uhm... - szepnęła patrząc na czarnoskórego z ziemi, na której wylądowała tyłkiem i zastanawiała się w jakiej w sumie się sytuacji znalazła. Postawa dziewczyny wciąż wyrażała zastraszoną uległość.

                                          Raze spojrzał na Ann i rzekł.

                                          - Do bramy po drugiej stronie parku jest jakieś piętnaście minut piechotą. Masz dwadzieścia minut na opuszczenie Central Parku.

                                          Po czym spojrzał za oddalającymi się Brujah.

                                          - Myślę że jeśli dwa wyjdą żywe z Parku to wiadomość dla ich Primogena będzie wystarczająco czytelna.
                                          - Też tak myślę. - odparł żul. Najwyraźniej stracili zainteresowanie Ann.

                                          Nie istniało nic szczęśliwszego dla Ann w tym momencie, jak uniknąć prania od Brujah, a do tego nie być na radarze reszty. Caitiffka podniosła się, skrzywiwszy się, gdy jeszcze nie zrośnięte żebra dały o sobie znać, aby skierować się w stronę, którą jej wskazał czarnoskóry. Nie miała ochoty zaczynać z nimi, tak jak i nie miała z Brujah. Jedynie teraz miała nadzieję, że w najbliższym czasie nie trafi na te wampiry, które będą miały jej za złe doznanie poniżenia...

                                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa