Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje WoD
  3. Rozgrywka
  4. [Mag: Wstąpienie] Connect away

[Mag: Wstąpienie] Connect away

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
32 Posty 2 Uczestników 117 Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • JhnWJ Online
    JhnWJ Online
    JhnW
    Administrator Obsługa Developer
    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
    #7

    Pośród morza dusznej, technokratycznej atmosfery wypełniającej szczelnie pomieszczenia biurowej ostatnich pięter nowojorskiego wieżowca, znajdowała się niepozorna wyspa kwaśnych żartów, sarkazmu oraz odrobiny absurdalnego humoru wymieszanej ze zwykłymi, biurowymi pogawędkami.
    Znajdowała się w małym, współdzielonym gabinecie dwójki analityków Wieży z Kości Słoniowej.

    Franklin wyciągnął się na krześle patrząc z niechęcią na pusty kubek. Nie chciało się mu iść znowu po kawę. Powinni zamówić prywatny ekspres. To był dobry pomysł, pomysł, którym będzie musiał się podzielić…
    ...z tym, kto właśnie wyrwał go z zamyślenia. Współpracownik, Jon. Zawsze wiedział kiedy nawiązać rozmowę. Może temu zawdzięczał to kim jest i gdzie jest, mimo całkiem przeciętnych zdolności czysto technicznych.

    - ...a ty w sumie patrzyłeś na wyniki tej młodej? - podumał Jon.
    - Taaak – Franlin zaczął flegmatycznie – nic ciekawego, kolejna młoda, naiwna duszyczka pragnąca bezpieczeństwa. Już ją chyba odznaczyłeś?
    - Czyli guzik czytałeś.

    Bezczelna odpowiedź współpracownika była powiedziana z tradycyjnym, lekkim tonem, wobec którego starszy analityk Franlikn nie mógł się uśmiechnąć do młodszego kolegi i własnych myśli. Miał rację, niezbyt dokładnie czytał. Przewertował strony swojego umysłu.

    - Masz mnie, straciłem czujność. Podobieństwo do NWO, prawdopodobieństwo dezercji do hermetyków i ekstazy, tradycyjna krzywa liniowa w stronę wirtualnych. Jednak czytałem.
    - Przejrzałeś – Jon popił kawy – raaany, to jest dołujące. Każdy element potencjalnie chwiejny propaguje w stronę naszych byłych konwencji. Gdybyśmy zlikwidowali wirtualnych, po czasie spędzonym z nami, nie mieliby już gdzie pójść.
    - Właśnie to robimy… Ale masz rację. Myślałem też nad Progenitorami, ale ta skłonność do uzależnień wedle komputera nie współgra ze stymulantami. Co on tam wie – straszy analityk wykrzywił się.
    - Wie – młodszy westchnął – wysoka niestabilność Geniusza, silne manifestacja Eilodiona…
    - Ty mi tu nie cytuj raportu, nie takich wyprowadzało się na ludzi.
    - Ale ona miała zostać przydzielona do Iteracji X…

    Jon uśmiechnął się krzywo, czekając na reakcję starszego kolegi. Ten lekko odwrócił się w stronę komputera, wystukując zapytania do bazy danych. Ze zmarszczonymi brwiami przeglądał dane.

    - Na wierzchu nic nie widzę. Ktoś grzebał głębiej?
    - Tak, edycja O4 z blokadą odczytu historii do O5. Komputer twierdzi, że należy wysłać do Iteracji X, szprycować przejściową chemią, a potem rozpocząć procedury cyborgizacji na niższego cyborga, z naciskiem na zmianę i usunięcie kłopotliwych funkcji mentalnych… Tradycje metalowe warzywo.

    Atmosfera w pokoju stężała, przykryta tylko wierzchnią warstwą iluzji i złudzeń swobodnego tonu Jona. Tego typu rozmowy były niebezpieczne, Frank zakładał, iż jego współpracownik nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo. Sam kiedyś był w podobnej sytuacji, dopiero widok kilku worków na ciała nauczył go większej ostrożności.

    - Nie zapytam jak się do tego dobrałeś – starszy analityk powiedział cicho.
    - Nie musisz – Jon stwierdził poważniejąc – dostałem dostęp od Bob. To jej robota, prosiła nas abyśmy nie powtarzali analizy. Była dość przekonująca, jeśli wiesz co mam na myśli.
    - To czemu odezwała się do ciebie?
    - Jesteś na monitorowanym… myślałem, że wiesz.
    - Cholera – Frank pokręcił głową – powiedziała właściwe co kombinuje? Znowu te jej nieregulaminowe gierki?
    - Trochę tak, więcej wnioskuję. Dziewczyna łykała wszystkie standardowe techniki wpływu emocjonalnego jak pelikan, potulna jak baranek. Za kilka baksów na miesiąc można było ją po prostu kupić… Nawet nie ogarnęła, że Bob zaczęła przy jej pomocy infiltrować środowisko akademickie. Oczywiście, za bardzo to nie wyszło…
    - Zatem co myślisz, Jon?
    - Bob chce podrzucić zgniłe jajo nielubianemu konstruktowi.
    - Masz rację – Franklin powiedział kiwają głową – a my morda w kubeł.

    Starszy analityk wracając do pracy krążył myślami wokół agentki szkoleniowej. Nie chciał wyprowadzać młodego z błędnego przekonania, byłoby to niebezpieczne.
    Sądził, iż Bob po prostu wierzyła równie mocno w Unią jak i w ludzi, a przez odpowiednich ludzi przywróci człowieka za sterami Maszyny.
    On już w to nie wierzył.


    Mervi miała dość. Będąc jeszcze pod wpływem jet laga, na drugi dzień po przylocie do USA i zakwaterowaniu w tymczasowym mieszkaniu, już kazano się jej stawić do centrali. Nawet rzeczy które wydawałyby się jej w innych okolicznościach „cool” jak duży kompleks własnych budynków pod przykrywą biur agencji medialnych i IT, skaner tęczówki, ukryte przejście (zapewne jedno z wielu) z windą, do podziemnej, metalicznej części kompleksu, czy wysoki, milczący agent pow prowadzący ją do pokoju – te wszystkie rzeczy traciły na kolorze ze względu na zmęczenie jakie odczuwała dziewczyna. Szli w miarę prostym korytarzem, z ledwo kilkoma rozwidleniami, nie spotykając nikogo po drodze.
    Na koniec przywitało ją cylindryczne, metalowe pomieszczeniu z nieumiejscowieniom pośrodku, zamocowanym do podłogi krzesłem oraz czerwonym okiem sensora naprzeciwko krzesła. Eskortujący ją agent wyszedł z pokoju, a za nim zasunęła się śluza.
    Metaliczny odgłos zdawał się dochodzić zewsząd, nie powodując jednak echa.

    - Usiąść.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • ZellZ Niedostępny
      ZellZ Niedostępny
      Zell
      Moderator Obsługa
      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
      #8

      Zmęczenie zepsuło jakikolwiek dobry humor, jaki miałaby Mervi. Wolałaby w tej chwili zakopać się w pościeli, nie musieć wychodzić z tego tymczasowego mieszkania... szczególnie na ważniejszą rozmowę, na którą nie ma się sił i ochoty. Mogli dać jej dzień na ogarnięcie się...
      Choć może osoba odpowiedzialna za głos także nie czuła się najlepiej, skoro wolała ukryć swój stan za... em... czerwonym światełkiem...?
      Mervi odruchowo spojrzała do góry w poszukiwaniu głośników, z których mógłby dochodzić ten głos, ale przymocowane do podłogi krzesło bardziej nawet przyciągało jej uwagę. Mogła przysiąc, że taki obraz prezentowano już w jakimś horrorze czy hardcore thrillerze.
      Mimo cichego pogłosu napięcia w tej dziwnej sytuacji, powoli usiadła na krześle, jak jej kazano. Nie wiedziała czy i co ma powiedzieć... ani czy powinna mówić cokolwiek... więc zachowała milczenie, patrząc głównie w podłogę.

      [media]https://i.ytimg.com/vi/qDrDUmuUBTo/maxresdefault.jpg[/media]

      - Podaj identyfikator - beznamiętny głos rozkazał.

      W tej sekundzie Mervi nie miała najmniejszej ochoty zboczyć z tematu czy wypaść źle - jakby znajdowała się na ważnym egzaminie ustnym.

      - LR82571265-12E - wyuczony zlepek cyfr i liter wyrecytowała jak mantrę.
      - Potwierdzono. Powtórz: ciemność wypełzła ciemność światło życie.

      Mervi w pierwszej chwili zawahała się, wyraźnie nie rozumiejąc sytuacji i dopiero po tym odzyskała rezon. Może to wszystko miało jakieś znaczenie...?

      - Ciemność wypełzła ciemność światło życie. - powtórzyła.
      - Potwierdzono. Powtórz: gdy nikogo nie ma w domu zrywam ptaki z drzew.

      To się robiło coraz bardziej dziwne. Po co to wszystko?

      - Gdy nikogo nie ma w domu zrywam ptaki z drzew. - spojrzała w czerwone światło.
      - Potwierdzono. Powtórz: czarne niebo chmurzy się czarnym srebrem.
      - Czarne niebo chmurzy się czarnym srebrem. - lekko zmarszczyła brwi w reakcji na ten bezsens.
      - Potwierdzono. Powtórz: śnieg.
      - Śnieg. - jedno słowo, może to koniec.
      - Linia bazowa potwierdzona. Procedury terminacji zanegowane. Przyznany dostęp początkowy. Następne planowane potwierdzenie: nie ustalono harmonogramu. Zgłoś się do swego przełożonego.

      Po chwili drzwi otworzyły się z drugiej strony, gdzie czekał na Mervi drugi, łysy agent w garniturze.

      - Procedury terminacji? - Mervi szepnęła do siebie, ponownie zbita ze zrozumienia. Przynajmniej teraz będzie rozmawiać z kimś, kto nie jest jakimś zaawansowanym ekspresem do kawy z opcją przesłuchania, czy coś...

      Skierowała się ku łysemu agentowi, jeszcze raz po drodze rozglądając się za ukrytymi w ścianach kamerami czy mikrofonami.

      - Procedury terminacji? - zapytała już głośniej, gdy była bliżej mężczyzny.

      Agent zaszczycił Mervi tylko przelotnym spojrzeniem, zza czarnych lustrzanek przebijała się wyłącznie zimna obojętność profesjonalizmu. Zignorował pytanie dziewczyny.

      - Proszę za mną.

      Polecił prowadząc Mervi przez kolejne korytarze, znowu nikogo nie spotkali, lecz tym razem słyszała ludzkie odgłosy z innych miejsc kompleksu. Po krótkim spacerze, zjechaniu jeszcze dwoma windami i spacerze po schodach, zaprowadzono ją do gabinetu. Agent otworzył jej drzwi i zaprosił do środka.

      Pomieszczenia schludnego, urządzonego dość nowocześnie. Tworzywa korytarzy takie jak metal, ceramika i tworzywa sztuna zastąpiło tutaj drewno na ścianach oraz syntetyczne, drewnopodobne panele podłogowe. Meble w postaci kilku szafek, szafy oraz barku wykończone szkłem, podobnie jak biurko z komputerem. Trudno było posądzić wystrój o tradycjonalizm, projekt umeblowania prezentował się na wskroś modernistycznie, zamieniając jedynie materiały.
      Na skórzanym fotelu siedział niezbyt wysoki, łysy mężczyzna o owalnej, lekko nalanej twarzy któremu więcej rysów nadawała jedynie czarna, kozia bródka oraz zwyczajne okulary. Wyglądał na kogoś, kto boryka się z lekką nadwagą, mimo to szara koszula leżała na nim dość dobrze. Po chwili Mervi zauważyła, że na wieszaku obok biurka spoczywa marynarka oraz rozwiązany krawat. Najwidoczniej “szef” nie lubił pracować w pełni formalnym stroju. Dziewczyna zauważyła również, iż po jego prawej znajdowały się drzwi z czarnego, nieprzezroczystego tworzywa, obramowane lakierowanym drewnem, najpewniej do zaplecza gabinetu.

      - Usiądź - polecił nie odrywając wzroku od ekranu komputera.

      Dziewczyna czuła się dość zagubiona w sytuacji, gdy po prostu przekładali ją z miejsca na miejsce, jednak nie wyrażała niezadowolenia, jedynie wzmogła się jej czujność. Jak mężczyzna kazał, tak zrobiła w milczeniu, przysuwając się na krzesło.
      Mężczyzna nie zwracając kompletnie uwagi na Mervi, dokończył swoją pracę. Dopiero po ponad minucie czekania odsunął ręce od położonej bokiem klawiatury, przekladając je na blat i zaplatając. Uśmiechnął się lekko.

      - Pierwszy konstrukt?

      Mervi cały ten czas czekała cierpliwie i dopiero odezwała się zapytana.

      - Tak... Dopiero też na ten kontynent przyleciałam.
      - Mam nadzieję, że chociaż wyrównałaś swój rytm dobowy.
      - Za mało czasu od wyjścia z samolotu, ale nie będzie to problemem, naprawię niedogodność.
      - Złóż zażalenie na harmonogram - usłyszała szczerą poradę - ja jestem, jak wiesz, administratorem tego miejsca. Ty podlegasz bezpośrednio doktorowi Alanowi Blueback, dalsza hierarchia dostępna jest w dokumentacji. Ze względu na reorganizację, doktor jest jednocześnie administratorem korpusu wsparcia psychologicznego.
      - Korpus wsparcia psychologicznego? Co to ma do mnie? - zapytała niepewnie.
      - Standardowy, wewnętrzny zespół mający zapewnić podwyższony komfort pracy. Dodatkowo, ze względu na brak wykształcenia doktora Blueblacka w sprawach operacyjnych, przydzielony zostaje do twego korpusu oficer wsparcia Adam Gloomer. Sądzę, że obydwoje powitają cię na spotkaniu organizacyjnym. Na kiedy masz je umówione?

      Może wcale nie tylko ona tu nie wiedziała co się naprawdę dzieje...

      - Uhm... Miałam przyjść do centrali i... tyle wiem. - odparła cicho - Nic więcej,żadnych spotkań.
      - Proponuję zgłosić zażalenie na realizację pierwszego etapu procedury wdrożeniowej - mężczyzna odpowiedział tak, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem - agent czekający pod drzwiami na prośbę przedstawi ci dalszy plan. Masz jakieś pytania, chcesz o czymś porozmawiać?
      - Są jakieś wytyczne do składania zażaleń? - nie wiedziała czemu musiało się to jej wymsknąć.
      - GCA 5 - widząc zmieszanie Mervi, rozwinął - Generyczny Cyfrowy Arkusz 5.

      Mervi ulżyło, że jej wypowiedź, której nie zaniechała nim opuściła jej usta, nie spowodowała kłopotów. Głupia!

      - Zapamiętam. - uśmiechnęła się niezręcznie - Chciałam zapytać... o co chodziło z tym powtarzaniem zdań? Co to linia bazowa? Terminacja?
      - Bazowy, pożądany profil psychologiczny posiada linię bazową będącą optimum cech. Ewaluacje psychologiczne różnego typu są standardową procedurą, nie musisz się nimi przejmować. W przypadku większych odchyleń przeprowadza się terminację aktualnego kontraktu z opcją wznowienia nowych warunków współpracy bardziej pasujących do nowej linii bazowej. Terminacją określa się również usunięcie elementów niepożądanych z terenu placówki, jako terminację przestrzenną.

      Gdzieś wewnętrznie słowo "terminacja" miało inny smak... ale co się przejmować? Ona wie mniej niż inni w tym siedzący.

      - Tylko jak mają profil psychologiczny określić takie zdania wyrwane z sensu?
      - Analiza behawioralno-fizjologiczna - mężczyzna odpowiedział rzeczowo, a Mervi zrobiło się odrobinę… głupio. Powinna na to wpaść. Memetyka, modele fizjologiczne. Badanie mikrogestów, zwężenia źrenic, widma głosu, tętna, zdalne odczytywanie aktywności elektromagnetycznej mózgu. Tamten pokój był jednym, wielkim, czujnikiem.

      Mervi wyraźnie poczuła się zawstydzona swoją niewiedzą. Tak być nie mogło... Nie może tego cierpieć...

      - Muszę poprawić swój stan wiedzy... - nerwowo przesunęła dłonią po włosach i wzięła głębszy oddech - Nie będę zabrać dłużej czasu. Dziękuję za okazanie mi cierpliwości.
      - Zawsze możesz się do mnie zwracać, jak każdy w kontrakcie - mężczyzna powiedział poważnie kiwając Mervi głową na pożegnanie i… wrócił do pracy przy komputerze.

      Mervi wyszła z gabinetu administratora z gorzkim smakiem poniżenia w ustach. Jak mogła! Czemu nie zrozumiała wcześniej! Przecież o tym czytała, zrobiła te memetyczne urządzenia, a jednak sama tego nie rozpoznała w akcji...
      Gdy stanęła na zewnątrz wciąż ganiła się w myślach... Zwykle to się nie działo. Czemu teraz? Czy ta wiedza była zbyt zaawansowana dla niej?
      Spojrzała na agenta stojącego za drzwiami zastanawiając się i czy wobec niego się poniży...

      - Jaki jest dalszy plan? - spróbowała nadać swojemu głosowi trochę tej pewnej nuty…
      - Brak odstępu od założonego harmonogramu - odpowiedział naturalnie agent nie ruszając się z miejsca.
      - A jaki jest założony harmonogram? - zapytała - Nie wdrożono mnie w niego wcześniej…
      - W takim przypadku polecam wystosować odpowiednią skargę - agent stwierdził zimno, lecz bez negatywnych emocji - kolejne spotkanie zaplanowane jest na za trzynaście minut. Poprowadzić w miejsce docelowe?
      - Wezmę skargę pod uwagę, oczywiście. - skinęła głową - Na razie spotkanie ma większy... - zastanowiła się chwilę nad odpowiednim słowem - priorytet. Tak, poprowadź proszę.

      Sala w której przyszło Mervi czekać na kolejne spotkanie była małą salą konferencyjną, z komputerem, telewizorem, dużym stołem, krzesłami i dwoma mikrofonami wbudowanymi w blacie obok złącz do komputerów i telewizora. Ściany wyłożono beżowymi, plastikowymi panelami, drzwi oraz fragment ściany przy nich wykonano z matowego szkła. Jedna, krótsza ściana porośnięta była ozdobnym mchem, trudno było stwierdzić, czy żywym.
      Pierwszy do pokoju wszedł doktor Blueblack. Przedstawił się Mervi, podając również wizytówkę i ściskając pewnie dłoń.
      Był to wysoki, szpakowaty, rudy mężczyzna, ostrzyżony na krótko, z kilkudniowym zarostem na którym widać było ślady zdecydowanie zbyt wcześnie pojawiającej się siwizny. Nosił czarny sweter-bezrękawnik na szarej koszuli. Mervi zauważyła, iż miał niedopięty guzik prawego mankietu. Brzmiał ciepło i serdecznie, lecz w zupełnie inny sposób niż Bob. Tam gdzie bob była nachalna i żywa, Alan zachowywał spokój, roztaczając aurę kontroli nad sytuacją oraz bezpieczeństwa. Był też… po prostu miły.

      - Na koordynatora operacyjnego jeszcze chwilę poczekamy - powiedział siadając po skosie do Mervi - jak minęła podróż?

      Czy powinna coś mu powiedzieć o niedopiętym guziku? Czy to mogłoby wprowadzić go w kłopoty przy kimś innym? Nie wiedziała...

      - Sama podróż bez problemu, tylko ta zmiana stref boli... - stwierdziła.

      Nie, to mogłoby być niegrzeczne, jeżeli by o guziku mówiła.

      - Racja, z tego powodu sam nie lubię za dużo podróżować. Rozumiem, że jesteś już po spotkaniu z Jamesem?

      Mervi wyraźnie się speszyła.

      - Jeżeli James to administrator Konstruktu... to tak. Nie dano mi zawczasu instrukcji co dokładnie mam robić... Tylko, że mam się zjawić. - dziewczyna spuściła na sekundę wzrok zagubiona.
      - Tak, tak, administrator - Alan zapewnił Mervi - wybacz, czasem wdziera się tu trochę chaosu… Ale na razie nie potrzebujesz instrukcji, wszystkim się zajmę. Bob mówiła ci czym będziesz się tu zajmować?
      - Czytałam wszystkie książki i pdfy, które mi dawała, w którymś było o metodologii. Chyba trzecim, więc na zupełnego głupa mnie nie wepchnięto. - delikatnie się uśmiechnęła.
      - Dobrze - mężczyzna powiedział z wyraźną ulgą - jak będziesz miała już grafik zająć, dopasujemy to do pierwszego etapu pracy i szkolenia tutaj. Proponuję przynajmniej na tym etapie mieszkać jeszcze poza ośrodkiem - Alan zadumał się.
      - Obawiałeś się, że porwała kogoś przypadkowego z ulicy i wam wepchnęła? - Mervi musiała to powiedzieć.
      - Nie zawsze jest czas na dobre szkolenie wstępne. Niestety nie wszyscy nowi przykładają się do studiowania materiałów, a Bob ma metody które tego od nich nie wymuszają, przez co bywa z nimi więcej pracy.
      - I wy to musicie wszystko wyłożyć? Premię chociaż dostaniecie? - Mervi lekko potrząsnęła głową, aby uspokoić głupie myśli - Jak szkolenie teraz ma wyglądać? I jak to się z Yale pogodzi?
      - Zajrzymy do twojego harmonogramu zajęć i dopasujemy wszystko, o to nie masz co się martwić. I tak trafiasz do specjalnej jednostki… wyjaśniono ci to?
      - Nie... Co jest w niej takiego specjalnego? - zapytała z zainteresowaniem.
      - Ech - Alan westchnął ciężko - wygląda na to, że koordynator się spóźnia, to od razu zaczniemy. Na podstawie obserwacji i testów psychologicznych klasyfikujemy część rekrutów do specjalnej opieki. Te kolory które widzisz, czasem natarczywie i tak dalej, jestem po to aby ci pomagać w tym. Z tego powodu wszyscy w jednostce odpowiadają nie przed koordynatorem, tylko mną. Jest to eksperyment mający poprawić warunki pracy.
      - Czyli to te piksele, co czasem widzę? - zapytała zdziwiona - Pomożecie mi z tym? Nie radzę sobie, jak cholerstwo mi atakuje oczy, nie mówiąc o jednoczesnym ataku słuchu... - Mervi poczuła zadowolenie, z możliwej pomocy - Czy wpędziło mnie to w kłopoty?
      - Nie, nie w kłopoty, po prostu jestem tu, aby pomagać. W wolnej chwili pójdziemy do mnie lub przejść się i dokładnie o tym porozmawiamy. Ważne abyś zdawała sobie sprawę z atypowości jednostki. Nie wszyscy mają tego typu problemy co ty, niektórzy mieli bardziej osobiste sytuacji. Wielu agentów z którymi będziesz pracować miało kiedyś podobne problemy, zwalczyło je samodzielnie, przed powstaniem obecnego podejścia do tego typu przypadków, i zgłosiło się do nas na ochotnika, jako bardziej doświadczeni koledzy. Ostatecznie nie da się zrobić sprawnej drużny na samych żółtodziobach - mrugnął.

      - Czyli jest to uleczalne? - Mervi zaczęła odczuwać ulgę - To nie jest przegrana sprawa?
      - Nie myśl o tym w kategorii choroby - Alan zapewnił Mervi szczerze - a raczej potencjału. Twój jest kilkaset razy bardziej kreatywny niż przeciętny w Unii - coś pojawiło się na jego twarzy, jakby kwaśny uśmiech - musisz się nauczyć tylko go opanować.
      - Uhm... - dziewczyna zastanowiła się - Wcześniej nie mówiono, że cechuje mnie kreatywność... A to co widzę... To jest tak "kreatywne", jak dwulatek z kolorowymi markerami, którego rodzice wyszli do kuchni.
      - Zanim nauczysz się biegać, trzeba zacząć chodzić - mężczyzna uśmiechnął się i spojrzał na zegarek - widać sobie poczekam. Jakie masz oczekiwania co do pracy z nami? Cele, wizji?

      Mervi zastanowiła się.

      - Być kafelkiem, który przysłuży się ludziom? Nie, to brzmi bardzo pompatycznie. Jeszcze raz, zaczynając od najbliższych. Cały czas chciałam być tym, kto zapewni wszystko mojemu ojcu, który mnie nigdy nie zostawił, ale w razie postępu lat zrozumiałam, iż moje marzenie nie rozpościera się tylko na rodzinę. Nie chciałam zostać architektem dla pieniędzy czy prestiżu, ale dla zapewnienia, że nie zdarzą się kolejne wypadki i nikt przez nie nie ucierpi, bo komuś nie widziało się ponownie spojrzeć na projekt. Nie mogę nikogo ochronić fizycznie, czy polityką nie zakręcę; nie z moim brakiem umiejętności socjalnych. Nie jestem w tym orłem. - spojrzała trochę zażenowana niedostatkiem.
      - Zadziałasz - Alan powiedział ciepło - po to jesteśmy organizacją, aby każdy się uzupełniał. Naprawdę miło mi słyszeć takie słowa, Mervi.
      - A ty? Takie same miałeś cele od początku, czy ukształtowały się dopiero po wstąpieniu do Unii?
      - Nie zadawaj takich pytań agentom polowym - mężczyzna mruknął znowu - to zbyt twardzi i powierzchowni ludzie. Ja natomiast chcę zapewnić globalne bezpieczeństwo.

      Mervi wyraźnie się ożywiła na te słowa, trafiły w jej gust.

      - Czyli ci "agenci polowi" są kimś, z kim nie nawiązuje się innego kontaktu niż na odległość? To tak... jak był taki agent, co mnie obił na dzień dobry?
      - Nie… Są to po prostu ludzie pracujący bezpośrednio nad operacjami. Są różne typy ludzi, sporo tych, którzy zwalczają anomalie i realizują nasze cele drogą bardziej militarną ma nastawienie żołnierzy lub komandosów. Wiesz - zaśmiał się lekko do Mervi - prawdziwy twardziel nie może jednocześnie rozprawiać o ideałach.
      - W sumie... Nie spodziewałam się, że Bob będzie tak popularna, w końcu jest chyba trochę takich jak ona. - spojrzała z zaciekawieniem - A ty ją znasz. Skąd?
      - Bob nie jest popularna - mężczyzna powiedział łagodnie - znajoma ze starych czasów.
      - Ja mam tylko jedno "ale" do niej. - skrzywiła się boleśnie - Wyciągała mnie pobiegać. Rano. Jak było gorąco. Bezduszna…

      Alan zaśmiał się serdecznie. Po chwili spoważniał, w trochę dziwnym stylu, wyrażając nienaturalnie dziwnym głosem.

      - My też zaczynamy pracę rano.
      - Ale bez biegania? - zapytała półgębkiem.
      - Jak podpadniesz, będziesz biegać i robić pompki - dziewczyna usłyszała za sobą głos.

      Głos należał do Adama Gloomera, najwidoczniej znajdującego upodobanie w zakradaniu się do ludzi. Co było dość interesujące, biorąc pod uwagę, iż wyglądał, określając sprawę delikatnie, jak goryl w garniturze, łączenie z odrobinę nieproporcjonalnie długimi rękami oraz twarzą która budziła skojarzenia z tym rodzajem małp człekoształtnych. Czarne, lekko kręcone włosy opadały w nieco za długich, zapewne nieregulaminowych kępach.

      - Adam Glooner - podał na powitanie nienaturalnie zimną dłoń Mervi.

      Mervi usilnie nie zaczęła patrzeć na dłoń Adama. I nie zapytała o nią. Temperatura wskazywała na coś, o co pytać nie powinna, jak twierdziła Bob, a szefowi podpadać już pierwszego dnia nie chciała...

      - Mervi Laajarinne - odwzajemniła uścisk dłoni w sposób, w jaki jej opisał sympatyk od Syndykatu - ale to już najpewniej i tak wiesz.
      - Masz dobry uścisk - Adam zauważył nie puszczając dłoni Mervi, patrząc jej w twarz ze spokojem - i tak, dłoń i całe ramię jest metalowe. Staram się o wersję kompozytową - powiedział nie puszczając jej dłoni, badając reakcję.

      Testował ją.
      Mervi nie była zdenerwowana sytuacją, bardziej... zaintrygowana nią? Pamiętając co mówiła Bob - nie była natarczywa z pytaniem wszystkich o wszystko, a na pewno nie na wstępie. Prawdę mówiąc, nie wiedziała też co powinna w takiej sytuacji zrobić, a nie czując się zagrożona - nie przerwała jej gwałtownie. Może i by mogła powiedzieć coś dwuznacznego teraz, ale... Nie. Bądźmy dorośli. Poważni.

      - Długo już się o nią starasz?
      - Ponad rok - Gloomer powiedział poważnie zwalniając uścisk. Zajął miejsce naprzeciwko Mervi i Alana, nie przeprosił też za spóźnienie.

      Mervi odsunęła uwagę od metalowej ręki Adama (ale jakie to było fascynujące!) i z niesamowitymi pokładami cierpliwości i spokoju (który zdążył się już uformować po tym całym szaleństwie podróży), oczekiwała co dalej nastanie.

      - Rozumiem, że zapoznanie macie za sobą - Adam powiedział to bez widocznych na pierwszy rzut oka emocji, chociaż Mervi wydawało się, iż jest w tym jakaś niechęć do bardziej “miękkich” procedur.
      - Tak - Alan odpowiedział, i chyba chciał coś jeszcze dodać, ale mu się wtrącono.
      - Doskonale - Gloomer stwierdził - w takim razie nie przedłużając, standardowa zmiana o 9 do 16, 14.15 przerwa obiadowa, pracujesz w pięcioosobowym zespole na poziomie drugim, otrzymasz upoważnienia O1 z opcją na promocję O2 po pół roku, zespół zajmuje się bezpośrednim przygotowaniem wywiadowczym misji, dostajecie dane od głębiej zbierających informacje komórek, analizujecie je, filtrujecie dane, sporządzacie skrócone wersje dla agentów gdy o to poproszą, a w razie konieczności, tuż przed operacją sami wykonujecie dodatkową, zdalną pracę wywiadowczą uzupełniającą dane o najbliższy horyzont czasowy. Nadzorujecie pracę agentów w misjach, przekazując cele, informacje, zapewniacie kontakt z centralą, informujecie szczeble wyżej w przypadku żądań niestandardowego wsparcia, jesteście również pierwszym stopniem niestandardowego wsparcia teleinformatycznego. Po misji wspominacie przygotowanie raportu oraz, w razie konieczności, wykonujecie dodatkową pracę jak wysłanie jednostek czyszczących czy zlecenia do departamentu kontroli mediów. Comiesięczna głęboka ewaluacja psychiczna.

      Finka od razu poczuła się, jakby wrzucono ją w środek konfliktu militarnego i zaraz zacznie strzelać do wroga. Otrząsnęła się z tego wrażenia i skupiła na porządkowaniu informacji w szufladkach umysłu. Na razie były one trochę chaotycznie rozrzucone, ale nad nimi pochyli się później. Na razie więcej...

      - Jakimi celami głównie zajmują się agenci, których będziemy wspierać?
      - Nie tak szybko - Alan wtrącił się Adamowi - Mervi jest jeszcze na etapie przeszkolenia. Harmonogram godzin opracowujemy indywidualnie, dodatkowo na początku musi dzielić go z kursami.
      - Jak chcesz - goryl powiedział chłodno nie dając się zbić z tropu, czy może zostawiając takie “detale” o których sam nie pamiętał innym - jednostka nie posiada głównej specjalizacji, aczkolwiek szeroko zakrojoną terminacją źródeł anomalii oraz dewiantów zajmuje się drugi, regularny pion.
      - W sumie to dużo jest takich anomalii i dewiantów? - myślała, że to raczej rzadkie…
      - Mało widoczne na pierwszy rzut oka - Alan odpowiedział widząc, iż koordynator nie za bardzo ma chęć na bardziej wyczerpującą odpowiedź - po to mamy wywiad.
      - Czemu jest tak często potrzebna ta ewaluacja psychiczna? - spojrzała na Adama.
      - Standardowa procedura - Adam powiedział lekko znudzonym głosem - nie jest często.
      - Raz na miesiąc to w sumie często. - powiedziała ciszej obserwując Adama - Po prostu mnie to ciekawi... Czy tylko ta specjalna grupa tak ma?
      - Tego typu informacje wymagają stopnia upoważnia, wy nie macie jeszcze jeszcze żadnego przydzielonego - Adam podsumował - potrzebujecie mnie jeszcze?

      Zapytał od niechcenia, Alan pokiwał głową przecząco, a potem spojrzał na Mervi.
      Mervi też zaprzeczyła. Czuła się dość speszona, że najwyraźniej nie wypadła za dobrze... I nie rozumiała czemu.


      Po wyjściu Adama, Mervi zwróciła się od razu do Alana.

      - Podpadłam, nie wiem czemu, ale podpadłam. Co źle robiłam? - spojrzała na mężczyznę poszukując wyjaśnienia.
      - Adam jest po prostu dość szorstki - dziewczynie wydawało się, iż psycholog chciał użyć innego słowa, zresztą za bardzo się z tym nie krył - stara szkoła Unii, uważa naszą jednostkę za zbędną i nie zadał sobie odrobiny trudu zrozumieć istoty naszego działania. Jak widziałaś po przebiegu rozmowy, twoich akt również nie przeczytał.

      Mervi zmarszczyła brwi.

      - Ale ta szkoła nie zapewni dużej ilości stałych chętnych, co?
      - Szkoła? - Alan zapytał zaskoczony.
      - Stara szkoła Unii. To podejście, mam na myśli.
      - Zależy, niektórzy lubią pewien dryg - doktor westchnął - widziałem w aktach, że stawiałaś pierwsze kroki z memetyką i fizyką, prawda?

      Mervi pokiwała głową na zapewnienie.

      - Bob mówiła, że czasoprzestrzeń to za dużo na początek, to do tego mnie zachęciła.
      - I słusznie - Alan przyznał - pójdziemy dalej w memetykę, potem trochę w big data, może też teoria chaosu… Predyktory zostawiamy na potem.
      - I na nauce tego będzie polegać to wstępne szkolenie?
      - Nie do końca, to częściowo, a wraz z dalszą karierą, otrzymasz dostęp do kolejnych kursów. Wiedza to przywilej. Na początek trochę oświeconej nauki i całkiem ziemskie rzeczy jak obsługa naszego oprogramowania, wdrożenie się w procedury, kurs pierwszej pomocy i tak dalej.
      - To jest takie fascynujące, dowiadywać się, uczyć. - Mervi wyraźnie była szczera w tych słowach - Pracować w tym. Naprawiać świat.
      - Jestem dokładnie tego samego zdania - Alan odpowiedział Mervi - chcesz tu jeszcze posiedzieć i się czegoś napić czy idziemy załatwić podstawy z finansami?
      - Im szybciej załatwimy te formalności wstępne, tym lepiej. - stwierdziła finka.


      Kwestia administracyjne i finansowe trwały zdecydowanie zbyt długo. Najpierw trzeba było zapisać Mervi w odpowiednich, wewnętrznych bazach danych, potem udać się do delegata Syndykatu pracującego nad finansowaniem placówki wraz z grupą sympatyków, podpisać kolejne porcje dokumentów z których znowu Mervi za dużo nie rozumiała, poza tym, że dostała mieszkanie z symbolicznym czynszem i kolejne stypendium - co było poniekąd zrozumiałe, Yale jak większośc dobrych uniwerystetów w USA, zabraniało studentom pracy podczas trwania semestru, a Unia nie chciała z tym kłopotów. Potem Alan poprowadził dziewczynę na kilka, szybkich szkolenie z planu budynku, dróg ewakuacji, z jakich wejść może korzystać, a jakich nie. Na koniec znudzony informatyk wprowadził Mervi do kilku podstawowych programów używanych w placówce i złożył zamówienie na jej stanowisko do pracy. Nie poznała jeszcze zespołu.

      - To tyle na dziś - Alan westchnął gdy wychodzili z kolejnego pokoju - musisz jeszcze ze mną uzgodnić harmonogram.

      Całe to załatwianie finansów było nudne jak flaki z olejem, a marnowanie na to czasu, jaki Mervi mogła spożytkować na odespanie podróży i kontakt z ojcem okazało się wpisane w cenę. Zastanawiała się też czy jej zespół był charakterem tego samego pokroju co Adam, na interakcje z którym wciąż nie miała sensownego pomysłu... Może prócz przytakiwania i robienia co do joty każdego polecenia.

      - To już nie dziś, tak? - zapytała z cichą nutką nadziei - Oczywiście, chyba że jest to jakoś ustalone i musimy teraz dokończyć…
      - Nie mamy danych - mężczyzna podsumował - trzeba czekać na twój grafik zajęć. Możemy co najwyżej umówić cię jutro na jakieś szkolenie… ale wolałbym dać ci chwilę odpocząć.
      - Dziękuję. -skłoniła głowę z wdzięcznością - To na pewno pomoże. Prawdę mówiąc jestem dość skołowana tym wszystkim, wciąż. Jakby mnie wrzucić w inną rzeczywistość. - poprawiła grzywkę - Muszę to... uchwycić. - dodała trochę zażenowana.
      - Każdy to przechodził - Alan powiedział uspokajająco.

      Mervi padła plecami na łóżko w swoim tymczasowym mieszkaniu. Miała serdecznie dość tego dnia... Po co kazali jej to wszystko załatwiać od razu po przylocie? Przynajmniej daliby się jej wyspać wcześniej...
      Przetarła dłońmi oczy.
      Z drugiej strony, przynajmniej miała za sobą formalności. Teraz już będzie mogła się skupić na interesującej otoczce Unii, której troszeczkę zdążyła posmakować. Przez szybę.

      Nie wiedziała jak czuła się po spotkaniu swoich technokratycznych współpracowników. Nie miała negatywnych odczuć, o nie (choć zbłaźniła się przy administratorze), choć przewodnicy byli... dziwni. Nawet nie mogła powiedzieć, że byli znudzeni, raczej... bez uczuć.
      Adam to inna sprawa. On był dupkiem, który nie wiedział chyba, że nim jest. Miał zasady i nie dajcie bogowie ich nagiąć. Mervi żałowała, iż nie wypadła w rozmowie z nim jak powinna (a może wypadła? Nie umiała go rozgryźć), ale i tak dalej będzie starać się dorównać oczekiwaniom.
      Alan za to był naprawdę przyjemny w kontakcie. Mervi zakładała, że dobrze się z nim dogada, jako że już widziała podobieństwo spojrzeń.

      Mervi nawiązała kontakt przez Skype'a z ojciem, ale ograniczyła się tylko do krótkiej rozmowy z nim. Chciała tylko spać, więc jedynie zameldowała, że żyje, kilka uczuciowych zdań przekazała i zakończyła rozmowę. Ledwo zdołała się przebrać i poprawnie złożyć poprawnie w wyznaczonym miejscu w szafie, aby zanurkować pod kołdrę i usnąć.

      Ostatnia z myśli zabrzmiała pytaniem:
      "Jak oni mają zamiar połączyć moje studia z pracą?"

      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • JhnWJ Online
        JhnWJ Online
        JhnW
        Administrator Obsługa Developer
        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
        #9

        Tryb przeprowadzania szkoleń, jakie musiała zaliczyć młoda technokratka, nie zapowiadały niczego złego. Było wręcz odwrotnie. Większość czasu związanego ze sprawami Unii, spędzała pod opieką Alana, chociaż głównie zdalną. Alan okazał się być dość zajętym człowiekiem, lecz zawsze był przy telefonie i pojawiał się przed szkoleniami Mervi, wprowadzając ją na miejsce, kilka razy nawet podwożąc.
        Szkolenie nie wyglądały tak okazale, jak Mervi by się spodziewała. Kilka cykli treningów były prowadzone przez maszyne, które obejmowały podstawy obsługi części oprogramowania, pierwszej pomocy, dostępu do baz danych, kursów do samodzielnego przyswojenia, obejmujących przydziały kursów oświeconej nauki, klasyfikacji dewiantów rzeczywistości czy udostępnione w celach dydaktycznych archiwa przeprowadzonych operacji. To były jedyne szkolenia, które Mervi odbyła na terenie konstruktu.
        Pozostałe mogła skompletować z domu, łącząc się do archiwum. Kilka odbyła w zaprzyjaźnionych think tankach, gdzie Mervi głównie posłuchała wykładów futurologicznych z zakresu modernistycznego humanizmu, teorii Klausa Schwaba, szkoły szkoła frankfurckiej czy krytyki liberalnej demokracji w kontekście rosnącego znaczenia wielkiego kapitału.
        Mervi naprawdę odpoczęła w tym czasie, i to w najlepszy sposób – przez aktywny wypoczynek. Zaczęły się pierwsze zajęcia uniwersyteckie, które Mervi zmuszona była łączyć z pierwszymi szkoleniami. Na samym początku szło jej to całkiem sprawnie, tym bardziej, iż mogła liczyć na wpływy pewnego sympatyka NWO i dużo bardziej indywidualny rozkląd zajęć. Co prawda, poza jednym przypadkiem, nie korzystała z tego, to skala wpływów Unii była nie tylko pomocna, ale po głębszym przemyśleniu, przerażająca.
        Ci ludzie byli wszędzie. Wszystko wiedzieli, wszystko widzieli i mogli zrobić… wszystko.
        Nie wiedzieli tylko, że nadciąga katastrofa.


        Katastrofa była bombą o sekwencyjnej inicjalizacji Pierwszy ładunek odpalił się natychmiast, natomiast drugi wyposażono w opóźniacz czasowy.
        Bomba nie posiadała fizycznego kształtu, za to jawiła się jako zmienna tabela godzin, lokalizacji i miejsc, podawana z wyprzedzeniem i reagująca na zmianę położenia, wyświetlana na ekranie telefonu Mervi.
        Katastrofa nazywała się harmonogramem. Na podstawie dotychczasowego rytmu dobowego życia Mervi, ustalono jej dokładny spis obowiązków, ich godziny, przerwy obiadowe czy czas na zakupy. Wcześniej dziewczyna mogła zadawać sobie pytanie jak Unia pogodzi jej studia z pracą na rzecz mas.
        Teraz już wiedziała. Zimna kalkulacja wraz z optymalizacją czasową.
        Gdy pierwszy raz zobaczyła harmonogram, na szczęście w tymczasowym mieszkaniu, nastąpił wybuch pierwszego ładunku.
        Z jednej strony czuła się zaskoczona, lecz wierzyła, iż jeśli pozwoli jej to działać skuteczniej, jest to prawidłowa droga dążąca do bycia najlepszą wersją siebie.
        Lecz jej wewnętrzna świadomość miała zupełnie inne odczucie. Czuła wprost, jakby ktoś rzucił na nią klatkę, z góry, zamknął w klaustrofobicznym pomieszczeniu bez wyjścia, w którym człowiek dusi się z uścisku.
        Przed oczami błyszczały jej piksele. A na ścianie błyszczał neonowy, przekreślony napis:

        Mane

        Tekel

        Fares

        Cały dzień spędziła z nudnościami i biegunką, nie wypełniając harmonogramu. Był to wyraz znanych każdemu problemów żołądkowych wynikłych ze strasu. Młoda technokratka nie potrafiła jednak zidentyfikować źródlą stresu. Wiedziała, że ona czuje się z harmonogramem dobrze.
        Nie to co jej eidolon.


        Pierwszy tydzień działania wedle harmonogramu był… dziwny. Z jednej strony kompletnie zwalniał Mervi z decyzji na temat tego, co dziś robić. Mogła się w pełni skupić na dalszych działaniach, zajęciach, szkoleniach, zakupach, prawie jazdy, lekturach ze studiów. Z drugiej, prędko zauważyła, iż wiele dynamicznie generowanych ram czasowych jest wyraźnie zbyt dużo, pozostawiając jej od pięciu minut, do nawet czasem pół godziny czasu wolnego czasu.
        Świadomy umysł mówił, że to niedoskonałość oprogramowania. Wewnętrzna świadomość śmiała się jadowicie, że to tylko sztuczka, aby jej nie zamęczyć.
        Każdy kolejny dzień stawał się walką samej z sobą. Z jednej strony podobało się to jej. Grafik generował się na bieżąco, na wszystko miała czas, po prostu wykonywała kolejne punkty dnia najlepiej jak powinna.
        Z drugiej pęknięte piksele na skraju pola widzenia zasłaniały coraz większe pole widzenia przebudzonej, a niepokój wzbierał w jej umyśle niczym wielokolorowy cień zaburzający myśli.
        Śniła o klatkach. O nieskończonych rzędach ludzi pracujących w nich, o ludziach zespolonych z maszynami, na nieskończonej linii produkcyjnej.
        Głupi sny – mówił rozum.
        Głupi rozum – mówiła świadomość przerażona wizjami.
        Pod koniec drugiego tygodnia Mervi była ledwo trzymającym się strzępkiem nerwów. Piksele pojawiała się coraz częściej, ją ogarniał irracjonalny strach, ale też i gniew. Co gorsza, traciła nad sobą panowanie. Prawie popłakała się z nerwów gdy obaczyła wyraz twarzy agenta po tym, jak odcięła się mu ostro gdy prowadził ją do kolejnego pokoju.
        I co gorsza, była z tego dumna.
        Za dwa dni miała mieć spotkanie ze swoim zespołem i wdrożenie do pracy operacyjnej. Nie mogła pojawić się tam w takim stanie, trzeba było działać.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • ZellZ Niedostępny
          ZellZ Niedostępny
          Zell
          Moderator Obsługa
          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
          #10

          Miała nadzieję, że sytuacja po wejściu do Unii zostanie unormowana. Dlaczego Eidolon miał działać przeciw niej? Przeciw samemu sobie? Zupełnie jakby niesforny dzieciak walczył z rodzicem o możliwość nie pójścia do szkoły.
          Nigdy nie widziała się kimś takim, jakie zachowanie wypływało od strony tej podświadomości... i zaczynało ją to przerażać. Czy tak się czują chorzy na schizofrenię, którzy zaczynają ją odczuwać po latach normalności? Zachowanie umęczonej technokratki zaczynało dochodzić do granicy wytrzymałości. Nie chciała taka być!
          Ale była zmęczona...
          Kilka razy będąc w domu, krzyczała w przestrzeń ze złością, kiedy nie mogła skupić się na własnych myślach wczytując się w dokumenty. Raz z tej złości popłakała się w nocy. Czemu chciała się tak krzywdzić?
          Harmonogram był dobry. Harmonogram dawał ulgę, łatwość życia...
          Ale dlaczegoś Eidolon miał focha na siebie, na zasady!
          Był przecież częścią świadomości Mervi,a działał przeciw niej...

          W końcu nie dała rady dłużej walczyć, gdy kolejna noc miała być nieprzespana. Wygramoliła się spod kołdry i nie zważając, że było przed północą, wybrała numer do jedynej pomocy o jakiej teraz myślała. Alan musiał coś zaradzić!
          Nie pozwoli zniszczyć sobie życia!

          Przed spotkaniem z Alanem, Mervi udała się do toalety. Poprawiają przed lustrem fryzurę, kołnierz koszuli, środkujące wąski, damski, czarny krawat, odetchnęła z ulgą. Piksele się uspokoiły, a ją ogarnął spokój patrząc na swoje odbicie, na swoją nową twarz. Minęła zaledwie chwila, a tyle się w jej życiu zmieniło.
          Piksele pojawiły się na lustre, tym razem układając się w zdania.

          Czy to ty wybrałaś tą twarz?
          Czy sama kiedykolwiek byś się tak ubrała?
          Czy to jest najlepsza wersja ciebie?
          Najlepsza dla kogo?

          Skrzywiła się na ten widok.

          - Najlepsza dla mnie. Nas. - syknęła przez zęby, próbując dłonią zatrzeć piksele na lustrze. Jak tylko dotknęła lustra, to pękło. Wielkie tafle szkła opadły na podłogę.


          Mervi w ostatniej chwili odsunęła dłoń od pękającej tafli. Kawałki lustra uderzyły przed nogami technokratki, rozbijając się o posadzkę na kilkadziesiąt ostrych kawałków. Finka odsunęła się bardziej od pobojowiska, zupełnie jakby bała się, iż nastąpi dalszy atak ze strony matwego lustra.
          Dziewczyna wlepiła wzrok w długie szpile szkła, których widziała zaburzony obraz sufitu, rzeczywistego i stałego. Nawet rozbite lustro było czymś normalnym, czego można było się spodziewać. Niestety sposób jego pęknięcia przy dotyku nie był tym, co Mervi chciała widzieć. I myśleć o tym.
          Czy jej Geniusz chciał... ją skrzywdzić fizycznie?

          Zacisnęła dłoń w pięść w wyrazie złości na taką możliwość.

          Czy to możliwe, że aż tak sobą pogardzała? Czasami bardzo ciężko uznać Geniusza za samego siebie, przynajmniej takiego... Taki Eidolon... Był niebezpieczny, nie tylko dla niej, ale także dla innych!
          Nie pozwoli mu zniszczyć sobie życia, planów, szczęścia. Zagrozić Masom.

          - Cholerne mocowania. - zirytowany głos serwisanta przywrócił Mervi do rzeczywistości - Kolejne puściło.

          Młody serwisant w jasnoniebieskim kombinezonie roboczym wszedł do łazienki, omiatając wzrokiem zniszczenia.

          - Mają tyle zabawek tutaj, a silnego mocowania poskąpią. Typowe korposzczury. - chciał podejść do miejsca na lustro, ale wpierw zwrócił się do Mervi - Widziałaś jak spadło? Ach... I cała jesteś?
          - Spadło... - dziewczyna powtórzyła wymazując niepewność w głosie - Wyszło z mocowań. Nic ze mną nie jest.

          Ostatnie zdanie nie było jednak konieczne, jako że serwisant po wcześniejszym stracił zainteresowanie finką, podchodząc do oskarżonych wcześniej mocowań.

          Alan przyjął Mervi w zarezerwowanej, małej salce pozbawionej rzutnika oraz komputera. Najwidoczniej NWO potrafiło być z gruntu tradycjonalistyczne i niektórzy woleli ze sobą rozmawiać, bez dodatkowej technologii.
          Przechodząc przez futrynę i zamykając za sobą drzwi z matowego szkła, Mervi dojrzała małe pomieszczenie o ścianach wyłożonych plastikowymi, kolorowymi panelami. Podłoże było wyłożoname lekko żółtym dywanem. Na środku stał okrągły stolik o jednej nodze, barwy żółtej, w sam raz wielkością aby zapewnić miejsce do wspólnej, komfortowej pracy czterem osobom, tak, że każda mogłaby wyjąć laptopa. Krzesła do stolika przypominały futurystyczne, wygodne jaja znane z lat 60 i były bardziej czymś na modłę foteli. Alan zajął miejsce po skosie do Mervi.

          - Jak i mijały szkolenia? - zapytał niezobowiązująco zdejmując z Mervi trudny obowiązek zaczęcia rozmowy i zmuszenia się aby przejść do konkretów. Chyba była mu za to wdzięczna.
          - Bezproblemowe. - dała wymijającą odpowiedź, unikając dłuższego kontaktu wzrokowego - One... Były... Idealnie pomyślane.
          - Nie przesadzamy - Alan powiedział z uśmiechem - dobrze wiemy, że czasem organizacja daje u nas ciała, jak chociażby z twoim przyjazdem i od razu gonieniem cię na spotkanie z nami…

          Mervi milczała przez dłuższą chwilę.

          - To.... Nic. Żaden problem... - głos jej się podłamał - ...potrzebuję pomocy... - uniosła wzrok - Pomóż mi, Alan.
          - Co się dzieje - technokrata zapytał przejęty.
          - Nie radzę sobie z działaniami Eidolona... - wsparła czoło na dłoni - Jego spojrzenie jest sprzeczne z moim... Ta podświadomość jest mi wroga. - zamknęła oczy - Nigdy nie chce wspierać wyboru, zawsze coś nie tak, a kiedy harmonogram się pojawił... to zwariowała! Jak dzieciak chce wymusić inne działanie. - zacisnęła dłoń w pięść - Nie daje mi spokojnie spać czasem. Lubi niszczyć najwyraźniej…
          - Możesz mi opowiedzieć dokładniej? Potrzebuję chociaż częściowo zrozumieć twój punkt widzenia. Niekomfortowo czujesz się z harmonogramem?
          - Czuję komfort, daje stabilność, mogę skupić się na zadaniu, nie na planowaniu go. - zaprzeczyła - Ale Eidolon... - złość wstąpiła na twarz Mervi - On bardzo go nie lubi, czuje się z nim źle? Chce bym ja też tak czuła, przemocą chcę zmienić moje zapatrywanie! - uniosła głos - Emocje... Czasem tracę nad nimi kontrolę. - wzięła głębszy oddech - On chyba boi się go. Boi się jakichkolwiek.... klatek? Śnię o nich ostatnio i kojarzy mi się to, z jego strachem.
          - A czy dostrzegasz w jego rozumowaniu jakąś logikę - Alan drążył - taką, z którą na bazie rozumu mogłabyś się w pełni nie zgodzić, zbić argumentem?
          - Jedyne co widzę to dziecięca upartość... Z jego "logiką" nie ma dyskusji, bo czegokolwiek nie powiesz, on będzie zawsze kontrować chciał, nawet gdy nie ma racji. Nie poddaje się. - znowu opuściła wzrok - On chyba... Chce niszczyć, dla zabawy…

          Alan wyglądał na zamyślonego. Powoli przesuwał palcami po blacie stołu, nachylony i zafrasowany.

          - Nie chcę abyś mnie źle zrozumiała Mervi, ale mówienie oddzielnie o tobie i twoim Geniuszu, czy nawet personifikowanie go może tylko pogorszyć twój stan. Wtedy sama w swej psychice nadajesz mu bardziej złowrogi i indywidualny stan, a przez to jest mniej podatny do kontroli. Rozumiesz o czym mówię? Akceptacja jako części siebie pomaga go kontrolować, bo wtedy podświadomie wiesz, że gdy ty się uspokajasz, to i on powinien.
          - Staram się widzieć to jako część siebie, ale... To coraz... Trudniejsze. - mówiła cicho na koniec - Ciężko sądzić, że coś to ty, jeżeli nie zgadzasz się z rzeczami, które prezentuje to drugie rozumowanie, a są one wręcz czasem groteskowo wywrócone, pozbawione logiki.
          - To druga część, chciałbym, abyś próbowała wydobyć logikę z tego. Może nie wszystko, może tylko kawałek, ale kto wie jakie odważne idee kryją się w tym? Może pomogą nam ulepszyć procesy Unii. Przemyśl to, proszę.

          Alan westchnął lekko.

          - Na razie przepiszę ci tabletki, powinny przytłumić świadome działanie, lecz przeniosą obrazy do snów. Zaczniesz ze mną terapię, spotkamy się raz w tygodniu i będziemy rozmawiać o tym, o czym śnisz.

          Mervi kiwnęła głową, w sumie zadowolona, że jakiś postęp mógł zostać zapoczątkowany.

          - Sądzisz... że podświadomie sama próbuję siebie podminować?
          - Tak to zazwyczaj działa, nie tylko ty sama, lecz również czerpiąc z ogółu doświadczeń cywilizacji, czy nawet przed nią, z doświadczeń ludzkości. Wielu nazywało to przebłyskami geniuszu, iskrą inspiracji i tak dalej. Dobrze wiesz, że sławni wynalazcy miewają sny…

          Alan zasępił się.

          - Jeszcze jedno, Mervi. Nie mów nikomu o swoim stanie. Nie bierzesz innych pigułek niż takie na dietę, tak to zrobię w bazie. Jesteś w moim przydziele młodą, wzorową agentą z upoważnieniem O1, dobrze?

          Mrugnął okiem.

          - Jest aż tak źle? - czuła się załamana brakiem tej "wzorowości" - Sprawiam ci problemy?

          Alan wystawił rękę do Mervi, aby ująć jej dłoń.

          - Ja tutaj jestem aby ci pomóc. Robiłem różne rzeczy, ale głównie pomagałem ludziom z problemami. Twoje problemy to nic przy traumach kosmicznych marines wracających z głębokiego kosmosu - mruknął - po prostu każda korporacja ma swoją politykę. Niektóre rzeczy nie są warte nagłośnienia. Chwal się tym co robisz dobrze i milcz o wpadkach dopóki nie wiesz, do kogo można się odezwać.
          - Dobrze... - pozwoliła Alanowi dotknąć jej dłoni - Będę się starać.... przekonać siebie... żebym zmieniła podświadome postrzeganie. I milczała o tym problemie, póki nie będzie dobrze o nim mówić.
          - Musisz bardziej zrozumieć naszą wewnętrzną politykę - Alan odpowiedział ciepło.
          - Masz rację... Czyli pokazanie problemu wyszłoby dla mnie na złe, nawet jak z tym walczę?
          - Mervi, nie chciałbym być tym, który konfrontuje twoje wyobrażenie o Unii z rzeczywistością… ani tym który robi jej negatywny wizerunek. Ale widzisz, są ludzie i są ludzie. Niektórzy tak bardzo zaślepili się swoimi perfekcjonizmem, wykresami, słupkami, tabelami wydajności, że stracili coś, co ja określam jako litość do drugiego człowieka, do jego słabostek. W tym do słabostek mas. Znajomy mag mówił, że wyegzorcyzmowaliśmy ducha z maszyny…

          Alan na chwilę przybrał dziwny wyraz twarzy, po którym zmienił temat.

          - Ale na razie nie musisz się przejmować wewnętrzną polityką, po prostu pilnuj swoich spraw, a ja ci pomogę i poinstruuję.

          Mervi spojrzała uważnie na Alana.

          - Znajomy... mag? To my mamy niektórych magów jako znajomych?
          - Zapomnij o tym, wolałbym nie stosować przymusowej terapii amnezyjnej - Alan mrugnął prawym okiem.
          - Och... - Mervi trochę posmutniała, że nie może tego się dowiedzieć - Jasne. Będę pilnować swoich spraw. - zgodziła się.

          Tabletki, dawkowanie dwa razy na dzień, Mervi otrzymała w konstrukcie w formie przeźroczystego pojemnika wydanego przez zautomatyzowany system dostaw zwyczajnego ekwipunku, po podaniu swojego kodu i skanie siatkówki. Nie zadziałały natychmiast, dopiero na drugi dzień, po przespanej nocy, przyniosły ulgę. Wyraźne uczucie spokoju, jasności myśli i…
          ...jakby odłączenia. I dziwnego, niefizycznego drapania pod skórą. Będzie musiała się do tego przyzwyczaić, albo liczyć, iż jest to tylko szokowa reakcja organizmu która prędzej czy później minie.
          Pojedyncze dawkowanie kapsułki wiązało się z przyjemnym uczuciem odprężenia, zaniku negatywnych myśli, wyciszeniem wszystkich emocji i zwiększeniem pewności siebie. Zgodnie z zaleceniem, w razie potrzeby Mervi mogła wziąć bezpiecznie nawet do siedmiu tabletek na dzień, ale Alan ostrzegał, iż dzienna dawka powinna wystarczyć, a maksimum na co powinna liczyć to jedna dodatkowa tabletka, i to nie wtedy, gdy jest źle z jej geniuszem, tylko gdy w wyniku pracy będzie zbyt zestresowana.
          Jakby jej praca miała być stresująca.
          Może była, wszak następnego dnia czekało ją poznanie zespołu.

          Życie zaczęło się rysować w monochromatycznych barwach.
          I była naprawdę szczęśliwa.

          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • JhnWJ Online
            JhnWJ Online
            JhnW
            Administrator Obsługa Developer
            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
            #11

            Spotkanie z zespołem było ważnym wydarzeniem, nawet jeśli Mervi miała okazję je odbyć po porannych zajęciach, a algorytm układający jej harmonogram aby upchnąć nagła wrzutkę Alana, zasugerował jedzenie na wynos w komunikacji miejskiej – z powodu braku czasu.
            Spotkanie miało odbyć się w małej salce konferencje, w której czekał już na kobietę Alan. Dziewczyna zauważyła, iż celowo zaprosił ją odrobinę wcześniej niż całą grupę, aby oswoiła się przed zapoznaniem. Wykorzystał ten czas aby opowiedzieć jej więcej o zespole, chociaż dużo rzeczy już Mervi już wiedziała ze skrótu publicznej dokumentacji - zapewne podobne pliki dotyczące niej samej dostali też inni, współpracując z nią.
            Z tego powodu wiedziała, że niska, chuda blondynka w zbyt dużej koszuli i długiej, czarnej spódnicy do kostek, nosząca o dwa numery za duże ubrania nazywa się Allison i ma prawie czterdzieści lat, chociaż nie było tego po niej widać. Czy to dobre geny, czy może wizerunek, łącznie z niezbyt dobrze zaczesaną fryzurą, wielkie, grubymi okularami świadczącymi o sporej wadzie wzroku, skutecznie zasłaniając większość twarzy, czyniąc Allison jednocześnie niezwykle charakterystyczną, jak i trudną do spamiętania. Może to efekt zdjęcia tego efektu psychosomatycznego, o którym czytała Mervi jeszcze w Europie, tak zwanym płaszczu?
            Allison przywitała Mervi naprawdę serdecznie, przychodząc o kilka minut wcześniej niż reszta drużyny. Wedle dokumentów, była aktywną feministką oraz socjologiem, przed pracą na pełen etat w Unii, była wykładowcą uniwersyteckim zaangażowanym w kampanie społeczne. Allison była socjologiem i matematykiem, zajmując się modelowaniem trendów społecznych, chociaż doktorat miała z socjologicznego aspektu literatury. Jej zejście z publicznej działalności na rzecz pracy w takich grupach, jak tutaj zbiegało się z datami z jej odejściem z Wieży z Kości Słoniowej.
            Mervi czuła, iż musiało mieć to wiązek.
            Kobieta przyniosła kawę, sobie, oraz Mervi, gdyż jak powiedziała, założyła, że Alan znowu zapomniał, a nie dobrego spotkania zespołu bez kawy to nie spotkanie. Ciastek nie skomentowała, tylko postawiła miskę owsianych ciasteczek z płatkami czekolady.
            Po kilku minutach, w trakcie których Allison chrupała ciastko jak mysz – trzymając je w dwóch dłoniach – a Alan opowiadał o typowej pracy, chociaż po prawdzie, nie powiedział nic konkretnego.
            Po kilku minutach, do sali weszła pozostała część zespołu, z którym przyjdzie Mervi pracować.
            Robert był wysokim, chudym mężczyzną, czy raczej chłopkiem. Mervi wiedziała, że był od niej starszy o ledwo cztery lata, a w Unii działał trzeci rok. Alan nie musiał dodawać, iż z Robertem były problemy, chociaż i tak to zasugerował. Nie musiał, gdyż jasno sugerowała to publiczna teczka odnotowując brak posłuszeństwa, niedotrzymywanie terminów, głoszenie teorii anarchistycznych oraz palenie papierosów, co wedle prognoz miało doprowadzić do raka krtani Roberta za dziesięć lat.
            Ale nie trzeba było czytać tego. Wystarczyło na Roberta spojrzeć. Spodnie czarne, w kant, biała koszula wystająca z nich, rozpięty ostatni guzik, chude oblicze, błękitne oczy, lekko zapadłe policzki, wisiorek na szyki, schowany za koszulą, oraz ogolona czaszka z wyjątkiem cienkiego, luźnego paska blond włosów idącego przez środek głowy. Gdyby był postawiony, byłby krótkim irokezem, a tak wyglądał jak kozacka osełka.
            Mervi nie mogła doliczyć się uchybień regulaminu stroju w stroju Roberta. Jedno było pewne, Robert był zdolnym programistą, nawet bardzo zdolnym.
            Następnie wszedł Franklin Yarn, był mężczyzną koło pięćdziesiątki, nosił gruby, wełniany sweter, grafitowy. Dość niski i przysadzisty, siwiał mocno, a jego gęsta, krótka broda była bardziej srebrno-szara niżeli czarna jak reszta włosów na głowie dotkniętych przez spore zakola. Niósł w ręku kubek z kawą i sprawiał wrażenie naprawdę sympatycznego człowieka. Wedle akt, był doświadczonym członkiem Unii. Cała reszta jego kariery była utajona od poziomu uprawnień O3 w górę. Alan mówił, że to właśnie Yarn zajmuje się najbardziej merytorycznym dowodzeniem zespołem, nawet określił go seniorem zespołu.
            Za nim wszedł ostatni członek zespołu, rozmawiając z Adamem. Nazywał się Alex, wedle publicznych akt był miał doświadczenie wojskowe jako logistyk. Nie wyglądał natomiast na wojskowego. Alex był średniego wzrostu, czarnoskórym mężczyzną o niskim, miłym dla ucha głosie i dobrym, silnym uścisku dłoni. Nosił szarą koszulę, krawat oraz kamizelkę, a w kubku miał herbatę. Alan zaznaczył, iż ma kompetencje aby przejąc dowodzenie nad grupą operacyjną, w razie takiej potrzeby, ale pierwszy w kolejce jest do tego Adam.
            Gdy wszyscy zasiedli przy stole, Mervi zauważyła, iż Adam spojrzał na ciastka z dezaprobatą.
            W tym momencie finkę ścisnęło w gardle, jak zrozumiała, iż jeszcze przed chwilą myślała o zjedzeniu ciastka... Na szczęście tego jeszcze nie zrobiła.
            Alan był jak pluszowy kumpel, ale Adam powodował, że czuła się niepewnie obok niego. Trochę obawiała się wypaść źle w jego oczach, a raczej gorzej niż teraz, a z drugiej strony sama chciała nauczyć się być lepszym technokratą, co mógł zaoferować właśnie Adam, a raczej jego podejście.
            Być lepszą wersją siebie.

            Starała się nie rozglądać już, jak wszyscy weszli, a szczególnie nie patrzeć w kierunku Roberta, którego sam wygląd powodował niechęć. On zupełnie nie przejmował się zasadami! Już Adam coś z nim powinien zrobić!
            Sprawy nie poprawiało, że chłopak zajmował miejsce obok Mervi.
            I przywodził na myśl znane fince...
            ...piksele?
            Adam wciął się Alanowi w początek zdania.

            - Nie przedłużając, mam nadzieję, że wszyscy przestudiowali publiczne teczki zespołu. Mervi, możesz teraz się przedstawić i dopowiedzieć istotne informacje, które chcesz podkreślić.

            Mervi nie chciała zabierać głosu, w ogóle się ujawniać, a musiała. Adam tego wymagał finka chciała wypaść jak najlepiej... a jednak żołądek podchodził jej pod gardło i ledwo zmusiła się do wydobycia z siebie słów, które były niestety słabsze niż by chciała.

            - Mervi Laajarinne. - czuła pulsowanie w głowie z każdym wydanym dźwiękiem - Przyleciałam z Finlandii przed miesiącem. Obowiązki w Unii dzielę ze studiowaniem na Architekturze w Yale. - nie była w stanie patrzeć na nikogo, jedynie w duchu modliła się o koniec tej sytuacji. Pod stołem ściskała nadgarstek, czasem nawet do poczerwienienia skóry. Chciała jak najpewniej utrzymać głos w ryzach.

            Co powinna więcej powiedzieć? Mój Eidolon potrafi uszkadzać automaty z napojami?

            - Dlaczego akurat architektura? - zapytał Robert z błyskiem w oku - podobno jesteś dość dobra w komputery.

            Czy on naprawdę nie wiedział, że tym pytaniem prowokuje dalszy ciąg tortur? A może dokładnie wiedział i go to bawiło?

            - Bo to ją zaczęłam studiować przed... - zamilkła nie będąc pewna jak określić początek swojej drogi bez mówienia o pikselach zamiast gwiazd - ...przed poznaniem Unii. Wcześniej nie myślałam o informatyce.
            - No dobrze - Robert powiedział serdecznie, z dziwną dozą dociekliwości - ale przecież to można zmienić. Przyjechałaś do nas, szkolenie obejmuje szereg dostosowań, więc dlaczego architektura pozostała?
            - Wolę doprowadzić do końca rozpoczęte sprawy, nie rzucać ich, bo się znudziłam, szczególnie jak to sprawy, mogące przyczynić się do poprawy bezpieczeństwa budowlanego. - Mervi spojrzała w oczy Roberta, jakby mu groziła. Zamilcz, idioto.
            - Czyli - Robert przekrzywił głowę - to była twoja decyzja. Fajnie - dodał pokazując, że nie ma więcej pytań.
            - Roberta już poznałaś - Alan uśmiechnął się - zajmuje się głównie walidacją… wszystkiego. Planów, procedur, zaopatrzenia. Szuka dziury w całym, a potem działa z nami dalej. Nic nie pominąłem?

            Robert pokiwał głową przecząco. Adam bez ogródek zarządził dalsze przedstawienia się.

            - To zacznę - Alex powiedział powoli - jeśli nie czytałaś moich akt, to za dużo tam nie ma. Generalnie robię tu prawie wszystko, chociaż większość softu zostawiam reszcie, skupiając się już na gotowych danych i dostarczaniu ich operatorom. Masz do mnie jakieś pytania?
            - Często twoje obowiązki są, i w jakim stopniu, militarne? Tylko logiostycznie?
            - W razie potrzeby posiadam uprawnienia przejęcia dowodzenia nad członem operatorskim, odpowiadam też za dobór uzbrojenia dodatkowego i wsparcia militarnego jeśli wpłynie do nas taka prośba. Po Adamie odpowiadam również za nasze bezpieczeństwo jeśli działamy z terenu. Czyli - Alex zastanowił się chwilę - jeśli musielibyśmy działać z wozu transmisycumnego i dostalibyśmy dwóch operatorów do naszej obrony, to bezpośrednio dowodzi nimi Adam lub ja.
            - A takie akcje są częste? - Mervi wyraźnie była zaintrygowana, bynajmniej nie sprawiała wrażenia wystraszonej czy zaniepokojonej. Nawet jakby zapomniała o tremie.
            - Na szczęście nie - Alex zakończył lekkim uśmiechem.

            Następnie przyszła pora na Franklina, który dopijał kawę.

            - Nie pijesz? - rzucł do Mervi wskazując na jej kubek przyniesiony przez Alison - ja zajmuję się głównie stroną techniczną, ale po prawie to wszystkim co się da. W Unii jestem już zbyt długo, więc teraz pomagam okrzepnąć takim dzieciakom jak ty, lepiej ja niż wojskowi - mrugnął okiem i zaśmiał się… i Alex odwzajemnił ten śmiech. Widać nie było między nimi problemów.

            Mervi schowała swój nerwowy uśmiech za kubkiem z kawą, która już tak gorąca nie była. Wzięła niewielki łyk, bardziej z grzeczności niż chęci, jednocześnie wykorzystując chwilę, aby zobaczyć reakcję Adama na ten żarcik. Technokrata pozostawał niewzruszony, widząc chwilę spokoju, wzrokiem popędził Alisson do przedstawienia się. Kobieta westchnęła pod nosem pod ciężarem spojrzenia agenta.

            - Modele zachowań, wpływu społecznego, wsparcie kulturoznawcze to moje koniki, jak widać po aktach - powiedziała cicho.
            - A to wszystko... dużo daje w pracy? - zapytała kobiety, chyba ponownie szukając bezpieczeństwa poprzez unikanie wchodzenia w kontakt wzrokowy.

            Alison bezgłośnie pokiwała głową energicznie. Adam wstał od stołu, z wyraźnym szuraniem krzesła.

            - Zbiórka za pół godziny i dwie minuty - powiedział i wyszedł jakby stwierdzając, iż część spotkania, która mogłaby go interesować, definitywnie minęła.

            Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, gdy wyszedł, po ciastka sięgnął Robert, Alan, Alisson, a po nich i zachęcony Franklin.
            Mervi nie wiedziała co myśleć o nagłym zachowaniu grupy, za której przykładem tylko Alex nie poszedł. Finka jedynie utkwiła spojrzenie w stole przed sobą, nie chcąc myśleć o ciastkach. I o zgromadzeniu.

            - Mervi - Alan powiedział ciepło - było dobrze. Widzę, że się nam tu zamykasz - mruknął.
            - Pewnie nie chce ciastek bo myśli, że Adam ma tu ukryte kamery i zrobi jej zmianę planu diety - wtrącił z wyczuwalną ironią Franklin.
            - A właśnie - Robert wtrącił - tobie nie suszy głowy o te wypieki?

            Chłopak zapytał Alison. Ta trochę podniosła głowę i lekko poprawiła okulary oraz włosy odsłaniając odrobinę większy kawałek twarzy. Powiedziała monotonnym głosem, w którym jednak Mervi wyczuwała ironię, nawet nie musząc widzieć lekkiego, ironicznego uśmieszku kobiety.

            - Próbuje zmienić mi plan żywieniowy. Teraz już nawet nie dostaje zezwoleń na wgląd do badań, progenitorzy mają go chyba też dość… Ale prosił mnie o badania… Ja nie umiem, to mu dziennie podrzucam moją kupę. Lubię myśleć jak idzie na akcje z próbówka lub rozmawia z dyrektorem i jego charakter nie pozwala mu jej wyrzucić.

            Kobieta zachichotała, czy raczej zachichrała się zachłystując powietrzem, a po chwili zakaszlała.

            - To może powodować trochę uchybień, naruszać regulamin... - zaryzykowała, nie wiedząc czy lepiej regulaminu bronić, czy towarzystwa.
            - Rzeczywiście, powinnaś mu o tym przypomnieć - Alex mrugnął okiem - to z nami pracujesz, nie z nim. Alan jest w porządku, ale też nie robi tego samego co my, a Adam zwykle nie ingeruje w naszą pracę, jego rola sprowadza się do pisania raportów, w których stwierdza zupełnie odwrotne rzeczy niż Alan - spojrzał na psychologa - przepraszam Alan, że prosto z mostu, ale dziewczyna musi wiedzieć na czym stoi. Trzeba wiedzieć kto broni twoich pleców, a kto nie - stwierdził odrobinę militarystycznie.

            Finka spojrzała pytająco na Alana, ale również obdarzyła tym wzrokiem Alexa.

            - Jak bardzo różne? - zapytała, nie kierując pytania konkretnie do żadnego.
            - Mamy inne podejście - Alan wyjaśnił łagodnie - przez co często rozmijamy się z oceną wydarzeń. To naturalne - dodał.

            Mervi nie odpowiedziała, znowu trochę kuląc się w sobie.

            - Robert... - szepnęła do chłopaka siedzącego obok - Masz źle założoną koszulę. - postarała się delikatnie upomnieć.
            - Ty też - Robert powiedział naturalnie przegryzając ciastko, a przy okazji wykorzystując początek rozmowy - podoba ci się u nas?

            Mervi wyraźnie się speszyła i zaniepokoiła swoim strojem, oglądając go jak tylko mogła, widząc to Robert mruknął, że żartował, chcąc uspokoić dziewczynę.
            Dziewczyna spojrzała z dezaprobatą, ale nie odniosła się.

            - Jest lepiej niż się spodziewałam. - odparła bez cienia ironii - Ten dynamiczny harmonogram jest niesamowity, pomaga tak to ogarnąć czas i plany!
            - Trzeba go dostosowywać - Alex odpowiedział Mervi również nie ironizując - AI nim zarządzające jeszcze nie zna się na wszystkim.
            - Człowiek nie sprawdza tych ustaleń AI? -zapytała zadowolona, że choć Alex ją w tym popiera - I kto w razie co wprowadza zmiany? AI nie jest bezbłędną technologią.
            - Rodzina algorytmów AI stanowi podstawę Unii - Franklin wyjaśnił dobrotliwie - a już tym bardziej naszych przyjaciół Iteratorów.
            - Czyli... to AI jest inne niż dostępne dla każdego, tak? - wyraźnie była zaskoczona - Ale jeżeli to podstawa Unii... To jest jak Bóg? Zawsze nieomylne? - zapytała - Znaczy... Nie ma bugów czy hacków na nim nigdy?
            - Oświecona nauka - Franklin stwierdził bez emocji - nikt nie jest nieomylny, a bogowi w maszynie nie ufam. Ale zaraz znowu wyjdzie, że sieję defetyzm - Yarn uśmiechnął się lekko - jesteś w NWO, komputery nas wspierają, ale nie musisz ich bezkrytycznie słuchać. Od bezkrytycznego podejścia do swojej pracy mamy właśnie iteratorów.
            - Wątpię by Iterator był zadowolony z twoich słów. - pokręciła głową - Nie wierzę, że są bezkrytyczni, tak by się nie dało niczego osiągnąć, nie nauczysz się bez błędów.

            W tym momencie Robert zaśmiał się dyskretnie.

            - Przepraszam - powiedział do Mervi wesoło - poznasz kilka cyborgów i zweryfikujesz swoje zdanie, ok?

            Mervi zmarszczyła brwi z irytacją.

            - A co takiego wesołego w tym? Na harmonogram też narzekasz? Przecież AI go generuje.
            - A kto powiedział, że korzystam - Robert stwierdził beztrosko - jest to opcjonalne.
            - I wcale tego nie potrzebujesz. - furknęła ironicznie - Tylko trzeba ci przeszkolenia z zakładania koszul. - pstryknęła w guzik niezapięty.

            Alison w tym czasie pałaszowała ciastko, w podobny jak ostatnio sposób, trzymając je dwoma rękami. Na moment odwróciła wzrok od jedzenia i spojrzała na Roberta, a potem na Mervi, lecz nie skomentowała, wracając do jedzenia.
            Alan podsumował z uśmiechem.

            - Widzę, że się polubicie - mruknął trochę beztrosko - pamiętajmy wszyscy, że działamy dla większego dobra. O ile wiem, plan jest taki abyś podczas pierwszych akcji nie pracowała samodzielnie, tylko po kolei z każdym członkiem zespołu, aby poznać co dokładnie robimy, z każdej strony. Zgadza się Franklin?
            - Tak - mężczyzna przytaknął - generalnie ja będę cię wdrażał, jak masz jakieś pytania techniczne to śmiało. Uprzedzam - podniósł palec groźnie - morduję ludzi matematyką.
            - Temu mało kto ma odwagę cię pytać - Alex mrugnął okiem.
            - Spróbuję przeżyć. - spojrzała na kobietę, ignorując Roberta - Czy będzie dużo... em... społecznych spraw? Znaczy... Jestem dość mierna w relacjach międzyludzkich....
            - Ehm, mmaduzmo mniejsy - Alison zaczęła odpowiadać Mervi, po czym zorientowała się, że ma usta pełne owsianych ciastek. Minęło kilka dobrych chwil nim je przeżuła, popiła kawą, nie śpiesząc się przy tym kompletnie, a nawet chyba ociągając. W tym czasie zdążył za nią odpowiedź już Alex.
            - Dużo, ale my nie rozmawiamy z ludźmi. Często z pola proszą nas o akta nauczycieli obiekty, sytuację rodzinną, analizę preferencji seksualnych i tak dalej. Dużo tego typu rzeczy wykonuje się na bazie modeli matematycznych, ale oczywiście, jeśli zauważysz coś, co pominął komputer, tym lepiej. No i trzeba mieć czasem wyczucie strojąc algorytmy i dobierając dane wejściowe.
            - Och. To dobrze. - odparła z wyraźną ulgą - Chowanie się za monitorem brzmi lepiej, niż rozmowa z człowiekiem. - dodała finka.
            - Tak - Alisson wreszcie skończyła jedzenie i podsumowała cicho.


            Pokój roboty zespołu wyglądał bardzo sterylnie. Dwa rzędy biurek, pod ścianą, na nich komputery. Po środku wolne miejsce na przejście… i w zasadzie tyle. Na biurkach nie było ozdób, maskotek, ani zbyt wielu charakterystycznych elementów, może z wyjątkiem kubków, misek, talerzy oraz notatek. Na wolnej ścianie, na drugim końcu pokoju względem drzwi, znajdowała się zabazgrolona tablica.
            Franklin usadził Mervi przy sobie, nie miała jeszcze na tym etapie swego stanowiska. Alan się gdzieś zapodział, chociaż jeszcze przed chwilą był z nimi, wyszedł na telefon. Lukę jego nieobecności wykorzystał Adam, wypełniając szczelnie całe pomieszczenie swoją twardo ociosaną osobowością i stanowczym głosem.

            - Wszyscy na miejscach, jak widzę. Mervi ten tydzień pracuje z Franklinem, potem kolejne tygodnie będzie przyglądać się pracy innych osób. Osoba z którą aktualnie przebywa Mervi ma obniżone wymagania do 40% wartości znamionowej, macie pozostałe siły przeznaczyć na wdrożenie jej, zadania traktując jako szkoleniowe. Jeśli spojrzycie na główny dashboard, zdjąłem wam z tego powodu większość tematów, przekazując je innym zespołom. Nie przewiduję na czas wdrożenie Mervi ani jednej akcji koordynowanej. Jakieś pytania?

            Alex miał pytanie.

            - Co z tym A-115? Mam go wziąć za rogi, ale wymaga O5, nie mogę do dziś doprosić się o grupę specjalną O.
            - Zajmę się tym – Adam powiedział poważnie – to już ponad tydzień?
            - Tak.
            - Dobra – jeśli nikt nie ma dalszych pytań – przeszedł wzrokiem po wszystkich – to idę do administracji ze sprawą Alexa.

            Jak powiedział, tak robił. Wszyscy zabrali się do pracy na komputerach, w słuchawkach. Wszyscy poza Franklinem, który z uśmiechem odezwał się do Mervi.

            - Pogadam potem z Adamem aby były to dwa tygodnie na osobę, mam wrażenie, że ciągle do niego nie dociera, że masz jeszcze studia i zwykłe życie., więc nie będziesz z nami cały czas. Umiesz programować?

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • ZellZ Niedostępny
              ZellZ Niedostępny
              Zell
              Moderator Obsługa
              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
              #12

              - Uhm... - Mervi ściszyła głos - Nie czytałeś akt, prawda? Nawet Robert do tej informacji dotarł. Programuję... W sumie. - dodała bez pewności siebie, nie wiedziała czego się po grupie spodziewać - I chyba nie tylko ja tu mam życie?
              - Czytałem - Franklin powiedział do Mervi pogodnie - jestem trochę oldchsooldowy, lubię sobie z ludźmi pogadać, zamiast oceniać ich tylko na podstawie wykresów i akt. Jak to mówił Protagoras, człowiek jest miarą wszechrzeczy - mruknął okiem - nie bądź taka skromna, wiem, że masz smykałkę. I widzisz, dowiedziałem się z rozmowy, że jesteś zbyt skromna. A życie… na pewnym etapie jest już tylko niezwykłe. Umiesz też w matematykę? Statystyka?
              - Jestem ostrożna. Nie chodzi o samą skromność. - wyjaśniła trochę zagubiona - Tak... Umiem. - spojrzała uważniej na Franklina - Masz zamiar mnie mordować tym?
              - Tylko trochę, tylko trochę - zaśmiał się gładząc bujną brodę - dobra matma jest świetnym wstępem entropii, mój ulubiony dział oświeconej nauki - powiedział spokojnie - a jak wygląda twoja znajomość zabezpieczeń? Dotykałaś coś z seciurity czy nie? Stawiam, że nie, inaczej miałabyś karoiotetkę FBI - powiedział z uśmiechem.
              - Nie jestem przestępcą. - otworzyła szerzej oczy - Żadnym hackerem, cyber-terrorystą.
              - Niektórych kieruje tylko ciekawość, trzeba ich ukierunkować - wzruszył ramionami - dobra, a jak kwestia oświeconej nauki? W czym czujesz się najlepiej i w jakich gałęziach pasjonuje cię rozwój?
              - Uczono mnie programowania memetycznego oraz trochę i sił... Prawdopodobieństwo jest fascynujące też... - zawahała się - To, co mi się marzy... Było mi odradzane. Ponoć zbyt trudne... Czasoprzestrzeń...
              - Dobra, pomyślę co da się zrobić - rzekł z entuzjazmem - teraz o tym jak pracujemy. To jest dashboard - Franklin na ekranie wyświetlił program w postaci tablicy z dużymi prostokątami symbolizującymi tematy - tematem nazywamy każdą operację Unii jaką mamy pod opieką. Jak widzisz, każdy temat ma przypisanych opiekunów różnego typu, w tym jestem tylko ja, w tamtym - przeklikał - ja i Alison, a w tamtym mamy jeszcze ludzi poza naszym zespołem. Nasza rutynowa praca polega na tym, iż masz się orientować w swoich tematach, dokumentacji, śledzić przebieg, oraz mniej-więcej znać inne tematy naszego zespołu. Raz na jakiś czas dostaniesz w temacie prośby, zadania. Większość nie jest na teraz, w stylu sprawdzić coś, wyszukać, załatwić pieniądze i tak dalej, często sprowadza się to do delegowania tej roboty innemu działowi. Niekiedy łączymy się z agentem bezpośrednio, gdy potrzebuje wsparcia typu nawigacja satelitarna, rozpoznanie terenu czy procedury oświeconej nauki. Poza tym zajmujemy się przygotowaniem rzeczy na zapas, nawet jak nas o coś nie poproszą, warto myśleć o dwa kroki do przodu aby móc wyciągnąć dane od razu. Tylko trzeba pamiętać, że w takim wypadku nie mogą być to rzeczy możliwe do wykrycia, nie chcemy komuś psuć pracy jeśli sam nas do tego nie zaprosi. Dużo czasu spędzamy też na wewnętrznym doskonaleniu naszej pracy, ja w wolnej chwili napisałem sporo softu automatyzującego nam pracę, a czemu na całą Unię go nie dystrybuują? Proces certyfikacji to cierń w dupie - zaśmiał się - a na potrzeby zespołu mogę wewnętrznie certyfikowane narzędzia, ale działa to tylko na poziomie który mam pod opieką. Poza tym, czasem zdarzają się akcje koordynowane. Są podobne do tego, jak agent prosi cię o wsparcie na żywo, tylko wtedy pracuje na raz większośc zespołu nad sprawą, czasem trwa to kilka dni, a resztę tematów rzucamy na jedną osobę lub przerzucamy na inne zespoły. Nadążasz?

              Mervi wyglądała na mocno skupioną na całym wywodzie Franklina. Musiała to wszystko uchwycić. Żadnych błędów.

              - Tak. - odparła poważnie.
              - Jak nie ma pytań to albo tak dobrze wytłumaczyłem albo boją się pytać - powiedział popijając z kubka.
              - W szkołach mówili, że jestem nudna. - zwróciła wzrok ku podłodze - To może być powód.
              - Mi też - odparł szczerze - ba! Dalej mi to mówią - podał jej myszkę - przeklikaj się przez interface tematów, zadań, a potem omówię ci programy…
              - Dlaczego? - Mervi wzięła myszkę i zaczęła badać interface - Dlaczego mówią ci tak teraz? - zapytała wpatrzona w ekran.
              - Kto ich tam wie, normies - mruknął.
              - Nawet w Technokracji? - zdziwiła się, aż na chwilę odwróciła wzrok od ekranu monitora - Tu też są tacy ignoranci?
              - Ostrożniej z językiem w unii - Franklin powiedział luźno - ale to chyba tłumaczy czemu tu jesteś.


              Południe Mervi spędziła z Franklinem na panującym zapoznaniem się z głównym oprogramowaniem. Mężczyzna był cierpliwy, udostępnił też manuale do poczytania w domu, ale od razu wyjaśnił Mervi podstawowe funkcje, komentując które funkcjonalności są dla nich najważniejsze, a które nie do końca działają. Spora część programów nie oferowała graficznego środowiska pracy, ale młoda technokrata była do tego przyzwyczajona.
              Po tym czasie, Franklin wyciągnął ją na kawę do kuchni, zostawiając resztę w pokoju.

              - Jaką pijesz? - zapytał nad ekspresem.
              - Bez cukru z mlekiem, jeżeli drugie można. - minęło już sporo z dzisiejszego dnia w pracy, a Mervi wciąż wewnątrz czuła się trochę zestresowana, jakby cierpiała niezrozumiałą samotność, która nie minęła.

              Franklin zrobił kawę jaką Mervi chciała, i postawił swój i jej kubek na małym stoliku w kuchni, wysokim aby używać go na stojąco.

              - I jak się podoba?
              - Na razie i tak czuje głód na poznanie tego wszystkiego w akcji. - delikatnie uniosła kąciki ust - Bo jeszcze to wszystko... Wirtualne? Tutorial.
              - Dane są całkiem prawdziwe - mężczyzna powiedział upijając kawę - nie zajedź się łącząc Unię ze zwykłym życiem, ok? To taka rada od starego dziada - mruknął.
              - Co masz na myśli? - zapytała zaskoczona.
              - Czas - rozwinął - jak się nie postawisz, to Unia cię wyeksploatuje. Monitoruj swoje samopoczucie.
              - Ciebie wyeksploatowała? - wzięła łyk kawy.
              - Na początku tak, zapieprzałem jak dziki osioł - Franklin przyznał.
              - I teraz żałujesz?
              - Nie wiem czy żałuję, po prostu stwierdzam, iż było to przesadzone.
              - Dobrze, skupię się na studiach, jak nie będę miała pracy. - stwierdziła pogodnie, nie widząc problemu w tej logice.

              Wtedy Mervi niemal podskoczyła gdy usłyszała głośne siorbnięcie ze swej prawej strony. Jej wzrok i Franklina powiódł w stronę Alison która nie wiadomo jak długo już stała z boku i kosztowała ciepłego napoju.

              - Jak widzę podkradanie się jest w cenie pracy. - mruknęła w stronę kobiety, zadowolona, że akurat nie trzymała kubka z kawą - Jeszcze kiedyś cię obleję gorącą kawą z zaskoczenia.
              - Nie będzie to pierwszy raz - Alison powiedziała cicho - taka karma. Ups… - kontynuowała monotonnym głosem - ...niepoprawne określenie. Zakaz używania nawiązań do religii i tradycji.

              Była przy tym śmiertelnie poważna, a mimo to Franklin uśmiechnął się lekko.

              - Musisz trochę przywyknąć do poczucia humoru Alison… - powiedział do Mervi.
              - Możesz zawsze "k-word" zastąpić opisówką, jak... - zamyśliła się - Sprawiedliwość Wszechświata?
              - Wszechświat jest chaotyczny i amoralny - Alison odpowiedziała monotonnie - nie czytasz broszur? Alan będzie zawiedziony. A teraz… Franklin, idź, mamy tu babskie pogawędki.

              Technokrata westchnął i wyszedł z kuchni, mówiąc do Mervi, iż czeka za kwadrans.
              Mervi od razu poczuła się niepewnie 1v1 z nową osobą.

              - Uhm... To... Czyli będziemy gadać o.... babskich rzeczach... Nie używam kosmetyków bardzo, więc... - zaryzykowała, nie mając pojęcia o czym mogą gadać koleżanki.
              - Bo ja mam dużo kosmetyków - kwaśny uśmiech pojawił się na twarzy Alison.
              - Chłopaków pewnie też dużo... - na twarzy Mervi po sekundzie pojawiło się zrozumienie co powiedziała - Nie o to mi chodziło! - zakryła oczy - Chodziło o powodzenie…

              Kobieta zmrużyła oczy, lecz nic nie powiedziała. Mervi miała wrażenie, że czerpie perwersyjną radość z oglądania jej zakłopotania. Wreszcie otworzyła usta, aby powiedzieć równie monotonnie co zwykle, ale za to trochę ciszej.

              - Franklinowi nie ufaj, Alan chce zbyt dobrze, Alex jest honorowy i sumienny, ale uważaj przy nim co mówisz, Adamowi nie zawracaj głowy, wkurza go sam fakt, że ma jakieś zajęcia. Robert ma dość własnych problemów. Mnie nie wciągaj w kłopoty.

              Gdy zakończyła, upiła z kubka.

              - Pytania?

              Mervi nie wiedziała co z sobą począć w tej sytuacji. Relacje interpersonalne były zawsze trudne dla niej, a teraz jeszcze musiała w nich być. Z jednej strony chciała spuścić łeb i tyle, ale z drugiej...

              - Czy ty mi grozisz? - mruknęła.
              - Nie. Pomagam.

              Powiedziała to i ruszyła do wyjścia,powoli niosąc kubek w obu dłoniach. Zatrzymała się w drzwiach.

              - Chodź, i tak naciągamy harmonogram.

              Mervi wydawało się, że prawie rozumie ironię i humor technokratki, prawie, lecz coś ją blokuje, jakby zrozumienie było tuż za ścianą.
              Finka nie odpowiedziała, ciągle próbując zrozumieć jaki Alison miała problem. Przed czym ją chciała ostrzegać? I to najwyraźniej nie lubiła relacji z Franklinem. Jeszcze by zrozumiała Adama, ale bez przesady! Alison powinna także pracować nad sobą czerpiąc przykład, a nie się buntując!
              Wzięła w dłonie kubek i ruszyła za kobietą.

              Prywatne życie Mervi umarło nie zdążywszy się narodzić. Plany ułożenia sobie zwykłego życia, pozbawionego ciągłej pracy i zawiązaniu znajomości oraz sfery uczuciowej podczas studiów, leżało pod nogami Unii, zniszczone doszczętnie. Pęknięte obrazy wcześniejszych marzeń dziewczyny, straciły kuszący kolor i powoli rozpadały się w proch zamieciony buchającym powietrzem z wentylatora maszyny. Proces stał się szybszy odkąd młoda technokratka zaczęła przyjmować przepisane tabletki. Leczenie nie było dla niej problemem, wręcz oferowało ulgę i spokój, którego tak potrzebowała. Nie chciała powrócić do pełnej chaosu egzystencji, która ją ogarnęła po przebudzeniu Geniusza. Podczas epizodów działalności Eidolona nie była w stanie skupić się na niczym, doprowadzać czegokolwiek do końca. Jej uwaga była rozrywana poprzez miliard konceptów i doznań. Chłonęła każdy aspekt rzeczywistości, a tym samym - żadnego zaznać nie mogła nim nie pojawił się inny. Mijały tak szybko, jak tylko się pojawiły - nieprzemyślane, niezbadane. Pełne emocji mieszających się w nienazwane kształty dźwięków i kolory czasu.
              A dzięki lekom nastała cisza w zmysłach, myślach i snach.

              Dopiero wtedy Mervi zrozumiała jak bardzo potrzebowała tego stanu. Mogła znowu być sobą, nic nie szturmowało przemocą jej istnienia; nie rozrzucało konceptów bezładnie po pomieszczeniu umysłu, nie próbowało przemycić strzępów jakiś fałszywych nieskończonych idei. W końcu sama wszystko uporządkowała, uznawała co jest jej pomocne, a co nawet resztki sensu nie ma. Czego należy się pozbyć.
              Spokój... Stabilność..
              Porządek.

              Czasami nachodziło ją niezrozumiałe poczucie osamotnienia. jakby czegoś jej brakowało. Nie wiedziała czym było to "coś", jednak gdy technokratka była pozostawiona sama sobie, ta błoga cisza przestawała być po prostu błoga.
              Niepokój, obawa, samotność. Jak kiedy profesor Skaldespillar ją zostawił.
              W tych momentach Mervi zamykała świadomość w trudach nauki i pracy. Dawała sobie cel. Odciągała myśli i kneblowała nielogiczne uczucia.

              Zauważyła też, że sztywne zadania szybciej wykonuje, a wymagające abstrakcyjnego myślenia zaczęły ją męczyć, a i czasem sprawiać trudności. Nawet w nich zawsze szukała logicznego rozwiązania. Bezpieczeństwo mas nie mogło się opierać na wymysłach, a budowle stać na fundamentach fantazji.
              To by prowadziło tylko do cierpienia.

              Napotykane osoby w sklepach zaczęły być coraz bardziej odległe. Nigdy nie rozumiała relacji interpersonalnych, jak je osiągnąć. Chciała wspomóc ojca finansowo, a to widziała poprzez zdobycie wykształcenia i sukcesu w pracy. Relacje z innymi nie były w to wpisane.
              Nie zaczęła rozumieć, teraz szczególnie. Odsuwała się... czy może masy odsuwały się od niej? Przechodziła wokół nich, jak po innej przestrzeni niż oni. Obserwowała, ale nie wchodziła w interakcje. Była gdzie indziej. Kim innym.
              Ochroni, poprowadzi.

              Powoli zaczynała zapominać o marzeniach zwykłego życia, przyjaźni i miłości. Miała ważniejszą misję niż ona sama.

              Kolejne dni pracy pod okiem Franklina przebiegały dość monotonnie. Mervi zdążyła zauważyć, iż technokrata wszystkie prośby o dane załatwiał błyskawicznie, zazwyczaj będąc o kilka kroków do przodu przed prośbami o dane. Z tego też powodu Mervi musiała stwierdzić, iż za dużo współpracy z agentami się pod jego okiem jeszcze nie nauczyła, chociaż obiecywał, że pod koniec tygodnia spróbują.
              Większość czasu spędzali na pair programming, podczas którego Mervi razem z Franklinem rozwijała i naprawiała narzędzia z którego korzystał cały zespół, przy okazji zapoznając się z tą technologią. Niektóre aspekty ich działania były daleko poza jej zrozumienie, i czuła, że nie ma to nic wspólnego ze zwykłą matematyką czy informatyką, lecz przebudzoną nauką. Franklin okazał się być też całkiem mocny w fizyce. Cały drugi dzień poprawiali model filtrowania zakłóceń ze skanerów satelitarnych - oświeconej technologii pozwalającej z orbity skanować budynki niczym przez rentgen - pracując przy tym z fizycznym modelem zjawiska oraz schematami elektrycznymi tego, co faktycznie satelita wykonuje, a dopiero na końcu latając dane programowi. Znajomość Sił była dla Mervi bardzo pomocna.
              Franklin dużo pytał Mervi o jej opinie, życie, zainteresowania…. Był przy tym raczej luźno nastawiony i chętnie dzielił się anegdotami ze swej pracy.

              Mervi mogłaby poczuć się przesłuchiwana, ale Franklin był tak zręczny w tym, że dziewczyna nie czuła nic niepokojącego. Mógł ją w ten sposób sprawdzać czy nie czai się coś w jej zachowaniu niepożądanego, ale przecież nic takiego nie było! Finka wręcz próbowała z całych sił naprawić to, co by nie dostawało do życia technokraty, a o tym problemie z Geniuszem nie wspominała ani słowa. Tabletki ubiły drania, co pozwoliło jej wreszcie rozwijać się bez zakłóceń.
              Bez sabotowania samej siebie. Podświadomie.

              Z ojcem ograniczyła kontakty, nie mając na nie tyle czasu, ile zakładała,więc jedynie o nim w kontekście przeszłości kiedyś wspomniała w rozmowie. Miała pewien problem w rozmowie o zainteresowaniach. Nie sądziła, że jej "nudne" fascynacje naukowo-techniczne są aż tak interesujące...
              Nie powstrzymało ją to przed pytaniami o nauki temporalne i przestrzenne, a gdy o nich mówiła, wyraźnie świeciły jej się oczy z fascynacji, którą jednak pewnego dnia przygasił Robert rzucając z boku, z kwaśną ironią, iż i tak będzie się uczyć tego, co Unia zechce, czy raczej, uzna za optymalne. Franklin się z tym nie zgadzał, ale Mervi miała wrażenie, że brakuje jej jednej cechy Franklina, zdolności odnajdywania się w biurokratycznej machine w sposób, aby i tak robić, to co się chce.

              Przez cały czas pracy Mervi nie odezwała się do Roberta ani słowem. Wydawać by się mogło, że jego ironia spłynęła po niej i nie zostawiła śladu, a jednak spojrzenie jakim go obdarzyła w tamtym momencie zaprzeczało przyjęcia tego na zimno. Była zirytowana jego zachowaniem i w żadnym stopniu z nim się nie zgadzała. Nie chciała podczas pracy marnować czasu Unii na osobiste dyskusje, więc z zimną cierpliwością odczekała na sposobność rozmówienia się z nim po obowiązkach.

              Odczekała aż jej zachowanie nie przysporzy nikomu niepokoju, nim "zaatakowała". Wyminęła Roberta na korytarzu w momencie, gdy byli już poza harmonogramem pracy i wiedząc, że może poświęcić kilka minut dodatkowo nim uda się do sklep poza konstruktem, po jedzenie, powiedziała najbardziej twardym tonem, jaki mogła z siebie wykrzesać:

              - Musimy porozmawiać.
              - Skoro musisz - powiedział z lekkim uśmiechem - idę na zakupy, możesz mi towarzyszyć - stwierdził idąc w stronę windy wyjściowej z konstruktu.

              Mervi ruszyła za nim, zadowolona w duchu, że nie zmieni jej to harmonogramu.

              - Też miałam zamiar zakupy robić później. - zrównała krok z Robertem, nie zmieniając niezadowolonej miny, ale patrząc już w przód uparcie - Wiesz o czym chcę mówić? - zapytała dość chłodno.
              - Grasz w nowe MMO? - rzucił otwierając windę, raz po dżentelmeńsku, przepuszczając Mervi przodem.

              Pytanie wybiło Mervi z rytmu myśli.

              - MMO? - zapytała zaskoczona, wchodząc do windy - Massively Multiplayer Online Game? Nie jestem w metodologii zajmującej się tym…
              - No to nie wiem o czym możesz chcieć gadać…

              Mervi spojrzała z dezaprobatą.

              - Naprawdę? Nie widzisz problemu? - nacisnęła przycisk parteru - Zupełnie czy robisz sobie żarty?
              - Powiedz wprost o co ci chodzi - Robert westchnął ciężko - nie mam dziś sił bawić się w zgadywanki.
              - Czemu jesteś takim du... - zawahała się - ...taką wredną osobą?

              Młody technokrata zmierzył ją wzrokiem, długo i z zastanowieniem. Zaśmiał się krótko gdy winda podjechała na na górę, a oni mogli wyjść z podziemnej sekcji konstruktu.

              - Dupkiem - powtórzył za Mervi szczerząc się - za to mnie kochasz - mrugnął machinalnie jakby była to jego typowa odywka i przepuszczając Mervi przodem, pokierował ku wyjściu przez recepcję małego biurowca.

              Mervi prychnęła cicho idąc z Robertem.

              - Powinieneś opanować język, a przynajmniej chcieć to zrobić. Nawet współpracowników drażnisz, łamiesz zasady chyba dla samego łamania zasad i najwyraźniej chcesz by inni łamali je z tobą lub myśleli jak ty. To co dziś powiedziałeś było obrzydliwe i kłamliwe.

              Robert pozwolił jej wygłosić tyradę, gdy wychodzili z budynku. Wysłuchał uważnie, idąc niespiesznym krokiem.

              - Pijesz? - rzucił pytanie jakby przy okazji.

              Kolejne wykolejenie myśli. Mervi bardzo tej taktyki nie lubiła...

              - Po co o to pytasz?
              - Czyli nawet gdyby, to ze mną się nie napijesz - powiedział wzruszając ramionami - jest tutaj nieopodal fajny park. Można sobie usiąść na ławce i przy udziale procentów przedyskutować co komu leży na wątrobie. Ale tak, zakupy zrobię później, będziemy o suchym pysku, masz czas?

              Finka wyciągnęła komórkę i zaczęła sprawdzać co ma zaplanowane w harmonogramie.

              - No tak - Robert powiedział ostrożniej, ale z pewną mocą - stwierdzenie, że będziesz się uczyć tego co ci powiedzą było kłamliwe. Czy powiedzenie, że będziesz spotykać się z kim ci pozwolą i robić wszystko co zechcesz, o ile pokrywa się to z harmonogramem też jest kłamstwem? Czy jednak możesz olać wytyczne i zrobić to co ty chcesz?

              Mervi uniosła wzrok znad ekranu.

              - Harmonogram jest pomocny w ustalaniu czasu zadań. - odparła twardo - Dam radę poświęcić trochę ze snu czy takich tam...
              - Nie mam sumienia zabierać ci snu, nie w taki sposób - mruknął ruszając jednak w stronę parku.

              Finka zawahała się, patrząc na harmonogram. Co powinna zrobić? Czy iść za nim, aby ustalić w końcu?
              Schowała komórkę i poszła jak i Robert. Będzie jej winny… Mężczyzna zaprowadził ją na skraj parku i wybrał szeroką ławkę w bocznej alejce, na której usiadł, obok, od zewnętrznej strony, stawiając swój plecak i zapraszając Mervi do zajęcia miejsca obok.

              - Traktujesz wszystko zbyt osobiście - zaczął szczerze - przecież ani razu nie skrytykowałem ciebie, prawda?
              - Powiedziałeś, że nie osiągnę czegoś - usiadła z odpowiedniej odległości, żeby nie było za daleko ani za blisko - bo mi nie zezwolą. Co za bzdura.
              - No to poproś po kolei o dostęp do materiałów szkoleniowych z każdej dziedziny oświeconej nauki, większość ci odrzucą, poza tymi, które są przewidziane w twoim osobowym planie rozwoju.
              - Dopiero zaczynam. - mruknęła - Przyznają mi te materiały, może nie teraz, ale przyznają w odpowiednim momencie. Unia wie co dla każdego najlepsze w odpowiednim czasie. - powiedziała pewnie.
              - Ja przyszedłem do Unii, aby poprawiać świat, a nie być jedynie narzędziem realizującym cudzą wizję. Ty nie?
              - Nie można tego nazwać "przyjściem", to raczej po prostu się stało, a że pobyt w Unii pasuje do mojej "wizji" to inna sprawa. - poprawiła zapięcie koszuli i narzuciła sweter na ramiona - Chcę ofiarować światu bezpieczeństwo, chciałam zostać architektem, aby tworzyć bezpieczniejszą, stabilniejszą infrastrukturę. Pytałeś o informatykę... - wychyliła się do Roberta - Nie każdy posiada komputer z urodzenia.
              - I sądzisz, że najlepiej sprawdzisz się realizując cudze pomysły? Bez cienia własnej woli? Pytam szczerze.
              - Jakie cudze pomysły? - zmarszczyła brwi - Chcą ochronić innych przed zagrożeniami... Przed Dewiantami Rzeczywistości, przed terroryzmem pod każdą postacią, nawet jeżeli mowa o cyberterrorystach. Dla ciebie to złe, przeciwwstawiać się temu?
              - Nie - powiedział z determinacją - po prostu uważam, że mam czasem prawo powiedzenia ale oraz samostanowienia. Maszyna Unii jest bardzo mocno spasowana, nie daje dużo swobody. Jeśli jesteś tu z nami, coś o tym wiesz…
              - Jeżeli by puścili wszystko, to zaraz każdy poszedłby swoją drogą, co zniszczyłoby wspólny cel. Tego chcesz? Stawiasz się, masz problemy. Tak chcesz zmienić świat? Rozpętując chaos?
              - Chcę po prostu mieć znaczenie. To tak wiele?
              - Czyli ważniejsze dla ciebie jesteś ty sam, a nie cel dla innych? Dla całości? - pokręciła głową - Nie zrobisz czegoś bez zapisania tego w podręcznikach? To zrobiłem JA?
              - A nie uważasz czasem, iż sam fakt, że się przebudziłaś, iż posiadasz geniusza, stawia cię na równi z tymi wyżej oraz algorytmami? Ja również pracuję dla mas, chronię je. Po prostu uznaję, iż, o grozo - uśmiechnął się kwaśno - ci wyżej mogą się nie tylko mylić ale i ja czasem mogę mieć w czymś lepszy pomysł.
              - To może naucz się lawirować w tej biurokracji i zdobądź znajomych na wyższych szczeblach, aby móc swoje opinie przedstawiać wyżej? Twoje zachowanie tylko zniechęca do ciebie, więc czego oczekujesz?
              - Uczę się - westchnął - ale to nie jest łatwe. I nie wiem czy się nadaję - zawahał się - szlag! Teraz napiłbym się piwa. Twoja wina - mruknął do Mervi.
              - Moja wina? Ja ci rozum do głowy tylko chcę wbić. I co ma znaczyć, że nie wiesz czy się nadajesz?
              - Myślisz, że wszystko wiesz bo ci tak ładnie wytłumaczyli - mruknął do Mervi - i chcesz uczyć innych - pokręcił głową lecz z wyraźną sympatią - nie nadam bo nie lubię lizać dup i podkładać świń. Oraz kłamać, to chyba najbardziej.
              - Po prostu słuchaj poleceń, trzymaj się harmonogramu. Przestrzegaj zasad. To chyba dasz radę?
              - I myślisz, że do czego to zaprowadzi?
              - Będziesz miał szanse znaleźć osoby, które ci pomogą w twojej wizji, a lepsza opinia tym bardziej zwiększy szanse, że ktoś cię wysłucha. - westchnęła - Rozmawiałeś z Alanem o tym?

              Robert krzywo uśmiechnął się.

              - Jestem w Unii dłużej. Zweryfikujesz swoje pomysły z czasem, ok?
              - O co ci chodzi? - fince nie podobało się, że najwyraźniej Robert odrzuca próbę pomocy. Jest tu krócej, co ona może wiedzieć…
              - Wypowiadasz się bez wiedzy jak rzeczy wyglądają w praktyce, tylko tyle. Będziesz tutaj, to zobaczysz - powiedział łagodnie.

              Mervi nie była zadowolona z wyniku rozmowy. Jak grochem o ścianę.

              - Czyli ciągle będziesz tak samo się zachowywał?
              - Wyciągasz ciekawe wnioski - mruknął.
              - Jesteś po prostu paskudnie uparty. - westchnęła.
              - Podobno to zaleta, trudno się poddaję - mruknął - ty nie?
              - Ja po prostu wiem, kiedy upór to jak tłuc głową w mur. - stwierdziła - Jak coś postanowię, to się trzymam tego. Unia mi bardzo pomogła, ze zdrowiem mojego ojca też. Czuję się potrzebna i nie odczuwam samotności, bo zawsze ktoś jest.
              - To jest cenne - Robert zgodził się z Mervi z uśmiechem - i myślę podobnie. Ale Unia może być lepsze, co nie znaczy, że jest zła. Gdybym tak twierdził, to by mnie z wami nie było.

              Mężczyzna zamyślił się.

              - Zgłodniałem, a ty?
              - Też. - znowu spojrzała w komórkę, aby zobaczyć co mogłaby z sugerowanych składników zakupić na obiad.
              - Mieszkam niedaleko - Robert stwierdził pogodnie - to co, zakupy i u mnie? Jesteś u nas nowa, to przyjmij obiad w ramach przeprosin. No i lubię gotować - przyznał szczerze, a Mervi prawie wydało się to zabawne. Czy może wydałoby się, gdyby nie była na anty-eidolonowych pigułkach.

              Nie była pewna czy tak wypada, iść do domu w sumie nieznanego mężczyzny. Może przesadza, a to norma w standardowych relacjach?

              - Uhm... Ale nie będzie to źle wyglądało, jeżeli pójdę do ciebie? Niezręcznie dla ciebie?
              - Zgwałcę cię tylko jak bardzo wyraźnie poprosisz - Robert zaśmiał się lekko - a co się przejmujesz ludźmi. Czy opinia zmienia coś rzeczywistego w twoim życiu? Trochę luzu młoda - mruknął.

              Mervi nie odezwała się, jako że czuła się speszona pierwszym zdaniem. Kiwnęła tylko na zgodę na pójście do niego.


              Mervi przez cały czas zakupów była milcząca. Co odpowiadała krótko, ale skupiła się na czym innym - obserwacji zachowania Roberta. Chciała upewnić się, że nie zacznie łamać zasad będąc z nią, więc kontrolowała go. Podpadł już wystarczająco w Unii to i nie mogła mieć teraz pewności.
              Zakupy poszły sprawnie, jako że mężczyzna faktycznie dobrze się orientuje w sprawach kulinarnych, przynajmniej jeżeli mowa o wyborze składników (w czym też Mervi pomógł).

              Kiedy zrobili sprawunki udali się do mieszkania Roberta, które okazało się dość zagraconą kawalerką. Nie było tam na szczęście brudu, tylko wszechobecny nieporządek - niektórzy nazwaliby go artystycznym chaosem. Nawet po kątach poupychał rozbebeszoną elektronikę. Nic nie miał porządnie pochowane, co Mervi skomentowała poprzez pełen zniesmaczenia wzrok.

              Zaskakująco, Robert nie tylko umiał kupować składniki na jedzenie, ale także serio dobrze gotował i proces sprawiał mu przyjemność. Mervi z przyjemnością jadła zrobiony przez niego obiad i z równą przyjemnością (a może i większą) brała udział w nerdzeniu o kompach. Robert to rozpoczął i ostro w to się wkręcił. Mervi szybko zaczęła mu próbować wtórować, jako że temat był naprawdę fascynujący. Okazało się, iż jej kolega bym od dawna zainteresowany zabezpieczeniami, a do tego... był hackerem. Nie trzeba wspominać, że za to był również notowany.
              Ku pocieszeniu Mervi, Robert miał bardzo gorzkie zdanie o teraźniejszej hackerce. Mierzwił go cały ten biznes przestępczy z nią związany i tęsknił za "romantycznymi czasami ciekawości".
              Tutaj kończyło się podobieństwo dwóch technokratów. Robert wyrażał swoją fascynację i miłość do tematu uczuciem, nawet kiedy mówił o niemiłych mu rzeczach. Mervi z drugiej strony to samo czystą, zimną logiką i choć co jakiś czas przewijały się cieplejsze nuty - to jednak górował rozum, nie serce.

              A jednak straciła rachubę czasu.

              Było już po 21, kiedy Mervi spostrzegła, że zmarnowała za dużo czasu. Nie przyjęła oferty Roberta, który chciał ją odwieźć swoim motorem (miała standardy)...
              ...i masę pracy do nadrobienia po powrocie.

              Pod koniec tygodnia, nastąpiła rzeczywista praca z agentami. Na potrzeby tego Mervi dostała laptop który położyła obok stanowiska Franklina. Technokrata poklepał ją po plecach.

              - To będzie kilka godzinek i fajrant - powiedział z uśmiechem - czytałaś dane? Wiem, zbyt dużo ich nie ma…
              - Tak. - odparła pewnie, jak zwykle przygotowana.

              Posłała krótkie spojrzenie w stronę Roberta. Rozdrażnił ją, gdy stwierdzał, że Unia jej nie pozwoli na naukę o czasoprzestrzeni. Zupełnie jakby mogli jej zabraniać rozwoju! Ten technokrata był po prostu dupkiem i lubił wprowadzać zamęt.

              - To dobrze - Franklin powiedział spokojnie - jeden agent, długotrwała infiltracja wspólnoty religijnej prowadzącej szkołę z internatem. Jak widać, agent nie lubi tworzyć raportów… W ramach formalności, komunikacja podlega anonimizacji. My jesteśmy Centrala, numerami, on Agent lub Operatorze. Jest to przeźroczyste. Pewnie czytałaś procedury, ale wolę wspomnieć oczywistości. Za kwadrans łączymy się na kanał głosowy. Gotowa, masz pytania?
              - Czy pierwszy raz każdego stresuje? - zapytała z całkowitą powagą i chyba brakiem zrozumienia możliwego podtekstu.

              Franklin uśmiechnął się pod nosem i przetarł brodę ręką, pozwalając Mervi rozumieć co właściwie powiedziała z jego miny.
              Finka otworzyła szerzej oczy, po czym schowała twarz w dłoniach.

              - Pierwsza akcja... Chodziło o akcję...

              Franklin powiedział poważnie.

              - A o co innego mogłoby chodzić?
              - ...zapomnijmy o tym...
              - Dobrze… to nie jest jeszcze pełnoprawna akcja, tylko rutynowe wsparcie, nie ma co się stresować. Wątpię aby było coś więcej do roboty jak wyciągnąć trochę informacji na żywo.

              Mervi przetarła twarz uspokajając się.

              - Czy... Agenci już mają przedstawione sztywne cele?
              - Mają swoje wytyczne, wszystko zależy od konkretnej operacji. My będziemy teraz obsługiwać jednego agenta, o ile wiem, ma dość dużą swobodę operacyjną.
              - A znasz spodziewany wynik tej operacji? Bo w papierach musiano to... zlać... Znaczy, pominąć! - szybko poprawiła się zawstydzona.
              - Operacja jest długoterminowa. Na twoim poziomie uprawnień nie poznasz celów. Chyba - Franklin zamyślił się - dopiero od O2 mogłabyś dowiedzieć się jakiego poziomu potrzeba aby znać całość operacji.
              - Po prostu nie chcę zostać wzięta z zaskoczenia, zupełnie nie zdając sobie sprawy co robić. - wyjaśniła - Chyba, że mam tylko obserwować i słuchać?
              - Po prostu reaguj na prośby agenta zgodnie z procedurami, w razie wątpliwości, pomogę ci.
              - Oczywiście. - nałożyła zestaw słuchawkowy - Jestem gotowa.

              Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • ZellZ Niedostępny
                ZellZ Niedostępny
                Zell
                Moderator Obsługa
                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                #13

                Mervi spadł z serca kamień w momencie, gdy po usłyszeniu zimnego głosu agenta CXV-18 do rozmowy od razu wszedł Franklin. I nie brzmiała ona profesjonalnie.

                - No hej - Franklin zaczął lekko - jak przypominałem, Jon, będzie dziś cię obsługiwać młoda. Mam nadzieję, że nic w planach się nie zmieniło i to nie przeszkadza.
                - Powinno być ok. Świeżynka?
                - Tak… W razie czego jestem na linii, ale będę głównie instruował nową, tak aby się nauczyła.
                - Dobra, bez problemu. Jak tam młoda, gotowa?

                Technokratka nie wiedziała czy czuje się w tym momencie lepiej, że profesjonalizm do kosza, czy gorzej. Najwyżej będzie z niej śmiech przy kawie...

                - Gotowa. - przekazała przez mikrofon.
                - Dobra - usłyszała cichy głos agenta - udostępniamy wam obraz.

                Mervi dostała w oprogramowaniu zrzut z kamery, wskazujący na człowieka wsiadającego do samochodu, średniego wieku, w płaszczu, spod jakiegoś murowanego budynku. Zdjęcie było wyraźne, lecz robione z bardzo dużej odległości, bez optyki. Na szczęście było widać tablice rejestracyjne.

                - Zdjęcie zrobione na świeżo, jeszcze siedzą… jak wyjadą to będę śledzić auto. Chcę wiedzieć wszystko co istotne o aucie i tym gościu. Kierowcy niestety nie widzę.

                Już w momencie zobaczenia na ekranie tablicy pojazdu, Mervi prawie automatycznie wrzuciła numer do wyszukania w bazach pojazdów, najpierw tylko w mieście, poszerzyła zaraz zapytanie na cały Stan, gotowa przejść nim także i na kraj. Nim zakończył się proces, przeniosła uwagę na zdjęcie nieznajomego, a przy okazji na miejsce.

                - Czy wiadomo coś o budynku, z którego osoba wyszła? - wykadrowała zdjęcie, aby jak najlepiej ukazywało mężczyznę. Tak obrobione przesłała do analizy baz personalnych.
                - Burdel, centrala, dorzucę adres.

                Jak powiedział, tak do Mervi trafiły dane GPS. Washington…
                Mervi zganiła się w myślach, dopisując do wyszukiwań pojazdu otrzymane dane, jako że i to mogło przyśpieszyć poszukiwanie. O dziwo, nawet nie zareagowała zdegustowaniem na to, że była mowa o "burdelu". Po prostu... nie obeszło jej.

                - Jak długo znajdował się w tym przybytku, agencie?
                - Brak danych.

                W międzyczasie klient Mervi wreszcie dopchał się do zasobów obliczeniowych Unii i wypluł jej historię wynajmowanego auta, należącego do firmy przy lotnisku. Auto było już bliskie końca eksploatacji, zwykle po dwóch latach sprzedawano samochody z floty.
                Budynek… dane wyglądały typowo, lewa firma, salon masażu, typowe właściciele-słupy.
                W głębi Mervi chciałaby dowiedzieć się więcej o przebiegu misji sprzed aktualnej sytuacji, ale miała w głowie jedno - nie posiadała wystarczających uprawnień.

                - Samochód jest wynajęty od firmy przy porcie lotniczym Waszyngton-Dulles. - rzuciła okiem na dane wynajmującego - Dane najmującego wprowadzone do systemu nie oferują istotnych wyników, możliwie są niezwiązane - "z czymkolwiek co robisz" - Budynek o typowych danych. Lewa firma odnowy biologicznej i typowe "słupy" jako właściciele. Nikt nie wyłania się z oficjalnych danych. - spojrzała jak idzie z wyszukiwaniem mężczyzny. Nie znaleziono dopasowania. Widząc to, odezwał się Franklin.
                - Może z filmu byśmy coś wyciągnęli? Analiza behawioralna, potem dopasować do niej jeden z zapisanych modeli behawioralnych. To działa nawet z zamazaną twarzą, wystarczy sylwetka i rozpoznawalne przedmioty.
                - Agencie, czy poza zdjęciem posiadasz także nagranie tego człowieka? - zapytała.
                - Nie - usłyszała jakby od niechcenia, lub agent był zajęty - mogę je mieć, ale nie wiem kiedy. Śledzę cel, nie zatrzymują się.

                Mervi spojrzała na Franklina, na chwilę wyciszając transmisję do agenta.

                - Możemy pobrać koordynaty, aby wiedzieć jak przemieszcza się agent?
                - Tak, masz udostępniony GPS - Franklin zwrócił się do Mervi - chyba nie ma tego w graficznym interface, musisz pogadać z brokerem danych z terminala.
                - Raportuj o zmianach. - przerwała ciszę w komunikacji, wysyłając jednocześnie zamówienie do brokera danych, aby mogła otrzymać dane z GPS agenta CXV-18 i tak móc nadzorować jego trasę.
                - Jakieś szczegóły tej misji możesz podać czy za małe mam uprawnienia? - zapytała Franklina poza przekazem.
                - Tylko to co podaje soft, czyli na O1 niewiele - Franklin westchnął ciężko - chwilę to potrwa - upił z kubka.

                Musiała postarać się, aby zwiększono jej uprawnienia!

                - Adam powiedział, że po pół roku jest szansa na O2. - odezwała się w oczekiwaniu - Mówiłeś, że w razie co do ciebie trzeba iść, jak wyższe rzeczy są?
                - Tymczasowo mogę udostępnić taki materiał, teraz nie ma potrzeby.

                W międzyczasie komputer złapał polecenie, a na mapie Waszyngtonu pojawił się ruchomy punkt poruszającego się pojazdu z agentem.

                - Jak bardzo jest ciężko otrzymać wyższe uprawnienia? - patrzyła na zmieniający pozycję punkt - Czy agenci posiadają jakieś... urządzenia nagrywające na sobie, jak policja? - zmieniła nagle myśl.
                - Zależy od agenta. W naszym przypadku agent ma pełna kontrolę nad rejestracją.

                Franklin spojrzał na monitor Mervi, na jego leciały jakieś logi, w które kobieta się nie wczytywała. Wyglądał na zamyślonego.

                - Zrób dopasowanie tras. Mamy już długą drogę, pewnie pokrywa się z typowymi drogami już w jakimś procencie - znowu upił z kubka - niech komputer trochę policzy, a co ma się nudzić.

                Młoda technokratka nawet nie próbowała patrzeć w logi z monitora Franklina. Kusiło ją, a jakże, ale pamiętała - nie jest uprawniona do tej wiedzy. Nie będzie dzieckiem działającym wedle kaprysów.
                Utrzyma posłuszeństwo zasadom.

                - Czy w innych misjach będzie opcja wykorzystania takich kamer od agentów, aby widzieć co przed nimi się dzieje? - mówiąc to, jednocześnie wbijała polecenie do komputera, aby sprofilował przebywaną drogę i dopasował ją do typowych.
                - Zależy od profilu misji - Franklin stwierdził lekko - może nawet w tej będzie taka potrzeba. Zgubiłaś średnik - zwrócił uwagę na powstający kod zapytań Mervi - a tu można zrobić ina… zresztą, nieważne, powinno działać i tak.

                Mervi szybko poprawiła brak średnika.

                - A jak ty byś to napisał? - nie przerywała jednak pisania kodu - Może następnym razem mi się przyda ta wiedza.
                - To nie ma znaczenia - Franklin powiedział z uśmiechem - jak działa to działa, nie jest to kod który będzie nam wiecznie służyć.

                Mervi wyraźnie skupiała się mocno na kodzie, chcąc by otrzymała najlepsze efekty. Ostatecznie, trwało to długo. Tysiące potencjalnych miejsc, setki, dziesiątki, znowu setki… Mervi miała problem z uzyskaniem stabilnych rezultatów. Lecz co innego miała robić? Było to bezpośrednie wsparcie operacji, a Agent na razie dalej zajmował się śledzeniem celu.
                Wreszcie Mervi ustabilizowała wynik na pięćdziesięciu ośmiu najprawdopodobniejszych adresach. Franklin się nie odzywał, ale jakby czegoś oczekiwał. Może ją testował?
                Mervi była w kropce. Otrzymała wyniki, ale jednocześnie nie wiedziała jak je wykorzystać. Pięćdziesiąt osiem adresów!

                - Najprawdopodobniejszych adresów jest ciągle za dużo. - odezwała się do Franklina, pokonana - Co powinnam zrobić?
                - Nic szczególnego - Franklin uśmiechnął się - napić się kawy, a w międzyczasie ściągnąć plany okolic i budynków z każdego z adresów. Jak trafiliśmy i się przydadzą to dobrze, a jak nie - zaśmiał się do Mervi - i tak nam się nudzi. Mamy czas, kompy mogą mielieć.

                Finka od razu się tym zajęła, aby już na zaś mieć gotowe plany.

                - A czy ktoś się wkurza, gdy robimy coś, co się okaże nieprzydatne?
                - Zależy - Franklin wzruszył ramionami - jak odpalisz coś bardzo obciążającego i będziesz robić to notorycznie, to w teorii ktoś może się oburzyć, w praktyce pewnie nawet nie zauważą. Podstawową zasadą jest aby nie pozyskiwać na zapas, czego pozyskanie może być wykrywalne. Rozumiesz, jakby agent ścigał dewianta, to satelitarny skaner DNA na pół dzielnicy może zostać zauważony…

                Mervi zatrzymała dłoń w pół ruchu do naciśnięcia klawisza.

                - Sate... - otworzyła szerzej oczy - DNA przez satelitę?! - pojawił się lekki uśmiech na jej twarzy - To... Naprawdę...?
                - Tak - Franklin powiedział patrząc w ekran, jakby czegoś szukał - trzeba tylko uważać aby za bardzo nie napromieniować okolicy.
                - Czyli to nie jest jak by była fikcja w literaturze! - trochę się hiperwentylowała - A nie wie się o tej... niesamowitej technologii. To jakby magia się urzeczywistniła!
                - Spokojnie młoda, mamy pracę - Franklin spokojnie wskazał palcem na jej ekran.

                Trybik finki w mgnieniu oka został przestawiony, która wróciła do kodu, odrzucając rewelacje, jakie zostały jej przedstawione. Starszy technokrata tylko lekko uśmiechnął się pod nosem. Faktycznie, wyciąganie większej porcji danych swoje trwało, podczas których agent śledził cel. Nie było sensu przeglądać wyników, po prostu patrzyli jak zbierają na zapas gotowe dane i na podstawie odchyleń statystycznych wrzucali dane do automatycznej poprawy, szczególnie stare zdjęcia satelitarne.

                - Eeee… Franklin - Mervi usłyszała we niepewny głos agenta agenta - będę chyba potrzebować wsparcia.

                Franklin nie odezwał się, tylko w milczeniu spojrzał na Mervi i pokiwał jej głową, aby prowadziła sprawę, zapytała się o potrzeby, gdzie, naturę wsparcia. W razie czego czuwał.
                Mervi zdążyła całkowicie wygonić z głowy bzdury o magicznych satelitach napromieniowujących obszar w mieście. Co za dziecinny koncept! Magiczne satelity!

                - Jesteśmy, agencie. - przekazała - Jakie potrzebne wsparcie? Jakie są potrzeby i gdzie?
                - Zagrożenie, dwie czwórki i jedna piątka. Wszyscy w śledzonym pojeździe. Jak tylko dojadą do celu moje predyktory zwiastują problemy…
                - Sprawdzone - Franklin potwierdził agenta, ale się nie odezwał więcej.

                Piątka… to było dużo. Skala miała realnie 7 stopni, w teorii było ich nawet 10, ale powyżej 7 mówiło się o międzynarodowych i międzyplanetarnych katastrofach. Piątki były opisywane w sposób, który u Mervi powodował ciarki. Możliwość wyzwolenia energii zdolnej zniszczyć całe miasto czy doprowadzenie do katastrofalnego załamania przyczynowości na obszarze dzielnicy. Mutacje choroby oraz masowe przełamanie narracji Unii w zakresie paradygmatu. Tak zwani Mistrzowie Tradycji byli często klasyfikowani od czterech do sześciu, przy czym sześć tyczyła naprawdę starych magów. Miała szkolenia… trzeba było myśleć.
                Technokratka poczuła, jak ciśnienie jej przyśpiesza. Dopiero miała pierwszą prawdziwą akcję, a na początek na takie zagrożenie została rzucona?! To mogło skrzywdzić wiele Mas ot tak! Przecież ci dewianci nie dbali o takich ludzi czy miejsca, które im życie zapewniały!
                Spojrzała na Franklina, a jej wzroku wyraźnie było widać ostry niepokój sytuacją.

                - Czy teraz przyda się wezwać cięższe wsparcie...?
                - Spokojnie - Franklin powiedział do Mervi - jak nie wiesz jaki rodzaj wsparcia, wpisz poziomy zagrożeń i zarezerwuj na dany obszar. Algorytmy podstaw domyślne i ustala priorytety gotowości. I poinformuj o tym agenta.

                Finka zabrała się od razu do pracy. Mogłaby być zadowolona, gdyby o tym myślała, że gładko jej idzie, nawet w momencie stresu. Określiła poziom zagrożeń i ustawiła go na wysoki, oznaczając obszar jaki został tym ogarnięty. Przy takich dewiantach nie chciała ryzykować.

                - Wsparcie zostało zlecone. - patrzyła niecierpliwie na ekran w oczekiwaniu na reakcję systemu - Zachowaj większą odległość, aby nie wejść zbytnio w zasięg percepcji zagrożeń.

                Długie sekundy, potem minuta… Mervi dostała informacje o zarezerwowaniu dwóch Mobilnych Formacji Operacyjnych. Agent czekał. Potem odezwał się.

                - Mam… podsyłam koordynaty - do Mervi trafił akurat adres jednego z budynków którego miała plany.
                - Wycofaj się - Franklin powiedział spokojnym, rzeczowym głosem - przejdź w stan obserwacji. Spróbuj sprofilować cele.

                Mervi w tym czasie zaczęła szukać czy w rzeczonym budynku znajduje się system zewnętrznego i wewnętrznego monitoringu. Spojrzała jeszcze na Franklina.

                - Może udałoby się poprzez `widok termowizyjny ustalić położenie tych osób?
                - NIe ingeruj, wrzuć dane do publicznego dla kolejnego zespołu. Czekamy na dane, jestem połączony z wyższymi - Franklin wskazał swój ekran.
                - Zrobione. - Mervi bez wahania przerwała poszukiwania. Nie ingeruj. Franklin w końcu z kimś wyżej jest połączony. Aż tak poważnie jest? Co się dzieje?

                Nie, nie ingeruj.
                Wedle polecenia wrzuciła dane dla kolejnego zespołu, na publiczny. Czekali.. Franklin odezwał się do Mervi.

                - Nie stresuj się tak. Wszystko jest pod kontrolą.

                Finka skinęła głową, przymykając oczy dla uspokojenia. Miarowy oddech. Nie ingeruj, wszystko pod kontrolą. Pod kontrolą.
                Nie zabiorą nam kontroli. Tylko, że czuła… że nie ma racji. Profilowanie zostało zakończone, surowe dane trafiły poziomy wyżej. Franklin patrzył na ekran komputera.

                - Wycofać się - polecił agentowi - zarządzono procedurę terminacji. Oddziały startują, mamy hitmarki. Dowodzenie nad tamtą akcję przejmują Iteratorzy, my mamy cię bezpiecznie sprowadzić.
                - Zrozumialem. To spływamy z tego piekła, które zaraz tu będzie.

                Mervi odezwała się do Franklina.

                - Przecież będą w budynku mieszkalnym. Czy ciężka piechota to nie zagrożenie dla postronnych?
                - Zajmą się tym - technokrata ją uspokoił - poza jednostkami bojowymi mają centrałę jak nasza, medyków, agentów… Pewnie za chwilę będzie ewakuacja z powodu rozszczelnienia się gazu. Nie nasze zmartwienie jak to zrobią, to jest Unia, zakładasz, że każdy robi swoją robotę.
                - Czyli tu się kończy nasz wkład? - zapytała z nutą niepokoju.
                - Tak, doprowadzamy Agenta z daleka, czyli wsumie spokój - stwierdził pogodnie.

                Dziewczyna wyglądała na zaniepokojoną.

                - Nie masz takiego wrażenia... że wcale nie będzie bezproblemowo na tej akcji?
                - Moje wrażenie nie ma znaczenia - mężczyzna stwierdził spokojnie obserwując ekran.
                - Tam jest piątka... - stwierdziła - Czy w ogóle znaleźliśmy kim są ci ludzie?
                - Tak, utajniono - Franklin stwierdził naturalnie.
                - I nie... Ciekawi cię czy nikt nie ucierpi na akcji?

                Starszy technokrata tylko uśmiechnął się pod nosem.

                - That's cold... - mruknęła smutno.
                - Łańcuch zaufania jest podstawą działania wielu jednostek.
                - Ale to nie o brak zaufania chodzi, tylko... Troskę. - odparła - Ta... piątka...Jeżeli umie złamać przyczynowość... - zaniepokoiła się - Co da w takim wypadku zaufanie?
                - Wyższe kompetencje - Franklin wyjaśnił - wiedzą lepiej. Czasem brak wiedzy może zaszkodzić. Na tej podstawie my kierujemy masami.

                Spojrzała w dół, na klawiaturę.

                - Frank... A mógłbyś się dowiedzieć dla mnie później czy wszyscy cali i ubiliśmy dewiantów? - zapytała proszącym tonem.

                Technokrata poklepał Mervi po plecach.

                - Zobaczę co da się zrobić.
                - Dzięki. - lekko się uśmiechnęła i znowu skupiła się na tym, co ważne - Więc robota.

                To, co Mervi nazywała podświadomie terapią, nosiło oficjalną nazwę cotygodniowej ewaluacji psychologicznej. Prowadzona przez Alana, odbywała się w schludnym gabinecie terapetystycznym - o ile Mervi wiedziała, nie był to prywatny gabinet technokraty, a tylko rezerwowane pomieszczenie. Nie znajdowało się również w podziemnej części konstruktu, gdzie się pracowano, lecz w jednym z budynków biurowych będących przykrywką Unii. W środku mieli do dyspozycji wygodne fotele, komputer, stolik, regały z książkami oraz widok z dużego okna na park, w którym ostatnio rozmawiała z Robertem.

                - Jak się czujesz Mervi - zapytał Alan zamykając za Mervi drzwi.

                Finka zawsze czuła się bardzo spokojnie przy Alanie. Naprawdę lubiła te terapie, jak i po prostu towarzystwo technokraty.

                - Całkiem dobrze. Leki naprawdę pomagają. - uśmiechnęła się.
                - A jak współpraca z innymi? - Alan podsunął jej fotel, samemu siadając po chwili.
                - Nie narzekam. - usadowiła się w fotelu - Robert czasem jest jak rozpaskudzony bachor, ale jak przestaje być dziecinny, to dobrze z nim się rozmawia. Przed Franklinem straszono, ale nie jest przerażający.
                - Zanim zaczniemy standardowe procedury - Alan stwierdził wyjmując i kładąć na stole znane Mervi plansze będące nowoczesną, zmodyfikowaną wersją testu Rorschacka - musimy jeszcze coś przegadać. W systemie pojawiła się pilna adnotacja dotycząca ciebie.
                - Pilna adnotacja? - Mervi wyraźnie była zaskoczona - Tak źle ocenił mnie Frank, coś ze studiami?
                - Ani to, ani to - Alan uspokoił ją - generalnie miałem z twego powodu kilka niemiłych rozmów. Zgłoszono w systemie, że próbujesz w sposób socjotechniczny przekroczyć swój stopień uprawnień dostępu do informacji. Wiem Mervi, że pewnie miałaś dobre intencje…Jednak filarem Unii jest praca na dokładnie w tym miejscu i dokładnie w ten sposób, w jaki jest to optymalne. Czuwają nad tym analitycy i komputery. Nie możemy używać drogi pozasłużbowej, doprowadziłoby to nas do chaosu.

                Dziewczyna wyraźnie nie rozumiała skąd to się wzięło.

                - Nie rozumiem? Jaki sposób socjotechniczny?
                - Spokojnie Mervi - Alan uśmiechnął się - tak to określa system. Zwykle takie etykiety pojawiają się gdy na przykład poprosisz kogoś z, na przykład, dajmy na to O4, sprawdził jakieś akta, wynik akcji lub jakiś parametr.

                Alan spojrzał na nią poważnie, kilka dłuższych chwil, po czym powiedział wyraźnie głośniej.

                - To oczywiście przykład, nie znam detali sprawy.

                Mervi szybko zrozumiała sugestię... i wcale jej się nie podobało to.

                - Poprosiłam Franklina, czy mógłby się dowie...
                - Nie wiem czy to ta sprawa o której mówisz.
                - Nie ma nic innego. - czuła gorzki smak zdrady - Chciałam tylko wiedzieć czy inni nasi nie ucierpieli, martwiłam się!
                - Wiem… ale od tego jest droga oficjalna Mervi, i to jeden poziom wyżej tylko, w typowych warunkach. Jeśli to jest to, najpewniej podsłuchał was automat.
                - Albo Frank nakłamał. - odezwała się z bólem - Obawiałam się, że nasi ucierpią w akcji, może nawet zwykli ludzie... Nie chciałam znaleźć jakiś szczegółów, danych czy tajemnic.
                - Frank nie jest typem kłamcy - Alan powiedział do Mervi szczerze - to skarb, że mamy go w zespole.
                - Ja się tylko martwiłam... - zacisnęła usta - Tam mogło być zagrożenie, a mnie nie dano tego obserwować, aby móc pomóc...
                - Ja cię rozumiem - Alan powiedział do Mervi porozumiewawczo - ale rozumiesz też potrzebę pewnych zasad? One mają sens jeśli dotyczą wszystkich.
                - To źle, że się martwię o innych? Powinnam przestać? I jak niby wtedy angażować się w czynienie dobra dla mas, gdy ci nie zależy na innych? - głos jej się załamał na końcu.
                - Ograniczenia uprawnień Mervi są właśnie z tego powodu, bo my się martwimy o masy. To jest dobre, ale załóżmy, że pojawią się ofiary. Załóżmy, że wedle wszystkich możliwości, nie byłabyś w stanie zmienić tego i twój udział był bez wpływu. To drugie by do ciebie nie dotarło, natomiast zadręczała byś się. Po to pewne formy cenzury i hierarchia uprawnień, aby zdejmować z poszczególnych ludzi ciężar psychiczny. Jesteś młodą osobą, byłoby nieludzie kłaść ci na barki taką odpowiedzialność i taki ból. Ci którzy mają większy poziom O to nie tylko kwestia doświadczenia i zasiedzenia się. Człowiek starszy staje się odporniejszy, młodsi jesteśmy delikatniejsi. Zgodzisz się ze mnę?
                - Myślisz, że nie będę się martwić w niewiedzy? - zapytała z żalem - To co, mam do agentów jak do pionków na szachownicy podchodzić, bez zainteresowania ich losem?
                - Sądzę, że będziesz się martwiła dużo, ale to dużo mniej - Alan powiedział szczerze - musisz znaleźć swoją drogę. Patrz na Franklina, on nie jest służbistą, a jednak dobrze w strukturach unii się odnajduje.
                - Więc ty się innymi nie przejmujesz?
                - Gdybym się nie przejmował, nie zajmowałbym się waszą gromadką - Alan zaśmiał się po przyjacielsku do Mervi - nie sądzisz? Jeśli na razie nie jesteś w stanie tego przetrawić, pilnuj się dla mnie. Staram się was chronić, ale nie mogę wszystkiego.

                Położyła głowę w dłoniach.

                - Co musiałeś zrobić teraz? Co mi groziło?
                - Nic wielkiego, wpis w aktach. Wolałem abyś na początku miała czystą kartotekę, sama rozumiesz.
                - Ale jak to załatwiłeś?
                - Trochę świecenia oczami, trochę kontaktów, trochę innych metod - mrugnął.
                - Dziękuję i przepraszam... - westchnęła - Teraz to odwlecze moje spotkanie z ojcem...
                - Popracujemy nad tym - Alan pocieszył Mervi - dziś więcej nie mamy do roboty, a Ty zasługujesz na trochę przerwy. Szybko obskoczymy raport i plansze i gotowe?
                - Jasne. - przynajmniej więcej czasu by rozmówić się z Frankiem.

                Franklin wiedział...
                Mervi oczekiwała na pojawienie się Franka jeszcze przed rozpoczęciem pracy. Czekała w korytarzu prowadzącym do pokoju ich centrali, wspierając się plecami o ścianę. Myślała o tym co usłyszała od Alana i nie mogła uwierzyć, że tak doświadczony technokrata nie zdawał sobie sprawy z tego, w co ładuje się młoda. O ile w ogóle to nie on na nią "nakablował".
                Musiała go skonfrontować. Była trochę zmęczona… naciągnęła harmonogram aby lepiej przygotować się do zajęć na uczelni, a teraz praca… Za to Franklin wyglądał na wypoczętego.

                - Cześć Mervi - powiedział do niej idac z kuchni do ich pokoju pracy, widać był tu już od dłuższego czasu.

                Mervi czuła zmęczenie, ale to nie oznaczało, iż miała zrezygnować z tej "rozmowy". Początkowo nic nie mówiąc, stanęła na drodze Franklina, aby po chwili powiedzieć z wyraźnym wyrzutem:

                - Dlaczego?
                - Dlaczego co?
                - Dlaczego tak potraktowałeś moją prośbę, jakbym chciała jakieś wrażliwe dane wyciągać twoimi rękoma?
                - O czym ty mówisz - Franklin skrzywił się - przepraszam, ale jeszcze do tego nie siadałem, zwykle trzeba trochę poczekać na w pełni klarowne dane i bym po prostu to sprawdził - stwierdził.

                Nie wiedziała czy on serio nie nakablował, ale na pewno nie ostrzegł...

                - Jeżeli nie mówiłeś nikomu, to komputer to zainterpretował pokracznie. Niemniej, nie powiedziałeś mi, że nie powinnam nawet tego kiedykolwiek wiedzieć, bo mogę za to oberwać.
                - A ja nie mogę ci podać - uśmiechnął się krzywo - a mimo tego powiedziałem, że to załatwie. Procedury sobie, ale z umiarem - stwierdził lekko, acz w jego głosie Mervi czuła siłę doświadczenia - zakładam, że wiesz jak uważać. Może cię Robert albo Alisson podjebali, na nich bym stawiał.

                Zamyślił się.

                - Tak, ich sprawdź lub olej sprawę. I jeszcze jedno, nie lubię gdy się na mnie naskakuje, młoda.
                - Wszyscy mówicie na siebie nawzajem. - finka brzmiała na zbolałą - Nie będę dochodzić teraz kto i co, mam dość. Wiedz, że nie chciałam żadnych danych kraść, tylko kierowałam się ludzką troską, to takie złe?
                - Gdybym miał coś przeciwko, powiedziałbym ci - Franklin stwierdził z uśmiechem - no dalej młoda, nie ma co się zadręczać. Chodź, mam jeden program do zdebugowania, przyda się mi kaczka debugowa - mruknał.
                - Quack. - mruknęła bez entuzjazmu.

                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • JhnWJ Online
                  JhnWJ Online
                  JhnW
                  Administrator Obsługa Developer
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                  #14

                  Eidolon Mervi musiał mieć jakieś chore poczucie humoru połączone ze złośliwymi zdolnościami przewidywania przyszłości. Jak inaczej mogła wytłumaczyć, że swoją aktywność zaczął tuż po spotkaniu z Alanem, którego jak na złość nie mogła dorwać przez następne dni, aby poprosić o większą dawkę leków…
                  Sny. Wszystko zaczynało się i kończyło w snach. Dziewczyna każdego dnia śniła o czymś, czego nie potrafiła nawet nazwać. Widziała kolory, które po przebudzeniu nawet pamiętała, ale nie potrafiła ich odtworzyć, nie istniało takie widmo światła widzialnego… Było w tym coś fascynującego, umysł potrafił stworzyć zupełnie nowe wrażenie, które nie ma przełożenia na materię, jest nową jakością. Było to też bardzo rozbijające odczucie, jedno z wielu które sprawiały, że poranki Mervi były naprawdę ciężkie.
                  Inne elementy snów nie ułatwiały się jej wzięcia w garść. Dźwięki, schematy maszyn, algorytmy, układy logiczne, miliardy zbyt skomplikowanych równań, pomylona, lecz fascynująco świeża architektura, schematy blokowe problemów, długie łańcuchy białek…
                  Każdego rana czuła się jakby wracała z wycieczki po muzeum szalonej kreatywności. Była zmęczona tym co widziała, przewodnik był równie kopnięty co treść, a sama myśl, aby wyodrębnić pokazywane jej rzeczy z chaosu sprawiała, iż zaczynała ją boleć głowa. Mimo to odruchowo próbowała, czuła jakby mogła naraz chwycić miliard tematów, jakby każdym była zainteresowana, a strzępki wiedzy okraszone pomysłami – niektórymi pochodzącymi ze snów, a niektórymi jej własnymi, zainspirowane treścią marzeń sennych – fascynowały ją. Stawały się natrętnymi myślami.
                  Czuła, iż w konstrukcie nie jest tak uważana. Uwaliła dwa testy na studiach. Mimo, że była na nie przygotowana, to zamiast skupić się na poprawnym opisaniu rodzajów fasad budynków, jej myśli krążyły wokół pomysłów, które mogła realizować…
                  ...gdyby nie harmonogram. Po prostu nie miała kiedy. Programy pisane z Franklinem były nudne i powtarzalne, co prawda starszy technokrata twierdził, iż czasem trafi się ciekawy problem, to akurat miała pecha trafić na to co odpowiadało dziewiętnastu procentom pracy programistycznej Franklina.
                  Tylko raz udało się jej wcielić projekt w życie. Rysunek fasady biblioteki. Dachy i okna, mniej szalone niż we śnie, ale równie odważne, ich kompozycja, łuki, ukosy, a jednak porządek… Owszem, Mervi podobało się swoje dzieło, ale nie uważała go za wybitne. Co innego zainteresowana, starsza profesor, która od razu zapytała dziewczynę, czy myślała już o promotorze.
                  I wtedy zaczęła się zastanawiać, gdzieś w głębi duszy, na ile potrzebuje prochów.
                  A potem przyszło jej pracować z Alexem.

                  Sny były jednocześnie ekscytujące, jak i przerażające. Naprawdę Eidolon mógł tyle spowodować? Ona sama się zadręczała takimi wizjami?
                  Chciała porządku... tylko czemu chaos wyglądał tak nęcąco? Przez takie bzdury zawalila dwa testy! To jak sabotowanie samej siebie! W projektach też to przeszkadzało. Nawet jeżeli porządek pozostawał zachowany, to zawsze było coś... innego. Nieoczekiwanego może? Nie wiedziała co jej nie pasuje w obrazie. Za dużo sztywnych form? Za mało?
                  Nie rozumiała...
                  Musiała zwrócić się po pomoc do Alana. Coś nie... nie działało wedle reguł...
                  Czemu myślała o odstawieniu leków?!


                  Na pierwszą pracę z Alexem przyszła zmęczona snem, jaki nie miał litości i tej nocy. Pierwszy dzień z Alexem ustawiony był późno wieczorem, w weekend, i najpewniej przeciągnie się do nocy - tyle dostała informacji. W pokoju w którym pracowali była tylko Alison jedząca jakąś japońską zupę oraz Alex. Gdy tylko Mervi do nich przyszła, czarnoskóry technokrata wstał i uśmiechnął się do niej podając rękę na powitanie.
                  Mervi podeszła podając rękę już w wyuczony sposób.

                  - Reszta ma wolne już, co? - spojrzała po obecnych - Alison, czym zapracowałaś na te godziny?
                  - Powiedzmy, że wolne - Alex powiedział ciepło - harmonogramowanie pracy jest dalej, po tych wszystkich latach, wielką tajemnicą dla mnie. Alison - wyglądał na zaskoczonego, powoli spojrzał na kobietę - kiedy przyszłaś?

                  Alison z wyraźnie wypisanym bólem na twarzy oderwała się od swej zupy.

                  - Cześć. W kuchni za duża szansa na spotkanie peregrynującego progenitora-dietetyka.
                  - A ty nie lubisz trzymać diety, co? - uśmiech Mervi miał coś z nikłej złośliwości, czy przekomarzania.
                  - Muszę przytyć. Nie pozwalają mi - technokratka stwierdziła cicho po czym wróciła do pałaszowania pałeczkami makaronu… nie, teraz łowiła z zupy boczek.

                  Tymczasem Alex wskazał Mervi miejsce przy sobie. W przeciwieństwie do Franklina, wydawał się bardziej energiczny i zdecydowany.

                  - Zrób mi analizę tych danych medycznych, zaraz będziesz mieć wrzucone - powiedział zdecydowanie - potem pogadamy jak znajdziesz tam coś ciekawego. Jakieś sto tysięcy rekordów.
                  - A już myślałam, że anoreksja. - Mervi rzuciła do kobiety i usiadła obok Alexa, słuchając poleceń.
                  - Analizować pod jakimś konkretnym kątem?
                  - Nie, zrobimy ślepy tekst. To co ja wiem może ci zaburzyć rozumowanie. Szukaj interesujących rzeczy.

                  Mervi nie traciła czasu i jak tylko dostała dane zaczęła szukać tych "interesujących rzeczy".. Sprawdzała czy są jakieś wpisane zabiegi przeprowadzone na pacjentach, problemy zdrowotne. Nic ciekawego… zajęło to dużo czasu, lecz Mervi nie znalazła ciekawych korelacji poza anormalnym występowaniem nowotworów, grupa była na tyle dużą, iż odchylenie musiało coś znaczyć. Podobne wyniki uzyskał Alex… który po prostu zebrał wyniki od Mervi, zestawił jej… i wysłał kilka kolejnych zestawów danych dla innych agentów, do analizy, znowu na podobnej zasadzie ślepych testów - a to dane biomedyczne innej grupy, a to dane o przestępczości w szkołach w pewnym rejonie, a to zmiany składu chemicznego… Byłoby dobrze wiedzieć po co te dane są agentom, lecz nie taka była ich praca, oni mieli przeanalizować, odciążyć agentów i dać im bardziej użyteczne informacje na następny dzień. Sam Alex wyglądał na zadowolonego z takiego trybu pracy.
                  Mervi spojrzała niepewnie na Alexa.

                  - Czy dobrze rozumiem... Nie powinnam się interesować po co te dane? - zwróciła wzrok na ekran - Zakładam, że może chcą... - zamilkła nie wiedząc czy może nad tym się zastanawiać.
                  - Niektóre sprawy są dostępne nawet na twoim poziomie - Alex powiedział pewnie i zdecydowanie, do takiej postawy bardziej by jej pasował zimny, profesjonalny ton głosu, lecz głos czarnoskórego technokraty był miły i ciepły, a on sam nawet delikatnie uśmiechnął się - po prostu nie ma to sensu. Algorytmy wyliczają do takiej obsługi sprawy w których kontekst nie jest nam potrzebny. Czasem jest też on dziurawy, wyobraź sobie pojedynczego agenta pracującego nad jakąś sprawą… Nie ma czasu na raporty, do centrali odzywa się sporadycznie, może nie dosypia nawet, ułatwiamy im robotę. To jest najefektywniejszy sposób działania dla części wypadków, zaznajomienie się z każdą sprawą sprawiłoby, że bylibyśmy mniej produktywni, a nie poprawiłoby to jakości analizy.
                  - Czy sprawdzamy tak czy to promieniowanie z satelit, nie uszkodziło kogoś?
                  - Zaraz sprawdzę - Alex spojrzał na ekran - no masz, tu te dane medyczne, dostęp od O1, agent bada skażenie środowiska w rejonie. Pewnie ta grupa osób to mogą być drwale, pracownicy tartaku czy może fabryki? Tego już nie uzupełnił… No ale widzisz, taka fucha.
                  - Ale pożyteczna, masom tak można pomóc, prewencja czy znaleźć kogoś z nielegalnym składem odpadów promieniotwórczych.
                  - Masz rację - Alex stwierdził poważnie - wracajmy do pracy.

                  Finka wzięła się do pracy, która była w sumie... monotonna. Początkowo Mervi to nie przeszkadzało, przynajmniej dawało stabilność działania. Pewnie gdyby miała silniejszą dawkę leków mogłaby lepiej to znosić, ale i tak starała się uczepić tej stabilności i nie wypaść myślami z zadania... tylko fantazja i ciekawość przeszkadzały.

                  - Może w klasie chemii jest wejście do magazynu, w którym grupa terrorystyczna produkuje broń atomową? - wyrwało jej się - Agenci wejdą w trakcie jakiejś lekcji chemii…
                  - Może - Alex przytaknął grzecznie pracując skupiony, najwidoczniej nie było to w jego typie humoru, ale był grzeczny aby Mervi nie strofować. Sam po dłużej chwili podezwał się w zupełnie innej sprawie.
                  - Zmieniłem ci harmonogram, góra klepnęła - powiedział z wojskowym stylu, bo nawet Mervi nie zapytał o zdanie - wyśpij się jutro, bądź wypoczęta. Zrobię ci szkolenie i pogląd podstawowej broni i gadżetów - dodał poważnie.
                  - Możesz tak po prostu zmieniać czyiś harmonogram? - zapytała zaskoczona.
                  - Na potrzeby szkoleniowe, i kilka innych przypadków - Alex odpowiedział rzeczowo.
                  - I tak łatwo to przyklepują? - dziwnie się czuła, gdy jej ktoś ot tak ustalał życie, ale to przecież szkolenie, a Alex ma i tak wyższe uprawnienia, czyli jakby... jest mu podległa.
                  - Zwykle nie - Alex odparł, a widząc niepokoje dziewczyny, zreflektował się - słuchaj Mervi, nie zabrałem ci czasu. To zamiast roboty. Widzisz, uważam, że wadą szkolenia zaplecza Unii jest brak realnego obycia z narzędziami operatorów polowych. Temu chcę ci pokazać abyś sama mogła podotykać gnatów i innego sprzętu, potem łatwiej ci się zapamięta z której strony zamek ma jaki karabin, a takie szczegóły przydają się gdy wspierasz kogoś na żywo.
                  - Czyli też nauczę się strzelać? - zapytała żywiej.
                  - Nie sądzę, że nauczysz się strzelać, to za mało, dalej nie trafisz niczego w stresie - przyznał szczerze - ale łatwiej zapamiętasz co jest czym jak poznasz, jak kopie i tak dalej.
                  - Umiem działać w stresie... - mruknęła, chyba z fochem.

                  Alex uśmiechnął się… zupełnie szczerze. I w sposób kumplowski klepnął Mervi w plecy, trochę za mocno nawet.

                  - Tak, tak, macho jesteś - powiedział weselej - nie umiesz, nikt nie umie jeśli tego nie przeżył. Nie ma co się dąsać. Chodź, mamy jeszcze trochę rzeczy do roboty, może prędzej skończymy dziś.

                  Westchnęła z niknącym fochem.

                  - Jasne... - spojrzała w ekran - Ale i tak zobaczysz…


                  Mervi czuła się dziwnie gdy zjeżdżała wraz z Alexem jeszce jedno piętro niżej i wchodziła do pomieszczenia z wyższym stopień uprawnień specjalnych. Dostała w recepcji legitymację gościa, z podanym Alexem jako opiekunem. Fizyczna karta dostępu była miłym, tradycyjnym gestem od wszechobecnej identyfikacji uprawień na podstawie skanowania twarzy, tęczówki oraz wyciągania informacji z chipa w skórze Mervi.

                  Znaleźli się z Alexem w sterylnym zestawie pomieszczeń – małej szatni, sali szkoleniowej wraz z nartnikiem, zbrojowni oraz strzelnicy. Tutaj najwidoczniej odbywały się szkolenia, planowania oraz odprawy agentów polowych, raczej grup po kilka osób, nie więcej. Teraz mieli to na własność.

                  - Strzelałaś kiedyś? - Alex zapytał Mervi odblokowując elektryczne zamki z szaf, i wyjmując kilka sztuk broni konwencjonalnej, pistoletów, strzelb, karabinów.
                  - Nie. - odpowiedziała, w tym momencie czując się nudna.... - Często tu jesteś? - rozglądała się z ciekawością.
                  - Nie - Alex odpowiedział szczerze - pisana jest mi robota przy biurku. Mam PTSD na sterydach - powiedział kompletnie nie kryjąc się z tym - w normalnym funkcjonowaniu mi to nie przeszkadza, jest uśpione, chociaż Alan woli mówić wyleczone. Ale w razie jakiejś zadymy mogą być kłopoty. Temu zmieniłem profil pracy - powiedział szukając amunicji.
                  - Och. - przysunęła się do Alexa patrząc z zainteresowaniem na jego poszukiwania - To brałeś udział w akcjach?
                  - Tak - Alex potwierdził - zaczniemy od broni bez amunicji, weź tego glocka - podał Mervi pistolet.

                  Mervi wykonała polecenie. Nie chciała drążyć tematu i męczyć tak Alexa. Biedny...

                  - Co teraz? - zaczęła oglądać pistolet.
                  - Na razie nic - Alex stwierdził szczerze - przymierz, zobacz ile waży, jak jest ciężki, jakbyś mierzyła… Chcę abyś zawsze to miała w głowie, aby któryś chłopak nie dostał kurwicy po złotej radzie z centrali, aby wystawił pistolet nad głową i strzelał - powiedział spokojnie… ale chyba żartował, nie był w tym atak do Mervi… raczej wspomnienia. Chyba ktoś faktycznie kiedyś tak zasugerował agentowi.
                  - Wiem, że to ma odrzut, ale to tyle. - ważyła w dłoniach - Choć strzał znad głowy to chyba takie filmowe? Nie wiem, tylko zgaduję, nie oglądałam filmów akcji…
                  - Ciężkie i tak, i jak to chwycić, wymierzyć - Alex powiedział - na razie dam ci na sucho każdą broń, potem postrzelamy i pokażę obsługę.

                  To było coś bardziej zajmującego od analizy, jaką wczoraj robili. Mervi czuła się dziwnie podekscytowana. To musiał być efekt uboczny mniejszej dawki leków.
                  Niemniej mogła się "pobawić" różnymi typami broni, nawet jak karabiny szturmowe. Alex pokazywał jej odpowiednie postawy, uczył każdą broń trzymać... i finka była wniebowzięta, choć na zewnątrz widać było po prostu silne skupienie.
                  Alex nie pozwalał Mervi rozpraszać się, potrafił pozarywać, lecz gdy trzeba było powagi, natychmiast zdecydowanie, lecz nie obcesowo ucinał luźniejsze pogadanki dbając o skupienie swej kursantki. W trakcie zapoznania z bronią, od razu przekazywał jej podstawowe informacje dotyczące bezpieczeństwa. Mervi nawet nie zorientowała się kiedy Alex płynnie przeszedł do nauki przeładowania, omawiania usterek połączonej z ogólnym przeglądem typów amunicji oraz jakie uszkodzenia czynią. Dodatkowo miała przesłane kursy do swojej bazy danych, lecz Alex twierdził, że może raz jeszcze przeczyta w domu dla utrwalenia, i to wystarczy. Uwagę dziewczyny zwróciły rzeczy dla niej nieoczywiste. Amunicja większego kalibru, a już szczególnie twardsza, cechowała się większą przemijalnością osłon, zdolnością obalającą przy utknięciu w ciele – tutaj Alex omawiając z Mervi ciężką strzelbę opowiadał o polowaniach na słonie i przyrównał je do walki z Obcymi – ale w przypadku ludzkich celów, trafnie w tkanki miękkie było mniej groźne. Taki pocisk przelatywał na wylot, nie rozpadając się w środku, tworząc przez ciało dren, zamiast poszatkować organy wokół. Wspomniał też, że rany wylotowe niemal zawsze są większe od wlotowych, w każdej broni.
                  Po tym przyszła pora na strzelanie. Technokrata asystował Mervi. Od razu widać było, że nie chciał jej nauczyć strzelać. Stosunkowo mało mówił jej jak celować. Chciał aby postrzelała i zapoznała się z dużym garniturem uzbrojenia, a nie została strzelem – to była znacząca różnica.
                  Gdy czas przyszedł na większy kaliber, Alex asystował Mervi z uwagą, ciało w ciało, dbają aby drobna finka nie zrobiła sobie krzywdy. Z rewolweru dużego kalibru nie pozwolił jej strzelać, gdyż jak twierdził, przy jej wadze i sile nadgarstków jest to fatalny pomysł.

                  A finka cały czas była niemo zachwycona.

                  - Masz jakieś rady czego na pewno nie mówić agentom? Prócz strzału znad głowy. - gdzieś w tle żałowała, że nie będzie walki w jej pracy...
                  - To była anegdota. Jesteś inteligentna, po to masz się z tym wszystkim obcykać aby gdy przyjdzie gorąca sytuacja przywoła wspomnienia, nie suche fakty, ale mówić ktoś, kto dany sprzęt widział, używał. To pomaga. No i koryguje błędy w podręcznikach.
                  - Uhm... - Mervi westchnęła - Jest jakakolwiek szansa, abyś choć ciutes mnie pouczył z Glocka strzelać, czy to poza tym, o czym mogę myśleć? W końcu może być kiedyś zbieranie informacji w terenie, a tam różne rzeczy mogą się zdarzyć...
                  - Jeśli dostaniesz skierowanie do takiej pracy to Unia zapewni Ci wiele bardziej kompletne szkolenie niż kilka godzin ze mną - Alex przyznał pewnie co do procedur - jeszcze trochę nam zostało, potem trzeba posprzątać i mamy jeszcze coś - zaczął tajemniczo.

                  Początkowy xawód przerodził się w zaciekawienie.

                  - Co po sprzątaniu? - zapytała.
                  - Wykład, a potem przegląd nieco mniej typowego sprzętu wykorzystywanego przez agentów.
                  - Ty będziesz ten wykład prowadził?
                  - No tak, mamy tutaj salę szkoleniową, wejdę na komputer, wrzucę slajdy, weźmiemy karton modeli i replik - widząc minę Mervi dodał - prawdziwe też są, ale niektóre to tylko dokładne modele, na potrzeby szkoleniowe, często wytrzymalsze od prawdziwych.
                  - Czy te gadżety też mają coś wspólnego z Oświeconą Nauką?

                  Alex uśmiechnął się lekko.

                  - A jak myślisz.
                  - Będę mogła któreś na żywo pomacać? - zapytała podekscytowana.
                  - Mam nadzieję, że mowa dalej o sprzęcie - Alex szturchnął Mervi po żołniersku i gdy skończyli strzelać, poprosił o pomoc w sprzątaniu sprzętu, od razu rzucając uwagi o przechowywaniu i konserwacji broni.

                  W sali szkoleniowej kobieta musiała chwilę poczekać na technokratę, gdy wrócił z plastikowym pudłem sprzętu, które odstawił na biurku obok siebie, i zaczął przygotowywać prezentację na komputerze.


                  Mervi wydawała się trochę niezręcznie czuć, po żarcie z pomacaniem, ale dopiero, gdy Alex zaczął prezentację przygotowywać (oczywiście z finką zaglądającą mu przez ramię) postanowiła powiedzieć co jej na sercu leży.

                  - Przepraszam Alex... Nie myślałam wtedy... Że moja wypowiedź będzie niestosowna...

                  Alex podniósł otwartą dłoń pokazując aby skończyła. Ciężko nabrał powietrza.

                  - Nie Mervi, w porządku - technokrata powiedział patrząc na nią uważnie - moja wina, przepraszam. Nie powinienem podłapywać żartu jeśli cię to krępuje. Mam po prostu taki styl, z wojska, kontakt fizyczny, żarty w przerwach między prawdziwą robotą. Tak się odreagowuje. Przepraszam, nie każdy musi czuć się z tym komfortowo - kiwnął głową.
                  - Nie chcę po prostu, abyś przez moje... niedoświadczenie w relacjach odczytał moje słowa na opak...
                  - Spokojnie, jest ok - Alex przytaknął Mervi - zajmij miejsce, zaraz zaczniemy.

                  Mervi skinęła głową, czując ulgę. Usiadła na miejscu, oczekując w milczeniu.

                  Pierwsza część prezentacji Alexa była dość nudna, Mervi zdecydowanie bardziej wolała techniczną dokumentację od pokazu slajdów dotyczącego podsłuchów, apteczek. Nawet omówienie standardowego blastera laserowego oraz plazmowego, z ich replikami w ręce nie było niczym fascynującym. Sprzęt do programowania neurolingwistycznego znała lepiej niż ten w prezentacji…
                  …do czasu do Alex przeszedł do prezentacji na temat implantów. Te podzielił na dwie grupy, modyfikacji i wszczepy biologiczne, których modele pozostawały wiele do życzenia, ale za to opisy… były obrzydliwe i ciekawe. Modyfikacje genomu agentów, dodatkowe narządy, gruczoły, zmiany w układzie nerwowym pozwalające sterować fizjologią na poziomie komórkowym, samo-uwalniające się torbiele z syntezowanymi na bieżąco w środku środkami przeciwbólowymi i regenerującymi, lepsze mięśnie, zwiększona gęstość kości na potrzeby podróży kosmicznych aby zapobiegać odwapnieniu przy niedoborze suplementów, tabletki odcinające emocje… A potem omawiał wszczepy elektroniczne, interface mózg-komputer, wszczepy w gałkach ocznych jako zamienniki HUD w okularach, metalowe kończony, wyściełane grafikiem stawy, nanoboty w szpiku, zamienniki nerek syntezujące dodatkowe związki, cyfrowe bębenki pozwalające usłyszeć bicie serca za ścianą, metalowe pazury wysuwane z dłoni… było tego całkiem sporo.

                  Przedstawienie sprzętu zrobiło na fince mocne wrażenie. Biologiczne mimo swojej... paskudności były naprawdę fascynujące, czego nie kryła, ale to wszczepy czy protezy lub inne mechaniczne ulepszenia uruchomiły w niej pokłady miłości.
                  Musi zyskać takie ulepszenia!

                  - To niesamowite... - szepnęła z zachwytem - Takie wsparcie... My też możemy to dostać? Przecież interface mózg-komputer bardzo usprawniłby wyszukiwanie danych, czas by się oszczędzało! Może i storage pamięci? Iteratorzy mają naprawdę dużą inwencję!

                  Wydawało się Mervi, że mina Alexa na moment stężała. Na ułamek sekundy, jakby Mervi przypomniała mu o czymś bolesnym. Może jej się tylko wydawało? Po chwili nic takiego nie dostrzegała na jego obliczu. Technokrata cicho wypuścił powietrze, z pewnym ciężarem zrezygnowania.

                  - Kompletnie nie masz pojęcia o czym mówisz - powiedział bez pretensji, lecz wyczuwalną siłą w głosie - o ile co do organów masz rację, protetyka to jest przyszłość, tak samo jak poprawki zmysłów, leczenie… To przy mózgu robią się problemy.

                  Przerwał aktualną prezentację, przed przejściem omówienia opancerzenia oraz standardowych cyborgów. Widać uważał, że na implantacje trzeba Mervi poświęcić kilka chwil.

                  - Powiedz mi, poświęciłabyś zdolność odczuwania przyjemności ze swojego hobby w zamian za 25% szybsze procesowanie wzorców obrazowych?

                  Zmiana w Alexie naprawdę wybiła Mervi z radosnych myśli. Czy zrobiła coś źle?

                  - Ale... Moje hobby to są komputery, więc... to jakby mieć szybsze hobby? Chyba, że o czymś innym mówisz?
                  - Wtedy nie byłoby to twoje hobby - Alex stwierdził powoli dając Mervi przetrawić informacje - nie dawałoby przyjemności. Albo inny implant - technokrata wydawał się dziwnie zaznajomiony z tematyką jak na to czym się zajmował - można poprawić czas reakcji. Odbywa się to przy cyfrowej implantacji i wycięciu części dróg nerwowych, czego typowymi skutkami ubocznymi są stany depresyjne w postaci krótkotrwałych napadów, z tego powodu razem z tą implantacją montuje się dodatkowy syntezator dopaminy nad jedną z nerek. Albo inne, pełnowymiarowy interface mózg-komputer z agregacją wspomnień skutkuje pogorszeniem pamięci długotrwałej. To jest oczywiste, użytkownik przestaje ją ćwiczyć aby korzystać z cyfrowych backupów. Pytanie tylko wtedy na ile jesteś to ty, gdy już do danych nie ma dostępu albo ktoś z naszych wrogów je zmienił. Część pacjentów uzyskuje też 47% - Alex spojrzał w podłogę jakby sobie coś przypominał - 57% utratę wspomnień z wczesnego dzieciństwa i okresu do szesnastego roku życia, około.

                  Pozwolił Mervi to wysłuchać, czekał na pytania, widać, że jeszcze ma coś do powiedzenia.
                  Tak, wyraźnie poruszyła coś, czego nie powinna.

                  - To chyba rzeczy, które się dopracowuje, polepsza z czasem. Przecież nie zostawiają tego samemu sobie.
                  - Za większość konstrukcji i badań nad implantami odpowiada Iteracja X, nie pamięta już danych, zależnie od roku będzie to od 90% do nawet 98% naszych zdobyczy syntetycznych. Znasz ich idee. Dla nich wszystkie te niedogodności są w pełni akceptowalną stratą za wyższą skuteczność, a jeśli ich się naprawdę rozumie, to człowiek zaczyna się zastanawiać czy nie są to bardziej celowe zmiany projektowe, aby uczynić użytkownika mniej zależnego, co nazywamy świadomością, emocjami i po prostu nami…

                  Alex rozciągnął się na krześle, lekko strzeliło mu w barku.

                  - Opowiem ci anegdotę, słyszałem ją od mojego poprzedniego Administratora. Słyszałaś o klasach scenariuszy końca świata prawda? Wywodzą się z klas klasyfikacji zniszczeń, tylko są rozszerzone. Coś jak katastrofalne załamanie przyczynowości na danym obszarze może być też klasą końca świata. Chciano swego czasu dodać klasę końca świata epsylon 8. Z pamięci: “ludzkość uległa trwałej,skokowej, nieodwracalnej zmianie psychicznej i fizyczne,j która zerwała łańcuch transferu kulturowego”. Pytanie, wiesz czemu - Alex nacisnął na te słowa - to jest koniec świata?
                  - Bo brak rozwoju poprzez ciągłość, zmiany przez poprzednie doświadczenia? - zaryzykowała.
                  - Nie tylko - Alex stwierdził - bo to już nie byłaby ludzkość, a coś innego. Nowy Światowy Porządek stoi na straży człowieka - powiedział z pewną… dumą.

                  Tak, to była stanowczo duma. NWO, pierwsi humaniści, ci którzy odwrócili wzrok od bożków (i potem, Boga, ale o religijnym początku swej konwencji Mervi wiedziała niewiele) patrzyli na człowieka. Rozumieli zmiany, ale chcieli zachować człowieka, wciąż istotę ludzkość, nawet jeśli nowego, a nie coś postludzkiego.

                  - Oczywiście najgłośniej przeciw tej kategorii protestowali Iteratorzy. Już trochę rozumiesz Mervi?
                  - Iteracja nie może być tak odczłowieczona, jak ją malujecie. Też im zależy, aby pokrzywdzeni przez biologię mieli to samo co inni... Iteracja to też ludzie w końcu…
                  - Czytałaś skąd się wzięła ich nazwa - Alex bardziej stwierdził niż zapytał - i jak myślisz, kto ma u nich kierownicze zdanie, ludzie czy AI i już mniej ludzie, a bardziej maszyny?
                  - Czemu pałasz taką wrogością do tego, co oni robią? - Mervi miała problem z ułożeniem sobie wszystkiego. Przecież ponoć i NWO jakiś problem z kwestią maszyny miało!
                  - To nie wrogość - Alex powiedział szczerze - po prostu ich znam. Nasze wizje są sprzeczne. Ty też jesteś w NWO, więc zakładam, iż uważasz, że porządek świata proponowany przez NWO jest lepszy od tych przez innych. A teraz przejdziemy do opancerzenia - wrócił do prezentacji.

                  Finka nie przeszkadzała w dalszej prezentacji. O tym co Alex powiedział... wolała nie myśleć teraz... choć czy mogła? On wyraźnie miał jakiś problem z Iteracją, której Mervi nie znała osobiście. Czy naprawdę mogli być tak bezduszni? Nie, niemożliwe!
                  Mervi widziała, że NWO mniej polega na technologii niż mogłoby. Czy niewiedza w tym wypadku powoduje niechęć? Cała Konwencja nie może być jednym organizmem z kabelków i metalu, jak i całe NWO to nie tylko podejście Alana, jak i nie tylko Adama.
                  Mervi czuła kiełkującą irytację spowodowaną brakami w danych. Niekompletne informacje w tym momencie przeszkadzały jej w podjęciu osądu...


                  Przeszkolenie ze sprzętu było naprawdę miłą odmianą od typowej pracy z Alexem, którą Mervi doceniłaby bardziej gdyby wiedziała, że w dalszych dniach czeka ją potwornie nudna praca analizy i zbierania danych. Pozbawiona kontekstu, prosta, niemal prymitywna. Podczas tego czuła się niemal jak człowiek-komputer. Gdyby tylko postawić w jej miejsce komputer który potrafiłby zrozumieć skrótowe prośby agentów polowych – z czym i ona miała czasem problemy, proszą Alexa o odszyfrowanie żargonu – jej obecność byłaby zbędna.

                  Nie miała czasu nawet na sny… czuła, że coś się jej śniło, jakieś niepokoje, które uchwyciłaby nad ranem, gdyby tylko chciała spojrzeć do wnętrza siebie. Niestety, nie miała na to czasu. Czuła jak jej czas ściskany jest w imadle, z jednej strony działalność w Unii, a z drugiej studiami które były cięższe niż sądziła. Czuła jednak, że wszystko jest w jej zasięgu. Stabilizację.

                  Cały niepokój zepchnęła do wnętrza serca.


                  Do pracy wróciła wciąż jeszcze myśląc o kolokwium z materiałoznawstwa. To o czym się uczyła, było takie zwyczajne, takie proste… Wszak wiedziała, że naprawdę cudowne materiały leżą na wyciągnięcie ręki. Co tam beton i stal, gdy wiedziała, że Unia mogłaby zalać stalą z której konstrukcje nośne mogłaby przypominać utkane z cienkich jak blacha liści wspominki, niepozorne i wytrzymałe.

                  Trzeba było ludzi powoli uświadamiać aby zapewnić ciągłość historyczną. W wolnych chwilach – chociaż zastanawiała się czy definicja wolnej chwili ma u niej jeszcze zastosowanie, gdyż wszystko wypełniał Harmonogram – studiowała Teorię Ciągłości Historycznej tłumaczącą potrzeby stopniowego wdrażania ludzkości w oświeconą naukę czyniąc ją zwyczajną, w innym wypadku narażano się, jak to ujęto „paradoksalne histerie społeczne” oraz „zerwanie wzorców kulturowych”. Była to teoria znana głównie w NWO oraz Syndykacie, chociaż swój wpływ miała też na inne konwencje. Mervi dodałaby, że te reakcje potrafią mieć bardziej fizyczny wymiar, co już wiedziała, ale dokładną teorię „paradoksu przyczynowego” miała zapoznać się za miesiąc.

                  Gdy spotkała Alison, w umówionym miejscu, a kobieta wlepiła w nią wzrok przez grube szkła okularów, naszła ją zabawna myśl, że Alison jest kimś w rodzaju paradoksu przyczynowego. Tylko nie była to jej myśl.

                  Zapomnij Mervi, masz tabletki.

                  Zapomniała.

                  - Cześć – kobieta powiedziała cicho witając Mervi w zarezerwowanej salce konferencyjnej gdzie pracowała z laptopem – ciasta – wskazała na miskę owsianych ciastek w polewie czekoladowej.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ZellZ Niedostępny
                    ZellZ Niedostępny
                    Zell
                    Moderator Obsługa
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                    #15

                    W drodze do Konstruktu podjęła decyzję. Musiała naprawić trochę relacje z Alison, choć... ona była dziwna...

                    - Hej... - Mervi usiadła na dostawionym krześle - Dobrze ci idzie... tycie? - rzuciła ze swoim brakiem kunsztu w relacjach.
                    - Jak widać, ciasta - powtórzyła w kierunku Mervi jakby czegoś oczekując.
                    - Dzięki... nie chcę Ci zabierać... - odparła, choć myślała o nich.
                    - Dla siebie bym kupiła - dodała monotonnie i cicho - piecze się dla kogoś.

                    Mervi wyraźnie była zaskoczona. Zrobiła to dla mnie?

                    - Naprawdę? Dla mnie? - nie wierzyła, że ktoś obcy mógł się tym męczyć.
                    - W sprawie jedzenia się nie żartuje - powiedziała odrobinę głośniej, ale dalej w typowej dla siebie, raczej słabej sile głosu - a o ciastach to już temat tabu.

                    Nie uśmiechała się. To było dziwne, sprawiało, że Alison była trudna do wyczucia.

                    - Poza tym stosuję na tobie podstawową manipulację. Doświadczane zjawiska podczas wydzielania części hormonów przyjmowane są lepiej oraz zapamiętywane jako pozytywne - mówiła monotonnie - najprostszą metodą na wywołanie takiej reakcji u ssaków jest podanie im jedzenia, najlepiej dużo cukru. Subtelnie manipuluję twoimi odczuciami względem mnie i pracy w Unii.

                    Spojrzała na chwilę w ekran laptopa, po czym wróciła do Mervi, tak samo znudzona.

                    - Teraz możesz podziwiać moją przebiegłość w budowie Ciastkowego Imperium w Polewie Czekoladowej.

                    Czyli to była zwykła manipulacją, nie wyraz pozytywnego uczucia. No tak.

                    - Ja też mam coś dla ciebie. - zaczęła niepewnie, przełykając kawałek ciasteczka - Choć to mało... Nie ma w sobie inwencji... - wyciągnęła z aktówki niewielką książeczkę z promocjami w McDonaldzie, coś co pewnie czasem do skrzynki wrzucają - Kiedyś możemy pogadać... nie? Tam chociaż...

                    Alison przyjrzała się kuponom promocyjnym w zastanowieniu nim schowała to do pełnej różności torby.

                    - Studenci… - w jej głosie pobrzmiewa coś jakby westchnienie - oprawię je sobie i powieszę w pokoju - dodała dziwnie poważnie.

                    Mervi spojrzała w bok.

                    - Nie chciałam urazić... Przepraszam.
                    - Nie uraziłaś - Alison powiedziała patrząc na Mervi - stworzymy Sztukę.
                    - Jaką Sztukę? - zapytała zaskoczona.
                    - Postmodernistyczną.

                    Mervi była bardzo zaskoczona, aż przestała chrupać ciasteczko.

                    - Co?
                    - Sztuka postmodernistyczna - Alison potwierdziła cicho jakby była to oczywistość.
                    - Nie rozumiem... Co mamy zrobić?
                    - Zostawmy to - kobieta powiedziała cicho, acz Mervi czuła, iż jakieś ziarno w jej świadomości zostało zasiane - masz akredytowany laptop - bardziej stwierdziła - dziś popracujemy - ostatnie słowa, mimo, że powiedziane tak samo, wydawały się… inne.

                    Mervi wciąż nie rozumiała, ale porzuciła temat.

                    - Więc... Jak pracujemy?
                    - Mam tutaj temat nastoletnich ciąż w jednej dzielnicy - stwierdziła cicho - trzeba zrobić rozeznanie i opracować wektory działania. Może uda się bez silnego angażowania agentów. Powinno nam to zająć tydzień.
                    - Co mają do tego nastoletnie ciąże? - czuła się wyrwana z myśli - I co niby Agenci mieliby robić z tymi dziewuchami?
                    - To nasza praca - Alison powiedziała cicho - wolę wektory działania bez użycia agentów.
                    - Chcesz zakupić im prezerwatywy i rozdać na ulicy?

                    Kobieta nie spuszczając wzroku z Mervi sięgnęła, odrobinę nieporadnie, w kierunku miseczki z ciastkami. Wzięła jedno i wgryzła się w nie, odsłaniając zęby i krusząc, jakby rozszarpywała kawałek mięsą. Ciągle patrzyła na Mervi. Przeżuła powoli.

                    - Tak.

                    Mervi długo zbierała słowa.
                    -...czy coś źle powiedziałam? Dodatkowe lekcje o wychowaniu seksualnym nie pomogą...

                    - Gdyby było to takie proste, masy same by na to wpadły, albo któryś z naszych sympatyków - Alison powiedziała powoli i dobrą minutę stukała w klawiaturę, chyba coś… poprawiała? Ignorując przy tym Mervi.
                    - Wysłałam ci mój standardowy model. Trzeba go uzupełnić o dane. Jesteśmy… - oderwała wzrok od Mervi, już dziewczyna myślała, że usłyszały podniosłą mowę w stylu “naukowcami” lecz zamiast tego Alison przeszła wzrokiem po niej w kierunku ciastek, porywając jedno i chrupiąc szybko - …jedz.

                    Jeżeli miałaby jedno powiedzieć o Alison... powodowała u niej obawę... o coś. Miała tak przy starej nauczycielce z podstawówki.
                    Bez słowa wykonała polecenie kobiety, czując jak już tak miło się tych ciastek nie je. Łyknęła większy kawałek, przeglądając ten model. Model był… złożony. To pierwsze co przychodziło Mervi do głowy. Jeśli Franklin obiecywał, że zamorduje ją matematyką, to Alison zrobiła to w stylu cichego zabójcy który podchodzi do ciebie w nocy tylko potem aby wbić sztylet pod żebra… Nie, nie sztylet. Im bardziej Mervi analizowała ilość parametrów, zastosowane heurystyki, metody numeryczne rozwiązywania pewnych nietypowych równań, odrobinę wyprowadzeń symbolicznych w formie komentarza do kodu, tym bardziej przekonywała się, że była to dyskretna bomba atomowa. Będzie potrzebować pomocy aby to w pełni zrozumieć.
                    Alison chrupała ciastko.
                    Mervi poddała się walkowerem.
                    -... to serio tylko standardowy model? Nie rozszerzony?

                    - Nie używam takiej klasyfikacji - kobieta odpowiedziała cicho - gdy jest potrzebna, odpowiednie parametry się zerują. Mam nawet do tego specjalną funkcję ukrywającą bliskie zeru dane, nie wyświetla wtedy niepotrzebnych wykresów i grafów.

                    -... czemu my to w sumie robimy? - jak tylko powiedziała ostatnie słowo, już wiedziała, że nie powinna mówić nawet pierwszego.

                    - Bo to słuszne - Alison powiedziała ciszej niż zwykle.
                    - Pilnowanie mas w sypialni?
                    - Dam ci książki, poczytasz - Alison stwierdziła bardzo spokojnie - to przestaniesz wypowiadać się jak dyletant.

                    Mervi spuściła głowę czując, że musi powiedzieć to, co leży jej na języku..

                    - Yes, Ma'am…

                    Mervi po raz pierwszy zauważyła na twarzy Alison większą zmianę, a przynajmniej większą zmianę którą potrafiła zidentyfikować. Kobieta po prostu uśmiechnęła się. Czyżby trafiła w specyficzny humor technokratki?
                    Albo trafiła w coś innego niż humor... Może Alison po prostu była zadowolona z wyniku?

                    - Dobra... co w ogóle mam szukać? - pokazała na początek (tak sądziła przynajmniej) tego modelu - Średni rozsądek nastoletnich matek? Krzywa ciąż w korelacji ze średnią ze szkół?
                    - Na razie uzupełnimy dane, te które jesteśmy zdobyć - Alison powiedziała precyzyjnie - na bieżąco pytaj o zależności. Dokumentowanie nie jest moją najlepszą stroną. Potem będziemy myśleć co dalej.

                    Praca z Alison była… niespodziewanie płynna. Kobieta co prawda wypowiadała się mało wylewnie na pytania Mervi, ale z drugiej strony nie pozostawia wątpliwości, precyzyjnie formułując tezy. Gdy trzeba było coś dodać, Alison to robiła, ale oszczędnie, jakby nie zarzucając Mervi zbyt dużą ilością informacji. Ten styl przypominał jej kogoś, po kim zakuło ją serce.

                    Nie mogła zapomnieć tych słów, że odrzucić od siebie emocji, które w niej wywołał. Ciepło uczuć, troska i zrozumienie. Mimo trudów jakie wtedy przechodziła, nie były w stanie one przesłonić spokoju i empatii, które ofiarowywał jej profesor.
                    Unia twierdziła, że to był fałsz, ułudą mającą ją zamknąć w pułapce dewiacji rzeczywistości, szaleństwie i anarchii. Mervi wierzyła, że to prawda, tylko... Tylko...
                    Nie mogła połączyć tego z profesorem...

                    Profesor był podobnie dobrym dydaktykiem. Wyczuła dokładnie ten sam dryg w szeregowaniu i przekazywaniu informacji, precyzję w zwracaniu uwagi na to co istotne, zaznaczeniu tematów na przyszłość i próbie nie przytłoczenia uczonej osoby lawiną faktów, terminów i pojęć.
                    Jedno było pewne, Mervi będzie musiała wypożyczyć kilka książek z matematyki wyżej, podszkolić się w tym. Chociaż i bez tego szło jej całkiem sprawnie. Model od Alison zapewniał prosty system pisania własnych adapterów źródeł danych w postaci pluginów. Około kilkunastu było już napisanych na porządnie, drugie tyle było bardziej prototypami. W razie potrzeby Mervi mogła dopisać źródła danych z baz bibliotek, różnych systemów szpitali czy niekompatybilnych między sobą danych szkół, a niestety - to wszystko będzie trzeba robić. Model wymagał bardzo dużo danych na start i automatycznie wskazywał niepotrzebne. Jak tłumaczyła Alison, miało to związek z bifurkacją, analiza małych parametrów i zmian “na oko” bardzo często myliła. Właśnie gdy Alison tłumaczyła Mervi, jak sama na początku prac popełniła taki błąd, Mervi zrozumiała, że kobieta pracowała nad tym lata, swego rodzaju statystycznym scyzorykiem do rozwiązywania spraw społecznych, popełniała błędy, czasem czegoś nie wiedziała… ale wychodziło jej.

                    – Chyba czas na przerwę - Alison stwierdziła po drugiej godzinie pracy.

                    Przypomnienie o tym, czego już nie mogło być i o osobie, jaka została zabrana z jej życia tak nagle i nie do końca zrozumiale... to było bolesne. Czy on naprawdę był takim złym elementem, jakim mówiono jej w Unii? Musiał, przecież... Musiał, ale coś...
                    Nie chciało tej myśli odpuścić.

                    - I nad takimi sprawami też pracuje się w Wieży? - zapytała finka odsuwając dłonie od laptopa.
                    - Czasami - Alison powiedziała monotonnie - czasami nie. Wieża z Kości Słoniowej głównie ma za zadanie odpowiadać w pierwszej kolejności na pytanie “co”, a dopiero w drugiej “jak”. Wyższy poziom abstrakcji. Niektórzy tak bardzo abstrahują od materii, że nie widzą detali spraw - skomentowała powoli i uważnie, była dziwnie skoncentrowana na każdym słowie.
                    - Temu tu cię przeniesiono, przez... - zastanowiła się nad słowem - ...krytykę?
                    - Zadaniem Wieży jest krytyka.
                    - Także krytyka podejścia części jej członków?
                    - Tak. Trzeba uważać tylko komu naciskasz na odcisk - Alison powiedziała lekkim tonem.
                    - Więc czemu nie jesteś już w Wieży z Kości Słoniowej, tylko u nas?
                    - Lubię oddychać.
                    - Uzależniający nawyk, nieprawdaż? - Mervi odparła z taką powagą, która była w tym momencie była dość absurdalna - Ale chyba aż tak źle tu nie jest?
                    - Można więcej zrobić. Może to jest metoda, praca u podstaw… piramidy… - Alison mrugnęła okiem, Mervi ledwo to zauważyła przez grube szkła jej okularów i opadające na oblicze włosy.
                    - Co według ciebie u nas przydałoby się ulepszyć? - zapytała szerze zainteresowana kwestią.
                    - Przywrócić Litość w tryby Maszyny. Na Ducha już dawno nie liczę - powiedziała monotonnie - pewnie nie znasz początków NWO?
                    - Uhm... Tylko tak bardzo... bardzo szczątkowo. - żal z tego powodu był słyszalny w głosie finki.

                    - Kabała Czystej Myśli - Alison powiedziała - tak zaczynaliśmy. Na łonie Kościoła, jak wszyscy myśliciele. Obecna narracja, naszego autorstwa przedstawia Kościół jak miejsce zacofania, które tępi przejawy wolnej myśli. I na tym łonie narodzili się nasi protoplaści. Wolnomyśliciele, filozofowie, teologowie, ci którym zależało na dobru ludzkości. Szkoły parafialne, zachowanie dzieł starożytnych filozofów, powrót Arystotelesa do myśli Europejskiej, przytułki przy zakonach dla sierot. To było nasze dzieło. Również naszym dziełem była ochrona ludzi przed potwornościami kosmosu. Przy formowaniu Porządku Rozumu kabała przekształciła się w Strażników Światła. W dalszym ciągu kontynuowaliśmy nasze dzieło. Również ochronę, zanim Iteracja X stała się głównym ramieniem zbrojnym, mieliśmy nie mniejsze osiągnięcia na tym polu. Potem, na konwencie Wiktorii, staliśmy się Nowym Światowym Porządkiem, a z naszej maszyny doszczętnie wypalony został Duch. Nie zrozum mnie źle, jestem ateistka. Akceptuję to, że budowanie w pełni materialistycznej narracji dla mas może być skuteczniejsze, bo jest skuteczniejsze, o faktach się nie dyskutuje. Znasz Nietzschego? Pewnie nie - Alison stwierdziła bez emocji, jak zwykle, trudno Mervi było w tym znaleźć zaczepkę - ogłosił, że Bóg umarł. Tylko, że jako człowiek wrogi religii był tym faktem przerażony. Dla niego śmierć Boga wiązała się z katastrofalną zapaścią społeczną wzorców kultury, norm moralnych, celowości działań człowieka, Bóg umarł bo pewien sposób myślenia przeminął i nic nie mamy w zamian za to. On szukał recept dla jednostek, ale dla mas? Tu zginęła nasza litość, hurtowo klonujemy ludzi w czerni aby dorównać potencjałem Iteracji X i nadrobić straty z wielkiej wojny, algorytmy mówią, że tragedia jednostki dowolnej skali jest w pełni dopuszczalna wobec szczęścia milionów. Straciliśmy litość, litość do nas samych i litość do tych, których mamy być pasterzami. Są tylko cyferkami w moim modelu, a każda tragedia i śmierć dopuszczalną stratą w drodze do ogólnej szczęśliwości ludzkości. Unia nawet tłumiła właściwy ruch feministyczny jako będący zbyt trudny do kontroli, pozostawiając nam te… - tu Mervi wyczuła chyba cień emocji - …popłuczyny po rozwrzeszczanych bachorach, które właśnie się dowiedziały, że Mikołaj nie istnieje.

                    Mervi słuchała wręcz zafascynowana tym, co jej mówiła Alison.

                    - Ale... czemu NWO tak chce dorównać Iteracji liczbowo? Tak to rozumiem…
                    - Nie ma wyboru. Musimy przejmować więcej akcji, plus do wszystkiego Iteracja się nie nadaje.
                    - A co masz na myśli mówiąc.. że wypalony został duch?
                    - Pozostałości po religijnych dogmatach, czysty materializm w ujęciu prądu filozoficznego.
                    - Materializm jest czasem bardzo potrzebny... - szepnęła, przypominając sobie jakie zamieszanie zrobiła pytając o tamtą akcję.
                    - Nie twierdzę, że nie jest - Alison powiedziała bez emocji - ale nie mamy dla ludzi idei.

                    Mervi nagle zmieniła temat.

                    - A czemu w NWO nie przepada się za Iteracją?
                    - Polityka i światopogląd - Alison stwierdziła cicho, a następnie zaczęła głośno chrupać ciastko.
                    - A dokładniej? - Mervi nie odpuszczała.
                    - Poczytaj dokładnie broszury informacyjne Iteracji - Alison stwierdziła przerywając jedzenie - i zestaw z tym co ty uważasz.
                    - A co ty o nich sądzisz?
                    - Są jak sernik bez rodzynek.
                    - Czyli... co? - zdziwiła się - Smaczniejsi?
                    - Wolisz sernik z rodzynkami? - Alison powiedziała to powoli, bez wyczuwalnej zmiany głosu… chociaż nie, było wyczuwalne oburzenie.
                    - Ehm... - nie wiedziała co powiedzieć -... nie wiem?

                    Alison pokiwała głową.

                    - Czyli ich nie lubisz?
                    - Wolę sernik bez rodzynek - stwierdziła szczere.
                    - Więc lubisz też Iterację. - stwierdziła.

                    Alison wzruszyła ramionami, powoli. Kończyła drugie ciasto podczas tej przerwy.

                    - Nie jesteś bardzo... wylewna. - stwierdziła smutno.
                    - Zapewniam sernik dla mózgu - Alison powiedziała lekko tajemniczą ale i zabawną nutą.
                    - Lubisz odwracać kota ogonem, co?
                    - Brzmi odrobinę zbyt perwersyjnie nawet jak na moje standardy - Alison powiedziała cicho - idę do miejsca odosobnienia, wrócę za chwilę. Przynieść ci coś po drodze z kuchni?

                    Mervi westchnęła na odpowiedź Alison. Nie miała na co liczyć...

                    - Wodę. Bez gazu, proszę. - odpowiedziała w swoim nudnym stylu, pozbawionym życia.

                    Alison wróciła po kilku dłuższych chwilach niosąc Mervi wodę, sama miała herbatę. Dziewczyna prawie nie zauważyła, jak kobieta weszła. Prawie, gdyż zwróciła na nią uwagę w połowie przekraczania drzwi.
                    I wtedy coś olśniło Mervi. Oświecona nauka, memetyka. Znała w pamięci niektóre modele, chociaż potrzebowała komputera do pełnej analizy - w jej specjalizacji nieuczone organicznej analizy “na kartce” przez co obserwacja była trudniejsza dla Mervi, ale i tak wyczytała u Alison jedną ciekawą rzecz, o ile można nazwać to czytaniem. Alison była nie do przejrzenia. Każdy jej gest, ruch, ton głosu, niektóre frazy, wszystko było wyliczone na zaciemnienie analizy, a może zawierało nawet wirusy memetyczne gdyby ktoś przyglądał się naprawdę intensywnie.

                    Mervi wiedziała, że komputery konstruktu profilują ich zachowanie, a Alison musiała być czarną plamą w odczytach emocji, myśli, zamiarów i stanów psychofizycznych, czy może - wielobarwną plamą z której nic sensownego nie da się odtworzyć.

                    - Ty też jesteś sztuką. - odezwała się, jak Alison usiadła.
                    - Mam nadzieję, że mnie nie podrywasz - Alison stwierdziła monotonnie - oficjalnie jestem aseksualna.

                    Mervi wyraźnie zawstydziła się.

                    - Em... Nie... To jest... Chodzi o to, co komputery widzą. Jak robisz?
                    - Szkoda - powiedziała przewrotnie - to byłoby nawet miłe.

                    Wzrok Mervi pokazywał całość jej zmieszania, wstydu i może wystraszenia.

                    - Nie, nie, nie, to nie tak! Ja... Nie wiem co mówię, nie chciałam…
                    - Zaprzeczyć? - Alison zapytała wchodząc idealnie w frazę ”nie chciałam…” jakby ją kończąc za Mervi, wciąż cicho i monotonnie.

                    Mervi wzięła głębszy oddech.

                    - Nie chciałam byś poczuła się gorzej, że ci ubliżam czy coś... - odparła prawie na jednym wdechu.
                    - Nie przejmuj się tym co ludzie pomyślą - Alison powiedziała to tym samym tonem, którym ją wcześniej ostrzegała… gdyby Mervi nie słyszała tego wcześniej, nie wychwyciły subtelnej zmiany głosu. Czyżby Alison faktycznie jej dobrze życzyła i radziła? Może ją podpuszczała?
                    - Bawi cię to, prawda? - zakryła twarz we wstydzie. Cholerne interakcje z ludźmi, to ciężkie!
                    - Ciekawi - Alison powiedziała szeptem - zostało nam trochę pracy. Masz jakieś pomysły?

                    - Wpływ na kuratorów oświaty mógłby zmniejszyć problem, ale jedynie o procent czy dwa na tym terenie. Istotne jest też, aby wybrać odpowiednie jednostki z kadry nauczycielskiej oraz kuratorskiej. Zbyt duży nacisk na uczniów spowoduje spadek efektywności podjętych działań o... - spojrzała w monitor - o 20, nawet do 30 procent. Zbyt mały tylko pochłonie przeznaczone zasoby bez współmiernych do nich oczekiwań. - zagapiła się w dane - Według mnie... Wpierw należałoby skupić się na tych, co mają wychować, nie na wychowankach i nie stosować silnych działań zachęcających tylko do buntu. To dłuższa droga, ale działanie na szybkość, wdrażanie zmian bez przemyślenia... doprowadzi do odwrotnego skutku.

                    Alison pokiwała głową, pokazując, iż na obecnym zestawie danych - jeszcze niepełnym - otrzymała dokładnie te same rezultaty, oraz zgodziła się z wnioskami Mervi.

                    - Nie zajmujesz się tym tematem, ale zazwyczaj mamy silną korelację z rodzinami wychowywanymi bez ojców. Chłopcy idą w kłopoty z prawem, a dziewczyny szukają szybko oparcia w chłopakach, których uważają za silnych, gdy pozbawione instytucjonalnego wsparcia matki mają problemy wychowawcze.

                    Mervi spojrzała na Alison, przez moment, inaczej. Tej dziwnej technokratce chyba naprawdę zależało na ludziach. Oczywiście, wszyscy o tym mówili, u niektórych było to pewnie prawdą, ale po raz pierwszy zobaczyła kogoś z Unii, kto pochyla się nad tego typu problemami, zamiast wspierać agentów lub szukać informacji o dewiantach.

                    - Może należałoby zrobić godziny wychowawcze dla przyszłych nauczycieli? - Mervi patrzyła z zaciekawieniem na Alison.
                    - Można to policzyć - Alison powiedziała monotonnie - ale w dobrym kierunku idziemy. Nie mów nikomu - zaczęła mówić jeszcze bardziej cicho - ale do nauki trzeba też intuicji.
                    - To częstsza opinia w Wieży z Kości Słoniowej niż tutaj?
                    - To jest fakt, nie opinia - Alison powiedziała poważnie - to co nazywamy intuicją stanowi konceptualizacje nieświadomych treści umysłowych. To nie znaczy, że jest błędna. Oznacza to tylko i wyłącznie, że sama przed sobą nie potrafisz wyprowadzić dowodu prawdziwości rozumowania w ramach formalizmu logiki, gdyż nieznane są aksjomaty i operatory rachunku zdaniowego. Zwierze też nie jest świadome dlaczego zbiera zapasy na zimę, nie przeprowadza ciągu rozumowania dotyczącego ekonomicznego rachunku przetrwania przy ograniczonych zasobach, a przynajmniej nie wykonuje go świadomie. Oczywiście, instynkty są w dużej mierze wrodzone. Lecz czy istnieje powód, dla którego człowiek, posiadacz najwspanialszego umysłu na tej planecie, nie miałby wykonywać części kalkulacji poza świadomością, jak tych które dotyczą utrzymania równowagi? Dlaczego matematyk, który poświęca więcej czasu na problem P równa się NP niż na chód, nie miałby również rozwiązywać, częściowo, tego problemu poza obszarami świadomymi? To jest intuicji. I jest to tabu - Alison mówiła monotonnie i cicho, ale z pewnym zacięciem i tabu - i przez to tabu wielu z naszych ma problem sami ze sobą.
                    - Wiem kto z naszych by tego nie pochwalił... - mruknęła.
                    - Kto?
                    - A jak ty sądzisz? Nie darzysz go sympatią.
                    - Niesamowite, widziałaś Prothosa? - Alison mimo emocjonalnych słów, powiedziała to najbardziej znudzonym głosem jako Mervi mogła wyobrazić.
                    - ...co? Kogo? - Mervi była zdezorientowana.
                    - Jeden z najsławniejszych i najpotężniejszych dewiantów. Każdy technokrata powinien go nienawidzieć - Mervi nie wiedziała, jak zwykle, czy Alison jest poważna, czy ironizuje.
                    - Nawet o nim nie wiedziałam... - otrząsnęła się - Wracając do tematu. Mówię o Franklinie.
                    - Sądzisz, że tylko on miałby z tym problem?
                    - Z naszej grupy? Może Alex też, ale raczej nie w stylu Franka.
                    - Nie wymieniasz siebie.
                    - Bo o tym nie rozmyślam?

                    Ale rozmyślała o czymś innym. Błysk.. Intuicji. Gdyżby Alison ją stymulowała, jej podświadomość? Pomysł. Centralny rejestr telefoniczny. To było idiotyczne, po co on w modelu… Ale jedna intuicja mówiła, że musi przefiltrować zawarte w nim dane i sprawdzić. To może być pomocne.

                    - W takich przypadkowych pomysłach czai się chaos, który nie prowadzi do celu. Sukces zostaje jedynie podyktowany prawdopodobieństwem jego wystąpienia.
                    - Wracajmy do pracy - Alison powiedziała cicho - wprowadź resztę danych, ja zrobię symulacje twoich pomysłów, na tym co mamy.

                    Z jednej strony nie chciała iść za intuicją, po co? Przecież to nie miało sensu! Nie robi się czegoś, co jedynie zmarnuje czas!
                    ...choć można spojrzeć w trakcie oczekiwania na wyniki... Tak po cichu...
                    To głupie, debilne!
                    Ale była ciekawa… I była ciekawa słusznie, a odkryła to, już w pełni rozumowo, zanim wprowadziła dane do modelu… Bo nie było w nim takiego miejsca, aby je wprowadzać, tylko analizując. Telefony stacjonarne. Ich posiadanie cechowało się silną korelacją do kilku różnych parametrów, od majętności i tradycjonalizmu, do zapóźnienia technologicznego. Był to mały detal, ale Mervi czuła jakiś podziw dla siebie. Było to oczywiste, ale genialne.

                    - Możesz zobaczyć. - powiedziała na koniec, wcale nie walcząc z uśmiechem triumfu, aby nie dostał się na jej usta.

                    Alison spojrzała na przesłaną aktualizację modelu, po krótkim czytaniu pokiwała głową i wróciła skupiona do pracy.
                    Gdzieś w głębi Mervi poczuła ukłucie zawodu, ale zachowała to uczucie dla siebie. Bez słowa zajęła się wykończeniem danych. Dalsza praca przebiegała bez większych zakłóceń, Mervi mogła nawet stwierdzić, że była to praca harmonijna i całkiem przyjemna, sama nie zauważyła, gdy razem z Alison chrupała ciastka i zbierała coraz to kolejną bazę danych, prześcigając się z pomysłowością.
                    Na koniec dnia roboczego, technokrata chyba nawet ją po chwaliła.

                    - Poszło szybciej niż bym się spodziewała - stwierdziła monotonnym głosem - niestety jutro mam krótki dyżur. Nie wiem jak z twoimi zajęciami, szkoleniami, jeśli nie znajdziesz czasu, to sobie daruj, ewentualnie wpadnij na chwilę. Pojutrze dobrze abyś była, zajmiemy się pracą z modelem i szukaniem odpowiednich środków.
                    - Będę próbować choć chwilę odciąć. - zgodziła się szczerze - Ty... - zaczęła ostrożnie - Naprawdę chcesz oprawić kupony w ramkę?

                    Alison przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się, aby kiwnąć głową.
                    Mervi nie rozumiała tej kobiety... czy to był jakiś pstryczek w nos za nieudaną próbę zawiązania relacji?

                    - To ma głębszy sens, którego nie rozumiem?
                    - Najpewniej tak. Jak dowiesz się jaki, daj mi koniecznie znać, też go z chęcią poznam.
                    - Jesteś dziwna…

                    Alison nie zareagowała, wracając do uzupełniania notatek.

                    - Co sądzisz o Robercie? - zapytała nagle.
                    - Mam nadzieję, że się ogarnie - powiedziała ledwo słyszalnie, tak, że Mervi musiała wytężyć słuch.
                    - Dziecko z niego... - mruknęła wyraźnie nie będąc za zachowaniem Roberta - Ale jest przydatny w pracy, więc to chyba nie taki problem?
                    - Ty też jesteś dziecko - Alison powiedziała do Mervi z rozbrajającą szczerością.
                    - To, że jestem młoda nie jest tym samym. On ma dziecinne podejście. - zaprotestowała.
                    - A Ty nie - Alison spojrzała przez grube okulary na Mervi, na moment - ty jesteś taka poważna i odpowiedzialna. Myślisz, że to dojrzałe? Jak żołnierz w przydużym hełmie.
                    - To jaka powinnam być, co? Staram się, zmieniam co mogę... ale jest nie tak? Nie rozumiem... - mruknęła.
                    - Pytasz niewłaściwą osobę.

                    Mervi wyglądała na poirytowaną taką odpowiedzią. Pokręciła głową zdemotywowana.

                    Spanie, praca, spanie. Powtórz.

                    Czasem zmiana pracy na naukę. Pracuj, masz obowiązki, ucz się, by swoje obowiązki ulepszyć. Powtórz. Nie zawalaj harmonogramu, trzymaj się go jak tylko dasz radę. Za jakiś czas będziesz mogła lepiej. Pracuj, pracuj. Dla dobra Ludzkości.

                    Powtórz.

                    Mervi przetarła zmęczone oczy. Musiała poprosić o krople do oczu, aby codziennie nie cierpieć bólu od ich wysuszenia i innego podrażnienia. Takie problemy zmniejszają efektywność wykonywania zadań. Nie mogła na to pozwolić. Miała obowiązki.

                    Pracuj.

                    Kiedy ostatnio rozmawiała z ojcem? Minęło trochę czasu. Może jutro znajdzie chwilę do podzielenia między rozmową z nim a wykonywania pracy w domu. Wtedy się skontaktuje.

                    Powtórz.

                    Padła na zimną poduszkę, akurat gdy harmonogram zasugerował jej sen. Czasami zaczynała się dziwić, jak dobrze zaczęła się z nim zgrywać... a może on z nią? Nie, oboje ze sobą.
                    Nie zapomnij o pracy jutro.
                    Wyciągnęła dłoń do pudełka z lekami otrzymanego od Alana. Pomagały jej one na maniakalne wariactwa, to musiała przyznać. Pomagały zachować skupienie. Były strzałem w dziesiątkę. Eidolon musiał się nauczyć!
                    Ale...

                    Spotkanie z Alison rozstroiło technokratkę. Przypomniała swoją osobą to, o czym Mervi chciała zapomnieć. Była tak podobna... choć to podobieństwo było zniekształcone przez krzywe lustro. Młoda technokratka nie rozumiała czemu nie umie wyrzucić z głowy Profesora. Czemu w samotnych chwilach potrafi jej zawracać głowę. To był terrorysta. Był złem, z którym walczyli. Uczucia jakie zaoferował ociekały kłamstwem!
                    Czemu nie powiedziała przełożonym o haśle? Powinna...

                    Hominem quaero.

                    Mervi odłożyła pudełko z lekami, nie wyjmując jednej tabletki, jaką powinna zażyć. Mogło to okazać się tragicznym posunięciem, jednak miało szanse przywołać do snów osobę, za której ciepłem i i zrozumieniem tak tęskniła. Poczuciem bezpieczeństwa...
                    Czuła się bezpiecznie w Unii. Miała więcej ludzi wokół siebie niż kiedykolwiek.
                    Ale było to sterylne, bez ciepła. Pewniejsze, tylko... Sama nie wiedziała. Lubiła ten stan, więc czemu w ciszy potrafiła za czymś tęsknić?

                    Pracuj. Ucz się. Nie czuj.

                    Powtórz.

                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • JhnWJ Online
                      JhnWJ Online
                      JhnW
                      Administrator Obsługa Developer
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                      #16

                      Nagłe odstawienie leków było bolesne. Mervi powinna przewidzieć, iż nie można łatwo robić sobie takiej huśtawki w dawkowaniu leków, bo za każdym razem, gdy w nagłym przypływie emocji, postanowi ich nie brać, będzie cierpiała. Decyzja powinna być permanentna.
                      Odstawienie było bolesne, w postaci lekkiej gorączki i bardzo niespokojnego snu. Gdy dziewczyna wstanie rano, będzie czuła się fizycznie przeżuta i wypluta. Teraz jednak czekało ją coś gorszego.
                      Ona sama.

                      Dawniej wierzono, że w snach do ludzi przemawiają duchy, bogowie i inne, dziwaczne stworzenia poza świata materii. Potem przyszedł Kościół doszukujący się wszędzie diabłów. Nowożytna psychologia wmawia ludziom, że w snach mówią sami do siebie, w formie onirycznego sprzężenia zwrotnego podświadomości w kierunku świadomości.
                      Unia nauczała, że poza samą sobą, przez Geniusza przemawia intelekt całej ludzkości. Tak brzmiało w dokumentach które dostała od Bob, tak to tłumaczył Alan.
                      Mervi pod skórą czuła kłamstwo. Słowa których bała się pomyśleć, przynajmniej będąc na prochach i będąc w konstrukcje (czyżby jednak nie do końca czuła się tam bezpiecznie?). Słowa które teraz we śnie brzmiały jej w głowie swoim groźnym indywidualizmem.
                      W snach mówią do nas bogowie.
                      Bo to my jesteśmy bogami.
                      Siedziała znowu na tej samej ławce, lecz już nie tak wystraszona jak wtedy. I widziała profesora rozmawiającego z agentami unii. Tylko, że tym razem nie straciła przytomności.
                      Wszystko wokół tego mikroświata migało w błędach jak z zepsutej symulacji. Liczyły się tylko on, ona, agenci i otwarta przestrzeń w którą można uciec.
                      To było… rozczarowujące, jak rozczarowujące było życie. Nie dostała tego o co prosiła. Nie było miłego słowa, ciepłej kawy, spokoju i poczucia bezpieczeństwa.
                      Stała przed czymś groźnym.
                      Przed możliwością podjęcia odpowiedzialności.
                      Marvi czuła złość. Nie oczekiwała czegoś takiego! Było nie przestać zażywać leków... bez nich tylko zawód i cierpienie ich braku... a teraz ma szalonego Geniusza puszczonego wolno. Czemu nie może mieć trochę ulgi?!
                      Pamięć profesora wyciągnęła z niej łzy... choć ich nie chciała. Nie mogła jednak przestać, zatrzymać ich płynięcia po policzkach.

                      - Dobrze się bawisz? - syknęła z zaciśniętym gardłem.
                      - HEJ! - krzyknęła w stronę agentów, podchodząc w ich stronę - Zostawcie go! Nie jest celem!

                      Agenci odwrócili się, błyskawicznie w kierunku dziewczyny. Jeden oddał strzał. Bolało.. Nie, nie bolało.
                      Świat zamazał się jak, jak stara, przewijana wiele razy taśma VHS. Mervi znowu siedziała na ławce, a agenci rozmawiali z profesorem.

                      - Bardzo zabawne. - prychnęła i ponownie zaczęła podchodzić, nie odzywając się do agentów, a gdy podeszła już blisko, złapała profesora (nie pamietam nazwiska!) za rękaw i szepnęła.
                      - Nie wygrasz z nimi...
                      - To kto wygra? - zapytał ze smutkiem w głosie patrząc na Mervi.
                      - Oni. - Mervi nie puszczała rękawa - Nie zostawiaj mnie…

                      Profesor uśmiechnął się smętnie i po przyjacielsku pogłaskał Mervi po głowie.

                      - Szkoda, ale czasem trzeba spojrzeć w twarz śmierci.

                      Swoim ciałem zasłonił Mervi przed kulami. Dziewczyna nie zdążyła pisnąć gdy świat znowu przewinął się do pozycji bazowej.
                      Przez chwilę patrzyła tępo w przestrzeń.

                      - Zostawia mnie, zawsze zostawia... - kuląc się na ławce zakryła głowę ramionami - Kłamstwo, to było kłamstwo, on nigdy nie chciał się zaopiekować... Nigdy by nie ochronił. - ręce opadły jej bezwładnie - Nie chcę być sama... Nie chcę... - spojrzała w stronę profesora - Nie zostawiaj mnie znowu…

                      Po raz kolejny sytuacja się powtórzyła, profesor między agentami a Mervi, strzały, tak jakby osłonił ją. Scena wróciła do punktu wyjścia.
                      Finka czuła narastającą irytację. Chciała się obudzić, wrócić do normalnego życia...
                      W objawie desperacji podbiegła do swojego wykładowcy i po prostu siłą spróbowała go odciągnąć z tej sytuacji, w kierunku, którym mogła uciec. Tym razem zaczęli razem uciekać, pierwsze strzały chybiły. Widziała też przerażającą moc dewiantów, gdy kule w locie zaczęły wytracać prędkość, będąc niczym więcej, jak rzuconymi, ołowianymi kamykami. Lecz potem pojawiły się lasery z dobytych przez agentów ciężkich blasterów.

                      - Idź Mervi - profesor powiedział rozpraszając światło broni - chwilę ich zatrzymam. I tak polowalii na mnie.
                      - Nie chcę cię tracić! - zaprotestowała dziewczyna - Nie znowu! - wskazała na wyjście z parku - Za nim już cię nie skrzywdzą!

                      Kolejny strzał drasnął profesora, gdy się wycofywali, przypalając mu rękaw. Kolejne trafiły Mervi. Śmiertelnie.
                      Scena zresetowała się.

                      - To koniec... - Mervi wstała z siedzenia - Zadowolony? Wracajmy do rzeczywistości. Sen... To złe szaleństwo. - jęknęła.

                      Scena rozpadła się. Mervi stała pośród absolutnej ciemności, mając przed sobą neonowy napis.
                      NIE MYŚLAŁAŚ ABY MU POMÓC

                      Klknięcie. Mocniejsze…
                      …budzik.

                      Pierwsze co Mervi zrobiła, gdy tylko się ogarnęła, było ponowne wzięcie leków. Jednakże aby ponownie zaczęły działać z pełną mocą, trzeba było brać je bez przerwy. Mała, pozorna przerwa sprawiła, że dalej miała problemy. Na szczęście dziś nie miała zbyt dużo do zajęcia się, jeden wykład nad studiach, potem chwila w konstrukcja, a następnie wedle wszechwiedzącego oka harmonogramu, miała zajmować się nauką na egzaminy i wykonaniem jednego zaległego projektu z rysunku architektonicznego.
                      Tylko, że zamiast tego, po pracy ruszyła do Roberta.
                      I sama nie wiedziała dlaczego była tak pewne, że akurat go zastanie. Chociaż pewna część jej umysłu mówiła jasno, że intuicja istnieje.
                      Algorytmy nie znały intuicji.
                      Robert był w mieszkaniu sam, przywitał Mervi dość serdecznie, nie przepraszając za bałagan w pokoju robiącym za salon, na stoliku którego właśnie rozbebeszał wnętrzności jakiejś retro konsoli, w towarzystwie oscyloskopu, laptopa i karty analizującej sygnały.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • ZellZ Niedostępny
                        ZellZ Niedostępny
                        Zell
                        Moderator Obsługa
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                        #17

                        Technokratka nie wyglądała dobrze, raczej na umęczoną.Bez słowa podała mu torbę, w której miała bezalkoholowe piwo.

                        - Mówiłeś, że piwo lubisz. Wybacz, że bez zapowiedzi przyszłam.
                        - Piwo w ramach przeprosin jest zawsze ok - Robert powiedział dość ciepło - zjesz coś? Mam trochę japońskiego rosołku, własne produkcja. Są te ciasta od Alisson… Tylko niestety stół mam zajęty.
                        - Nie szkodzi... - usiadła na kanapie patrząc w dół - Chętnie zjem…

                        Robert po chwili odgrzewania podał Mervi coś, co absolutnie nie kojarzyła z rosołem, był to wszak ramen, sądząc po czasie przygotowywania i temperaturze składników - w tym mięsie i jajku - Robert sam niedawno jadł swoją porcję.

                        - Dziękuję... - Mervi jadła powoli w sposób, w jaki jadłby ktoś przykładający się do każdego milimetrowego ruchu podczas posiłku. W tym czasie Robert usiadł obok i otworzył piwo, nie inicjując rozmowy pierwszy.

                        Nie dojadła do końca, gdy przestała ruszać łyżką.

                        - Nie powinnam przychodzić... - szepnęła nie podnosząc wzroku - Jesteś zajęty…
                        - I co to ma do rzeczy - mężczyzna wzruszył ramionami - inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą.
                        - Mną można się nudzić... - uparcie patrzyła w ramen.
                        - Jedz, nie czekaj aż ostygnie - Robert bardziej polecił upijając piwa - co cię ugryzło.

                        Mervi wróciła do jedzenia.

                        - Ty też masz problemy ze swoim Geniuszem?
                        - Jestem nieprzyzwoicie genialny, to prawda - powiedział do Mervi z lekką nutą ironii - sorry - dodał po chwili - ale za mało się znamy abym zwierzał się z kwestii Geniusza. Sama wiesz jak to w unii…
                        - Przyszłam tu... - odłożyła łyżkę kończąc jeść - Bo ty raczej nie naskarżysz na mnie przełożonym, co...?

                        Robert wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał. Bardzo intensywnie.

                        - Wieeeeesz - dodał po chwili - jeśli to problemy z Geniuszem i takie tam, to spoko, nie mam zamiaru nikomu paplać. Ale jeśli odwaliłaś jakiś ostry fuckup to nie chciałbym wiedzieć rzeczy przez które będę mieć problemy, wtedy leć do Alana, on jest naprawdę spoko. To nie tak, że podkabluję, ale mam dość własnych jazd…
                        - Mój Geniusz... tylko by niszczył, jak popuszczę. - zakryła oczy - Popełniłam błąd, raz nie wzięłam leków i szalał we śnie. Nie radzę sobie, nie chcę tego...
                        - Coś zniszczyłaś? - Robert zapytał szczerze.
                        - Mój sen? - spojrzała na Roberta - Nic fizycznego!
                        - To tylko głupie sny - machnął ręką.
                        - Czuję się... źle z nimi. - milczała chwilę po czym nieoczekiwanie wtuliła głowę w ramię mężczyzny.

                        Robert po prostu objął Mervi, delikatnie, w ciszy. Nie komentował, po prostu dał jej chwilę ochłonąć w tej całej sytuacji, dopiero po dłuższym czasie odzywając się.

                        - Każdy ma prawo czasem do gorszego dnia.
                        - Czułam się taka... sama. Porzucona. - schowała twarz w bluzce Roberta - Sen przypomniał o tym...

                        - To chyba miejsce abym ugryzł się w język - Robert stwierdził cicho.

                        Mervi uniosła głowę.

                        - Co?
                        - Mojego ugryzienia się w język - stwierdził - spokojnie Mervi - dodał.
                        - Ale czego nie chcesz powiedzieć? - dociekała.
                        - Unia to nie przytułek. Nie wiem co nakładli ci do głowy na szkoleniu w Europie, i co gadają tutaj… Ale sama wiesz, nasza organizacja tak naprawdę rządzi światem, różne rzeczy się wewnątrz nas ścierają.
                        - Wiem, rządzi kierując masami, które same sobą nie umieją. - powiedziała pewnie.
                        - Tak, ale to jak rządzić to jest pytanie otwarte. Sama wiesz, że my chcemy jednak czegoś troszkę innego niż Iteracja, dajmy na to.
                        - Iteracja nie jest taka zła jak kreujecie dla mnie. Mają dobre pomysły.
                        - A gdyby główne konsylium stwierdziło, że Iteracja zostaje zlikwidowana, dalej popierałabyś ich pomysły? - poczuła trochę jak mięśnie Roberta napinają się w stresie.
                        - Ale tego by nie zrobili przecież. - odparła zdziwiona.
                        - Dlaczego? Doktryna się zmienia. O to chodzi, są ludzie którzy mają w ramach Unii inne pomysły, temu mamy konwencje. Jeden z drugim może podjebać cię wyżej aby to on dostał finansowanie projektu zamiast ciebie. Taka rzeczywistość. Nawet w naszej pechowej grupie nie jest super.
                        - Czemu tak emocjonalnie to działa na ciebie? - zapytała zatroskana.
                        - Bo taką klasyczną podjebką zniszczyli mojego patrona - Robert powiedział szczerze - musiałem zeznawać przed wysokimi komisjami, składać czynny żal, ratować własną skórę… I widziałem jak się tu i w co gra, Mervi. Robimy wspaniałe rzeczy, jako Unia, jako nasz zespół, ale jako jednostki nie powinniśmy być tacy…

                        Powiedział coś, co zabolało - palącą prawdą.

                        - …tacy naiwni.
                        - Naiwni... - pokręciła głową - Czy wiara w idee to naiwność?
                        - Nie - zaśmiał się lekko i serdecznie - ale wiara, że wszyscy wokół mają tak samo dobre intencje jak ty, to jest naiwność.

                        Pokręciła głową i porzuciła temat.

                        - Co robisz z tym? - wskazała na części konsoli.
                        - Chwila, nie skończyliśmy - Robert ciągnął dalej temat - mnie możesz ufać ale postaraj się nie wciągnąć mnie w gówno, ok? Alan jest spoko, z resztą uważaj. Alison raczej nigdy cię nie podkabluje, na pewno też dużo poradzi, chociaż do końca nie mogę jej wyczuć… Ale na pewno nie kiwnie nigdy palcem, aby komukolwiek pomóc. To ważne, jeśli wpadniesz do kogoś innego tak jak dziś do mnie, może być dym. Rozumiesz?
                        - Dlatego przyszłam do ciebie. - powiedziała z rozbrajającą szczerością.
                        - Taaaa… - westchnął.

                        - Co? - skrzywiła się - Po prostu jakoś... tobie bardziej zaufam? I Alanowi. Wybacz, że to zrobiłam - odwróciła wzrok w wyrazie bycia urażoną.
                        - Po prostu widzę, że jeszcze do końca nie czaisz - stwierdził bez wyraźnych pretensji - a to stara konsola, naprawdę rupieć. Nie sprzedała się kompletnie na premierę, ani potem, za dużo jej nie robili… Ale przez to nikomu się nie chciało łamać jej zabezpieczeń, więc ją teraz rozdziewiczam.
                        - Po co? To zabawka dla mas...
                        - A widzisz, a mi ten egzemplarz kupiła Unia, napisałem formularz i takie tam… To kształci po prostu. Zagadka, przecież nie grałbym na takim rupieciu którego w czasach jego świetności nikt nie chciałby dotknąć.
                        - Już się bałam, że tak marnujesz czas. Grając.
                        - Też czasem grywam - stwierdził bez wstydu.
                        - Co? - spojrzała zaskoczona.
                        - Noooo - Robert pokręcił głową - ale jesteś nudna…
                        - Gry są dla mas, nie dla nas. - skarciła go.
                        - A my to co, arystokracja?
                        - Jesteśmy ponad to intelektualnie i bardziej kreatywni. My tworzymy rozrywkę dla mas, nie dla nas samych.

                        Widać było jak Robert ugryzł się w język, zanim odpowiedziałby Mervi coś nieprzyjemnego.

                        - Co znowu? - założyła ręce na piersi - Znowu coś nie tak powiedziałam? Przecież nie skłamałam…

                        Robert westchnął ciężko.

                        - Jesz jeszcze? Jak nie to pozmywam.

                        Mervi na te słowa szybko dopiła resztę zupy i odstawiła miseczkę na zagracony stolik. Nie pozwoliła jednak Robertowi się ruszyć, przyciskając go za ramiona do sofy.

                        - Najpierw mi odpowiedz. Później sama pozmywam.
                        - Bawimy się w przesłuchanie? Nie wiedziałem, że chcesz potrenować…. Techniki śledcze…

                        Mervi przez chwilę zastanawiała się o co chodzi… dwuznaczność słów Roberta dotarła do niej po chwili, dokładnie w tej samej chwili, gdy na jej twarzy pojawił się purpurowy rumień. Przy kolejnym uderzeniu serca zrozumiała, że w zasadzie była to jednoznaczność, a napięte mięśnie odskoczyły od mężczyzny prawie jak oparzone… niezbyt mocno, ale na tyle, aby technokrata wykorzystał ten moment słabości w grze zwanej społeczeństwem, aby wstać z kanapy i wziąć talerz.
                        Ograł ją, wiedząc w co wycelować. Była na to podatna. Czy powinna taka być?
                        Mervi zakryła twarz, wściekła na siebie, na świat, na Roberta... Cholera by go wzięła! Musiała się odgryźć!

                        - A jeżeli bym chciała potrenować? - prychnęła odsuwając dłonie.
                        - Spóźnione riposty nie są punktowane - Robert mrugnął do Mervi z aneksu kuchennego będąc w dobrym nastroju - no to jak ci się pracuje w Unii? Jak idą szkolenia, nie te z nami, ale programowe?

                        Unikał... W końcu go dorwie.

                        - Tematy skupione na socjologii są... Niezbyt dla mnie. Wiem, NWO, ale jakoś sobie z tym nie radzę. Lepiej z tymi dotyczącymi działań w mediach społecznościowych skupione na ich informatycznym aspekcie. W ogóle najciekawsze wydają się te odnośnie zastosowania technologii, choć czuję, że na razie Internet był za bardzo omijanym tematem... choć AI to zostało mocniej wyłożone. Po macoszemu potraktowano kwestie Głębokiej Przestrzeni, a szkoda, może będzie później. Biologia interesująca jako ciekawostka, czasem dość obrzydliwa, ale gadania o gospodarce czy giełdach ledwo mogę znieść. - westchnęła - Chciałabym by rozpoczęły się Nauki Temporalne, ale to raczej nie jest w programie…
                        - Teraz ostro z czasoprzestrzenią stopują, tyle co zastosowania informatyczne. Podobno próżniowcy mieli kilka ostrych fuckupów z nowymi jednostkami i pion badań głowi się co poszło nie tak…
                        - Ale w czym poszło nie tak? - zdziwiła się - Ktoś coś stamtąd przywiózł?
                        - Nie wiem dokładnie, ale mieli problemy jakieś… Może jakiś krążownik wybuchł, a może załogę postarzało o kilkadziesiąt lat, cholera ich wie.
                        - W końcu złożę podanie o dostęp do tych nauk... To by bardzo pomogło w pracy! Bym mogła agentom powiedzieć, więcej o sytuacji przed nimi wykorzystując też algorytmy z probabilistyki.
                        - Powodzenia, od roku dobijam się o dane szkoleniowe z zakresu oświeconej chemii molekularnej - skończył zmywać.
                        - A podałeś dobry powód, który zwiększyłby twoją efektywność w pracy?
                        - No patrz - wrzucił jej w połowie zdania z udawaną powagą - że też przez rok na to nie wpadłem.
                        - Może powody nie były wystarczająco dobre? - zapytała niewinnie.
                        - Zobaczymy jak tobie pójdzie, to się przekonamy - mrugnął.
                        - A co mi dasz, jeżeli mi pójdzie lepiej niż tobie? - zapytała cwano.
                        - Tylko ja mam coś dawać? Słaby zakład.
                        - Jeżeli ja wygram? Oczywiście, że tylko ty. Nie masz szans wygrać, więc…
                        - A jednak, co stawiasz na stole - zapytał z błyskiem w oku.
                        - Dobra, ale co byś chciał? - pokręciła głową nie wierząc w możliwość wygranej.
                        - To mam wymyśleć zarówno co ja mam dostać jak i ty? Słaby układ - mrugnął.
                        - Nie, Co ty byś chciał ode mnie, a ja wymyślę co bym od ciebie chciała.
                        - Ja tam od ciebie nic nie chcę - wzruszył ramionami i usiadł obok niej - nie ja proponowałem zakład. A jak idzie na studiach?
                        - Lubisz zmieniać temat. - prychnęła - A na studiach dobrze jak zwykle. - wzruszyła ramionami.
                        - Czyli jak?
                        - Jak nie zaczyna mi coś kręcić w głowie to sam maks, projekty na tyle zafascynowały wykładowczynię, aby już pytała o bycie promotorem…
                        - To całkiem dobrze, a nie jak zwykle - stwierdził z powagą.
                        - Zawsze radziłam sobie świetnie w szkołach. - zmarszczyła brwi - Z Geniuszem czy bez.
                        - Kujonka - mruknął zaczepnie.
                        - Wcale nie. Dbałam o swoją przyszłość. - mruknęła urażona.
                        - Ja swoje wiem.
                        - Czyli byłeś jednym z tych, co olewali naukę! - prychnęła - Tylko imprezowałeś i grałeś w gry, za dziewczynami się uganiałeś! - parsknęła z pogardą.
                        - Gdybym miał problemy z tym, nie dałbym rady w Unii robić tego co robię - stwierdził logicznie.
                        - W końcu mogłeś się nauczyć być dorosłym.
                        - Albo po prostu nie marnowałem czasu na gówno.
                        - Teraz ciągle marnujesz.
                        - No tak, tak trzeba w Unii - mruknął do niej nawiązując nie do gier lecz do niektórych szkoleń i kursów.
                        - Ne mówię o nauce, tylko o tym twoim graniu...
                        - Jak robię co dla siebie to nie strata czasu… zresztą - Robert odpalił leżącą w zakamarkach pod telewizorem, a raczej na podłodze obok szafki - z racji na brak miejsca - konsolę Nintendo i bez większych ceregieli wziął jednego pada, a drugiego wepechnął do rąk Mervi uruchamiając… ściąganie się kresówkowmmi kartami.

                        Dziewczyna wyraźnie zgłupiała.

                        - Robi się rzeczy tylko dla Unii.. - spojrzała na trzymanego pada - Reszta to... marnowanie czasu.
                        - Grasz?

                        -... ty tak serio...?

                        - A Ty nie?
                        - Nigdy nie grałam w nic na konsoli...
                        - To nie problem, graj i nie marudź - powiedział odpalając wyścig.

                        Granie z Mervi miało jeden problem. Krytykowała brak realizmu, błędy logiczne i na tyle skupiała się na tym, że nie używała nierealistycznych tricków, więc zawsze przegrywała.

                        - Głupia gra… - fuknęła po końcu wyścigu.
                        - Czyli się podobało - technokrata przyznał z lekkim uśmiechem.
                        - Nie! To nie miało sensu!
                        - Czyli nie chcesz dalej?
                        - Nie poddam się!

                        Kiedy Robert delikatnie jej przypomniał, że już późno, Mervi przysunęła się blisko mężczyzny.

                        - Robeeert… Nie chce mi się wracać do domu… Mogę u ciebie przenocować?
                        - Mam jeszcze trochę pracy - mężczyzna stwierdził stanowczo - jak chcesz to mogę ci pożyczyć konsolę.

                        Tego mogła się spodziewać. Nigdy nie chciano kiedyś by nocowała u kogokolwiek, to teraz dorośli tym bardziej nie będą chcieli. Silly girl. Nie bądź dzieckiem!

                        - Uhm, jasne. Wybacz. - odparła już spokojniej zachowując nieporuszenie, wracając do znanego rytmu, w którym mogła się działać. Rozumiała go - Mam zaległy projekt na studia, nie mogę się rozpraszać konsolą, ale dzięki za ofertę.
                        - Jesteś strasznie nudna - Robert stwierdził bez ogródek.
                        - Dzięki. - odparła nijakim głosem, w którym ukrywało się mizernie brzmiące urażenie - Zobaczymy się w pracy.

                        - Nieee, nie możesz.

                        Dziewczyna spojrzała ze zbolałym wyrazem na swoich rówieśników, którzy mieli razem się spotkać w Eläintarhan Skeittipuisto.

                        - Nie masz swojej deski, nie umiesz jeździć...
                        - ...a do tego zepsujesz wszystko. Jesteś strasznie nudna, jakbyś nie zauważyła.
                        - Może ona sądzi, że będziemy się tam uczyć?

                        Śmiech grupy wbił się w serce Mervi zbyt głęboko, aby próbowała dalej.

                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • JhnWJ Online
                          JhnWJ Online
                          JhnW
                          Administrator Obsługa Developer
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                          #18

                          To był dziwny dzień. Mervi miała zacząć czas wdrażania się w zespół z ostatnią osobą na liście – Robertem. Wszechobecny algorytm harmonogramu postanowił, że piątek po zajęciach miała poświęcić na naukę wraz z częścią soboty, rozpisując jej nawet egzaminy, projekty oraz proponując literaturę na podstawie profili naukowych prowadzających. Błyszczące litery pachniały sugestią „mów im to co chcą słyszeć”.
                          Niedziela stała się dniem dziwnym.. Dzień który od rana, do praktycznie wieczora – z kilkoma przerwami ustalonymi przez harmonogram – miała spędzić w konstrukcie, pracując, odbywając poboczne kursi dopełniając pozostałych obowiązków.
                          Jak zawsze, rutynowo wydukała formułki do wszechwidzących czujników pomieszczenia którego już znała żargonową nazwę – konfesjonału. Jak zawsze komputer swym beznamiętnym głosem potwierdził uprawnienia oraz zaakceptował dopuszczalne odchylenie od linii bazowej dla niezmodyfikowanego agenta.
                          Z samego rana miała rutynową sesję z Alanem., tak zwaną sesję kwadransową służącą głównie do omówienia wyników. Widać było, że technokrata jest trochę spięty i zalatany, widać miał swoje problemy. Była to krótka sesja, na poważną rozmowę umówili się na inny termin. Jednak słowa Alana brzmiały jak ostrzeżenie dobrego przyjaciela: profil osobowościowy Mervi za mocno odchylał się od linii bazowej, chociaż był ciągle w normie. Alan też ostrzegł ją – konfesjonał prawie nigdy nie powiadamia o prawdziwych wynikach.
                          Była to ważna wiadomość którą Mervi mogła przeanalizować na nudnym, godzinnym szkoleniu na temat matematycznych metod detekcji anomalii społecznych i interpersonalnych. Po szkoleniu miała pójść pracować z Robertem.
                          Niestety, Robert był dziś nieobecny. Podobno miał pilne wezwanie do innych obowiązków. W pokoju był tylko Franklin oraz Alison. Franklin szybko wprowadził Mervi na osobne stanowisko. Powiedział jej, że mają absolutnie awaryjną sytuację i będzie musiała zastąpić Roberta w kilku rutynowych zadaniach.
                          Sama. Ufał w jej kompetencje. Nawet to jej powiedział, klepiąc po plecach, aby szybko ulotnić się do własnych zadań.
                          Działo się coś dużego.


                          Nie była to wymagające zajęcie. Mervi musiała tylko dwa razy użyć prawdziwej, oświeconej nauki aby zlokalizować cele, raz miejsce żeru stosunkowo niegroźnego obcego (porównywalnego stopniem zagrożenia z lwami, stanowiącego jednak zagrożenie w postaci zdjęć które mogłyby przedostać się do opinii publicznej), a drugim razem zlokalizować zagubiony ładunek za którym akurat podróżował agent.
                          Poza tym nudna rutyna, wyciągnąć trochę danych z odpowiednich baz danych, do jednej Mervi musiała się trochę włamać – chociaż była ona tak słabo zabezpieczona, że trudno było używać wobec niej tak dużego słowa jak włamanie – zebrać trochę danych medycznych czy stworzyć raport.
                          Dość budująca ego było współpracowanie z agentami niższego szczebla i sympatykami. Mervvi miała listę rozkazów do przekazania im, a jej rolą było dodanie do nich niezbędnych informacji jakie będą im potrzebne, w tym odpowiednie dostosowanie do ich poziomu wtajemniczenia. Władza budowała ego.


                          Pozornie typowe zgłoszenie. Agent polowy NWO wraz z agentem Iteracji X ścigali dewianta. Młody chłopak, wedle akt, oszalały. Powodował wokół siebie zaburzenia przyczynowości klasy drugiej oraz sporą liczbę kwantowych paradoksów przekładających się na lokalne zaburzenia stałych znanej fizyki.
                          Prosta sprawa, nie trzeba było ruszać z armatami. Szybkie profilowanie ujawniło gdzie młody może się znajdować. Magazyn przeładunkowy. Agent poprosił o nagrania.
                          Zwykle Mervi nawet ich nie oglądała, szybko załatwiała sprawę. Tak mówiły procedury, ściśle definiowały kiedy można oglądać dane. Pomono miały za zadanie optymalizować pracę.
                          Tym razem coś ją podkusiło. Cecha która zawsze z nią była, mimo że tłumiona. Ciekawość.
                          Obraz z kamery przemysłowej przedstawiał nie jednego, a dwóch młodzieńców. Starszy miał nie więcej niż dwadzieścia-parę lat, może dwadzieścia jeden, dwa, mógł być też jeszcze starszym nastolatkiem. Młodszy wydalał na dziesięć, dwanaście lat. Oboje byli do siebie dość podobni, zapewne rodzeństwo. I wyglądali przy tym jak kupa nieszczęść.
                          Starszy brat opatrywał ramię młodszego, rozcięte czym w sposób szarpany. Było to najpoważniejsze obrażenie z wielu pomniejszych jakie mieli na swych ciałach obaj bracia – ślady krwi na koszulkach, siniaki, rozcięcia, obtarcia, kilka zacięć. Wyglądali jakby przeżyli piekło. Rozmawiali.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • ZellZ Niedostępny
                            ZellZ Niedostępny
                            Zell
                            Moderator Obsługa
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                            #19

                            Wiedziałala, że nie powinna tego widzieć. Nie miała uprawnień!
                            Czemu to więc robiła...?

                            Była wściekła na siebie... a jednak...

                            Czy nie ciekawi cię o czym rozmawiają?
                            Czy to możliwe, że to dziecko jest terrorystą?

                            Nie wysyłając jeszcze nagrania, prawie wbrew sobie wykorzystała połączenie z czujnikami w magazynie, aby ustawić ich wrażliwość na odbieranie fal dźwiękowych i przetwarzanie ich zapisów na głos w słuchawkach.

                            Może ten mały jest w problemach, może agenci są!
                            Musi sprawdzić.

                            Usłyszała w słuchawkach dźwięk. Nie był idealny, filtr odszumiający potrzebował chwilę na adaptację parametrów. Dopiero po tym czasie usłyszała głos starszego chłopaka.

                            - …potem będziesz już bezpieczny, Fin, obiecuję. Pamiętasz jak rozbiliśmy szybę u sąsiada? Też wszyscy byli wkurzeni.
                            - Ale my nic nie zrobiliśmy - chłopiec spojrzał na brata - ty nic nie zrobiłeś. Te rzeczy… to wtedy gdy pan…

                            Oczy chłopca zaszkliły się, a w gardle uwięzły mu słowa przytrzymane przez próby zdławienia szlochu. Brat objął go w ramiona.

                            - Ciii… już spokojnie - powiedział cicho, ledwo na granicy czułości sprzętu - to nie twoja wina. Jesteś kimś specjalnym, broniłeś się.
                            - Nie - łzy chłopca zasychały strugami na policzku - gdy on… - dziecko nie mogło wypowiedzieć - to ja chciałem, aby to się stało. Tak bardzo chciałem, aby to wszystko się skończyło, chciałem umrzeć…. I on miał umrzeć… Ja…

                            Cisza, bracia zastygli w nieruchomym porozumieniu. Rodzeństwo rozumiało się dalej chyba bez słów. Mervi dostrzegała na twarzy brata strach oraz coś jeszcze - odpowiedzialność. Męskość, to co przez nią rozumiano w społeczeństwie, potrafi wykuć się nagle, a za nią męstwo.
                            Chwile uspokajał młodszego, po czym wrócił do sprawdzania opatrunków.

                            - Musimy złapać stopa, na granicy stanów będzie czekał na ciebie Jacob. Po tym będziemy bezpieczni. Godzina drogi stąd.

                            Zaczęli powoli pakować się do dalszej drogi.

                            Mervi spojrzała, gdzie znajdują się Agenci w odniesieniu do chłopców, wciąż nie wysyłając nic.

                            I ich dotarcie do celu, którego nie znali, było w jej mocy.
                            Kurwa!

                            Nagle poczuła ukłucie w klatce. Ukłucie strachu przed decyzją. Nie chciała podejmować żadnej, nie powinna tego widzieć! Unia miała rację!
                            Trzymać się z dala. Niech inni decydują.
                            Palec zatrzymał się przed wysłaniem nagrania, jakby trzymany przez nią samą... a jednocześnie wciąż chcący nacisnąć. Spróbowała uspokoić oddech.
                            Niech ktoś inny to rozwiąże...
                            Wysłała nagranie chłopców nie zawierając w nim dźwięku.
                            Sprawa zakończyła się dla niej, ale Mervi miała problem z oderwania myśli od niej. Czy coś jej działania spowodowały? Ktoś ucierpiał?
                            Połknęła boleśnie stres, zakopując go jak najgłębiej pod obowiązkami. Chciała zapomnieć, przesunąć na bok, jak niepotrzebne papiery. Dopiero po dłuższej chwili, wysiłkiem woli, wróciła do rzeczywistości pozbawionej niepotrzebnych emocji.
                            Do południa praca Mervi przebiegała dość monotonnie. Zauważyła, że Alison opuściła już pokój, bez słowa biorąc pełną do połowy miseczkę krakersów którymi się zajadała - podsuwając Mervi pod nos, dosłownie między młodą technokratka a klawiaturą - jakby zostawiając jej do dokończenia - a potem ulotniła się jak cień.
                            Kolejna prośba, znowu lokalizacja - Mervi miała złe przeczucia. Widziała, że do sprawy przydzielony jest też Franklin. Ze swoim poziomem uprawnień nie widziała szczegółów, co znowu budziło ciekawość…
                            Musiała zabić ciekawość. Po prostu robić co do niej należy. Zlecenie mówiło o zdalnej operacji memetycznej na przewodniku grupy ludzi, trzeba było go wprowadzić w zasadzkę.

                            Nie mogła znowu wpaść w zasadzkę ciekawości. Nie była gotowa na taką wiedzę. Tylko by z nią cierpiała. Nie zrozumiała jej…
                            Zaczęła wyszukiwać kamer w danej lokacji, aby mogła poznać teren, gdzie ma kierować człowieka. Poszło jak z płatka. Mervi mogła poczuć się jak spełniona technokrata dobrze wykonująca swoje obowiązki służbowe.
                            Do czasu gdy odezwał się do niej Franklin, na żywo. Wyglądał na zmęczonego.

                            - Mervi - zaczął spokojnie - brakuje nam ludzi. Podniosę cię tymczasowo na O2, nie będziesz w nic zaangażowana. Twoim zadaniem będzie tylko zapewnienie aby masy trzymały się od właściwego miejsca akcji jak najdalej. Ogarnięcie wzorców memetycznych jednostek, manipulacja sygnalizacją aby przekierować ruch, może puszczenie policji na interwencje aby przetrzymać niektórych. Możesz odmówić, akcja jest odrobinę powyżej twoich kompetencji - Franklin powiedział szczerze - jednak biorę to na moją odpowiedzialność.

                            O2... Odrobinę...

                            - Oczywiście, że pomogę. - odparła pewnie, choć z wyraźną obawą - Czy mam czegoś się spodziewać, unikać?
                            - Nie mam czasu - technokrata powiedział wracając do komputera - masz wszystko w poziomie uprawnień, po prostu się tym zajmij.
                            - Zrobione.

                            Mimo słów przesiaknietych pewnością, sama Mervi była w cichym stresie i strachu. Czy powinna to robić? Nie miała takich uprawnień naprawdę, to było sztuczne!
                            A jednak Franklin musiał choć trochę jej ufać. Nie mogła go zawieść. Musiała sobie poradzić, być silna.
                            Przejrzała dostępne jej plany miejsca, które miało być odgrodzone. Ustawiła podgląd najbardziej zagrożonych dróg prowadzących do danego miejsca i zamknęła ruch na nich.

                            Było spokojnie… PIerwszą grupę mas nieświadomie odpędziła z tego miejsca w poprzednim zleceniu. W zasadzie tego trochę spodziewała się po akcji, dużo nudy oraz bardzo intensywne chwile pracy - których pożądała, ale też obawiała się.
                            W przeciągu następnych trzydziestu minut przekierować część ruchu ulicznego dając polecenie do innej jednostki Unii oraz zmieniła trasy spaceru kilku pieszych. Proste.
                            Proste nie było coś innego. Nie patrzeć na oddaloną od budynków mieszkalnych śmierdzącą alejkę wbitą między opuszczonymi halami przemysłowymi. Dwa wyjścia, w pośrodku samochód. Główne miejsce akcji. W samochodzie… ci sami chłopcy których widziała wcześniej. Jednak ich mieli. Wyglądali na oszołomionych.
                            Standardowa procedura pochwycenia, pewnie zaaplikowano im silne, bezpieczne środki uspokajające. Po takim czymś człowiek nie może zebrać do kupy nawet jednej myśli, za to jest w stanie utrzymać się na nogach na tyle aby łatwo było go transportować między autami czy samochodami.
                            Przed autem stało dwóch agentów. Czekali na coś.
                            Na brzegu ekranu Mervi dostrzegła piksele… Mrugnęła, nie było ich, pozostawiając po sobie gorzki posmak prawy. Unia przechwyciła ich aby zorganizować swego rodzaju zasadzkę? Może na tego całego Jacoba?

                            Mervi starala się odnaleźć najlepsze kamery, które dałyby też jej wejrzenie w miejsce, z którego miał wyjść cel, nawet jeżeliby musiała wspomóc się satelitarnie. Lepszych nie było… Ale to co miała było dość dobre. Tym bardziej, że miała informacje o części swojej pracy - w okolicy obszaru pojawiły się, zupełnie znikąd, dwa obiekty. Jeden to był cel - jego nie miała ruszać, był zaznaczony eufemizmem jako “dopuszczalna jednostka” i zmierzał spacerkiem w stronę zasadki.
                            Drugi… Nie miała pojęcia jak się tam znalazł. Samochód, na granicy obszaru, stary wan, z jakimiś ludźmi siedzącymi przy otwartych drzwiach ładowni.
                            Nie powinna reagować…

                            - Franklin. - odezwała się na częstotliwości technokraty - Stary wan na granicy obszaru. - mruknęła obserwując sytuację i nadzorując okolice, by masy tu przypadkowo nie weszły.
                            - Przyjęte. Kontynuuj działania.

                            Widziała jak jeden z mężczyzn przy wanie zakładał coś w rodzaju hełmu najeżonego dziesiątkami masywnych cewek pomiędzy którymi przeskakiwały iskry podwyższonego napięcia. Drugi się śmiał z czegoś, a trzeci bacznie obserwował okolicę.
                            Mervi wróciła do swej pracy. Franklin po chwili odłączył jej wizję. Trwała akcja, miała tylko na ekranie drobny raport.
                            Wysłanie grupy szturmowej na dewiantów w wanie. Cele znalezione i zlikwidowane. Wedle przebiegającego na ekranie, tekstowego raportu, dewianci chcieli wygenerować własny wabik. Nie zdążyli, gdy zauważyła ich Mervi.
                            Chyba odniosła sukces?

                            Finka była zadowolona z siebie. Tak bardzo.
                            Spróbowała znaleźć informacje na temat strat. Nie było raportu, tymczasowe O2 nie pozwalało jej dowiedzieć się więcej. Franklin po wszystkim wrócił jej uprawnienia na właściwy poziom i poinformował o zakończeniu akcji. Serce biło jej mocniej…
                            …ale trzeba było wrócić do rutyny. Może zrobić sobie kawę w nagrodę.

                            Widać było jak zadowolona z siebie jest Mervi. Po zakończonej sprawie zwróciła się do Franklina.

                            - Jeden z nich był jakiś dziwny. Hełm z cewkami? - pokręciła głową - Szkoda, że nie z czapka z folii aluminiowej.
                            - Syn eteru - technokrata stwierdził sucho.

                            Mervi czytała o nich. Przebrzydli technokraci, którzy zaczęli bratać się z dewiantami! Chociaż początkowo operowali na prawach nauki, ze względu na to z kim zaczęli się zadawać, większość ich wynalazków niczym nie różniła się od różdżek czy magicznych eliksirów, bazując na załamaniu przyczynowości.
                            Mervi skrzywiła się.

                            - Zgłupiały zdrajca. Dobrze, że nasi go wymazali.

                            Franklin kiwnął głową z przekonaniem popijając kawę. Tylko Mervi… jakby swędział mózg. Czy tak odczuwało się wątpliwości? A może tylko ciekawość?

                            - Co się stanie z tymi chłopcami? - zapytała pijąc zasłużoną kawę.
                            - Nie wiem, stawiam, że trafią do odpowiednich ośrodków.

                            Mervi ulżyło. Nie było żadnego niebezpieczeństwa, Unia się nimi zaopiekuje.

                            - A co się dzieje z Robertem? Jutro wróci?
                            - Nie wiem - wzruszył ramionami - pewnie tak.

                            Dziewczyna dopiła kawę.

                            - Mam nadzieję, że nie będziesz miał problemu przeze mnie, z tymi uprawnieniami?
                            - To wszystko odbywa się w ramach procedur - Franklin wyjaśnił Mervi spokojnie - nie musisz sobie tym głowy zaprzątać. Najpewniej nikt nie kazał ci czytać tych zasad gdyż nie jest ci potrzebne podnoszenie cudzych dostępów, ale jest to dostępne już od O1. - wyjaśnił.
                            - To dobrze. - uśmiechnęła się - Dużo nas jeszcze dziś czeka?
                            - Nas nie, masz swoje obowiązki, ja zajmę się sprzątaniem. To była ciężka akcja, chociaż wiem, że z twojej perspektywy wyglądała jak dość abstrakcyjny urywek.
                            - Niestety. - przyznała ze smutkiem - Czy gdybym już oficjalnie miała większe uprawnienia to bym takie akcje w całości widziała?
                            - Takie nie, to było na O4 w całości, czasem niektóre mają specjalne dostępy… Ale szczerze, lepiej się nie rozpraszać i skupiać na swojej robocie i naprawdę potrzebnych informacjach, nie sądzisz? Poziomu uprawnień służą optymalizacji naszej pracy.
                            - Więc... Źle zrobiłam informując o wanie? - zapytała ostrożnie.
                            - Dobrze - Franklin pokiwał głową - po prostu nie przejmuj się poziomami uprawnień, system działa odpowiednio dobrze w większości przypadków.
                            - Rozumiem. - zgodziła się.

                            Od razu po pracy Mervi skierowała się do domu Roberta. Czy już wrócił? Czy wszystko jest dobrze? Nie powinna go lubić, był irytującym dzieciakiem, a jednak... lubiła. Na jakiś sposób. Może temu, że nie okazywał jej niechęci, a nawet trochę sympatię? Może dlatego, że na dodatek umieli się porozumieć i ich rozmowy były po prostu... przyjemne.

                            Nie powinno ją zdziwić, że w mieszkaniu Roberta nie było nikogo, a jednak całą drogę miała nadzieję na inny efekt. W środku odczuwała potrzebę rozmowy. Wydarzenia dnia dzisiejszego ją po prostu rozbiły. Jednocześnie była dumna z siebie, ale gdzieś w sobie tłumiła ten posmak rozczarowania. Zapewne chodziło o niemożność pozyskania dodatkowych informacji.

                            Już w domu prawie machinalnie wyciągnęła komórkę i wybrała numer Alana. Ten technokrata był jak i Robert - ufała mu. W tym momencie chciała, aby ją uspokoił, odegnał czający się strach o Roberta.
                            Nie oszukała się na ich terapeucie. Wytłumaczył jej, że z Robertem wszystko w porządku i nie wpadł w kolejne kłopoty. Przeprosił, że nic więcej nie może teraz powiedzieć, ale to co przekazał wystarczyło dziewczynie.

                            Gdy Mervi zakończyła połączenie z Alanem, który ją jak zwykle świetnie uspokoił, usiadła na fotelu przy biurku. Zdjęła z siebie wierzchnią część marynarki, przewieszając ją przez oparcie i z niekłamaną radością wybrała numer do swojego ojca, czując jak uśmiecha się sama do siebie. Ustawiła też połączenie video.
                            Zobaczenie twarzy ojca po dłuższym czasie było dla Mervi bodźcem wywołującym zupełnie niespodziewane reakcje. Cieszyła się, to oczywiste, ale jednocześnie ścisnęło ją w żołądku i chciało się jej płakać. W pierwszej chwili nie wiedziała dlaczego.
                            Potem już rozumiała. Żyła w zbyt dużym napięciu. Podstawowe prawo memetyki, dowiązania do rodziców powodują ujście emocjonalne celu. Widząc ojca pękało w niej dotychczasowe napięcie emocjonalne.
                            Dwa wdechy, jak uczył Alan. Pomogło, hiperwentylacja zawsze pomaga.

                            - Prawie bym cię nie poznał - usłyszała jak zawsze pogodny głos ojca - chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tych nowych fryzur…
                            - Tak bardzo ci się nie podoba?

                            Mervi przywołała jak najbardziej nonszalancki wyraz nie chcąc dać po sobie poznać burzy emocji.

                            - Nie, po prostu nosisz się tak od niedawna, nie miałem okazji się przyzwyczaić, a już wyjechałaś na stypendium. Jak ci idzie?
                            - Świetnie. - odparła szczerze, wyraźnie zadowolona z siebie. - Profesorowie są zachwyceni moimi osiągnięciami.

                            Ojciec zmierzył ją wzrokiem, na chwilę. Coś w jej przesadnej pewności nie podobało się mu, ale przemilczał temat.

                            - Ale pewnie kosztuje cię to dużo czasu?
                            - Nawet nie wiesz. - westchnęła - Czasem to wymaga mocnego upchnięcia, aby zrobić wszystko danego dnia.
                            - Nie przemęczaj się, proszę - ojciec powiedział z surową troską w głosie.
                            - Mówisz, jakbym kiedyś na zmęczenie nauką zważała.
                            - Nie można się przepracowywać aby po trzydziestce nie mieć zgruchotanego kręgosłupa - mrugnął do niej - a właśnie - uśmiechnął się - za około dwa miesiące powinienem wrócić do pracy.
                            - Świetna nowina! Pomaga leczenie, co?
                            - Jak mi ten drugi doktor zaczął opowiadać co robią, to zacząłem się zastanawiać czy będę terminatorem czy może wyrośnie mi ogon - ojciec zaśmiał się - ale grunt, że działa.
                            - Terminatorem? - zdziwiła się.
                            - Jakieś śruby w plecach i komórki macierzyste.
                            - Ale działa. - jak śruby mają pomóc z chorobą płuc? - Śrubami mają ci kręgosłup usztywnić pewnie.
                            - Na to jakieś zastrzyki - wyjaśnił ojciec - na to i kręgosłup. Śruby do kręgów, dziwnie szybko się po zabiegu zagoiło. Myślałem, że to poważna operacja, a było jak wycięcie migdałków…
                            - To tylko się cieszyć. - uśmiechnęła się - Ale dobrze się czujesz, nie?
                            - Tak, prawdę mówiąc już mógłbym wrócić do roboty - powiedział szczerze - ale mówią aby czekać bo przy podwieszeniu na słupach obciąża mocno kręgosłup, więc wszystko musi się dokładnie ogarnąć… Ale już z nudów wczoraj drewno rąbałem u Marka, robił grilla. Szkoda, że ciebie nie było, pamiętam jak byłaś młoda lubiłaś się z jego synem - mrugnął do Mervi.
                            - Później mówił, że jestem nudnym kujonem. - uśmiechnęła się krzywo.
                            - Bo jesteś - ojciec zaśmiał się do Mervi - powinnaś zacząć chodzić na jakieś rozsądne imprezy - oczywiście jak każdy ojciec musiał dodać “rozsądne”. Sam był równie nudny jak Mervi, ale trochę swej nudy przepracował przez lata.
                            - Imprezy nie są rozsądne. To marnowanie czasu.
                            - Na jednej poznałem twoją mamę, to była najlepsza inwestycja czasu w tamtej chwili, dzięki temu mam taką zdolną córkę.
                            - Której posiadanie przepędziło matkę. - skomentowała skrzywiona. Matka w końcu nie była zachwycona, że ma stracić swoją wolność przez macierzyństwo.
                            - Nie gadajmy o tym - powiedział ugodowo - lepiej mów co jeszcze u ciebie.

                            Unik. Nie lubił tego tematu.

                            - Uczę się. Wszędzie. - odparła.
                            - Wszędzie?
                            - Na studiach. U kumpla. - wzruszyła ramionami.
                            - Fajny chłopak - zapytał ojciec - z jakiej rodziny?
                            - Tato, co ma do tego pochodzenie?
                            - No dużo, ciekaw jestem czy miejscowy czy może przyjechał na studia jak ty - ojciec zapytał szczerze.
                            - Raczej miejscowy. - nawet nie pytała Roberta... - Nauczył mnie grać na konsoli. I ma dobrą wiedzę techniczną.
                            - Konsole - ojciec machnął ręką aby potem ziewnąć. Przeklęta różnica czasu.
                            - Ciesz się. Chciałeś bym pozbyła się trochę sztywności.
                            - Masz rację - ojciec przyznał - dużo masz zajęć w tygodniu?
                            - Różnie, ale dodatkowe zajęcia zapychają wolne. Wzięłam też takie.
                            - Jakie? - ojciec zapytał dociekliwie.
                            - Wiesz, jak informatyczne wspomaganie architektury, socjologiczne projektowanie przestrzeni…
                            - Dobra, dobra - zaśmiał się - daj znać kiedy będzie o oświetleniu i normach przeciwpożarowych, na tym się chociaż znam.
                            - A fajnego masz lekarza prowadzącego? - postanowiła zmienić temat.
                            - Straszny sztywniak, ale fachowiec.
                            - Sztywniak, bo dba o poprawę twojego zdrowia i nie zaprasza na wódkę?
                            - Straszny służbista, wygląda jakby miał wstrzyknięte tyle botoksu w twarz, że nie może nawet trochę się uśmiechnąć. Dziwny człowiek.

                            Musi dowiedzieć się więcej, komu dano jej ojca...

                            - W jakiej placówce medycznej ci pomagają? Szpital?
                            - Prywatny ośrodek, bez kontraktu państwowego, ale mają zaplecze szpitalne. Normalnie specjalizują się w przeszczepach skóry… musiałbym poszukać adresu i nazwy w gps samochodu, ostatni raz mogłem już jechać własnym.
                            - Cieszę się, że ci pomagają. Oby tak dalej.
                            - Potem tylko suplementacja do końca życia… Ale cieszę się, że trafiłem do tego programu.
                            - Nie ma za co. - uśmiechnęła się cwano - I jaka suplementacja?
                            - Tabletki, raz dziennie, potem w cyklach tydzień brania i dwa spokoju, zastrzyki raz na pięć lat - wyjaśnił.

                            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • JhnWJ Online
                              JhnWJ Online
                              JhnW
                              Administrator Obsługa Developer
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                              #20

                              Alison w milczeniu trzymała oburącz kubek z gorącą czekoladą. Wielkie, grube szkła okularów od dołu całkowicie jej zaparowały, ograniczając i tak nie najlepszą widoczność ze względu na nierówno spadające na twarz włosy kobiety.

                              - Alan, dopiero teraz widzę – technokratka powiedziała – nie powinieneś mieć tak jędrnego tyłka.

                              Psychoanalityk Nowego Światowego Porządku poderwał oczy znad dokumentów, które przygotowywał nim wszyscy przybędą na stopniowanie. Był lekko zbity z tropu.

                              - Słucham?
                              - No, tyłek… Pracujesz wyłącznie umysłowo, masz zakaz forsownych treningów. Powinieneś mieć obwisłą pupę, a nie jak sportowiec.

                              Wszystko wyrecytowała beznamiętnie jakby czytała tekst z promptera. Alan przetarł oczy.

                              - Brzmisz jakbyś mnie podrywała po swojemu – Alan odciął się gdy już zrozumiał, że Alison zaczyna swoje szermierki słowne. Niestety, chybił…
                              - To nie podryw – wyjaśniła odstawiając kubek na blat, akcentując to uderzeniem dna o blat, wciąż wpatrywała się w brunatną taflę ciepłej czekolady – tylko molestowanie. Kwantowa Inteligencja poleciła mi wprowadzać więcej pozytywnego nastroju. Stwierdziłam, że jak ktoś zechce cię molestować, będzie ci miło.
                              - Alison… - Alan powiedział, po czym brakło mu słów – ...a zresztą – dodał jakby broniąc się przed brakiem odpowiedniej riposty, wdychając ciężko, wrócił do dokumentów. Alison znowu wygrała… Tylko czemu ciągle inicjowała tą dziwną grę?

                              W tym wszystkim trudno było połapać się Mervi. Było to pierwsze, duże spotkanie jej oddziału, w którym mieli dzielić się wiedzą, spostrzeżenia oraz wypracowywać nowe strategie działania. Po kilku chwilach dołączył do nich Alex, wciąż czekali na Adama oraz Roberta.
                              Minął kwadrans od przyjścia Alexa, gdy do sali wszedł Robert. Wyglądałby jakby miał za sobą naprawdę ciężki okres. Trzymał się dzielnie, ale worków pod oczami i złej cery nie dało się nadrobić dobrą miną i żartami. Usiadł koło Mervi, wzdychając ciężko.

                              - Nawet nie pytaj – powiedział do niej spokojnie – pogadamy po spotkaniu.


                              Pierwsza część zebrania przebiegała w sposób umiarkowanie ciekawy dla Mervi. Wszyscy poza nią mieli przygotować raporty dotyczące dotychczasowej działalności. Raport Alexa był rzeczowy, lecz wchodził za bardzo w zanonimizowane szczegóły akcji o których nikt inny nie miał pojęcia – przez co wydawał się miejscami bardzo nużący przez brak kontekstu. Dla odmiany Fralklin skupił się na zaprezentowaniu nowych wersji narzędzi oraz poprawek już istniejących, z których korzystał zespół – część z nich była przystosowaniem pod potrzeby zespołu rzeczy ogólnie dostępnych w Unii, wdrożenie poprawek czy instalacja wyższych wersji, ale niektóre stanowiły osobistą inwencję Franklina. Mervi o tym wiedziała, wszak sama pomagała mu przy niektórych.
                              Prezentacja Alison powinna być ciekawa – dużo matematyki dotyczącej jej ostatniego projektu, o który Mervi miała okazję się otrzeć. Modelowanie społeczeństwa, błędy poszczególnych rozwiązań, predykcje skutków. Szkoda tylko, że było przekazane to w najgorszy sposób. Dziewczyna czuła pod skórą, że jest to celowe. Mimo całej swej dziwności Alison jeden na jeden była świetną nauczycielką.
                              Raport Robeta wyglądał na przygotowany jako dłuższe wystąpienie będące podsuwaniem kilku akcji i błędów w nich popełnionych
                              Alan przedstawił im tylko krótki raport w sprawie stanu grupy. Stwierdził, że jest zadowolony z ich postępu osobistego, wyższe struktury Unii wyrażają dalszą zgodę na kontynuowanie jednostki w jej obecnej formie. Podziękował wszystkim za udaną współpracę.


                              - No tak… raporty – Adam mruknął pod nosem, wstając od stołu, do tej pory ignorował występy innych, zajmując się czytaniem z ekranu tabletu – jak dobrze wszyscy wiecie, i tak cyfrowa inteligencja znajdzie lepsze rozwiązania niż wszystkie nasze wysiłki, stąd po raz kolejny proszę, aby nie tracić przy następnym spotkaniu tyle czasu na wasze odkrywcze wnioski. Jak wspomniał Alan, góra jest na razie nastawiona pozytywnie. Nie wspomniał za to o dwóch dodatkowych rzeczach, które w związku z tym zostaną wprowadzone.

                              Zrobił krótką przerwę, chrząknął.

                              - Mamy dodatkowy budżet szkoleniowy. Cześć przeznaczę na wspólny kurs dla wszystkich z zakresu ksenobiologi militarnej. Mamy coraz więcej pozawymiarowych intruzów do obsłużenia. Druga część dedykowana jest waszemu osobistemu rozwojowi w postaci zunifikowanego funduszu wymiany wiedzy. Pomyślcie które dziedziny oświeconej nauki chcecie rozwijać.

                              Trzecia pauza.

                              - No i ostatnie, będziemy mieli więcej akcji zdalnego wsparcia agentów polowych przy bezpośrednich akcjach. Będę dowodził takimi działaniami bezpośrednio. O szczegółach zostaniecie poinformowani wkrótce.


                              Po wyjściu ze spotkania Alan podszedł do Mervi.

                              - Masz dziś czas porozmawiać? Nie będzie to ewaluacja psychologiczna, widzę, że coś cię gryzie – powiedział z rozbrajającą szczerością – powiedzmy, za chwilę w moim gabinecie?

                              Jak on to robił...?

                              - Muszę z Robertem też porozmawiać, to tylko z nim ustalę kiedy i mogę.
                              - Daj Robertowi chwilę odpocząć - stwierdził Alan - to mu się najbardziej przyda.

                              Te słowa wyraźnie poruszyły finkę.

                              - Dobrze... Jestem cała twoja więc. - wypaliła bez refleksji.

                              Alan nie skomentował, prawdę mówiąc nie dał po sobie poznać w jaki sposób to zabrzmiało… Ale i tak dotarło to do Mervi. Ruszyli w stronę jego gabinetu, ale już w trakcie drogi Alan zaczął niezobowiązującą rozmowę.

                              - Jak wrażenie po spotkaniu?

                              Całą drogę Mervi ganiła się w myślach za swoje dwuznaczne słowa. Zbyt mało umiała w relacje międzyludzkie najwyraźniej...

                              - Pozytywne... Przynajmniej takie były, do czasu jak Adam postanowił rzucić nam w twarze cegłówką... - mruknęła - Po co on to robi? To podkopuje nas przecież.
                              - Dlaczego podkopuje? Wyraził swoje zdanie, które niestety muszę przyznać, jest poparte faktami. Adam jest bardzo szorstki, ale nie należy z tego powodu skreślać jego argumentów. Zgadzasz się?
                              - Chodzi o to, że wedle jego słów, cokolwiek co robisz w sumie nie ma sensu. I tak zostanie to rzucone na kupkę "do wyrzucenia"..
                              - Nie - Alan wtrącił się łagodnie ale stanowczo - Adam powiedział, że według niego rozwiązania mózgów cyfrowych są lepsze. Aby stwierdzić, czy coś jest lepsze, trzeba to porównać. Oznacza to, że masz szansę wygrać w szachy z Deep Blue.
                              - Według niego nie powinniśmy się tym zajmować. To to samo. - zaprotestowała.
                              - Optymalizacja zasobów - Alan wzruszył ramionami - szef dużo marudzi, ale mało rozkazuje...
                              - Bo mu nie zależy? - zapytała cicho.
                              - Bo daje nam swobodę - Alan stwierdził pogodnie otwierając przed Mervi drzwi do swego gabinetu - wolę tak niż kogoś, kto będzie się za bardzo wtrącał.

                              Technokratka weszła do środka, kierując się na standardowe miejsce, jakie zajmowała podczas ich rozmów.

                              - Alison przekazywała ciekawe rzeczy w nieciekawy sposób... ale można z tego wyciągnąć coś dla siebie. Trzeba się przyzwyczaić. Na solo jest inna.
                              - Jaka - Alan usiadł w fotelu przy biurku - poza chytrością?
                              - Jest świetnym nauczycielem. - spojrzała na Alana - Masz z nią problem, prawda?
                              - Nie, doceniam jej spryt - Alan powiedział naturalnie - po prostu jestem ostrożny. Jak ci się ostatnio pracowało?

                              Merv posmutniała.

                              - Franklin na jedną akcję zwiększył mi uprawnienia. Mówił, że dobrze zrobilam. - słowa nie były kompatybilne z twarzą.
                              - To rutynowa procedura - Alan uspokoił finkę.
                              - Wiem... - odparła i zamilkła.

                              Alan gestem zachęcił Mervi do dalszego mówienia.
                              Finka Utkwiła wzrok w kolanach.

                              - Nie wiem czy jestem na te akcje gotowa...
                              - Dlaczego tak uważasz?
                              - Widzialam zdrajcę... Był... Dziwny. Poinformowałam o nim i jego znajomych, więc mu przerwano... Ale ciągle nie mogę o tych młodych zapomnieć.... Oni też byli terrorystami?
                              - Może - Alan zaczął powoli - może byli niebezpieczni w inny sposób, a może po przesłuchaniu wrócą do siebie. Fundament Unii to zaufanie, Mervi. Ufasz nam?
                              - Ufam... - zamknęła oczy - Teraz tylko... Boję się. Wiedza... Musi być limitowana... - wzięła głęboki oddech - Boję się podejmować decyzje...
                              - Na swoim poziomie nie powinnaś być do nich zmuszana - Alan powiedział ciepło - ktoś próbował na tobie to wymusić?
                              - Nie... Sama poinformowałam Franklina, że jest obok samochód, z ludźmi, co chcą odbić tych młodych... To miało pomóc w akcji, tylko... - westchnęła - Czy na pewno wszystko dobrze poszło? Mam taki ciężar w żołądku, nie wiem czemu... Jakbym zawiniła czemuś...
                              - Postępowałaś zgodnie z procedurami.
                              - Ale czy moja decyzja do czegoś doprowadziła, z czego powinnam czuć się źle?
                              - Nie - Alan powiedział spokojnie lecz stanowczo, pokazując swoje przekonanie - o to dbają procedury, są one ponad nami. Gdy my możemy się mylić, one nie będą.

                              Mervi powoli pokiwała głową.

                              - Dobrze... Dziękuję. - spojrzała w oczy technokraty - Czy wiesz co się stało z pojmanymi chłopcami?
                              - Nie śledzę większości spraw, Mervi. Nawet gdybym miał uprawnienia… Chyba też nie powinnaś pytać o rzeczy poza swoimi uprawnieniami, nie sądzisz?
                              - Ja... Tylko pytałam czy wiesz... - spuściła głowę - Wybacz…
                              - Nie mnie musisz przepraszać - Alan powiedział do Mervi serdecznie - po prostu zwracam ci uwagę na procedury.

                              Mężczyna pokręcił głowa z namysłem.

                              - Lepiej ja niż ktoś nieżyczliwy, co?
                              - Tak.... - westchnęła - Zapomniałam się.
                              - Przywykniesz…

                              Alan coś mówił…
                              Mervi nie słyszała. Jej uwagę zwróciły piksele na ekranie wyłączonego telewizora. Dwa uderzenia serca nim zniknęły.
                              SAMI MOŻEMY TO SPRAWDZIĆ

                              Mervi w tym momencie chciała rzucić czymś w telewizor. Co jej ZNOWU odwalało? Czemu sama siebie próbuje zachęcić do buntu?!
                              Była bliska bicia głową w stolik.

                              - Pójdę już... - odezwała się do Alana przepraszająco.
                              - Dlaczego… wszystko w porządku Mervi? - Alan wstał do niej - dać ci wody? Słabo ci?
                              - Może trochę wody... Chyba... Czasem sobie nie radzę tak dobrze... Głupie myśli, których nie chce.

                              Alan nalał Mervi wody do szklanki z wazonu w swoim gabinecie. Zamyślił się, przysunął swoje krzesło na wprost Mervi, pochylając się do przodu, łokcie na kolanach, dłonie splecione. Był zatroskany.

                              - Bardzo nie chciałbym ci zwiększać dawki środków, nie taki jest cel naszej pracy. Rozumiesz dlaczego?
                              - Żeby pokazać, że to może wyrwać osobę z tego stanu? - szepnęła i zaczęła pić.
                              - Aby nie robić tu z ludzi naszprycowanych chemią botów. Na dłuższą metę to nie rozwiązuje jakichkolwiek problemów.
                              - Próbuję... Nie chcę tych myśli, ale nie wiem jak walczyć. - patrzyła błagalnie - Pomóż mi, jak mam to zmienić…
                              - Miałaś ostatnio sny?

                              Finka spuściła głowę.

                              - Tak…
                              - Słucham - Alan zachęcił Mervi łagodnie.

                              Mervi wyraźnie się wstydziła.

                              - Jakiś czas temu... bardzo chciałam sen... - głos się jej zalamał - Tamtej nocy nie wzięłam leku.... i sen przyszedł... Chciałam znowu poczuć się tak, jak wtedy... Przy Profesorze... - pokręciła głową - To była pułapka. Nie było w tym nic miłego. Tylko ból. Ciągła pętla tej samej śmierci... - zakryła oczy dłońmi - Wróciłam od razu do leków po tym…
                              - A ty co robiłaś w tej sytuacji?
                              - Nie chciałam by Skaldespillar mnie znowu zostawił, próbowałam jakoś śmierć odsunąć... ale nie dało się. Ginął zawsze lub ja z nim. Jakby nie chciał żyć!
                              - Tylko uciekaliście? On cię chronił, jak wtedy?
                              - Najpierw chciałam go przekonać, by uciekał. Później zwróciłam uwagę agentów i zginęłam. W ucieczce... Też bez sensu. Zawsze umierał.
                              - Może twoja podświadomość sugeruje ci, że to ty przed czymś uciekasz, ale wiesz, że to bezowocne jest?
                              - Przed czym? - jęknęła przez powstrzymywane łzy.
                              - Ja tego nie wiem… To wiesz tylko ty, ale jeszcze sobie tego nie uświadomiłaś. Cieszę się, że rozmawiamy, ale muszę cię ostrzec. Nie dziel się z innymi swoim bogatym życiem sennym. To jest samo w sobie podejrzane, a jeśli powiesz, że śnił ci się dewiant... Rozumiesz mnie Mervi?
                              - To tylko sen... - szepnęła.
                              - W którym śniłaś o dewiancie, ja to rozumiem. To tobą wstrząsnęło. Nasz eidolon szuka różnych wzorców, których może użyć, nawet jeśli nie są akceptowalne społecznie. Nie wszyscy to rozumieją. Dobrze Mervi? - zapytał twardo.

                              Dziewczyna pokiwała głową.

                              - Czyli mogą myśleć, że sama tego chcę?
                              - Tak, głupi, twardogłowy beton. Nie przejmuj się nimi, ale po prostu uważaj. Jeszcze coś… Mam prośbę. Byłabyś coś w stanie dla mnie zrobić?
                              - A co takiego? - spojrzała uważnie.
                              - Nie wiem, czy to najlepszy pomysł, jak nie dasz rady, to nie wahaj się powiedzieć… Chodzi o Roberta. Chłopak ma teraz gorszy okres, potrzebuje w kimś oparcia. Mnie nie ufa do końca. Postaraj się być mu trochę podporą, jeśli dasz radę - Alan powiedział łagodnie, a Mervi ogarnął najpierw spokój, a potem strach, ten strach ze snu.

                              “Przed czym uciekasz?”

                              - Zrobię co będę mogła. - obiecała - Co go tak mocno uderzyło? Coś co ostatnio robił?
                              - Jak będzie chciał, to sam ci powie. Nie powinienem rozpowiadać, mam nadzieję, że rozumiesz.
                              - Dobrze. - potwierdziła.


                              Po wyjściu z pogadanki u Alana, Merv skierowała się odszukać Roberta, aby... w sumie nie wiedziała jak może pomóc, jednak to zamierzała ogarniać w trakcie. Niestety, poszukiwanie ludzi w konstrukcie Unii nie należało do najprostszych zadań. Mervi wpadła raz na duet facetów w czerni, raz na cyborga… Koniec końców znalazła Roberta idącego korytarze. Gdzieś się śpieszył.
                              Dużo nie myśląc podbiegła do niego, aby zrównać z nim chód.

                              - Gdzie uciekasz? - zapytała na powitanie.

                              Robert prawie podskoczył. To przekonało Mervi, że jego nerwy nie są w najlepszym stanie. Szybko odzyskał rezon.

                              - Powiem ci, a potem będziesz wiedziała gdzie mnie ścigać - zażartował.
                              - Nie lubisz jak kobieta cię ściga, co? A może wolałbyś mężczyznę? - też zażartowała, nie opuszczając Roberta.
                              - Naczytasz się lub naoglądasz tej azjatyckiej kultury, a potem takie teksty do mnie, no nieładnie - powiedział z chytrym uśmiechem nawiązując do ostatniej frazy w wypowiedzi Mervi - mam jeszcze dwa szkolenia dziś.
                              - A nie podoba się? - zapytała rozbawiona - I czyżbyś miał te szkolenia z azjatyckiej kultury, co?
                              - Nie, z zabezpieczeń systemów - stwierdził ze zbolałą miną - to jakby kazać słuchać włamywaczowi jakie wkładki do zamków są cool.
                              - Miałeś mi powiedzieć, co się z tobą działo.
                              - Trudne czasy - Robert powiedział dziwnie spokojnie - może jutro u mnie, po południu? Czy może u ciebie?
                              - U ciebie. - zadecydowała - U mnie jest... no... nudno w sumie. U ciebie porozrzucane wszystko.
                              - Nudno bo mnie tam nie ma - stwierdził mrugając - to do jutra, daj mi potem znać o której godzinie. Jutro mam znowu grubszą robotę tutaj - stwierdził kwaśno - spadam na kolejne szkolenie… Nie ma to jak dostać je za karę.
                              - To jutro ja nie będę karą, tylko nagrodą. - stwierdziła słodko.

                              Robert spojrzał na nią podnosząc jedną brew w górę.

                              - Alison dolała ci czegoś do kawy, nie?
                              - Shush, do jutra, sempai!

                              Robert pokręcił głową mając przez moment - co tu właściwie się stało. Natomiast Mervi… poczuła w sercu jakiś spokój. Znowu dostrzegła kątem oka piksele, złamania obrazu, ale na ten moment się ich nie bała. Nie były groźne. Były po prostu jak ona.
                              A potem przypomniała sobie, że to nie ma znaczenia. Wszak takie zachowanie oznaczało odbieganie od linii bazowej. Ciekawe jak to robiła Alison?


                              W mieszkaniu Roberta panował większy porządek niż ostatnim razem, chociaż trudno było nazwać było porządkiem, raczej formą pośrednią pomiędzy trzymanym w kontroli bałaganem a pełzaəacym chaosem miejsca którym się żyje.
                              Na wejściu Mervi uderzył zapach jedzenia. Umawianie się na porę obiadową z Robertem miało zalety, a w tej chwili zaletą były domowe burgery którymi technokrata zajął się w pierwszej kolejności zamiast rozmową z Mervi. Wyglądał jednak na podniesionego na duchu ze względu na jej obecność.

                              - Ostatnie szkolenie prowadził Iterator, brrr – powiedział do technokratki znad patelni – wyglądał jakby wyłączyli mu moduł detekcji sarkazmu ale za jego miejsce włożyli dwa używania. Kompletnie nie rozumiał niuansów tego, co do niego się mówiło. Ale jak coś powiedział, to można było się poskładać...

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ZellZ Niedostępny
                                ZellZ Niedostępny
                                Zell
                                Moderator Obsługa
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                #21

                                - Jakie niuanse były? - oparła twarz na dłoniach, zadowolona, że jej obecność komuś pomaga, choć tego nie rozumiała - Czy mamy się spodziewać wezwania cię na dywanik za nie?
                                - Ja już byłem na dywaniku - Robert przerzucił kotlety na drugą stronę - przez to dostałem…. Dodatkowe obowiązki i szkolenia.
                                - Opowiadaj co robiłeś, jak cię nie było. - zapytała ciekawsko.
                                - Nie ma co gadać - stwierdził z nagłym chłodem - zaraz będzie jedzenie, bułki nagrzane - dodał po chwili - chcesz też pomidora do środa czy uważasz to za herezję?
                                - Czemu miałabym uważać? To żywy ketchup. Chcę.
                                - Europejczycy mają dziwne zwyczaje żywieniowe, a ci z północy to już całkiem - Robert mruknął przygotowując jedzenie.

                                Po kilku chwilach wrócił do Mervi z dwoma talerzami, na każdym po solidnym dużym burgerze. Mervi przez chwilę zastanawiała się, czy da radę zgnieść tego giganta rękami aby go ugryźć. Robert usiadł obok i… nie czekając na nią, wgryzł się w swoją bułkę. Chyba był głodny.
                                Finka usilnie próbowała jeść z godnością, czyli ciężko szło.

                                - Głodzili cię? - zaśmiała się lekko - Z Alisson byś się zgrał.
                                - Ty mnie głodziłaś, czekałem z obiadem aż przyjedziesz - stwierdził szczerze i żartobliwie - działo się coś fascynującego ostatnio?
                                - Na jedną akcję uprawnienia mi zwiększono i poszło świetnie! - wyraźnie była dumna - I widziałam dewianta. Zdrajcę w koronie z cewek. Dureń.
                                - Zastrzelili ich czy pojmali?
                                - Nie zobaczyłam co się stało po moim zgłoszeniu, że czają się i kombinują coś przy naszej akcji. - wyjaśniła.
                                - Normalka - wzruszył ramionami.
                                - Często na takich trafiamy? - zapytała i dalej mocowała się z jedzeniem.
                                - Zdecydowanie zbyt często - Robert stwierdził myśląc o czymś - nie rozumieją, że nie muszą z nami walczyć.
                                - Ten wyglądał na obłąkanego. - skrzywiła się - Nie dziwię się, że ci Synowie Eteru nie pasowali... - pokręciła głową.

                                - Wiesz jak wkurzyć pion rozwoju? - zapytał zaczepnie.
                                - Ty na pewno wiesz. - połknęła ostatni kawałek.
                                - Tak… Pokazujesz im dane z akcji z jakimś Synem Eteru. Wskazujesz na jakieś urządzenie, pytasz czy mogliby powtórzyć jego działanie. Cholera ich bierze, bo zwykle nie mogą sobie odpuścić próby. Czasem im się udaje, a czasem po miesiącach ogarniają, że wynalazek korzystał z załamania przyczynowości i pół ekipy badawczej musi przejść kwarantannę - mrugnął.
                                - Nie mów, że tak zrobiłeś kiedyś!
                                - Jeszcze nie, za wysokie progi na moje nogi. Mój patron lubował się w tym. Szczególnie jak dyrektor rozwoju miał z nim na pieńku, to mu tak paraliżował zespoły. To się nazywa polityka. Osobiście zorganizowałbym pracę grup badawczych, aby nie była na to podatna.
                                - Okropne działanie. To działanie na szkodę Unii, tak intencjonalnie! - obruszyła się.
                                - Czasem trzeba w taki sposób kogoś kopnąć, aby przeprowadził odpowiednie reformy. Unia ma problem z ciągłym doskonale… Nieważne - dojadł burgera i zamilkł.

                                Mervi odstawiła talerz na stół i przysunęła się bliżej Roberta.

                                - Ty się czegoś boisz?
                                - Nie, przypominam sobie zalecenia. Nie będę ci gadał, jak nie wiesz to nie musisz kłamać, że o tym nie wiesz. Poprzestańmy na tym, że dostałem pewne wskazówki na temat zachowania, które jakoś muszę wypełnić.
                                - Dzięki za troskę. - mruknęła - Dziś jak cię zobaczyłam... zaniepokoiłeś mnie. Teraz to tym bardziej niepokoję się o ciebie, skoro jakieś tajemnice w sobie dusisz.
                                - Dostaniesz O4 czy tam O5, nie wiem od kiedy jest nielimitowany dostęp do akt prywatnych, to pogadamy - mrugnął - przecież żyjemy w hierarchii tajemnic.
                                - A co, ty takie masz? - fuknęła.
                                - Nie, ale do swoich akt mam dostęp, jak ty do swoich - mruknął rozbawiony gniewem Mervi.
                                - Lubisz drażnić, co? - skrzyżowała ręce.
                                - Gdybyś nie lubiła być drażniona, nie przychodziłabyś tutaj. Albo przychodzisz na jedzenie…
                                - Albo bo cię lubię? - rzuciła.
                                - Czyli lubisz jedzenie - mrugnął.

                                Uderzyła lekko Roberta w klatkę

                                - Ciebie. Takie dziwne, że mogę? Czy jestem za nudna, by umieć? 6
                                - To był żart - powiedział z krzywym uśmiechem - na pewno za nudna, aby złapać żarty.
                                - Nie jestem nudna! - obruszyła się.
                                - Tak? To uargumentuj, ja pozmywam talerze…

                                - Grałam w grę! Rysuję! Znam matematykę i informatykę! - fuknęła.
                                - Grałaś w jedną grę - Robert stwierdził rozbawiony - a matma i infa to nudziarstwo. Nikt ci nigdy nie powiedział tego w szkole?

                                Zamyślił się.

                                - No tak, wciąż zapominam, że studiujesz architekturę. Kompletnie nie rozumiem czemu nasi wysłali kogoś o twoich predyspozycjach na to. Rysujesz coś fajnego?

                                Zaciekawiła go.

                                - Architekturę...? - zawstydzenie... Nawet nie wiedziała czemu.
                                - I nie pochwalisz się?
                                - A... chciałbyś?
                                - Za dużo wyboru nie mam - mruknął dwuznacznie.
                                - Możesz nie chcieć.

                                Robert westchnął patrząc na Mevi z politowaniem.

                                - Czasem jesteś gorsza w ludzi niż Iteratorzy.
                                - Czemu tak mówisz? - spochmurniała.
                                - Bo nie rozumiesz… - Robert pokręcił głową - to co, pokazujesz?
                                - Nie noszę prac ze sobą... Mam w domu.
                                - No to kiedyś pamiętaj aby się nimi pochwalić - stwierdził szczerze - może następnym razem ty coś ugotujesz.
                                - To ty serio chcesz mnie częściej widzieć! - Mervi wyraźnie, szczerze była szczęśliwa z tego powodu.

                                - Albo chcę coś zjeść. Umiesz gotować? - zapytał sceptycznie.
                                - Dla siebie na pewno... tylko głównie jadam sałatki i ryby. - patrzyła trochę w zamyśleniu.
                                - Przeżyję i rybę, byleby nie była kiszona…
                                - A może być z wódką? - zapytała naturalnie.
                                - Przyniosę wino, bo ty dziś zapomniałaś - mrugnął.
                                - Więc... Żebym była gotowa... - chrząknęła - To... przed jedzeniem się całujemy?
                                - Naprawdę nie umiesz w ludzi - uśmiechnął się do niej i włączył konsolę - gramy?
                                - Tak, tylko... - wyglądała na zdezorientowaną - Chyba to by było spodziewane?
                                - Była jeszcze opcja, że mnie tu zgwałcisz…

                                Dalszy ciąg tego spotkania nie sprowadził się może do gwałtu na Robercie, ale Mervi z lubością podjęła tematy technicznie, choć przejście do sprawy Oświeconej Nauki, jakiej dziedziny mogli wybrać za te dodatkowe fundusze...
                                Mervi wyraźnie była niezdrowo zafiksowana na naukach temporalnych ("przydadzą się na akcjach!") oraz poznaniu teorii prawdopodobieństwa. Czasoprzestrzeń była jak afrodyzjak...
                                I rozbudzał ten temat bardziej ekspresyjną naturę technokratki. Główny wspólny grunt znaleźli w bazie probabilistyki. To, wraz z memetyką, był konik Roberta. Na swój sposób wydawało się to oczywiste, człowiek lubujący się w szukaniu dziury w całym, luk w zabezpieczeniach, niedoskonałościach systemów musiał lubować się w entropii. Przez moment Mervi spojrzała na technokratę opowiadającego jej o swych pomysłach - w przerwach pomiędzy kolejnym wygranym wyścigiem na konsoli - jak na kogoś naprawdę wartościowego dla Unii. Kogoś kto nie powie co poprawić, ale dokładnie wskaże co jest do bani, produkując obszerne listy priorytetów do poprawy organizacji. Widziała pasję w jego oczach. Szkoda, że więziła go w organizacji.
                                Gdy zbierała się do wyjścia, Robert nagle, niespodziewanie rozczochrał jej włosy na czubku głowy. Uśmiechnął się lekko.

                                - Dzięki Mervi… chyba tego trzeba było mi dziś. Kogoś kto jest - powiedział cicho, jakby mówienie o swoich odczuciach sprawiało mu problem.
                                - Cieszę się, że mogłam... być. - dziewczyna uśmiechnęła się z prawdziwą radością - Czujesz się... lepiej?

                                Robert kiwnął głową. Chyba nie chciał za bardzo się uzewnętrzniać.

                                - Więc... Miło było. - wyraźnie się wahała, aby w końcu złożyć Robertowi krótki pocałunek na policzku - Widzimy się w pracy.

                                Mervi siedziała przed ekranem komputera w wynajmowanym mieszkaniu, kończąc kolejny projekt na studia. Najchętniej położyłaby się spać, była zmęczona, z każdą minutą walcząc z ciężko opadającymi powiekami. Nieomylny harmonogram wskazywał jeszcze ponad pół godziny do pory snu. Wiedziała, że to skutek jej poczynań, ostatnio częściej go naginała, co powodowało rosnący deficyt czasowy.

                                Może powinna z niego całkowicie zrezygnować, jak większość innych członków Unii? Nie, to był zły pomysł, potrzebuje tego, potrzebuje…
                                Potrzebuje... tylko czemu to takie ciężkie?

                                Ekran zamigał na kolorowo. Chyba się jej wydawało, odrzuciła myśl o kolejnej psychozie. Miała pigułki, ostatnio nie było tak źle. Było dobrze. Nadzorowała akcje, dostała uprawnienia O2. Robiła dużo, naprawdę dobrej roboty. Spotykała się z Robertem, byli parą… Unia dawała milczące przyzwolenie na takie relacje, a przynajmniej taką politykę stosował NWO.
                                Jest dobrze Mervi, po co o tym myśleć – bezgłośnie powtórzyła pod nosem patrząc na coraz bardziej rozświetlony kolorowymi pikselami ekran.

                                Nie poprawiaj tego, co działa.

                                Nie chciała wracać do tego co się nie udało. Do akcji, po których rozmawiała z Alanem, o wątpliwościach, o tłumionej ciekawości. Nie chciała wracać do tego, że Unia blokowała jej dostęp do większej liczby danych na temat technologii komunikacyjnych jako nieodpowiednich dla jej ścieżki rozwoju. Przecież musieli mieć rację...

                                Komputer się nie myli.
                                Nie myli.
                                Nigdy.

                                Nie chciała myśleć o tym, że przez pigułki nie mogła kompletnie przeskoczyć na wyższy poziom w oświeconej nauce. Czytała artykuły o wyzwaniach podświadomości, dostępie do większej liczy nieświadomych mocy obliczeniowych genialnego intelektu… Tylko jak miała dogadać się ze swoją podświadomością gdy musiała ją tłumić? Geniusz nie chciał z nią współpracować, więc nie było zdziwienia, iż działało to i w drugą stronę. Był niepoważny, nieokiełznany, dążący do chaosu, a w tym dalej - do zniszczenia. Nie była taka, nie chciała niszczyć... Jak zmusić podświadomość do stania w szeregu i nieprzeszkadzania w rozwoju? Wielu innych technokratów potrafiło rozwijać się. Co z nią było nie tak?

                                Wreszcie Robert. Lubiła go, może nawet więcej. I bała się o niego. Nie powiedział jej tego wprost, ale zasugerował, że ma podobne problemy z Geniuszem co Mervi. Tylko, że Robert się temu poddawał. Dzięki temu był lepszy w oświeconej nauce, to było niezaprzeczalne, ale w ciągu tego roku jeszcze dwa razy napytał sobie problemów. W innych okolicznościach byłby cenny dla Unii. Widział problemy, widział, co trzeba naprawić, testował tryby Maszyny nie z zawiści, lecz miłości do organizacji.
                                I każde takie działanie było jak uderzenie o beton. Raz wrócił pobity, podobno napadnięto go, a Adam osobiście załatwił o przykładne ukaranie niechcianego elementu z mas. Mervi w to nie wierzyła.
                                Według niej, Robert nie powinien tak bardzo stawać na przekór prądowi Unii, nawet jeżeli z troski. Musiał przystopować, nie iść za śpiewem podświadomej myśli, która wyraźnie nie rozumiała świata, nie stała w szeregu. Bunt to nie była droga!

                                Ekran wciąż migotał barwami.

                                Zmęczona prychnęła na barwy. Nie miała sił i ochoty z tym walczyć...
                                Wyłączyła ekran z zasilania. Kolorowe, zepsute piksele pozostały na nim, patrząc jakby oskarżycielsko.

                                - Uparte, cholerne.... Naucz się dyscypliny! - pociągnęła koc z łóżka i narzuciła go na ekran, zakrywając go całkowicie.

                                Kiedy chciała nastawić budzik na telefonie, zauważyła też na jego ekranie kolorowe piksele.

                                "Wsadź sobie te piksele! Czego ty w ogóle chcesz?" padła na łóżko zakrywając twarz rękoma. "Zmusić mnie do brania kolejnej dawki?" . Co ona robi... co to za szaleństwo?

                                Telefon zabrzęczał. SMS od numeru… którego nie mogła rozczytać, wszystko przysłaniały piksele. Tekst był prosty.

                                Jesteś Mervi czy grasz Mervi? Spójrz na siebie w lustro, w to, w co nas ubrali, robiąc rzeczy, które nam kazali i powiedz, że to jesteś ty. Niech ci to przejdzie przez usta. Powiedz, że nie chcesz więcej. Powiedz, że nie chcesz wcale czynić swej woli.

                                " To JEST moja wola! Co ze mną jest nie tak?!" Mervi nie mogła sobie tego ułożyć. Podświadomość... To jakieś halucynacje!

                                Tekst na ekranie telefonu się zmienił.

                                Tak jak twoją wolą było nie wiedzieć co z tamtymi braćmi. Jak twoją wolą jest nie uczyć się dalej manipulacji przestrzenią. Jak twoją wolą jest harmonogram. Jesteś w stanie to powiedzieć na głos?

                                "To TWOJA wina!" Mervi złapała się za głowę "To twoja wina, nie moja, twoja!"

                                Było cicho, ale kolory rozlały się na ściany. Kuchenka mikrofalowa zaczęła wariować, telewizor począł włączać się i wyłączać. Strzeliły żarówki. Mervi widziała teraz na ścianach neonowy napis.

                                Jesteś stworzona do większych rzeczy.

                                W tym momencie Mervi po prostu się rozpłakała.

                                "Nie chcę tych myśli, wielu ma normalny stan, nie chcę, bądź normalny!" .

                                Litery bezlitośnie patrzyły na nią. Okna w mieszkaniu pękły. Ściany… Przewody w nich, zwarcia.
                                Mervi obudziła się z odciśniętą na twarzy klawiaturą.

                                Finka była roztrzęsiona. Drżała, serce jej waliło ze stresu. Nie rozumiała czemu sobie sama to robi.

                                - Pierwszy raz jestem szczęśliwa.... - powtarzała sobie z wyraźnym wyrzutem.

                                Chciała wiedzieć co z tymi chłopcami! Wiedziała, że wystarczy odpowiednie uprawnienie... ale czemu nie czekać? Bała się, że jej bunt odbiłby się na Robercie czy leczeniu ojca. Bunt dla buntu?

                                Zakryła oczy dłońmi, płacząc cichutko. Była szczęśliwa, wreszcie szczęśliwa... A Geniusz chciał to szczęście zniszczyć...
                                Naciskał to, co boli... Chciał by zareagowała... krzywdząc ją tym.

                                Może z nowymi uprawnieniami się uspokoi? Spojrzała na ekran. Nie był wyłączony, to działo się w śnie. Teraz definitywnie nie spała. Ciekawość, co z chłopakami… Wyżerała ją w środku. Znowu poczuła aktywność Geniusza, lecz tym razem ta była przystępniejsza… I się jej podobała.
                                Patrzyła w ekran i wiedziała, że gdyby faktycznie chciała wiedzieć, co z nimi, mogłaby to zrobić. I nikt by jej nie wykrył. Nie wiedziała skąd ta pewność wynikała, jakby ze środka.
                                Z podświadomości.

                                Intuicja nie istniała, nie mogła! Rozum nie chciał pozwolić..
                                A jeżeli naprawdę nic się nie stanie...?

                                Chodziła po pokoju walcząć ze swoimi myślami... Spróbować?
                                Co mi szkodzi…

                                Alisson sądziła, że intuicja jednak istnieje, jako nieświadomy komputer... to czemu zaprzeczali temu inni?
                                Cholera by to... Zaryzykujmy. Wejście do systemu z wyższymi uprawnieniami niż się posiadało było niemal niemożliwe pracując z zewnątrz. Jednak gdy już się było technokratą, o uprawnieniach O2, pewne sprawy stawały się łatwiejsze…
                                …szczególnie gdy nie działało się samemu. Mervi czuła ciarki gdy rozwiązywała na poczekaniu kolejny problem tak naprawdę psując kolejną warstwę zabezpieczeń, byleby tylko dorwać się do smakowitego kąską. Sama pogoń za króliczkiem stała się niemal narkotycznym doznaniem.
                                Po pierwszy od dawna czuła się też jednością. Jej wspaniały, przebudzony umysł pracował w pełni, świadomość i podświadomość działały synchronicznie. Tam gdzie wyłącznie chłodna, czysto rozumowa analiza nie dawała rady, w pierwszej kolejności sprawiała to, co sugerował jej Eliodion, a ten za pierwszym, czasem drugim razem trafiał w cel. To był chyba jej pełen potencjał? Nawet trochę się siebie sama bała.
                                Minęły dwie godziny, po których ściągnęła akta pracy.

                                Na początek wyglądały normalnie. Po wstępnej ewaluacji oceniono ich nisko. Starszy był zwykłym członkiem mas, młodszy posiadał Geniusza. Ze względu na wiek, testy inteligencji oraz ogólne cechy charakterologiczne uznano młodszego za niezdolnego do typowej służby w przyszłości, a co za tym idzie odmówiono im typowego szkolenia. Pierwszy dokument kończył się złowieszczym skierowaniem do niższego personelu technicznego obu braci pod nadzorem Iteracji X.
                                Kolejne serie dokumentów sprawiały, że Mervi pojawiły się na plecach ciarki. Każdy był podpisany kodem lokalizacyjnym MECHA. Zawierały głównie serię kolejnych modyfikacji którymi poddano braci. Te na starszym przypominały bardziej eksperymenty niż coś, co miało mu pomóc. Stracił dwie ręce, wątrobę, połowę mózgu, oko… wszystko na rzecz eksperymentalnych implantów. Młodszy dostawał sprawdzone technologie mające hamować jego wrodzoną kłopotliwość. Podprzysadkowy dozownik środków uspokajających, korowy modyfikator wspomnień którego pierwszym zadaniem było wykasowanie wspomniweń o bracie i rodzicach, z czego tylko to drugie udało się całkowicie. Usunięto łódemu jedną rękę jako zbyt uszkodzoną podczas kolejnego starcia z robotyczną ochroną.
                                Oboje pracowali na nieskończonych liniach produkcyjnych MECHA.
                                Ostatni dokument opisywał wykreślenie obydwu braci ze stanu osobowego konstruktu. Nie obyło się to przez terminację. Porwano ich. Patrzyła na opis incydentu.
                                Jeden dewiant dał się złapać. Został zakwalifikowany do utylizacji w MECHA, jako zneutralizowany - to jest bezpieczny do dalszego przetworzenia. Udawał, zszedł do piekła aby odzyska swojego ucznia.
                                A potem porwał też braci, kilku innych pracowników niższego szczebla oraz obiekty eksperymentalne.
                                Dwa miesiące temu. Od tamtej pory teoretyzuje się, że chłopcy zostali dewiantami i przebywają w ich kryjówkach. Mervi spojrzała z ciekawością kto stał za akcją.
                                Odys zwany Żelaznym. Dewiant o klasie zagrożenia osiem. Zrewidowano protokoły postępowania. Nie próbować pochwycić go żywcem.

                                Nie, to nie mogło być tak!

                                Mervi miała problem z pojęciem tych informacji. To nie mogło tak wyglądać, Unia musiała mieć swoje powody! Dobre powody! Ona po prostu tego nie rozumiała!
                                Kierowana roztrzęsieniem, zaczęła szukać danych o tym Odysie. To było jednak zbyt dużo na jej nerwy, nie dała radę wejść głębiej. Musiało jej zostać to co było dostępne w typowych aktach. Dewiant, szaleniec, terrorysta, seryjny morderca. Dewiant masowego rażenia. Absolutny zakaz rozmów z nim i kontaktu. Nie wchodzić w układy, nie wchodzić w dyskusję, wycofać się i powiadomić przełożonych. W przypadku dłużej rozmowy zalecana była dodatkowa ewaluacja psychologiczna. Odys stanowił wysokie zagrożenie poznawcze o silnym wpływie mimetycznym, a zaatakowany bronił się zawsze wystarczającymi środkami. Brzmiało to coś jak dewianty robiący pranie mózgu.
                                Mervi przerwała połączenie i oddychając głęboko próbowała się wyciszyć jak Alan ją uczył. Zapomnieć, nie rozważać. Czemu to zrobiła? Czemu chciała wiedzieć?
                                Położyła się na łóżku, płacząc w poduszkę. Nie powinna... narażała się tylko na cierpienie.

                                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • JhnWJ Online
                                  JhnWJ Online
                                  JhnW
                                  Administrator Obsługa Developer
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #22

                                  [justuj] Kolejna, bolesna odmowa. Ścieka rozwoju Mervi wedle Unii nie przewidywała nauki o czasoprzestrzeni. Dostępne dla niej na zawsze miały być tylko zakresy operujące na big data. Mogła na szczęście dzielić się swoją zgryzodą z Robertem, któremu odmawiano zaawansowanej probabilistyki. Entropia od zawsze była traktowana nieufnie w Unii.

                                  - Ech, byłbym ich najlepszym pentesterem – westchnął Robert rozsiadając się wygodniej na kanapie u Mervi – masz jakieś plany co z tym zrobić?
                                  - Nie masz nikogo, kto by mógł pociągnąć za sznurki tych wyżej? - przytuła głowę do ramienia Roberta, wyraźnie zasmucona.
                                  - Alan nie da rady, Adam mółby wydać opinie, że jest mu to potrzebne w zespole. Próbowałem, nic z tego. Ty byś jeszcze mogła znaleźć sobie patrona, nie sądzisz?
                                  - Uhm.... Jak? Nakleić na tablicy ogłoszenie? - zażartowała.
                                  - No tak, nie umiesz w ludzi… Trzeba popytać, rozpuścić plotki. Może Alex ci pomoże albo Franklin? Ja raczej nie mam wtyk. Wydaje się, że to byłaby też dla ciebie dobra trampolina, aby wyjść z naszej jednostki…
                                  - Już masz mnie dosyć, co? - spojrzała Robertowi w oczy, z rozbawieniem.
                                  - Nie - Robert pogłaskał Mervi po głowie - właśnie dlatego, że mi na tobie zależy, nie chcę abyś gniła w jednostce dziwaków…
                                  - Ja zmienię jednostkę, jak ty zmienisz. - odparła pewnie.
                                  - Dobrze wiesz, że mam zrąbaną opinię, nikt mnie nie weźmie.
                                  - Więc pognijemy tu razem. - przytuliła się mocniej - Nie opuszczam, jak mi zależy.
                                  - Ech - westchnął - zastanów się. Z przyjemniejszych tematów, jak tam twoje plany na następną aukcje?
                                  - A nie masz ty za małych uprawnień dla takiej wiedzy? - położyła palec wskazujący na nosie Roberta - Supportować będę. Udowodnię, że gdyby moja ścieżka rozwoju zawierała w sobie elementy czasoprzestrzeni, to bym była w wykonywaniu zadań bardziej efektywna. - założyła ręce - Mam zamiar upewnić się, że całość przebiegnie gładko bez problemu dla naszych. - spojrzała w dłonie - Że ten dewiant nie będzie problemem...

                                  A może i będzie? Jeżeli byłby wyraźnym zagrożeniem... Jeżeli tamte dzieciaki by były widocznie…

                                  - Zespół gada - Robert stwierdził - ja ostatnio ciągle dostaję tylko robotę w prowokacjach. Może widziałaś, zniszczyliśmy sympatyka dewiantów, koleś się nie wygrzebie. Molestowanie, narkotyki i udział w zabójstwie. Majstersztyk.
                                  - Mam nadzieję, że lepiej to opracowałeś niż mnie chciano wrobić w human trafficing do burdeli.
                                  - Lepiej - Robert na chwilę zamilkł po czym po prostu ucałował Mervi.


                                  Starała się zostawiać prywatne sprawy poza pracą, uczucia do Roberta nie mieszać z obowiązkami. Czasem było trudno, ale na tym to polegało. Wiedziała jakimi komentarzami ojciec by ją obdarzył. Stary, a niepoważny!

                                  Była w pokoju przed Alexem. Usiadła na swoim miejscu, sprawdzając podłączenie potrzebnych do akcji urządzeń. Przysunęła bliżej dokumenty zawierające detale akcji. Spodziewany jeden dewiant w otoczeniu nieznanych osób go chroniących. Możliwie młodych dewiantów?
                                  Krył się w wynajętym biurze na trzecim piętrze budynku mieszkalnego. To było problemem... szansa na niechciane komplikacje.
                                  Oficjalnie miejsce udawało siedzibę biura sztuki wyobraźni alternatywnej... cokolwiek miałoby to znaczyć. Niepokojąca była możliwość, że dewianci wykorzystali do ochrony abominacje technologii lub po prostu posiadali jakąś wiedzę o niej. Wykryto zaburzenia w odczycie danych magnetycznych i istnienie odwrotnych wektorów przestrzeni.
                                  Mervi w głębi czuła się spokojniej, gdy Geniusz nie został spacyfikowany pełną dawką leków. Mógł się dziś przydać.
                                  Mervi sama nie wiedziała czemu zaczynając operację przeszło jej przez myśl “początek nie zwiastuje katastrofy”. Chociaż… Wiedziała. Wpięta do satelitów, z dostępem do monitoringu miejskiego, kilku przejętych systemów przemysłowych. Idealne synchronizacje agentów polowych NWO, bojowego cyborga Iteracji-X oraz progenitora. Mervi dbała o czas, cyborg i agenci przerzucili podstawowe zdania na wszczepy wewnętrzne. Agent progenitorów, prawdziwy, z Geniuszem, nie mięso armatnie typu Wiktorów - miał swoje metody. Mervi czytała o tym, jego biologiczny mózg był nieco bardziej skomplikowany niż zwykły, ludzki. Nie czyniło go to inteligentniejszym, w rzeczywistości były to poprawki oraz dodatkowe elementy w najbardziej prymitywnych ośrodkach - rdzeń przedłużony, móżdżek, ośrodki hormonalne w korze. Przydatne w akcjach bojowych, kontroli czasu, snu czy fizjologii ciała. Podobno miało też cyfrowe wyjścia.
                                  Alex podczas akcji był małomówny, jak to Alex, ale za to profesjonalny. Pełnił rolę Głównego Synchronizatora, kogoś na kształt dowódcy, a jego typ działań - do którego Mervi była już przyzwyczajona - wydawał się niemal idealny. Dowódca konkretny, zdecydowany, ale też nie wywierający zbędnej presji. Wielu Technokratów wymuszało swoją postawą tuszowanie niepowodzeń przed współpracownikami. Przy Alexie człowiek instynktownie czuł, że może powiedzieć, co poszło nie tak - i razem to naprawią. O czym zresztą kiedyś się już Mervi przekonała.
                                  Czwarta godzina operacji, obszar piąty działań. Każdy z punktów był oddalony na znaczną odległość od pozostałych. Przemieszczały się. Wysoce zaawansowane prognozy dostarczone przez inną metodologię NWO jawiły się Mervi jako prosty graf zależności. Wraz z biegiem akcji wszystkie miały się zbiec w jednym miejscu. Oczywiście, cele były połączone, ale sam fakt synchronizacji operacji bez oświeconej nauki wymykał się percepcji typowych ludzi. Grali w szachy prawdopodobieństwami.

                                  - Kurwa mać - Alex cicho zaklął, coś, czego Mervi dawno nie słyszała - dasz radę to przeliczyć? W czasie rzeczywistym?

                                  Dziewczyna z racji na mniejsze doświadczenie i umiejętności, dopiero po kilku chwilach zrozumiała co się właściwie dzieje. Ktoś nie tylko wywrócił szachownicę, ale jeszcze im na nią, zapewne z nieukrywaną satysfakcją, nasrał.
                                  Dwóch agentów NWO i Cyborg mieli przechwycić cel A. Dewiant, mało doświadczony. Ta akcja wywołała reakcję łańcuchową w pozostałych obszarach działań.
                                  Cel A był wysokim, grubym mężczyzną, po czterdziestce. Łysiejący, blady przypomniał trochę akwizytora z dawnych czasów, w przydużym, wytartym garniturze. Był też członkiem pogańskich dewiantów. Ironiczne, biorąc pod uwagę ilość jego schorzeń. Mervi już zauważyła, iż ten rodzaj dewiantów rekrutował raczej ludzi zdrowych, lub chociaż próbował ich leczyć.
                                  Patrzyła na ekran zdesperowana. Dodatkowy, katastrofalny czynnik. Dziewczyna, pobieżny skan - dewiant. Nawet się z tym nie kryła, chociaż jej echo zniekształceń przyczynowości było wyjątkowo słabe - chociaż odczyty przypominały Mervi tykającą bombę. Dlaczego przeklęci Obserwatorzy jej nie zauważyli?

                                  - Nieoczekiwany czynnik, z możliwością spowodowania katastrofy. - odparła zdenerwowana - Dziewczyna. Dewiant. Niby przyczynowość prawie nie jest poruszana przez jej osobę... - przygryzła wargę - To coś jest dziwnego. Odczyty... Są niepokojące. Oczekujące? - spojrzała na monitor z obrazem - Oni.... tam coś mają. Coś niebezpiecznego, jak bomba. Nie widziałam wcześniej tego....

                                  Nie miała zamiaru przyznać, iż część słów opierała się na intuicji. Może za dużo? Ale przecież te dane...

                                  - Jak mogli ją nasi przeoczyć…
                                  - Dasz radę to ekstrapolować Mervi - Alex powtórzył prośbę - trzeba nam korekcji planów. Czas rzeczywisty. W galerii cisza, ale mam już odczyty zaburzeń przestrzennych. Głowny cel zwieje.
                                  - Dam.

                                  Mervi uparcie zaczęła wykonywać zadanie, chcąc rozpoznać w danych znane już jej patterny zachowań, najbardziej spodziewane rezultaty działań i połączone z akcjami sploty reakcji... Robert byłby w tym lepszy…
                                  Ale też nie dałby rady. Mało kto dałby radę. Zresztą, Robert był lepszy w psuciu rzeczy. Na pewno od razu zauważyłby, że zbyt sztywny plan to proszenie się o problemy, z jakimi teraz się borykają.
                                  Do pomieszczenia kontroli wszedł Adam. Bez słowa usiadł przy wolnej konsoli, uruchomił system, założył słuchawki. Po chwili usłyszeli jego głos, nadawany po wewnętrznej sieci operacji.

                                  - Przejmuję operację - po ekranie Mervi przesunęły się ciągi cyfr i liter z publicznymi kluczami Adama, potwierdzającymi jego uprawnienia - zmiana priorytetów. Za wszelką cenę pochwycić dziewczynę. Alex, pomagasz mi. Mervi, koordynuj odstrzelenie dewianta, ma nie przeszkadzać. Pomoże ci cyborg. Zaczynasz za kwadrans, na razie przygotowania.
                                  - Sugeruję ostrożne podejście do dziewczyny. Może być niebezpieczna. - odparła Mervi, podłączając się do wszczepu cyborga, jaki przyjmie klucze zabezpieczeń komunikacji.
                                  - XF-456 - usłyszała typowe powitanie cyborga w postaci jego identyfikatora - jestem w temacie - dodał.

                                  Mervi nigdy do tego się nie przyzwyczai. Cyborgi wyższej klasy - to jest po prostu ludzie których osobowość nie zostawała w sposób znaczący nadpisana - mówili specyficznym żargonem. Po tak zaawansowanych istotach spodziewałaby się więcej prostego, syntetycznego języka, a nie niemal gwary więziennej. Jednak musiała przyznać, że miało to sens. Iteracja X ceniła zwięzłość komunikacji, a jedno, dwa żargonowe słowa mogły zawierać jej naprawdę dużą dawkę upłynniające komunikację. Tłumaczyłoby to czemu tylko wyższe cyborgi tak się porozumiewają, pewnie trzeba było do tego mieszanki ludzkiego intelektu z większą mocą obliczeniową. Niższe cyborgi nie miały często tych dwóch rzeczy, a zawsze brakowało im jednej. Zapewne i tak używał tego slangu tylko do komunikacji poza Iteracją.

                                  - Ostatnia znana lokalizacja celu, znajduje się na trzecim piętrze budynku głównego kompleksu Z. - przesłała obraz mapy do wszczepu w mózgu cyborga, przyłączonego do obszaru odpowiedzialnego za wzrok - Zaznaczona jest najszybsza droga z twojej pozycji w tym momencie. Spodziewane zaburzenia w trwałości przestrzeni.

                                  Iteratorzy fascynowali Mervi. Chciała rozumieć ich działanie, a tym bardziej ich, jako osoby. Nie wszyscy przecież zostali uznani za posiadających za dużo niepotrzebnego mózgu!

                                  - Otrzymałem autoryzację użycia środków letalnych. Potrzeba osłony teleinformatycznej. Jesteście to zapewnić?
                                  - Potwierdzam. - odparła Mervi i wyciszyła mikrofon, aby zwrócić się do Adama - Będzie trzeba przygotować oddział do posprzątania w memetyce zamieszkałych w budynku Mas. Nie chcę ingerować w ich obecność teraz, aby nie zaalarmować dewiantów. Proszę o zatwierdzenie.
                                  - Po wszystkim puścimy czyścicieli - stwierdził zimno Adam nawidoczniej uważając, że teraz nie czas się tym przejmować.

                                  Mervi westchnęła w duchu.

                                  - Będziemy unikać zbytniej ingerencji na tym etapie. Kamery zdezaktywuję, utrudnię komunikację, ale reszta zostaje w gestii czyścicieli. - nadała do cyborga - Twój cel jest teraz nadrzędny.
                                  - Wdrażam procedury bojowe - cyborg powiedział powoli kierując się ku celowi licząc, że Mervi w tym czasie zajmie się swoją pracą - szacuję dużą skalę zniszczeń. Rekomenduję blokowanie translokacji dewianta. To wychodzi poza moje wyposażenie.

                                  W tym czasie Mervi rozpoczęła zakłócanie możliwej komunikacji z i do miejsca, omijając oczywiście kanały, jakimi posługiwała się Unia. Wykonywała skan przestrzeni poszukując otwartych punktów translokacyjnych wychodzących z zaburzeń wektorów przestrzennych w rzeczywistości, z których mógłby chcieć skorzystać dewiant. Ustawiła program, mający ją zaalarmować, jeżeli pojawi się anomalia trwałości przestrzeni. Skanowanie inwigilacyjne przeszukiwało natomiast okolicę aby zlokalizować cel lub możliwe inne jednoski, ustalając priorytety wedle wysyłanych sygnatur.
                                  Na bocznym monitorze wydzieliła miejsce na duplikat obrazu przesyłanego przez nerw wzrokowy iteratora do płatu potylicznego cyborga.
                                  Tak jak Mervi spodziewała się, napotkali opór. Jednak był on zdecydowanie innego rodzaju, niż oczekiwała. Oczywiście, dewiant gdy tylko zrozumiał, że mają go na celowniku, próbował sztuczek z przestrzenią - te jednak zawiodły, zgodnie z planem Mervi. Szybko zreflektował się, że nie ma co dalej próbować w tym kierunku.
                                  Zamiast tego, wszystko inne… zaczęło się sypać. Najpierw alarm pożarowy w budynku, potem zacinające się drzwi, lampa która prawie nie spadła cyborgowi na głowę. Cel miał wyjątkową orientację w terenie, pozostając zawsze co najmniej dwa zakręty i kilka ścian od cyborga.

                                  - Prowadź mnie dalej - cyborg powiedział do Mervi - sprawdzam grubość ścian. Czy wedle planu operacyjnego przebicie się jest dozwolone?

                                  Technokratka utworzyła mapę, na której oznaczyła przewody, przez jakie płynęła energia elektryczna w budynku, zaznaczając najbardziej newralgiczne punkty, które by spowodowały zwarcie podłączonych urządzeń i jednocześnie uszkodzenie ich. Owy obraz przesłała do bazy danych w mózgu cyborga, aby ten mógł go przejrzeć w odpowiednim momencie.

                                  - Musimy go dorwać. Nie ma przeszkadzać innemu zespołowi.
                                  - Rozprosz go na sygnał - cyborg polecił wciąż przedzierając się korytarzami.

                                  Spojrzała gdzie przemieszcza się dewiant i zauważyła, że najwyraźniej zamierza się dostać do wyjścia ewakuacyjnego na dachu budynku. Na szczęście wciąż był kilka pięter za nisko, ale to wymagało od nich szybszego działania.
                                  Dewiant posiadał przy sobie komórkę, co było uspokajające. Mervi przygotowała program, który miał w konkretnym momencie podłączyć się do urządzenia i odblokować Bluetootha w nim, jednocześnie wybierając numer komórki i wyświetlając jeden z kontaktów z książki adresowej, jako dzwoniącego. Nawet jeżeliby nie odebrał, to Bluetootch miał sam przesłać ten sam impuls zaburzający rozumienie przestrzeni. Niech pobłądzi.

                                  - Czekam na sygnał.
                                  - Teraz - zabrzmiało cicho i martwo.

                                  Mieli dobrą synchronizację, nawet bez procedur domen zegarowych. W tej samej chwili jak dewiant na chwilę zachwiał się, ogarniając co się właściwie z nim dzieje, trzy serie huków burzonych ścian dosięgły go. Cyborg przebijał ściany barkiem. Z prawej ręki zeszła praktycznie cała syntetyczna skóra, podobnie jak z twarzy - ale tutaj modulatory nerwowe musiały chyba działać gdyż odsłonięto kawałek prawdziwej, ludzkiej kości. Iterator skoczył na dewianta z rozpędem, przybijając go do ziemi swoim ciężarem.
                                  Potem Mervi żałowała, że nie wyłączyła podglądu. Pierwszy cios metalowej dłoni padł na twarz dewianta. Wraz z trzaskiem pękającego oczodołu, trysnęła krew, a prawe oko biedaka wyskoczyło ze swego dotyczasowego miejsca. Dewiant zdążył tylko zawyć z bólu gdy zgodnie z mechaniczną, bezlitosną precyzją po ciosie ogłuszającym, cyborg wysunął szpon ze swej drugiej dłoni - wizytówkę Iteracji X w materii broni białej - i jednym, potężnym machnięciem zanurzył je w czaszce biedaka. Odgłos pękającej czaszki mieszał się z chlapaniem krwi. Ciało ofiary jeszcze chwilę podrygiwało na skutek obszernych uszkodzeń mózgu. Cyborg nie marnując energii nie zadawał kolejnych ciosów, pozostał czujny, przytrzymując tylko swoim ciężarem cel.

                                  - Cel wyeliminowany - zaraportował.

                                  Mervi prawie nie podskoczyła gdy usłyszała za plecami chrupiący odgłos, tuż na wysokości jej ucha. Coś podrapało ją po ramieniu…
                                  …opadające włosy Alison przegryzającej ciastko owsiane która wraz z Franklinem patrzyła jej w monitor.

                                  - Cel wyeliminowany. - powtórzyła słowa cyborga przekazując do Adama, zerkając tylko na Alison spojrzeniem wyrażającym niezadowolenie z tego chrupania.
                                  - Mervi chyba też chce ciastko - Alison powiedziała poważnie do Franklina jakby była to sprawa o wiele ważniejsze od jej aktualnej misji.

                                  Mervi pokręciła głową z dezaprobatą i po prostu zignorowała kobietę.

                                  - Czy Cyborg potrzebny u was? - zapytała Adama.
                                  - Kończymy - Adam odpowiedział zajęty - jesteś wolna.
                                  - Misja zakończona. - przekazała Cyborgowi - Zgłoś się na naprawę biologiczną i mechaniczną.
                                  - Chodź na kawę - usłyszała od Franklina serdecznie polecenie.

                                  Mervi odłożyła słuchawki zakończając połączenie i wstała z siedzenia, z zaskoczeniem zauważając, iż nogi ma jak z waty. Wzięła głębszy oddech i ruszyła za Franklinem.


                                  - Dobrze sobie poradziłaś - powiedział do Mervi Franklin parząc kawę.
                                  - Dzięki. - Mervi oparła się o ścianę naprzeciw czajnika - Alison chyba bawiła się jak w kinie.

                                  Coś zatrzęsło się przed Mervi. Miseczka z ciastkami, prowadzona przed sobą przez wchodzącą do kuchni Alison. Wyciągnęła ją w stronę Mervi, częstując ją.
                                  Finka westchnęła, biorąc jedno z ciasteczek.

                                  - Będzie młyn - stwierdził Franklin. Alison patrzyła na nich w milczeniu.
                                  - O czym mówisz? - finka zapytała, powoli jedząc ciasteczko.
                                  - Adam zaszał, może liczy na awans. Na O3 powiem ci więcej - Franklin stwierdził zasadniczo - na razie możesz wiedzieć tyle, że będą kłopoty.
                                  - Przez Adama? Na nas mogą się odbić?
                                  - Będzie roboty po pachy - Franklin powiedział upijając kawy - pewnie za kilka godzin Adam zwoła cały zespół to się dowiecie. Może prędzej.
                                  - Myślisz, że Adam będzie szczęśliwy czy się przeliczył? - finka zapytała Franklina.
                                  - Ma zezwolenie Administratora - technokrata uciął krótko.
                                  - Czyli raczej nas nie zje. - lekko odparła Mervi.

                                  Alison z głośnym chrupnięciem zjadła ostatnie ciastko.

                                  - Może będę mogła przestać dostarczać mu próbki kupy - stwierdziła poważnie.

                                  Mervi przewróciła oczami.

                                  - Powinnam znaleźć sobie patrona...- spojrzała na Franklina - Mógłbyś mi doradzić, jak się za to zabiera? *
                                  - Pogadamy po tym całym młynie - Franklin odpowiedział Mervi serdecznie - czeka nas dużo pracy.


                                  Jak mówił Franklin, tak postąpił Adam. To czego nie przewidzieli, to szybkość zebrania - odbyło się dwie godziny po akcji. Na miejscu byli wszyscy, Robert który ledwo zdążył, Aleks, Franklin, Alison, a nawet Alan.
                                  Poza tym, w sali znajdowało się dwoje innych technokratów. Wysoki, łysy, kościsty i pomarszczony Iterator X o mętnych, gadzich oczach mrugający stanowczo zbyt mało, aby spoglądanie nań było komfortowe oraz zupełnie przeciętny chuderlawy, starszy jegomość w drucianych okularach oraz brązowej, eleganckiej kamizelce.
                                  Adam rozpoczął zebranie, stojąc przed nimi.

                                  - Ci, którzy nie mają dostępu do wszystkich danych, a raczej nikt z obecnych nie ma pełnego dostępu, dostali lokalne podniesienie uprawnień O4 w temacie, który będzie nas interesował - technokrata nie tracił czasu na takie detale jak przywitanie dwóch nowych osób, ich przedstawienie czy nawet bardziej łagodnego wstępu. Nie marnował na to czasu.
                                  - Za dwie godziny zaczynamy nadzwyczajną akcję ”Kalipso”. Oczekuję pełnej dyspozycyjności i zaangażowania. Mamy pełną zgodę Administratora na wszelkie niezbędne środki. Naszym celem jest doprowadzenie do fizycznej lub psychicznej anihilacji znanego dewianta przedstawiającego się jako Odys Żelazny. Macie jego akta. W tym celu pozyskaliśmy inną dewiantkę z którą jest emocjonalnie związany, obiekt K. W pierwszej kolejności stosujemy pełne procedury dezintegracji osobowości na skutek traumy udzielonej. Zapoznajcie się z planem akcji. Ataki fizyczne wchodzą w grę dopiero jako plan B, jest to bardziej ryzykowne.

                                  Mervi chyba nie do końca rozumiała co się właśnie dzieje. Oczywiście, rozumiała plan - doprowadzenie kogoś do załamania psychicznego, najpewniej przy pomocy tej drugiej dewiantki, o której będzie musiała poczytać. Standardowa technika NWO.
                                  Nie rozumiała do końca reakcji innych. Alan zakrył twarz w dłoniach, a Franklin podniósł dłoń, prosząc o głos - normalnie odezwałby się bez tego, ale wiedział jak Adam jest czuły na formalizm w obecności innych.

                                  - Słucham?
                                  - Wypisuję się - Franklin powiedział patrząc w oczy Adama.

                                  Tego się nie spodziewała... Czy Franklin spietrał?

                                  - Niedozwolone - Adam odpowiedział Franklinowi nie okazując zaskoczenia, coś tu Mervi nie pasowało - jesteście moim oddziałem, w przypadku operacji tej klasy, nie obowiązuje nas dobrowolność. Pamiętajcie jednak, że jest to ważna akcja Unii, każdy zaangażowany otrzyma stosowane awanse.
                                  - Pomożemy wam - odezwał się dziwnie ludzkim głosem Iterator - moje oddziały oraz grupy kolegi Moliera - wskazał na drugiego technokratę - również będą pracować nad całą akcją. Szanse niepowodzenia określam na 0.5%.

                                  Finka chwilę przyglądała się Franklinowi. Nie pasowało jej to zachowanie do niego... chyba, że...

                                  Przeniosła wzrok na Adama.
                                  Oni ugadali się. Zarzucono w tej sposób pęta na zespół. Kto się w takiej sytuacji by wycofał? Przecież groziłyby konsekwencje...
                                  A awanse miały nęcić.

                                  - Robert - Adam odezwał się do nich - przeprowadź analizę krytyczną procedur przechowawczych obiektu K. Alison, Franklin - przygotujcie procedury memetyczne oraz zrewidujcie plan nacisku psychologicznego. Aleks, wydaj każdemu z naszych broń, odezwij się potem do naszych przyjaciół z Iteracji.

                                  Spojrzał na Mervi.

                                  - Będziesz moim osobistym przewodnikiem, za dwie godziny mamy akcję.

                                  Alan patrzył na wszystkich, przez jeden moment, po czym ciężko wzdychnął.

                                  - Jakby ktoś potrzebował prochów, wiecie gdzie mnie znaleźć.

                                  Przy tak ważnej akcji, nie mogła zaduszać Geniusza... To by było kontrproduktywne...
                                  "Masz być spokojny, przejdziemy to i nic nie zrobimy przeciw procedurom." w myślach prosiła, nakazywała i zaklinała rzeczywistość.
                                  Spojrzała na reakcje Roberta. Ta była osobliwa… Na początku technokrata ucieszył się, aby po chwili wrócić do swej typowej, lekko zakwaszonej, a lekko ironicznej miny.
                                  Gdy wychodzili, Robert poszedł z Mervi na bok, rozmawiając.

                                  - Kurde, zajebisty sukinsyn jest z Adama - powiedział do Mervi - widziałaś jak próbował mnie wziąć?
                                  - O czym mówisz? - Mervi zapytała, trochę niepewnie.
                                  - Cały czas blokuje mi to co chcę robić, przecież wiesz. Teraz oddelegował mnie do analizy, bo wiedział, że będę zadowolony. Jakbym normalnie nie mógł tego robić. Gość jest potwornie przebiegły - dodał z uznaniem.
                                  - Ale co to ma mu dać? Robienie ci w poprzek? Chyba nie oczekuje, że zaczniesz go uwielbiać. - parsknęła.
                                  - Liczy, że gdy będzie naprawdę mnie potrzebował, będę wdzięczny nieważne w jakie gówno nas wepchnie. Dobra, kończę marudzić, nie lubisz tego - dyskretnie cmoknął Mervi w czoło - idę ogarniać te dane i ten cały obiekt K. Trzymaj się na tej akcji.


                                  Odys, Odys... Mervi pamiętała jak był opisywany w plikach, do których nie powinna mieć dostępu. Czemu wybrano ich do zajęcia się dewiantem tej klasy?
                                  Z pewną radością, obserwowała jak jej tymczasowe uprawnienia otwierają sobie drogę przez zabezpieczenia baz danych Unii. Czuła podekscytowanie, gdy klucze dostępu przepuszczały ją do obszarów, które wcześniej były dla niej niedostępne. A wystarczyły wyższe uprawnienia, aby to wszystko stanęło otworem! Musiała urosnąć w randze, uzyskać wyższe!

                                  Otwierała pliki, do których dostała uprawnienia na misję, starając się ukryć swoje dziecięce zaaferowanie, które szybko doczekało się bolesnego zderzenia z rzeczywistością - dane które otrzymała były co prawda ciekawe, ale również skrojone pod aktualną misję.
                                  Na początek przeczytała o pojmowanym dewiancie. Dewiantka miała nazywać się Catherine ale wszystkie czynności przechowawcze - wedle starego protokołu który w tym samym czasie rewidował Robert - wzbraniały zwracać się do niej po imieniu, zamiast tego wymagają bezwzględnego stosowania nazwy obiekt K. Dewiantka miała być wyjątkowo potężnym skupiskiem anomalii na poziomie kwantowym wywołując trwałe, eskalujące zaburzenie przyczynowości klasy XK. Zupełnie tego nie kontrolowała. Była też szalona, raport sugerował, iż szaleństwo wynika z jej licznych kontaktów z Obcymi.
                                  Obiekt K mimo młodego wyglądu miał mieć ponad dwieście lat. Jego stan określano jako bierny i aktywny. Podczas biernego była kompletnie nieszkodliwa, zjawiska kwantowe zmniejszały swoją intensywność występowania, a obiekt musiał polegać na ochronie Obcych i sojuszników. W fazie aktywnej stanowił poważne zagrożenie.
                                  Ostrzegano, aby nie dać się zwieść usposobieniu obiektu, może on wprowadzić agentów w pułapki wymiarowe międzymierowych drapieżników będąc nawet w fazie pasywnej.
                                  Aktualne szacunki wskazywały na fazę pasywną co najmniej przez 178 godzin.
                                  Akta Odsysa, czy też Ulissesa, jak był znany pośród dewiantów rzeczywistości, budziły niepokój. Ten dewiant był również stary i uznawano go za “mistrza tradycji” co miało znaczyć szczególny stopień w pokręconej hierarchii dewiantów.
                                  Wedle opisu, dewiant ten stanowił ekstremalne zagrożenie poznawcze skutkujące średnim, zazwyczaj permanentnym, spadkiem wskaźników lojalności o połowę. Każdy agent który z nim rozmawiał lub był świadkiem rozmowy zobowiązany był przejść kwarantannę wraz z pełną ewaluacją psychologiczną wedle standardowych procedur swej konwencji. W przypadku zakażenia wirusem memetycznym - gdyż tak jawnie raport określał właściwości Odysa - terapia światopoglądowa była skuteczna w 30%. Brak możliwości przeprowadzenia terapii miał skutkować terminacją.
                                  Dalsze uwagi raportu skupiały się na ostrzeżeniach bojowych. Nawet pomijając przytoczone właściwości istoty, Ulisses miał stanowić poważne zagrożenie bojowe. Mimo tego, w sugestiach co do postępowania, sugerowano natychmiastowe otwarcie ognia, a następnie poczekać na dalsze rozkazy. Dewiant niemal nigdy nie atakował pierwszy, próbując nawiązać kontakt, aby wykorzystać swoje właściwości memetyczne.
                                  Na koniec Mervi spojrzała na ciekawą notatkę:

                                  Ze względu na liczne przypadki psychozy oraz obsesji, zalecam aby każdy agent, który stoczył walkę z obiektem został objęty dodatkową pomocą psychologiczną. Wspomniane problemy zdają się nie wynikać z anormalnych, memetycznych właściwości obiektu lecz są zwyczajową reakcją na stres oraz niespodziewane wydarzenia.
                                  Dewiant bardzo często wychodził żywy z największych zastosowań środków bojowych jakie widzieli pojedynczy agenci. Nie zawsze następowało natychmiast, lecz spotkanie ponownie dewianta przez agenta który widział go w epicentrum zastosowania środków bojowych zdolnych zniszczyć Obcych klasy Omega skutecznie podważa ich wiarę we własną poczytalność.
                                  Teoretyzuję, że Ulisses może stanowić linię klonów Tradycji stanowiących psychologiczny front walki z Unią.

                                  Im dłużej czytała, tym bardziej jej humor podupadał. Nie dostała tyle informacji co miała nadzieję otrzymać, ale to było do przewidzenia. Martwiło ją w co są wplątywani. Szalony dewiant i mistrz-psychopata, co ma zamieszać w głowie...
                                  Obawiała się. Bankowo czeka ją ewaluacja, a to nigdy nie było dobrą wiadomością, nie z tym Geniuszem. Dewianci potrafią oddziałować na odległość, więc Mervi nawet za ekranem nie była bezpieczna.

                                  Och, Adam. W co ty nas wpychasz?

                                  Wszystko wydawało się dziać za szybko. Mervi ledwo zaczęła przygotowywać stanowisko pracy, jak już musiała sparować komunikację z Adamem, ustawić w stan czuwania podstawowe programy i zamrozić te, które miały oczekiwać uaktywnienia w ewentualności wystąpienia kodów wyższego zagrożenia. Ustawiła osłony tarczy anty-memetycznej, alarm na działania wektorów przestrzennych w otoczeniu, które to działania nie miałyby sygnatur Unii. Taki sam czujnik wyszukiwał zaburzeń w siłach.
                                  Na monitorze pojawił się obraz przechwycony przez elektronikę jednego z oczu Adama.
                                  Poza Mervi, w akcji uczestniczyło wielu innych technokratów, w tym będący w pogotowiu oddział szturmowy Iteracji X. Obok Mervi, w pokoju nadzoru, usadowił się jeden z koordynatorów Iteracji. Używał tak jak ona klawiatury i monitora, ale poza tym podpiął sobie do przedramienia pęk kabli przy pomocy długich, igłowych portów. Jego skóra i ciało było organiczne, po wszystkim zdezynfekował punkt wpięcia oraz starł małe krople krwi. Jakby tego było mało, ten niewysoki, chudy jegomość w grubych okularach z uśmiechem zakłopotania odezwał się do Mervi.

                                  - Przepraszam za widok - powiedział do niej z zakłopotaniem - czasem zapominam, że bardziej naturalne konwencje mogą źle reagować.
                                  - Nic nie szkodzi... - odparła, patrząc z jakimś zafascynowaniem na sposób... podłączania człowieka - Czy... to boli? - zapytała, nie mogąc się powstrzymać.
                                  - Tak - Iterator wyjaśnił uprzejmie - pierwszy etap, przebicie skóry i naruszenie tkanek. Niezbyt mocno, porty pokryte są warstwą miejscowo znieczulającą, ale nie działa to zbyt dobrze. Potem, przy nawiązaniu połączenia ustawiam ignorowanie bólu z danego miejsca do pewnego progu czułości - ból to jednak dobry sygnał. Koledzy z nieco bardziej autonomicznymi systemami mogliby miejscowo wyłączyć czucie przed wpięciem, ale oni pewnie też mieliby syntetyczną skórę lub zamontowane porty zewnętrzne - mężczyzna powiedział to prawie na jednym wydechu, parę razy jąkając się.

                                  Mervi, a może eilodion w duchu zaśmiali się. Iterator chyba nerwowo reagował na… kobietę.

                                  - Wow... - technokratka wyraźnie była w jakimś stopniu zafascynowana, może zaciekawiona, tym co powiedział Iterator - I co ci takie wpięcie ułatwia?
                                  - Kontakt z maszyną - wyjaśnił zakłopotany.

                                  Czasu na więcej rozmowy nie było, komunikaty z innych grup zabezpieczających spływały po ekranie Mervi. Była dodatkowymi oczami i uszami Adama, nie mogła zawieść… Chociaż też dużo pracy nie było.
                                  Spotkanie odbyło się w kościele, spotkanie zgodnie z planem - z samym Ulisesem. Dewiant siedział na ławce w milczeniu, raczej nie modlił się. Gdy dosiadł się doń Adam, Mervi dostrzegła w zmęczonej twarzy dewianta chwilowe zaskoczenie… Może to tylko gra aktorska? Jak na swoje lata dewiant wyglądał na dość wysportowanego, czy raczej - dobrze zbudowanego.
                                  Na drugim ekranie technokratka dostrzegła informacje po której zabiło jej ciężej serce. Dodatkowe zabezpieczenie dotarło po opóźnieniu. HIT-Mark.
                                  Nie wiedziała czy to dobrze, czy źle, ale gdzieś w tle majaczyły niechciane obrazy z przeszłości... które odgoniła uparcie. Miała pracę!
                                  Ruszyła pasywne skany obszaru, mające określać stabilność przestrzeni i otaczających miejsce sił. Uważnie patrzyła na obraz na monitorze i słuchała dźwięku ze słuchawek. Pod względem działań dewiantów, było zadziwiająco stabilnie. Może to miało uśpić ich czujność?

                                  - Myślałem, że nie zjawisz się osobiście - Adam powiedział do Odysa twardo, ale spokojnie. Dziwnie poufale.
                                  - Przecież teraz i tak mnie nie zlikwidujecie. Jeden HIT-Mark to za mało - dewiant odpowiedział cicho, z idealnie wyważoną pauzą - myślisz, że nie mam przyjaciół w waszych systemach?

                                  W centrali zawrzało. Widziała jak inni odpowiedzialni za zabezpieczenie akcji zaczęli uruchamiać wszystkie filtry sieci. Mervi musiała w czasie kilku sekund przełączyć się na jeszcze wolniejsze szyfrowanie - jednocześnie nie zrywając kontaktu z Adamem. W pokoju słyszała ciche klnięcie innego członka NWO który najwidoczniej zajmował się sferami bezpieczeństwa. Iterator prawie zupełnie odpłynął.
                                  Chaos. W idealne tryby maszyny ktoś wsypał garść piasku, a co gorsza nie była to sztuczka dewiantów, nic niezwykłego. Mervi po chwili się uspokoiła… i poirytowała, chociaż z jakiegoś powodu (bardzo rozpikselowanego powodu) chciała zaśmiać się do siebie pod nosem jak z naprawdę dobrego żartu. Dewiant po prostu zrobił ich w konia dosłownie jednym zdaniem stawiając w słup zaplecze akcji.
                                  Technokratka nakazała sobie spokój. Biła się sama z własnymi myślami. Nie była już dzieckiem, nieuporządkowaną chłopczycą, która biła, jak jej nastawałeś na odcisk i płakała w tatę z powodu przegranej. Była dorosła, nie da się niepoważnym odruchom.

                                  - Jesteś naprawdę tak dumny jak mówi - Adam podsumował.
                                  - Raczej ciekawski, chciałem zobaczyć z jakiego formatu człowiekiem mam robić interesy.
                                  - To nie są interesy - szef Mervi powiedział zimno - tylko jasna gra. Ty za dziewczynę.
                                  - Dobrze wiem, że masz inne plany, naprawdę - Ulises ciężko wypuścił powietrze w wyrazie rezygnacji - zastanawiam się jednak dlaczego taki jesteś. Dlaczego jesteś gotów na wszystko, Adamie.

                                  Technokrata przez moment patrzył na Odysa marszcząc brwi. Wedle akt Odys nie miał prawa znać imienia szefa. Chyba jednak o sobie wzajemnie słyszeli.

                                  - Tak - Adam spojrzał na Odysa jeszcze raz, Mervi widziała, że szefowi bije mocniej serce - ponieważ chronię ten pieprzony świat przed tobą. Może nie da się cię zabić, ale złamię cię. Dostaniesz ścierwo tej swojej szalonej rzucone pod nogi, ale będzie żyć. Z naszymi implantami, będzie mówić to co powiemy, czuć to co chcemy, a ty jej nie zabijesz, bo będziesz się łudzić, że gdzieś pomiędzy wszczepami i modyfikacjami DNA jeszcze została ona. Złamię cię i przyszedłem tylko po to aby ci to zapowiedzieć. Za… sam wiesz za co.

                                  Zapadła na chwilę cisza.
                                  W tej jednej chwili, Mervi żałowała, że nie jest tam na miejscu. Nie miała teraz remedium, ale... lepiej mogłaby chłonąć sytuację. A teraz...

                                  - Przestać marnować zasoby, daliście się wrobić. - warknęła kanałem podłączonych w pokoju i wróciła do obserwowania.

                                  Normalnie odezwa Mervi nie przyniosłaby skutku… Ale nie tym razem. Była głosem Adama, szefa akcji. Nikt nawet nie myślał czy przekazuje jego rozkazy, czy tak się znają, po prostu bez zastanawiania się tym, zaniechano głównych wysiłków. Tak działała hierarchia w Unii.

                                  - Szkoda, że tak naprawdę chroniąc ten świat, sprawiacie, że staje się mniej bezpieczny - Ulisses powiedział po długiej chwili - im bardziej zamykacie go w betonowych ścianach, tym mocniej naciska na nie ciśnienie zewnętrzne. Paradoks układu-obserwatora, spisał to jeszcze Inżynier Elektrodynamiczny, podstawy waszej teorii stabilnej przyczynowości. Im więcej ograniczeń węzłów swobodnych dowolnego układu fizycznego tym większe szanse na załamanie przyczynowości. Uczycie tego jeszcze?

                                  Mervi nigdy nie wczytywała się w pełni w Kwantową Teorię Załamania Przyczynowości tłumaczącą zjawiska pochodzące od sporej części dewiantów oraz niekiedy generowanej przez technologię kwantową - wszak jeśli było coś zjawiskiem naturalnym, acz niepożądanym, mogło być wywołane sztucznie. Lecz teraz poczuła się zafascynowana. Może to był wpływ tego dewianta? Czuła jakby mówił właśnie do niej… Jakby tyczyło to jej samej. Im więcej kontroli, tym więcej reakcji Geniusza. Pętla sprzężenia zwrotnego, podejście nieoptymalne. Dlaczego Unia miała stosować podejścia nieoptymalne?
                                  Z chwili rozmyślań wybiły ją następne słowa.

                                  - Wszak jak mawiają, informacja chce być wolna - Odys powiedział z lekkim uśmiechem.

                                  Mervi wiedziała, że jest to slogan jeden z grupy dewiantów, jednych z najgorszych. To wystarczyło aby Adam po prostu uderzył dewianta w twarz metalową dłonią. Ten zatoczył się na ławkę, popłynęła krew, lecz kości nie pękły.
                                  I gdy tak Adam patrzył na Ulissesa z góry, miała wrażenie, że to dewiant patrzy na technokratę z wyższej pozycji. Dlaczego?
                                  Mervi ani drgnęła, choć jej mięśnie napięły się jakby przygotowując do walki. Słowa dewianta były takie, jakie sobie wyobrażała. Używał ich jako broni, ranił i śmiał się w twarz. Był wrogiem. Wrogiem. Pamiętaj.
                                  Dewiant powoli wyprostował się i zbliżył się do Adama.

                                  - Wracając do spraw naprawdę ważnych - powiedział głośniej, z wyraźną mocą w głosie - macie dwie godziny aby uwolnić i dostarczyć Catherine przed ten kościół. Ja nie porzucam przyjaciół. Po tym czasie daję wam sześć godzin na ewakuację tych, którzy nie chcą walki, a następnie przyjdę do was. Jestem jeden, ale jestem Egzarchą NIebiańskiego Chóru, nie macie chociaż jednego przebudzonego który w Tradycjach osiągnąłby status mistrza, wasi adepci są popłuczynami. Jestem jeden i przyjdę do was.

                                  Na zewnątrz nagle lunął potężny deszcz, jak podczas oberwania chmury.

                                  - Choćbym miał zrównać cały konstrukt z ziemią. Przekaż to swemu Administratorowi…

                                  Odys powiedział coś co było “Adamie” lecz składało się z wielu więcej słów i głosek. Długie i złożone. Szybko zrozumiała właśnie co wypowiada i sama do końca nie wiedząc czemu, wiedziona instynktem geniusza, wygłuszyła innym na opóźnionych liniach te słowa. Ulisess na głos wypowiedział coś, co dewianci nazywają prawdziwym imieniem Adama.
                                  Sukinsyn.
                                  W tej sekundzie Mervi odczuła złość. Obrzydzenie.
                                  Cała ta groźba Odysa w tym momencie straciła na znaczeniu. To był niebezpieczny, parszywy dewiant. Zagrożenie dla świata... i co on bzdurzy? Dewiantom nie zależy na nikim, jeżeli nie mają z nim interesów. Porzucają, jak tylko im wygodnie.

                                  - Spokojnie... - szepnęła na kanale, do którego dostęp miał tylko Adam. Sprawdziła, gdzie zapisało się to nagranie, a po znalezieniu go, zamieniła w zapisie dźwięki słów Odysa, aby wypowiedziane imię nie było podobne do tego, co powiedział naprawdę.
                                  - Dobrze - Adam odpowiedział jej w szoku gdy Odys po prostu odchodził - puścić go… Dorwiemy go potem - powiedział nieobecny.

                                  Jak powiedział, tak się stało. Wkrótce po tym ogłoszono w konstrukcie alarm.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • ZellZ Niedostępny
                                    ZellZ Niedostępny
                                    Zell
                                    Moderator Obsługa
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #23

                                    Pierwszą reakcją finki była... ekscytacja. Nie umiała zrozumieć dlaczego, ale ten chaos ją podkręcał, szczególnie gdy wiedziała co nadchodzi. Chciała być w oku tego cyklonu, móc brać udział w wydarzeniach, choć to mogło nie skończyć się dobrze, a na pewno nie było bezpieczne. Coś w niej jednak nie zważało na to. Ona też nie.
                                    Musiała wkręcić się w akcję. I tak czeka ją terapia już teraz, nie szkodzi dalej się na zagrożenia poznawcze narażać. Oszczędzi tego losu innym.
                                    To były jej pierwszy poważny alarm. Technokraci poruszali się po całej, podziemnej części konstruktu. Adam wezwał ją do siebie. Widać, że chaos operacyjny sprzyjał niedotrzymaniu zabezpieczeń gdyż dziewczyna weszła do gabinetu Adama akurat podczas wymiany zdań z Alanem.

                                    - Mam prerogatywy administratora, sam widziałeś - Adam powiedział chłodno do Alana.
                                    - Nawet z nim rozmawiałem. To oczywiste, że nic innego oficjalnie nie przyzna, ale jest wkurwiony. Adam - psycholog zniżył głos - weź inny oddział na obstawę. Zostaw naszych, to dla nich może być zbyt destabilizujące.
                                    - Właśnie dlatego się nadają - Adam spojrzał na Alana twardo - ich umysły nie są tak sztywne, podatne na obrażenia.
                                    - Stres - Alan warknął - co tam osobisty paradygmat, to nie są ludzie do pracy w takim stresie. Poza twoim przeklętym Franklinem - Alan fuknął - wszyscy! Aleks miał obiecane być z daleka od akcji bojowych, a ty chcesz aby był ochroną…
                                    - Alan ma rację. - wtrąciła Mervi, podchodząc bliżej - Iteratorzy będą lepsi niż straumatyzowany Aleks z PTSD. Nigdy nie znamy jego reakcji w stresie, jak sytuacja w nim obudzi traumę. To może zagrozić skuteczności. Robert nie może być wystawiony na taki stres, nie ryzykujmy załamana w krytycznym momencie. Franklin jest stabilniejszy od Alisson... - spojrzała w oczy Adamowi - Ja już trochę osoby dewianta doznałam, wiesz ze zachowałam trzeźwość reakcji i jestem gotowa z tobą iść, ale poniechaj resztę. Ich obecność ma duże prawdopodobieństwo wyrządzenia większych szkód niż pożytku.

                                    Alan spiorunował Mervi wzrokiem, lecz w sposób nieprzyjemny odezwał się Adam.

                                    - Nie pytałem cię o zdanie agentko, nie macie odpowiednich kwalifikacji. Teraz - technokrata spojrzał przelotnie na Alana - uznaję rozmowę za zakończoną. Mam do przedyskutowania kilka spraw z Mervi.

                                    Alan odszedł pokonany.

                                    Mervi stała cierpliwie choć bez zadowolenia. Adam przyglądał się jej kilka chwil, w milczeniu, jakby czekając czy dziewczyna się wytłumaczy. Po chwili zrezygnował, chyba nie miał na to czasu.

                                    - Zablokowałaś część transmisji mojej rozmowy z tym marnym cosplayem bohaterów homeryckich - Adam stwierdził sucho, a Mervi zauważyła, że jej szef ma coś na kształt poczucia humoru.
                                    - Tak. Nie sądziłam, że to powinni wszyscy usłyszeć... myliłam się?
                                    - Nie będę owijał w bawełnę. Skąd wiedziałaś co to? Nie wydam cię. Akta kłamały i jednak twój pierwszy kontakt z dewiantami wypadł wcześniej, szkolili cię? Byłaś młodą okultystką? To tłumaczy zainteresowanie architekturą - zamyślił się oczekując odpowiedzi.
                                    - Intuicja. - odparła zdziwiona.
                                    - Nie pieprz mi tu o intuicji - Adam stwierdził swobodnie - wiesz ile osób na tej akcji rozumiałoby o co chodzi? Zero, nikt, ani jeden pieprzony agent. Oczywiście, po akcji każdy zacząłby badać te… dane. Brzmią ważnie, wgryzają się w mózg, pewnie nawet o-jedyneczki ogarnęłby co dostały. Ale ty zaregowałaś błyskawicznie, mimo opóźnienia na łączach byłaś szybsza od wspomagaczy tego Iteratora. On może by też ogarnął, gdyby miał szansę. Więc pytam raz jeszcze, jak?
                                    - Gdy usłyszałam słowo... Po prostu wiedziałam. Nagle i odruchowo zareagowałam. To było zaskakujące i dla mnie. Nie znałam tego wcześniej, ale... wtedy poznałam. Zrozumiałam czym jest i konsekwencje jakie niesie za sobą.
                                    - Geniusz - Adam powiedział nie to do siebie ni to do Mervi sięgając do ukrytego w ścianie barku za swoimi plecami. Polał sobie alkoholu, a także Mervi, ciężko siadając na fotelu. To było chyba zaproszenie do stołu.

                                    Mervi usiadła ze swoją szklanką w drugim fotelu oczekując na słowa technokraty. Adam nie śpieszył się, powąchał alkohol, potem upił łyk.

                                    - Mam u ciebie dług. Mógłbym szybko podnieść cię do O3 lub znaleźć inny, bardziej prestiżowy przydział. Jednak… Jeśli masz dobrą pamięć, jeśli zapamiętałaś, to radziłbym terapię amnezyjną. Gdyby przypadkiem ktoś użył tego przeciw mnie, a jesteś jedyną osobą która słyszała… MECHA to najlepszy los. Niemal zbawienie.

                                    Dopił alkohol.

                                    - Dobrze, to mamy ustalone. Sprytny ten Ulisses, liczył, że ktoś wbije mi nóż w plecy…
                                    - Znacie się? - zapytała i upiła alkoholu przetrawiając wyraźną, nagą groźbę.
                                    - Pośrednio. On mnie nie, przynajmniej do rozmowy byłem pewny. Ja uczestniczyłem kiedyś w dwóch akcjach które nam zniweczył. Zresztą, mało kto z Unii nie był na takiej akcji, nawet jeśli tylko w dwudziestym szeregu - westchnął. - Będziesz mi dalej asystować. Robert znalazł najlepszy możliwy plan przechowawczy. Przerzucimy ją z celi do sektorów użytkowych. I tak jest nieaktywna, a właśnie tam sukinkot uderzy, i tam zostawimy pułapki. Z tamtąd będę też dowodził, chociaż główną obroną zajmie się oczywiście Administrator. Będzie z nami też Alison. Robert został przydzielony Administratorowi, osobiście. Dla Franklina mam osobiste rozkazy, Alex zostanie z personelem niebojowym jako ochrona. Alan - Adam machnął ręką - ma pewnie swoje rzeczy, i tak nim nie dowodzę.
                                    - Boję się, że to źle się skończy dla naszej grupy... - westchnęła - Ten dewiant jest niebezpieczny i bez wahania skrzywdzi. Szalony.
                                    - Obiekt K jest szalony, ale obecnie nieszkodliwy. Ulisses nie jest szalony - Adam wyjaśnił - to niebezpieczny błąd uważać go za szaleńca.
                                    - Ale nie zawahał się zrobić ci krzywdy. Wiedział co robi. - skrzywiła się.
                                    - To wojna, a to wojownik - Adam wzruszył ramionami - na pewien sposób go rozumiem. Zrobiłbym to samo.
                                    - Sądzisz, że spróbuje nas zniszczyć, jak mówił?
                                    - Tak - Adam powiedział z przekonaniem - a przynajmniej spróbuje.
                                    - Konstrukt jest naprawdę zagrożony?
                                    - Nie sądzę, natomiast może wyrządzić nam spore szkody. To jak powódź, która nie niszczy miasta ale powoduje duże zniszczenia. Rozumiesz?
                                    - Tak. - odparła z zastanowieniem - Więc co mam robić?
                                    - Będziesz mi asystować podczas operacji, głównie przekazywać dalej moje polecenia.
                                    - Kto prócz naszej grupy jest przydzielony?
                                    - Prawie cały konstrukt - Adam uśmiechnął się krzywo.
                                    - Masz zamiar i tym razem się wystawiać dewiantowi czy wszyscy z odległości go bierzemy?
                                    - Odległość. Plan A jest zależny od Administratora. Wyśle HIT-Marki, a także oddziały szturmowe. Najpewniej zabijemy go przed konstruktem lub na pierwszym poziomie.

                                    Mervi wyczuła, że Adam nie wierzy w ten scenariusz, zakłada raczej likwidację bliżej celi. Temu chce przy tym być.

                                    - A jaki mamy plan B? - zapytała wprost.
                                    - Powstrzymanie głębiej. Plan C jest natomiast tajny, jeszcze.
                                    - I która z tych opcji jest najbliżej wyliczeń Roberta?
                                    - Zgodnie ze standardowym protokołem, plany numeruje się od najprawdopodobniejszych. Nie sądzę, abym musiał ci to przypominać - uciął krótko.

                                    Mervi skinęła głową, choć wątpiła, żeby ten optymistyczny A, pochodził w całości od Roberta. Za dużo założenia sukcesu bez problemów.

                                    - Ulysses to.... mistrz. Czyli elita dewiantów. Myślisz, że może wziąć ze sobą kogoś jeszcze do pomocy?
                                    - To nie w jego stylu - Adam wyjaśnił - nie na prywatną akcję. Wzięcia bezpośrednie do akcji innych dewiantów oznaczałoby pełnoskalową wojnę z Tradycjami na tym obszarze, a on tego nie chce. Ale… Sądzę, że ma zdalne wsparcie, może własnej tradycji, może nawet tych przeklętych wirtualnych…
                                    - Będę próbować zakłócać przesyły zewnętrzne, jeżeli jakieś się pojawią.
                                    - Są inni od tej roboty, lepsi. Trzymaj moce przerobowe gdy będą naprawdę potrzebne - polecił.
                                    - Rozkaz. - zgodziła się - Jest już ustalone, gdzie ulokujemy swoje centrum dowodzenia?
                                    - W miejscu przetrzymywania obiektu K. Możesz tam iść i się ulokować.

                                    Nie tak Mervi wyobrażała sobie miejsce dowodzenia, ani tym bardziej - przechowywania więźnia. Gdy weszła do przemodelowania na szybko pomieszczenia socjalnego, ostatni z techników niższego szczebla montował dodatkowe zabezpieczenia i sprzęt komputerowy. Poza nim, i oczywiście obiektem K, w pokoju była tylko Alison, zajęta pracą przy laptopie.
                                    I on, obiekt K. Dziewczyna, na oko rówieśniczka Mervi (lecz o bardziej dziewczęcej urodzie) siedziała na stole machając wesoło nogami w powietrzu. Odziana w dżinsy i czarną bluzkę z jednorożcem rzygającym tęczą, wyglądała… Niepokojąco. Czy to nieobecne spojrzenie, brak makijażu, nieład fryzury… Mervi przeszły ciarki gdy obiekt K spojrzał na nią i uśmiechnął się.

                                    - Tak? - dziewczyna nachyliła się ze stolika w stronę Mervi jakby ta coś powiedziała i chciała to usłyszeć. Mervi jednak nic nie mówiła.

                                    Finka wymusiła zimny, niewzruszony wyraz, lekko odsuwając krzesło. Obiekt K jeszcze jakby czegoś słuchał. Pokiwał głową.

                                    - A masz imię? Powinieneś mieć dobre imię… - wyszeptała zamyślona - nieeee, to nieee. Nie masz uśmiechu tego blondyna - mrugnęła - wiem, wiem, nie dąsaj się - pokazała komuś na miejscu Mervi język - może… Pan Glitch?

                                    Mervi przeszły znowu ciarki. Gdy obiekt K wypowiedział to imię, dosłownie wiedziała, że tak sama nazwałaby swego eilodiona. Ale jakim cudem? Geniusze są wyłącznie wewnętrznym, psychicznym fenomenem, nie istniał nawet ułamkowy kanał memetyczny aby do obniektu mogły popłynąć treści nieświadome, ani gestu, ani zamienienia słowa… I nie tak dokładne.
                                    Pan Glitch…

                                    - Odsuń się ode mnie. - nakazała zdenerwowana finka.
                                    - Och - dziewczyna wyglądała zaskoczona - przepraszam, nie zauważyłam cię - zwróciła się do Mervi.

                                    No tak. Szalona, gada do powietrza... tylko czemu... Mervi czuła, że to coś więcej?

                                    - Nie przeszkadzaj. - burknęła - Za mało leków ci dać musieli...

                                    - Nie dali mi leków - powiedziała dumnie - boją się - dodała po chwili jakby smutno - a nie powinni.
                                    - To prawda - Alison oderwała się od laptopa - w fazie biernej jest nieszkodliwa, a farmakologia mogłaby indukować fazę aktywną.
                                    - Trefere - obiekt K odpowiedziała mrugając - w sensie bzdury, nie chodzi o te wampiry - dodała z nagłym przypływem powagi rozglądając się po otoczeniu jakby oczekując pochwały która nie nadeszła za te nagłe sprostowanie. Zawiedziona znowu zwróciła się do Mervi.
                                    - Ale z panem Glitchem mogę porozmawiać?
                                    - O czym ty mówisz? - Mervi zapytała z technokratyczną irytacją.
                                    - No o twoim - dziewczyna szukała słów - o twoim, tym… - poirytowała się - no sama wiesz o kim!
                                    - Rób co chcesz, tylko nie przeszkadzaj. - odparła poważnie, ale jednak trochę z niepokojem w głosie.

                                    Mervi zajęła się przygotowaniami. Niepokoiły ją dane meteorologiczne, deszcz który spadł zaraz po rozmowie Ulissesa z Adamem nie tylko utrzymał się, ale nawet przerodził w potężna nawałnicę. Pod ziemią nie słyszała wyrwanych drzew, gromów i wycia burzy, ale pod pewnym względem moc dewiantów była przerażająca. Niestety aktualnie w konstrukcie nie posiadali nikogo obeznanego w manipulacjach atmosferycznych na taką skalę. Dewiant wprowadził im dodatkowe zamieszanie.
                                    Podczas gdy Mervi przygotowywała skrypty i dostępy, słyszała za plecami szept szalonej dewiantki.

                                    Ma chłopaka? Oj, oj… Zadbaj o nią...
                                    …nie, jaszczurki naprawdę mają w żyłach ból!
                                    Dobrze, opowiem jeszcze raz…
                                    …na pewno nie chcesz? Będzie fajnie… Nie, za mądre słowa…
                                    Ale ekstra! Potrafisz jeszcze jakieś kolory!
                                    …może coś pomogę… szkoda…

                                    Mervi odwróciła się, gdy obiekt K mówił o kolorach i... zamarła. Na ścianach odbywał się pokaz, jakaś nowoczesna sztuka światła... pikseli...?

                                    - Co ty robisz? - syknęła do szalonej dewiantki.

                                    Obiekt K spojrzał na Mervi wystraszona.

                                    - Ja… nic… To Glitch - wytłumaczyła się pośpiesznie.
                                    - Tworzysz projekcje holograficzne na ścianach.

                                    Alison spojrzała na Mervi zaskoczona.

                                    - Mervi - technokratka zaczęła cicho, jak zawsze - ale tam nic nie ma.
                                    - Obiekt K miesza mi w głowie. - uniosła się z siedzenia.

                                    Burzliwą rozmowę przerwał wchodzący do pokoju Alex. Technokrata robił dobrą minę do złej gry, miał na sobie opancerzenie i ekwipunek bojowy.

                                    - Przyniosłem coś dla was - stwierdził nieświadom niedawnej wymiany zdań.
                                    - Co takiego? - Mervi skorzystała z tego rozproszenia, aby przerzucić uwagę z dala od Obiektu i spojrzeć na Aleksa.
                                    - Broń - murzyn podał Mervi i Alison po małym pistolecie wraz z kaburą. Nie była to zwykła broń palna, lecz samodzielne Urządzenie, pistolety plazmowe. Widać, że Unia traktowała ich priorytetowo.
                                    - Dzięki. - finka przytroczyła kaburę - Jak u was teraz?
                                    - Siedzę z księgowymi i pionem dziennikarskim. Myślałem, że oszaleję gdy sprzeczali się o finansowanie papierowej prasy… Kto teraz czyta gazety!?
                                    - Ktoś, kto nie nadąża za czasem? - wzruszyła ramionami - Ale nie zmuszają cię do mocnych militariów? - zapytała zaniepokojona.
                                    - Nie… - Aleks wzruszył ramionami - a jak tam u was?
                                    - Nic czego nie można się spodziewać z szalonym dewiantem obok. - mruknęła do Aleksa i pokręciła głową - Ten Ulysses chaos pogodowy rozpętał... Dewianci najwyraźniej nie mają za grosz troski o stan rzeczywiści, robiąc co im nastrój przyniesie. Dane meteorologiczne są niepokojące i zwiastują kłopoty, które i Masy odczują. - wyraźnie ta kwestia była bardzo niemiła Mervi.
                                    - Za bardzo przejmujesz się rzeczami poza twoją odpowiedzialnością - stwierdził Aleks - poza tym wątpię czy to jego działania, ale też się średnio znam. Dobra, ja wracam do moich biurokratów. Nie zastrzelcie się i trzymajcie.

                                    Murzyn wyszedł z pokoju. Zapanowała cisza, która po chwili zmąciło chrupanie owsianego ciastka przez Alison. Obiektowi K zaszkliły się oczy.

                                    - Ja… mogę.. Też?

                                    Technokratka bez słowa wyciągnęła drugą miskę i po prostu, bez słowa, odsypała połowę ciastek dewiance.
                                    Finka westchnęła lekko. Tak, mogła się tego spodziewać...

                                    - Skończyłaś rozmowę ze swoją imaginacją? Panem Glitchem? - zapytała, siadadając na krześle.
                                    - Tak - obiekt K odpowiedziała Mervi, po czym podziękowała szczerze Alison za ciastka - Tak… Nie lubisz tego. Ale ty nie musisz do Pana Glitcha na Pan… chyba… - zamyśliła się - w końcu jesteście przyjaciółmi?
                                    - O czym teraz gadasz? - mruknęła, lekko wychylając się do dewiantki.
                                    - No przecież ty jesteś Pana Glitcha, a Pan Glitch twój… czekaj - dewiantka zamyśliła się - kiedyś z Odysiem uczyłam się. Jak to było…

                                    Dewiantka uderzała palcami w miseczkę bardzo skupiona.

                                    - …gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę… - westchnęła - … i jakoś tak, jakaś Rut… Nie lubiłam nigdy nauk w klasztorze.

                                    Alison zrobiła coś, co zawsze budziło niepokój Mervi. Uśmiechnęła się.

                                    - Księga Rut - wtrąciła się niespodziewanie - ten fragment był kiedyś fragmentem przysięgi Kabały Czystej Myśli. Dajcie mi chwilę, poszukam…

                                    Po chwili prostego google-fu Alison zacytowała:

                                    Nie nalegaj na mnie, abym opuściła ciebie i abym odeszła od ciebie, gdyż:
                                    gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę,
                                    gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam,
                                    twój naród będzie moim narodem,
                                    a twój Bóg będzie moim Bogiem.
                                    Gdzie ty umrzesz, tam ja umrę
                                    i tam będę pogrzebana.
                                    Niech mi Pan to uczyni
                                    i tamto dorzuci,
                                    jeśli coś innego niż śmierć
                                    oddzieli mnie od ciebie!

                                    - Wyobraziłaś sobie tego Glitcha. - mruknęła uparcie, w silnym zaprzeczeniu - Nie wiem czemu do mnie to przypisujesz, chyba złośliwie. - dodała z taką wymuszoną pewnością.

                                    Alison spojrzała na Mervi zaciekawiona. Technokratkę chyba bawiła interakcja Mervi z szaloną.

                                    - Słyszałam, że szukasz patrona - powiedziała do Mervi cicho. Gdy skupiła na sobie jej uwagę, obiekt K zaczęła pałaszować ciastka.
                                    - Tak... Masz jakieś propozycje? - zapytała Alison równie cicho.
                                    - Zgadzam się - Alison odpowiedziała Mervi powoli, flegmatycznie, przyglądając się jej przez grube okulary i opadające na twarz włosy.

                                    Mervi na chwilę się zepsuła.

                                    - Alison... Ty jesteś z nami, nie możesz zostać... kimś wyżej... patronem.
                                    - Nie widzę przeszkód - Alison powiedziała monotonnie wstając - Pierwsza lekcja: to co mówi ci patron, jest tylko dla ciebie. Druga lekcja - kobieta powoli ruszyła w stronę drzwi - dewianci wierzą, że Geniusz jest czymś bardziej fizycznym niż skłonna jest przyznać memetyka. Może mają rację. A teraz masz pierwsze zadanie jako interesant, idę do kuchni. Też wezmę ci coś do jedzenia. Przypilnuj naszego więźnia… I - wskazała palcem na ustach gest milczenia - ani słowa. Nie powinnam jej opuszczać.

                                    Widać Alison bardziej przejmowała się opuszczeniem więzienia niż “nieautoryzowanymi” treściami jakie właśnie Mervi przekazała. Chyba, że to był dym i lustra…

                                    Mervi odprowadziła wzrokiem Alison i spojrzała na dewiantkę.

                                    - A więc.... wy sądzicie, że podświadomy ewenement geniuszu ludzkości... jest czymś fizycznym? - parsknęła z niedowierzaniem w te rewelacje - Nonsens.

                                    Dewiantka chrupała ciastko.

                                    - Mhm - przytaknęła z pełnymi ustami.
                                    - Nie jest fizyczne. Nie istnieje, to część podświadoma, nic więcej. Musiałaś mi w jakiś sposób w umyśle poszperać, swoimi dewianckimi sztuczkami.

                                    Obiekt K wzruszył ramionami.

                                    - Mam na imię Catherine - wyjaśniła Mervi.

                                    Mervi zignorowała imię.

                                    - Co ty wyciągnęłaś o moim chłopaku? - finka syknęła.

                                    Szalona spuściła głowę.

                                    - Jak ci powiem, będzie ci smutno, będziesz jak jaszczurka… - powiedziała z prawdziwym smutkiem w głosie.
                                    - Najpierw wykradłaś informacje, a teraz ukrywasz je?
                                    - Nic nie wykradłam! Widzieliśmy to z Panem Glitchem! - zaprotestowała urażona.

                                    Catherine chwilę milczała patrząc w podłogę.

                                    - Robert miałby szansę być jednym z największych. Nie wiem co faceci w tym widzą - fuknęła - ale tak byłoby. Ale nie będzie miał tej szansy - zacisnęła usta do siności - może gdybym poprosiła Odysia… Ale nie lubię prosić go o rzeczy, które są poza jego siłami. Jest potem smutny…
                                    - O czym ty mówisz? - wstała z siedzenia i podeszła bliżej dewiantki - O czym?!

                                    Oczy obiektu K się zaszkliły. Dewiantka patrzyła na Mervi przepraszająco.

                                    - Ja… przepraszam. Sama czasem nie wiem czemu coś wiem. Tak po prostu jest… To nie jest łatwe, wierz mi.
                                    - Co wiesz? Co wiesz?! - złapała dziewczynę za ramiona - CO?!

                                    Wiedziała, że nie powinna wierzyć szalonemu dewiantowi... nie miał do powiedzenia NIC prawdziwego! Ale musiała wiedzieć…
                                    Łzy popłynęły po policzkach Catherine. Cicho tylko przepraszała Mervi za to, że nie potrafi wyrazić tego co wie i wiedzieć więcej.
                                    Następne działanie Mervi nie było przemyślane, tylko emocjonalne. Nieplanowane.
                                    Uderzyła na odlew dłonią w twarz dewiantki. Tą na chwilę to uspokoiło, na tyle, na ile uspokaja szok. Przypatrywała się Mervi wielkimi, załzawionymi oczami gdy na jej licu zaczynał malować się czerwony rumień po uderzeniu. Wciąż lekko szlochała, lecz mimo to Mervi widziała jak dewiantka próbuje opanować strach, może nawet wziąć się w garść. To było takie ludzkie…

                                    - Za co mnie bijesz? - zapytała łamanym, trudno trzymanym w odpowiednim tonie, głosem. Spojrzała Mervi w oczy.

                                    Spojrzenie samej Mervi wyrażało, że ona sama nie wie za co. Wszystko mówiło o jej własnej bezsilności, którą w ten sposób próbowała wyładować. Bała się o Roberta, nie pozwalano jej zrozumieć, co jego dotyczy.
                                    Technokratka czuła się przerażona, pozbawiona ochrony przed światem, której pragnęła.
                                    Usiadła z powrotem na miejscu, nie odzywając się. Dewiantka chwilę obserwowała Mervi. Kilka długich chwil po których po prostu podeszła do Mervi, bez wrogich zamiarów i… ją przytuliła.

                                    - Przepraszam - powiedziała szczerze - dużo mówię. Wszystkim nam jest ciężko.

                                    Finka nie drgnęła, jak dewiantka ją przytuliła. Miała napięte mięśnie z wewnętrznego stresu, który ją teraz zalewał. Nie wydawała się też nawykła do tego okazywania uczucia... jedynymi osobami, przy których się uspokajała był jej ojciec i Robert.

                                    - ...czemu niszczycie wszystko... - szepnęła - Czemu niszczycie świat i ludzi... Czemu tak nienawidzicie…
                                    - Ciii - dewiantka powiedziała do Mervi głosem łagodnym - to twój szef chce nas krzywdzić.

                                    Puściła Mervi, westchnęła ciężko.

                                    - Odyś po mnie przyjdzie. Też masz przyjaciół? - zapytała.

                                    Mervi milczała dłuższą chwilę.

                                    - ...Roberta.
                                    - Masz ciężkie życie - Catherine stwierdziła do Mervi poważnie - wiesz o tym?
                                    - Ale mam cel. - uniosła głowę - Skrzywdzenie was to nie chęć sama w sobie mojego szefa. Po prostu bez tego nie da się ochronić tego świata i jego ludzi.
                                    - Znałam kiedyś jaszczurkę - szalona powiedziała to ze śmiertelną powagą - która uważała, że w imię wyższego dobra musi zjadać króliczki. Ich puchate ogonki - dewiantka posmutniała, wydawało się, że zaraz straci wątek, ale utrzymała skupienie.
                                    - Wiesz o co jej chodziło?
                                    - Żeby nie zjadały marchewek?
                                    - Kto?
                                    - Króliczki.
                                    - Aaaa - szalona odzyskała wątek - nie… Gdy jaszczurka miała pełen brzuszek, mniej ją bolało.
                                    - Co bolało? - zdziwiła się.
                                    - W żyłach jaszczurek płynie ból. Nie wiedziałaś? W każdej - szalona wyjaśniła poważnie jak małemu dziecku.
                                    - Jaszczurki nie mają nic do tego, że jesteście zagrożeniem. - powiedziała poważnie.
                                    - Nie znam się na zagrożeniach - Catherine stwierdziła - ale Odyś jest groźny - przytaknęła Mervi.
                                    - Nie tylko on z dewiantów. - stwierdziła.
                                    - Ale on do was przyjdzie - szalona dodała.
                                    - I będzie chciał zrobić to, co każdy z was. Zniszczyć, zabić.
                                    - On chce mi pomóc - dziewczyna opuściła głowę - Tak robią przyjaciele.

                                    Na te słowa Mervi zacisnęła mocno zęby.

                                    - Jedna osoba za wiele, co? To dla was lepszy rachunek?
                                    - Tak robią przyjaciele - Catherine dodała pewnie - on myśli, że ja jedyna go rozumiem. Wiesz, że nie jest to prawda? - uśmiechnęła się smętnie.

                                    - Czego ty ode mnie chcesz? - zapytała patrząc w oczy dziewczynie.
                                    - Nic - Catherine powiedziała szczerze - polubiłam Pana Glitcha… Nawet ciebie… no trochę, uderzyłaś mnie - wypomniała Mervi poważnie.

                                    Mervi nie powiedziała nic. Nie wiedziała co powinna. Co mogłaby. Czy miała zgodę...

                                    - Nie przejmuj się - szalona wzruszyła ramionami - nic od ciebie nie chcę. No może poza jednym… obiecasz mi coś?
                                    - Co takiego? - zapytała nieufnie.
                                    - Gdy naprawdę będzie ci źle… Porozmawiaj z Panem Glitchem. I zaufaj mu. Naprawdę - pokiwała głową.

                                    Alison wróciła do Mervi z odgrzanym w mikrofali posiłkiem dla siebie, dla niej i dla dewiantki. Rozdała jedzenie i zaczęła, w przerwach konsumpcji, wiercić wzrok w Mervi.
                                    Finka patrzyła pusto w jedzenie, co jakiś czas małą jego porcję zjadając, chyba na siłę.

                                    - Wiesz co Adam zrobi - Alison zapytała Mervi - gdy jednak Ulisses tu dotrze?

                                    Mervi spojrzała na Alison.

                                    - Co zrobi?
                                    - Zastrzelil ją. Na jego oczach - Alison stwierdziła cicho - chce pokazać Ulissesowi, że nieważne jaką mocą włada, nie ocali tych, których chce. Adam chce złamać tego dewianta, dosłownie.
                                    - Musi mieć mocną urazę do niego, mocniejszą niż do reszty…
                                    - Ma poparcie Administratora. Muszą zakładać, może słusznie, że nie da się w sposób klasyczny zneutralizować Ulissesa. Trzeba stworzyć rany na jego psychice.
                                    - To go może tylko do furii doprowadzić... - zerknęła na dewiantkę.
                                    - Co myślisz o tych metodach? Gdybyś była w Komisji Etyki w Wieży z Kości Słoniowej? - Alison zapytała nagle.

                                    Mervi zasępiła się.

                                    - Że Adam wszystko chce postawić na jedną kartę...
                                    - Że liczy się ze stratami po naszej stronie, tak samo Administrator - Alison dodała smętniej.
                                    - Z każdymi stratami... nawet całego Konstruktu. Wszystkich... a nie ma pewności, że by cel został osiągnięty...
                                    - Dewianci nie są aż tak potężni - Alison uspokoiła Mervi - ale czy uważasz, że powinniśmy stosować takie metody? Życie za życie - technokratka mówiła monotonnie i cicho, jak zawsze, jedyny głośniejszy dźwięk był mlaskaniem gdy kończyła posiłek - nasz obiekt bardziej sam potrzebuje pomocy…
                                    - Nie. Nie powinniśmy. - odparła - Przemoc rodzi przemoc. Błędny krąg... - spojrzała w talerz - Tylko jak niby mamy dojść z dewiantami do jakiś porozumień?
                                    - Dziś się nam nie uda - Alison stwierdziła chłodno - nie widzę opcji. Chciałam tylko upewnić się, czy dobrze wybrałam komu patronuje.

                                    Mervi uśmiechnęła się pod nosem.

                                    - Zdałam czy poprawka?
                                    - Zdałaś - Alison dokończyła sałatkę - jedz, długo okazji nie będziemy miały, a racje od progenitorów to świństwo.
                                    - Będą nas karmić w odseparowaniu? - zaczęła znowu jeść.
                                    - Nie - Alison nawet się zaśmiała - gdyby doszło do przełamania zabezpieczeń na tym poziomie, mamy się nie ruszać,przyjdą po nas oddziały ratunkowe. Mają okropne procedury, zbadają ci ciśnienie, hormony, tętno, cukier i na siłę wpakują kilka batonów proteinowych, bo “teren nie jest zabezpieczony i trzeba pełnej sprawności”.
                                    - Och. Długo to by zajęło?
                                    - Kilka godzin, może dzień. Zależy jakimi służbistami są.
                                    - W sumie... czemu Adam cię z jedzeniem dręczył? - zapytała.
                                    - Może lubi dręczyć kobiety wysmarowany dżemem - Alison stwierdziła poważnie.

                                    Mervi westchnęła.

                                    - Czemu wrzucono cię na dietę.
                                    - Czemu sądzisz, że jestem na diecie - Alison powiedziała chytrze - widziałaś kiedyś abym jadła coś czego nie chcę?
                                    - To co jesz, nie jest dietą, tylko jej przeciwieństwem.
                                    - Dokładnie - Alison powiedziała cicho sięgając po ostatnie ciastko - takie moje no pasaran - stwierdziła poważnie.
                                    - Bunt przeciw opresji żywieniowej w Unii…
                                    - Być może - Alisson stwierdziła beznamiętnie.
                                    - Czy trzeba gdzieś zgłosić posiadanie patrona?
                                    - To nie jest formalny układ - Alison wyjaśniła cicho - i tak zwykle jest bezpieczniej. Ci co mają się dowiedzieć, dowiedzą się.
                                    - Nic nie grozi za to?
                                    - Poza tym co grozi nam tutaj?
                                    - Tak. - mruknęła.

                                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • ZellZ Niedostępny
                                      ZellZ Niedostępny
                                      Zell
                                      Moderator Obsługa
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                      #24

                                      Burza nadciągała. Mervi podczas oczekiwania na rozwój wypadków wykonała ledwo kilka rutynowych zadań dla Adama, przekazała kilka informacji, sprawdziła dane, podała dalej polecenia konfiguracyjne obrony, uzgodniła cele z Administratorem. Wbrew oczekiwaniom, Adam nie czekał z nimi. Poruszał się po zapleczu konstruktu, dużo przebywał też z Administratorem, lecz głównie robił coś w rodzaju patrolu.
                                      Również wtedy gdy zaczął się szturm, nie było go z nimi. Gdy nad konstruktem zebrały się burzowe chmury doszczętnie zakłócają komunikację ze sœiatem wewnętrznym. Ta wewnętrzna również zaczęła mieć problemy.

                                      Zapach niedojedzonego posiłku był wizytówka wirtualnego adepta Moora, nawet po tych kilkunastu latach gdy kompletnie zmienił swój styl życia, porzucając flanelowe koszule i śmieciowe jedzenie na rzecz sportu i mody.
                                      Ale w gruncie rzeczy była to tylko maska przed Unią, zmiana profilu społecznego utrudniająca zlokalizowanie go przez Unię. Wciąż dla siebie samego pachniał mrożoną pizzą. I lubił się czasem odegrać. Czarny ekran czatu rozświetlały biały litery. Przyglądał się opisowi akcji. Wymogi, podział… Trochę sie bał. Zaczął pisać.

                                      MMM: jedna sprawa, zanim zaczniemy. Na pewno nas nie wyłapią?
                                      Miss X: Nie 😉 I tak połowę robi dziadek, gość ma taką famę, że nawet brewka im nie pyknie gdyby przypisali mu w całości większe akcje. Jak zwykle całe gówno pójdzie na niego. Nie marudź młody, masz już połączenie?
                                      MMM: tak. ale i tak nie czaje, to jest okazja… ale mistyk…
                                      Miss X: Po wszystkim ci powiem. Staraj się wpiąć w te macierze entropii co ci opowiadałam.

                                      Szturm zaczął się od frontu. Mervi nigdy czegoś takiego nie widziała, ale po prawdzie - nie wiedziała na co dokładnie patrzeć. Czujniki w konstrukcie oszalały pokazując uderzenia z wielu stron. Autonomiczny system raportowania wyzywał ruch w korytarzach, wybuchy całych sektorów, zniszczenia drzwi. Całe jednostki szturmowe przemieszczano z miejsca na miejsce aby odeprzeć niezidentyfikowane fale dewiantów.
                                      Technokratka w całym sercu głównego strumienia danych widziała dowodzącego Administratora, Adama oraz kilku wyższych rangą technokratów których nie poznała, jak układają ludzi w szachach 4D, jak starają się zapanować nad chaosem, odsiać fałszywe dane od prawdziwych.
                                      Zajęło jej to ponad kilkanaście minut aby w tym chaosie dojrzeć szczegóły. Widziała bratobójcze wymiany ognia grup szturmowych które wybuchały i gasły w ciągu sekund temporalnego przyśpieszenia cyborgów szturmowych. Widziała HIT-Marki ostrzeliwujące stalowe grodzie za którymi nikogo nie było. Widziała losowe przeciążenie sekcji generatorów do której wysłano kolejne dwie grupy które ponownie się ostrzelały. Obserwowała chaos informacyjny gubiącej się komunikacji. Patrole które natknęły się na moment na niezidentyfikowanego dewianta który wkrótce potem zniknął im z odczytów, cyborgi niższej klasy których algorytmy trasowania gubiły kompletnie ścieżki do celu.
                                      Ktoś wrzucił garść kamieni w tryby Maszyny i patrzył jak ta się psuje.

                                      Do pomieszczenia wszedł Adam, niosąc ze sobą dwa urządzenia. Przenośne moduły montowane w uniwersalnych gniazdach obecne w każdym pomieszczenia konstruktu, blokadę przestrzenną zwaną często kotwicą wymiarową oraz duży, nieporęczny stabilizator rzeczywistości z wielkim, zielonym , segmentowym wyświetlaczem pobieranej mocy. Wskazywał stabilne 1. Wiele urządzeń Unii i procedur działało na efektach kwantowych które stabilizator zniwelował, przez co nie było to zbyt powszechne urządzenie - nie mówiąc o jego kosztach i skomplikowaniu.

                                      - Kotwicę odpalamy od razu - Adam wpiął pierwsze urządzenie w gniazdo na ścianie - a stabilizator - podłużna szyja mechanizmu wsunęła się w gniazdo na poðlodze, na środku - gdy to całe piekło przyjdzie bliżej do nas.

                                      Z Mervi zeszło powietrze, gdy zaczęła widzieć jak chaos pochłania Konstrukt, powoduje zniszczenia w jego trzewiach. Krzywdzi ludzi... a teraz Adam tu się pojawia z taką pewnością, że to dotrze aż tu...

                                      - Sądzisz, że tu dojdzie. - stwierdziła pewnie.
                                      - To możliwe - Adam stwierdził spokojnie - reszta ma go zmęczyć. Ścieżka zdrowia.

                                      Szalona patrzyła na Adama z ciekawością. Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć lecz po chwili postanowiła poczekać.

                                      - I co dalej? - patrzyła poważnie na technokratę - On to wykorzysta. - stwierdziła, odnosząc się do Prawdziwego Imienia.
                                      - Nie będzie miał sił, mamy stabilizator - Adam stwierdził spokojnie - wszystko idzie zgodnie z planem. Poszukaj mi jego tras w tym chaosie, idę na posterunek.

                                      Gdy wyszedł, Alison milczała, natomiast odezwała się dewiantka.

                                      - Dlaczego wasz szef przyjaźni się z betonem? Beton jest zimny i twardy… Widziałam kiedyś pluszowy beton, ale jego taki nie jest…
                                      - Jaki znowu beton? - finka spojrzała zimno na dewiantkę.
                                      - Jak Pan Glitch - wyjaśniła ze smutnym uśmiechem.
                                      - Beton... - pokręciła głową - Może spadnie twojemu Odysowi na głowę i rozłupie mu czaszkę. - mruknęła patrząc na statusy na ekranie.

                                      Szalona zamilkła wpatrując się w ścianę. Mervi zabrała się do pracy… Trudnej pracy. W konstrukcie mieli wielu rannych, ale jak na razie tylko dwóch zabitych - przynajmniej jeśli tu nie zawiodła łączność oraz spójność danych. Dwa razy dostrzegą Odysa, a przynajmniej wydawało się jej, że tak jest. Raz obezwładnił i postrzelił strażnika w kolano, drugi raz uciekał przed HIT-Markiem. Wyglądał na mocno potłuczonego. Potem i ona, i algorytmy, znowu zgubiły dewianta.
                                      Poczuła pokusę aby sprawdzić co z Robertem.
                                      Poczuła ucisk w gardle. Chciała sprawdzić, ale jednocześnie... bała się. Mimo tego zaczęła z czającym się strachem wyszukiwać sygnatur Roberta. Nie musiała dużo czekać. Nawet miała awaryjne połączenie do niego. Robert znajdował się bliżej czegoś, co można było określić frontem chapsu przetaczającego się przez konstrukt, a za kilka chwil miał go minąć.
                                      Włączyła monitoring danych, bliżej Roberta. Chyba miała, gdzieś tam był Odys.
                                      Uniosła się na rękach drżąc lekko.

                                      - Uważaj, on jest blisko, nie narażaj się... - przesłała słowa do Roberta.
                                      - On już u mnie był - Robert stwierdził sucho - chyba już po zagrożeniu…
                                      - Nic ci nie zrobił? - zapytała z ulgą lecz wciąż spięta.
                                      - To była najbardziej cool rzecz jaką widziałem w Unii - Robert powiedział zbyt spokojnie, chyba wciąż był w szoku - spytał czy mam zamiar mu przeszkodzić… Nie jestem wojownikiem. Siedział u mnie chyba kwadrans, czekał, aby tu oddział szturmowy nie trafił. Sprzedał mi kilka równań… Co za pojebana akcja - na końcu usłyszała śmiech Roberta, ludzie śmiejąc się odreagowują stres.
                                      - I tak bądź ostrożny ciągle, proszę.
                                      - To ty uważaj - Robert nagle zaostrzył ton - błagam. Gość przechodzi przez konstrukt jak ninja, ale słyszałem jak spieprzył cyborgom bojowym, ze stratami dla nich. Nie bohateruj Mervi, błagam…

                                      Finka uśmiechnęła się smutno.

                                      - Nie będę. - zamilkła, aby po chwili szepnąć - Kocham cię. Wrócę.
                                      - Ciebie też… Uważaj, proszę.

                                      Zakończyli rozmowę. Ulisses się zbliżał… Chyba miała już predykcje, podobne pewnie dostali inni analitycy Unii. Kilkanaście minut. Słyszały już z Alison podbliskie wybuchy.
                                      Spojrzała na Alison. Chciała zobaczyć czy kobieta też odczuwa niepokój, a zamiast tego dojrzała Alison pałaszującą owsiane ciastko

                                      - Gdzie ten Adam... - skrzywiła się na kobietę - A ty nawet teraz jesz...
                                      - Możliwe, że to ostatni posiłek w życiu - powiedziała smętnie. Może żartowała?

                                      Drugi raz Mervi nie musiała wzywać Adama. Technokrata przybył sam - wszak większośc Unii miała dane o fałszywej celi dewiantki, celi którą Odys minął - ale wyglądał na naprawdę wkurzonego.
                                      Mervi milczała, dając wściekłemu szefowi zrobić pierwszy ruch.

                                      - Mervi, monitoruj ruch przed pomieszczeniem. Na mój sygnał kod A7B6CX7B, zapamiętaj, A7B6CX7B, wzywasz MFO. Alison, dbaj aby szalona się nie uaktywniła. Mamy kilka trupów, wielu rannych - fuknął i spojrzał na szaloną z nienawiścią, aż ta skuliła się w sobie - dziś złamię Odysa Żelaznego. Oddam mu ją… I wtedy go pochwycą.

                                      To było abstrakcyjne co Mervi widziała, seria obrazów, które dopiero po chwili do niej dotarły. W głowie brzęczały jej słowa Roberta “co za pojebana akcja”. Cóż, ta jej chyba biła rekordy.
                                      Krzyk Catherine, Adam siłujący się z nią. Uderzył ją w twarz, rozpiął spodnie…
                                      …czy on chciał ją po prostu zgwałcić?! Co tu się dzieje?!
                                      A potem spojrzała na Alison, która celowała z wydanych im broni przez Alexa w ich szefa.

                                      - Zostaw ją - Alison powiedziała cichym, zdecydowanym głosem.
                                      - Adam! - Mervi wyraźnie była zszokowana - Co to za szaleństwo?!
                                      - Najskuteczniejsza metoda złapania tego skurwiela. Alison, dostałaś estymaty, wszystko idzie zgodnie z planem - Adam zignorował Mervi.
                                      - Twoja zemsta - Alison powiedziała powoli i cicho - miałam nadzieję, że do reszty cię nie pojebało.
                                      - Słuchaj - Adam wyprostował się - istnieje pewność, że mnie nie trafisz, a ja złamię ci kark. Procedura niesubordynacji. Znasz moje wzmocnienia, nawet teraz proceduje całą twoją memetykę. Myślisz, że nie widzę jak starasz się mnie rozproszyć? Przestań być feministyczną pizdą.

                                      Mervi dostrzegła jak wykresy na stabilizatorze rzeczywistości podskoczyły. Może i Adam (a raczej jego wszczepy) broniły go przed procedurami memetycznymi, a jednak tak zaabsorbował się mierząc do niego z broni Alison, że odwrócił się plecami do Mervi.
                                      Finka wzięła w dłoń swój pistolet czując zimną determinację przykrywającą strach.

                                      - Zostaw ją! - warknęła celując w mężczyznę - To mój wymóg, którym spłacisz dług, Adam!
                                      - Policzę do trzech, po których nastąpi wasza regulaminowa terminacja - Adam stwierdził chłodno, ale wciąż skupiał się, jakimś cudem, na Alison.

                                      Mervi zobaczyła po raz pierwszy na twarzy swej patronki większe emocje, które nie były maską. Strach. Alison patrzyła jej w oczy i się bała. Będzie pierwszym celem. Ale celowała w Adama. Robiła to co uważała za słuszne.
                                      Próbowała, nie chciała tego robić. Nie chciała...
                                      To było surrealistyczne doznanie. Wiedziała, że prawdopodobnie zakończy tym swoje życie. Nigdy nie spełni obietnicy danej Robertowi, który ją kochał...
                                      Wycelowała w głowę Adama i nacisnęła spust.
                                      Dźwięk broni plazmowej wyryje się Mervi już do końca życia. Świergot który zwiększał swoje natężenie. Brak odrzutu. Jasna łuna pocisku. Krzyki, mokry chlust. Upadające ciało. Wszystko zbryzgane krwią i kawałkami mózgu. Z szoku wyrwała się po kilku chwilach widać szaloną zapłakaną w rogu pomieszczenia, zwłoki Adama z dziurą w głowie - ale od przodu - oraz po własnym strzale wyrywając mu kawałek barku. I poczuła ciepło, Alison. Technokratka po prostu ją objęła.

                                      - Spokojnie Mervi - pomogła jej zdjąć zesztywniałe palce z broni - jest dobrze - głos miała uspokajający.

                                      Wykres na stabilizatorze wrócił znowu do 1.

                                      Mervi stała zesztywniała drżąc na całym ciele. Chyba chciała coś powiedzieć, ale jedynie ruszała ustami wpatrzona w zwłoki Adama.

                                      - Ja... - szept opuścił usta finki - Zdradziłam... Zdradziłam...
                                      - Nie, patrz na mnie Mervi - Alison spojrzała Mervi w oczy - zrobiłaś to co słuszne. Resztą ja się zajmę, przeprogramujemy kotwicę wymiarową, aby zamazała obraz tachionami. Pamiętasz o czym rozmawiałyśmy? Chronić.

                                      Mervi wydała z siebie bolesny jęk, pełen żalu, zawodu i bezsilności. Bez sił opadła na podłogę, wysmykując się objęciu Alison.

                                      - Dlaczego... Dlaczego to zrobił...
                                      - Ponieważ był pojebem - Alison stwierdziła rzeczowo - profilowałam go od dawna. Alan próbował pewnie też, ale niewiele wyszło, miał dobre maski - wzruszyła ramionami.

                                      Technokratka trzymała się lepiej od Mervi.

                                      - Dowiedzą się. - Mervi patrzyła na swoje dłonie - Dojdą kto jest winny, jaka broń zadała te obrażenia. - odparła dziwnie spokojnym tonem.

                                      Wstała na nogi i zabierając pistolet plazmowy spojrzała na zwłoki Adama.

                                      - Bo ta kurwa miała tylko zemstę przed oczami... - podeszła do ściany i uderzyła całą siłą w nią z pięści. I znowu... - Zemstę! Co mu dewiant zrobił, by tak zamglić oczy pragnieniem odwetu?! - kolejne uderzenia rozcięły skórę kłykci, czego Mervi zdawała się nie zauważać. Oparła się plecami o ścianę, patrząc wprost na drzwi przed nimi.
                                      - No chodź, skurwielu. - warknęła pod nosem trzymając broń w dłoni, nie unosząc jej jednak, nie gotując się do strzału - No chodź.

                                      Alison podeszła do Mervi i położyła jej dłoń na ramieniu.

                                      - Spokojnie…

                                      Nie dokończyła gdyż właśnie w tym momencie drzwi pomieszczenia otworzyły się, a przez nie wtoczył się, lekko kulejąc, sam Ulisses. Dewiant wyglądał jak siedem nieszczęść brudnych z krwi, błota i potu. Był cały poobcierany, poprzecinany, Mervi naliczyła co najmniej cztery draśnięcia po broni palnej, nie licząc piątej, pokaźnej rany z lewej strony brzucha którą dewiant uciskał. Wchodząc spojrzał na ciało, potem na Mervi, potem znowu na ciało.

                                      - To sobie zostawimy na potem - wskazał trochę niechlujnie na dzierżoną przez Mervi broń i po prostu, jakby był u siebie, usiadł z bolesnym grymasem na krześle. Było w nim coś dziwnie groźnego, ale też… godnego. Mervi nie potrafiła tego określić, coś jakby wewnętrzną, dawna szlachetność w rozumieniu danych czasów. Dziwne. Może to, że czuł się jak u siebie, jak król?

                                      W tej samej chwili usłyszała za sobą ciche, ale radosne “Odyś!” i dewiantkę która wciąż lekko szlochając nie ważąc na całą sytuację po prostu pobiegła do Ulissesa i rzuciła się mu na szyję. Mistrz tradycji objął ją ramieniem wciąż oddychając ciężko, jakby korzystając z tych chwil odpoczynku które wziął sobie bez pytania.

                                      Gdy Odys się pojawił, wzrok Mervi automatycznie stężał, stał się lodowaty. Całe jej ciało napięło się jak w oczekiwaniu na nadchodzący atak, a uścisk na broni się wzmógł. Ulisses mógł też w spojrzeniu jakim go obdarzała technokratka zobaczyć ból, złość, rozgoryczenie - wszystko skierowane na niego.

                                      - Usatysfakcjonowany? - ton dziewczyny ostry jak sztylet i lodowaty jak wieczna zmarźlina przeszedł przez pokój.

                                      Odys spojrzał na zwłoki raz jeszcze.

                                      - To Adam? - zapytał niezbyt chętnie.

                                      W tym czasie szalona zaczęła mu powoli tłumaczyć co zaszło, do ucha, ale mówiła na tyle głośno, że obie technokratki słyszały. Alison wyglądała na spiętą, ale nie celowała bronią w dewianta, mimo to trzymała broń w pogotowiu.

                                      - Dziękuję - Ulisses powiedział patrząc na obie technokratki dziwnie spokojnie - Adam był małym, biednym człowiekiem. Szkoda, że nas opuścił pełen gniewu i nienawiści - dewiant westchnął ciężko - podacie mi jakieś bandaże i może trochę wody?

                                      Mervi zerknęła na Alison, wyraźnie sama się nie śpiesząc do tego.

                                      - Szukał zemsty. - utkwiła wrogie spojrzenie w Odysie - Nie dbał o nic więcej. Nikogo. Liczył się cel, nie ofiary. - zacisnęła wolną rękę w pięść - Zupełnie jak ty.
                                      - Ja nie szukam zemsty - Ulisses powiedział powoli obserwując jak Alisson mimo wszystko położyła mu z daleka apteczkę i butelkę na stoliku, a potem przesunęła jak do niebezpiecznego zwierzęcia - ja po prostu ruszyłem uratować przyjaciółkę - wskazał na Catherine która teraz siedziała na krześle obok.

                                      Dewiant zaczął opatrywać sobie bok i przemywać paskudną ranę. Była nadpalona, wyglądała jak od karabinu plazmowego. Kto normalny jest w stanie po takich ranach z nim rozmawiać i stać na własnych nogach?

                                      - Zemsta to trucizna - powiedział oczyszczając brzegi rany - jak rozumiem na potrzeby raportu to ja zabiłem Adama - spojrzał pytająco na Alison chyba od razu poznając kto jest technokratą wyższym rangą. Kobieta powoli, ostrożnie kiwnęła głową.
                                      - A to - Ulisses wskazał na stabilizator rzeczywistości - powinien notować odchylenia jeśli wciąż pamiętam wasze zabawki. Nagrać mu coś?
                                      - To nie będzie konieczne - Alison powiedziała spokojnie.

                                      Mervi… coś zaświtało. Wskaźniki drgały wcześniej. Nie była to raczej technologia kwantowa. Przestały po śmierci Adama. Adam czy Alison? Jakieś wszczepy kwantowe? Byli dewiantami? Niemożliwe.

                                      - Nie mówiłam o zemście. - twardo odpowiedziała Mervi, chcąc na siłę odrzucić myśl, że któreś było dewiantem - Przyszedłeś tu nie dbając o nic i nikogo, tylko o swój cel. Jedna osoba za wszystko.

                                      Ulisses uśmiechnął się lekko do Mervi.

                                      - Młoda agentko - zaczął pobłażliwie - ten którego imię przyjąłem nie był wielkim wojownikiem, a przynajmniej nie był większy niż ci u których boku stawał. Był za to wielkim oszustem - spojrzał na Mervi badawczo czy zaczyna rozumieć - po mojej rozmowie z wami nawet algorytmy Iteratorów nakazały im minimalizację strat i odwrót. Nawet Maszyna się boi. Zrobicie analizę strat, będzie pewnie sporo rannych, możliwe, że kilku zabitych - przyznał ze smutkiem - ale nie przyszedłem tu po trupach, wprost przeciwnie. Znasz to? Sprzedajcie płaszcze, kupcie miecze. Mamy tylko dwa? Wystarczy - stwierdził obwiązując bandażem tors, syknął z bólu - mamy prawo się bronić. Moją winą jest to, że jestem zbyt słaby, i chyba zawsze taki będę, aby czynić rzeczy właściwe zawsze w najwłaściwszy sposób. Mimo to do tego dążę.

                                      Czy ten dewiant właśnie jej powiedział, że w ramach swoich możliwości, minimalizował ofiary?

                                      - Oszustom się nie wierzy. - odparła twardo - Jesteś przykładem czemu nie oddamy wam ochrony ludzi, troski o nich. - zmrużyła oczy - Zbyt nieobliczalni, sądzicie że wykłamiecie się ze wszystkiego. Nie można wam wierzyć, że bylibyście łaskawymi obrońcami. Pasterzami.
                                      - Nie musisz mi wierzyć - Ulisses powiedział to sucho, w sposób, który był czymś dla Mervi nowym. Do tej pory każde szkolenie światopoglądowe Unii naciskało by uwierzyć. Instruktorzy rozwiewali wszystkie wątpliwości, dokładnie tłumaczyli, im zależało aby przyjąć ten pogląd. Ale temu człowiekowi przed nią, nie. On powiedział co uważał za prawdę i zostawił z tym Mervi. To chyba się nazywało wolność?

                                      Wolność myśli była trochę straszna.

                                      - Zanim stąd pójdę, mamy kilka spraw. Nie znam waszych imion.
                                      - Alison - kobieta powiedziała cicho.
                                      - A ta druga to kto? Przyjaciółka? Uczennica? Czuję między wami lekką więź.

                                      Finka zawahała się. Wyraźnie nie czuła się tak lekko, aby powiedzieć dewiantowi swojego imienia... ale Alison powiedziała...

                                      - Alison to mój patron od kilku godzin. - stwierdziła - Nazywam się Mervi.
                                      - Miło was poznać, mimo tych okoliczności - Ulisses powiedział cierpko trochę prostując plecy - mam u was dług. Co do jednej z was mam pomysł - westchnął - mamy jeszcze chwilę, ruszam dopiero za kwadrans - zastanowił się - wiesz, że twej uczennicy Unia nie służy?

                                      Zwrócił się do Alison pytająco. Kobieta patrzyła na Odysa w milczeniu, nie odpowiadając mu.

                                      - Jeśli faktycznie jesteś jej patronką, jesteś za nią odpowiedzialna - stwierdził dziwnie surowo - dopilnuj, aby dostała odpowiednie przydziały. Bez tego nie da rady, czuć to z kilometra. Temu dam jej coś.
                                      - Co takiego? - Alison wlepiła oczy w Odysa… jakby zafascynowana.
                                      - Ucieczkę - lekko wstał stękając znowu z bólu, z rany na boku znowu zaczęła lekko cieknąć krew - jeśli ona nie da rady.

                                      Słowa Odysa zirytowały Mervi. Chciał jej wmówić, że Unia co? Nie jest dla niej?

                                      - Unia jest dla mnie. - mruknęła z tłumioną złością - A twoje próby rekrutacji nie są skuteczne, dewiancie.
                                      - Nie rekrutuję cię - Ulisses powiedział ostro - dla mnie możesz nawet zaszyć się potem na końcu świata i dożyć reszty swoich dni poza tą przeklętą wojną. Uratowaliście moją przyjaciółkę, temu chcę dać ci coś równie ważnego.

                                      Dewiant trochę do niej podszedł.

                                      - Proszę, nie celuj we mnie. To co chcę przekazać jest tylko dla twego ucha, muszę być dyskretny.

                                      Alison wyglądała jakby analizowała sytuację. Zacisnęła wargę do bladości.

                                      - Bierz co dają Mervi - stwierdziła niezbyt pewnym głosem.

                                      Mervi była bardzo nieufna i choć opuściła broń nisko, to jej nie puściła ani nie rozluźniła się. Dewiant podszedł do niej, lekko opierając się o jej ramieniu, tak aby mieć usta przy jej uchu.

                                      - Jeśli zrobisz zasadzkę na tych ludzi, to ja cię znajdę i zabiję. Wykorzystaj to tylko gdybyś potrzebowała odejść z Unii.

                                      Po czym przekazał jej kilka haseł, adresów fizycznych oraz elektronicznych - całkiem spory ciąg kontaktowy w którym kolejność wysyłania haseł dopiero było nawiązaniem kontaktu.
                                      Nie wiedziała co tu zrobić, ale... trochę jej to przypominało miejsce i hasło, które dostała lata temu.

                                      - Mam teraz... więcej do zapamiętania. - szepnęła pod nosem i spojrzała na Odysa - Twoja przyjaciółka rozmawiała z istotą, którą nazwała Panem Glitchem. To często się jej zdarza? Mówiła, że Adam miał Beton... Cokolwiek to ma być.

                                      Ulisses uśmiechnął się, lekko od Mervi odsunął aby się jej przyjrzeć.

                                      - Glitch… to dobra nazwa - powiedział patrząc na Mervi - to twój avatar… Wy nazywacie to Geniuszem, lub Eilodionem - wyjaśnił jej rzeczowo - to jeden z powodów czemu możesz do Unii nie pasować - dodał powoli i ostrożnie - albo ty zmienisz Unię albo Unia cię skrzywdzi.
                                      - Unia mnie przygarnęła. - zaprotestowała - Leczą mojego ojca, fundusze mu zapewnili, załatwili pracę, szkołę dla mnie i utrzymanie.
                                      - Zobaczymy jaka będzie przyszłość - Ulisses powiedział spokojnie - a ty czego chcesz?

                                      Zwrócił się do Alison.

                                      - Nic - technokratka powiedziała cicho.

                                      Dewiant się nie napraszał, zapytał ich o godzinę i tak samo czując się jak u siebie powiedział, że zostało mu jeszcze sześć minut przystanku. Zachowywał się jakby kompletnie nie traktował agentek jako zagrożenia.

                                      Mervi zmarszczyła brwi. Czuła jakie niebezpieczeństwo na nie spada i rozumiała, że już śmierć Adama może wcale nie być taka bezproblemowa do zatuszowania, jak Alison zakładała.

                                      - Co ty mu zrobiłeś? - zapytała Odysa, wskazując p+istoletem na ciało technokraty -Miałam nadzieję, że zablokowanie twoich słów go ochroni, jak okrutnie postanowiłeś go skrzywdzić, ale wyraźnie to była głębsza rana, poza imieniem. - ton technokratki wskazywał jak pogardza czynami Odysa.
                                      - Spotkaliśmy się dwa razy - Ulisses wyjaśnił beznamiętnie - pierwszy raz zanim się przebudził. Był dowódcą najemników, całkiem możliwe, że powiązanych z Unią, ale tego nie jestem pewny. Widziałem co wyprawiali, to nie były przyjemne widoki… I chyba powiązane z tym jak postanowił się na mnie zemścić. Złamałem mu rękę i ośmieszyłem go przed jego ludźmi. Potem raz jeszcze zostawiłem go na śmierć, w tym samym konflikcie, widać Jedyny miał co niego inne plany.

                                      Mervi patrzyła na dewianta okiem analityka NWO. Pierwsza słabość, mimo pozornego chłodnego stosunku do śmierci, miał on jednak pewne opory przed po prostu zabijaniem. Trzeba było to zapamiętać.

                                      - Drugi raz spotkałem go podczas wspólnej akcji Unii i Tradycji. Był to zawiązany bardzo pośpiesznie rozejm związany z zewnętrznym zagrożeniem. Unia oberwała mocniej niż my, mimo lepszej pozycji i większego przygotowania. Adam obwiniał za to mnie. Nie wystawiliśmy ich - Odys wzruszył ramionami - a że wcześniej już się nie polubiliśmy, pewnie byłem dla niego idealnym winowajcą za śmierć sojuszników. Cała historia.
                                      - Najpierw zostawiłeś go na śmierć... to nie było łaskawe. To było okrutne. Zakładałeś, że umrze powoli. - zniżyła głos w złości. Sadysta - A teraz chciałeś innymi się wysłużyć, aby go możliwie zabili inni z Unii, gdy będzie słabszy, wystawiony na atak. Brawo. Sumienie czyste, tak?
                                      - Nie - dewiant usiadł znowu na krześle i upił resztek wody z butelki. Alison podsunęla mu… ciasta? To było co najmniej dziwne.
                                      - Nie - kontynuował - nie każdego muszę ratować, po prostu. Adama zostawiłem w budynku który sam polecił zbombardować, we własnej pułapce. Był w słabym stanie, ale miał szanse. Nie lubię być panem życia i śmierci. Rzeczy które robimy, potrafią do nas wrócić.

                                      Alison westchnęła.

                                      - Był sukinsynem - powiedziała cicho i w sposób który do niej nie pasował - więc zamierzasz tak po prostu wziąć ją i stąd uciec?
                                      - Tak - Ulisses przytaknął - mam nadzieję, że za mocno nie zaogni to sytuacji na wojnie - pokręcił głową - ale musiałem. W pewnym wieku zostaje nam niewielu starych przyjaciół.

                                      - Zabierz swoje przekonania, przyjaciół - ostatnie słowa powiedziała prześmiewczo - i kogokolwiek kogo tu ze sobą masz. Wynoście się. - głos Mervi skrywał w sobie złość i rozżalenie.
                                      - Parszywa wojna - dewiant westchnął ciężko wstając z krzesła - dobrze było was poznać.

                                      Dewiantka szła przy nim gdy zmierzał do wyjścia.
                                      Mervi usiadła na krześle, czując jak złość ją zalewa. W jednym momencie zrzuciła ręką na ziemię stojące na stole naczynia, patrząc jak rozbijają się na podłodze. Zniszczenie kierowane wściekłością.
                                      Uderzyła w stół pięścią pozostawiając krwawy ślad, gdy otworzyła wcześniejszą ranę. Położyła głowę na blacie wydając zbolały, bezsilny jęk.
                                      W tym czasie Alison przeprogramowywała kotwicę wymiarową do zaciemniania podglądu aktualnego czasu. Nie była z tego zbyt dobra, ale tu wyglądało, jakby się przygotowała.

                                      - Ktoś się domyśli. - przewróciła głowę na bok ku Alison - A przynajmniej zastanowi. Myślisz, że niestabilnego agenta będą traktowali ulgowo? - parsknęła.
                                      - Zajmę się tym, Mervi - Alison powiedziała do niej stanowczo - ruszę stare kontakty.
                                      - Uspokajam go jak mogę. - nie wiadomo było czy do kogokolwiek mówiła - Próbuję wychować.- pojedyncza łza frustracji pojawiła się przy oku - Co to dla nich... - schowała twarz w ramionach, niby w poduszce na stole. Była po prostu psychicznie wykończona.
                                      - Zajmiemy się tym - Alison odpowiedziała kończąc z kotwicą - musimy uzgodnić zeznania.
                                      - Sądzisz, że tak po prostu oszukamy tych, co przyjdą? Co będą przesłuchiwać? - wysunęła twarz ukazując zaczerwienienie oczu.
                                      - Zapytają o przebieg wydarzeń. Ulisses ma taką famę, że szybko to przyjmą - Alison była dziwnie pewna.
                                      - Dewianckie zagrywki, jakimi posługiwał się w Konstrukcie? Zmienił trajektorię strzału, który wystrzelony w niego "rykoszetował" w Adama? - mruknęła wpatrzona w blat biurka.
                                      - Sądzę, że tak właśnie było. Odbił pociski - Alison powiedziała spokojnie - ja strzelałam zza pleców Adama, ty z prawej, o tu…

                                      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • JhnWJ Online
                                        JhnWJ Online
                                        JhnW
                                        Administrator Obsługa Developer
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                        #25

                                        Mobilne Formacje Operacyjne pojawiły się po dwóch godzinach. Wtedy też członkowie konstruktu zdali sobie sprawę, iż wsparcie tak naprawdę nie było potrzebne. Straty siły militarnej jakich doświadczyli po wizytacji Ulissesa były naprawdę minimalne – chociaż Konstrukt nie był nastawiony na operacje bojowe.
                                        Szybko stało się jasne, że to powszechny chaos informacyjny był główną przyczyną porażki technokratów. Chaos który nie przeminął wraz z z dodatkowym wsparciem, a być może wzmocnił się – gdy próbowano policzyć technokratów, oszacować straty, przywrócić w pełni funkcjonowanie systemów elektronicznych i informatycznych konstruktu. Przyśpieszone ewaluacje psychologiczne dokonywano w warunkach polowych na personelu niższego szczebla. Specjaliści od czyszczenia paradygmatu przygotowywali już środki amnezyjne – głównie farmakologiczne. Nie przejmowano się ich skutkami ubocznymi, wpływ memetycvzny był za wolny. Trzeba było wyczynić pamięć większości niższego szczebla, a Mervi podejrzewała, że „agenci federalni” wizytowali również pracowników pobliskich firm w celu utrzymaniu tajemnicy.
                                        Dzięki temu Mervi i Alison miały dość dużo spokoju i swobody. Wszak znajdowały się w oku cyklonu, a jak wszyscy wiedzą, w nim jest spokojnie.
                                        Przynajmniej przez jakiś czas.

                                        Na kilka dni Mervi i Alice zostały zatrzymane na terenie konstruktu. Przez ten czas nie niepokojono ich nadmiernie. Skończyło się na złożeniu wyjaśnień. Wszyscy wiedzieli co zawiniło, ale zawinili też ludzie.
                                        Administrator i Adam. Adam był wygodnym kozłem ofiarnym, jako martwy nie mógł się bronić. Wszyscy zgodnie zaczęli wieszać na nim psy, łącznie z Franklinem – tego Mervi się nie spodziewała. Gdzieś ponad jej głową trwała również walka o władzę po odsunięciu aktualnego administratora. Dotarło do niej, że w boju było dwóch ludzi z NWO oraz, co było dość osobliwe, progenitor.
                                        Więcej do niej nie docierało, izolowano ją w kwaterze tymczasowej. Głównie miała kontakt ze śledczym oraz Alanem w dziwnie dobrym humorze. Czwartego dnia odwiedził ją Franklin.

                                        - Wypuścili mnie dzień przed tobą – stwierdził jakby sugerując, że przychodzi do niej właśnie z dobrą informacją – mamy do pogadania.

                                        Chaos w Konstrukcie powodował obawę w sercu Mervi. Nie była przystosowana do czegoś takiego. Młoda technokratka była początkowo zestresowana, co wydawałoby się na miejscu po spotkaniu Odysa. Sytuacja działała na korzyść dziewczyny - strach, stres i skołowanie nie było niczym niemożliwym, prawda?

                                        Mervi uśmiechnęła się blado na widok Franklina, choć ostatnie zdanie spowodowało uścisk w żołądku.

                                        - O czym dokładnie...?
                                        - O Adamie - Franklin westchnął - nie podoba się mi ta cała sprawa. Jakby nasz szef oszalał.

                                        Finka spojrzała uważniej.

                                        - Adam... Bardzo zaryzykował z Ulissesem. Za bardzo. - przetarła oczy - Całym Konstruktem...
                                        - Tak - Franklin usiadł na krześle - wyłączyłem systemy budynku w tym pokoju - stwierdził poważnie dając znać Mervi, że nie ma podsłuchów.

                                        Pozwolił jej kilka uderzeń serca przetrawić tą wiadomość.

                                        - Musimy pogadać szczerze - stwierdził poważnie - mam przypuszczenia, że ktoś do godziny przed śmiercią wywierał na Adama silny wpływ memetyczny. Jeśli tak, to zapewne trwało to również wcześniej. Mogło to tłumaczyć jego zachowanie. Mam krótką listę podejrzanych. Nie będę cię wtajemniczał we wszystkich, ale wysoko na niej jesteś ty oraz Alison. Przychodzę do ciebie, gdyż tobie ufam.

                                        Mervi poczuła ciarki na plecach, a także delikatne, ale stabilniejsze piksele na granicy wzroku. Jej eilodion, o którym teraz nie potrafiła mówić inaczej niż Glitch, dostrzegał w tym coś. Coś co po chwili sama Mervi dostrzegła (czy jakby tłumaczyła Unia, uświadomiła sobie treści z podświadomości). Franklin manipulował ją, grał w swoją grę. Być może jak każdy. Ale wcale jej nie ufał. Była dla niego narzędziem, jak wszystko. Jednym z trybów maszyny.
                                        Ta myśl budziła w niej mdłości.
                                        Technokratka zmarszczyła brwi z niepokojem, chcąc sugerować, że słowa Franklina ją poruszyły.

                                        - Ja? Wysoko? Adam był ulepszony, gdzie miałabym jakąkolwiek szansę na niego wpłynąć? - zapytała, zamykając się z maską wystraszonej młodej.
                                        - Może, może jesteś zdolna - Franklin odparł sucho - a co myślisz o możliwościach Alison?
                                        - Ulepszenia Adama też i przed memetyką chyba powinny bronić... Alison by tego nie przebiła.
                                        - Nie zaobserwowałaś jakiś prób? Najpewniej aby dokonać pełnej infrakcji podświadomej musiałaby znacznie osłabić szym mowy ciała który stosuje. Nie chcę ci nic sugerować Mervi - Franklin zamyślił się - ale przypomnij sobie dobrze i zastanów się. Alison może chcieć ciebie wkopać, broniąc się.

                                        Mervi opuściła głowę, ściskając materac, na którym siedziała.

                                        - Masz rację... tu mogła być memetyka obecna... - westchnęła - Ale nie od nas. Ulisses... On od razu wiedział co zastanie otwierając drzwi. Jakby zobaczył to naszymi oczami... - uniosła głowę - Może też już na odległość wpłynął na Adama... aby tym bardziej osłabić nieznane możliwości Kontruktu, o których przecież Adam wiedział....
                                        - Dobrze - Franklin przytaknął Mervi bez przekonania i wstał z krzesła - będę dalej prowadził moje śledztwo. Dzięki za pomoc, gdybyś sobie coś jeszcze przypomniała, daj znać.

                                        Podał jej rękę na pożegnanie.
                                        Mervi przyjęła dłoń, czując się przybita całą sytuacją... Cholerni Dewianci...


                                        Mervi wypuszczono dzień po wizycie Franklina, tuż przed zebraniem jej grupy. Po pierwszy zobaczyła Alexa, Roberta i Alison. Zebrani w małej, dusznej salce. Alex miał ramię na temblaku, Franklin wyglądał jeszcze bardziej profesjonalnie niż zwykle. Robert… to było dziwne. Jadł babeczkę. Alison jadła babeczkę.
                                        Wkrótce potem babeczki Alison otrzymali wszyscy poza Franklinem. Tylko Alex dostał inną, z białą czekoladą.
                                        Po babeczkowym zamieszaniu, przemawiać zaczął zadowolony z siebie Alan. Oznajmił, że rozwiązano ich grupę. Podziękował za współpracę Franklinowi i Alison oraz zapewnił, że pozostali mają ciągły dostęp do niego w ramach procedur unii, oraz może zawetować ich przydziały. Stwierdził, iż wtłaczanie wszystkich technokratów w pracę na zapleczu, ale jednak operacyjną, było błędem. Od tej pory pomoże uzyskać im indywidualne przydziały u zaprzyjaźnionych dowódców.
                                        Po tym jak to mówił, Mervi czuła, że faktycznie tak będzie, że będzie dobrze. Wierzyła Alanowi.


                                        Sprawa Adama dla Mervi była zamkniętym rozdziałem, przynajmniej jeśli chodzi o procedury Unii. Nikt nie upomniał się o rozszerzoną ewaluację psychologiczną, na górze wdrażano metody naprawcze aby dwóch wysoko postawionych członków Unii nie mogło swoimi nieprawidłowymi działaniami znowu naruszyć Planu. Mervi podejrzewała, że wiele rzeczy działo się ponad jej głową.
                                        Krótka przerwa na studiach nie była problemem. Gdy Alan szukał przydziału dla niej, miała odrobinę więcej prywatnego czasu. Na studia…
                                        ...i na Roberta.


                                        Alison zaprosiła Mervi do swego pokoju w konstrukcie. Był to gest zaufania, zwykle spotkania odbywało się w osobnych salach lub – jeśli ktoś posiadał – własnym gabinecie. Pierwsze co rzuciło się Mervi w oczy były obrazy na ścianach. Repliki klasyków. Oraz jeden kupon zniżkowy do McvDonalda w ramce. Alison była dziwna. Magnesy dinozaurów na lodówce. Smakowity zapach.

                                        - Zrobiłam zupę kukurydzianą – powiedziała po cichu na przywitanie – zjemy.

                                        Alison nie pytała, tylko obwieściła. Nie był to do końca przyjemny posiłek. Technokratka przepytała Mervi z zakresu historii sztuki, myśli politycznej, socjologii, religioznawstwa, antropologii kultury, historii architektury, reformacji i kilku innych tematów. Cześć rzeczy pokrywała się się z kursami jakie każdy członek NWO musiał zaliczyć, inne zahaczały o studia Mervi. Wszędzie jednak miała braki.
                                        Na koniec czuła, że poza pełnym brzuchem, wyniosła coś z tej rozmowy. Alison tłumaczyła, nie oceniała, zadawała pytania, wcięła w dyskusje. Była naprawdę dobrym nauczycielem. Dziwnym, ale dobrym.

                                        - Jak się po tym wszystkim czujesz? -rychło w czas zapytała Alison.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • ZellZ Niedostępny
                                          ZellZ Niedostępny
                                          Zell
                                          Moderator Obsługa
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                          #26

                                          - Pytasz o rozmowę, czy ostatnie wydarzenia? - zapytała, ale zaraz kontynuowała - Mam braki w wiedzy, więc nie jestem zadowolona z siebie. A wydarzenia... jeszcze nie przetrawiłam. - odparła ponuro.
                                          - Pytam o to, na co odpowiadasz - Alison powiedziała monotonnym głosem z której Mervi nauczyła się wyłapywać pewne rozbawienie.
                                          - Jak mówię - mam braki. - odparła niezadowolona.
                                          - Przygotuję ci listę lektur - Alison powiedziała zadowolona - część tematów będę musiała skonsultować ze znajomym historykiem, ale nie potrwa to długo.
                                          - Alison... Wiesz już coś o możliwym przydziale dla mnie? - zapytała w końcu.
                                          - A jak myślisz?
                                          - Że się drażnisz ze mną, więc wiesz, ale nie powiesz.
                                          - Musisz mieć mnie za straszną wiedźmę - Alison wstała od stołu aby zebrać naczynia i wstawić je do zmywarki - deser?

                                          Mervi mruknęła z niechęcią (za dużo kalorii!), jednocześnie chcąc deseru.

                                          - Chyba jesteś na liście Franklina.

                                          Alison akurat wyjmowała z lodówki sernik na zimno. Prosty, z zieloną galaretką, na biszkoptkach. Bez słowa odkroiła po kawałku na dwa talerze. Gdy usłyszała słowa Mervi, nóż mocniej szczęknął o blat. Odwróciła się do Mervi. Przez chwilę wydawało się, że mimo opadających na twarz włosów, oczy kobiety są wyraźnie widoczne zza grubych, wielkich okularów. Szepnęła.

                                          - Co? Chce mnie przelecieć?

                                          Mervi uśmiechnęła się półgębkiem.

                                          - Chyba tak. W tyłek bez masełka.
                                          - Wiedziałam, jak nie w biust to w tyłek idzie dobry sernik - Alison powiedziała spokojnie wracając do stołu z deserem - a przynajmniej tak sobie powtarzam.

                                          Nie wyglądała na przejętą zjadła dwa kęsy nim wróciła do tematu.

                                          - Dwie sprawy. Pierwsza, uczysz się - spojrzała na Mervi i uśmiechnęła się lekko.

                                          Uśmiech Alison gdy na ciebie patrzyła był dość przerażający, jak gremlin który jest dumny z realizacji swych planów.

                                          - Druga, wiem. Wiem też, że był u ciebie, domyślam się po co. Skoro rozmawiamy, nie ma czym się martwić. Widzisz, jak na razie… - zamyśliła się - albo nie, tą analogię zatrzymam na potem. W każdym razie trzymam Franklina na smyczy.
                                          - Czemu ty w sumie znalazłaś się w naszej grupie? - zapytała wprost - Musisz mieć dobrą pozycję przecież.
                                          - Nie mam dobrej pozycji - Alison zaczęła analityczne wyjaśnienia - pozycja jest wypadkową tego co możemy oraz tego co nam zagraża. Tak, mogę dużo, ale mam też dużo wrogów. Mówiłam ci o tym, częściowo. Zeszłam ze sceny udając trochę świrowanie. Unia w tym programie bardzo dba, aby nikomu nie stała się krzywda… Więc byłam chroniona. Ale udawałam, temu Alan nie wspomniał o mnie jako o pacjentach po rozwiązaniu grupy. Chyba, że naprawdę jestem wariatką i tym razem oszukałam Alana - dodała ciszej - to jest też możliwe. Aktualnie kilka osób jest mi wdzięczne, ruszyłam stare znajomości, sprawy przycichły, więc jestem bezpieczna, przez jakiś czas.

                                          Mervi zamyśliła się.

                                          - Znasz z Wieży z Kości Słoniowej niejaką Bob?
                                          - A wiesz skąd jej ksywa? - Alison uśmiechnęła się złowieszczo.
                                          - Blob?
                                          - Tak - Alison przytaknęła - zdolna dziewczyna. Skąd znasz Bob?
                                          - Jeszcze w Finlandii się mną opiekowała na początku, nim trafiłam do Ameryki. Szybko, jak tylko się Przebudziłam i Unia mnie zauważyła to z nią się poznałam.
                                          - Masz dużo szczęścia do poznawania dobrych i interesujących ludzi - Alison stwierdziła cicho i monotonnie - dużo szczęścia.
                                          - Co masz na myśli? - finka spojrzała zdziwiona.
                                          - Bob nie jest typową Technokratą. Ale jest przy tym jednym z najlepszych agentem, i co ważniejsze - Alison spojrzała na Mervi - robi rzeczy słuszne - podkreśliła ostatnie słowo.

                                          Mervi spuściła oczy coś rozważając.

                                          - Tak słuszne jak ty robisz?
                                          - Mam taką nadzieję, nie znam jej na tyle - Alison powiedziała cicho lecz z dziwną mocą nie pasującą do jej postury i stylu bycia - o to chodzi przecież w życiu. Robić rzeczy słuszne w słuszny sposób.

                                          - Nie wiem czy mogę być szczera... - spojrzała Alison w oczy, nie wiedząc czy tutaj powinna mówić coś, czego nie może kto inny usłyszeć.
                                          - Możesz - Alison uśmiechnęła się znowu w ten upiorny sposób - i tak będę plotkować.
                                          - ... - westchnęła - Czemu urządzenie zanotowało wtedy odchylenia? - spojrzała na kobietę - Co zrobiłaś?
                                          - Najpierw twoja hipoteza, ja dokończę jeść - powiedziała ledwo słyszalnie przez pełne usta.
                                          - Nie potrzebowałaś by dewiant zadziałał. Planowałaś już wszystko wcześniej. I zrobiłaś to... co dewianci potrafią. - odważyła się.
                                          - Dlatego nigdy nie chciałam mieć dzieci - Alison powiedziała po cichu - w końcu zadadzą pytanie, po którym będzie trzeba im powiedzieć o brudnym seksie w kisielu, a one wciąż są za młode.

                                          Zjadła ostatni kęs nim odpowiedziała Mervi.

                                          - Mam nadzieję, że nie piłaś dziś za dużo kawy, nie chcę abyś mi tutaj zwariowała - powiedziała monotonnym, łagodnym głosem - bo jakbyś zareagowała gdybym ci powiedziała, że nie ma absolutnie żadnej funkcjonalnej różnicy pomiędzy oświeconą nauką a tym co robią dewianci? Są tylko detale.

                                          Mervi lekko zjerzyła się, a po chwili zaśmiała.

                                          - To tak irracjonalne, że aż śmieszne. Dobry żart mimo wszystko.

                                          Alison milczała pozwalając Mervi składać kawałki układanki. Teorie kwantowe, podstawy teorii przyczynowości. Gdy Odys rozmawiał z Adamem, wspominał coś o pracach paradoksie układ-obserwator autorstwa jakiś Inżynierów Elektromagnetycznych. Podstawy teorii przyczynowości kryły się za tym. Klocki były luźne, ale i tak niepokojąco dobrze składały się ze sobą.

                                          - To co robią Dewianci działa na jakąś wiarę. Na bullshit. - pokręciła mocno głową.
                                          - Mervi - Alison zapytała technokratę powoli - jakie jest położenie i pęd elektronu gdy nikt nie patrzy?
                                          - Jest w superpozycji, ale jakie to ma znaczenie? - Mervi czuła się zestresowana, jakby zagrożona tymi pomysłami.
                                          - Ponieważ częścią eksperymentu jest świadomy obserwator - Alison dodała - dlaczego teleportacja kwantowa nie łamie teorii względności?
                                          - Nie przesyła użytecznej informacji... - chciała by w to nie wchodziły.... to było groźne!
                                          - Dlaczego praktyczne eksperymenty naukowe nie wychodziły w towarzystwie Pauliego? I wiesz kim Pauli był dla Unii?
                                          - Noblista fizyki, winny kwantówki. - westchnęła - Bez niej byłoby łatwiej....
                                          - Twórca podstaw naszej teorii przyczynowości i jej załamania. Tylko, że opisał więcej niż wiedzą Masy, a także nasi agenci. Okazjonalnie z nami współpracował, lecz był Synem Eteru, jednym z dewiantów. To co naprawdę przekazywał, w okrojonej, ocenzurowanej wersji, naznaczonej piętnem paranauki Masy znają jako zjawisko synchroniczności. Gdy stan rzeczywistości może delikatnie przesunąć się pod wpływem wiary jednostek. Zupełnie jak obserwator który nie dopuszcza do siebie obserwacji.
                                          - Synowie Eteru to zdrajcy... - syknęła z wyuczoną odrazą, która najwyraźniej w tym momencie dawała jakikolwiek stały grunt.
                                          - Gdyż chcieli robić rzeczy, według siebie, słuszne - Alison mówiła cicho i łagodnie, ale nie odpuszczała - świat nie jest czarno-biały. Do jakiego najpóźniejszego momentu znasz historię naszej konwencji?
                                          - Kabała Czystej Myśli. - mruknęła.
                                          - Która wyrastała na łonie Kościoła tak samo jak Niebiański Chór. Zdarzały się między nami transfery. Czy to nie dziwne?
                                          - Broniliśmy przed Niebiańskim Chórem, a zdrajcy znajdą się wszędzie. - odparła wciskając palce w ziemię.
                                          - A gdybyś miała tezę poddać krytyce? O obronie, zdradach i jasnym podziale? Mervi, wtedy nawet nauka nie była zdefiniowana dość wyraźnie - Alison stwierdziła rzeczowo - ludzie nie znali chemii, a tylko alchemię.
                                          - Co to wszystko ma do rzeczy? Co chcesz obalić? - Mervi zapytała drżąc wewnętrznie.
                                          - To co ci mówię, zakrawa o wiedzę wewnętrznego kręgu, tak podejrzewam - Alison odparła Mervi - my kłamiemy Masom, O4 kłamią O2, O5 kłamią wszystkim niżej, wewnętrzny krąg okłamuje wszystkie grupy O. Wszystko w imię kontroli Harmonogramu, w imię segregacji informacji do kompetencji.
                                          - Robi w imię bezpieczeństwa! - Mervi potarła oczy.
                                          - Zgadzam się - Alison powiedziała do Mervi spokojnie coś z mocą, która trochę uspokoiła Mervi - Unia Technokratyczna to najlepsze co mogło się przydarzyć ludzkości. Jednak i my nie jesteśmy bez wad. Sama widziałaś ostatnio, a może i wcześniej. Wybrałam cię, bo może kiedyś sprawisz, że Unia i opieka jaką roztaczamy nad ludzkością będzie doskonalsza. To chyba słuszna rzecz?

                                          Mervi pokiwała powoli głową.

                                          - Brak odgórnych zasad... to szaleństwo jakie wprowadził Adam... Jest straszne...
                                          - Adam działał tak w ramach procedur. Jestem za zasadami i procedurami, ale często są niedoskonałe, wymagające poprawy. Zaczyna nam brakować serca, przestajemy dostrzegać ludzi, widzimy tylko cyferki.
                                          - Chcę by świat był bezpieczny dzięki zasadom, procedurom, kontroli, poświęcenia się dla dobra ogółu... a Dewianci są zaprzeczeniem tego…
                                          - Mówimy o filozofii, nie fizyce - Alison podkreśliła - już rozumiesz?

                                          Po chwili finka nieoczekiwanie przysunęła się do Alison i... wtuliła się w nią rozdygotana popłakując po cichu. Alison w ciszy utuliła Mervi pozwalając jej się uspokoić. Czasem nie trzeba było więcej mówić.

                                          Mervi uspokoiła się w końcu. Puściła Alison i wzięła głębszy oddech.

                                          - Proszę, nie rób mi tego znowu... - wyszeptała.
                                          - Deserka czy zupy kukurydzianej - Alison powiedziała po cicho - i tak dzielnie to znosisz Mervi. To zasługa, jak mniemam, twego geniusza, dla niego to bardziej naturalne. Została nam jeszcze jedna sprawa.
                                          - Przydział dla mnie. - wprost powiedziała.
                                          - Dokładnie - Alison potwierdziła cicho - strasznie mnie zagadałaś. Od początku chciałam o tym porozmawiać.
                                          - To ja zagadałem? - pokręciła głową.
                                          - Zadałaś pytanie, na które ci odpowiedziałam.
                                          - Więc co z tym przydziałem?
                                          - Będziesz musiała bardzo dobrze się przygotować jeśli chcesz otrzymać to, w kierunku czego pchnęłam wydarzenia. Pajęczyna - Alison rzuciła hasło trochę bawiąc się z Mervi.
                                          - Alison... - finka spojrzała niecierpliwie.
                                          - No dobrze, dobrze - Alison powiedziała tradycyjnym, monotonnym głosem - zabierasz ostatnią rozrywkę starej pajęczycy.
                                          - Co załatwiłaś? - przysunęła się z krzesłem bliżej, jak niecierpliwe dziecko.
                                          - Jest zespół pracujący w Pajęczynie nad odbudową i formatowaniem naszych sektorów. Nie jest zbyt duży, chociaż może zrobić na tobie wrażenie. Zajmują się sektorami daleko od walk, naszymi już od dawna, mając z nich zrobić całkiem przyjemne miejsca do życia. Zespół ufundowali nasi, NWO, ale ściśle współpracujemy z Iteracją X - Alison zrobiła pauzę - tyle z wad. Dwoje Iteratorów znajduje się poza naszym Konstruktorem, pracują zdalnie, z NWO jeden bacz w połowie przydziału i dwóch na stałe. Będziesz czwarta. Do tego całkiem sporo niższego personelu, grafików 3D, programistów, architektów, urbanistów, historyków. Miałabyś właśnie objąć nadzór nad sekcją historyków i architektów oraz wdrażać rezultaty waszej pracy. Oni tam budują w Pajęczynie miasta, bazy, pawilony… Nie chcemy aby to wszystko było sterylne i nudne. Jeśli życie ludzkie ma przenieść się do Pajęczyny, a przynajmniej większość czasu jaki ludzie spędzają, zbudujemy im lepsze miasta. Jednak strzegąc ludzkości, strzeżemy też jej historii i kultury. Będziesz przenosić tam zabytki, budynki, rzeźby. Nowe, nowoczesne budynki według planu urbanistów będziesz utrzymywać w zadanych, historycznych stylach zgodnych z wizją okolicy.
                                          - Pajęczyna naprawdę na to pozwala? - Mervi wyraźnie się zainteresowała - Nigdy nie byłam... tam. Myślałam, że tam tylko zdrajcy są…
                                          - Nasi też są nią zainteresowani. Podoba ci się pomysł?

                                          Finka uśmiechnęła się szeroko.

                                          - Oczywiście!
                                          - Będziesz musiała się naprawdę dobrze przygotować, szef projektu zna się na tym co robi, jest wymagający i jeśli mu się nie spodobasz, to cię odrzuci. Nie chodzi o względy personalne, tu masz referencje, ale musisz wykazać się twardą wiedzą.

                                          Ekscytacja malowała się na twarzy Mervi.

                                          - Nie zawiodę!
                                          - Wyślę ci potem listę książek, które ja polecam… oraz tych, które pokrywają się z jego zainteresowaniami - Alison odpowiedziała beznamiętnie.

                                          Mervi patrzyła na Alison ze szczęściem w oczach i pewną miłością, jak do rodzica czuje dziecko. Do matki, która ją odrzuciła jak śmiecia zawadzającego drogę do pożądanego życia.
                                          Finka ponownie rzuciła się na szyję Alison, choć łez teraz nie było.

                                          - Stworzę lepszy świat dla ludzi. - wtuliła twarz w szyję kobiety - Piękniejszy. Stabilniejsszy. Bezpieczniejszy. - zamknęła oczy sycąc się bliskością - Stworzę taki, jak obie marzymy.
                                          - Dlaczego znowu mnie macasz - Alison przekrzywiła lekko głowę w zapytaniu.
                                          - A czemu ty nie robisz tego samego? - zapytała, dalej wtulając się jak dziecko.

                                          Alison tylko uśmiechnęła się pod nosem, jakoś inaczej.

                                          - Masz jakieś dwa tygodnie, może trzy przed rozmową z Arturem. Jest jeszcze coś - Alison zapauzowała - uważaj na Roberta. Niektórzy nie chcieli rozdrapywać sprawy Adama, stąd nam się upiekło. Robert ma planowane sesje ewaluacyjne podstawowego profilu psychologicznego. Nie przejdzie ich za nic.
                                          - Nie można jakoś w tym pomóc? - powoli puściła Alison.
                                          - Ewaluacja to jeszcze nie wszystko, będzie po niej na celowniku. Powinien bardzo ostrożnie się zachowywać, jeśli da radę. I chyba nie muszę wspominać, że nikomu, również mu, nic nie powiesz z naszej rozmowy. Robert jest podobny do ciebie, tylko z natury bardziej buntowniczy. To nie jest dobre połączenie.
                                          - Wiem, że nie mogę mu nic mówić... - westchnęła - Choć nie lubię tego... - zapatrzyła się w podłogę - Chciałabym mu pomóc.
                                          - Pomożesz sugerując mu drogę postępowania i jej pilnując - Alison odpowiedziała cicho i monotonnie, swoim zwyczajowym tonem - możesz nawet przyznać się, że konsultowałaś to ze mną. Teraz chyba i tak wszyscy już plotkują o mnie i memetyce.
                                          - O mnie coś gadają? - zapytała.
                                          - Teraz nie, ale zaczną jak stąd wyjdziesz. Jest późno, zasiedziałaś się, a przez asystentkę drogiego nam, poprzedniego Administratora, huczą plotki o mojej orientacji. Pewnie kilka życzliwych osób stwierdzi, że temu ci patronuję, jeszcze dzisiejsza wizyta - Alison powoli wzruszyła ramionami - nie przejmuj się.
                                          - Jesteś za stara!
                                          - To plotki - stwierdziła - uprzedzam. Najlepiej słuchać i je ignorować.
                                          - Mam im zaprzeczać? - zapytała z uśmieszkiem.
                                          - Jak uważasz - Alison wydawała się zupełnie obojętna na opinię publiczną.
                                          - Robert będzie zazdrosny... - westchnęła.
                                          - Czyli jednak nie za stara skoro można być zazdrosnym.

                                          Powrót do domu był spokojny. Mervi nie chciała za mocno myśleć o nowym przydziale i choć mały uśmieszek plątał jej się po ustach, to nie pozwoliła na widoku dać mu wolnego panowania. Zachowała także zimny spokój, usuwając z myśli to, co usłyszała od Alison o Oświeconej Nauce, chociaż wewnętrznie drżała w stresie, któremu nie mogła dać upustu na widoku.

                                          Rozpłakała się w mieszkaniu.

                                          Początkowo po prostu łzy spłynęły bezsilnie, jakby umęczone powieki nie mogły już ich utrzymać. Technokratka rzuciła na podłogę teczkę i torbę, zrzuciła bezładnie żakiet... Nie miała siły nawet udawać starania się o zachowanie porządku, gdy zrzucając buty ze stóp upadła jak gałgankowa laleczka na idealnie poskładaną narzutkę, na idealnie złożonej pościeli łóżka.
                                          Nie panowała nad tym, co się stało dalej.

                                          Desperacki płacz rozszedł się po pomieszczeniu. Mervi rzucała się po łóżku w czystej rozpaczy, nie zatrzymując łez skapujących jej po podbródku strumieniami zmywającymi jej makijaż.
                                          To nie może być tak...

                                          Uniosła głowę, aby skrzyżować spojrzenie ze swoim odbiciem w wysokim pokojowym lustrze.
                                          To nie tak!
                                          Usiadła drżąc, gdy migrena szalała w najlepsze. Była taka jaka chciała być, wszystko stało się logiczne, zrozumiałe, stabilne, bezpieczne...
                                          Nie byli jak oni...

                                          Oddech urwanie wychodził z jej piersi, gnany przerażeniem tym, co zobaczyła w lustrze.
                                          Nie była jak oni! Nie!

                                          W tęczówkach swoich oczu zobaczyła błyszczące od łez piksele.

                                          Mervi zdecydowała w końcu przedstawić Roberta ojcu... i poszło tak, jak spodziewała się finka. Ojciec miał specyficzne poczucie humoru i specyficzny sposób testowania chłopaka córki. Robert dowiedział się nie tylko, że ma nie myśleć nawet o zdradzaniu Mervi, ale ma wręcz... "zaspokajać jej potrzeby". I nie była tu mowa o potrzebach materialnych.
                                          Technokrata był spięty podczas rozmowy, ale nie panikował, jednak opowieść o tym, jak ta nudna dziewczyna wdawała się w bójki naprawdę go zaskoczyła. To było ostatnie, czego mógł się po niej spodziewać.
                                          Tatek wydawał się naprawdę zadowolony, iż jego dziecko wreszcie trwało z kimś w związku. Jak można było się spodziewać, Mervi była cichą dziewczyną, która nie posiadała znajomych, a na pewno kogoś bliższego... tylko czasem biła i większych od siebie?!

                                          Dziewczyna zrzuciła na niego bombę niedługo po rozmowie, informując, że może usłyszeć plotki na jej temat i to nieprawda. Gdy udało się usłyszeć jakie plotki... zrobiło się dziwnie. Następnego dnia wręcz Robert dopytywał o to, czy plotki to na pewno tylko plotki... oraz czy Mervi jest pewna, że Alison to nie jakiś seksualny predator udający Patrona.

                                          Młoda technokratka wręcz błagała Roberta by ten uważał teraz na zachowanie. Przekazała mu, co Alison jej przekazała, dodając że jeżeli będzie serio źle - niech od razu da znać. Dowiedziała się, że Robert stara się o przydział do sekcji bezpieczeństwa, czego nie chcą mu dać. Miał trafić do baz danych NWO, co i Alan popierał. Mervi nie zdziwiło, że nie chcą dawać dostępu do systemów bezpieczeństwa komuś, kto para się entropią, nie jest stabilny Geniuszem i psychiką, a do tego ma tendencje do niesubordynacji i buntu. Sama finka widziała w tym za dużo podobieństw do wirtualnych zdrajców.

                                          W całym pokoju rozłożone były książki, jakich wiedzę musiała przyswoić, żeby przygotować się z sukcesem i otrzymać wejście do projektu, co wymagało bycia zaakceptowanym przez wymagającego Arthura. Małe mieszkanko Mervi w tym momencie przypominało miejsce studenta w trakcie ostrej sesji egzaminacyjnej. Już na początku porzuciła perfekcyjny porządek przestrzeni, a po kilku godzinach jakikolwiek porządek. Notatki, książki, wydruki... Wszystko walało się bez ładu w każdej możliwej wolnej części pokoju, pokrywając też podłogę wysokimi wierzami papieru.

                                          Przerzucała strony książki poleconej jako pozycja dotykająca zainteresowań szefa projektu. Przed nią stał zahibernowany laptop o zamkniętej pokrywie, przywalony ciężarem notatek, jakby one miały chronić przed wydostaniem się potwora z komputera. Niestety, potwór i tak skakał po kolumnach papieru na półkach, podłodze, stole, łóżku i biurku...

                                          "Nie przeszkadzaj."

                                          Próbowała ignorować ten glitch przestrzeni zniekształcający obraz... choć czasem było ciężko...

                                          "Daj mi spokój!"

                                          Zacisnęła zęby, gdy przez granicę wzroku przemknęła kolorowa smuga pikseli.

                                          Nie mogła skupić się na lekturze, gdy Glitch skakał w jakiejś euforii po wszystkim. Nie miała do tego cierpliwości... może powinna wrócić do leków?
                                          Zgrzyt zardzewiałego metalu rozbrzmiał w jej uszach.
                                          Mervi poderwała się z miejsca z mniejszym tomem w ręce i rzuciła nim w zgromadzenie artefaktów tańczących po ścianie.

                                          "BO NIGDZIE NIE PÓJDZIEMY!"

                                          Patrzyła jak artefakty zastygają nagle, po czym ześlizgują się po ścianie jak gęsta ciecz, rozlewając na podłodze. W ciszy.
                                          |-

                                          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                          Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                          With your input, this post could be even better 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa