Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje WoD
  3. Rozgrywka
  4. Sezon 1
Martwe Wody
AbishaiA
Abishai jako
XXI
Mistrz Gry
ZellZ
Zell jako
Ann Paige

Sezon 1

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
76 Posty 2 Uczestników 147 Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • ZellZ Niedostępny
    ZellZ Niedostępny
    Zell jako Ann Paige
    Moderator Obsługa
    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
    #43

    - Co wiesz o tej części miasta. Co ja powinienem wiedzieć? - zapytał Toreador, gdy się zapuszczali na tereny anarchów. Niestety nie mieli wyboru. Kafejka internetowa o jakże ekscentrycznej nazwie “D.Inferno” znajdowała się właśnie tutaj. Ann nigdy w niej była. Nie pamiętała nawet by kiedykolwiek widziała ją otwartą.
    - Najpierw mi powiedz, czemu tu jesteśmy? - mruknęła - To tereny Anarchów... Nie chcę by moja obecność tutaj na Cyrila wpłynęła.
    - Pamiętasz tę kwestię magów doglądających ruin szpitala? - przypomniał jej William.- Dostałem też od nich adres, gdy zadzwoniłem. I właśnie tam jedziemy.
    - To teren Strix, nieformalnego władcy tej enklawy. Nie jest to taki władca, jak Książę, ale zawsze. - zaczęła - Sam Książę toleruje Anarchów w mieście... zazwyczaj? Są "lojalni" do Camarilli, biją z nami Sabat, a i praw przestrzegają... - uśmiechnęła się ironicznie - Tych sensownych, według nich przynajmniej. Ten teren to kilkanaście ulic, między terenami Gangreli i Nosferatu. Schroniłam się tu kilka razy i z większej czy mniejszej odległości ich widziałam. Ważne, że nie byłam niepokojona. - wytłumaczyła - Ataki Brujah Grozy na Anarchów Strix kończyły się... odwrotem Brujah, a przynajmniej ich niedobitków wiejących z podkulonymi ogonami.
    - Czyli nikogo tu nie znasz? Szkoda. - Toreador skomentował ten cały wykład kilkoma słowami. Po czym dodał uśmiechając się. - Jakoś sobie poradzimy. Mam na coś szczególnie zwracać uwagę?
    - Chodzę tam, gdzie chce Cyril, a od Anarchów nic nie chciał. - wzruszyła ramionami - Nie następuj na ich interesy, nie bruźdź gromadce. Zasada "żyj i pozwól żyć innym" jest w cenie. Będą ją przestrzegać tak długo, jak nie będziesz im szkodził.
    - Nie powinniśmy być długo i nasze interesy nie dotyczą tego miejsca i tutejszych Kainitów. I chyba… dojeżdżamy.- rzekł Toreador zerkając przez okno. Miał rację.
    - Uhm... - spojrzała na Toredora - Wiesz... czy masz może jakąś kurtkę do okrycia naszych... kreacji?
    - Och… eeemm… nie pomyślałem o tym. - przyznał ze wstydem William.
    - Dobra... Zawróćmy po twój wózek... Masz cokolwiek w nim do ubrania? U mnie tylko wierzchnie... Nie zakryje całej kreacji, ale cóż... - zniżyła głos zakrywając oczy - Lukrecja mnie ubije…
    - Ale… ale… nie będziemy chyba nadkładać tyle drogi, co?- zapytał zasmucony Toreador.- Przecież jesteśmy już na miejscu. Załatwimy sprawę i szybko stąd się ulotnimy.
    - Jeżeli na Anarchów wpadniemy, to bankowo nas za Ventrue wezmą... - westchnęła - W razie co, mogę liczyć na ciebie, jeżeli będzie trzeba odkupić kreację Lukrecji? - zapytała przybita.
    - Tak, tak. Pokryję szkody i poradzę sobie z grupką anarchów bez twojej pomocy. Kainici z poziomu ulicy są zwykle młodzi, niedoświadczeni i słabi.- odparł pocieszająco Blake.
    - Dobrze... Tylko nie mów im w twarz, że są słabi... - westchnęła - Załatwmy to szybko.

    Oboje wyszli z samochodu i ruszyli do drzwi. Ann zauważyła kamerkę przy nich i domofon, mimo że na drzwiach wisiała tabliczka “Zamknięte. Remont”. Zabawne. Chyba zawsze wisiała.
    William zapukał do drzwi. Nic. Zadzwonił. Po czym rozejrzał się i skupił spojrzenie na ciemnej uliczce.

    - Jeden już nas obserwuje.-

    Tymczasem kobiecy głos wrzasnął z domofonu.

    - Czego do cholery?!

    Młody głos, dziewczęcy.
    Ann szturchnęła Toreadora, źeby to on gadał, a sama spojrzała w uliczkę.... i skanowała przestrzeń ulicy.

    - Oeil du futur dało mi na was namiary. Podobno możecie nam pomóc. - odparł Toreador.
    - A czego ta banda snobów w ogóle was skierowała. No i nie wspomnieli chyba o tym, że nie jesteśmy organizacją charytatywną.- odpowiedział głos, a Toreador rzekł.- Mam pieniądze… i limuzynę.
    - Limuzyna o niczym nie świadczy. Jesteście parą umarlaków.- odparł głos i dodał.- Zaraz otworzę drzwi. Żadnych głupich pomysłów. Jestem uzbrojona i obeznana z waszym rodzajem.

    Gdy Ann zaś próbowała przebić ciemność wzrokiem, William dodał cicho do niej.- Teraz już trójka, kobieta wygląda na niebezpieczną. Reszta to płotki.

    - Świetnie... - Ann mruknęła pod nosem - Jak wygląda ta kobieta?
    - Nie wiem… czytam ich aury.- wyjaśnił toreador. - Ich intensywność i naturę. Widzę sylwetki, są za daleko bym mógł przebić spojrzeniem ciemność. Znają możliwości dyscyplin.

    Tymczasem drzwi się otworzyły.
    Stała w nich młoda dziewczyna.

    [media]https://i.ibb.co/ZKg6ZGp/wp6219180.jpg[/media]

    O krótko ściętych jasnych włosach. Półprzeźroczysta koszulka potwierdzała obecność czarnego stanika bez ramiączek. Solidny pas trzymał kowbojską kaburę, w której tkwił spory rewolwer. Dziewczyna nosiła jeansy z naszywkami zespołów rockowych i czerwone adidasy. Oraz złote słuchawki na szyi.

    - Nie myślcie, że wytrzymacie postrzał z tej zabawki.- czule dotknęła rewolwer dłonią.- Jeden strzał i będziecie rzygać śmiertelnością.

    Cokolwiek to znaczyło. Za nią widać było kafejkę internetową z kilkunastoma komputerami starego typu, kineskopowe monitory, zwykłe klawiatury oraz pudełkowego obudowy komputerów. Wszystko na długich stołach i krzesłach. Oraz laptopy porozstawiane wszędzie, książki i kubki po kawie/herbacie. To było jeszcze normalne… podobnie jak półmrok. Klatki faradaya poustawiane w paru miejscach, wiązki kabli ledwo izolowanych ciągnące się wszędzie gdzie się dało. Rury w których tłoczony był ciągle żółty, niebieski i różowy płyn, zapewne układy chłodzące komputery… bo były z nimi połączone. Podobnie jak duże cewki i lampy próżniowe wielkości jabłek. I jakieś mistyczne bazgroły na ścianach. I nogi wystające spod biurka, obok skrzynki z narzędziami. Na biurku owym i obok niego, stały połączone ze sobą trzy pudła komputerów… oraz trzy duże, tym razem ekrany LCD.

    - Ehm...- Ann przysunęła się do ucha Toreadora - Czy to na pewno dom maga, a nie melina zbuntowanej nastki?
    - Nie mam pojęcia… nigdy nie byłem w domu maga. - odparł Toreador cicho.
    - Nie jestem zbuntowaną nastką i nie jestem głucha. - burknęła blondynka, a nogi spod biurka dopowiedziały głośno.- A to nie jest ani jej dom, ani melina.

    Ann wzruszyła ramionami i skinęła głową pospieszająco na Toreadora.

    - Your move.
    - A więc… - zaczął William, ale dziewczyna mu przerwała. - Skoro Oeil de Futur was przysłali to co o nas powiedzieli?
    - Że jesteście bardzo dobrzy w… grzebaniu w internecie.- przypominał sobie Blake, a dziewczyna uśmiechnęła się kwaśno przytakując. - Tak… to coś w stylu tych zapleśniałych arogantów. Wchodźcie, tylko niczego nie dotykajcie.

    Bezklanowa ruszyła jak William ruszył, woląc jego mieć bliżej magów.
    Blondynka zamknęła za nimi drzwi, przedtem wykonując jakiś gest palcami. Następnie dodała głośno.

    - Więc… czego od nas oczekujecie? Bo chyba te stare pryki z Fundacji nie wspomniały o tym jak ważną robotę robimy tu w Rebelii. Nie mamy czasu niańczyć jakiś nieumarłych, tylko dlatego że ci z Futur mają wobec was dług wdzięczności.- stwierdziła bezczelnie dziewczyna.
    - Kategorycznie zbuntowana nastka. - mruknęła do Toreadora.
    - Nieprawda… - syknęła gniewnie blondynka i spojrzała wprost w oczy Ann. - Nie lubię cię.
    - Niemniej robimy tu ważną robotą. Jesteśmy stacją nasłuchową dla innych Fundacji. Tu w sercu Technokratycznej twierdzy łatwo ich… podglądać. Cóż… łatwiej.- zaśmiał się głos spod stołu.- Psiakrew… Marge, podaj mi cewkę numer sześć. Starą przeciążyła twoja poprzednia eskapada.

    - Dobra… a wy mówcie czego chcecie, albo wypad.- burknęła Marge i zaczęła przekopywać kupkę złomu. - Na pewno potrzebujesz szóstki, widzę piątkę i czwórkę, może się nadadzą.
    - Tylko jeśli chcesz by obieg kwintesencji rozsadził przetworniki na drugim obejściu.- odparł mężczyzna spod stołu.- Już ci przecież mówiłem o równowadze triady.
    - Chcemy byście zdobyli dla nas informacje.- rzekł William. - Odnośnie pewnej firmy.
    - Tylko tyle? - zaśmiała się dziewczyna i dodała. - Słuchaj koleś, nie jesteśmy bandą podrzędnych hakerów. Nie zajmujemy się duperelami. Dam ci adres w dark webie i tam sobie szukaj kogoś do trywialnych zleceń.
    - No i nie pracujemy za darmo. Rachunek za prąd sam się nie zapłaci.- odezwał się mężczyzna spod biurka i znowu zaklął.- Do licha… oblałem się fluidami. Co mówiłem ci o przeglądzie uszczelek?!
    - Nadia by chyba polubiła te komputery... - czekała by William wyjaśniał.
    - Nie są za archaiczne dla niej?- Blake miał inne zdanie na temat. Co Marge skwitowała słowami. - Nooby dwa.
    - Firma, która nas interesuje odstraszyła nosferatu i jestem gotów zapłacić sowicie za dyskretne rozeznanie się na jej temat.- rzekł William z uśmiechem.
    - Oooo to… ciekawe… brzydale mają cykora? - uśmiechnęła się szeroko Marge, a męski głos spytał.- Za ile?
    - Pięć tysięcy zaliczki, trzy razy więcej po wykonaniu zadania.- odparł Blake.

    Ann natomiast rozglądała się po pomieszczeniu,szczególną uwagę zwracając na cienie... Czy u magów też one są inne? Te tutaj nie wyróżniały się jednak niczym szczególnym.

    - Więc? - spytała blondynka swojego mentora/szefa/opiekuna sprzętu. - Ja jestem zainteresowana.
    - Bierzemy.- odparł mężczyzna zajęty robotą.
    - Przyjmujecie czeki? - zapytał Blake, a Marge westchnęła wpatrując się w sufit. - Kolejny antyk, ale tego po Futur można było się spodziewać.
    - Przyjmujemy. - potwierdził mężczyzna.
    - Kiedy zakończycie zadanie?
    - To zależy… od tego czy czek nie okaże się bez pokrycia. i jak skomplikowane to jest zadanie.- odparła Marge i pokazała ręką komputery. - Jak widzicie nie możemy narzekać na nadmiar rąk do pracy.
    - Za taką kasę możecie to priorytetowo robić. - mruknęła.
    - Naszym priorytetem jest powstrzymanie Nowego Światowego Porządku i uratowanie świata. “Rebelia” nic wam nie mówi?- burknęła blondynka.
    - Mówiłem, że to bezsensowna nazwa.- wtrącił mężczyzna.
    - A Dinferno było taka ynteligentnym pomysłem?- odgryzła się Marge przedrzeźniając go.
    - Jeżeli wszyscy magowie mają tak urocze podejście, to już wiem czemu Nadia takie ma... - spojrzała na Williama.
    - Nie przejmujcie się nią, to raczej kwestia pokolenia. Takie jest młodzieży chowanie w New Age.- odezwał się męski głos spod biurka. - Niemniej… cóż, Marge ma rację. Nie jesteśmy najemnikami, prowadzimy bardzo poważny obiekt badawczy którego znaczenie jest często niedoceniane. I żyjemy cały czas zagrożeni, ze strony Technokracji. Zajmiemy się waszym zleceniem, ale priorytet to to nie będzie. A skoro Nosferatu wam odmówili to sami rozumiecie…
    - Sprawa jest śliska, delikatna i wymaga subtelnego podejścia. A subtelność jest czasochłonna.- podsumowała Marge. - Coś jeszcze macie do dodania?
    - Znacie się na... Umbrze? - zapytała nagle.
    - Pfff… oczywiście. - odparła blondynka urażona tym, że Ann może wątpić w ich wszechwiedzę.
    - Aczkolwiek nasz specjalista od Umbry i zaświatów obecnie jest poza miastem. Szkoli dwójkę uczniów na wycieczce. - wyjaśnił głos spod biurka.

    - Czy jeżeli zwiększyła się intensywność snów zsyłanych przez zamkniętego w Umbrze ducha, jak i możliwie wpływa na atmosferę miejsca, to jest szansa, że się uwolni z tej Umbry?
    - Oczekujesz konkretnej wypowiedzi nie podając ważnych szczegółów pozwalających ocenić zagrożenie.- odezwał się mężczyzna spod biurka.- Niemniej jeśli jakiś byt próbuje przebić Rękawicę by przejść do nas, to… zwykle nie przesyła energii od siebie, tylko próbuje ją zassać od nas. Czy te sny wywołują jakieś szaleństwo, obłęd?

    Ann szturchnęła Wiliama

    - Ty dłużej masz z tym kontakt. Opisz ten byt, proszę.
    - Co mam opisać? Nigdy go nie widziałem. Nikt go nie widział. Wilkołaki twierdzą że tam jest, ale wątpię by którykolwiek z nich zetknął się z nim osobiście. Nie przypominam sobie też przypadków obłędu. Owszem Garry czasem świruje, ale to bardziej od prochów niż od samych wizji przyszłości. - wzruszył ramionami Toreador.
    - Acha…- odparł głos spod biurka. - Więc mamy stworzenie zanurzone w czasie jako aspekcie rzeczywistości. I robi za kamień uderzający w taflę wody… wywołując zmarszczki na powierzchni czasoprzestrzeni odbierane podczas snu przez śniących. Nie ma pewności czy działania tego stworzenia są celowe, czy raczej mamy do czynienia z efektem ubocznym.
    - Czuć... Wszechobecne zagrożenie w mieście. Coraz mocniejsze. Jeden sen... - spojrzała na ścianę - Pokażę go wam.

    Cienie z pomieszczenia zaczęły się rozlewać i wypaczać, by plamami rozlać na ścianie, swoimi kształtami kreując cienisty obraz. Jeden z nich był jak sadzawka, z której zaczęły wyłaniać się macki, gotowe pochwycić.

    - W śnie... chcesz podejść bliżej, choć rozumiesz, że to co cię czeka to śmierć i cierpienie, pożeranie żywcem... Ale jakbyś nie miał woli nie zanurzyć się w wodzie…
    - Ktoś się powinien temu przyjrzeć.- odparł głos, już nie spod biurka.

    Drugi mag wylazł spod niego. I okazał się bardziej nobliwy od Marge, bardziej wiekowy. I bardziej dziwaczny w swoim garniturze i marynarce, cylindrze z goglami na nich. I z podkręcanymi wąsami.

    - Wilkołaki się przyglądają.- odparł Toreador.
    - Aaaa… to dobrze.- odparł z uśmiechem mag i potarł brodę.- Rozumiem twoje wzburzenie panienko, ale fakty są takie, że to nie jest robota dla pojedynczego czarownika, ale całej koterii mistrzów wspomaganych może przez Tremere, jeśli udało by się coś takiego załatwić i oczywiście przez wilkołaki. Przy obecnym kształcie rzeczywistości… ciężko obecnie o Merlinów.

    Ten mężczyzna także nie był tym, co wyobrażałaby sobie Ann, gdy myślała o magu...

    - Czyli myślisz, że to prawdziwe zagrożenie? Nie musisz być sarkastyczny, wspominając postać z arturiańskich legend... - mruknęła poirytowana, że człowiek nie traktuje jej poważnie.
    - Och… wybacz, to nasza wewnętrzna terminologia. Merlin to mag który dysponuje mityczną potęgą. Mistrz wielu sfer, który sam potrafiłby pokonać przebudzonego smoka. Obecnie, takich już nie ma wśród nas. Duże zagrożenie wymaga współpracy wielu mistrzów, a i tych nie ma zbyt wielu. - wyjaśnił mag.
    - Ale uważasz, że taki byt byłby w tym momencie zagrożeniem?
    - Skoro jest… nadzorowany, to pewnie nie jest w tym momencie problemem. - odparł mag pocierając dłonią brodę. - Z pewnością walka z nim byłaby niebezpieczna i gwarantowałaby ostatecznego sukcesu. Jeśli za taki sukces uważasz ostateczną eliminację. Takie byty bywają frustrująco ciężkie do zabicia i częściej opłaca się bardziej je na tyle zmęczyć, by znów zapadły w sen niż zabić.
    - Mówią mi inni, że nie ma zagrożenia, ale... czuję je. - westchnęła - Jak się wzmaga ta... atmosfera. Nie umiem inaczej wytłumaczyć niż tym, że czuję to wyraźnie. A gdy jesteś martwy to uczucia robią się blade. To jest wyraźne. - skrzywiła się - To innym nie wystarczy, a zakopana w matematyce Tremere bardziej zobaczy to jako odjazdy po prochach. - Ann wyraźnie była pewna swego i reakcje innych ją frustrowały.
    - Kolejna snowflake która czuje zagrożenie. Mam dla ciebie nowinę, jesteśmy zagrożeni od lat. Technokracja zaburza równowagę, zamraża świat w statycznym bursztynie i nikt z tym nic nie robi. Mimo że nagłaśniamy sytuację, przesyłamy informacje do innych fundacji to one wolą bawić się w lokalne intrygi i łechtać własne ego! - odparła gniewnie Marge, ale dalszą jej tyradę przerwał gest starszego maga.
    - Nie przeczę twojemu przeczuciu wampirzyco. Po prostu stwierdzam, że obecnie nie mamy środków i możliwości by ostatecznie rozwiązać twój problem. Wejście do Umbry i walka z tym stworzeniem byłaby samobójstwem… po prostu. Znam trochę Garou i wiem, że jeśli istniałby choć cień szansy na ubicie tego stworzenia, to pognaliby z wyciem na pyskach by zdobyć chwałę choćby kosztem chwalebnej śmierci na trupie wroga, jak to na Srebrne Kły przystało. - rzekł mężczyzna przyglądając się obu Kainitom. - Skoro jednak nie gnają, to znaczy że nie sądzą, by taka wyprawa zakończyła się inaczej niż klęską. My tym bardziej nie możemy ci pomóc, gdyż nasza mała grupka skupia się bardziej na Korespondencji niż na aspektach rzeczywistości bardziej użytecznych przy twoim problemie, takim jak Duch czy Czas.
    - Przecież macie specjalistę…- przypomniał Toreador.
    - No… tak jakby mamy. Tyle że on jest specjalistą w naszym małym gronie. Bo ja na sferze Ducha znam się słabo, a Marge w ogóle nie ma do niej talentu.- wzruszył ramionami brodaty mag.
    - Cokolwiek mówisz. - Ann mruknęła do Marge, wyraźnie zirytowana jej słowami - Więc to tyle, te informacje. - spojrzała na Williama, czekając czy ma coś do dodania.
    - No cóż… dziękujemy za pomoc.- odparł Toreador i po pożegnaniu wyszli z kafejki internetowej.

    - To było… owocne marnowanie czasu. Chyba. - podsumował to William.
    - Mam nadzieję, że ten mag, co do ciebie przyjedzie, będzie prawdziwym magiem. - mruknęła - Jesteśmy dalej obserwowani?
    - A jaki powinien być według ciebie prawdziwy mag? - zapytał ze śmiechem Toreador i skinął.- Tylko przez kobietę.
    - Jak Tremere, tylko żywy? Cyril to dobry przykład. Tak maga sobie wyobrażam. - odparła - A kobiecie może po prostu się twoja chłopięca buzia podoba.
    - Wątpię… - stwierdził Blake i spojrzał za siebie. - Może… po prostu pilnują tego miejsca. Może nie tylko my ubijamy z nimi interesy? W końcu siedzą, jak twierdziła Marge, w sercu wrogiego terytorium. Na miejscu tutejszych magów zawierałbym układy i sojusze gdzie tylko się da.
    - Czy mamy jeszcze jakieś miejsce tu do odwiedzenia?
    - Ja nie mam. Ty nie powinnaś. Lepiej będzie dla ciebie i dla Cyrila, jeśli się nie spotkacie twarzą w twarz.- rzekł Toreador szarmancko otwierając jej drzwi. Po czym zapytał.- Możesz uściślić? Dla mnie Cyril to przykład typowego Tremere, nie ma… Pod tym względem bardziej pasuje mi Nadia.
    - Szaty, magiczne symbole, klasa, duma, masa ksiąg, których nie wolno ci dotknąć. - opisała wchodząc do wozu.
    - Aaaa to… - uśmiechnął się wampir wsiadając po niej. - To domena starych obrządków, te nowe są bardziej… idą z duchem czasu.
    - Do ciebie też taki nowoczesny buntownik przyjdzie? - zapytała gorzko - Taki z cyrku osobliwości?
    - Nie wiem. - odparł Toreador, gdy ruszyli już z miejsca. - Kontaktuję się z nimi mniej więcej raz na dekadę więc… sama rozumiesz. Ponieważ to mimo wszystko są śmiertelnicy, rzadko odwiedza mnie ta sama osoba.
    - Nie mają eliksirów młodości? - zapytała zaskoczona.
    - Nie wszyscy. Jak ci powiedział nasz anonimowy przyjaciel, nie ma obecnie wielu mistrzów mogących stworzyć tak potężne efekty.- wyjaśnił Toreador wzdychając. - Zresztą… Tremere powstali właśnie z tego powodu. Ich protoplasta nie potrafił przedłużyć sobie życia jako śmiertelnik więc eksperymentował z wampiryzmem i stał się Kainitą. Oraz założycielem klanu.
    - Nadia mówiła, że musiała jakiegoś duchowego przewodnika poświęcić i do dziś nie wie czy było warto…
    - Tak… nie pamiętam jak to nazywają. Awatary czy jakoś tak. Przemiana w wampira pozbawia go i wraz z nim całej magii. Trzeba się uczyć od nowa.- stwierdził William i uśmiechnął. - A to sprawia, że nawet starzy magowie nie garną się hurtem pod skrzydła Tremere.

    Zamilkła i położyła głowę na szybie, patrząc na zewnątrz.

    - Wyczuwam jego obecność, nawet na odległość. Mam mikrą wiedzę, w jakim kierunku jest... - spuściła wzrok - To boli... wiesz?
    - Wiem. Miałem okazję czuć to nie raz.- przypomniał jej Kainita.

    Ann wróciła do obserwacji ulic, wciąż mając cierpienie w oczach.

    - Jak skrzywdziły cię twoje dzieci?
    - Zdradziły łączące nas… uczucie. Odeszły. Część z powodu ambicji, inne z powodu różnicy w poglądach. Przekonasz się, że wieczna miłość zazwyczaj trwa pół wieku.- westchnął smętnie William.- Potem… coraz więcej zaczyna was uwierać. Wady, na które przymykaliśmy oczy dziesięć lat temu, dwadzieścia lat później irytują coraz bardziej i bardziej. Starość i śmierć ze starości, to błogosławieństwo, które nam odebrano.
    - Krew powinna pomóc... - spojrzała na Williama.
    - Miłość nie polega na uzależnieniu od siebie drugiej osoby. Miłość polega na wzajemnej fascynacji. Czy mogę powiedzieć, że on mnie kocha… jeśli wiem, że tak naprawdę to wielbi smak mojej krwi? - zapytał retorycznie Blake.- Pragnąłem zawsze drugiej połówki, a nie… niewolnika moich uczuć.

    Spojrzała w oczy Toreadora.

    - Ty wciąż... Odczuwasz uczucia? Bez krwi? Które nie są złością czy żądzą?
    - O tak. Przyjaźń, sympatię, nostalgię… miłość. Uczucia które rodzą się z serca i myśli, a nie z ciała. Od dawna nie czułem żądzy, a gniew… już dawno się we mnie wypalił.- westchnął Toreador wspominając i spojrzał na Ann uśmiechając. - Tylko twoje ciało jest martwe, nie twój umysł, nie twoja osobowość. Te nadal żyją.
    - Pozytywne uczucia z serca i myśli... posiadają dla mnie mdły kolor. Są jakby... wyblakłe. Jakby istnieją za oszronioną szybą. - zamilkła na chwilę - Odkąd mnie Przemieniono tak czuję.
    - Jesteś młoda… a to, że nie miałaś czasu odwyknąć od krwi Kainowej, nie pomaga. - ocenił Blake zamyślając się. - Opita krwią czujesz wszystko intensywnie i mocno… cóż, to akurat nie dziwi. Jeśli brałaś narkotyki, to pewnie po nich czułaś się podobnie. Jednak emocje po narkotykach i po wampirzej krwi, choć silne… są fałszywe. Niemniej na ich tle to co przeżywasz teraz wydaje się słabe. Ja to rozumiem. Niemniej jesteś młoda, masz czas by przywyknąć.
    - Sporo osób w galerii cię znało. - poważnie patrzyła na Williama - Kim ty byłeś w Nowym Jorku przed Stillwater?
    - Byłem pierwszym Primogenem w Nowym Jorku. Niemniej musisz pamiętać, że wtedy Nowy Jork był bardziej jak Stillwater. Ba, nie nazywał się nawet tak. Wtedy nasza społeczność była mała, więc łatwo było zostać Primogenem. Potem ustąpiłem zostając prawą ręką Juliusa Thorne’a.- zadumał się Blake.- Biedak zginął z rąk kościelnych łowców.
    - Kim był Julius Thorne?
    - Pierwszym prawdziwym primogenem mojego klanu w Nowym Jorku. Ja w sumie byłem tylko takim prowizorycznym.- zaśmiał się wampir i dodał. - Zginął tuż przed wybuchem wojny o niepodległość.
    - Kim stałeś się potem?
    - Długo tylko wpływowym Toreadorem, potem Księciem Stillwater, potem wróciłem do Nowego Jorku, a potem… wróciłem do Stillwater. Nie jestem i nie byłem nigdy aż tak aktywnym politycznym graczem jak może się wydawać na pierwszy rzut. Po prostu niewiele jest Toraedorów wystarczająco potężnych by rzucić wyzwanie La Belli. - westchnął Blake.
    - Czemu porzuciłeś wtedy Stillwater, twoją Domenę i wróciłeś do miasta?
    - To… sercowy temat. I wolałbym uniknąć wdawania się w szczegóły. - stwierdził krótko wampir.
    - Na trzeźwo. - odparła Ann.
    - Po wypiciu też. - przyznał ze śmiechem Toreador.
    - I kim zostałeś po powrocie tutaj? To chyba przed tym Ventrue było.
    - Po prostu… wpływowym, bogatym Toreadorem.- machnął ręką William i uśmiechnął się zmieniając temat.- Tak jak ponoć ty jesteś bogata.
    - Tak... w sumie tak. - westchnęła - Widać to bogactwo po mnie. Zawieszone w limbo.
    - I niech tak zostanie. - stwierdził po namyśle Toreador. - W tej sytuacji pieniądze twojej rodziny przysporzyłyby ci tylko dodatkowych problemów. Poza tym, wyglądasz zachwycająco w tej sukience.
    - I tak nie moja. - uśmiechnęła się - A pieniądze u mnie... to byłby problem. Najpierw je wyrwać, a później nie dać się zjeść za nie.
    - To prawda. Więc… wracamy do hotelu. A jutro do Stillwater.- odparł z uśmiechem poeta.

    Ann leżała na łóżku w pokoju hotelowym, jaki przygotowała Primogenka Toreadorów. Nie szczędziła VIPowskich wygód dla Williama, a caitiffka po prostu się napatoczyła nieoczekiwana, temu w pokoju było tylko jedno łóżko. Bezklanowa była przekonana, że to nie ona je zajmie - wydawało się to jasne, nie robiła sobie nawet nadziei na nic innego. Za życia oczekiwała by wygód, ale po śmierci poziom statusu spadł na łeb na szyję. Boleśnie nauczyła się, że istnieje nawet poniżej poziomu gruntu dla większości Spokrewnionych i zaczęła to brać za pewnik, nawet nie śmiejąc narzekać na minusy sytuacji.
    Członkowie klanu Toreador oczekiwaliby wszystkiego, na co Ann nie miała nadziei. Dziewczyna wręcz mogła być niepewna czy otrzymałaby łaskę od członków "niżej ustawionych" klanów. Wiedziała, że i od samego Cyrila by jej nie otrzymała. Stary wampir wyrzuciłby ją na podłogę pokoju lub wręcz poza pokój, by sama sobie miejsce znalazła. Dla niego ważniejsze byłoby umiejscowienie tomów i reszty swoich rzeczy na kanapie, niż kundla.

    A William...

    To było nieoczekiwane i zaskakujące. Nie tego została nauczona. William od początku miał zamiar oddać miejsce na łóżku Ann i nie przyjmował innej opcji. Dziewczyna ponownie poczuła się jak ktoś posiadający wartość... nie tylko wartość fortuny leżącej gdzieś w papierach, do której dobrać się nie było szans...

    Oddała suknię Lukrecji do uprania przez obsługę hotelową, jednocześnie biorąc standardowe ubranie w zamianie, ot biała bluzka i szare spodnie. Nie miała zamiaru "ubrudzić" swoją osobą upranej garderoby Ventrue.

    Co zaś tyczy się Williama na kanapie... trzeba będzie mu podziękować choć jedzenie na rano mu podstawiając w ładnym kieliszku czy cokolwiek tu znajdzie. I połaskotać jego artystyczną duszę oraz dumę, nawet jeżeli jego poezja była słaba nawet jak na standardy nastolatka.

    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • AbishaiA Niedostępny
      AbishaiA Niedostępny
      Abishai jako XXI
      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
      #44

      Nowy Jork był przyjemnym snem i jak one wszystkie zakończył się przedwcześnie. Gdy wracała wraz Williamem do Stillwater, Ann mogła powątpiewać że wczorajsza noc się wydarzyła. Teraz za oknami przemieszczającego się samochodu widzieli coraz bardziej gęstniejącą ścianę lasu. Wracali do domu.
      Młoda wampirzyca miała obecnie okazję i czas na rozmyślania nad swoją obecną sytuacją.
      Spotkała Primogenkę Toreador i wiele się dowiedziała, ale nic z tego nie wynikło. Spotkała Magów i nieco się rozczarowała. Mimo wszystko Cyril wydawał się jej bardziej mistyczny niż “młoda gniewna” i jej przyjaciel przebieraniec. Niepokój o jej Tremere nie zmalał mimo że odległość między nimi rosła z każdym kilometrem. Jej Cyril został w coś wrobiony, tylko przez kogo?
      Och… tu Ann mogłaby przytoczyć całą listę potencjalnych wrogów, a i tak nie wykorzystałaby wszystkich możliwości. Cyril nie był lubiany. Nawet sympatyczny William będący jego nieformalnym sojusznikiem zachowywał pewien dystans wobec niego.
      -... karty nie wróżą dobrze. Odwrócone pięć buław i rydwan… uważaj na samochody. - mówiła Jaine Love swoim zmysłowym głosem ujawniając przyszłość jakiemuś śmiertelnikowi.- Nie dla ciebie wyścigi samochodowe Rodrigo. Nie dzisiejszej nocy przynajmniej, nie następnej. Może za trzy?

      - Ale dziś mam ważne spotkanie. - odpowiedział Rodrigo.
      - Jedź pociągiem.- zaproponowała Ravnoska.
      - Ale…- zaczął mężczyzna, niemniej Jaine Love zgasiła dalszą rozmowę.- Wybacz kotku, czas nas goni, teraz kawałek najseksowniejszego głosu jaki narodził się na tym świecie. Potem kolejny rozmówca… a właściwie rozmówczyni.

      I z radia rozległ się przebój Prince’a

      https://www.youtube.com/watch?v=UG3VcCAlUgE

      Dotarli do domu w połowie nocy. William zaraz po zatrzymaniu i opuszczeniu pojazdu, poszedł do skrzynki pocztowej i wyjął z niej dużą grubą kopertę. Westchnął ciężko, najwyraźniej spodziewając się tej przesyłki.

      - Będę u siebie, jeśli bym był potrzebny. - stwierdził wampir otwierając kopertę i upewniając się co do jej zawartości. Wszedł do domu, a Ann została na razie na zewnątrz w towarzystwie psów i mając całą resztę nocy dla siebie.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • ZellZ Niedostępny
        ZellZ Niedostępny
        Zell jako Ann Paige
        Moderator Obsługa
        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
        #45

        FORMATOWANIE TBD

        W pierwszej chwili myślała, że William wyjmie ze skrzynki paczkę od Cyrila... zawiodła się szybko. Ze smutkiem patrzyła na pustą skrzynkę.

        Czego oczekiwałaś? Teraz musi być bardzo zajęty walką o swoje.

        Ann powoli poczłapała do domu Williama, aby przed wyjazdem do Stillwater, wykonać jeden telefon, którego numer wyrył się jej w pamięci.
        Ściskała słuchawkę, oczekując na połączenie.
        To w sumie była sprawa sercowa... pasowało.
        Musiała trochę poczekać, bo linia była zajęta. Potem musiała jeszcze czekać, aż obsługujący konsolę telefoniczną mężczyzna dopuści ją do prowadzącej. A potem...

        - Witaj droga Ann. Widzę w kartach, że miałaś udaną wycieczkę do Wielkiego Jabłka. - zmysłowy głos Jaine Love odezwał się w słuchawce.
        - Nie rozwiązało to w sumie spraw sercowych. - głos Ann był dość cichy, trochę przybity - Chcę się dowiedzieć czy jest szansa, bym od niego otrzymała uczucia…

        -Hmm…- zaszeleściły jakieś papiery.- Mogę ci powiedzieć, że z pewnością coś otrzymasz. Acz nieprędko. Jednak to tylko kwestia czasu, a karty mówią że on… nie ma w tej chwili możliwości szastania… “uczuciami”.

        - Nie zależy mi tylko na prezencie, ale... na czystym uczuciu. Jak kiedyś. Zmieniło się... coś da się zrobić, aby było jak dawniej?
        - Skarbie… powiem ci to co mówią karty i to co mówi moje… doświadczenie. Łudzisz się, że tam u niego kiedykolwiek były uczucia. Co jest nieprawdą. - westchnęła Jaine.- Tego nie było wcześniej i nie będzie w przyszłości, bez względu na to jak się karty ułożą.
        - I nie ma niczego, co mogłabym więcej zrobić? - zapytała cicho.
        - Nie zmienisz natury starego drzewa. - odparła Jaine i dodała.- Ale karty mówią mi, że będzie okazja do poprawienia sobie humoru, jeśli nie dziś to jutro bądź pojutrze.
        - Dziękuję... Bądź bezpieczna. - po tych słowach odłożyła słuchawkę, czując ogarniający ją żal.


        W Elizjum wszystko było po staremu. Dużo śmiertelników. A z Kainitów jedynie Miracella i Clyde czarujący jakąś śmiertelniczkę, zapewne turystkę. Było głośno, ale spokojnie i wesoło.
        Przybita Ann podeszła powoli do Miracelli, zdejmując plecak z pleców.

        - Szefowa u siebie?
        - Nie… jeździ z Giovanni. I nie będzie zadowolona jak wróci, choć on sam nie jest jakoś szczególnie gburoway.- odparła Ventrue i spytała.- Jak było w Nowym Jorku? Dobrze się bawiłaś na przyjęciu Toreadorów? Jakie ono było?
        - Masa osób zainteresowanych Williamem. - stwierdziła, wyjmując z plecaka paczuszkę z sukienką - Primogenka mnie poznała. Na przyjęciu Piękna była i gdzieś Bestia krążyła. - przysunęła paczkę do młodej wampirzycy - Oddaję kreację Lukrecji. Uprana, wyprasowana przez obsługę hotelową. Nie powinna narzekać.
        - Zobaczymy. Możliwe że znajdzie jakiś powód do narzekania, zwłaszcza po wspólnej jeździe z Giovanni. Więc… musiałaś się dobrze bawić, skoro Primogen Toreadorów cię znała?- ciągnęła dalej Patty chowając sukienkę pod ladę.
        - Zaproszenie było głównie wystosowane do Williama, ja byłam osobą towarzyszącą. Na początku Elena myślała, że jestem Dzieckiem Williama, jak sądzę. Gdy żyłam miałam z nią kontakty raz czy cztery, więc i założyła, że stałam się Toreadorem. A przyjęcie jak to nasze - polityka w większym czy mniejszym stopniu. Nie było nudno dla mnie. Interesująco.
        - Załatwiliście coś na tym przyjęciu dla Stillwater? Była chyba okazja na to.- zainteresowała się młoda Ventrue.
        - Że nie wciągnięto Williama w zagrywki Toreadorów. - pokręciła głową - I o firmie ze Stillwater próbujemy się dowiedzieć, skoro Nosferatu spietrali. Pozostało czekać.
        - A od kogo, skoro Nosferatu nie chcą?- zapytała Miracella.
        - Od zbuntowanej nastki i przebierańca, stylizującego się na steampunk. - westchnęła - Nie wiem czy to wypali.
        - Od… kogo? Nie rozumiem… co takie dziwadła mogą zrobić, czego nie mogli hakerzy Nosferatu. - barmanka była coraz bardziej zdezorientowana tłumaczeniami Ann.
        - Trzymaj się. Ta grupka... - ściszyła głos - To ma-go-wie. Standardy śmiertelnym zmalały. - zaśmiała się cicho.
        - Acha… nigdy żadnego maga nie widziałam. Spodziewałabym się raczej dżentelmena w ciemnym garniturze lub smokingu z przypinką Illuminati lub coś w tym rodzaju.- zastanowiła się cicho Patty.
        - Widziałaś w sumie dziś Larry'ego lub Nadię?
        - Hmmm… Larry’ego nie. Nadia wpadła na moment. Chyba jest znów w bibliotece. - padła odpowiedź.
        - Dzięki. - zastanowiła się - Mogłabyś mi zrobić jakiś makijaż czy ten poprawić? Po dwóch dniach już słabo widać go.
        - Nie ma sprawy. Kiedy?- zapytała Patty.
        - Nawet i teraz.
        - Teraz… hmm… za pięć minut? Muszę załatwić sobie zastępstwo. Lukrecja nie lubi jak któraś z nas urywa się z roboty. - wyjaśniła Patty po chwili wahania.
        - Jesteś wampirem, a ciągle obowiązuje cię plan pracy?
        - Urok bycia Ventrue. Teraz nie możesz mówić że masz najgorzej. - zaśmiała się cicho Miracella.

        Ann uśmiechnęła się blado i spojrzała na Clyde'a.

        - On tak cały czas próbuje wyrwać śmiertelniczki? - zapytała cicho - Nie ma co się dziwić, że nie jest dumą Joshui… -
        - Cóż… są wampiry które tak polują. Toreadory najczęściej.- stwierdziła obojętnie Patty.
        - Nie jestem pewna, czy u niego o polowanie chodzi. - zaśmiała się - Poczekam aż ustalisz grafik.
        - Dobra…- odparła Ventrue i udała się w kierunku koleżanki. Kilkanaście minut później Ann wychodziła z przybytku z nowym makijażem.


        Po drodze w dół, do gniazda Tremere minęła znajomego brodacza poznaczonego znakami na twarzy. Pogwizdując melancholijnie układał ciężkie tomy jeden na drugim. Najwyraźniej Nadia zrobiła z niego osiłka do prostych prac. Nie wydawał się tym zmartwiony, gdy powitał Ann skinieniem głowy.
        Ann zatrzymała się przy nim.

        - Widzę, że jednak cię nie zamęczyła na Ostateczną Śmierć.
        - Próbuje, ale jej nie wychodzi.- zaśmiał się w odpowiedzi Kainita.
        - Bardzo krzyczy? - zapytała.
        - Nie… woli pozę zimnej suki.- wzruszył ramionami brodacz. - I złośliwe komentarze.
        - Jak więc próbuje się ciebie pozbyć?
        - Wyzyskując mój czas i gnojąc mnie słowami. - odparł flegmatycznie mężczyzna. - Sabat był w tym lepszy.
        - Skoro o Sabacie mowa... - oparła się o półkę - Czy cokolwiek więcej powiedzieli o tym, na kogo polować mieliście? Choć jakiś strzęp?
        - E nie… po co? Nasza sfora składała się z testosteronu i kilku myślących. Ci myślący mieli wiedzę i mieli możliwość kierowania resztą w kierunku celu.- wzruszył ramionami Kainita. -My nie byliśmy noo… tymi… no… intelektualni… my byliśmy mieczem przywódców. Oni wiedzieli gdzie nas skierować i przeciw komu… i kiedy nas użyć.
        - Więc pewnie sfora miała ubić?
        - Ubić, porwać, podpalić… - wzruszył ramionami Kainita.- Chyba ubić kogoś… tak mi się wydaje… ale co ja tam wiem.
        - Świetnie im wyszło. - pokręciła głową - Mieliście takiego meksykanina wśród swoich, miał kolce przy kłykciach. On był kimś ważniejszym?
        - Enrico… eee… tak jakby? Był pupilkiem naszego padre, jego osobistym ochroniarzem.- zadumał się brodacz.- Mocny bezpośrednio w walce, ale… niespecjalnie… ynteligentny.
        - Kto był Padre? I skąd on miał te kolce?
        - Nasz opiekun duchowy. Każda sfora ma swojego. - zamyślił wampir i dodał. - A kolce… nie wiem i olewam. Niespecjalnie mnie to obchodziło. Po prostu miał i już.
        - Zostawię cię z tomami, baw się dobrze. - odparła Ann i ruszyła dalej, do pani biblioteki.

        Nadia jak zwykle była zajęta swoimi obliczeniami przy komputerach. Pozornie nie zauważyła wejścia Ann do centrum swojego sanktuarium.
        Ann wyjęła pożyczony tom z plecaka i położyła go na biurku przed Nadią.

        - Jak było w Nowym Jorku? Warto było się płaszczyć przed Lukrecją?- spytała Tremere spoglądając w górę.
        - Oczywiście. - stwierdziła, opierając się o biurko, patrząc na Tremere - Pogadałam z Primogenką Toreadorów, widziałam Piękną... Bestia ponoć tam gdzieś też była.
        - Pewnie pogaduszka o kolorach tapet, albo ćapcianinach ściennych martwych już pacykarzy była wielce zajmująca.- Nadia spojrzała w górę zakładając nogę na nogę. - Ale każdy lubi… co innego.
        - Akurat było o niepokojach polityki, szczególnie dla Toreadorów i zabójstwach w Nowym Jorku. - wzruszyła ramionami.
        - Zawsze jest tam polityka, zawsze jakieś trupy.- odparła Nadia nawet nie udając zainteresowania ploteczkami z NY. - Oczekuję ciebie jutro, w ładnej sukience i gustownej bieliźnie.
        - Jasne. - Ann spojrzała w sufit, opierając się na dłoniach - A, i widziałam magów. Takich żywych.
        - No… wszyscy nie wymarli i rodzą się nowi. - odparła cierpko Nadia i wzruszyła ramionami.- Jest ich trochę w Nowym Jorku. Cyril się spotyka z paroma.

        Westchnęła cięko. - Siadaj na biurku.
        Ann usiadła patrząc na Nadię.

        - Przyznam, ci nie zrobili na mnie wrażenia. Jakiś przebieraniec steampunkowy i zbuntowana nastka wśród starych kompów. Pfech... Też mi magowie.
        - Z pewnością… ale jak widzisz, sama też pracuję na komputerach. Nie wszyscy zatrzymali się mentalnie w osiemnastym wieku. - mruknęła Nadia, ostrożnie i nieufnie kładąc dłoń na udzie Ann i głaszcząc je leniwymi ruchami.
        - Twoje kompy są nowsze. Tamte jak z muzeum osobliwości. No i ty masz jakieś magiczne rysunki tutaj. - odparła uśmiechając się niewinnie.
        - Ja się znam na swojej robocie… nie jestem w końcu młodzikiem co to czaruje ledwie pięć dziesięć lat swojego życia.- odparła Nadia wodząc palcami po udzie Ann w niemal mechanicznej pieszczocie.

        Caitiffka zamruczała lekko.

        - Potrafisz być urocza, wiesz?
        - Wiem, że ci zależy na nieco… emocjonalności. To że nie odczuwam ich, nie oznacza że nie potrafię poudawać odrobinkę dla obopólnej przyjemności.- odparła Nadia spokojnie i poprawiwszy okulary dodała.- Jeśli zmienisz zdanie i się nie pojawisz, racz mnie powiadomić telefonicznie. Rozczarowana nie będę z tego powodu. Bądź co bądź obie wiemy, że to kwestia czasu, aż ci się wszystko odwidzi.
        - Czyli cię to nie bawi? Ranisz mnie. - Ann spojrzała z zawodem.
        - Ma to swój urok…- mruknęła wampirzyca nagle ściskając udo Ann.- W głowie planuję już zabawy tobą.

        Wampirzyca zamruczała na te słowa.

        - To masz czas do jutra. - wymruczała każdą literę.
        - Nie martw się o to…- znów wróciła do głaskania Ann po udzie. - Niemniej jeśli chcesz kogoś w sobie naprawdę rozkochać… znajdź sobie kandydata na ghula.
        - Nie jestem w takiej desperacji. - zaśmiała się - Dziwne, że ty ghula nie masz.
        - Mam… trójkę. Pilnują mojego leża za dnia. Każdy Kainita w Stillwater ma swoje ghule. Ty nie musisz, bo mieszkasz u Blake’a. - odparła bibliotekarka zerkając na Ann. - Po prostu w moim przypadku, są tylko moimi dziennymi strażnikami.
        - Nie wiem co ja bym miała z ghulem robić. - wzruszyła ramionami - I te rednecki zniechęcają.
        - Przyznaję, że cię rozumiem. To w końcu Ciemnogród.- odparła ze śmiechem Tremere.
        - I tak szok, że nie ubiłaś nieudanego Tremere. Musi mieć dobrą siłę woli, że z takim spokojem znosi cię.
        - Wieczny żul z niego.- odparła cierpko Nadia.
        - Byś spróbowała go zmienić, co? Czy to za dużo dla ciebie? - postarała się wejść na dumę Tremere.
        - Nie przeciągaj struny. Nie wiesz jak drapieżna potrafię być. A jeśli wolę zmienić ciebie… zakuć w wieczne łańcuchy upokorzenia i żądzy? Te wykute w umyśle przywiążą cię do mnie nawet, gdy zew krwi minie. - mruknęła drapieżnie wampirzyca spoglądając w oczy Ann. - Może wolę ciebie złamać i ukształtować od nowa? To jest ciekawsze wyzwanie niż jakiś tam pijaczyna.
        - Więc chciałabyś mieć nade mną władzę jak Cyril? - pokręciła głową rozbawiona.
        - Nie bardzo… dla Cyrila jesteś narzędziem, używa cię a potem odkłada na półkę. Ja nie potrzebuję narzędzi. Wystarczy mi to, które już mi wciśnięto. Nie… ty byś była moją zabawką. Dla zabicia nudy… - mruknęła drapieżnie odsłaniając kły. - Przyznaję, było coś nostalgicznego w posiadaniu ciebie i bawieniu się. Coś co mi przypomniało dawne dobre dni.
        - Bycie w więzach twojej krwi... to byłoby straszne. Jak traktowałaś swoją kuzynkę?
        - To były inne czasy i inna sytuacja. Wtedy byłyśmy kochankami…- odparła Nadia wspominając i wodząc dłonią po brzuchu Ann. -... niedoświadczony i uczącymi się od siebie. To nawet nie była pierwsza miłość, a raczej nuda i wzajemna fascynacja.
        - Czy krzywdziłaś służbę swoimi... zabawami? - zapytała poważniej.
        - Tak. Czasami.- przyznała wampirzyca.- Byłam młoda i znudzona i jeszcze nie znałam granic wytrzymałości ludzkiego ciała. Granic które nie wypada przekraczać.
        - Pytałaś chociaż o zgodę?
        - Zgodę? Byli moją własnością. Nie musiałam pytać o zgodę. To późniejszy proletariacki wymysł.- prychnęła śmiechem rosyjska arystokratka, wstała pochwyciła Ann za włosy odciągając władczo do tyłu i pocałowała jej szyję, drapieżnie wodząc kłami po skórze dziewczyny. - Myślisz, że muszę pytać o zgodę?

        Ann sapnęła w zaskoczeniu.

        - Dałam ci ją wcześniej... ich powinnaś wtedy…
        - Och… na pewno… dałaś? - zamruczała trzymając mocno za włosy Ann i całując szyję, czasami lekko nawet kąsając, ale nie tyle by upić krwi. Drugą dłonią również bawiła się ciałem Kainitki, czyniąc caitifkę swoją zabawką. - To takie… francuskie… myślenie… “Liberté, égalité, fraternité, ou la mort. “ Ile zbrodni popełniono w jego… imię.
        - A ile zbrodni popełniono w jego przeciwieństwie. - zamruczała krótko na kąsanie - I w ich odwecie inne zbrodnie popełniono na zbrodniarzach i niewinnych. - sapnęła - Ty je znasz.
        - To… naprawdę… słabe odgryzienie się… bardzo słabe i mętne… czyżbym cię tak bardzo rozpraszała? A przecież nawet nie sięgnęłam do majtek. - mruknęła Nadia i pocałowała namiętnie Ann i następnie wzruszyła ramionami.- Czerń należy trzymać krótko. Car Mikołaj nie trzymał i patrz jak to się dla niego skończyło. Kula w łeb w jakiejś piwniczce na Syberii.

        Puściła caitifkę i uśmiechnęła się łobuzersko. - Ty naprawdę chcesz być potraktowana ostro.

        - Chcę ci pokazać... - pogłaskała lekko szyję - Jak bardzo twoje zachowanie do innych czyni więcej szkody niż pożytku.
        - Jak bym słuchała mojego mentora w Chórze.- zaśmiała się sarkastycznie Nadia i gestem popędziła Ann. - Lepiej jak już pójdziesz, nie chcę ryzykować… że ehmm… zrobimy coś głupiego. Coś czego naprawdę mogłybyśmy żałować.
        - Jeżeli chcesz bym coś nowego miała... to mi użycz. - stwierdziła wprost.
        - Naprawdę chcesz nosić moją bieliznę? - zadumała się Nadia i zamyśliła uśmiechając wrednie. - Wolisz świeżą… czy może… używaną?
        - Nie bądź taka cwana, o ubraniach myślę. - skrzyżowała ręce na piersi.
        - Wieczorem dostaniesz zestaw do domu. Oczekuję, że założysz wszystko.- odparła w odpowiedzi Tremere.
        - Oczywiście, pani. - Ann ironicznie ukłoniła się Nadii.


        Ann od razu jak weszła do rezydencji Williama, skierowała się do dużego pokoju i upadła na kanapę, nawet butów wcześniej nie zdejmując. Zsunęła je z nóg dopiero chwilę po tym, jak zaczęła z plecaka wyjmować mały szkicownik, który robił jej często za notatnik. Wyciągnęła także ogryzek ołówka i jakby od niechcenia, zaczęła mazać nim po kartce.
        Tę zabawę przerwało głośne wycie psów. Nawoływały się nawzajem, jak i swojego pana. William jak burza wypadł ze swojej pracowni i pospiesznie ruszył ku drzwiom wejściowym.
        Dziewczyna wrzuciła szkicownik do torby i ruszyła za Williamem, bardziej spięta niż beztrosko zainteresowana.
        Toreador pochwycił w przedpokoju swój ciężki miecz i ruszył kierując się słuchem. Ruszył w kierunku wyjących psów. I tam napotkali przyczynę ich wycia. Wampirzyca, w poszarpanym i nadpalonym ubraniu. Z olbrzymimi poparzeniami lewej ręki (przypominającej obecnie poskręcany kikut) i lewej połowy ciała. Poparzenia na twarzy sięgały aż do kości, ale prawa ledwie naruszona przez ogień świadczyła o tym, z kim mieli do czynienia. To Lukrecja… ciężko poparzona dowlekła się do ich chaty.

        - Pomóż jej wejść do środka i podaj wszystko z lodówki. Uważaj żeby cię nie ukąsiła. W tej chwili może nad sobą nie panować.- odparł Blake zamierzając chyba się rozjerzeć czy napastnicy którzy ją tak załatwili podążają jej tropem.

        Caitiffka przerzuciła prawą rękę Lukrecji przez swój kark, aby kobieta mogła przenieść ciężar.

        - Nie ryzykuj... - stwierdziła i pociągnęła Lukrecję do domu.

        Udało się z trudem. Lukrecja była zaskakująco ciężka. I na szczęście półprzytomna, więc nie próbowała się wgryźć. Ann zaniosła ją do salonu i położyła na kanapie, sama biegnąc do kuchni, aby wrócić z ramionami trzymającymi wszystkie podpisane "dla Lukrecji" woreczki z krwią. Ann do końca nie wiedziała co się stanie jak Ventrue nie to zje, ale miała nadzieję, że William dobrze je opisał i te nie wywołają reakcji alergicznej. Wampirzyca rzuciła się na nie w szale wysysając jeden po drugim. Pochłonęła cały zapas, a jej ciało zaczęło się leczyć, choć do pewnego uzdrowienia jeszcze trochę brakowało. Przynajmniej odzyskała wzrok w drugim oku i świeciła białością kości.

        - Zadzwoń do mojego hotelu, niech jutro zjawi się tu jakaś pracownica.- wyhrypiała nie do końca zaleczoną krtanią.
        - Zadzwonię... ale co się stało? - Ann zapytała patrząc w stronę drzwi.
        - Diabeł… to się stało. - warknęła Lukrecja.
        - Taki... z Sabatu? - zapytała z nadzieją, że Ventrue nie mówi o Diable chrześcijańskim.
        - Taki z Europy.- wycharczała wampirzyca.

        Tymczasem posłyszały otwierane drzwi, kroki.

        - Chyba nikt cię nie śledził. - głos Williama z przedpokoju.
        - Nikogo nie znalazłeś? A psy? - zapytała pozostając z Lukrecją, aby obejrzeć stan wampirzycy.
        - Węszą po okolicy, ale chyba jesteśmy bezpieczni. Nie jestem Garry’m by móc z nimi porozmawiać.- odparł William wchodząc do pokoju i zwrócił się do Lukrecji.- Co się stało.
        - To… była zasadzka. Tzimisce zaatakował z pomagierami i pokręconymi bestiami. Czekali na nas i uderzyli. Pazurami, śrutówkami, ogniem.- odparła z trudem Ventrue.
        - Musieli źle przyjąć wybicie całej Sfory... - mruknęła - A Giovanni?
        - Zginął… albo… nie… musiał zginąć w całym tym chaosie.- oceniła Lukrecja.
        - Ale ty żyjesz… dziwne. Jeśli Sabat miałby się mścić, to raczej na tobie, niż na Giovanni. Oni są bardziej… neutralni politycznie. - zadumał się Toreador.- I wygląda na to, że nikt nie podążał za tobą, zupełnie jakby twoja śmierć czy życie były bez znaczenia.

        Caitiffka zamyśliła się.

        - Może chodzi o to, co tylko Giovanni mógł zrobić? To w sumie są jacyś magowie, tak?
        - Nekromanci…- Blake machnął ręką.- Najważniejsze jest by powiadomić Księcia. Na razie jesteśmy bezpieczni. Sabat… ten Tzimisce ma już zbyt mało czasu, by zaatakować. My musimy położyć się spać wkrótce.
        - Ja zadzwonię by kogoś dla Lukrecji jutro przysłali. - powiedziała Toreadorowi - Ty do Szeryfa chcesz dzwonić? Bo jest tylko jeden telefon. Więc kto pierwszy?
        - Ja zadzwonię w oba miejsca i sprawdzę zabezpieczenia domu. Ty zaprowadź Lukrecję do piwnicy. Jest tam kilka gościnnych trumien. Ja… zadzwonię jeszcze w kilka miejsc i też udam się na spoczynek. Reszta musi poczekać na następną noc. - ocenił sytuację Blake.
        - Oczywiście. - skinęła głową i spojrzała na Lukrecję, po czym jeszcze odezwała się do Williama - Miałbyś coś, w co Lukrecja na teraz wejdzie?
        - Może… coś ty masz. Ja dbam tylko o przekąski na wypadek jej wizyt. - uśmiechnął się niemrawo Toreador.

        Ann spojrzała na Ventrue i uśmiechnęła się.

        - Może coś się znajdzie.- wskazała by wampirzyca poszła za nią... gdzieś w środku czując słodką ironię tej sytuacji.

        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • AbishaiA Niedostępny
          AbishaiA Niedostępny
          Abishai jako XXI
          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
          #46

          Ugh… Ann czuła się dziwnie. Usiadła, a potem wstała. Ruszała się powoli i niezgrabnie… czuła dziwnie sztywna i ociężała. Jakby nie była w swoim ciele, jakby nie miała jego wyczucia i tak jak niemowlę uczyła się nim poruszać. Z trudem wstała łapiąc równowagę.

          - Doskonale… nie spiesz moja kreacjo. Musisz przywyknąć do nowej formy. Jakże… intrygująca mi wyszłaś.- męski głos, władczy i dominujący. Nie widziała go, stał w cieniu.

          I nie miało to znaczenia kim był. Ann chciała wiedzieć dlaczego czuła się tak dziwnie. Na sztywnych nogach pokuśtykała w kierunku dużego lustra. Z trudem i powoli, jakby znów uczyła się chodzić. I w końcu zobaczyła… siebie.

          Garbata sylwetka, skóra biała i oślizgła, usta szerokie… żabie, pełne małych ostrych kłów. Długi jęzor. Małe białe oczka. Upiór… tym była. Upiorną karykaturą człowieka.
          Poczuła dłonie na ramionach.

          - Idealne ciało… nieprawdaż.- na wpół szyderczy na wpół obłąkany szept, blisko ucha.

          Obudziła się gwałtownie, przerażona snem. Owszem, koszmary towarzyszyły jej co noc. Ale zwykle były to te same znajome koszmary. Ten… był inny. Tu, w Stillwater zdarzały się jej takie “odstępstwa” od normy.
          |-Gdy wyszła z pokoju, ktoś już czekał. Ładna, elegancka blondynka, niemniej pewne detale stroju sugerowały możliwą… profesję . Ann znała ją z widzenia. Cynthia… chyba? Jedna z pracownic “Pąsowej Róży”. Niewątpliwie ghul. Blondynka odetchnęła z ulgą i przybliżyła się do Ann mówiąc cicho.

          - Jest… problem. Nie jesteśmy same. Tam na górze jest jakiś mężczyzna. Był tu już kiedy przyjechałam. Psy go przepuściły i wszedł jakoś do środka, ale… nie znam go. I jest w nim coś dziwnego. Mówi że jest gościem panicza Williama… ale…- westchnęła i spojrzała na pozostałe drzwi.- Nie jest pewna czy mówi prawdę, wydaje się być deczko… nawiedzony. Możesz coś… zrobić w tej sprawie?

          Mogła? Musiała. Lukrecja pewnie szybko się nie przebudzi, ale William jeszcze nie wstał. Tylko ona była gotowa do walki.

          Mężczyzna przebywał w salonie, ubrany gustownie, acz niedbale. Zajęty czytaniem jakiejś starej księgi i robiący notatki. Wyglądał na urzędnika albo roztrzepanego naukowca.

          Nie był ani jednym, ani drugim. Ann znała go… głównie z opinii innych i czasem z widzenia. Możliwe, że nawet z nim rozmawiała. Vincent LaCroix, antykwariusz i historyk sztuki. Znany na całym świecie autorytet w kwestii średniowiecznej i renesansowej literatury. Jeśli ktoś kupował znaleziony cudownie wolumin, to właśnie Vincentowi zlecał sprawdzenie jego autentyczności. Jeśli ktoś szukał konkretnej księgi, to właśnie Vincent… mógł wiedzieć gdzie ją znaleźć. Oczywiście to kosztowało… i to sporo.
          Co on tu robił?

          - Nie lubię być obserwowany i nie jestem materiałem na przekąskę, więc może przestaniesz się czaić ?- odezwał się nagle nie przerywając lektury.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • ZellZ Niedostępny
            ZellZ Niedostępny
            Zell jako Ann Paige
            Moderator Obsługa
            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
            #47

            Caitiffka leżała sztywno na posłaniu, wpatrzona w ciemność sufitu piwnicy. Ludzkie odruchy zaczęły zajmować ciało wampirzycy, gdy wspomnienie snu ją zalewało - bezklanowa drżała jak przerażony śmiertelnik.

            To on...
            Tzimisce.

            A tamto... to ja, czy...
            ...czy to przepowiednia...
            ...wyjaśniająca co się stało z Giovannim...?

            Ann zadrżała silnie, gdy lód przeszedł jej po kręgosłupie. Sny zawsze były... problemem. Wampirzyca po Przeistoczeniu nie mogła się ich pozbyć, napadały każdego dnia. Czasem zdawały się niepokąco sugerować zdarzenia, ale te w Stillwater... to przebijało je wszystkie.

            A czekało na nią niecodzienne spotkanie, którego była jeszcze nieświadoma.


            Wciąż spięta Ann nie przyjęła dobrze tonu mężczyzny. Zachowywał się jakby miał tu przewagę... a Ann miała tego wystarczająco.

            - Jak na śmiertelnika nie znasz swojego miejsca. - mruknęła nisko - Jesteś intruzem. - stanęła bliżej za jego plecami - Wytłumacz się, bo za śniadanie zrobisz, bydło. - zagroziła, tonem jaki znała z doświadczenia. Nie da śmiertelnemu warunków stawiać!
            - Jestem gościem. Zostałem zaproszony, a właściwie poproszony by rozwiązać wasz problem.- odparł flegmatycznie człowiek sięgając do kieszeni, po talię kart którą powoli tasował.
            - Lubisz hazard?
            - Co to za pytanie? - zmarszczyła brwi - A William potwierdzi lub zaprzeczy twojej historii. Dla mnie Wyglądasz jak zwykły śmiertelnik.
            - Cóż… kto jak kto, ale Kainitka powinna wiedzieć, że pozory mylą.- odparł mężczyzna wyciągając losowo trzy karty i kładąc je na stole w kształt trójkąta. Przechylił się na ppprawo przewracając się wraz z krzesłem i… wsiąkł w powietrze. Po prostu zniknął.

            Wampirzyca zaczęła się obracać i rozglądać zdezorientowana. Od razu weszła w tryb walki, jeżeli okaże się, iż człowiek zechce ja zaatakować.
            Zobaczyła go nagle siedzącego na stole, tylko był… eee… tak jakby eteryczny? Uśmiechał się ironicznie przyglądając jej zachowaniu.

            - Czyli prawdziwi magowie wciąż istnieją... - odparła nie do końca zadowolona, że jej próba zastraszenia nie wyszła.

            Mag znów znikł, a Ann “usłyszała” obce myśli w swojej głowy. Obce obrazy… które formowały się w słowa “Co to znaczy, wciąż istnieją? Przecież wezwaliście przecież nas.”

            - Ostatni magowie, których widziałam... - skrzywiła się - Więcej gadania i zabawek niż bycia magiem…
            - Magowie to prestidigitatorzy. Nie robią sztuczek by zabawić publiczność.- usłyszała za sobą. - Mogę zapalić?

            
            [media]http://sooguy.com/wp-content/uploads/2013/08/NinthGate_Smoke.jpg[/media]

            Mężczyzna sięgnął po papierosa.

            - O jakich magach, mówisz?- zapytał.
            - Nie ma sprawy... - zaryzykowała, bo to nie jej mieszkanie było - Nowego Jorku. Taki przebieraniec i zbuntowana nastka.
            - Niewiele mi to mówi. W Nowym Jorku, tuż pod nosem Technokracji, działa kilkanaście grup magów.- odparł mężczyzna zaciągając się dymem, następnie podszedł do stołu i zebrał zostawione tam karty. - Więc… gdzie jest gospodarz? Gdzie jest William, zakładam że jesteś jego… protegowaną?
            - William pewnie niedługo przyjdzie. Ja... po prostu on mnie przygarnął, to w tym sensie jestem protegowaną.
            - Miło z jego strony. Rozejrzałem się wstępnie po obiekcie. Wygląda… bezpiecznie. Nie wydaje mi się by pieczęcie zostały naruszone. Z drugiej jednak strony notatki ich twórcy są mętne i chaotyczne, więc… sprawa wymaga dokładnego zbadania. Na jakiej podstawie sądzicie, że… bariera osłabła?- zapytał na koniec.

            - Musieliśmy walczyć z potworem, co uciekł ze szpitala. W trójkę go przegoniliśmy. - Ann teraz z jakimś zainteresowaniem na człowieka patrzyła.
            - Hmm… i ten potwór był… obcy? Nie był jakimś dziwnym wilkołakiem, fomorem czy inną kreaturą z legend? - zapytał mężczyzna po chwili namysłu.
            - William i Książę mówią, że był ze szpitala. To było... Jakby wielka małpa z wieloma lapami, szybka, zwinna i wyraźnie głodna. I niezbyt cierpiąca obrażenia z broni.

            - Interesujące. - Mężczyzna wyjął z kieszeni notatnik i zanotował słowa Ann. - Hmm… nie przedstawiłem się.

            Wyciągnął dłoń ku Ann. - Jestem Vincent LaCroix.

            - Ann Paige. - przyjęła dłoń maga, ciągle badając go wzrokiem - Masz w domu namalowane magiczne symbole? Biblioteki ksiąg, z którymi się nie rozstajesz? Szaty?
            - Paige… nazwisko brzmi znajomo. - zamyślił się LaCroix i dodał. - Magowie też idą z duchem czasu. Mam czytnik e-booków. Książki też, ale w posiadłości. Nie wożę ich ze sobą. Cóż…- wskazał kciukiem na leżący tom.- … z małymi wyjątkami.
            - Nie jesteś może tak dobrym magiem jak nasi, ale na więcej nie liczę. - dodała niewinnie.
            - Zabawne, że tak sądzisz. Bowiem klan Tremere ma kompleksy na naszym punkcie.- odparł ironicznie Vincent uśmiechając się z papierosem w kąciku ust.

            Tymczasem do pokoju wszedł William. Toreador rzekł uprzejmie. - Witam w moim domu. Jestem William Blake, a ty?

            - Vincent LaCroix z “Oeil du futur” - odparł Vincent, a wampir się uśmiechnął szerzej.- Cieszę się, że wasza organizacja nadal honoruje stare umowy.
            - Zakon Hermesa nigdy nie lekceważył tradycji.- odparł uprzejmie LaCroix.
            - Och, a więc to ci co skierowali do tych magów. - spojrzała na Williama.
            - Oczywiście. - potwierdził Blake, a LaCroix wzruszył ramionami. - Chcieliście szukać czegoś w cyfrowej pajęczynie. Oni potrafią się w niej poruszać.
            - O tych magach mówiłam. - odparła do Vincenta.
            - Nie znam ich osobiście, ale ich zakonspirowana organizacja jest kompetentna jeśli chodzi o wyciąganie tajemnic z komputerów innych. - stwierdził niedbałym tonem mag, a Blake spytał. - Gdzie się zatrzymałeś i na jak długo?
            - Zatrzymałem się tutaj. A na jak długo… nie wiem. Pewnie co najmniej kilka dni i nocy. Sprawdzanie czy zabezpieczenia są szczelne i odkrycie gdzie puściły, to koronkowa robota. Pośpiech przy takich zadaniach nie jest polecany. - ocenił Vincent.

            Ann z zaciekawieniem obserwowała maga.

            - Pokażesz magię? Znikanie nie było wystarczające. - wyglądała na bardzo podnieconą opcją - Proszę.
            - Nie sądzę. Sztuka nie jest czymś do zabawiania tłumów. - odparł mężczyzna ćmiąc papierosa. - Nie wspominając o tym, że naginanie praw natury może kumulować paradoks. A jego… eksplozja… cóż… przypuszczam, że szpital jest właśnie przykładem tego do czego może doprowadzić. Poza tym, nie specjalizuję się w efektownych sferach. Manipulowanie przypadkiem nie jest tak widowiskowe jak ciskanie kulami lodu za pomocą Sił.
            - Ann znajdź mu jakiś pokój na piętrze. Ja zadzwonię do Księcia. Mam wrażenie, że wypadki z wczorajszej nocy spowodują dziś awaryjne zebrania naszej małej gromadki. - wtrącił William.
            - Jasne. - nagle pochwyciła maga pod ramię ręki bez papierosa - Chodź, pokażę ci pokój, ustalisz jak co chcesz tam mieć. Pogadamy... - uśmiechnęła się do Vincenta.
            - Jeśli chcesz zobaczyć magię, to możesz towarzyszyć mi podczas mojej roboty przy budynku. - rzekł ugodowo Vincent dając się porwać wampirzycy.

            Ann porwała Vincenta na piętro domu Toreadora, otwierając przed nim drzwi do jednego z pokojów.

            - Nasza Tremere zebrała elektryczność z miejsca, aby porazić wszystkich w przestrzeni. - dodała z zadowoleniem - Ty byś też tak potrafił?
            - Jak już wspomniałem, nie używam Sił. Nie potrafiłbym tak.- odparł mężczyzna wzruszając ramionami. - Jeśli staję do walki, to moje sztuczki są bardzo brutalne choć mało widowiskowe.
            - Ale widać, że to musi być magia. - uśmiechnęła się - W sumie... czy wampirze moce to też jest magia?
            - Nie… nie są. Wampirze moce wypływają z ich krwi.- wyjaśnił mag.- My zaś dosłownie zmieniamy rzeczywistość, co może się odbić czkawką, bo rzeczywistość nie lubi być zmieniana.

            - To czemu nie nauczycie jej rezonu? By działała jak chcecie?
            - Dlatego moja droga, że Technokracja obecnie jest panuje nad Śpiącymi i jej dążenie do dominacji technologii i nauki sprawia, że mistycyzm zostaje wypchnięty z naszego świata. Nie ma już gryfów i smoków i chimer i innych mistycznych kreatur głównie z tego właśnie powodu. Maga jaką ja praktykuję jest spychana na margines.- zaśmiał się nieco smętnie Vincent.- Być może przyjdzie czas, że nie będzie już miejsca dla wampirów i wilkołaków… technologiczne i naukowe spojrzenie na świat podetnie podstawy ostatnich mitów. A może i nie… na wasze szczęście, w Hollywood wampiry i wilkołaki są popularne. Śpiący podświadomie nadal w was wierzą. W smoki już nie.
            - Więc Tremere też nie powinni móc czynić magii? - wyglądała na zdziwioną - Jak dla mnie nie przejmują się spalić cię kulą ognia…
            - To co oni nazywają magią, jest ich próbą naśladowania Sztuki.- westchnął Vincent.- Wiedz bowiem moja droga potęga Magyi polega na jej elastyczności. Tremere może opanować sztukę wzniecania ognia, ale Mistrz Sił może ciskać kulami ognia, lodu i błyskawic na zmianę. Tremere musi zaś opanować od nowa każdą z ścieżek taumaturgicznych, by móc robić to samo. Sztuczki Tremere jak wszystkie ścieżki krwi Kainitów są bardzo sztywne i ograniczone w użyciu.

            - A... czy to często się dzieje, że stajecie się Tremere? Przecież nie macie eliksirów nieśmiertelności... Tak mi mówiono.
            - Cóż, tak jak wy macie swoją Golkondę do której dążycie, tak my mamy swoje wstąpienie którego z pomocą naszych awatarów chcemy osiągnąć. - odparł enigmatycznie LaCroix. - Nie wiem ilu magów decyduje się na dołączeniu do twojego klanu. Nie słyszałem o żadnym takim przypadku.

            Caitiffka lekko się zaśmiała.

            - Nie należę do Klanu Tremere, ale mam z jego członkami dużo do czynienia. - wyjaśniła - Jedna z nich mi powiedziała, że dużo magów nie zostaje Przemienionych, ale jednak część tak. Choć nie wiem ilu z prawdziwego wyboru.
            - Może tak robią w Europie ?- zastanowił się Vincent i wzruszył ramionami dodając.- Możliwe że część magów wybiera tą… ehmm… karierę, ale to raczej bliżej śmierci, jeśli już.
            - Ty byś też to wybrał blisko śmierci?
            - Powiem ci jak już będę rachitycznym staruszkiem.- zaśmiał się ironicznie Vincent. - Niestety, ja lubię papierosy, wino i kobiety. Nie chcę z nich rezygnować dla namiastki nieśmiertelności.

            - Czy... często wam się zdarza, że ktoś z was... nie umie nic poza podstawową magią? - zapytała.
            - Nie bardzo rozumiem co sugerujesz. - stwierdził zdziwiony Vincent.- Cóż… rzadko który mag opanowuje wszystkie sfery, ale każdy ma swoją specjalizację. Aspekt rzeczywistości, którym potrafi manipulować lepiej niż innymi.
            - Chodzi mi, czy zdarzają się magowie, którzy nie są w stanie przejść dalej niż podstawy w czarowaniu. Niezależnie jaką ścieżką.
            - Hmm… nie słyszałem o takim przypadku. Jeżeli zostajesz magiem, to zawsze masz konotację w kierunku jednej ze Sfer. Owszem w pozostałych możesz ledwie liznąć podstawy, ale tą jedną zawsze opanujesz w znacznym stopniu.- zastanowił się Vincent.
            - A.... magia Tremere?
            - Magia Tremere nie jest Magyią. To moc krwi… jeśli nie ma do niej talentu to pewnie ma… do czegoś innego? Z tego co wiem każdy klan praktykuje co najmniej trzy różne… jak je zwą, Dyscypliny? - zastanowił się mag.


            Gdy zeszła na dół William czekał już na nią z Lukrecją w stroju niewątpliwie do Ventrue należącym. Jej blond-ghulica musiała go przywieźć ze sobą.

            - Pewnie cię nie zdziwi, że na książę zarządził awaryjne zebranie całego gangu Stillwater.- stwierdziła Lukrecja na powitanie.
            - Podejrzewałam. - Ann spojrzała po Lukrecji - Wszystkie obrażenia zniknęły?
            - Tak… i moja podopieczna jest obecnie bardzo zmęczona.- przyznała wampirzyca.
            - Kiedy jest to zebranie?
            - Teraz. - odparł krótko William.
            - Tutaj?
            - Nie… w moim Elizjum, więc jedźmy. Williamie co to za śmiertelnik kręci ci się po domu?- zapytała na koniec Lukrecja.
            - Mag. - odparła Ann szybciej.
            - Zajmuje się sprawą zapory wokół szpitala.- odparł William wyjaśniając.- Chodźmy.

            Lukrecja kiwnęła głową i pierwsza ruszyła ku drzwiom.
            Ann od razu za nią ruszyła.

            - Uroczo ci było w moich ubraniach. Serio.
            - Mi we wszystkim uroczo moja droga.- mruknęła zmysłowo zerkajac przez ramię.- I bez ubrań też wyglądam urokliwie.

            Blake wzruszył ramionami decydując. - Pojedziemy we trójkę moim samochodem.- Jakoś się… ściśniemy.

            - Uroczo to co innego niż podniecająco. - zaśmiała się i zgodziła się z Williamem.
            - Jestem zachwycająca… - stwierdziła Lukrecja, a wampir tylko pokręcił głową załamany tym gdzie podąża rozmowa.
            - Przynajmniej nie dla Williama.- wyszczerzyla się.
            - Ma skrzywiony gust.- oceniła zimno Ventrue, gdy podchodzili do samochodu.


            Zebranie było inne niż te w których dotąd Ann uczestniczyła. Nie było stolika pokerowego, kart, przekąsek. Nastrój panował ponury i atmosferę można było kroić nożem. Nawet Garry wyglądał na… trzeźwego. Zgromadzili się tutaj wszyscy Kainici (poza Ravnoską oczywiście).

            - Jak już wiecie, Tzimisce jest w naszej domenie. Nie wiemy gdzie się skrył i Garry go nie wytropi. Tzimisce znają jego Dyscyplinę i ten zapewne wie jak się ukryć przed szpiegami naszego Gangrela.- zaczął przemawiać Joshua.- Moi ghule przeszukali pobojowisko. Są tam spalone ghule Giovanniego oraz jego nieumarły. Nie ma śladu po samym Gino.

            Ann spojrzała w podłogę i nagle odezwała się.

            - Zmienił go…
            - Zmienił? - zapytał Joshua, a wszystkie spojrzenia skupiły się na Ann.
            - Tzimisce go zabrał i zrobił... z niego... coś. Możliwie... - wzdrygnęła się.
            - Zgadzam się z tym, że porwał.- rzekł Smith i zwrócił się do Lukrecji.- Może opowiesz co właściwie się stało.

            Ventrue wzdrygnęła się i po chwili zaczęła opowiadać o wczorajszym wydarzeniu. Nie wiedziała wszystkiego, co wiedział Giovanni. Nie wiedziała czemu udał się on właśnie w tamtą część lasu. Był jednak przygotowany na konfrontację… on i jego ludzie. Niestety niewystarczająco.
            Sam Tzimisce trzymał się z tyłu, gdy jego kreatura zlepiona z kilku niedźwiedzi i innych bestii rzuciła się do walki, wraz z klonami łysych typków z uzi i miotaczami ognia.

            - Bracia krwi. Słyszałam o nich. To klan służebny stworzony przez Tzimisce właśnie.- wtrąciła Nadia.- Hmm… czyli… nie ma oparcia w miejscowych.
            - W każdym razie…- Lukrecja zaczęła opowiadać dalej o starciu, w którym była uczestniczką. Bardzo niechętną uczestniczką. Ventrue nie owijała w bawełnę od razu stwierdzając, że przede wszystkim próbowała się wydostać z pierścienia ognia i spod ostrzału sług Tzimisce. I że zaraz po przebiciu się rzuciła do pospiesznej rejterady… nie widziała więc końca tej walki.

            - Giovanni dopiero teraz się wkurzą.... - westchnęła francuzka.
            - Z pewnością. Niemniej musimy ich poinformować… i skierować ich gniew na Tzimisce właśnie. - westchnął William drapiąc się po karku. - Powinniśmy zapewnić ich o… naszej chęci pomocy w tej kwestii.
            - Nie widzę powodu byśmy się im podlizywali. - warknął Larry splatając ramiona razem.- To było ich śledztwo i ich pomagierzy. My daliśmy im miejscowych przewodników, a nie ochroniarzy. Nie nasza wina, że Piscati ugryzł więcej niż mógł przeżuć.
            - Lepiej nie mieć na raz wrogiego Tzimisce i Giovanni. - mruknęła Caitiffka - Jeden na raz... A do tego czemu marudzisz Larry? Zwiększymy szanse, że też będziemy walczyć z Tzimisce.
            - Ten…Tzimisz… on chyba nie jest naszym wrogiem. - wtrącił Clyde drapiąc się karku. - Jak na razie załatwił jednego Giovanni, potem drugiego… ale nikogo z nas nie ruszył. Lukrecja uszła z życiem i chyba nikt jej nie ścigał.
            - Nooo… ten Tzimisce ma chyba jakieś porachunki z nekromantami.- zadumał się Garry popierając tezę Clyde’a.
            - Łysego jeszcze przed aferą z Giovanni widziałam w mieście. - zastanowiła się - To co? Będziemy po prostu biernie czekać, bo może nic się nie stanie? - zapytała z lekką irytacją.
            - Nie… poszukiwanie Tzimisce jest jak najbardziej w naszym interesie. - przyznał szeryf i podrapał się po karku. - Na razie jednak mamy problemy z tropami i… liczebnością. Nadio, Tzimisce to wrogowie twojego klanu. Może Augusto wzmocni nas jakimiś Kainitami, jeśli go poinformujemy o sytuacji. Może nawet podeśle gargulca, co?
            - Na gargulca bym nie liczyła.- westchnęła ciężko Nadia. - Ale może jakiś mag się nam trafi… może… NIe oczekuj wiele.
            - Trzeba będzie wyłożyć kasę i wynająć kogoś z nowojorskich Gangreli lub Brujah. - tym razem szeryf zwrócił się do Blake’a.

            Ann spojrzała na Lukrecję.

            - Wiesz jak wyglądał ten Tzimizce?
            - Szpiczaste rogi, kozie uszy… nieludzko… ludzka twarz o przeraźliwie wyrazistych rysach. - zamyśliła się Ventrue.- Tyle zapamiętałam, nie miałam okazji długo mu się przyglądać.
            - Brujah są tani. - ocenił William.- I zazwyczaj solidni, choć nie do końca da się ich kontrolować.
            - Znam Gangrela, który skusiłby się za mniejszą stawkę.- zaoferował Garry.

            A Larry zaś dodał. - Ewentualnie można by poprosić… Papę Roacha o pomoc. Ma swoich detektywów.

            - Raze? - zapytała Garry’ego.
            - Raze by się chyba zgodził, za niższą niż zwykle stawkę. Ostatnio ciągnie go w plenery. - potwierdził Gangrel, a Lukrecja dodała. - Jest jeszcze mag, który zatrzymał się u Williama. Skoro jesteśmy tak zdesperowani by rozważać pomysł korzystania z lunatyków Papy Roacha, równie dobrze możemy i jego zatrudnić.
            - Nie jestem pewien czy zechce. Fundacja do której należy chyba nie ma problemów finansowych.- stwierdził po namyśle Toreador. - Co prawda, mag pozornie ubiera się niedbale, ale nadal są to ubrania z wyższej półki.

            Ann spojrzała na Nadię.

            - Chciałabym zobaczyć naszą Tremere z tym magiem... - uśmiechnęła się wrednie.
            - Nie wiem czym się ekscytujesz. W przeciwieństwie do większości młodych Tremere, ja byłam magiem i nie zamierzam się ślinić na jego widok. Ani robić głupich minek. - odparła sarkastycznie wampirzyca. - Nie mam w sobie przymusu udowodnienia mu, że ja też potrafię czarować. Bo nie żyję złudzeniami jak większość mego klanu.
            - Nie o to mi chodziło. Chcę zobaczyć jak sobie z nim poradzisz, bo ma w sobie trochę dupka.
            - Przecież nie będziemy go niańczyć, jeśli go zatrudnimy…- machnęła ręką Nadia z wyraźną irytacją. - Nieważne czy jest dupkiem, sybarytą, zbokiem czy satanistą. Byle by był profesjonalistą.

            - W kwestii… wytropienia… może… wywróżymy?- zapytał Garry, a szeryf rzekł spokojnie.- Sny może bywają profetyczne w Stillwater, ale nadal są ruletką w dodatku z nieczytelnymi liczbami, a co do… Ravnoski, możemy u niej zamówić stawianie kart, ale wiesz… precyzyjnej wróżby nie postawi. Może mag? - tu spojrzał na Nadię uznając jej doświadczenie. Ta zaś rzekła. - Jeśli włada Czasem, jak ja władałam, może zajrzeć w przyszłość i przeszłość. Nie jest to jednak łatwa sztuka i zwłaszcza jeśli chodzi o przyszłość. I może zwieść na manowce. Zwłaszcza w Stillwater, w świetle ostatnio uzyskanych informacji.

            Ann wyglądała niezbyt radośnie na wspomnienie o snach.

            - Może spróbujemy z Ravnoską, a po wróżbie damy ją magowi, do uzupełnienia.
            - To tak nie działa.- machnęła ręką Nadia. - To nie puzzle, gdzie każdy ma własne kawałki do wstawienia.
            - Cóż, skorzystanie z wróżb Jaine nic nas nie będzie kosztować, w przeciwieństwie do pomocy maga, więc zostańmy na tym.- zastanowił się Joshua, a William dodał. - Jeśli zaczniemy zwracać na siebie uwagę w Nowym Jorku rekrutując kogo popadnie, to zwrócimy uwagę Księcia. Lepiej będzie wpierw porozmawiać z nim.
            - Wiesz, że to oznacza rozmowę w cztery oczy. On nie lubi takich kwestii omawiać przez coś co da się podsłuchać, lub pośredników. - westchnął ciężko szeryf, a Blake dodał zgadzając się z nim. - Niestety.

            - To kiedy chcesz się spotkać w Nowym Jorku z nim? - Ann zapytała Joshui.
            - Na razie nie wiem. Wkrótce zapewne. Będę musiał do niego zadzwonić. Na razie… naradzamy się co do dalszych naszych planów. - zamyślił się Smith.- Załatwienie kwestii wróżby u Jaine, jest chyba najprostszym posunięciem i można załatwić od ręki. Raze i inni najemnicy z Nowego Jorku to już kwestia poruszenia naszych kontaktów w mieście Księcia. Wiem, że większość z was jakieś wpływy w Nowym Jorku nadal ma. Warto z nich teraz skorzystać.- spojrzał znacząco na Lukrecję, Nadię i Larry’ego.

            Caitiffka zmarszczyła brwi.

            - Książę Nowego Jorku interesuje się tymi zabójstwach, a było też tam bardziej... interesujące. Figura z ciał. Może to zaplusuje nam, by go przekonać do sprawy.
            - Może…- odparł nie do końca przekonany szeryf.

            - Wszystko to ładnie brzmi, ale…- westchnęła Ventrue. - … mam wrażenie, że omijamy najważniejszą kwestię szerokim łukiem. Mianowicie, co powiemy Giovanni i… kto z nas zgłasza się do szlachetnej roli posłańca przynoszącego złe wieści.
            - Cóż…- Wiliam spojrzał na Ann.- … osobiście nawet nie wiem gdzie Giovanni mają swoją siedzibę, a niewielu z nas może wrócić do miasta.

            Ann najpierw spojrzała na Williama, później na resztę wampirów.

            - Wy tak serio? - mruknęła zrezygnowana - Niech będzie... jak Cyril nie będzie miał nic przeciw. - spojrzała na Williama.
            - Ja rozumiem twoje uzależnienie od krwi, ale bez przesady… nie musisz pytać Cyrila, o pozwolenie, by zawiązać buty. - wtrąciła Nadia sarkastycznie. - I jeśli nie chcemy… robić przedwczesnego alarmu w mieście, to musimy… unikać nawiązania kontaktu z twoim opiekunem. Jeśli jest prowadzone wobec niego śledztwo, to telefon jego jest podsłuchiwany przez brzydali.
            - Wiem, że nie byłoby mu miłe, gdybym wróciła, więc wybacz, że zależy mi na jego dobru. - warknęła z irytacją do Nadii.
            - Uważam, że nie musisz się o to martwić. Po pierwsze nie wracasz, tylko wpadasz z wizytą do siedziby Giovanni, a po drugie… on ma ważniejsze sprawy na głowie niż twoje pojawienie się w Nowym Jorku. Zresztą niedawno byłaś i jakoś się z tego powodu nie załamał. - wtrąciła Lukrecja wzruszając ramionami. - To dyskretna misja, idealna dla ciebie… z powodu twojej klanowej przynależności.
            - Co to ma niby znaczyć? - spojrzała na Lukrecję, z nowym wyrazem: poczucia urazy.
            - My wszyscy jesteśmy klanowcami, co sprawia że jesteśmy poniekąd powiązani z miejscowymi Primogenami. W niektórych przypadkach te więzi są silne, w innych bardzo luźne. Ale prawda jest taka, że żadne z nas nie wjedzie do miasta niezauważone. I odpowiednie osoby zostaną powiadomione przez wtyczki na ulicy. Żadne z nas… z wyjątkiem ciebie. Ty nie masz klanu, nie masz powiązań… jesteś jedną z niezwracających większej uwagi krwiopijców którym łaskawie zezwala się istnieć. Tak jak populacja cienkokrwistych Nowego Jorku. - wyjaśniła spokojnie Lukrecja.- Nim plotki o twoim pojawieniu dotrą na szczyty władzy… ciebie już nie będzie w mieście. Jesteś tam prawie niewidzialna.
            - Lubię twoją umiejętność opisywania gównianego apartamentu jak tego, co chociaż nie ma widoku na śmietnik. - odparła wolno.
            - Możesz wiecznie narzekać na słabe karty jakie dostałaś przy rozdaniu, albo nauczyć się nimi grać. - stwierdziła Ventrue. - Twój wybór moja droga. Niemniej warto korzystać także z tych niewielu plusów jakie ci daje obecna pozycja.
            - Mówiłam, że pójdę. - mruknęła - Kiedy?
            - Jutro zapewne. Dostaniesz wieczorem raporty z miejsca zdarzeń, co by… Giovanni mieli co czytać.- wyjaśnił szeryf i potarł podbródek.- Kolejne zebranie, pojutrze? Podsumujemy co się nam udało załatwić poprzez nasze kontakty i osobiste śledztwa. Niech każdy spróbuje zrobić co w jego mocy.

            Ann spojrzała na Williama.

            - Mam sama motorem do miasta jechać?
            - Możesz wziąć mój samochód.- zgodził się Blake, a potem spojrzał na Brujaha. - Albo Larry da ci coś ze swojej stajni.
            - Larry? - spojrzała na Brujah.
            - Znajdzie się coś stylowego i dyskretnego. - potwierdził Larry z uśmiechem.
            - A po spotkaniu masz czas się pobić ze mną? - zapytała cicho i lekko zaczepnie.
            - Czemu nie. - odparł cicho Larry wzruszając ramionami.
            - To co mam powiedzieć, a co ominąć? - zapytała Joshuę.
            - Nic… nie mamy nic do ukrycia w tej kwestii. - odparł szeryf. - Giovanni nie powinni odnieść wrażenia, że coś przed nimi ukrywamy.
            - Mam więc wolną rękę, tak?
            - Tak. - odparł Książe i zapytał.- Coś jeszcze mamy do omówienia?

            - Pokój i rzeczy zaginionego? - wtrąciła Patty.
            - Zostawić i zapieczętować. Niczego tam nie ruszamy. Po pierwsze mogą się tam znajdować sekrety nekromantów, których zniknięcie mogłoby ich wkurzyć. A po drugie… Gino mógł tam zostawić jakiegoś strażniczego ducha. Wolałbym uniknąć walki z wściekłym bytem tego rodzaju. - zadecydował Smith.

            W tym momencie Ann przypomniała sobie słowa Cyrila. Na pewno byłby chętny poznać sekrety nekromantów, o bankowo... Potrząsnęła głową odganiając od siebie natrętną myśl.

            - Jeszcze jakieś kwestie do omówienia? - zapytał Joshua. Nikt się nie odezwał.
            - Dobra. To kończymy. William, ty pogadaj z Jaine Love, ja zajmę się jeszcze miejscem zbrodni wraz z Garrym. Reszta… ma wolną rękę w załatwianiu pomocy dla nas. - zadecydował szeryf kończąc zebranie.


            Larry nie dawał Ann taryfy ulgowej. Uderzał mocno, celnie… zmuszał ją do unikania ciosów. I przewidywania przeciwnika. Twierdził, że najpierw musi nauczyć się obrony, zanim pokaże jej kilka ofensywnych sztuczek. Bili się na tyłach jego stacji benzynowej, pomiędzy starymi oponami tworzącymi niewysokie płoty.
            Dziewczyna starała się unikać najlepiej jak potrafiła, ale nie ratowało to jej przed obrażeniami. Widać było tłumioną złość, którą starała się trzymać na wodzy. Nie przypominała w walce zastraszonego Bezklanowca, tylko Bezklanowca, który chciałby móc pokonać i brak siły go irytuje. Larry rzucił nią o ziemię z głuchym odgłosem. Ann warknęła gardłowo unosząc się cała poobijana. Gdy nadchodził kolejny cios, dziewczyna zaczęła unikać w ostatnim momencie.... wykorzystując tą chwilę, aby cisnąć w oczy Larry'ego trzymanym w pięści piachem z ziemi.

            - Niezła próba…- Larry bez problemu uniknął tej fałszywej sztuczki. - Dobra na śmiertelników.

            Kopniak w kolana powalił Ann na ziemię. - Na wampirów mniej skuteczna. Może gdyby ziemia była poświęcona? Albo to była sól?

            Ann zerwała się z ziemi i nie słuchając nawet końca słów Brujah wybiła rękę, chcą wbić pięść w jego nos. Wyraźnie mogła inaczej widzieć obronę.
            Tyle że Larry był lepszy od niej, o wiele lepszy. I o wiele szybszy. I o wiele silniejszy. Pochwycił jej dłoń, pociągnął za nią z olbrzymią siłą i cisnął Ann niczym szmacianą lalką, śmiejąc się przy tym.
            Bezklanowa przyjęła reakcję Larry’ego jak zwykłe wyzwanie, co tylko bardziej ją zmotywowało. Złamaniem kręgosłupa zajęło się błogosławieństwo Kaina, aby dziewczyna mogła dalej próbować walczyć... a raczej nie dać się znowu połamać w trakcie.

            “Powalczyli” jeszcze trochę, a właściwie to Larry poobijał zmotywowaną wampirzycę coraz bardziej rozczarowany jej zachowaniem. Ostatecznie przycisnął ją do ziemi mówiąc.

            - Koniec na dziś. Mam jeszcze robotę do zrobienia.
            - O co ci w ogóle chodzi? - zapytała patrząc z ziemi na Brujah.
            - O nic. Po prostu nie mogę spędzić całej nocy na tłuczeniu się z tobą. Zwłaszcza, że nie próbujesz się nic nauczyć, tylko chcesz udowodnić sobie, że możesz zrobić krzywdę dużemu strasznemu Brujah.- odparł Larry splatając ramiona razem.

            Ann prychnęła.

            - Czy to nie byłoby równoważne zwycięstwu? - mruknęła - Uczysz się poprzez dążenie do niego.
            - Filozofię zostawiam Toreadorom. Ty masz wykonywać polecenia podczas nauki.- zaśmiał się Larry, a potem spoważniał.- A tak serio, to na dziś wystarczy prania się po pyskach. Mój czas na takie przyjemności się skończył.

            Dziewczyna stała na nogi z chrupotem kości.

            - Jaki masz pojazd dla mnie? - zapytała masując kark.
            - Jutro się dowiesz. Muszę sprawdzić co mogę ci pożyczyć. Nie martw się. To będzie porządna bryka.- zapewnił Brujah.
            - Nie ma to jak marchewkowa karoca Willa?
            - Blake urodził się za wcześnie by docenić prawdziwe amerykańskie muscle cary.- odparł z uśmiechem Larry.
            - Podwózki do miasta mi trzeba. - stwierdziła po zastosowaniu - I sorry za dziś. Już nie będę.
            - Nie ma sprawy. Któryś z moich chłopców cię podrzuci .- odparł z uśmiechem Brujah.

            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • AbishaiA Niedostępny
              AbishaiA Niedostępny
              Abishai jako XXI
              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
              #48

              Koszmary jak zwykle ją dręczyły, ale tym razem były znajome. Pobudka więc była w miarę spokojna. Tej nocy Ann miała znów udać się do Nowego Jorku, tym razem z polecenia księcia Stillwater. Nie sądziła, że przyjdzie jej tak szybko tam wrócić. Niemniej tym razem wycieczka była krótka. Musiała wrócić z powrotem tej samej samej. I dlatego mieli kolejnego gościa, oprócz Vincenta…
              Bob lub Luc… nie rozróżniała ghuli Larry’ego, mimo że miała okazję pracować z nimi. Czekał na nią z autem na lawecie. I gdy wyszła mu na spotkanie odczepił wóz znajdując się na niej. A następnie podszedł do niej z kluczykami.

              - Niech cię nie kusi ściganie. Jego remont będzie bardziej kosztowny niż twojego motoru.- rzekł podając jej kluczyki.

              Miał rację.

              [media]https://i.pinimg.com/originals/aa/10/12/aa1012d8142ba1036aaa4f29c43bdfe5.jpg[/media]

              Czarny podrasowany chevrolet camaro był z pewnością szybką maszyną, stworzoną do nielegalnych wyścigów. I bardzo drogą.

              - Pozwoli ci uciec od kłopotów w razie czego. Ma nielegalne nitro zamontowane, przycisk jest na manetce zmiany biegów. Używać w ostateczności. Tak powiedział szef. - kontynuował pouczenie ghul, gdy caitifka oglądała cudeńku od Brujaha.

              Giovanni mieli w porcie swoją siedzibę, ukrytą pod przykrywką towarzystwa przewozowego. Było to miejsce które każdy dostatecznie poinformowany Kainita omijał szerokim łukiem. Kto wszedł na tereny Giovanni bez ich pozwolenia, ten nie wracał “żywy”. I to bez względu na to jaką zajmował pozycję w hierarchii Nowego Jorku. Książę tę niepisaną zasadę tolerował, bo dzięki temu Giovanni nie wtrącali się w sprawy jego Domeny i nie włączali się w miejscową politykę. Giovanni z pozostałymi klanami nie łączyło nic poza… interesami prowadzonymi z niektórymi członkami klanów. A i w tej kwestii wymagali dyskrecji i sami zachowywali milczenie.
              Tyle teorii, w praktyce Ann na ulicy słyszała plotki że Giovanni robili interesy nie tylko z członkami Camarilli, ale i anarchami oraz Sabatem. Opowiada o handlu organami ludzi i Kainitów, o krwawych rytuałach, o budzeniu zmarłych i wzywaniu duchów… o konszachtach z klanami tak zdeprawowanymi, że bano wypowiadać się ich nazwy… zwano ich Czcicielami demonów. Plotki dotyczyły też ich siedziby, ta część nadbrzeża miałą być nawiedzana przez upiory i topielców uwiązanych nekromantycznymi łańcuchami do tego miejca niczym psy podwórzone. Tych nieumarłych sług obawiano się najbardzej, gdyż powszechny był pogląd że większość klanowych dyscyplin po prostu na nich nie działa. A nawet potężni Kainici obawiali się istot, przeciw którym byli bezbronni.

              Choć była tu kilka razy. Choć była nieśmiertelnym drapieżnikiem nocy, to jednak to miejsce nadal budziło ciarki na jej plecach. Z pozoru nic niezwykłego. Ot droga między budynkami magazynami, prowadząca do szlabanu za którym był plac do parkowania i budynki urzędowe. Niemniej nad całym tym miejscem wisiała upiorna atmosfera… wzmacniana nocną mgłą znad oceanu.

              https://www.youtube.com/watch?v=W8VYSs_XbeU

              Która w okolicy gniazda Giovanni była wyjątkowo gęsta. Sama uliczka, była brudna i słabo oświetlona. Okoliczne budynki były opustoszałe, a magazyny porzucone. Ani ludzie, ani istoty świata mroku nie korzystali z tych miejsc. Coś wisiało bowiem w powietrzu. Coś niedobrego. Każdy kto tu przebywał czuł to podskórnie. Przy szlabanie była budka, w budce podstarzały otyły strażnik, pełniący bardziej rolę portiera. I zajęty czytaniem gazet. Nie on pilnował tego miejsca. Nie czyniły nawet tego kamery pozawieszane na słupach. Strażnicy byli inni, niewidoczni i nie do usłyszenia. I nie do zabicia, bo prawdziwie martwi. Tych nie można było spostrzec.

              Innych tak. Ann przejechała całe miasto bez problemu i bez zaczepek. Teraz jednak dojeżdżając do celu swojej podróży natknęła się na problem. Niebieski Oldsmobille Toronado stał przy wjeździe do uliczki. Obok niego stali dwaj mężczyźni, niby zajęci pogaduszką i palący papierosa… ale ciągle zerkający na placyk przed siedzibą klanu nekromantu i na stające tam samochody. Obaj byli Kainitami, prawdopodobnie. Ann nie znała krótko obciętego blondyna w skórzanej kurtce, ale… drugi. Ten chudy i nieco zaniedbany mężczyzna w nieco w wytartej marynarce był jej dobrze znany. David Thorn, przydupas Quentina. Co on tu robi?-|
              Tego Ann mogła tylko domniemywać. Zresztą ważniejszą dla niej sprawą, było to co ona sama zrobi? Jeśli po prostu pojedzie do nekromantów, to zostanie przez nich zauważona.
              A przecież innej bezpiecznej drogi… nie było.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • ZellZ Niedostępny
                ZellZ Niedostępny
                Zell jako Ann Paige
                Moderator Obsługa
                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                #49

                Ann przeklęła do siebie, jak na polu jej widzenia pojawił się Thorn. Naprawdę Bezklanowcy musieli być przeklęci pechem...
                Francuzka nie używała często tej posiadanej możliwości, ale teraz nie było wyjścia. Przypomniała sobie wizerunek bywalczyni Róży- Malkavianki, która czasem tam występowała, aby jej obraz "nałożyć" na swoją osobę, dla zmylenia zmysłów innych. Pamiętała jej głos, miała we wspomnieniach maniery... Pora zacząć przedstawienie.

                Skierowała pojazd w uliczkę, aby nią dotrzeć do Giovannich. Maskarada wydawała się działać. Obaj Kainici zwrócili na nią uwagę i wymienili się komentarzami, ale najwyraźniej muzykalna córa Malkava nie była ich celem. Co nie zmieniało faktu, że nadal “odprowadzali” ją spojrzeniami.
                Ann nie przejęła się nimi, zdążając nadal w tej formie do Giovanni.
                Dojechała do szlabanu, zamkniętego. Strażnik oderwał na moment spojrzenie od lektury i pulchnymi palcami odłożył gazetkę na blat.

                - Hmm? - spytał “elokwentnie”.

                Otworzyła okno kierowcy i spojrzała na "zapracowanego" człowieka.

                - Muszę spotkać się z szefem tego... interesu. Jestem ze Stillwater i chodzi o Gino.
                - Mhmm…- odparł mężczyzna sięgając po telefon. - Kogo zaanonsować?
                - Posłańca od Księcia Stillwater. - powiedziała.
                - Poczekaj.- mężczyzna wystukał numer. Zadzwonił i przekazał słowa Ann. - Mówi że jest posłańcem Księcia Stillwater i chodzi o Gino. Tak… chyba jej chodzi o pana Pisanob. Nie wiem o co dokładnie… tak, rozumiem… i chce się widzieć z samym signore… eee… wiem… oczywiście, że wiem. Wpuścić? Ok. Przekażę. Coś jeszcze? Rozumiem.

                Zakończył rozmowę i podniósł szlaban.

                - Główny budynek, proszę czekać w korytarzu aż ktoś przyjdzie.- wyjaśnił na koniec.

                Skinęła głową i złożyła okno, po czym udała się wedle instrukcji.
                Wysiadła obok budynku, aby przejść do środka gdzie miała poczekać.


                W środku było ascetycznie. Nieduża poczekalnia z dwoma sofami i kilkoma krzesłami. Niski stolik na którym leżało więcej starych gazet dla zabicia nudy. I nikogo innego oprócz Ann nie było tutaj.

                Ann usiadła na krześle, nie porzucając na razie iluzji. Nigdy nie było wiadomo czy ktoś znajomy się nie pojawi…

                - Oczywiście zawsze szanujemy… wolę Księcia.- usłyszała męski głos i kroki dwóch osób.- Ale nasze interesy nie mają nic wspólnego z tym miastem. Świat nie kręci się wokół Nowego Jorku i Amerykanów.
                |-- Zabawne deklaracje zważywszy na ostatnią waszą aktywność.- głos drugi należał do kobiety, niższej od Ann, bladej i ciemnowłosej ubranej w ciemny włoski garnitur. Spojrzała zaciekawiona na caitifkę , gdy ta znalazła się w polu jej widzenia. Towarzyszył jej wysoki i szczupły mężczyzna o nieprzeciętnie pięknym obliczu .-|
                - Zapewniam, że wszelkie dokumenty jakie zostały pani przedstawione potwierdzą iż Książę nie musi się niczym martwić.- odparł z uśmiechem mężczyzna i skłonił się jej, potem Ann. A następnie opuścił je obie. Kainitka zaś przyglądała się Ann przez chwilę nim rzekła. - Proszę, proszę… nie spodziewałam się zastać służki Cyrila właśnie… tutaj.

                Ann westchnęła w duchu. Tyle co do tej Maskarady na mniejszą skalę...

                - Też się nie spodziewałam tu musieć być. - odparła, zdejmując z siebie iluzoryczny wizerunek.
                - Mogę wiedzieć co tu robisz? Nie powinnaś być w… tam? - zapytała kobieta i brzmiało to bardziej jak… Muszę wiedzieć z odrobiną niemej groźby.
                - Przenoszę wieści od Księcia... tam. - odparła niezrażona - Temu jestem w mieście.
                - A jakież to wieś…- zamyśliła się nieznajoma, po czym potarła czoło w zadumie.- Coś się im stało u was?

                Caitiffka spojrzała z pewnym zmęczeniem tymi gierkami.

                - Nie jestem upoważniona do przekazywania takich informacji postronnym.
                - Nie jestem… postronna. - stwierdziła czarnowłosa przeczesując palcami swoje włosy. - Odpuszczę ujawnianie mojego imienia, bo i tak ci nic nie powie. Niemniej… znasz tego, dla którego pracuję. Falconi z pewnością ucieszy się na wieść o tobie. Zawsze miał pewną słabość do wolnych elektronów.
                - Obawiam się... że jesteś postronna wystarczająco, pani. - Ann podejrzewała, że góra Nowego Jorku szybko się o niej dowie... Może ona szybciej zdąży wyjechać.
                - Skoro tak twierdzisz. Wiesz chyba, że Markus potrzebuje zaspokajać swoją ciekawość równie mocno co głód krwi. - odparła urażonym tonem Kainitka i wyszła z budynku nie czekając na odpowiedź caitifki.

                W tym momencie Ann już chciała wrócić do Stillwater... nie było szans, że sama wyda sytuację z miasteczka przydupasom Szeryfa czy Księcia Nowego Jorku. Niech Joshua się nimi kłopocze...
                Zerknęła, czy mężczyzna poszedł za wampirzycą. Nie ruszył, bowiem oddalił się wcześniej gdy Ann została wciągnięta w rozmowę przez agentkę Szeryfa Nowego Jorku. Znów musiała czekać, aż przyszedł do niej blady jak upiór ghul i w milczeniu wskazał dłonią kierunek, który bez wahania obrała przygotowując się na dalsze kłopoty.

                Została doprowadzona do drzwi, prowadzącego do biura. Tam, w środku za biukiem siedział wysoki blady mężczyzna, o jakże zaskakującym co znajomym obliczu .-|
                Ann zatrzymała się jak wryta, nie wiedząc co powinna w tej sytuacji zrobić. Czy powinna cokolwiek robić…

                - Jeśli dobrze zrozumiałem, jesteś wysłanniczką Stillwater i masz jakieś informacje przekazać na temat Gino? - zapytał mężczyzna wyglądający dokładnie jak… Gino.
                - Uhm... Tak. - Ann pozbierała się - Sprawy się jeszcze bardziej... skomplikowały. Gino najwyraźniej na coś wpadł, ale może to sprowadziło na niego i jedną z naszych kłopoty... Gino i nasza Ventrue zostali zaatakowani, a on najpewniej skończył uprowadzony... - urwała po tym. Wolała powoli przekazywać złe wieści.
                - Co? Kto śmiał.- odparł “klon” Gino, lekko tylko poruszony tymi wieściami. - Co… dokładnie się stało?
                - Oboje zostali zaatakowani, gdy nasza Ventrue I on jechali samochodem... w sumie Gino nie wytłumaczył szczegółów. Ventrue ledwo uszła z istnieniem, choć miotacze ognia połowę jej ciala do kości spaliły. Gino... Ona nie widziała co dokładnie było dalej w chaosie ognia i... kreatur, ale... zakładamy, że go uprowadzono. Musiano się nim interesować. - skrzywiła się - Atakiem przewodził Tzimisce…
                - Sabat? - o dziwo, klon Gino zachowywał się spokojnie. - To sprawka… Sabatu?
                - Na to wygląda…
                - Hmm… to niepokojące. - odparł spokojnie Giovanni, wstał od stołu i ruszył do wyjścia z biura. - Proszę tu poczekać.

                Zachowanie Giovanni było... niepokojące. W sumie jak cały ich Klan...
                Ann czekała w pewnym napięciu.

                Minęło chyba pół godziny, nim drzwi się otworzyły i wszedł klon Gino, a za nim… osoba, która mogła konkurować wyglądem z nosferatu. Wysoki mężczyzna w ciemnym garniturze, w czarnym kapeluszu, na czarnych długich włosach. I twarzy jak z horroru, nieludzkie oczy i nieludzkie zęby dobrze widoczne dzięki… dziwacznemu aparatowi na “zęby”. Przyglądał się w skupieniu caitifce.

                - To pan… Arturo.- przedstawił go klon Gino.
                - Ann Paige... - przedstawiła się lekko skłaniając głowę. Nie spuszczała oka z... kreatury, jak i kryjąca się myszka z kota.
                - A więc… twierdzisz, że Tzimisce zaatakował Gino… którego wysłaliście, bo…- tu kreatura spojrzała na klona Gino, a ten… pewnie by się teraz straszliwie pocił gdyby mógł. Niemniej odpowiedział. -... zaginął tam wysłannik z Europy.
                - A przecież co mówiłem?- odparła kreatura spoglądając na Kainitę.- Co mówiłem Giacomo?

                Giacomo z trudem wydusił z siebie. - Że powinniśmy przygotować trasę lepiej i więcej ochroniarzy. Ale wszystko było robione w tajemnicy. Diabeł Wenecki nie mógł…-

                - Nie mów mi co Diabeł Wenecki może, a czego nie… To nie ty spotkałeś się z nim twarzą w twarz. To nie ty byłeś zabawką jego parszywych mocy. - wybuchł Arturo, po czym zwrócił się do Ann.- I to… ten Tzimisce dowodził? Nie jakaś Lasombra, czy Ventrue antiribu… czy inny odszczepieniec?
                - Teraz był tam Tzimisce ze swoimi kreaturami i... Braćmi Krwi? Wcześniej zniszczyliśmy Sforę Sabatu na terenie Stillwater. Nie sądziliśmy, że to nie koniec…
                - To nie Sabat… to on. - odparł potworny Arturo, a następnie rzekł do Giacomo. - Ruszamy jutro.
                - Nie wiem czy dostaniesz pozwolenie, a poza tym… to niekoniecznie musi być on…- zaczął Giacomo, a Arturo zwrócił się wprost do niego. - Znam jego modus operandi lepiej niż ktokolwiek na świecie. I wiem, że to on. Odeślij ją, przesłuchamy ją na miejscu. Ja muszę teraz przeprowadzić kilka rozmów.
                - Dobrze Szkara…- zanim Giacomo dokończył to słowo, oberwał pięścią w nos i upadł na ziemię.
                - Nigdy nie używaj tego słowa… przy mnie.- warknął gniewnie Szkaradziec, bo kim innym mógłby być?
                - Przesłuchamy...? - Ann wyraźnie nie uspokoiło to słowo z ust Szkaradźca.

                Arturo wyszedł, a Giacomo powstał z podłogi nastawiając złamany nos.

                - Dupek. - skomentował jego wyjście i zwrócił się do Ann.- Jeśli nie ma pani nic innego przekazania lub załatwienia, to… ehmm… jest pani wolna?
                - Czyli... mamy pana Arturo spodziewać się jutro w Stillwater...?
                - Oby nie… to znaczy… eee… nie do mnie należy ta decyzja.- odparł skonfundowany Kainita.
                - Duża jest możliwość, że ma rację co do tożsamości Tzimisce?
                - Cóż.. To nie Europa. Tzimisce są tu rzadkością. To klan bardzo przywiązany do ziemi. I to dosłownie. - wyjaśnił enigmatycznie Giovanni.
                - Czy Stillwater ma oczekiwać reakcji Giovanni, jak za ostatnim zabójstwem? - dopytała.
                - To znaczy?- zapytał Giacomo.
                - Domagania wpuszczenia śledczego, jak Gino.
                - To chyba zrozumiałe żądanie w świetle tych wydarzeń? - zapytał retorycznie Kainita.

                I zupełnie bezsensowne... kolejnego chcecie stracić?

                - W razie potrzeby kontakt z Księciem Smithem zawsze dostępny. - wstała I skłoniła się.
                - Dziękuję za informację.- odparł uprzejmie Giacomo, równie uprzejmie otwierając jej drzwi.

                Ann podeszła do drzwi, ale nim wyszła wyciągnęła z torby spięty plik raportów, który dał jej Joshua.

                - To są raporty z wydarzenia. - podała je Giovanni, po czym wyszła z pomieszczenia.
                - Mój klan docenia współpracę księcia Stillwater. - odparł Giacomo uprzejmie.


                Ann musiała wrócić do Stillwater, choć wolała zostać w Nowym Jorku... Już w samochodzie napominała się, aby o Cyrilu nie myśleć...
                Przynajmniej dwóch wampirów nie było na zewnątrz.

                Ann skierowała się by wyjechać z miasta i dotrzeć na czas do Stillwater. Podróż była niepokojąca spokojna i bez wypadków. Ann jechała szybko, pewnie i pogrążona we własnych myślach, pragnieniach i obawach. Skręciła nagle na kolejnym skrzyżowaniu ruszyła trasą którą znała… w teorii. Trasą patrolu Joshui. Po jakimś czasie dojrzała swój cel. Radiowóz policyjny szeryfa.

                Caitiffka postanowiła wyprzedzić samochód policyjny i zajechać mu drogę. Po tym zatrzymała wóz, tak aby nie mógł drugi przejechać i wysiadła z niego.
                Policyjny wóz zatrzymał się nagle i wysiadł z niego Smith mówiąc ironicznie.

                - Ty chyba masz numer mojej komórki?
                - Nie wolno używać komórki podczas jazdy. - pogroziła palcem - I zawsze chciałam policjanta zatrzymać na drodze.
                - Za to powinien być mandat. - stwierdził poważnym tonem Joshua, a następnie spytał. - Jak tam wycieczka do Nowego Jorku?
                - Jego Szeryf pewnie już wie, że byłam u Giovanni. Wpadłam na jakąś jego przydupaskę.
                - I tak by się dowiedział. Nic nie umyka uwadze tego gryzonia. - zamyślił się Joshua.
                - Możliwe, że Książę ma jakieś zarzuty co do działalności Nekromantów w mieście. Nie znam szczegółów. - dodała.
                - Dobrze wiedzieć, choć nie powiem żebym był zaskoczony. - przyznał z uśmiechem szeryf. - Niemniej to nie nasz problem. Co sami Giovanni mają do powiedzenia?

                - W sumie... Na razie nic pewnego. Znaczy, znowu kogoś wyślą, ale prawie na pewno Szkaradziec przyjedzie. Bardzo... zaciekawiony. - wzdrygnęła się - Ale nie było zaprzeczania Tzimisce.
                - To akurat było nieuniknione. Najważniejsze, że nie mają podejrzeń co do nas. Że nie uważają nas za współpracowników tego Tzimisce.- skupił wzrok na twarzy Ann. - Bo… nie… uważają, prawda?

                Ann zamyśliła się i powiedziała niewinnie.

                - Nie, no co ty, nie uważają nas. Może tylko ciebie?
                - Może… w oczach niektórych nigdy nie uwolnisz się od przeszłości. Nieważne co byś zrobił by udowodnić, że odciąłeś się od dawnych znajomości. - ni to zaprzeczył, ni to potwierdził Joshua. I uśmiechnął się ironicznie. - Co nie zmienia faktu, że Giovanni i Sabat nie są śmiertelnymi wrogami i kontakty pomiędzy nimi, się zdarzają. Ale odpuśćmy sobie filozofowanie. Więc kogoś tu wyślą… to wszystko?

                - Kiedy Szkaradziec usłyszał o tym ataku... od razu stwierdził, że tu przyjedzie. I na pewno to Tzimisce, którego zna. - westchnęła - On naprawdę jest walnięty…
                - Tak słyszałem. Zresztą pewnie widziałaś podpis Tzimisce na jego twarzy. Po czymś takim ciężko być normalnym, nieprawdaż? - zapytał retorycznie Smith.
                - Kategorycznie... Czemu się to mu nie leczy?
                - Klątwa Tzimisce. Jeśli zmienią ci ciało, to permanentnie. Pamiętasz tego typa z kolcami w dłoniach? To właśnie dzieło jednego z nich.- wyjaśnił książę.
                - Ten typ mnie uderzył pięścią z tymi kolcami w twarz, więc pamiętam... - mruknęła - W takim razie... Mieli tam Tzimisce w Sforze?
                - Nie… zdecydowanie nie. - odparł ze śmiechem Joshua. - Tzimisce nie chodzą na takie… wypady. A jeśli chodzą, to są dowódcami.

                -Spojrzała zaciekawiona.

                - Widziałeś kiedyś jakiegoś na żywo? W Sabacie?
                - Raz… podczas wojny secesyjnej. Dowodził swoimi kreaturami i sprzymierzonymi wampirami i mną. Potrafią walczyć w zwarciu, ale… - Smith wzruszył ramionami. - … Tzimisce są dumni i nie toczą pojedynków z byle kim. I nie da się ich tak łatwo pokonać. To co zabił William, było za słabe na Tzimisce.
                - A co zabił William? - zapytała dziewczyna, ciągle mając przed oczami, że ten wampir jest taki stary…
                - Tzimisce potrafią kształtować ciało jak glinę. Mogą uszkodzić cię samym dotykiem podczas walki, ale… mogą też używać tej mocy do innych celów. Uczynić twoje ciało olśniewająco piękne, lub wzmocnić je w inny sposób. Na przykład umieszczając w tobie mięśnie niedźwiedzia lub… srebrne pazury. Jako zapłatę za… przysługi. - odparł rozważając głośno szeryf.- Przypuszczam, że ten z którym walczyliście miał okazję się wykazać użytecznością dla któregoś z nich.
                - Srebrne pazury by im się przydały z Wilkołakami... Szkaradziec sądzi, że to jakiś Diabeł... - zamyśliła się - Diabeł Wenecki. On chyba się nim bawił. Drugi Giovanni jest sceptyczny... choć chyba Szkaradźca to się boi, więc przy nim by nie gadał o tym.
                - Nie wiem kim jest ten Wenecki Diabeł. Może William będzie wiedział, w końcu przypłynął z Europy. - stwierdził Smith w zamyśleniu. - O Szkaradźcu żem słyszał, ale wiesz… tu dotąd Giovanni nie zaglądali, więc… słyszałem te same plotki co ty.

                - Tak czy inaczej... Nie używajcie do niego, czy przy nim nazwy Szkaradziec. Jest... wybuchowy, zaatakował własnego klanowca, gdy ten tylko zaczął to wymawiać. Jego imię to Arturo... i na tym pozostańmy, co?

                Kainita się zaśmiał. - Taki drażliwy, co? To trochę małostkowe.

                - Chcemy mieć poprawne relacje z Giovanni, więc lepiej jego nie drażnić. On ma wyraźnie jakieś PTSD po tym Tzimisce. Patrząc na jego wygląd to się nie dziwię…
                - Powiesz o tym na jutrzejszym zebraniu, na którym porównamy notatki i uzgodnimy kolejne kroki w związku z tym niefortunnym wydarzeniem. - zadecydował Joshua.

                Ann skinęła głową.

                - Podjąłeś już próbę kontaktu z Księciem Nowego Jorku?
                - Rozmawialiśmy. Oczywiście jest zaniepokojony tym co się u nas dzieje. I nie pomoże w niczym. - odparł sarkastycznie Kainita.
                - Szokujące. - mruknęła Ann - Póki kłopoty nie ugryzą miasta, póty się nie ruszy, mam rację?
                - Przypomniał o tym, że mają tam własne problemy.- wzruszył ramionami Joshua. - Ktoś morduje wysoko postawionych Kainitów.
                - Z braku podejrzanych robią problemy Cyrilowi... - mruknęła niezadowolona.
                - Szeryf Nowego Jorku prowadzi śledztwo. Ponoć jest solidny jeśli chodzi o swoją robotę.- dodał pocieszającym tonem Smith.
                - Może... - westchnęła - Czy tylko ty, Książę, patrolujesz Stillwater? Co noc?
                - Nie jestem tylko Szeryfem naszej małej społeczności. Pracuję w Stillwater jako zastępca szeryfa i mam swoje obowiązki. Za to mi państwo płaci.- zaśmiał się Joshua i wzruszył ramionami. - Nie każdy może lub lubi się obijać jak nasz Garry.
                - Lub Clyde. - stwierdziła niewinnie.
                - Clyde rozwozi krew i informacje. Jest użyteczny. Ale masz rację, woli się obijać.- przyznał z uśmiechem Brujah.
                - Ciekawe kiedy zrozumie, że libido martwego jest... cóż. Martwe. - pokręciła głową - Wrócę do Williama.
                - Pewnie za dekadę… lub dwie. - ocenił z uśmiechem szeryf. - Nie będę cię zatrzymywał, choć powinienem wlepić ci mandat.
                - Lepiej mandat od ciebie niż od Clyde'a. Bałabym się jaką karę by wlepił. - uśmiechnęła się - Rachunek na konto Williama, proszę. - wsiadła do samochodu.
                - Dobrze. - odparł z uśmiechem Kainita.


                Ann zastała Toreadora z plikami dokumentów, długopisem i notatnikiem. Wyraźnie skupiony na czymś. Zauważył jej przybycie i nie odrywając się od roboty rzekł.- Hej… jak było w Nowym Jorku? Giovanni poczęstowali kawą i ciasteczkami?

                - Krótko w sumie. - przysunęła krzesło do stolika z dokumentami - Spotkałam Szkaradźca. Uch... - westchnęła - Jutro ostrzegę wszystkich, bo zapewne on się tu pojawi, ale powiem ci już teraz - nie nazywaj go tak. Nigdy. I swojego klanowca za to zaatakował.
                - Fascynujące… myślałem, że Szkaradziec to jedna z tych plotek, którą Giovanni rozprowadzają po Nowym Jorku by straszyć nimi młodych Kainitów. - odparł z odrobiną zdziwienia w głosie Blake.
                - Cóż... Nie... Postaraj się nie gapić na niego... bo... to może być naturalny odruch.
                - Będziemy martwić o tym później. - machnął ręką Kainita. - Myślę, że ostatnie lata uśpiły moją czujność.

                Ann skinęła głową na te słowa, zgadzając się w całości.

                - Słyszałeś kiedyś o Diable Weneckim?
                - Hmm… coś tam kiedyś usłyszałem. To miano nie jest mi obce. - zadumał się William próbując sobie przypomnieć. - Kiedy to było? Gdzie? Hmm… Chyba… tak, już wiem. To jakiś Kainita mający żale do Giovanni i jeden z niewielu, który osobiście próbuje im zaszkodzić. Tak przynajmniej słyszałem… że jest kolcem w ich zadku.
                - To ten Tzimisce, który zabawił się Szkaradźcem. Ten Giovanni twierdzi, że atak u nas wygląda jak jego robota.
                - Może to prawda. - wzruszył ramionami wampir. - Nie mnie to oceniać. Diabeł… był jedną z tych opowieści, którymi znudzeni wędrowcy wymieniają się przy ognisku. Nie wiem ile w tym prawdy.
                - Po zobaczeniu Arturo... Wierzę.- stwierdziła poważnie.
                - Jeśli to rzeczywiście Diabeł, to raczej nie musimy się martwić tym, że uderzy w nas. Jego wendetta skupia się tylko na Giovannich. - rozważał głośno Blake, stuknął długopisem o papiery.- Znalazłem dotąd trójkę podejrzanych najemców, którzy płacą sporo za wynajem moich posiadłości. I mogą być przykrywką dla Tzimisce.
                - I coś mamy zamiar z tym zrobić? - zapytała - Wypowiedzenie najmu dasz?
                - Oczywiście że nie… zaczniemy sprawdzać te adresy. Muszę tylko wszystkie sprawdzić. Bo ja osobiście nie wynajmuję budynków. Robi to wynajęta przeze mnie agencja.- wyjaśnił wampir. - Zwykle się w ich działania nie wtrącam.
                - Nie masz tam swoich ghuli?
                - I miałbym co chwila jeździć do Nowego Jorku, by ich karmić? - zaśmiał się Kainita spoglądając na Ann. - Po co? Wystarczy że im dobrze płacę. Zresztą wątpię by ghule zajmowaliby się moimi sprawami lepiej.
                - Ale byłyby na pewno posłuszne. - Ann nie do końca rozumiała czemu nie chce ghuli innych, niż psy.
                - Pracownicy agencji są posłuszni. Po prostu nie nadzoruję ich pracy na bieżąco. Za dużo z tym roboty.- wyjaśnił William.
                - Ten Giovanni, Szkaradziec, ma się tu zjawić... Nawet jutro. - ostrzegła.
                - Nic na to nie poradzimy. Zebranie też jest jutro.- stwierdził Toreador zagłębiając się w dokumenty.

                Ann milczała chwilę nim niespodziewanie mruknęła z lekką irytacją.

                - Jesteś dupkiem.
                - Co? Czemu? - zapytał zaskoczony William.
                - Nie powinnam się dziwić, bo każdy z nas taki jest czasami lub zawsze, ale wziąłeś mnie z zaskoczenia. - zmarszczyła brwi - Po prostu wkopałeś mnie wczoraj w robotę z Giovanni.
                - Ann… - spojrzał na dziewczynę i westchnął ciężko. -... nie przyjechałaś tu na wakacje. Jest częścią naszej małej społeczności i gdy gówno uderza w wentylator, ty także obrywasz obowiązkami.
                - Jakbyś nie zauważył nie traktuje tego jak wakacje, tylko przymusową odstawkę i nie jestem zadowolona z tego. To co mnie uderzyło, to wprost traktowanie mnie jak element, który za innych zbierze cięgi. Znam to, ale usilnie chcecie mi pokazać, że nie, w Stillwater jest inaczej. Zdecydujcie się.
                - I jakież to cięgi zebrałaś?- zapytał retorycznie Toreador, a następnie rzekł spokojnie. - Faktem jest, że większość z nas nie może po prostu pojechać do Nowego Jorku. Inni nie znają miasta i nie mają pojęcia gdzie Giovanni siedzą. A ja czy Smith rzucamy się w oczy. Po prostu otrzymałaś zadanie, do którego idealnie pasowałaś.
                - To, że teraz nic nie było, nie zmienia faktu, że być mogło. I nie chodzi o to, że takie zadanie dostałam, ale o formę postawienia przed faktem dokonanym. Cyril może tak formułować, po nim się spodziewam. Wy takiemu podejściu do Bezklanowca, jakie mają Spokrewnieni w Nowym Jorku zaprzeczacie. To jak w końcu jest?
                - Podczas czasów pokoju, możemy jak śmiertelni bawić się w demokrację - westchnął Toreador wracając do sprawdzania dokumentów. - Lecz gdy nadchodzi wojna, to wtedy demokracja schodzi na bok. Jeden jest lider wojska i jeden jest książę w swojej Domenie. Jeśli uważasz, że tylko Cyril może cię rozstawiać po kątach, to… - spojrzał na Ann.- … nie jest to prawda. Książę też może. Książę rozkazuje, my słuchamy. Primogen Tremere rozkazuje, ty słuchasz… taka jest zasada. Zła może, ale jest. Tak jest w naszym społeczeństwie. Jesteśmy bezlitośni i nieposłuszeństwo bywa karane śmiercią. Zwłaszcza w Nowym Jorku, ale to detal.
                - I o to chodziło. Bym zrozumiała w czym teraz się topię. - mruknęła - Jeszcze może nie miękki cement, jak w Nowym Jorku, ale zaschnięte błoto też może być twarde. Zapamiętam.
                - Poza tym dramatyzujesz za bardzo. To nie była misja samobójcza. Pojechałaś jako wysłanniczka Księcia, co daje ci pewną gwarancję bezpieczeństwa. Giovanni to jednak cywilizowane potwory.- machnął ręką William.
                - Szczególnie Szkaradziec. Nie wiem co on chce ode mnie, najwyżej go na Lukrecję skieruję z tym "przesłuchaniem".
                - Nim się nie przejmuj. Najwyraźniej my go nie interesujemy, tylko ten Diabeł. A Lukrecję pewnie i tak przesłucha, bez twoich sugestii.- wzruszył ramionami Toreador.
                - Jeżeli ona go zezłości, to wątpię by choć jej nosa nie przestawił.
                - Lukrecja jest twardsza niż się z pozoru wydaje. -Toreador nie wydawał się szczególnie przejęty takim rozwojem sytuacji.
                - Mag dziś coś robił? - zapytała.
                - Wiesz… nie wiem… miałem śledztwo do przeprowadzenia. I jeszcze nie skończyłem. - westchnął wampir.
                - To badaj dokumenty, tym razem ja pierwsza udam się do pokoju, chyba że coś jeszcze chcesz ode mnie?
                - Jutro…- odparł z uśmiechem Toreador i przeciągnął się.- Ja też wkrótce pójdę.

                Nic dziwnego… świt się zbliżał.

                - Spokojnego snu, dobry panie. - odparła i bez oglądania się po prostu poszła do "swojego" pokoju.


                Kłamstwo.

                Ann zamknęła za sobą drzwi niewielkiego pomieszczenia, w którym spała.

                Obłuda.

                Upadła na materac z posłaniem. Nie chciała spać w trumnie. Takie zamknięcie wywoływało u niej obawę. Strach czasem, szczególnie po pobudce. Zamknięta przestrzeń była...
                Niebezpieczna.
                Duszna.

                Wzięła do ręki szkicownik pozostawiony przy materacu. Przewracała zarysowane strony.
                Nie narysowała niczego sensownego od czasu śmierci. Nie napisała nic składnego. Wiedziała, że potrafi... Pamiętała, że mogła. Pamiętała szkicowanie Eleny, a teraz...

                Umarło, jak i ona.

                Wyrwała kilka zarysowanych liniami kartek, które zgniotła i rzuciła w kąt. Skupiła wzrok na kartce, której część obrazka zaraz zarysowała w złości. Nigdy nie była w stanie go dokończyć, a teraz... teraz...
                Chciała by zniknął.

                Wyrwała kartkę, którą podarła szaleńczo i obraz zniszczenia rzuciła w kąt, gdzie był grób dla tych skrawków podartego rysunku uczuć.

                [media]https://i.pinimg.com/564x/5b/cd/68/5bcd6875ffba4a544e371765bc7319a0.jpg[/media]

                To była jego wina.
                Jego.
                Jego.
                Jego.

                To on ją skazał na to istnienie.
                On porzucił.
                On.

                Chciała by cierpiał jak ona.
                Kundel wśród rasowych.

                Ann zakryła się szczelnie kołdrą z posłania.

                To on... Zostawił...

                Po podłodze walał się malunek zrobiony jeszcze w Nowym Jorku, którego natchnęły sny... sny...
                O duszącej ziemi zmieszanej z krwią.

                [media]https://i.pinimg.com/564x/db/22/5d/db225d04ea546f1e77d097ab046def7a.jpg[/media]

                Malunek pachnący jej zakrzepłą krwią.

                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • AbishaiA Niedostępny
                  AbishaiA Niedostępny
                  Abishai jako XXI
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                  #50

                  Tonęła wśród ciał, zimnych ale poruszających się. Szepczących niewypowiedziane sekrety. Tonęła wśród trupów by umrzeć. Ale chciała żyć! Toteż z uporem przeciskała się przez oślizgłe zimne, ale ruchliwe zwłoki. Nie zważając na ich rozkład, nie zważając na ich śliskość. Nie przejmując się bólem i wysiłkiem. Pragnęła się wyrwać z tego piekła.
                  W końcu jedną ręką sięgnęła powierzchni, wyrwała się!
                  Obudziła z krzykiem. Kolejny koszmar, jeden z wielu… ale ten był… znajomy. Jak stare cuchnące ubranie. Obrzydliwe, ale przywykła do niego.

                  Gdy się przebudzili, maga już nie było. Mężczyzna jednak zostawił po sobie “pamiątki”. W pokoju głównym zostawił rozłożone na stole… nieduże płótna przedstawiające różne ów szpital psychiatryczny za dnia. Były to wykonane z pietyzmem pejzażyki z wyraźnie zaznaczonymi architektonicznymi szczegółami budynku. Namalowane pośpiesznie, ale fachowo. Dzieła niewątpliwie zdolnego amatora. To co je wyróżniało od innych typowych pejzaży, były machnięte krwistą czerwienią ezoteryczne symbole. Były też rozłożone plany budynku z zaznaczonymi trasami. Oraz dołączona do tego wszystkiego karteczka.
                  Cytat:

                  Gdybym zaginął, przesłać to wszystko wraz z moimi rzeczami na adres.

                  I poniżej był rzeczywiście adres. Jakieś miejsce na Florydzie.

                  Kolejne zebranie, które było naradą a nie spotkaniem towarzyskim. Ann miała wrażenie, że znajduje się w innym miejscu. Gdzie ulotniła się ta dawna atmosfera nieformalnego niedzielnego pikniku? Wszyscy byli poważni i skupieni. Każdy na miarę swoich możliwości, w końcu Garry był na lekkim haju, a Larry… był Larrym.

                  - Więc… - zaczął zebranie Smith rozglądając się po zebranej tu społeczności Kainitów. -... Nowy Jork w osobie Księcia i Primogenów zapewnia o bacznym obserwowaniu sytuacji i wsparciu… w rozmowach z Giovanni na terenie ich domeny, gdyby zaistniały jakieś tarcia i potrzeba negocjacji. Aczkolwiek, owo wsparcie nigdy nie zostało dokładnie sprecyzowane. I równie dobrze może oznaczać dyskretne poklepanie po plecach.
                  - Typowe… - prychnął Larry.
                  - I można się było tego spodziewać.- stwierdził William. - Oficjalne wtrącanie się jednego Księcia w sprawy Domeny drugiego byłoby... źle widziane przez innych Książąt. Skoro Nowy Jork miesza w Stillwater, to czemu nie mógłby chcieć ustawiać sprawy w Waszyngtonie?
                  - Mógłby nieoficjalnie…- stwierdziła ironicznie Lukrecja.
                  - Czyli po prostu Nowy Jork powiedział dyplomatycznie "sucks to be you, nie zawracajcie nam głowy". - dodała Ann bez zdziwienia sytuacją.
                  - Bardziej… “that’s not our problem”, ale… do tego w sumie się sprowadza.- potwierdził Smith.
                  - A jak tam rozmowy z Augusto? Primogen Tremere winien być zainteresowany odwiecznym wrogiem ich klanu tak blisko… tego co ty pilnujesz. - Szeryf zmienił temat zerkając na milczącą i obojętną na wszystko Nadię. Ta zaś spojrzała po wszystkich i następnie rzekła. - Primogen Tremere z uwagą będzie się rozwojowi sytuacji w Stillwater, ale w związku z obecną problematyczną sytuacją w samym Nowym Jorku i faktem, że klan Tremere jest w nią wplątany poprzez swoich członków…- głęboki oddech i wzruszenie ramionami. -... nie może udostępnić żadnego ze swoich zasobów, dopóki sytuacja w Nowym Jorku nie zostanie ustabilizowana. Takie jest oficjalne stanowisko klanu Tremere.
                  - To było do przewidzenia.- westchnął William. A Joshua dodał smętnie.- No cóż… spróbowaliśmy.
                  - Pozostają więc najemnicy. Przyda nam się zwiększenie szeregów.- Joshua spojrzał na Larry’ego i Garry’ego. Gangrel się uśmiechnął.
                  - Raze zgodził się za pół stawki, przenieść się tutaj i wesprzec nas tutaj.

                  Larry wzruszył ramionami.- Eehmm… Papa Roach… Wielki Karaluch dał wizję. Ktoś przybędzie tutaj. Detali nie znam.
                  Ann uśmiechnęła się krzywo.

                  - Groza z radością zgodził się podesłać swoich ludzi, ale na konkretną akcję. Nie interesuje go wynajem swoich podwładnych na dłużej. Niemniej, spokojnie załatwimy sobie trójkę jego Brujah, gdy będą potrzebni.- dodał następnie William.

                  Z miny Ann nie wyzierała radość na możliwość psów Grozy w Stillwater, a jedynie widoczne było pogodzenie się z sytuacją.

                  - A co ze znalezieniem go ? Moi ludzie nic nie odkryli. Ogień zatarł ślady.- stwierdził Smith przyglądając się zebranym tu wampirom. A szczególnie Williamowi. Blake potarł się po karku.
                  - Jaine… próbowała. Nie udało się jednak wywróżyć miejsca pobytu. Odkryła, że ów Tzimisce przyczai się w kryjówce i poczeka. Jest cierpliwy. Swoją zemstę rozplanował na stulecia.
                  - To nieco… pomoże… chyba.- stwierdziła ironicznie Lukrecja. A Smith kontynuował.
                  - A mag?
                  - Zainteresowany. Obiecał przyjrzeć się miejscu walki z Tzimisce.- odparł Blake i potarł kark.- Ale mistrzem… nie jest nawet adeptem Czasu, więc twierdzi że podać nam pozycji Tzimisce nie jest w stanie. No i ma jeszcze swoje obowiązki.
                  - Zawsze to coś.- ocenił Garry.

                  Ann odchrząknęła.

                  - Co do wizji, że ktoś przybędzie... To możemy mieć pewność, że przybędzie choć jedna osoba, którą wręcz pali potrzeba dorwania Tzimisce. Tego konkretnego. - l spojrzała na Lukrecję - Szkaradziec. Ale zaklinam wszystkich, jego imię to Arturo i nie myślcie używać tamtego przydomku. - pokręciła głową - Mówię szczerze.

                  Teraz spojrzenia wszystkich spoczęły na niej. A Szeryf rzekł.- A skoro już przy tym jesteśmy, to czas na to byś złożyła raport ze swojej misji. Co udało się ci dowiedzieć w siedzibie Giovanni? Jak zareagowali na ten drugi zgon w ich szeregach?

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ZellZ Niedostępny
                    ZellZ Niedostępny
                    Zell jako Ann Paige
                    Moderator Obsługa
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                    #51


                    JAK UPOLOWAĆ TZIMISCE?


                    - Nie powinno nikogo dziwić, że Nekromanci przyjęli to "na zimno". A może tylko chcieliby mocniej, tylko nie byli w stanie? - sarknęła - Rozmawiałam z... klonem Gino. To była bardzo dziwna rozmowa. Jak tylko doszło, że może to być sprawka Sabatu, to on mnie przeprosił i opuścił pokój, aby zaraz wrócić z... ehm... Arturo. - skrzywiła się - Wystarczy spojrzeć na niego, aby wiedzieć, że nie tylko ma uszkodzoną twarz... Szybko zawyrokował, że ten Tzimisce to Diabeł wenecki, który trzyma urazę do klanu Giovanni oraz tak umęczył tego biedaka. - pokręciła głową - Kiedy pierwszy nekromanta choć zaczął wymawiać przydomek Arturo... cóż. Ten mu złamał nos. Czuję, że to mogłoby się gorzej skończyć. Niby nie było decyzji z góry, ale mamy duże szanse na Arturo w Stillwater. Chęć prawie z niego krwiście buchała...
                    - Cóż… wygląda na fanatyka. Takim łatwo się steruje, wystarczy machać mu przynętą przed nosem.- oceniła Lukrecja, a Larry zaśmiał ironicznie. - Czy ten Diabeł wenecki… nie powinien być w Wenecji? To chyba gdzieś w Europie, prawda?

                    Ann wzruszyła ramionami.

                    - Przecież ten Tzimisce ma planować jakąś zemstę, a Diabeł wenecki ma ją do Giovanni. Abstrahując od Arturo, najwyraźniej nekromanci poważnie do kwestii tego Tzimisce podchodzą. Ponoć to może pasować do jego modus operandi.
                    - Noo… ale… Giovanni siedzą w Europie. Czemu miałby się mścić tutaj? W miejscu gdzie nie ma nawet ich przedstawicielstwa. - Larry uparcie drążył ten temat. Odpowiedziała mu zaś Nadia. - Wszystko zaczęło się od tajemniczej podróży i zaginięcia wysoko postawionego członka ich klanu z Europy. Z pewnością był to ktoś znaczący. Niemniej nie znamy tożsamości pierwszej ofiary, więc… pozostają nam tylko spekulacje.

                    Smith zaś zwrócił się do Ann. - Coś jeszcze odkryłaś? Coś rzuciło ci się w oczy? Może coś wymsknęło się im podczas rozmowy?

                    - Arturo sugerował lepsze zabezpieczenie szychy z Europy, ale najwyraźniej go zignorowali. Ten klon Gino, Giacomo, on szczerze bał się klanowca. - zamilkła na chwilę - Cokolwiek Giovanni robią w Nowym Jorku nie podoba się zbyt Księciu. Przydupaska Szeryfa poszła ich przycisnąć, ale wątpię, aby coś wyciągnęła. Były zapewnienia, że są transparentni z Księciem i tip-top jest. Znajdował się nawet, z nią pewnie, lizodup Quentina, David Thorn. - nie mogła powstrzymać się przed określeniem.

                    - Kim jest Quentin?- spytała Lukrecja.
                    - Quentin Ellsworth, najmłodszy Potomek Księcia, Przemieniony niecały rok po ostatnim ataku Sabatu na Nowy Jork. Otacza się ghulami, słabymi wampirami ulicy... ale tylko w tych kręgach jest idolem. Wyżej raczej nie mają wysokiego mniemania o nim. Zajmuje się interesami tatusia ze śmiertelnymi.
                    - Aaacha… czyli płotka bez znaczenia. Książę traktuje swoich potomków gorzej niż Smith Clyde’a.- oceniła Lukrecja i zapaliła papierosa.- Ten… Ellsworth, nie jest wart naszej uwagi.
                    - Hej… jestem tutaj i wszystko słyszę. Uraziłaś moje uczucia.- wtrącił młody Brujah, dotąd milczący.
                    - Pff… nie bądź dziecinny. Uczucia zostaw żywym. - stwierdziła sarkastycznie primogenka Ventrue.

                    - Ok… czyli chyba to wszystkie zebrane informacje. Teraz pytanie, co z nimi zrobimy i jakie zaplanujemy działania na następne noce. Niezbyt mi się podoba to że moja domena jest między młotem opętanego zemstą Tzimisce, a kowadłem Giovanni.- westchnął Joshua.
                    - Nie mam żadnych wpływów wśród Ventrue Nowego Jorku, więc zajmę się ugoszczeniem tego szkaradźca i reszty. Jeśli jest tak paskudny jak powiadają, to trzeba będzie go wpuścić tylnym wejściem. Dobrze że mam klucze do kanałów miasta.- westchnęła Lukrecja.
                    - Poszukam wśród ksiąg informacji na temat tego Diabła, skoro jest tak stary może są jakieś wzmianki o nim w europejskich kronikach. Ewentualnie… - Nadia potarła kark.- …nie mam dobrych kontaktów w Europie. Mogę wysłać prośbę do Wiednia, albo do leżących bardziej na południu placówek mego klanu. Nie ma co liczyć za bardzo na ich odpowiedź.

                    - Jak pojawi się nasz piękny gość, to chyba dobrze będzie z nim ustalić plan... bądź co bądź doświadczył go... empirycznie. Ten fanatyzm może być przydatny w niektórych momentach. - zaproponowała Ann.
                    - I pozwolić mu odebrać moją zdobycz?! Czaszka tego Tzimisce ozdobi moje biurko.- wtrącił z bezczelnym uśmiechem Larry.
                    - Chyba nie mówisz poważnie? Przecież to stary Kainita, starszy od ciebie.- rzekł sceptycznie Joshua.- Tzimisce nie jest łatwą zdobyczą.
                    - Gdyby był, to byłbym bardzo rozczarowany. Z mojej strony mogę dać granatnik wojskowy ze skrzynką granatów zapalających. Zwalczyć ogień ogniem.- kontynuował Larry, a Smith pokręcił głową. - Nie… żadnego ognia, obawiam się, że sytuacja łatwo wymknęłaby się spod kontroli. Nie chcę pożarów lasów w mojej domenie.
                    - No dobra… mam i granaty zaczepne. Poza tym kilka pistoletów maszynowych i śrutówek. Następnym razem będziemy gotowi na jego potwory. - odparł z szaleńczym uśmiechem Larry. Dobrze, że chociaż on dobrze się bawił.
                    - Może komunikacja z Arturo przebiegnie ci znakomicie - on chce ubić Tzimisce, ty... po prostu ubić w walce. - Ann zwróciła się do Larry'ego.
                    - Nic nie rozumiesz… on jest konkurencją. Muszę dorwać tego Diabła przed nim i ubić go. O żadnej komunikacji czy współpracy nie ma tu mowy. - odparł zadziornie Kainita, a Smith tylko pokręcił głową.- Ktoś jeszcze ma jakieś pomysły?

                    - Cóż… ja mam dwa. - wtrącił William i spojrzał na Ann. - Zauważyłem, że Bella ma do ciebie pewną słabość. Mogę ci dać jej prywatny numer telefonu. Może uda ci się wykorzystać to jakoś.

                    Caitiffka spojrzała zdziwiona. Czy szczerze mogła mieć wpływ na Primogenkę?

                    - Dobrze... - szepnęła.
                    - Mam też cztery adresy moich posiadłości, których najemcy wydają się podejrzliwi. Zamierzam je ostrożnie sprawdzić. Być może któryś z nich to… ukryte siedlisko Tzimisce.- dodał Toreador.
                    - Cóż… to jakiś trop. Potrzebujesz pomocy?- zapytał Smith.
                    - Nie sądzę by pomoc…- tu spojrzał na Larry’ego i Garry’ego. -... była tu potrzebna. Zamierzam być… dyskretny i ostrożny. I raczej potrzebuję pomocy osoby subtelnej w działaniu. Nie mamy takich w naszej drużynie.
                    - Oprócz Ann. - wtrąciła Tremere.
                    - Czego byś oczekiwał? - zapytała skundlona wampirzyca.
                    - Nic takiego, popracujemy razem.- odparł z uśmiechem Kainita i zerknął w notatki. - Jakieś Towarzystwo Okultystyczne wynajęło jedną z moich willi. Ich strona internetowa to stek ezoterycznych bredni, podobnie jak strona Garry’ego, więc przypuszczam że to jakiś kult, idealna przykrywka dla Tzimisce.
                    - Czy oni przypadkiem nie wyglądają jak Diabły? Takie rogate koszmarki? Czyż nie takiego zobaczyła Lukrecja?- spytał zdezorientowany Larry.
                    - Oni mogą wyglądać jak chcą.- odparł Smith - i mogą innych zmieniać w dowolny kształt.
                    - Ale chyba więcej niż jednego Diabła tu nie ma? - wtrąciła Ann.
                    - Diabeł Wenecki jest jeden, ale… mógł zrobić sobie potomków. - stwierdził po krótkim namyśle Smith.
                    - Czyli ile jest Tzimisce w Stillwater? - zdziwiła się Ann - To musiałoby ruszyć Nowy Jork, mieć wylęgarnię Tzimisce pod nosem.
                    - Na pewno musimy brać pod uwagę czterech do pięciu przeciwników, w tym jednego Tzimisce. Jak już wspomniałam, miał on wsparcie. - zastanowiła się Lukrecja. A Smith dodał.- Odpowiedź Księcia była jasna… za duży w tej chwili jest bajzel w samym mieście. Nie pomogą nam.
                    - Przyjmijmy, że jest szóstka Kainitów, to dużo gąb do wykarmienia. Mamy jakieś zaginięcia w domenie?- zapytała Nadia poprawiając okulary na nosie.
                    - Nie…- zaprzeczył Smith.- Co oznacza, że żywią się albo u Wilkołaków, albo na południu. U Anarchów z Fortu.
                    - Lub wcześniej zgarnęli jakiś ludzi i trzymają na pożywienie. W samym USA zaginięć jest zawsze w bród... - dodała Ann.
                    - Niemniej warto to sprawdzić. Garry pogadasz z futrzakami? - spytał szeryf, a Gangrel odparł z uśmiechem. - Jasne szefie.
                    - Może wizja pijaw mających chrapkę na ich plemię, sprawi że nam pomogą. - westchnął smętnie Joshua.
                    - Pozostaje jeszcze kierunek południowy. Kto tam teraz rządzi?- spytał William.
                    - Bo ja wiem… Anarchy z Fortu są nieszczególnie zorganizowane. Tam szybko liderzy się zmieniają. - wzruszył ramionami Joshua. - Unikam kontaktu z nimi, to świry.
                    - Ale w końcu będzie trzeba i u nich obadać, czy się nie rozplenił i tam Tzimisce. - odparła Ann.
                    - Kiedyś… eech… Larry… to będzie robota dla ciebie, tylko nie możesz udać się sam.- odparł Smith zerkając na Brujaha.
                    - Nie potrzebuję nikogo do pomocy w bójkach. - prychnął Larry, a William dodał. - I w tym problem, nie pojedziesz do Fortu by wywoływać bójki.
                    - Raze. - zaproponowała Bezklanowa - Ktoś musi choć mieć szansę się utrzymać nim zdoła się Larry'ego okiełznać.
                    - No… nie… to by było najgorsze rozwiązanie. Pozabijaliby się w drodze na miejsce.- wtrącił Garry, a Smith machnął ręką. - To… kwestia na później. Larry na razie załatw może więcej broni ciężkiej. Tzimisce potrafią robić olbrzymie bestie. Wątpię by kilka pistoletów maszynowych zrobiło wrażenie na takim behemocie.

                    Po tych słowach Książę Stillwater spojrzał na członków swojej społeczności.

                    - To… chyba wszystko co mamy obecnie do omówienia. Kolejne zebranie za dwie noce.


                    Ann spojrzała na Tremere, a gdy ta wychodziła, podeszła i zrównała się z nią.

                    - Zirytowałaś mnie ostatnio. - szepnęła do kobiety.
                    - Więc jesteśmy kwita.- odparła zimno Kainitka nie zwracając większej uwagi na Ann.

                    Wyprzedziła Tremerkę, aby stanąć przed nią.

                    - Uderzyłaś w moje relacje z Cyrilem. - warknęła - Temu nie zadzwoniłam nawet. - dodała ciszej.
                    - Złamałaś umowę, jesteś więc niesolidna… no i poddajesz się emocjom jak… Toreador. - stwierdziła zimno i spokojnie Nadia. - Mój czas jest cenny, a ty go zmarnowałaś. Na taki błąd mogę sobie pozwolić tylko raz.

                    Po tych słowach obojętnie wyminęła Ann.
                    Ann złapała nadgarstek Nadii, gdy ta obok niej przechodziła.

                    - Powinnaś spodziewać się konsekwencji. - mruknęła, silnie trzymając Tremere - szczególnie w takich krytycznych momentach.
                    - Spodziewałam się focha… jak to u każdego młodzika. Nie spodziewałam się złamania umowy. - odparła chłodno wampirzyca. - Nie zadzwoniłaś, by poinformować mnie że nie przyjdziesz, więc… nie masz już po co dzwonić czy przychodzić. I puść mnie, bo sama będziesz mogła się spodziewać konsekwencji.
                    - O jakiej umowie mówimy?- wtrąciła się zaciekawiona Lukrecja.

                    Bezklanowa spojrzała z uśmieszkiem na Nadię i spojrzała na Lukrecję.

                    - W 2e musiałaś być największą plotkarą z gumowym uchem. - wróciła wzrokiem do Nadii - To był właśnie mój foch.
                    - Więc poznałaś właśnie jego konsekwencje. - odparła Tremere wyrywając się gwałtownie z uścisku dłoni Ann. - Kainitów nie stać na fochy.

                    A Lukrecja wzruszyła ramionami - Tak to jest moja droga, gdy się pierze brudy publicznie.
                    Cień Ann zdawał się zadrżeć nieodpowiednio do oświetlenia, jakby zirytowany zwierzak ze złości.

                    - Niewiele trzeba, abyś była jak entitled brat, gdy coś nie pójdzie po twojej myśli.
                    - Bójka! Bójka! Bójka! - zaczął skandować Larry, a książę syknął do niego cicho.- Zamknij się.

                    Natomiast Nadia rozmasowała leniwie nadgarstek mówiąc.- Nie jestem na ciebie obrażona i nie zamierzam podstawiać ci kłód pod nogi. Po prostu nasza umowa automatycznie wygasła i tyle.
                    Mimo tego spokoju w tonie głosu, Ann widziała iskierki przeskakujące po włosach, jak i po ubraniu Tremere. Małe łuki elektryczne. Udając zimną obojętność temperamentna Nadia zaczynała się powoli gotować w sobie.
                    Kawałek cienia Ann jakby skierował się ku Nadii i mogłoby się wydawać, że machnął częścią siebie, jak łapą z pazurami w stronę cienia Nadii... a może to tylko dziwna gra światła? Tylko czemu tak dziwny kąt przybrał?

                    - Jak przestaniesz odwalać swoje fochy, to możemy nową podpisać. - caitiffka odparła tonem dalekim od uległości, mimo słów.
                    - Nie ma potrzeby zawierania nowej umowy. - Tremere wzruszyła obojętnie ramionami. - Im więcej mija czasu, tym mniej jest ona potrzebna. Po prostu daj sobie spokój z nią.
                    - Jeżeli tak wolisz... - również wzruszyła ramionami - Pogotuj się jeszcze we własnej złości, jeżeli to ci wystarczy, bo jedna rzecz poza twoimi planami to już tak ciężkie przewinienie, że Rewolucja mu do pięt nie dorastała.

                    Tremere westchnęła ciężko, odwróciła się plecami i rzekła spokojniejszym głosem zerkając przez ramię. - Nadajesz tej kwestii wagę większą niż ma naprawdę. Za kilka nocy, sama zrozumiesz jak bardzo nie było warto się o to kłócić.

                    - A to mogła być taka piękna cat fight.- westchnął z żalem Larry, a Joshua syknął. - Idiota.
                    - A według ciebie nie było warto?
                    - Mój czas jest bardzo cenny Ann. Za bardzo bym narażała się na jego marnowanie.- powtórzyła Tremere oddalając się.

                    Ann także odwróciła się tyłem do Nadii, patrząc na Williama.

                    - Kiedy chcesz ustalić jak mamy współpracować? - zapytała.
                    - Masz szczęście, że nie doszło do bójki. Cienie by nie zdołałyby cię ukryć. Ona zawsze trafia, gdy się przyłoży.- rzekł cicho i dyskretnie Toreador. - Magia Tremere uczyniła z niej groźną wojowniczkę. Błyskawice może są bardziej widowiskowe, ale nie są najsilniejszą sztuczką w jej arsenale. - dodał głośniej. - Może zrobić dziś planowanie i odprawę i sprawdzić jutro, albo nawet dziś ruszyć od razu. Tyle że bez planu.
                    - I tak przecież nie chciałam się z nią bić. - nie ściszając głosu mruknęła do Toreadora - A teraz... Czy w ogóle wiemy cokolwiek o miejscu docelowym?
                    - Ty może nie, ale wiesz… ona bywa wybuchowa. I Cyril… twierdził, że trafiła tu z powodu tego, że… ehmm… pobiła kilku magów klanu, dosłownie.- mruknął Blake upewniając się wpierw, że Nadia się oddaliła. Ona tak… podobnie jak trójka Brujah i Gangrel. Ale nie Lukrecja.
                    - Dosłownie niemal upiekła żywcem jednego Tremere… nie za pomocą ognia tylko, błyskawicami niczym kurczaka w mikrofali.- wtrąciła z lisim uśmiechem Ventrue.- Więc, jakie to konszachty utrzymujesz z Nadieżdą? I czemu ja nic o tym nie wiem?
                    - Wystarczająco poważne, aby mogły spowodować między nami spięcia. Dosłownie, najwyraźniej. - cień Ann tym razem powrócił do swojej naturalnej formy... nudnej, nie odstającej nawet kątem padania - A jeżeli była w stanie to im zrobić... To w sumie mogła, jak miała powód. - wzruszyła ramionami z pewnością w głosie.
                    - Dlatego pewnie tu jest. Tremere nie mają w swoich szeregach zbyt wielu członków, którzy potrafią sobie poradzić z presją pola bitwy. Augusto z pewnością wezwie ją z powrotem, gdy gówno uderzy w wiatrak.- odparła z przekąsem Lukrecja i teatralnie dotknęła swojej piersi. - Jestem zaś urażona twoją nieufnością, myślałam że coś jest między nami.
                    - W co ty się wplątujesz, gdy nie patrzę? - zapytał zakłopotany tymi nowinami Toreador.
                    - Nie skonsumowałyśmy, więc... - wzruszyła ramionami - A zbyt wielka ufność jest wyborem głupca.
                    - Nad konsumpcją pomożemy ponegocjować.- wtrąciła Lukrecja z lisim uśmieszkiem, nim Wlliam jej przerwał mówiąc.- Nie mieszaj Ann w swoje małe intrygi. Nie ma dość szerokich pleców, by je przetrwać.

                    Po czym rzekł do caitifki. - Mam plany budynku, bo w końcu należy do mnie. Mam też zebrane informacje na temat tej sekty. Ale tylko ich oficjalne mydlenie oczu, więc nie wiem co naprawdę tam robią.

                    - I co byś chciał tam na miejscu zrobić? - zapytała i spojrzała na Lukrecję - Taka chętna? Tylko czy to na pedofilię nie zakrawa?
                    - Och moja droga… pedofilia kończy się wraz osiemnastoma latami, za moich czasów kończyła się zresztą w wieku szesnastu lat. - zaśmiała się delikatnie Ventrue. - Co najwyżej możesz uznać, że mam słabość do o wiele młodszych od siebie.
                    - Dajcie obie spokój.- burknął Blake i rzekł do Lukrecji.- Zakładam, że w takim razie udasz się z nami, co? W ramach zemsty na Tzimisce, który cię poranił.
                    - Aż tak mściwa nie jestem. - odparła spokojnie Kainitka.
                    - To świetny pomysł! - nagle wtrąciła Ann - Będzie świetnie, odwrócisz uwagę niepożądanych obserwatorów swoim... wdziękiem i doświadczeniem.
                    - Walczyłam już z nim. On wie, że jestem Kainitką. - odrzekła Lukrecja niezbyt zadowolona z tego pomysłu.- Poza tym muszę przygotować pokoje dla Giovanni.
                    - Jeszcze nie przyjechali, a jak przyjadą to twoja córka może się tym zająć. - odparł William i dodał. - Przypuszczam, że Diabeł zna całą populację Kainitów w Stillwater. Drań się pewnie dobrze przygotował pod tym względem.
                    - Niech będzie. Pomogę wam. - wymruczała Lukrecja zgrzytając wręcz zębami w irytacji.
                    - Idealnie. - uśmiechnęła się Ann - To jak wygląda to miejsce?
                    - Jestem graczką zespołową w przeciwieństwie do naszej chmurnej magiczki i wspieram naszą społeczność. - stwierdziła perlistym tonem Lukrecja, a William zajrzał do notatek.- Willa z krytym basenem i klimatyzowaną piwniczką na wino, którą łatwo zamienić na kryptę dla naszego rodzaju. Trochę podobna do mojego domu, tylko bardziej…
                    - Bardziej tres chic - wtrąciła Lukrecja dodając ironicznie. - Ze wszystkich luksusowych domów jakie posiada, Blake upiera się mieszkać w tej swojej zapuszczonej pustelni na bezludziu. Nawet Garry ma lepsze lokum, cóż… lepsze było, nim Gangrel się tam osiedlił i je zdewastował.
                    - Gdyby nie mieszkał na tym bezludziu, to byś nie miała gdzie uciec. - odparła.
                    - Nie, moja droga. Gdyby mieszkał w innym budynku, bliżej jeziora, szybciej bym do was dotarła. - westchnęła smętnie Lukrecja, a Blake kontynuował. - Trzeba by tam się rozejrzeć, by sprawdzić czy mamy do czynienia z siedliskiem Kainity, a następnie się wycofać. Nie jestem pewien czy nasza trójka ma szansę w bezpośrednim starciu z Tzimisce i jego pomagierami. I wolałbym się o tym nie przekonywać.
                    - Czy Tzimisce umieją tak... bardziej widzieć? Jak Tremere czy ty? - zapytała Williama.
                    - Nie wiem… nie znam za dobrze tego klanu. Joshua zaś wie niewiele więcej. - westchnął Blake.- Ten zaś może mieć dostęp do Dyscyplin innych niż te powiązane z jego klanem. Za długo był cierniem w boku Giovanni, by nie nauczyć się tego i owego.
                    - Ten Tzimisce miałby tam robić kreatury, prawda?
                    - Nie wiem… ten klan potrafi tworzyć prawdziwe potwory, ale niewiele wiem na ten jego metod. A jego członkowie, których miałem okazję zobaczyć nie wyglądali na intelektualistów. - ocenił po zastanowieniu Toreador, a Lukrecja westchnęła. - Może resztę narady odłożymy do czasu, aż przejdziemy do mojego gabinetu?
                    - Ona lubi czuć się jak szef za biurkiem. - szepnęła do Williama... nie do końca dbając o to. by Lukrecja nie usłyszała.
                    - A wy lubicie zachowywać się jak dzieci. - odparła głośno Ventrue i ruszyła przodem poganiając resztę “drużyny” słowami. - Szybciej, nie mamy całej nocy.

                    Wkrótce dotarli na miejsce, po czym Lukrecja rzeczywiście zasiadła za biurkiem.

                    - Tooo… jak do tego chcemy podejść?- zapytała na wstępie.
                    - Myślałem co by… skorzystać z okazji i bo ja wiem… podkraść się jakoś ? Mam klucze do willi.- stwierdził nieśmiało William. Wyglądało na to, że Toreador właściwie nie ma pojęcia za co chce się zabrać. - Albo na bezczela… jako… mój pracownik z dokumentami do podpisania?
                    - Lukrecja będzie tym pracownikiem i jak będzie zajmowała obecnych ja wślizgnę się, idealne!
                    - Jak dzieci… - stwierdziła z przekąsem wampirzyca siedząca za biurkiem.- … pomysł godny napalonych nastolatków. Nie, nie, nie… nic takiego nie zrobimy. Za duże ryzyko wpadki. Zaczniemy od dyskretnego obserwowania. William załatw vana, a ja skombinuję sprzęt szpiegowski. Mam trochę kamer i mikrofonów kierunkowych, trochę lornetek.
                    - Skąd je masz? - spytał podejrzliwie Toreador, a Ventrue zmieszała się. - Eeem… nieważne. Zostały po moich starych projektach finansowych. Słowo.
                    - A mimo tych zabawek nie dowiedziałaś się niczego o mnie i Nadii... - pokręciła głową.
                    - Cóż… nie jesteście warte wysiłku włożonego w takie szpiegowanie. - odparła z lisim uśmieszkiem Lukrecja. Po czym dodała poważnym tonem.- Sprzęt kurzy magazynie od pięciu lat. Projekt biznesowy nie wypalił, więc… zminimalizowałam straty i zostawiłam sprzęt, na wszelki wypadek.
                    - Po prostu wiedziałaś, że Nadia by ten sprzęt wykryła. - spojrzała na Toreadora - Gdzie miałoby się to zainstalować? Szczerze, to ciekawi mnie co jest w piwnicy.
                    - Nie wiem… nie jestem uzdolniony technicznie. - przyznał Blake i wzruszył ramionami. - Musimy załatwić sobie pomoc Larry’ego. I vana od niego.
                    - W sumie... czemu Tzimice i Tremere to wrogowie?
                    - Z tego co wiem, pierwsi Tremere kiedy byli jeszcze śmiertelnymi magami, porwali ważnych Tzimisce i użyli ich jako składników w rytuałach, które pozwoliły im się przemienić w Kainitów. Czy coś w tym rodzaju.- zadumał się Toreador. - Tzimisce wypowiedzieli wojnę młodemu klanowi Tremere i przegrali ją, gdy czarownicy rzucili do walki gargulce przeciw ich vozhdom. -
                    - Taki gargulec by nam się teraz przydał. - przyznała Lukrecja.

                    - Czemu do tych kamerek nie weźmiemy profesjonalisty? - spojrzała po obydwojgu - Nadii.

                    Lukrecja jęknęła cierpiętniczo. - Ona potrafi być trudna do wyciągnięcia ze swojej norki.

                    - Ona ma vana, sprzęt ogarnie lepiej niż jego twórcy, a przy okazji Tzimisce kuku zrobi. Macie coś, co by chciała?
                    - No… nie… nic. - przyznał Blake po chwili namysłu, a Lukrecja jęknęła przeciągle. - Nadieżda potrafi być uparta jak muł i nie jest szczególnie chętna do pracy w grupie. Sama zresztą powinnaś to wiedzieć, miałaś okazję z nią działać.
                    - Będzie siedziała z tyłu. Z dala. - Ann zamyśliła się - Nie mam stuprocentowej pewności, ale może udałoby mi się ją choć przekonać do rozmowy w środku.

                    William i Lukrecja popatrzyli po sobie znacząco, po czym Ventrue westchnęła mówiąc.

                    - Skarbie… ta gadka o cennym czasie jaką ci zaserwowała Nadia, nie jest wymówką urażonej kobiety. Nadia jest ciągle zajęta i ciągle nie ma czasu i trzeba ją wołami wyciągać z jej biblioteki. Z Larrym nie ma takiego problemu.
                    - Tylko w sumie co może nam dać Larry w misji, gdzie nie rozwalamy wszystkiego?
                    - Możemy spróbować z Nadią. - zaczął William, a Lukrecja burknęła. - Ty możesz. Ja nie planuję z nią rozmawiać. Smith dał jej zadanie które lubi, bo wymaga zagrzebania się w książkach. Powodzenia przy wyciąganiu jej spod sterty woluminów.
                    - Nie masz podejścia do Tremere. - Ann powiedziała wprost.
                    - Nadia jest trudna nawet jak na standardy Tremere.- odparła cierpko Ventrue.
                    - I tak spróbuję. - odparła z dumną pewnością zwycięstwa.
                    - W takim razie ja i William zajmiemy się szukaniem i wyciąganiem mojego sprzętu fil… szpiegowskiego. - odparła Lukrecja entuzjastycznie i z wyraźną ulgą. I wzięła skołowanego rozwojem sytuacji Williama pod pachę kierując się do wyjścia z pokoju. - Niech podjedzie od tyłu.

                    Najwyraźniej nie zamierzała dać Ann czasu na zmianę zdania.

                    Ann z wahaniem nacisnęła dzwonek do biblioteki, do której dotarła dość szybko po spotkaniu w Róży.

                    - Biblioteka jest zamknięta o tej porze. - znajomy głos, znajomy ton odezwał się po kilku długich minutach.
                    - Wiem. - odezwała się Bezklanowa - Ale przyszłam do ciebie, nie do biblioteki.
                    - Jestem u siebie. - drzwi otworzyły się po tych słowach.

                    Ann ruszyła do środka, ku znajomym terenom podziemia. Nie miala planu, ale to może i lepiej.
                    Bibliotekarka była dosłownie zasypana księgami. Tym razem jej komputery były wyłączone, a ona sama przeglądała kolejne księgi od czasu do czasu robiąc notatki. Nie poświęciła zbliżającej się Ann wiele uwagi.
                    Młoda wampirzyca podeszła do Nadii i zajrzała przez ramię Tremere do trzymanej przez nią książki.

                    - Klan Tremere by przyklasnął.
                    - Mhmm… z pewnością.- mruknęła Kainitka odrywając się od zapisanej gotyckim pismem księgi. Tekst był mieszaniną starofrancuskiego i łaciny… ze szczyptą szyfrów i niejasnych odniesień.
                    - Zakładam, że masz konkretny powód przybycia tutaj?- zapytała Tremere zerkając na Ann.
                    - Tak. - spojrzała na twarz kobiety - Powinnam jednak zacząć od czegoś innego. - westchnęła, po czym uklękła na jedno kolano przed Nadią - Przepraszam za dziś. I wtedy.
                    - Przeprosiny przyjęte, ale nie masz przypadkiem czegoś do zrobienia? Ja mam… zlecenie od naszego Księcia. - stwierdziła Kainitka wracając do czytania księgi. - Które rozwaliło mi co prawda moje plany na ten wieczór, ale Księciu się nie odmawia.
                    - Chyba, że przesuwa w czasie, aby inną rzecz wykonać.
                    - Doceniam gest przeprosin, naprawdę doceniam. Niemniej jeśli nie masz nic do dodania… to ja mam dużo ksiąg do przejrzenia. - przypomniała Nadia.
                    - Mówię szczerze. Williamowi by się przydała twoja umiejętność okiełznania urządzeń do szpiegowania, a tobie bardziej nowoczesne środowisko. Będziemy sprawdzać jedną z podejrzanych rezydencji, na obecność Tzimisce. Mamy sprzęt od Lukrecji, ale to tyle. Proszę, pomóż nam w tym.
                    - Preferuję badania nad… akcję w terenie. Nawet jeśl te badania są analogowe. - stwierdziła wampirzyca wyjaśniając sytuację. - Poza tym… nie wierzę, że Tzimisce kryje się w willi wynajętej od Williama. Nie widzę powodu marnować mój potencjał na podglądanie śmiertelników robiących swoje… śmiertelnicze sprawy.
                    - Nawet jeżeli nie ma tam wampira, to mogą być jego przydupasy. - spojrzała błagalnie na Nadię - Lukrecja będzie miała radochę, gdy nie przyjdziesz, cholerna baba, co nawet pornola wydać nie umie…

                    Nadia spojrzała na Ann i spytała poważnie. - Naprawdę obchodzi cię, co sobie pomyśli ta pozbawiona wpływów sfrustrowana Ventrue? Nie masz większych zmartwień?

                    - Nie chcę by wyszło na jej. - stwierdziła szczerze - No i jeżeli ty nie przyjedziesz, to oni chcą brać Larry'ego, jako kogoś lepszego w tej sprawie. Larry w tej misji... - prychnęła.
                    - Nie zamierzam tracić mojego cennego czasu na podglądanie jakichś napalonych nastolatków bawiących się w sekskult, jak ci zboczeńcy od Garry’ego, ale… - Nadia uniosła palec w górę. - ... mogę wam skonfigurować sprzęt od Lukrecji i zostawić instrukcje co do jego używania, co byście Larry’ego nie potrzebowali. Oczywiście jeśli w zamian skończysz to ględzenie mi nad uchem.

                    Ann uśmiechnęła się do Nadii.

                    - Pożyczysz nam też swojego vana?
                    - Przeciągasz struny mojej cierpliwości…- mruknęła złowieszczo Tremere i westchnęła.- Vana… oraz żula dorzucę. Męczenie go jest i tak… męczące, bo jego zalany krwią z alkoholem umysł nie potrafi docenić moich docinków.
                    - Dzięki wielkie. - szczęśliwa Bezklanowa skłoniła się Nadii - Jesteś niezastąpiona.
                    - Oczywiście, że jestem. - przyznała bez śladu dumy Tremere. Jakby stwierdzała oczywisty fakt. - Czekam na parkingu za 15 do 20 minut. Nie spóźnijcie się. Nie cierpię braku punktualności.
                    - Podjechałabyś z tyłu do Lukrecji? Tam trzyma swój sprzęt.
                    - Niech będzie… ale jesteście mi coś winne. Obie… - burknęła gniewnie Nadia.
                    - Oczywiście, zrobię co będziesz chciała. - odparła miękko.
                    - Już to gdzieś słyszałam.- odparła wampirzyca i machnęła ręką. - No, nie trać więcej czasu. I mojego, i swojego.

                    Na miejscu Ann zastała Williama i Clyde’a wynoszącego z budynku, jakieś skrzynie i opakowania. Było tego nieco i oba wampiry miały co robić. Lukrecja, oczywiście dyrygowała nimi.
                    Caitiffka podeszła do Lukrecji, aby z zadowoleniem oświadczyć:

                    - Nadia tu podjedzie.

                    Lukrecja tylko prychnęła, wyraźnie rozczarowana przebiegiem sytuacji, ale za to William usłyszawszy przy okazji te słowa zapytał. - A więc udało ci się przekonać, by dołączyła do nas?

                    - Pożyczy nam vana, wyjaśni technologię i dorzuci nam zapijaczonego "Tremere", ale więcej nie naciskałam... szczególnie, że ktoś tu by jej obecności nie chciał. - zerknęła w stronę Lukrecji.
                    - Ach… doprawdy… przesada. - prychnęła znów Ventrue.- Ja jestem bardzo przyjacielska i otwarta. I graczem drużynowym.
                    - Tak długo, jak długo jesteś szefem? - Ann odwróciła się do wampirzycy.
                    - Nie moja wina, że tylko ja tu jestem kompetentnym przywódcą.- wzruszyła ramionami Lukrecja, uśmiechając się niewinnie. A Blake rzekł ciepło. - Nieważne kto tu dowodzi, dopóki zadanie jest wykonane.

                    Ann podeszła bliżej Ventrue i szepnęła.

                    - Byłaś reżyserką czy aktorką projektu, pani? - zapytała z niewinnym uśmiechem.
                    - Reżyserką… - Lukrecja odparła urażonym tonem i z wyraźnym zaskoczeniem na obliczu. I mruknęła groźnie.- A ty na wiele sobie pozwalasz, Stillwater wyraźnie źle na ciebie wpływa.
                    - Chcę wiedzieć czemu nie wypaliło. Gdybyś była aktorką to byłoby złoto przecież. - wzruszyła ramionami - W Internecie zrobiłoby furorę, duża kasa by płynęła.
                    - Zdziwiłabyś się. - zaśmiała się sarkastycznie Lukrecja.- Bo to właśnie przez internet, biznes nie wypalił.
                    - Już jedzie.- wtrącił tymczasem Blake. I rzeczywiście van Nadii powoli wjeżdżał na tyły hotelu. Za kierownicą siedział brodacz ignorujący gniewne pofukiwania ponurej jak noc pasażerki.
                    - Mogłaś złe medium wybrać. - spojrzała na podjeżdżający van z uśmiechem.
                    - Nie sądzę… po prostu nie ma z tego takiej kasy jak kiedyś. Za dużo amatorek się pałęta.- westchnęła rozdzierająco Lukrecja. A tymczasem Nadia wysiadła z wozu i spojrzała na skrzynie.
                    - To… to? - zapytała powątpiewająco.

                    Ann skinęła głową, dając spotlight dla Lukrecji.

                    - Hejka…- przywitał się radośnie Charlie nie wychodząc z pojazdu. A Nadia zaczęła otwierać skrzynie i analizować ich zawartość.
                    - Lukrecjo… chodź tutaj.- skinęła dłonią ku Ventrue. Ta podeszła i zaczęła rozmawiać cicho z Tremere, choć sądząc ich mimiki rozmowa była bardzo ożywiona.

                    Blake uśmiechnął się podchodząc do Ann i mówiąc. - Potrafią stworzyć zgrany duecik, gdy nie próbują się pozagryzać.

                    - To nawet urocze. - odparła z uśmiechem - Jak było, gdy wyszłam z Róży?
                    - Tak jak widziałaś… Lukrecja zwerbowała Clyde’a i zagoniła nas do roboty. Jakbyśmy byli jej sługami. - zaśmiał się cicho Blake. - W tym rzeczywiście przypomina renesansowe damy, pod które się podszywa.
                    - Dziwię się, że z takim spokojem pozwalasz innym sobą pomiatać. Jesteś powyżej przecież. - stwierdziła.
                    - Jestem też rycerzem i pamiętam kodeks, jak i chansons de geste. - odparł z uśmiechem Toreador. - A to oznacza rycerskość i szarmanckość wobec płci pięknej. Lukrecja… lubi to wykorzystywać.
                    - Książę Nowego Jorku też jej okazał rycerskość - spojrzała na kobiety przy pudłach - Nie zniszczył jej.
                    - Jeśli to prawda co o nim słyszałem, to Książę jest starszy niż pojęcie rycerskości czy… chrześcijaństwa. A świat pogaństwa był bezlitosny. Pogański światopogląd… to kult siły. - westchnął William.

                    Ann nie skomentowała, bo jakoś nie mogła tego podejścia krytykować. Ciekawe...
                    Ann obserwowała kobiety.

                    Tymczasem do obojga podszedł Charlie. Pies Tremere uśmiechnął się i rzekł. - Eemmm… jak wiecie ja tu noo…- beknął głośno.-... wy jestem i nie wiem jak tu się u was załatwia te sprawy. Nikt mnie w nic nie wtajemniczył, więc… eee… wypada rzec, że… ja tak nie bardzo… lubię palić żywe istoty. Wiem, że niby jestem ze strasznego Sabatu, ale… byłem tam krótko i… nie jestem dobry w celowaniu ogniem. Klecha doradzający szefowi twierdził, że jeszcze za dużo we mnie człowieka.
                    Ann spojrzała zdziwiona.

                    - Palić... żywych?
                    - Żywych… martwych… no… ruszających się. Miałem być potężną bronią mojej sfory, ale… przyłapaliście nas w czasie mojego szkolenia. I po stracie obu przewodników. - odparł brodacz wzruszając ramionami. - Wiem, że potrafię być przerażający, ale… nie jestem wojownikiem i nie lubię walczyć. I używać ognia.
                    - Sumienie to rzecz, którą Sabat próbuje zabić w nas, ale Camarilla ceni… cóż, przynajmniej w przypadku co najmniej jednej drogi ku Golgocie. - odparł z uśmiechem William.
                    - Drogi ku czemu?- zapytał Charlie, ale Blake machnął ręką. - Nieważne. Nie musisz się martwić, obecne zadanie to misja zwiadowcza, a twoją jest rola kierowcy co najwyżej.
                    - I staraj się nie używać ognia przy mnie... gdy nie ma potrzeby. - dodała Ann - Mam... złe doświadczenia z nim i mogę z automatu cię zaatakować.
                    - Luzik szefowo… jestem całkiem zadowolony z bycia kierowcą i nie planuję rozpalać ognisk.- odparł z uśmiechem Charlie. - To… eee… o co chodzi z tą całą misją zwiadowczą?
                    - Widziałeś kiedyś w Sabacie Tzimisce? Te wampiry co ciała modelują? I potwory robią?
                    - Nie wiem nawet co to jest Tzimisce… ale był jeden taki co się chwalił, że jego pięści są robione na zamówienie. W zamian za przysługę.- rzekł Charlie, po czym wskazał na Williama.- Ty go chyba przyszpiliłeś do ściany.
                    - No to taki się zagnieździł gdzieś tutaj. Szukamy go, bo pozwolenia nie ma, a do tego atakuje przejezdnych i tamtą - wskazała na Lukrecję - też zaatakowałał. Musimy obadać podejrzane rezydencje... subtelnie. Szpiegowsko.
                    - Suuuperr… zawsze chciałem być szpiegiem, gdy byłem mały. A potem… wszystko trafił szlag. - odparł melancholijnie eks-sabatnik.
                    - Charlie! - wrzasnęła Nadia, a mężczyzna wzruszył ramionami żegnając.- A propo szlagu, moja cholera mnie wzywa. Trzymajta się.

                    Ann zerknęła na Williama kręcąc głową.

                    - Wyobrażasz sobie, że Nadia poddała się, bo Charlie nie reaguje na jej dręczenie go?
                    - Wyobrażam…- potwierdził z uśmiechem Kainita. - On ma umysł całkowicie czysty od zmartwień. Tak jak Garry… pewnie się polubią.
                    - Mówiłeś, że Bella ma do mnie słabość... Serio? To Primogen jednak.
                    - Bella jest sentymentalna. Potrafi być bezwzględna i bezlitosna. Ale nie lubi być zmuszana do takich zachowań. Dlatego właśnie nas zaprosiła. By ukrócić wszelkie inicjatywy buntu u swoich podwładnych włączające mnie w ich intrygi. Hartley z kolei użyłaby mnie, do namierzenia potencjalnych buntowników i brutalnego ich wybicia.- wyjaśnił Blake sięgając do kieszeni po notatnik z długopisem. - Słabość to może za dużo powiedziane. Polubiła cię, więc… może ci ewentualnie pomóc, jeśli się do niej zgłosisz z problemem. Szansa niewielka, ale istnieje.
                    - William... w sumie mnie dręczy to odkąd mnie zabito.... Czy to normalne, że wampiry tracą... umiejętności po śmierci? Artystyczne. I jak Toreadorzy wciąż je zachowują? Umiałam pisać o emocjach, rysować lepiej, a teraz... ech, czasem mnie drażni wynik. - mruknęła przybita.
                    - Toreadorzy… nie tracą… ale ich sztuka też zostaje… skażona mrokiem. Artyzm wychodzi z duszy. A my… nie mamy duszy. - odparł melancholijnie Kainita.
                    - Przecież zjadając innego wampira, zjadasz jego duszę. Tak mówiłeś.
                    - Masz rację…- przyznał z uśmiechem Toreador i pokręcił głową.- Wybacz mi moją niedoskonałość w tych sprawach. Nie jestem myślicielem naszego rodzaju. Nadia ci opowiadała o sobie, o tym co straciła stając się Tremere?
                    - Jakiegoś duchowego przewodnika.
                    - Część duszy, bardzo ważną dla niej. My, zwykli śmiertelnicy też tracimy jakąś ważną część duszy. Tą ludzką. Będąc Kainitką musisz starać się zapanować nad sobą, bo w miejsce utraconego człowieczeństwa wkrada się Bestia… mroczne instynkty bezlitosnego drapieżnika. Im dłużej istniejesz, tym większa jest szansa, że kolejne krople człowieczeństwa wyciekną z ciebie jak z dziurawego wiadra. To jest właśnie ta ludzka dusza, którą tracimy z przemianą. Pozostaje nasz charakter i bestia czająca się pod skórą. To pochłaniasz pożerając innego Kainitę. - wyjaśnił William i dodał z uśmiechem. - Mam nadzieję, że mój mały wykład był zrozumiały… jak wspomniałem, jestem poetą nie myślicielem czy uczonym naszego rodzaju.
                    - Bella miała rację, że jesteś świetnym nauczycielem. - pokiwała głową - Moje szkice... czasem idą w stronę, której nie chciałam, a słowa się nie składają jak chcą myśli. Jak ty sobie radzisz?
                    - Pozwalam instynktom i intuicji iść swoją drogą. Artysta nie kieruje swoją sztuką, to natchnienie kieruje nim. Idź z prądem.- rzekł ciepło Kainita.- Sztuka nie jest nic warta, jeśli jest zaplanowana z góry. To samo potrafią komputery przecież robić.
                    - Jeżeli Bella wciąż ma, to posiada szkic siebie, jaki jej zostawiłam. I trochę zapisanych słów. W sumie reszta może jest gdzieś we Francji, o ile nie zniszczono co było moje, więc tylko u niej mogło pozostać wspomnienie życia.
                    - Jak już wspomniałem, jest bardzo sentymentalna. Zatrzymuje wszystkie pamiątki.- uśmiechnął się William. I do obojga dotarł krzyk Lukrecji.
                    - Hej… ptaszki, przestańcie flirtować i wsiadajacie. - wrzasnęła Lukrecja z szoferki. Charlie już siedział za kółkiem vana, a sprzęt Ventrue, pewnie był już spakowany.
                    - Jest dla mnie za stary! - Ann odkrzyknęła do Ventrue, ruszając do vana.

                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • ZellZ Niedostępny
                      ZellZ Niedostępny
                      Zell jako Ann Paige
                      Moderator Obsługa
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                      #52

                      BELSAMETH NECTU CALACH NECOHO!


                      Willa do której dojeżdżali była duża i mhroczna. I tak jak siedziba Williama, z dala od miasteczka. Ann widziała ją przez lornetkę z noktowizorem, bowiem pomiędzy willą a drogą którą jechali, była brama. Zamknięta i z małą kamerką przy niej.

                      - Będzie trzeba pokombinować.- oceniła Lukrecja, gdy mijali bramę.
                      - Jedź kawałek, a potem skręć w las.- stwierdziła Ventrue przejmując znów przywództwo w tym małym teamie.
                      - Sie robi.- rzekł Charlie wykonując jej polecenia.

                      Ann czekała cierpliwie, ale wyglądała uważnie przez okna, jakby z obawą oczekując kłopotów.

                      - Wygląda na to, że poważnie traktują ochronę budynku.- ocenił William, gdy się już zatrzymali. - Ale willa ma tylko proste ogrodzenie dookoła. Możemy sprawdzić czy… wszędzie są kamery. Jeśli nie ma gdzieś, to nie powinnyśmy mieć problemów z jego pokonaniem.
                      - Nie oszukam kamer sposobem Nosferatu, ale mam pomysł jak to zastąpić... - stwierdziła Bezklanowa - Zgaduję, że sprzęt... szpiegowski, nie zawierał małego zestawu do komunikacji? - zapytała Lukrecji.
                      - Niestety. Mamy tylko mikrofony kierunkowe. - odparła Lukrecja, a William wysiadł z vana.
                      - Najpierw znajdę te kamery, a potem się zobaczy…

                      Następnie rozmył się i znikł zostawiając za sobą ślad poruszonych pędem liści.

                      - Nadia twierdziła, że tu sobie sekskult zrobiono... Chociaż ten sprzęt byłby w klimacie.
                      - Sekskult jest dobrą przykrywką dla Kainitów, choć nie sądzę by Tzimisce się w nich babrał. To nie w ich stylu, może Lasombry.- oceniła Ventrue, choć Ann była pewna że pierwszy Diabeł którego spotkała w nieżyciu to był ten który ją i Gino zaatakował.
                      - A widziałaś kiedyś Lasombrę, pani? - zapytała z ciekawością.
                      - O tak. I zabiłam ją wtedy.- odparła z pewną satysfakcją Lukrecja.- Nie było to łatwe, ale na szczęście dla mnie… ona była bardzo pewna siebie.
                      - Opowiedz mi o tym, proszę. - poprosiła zafascynowana.
                      - Była to jedna z tych akcji Sabatu.- Próbowali się dostać do elizjum, w którym akurat byłam. Zaczęli wyrzynać ochroniarzy, moich i Sabine. Luca stawiał się mocno próbując nas obronić. Twardy był z niego typ…- zamyśliła się Lukrecja wspominając.- … i przystojny. Wielu próbowało go pokonać i .. tym razem się udało. Sabine padła chwilę później… mnie rozharatała brzuch, więc upadłam brocząc krwią i udając umiera…-

                      Wypowiedź przerwało przybycie Williama.- Nie ma innych kamer. Pewnie uznali, że ta przy wejściu wystarczy. Natomiast kilku ochroniarzy krąży po terenie posiadłości. Chyba uzbrojeni. Wyglądają na śmiertelników.

                      - Sekskult raczej by uzbrojonych ochroniarzy nie miał... - odparła z niechęcią porzucając temat Lasombr.
                      - Och… żebyś się nie zdziwiła.- odparła ironicznie wampirzyca. - Wszystko zależy od struktury kultu i ehmm… tego, czy mówimy o jednym przywódcy, czy wewnętrznym kręgu sponsorów.
                      - Mówisz z doświadczenia? - zapytała cicho, podśmiewając się - Wybacz.
                      - Tak. Mówię to z doświadczenia. Doświadczyłam tego we Włoszech za czasów Mussoliniego. - odparła poważnym tonem Lukrecja.

                      - Tak czy siak… dałoby się podkraść do budynku.- ocenił Blake.
                      - Ktoś chce iść ze mną? - zapytała pro forma.
                      - Ja mogę iść.- zaoferował się William, a Lukrecja dodała.- W razie kłopotów dzwońcie. Charlie zrobi ogniową dywersję.
                      - Wolał…- zaczął Panders, a Lukrecja powtórzyła z naciskiem.- Charlie zrobi ogniową dywersję, a ty Williamie, trzymaj się z tyłu. Będziesz jej przeszkadzał w robocie, więc zostań po naszej stronie płotu.
                      - Co w ogóle mam zrobić? Zabić ochroniarzy? - zapytała dość bez przejęcia.
                      - Żadnego zabijania. Nie wiemy czy to na pewno siedziba Tzimisce. Po prostu zakradnij się i nagraj… wszystko.- zadecydował Blake, a Lukrecja podała Ann sprzęt.- Mikrofon kierunkowy, kamera z trybem noktowizyjnym. Dasz sobie radę.
                      - Mam tylko na zewnątrz posiadłości czy próbować wejść do środka?
                      - Jeśli uznasz, że możesz… to wejdź do środka.- odparł William. - Jeśli nie będzie to za bardzo ryzykowne. Rozkład pomieszczeń jest podobny do tego w moim domu, ale jeśli chcesz mapę, to ją mam.
                      - Przyda się, a na pewno do piwniczki chcę zajrzeć. - odparła.
                      - W razie czego możesz wezwać nas na pomoc. Śmiertelnicy, a nawet ghule, nie powinny stanowić dla ciebie zagrożenia. Ale jeśli napotkasz Kainitę, Tzimisce czy innego… wycofaj się natychmiast. - odparł Toreador.

                      - Czy ten sprzęt jest podłączony tak, abyście zobaczyli w vanie co nagrywa?
                      - Tak twierdzi Nadia. Przekonamy się.- odparła Lukrecja z przekąsem.
                      - Zobaczmy teraz.

                      Ann zaczęła sprawdzać i mikrofony, i kamery, ich podłączenie do vana.
                      Lukrecja zasiadła na miejscu Nadii i włączyła sprzęt ekscentrycznej Tremere.

                      - Wszystko działa. Powodzenia.

                      Ann skinęła głową i wzięła cały "sprzęt szpiegowski". Widoczny cień caitifki okręcił się wokół niej pozostawiając sylwetkę wampirzycy bez naturalnego cienia pod nią, jednocześnie czyniąc jej ciało cięższe do zauważenia w mroku. Bez oczekiwania, młoda Kainitka wyskoczyła z vana.

                      Do płotu oboje dotarli bez problemu. Tam William podsadził ją, by mogła zwinnie przeskoczyć. A gdy znalazła się po drugiej stronie, Ann zauważyła strażników krążących po posesji. Trzech. Garnitury z wybrzuszeniem sugerującym broń palną, ale bez słuchawek w uszach. Wyglądali na najemnych ochroniarzy.
                      Ann miała pewne doświadczenie w podobnych zadaniach. Korzystała z ludzkiej ślepoty w mroku, aby wraz z cieniami zlewać się z tłem. Kiedy człowiek za blisko podchodził zastygała w miejscu, aż zagrożenie nie minęło. Używała sprzętu będąc poza zasięgiem ochrony. Własny telefon całkowicie wyciszyła by nawet wibrowanie jej nie ujawniło. Musiała wejść do środka.

                      Co okazało się absurdalnie proste gdy dotarła do patio na tyłach willi, mijając po drodze flirtującą parkę. Mężczyzna czarował słówkami dziewczynę młodszą od niego o pięć lat i kusił tym, że dobrze zna oświeconego i może załatwić jej prywatne spotkanie. Bogaty, łysiejący i bezczelny typek. Dziewczyna była jedną z tych młodych i nie naiwnych. Miała dziwne tatuaże na przedramionach, szeregi dziwacznych znaków przypominających jakieś pismo, którego Ann nie znała. I choć wydawała się spijać jego słowa z ust, to… przypominało to bardziej grę aktorską niż szczery zachwyt. Niemniej ważne było to, że… drzwi do willi były po prostu otwarte.
                      Ann nagrywała obraz i dźwięk, skupiając się na dziewczynie. Wykorzystując pozorną niewidzialność, ruszyła by udać się do środka otoczona cieniami.

                      W środku było więcej biznesmenów i bizneswoman wymieszanych z przystojnymi modelami obojga płci oraz zakapturzonych sług, kręcących się tu i tam. Toczyły się ciche rozmowy na temat rytuału. Padały ezoteryczne słowa typu Ptah, Sekhmet, Ziggurat, Belsameth… ale jakoś młodej wampirzycy trudno było dotrzeć do sensu typu wypowiedzi. Cokolwiek czcił ten kult było, albo bardzo starożytne, albo bardzo pokręcone, albo bardzo mętne. Albo wszystko na raz. W środku było całkiem sporo osób, więc wampirzyca musiała się wykazać swoimi talentami w ciasnych korytarzach, gdy mijała rozmawiające pary. Niemniej w budynku poziom czujności kultystów był bliski zera.
                      To nie był sekskult... Ale kult mimo wszystko. Ann nagrała niektóre twarze, wizerunki w pomieszczeniach nim skierowała się ku piwnicy.
                      Przy wejściu piwnicy było dwóch “strażników” w długich zakapturzonych szatach. Pilnowali wejścia i mieli przy sobie klucze do niej. I ceremonialne tasaki. Ktoś równie zakapturzony wyszedł z niej na oczach Ann, a ta poczuła słodką woń dochodzącą z piwnicy. Świeżo rozlanej… krwi.
                      Ann czuła obawę, ale też ekscytację Przechodząc obok jednego ze strażników zabrała mu klucz uwieszony pasa i trzymając rękę na schowanym sztylecie wślizgnęła się do środka.

                      Zeszła jakby do innego świata. Krok po kroku opuszczała XXI wiek zanurzając się w średniowieczu. A przynajmniej filmowym dekoracjom filtrującym średniowiecze przez okulary hollywoodzkich reżyserów. Ściany udawały kamienne ściany z otoczaków, ale Ann była pewna że pod kawałkami kamieni krył się zwyczajny żelbeton. Schody były drewniane, na ścianach wisiały pochodnie, przykute łańcuchami do nich. Znaki pokrywały ściany, dziwne i chaotyczne. Ann nie rozpoznawała ich. Zapach krwi robił się coraz intensywniejszy przy każdym kroku. I ta krew była po części rozlana na środku podłogi dużej sali, na dziwacznym ołtarzu w kształcie pseudo-babilońskiego demona. Znaków było tu więcej, reszta krwi zebrana była w pięciu czarach przed wizerunkiem łączącym szatana ala LaVey z egipskim bóstwem i mezopotamską stylistyką. Dziwaczny koszmarek stylów i motywów. Były tu też nieduże drzwi prowadzące z tej sali do… tego Ann nie wiedziała.
                      Dziewczyna nagrywała wszystko w najmniejszym szczególe, także niepokojącą ciszę rozlaną w pomieszczeniu i za drzwiami. Spojrzała na swój telefon, czy wiadomości jej nie wysłano.
                      Komórka nie zawierała żadnych SMSów, za to Ann usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Ktoś schodził schodami, co najmniej trzy pary stóp.
                      Ann przylgnęła do ściany mając schowany sprzęt pod kurtką, jedynie pozwalając by obiektyw kamery wystawał. Zastygła w bezruchu otoczona cieniami.

                      - Oby tym razem się udało. Mam dość dźwigania kolejnych porażek. - usłyszała męski głos, a potem kobiecy. - Cierpliwości ci brakuje? Nie od razu świat zbudowano.

                      Wpierw zeszła zakapturzona kobieta, tuż za nią dwóch mężczyzn w zakapturzonych szatach niosło na ramionach trzeciego mężczyznę. Rozebranego do naga, pomalowanego w dziwne znaki i linie przypominające… instrukcję jak ciąć.

                      - Cierpliwości i szczęścia. Ostatnio omal nas policja nie złapała. - odezwał się jeden z nich, gdy zaczęli nieprzytomnego golasa przywiązywać do ołtarza.
                      - Ale nie przyłapano. Prorok mówi wszak, że dopóki droga nie zostanie otwarta kroczący ku niej pozostaną w ukryciu.- odparła natchnionym głosem nadzorująca mężczyzn kobieta.

                      Caitiffka nie drgnęła. Za życia pewnie byłaby przejęta losem człowieka, ale teraz... bardziej zależało jej na nagraniu.

                      - Taaa… jasne. Ciebie tam nie było Carrie.- burknął mężczyzna.
                      - Nie podważaj słów proroka, bo sam skończysz na ołtarzu.- warknęła kobieta i rzekła. - Idziemy, czas rytuału jest bliski . Czas zebrać wiernych i powiadomić proroka.

                      Po czym ruszyła przodem, a dwójka jej pomagierów za nią.

                      Bezklanowa była rozbita. Niby nie znalazła Tzimisce, ale...
                      Poruszyła się dopiero, gdy śmiertelnicy znikli jej z oczu, aby w cieniach przejść do skrępowanej ofiary i móc ją dokładniej obejrzeć.

                      - Echta… achura, tum atak… amarur…- nieprzytomny mężczyzna wydawał się być nafaszerowany jakąś mieszanką prochów. Pogrążony w narkotycznym śnie bełkotał coś bez sensu. Jakieś dwadzieścia siedem lat, w miarę przystojny. Ogolony… wszędzie poza włosami na głowie.

                      Wampirzyca odsunęła się od śmiertelnika i podeszła do zamkniętych drzwi. Skuliła się nim spróbowała powoli je uchylić.
                      Za nimi nie było nic strasznego. Przynajmniej z początku. Był tam bowiem schowek na wyposażenie tej świątyni i utensylia używane do rytuału. Na wieszakach wisiały szaty z kapturami, na półkach leżały rytualne noże i misy i czary. Tu też stały srebrne świeczniki, obok pudełek z świeczkami. Było też blade ciało, pocięte i pozbawione krwi. Też młody mężczyzna.

                      Ann wysunęła komórkę, aby napisać wiadomość do Williama. Nie chciała zaburzać ciszy tego miejsca.

                      "Nie wiem co oni tu robią, chyba nie ma nic wspólnego z naszym, ale zostałabym więcej zrozumieć. Chyba że macie inne pomysły?"

                      Wysłała, aby po chwili dodać w następnej wiadomości:

                      "Powiadomcie Joshuę co tu się odwala."

                      Odpowiedź Blake’a przyszła po kilku minutach.

                      “Nie narażaj się. Może to nie siedlisko wampira, ale uzbrojeni śmiertelnicy też potrafią być niebezpieczni.”

                      Wysłała wiadomość i domknęła drzwi tak, jak były poprzednio, nim usadowiła się przy ścianie wyjścia z pomieszczenia, czekając na powrót zakapturzonych i dalsze wydarzenia.

                      "Będę się trzymała bezpiecznie, blisko wyjścia. Umknę jeżeli ta krwawa orgia się w coś konkretnego przerodzi."

                      Powoli zaczęli schodzić się uczestniczy, jedni zakapturzeni, inni bez tych strojów. Odruchowo zajmowali już pewnie wcześniej wyznaczone miejsca, co uświadomiło Ann, że… może pojawić się problem. Potrafiła być niewidoczna w cieniach… ale nie była bezcielesna. A wyglądało, że na tej ceremonii będzie panował ścisk. I może zostać wykryta.
                      Korzystając z tego małego chaosu, jaki powstał przy wchodzeniu, wampirzyca wyszła z sali, aby skierować się do schowka i z niego wyjąć przebranie z kapturem, po założeniu którego będzie mogła się ujawnić i zająć bardziej widoczną pozycję.
                      Powoli zaczęli się schodzić uczestnicy, część była w szatach. Inni ubrani bardziej codziennie, w sukienki, garnitury. Ci pewnie byli szeregowymi członkami, podczas gdy zakapturzeni robili za wtajemniczonych/obsługę tego miejsca. Widać było wyraźną hierarchię. Ann, będąc jedną z wielu w tym ścisku jakoś nie rzucała się oczy.
                      Caitiffka imitowała zachowanie jej podobnych, oczekując na... w sumie nie wiedziała na co.

                      Rozpoczęły się zaśpiewy w nieznanym Ann języku, przypominało to trochę imitację arabskich języków, trochę gulgotanie indorów. Brzmiało egzotycznie… to pewne. Ann nie była pewna, czy ktokolwiek tutaj rozumie to co właściwie mówił, ale… widziała ich oczy, widziała w nich znajomą żądzę: władzy, przygody, nadnaturalnego. Widziała w nich znajomy obłęd. Ten sam jaki był powszechny na ceremoniach Papy Roacha, choć… zdecydowanie bardziej stonowany.
                      W końcu zszedł sam.. mistrz ceremonii. Nie nosił co prawda mnisich szat z kapturem jak reszta, ale za to ubierał się na zielono, zielony garnitur i spodnie i płaszcz z postawionym wysoko kapturem. Brodaty mężczyzna o przeciętnej fizjonomii i spojrzeniu pełnemu szaleństwa. Jeśli jest Kainitą to z pewnością nie Tzimisce. Taki wzrok mają Malkavy. Ann wystarczająco długo przebywała z Marge, by wyłapać ten detal.
                      Podszedł do więźnia/ofiary i wyciąnął dłonie w górę.

                      - Bracia i siostry, Oświeceni i Wybrani. Ci którzy będą władać tym światem, gdy upadną rządy i rozsądek, gdy Pradawny wróci z wygnania, a my uwolnieni od okowów moralności będziemy władać przez wieczność masą ludzką w jego imieniu. Bracia i siostry dziś nastał kolejny krwawy księżyc, gwiazdy ustawiły się astralnym porządku i nadszedł czas objawienia.
                      - Belsameth nectu calach Necoho! - wykrzyknął tłumek, a Ann wraz z nimi udawała, że wrzeszczy.
                      - Oświeceni i Wybrani… nastał czas objawienia.- Prorokowi, bo to pewnie on był, podatno rytualny miedziany sztylet. Zaczął nacinać skórę mężczyzny, który pojękiwał w ekstazie.- Dziś pięcioro z nas napije się somy i zacznie prorokować.

                      Wszystko to było… dziwne. Niby ten prorok powinien się okazać oszustem wykorzystującym naiwnych, ale… to było zbyt realne na oszustwo. Ten mężczyzna wierzył w to co mówił i swoją wiarą zarażał innych… jak Papa Roach.
                      Ann pamiętała, że to bullshit dla ludzi, a ten wampir... on robi ghule? Czy chce wampiry pod nosem Joshui?
                      Mamrocząc zaklęcia pod nosem przywódca kultu rył linie na ciele wijącego się mężczyzny. Nozdrza Ann rozszerzyły się, język nerwowo oblizał wargi. Krew.. świeża ciepła posoka popłynęła, Kainitka poczuła zapach i głód… się obudził.
                      Wampirzyca zamknęła oczy i wbiła paznokcie w dłoń. Takie nęcące, ale musiała się powstrzymać.

                      - Wybrańcy wystąpcie.- rzekł prorok. I pięcioro wystąpiło. Przed nimi postawiono czary, w których znajdowała się mieszanka jakichś ziół i proszków.

                      Prorok wziął od sługi zakrzywiony miecz i… jednym zamachem zdekapitował ofiarę. Krew buchnęła szerokim strumieniem wypełniając swoim słodkim odorem całą salę. Strugi trafiły na czary zalewając mieszankę substancji i taką “somę” wybrańcy zaczęli pić, a prorok… przyglądał się temu .-|
                      Ann ugryzła swoją wargę i skupiła wzrok tylko na Proroku.
                      Ten przyglądał się swoim wyznawcom, chłeptającym posokę z ziołami niczym psy. Nie interesowała go marnująca się słodka, słodka krew.
                      Nie była małym krwiopijcą. Powstrzymywała Bestię. Miała misję.

                      Wyznawcy upici mieszanką rzeczywiście zaczęli przepowiadać… jeśli tak można nazwać ten ciąg nie powiązanych słów i fraz, które to zakapturzone skryby zapisywały, a tłum reagował na nie ekstatycznymi okrzykami.

                      - Pradawny przemówił ustami wybranych. Chwalmy nadchodzącego! - krzyknął głośno Prorok, a tłum odpowiedział mu znaną już Ann frazą.
                      - Belsameth nectu calach Necoho!

                      I ceremonia miała się ku końcowych. Zakapturzeni zabrali się za porządki. Wyniesiono półprzytomnych wybranych,czary postawiono przed posągiem, ciało odpięto od ołtarza, doczepiając mu za pomocą szydła odciętą głowę. Chyba po to żeby się nie zgubiła przed utylizacją. I tak trupa zaniesiono do martwego kolegi w schowku. A tłumek… powoli zaczął się opuszczać salę idąc w górę po schodach.
                      Ann z niezadowoleniem opuszczała miejsce pełne krwi. Musiała znowu się skryć i wrócić do swoich... głodna krwi.
                      Bez problemu opuściła salę, a po tym i budynek. Otulając się cieniami skierowała się ku ogrodzeniu, które ostatnio przekroczyła. Chciała już wrócić do vana…

                      Blake czekał przy ogrodzeniu na Ann, a gdy już zdołała przybyć, zapytał.

                      - Wszystko w porządku? Co tam się stało? Długo cię nie było.
                      - Powinniście mieć nagrania. Trzeba Księciu je pokazać i Nadii. - stwierdziła otulona cieniem - Ten Prorok to Malkavianin. Krwawy Kult zrobił, chce coś wezwać przez ofiary. - wzruszyła ramionami.
                      - Nie powinno tu być żadnych Malkavów… chyba, że to Anarch lub Sabatnik.- odparł zaskoczony Kainita.- Mamy nagrania, ale te nagle się urwały.

                      Gdy pojawili się pierwsi kultyści, wtedy caitifka już nie mogła nagrywać bez narażenia się na zdemaskowanie.

                      - Musiałam przerwać nagrywanie... pokażę co nie zostało nagrane. - machnęła ręką - Nie mów, że się martwiłeś?
                      - Wszyscy się martwiliśmy. Jest nas mało, musimy trzymać się razem.- William chyba kłamał. Charlie był zbyt napruty by się martwić, a Lukrecja… była Lukrecją przecież. Biorgia wannabe, takie się nie martwią, nieprawdaż?
                      - Te małe kłamstewka... - zaśmiała się cicho i ruszyła do vana.
                      - To nie jest kłamstwo. To kwestia założenia sytuacji w oparciu o… noo… te… ehmm… no… niezbyt solidne dowody.- odparł Blake podążając za Ann.


                      Rzeczywiście, Lukrecja nie wyglądała na zmartwioną. Bardziej na znudzoną.

                      - Musiałaś siedzieć tam tak długo?- zapytała.

                      Ann podeszła do Lukrecji i położyła dłoń na jej dłoni.

                      - Następnym razem ty możesz iść. - mruknęła, a zimny cień spłynął z niej jak woda, zahaczając o skórę Ventrue.
                      - Sądząc po wystroju to coś dla Nadii, albo dla konwentu wiedźm. Może następnym razem takie sprowadzisz Williamie?- uśmiechnęła się jadowicie Lukrecja spoglądając na Toreadora. - Zamiast maga. Może będą bardziej pomocne. A może jakieś ukrywasz oprócz tej Ravnoski?
                      - Potrafisz być bardziej marudna niż Nadia. Daj mu spokój królewno. - mruknęła.
                      - Co więc tam widziałaś?- mruknęła Ventrue.- Warto było na to tracić większość tej nocy?
                      - Krwawy Kult chcący coś przyzwać, pod wodzą Malkavianina mordującego porwanego na ołtarzu. - mruknęła.
                      - Niech… to szlag… to już wolę Tzimisce. Malkav potężny na tyle, by zrobić sobie pod naszym nosem kult to duże kłopoty. - Ann miała wrażenie, że Lukrecja lekko zbladła.
                      - Boi się Błękitna Krew? - zapytała trochę prześmiewczo.
                      - Mierzyłaś kiedyś swoje siły z jednym z nich? Och, warto mieć po swojego stronie taką świruskę, ale wierz mi… nie chcesz walczyć z nimi twarzą w twarz. Oni zarażają swoim obłędem. To gorsze niż wszystko co może rzucić w ciebie Tzimisce. Wierz mi.- mruknęła ponuro Lukrecja. A William dodał.- Śmiem wątpić. Nie wiesz czym potrafią rzucać Tzimisce.
                      - Tzimisce znasz tylko z tego jednego spotkania... którego w sumie spotkaniem nie można nazwać. Malk przypominał w swoim zachowaniu Papę Roacha, ale jego wpływ nie był tak silny. - spojrzała na Toreadora - Wolę całość przekazać jak wszyscy będą, żeby się nie rozdrabniać. - pokręciła głową - Nie wiem co Prorok próbuje przyzwać, ale czuję, że to nie jest tylko w jego obłędzie. Coś się czai... i to nie jedynie Tzimisce.
                      - Dzisiaj za późno na zebrania. Poinformowałem Księcia, ten posłał wici do Papy Roacha by upewnić, że ten Malkav nie jest jego. Jeśli jest, sprawa robi się “dyplomatyczna”. Nie możemy najechać na chatę i wymordować ich wszystkich. - te słowa brzmiały dziwnie w ustach, łagodnego wszak i delikatnej budowy, Williama.
                      - I tak można to skontrolować. - odparła Ann - Ten kult nie jest ciężki do wejścia jak mnie się udało. Kultyści mają zerową ochronę i ogląd na zagrożenia.
                      - Czują się tu bezpieczni. Nic w tym dziwnego. Kto by zaglądał? Nawet Smith i jego chłopcy tu się nie zjawiają. - przyznał Blake i spojrzał na Ann. - Nie zrobiłaś niczego, co mogłoby zasugerować im, że ktoś się do nich zakradł?
                      - Nic co nie zostałoby zwalone na ludzkie niedbalstwo. - wzruszyła ramionami.

                      - No to wracamy, na tę noc zrobiliśmy wszystko co mogliśmy.- westchnął Toreador. A Lukrecja mruknęła. - Skoro to Malkav to Garry może tu rozstawić zwierzęce czujki. Dam mu znać po powrocie.
                      - Pokażę wam go, jak pamiętam. - wzruszyła ramionami - I cały seans jaki rozgrywał się po przerwaniu nadawania.
                      - Skarbie… jeśli uważasz, że znamy z twarzy każdego Malkava kryjącego się w kanałach Nowego Jorku, to masz o nas naprawdę kiepskie zdanie.- zaśmiała się Ventrue i machnęła ręką. - No… ale pokaż co tam zobaczyłaś.
                      - Nie liczę, że znacie, ale portret można pokazać późnieję, że młoda Ventrue mogła kiedyś takiego w Elysium widzieć, bo ma lepszą kontrolę nad miejscem mamusi niż ona sama, prawda? - sarknęła patrząc Lukrecji w oczy.
                      - Róża w Stillwater jest pierwszym Elizjum pod moją kontrolą. Nie zajmowałam się tak poślednimi sprawami w Nowym Jorku.- odparła ironicznie Lukrecja. - Jeśli już musisz wiedzieć, to pracowałam blisko mojej Primogen i samego Księcia.
                      - To spadłaś z wysokiego konia paniusiu.- wtrącił milczący dotąd Charlie.
                      - Nawet nie wiesz na co się nabila po spadnięciu. - dodała do Charliego.
                      - Na was… - syknęła złośliwie lekko poirytowana Lukrecja chcąc uciąć tą dyskusję.- Jak masz pokazywać, to pokazuj… choć nie musisz, bo jutro powtórzysz swoją szopkę przed całym naszym gangiem.
                      - Nie mam zamiaru w tej sekundzie, jutro dopiero. - odparła spokojnie - Wybacz, sensu tylko dla ciebie za darmo nie zrobię. Dla Willa mogłabym, ale on raczej wie jakie to bez sensu w tym momencie.
                      - Skoro więc zmarnowaliśmy tyle czasu na gadanie, to… Charlie pakuj się za kierownicę, a reszta do vana. Wracamy do domu. - zadecydowała Ventrue wsiadając na miejsce obok kierowcy. - Zanim zostaniemy zauważeni.

                      Caitiffka wskoczyła do vana siadając na swoim miejscu.

                      - Tak jest, proszę pani. Opowiedz dalej o zabiciu Lasombry.
                      - Nie jestem w nastroju na opowieści. - odparła Lukrecja, a Charlie powoli ruszył cofając wóz w kierunku drogi.
                      - Eeee… to podrzucić was przed bramę waszego domu, czy zawieźć z powrotem do Stillwater?- spytał Williama, a ten spojrzał na Ann.
                      - Przecież i tak nasze pojazdy przy Róży zostały. - przypominała Williamowi.
                      - Mogą zostać odprowadzone przez ghule Lukrecji podczas dnia. - rzekł Toreador.
                      - Nie chcę by jakieś ghule dotykały mojego motocyklu. - niespodziewanie odezwała się Bezklanowa, którą samą ten wybuch chyba zdziwił, więc dodała z niechęcią - Znaczy... Nie wiem czy chcę…
                      - Słyszałeś dumną caitifkę. Jedziemy do Stillwater.- burknęła Lukrecja z ironicznym uśmieszkiem. I Charlie ruszył w drogę powrotną.

                      Wrócili dość późno. Świt zbliżał się nieuchronnie. William zaś był wyraźnie zamyślony, gdy przekraczali próg domu.

                      - Dziś było... interesująco. - odezwała się Ann po wejściu - A to dopiero pierwsza rezydencja.
                      - Liczę że kolejne były nudne. Zdarzało mi się wynajmować budynki Kainitom z Nowego Jorku i ludziom mafii i raz nawet Giovanni przez miesiąc. Dyskrecja to jedna z zalet Stillwater. Ale też… i wada, jak dziś widziałaś. - westchnął ciężko i smętnie Blake.
                      - Stillwater to jak dobre miejsce na szemrane sprawki. I to nawet może być poza uwagą kogokolwiek. Kiepsko dla Domeny. De facto ktoś może pluć na zasady i Księcia, a i tak pewnie uniknie problemów.
                      - Wstyd mi to rzec, ale dobrze zarabiam na tym fakcie. - westchnął ciężko Blake. - Dyskrecja jest drogim luksusem. I najczęściej nie ma problemów z gośćmi. W ich interesie jest nie wychylać się, bo przecież to co planują i robią nie dotyczy naszej nudnej mieściny.
                      - Ale są też inni.
                      - Tak. Są. - westchnął ciężko wampir.- Co nie uwalnia mnie od odpowiedzialności za me czyny i niedopatrzenia.
                      - Chcesz wrócić do bycia Księciem?
                      - Nie… nie bardzo. - machnął ręką Toreador. - Nawet w takim Stillwater to parszywa fucha. Ci wszyscy ambitni Kainici pokroju Lukrecji nie wiedzą w co się chcą wpakować.
                      - Książę Nowego Jorku chyba tak nie myśli.
                      - Nie wiem co myśli Książę Nowego Jorku.- odparł ironicznie William. - I nie obchodzi mnie to.
                      - Ale Stillwater przydałyby się... mocniej ustanowione zasady.
                      - Doprawdy? A kto by je egzekwował? Ty?- zapytał ciepło William. - Rządy twardej ręki nie sprawdzą się w każdym miejscu. Według mnie, nie sprawdzają się w Nowym Jorku. To nadal kłębowisko węży.
                      - Czy wszędzie takie kłębowisko nie będzie? W tej metropolii chociaż się boją konsekwencji.
                      - A tutaj jest takie kłębowisko? - zapytał Kainita.
                      - Nie, to miejsce zsyłki. Co nie znaczy, że Stillwater jest bezpieczne od knowania żmij z metropolii lub spoza. To świetna miejscówka na interesiki pokrętne. Prawa nie tyle mają trzymać mieszkańców Stillwater, co Stillwater przed wpływem innych.
                      - Wiem o tym. Dlatego też tamten Malkav zostanie ukarany bez względu na to czy jest członkiem trzódki Papy Roacha czy nie. I Primogen mimo swojego obłędu, będzie pewnie tego świadom. Niemniej… wszystko musi odpowiednio zrobione. Papa Roach musi wiedzieć czemu jego podopieczny zostanie ścięty. Tego wymaga dyplomacja. - odparł stanowczo Toreador.
                      - Jeżeli w ogóle jest on z Camarilli...
                      - Wtedy nie będziemy się musieli bawić w dyplomację, tylko zabijemy jak psa którym jest. - stwierdził Kainita wzruszając ramionami. - Osobiście nie obchodzi mnie pod jaką organizację się podpina. Sukinsyn zapłaci za swoje czyny.

                      - Na pewno zbiera ludzi nie tylko ze Stillwater. Tam było dużo biznesowych, żądnych potęgi...
                      - No cóż… w takim razie zwolni się sporo wakatów wśród menedżerów średniego szczebla.- William wydawał się tym faktem nieporuszony.
                      - Tylko skąd on tylu bierze? Ludzie z metropolii się tak dają?
                      - Jeśli jesteś osobą…menedżerem średniego szczebla w dużej firmie, w końcu docierasz do ściany, której nie przebijesz. Za tą ścianą są stanowiska zajmowane przez protegowanych stojących na samym szczycie. Stanowiska których nigdy nie osiągną za pomocą zwyczajnych metod.- wyjaśnił smutno Blake.- Widziałem to wiele razy, chciwość i ambicja popychają do ryzykownych kroków… zarówno śmiertelników jak i Kainitów.
                      - Jak Lukrecję. - stwierdziła.
                      - Jak Lukrecję… - przyznał William z uśmiechem.

                      - Nie umiem wyjaśnić, ale... Ten kult to większa sprawa. - zmarszczyła brwi.
                      - Możliwe. - odparł Toreador.- Ale my mamy zdjęcia i maga, który może je ocenić i tym się zainteresować. I Nadię. I potencjalne wsparcie od Papy Roacha, oprócz tego które nam obiecał.
                      - A Tzimisce?
                      - Gdy Giovanni przyjadą to się nim zajmą, do czasu aż my usuniemy ten kult z powierzchni ziemi. Nie potrwa to dłużej niż jedną noc. Może dwie. - machnął ręką Toreador.- Wszystko w swoim czasie. Na szczęście dla nas… on rzeczywiście nie interesuje się społecznością Stillwater.

                      - To podasz mi numer prywatny do Eleny? - przypomniała - I czy ona nie będzie niezadowolona, że podajesz go bez jej wiedzy?
                      - Tak. Podam. - odparł z uśmiechem Blake i dodał. - Wspomniałem jej, że możesz do niej zadzwonić. Nie miała nic przeciw.
                      - Świetnie. - uśmiechnęła się wyraźnie zadowolona - O co się ciebie ona pytała ostatnio? O co miałeś się zainteresować?
                      - Sytuacja tutaj prywatnie ją niepokoi. Nawet jeśli oficjalnie zamierza zachować neutralność.- wyjaśnił cicho Toreador.
                      - Pytała o Nowy Jork.
                      - Aaaa to… nie domyśliłaś się? To kto jest twoim patronem, nie jest tajemnicą dla elity wielkiego jabłka. Pytała się czy przypadkiem nie wiem czegoś więcej na temat wydarzeń. Może Cyrilowi coś się wymknęło, a potem tobie… - odparł żartobliwie Kainita.- Falconi spowiada się tylko samemu Księciu.
                      - Naprawdę się uparli na niego... - westchnęła - To jak polowanie na czarownice.
                      - Oficjalnie jest jedynym wspólnym mianownikiem wszystkich mordów. Nikt nie mówi że jest zabójcą, nikt że ofiarą… ale niewątpliwie jest jakoś wplątany w to. - wyjaśnił William i spróbował ją pocieszyć. - A może jest tylko zasłoną dymną szeryfa, by odciągnąć uwagę innych od śledztwa.
                      - Niech Szeryf się odczepi od Cyrila. To się już niedorzeczne robi! - sytuacja wyraźnie drażniła Ann.
                      - Nic na to poradzić nie możemy. Zresztą wiemy tyle samo co ulica na temat samego śledztwa. Czyli… nic. - stwierdził cicho Toreador.

                      - Dzwoniłam do Ravnoski... - spojrzała w ziemię - Czemu wy wszyscy mnie okłamujecie? - zapytała poważnie.
                      - To znaczy? Jak cię okłamujemy ? - zapytał William troskliwie.
                      - Że Cyril mi nigdy nie okaże i nie okazywał uczucia.
                      - Jeśli się mylimy. Bo nie jest kłamstwem, wyrażanie własnej opinii. Jeśli się mylimy, to… po co pytasz o to? Jeśli uważasz, że Cyril okazywał ci, bądź okaże uczucia… to jakie znaczenie ma opinia innych?- zapytał retorycznie Toreador.
                      - Chciałam by powiedziała co mam zrobić by dalej kochał... bo kocha. Jakby mu nie zależało na mnie jak na dziecku to by nie przygarnął, prawda?

                      William długo milczał i spojrzał zakłopotany na bok. - Cóż, pewnie miał swoje ważne powody. A wróżki zerkają w przyszłość… widzą przeszkody, a nie rozwiązania.

                      - Jakie ważne powody? - przysunęła się bliżej wampira.
                      - Nie wiem. Nie mam pojęcia. Nie siedzę w jego głowie.- odparł pospiesznie Toreador.
                      - Postanowił zużyć swoje zasoby, aby mnie uchronić przed śmiercią z rąk innego wampira, więc musi mu zależeć. Ponoć z kimś się założył o mnie... ale to oznacza, że jestem na tyle ważna dla niego, aby poświęcił coś za mnie!
                      - Z pewnością…- zgodził się z nią Kainita.

                      Ann patrzyła z irytacją na Williama.

                      - Ty wiesz coś więcej o sytuacji. - stwierdziła.
                      - Nie. Nie wiem. Po prostu znam Cyrila dłużej niż ty. - westchnął Blake smutno. - I on traktuje ludzi i Kainitów w kategoriach szachów. Czasem… warto poświęcić ważną figurę, by pionek stojący w odpowiednim polu, przetrwał.

                      Francuzka jedynie pokręciła głową niezadowolona z sytuacji, silnie zaprzeczając rzeczywistości.

                      - Bez niego świat byłby szary i bez sensu dla kundla. - rzuciła i silnie odwróciła się odchodząc do siebie.
                      - Znam to uczucie. - odparł Wilhelm i dodał.- Jeśli wierzysz w to że cię kocha, to walcz o tą miłość, ale nie spodziewaj się że ktokolwiek da ci prostą receptę na rozwiązanie twoich problemów. Nawet za życia nic takiego się nie zdarza. A teraz chodźmy spać. Świt już niedaleko.

                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • AbishaiA Niedostępny
                        AbishaiA Niedostępny
                        Abishai jako XXI
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                        #53

                        Dokumentacja zdjęciowa trafiła nie tylko w ręce Kainitów. William podesłał je także ich gościowi. Vincent oglądając zdjęcia wyraził zainteresowanie. Co więcej…

                        - Zamierzam się zaangażować w tą sytuację, bo choć nie sądzę by eskalowało to w kolejny “szpital psychiatryczny w opałach”, to… - zamilkł na moment, by dodać. - Nie zamierzam ryzykować. Lepiej zapobiegać, niż leczyć, prawda?

                        Po tych słowach zaczął rysować rysikiem symbole na amunicji do śrutówki umieszczone w rozłożonym na stole kręgu kart do dziwnej wersji tarota. Ann mogła przy tym zauważyć, że lewa jego dłoń była obandażowana. A między bandaże wetknięte były dwie karty.
                        |-Na stole obok niego leżał też ozdobiony dziwnymi grawerunkami obrzyn zrobiony ze staromodnej dubeltówki.

                        Ann i William przyjechali na kolejne spotkanie Kainitów wraz z Vincentem. Bo wszak zostało zwołane kolejne zebranie w związku z odkryciami caitiffki. Informacja o nim czekała na Blake’a nagrana na pocztę głosową. Nie było to niespodzianką dla Ann. Gdyby James nie zwołał zebrania, to z pewnością zrobiłby to sam Toreador. Albo nawet ruszył sam na kultystów. Tej strony poety dotąd Ann nie poznała. William zachowywał się tak, jakby w ostateczności planował ruszyć sam. Co na szczęście było mało prawdopodobnie. Larry nie odpuściłby sobie takiej jatki, Garry z pewnością wspomógłby kumpla swoimi zwierzakami, a w dodatku Vincent był zainteresowany uczestnictwem w tej rozróbie.

                        Na miejscu okazało się, że nie wszyscy miejscowi Kainici się pojawili. Nie było Lukrecji i Clyde’a. Ventrue bowiem zajęta była Giovanni którzy przybyli tej nocy, a Clyde został oddelegowany przez Joshuę do pomocy jej. Niemniej, goście którzy przybyli z nawiązką nadrabiali ten niedobór. I przyprawiali o ból głowy Miracellę, która stremowana rolą gospodyni tego zebrania, dwoiła się i troiła niemal by wszystko wyszło idealnie. Poza samym szeryfem miejscowych reprezentował także Garry, Nadia i oczywiście Larry z trudem panujący nad sobą. Wizja jatki w której mógłby brać udział czyniła go niecierpliwym. Poza nimi był tu jeszcze jeden osobnik. Miejscowy śmiertelnik i czarownik w jednej osobie. James McElroy. Oprócz niego byli też goście z NY.

                        - Stefan Salvatore.- przedstawił się wchodzącym młody mężczyzna ściskający po kolei dłonie wchodzącej trójce. - Wysłannik Klanu Malkavian. A to wskazał na mężczyznę w okularach o czarnych soczewkach zakrywających całkowicie oczy.-|
                        - Locarius Gorgon. - przedstawił się rudzielec. - Jego ekscelencja Papa Roach miał widzenie i nakazał mi rozwiązać wasze problemy, a to…- klepnął w plecy Stefana.- … moja opiekunka.
                        - Panie i panowie.- tymczasem rzekł Joshua. - Rozmowy towarzyskie zostawmy sobie na później. William i Ann odkryli problematyczną organizację, która ulokowała się na naszych ziemiach. Które z was objaśni ten problem?

                        William delikatnie popchnął Ann tym gestem podkreślając, że teraz jej okazja do zabłyśnięcia przed zgromadzonymi.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • ZellZ Niedostępny
                          ZellZ Niedostępny
                          Zell jako Ann Paige
                          Moderator Obsługa
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                          #54

                          Caitiffka i bez ponagleń Williama wiedziała, że to jest ten jeden z niewielu momentów, które mogła dla siebie wykorzystać. Zostawało pytanie - jak tego dokonać? Bynajmniej nie była płochliwą osobą, która unikałaby publicznego wystąpienia, a jednak... to wystąpienie ją martwiło. Jego pierwsza część nie miała być niczym szczególnym, ale to druga mogła poruszyć gości z Nowego Jorku. Szczególnie niepokoiła się Gorgonem...

                          Kto nie ryzykuje nie zdobywa nagród.

                          - Wczoraj udaliśmy się do jednej z wynajętych rezydencji, aby sprawdzić co się w niej naprawdę dzieje. Miejsce jest oczywiście monitorowane, ale mimo obaw nie natrafiłam na szczególnie silne zabezpieczenia, raczej były tylko dla zasady. - zaczęła Ann opowiadać stojąc przed kainitami - Przenosiłam urządzenie do nagrywania dźwięku i obrazu, jak sama weszłam na teren posesji. Przez mikry poziom zabezpieczeń i ostrożności byłam w stanie przejść bez problemu i w środku. Nagrałam wizerunki ludzi, którzy się tam zgromadzili. - zaczęła chodzić podczas opowieści - To byli biznesami różnej płci, korporacyjne pionki... Nikt szczególnie mi się nie rzucił w oczy. Ci ludzie wciąż byli w strojach z pracy. Rozmawiali niezobowiązująco na tematy kultu. Prawdopodobnie nie mieli w nim żadnej pozycji tylko szukali czegoś podniecającego, nadnaturalnego... Czegoś co wyciągnie ich z szarości życia.

                          Pokręciła głową.

                          - Tu wciąż nie było zwiększonej ostrożności. Prześlizgnęłam się więc bez problemu na dolne poziomy, ku drzwiom do piwnicy. Tam pilnowało dwóch strażników u broni. - wzruszyła ramionami - A przynajmniej z ceremonialnymi tasakami. Ci strażnicy byli w długich szatach z kapturami. Wślizgnęłam się do środka po tym, jak wychodził z pomieszczenia kolejny zakapturzony w szacie. Wyczułam już u wejścia woń krwi, świeżo upuszczonej. - uśmiechnęła się wtedy - I dopiero tu zaczęło robić się ciekawie.

                          - Czują się tu pewnie. - ocenił cicho szeryf przysłuchując się wraz z resztą Kainitów jej wypowiedzi. - I bezpiecznie. Z dala od dużego ośrodka miejskiego musieli się rozbestwić.

                          Ann podeszła do wyłącznika światła i lekko je przytłumiła.

                          - Schody prowadziły w dół, ściany były udekorowane na średniowieczne w rozumieniu Hollywoodu oraz masą namalowanych niezrozumiałych znaków. Ktokolwiek to jednak projektował... - skrzywiła się - Stworzył koszmarek stylów, co było bardziej widoczne po zejściu na dół, gdzie prowadził zapach krwi. - spojrzała po zgromadzonych.
                          - Na dole znajdowała się sala z ołtarzem w wizerunku pseudo-babilońskiego demona. Czary z krwią miały obraz szatana połączony z egipskim bóstwem w mezopotamskiej stylistyce. Nim zdążyłam się dobrze przyjrzeć, nadeszli inni zakapturzeni... z ofiarą na rękach. Mężczyźni trzymali naćpanego, półprzytomnego biedaka, całkowicie nagiego i bez włosów, a tylko pozostawione zostały one na głowie. Pomalowany był w różne znaki i... instrukcje jak ciąć? Przed wyjściem przywiązali ofiarę do ołtarza. To musiała być ich kolejna, jako że o porażkach mówili i tym, że ostatnio prawie ich policja złapała. Do tego na zapleczu znalazłam inną osobę pozbawioną krwi, którą możliwie wypełniono czary.

                          William zacisnął pięści w gniewie, ale reszta Kainitów i ludzi wydawała się niezbyt poruszona. Natomiast wszyscy byli skupieni na jej słowach.

                          Spojrzała ku sufitowi nim przeszła do najważniejszej części.

                          - Zastanawiałam się nad formą, jaka będzie najlepszą do przekazania sytuacji, w której się znalazłam. - kontynuowała odchodząc ku tylnej ścianie - Uznałam, że lepiej to tak przekazać.

                          Światło w pomieszczeniu całkowicie zgasło, a jedynie zapalone pozostały kinkiety i pojedyncza lampka na stoliku obok ściany naprzeciw zgromadzonych. Sama Ann stała z dala od włącznika światła, blisko zapalonej lampki.

                          - Obraz lepiej wyrazi sytuację, w jakiej się znalazłam, gdy ludzie z góry zeszli do sali, a ich zgromadzenie zmusiło mnie do porzucenia nagrywania oraz wampirzego skrycia. Odziałam się w znalezioną szatę, która wyraźnie sugerowała jakąś pozycję w hierarchii kultu... i czekałam w tym tłumnym zgromadzeniu.

                          Nieruchoma do tej pory sala ożyła. Naturalny mrok przedmiotów zostawał oderwany od swego źródła pozostawiając go nagim bez światłocienia. Dwuwymiarowa sztuka cieni obmywała przestrzeń pokoju, ogarniała sufit, ściany, podłogę. Cienie wypaczały swoją formę tworząc formy, których tu nie było. Zupełnie jakby węglem artystycznym zamalować pokój.
                          Ściany pokrywały się fakturą, podłoga obrazem kamiennej posadzki. Złudzenie optyczne nadawało trójwymiarowości sylwetkom osób wpatrzonych w przód, gromadnie ścieśnionym w przestrzeni, które zajmowały miejsca także przy wampirach - ołtarz z ofiarą znajdował się na przedzie przy Ann skupionej na kreowaniu tego ruchomego obrazu. Cienie podrygiwały, jak i czyniliby to ludzie czy ich ubrania.
                          A co mogło być niepokojące... cień Ann zniknął, jak i innych ich własne.
                          Mniej doświadczeni Kainici, tacy jak Salvatore czy Miracella zareagowali zaskoczeniem i zdziwieniem. Ale reszta… reszta wampirów nie była szczególnie zaskoczona czy zaniepokojona. Znali wszak pochodzenie Ann i potencjalne pochodzenie jej talentów. Dwaj ludzcy czarownicy wykazywali pewne zaciekawienie jej popisem. Ale nie wampiry, choć mogła to być wystudiowana poza, maska mająca ukryć prawdziwe uczucia i emocje.

                          - Rozpoczęły się zaśpiewy. - wszystkie sylwetki z ruchu wydawały się śpiewać - W żadnym znanym mi języku, choć zdawało się jakby... arabskie? Egzotyczne na pewno. - sylwetki poruszały się tak, że mogło się wydawać, iż zaraz wejdą na pobliskiego wampira - Czasem ludzkie, czasem jakby bulgotanie indorów. - spojrzała za zgromadzonych gdzie wydawały się być cieniste schody - I wtedy pojawił się Prorok.

                          Wyciągnęła dłoń ku ciemnej sylwetce bez szczegółów idącej od schodów przez cienistych kultystów, który przechodził bez trudu przez zgromadzenie, nie poświęcając ni skrawka uwagi Kainitom, których potrafiła jego sylwetka nawet szturchnąć, wywołując lodowate uczucie spoza świata.
                          Sylwetka mająca być Prorokiem zniknęła by pojawić się obok Ann i ołtarza, a za chwilę uniosła ręce ku górze.

                          - Był cały ubrany na zielono, a dokładniej z zielonym garniturem i spodniami oraz wysokim kapturem. - caitiffka wysunęła dłoń do figury i wyciągnęła cień tak, aby lepiej obrazował ten kaptur - Kiedy się odezwał... wszyscy słuchali z nabożną nadzieją na tajemnicę... Pożądanie władzy, sukcesu. - cienie poruszały się wraz z jej opowieścią.
                          - Mówił o władzy Oświeconych i Wybranych, która nastąpi jak powróci Pradawny z wygnania. Atmosfera... przypominała trochę tą z kazań Papy Roacha, ale była bardziej... stonowana. - zawahała się szukając słowa i zerkając na naburmuszonego Salvatore, którego to porównanie do Papy Roacha lekko uraziło. - Mówił o krwawym księżycu, o ustawieniu gwiazd w porządku. - Ann spojrzała na Proroka, który zakończył przemowę, a cienie zdawały się krzyczeć - Wszyscy zgromadzeni w tej chwili zaczęli wykrzykiwać słowa.

                          Ann spojrzała na zgromadzonych, gdy Prorok odwrócił się do cieni siedzących z boku.

                          - Belsameth nectu calach Necoho.
                          - Bełkot. - podsumował te słowa Vincent LaCroix nie wdając się w detale na temat tej kwestii.

                          - Wezwał wybranych, aby oni "prorokowali". - Ann uważnie patrzyła na Proroka jak ten wyciąga nóż, którym zaczyna ryć linie na ciele wijącej się ofiary, po czym kilka cieni podeszło na jego wyzwanie do ołtarza. Z ciała ofiary wypływały strugi czarnej cienistej substancji udającej swoim wyglądem krew.
                          - Prorokowi podano zakrzywiony miecz, którym jednym ruchem ściął głowę ofierze. - po tych słowach cienista sylwetka wykonała słowa Ann pozbawiając ofiary głowy wraz z czarnym rozpryskiem krwi. Rozpryśnięta krew polała się wprost do rozstawionych na podłodze mis. Owe misy zostały przyjęte przez wybranych i służyły nim niczym miski dla wygłodniałych psów kiedy wybrani zaczęli wychłeptywać ich czarną zawartość. Ann patrzyła na to wszystko bez wyrazu skupiając się na tworzeniu sceny a także ponownie przeżywając wydarzenia.
                          - Po całym procesie picia wybrani zaczęli mówić... zlepki tych przepowiedni po czym... padli wyczerpani. Myślałam, że to ghule ale... w tym momencie już nie jestem pewna.

                          Ann podeszła bliżej sylwetki proroka palcami dotykając cienia.

                          - Wyglądał on właśnie tak. - cień wydawał się ześlizgnąć z Ann odkrywając stojącego przed zgromadzonymi proroka oddzielnego zieleń którego tamtej nocy widziała Ann.
                          - To nie jest Malkavian z Nowego Jorku jeśli to starasz się zasugerować.- wyrwał się przed szereg Salvatore wyraźnie wzburzony całym przedstawieniem. Jego podopieczny zdawał się być bardziej wstrzemięźliwy w osądach.- Wygląda trochę jak Freddy Czarownik.
                          - Freddy Czarownik zginął podczas zatargu z Anarchami, powinieneś o tym wiedzieć. Obaj spaliliśmy jego ciało dla zatarcia śladów. - odparł głośno Stefan, a Locarius wzruszył ramionami. - Mówiłem, że wygląda… nie mówiłem, że jest nim. Freddy miał podobnie kiepski gust jeśli chodzi o strój i zamiłowanie do przedstawień.
                          - To nie musi być Malkavian. Choć raczej nie jest to Tremere, to… są śmiertelne możliwości.- wtrącił LaCroix. Kult Ekstazy w postaci najbardziej zdeprawowanych członków może się bawić w przedstawienia, a Euthanatosi mają fascynację krwią i śmiercią wpisane na listę zawodowych zboczeń… choć nie, zazwyczaj nie osiągają tak poważnego ekstremum. Cały ten… rytuał jest zaś… jedynie zasłoną dymną. Sam w sobie nie ma znaczenia, słowa są bez wartości… czyny mogą kryć coś więcej, ale by to odkryć, trzeba przyjrzeć się wszystkiemu na miejscu.
                          - Nie oskarżam Malkavian Nowego Jorku czy Papy Roacha - Ann odezwała się głosem Proroka - Po prostu wrażenia przedstawiam. - skończyła po porzuceniu tamtej sylwetki i już swoim głosem - Przedstawienie przedstawieniem, ale ofiary i krew były prawdziwe.
                          - To także może być nasz Tzimisce. - ocenił Szeryf rozważając głośno. - Jeśli cały rytuał jest tylko przedstawieniem dla gawiedzi, to przyznaję… całkiem pomysłowy sposób na zdobywanie sobie świeżej krwi.

                          Następnie zwrócił się do Ann. - Widziałaś tam znajome łyse twarze?
                          Ann pokręciła głową w zaprzeczeniu.

                          - Żadnych.
                          - To zmniejsza prawdopodobieństwo tego, że to jednak Tzimisce. Pozostaje więc sprawa…- Książę Stillwater spojrzał po zebranych.- Co zrobimy z tym problemem.
                          - Oczywiście powinniśmy go usunąć. - odparł pospiesznie William.- Wytępić te robactwo z powierzchni ziemi.
                          - Nie jestem pewien czy to idealne rozwiązanie. Ciężko by to było zamieść pod dywan. To dużo ludzi zaginionych. Cała organizacja.- odparł Smith rozważając opcje.
                          - Możnaby to spalić, zrobić pożar. - zaproponował Garry, a Joshua odparł.- Niedawno mieliśmy pożar.
                          - I wypadek, i zaginięcia. - odparł Larry i wzruszył ramionami. - Czym się martwisz Joshua? Sąsiad obok ma wtyki w FBI, utnie śledztwo u podstaw.
                          - Wolałbym podesłać zdobyte fotki federalnym i zainicjować śledztwo. Niech oni się tym zajmą.- stwierdził Smith drapiąc się po karku.
                          - W okolicy kręcić się będą Giovanni niuchający za swoimi zaginionymi braćmi. Lepiej nie wplątywać w to dodatkowo federalnych.- wtrąciła dotąd milcząca Nadia.
                          - Może najpierw lepiej to miejsce zbadać, a nie niszczyć od razu? Może to większy problem kryje. - odparła Ann - Są nagrania, ale to może być za mało.
                          - A tam… zbadamy to po wybiciu ich wszystkich. Problem zostanie rozwiązany zanim zaistnieje. - stwierdził zadowolony z siebie Larry.
                          - Popieram.- wtrącił Gorgon. - Lubię krwawe rozwiązanie problemów, o których nie wiemy.
                          - Choć sam rytuał jest przedstawieniem dla naiwnych, to śmierć i tragedia są prawdziwe, a że Rękawica w okolicy cienka to… kto wie co może przyciągnąć do naszego wymiaru. Najlepiej jak najszybciej ukrócić te praktyki bez względu na to czy stoi za nimi wampir, mag i czy inna istota.- dodał Vincent zapalając papierosa.
                          - Nie wiemy kiedy będzie następny rytuał, więc nawet możemy nie musieć tylu osób zabić. - Ann spojrzała na Williama lekko zaniepokojona nagłą zmianą jego zachowania.
                          - Zgadzam się. Możemy się wstrzymać z zabijaniem do jutrzejszej nocy. Na razie… kto się pisze na zwiad? - zapytał Smith.
                          - A dostanę coś ładnego za to? - zapytała Ann.
                          - Ładny uśmiech szefa. - zażartował Smith i dodał. - W twoim przypadku to niestety… jesteś ochotnikiem z przymusu.
                          - Ja sobie odpuszczę.- stwierdził Larry rozczarowany wynikiem, a Garry dodał.- Ja mogę pomóc przy zwiadzie.
                          - Zakładam, że ja też jestem przymusowym ochotnikiem? - zapytała Nadia, a Smith jedynie skinął głową.
                          - Jutro pomordujemy, nie bądź smutny. - caitiffka pocieszyła Larry'ego i zwróciła się do Gangrela - Jak ty możesz pomagać?
                          - Mam swoje sposoby, swoich szpiegów sprowadzę. - przyznał dumnie Garry głaszcząc się po brodzie.
                          - William ty może odpuść sobie uczestnictwo. - Smith zwrócił się do chcącego się zgłosić Toreadora. - Tak będzie lepiej.
                          - Ja się chętnie przyłączę do tego zwiadu. - stwierdził głośno Vincent ćmiąc papierosa.
                          - Będziesz robił magię? - bezklanowa zapytała z podekscytowaniem.
                          - Możliwe.- odparł Vincent.- Zobaczę na miejscu.
                          - Czyli narada zakończona. - stwierdził Smith i zwrócił się do dwójki Malkavianów. - Panowie, Miracella…- tu wskazał na milczącą cały czas Kainitkę. -... zajmie się waszym zakwaterowaniem. Witamy w Stillwater. Porozmawiamy później.

                          Następnie spojrzał na drugiego magika i westchnął. - Rozmowa na osobności?

                          - Rozmowa na osobności.- potwierdził mężczyzna.

                          Sztuka cieni jakby rozpierzchła się, przytroczając do swych źródeł. Ann podeszła do wyłącznika światła i je przywróciła. Wyglądała na lekko zmęczoną tym przedstawieniem, ale... zadowoloną.

                          - Za godzinę przed biblioteką. Nie spóźnijcie się. - rzekła Nadia podchodząc do Ann i ludzkiego maga. Po czym ruszyła ku wyjściu z pokoju.
                          - Prawdziwa dusza towarzystwa. - skwitował to ironicznie Vincent.
                          - Można z nią się ułożyć. - stwierdziła ciepło.
                          - Z pewnością. - odparł Vincent i zapytał Ann.- Co prawda nie wiem czy jest sens ciebie pytać, ale… serwują tu dobre trunki?
                          - Szefowa tego Elysium dba o jakość i dla żywych. - wskazała na Miracellę - Ona lepiej zna asortyment.
                          - Wydaje się być zajęta. A to są chyba Szaleńcy, tak? Nie wypada im chyba przeszkadzać.- ocenił LaCroix.
                          - Och, tak. Więc będzie trzeba poczekać w głównej sali. Ona może wiedzieć, gdzie jest najlepszy alkohol. - wyjaśniła - Hmm... a może byś wolał w oczekiwaniu się odprężyć?
                          - Byłoby miło. - przyznał Vincent z uśmiechem.
                          - Mamy jakieś 40 minut, ale... Są w Róży pracownice Lukrecji z zestawem... umiejętności. Takim co żywych zaspokoi seksualnie lub nie, ale lepsza wersja... - położyła dłoń na piersi mężczyzny - Mogę sprawić, że zyskasz nieporównywalne niczemu uczucie rozluźnienia i spełnienia, a ja jednocześnie zapełnię własną potrzebę. Ten pokaz mnie umęczył. Więc... jak będzie? - zaproponowała.
                          - Niestety… - mag uniósł zabandażowaną rękę pokazując ją Ann.- … ostatnio już straciłem dość krwi. Nie mam nic do rozdania, jeśli mam być w ogóle użyteczny podczas tego zwiadu.
                          - Szkoda... - Ann westchnęła z żalem.
                          - Może następnym razem, albo… jak już zakończę tu robotę.- pocieszył ją LaCroix, podczas gdy reszta Kainitów zaczęła się rozchodzić. Każdy w swoją stronę. A w kierunku Ann zmierzał jeden z Malkavów… ten mniej straszny.
                          - Może niedługo będzie można z Miracellą. - spojrzała na podchodzącego Malkava.
                          - Może… - odparł mag, a Salvatore uśmiechnął się i zwrócił wprost do Ann. - Proszę mi wybaczyć ten wybuch, podchodzę bardzo emocjonalnie do dobrego imienia mojego klanu. Tak często jest ono szargane przez różne osoby.
                          - Przepraszam jeżeli wydałam się atakować klan Malkavian, nie miałam takiego zamiaru. - odparła - Po prostu skojarzyło mi się to trochę z kazaniami Papy Roacha.
                          - Nasz wspaniały kult i wspaniały lider jest szykanowany bardzo z powodu oddania się Pradawnym.- westchnął Kainita wznosząc wzroku ku niebu, a LaCroix zapytał zaniepokojony. - Powinienem coś o tym wiedzieć?
                          - Powinien? - zapytała Salvatore.
                          - Oczywiście, że tak. Zawsze z otwartymi rękami witamy potencjalnych wyznawców jedynego opiekuna ludzkości, Wielkiego Karalucha! - rzekł z entuzjazmem neofity Stefan, wywołując kwaśny grymas na twarzy Vincenta.- Chyba sobie daruję szczegóły i pójdę się napić.
                          - A ty jesteś zainteresowana?- Kainita zwrócił się Ann.
                          - Wątpię by mój własny kainicki opiekun był zadowolony z takiej konkurencji w osobie Wielkiego Karalucha. - te słowa Ann wypowiedziała z powagą - Nie mogę wejść w Jego Słowo, przepraszam.
                          - Szkoda… a potem się wszyscy dziwią, że nie możemy osiągnąć prawdziwej Utopii.- stwierdził rozczarowany jej odmową Malkav, po czym od razu zmienił mu się nastrój, gdy zapytał.- Tak czy siak, ja i mój towarzysz nie zostaliśmy wtajemniczeni w ostatnie wydarzenia dziejące się w Stillwater, byłabyś skłonna mnie oświecić?

                          W tym czasie Vincent cichcem wymknął się rzucając Ann “na pożarcie” ciekawskiego wampira.
                          Caitiffka uśmiechnęła się przyjaźnie.

                          - Skoro macie tu zostać, musicie mieć świadomość, że tutaj każdy ma czasem sny, inne niż zwykle. - nim Salvatore zdążyłby się znowu poczuć urażony, dziewczyna dodała - A przynajmniej tak po sobie mogę stwierdzić, że wizje senne potrafią być.. inne.
                          - Acha… wizje… to coś nowego. I ten Tzimisce to się w wizjach pojawił? Wiem, że Giovanni ostatnio zaczęli się tu częściej zjawiać, ale…- Kainita westchnął w frustracji. - …Primogeni nie traktują mnie poważnie. A przecież jestem adwokatem mojego klanu na powierzchni!
                          - Zbyt duże ego i patrzenie z góry na każdego to chyba przypadłość wielu wampirów. - stwierdziła - Nie wiem ile mogę ot tak przekazać, ale... z ostatniej rozmowy mogło wyjść coś o Giovanni. A Tzimisce ostatnio zaatakował, jedna z naszych ucierpiała. Nie wiem jak reszta, ale... jedna moja wizja senna dotyczyła Tzimisce, choć go nie widziałam kiedykolwiek.
                          - Jeden Tzimisce to nie brzmi aż tak poważnie. Co innego sfora Sabatu.- ocenił Salvatore po chwili namysłu. - No… ale skoro wchodzi do snów.
                          - Sabat też mieliśmy, ale jego członkowie byli... osłabieni wilkołakami. Ten Tzimisce to stary wampir z Europy. Tyle wiem.
                          - Acha… ramol z Europy. To wiele tłumaczy. Mamy kompleksy wobec Europy. Zupełnie niepotrzebnie. - ocenił Salvatore.
                          - Czy chcielibyście bym na coś konkretnego zwróciła uwagę podczas tego zwiadu? - zapytała unikając tematu Europy.
                          - No nie wiem. Nigdy tam nie byłem. Nie wiem co zastaniesz, nie wiem czego się spodziewać. Pojechałbym z wami, ale muszę jeszcze pilnować Gorgona. Co by nie nabroił przypadkiem.- westchnął ciężko Salvatore.
                          - A myślisz, że może nabroić?
                          - Nie powinien. Nie jest tak krwiożerczy jak o nim mówią. Jedynie tak groźny jak o nim mówią.- ocenił Stefan.
                          - To uważaj, bo nasz Larry jest nabuzowanym na mordobicie nastolatkiem. Spodziewaj się każdych fajerwerków z jego udziałem. - ostrzegła.
                          - To się polubią, choć wątpię by ich style “walki” pasowały do siebie.- stwierdził z przekonaniem Kainita.
                          - Wydawałeś się być zaskoczony moimi cieniami. - stwierdziła.
                          - Mało kto robi takie sztuczki w moim klanie.- odparł wymijająco Salvatore.
                          - Pierwszy raz tak duży obraz próbowałam stworzyć z cieni. Ale jestem zadowolona. - odparła z lekką dumą - Mam nadzieję, że z waszej perspektywy było satysfakcjonująco.
                          - Robiło wrażenie. Dobra robota. A ponieważ kompulsywnie mówię prawdę, możesz być pewna że jestem szczery. - wygadał się wampir.
                          - Dziękuję. - skłoniła się wdzięcznie - Jeżeli nie masz nic do mnie więcej, to pójdę poszukać butelkowanej radości.
                          - Tak, oczywiście… powodzenia na zwiadzie.- odparł z uśmiechem Stefan.


                          Vincent siedział przy barze sącząc powoli lampkę Chardonnay. Nieśpieszne delektował się trunkiem używając tylko zdrowej ręki. Był tu sam. Kainici musieli się rozpierzchnąć, by załatwić swoje sprawy. A na pracownice Lukrecji najwyraźniej nie miał czasu.

                          - Alkohol przypadł do gustu? - Ann podeszła do baru i usiadła na stołku obok Vincenta, trzymając w dłoni kieliszek z gęstym czerwonym trunkiem. Kainitka wyraźnie była zainteresowana magiem i nawet tego zbytnio nie ukrywała.
                          - Piłem lepsze. Po prawdzie zdarzało mi się pić gorsze. Głównie w Kaliforni.- odparł mężczyzna z kwaśnym uśmiechem. I dodał.- Całkiem nieźle zaopatrzona piwniczka jak na… małomiasteczkowy lokal. Miejscowi pewnie nie są w stanie docenić smaku.
                          - Lukrecja to Ventrue, a dla nich utrzymanie wrażenia stylu możnego władcy jest dobrem nadrzędnym. - powiedziała trochę ironicznie.
                          - To kwestia stylu i prestiżu, i oczekiwań otoczenia. Nie jesteś prawdziwym Ventrue jeśli nie widać po tobie, że jesteś Ventrue. - wyjaśnił Vincent wykazując się zaskakująco dużą wiedzą na temat Kainitów.
                          - Możliwe. - upiła zawartości kieliszka - Choć czasem wystarczy niektórych usłyszeć, aby rozpoznać tych... nadętych dupków. - zakończyła już cicho.
                          - Jesteś dla nich za surowa, ale rzeczywiście ciężko im zrobić dobre pierwsze wrażenie.- odparł mag z uśmiechem.
                          - I drugie, i trzecie... - mruknęła - Nawet nie wiesz...
                          - Kiepskie doświadczenia w przeszłości? Zdarza się. - odparł Vincent i dodał z uśmiechem. - Nie oceniałbym całego klanu na podstawie paru nieudanych członków.
                          - Porzućmy temat. - urwała Ann - Wydawałeś się zaciekawiony pokazem z cieni.
                          - Jestem duchowym następcą średniowiecznych alchemików. Moja Tradycja jest więc bardzo… naukowa. I promuje ciekawość. - przyznał ze śmiechem Mag i upił nieco trunku.- Aczkolwiek nie jestem zbytnio obeznany we wszystkich dyscyplinach twojego rodzaju. Znam pobieżnie działanie niektórych i ogólne zasady jakie was obowiązują. Czerpiecie moc z pochłoniętej krwi i korzystanie z waszych sztuczek drenuje zapas zgromadzony w waszym układzie krwionośnym.
                          - Badania, badania. - zaśmiała się - I co więc z pokazu wybadałeś?
                          - Że to bardzo widowiskowa forma iluzji? Nie sądziłem, że wampiry to potrafią. - odparł Vincent po namyśle dodając uspokajającym tonem.- Nie badałem żadną Sfe… żadnym aspektem rzeczywistości twojego pokazu, więc raczej niewiele odkryłem. Zresztą… jestem bardziej dyplomatą niż naukowcem. Twoje sekrety są bezpieczne.
                          - Powiedz mi... czy umiesz czytać przyszłość? - zapytała ciekawa.
                          - Nie… Sfery Czasu nie udało mi się dotąd opanować.- przyznał Vincent. - Czemu pytasz?
                          - W sumie... Nieważne. - machnęła ręką i dopiła z kieliszka - Musimy iść do Nadii... to ta milusia Tremere.
                          - Wydaje się… być kompetentna jeśli chodzi o dowodzenie. - zastanowił się Vincent i wzruszył ramionami pytając. - Zna się na inwigilacji?
                          - Ona głównie zajmuje się komputerami, elektroniką... inwigilacja to żaden problem dla niej. - powiedziała Ann.
                          - Ona jest… Tremere. Czy to nie klan czarowników w starym stylu? Księgi, czaszki, świece i magiczne rytuały? - zdziwił się Vincent.
                          - Niektórzy... potrafią taką ścieżkę magii obrać.
                          - Dziwne… i podejrzane.- ocenił LaCroix.


                          Na miejscu Nadia już czekała. I Charlie za kierownicą vana. Uwagę towarzysza Ann wzbudziły oczywiście znaki wycięte skórze Pandersa i podszedł do niego. Wyciągnął notatnik zza pazuchy, by pośpiesznie przerysować znaki z jego twarzy. Wampir był tym lekko zaskoczony i zakłopotany. Nadia… nie zwróciła na to uwagi, bo z poirytowaną miną zawzięcie kłóciła się z Garrym.
                          Ann podeszła do kłócących się, by usłyszeć w czym problem. A gdy podsłuchała stało się wszystko jasne.

                          - Nie będziemy pół nocy czekać, aż zbierzesz swoje zwierzaczki. - burknęła Nadia i potarła czoło. - Jak zwykle… bezużyteczny.
                          - Nie pół nocy… tylko trochę, no… ale to lepsi zwiadowcy niż twoje drony. Mniej rzucają się w oczy.- odparł potulnie Garry.

                          -Nie będziemy… - warknęła gniewnie Tremere.- Pakuj swój tyłek do wozu. W razie czego będziesz dywersją.

                          - A ile by to miało zająć? - Ann zapytała Garry'ego.
                          - Pół godzinki… może dwie…- ocenił Gangrel.
                          - Może trzy może cztery. Tak naprawdę to on nie wie. - stwierdziła drwiąco Nadia i dodała głośno wyrażając swoją frustrację. - Jestem otoczona morzem niekompetencji.
                          - Nadia. - Ann mruknęła karcąco - To nas do niczego nie doprowadzi. - spojrzała na Garry'ego - Gangrele mogą z każdym zwierzakiem się komunikować, to możesz na miejscu jakiegoś ptaka zapytać by nam z góry powiedział, jak wygląda sytuacja na zewnątrz, byśmy na ślepo nie wchodzili na teren posesji. Jutro zwierzaki swoje weźmiesz, bo na szturm też się przydadzą dodatkowe oczy. - stwierdziła próbując pogodzić ich.
                          - No… ale w nocy większość zwierząt śpi w swoich kryjówkach. I ich szukanie zajmie trochę czasu.- wyjaśnił cicho Garry drapiąc się po karku. - Trochę łażenia po lesie.
                          - Jak już wspomniałam… morze niekompetencji.- stwierdziła sarkastycznie Nadia.
                          - To na pewno się postarasz, nie? Nie umiesz się sam w ptaka zmienić?
                          - No… nie… jakoś nigdy mi to nie wychodziło. Łatwiej mi panować nad zwierzakami, niż się w nie zmieniać.- odparł Garry, a Nadia dodała.- Pogódź się z tym Ann, Garry nie jest szczególnie utalentowanym przedstawicielem swojego klanu. Większość tutejszych Kainitów wylądowała tu przez różne wybryki, ale nie on… z tego co wiem, na Garrym nie ciąży żaden wyrok Księcia czy zbrodnia wobec własnego klanu. Po prostu po cichu go usunęli z Nowego Jorku.
                          - Nie będziemy tu siedzieć, nie ma czasu. Albo odnajdziesz nocnego zwierzaka na miejscu, albo będziesz z Nadią czekał i bronił. - Ann pociągnęła Garry'ego do vana.


                          Podróż upłynęła Ann z tyłu, wraz z Garrym i Vincentem. Nadia siedziała koło kierowcy. W vanie był cicho, Charlie nie odzywał się, bo Nadia go pilnowała, Garry nie odzywał się, bo był zawstydzony, a Vincent… medytował… chyba? Wydawało się jakby rozmawiał w myślach z kimś kogo Ann nie widziała, kogo nie potrafiła czytać. Spoglądał gdzieś w dal jakby widział, coś czego ona nie mogła.
                          Reakcja Garry'ego była w sumie poprawna. Ann nie dawała mu większych szans poza Stillwater, jeżeli nie zacznie pracować nad sobą...

                          - Ciekawą masz rozmowę ze sobą? - odezwała się w stronę Vincenta.
                          - Raczej męczącą, wymaga… dużej wiedzy i intuicji, gdy językiem jest symbol.- wyjaśnił mag cicho.

                          Ann ujęła lekko zranioną rękę mężczyzny, patrząc na nią z zainteresowaniem.

                          - Czemu wsadziłeś karty pomiędzy bandaże? Mogą się pobrudzić.
                          - To część mojego paradygmatu. Mojego czarowania. Potrafię się uzdrawiać za pomocą magyi. Problem w tym, że nie jestem w tym zbyt dobry. Więc leczę się bardzo powoli.- westchnął Vincent. - Preferuję inne Sfery niż Życie.
                          - Śmierć? - spróbowała zgadnąć.
                          - Śmierć… tak. Tylko, że to niewłaściwe określenie. My używamy: Entropia… lub równie dobrze pasuje Chaos.- odparł Vincent.
                          - Albo Rozkład.- odparła Nadia wtrącając się do rozmowy. - Śmierć jest zaliczana do Entropii, ale Entropia nie jest śmiercią. Mimo że jest uwielbiana przez miłośników śmierci. Eutanatosów. Te czubki nadal należą do Rady?
                          - Nadal.- przyznał Vincent i spytał Nadii.- Tremere?
                          - Eks-mag i obecnie Tremere.- przyznała Nadia i wzruszyła ramionami.- Ale nie wyciągaj z tego błędnych wniosków, nie będę się łasiła i udawała że jestem nadal zdolna do prawdziwej magii. Nie zamierzam się poniżać łudząc, że dorównam tobie.
                          - I dobrze. - uśmiechnął się ironicznie mag.
                          - Ale ty władasz magią. - Ann zaprotestowała do Nadii.
                          - To moc krwii… nie prawdziwa magia. - westchnęła wampirzyca i spojrzała na Vincenta.- Ty jej wytłumacz, bo mi się już kończy cierpliwość.
                          - Ona czerpie moc ze krwi, zużywa ją do kilku efektów jakie opanowała. Ja muszę tylko uważać, by nie spowodować Paradoksu.- odparł Vincent i zaczął tlumaczyć.- Paradoks następuje, gdy mag przeciąży rzeczywistość i ta nie może dłużej udźwignąć nadmiaru łamanych zasad. Ten szpital, który mam zapieczętować… to właśnie efekt Paradoksu.
                          - Magia krwi czy nie... to wciąż magia. - odparła - Nadia to nasz mag.
                          - Równie dobrze możesz to powiedzieć o Garrym.- westchnęła smętnie Nadia i spojrzała na Ann.- Ale niech ci będzie, wierz w co chcesz. Nikomu tym nie szkodzisz, a fakty nie dbają o punkty widzenia czy narracje.
                          - Może i ty powinnaś czasem, a nie sama się dołujesz. - Ann najwyraźniej jakoś zależało na Tremere. Ta jednak wybuchła śmiechem słysząc te słowa. - Dołuję? Naprawdę tak sądzisz?-

                          Spojrzała na Ann z rozbawioną miną. - Mylisz się moja droga. Nie jestem jedną z tych zakompleksionych Tremere, którzy potrzebują być nazywanym magami, by poczuć się lepiej. Doskonale wiem czym jestem, czym dysponuję i co potrafię i nie potrzebuję poklasku ni od starzszyzny mojego klanu ni… od żywych magów. Mam głęboko w siedzeniu i skrywane pod uśmiechami poczucie wyższości. Nie czuję się w żaden sposób zdołowana. Mam swoje własne cele do realizacji… ważniejsze niż magia krwi czy magyia śmiertelników z awatarem.
                          Ann spojrzała poważnie na Nadię.

                          - Jeżeli tak mówisz. - mruknęła - Ale może byś była mniej kurwia dla innych.
                          - Nie widzę powodu w kłamaniu tylko dlatego, żeby komuś nastrój się poprawił. Prawda wyzwala.- wzruszyła ramionami Tremere.

                          Ann nie odezwała się na to.


                          Dotarli na miejsce, sprawnie i szybko. Charlie bowiem zapamiętał trasę. Kryjówka wydawała się na bezpieczną. Garry zaś spytał.- Too… jak to robimy?

                          - Ja wam rozdam mikrofony ze słuchawkami. - wtrąciła Nadia, a następnie zwróciła się do Ann.
                          - Ty tam byłaś… masz jakieś sugestie co do samej akcji?
                          - Najpierw mi powiedz jaki sprzęt nam dasz. Coś do nagrywania obrazu? Te ostatnie były problemem.
                          - Nie mam za dużo kamerek szpiegowskich. Ta jest najmniejsza.- rzekła wampirzyca sięgając do schowka i spojrzała na Vincenta.- No chyba że mamy do czynienia z jakimś Synem Eteru i ten nam po prostu z powietrza jakąś wyciągnie. Ponoć to potrafią.
                          - Brakuje mi wiedzy technicznej by poprawnie zwizualizować tak skomplikowany przedmiot. - wyjaśnił LaCroix dodając żartobliwie. - Obawiam się, że efekt byłby nieporadny… może jakieś dzieło sztuki dla odmiany?
                          - Na zewnątrz chodzą strażnicy z bronią. Nie wiem czy budynek teraz zamknięty - opisała jak dojść do piwnicy - W sumie któryś ze mną wchodzi?
                          - Momencik… najpierw ustalmy co chcemy dziś osiągnąć. Pakowanie się do piwnicy jest ryzykowne… ale czy konieczne?- spytała Nadia, podczas gdy Vincent układał karty w okrąg na podłodze vana. - Potrzebujemy zaglądać do piwnicy?
                          - Vincent musi spojrzeć na wszystko, czy nic nie przeoczyłam. Na górze też zerkniemy co się dzieje.
                          - Coś się dzieje przy garażach. Śmieciarka z prywatnej firmy, ludzie z uzi i parę osób w szatach niesie dwa duże czarne worki. Ładują je do wozu. - zaczął tymczasem mówić LaCroix.- Dwójka ochroniarzy na patio, dwójka od frontu.
                          - Możliwie to ta dwójka zabitych.
                          - Możliwe…- przyznał Vincent i zamyślił się.- Nie jestem ciekaw piwnicy. Wszystko sobie obejrzę, jak już ją oczyścimy z niepotrzebnych osób.
                          - I tak trzeba sprawdzić czy ta posiadłość nie kryje czegoś więcej... i jakoś dowiedzieć się, kiedy ma być następny rytuał.
                          - Po co? Jeśli nie odbywa się dziś, to nie odbędzie się już nigdy więcej. Williama świerzbią paluszki i jutro zrobi tu rzeźnię jak za starych dobrych czasów krucjat. - stwierdziła ironicznie Nadia.
                          - Cechujesz się bardzo niskim poziomem ciekawości świata i poszukiwania wiedzy. - parsknęła.
                          - Ja tu dowodzę i biorę swoją rolę poważnie.- odparła poważnieTremere. - Pamiętaj, że tam może być Malkav lub Tzimisce. To że cię raz nie przyłapali, nie oznacza że nie przyłapią cię tym razem. Jeśli przyjdzie nam ratować ciebie, to jutro nie będzie śladu po kultystach i Larry wraz Williamem obejdą się smakiem.
                          - Nie chodzi, że jesteś nudna z natury. Ty wybierasz bycie nudną. Z obawy przed porażką. - mruknęła.
                          - Nie obchodzi mnie czy ta misja zakończy się sukcesem, czy porażką. Po prostu jestem profesjonalistką...- zaczęła rozważać głośno Nadia, gdy nagle w tę rozmowę wszedł Charlie. - Garry wylazł z wozu i gdzieś poszedł.
                          - My też powinniśmy chyba działać. Tam kończąc ładować zwłoki… wygodne okienko czasowe się kurczy powoli.- przypomniał Vincent wpatrując się w okrąg z kart.
                          - Można śledzić, ale i tak nie wiemy czy jutro będzie zgromadzenie. - spojrzała na Vincenta - Idziemy do środka, jak reszta będzie patrzeć gdzie zabiorą ciała?
                          - Nie jestem dobry w skradaniu się, a jedyną bronią poza magią jaką mam przy sobie to obrzyn. Niezbyt subtelny, jak na sytuację w której się znajdujemy. - ocenił Mag i złożywszy karty przetasował. Rozłożył je przed Ann obrazkami do dołu. - Wybierz kartę, jakąkolwiek.
                          - Mogę ci pomóc w skradaniu... trochę. - wyciągnęła rękę i wybrała jedną z kart. Widok na niej nie był zbyt… optymistyczny. Jakiś mężczyzna/potwór uwięziony w ciasnej klatce z żelaznych prętów…

                          … na tle piekielnego krajobrazu.

                          - Hmm…- zamyślił się Vincent kontemplując ten widoczek. - Schowaj przy sobie, jest emocjonalną boją, którą łatwo mi będzie namierzyć i łatwiej cię obserwować poprzez niego. I może nawet skontaktować się lub pomóc tobie w krytycznym momencie. Nie pójdę jednak z tobą. Będę tylko balastem.
                          - Karta... - Ann nie wyglądała na zachwyconą - Wy może sprawdźcie gdzie ciała wylądują, to powiązania zaczniemy odkrywać. Ja ruszę z nadzieją, że znajdę informacje. - zadecydowała.
                          - Po pierwsze nie daj się wykryć. Reszta jest drugorządna.- stwierdziła Nadia spokojnie i dodała ciszej. - Powodzenia.

                          Ann delikatnie uśmiechnęła się do Nadii i kiwnęla jej głową nim opuściła vana i skierowała się ku ogrodzeniu, już teraz starając się unikać wykrycia.

                          Vincent podążył za nią starając się być cicho i trzymając zdrową dłonią owego obrzyna, do którego kule czarował. Wkrótce dotarli do płotu i tu… usłyszeli głośne i nerwowe pochukiwania tuż nad sobą. Duża sowa siedząca na gałęzi tuż nad nimi, robiła wiele by zwrócić na siebie ich uwagę.-|
                          Ann zatrzymała się patrząc na nocnego ptaka.

                          - Garry chyba znalazł kolegę. - szepnęła.
                          - Nie. Ptaki tak się nie zachowują. - zaprzeczył Vincent, zamyślił się. - Mógłbym to sprawdzić, ale… wydaje mi się, że Garry chyba nie znalazł tej sowy. Garry ją opętał.

                          A sowa słysząc to, pokiwała głową i całym ciałem przy okazji.

                          - Świetnie, pomoże nam się przedostać przez strażników. Możesz się komunikować z nim na odległość? - zapytała maga.
                          - Będzie trudno…- odparł LaCroix rozkładając karty. - Za to mogę zająć strażników małym sporem w ich szeregach.
                          - Brzmi dobrze. - spojrzała na sowę - Może po prostu Garry podsłucha ich, gdy będę do środka się wbijała. Zawsze możesz ich uwagę przyciągnąć, jako zwykły skrzydlaty drapieżnik nocy. Brzmi dobrze?

                          Sowa pokiwała głową. A Vincent wzruszył ramionami. - Może być.
                          Mag już był zajęty układaniem kart w dłoni i skupieniem wzroku na jednym ze strażników. Wykonał kilka gestów nad nimi, szeptał coś cicho przez chwilę… nagle ów ochroniarz, na którym skupił się Vincent ruszył do towarzysza broni i zaczął coś krzyczeć wściekle i kłócić się z nim. Wyglądało na poważny spór, więc pozostali w polu widzenia ochroniarze ruszyli ku nim, by rozdzielić kłócących się zanim zdarzy się coś poważnego.

                          - Bądź przy Nadii, będę dawała znać. Garry niech ich obserwuje i nasłuchuje, będzie polującą blisko sową... Idę do środka.

                          -Hoho…- odpowiedziała sowa i pofrunęła w kierunku budynku.- a Vincent przypomniała.- Dała ci przecież słuchawki z mikrofonem do kontaktowania się z nią. Wolę pozostać tutaj.

                          - Troszczysz się o mnie? - uśmiechnęła się i wdrapała się na ogrodzenie, schodząc po drugiej stronie.
                          - Też. A przede wszystkim, choć mogę działać na odległość… wolę gdy te odległości nie są zbyt duże. - wyjaśnił cicho Mag tasując karty.

                          Ann przemykała przez zarosła, pozostawiając kłótnię mężczyznom. Korzystała z naturalnego ukrycia oraz bezruchu, gdy było trzeba. Dotarła na patio bez problemu, ale tym razem drzwi do domu okazały się zamknięte. I nie było na patio nikogo.
                          Zaklęła pod nosem. Wyciągnęła klucze, które znalazła u strażników z tasakami. Dzięki nim spróbowała otworzyć wejście do budynku.
                          Weszła do środka i zatrzymała się nagle widząc migdalącą się na fotelu parkę. Cóż… w zasadzie to ona go dosiadła. Jej szata nadal wisiała na ramionach i kaptur zasłaniał twarz, ale ruchy i stękania dobrze informowały co się dzieje z mężczyzną pod nią. Na szczęście byli zbyt zajęci sobą, by zauważyć wtargnięcie Ann.
                          Okryta pozorną wampirzą niewidzialnoscia, jak najciszej zamknęła za sobą drzwi i ignorując miłosne jęki tych kultystów, postanowiła sprawdzić niepoznaną ostatnio część rezydencji. Wpierw skierowała się do gabinetu.
                          Przemykając korytarzami natykała się kultystów. Teraz głównie tych w szatach. Minęła dwójkę w kuchni. I kolejnego podlewającego roślinki w korytarzu. Dotarła do gabinetu, zamkniętego na zamek, do którego nie pasował żaden z kluczy Williama. Niezadowolona, skierowała się ku bibliotece. W miejscu gdzie w domu Williama była biblioteka domowa tu była duża sala sypialna, gdzie członkowie kultu spali obok siebie, leżanka w leżankę. Ann szybko doliczyła się 25 miejsc do spania. Obecnie połowa z nich była zajęta przez śpiące osoby.
                          Bezklanowa pozostawiła śpiących, aby sprawdzić piętro. Wspinając się po schodach dotarła na górę. Tam już drzwi też były pozamykane na klucz, a przed jednymi… pewnie najważniejszymi stało dwóch uzbrojonych kultystów. Mimo szat i kapturów cenili nowoczesność, bo pilnowali drzwi uzbrojeni w uzi. Zapewne za tymi drzwiami odpoczywał przywódca tego kultu.
                          Nie było sensu podejmować ryzyka... Mogła próbować przy kultystach znaleźć klucz do gabinetu, ale nie miała pewności powodzenia. Przynajmniej zakapturzeni tu byli na contans. Pozostało zerknąć w piwnicę, tak dla pewności.
                          Podchodząc do piwnicy… zawahała się. Nikt bowiem jej nie pilnował. Drzwi były zamknięte, ale miała klucz. Tyle, że skoro nikt przy nich nie stał, to powód mógł być chyba tylko jeden. Nie było tam nic do pilnowania.

                          - Vincent? - szepnęła zakrywając ramieniem twarz - Wracam. - miała nadzieję, że mag ją słyszy. W sumie misja była wykonana, główni kultysci jutro będą... A to miejsce jej się z zasady nie podobało, nie wiedziała czemu... Z ulgą skierowała się do wyjscia.

                          “ Jestem tu. W twojej głowie.” przypomniał jej mag telepatycznie.
                          "No tak... magia. Co u was?"
                          “Nadia namierzyła śmieciarkę i podała namiary waszemu Księciowi. Zgarnie ją na trasie i cóż pewnie przymknie kierowcę i obsługę śmieciarki. Znajdzie się jakiś paragraf na przewożenie zwłok w pojeździe do tego nie przeznaczonym.” odparł telepatycznie Vincent.
                          "A co z Garrym?"
                          “Sowa czuwa na dachu, co do jego ciała to nie wiem gdzie jest. Przypuszczam, że je dobrze ukrył. W tej chwili jest bezbronny”
                          "Wracam."
                          Ann spróbowała wrócić na zewnątrz, na patio. Co się jej udało bez problemu. Ten Malkav musiał być strasznie pewny swojego bezpieczeństwa. Nie wahając się bardzo, Ann opuściła miejsce wracając do maga przy płocie. Wymagało to trochę lawirowania pomiędzy strażnikami. Niemniej na jej drodze stanęli akurat ci, których sztuczki Vincenta zmusiły do bójki… i bardziej niż szukaniem potencjalnych włamywaczy zajęci byli pilnowaniem siebie nawzajem.

                          Ann przeszła przez płot obok Vincenta. Widać było, że minę miała niekonieczną i zerkala
                          za siebie na rezydencję.

                          - To miejsce jest... jakieś niepokojące. I dla mnie.
                          - Nie dziwi mnie to… masz umysł podatny na nadnaturalne wpływy. Możliwe, że byłby z ciebie potencjalny materiał na maga… za życia. A tutaj… nie tylko cała okolica ma wyjątkowo cienką barierę to jeszcze coś siedzi za nią i nieświadomie wpływa na wszelkie umysły… - odparł Vincent zapalając papierosa.
                          - Mogłabym być magiem? - dziewczyna wyraźnie się tym podekscytowała.
                          - Potencjalnie… wiele osób takich jak ty nie zostaje magami. - odparł mężczyzna zaciągając się dymem. - Niemniej brana byś była pod uwagę przez Zakon. i może została akolitką.
                          - Więc weźcie mnie teraz! - koncept przynależności dodatkowo rozradował młodą wampirzycę.
                          - Teraz już należysz do innego elitarnego klubu. - mag szybko skreślił ten pomysł z grona możliwych do zrealizowania.
                          - Nie chciałam. Mam pieniądze, mogę płacić, dużo! - zaprotestowała.
                          - To nie jest kwestia pieniędzy, tylko sytuacji.- odparł mag wstając i dodał. - Wracajmy do twojej siedziby. A… i trzeba by chyba poszukać Garry’ego.

                          Francuzka pokiwała głową, ciężko znosząc odmowę maga.


                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • ZellZ Niedostępny
                            ZellZ Niedostępny
                            Zell jako Ann Paige
                            Moderator Obsługa
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                            #55

                            Ann i Vincent nie wrócili już do Róży. Czas wampirom się kończył, toteż Nadia wysadziła dwójkę u wrót posesji Williama.

                            - Do jutra.- pożegnała się i odjechała wraz z Charlie’m i Garrym.

                            Ann przez chwilę patrzyła za vanem.

                            - Vincent... - odezwała się cicho, nie patrząc na człowieka - To przez brak tego duchowego przewodnika, co Nadia straciła? - spojrzała na Vincenta - Temu nie mogę być magiem?
                            - Cóż… nie miałaś też duchowego przewodnika i za życia.- stwierdził Vincent.- Więc i tak byłabyś tylko potencjalną kandydatką. Można przeżyć całe życie i nie ulec przebudzeniu. To nie trafia się tak często.
                            - Ale wciąż mogę się... przebudzić?
                            - Żeby ulec przebudzeniu, trzeba być żywym. Myślisz, że dlaczego Nadia utraciła swojego awatara? Zmarli nie mogą być magami. - westchnął LaCroix, gdy ruszali w kierunku posiadłości Blake’a.

                            Chwile upłynęły w ciszy.

                            - Czy magowie mają też swoich... Nie do końca magów? Takich... co nimi pogardzają i uważają za... wypadek, błąd?
                            - Nie wydaje mi się. Magowie mają różne inne powody do gardzenia pobratymcami. Nie jesteśmy szczególnie zjednoczeni. Poszczególne fundacje mają swoje cele, priorytety, swoje… awersje i… uprzedzenia. - odparł cierpko Vincent.

                            Ann nagle zmieniła temat.

                            - Jesteś z Francji?
                            - Mój ród jest Francji. Pochodzę z rodziny francuskich arystokratów, która wyemigrowała do Luizjany z powodu… kłopotów, związanych z rewolucją francuską. Jam sam urodziłem się i wychowałem w Baton Rogue. - wyjaśnił uprzejmie mag.
                            - Ja pochodzę z Francji. - uśmiechnęła się lekko - Wychowywałam się tam... ale też w Kanadzie. Dwa obywatelstwa, częste podróże.
                            - Ja też często podróżuję w interesach. Aczkolwiek obywatelstwo mam tylko jedno.- odparł uprzejmie Vincent. - Brakuje ci tych podróży?

                            Dziewczyna zastanowiła się.

                            - Chyba nie. Znaczy, podróże nie wpływały dobrze na utworzenie relacji z innymi ludźmi. A o trwałych można było zapomnieć.
                            - Relacje z innymi ludźmi bywają przecenianie. - odparł ironicznie mężczyzna.

                            Ann spojrzała w ziemię.

                            - Gdy bezpowrotnie coś stracisz, to dopiero zdajesz sobie sprawę, że ci brakuje tego, czego nie zdążyłeś poznać...
                            - Może… aczkolwiek nie przypominam sobie żadnej znajomości wartej zapamiętania. - odparł Vincent zatrzymując się, by zapalić papierosa.
                            - Ale miałeś jakieś. - spojrzała na niego przechylając głowę - Kochałeś czy kochasz kogoś? Czy byłeś kochany?
                            - Zdarzało mi się. - odparł wymijająco Vincent.
                            - Jakie to uczucie?
                            - Hmm…- zamyślił się LaCroix i wzruszył ramionami.- … kłopotliwe.
                            - Jak to "kłopotliwe"?

                            Mężczyzna wydmuchał dymek i spojrzał na dziewczynę mówiąc. - Miłość rozprasza uwagę, odwraca uwagę od celu.

                            - Ale jest niesamowite, prawda? Zrobisz dla kochanej osoby wszystko, zawsze. I będziesz czuł szczęście.
                            - Z pewnością. - odparł wymijająco mężczyzna.


                            Ann weszła do posiadłości Willa, rozglądając się za Toreadorem.

                            - William? - zawołała na próbę.
                            - Tak? - usłyszała znajomy głos Kainity.- Jestem w kuchni.

                            Caitiffka ruszyła do kuchni, zostawiając za sobą Vincenta.

                            - Jak się trzymasz? - zapytała od wejścia do pomieszczenia.
                            - Zwyczajnie… czemu pytasz? - odparł Kainita, dobierając sobie “trunek” z zamrażarki.
                            - Bo zachowywałeś się... inaczej. Nie, że źle, tylko... inaczej. - podeszła bliżej - I Joshua nie chciał byś z nami poszedł...
                            - Mógł uznać, że mógłbym… zachować się nieracjonalnie. I miał rację.- odparł z uśmiechem Toreador.
                            - Ale jutro idziesz na akcję? - zapytała.
                            - Jutro… idziemy walczyć. Wtedy lepiej jeśli będę bardziej… nieracjonalny.- odparł z ciepłym uśmiechem Kainita.
                            - Ci kultyści tam żyją. Naliczyłam dwadzieścia pięć miejsc do spania. Widziałam na górze dwóch kultystów z uzi, pewnie pilnujących pokoju Proroka czy innego guru.
                            - W takim razie będzie dużo… sprzątania. - stwierdził beznamiętnie Toreador.
                            - Zadziwiłeś mnie. - Ann patrzyła z zaciekawieniem na Toreadora - Takiej twarzy Williama Blake'a bym się nie spodziewała.
                            - Ta twarz… umarła w okolicy wojny secesyjnej. Wtedy po raz ostatni raz byłem rycerzem, wojownikiem Camarilli. - odparł Toreador i wzruszył ramionami. - Zazwyczaj nie odczuwam przyjemności z odbierania życia. Niemniej żywię prawdziwą odrazę do rytualnych mordów i morderców. Zwłaszcza, że wiem jak to się może skończyć. W szpitalu który stara się zabezpieczyć nasz gość, też dokonywano rytualnych mordów… w sposób wyjątkowo pokręcony. I jak to się skończyło?
                            - Czy te mordy w szpitalu były do tych teraz podobne? - zapytała.
                            - Były znacznie bardziej kreatywne… agonia była długa i ofiara była cały czas przytomna. I krzyczała. Ciesz się że nie będziesz miała okazji usłyszeć takich krzyków. To coś z czego powstają koszmary. - William wzdrygnął się na wspomnienie tamtych wydarzeń.
                            - A wiadomo co chciano osiągnąć mordami? Czy to psychopaci co chcieli śmierci i cierpienia dla samego aktu? - zapytała lekko przerazona.
                            - Zważywszy, że wszystkiemu przewodził potężny Nephandi, to raczej chodziło o umowy z demonicznymi bytami. -odparł Toreador i uśmiechnął.- Cieszy mnie więc fakt, że chyba nie mamy z nim do czynienia.
                            - Nephandi?
                            - Powinnaś zapytać Vincenta o detale. Niemniej Nephandi… z tego co zrozumiałem, to książkowy przykład demonologa. - wzruszył ramionami. - I potężny czarownik… bardzo potężny. Jego pokonanie kosztowało życie maga,który nas wspierał w tym boju i załamało rzeczywistość w obrębie szpitala.
                            - Ale ten Nephandi zginął, prawda?
                            - Prawdopodobnie… pod koniec uciekaliśmy w popłochu, gdy świat zwijał się za nami w spiralę. Nie uszedł stamtąd, to pewne. - odparł Toreador.
                            - Może ci kultyści chcą dokonać tego samego co w szpitalu? Vincent mówił, że tam gdzieś jest byt, który wpływa nieświadomie na sny, a wilki przecież coś właśnie tam zamknęły.
                            - Ale nie w szpitalu… ów byt śpi umbralnym odbiciu jeziora. - odparł Toreador i dodał z uśmiechem. - Nieważne co kultyści planują. Nie będą mieli okazji powtórzyć swojej zbrodni.
                            - Widziałeś Giovanni ?
                            - Tak… uroczy typek. Tzimisce który go oszpecił ma poczucie humoru. Pokręcone, jak to u nich, ale ma. - odparł ze śmiechem Toreador.
                            - Sądzę... że w sumie to bardzo smutny los. Nawet jak na wampira. - Ann najwyraźniej nie widziała tego za nic zabawnego.
                            - Z pewnością… ale nie trafiło na aniołka. Nekromanci są… - wzruszył ramionami Toreador. - … niewiele lepsi od Tzimisce.

                            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • AbishaiA Niedostępny
                              AbishaiA Niedostępny
                              Abishai jako XXI
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                              #56

                              Uczestnicy akcji się zebrali w tej samej sali co zawsze. Nastroje były ponure. Gdzie się podziały te zebrania przypominające spotkania przy piwku i grillu? Liczba i jakość uczestników też się zmieniła. Nie było żadnej z Ventrue, nikogo z Tremere. Normalnie można byłoby sądzić, że powód był związany z obecnością dwóch Giovanni, ale Nadia była ponad takie drobnostki jak klanowe animozje, a Borgia… cóż, Lukrecja miała swoje powody. Poza tym obie nie były zainteresowane mającą się odbyć akcją bowiem. A Giovanni tak…
                              Nadia oczywiście byłaby niezbędną częścią takiej akcji, ale… odkąd miała Pandersa zaczęła nim zastępować siebie. I Charlie czekał na resztę ekipy w vanie na zewnątrz hotelu. Inny Kainita mógłby się obrazić na takie traktowanie, ale nie Charlie. Jemu było wszystko jedno. Przypominał Ann Garry’ego pod tym względem.
                              W salce zebrało się spore towarzystwo. Przewodził oczywiście sam książę Stillwater. Obok niego stał jego protegowany Clyde Ovens. Trzeba było przyznać, że młody Brujah miał niewyraźną minę. Z jakiegoś powodu nie miał ochoty brać udziału w tym zebraniu. Co innego Larry, on wręcz się niecierpliwił. Podobnie jak gość z klanu Malkavian, Locarius Gorgon. Poza nimi był tu jeszcze jeden Malkavianin, Stefan Salvatore, oraz obaj znani Ann Giovanni. Szkaradziec i brak bliźniak Gino o imieniu Giacomo. Oraz Garry…
                              Wchodząca Ann z Williamem, przyciągnęła uwagę zebranych tu gości, głównie dlatego że towarzyszył.

                              Śmiertelnik. Vincent niespecjalnie przejął się tym nadmiarem uwagi, zwłaszcza ze strony obu Giovanni. Poza tym…

                              - Czy zauważyliście, że łyżki są bardziej błyszczące nocą niż za dnia? W każdym razie wydaje mi się, że za dnia były mniej… lustrzane, o ile dobrze pamiętam. A może w nocy stają się kolejnym przejściem do naszego umysłu?- odezwał się głośno Locarius, odciągając uwagę od jedynego śmiertelnika w pokoju. Cóż… przynajmniej większość uwagi, Giovanni przyglądali się nadal LaCroixowi z ciekawością.
                              - Skoro już wszyscy jesteśmy, należy omówić plan działania. - zaczął Smith rozkładając plany lokacji. - Nie wiemy tak naprawdę z czym mamy do czynienia. To może być poszukiwany Tzimisce, to może być szalony Kainita lub… równie szalony mag. Niemniej większość jego sług wydaje się być zwykłymi śmiertelnikami, może nawet ghulami. Łatwymi do wyeliminowania.

                              Spojrzał po zebranej grupce.- Jako że większość z nas nie jest szczególnie utalentowana jeśli chodzi o skrytość. A część…-
                              -... w ogóle nie weźmie udziału w walce do czasu pojawienia się Tzimisce. Nie ma co odkrywać wszystkich naszych atutów. - dokończył Szkaradziec wymawiając się od uczestnictwa walce. Najwyraźniej planowali robić za widzów.

                              - No tak… z tego co się zorientowałem wcześniej, bezpośrednimi uczestnikami misji, będą: William, Ann, Larry i Locarius, oraz… Vincent. Reszta robi za wsparcie z vana. - podsumował sytuację Smith. - Ja zajmę się z moimi ludźmi odcięciem okolicy i zapewnieniem wam spokoju podzas tej akcji i… odetniemy prąd od chatki dokładnie o północy. Garry dopilnuje ze swoimi zwierzakami, by nikt się nie wymknął.

                              Stuknął palcem w plan budynku leżący na stole.

                              - Myślę że podział na dwie grupy będzie najlepszym wyborem. Larry i mr. Gorgon zaatakują od frontu. William wraz Ann i Vincentem uderzą od tyłu. Larry z pewnością zrobi dość hałasu by przyciągnąć uwagę mieszkańców, ułatwiając grupie Williama dostanie się do środka budynku i zlikwidowanie głowy smoka, nim ta zionie ogniem. - tłumaczył Brujah zerkając na Larry’ego i Malkaviana. Ci nie wyglądali na szczególnie przejętych. Dukes nie miał zapewne nic przeciwko byciu przynętą. Wszak ściągnie na siebie uwagę wszystkich sił wroga. Gorgon zaś.. cóż, Malkavian nadal medytował nad łyżeczką obojętny na takie detale jak zagrożenie własnego istnienia.

                              Tymczasem Joshua spojrzał po zebranych Kainitach i jednym śmiertelniku.

                              - Jakieś pytania? Sugestie?

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ZellZ Niedostępny
                                ZellZ Niedostępny
                                Zell jako Ann Paige
                                Moderator Obsługa
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                #57

                                KIEDY KREW LASOMBRY MIESZA SIĘ Z KRWIĄ MALKAVA


                                - Wiadomo czy po terenie ktoś się pałęta na zewnątrz? - spytała Ann przyciągając uwagę wszystkich.
                                - Cóż… tylko ochroniarze kręcą się po terenie, ale nie wychodzą poza granice posiadłości.- potwierdził Smith.
                                - Mam arsenał w vanie jak ktoś chce uzbroić. Chcesz się dozbroić Malkavianinie?- Larry zapytał Gorgona, a ten pokręcił głową.- Ja nie uznaję rozlewu krwi. To marnowanie vitae… po prostu.

                                Ann zerknęła na Toredora i Vincenta.

                                - Wasza dwójka wchodzi niesubtelnie?
                                - Z mniejszym hukiem z pewnością. Mam mojego obrzyna, ale nie planuję go używać.- odparł Vincent. A Larry wtrącił z uśmiechem.- Mam coś mocniejszego niż jakiś obrzyn, pistolety maszynowe.
                                - Z pewnością, niemniej mój obrzyn radzi sobie z przeciwnikiem niewrażliwym na zwykłe kule. Liczę, że nie będę musiał go używać .- odparł mag, a William dodał.- Nie jestem tak skryty jak ty Ann, ale za to jestem szybszy od ludzi.
                                - A ty? - spojrzała na Vincenta.
                                - Nie będę się wtrącał w walkę, o ile nie będzie ku temu potrzeby. - stwierdził mężczyzna poprawiając okulary. - Tak jak w klasycznych opowieściach spod znaku fantasy, najlepiej sprawdzam się na drugiej linii.
                                - Nie mówię o walce na pierwszej linii. Od tego mamy chętnych. - wskazała na Larry'ego i Gorgona - Tylko o przedostaniu się do środka, jak reszta będzie zajęta.
                                - Mam swoje sposoby, ale skradanie nie jest moją mocną stroną. - przyznał mag.
                                - Jak nie będziesz się ruszał to pomogę... inaczej to nie. Sorry. - spojrzała na wszystkich - Mogę pierwsza się w środku skryć, jak będziecie zajmować innych.
                                - Mam swoje sposoby…- przypomniał Vincent.- Mogę zawsze pójść w Umbrę i tak dotrzeć na miejsce.
                                - Musimy unieszkodliwić wszystkich, a przez unieszkodliwienie mam na myśli.- Toreador znacząco przesunął palcem po swoim gardle, co wywołało szeroki uśmiech u Larry’ego.- I takie zadania to ja lubię.
                                - I tak Toreador i Brujah znaleźli wspólną miłość do sztuki zabijania... - Ann się podśmiała.
                                - Nie jestem z tego dumny i nie cieszy mnie rozlew krwi, którego będę sprawcą, ale… to należy zrobić. - westchnął ciężko Blake, a Salvatore dodał. - Hipokryzja była zawsze częścią natury tego klanu.

                                ~~

                                Podróż zajęła trochę czasu. Na szczęście to nie Ann musiała cisnąć się w vanie Tremere, tylko dyplomata Malkavian i dwójka Giovanni. Oraz Garry. Clyde z woli Smitha dołączył do Larry’ego i Gorgona, bardziej jako wsparcie z tyłu niż realna pomoc. Głównie dlatego, że mimo krwi Brujah, Clyde nie miał za dużo doświadczenia bojowego i mało entuzjazmu jeśli chodzi o zabijanie.
                                Podróż odbyła się bez problemu, przyjechali na miejsce. Zaparkowali tam gdzie zwykle, wysiedli.
                                Teraz czekała ich wędrówka przez las, w kierunku miejsca z którego uderzą. Musieli obejść posiadłość dookoła, mając na szczęście mapę i wpatrzonego w nią Blake’a… ich przewodnika. Dostali zestawy słuchawkowe od Charliego i… ruszyli.

                                Ann szła obok Vincenta za Williamem, gdy odezwała się do maga.

                                - Czemu tak zainteresowałeś nekromantów? - zapytała Vincenta - Nie dawaj się gryźć takiemu tylko. Ich ugryzienia potrafią zabić śmiertelnych. Ofiara z bólu umrze. Może nie dbają o kły czy coś... a może to ten makaron…
                                - Wiem wystarczająco o Giovanni, by ich unikać.- przyznał LaCroix i dodał z uśmiechem. - Nie martw się. Potrafię radzić z nieumarłymi, bez względu na ich naturę.
                                - Może przypominasz im jakiegoś krewnego... - zamyśliła się - Oni mają słabość do własnych biologicznych rodzin. - spojrzała zaciekawiona - Czy umiesz robić nekromantyczną magię? Szkielety, zombie?
                                - To samo co oni… duchy. Tak naprawdę to są tylko różnego rodzaju… istoty zza woalu, lub Rękawicy jak ją się zwie powszechnie. Według mnie woal, brzmi lepiej.- wzruszył ramionami Vincent, sięgnął do kieszeni po papierosa i zapalniczkę. Zapalił mówiąc.- Różnica polega na tym, że ja wiem co robię, a oni igrają z siłami, które kiedyś wystrzelą im prosto w twarz jak stara nieużywana strzelba.
                                - Coś podobnego mówiła Nadia o czarowniku, który dał mi sztylet. - wyciągnęła z kieszeni ukryty w pochwie sztylet, który zaraz schowała i spojrzała za Williamem.

                                Mag wyciągnął karty, przetasował zerkając wpierw na sztylet, a potem na trzy karty które miał w dłoni. Wtasował je z powrotem w talię i dodał. - Nadia mówiła prawdę. Jest trochę dziwna jak na Tremere.

                                - Czemu? - Ann znowu spojrzała na maga.
                                - Ci Tremere, których poznałem, chcieli za wszelką cenę pokazać, że oni również są Magami, że te ich sztuczki krwi to prawdziwa magyia. Chcieli udowodnić bardziej sobie niż mnie, że są mi równi.- zaciągnął się papierosem Vincent.- Nadia nie próbowała pudrować rzeczywistości.
                                - Nadia była jak ty. - odparła caitiffka - Miała... Avatara. I mistrza. Nie pchała się do śmierci. Więc ona po prostu wie, co ma teraz, a co było wcześniej.
                                - Rozumiem…- przytaknął Vincent, a William dodał cicho. - Zbliżamy się do celu. Przygotujcie się i potem… czekamy.

                                Blake spojrzał na płot oddzielający ich od domu.

                                - Najpierw przerzucę Ann, a potem ciebie magu. Musimy tylko poczekać na fajerwerki.

                                Po tych słowach przykucnął za pobliskimi krzakami i zwrócił się do Ann.

                                - Przy misji dla wilkołaków, to musi być spacerek po parku dla ciebie?

                                Dziewczyna przykucnęła przy Williamie.

                                - Nie ma porównania... Tu wilkołak ze ścian nie wyskakuje na ciebie. - spojrzała w stronę rezydencji - Tam też jedyni ludzie, to byli jacyś biedacy podłączeni do komputerów, nie kultyści. Czy Stillwater zawsze ściągało do siebie takie problemy?
                                - Trudno powiedzieć czy to nasz problem. Kimkolwiek byli ci biedacy których widziałaś, nie pochodzili ze Stillwater. Nie mamy aż tyle zaginionych. A kopalnia jest… cóż… źródłem bogactwa miasta. Płaci wiele za prawo do działalności na terenie Stillwater. I nigdy nie sprawiała nam kłopotów, choć zawsze była lekko podejrzana. - przyznał Toreador i westchnął. - Niemniej sama widzisz. Tak naprawdę mamy tylko Larry’ego i Joshuę i mnie… za mało by atakować taką placówkę.
                                - Hmm… ludzie podłączeni do komputerów, brzmi jak mokra fantazja Iteracji X. - przyznał cicho Vincent rozkoszując się papierosem.
                                - Kogo fantazja? - zdziwiła się Ann.
                                - Iteracji X, to… frakcja Technokratów skupiona na Technologii i cybernetyce właśnie. Fuzji człowieka i maszyny. Za wiele o nich nie wiem. Na południu, gdzie działam Technokracja nie jest silnie zakorzeniona, tak jak w Nowym Jorku. I my… nie zajmujemy się bezpośrednią konfrontacją z nimi. Po prawdzie…- Vincent się zaśmiał i przeczesał włosy dodając.- … nigdy nie spotkałem maga Technokracji, jedynie parę ich stworzeń.
                                - To jaki mamy plan? - zmieniła nagle temat - Ten Prorok powinien wyleźć, jak się jatka zacznie.
                                - Liczymy na to… i nie tylko my, że kimkolwiek jest Prorok to swój gniew wyładuje na Larrym i Malkavianinie. - wyjaśnił Toreador. - I jeśli to Tzimisce, to spodziewam się, że Giovanni rzucą się na niego jak psy gończe ułatwiając nam zadanie. Tak czy siak, nikt nie powinien zwracać na nas uwagi. Ty zajmiesz się strażnikami, gdy cię przerzucę przez płot. A potem… cóż… zobaczymy jak się sytuacja rozwinie.

                                Spojrzał na zegarek. - Mamy trochę czasu jeszcze.

                                Ann spojrzała ponownie na Vincenta.

                                - Jak żyją magowie? Macie Książęta w jakiś miastach? Dzielnicach?
                                - Nie, nie, nie…- zaśmiał się cicho Vincent. - Choć moja Tradycja jest dość… cóż… hierarchiczna i przypuszczam że Tremere na jej przykładzie budowali swoją organizację, to jednak więzy jakie łączą mnie z moją Tradycją są dość luźne… przynajmniej w Stanach Zjednoczonych. Nie… my Magowie, żyjemy własnym życiem i podążamy za własnymi celami. Magowie różnych Tradycji żyjący w tej samej okolicy, grupują się często w różne fundacje i organizacje. Są Fundacje poszczególnych Tradycji szkolący młodych akolitów, acz wszystko to nie tworzy takich struktur jak u Kainitów. I niby czemu powinno? Nie jesteśmy drapieżnikami jak wy… nie potrzebujemy terenów łowieckich. -
                                - A ta wojna z Technokracją?- zapytał cicho William dla zabicia czasu bardziej.
                                - Jest bardzo subtelna… i tocząca się w tle. Te wszystkie filozofie New Age, nowoczesne czarownice, yoga, widzenie aur, leczenie poprzez chi i inne takie bzdety pokazywane w internecie i do kupienia w formie książek. - zaciągnął się dymem Vincent. - W większości pic na wodę i jasełka. Bez mocy i potęgi… ale odwracają masy od technologii ku mistycyzmowi.-
                                - Więc to wszystko nie jest prawda? - zdziwił się Toreador.
                                - To co zobaczysz w filmikach instruktażowych w internecie? Z pewnością to bujdy. Rzecz w tym mój drogi, że nie każdy może zostać magiem. A w rękach prawdziwego maga pilot od telewizora może stać rekwizytem magii… zaś magiczna różdżka w ręce amatora pozostanie tylko kawałkiem drewna obwieszonego piórami. - wzruszył ramionami laCroix. - Są i grupy magów bezpośrednio walczące z Technokracją, ale masowa krwawa wojna między nami a nimi, nie przyniesie nic dobrego ani im, ani nam, ani ludzkości i planecie.

                                - A jak zostać magiem? - Ann przysunęła się bliżej Vincenta - Napisać test? Zapłacić?
                                - Musisz się przebudzić… co oznacza, że objawi się twój awatar. Wtedy jesteś magiem. - odparł spokojnie Vincent. No tak… u magów, wszystko się kręciło wokół tego tajemniczego awatara. Nadia też o nim ciągle wspominała.
                                - Nadia też o Awatarze ciągle mówi... - przyznała - Nie jest szczęśliwa, że go nie ma. Chyba bardzo. - spojrzała na Williama - Zawsze była taka... Nadią?
                                - Nie znam innej Nadii, ale sama wiesz… ona dużo przeszła. I za czasów gdy była śmiertelna i po przemianie… Droga z Rosji do Nowego Jorku nie była łatwa za czasów rewolucji bolszewickiej. Nawet dla Kainitki.- odparł cicho Toreador.

                                A Vincent potwierdził. - Utrata awatara jest bardzo bolesna. I ta strata boli przez resztą życia, to jakby kawałek ciebie został żywcem wykrojony. Więc nie masz się co dziwić, że Tremere mają problemy z rekrutacją prawdziwych magów w swe szeregi.

                                - Czasem mam wrażenie, że jej nieprzyjazna postawa do każdego to coś, czym chce się zakrywać przed rzeczywistością. - stwierdziła wprost - Jakby... było to przerysowane trochę.
                                - Nosi w sobie blizny… nie na ciele, a na umyśle. - potwierdził smętnie Blake i dodał. - Z tego co wiem, wybrała przemianę z desperacji, a nie dlatego że obietnice Tremere ją skusiły.
                                - Może nawet nie zdawała sobie wtedy sprawy, z czym to się wiąże, młoda była. Lub wypływające na ulicę flaki nie dały jej o tym myśleć. - westchnęła.
                                - Może…- zaczął Toreador, ale przerwał wypowiedź. Bowiem światła w budynku zgasły nagle, a kilka chwil potem rozległ się odgłos strzałów, połączony z bojowym okrzykiem radości Larry’ego.
                                - Zabiję was wszystkich!

                                Zaczęło się.

                                - Subtelnie. - westchnęła Ann.
                                - Typowo dla Larry’ego.- William podszedł do płotu, przyjmując postawę i splatając dłonie razem by wampirzyca mogła skorzystać z jego pomocy przy wspinaczce.- Ty pójdziesz górą i zrobisz porządek. Ja tymczasem wygnę pręty płotu byśmy się z Vincentem przycisnęli.

                                Ann przy pomocy Williama wybiła się do góry i przeskoczyła płot. Już na ziemi okryła się niewidzialnością, aby zaraz ruszyć na poszukiwanie strażników.
                                Zauważyła dwóch, zaskoczonych odgłosami strzałów i nie bardzo wiedzących co zrobić. Obaj chwycili już za broń, pistolety maszynowe. Ale nie mieli celów w które mogliby strzelić. I chyba nie mieli ochoty ich szukać. Ann zaś nie zauważyli.
                                Cienie obu mężczyzn zaczęły się poruszać na ziemi niczym macki, wchodząc wijącymi ruchami na ich ciała. Nie skrywały się, wręcz Ann chciała by ludzie zobaczyli te cieniste monstra, gdy sama ustawiła się w niewidoczności bliżej, trzymając dłoń na zakrytym sztylecie.
                                Niestety… pomyliła się nieco w ocenie sytuacji. Dla niej mrok był łatwy do przejrzenia, była wszak stworzeniem nocy i doskonale widziała w ciemności. Ochroniarze nie mieli tej przewagi i po prostu nie mogli dostrzec cieni wspinających się po nich. Tym bardziej, że ich uwagę przyciągały krzyki i huk broni dochodzące z frontu budynku.
                                "Śmiertelni..." prychnęła w myślach Ann, i zacisnęła jeden cień na gardle ochroniarza.
                                Ten upuścił broń zaczął charczeć głośno, czym zwrócił uwagę swojego towarzysza. Mężczyzna podbiegł do niego, ale nie bardzo wiedział co zrobić widząc wijącego się na ziemi i duszonego przez niewidzialne ręce towarzysza broni.
                                Drugi człowiek poczuł zimny ucisk też na swoim gardle, a gdy sam padł na ziemię, przed nim pojawiła się Ann.

                                - Pospiesz się z nimi… nie wiadomo ilu jeszcze wrogów przed nami.- wtrącił William zbliżając się do pozycji Ann prowadzony przez Vincenta, który trzymał w dłoni kilka kart.

                                Bezceremonialnie przyklękła przy nich i skręciła im karki.

                                - Zrobione. - mruknęła chyba z lekkim wyrzutem.
                                - Ruszajmy dalej.. ty przodem. - odparł cicho William wskazując czubkiem miecza wejście do willi.

                                Ann ukryła się cieniami i ruszyła w stronę wejścia do willi na razie nie ukrywając swojej obecności za iluzją niewidoczności. Dopiero po przejściu kilku kroków nałożyła na siebie taką osłonę.
                                Drzwi były zamknięte, ale były też przeszklone. I poprzez nie, Ann zobaczyła kilkoro wyznawców pijących pospiesznie… coś, oraz sięgających po długie lekko zakrzywione noże.
                                Postanowiła i tutaj zrobić zamieszanie. Przez widok szkła zmusiła plamę cienia do szybkiego wślizgnięcia się na kultystę i zabierania mu oddechu, gdy w najbliższej okolicy innych też drapieżne cienie atakowały innych.
                                Ci tutaj zachowali się inaczej. Widząc upadającego towarzysza i atakujące cienie… z fanatycznym błyskiem w oku rzucili się na cienie. Niemniej ich ostrza nie okazały się szczególnie skuteczne przeciw nim. Blake zaś strzaskał swoim mieczem szklane drzwi, a potem bezceremonialnie zdekapitował pierwszego fanatyka, który się na niego rzucił. Co nie powstrzymało reszty… widząc wreszcie wroga, którego teoretycznie mogli zabić. Teoretycznie.
                                Ann prawie się zaśmiała. Ci idioci chcieli ciąć cienie!
                                Weszła po strzaskaniu drzwi i zaatakowała najbliższego żarłocznym sztyletem, chcąc go wbić mu w gardło, a gdy rozharatała mu gardło, wykorzystując moment skoczyła już widoczna na następnego.
                                Musiała się spieszyć, gdyż Toreador metodycznie i bezlitośnie pozbawiał głów kolejnych kultystów. Ci jednak nie przejmowali się zabitymi współwyznawcami rzucając się na zagrożenie z fanatyczną odwagą. Możliwości ich jednak nie dorównywały ich odwadze.
                                Vincent natomiast z obrzynem dłoni trzymał się z dala i od wampirów i od kultystów, pozwalając im rozwiązywać problem, bez jego udziału.

                                Wkrótce cały parter spłynął krwią zabitych. Toreador zaś otarł miecz szmatką i dodał.

                                - Dziwne… przywódca tej sekty jakoś się nie pojawił. Czyżby śmierć jego podwładnych nie zaniepokoiła go? Jest tu w ogóle?- zapytał głośno.
                                - Są oznaki życia na piętrze.- przyznał Vincent.
                                - Życia czy bytności? - zapytała uśmiechnęła Ann.
                                - Żywe istoty. Parę duchów w Umbrze, ale nic niezwykłego. Sprawdziłem budynek na obecność nadnaturalnych istot za woalem. Nie znalazłem nic groźnego. Natomiast jeśli chodzi o żywych, to są cztery żywe istoty na piętrze. Ludzie.- odparł mag.
                                - Ofiary czy szef z obstawą? - Ann podeszła do pojemnika, z którego pili kultyści.
                                - Trzej mężczyźni, jedna kobieta. Jeden z nich dość… stary.- odparł Vincent wróżąc z kart, gdy zerkał od czasu do czasu na sufit.
                                - Kultyści rzucili się na to, pijąc jak opętani. - spojrzała czym była ta ciecz.
                                - Na moje oko.- Vincent przetasował karty i zerknął w nie. - Jakiś koktajl psychotropów. Pewnie mających wzbudzić w nich szał bojowy. Nie próbowałbym ich krwi.
                                - Na dole nikogo? - dopytała Vincenta - Będę wkurwiona jeżeli na górze też ćpuny i wszystko to scam.
                                - Nikogo żywego. - odparł mag przetasowując karty.
                                - No cóż… ty sprawdź czy myślącego nie kryje się pod nami, a my uprzątniemy górę, zanim wpadnie tu Larry.- zadecydował William.
                                - Oby Larry nie próbował tej krwi... Larry na prochach... - Ann pokręciła głową i ruszyła na górę otulona cieniami.i
                                - To byłoby kłopotliwe.- przyznał William podążając tuż za nią. Na górze wszystkie drzwi były pozamykane, ale caitifka wiedziała przy których ostatnio stali strażnicy.

                                Ann pokazała Williamowi na drzwi, wcześniej pilnowane. Sama chyba pierwsza wejść nie chciała. Toreador nie miał takich obaw, skinął szybko głową i równie szybko jego sylwetka rozmyła się, po chwili było słychać głośne łupnięcie w drzwi, gdy je staranował i odgłosy śrutówek które strzeliły w jego kierunku. Celnie. Ciało zaskoczonego wampira odrzuciło do tyłu.

                                - Czekałem na was… stwory ciemności, czas próby nadszedł… czas krwawej ofiary. Wszystko jest przepowiedziane! - wrzasnął głośno przywódca kultu.

                                Ann warknęła i ponownie zniknęła z oczu, by niewidoczna wejść do środka.
                                Tam zobaczyła samego lidera z mieczem i w rytualnych szatach, jego… konkubinę w podobnym stroju i uzbrojoną w długi nóż, oraz dwójkę ochroniarzy zrekrutowanych z szeregów kultu, bo ubrani byli w rytualne szaty i uzbrojeni po zęby. Oprócz śrutówek w rękach mieli jeszcze pistolety maszynowe przy pasku, pistolety, oraz po dwa granaty.

                                - Głupie stworzenia… myślicie że o was nie wiem, myślicie że nie jestem przygotowany, myślicie że decydujecie o czymkolwiek. Każdy z was podąża wyznaczoną ścieżką, każdy krok wasz jest krokiem ku jego chwale.- wrzeszczał najwyraźniej obłąkany lider tej bandy świrów.

                                Ann uśmiechnęła się okrutnie. Z niewidzialną radością skierowała cień kobiety tak, aby wysunął zawleczkę granatu przy pasie.

                                - Will, wiej! - wampirzyca krzyknęła tracąc niewidzialność i schowała się za drzwiami.
                                - Czemu?- zapytał wyraźnie postrzelony Kainita, podążając w jej ślady. Nienaganne ubranie Toreadora było podziurawione od kul, a rany… choć już się goiły, to nadal dość mocno krwawiły.
                                - Tchórze! Tak jak napisano. Uciekną w popłochu na widok majestatu sługi twe… - tyle zdołał wywrzeszczeć prorok, nim nastąpiła eksplozja, większa niż powinna. Niewątpliwie było tam więcej granatów niż te które zauważyła.

                                Ann pociągnęła Williama do tyłu... I śmiejąc się maniakalnie wtuliła w jego krwawiące ciało.

                                - No… to skończyło się wybucho… - skwitował Blake, a po chwili głośny jęk wypełnił korytarz.
                                - Jak mogliście?! Ja chciałem zaszlachtować Tzimisce! - wyjęczał głośno Larry u szczytu schodów.
                                - Tu byli ludzie, co zrobili boom! - Ann nie opuszczał radosny nastrój. Schowała głowę w Toreadora ciągle się śmiejąc.
                                - No cóż… przynajmniej było trochę zabawy z ochroniarzami i tymi typkami w szatach. - westchnął rozczarowanym tonem Larry. - Nie stanowili większego wyzwania. Żaden z nich ghulem nie był.
                                - A gdzie Vincent? - uspokoiła się odklejając od Williama - Tu musi coś być więcej, no...
                                - Nie widziałem go… ale drzwi do piwniczki otwarte, Malkav tam polazł.- rzekł Larry wchodząc do pokoju. - Tu nic nie zostało… w całości. Wątpię by jego śmiertelny żołądek zniósł widok takiej jatki.
                                - Radzisz sobie? - zapytała Toreadora.
                                - Z pewnością będzie mi potrzebny suty posiłek i lancet.- ocenił Blake. - Do wycinania śrutu z ciała.
                                - Idę do nich. - oznajmiła i zbiegła na dół.

                                Vincent właśnie rozglądał się po sali rytualnej przyglądając szczególnie malunkom na ścianach, podczas gdy sam Gorgon myszkował w pomieszczeniu służącym za podręczny magazyn świątyni. Obaj zajęci swoimi sprawami nie zwrócili większej uwagi na jej pojawienie się.

                                - Fajne miejsce, co? - zapytała podchodząc do maga.
                                - Cóż… ciekawe. Ale nie widzę tu nic… magicznego.- ocenił mag. - Zrobiłem parę fotek i jak znajdę czas, to przeanalizuję pod kątem symboliki. Pewnie lepiej by się tu nadał biegły psychiatra.
                                - Znalazłem fajne czapki ! - odezwał się wesoło Locarius. - Mogę zatrzymać?!
                                - Czapki? - spojrzała na Malka.

                                Locarius pojawił się w rytualnym płaszczu z kapturem zakrywający pół twarzy i z otworami na oczy. Zapewne używanym w jakiejś ceremonii. Naciągnął go twarz nie zdejmując przy tym okularów.

                                - Fajny, co nie? Będzie to świetna pamiątka z wycieczki.- stwierdził z zadowoleniem Kainita.
                                - Jestem zawiedziona, że to tyle. - mruknęła.
                                - Spokojnie… starczy czapek dla wszystkich.- pocieszył ją Gorgon.
                                - Czym… czemu zawiedziona?- zapytał Vincent.
                                - Że to tyle. Trochę obłąkanych ludzi i nic więcej.
                                - Cóż… nie za każdym szaleńcem stoi Malkav lub Maruder, nie każdy polityk czy biznesmen pije krew Ventrue.- odparł z ironicznym uśmiechem i spojrzał na Ann dodając. - Większość zła na tym świecie ludzie popełniają bez nadnaturalnych protektorów na których można by zrzucić winę.
                                - Ale to było nieciekawe... - westchnęła - Zobaczę co w reszcie pokoi…

                                Początkowe przeszukiwanie pomieszczeń nie przynosiło caitifce żadnych ciekawych odkryć. Niemniej nie spodziewała się niczego ciekawego. Nagrodą za jej upór miało być jednak pomieszczenie odpowiadające gabinetowi w domu Toreadora. Drzwi do niego były jednak zamknięte. Spróbowała sama siłowo je wyważyć i po kilku próbach przekonała się, że siłowo nic tu nie załatwi

                                - Larry! Potrzebuję cię! - zawołała wampira.

                                Nie było odpowiedzi. Najwyraźniej jej nie usłyszał.
                                Ann fuknęła z irytacją. Wyciągnęła swój glock, aby dostać się do środka przestrzeliwszy zamek.
                                Kilka strzałów zrobiło robotę, zamek został rozwalony. Przy okazji ściągnęła do siebie zaniepokojonego strzałami Toreadora. A po chwili dołączył i Locarius. Za drzwiami była profesjonalna “fabryczka” prochów i psychotropów. No cóż… aż tylu świrów nie dało się przecież zebrać samą gadką, niektórych trzeba było… stworzyć.

                                - Lame, lame, lame! - krzyknęła wściekle Ann, rozglądając się czy w pomieszczeniu nie ma czegoś więcej, dokumentów jakiś…
                                - Super… więcej chemikaliów, to bardzo korzystne dla nas.- ocenił Toreador, podczas gdy Ann jedyne notatki jakie znajdowała dotyczyły chemicznych formuł.
                                - On wiedział o wampirach, ktoś mu to musiał przekazać! - Ann kopnęła w ścianę ze złości.
                                - Nie my… - Locarius uniósł dłonie w geście poddania.- Papa Roach nie pozwala na religijną konkurencję wśród swoich podwładnych. Schizma jest brzydkim słowem.
                                - Trudno powiedzieć co wiedział, tak naprawdę.- zastanowił się William.- Na pewno nie wiedział jak się przed nami bronić.
                                - Miał duży kaliber chociaż... Nazwał nas stworzeniami. Sprawdzaliście całe piętro? - burknęła jak zawiedzione dziecko.
                                - Osobiste archiwum plus przepowiednie trzymał w sypialni, ale po tym co tam urządziłaś… ciężko będzie coś ustalić. Reszta to pokoje dla Vipów i poruczników. - wyjaśnił Toreador.
                                - Wolałeś więcej śrutu? - ponownie burknęła urażona.
                                - Ja nie narzekam. Sekta została wybita co do ostatniego odrażającego członka. Problem został rozwiązany. - uśmiechnął się William.
                                - I tak trzymać, kwaśny humor powoduje zaparcia w trumnie. - dodał entuzjastycznie Gorgon.
                                - Może coś się ostało z tych przepowiedni czy innych papierów. Nie miał sejfu? - mruknęła.
                                - Nie w sypialni.- odparł Toreador po chwili namysłu.

                                Ann nie wyglądała na zachwyconą.

                                - Joshua będzie zirytowany, że informowałam o tym... - burknęła pod nosem.
                                - Ci ludzie… składali krwawe ofiary jak banda pogańskich barbarzyńców. Im śmierć była pisana, bez względu na naturę przywwódcy.- odparł lodowatym głosem William, tak że ciarki przeszły po grzbiecie Ann. Mimo filigranowej urody Blake potrafił być straszny. - Joshua to wiedział. I choć będzie nieco zawiedziony tym, że nie udało się rozwiązać problemu Tzimisce przy okazji, to …- wzruszył ramionami. -... prawda jest taka, że Tzimisce który tak rzucałby się w oczy, nie dożyłby XX-go wieku. Szansa, że to on stoi za tym kultem była w granicach błędu statystycznego.
                                - Ale... Tu było coś dziwnego... - dziewczyna ciężko się zastanowiła - Tylko nie wiem co. Ale było. - odparła, jakby zagubiona w myślach.
                                - Cóż.. teraz tu są tylko trupy. Giovanni mogą je przesłuchać, o ile będą chcieli. W co wątpię.- stwierdził sceptycznie Blake. A Gorgon dodał. - Zmarli niewiele powiedzą… ich umysły pozostają większą sieczką po śmierci, niż za życia. -

                                Ann wyobrażała sobie, jak zareagowałby Cyril, gdyby był na miejscu Joshui. I ten obrazek jej się nie podobał.

                                - Co teraz robimy?
                                - Ghule Larry’ego zorganizują tu eksplozję gazu i olbrzymi pożar, by ukryć ślady naszej i ich działalności. Nie potrzebujemy tu reporterów węszących za sensacją. Wyciek gazu, wybuch, pożar… tragedia w sam raz na trzecią stronę porannego wydania “Wieści ze Stilwater”. - wzruszył ramionami Toreador.
                                - Bardzo przeszkadza ten śrut? - zapytała wampira z jakąś troską.
                                - Nieszczególnie. Obrywałem gorzej.- uśmiechnął się Toreador.
                                - Ja też…- wtrącił Locarius.- … nie pamiętam już tylko kiedy. Ale było wtedy bardzo zielono.

                                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • AbishaiA Niedostępny
                                  AbishaiA Niedostępny
                                  Abishai jako XXI
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #58

                                  Ann wyszła przez budynek nie będąc w pełni usatysfakcjonowaną rozwojem sytuacji. Cyril byłby… wściekły, przede wszystkim na nią. Dla tego Tremere liczył się wynik, nawet strata kilku Kainitów byłaby odpowiednią ceną za to. Ann zaś nie była zadowolona z tego co osiągnęła. reszta natomiast tak. No… może poza Giovanni. Stali z boku zdegustowani sytuacją i rozczarowani tym, że nie było tu znienawidzonego Tzimisce do ubicia. Tymczasem przed budynkiem stały dwie ciężarówki z których to ghule Larry’ego rozładowywali beczki z naklejką Flammable .
                                  Ich szef zaś wydawał rozkazy i popędzał Clyde’a do pomocy. Młody Brujah próbował się opierać, ale czynił to mizernie dobrze wiedząc, że nie należy wkurzać Dukasa.
                                  Reszta wampirów kręciła się po posiadłości nie wchodząc im w drogę.
                                  Ostatecznie jednak podpalenie budynku było złożone na barki ghuli Larry’ego. Wszak Kainici mogliby popaść w panikę przy takim pokazie płomieni.
                                  Tak więc Ann wracała wraz z zadowolonym z siebie Williamem. Najpierw do Róży, potem do domu.

                                  W miejscowym elizjum natknęła się na Joshuę. Książę wysłuchał raportów z tego co się wydarzyło. Siedząc tam, dowiedziała się jak przebiegła sytuacja od frontu domu. Nie odbiegało to szczególnie od jej wyobrażeń. Larry nie znał słowa subtelność, a na dyskrecję reagował równie alergicznie jak na czosnek. Więc po prostu rzucił się do ataku z subtelnością wściekłego nosorożca. A Gorgon wesoło podążył za nim, za nic mając własne bezpieczeństwo… lub nie mając świadomości w co się pakuje. Jedynym próbującym taktycznych sztuczek w postaci próby okrążenia wroga był oczywiście Clyde. Choć oczywiście Larry uznał, że młody Brujah po prostu jest cykorem. Sytuacja rozwinęła się też, tak ja Ann podejrzewała. Dwójka doświadczonych morderców wybiła przeciwników zanim Clyde mógł interweniować. O ile oczywiście miał taki zamiar. I wedle jego słów, potwierdzonych przez Larry’ego. Locarius rzeczywiście zabijał wzrokiem. Co prawda nie zamieniali się w kamień, a jedynie popadali w kamienny stupor, nadal żyjąc… to jednak było to imponująca moc. Lukrecja przy okazji stwierdziła że to nie jest jakaś nowa dyscyplina, tylko z pewnością kombinacja rasowych dyscyplin Malkaviana. Bo wedle jej wiedzy, ten klan zawsze dysponował mocami mieszającymi w głowie, a nigdy nie miał dość samodyscypliny by te moce zmienić w chirurgiczny skalpel jak to czynili Ventrue. Gorgon i jego opiekun ani nie zaprzeczyli, ani nie potwierdzili jej słów… niemniej Salvatore spytał Borgię czy potrafiłaby tak jak Gorgon zrobić. A ta zmieszana nieco, zaprzeczyła.
                                  Zaś sam Książę wydawał się zadowolony z rozwoju sytuacji i bardziej zainteresowany był całkowitym wyciszeniem sprawy niż odkryciem tajemnicy kultu. Jego zdaniem ciężko będzie zatuszować śmierć tylu osób i taki pożar.

                                  - Czuję trzepot skrzydeł prasowych sępów w powietrzu. Trzeba będzie u Księcia wynegocjować jakieś przysługi. Albo u samej miss Dubois.- westchnął ciężko, a William się z nim zgodził.

                                  W końcu wrócili do domu. Noc która była pełna ekscytacji przechodziła w poranek i zapowiedź kolejnej nocy, które nie miała obfitować w ważne wydarzenia. No chyba że Giovanni znajdą Tzimisce, ale póki co ten stary wampir… pokazywał się tylko wtedy, gdy chciał być zobaczony.
                                  Więc Ann nie spodziewała się niczego ciekawego następnej nocy. Póki co musiała przetrwać obecny dzień… w płomieniach.

                                  Bo te właśnie odnalazła budząc się płonącym nowojorskim budynku. Ogień. Nieubłagany wysłannik słońca, największego wroga jej rodzaju. Otaczał ją i parzył… Tu jej moce niewiele pomagały. Musiała uciekać, tylko dokąd? Na oślep przez płomienie. Niczym spanikowane zwierzę którym była. Nie zważając na rany, na ból.

                                  - Ogniu krocz przede mną…- trzeszczący głos słyszała za sobą. Sylwetkę otoczoną ogniem niczym drugą skórą widziała, gdy zerkała przez ramię.-|
                                  - … niszcz każdego kto stanie mi na drodze…-

                                  Podążał za nią, by ją spopielić. Podążał za nią by ją zabić.
                                  -... oczyść moją ścieżkę ku chwale… -
                                  Nie była jego wrogiem. Nie czuła nienawiści w jego głosie, gniewu, frustracji. To nie było nic osobistego. Była chwastem blokującym jego ścieżkę i dlatego musiała zginąć. Podświadomie wiedziała jaka twarz kryła się pod płomieniami… i bała się.

                                  Ta wiedza umknęła jej tuż po przebudzeniu. Tak samo jak Blake.
                                  William bowiem musiał wcześnie wyjechać, by dogadać się z najbardziej żarłocznym krwiopijcą jakiego znał. Towarzystwem Ubezpieczeniowym. Powody tego były proste. Budynek który spłonął, był ubezpieczony i Toreador musiał zadbać, by towarzystwo nie zajmowało się za bardzo tym wypadkiem. I nie wysyłało detektywów oraz specjalistów do zbadania tego pożaru. To wymagało układania się z firmą ubezpieczeniową i pewnych kompromisów. I było nielegalne.
                                  Niemniej Towarzystwo Ubezpieczeniowe w którym Toreador ubezpieczył swoje posiadłości miało giętki kręgosłup moralny i dało się z nimi negocjować. Niemniej takie rzeczy lepiej było robić osobiście, twarzą w twarz. Dlatego pojechał wczesnym wieczorem. I zostawił Ann samą, ze śpiącym Vincentem który wywiesił na drzwiach wywieszkę “Nie przeszkadzać”.
                                  A Ann… nie miała w sumie nic do roboty. Po ostatnich pracowitych nocach, nastąpił wreszcie spokój. Przynajmniej do czasu, aż otworzył skrzynkę pocztową i w niej znalazła paczką przeznaczoną dla niej. A w środku niej, fiolkę… z krwią… z vitae… tyle że ta wampirza krew nie była opisana. Nie było też żadnej karteczki, żadnego listu, adresu zwrotnego. Nic. Tylko duża fiolka wampirzej krwi nieznanego pochodzenia.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • ZellZ Niedostępny
                                    ZellZ Niedostępny
                                    Zell jako Ann Paige
                                    Moderator Obsługa
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #59


                                    PREZENT


                                    Wreszcie przyszła, wreszcie przyszła!

                                    Ann patrzyła na przesyłkę szeroko otwartymi oczami i z uśmieszkiem na twarzy, ale zaraz spojrzała uważniej, aby wrócić z nią do środka. Wyraźnie była wciąż podekscytowana, ale wpierw musiała coś sprawdzić... bo miała takie gryzące przeczucie, że wcale nie musi to być tym, czego oczekiwała.

                                    Zamknęła za sobą drzwi i jeszcze stojąc w korytarzu otworzyła fiolkę z krwią, którą od razu powąchała. Niezaprzeczalnie była to wampirza krew, ale... to nie ta TA krew.
                                    Czy ktoś ją próbował wrobić, aby wypiła jego krew?!

                                    Ann poczuła wściekłość. Krew w probówce była silna, więc nie starał się jej wrobić ktoś nieistotny. Dziewczyna zagryzła silnie zęby zamykając probówkę. Ruszyła do pokoju Vincenta, który niestety był zamknięty...

                                    - VINCENT! - krzyknęła Ann uderzając w drzwi pięścią.
                                    - Wywieszka… nie wystarcza? Zapominasz że jestem śmiertelnikiem, nie mogę… działaaać czterdzieści osiem godzin na dobę…- usłyszała zza drzwi, które lekko się rozchyliły. Mężczyzna spojrzał przez szczelinę.
                                    - Co się stało? Jesteśmy atakowani?

                                    Ann naparła na drzwi, chcąc wejść do środka... ale coś ją zniechęciło. Co do...

                                    - Co do cholery... otwórz to! - warknęła do Vincenta - Musisz pomóc!
                                    - Nie otwoorzę… ale pomogę… daj mi się ubrać kobieto. Wolę nie łazić goły przed niewiastą, chyba że ją zaciagam do łóżka. - odparł mężczyzna zamykając drzwi. Ann słyszała jak się ubiera.

                                    Ann była zirytowana i chodziła w kółko wściekła.
                                    Po chwili otworzył drzwi nieco. Przecisnął się przez nie.

                                    I zamknął za sobą.

                                    - W czym problem?
                                    - Ktoś wysłał mi swoją vitae! - wyciągnęła przesyłkę w kierunku Vincenta - Myśleli, że głupi kundel wypije wszystko!
                                    - Achaaaa… głupio z ich strony wysyłać tak cenny prezent. - Vincent nachylił się i powąchał fiolkę. - Intensywny aromat. To co… spuścić ją za ciebie w kiblu?
                                    - Nie, to ślad! - Ann parsknęła - Chcę byś określił do jakiego wampira należy.
                                    - Znaczy… przynaleźność klanową?- dopytywał się Vincent.
                                    - Wszystko co dasz radę. Jaki klanowy dupek chciał mnie zniewolić…
                                    - Acha… - Vincent ulał parę kropel na swój palec. I oblizał go. Ann odruchowo oblizała się wraz z nim. Zapach tej vitae był intensywny. - Ponoć krew twojego rodzaju jest bardzo cenna dla was.

                                    Podrapał się po karku i sięgnął po karty znajdujące się w kieszeni koszuli.

                                    - Możesz mi oddać brakującą?

                                    - Wiesz jak ghule się robi? Wampira też może inny wampir tak zniewolić. - podała kartę Vincentowi - Sporo Tremere z krwi powie wiele o osobie... Zobaczy czy i kogo diabolizował, jakie ma pochodzenie. Może nią wpływać na ciebie, krzywdzić... Nie, Nadia nie umie.
                                    - Gdybym wypił fiolkę, to z pewnością by mnie zdominowało. Parę kropelek to za mało.- uśmiechnął się ruszając z fiolką na parter. - Wiem o tej całej dominacji, niemniej mimo to mój wuj trzyma w prywatnej piwniczce kilka butelek wina pełnych takiej vitae. Muszą być więc jakieś plusy. -

                                    Spojrzał na Ann dodając.- Ja też z pomocą sfery Życia mogę odczytać z krwi informacje. Problem w tym, że… za małą mam wiedzę o was. Gdybym miał duże doświadczenie z waszą krwią i wiedzę… o klanach… i ich mocach. Ale nie mam. Więc nie pomogę tak bardzo jak Tremere by mógł.

                                    - Kainici winem z krwią częstują śmiertelnych. Takie podrzucanie narkotyku w klubie. Nie wiem na co magom, chyba że są zghulowani. Wysłano do mnie, bo... no... ktoś wiedział, że dostaję takie fiolki. - przyznała ze wstydem - Myślano, że wypiję od razu... - westchnęła - Sama wielkiej wiedzy nie mam, nie całą. Nie chcą inni ot tak jej dać takim jak ja…
                                    - Nie chodzi tu o wiedzę teoretyczną, tylko o praktykę. Nie miałem za wiele doświadczenia z wampirzą krwią. Nie smakowałem różnych klanów, nie badałem… więc nie rozpoznam z którego on lub ona jest. - wyjaśnił Vincent wchodząc do kuchni i szukając po szafkach jakiegoś spodka.
                                    - Ale dasz radę coś? - zapytała pomagając znaleźć.
                                    - Zobaczymy…- Vincent postawił spodek na stole. Nalał na niego trochę krwi. Przez chwilę się namyślał wpatrując w niego, a potem zaczął tasować karty.- Tyle że mój wuj nie trzyma swojego vitae w butelka, a swoich konkurentów i wrogów. Oczywiście tylko tych dawno martwych. Lubi czasem świętować rozkoszując się jej łyczkami.

                                    - Ale twój wuj to mag?
                                    - Nie. Mój wuj to Ventrue… książę Los Angeles. W zasadzie to nie jest mój wuj, ale jestem jego dalekim potomkiem. Spłodził parę dzieci przed przemianą. - wyjaśnił Vincent kładąc pierwszą kartę i zerkając gdzieś w przestrzeń jakby szukać aprobaty.
                                    - Och... Książę Ventrue... - westchnęła - Lepiej mu się nie chwal wizytą w Stillwater.
                                    - Pewnie nigdy nie słyszał o tym miejscu. Ale teraz już wiesz czemu mnie tu wysłano. Znam wasz rodzaj bardzo dobrze… cóż… lepiej niż przeciętny mag.- kolejne karty były układane dookoła talerzyka. Losowe. Vincent wyciągał ja na oślep z talii.
                                    - Może słyszał, że Książę Nowego Jorku ma... więzienie na tych, co podpadli mu, ale żal ubijać, bo mogą się jeszcze przydać. - stwierdziła obserwując wykładanie kart - To właśnie Stillwater.
                                    - Wuj nawet jeśli słyszał to ma własne kłopoty. Dużą populację anarchów z którą musi się liczyć i współpracować oraz wschodnie wampiry, które siedzą w Chinatown i próbują przejąć całkowitą władzę w mieście.- odparł ironicznie Vincent przyglądając kartom, które wyłożył.

                                    Ann również patrzyła na karty, ciekawa wyniku.

                                    - Często z nim się widzisz?
                                    - Od czasu do czasu. Co najmniej raz do roku. Zawsze był aniołem opiekuńczym mojej familli.- wyjaśnił Vincent. - Podaj mocny alkohol i zapałki.

                                    Dziewczyna zaczęła przeglądać ludzkie zapasy i wyjęła drogą wódkę oraz zapałki z szuflady.

                                    - Do spalenia, nie do picia? - zapytała stawiając oba przed Vincentem.
                                    - No… do spalenia.- Vincent nalał trunku na talerzyk i podpalił zawartość. Mdłe i czarne opary unosiły się nad płomieniami i mag próbował je wdychać.

                                    Po czym wskazała na oślep palcem.

                                    - Tam… dość daleko od nas niestety. Potężny, stary mężczyzna w młodym ciele. Pełen wigoru i mocy. Jego ciało nie jest takie jakie było wcześniej. Nie jest… prawdziwe. - wydusił z siebie. - Wampir… oczywiście.
                                    - Daleko... jak Nowy Jork? I mocy... magicznej...?
                                    - Dla mnie wszystkie wampirze moce smakują tak samo i … on nadal jest w Stillwater lub okolicy. Ciężko go będzie dokładnie zlokalizować… a i niebezpiecznie. Dostałaś podarunek od potężnego admiratora. - odparł Vincent zbierając karty, jedna po drugiej.

                                    Ann milczała chwilę.

                                    - Nie możesz go zlokalizować po krwi? - przysunęła się bliżej człowieka - Proszę... to byłoby świetne... Zależy mi na tym.
                                    - Mniej więcej… popijając coraz więcej jego krwi i wróżąc poprzez nią. Sama wiesz czym to grozi. Niemniej najbardziej martwi mnie to, że… - westchnął Vincent ciężko. - To nie jest przeciwnik, z którym dałabyś sobie radę. Nie jestem też pewien czy sam chciałbym się z nim zmierzyć. To istota starsza od mojego wuja.

                                    Ann zadrżała lekko.

                                    - Mam... nieprzyjemne wrażenie, że wiem kto to może być... - spuściła wzrok - Niby... Miałabym podświadomą wiedzę, gdzie jest... Gdybym wypiła... to cię jeszcze nie niewoli, ale... - Ann wyraźnie była niepewna tego pomysłu.
                                    - Nie radziłbym. Wiedza nic ci nie da, jeśli nie masz dość sił, by… - westchnął Vincent.- Zmierzyć się z wrogiem. lepiej sobie odpuścić, poczekać. Vitae przecież nie wyparuje.
                                    - Skontaktuje się z Księciem Stillwater. - westchnęła - Jeszcze osobnik nie wie, że nie wzięłam krwi. Można wykorzystać. - spojrzała na maga - Jeżeli zdecydujemy się walczyć... to pomożesz nam?
                                    - Uważam że to nierozsądne. Uważam, że pakujemy się w pułapkę. - zastanowił się Vincent rozważając różne warianty.- To potężna krew, stary wampir… a one są jak pająki. Snują duże sieci. Jestem pewien, że jest przygotowany na obie opcje. Na to że wypijesz i na to że tego nie zrobisz.
                                    - Jeżeli nie będzie wielkiego sprzeciwu... - Ann wyraźne była tym zestresowana - Ja... Będę musiała... Mam... się przysłużyć... - szepnęła.
                                    - Ann… krew nie ucieknie. Pośpiech nie posłuży nikomu. Jeśli zdołasz go znaleźć, jeśli ja zdołałbym go znaleźć dziś, to z pewnością możemy go znaleźć jutro… pojutrze.- perswadował jej mag.- Gdy będziemy przygotowani, a ja wypoczęty.
                                    - Chciał bym była przydatna Giovanni... Oczekuje tego... - młoda wampirzyca była rozbita.
                                    - Kto tego oczekuje? - zapytał Vincent.

                                    Ann nie odpowiedziała od razu, walcząc ze słowami, a kiedy wydobyła je z siebie, mówiła szeptem.

                                    - Mój... opiekun... Z Nowego Jorku…
                                    - Nie przysłużysz się ani jemu, ani Giovanni pijąc nieznanego pochodzenia Vitae w nadziei, że będziesz miała szczęście. - ocenił sceptycznie mag.
                                    - I tak muszę podzwonić... - mruknęła przybita i poszła do stacjonarnego telefonu, aby z niego zadzwonić do Księcia Stillwater.
                                    - Dobrze. Zrób to. - odparł Vincent zagarniając fiolkę. - A ja sobie zrobię mocną kawę.

                                    Zaś Ann zadzwoniwszy usłyszała pogodny głos Joshui.

                                    - Halo… kto dzwoni? Ann?
                                    - Tak, od Williama, który pojechał ułożyć sprawy z ubezpieczeniem. - odparła Ann - Jesteś zadowolony, Książę. Po wczoraj? - zapytała starając się ukryć drżenie głosu.
                                    - Współczuję mu… nie ma gorszych pijawek niż prawnicy. Nawet Ventrue nie dorastają im do pięt. - odparł żartobliwie Smith. A następnie dodał poważnie. - Jestem. Sprawa rozwiązana gładko. Obyło się bez problemów. I bez prasy póki co.
                                    - Jeżeli żałowaliście, że tam nie było Tzimisce... - westchnęła - To chyba właśnie się ujawnił.
                                    - Jak to? Widziałaś go? - zapytał zdziwiony Smith i dodał. - Już jadę, zamknij drzwi i okna. I schowaj się w piwnicy.
                                    - Niedokładnie... Wysłał mi przesyłkę. Swoją Vitae... Myślał pewno, że od razu wypiję, myląc z krwią Cyrila... Vincent ze mną jest.
                                    - Z tego co wiem… jesteś na głodzie, prawda?- zapytał Smith.

                                    Ann westchnęła.

                                    - Jeszcze się trzymam...
                                    - Nie w tym rzecz. Skoro ja wiem, on wie też. Nie liczy na twoją naiwność, tylko na desperację.- odparł Smith. - Już jadę do ciebie.

                                    Wkrótce Joshua zajechał swoim wozem policyjnym. Wysiadł i ruszył do pozamykanego na wszystkie spusty domostwa. I zapukał. Otworzyła mu wampirzyca wpuszczając go.

                                    - Vincent badał trochę krew. - odparła zamykając drzwi - Nadia kiedyś mi mówiła, że nie zna się na tej gałęzi magii.
                                    - To prawda… z tego co wiem, jej magia krwi jest… problematyczna dla Tremere.- przyznał Joshua idąc do kuchni. - Garry ma się też tu zjawić. Giovanni jeszcze nie wiedzą i nie powinni wiedzieć, przynajmniej na razie.
                                    - Po co mu jedno danie mi krwi? - Ann zapytała przy wejściu do kuchni - I skąd on by wiedział o moim piciu?
                                    - O ile pamiętam, tylko ty zauważyłaś jego sługi… może nie był to przypadek? Może cię obserwuje, a ty zauważyłaś to wtedy, gdy jego sługi spaprały obserwację?- stwierdził w zamyśleniu Smith i skinieniem głowy przywitał się z pijącym kawę Vincentem. Mag odpowiedział podobnym gestem.

                                    Ann usiadła przy stole kuchennym.

                                    - Ale czemu ja? Nie jestem Giovanni czy z jakiegokolwiek Klanu. Nie zrobiłam mu nic. Nie mam wartości u Kainitów, choćby wpływami.
                                    - Powód jest prosty. W jego oczach jesteś najsłabszym ogniwem, albo tylko pionkiem, albo tylko dystrakcją.- stwierdził po namyśle szeryf i spytał. - Przyszło jakieś… pismo z tą przesyłką?
                                    - Nie... tylko paczuszka i niepodpisana krew. - zaprzeczyła - Jestem najsłabszym ogniwem, ale on chyba nie ma problemu ze Stillwater, więc po co mnie brać na cel? A mówisz, że mógł mnie dłużej obserwować…
                                    - Nie wiem. - przyznał Joshua bezradnie. - Nie wiem w co gra ten Tzimisce, ale to zdecydowanie akcja rozplanowana na lata. Może… po prostu podrzucił ci fiolkę licząc że wywoła tym zamieszanie w naszej małej społeczności. Musisz przyznać, że mu się to udało.

                                    Ann spojrzała na blat stołu.
                                    ‐ Wiesz... że ta krew... doprowadzi do niego?

                                    - Możliwe że tak. Możliwe że tego właśnie oczekuje.- westchnął Smith i spojrzał na nią i na zmęczonego czarodzieja. -Tylko czy my tego chcemy. Spór tego Tzimisce z Giovanni to nie nasza sprawa. Nie wiem czy powinniśmy się angażować.-
                                    - Możemy anonimowo podrzucić krew właśnie nim. Zakorkować fiolkę, wsadzić w paczkę i posłać im ten prezent. - zaproponował Vincent.
                                    - Ale jeżeli to tylko spór Tzimisce z Giovanni, to czemu mnie obserwowali jak tylko przybyłam? - spojrzała na Joshuę - Nie wiem czy Szkaradźcowi dawać tą krew…
                                    - Jesteś tylko pionkiem w rozgrywce między nimi. Obawiam się że takim pionkiem jestem i ja… i cała populacja wampirza Stillwater.- ocenił gniewnie Smith, oczy zabłysły mu czerwienią, a kły wyraźnie zostały obnażone gdy wysyczał gniewnie.- .. a moja domena, ich planszą do gry. Wielce to mi się nie podoba. - ostatnie słowo prawie ryknął. Ale po chwili się opanował. - Nie martw się… nie jesteś zapewne, aż tak ważna dla Tzimisce jak ci Giovanni. Ot jedna z figur na szachowej planszy. Myślę, że twoja śmierć nie jest jego celem.. a krew, należy schować na razie. Pomyślę… poprzez Nadię skontaktuję się z Palafoxem.

                                    Ann skinęła smętnie.

                                    - Mam nadzieję, że tak będzie. - odparła - Choć powinni się przenieść gdzieś, gdzie nie będą po czyjejś domenie łazić.
                                    - Z pewnością… Garry wkrótce tu dotrze. Ma się u was zadomowić, by poczuliście się bezpieczniej?- zapytał szeryf, a Vincent wzruszył ramionami. - Ja tam wcale nie czuję się zagrożony.
                                    - Nie wiem czy William wytrzyma wiecznie naćpanego na terenie. - stwierdziła szczerze - A to wczoraj... Kultyści wiedzieli o nas, o wampirach. To... dziwne.
                                    - Gdyby o nas wiedzieli, to chyba by powinni być lepiej przygotowani. Łowcy są śmiertelnikami, a mają na nas swoje sposoby. Z tego co powiedział William, to była rzeź nie walka.- wzruszył ramionami szeryf i dodał żartobliwie spoglądając na maga.- A jak Blake będzie miał problemy z Garrym to się wypłacze na ramieniu Vincenta.

                                    Maga zupełnie zdezorientowała ta wypowiedź.

                                    - Słyszałeś Vincent? Będziesz poduszką do wypłakiwania się. - Ann w końcu zdobyła się na uśmiech.
                                    - NIe zamierzam być niczyją poduszką.- odparł cierpko mag sięgając po papierosa.

                                    - Teraz pytanie… gdzie ukryjemy fiolkę z krwią Tzimisce?- zadumał się Joshua.
                                    - Niech Vincent trzyma. Sobie nie ufam... kusi. - Ann skrzywiła się - W sumie Tzimisce nie będzie wiedział czy wypiłam krew, czy nie. Może to da się wykorzystać.
                                    - W sumie… tylko jak to wykorzystać. - zastanowił się Smith drapiąc po podbródku.
                                    - Tzimisce raczej nie zależy by mnie zabić, tylko wykorzystać w grze. Mogę udawać upicie jedną dawką, mam pewne doświadczenie. - skrzywiła się - Może się ukaże, popełni błąd ufając, że naćpany kundelek nie będzie w stanie nic przeciw staremu Tzimisce zrobić. Nie chce z nim walczyć, tylko uśpić czujność do siebie, samej informacje zdobywając.
                                    - Nie sądzę by się to udało. Nie wiemy nawet co ten Kainita próbował osiągnąć przysyłając ci krew. Raczej nie wpadnie tu z wizytą… w końcu to także leże Blake’a. - ocenił szeryf.
                                    - Może jak będę podświadomie szukać, łazić bez widocznego celu, to jakąś reakcję wywoła?
                                    - Może… ale szczerze powiedziawszy wątpię. Mi to wyglą… - Joshua nie dokończył, bo psy Williama zaczęły głośno i gwałtownie ujadać.
                                    - Jeżeli to nie Garry... to chyba zaraz się dowiemy... - Ann sprawdziła czy ma przy sobie pistolet i sztylet - Vincent... ukryj krew, proszę. - spojrzała na Joshuę - Idziemy się przywitać?
                                    - Chodźmy- odparł Brujah wyciągając własny pistolet. Oboje podążyli ku drzwiom, podczas gdy mag zabezpieczył fiolkę. Na dworze zaś okazało się, że Ann się nie myliła. To Garry przybył, na grzbiecie niedźwiedzia… w towarzystwie stada wilków. i te właśnie wilki były problemem, bo psy Blake’a choć pojone krwią, nadal żywiły odwieczną nienawiść do swoich dzikich pobratymców. I vice versa.

                                    Ann odetchnęła z ulgą.

                                    - Garry, psy stresujesz.
                                    - Sorki… zapomniałem o nich… zbierałem po drodze sojuszników i nie pomyślałem o tym że niektórzy się pogryzą. - Garry zrobił smutną minę i… niedźwiedź na którym siedział też, osunął się na ziemię pyskiem i zakrył go łapami, udając potulnego misiaczka.
                                    - Ważne, że jesteście. - wyraźna ulga malowała się na twarzy wampirzycy - Po drodze żadnych śladów? Nic niepokojącego?
                                    - Nic takiego szczególnego… - przyznał smutno Ganrel z niedźwiedzia i gestem odwołując wilki do lasu. I przerywając jazgotanie psów. Smith tylko dodał. - Tzimisce ponoć dzielą niektóre dyscypliny z Gangrelami właśnie. Mój twór… men… oficer który nami dowodził opowiadał że Gangrele i Tzimisce wywodzą się od jednego przodka.
                                    - To bujda. - uciął tą kwestię Garry.
                                    - Zostajesz z nami? - Ann zapytała Garry'ego.
                                    - Jeśli nie czujesz się dość bezpiecznie. Bo Joshua nie będzie mógł. Ma obowiązki. - stwierdził Garry, a szeryf rzekł. - A on ma rację.
                                    - Jak wróci William to nie powinno być źle... o ile armii potworów nie naśle. Choć chyba dodatkowe wsparcie się przyda... - spojrzała na Joshuę - Jedziesz teraz do Nadii?
                                    - Nie… zadzwonię do niej, jak złapię zasięg w komórce.- Smith klepnął dłonią odznakę policyjną. - Może to głupie z mojej strony, ale poważnie traktuję swoją robotę.
                                    - Chyba poważniej niż większość śmiertelnych policjantów. - spojrzała na Garry'ego - Jeżeli sama odjadę, to nasz mag zostałby samotnie, a biedny zaspany i zmęczony. Żal by go było samego zostawić.
                                    - No to ja mogę zostać z magiem. - zgodził się Garry po namyśle.
                                    - Zadzwonię do Nadii i chcę pojechać do niej. Mam przekazać od ciebie? Chcesz teraz od Williama zadzwonić? - zapytała Joshuę.
                                    - Nie… ale jeśli ty chcesz zadzwonić do Nadii to chyba ja nie będę musiał. - ocenił sytuację Smith.
                                    - Będziesz, jeżeli mam nie przekazywać o kontakcie z jej Primogenem.
                                    - Możesz powiedzieć, że ja jej naka… że prosiłem o to. - odparł z uśmiechem Joshua.

                                    - Tu Nadia… Czego chcesz William ? - sarkastyczny i znudzony ton głosu świadczył że Nadia jest w dobrym nastroju.
                                    - Przyjadę do ciebie. - odezwała się Ann.
                                    - Hmm… a od kiedy to zaczęłaś umawiać telefonicznie?- zapytała Tremere. - I po co mnie odwiedzisz?
                                    - Jestem zestresowana tym co się odwala wokół mnie. I nie mam nastroju brać cię z zaskoczenia. - odparła.
                                    - Jaka to miła odmiana. - cóż… Nadia nie traciła swojego “charakterystycznego uroku”.
                                    - Zaznacz w kalendarzu. - podśmiała się wampirzyca - Będę niedługo. A, Smith prosił byś skontaktowała się z Palafoxem. Wytłumaczę ci na miejscu.
                                    - Nie mam do niego gorącej linii. I nie mogę wysłać maila. Nie odbiera ich. - westchnęła ciężko Nadia. - Dobrze, że chociaż mu przeszła miłość gołębi pocztowych.
                                    - Do zobaczenia niedługo. - Ann rozłączyła się.

                                    Wampirzyca zostawiła Vincenta z opiekunką, a sama udała się na motocyklu do miasta. Starała się nie myśleć za dużo o Tzimisce, jednak co jakiś czas rozglądała się po drodze, a zatrzymawszy przy bibliotece wręcz trochę paranoicznie obserwowała otoczenie nim zadzwoniła do drzwi.
                                    Te się otworzyły od razu. A tuż za drzwiami stał Charlie.

                                    - Szefowa kazała mi na ciebie czekać. Ponoć się dziwnie zachowujesz… zły trip, po krwi od sekciarzy Garry’ego?- zapytał ze współczuciem.

                                    Caitiffka zaśmiała się.

                                    - Naprawdę? Tylko tyle wystarczy, aby ją zaniepokoić? - pokręciła głową i ruszyła znaną sobie drogą.
                                    - Raczej to okazja dla niej, by postawić mnie w kącie niczym stare palto i kazać czekać. - zaśmiał się rubasznie wampir i podążył za Ann.
                                    - Nadal próbuje cię zniszczyć psychicznie?
                                    - Ooo tak. Ale już bardziej czyni to z przyzwyczajenia. Straciła cały entuzjazm, po ostatnim napadzie histerii jaki przy mnie miała. - rzekł Charlie z pewną satysfakcją, gdy schodzili coraz niżej i niżej.


                                    - Co cię tu sprowadza. - odezwała się Tremere zajęta swoimi badaniami.

                                    Ann poczekała aż Charlie odejdzie i bez słowa podeszła do Nadii, chcąc pochwycić silnie trzymać jej ręce wygięte za plecami.
                                    Przewaga zaskoczenia, zmieniła się szybko w chaotyczną szarpaninę. A potem Ann wylądowała brzuchem na zimnej podłodze, z Nadią siedzącą na jej tyłku i swoimi rękami trzymanymi za plecami.

                                    - Powinnam cię za to oćwiczyć batogiem do krwi. Jak śmiesz podnosić ręce na szlachecką córkę.- warknęła gniewnie Nadia.

                                    Ann wyraźnie się tego nie spodziewała. Próbowała zrzucić Tremere z siebie.

                                    - Śmiem, bo sama jestem szlachecką córką. A skąd w tobie ta siła?
                                    - Przeszłam całą Rosję płonącą rewolucyjnym ogniem. To nie był spacerek po parku. I jeśli będziesz się wiercić podsmażę cię błyskawicami… samozwańcza szlachcianko.- burknęła wampirzyca. - I co to za pomysł z napaścią na mnie?
                                    - Chciałam się na tobie odstresować. - fuknęła - I mam lepszy rodowód od ciebie.
                                    - Wątpię… po pierwszej wojnie rody szlacheckie Europy zeszły na psy mieszając swoją krew z plebejuszami i karierowiczami. Możesz masz znaczniejsze nazwisko, ale nie jesteś lepiej urodzona. A teraz… zapłacisz za swoją arogancję. Wybatożę cię w dybach. Na twoje szczęście mam tylko bicz. - odparła beznamiętnie Nadia wstając i podciągając Ann w górę za trzymane jej ręce. - To cię nauczy nie atakować starszych od siebie. Z reguły bywają potężniejsi. Cyril cię tego nie nauczył?
                                    - Uczył... - szarpnęła się.
                                    - Widać nie dość dobrze. Nie kombinuj z cieniami, z pokorą znieś swoją karę za napaść.- odparła beznamiętnie Nadia.- To twój głupi wyczyn pójdzie u mnie w zapomnienie. I ciesz się, że tak dobrze cię znam, bo w innym przypadku byłabyś kolejnym martwym wampirem na mojej liście zwycięstw.

                                    - To nie była napaść, to było droczenie się. Napadałabym inaczej. - Ann spojrzała na Nadię z jakąś... nutką ekscytacji?

                                    Nadia odpowiedziała lekkim grymasem frustracji, westchnęła ciężko i dodała.

                                    - Niech będzie… oćwiczę cię będąc w samej bieliźnie i może nawet pocałuję tu i tam. Jak będziesz posłuszna.

                                    Ann pokiwała głową z wyraźną już ekscytacją.

                                    - Tak...


                                    Poobijana, obolała ale i bardzo usatysfakcjonowana Ann nadal znajdowała się w dybach pokazując światu swój goły zadek, na którym goiły się ślady po biczu. Sama Nadia siedziała tylko w bieliźnie na łóżku oddychając ciężko i spoglądając spod przymkniętych oczu.

                                    - Mam ochotę nakarmić cię krwią, tylko po to byś musiała cierpieć moją oziębłość wobec ciebie przez cały miesiąc. Wykorzystałaś mój gorący temperament przeciwko mnie.
                                    - Żałujesz, że wykorzystałam? - zapytała z uśmiechem.
                                    - Żałuję że cię nie zabiłam, żałuję, że ci uległam… mięknę na tej prowincji.- westchnęła wampirzyca. - Jedyne pociesza mnie fakt, że… twoje zauroczenie moją osobą nie potrwa wiecznie.
                                    - Serio żałujesz, że nie zabiłaś? Wyglądałaś na zadowoloną, gdy wymierzałaś razy.
                                    - Jak wspomniałam… mięknę. Wiesz czemu tu jest Garry… bo swoi się go wstydzą. Ja jestem z innego powodu… właściwie z wielu…- machnęła ręką Nadia w irytacji.- … ale główny powód dla którego tu jestem właśnie ja, a nie inny słabszy Tremere, jest przeciwieństwem sytuacji Garry’ego. Mnie się boją.
                                    - Co jest straszniejszego w tobie niż w Palafoxie? On jest silniejszy.
                                    - Każdy Książę, każdy Primogen ma Kainitów od mokrej roboty. Zgadnij kogo ma Palafox.- uśmiechnęłą się wrednie Nadia.

                                    - Nie jesteś bardzo stara. - powiedziała wprost - Kiedyś myślał by cię na Cyrila wysłać?
                                    - Nie wiem. Może? Primogen nie lubi i nie ufa twojemu szefowi. Ty to wiesz, ja to wiem, cały klan Nowego Jorku to wie i pewnie sporo nowojorskich wampirów poza klanem. - odparła Nadia wzruszając ramionami. - Nie dostałam jeszcze jednak zlecenia na ubicie go.
                                    - A zrobiłabyś to? Wiedząc, że byś i mnie tym zniszczyła? - zapytała poważnie - Gdybyś musiała i mnie po drodze zabić?
                                    - Zabiłabym wpierw ciebie i każdego podwładnego Cyrila, a potem osaczyła jego i zabiła.- stwierdziła beznamiętnie Nadia.- To nic osobistego. Cyrila może i nie lubię, ale wielu innych Tremere też nie uważam za przyjaciół.
                                    - Więc bawmy się póki można. - odparła Ann.
                                    - Niech cię pocieszy fakt, że gdyby Palafox mógł go tak po prostu zabić, to by to zrobił. Cyril ma swoich popleczników na wysokich stołkach, więc… raczej nie będziemy miały okazji się przekonać kto okazałby się lepszy, ja czy on. - odparła Tremere z ironicznym uśmiechem.

                                    - Kogo jeszcze tu sprowadzasz? Bo chyba nie tylko na mnie to jest. - skinęła na przyrządy w “loszku” który był w jej sypialni - I uwolnij mnie już, szlachcianko.
                                    - Nie… nie widzę potrzeby. Jesteś bardzo ładną ozdobą mojej siedziby, zwłaszcza z wypiętym tyłkiem.- zaśmiał się wampirzyca i podeszła do uwięzionej Ann. - To będzie twoja kara. Resztę nocy, spędzisz tu sama w dybach. A ja się ubiorę i pójdę pracować nad moimi badaniami. Będziesz tu tkwiła, bo dzięki temu możesz odzyskać szansę na kolejne takie zabawy.
                                    - Nadia! - Ann szarpnęła się - Nie możemy teraz sobie na to pozwolić! Dałaś mi emocje, tak jak chciałam, ale to tylko tyle! Nie mogę dziś dłużej tu być. Nie, gdy zagrożenie wystawiło łeb.
                                    - Jakież to zagrożenie się czai? - zapytała sceptycznie Tremere przyglądając się Ann.
                                    - Tzimisce. - odparła Caitiffka - Temu byłam tak zestresowana. Liczył na moją desperację i wysłał mi nieoznakowaną krew, jak zrobiłby to Cyril. Nie wypiłam. To była krew tego Tzimisce.
                                    - Hmmm… a więc wysłał ci krew i nie wypiłaś. To że wysłał ci krew jest podejrzane i być może zwiastuje kłopoty w przyszłości… - Nadia podeszła do łóżka usiadła zgrabnie zakładając nogę na nogę. - … ale nie widzę w tym natychmiastowego zagrożenia. Gdzie jest ta fiolka pełna słodkiej mocy?
                                    - Ukryta. I sobie nie ufam. To jest... bardzo silna krew. Szczerze kusiła. Nadia... daj mi odejść.
                                    - Tym bardziej nie mogę, skoro przyznałaś że krew cię kusi. Tym bardziej powinnam zatrzymać tu… z dala od fiolki.- rozważała głośno opcje i zaklęła pod nosem. - Przeklęty stary skąpiec.

                                    Wstała i podeszła do pobliskiej szafki, wyciągnęła zakrzywiony sztylet.

                                    - Eech… tylko nie dopisuj sobie zbyt wiele do moich działań. To czysty pragmatyzm. - podeszła i zsunęła stanik z biustu. Przesunęła ostrzem po lewej… pierś spłynęła krwią. I tak zraniony biust podsunęła do ust Ann. - Możesz trochę zlizać… złagodzi głód i pewnie przedłuży twoje zauroczenie moją osobą. Ale nie dam ci wypić dość, by więź uległa wzmocnieniu.

                                    Ann otworzyła szeroko oczy.

                                    - Cyril się wścieknie na mnie... - westchnęła i przyjęła ofertę, sama starając się nie wypić za dużo.
                                    - Nie wiem gdzie dokładnie jest fiolka, tak czy inaczej.
                                    - Więc zmarnowałam moją krew co? A Cyril nie wścieknie się na to o czym nie wie. A ja mu nie powiem… - odparła z przekąsem Nadia odsuwając się i zabierając za wycieranie piersi ze swojej krwi. - Zresztą to trochę jego wina. Za bardzo na tobie oszczędza. -

                                    Spojrzała na Ann mówiąc. - A o krwi Tzimisce mu nie mów. Będzie ją chciał dla siebie. Sam zaś raczej nie zapyta. Za dużo ma kłopotów w Nowym Jorku, żeby się interesować bajzlem w Stillwater.

                                    - Nie wiem jaki Tzimisce ma zamysł. Po jednej dawce bym miała jakąkolwiek szansę go w końcu znaleźć... i to tyle.
                                    - Wrzucił ochłap mięsa między stado głodnych wilków. Wampirza vitae jest bardzo cenna.- odparła Nadia przyglądając się dziewczynie z podstępnym uśmieszkiem. - Zastanawiam się… czy nie skosztować twojej krwi.
                                    - Sama mówiłaś, że to zły pomysł w aktualnej sytuacji…
                                    - Co nie znaczy, że nie kusi… ale wtedy naprawdę zagarnęłabym ciebie i wyrwała Cyrilowi. Jestem potworem, gdy jestem zakochana. - zaśmiała się Nadia i dodała. - Postanowione. Zatrzymam cię dla siebie, przez kilka nocy. Gdzie będziesz bardziej bezpieczne od wpływów Tzimisce, jeśli nie w siedzibie Tremere?
                                    - Oszalałaś. Czy ty chcesz mi nawet nie dawać wyjść z biblioteki? - Ann niezbyt się uśmiechało być zamkniętą.
                                    - Do miasta tylko ze mną… może z obróżką na szyi…- Nadia nie wytrzymała do końca i wybuchła śmiechem. Wzruszyła ramionami. - Oczywiście, że nie zamierzam cię tu uwięzić. I będziesz mogła wyjść na miasto. Niemniej uważam by lepiej było, byś na razie przeniosła się od Willa tu do mnie… nie chciałabyś… więcej takich… nocy? -

                                    Wskazała stopą na dyby.

                                    - Może nawet zasłużysz znów na więcej… - dodała przesuwając palcami po pościeli łóżka.

                                    Dziewczyna uśmiechnęła się.

                                    - To jest pomysł. I Lukrecja dostanie mocne wyjaśnienie pobytu u ciebie. Już się interesuje. - skinęła głową - Jutro przyjadę ze wszystkim.
                                    - I zechce zrobić z ciebie swojego szpiega. Jeśli cię to kręci… możesz jej na mnie donosić. Nie mam za wiele do ukrycia. A to co jest ukryte… - wzruszyła ramionami Nadia.- … nie dotyczy mnie. Uroczo wyglądasz w dybach. - zmieniła temat wstając. Podeszła do Ann i uderzyła w pośladek. Po czym zaczęła się ubierać. -Tak jak powiedziałam, zostaniesz w dybach dziś. Myślę, że tu… będziesz bezpieczniejsza niż u Williama. I myślę, że to najlepsze rozwiązanie na tę noc.
                                    - Nadia... - Ann jęknęła niechętnie - Daj mi choć po mieście chodzić...
                                    - Oczywiście moja droga. Tylko nie tej nocy… to twoja kara za napaść na moją osobę.- odparła z sadystycznym uśmieszkiem Nadia. Może przeprowadzka do niej, nie była tak dobrym pomysłem?
                                    - Czasem jesteś w niektórych aspektach podobna do Cyrila... - mruknęła niezbyt zadowolona.
                                    - Mamy wspólnego przodka. Jego krew trochę nas zbliża.- oceniła Tremere wzdrygając się na tę myśl. -Trochę czyni nas podobnymi.

                                    I powróciła do ubierania. - Mogę podesłać ci Charliego do towarzystwa. O ile chcesz by oglądał cię w takiej sytuacji.

                                    - Nie. - mruknęła - Uwolnij mnie z dybow i oddaj ubranie, to wtedy mogę z nim pobyć, ale nie w tej sytuacji…

                                    Ubrana Nadia nachyliła się i pocałowała namiętnie usta Ann, co rozpaliło nieco jej ciało pożądaniem. Wszak niewielka ilość jej vitae krążyła w jej żylach.
                                    Niemniej odpowiedź była ta sama.

                                    - Nie. Pomyśl, pomedytuj… ta cała sprawa z fiolką krwi sprawiła, że nie myślisz chłodno i metodycznie. Strach jest złym doradcą, a ty byłaś w jego szponach. Teraz postaraj się go odpędzić.

                                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ZellZ Niedostępny
                                      ZellZ Niedostępny
                                      Zell jako Ann Paige
                                      Moderator Obsługa
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #60


                                      NAUCZYCIEL BIOLOGII


                                      Nadia nie była rannym, czy raczej nocnym ptaszkiem. Więc Ann kolejnej nocy obudziła się pierwsza… z mocno bijącym sercem. Kolejny koszmar, straszny… ale ten nie utkwił w jej pamięci.
                                      Bicie serca było naprawdę dziwnym uczuciem dla kogoś, kto był od lat martwy. Ann sądziła, że to działa pamięć ciała, nie prawdziwy odruch... ale strach... strachu nie zapomniała.
                                      Pozytywem snu z Nadią było, że Tremere wolała spać w łóżku, nie zaś w trumnie. Ann wręcz panicznie nie chciała znajdować się w ciasnej przestrzeni. Za bardzo przypominała jej... traumę podziemnego grobu.
                                      Gdy przebudziła się zaskomlała niczym przerażone, zranione zwierzę. Była w miejscu, w którym nigdy wcześniej się nie budziła. Była przerażona. Zagubiona...
                                      Wtuliła się w Nadię, drżąc na całym ciele.

                                      - Co tam… znowu.- mruknęła Tremere sięgając odrucho do tyłu i macając Ann po tyłku. Z początku się sprężyła, zaskoczona odkryciem. Ale potem rozluźniła, przypominając wczorajszą noc. I poklepała ją… niemal czule po tyłku. Jak ulubionego kota.

                                      Ann rozejrzała się wokół ze spanikowanym wyrazem.

                                      - Jesteśmy tu bezpieczne, tak?
                                      - Mhmm… ten bunkier powstał za czasów zimnej wojny. - ziewnęła wampirzyca.- Przejęłam go wraz z biblioteką miejską. Ma chronić nawet przed atakiem nuklearnym, ale… w to akurat wątpię. Natomiast kilka konwencjonalnych bombek powinien wytrzymać.
                                      - Kojarzysz takiego Tremere od Regenta? Cyril go szkolił... - zapytała opisując "ognisty strach".
                                      - Hmmm… nie… szczerze powiedziawszy… niespecjalnie się chyba rzuca w oczy. - oceniła Nadia siadając na łóżku i przeciągając. - Takich jak on… jest zawsze kilku. Większość nie dożywa następnej dekady.
                                      - Poznałam go... może miesiąc po Przemianie... - otuliła się ramionami - Cyril... Zrobił grę... On miał mnie spalić... - zaczęła drżeć jak osika - Uciekałam przez całe miasto... i... - w tym momencie Ann po prostu zaczęła histerycznie płakać.

                                      Nadia przyglądała się temu z zakłopotaniem. Po czym potarła w irytacji podstawę nosa mówiąc.

                                      - Słuchaj… tacy jesteśmy. Tacy są Tremere… treningi młodych magów, są często dość ciężkie i sadystyczne. Sama przechodziłam takie… próby. Tyle, że ja za sobą miałam drastyczne warunki przemiany i długi spacer przez zamarzniętą dzicz, więc… nic co mogli we mnie rzucić Tremere Nowego Jorku nie było ciężkie. Po prostu… odpuść już sobie. Kimkolwiek on jest, już pewnie ciebie nie pamięta. I z pewnością nie jest twoim wrogiem.
                                      - Widzę go... Jego ogień... Ciągle... - Ann zaczęła wycierać krew spod oczu - Nie jestem Tremere, więc czemu miałam to przetrwać? Byłam ledwo Przemieniona... Czemu mi to zrobił?!
                                      - Bo byłaś pod ręką. Cyril używa podwładnych jak narzędzi. A ty jesteś jedną z nich. Niech cię pocieszy fakt, że tak samo wykorzystałby swojego potomka. Dla niego to bez różnicy.- odparła beznamiętnie Nadia.
                                      - Jemu zależy na mnie. - uparcie stwierdziła - Nie daje mnie zabić, teraz ukrył w Stillwater. Musi zależeć, bo zużywa na mnie swoje wpływy...
                                      - Możliwe. - odparła Nadia i spojrzała na dziewczynę uśmiechając się ironicznie. Po chwili wyraźnie zaczęła się zastanawiać. I zakończyła słowami - Dlatego właśnie trzymam innych na dystans… by nie znajdować się w takich sytuacjach.-

                                      Przeczesała włosy palcami mówiąc jeszcze. - Dobra… ubieramy się. Ja mam swoje badania i muszę się przygotować na gniewne wkroczenie twojego rycerza w białej zbroi do mojego legowiska. I ty musisz rozprostować skrzydełka.

                                      - Myślisz, że William tu przyjdzie? - zapytała zaskoczona, ubierając się przy okazji.
                                      - Z pewnością. Jest wszak sentymentalnym głupcem.- stwierdziła cierpko Nadia.

                                      “Róża” była gwarna, aczkolwiek nikt ważny w tej chwili w niej nie przebywał. Jedynie Clyda i “córka” Lukrecji, której to młody Brujah się żalił, przy kieliszku krwawej Marry siedząc przy kontuarze. Może było za wcześnie dla pozostałych Kainitów?
                                      Ann podeszła bliżej wampirów.

                                      - Co to za smuty, dzieciaczki?
                                      - Stwierdziłem… po ostatnich wydarzeniach, że nie nadaję się na wampira.- westchnął smutno Clyde.- A przynajmniej nie na Brujah. Powinienem być Ventrue, albo Toreadorem. Kimś kipiącym naturalną charyzmą, a nie dzikim szaleńcem i mordercą takim jak… Larry.
                                      - Larry jest... specyficznym okazem. I Brujah nie są tylko tacy... jak on w połowie. Czy twój Stwórca jest jak Larry? - poklepała Clyde’a po ramieniu.
                                      - Nie. Nie bardzo. Sama zresztą widziałaś. To urodzony przywódca. Spijamy słowa z jego ust jak krew i wykonujemy polecenia, bez pytania.- odparł z nadmiernym zachwytem Clyde, wywołując ironiczny uśmieszek na twarzy wampirzej barmanki. Następnie mężczyzna spojrzał na Ann.- Ty bywałaś w świecie, których Brujah jest więcej? Takich typków jak Larry, czy takich jak nasz książę?

                                      Ann się zastanowiła.

                                      - Moje doświadczenia są z Nowego Jorku, a szef Brujah stamtąd... on by takich jak ja zniszczył. Ale niech ci da porównanie, że nawet dla Brujah z Nowego Jorku Larry jest... ekstremalny. Nie mam dużej wiedzy o Klanach. Ale nie patrz na Larry’ego jako na model Brujah.
                                      - To kto jest tym modelem Brujah? Joshua?- zapytała Miracella.
                                      - Powiedział mi, że w nim obudziła się... filozoficzna natura Brujah. To raczej nie jest główna cecha każdego z nich. Na pewno łatwo w gniew wpadają, ale ich charyzma... raczej jest jak charyzma na polu walki. - wolała nie wchodzić w sabackie pochodzenie Joshui - Sądzę, że on by mógł lepiej swój Klan wytłumaczyć.
                                      - No cóż… na pewno nie będę Larrym. Jestem kochankiem nie wojownikiem. - odparł dumnie Clyde, a Patty zanurkowała pod barek, by zdusić napad śmiechu. Oczywiście pod pozorem wyciągnięcia jakiejś szklanki stojącej na półce pod blatem.
                                      - Jeszcze możesz znaleźć się. - wzruszyła ramionami - Tylko pamiętaj, że bycie wampirem nie polega na wyrywaniu śmiertelnych. Jak chcesz się uczyć od Joshui... To nie irytuj go. To po pierwsze.
                                      - Wiem. Wiem. Książę… a jak ty się trzymasz?- zapytał Ovens. A Miracella dodała cicho.- Podobno coś się u ciebie wydarzyło, ale Książę nałożył nakaz milczenia na tych co coś wiedzą. Moją panią ciekawość zżera żywcem.
                                      - Jak Książę nałożył... - wzruszyła ramionami - To nie mogę powiedzieć.
                                      - Możesz powiedzieć, jak się czujesz. Sądząc po minie Księcia, to jakaś poważna chryja była.- ocenił Clyde.
                                      - Teraz... już lepiej. Ale tak, było mocno. - westchnęła - Mogło być gorzej. - machnęła ręką.
                                      - William już wrócił, więc pewnie czujesz się już bezpieczna w domu.- pocieszyła ją Miracella nieświadoma sytuacji w jakiej znalazła się Ann.
                                      - Jak wrócę, to pewnie będę. - zabawiła się nieświadomością Miracelli.
                                      - Jak wrócisz? A skąd zamierzasz wracać ?- zdziwiła się młoda Ventrue, podobnie jak Clyde wbijając w nią wzrok. Choć zapewne z innego powodu niż on.
                                      - Z bezpiecznego schronienia, do którego mało kto przyjdzie. - wyciągnęła komórkę - Muszę przeprosić na chwilę. - po tych słowach skierowała się do wyjścia z Róży, aby zadzwonić do Joshui.
                                      - Jasne… nie przejmuj się nami.- odparła ciepło wampirza barmanka.

                                      Ann wyszła i zadzwoniła.

                                      - Hej… gdzie jesteś? William się martwił. I jedzie już do Nadii… pewnie się pokłócą. - rzekł żartobliwie Smith.
                                      - Przy Elysium. Nie mogłam poinformować, gdzie będę w dzień, bo... - urwała -...no, nie dano mi opcji.
                                      - Nie wiem co cię łączy z Nadią. Dziwię że cokolwiek. Nie lubi towarzystwa. - ocenił książę.
                                      - Ją to chyba też dziwi. - zaśmiała się cicho - Skontaktuje się z Regentem. Wyjaśniłam jej sytuację. - zamilkła na chwilę - Nasza Ventrue gotuje się z ciekawości.
                                      - Przynajmniej ma zajęcie. - odparł Smith.- Jedna gotuje się z ciekawości, drugi z oburzenia… byle z tego gotowania nie wyszła niejadalna potrawka. Na razie Tzimisce nie wykonał ruchu, więc to mogła być prowokacja z jego strony. Testuje nas.

                                      - William jest oburzony? - spojrzała na budynek Elysium - Czy mam trzymać wszystko w tajemnicy przed innymi, czy mogę w końcu ten sekret przed Lukrecją odkryć za cenę? Bo nie wiem czy by nekromantom nie chciała sprzedać…
                                      - Nie mów nic Lukrecji, ani Larry’emu, ani młodym… Nadia wie? Nie powinna. - stwierdził Kainita.
                                      - Wie... - Ann wyraźnie była zdziwiona, że to problem.

                                      Długie milczenie.

                                      - No cóż. Lepiej niż żeby Lukrecja wiedziała.
                                      - Teraz w jej bunkrze mogę być. - Ann zaryzykowała określenie tego plusem.
                                      - No… nie wiem, czy William się na to zgodzi.- odpał po znów dłuższej chwili milczenia Smith.- Z drugiej strony nie jesteś dzieckiem i sama podejmujesz decyzje.

                                      Ann wyraźnie to zdziwiło.

                                      - Czemu miałby być przeciwny? Jaki jest w tym problem, Książę? - zapytała wyraźnie nie rozumiejąc.
                                      - William polubił cię, a jest bardzo opiekuńczy, jak pewnie zauważyłaś. I nie ufa za bardzo Nadii. - wyjaśnił Joshua.
                                      - No tak... - westchnęła - Czy chcesz bym coś robiła, czy tylko siedziała?
                                      - Na razie… nic nie mam w planach. Rozważamy z Williamem różne opcje.- westchnął Joshua.- On chce być królikiem doświadczalnym, jeśli chodzi o twój prezent. Ja skontaktowałem się z Jaine. Może ona pomoże w rozwiązaniu tej kwestii. Lepsze to niż granie według reguł… Tzimisce.
                                      - To już ja mam większy sens niż on. - zdziwiła się - Mnie się nie da związać całkowicie podwójnie.
                                      - To Toreador. - odparł książę, jakby to słowo miało wszystko wytłumaczyć.

                                      Ann po spędzeniu jeszcze chwili z dzieciakami w Elysium zaczęła kręcić się po mieście czekając na furię Williama, dla zabicia czasu chodząc po terenach w jakie szedł ten łysy.
                                      Zamiast tego natknęła się na… dwóch Malkavian myszkujących po terenie zamkniętej na noc szkoły podstawowej. A właściwie na myszkującego Gorgona i zrzędzącego Salvatore.

                                      Wampirzyca podeszła do Malkavian zaciekawiona ich działaniami.

                                      - Co robicie?

                                      Salvatore zapiszczał ze strachu… jak panienka i odskoczył. Gorgon odwrócił się i rzekł do Ann.

                                      - Wyczuwam wielkie zakłócenie w Mocy.- wyjaśnił spokojnie zerkając lustrzankami.- A ten tutaj nie pozwala mi wkroczyć.
                                      - Nie będziemy demolować budynków publicznych w domenie innego Księcia.- zasyczał gniewnie Salvatore.- Zepsujesz mi image… jak ja się z tego wytłumaczę… moja kariera.
                                      - Ale czemu demolować? - spojrzała na Gorgona.
                                      |-- A temu…- Gorgon wyciągnął spod pachy olbrzymi rewolwer i uśmiechnął się szaleńczo. - Poznaj mój klucz uniwersalny.

                                      Ann obejrzała rewolwer.

                                      - No nie wiem. Pytaliście Joshui?
                                      - Zgadnij… no proszę zgadnij… a potem pomóż mi powstrzymać tego ślepego idiotę. - rzekł głośno rozdzierającym głosem Salvatore, a Locarius wzruszył ramionami. - Pytać a po co? Przecież on do szkoły nie chodzi.
                                      - Ma ostatnio duży ból głowy ze swoją domeną, proszę nie drażnij go tak dalej. - odezwała się do Locariusa - Może załatwimy to jak prawdziwi włamywacze? Jeżeli macie wytrychy.
                                      - Nie mamy. Ja jestem dyplomatą… a on… jest moim bólem głowy.- stwierdził dramatycznie Stefan.
                                      - Jeżeli zniszczysz zamek to może się alarmy rozlegną i nasz Książę tu zajedzie. I do paki was wsadzi. Poważnie traktuje robotę szeryfa. - odezwała się do Gorgona.
                                      - Robimy szlachetną misję… na pewno zrozumie.- Locarius wycelował w zamek swój rewolwer.
                                      - Zachowuj się. Książę uczynił cię moi… - warknął gniewnie Salvatore.- … to znaczy mnie uczynił twoim opiekunem. Masz się mnie słuchać!

                                      Ann położyła dłoń na dłoni trzymającej rewolwer.

                                      - Wiem jak pogodzić. Zadzwonię do Joshui, wytłumaczę... Nie róbmy złej krwi między sobą. Nie chcesz być powodem zaparć w trumnie Salvatore'a, prawda Locarius? - mówiła spokojnym, przyjaznym głosem.
                                      - No… nie wiem… piszczy jak baba, gdy się zdenerwuje…- zadumał się Malkavian, a drugi zaperzył.
                                      - Nie piszczę jak papa!- wrzasnął piskliwym głosikiem.
                                      - Spokojnie, już dzwonię. - Ann szybko wybrała numer do Joshui.


                                      - Co się stało? William z Nadią się pozabijali?- zapytał wesoło szeryf.
                                      - Nie, nie... Teraz jestem z Malkavianami przy budynku szkoły. Locarius chce wejść do środka... A jako klucza chce użyć rewolweru.
                                      - Co? - spytał Brujah nie wierząc w to co słyszy.
                                      - Daleko jesteś? Przydałbyś się by to rozwiązać…

                                      Milczenie trwało.

                                      - Niech czekają. Przyślę kogoś z kluczem do szkoły. I niech zachowują się normalnie. To będzie śmiertelnik. Na twoich barkach zostawiam jego przeżycie. I wolałbym nie robić mu prania mózgu poprzez Lukrecję lub Nadię. - westchnął w końcu książę.
                                      - Zostanie z nami czy tylko klucz odda? Wolałabym drugie…
                                      - Niestety raczej to pierwsze należy brać pod uwagę…- westchnął Joshua. - To będzie szkolny woźny. Jest odpowiedzialny za budynki sama… - Ann oderwała telefon, bowiem Gorgon wpadł na genialny w prostocie pomysł, że skoro nie może przestrzelić drzwi, to przestrzeli okno. A Salvatore go próbował powstrzymać.
                                      - Niedługo będzie klucz! - Ann skoczyła przed Locariusa i próbowała lekko skierować broń w dół przy okazji uśmiechając się przyjaźnie.
                                      - Doprawdy? - Locarius był wyraźnie niezadowolony z faktu, że kolejnego ze swoich pomysłów nie zdołał zrealizować. - Musimy czekać… mój sposób był szybszy.-

                                      Tymczasem Joshua dopytywał się. - Co się tam dzieje?

                                      - Locarius chciał strzelić w okna... Już dobrze. - zniżyła głos - Temu wolałam ciebie na miejscu, Książę.
                                      - Czy ten... Locust… nie miał jakiegoś opiekuna?- zapytał lekko poirytowany Joshua.
                                      - Niby tak, ale... nie słucha. A tamten chyba nic nie może z nim... - Ann mówiła na tyle z boku, aby nie doszło to do dwójki wampirów.
                                      - Przeklęci Malkavianie… zawsze są z nimi kłopoty.- westchnął książę, podczas gdy towarzysząca Ann dwójka znowu się kłóciła. To znaczy Salvatore kłócił się sam za ich obu, a Gorgon nie przeszkadzał mu w tym zupełnie go ignorując.
                                      - Po prostu ignoruje... - westchnęła.


                                      Tymczasem nadjechał radiowóz policyjny z jednym ghuli szeryfa oraz zaspanym mężczyzną około czterdziestki latynoskiego pochodzenia. Podchodził mamrocząc coś po hiszpańsku.

                                      - Nie wiem… po co macie przeszukiwać szkołę, ale zróbmy to szybko.- rzekł mężczyzna nie ukrywając niezadowolenia z sytuacji. Podszedł do drzwi i otworzył je.
                                      - Już jest. Dzięki. - szepnęła do telefonu i rozłączyła się, po czym szybko ruszyła do Locariusa chwytając go za wolną rękę - Schowaj broń, proszę. To śmiertelnik. - szepnęła.
                                      - I to mnie ma powstrzymać? Za chwilę może być martwym śmier… - zaczął Locarius, ale Salvatore wtrącił się. - Pamiętaj, że Primogen nie lubi niepotrzebnych śmierci.

                                      Kainita mruknął coś pod nosem po czym schował broń.
                                      |-I cała czwórka wkroczyła do szkoły. Upiornej o tej porze doby. Jakby wyjęta z horroru Kinga , woźny kroczył pewnie dalej nie zważając na trójkę dziwaków wchodzących z nim. Ghul miejscowego księcia został przed drzwiami szkoły.

                                      - Czego szukamy? - zapytała Locariusa.
                                      - Subtelnego dysonansu rzeczywistości.- szepnął cicho Malkavian tonem maga tłumaczącego coś uczennicy.
                                      - Nie wie czego szukamy. Idzie na instynkt… coś mu będzie przeszkadzać i zacznie strzelać. To wtedy będziemy wiedzieli że to to. - przetłumaczył na “ludzki” jego opiekun.
                                      - Książę ni chce tu strzelania... - Ann zastrzegła.
                                      - Dobra dobra… rzucę opiekunem… może być? - zapytał Locarius uśmiechając się złowieszczo i wywołując śmiertelną bladość u Salvatore.
                                      - Wolałbym być w Nowym Jorku.- westchnął smętnie “opiekun”, a rudy Malkav objął prowadzenie wymijając woźnego.
                                      - Możesz się nie spieszyć za nami. - Ann rzuciła do woźnego wymijając go, aby iść przy Locariusie.
                                      - Pyszałki z FBI.- burknął latynos zerkając spode łba na Malkavów. Ci wydawali się… nieco zagubieni. Locarius krążył jakby niuchając po korytarzach i zaglądając do kolejnych klas szkolnych. Wydawał się nie być pewien, gdzie jest to czego szuka. A Salvatore wydawał się być zupełnie pozbawiony entuzjazmu.

                                      Dotarli do kolejnej sali i Locarius się sprężył.

                                      - Tu… tu… tu śmierdzi!

                                      Woźny otworzył drzwi, Malkavian wpadł do środka znajdując… szkolną salę, chyba biologiczną. Następnie pognał do szkolnego kantorka, wpadł do środka i jęknął głośno.

                                      - Spodziewałem się czegoś więcej.

                                      Caitiffka poszła za nim, nie spodziewając się wiele. A wraz z nią poszedł i Salvatore.
                                      W środku pomieszczenia, był szkielet… plastikowy oczywiście i wiszący. Były słoiki z różnymi preparatami biologicznymi. Niektóre oblepione jakimiś glutami. Było kilkanaście tablic anatomicznych. Mocny zapach formaliny roznosił się w powietrzu i… poza tym było kilka zwierząt hodowanych w takich miejscach. Małe akwarium z rybkami, dwie świnki morskie w klatce, gekon i wąż zbożowy.

                                      - Ale przecież tu… jestem… pewien… - Gorgon wydawał się załamany.
                                      - Co tu miało być według ciebie? - zapytała.
                                      - Coś nienaturalnego oczywiście… coś… zgniłego… oślizgłego krwawego…- tłumaczył Locarius pochłonięty podszeptami swojego szaleństwa. Tym razem Salvatore wpatrywał się w klatki i bladł mamrocząc coś pod nosem.

                                      -.. ni..mw.. nie… mów… zamknij się.. ja cię nie słyszę… nie mów, nie mów! - jego głos z cichego szeptu zmieniał się we wrzask. Nagle rzucił się na podłogę zakrywając uszy. - Nie ma cię tu. Nie ma cię w mojej głowie! Nie mów do mnie! Nie słyszę cię!
                                      Ann rozejrzała się czy woźny stoi obok. Chyba bez wrażenia w głowę nie pójdzie… Był niestety i…

                                      - Eeee… co mu się… stało?- zapytał równie zaskoczony, co Ann.
                                      - To chyba... problem z jakim musi sobie poradzić... bez nas... - Ann złapała woźnego za rękę i zaczęła go wyciągać z klasy - Macie w szkole piwnicę? Pod tą klasą?
                                      - Eeee… mamy piwnice…- przyznał woźny, a potem dodał.- Mięczaki… za czasów mojego taty do FBI nie przyjmowano byle kogo. -
                                      - Kto mówi…- zapytał Locarius, a drugi Malkav wskazał palcem szepcząc. -On.

                                      Prosto na wijącego się w terrarium węża zbożowego .

                                      - Eksperymentalne wykorzystanie pseudonaukowych sposobów. - szepnęła do woźnego wyprowadziwszy go za klasę - Zaprowadź mnie do tych piwnic. Ja tylko ogarnę tych... jasnowidzów. -

                                      Wróciła do obu Malkavian, wyraźnie zirytowana.

                                      - Powczuwajcie się w te aury czy co tam chcecie, ale NIE NISZCIE NIC. - Ann wywarczała te słowa - Idę do piwnic, wy grzecznie czekacie. A ty... - spojrzała na Locariusa wyciągając dłoń - Oddasz mi teraz na przechowanie swój rewolwer. Odzyskasz jak wyjdziemy ze szkoły.
                                      - Ale jak będę otwierał drzwi. Gdy się zatrzasną?- zapytał smutno Locarius, podczas gdy zwinięty w kłębek Salvatore mruczał pod nosem.- On do mnie szepcze… on do mnie szepcze… ten przeklęty wąż… on do mnie szepcze… jest głodny.
                                      - Nie zatrzasną. A i tak przecież was nie zostawimy. - ciągle trzymała wyciągniętą rękę - Twój rewolwer. - powiedziała poważnie Ann.

                                      Przez chwilę zrobiło się… groźnie. Locarius zamiast oddać rewolwer sięgnął dłonią do oprawki okularów, ale nagłe głośne jęki Salvatore sprawiły że zmienił zdanie. Ciężką broń cisnął w dłoń dziewczyny i kucnął obok zwiniętego w kłębek towarzysza.

                                      - Twarz nie twarz rośnie… jest badana… twarz na twarz nakładana. Kształtowana.- jęczał biedny Stefan.
                                      - Zaopiekuj się nim... On widzi... Jak pracuje... Tzimisce? - zaryzykowała.
                                      - Jak używa… jak tworzy z twarzy twarz… jak poprawia…- jęczał cicho Salvatore świadomy jej słów.- Nie widzę… jest mi to… opowiadane.
                                      - Czy wiesz czyja to twarz?
                                      - Głos nie wie… a ja nie widzę twarzy… - westchnął cicho Malkav.- … głos chce tłustą mysz.
                                      - Pójdę do tych piwnic pod klasą, zobaczę czy tam coś jest. - odparła... czyżby im wierzyła? - Nie karmcie węża tymi myszami. Powiem woźnemu by nakarmił. - ruszyła do śmiertelnika.


                                      W piwnicach było ciasno, ciemno… cicho. Nudno. Przeszukiwanie pomieszczeń piwnicy zajęło Ann nieco czasu. Nie przyniosło jednak żadnych rezultatów. Poza zagubionymi majtkami jakiejś nastolatki pod schodami prowadzącymi z powrotem na górę. Którą to część garderoby woźny dyskretnie zagarnął. Uch… strata czasu, na którą to caitifka niespecjalnie mogła sobie pozwolić. Nadchodził bowiem czas powrotu do leża.
                                      Ann bardziej obchodziło danie czasu Malkavianinom, aby się ogarnęli do tego czasu, nie ryzykując większych akcji przy woźnym.

                                      - Nic, dziękuję za pomoc. - zwróciła się do śmiertelnika - Ogarnijcie tego węża, wydaje się głodny. Nie karmią go? - zapytała wchodząc po schodach.
                                      - Nie wiem. Nie znam się na wężach. Unikam gadzin. Za karmienie żywego inwentarza szkoły odpowiadają nauczyciele biologii. - wzruszył ramionami woźny.
                                      - W sumie kto jest nauczycielem biologii u was?
                                      - Pani Harper… to znaczy Helen Harper. I Steven Wolzak…Wolzzak… Nie wiem jak to się wymawia. Ale piszę się W-O-L-S-Z-A-K.- wyjaśnił woźny.
                                      - To jakiś obcokrajowiec?
                                      - Nieee… ale ma takie dziwne nazwisko. Ponoć i tak łatwiejsze do wymówienia niż oryginał.- zaśmiał mężczyzna.
                                      - Oryginał? - zaciekawiła się Ann.
                                      - Abstynent.- odparł woźny jakby wypowiadał jakieś przekleństwo. - Nudny i bezbarwny. Zbiera kokony po gąsienicach. Gada o nich w kantorku zanudzając pozostałych nauczycieli. Zarywał kiedyś do Sonii ze sklepiku który stoi kilkanaście metrów od szkoły. Dała mu kosza. Przeżywał to przez… dwa tygodnie?
                                      - To jego lekcje muszą cieszyć się popularnością pewnie. - zironizowała.
                                      - Żadne lekcje nie cieszą teraz popularnością. Komórki zmieniają uczniów w durne zombie… łazi to to z komórą przed gębą, nawet nie patrzy gdzie. - mężczyzna zaczął narzekać na uczniów.

                                      Ann uśmiechnęła się lekko do woźnego. Zabawne, że sama bardzo młodo wyglądała, jakby niedawno zaczęła studia.

                                      - Zgarnę swoich i pewnie wyjdziemy.

                                      -Dobry pomysł.- przyznał woźny i wzruszył ramionami.- Będę czekał przy drzwiach.


                                      Ann nie napotkała Kainitów ani w kantorku, ani w salce lekcyjnej. Locarius wyprowadził Salvadore na korytarz. I tam ten Malkav dochodził do siebie. Gorgon spojrzał na nadchodzącą caitifkę.

                                      - Już mu lepiej. - zakomunikował.
                                      - Dobrze. - Ann podeszła bliżej - Trzeba już spadać stąd.
                                      - Mogę iść.- odparł cicho Stefan Salvatore. Wstał powoli i wsparty na ramieniu towarzysza ruszył do wyjścia.
                                      - Moja broń.- przypomniał Malkav, gdy obaj mijali Kainitkę.
                                      - Pamiętam. - odparła Ann, idąc za oboma - Jak wyjdziemy.


                                      Drzwi zostały zamknięte. Ghul czekał aż woźny podejdzie, po czym obaj pojechali w swoją stronę. A Ann, chcąc nie chcąc, musiała zwrócić rewolwer.
                                      Caitiffka bez narzekania oddała broń Gorgonowi.

                                      - Ta cała wycieczka... nie była bez celu. Może nie znalazłeś tego, co wyczuwałeś, ale obaj odwaliliście dobrą robotę.
                                      - Hmm… Salvatore znalazł swojego wewnętrznego Malkaviana. Więc coś z tego wynieśliśmy.- odparł beztrosko Locarius. A jego towarzysz uśmiechnął się kwaśno.
                                      - A ty uparłeś się tam pójść. - dodała Ann - Joshua będzie miał z czego się cieszyć, a nie narzekać tylko na was. - dziewczyna nie kryła, iż uważa Malkavian za bardzo przydatny nabytek w tej chwili.
                                      - Jestem specjalnym wysłannikiem Papy Roacha. Rozwiązuję problemy.- stwierdził beztrosko Gorgon, a Salvatore dodał.- Czas na nas… czas wrócić do Elizjum.

                                      Ann dotarła do leża na godzinę przed świtem. Zastała Charliego sprzątającego, a Nadię porządkującą dokumenty i wyłączającą sprzęt.

                                      - Zadzwoń proszę do Williama jutro, żeby przestał mi dupę zawracać swoimi zarzutami.- stwierdziła Kainitka suchym beznamiętnym tonem głosu.
                                      - Jakimi zarzutami? - Ann podeszła zdziwiona - Był tu?
                                      - Że cię porwałam, upiłam krwią, że cię więżę… takie tam.- machnęła ręką Kainitka.- Uważa, że twoja obecność tu jest… wbrew twojej woli. Chyba cię polubił.
                                      - Ale był tu?
                                      - Tak. I zrobił tu małe tantrum. To typowe zachowanie Toreadorów. Straszne z nich histeryki.- odparła wampirzyca.
                                      - Ale nie chciał cię atakować? - zapytała patrząc na Nadię z nutką zaniepokojenia.
                                      - Jest rycerzem, nie rzuca się z mieczem na niewiasty. Przynajmniej… nie od razu. - odparła wampirzyca. - Był wściekły, ale kontrolował swoją wewnętrzną bestię.

                                      Ann wyglądała na naprawdę zaskoczoną.

                                      - Aż tak zareagował? - wyraźnie nie oczekiwała aż takiej reakcji Williama - Czemu rzuca takie oskarżenia?
                                      - Bo to Toreador, oni są… emocjonalni… według mnie to klan histeryków. - stwierdziła cierpko Nadia.
                                      - Czyli nic wcześniej między wami nie zaszło?
                                      - Nie… nic. Jestem… co prawda… “sojuszniczką” Lukrecji. Ale nikt tutaj nie bierze jej knowań szczególnie poważnie. Łącznie z nią samą. - wzruszyła ramionami wampirzyca.
                                      - Jesteś? Ponoć nie bierzesz w tym udziału!
                                      - Nie biorę…- wzruszyła ramionami Tremere. - “Sojuszniczką” jedynie z nazwy. Sama zresztą widziałaś jak to u nas jest. Dopóki jest spokój i cisza, to Smith pozwala wszystkim ujadać i hałasować i wchodzić sobie na głowę, ale jak zaczynają się problemy to bierze nas za pyski i ustawia do pionu. Mała armia szeryfa ze Stillwater.

                                      Ann położyła dłoń na ramieniu Nadii.

                                      - Musiała cię ta sytuacja zmęczyć.
                                      - Trochę…- westchnęła Nadia kładąc dłoń na jej dłoni. - Ale też nie musimy się martwić. Wkrótce same zaśniemy. Dzień się zbliża.
                                      - Tak. - Ann zaczęła masować mięśnie karku Tremere jedną dłonią - Rozluznie te mięśnie przed snem. - dodała troskliwie patrząc na Nadię z lekkim uczuciem.
                                      - Nie licz na nic więcej dzisiaj… czasu nam nie starczy. Może jutrzejszej nocy… kto wie.- stwierdziła z przekąsem Tremere.
                                      - Nie chcę niczego, a tylko ci dać rozluźnienie. - wyjaśniła z pewnością słów kierowanych krwią.
                                      - Z pewnością, z pewnością… - odparła ciepło Nadia.

                                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • AbishaiA Niedostępny
                                        AbishaiA Niedostępny
                                        Abishai jako XXI
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #61

                                        Kolejny sen. Kolejny koszmar. Tym razem znajomy… tym razem nie tak straszny jak zwykle. Wszystko było przytępione. A po pobudce Ann miała świadomość, że śniło się jej coś strasznego. Ale nie pamiętała co.
                                        Nadia nie miała problemu z upiornym paraliżem, który u Kainitów był drzemką. Nadia wstała energicznie, przeciągnęła się i zabrała za ubieranie. Kwestię wspólnego spania z Ann traktowała typowo pragmatycznie. W swoim leżu miała tylko jedno łóżko. Dlatego też Charlie sypiał za drzwiami jej pokoju, na leży z kocy… jak pies.
                                        Nadia była pragmatyczką… ale i złośliwa.
                                        Niestety, ku jej “rozpaczy”, zawsze lekko na rauszu Charlie okazał się wyjątkowo odporny na jej złośliwości.

                                        - Szefowo… - i to właśnie jego głos usłyszały kobiety pod koniec ubierania się. - Telefon. Pan Blake dzwoni.
                                        - Eechh…- westchnęła ciężko Nadia porządkując swój strój.- Nie traci czasu, to trzeba przyznać.

                                        Ann nie była tak szczęśliwa jak Nadia w kwestii wampirzego snu. Obudziła się dziś niestraumatyzowana snem jak wczoraj, ale było widać, że ten dzienny paraliż musiał wprowadzić na nią przerażający sen. Drżała lekko, gdy zakładała ubranie, co jakiś czas patrząc w stronę drzwi i Nadii, jakby dla upewnienia się, że nie czai się tam niebezpieczeństwo i nie jest sama.
                                        Wyrwały ją z tego stuporu słowa Charliego i Nadii.

                                        - Naprawdę musi cię nienawidzić, skoro tak ostro i szybko zareagował... - zdziwienie było słyszalne w głosie ubierającej się Ann - Przynajmniej nie czekał u Lukrecji, aby z wieczora drzwi wyważać...
                                        - Otóż nie, całkowicie się mylisz. To nie jest nienawiść. To nadopiekuńczość.- odparła ze śmiechem Tremere.
                                        - Ale to dość... ekstremalne... - odparła nieprzekonana.
                                        - Toreadorzy są bardzo uczuciowi. Ich emocje są dość intensywne. - odparła spokojnie Tremere. - A William ma dość mocną krew. Dość wysoko stoi w drabince potomków. Pamiętaj że narodził się gdzieś na granicy średniowiecza i renesansu.
                                        - Chodźmy więc... Dasz na głośnomówiący? Muszę to usłyszeć.
                                        - Czemu nie…- stwierdziła wampirzyca i ruszyła do drzwi już ubrana. - Za mną.
                                        - Oczywiście, moja pani. - Ann ruszyła za Nadią lekko się podśmiewając.

                                        Wkrótce dotarły do jej stanowiska pracy. Tremere przełączyła na głośnomówiący, a oprócz niej i Ann był tu i Charlie.

                                        - Słucham…- rzekła spokojnie Nadia.
                                        - Ann jest u ciebie? Chcę z nią mówić.- odezwał się głos Williama, niby spokojny, ale pełen ukrytego gniewu.

                                        Ann spojrzała na Nadię i odezwała się.

                                        - Czy mam się czuć jak na dywaniku u rodziców? -zapytała lekkim tonem.
                                        - Nie. Nie o to chodzi. Niemniej nie jestem pewien czy jesteś u niej, z własnej nieprzymuszonej woli. - odparł Blake z ulgą. Napięcie gdzieś powoli zaczęło zanikać.
                                        - Och… daj spokój, gdybym chciała sobie towarzyszkę sprawić, to u Lukrecji sporo jest ghuli.- sarknęła Tremere. - Wiesz dobrze, że nie jestem towarzyska.
                                        - Cokolwiek nie odpowiem i tak mi pewnie nie uwierzysz, prawda? - westchnęła Ann - Niby sensowne podejście przy takich podejrzeniach, ale stawia w sytuacji bez wyjścia.
                                        - Wiem jak to jest z uzależnieniem od krwi. Nawet gdybym wyrwał cię siłą, to i tak by nic nie dało. - odparł melancholijnie Blake, a poirytowana Nadia sarknęła. - Daj spokój William, nikogo tu nie próbuję przywiązać do siebie. Wystarczy mi, że muszę się bawić w opiekunkę Pandersa… Ona może pójść sama gdziekolwiek chce. A jeśli w swoim rycerskim obłędzie przyjedziesz szturmować mój zamek, zastaniesz białą flagę i bramy otwarte.
                                        - Tak czy siak… jest jeszcze jedna sprawa. Vincent znalazł w skrzynce pocztowej kolejną przesyłkę do ciebie. Otworzyliśmy ją w związku… z tym co dostałaś ostatnio. To była znowu fiolka z krwią. Ale tym razem od Cyrila, tak przynajmniej wynika z listu. Nie znam smaku jego krwi, ale charakter jego pisma już tak. - odparł Toreador zmieniając temat.

                                        Nadia zobaczyła nagłą zmianę w Ann. Caitiffka tworzyła szerzej oczy i odezwała się z ekscytacją.

                                        - Zatrzymaliście krew, prawda? Nic jej nie jest? - zapytała z cieniem obawy.
                                        - O której krwi mówisz?- zapytał Blake.
                                        - Cyrila, oczywiście! - lekko uniosła rozchwiany głos.
                                        - Powinienem, ale… honoruję mój sojusz z Cyrilem, więc… czeka na ciebie.- westchnął ciężko Toreador.
                                        - Już jadę z powrotem. - Ann próbowała utrzymać ekscytację w ryzach, jednak niezbyt jej wychodziło. Nawet nie wspomniała, że zabolało, że jedynie krew uratował sojusz z Cyrilem, nie zaś sama Ann.
                                        - Spodziewałem się tego. - westchnął smutno Blake.

                                        Caitiffka spojrzała oczami pełnymi radości na Nadię, którą uściskała nagle.

                                        - Muszę pojechać.
                                        - Nie przejmuj się mną. Ja i tak mam co robić, zresztą nie jestem niańką… ani twoją, ani Pandersa. - wzruszyła ramionami Tremere nie odpowiadając uściskiem na uścisk.

                                        W tym momencie Ann nie przejmowała się już niczym. Puściła Nadię i po prostu pobiegła do wyjścia, by umęczyć się podczas zbyt powolnej drogi do Williama...

                                        Gdy pojawiła się krew Cyrila na horyzoncie, wszystko inne zniknęło. Wszystko inne przestało się liczyć. Tylko ta ambrozja, ten napój bogów. Ann zapomniała o wszystkim, poza kaskiem. Jeden wypadek który miała nauczył ją by nie szaleć za bardzo motorze. Nie była chętna na pozbawienie się kółek i człapania przez lasy do chatki Williama. Że też ten Toreador musiał mieszać tak daleko. Ech…
                                        Ruszyła z kopyta motorze, mijając patrol policyjny. Ludzie Joshui, może nawet i sam książę Stillwater. W to jednak wątpiła, bo Kainita bardzo poważnie traktował swoje obowiązki ludzkiego zastępcy szeryfa.
                                        Wokół niej panowała noc, wokół niej wiatr świszczał. Przed nią była droga do Blake’a i do słodkiej nagrody. Ta wizja zasłaniała jej wszystko, ta wizja przyćmiła czujność, ta wizja sprawiła że stała się nieostrożna. Duży błąd. A Świat Mroku nie wybacza błędów.

                                        https://www.youtube.com/watch?v=OzLhXesNkCI

                                        Nawet nie zauważyła kiedy wśród drzew zaczęły się pojawiać cienie, kiedy zaczęły jej towarzyszyć. Jeden, drugi, trzeci, czwarty… niskie sylwetki, włochate… szybkie jak jej motor i bardziej wytrzymałe.
                                        |-Nawet nie zauważyła kiedy jej śladem zaczęła podążać olbrzymia bestia , o pysku potwora, rogach jelenia i potężnym cielsku trzymetrowej długości. Była cicha, a Ann skupiona na celu nie zerkała w tylne lusterko. A gdy zerknęła za siebie było już za późno…-|
                                        |-Bo zaczęła zwracać uwagę na otoczenie dopiero gdy przed sobą zobaczyła Tzimisce. Wysoki Kainita ukształtował swoje oblicze na kształt przystojnego czarta o bujnych włosach , ubrany we włoski garnitur od Armaniego spokojnie palił cygaro. Towarzyszyła mu trójka innych wampirów, bladych jak księżyc w pełni, łysych … identycznych jak trzy krople wody. Uzbrojonych w śrutówki.-|
                                        Cała czwórka blokowała jej drogę do krwi Cyrila i chatki Williama. Wampirzyca spojrzała więc na boki, zastanawiając się czy zdoła ich wyminąć. Nie… tam lasach coś się czaiło, jakieś czworonogi, jakieś… nie widziała dobrze co, jakieś pseudo-zwierzęce sylwetki.
                                        Pozostała droga ucieczki w kierunku miasta, ale tę odcinał olbrzymi potwór podążający tuż za nią.
                                        Wpadła w pułapkę, osaczona ze wszystkich stron powoli zbliżała się do Tzimisce. A ten… wyciągnął chorągiewkę. I pomachał nią. Była to biała flaga.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • ZellZ Niedostępny
                                          ZellZ Niedostępny
                                          Zell jako Ann Paige
                                          Moderator Obsługa
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #62


                                          POCZUCIE HUMORU TZIMISCE


                                          Dziewczyna natychmiast otrzeźwiala z różowej mgiełki popychającej ją ku rezydencji Williama. Zatrzymała motocykl przed Tzimisce, nie widząc nadziei na uchronienie się filmowym przeskokiem na motorze. Nie mogła też od tak wyciągnąć telefonu, gdy była uważnie obserwowana. W jej oczach czaił się usilnie skrywany strach. Nawet jej własny cień się zmniejszył, jakby chciał się schować, reagując na emocje Kainitki.

                                          Ann powoli uniosła lekko ręce na znak własnego poddania się.

                                          - Nie szukam walki z tobą, panie... - dodała zwrot tak bardzo przyjemny starszym i silniejszym Kainitom.
                                          - To dobrze. Mamy zbyt piękną noc, by kalać ją przemocą.- rogaty wampir zaciągnął się cygarem. - Jestem trochę rozczarowany, że nie skorzystałaś z mojego zaproszenia i muszę sięgać po tak prostackie metody. Ale ostatecznie… osiągnę mój cel.

                                          Ann zacisnęła palce na kierownicy by nie drżały jej palce.

                                          - Wysłanie krwi... to osobliwy sposób zapraszania.
                                          - Dobrze wiesz jak cenny to podarunek. Jak potężną moc daje vitae Kainity o niskim pokoleniu.- uśmiechnął się Tzimisce odsłaniając tygrysie uzębienie. - No… ale, widzę, że się spinasz. Niepotrzebnie. Nie mam żadnego sporu z waszą małą enklawą, a ty jesteś mi potrzebna tylko jako posłaniec. Mam wieści do dostarczenia i nie mogę tego zrobić osobiście.

                                          Wampirzyca nieufnie się lekko rozluźniła, a jej cień nawet powrócił do dawnej sylwetki.

                                          - Do kogo ma być twoje posłanie, panie?
                                          - Do Giovanni, miejscowych… zamiejscowych… wszystko jedno.- stwierdził Kainita sięgając do kieszeni kamizelki i wyjmując z niej pendrive’a.- Laurencjo… Giovanni którego porwałem na początku okazał się twardą sztuką i przeżył moje badania. Z początku miałem go zabić, ale z drugiej strony… co bym na tym zyskał? Więc… postanowiłem go sprzedać. Czterdzieści milionów dolarów w obligacjach państwowych ma być mi dostarczone w ramach okupu, a ja wtedy oddam Laurencjo… sfatygowanego ale “żywego”. Na pendrivie jest dowód, że jeszcze żyje i inne detale dotyczące dostarczenia go. Co by tu jeszcze… a tak…- pstryknął palcami.- Prezent dla Szkaradźca… co by o mnie nie zapomniał.

                                          Jeden z łysych poszedł w krzaki i wrócił z reklamówką.
                                          Caitiffka zmusiła się do spokojnego tonu.

                                          - Dalsze antagonizowanie Giovanni nie skończy się dobrze dla domeny. Książę Smith jest bardzo zirytowany na sytuację na swoim terenie.
                                          - Jaki byłby ze mnie Sabatnik, gdyby mnie Camarilla lubiła? - zapytał retorycznie Tzimisce i wzruszył ramionami dodając. - Niemniej… mam u was dług, bo usunęliście ogon ciągnący się za mną, więc pomyślę nad tym. A na razie…- podał łysemu z torbą pendrive, a ten ruszył ku Ann by wręczyć jej prezenty.- … czas zakończyć to co zacząłem.

                                          Ann przyjęła torbę, czując uścisk w żołądku. Bała się teraz spojrzeć do środka.

                                          - Twoi ludzie mnie od początku obserwowali, ale... czemu? Czemu akurat ja?
                                          - Bo jesteś relatywnie młoda, niedoświadczona i stłamszona przez swojego mentora, bo jesteś uzależniona mocno od jego krwi… właściwie to od każdej krwi. Bo jesteś słabym ogniwem i okazałaś idealną kandydatką na pionka w moich planach. - odparł zupełnie szczerze Tzimisce, podczas gdy Ann chowała pendrive’a. - No prawie… twoja silna wola deczko mnie zaskoczyła. Ale to detal… który łatwo można było skorygować. - znów zaciągnął się cygarem dodając. - Niemniej nie masz się czego bać. Moje intrygi dotyczą tylko Giovanni, nie chcę wyrządzać szkody ani tej domenie, ani tobie… zrób o co cię proszę, a krew zachowaj w ramach zapłaty. Jeśli spełnisz moją prośbę, to nie będę miał powodu robić ci krzywdy, prawda Ann?
                                          - Nie wiem czy Książę będzie chciał by to dotarło do Giovannich... - słabo powiedziała Ann.
                                          - To okaże się głupcem, a ja wrócę do tego w czym jestem dobry. Bawienia się w chowanego z nekromantami i torturowania Laurencjo… aż w końcu porzucę jego zniekształcone zwłoki przed drzwi waszego Elizjum i więcej Giovanni się tu zjedzie, wkurzonych i żądnych zemsty. A tego chyba byście nie chcieli… prawda?- odparł z szerokim uśmiechem Tzimisce.- Cokolwiek zrobicie i tak ja będę miał jakiś zysk.
                                          - Zrobię co chcesz, panie... - odparła poddając się.
                                          - O nic więcej nie proszę. Widzę, że ta nasza rozmowa deczko cię nudzi. Wybacz mi to. Gdy kolejni rozmówcy odzywają się głównie wrzaskami bólu i szaleństwa, elokwencja Kainity może nieco zardzewieć.- Tzimisce wykonał gest dłonią i jego poddani odsunęli się z drogi dając jej wolny przejazd. On sam zresztą uczynił podobnie.
                                          - To nie nuda skrępowała mnie... - włączyła motor i ostatni raz spojrzała na Tzimisce - Tylko pamięć o krzywdzie Lukrecji.
                                          - No cóż… gdyby wyszła bez szwanku, Giovanni mogliby ją podejrzewać o współpracę ze mną, nieprawdaż?- zapytał retorycznie Tzimisce. - Nie zadano jej jednak ran, których pobyt w trumnie by nie zaleczył.
                                          - Do kiedy mam czas? - zapytała jeszcze.
                                          - Dopóki nie znudzi mi się trzymanie przy egzystencji tej jęczącej parodii wampira. Dwie, trzy noce? Może być? - zapytał retorycznie Tzimisce. - Będę wielkoduszny. Cztery noce, licząc od następnej. Tyle pozwolę mu istnieć, potem może jeszcze będzie żył… może nie…

                                          Bez słowa Ann ruszyła ku rezydencji Williama, nie chcąc się zastanawiać jakich środków by on użył w stosunku do Tremere...

                                          Ann dojechała pod rezydencję, ale gdy zaparkowała motocykl w szopie, spojrzała na trzymaną torbę. Z zaciśniętymi zębami odważyła się spojrzeć do środka. To co zobaczyła… mogło zjeżyć włosy na głowie. Zresztą włosy były tam zjeżone. Była to bowiem głowa Gino oderwana od reszty ciała… z wyłupionymi oczami. Połowa nadal idealna, druga połowa zniekształcona i pokryta guzami, wypustkami, kawałkami pazurów i zębów. Wyraz przeraźliwej agonii zastygł na twarzy Giovanniego… śmierć była pewnie wybawieniem.
                                          Wampirzyca wrzasnęła i upuściła torbę, sama wbijając się plecami w ścianę. Zakryła oczy chcąc się uspokoić i dopiero po chwili podniosła znowu torbę, aby pójść do środka rezydencji... gdy krwawe łzy przerażenia spływały jej po policzkach, a szeroko otwarte oczy wyrażały przerażenie istoty nocy.


                                          Dziś domostwo Blake’a było pełne gości. Oprócz Vincenta w rezydencji przebywał Garry i… Jaine Love wraz McElroy’em. Obaj czarownicy, wyraźnie czuli się niekomfortowo w swojej obecności. Czuć było źle tajoną wrogość między nimi. Wampirzyca układała tarota w salonie i wszyscy byli skupieni na jej kartach. Do czasu aż Ann wkroczyła, a wtedy William do niej doskoczył.

                                          - Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Co ta Tremere ci uczyniła? Karty Jaine mówiły, że masz poważne kłopoty.

                                          Caitiffka drżała na całym ciele, a gdy doskoczył do niej Toreador... ta po prostu się załamała. Opadła na podłogę trzymając uszy torby w zaciśniętych palcach. Milczała patrząc w przestrzeń. Toreador kucnął przed dziewczyną i objął pytając cicho.

                                          - Co ci Nadia takiego zrobiła?
                                          - Nadia...? - Ann spojrzała z krwawymi łzami na twarzy - Nic... - szepnęła - Tzimisce…
                                          - Co Tzimisce?- spytał się Blake, a pozostali otaczali Ann dookoła skupieni na caitifce i jej słowach.
                                          - Czekał na drodze... - szepnęła - Byłam okrążona…
                                          - Co? Gdzie? Nic ci nie zrobił?- zapytał Blake, a potem dodał.- Oczywiście, że coś ci zrobił, sukinsyn jeden.
                                          - Dzwonić po szeryfa i zbierać ludzi? Może go jeszcze dopadniemy. - zaproponował Garry.
                                          - Wątpię by to był dobry pomysł, wątpię zresztą by czekał tam na nas. - stwierdziła Jaine pocierając podbródek. - Poza tym… jeśli już to lepiej wysłać cynk Giovanni, niech oni zapolują. Po to tu są.
                                          - Mam... przekazać wiadomość Giovanni... i Szkaradźcowi... - postawiła torbę dalej od siebie - To... dla niego...
                                          - Jaką wiadomość?- zapytał William, podczas gdy Ravnoska skusiła się do zaglądnięcia. Zbladła na widok tego co znalazła i wyglądała jakby miała puścić pawia na podłogę.
                                          - Tak… to z pewnością przesyłka w stylu Tzimisce.- wymamrotała z trudem.
                                          - Okup... za Laurencjo... - wyszeptała Ann.
                                          - Okup… jaki?- zdziwił się Vincent, a Blake dodał.- Garry przynieś fiolkę z kuchni, tą leżącą na liście.
                                          - Czterdzieści milionów dolarów w obligacjach państwowych…
                                          - Po co staremu Kainicie czterdzieści milionów. Z pewnością albo ma jakieś własne fundusze, albo na nich polega… po co mu tyle gotówki. - zdziwiła się Jaine, a Blake spytał. - Kto to ten Laurencjo?
                                          - Chyba ten pierwszy Giovanni... - odparła Ann.
                                          - Acha…- stwierdził Toreador, a Garry wrócił z fiolką. Otworzył ją. Ann poczuła znajomy jej zapach mistrza.

                                          Ann wstała natychmiast i podeszła do Garry’ego wyciągając dłoń drżącą z podekscytowania ku fiolce. Prawie nabożnie przejęła ją od Gangrela by bez wahania wypić jej zawartość.

                                          - Wybaczył... - szepnęła do siebie, a całe doświadczenie z Tzimisce stało się tak nieistotne - Wciąż mu zależy... - uśmiechnęła się błogo i zaczęła wylizywać każdą kroplę krwi z probówki.

                                          Zniknął stres. Wydawała się wręcz jaśnieć silnym uczuciem... Miłością?

                                          - Z pewnością. - stwierdziła sceptycznie wróżka, a William spokojnie spytał.- Ann… co się stało na drodze ?

                                          Ann spojrzała na Williama, gdy kończyła wydobywać krew.

                                          - Byłam rozkojarzona. Chciałam tylko tu dojechać. Nie uważałam na wszystko wokół... straszny błąd. W połowie drogi przez las stał ten Tzimisce z trzema łysymi wampirami ze strzelbami. - westchnęła - Po bokach w lesie jakieś istoty się przemieszczały, a za mną kroczyło... coś. Jakby pomieszanie jelenia z... - wzruszyła ramionami - ...innymi zwierzętami. Z pazurami i zębami, giętkim muskularnym ciałem... - spojrzała po wszystkich.
                                          - Tak… typowy orszak Tzimisce… cyrk dziwadeł. - stwierdziła cierpko Ravnoska.
                                          - Który trzeba wykarmić. Vozhdy i inne kreatury są żywe, muszą gdzieś i coś jeść.- ocenił Vincent, zapalając papierosa. A Blake zwrócił się do Garry’ego. - Wiesz coś o tym? Są jakieś duże ubytki wśród zwierzyny leśnej?
                                          - Nie na naszym terenie. Może u wilkołaków.- zastanowił się Gangrel.- Albo… w lasach Anarchów?
                                          - Trzeba będzie powiadomić Księcia... to bardzo poważna sprawa, jeśli spełnię życzenię i jeżeli nie. - westchnęła - Pamiętacie ostatni Sabat? Cóż... - skrzywiła się - Tzimisce podziękował nam, że nimi się zajęliśmy. Oni jego szukali.
                                          - Może więc Charlie coś wie?- zapytał Garry, a Toreador dodał. - Co miał powiedzieć to powiedział. Nie liczyłbym na to, że wie coś więcej.
                                          - Wygląda na to, że ten Tzimisce ma wrogów w Sabacie.- zastanowił się głośno Mag, a Toreador dodał. - Każdy ma wrogów… Sabat to inna ideologia, inne struktury, ale intrygi i spiski te same. Pod tym względem się nie różnimy. Oczywiście ostateczna decyzja zależy od Smitha, ale myślę że czas włączyć w to wszystko Giovanni, w końcu to ich jeniec i ich sprawa.
                                          - Uhm... Oni mieli go żywego sprowadzić, a do tego... to nie tylko problem nekromantów. - Ann zabrała znowu głos - Jeżeli nie oddam... prezentów Giovanni to za cztery noce czy więcej... po prostu podrzuci resztki Laurencjo pod nasze Elysium i będzie patrzył na fajerwerki, gdy żądni krwi Giovanni najadą do domeny. Jeżeli dam... to też będzie ostry odzew, ale może mniejszy. - wyciągnęła z kieszeni pendrive'a - Tu są instrukcje co do okupu i dowód, że wampir istnieje. To także dla Giovanni.
                                          - Tzimisce nie dał nam więc większego wyboru.- ocenił Blake. - Lepiej zrzucić ten problem na Szkaradźca.
                                          - Nie lepiej na tego drugiego? Szkaradziec wydaje się być… lekko szurnięty.- ocenił Garry.
                                          - Ty byś nie był? - mruknęła Ann - Nie groził mi otwarcie, ale... Powiedział, że jeżeli to zrobię to nie będzie miał powodu mnie krzywdzić, więc... też bez wyboru dla mnie.
                                          - Chodzi mi o to, że ten drugi wydawał się bardziej rozsądniejszy. Trudno sobie wyobrazić, na co wpadnie Szkaradziec. - odparł Garry, a Ravnoska spytała.- A nie wścieknie się wiedząc co Tzimisce zrobił z jego bliźniakiem?
                                          - Wątpię.- wtrącił Blake. - Oni też mają wewnętrzną rywalizacją. Jest duża szansa na to, że miejscowy Tzimisce usunął konkurenta do awansu bardziej niż brata, kuzyna czy kimkolwiek byli dla siebie.
                                          - Sprowadzisz tu Joshuę? - Caitiffka zapytała Williama - Noc jeszcze młoda.
                                          - No cóż… trzeba będzie podzwonić.- przyznał Blake drapiąc się po karku. - Ale tak… sprowadzę tu Smitha. Właściwie powinienem sprowadzić wszystkich.
                                          - Jeżeli będę mogła każdemu wszystko powiedzieć to nie ma żadnego problemu. - odparła Ann - Ale bez Księcia nie możemy ustalić takich rzeczy. Przecież kwestie mojego otrzymania krwi od Tzimisce były tuszowane, więc przynajmniej taka Lukrecja będzie naprawdę zirytowana na Joshuę, a to może nam przysporzyć jeszcze wewnętrznych problemów.
                                          - Tę informację możemy na razie pominąć.- odparł Toreador biorąc pendrive’a.- Przejrzę go na domowym komputerze, po tym jak wyślę wici przez Lukrecję naszemu Księciu.
                                          - To ja poskładam karty. Dość wróżenia na dziś.- zadecydowała Jaine Love i podążyła do stołu eskortowana przez swojego czarownika.
                                          - A ja zaparzę kawę. Chyba czeka nas długa noc. - stwierdził Vincent i skierował się do kuchni. A Garry spytał. - Jak się czujesz maleńka?
                                          - W tej sekundzie lepiej niż cały dzień dzisiejszy. - stwierdziła dziewczyna zwróciła się do Williama - mówiłeś że Cyril wraz z Vitae przysłał także jakiś list do mnie?
                                          - Jest w kuchni. Nie czytałem go, ale tekstu jest niewiele. - przyznał Toreador.
                                          - Lakoniczność to jego przyzwyczajenie. - odparła bez żalu - Będę mogła wraz z tobą obejrzeć zawartość pendrive'a?
                                          - Nie wiem czy powinnaś. To może być drastyczne. Tzimisce to klan lubujący się w grotesce aż do przesady.- stwierdził spokojnie Toreador.
                                          - To tym bardziej powinieneś nie być w tym sam. - zawyrokowała młoda wampirzyca - Teraz tu jestem nie na drodze otoczona przez stwory Tzimisce, a krew Cyrila dodała mi psychicznego animuszu.
                                          - Byłem w ziemi świętej, widziałem naprawdę krwawe widoki na polach bitew. Przedstawienie Tzimisce jest mi niestraszne.- zaśmiał się Kainita.
                                          - A ja widziałam naprawdę pojebane sceny na ulicach Nowego Jorku. - Ann uśmiechnęła się do Williama - Dam sobie radę.
                                          - Nie było cię w mieście w czasach prohibicji. Wtedy się dopiero działo. - odparł z uśmiechem Toreador.
                                          - Ale to nie ty zostałeś przemieniony przez Sabat. - zniżyła głos mówiąc z uśmiechem.
                                          - Są rzeczy bardziej porąbane niż Sabat na tym świecie.- przyznał Toreador coś wspominając.- Choćby pobliski szpital.-
                                          - O tak… tam jest przypał taki że czacha dymi.- potwierdził Garry.
                                          - Więc postanowione idę z tobą. Ach - przypomniała sobie coś - przeczytałam kolejny tomik twojej poezji.
                                          - Tylko nie mów że cię nie uprzedzałem. Dam znać jak zacznę. Najpierw skontaktuję się z Joshuą.- odparł Blake.

                                          Jak tylko Caitiffka skończyła rozmowę z Williamem, udała się do kuchni, aby przeczytać list od swojego ukochanego Opiekuna. Kilka pospiesznie skreślonych zdań, nerwowy charakter pisma.
                                          W skrócie Ann dowiedziała, że Cyrilowi być może przyjdzie się przyczaić i zniknąć. I że powinna racjonować sobie krew, którą dostała bo Tremere nie wiedział kiedy podeśle kolejną. U niego było ciężko, wszędzie widział wrogów. Kazał jej siedzieć w Stillwater i się nie wychylać.
                                          Racjonować krew... to nie byłoby możliwe nawet gdyby wcześniej przeczytała wiadomość. To co ja naprawdę zaniepokoiło to sytuacja w jakiej znalazł się Cyril, a nie mogła z tym nic zrobić. Zacisnęła pięści w złości na siebie, na Nowy Jork, na jego Księcia i Szeryfa. W tym momencie czuła się w większym potrzasku niż wtedy na drodze przed Diabłem Weneckim. Wyciągnęła swoją komórkę, aby znaleźć zapisany numer Primogenki Toreadorów z Nowego Jorku, ale nim wykonała jakiekolwiek połączenie zatrzymała ruch nie wiedząc czy na pewno chce go wykonać, a raczej - czy powinna. Szybko sobie zdała sprawę z bezsensownego położenia w jakim się znalazła.

                                          Przymknęła oczy i wybrała numer do Eleny.

                                          - Słucham, kto mówi? - wkrótce usłyszała pogodny i melodyjny głos Toreadorki.

                                          Ann poczuła ulgę słysząc głos Eleny.

                                          - Dostałam numer od Williama. Tu Ann...abelle. - poprawiła się szybko - Nie narzucam się, pani?
                                          - W tej chwili nie. Miło usłyszeć twój głos, jak tam prowincja… uroczo sielska?- zapytała wesoło Primogenka.
                                          - Niestety, pani, ale Stillwater jest już daleko od bycia sielskim.
                                          - Doprawdy? Słyszałam, że Giovanni mają tam jakieś sprawy, ale nie sądziłam, że wpłynie to na was. Zwykle unikają przyciągania uwagi do swoich interesów. - zdziwiła się Dubois.
                                          - Aktualnie znajdujemy się między młotem a kowadłem w rozgrywkach starego wampira, które wymierzone są w Giovanni, jednak przy okazji uderzają domenę Księcia Smitha. Na razie trwamy bardziej w zimnej wojnie, która jednak w każdej sekundzie może rozsierdzić nekromantów.
                                          - Nie bardzo mogę pomóc w tej kwestii, poza wysłaniem kogoś od siebie do pomocy. - oceniła sytuację Toreadorka. - Mogę też pomówić z Cynthią w waszym imieniu. Ventrue prowadzą interesy z enklawą… odpowiadają za ukrywanie ich transakcji finansowych przed śmiertelnikami.
                                          - Dziękuję za ofertę, pani. Na razie musimy ustalić w naszej małej społeczności plan działania i najwyżej po omówieniu wszystkiego z Księciem zgłoszę się o taką pomoc.

                                          - W tej sekundzie dzwonię z powodu bardziej... osobistego problemu. - Ann westchnęła lekko - Czy wiesz już dzięki kogo wstawiennictwu moje istnienie w Nowym Jorku zostało zapewnione? Kto przygarnął bezpańskiego kundla pod swoje skrzydła? - zapytała nie chcąc zakładać że primogen nie wiedziałby co dzieje się na jego podwórku.
                                          - Do rzeczy moja droga.- westchnęła Toreadorka. - Co niby miałabym zrobić? Wziąć go pod swoją opiekę? Nie żartuj… to Tremere. Należy wpierw do swojego klanu, jak każdy Kainita. Tu Palafox ma decydujący głos.
                                          - Jakiekolwiek zamieszanie wokół niego powstało... wątpię by Palafox miał jakąkolwiek ochotę go przed tym obronić. Nie wiem kto był zabójcą tej grupy, ale to nie byłam ani ja ani on. Byłby naprawdę głupi gdyby teraz eliminował swoich wrogów, gdy na jego ogonie siedzi całe miasto. Sama nie mogę nic zrobić, bo nawet nie powinnam pojawiać się w Nowym Jorku. Nie mogę jednak znieść myśli, że spotkałaby go jakakolwiek krzywda a ja nie kiwnęłabym palcem by jej zapobiec. - słowa dziewczyny były przesiąknięte prawdziwą obawą o tego Tremere - Gdyby choć Książę lub chociaż Szeryf jakoś zmienili swoje podejście do tego jedynego swojego podejrzanego... - desperacja Ann wdała się głos Baudelaire. Młoda Kainitka stanęła przed problemem na jaki nie była gotowa.
                                          - Nie jesteś szczególnie wiarygodna, ale… zabaw mnie. To kto tak brutalnie morduje Kainitów w Nowym Jorku? - zapytała sceptycznie Elena.

                                          Ann rozumiała jak mikrą siłę ma słowo związanego krwią młodzika ale musiała spróbować.

                                          - To co się stało z moją Koterią bardziej przypominałoby mi instalację artystyczną naszego Tzimisce, niż cokolwiek do czego byłby skłonny wykorzystać swój czas Tremere. Teraz w mieście może odgrywać się polowanie na innych tylko dlatego, że ciężko byłoby określić innego sprawcę niż tego który pojawił się przed oczami. Palafox z chęcią pozbyłby się Cyrila, więc taka sytuacja jest mu na rękę. - zamilkła na chwilę - Nie wiem, co miałabym zrobić żeby zapewnić mojemu opiekunowi choć chwilowy spokój. Czy istnieje cokolwiek co bym mogła powiedzieć, aby Książę spojrzał na sytuację bardziej łaskawym okiem? - zapytała z wyraźną desperacją w głosie.
                                          - Cóż… dwie sprawy kochanie. Po pierwsze… twoje podejrzenia to trochę za mało na dowód. Gdyby oprzeć sprawę tylko o takie skojarzenia, to szeryf już dawno ubiłby Cyrila. Po drugie… choć może to dziwić to twój opiekun nie jest zagrożony ze strony Marcusa czy Księcia. Ba, nawet drogi Augusto nie jest tu problemem. Tylko Nosferatu… słyszałaś może o Lucjuszu Wildzie?- zapytała Toreadorka.
                                          - Nie, nie słyszałam... - przyznała Ann.
                                          - Nie dziwi mnie to. Lucjusz to jeden z tych trybików w maszynie, który będąc niepozornym jest jednocześnie bardzo ważny. Był buchalterem wielu ważnych Kainitów i opiekował się ich majątkami. Był ważnym punktem w planach Haerza i do tego, był jeszcze Nosferatu. Był też osobą, którą Cyril widział przy życiu jako ostatni. Jak się domyślasz jego śmierć wywołała furię tego klanu… gniew wymierzony w Cyrila właśnie. - wyjaśniła cierpliwie Elena.
                                          - Mój opiekun może nie być zagrożony ze strony Księcia, ale to Książę może być tym, który powstrzyma kły Nosferatu na jakiś czas. Jaki byłby powód dla Cyrila, by jeszcze głębiej zakopywać się tym bagnie, gdy już i tak jest na celowniku zbyt wielu osób?
                                          - Nie muszę ci chyba przypominać o jego sytuacji finansowej? I o długach jakie zaciągał? - zapytała retorycznie Elena i dodała spokojnie. - Nie twierdzę moja droga, że Cyril go zabił. Nie sądzę by szeryf tak sądził, skoro twój opiekun nadal jest na wolności. Niemniej Nosferatu są wściekli… i mogą zachować się mniej racjonalnie niż Falconi. I tego pewnie się twój Tremere boi.
                                          - Powiedz mi pani, czy jest cokolwiek co bym mogła zrobić aby poprawić sytuację w jakiej znalazł się Cyril? - zapytała cicho.
                                          - Jeśli wiesz gdzie się ukrywa lub znasz jego kryjówki, to nikomu o nich nie mów… nic nie wyjawiaj. Nie udawaj się do nich. I obecnie… nie ufaj żadnemu brzydalowi. Poza Marcusem oczywiście. Szeryf jest przede wszystkim wiernym psem Księcia i nieco służbistą. Prawo i Maskarada stoją u niego ponad lojalnością klanową. - oceniła Toreadorka.

                                          - A więc to wszystko co jestem w tym stanie zrobić? - z głosu Ann wychodziło, że dziewczyna jest naprawdę rozczarowana sobą, a raczej swoją niemocą.
                                          - Niestety tak… jedyne co możesz zrobić, to pozwolić Falconiemu pracować. Jest bardzo zdeterminowany, by rozwiązać tą sprawę. Bowiem ośmieszono jego siatkę wywiadowczą.- odparła Elena i westchnęła. - Oczywiście byłoby miło, gdybyś podrzuciła nagranie jak ów Tzimisce przyznaje się do tych zbrodni, ale… jakoś nie wyobrażam sobie, że jeździ on z prowincji do nas i z powrotem, tak dla zabawy mordując przypadkowych wysoko postawionych Kainitów. Może i twoich towarzyszy było łatwo dopaść, ale wpływowe wampiry są obdarzone zdrową paranoją i mocno inwestują w swoje bezpieczeństwo.
                                          - Rozumiem, pani... - przyznała dziewczyna niechętnie - Dziękuję za wysłuchanie mnie, bo... - urwała na sekundę - ... w tej sytuacji naprawdę nie wiedziałam już co uczynić i do kogo mogłabym się zgłosić.
                                          - To skomplikowana sytuacja, muszę to przyznać. - westchnęła Elena. - Węzeł, który ktoś inny musi rozplątać. A twój opiekun, to stary Kainita, umie dbać o swoją skórę. Nie martw się więc aż tak… a co do Palafoxa, gdyby Primogen mógłby się go łatwo pozbyć, to zrobiłby to już dawno temu. Najwyraźniej więc… nie może.

                                          - Czy to naprawdę zwykłe zachowanie Williama, że zachowuje się agresywnie protekcjonalnie, gdy sądzi, że ktoś może czynić szkodę osobie jaką lubi? - Ann odważyła się zapytać.
                                          - To szlachcic moja droga… średniowieczny szlachcic. Mógł przeżyć wieki, ale nie wyzwolił się ze zbroi którą wtedy nosi. Jest więc deczko… staroświecki.- wyjaśniła Toreadorka.
                                          - Ostatnio poznałam jego... naturę krzyżowca.
                                          - Dzisiaj jesteśmy artystami, ale w przeszłości nie byliśmy kuglarzami… tylko też rycerzami.- przyznała wampirzyca. - Czy cię to martwi… ta samcza nadopiekuńczość Blake’a?
                                          - Była... nieoczekiwana. Trochę taka... na wyrost? - zaryzykowała stwierdzenie - Może gdybym była innej płci to bym rozumiała…
                                          - Jesteśmy tak samo emocjonalni jak Brujah moja droga, tylko my nie ograniczamy się do gniewu.- odparła wampirzyca. - Jesteśmy nadwrażliwi po prostu.
                                          - Porozmawiam z nim. Na razie mamy problemy inne na głowie. - westchnęła - I ciężko mi o Cyrila się nie martwić, pani…
                                          - Williamem się nie przejmuj. To nie Brujah, nawet jeśli wpadnie w gniew to zachowa nad sobą kontrolę. Nie zrobi nic głupiego.- pocieszyła ją Elena.
                                          - Dziękuję za słowa... - dodała z prawdziwą wdzięcznością.

                                          - Och.. nie masz za co. Wpadnij może czasem do mnie z Williamem. Już za długo siedzi w tej swojej samotni. - westchnęła Toreadorka.
                                          - Czy wiesz czemu aż tak się odseparował? Przez potomków?
                                          - Nie miał szczęścia w miłości. Niestety ma fatalny gust jeśli chodzi o męskich potomków. A kobiecych nie tworzy. - wyjaśniła Elena. - Ze swoim twórcą też skończył dość dramatycznie romans.
                                          - Aż dziwne, że mnie tak polubił...
                                          - Jest opiekuńczy wobec niewiast. To część rycerskiego kodeksu… czy czegoś w tym rodzaju.- stwierdziła melodyjnym głosem Elena. - Poza tym oddana mu zostałaś w protekcję, więc… obudziłaś jego dawne nawyki.
                                          - Sądzisz, że byłby w stanie skrzywdzić Cyrila kierując się tą... rycerskością wobec mnie? - w głosie Ann pojawiła się obawa.
                                          - Hmm… nie wiem… może… - zamyśliła się Elena. - Choć w to wątpię. To nie w jego stylu.
                                          - Jak znowu będę mogła do miasta wrócić to zaciągnę Willa do ciebie, pani. Też... tęsknię.
                                          - Domyślam się za kim.- rzekła figlarnie Kainitka.
                                          - Ciągle pamiętam twój liścik do mnie. - zaśmiała się - Twoja przyjaciółka... To było nowe i przyjemne.
                                          - Też pamiętam tamtą noc, no i nadal mam twój szkic. - odparła ciepło Kainitka.- Lubię zbierać pamiątki.
                                          - Moje... zaginęły, gdy w Kanadzie mnie porwano. - westchnęła.
                                          - Współczuję.- odparła czule Elena.

                                          - Czy mi się wydaje, czy na samym początku sądziłaś pani, że Przemienił mnie William? Miałaś nadzieję, że pokonał swoją niechęć do przemieniania kobiet? - zapytała z nutką ciekawości w głosie.
                                          - Niewielką nadzieję, że przy kreacji potomków zacznie używać rozumu a nie serca.- przyznała Toreadorka. - Zazwyczaj przemienia tych, w których się zakochuje.

                                          Ann skrzywiła się.

                                          - Mam niezbyt dobre opinie o... przemienianiu tych, na których ci zależy... - mruknęła niechętnie.
                                          - Ja też… ale William jest poetą. Nieuleczalnym romantykiem. - przypomniała jej Toreadorka.
                                          - Tylko... w ten sposób kieruje się samolubną chęcią. - westchnęła - Choć może inaczej jest jak do klanu wstępujesz…
                                          - Czas uczy nas, by ostrożnie i z umiarem dzielić się darem nieśmiertelności.- wyjaśniła Kainitka.
                                          - Pewnie niedługo z William będę miała seans. Nie będę już zabierać więcej ci czasu, pani.
                                          - Seans?- zdążyła zdziwić się wampirzyca nim Ann się rozłączyła.

                                          William już wszystko przygotował do seansu, do którego nie było wielu chętnych. Na komputerze, nie podłączonym do sieci, w jego prywatnym gabinecie zawartość pendrive’a chciał oglądać tylko on, Vincent, Jaine Love i Ann właśnie.
                                          Jak się okazało… plik wideo. Tzimisce miał skłonności do dramaturgii.

                                          - Wszystko gotowe? Na pewno? Nie chcę wpadek i powtórek…- zaczął od mówienia do kogoś za kamery.
                                          - Jest ok szefie.- usłyszał w odpowiedzi, gdy widzowie oprócz samego Diabła był stół operacyjny oraz pacjent. Zmasakrowany Kainita, o zdeformowanych rysach ( co Tzimisce uznał pewnie za zabawne), oraz o licznych ranach i uszkodzeniach ciała. Mocno wydrenowany z krwi przypominał ochłap mięsa. Próbował coś mówić, ale Kainita z pewnością wyrwał mu język.
                                          - Raz, dwa, trzy… zaczynamy.- rzekł Diabeł i wskazał na więźnia.- Jak widzicie drodzy Giovanni wasz dostojny gość nadal egzystuje. Gębą się nie ma co martwić, da się to naprawić, a reszta odrośnie.

                                          Wzruszył ramionami. - Znudził mi się i… zamierzam wam go sprzedać, bo ta łajza nie jest warta ubicia…-
                                          Dalej były znane Ann warunki odsprzedania Kainity i zapewnienia o tym, że dotrzyma słowa o ile Giovanni dotrzymają. Ciężko było ocenić, gdzie właściwie się znajdowali, bo całe otoczenie poza Tzimisce i jego ofiarą tonęło w mroku. Co do samego czasu i miejsca wymiany, to detali nie podał. Za trzy noce miał szczegóły dosłać pocztą.

                                          - Co on w ogóle ma do nekromantów? - mruknęła Ann.
                                          - Tylko oni to wiedzą.- przyznał William, gdy Tzimisce popisywał się swoim makabrycznym poczuciem humoru.
                                          - Mój więzień podpisuje się pod moim wystąpieniem wszystkimi swoimi palcami. - mówiąc to wysypał z sakiewki na blat dziesięć uciętych palców.

                                          Ann skrzywiła się.

                                          - Mam nadzieję, że naprawdę nas nie chce tak potraktować jak tego biedaka…
                                          - Nie wydaje się szczególnie zainteresowany nami. Dotąd porwał tylko dwóch Giovanni. - zastanowił się Blake głośno.
                                          - Okup? Jak dla mnie nie ma to sensu. Po co mu pieniądze. Najwyraźniej ma wszystko czego potrzebuje.- zastanowiła się głośno Ravnoska.
                                          - Może chce tak ich sprowokować? En masse? - zgadywała Caitiffka.
                                          - Pytanie tylko do czego.- zastanowił się Blake.- Giovanni nie wjadą tutaj z wojskiem, bo przecież takiego nie mają. A nawet gdyby wjechali, to przecież pewnie go tu już nie będzie.
                                          - Mogłam też powiadomić innych Giovanni, nie zależało mu na dokładnie tych.
                                          - Jakich… innych Giovanni możemy powiadomić, poza tymi którzy są u nas w domenie? Lub tymi w enklawie?- zapytała Jaine.
                                          - Miejscowi i zamiejscowi. O Europie chyba nie mówił... nie?
                                          - Nie mamy takiej możliwości… - wzruszył ramionami Blake.- By skontaktować się bezpośrednio z europejskimi.
                                          - Ja stawiam na pułapkę... - westchnęła Ann.
                                          - Tak. To jest potencjalna opcja. I być może Giovanni ją rozważą. Ale jeśli ten Kainita jest dla nich ważny… będą musieli podjąć to ryzyko.- odparł spokojnie Vincent.

                                          - Ciągle mamy Vitae... - Ann spojrzała po wszystkich.
                                          - To cenny zasób. Ale i obosieczna broń. - oceniła Jaine i potarła czoło mówiąc. - Niemniej… nie jestem pewna, czy powinniśmy się angażować w to… zupełnie za darmo. Może… Giovanni nam dadzą jakąś ofertę?
                                          - Nie mam zamiaru bezinteresownie działać. - odparła Ann z jakąś powagą - Nawet jeśli nie oni... to osobiście mi trzeba więcej rozmowy z Tzimisce.
                                          - Naprawdę chcesz z nim znowu rozmawiać? Przyjechałaś rozstrzęsiona.- przypomniał jej Toreador.
                                          - Napiłam się i już mi lepiej. A do tego złapał mnie w... niekontrolowanej sytuacji na głodzie. - mruknęła.
                                          - Cóż… nie sądzę by kolejne rozmowy przebiegały inaczej. - zamyślił się Vincent. - Wygląda na to, że lubi mieć pełną kontrolę nad sytuacją. I stara się udawać bardziej szalonego niż jest.
                                          - Zaryzykuję. - powiedziała pewnie, a William mógł mieć wrażenie, że przemawia krew Cyrila…
                                          - Nie pozwolę ci na takie ryzyko.- odparł butnie Blake, a Ravnoska dodała. - Oboje nie macie w tej sprawie nic do powiedzenia. Sam wybierze z kim i w jakich okolicznościach zechce rozmawiać. Jak dotąd dobrze się przed nami ukrywał. Nie sądzę by to się zmieniło w ciągu najbliższych nocy.

                                          Ann spojrzała na Toreadora ze złością. Jak on śmiał jej cokolwiek zakazywać...

                                          - Będziemy musieli pogadać poważnie... - fuknęła do Williama, który swoim zachowaniem mógł uczynić krzywdę Cyrilowi. Powstrzymywać ją przed czynami, które mogą pomóc Tremere.

                                          Cień rzucany przez Ann zadrżał na podłodze niczym ogon wściekłego zwierza gotującego się w skrępowanej irytacji i niemocy.

                                          - Oczywiście.- odparł dwornie Kainita. Tymczasem do pokoju wpadł Garry.
                                          - Książę przyjechał.- zameldował.

                                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa