Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje WoD
  3. Rozgrywka
  4. [Mag: Wstąpienie] Connect away

[Mag: Wstąpienie] Connect away

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
32 Posty 2 Uczestników 24 Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • JhnWJ Online
    JhnWJ Online
    JhnW
    Administrator Obsługa Developer
    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
    #1

    Oryginalny tytuł: [Mag: Wstąpienie] Connect away

    Connect away
    |-

    Mervi miała dość, po prostu dość. Patrzyła martwym wzrokiem na notatki, nie mogąc skupić się skupi na niczym. We się dziewczyno w garść – szeptała pod nosem, a odpowiadała jej tylko zimna biel ścian jej pokoju.
    Była dopiero na pierwszym semestrze architektury, nie mogła tego zawalić. Nie w tej sytuacji. Nie gdy jej ojciec wypruwał sobie żyły aby trzymać tą rodzinę w kupie, zarówno emocjonalnie jak i materialnie. Po prostu nie mogła sobie pozwoli na porażkę.
    Nie mogła też myśleć. Jakby w głowie miała gniazdo szerszeni, każdy jeden żądlił coraz bardziej absurdalnymi myślami. Co stanie się gdy zmieszam sodę oczyszczoną z perhydrolem w towarzystwie silnego promieniowania jonizującego? Czy wampiry chorują na jakąś formę hemofilii? Dlaczego burmistrz miasta przejmuje łapówki? Wiewiórki rządzą światem…
    Chwyciła rękami się za głowę. Co za absurdalne koncepcje? Jakby ktoś wlewał jej do środka głowy scenariusz przedstawienia teatralnego reprezentującego postmodernizm.
    Jenak chyba wolała to od innej kategorii myśli. Rozpamiętywania wspomnień. Wydarzenia ostatnich tygodni, dziwne zbiegi okoliczności, jeśli ktoś miał na tyle szerokie horyzonty, że nazwałby to zbiegiem okoliczności. Automat z napojami wariował przy dziewczynie. Za każdym razem. Padające piksele w matrycach telewizorów i komputerów, tworząc wielobarwną mieszankę. Neony. Widziała też barwy na ścianach, czarno-białe grafii które mijała od dziecka nagle było kolorowe. Najgorsze było to, że nie wszyscy to widzieli… Nie oszalała, była pewna, gdyż niektórzy z jej znajomych też, lecz nigdy wszyscy naraz, nie było też ani jednej osoby która doświadczyłaby tych wszystkich fenomenów.
    Za wyjątkiem jednej. Jej samej.


    Musiała wyjść, przejść się. Świeże, chłodne powietrze parku miało pomóc jej odzyskać skupienie i pozbierać myśli. Niestety, było jeszcze gorzej. Rozpikowane, wielobarwne niebo zdawało się walić jej na głowę.
    Usiadła zamroczona ma zimnej, mokrej od topniejącego śniegu ławce. Oddychała ciężko, dla pewności spojrzała w górę. Niebo dalej wyglądało jak problem… który wkrótce potem zasłoniła pomarszczona twarz. Blady mężczyzna, blondyn, bliżej sześćdziesiątego roku życia niż pięćdziesiątego, wpatrywał się w oblicze Mervi. Skądś go kojarzyła… chyba nawet do niej mówił, lecz teraz nie słuchała, zajęta natłokiem bitwy myśli między tym jaka jest moc skuteczna czasu oraz czy miłość mierzy się w kilotonach.

    - Mervi, wszystko w porządku?

    Znał jej imię. Zmrużyła oczy, jakby rażona nagłym blaskiem światła – chociaż oświecenie było tutaj przenośnią. To był jej wykładowca od historii. Podobno na wyższych latach prowadził specjalizowana historię sztuki i architektury. Jak każdy dobry, ciekawski student, dziewczyna sprawdzała dorobek naukowy. Doktoryzował się z wpływów masońskich w architekturze sakralnej. Był lubianym wykładową, z gatunku tych, których zapamiętuje się na długo. Szczególnie gdy mowa o takim ekscentryku. Prowadził ćwiczenia samodzielnie, prosząc, aby wszyscy zwracali się podczas nich do siebie po imieniu. Żartował, że ma już tyle lat, może naginać reguły.
    Reguły.
    Teraz ta myśl zabrzmiała w głowie dziewczyny jak grzmot. Serce zabiło jej szybciej.
    Naginać reguły.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • ZellZ Niedostępny
      ZellZ Niedostępny
      Zell
      Moderator Obsługa
      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
      #2

      Nie od razu była w stanie zrozumieć co się dzieje... a nawet podjąć próby zrozumienia. Mervi czuła się... Nie, ona nie umiała określić jak. Wiedziała, że to musiało ją irytować... prawda? Chyba zawsze irytowało do tej pory. Na pewno.
      Patrzyła tym pustym wzrokiem na pochylającego się nad nią wykładowcę. Zmrużyła oczy w próbie zrozumienia czegoś, ale próba wyślizgnęła się jej myślom. Jak wiewiórki. Przechyliła głowę, aby spojrzeć na niebo.

      - Reguły... - powtórzyła szeptem za sobą obserwując rozpikselowane niebo - Ono jest problemem. - odezwała się w końcu prawdopodobnie do wykładowcy, choć nie mogła na dłużej oderwać wzroku od kolorowych pikseli - Czemu? - mruknęła przecierając oczy, które nie powinny tego widzieć, chyba że...
      - Ja nic nie bralam! - jęknęła chowając twarz w dłoniach.

      Wykładowca kucnął przy dziewczynie, tak, że jego twarz znajdowała się odrobinę niżej od jej. Uśmiechnął się w jej stronę, położył dłoń na ramieniu, dotyk innego człowieka był jak kotwica trzymająca Mervi w realności.

      - Oczywiście, że nic nie brałaś - zapewnił ją twardo i zdecydowanie, ciepłym, mocnym głosem.

      Dziewczyna czuła, że drży jak z zimna, a tak naprawdę powodem był stres. Dotyk wykładowcy był iskrą spokoju, której potrzebowała.

      - To musi być... przemęczenie. Tak. - dziewczyna z całych sił próbowała trzymać się tego wyjaśnienia, do którego i sama chciała się przekonać - Za mało... snu.
      - Każdy ma ciężkie dni - mężczyzna powiedział łagodnie - kolokwium możesz zdać w innym terminie - dodał łagodnie.

      Zauważyła, iż wyciągnął z kieszeni zegarek, staromodny, na srebrnym łańcuszku, otwierany. Mervi widziała go setki razy, lecz teraz jakby jej percepcja… Była inna. Z trudem przeszło jej przez gardło określenie “dokładniejsza” biorąc pod uwagę piksele na niebie, ale jednak dostrzegała pominięte wcześniej detale. Na zewnętrznej części pokrywy zegarka wygrawerowano cirkiel i ekierkę, wpisane w kołó i kwadrat. To widziała już wcześniej, ale teraz dostrzegała drobniejsze grawerunki. Jakieś znaki, pismo chyba? Opisywały ramiona figur geometrycznych, kąty, krawędzie pokrywki. Na moment zalśniły jej przed oczami wielobarwnie.
      Rzeczywistość zwolniła, gdy profesor otworzył zegarek. W środku pokrywki były kolejne grawerunki, pentagram, wpisany w trzy okręgi, inne figury geometryczne po obwodzie. Tarcza zegara pozbawiona była cyfr.
      Zakuło ją pod wątrobą. Profesor Skaldespillar był dziwakiem czy też był prawdziwym masonem?

      - Ja... - próbowała uchwycić myśli -... mogę jak każdy... Nie potrzeba ulgowego traktowania... - chciała nadać pewności słowom, jednak efekt był smutnie słaby - Czy ten zegarek... Zawsze taki był? - wskazała na zegarek profesora - I te litery... Pismo... Co tam jest napisane? - wzrok Mervi skakał po całym czasomierzu.
      - Przekażę moim asystentom i tak - powiedział powoli, upewniając się, że Mervi go rozumie - nie zależy mi aby was uwalić, tylko abyście zrozumieli, małe poślizgi nie robią różnicy.

      “Wobec wieczności” - natrętna myśl uderzyła Mervi ze zdwojoną mocą.

      - A to - spojrzał na zegarek - nic takiego. Zawsze był taki, ale nie każdy zwraca uwagi na szczegóły, prawdę mówiąc, nie robi tego prawie nikt. Litery trzeba różnie czytać. Jeśli chodzisz na wykłady, może pamiętasz jak przy okazji wspomniałem o tekstach mających różne znaczenie w zależności jak je czytać, popularne pośród różnego tajnych bractw, czarnoksiężników i innych szarlatanerii - końcówka brzmiała mocno autoironicznie, Mervi nawet nie zreflektowała się, że wcześniej chyba nie podjąłby takiej subtelności w głosie mężczyzny.

      Upił łyk kawy z plastikowego kubka. Skąd go miał? Nie przypominała sobie. Usiadł obok niej i podał jej, wyciągnięty zza kurtki, drugi kubek.

      - Miałem przeczucie kupując dwie - powiedział podając jej napój - dobrze ci zrobi, a na tym mrozie nie ma co siedzieć bez ruchu i ciepłego picia.

      Oczy Skaldespillara zapatrzyły się gdzieś w dal.
      Mervi zapatrzyła się w otrzymany kubek z kawą, który właśnie został wyjęty zza kurtki...
      -... nie poparzyłeś się, profesorze? - spojrzała nieufnie na gorącą zawartość kubka - Kawa jest... gorąca... i... - po chwili milczenia upiła z kubka, jakby z nadzieją, że to ją ocuci i tak faktycznie było. Momentalnie poczuła przyjemne ciepło rozpływające się po ciele, a myśli, chociaż dalej napływały, nie przytłumiały jej własnego myślenia, nie aż tak bardzo.
      Lecz niebo wciąż było kolorowe.

      Mervi odetchnęła głęboko

      - Więc... Nie poparzyłeś się? Samo ciepło mogłoby...
      - Owinąłem kubek w kurtkę - mężczyzna powiedział lekko - żałuję, że dopiero teraz coś zauważyłem, Mervi. Masz pewien potencjał, który mógłby się podobać pewnym ludziom. Wpływowym i tajemniczym.

      Czyli jednak mason? Nie, to wydawało się głębsze.

      - Niestety nie mam za dużo czasu, jaka szkoda - upił kawy - mógłbym dać ci pewne hasło.

      Finka nie wiedziała czy jej się podoba to wszystko.

      - Jakie hasło? - zapytała nie mogąc się powstrzymać - Do czego?
      - Do bardzo wpływowych ludzi. Potem powiedzą ci co i jak - wyjął zza pazuchy kartkę na której zanotował adres i podał go Mervi. Był aż w Danii.
      - Hasło to “Hominem quaero”. Ujmę to tak, między innymi jeden z założycieli tego klubu maczał palce w planach budowy katedry św. Ansgara w Kopenhadze, mają bardzo głębokie tradycje, również architektoniczne. Potraktuj to jako specjalne, nieformalne stypendium, ten kontakt.

      Westchnął.

      - Najpewniej nie będę miał już z wami zajęć. Poza tym…

      Zobaczyli dwójkę ludzi w garniturach zbliżających się do nich. Byli bardzo daleko, dla Mervi widok jak widok, ot zwykli ludzie trochę nieadekwatnie ubrani do pogody, z kaczym chodem jakby trzymali w okrężnicy metrowę tyczkę, lecz profesora widocznie to zaskoczyło.

      - ...wygląda na to, że sprawy przybrały szybszy obrót - powiedział odstawiając swój kubek na ławkę, nie wypił wszystkiego.

      Dziewczyna zwróciła zaskoczone spojrzenie na profesora.

      - Co się dzieje? O co chodzi? - Mervi czuła się zdezorientowana... ciągle - Jakie sprawy, czemu akurat mną ktoś ma być zainteresowany?
      - Dużo się wyjaśni w trakcie najbliższych dni, może godzin. Tymczasem - profesor wstał - miło było poznać.

      Ruszył powolnym krokiem w stronę formalnie ubranych jegomości. Mervi czuła, że chwilę po tym zbawczy, uspokajający wpływ kawy przestał być obecny, i nawet kolejny łyk, przy którym prawie by się nie poparzyła, nic nie dał.
      Obserwowała z daleka jak profesor i ci ludzie rozmawiali. Jeden z pary przyglądał się jej uważnie.
      Dziewczyna patrzyła za profesorem nie wiedząc co teraz począć i w ogóle co się dzieje. Spojrzenie, jakim obdarzał ją ten jeden w garniturze było niepokojące... z jakiegoś powodu. Mervi zwróciła na siebie uwagę nieznajomych osób, a to nigdy nie wróżyło niczego dobrego. Może... może to były takie osoby, o których wspominał profesor? Tylko... czy tak by na nich reagował?
      Dziewczyna wciąż była zestresowana, gdy odeszło działanie kawy, ale jednocześnie nie chciała odejść, jakby sądziła, że nic profesorowi nieprzyjemnego nie będzie grozić, gdy ktoś zostanie obserwować scenę.
      Zdecydowała się wstać z ławki, odstawiając na nią kubek, żeby stanąć pod lepszym kątem i…
      …
      …
      …łatwiej móc… zareagować…?

      Zakręciło się w głowie od nagłej zmiany pozycji. Profesor coś tłumaczył mężczyznom, a raczej jednemu. Drugi ciągle na nią patrzył. Czuła ciarki na plecach. Myśli, myśli o tym czy androidy śnią o elektrycznych owcach, czy król Artur istniał, jaki metal zatrzymuje pychę, czy rtęć wywołuje zgagę…
      Jeden z przybyszy ruszył w jej stronę, drugi szarpnął profesora. Dostrzegła wybuch kolorów, to chyba były kolory, trudno było jej nazwać to co teraz widziała. Tak jakby cała rzeczywistość, każdy jej aspekt uległ zmianie, trochę jak ze starej gry komputerowej, a trochę jakby jej własny umysł szukał czegoś, jakiegoś punktu zaczepienia aby pokazać jej w znajomy sposób coś, czego pokazać się nie da. Skaldespillar lśnił błękitem. Jeden z agentów upadł na ziemię jak lalka której podcięto sznurki. Trzaski elektrycznych iskier połączone z sykiem palącej się skóry, nozdrza dziewczyny podrażnił nieprzyjemny, syntetyczny zapach. Cyborg - teraz widziała gdy płaty skóry odpadały z metalowego szkieletu - drgał kompulsywnie, a jego prawe ramię na przemian próbowało otworzyć jakieś wewnętrzne mechanizmy, lecz nie mogło porażone.

      Wolałaby tego nie widzieć, wolałaby zapomnieć, wyprzeć, odrzucić, nie być tu. Lecz czuła, że nie może.
      Jakby przekroczyła pewne drzwi, które się za nią zatrzasnęły.

      Wystrzały pistoletu, profesor mocował się z drugim agentem… chociaż nie, chciała się sama oszukać, że to zwykłe mocowanie, szarpanina przy pomocy broni palnej. Tak naprawdę widziała co się dzieje, jak grunt pod agentem pęka, jak strzelają kostki brukowe śmiercionośnymi odłamkami, jak odłamki odbija tarcza kinetyczna, jak krwawiący profesor wypowiada zaklęcia, jak rzeczywistość trzeszczy naginana w posadach.

      Dość.
      Dość.
      Dość.

      Jej prośby były wysłuchane.

      Stała w absolutnej czerni, spokojna, dziwnie spokojna. Przed nią majaczył neonowy, ludzki kontur. Za nim stały inne postacie, niczym nieskończony szereg odbić w szybie, jedna mniej abstrakcyjne, niektóre ludzkie, inne bardziej zwierzęce, dziwne, jedna z ostatnich które dostrzegała przypominała jej jakiegoś dawnego, nordyckiego boga, inna zwariowaną maszynę, inna jeszcze diabła, błazna, inna anioła, kilku ludzi, kształt. Szereg ciągnął się w nieskończoność.
      Pierwszy z szeregu, neonowa postać pomachała do niej ręką.

      Oszalała. Po prostu oszalała. Musiała.
      Czy szaleniec wie, że postradał zmysły? Czy gdzieś w głębi siebie widzi niemożliwość postrzeganej rzeczywistości?

      - Nie tak. To nie tak.

      Czy umarła? Czy tak czujesz śmierć?

      - Nie chcę tego widzieć…

      Mervi skuliła się, obejmując się rękoma. Wydawało jej się, że zaraz zwróci obiad…
      Niech to odejdzie.

      - Nie oszalałaś - usłyszała głos który był jakby jej własnym.
      - Tego nie ma! Nie dzieje się! Nie może być!

      Wraz z kolejnym słowem wykrzykiwanym przez dziewczynę po prostu czuła, rozumiała, że kłamie. Mogła okłamać wszystkich wokół, mogła im wmawiać, że tego nie ma, lecz nie mogła wystarczająco skutecznie okłamać samej siebie. Mogła co najwyżej krzyczeć dalej jak wypierające się dziecko, które dobrze wiedziało, że zjadło cukierki.
      I to było straszne, straszniejsze niż to, że oszalała. Straszniejsza była właśnie rzeczywistość.
      -Umrę… - Mervi nie wiedziała czy tego chce - Przestanę istnieć… Przecież i taka rzeczywistość nie powinna istnieć… Przeczy prawom… Logice… - zakryła oczy, gdy poczuła, że zaczynają wilgotnieć - Rozumowi…
      Chociaż neonowa postać była tylko konturem, czuła jak uśmiecha się do niej lekko, z pobłażaniem, lecz nie odpowiada.

      - Nie wiem co robić… - głos łamał się dziewczynie, gdy uniosła wzrok na neonową postać - Nie wiem czy świat może tak istnieć… gdy nie powinien.

      Zza pleców neonowej postaci powstały szumy, jakby tysiące głosów prowadziło ze sobą rozmowę.

      - Czym jesteś aby mówić światu, czym jest? Jest dokładnie tym, czym jest.
      - Jego prawa są inne… Mają ustalony przebieg, niezmienny. Nie można zanegować istnienia grawitacji, bo ona jest. - zapatrzyła się w swoje kolana, które obejmowała.

      - Widziałaś.

      Jedno słowo. Przypomnienie. Nie zwidów, nie myśli, głosów, lecz tych wszystkich pomniejszych wydarzeń które dostrzegała, tych nieprawidłowości w świecie, niemożliwości i zaprzeczeń tego co normalne. Postać więcej się nie odezwała, czekając, jakby miała dla niej tyle czasu, ile potrzebuje.
      Mervi nie odzywała się. Nie wiedziała jak długo milczała, ile trwał ten pusty stan w którym jedyne co istniało, to zimno samotności. Niezrozumienie. Może nawet strach. Zmiana reguł była niebezpieczna. Ale… co można było na to poradzić jak już zmiana się dokonała? Poznać nowe reguły? Zrozumieć…

      - ...jak sprawić, by zadziałał świat?
      - Nie ma prostych odpowiedzi. Ani krótkich.
      - Chcę ją poznać, wiedzieć… - szepnęła - Zrozumieć mechanizmy, wiedzieć jak można nagiąć…
      - Ja jestem odpowiedzią.

      Dziewczyna spojrzała na neonowego człowieka, próbując złapać umykający sens jego słów.

      - Kim jesteś?

      Światem
      Uniwersum

      Bogiem
      Drogą

      Tajemnicą

      Spójnią
      Prawdą

      Jednością
      Zmianą

      Początkiem
      Końcem

      Losem
      Rzeczywistością

      Szaleństwem
      Geniuszem

      Przyczyną

      Wszystkim

      Wskazał palcem na nią.

      - Jestem również Tobą. -

      - To… - uniosła spojrzenie - …teraz brzmi prawdziwie… - spojrzała w przestrzeń - Uratujmy profesora przed… tym…
      - Poświęcił się. Nie za ciebie, nie do końca - głos był spokojny - i tak był już przyparty do ściany. Na koniec próbował zrobić coś dobrego.

      Postać podała Mervi rękę.

      Poświęcił się.
      Poświęcił.

      Mervi prawie bezwiednie przyjęła rękę.

      Zrobić coś dobrego.
      Na koniec.

      Koniec...

      Obudziła się wychłodzona. Słyszała dobiegające z dala syreny. Ledwo wstała z ziemi, park wyglądał jak pobojowisko, z centrum w postaci kilku kraterów, spalonych drzew i zwłok. Ciało profesora było na wpół spalone. Agenci stanowili karykaturę rozgniecionych, metalowych humanoidów z metalu i jednak, w przypadku drugiego - ciała.

      Nie, nie, nie!
      Wszystko nie tak!

      Podchodziła powoli w stronę martwego profesora, drżąc jak w febrze, a im bliżej była Skaldespillara, tym wolniejsze wykonywała ruchy, jakby samo jej ciało odmawiało współpracy, podświadomie chcąc jej oszczędzić dalszego przeżywania traumy.
      Zatrzymała się, czując jak mięśnie i ścięgna nóg napinają się, nie pozwalając zrobić ni kroku bliżej mężczyzny, który najwyraźniej ją rozumiał i chciał pomóc, z którym poczuła się na miejscu w tej rzeczywistości.
      Została pozostawiona w świecie, którego działania nie rozumiała, bez kogokolwiek kto by jej wytłumaczył rzeczywistość.

      Przeniosła wzrok na rozgniecione szczątki humanoidów i na nich skupiła bezsilną złość. To oni byli powodem jej bólu, żalu, strachu, osamotnienia. Czemu? Dlaczego to się stało? Czemu zabrali wszystko, co mogło nadać sens nowemu istnieniu? Czy Skaldespillar był winny czemuś, o czym Mervi nawet nie miała pojęcia? Czy i ona stała się winna przebywając w obszarze jego zainteresowania?

      Dlaczego!

      Kopnęła ziemię, której pył poleciał w stronę rozgniecionego metalowego robactwa.

      Dlaczego!

      Mervi chwyciła się za głowę zatykając uszy, nie mogąc znieść dźwięków syren zbliżających się niczym wygłodniała sfora. Nigdy wcześniej ten odgłos nie był dla niej takim jazgotem, zapowiedzią nadchodzącego niebezpieczeństwa, a teraz...
      Objęła całą głowę ramionami.

      Dlaczego...

      Spojrzała w tył, nie mogąc dłużej patrzeć w stronę martwej nadziei.
      Wzrok Mervi zatrzymał się na ławce, gdzie wciąż stały oba plastikowe kubki, z których tak niedawno oboje z profesorem pili kawę. Oczy dziewczyny otworzyły się szerzej, gdy krew szaleńczo zaczęła krążyć w jej ciele.

      Mervi rzuciła się biegiem w objęcia niepojętej rzeczywistości, byle z dala od dźwięków pogoni i obrazu straty, które pozostawiła za sobą.

      Biegła drogami, które prędzej czy później miały doprowadzić Mervi do domu. Nie próbowała tym krętym torem zgubić nikogo... może prócz siebie samej. Chciała jedynie oddalić się od przeszłości, zamknąć oczy na jej bieg i konsekwencje, których zgubić nie mogła. Ich dech palił ją w kark nie dając zapomnieć o poczuciu bezpieczeństwa oferowanego przez kojący uśmiech Skaldespillara. Widziała go pijącego kawę, tak spokojnego, wyrozumiałego. Rozumiejącego?
      Nie mogła też zapomnieć jego na wpół spalonego ciała leżącego na ziemi niczym niepotrzebny nikomu gałgan.
      Poświęcił się.

      Pękający bruk w nuty inkantacji.
      Zapach płonącej elektroniki.
      Śmierć.
      Czlowieka.
      Śmierć.
      Maszyny.

      A ty nie pomogłaś.
      Jesteś winna.
      Winna.

      Pośliznęła się, gdy noga natrafiła na lód skryty pod śniegiem. Jej ręka pierwsza napotkała opór płytki chodnikowej, która nie zamierzała poddać się wobec tak mikrego przeciwnika.
      Mervi uniosła się na lewej ręce, a będąc na klęczkach, zaczęła ostrożnie poruszać obitą kończyną.
      Bolała, ale czynności ruchowe nie powodowały bólu niemożliwego do wytrzymania.

      Dziewczyna otrzepała policzek ze śniegu, a towarzyszyło temu nieprzyjemne szczypanie skóry. Pewnie zdała naskórek, gdy zahaczając o grunt, przesunęła nim po szorskim śniegu.

      Bruk nie ustąpił przed Mervi, jak przed Skaldespillarem.
      Przed tym, co wezwał.
      Przed inkantacją.
      Magią.

      Kap, kap.

      Co się stało, gdzie byłaś?

      Kap.

      Jesteś ranna? Mów do mnie!

      Kap, kap.

      Nie zrozumiesz, nawet jeżeli bym ci powiedziała. Wiedza tylko sprawi ci ból, a ja nie chcę byś cierpiał.

      Mervi...

      Nawet nie wiem jak miałabym ci to przekazać... byś nie wpadł w obłęd.

      Żeby nie załamał się przed tobą świat, jaki znasz.

      Samotność.

      Wciąż pamiętała to ciepłe uczucie bezpieczeństwa zakotwiczające ją w rzeczywistości, zdającej się uciekać jej spod nóg.
      Teraz go nie było; pozostała pustka.
      Mervi chciała wyć z wewnętrznego bólu.

      Na podłodze pokoju walały się arkusze zarysowane rysunkami przygotowanymi na zaliczenie zajęć. Pracowała nad nimi tak ciężko, tyle trudu i czasu włożyła w ich przygotowanie, a teraz leżały na podłodze, rozrzucone przez nią samą, w tej niemej rozpaczy, której nawet nie umiała uzewnętrznić. Na półce nad łóżkiem stała szklanka z niedopitą wodą, a obok niej było, wsparte o książki historii architektury, pudełko z ziołowymi lekami na uspokojenie. Czemu to brała? Te zioła nie pomagały wcześniej, gdy bała się przechodzić obok automatów z napojami, nie pomogły i teraz.

      Nie było już szans na powrót na studia. Nigdy.

      Ojciec skrył przed nią wszystko, co miałoby w sobie, choć wspomnienie alkoholu, gdy zobaczył córkę wchodzącą bez życia do mieszkania. Nie chciał ryzykować, a desperacja, która czaiła się w martwych oczach dziewczyny, zmusiła go do powzięcia kroków. Nie wiedział co spowodowało taki stan u Mervi - nie odezwała się do niego ni słowem - ale zakładał, że cokolwiek to było, może ona szukać ukojenia w alkoholu. Chory ojciec nie wiedział o lekach ziołowych (pewnie i to by zabrał, może dając tylko kontrolowaną ilość), ale ten brak wiedzy był błogosławieństwem dla jego spokoju. Drugim błogosławieństwem była niewiedza o schowanym w biurku nożu, używanym przez Mervi do konstruowania modeli, które musiała przyciąć.

      Czasem lepiej trzymać innych w nieświadomości dla ich własnego dobra.

      Leżała na łóżku, otoczona ciemnością, którą burzyła jedynie przytłumiona przez zasłony mierna poświata latarni. Patrzyła w sufit, równie nudny jak nudne były nagie ściany pokoju i bez życia, jak popiół trzymany w zaciśniętej pięści.
      Popiół martwego adresu, którego istnienia znieść już nie mogła.

      Gdy sama konała wraz ze swoją rzeczywistością.

      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • JhnWJ Online
        JhnWJ Online
        JhnW
        Administrator Obsługa Developer
        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
        #3

        Poranek był dla Mervi traumatyczny, tak samo jak dla jej ojca. Gdy staruszek zobaczył parę policjantów, zażartował, z kim tym razem razem jego córka się biła i czy chociaż raz to ona wygrała. Atmosfera stężała gdy za policją wszedł ubrany w garnitur agent Suojelupoliisi.
        Tego, jak przebiegało wahanie nastrojów ojca nie mogla wiedzieć. Z jej punktu widzenia sytuacja wyglądała tak, że policja i agent wpadli do jej pokoju, kiedy jeszcze leżała w łóżku, odśpiewali standardową formułę zatrzymania, wszystkie pytania jej i ojca zbywali brakiem upoważnienia do dalszego informowania w sprawie. Nawet nie wyśpiewali jej w jakiej sprawie jest zatrzymana, a na ile znała system prawny swego kraju, zwykle oznaczało to poważniejsze, skomplikowane przewinienia.
        Służbom nie można było odmówić profesjonalizmu. Po wylegitymowaniu, dali jej ojcu kilka numerów kontaktowych oraz adres posterunku z aresztem śledczym, do którego zbierają Mervi. Nie pozwolili dziewczynie się umyć, poza myciem zębów. Nawet przy ubieraniu był przy niej policjant, a konkretnie policjantka, co trochę minimalizowało wstyd. Gdzieś w głębi siebie czuła, że to standardowe podejście, w niekontrolowanym środowisku – jak dom zatrzymanego – nie można spuścić go z oczu, aby nie uciekł czy też nie zrobił sobie krzywdy. To, że pozwolili się jej przebrać zamiast wywlec ją w pidżamie było nawet gestem dobrej woli.
        A potem założyli jej kajdanki.


        Rutyna na posterunku przebiegła szybko, odciski palców, kilka zdjęć, oraz – co kompletnie zmieszało Mervi, próbka krwi i skan siatkówki, wykonane przez agenta Suojelupoliisi, dość futurystycznym urządzeniem przypominającym nowoczesną wersję starych komputerów typu palmtop. Potem zamknęli ją do pokoju przesłuchań.
        Minęło może pół godziny, podczas których Mervi mogła obserwować łagodnie przeskakujące na ścianach piksele, gdy wszedł do niej agent. Teraz miała okazję mu się lepiej przyjrzeć. Czarny garnitur, czarny krawat, kabura nie wystawała nigdzie, najpewniej była dobrze zamaskowana pod ramieniem lub na plecach. Ostre rysy twarzy grały z zimnym spojrzeniem bladoniebieskich oczu. Włosy nosił krótkie, jasny blond, gładko ogolony. Trudno było dziewczynie dokładnie określić jego wiek. Teraz dotarło do niej czemu wcześniej nie zwróciła uwagi na spojrzenie agenta, nosił uprzednio czarne, lustrzane okulary.

        - Wiesz czemu cię zabraliśmy – to nie było pytanie lecz stwierdzenie w jej stronę, wyrażone stanowczym, może nawet lekko agresywnym głosem.

        Przez cały czas Mervi zachowywała się dość apatycznie, jakby to wszystko jej mocno nie obchodziło. Miała w końcu istotniejsze myśli dnia poprzedniego.

        - Bo wam za to płacą. - dziewczyna odezwała się flegmatycznie, patrząc na agenta jakby od niechcenia.

        Agent wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki szkic aktu zatrzymania i podsunął Mervi na stole. W większości był to bełkot, ale odczytała kilka istotnych haseł, nazwisko profesora, próba zamachu w parku, śmierć dwóch funkcjonariuszy państwowych, organizacja terrorystyczna… i jej udział w niej.

        - Terroryzm? O to mnie jeszcze nie oskarżano. - odparła pozbawionym barwy głosem - I funkcjonariuszy nie pamiętam, tylko....

        Dziewczyna ledwo spostrzegła, jak mężczyzna lekko wstaje z miejsca, aby sięgnąć ją obiema dłońmi za głowę i mocno, z silnym echem uderzyć jej czołem o blat. Zakręciło się jej w głowie, lecz mimo szoku, zdawało się jej, że jej umysł pracuje nad szczegółami dużo intensywniej niż przed feralnymi wydarzeniami, niż przed wizją… Może nie wyłapywała wszystkiego, lecz gdy zrozumiała, że nie dostała ani w nos, ani zęby, jasne było, iż agent potrafił tak bić, aby nie pozostawiać zbędnych śladów.
        Mężczyzna rozluźnił się na krześle gdy ona dochodziła do siebie.

        - Tutaj nie ma rumakowania. Kiedy poznałaś Skaldespillara?

        Mervi rozcierała uderzenie na czole, a gdy wyszła z pierwszego szoku, rzuciła automatem wściekle: "jebany skurwielu, w dupę kopany!".

        - Co ja, mam za was robić research? - prychnęła.

        A scenariusz się powtórzył, tym razem wydawało się jej, że prawie zauważyła ruchy mężczyzny, może temu, iż siedział w luźnej, swobodnej postawie. Najpierw znowu zebrała głową o blat, a potem na dokładkę zebrała ciosem z otwartej dłoni, co ciekawe nie w policzek, w okolice żuchwy i ucha… i dając retoryką jej myśli, to dopiero bolało jak skurwysyn.

        - Następnym razem złamię ci nos albo wybiję zęby. Masz wybór, będziesz grzeczna, odpowiadasz na pytania bez zbędnego ociągania się, a po tej całej sprawie, z wyrokiem lub nie wyjdziesz w miarę nieruszona. Możesz również doświadczyć nieprzyjemności, które będą się ciągnąć za tobą całe życie.

        Nie dał jej czasu tego przemyśleć.

        - Kiedy pierwszy raz poznałaś Skaldespillara.
        - Bić skutego. Jebany tchórz... - prychnęła - Poproś, a może ci powiem.

        Mężczyzna wstał, powoli i jakby przechadzając się, kopnął w nogę krzesła Mervi, powodując jej wywrócenie.

        - My już wszystko wiemy - powiedział nie bacząc na to jak z impetem dziewczyna gruchnęła na ziemię - wiemy, że planowałaś z nim zasadzkę na ścigających go ludzi. Wiemy o korespondencji między wami. Zastanawia mnie tylko jedno, jak inna kobieta mogła pozwolić, aby grupa terrorystyczna, w której się znalazła, mogła sprzedawać młode dziewczyny do burdelu w Danii. A może nie wiedziałaś, bo sama byłaś na liście do wysyłki?

        Ten upadek nie należał do czegoś oczekiwanego. Serce podeszło jej do gardła, gdy straciła równowagę i nie dość, że nie mogła jej odzyskać, to jeszcze skute za plecami ręce dodawały do strachu przed upadkiem. To, co później mówił agent... zupełnie jej się nie składało.

        - To raczej wasi ludzie chcieli nas pozabijać... o ile człowiekiem nazwać kawał złomu. I ciała.
        - Od jak dawna wiesz?
        - Co wiem? - przekręciła się na bok, aby dać wygiętym ramionom ulgę.

        Mężczyzna stanął nad nią, co instynktownie wywołało u Mervi chęć skulenia się, jakby przed nagłym kopniakiem. Ciągle milczał jednak, oczekując odpowiedzi.
        Mervi patrzyła z dołu na agenta.

        - Że łażą po mieście takie niedorobione tostery z przeceny? Odkąd wczoraj w parku rozpadły się na kawałki. - odparła, nie za bardzo wiedząc, czy o to chodzi.

        Drzwi do pokoju przesłuchań uchyliły się z lekkim, acz dość wyraźnym skrzypieniem. Weszła do niego kobieta, brunetka z dłuższymi, upiętymi w kok włosami. Blada, biska, acz wyglądała na dość dość atletycznie zbudowaną, mimo wzrostu i raczej drobnej postawy, przypominała twardo ociosany kawałek drewna przystrojony w garnitur. W okularach, lustrzankach Mervi na moment zobaczyła swoje odbicie.
        Mężczyzna obrócił się powoli, nie odzywając się, w sam raz aby wejść na ścieżkę kolizyjną z pięścią kobiety. Potężny sierpowy zachwiał nim, zmuszając do podparcia się o ścianę. Pękła mu warga, a delikatne krople krwi zaczęły centkować mu koszulę.

        - No tak, oskarżona ci przypieprzyła - agentka stwierdziła ponuro w stronę skołowanego mężczyzny - widać niektórzy potrafią się bronić. Idź doprowadź się do porządku i uprzątnij papier na alfę jeden. Tip-top.

        Agent patrzył jeszcze chwilę na przybyłą z zimną złością, po czym wyszedł z pokoju bez słowa, zamykając za sobą drzwi. W tym czasie kobieta podniosła Mervi z ziemi, niezbyt delikatnie, przypominało to trochę wojskowy dryg. Rozpięła jej też kajdanki i wskazała krzesło. Sama zajęła miejsce przesłuchującego. Zdjęła okulary, pokazując piwne oczy.

        - Jestem Ella, przepraszam cię za… to co zaszło…

        Dziewczyna otrząsnęła głowę i odsunęła włosy z oczu. Była dość skołowana tą zmianą, ale kto by narzekał. Spodziewała się chwilę temu, że zaraz mężczyzna znowu ją uderzy, ale teraz...

        - Mogę już wracać do domu? Nie opuszczę miasta. - odezwała się do kobiety.
        - Za jakieś pół godziny, może godzinę wrócisz - kobieta wyjaśniła jej spokojnie - muszę cię tylko przesłuchać, jako świadka, nie sprawcę, oskarżonego czy cokolwiek innego. Mój poprzednik dostał błędne dane, a jak widzisz, to straszny cymbał, nie skojarzył nawet w trakcie - Ella westchnęła ciężko - przepraszam cię najmocniej. Przynajmniej wiesz jak od kulis rządy traktują międzynarodowych przestępców… no, niektórzy agenci - Ella powiedziała to dość gorzko, jabby się się nie zgadzała z tą postawa.
        - Zawołać kogoś po coś do picia?
        - Wodę z tabletką na ból głowy. - mruknęła - Jest teraz gorszy niż przed spotkaniem z twoim kolegą.

        Agentka wyjęła z marynarki opakowanie popularnego środka przeciwbólowego i po prostu podała dziewczynie.

        - Śledziliśmy profesora od dłuższego czasu. Jak rozumiem, znalazłaś się w nieodpowiednim miejscu i czasie, a to był tylko twój wykładowa, tak?
        - Tak, historia architektury. Poszłam na spacer, przewietrzyć się... Uspokoić myśli, bo uczyć się nie mogłam.
        - Zapis z monitoringu mówi, że straciłaś przytomność - agentka podsumowała - wiem, że rozmawiałaś z nim. Nie próbował ci niczego podrzucić?
        - Zobaczył, że jestem... no... źle się czuję. - nie wiedziała jak to ubrać w słowa - Pomagał mi się uspokoić... ale podrzucać? Jak narkotyki na lotnisku? Nie, tylko kawę dał... - wyraźnie Mervi miała problem z tym, skąd ją miał - Ale pomogło... na chwilę.
        - Możliwe, że chciał cię zrekrutować - agentka podpowiedziała dziewczynie - ciekawe tylko czy jako członka organizacji czy jako źródło dochodu - zamyśliła się jakby sama do siebie - ale chyba to pierwsze.
        - Do czego niby zrekrutować? - zdziwiła się, chcąc więcej zrozumieć - I czemu mnie?
        - Z braku lepszych określeń, mówi się o organizacjach terrorystycznych, chociaż temat jest szerszy. Tak jakby IRA czy Al-Ka’ida w przerwach między zamachami zajmowały się handlem narkotykami, przemytem i prostytucją aby z tego finansować swoją działalność - agentka wyjaśniła dając Mervi czas na przetrawienie tego.
        - On... Profesor... - próbowała poukładać sobie scenariusz w myślach, po czym pokręciła głową - Nie mógł taki być.
        - Widziałaś skutki tego, do czego był zdolny. Poza tym, zajmował się finansami - agentka cierpliwie jej wyjaśniła - a dlaczego zainteresował się tobą, to jest dość skomplikowana kwestia - Ella zapauzowała na moment - dasz radę się skupić aby to zrozumieć czy wolisz abym jutro przyjechała do ciebie, do domu i porozmawiamy o tym?
        - Czy mój ojciec będzie przy tym?
        - To od ciebie zależy - agentka powiedziała szczerze - chociaż uważam, że początkową część powinnaś najpierw wysłuchać sama, a na rozmowę z twoim tatą przyślemy kogoś, kto nie jest agentem - Ella uśmiechnęła się lekko, a nawet chyba zaśmiała oszczędnie - przepraszam, zaczynam mówić zagadkami, a tu nie ma nic do ukrycia. Lepiej będzie, jak zaczniemy teraz, łatwiej będzie nam przedyskutować co dalej.

        Mervi zapatrzyła się chwilę w ścianę obok agentki, nerwowym ruchem palców przesuwając po blacie stołu.

        - Najpierw niech dadzą mi wodę, żebym łyknęła lek, bo mnie ta migrena zabija.

        Agentka sama wyszła na chwilę, aby po chwili wrócić z dwoma plastikowymi kubkami zimnej wody. Sama też upiła.
        Mervi nie czekała, aby łyknąć tabletkę. Chciała tylko, żeby to dudnienie we łbie przeszło...

        - Więc... - spojrzała pytająco na agentkę.
        - Zastanawiałaś się kiedyś nad istotą geniuszu? NIe mam na myśli wyłącznie tego, co potocznie rozumie się przez geniusz, pamięć, talent literacki, matematyczny, teorie fizyczne. Mam na myśli geniusz ujęty szerzej, odpowiedni talent połączony z wolą, aby go realizować, nie utonąć w małych grach politycznych, aby koncertować na salonach i publikować prace matematyczne do końca życia, odkrywając przed ludźmi to, co nie znane, zamiast skończyć jak Galois.

        Mervi poczuła się zaskoczona. Rządowy agent był ostatnią osobą, od której spodziewałaby się wzmianki o wybitnym matematyku.

        - Sądzisz, że jest coś, co łączy takich ludzi i co ważniejsze, możliwe jest do jasnego, systematycznego ocenienia, kategoryzowania i wykrycia?

        Finka spojrzała skonfundowana tym nieoczekiwanym tematem, bardzo od czapy w tej sytuacji.

        - Czy... to w jakiś pokrętny sposób łączy się z... tym? - rozejrzała się na boki, jakby mówiąc o całej sytuacji, w jakiej się znalazła - Bo profesor uczył historii, a nie filozofii…
        - Jest takie powiedzenie, że trudno czasem odróżnić obłęd od geniuszu. Ludzie genialni nauczyli się tego, że trzeba czasem ukryć się w cieniu. Juliusz Cezar był na świeczniku, i nóż w jego trzewia zatopił mu przyjaciel. Jesteś wyjątkowa Mervi. To czego doświadczałaś ostatnie czasy, to jest forma łagodnej psychozy podczas której reorganizują się pewne struktury w mózgu. Personifikację tego stanu, zgodnie z badaniami Freuda czy Junga, jest właśnie Geniusz, psychiczny obraz będący indywidualnym wcieleniem intelektu ludzkości.

        Agentka złożyła ręce w piramidkę.

        - Wiem, że to dla ciebie dużo. Nie musisz od razu wszystkiego rozumieć, a ja nie jestem zbyt dobra w wyjaśnieniu takich spraw. Dostaniesz książki, kilka dodatkowych kursów i wszystko stanie się jaśniejsze, jest to dość zaawansowana psychologia, biologia, socjologia oraz szczególne badania z gruntu specjalizowanych dziedzin jak genetyka czy kognistywika. Ale pewnie nasuwa ci się pytanie, co to znaczy dla ciebie. Na razie obejmiemy cię miękkim programem ochrony świadków. Dostaniesz też stypendium dla szczególnie uzdolnionych, nie są to duże pieniądze, ale starczą aby wygodniej ci się studiowało. Całkiem możliwe, że po pierwszym roku wyślemy cię do Harvardu czy Yale. Będą też specjalne kursy… Widziałaś metalowych ludzi. Pewnie podejrzewałaś, że wojsko zawsze ma technologię lepszą niż cywilie. Cóż, my - powiedziała to w taki sposób, iż Mervi również poczuła się częścią “my” - mamy jeszcze lepszą.

        Mervi patrzyła na agentkę z niezdrowym miksem fascynacji i rozbawienia, opierając brodę o pięść.

        - Teraz ty mnie uderzysz jak zapytam, ale co tam... - przechyliła głowę bardziej na bok - Co brałaś i czy też mogę?

        Agentka zaśmiała się lekko, naprawdę serdecznie.

        - Tylko prochy przeciwbólowe, babskie sprawy - powiedziała szczerze - sama się przekonasz co do prawdziwości tego. Widziałaś szczątki cyborgów. Łatwiej ci w nie uwierzyć niż w organizację szczególnie uzdolnionych ludzi, do których teraz i ty należysz?
        - W sumie tak... Tamten złom był namacalny... - odparła ostrożnie - Profesor mówił coś o byciu szczególnym... i tak samo jak jemu - i tu nie wierzę na słowo, a jeżeli to prawda... to czemu nie ma szkół dla takich, jak w X-Manach? I czemu te cyborgi zabiły profesora? - ton głosu trochę podupadł na to wspomnienie - Oni kategorycznie nie mieli przyjaznych intencji…
        - Profesor był przestępcą, mieli za zadanie ująć go żywcem. Postanowił się wysadzić… powiedzmy. Jeśli zainteresowała cię chemia i fizyka nuklearna, powiem, aby jutro podrzucli ci opis działania tej technologii, oczywiście to tajne - agentka mruknęła.
        - Co do szkół, nigdy nie wiadomo kiedy ktoś zacznie przejawiać swoją niezwykłość, są to ludzie różnego wieku, pozycji, nie do wszystkich udaje się dotrzeć od razu. Temu też organizujemy programy edukacyjne zazwyczaj zakotwiczone w istniejących strukturach. No i oczywiście - uśmiechnęła się lekko - to tajne. Przypomnij, co opowiadałem Ci o Cezarze. Jawność jest niebezpieczna.
        - Zawsze znajdzie się ktoś, kto nie zrozumie, uhm, pomysłu jaki jest przedstawiany, i zechce go ubić w zarodku? - zaryzykowała - Lub uzna, że sam zrobi lepiej, choć nie ma żadnej wiedzy…
        - Droga wolna - agentka powiedziała jakby to była oczywistość - chociaż nie widzę podstaw aby tak postępować. Za darmo dostaliśmy, za darmo dajemy.

        Mervi potarła oczy

        - Szczerze... Czy ja mam schizofrenię, inne urojenia?
        - Nic z tych rzeczy - Ella powiedziała cierpliwie - stan łagodnej psychozy może okresowo występować, lecz ciągle to ty masz kontrolę. Pomówmy lepiej o przyszłości. Wolałabym jutro nie jechać do ciebie, nawet po cywilnemu, nie chcę stresować twego ojca, a i nie jestem dobra w tych kwestiach. Powiedzmy, że w najbliższej przyszłości jestem twoją opiekunką. Jutro postaram się wysłać psychologa od nas, przywiezie ci kilka książek oraz przedstawi tobie i ojcu wizję stypendium. Będziesz mogła także z nim rozmawiać. Przedstaw to rodzinie jako zupełnie nie związane z tą sprawą - uśmiechnęła się lekko.
        - Ojciec nie wie o tym, co wczoraj się stało... Prócz tego co zobaczył, jak wróciłam. Nic mu nie mówiłam, nic nie wyjaśniałam. Po co? Nie było ważne, aby wiedział.
        - Byłaś świadkiem nieudanego zamachu, spanikowałaś - agentka podsumiowała - to też będzie w zeznaniach, zaraz dam ci je do podpisu jak przeczytasz. Mam wysłać do ojca też psychologa policyjnego?
        - Przyda się... - odparła ostrożnie - W sumie... Ładnie to rozrysowałaś przede mną, ale... to nie może być za darmo. Nie tak świat działa.
        - Ale to my staramy się decydować jak ma działać - agentka wyjaśniła - głupio byłoby nie zaczynać od siebie. Uszy do góry - powiedziała lekko.
        - Zapytam inaczej... Co będzie mnie to kosztować, chociażby w przyszłości? Co oczekujecie ode mnie? - zapytała podejrzliwie.
        - Niczego czego sama byś nie chciała - Ella stwierdziła prosto - pomyśl o tym jak o grupie ludzi którzy razem dochodzą do logicznych wniosków. Nie zgadzanie się jest elementem dyskusji.
        - Na pewno bym chciała, aby mi dupy nie zawracano. - odparła zadziwiająco lekkim tonem - Nie jestem socjalna i chyba nie każdy mnie wytrzyma. Doświadczenie.
        - Nie znam twoich talentów, więc trudno mi się wypowiedzieć - Ella stwierdziła po zastanowieniu się - równie dobrze możesz dostać środki na badania naukowe tak samo jak mecenas sztuki. Trudno mi mówi bez danych.

        Agentka podała Mervi swoją wizytówkę. Tylko imię, i numer telefonu.

        - Zachowaj to i dzwoń do mnie w razie jakichkolwiek kłopotów. Mnie za to możesz zawracać dupę.
        - Po północy też? -dziewczyna obejrzała wizytówkę, uśmiechając się pod nosem.
        - Tak, najwyżej przy następnym spotkaniu będę nadąsana - zażartowała.
        - Więc mam czekać na... stuff jutro? Bo i nie widzi mi się powrót na studia... - mruknęła - ...nie tu. Nie... po jego śmierci. - Mervi najwyraźniej wciąż odczuwała ból z powodu tej straty.
        - Tak, jutro przyjedzie nasz człowiek. Z nim porozmawiasz też o kwestii studiów.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • ZellZ Niedostępny
          ZellZ Niedostępny
          Zell
          Moderator Obsługa
          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
          #4

          Ojciec stanął przed drzwiami do pokoju Mervi nim ta zdążyła go wyminąć.

          - Nie unikaj mnie znowu. - odezwał się jako pierwszy, tym razem nie mając zamiaru odpuszczać.

          Mervi patrzyła na niego nic nie mówiąc, jakby chciała przeczekać jego opór.

          - Wczoraj nic nie chciałaś mówić, nie naciskałem, ale dziś to samo? Mervi, co ty znowu zrobiłaś...
          - Czemu od razu zakładasz, że coś zrobiłam! - maska obojętności pękła bez ostrzeżenia - Czemu szukacie zawsze we mnie winy?! - mimo wyraźnej złości, przebijał się wewnętrzny ból dziewczyny.

          Ojciec patrzył uważnie na rozbitą córkę. Wiedział, że nie jest w stanie utrzymać długo srogiej postawy wobec dziewczyny... Cholera z tym!

          - Czemu dziś zainteresowało się tobą Suojelupoliisi?
          - Zaszła pomyłka w papierach... - mruknęła, patrząc w podłogę, obejmując się rękoma.
          - Pomyłka w papierach? - mężczyzna wyraźnie nie wierzył w to, co słyszy - Mervi! Wywlekli cię z domu jak groźnego przestępcę!
          - Isä... Dajmy temu spokój....
          - A ty chcesz to tak zostawić? - ojciec westchnął - I ten agent w okularkach. Przecież można to zaskarżyć, szczególnie skoro cię uderzył! - wspomniał słowa córki, które wymamrotała przyciśnięta.
          - Nie przesadzaj, to takie nic było... Gdybym nie miała skutych rąk to bym...
          - To nie była bijatyka na boisku szkolnym! - przetarł oczy i bez oczekiwania na reakcję przytulił córkę do siebie - Opowiedz mi wszystko.

          Mervi w milczeniu uniosła wzrok na ojca.

          Nie zrozumiałby wszystkiego, a nawet większości.
          Mógłby cierpieć przez niezrozumiałą rzeczywistość, której i Mervi nie umiała wciąż ogarnąć.
          Więc zataiła, co wiedzieć nie powinien.

          - Byłam świadkiem nieudanego zamachu.

          Podnosiła zza łóżka ostatnią kartę ze szkicem na zajęcia, aby móc ją ułożyć wraz z innymi w ustalonym porządku tuż obok szafeczki z drewnianymi przegródkami na teczki z notatkami, jakie jeszcze w czasach podstawówki ojciec zrobił jej, jak prosiła.
          Wszystko trafiło na swoje miejsce.

          - Spanikowałam, uciekłam... Musieli mnie zobaczyć na zapisie z kamery.

          Położyła ręce na blacie biurka nagle czując się osłabiona, jakby ostatnie wydarzenia pozostawiły wciąż jątrzącą się ranę.

          - Musieli mnie wziąć za kogoś innego przez to...

          Na linii wzroku znalazły się trzy książki ułożone na sobie, a najwyższa z nich nie leżała w równym porządku, minimalnie wystawała w bok. Położyła dłoń na niesfornej i zawahała się.

          - Wszystko jest już dobrze, wyjaśniono zajście...

          Patrzyła dłuższą chwilę na swoją dłoń, na książkę, po czym przesunęła ją tak, aby leżała na innych na skos.

          - Nie, nie podali mi więcej informacji o zajściu.

          Równie szybko, jak zaburzyła porządek, przywróciła go z irytacją na ten bezsensowny bałagan, który zrobiła, pewnie z rozbicia... wszystkim.

          - Jest już dobrze. Dobrze. Nie martw się.

          Południem, tak jak Mervi się spodziewała, do jej drzwi zapukała zapowiedziana osoba, w postaci niskiej brunetki w okularach, o sympatycznym, rumianym, pełnym obliczu, i równie pełnych, niemal rubensowskich kształtach. Udała niezmiernie zdziwioną, że Mervi nie uprzedziła ojca o wizycie przedstawiciela ministerialnego programu stypendialnego.
          Mervi za to udała, że przez wszystko, co ostatnio się działo, ten fakt pominęła w natłoku innych spraw. Sama czuła się zagubiona w tej sytuacji, próbując jednak zakryć swoją niepewność przed ojcem, by znowu go nie umęczyć. Szybko znaleźli się w pokoju Mervi, a jej ojciec dostał rządową ulotkę informującą o programie.

          - Gdzie mogę usiąść?

          Kobieta zapytała Mervi rozglądając się po jej pokoju.

          - Już, już. - speszona dziewczyna odsunęła krzesło komputerowe od biurka - proszę tutaj. - Sama usiadła na łóżku, jako że innego miejsca nie było.

          Kobieta siadła, układając na ziemi, po stronie swej prawej nogi, ciężką torbę. Uśmiechnęła się lekko.

          - Możesz mi mówić Bob - powiedziała serdecznie - jak się trzymasz?
          - Niezbyt... - próbowała stan ująć w słowa - ...pewnie? I moje imię na pewno znasz, nie mam... Żadnych dodatkowych…
          - Uszy do góry - Bob wyszczerzyła się ukazując rząd nienaturalnie symetrycznych zębów - będzie dobrze - mrugnęła - mam dla ciebie na początek kilka rzeczy, potem omówimy plan twej integracji.

          Wyjęła z torby… książki. Głównie książki. Po kolei rzuciła je Mervi na biurko.

          - To na początek, podstawy psychologii - rzuciła małą książką - a potem to - kolejna pozycja z zakresu kulturoznawstwa i psychologii miała chyba ponad tysiąc stron - a potem trochę o futurologii - podała jej trzy mniejsze książki będące przeglądami myśli futurologicznej - oraz filozofii i nauk o społeczeństwie - rzuciła kolejną, dużą książką będącą kolejnym zestawem prac naukowych, chyba bardziej naukowym przeglądem, może monografią niż czym popularnonaukowym.

          Bob zaśmiała się lekko do dziewczyny zasłaniając usta.

          - Najlepiej czytać w tej kolejności co ci podałam. Pierwsze musisz koniecznie przerobić, w dalszych to co będzie cię interesować. No i jeszcze to, gdzie ja to posiałam…

          Po chwili wygrzebała z bocznej, wewnętrznej kieszeni torby zapakowany czytnik ebooków.

          - Tak naprawdę już go otwierałam, ale ludzie lubią dostawać pudełka - przyznała się Mervi z lekką ironią - pamięci starzy też na twoje rzeczy, ale wgrałam tam również nasze wewnętrzne publikacje, ściśle tajne - mrugnęła nie tracąc humoru - większośc jest zaszyfrowana. Nic nie stanie się jeśli je rozkodujesz, ale sądzę, że stracisz na to tyle samo czasu, a nawet więcej niż aby dostać hasła. Po prostu najpierw zapoznaj się z tym co nie ma szyfru, potem dostaniesz dostęp do kolejnych. Są to ideowe opisy kilku wynalazków, trochę matematyki, informatyki, genetyki, jeszcze więcej o psychologii, ale pisane prostym językiem, ale z twardymi faktami. Możesz do tego zaglądać w międzyczasie jak będziesz czytać papierowe książki.

          Podała jej pudełko z czytnikiem wyciągając dłoń.

          Mervi przyjęła czytnik z miną kogoś, kto czuje się absolutnie nie na miejscu w tej sytuacji.

          - Dziękuję...? - finka nie była przyzwyczajona do takich prezentów - Znaczy... Jak rozumiem znajomość tej literatury zostanie sprawdzona? - zaparzyła się w czytnik - Kiedy? I jak długo będę miała ten sprzęt?
          - Nie, nie nie - Bob cmoknęła w usta i pokręciła palcem przecząc. Mervi zdążyła zauważyć, iż gruba kobieta dość dużo gestykulowała.
          - Ma ci to pomóc zrozumieć co się stało wokół ciebie i z tobą - kobieta powiedziała z uśmiechem - to jest dla ciebie, nie dla nas. Acz między nami powiem ci, że jak kompletnie to zignorujesz, to po prostu kilku naszych specjalistów z którymi będziesz potem rozmawiać będzie miało więcej pracy, a ty mniej z tych rozmów wyniesiesz, zamiast rozmawiać o konkretach, mając pewną bazę podstaw, będą ci tłumaczyli podstawy. Tylko tyle, nie ma przymusu, nie ma terminów, nie ma wymogów. Sprzęt masz na zawsze, zresztą - spojrzała na komputer - to początek. Ale o tym może za chwile, mamy jeszcze do omówienia rzeczy związane z tym rozwojem, prawda?
          - Nie martw się, nie mam zamiaru tego olać... Chcę wiedzieć, znać przyczyny, czemu to się dzieje... - objęła się rękoma - Bo to sobie nie pójdzie, prawda? Nie mogę po prostu zapomnieć i żyć dalej jakby nic się nie stało?

          Mimo pytania, wątpliwe było jakoby Mervi naprawdę sądziła, że to jest takie łatwe.

          - Nie można tego... cofnąć?

          - Nie, nie można - kobieta przyznała - wypieranie tego jest prostą drogą na oddział zamknięty. Wiesz, jak każde wyparcie jakiejś części rzeczywistości.

          Dziewczyna westchnęła.

          - Patrząc na wszystko, co się działo ostatni czas... Te dziwne zdarzenia... - spojrzała na podłogę - To... Tak sobie wyobrażam jak ktoś szalony widzi świat... Ale te wydarzenia... - pokręciła głową - Inni też widzieli, że ten cholerny automat z piciem przy mnie umiera! Zawsze przy mnie i tylko!
          - Echo percepcji - Bob wyjaśniła - tak naprawdę… - szukała słów - widziałaś kiedyś takie obrazki, na których dzieci widzą tylko zwyczajne treści, a dorośli poza nimi również akty? To działa na podobnej zasadzie, dostrzegasz więcej szczegółów i powiązań niż reszta ludzi.
          - Ale jaki to ma związek z działaniem automatu? To przecież nie moja percepcja, tylko jego... sposób funkcjonowania przy mnie? To było bardzo... irytujące... jak działanie przypadku, który zdarza się zawsze.
          - W jednym z dokumentów wszystko powinno być opisane, to jest mechanizm skupienia percepcji. Widzisz, ludzie tego nie dostrzegają, a ty tylko w jednym przypadku, podczas gdy w rzeczywistości takich powiązań są miliony - Bob powiedziała rzeczowo - rachunek prawdopodobieństwa, który zna współczesna matematyka, ma kilka naszych korekcji.

          Mervi ponownie spojrzała na podłogę.

          - Wtedy... W parku... - zaczęła powoli - Jak profesor i złomiaki zaczęli robić... rzeczy... - niepewność w jej głosie była aż namacalna - Nie wiem... Zupełnie jakbym dostała udaru, bo ciężko mi to nazwać zwykłą utratą przytomności... A później... - zamknęła oczy - Chyba śniłam... o... różnych istotach…
          - To normalne - kobieta powiedziała poważnie - gdy mnie dotknęło przebudzenie, spotkałam jamnika. Do tej pory mi towarzyszy, w snach. To jest moja psychika, myśli których inaczej bym nie wyraziła, może się ich bała, a może były zbyt mądre na mnie, wyczekują się głównie w snach. W części książek masz to opisane, ja mogę mówić tylko tyle, że przeżyłam podobne rzeczy co ty - uśmiechnęła się lekko.
          - Ta istota... To była jakby... sylwetka z neonu, ale w tle inne też były. - spojrzała na kobietą - Pytanie: czy wyprowadzasz jamnika na spacer?

          Bob zaśmiała się.

          - Zawsze gdy o tym opowiadam dostaję podobne pytania. Najlepsze było gdy stwierdzono, że skoro jestem mała i grupa to mój geniusz jest też mały ale długi - powiedziała z uśmiechem - nie, na spacer nie, nie lubię spacerować, wolę auto. Inne postacie to też typowy widok. Symbol związku z całym kontekstem kulturowym oraz genetycznym. Nikt nie urodził się na samotnej wyspie.

          Kobieta na moment zamilkła.

          - Kiedy wracasz na studia?

          Humor Mervi podupadł.

          - To jest... Problem. - przyznała - Na samą myśl, że miałabym tam wrócić, chodzić na zajęcia z historii jakby nic się nie stało, słuchać rewelacji innych o śmierci profesora... Niedobrze mi się robi.
          - Moim zdaniem, powinnaś wrócić. Jeśli tylko zajęcia z historii są problemem, możemy coś zaradzić. Docelowo chcielibyśmy… oferowalibyśmy abyś pierwszy rok skończyła tutaj, ogarnęła swoją nową sytuację, natomiast na drugi czekałby cię wyjazd na stypendium. Gdzie to temat otwarty. Przy okazji, poza zwykłymi studiami, poznałabyś więcej naprawdę ważnych i ciekawych rzeczy. Nie wszędzie mamy placówki i laboratoria, nie wszystkie z nich są też odpowiednio wyposażone, stąd sugestia tymczasowej relokacji związanej ze studiami. Wiesz, super technologia, poczujesz się jak w filmie SF!
          - Uwierzę, jak zobaczę. - Mervi zmusiła się do uśmiechu - W to SF. Alienów nie będzie?
          - Mamy kosmicznych marines, aby bronili nas przed obcymi - Bob powiedziała z błyskiem w oku - informacje o tym odblokujesz w trzecim progu zaszyfrowanych książek, wybacz spoiler - mruknęła i zaczęła szukać czegoś w torbie.
          - Trzecim progu? Znaczy, tam jest więcej tego? Tak dużo więcej?
          - Dwanaście, pierwszy nie jest zaszyfrowany - powiedziała wyjmując z torby notatnik - przeczytasz pierwszy, piszesz do mnie email, podaję hasło do kolejnej partii, czytasz drugi, i tak dalej, i tak dalej, dopóki jesteś ciekawa. Przy okazji, bym zapomniała - kobieta podała Mervi oszczędną wizytówkę, a w zasadzie dwie, oficjalną z fundacji, oraz zawierającą jedynie “Bob”, email, telefon i dwa rzędy nic nie mówiących jej cyfr i liter - tutaj masz dane kontaktowe do mnie.

          Mervi przyjrzała się rzędom cyfr i liter.

          - A... to co? - zapytała zaciekawiona.
          - Identyfikatory wewnętrzne, jeden jest też skrótem klucza publicznego. Wewnętrzne systemy, też takie dostaniesz za jakiś czas. Skoro przy kluczach jesteśmy, mam tutaj - zajrzała do notatek - trochę o tobie. Czemu nie studiujesz informatyki? Z tego co widzę, jesteś w tym bardzo dobra, oraz trochę mniej, ale dalej ze smykałka do matematyki.
          - Skąd to zainteresowanie? - Mervi nie spodziewała się tego pytania - Matematyka też w architekturze istotna, a informatyka... raczej to zainteresowanie. Nie mam kasy, aby na sprzęt mocniej wydawać. Architektura pochodzi z chęci stworzenia czegoś dla pożytku innych, co nie zawiedzie, zwalając im się na głowy. O katastrofach z winy architektów czy złego finansowania słyszy się zbyt często, niż się powinno.
          - Musimy opracować ramowy plan twojego rozwoju. Moją pierwszą myślą było, abyś skończyła obecne studia, chociaż do pierwszego stopnia. Jednocześnie zapewnimy ci wewnętrzne kursy związane z komputerami i otaczającą technologią. Taka informatyka na sterydach. Masz jakieś uwagi, potencjalne modyfikacje planu?
          - Uhm, a masz jakieś zamysły, w których wiedza informatyczna by się przydała? Bo to.. w sumie wygląda jak obieranie innego kierunku.
          - Masz potencjał aby być wszechstronna… Chociaz jednym z nich jest między innymi, tak zwana Pajęczyna. Ale czym jest to ci nie powiem - Bob ze śmiechem, trochę po kumplowsku pokazała Mervi… język - też na trzecim progu o tym przeczytasz.

          - Wygląda, że ten trzeci próg zawiera naprawdę kuszące informacje. - nie mogła ukryć ciekawości.
          - Mój ulubiony to piątka i siódemka - Bob przyznała - więcej praktyki. Na piątce zaczynają się schematy prostych instrumentów oraz kod. Na siódemce trochę podobnych, bardziej subtelnych rzeczy, zakres nauk humanistycznych. Jest wyżej bo trudniej to na początek pojąć. Ale właśnie - spojrzała na komputer Mervi - ciężko się na tym pracuje?
          - Z NASA tatek tego nie kupił po znajomości. - uśmiechnęła się - To stara sztuka z jakiejś aukcji internetowej. Wolne, czasem przycina.
          - Nie przelewa się u was - technokratka stwierdziła ze smutkiem w głosie - ale na to znajdziemy rozwiązanie. Wszak jesteś stypendystką. Masz jutro zajęcia do której?
          - Do szóstej... A braki finansowe wiążą się ze zmniejszaniem możliwości ojca do częstej pracy. Da się przywyknąć. - wzruszyła ramionami.
          - O pracy i zdrowiu twojego taty jeszcze pomyślimy. Do szóstej… - Bob się zamyśliła - dobrze, to pod uczelnie przyślę do ciebie sympatyka zajmującego się sprawami finansowymi, pójdziecie na zakupy i omówicie kilka kwestii. Z tego co wiem, jak to się odbywa, dostaniesz kartę i konto, zwykle jest to tysiąc dolarów miesięcznie, czasem bywa więcej, czasem mniej. Na pierwszym spotkaniu asystent też pomoże ci kupić i wybrać rzeczy których potrzebujesz na teraz, komputer, telefon i takie tam. Ludzie ze służb często wybierają prywatne gnaty - Bob zaśmiała się - pewnie też omówicie prawo jazdy, jeśli za rok masz wylecieć na inną uczelnię, to będzie potrzebne, może kursy językowe, ale z tego co mam w notatkach, radzisz sobie dobrze na tyle, iż to jest do pominięcia.

          Mervi spojrzała z podejrzliwością.

          - Skąd masz te wszystkie informacje o mnie? Nie używałam social networku, mały kontakt z innymi mam.
          - Social network jest dla lamusów, kochana - Bob cmoknęła - big data. Samomodyfikujące się algorytmy zapytań. Nawet jeśli dane nie są podłączone do dużych baz danych, algorytm sam opracowuje metodę ich pozyskania, składa wnioski, używa kluczy kuratorów oświaty. Potem porównanie z resztą klasy, sieci neuronowe uczą się rozpoznawać poziom szkół, oszacowanie ogólnego poziomu, oceny są tylko początkiem. Mogłabyś pracować przy podobnych rozwiązaniach…

          Dziewczyna wyglądała na zaskoczoną i dość zdezorientowaną.

          - Do tego trzeba więcej niż mocnego kompa... Serwery...
          - Tak - Bob zaśmiała się - trzeba geniuszu. Czy może Geniusza - mruknęła.
          - Musiałabym się nad tym zastanowić...
          - Na początek masz literaturę, w przeciągu najbliższych miesięcy odbędziesz kilka spotkań z eskspertami. Zobaczę ile uda się zorganizować.
          - Wytłumacz mi, jaki macie end-goal tego ze mną?
          - Pomóc ci przystosować się do tego kim jesteś i wdrożyć w organizację. To jakiej pracy się podejmiesz zależy wyłącznie od ciebie. Mamy zespoły pracujące nad lekami, agentów polowych, ludzi wdrażających wynalazki w miękki sposób dla reszty mniej uzdolnionej ze społeczeństwa, dyplomantów, negocjatorów i szpiegów zapobiegających trzeciej wojnie światowej. No i oczywiście kosmicznych marines - dodała to w sposób żartobliwy.

          -... przeskoczyłyśmy kilka etapów... - dziewczyna otworzyła szerzej oczy - To... Ja mam być w tej organizacji? Kiedy to się pojawiło?

          - Nie być - Bob doprecyzowała - a tworzyć. Siłą rzeczy, nawet gdybyś zrezygnowała, a możesz w każdej chwili, dalej jesteś z nami. Po prostu jesteś wybrana, więc siłą rzeczy zaprosilibyśmy cię do rozmowy, a i jestem pewna, że ani jedna rzecz której podjęłabyś się prywatnie, nie byłaby zwyczajna. Tak po prostu jest.

          Kobieta westchnęła.

          - Rozumiem, że możesz czuć się przytłoczona. Gdy ja przez to przechodziłam, czułam się jak Alicja zmierzająca do króliczej nory, tylko zamiast królika goniłam psa…
          - Ma sens. Jamniki polują na króliki. - mimo żartobliwych słów, wyglądała na zaniepokojoną - Kim jesteście "wy", skoro jestem z wami?
          - Już pierwsze dokumenty na czytniku zawierają dobrą historię. Nazywamy się Unia Technokratyczna - Bob powiedziała luźno - i oczywiście ta nazwa jest poufna. Tak samo jak nazwy konwencji zjednoczonych w Unii. Ja należę do NWO… tak, to ten sam skrót który może znasz z wielu głupich teorii spiskowych. Dość dobrze maskuje prawdziwą naturę rzeczy, skoro w NWO wierzą wariaci, nikt rozsądny nie może przyznać, że jednak istniejemy. Ale nie jesteśmy ogólnoświatowym spiskiem, a raczej jego zbawcami i pasterzami. Zaczynaliśmy w ramach Kościoła… chyba już zaczynasz rozumieć ten mindset, etos opieki nad słabszymi.
          - Brzmi... naprawdę ciekawie, jeżeli ten światowy spisek jest spiskiem dla pomocy słabszym. - uśmiechnęła się lekko - Sama mogłam bić bullies, ale nie każdy mógł... - przechyliła głowę - Zajmujecie się też wyplenianiem kryminalnego elementu jak morderców, zabójców, grup hackerskich czy kręgów pedofilskich?
          - I tak, i nie. To skomplikowane. Widzisz, ogólnym celem jest naprawianie społeczeństwa. Nikt u nas nie ślini się na myśl o tym, że zamknie lub zastrzeli seryjnego zabójcę. Chcemy doprowadzać do sytuacji zmniejszania się współczynnika przestępstw poprzez lepszą edukację, wpływ na czynniki społeczne powodujące powstawanie slumsów, poprawienie sytuacji ekonomicznej grup źródłowych. W drugiej kolejności staramy się globalnie, systemowo wspierać organy ścigania, tak jest najefektywniej, poza tym pozostawiamy potomnym dobrze nastrojony zegarek. Własnoręczne ściganie jest zarezerwowane dla naprawdę szczególnych przypadków, często agent po prostu wspomaga śledztwo lub używa big data - mrugnęła okiem - i podsyła policji wyniki. Są jednak pewne kategorie niebezpieczeństw które wymagają naszej interwencji. Obcy, ukryte potwory czy terroryści dysponujący technologii podobną do naszej.

          - Temu... chcieliście zabić profesora Skaldespillara?
          - Nie - Bob powiedziała dziwnie twardo - nie zabić. Zatrzymać jak przestępcę i najpewniej, po uczciwym, wewnętrznym procesie, uwięzić z możliwością reedukacji. Oczywiście nikt nie łudził się, że zatrzymanie przebiegnie łatwo… Wiesz, jeden z agentów który umarł, był człowiekiem. Ulepszonym, ale człowiekiem, i to naprawdę dobrym, miałam z nim częsty kontakt.
          - Mnie chyba też chcieli... zatrzymać? - westchnęła - Ale kim w takim razie był profesor? Nie był od was, a mówił, że są osoby, które by się mną zainteresowały... chyba że o was mówił?
          - Jeśli dobrze zrozumiałam akta, bo nie jestem w sprawie na bieżąco, to nawet pomimo twego stanu, najpewniej pod jego skrzydłami czekałaby cię burdel. Przepraszam… - Bob speszyła się - za dosadność. Ale Skaldespillar też miał geniusza. W każdym gronie trafią się ludzie niegodni, mordercy, oszuści, gwałciiele, pedofile i terroryści. Siłą rzeczy nie wspominałam o tej alternatywie, bo hej - Bob powiedziała luźno - jakby to brzmiało. Mervi, możesz być wynalazcą albo mordercą? No właśnie… - Bob machnęła ręką - wiem, że to całe wydarzenie było dla ciebie szokiem. Jedna z książek na czytniku zawiera informacje o technikach manipulacji i jak się przed nimi bronić aby takie wilki w owczej skórze były ci niegroźne.

          - Czyli jest dużo więcej takich osób z Geniuszem? - zapytała zaskoczona - Organizacje jak wasza?
          - Nie, osobiście uważam, że moralność pochodzi z intelektu, zatem mało kto z nas ma skrzywienie aby zostać przestępcą. Właśnie - pstryknęła palcami - grupy przestępcze to lepszy termin. Rozdrobnione, czasem współpracujące, częściej ze sobą walczące.
          - To czemu ktokolwiek by wybrał taką grupę przestępczą na początku? Ilu ich jest?
          - A dlaczego ludzie zostają przestępcami? Powody są takie same. Nie znam dokładnej liczebności, promil naszych zasobów.

          Mervi spochmurniała.

          - Czyli... Są zagrożeniem dla zwykłych ludzi.
          - W większości, tak. Czasem niektóre wybitne jednostki przejmują kartele narkotykowe lub tworzą grupy terrorystyczne. Pamiętasz 11 września? Z Osamą współpracowało czterech, byli mózgami operacji. I tak dobrze, że udało się nam zminimalizować szkody - Bob westchnęła - możesz popytać naszych analityków jaki był to cud.

          Finka utkwiła wzrok w swoich dłoniach.

          - Wybacz, ale... - zaczęła - ...wiesz... Mam problem z uwierzeniem, że to wszystko mi dajecie ot tak, za darmo, całkiem charytatywnie. Świat nauczył mnie, że tak słodko życie nie wygląda i nie pojawi się nagle wróżka, aby zabrać cię do Nibylandii, bo jesteś Chosen One.
          - Ale dlaczego charytatywnie - Bob uśmiechnęła się - pomagamy sobie podobnym. W gruncie rzeczy jest to takie same działanie jak inwestowanie w edukację sportowców. Nie dajemy ci super drogiego samochodu czy innych zbytków, zapewniamy tylko dostęp do rzeczy, które mają ci pomóc komfortowo zrozumieć twój potencjał.
          - Z założeniem, że ten potencjał później zostanie wykorzystany dla dobra Unii, tak? To w końcu jak pracodawca płaci za szkolenie pracownika, co?
          - Myśl o tym raczej jako o spółdzielni pracy, nie ma jednego, wysokiego szefa - Bob stwierdziła pogodnie.
          - Korporacja? - uśmiechnęła się słodko.
          - Spółdzielnia pracy - Bob powtórzyła - nie znasz tego konceptu?
          - Znam, ale... Ciężko sobie wyobrazić, że to nie posiada hierarchii...
          - Spółdzielnie pracy posiadają hierarchię - Bob wyjaśniła - przepraszam - zaśmiała się - pytając o znajomość konceptu nie chodziło mi o intuicyjne zrozumienie, tylko faktyczne prace, badania, przykłady organizacji i tak dalej. Widzisz, w Unii musisz przyzwyczajać się do dyskusji co do działania społeczeństwa w sposób bardziej fachowy - mrugnęła.
          - Ale chyba zwykły łepek nie będzie tak wysłuchany jak ktoś ze stażem i doświadczeniem, nie?
          - Mieszasz dwie rzeczy. Ktoś, kto ma większą wiedzę nie musi tyle argumentować, ale nie promujemy tak zwanych dupolat - Bob zaśmiała się - chyba cię nie uraziłam tym określeniem. Nie ważne jest ile ktoś przesiedział na tyłku w danej rzeczy, tylko to, co sobą reprezentuje. Ludzie genialni siłą rzeczy mają różne tempo rozwoju. Dodatkowo… Twój geniusz aktywował się teraz, ale czasem może być to w późniejszym wieku. Jeśli będziesz działać u nas, to za trzy lata ty będziesz bardziej doświadczona czy pięćdziesięciolatek który odkrył swój potencjał dwa dni temu?

          Mervi wyglądała na zagubioną w tym.

          - Muszę... Zobaczyć to, aby odczuć jak działa.
          - Masz czas, na razie zacznij od książek i dokumentów. Jest tam też opis procedur organizacyjnych - Bob dodała - jeśli masz pytania z zakresu administracyjnego, dzwoń czy pisz do mnie.
          - Czy to będzie - zamyśliła się nad określeniem - jak stała praca dla mnie? I mówiłaś o rezygnacji... To często się zdarza?
          - Bardziej hobby które pozwala ci naprawdę dobrze żyć - Bob stwierdziła z pewnym przekonaniem - mniej niż - szukała w pamięci - może pół procenta? Musiałabym poszukać.
          - Za mała pensja, zbyt krótki urlop?
          - Konflikty personalne, w małym stopniu też ludzie o… preferencjach których nie można tolerować. Niestety - westchnęła - kiedy kolega zza biurka po nocach morduje kobiety to ujęcie tego jako odejście jest bardzo delikatne.

          Dziewczyna zamilkła chwilowo.

          - Powiedz mi, co dla ciebie jest największą bolączką w byciu w Unii?

          Bob wyglądała na gotową na to pytanie. Pokręciła ręka powietrzu w jednym z wielu gestów jakie wykonywała.

          - Odpowiedzialność. Jak nawalę, to mam świadomość, że nikt tego za mnie nie zrobi, bo ludzi gotowych podjąć trud nie ma tak wielu. Oczywiście, to jest tylko moja wewnętrzna motywacja, nikt tej odpowiedzialności na mnie nie narzuca poza faktem, że jestem tym kim jestem, że przeżyłam to co ty. Rozumiesz, prawda? Gdy jedyna masz broń zdolną obronić ludzi możesz iść dalej, nikt nie wydaje ci rozkazu “broń!” ale wiesz, że tylko ty możesz to robić i całe masy wokół ciebie są bezbronne.

          Mervi w sumie podobało się to, co powiedziała Bob, ale...

          - Nie jestem najlepsza w bronieniu siebie, nie

          mówiąc o innych... - westchnęła z bólem - Nie tak, że unikam walki, ale... jeszcze żadnej
          bijatyki nigdy nie wygrałam. Co najwyżej mogę być bardziej irytująca dla agresora, by atakował mnie, drugiego zostawił... - wyjaśniła wyraźnie zirytowana - I tak bym tego agenta nakopała... - mruknęła.

          - Miałam na myśli mniej oczywistą obronę - Bob przyznała - na przykład zwalczanie chorób.
          - Och, to też. - zamyśliła się - A czy jakieś konsekwencje Unia wyciąga, jak nagana w pracy? Bo chyba nie zwalniacie dyscyplinarnie...
          - Nie znam takich przypadków aby ktokolwiek czuł potrzebę formalnego karania kogokolwiek - kobieta zaśmiała się - jak coś schrzanisz to krzywo spojrzają się na ciebie przy kawie.
          - Pluszowo. - stwierdziła zaskoczona - I w sumie... Czy te wszystkie informacje o mnie zebraliście w kilkanaście godzin?
          - Mniej - Bob przyznała - kilka godzin to zajęło mi przygotowanie ram twego wdrożenia i kontakt z resztą. Jesteś młoda, dużo o tobie być nie może, zatem nawet nie prosiłam analityków, sama poprosiłam centrale obliczeniową o raport, komputer pewnie procesował to kilka sekund jeśli nie mniej.
          - Sekund? - otworzyła szerzej oczy - Przez IBM to przeszło?
          - Ich superkomputery są słabe - Bob stwierdziła szczerze.
          - ...co?

          Mervi wyraźnie była zdziwiona słowami Bob.

          - Mamy własne farmy obliczeniowe. Wysyłamy program, zapytanie, zadanie, zależnie od zastosowania i to działa. Nie będę ci już więcej o cudach nauki opowiadała bo nie zaśniesz - zaśmiała się.

          Mervi siedziała na porannych zajęciach w ostatnim rzędzie sali wykładowej, pierwszy raz w swoim życiu nie przysłuchując się temu co mówi prowadzący. Od dziecka wsłuchiwała się w każde słowo, oddawała całość swej uwagi i poświęcała pracę tylko na to, czego od niej wymagano... a jednak teraz robiła właśnie tak, jak niezainteresowana nauką dzieciarnia.
          No, prócz tego, że tym razem pod zeszytami z notatkami nie ukrywała komórki, a uśpiony ebook jaki wczoraj podrzuciliła jej Bob, ale także książkę z zakresu kulturoznawstwa i psychologii.
          Więcej książek od gościa z Unii miała w plecaku. Po prostu nie mogła sobie odmówić poznania ofiarowanej jej wiedzy. To tylko noc... i zajęcia... Najwyżej będzie musiała sama kuć do egzaminu. Mała strata.
          Ważniejsze było, aby Bob nie zwlekała z odpowiedzią na maila i wysłała kod do następnej zaszyfrowanej zawartości urządzenia.

          Oraz żeby ten "sympatyk od spraw finansowych" (korposzczur z banku pewnie) nie zwlekał i pojawił się o omówionym czasie. Na pewno nie wcześniej oraz kategorycznie nie później.

          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • JhnWJ Online
            JhnWJ Online
            JhnW
            Administrator Obsługa Developer
            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
            #5

            Mervi mogła być zadowolona z nowej wiedzy, gdyby nie jeden, drobny detal. Ebook zawierający informacje o technikach manipulacji - w domyśle jak się przed nimi bronić - był kompletnie zglitchowany. Będzie musiała to zgłosić Bobowi…
            Tymczasem po zajęciach powitał ją obiecany sympatyk. Powiedzieć, że był przystojny to było mało, co zresztą Mervi zaobserwowała widząc miny innych studentek. Wysoki, ciemnowłosy jegomość, o kręconych, lekko opadających za kark włosach przypominał swą urodą archetyp hiszpańskiego kochanka, a dziwny dryg, będący jednocześnie dość formalnym - co widziała po zapiętej pod szyję koszuli, teczce i części manier - mieszał się z dziwną swobodą i serdecznością.
            Gej jak nic - pojawiła się jej w głowie myśl która tylko rozbrzmiała mocniej gdy Aleks przywitał się z nią lekko zniewieściałym głosem. Wyglądał na sympatycznego. Podał jej te dłoń.

            - Uhm... Cześć? - Mervi przyjęła dłoń czując się dość niepewnie - Więc... Co teraz?
            - Nie, nie tak - Aleks pokręcił nosem i ścisnął dłoń odrobinę mocniej - tak. Powinnaś mieć pewny uchwyt. Lekko podaje się do całowania, ale wtedy obracasz grzbietem - mężczyzna wyjaśnił i puszczając dłoń przyjrzał się włosom Mervi - do fryzjera też dziś poədziemy. Wskakuj - powiedział otwierając jej drzwi z samochodu w miejsce pasażera, z przodu.
            - Do fryzjera? Czemu? I co to ma wspólnego z... no... sprawami... - finka spojrzała na drzwi do samochodu - Dziewczyna wchodząca do auta nieznajomego... To nie skończy się dobrze.

            Ledwo Mervi zamknęła drzwi i zapięła pasy, a samochód ruszył.

            - Jak to co, trzeba cię przyszykować. Jedziemy do centrum handlowego. Myślałaś już jaki telefon chcesz?
            - Telefon? - zapytała trochę zbita z tropu - Znaczy... mój działa, więc nie myślałam, że będzie trzeba. Zobaczymy co będzie tanio, może na promocji. A przyszykować... Do czego w sumie? Żeby fryzjer był potrzebny?
            - Musisz się odpowiednio prezentować, kopciuszku. Mamy styl, kodeks stroju, optymalne zasady które polepszają kwestie społeczne i fizyczne. Nie rzucę cię na głęboką wodę, spokojnie… a telefon - zakręcili w uliczkę - bo potrzeba ci czegoś nowoczesnego. Mam informacje, że trochę w komputerach siedzisz, to tym bardziej się przyda - stwierdził rzeczowo jakby była to rutyna jego pracy.
            - Ale po co kupować komórkę, jak wydamy na komputer? I fryzjer... To może przebić...
            - Ciiii - mężczyzna wtrącił się - ciii kopciuszku. Od finansów jestem tu ja, ty skup się na tym co naprawdę potrzebujesz, ok?
            - Spróbuję... - spojrzała na swoje kolana - Jaki w sumie limit? I... To my - obco zabrzmiało jej to w ustach - mamy jakieś... zasady stylu...?
            - Ja zajmuję się finansami - Aleks powiedział ciepło, powtarzając - nie przejmuj się cenami. Moim zadaniem jest, aby ceny były w porządku, nie za drogie, nie za tanie, ja ogarniam budżet. A co do stroju… tak, mamy - uśmiechnął się w sposób, który pomagał mu zapewne przyspieszać bicie serca innych dziewczyn.
            - Po co jeden styl? - uniosła spojrzenie, nie będąc zniewolona aparycją Aleksa i kasą jaką trzymał - Myślałam, że Unia to tajemnica?
            - Unifikacja procedur zwiększa drastycznie efektywność. Nie każdy musi się też znać na modzie, a odpowiedni strój zwiększa możliwości. Widziałaś naszych agentów, mogliby wyjąć legitymację dowolnych służb i większośc naprawdę by się nie zastanawiała czy do nich należą, tylko przyjęła to z marszu. Odpowiedni kobiecy strój dodaje autorytetu, powagi, aby inni, głupsi, słuchali co mówisz, aby nikt cię nie ignorował… Dłuuuga lista - wyjaśnił.
            - Czyli.. - zmarszczyła brwi - Co jest nie tak w moim wyglądzie, hmm?
            - Wszystko jest w porządku, trzeba tylko wzmocnić i polepszyć co w tobie najlepsze.
            - Powiedzmy, że ci wierzę. - spojrzenie Mervi jednak jasno mówiło, że nie wierzy w gładkie słowa mężczyzny.
            - Gdyby coś było nie tak, przygotowalibyśmy operację - Aleks powiedział z dziwną szczerością - tu chodzi tylko aby ładniej się ubrać i przystroić.


            Gdy dotarli do centrum handlowego, mężczyzna poprowadził Mervi od razu do zakrętu gdzie znajdowało się kilka sklepów z elektroniką. Przyglądał się im z zastanowieniem.

            - Najpierw telefon czy laptop?
            - Uhm... Laptop. - wybrala.

            Aleks poprowadził ją do jednego ze sklepów, chyba na początek, i poprosił aby przejrzała asortyment. Sam również przeglądał ofertę i… był szybszy od Mervi. Zawołał ją aby pokazać jej dość potężną, Mervi powiedziałaby, że “wypasioną” (co zresztą obrazowo oddawało gabaryty latopa) jednostkę. Nie był to najdroższy sprzęt, estetyka była dyskusyjna, ale należał do jednych z najdroższych, za to parametry miał zestawione naprawdę rozsądnie do ceny. Czyżby Aleks się na tym znał?
            -... wow. - Mervi szepnęła, gdy dotarło do niej, że to może być jej komputer - Serio? - zerknęła na cenę - Ten? Naprawdę?

            - Dysk może wydawać się mały - Aleks się zastanowił - ale większego wariantu tu nie dostaniemy, zresztą, mały, może mniejszy od tych - wskazał na inne maszynki - ale reszta jest lepsza. Chyba, że coś ci nie pasuje lub masz na oku inny?

            On nie rozumiał...

            - Po prostu... Nie idzie mi pojąć, że ktoś mógłby, i jednocześnie chciałby, taką maszynę mi zafundować.
            - Masz się rozwijać - Aleks stwierdził szczerze - jak dostaniesz prototypy to dopiero zzieleniejesz, widziałem kiedyś jednego - uśmiechnął się na to wspomnienie - ale nie o tym. Skup się, mam ci pomóc, a nie szczypać cię co chwilę, że to nie sen. Poza tym, umówmy się, źle by wyglądało gdybym cię podszczypywał - mrugnął.
            - Znasz się na tym? - zapytała poważnie, może trochę zaciekawiona, nie precyzując.
            - Możesz mi mówić szczypawka - Aleks zmienił temat z uśmiechem - a co do komputerów, tyle o ile. Sam potrzebuję mocnej maszyny do pracy. Modele matematyczne i analizy. Wiesz, to jakby… grafik też wie jakie komputery są mocne chociaż nie jest techniczny pod tym względem, bo ich potrzebuje. Tak jest ze mną.

            Mervi z tłumioną ekscytacją patrzyła na laptopa.

            - A co robisz w pracy?
            - Analizy finansowe i modele spółek - wyjaśnił - to co, ten czy szukamy dalej?

            Mervi uśmiechnęła się potwierdzająco.

            - Ten.
            - Dobra, to jeszcze akcesoria… - Aleks stwierdził.

            Poszukiwania akcesoriów do nowego laptopa było dalszym ciągiem tej nierealności. Czy to naprawdę się działo? Mervi wciąż w pewnym stopniu czuła się zagubiona w tej sytuacji, jednak odczuwała także rosnące podekscytowanie i radość.
            Przy kasie ogarnęło ją zawstydzenie, gdy nazwano ją dziewczyną Aleksa.

            Przy wyborze telefonu Mervi już wiedziała czego się spodziewać, więc nie została wzięta z zaskoczenia, gdy ekspedient określił ich parą. Było to nowe doznanie, ale w sumie przyjemne. Być z kimś w związku.
            Dziewczyna nigdy nie miała chłopaka, tylko widziała związki innych, a teraz sądzono, iż Aleks jest jej chłopakiem! To było... dziwne.
            A jednak postanowiła wtulić się w pierś mężczyzny na potwierdzenie teorii ekspedienta, gdy ten opowiadał o asortymencie na stanie.


            Po zakupie pierwszej, najpotężniejszej elektroniki, a jednocześnie zakupach najbardziej emocjonujących z punktu widzenia Mervi, Aleks zarządził przerwę w kawiarni celem dopełniania formalności, dyskusji i… konsumpcji. Widząc, że Mervi czuje się dość nieswojo, nie zapytał jej co chce, tylko do kawy zamówił obojgu po ciastku.

            - To przytulanie - podjął temat szukając papierów w aktówce - nie jest potrzebne. Czasem nie ma co przesadzać z pozorami, a poza tym, o ile dobrze się orientuję, jesteś jeszcze objęta pełną ochroną wywiadowczą - zamyślił się - chyba, że coś się zmieniło.
            - Jaką ochroną? - zdziwiła się i spojrzała na ciastko - I wybacz, nie wiedziałam, że nie chcesz. Miałam nadzieję, iż spodoba ci się.
            - Monitoring i takie tam, nie jestem w tym aspekcie ekspertem - Aleks powiedział szczerze - nie musisz robić rzeczy, które mi się spodobają. Jestem tutaj w pracy…. A skoro tak, tutaj mamy trochę formalności - podał dziewczynie plik dokumentów, w sumie kilka spiętych zszywaczem kompletów - podpisz na każdej stronie - podsunął długopis - nie śpiesz się też, jedzenie też jest ważne - mężczyzna mrugnął samemu próbując pierwszy kawałek deseru.

            Mervi spojrzała na dokumenty, których było za dużo.

            - Co to za cyrograf? Oddanie duszy? - również zajęła się pałaszowaniem.
            - Głównie pierdoły, potwierdzenie otrzymania stypendium z fundacji i wzięcia udziału w programie dla uzdolnionych, numery kont, zgody na przetwarzanie danych osobowych i takie tam. Z mniej jasnych rzeczy, są to źródła finansowania. To dość skomplikowane - westchnął - gdybym umiał tylko dobrze wyjaśniać to bym został na uniwerku. Otwarcie kilku rachunków na twoje nazwisko, pozyskanie akcji zero day, kontrakty terminowe plus masa prawniczego bełkotu aby wszystko było zgodne z literą prawa i nikt nie przyczepił się. Widzisz, twoje finansowanie nie ma być poszlaką z kim współpracujesz i kim jesteś, stąd dywersyfikacja i utopienie tego w meandrach światowego systemu bankowego.
            - To robi... - zamyśliła się - jak oni byli... Syndykat, nie? -zaczęła powoli przeglądać papierologię.
            - Tak, dokładnie - mężczyzna przytaknął.

            Tymczasem Mervi przekonała się, iż w dokumentach znajdowało się dokładnie to, o czym mówił Aleks, opisane również w sposób, w jaki zapowiadał, czyniąc część finansową kompletnie zagmatwaną i niezbyt jasną. Dość klarowne były “pokłady” pod fundację-krzak oraz napisana jasnym językiem informacja, iż będzie otrzymywać co miesiąc tysiąc dwieście osiemdziesiąt cztery euro oraz dwadzieścia jeden eurocentów stypendium naukowego. Nie wzbudziło to zaniepokojenia Mervi w tej chwili (chociaż po przemyśleniu - powinno) - widać adrenalina spełniała swoją ogłupiającą rolę.
            Z rzeczy, które przykuły jej wzrok, były fragmenty o emisji papierów dłużnych, chociaż dociec kto emituje, dlaczego, jak wygląda ich skup i tak dalej dziewczyna nie mogła, To jest, oczywiście, że to było w papierach, lecz po prostu gubiła się w plątanine zapowiedzianych operacji finansowych.

            - Ehm, o co chodzi z tymi "papierami dłużnymi"? - zapytała skonfundowana.
            - Światowa gospodarka opiera się na procedurze emisji długu - Aleks wyjaśnił - kupują długi przedsiębiorstw, czy obligacje, będące de facto formą pożyczki, otrzymujemy zadowalającą stopę zwrotu.
            - To będę musiała zapłacić później? Czym? - zapytała niepewnie.
            - Nieeeeee - Aleks powiedział z uśmiechem - nie płacisz. Wygląda to tak, że twoje stypendium jest trochę wyższe niż to co masz dostawać na konto, ale jego część jest inwestowana w akcje i inne operacje finansowe spółek od nas zależnych. Skomplikowane - westchnął.

            Mervi przeglądała dalej, szukając w tym bełkocie czegoś odnośnie warunków, jakie musi spełniać oraz jakie są konsekwencje za ich niedopełnienie, jednak nie znalazła ani jednego zapisu tego typu. W zasadzie nie było to niezwykłe, skoro przybierało to stypendium naukowego, było przyznawane na dany okres (w tym przypadku - trochę ponad rok) bez bezpośredniego rozliczania się, aż do kolejnej decyzji.
            Miała nadzieję, że jest dobrze...

            - A masz wiedzę o tym, z czym finansowo pozostawi się mojego ojca? - zapytała niepewnie.
            - Mam za zadanie przygotować dla niego plany - Aleks przyznał - ale przyznam, że jeszcze nie przeglądałem kartoteki. Bob mówiła coś o leczeniu, więc chyba to najpierw, ale jak mówię, jeszcze tego tematu nie dotykałem.
            - Mhm... - Mervi obracała w palcach długopis - Od jak dawna jesteś w Unii? - zapytała, zmieniając nagle temat.
            - Trzy i pół roku - Aleks powiedział kończąc ciastko.
            - Jak się tu znalazłeś? - zapytała z wyraźną ciekawością biorąc ostatni kęs - Też cię... no... Geniusz przetaszczył przez... traumę?

            Aleks zaśmiał się.

            - Ja jestem sympatykiem - użył terminu, który Mervi widziała już w dokumentach. Człowiek wspierający lub bezpośrednio pracujący dla Unii, lecz bez geniusza. Była tam też mniej pochlebna notka “ich praca zwykle wymaga nadzoru, przeznaczeni są do mniej wymagających zadań”.
            - Ale z castingu cię nie wzięli. - wyraźnie chciała wiedzieć, skąd tacy się biorą w Unii.
            - Trochę z castingu - powiedział z uśmiechem - podobno wpadłem w oko gdy dorabiałem na studiach w agencji modeli. Potem profilowanie, noty, uzdolnienia no i jestem. Właśnie - Aleks zamrugał - masz prawo jazdy?
            - Nie, nie miałam samochodu, więc na nic mi. - wzruszyła ramionami.
            - Zrobisz w stanach najpewniej, o ile wiem taki jest plan na potem - wtrącił - to co, teraz część stylizacji?

            Sympatyk zapytał Mervi nie pośpieszając.
            Mervi trochę zmalała na to.

            - To serio konieczne? - zapytała ciszej.
            - Możemy to przesunąć w czasie - powiedział po zastanowieniu - ale procedury mówią aby cię wdrożyć. Wiesz… to nie chodzi, aby wymagać od ciebie munduru. Po prostu masz tutaj, do końca pierwszego roku studiów czas swobodniej zaaklimatyzować do naszych regulacji, zamiast być rzucona na głęboką wodę.
            - Nie chodzi, że czas mi nie leży, tylko... no... cała afera w robienie z siebie nie wiadomo czego. - westchnęła - I co do zaaklimatyzowania się ma ta stylizacja?
            - Dress code, rozmawialiśmy o tym w samochodzie. Pamiętasz przykład agentów? Musisz się w tym czuć naturalnie.
            - Ale do dress code'u nie trzeba fryzjera chyba.
            - Jeśli nie chcesz fryzjera, to nie - wzruszył ramionami - chociaż zastanów się czy to, że go nie chcesz, nie świadczy o tym, że jednak go potrzebujesz?
            - Co? - spojrzała zaskoczona - A to skąd ci się wzięło?
            - Zrobimy tak, dziś zaryzykujesz, jak odrosną po staremu to zadecydujesz jak było lepiej i będę ci dłużny dobry obiad gdy będzie źle, ok?
            - Ok... Tylko po tym chcę pójść i tak zjeść. - delikatny uśmieszek zawędrował na kącik ust dziewczyny.
            - Moja strata - Aleks odpowiedział również z uśmiechem.

            Mervi spodziewała się, że będzie absolutnie tragicznie, a prócz pewnego braku komfortu działania wyboru spośród jakiś odgórnie przedstawionych schematów... nie było aż tak źle. Tysiąc euro miesięcznie było warte tego poświęcenia.
            Dziewczyna wyszła od fryzjera z nowym uczesaniem i ostrzyżeniem. Długie włosy zostały zaczesane w kok, a krótkie wpięte w leżące już idealnie na , zaczesane do tyłu. Niestety, część kosmyków nie chciała działać wedle reguł i niesfornie wyplatała się z tych więzów, wisząc na czole lub z boku twarzy.

            - Pasuje? - odezwała się do Aleksa, gdy znaleźli się poza miejscem tortur dla włosów.
            - Bellissimo - mężczyzna skomentował z podziwem.

            Następnie zabrał ją do makijażystki, gdzie zrobiono Mervi prosty, oszczęðny, ale bardzo “biznesowy” makijaż, a sam Aleks od razu kupił dla niej kurs makijażu, cztery zajęcia w dowolnym terminie, nie pytają nawet czy potrzebuje i nie za bardzo dając pole do protestu. Był to dość szybki mijający epizod, po którym przeszli do rzeczy zdawało się ważniejszych - garderoby.
            Trzeba było przyznać, że Aleks nie tylko i tutaj znał się na rzeczy, ale i miał dobre podejście do ludzi. Zamiast od razu zaatakować Mervi poradami na temat doboru koszul, spodni, garsonek i spódnic, zaczął od zakupu aktówki omawiają z dziewczyną jak profesjonalnie ją nosi, iż twarde rogi są lepsze, aby w kogoś nią wymachiwać zamiast torbą z laptopem, jak nosić i co ważniejsze - jak eksponować. Przypominało to trochę przyspieszony kurs z mowy ciała i prezencji w biznesie.

            - To ja będę w biznesie czy coś...? - zapytała zaskoczona Mervi.
            - Kto wie czego będziesz potrzebować - Aleks stwierdził - masz robić na ludziach dobre wrażenie.

            Następne były już sklepy z ubraniami. Tutaj Aleks posługiwał się tabletem - chyba miał jakieś standardy stroju - i kazał Mervi mierzyć stroje. Często dziewczyna nawet nie musiała mówić, że w czymś nie czuje się zbyt komfortowo, aby sympatyk Unii to od razu zrozumiał. Tym sposobem co prawda nie obeszło się bez zakupu eleganckiej garsonki czy czarnej spódnicy, to oficjalny “proponowany schemat stroju” nosił kodową nazwę B-12 i opierał się na wariacjach spodni oraz koszu. Trzeba było przyznać, iż Unia miała to dość dobrze pomyślane, grupują wiele wariacji w ramach schematu, najbardziej oficjalny wariant składał się ze spodni w kant, koszuli oraz damskiego krawata, z bazowymi barwami czarno-białymi i opcjonalnymi schematami kolorów, zakładał nawet w razie potrzeby zmianę spodni na spódnicę, a mniej oficjalne dopuszczały po prostu ciemne dżinsy i odpowiedni krój koszuli (oraz znowu opcjonalny krawat, chyba temat przewodni). Dostała pięknego pdfa o nazwie b-12.pdf na telefon, aby potem zgrać na komputer. Szybkie spojrzenie na zawartość potwierdziło, iż to nim się Aleks kierował, wybierając z kilkunastu, może kilkudziesięciu innych schematów - do których Mervi nie dał wglądu. Była też mu wdzięczna, iż sekcję bielizny nie poruszał z nią, zostawiając w milczeniu, tylko gdy przechodzili od jednego sklepu do drugiego - w poszukiwaniu pasującego zegarka i okularów (oczywiście lustrzanek, nie był ich w schemacie stroju ale to chyba “firmowy” fetysz) - iż będzie musiała postem sama kupić rajstopy i resztę, ale tematu nie zagłębiał.

            - Czemu wszyscy noszą lustrzanki? - zapytała w końcu - Faceci w Czerni za bardzo się spodobali?
            - Ja nie noszę - Aleks odpowiedział - podobno większośc ma w nich wyświetlaze danych.
            - To czy jest sens kupować takie zwykłe? - zaskoczenie malowało się na twarzy dziewczyny - To przecież nie ma nic wbudowanego, trzeba innych... - zastanowiła się.
            - Podobno są też inne powody, z mojej działki, to łatwiej ukryć emocje, trudniej rozpoznać twarz w tego typu okularach czy zeskanować siatkówkę. A tak szczerze, to też sądzę, że to po prostu taki znak firmowy…
            - Uhm... Jeszcze pocisnę temat z Bob. - zamyśliła się - W sumie, to ty tak sympatykujesz... z całością nas?
            - Tak, ale pracuję dla Syndykatu - Aleks przyznał - każdy ma inną działkę do roboty.
            - Czyli ty serio masz masę kasy. - Mervi uśmiechnęła się nadsłodko.
            - Stosunkowo mało gotówki. Głównie też siedzę na budżetach - przyznał.
            - Ile dla ciebie to zarabianie "mało"? - zainteresowała się.
            - Dojdziesz dalej to sobie sprawisz - odciął jej z uśmiechem.
            - Dupek. - prychnęła, biorąc w rękę zapakowane zakupy, a drugą dłonią złapała ramię Aleksa - Chodźmy coś zjeść!
            - Zgodnie z życzeniem - mężczyzna kiwnął głową.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • ZellZ Niedostępny
              ZellZ Niedostępny
              Zell
              Moderator Obsługa
              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
              #6

              Na łóżku leżały stare ubrania, które nie miały wartości w nowym życiu. Oczywiście Mervi nie miała zamiaru się ich wyzbywać, nie będzie w tych nowych po domu chodziła, ale musiały one zajmować mniejszą część szafy. Może faktycznie nie powinna nosić publicznie tych koszulek z nadrukami? Nie była wszak dzieckiem, a teraz... teraz...

              Usiadła ciężko obok wyjętej z szafy niechcianej przez Unię garderoby.
              Kim się stała? Czy zawsze taka była?
              Spojrzała w dół na trzymany na kolanach ciemnoszary sweter, część sugerowanego zestawu na zimne dni.

              I ten... Geniusz. Jak jej umysł mógł wytworzyć taką postać? Czy to było naprawdę, czy po prostu zafiksowany mózg stworzył obrazy z elementów pamięci? Nie, Mervi wciąż nie mogła zrozumieć tej części swojego... istnienia... Musiała czekać na pomoc, jaką otrzyma od Unii w pojęciu siebie. Oni znali odpowiedzi. Okazali troskę i zajmują się, interesują dziewczyną, oczekując tak niewiele.

              Unia ją ochroni.

              Następne dni i tygodnie upływały Mervi pod znakiem oswojenia się z nowym trybem życia, gdyż, jak się wkrótce okazało, poza czytaniem, wlawirowaniem dziewczyny w powrót na studia, nauką rzeczy zwyczajnych i nadzwyczajnych, wymogów stroju i zachowania, do jej życia wszedł z butami harmonogram dodatkowych aktywności.
              Najważniejszą były spotkania z Bob, początkowo dwa razy w tygodniu, potem, w skali całego roku, z różną częstotliwością, od jednego na tydzień, do bardziej intensywnych tygodni z kilkoma wizytami.
              Czasami było przyjemnie, Bob prezentowała sobą mentalność “równej babki”, z którą Mervi się dobrze rozmawiało, a wkrótce zaczęła ją traktować trochę jako swoją powierniczkę czy też mentorkę w nowym świecie, starszą koleżankę bardziej ogarniętą w nowej rzeczywistości, w jakiej znalazła się dziewczyna.
              Były też momenty mniej przyjemne. Bob potrafiła wpaść czasem bez zapowiedzi, a dwa miesiące, co trzy dni umawiała spotkania z samego rana, w letnie miesiące, aby wspólnie… pobiegać. Mervi była zaskoczona, że to ona dostawała zadyszki prędzej, a Bob… dopiero jakby orientowała się, że Mervi nie daje rady i sama pochylała się w prawdziwym zmęczeniu, nigdy jednak wcześniej. Dodatkowo, te godziny… Nie było to najlepsze co mogło ją spotkać. Chociaż może ją sprawdzali? Wszak testy też wypełniała…

              Mervi nie wiedziała czemu niby w Unii Technokratycznej tak ważna miała być sprawność fizyczna, ale pomna na wszystko co otrzymała, uznała iż cierpienie poranków było niewielką ceną. Tylko raz zbuntowała się przeciw tej bezsensownej rutynie; po cięższej nocy pełnej rozpikselowanej faktury atomów wodoru w powietrzu... Opanowała emocje chwilę po wybuchu złości na Bob, przepraszając kobietę za to i tłumacząc co męczyło ją w nocy i czemu tak zareagowała. Nie miała zamiaru tego dnia pojawiać się na uczelni, a biegać... tym bardziej.

              Nie zmieniało to faktu, iż Mervi wciąż nie do końca była w stanie ogarnąć co tak naprawdę znaczy być... tym kim się stała. Kimś z Geniuszem... członkiem Unii? Gdyby ojciec wiedział tyle, co ona, powiedziałby, że to pachnie mu sektą. Mervi nie wiedziała czym jej to pachnie, gdy jedynie czuła zapach pieniądza, jaki miał osładzać niewygody nowych zasad życia.
              A robił to dość dobrze, więc nie narzekała. Może tylko czasem...
              Bob co pewien czas upewniała się, że dziewczyna na pewno rozumie zawartość ebooka i papierowych materiałów, co okazało się dobrym krokiem. Czasem finka czuła się przytłoczona nowością i ilością wiedzy o nieznanej do tej pory rzeczywistości, więc wspomoc była potrzebna.
              Najwyraźniej Konwencja i jej Metodologia miały być narzucone zgodnie z tymi testami... Może to i lepiej?

              Testy psychologiczne były ciekawą aktywnością, która w sumie interesowała dziewczynę. Nie rozumiała co Bob z nich wyczytuje, ale nie była w końcu psychologiem. Z nadwagą. Co ma lepszą kondycję niż by się ją podejrzewało.
              Huh.

              Zastanawiające było czemu musiała przejść te wszystkie badania. Jakieś prześwietlenia, morfologię krwi i tak dalej... To ojciec potrzebował pomocy medycznej, nie ona!

              Najciekawsza była jednak technologia, nazywana ultratechnologią lub po prostu oświeconą nauką. Mervi zaczęła, zgodnie z otrzymanymi planami, konstruować i programować pierwsze schematy urządzeń. Początkowo teoria była okrutnie ciężka, i nawet porady od Bob na niewiele się zdawały. Jednak już w połowie roku miała na swoim koncie rentgenowskie okulary, modyfikację telefonu z bardzo dokładnym czujnikiem ultradźwiękowym oraz wstęp do memetyki i nieśmiałe próby zrozumienia koncepcji samo-programowania z którym Mervi miała związany cel - miała to opanować na tyle dobrze aby nie być w tyle ze studiami oraz przyspieszyć naukę języka angielskiego gdyż Bob stwierdziła, że ma mówić jak lektor natywny. Na szczęście w tym drugim przypadku dostała też douszną słuchawkę zakładaną przez sen.

              Sympatyk od finansów miał rację - technologia robiła wrażenie, i choć Mervi wątpiła, aby sam taką kiedyś zrobił, to efekty były imponujące! Czy naprawdę ludzkość mogła wytwarzać takie cuda, jakie znane były z sci-fi? Co więcej stało otworem? Napęd nadświetlny był już dostępny? Czy plecaki odrzutowe mogłyby już zostać wypuszczone? Miecze Świetlne to drobnostka?!
              Na razie Mervi i tak była dumna jak paw, iż dała radę z tym rentgenem w okularach i czujnikiem w telefonie! Wydawało się niemożliwe, kilka razy Mervi miała dość prób i męczenia teorii, rzuciła książkę na podłogę, musiała kilka par okularów zmarnować... ale koniec końców była zbyt uparta, by odpuścić, nawet nie potrzebując zachęty Bob. Ba, zdarzało się nawet, iż nie chciała by jej przeszkadzano przez tydzień, w trakcie którego siedziała zamknięta w pokoju ze swoją pracą, otwierając drzwi, aby jedzenie czy wodę od taty przyjąć.
              Wtedy była zapracowana, ze swoimi myślami i nie dajcie bogowie jej przeszkadzać!
              Po tygodniowej izolacji wyszła triumfując.

              A przy następnym spotkaniu z Bob sprawdziła, jak ta wygląda w prześwietleniu rentgenowskim.

              Agentka wyglądała po prostu… tłusto. Jeden detal przykuł uwagę Mervi, kości Bob były o wiele lepiej zarysowane - jakby mocniej absorbujące - niż u przeciętnych ludzi.

              - Masz dziwne kości. - Mervi odezwała się do Bob zdejmując okulary - Takie... bardziej.
              - Cała jestem bardziej - Bob zaśmiała się w sposób, do jakiego Mervi się przyzwyczaiła, wskazując swoje ciało obdarzone ponadprzeciętną wagą.
              - Och, nie o tuszy mowa. - finka nie chciała odpuścić tematu - Czemu twoje kości takie są? Mają... jakiś... metal?

              Bob dotknęła Mervi w ramię, często to robiła podczas rozmowy, nachyliła się lekko do dziewczyny.

              - Taka rada - powiedziała bardzo po przyjacielsku - nie zawsze opłaca się pytać wszystkich otwarcie. Ze mną możesz pogadać o wszystkim i o wszystko zapytać, ale niektórzy… Wiesz, pytanie o ciało to jakbyś pytała kogoś o rozmiar fiutka czy piersi pod pushupem. Taka etykieta - mruknęła - a ja mam kilka ulepszeń, w tym nanity w szpiku kostnym. Sukcesywnie wymieniają otoczki porów w kościach i cześć ich budulca - wyjaśniła Mervi.

              Od czasu stworzenia swoich pierwszych "zabawek" Mervi wyraźnie była w znakomitym nastroju, a odpowiedź Bob ją bardzo podekscytowała.

              - SERIO?! - zrozumiała, że mówi za głośno, więc na wszelki wypadek ściszyła głos, by nie niepokoić ludzi w trakcie lunchu - Serio? Można mieć taki stuff w sobie? Progenitorzy robią? Też dostanę?
              - Nie tylko Progenitorzy, Iteracja ma większy udział, my też mamy kilku swoich od tego - Bob stwierdziła dziwnym tonem wymieniając Iterację - zależy od twoich predyspozycji i przydziału. Jeszcze nie mam pełnego raportu ewaluacji, ale raczej agentem operacyjnym nie będziesz.

              Czuła jednak, przeglądając inne możliwości, iż najbardziej ciągnie ją do czasoprzestrzeni. Bob twierdziła, że są to trudne koncepty i lepiej zacząć od czegoś łatwiejszego i bardziej pożytecznego przy małej wprawie, poza tym “tak wygląda twoja struktura wrażenia”. Gdy usłyszała to po raz pięćdziesiąty, całe pomieszczenie zapełniły kolorowe piksele, aż Mervi puściła zupełnie nie kolorowego pawia.
              A po nocach śniła o dzwonach kwazarów i soczewkach osobliwości na nieskończonym dystansie kosmosu.

              Mervi czasami narzekała na niespodziewanie atakujące jej widzenie zaburzenia obrazu. Jakby piksele, artefakty, inny syf. Światła, neony, skrzypiące dźwięki jak ze starych urządzeń, ziarno... i to jak nie spała! Gdy spała potrafiło być bardziej tripy. Nigdy nie była naćpana, ale tak sobie mogła wyobrazić mocniejszy odjazd...
              Wszystko to zrelacjonowała Bob, szukając w niej jakiegoś wsparcia, porady...
              ....bo czasem jej zdezorientowany umysł nie mógł pojąć, że czas ma ustaloną linię przebiegu…
              Bob dość niechętnie przyjmowała zwierzenia Mervi na temat jej snów i wizji na jawie. Najlepsze co agentka miała do zaoferowania młodej przebudzonej w tym aspekcie było odesłanie jej do kolejnych książek opisujących psychologiczny aspekt Geniuszy. Dziewczyna dość szybko pojęła, iż za dużo Bob nie mogła jej powiedzieć, lecz w tych ramach, jakie były możliwe, dała jej dość jasno do zrozumienia, iż aspekt Geniusza zwany Eidolonem należało zachować dla siebie i nie było to mile widziane.
              Bob zachęcała też Mervi do zwiększania jej aktywności społecznej. Pomiędzy kolejnymi wynalazkami, (chociażby apkami wspomagającymi proces nauki poprzez odpowiednie dźwięki w tle czy lampkami emitującymi poświaty niesamowicie uspokajające myśli) wypytywała ją czy ma kogoś na oku, jak wyglądają jej relacje z innymi studentami. Bob miała też personalne teczki studentów…

              Mervi wyraźnie speszyła się na pytanie o to, czy ma kogoś na oku. Opuściła wzrok, nie wiedząc jak podejść do pytania.

              - Może... Trochę... - utkwiła wzrok w swoich dłoniach - No bo... On jest już doktorem... I... No... - zamilkła, zupełnie nie wiedząc co z tym fantem zrobić.
              - I nic z tym nie zrobisz? - Bob zapytała z wylewaną szczerością - jak się nazywa, co wykłada?
              - Doktor Ensio Rantanen, Technologia Budownictwa z drugiego roku... - przeniosła wzrok na ścianę po boku - A... co mam robić? Miałam z nim ćwiczenia z matematyki przez pół roku... To tyle... - po tym dodała ciszej - Co w sumie robi się w takiej sytuacji…

              Bob zamyśliła się chwilę, popijając drinka.

              - Zorganizuję ci spotkanie na imprezie - dodała po chwili.

              Mervi spojrzała na Bob szeroko otwartymi oczami.

              - ...co? Ale... Po co... Znaczy... Czemu...
              - A po co cię ciągam do barów - Bob zaśmiała się - trochę pewności nabierzesz. Albo coś wyjdzie i zyskasz, albo zbierzesz trochę informacji i przeanalizujemy czy doktor byłby dobrym sympatykiem - Bob stwierdziła rzeczowo.

              Dziewczyna milczała dłuższą chwilę, tylko patrząc na Bob z taką... bojaźliwością.

              - ..ale co miałoby.... Wyjść?

              Bob pokręciła głową.

              - A jaka jest spodziewana konkluzja posiadania kogoś na oku?

              Mervi nie odpowiedziała, a jedynie skryła twarz w dłoniach.

              Jak można było się spodziewać, dla Mervi nie przyszło nic nowego z jej ulotnej miłostki, mimo szczerej pomocy Bob oraz aranżacji kilku pomyślnych sytuacji. Tym bardziej, gdy po kilku miesiącach Ensio opuścił uczelnie zmieniejać instytucję naukową. Bob twierdziła, że Unia nie miała z tym nic wspólnego.

              Kawałek ciasta raz po raz dźgany był widelczykiem w złości.

              - To musi być super dla was, co? - dźgnęła ponownie - Całość mojej uwagi wasza? -puściła widelczyk i położyła głowę na stoliku.
              - Mogę próbować go sprowadzić - Bob powiedziała ze współczuciem - ale uważam, iż z tego nic dobrego by nie wyszło. Wiesz sama, że to się nie kleiło. Kiedyś podkochiwałam się w nauczycielu matematyki, i co, też miałabym obwiniać za to świat lub dążyć do tego po latach?
              - Nigdy wcześniej tego nie czułam... - Mervi mruknęła rozchwianym głosem, nie podnosząc głowy skrytej w ramieniu.
              - Nie ten, to następny. Ale, rozchmurz się, za tydzień dostanę feedback z centrali - Bob powiedziała z krzywym uśmiechem - a coś mi mówi, że masz naprawdę dobre wyniki.

              To spotkanie było wyjątkowe. Mervi to czuła, a nawet gdyby jej intuicja nie podpowiedziała, to kolorowe piksele na skraju pola widzenia nie pozostawiły złudzeń.
              Mogła iść na spotkanie z Bob rozważając na temat intuicji. Z tego co już się dowiedziała, Unia nie pochwalała intuicji, jeśli ktoś twierdził, iż ma przeczucia, to znaczy, iż nie uśwadomił sobie pełni procesów decyzyjnych.
              Wszystko miało odbywać się w czystym, świadomym intelekcie.
              Gdy to czytała, czuła niemal jej jej eliodion zanosi się ze śmiechu.
              Nie chciała przyznać, iż i ją to bawiło…

              Bob czekała w prawie pustej, nowej knajpie, wzięła stolik na boku.
              Mervi omiotła wzrokiem zbyt pustą przestrzeń. Ciekawa miejscówka na spotkanie.

              - Nie oceniaj swoich rozmiarów tak srogo. - dziewczyna podeszła do stolika, który zajęła Bob - Nie trzeba tyle miejsca, aby nas pomieścić. - wypaliła nim zdążyła przemyśleć co mówi - ...przepraszam. - usiadła naprzeciw kobiety.

              Bob uśmiechnęła się lekko.

              - Mam duże ego… i mam większe cycki - zażartowała do “płaskiej Mervi” - mam też twoje wyniki.

              Mervi skrzywiła usta na słowa o biuście, ale ugryzła się w język nim za dużo powiedziała.

              - Moje przynajmniej nie są z dodatkami. - spojrzała zaciekawiona - A wyniki? Jakie są wyniki? I kto w sumie to sprawdzał?
              - Czekaj, czekaj, muszę zanotować, że nie chcesz implantów - Bob zaczęła pisać w notatniku ewidentnie drocząc z Mervi.
              - Hej! Oczywiście, że chcę! - zaprotestowała finka - Dobry metal i inne nieożywione dodatki nie są złe.

              Bob podsunęła Mervi papiery.

              - Tutaj są skierowania i dokumenty, pilnuj ich do przeczytania, potem spal, wszystko jest i tak w bazach danych. Rozważano czy cię nie chcieć do Wieży z Kości Słoniowej...

              Bob igrała z Mervi. Myśli zaczęły płynąć w głowie finki. Zatem NWO?

              - ...ale zrezygnowali. Witam w Operatorach w funkcji analityka wywiadu.

              Dziewczyna spojrzała to na Bob, na dokumenty i znowu na Bob.

              - Och. - uśmiechnęła się - Czyli będziemy obie rządzić światem?
              - Tu się nasza współpraca zakończy - Bob stwierdziła ze smutkiem - masz przydział do konstruktu w USA. Zorganizujemy stypendium, masz trafić do Yale. Tam też przyczusz się do właściwej pracy. Jest też plan terapii dla ojca - dodała wiedząc o czym Mervi myśli - z racji na rozłąkę przewidują miesiąc wakacji tutaj, do tego czasu tatko będzie zdrów jak ryba. Mamy terapię genetyczną, sama się zajęłam papierami - Bob dodała.
              - Dzięki… Serio. - Mervi wyraźnie ulżyło, gdy ojciec został wspomniany - Czyli przyjadę do Finlandii na miesiąc? W sumie… Myślisz, że będę mogła przyjeżdżać co jakiś czas?
              - Sądzę, że w dłuższej perspektywie, tak… Ale - Bob zamyśliła się - ...na początku licz na krótkie wizyty. Jak się dobrze otrzaskasz w strukturach, to uda ci się zakombinować, może bliższy konstrukt, może coś innego… Zobaczymy. Plan jest taki, iż masz jednocześnie kończyć studia i zacząć pracę operacyjną. Twoje pierwsze zadania będą raczej proste i rutynowe, jednocześnie więcej nauczysz się od innych analityków i operatorów. Chcieli Cię wrzucić jeszcze do Obserwatorów, ale twoje ślinienie się na myśl o implantach przeważyło - Bob zaśmiała się szczerze.
              - A co, tutaj implanty będą? - dziewczyna wyglądała na zadowoloną z rysującej się przed nią sytuacji. Wszystko się układało!
              - Na pewno zobaczysz ludzi z implantami, jak wiesz, Operatorzy pracują na polu, ty masz robić za ich zaplecze podczas akcji.
              - Brzmi świetnie. - finka uśmiechnęła się prawdziwie zadowolona - No i pomożecie tacie, to najistotniejsze. - chwyciła dłonie Bob - Naprawdę zrobiłaś dla mnie dużo, nie zapomnę.
              - Nawet nie wiesz ile - Bob burknęła cicho pod nosem - masz w papierach kartę dostępu z ID. Jutro podjadę do ciebie z chipem, trzeba ci zastrzyku. Dostaniesz od razu z nim drobną korektę genową, nie będziesz mieć tych problemów co ojciec w przyszłości.
              - A w sumie co będzie robił ten chip? Nie mów tylko “pływał w krwi”. - zapytała.
              - Lokalizacja i identyfikacja.

              - Więc… Kiedy będę miała opuścić Finlandię?
              - Jak tylko zamkniesz sesję, załatwimy i bilety i lokum.
              - To mam czekać po prostu aż do mnie przyjdziesz?
              - Zadzwonię - Bob powiedziała - teraz będziemy w kontakcie. Potrzebujesz pomocy z wytłumaczeniem tego ojcu?
              - Byłoby nie najgorzej. - odparła - Och, matka nawet nie wie co straciła odchodząc!
              - Próbowałaś już pisać kody memetyczne poziomu drugiego?
              - Uhm… -speszyła się - Nie… Wtopiłam się w pierwszy poziom, aby łatwiej poszło z nauką języka i takich tam… - wolała nie mówić o pomocy w studiach, to by było jeszcze widziane jako oszustwo!
              - Szkoda, to ja ci pomogę. Chciałam zasugerować, abyś trochę uspokoiła odpowiedź behawioralną ojca na najbliższe tygodnie.
              - Pokazałabyś mi jak to zrobić? - zainteresowała się - Bo to zawsze może się przydać, co?
              - Nauczą Cię w USA, ja używam innego zestawu procedur od tego, z którym ty zaczęłaś - Bob powiedziała szczerze.
              - A to nie działa tak samo? Przy różnych procedurach? - zapytała.
              - Możesz rzeźbić kamień dłutem laserowym lub sonicznym, różnie się je obsługuje - Bob wyjaśniła.
              - Jasne.

              Mervi wzięła dokumenty i schowała do teczki. Ciągle czuła się trochę dziwnie z tym stylem, ale zaczynała się przyzwyczajać.

              - Zapoznam się i usunę. Jutro zastrzyk. - skinęła głową na znak zrozumienia i wstała z miejsca - Więc… To tyle, co? - westchnęła odstawiając teczkę na ziemię. Zawahawszy się sekundę po prostu podeszła do Bob i przytuliła kobietę z uczuciem - Dziękuję… Patronie.

              Bob odwzajemniła uścisk, jakby sama planując zrobić to samo co Mervi. Poklepała Mervi serdecznie po plecach. Gdy się rozłączyły, kobieta trzymała chwilę Mervi za ręcę, z lekkim uśmiechem, lecz dziewczyna czuła, iż jest w tym coś poważnego. Bob patrzyła jej w oczy.

              - Jeszcze jedna, krótka lekcja. Poza procedurami. Zapamiętaj to uważnie, nie daj się im tam zjeść. Nie każdy jest taki jak ja. Rób swoje i zawsze miej plan - powiedziała na odchodne i wyszła. Nigdy nie wróciły do tego tematu.

              - Przecież zobaczymy się za jakiś czas.

              Ojciec zatroskanym wzrokiem patrzył na córkę. Mimo zadowolenia z rozpościerających się przed nią sukcesów, czuł zaniepokojenie. To wszystko wyszło tak nagle... Czy Mervi była gotowa na takie zmiany? Nigdy nie lubiła na długo opuszczać domu, a tu nagle musi polecieć za ocean... chociaż może jego ojcowska troska jest na wyrost? W końcu to już nie dziecko, ale...

              - Będziesz zdrowy, gdy się znów zobaczymy! Wierzę w to!

              Niepokój już ogarnął go, gdy Mervi nieoczekiwanie zmieniła styl. Nie była może wcześniej wyluzowanym nastolatkiem, ale teraz wyglądała i zachowywała się... jakby już została wchłonięta przez biurokratyczną maszynę.
              Nie, nie wiedział jak powinien się z tym czuć, ale coś w nim spinało się z niepewności.

              - Nie martw się, będzie dobrze, nie rozstajemy się na zawsze, a ja dam radę, obiecuję!

              Może i przesadza. Może to naprawdę wielka szansa, której nie wolno zmarnować.

              - Poszukaj kogoś w tym Yale, co? Nie chcę byś była tam sama.

              Chciał zatrzymać ją na zawsze przy sobie, utulić dziewczynę na wieczność, nigdy już nie puszczać. Gdy Mervi przytulała go, czuł skrywany smutek, bo wiedział, że zaraz to straci. Zacząłby próbować ją przekonać do zmiany zdania, ostrzegać ją, ale...

              - W końcu chciałbym zostać dziadkiem.

              ...zaczął się droczyć z dziewczyną rozładowując napięcie.

              Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • JhnWJ Online
                JhnWJ Online
                JhnW
                Administrator Obsługa Developer
                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                #7

                Pośród morza dusznej, technokratycznej atmosfery wypełniającej szczelnie pomieszczenia biurowej ostatnich pięter nowojorskiego wieżowca, znajdowała się niepozorna wyspa kwaśnych żartów, sarkazmu oraz odrobiny absurdalnego humoru wymieszanej ze zwykłymi, biurowymi pogawędkami.
                Znajdowała się w małym, współdzielonym gabinecie dwójki analityków Wieży z Kości Słoniowej.

                Franklin wyciągnął się na krześle patrząc z niechęcią na pusty kubek. Nie chciało się mu iść znowu po kawę. Powinni zamówić prywatny ekspres. To był dobry pomysł, pomysł, którym będzie musiał się podzielić…
                ...z tym, kto właśnie wyrwał go z zamyślenia. Współpracownik, Jon. Zawsze wiedział kiedy nawiązać rozmowę. Może temu zawdzięczał to kim jest i gdzie jest, mimo całkiem przeciętnych zdolności czysto technicznych.

                - ...a ty w sumie patrzyłeś na wyniki tej młodej? - podumał Jon.
                - Taaak – Franlin zaczął flegmatycznie – nic ciekawego, kolejna młoda, naiwna duszyczka pragnąca bezpieczeństwa. Już ją chyba odznaczyłeś?
                - Czyli guzik czytałeś.

                Bezczelna odpowiedź współpracownika była powiedziana z tradycyjnym, lekkim tonem, wobec którego starszy analityk Franlikn nie mógł się uśmiechnąć do młodszego kolegi i własnych myśli. Miał rację, niezbyt dokładnie czytał. Przewertował strony swojego umysłu.

                - Masz mnie, straciłem czujność. Podobieństwo do NWO, prawdopodobieństwo dezercji do hermetyków i ekstazy, tradycyjna krzywa liniowa w stronę wirtualnych. Jednak czytałem.
                - Przejrzałeś – Jon popił kawy – raaany, to jest dołujące. Każdy element potencjalnie chwiejny propaguje w stronę naszych byłych konwencji. Gdybyśmy zlikwidowali wirtualnych, po czasie spędzonym z nami, nie mieliby już gdzie pójść.
                - Właśnie to robimy… Ale masz rację. Myślałem też nad Progenitorami, ale ta skłonność do uzależnień wedle komputera nie współgra ze stymulantami. Co on tam wie – straszy analityk wykrzywił się.
                - Wie – młodszy westchnął – wysoka niestabilność Geniusza, silne manifestacja Eilodiona…
                - Ty mi tu nie cytuj raportu, nie takich wyprowadzało się na ludzi.
                - Ale ona miała zostać przydzielona do Iteracji X…

                Jon uśmiechnął się krzywo, czekając na reakcję starszego kolegi. Ten lekko odwrócił się w stronę komputera, wystukując zapytania do bazy danych. Ze zmarszczonymi brwiami przeglądał dane.

                - Na wierzchu nic nie widzę. Ktoś grzebał głębiej?
                - Tak, edycja O4 z blokadą odczytu historii do O5. Komputer twierdzi, że należy wysłać do Iteracji X, szprycować przejściową chemią, a potem rozpocząć procedury cyborgizacji na niższego cyborga, z naciskiem na zmianę i usunięcie kłopotliwych funkcji mentalnych… Tradycje metalowe warzywo.

                Atmosfera w pokoju stężała, przykryta tylko wierzchnią warstwą iluzji i złudzeń swobodnego tonu Jona. Tego typu rozmowy były niebezpieczne, Frank zakładał, iż jego współpracownik nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo. Sam kiedyś był w podobnej sytuacji, dopiero widok kilku worków na ciała nauczył go większej ostrożności.

                - Nie zapytam jak się do tego dobrałeś – starszy analityk powiedział cicho.
                - Nie musisz – Jon stwierdził poważniejąc – dostałem dostęp od Bob. To jej robota, prosiła nas abyśmy nie powtarzali analizy. Była dość przekonująca, jeśli wiesz co mam na myśli.
                - To czemu odezwała się do ciebie?
                - Jesteś na monitorowanym… myślałem, że wiesz.
                - Cholera – Frank pokręcił głową – powiedziała właściwe co kombinuje? Znowu te jej nieregulaminowe gierki?
                - Trochę tak, więcej wnioskuję. Dziewczyna łykała wszystkie standardowe techniki wpływu emocjonalnego jak pelikan, potulna jak baranek. Za kilka baksów na miesiąc można było ją po prostu kupić… Nawet nie ogarnęła, że Bob zaczęła przy jej pomocy infiltrować środowisko akademickie. Oczywiście, za bardzo to nie wyszło…
                - Zatem co myślisz, Jon?
                - Bob chce podrzucić zgniłe jajo nielubianemu konstruktowi.
                - Masz rację – Franklin powiedział kiwają głową – a my morda w kubeł.

                Starszy analityk wracając do pracy krążył myślami wokół agentki szkoleniowej. Nie chciał wyprowadzać młodego z błędnego przekonania, byłoby to niebezpieczne.
                Sądził, iż Bob po prostu wierzyła równie mocno w Unią jak i w ludzi, a przez odpowiednich ludzi przywróci człowieka za sterami Maszyny.
                On już w to nie wierzył.


                Mervi miała dość. Będąc jeszcze pod wpływem jet laga, na drugi dzień po przylocie do USA i zakwaterowaniu w tymczasowym mieszkaniu, już kazano się jej stawić do centrali. Nawet rzeczy które wydawałyby się jej w innych okolicznościach „cool” jak duży kompleks własnych budynków pod przykrywą biur agencji medialnych i IT, skaner tęczówki, ukryte przejście (zapewne jedno z wielu) z windą, do podziemnej, metalicznej części kompleksu, czy wysoki, milczący agent pow prowadzący ją do pokoju – te wszystkie rzeczy traciły na kolorze ze względu na zmęczenie jakie odczuwała dziewczyna. Szli w miarę prostym korytarzem, z ledwo kilkoma rozwidleniami, nie spotykając nikogo po drodze.
                Na koniec przywitało ją cylindryczne, metalowe pomieszczeniu z nieumiejscowieniom pośrodku, zamocowanym do podłogi krzesłem oraz czerwonym okiem sensora naprzeciwko krzesła. Eskortujący ją agent wyszedł z pokoju, a za nim zasunęła się śluza.
                Metaliczny odgłos zdawał się dochodzić zewsząd, nie powodując jednak echa.

                - Usiąść.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • ZellZ Niedostępny
                  ZellZ Niedostępny
                  Zell
                  Moderator Obsługa
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                  #8

                  Zmęczenie zepsuło jakikolwiek dobry humor, jaki miałaby Mervi. Wolałaby w tej chwili zakopać się w pościeli, nie musieć wychodzić z tego tymczasowego mieszkania... szczególnie na ważniejszą rozmowę, na którą nie ma się sił i ochoty. Mogli dać jej dzień na ogarnięcie się...
                  Choć może osoba odpowiedzialna za głos także nie czuła się najlepiej, skoro wolała ukryć swój stan za... em... czerwonym światełkiem...?
                  Mervi odruchowo spojrzała do góry w poszukiwaniu głośników, z których mógłby dochodzić ten głos, ale przymocowane do podłogi krzesło bardziej nawet przyciągało jej uwagę. Mogła przysiąc, że taki obraz prezentowano już w jakimś horrorze czy hardcore thrillerze.
                  Mimo cichego pogłosu napięcia w tej dziwnej sytuacji, powoli usiadła na krześle, jak jej kazano. Nie wiedziała czy i co ma powiedzieć... ani czy powinna mówić cokolwiek... więc zachowała milczenie, patrząc głównie w podłogę.

                  [media]https://i.ytimg.com/vi/qDrDUmuUBTo/maxresdefault.jpg[/media]

                  - Podaj identyfikator - beznamiętny głos rozkazał.

                  W tej sekundzie Mervi nie miała najmniejszej ochoty zboczyć z tematu czy wypaść źle - jakby znajdowała się na ważnym egzaminie ustnym.

                  - LR82571265-12E - wyuczony zlepek cyfr i liter wyrecytowała jak mantrę.
                  - Potwierdzono. Powtórz: ciemność wypełzła ciemność światło życie.

                  Mervi w pierwszej chwili zawahała się, wyraźnie nie rozumiejąc sytuacji i dopiero po tym odzyskała rezon. Może to wszystko miało jakieś znaczenie...?

                  - Ciemność wypełzła ciemność światło życie. - powtórzyła.
                  - Potwierdzono. Powtórz: gdy nikogo nie ma w domu zrywam ptaki z drzew.

                  To się robiło coraz bardziej dziwne. Po co to wszystko?

                  - Gdy nikogo nie ma w domu zrywam ptaki z drzew. - spojrzała w czerwone światło.
                  - Potwierdzono. Powtórz: czarne niebo chmurzy się czarnym srebrem.
                  - Czarne niebo chmurzy się czarnym srebrem. - lekko zmarszczyła brwi w reakcji na ten bezsens.
                  - Potwierdzono. Powtórz: śnieg.
                  - Śnieg. - jedno słowo, może to koniec.
                  - Linia bazowa potwierdzona. Procedury terminacji zanegowane. Przyznany dostęp początkowy. Następne planowane potwierdzenie: nie ustalono harmonogramu. Zgłoś się do swego przełożonego.

                  Po chwili drzwi otworzyły się z drugiej strony, gdzie czekał na Mervi drugi, łysy agent w garniturze.

                  - Procedury terminacji? - Mervi szepnęła do siebie, ponownie zbita ze zrozumienia. Przynajmniej teraz będzie rozmawiać z kimś, kto nie jest jakimś zaawansowanym ekspresem do kawy z opcją przesłuchania, czy coś...

                  Skierowała się ku łysemu agentowi, jeszcze raz po drodze rozglądając się za ukrytymi w ścianach kamerami czy mikrofonami.

                  - Procedury terminacji? - zapytała już głośniej, gdy była bliżej mężczyzny.

                  Agent zaszczycił Mervi tylko przelotnym spojrzeniem, zza czarnych lustrzanek przebijała się wyłącznie zimna obojętność profesjonalizmu. Zignorował pytanie dziewczyny.

                  - Proszę za mną.

                  Polecił prowadząc Mervi przez kolejne korytarze, znowu nikogo nie spotkali, lecz tym razem słyszała ludzkie odgłosy z innych miejsc kompleksu. Po krótkim spacerze, zjechaniu jeszcze dwoma windami i spacerze po schodach, zaprowadzono ją do gabinetu. Agent otworzył jej drzwi i zaprosił do środka.

                  Pomieszczenia schludnego, urządzonego dość nowocześnie. Tworzywa korytarzy takie jak metal, ceramika i tworzywa sztuna zastąpiło tutaj drewno na ścianach oraz syntetyczne, drewnopodobne panele podłogowe. Meble w postaci kilku szafek, szafy oraz barku wykończone szkłem, podobnie jak biurko z komputerem. Trudno było posądzić wystrój o tradycjonalizm, projekt umeblowania prezentował się na wskroś modernistycznie, zamieniając jedynie materiały.
                  Na skórzanym fotelu siedział niezbyt wysoki, łysy mężczyzna o owalnej, lekko nalanej twarzy któremu więcej rysów nadawała jedynie czarna, kozia bródka oraz zwyczajne okulary. Wyglądał na kogoś, kto boryka się z lekką nadwagą, mimo to szara koszula leżała na nim dość dobrze. Po chwili Mervi zauważyła, że na wieszaku obok biurka spoczywa marynarka oraz rozwiązany krawat. Najwidoczniej “szef” nie lubił pracować w pełni formalnym stroju. Dziewczyna zauważyła również, iż po jego prawej znajdowały się drzwi z czarnego, nieprzezroczystego tworzywa, obramowane lakierowanym drewnem, najpewniej do zaplecza gabinetu.

                  - Usiądź - polecił nie odrywając wzroku od ekranu komputera.

                  Dziewczyna czuła się dość zagubiona w sytuacji, gdy po prostu przekładali ją z miejsca na miejsce, jednak nie wyrażała niezadowolenia, jedynie wzmogła się jej czujność. Jak mężczyzna kazał, tak zrobiła w milczeniu, przysuwając się na krzesło.
                  Mężczyzna nie zwracając kompletnie uwagi na Mervi, dokończył swoją pracę. Dopiero po ponad minucie czekania odsunął ręce od położonej bokiem klawiatury, przekladając je na blat i zaplatając. Uśmiechnął się lekko.

                  - Pierwszy konstrukt?

                  Mervi cały ten czas czekała cierpliwie i dopiero odezwała się zapytana.

                  - Tak... Dopiero też na ten kontynent przyleciałam.
                  - Mam nadzieję, że chociaż wyrównałaś swój rytm dobowy.
                  - Za mało czasu od wyjścia z samolotu, ale nie będzie to problemem, naprawię niedogodność.
                  - Złóż zażalenie na harmonogram - usłyszała szczerą poradę - ja jestem, jak wiesz, administratorem tego miejsca. Ty podlegasz bezpośrednio doktorowi Alanowi Blueback, dalsza hierarchia dostępna jest w dokumentacji. Ze względu na reorganizację, doktor jest jednocześnie administratorem korpusu wsparcia psychologicznego.
                  - Korpus wsparcia psychologicznego? Co to ma do mnie? - zapytała niepewnie.
                  - Standardowy, wewnętrzny zespół mający zapewnić podwyższony komfort pracy. Dodatkowo, ze względu na brak wykształcenia doktora Blueblacka w sprawach operacyjnych, przydzielony zostaje do twego korpusu oficer wsparcia Adam Gloomer. Sądzę, że obydwoje powitają cię na spotkaniu organizacyjnym. Na kiedy masz je umówione?

                  Może wcale nie tylko ona tu nie wiedziała co się naprawdę dzieje...

                  - Uhm... Miałam przyjść do centrali i... tyle wiem. - odparła cicho - Nic więcej,żadnych spotkań.
                  - Proponuję zgłosić zażalenie na realizację pierwszego etapu procedury wdrożeniowej - mężczyzna odpowiedział tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem - agent czekający pod drzwiami na prośbę przedstawi ci dalszy plan. Masz jakieś pytania, chcesz o czymś porozmawiać?
                  - Są jakieś wytyczne do składania zażaleń? - nie wiedziała czemu musiało się to jej wymsknąć.
                  - GCA 5 - widząc zmieszanie Mervi, rozwinął - Generyczny Cyfrowy Arkusz 5.

                  Mervi ulżyło, że jej wypowiedź, której nie zaniechała nim opuściła jej usta, nie spowodowała kłopotów. Głupia!

                  - Zapamiętam. - uśmiechnęła się niezręcznie - Chciałam zapytać... o co chodziło z tym powtarzaniem zdań? Co to linia bazowa? Terminacja?
                  - Bazowy, pożądany profil psychologiczny posiada linię bazową będącą optimum cech. Ewaluacje psychologiczne różnego typu są standardową procedurą, nie musisz się nimi przejmować. W przypadku większych odchyleń przeprowadza się terminację aktualnego kontraktu z opcją wznowienia nowych warunków współpracy bardziej pasujących do nowej linii bazowej. Terminacją określa się również usunięcie elementów niepożądanych z terenu placówki, jako terminację przestrzenną.

                  Gdzieś wewnętrznie słowo "terminacja" miało inny smak... ale co się przejmować? Ona wie mniej niż inni w tym siedzący.

                  - Tylko jak mają profil psychologiczny określić takie zdania wyrwane z sensu?
                  - Analiza behawioralno-fizjologiczna - mężczyzna odpowiedział rzeczowo, a Mervi zrobiło się odrobinę… głupio. Powinna na to wpaść. Memetyka, modele fizjologiczne. Badanie mikrogestów, zwężenia źrenic, widma głosu, tętna, zdalne odczytywanie aktywności elektromagnetycznej mózgu. Tamten pokój był jednym, wielkim, czujnikiem.

                  Mervi wyraźnie poczuła się zawstydzona swoją niewiedzą. Tak być nie mogło... Nie może tego cierpieć...

                  - Muszę poprawić swój stan wiedzy... - nerwowo przesunęła dłonią po włosach i wzięła głębszy oddech - Nie będę zabrać dłużej czasu. Dziękuję za okazanie mi cierpliwości.
                  - Zawsze możesz się do mnie zwracać, jak każdy w kontrakcie - mężczyzna powiedział poważnie kiwając Mervi głową na pożegnanie i… wrócił do pracy przy komputerze.

                  Mervi wyszła z gabinetu administratora z gorzkim smakiem poniżenia w ustach. Jak mogła! Czemu nie zrozumiała wcześniej! Przecież o tym czytała, zrobiła te memetyczne urządzenia, a jednak sama tego nie rozpoznała w akcji...
                  Gdy stanęła na zewnątrz wciąż ganiła się w myślach... Zwykle to się nie działo. Czemu teraz? Czy ta wiedza była zbyt zaawansowana dla niej?
                  Spojrzała na agenta stojącego za drzwiami zastanawiając się i czy wobec niego się poniży...

                  - Jaki jest dalszy plan? - spróbowała nadać swojemu głosowi trochę tej pewnej nuty…
                  - Brak odstępu od założonego harmonogramu - odpowiedział naturalnie agent nie ruszając się z miejsca.
                  - A jaki jest założony harmonogram? - zapytała - Nie wdrożono mnie w niego wcześniej…
                  - W takim przypadku polecam wystosować odpowiednią skargę - agent stwierdził zimno, lecz bez negatywnych emocji - kolejne spotkanie zaplanowane jest na za trzynaście minut. Poprowadzić w miejsce docelowe?
                  - Wezmę skargę pod uwagę, oczywiście. - skinęła głową - Na razie spotkanie ma większy... - zastanowiła się chwilę nad odpowiednim słowem - priorytet. Tak, poprowadź proszę.

                  Sala w której przyszło Mervi czekać na kolejne spotkanie była małą salą konferencyjną, z komputerem, telewizorem, dużym stołem, krzesłami i dwoma mikrofonami wbudowanymi w blacie obok złącz do komputerów i telewizora. Ściany wyłożono beżowymi, plastikowymi panelami, drzwi oraz fragment ściany przy nich wykonano z matowego szkła. Jedna, krótsza ściana porośnięta była ozdobnym mchem, trudno było stwierdzić, czy żywym.
                  Pierwszy do pokoju wszedł doktor Blueblack. Przedstawił się Mervi, podając również wizytówkę i ściskając pewnie dłoń.
                  Był to wysoki, szpakowaty, rudy mężczyzna, ostrzyżony na krótko, z kilkudniowym zarostem na którym widać było ślady zdecydowanie zbyt wcześnie pojawiającej się siwizny. Nosił czarny sweter-bezrękawnik na szarej koszuli. Mervi zauważyła, iż miał niedopięty guzik prawego mankietu. Brzmiał ciepło i serdecznie, lecz w zupełnie inny sposób niż Bob. Tam gdzie bob była nachalna i żywa, Alan zachowywał spokój, roztaczając aurę kontroli nad sytuacją oraz bezpieczeństwa. Był też… po prostu miły.

                  - Na koordynatora operacyjnego jeszcze chwilę poczekamy - powiedział siadając po skosie do Mervi - jak minęła podróż?

                  Czy powinna coś mu powiedzieć o niedopiętym guziku? Czy to mogłoby wprowadzić go w kłopoty przy kimś innym? Nie wiedziała...

                  - Sama podróż bez problemu, tylko ta zmiana stref boli... - stwierdziła.

                  Nie, to mogłoby być niegrzeczne, jeżeli by o guziku mówiła.

                  - Racja, z tego powodu sam nie lubię za dużo podróżować. Rozumiem, że jesteś już po spotkaniu z Jamesem?

                  Mervi wyraźnie się speszyła.

                  - Jeżeli James to administrator Konstruktu... to tak. Nie dano mi zawczasu instrukcji co dokładnie mam robić... Tylko, że mam się zjawić. - dziewczyna spuściła na sekundę wzrok zagubiona.
                  - Tak, tak, administrator - Alan zapewnił Mervi - wybacz, czasem wdziera się tu trochę chaosu… Ale na razie nie potrzebujesz instrukcji, wszystkim się zajmę. Bob mówiła ci czym będziesz się tu zajmować?
                  - Czytałam wszystkie książki i pdfy, które mi dawała, w którymś było o metodologii. Chyba trzecim, więc na zupełnego głupa mnie nie wepchnięto. - delikatnie się uśmiechnęła.
                  - Dobrze - mężczyzna powiedział z wyraźną ulgą - jak będziesz miała już grafik zająć, dopasujemy to do pierwszego etapu pracy i szkolenia tutaj. Proponuję przynajmniej na tym etapie mieszkać jeszcze poza ośrodkiem - Alan zadumał się.
                  - Obawiałeś się, że porwała kogoś przypadkowego z ulicy i wam wepchnęła? - Mervi musiała to powiedzieć.
                  - Nie zawsze jest czas na dobre szkolenie wstępne. Niestety nie wszyscy nowi przykładają się do studiowania materiałów, a Bob ma metody które tego od nich nie wymuszają, przez co bywa z nimi więcej pracy.
                  - I wy to musicie wszystko wyłożyć? Premię chociaż dostaniecie? - Mervi lekko potrząsnęła głową, aby uspokoić głupie myśli - Jak szkolenie teraz ma wyglądać? I jak to się z Yale pogodzi?
                  - Zajrzymy do twojego harmonogramu zajęć i dopasujemy wszystko, o to nie masz co się martwić. I tak trafiasz do specjalnej jednostki… wyjaśniono ci to?
                  - Nie... Co jest w niej takiego specjalnego? - zapytała z zainteresowaniem.
                  - Ech - Alan westchnął ciężko - wygląda na to, że koordynator się spóźnia, to od razu zaczniemy. Na podstawie obserwacji i testów psychologicznych klasyfikujemy część rekrutów do specjalnej opieki. Te kolory które widzisz, czasem natarczywie i tak dalej, jestem po to aby ci pomagać w tym. Z tego powodu wszyscy w jednostce odpowiadają nie przed koordynatorem, tylko mną. Jest to eksperyment mający poprawić warunki pracy.
                  - Czyli to te piksele, co czasem widzę? - zapytała zdziwiona - Pomożecie mi z tym? Nie radzę sobie, jak cholerstwo mi atakuje oczy, nie mówiąc o jednoczesnym ataku słuchu... - Mervi poczuła zadowolenie, z możliwej pomocy - Czy wpędziło mnie to w kłopoty?
                  - Nie, nie w kłopoty, po prostu jestem tu, aby pomagać. W wolnej chwili pójdziemy do mnie lub przejść się i dokładnie o tym porozmawiamy. Ważne abyś zdawała sobie sprawę z atypowości jednostki. Nie wszyscy mają tego typu problemy co ty, niektórzy mieli bardziej osobiste sytuacji. Wielu agentów z którymi będziesz pracować miało kiedyś podobne problemy, zwalczyło je samodzielnie, przed powstaniem obecnego podejścia do tego typu przypadków, i zgłosiło się do nas na ochotnika, jako bardziej doświadczeni koledzy. Ostatecznie nie da się zrobić sprawnej drużny na samych żółtodziobach - mrugnął.

                  - Czyli jest to uleczalne? - Mervi zaczęła odczuwać ulgę - To nie jest przegrana sprawa?
                  - Nie myśl o tym w kategorii choroby - Alan zapewnił Mervi szczerze - a raczej potencjału. Twój jest kilkaset razy bardziej kreatywny niż przeciętny w Unii - coś pojawiło się na jego twarzy, jakby kwaśny uśmiech - musisz się nauczyć tylko go opanować.
                  - Uhm... - dziewczyna zastanowiła się - Wcześniej nie mówiono, że cechuje mnie kreatywność... A to co widzę... To jest tak "kreatywne", jak dwulatek z kolorowymi markerami, którego rodzice wyszli do kuchni.
                  - Zanim nauczysz się biegać, trzeba zacząć chodzić - mężczyzna uśmiechnął się i spojrzał na zegarek - widać sobie poczekam. Jakie masz oczekiwania co do pracy z nami? Cele, wizji?

                  Mervi zastanowiła się.

                  - Być kafelkiem, który przysłuży się ludziom? Nie, to brzmi bardzo pompatycznie. Jeszcze raz, zaczynając od najbliższych. Cały czas chciałam być tym, kto zapewni wszystko mojemu ojcu, który mnie nigdy nie zostawił, ale w razie postępu lat zrozumiałam, iż moje marzenie nie rozpościera się tylko na rodzinę. Nie chciałam zostać architektem dla pieniędzy czy prestiżu, ale dla zapewnienia, że nie zdarzą się kolejne wypadki i nikt przez nie nie ucierpi, bo komuś nie widziało się ponownie spojrzeć na projekt. Nie mogę nikogo ochronić fizycznie, czy polityką nie zakręcę; nie z moim brakiem umiejętności socjalnych. Nie jestem w tym orłem. - spojrzała trochę zażenowana niedostatkiem.
                  - Zadziałasz - Alan powiedział ciepło - po to jesteśmy organizacją, aby każdy się uzupełniał. Naprawdę miło mi słyszeć takie słowa, Mervi.
                  - A ty? Takie same miałeś cele od początku, czy ukształtowały się dopiero po wstąpieniu do Unii?
                  - Nie zadawaj takich pytań agentom polowym - mężczyzna mruknął znowu - to zbyt twardzi i powierzchowni ludzie. Ja natomiast chcę zapewnić globalne bezpieczeństwo.

                  Mervi wyraźnie się ożywiła na te słowa, trafiły w jej gust.

                  - Czyli ci "agenci polowi" są kimś, z kim nie nawiązuje się innego kontaktu niż na odległość? To tak... jak był taki agent, co mnie obił na dzień dobry?
                  - Nie… Są to po prostu ludzie pracujący bezpośrednio nad operacjami. Są różne typy ludzi, sporo tych, którzy zwalczają anomalie i realizują nasze cele drogą bardziej militarną ma nastawienie żołnierzy lub komandosów. Wiesz - zaśmiał się lekko do Mervi - prawdziwy twardziel nie może jednocześnie rozprawiać o ideałach.
                  - W sumie... Nie spodziewałam się, że Bob będzie tak popularna, w końcu jest chyba trochę takich jak ona. - spojrzała z zaciekawieniem - A ty ją znasz. Skąd?
                  - Bob nie jest popularna - mężczyzna powiedział łagodnie - znajoma ze starych czasów.
                  - Ja mam tylko jedno "ale" do niej. - skrzywiła się boleśnie - Wyciągała mnie pobiegać. Rano. Jak było gorąco. Bezduszna…

                  Alan zaśmiał się serdecznie. Po chwili spoważniał, w trochę dziwnym stylu, wyrażając nienaturalnie dziwnym głosem.

                  - My też zaczynamy pracę rano.
                  - Ale bez biegania? - zapytała półgębkiem.
                  - Jak podpadniesz, będziesz biegać i robić pompki - dziewczyna usłyszała za sobą głos.

                  Głos należał do Adama Gloomera, najwidoczniej znajdującego upodobanie w zakradaniu się do ludzi. Co było dość interesujące, biorąc pod uwagę, iż wyglądał, określając sprawę delikatnie, jak goryl w garniturze, łączenie z odrobinę nieproporcjonalnie długimi rękami oraz twarzą która budziła skojarzenia z tym rodzajem małp człekoształtnych. Czarne, lekko kręcone włosy opadały w nieco za długich, zapewne nieregulaminowych kępach.

                  - Adam Glooner - podał na powitanie nienaturalnie zimną dłoń Mervi.

                  Mervi usilnie nie zaczęła patrzeć na dłoń Adama. I nie zapytała o nią. Temperatura wskazywała na coś, o co pytać nie powinna, jak twierdziła Bob, a szefowi podpadać już pierwszego dnia nie chciała...

                  - Mervi Laajarinne - odwzajemniła uścisk dłoni w sposób, w jaki jej opisał sympatyk od Syndykatu - ale to już najpewniej i tak wiesz.
                  - Masz dobry uścisk - Adam zauważył nie puszczając dłoni Mervi, patrząc jej w twarz ze spokojem - i tak, dłoń i całe ramię jest metalowe. Staram się o wersję kompozytową - powiedział nie puszczając jej dłoni, badając reakcję.

                  Testował ją.
                  Mervi nie była zdenerwowana sytuacją, bardziej... zaintrygowana nią? Pamiętając co mówiła Bob - nie była natarczywa z pytaniem wszystkich o wszystko, a na pewno nie na wstępie. Prawdę mówiąc, nie wiedziała też co powinna w takiej sytuacji zrobić, a nie czując się zagrożona - nie przerwała jej gwałtownie. Może i by mogła powiedzieć coś dwuznacznego teraz, ale... Nie. Bądźmy dorośli. Poważni.

                  - Długo już się o nią starasz?
                  - Ponad rok - Gloomer powiedział poważnie zwalniając uścisk. Zajął miejsce naprzeciwko Mervi i Alana, nie przeprosił też za spóźnienie.

                  Mervi odsunęła uwagę od metalowej ręki Adama (ale jakie to było fascynujące!) i z niesamowitymi pokładami cierpliwości i spokoju (który zdążył się już uformować po tym całym szaleństwie podróży), oczekiwała co dalej nastanie.

                  - Rozumiem, że zapoznanie macie za sobą - Adam powiedział to bez widocznych na pierwszy rzut oka emocji, chociaż Mervi wydawało się, iż jest w tym jakaś niechęć do bardziej “miękkich” procedur.
                  - Tak - Alan odpowiedział, i chyba chciał coś jeszcze dodać, ale mu się wtrącono.
                  - Doskonale - Gloomer stwierdził - w takim razie nie przedłużając, standardowa zmiana o 9 do 16, 14.15 przerwa obiadowa, pracujesz w pięcioosobowym zespole na poziomie drugim, otrzymasz upoważnienia O1 z opcją na promocję O2 po pół roku, zespół zajmuje się bezpośrednim przygotowaniem wywiadowczym misji, dostajecie dane od głębiej zbierających informacje komórek, analizujecie je, filtrujecie dane, sporządzacie skrócone wersje dla agentów gdy o to poproszą, a w razie konieczności, tuż przed operacją sami wykonujecie dodatkową, zdalną pracę wywiadowczą uzupełniającą dane o najbliższy horyzont czasowy. Nadzorujecie pracę agentów w misjach, przekazując cele, informacje, zapewniacie kontakt z centralą, informujecie szczeble wyżej w przypadku żądań niestandardowego wsparcia, jesteście również pierwszym stopniem niestandardowego wsparcia teleinformatycznego. Po misji wspominacie przygotowanie raportu oraz, w razie konieczności, wykonujecie dodatkową pracę jak wysłanie jednostek czyszczących czy zlecenia do departamentu kontroli mediów. Comiesięczna głęboka ewaluacja psychiczna.

                  Finka od razu poczuła się, jakby wrzucono ją w środek konfliktu militarnego i zaraz zacznie strzelać do wroga. Otrząsnęła się z tego wrażenia i skupiła na porządkowaniu informacji w szufladkach umysłu. Na razie były one trochę chaotycznie rozrzucone, ale nad nimi pochyli się później. Na razie więcej...

                  - Jakimi celami głównie zajmują się agenci, których będziemy wspierać?
                  - Nie tak szybko - Alan wtrącił się Adamowi - Mervi jest jeszcze na etapie przeszkolenia. Harmonogram godzin opracowujemy indywidualnie, dodatkowo na początku musi dzielić go z kursami.
                  - Jak chcesz - goryl powiedział chłodno nie dając się zbić z tropu, czy może zostawiając takie “detale” o których sam nie pamiętał innym - jednostka nie posiada głównej specjalizacji, aczkolwiek szeroko zakrojoną terminacją źródeł anomalii oraz dewiantów zajmuje się drugi, regularny pion.
                  - W sumie to dużo jest takich anomalii i dewiantów? - myślała, że to raczej rzadkie…
                  - Mało widoczne na pierwszy rzut oka - Alan odpowiedział widząc, iż koordynator nie za bardzo ma chęć na bardziej wyczerpującą odpowiedź - po to mamy wywiad.
                  - Czemu jest tak często potrzebna ta ewaluacja psychiczna? - spojrzała na Adama.
                  - Standardowa procedura - Adam powiedział lekko znudzonym głosem - nie jest często.
                  - Raz na miesiąc to w sumie często. - powiedziała ciszej obserwując Adama - Po prostu mnie to ciekawi... Czy tylko ta specjalna grupa tak ma?
                  - Tego typu informacje wymagają stopnia upoważnia, wy nie macie jeszcze jeszcze żadnego przydzielonego - Adam podsumował - potrzebujecie mnie jeszcze?

                  Zapytał od niechcenia, Alan pokiwał głową przecząco, a potem spojrzał na Mervi.
                  Mervi też zaprzeczyła. Czuła się dość speszona, że najwyraźniej nie wypadła za dobrze... I nie rozumiała czemu.


                  Po wyjściu Adama, Mervi zwróciła się od razu do Alana.

                  - Podpadłam, nie wiem czemu, ale podpadłam. Co źle robiłam? - spojrzała na mężczyznę poszukując wyjaśnienia.
                  - Adam jest po prostu dość szorstki - dziewczynie wydawało się, iż psycholog chciał użyć innego słowa, zresztą za bardzo się z tym nie krył - stara szkoła Unii, uważa naszą jednostkę za zbędną i nie zadał sobie odrobiny trudu zrozumieć istoty naszego działania. Jak widziałaś po przebiegu rozmowy, twoich akt również nie przeczytał.

                  Mervi zmarszczyła brwi.

                  - Ale ta szkoła nie zapewni dużej ilości stałych chętnych, co?
                  - Szkoła? - Alan zapytał zaskoczony.
                  - Stara szkoła Unii. To podejście, mam na myśli.
                  - Zależy, niektórzy lubią pewien dryg - doktor westchnął - widziałem w aktach, że stawiałaś pierwsze kroki z memetyką i fizyką, prawda?

                  Mervi pokiwała głową na zapewnienie.

                  - Bob mówiła, że czasoprzestrzeń to za dużo na początek, to do tego mnie zachęciła.
                  - I słusznie - Alan przyznał - pójdziemy dalej w memetykę, potem trochę w big data, może też teoria chaosu… Predyktory zostawiamy na potem.
                  - I na nauce tego będzie polegać to wstępne szkolenie?
                  - Nie do końca, to częściowo, a wraz z dalszą karierą, otrzymasz dostęp do kolejnych kursów. Wiedza to przywilej. Na początek trochę oświeconej nauki i całkiem ziemskie rzeczy jak obsługa naszego oprogramowania, wdrożenie się w procedury, kurs pierwszej pomocy i tak dalej.
                  - To jest takie fascynujące, dowiadywać się, uczyć. - Mervi wyraźnie była szczera w tych słowach - Pracować w tym. Naprawiać świat.
                  - Jestem dokładnie tego samego zdania - Alan odpowiedział Mervi - chcesz tu jeszcze posiedzieć i się czegoś napić czy idziemy załatwić podstawy z finansami?
                  - Im szybciej załatwimy te formalności wstępne, tym lepiej. - stwierdziła finka.


                  Kwestia administracyjne i finansowe trwały zdecydowanie zbyt długo. Najpierw trzeba było zapisać Mervi w odpowiednich, wewnętrznych bazach danych, potem udać się do delegata Syndykatu pracującego nad finansowaniem placówki wraz z grupą sympatyków, podpisać kolejne porcje dokumentów z których znowu Mervi za dużo nie rozumiała, poza tym, że dostała mieszkanie z symbolicznym czynszem i kolejne stypendium - co było poniekąd zrozumiałe, Yale jak większośc dobrych uniwerystetów w USA, zabraniało studentom pracy podczas trwania semestru, a Unia nie chciała z tym kłopotów. Potem Alan poprowadził dziewczynę na kilka, szybkich szkolenie z planu budynku, dróg ewakuacji, z jakich wejść może korzystać, a jakich nie. Na koniec znudzony informatyk wprowadził Mervi do kilku podstawowych programów używanych w placówce i złożył zamówienie na jej stanowisko do pracy. Nie poznała jeszcze zespołu.

                  - To tyle na dziś - Alan westchnął gdy wychodzili z kolejnego pokoju - musisz jeszcze ze mną uzgodnić harmonogram.

                  Całe to załatwianie finansów było nudne jak flaki z olejem, a marnowanie na to czasu, jaki Mervi mogła spożytkować na odespanie podróży i kontakt z ojcem okazało się wpisane w cenę. Zastanawiała się też czy jej zespół był charakterem tego samego pokroju co Adam, na interakcje z którym wciąż nie miała sensownego pomysłu... Może prócz przytakiwania i robienia co do joty każdego polecenia.

                  - To już nie dziś, tak? - zapytała z cichą nutką nadziei - Oczywiście, chyba że jest to jakoś ustalone i musimy teraz dokończyć…
                  - Nie mamy danych - mężczyzna podsumował - trzeba czekać na twój grafik zajęć. Możemy co najwyżej umówić cię jutro na jakieś szkolenie… ale wolałbym dać ci chwilę odpocząć.
                  - Dziękuję. -skłoniła głowę z wdzięcznością - To na pewno pomoże. Prawdę mówiąc jestem dość skołowana tym wszystkim, wciąż. Jakby mnie wrzucić w inną rzeczywistość. - poprawiła grzywkę - Muszę to... uchwycić. - dodała trochę zażenowana.
                  - Każdy to przechodził - Alan powiedział uspokajająco.

                  Mervi padła plecami na łóżko w swoim tymczasowym mieszkaniu. Miała serdecznie dość tego dnia... Po co kazali jej to wszystko załatwiać od razu po przylocie? Przynajmniej daliby się jej wyspać wcześniej...
                  Przetarła dłońmi oczy.
                  Z drugiej strony, przynajmniej miała za sobą formalności. Teraz już będzie mogła się skupić na interesującej otoczce Unii, której troszeczkę zdążyła posmakować. Przez szybę.

                  Nie wiedziała jak czuła się po spotkaniu swoich technokratycznych współpracowników. Nie miała negatywnych odczuć, o nie (choć zbłaźniła się przy administratorze), choć przewodnicy byli... dziwni. Nawet nie mogła powiedzieć, że byli znudzeni, raczej... bez uczuć.
                  Adam to inna sprawa. On był dupkiem, który nie wiedział chyba, że nim jest. Miał zasady i nie dajcie bogowie ich nagiąć. Mervi żałowała, iż nie wypadła w rozmowie z nim jak powinna (a może wypadła? Nie umiała go rozgryźć), ale i tak dalej będzie starać się dorównać oczekiwaniom.
                  Alan za to był naprawdę przyjemny w kontakcie. Mervi zakładała, że dobrze się z nim dogada, jako że już widziała podobieństwo spojrzeń.

                  Mervi nawiązała kontakt przez Skype'a z ojciem, ale ograniczyła się tylko do krótkiej rozmowy z nim. Chciała tylko spać, więc jedynie zameldowała, że żyje, kilka uczuciowych zdań przekazała i zakończyła rozmowę. Ledwo zdołała się przebrać i poprawnie złożyć poprawnie w wyznaczonym miejscu w szafie, aby zanurkować pod kołdrę i usnąć.

                  Ostatnia z myśli zabrzmiała pytaniem:
                  "Jak oni mają zamiar połączyć moje studia z pracą?"

                  Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • JhnWJ Online
                    JhnWJ Online
                    JhnW
                    Administrator Obsługa Developer
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                    #9

                    Tryb przeprowadzania szkoleń, jakie musiała zaliczyć młoda technokratka, nie zapowiadały niczego złego. Było wręcz odwrotnie. Większość czasu związanego ze sprawami Unii, spędzała pod opieką Alana, chociaż głównie zdalną. Alan okazał się być dość zajętym człowiekiem, lecz zawsze był przy telefonie i pojawiał się przed szkoleniami Mervi, wprowadzając ją na miejsce, kilka razy nawet podwożąc.
                    Szkolenie nie wyglądały tak okazale, jak Mervi by się spodziewała. Kilka cykli treningów były prowadzone przez maszyne, które obejmowały podstawy obsługi części oprogramowania, pierwszej pomocy, dostępu do baz danych, kursów do samodzielnego przyswojenia, obejmujących przydziały kursów oświeconej nauki, klasyfikacji dewiantów rzeczywistości czy udostępnione w celach dydaktycznych archiwa przeprowadzonych operacji. To były jedyne szkolenia, które Mervi odbyła na terenie konstruktu.
                    Pozostałe mogła skompletować z domu, łącząc się do archiwum. Kilka odbyła w zaprzyjaźnionych think tankach, gdzie Mervi głównie posłuchała wykładów futurologicznych z zakresu modernistycznego humanizmu, teorii Klausa Schwaba, szkoły szkoła frankfurckiej czy krytyki liberalnej demokracji w kontekście rosnącego znaczenia wielkiego kapitału.
                    Mervi naprawdę odpoczęła w tym czasie, i to w najlepszy sposób – przez aktywny wypoczynek. Zaczęły się pierwsze zajęcia uniwersyteckie, które Mervi zmuszona była łączyć z pierwszymi szkoleniami. Na samym początku szło jej to całkiem sprawnie, tym bardziej, iż mogła liczyć na wpływy pewnego sympatyka NWO i dużo bardziej indywidualny rozkląd zajęć. Co prawda, poza jednym przypadkiem, nie korzystała z tego, to skala wpływów Unii była nie tylko pomocna, ale po głębszym przemyśleniu, przerażająca.
                    Ci ludzie byli wszędzie. Wszystko wiedzieli, wszystko widzieli i mogli zrobić… wszystko.
                    Nie wiedzieli tylko, że nadciąga katastrofa.


                    Katastrofa była bombą o sekwencyjnej inicjalizacji Pierwszy ładunek odpalił się natychmiast, natomiast drugi wyposażono w opóźniacz czasowy.
                    Bomba nie posiadała fizycznego kształtu, za to jawiła się jako zmienna tabela godzin, lokalizacji i miejsc, podawana z wyprzedzeniem i reagująca na zmianę położenia, wyświetlana na ekranie telefonu Mervi.
                    Katastrofa nazywała się harmonogramem. Na podstawie dotychczasowego rytmu dobowego życia Mervi, ustalono jej dokładny spis obowiązków, ich godziny, przerwy obiadowe czy czas na zakupy. Wcześniej dziewczyna mogła zadawać sobie pytanie jak Unia pogodzi jej studia z pracą na rzecz mas.
                    Teraz już wiedziała. Zimna kalkulacja wraz z optymalizacją czasową.
                    Gdy pierwszy raz zobaczyła harmonogram, na szczęście w tymczasowym mieszkaniu, nastąpił wybuch pierwszego ładunku.
                    Z jednej strony czuła się zaskoczona, lecz wierzyła, iż jeśli pozwoli jej to działać skuteczniej, jest to prawidłowa droga dążąca do bycia najlepszą wersją siebie.
                    Lecz jej wewnętrzna świadomość miała zupełnie inne odczucie. Czuła wprost, jakby ktoś rzucił na nią klatkę, z góry, zamknął w klaustrofobicznym pomieszczeniu bez wyjścia, w którym człowiek dusi się z uścisku.
                    Przed oczami błyszczały jej piksele. A na ścianie błyszczał neonowy, przekreślony napis:

                    Mane

                    Tekel

                    Fares

                    Cały dzień spędziła z nudnościami i biegunką, nie wypełniając harmonogramu. Był to wyraz znanych każdemu problemów żołądkowych wynikłych ze strasu. Młoda technokratka nie potrafiła jednak zidentyfikować źródlą stresu. Wiedziała, że ona czuje się z harmonogramem dobrze.
                    Nie to co jej eidolon.


                    Pierwszy tydzień działania wedle harmonogramu był… dziwny. Z jednej strony kompletnie zwalniał Mervi z decyzji na temat tego, co dziś robić. Mogła się w pełni skupić na dalszych działaniach, zajęciach, szkoleniach, zakupach, prawie jazdy, lekturach ze studiów. Z drugiej, prędko zauważyła, iż wiele dynamicznie generowanych ram czasowych jest wyraźnie zbyt dużo, pozostawiając jej od pięciu minut, do nawet czasem pół godziny czasu wolnego czasu.
                    Świadomy umysł mówił, że to niedoskonałość oprogramowania. Wewnętrzna świadomość śmiała się jadowicie, że to tylko sztuczka, aby jej nie zamęczyć.
                    Każdy kolejny dzień stawał się walką samej z sobą. Z jednej strony podobało się to jej. Grafik generował się na bieżąco, na wszystko miała czas, po prostu wykonywała kolejne punkty dnia najlepiej jak powinna.
                    Z drugiej pęknięte piksele na skraju pola widzenia zasłaniały coraz większe pole widzenia przebudzonej, a niepokój wzbierał w jej umyśle niczym wielokolorowy cień zaburzający myśli.
                    Śniła o klatkach. O nieskończonych rzędach ludzi pracujących w nich, o ludziach zespolonych z maszynami, na nieskończonej linii produkcyjnej.
                    Głupi sny – mówił rozum.
                    Głupi rozum – mówiła świadomość przerażona wizjami.
                    Pod koniec drugiego tygodnia Mervi była ledwo trzymającym się strzępkiem nerwów. Piksele pojawiała się coraz częściej, ją ogarniał irracjonalny strach, ale też i gniew. Co gorsza, traciła nad sobą panowanie. Prawie popłakała się z nerwów gdy obaczyła wyraz twarzy agenta po tym, jak odcięła się mu ostro gdy prowadził ją do kolejnego pokoju.
                    I co gorsza, była z tego dumna.
                    Za dwa dni miała mieć spotkanie ze swoim zespołem i wdrożenie do pracy operacyjnej. Nie mogła pojawić się tam w takim stanie, trzeba było działać.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • ZellZ Niedostępny
                      ZellZ Niedostępny
                      Zell
                      Moderator Obsługa
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                      #10

                      Miała nadzieję, że sytuacja po wejściu do Unii zostanie unormowana. Dlaczego Eidolon miał działać przeciw niej? Przeciw samemu sobie? Zupełnie jakby niesforny dzieciak walczył z rodzicem o możliwość nie pójścia do szkoły.
                      Nigdy nie widziała się kimś takim, jakie zachowanie wypływało od strony tej podświadomości... i zaczynało ją to przerażać. Czy tak się czują chorzy na schizofrenię, którzy zaczynają ją odczuwać po latach normalności? Zachowanie umęczonej technokratki zaczynało dochodzić do granicy wytrzymałości. Nie chciała taka być!
                      Ale była zmęczona...
                      Kilka razy będąc w domu, krzyczała w przestrzeń ze złością, kiedy nie mogła skupić się na własnych myślach wczytując się w dokumenty. Raz z tej złości popłakała się w nocy. Czemu chciała się tak krzywdzić?
                      Harmonogram był dobry. Harmonogram dawał ulgę, łatwość życia...
                      Ale dlaczegoś Eidolon miał focha na siebie, na zasady!
                      Był przecież częścią świadomości Mervi,a działał przeciw niej...

                      W końcu nie dała rady dłużej walczyć, gdy kolejna noc miała być nieprzespana. Wygramoliła się spod kołdry i nie zważając, że było przed północą, wybrała numer do jedynej pomocy o jakiej teraz myślała. Alan musiał coś zaradzić!
                      Nie pozwoli zniszczyć sobie życia!

                      Przed spotkaniem z Alanem, Mervi udała się do toalety. Poprawiają przed lustrem fryzurę, kołnierz koszuli, środkujące wąski, damski, czarny krawat, odetchnęła z ulgą. Piksele się uspokoiły, a ją ogarnął spokój patrząc na swoje odbicie, na swoją nową twarz. Minęła zaledwie chwila, a tyle się w jej życiu zmieniło.
                      Piksele pojawiły się na lustre, tym razem układając się w zdania.

                      Czy to ty wybrałaś tą twarz?
                      Czy sama kiedykolwiek byś się tak ubrała?
                      Czy to jest najlepsza wersja ciebie?
                      Najlepsza dla kogo?

                      Skrzywiła się na ten widok.

                      - Najlepsza dla mnie. Nas. - syknęła przez zęby, próbując dłonią zatrzeć piksele na lustrze. Jak tylko dotknęła lustra, to pękło. Wielkie tafle szkła opadły na podłogę.


                      Mervi w ostatniej chwili odsunęła dłoń od pękającej tafli. Kawałki lustra uderzyły przed nogami technokratki, rozbijając się o posadzkę na kilkadziesiąt ostrych kawałków. Finka odsunęła się bardziej od pobojowiska, zupełnie jakby bała się, iż nastąpi dalszy atak ze strony matwego lustra.
                      Dziewczyna wlepiła wzrok w długie szpile szkła, których widziała zaburzony obraz sufitu, rzeczywistego i stałego. Nawet rozbite lustro było czymś normalnym, czego można było się spodziewać. Niestety sposób jego pęknięcia przy dotyku nie był tym, co Mervi chciała widzieć. I myśleć o tym.
                      Czy jej Geniusz chciał... ją skrzywdzić fizycznie?

                      Zacisnęła dłoń w pięść w wyrazie złości na taką możliwość.

                      Czy to możliwe, że aż tak sobą pogardzała? Czasami bardzo ciężko uznać Geniusza za samego siebie, przynajmniej takiego... Taki Eidolon... Był niebezpieczny, nie tylko dla niej, ale także dla innych!
                      Nie pozwoli mu zniszczyć sobie życia, planów, szczęścia. Zagrozić Masom.

                      - Cholerne mocowania. - zirytowany głos serwisanta przywrócił Mervi do rzeczywistości - Kolejne puściło.

                      Młody serwisant w jasnoniebieskim kombinezonie roboczym wszedł do łazienki, omiatając wzrokiem zniszczenia.

                      - Mają tyle zabawek tutaj, a silnego mocowania poskąpią. Typowe korposzczury. - chciał podejść do miejsca na lustro, ale wpierw zwrócił się do Mervi - Widziałaś jak spadło? Ach... I cała jesteś?
                      - Spadło... - dziewczyna powtórzyła wymazując niepewność w głosie - Wyszło z mocowań. Nic ze mną nie jest.

                      Ostatnie zdanie nie było jednak konieczne, jako że serwisant po wcześniejszym stracił zainteresowanie finką, podchodząc do oskarżonych wcześniej mocowań.

                      Alan przyjął Mervi w zarezerwowanej, małej salce pozbawionej rzutnika oraz komputera. Najwidoczniej NWO potrafiło być z gruntu tradycjonalistyczne i niektórzy woleli ze sobą rozmawiać, bez dodatkowej technologii.
                      Przechodząc przez futrynę i zamykając za sobą drzwi z matowego szkła, Mervi dojrzała małe pomieszczenie o ścianach wyłożonych plastikowymi, kolorowymi panelami. Podłoże było wyłożoname lekko żółtym dywanem. Na środku stał okrągły stolik o jednej nodze, barwy żółtej, w sam raz wielkością aby zapewnić miejsce do wspólnej, komfortowej pracy czterem osobom, tak, że każda mogłaby wyjąć laptopa. Krzesła do stolika przypominały futurystyczne, wygodne jaja znane z lat 60 i były bardziej czymś na modłę foteli. Alan zajął miejsce po skosie do Mervi.

                      - Jak i mijały szkolenia? - zapytał niezobowiązująco zdejmując z Mervi trudny obowiązek zaczęcia rozmowy i zmuszenia się aby przejść do konkretów. Chyba była mu za to wdzięczna.
                      - Bezproblemowe. - dała wymijającą odpowiedź, unikając dłuższego kontaktu wzrokowego - One... Były... Idealnie pomyślane.
                      - Nie przesadzamy - Alan powiedział z uśmiechem - dobrze wiemy, że czasem organizacja daje u nas ciała, jak chociażby z twoim przyjazdem i od razu gonieniem cię na spotkanie z nami…

                      Mervi milczała przez dłuższą chwilę.

                      - To.... Nic. Żaden problem... - głos jej się podłamał - ...potrzebuję pomocy... - uniosła wzrok - Pomóż mi, Alan.
                      - Co się dzieje - technokrata zapytał przejęty.
                      - Nie radzę sobie z działaniami Eidolona... - wsparła czoło na dłoni - Jego spojrzenie jest sprzeczne z moim... Ta podświadomość jest mi wroga. - zamknęła oczy - Nigdy nie chce wspierać wyboru, zawsze coś nie tak, a kiedy harmonogram się pojawił... to zwariowała! Jak dzieciak chce wymusić inne działanie. - zacisnęła dłoń w pięść - Nie daje mi spokojnie spać czasem. Lubi niszczyć najwyraźniej…
                      - Możesz mi opowiedzieć dokładniej? Potrzebuję chociaż częściowo zrozumieć twój punkt widzenia. Niekomfortowo czujesz się z harmonogramem?
                      - Czuję komfort, daje stabilność, mogę skupić się na zadaniu, nie na planowaniu go. - zaprzeczyła - Ale Eidolon... - złość wstąpiła na twarz Mervi - On bardzo go nie lubi, czuje się z nim źle? Chce bym ja też tak czuła, przemocą chcę zmienić moje zapatrywanie! - uniosła głos - Emocje... Czasem tracę nad nimi kontrolę. - wzięła głębszy oddech - On chyba boi się go. Boi się jakichkolwiek.... klatek? Śnię o nich ostatnio i kojarzy mi się to, z jego strachem.
                      - A czy dostrzegasz w jego rozumowaniu jakąś logikę - Alan drążył - taką, z którą na bazie rozumu mogłabyś się w pełni nie zgodzić, zbić argumentem?
                      - Jedyne co widzę to dziecięca upartość... Z jego "logiką" nie ma dyskusji, bo czegokolwiek nie powiesz, on będzie zawsze kontrować chciał, nawet gdy nie ma racji. Nie poddaje się. - znowu opuściła wzrok - On chyba... Chce niszczyć, dla zabawy…

                      Alan wyglądał na zamyślonego. Powoli przesuwał palcami po blacie stołu, nachylony i zafrasowany.

                      - Nie chcę abyś mnie źle zrozumiała Mervi, ale mówienie oddzielnie o tobie i twoim Geniuszu, czy nawet personifikowanie go może tylko pogorszyć twój stan. Wtedy sama w swej psychice nadajesz mu bardziej złowrogi i indywidualny stan, a przez to jest mniej podatny do kontroli. Rozumiesz o czym mówię? Akceptacja jako części siebie pomaga go kontrolować, bo wtedy podświadomie wiesz, że gdy ty się uspokajasz, to i on powinien.
                      - Staram się widzieć to jako część siebie, ale... To coraz... Trudniejsze. - mówiła cicho na koniec - Ciężko sądzić, że coś to ty, jeżeli nie zgadzasz się z rzeczami, które prezentuje to drugie rozumowanie, a są one wręcz czasem groteskowo wywrócone, pozbawione logiki.
                      - To druga część, chciałbym, abyś próbowała wydobyć logikę z tego. Może nie wszystko, może tylko kawałek, ale kto wie jakie odważne idee kryją się w tym? Może pomogą nam ulepszyć procesy Unii. Przemyśl to, proszę.

                      Alan westchnął lekko.

                      - Na razie przepiszę ci tabletki, powinny przytłumić świadome działanie, lecz przeniosą obrazy do snów. Zaczniesz ze mną terapię, spotkamy się raz w tygodniu i będziemy rozmawiać o tym, o czym śnisz.

                      Mervi kiwnęła głową, w sumie zadowolona, że jakiś postęp mógł zostać zapoczątkowany.

                      - Sądzisz... że podświadomie sama próbuję siebie podminować?
                      - Tak to zazwyczaj działa, nie tylko ty sama, lecz również czerpiąc z ogółu doświadczeń cywilizacji, czy nawet przed nią, z doświadczeń ludzkości. Wielu nazywało to przebłyskami geniuszu, iskrą inspiracji i tak dalej. Dobrze wiesz, że sławni wynalazcy miewają sny…

                      Alan zasępił się.

                      - Jeszcze jedno, Mervi. Nie mów nikomu o swoim stanie. Nie bierzesz innych pigułek niż takie na dietę, tak to zrobię w bazie. Jesteś w moim przydziele młodą, wzorową agentą z upoważnieniem O1, dobrze?

                      Mrugnął okiem.

                      - Jest aż tak źle? - czuła się załamana brakiem tej "wzorowości" - Sprawiam ci problemy?

                      Alan wystawił rękę do Mervi, aby ująć jej dłoń.

                      - Ja tutaj jestem aby ci pomóc. Robiłem różne rzeczy, ale głównie pomagałem ludziom z problemami. Twoje problemy to nic przy traumach kosmicznych marines wracających z głębokiego kosmosu - mruknął - po prostu każda korporacja ma swoją politykę. Niektóre rzeczy nie są warte nagłośnienia. Chwal się tym co robisz dobrze i milcz o wpadkach dopóki nie wiesz, do kogo można się odezwać.
                      - Dobrze... - pozwoliła Alanowi dotknąć jej dłoni - Będę się starać.... przekonać siebie... żebym zmieniła podświadome postrzeganie. I milczała o tym problemie, póki nie będzie dobrze o nim mówić.
                      - Musisz bardziej zrozumieć naszą wewnętrzną politykę - Alan odpowiedział ciepło.
                      - Masz rację... Czyli pokazanie problemu wyszłoby dla mnie na złe, nawet jak z tym walczę?
                      - Mervi, nie chciałbym być tym, który konfrontuje twoje wyobrażenie o Unii z rzeczywistością… ani tym który robi jej negatywny wizerunek. Ale widzisz, są ludzie i są ludzie. Niektórzy tak bardzo zaślepili się swoimi perfekcjonizmem, wykresami, słupkami, tabelami wydajności, że stracili coś, co ja określam jako litość do drugiego człowieka, do jego słabostek. W tym do słabostek mas. Znajomy mag mówił, że wyegzorcyzmowaliśmy ducha z maszyny…

                      Alan na chwilę przybrał dziwny wyraz twarzy, po którym zmienił temat.

                      - Ale na razie nie musisz się przejmować wewnętrzną polityką, po prostu pilnuj swoich spraw, a ja ci pomogę i poinstruuję.

                      Mervi spojrzała uważnie na Alana.

                      - Znajomy... mag? To my mamy niektórych magów jako znajomych?
                      - Zapomnij o tym, wolałbym nie stosować przymusowej terapii amnezyjnej - Alan mrugnął prawym okiem.
                      - Och... - Mervi trochę posmutniała, że nie może tego się dowiedzieć - Jasne. Będę pilnować swoich spraw. - zgodziła się.

                      Tabletki, dawkowanie dwa razy na dzień, Mervi otrzymała w konstrukcie w formie przeźroczystego pojemnika wydanego przez zautomatyzowany system dostaw zwyczajnego ekwipunku, po podaniu swojego kodu i skanie siatkówki. Nie zadziałały natychmiast, dopiero na drugi dzień, po przespanej nocy, przyniosły ulgę. Wyraźne uczucie spokoju, jasności myśli i…
                      ...jakby odłączenia. I dziwnego, niefizycznego drapania pod skórą. Będzie musiała się do tego przyzwyczaić, albo liczyć, iż jest to tylko szokowa reakcja organizmu która prędzej czy później minie.
                      Pojedyncze dawkowanie kapsułki wiązało się z przyjemnym uczuciem odprężenia, zaniku negatywnych myśli, wyciszeniem wszystkich emocji i zwiększeniem pewności siebie. Zgodnie z zaleceniem, w razie potrzeby Mervi mogła wziąć bezpiecznie nawet do siedmiu tabletek na dzień, ale Alan ostrzegał, iż dzienna dawka powinna wystarczyć, a maksimum na co powinna liczyć to jedna dodatkowa tabletka, i to nie wtedy, gdy jest źle z jej geniuszem, tylko gdy w wyniku pracy będzie zbyt zestresowana.
                      Jakby jej praca miała być stresująca.
                      Może była, wszak następnego dnia czekało ją poznanie zespołu.

                      Życie zaczęło się rysować w monochromatycznych barwach.
                      I była naprawdę szczęśliwa.

                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • JhnWJ Online
                        JhnWJ Online
                        JhnW
                        Administrator Obsługa Developer
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                        #11

                        Spotkanie z zespołem było ważnym wydarzeniem, nawet jeśli Mervi miała okazję je odbyć po porannych zajęciach, a algorytm układający jej harmonogram aby upchnąć nagła wrzutkę Alana, zasugerował jedzenie na wynos w komunikacji miejskiej – z powodu braku czasu.
                        Spotkanie miało odbyć się w małej salce konferencje, w której czekał już na kobietę Alan. Dziewczyna zauważyła, iż celowo zaprosił ją odrobinę wcześniej niż całą grupę, aby oswoiła się przed zapoznaniem. Wykorzystał ten czas aby opowiedzieć jej więcej o zespole, chociaż dużo rzeczy już Mervi już wiedziała ze skrótu publicznej dokumentacji - zapewne podobne pliki dotyczące niej samej dostali też inni, współpracując z nią.
                        Z tego powodu wiedziała, że niska, chuda blondynka w zbyt dużej koszuli i długiej, czarnej spódnicy do kostek, nosząca o dwa numery za duże ubrania nazywa się Allison i ma prawie czterdzieści lat, chociaż nie było tego po niej widać. Czy to dobre geny, czy może wizerunek, łącznie z niezbyt dobrze zaczesaną fryzurą, wielkie, grubymi okularami świadczącymi o sporej wadzie wzroku, skutecznie zasłaniając większość twarzy, czyniąc Allison jednocześnie niezwykle charakterystyczną, jak i trudną do spamiętania. Może to efekt zdjęcia tego efektu psychosomatycznego, o którym czytała Mervi jeszcze w Europie, tak zwanym płaszczu?
                        Allison przywitała Mervi naprawdę serdecznie, przychodząc o kilka minut wcześniej niż reszta drużyny. Wedle dokumentów, była aktywną feministką oraz socjologiem, przed pracą na pełen etat w Unii, była wykładowcą uniwersyteckim zaangażowanym w kampanie społeczne. Allison była socjologiem i matematykiem, zajmując się modelowaniem trendów społecznych, chociaż doktorat miała z socjologicznego aspektu literatury. Jej zejście z publicznej działalności na rzecz pracy w takich grupach, jak tutaj zbiegało się z datami z jej odejściem z Wieży z Kości Słoniowej.
                        Mervi czuła, iż musiało mieć to wiązek.
                        Kobieta przyniosła kawę, sobie, oraz Mervi, gdyż jak powiedziała, założyła, że Alan znowu zapomniał, a nie dobrego spotkania zespołu bez kawy to nie spotkanie. Ciastek nie skomentowała, tylko postawiła miskę owsianych ciasteczek z płatkami czekolady.
                        Po kilku minutach, w trakcie których Allison chrupała ciastko jak mysz – trzymając je w dwóch dłoniach – a Alan opowiadał o typowej pracy, chociaż po prawdzie, nie powiedział nic konkretnego.
                        Po kilku minutach, do sali weszła pozostała część zespołu, z którym przyjdzie Mervi pracować.
                        Robert był wysokim, chudym mężczyzną, czy raczej chłopkiem. Mervi wiedziała, że był od niej starszy o ledwo cztery lata, a w Unii działał trzeci rok. Alan nie musiał dodawać, iż z Robertem były problemy, chociaż i tak to zasugerował. Nie musiał, gdyż jasno sugerowała to publiczna teczka odnotowując brak posłuszeństwa, niedotrzymywanie terminów, głoszenie teorii anarchistycznych oraz palenie papierosów, co wedle prognoz miało doprowadzić do raka krtani Roberta za dziesięć lat.
                        Ale nie trzeba było czytać tego. Wystarczyło na Roberta spojrzeć. Spodnie czarne, w kant, biała koszula wystająca z nich, rozpięty ostatni guzik, chude oblicze, błękitne oczy, lekko zapadłe policzki, wisiorek na szyki, schowany za koszulą, oraz ogolona czaszka z wyjątkiem cienkiego, luźnego paska blond włosów idącego przez środek głowy. Gdyby był postawiony, byłby krótkim irokezem, a tak wyglądał jak kozacka osełka.
                        Mervi nie mogła doliczyć się uchybień regulaminu stroju w stroju Roberta. Jedno było pewne, Robert był zdolnym programistą, nawet bardzo zdolnym.
                        Następnie wszedł Franklin Yarn, był mężczyzną koło pięćdziesiątki, nosił gruby, wełniany sweter, grafitowy. Dość niski i przysadzisty, siwiał mocno, a jego gęsta, krótka broda była bardziej srebrno-szara niżeli czarna jak reszta włosów na głowie dotkniętych przez spore zakola. Niósł w ręku kubek z kawą i sprawiał wrażenie naprawdę sympatycznego człowieka. Wedle akt, był doświadczonym członkiem Unii. Cała reszta jego kariery była utajona od poziomu uprawnień O3 w górę. Alan mówił, że to właśnie Yarn zajmuje się najbardziej merytorycznym dowodzeniem zespołem, nawet określił go seniorem zespołu.
                        Za nim wszedł ostatni członek zespołu, rozmawiając z Adamem. Nazywał się Alex, wedle publicznych akt był miał doświadczenie wojskowe jako logistyk. Nie wyglądał natomiast na wojskowego. Alex był średniego wzrostu, czarnoskórym mężczyzną o niskim, miłym dla ucha głosie i dobrym, silnym uścisku dłoni. Nosił szarą koszulę, krawat oraz kamizelkę, a w kubku miał herbatę. Alan zaznaczył, iż ma kompetencje aby przejąc dowodzenie nad grupą operacyjną, w razie takiej potrzeby, ale pierwszy w kolejce jest do tego Adam.
                        Gdy wszyscy zasiedli przy stole, Mervi zauważyła, iż Adam spojrzał na ciastka z dezaprobatą.
                        W tym momencie finkę ścisnęło w gardle, jak zrozumiała, iż jeszcze przed chwilą myślała o zjedzeniu ciastka... Na szczęście tego jeszcze nie zrobiła.
                        Alan był jak pluszowy kumpel, ale Adam powodował, że czuła się niepewnie obok niego. Trochę obawiała się wypaść źle w jego oczach, a raczej gorzej niż teraz, a z drugiej strony sama chciała nauczyć się być lepszym technokratą, co mógł zaoferować właśnie Adam, a raczej jego podejście.
                        Być lepszą wersją siebie.

                        Starała się nie rozglądać już, jak wszyscy weszli, a szczególnie nie patrzeć w kierunku Roberta, którego sam wygląd powodował niechęć. On zupełnie nie przejmował się zasadami! Już Adam coś z nim powinien zrobić!
                        Sprawy nie poprawiało, że chłopak zajmował miejsce obok Mervi.
                        I przywodził na myśl znane fince...
                        ...piksele?
                        Adam wciął się Alanowi w początek zdania.

                        - Nie przedłużając, mam nadzieję, że wszyscy przestudiowali publiczne teczki zespołu. Mervi, możesz teraz się przedstawić i dopowiedzieć istotne informacje, które chcesz podkreślić.

                        Mervi nie chciała zabierać głosu, w ogóle się ujawniać, a musiała. Adam tego wymagał finka chciała wypaść jak najlepiej... a jednak żołądek podchodził jej pod gardło i ledwo zmusiła się do wydobycia z siebie słów, które były niestety słabsze niż by chciała.

                        - Mervi Laajarinne. - czuła pulsowanie w głowie z każdym wydanym dźwiękiem - Przyleciałam z Finlandii przed miesiącem. Obowiązki w Unii dzielę ze studiowaniem na Architekturze w Yale. - nie była w stanie patrzeć na nikogo, jedynie w duchu modliła się o koniec tej sytuacji. Pod stołem ściskała nadgarstek, czasem nawet do poczerwienienia skóry. Chciała jak najpewniej utrzymać głos w ryzach.

                        Co powinna więcej powiedzieć? Mój Eidolon potrafi uszkadzać automaty z napojami?

                        - Dlaczego akurat architektura? - zapytał Robert z błyskiem w oku - podobno jesteś dość dobra w komputery.

                        Czy on naprawdę nie wiedział, że tym pytaniem prowokuje dalszy ciąg tortur? A może dokładnie wiedział i go to bawiło?

                        - Bo to ją zaczęłam studiować przed... - zamilkła nie będąc pewna jak określić początek swojej drogi bez mówienia o pikselach zamiast gwiazd - ...przed poznaniem Unii. Wcześniej nie myślałam o informatyce.
                        - No dobrze - Robert powiedział serdecznie, z dziwną dozą dociekliwości - ale przecież to można zmienić. Przyjechałaś do nas, szkolenie obejmuje szereg dostosowań, więc dlaczego architektura pozostała?
                        - Wolę doprowadzić do końca rozpoczęte sprawy, nie rzucać ich, bo się znudziłam, szczególnie jak to sprawy, mogące przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa budowlanego. - Mervi spojrzała w oczy Roberta, jakby mu groziła. Zamilcz, idioto.
                        - Czyli - Robert przekrzywił głowę - to była twoja decyzja. Fajnie - dodał pokazując, że nie ma więcej pytań.
                        - Roberta już poznałaś - Alan uśmiechnął się - zajmuje się głównie walidacją… wszystkiego. Planów, procedur, zaopatrzenia. Szuka dziury w całym, a potem działa z nami dalej. Nic nie pominąłem?

                        Robert pokiwał głową przecząco. Adam bez ogródek zarządził dalsze przedstawienia się.

                        - To zacznę - Alex powiedział powoli - jeśli nie czytałaś moich akt, to za dużo tam nie ma. Generalnie robię tu prawie wszystko, chociaż większość softu zostawiam reszcie, skupiając się już na gotowych danych i dostarczaniu ich operatorom. Masz do mnie jakieś pytania?
                        - Często twoje obowiązki są, i w jakim stopniu, militarne? Tylko logiostycznie?
                        - W razie potrzeby posiadam uprawnienia przejęcia dowodzenia nad członem operatorskim, odpowiadam też za dobór uzbrojenia dodatkowego i wsparcia militarnego jeśli wpłynie do nas taka prośba. Po Adamie odpowiadam również za nasze bezpieczeństwo jeśli działamy z terenu. Czyli - Alex zastanowił się chwilę - jeśli musielibyśmy działać z wozu transmisycumnego i dostalibyśmy dwóch operatorów do naszej obrony, to bezpośrednio dowodzi nimi Adam lub ja.
                        - A takie akcje są częste? - Mervi wyraźnie była zaintrygowana, bynajmniej nie sprawiała wrażenia wystraszonej czy zaniepokojonej. Nawet jakby zapomniała o tremie.
                        - Na szczęście nie - Alex zakończył lekkim uśmiechem.

                        Następnie przyszła pora na Franklina, który dopijał kawę.

                        - Nie pijesz? - rzucł do Mervi wskazując na jej kubek przyniesiony przez Alison - ja zajmuję się głównie stroną techniczną, ale po prawie to wszystkim co się da. W Unii jestem już zbyt długo, więc teraz pomagam okrzepnąć takim dzieciakom jak ty, lepiej ja niż wojskowi - mrugnął okiem i zaśmiał się… i Alex odwzajemnił ten śmiech. Widać nie było między nimi problemów.

                        Mervi schowała swój nerwowy uśmiech za kubkiem z kawą, która już tak gorąca nie była. Wzięła niewielki łyk, bardziej z grzeczności niż chęci, jednocześnie wykorzystując chwilę, aby zobaczyć reakcję Adama na ten żarcik. Technokrata pozostawał niewzruszony, widząc chwilę spokoju, wzrokiem popędził Alisson do przedstawienia się. Kobieta westchnęła pod nosem pod ciężarem spojrzenia agenta.

                        - Modele zachowań, wpływu społecznego, wsparcie kulturoznawcze to moje koniki, jak widać po aktach - powiedziała cicho.
                        - A to wszystko... dużo daje w pracy? - zapytała kobiety, chyba ponownie szukając bezpieczeństwa poprzez unikanie wchodzenia w kontakt wzrokowy.

                        Alison bezgłośnie pokiwała głową energicznie. Adam wstał od stołu, z wyraźnym szuraniem krzesła.

                        - Zbiórka za pół godziny i dwie minuty - powiedział i wyszedł jakby stwierdzając, iż część spotkania, która mogłaby go interesować, definitywnie minęła.

                        Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy wyszedł, po ciastka sięgnął Robert, Alan, Alisson, a po nich i zachęcony Franklin.
                        Mervi nie wiedziała co myśleć o nagłym zachowaniu grupy, za której przykładem tylko Alex nie poszedł. Finka jedynie utkwiła spojrzenie w stole przed sobą, nie chcąc myśleć o ciastkach. I o zgromadzeniu.

                        - Mervi - Alan powiedział ciepło - było dobrze. Widzę, że się nam tu zamykasz - mruknął.
                        - Pewnie nie chce ciastek bo myśli, że Adam ma tu ukryte kamery i zrobi jej zmianę planu diety - wtrącił z wyczuwalną ironią Franklin.
                        - A właśnie - Robert wtrącił - tobie nie suszy głowy o te wypieki?

                        Chłopak zapytał Alison. Ta trochę podniosła głowę i lekko poprawiła okulary oraz włosy odsłaniając odrobinę większy kawałek twarzy. Powiedziała monotonnym głosem, w którym jednak Mervi wyczuwała ironię, nawet nie musząc widzieć lekkiego, ironicznego uśmieszku kobiety.

                        - Próbuje zmienić mi plan żywieniowy. Teraz już nawet nie dostaje zezwoleń na wgląd do badań, progenitorzy mają go chyba też dość… Ale prosił mnie o badania… Ja nie umiem, to mu dziennie podrzucam moją kupę. Lubię myśleć jak idzie na akcje z próbówka lub rozmawia z dyrektorem i jego charakter nie pozwala mu jej wyrzucić.

                        Kobieta zachichotała, czy raczej zachichrała się zachłystując powietrzem, a po chwili zakaszlała.

                        - To może powodować trochę uchybień, naruszać regulamin... - zaryzykowała, nie wiedząc czy lepiej regulaminu bronić, czy towarzystwa.
                        - Rzeczywiście, powinnaś mu o tym przypomnieć - Alex mrugnął okiem - to z nami pracujesz, nie z nim. Alan jest w porządku, ale też nie robi tego samego co my, a Adam zwykle nie ingeruje w naszą pracę, jego rola sprowadza się do pisania raportów, w których stwierdza zupełnie odwrotne rzeczy niż Alan - spojrzał na psychologa - przepraszam Alan, że prosto z mostu, ale dziewczyna musi wiedzieć na czym stoi. Trzeba wiedzieć kto broni twoich pleców, a kto nie - stwierdził odrobinę militarystycznie.

                        Finka spojrzała pytająco na Alana, ale również obdarzyła tym wzrokiem Alexa.

                        - Jak bardzo różne? - zapytała, nie kierując pytania konkretnie do żadnego.
                        - Mamy inne podejście - Alan wyjaśnił łagodnie - przez co często rozmijamy się z oceną wydarzeń. To naturalne - dodał.

                        Mervi nie odpowiedziała, znowu trochę kuląc się w sobie.

                        - Robert... - szepnęła do chłopaka siedzącego obok - Masz źle założoną koszulę. - postarała się delikatnie upomnieć.
                        - Ty też - Robert powiedział naturalnie przegryzając ciastko, a przy okazji wykorzystując początek rozmowy - podoba ci się u nas?

                        Mervi wyraźnie się speszyła i zaniepokoiła swoim strojem, oglądając go jak tylko mogła, widząc to Robert mruknął, że żartował, chcąc uspokoić dziewczynę.
                        Dziewczyna spojrzała z dezaprobatą, ale nie odniosła się.

                        - Jest lepiej niż się spodziewałam. - odparła bez cienia ironii - Ten dynamiczny harmonogram jest niesamowity, pomaga tak to ogarnąć czas i plany!
                        - Trzeba go dostosowywać - Alex odpowiedział Mervi również nie ironizując - AI nim zarządzające jeszcze nie zna się na wszystkim.
                        - Człowiek nie sprawdza tych ustaleń AI? -zapytała zadowolona, że choć Alex ją w tym popiera - I kto w razie co wprowadza zmiany? AI nie jest bezbłędną technologią.
                        - Rodzina algorytmów AI stanowi podstawę Unii - Franklin wyjaśnił dobrotliwie - a już tym bardziej naszych przyjaciół Iteratorów.
                        - Czyli... to AI jest inne niż dostępne dla każdego, tak? - wyraźnie była zaskoczona - Ale jeżeli to podstawa Unii... To jest jak Bóg? Zawsze nieomylne? - zapytała - Znaczy... Nie ma bugów czy hacków na nim nigdy?
                        - Oświecona nauka - Franklin stwierdził bez emocji - nikt nie jest nieomylny, a bogowi w maszynie nie ufam. Ale zaraz znowu wyjdzie, że sieję defetyzm - Yarn uśmiechnął się lekko - jesteś w NWO, komputery nas wspierają, ale nie musisz ich bezkrytycznie słuchać. Od bezkrytycznego podejścia do swojej pracy mamy właśnie iteratorów.
                        - Wątpię by Iterator był zadowolony z twoich słów. - pokręciła głową - Nie wierzę, że są bezkrytyczni, tak by się nie dało niczego osiągnąć, nie nauczysz się bez błędów.

                        W tym momencie Robert zaśmiał się dyskretnie.

                        - Przepraszam - powiedział do Mervi wesoło - poznasz kilka cyborgów i zweryfikujesz swoje zdanie, ok?

                        Mervi zmarszczyła brwi z irytacją.

                        - A co takiego wesołego w tym? Na harmonogram też narzekasz? Przecież AI go generuje.
                        - A kto powiedział, że korzystam - Robert stwierdził beztrosko - jest to opcjonalne.
                        - I wcale tego nie potrzebujesz. - furknęła ironicznie - Tylko trzeba ci przeszkolenia z zakładania koszul. - pstryknęła w guzik niezapięty.

                        Alison w tym czasie pałaszowała ciastko, w podobny jak ostatnio sposób, trzymając je dwoma rękami. Na moment odwróciła wzrok od jedzenia i spojrzała na Roberta, a potem na Mervi, lecz nie skomentowała, wracając do jedzenia.
                        Alan podsumował z uśmiechem.

                        - Widzę, że się polubicie - mruknął trochę beztrosko - pamiętajmy wszyscy, że działamy dla większego dobra. O ile wiem, plan jest taki abyś podczas pierwszych akcji nie pracowała samodzielnie, tylko po kolei z każdym członkiem zespołu, aby poznać co dokładnie robimy, z każdej strony. Zgadza się Franklin?
                        - Tak - mężczyzna przytaknął - generalnie ja będę cię wdrażał, jak masz jakieś pytania techniczne to śmiało. Uprzedzam - podniósł palec groźnie - morduję ludzi matematyką.
                        - Temu mało kto ma odwagę cię pytać - Alex mrugnął okiem.
                        - Spróbuję przeżyć. - spojrzała na kobietę, ignorując Roberta - Czy będzie dużo... em... społecznych spraw? Znaczy... Jestem dość mierna w relacjach międzyludzkich....
                        - Ehm, mmaduzmo mniejsy - Alison zaczęła odpowiadać Mervi, po czym zorientowała się, że ma usta pełne owsianych ciastek. Minęło kilka dobrych chwil nim je przeżuła, popiła kawą, nie śpiesząc się przy tym kompletnie, a nawet chyba ociągając. W tym czasie zdążył za nią odpowiedź już Alex.
                        - Dużo, ale my nie rozmawiamy z ludźmi. Często z pola proszą nas o akta nauczycieli obiekty, sytuację rodzinną, analizę preferencji seksualnych i tak dalej. Dużo tego typu rzeczy wykonuje się na bazie modeli matematycznych, ale oczywiście, jeśli zauważysz coś, co pominął komputer, tym lepiej. No i trzeba mieć czasem wyczucie strojąc algorytmy i dobierając dane wejściowe.
                        - Och. To dobrze. - odparła z wyraźną ulgą - Chowanie się za monitorem brzmi lepiej, niż rozmowa z człowiekiem. - dodała finka.
                        - Tak - Alisson wreszcie skończyła jedzenie i podsumowała cicho.


                        Pokój roboty zespołu wyglądał bardzo sterylnie. Dwa rzędy biurek, pod ścianą, na nich komputery. Po środku wolne miejsce na przejście… i w zasadzie tyle. Na biurkach nie było ozdób, maskotek, ani zbyt wielu charakterystycznych elementów, może z wyjątkiem kubków, misek, talerzy oraz notatek. Na wolnej ścianie, na drugim końcu pokoju względem drzwi, znajdowała się zabazgrolona tablica.
                        Franklin usadził Mervi przy sobie, nie miała jeszcze na tym etapie swego stanowiska. Alan się gdzieś zapodział, chociaż jeszcze przed chwilą był z nimi, wyszedł na telefon. Lukę jego nieobecności wykorzystał Adam, wypełniając szczelnie całe pomieszczenie swoją twardo ociosaną osobowością i stanowczym głosem.

                        - Wszyscy na miejscach, jak widzę. Mervi ten tydzień pracuje z Franklinem, potem kolejne tygodnie będzie przyglądać się pracy innych osób. Osoba z którą aktualnie przebywa Mervi ma obniżone wymagania do 40% wartości znamionowej, macie pozostałe siły przeznaczyć na wdrożenie jej, zadania traktując jako szkoleniowe. Jeśli spojrzycie na główny dashboard, zdjąłem wam z tego powodu większość tematów, przekazując je innym zespołom. Nie przewiduję na czas wdrożenie Mervi ani jednej akcji koordynowanej. Jakieś pytania?

                        Alex miał pytanie.

                        - Co z tym A-115? Mam go wziąć za rogi, ale wymaga O5, nie mogę do dziś doprosić się o grupę specjalną O.
                        - Zajmę się tym – Adam powiedział poważnie – to już ponad tydzień?
                        - Tak.
                        - Dobra – jeśli nikt nie ma dalszych pytań – przeszedł wzrokiem po wszystkich – to idę do administracji ze sprawą Alexa.

                        Jak powiedział, tak robił. Wszyscy zabrali się do pracy na komputerach, w słuchawkach. Wszyscy poza Franklinem, który z uśmiechem odezwał się do Mervi.

                        - Pogadam potem z Adamem aby były to dwa tygodnie na osobę, mam wrażenie, że ciągle do niego nie dociera, że masz jeszcze studia i zwykłe życie., więc nie będziesz z nami cały czas. Umiesz programować?

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • ZellZ Niedostępny
                          ZellZ Niedostępny
                          Zell
                          Moderator Obsługa
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                          #12

                          - Uhm... - Mervi ściszyła głos - Nie czytałeś akt, prawda? Nawet Robert do tej informacji dotarł. Programuję... W sumie. - dodała bez pewności siebie, nie wiedziała czego się po grupie spodziewać - I chyba nie tylko ja tu mam życie?
                          - Czytałem - Franklin powiedział do Mervi pogodnie - jestem trochę oldchsooldowy, lubię sobie z ludźmi pogadać, zamiast oceniać ich tylko na podstawie wykresów i akt. Jak to mówił Protagoras, człowiek jest miarą wszechrzeczy - mruknął okiem - nie bądź taka skromna, wiem, że masz smykałkę. I widzisz, dowiedziałem się z rozmowy, że jesteś zbyt skromna. A życie… na pewnym etapie jest już tylko niezwykłe. Umiesz też w matematykę? Statystyka?
                          - Jestem ostrożna. Nie chodzi o samą skromność. - wyjaśniła trochę zagubiona - Tak... Umiem. - spojrzała uważniej na Franklina - Masz zamiar mnie mordować tym?
                          - Tylko trochę, tylko trochę - zaśmiał się gładząc bujną brodę - dobra matma jest świetnym wstępem entropii, mój ulubiony dział oświeconej nauki - powiedział spokojnie - a jak wygląda twoja znajomość zabezpieczeń? Dotykałaś coś z seciurity czy nie? Stawiam, że nie, inaczej miałabyś karoiotetkę FBI - powiedział z uśmiechem.
                          - Nie jestem przestępcą. - otworzyła szerzej oczy - Żadnym hackerem, cyber-terrorystą.
                          - Niektórych kieruje tylko ciekawość, trzeba ich ukierunkować - wzruszył ramionami - dobra, a jak kwestia oświeconej nauki? W czym czujesz się najlepiej i w jakich gałęziach pasjonuje cię rozwój?
                          - Uczono mnie programowania memetycznego oraz trochę i sił... Prawdopodobieństwo jest fascynujące też... - zawahała się - To, co mi się marzy... Było mi odradzane. Ponoć zbyt trudne... Czasoprzestrzeń...
                          - Dobra, pomyślę co da się zrobić - rzekł z entuzjazmem - teraz o tym jak pracujemy. To jest dashboard - Franklin na ekranie wyświetlił program w postaci tablicy z dużymi prostokątami symbolizującymi tematy - tematem nazywamy każdą operację Unii jaką mamy pod opieką. Jak widzisz, każdy temat ma przypisanych opiekunów różnego typu, w tym jestem tylko ja, w tamtym - przeklikał - ja i Alison, a w tamtym mamy jeszcze ludzi poza naszym zespołem. Nasza rutynowa praca polega na tym, iż masz się orientować w swoich tematach, dokumentacji, śledzić przebieg, oraz mniej-więcej znać inne tematy naszego zespołu. Raz na jakiś czas dostaniesz w temacie prośby, zadania. Większość nie jest na teraz, w stylu sprawdzić coś, wyszukać, załatwić pieniądze i tak dalej, często sprowadza się to do delegowania tej roboty innemu działowi. Niekiedy łączymy się z agentem bezpośrednio, gdy potrzebuje wsparcia typu nawigacja satelitarna, rozpoznanie terenu czy procedury oświeconej nauki. Poza tym zajmujemy się przygotowaniem rzeczy na zapas, nawet jak nas o coś nie poproszą, warto myśleć o dwa kroki do przodu aby móc wyciągnąć dane od razu. Tylko trzeba pamiętać, że w takim wypadku nie mogą być to rzeczy możliwe do wykrycia, nie chcemy komuś psuć pracy jeśli sam nas do tego nie zaprosi. Dużo czasu spędzamy też na wewnętrznym doskonaleniu naszej pracy, ja w wolnej chwili napisałem sporo softu automatyzującego nam pracę, a czemu na całą Unię go nie dystrybuują? Proces certyfikacji to cierń w dupie - zaśmiał się - a na potrzeby zespołu mogę wewnętrznie certyfikowane narzędzia, ale działa to tylko na poziomie który mam pod opieką. Poza tym, czasem zdarzają się akcje koordynowane. Są podobne do tego, jak agent prosi cię o wsparcie na żywo, tylko wtedy pracuje na raz większośc zespołu nad sprawą, czasem trwa to kilka dni, a resztę tematów rzucamy na jedną osobę lub przerzucamy na inne zespoły. Nadążasz?

                          Mervi wyglądała na mocno skupioną na całym wywodzie Franklina. Musiała to wszystko uchwycić. Żadnych błędów.

                          - Tak. - odparła poważnie.
                          - Jak nie ma pytań to albo tak dobrze wytłumaczyłem albo boją się pytać - powiedział popijając z kubka.
                          - W szkołach mówili, że jestem nudna. - zwróciła wzrok ku podłodze - To może być powód.
                          - Mi też - odparł szczerze - ba! Dalej mi to mówią - podał jej myszkę - przeklikaj się przez interface tematów, zadań, a potem omówię ci programy…
                          - Dlaczego? - Mervi wzięła myszkę i zaczęła badać interface - Dlaczego mówią ci tak teraz? - zapytała wpatrzona w ekran.
                          - Kto ich tam wie, normies - mruknął.
                          - Nawet w Technokracji? - zdziwiła się, aż na chwilę odwróciła wzrok od ekranu monitora - Tu też są tacy ignoranci?
                          - Ostrożniej z językiem w unii - Franklin powiedział luźno - ale to chyba tłumaczy czemu tu jesteś.


                          Południe Mervi spędziła z Franklinem na panującym zapoznaniem się z głównym oprogramowaniem. Mężczyzna był cierpliwy, udostępnił też manuale do poczytania w domu, ale od razu wyjaśnił Mervi podstawowe funkcje, komentując które funkcjonalności są dla nich najważniejsze, a które nie do końca działają. Spora część programów nie oferowała graficznego środowiska pracy, ale młoda technokrata była do tego przyzwyczajona.
                          Po tym czasie, Franklin wyciągnął ją na kawę do kuchni, zostawiając resztę w pokoju.

                          - Jaką pijesz? - zapytał nad ekspresem.
                          - Bez cukru z mlekiem, jeżeli drugie można. - minęło już sporo z dzisiejszego dnia w pracy, a Mervi wciąż wewnątrz czuła się trochę zestresowana, jakby cierpiała niezrozumiałą samotność, która nie minęła.

                          Franklin zrobił kawę jaką Mervi chciała, i postawił swój i jej kubek na małym stoliku w kuchni, wysokim aby używać go na stojąco.

                          - I jak się podoba?
                          - Na razie i tak czuje głód na poznanie tego wszystkiego w akcji. - delikatnie uniosła kąciki ust - Bo jeszcze to wszystko... Wirtualne? Tutorial.
                          - Dane są całkiem prawdziwe - mężczyzna powiedział upijając kawę - nie zajedź się łącząc Unię ze zwykłym życiem, ok? To taka rada od starego dziada - mruknął.
                          - Co masz na myśli? - zapytała zaskoczona.
                          - Czas - rozwinął - jak się nie postawisz, to Unia cię wyeksploatuje. Monitoruj swoje samopoczucie.
                          - Ciebie wyeksploatowała? - wzięła łyk kawy.
                          - Na początku tak, zapieprzałem jak dziki osioł - Franklin przyznał.
                          - I teraz żałujesz?
                          - Nie wiem czy żałuję, po prostu stwierdzam, iż było to przesadzone.
                          - Dobrze, skupię się na studiach, jak nie będę miała pracy. - stwierdziła pogodnie, nie widząc problemu w tej logice.

                          Wtedy Mervi niemal podskoczyła gdy usłyszała głośne siorbnięcie ze swej prawej strony. Jej wzrok i Franklina powiódł w stronę Alison która nie wiadomo jak długo już stała z boku i kosztowała ciepłego napoju.

                          - Jak widzę podkradanie się jest w cenie pracy. - mruknęła w stronę kobiety, zadowolona, że akurat nie trzymała kubka z kawą - Jeszcze kiedyś cię obleję gorącą kawą z zaskoczenia.
                          - Nie będzie to pierwszy raz - Alison powiedziała cicho - taka karma. Ups… - kontynuowała monotonnym głosem - ...niepoprawne określenie. Zakaz używania nawiązań do religii i tradycji.

                          Była przy tym śmiertelnie poważna, a mimo to Franklin uśmiechnął się lekko.

                          - Musisz trochę przywyknąć do poczucia humoru Alison… - powiedział do Mervi.
                          - Możesz zawsze "k-word" zastąpić opisówką, jak... - zamyśliła się - Sprawiedliwość Wszechświata?
                          - Wszechświat jest chaotyczny i amoralny - Alison odpowiedziała monotonnie - nie czytasz broszur? Alan będzie zawiedziony. A teraz… Franklin, idź, mamy tu babskie pogawędki.

                          Technokrata westchnął i wyszedł z kuchni, mówiąc do Mervi, iż czeka za kwadrans.
                          Mervi od razu poczuła się niepewnie 1v1 z nową osobą.

                          - Uhm... To... Czyli będziemy gadać o.... babskich rzeczach... Nie używam kosmetyków bardzo, więc... - zaryzykowała, nie mając pojęcia o czym mogą gadać koleżanki.
                          - Bo ja mam dużo kosmetyków - kwaśny uśmiech pojawił się na twarzy Alison.
                          - Chłopaków pewnie też dużo... - na twarzy Mervi po sekundzie pojawiło się zrozumienie co powiedziała - Nie o to mi chodziło! - zakryła oczy - Chodziło o powodzenie…

                          Kobieta zmrużyła oczy, lecz nic nie powiedziała. Mervi miała wrażenie, że czerpie perwersyjną radość z oglądania jej zakłopotania. Wreszcie otworzyła usta, aby powiedzieć równie monotonnie co zwykle, ale za to trochę ciszej.

                          - Franklinowi nie ufaj, Alan chce zbyt dobrze, Alex jest honorowy i sumienny, ale uważaj przy nim co mówisz, Adamowi nie zawracaj głowy, wkurza go sam fakt, że ma jakieś zajęcia. Robert ma dość własnych problemów. Mnie nie wciągaj w kłopoty.

                          Gdy zakończyła, upiła z kubka.

                          - Pytania?

                          Mervi nie wiedziała co z sobą począć w tej sytuacji. Relacje interpersonalne były zawsze trudne dla niej, a teraz jeszcze musiała w nich być. Z jednej strony chciała spuścić łeb i tyle, ale z drugiej...

                          - Czy ty mi grozisz? - mruknęła.
                          - Nie. Pomagam.

                          Powiedziała to i ruszyła do wyjścia,powoli niosąc kubek w obu dłoniach. Zatrzymała się w drzwiach.

                          - Chodź, i tak naciągamy harmonogram.

                          Mervi wydawało się, że prawie rozumie ironię i humor technokratki, prawie, lecz coś ją blokuje, jakby zrozumienie było tuż za ścianą.
                          Finka nie odpowiedziała, ciągle próbując zrozumieć jaki Alison miała problem. Przed czym ją chciała ostrzegać? I to najwyraźniej nie lubiła relacji z Franklinem. Jeszcze by zrozumiała Adama, ale bez przesady! Alison powinna także pracować nad sobą czerpiąc przykład, a nie się buntując!
                          Wzięła w dłonie kubek i ruszyła za kobietą.

                          Prywatne życie Mervi umarło nie zdążywszy się narodzić. Plany ułożenia sobie zwykłego życia, pozbawionego ciągłej pracy i zawiązaniu znajomości oraz sfery uczuciowej podczas studiów, leżało pod nogami Unii, zniszczone doszczętnie. Pęknięte obrazy wcześniejszych marzeń dziewczyny, straciły kuszący kolor i powoli rozpadały się w proch zamieciony buchającym powietrzem z wentylatora maszyny. Proces stał się szybszy odkąd młoda technokratka zaczęła przyjmować przepisane tabletki. Leczenie nie było dla niej problemem, wręcz oferowało ulgę i spokój, którego tak potrzebowała. Nie chciała powrócić do pełnej chaosu egzystencji, która ją ogarnęła po przebudzeniu Geniusza. Podczas epizodów działalności Eidolona nie była w stanie skupić się na niczym, doprowadzać czegokolwiek do końca. Jej uwaga była rozrywana poprzez miliard konceptów i doznań. Chłonęła każdy aspekt rzeczywistości, a tym samym - żadnego zaznać nie mogła nim nie pojawił się inny. Mijały tak szybko, jak tylko się pojawiły - nieprzemyślane, niezbadane. Pełne emocji mieszających się w nienazwane kształty dźwięków i kolory czasu.
                          A dzięki lekom nastała cisza w zmysłach, myślach i snach.

                          Dopiero wtedy Mervi zrozumiała jak bardzo potrzebowała tego stanu. Mogła znowu być sobą, nic nie szturmowało przemocą jej istnienia; nie rozrzucało konceptów bezładnie po pomieszczeniu umysłu, nie próbowało przemycić strzępów jakiś fałszywych nieskończonych idei. W końcu sama wszystko uporządkowała, uznawała co jest jej pomocne, a co nawet resztki sensu nie ma. Czego należy się pozbyć.
                          Spokój... Stabilność..
                          Porządek.

                          Czasami nachodziło ją niezrozumiałe poczucie osamotnienia. jakby czegoś jej brakowało. Nie wiedziała czym było to "coś", jednak gdy technokratka była pozostawiona sama sobie, ta błoga cisza przestawała być po prostu błoga.
                          Niepokój, obawa, samotność. Jak kiedy profesor Skaldespillar ją zostawił.
                          W tych momentach Mervi zamykała świadomość w trudach nauki i pracy. Dawała sobie cel. Odciągała myśli i kneblowała nielogiczne uczucia.

                          Zauważyła też, że sztywne zadania szybciej wykonuje, a wymagające abstrakcyjnego myślenia zaczęły ją męczyć, a i czasem sprawiać trudności. Nawet w nich zawsze szukała logicznego rozwiązania. Bezpieczeństwo mas nie mogło się opierać na wymysłach, a budowle stać na fundamentach fantazji.
                          To by prowadziło tylko do cierpienia.

                          Napotykane osoby w sklepach zaczęły być coraz bardziej odległe. Nigdy nie rozumiała relacji interpersonalnych, jak je osiągnąć. Chciała wspomóc ojca finansowo, a to widziała poprzez zdobycie wykształcenia i sukcesu w pracy. Relacje z innymi nie były w to wpisane.
                          Nie zaczęła rozumieć, teraz szczególnie. Odsuwała się... czy może masy odsuwały się od niej? Przechodziła wokół nich, jak po innej przestrzeni niż oni. Obserwowała, ale nie wchodziła w interakcje. Była gdzie indziej. Kim innym.
                          Ochroni, poprowadzi.

                          Powoli zaczynała zapominać o marzeniach zwykłego życia, przyjaźni i miłości. Miała ważniejszą misję niż ona sama.

                          Kolejne dni pracy pod okiem Franklina przebiegały dość monotonnie. Mervi zdążyła zauważyć, iż technokrata wszystkie prośby o dane załatwiał błyskawicznie, zazwyczaj będąc o kilka kroków do przodu przed prośbami o dane. Z tego też powodu Mervi musiała stwierdzić, iż za dużo współpracy z agentami się pod jego okiem jeszcze nie nauczyła, chociaż obiecywał, że pod koniec tygodnia spróbują.
                          Większość czasu spędzali na pair programming, podczas którego Mervi razem z Franklinem rozwijała i naprawiała narzędzia z którego korzystał cały zespół, przy okazji zapoznając się z tą technologią. Niektóre aspekty ich działania były daleko poza jej zrozumienie, i czuła, że nie ma to nic wspólnego ze zwykłą matematyką czy informatyką, lecz przebudzoną nauką. Franklin okazał się być też całkiem mocny w fizyce. Cały drugi dzień poprawiali model filtrowania zakłóceń ze skanerów satelitarnych - oświeconej technologii pozwalającej z orbity skanować budynki niczym przez rentgen - pracując przy tym z fizycznym modelem zjawiska oraz schematami elektrycznymi tego, co faktycznie satelita wykonuje, a dopiero na końcu latając dane programowi. Znajomość Sił była dla Mervi bardzo pomocna.
                          Franklin dużo pytał Mervi o jej opinie, życie, zainteresowania…. Był przy tym raczej luźno nastawiony i chętnie dzielił się anegdotami ze swej pracy.

                          Mervi mogłaby poczuć się przesłuchiwana, ale Franklin był tak zręczny w tym, że dziewczyna nie czuła nic niepokojącego. Mógł ją w ten sposób sprawdzać czy nie czai się coś w jej zachowaniu niepożądanego, ale przecież nic takiego nie było! Finka wręcz próbowała z całych sił naprawić to, co by nie dostawało do życia technokraty, a o tym problemie z Geniuszem nie wspominała ani słowa. Tabletki ubiły drania, co pozwoliło jej wreszcie rozwijać się bez zakłóceń.
                          Bez sabotowania samej siebie. Podświadomie.

                          Z ojcem ograniczyła kontakty, nie mając na nie tyle czasu, ile zakładała,więc jedynie o nim w kontekście przeszłości kiedyś wspomniała w rozmowie. Miała pewien problem w rozmowie o zainteresowaniach. Nie sądziła, że jej "nudne" fascynacje naukowo-techniczne są aż tak interesujące...
                          Nie powstrzymało ją to przed pytaniami o nauki temporalne i przestrzenne, a gdy o nich mówiła, wyraźnie świeciły jej się oczy z fascynacji, którą jednak pewnego dnia przygasił Robert rzucając z boku, z kwaśną ironią, iż i tak będzie się uczyć tego, co Unia zechce, czy raczej, uzna za optymalne. Franklin się z tym nie zgadzał, ale Mervi miała wrażenie, że brakuje jej jednej cechy Franklina, zdolności odnajdywania się w biurokratycznej machine w sposób, aby i tak robić, to co się chce.

                          Przez cały czas pracy Mervi nie odezwała się do Roberta ani słowem. Wydawać by się mogło, że jego ironia spłynęła po niej i nie zostawiła śladu, a jednak spojrzenie jakim go obdarzyła w tamtym momencie zaprzeczało przyjęcia tego na zimno. Była zirytowana jego zachowaniem i w żadnym stopniu z nim się nie zgadzała. Nie chciała podczas pracy marnować czasu Unii na osobiste dyskusje, więc z zimną cierpliwością odczekała na sposobność rozmówienia się z nim po obowiązkach.

                          Odczekała aż jej zachowanie nie przysporzy nikomu niepokoju, nim "zaatakowała". Wyminęła Roberta na korytarzu w momencie, gdy byli już poza harmonogramem pracy i wiedząc, że może poświęcić kilka minut dodatkowo nim uda się do sklep poza konstruktem, po jedzenie, powiedziała najbardziej twardym tonem, jaki mogła z siebie wykrzesać:

                          - Musimy porozmawiać.
                          - Skoro musisz - powiedział z lekkim uśmiechem - idę na zakupy, możesz mi towarzyszyć - stwierdził idąc w stronę windy wyjściowej z konstruktu.

                          Mervi ruszyła za nim, zadowolona w duchu, że nie zmieni jej to harmonogramu.

                          - Też miałam zamiar zakupy robić później. - zrównała krok z Robertem, nie zmieniając niezadowolonej miny, ale patrząc już w przód uparcie - Wiesz o czym chcę mówić? - zapytała dość chłodno.
                          - Grasz w nowe MMO? - rzucił otwierając windę, raz po dżentelmeńsku, przepuszczając Mervi przodem.

                          Pytanie wybiło Mervi z rytmu myśli.

                          - MMO? - zapytała zaskoczona, wchodząc do windy - Massively Multiplayer Online Game? Nie jestem w metodologii zajmującej się tym…
                          - No to nie wiem o czym możesz chcieć gadać…

                          Mervi spojrzała z dezaprobatą.

                          - Naprawdę? Nie widzisz problemu? - nacisnęła przycisk parteru - Zupełnie czy robisz sobie żarty?
                          - Powiedz wprost o co ci chodzi - Robert westchnął ciężko - nie mam dziś sił bawić się w zgadywanki.
                          - Czemu jesteś takim du... - zawahała się - ...taką wredną osobą?

                          Młody technokrata zmierzył ją wzrokiem, długo i z zastanowieniem. Zaśmiał się krótko gdy winda podjechała na na górę, a oni mogli wyjść z podziemnej sekcji konstruktu.

                          - Dupkiem - powtórzył za Mervi szczerząc się - za to mnie kochasz - mrugnął machinalnie jakby była to jego typowa odywka i przepuszczając Mervi przodem, pokierował ku wyjściu przez recepcję małego biurowca.

                          Mervi prychnęła cicho idąc z Robertem.

                          - Powinieneś opanować język, a przynajmniej chcieć to zrobić. Nawet współpracowników drażnisz, łamiesz zasady chyba dla samego łamania zasad i najwyraźniej chcesz by inni łamali je z tobą lub myśleli jak ty. To co dziś powiedziałeś było obrzydliwe i kłamliwe.

                          Robert pozwolił jej wygłosić tyradę, gdy wychodzili z budynku. Wysłuchał uważnie, idąc niespiesznym krokiem.

                          - Pijesz? - rzucił pytanie jakby przy okazji.

                          Kolejne wykolejenie myśli. Mervi bardzo tej taktyki nie lubiła...

                          - Po co o to pytasz?
                          - Czyli nawet gdyby, to ze mną się nie napijesz - powiedział wzruszając ramionami - jest tutaj nieopodal fajny park. Można sobie usiąść na ławce i przy udziale procentów przedyskutować co komu leży na wątrobie. Ale tak, zakupy zrobię później, będziemy o suchym pysku, masz czas?

                          Finka wyciągnęła komórkę i zaczęła sprawdzać co ma zaplanowane w harmonogramie.

                          - No tak - Robert powiedział ostrożniej, ale z pewną mocą - stwierdzenie, że będziesz się uczyć tego co ci powiedzą było kłamliwe. Czy powiedzenie, że będziesz spotykać się z kim ci pozwolą i robić wszystko co zechcesz, o ile pokrywa się to z harmonogramem też jest kłamstwem? Czy jednak możesz olać wytyczne i zrobić to co ty chcesz?

                          Mervi uniosła wzrok znad ekranu.

                          - Harmonogram jest pomocny w ustalaniu czasu zadań. - odparła twardo - Dam radę poświęcić trochę ze snu czy takich tam...
                          - Nie mam sumienia zabierać ci snu, nie w taki sposób - mruknął ruszając jednak w stronę parku.

                          Finka zawahała się, patrząc na harmonogram. Co powinna zrobić? Czy iść za nim, aby ustalić w końcu?
                          Schowała komórkę i poszła jak i Robert. Będzie jej winny… Mężczyzna zaprowadził ją na skraj parku i wybrał szeroką ławkę w bocznej alejce, na której usiadł, obok, od zewnętrznej strony, stawiając swój plecak i zapraszając Mervi do zajęcia miejsca obok.

                          - Traktujesz wszystko zbyt osobiście - zaczął szczerze - przecież ani razu nie skrytykowałem ciebie, prawda?
                          - Powiedziałeś, że nie osiągnę czegoś - usiadła z odpowiedniej odległości, żeby nie było za daleko ani za blisko - bo mi nie zezwolą. Co za bzdura.
                          - No to poproś po kolei o dostęp do materiałów szkoleniowych z każdej dziedziny oświeconej nauki, większość ci odrzucą, poza tymi, które są przewidziane w twoim osobowym planie rozwoju.
                          - Dopiero zaczynam. - mruknęła - Przyznają mi te materiały, może nie teraz, ale przyznają w odpowiednim momencie. Unia wie co dla każdego najlepsze w odpowiednim czasie. - powiedziała pewnie.
                          - Ja przyszedłem do Unii, aby poprawiać świat, a nie być jedynie narzędziem realizującym cudzą wizję. Ty nie?
                          - Nie można tego nazwać "przyjściem", to raczej po prostu się stało, a że pobyt w Unii pasuje do mojej "wizji" to inna sprawa. - poprawiła zapięcie koszuli i narzuciła sweter na ramiona - Chcę ofiarować światu bezpieczeństwo, chciałam zostać architektem, aby tworzyć bezpieczniejszą, stabilniejszą infrastrukturę. Pytałeś o informatykę... - wychyliła się do Roberta - Nie każdy posiada komputer z urodzenia.
                          - I sądzisz, że najlepiej sprawdzisz się realizując cudze pomysły? Bez cienia własnej woli? Pytam szczerze.
                          - Jakie cudze pomysły? - zmarszczyła brwi - Chcą ochronić innych przed zagrożeniami... Przed Dewiantami Rzeczywistości, przed terroryzmem pod każdą postacią, nawet jeżeli mowa o cyberterrorystach. Dla ciebie to złe, przeciwwstawiać się temu?
                          - Nie - powiedział z determinacją - po prostu uważam, że mam czasem prawo powiedzenia ale oraz samostanowienia. Maszyna Unii jest bardzo mocno spasowana, nie daje dużo swobody. Jeśli jesteś tu z nami, coś o tym wiesz…
                          - Jeżeli by puścili wszystko, to zaraz każdy poszedłby swoją drogą, co zniszczyłoby wspólny cel. Tego chcesz? Stawiasz się, masz problemy. Tak chcesz zmienić świat? Rozpętując chaos?
                          - Chcę po prostu mieć znaczenie. To tak wiele?
                          - Czyli ważniejsze dla ciebie jesteś ty sam, a nie cel dla innych? Dla całości? - pokręciła głową - Nie zrobisz czegoś bez zapisania tego w podręcznikach? To zrobiłem JA?
                          - A nie uważasz czasem, iż sam fakt, że się przebudziłaś, iż posiadasz geniusza, stawia cię na równi z tymi wyżej oraz algorytmami? Ja również pracuję dla mas, chronię je. Po prostu uznaję, iż, o grozo - uśmiechnął się kwaśno - ci wyżej mogą się nie tylko mylić ale i ja czasem mogę mieć w czymś lepszy pomysł.
                          - To może naucz się lawirować w tej biurokracji i zdobądź znajomych na wyższych szczeblach, aby móc swoje opinie przedstawiać wyżej? Twoje zachowanie tylko zniechęca do ciebie, więc czego oczekujesz?
                          - Uczę się - westchnął - ale to nie jest łatwe. I nie wiem czy się nadaję - zawahał się - szlag! Teraz napiłbym się piwa. Twoja wina - mruknął do Mervi.
                          - Moja wina? Ja ci rozum do głowy tylko chcę wbić. I co ma znaczyć, że nie wiesz czy się nadajesz?
                          - Myślisz, że wszystko wiesz bo ci tak ładnie wytłumaczyli - mruknął do Mervi - i chcesz uczyć innych - pokręcił głową lecz z wyraźną sympatią - nie nadam bo nie lubię lizać dup i podkładać świń. Oraz kłamać, to chyba najbardziej.
                          - Po prostu słuchaj poleceń, trzymaj się harmonogramu. Przestrzegaj zasad. To chyba dasz radę?
                          - I myślisz, że do czego to zaprowadzi?
                          - Będziesz miał szanse znaleźć osoby, które ci pomogą w twojej wizji, a lepsza opinia tym bardziej zwiększy szanse, że ktoś cię wysłucha. - westchnęła - Rozmawiałeś z Alanem o tym?

                          Robert krzywo uśmiechnął się.

                          - Jestem w Unii dłużej. Zweryfikujesz swoje pomysły z czasem, ok?
                          - O co ci chodzi? - fince nie podobało się, że najwyraźniej Robert odrzuca próbę pomocy. Jest tu krócej, co ona może wiedzieć…
                          - Wypowiadasz się bez wiedzy jak rzeczy wyglądają w praktyce, tylko tyle. Będziesz tutaj, to zobaczysz - powiedział łagodnie.

                          Mervi nie była zadowolona z wyniku rozmowy. Jak grochem o ścianę.

                          - Czyli ciągle będziesz tak samo się zachowywał?
                          - Wyciągasz ciekawe wnioski - mruknął.
                          - Jesteś po prostu paskudnie uparty. - westchnęła.
                          - Podobno to zaleta, trudno się poddaję - mruknął - ty nie?
                          - Ja po prostu wiem, kiedy upór to jak tłuc głową w mur. - stwierdziła - Jak coś postanowię, to się trzymam tego. Unia mi bardzo pomogła, ze zdrowiem mojego ojca też. Czuję się potrzebna i nie odczuwam samotności, bo zawsze ktoś jest.
                          - To jest cenne - Robert zgodził się z Mervi z uśmiechem - i myślę podobnie. Ale Unia może być lepsze, co nie znaczy, że jest zła. Gdybym tak twierdził, to by mnie z wami nie było.

                          Mężczyzna zamyślił się.

                          - Zgłodniałem, a ty?
                          - Też. - znowu spojrzała w komórkę, aby zobaczyć co mogłaby z sugerowanych składników zakupić na obiad.
                          - Mieszkam niedaleko - Robert stwierdził pogodnie - to co, zakupy i u mnie? Jesteś u nas nowa, to przyjmij obiad w ramach przeprosin. No i lubię gotować - przyznał szczerze, a Mervi prawie wydało się to zabawne. Czy może wydałoby się, gdyby nie była na anty-eidolonowych pigułkach.

                          Nie była pewna czy tak wypada, iść do domu w sumie nieznanego mężczyzny. Może przesadza, a to norma w standardowych relacjach?

                          - Uhm... Ale nie będzie to źle wyglądało, jeżeli pójdę do ciebie? Niezręcznie dla ciebie?
                          - Zgwałcę cię tylko jak bardzo wyraźnie poprosisz - Robert zaśmiał się lekko - a co się przejmujesz ludźmi. Czy opinia zmienia coś rzeczywistego w twoim życiu? Trochę luzu młoda - mruknął.

                          Mervi nie odezwała się, jako że czuła się speszona pierwszym zdaniem. Kiwnęła tylko na zgodę na pójście do niego.


                          Mervi przez cały czas zakupów była milcząca. Co odpowiadała krótko, ale skupiła się na czym innym - obserwacji zachowania Roberta. Chciała upewnić się, że nie zacznie łamać zasad będąc z nią, więc kontrolowała go. Podpadł już wystarczająco w Unii to i nie mogła mieć teraz pewności.
                          Zakupy poszły sprawnie, jako że mężczyzna faktycznie dobrze się orientuje w sprawach kulinarnych, przynajmniej jeżeli mowa o wyborze składników (w czym też Mervi pomógł).

                          Kiedy zrobili sprawunki udali się do mieszkania Roberta, które okazało się dość zagraconą kawalerką. Nie było tam na szczęście brudu, tylko wszechobecny nieporządek - niektórzy nazwaliby go artystycznym chaosem. Nawet po kątach poupychał rozbebeszoną elektronikę. Nic nie miał porządnie pochowane, co Mervi skomentowała poprzez pełen zniesmaczenia wzrok.

                          Zaskakująco, Robert nie tylko umiał kupować składniki na jedzenie, ale także serio dobrze gotował i proces sprawiał mu przyjemność. Mervi z przyjemnością jadła zrobiony przez niego obiad i z równą przyjemnością (a może i większą) brała udział w nerdzeniu o kompach. Robert to rozpoczął i ostro w to się wkręcił. Mervi szybko zaczęła mu próbować wtórować, jako że temat był naprawdę fascynujący. Okazało się, iż jej kolega bym od dawna zainteresowany zabezpieczeniami, a do tego... był hackerem. Nie trzeba wspominać, że za to był również notowany.
                          Ku pocieszeniu Mervi, Robert miał bardzo gorzkie zdanie o teraźniejszej hackerce. Mierzwił go cały ten biznes przestępczy z nią związany i tęsknił za "romantycznymi czasami ciekawości".
                          Tutaj kończyło się podobieństwo dwóch technokratów. Robert wyrażał swoją fascynację i miłość do tematu uczuciem, nawet kiedy mówił o niemiłych mu rzeczach. Mervi z drugiej strony to samo czystą, zimną logiką i choć co jakiś czas przewijały się cieplejsze nuty - to jednak górował rozum, nie serce.

                          A jednak straciła rachubę czasu.

                          Było już po 21, kiedy Mervi spostrzegła, że zmarnowała za dużo czasu. Nie przyjęła oferty Roberta, który chciał ją odwieźć swoim motorem (miała standardy)...
                          ...i masę pracy do nadrobienia po powrocie.

                          Pod koniec tygodnia, nastąpiła rzeczywista praca z agentami. Na potrzeby tego Mervi dostała laptop który położyła obok stanowiska Franklina. Technokrata poklepał ją po plecach.

                          - To będzie kilka godzinek i fajrant - powiedział z uśmiechem - czytałaś dane? Wiem, zbyt dużo ich nie ma…
                          - Tak. - odparła pewnie, jak zwykle przygotowana.

                          Posłała krótkie spojrzenie w stronę Roberta. Rozdrażnił ją, gdy stwierdzał, że Unia jej nie pozwoli na naukę o czasoprzestrzeni. Zupełnie jakby mogli jej zabraniać rozwoju! Ten technokrata był po prostu dupkiem i lubił wprowadzać zamęt.

                          - To dobrze - Franklin powiedział spokojnie - jeden agent, długotrwała infiltracja wspólnoty religijnej prowadzącej szkołę z internatem. Jak widać, agent nie lubi tworzyć raportów… W ramach formalności, komunikacja podlega anonimizacji. My jesteśmy Centrala, numerami, on Agent lub Operatorze. Jest to przeźroczyste. Pewnie czytałaś procedury, ale wolę wspomnieć oczywistości. Za kwadrans łączymy się na kanał głosowy. Gotowa, masz pytania?
                          - Czy pierwszy raz każdego stresuje? - zapytała z całkowitą powagą i chyba brakiem zrozumienia możliwego podtekstu.

                          Franklin uśmiechnął się pod nosem i przetarł brodę ręką, pozwalając Mervi rozumieć co właściwie powiedziała z jego miny.
                          Finka otworzyła szerzej oczy, po czym schowała twarz w dłoniach.

                          - Pierwsza akcja... Chodziło o akcję...

                          Franklin powiedział poważnie.

                          - A o co innego mogłoby chodzić?
                          - ...zapomnijmy o tym...
                          - Dobrze… to nie jest jeszcze pełnoprawna akcja, tylko rutynowe wsparcie, nie ma co się stresować. Wątpię aby było coś więcej do roboty jak wyciągnąć trochę informacji na żywo.

                          Mervi przetarła twarz uspokajając się.

                          - Czy... Agenci już mają przedstawione sztywne cele?
                          - Mają swoje wytyczne, wszystko zależy od konkretnej operacji. My będziemy teraz obsługiwać jednego agenta, o ile wiem, ma dość dużą swobodę operacyjną.
                          - A znasz spodziewany wynik tej operacji? Bo w papierach musiano to... zlać... Znaczy, pominąć! - szybko poprawiła się zawstydzona.
                          - Operacja jest długoterminowa. Na twoim poziomie uprawnień nie poznasz celów. Chyba - Franklin zamyślił się - dopiero od O2 mogłabyś dowiedzieć się jakiego poziomu potrzeba aby znać całość operacji.
                          - Po prostu nie chcę zostać wzięta z zaskoczenia, zupełnie nie zdając sobie sprawy co robić. - wyjaśniła - Chyba, że mam tylko obserwować i słuchać?
                          - Po prostu reaguj na prośby agenta zgodnie z procedurami, w razie wątpliwości, pomogę ci.
                          - Oczywiście. - nałożyła zestaw słuchawkowy - Jestem gotowa.

                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • ZellZ Niedostępny
                            ZellZ Niedostępny
                            Zell
                            Moderator Obsługa
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                            #13

                            Mervi spadł z serca kamień w momencie, gdy po usłyszeniu zimnego głosu agenta CXV-18 do rozmowy od razu wszedł Franklin. I nie brzmiała ona profesjonalnie.

                            - No hej - Franklin zaczął lekko - jak przypominałem, Jon, będzie dziś cię obsługiwać młoda. Mam nadzieję, że nic w planach się nie zmieniło i to nie przeszkadza.
                            - Powinno być ok. Świeżynka?
                            - Tak… W razie czego jestem na linii, ale będę głównie instruował nową, tak aby się nauczyła.
                            - Dobra, bez problemu. Jak tam młoda, gotowa?

                            Technokratka nie wiedziała czy czuje się w tym momencie lepiej, że profesjonalizm do kosza, czy gorzej. Najwyżej będzie z niej śmiech przy kawie...

                            - Gotowa. - przekazała przez mikrofon.
                            - Dobra - usłyszała cichy głos agenta - udostępniamy wam obraz.

                            Mervi dostała w oprogramowaniu zrzut z kamery, wskazujący na człowieka wsiadającego do samochodu, średniego wieku, w płaszczu, spod jakiegoś murowanego budynku. Zdjęcie było wyraźne, lecz robione z bardzo dużej odległości, bez optyki. Na szczęście było widać tablice rejestracyjne.

                            - Zdjęcie zrobione na świeżo, jeszcze siedzą… jak wyjadą to będę śledzić auto. Chcę wiedzieć wszystko co istotne o aucie i tym gościu. Kierowcy niestety nie widzę.

                            Już w momencie zobaczenia na ekranie tablicy pojazdu, Mervi prawie automatycznie wrzuciła numer do wyszukania w bazach pojazdów, najpierw tylko w mieście, poszerzyła zaraz zapytanie na cały Stan, gotowa przejść nim także i na kraj. Nim zakończył się proces, przeniosła uwagę na zdjęcie nieznajomego, a przy okazji na miejsce.

                            - Czy wiadomo coś o budynku, z którego osoba wyszła? - wykadrowała zdjęcie, aby jak najlepiej ukazywało mężczyznę. Tak obrobione przesłała do analizy baz personalnych.
                            - Burdel, centrala, dorzucę adres.

                            Jak powiedział, tak do Mervi trafiły dane GPS. Washington…
                            Mervi zganiła się w myślach, dopisując do wyszukiwań pojazdu otrzymane dane, jako że i to mogło przyśpieszyć poszukiwanie. O dziwo, nawet nie zareagowała zdegustowaniem na to, że była mowa o "burdelu". Po prostu... nie obeszło jej.

                            - Jak długo znajdował się w tym przybytku, agencie?
                            - Brak danych.

                            W międzyczasie klient Mervi wreszcie dopchał się do zasobów obliczeniowych Unii i wypluł jej historię wynajmowanego auta, należącego do firmy przy lotnisku. Auto było już bliskie końca eksploatacji, zwykle po dwóch latach sprzedawano samochody z floty.
                            Budynek… dane wyglądały typowo, lewa firma, salon masażu, typowe właściciele-słupy.
                            W głębi Mervi chciałaby dowiedzieć się więcej o przebiegu misji sprzed aktualnej sytuacji, ale miała w głowie jedno - nie posiadała wystarczających uprawnień.

                            - Samochód jest wynajęty od firmy przy porcie lotniczym Waszyngton-Dulles. - rzuciła okiem na dane wynajmującego - Dane najmującego wprowadzone do systemu nie oferują istotnych wyników, możliwie są niezwiązane - "z czymkolwiek co robisz" - Budynek o typowych danych. Lewa firma odnowy biologicznej i typowe "słupy" jako właściciele. Nikt nie wyłania się z oficjalnych danych. - spojrzała jak idzie z wyszukiwaniem mężczyzny. Nie znaleziono dopasowania. Widząc to, odezwał się Franklin.
                            - Może z filmu byśmy coś wyciągnęli? Analiza behawioralna, potem dopasować do niej jeden z zapisanych modeli behawioralnych. To działa nawet z zamazaną twarzą, wystarczy sylwetka i rozpoznawalne przedmioty.
                            - Agencie, czy poza zdjęciem posiadasz także nagranie tego człowieka? - zapytała.
                            - Nie - usłyszała jakby od niechcenia, lub agent był zajęty - mogę je mieć, ale nie wiem kiedy. Śledzę cel, nie zatrzymują się.

                            Mervi spojrzała na Franklina, na chwilę wyciszając transmisję do agenta.

                            - Możemy pobrać koordynaty, aby wiedzieć jak przemieszcza się agent?
                            - Tak, masz udostępniony GPS - Franklin zwrócił się do Mervi - chyba nie ma tego w graficznym interface, musisz pogadać z brokerem danych z terminala.
                            - Raportuj o zmianach. - przerwała ciszę w komunikacji, wysyłając jednocześnie zamówienie do brokera danych, aby mogła otrzymać dane z GPS agenta CXV-18 i tak móc nadzorować jego trasę.
                            - Jakieś szczegóły tej misji możesz podać czy za małe mam uprawnienia? - zapytała Franklina poza przekazem.
                            - Tylko to co podaje soft, czyli na O1 niewiele - Franklin westchnął ciężko - chwilę to potrwa - upił z kubka.

                            Musiała postarać się, aby zwiększono jej uprawnienia!

                            - Adam powiedział, że po pół roku jest szansa na O2. - odezwała się w oczekiwaniu - Mówiłeś, że w razie co do ciebie trzeba iść, jak wyższe rzeczy są?
                            - Tymczasowo mogę udostępnić taki materiał, teraz nie ma potrzeby.

                            W międzyczasie komputer złapał polecenie, a na mapie Waszyngtonu pojawił się ruchomy punkt poruszającego się pojazdu z agentem.

                            - Jak bardzo jest ciężko otrzymać wyższe uprawnienia? - patrzyła na zmieniający pozycję punkt - Czy agenci posiadają jakieś... urządzenia nagrywające na sobie, jak policja? - zmieniła nagle myśl.
                            - Zależy od agenta. W naszym przypadku agent ma pełna kontrolę nad rejestracją.

                            Franklin spojrzał na monitor Mervi, na jego leciały jakieś logi, w które kobieta się nie wczytywała. Wyglądał na zamyślonego.

                            - Zrób dopasowanie tras. Mamy już długą drogę, pewnie pokrywa się z typowymi drogami już w jakimś procencie - znowu upił z kubka - niech komputer trochę policzy, a co ma się nudzić.

                            Młoda technokratka nawet nie próbowała patrzeć w logi z monitora Franklina. Kusiło ją, a jakże, ale pamiętała - nie jest uprawniona do tej wiedzy. Nie będzie dzieckiem działającym wedle kaprysów.
                            Utrzyma posłuszeństwo zasadom.

                            - Czy w innych misjach będzie opcja wykorzystania takich kamer od agentów, aby widzieć co przed nimi się dzieje? - mówiąc to, jednocześnie wbijała polecenie do komputera, aby sprofilował przebywaną drogę i dopasował ją do typowych.
                            - Zależy od profilu misji - Franklin stwierdził lekko - może nawet w tej będzie taka potrzeba. Zgubiłaś średnik - zwrócił uwagę na powstający kod zapytań Mervi - a tu można zrobić ina… zresztą, nieważne, powinno działać i tak.

                            Mervi szybko poprawiła brak średnika.

                            - A jak ty byś to napisał? - nie przerywała jednak pisania kodu - Może następnym razem mi się przyda ta wiedza.
                            - To nie ma znaczenia - Franklin powiedział z uśmiechem - jak działa to działa, nie jest to kod który będzie nam wiecznie służyć.

                            Mervi wyraźnie skupiała się mocno na kodzie, chcąc by otrzymała najlepsze efekty. Ostatecznie, trwało to długo. Tysiące potencjalnych miejsc, setki, dziesiątki, znowu setki… Mervi miała problem z uzyskaniem stabilnych rezultatów. Lecz co innego miała robić? Było to bezpośrednie wsparcie operacji, a Agent na razie dalej zajmował się śledzeniem celu.
                            Wreszcie Mervi ustabilizowała wynik na pięćdziesięciu ośmiu najprawdopodobniejszych adresach. Franklin się nie odzywał, ale jakby czegoś oczekiwał. Może ją testował?
                            Mervi była w kropce. Otrzymała wyniki, ale jednocześnie nie wiedziała jak je wykorzystać. Pięćdziesiąt osiem adresów!

                            - Najprawdopodobniejszych adresów jest ciągle za dużo. - odezwała się do Franklina, pokonana - Co powinnam zrobić?
                            - Nic szczególnego - Franklin uśmiechnął się - napić się kawy, a w międzyczasie ściągnąć plany okolic i budynków z każdego z adresów. Jak trafiliśmy i się przydadzą to dobrze, a jak nie - zaśmiał się do Mervi - i tak nam się nudzi. Mamy czas, kompy mogą mielieć.

                            Finka od razu się tym zajęła, aby już na zaś mieć gotowe plany.

                            - A czy ktoś się wkurza, gdy robimy coś, co się okaże nieprzydatne?
                            - Zależy - Franklin wzruszył ramionami - jak odpalisz coś bardzo obciążającego i będziesz robić to notorycznie, to w teorii ktoś może się oburzyć, w praktyce pewnie nawet nie zauważą. Podstawową zasadą jest aby nie pozyskiwać na zapas, czego pozyskanie może być wykrywalne. Rozumiesz, jakby agent ścigał dewianta, to satelitarny skaner DNA na pół dzielnicy może zostać zauważony…

                            Mervi zatrzymała dłoń w pół ruchu do naciśnięcia klawisza.

                            - Sate... - otworzyła szerzej oczy - DNA przez satelitę?! - pojawił się lekki uśmiech na jej twarzy - To... Naprawdę...?
                            - Tak - Franklin powiedział patrząc w ekran, jakby czegoś szukał - trzeba tylko uważać aby za bardzo nie napromieniować okolicy.
                            - Czyli to nie jest jak by była fikcja w literaturze! - trochę się hiperwentylowała - A nie wie się o tej... niesamowitej technologii. To jakby magia się urzeczywistniła!
                            - Spokojnie młoda, mamy pracę - Franklin spokojnie wskazał palcem na jej ekran.

                            Trybik finki w mgnieniu oka został przestawiony, która wróciła do kodu, odrzucając rewelacje, jakie zostały jej przedstawione. Starszy technokrata tylko lekko uśmiechnął się pod nosem. Faktycznie, wyciąganie większej porcji danych swoje trwało, podczas których agent śledził cel. Nie było sensu przeglądać wyników, po prostu patrzyli jak zbierają na zapas gotowe dane i na podstawie odchyleń statystycznych wrzucali dane do automatycznej poprawy, szczególnie stare zdjęcia satelitarne.

                            - Eeee… Franklin - Mervi usłyszała we niepewny głos agenta agenta - będę chyba potrzebować wsparcia.

                            Franklin nie odezwał się, tylko w milczeniu spojrzał na Mervi i pokiwał jej głową, aby prowadziła sprawę, zapytała się o potrzeby, gdzie, naturę wsparcia. W razie czego czuwał.
                            Mervi zdążyła całkowicie wygonić z głowy bzdury o magicznych satelitach napromieniowujących obszar w mieście. Co za dziecinny koncept! Magiczne satelity!

                            - Jesteśmy, agencie. - przekazała - Jakie potrzebne wsparcie? Jakie są potrzeby i gdzie?
                            - Zagrożenie, dwie czwórki i jedna piątka. Wszyscy w śledzonym pojeździe. Jak tylko dojadą do celu moje predyktory zwiastują problemy…
                            - Sprawdzone - Franklin potwierdził agenta, ale się nie odezwał więcej.

                            Piątka… to było dużo. Skala miała realnie 7 stopni, w teorii było ich nawet 10, ale powyżej 7 mówiło się o międzynarodowych i międzyplanetarnych katastrofach. Piątki były opisywane w sposób, który u Mervi powodował ciarki. Możliwość wyzwolenia energii zdolnej zniszczyć całe miasto czy doprowadzenie do katastrofalnego załamania przyczynowości na obszarze dzielnicy. Mutacje choroby oraz masowe przełamanie narracji Unii w zakresie paradygmatu. Tak zwani Mistrzowie Tradycji byli często klasyfikowani od czterech do sześciu, przy czym sześć tyczyła naprawdę starych magów. Miała szkolenia… trzeba było myśleć.
                            Technokratka poczuła, jak ciśnienie jej przyśpiesza. Dopiero miała pierwszą prawdziwą akcję, a na początek na takie zagrożenie została rzucona?! To mogło skrzywdzić wiele Mas ot tak! Przecież ci dewianci nie dbali o takich ludzi czy miejsca, które im życie zapewniały!
                            Spojrzała na Franklina, a jej wzroku wyraźnie było widać ostry niepokój sytuacją.

                            - Czy teraz przyda się wezwać cięższe wsparcie...?
                            - Spokojnie - Franklin powiedział do Mervi - jak nie wiesz jaki rodzaj wsparcia, wpisz poziomy zagrożeń i zarezerwuj na dany obszar. Algorytmy podstaw domyślne i ustala priorytety gotowości. I poinformuj o tym agenta.

                            Finka zabrała się od razu do pracy. Mogłaby być zadowolona, gdyby o tym myślała, że gładko jej idzie, nawet w momencie stresu. Określiła poziom zagrożeń i ustawiła go na wysoki, oznaczając obszar jaki został tym ogarnięty. Przy takich dewiantach nie chciała ryzykować.

                            - Wsparcie zostało zlecone. - patrzyła niecierpliwie na ekran w oczekiwaniu na reakcję systemu - Zachowaj większą odległość, aby nie wejść zbytnio w zasięg percepcji zagrożeń.

                            Długie sekundy, potem minuta… Mervi dostała informacje o zarezerwowaniu dwóch Mobilnych Formacji Operacyjnych. Agent czekał. Potem odezwał się.

                            - Mam… podsyłam koordynaty - do Mervi trafił akurat adres jednego z budynków którego miała plany.
                            - Wycofaj się - Franklin powiedział spokojnym, rzeczowym głosem - przejdź w stan obserwacji. Spróbuj sprofilować cele.

                            Mervi w tym czasie zaczęła szukać czy w rzeczonym budynku znajduje się system zewnętrznego i wewnętrznego monitoringu. Spojrzała jeszcze na Franklina.

                            - Może udałoby się poprzez `widok termowizyjny ustalić położenie tych osób?
                            - NIe ingeruj, wrzuć dane do publicznego dla kolejnego zespołu. Czekamy na dane, jestem połączony z wyższymi - Franklin wskazał swój ekran.
                            - Zrobione. - Mervi bez wahania przerwała poszukiwania. Nie ingeruj. Franklin w końcu z kimś wyżej jest połączony. Aż tak poważnie jest? Co się dzieje?

                            Nie, nie ingeruj.
                            Wedle polecenia wrzuciła dane dla kolejnego zespołu, na publiczny. Czekali.. Franklin odezwał się do Mervi.

                            - Nie stresuj się tak. Wszystko jest pod kontrolą.

                            Finka skinęła głową, przymykając oczy dla uspokojenia. Miarowy oddech. Nie ingeruj, wszystko pod kontrolą. Pod kontrolą.
                            Nie zabiorą nam kontroli. Tylko, że czuła… że nie ma racji. Profilowanie zostało zakończone, surowe dane trafiły poziomy wyżej. Franklin patrzył na ekran komputera.

                            - Wycofać się - polecił agentowi - zarządzono procedurę terminacji. Oddziały startują, mamy hitmarki. Dowodzenie nad tamtą akcję przejmują Iteratorzy, my mamy cię bezpiecznie sprowadzić.
                            - Zrozumialem. To spływamy z tego piekła, które zaraz tu będzie.

                            Mervi odezwała się do Franklina.

                            - Przecież będą w budynku mieszkalnym. Czy ciężka piechota to nie zagrożenie dla postronnych?
                            - Zajmą się tym - technokrata ją uspokoił - poza jednostkami bojowymi mają centrałę jak nasza, medyków, agentów… Pewnie za chwilę będzie ewakuacja z powodu rozszczelnienia się gazu. Nie nasze zmartwienie jak to zrobią, to jest Unia, zakładasz, że każdy robi swoją robotę.
                            - Czyli tu się kończy nasz wkład? - zapytała z nutą niepokoju.
                            - Tak, doprowadzamy Agenta z daleka, czyli wsumie spokój - stwierdził pogodnie.

                            Dziewczyna wyglądała na zaniepokojoną.

                            - Nie masz takiego wrażenia... że wcale nie będzie bezproblemowo na tej akcji?
                            - Moje wrażenie nie ma znaczenia - mężczyzna stwierdził spokojnie obserwując ekran.
                            - Tam jest piątka... - stwierdziła - Czy w ogóle znaleźliśmy kim są ci ludzie?
                            - Tak, utajniono - Franklin stwierdził naturalnie.
                            - I nie... Ciekawi cię czy nikt nie ucierpi na akcji?

                            Starszy technokrata tylko uśmiechnął się pod nosem.

                            - That's cold... - mruknęła smutno.
                            - Łańcuch zaufania jest podstawą działania wielu jednostek.
                            - Ale to nie o brak zaufania chodzi, tylko... Troskę. - odparła - Ta... piątka...Jeżeli umie złamać przyczynowość... - zaniepokoiła się - Co da w takim wypadku zaufanie?
                            - Wyższe kompetencje - Franklin wyjaśnił - wiedzą lepiej. Czasem brak wiedzy może zaszkodzić. Na tej podstawie my kierujemy masami.

                            Spojrzała w dół, na klawiaturę.

                            - Frank... A mógłbyś się dowiedzieć dla mnie później czy wszyscy cali i ubiliśmy dewiantów? - zapytała proszącym tonem.

                            Technokrata poklepał Mervi po plecach.

                            - Zobaczę co da się zrobić.
                            - Dzięki. - lekko się uśmiechnęła i znowu skupiła się na tym, co ważne - Więc robota.

                            To, co Mervi nazywała podświadomie terapią, nosiło oficjalną nazwę cotygodniowej ewaluacji psychologicznej. Prowadzona przez Alana, odbywała się w schludnym gabinecie terapetystycznym - o ile Mervi wiedziała, nie był to prywatny gabinet technokraty, a tylko rezerwowane pomieszczenie. Nie znajdowało się również w podziemnej części konstruktu, gdzie się pracowano, lecz w jednym z budynków biurowych będących przykrywką Unii. W środku mieli do dyspozycji wygodne fotele, komputer, stolik, regały z książkami oraz widok z dużego okna na park, w którym ostatnio rozmawiała z Robertem.

                            - Jak się czujesz Mervi - zapytał Alan zamykając za Mervi drzwi.

                            Finka zawsze czuła się bardzo spokojnie przy Alanie. Naprawdę lubiła te terapie, jak i po prostu towarzystwo technokraty.

                            - Całkiem dobrze. Leki naprawdę pomagają. - uśmiechnęła się.
                            - A jak współpraca z innymi? - Alan podsunął jej fotel, samemu siadając po chwili.
                            - Nie narzekam. - usadowiła się w fotelu - Robert czasem jest jak rozpaskudzony bachor, ale jak przestaje być dziecinny, to dobrze z nim się rozmawia. Przed Franklinem straszono, ale nie jest przerażający.
                            - Zanim zaczniemy standardowe procedury - Alan stwierdził wyjmując i kładąć na stole znane Mervi plansze będące nowoczesną, zmodyfikowaną wersją testu Rorschacka - musimy jeszcze coś przegadać. W systemie pojawiła się pilna adnotacja dotycząca ciebie.
                            - Pilna adnotacja? - Mervi wyraźnie była zaskoczona - Tak źle ocenił mnie Frank, coś ze studiami?
                            - Ani to, ani to - Alan uspokoił ją - generalnie miałem z twego powodu kilka niemiłych rozmów. Zgłoszono w systemie, że próbujesz w sposób socjotechniczny przekroczyć swój stopień uprawnień dostępu do informacji. Wiem Mervi, że pewnie miałaś dobre intencje…Jednak filarem Unii jest praca na dokładnie w tym miejscu i dokładnie w ten sposób, w jaki jest to optymalne. Czuwają nad tym analitycy i komputery. Nie możemy używać drogi pozasłużbowej, doprowadziłoby to nas do chaosu.

                            Dziewczyna wyraźnie nie rozumiała skąd to się wzięło.

                            - Nie rozumiem? Jaki sposób socjotechniczny?
                            - Spokojnie Mervi - Alan uśmiechnął się - tak to określa system. Zwykle takie etykiety pojawiają się gdy na przykład poprosisz kogoś z, na przykład, dajmy na to O4, sprawdził jakieś akta, wynik akcji lub jakiś parametr.

                            Alan spojrzał na nią poważnie, kilka dłuższych chwil, po czym powiedział wyraźnie głośniej.

                            - To oczywiście przykład, nie znam detali sprawy.

                            Mervi szybko zrozumiała sugestię... i wcale jej się nie podobało to.

                            - Poprosiłam Franklina, czy mógłby się dowie...
                            - Nie wiem czy to ta sprawa o której mówisz.
                            - Nie ma nic innego. - czuła gorzki smak zdrady - Chciałam tylko wiedzieć czy inni nasi nie ucierpieli, martwiłam się!
                            - Wiem… ale od tego jest droga oficjalna Mervi, i to jeden poziom wyżej tylko, w typowych warunkach. Jeśli to jest to, najpewniej podsłuchał was automat.
                            - Albo Frank nakłamał. - odezwała się z bólem - Obawiałam się, że nasi ucierpią w akcji, może nawet zwykli ludzie... Nie chciałam znaleźć jakiś szczegółów, danych czy tajemnic.
                            - Frank nie jest typem kłamcy - Alan powiedział do Mervi szczerze - to skarb, że mamy go w zespole.
                            - Ja się tylko martwiłam... - zacisnęła usta - Tam mogło być zagrożenie, a mnie nie dano tego obserwować, aby móc pomóc...
                            - Ja cię rozumiem - Alan powiedział do Mervi porozumiewawczo - ale rozumiesz też potrzebę pewnych zasad? One mają sens jeśli dotyczą wszystkich.
                            - To źle, że się martwię o innych? Powinnam przestać? I jak niby wtedy angażować się w czynienie dobra dla mas, gdy ci nie zależy na innych? - głos jej się załamał na końcu.
                            - Ograniczenia uprawnień Mervi są właśnie z tego powodu, bo my się martwimy o masy. To jest dobre, ale załóżmy, że pojawią się ofiary. Załóżmy, że wedle wszystkich możliwości, nie byłabyś w stanie zmienić tego i twój udział był bez wpływu. To drugie by do ciebie nie dotarło, natomiast zadręczała byś się. Po to pewne formy cenzury i hierarchia uprawnień, aby zdejmować z poszczególnych ludzi ciężar psychiczny. Jesteś młodą osobą, byłoby nieludzie kłaść ci na barki taką odpowiedzialność i taki ból. Ci którzy mają większy poziom O to nie tylko kwestia doświadczenia i zasiedzenia się. Człowiek starszy staje się odporniejszy, młodsi jesteśmy delikatniejsi. Zgodzisz się ze mnę?
                            - Myślisz, że nie będę się martwić w niewiedzy? - zapytała z żalem - To co, mam do agentów jak do pionków na szachownicy podchodzić, bez zainteresowania ich losem?
                            - Sądzę, że będziesz się martwiła dużo, ale to dużo mniej - Alan powiedział szczerze - musisz znaleźć swoją drogę. Patrz na Franklina, on nie jest służbistą, a jednak dobrze w strukturach unii się odnajduje.
                            - Więc ty się innymi nie przejmujesz?
                            - Gdybym się nie przejmował, nie zajmowałbym się waszą gromadką - Alan zaśmiał się po przyjacielsku do Mervi - nie sądzisz? Jeśli na razie nie jesteś w stanie tego przetrawić, pilnuj się dla mnie. Staram się was chronić, ale nie mogę wszystkiego.

                            Położyła głowę w dłoniach.

                            - Co musiałeś zrobić teraz? Co mi groziło?
                            - Nic wielkiego, wpis w aktach. Wolałem abyś na początku miała czystą kartotekę, sama rozumiesz.
                            - Ale jak to załatwiłeś?
                            - Trochę świecenia oczami, trochę kontaktów, trochę innych metod - mrugnął.
                            - Dziękuję i przepraszam... - westchnęła - Teraz to odwlecze moje spotkanie z ojcem...
                            - Popracujemy nad tym - Alan pocieszył Mervi - dziś więcej nie mamy do roboty, a Ty zasługujesz na trochę przerwy. Szybko obskoczymy raport i plansze i gotowe?
                            - Jasne. - przynajmniej więcej czasu by rozmówić się z Frankiem.

                            Franklin wiedział...
                            Mervi oczekiwała na pojawienie się Franka jeszcze przed rozpoczęciem pracy. Czekała w korytarzu prowadzącym do pokoju ich centrali, wspierając się plecami o ścianę. Myślała o tym co usłyszała od Alana i nie mogła uwierzyć, że tak doświadczony technokrata nie zdawał sobie sprawy z tego, w co ładuje się młoda. O ile w ogóle to nie on na nią "nakablował".
                            Musiała go skonfrontować. Była trochę zmęczona… naciągnęła harmonogram aby lepiej przygotować się do zajęć na uczelni, a teraz praca… Za to Franklin wyglądał na wypoczętego.

                            - Cześć Mervi - powiedział do niej idac z kuchni do ich pokoju pracy, widać był tu już od dłuższego czasu.

                            Mervi czuła zmęczenie, ale to nie oznaczało, iż miała zrezygnować z tej "rozmowy". Początkowo nic nie mówiąc, stanęła na drodze Franklina, aby po chwili powiedzieć z wyraźnym wyrzutem:

                            - Dlaczego?
                            - Dlaczego co?
                            - Dlaczego tak potraktowałeś moją prośbę, jakbym chciała jakieś wrażliwe dane wyciągać twoimi rękoma?
                            - O czym ty mówisz - Franklin skrzywił się - przepraszam, ale jeszcze do tego nie siadałem, zwykle trzeba trochę poczekać na w pełni klarowne dane i bym po prostu to sprawdził - stwierdził.

                            Nie wiedziała czy on serio nie nakablował, ale na pewno nie ostrzegł...

                            - Jeżeli nie mówiłeś nikomu, to komputer to zainterpretował pokracznie. Niemniej, nie powiedziałeś mi, że nie powinnam nawet tego kiedykolwiek wiedzieć, bo mogę za to oberwać.
                            - A ja nie mogę ci podać - uśmiechnął się krzywo - a mimo tego powiedziałem, że to załatwie. Procedury sobie, ale z umiarem - stwierdził lekko, acz w jego głosie Mervi czuła siłę doświadczenia - zakładam, że wiesz jak uważać. Może cię Robert albo Alisson podjebali, na nich bym stawiał.

                            Zamyślił się.

                            - Tak, ich sprawdź lub olej sprawę. I jeszcze jedno, nie lubię gdy się na mnie naskakuje, młoda.
                            - Wszyscy mówicie na siebie nawzajem. - finka brzmiała na zbolałą - Nie będę dochodzić teraz kto i co, mam dość. Wiedz, że nie chciałam żadnych danych kraść, tylko kierowałam się ludzką troską, to takie złe?
                            - Gdybym miał coś przeciwko, powiedziałbym ci - Franklin stwierdził z uśmiechem - no dalej młoda, nie ma co się zadręczać. Chodź, mam jeden program do zdebugowania, przyda się mi kaczka debugowa - mruknał.
                            - Quack. - mruknęła bez entuzjazmu.

                            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • JhnWJ Online
                              JhnWJ Online
                              JhnW
                              Administrator Obsługa Developer
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                              #14

                              Eidolon Mervi musiał mieć jakieś chore poczucie humoru połączone ze złośliwymi zdolnościami przewidywania przyszłości. Jak inaczej mogła wytłumaczyć, że swoją aktywność zaczął tuż po spotkaniu z Alanem, którego jak na złość nie mogła dorwać przez następne dni, aby poprosić o większą dawkę leków…
                              Sny. Wszystko zaczynało się i kończyło w snach. Dziewczyna każdego dnia śniła o czymś, czego nie potrafiła nawet nazwać. Widziała kolory, które po przebudzeniu nawet pamiętała, ale nie potrafiła ich odtworzyć, nie istniało takie widmo światła widzialnego… Było w tym coś fascynującego, umysł potrafił stworzyć zupełnie nowe wrażenie, które nie ma przełożenia na materię, jest nową jakością. Było to też bardzo rozbijające odczucie, jedno z wielu które sprawiały, że poranki Mervi były naprawdę ciężkie.
                              Inne elementy snów nie ułatwiały się jej wzięcia w garść. Dźwięki, schematy maszyn, algorytmy, układy logiczne, miliardy zbyt skomplikowanych równań, pomylona, lecz fascynująco świeża architektura, schematy blokowe problemów, długie łańcuchy białek…
                              Każdego rana czuła się jakby wracała z wycieczki po muzeum szalonej kreatywności. Była zmęczona tym co widziała, przewodnik był równie kopnięty co treść, a sama myśl, aby wyodrębnić pokazywane jej rzeczy z chaosu sprawiała, iż zaczynała ją boleć głowa. Mimo to odruchowo próbowała, czuła jakby mogła naraz chwycić miliard tematów, jakby każdym była zainteresowana, a strzępki wiedzy okraszone pomysłami – niektórymi pochodzącymi ze snów, a niektórymi jej własnymi, zainspirowane treścią marzeń sennych – fascynowały ją. Stawały się natrętnymi myślami.
                              Czuła, iż w konstrukcie nie jest tak uważana. Uwaliła dwa testy na studiach. Mimo, że była na nie przygotowana, to zamiast skupić się na poprawnym opisaniu rodzajów fasad budynków, jej myśli krążyły wokół pomysłów, które mogła realizować…
                              ...gdyby nie harmonogram. Po prostu nie miała kiedy. Programy pisane z Franklinem były nudne i powtarzalne, co prawda starszy technokrata twierdził, iż czasem trafi się ciekawy problem, to akurat miała pecha trafić na to co odpowiadało dziewiętnastu procentom pracy programistycznej Franklina.
                              Tylko raz udało się jej wcielić projekt w życie. Rysunek fasady biblioteki. Dachy i okna, mniej szalone niż we śnie, ale równie odważne, ich kompozycja, łuki, ukosy, a jednak porządek… Owszem, Mervi podobało się swoje dzieło, ale nie uważała go za wybitne. Co innego zainteresowana, starsza profesor, która od razu zapytała dziewczynę, czy myślała już o promotorze.
                              I wtedy zaczęła się zastanawiać, gdzieś w głębi duszy, na ile potrzebuje prochów.
                              A potem przyszło jej pracować z Alexem.

                              Sny były jednocześnie ekscytujące, jak i przerażające. Naprawdę Eidolon mógł tyle spowodować? Ona sama się zadręczała takimi wizjami?
                              Chciała porządku... tylko czemu chaos wyglądał tak nęcąco? Przez takie bzdury zawalila dwa testy! To jak sabotowanie samej siebie! W projektach też to przeszkadzało. Nawet jeżeli porządek pozostawał zachowany, to zawsze było coś... innego. Nieoczekiwanego może? Nie wiedziała co jej nie pasuje w obrazie. Za dużo sztywnych form? Za mało?
                              Nie rozumiała...
                              Musiała zwrócić się po pomoc do Alana. Coś nie... nie działało wedle reguł...
                              Czemu myślała o odstawieniu leków?!


                              Na pierwszą pracę z Alexem przyszła zmęczona snem, jaki nie miał litości i tej nocy. Pierwszy dzień z Alexem ustawiony był późno wieczorem, w weekend, i najpewniej przeciągnie się do nocy - tyle dostała informacji. W pokoju w którym pracowali była tylko Alison jedząca jakąś japońską zupę oraz Alex. Gdy tylko Mervi do nich przyszła, czarnoskóry technokrata wstał i uśmiechnął się do niej podając rękę na powitanie.
                              Mervi podeszła podając rękę już w wyuczony sposób.

                              - Reszta ma wolne już, co? - spojrzała po obecnych - Alison, czym zapracowałaś na te godziny?
                              - Powiedzmy, że wolne - Alex powiedział ciepło - harmonogramowanie pracy jest dalej, po tych wszystkich latach, wielką tajemnicą dla mnie. Alison - wyglądał na zaskoczonego, powoli spojrzał na kobietę - kiedy przyszłaś?

                              Alison z wyraźnie wypisanym bólem na twarzy oderwała się od swej zupy.

                              - Cześć. W kuchni za duża szansa na spotkanie peregrynującego progenitora-dietetyka.
                              - A ty nie lubisz trzymać diety, co? - uśmiech Mervi miał coś z nikłej złośliwości, czy przekomarzania.
                              - Muszę przytyć. Nie pozwalają mi - technokratka stwierdziła cicho po czym wróciła do pałaszowania pałeczkami makaronu… nie, teraz łowiła z zupy boczek.

                              Tymczasem Alex wskazał Mervi miejsce przy sobie. W przeciwieństwie do Franklina, wydawał się bardziej energiczny i zdecydowany.

                              - Zrób mi analizę tych danych medycznych, zaraz będziesz mieć wrzucone - powiedział zdecydowanie - potem pogadamy jak znajdziesz tam coś ciekawego. Jakieś sto tysięcy rekordów.
                              - A już myślałam, że anoreksja. - Mervi rzuciła do kobiety i usiadła obok Alexa, słuchając poleceń.
                              - Analizować pod jakimś konkretnym kątem?
                              - Nie, zrobimy ślepy tekst. To co ja wiem może ci zaburzyć rozumowanie. Szukaj interesujących rzeczy.

                              Mervi nie traciła czasu i jak tylko dostała dane zaczęła szukać tych "interesujących rzeczy".. Sprawdzała czy są jakieś wpisane zabiegi przeprowadzone na pacjentach, problemy zdrowotne. Nic ciekawego… zajęło to dużo czasu, lecz Mervi nie znalazła ciekawych korelacji poza anormalnym występowaniem nowotworów, grupa była na tyle dużą, iż odchylenie musiało coś znaczyć. Podobne wyniki uzyskał Alex… który po prostu zebrał wyniki od Mervi, zestawił jej… i wysłał kilka kolejnych zestawów danych dla innych agentów, do analizy, znowu na podobnej zasadzie ślepych testów - a to dane biomedyczne innej grupy, a to dane o przestępczości w szkołach w pewnym rejonie, a to zmiany składu chemicznego… Byłoby dobrze wiedzieć po co te dane są agentom, lecz nie taka była ich praca, oni mieli przeanalizować, odciążyć agentów i dać im bardziej użyteczne informacje na następny dzień. Sam Alex wyglądał na zadowolonego z takiego trybu pracy.
                              Mervi spojrzała niepewnie na Alexa.

                              - Czy dobrze rozumiem... Nie powinnam się interesować po co te dane? - zwróciła wzrok na ekran - Zakładam, że może chcą... - zamilkła nie wiedząc czy może nad tym się zastanawiać.
                              - Niektóre sprawy są dostępne nawet na twoim poziomie - Alex powiedział pewnie i zdecydowanie, do takiej postawy bardziej by jej pasował zimny, profesjonalny ton głosu, lecz głos czarnoskórego technokraty był miły i ciepły, a on sam nawet delikatnie uśmiechnął się - po prostu nie ma to sensu. Algorytmy wyliczają do takiej obsługi sprawy w których kontekst nie jest nam potrzebny. Czasem jest też on dziurawy, wyobraź sobie pojedynczego agenta pracującego nad jakąś sprawą… Nie ma czasu na raporty, do centrali odzywa się sporadycznie, może nie dosypia nawet, ułatwiamy im robotę. To jest najefektywniejszy sposób działania dla części wypadków, zaznajomienie się z każdą sprawą sprawiłoby, że bylibyśmy mniej produktywni, a nie poprawiłoby to jakości analizy.
                              - Czy sprawdzamy tak czy to promieniowanie z satelit, nie uszkodziło kogoś?
                              - Zaraz sprawdzę - Alex spojrzał na ekran - no masz, tu te dane medyczne, dostęp od O1, agent bada skażenie środowiska w rejonie. Pewnie ta grupa osób to mogą być drwale, pracownicy tartaku czy może fabryki? Tego już nie uzupełnił… No ale widzisz, taka fucha.
                              - Ale pożyteczna, masom tak można pomóc, prewencja czy znaleźć kogoś z nielegalnym składem odpadów promieniotwórczych.
                              - Masz rację - Alex stwierdził poważnie - wracajmy do pracy.

                              Finka wzięła się do pracy, która była w sumie... monotonna. Początkowo Mervi to nie przeszkadzało, przynajmniej dawało stabilność działania. Pewnie gdyby miała silniejszą dawkę leków mogłaby lepiej to znosić, ale i tak starała się uczepić tej stabilności i nie wypaść myślami z zadania... tylko fantazja i ciekawość przeszkadzały.

                              - Może w klasie chemii jest wejście do magazynu, w którym grupa terrorystyczna produkuje broń atomową? - wyrwało jej się - Agenci wejdą w trakcie jakiejś lekcji chemii…
                              - Może - Alex przytaknął grzecznie pracując skupiony, najwidoczniej nie było to w jego typie humoru, ale był grzeczny aby Mervi nie strofować. Sam po dłużej chwili podezwał się w zupełnie innej sprawie.
                              - Zmieniłem ci harmonogram, góra klepnęła - powiedział z wojskowym stylu, bo nawet Mervi nie zapytał o zdanie - wyśpij się jutro, bądź wypoczęta. Zrobię ci szkolenie i pogląd podstawowej broni i gadżetów - dodał poważnie.
                              - Możesz tak po prostu zmieniać czyiś harmonogram? - zapytała zaskoczona.
                              - Na potrzeby szkoleniowe, i kilka innych przypadków - Alex odpowiedział rzeczowo.
                              - I tak łatwo to przyklepują? - dziwnie się czuła, gdy jej ktoś ot tak ustalał życie, ale to przecież szkolenie, a Alex ma i tak wyższe uprawnienia, czyli jakby... jest mu podległa.
                              - Zwykle nie - Alex odparł, a widząc niepokoje dziewczyny, zreflektował się - słuchaj Mervi, nie zabrałem ci czasu. To zamiast roboty. Widzisz, uważam, że wadą szkolenia zaplecza Unii jest brak realnego obycia z narzędziami operatorów polowych. Temu chcę ci pokazać abyś sama mogła podotykać gnatów i innego sprzętu, potem łatwiej ci się zapamięta z której strony zamek ma jaki karabin, a takie szczegóły przydają się gdy wspierasz kogoś na żywo.
                              - Czyli też nauczę się strzelać? - zapytała żywiej.
                              - Nie sądzę, że nauczysz się strzelać, to za mało, dalej nie trafisz niczego w stresie - przyznał szczerze - ale łatwiej zapamiętasz co jest czym jak poznasz, jak kopie i tak dalej.
                              - Umiem działać w stresie... - mruknęła, chyba z fochem.

                              Alex uśmiechnął się… zupełnie szczerze. I w sposób kumplowski klepnął Mervi w plecy, trochę za mocno nawet.

                              - Tak, tak, macho jesteś - powiedział weselej - nie umiesz, nikt nie umie jeśli tego nie przeżył. Nie ma co się dąsać. Chodź, mamy jeszcze trochę rzeczy do roboty, może prędzej skończymy dziś.

                              Westchnęła z niknącym fochem.

                              - Jasne... - spojrzała w ekran - Ale i tak zobaczysz…


                              Mervi czuła się dziwnie gdy zjeżdżała wraz z Alexem jeszce jedno piętro niżej i wchodziła do pomieszczenia z wyższym stopień uprawnień specjalnych. Dostała w recepcji legitymację gościa, z podanym Alexem jako opiekunem. Fizyczna karta dostępu była miłym, tradycyjnym gestem od wszechobecnej identyfikacji uprawień na podstawie skanowania twarzy, tęczówki oraz wyciągania informacji z chipa w skórze Mervi.

                              Znaleźli się z Alexem w sterylnym zestawie pomieszczeń – małej szatni, sali szkoleniowej wraz z nartnikiem, zbrojowni oraz strzelnicy. Tutaj najwidoczniej odbywały się szkolenia, planowania oraz odprawy agentów polowych, raczej grup po kilka osób, nie więcej. Teraz mieli to na własność.

                              - Strzelałaś kiedyś? - Alex zapytał Mervi odblokowując elektryczne zamki z szaf, i wyjmując kilka sztuk broni konwencjonalnej, pistoletów, strzelb, karabinów.
                              - Nie. - odpowiedziała, w tym momencie czując się nudna.... - Często tu jesteś? - rozglądała się z ciekawością.
                              - Nie - Alex odpowiedział szczerze - pisana jest mi robota przy biurku. Mam PTSD na sterydach - powiedział kompletnie nie kryjąc się z tym - w normalnym funkcjonowaniu mi to nie przeszkadza, jest uśpione, chociaż Alan woli mówić wyleczone. Ale w razie jakiejś zadymy mogą być kłopoty. Temu zmieniłem profil pracy - powiedział szukając amunicji.
                              - Och. - przysunęła się do Alexa patrząc z zainteresowaniem na jego poszukiwania - To brałeś udział w akcjach?
                              - Tak - Alex potwierdził - zaczniemy od broni bez amunicji, weź tego glocka - podał Mervi pistolet.

                              Mervi wykonała polecenie. Nie chciała drążyć tematu i męczyć tak Alexa. Biedny...

                              - Co teraz? - zaczęła oglądać pistolet.
                              - Na razie nic - Alex stwierdził szczerze - przymierz, zobacz ile waży, jak jest ciężki, jakbyś mierzyła… Chcę abyś zawsze to miała w głowie, aby któryś chłopak nie dostał kurwicy po złotej radzie z centrali, aby wystawił pistolet nad głową i strzelał - powiedział spokojnie… ale chyba żartował, nie był w tym atak do Mervi… raczej wspomnienia. Chyba ktoś faktycznie kiedyś tak zasugerował agentowi.
                              - Wiem, że to ma odrzut, ale to tyle. - ważyła w dłoniach - Choć strzał znad głowy to chyba takie filmowe? Nie wiem, tylko zgaduję, nie oglądałam filmów akcji…
                              - Ciężkie i tak, i jak to chwycić, wymierzyć - Alex powiedział - na razie dam ci na sucho każdą broń, potem postrzelamy i pokażę obsługę.

                              To było coś bardziej zajmującego od analizy, jaką wczoraj robili. Mervi czuła się dziwnie podekscytowana. To musiał być efekt uboczny mniejszej dawki leków.
                              Niemniej mogła się "pobawić" różnymi typami broni, nawet jak karabiny szturmowe. Alex pokazywał jej odpowiednie postawy, uczył każdą broń trzymać... i finka była wniebowzięta, choć na zewnątrz widać było po prostu silne skupienie.
                              Alex nie pozwalał Mervi rozpraszać się, potrafił pozarywać, lecz gdy trzeba było powagi, natychmiast zdecydowanie, lecz nie obcesowo ucinał luźniejsze pogadanki dbając o skupienie swej kursantki. W trakcie zapoznania z bronią, od razu przekazywał jej podstawowe informacje dotyczące bezpieczeństwa. Mervi nawet nie zorientowała się kiedy Alex płynnie przeszedł do nauki przeładowania, omawiania usterek połączonej z ogólnym przeglądem typów amunicji oraz jakie uszkodzenia czynią. Dodatkowo miała przesłane kursy do swojej bazy danych, lecz Alex twierdził, że może raz jeszcze przeczyta w domu dla utrwalenia, i to wystarczy. Uwagę dziewczyny zwróciły rzeczy dla niej nieoczywiste. Amunicja większego kalibru, a już szczególnie twardsza, cechowała się większą przemijalnością osłon, zdolnością obalającą przy utknięciu w ciele – tutaj Alex omawiając z Mervi ciężką strzelbę opowiadał o polowaniach na słonie i przyrównał je do walki z Obcymi – ale w przypadku ludzkich celów, trafnie w tkanki miękkie było mniej groźne. Taki pocisk przelatywał na wylot, nie rozpadając się w środku, tworząc przez ciało dren, zamiast poszatkować organy wokół. Wspomniał też, że rany wylotowe niemal zawsze są większe od wlotowych, w każdej broni.
                              Po tym przyszła pora na strzelanie. Technokrata asystował Mervi. Od razu widać było, że nie chciał jej nauczyć strzelać. Stosunkowo mało mówił jej jak celować. Chciał aby postrzelała i zapoznała się z dużym garniturem uzbrojenia, a nie została strzelem – to była znacząca różnica.
                              Gdy czas przyszedł na większy kaliber, Alex asystował Mervi z uwagą, ciało w ciało, dbają aby drobna finka nie zrobiła sobie krzywdy. Z rewolweru dużego kalibru nie pozwolił jej strzelać, gdyż jak twierdził, przy jej wadze i sile nadgarstków jest to fatalny pomysł.

                              A finka cały czas była niemo zachwycona.

                              - Masz jakieś rady czego na pewno nie mówić agentom? Prócz strzału znad głowy. - gdzieś w tle żałowała, że nie będzie walki w jej pracy...
                              - To była anegdota. Jesteś inteligentna, po to masz się z tym wszystkim obcykać aby gdy przyjdzie gorąca sytuacja przywoła wspomnienia, nie suche fakty, ale mówić ktoś, kto dany sprzęt widział, używał. To pomaga. No i koryguje błędy w podręcznikach.
                              - Uhm... - Mervi westchnęła - Jest jakakolwiek szansa, abyś choć ciutes mnie pouczył z Glocka strzelać, czy to poza tym, o czym mogę myśleć? W końcu może być kiedyś zbieranie informacji w terenie, a tam różne rzeczy mogą się zdarzyć...
                              - Jeśli dostaniesz skierowanie do takiej pracy to Unia zapewni Ci wiele bardziej kompletne szkolenie niż kilka godzin ze mną - Alex przyznał pewnie co do procedur - jeszcze trochę nam zostało, potem trzeba posprzątać i mamy jeszcze coś - zaczął tajemniczo.

                              Początkowy xawód przerodził się w zaciekawienie.

                              - Co po sprzątaniu? - zapytała.
                              - Wykład, a potem przegląd nieco mniej typowego sprzętu wykorzystywanego przez agentów.
                              - Ty będziesz ten wykład prowadził?
                              - No tak, mamy tutaj salę szkoleniową, wejdę na komputer, wrzucę slajdy, weźmiemy karton modeli i replik - widząc minę Mervi dodał - prawdziwe też są, ale niektóre to tylko dokładne modele, na potrzeby szkoleniowe, często wytrzymalsze od prawdziwych.
                              - Czy te gadżety też mają coś wspólnego z Oświeconą Nauką?

                              Alex uśmiechnął się lekko.

                              - A jak myślisz.
                              - Będę mogła któreś na żywo pomacać? - zapytała podekscytowana.
                              - Mam nadzieję, że mowa dalej o sprzęcie - Alex szturchnął Mervi po żołniersku i gdy skończyli strzelać, poprosił o pomoc w sprzątaniu sprzętu, od razu rzucając uwagi o przechowywaniu i konserwacji broni.

                              W sali szkoleniowej kobieta musiała chwilę poczekać na technokratę, gdy wrócił z plastikowym pudłem sprzętu, które odstawił na biurku obok siebie, i zaczął przygotowywać prezentację na komputerze.


                              Mervi wydawała się trochę niezręcznie czuć, po żarcie z pomacaniem, ale dopiero, gdy Alex zaczął prezentację przygotowywać (oczywiście z finką zaglądającą mu przez ramię) postanowiła powiedzieć co jej na sercu leży.

                              - Przepraszam Alex... Nie myślałam wtedy... Że moja wypowiedź będzie niestosowna...

                              Alex podniósł otwartą dłoń pokazując aby skończyła. Ciężko nabrał powietrza.

                              - Nie Mervi, w porządku - technokrata powiedział patrząc na nią uważnie - moja wina, przepraszam. Nie powinienem podłapywać żartu jeśli cię to krępuje. Mam po prostu taki styl, z wojska, kontakt fizyczny, żarty w przerwach między prawdziwą robotą. Tak się odreagowuje. Przepraszam, nie każdy musi czuć się z tym komfortowo - kiwnął głową.
                              - Nie chcę po prostu, abyś przez moje... niedoświadczenie w relacjach odczytał moje słowa na opak...
                              - Spokojnie, jest ok - Alex przytaknął Mervi - zajmij miejsce, zaraz zaczniemy.

                              Mervi skinęła głową, czując ulgę. Usiadła na miejscu, oczekując w milczeniu.

                              Pierwsza część prezentacji Alexa była dość nudna, Mervi zdecydowanie bardziej wolała techniczną dokumentację od pokazu slajdów dotyczącego podsłuchów, apteczek. Nawet omówienie standardowego blastera laserowego oraz plazmowego, z ich replikami w ręce nie było niczym fascynującym. Sprzęt do programowania neurolingwistycznego znała lepiej niż ten w prezentacji…
                              …do czasu do Alex przeszedł do prezentacji na temat implantów. Te podzielił na dwie grupy, modyfikacji i wszczepy biologiczne, których modele pozostawały wiele do życzenia, ale za to opisy… były obrzydliwe i ciekawe. Modyfikacje genomu agentów, dodatkowe narządy, gruczoły, zmiany w układzie nerwowym pozwalające sterować fizjologią na poziomie komórkowym, samo-uwalniające się torbiele z syntezowanymi na bieżąco w środku środkami przeciwbólowymi i regenerującymi, lepsze mięśnie, zwiększona gęstość kości na potrzeby podróży kosmicznych aby zapobiegać odwapnieniu przy niedoborze suplementów, tabletki odcinające emocje… A potem omawiał wszczepy elektroniczne, interface mózg-komputer, wszczepy w gałkach ocznych jako zamienniki HUD w okularach, metalowe kończony, wyściełane grafikiem stawy, nanoboty w szpiku, zamienniki nerek syntezujące dodatkowe związki, cyfrowe bębenki pozwalające usłyszeć bicie serca za ścianą, metalowe pazury wysuwane z dłoni… było tego całkiem sporo.

                              Przedstawienie sprzętu zrobiło na fince mocne wrażenie. Biologiczne mimo swojej... paskudności były naprawdę fascynujące, czego nie kryła, ale to wszczepy czy protezy lub inne mechaniczne ulepszenia uruchomiły w niej pokłady miłości.
                              Musi zyskać takie ulepszenia!

                              - To niesamowite... - szepnęła z zachwytem - Takie wsparcie... My też możemy to dostać? Przecież interface mózg-komputer bardzo usprawniłby wyszukiwanie danych, czas by się oszczędzało! Może i storage pamięci? Iteratorzy mają naprawdę dużą inwencję!

                              Wydawało się Mervi, że mina Alexa na moment stężała. Na ułamek sekundy, jakby Mervi przypomniała mu o czymś bolesnym. Może jej się tylko wydawało? Po chwili nic takiego nie dostrzegała na jego obliczu. Technokrata cicho wypuścił powietrze, z pewnym ciężarem zrezygnowania.

                              - Kompletnie nie masz pojęcia o czym mówisz - powiedział bez pretensji, lecz wyczuwalną siłą w głosie - o ile co do organów masz rację, protetyka to jest przyszłość, tak samo jak poprawki zmysłów, leczenie… To przy mózgu robią się problemy.

                              Przerwał aktualną prezentację, przed przejściem omówienia opancerzenia oraz standardowych cyborgów. Widać uważał, że na implantacje trzeba Mervi poświęcić kilka chwil.

                              - Powiedz mi, poświęciłabyś zdolność odczuwania przyjemności ze swojego hobby w zamian za 25% szybsze procesowanie wzorców obrazowych?

                              Zmiana w Alexie naprawdę wybiła Mervi z radosnych myśli. Czy zrobiła coś źle?

                              - Ale... Moje hobby to są komputery, więc... to jakby mieć szybsze hobby? Chyba, że o czymś innym mówisz?
                              - Wtedy nie byłoby to twoje hobby - Alex stwierdził powoli dając Mervi przetrawić informacje - nie dawałoby przyjemności. Albo inny implant - technokrata wydawał się dziwnie zaznajomiony z tematyką jak na to czym się zajmował - można poprawić czas reakcji. Odbywa się to przy cyfrowej implantacji i wycięciu części dróg nerwowych, czego typowymi skutkami ubocznymi są stany depresyjne w postaci krótkotrwałych napadów, z tego powodu razem z tą implantacją montuje się dodatkowy syntezator dopaminy nad jedną z nerek. Albo inne, pełnowymiarowy interface mózg-komputer z agregacją wspomnień skutkuje pogorszeniem pamięci długotrwałej. To jest oczywiste, użytkownik przestaje ją ćwiczyć aby korzystać z cyfrowych backupów. Pytanie tylko wtedy na ile jesteś to ty, gdy już do danych nie ma dostępu albo ktoś z naszych wrogów je zmienił. Część pacjentów uzyskuje też 47% - Alex spojrzał w podłogę jakby sobie coś przypominał - 57% utratę wspomnień z wczesnego dzieciństwa i okresu do szesnastego roku życia, około.

                              Pozwolił Mervi to wysłuchać, czekał na pytania, widać, że jeszcze ma coś do powiedzenia.
                              Tak, wyraźnie poruszyła coś, czego nie powinna.

                              - To chyba rzeczy, które się dopracowuje, polepsza z czasem. Przecież nie zostawiają tego samemu sobie.
                              - Za większość konstrukcji i badań nad implantami odpowiada Iteracja X, nie pamięta już danych, zależnie od roku będzie to od 90% do nawet 98% naszych zdobyczy syntetycznych. Znasz ich idee. Dla nich wszystkie te niedogodności są w pełni akceptowalną stratą za wyższą skuteczność, a jeśli ich się naprawdę rozumie, to człowiek zaczyna się zastanawiać czy nie są to bardziej celowe zmiany projektowe, aby uczynić użytkownika mniej zależnego, co nazywamy świadomością, emocjami i po prostu nami…

                              Alex rozciągnął się na krześle, lekko strzeliło mu w barku.

                              - Opowiem ci anegdotę, słyszałem ją od mojego poprzedniego Administratora. Słyszałaś o klasach scenariuszy końca świata prawda? Wywodzą się z klas klasyfikacji zniszczeń, tylko są rozszerzone. Coś jak katastrofalne załamanie przyczynowości na danym obszarze może być też klasą końca świata. Chciano swego czasu dodać klasę końca świata epsylon 8. Z pamięci: “ludzkość uległa trwałej,skokowej, nieodwracalnej zmianie psychicznej i fizyczne,j która zerwała łańcuch transferu kulturowego”. Pytanie, wiesz czemu - Alex nacisnął na te słowa - to jest koniec świata?
                              - Bo brak rozwoju poprzez ciągłość, zmiany przez poprzednie doświadczenia? - zaryzykowała.
                              - Nie tylko - Alex stwierdził - bo to już nie byłaby ludzkość, a coś innego. Nowy Światowy Porządek stoi na straży człowieka - powiedział z pewną… dumą.

                              Tak, to była stanowczo duma. NWO, pierwsi humaniści, ci którzy odwrócili wzrok od bożków (i potem, Boga, ale o religijnym początku swej konwencji Mervi wiedziała niewiele) patrzyli na człowieka. Rozumieli zmiany, ale chcieli zachować człowieka, wciąż istotę ludzkość, nawet jeśli nowego, a nie coś postludzkiego.

                              - Oczywiście najgłośniej przeciw tej kategorii protestowali Iteratorzy. Już trochę rozumiesz Mervi?
                              - Iteracja nie może być tak odczłowieczona, jak ją malujecie. Też im zależy, aby pokrzywdzeni przez biologię mieli to samo co inni... Iteracja to też ludzie w końcu…
                              - Czytałaś skąd się wzięła ich nazwa - Alex bardziej stwierdził niż zapytał - i jak myślisz, kto ma u nich kierownicze zdanie, ludzie czy AI i już mniej ludzie, a bardziej maszyny?
                              - Czemu pałasz taką wrogością do tego, co oni robią? - Mervi miała problem z ułożeniem sobie wszystkiego. Przecież ponoć i NWO jakiś problem z kwestią maszyny miało!
                              - To nie wrogość - Alex powiedział szczerze - po prostu ich znam. Nasze wizje są sprzeczne. Ty też jesteś w NWO, więc zakładam, iż uważasz, że porządek świata proponowany przez NWO jest lepszy od tych przez innych. A teraz przejdziemy do opancerzenia - wrócił do prezentacji.

                              Finka nie przeszkadzała w dalszej prezentacji. O tym co Alex powiedział... wolała nie myśleć teraz... choć czy mogła? On wyraźnie miał jakiś problem z Iteracją, której Mervi nie znała osobiście. Czy naprawdę mogli być tak bezduszni? Nie, niemożliwe!
                              Mervi widziała, że NWO mniej polega na technologii niż mogłoby. Czy niewiedza w tym wypadku powoduje niechęć? Cała Konwencja nie może być jednym organizmem z kabelków i metalu, jak i całe NWO to nie tylko podejście Alana, jak i nie tylko Adama.
                              Mervi czuła kiełkującą irytację spowodowaną brakami w danych. Niekompletne informacje w tym momencie przeszkadzały jej w podjęciu osądu...


                              Przeszkolenie ze sprzętu było naprawdę miłą odmianą od typowej pracy z Alexem, którą Mervi doceniłaby bardziej gdyby wiedziała, że w dalszych dniach czeka ją potwornie nudna praca analizy i zbierania danych. Pozbawiona kontekstu, prosta, niemal prymitywna. Podczas tego czuła się niemal jak człowiek-komputer. Gdyby tylko postawić w jej miejsce komputer który potrafiłby zrozumieć skrótowe prośby agentów polowych – z czym i ona miała czasem problemy, proszą Alexa o odszyfrowanie żargonu – jej obecność byłaby zbędna.

                              Nie miała czasu nawet na sny… czuła, że coś się jej śniło, jakieś niepokoje, które uchwyciłaby nad ranem, gdyby tylko chciała spojrzeć do wnętrza siebie. Niestety, nie miała na to czasu. Czuła jak jej czas ściskany jest w imadle, z jednej strony działalność w Unii, a z drugiej studiami które były cięższe niż sądziła. Czuła jednak, że wszystko jest w jej zasięgu. Stabilizację.

                              Cały niepokój zepchnęła do wnętrza serca.


                              Do pracy wróciła wciąż jeszcze myśląc o kolokwium z materiałoznawstwa. To o czym się uczyła, było takie zwyczajne, takie proste… Wszak wiedziała, że naprawdę cudowne materiały leżą na wyciągnięcie ręki. Co tam beton i stal, gdy wiedziała, że Unia mogłaby zalać stalą z której konstrukcje nośne mogłaby przypominać utkane z cienkich jak blacha liści wspominki, niepozorne i wytrzymałe.

                              Trzeba było ludzi powoli uświadamiać aby zapewnić ciągłość historyczną. W wolnych chwilach – chociaż zastanawiała się czy definicja wolnej chwili ma u niej jeszcze zastosowanie, gdyż wszystko wypełniał Harmonogram – studiowała Teorię Ciągłości Historycznej tłumaczącą potrzeby stopniowego wdrażania ludzkości w oświeconą naukę czyniąc ją zwyczajną, w innym wypadku narażano się, jak to ujęto „paradoksalne histerie społeczne” oraz „zerwanie wzorców kulturowych”. Była to teoria znana głównie w NWO oraz Syndykacie, chociaż swój wpływ miała też na inne konwencje. Mervi dodałaby, że te reakcje potrafią mieć bardziej fizyczny wymiar, co już wiedziała, ale dokładną teorię „paradoksu przyczynowego” miała zapoznać się za miesiąc.

                              Gdy spotkała Alison, w umówionym miejscu, a kobieta wlepiła w nią wzrok przez grube szkła okularów, naszła ją zabawna myśl, że Alison jest kimś w rodzaju paradoksu przyczynowego. Tylko nie była to jej myśl.

                              Zapomnij Mervi, masz tabletki.

                              Zapomniała.

                              - Cześć – kobieta powiedziała cicho witając Mervi w zarezerwowanej salce konferencyjnej gdzie pracowała z laptopem – ciasta – wskazała na miskę owsianych ciastek w polewie czekoladowej.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ZellZ Niedostępny
                                ZellZ Niedostępny
                                Zell
                                Moderator Obsługa
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                #15

                                W drodze do Konstruktu podjęła decyzję. Musiała naprawić trochę relacje z Alison, choć... ona była dziwna...

                                - Hej... - Mervi usiadła na dostawionym krześle - Dobrze ci idzie... tycie? - rzuciła ze swoim brakiem kunsztu w relacjach.
                                - Jak widać, ciasta - powtórzyła w kierunku Mervi jakby czegoś oczekując.
                                - Dzięki... nie chcę Ci zabierać... - odparła, choć myślała o nich.
                                - Dla siebie bym kupiła - dodała monotonnie i cicho - piecze się dla kogoś.

                                Mervi wyraźnie była zaskoczona. Zrobiła to dla mnie?

                                - Naprawdę? Dla mnie? - nie wierzyła, że ktoś obcy mógł się tym męczyć.
                                - W sprawie jedzenia się nie żartuje - powiedziała odrobinę głośniej, ale dalej w typowej dla siebie, raczej słabej sile głosu - a o ciastach to już temat tabu.

                                Nie uśmiechała się. To było dziwne, sprawiało, że Alison była trudna do wyczucia.

                                - Poza tym stosuję na tobie podstawową manipulację. Doświadczane zjawiska podczas wydzielania części hormonów przyjmowane są lepiej oraz zapamiętywane jako pozytywne - mówiła monotonnie - najprostszą metodą na wywołanie takiej reakcji u ssaków jest podanie im jedzenia, najlepiej dużo cukru. Subtelnie manipuluję twoimi odczuciami względem mnie i pracy w Unii.

                                Spojrzała na chwilę w ekran laptopa, po czym wróciła do Mervi, tak samo znudzona.

                                - Teraz możesz podziwiać moją przebiegłość w budowie Ciastkowego Imperium w Polewie Czekoladowej.

                                Czyli to była zwykła manipulacją, nie wyraz pozytywnego uczucia. No tak.

                                - Ja też mam coś dla ciebie. - zaczęła niepewnie, przełykając kawałek ciasteczka - Choć to mało... Nie ma w sobie inwencji... - wyciągnęła z aktówki niewielką książeczkę z promocjami w McDonaldzie, coś co pewnie czasem do skrzynki wrzucają - Kiedyś możemy pogadać... nie? Tam chociaż...

                                Alison przyjrzała się kuponom promocyjnym w zastanowieniu nim schowała to do pełnej różności torby.

                                - Studenci… - w jej głosie pobrzmiewa coś jakby westchnienie - oprawię je sobie i powieszę w pokoju - dodała dziwnie poważnie.

                                Mervi spojrzała w bok.

                                - Nie chciałam urazić... Przepraszam.
                                - Nie uraziłaś - Alison powiedziała patrząc na Mervi - stworzymy Sztukę.
                                - Jaką Sztukę? - zapytała zaskoczona.
                                - Postmodernistyczną.

                                Mervi była bardzo zaskoczona, aż przestała chrupać ciasteczko.

                                - Co?
                                - Sztuka postmodernistyczna - Alison potwierdziła cicho jakby była to oczywistość.
                                - Nie rozumiem... Co mamy zrobić?
                                - Zostawmy to - kobieta powiedziała cicho, acz Mervi czuła, iż jakieś ziarno w jej świadomości zostało zasiane - masz akredytowany laptop - bardziej stwierdziła - dziś popracujemy - ostatnie słowa, mimo, że powiedziane tak samo, wydawały się… inne.

                                Mervi wciąż nie rozumiała, ale porzuciła temat.

                                - Więc... Jak pracujemy?
                                - Mam tutaj temat nastoletnich ciąż w jednej dzielnicy - stwierdziła cicho - trzeba zrobić rozeznanie i opracować wektory działania. Może uda się bez silnego angażowania agentów. Powinno nam to zająć tydzień.
                                - Co mają do tego nastoletnie ciąże? - czuła się wyrwana z myśli - I co niby Agenci mieliby robić z tymi dziewuchami?
                                - To nasza praca - Alison powiedziała cicho - wolę wektory działania bez użycia agentów.
                                - Chcesz zakupić im prezerwatywy i rozdać na ulicy?

                                Kobieta nie spuszczając wzroku z Mervi sięgnęła, odrobinę nieporadnie, w kierunku miseczki z ciastkami. Wzięła jedno i wgryzła się w nie, odsłaniając zęby i krusząc, jakby rozszarpywała kawałek mięsą. Ciągle patrzyła na Mervi. Przeżuła powoli.

                                - Tak.

                                Mervi długo zbierała słowa.
                                -...czy coś źle powiedziałam? Dodatkowe lekcje o wychowaniu seksualnym nie pomogą...

                                - Gdyby było to takie proste, masy same by na to wpadły, albo któryś z naszych sympatyków - Alison powiedziała powoli i dobrą minutę stukała w klawiaturę, chyba coś… poprawiała? Ignorując przy tym Mervi.
                                - Wysłałam ci mój standardowy model. Trzeba go uzupełnić o dane. Jesteśmy… - oderwała wzrok od Mervi, już dziewczyna myślała, że usłyszały podniosłą mowę w stylu “naukowcami” lecz zamiast tego Alison przeszła wzrokiem po niej w kierunku ciastek, porywając jedno i chrupiąc szybko - …jedz.

                                Jeżeli miałaby jedno powiedzieć o Alison... powodowała u niej obawę... o coś. Miała tak przy starej nauczycielce z podstawówki.
                                Bez słowa wykonała polecenie kobiety, czując jak już tak miło się tych ciastek nie je. Łyknęła większy kawałek, przeglądając ten model. Model był… złożony. To pierwsze co przychodziło Mervi do głowy. Jeśli Franklin obiecywał, że zamorduje ją matematyką, to Alison zrobiła to w stylu cichego zabójcy który podchodzi do ciebie w nocy tylko potem aby wbić sztylet pod żebra… Nie, nie sztylet. Im bardziej Mervi analizowała ilość parametrów, zastosowane heurystyki, metody numeryczne rozwiązywania pewnych nietypowych równań, odrobinę wyprowadzeń symbolicznych w formie komentarza do kodu, tym bardziej przekonywała się, że była to dyskretna bomba atomowa. Będzie potrzebować pomocy aby to w pełni zrozumieć.
                                Alison chrupała ciastko.
                                Mervi poddała się walkowerem.
                                -... to serio tylko standardowy model? Nie rozszerzony?

                                - Nie używam takiej klasyfikacji - kobieta odpowiedziała cicho - gdy jest potrzebna, odpowiednie parametry się zerują. Mam nawet do tego specjalną funkcję ukrywającą bliskie zeru dane, nie wyświetla wtedy niepotrzebnych wykresów i grafów.

                                -... czemu my to w sumie robimy? - jak tylko powiedziała ostatnie słowo, już wiedziała, że nie powinna mówić nawet pierwszego.

                                - Bo to słuszne - Alison powiedziała ciszej niż zwykle.
                                - Pilnowanie mas w sypialni?
                                - Dam ci książki, poczytasz - Alison stwierdziła bardzo spokojnie - to przestaniesz wypowiadać się jak dyletant.

                                Mervi spuściła głowę czując, że musi powiedzieć to, co leży jej na języku..

                                - Yes, Ma'am…

                                Mervi po raz pierwszy zauważyła na twarzy Alison większą zmianę, a przynajmniej większą zmianę którą potrafiła zidentyfikować. Kobieta po prostu uśmiechnęła się. Czyżby trafiła w specyficzny humor technokratki?
                                Albo trafiła w coś innego niż humor... Może Alison po prostu była zadowolona z wyniku?

                                - Dobra... co w ogóle mam szukać? - pokazała na początek (tak sądziła przynajmniej) tego modelu - Średni rozsądek nastoletnich matek? Krzywa ciąż w korelacji ze średnią ze szkół?
                                - Na razie uzupełnimy dane, te które jesteśmy zdobyć - Alison powiedziała precyzyjnie - na bieżąco pytaj o zależności. Dokumentowanie nie jest moją najlepszą stroną. Potem będziemy myśleć co dalej.

                                Praca z Alison była… niespodziewanie płynna. Kobieta co prawda wypowiadała się mało wylewnie na pytania Mervi, ale z drugiej strony nie pozostawia wątpliwości, precyzyjnie formułując tezy. Gdy trzeba było coś dodać, Alison to robiła, ale oszczędnie, jakby nie zarzucając Mervi zbyt dużą ilością informacji. Ten styl przypominał jej kogoś, po kim zakuło ją serce.

                                Nie mogła zapomnieć tych słów, że odrzucić od siebie emocji, które w niej wywołał. Ciepło uczuć, troska i zrozumienie. Mimo trudów jakie wtedy przechodziła, nie były w stanie one przesłonić spokoju i empatii, które ofiarowywał jej profesor.
                                Unia twierdziła, że to był fałsz, ułudą mającą ją zamknąć w pułapce dewiacji rzeczywistości, szaleństwie i anarchii. Mervi wierzyła, że to prawda, tylko... Tylko...
                                Nie mogła połączyć tego z profesorem...

                                Profesor był podobnie dobrym dydaktykiem. Wyczuła dokładnie ten sam dryg w szeregowaniu i przekazywaniu informacji, precyzję w zwracaniu uwagi na to co istotne, zaznaczeniu tematów na przyszłość i próbie nie przytłoczenia uczonej osoby lawiną faktów, terminów i pojęć.
                                Jedno było pewne, Mervi będzie musiała wypożyczyć kilka książek z matematyki wyżej, podszkolić się w tym. Chociaż i bez tego szło jej całkiem sprawnie. Model od Alison zapewniał prosty system pisania własnych adapterów źródeł danych w postaci pluginów. Około kilkunastu było już napisanych na porządnie, drugie tyle było bardziej prototypami. W razie potrzeby Mervi mogła dopisać źródła danych z baz bibliotek, różnych systemów szpitali czy niekompatybilnych między sobą danych szkół, a niestety - to wszystko będzie trzeba robić. Model wymagał bardzo dużo danych na start i automatycznie wskazywał niepotrzebne. Jak tłumaczyła Alison, miało to związek z bifurkacją, analiza małych parametrów i zmian “na oko” bardzo często myliła. Właśnie gdy Alison tłumaczyła Mervi, jak sama na początku prac popełniła taki błąd, Mervi zrozumiała, że kobieta pracowała nad tym lata, swego rodzaju statystycznym scyzorykiem do rozwiązywania spraw społecznych, popełniała błędy, czasem czegoś nie wiedziała… ale wychodziło jej.

                                – Chyba czas na przerwę - Alison stwierdziła po drugiej godzinie pracy.

                                Przypomnienie o tym, czego już nie mogło być i o osobie, jaka została zabrana z jej życia tak nagle i nie do końca zrozumiale... to było bolesne. Czy on naprawdę był takim złym elementem, jakim mówiono jej w Unii? Musiał, przecież... Musiał, ale coś...
                                Nie chciało tej myśli odpuścić.

                                - I nad takimi sprawami też pracuje się w Wieży? - zapytała finka odsuwając dłonie od laptopa.
                                - Czasami - Alison powiedziała monotonnie - czasami nie. Wieża z Kości Słoniowej głównie ma za zadanie odpowiadać w pierwszej kolejności na pytanie “co”, a dopiero w drugiej “jak”. Wyższy poziom abstrakcji. Niektórzy tak bardzo abstrahują od materii, że nie widzą detali spraw - skomentowała powoli i uważnie, była dziwnie skoncentrowana na każdym słowie.
                                - Temu tu cię przeniesiono, przez... - zastanowiła się nad słowem - ...krytykę?
                                - Zadaniem Wieży jest krytyka.
                                - Także krytyka podejścia części jej członków?
                                - Tak. Trzeba uważać tylko komu naciskasz na odcisk - Alison powiedziała lekkim tonem.
                                - Więc czemu nie jesteś już w Wieży z Kości Słoniowej, tylko u nas?
                                - Lubię oddychać.
                                - Uzależniający nawyk, nieprawdaż? - Mervi odparła z taką powagą, która była w tym momencie była dość absurdalna - Ale chyba aż tak źle tu nie jest?
                                - Można więcej zrobić. Może to jest metoda, praca u podstaw… piramidy… - Alison mrugnęła okiem, Mervi ledwo to zauważyła przez grube szkła jej okularów i opadające na oblicze włosy.
                                - Co według ciebie u nas przydałoby się ulepszyć? - zapytała szerze zainteresowana kwestią.
                                - Przywrócić Litość w tryby Maszyny. Na Ducha już dawno nie liczę - powiedziała monotonnie - pewnie nie znasz początków NWO?
                                - Uhm... Tylko tak bardzo... bardzo szczątkowo. - żal z tego powodu był słyszalny w głosie finki.

                                - Kabała Czystej Myśli - Alison powiedziała - tak zaczynaliśmy. Na łonie Kościoła, jak wszyscy myśliciele. Obecna narracja, naszego autorstwa przedstawia Kościół jak miejsce zacofania, które tępi przejawy wolnej myśli. I na tym łonie narodzili się nasi protoplaści. Wolnomyśliciele, filozofowie, teologowie, ci którym zależało na dobru ludzkości. Szkoły parafialne, zachowanie dzieł starożytnych filozofów, powrót Arystotelesa do myśli Europejskiej, przytułki przy zakonach dla sierot. To było nasze dzieło. Również naszym dziełem była ochrona ludzi przed potwornościami kosmosu. Przy formowaniu Porządku Rozumu kabała przekształciła się w Strażników Światła. W dalszym ciągu kontynuowaliśmy nasze dzieło. Również ochronę, zanim Iteracja X stała się głównym ramieniem zbrojnym, mieliśmy nie mniejsze osiągnięcia na tym polu. Potem, na konwencie Wiktorii, staliśmy się Nowym Światowym Porządkiem, a z naszej maszyny doszczętnie wypalony został Duch. Nie zrozum mnie źle, jestem ateistka. Akceptuję to, że budowanie w pełni materialistycznej narracji dla mas może być skuteczniejsze, bo jest skuteczniejsze, o faktach się nie dyskutuje. Znasz Nietzschego? Pewnie nie - Alison stwierdziła bez emocji, jak zwykle, trudno Mervi było w tym znaleźć zaczepkę - ogłosił, że Bóg umarł. Tylko, że jako człowiek wrogi religii był tym faktem przerażony. Dla niego śmierć Boga wiązała się z katastrofalną zapaścią społeczną wzorców kultury, norm moralnych, celowości działań człowieka, Bóg umarł bo pewien sposób myślenia przeminął i nic nie mamy w zamian za to. On szukał recept dla jednostek, ale dla mas? Tu zginęła nasza litość, hurtowo klonujemy ludzi w czerni aby dorównać potencjałem Iteracji X i nadrobić straty z wielkiej wojny, algorytmy mówią, że tragedia jednostki dowolnej skali jest w pełni dopuszczalna wobec szczęścia milionów. Straciliśmy litość, litość do nas samych i litość do tych, których mamy być pasterzami. Są tylko cyferkami w moim modelu, a każda tragedia i śmierć dopuszczalną stratą w drodze do ogólnej szczęśliwości ludzkości. Unia nawet tłumiła właściwy ruch feministyczny jako będący zbyt trudny do kontroli, pozostawiając nam te… - tu Mervi wyczuła chyba cień emocji - …popłuczyny po rozwrzeszczanych bachorach, które właśnie się dowiedziały, że Mikołaj nie istnieje.

                                Mervi słuchała wręcz zafascynowana tym, co jej mówiła Alison.

                                - Ale... czemu NWO tak chce dorównać Iteracji liczbowo? Tak to rozumiem…
                                - Nie ma wyboru. Musimy przejmować więcej akcji, plus do wszystkiego Iteracja się nie nadaje.
                                - A co masz na myśli mówiąc.. że wypalony został duch?
                                - Pozostałości po religijnych dogmatach, czysty materializm w ujęciu prądu filozoficznego.
                                - Materializm jest czasem bardzo potrzebny... - szepnęła, przypominając sobie jakie zamieszanie zrobiła pytając o tamtą akcję.
                                - Nie twierdzę, że nie jest - Alison powiedziała bez emocji - ale nie mamy dla ludzi idei.

                                Mervi nagle zmieniła temat.

                                - A czemu w NWO nie przepada się za Iteracją?
                                - Polityka i światopogląd - Alison stwierdziła cicho, a następnie zaczęła głośno chrupać ciastko.
                                - A dokładniej? - Mervi nie odpuszczała.
                                - Poczytaj dokładnie broszury informacyjne Iteracji - Alison stwierdziła przerywając jedzenie - i zestaw z tym co ty uważasz.
                                - A co ty o nich sądzisz?
                                - Są jak sernik bez rodzynek.
                                - Czyli... co? - zdziwiła się - Smaczniejsi?
                                - Wolisz sernik z rodzynkami? - Alison powiedziała to powoli, bez wyczuwalnej zmiany głosu… chociaż nie, było wyczuwalne oburzenie.
                                - Ehm... - nie wiedziała co powiedzieć -... nie wiem?

                                Alison pokiwała głową.

                                - Czyli ich nie lubisz?
                                - Wolę sernik bez rodzynek - stwierdziła szczere.
                                - Więc lubisz też Iterację. - stwierdziła.

                                Alison wzruszyła ramionami, powoli. Kończyła drugie ciasto podczas tej przerwy.

                                - Nie jesteś bardzo... wylewna. - stwierdziła smutno.
                                - Zapewniam sernik dla mózgu - Alison powiedziała lekko tajemniczą ale i zabawną nutą.
                                - Lubisz odwracać kota ogonem, co?
                                - Brzmi odrobinę zbyt perwersyjnie nawet jak na moje standardy - Alison powiedziała cicho - idę do miejsca odosobnienia, wrócę za chwilę. Przynieść ci coś po drodze z kuchni?

                                Mervi westchnęła na odpowiedź Alison. Nie miała na co liczyć...

                                - Wodę. Bez gazu, proszę. - odpowiedziała w swoim nudnym stylu, pozbawionym życia.

                                Alison wróciła po kilku dłuższych chwilach niosąc Mervi wodę, sama miała herbatę. Dziewczyna prawie nie zauważyła, jak kobieta weszła. Prawie, gdyż zwróciła na nią uwagę w połowie przekraczania drzwi.
                                I wtedy coś olśniło Mervi. Oświecona nauka, memetyka. Znała w pamięci niektóre modele, chociaż potrzebowała komputera do pełnej analizy - w jej specjalizacji nieuczone organicznej analizy “na kartce” przez co obserwacja była trudniejsza dla Mervi, ale i tak wyczytała u Alison jedną ciekawą rzecz, o ile można nazwać to czytaniem. Alison była nie do przejrzenia. Każdy jej gest, ruch, ton głosu, niektóre frazy, wszystko było wyliczone na zaciemnienie analizy, a może zawierało nawet wirusy memetyczne gdyby ktoś przyglądał się naprawdę intensywnie.

                                Mervi wiedziała, że komputery konstruktu profilują ich zachowanie, a Alison musiała być czarną plamą w odczytach emocji, myśli, zamiarów i stanów psychofizycznych, czy może - wielobarwną plamą z której nic sensownego nie da się odtworzyć.

                                - Ty też jesteś sztuką. - odezwała się, jak Alison usiadła.
                                - Mam nadzieję, że mnie nie podrywasz - Alison stwierdziła monotonnie - oficjalnie jestem aseksualna.

                                Mervi wyraźnie zawstydziła się.

                                - Em... Nie... To jest... Chodzi o to, co komputery widzą. Jak robisz?
                                - Szkoda - powiedziała przewrotnie - to byłoby nawet miłe.

                                Wzrok Mervi pokazywał całość jej zmieszania, wstydu i może wystraszenia.

                                - Nie, nie, nie, to nie tak! Ja... Nie wiem co mówię, nie chciałam…
                                - Zaprzeczyć? - Alison zapytała wchodząc idealnie w frazę ”nie chciałam…” jakby ją kończąc za Mervi, wciąż cicho i monotonnie.

                                Mervi wzięła głębszy oddech.

                                - Nie chciałam byś poczuła się gorzej, że ci ubliżam czy coś... - odparła prawie na jednym wdechu.
                                - Nie przejmuj się tym co ludzie pomyślą - Alison powiedziała to tym samym tonem, którym ją wcześniej ostrzegała… gdyby Mervi nie słyszała tego wcześniej, nie wychwyciły subtelnej zmiany głosu. Czyżby Alison faktycznie jej dobrze życzyła i radziła? Może ją podpuszczała?
                                - Bawi cię to, prawda? - zakryła twarz we wstydzie. Cholerne interakcje z ludźmi, to ciężkie!
                                - Ciekawi - Alison powiedziała szeptem - zostało nam trochę pracy. Masz jakieś pomysły?

                                - Wpływ na kuratorów oświaty mógłby zmniejszyć problem, ale jedynie o procent czy dwa na tym terenie. Istotne jest też, aby wybrać odpowiednie jednostki z kadry nauczycielskiej oraz kuratorskiej. Zbyt duży nacisk na uczniów spowoduje spadek efektywności podjętych działań o... - spojrzała w monitor - o 20, nawet do 30 procent. Zbyt mały tylko pochłonie przeznaczone zasoby bez współmiernych do nich oczekiwań. - zagapiła się w dane - Według mnie... Wpierw należałoby skupić się na tych, co mają wychować, nie na wychowankach i nie stosować silnych działań zachęcających tylko do buntu. To dłuższa droga, ale działanie na szybkość, wdrażanie zmian bez przemyślenia... doprowadzi do odwrotnego skutku.

                                Alison pokiwała głową, pokazując, iż na obecnym zestawie danych - jeszcze niepełnym - otrzymała dokładnie te same rezultaty, oraz zgodziła się z wnioskami Mervi.

                                - Nie zajmujesz się tym tematem, ale zazwyczaj mamy silną korelację z rodzinami wychowywanymi bez ojców. Chłopcy idą w kłopoty z prawem, a dziewczyny szukają szybko oparcia w chłopakach, których uważają za silnych, gdy pozbawione instytucjonalnego wsparcia matki mają problemy wychowawcze.

                                Mervi spojrzała na Alison, przez moment, inaczej. Tej dziwnej technokratce chyba naprawdę zależało na ludziach. Oczywiście, wszyscy o tym mówili, u niektórych było to pewnie prawdą, ale po raz pierwszy zobaczyła kogoś z Unii, kto pochyla się nad tego typu problemami, zamiast wspierać agentów lub szukać informacji o dewiantach.

                                - Może należałoby zrobić godziny wychowawcze dla przyszłych nauczycieli? - Mervi patrzyła z zaciekawieniem na Alison.
                                - Można to policzyć - Alison powiedziała monotonnie - ale w dobrym kierunku idziemy. Nie mów nikomu - zaczęła mówić jeszcze bardziej cicho - ale do nauki trzeba też intuicji.
                                - To częstsza opinia w Wieży z Kości Słoniowej niż tutaj?
                                - To jest fakt, nie opinia - Alison powiedziała poważnie - to co nazywamy intuicją stanowi konceptualizacje nieświadomych treści umysłowych. To nie znaczy, że jest błędna. Oznacza to tylko i wyłącznie, że sama przed sobą nie potrafisz wyprowadzić dowodu prawdziwości rozumowania w ramach formalizmu logiki, gdyż nieznane są aksjomaty i operatory rachunku zdaniowego. Zwierze też nie jest świadome dlaczego zbiera zapasy na zimę, nie przeprowadza ciągu rozumowania dotyczącego ekonomicznego rachunku przetrwania przy ograniczonych zasobach, a przynajmniej nie wykonuje go świadomie. Oczywiście, instynkty są w dużej mierze wrodzone. Lecz czy istnieje powód, dla którego człowiek, posiadacz najwspanialszego umysłu na tej planecie, nie miałby wykonywać części kalkulacji poza świadomością, jak tych które dotyczą utrzymania równowagi? Dlaczego matematyk, który poświęca więcej czasu na problem P równa się NP niż na chód, nie miałby również rozwiązywać, częściowo, tego problemu poza obszarami świadomymi? To jest intuicji. I jest to tabu - Alison mówiła monotonnie i cicho, ale z pewnym zacięciem i tabu - i przez to tabu wielu z naszych ma problem sami ze sobą.
                                - Wiem kto z naszych by tego nie pochwalił... - mruknęła.
                                - Kto?
                                - A jak ty sądzisz? Nie darzysz go sympatią.
                                - Niesamowite, widziałaś Prothosa? - Alison mimo emocjonalnych słów, powiedziała to najbardziej znudzonym głosem jako Mervi mogła wyobrazić.
                                - ...co? Kogo? - Mervi była zdezorientowana.
                                - Jeden z najsławniejszych i najpotężniejszych dewiantów. Każdy technokrata powinien go nienawidzieć - Mervi nie wiedziała, jak zwykle, czy Alison jest poważna, czy ironizuje.
                                - Nawet o nim nie wiedziałam... - otrząsnęła się - Wracając do tematu. Mówię o Franklinie.
                                - Sądzisz, że tylko on miałby z tym problem?
                                - Z naszej grupy? Może Alex też, ale raczej nie w stylu Franka.
                                - Nie wymieniasz siebie.
                                - Bo o tym nie rozmyślam?

                                Ale rozmyślała o czymś innym. Błysk.. Intuicji. Gdyżby Alison ją stymulowała, jej podświadomość? Pomysł. Centralny rejestr telefoniczny. To było idiotyczne, po co on w modelu… Ale jedna intuicja mówiła, że musi przefiltrować zawarte w nim dane i sprawdzić. To może być pomocne.

                                - W takich przypadkowych pomysłach czai się chaos, który nie prowadzi do celu. Sukces zostaje jedynie podyktowany prawdopodobieństwem jego wystąpienia.
                                - Wracajmy do pracy - Alison powiedziała cicho - wprowadź resztę danych, ja zrobię symulacje twoich pomysłów, na tym co mamy.

                                Z jednej strony nie chciała iść za intuicją, po co? Przecież to nie miało sensu! Nie robi się czegoś, co jedynie zmarnuje czas!
                                ...choć można spojrzeć w trakcie oczekiwania na wyniki... Tak po cichu...
                                To głupie, debilne!
                                Ale była ciekawa… I była ciekawa słusznie, a odkryła to, już w pełni rozumowo, zanim wprowadziła dane do modelu… Bo nie było w nim takiego miejsca, aby je wprowadzać, tylko analizując. Telefony stacjonarne. Ich posiadanie cechowało się silną korelacją do kilku różnych parametrów, od majętności i tradycjonalizmu, do zapóźnienia technologicznego. Był to mały detal, ale Mervi czuła jakiś podziw dla siebie. Było to oczywiste, ale genialne.

                                - Możesz zobaczyć. - powiedziała na koniec, wcale nie walcząc z uśmiechem triumfu, aby nie dostał się na jej usta.

                                Alison spojrzała na przesłaną aktualizację modelu, po krótkim czytaniu pokiwała głową i wróciła skupiona do pracy.
                                Gdzieś w głębi Mervi poczuła ukłucie zawodu, ale zachowała to uczucie dla siebie. Bez słowa zajęła się wykończeniem danych. Dalsza praca przebiegała bez większych zakłóceń, Mervi mogła nawet stwierdzić, że była to praca harmonijna i całkiem przyjemna, sama nie zauważyła, gdy razem z Alison chrupała ciastka i zbierała coraz to kolejną bazę danych, prześcigając się z pomysłowością.
                                Na koniec dnia roboczego, technokrata chyba nawet ją po chwaliła.

                                - Poszło szybciej niż bym się spodziewała - stwierdziła monotonnym głosem - niestety jutro mam krótki dyżur. Nie wiem jak z twoimi zajęciami, szkoleniami, jeśli nie znajdziesz czasu, to sobie daruj, ewentualnie wpadnij na chwilę. Pojutrze dobrze abyś była, zajmiemy się pracą z modelem i szukaniem odpowiednich środków.
                                - Będę próbować choć chwilę odciąć. - zgodziła się szczerze - Ty... - zaczęła ostrożnie - Naprawdę chcesz oprawić kupony w ramkę?

                                Alison przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się, aby kiwnąć głową.
                                Mervi nie rozumiała tej kobiety... czy to był jakiś pstryczek w nos za nieudaną próbę zawiązania relacji?

                                - To ma głębszy sens, którego nie rozumiem?
                                - Najpewniej tak. Jak dowiesz się jaki, daj mi koniecznie znać, też go z chęcią poznam.
                                - Jesteś dziwna…

                                Alison nie zareagowała, wracając do uzupełniania notatek.

                                - Co sądzisz o Robercie? - zapytała nagle.
                                - Mam nadzieję, że się ogarnie - powiedziała ledwo słyszalnie, tak, że Mervi musiała wytężyć słuch.
                                - Dziecko z niego... - mruknęła wyraźnie nie będąc za zachowaniem Roberta - Ale jest przydatny w pracy, więc to chyba nie taki problem?
                                - Ty też jesteś dziecko - Alison powiedziała do Mervi z rozbrajającą szczerością.
                                - To, że jestem młoda nie jest tym samym. On ma dziecinne podejście. - zaprotestowała.
                                - A Ty nie - Alison spojrzała przez grube okulary na Mervi, na moment - ty jesteś taka poważna i odpowiedzialna. Myślisz, że to dojrzałe? Jak żołnierz w przydużym hełmie.
                                - To jaka powinnam być, co? Staram się, zmieniam co mogę... ale jest nie tak? Nie rozumiem... - mruknęła.
                                - Pytasz niewłaściwą osobę.

                                Mervi wyglądała na poirytowaną taką odpowiedzią. Pokręciła głową zdemotywowana.

                                Spanie, praca, spanie. Powtórz.

                                Czasem zmiana pracy na naukę. Pracuj, masz obowiązki, ucz się, by swoje obowiązki ulepszyć. Powtórz. Nie zawalaj harmonogramu, trzymaj się go jak tylko dasz radę. Za jakiś czas będziesz mogła lepiej. Pracuj, pracuj. Dla dobra Ludzkości.

                                Powtórz.

                                Mervi przetarła zmęczone oczy. Musiała poprosić o krople do oczu, aby codziennie nie cierpieć bólu od ich wysuszenia i innego podrażnienia. Takie problemy zmniejszają efektywność wykonywania zadań. Nie mogła na to pozwolić. Miała obowiązki.

                                Pracuj.

                                Kiedy ostatnio rozmawiała z ojcem? Minęło trochę czasu. Może jutro znajdzie chwilę do podzielenia między rozmową z nim a wykonywania pracy w domu. Wtedy się skontaktuje.

                                Powtórz.

                                Padła na zimną poduszkę, akurat gdy harmonogram zasugerował jej sen. Czasami zaczynała się dziwić, jak dobrze zaczęła się z nim zgrywać... a może on z nią? Nie, oboje ze sobą.
                                Nie zapomnij o pracy jutro.
                                Wyciągnęła dłoń do pudełka z lekami otrzymanego od Alana. Pomagały jej one na maniakalne wariactwa, to musiała przyznać. Pomagały zachować skupienie. Były strzałem w dziesiątkę. Eidolon musiał się nauczyć!
                                Ale...

                                Spotkanie z Alison rozstroiło technokratkę. Przypomniała swoją osobą to, o czym Mervi chciała zapomnieć. Była tak podobna... choć to podobieństwo było zniekształcone przez krzywe lustro. Młoda technokratka nie rozumiała czemu nie umie wyrzucić z głowy Profesora. Czemu w samotnych chwilach potrafi jej zawracać głowę. To był terrorysta. Był złem, z którym walczyli. Uczucia jakie zaoferował ociekały kłamstwem!
                                Czemu nie powiedziała przełożonym o haśle? Powinna...

                                Hominem quaero.

                                Mervi odłożyła pudełko z lekami, nie wyjmując jednej tabletki, jaką powinna zażyć. Mogło to okazać się tragicznym posunięciem, jednak miało szanse przywołać do snów osobę, za której ciepłem i i zrozumieniem tak tęskniła. Poczuciem bezpieczeństwa...
                                Czuła się bezpiecznie w Unii. Miała więcej ludzi wokół siebie niż kiedykolwiek.
                                Ale było to sterylne, bez ciepła. Pewniejsze, tylko... Sama nie wiedziała. Lubiła ten stan, więc czemu w ciszy potrafiła za czymś tęsknić?

                                Pracuj. Ucz się. Nie czuj.

                                Powtórz.

                                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • JhnWJ Online
                                  JhnWJ Online
                                  JhnW
                                  Administrator Obsługa Developer
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #16

                                  Nagłe odstawienie leków było bolesne. Mervi powinna przewidzieć, iż nie można łatwo robić sobie takiej huśtawki w dawkowaniu leków, bo za każdym razem, gdy w nagłym przypływie emocji, postanowi ich nie brać, będzie cierpiała. Decyzja powinna być permanentna.
                                  Odstawienie było bolesne, w postaci lekkiej gorączki i bardzo niespokojnego snu. Gdy dziewczyna wstanie rano, będzie czuła się fizycznie przeżuta i wypluta. Teraz jednak czekało ją coś gorszego.
                                  Ona sama.

                                  Dawniej wierzono, że w snach do ludzi przemawiają duchy, bogowie i inne, dziwaczne stworzenia poza świata materii. Potem przyszedł Kościół doszukujący się wszędzie diabłów. Nowożytna psychologia wmawia ludziom, że w snach mówią sami do siebie, w formie onirycznego sprzężenia zwrotnego podświadomości w kierunku świadomości.
                                  Unia nauczała, że poza samą sobą, przez Geniusza przemawia intelekt całej ludzkości. Tak brzmiało w dokumentach które dostała od Bob, tak to tłumaczył Alan.
                                  Mervi pod skórą czuła kłamstwo. Słowa których bała się pomyśleć, przynajmniej będąc na prochach i będąc w konstrukcje (czyżby jednak nie do końca czuła się tam bezpiecznie?). Słowa które teraz we śnie brzmiały jej w głowie swoim groźnym indywidualizmem.
                                  W snach mówią do nas bogowie.
                                  Bo to my jesteśmy bogami.
                                  Siedziała znowu na tej samej ławce, lecz już nie tak wystraszona jak wtedy. I widziała profesora rozmawiającego z agentami unii. Tylko, że tym razem nie straciła przytomności.
                                  Wszystko wokół tego mikroświata migało w błędach jak z zepsutej symulacji. Liczyły się tylko on, ona, agenci i otwarta przestrzeń w którą można uciec.
                                  To było… rozczarowujące, jak rozczarowujące było życie. Nie dostała tego o co prosiła. Nie było miłego słowa, ciepłej kawy, spokoju i poczucia bezpieczeństwa.
                                  Stała przed czymś groźnym.
                                  Przed możliwością podjęcia odpowiedzialności.
                                  Marvi czuła złość. Nie oczekiwała czegoś takiego! Było nie przestać zażywać leków... bez nich tylko zawód i cierpienie ich braku... a teraz ma szalonego Geniusza puszczonego wolno. Czemu nie może mieć trochę ulgi?!
                                  Pamięć profesora wyciągnęła z niej łzy... choć ich nie chciała. Nie mogła jednak przestać, zatrzymać ich płynięcia po policzkach.

                                  - Dobrze się bawisz? - syknęła z zaciśniętym gardłem.
                                  - HEJ! - krzyknęła w stronę agentów, podchodząc w ich stronę - Zostawcie go! Nie jest celem!

                                  Agenci odwrócili się, błyskawicznie w kierunku dziewczyny. Jeden oddał strzał. Bolało.. Nie, nie bolało.
                                  Świat zamazał się jak, jak stara, przewijana wiele razy taśma VHS. Mervi znowu siedziała na ławce, a agenci rozmawiali z profesorem.

                                  - Bardzo zabawne. - prychnęła i ponownie zaczęła podchodzić, nie odzywając się do agentów, a gdy podeszła już blisko, złapała profesora (nie pamietam nazwiska!) za rękaw i szepnęła.
                                  - Nie wygrasz z nimi...
                                  - To kto wygra? - zapytał ze smutkiem w głosie patrząc na Mervi.
                                  - Oni. - Mervi nie puszczała rękawa - Nie zostawiaj mnie…

                                  Profesor uśmiechnął się smętnie i po przyjacielsku pogłaskał Mervi po głowie.

                                  - Szkoda, ale czasem trzeba spojrzeć w twarz śmierci.

                                  Swoim ciałem zasłonił Mervi przed kulami. Dziewczyna nie zdążyła pisnąć gdy świat znowu przewinął się do pozycji bazowej.
                                  Przez chwilę patrzyła tępo w przestrzeń.

                                  - Zostawia mnie, zawsze zostawia... - kuląc się na ławce zakryła głowę ramionami - Kłamstwo, to było kłamstwo, on nigdy nie chciał się zaopiekować... Nigdy by nie ochronił. - ręce opadły jej bezwładnie - Nie chcę być sama... Nie chcę... - spojrzała w stronę profesora - Nie zostawiaj mnie znowu…

                                  Po raz kolejny sytuacja się powtórzyła, profesor między agentami a Mervi, strzały, tak jakby osłonił ją. Scena wróciła do punktu wyjścia.
                                  Finka czuła narastającą irytację. Chciała się obudzić, wrócić do normalnego życia...
                                  W objawie desperacji podbiegła do swojego wykładowcy i po prostu siłą spróbowała go odciągnąć z tej sytuacji, w kierunku, którym mogła uciec. Tym razem zaczęli razem uciekać, pierwsze strzały chybiły. Widziała też przerażającą moc dewiantów, gdy kule w locie zaczęły wytracać prędkość, będąc niczym więcej, jak rzuconymi, ołowianymi kamykami. Lecz potem pojawiły się lasery z dobytych przez agentów ciężkich blasterów.

                                  - Idź Mervi - profesor powiedział rozpraszając światło broni - chwilę ich zatrzymam. I tak polowalii na mnie.
                                  - Nie chcę cię tracić! - zaprotestowała dziewczyna - Nie znowu! - wskazała na wyjście z parku - Za nim już cię nie skrzywdzą!

                                  Kolejny strzał drasnął profesora, gdy się wycofywali, przypalając mu rękaw. Kolejne trafiły Mervi. Śmiertelnie.
                                  Scena zresetowała się.

                                  - To koniec... - Mervi wstała z siedzenia - Zadowolony? Wracajmy do rzeczywistości. Sen... To złe szaleństwo. - jęknęła.

                                  Scena rozpadła się. Mervi stała pośród absolutnej ciemności, mając przed sobą neonowy napis.
                                  NIE MYŚLAŁAŚ ABY MU POMÓC

                                  Klknięcie. Mocniejsze…
                                  …budzik.

                                  Pierwsze co Mervi zrobiła, gdy tylko się ogarnęła, było ponowne wzięcie leków. Jednakże aby ponownie zaczęły działać z pełną mocą, trzeba było brać je bez przerwy. Mała, pozorna przerwa sprawiła, że dalej miała problemy. Na szczęście dziś nie miała zbyt dużo do zajęcia się, jeden wykład nad studiach, potem chwila w konstrukcja, a następnie wedle wszechwiedzącego oka harmonogramu, miała zajmować się nauką na egzaminy i wykonaniem jednego zaległego projektu z rysunku architektonicznego.
                                  Tylko, że zamiast tego, po pracy ruszyła do Roberta.
                                  I sama nie wiedziała dlaczego była tak pewne, że akurat go zastanie. Chociaż pewna część jej umysłu mówiła jasno, że intuicja istnieje.
                                  Algorytmy nie znały intuicji.
                                  Robert był w mieszkaniu sam, przywitał Mervi dość serdecznie, nie przepraszając za bałagan w pokoju robiącym za salon, na stoliku którego właśnie rozbebeszał wnętrzności jakiejś retro konsoli, w towarzystwie oscyloskopu, laptopa i karty analizującej sygnały.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • ZellZ Niedostępny
                                    ZellZ Niedostępny
                                    Zell
                                    Moderator Obsługa
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #17

                                    Technokratka nie wyglądała dobrze, raczej na umęczoną.Bez słowa podała mu torbę, w której miała bezalkoholowe piwo.

                                    - Mówiłeś, że piwo lubisz. Wybacz, że bez zapowiedzi przyszłam.
                                    - Piwo w ramach przeprosin jest zawsze ok - Robert powiedział dość ciepło - zjesz coś? Mam trochę japońskiego rosołku, własne produkcja. Są te ciasta od Alisson… Tylko niestety stół mam zajęty.
                                    - Nie szkodzi... - usiadła na kanapie patrząc w dół - Chętnie zjem…

                                    Robert po chwili odgrzewania podał Mervi coś, co absolutnie nie kojarzyła z rosołem, był to wszak ramen, sądząc po czasie przygotowywania i temperaturze składników - w tym mięsie i jajku - Robert sam niedawno jadł swoją porcję.

                                    - Dziękuję... - Mervi jadła powoli w sposób, w jaki jadłby ktoś przykładający się do każdego milimetrowego ruchu podczas posiłku. W tym czasie Robert usiadł obok i otworzył piwo, nie inicjując rozmowy pierwszy.

                                    Nie dojadła do końca, gdy przestała ruszać łyżką.

                                    - Nie powinnam przychodzić... - szepnęła nie podnosząc wzroku - Jesteś zajęty…
                                    - I co to ma do rzeczy - mężczyzna wzruszył ramionami - inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą.
                                    - Mną można się nudzić... - uparcie patrzyła w ramen.
                                    - Jedz, nie czekaj aż ostygnie - Robert bardziej polecił upijając piwa - co cię ugryzło.

                                    Mervi wróciła do jedzenia.

                                    - Ty też masz problemy ze swoim Geniuszem?
                                    - Jestem nieprzyzwoicie genialny, to prawda - powiedział do Mervi z lekką nutą ironii - sorry - dodał po chwili - ale za mało się znamy abym zwierzał się z kwestii Geniusza. Sama wiesz jak to w unii…
                                    - Przyszłam tu... - odłożyła łyżkę kończąc jeść - Bo ty raczej nie naskarżysz na mnie przełożonym, co...?

                                    Robert wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał. Bardzo intensywnie.

                                    - Wieeeeesz - dodał po chwili - jeśli to problemy z Geniuszem i takie tam, to spoko, nie mam zamiaru nikomu paplać. Ale jeśli odwaliłaś jakiś ostry fuckup to nie chciałbym wiedzieć rzeczy przez które będę mieć problemy, wtedy leć do Alana, on jest naprawdę spoko. To nie tak, że podkabluję, ale mam dość własnych jazd…
                                    - Mój Geniusz... tylko by niszczył, jak popuszczę. - zakryła oczy - Popełniłam błąd, raz nie wzięłam leków i szalał we śnie. Nie radzę sobie, nie chcę tego...
                                    - Coś zniszczyłaś? - Robert zapytał szczerze.
                                    - Mój sen? - spojrzała na Roberta - Nic fizycznego!
                                    - To tylko głupie sny - machnął ręką.
                                    - Czuję się... źle z nimi. - milczała chwilę po czym nieoczekiwanie wtuliła głowę w ramię mężczyzny.

                                    Robert po prostu objął Mervi, delikatnie, w ciszy. Nie komentował, po prostu dał jej chwilę ochłonąć w tej całej sytuacji, dopiero po dłuższym czasie odzywając się.

                                    - Każdy ma prawo czasem do gorszego dnia.
                                    - Czułam się taka... sama. Porzucona. - schowała twarz w bluzce Roberta - Sen przypomniał o tym...

                                    - To chyba miejsce abym ugryzł się w język - Robert stwierdził cicho.

                                    Mervi uniosła głowę.

                                    - Co?
                                    - Mojego ugryzienia się w język - stwierdził - spokojnie Mervi - dodał.
                                    - Ale czego nie chcesz powiedzieć? - dociekała.
                                    - Unia to nie przytułek. Nie wiem co nakładli ci do głowy na szkoleniu w Europie, i co gadają tutaj… Ale sama wiesz, nasza organizacja tak naprawdę rządzi światem, różne rzeczy się wewnątrz nas ścierają.
                                    - Wiem, rządzi kierując masami, które same sobą nie umieją. - powiedziała pewnie.
                                    - Tak, ale to jak rządzić to jest pytanie otwarte. Sama wiesz, że my chcemy jednak czegoś troszkę innego niż Iteracja, dajmy na to.
                                    - Iteracja nie jest taka zła jak kreujecie dla mnie. Mają dobre pomysły.
                                    - A gdyby główne konsylium stwierdziło, że Iteracja zostaje zlikwidowana, dalej popierałabyś ich pomysły? - poczuła trochę jak mięśnie Roberta napinają się w stresie.
                                    - Ale tego by nie zrobili przecież. - odparła zdziwiona.
                                    - Dlaczego? Doktryna się zmienia. O to chodzi, są ludzie którzy mają w ramach Unii inne pomysły, temu mamy konwencje. Jeden z drugim może podjebać cię wyżej aby to on dostał finansowanie projektu zamiast ciebie. Taka rzeczywistość. Nawet w naszej pechowej grupie nie jest super.
                                    - Czemu tak emocjonalnie to działa na ciebie? - zapytała zatroskana.
                                    - Bo taką klasyczną podjebką zniszczyli mojego patrona - Robert powiedział szczerze - musiałem zeznawać przed wysokimi komisjami, składać czynny żal, ratować własną skórę… I widziałem jak się tu i w co gra, Mervi. Robimy wspaniałe rzeczy, jako Unia, jako nasz zespół, ale jako jednostki nie powinniśmy być tacy…

                                    Powiedział coś, co zabolało - palącą prawdą.

                                    - …tacy naiwni.
                                    - Naiwni... - pokręciła głową - Czy wiara w idee to naiwność?
                                    - Nie - zaśmiał się lekko i serdecznie - ale wiara, że wszyscy wokół mają tak samo dobre intencje jak ty, to jest naiwność.

                                    Pokręciła głową i porzuciła temat.

                                    - Co robisz z tym? - wskazała na części konsoli.
                                    - Chwila, nie skończyliśmy - Robert ciągnął dalej temat - mnie możesz ufać ale postaraj się nie wciągnąć mnie w gówno, ok? Alan jest spoko, z resztą uważaj. Alison raczej nigdy cię nie podkabluje, na pewno też dużo poradzi, chociaż do końca nie mogę jej wyczuć… Ale na pewno nie kiwnie nigdy palcem, aby komukolwiek pomóc. To ważne, jeśli wpadniesz do kogoś innego tak jak dziś do mnie, może być dym. Rozumiesz?
                                    - Dlatego przyszłam do ciebie. - powiedziała z rozbrajającą szczerością.
                                    - Taaaa… - westchnął.

                                    - Co? - skrzywiła się - Po prostu jakoś... tobie bardziej zaufam? I Alanowi. Wybacz, że to zrobiłam - odwróciła wzrok w wyrazie bycia urażoną.
                                    - Po prostu widzę, że jeszcze do końca nie czaisz - stwierdził bez wyraźnych pretensji - a to stara konsola, naprawdę rupieć. Nie sprzedała się kompletnie na premierę, ani potem, za dużo jej nie robili… Ale przez to nikomu się nie chciało łamać jej zabezpieczeń, więc ją teraz rozdziewiczam.
                                    - Po co? To zabawka dla mas...
                                    - A widzisz, a mi ten egzemplarz kupiła Unia, napisałem formularz i takie tam… To kształci po prostu. Zagadka, przecież nie grałbym na takim rupieciu którego w czasach jego świetności nikt nie chciałby dotknąć.
                                    - Już się bałam, że tak marnujesz czas. Grając.
                                    - Też czasem grywam - stwierdził bez wstydu.
                                    - Co? - spojrzała zaskoczona.
                                    - Noooo - Robert pokręcił głową - ale jesteś nudna…
                                    - Gry są dla mas, nie dla nas. - skarciła go.
                                    - A my to co, arystokracja?
                                    - Jesteśmy ponad to intelektualnie i bardziej kreatywni. My tworzymy rozrywkę dla mas, nie dla nas samych.

                                    Widać było jak Robert ugryzł się w język, zanim odpowiedziałby Mervi coś nieprzyjemnego.

                                    - Co znowu? - założyła ręce na piersi - Znowu coś nie tak powiedziałam? Przecież nie skłamałam…

                                    Robert westchnął ciężko.

                                    - Jesz jeszcze? Jak nie to pozmywam.

                                    Mervi na te słowa szybko dopiła resztę zupy i odstawiła miseczkę na zagracony stolik. Nie pozwoliła jednak Robertowi się ruszyć, przyciskając go za ramiona do sofy.

                                    - Najpierw mi odpowiedz. Później sama pozmywam.
                                    - Bawimy się w przesłuchanie? Nie wiedziałem, że chcesz potrenować…. Techniki śledcze…

                                    Mervi przez chwilę zastanawiała się o co chodzi… dwuznaczność słów Roberta dotarła do niej po chwili, dokładnie w tej samej chwili, gdy na jej twarzy pojawił się purpurowy rumień. Przy kolejnym uderzeniu serca zrozumiała, że w zasadzie była to jednoznaczność, a napięte mięśnie odskoczyły od mężczyzny prawie jak oparzone… niezbyt mocno, ale na tyle, aby technokrata wykorzystał ten moment słabości w grze zwanej społeczeństwem, aby wstać z kanapy i wziąć talerz.
                                    Ograł ją, wiedząc w co wycelować. Była na to podatna. Czy powinna taka być?
                                    Mervi zakryła twarz, wściekła na siebie, na świat, na Roberta... Cholera by go wzięła! Musiała się odgryźć!

                                    - A jeżeli bym chciała potrenować? - prychnęła odsuwając dłonie.
                                    - Spóźnione riposty nie są punktowane - Robert mrugnął do Mervi z aneksu kuchennego będąc w dobrym nastroju - no to jak ci się pracuje w Unii? Jak idą szkolenia, nie te z nami, ale programowe?

                                    Unikał... W końcu go dorwie.

                                    - Tematy skupione na socjologii są... Niezbyt dla mnie. Wiem, NWO, ale jakoś sobie z tym nie radzę. Lepiej z tymi dotyczącymi działań w mediach społecznościowych skupione na ich informatycznym aspekcie. W ogóle najciekawsze wydają się te odnośnie zastosowania technologii, choć czuję, że na razie Internet był za bardzo omijanym tematem... choć AI to zostało mocniej wyłożone. Po macoszemu potraktowano kwestie Głębokiej Przestrzeni, a szkoda, może będzie później. Biologia interesująca jako ciekawostka, czasem dość obrzydliwa, ale gadania o gospodarce czy giełdach ledwo mogę znieść. - westchnęła - Chciałabym by rozpoczęły się Nauki Temporalne, ale to raczej nie jest w programie…
                                    - Teraz ostro z czasoprzestrzenią stopują, tyle co zastosowania informatyczne. Podobno próżniowcy mieli kilka ostrych fuckupów z nowymi jednostkami i pion badań głowi się co poszło nie tak…
                                    - Ale w czym poszło nie tak? - zdziwiła się - Ktoś coś stamtąd przywiózł?
                                    - Nie wiem dokładnie, ale mieli problemy jakieś… Może jakiś krążownik wybuchł, a może załogę postarzało o kilkadziesiąt lat, cholera ich wie.
                                    - W końcu złożę podanie o dostęp do tych nauk... To by bardzo pomogło w pracy! Bym mogła agentom powiedzieć, więcej o sytuacji przed nimi wykorzystując też algorytmy z probabilistyki.
                                    - Powodzenia, od roku dobijam się o dane szkoleniowe z zakresu oświeconej chemii molekularnej - skończył zmywać.
                                    - A podałeś dobry powód, który zwiększyłby twoją efektywność w pracy?
                                    - No patrz - wrzucił jej w połowie zdania z udawaną powagą - że też przez rok na to nie wpadłem.
                                    - Może powody nie były wystarczająco dobre? - zapytała niewinnie.
                                    - Zobaczymy jak tobie pójdzie, to się przekonamy - mrugnął.
                                    - A co mi dasz, jeżeli mi pójdzie lepiej niż tobie? - zapytała cwano.
                                    - Tylko ja mam coś dawać? Słaby zakład.
                                    - Jeżeli ja wygram? Oczywiście, że tylko ty. Nie masz szans wygrać, więc…
                                    - A jednak, co stawiasz na stole - zapytał z błyskiem w oku.
                                    - Dobra, ale co byś chciał? - pokręciła głową nie wierząc w możliwość wygranej.
                                    - To mam wymyśleć zarówno co ja mam dostać jak i ty? Słaby układ - mrugnął.
                                    - Nie, Co ty byś chciał ode mnie, a ja wymyślę co bym od ciebie chciała.
                                    - Ja tam od ciebie nic nie chcę - wzruszył ramionami i usiadł obok niej - nie ja proponowałem zakład. A jak idzie na studiach?
                                    - Lubisz zmieniać temat. - prychnęła - A na studiach dobrze jak zwykle. - wzruszyła ramionami.
                                    - Czyli jak?
                                    - Jak nie zaczyna mi coś kręcić w głowie to sam maks, projekty na tyle zafascynowały wykładowczynię, aby już pytała o bycie promotorem…
                                    - To całkiem dobrze, a nie jak zwykle - stwierdził z powagą.
                                    - Zawsze radziłam sobie świetnie w szkołach. - zmarszczyła brwi - Z Geniuszem czy bez.
                                    - Kujonka - mruknął zaczepnie.
                                    - Wcale nie. Dbałam o swoją przyszłość. - mruknęła urażona.
                                    - Ja swoje wiem.
                                    - Czyli byłeś jednym z tych, co olewali naukę! - prychnęła - Tylko imprezowałeś i grałeś w gry, za dziewczynami się uganiałeś! - parsknęła z pogardą.
                                    - Gdybym miał problemy z tym, nie dałbym rady w Unii robić tego co robię - stwierdził logicznie.
                                    - W końcu mogłeś się nauczyć być dorosłym.
                                    - Albo po prostu nie marnowałem czasu na gówno.
                                    - Teraz ciągle marnujesz.
                                    - No tak, tak trzeba w Unii - mruknął do niej nawiązując nie do gier lecz do niektórych szkoleń i kursów.
                                    - Ne mówię o nauce, tylko o tym twoim graniu...
                                    - Jak robię co dla siebie to nie strata czasu… zresztą - Robert odpalił leżącą w zakamarkach pod telewizorem, a raczej na podłodze obok szafki - z racji na brak miejsca - konsolę Nintendo i bez większych ceregieli wziął jednego pada, a drugiego wepechnął do rąk Mervi uruchamiając… ściąganie się kresówkowmmi kartami.

                                    Dziewczyna wyraźnie zgłupiała.

                                    - Robi się rzeczy tylko dla Unii.. - spojrzała na trzymanego pada - Reszta to... marnowanie czasu.
                                    - Grasz?

                                    -... ty tak serio...?

                                    - A Ty nie?
                                    - Nigdy nie grałam w nic na konsoli...
                                    - To nie problem, graj i nie marudź - powiedział odpalając wyścig.

                                    Granie z Mervi miało jeden problem. Krytykowała brak realizmu, błędy logiczne i na tyle skupiała się na tym, że nie używała nierealistycznych tricków, więc zawsze przegrywała.

                                    - Głupia gra… - fuknęła po końcu wyścigu.
                                    - Czyli się podobało - technokrata przyznał z lekkim uśmiechem.
                                    - Nie! To nie miało sensu!
                                    - Czyli nie chcesz dalej?
                                    - Nie poddam się!

                                    Kiedy Robert delikatnie jej przypomniał, że już późno, Mervi przysunęła się blisko mężczyzny.

                                    - Robeeert… Nie chce mi się wracać do domu… Mogę u ciebie przenocować?
                                    - Mam jeszcze trochę pracy - mężczyzna stwierdził stanowczo - jak chcesz to mogę ci pożyczyć konsolę.

                                    Tego mogła się spodziewać. Nigdy nie chciano kiedyś by nocowała u kogokolwiek, to teraz dorośli tym bardziej nie będą chcieli. Silly girl. Nie bądź dzieckiem!

                                    - Uhm, jasne. Wybacz. - odparła już spokojniej zachowując nieporuszenie, wracając do znanego rytmu, w którym mogła się działać. Rozumiała go - Mam zaległy projekt na studia, nie mogę się rozpraszać konsolą, ale dzięki za ofertę.
                                    - Jesteś strasznie nudna - Robert stwierdził bez ogródek.
                                    - Dzięki. - odparła nijakim głosem, w którym ukrywało się mizernie brzmiące urażenie - Zobaczymy się w pracy.

                                    - Nieee, nie możesz.

                                    Dziewczyna spojrzała ze zbolałym wyrazem na swoich rówieśników, którzy mieli razem się spotkać w Eläintarhan Skeittipuisto.

                                    - Nie masz swojej deski, nie umiesz jeździć...
                                    - ...a do tego zepsujesz wszystko. Jesteś strasznie nudna, jakbyś nie zauważyła.
                                    - Może ona sądzi, że będziemy się tam uczyć?

                                    Śmiech grupy wbił się w serce Mervi zbyt głęboko, aby próbowała dalej.

                                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • JhnWJ Online
                                      JhnWJ Online
                                      JhnW
                                      Administrator Obsługa Developer
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #18

                                      To był dziwny dzień. Mervi miała zacząć czas wdrażania się w zespół z ostatnią osobą na liście – Robertem. Wszechobecny algorytm harmonogramu postanowił, że piątek po zajęciach miała poświęcić na naukę wraz z częścią soboty, rozpisując jej nawet egzaminy, projekty oraz proponując literaturę na podstawie profili naukowych prowadzających. Błyszczące litery pachniały sugestią „mów im to co chcą słyszeć”.
                                      Niedziela stała się dniem dziwnym.. Dzień który od rana, do praktycznie wieczora – z kilkoma przerwami ustalonymi przez harmonogram – miała spędzić w konstrukcie, pracując, odbywając poboczne kursi dopełniając pozostałych obowiązków.
                                      Jak zawsze, rutynowo wydukała formułki do wszechwidzących czujników pomieszczenia którego już znała żargonową nazwę – konfesjonału. Jak zawsze komputer swym beznamiętnym głosem potwierdził uprawnienia oraz zaakceptował dopuszczalne odchylenie od linii bazowej dla niezmodyfikowanego agenta.
                                      Z samego rana miała rutynową sesję z Alanem., tak zwaną sesję kwadransową służącą głównie do omówienia wyników. Widać było, że technokrata jest trochę spięty i zalatany, widać miał swoje problemy. Była to krótka sesja, na poważną rozmowę umówili się na inny termin. Jednak słowa Alana brzmiały jak ostrzeżenie dobrego przyjaciela: profil osobowościowy Mervi za mocno odchylał się od linii bazowej, chociaż był ciągle w normie. Alan też ostrzegł ją – konfesjonał prawie nigdy nie powiadamia o prawdziwych wynikach.
                                      Była to ważna wiadomość którą Mervi mogła przeanalizować na nudnym, godzinnym szkoleniu na temat matematycznych metod detekcji anomalii społecznych i interpersonalnych. Po szkoleniu miała pójść pracować z Robertem.
                                      Niestety, Robert był dziś nieobecny. Podobno miał pilne wezwanie do innych obowiązków. W pokoju był tylko Franklin oraz Alison. Franklin szybko wprowadził Mervi na osobne stanowisko. Powiedział jej, że mają absolutnie awaryjną sytuację i będzie musiała zastąpić Roberta w kilku rutynowych zadaniach.
                                      Sama. Ufał w jej kompetencje. Nawet to jej powiedział, klepiąc po plecach, aby szybko ulotnić się do własnych zadań.
                                      Działo się coś dużego.


                                      Nie była to wymagające zajęcie. Mervi musiała tylko dwa razy użyć prawdziwej, oświeconej nauki aby zlokalizować cele, raz miejsce żeru stosunkowo niegroźnego obcego (porównywalnego stopniem zagrożenia z lwami, stanowiącego jednak zagrożenie w postaci zdjęć które mogłyby przedostać się do opinii publicznej), a drugim razem zlokalizować zagubiony ładunek za którym akurat podróżował agent.
                                      Poza tym nudna rutyna, wyciągnąć trochę danych z odpowiednich baz danych, do jednej Mervi musiała się trochę włamać – chociaż była ona tak słabo zabezpieczona, że trudno było używać wobec niej tak dużego słowa jak włamanie – zebrać trochę danych medycznych czy stworzyć raport.
                                      Dość budująca ego było współpracowanie z agentami niższego szczebla i sympatykami. Mervvi miała listę rozkazów do przekazania im, a jej rolą było dodanie do nich niezbędnych informacji jakie będą im potrzebne, w tym odpowiednie dostosowanie do ich poziomu wtajemniczenia. Władza budowała ego.


                                      Pozornie typowe zgłoszenie. Agent polowy NWO wraz z agentem Iteracji X ścigali dewianta. Młody chłopak, wedle akt, oszalały. Powodował wokół siebie zaburzenia przyczynowości klasy drugiej oraz sporą liczbę kwantowych paradoksów przekładających się na lokalne zaburzenia stałych znanej fizyki.
                                      Prosta sprawa, nie trzeba było ruszać z armatami. Szybkie profilowanie ujawniło gdzie młody może się znajdować. Magazyn przeładunkowy. Agent poprosił o nagrania.
                                      Zwykle Mervi nawet ich nie oglądała, szybko załatwiała sprawę. Tak mówiły procedury, ściśle definiowały kiedy można oglądać dane. Pomono miały za zadanie optymalizować pracę.
                                      Tym razem coś ją podkusiło. Cecha która zawsze z nią była, mimo że tłumiona. Ciekawość.
                                      Obraz z kamery przemysłowej przedstawiał nie jednego, a dwóch młodzieńców. Starszy miał nie więcej niż dwadzieścia-parę lat, może dwadzieścia jeden, dwa, mógł być też jeszcze starszym nastolatkiem. Młodszy wydalał na dziesięć, dwanaście lat. Oboje byli do siebie dość podobni, zapewne rodzeństwo. I wyglądali przy tym jak kupa nieszczęść.
                                      Starszy brat opatrywał ramię młodszego, rozcięte czym w sposób szarpany. Było to najpoważniejsze obrażenie z wielu pomniejszych jakie mieli na swych ciałach obaj bracia – ślady krwi na koszulkach, siniaki, rozcięcia, obtarcia, kilka zacięć. Wyglądali jakby przeżyli piekło. Rozmawiali.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • ZellZ Niedostępny
                                        ZellZ Niedostępny
                                        Zell
                                        Moderator Obsługa
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #19

                                        Wiedziałala, że nie powinna tego widzieć. Nie miała uprawnień!
                                        Czemu to więc robiła...?

                                        Była wściekła na siebie... a jednak...

                                        Czy nie ciekawi cię o czym rozmawiają?
                                        Czy to możliwe, że to dziecko jest terrorystą?

                                        Nie wysyłając jeszcze nagrania, prawie wbrew sobie wykorzystała połączenie z czujnikami w magazynie, aby ustawić ich wrażliwość na odbieranie fal dźwiękowych i przetwarzanie ich zapisów na głos w słuchawkach.

                                        Może ten mały jest w problemach, może agenci są!
                                        Musi sprawdzić.

                                        Usłyszała w słuchawkach dźwięk. Nie był idealny, filtr odszumiający potrzebował chwilę na adaptację parametrów. Dopiero po tym czasie usłyszała głos starszego chłopaka.

                                        - …potem będziesz już bezpieczny, Fin, obiecuję. Pamiętasz jak rozbiliśmy szybę u sąsiada? Też wszyscy byli wkurzeni.
                                        - Ale my nic nie zrobiliśmy - chłopiec spojrzał na brata - ty nic nie zrobiłeś. Te rzeczy… to wtedy gdy pan…

                                        Oczy chłopca zaszkliły się, a w gardle uwięzły mu słowa przytrzymane przez próby zdławienia szlochu. Brat objął go w ramiona.

                                        - Ciii… już spokojnie - powiedział cicho, ledwo na granicy czułości sprzętu - to nie twoja wina. Jesteś kimś specjalnym, broniłeś się.
                                        - Nie - łzy chłopca zasychały strugami na policzku - gdy on… - dziecko nie mogło wypowiedzieć - to ja chciałem, aby to się stało. Tak bardzo chciałem, aby to wszystko się skończyło, chciałem umrzeć…. I on miał umrzeć… Ja…

                                        Cisza, bracia zastygli w nieruchomym porozumieniu. Rodzeństwo rozumiało się dalej chyba bez słów. Mervi dostrzegała na twarzy brata strach oraz coś jeszcze - odpowiedzialność. Męskość, to co przez nią rozumiano w społeczeństwie, potrafi wykuć się nagle, a za nią męstwo.
                                        Chwile uspokajał młodszego, po czym wrócił do sprawdzania opatrunków.

                                        - Musimy złapać stopa, na granicy stanów będzie czekał na ciebie Jacob. Po tym będziemy bezpieczni. Godzina drogi stąd.

                                        Zaczęli powoli pakować się do dalszej drogi.

                                        Mervi spojrzała, gdzie znajdują się Agenci w odniesieniu do chłopców, wciąż nie wysyłając nic.

                                        I ich dotarcie do celu, którego nie znali, było w jej mocy.
                                        Kurwa!

                                        Nagle poczuła ukłucie w klatce. Ukłucie strachu przed decyzją. Nie chciała podejmować żadnej, nie powinna tego widzieć! Unia miała rację!
                                        Trzymać się z dala. Niech inni decydują.
                                        Palec zatrzymał się przed wysłaniem nagrania, jakby trzymany przez nią samą... a jednocześnie wciąż chcący nacisnąć. Spróbowała uspokoić oddech.
                                        Niech ktoś inny to rozwiąże...
                                        Wysłała nagranie chłopców nie zawierając w nim dźwięku.
                                        Sprawa zakończyła się dla niej, ale Mervi miała problem z oderwania myśli od niej. Czy coś jej działania spowodowały? Ktoś ucierpiał?
                                        Połknęła boleśnie stres, zakopując go jak najgłębiej pod obowiązkami. Chciała zapomnieć, przesunąć na bok, jak niepotrzebne papiery. Dopiero po dłuższej chwili, wysiłkiem woli, wróciła do rzeczywistości pozbawionej niepotrzebnych emocji.
                                        Do południa praca Mervi przebiegała dość monotonnie. Zauważyła, że Alison opuściła już pokój, bez słowa biorąc pełną do połowy miseczkę krakersów którymi się zajadała - podsuwając Mervi pod nos, dosłownie między młodą technokratka a klawiaturą - jakby zostawiając jej do dokończenia - a potem ulotniła się jak cień.
                                        Kolejna prośba, znowu lokalizacja - Mervi miała złe przeczucia. Widziała, że do sprawy przydzielony jest też Franklin. Ze swoim poziomem uprawnień nie widziała szczegółów, co znowu budziło ciekawość…
                                        Musiała zabić ciekawość. Po prostu robić co do niej należy. Zlecenie mówiło o zdalnej operacji memetycznej na przewodniku grupy ludzi, trzeba było go wprowadzić w zasadzkę.

                                        Nie mogła znowu wpaść w zasadzkę ciekawości. Nie była gotowa na taką wiedzę. Tylko by z nią cierpiała. Nie zrozumiała jej…
                                        Zaczęła wyszukiwać kamer w danej lokacji, aby mogła poznać teren, gdzie ma kierować człowieka. Poszło jak z płatka. Mervi mogła poczuć się jak spełniona technokrata dobrze wykonująca swoje obowiązki służbowe.
                                        Do czasu gdy odezwał się do niej Franklin, na żywo. Wyglądał na zmęczonego.

                                        - Mervi - zaczął spokojnie - brakuje nam ludzi. Podniosę cię tymczasowo na O2, nie będziesz w nic zaangażowana. Twoim zadaniem będzie tylko zapewnienie aby masy trzymały się od właściwego miejsca akcji jak najdalej. Ogarnięcie wzorców memetycznych jednostek, manipulacja sygnalizacją aby przekierować ruch, może puszczenie policji na interwencje aby przetrzymać niektórych. Możesz odmówić, akcja jest odrobinę powyżej twoich kompetencji - Franklin powiedział szczerze - jednak biorę to na moją odpowiedzialność.

                                        O2... Odrobinę...

                                        - Oczywiście, że pomogę. - odparła pewnie, choć z wyraźną obawą - Czy mam czegoś się spodziewać, unikać?
                                        - Nie mam czasu - technokrata powiedział wracając do komputera - masz wszystko w poziomie uprawnień, po prostu się tym zajmij.
                                        - Zrobione.

                                        Mimo słów przesiaknietych pewnością, sama Mervi była w cichym stresie i strachu. Czy powinna to robić? Nie miała takich uprawnień naprawdę, to było sztuczne!
                                        A jednak Franklin musiał choć trochę jej ufać. Nie mogła go zawieść. Musiała sobie poradzić, być silna.
                                        Przejrzała dostępne jej plany miejsca, które miało być odgrodzone. Ustawiła podgląd najbardziej zagrożonych dróg prowadzących do danego miejsca i zamknęła ruch na nich.

                                        Było spokojnie… PIerwszą grupę mas nieświadomie odpędziła z tego miejsca w poprzednim zleceniu. W zasadzie tego trochę spodziewała się po akcji, dużo nudy oraz bardzo intensywne chwile pracy - których pożądała, ale też obawiała się.
                                        W przeciągu następnych trzydziestu minut przekierować część ruchu ulicznego dając polecenie do innej jednostki Unii oraz zmieniła trasy spaceru kilku pieszych. Proste.
                                        Proste nie było coś innego. Nie patrzeć na oddaloną od budynków mieszkalnych śmierdzącą alejkę wbitą między opuszczonymi halami przemysłowymi. Dwa wyjścia, w pośrodku samochód. Główne miejsce akcji. W samochodzie… ci sami chłopcy których widziała wcześniej. Jednak ich mieli. Wyglądali na oszołomionych.
                                        Standardowa procedura pochwycenia, pewnie zaaplikowano im silne, bezpieczne środki uspokajające. Po takim czymś człowiek nie może zebrać do kupy nawet jednej myśli, za to jest w stanie utrzymać się na nogach na tyle aby łatwo było go transportować między autami czy samochodami.
                                        Przed autem stało dwóch agentów. Czekali na coś.
                                        Na brzegu ekranu Mervi dostrzegła piksele… Mrugnęła, nie było ich, pozostawiając po sobie gorzki posmak prawy. Unia przechwyciła ich aby zorganizować swego rodzaju zasadzkę? Może na tego całego Jacoba?

                                        Mervi starala się odnaleźć najlepsze kamery, które dałyby też jej wejrzenie w miejsce, z którego miał wyjść cel, nawet jeżeliby musiała wspomóc się satelitarnie. Lepszych nie było… Ale to co miała było dość dobre. Tym bardziej, że miała informacje o części swojej pracy - w okolicy obszaru pojawiły się, zupełnie znikąd, dwa obiekty. Jeden to był cel - jego nie miała ruszać, był zaznaczony eufemizmem jako “dopuszczalna jednostka” i zmierzał spacerkiem w stronę zasadki.
                                        Drugi… Nie miała pojęcia jak się tam znalazł. Samochód, na granicy obszaru, stary wan, z jakimiś ludźmi siedzącymi przy otwartych drzwiach ładowni.
                                        Nie powinna reagować…

                                        - Franklin. - odezwała się na częstotliwości technokraty - Stary wan na granicy obszaru. - mruknęła obserwując sytuację i nadzorując okolice, by masy tu przypadkowo nie weszły.
                                        - Przyjęte. Kontynuuj działania.

                                        Widziała jak jeden z mężczyzn przy wanie zakładał coś w rodzaju hełmu najeżonego dziesiątkami masywnych cewek pomiędzy którymi przeskakiwały iskry podwyższonego napięcia. Drugi się śmiał z czegoś, a trzeci bacznie obserwował okolicę.
                                        Mervi wróciła do swej pracy. Franklin po chwili odłączył jej wizję. Trwała akcja, miała tylko na ekranie drobny raport.
                                        Wysłanie grupy szturmowej na dewiantów w wanie. Cele znalezione i zlikwidowane. Wedle przebiegającego na ekranie, tekstowego raportu, dewianci chcieli wygenerować własny wabik. Nie zdążyli, gdy zauważyła ich Mervi.
                                        Chyba odniosła sukces?

                                        Finka była zadowolona z siebie. Tak bardzo.
                                        Spróbowała znaleźć informacje na temat strat. Nie było raportu, tymczasowe O2 nie pozwalało jej dowiedzieć się więcej. Franklin po wszystkim wrócił jej uprawnienia na właściwy poziom i poinformował o zakończeniu akcji. Serce biło jej mocniej…
                                        …ale trzeba było wrócić do rutyny. Może zrobić sobie kawę w nagrodę.

                                        Widać było jak zadowolona z siebie jest Mervi. Po zakończonej sprawie zwróciła się do Franklina.

                                        - Jeden z nich był jakiś dziwny. Hełm z cewkami? - pokręciła głową - Szkoda, że nie z czapka z folii aluminiowej.
                                        - Syn eteru - technokrata stwierdził sucho.

                                        Mervi czytała o nich. Przebrzydli technokraci, którzy zaczęli bratać się z dewiantami! Chociaż początkowo operowali na prawach nauki, ze względu na to z kim zaczęli się zadawać, większość ich wynalazków niczym nie różniła się od różdżek czy magicznych eliksirów, bazując na załamaniu przyczynowości.
                                        Mervi skrzywiła się.

                                        - Zgłupiały zdrajca. Dobrze, że nasi go wymazali.

                                        Franklin kiwnął głową z przekonaniem popijając kawę. Tylko Mervi… jakby swędział mózg. Czy tak odczuwało się wątpliwości? A może tylko ciekawość?

                                        - Co się stanie z tymi chłopcami? - zapytała pijąc zasłużoną kawę.
                                        - Nie wiem, stawiam, że trafią do odpowiednich ośrodków.

                                        Mervi ulżyło. Nie było żadnego niebezpieczeństwa, Unia się nimi zaopiekuje.

                                        - A co się dzieje z Robertem? Jutro wróci?
                                        - Nie wiem - wzruszył ramionami - pewnie tak.

                                        Dziewczyna dopiła kawę.

                                        - Mam nadzieję, że nie będziesz miał problemu przeze mnie, z tymi uprawnieniami?
                                        - To wszystko odbywa się w ramach procedur - Franklin wyjaśnił Mervi spokojnie - nie musisz sobie tym głowy zaprzątać. Najpewniej nikt nie kazał ci czytać tych zasad gdyż nie jest ci potrzebne podnoszenie cudzych dostępów, ale jest to dostępne już od O1. - wyjaśnił.
                                        - To dobrze. - uśmiechnęła się - Dużo nas jeszcze dziś czeka?
                                        - Nas nie, masz swoje obowiązki, ja zajmę się sprzątaniem. To była ciężka akcja, chociaż wiem, że z twojej perspektywy wyglądała jak dość abstrakcyjny urywek.
                                        - Niestety. - przyznała ze smutkiem - Czy gdybym już oficjalnie miała większe uprawnienia to bym takie akcje w całości widziała?
                                        - Takie nie, to było na O4 w całości, czasem niektóre mają specjalne dostępy… Ale szczerze, lepiej się nie rozpraszać i skupiać na swojej robocie i naprawdę potrzebnych informacjach, nie sądzisz? Poziomu uprawnień służą optymalizacji naszej pracy.
                                        - Więc... Źle zrobiłam informując o wanie? - zapytała ostrożnie.
                                        - Dobrze - Franklin pokiwał głową - po prostu nie przejmuj się poziomami uprawnień, system działa odpowiednio dobrze w większości przypadków.
                                        - Rozumiem. - zgodziła się.

                                        Od razu po pracy Mervi skierowała się do domu Roberta. Czy już wrócił? Czy wszystko jest dobrze? Nie powinna go lubić, był irytującym dzieciakiem, a jednak... lubiła. Na jakiś sposób. Może temu, że nie okazywał jej niechęci, a nawet trochę sympatię? Może dlatego, że na dodatek umieli się porozumieć i ich rozmowy były po prostu... przyjemne.

                                        Nie powinno ją zdziwić, że w mieszkaniu Roberta nie było nikogo, a jednak całą drogę miała nadzieję na inny efekt. W środku odczuwała potrzebę rozmowy. Wydarzenia dnia dzisiejszego ją po prostu rozbiły. Jednocześnie była dumna z siebie, ale gdzieś w sobie tłumiła ten posmak rozczarowania. Zapewne chodziło o niemożność pozyskania dodatkowych informacji.

                                        Już w domu prawie machinalnie wyciągnęła komórkę i wybrała numer Alana. Ten technokrata był jak i Robert - ufała mu. W tym momencie chciała, aby ją uspokoił, odegnał czający się strach o Roberta.
                                        Nie oszukała się na ich terapeucie. Wytłumaczył jej, że z Robertem wszystko w porządku i nie wpadł w kolejne kłopoty. Przeprosił, że nic więcej nie może teraz powiedzieć, ale to co przekazał wystarczyło dziewczynie.

                                        Gdy Mervi zakończyła połączenie z Alanem, który ją jak zwykle świetnie uspokoił, usiadła na fotelu przy biurku. Zdjęła z siebie wierzchnią część marynarki, przewieszając ją przez oparcie i z niekłamaną radością wybrała numer do swojego ojca, czując jak uśmiecha się sama do siebie. Ustawiła też połączenie video.
                                        Zobaczenie twarzy ojca po dłuższym czasie było dla Mervi bodźcem wywołującym zupełnie niespodziewane reakcje. Cieszyła się, to oczywiste, ale jednocześnie ścisnęło ją w żołądku i chciało się jej płakać. W pierwszej chwili nie wiedziała dlaczego.
                                        Potem już rozumiała. Żyła w zbyt dużym napięciu. Podstawowe prawo memetyki, dowiązania do rodziców powodują ujście emocjonalne celu. Widząc ojca pękało w niej dotychczasowe napięcie emocjonalne.
                                        Dwa wdechy, jak uczył Alan. Pomogło, hiperwentylacja zawsze pomaga.

                                        - Prawie bym cię nie poznał - usłyszała jak zawsze pogodny głos ojca - chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tych nowych fryzur…
                                        - Tak bardzo ci się nie podoba?

                                        Mervi przywołała jak najbardziej nonszalancki wyraz nie chcąc dać po sobie poznać burzy emocji.

                                        - Nie, po prostu nosisz się tak od niedawna, nie miałem okazji się przyzwyczaić, a już wyjechałaś na stypendium. Jak ci idzie?
                                        - Świetnie. - odparła szczerze, wyraźnie zadowolona z siebie. - Profesorowie są zachwyceni moimi osiągnięciami.

                                        Ojciec zmierzył ją wzrokiem, na chwilę. Coś w jej przesadnej pewności nie podobało się mu, ale przemilczał temat.

                                        - Ale pewnie kosztuje cię to dużo czasu?
                                        - Nawet nie wiesz. - westchnęła - Czasem to wymaga mocnego upchnięcia, aby zrobić wszystko danego dnia.
                                        - Nie przemęczaj się, proszę - ojciec powiedział z surową troską w głosie.
                                        - Mówisz, jakbym kiedyś na zmęczenie nauką zważała.
                                        - Nie można się przepracowywać aby po trzydziestce nie mieć zgruchotanego kręgosłupa - mrugnął do niej - a właśnie - uśmiechnął się - za około dwa miesiące powinienem wrócić do pracy.
                                        - Świetna nowina! Pomaga leczenie, co?
                                        - Jak mi ten drugi doktor zaczął opowiadać co robią, to zacząłem się zastanawiać czy będę terminatorem czy może wyrośnie mi ogon - ojciec zaśmiał się - ale grunt, że działa.
                                        - Terminatorem? - zdziwiła się.
                                        - Jakieś śruby w plecach i komórki macierzyste.
                                        - Ale działa. - jak śruby mają pomóc z chorobą płuc? - Śrubami mają ci kręgosłup usztywnić pewnie.
                                        - Na to jakieś zastrzyki - wyjaśnił ojciec - na to i kręgosłup. Śruby do kręgów, dziwnie szybko się po zabiegu zagoiło. Myślałem, że to poważna operacja, a było jak wycięcie migdałków…
                                        - To tylko się cieszyć. - uśmiechnęła się - Ale dobrze się czujesz, nie?
                                        - Tak, prawdę mówiąc już mógłbym wrócić do roboty - powiedział szczerze - ale mówią aby czekać bo przy podwieszeniu na słupach obciąża mocno kręgosłup, więc wszystko musi się dokładnie ogarnąć… Ale już z nudów wczoraj drewno rąbałem u Marka, robił grilla. Szkoda, że ciebie nie było, pamiętam jak byłaś młoda lubiłaś się z jego synem - mrugnął do Mervi.
                                        - Później mówił, że jestem nudnym kujonem. - uśmiechnęła się krzywo.
                                        - Bo jesteś - ojciec zaśmiał się do Mervi - powinnaś zacząć chodzić na jakieś rozsądne imprezy - oczywiście jak każdy ojciec musiał dodać “rozsądne”. Sam był równie nudny jak Mervi, ale trochę swej nudy przepracował przez lata.
                                        - Imprezy nie są rozsądne. To marnowanie czasu.
                                        - Na jednej poznałem twoją mamę, to była najlepsza inwestycja czasu w tamtej chwili, dzięki temu mam taką zdolną córkę.
                                        - Której posiadanie przepędziło matkę. - skomentowała skrzywiona. Matka w końcu nie była zachwycona, że ma stracić swoją wolność przez macierzyństwo.
                                        - Nie gadajmy o tym - powiedział ugodowo - lepiej mów co jeszcze u ciebie.

                                        Unik. Nie lubił tego tematu.

                                        - Uczę się. Wszędzie. - odparła.
                                        - Wszędzie?
                                        - Na studiach. U kumpla. - wzruszyła ramionami.
                                        - Fajny chłopak - zapytał ojciec - z jakiej rodziny?
                                        - Tato, co ma do tego pochodzenie?
                                        - No dużo, ciekaw jestem czy miejscowy czy może przyjechał na studia jak ty - ojciec zapytał szczerze.
                                        - Raczej miejscowy. - nawet nie pytała Roberta... - Nauczył mnie grać na konsoli. I ma dobrą wiedzę techniczną.
                                        - Konsole - ojciec machnął ręką aby potem ziewnąć. Przeklęta różnica czasu.
                                        - Ciesz się. Chciałeś bym pozbyła się trochę sztywności.
                                        - Masz rację - ojciec przyznał - dużo masz zajęć w tygodniu?
                                        - Różnie, ale dodatkowe zajęcia zapychają wolne. Wzięłam też takie.
                                        - Jakie? - ojciec zapytał dociekliwie.
                                        - Wiesz, jak informatyczne wspomaganie architektury, socjologiczne projektowanie przestrzeni…
                                        - Dobra, dobra - zaśmiał się - daj znać kiedy będzie o oświetleniu i normach przeciwpożarowych, na tym się chociaż znam.
                                        - A fajnego masz lekarza prowadzącego? - postanowiła zmienić temat.
                                        - Straszny sztywniak, ale fachowiec.
                                        - Sztywniak, bo dba o poprawę twojego zdrowia i nie zaprasza na wódkę?
                                        - Straszny służbista, wygląda jakby miał wstrzyknięte tyle botoksu w twarz, że nie może nawet trochę się uśmiechnąć. Dziwny człowiek.

                                        Musi dowiedzieć się więcej, komu dano jej ojca...

                                        - W jakiej placówce medycznej ci pomagają? Szpital?
                                        - Prywatny ośrodek, bez kontraktu państwowego, ale mają zaplecze szpitalne. Normalnie specjalizują się w przeszczepach skóry… musiałbym poszukać adresu i nazwy w gps samochodu, ostatni raz mogłem już jechać własnym.
                                        - Cieszę się, że ci pomagają. Oby tak dalej.
                                        - Potem tylko suplementacja do końca życia… Ale cieszę się, że trafiłem do tego programu.
                                        - Nie ma za co. - uśmiechnęła się cwano - I jaka suplementacja?
                                        - Tabletki, raz dziennie, potem w cyklach tydzień brania i dwa spokoju, zastrzyki raz na pięć lat - wyjaśnił.

                                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • JhnWJ Online
                                          JhnWJ Online
                                          JhnW
                                          Administrator Obsługa Developer
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #20

                                          Alison w milczeniu trzymała oburącz kubek z gorącą czekoladą. Wielkie, grube szkła okularów od dołu całkowicie jej zaparowały, ograniczając i tak nie najlepszą widoczność ze względu na nierówno spadające na twarz włosy kobiety.

                                          - Alan, dopiero teraz widzę – technokratka powiedziała – nie powinieneś mieć tak jędrnego tyłka.

                                          Psychoanalityk Nowego Światowego Porządku poderwał oczy znad dokumentów, które przygotowywał nim wszyscy przybędą na stopniowanie. Był lekko zbity z tropu.

                                          - Słucham?
                                          - No, tyłek… Pracujesz wyłącznie umysłowo, masz zakaz forsownych treningów. Powinieneś mieć obwisłą pupę, a nie jak sportowiec.

                                          Wszystko wyrecytowała beznamiętnie jakby czytała tekst z promptera. Alan przetarł oczy.

                                          - Brzmisz jakbyś mnie podrywała po swojemu – Alan odciął się gdy już zrozumiał, że Alison zaczyna swoje szermierki słowne. Niestety, chybił…
                                          - To nie podryw – wyjaśniła odstawiając kubek na blat, akcentując to uderzeniem dna o blat, wciąż wpatrywała się w brunatną taflę ciepłej czekolady – tylko molestowanie. Kwantowa Inteligencja poleciła mi wprowadzać więcej pozytywnego nastroju. Stwierdziłam, że jak ktoś zechce cię molestować, będzie ci miło.
                                          - Alison… - Alan powiedział, po czym brakło mu słów – ...a zresztą – dodał jakby broniąc się przed brakiem odpowiedniej riposty, wdychając ciężko, wrócił do dokumentów. Alison znowu wygrała… Tylko czemu ciągle inicjowała tą dziwną grę?

                                          W tym wszystkim trudno było połapać się Mervi. Było to pierwsze, duże spotkanie jej oddziału, w którym mieli dzielić się wiedzą, spostrzeżenia oraz wypracowywać nowe strategie działania. Po kilku chwilach dołączył do nich Alex, wciąż czekali na Adama oraz Roberta.
                                          Minął kwadrans od przyjścia Alexa, gdy do sali wszedł Robert. Wyglądałby jakby miał za sobą naprawdę ciężki okres. Trzymał się dzielnie, ale worków pod oczami i złej cery nie dało się nadrobić dobrą miną i żartami. Usiadł koło Mervi, wzdychając ciężko.

                                          - Nawet nie pytaj – powiedział do niej spokojnie – pogadamy po spotkaniu.


                                          Pierwsza część zebrania przebiegała w sposób umiarkowanie ciekawy dla Mervi. Wszyscy poza nią mieli przygotować raporty dotyczące dotychczasowej działalności. Raport Alexa był rzeczowy, lecz wchodził za bardzo w zanonimizowane szczegóły akcji o których nikt inny nie miał pojęcia – przez co wydawał się miejscami bardzo nużący przez brak kontekstu. Dla odmiany Fralklin skupił się na zaprezentowaniu nowych wersji narzędzi oraz poprawek już istniejących, z których korzystał zespół – część z nich była przystosowaniem pod potrzeby zespołu rzeczy ogólnie dostępnych w Unii, wdrożenie poprawek czy instalacja wyższych wersji, ale niektóre stanowiły osobistą inwencję Franklina. Mervi o tym wiedziała, wszak sama pomagała mu przy niektórych.
                                          Prezentacja Alison powinna być ciekawa – dużo matematyki dotyczącej jej ostatniego projektu, o który Mervi miała okazję się otrzeć. Modelowanie społeczeństwa, błędy poszczególnych rozwiązań, predykcje skutków. Szkoda tylko, że było przekazane to w najgorszy sposób. Dziewczyna czuła pod skórą, że jest to celowe. Mimo całej swej dziwności Alison jeden na jeden była świetną nauczycielką.
                                          Raport Robeta wyglądał na przygotowany jako dłuższe wystąpienie będące podsuwaniem kilku akcji i błędów w nich popełnionych
                                          Alan przedstawił im tylko krótki raport w sprawie stanu grupy. Stwierdził, że jest zadowolony z ich postępu osobistego, wyższe struktury Unii wyrażają dalszą zgodę na kontynuowanie jednostki w jej obecnej formie. Podziękował wszystkim za udaną współpracę.


                                          - No tak… raporty – Adam mruknął pod nosem, wstając od stołu, do tej pory ignorował występy innych, zajmując się czytaniem z ekranu tabletu – jak dobrze wszyscy wiecie, i tak cyfrowa inteligencja znajdzie lepsze rozwiązania niż wszystkie nasze wysiłki, stąd po raz kolejny proszę, aby nie tracić przy następnym spotkaniu tyle czasu na wasze odkrywcze wnioski. Jak wspomniał Alan, góra jest na razie nastawiona pozytywnie. Nie wspomniał za to o dwóch dodatkowych rzeczach, które w związku z tym zostaną wprowadzone.

                                          Zrobił krótką przerwę, chrząknął.

                                          - Mamy dodatkowy budżet szkoleniowy. Cześć przeznaczę na wspólny kurs dla wszystkich z zakresu ksenobiologi militarnej. Mamy coraz więcej pozawymiarowych intruzów do obsłużenia. Druga część dedykowana jest waszemu osobistemu rozwojowi w postaci zunifikowanego funduszu wymiany wiedzy. Pomyślcie które dziedziny oświeconej nauki chcecie rozwijać.

                                          Trzecia pauza.

                                          - No i ostatnie, będziemy mieli więcej akcji zdalnego wsparcia agentów polowych przy bezpośrednich akcjach. Będę dowodził takimi działaniami bezpośrednio. O szczegółach zostaniecie poinformowani wkrótce.


                                          Po wyjściu ze spotkania Alan podszedł do Mervi.

                                          - Masz dziś czas porozmawiać? Nie będzie to ewaluacja psychologiczna, widzę, że coś cię gryzie – powiedział z rozbrajającą szczerością – powiedzmy, za chwilę w moim gabinecie?

                                          Jak on to robił...?

                                          - Muszę z Robertem też porozmawiać, to tylko z nim ustalę kiedy i mogę.
                                          - Daj Robertowi chwilę odpocząć - stwierdził Alan - to mu się najbardziej przyda.

                                          Te słowa wyraźnie poruszyły finkę.

                                          - Dobrze... Jestem cała twoja więc. - wypaliła bez refleksji.

                                          Alan nie skomentował, prawdę mówiąc nie dał po sobie poznać w jaki sposób to zabrzmiało… Ale i tak dotarło to do Mervi. Ruszyli w stronę jego gabinetu, ale już w trakcie drogi Alan zaczął niezobowiązującą rozmowę.

                                          - Jak wrażenie po spotkaniu?

                                          Całą drogę Mervi ganiła się w myślach za swoje dwuznaczne słowa. Zbyt mało umiała w relacje międzyludzkie najwyraźniej...

                                          - Pozytywne... Przynajmniej takie były, do czasu jak Adam postanowił rzucić nam w twarze cegłówką... - mruknęła - Po co on to robi? To podkopuje nas przecież.
                                          - Dlaczego podkopuje? Wyraził swoje zdanie, które niestety muszę przyznać, jest poparte faktami. Adam jest bardzo szorstki, ale nie należy z tego powodu skreślać jego argumentów. Zgadzasz się?
                                          - Chodzi o to, że wedle jego słów, cokolwiek co robisz w sumie nie ma sensu. I tak zostanie to rzucone na kupkę "do wyrzucenia"..
                                          - Nie - Alan wtrącił się łagodnie ale stanowczo - Adam powiedział, że według niego rozwiązania mózgów cyfrowych są lepsze. Aby stwierdzić, czy coś jest lepsze, trzeba to porównać. Oznacza to, że masz szansę wygrać w szachy z Deep Blue.
                                          - Według niego nie powinniśmy się tym zajmować. To to samo. - zaprotestowała.
                                          - Optymalizacja zasobów - Alan wzruszył ramionami - szef dużo marudzi, ale mało rozkazuje...
                                          - Bo mu nie zależy? - zapytała cicho.
                                          - Bo daje nam swobodę - Alan stwierdził pogodnie otwierając przed Mervi drzwi do swego gabinetu - wolę tak niż kogoś, kto będzie się za bardzo wtrącał.

                                          Technokratka weszła do środka, kierując się na standardowe miejsce, jakie zajmowała podczas ich rozmów.

                                          - Alison przekazywała ciekawe rzeczy w nieciekawy sposób... ale można z tego wyciągnąć coś dla siebie. Trzeba się przyzwyczaić. Na solo jest inna.
                                          - Jaka - Alan usiadł w fotelu przy biurku - poza chytrością?
                                          - Jest świetnym nauczycielem. - spojrzała na Alana - Masz z nią problem, prawda?
                                          - Nie, doceniam jej spryt - Alan powiedział naturalnie - po prostu jestem ostrożny. Jak ci się ostatnio pracowało?

                                          Merv posmutniała.

                                          - Franklin na jedną akcję zwiększył mi uprawnienia. Mówił, że dobrze zrobilam. - słowa nie były kompatybilne z twarzą.
                                          - To rutynowa procedura - Alan uspokoił finkę.
                                          - Wiem... - odparła i zamilkła.

                                          Alan gestem zachęcił Mervi do dalszego mówienia.
                                          Finka Utkwiła wzrok w kolanach.

                                          - Nie wiem czy jestem na te akcje gotowa...
                                          - Dlaczego tak uważasz?
                                          - Widzialam zdrajcę... Był... Dziwny. Poinformowałam o nim i jego znajomych, więc mu przerwano... Ale ciągle nie mogę o tych młodych zapomnieć.... Oni też byli terrorystami?
                                          - Może - Alan zaczął powoli - może byli niebezpieczni w inny sposób, a może po przesłuchaniu wrócą do siebie. Fundament Unii to zaufanie, Mervi. Ufasz nam?
                                          - Ufam... - zamknęła oczy - Teraz tylko... Boję się. Wiedza... Musi być limitowana... - wzięła głęboki oddech - Boję się podejmować decyzje...
                                          - Na swoim poziomie nie powinnaś być do nich zmuszana - Alan powiedział ciepło - ktoś próbował na tobie to wymusić?
                                          - Nie... Sama poinformowałam Franklina, że jest obok samochód, z ludźmi, co chcą odbić tych młodych... To miało pomóc w akcji, tylko... - westchnęła - Czy na pewno wszystko dobrze poszło? Mam taki ciężar w żołądku, nie wiem czemu... Jakbym zawiniła czemuś...
                                          - Postępowałaś zgodnie z procedurami.
                                          - Ale czy moja decyzja do czegoś doprowadziła, z czego powinnam czuć się źle?
                                          - Nie - Alan powiedział spokojnie lecz stanowczo, pokazując swoje przekonanie - o to dbają procedury, są one ponad nami. Gdy my możemy się mylić, one nie będą.

                                          Mervi powoli pokiwała głową.

                                          - Dobrze... Dziękuję. - spojrzała w oczy technokraty - Czy wiesz co się stało z pojmanymi chłopcami?
                                          - Nie śledzę większości spraw, Mervi. Nawet gdybym miał uprawnienia… Chyba też nie powinnaś pytać o rzeczy poza swoimi uprawnieniami, nie sądzisz?
                                          - Ja... Tylko pytałam czy wiesz... - spuściła głowę - Wybacz…
                                          - Nie mnie musisz przepraszać - Alan powiedział do Mervi serdecznie - po prostu zwracam ci uwagę na procedury.

                                          Mężczyna pokręcił głowa z namysłem.

                                          - Lepiej ja niż ktoś nieżyczliwy, co?
                                          - Tak.... - westchnęła - Zapomniałam się.
                                          - Przywykniesz…

                                          Alan coś mówił…
                                          Mervi nie słyszała. Jej uwagę zwróciły piksele na ekranie wyłączonego telewizora. Dwa uderzenia serca nim zniknęły.
                                          SAMI MOŻEMY TO SPRAWDZIĆ

                                          Mervi w tym momencie chciała rzucić czymś w telewizor. Co jej ZNOWU odwalało? Czemu sama siebie próbuje zachęcić do buntu?!
                                          Była bliska bicia głową w stolik.

                                          - Pójdę już... - odezwała się do Alana przepraszająco.
                                          - Dlaczego… wszystko w porządku Mervi? - Alan wstał do niej - dać ci wody? Słabo ci?
                                          - Może trochę wody... Chyba... Czasem sobie nie radzę tak dobrze... Głupie myśli, których nie chce.

                                          Alan nalał Mervi wody do szklanki z wazonu w swoim gabinecie. Zamyślił się, przysunął swoje krzesło na wprost Mervi, pochylając się do przodu, łokcie na kolanach, dłonie splecione. Był zatroskany.

                                          - Bardzo nie chciałbym ci zwiększać dawki środków, nie taki jest cel naszej pracy. Rozumiesz dlaczego?
                                          - Żeby pokazać, że to może wyrwać osobę z tego stanu? - szepnęła i zaczęła pić.
                                          - Aby nie robić tu z ludzi naszprycowanych chemią botów. Na dłuższą metę to nie rozwiązuje jakichkolwiek problemów.
                                          - Próbuję... Nie chcę tych myśli, ale nie wiem jak walczyć. - patrzyła błagalnie - Pomóż mi, jak mam to zmienić…
                                          - Miałaś ostatnio sny?

                                          Finka spuściła głowę.

                                          - Tak…
                                          - Słucham - Alan zachęcił Mervi łagodnie.

                                          Mervi wyraźnie się wstydziła.

                                          - Jakiś czas temu... bardzo chciałam sen... - głos się jej zalamał - Tamtej nocy nie wzięłam leku.... i sen przyszedł... Chciałam znowu poczuć się tak, jak wtedy... Przy Profesorze... - pokręciła głową - To była pułapka. Nie było w tym nic miłego. Tylko ból. Ciągła pętla tej samej śmierci... - zakryła oczy dłońmi - Wróciłam od razu do leków po tym…
                                          - A ty co robiłaś w tej sytuacji?
                                          - Nie chciałam by Skaldespillar mnie znowu zostawił, próbowałam jakoś śmierć odsunąć... ale nie dało się. Ginął zawsze lub ja z nim. Jakby nie chciał żyć!
                                          - Tylko uciekaliście? On cię chronił, jak wtedy?
                                          - Najpierw chciałam go przekonać, by uciekał. Później zwróciłam uwagę agentów i zginęłam. W ucieczce... Też bez sensu. Zawsze umierał.
                                          - Może twoja podświadomość sugeruje ci, że to ty przed czymś uciekasz, ale wiesz, że to bezowocne jest?
                                          - Przed czym? - jęknęła przez powstrzymywane łzy.
                                          - Ja tego nie wiem… To wiesz tylko ty, ale jeszcze sobie tego nie uświadomiłaś. Cieszę się, że rozmawiamy, ale muszę cię ostrzec. Nie dziel się z innymi swoim bogatym życiem sennym. To jest samo w sobie podejrzane, a jeśli powiesz, że śnił ci się dewiant... Rozumiesz mnie Mervi?
                                          - To tylko sen... - szepnęła.
                                          - W którym śniłaś o dewiancie, ja to rozumiem. To tobą wstrząsnęło. Nasz eidolon szuka różnych wzorców, których może użyć, nawet jeśli nie są akceptowalne społecznie. Nie wszyscy to rozumieją. Dobrze Mervi? - zapytał twardo.

                                          Dziewczyna pokiwała głową.

                                          - Czyli mogą myśleć, że sama tego chcę?
                                          - Tak, głupi, twardogłowy beton. Nie przejmuj się nimi, ale po prostu uważaj. Jeszcze coś… Mam prośbę. Byłabyś coś w stanie dla mnie zrobić?
                                          - A co takiego? - spojrzała uważnie.
                                          - Nie wiem, czy to najlepszy pomysł, jak nie dasz rady, to nie wahaj się powiedzieć… Chodzi o Roberta. Chłopak ma teraz gorszy okres, potrzebuje w kimś oparcia. Mnie nie ufa do końca. Postaraj się być mu trochę podporą, jeśli dasz radę - Alan powiedział łagodnie, a Mervi ogarnął najpierw spokój, a potem strach, ten strach ze snu.

                                          “Przed czym uciekasz?”

                                          - Zrobię co będę mogła. - obiecała - Co go tak mocno uderzyło? Coś co ostatnio robił?
                                          - Jak będzie chciał, to sam ci powie. Nie powinienem rozpowiadać, mam nadzieję, że rozumiesz.
                                          - Dobrze. - potwierdziła.


                                          Po wyjściu z pogadanki u Alana, Merv skierowała się odszukać Roberta, aby... w sumie nie wiedziała jak może pomóc, jednak to zamierzała ogarniać w trakcie. Niestety, poszukiwanie ludzi w konstrukcie Unii nie należało do najprostszych zadań. Mervi wpadła raz na duet facetów w czerni, raz na cyborga… Koniec końców znalazła Roberta idącego korytarze. Gdzieś się śpieszył.
                                          Dużo nie myśląc podbiegła do niego, aby zrównać z nim chód.

                                          - Gdzie uciekasz? - zapytała na powitanie.

                                          Robert prawie podskoczył. To przekonało Mervi, że jego nerwy nie są w najlepszym stanie. Szybko odzyskał rezon.

                                          - Powiem ci, a potem będziesz wiedziała gdzie mnie ścigać - zażartował.
                                          - Nie lubisz jak kobieta cię ściga, co? A może wolałbyś mężczyznę? - też zażartowała, nie opuszczając Roberta.
                                          - Naczytasz się lub naoglądasz tej azjatyckiej kultury, a potem takie teksty do mnie, no nieładnie - powiedział z chytrym uśmiechem nawiązując do ostatniej frazy w wypowiedzi Mervi - mam jeszcze dwa szkolenia dziś.
                                          - A nie podoba się? - zapytała rozbawiona - I czyżbyś miał te szkolenia z azjatyckiej kultury, co?
                                          - Nie, z zabezpieczeń systemów - stwierdził ze zbolałą miną - to jakby kazać słuchać włamywaczowi jakie wkładki do zamków są cool.
                                          - Miałeś mi powiedzieć, co się z tobą działo.
                                          - Trudne czasy - Robert powiedział dziwnie spokojnie - może jutro u mnie, po południu? Czy może u ciebie?
                                          - U ciebie. - zadecydowała - U mnie jest... no... nudno w sumie. U ciebie porozrzucane wszystko.
                                          - Nudno bo mnie tam nie ma - stwierdził mrugając - to do jutra, daj mi potem znać o której godzinie. Jutro mam znowu grubszą robotę tutaj - stwierdził kwaśno - spadam na kolejne szkolenie… Nie ma to jak dostać je za karę.
                                          - To jutro ja nie będę karą, tylko nagrodą. - stwierdziła słodko.

                                          Robert spojrzał na nią podnosząc jedną brew w górę.

                                          - Alison dolała ci czegoś do kawy, nie?
                                          - Shush, do jutra, sempai!

                                          Robert pokręcił głową mając przez moment - co tu właściwie się stało. Natomiast Mervi… poczuła w sercu jakiś spokój. Znowu dostrzegła kątem oka piksele, złamania obrazu, ale na ten moment się ich nie bała. Nie były groźne. Były po prostu jak ona.
                                          A potem przypomniała sobie, że to nie ma znaczenia. Wszak takie zachowanie oznaczało odbieganie od linii bazowej. Ciekawe jak to robiła Alison?


                                          W mieszkaniu Roberta panował większy porządek niż ostatnim razem, chociaż trudno było nazwać było porządkiem, raczej formą pośrednią pomiędzy trzymanym w kontroli bałaganem a pełzaəacym chaosem miejsca którym się żyje.
                                          Na wejściu Mervi uderzył zapach jedzenia. Umawianie się na porę obiadową z Robertem miało zalety, a w tej chwili zaletą były domowe burgery którymi technokrata zajął się w pierwszej kolejności zamiast rozmową z Mervi. Wyglądał jednak na podniesionego na duchu ze względu na jej obecność.

                                          - Ostatnie szkolenie prowadził Iterator, brrr – powiedział do technokratki znad patelni – wyglądał jakby wyłączyli mu moduł detekcji sarkazmu ale za jego miejsce włożyli dwa używania. Kompletnie nie rozumiał niuansów tego, co do niego się mówiło. Ale jak coś powiedział, to można było się poskładać...

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy