Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Sesje WoD
  3. Rozgrywka
  4. [Mag: Wstąpienie] Connect away

[Mag: Wstąpienie] Connect away

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
32 Posty 2 Uczestników 120 Wyświetlenia
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • JhnWJ Online
    JhnWJ Online
    JhnW
    Administrator Obsługa Developer
    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
    #16

    Nagłe odstawienie leków było bolesne. Mervi powinna przewidzieć, iż nie można łatwo robić sobie takiej huśtawki w dawkowaniu leków, bo za każdym razem, gdy w nagłym przypływie emocji, postanowi ich nie brać, będzie cierpiała. Decyzja powinna być permanentna.
    Odstawienie było bolesne, w postaci lekkiej gorączki i bardzo niespokojnego snu. Gdy dziewczyna wstanie rano, będzie czuła się fizycznie przeżuta i wypluta. Teraz jednak czekało ją coś gorszego.
    Ona sama.

    Dawniej wierzono, że w snach do ludzi przemawiają duchy, bogowie i inne, dziwaczne stworzenia poza świata materii. Potem przyszedł Kościół doszukujący się wszędzie diabłów. Nowożytna psychologia wmawia ludziom, że w snach mówią sami do siebie, w formie onirycznego sprzężenia zwrotnego podświadomości w kierunku świadomości.
    Unia nauczała, że poza samą sobą, przez Geniusza przemawia intelekt całej ludzkości. Tak brzmiało w dokumentach które dostała od Bob, tak to tłumaczył Alan.
    Mervi pod skórą czuła kłamstwo. Słowa których bała się pomyśleć, przynajmniej będąc na prochach i będąc w konstrukcje (czyżby jednak nie do końca czuła się tam bezpiecznie?). Słowa które teraz we śnie brzmiały jej w głowie swoim groźnym indywidualizmem.
    W snach mówią do nas bogowie.
    Bo to my jesteśmy bogami.
    Siedziała znowu na tej samej ławce, lecz już nie tak wystraszona jak wtedy. I widziała profesora rozmawiającego z agentami unii. Tylko, że tym razem nie straciła przytomności.
    Wszystko wokół tego mikroświata migało w błędach jak z zepsutej symulacji. Liczyły się tylko on, ona, agenci i otwarta przestrzeń w którą można uciec.
    To było… rozczarowujące, jak rozczarowujące było życie. Nie dostała tego o co prosiła. Nie było miłego słowa, ciepłej kawy, spokoju i poczucia bezpieczeństwa.
    Stała przed czymś groźnym.
    Przed możliwością podjęcia odpowiedzialności.
    Marvi czuła złość. Nie oczekiwała czegoś takiego! Było nie przestać zażywać leków... bez nich tylko zawód i cierpienie ich braku... a teraz ma szalonego Geniusza puszczonego wolno. Czemu nie może mieć trochę ulgi?!
    Pamięć profesora wyciągnęła z niej łzy... choć ich nie chciała. Nie mogła jednak przestać, zatrzymać ich płynięcia po policzkach.

    - Dobrze się bawisz? - syknęła z zaciśniętym gardłem.
    - HEJ! - krzyknęła w stronę agentów, podchodząc w ich stronę - Zostawcie go! Nie jest celem!

    Agenci odwrócili się, błyskawicznie w kierunku dziewczyny. Jeden oddał strzał. Bolało.. Nie, nie bolało.
    Świat zamazał się jak, jak stara, przewijana wiele razy taśma VHS. Mervi znowu siedziała na ławce, a agenci rozmawiali z profesorem.

    - Bardzo zabawne. - prychnęła i ponownie zaczęła podchodzić, nie odzywając się do agentów, a gdy podeszła już blisko, złapała profesora (nie pamietam nazwiska!) za rękaw i szepnęła.
    - Nie wygrasz z nimi...
    - To kto wygra? - zapytał ze smutkiem w głosie patrząc na Mervi.
    - Oni. - Mervi nie puszczała rękawa - Nie zostawiaj mnie…

    Profesor uśmiechnął się smętnie i po przyjacielsku pogłaskał Mervi po głowie.

    - Szkoda, ale czasem trzeba spojrzeć w twarz śmierci.

    Swoim ciałem zasłonił Mervi przed kulami. Dziewczyna nie zdążyła pisnąć gdy świat znowu przewinął się do pozycji bazowej.
    Przez chwilę patrzyła tępo w przestrzeń.

    - Zostawia mnie, zawsze zostawia... - kuląc się na ławce zakryła głowę ramionami - Kłamstwo, to było kłamstwo, on nigdy nie chciał się zaopiekować... Nigdy by nie ochronił. - ręce opadły jej bezwładnie - Nie chcę być sama... Nie chcę... - spojrzała w stronę profesora - Nie zostawiaj mnie znowu…

    Po raz kolejny sytuacja się powtórzyła, profesor między agentami a Mervi, strzały, tak jakby osłonił ją. Scena wróciła do punktu wyjścia.
    Finka czuła narastającą irytację. Chciała się obudzić, wrócić do normalnego życia...
    W objawie desperacji podbiegła do swojego wykładowcy i po prostu siłą spróbowała go odciągnąć z tej sytuacji, w kierunku, którym mogła uciec. Tym razem zaczęli razem uciekać, pierwsze strzały chybiły. Widziała też przerażającą moc dewiantów, gdy kule w locie zaczęły wytracać prędkość, będąc niczym więcej, jak rzuconymi, ołowianymi kamykami. Lecz potem pojawiły się lasery z dobytych przez agentów ciężkich blasterów.

    - Idź Mervi - profesor powiedział rozpraszając światło broni - chwilę ich zatrzymam. I tak polowalii na mnie.
    - Nie chcę cię tracić! - zaprotestowała dziewczyna - Nie znowu! - wskazała na wyjście z parku - Za nim już cię nie skrzywdzą!

    Kolejny strzał drasnął profesora, gdy się wycofywali, przypalając mu rękaw. Kolejne trafiły Mervi. Śmiertelnie.
    Scena zresetowała się.

    - To koniec... - Mervi wstała z siedzenia - Zadowolony? Wracajmy do rzeczywistości. Sen... To złe szaleństwo. - jęknęła.

    Scena rozpadła się. Mervi stała pośród absolutnej ciemności, mając przed sobą neonowy napis.
    NIE MYŚLAŁAŚ ABY MU POMÓC

    Klknięcie. Mocniejsze…
    …budzik.

    Pierwsze co Mervi zrobiła, gdy tylko się ogarnęła, było ponowne wzięcie leków. Jednakże aby ponownie zaczęły działać z pełną mocą, trzeba było brać je bez przerwy. Mała, pozorna przerwa sprawiła, że dalej miała problemy. Na szczęście dziś nie miała zbyt dużo do zajęcia się, jeden wykład nad studiach, potem chwila w konstrukcja, a następnie wedle wszechwiedzącego oka harmonogramu, miała zajmować się nauką na egzaminy i wykonaniem jednego zaległego projektu z rysunku architektonicznego.
    Tylko, że zamiast tego, po pracy ruszyła do Roberta.
    I sama nie wiedziała dlaczego była tak pewne, że akurat go zastanie. Chociaż pewna część jej umysłu mówiła jasno, że intuicja istnieje.
    Algorytmy nie znały intuicji.
    Robert był w mieszkaniu sam, przywitał Mervi dość serdecznie, nie przepraszając za bałagan w pokoju robiącym za salon, na stoliku którego właśnie rozbebeszał wnętrzności jakiejś retro konsoli, w towarzystwie oscyloskopu, laptopa i karty analizującej sygnały.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • ZellZ Niedostępny
      ZellZ Niedostępny
      Zell
      Moderator Obsługa
      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
      #17

      Technokratka nie wyglądała dobrze, raczej na umęczoną.Bez słowa podała mu torbę, w której miała bezalkoholowe piwo.

      - Mówiłeś, że piwo lubisz. Wybacz, że bez zapowiedzi przyszłam.
      - Piwo w ramach przeprosin jest zawsze ok - Robert powiedział dość ciepło - zjesz coś? Mam trochę japońskiego rosołku, własne produkcja. Są te ciasta od Alisson… Tylko niestety stół mam zajęty.
      - Nie szkodzi... - usiadła na kanapie patrząc w dół - Chętnie zjem…

      Robert po chwili odgrzewania podał Mervi coś, co absolutnie nie kojarzyła z rosołem, był to wszak ramen, sądząc po czasie przygotowywania i temperaturze składników - w tym mięsie i jajku - Robert sam niedawno jadł swoją porcję.

      - Dziękuję... - Mervi jadła powoli w sposób, w jaki jadłby ktoś przykładający się do każdego milimetrowego ruchu podczas posiłku. W tym czasie Robert usiadł obok i otworzył piwo, nie inicjując rozmowy pierwszy.

      Nie dojadła do końca, gdy przestała ruszać łyżką.

      - Nie powinnam przychodzić... - szepnęła nie podnosząc wzroku - Jesteś zajęty…
      - I co to ma do rzeczy - mężczyzna wzruszył ramionami - inteligentni ludzie nigdy się nie nudzą.
      - Mną można się nudzić... - uparcie patrzyła w ramen.
      - Jedz, nie czekaj aż ostygnie - Robert bardziej polecił upijając piwa - co cię ugryzło.

      Mervi wróciła do jedzenia.

      - Ty też masz problemy ze swoim Geniuszem?
      - Jestem nieprzyzwoicie genialny, to prawda - powiedział do Mervi z lekką nutą ironii - sorry - dodał po chwili - ale za mało się znamy abym zwierzał się z kwestii Geniusza. Sama wiesz jak to w unii…
      - Przyszłam tu... - odłożyła łyżkę kończąc jeść - Bo ty raczej nie naskarżysz na mnie przełożonym, co...?

      Robert wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał. Bardzo intensywnie.

      - Wieeeeesz - dodał po chwili - jeśli to problemy z Geniuszem i takie tam, to spoko, nie mam zamiaru nikomu paplać. Ale jeśli odwaliłaś jakiś ostry fuckup to nie chciałbym wiedzieć rzeczy przez które będę mieć problemy, wtedy leć do Alana, on jest naprawdę spoko. To nie tak, że podkabluję, ale mam dość własnych jazd…
      - Mój Geniusz... tylko by niszczył, jak popuszczę. - zakryła oczy - Popełniłam błąd, raz nie wzięłam leków i szalał we śnie. Nie radzę sobie, nie chcę tego...
      - Coś zniszczyłaś? - Robert zapytał szczerze.
      - Mój sen? - spojrzała na Roberta - Nic fizycznego!
      - To tylko głupie sny - machnął ręką.
      - Czuję się... źle z nimi. - milczała chwilę po czym nieoczekiwanie wtuliła głowę w ramię mężczyzny.

      Robert po prostu objął Mervi, delikatnie, w ciszy. Nie komentował, po prostu dał jej chwilę ochłonąć w tej całej sytuacji, dopiero po dłuższym czasie odzywając się.

      - Każdy ma prawo czasem do gorszego dnia.
      - Czułam się taka... sama. Porzucona. - schowała twarz w bluzce Roberta - Sen przypomniał o tym...

      - To chyba miejsce abym ugryzł się w język - Robert stwierdził cicho.

      Mervi uniosła głowę.

      - Co?
      - Mojego ugryzienia się w język - stwierdził - spokojnie Mervi - dodał.
      - Ale czego nie chcesz powiedzieć? - dociekała.
      - Unia to nie przytułek. Nie wiem co nakładli ci do głowy na szkoleniu w Europie, i co gadają tutaj… Ale sama wiesz, nasza organizacja tak naprawdę rządzi światem, różne rzeczy się wewnątrz nas ścierają.
      - Wiem, rządzi kierując masami, które same sobą nie umieją. - powiedziała pewnie.
      - Tak, ale to jak rządzić to jest pytanie otwarte. Sama wiesz, że my chcemy jednak czegoś troszkę innego niż Iteracja, dajmy na to.
      - Iteracja nie jest taka zła jak kreujecie dla mnie. Mają dobre pomysły.
      - A gdyby główne konsylium stwierdziło, że Iteracja zostaje zlikwidowana, dalej popierałabyś ich pomysły? - poczuła trochę jak mięśnie Roberta napinają się w stresie.
      - Ale tego by nie zrobili przecież. - odparła zdziwiona.
      - Dlaczego? Doktryna się zmienia. O to chodzi, są ludzie którzy mają w ramach Unii inne pomysły, temu mamy konwencje. Jeden z drugim może podjebać cię wyżej aby to on dostał finansowanie projektu zamiast ciebie. Taka rzeczywistość. Nawet w naszej pechowej grupie nie jest super.
      - Czemu tak emocjonalnie to działa na ciebie? - zapytała zatroskana.
      - Bo taką klasyczną podjebką zniszczyli mojego patrona - Robert powiedział szczerze - musiałem zeznawać przed wysokimi komisjami, składać czynny żal, ratować własną skórę… I widziałem jak się tu i w co gra, Mervi. Robimy wspaniałe rzeczy, jako Unia, jako nasz zespół, ale jako jednostki nie powinniśmy być tacy…

      Powiedział coś, co zabolało - palącą prawdą.

      - …tacy naiwni.
      - Naiwni... - pokręciła głową - Czy wiara w idee to naiwność?
      - Nie - zaśmiał się lekko i serdecznie - ale wiara, że wszyscy wokół mają tak samo dobre intencje jak ty, to jest naiwność.

      Pokręciła głową i porzuciła temat.

      - Co robisz z tym? - wskazała na części konsoli.
      - Chwila, nie skończyliśmy - Robert ciągnął dalej temat - mnie możesz ufać ale postaraj się nie wciągnąć mnie w gówno, ok? Alan jest spoko, z resztą uważaj. Alison raczej nigdy cię nie podkabluje, na pewno też dużo poradzi, chociaż do końca nie mogę jej wyczuć… Ale na pewno nie kiwnie nigdy palcem, aby komukolwiek pomóc. To ważne, jeśli wpadniesz do kogoś innego tak jak dziś do mnie, może być dym. Rozumiesz?
      - Dlatego przyszłam do ciebie. - powiedziała z rozbrajającą szczerością.
      - Taaaa… - westchnął.

      - Co? - skrzywiła się - Po prostu jakoś... tobie bardziej zaufam? I Alanowi. Wybacz, że to zrobiłam - odwróciła wzrok w wyrazie bycia urażoną.
      - Po prostu widzę, że jeszcze do końca nie czaisz - stwierdził bez wyraźnych pretensji - a to stara konsola, naprawdę rupieć. Nie sprzedała się kompletnie na premierę, ani potem, za dużo jej nie robili… Ale przez to nikomu się nie chciało łamać jej zabezpieczeń, więc ją teraz rozdziewiczam.
      - Po co? To zabawka dla mas...
      - A widzisz, a mi ten egzemplarz kupiła Unia, napisałem formularz i takie tam… To kształci po prostu. Zagadka, przecież nie grałbym na takim rupieciu którego w czasach jego świetności nikt nie chciałby dotknąć.
      - Już się bałam, że tak marnujesz czas. Grając.
      - Też czasem grywam - stwierdził bez wstydu.
      - Co? - spojrzała zaskoczona.
      - Noooo - Robert pokręcił głową - ale jesteś nudna…
      - Gry są dla mas, nie dla nas. - skarciła go.
      - A my to co, arystokracja?
      - Jesteśmy ponad to intelektualnie i bardziej kreatywni. My tworzymy rozrywkę dla mas, nie dla nas samych.

      Widać było jak Robert ugryzł się w język, zanim odpowiedziałby Mervi coś nieprzyjemnego.

      - Co znowu? - założyła ręce na piersi - Znowu coś nie tak powiedziałam? Przecież nie skłamałam…

      Robert westchnął ciężko.

      - Jesz jeszcze? Jak nie to pozmywam.

      Mervi na te słowa szybko dopiła resztę zupy i odstawiła miseczkę na zagracony stolik. Nie pozwoliła jednak Robertowi się ruszyć, przyciskając go za ramiona do sofy.

      - Najpierw mi odpowiedz. Później sama pozmywam.
      - Bawimy się w przesłuchanie? Nie wiedziałem, że chcesz potrenować…. Techniki śledcze…

      Mervi przez chwilę zastanawiała się o co chodzi… dwuznaczność słów Roberta dotarła do niej po chwili, dokładnie w tej samej chwili, gdy na jej twarzy pojawił się purpurowy rumień. Przy kolejnym uderzeniu serca zrozumiała, że w zasadzie była to jednoznaczność, a napięte mięśnie odskoczyły od mężczyzny prawie jak oparzone… niezbyt mocno, ale na tyle, aby technokrata wykorzystał ten moment słabości w grze zwanej społeczeństwem, aby wstać z kanapy i wziąć talerz.
      Ograł ją, wiedząc w co wycelować. Była na to podatna. Czy powinna taka być?
      Mervi zakryła twarz, wściekła na siebie, na świat, na Roberta... Cholera by go wzięła! Musiała się odgryźć!

      - A jeżeli bym chciała potrenować? - prychnęła odsuwając dłonie.
      - Spóźnione riposty nie są punktowane - Robert mrugnął do Mervi z aneksu kuchennego będąc w dobrym nastroju - no to jak ci się pracuje w Unii? Jak idą szkolenia, nie te z nami, ale programowe?

      Unikał... W końcu go dorwie.

      - Tematy skupione na socjologii są... Niezbyt dla mnie. Wiem, NWO, ale jakoś sobie z tym nie radzę. Lepiej z tymi dotyczącymi działań w mediach społecznościowych skupione na ich informatycznym aspekcie. W ogóle najciekawsze wydają się te odnośnie zastosowania technologii, choć czuję, że na razie Internet był za bardzo omijanym tematem... choć AI to zostało mocniej wyłożone. Po macoszemu potraktowano kwestie Głębokiej Przestrzeni, a szkoda, może będzie później. Biologia interesująca jako ciekawostka, czasem dość obrzydliwa, ale gadania o gospodarce czy giełdach ledwo mogę znieść. - westchnęła - Chciałabym by rozpoczęły się Nauki Temporalne, ale to raczej nie jest w programie…
      - Teraz ostro z czasoprzestrzenią stopują, tyle co zastosowania informatyczne. Podobno próżniowcy mieli kilka ostrych fuckupów z nowymi jednostkami i pion badań głowi się co poszło nie tak…
      - Ale w czym poszło nie tak? - zdziwiła się - Ktoś coś stamtąd przywiózł?
      - Nie wiem dokładnie, ale mieli problemy jakieś… Może jakiś krążownik wybuchł, a może załogę postarzało o kilkadziesiąt lat, cholera ich wie.
      - W końcu złożę podanie o dostęp do tych nauk... To by bardzo pomogło w pracy! Bym mogła agentom powiedzieć, więcej o sytuacji przed nimi wykorzystując też algorytmy z probabilistyki.
      - Powodzenia, od roku dobijam się o dane szkoleniowe z zakresu oświeconej chemii molekularnej - skończył zmywać.
      - A podałeś dobry powód, który zwiększyłby twoją efektywność w pracy?
      - No patrz - wrzucił jej w połowie zdania z udawaną powagą - że też przez rok na to nie wpadłem.
      - Może powody nie były wystarczająco dobre? - zapytała niewinnie.
      - Zobaczymy jak tobie pójdzie, to się przekonamy - mrugnął.
      - A co mi dasz, jeżeli mi pójdzie lepiej niż tobie? - zapytała cwano.
      - Tylko ja mam coś dawać? Słaby zakład.
      - Jeżeli ja wygram? Oczywiście, że tylko ty. Nie masz szans wygrać, więc…
      - A jednak, co stawiasz na stole - zapytał z błyskiem w oku.
      - Dobra, ale co byś chciał? - pokręciła głową nie wierząc w możliwość wygranej.
      - To mam wymyśleć zarówno co ja mam dostać jak i ty? Słaby układ - mrugnął.
      - Nie, Co ty byś chciał ode mnie, a ja wymyślę co bym od ciebie chciała.
      - Ja tam od ciebie nic nie chcę - wzruszył ramionami i usiadł obok niej - nie ja proponowałem zakład. A jak idzie na studiach?
      - Lubisz zmieniać temat. - prychnęła - A na studiach dobrze jak zwykle. - wzruszyła ramionami.
      - Czyli jak?
      - Jak nie zaczyna mi coś kręcić w głowie to sam maks, projekty na tyle zafascynowały wykładowczynię, aby już pytała o bycie promotorem…
      - To całkiem dobrze, a nie jak zwykle - stwierdził z powagą.
      - Zawsze radziłam sobie świetnie w szkołach. - zmarszczyła brwi - Z Geniuszem czy bez.
      - Kujonka - mruknął zaczepnie.
      - Wcale nie. Dbałam o swoją przyszłość. - mruknęła urażona.
      - Ja swoje wiem.
      - Czyli byłeś jednym z tych, co olewali naukę! - prychnęła - Tylko imprezowałeś i grałeś w gry, za dziewczynami się uganiałeś! - parsknęła z pogardą.
      - Gdybym miał problemy z tym, nie dałbym rady w Unii robić tego co robię - stwierdził logicznie.
      - W końcu mogłeś się nauczyć być dorosłym.
      - Albo po prostu nie marnowałem czasu na gówno.
      - Teraz ciągle marnujesz.
      - No tak, tak trzeba w Unii - mruknął do niej nawiązując nie do gier lecz do niektórych szkoleń i kursów.
      - Ne mówię o nauce, tylko o tym twoim graniu...
      - Jak robię co dla siebie to nie strata czasu… zresztą - Robert odpalił leżącą w zakamarkach pod telewizorem, a raczej na podłodze obok szafki - z racji na brak miejsca - konsolę Nintendo i bez większych ceregieli wziął jednego pada, a drugiego wepechnął do rąk Mervi uruchamiając… ściąganie się kresówkowmmi kartami.

      Dziewczyna wyraźnie zgłupiała.

      - Robi się rzeczy tylko dla Unii.. - spojrzała na trzymanego pada - Reszta to... marnowanie czasu.
      - Grasz?

      -... ty tak serio...?

      - A Ty nie?
      - Nigdy nie grałam w nic na konsoli...
      - To nie problem, graj i nie marudź - powiedział odpalając wyścig.

      Granie z Mervi miało jeden problem. Krytykowała brak realizmu, błędy logiczne i na tyle skupiała się na tym, że nie używała nierealistycznych tricków, więc zawsze przegrywała.

      - Głupia gra… - fuknęła po końcu wyścigu.
      - Czyli się podobało - technokrata przyznał z lekkim uśmiechem.
      - Nie! To nie miało sensu!
      - Czyli nie chcesz dalej?
      - Nie poddam się!

      Kiedy Robert delikatnie jej przypomniał, że już późno, Mervi przysunęła się blisko mężczyzny.

      - Robeeert… Nie chce mi się wracać do domu… Mogę u ciebie przenocować?
      - Mam jeszcze trochę pracy - mężczyzna stwierdził stanowczo - jak chcesz to mogę ci pożyczyć konsolę.

      Tego mogła się spodziewać. Nigdy nie chciano kiedyś by nocowała u kogokolwiek, to teraz dorośli tym bardziej nie będą chcieli. Silly girl. Nie bądź dzieckiem!

      - Uhm, jasne. Wybacz. - odparła już spokojniej zachowując nieporuszenie, wracając do znanego rytmu, w którym mogła się działać. Rozumiała go - Mam zaległy projekt na studia, nie mogę się rozpraszać konsolą, ale dzięki za ofertę.
      - Jesteś strasznie nudna - Robert stwierdził bez ogródek.
      - Dzięki. - odparła nijakim głosem, w którym ukrywało się mizernie brzmiące urażenie - Zobaczymy się w pracy.

      - Nieee, nie możesz.

      Dziewczyna spojrzała ze zbolałym wyrazem na swoich rówieśników, którzy mieli razem się spotkać w Eläintarhan Skeittipuisto.

      - Nie masz swojej deski, nie umiesz jeździć...
      - ...a do tego zepsujesz wszystko. Jesteś strasznie nudna, jakbyś nie zauważyła.
      - Może ona sądzi, że będziemy się tam uczyć?

      Śmiech grupy wbił się w serce Mervi zbyt głęboko, aby próbowała dalej.

      Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • JhnWJ Online
        JhnWJ Online
        JhnW
        Administrator Obsługa Developer
        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
        #18

        To był dziwny dzień. Mervi miała zacząć czas wdrażania się w zespół z ostatnią osobą na liście – Robertem. Wszechobecny algorytm harmonogramu postanowił, że piątek po zajęciach miała poświęcić na naukę wraz z częścią soboty, rozpisując jej nawet egzaminy, projekty oraz proponując literaturę na podstawie profili naukowych prowadzających. Błyszczące litery pachniały sugestią „mów im to co chcą słyszeć”.
        Niedziela stała się dniem dziwnym.. Dzień który od rana, do praktycznie wieczora – z kilkoma przerwami ustalonymi przez harmonogram – miała spędzić w konstrukcie, pracując, odbywając poboczne kursi dopełniając pozostałych obowiązków.
        Jak zawsze, rutynowo wydukała formułki do wszechwidzących czujników pomieszczenia którego już znała żargonową nazwę – konfesjonału. Jak zawsze komputer swym beznamiętnym głosem potwierdził uprawnienia oraz zaakceptował dopuszczalne odchylenie od linii bazowej dla niezmodyfikowanego agenta.
        Z samego rana miała rutynową sesję z Alanem., tak zwaną sesję kwadransową służącą głównie do omówienia wyników. Widać było, że technokrata jest trochę spięty i zalatany, widać miał swoje problemy. Była to krótka sesja, na poważną rozmowę umówili się na inny termin. Jednak słowa Alana brzmiały jak ostrzeżenie dobrego przyjaciela: profil osobowościowy Mervi za mocno odchylał się od linii bazowej, chociaż był ciągle w normie. Alan też ostrzegł ją – konfesjonał prawie nigdy nie powiadamia o prawdziwych wynikach.
        Była to ważna wiadomość którą Mervi mogła przeanalizować na nudnym, godzinnym szkoleniu na temat matematycznych metod detekcji anomalii społecznych i interpersonalnych. Po szkoleniu miała pójść pracować z Robertem.
        Niestety, Robert był dziś nieobecny. Podobno miał pilne wezwanie do innych obowiązków. W pokoju był tylko Franklin oraz Alison. Franklin szybko wprowadził Mervi na osobne stanowisko. Powiedział jej, że mają absolutnie awaryjną sytuację i będzie musiała zastąpić Roberta w kilku rutynowych zadaniach.
        Sama. Ufał w jej kompetencje. Nawet to jej powiedział, klepiąc po plecach, aby szybko ulotnić się do własnych zadań.
        Działo się coś dużego.


        Nie była to wymagające zajęcie. Mervi musiała tylko dwa razy użyć prawdziwej, oświeconej nauki aby zlokalizować cele, raz miejsce żeru stosunkowo niegroźnego obcego (porównywalnego stopniem zagrożenia z lwami, stanowiącego jednak zagrożenie w postaci zdjęć które mogłyby przedostać się do opinii publicznej), a drugim razem zlokalizować zagubiony ładunek za którym akurat podróżował agent.
        Poza tym nudna rutyna, wyciągnąć trochę danych z odpowiednich baz danych, do jednej Mervi musiała się trochę włamać – chociaż była ona tak słabo zabezpieczona, że trudno było używać wobec niej tak dużego słowa jak włamanie – zebrać trochę danych medycznych czy stworzyć raport.
        Dość budująca ego było współpracowanie z agentami niższego szczebla i sympatykami. Mervvi miała listę rozkazów do przekazania im, a jej rolą było dodanie do nich niezbędnych informacji jakie będą im potrzebne, w tym odpowiednie dostosowanie do ich poziomu wtajemniczenia. Władza budowała ego.


        Pozornie typowe zgłoszenie. Agent polowy NWO wraz z agentem Iteracji X ścigali dewianta. Młody chłopak, wedle akt, oszalały. Powodował wokół siebie zaburzenia przyczynowości klasy drugiej oraz sporą liczbę kwantowych paradoksów przekładających się na lokalne zaburzenia stałych znanej fizyki.
        Prosta sprawa, nie trzeba było ruszać z armatami. Szybkie profilowanie ujawniło gdzie młody może się znajdować. Magazyn przeładunkowy. Agent poprosił o nagrania.
        Zwykle Mervi nawet ich nie oglądała, szybko załatwiała sprawę. Tak mówiły procedury, ściśle definiowały kiedy można oglądać dane. Pomono miały za zadanie optymalizować pracę.
        Tym razem coś ją podkusiło. Cecha która zawsze z nią była, mimo że tłumiona. Ciekawość.
        Obraz z kamery przemysłowej przedstawiał nie jednego, a dwóch młodzieńców. Starszy miał nie więcej niż dwadzieścia-parę lat, może dwadzieścia jeden, dwa, mógł być też jeszcze starszym nastolatkiem. Młodszy wydalał na dziesięć, dwanaście lat. Oboje byli do siebie dość podobni, zapewne rodzeństwo. I wyglądali przy tym jak kupa nieszczęść.
        Starszy brat opatrywał ramię młodszego, rozcięte czym w sposób szarpany. Było to najpoważniejsze obrażenie z wielu pomniejszych jakie mieli na swych ciałach obaj bracia – ślady krwi na koszulkach, siniaki, rozcięcia, obtarcia, kilka zacięć. Wyglądali jakby przeżyli piekło. Rozmawiali.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • ZellZ Niedostępny
          ZellZ Niedostępny
          Zell
          Moderator Obsługa
          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
          #19

          Wiedziałala, że nie powinna tego widzieć. Nie miała uprawnień!
          Czemu to więc robiła...?

          Była wściekła na siebie... a jednak...

          Czy nie ciekawi cię o czym rozmawiają?
          Czy to możliwe, że to dziecko jest terrorystą?

          Nie wysyłając jeszcze nagrania, prawie wbrew sobie wykorzystała połączenie z czujnikami w magazynie, aby ustawić ich wrażliwość na odbieranie fal dźwiękowych i przetwarzanie ich zapisów na głos w słuchawkach.

          Może ten mały jest w problemach, może agenci są!
          Musi sprawdzić.

          Usłyszała w słuchawkach dźwięk. Nie był idealny, filtr odszumiający potrzebował chwilę na adaptację parametrów. Dopiero po tym czasie usłyszała głos starszego chłopaka.

          - …potem będziesz już bezpieczny, Fin, obiecuję. Pamiętasz jak rozbiliśmy szybę u sąsiada? Też wszyscy byli wkurzeni.
          - Ale my nic nie zrobiliśmy - chłopiec spojrzał na brata - ty nic nie zrobiłeś. Te rzeczy… to wtedy gdy pan…

          Oczy chłopca zaszkliły się, a w gardle uwięzły mu słowa przytrzymane przez próby zdławienia szlochu. Brat objął go w ramiona.

          - Ciii… już spokojnie - powiedział cicho, ledwo na granicy czułości sprzętu - to nie twoja wina. Jesteś kimś specjalnym, broniłeś się.
          - Nie - łzy chłopca zasychały strugami na policzku - gdy on… - dziecko nie mogło wypowiedzieć - to ja chciałem, aby to się stało. Tak bardzo chciałem, aby to wszystko się skończyło, chciałem umrzeć…. I on miał umrzeć… Ja…

          Cisza, bracia zastygli w nieruchomym porozumieniu. Rodzeństwo rozumiało się dalej chyba bez słów. Mervi dostrzegała na twarzy brata strach oraz coś jeszcze - odpowiedzialność. Męskość, to co przez nią rozumiano w społeczeństwie, potrafi wykuć się nagle, a za nią męstwo.
          Chwile uspokajał młodszego, po czym wrócił do sprawdzania opatrunków.

          - Musimy złapać stopa, na granicy stanów będzie czekał na ciebie Jacob. Po tym będziemy bezpieczni. Godzina drogi stąd.

          Zaczęli powoli pakować się do dalszej drogi.

          Mervi spojrzała, gdzie znajdują się Agenci w odniesieniu do chłopców, wciąż nie wysyłając nic.

          I ich dotarcie do celu, którego nie znali, było w jej mocy.
          Kurwa!

          Nagle poczuła ukłucie w klatce. Ukłucie strachu przed decyzją. Nie chciała podejmować żadnej, nie powinna tego widzieć! Unia miała rację!
          Trzymać się z dala. Niech inni decydują.
          Palec zatrzymał się przed wysłaniem nagrania, jakby trzymany przez nią samą... a jednocześnie wciąż chcący nacisnąć. Spróbowała uspokoić oddech.
          Niech ktoś inny to rozwiąże...
          Wysłała nagranie chłopców nie zawierając w nim dźwięku.
          Sprawa zakończyła się dla niej, ale Mervi miała problem z oderwania myśli od niej. Czy coś jej działania spowodowały? Ktoś ucierpiał?
          Połknęła boleśnie stres, zakopując go jak najgłębiej pod obowiązkami. Chciała zapomnieć, przesunąć na bok, jak niepotrzebne papiery. Dopiero po dłuższej chwili, wysiłkiem woli, wróciła do rzeczywistości pozbawionej niepotrzebnych emocji.
          Do południa praca Mervi przebiegała dość monotonnie. Zauważyła, że Alison opuściła już pokój, bez słowa biorąc pełną do połowy miseczkę krakersów którymi się zajadała - podsuwając Mervi pod nos, dosłownie między młodą technokratka a klawiaturą - jakby zostawiając jej do dokończenia - a potem ulotniła się jak cień.
          Kolejna prośba, znowu lokalizacja - Mervi miała złe przeczucia. Widziała, że do sprawy przydzielony jest też Franklin. Ze swoim poziomem uprawnień nie widziała szczegółów, co znowu budziło ciekawość…
          Musiała zabić ciekawość. Po prostu robić co do niej należy. Zlecenie mówiło o zdalnej operacji memetycznej na przewodniku grupy ludzi, trzeba było go wprowadzić w zasadzkę.

          Nie mogła znowu wpaść w zasadzkę ciekawości. Nie była gotowa na taką wiedzę. Tylko by z nią cierpiała. Nie zrozumiała jej…
          Zaczęła wyszukiwać kamer w danej lokacji, aby mogła poznać teren, gdzie ma kierować człowieka. Poszło jak z płatka. Mervi mogła poczuć się jak spełniona technokrata dobrze wykonująca swoje obowiązki służbowe.
          Do czasu gdy odezwał się do niej Franklin, na żywo. Wyglądał na zmęczonego.

          - Mervi - zaczął spokojnie - brakuje nam ludzi. Podniosę cię tymczasowo na O2, nie będziesz w nic zaangażowana. Twoim zadaniem będzie tylko zapewnienie aby masy trzymały się od właściwego miejsca akcji jak najdalej. Ogarnięcie wzorców memetycznych jednostek, manipulacja sygnalizacją aby przekierować ruch, może puszczenie policji na interwencje aby przetrzymać niektórych. Możesz odmówić, akcja jest odrobinę powyżej twoich kompetencji - Franklin powiedział szczerze - jednak biorę to na moją odpowiedzialność.

          O2... Odrobinę...

          - Oczywiście, że pomogę. - odparła pewnie, choć z wyraźną obawą - Czy mam czegoś się spodziewać, unikać?
          - Nie mam czasu - technokrata powiedział wracając do komputera - masz wszystko w poziomie uprawnień, po prostu się tym zajmij.
          - Zrobione.

          Mimo słów przesiaknietych pewnością, sama Mervi była w cichym stresie i strachu. Czy powinna to robić? Nie miała takich uprawnień naprawdę, to było sztuczne!
          A jednak Franklin musiał choć trochę jej ufać. Nie mogła go zawieść. Musiała sobie poradzić, być silna.
          Przejrzała dostępne jej plany miejsca, które miało być odgrodzone. Ustawiła podgląd najbardziej zagrożonych dróg prowadzących do danego miejsca i zamknęła ruch na nich.

          Było spokojnie… PIerwszą grupę mas nieświadomie odpędziła z tego miejsca w poprzednim zleceniu. W zasadzie tego trochę spodziewała się po akcji, dużo nudy oraz bardzo intensywne chwile pracy - których pożądała, ale też obawiała się.
          W przeciągu następnych trzydziestu minut przekierować część ruchu ulicznego dając polecenie do innej jednostki Unii oraz zmieniła trasy spaceru kilku pieszych. Proste.
          Proste nie było coś innego. Nie patrzeć na oddaloną od budynków mieszkalnych śmierdzącą alejkę wbitą między opuszczonymi halami przemysłowymi. Dwa wyjścia, w pośrodku samochód. Główne miejsce akcji. W samochodzie… ci sami chłopcy których widziała wcześniej. Jednak ich mieli. Wyglądali na oszołomionych.
          Standardowa procedura pochwycenia, pewnie zaaplikowano im silne, bezpieczne środki uspokajające. Po takim czymś człowiek nie może zebrać do kupy nawet jednej myśli, za to jest w stanie utrzymać się na nogach na tyle aby łatwo było go transportować między autami czy samochodami.
          Przed autem stało dwóch agentów. Czekali na coś.
          Na brzegu ekranu Mervi dostrzegła piksele… Mrugnęła, nie było ich, pozostawiając po sobie gorzki posmak prawy. Unia przechwyciła ich aby zorganizować swego rodzaju zasadzkę? Może na tego całego Jacoba?

          Mervi starala się odnaleźć najlepsze kamery, które dałyby też jej wejrzenie w miejsce, z którego miał wyjść cel, nawet jeżeliby musiała wspomóc się satelitarnie. Lepszych nie było… Ale to co miała było dość dobre. Tym bardziej, że miała informacje o części swojej pracy - w okolicy obszaru pojawiły się, zupełnie znikąd, dwa obiekty. Jeden to był cel - jego nie miała ruszać, był zaznaczony eufemizmem jako “dopuszczalna jednostka” i zmierzał spacerkiem w stronę zasadki.
          Drugi… Nie miała pojęcia jak się tam znalazł. Samochód, na granicy obszaru, stary wan, z jakimiś ludźmi siedzącymi przy otwartych drzwiach ładowni.
          Nie powinna reagować…

          - Franklin. - odezwała się na częstotliwości technokraty - Stary wan na granicy obszaru. - mruknęła obserwując sytuację i nadzorując okolice, by masy tu przypadkowo nie weszły.
          - Przyjęte. Kontynuuj działania.

          Widziała jak jeden z mężczyzn przy wanie zakładał coś w rodzaju hełmu najeżonego dziesiątkami masywnych cewek pomiędzy którymi przeskakiwały iskry podwyższonego napięcia. Drugi się śmiał z czegoś, a trzeci bacznie obserwował okolicę.
          Mervi wróciła do swej pracy. Franklin po chwili odłączył jej wizję. Trwała akcja, miała tylko na ekranie drobny raport.
          Wysłanie grupy szturmowej na dewiantów w wanie. Cele znalezione i zlikwidowane. Wedle przebiegającego na ekranie, tekstowego raportu, dewianci chcieli wygenerować własny wabik. Nie zdążyli, gdy zauważyła ich Mervi.
          Chyba odniosła sukces?

          Finka była zadowolona z siebie. Tak bardzo.
          Spróbowała znaleźć informacje na temat strat. Nie było raportu, tymczasowe O2 nie pozwalało jej dowiedzieć się więcej. Franklin po wszystkim wrócił jej uprawnienia na właściwy poziom i poinformował o zakończeniu akcji. Serce biło jej mocniej…
          …ale trzeba było wrócić do rutyny. Może zrobić sobie kawę w nagrodę.

          Widać było jak zadowolona z siebie jest Mervi. Po zakończonej sprawie zwróciła się do Franklina.

          - Jeden z nich był jakiś dziwny. Hełm z cewkami? - pokręciła głową - Szkoda, że nie z czapka z folii aluminiowej.
          - Syn eteru - technokrata stwierdził sucho.

          Mervi czytała o nich. Przebrzydli technokraci, którzy zaczęli bratać się z dewiantami! Chociaż początkowo operowali na prawach nauki, ze względu na to z kim zaczęli się zadawać, większość ich wynalazków niczym nie różniła się od różdżek czy magicznych eliksirów, bazując na załamaniu przyczynowości.
          Mervi skrzywiła się.

          - Zgłupiały zdrajca. Dobrze, że nasi go wymazali.

          Franklin kiwnął głową z przekonaniem popijając kawę. Tylko Mervi… jakby swędział mózg. Czy tak odczuwało się wątpliwości? A może tylko ciekawość?

          - Co się stanie z tymi chłopcami? - zapytała pijąc zasłużoną kawę.
          - Nie wiem, stawiam, że trafią do odpowiednich ośrodków.

          Mervi ulżyło. Nie było żadnego niebezpieczeństwa, Unia się nimi zaopiekuje.

          - A co się dzieje z Robertem? Jutro wróci?
          - Nie wiem - wzruszył ramionami - pewnie tak.

          Dziewczyna dopiła kawę.

          - Mam nadzieję, że nie będziesz miał problemu przeze mnie, z tymi uprawnieniami?
          - To wszystko odbywa się w ramach procedur - Franklin wyjaśnił Mervi spokojnie - nie musisz sobie tym głowy zaprzątać. Najpewniej nikt nie kazał ci czytać tych zasad gdyż nie jest ci potrzebne podnoszenie cudzych dostępów, ale jest to dostępne już od O1. - wyjaśnił.
          - To dobrze. - uśmiechnęła się - Dużo nas jeszcze dziś czeka?
          - Nas nie, masz swoje obowiązki, ja zajmę się sprzątaniem. To była ciężka akcja, chociaż wiem, że z twojej perspektywy wyglądała jak dość abstrakcyjny urywek.
          - Niestety. - przyznała ze smutkiem - Czy gdybym już oficjalnie miała większe uprawnienia to bym takie akcje w całości widziała?
          - Takie nie, to było na O4 w całości, czasem niektóre mają specjalne dostępy… Ale szczerze, lepiej się nie rozpraszać i skupiać na swojej robocie i naprawdę potrzebnych informacjach, nie sądzisz? Poziomu uprawnień służą optymalizacji naszej pracy.
          - Więc... Źle zrobiłam informując o wanie? - zapytała ostrożnie.
          - Dobrze - Franklin pokiwał głową - po prostu nie przejmuj się poziomami uprawnień, system działa odpowiednio dobrze w większości przypadków.
          - Rozumiem. - zgodziła się.

          Od razu po pracy Mervi skierowała się do domu Roberta. Czy już wrócił? Czy wszystko jest dobrze? Nie powinna go lubić, był irytującym dzieciakiem, a jednak... lubiła. Na jakiś sposób. Może temu, że nie okazywał jej niechęci, a nawet trochę sympatię? Może dlatego, że na dodatek umieli się porozumieć i ich rozmowy były po prostu... przyjemne.

          Nie powinno ją zdziwić, że w mieszkaniu Roberta nie było nikogo, a jednak całą drogę miała nadzieję na inny efekt. W środku odczuwała potrzebę rozmowy. Wydarzenia dnia dzisiejszego ją po prostu rozbiły. Jednocześnie była dumna z siebie, ale gdzieś w sobie tłumiła ten posmak rozczarowania. Zapewne chodziło o niemożność pozyskania dodatkowych informacji.

          Już w domu prawie machinalnie wyciągnęła komórkę i wybrała numer Alana. Ten technokrata był jak i Robert - ufała mu. W tym momencie chciała, aby ją uspokoił, odegnał czający się strach o Roberta.
          Nie oszukała się na ich terapeucie. Wytłumaczył jej, że z Robertem wszystko w porządku i nie wpadł w kolejne kłopoty. Przeprosił, że nic więcej nie może teraz powiedzieć, ale to co przekazał wystarczyło dziewczynie.

          Gdy Mervi zakończyła połączenie z Alanem, który ją jak zwykle świetnie uspokoił, usiadła na fotelu przy biurku. Zdjęła z siebie wierzchnią część marynarki, przewieszając ją przez oparcie i z niekłamaną radością wybrała numer do swojego ojca, czując jak uśmiecha się sama do siebie. Ustawiła też połączenie video.
          Zobaczenie twarzy ojca po dłuższym czasie było dla Mervi bodźcem wywołującym zupełnie niespodziewane reakcje. Cieszyła się, to oczywiste, ale jednocześnie ścisnęło ją w żołądku i chciało się jej płakać. W pierwszej chwili nie wiedziała dlaczego.
          Potem już rozumiała. Żyła w zbyt dużym napięciu. Podstawowe prawo memetyki, dowiązania do rodziców powodują ujście emocjonalne celu. Widząc ojca pękało w niej dotychczasowe napięcie emocjonalne.
          Dwa wdechy, jak uczył Alan. Pomogło, hiperwentylacja zawsze pomaga.

          - Prawie bym cię nie poznał - usłyszała jak zawsze pogodny głos ojca - chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tych nowych fryzur…
          - Tak bardzo ci się nie podoba?

          Mervi przywołała jak najbardziej nonszalancki wyraz nie chcąc dać po sobie poznać burzy emocji.

          - Nie, po prostu nosisz się tak od niedawna, nie miałem okazji się przyzwyczaić, a już wyjechałaś na stypendium. Jak ci idzie?
          - Świetnie. - odparła szczerze, wyraźnie zadowolona z siebie. - Profesorowie są zachwyceni moimi osiągnięciami.

          Ojciec zmierzył ją wzrokiem, na chwilę. Coś w jej przesadnej pewności nie podobało się mu, ale przemilczał temat.

          - Ale pewnie kosztuje cię to dużo czasu?
          - Nawet nie wiesz. - westchnęła - Czasem to wymaga mocnego upchnięcia, aby zrobić wszystko danego dnia.
          - Nie przemęczaj się, proszę - ojciec powiedział z surową troską w głosie.
          - Mówisz, jakbym kiedyś na zmęczenie nauką zważała.
          - Nie można się przepracowywać aby po trzydziestce nie mieć zgruchotanego kręgosłupa - mrugnął do niej - a właśnie - uśmiechnął się - za około dwa miesiące powinienem wrócić do pracy.
          - Świetna nowina! Pomaga leczenie, co?
          - Jak mi ten drugi doktor zaczął opowiadać co robią, to zacząłem się zastanawiać czy będę terminatorem czy może wyrośnie mi ogon - ojciec zaśmiał się - ale grunt, że działa.
          - Terminatorem? - zdziwiła się.
          - Jakieś śruby w plecach i komórki macierzyste.
          - Ale działa. - jak śruby mają pomóc z chorobą płuc? - Śrubami mają ci kręgosłup usztywnić pewnie.
          - Na to jakieś zastrzyki - wyjaśnił ojciec - na to i kręgosłup. Śruby do kręgów, dziwnie szybko się po zabiegu zagoiło. Myślałem, że to poważna operacja, a było jak wycięcie migdałków…
          - To tylko się cieszyć. - uśmiechnęła się - Ale dobrze się czujesz, nie?
          - Tak, prawdę mówiąc już mógłbym wrócić do roboty - powiedział szczerze - ale mówią aby czekać bo przy podwieszeniu na słupach obciąża mocno kręgosłup, więc wszystko musi się dokładnie ogarnąć… Ale już z nudów wczoraj drewno rąbałem u Marka, robił grilla. Szkoda, że ciebie nie było, pamiętam jak byłaś młoda lubiłaś się z jego synem - mrugnął do Mervi.
          - Później mówił, że jestem nudnym kujonem. - uśmiechnęła się krzywo.
          - Bo jesteś - ojciec zaśmiał się do Mervi - powinnaś zacząć chodzić na jakieś rozsądne imprezy - oczywiście jak każdy ojciec musiał dodać “rozsądne”. Sam był równie nudny jak Mervi, ale trochę swej nudy przepracował przez lata.
          - Imprezy nie są rozsądne. To marnowanie czasu.
          - Na jednej poznałem twoją mamę, to była najlepsza inwestycja czasu w tamtej chwili, dzięki temu mam taką zdolną córkę.
          - Której posiadanie przepędziło matkę. - skomentowała skrzywiona. Matka w końcu nie była zachwycona, że ma stracić swoją wolność przez macierzyństwo.
          - Nie gadajmy o tym - powiedział ugodowo - lepiej mów co jeszcze u ciebie.

          Unik. Nie lubił tego tematu.

          - Uczę się. Wszędzie. - odparła.
          - Wszędzie?
          - Na studiach. U kumpla. - wzruszyła ramionami.
          - Fajny chłopak - zapytał ojciec - z jakiej rodziny?
          - Tato, co ma do tego pochodzenie?
          - No dużo, ciekaw jestem czy miejscowy czy może przyjechał na studia jak ty - ojciec zapytał szczerze.
          - Raczej miejscowy. - nawet nie pytała Roberta... - Nauczył mnie grać na konsoli. I ma dobrą wiedzę techniczną.
          - Konsole - ojciec machnął ręką aby potem ziewnąć. Przeklęta różnica czasu.
          - Ciesz się. Chciałeś bym pozbyła się trochę sztywności.
          - Masz rację - ojciec przyznał - dużo masz zajęć w tygodniu?
          - Różnie, ale dodatkowe zajęcia zapychają wolne. Wzięłam też takie.
          - Jakie? - ojciec zapytał dociekliwie.
          - Wiesz, jak informatyczne wspomaganie architektury, socjologiczne projektowanie przestrzeni…
          - Dobra, dobra - zaśmiał się - daj znać kiedy będzie o oświetleniu i normach przeciwpożarowych, na tym się chociaż znam.
          - A fajnego masz lekarza prowadzącego? - postanowiła zmienić temat.
          - Straszny sztywniak, ale fachowiec.
          - Sztywniak, bo dba o poprawę twojego zdrowia i nie zaprasza na wódkę?
          - Straszny służbista, wygląda jakby miał wstrzyknięte tyle botoksu w twarz, że nie może nawet trochę się uśmiechnąć. Dziwny człowiek.

          Musi dowiedzieć się więcej, komu dano jej ojca...

          - W jakiej placówce medycznej ci pomagają? Szpital?
          - Prywatny ośrodek, bez kontraktu państwowego, ale mają zaplecze szpitalne. Normalnie specjalizują się w przeszczepach skóry… musiałbym poszukać adresu i nazwy w gps samochodu, ostatni raz mogłem już jechać własnym.
          - Cieszę się, że ci pomagają. Oby tak dalej.
          - Potem tylko suplementacja do końca życia… Ale cieszę się, że trafiłem do tego programu.
          - Nie ma za co. - uśmiechnęła się cwano - I jaka suplementacja?
          - Tabletki, raz dziennie, potem w cyklach tydzień brania i dwa spokoju, zastrzyki raz na pięć lat - wyjaśnił.

          Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • JhnWJ Online
            JhnWJ Online
            JhnW
            Administrator Obsługa Developer
            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
            #20

            Alison w milczeniu trzymała oburącz kubek z gorącą czekoladą. Wielkie, grube szkła okularów od dołu całkowicie jej zaparowały, ograniczając i tak nie najlepszą widoczność ze względu na nierówno spadające na twarz włosy kobiety.

            - Alan, dopiero teraz widzę – technokratka powiedziała – nie powinieneś mieć tak jędrnego tyłka.

            Psychoanalityk Nowego Światowego Porządku poderwał oczy znad dokumentów, które przygotowywał nim wszyscy przybędą na stopniowanie. Był lekko zbity z tropu.

            - Słucham?
            - No, tyłek… Pracujesz wyłącznie umysłowo, masz zakaz forsownych treningów. Powinieneś mieć obwisłą pupę, a nie jak sportowiec.

            Wszystko wyrecytowała beznamiętnie jakby czytała tekst z promptera. Alan przetarł oczy.

            - Brzmisz jakbyś mnie podrywała po swojemu – Alan odciął się gdy już zrozumiał, że Alison zaczyna swoje szermierki słowne. Niestety, chybił…
            - To nie podryw – wyjaśniła odstawiając kubek na blat, akcentując to uderzeniem dna o blat, wciąż wpatrywała się w brunatną taflę ciepłej czekolady – tylko molestowanie. Kwantowa Inteligencja poleciła mi wprowadzać więcej pozytywnego nastroju. Stwierdziłam, że jak ktoś zechce cię molestować, będzie ci miło.
            - Alison… - Alan powiedział, po czym brakło mu słów – ...a zresztą – dodał jakby broniąc się przed brakiem odpowiedniej riposty, wdychając ciężko, wrócił do dokumentów. Alison znowu wygrała… Tylko czemu ciągle inicjowała tą dziwną grę?

            W tym wszystkim trudno było połapać się Mervi. Było to pierwsze, duże spotkanie jej oddziału, w którym mieli dzielić się wiedzą, spostrzeżenia oraz wypracowywać nowe strategie działania. Po kilku chwilach dołączył do nich Alex, wciąż czekali na Adama oraz Roberta.
            Minął kwadrans od przyjścia Alexa, gdy do sali wszedł Robert. Wyglądałby jakby miał za sobą naprawdę ciężki okres. Trzymał się dzielnie, ale worków pod oczami i złej cery nie dało się nadrobić dobrą miną i żartami. Usiadł koło Mervi, wzdychając ciężko.

            - Nawet nie pytaj – powiedział do niej spokojnie – pogadamy po spotkaniu.


            Pierwsza część zebrania przebiegała w sposób umiarkowanie ciekawy dla Mervi. Wszyscy poza nią mieli przygotować raporty dotyczące dotychczasowej działalności. Raport Alexa był rzeczowy, lecz wchodził za bardzo w zanonimizowane szczegóły akcji o których nikt inny nie miał pojęcia – przez co wydawał się miejscami bardzo nużący przez brak kontekstu. Dla odmiany Fralklin skupił się na zaprezentowaniu nowych wersji narzędzi oraz poprawek już istniejących, z których korzystał zespół – część z nich była przystosowaniem pod potrzeby zespołu rzeczy ogólnie dostępnych w Unii, wdrożenie poprawek czy instalacja wyższych wersji, ale niektóre stanowiły osobistą inwencję Franklina. Mervi o tym wiedziała, wszak sama pomagała mu przy niektórych.
            Prezentacja Alison powinna być ciekawa – dużo matematyki dotyczącej jej ostatniego projektu, o który Mervi miała okazję się otrzeć. Modelowanie społeczeństwa, błędy poszczególnych rozwiązań, predykcje skutków. Szkoda tylko, że było przekazane to w najgorszy sposób. Dziewczyna czuła pod skórą, że jest to celowe. Mimo całej swej dziwności Alison jeden na jeden była świetną nauczycielką.
            Raport Robeta wyglądał na przygotowany jako dłuższe wystąpienie będące podsuwaniem kilku akcji i błędów w nich popełnionych
            Alan przedstawił im tylko krótki raport w sprawie stanu grupy. Stwierdził, że jest zadowolony z ich postępu osobistego, wyższe struktury Unii wyrażają dalszą zgodę na kontynuowanie jednostki w jej obecnej formie. Podziękował wszystkim za udaną współpracę.


            - No tak… raporty – Adam mruknął pod nosem, wstając od stołu, do tej pory ignorował występy innych, zajmując się czytaniem z ekranu tabletu – jak dobrze wszyscy wiecie, i tak cyfrowa inteligencja znajdzie lepsze rozwiązania niż wszystkie nasze wysiłki, stąd po raz kolejny proszę, aby nie tracić przy następnym spotkaniu tyle czasu na wasze odkrywcze wnioski. Jak wspomniał Alan, góra jest na razie nastawiona pozytywnie. Nie wspomniał za to o dwóch dodatkowych rzeczach, które w związku z tym zostaną wprowadzone.

            Zrobił krótką przerwę, chrząknął.

            - Mamy dodatkowy budżet szkoleniowy. Cześć przeznaczę na wspólny kurs dla wszystkich z zakresu ksenobiologi militarnej. Mamy coraz więcej pozawymiarowych intruzów do obsłużenia. Druga część dedykowana jest waszemu osobistemu rozwojowi w postaci zunifikowanego funduszu wymiany wiedzy. Pomyślcie które dziedziny oświeconej nauki chcecie rozwijać.

            Trzecia pauza.

            - No i ostatnie, będziemy mieli więcej akcji zdalnego wsparcia agentów polowych przy bezpośrednich akcjach. Będę dowodził takimi działaniami bezpośrednio. O szczegółach zostaniecie poinformowani wkrótce.


            Po wyjściu ze spotkania Alan podszedł do Mervi.

            - Masz dziś czas porozmawiać? Nie będzie to ewaluacja psychologiczna, widzę, że coś cię gryzie – powiedział z rozbrajającą szczerością – powiedzmy, za chwilę w moim gabinecie?

            Jak on to robił...?

            - Muszę z Robertem też porozmawiać, to tylko z nim ustalę kiedy i mogę.
            - Daj Robertowi chwilę odpocząć - stwierdził Alan - to mu się najbardziej przyda.

            Te słowa wyraźnie poruszyły finkę.

            - Dobrze... Jestem cała twoja więc. - wypaliła bez refleksji.

            Alan nie skomentował, prawdę mówiąc nie dał po sobie poznać w jaki sposób to zabrzmiało… Ale i tak dotarło to do Mervi. Ruszyli w stronę jego gabinetu, ale już w trakcie drogi Alan zaczął niezobowiązującą rozmowę.

            - Jak wrażenie po spotkaniu?

            Całą drogę Mervi ganiła się w myślach za swoje dwuznaczne słowa. Zbyt mało umiała w relacje międzyludzkie najwyraźniej...

            - Pozytywne... Przynajmniej takie były, do czasu jak Adam postanowił rzucić nam w twarze cegłówką... - mruknęła - Po co on to robi? To podkopuje nas przecież.
            - Dlaczego podkopuje? Wyraził swoje zdanie, które niestety muszę przyznać, jest poparte faktami. Adam jest bardzo szorstki, ale nie należy z tego powodu skreślać jego argumentów. Zgadzasz się?
            - Chodzi o to, że wedle jego słów, cokolwiek co robisz w sumie nie ma sensu. I tak zostanie to rzucone na kupkę "do wyrzucenia"..
            - Nie - Alan wtrącił się łagodnie ale stanowczo - Adam powiedział, że według niego rozwiązania mózgów cyfrowych są lepsze. Aby stwierdzić, czy coś jest lepsze, trzeba to porównać. Oznacza to, że masz szansę wygrać w szachy z Deep Blue.
            - Według niego nie powinniśmy się tym zajmować. To to samo. - zaprotestowała.
            - Optymalizacja zasobów - Alan wzruszył ramionami - szef dużo marudzi, ale mało rozkazuje...
            - Bo mu nie zależy? - zapytała cicho.
            - Bo daje nam swobodę - Alan stwierdził pogodnie otwierając przed Mervi drzwi do swego gabinetu - wolę tak niż kogoś, kto będzie się za bardzo wtrącał.

            Technokratka weszła do środka, kierując się na standardowe miejsce, jakie zajmowała podczas ich rozmów.

            - Alison przekazywała ciekawe rzeczy w nieciekawy sposób... ale można z tego wyciągnąć coś dla siebie. Trzeba się przyzwyczaić. Na solo jest inna.
            - Jaka - Alan usiadł w fotelu przy biurku - poza chytrością?
            - Jest świetnym nauczycielem. - spojrzała na Alana - Masz z nią problem, prawda?
            - Nie, doceniam jej spryt - Alan powiedział naturalnie - po prostu jestem ostrożny. Jak ci się ostatnio pracowało?

            Merv posmutniała.

            - Franklin na jedną akcję zwiększył mi uprawnienia. Mówił, że dobrze zrobilam. - słowa nie były kompatybilne z twarzą.
            - To rutynowa procedura - Alan uspokoił finkę.
            - Wiem... - odparła i zamilkła.

            Alan gestem zachęcił Mervi do dalszego mówienia.
            Finka Utkwiła wzrok w kolanach.

            - Nie wiem czy jestem na te akcje gotowa...
            - Dlaczego tak uważasz?
            - Widzialam zdrajcę... Był... Dziwny. Poinformowałam o nim i jego znajomych, więc mu przerwano... Ale ciągle nie mogę o tych młodych zapomnieć.... Oni też byli terrorystami?
            - Może - Alan zaczął powoli - może byli niebezpieczni w inny sposób, a może po przesłuchaniu wrócą do siebie. Fundament Unii to zaufanie, Mervi. Ufasz nam?
            - Ufam... - zamknęła oczy - Teraz tylko... Boję się. Wiedza... Musi być limitowana... - wzięła głęboki oddech - Boję się podejmować decyzje...
            - Na swoim poziomie nie powinnaś być do nich zmuszana - Alan powiedział ciepło - ktoś próbował na tobie to wymusić?
            - Nie... Sama poinformowałam Franklina, że jest obok samochód, z ludźmi, co chcą odbić tych młodych... To miało pomóc w akcji, tylko... - westchnęła - Czy na pewno wszystko dobrze poszło? Mam taki ciężar w żołądku, nie wiem czemu... Jakbym zawiniła czemuś...
            - Postępowałaś zgodnie z procedurami.
            - Ale czy moja decyzja do czegoś doprowadziła, z czego powinnam czuć się źle?
            - Nie - Alan powiedział spokojnie lecz stanowczo, pokazując swoje przekonanie - o to dbają procedury, są one ponad nami. Gdy my możemy się mylić, one nie będą.

            Mervi powoli pokiwała głową.

            - Dobrze... Dziękuję. - spojrzała w oczy technokraty - Czy wiesz co się stało z pojmanymi chłopcami?
            - Nie śledzę większości spraw, Mervi. Nawet gdybym miał uprawnienia… Chyba też nie powinnaś pytać o rzeczy poza swoimi uprawnieniami, nie sądzisz?
            - Ja... Tylko pytałam czy wiesz... - spuściła głowę - Wybacz…
            - Nie mnie musisz przepraszać - Alan powiedział do Mervi serdecznie - po prostu zwracam ci uwagę na procedury.

            Mężczyna pokręcił głowa z namysłem.

            - Lepiej ja niż ktoś nieżyczliwy, co?
            - Tak.... - westchnęła - Zapomniałam się.
            - Przywykniesz…

            Alan coś mówił…
            Mervi nie słyszała. Jej uwagę zwróciły piksele na ekranie wyłączonego telewizora. Dwa uderzenia serca nim zniknęły.
            SAMI MOŻEMY TO SPRAWDZIĆ

            Mervi w tym momencie chciała rzucić czymś w telewizor. Co jej ZNOWU odwalało? Czemu sama siebie próbuje zachęcić do buntu?!
            Była bliska bicia głową w stolik.

            - Pójdę już... - odezwała się do Alana przepraszająco.
            - Dlaczego… wszystko w porządku Mervi? - Alan wstał do niej - dać ci wody? Słabo ci?
            - Może trochę wody... Chyba... Czasem sobie nie radzę tak dobrze... Głupie myśli, których nie chce.

            Alan nalał Mervi wody do szklanki z wazonu w swoim gabinecie. Zamyślił się, przysunął swoje krzesło na wprost Mervi, pochylając się do przodu, łokcie na kolanach, dłonie splecione. Był zatroskany.

            - Bardzo nie chciałbym ci zwiększać dawki środków, nie taki jest cel naszej pracy. Rozumiesz dlaczego?
            - Żeby pokazać, że to może wyrwać osobę z tego stanu? - szepnęła i zaczęła pić.
            - Aby nie robić tu z ludzi naszprycowanych chemią botów. Na dłuższą metę to nie rozwiązuje jakichkolwiek problemów.
            - Próbuję... Nie chcę tych myśli, ale nie wiem jak walczyć. - patrzyła błagalnie - Pomóż mi, jak mam to zmienić…
            - Miałaś ostatnio sny?

            Finka spuściła głowę.

            - Tak…
            - Słucham - Alan zachęcił Mervi łagodnie.

            Mervi wyraźnie się wstydziła.

            - Jakiś czas temu... bardzo chciałam sen... - głos się jej zalamał - Tamtej nocy nie wzięłam leku.... i sen przyszedł... Chciałam znowu poczuć się tak, jak wtedy... Przy Profesorze... - pokręciła głową - To była pułapka. Nie było w tym nic miłego. Tylko ból. Ciągła pętla tej samej śmierci... - zakryła oczy dłońmi - Wróciłam od razu do leków po tym…
            - A ty co robiłaś w tej sytuacji?
            - Nie chciałam by Skaldespillar mnie znowu zostawił, próbowałam jakoś śmierć odsunąć... ale nie dało się. Ginął zawsze lub ja z nim. Jakby nie chciał żyć!
            - Tylko uciekaliście? On cię chronił, jak wtedy?
            - Najpierw chciałam go przekonać, by uciekał. Później zwróciłam uwagę agentów i zginęłam. W ucieczce... Też bez sensu. Zawsze umierał.
            - Może twoja podświadomość sugeruje ci, że to ty przed czymś uciekasz, ale wiesz, że to bezowocne jest?
            - Przed czym? - jęknęła przez powstrzymywane łzy.
            - Ja tego nie wiem… To wiesz tylko ty, ale jeszcze sobie tego nie uświadomiłaś. Cieszę się, że rozmawiamy, ale muszę cię ostrzec. Nie dziel się z innymi swoim bogatym życiem sennym. To jest samo w sobie podejrzane, a jeśli powiesz, że śnił ci się dewiant... Rozumiesz mnie Mervi?
            - To tylko sen... - szepnęła.
            - W którym śniłaś o dewiancie, ja to rozumiem. To tobą wstrząsnęło. Nasz eidolon szuka różnych wzorców, których może użyć, nawet jeśli nie są akceptowalne społecznie. Nie wszyscy to rozumieją. Dobrze Mervi? - zapytał twardo.

            Dziewczyna pokiwała głową.

            - Czyli mogą myśleć, że sama tego chcę?
            - Tak, głupi, twardogłowy beton. Nie przejmuj się nimi, ale po prostu uważaj. Jeszcze coś… Mam prośbę. Byłabyś coś w stanie dla mnie zrobić?
            - A co takiego? - spojrzała uważnie.
            - Nie wiem, czy to najlepszy pomysł, jak nie dasz rady, to nie wahaj się powiedzieć… Chodzi o Roberta. Chłopak ma teraz gorszy okres, potrzebuje w kimś oparcia. Mnie nie ufa do końca. Postaraj się być mu trochę podporą, jeśli dasz radę - Alan powiedział łagodnie, a Mervi ogarnął najpierw spokój, a potem strach, ten strach ze snu.

            “Przed czym uciekasz?”

            - Zrobię co będę mogła. - obiecała - Co go tak mocno uderzyło? Coś co ostatnio robił?
            - Jak będzie chciał, to sam ci powie. Nie powinienem rozpowiadać, mam nadzieję, że rozumiesz.
            - Dobrze. - potwierdziła.


            Po wyjściu z pogadanki u Alana, Merv skierowała się odszukać Roberta, aby... w sumie nie wiedziała jak może pomóc, jednak to zamierzała ogarniać w trakcie. Niestety, poszukiwanie ludzi w konstrukcie Unii nie należało do najprostszych zadań. Mervi wpadła raz na duet facetów w czerni, raz na cyborga… Koniec końców znalazła Roberta idącego korytarze. Gdzieś się śpieszył.
            Dużo nie myśląc podbiegła do niego, aby zrównać z nim chód.

            - Gdzie uciekasz? - zapytała na powitanie.

            Robert prawie podskoczył. To przekonało Mervi, że jego nerwy nie są w najlepszym stanie. Szybko odzyskał rezon.

            - Powiem ci, a potem będziesz wiedziała gdzie mnie ścigać - zażartował.
            - Nie lubisz jak kobieta cię ściga, co? A może wolałbyś mężczyznę? - też zażartowała, nie opuszczając Roberta.
            - Naczytasz się lub naoglądasz tej azjatyckiej kultury, a potem takie teksty do mnie, no nieładnie - powiedział z chytrym uśmiechem nawiązując do ostatniej frazy w wypowiedzi Mervi - mam jeszcze dwa szkolenia dziś.
            - A nie podoba się? - zapytała rozbawiona - I czyżbyś miał te szkolenia z azjatyckiej kultury, co?
            - Nie, z zabezpieczeń systemów - stwierdził ze zbolałą miną - to jakby kazać słuchać włamywaczowi jakie wkładki do zamków są cool.
            - Miałeś mi powiedzieć, co się z tobą działo.
            - Trudne czasy - Robert powiedział dziwnie spokojnie - może jutro u mnie, po południu? Czy może u ciebie?
            - U ciebie. - zadecydowała - U mnie jest... no... nudno w sumie. U ciebie porozrzucane wszystko.
            - Nudno bo mnie tam nie ma - stwierdził mrugając - to do jutra, daj mi potem znać o której godzinie. Jutro mam znowu grubszą robotę tutaj - stwierdził kwaśno - spadam na kolejne szkolenie… Nie ma to jak dostać je za karę.
            - To jutro ja nie będę karą, tylko nagrodą. - stwierdziła słodko.

            Robert spojrzał na nią podnosząc jedną brew w górę.

            - Alison dolała ci czegoś do kawy, nie?
            - Shush, do jutra, sempai!

            Robert pokręcił głową mając przez moment - co tu właściwie się stało. Natomiast Mervi… poczuła w sercu jakiś spokój. Znowu dostrzegła kątem oka piksele, złamania obrazu, ale na ten moment się ich nie bała. Nie były groźne. Były po prostu jak ona.
            A potem przypomniała sobie, że to nie ma znaczenia. Wszak takie zachowanie oznaczało odbieganie od linii bazowej. Ciekawe jak to robiła Alison?


            W mieszkaniu Roberta panował większy porządek niż ostatnim razem, chociaż trudno było nazwać było porządkiem, raczej formą pośrednią pomiędzy trzymanym w kontroli bałaganem a pełzaəacym chaosem miejsca którym się żyje.
            Na wejściu Mervi uderzył zapach jedzenia. Umawianie się na porę obiadową z Robertem miało zalety, a w tej chwili zaletą były domowe burgery którymi technokrata zajął się w pierwszej kolejności zamiast rozmową z Mervi. Wyglądał jednak na podniesionego na duchu ze względu na jej obecność.

            - Ostatnie szkolenie prowadził Iterator, brrr – powiedział do technokratki znad patelni – wyglądał jakby wyłączyli mu moduł detekcji sarkazmu ale za jego miejsce włożyli dwa używania. Kompletnie nie rozumiał niuansów tego, co do niego się mówiło. Ale jak coś powiedział, to można było się poskładać...

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • ZellZ Niedostępny
              ZellZ Niedostępny
              Zell
              Moderator Obsługa
              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
              #21

              - Jakie niuanse były? - oparła twarz na dłoniach, zadowolona, że jej obecność komuś pomaga, choć tego nie rozumiała - Czy mamy się spodziewać wezwania cię na dywanik za nie?
              - Ja już byłem na dywaniku - Robert przerzucił kotlety na drugą stronę - przez to dostałem…. Dodatkowe obowiązki i szkolenia.
              - Opowiadaj co robiłeś, jak cię nie było. - zapytała ciekawsko.
              - Nie ma co gadać - stwierdził z nagłym chłodem - zaraz będzie jedzenie, bułki nagrzane - dodał po chwili - chcesz też pomidora do środa czy uważasz to za herezję?
              - Czemu miałabym uważać? To żywy ketchup. Chcę.
              - Europejczycy mają dziwne zwyczaje żywieniowe, a ci z północy to już całkiem - Robert mruknął przygotowując jedzenie.

              Po kilku chwilach wrócił do Mervi z dwoma talerzami, na każdym po solidnym dużym burgerze. Mervi przez chwilę zastanawiała się, czy da radę zgnieść tego giganta rękami aby go ugryźć. Robert usiadł obok i… nie czekając na nią, wgryzł się w swoją bułkę. Chyba był głodny.
              Finka usilnie próbowała jeść z godnością, czyli ciężko szło.

              - Głodzili cię? - zaśmiała się lekko - Z Alisson byś się zgrał.
              - Ty mnie głodziłaś, czekałem z obiadem aż przyjedziesz - stwierdził szczerze i żartobliwie - działo się coś fascynującego ostatnio?
              - Na jedną akcję uprawnienia mi zwiększono i poszło świetnie! - wyraźnie była dumna - I widziałam dewianta. Zdrajcę w koronie z cewek. Dureń.
              - Zastrzelili ich czy pojmali?
              - Nie zobaczyłam co się stało po moim zgłoszeniu, że czają się i kombinują coś przy naszej akcji. - wyjaśniła.
              - Normalka - wzruszył ramionami.
              - Często na takich trafiamy? - zapytała i dalej mocowała się z jedzeniem.
              - Zdecydowanie zbyt często - Robert stwierdził myśląc o czymś - nie rozumieją, że nie muszą z nami walczyć.
              - Ten wyglądał na obłąkanego. - skrzywiła się - Nie dziwię się, że ci Synowie Eteru nie pasowali... - pokręciła głową.

              - Wiesz jak wkurzyć pion rozwoju? - zapytał zaczepnie.
              - Ty na pewno wiesz. - połknęła ostatni kawałek.
              - Tak… Pokazujesz im dane z akcji z jakimś Synem Eteru. Wskazujesz na jakieś urządzenie, pytasz czy mogliby powtórzyć jego działanie. Cholera ich bierze, bo zwykle nie mogą sobie odpuścić próby. Czasem im się udaje, a czasem po miesiącach ogarniają, że wynalazek korzystał z załamania przyczynowości i pół ekipy badawczej musi przejść kwarantannę - mrugnął.
              - Nie mów, że tak zrobiłeś kiedyś!
              - Jeszcze nie, za wysokie progi na moje nogi. Mój patron lubował się w tym. Szczególnie jak dyrektor rozwoju miał z nim na pieńku, to mu tak paraliżował zespoły. To się nazywa polityka. Osobiście zorganizowałbym pracę grup badawczych, aby nie była na to podatna.
              - Okropne działanie. To działanie na szkodę Unii, tak intencjonalnie! - obruszyła się.
              - Czasem trzeba w taki sposób kogoś kopnąć, aby przeprowadził odpowiednie reformy. Unia ma problem z ciągłym doskonale… Nieważne - dojadł burgera i zamilkł.

              Mervi odstawiła talerz na stół i przysunęła się bliżej Roberta.

              - Ty się czegoś boisz?
              - Nie, przypominam sobie zalecenia. Nie będę ci gadał, jak nie wiesz to nie musisz kłamać, że o tym nie wiesz. Poprzestańmy na tym, że dostałem pewne wskazówki na temat zachowania, które jakoś muszę wypełnić.
              - Dzięki za troskę. - mruknęła - Dziś jak cię zobaczyłam... zaniepokoiłeś mnie. Teraz to tym bardziej niepokoję się o ciebie, skoro jakieś tajemnice w sobie dusisz.
              - Dostaniesz O4 czy tam O5, nie wiem od kiedy jest nielimitowany dostęp do akt prywatnych, to pogadamy - mrugnął - przecież żyjemy w hierarchii tajemnic.
              - A co, ty takie masz? - fuknęła.
              - Nie, ale do swoich akt mam dostęp, jak ty do swoich - mruknął rozbawiony gniewem Mervi.
              - Lubisz drażnić, co? - skrzyżowała ręce.
              - Gdybyś nie lubiła być drażniona, nie przychodziłabyś tutaj. Albo przychodzisz na jedzenie…
              - Albo bo cię lubię? - rzuciła.
              - Czyli lubisz jedzenie - mrugnął.

              Uderzyła lekko Roberta w klatkę

              - Ciebie. Takie dziwne, że mogę? Czy jestem za nudna, by umieć? 6
              - To był żart - powiedział z krzywym uśmiechem - na pewno za nudna, aby złapać żarty.
              - Nie jestem nudna! - obruszyła się.
              - Tak? To uargumentuj, ja pozmywam talerze…

              - Grałam w grę! Rysuję! Znam matematykę i informatykę! - fuknęła.
              - Grałaś w jedną grę - Robert stwierdził rozbawiony - a matma i infa to nudziarstwo. Nikt ci nigdy nie powiedział tego w szkole?

              Zamyślił się.

              - No tak, wciąż zapominam, że studiujesz architekturę. Kompletnie nie rozumiem czemu nasi wysłali kogoś o twoich predyspozycjach na to. Rysujesz coś fajnego?

              Zaciekawiła go.

              - Architekturę...? - zawstydzenie... Nawet nie wiedziała czemu.
              - I nie pochwalisz się?
              - A... chciałbyś?
              - Za dużo wyboru nie mam - mruknął dwuznacznie.
              - Możesz nie chcieć.

              Robert westchnął patrząc na Mevi z politowaniem.

              - Czasem jesteś gorsza w ludzi niż Iteratorzy.
              - Czemu tak mówisz? - spochmurniała.
              - Bo nie rozumiesz… - Robert pokręcił głową - to co, pokazujesz?
              - Nie noszę prac ze sobą... Mam w domu.
              - No to kiedyś pamiętaj aby się nimi pochwalić - stwierdził szczerze - może następnym razem ty coś ugotujesz.
              - To ty serio chcesz mnie częściej widzieć! - Mervi wyraźnie, szczerze była szczęśliwa z tego powodu.

              - Albo chcę coś zjeść. Umiesz gotować? - zapytał sceptycznie.
              - Dla siebie na pewno... tylko głównie jadam sałatki i ryby. - patrzyła trochę w zamyśleniu.
              - Przeżyję i rybę, byleby nie była kiszona…
              - A może być z wódką? - zapytała naturalnie.
              - Przyniosę wino, bo ty dziś zapomniałaś - mrugnął.
              - Więc... Żebym była gotowa... - chrząknęła - To... przed jedzeniem się całujemy?
              - Naprawdę nie umiesz w ludzi - uśmiechnął się do niej i włączył konsolę - gramy?
              - Tak, tylko... - wyglądała na zdezorientowaną - Chyba to by było spodziewane?
              - Była jeszcze opcja, że mnie tu zgwałcisz…

              Dalszy ciąg tego spotkania nie sprowadził się może do gwałtu na Robercie, ale Mervi z lubością podjęła tematy technicznie, choć przejście do sprawy Oświeconej Nauki, jakiej dziedziny mogli wybrać za te dodatkowe fundusze...
              Mervi wyraźnie była niezdrowo zafiksowana na naukach temporalnych ("przydadzą się na akcjach!") oraz poznaniu teorii prawdopodobieństwa. Czasoprzestrzeń była jak afrodyzjak...
              I rozbudzał ten temat bardziej ekspresyjną naturę technokratki. Główny wspólny grunt znaleźli w bazie probabilistyki. To, wraz z memetyką, był konik Roberta. Na swój sposób wydawało się to oczywiste, człowiek lubujący się w szukaniu dziury w całym, luk w zabezpieczeniach, niedoskonałościach systemów musiał lubować się w entropii. Przez moment Mervi spojrzała na technokratę opowiadającego jej o swych pomysłach - w przerwach pomiędzy kolejnym wygranym wyścigiem na konsoli - jak na kogoś naprawdę wartościowego dla Unii. Kogoś kto nie powie co poprawić, ale dokładnie wskaże co jest do bani, produkując obszerne listy priorytetów do poprawy organizacji. Widziała pasję w jego oczach. Szkoda, że więziła go w organizacji.
              Gdy zbierała się do wyjścia, Robert nagle, niespodziewanie rozczochrał jej włosy na czubku głowy. Uśmiechnął się lekko.

              - Dzięki Mervi… chyba tego trzeba było mi dziś. Kogoś kto jest - powiedział cicho, jakby mówienie o swoich odczuciach sprawiało mu problem.
              - Cieszę się, że mogłam... być. - dziewczyna uśmiechnęła się z prawdziwą radością - Czujesz się... lepiej?

              Robert kiwnął głową. Chyba nie chciał za bardzo się uzewnętrzniać.

              - Więc... Miło było. - wyraźnie się wahała, aby w końcu złożyć Robertowi krótki pocałunek na policzku - Widzimy się w pracy.

              Mervi siedziała przed ekranem komputera w wynajmowanym mieszkaniu, kończąc kolejny projekt na studia. Najchętniej położyłaby się spać, była zmęczona, z każdą minutą walcząc z ciężko opadającymi powiekami. Nieomylny harmonogram wskazywał jeszcze ponad pół godziny do pory snu. Wiedziała, że to skutek jej poczynań, ostatnio częściej go naginała, co powodowało rosnący deficyt czasowy.

              Może powinna z niego całkowicie zrezygnować, jak większość innych członków Unii? Nie, to był zły pomysł, potrzebuje tego, potrzebuje…
              Potrzebuje... tylko czemu to takie ciężkie?

              Ekran zamigał na kolorowo. Chyba się jej wydawało, odrzuciła myśl o kolejnej psychozie. Miała pigułki, ostatnio nie było tak źle. Było dobrze. Nadzorowała akcje, dostała uprawnienia O2. Robiła dużo, naprawdę dobrej roboty. Spotykała się z Robertem, byli parą… Unia dawała milczące przyzwolenie na takie relacje, a przynajmniej taką politykę stosował NWO.
              Jest dobrze Mervi, po co o tym myśleć – bezgłośnie powtórzyła pod nosem patrząc na coraz bardziej rozświetlony kolorowymi pikselami ekran.

              Nie poprawiaj tego, co działa.

              Nie chciała wracać do tego co się nie udało. Do akcji, po których rozmawiała z Alanem, o wątpliwościach, o tłumionej ciekawości. Nie chciała wracać do tego, że Unia blokowała jej dostęp do większej liczby danych na temat technologii komunikacyjnych jako nieodpowiednich dla jej ścieżki rozwoju. Przecież musieli mieć rację...

              Komputer się nie myli.
              Nie myli.
              Nigdy.

              Nie chciała myśleć o tym, że przez pigułki nie mogła kompletnie przeskoczyć na wyższy poziom w oświeconej nauce. Czytała artykuły o wyzwaniach podświadomości, dostępie do większej liczy nieświadomych mocy obliczeniowych genialnego intelektu… Tylko jak miała dogadać się ze swoją podświadomością gdy musiała ją tłumić? Geniusz nie chciał z nią współpracować, więc nie było zdziwienia, iż działało to i w drugą stronę. Był niepoważny, nieokiełznany, dążący do chaosu, a w tym dalej - do zniszczenia. Nie była taka, nie chciała niszczyć... Jak zmusić podświadomość do stania w szeregu i nieprzeszkadzania w rozwoju? Wielu innych technokratów potrafiło rozwijać się. Co z nią było nie tak?

              Wreszcie Robert. Lubiła go, może nawet więcej. I bała się o niego. Nie powiedział jej tego wprost, ale zasugerował, że ma podobne problemy z Geniuszem co Mervi. Tylko, że Robert się temu poddawał. Dzięki temu był lepszy w oświeconej nauce, to było niezaprzeczalne, ale w ciągu tego roku jeszcze dwa razy napytał sobie problemów. W innych okolicznościach byłby cenny dla Unii. Widział problemy, widział, co trzeba naprawić, testował tryby Maszyny nie z zawiści, lecz miłości do organizacji.
              I każde takie działanie było jak uderzenie o beton. Raz wrócił pobity, podobno napadnięto go, a Adam osobiście załatwił o przykładne ukaranie niechcianego elementu z mas. Mervi w to nie wierzyła.
              Według niej, Robert nie powinien tak bardzo stawać na przekór prądowi Unii, nawet jeżeli z troski. Musiał przystopować, nie iść za śpiewem podświadomej myśli, która wyraźnie nie rozumiała świata, nie stała w szeregu. Bunt to nie była droga!

              Ekran wciąż migotał barwami.

              Zmęczona prychnęła na barwy. Nie miała sił i ochoty z tym walczyć...
              Wyłączyła ekran z zasilania. Kolorowe, zepsute piksele pozostały na nim, patrząc jakby oskarżycielsko.

              - Uparte, cholerne.... Naucz się dyscypliny! - pociągnęła koc z łóżka i narzuciła go na ekran, zakrywając go całkowicie.

              Kiedy chciała nastawić budzik na telefonie, zauważyła też na jego ekranie kolorowe piksele.

              "Wsadź sobie te piksele! Czego ty w ogóle chcesz?" padła na łóżko zakrywając twarz rękoma. "Zmusić mnie do brania kolejnej dawki?" . Co ona robi... co to za szaleństwo?

              Telefon zabrzęczał. SMS od numeru… którego nie mogła rozczytać, wszystko przysłaniały piksele. Tekst był prosty.

              Jesteś Mervi czy grasz Mervi? Spójrz na siebie w lustro, w to, w co nas ubrali, robiąc rzeczy, które nam kazali i powiedz, że to jesteś ty. Niech ci to przejdzie przez usta. Powiedz, że nie chcesz więcej. Powiedz, że nie chcesz wcale czynić swej woli.

              " To JEST moja wola! Co ze mną jest nie tak?!" Mervi nie mogła sobie tego ułożyć. Podświadomość... To jakieś halucynacje!

              Tekst na ekranie telefonu się zmienił.

              Tak jak twoją wolą było nie wiedzieć co z tamtymi braćmi. Jak twoją wolą jest nie uczyć się dalej manipulacji przestrzenią. Jak twoją wolą jest harmonogram. Jesteś w stanie to powiedzieć na głos?

              "To TWOJA wina!" Mervi złapała się za głowę "To twoja wina, nie moja, twoja!"

              Było cicho, ale kolory rozlały się na ściany. Kuchenka mikrofalowa zaczęła wariować, telewizor począł włączać się i wyłączać. Strzeliły żarówki. Mervi widziała teraz na ścianach neonowy napis.

              Jesteś stworzona do większych rzeczy.

              W tym momencie Mervi po prostu się rozpłakała.

              "Nie chcę tych myśli, wielu ma normalny stan, nie chcę, bądź normalny!" .

              Litery bezlitośnie patrzyły na nią. Okna w mieszkaniu pękły. Ściany… Przewody w nich, zwarcia.
              Mervi obudziła się z odciśniętą na twarzy klawiaturą.

              Finka była roztrzęsiona. Drżała, serce jej waliło ze stresu. Nie rozumiała czemu sobie sama to robi.

              - Pierwszy raz jestem szczęśliwa.... - powtarzała sobie z wyraźnym wyrzutem.

              Chciała wiedzieć co z tymi chłopcami! Wiedziała, że wystarczy odpowiednie uprawnienie... ale czemu nie czekać? Bała się, że jej bunt odbiłby się na Robercie czy leczeniu ojca. Bunt dla buntu?

              Zakryła oczy dłońmi, płacząc cichutko. Była szczęśliwa, wreszcie szczęśliwa... A Geniusz chciał to szczęście zniszczyć...
              Naciskał to, co boli... Chciał by zareagowała... krzywdząc ją tym.

              Może z nowymi uprawnieniami się uspokoi? Spojrzała na ekran. Nie był wyłączony, to działo się w śnie. Teraz definitywnie nie spała. Ciekawość, co z chłopakami… Wyżerała ją w środku. Znowu poczuła aktywność Geniusza, lecz tym razem ta była przystępniejsza… I się jej podobała.
              Patrzyła w ekran i wiedziała, że gdyby faktycznie chciała wiedzieć, co z nimi, mogłaby to zrobić. I nikt by jej nie wykrył. Nie wiedziała skąd ta pewność wynikała, jakby ze środka.
              Z podświadomości.

              Intuicja nie istniała, nie mogła! Rozum nie chciał pozwolić..
              A jeżeli naprawdę nic się nie stanie...?

              Chodziła po pokoju walcząć ze swoimi myślami... Spróbować?
              Co mi szkodzi…

              Alisson sądziła, że intuicja jednak istnieje, jako nieświadomy komputer... to czemu zaprzeczali temu inni?
              Cholera by to... Zaryzykujmy. Wejście do systemu z wyższymi uprawnieniami niż się posiadało było niemal niemożliwe pracując z zewnątrz. Jednak gdy już się było technokratą, o uprawnieniach O2, pewne sprawy stawały się łatwiejsze…
              …szczególnie gdy nie działało się samemu. Mervi czuła ciarki gdy rozwiązywała na poczekaniu kolejny problem tak naprawdę psując kolejną warstwę zabezpieczeń, byleby tylko dorwać się do smakowitego kąską. Sama pogoń za króliczkiem stała się niemal narkotycznym doznaniem.
              Po pierwszy od dawna czuła się też jednością. Jej wspaniały, przebudzony umysł pracował w pełni, świadomość i podświadomość działały synchronicznie. Tam gdzie wyłącznie chłodna, czysto rozumowa analiza nie dawała rady, w pierwszej kolejności sprawiała to, co sugerował jej Eliodion, a ten za pierwszym, czasem drugim razem trafiał w cel. To był chyba jej pełen potencjał? Nawet trochę się siebie sama bała.
              Minęły dwie godziny, po których ściągnęła akta pracy.

              Na początek wyglądały normalnie. Po wstępnej ewaluacji oceniono ich nisko. Starszy był zwykłym członkiem mas, młodszy posiadał Geniusza. Ze względu na wiek, testy inteligencji oraz ogólne cechy charakterologiczne uznano młodszego za niezdolnego do typowej służby w przyszłości, a co za tym idzie odmówiono im typowego szkolenia. Pierwszy dokument kończył się złowieszczym skierowaniem do niższego personelu technicznego obu braci pod nadzorem Iteracji X.
              Kolejne serie dokumentów sprawiały, że Mervi pojawiły się na plecach ciarki. Każdy był podpisany kodem lokalizacyjnym MECHA. Zawierały głównie serię kolejnych modyfikacji którymi poddano braci. Te na starszym przypominały bardziej eksperymenty niż coś, co miało mu pomóc. Stracił dwie ręce, wątrobę, połowę mózgu, oko… wszystko na rzecz eksperymentalnych implantów. Młodszy dostawał sprawdzone technologie mające hamować jego wrodzoną kłopotliwość. Podprzysadkowy dozownik środków uspokajających, korowy modyfikator wspomnień którego pierwszym zadaniem było wykasowanie wspomniweń o bracie i rodzicach, z czego tylko to drugie udało się całkowicie. Usunięto łódemu jedną rękę jako zbyt uszkodzoną podczas kolejnego starcia z robotyczną ochroną.
              Oboje pracowali na nieskończonych liniach produkcyjnych MECHA.
              Ostatni dokument opisywał wykreślenie obydwu braci ze stanu osobowego konstruktu. Nie obyło się to przez terminację. Porwano ich. Patrzyła na opis incydentu.
              Jeden dewiant dał się złapać. Został zakwalifikowany do utylizacji w MECHA, jako zneutralizowany - to jest bezpieczny do dalszego przetworzenia. Udawał, zszedł do piekła aby odzyska swojego ucznia.
              A potem porwał też braci, kilku innych pracowników niższego szczebla oraz obiekty eksperymentalne.
              Dwa miesiące temu. Od tamtej pory teoretyzuje się, że chłopcy zostali dewiantami i przebywają w ich kryjówkach. Mervi spojrzała z ciekawością kto stał za akcją.
              Odys zwany Żelaznym. Dewiant o klasie zagrożenia osiem. Zrewidowano protokoły postępowania. Nie próbować pochwycić go żywcem.

              Nie, to nie mogło być tak!

              Mervi miała problem z pojęciem tych informacji. To nie mogło tak wyglądać, Unia musiała mieć swoje powody! Dobre powody! Ona po prostu tego nie rozumiała!
              Kierowana roztrzęsieniem, zaczęła szukać danych o tym Odysie. To było jednak zbyt dużo na jej nerwy, nie dała radę wejść głębiej. Musiało jej zostać to co było dostępne w typowych aktach. Dewiant, szaleniec, terrorysta, seryjny morderca. Dewiant masowego rażenia. Absolutny zakaz rozmów z nim i kontaktu. Nie wchodzić w układy, nie wchodzić w dyskusję, wycofać się i powiadomić przełożonych. W przypadku dłużej rozmowy zalecana była dodatkowa ewaluacja psychologiczna. Odys stanowił wysokie zagrożenie poznawcze o silnym wpływie mimetycznym, a zaatakowany bronił się zawsze wystarczającymi środkami. Brzmiało to coś jak dewianty robiący pranie mózgu.
              Mervi przerwała połączenie i oddychając głęboko próbowała się wyciszyć jak Alan ją uczył. Zapomnieć, nie rozważać. Czemu to zrobiła? Czemu chciała wiedzieć?
              Położyła się na łóżku, płacząc w poduszkę. Nie powinna... narażała się tylko na cierpienie.

              Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • JhnWJ Online
                JhnWJ Online
                JhnW
                Administrator Obsługa Developer
                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                #22

                [justuj] Kolejna, bolesna odmowa. Ścieka rozwoju Mervi wedle Unii nie przewidywała nauki o czasoprzestrzeni. Dostępne dla niej na zawsze miały być tylko zakresy operujące na big data. Mogła na szczęście dzielić się swoją zgryzodą z Robertem, któremu odmawiano zaawansowanej probabilistyki. Entropia od zawsze była traktowana nieufnie w Unii.

                - Ech, byłbym ich najlepszym pentesterem – westchnął Robert rozsiadając się wygodniej na kanapie u Mervi – masz jakieś plany co z tym zrobić?
                - Nie masz nikogo, kto by mógł pociągnąć za sznurki tych wyżej? - przytuła głowę do ramienia Roberta, wyraźnie zasmucona.
                - Alan nie da rady, Adam mółby wydać opinie, że jest mu to potrzebne w zespole. Próbowałem, nic z tego. Ty byś jeszcze mogła znaleźć sobie patrona, nie sądzisz?
                - Uhm.... Jak? Nakleić na tablicy ogłoszenie? - zażartowała.
                - No tak, nie umiesz w ludzi… Trzeba popytać, rozpuścić plotki. Może Alex ci pomoże albo Franklin? Ja raczej nie mam wtyk. Wydaje się, że to byłaby też dla ciebie dobra trampolina, aby wyjść z naszej jednostki…
                - Już masz mnie dosyć, co? - spojrzała Robertowi w oczy, z rozbawieniem.
                - Nie - Robert pogłaskał Mervi po głowie - właśnie dlatego, że mi na tobie zależy, nie chcę abyś gniła w jednostce dziwaków…
                - Ja zmienię jednostkę, jak ty zmienisz. - odparła pewnie.
                - Dobrze wiesz, że mam zrąbaną opinię, nikt mnie nie weźmie.
                - Więc pognijemy tu razem. - przytuliła się mocniej - Nie opuszczam, jak mi zależy.
                - Ech - westchnął - zastanów się. Z przyjemniejszych tematów, jak tam twoje plany na następną aukcje?
                - A nie masz ty za małych uprawnień dla takiej wiedzy? - położyła palec wskazujący na nosie Roberta - Supportować będę. Udowodnię, że gdyby moja ścieżka rozwoju zawierała w sobie elementy czasoprzestrzeni, to bym była w wykonywaniu zadań bardziej efektywna. - założyła ręce - Mam zamiar upewnić się, że całość przebiegnie gładko bez problemu dla naszych. - spojrzała w dłonie - Że ten dewiant nie będzie problemem...

                A może i będzie? Jeżeli byłby wyraźnym zagrożeniem... Jeżeli tamte dzieciaki by były widocznie…

                - Zespół gada - Robert stwierdził - ja ostatnio ciągle dostaję tylko robotę w prowokacjach. Może widziałaś, zniszczyliśmy sympatyka dewiantów, koleś się nie wygrzebie. Molestowanie, narkotyki i udział w zabójstwie. Majstersztyk.
                - Mam nadzieję, że lepiej to opracowałeś niż mnie chciano wrobić w human trafficing do burdeli.
                - Lepiej - Robert na chwilę zamilkł po czym po prostu ucałował Mervi.


                Starała się zostawiać prywatne sprawy poza pracą, uczucia do Roberta nie mieszać z obowiązkami. Czasem było trudno, ale na tym to polegało. Wiedziała jakimi komentarzami ojciec by ją obdarzył. Stary, a niepoważny!

                Była w pokoju przed Alexem. Usiadła na swoim miejscu, sprawdzając podłączenie potrzebnych do akcji urządzeń. Przysunęła bliżej dokumenty zawierające detale akcji. Spodziewany jeden dewiant w otoczeniu nieznanych osób go chroniących. Możliwie młodych dewiantów?
                Krył się w wynajętym biurze na trzecim piętrze budynku mieszkalnego. To było problemem... szansa na niechciane komplikacje.
                Oficjalnie miejsce udawało siedzibę biura sztuki wyobraźni alternatywnej... cokolwiek miałoby to znaczyć. Niepokojąca była możliwość, że dewianci wykorzystali do ochrony abominacje technologii lub po prostu posiadali jakąś wiedzę o niej. Wykryto zaburzenia w odczycie danych magnetycznych i istnienie odwrotnych wektorów przestrzeni.
                Mervi w głębi czuła się spokojniej, gdy Geniusz nie został spacyfikowany pełną dawką leków. Mógł się dziś przydać.
                Mervi sama nie wiedziała czemu zaczynając operację przeszło jej przez myśl “początek nie zwiastuje katastrofy”. Chociaż… Wiedziała. Wpięta do satelitów, z dostępem do monitoringu miejskiego, kilku przejętych systemów przemysłowych. Idealne synchronizacje agentów polowych NWO, bojowego cyborga Iteracji-X oraz progenitora. Mervi dbała o czas, cyborg i agenci przerzucili podstawowe zdania na wszczepy wewnętrzne. Agent progenitorów, prawdziwy, z Geniuszem, nie mięso armatnie typu Wiktorów - miał swoje metody. Mervi czytała o tym, jego biologiczny mózg był nieco bardziej skomplikowany niż zwykły, ludzki. Nie czyniło go to inteligentniejszym, w rzeczywistości były to poprawki oraz dodatkowe elementy w najbardziej prymitywnych ośrodkach - rdzeń przedłużony, móżdżek, ośrodki hormonalne w korze. Przydatne w akcjach bojowych, kontroli czasu, snu czy fizjologii ciała. Podobno miało też cyfrowe wyjścia.
                Alex podczas akcji był małomówny, jak to Alex, ale za to profesjonalny. Pełnił rolę Głównego Synchronizatora, kogoś na kształt dowódcy, a jego typ działań - do którego Mervi była już przyzwyczajona - wydawał się niemal idealny. Dowódca konkretny, zdecydowany, ale też nie wywierający zbędnej presji. Wielu Technokratów wymuszało swoją postawą tuszowanie niepowodzeń przed współpracownikami. Przy Alexie człowiek instynktownie czuł, że może powiedzieć, co poszło nie tak - i razem to naprawią. O czym zresztą kiedyś się już Mervi przekonała.
                Czwarta godzina operacji, obszar piąty działań. Każdy z punktów był oddalony na znaczną odległość od pozostałych. Przemieszczały się. Wysoce zaawansowane prognozy dostarczone przez inną metodologię NWO jawiły się Mervi jako prosty graf zależności. Wraz z biegiem akcji wszystkie miały się zbiec w jednym miejscu. Oczywiście, cele były połączone, ale sam fakt synchronizacji operacji bez oświeconej nauki wymykał się percepcji typowych ludzi. Grali w szachy prawdopodobieństwami.

                - Kurwa mać - Alex cicho zaklął, coś, czego Mervi dawno nie słyszała - dasz radę to przeliczyć? W czasie rzeczywistym?

                Dziewczyna z racji na mniejsze doświadczenie i umiejętności, dopiero po kilku chwilach zrozumiała co się właściwie dzieje. Ktoś nie tylko wywrócił szachownicę, ale jeszcze im na nią, zapewne z nieukrywaną satysfakcją, nasrał.
                Dwóch agentów NWO i Cyborg mieli przechwycić cel A. Dewiant, mało doświadczony. Ta akcja wywołała reakcję łańcuchową w pozostałych obszarach działań.
                Cel A był wysokim, grubym mężczyzną, po czterdziestce. Łysiejący, blady przypomniał trochę akwizytora z dawnych czasów, w przydużym, wytartym garniturze. Był też członkiem pogańskich dewiantów. Ironiczne, biorąc pod uwagę ilość jego schorzeń. Mervi już zauważyła, iż ten rodzaj dewiantów rekrutował raczej ludzi zdrowych, lub chociaż próbował ich leczyć.
                Patrzyła na ekran zdesperowana. Dodatkowy, katastrofalny czynnik. Dziewczyna, pobieżny skan - dewiant. Nawet się z tym nie kryła, chociaż jej echo zniekształceń przyczynowości było wyjątkowo słabe - chociaż odczyty przypominały Mervi tykającą bombę. Dlaczego przeklęci Obserwatorzy jej nie zauważyli?

                - Nieoczekiwany czynnik, z możliwością spowodowania katastrofy. - odparła zdenerwowana - Dziewczyna. Dewiant. Niby przyczynowość prawie nie jest poruszana przez jej osobę... - przygryzła wargę - To coś jest dziwnego. Odczyty... Są niepokojące. Oczekujące? - spojrzała na monitor z obrazem - Oni.... tam coś mają. Coś niebezpiecznego, jak bomba. Nie widziałam wcześniej tego....

                Nie miała zamiaru przyznać, iż część słów opierała się na intuicji. Może za dużo? Ale przecież te dane...

                - Jak mogli ją nasi przeoczyć…
                - Dasz radę to ekstrapolować Mervi - Alex powtórzył prośbę - trzeba nam korekcji planów. Czas rzeczywisty. W galerii cisza, ale mam już odczyty zaburzeń przestrzennych. Głowny cel zwieje.
                - Dam.

                Mervi uparcie zaczęła wykonywać zadanie, chcąc rozpoznać w danych znane już jej patterny zachowań, najbardziej spodziewane rezultaty działań i połączone z akcjami sploty reakcji... Robert byłby w tym lepszy…
                Ale też nie dałby rady. Mało kto dałby radę. Zresztą, Robert był lepszy w psuciu rzeczy. Na pewno od razu zauważyłby, że zbyt sztywny plan to proszenie się o problemy, z jakimi teraz się borykają.
                Do pomieszczenia kontroli wszedł Adam. Bez słowa usiadł przy wolnej konsoli, uruchomił system, założył słuchawki. Po chwili usłyszeli jego głos, nadawany po wewnętrznej sieci operacji.

                - Przejmuję operację - po ekranie Mervi przesunęły się ciągi cyfr i liter z publicznymi kluczami Adama, potwierdzającymi jego uprawnienia - zmiana priorytetów. Za wszelką cenę pochwycić dziewczynę. Alex, pomagasz mi. Mervi, koordynuj odstrzelenie dewianta, ma nie przeszkadzać. Pomoże ci cyborg. Zaczynasz za kwadrans, na razie przygotowania.
                - Sugeruję ostrożne podejście do dziewczyny. Może być niebezpieczna. - odparła Mervi, podłączając się do wszczepu cyborga, jaki przyjmie klucze zabezpieczeń komunikacji.
                - XF-456 - usłyszała typowe powitanie cyborga w postaci jego identyfikatora - jestem w temacie - dodał.

                Mervi nigdy do tego się nie przyzwyczai. Cyborgi wyższej klasy - to jest po prostu ludzie których osobowość nie zostawała w sposób znaczący nadpisana - mówili specyficznym żargonem. Po tak zaawansowanych istotach spodziewałaby się więcej prostego, syntetycznego języka, a nie niemal gwary więziennej. Jednak musiała przyznać, że miało to sens. Iteracja X ceniła zwięzłość komunikacji, a jedno, dwa żargonowe słowa mogły zawierać jej naprawdę dużą dawkę upłynniające komunikację. Tłumaczyłoby to czemu tylko wyższe cyborgi tak się porozumiewają, pewnie trzeba było do tego mieszanki ludzkiego intelektu z większą mocą obliczeniową. Niższe cyborgi nie miały często tych dwóch rzeczy, a zawsze brakowało im jednej. Zapewne i tak używał tego slangu tylko do komunikacji poza Iteracją.

                - Ostatnia znana lokalizacja celu, znajduje się na trzecim piętrze budynku głównego kompleksu Z. - przesłała obraz mapy do wszczepu w mózgu cyborga, przyłączonego do obszaru odpowiedzialnego za wzrok - Zaznaczona jest najszybsza droga z twojej pozycji w tym momencie. Spodziewane zaburzenia w trwałości przestrzeni.

                Iteratorzy fascynowali Mervi. Chciała rozumieć ich działanie, a tym bardziej ich, jako osoby. Nie wszyscy przecież zostali uznani za posiadających za dużo niepotrzebnego mózgu!

                - Otrzymałem autoryzację użycia środków letalnych. Potrzeba osłony teleinformatycznej. Jesteście to zapewnić?
                - Potwierdzam. - odparła Mervi i wyciszyła mikrofon, aby zwrócić się do Adama - Będzie trzeba przygotować oddział do posprzątania w memetyce zamieszkałych w budynku Mas. Nie chcę ingerować w ich obecność teraz, aby nie zaalarmować dewiantów. Proszę o zatwierdzenie.
                - Po wszystkim puścimy czyścicieli - stwierdził zimno Adam nawidoczniej uważając, że teraz nie czas się tym przejmować.

                Mervi westchnęła w duchu.

                - Będziemy unikać zbytniej ingerencji na tym etapie. Kamery zdezaktywuję, utrudnię komunikację, ale reszta zostaje w gestii czyścicieli. - nadała do cyborga - Twój cel jest teraz nadrzędny.
                - Wdrażam procedury bojowe - cyborg powiedział powoli kierując się ku celowi licząc, że Mervi w tym czasie zajmie się swoją pracą - szacuję dużą skalę zniszczeń. Rekomenduję blokowanie translokacji dewianta. To wychodzi poza moje wyposażenie.

                W tym czasie Mervi rozpoczęła zakłócanie możliwej komunikacji z i do miejsca, omijając oczywiście kanały, jakimi posługiwała się Unia. Wykonywała skan przestrzeni poszukując otwartych punktów translokacyjnych wychodzących z zaburzeń wektorów przestrzennych w rzeczywistości, z których mógłby chcieć skorzystać dewiant. Ustawiła program, mający ją zaalarmować, jeżeli pojawi się anomalia trwałości przestrzeni. Skanowanie inwigilacyjne przeszukiwało natomiast okolicę aby zlokalizować cel lub możliwe inne jednoski, ustalając priorytety wedle wysyłanych sygnatur.
                Na bocznym monitorze wydzieliła miejsce na duplikat obrazu przesyłanego przez nerw wzrokowy iteratora do płatu potylicznego cyborga.
                Tak jak Mervi spodziewała się, napotkali opór. Jednak był on zdecydowanie innego rodzaju, niż oczekiwała. Oczywiście, dewiant gdy tylko zrozumiał, że mają go na celowniku, próbował sztuczek z przestrzenią - te jednak zawiodły, zgodnie z planem Mervi. Szybko zreflektował się, że nie ma co dalej próbować w tym kierunku.
                Zamiast tego, wszystko inne… zaczęło się sypać. Najpierw alarm pożarowy w budynku, potem zacinające się drzwi, lampa która prawie nie spadła cyborgowi na głowę. Cel miał wyjątkową orientację w terenie, pozostając zawsze co najmniej dwa zakręty i kilka ścian od cyborga.

                - Prowadź mnie dalej - cyborg powiedział do Mervi - sprawdzam grubość ścian. Czy wedle planu operacyjnego przebicie się jest dozwolone?

                Technokratka utworzyła mapę, na której oznaczyła przewody, przez jakie płynęła energia elektryczna w budynku, zaznaczając najbardziej newralgiczne punkty, które by spowodowały zwarcie podłączonych urządzeń i jednocześnie uszkodzenie ich. Owy obraz przesłała do bazy danych w mózgu cyborga, aby ten mógł go przejrzeć w odpowiednim momencie.

                - Musimy go dorwać. Nie ma przeszkadzać innemu zespołowi.
                - Rozprosz go na sygnał - cyborg polecił wciąż przedzierając się korytarzami.

                Spojrzała gdzie przemieszcza się dewiant i zauważyła, że najwyraźniej zamierza się dostać do wyjścia ewakuacyjnego na dachu budynku. Na szczęście wciąż był kilka pięter za nisko, ale to wymagało od nich szybszego działania.
                Dewiant posiadał przy sobie komórkę, co było uspokajające. Mervi przygotowała program, który miał w konkretnym momencie podłączyć się do urządzenia i odblokować Bluetootha w nim, jednocześnie wybierając numer komórki i wyświetlając jeden z kontaktów z książki adresowej, jako dzwoniącego. Nawet jeżeliby nie odebrał, to Bluetootch miał sam przesłać ten sam impuls zaburzający rozumienie przestrzeni. Niech pobłądzi.

                - Czekam na sygnał.
                - Teraz - zabrzmiało cicho i martwo.

                Mieli dobrą synchronizację, nawet bez procedur domen zegarowych. W tej samej chwili jak dewiant na chwilę zachwiał się, ogarniając co się właściwie z nim dzieje, trzy serie huków burzonych ścian dosięgły go. Cyborg przebijał ściany barkiem. Z prawej ręki zeszła praktycznie cała syntetyczna skóra, podobnie jak z twarzy - ale tutaj modulatory nerwowe musiały chyba działać gdyż odsłonięto kawałek prawdziwej, ludzkiej kości. Iterator skoczył na dewianta z rozpędem, przybijając go do ziemi swoim ciężarem.
                Potem Mervi żałowała, że nie wyłączyła podglądu. Pierwszy cios metalowej dłoni padł na twarz dewianta. Wraz z trzaskiem pękającego oczodołu, trysnęła krew, a prawe oko biedaka wyskoczyło ze swego dotyczasowego miejsca. Dewiant zdążył tylko zawyć z bólu gdy zgodnie z mechaniczną, bezlitosną precyzją po ciosie ogłuszającym, cyborg wysunął szpon ze swej drugiej dłoni - wizytówkę Iteracji X w materii broni białej - i jednym, potężnym machnięciem zanurzył je w czaszce biedaka. Odgłos pękającej czaszki mieszał się z chlapaniem krwi. Ciało ofiary jeszcze chwilę podrygiwało na skutek obszernych uszkodzeń mózgu. Cyborg nie marnując energii nie zadawał kolejnych ciosów, pozostał czujny, przytrzymując tylko swoim ciężarem cel.

                - Cel wyeliminowany - zaraportował.

                Mervi prawie nie podskoczyła gdy usłyszała za plecami chrupiący odgłos, tuż na wysokości jej ucha. Coś podrapało ją po ramieniu…
                …opadające włosy Alison przegryzającej ciastko owsiane która wraz z Franklinem patrzyła jej w monitor.

                - Cel wyeliminowany. - powtórzyła słowa cyborga przekazując do Adama, zerkając tylko na Alison spojrzeniem wyrażającym niezadowolenie z tego chrupania.
                - Mervi chyba też chce ciastko - Alison powiedziała poważnie do Franklina jakby była to sprawa o wiele ważniejsze od jej aktualnej misji.

                Mervi pokręciła głową z dezaprobatą i po prostu zignorowała kobietę.

                - Czy Cyborg potrzebny u was? - zapytała Adama.
                - Kończymy - Adam odpowiedział zajęty - jesteś wolna.
                - Misja zakończona. - przekazała Cyborgowi - Zgłoś się na naprawę biologiczną i mechaniczną.
                - Chodź na kawę - usłyszała od Franklina serdecznie polecenie.

                Mervi odłożyła słuchawki zakończając połączenie i wstała z siedzenia, z zaskoczeniem zauważając, iż nogi ma jak z waty. Wzięła głębszy oddech i ruszyła za Franklinem.


                - Dobrze sobie poradziłaś - powiedział do Mervi Franklin parząc kawę.
                - Dzięki. - Mervi oparła się o ścianę naprzeciw czajnika - Alison chyba bawiła się jak w kinie.

                Coś zatrzęsło się przed Mervi. Miseczka z ciastkami, prowadzona przed sobą przez wchodzącą do kuchni Alison. Wyciągnęła ją w stronę Mervi, częstując ją.
                Finka westchnęła, biorąc jedno z ciasteczek.

                - Będzie młyn - stwierdził Franklin. Alison patrzyła na nich w milczeniu.
                - O czym mówisz? - finka zapytała, powoli jedząc ciasteczko.
                - Adam zaszał, może liczy na awans. Na O3 powiem ci więcej - Franklin stwierdził zasadniczo - na razie możesz wiedzieć tyle, że będą kłopoty.
                - Przez Adama? Na nas mogą się odbić?
                - Będzie roboty po pachy - Franklin powiedział upijając kawy - pewnie za kilka godzin Adam zwoła cały zespół to się dowiecie. Może prędzej.
                - Myślisz, że Adam będzie szczęśliwy czy się przeliczył? - finka zapytała Franklina.
                - Ma zezwolenie Administratora - technokrata uciął krótko.
                - Czyli raczej nas nie zje. - lekko odparła Mervi.

                Alison z głośnym chrupnięciem zjadła ostatnie ciastko.

                - Może będę mogła przestać dostarczać mu próbki kupy - stwierdziła poważnie.

                Mervi przewróciła oczami.

                - Powinnam znaleźć sobie patrona...- spojrzała na Franklina - Mógłbyś mi doradzić, jak się za to zabiera? *
                - Pogadamy po tym całym młynie - Franklin odpowiedział Mervi serdecznie - czeka nas dużo pracy.


                Jak mówił Franklin, tak postąpił Adam. To czego nie przewidzieli, to szybkość zebrania - odbyło się dwie godziny po akcji. Na miejscu byli wszyscy, Robert który ledwo zdążył, Aleks, Franklin, Alison, a nawet Alan.
                Poza tym, w sali znajdowało się dwoje innych technokratów. Wysoki, łysy, kościsty i pomarszczony Iterator X o mętnych, gadzich oczach mrugający stanowczo zbyt mało, aby spoglądanie nań było komfortowe oraz zupełnie przeciętny chuderlawy, starszy jegomość w drucianych okularach oraz brązowej, eleganckiej kamizelce.
                Adam rozpoczął zebranie, stojąc przed nimi.

                - Ci, którzy nie mają dostępu do wszystkich danych, a raczej nikt z obecnych nie ma pełnego dostępu, dostali lokalne podniesienie uprawnień O4 w temacie, który będzie nas interesował - technokrata nie tracił czasu na takie detale jak przywitanie dwóch nowych osób, ich przedstawienie czy nawet bardziej łagodnego wstępu. Nie marnował na to czasu.
                - Za dwie godziny zaczynamy nadzwyczajną akcję ”Kalipso”. Oczekuję pełnej dyspozycyjności i zaangażowania. Mamy pełną zgodę Administratora na wszelkie niezbędne środki. Naszym celem jest doprowadzenie do fizycznej lub psychicznej anihilacji znanego dewianta przedstawiającego się jako Odys Żelazny. Macie jego akta. W tym celu pozyskaliśmy inną dewiantkę z którą jest emocjonalnie związany, obiekt K. W pierwszej kolejności stosujemy pełne procedury dezintegracji osobowości na skutek traumy udzielonej. Zapoznajcie się z planem akcji. Ataki fizyczne wchodzą w grę dopiero jako plan B, jest to bardziej ryzykowne.

                Mervi chyba nie do końca rozumiała co się właśnie dzieje. Oczywiście, rozumiała plan - doprowadzenie kogoś do załamania psychicznego, najpewniej przy pomocy tej drugiej dewiantki, o której będzie musiała poczytać. Standardowa technika NWO.
                Nie rozumiała do końca reakcji innych. Alan zakrył twarz w dłoniach, a Franklin podniósł dłoń, prosząc o głos - normalnie odezwałby się bez tego, ale wiedział jak Adam jest czuły na formalizm w obecności innych.

                - Słucham?
                - Wypisuję się - Franklin powiedział patrząc w oczy Adama.

                Tego się nie spodziewała... Czy Franklin spietrał?

                - Niedozwolone - Adam odpowiedział Franklinowi nie okazując zaskoczenia, coś tu Mervi nie pasowało - jesteście moim oddziałem, w przypadku operacji tej klasy, nie obowiązuje nas dobrowolność. Pamiętajcie jednak, że jest to ważna akcja Unii, każdy zaangażowany otrzyma stosowane awanse.
                - Pomożemy wam - odezwał się dziwnie ludzkim głosem Iterator - moje oddziały oraz grupy kolegi Moliera - wskazał na drugiego technokratę - również będą pracować nad całą akcją. Szanse niepowodzenia określam na 0.5%.

                Finka chwilę przyglądała się Franklinowi. Nie pasowało jej to zachowanie do niego... chyba, że...

                Przeniosła wzrok na Adama.
                Oni ugadali się. Zarzucono w tej sposób pęta na zespół. Kto się w takiej sytuacji by wycofał? Przecież groziłyby konsekwencje...
                A awanse miały nęcić.

                - Robert - Adam odezwał się do nich - przeprowadź analizę krytyczną procedur przechowawczych obiektu K. Alison, Franklin - przygotujcie procedury memetyczne oraz zrewidujcie plan nacisku psychologicznego. Aleks, wydaj każdemu z naszych broń, odezwij się potem do naszych przyjaciół z Iteracji.

                Spojrzał na Mervi.

                - Będziesz moim osobistym przewodnikiem, za dwie godziny mamy akcję.

                Alan patrzył na wszystkich, przez jeden moment, po czym ciężko wzdychnął.

                - Jakby ktoś potrzebował prochów, wiecie gdzie mnie znaleźć.

                Przy tak ważnej akcji, nie mogła zaduszać Geniusza... To by było kontrproduktywne...
                "Masz być spokojny, przejdziemy to i nic nie zrobimy przeciw procedurom." w myślach prosiła, nakazywała i zaklinała rzeczywistość.
                Spojrzała na reakcje Roberta. Ta była osobliwa… Na początku technokrata ucieszył się, aby po chwili wrócić do swej typowej, lekko zakwaszonej, a lekko ironicznej miny.
                Gdy wychodzili, Robert poszedł z Mervi na bok, rozmawiając.

                - Kurde, zajebisty sukinsyn jest z Adama - powiedział do Mervi - widziałaś jak próbował mnie wziąć?
                - O czym mówisz? - Mervi zapytała, trochę niepewnie.
                - Cały czas blokuje mi to co chcę robić, przecież wiesz. Teraz oddelegował mnie do analizy, bo wiedział, że będę zadowolony. Jakbym normalnie nie mógł tego robić. Gość jest potwornie przebiegły - dodał z uznaniem.
                - Ale co to ma mu dać? Robienie ci w poprzek? Chyba nie oczekuje, że zaczniesz go uwielbiać. - parsknęła.
                - Liczy, że gdy będzie naprawdę mnie potrzebował, będę wdzięczny nieważne w jakie gówno nas wepchnie. Dobra, kończę marudzić, nie lubisz tego - dyskretnie cmoknął Mervi w czoło - idę ogarniać te dane i ten cały obiekt K. Trzymaj się na tej akcji.


                Odys, Odys... Mervi pamiętała jak był opisywany w plikach, do których nie powinna mieć dostępu. Czemu wybrano ich do zajęcia się dewiantem tej klasy?
                Z pewną radością, obserwowała jak jej tymczasowe uprawnienia otwierają sobie drogę przez zabezpieczenia baz danych Unii. Czuła podekscytowanie, gdy klucze dostępu przepuszczały ją do obszarów, które wcześniej były dla niej niedostępne. A wystarczyły wyższe uprawnienia, aby to wszystko stanęło otworem! Musiała urosnąć w randze, uzyskać wyższe!

                Otwierała pliki, do których dostała uprawnienia na misję, starając się ukryć swoje dziecięce zaaferowanie, które szybko doczekało się bolesnego zderzenia z rzeczywistością - dane które otrzymała były co prawda ciekawe, ale również skrojone pod aktualną misję.
                Na początek przeczytała o pojmowanym dewiancie. Dewiantka miała nazywać się Catherine ale wszystkie czynności przechowawcze - wedle starego protokołu który w tym samym czasie rewidował Robert - wzbraniały zwracać się do niej po imieniu, zamiast tego wymagają bezwzględnego stosowania nazwy obiekt K. Dewiantka miała być wyjątkowo potężnym skupiskiem anomalii na poziomie kwantowym wywołując trwałe, eskalujące zaburzenie przyczynowości klasy XK. Zupełnie tego nie kontrolowała. Była też szalona, raport sugerował, iż szaleństwo wynika z jej licznych kontaktów z Obcymi.
                Obiekt K mimo młodego wyglądu miał mieć ponad dwieście lat. Jego stan określano jako bierny i aktywny. Podczas biernego była kompletnie nieszkodliwa, zjawiska kwantowe zmniejszały swoją intensywność występowania, a obiekt musiał polegać na ochronie Obcych i sojuszników. W fazie aktywnej stanowił poważne zagrożenie.
                Ostrzegano, aby nie dać się zwieść usposobieniu obiektu, może on wprowadzić agentów w pułapki wymiarowe międzymierowych drapieżników będąc nawet w fazie pasywnej.
                Aktualne szacunki wskazywały na fazę pasywną co najmniej przez 178 godzin.
                Akta Odsysa, czy też Ulissesa, jak był znany pośród dewiantów rzeczywistości, budziły niepokój. Ten dewiant był również stary i uznawano go za “mistrza tradycji” co miało znaczyć szczególny stopień w pokręconej hierarchii dewiantów.
                Wedle opisu, dewiant ten stanowił ekstremalne zagrożenie poznawcze skutkujące średnim, zazwyczaj permanentnym, spadkiem wskaźników lojalności o połowę. Każdy agent który z nim rozmawiał lub był świadkiem rozmowy zobowiązany był przejść kwarantannę wraz z pełną ewaluacją psychologiczną wedle standardowych procedur swej konwencji. W przypadku zakażenia wirusem memetycznym - gdyż tak jawnie raport określał właściwości Odysa - terapia światopoglądowa była skuteczna w 30%. Brak możliwości przeprowadzenia terapii miał skutkować terminacją.
                Dalsze uwagi raportu skupiały się na ostrzeżeniach bojowych. Nawet pomijając przytoczone właściwości istoty, Ulisses miał stanowić poważne zagrożenie bojowe. Mimo tego, w sugestiach co do postępowania, sugerowano natychmiastowe otwarcie ognia, a następnie poczekać na dalsze rozkazy. Dewiant niemal nigdy nie atakował pierwszy, próbując nawiązać kontakt, aby wykorzystać swoje właściwości memetyczne.
                Na koniec Mervi spojrzała na ciekawą notatkę:

                Ze względu na liczne przypadki psychozy oraz obsesji, zalecam aby każdy agent, który stoczył walkę z obiektem został objęty dodatkową pomocą psychologiczną. Wspomniane problemy zdają się nie wynikać z anormalnych, memetycznych właściwości obiektu lecz są zwyczajową reakcją na stres oraz niespodziewane wydarzenia.
                Dewiant bardzo często wychodził żywy z największych zastosowań środków bojowych jakie widzieli pojedynczy agenci. Nie zawsze następowało natychmiast, lecz spotkanie ponownie dewianta przez agenta który widział go w epicentrum zastosowania środków bojowych zdolnych zniszczyć Obcych klasy Omega skutecznie podważa ich wiarę we własną poczytalność.
                Teoretyzuję, że Ulisses może stanowić linię klonów Tradycji stanowiących psychologiczny front walki z Unią.

                Im dłużej czytała, tym bardziej jej humor podupadał. Nie dostała tyle informacji co miała nadzieję otrzymać, ale to było do przewidzenia. Martwiło ją w co są wplątywani. Szalony dewiant i mistrz-psychopata, co ma zamieszać w głowie...
                Obawiała się. Bankowo czeka ją ewaluacja, a to nigdy nie było dobrą wiadomością, nie z tym Geniuszem. Dewianci potrafią oddziałować na odległość, więc Mervi nawet za ekranem nie była bezpieczna.

                Och, Adam. W co ty nas wpychasz?

                Wszystko wydawało się dziać za szybko. Mervi ledwo zaczęła przygotowywać stanowisko pracy, jak już musiała sparować komunikację z Adamem, ustawić w stan czuwania podstawowe programy i zamrozić te, które miały oczekiwać uaktywnienia w ewentualności wystąpienia kodów wyższego zagrożenia. Ustawiła osłony tarczy anty-memetycznej, alarm na działania wektorów przestrzennych w otoczeniu, które to działania nie miałyby sygnatur Unii. Taki sam czujnik wyszukiwał zaburzeń w siłach.
                Na monitorze pojawił się obraz przechwycony przez elektronikę jednego z oczu Adama.
                Poza Mervi, w akcji uczestniczyło wielu innych technokratów, w tym będący w pogotowiu oddział szturmowy Iteracji X. Obok Mervi, w pokoju nadzoru, usadowił się jeden z koordynatorów Iteracji. Używał tak jak ona klawiatury i monitora, ale poza tym podpiął sobie do przedramienia pęk kabli przy pomocy długich, igłowych portów. Jego skóra i ciało było organiczne, po wszystkim zdezynfekował punkt wpięcia oraz starł małe krople krwi. Jakby tego było mało, ten niewysoki, chudy jegomość w grubych okularach z uśmiechem zakłopotania odezwał się do Mervi.

                - Przepraszam za widok - powiedział do niej z zakłopotaniem - czasem zapominam, że bardziej naturalne konwencje mogą źle reagować.
                - Nic nie szkodzi... - odparła, patrząc z jakimś zafascynowaniem na sposób... podłączania człowieka - Czy... to boli? - zapytała, nie mogąc się powstrzymać.
                - Tak - Iterator wyjaśnił uprzejmie - pierwszy etap, przebicie skóry i naruszenie tkanek. Niezbyt mocno, porty pokryte są warstwą miejscowo znieczulającą, ale nie działa to zbyt dobrze. Potem, przy nawiązaniu połączenia ustawiam ignorowanie bólu z danego miejsca do pewnego progu czułości - ból to jednak dobry sygnał. Koledzy z nieco bardziej autonomicznymi systemami mogliby miejscowo wyłączyć czucie przed wpięciem, ale oni pewnie też mieliby syntetyczną skórę lub zamontowane porty zewnętrzne - mężczyzna powiedział to prawie na jednym wydechu, parę razy jąkając się.

                Mervi, a może eilodion w duchu zaśmiali się. Iterator chyba nerwowo reagował na… kobietę.

                - Wow... - technokratka wyraźnie była w jakimś stopniu zafascynowana, może zaciekawiona, tym co powiedział Iterator - I co ci takie wpięcie ułatwia?
                - Kontakt z maszyną - wyjaśnił zakłopotany.

                Czasu na więcej rozmowy nie było, komunikaty z innych grup zabezpieczających spływały po ekranie Mervi. Była dodatkowymi oczami i uszami Adama, nie mogła zawieść… Chociaż też dużo pracy nie było.
                Spotkanie odbyło się w kościele, spotkanie zgodnie z planem - z samym Ulisesem. Dewiant siedział na ławce w milczeniu, raczej nie modlił się. Gdy dosiadł się doń Adam, Mervi dostrzegła w zmęczonej twarzy dewianta chwilowe zaskoczenie… Może to tylko gra aktorska? Jak na swoje lata dewiant wyglądał na dość wysportowanego, czy raczej - dobrze zbudowanego.
                Na drugim ekranie technokratka dostrzegła informacje po której zabiło jej ciężej serce. Dodatkowe zabezpieczenie dotarło po opóźnieniu. HIT-Mark.
                Nie wiedziała czy to dobrze, czy źle, ale gdzieś w tle majaczyły niechciane obrazy z przeszłości... które odgoniła uparcie. Miała pracę!
                Ruszyła pasywne skany obszaru, mające określać stabilność przestrzeni i otaczających miejsce sił. Uważnie patrzyła na obraz na monitorze i słuchała dźwięku ze słuchawek. Pod względem działań dewiantów, było zadziwiająco stabilnie. Może to miało uśpić ich czujność?

                - Myślałem, że nie zjawisz się osobiście - Adam powiedział do Odysa twardo, ale spokojnie. Dziwnie poufale.
                - Przecież teraz i tak mnie nie zlikwidujecie. Jeden HIT-Mark to za mało - dewiant odpowiedział cicho, z idealnie wyważoną pauzą - myślisz, że nie mam przyjaciół w waszych systemach?

                W centrali zawrzało. Widziała jak inni odpowiedzialni za zabezpieczenie akcji zaczęli uruchamiać wszystkie filtry sieci. Mervi musiała w czasie kilku sekund przełączyć się na jeszcze wolniejsze szyfrowanie - jednocześnie nie zrywając kontaktu z Adamem. W pokoju słyszała ciche klnięcie innego członka NWO który najwidoczniej zajmował się sferami bezpieczeństwa. Iterator prawie zupełnie odpłynął.
                Chaos. W idealne tryby maszyny ktoś wsypał garść piasku, a co gorsza nie była to sztuczka dewiantów, nic niezwykłego. Mervi po chwili się uspokoiła… i poirytowała, chociaż z jakiegoś powodu (bardzo rozpikselowanego powodu) chciała zaśmiać się do siebie pod nosem jak z naprawdę dobrego żartu. Dewiant po prostu zrobił ich w konia dosłownie jednym zdaniem stawiając w słup zaplecze akcji.
                Technokratka nakazała sobie spokój. Biła się sama z własnymi myślami. Nie była już dzieckiem, nieuporządkowaną chłopczycą, która biła, jak jej nastawałeś na odcisk i płakała w tatę z powodu przegranej. Była dorosła, nie da się niepoważnym odruchom.

                - Jesteś naprawdę tak dumny jak mówi - Adam podsumował.
                - Raczej ciekawski, chciałem zobaczyć z jakiego formatu człowiekiem mam robić interesy.
                - To nie są interesy - szef Mervi powiedział zimno - tylko jasna gra. Ty za dziewczynę.
                - Dobrze wiem, że masz inne plany, naprawdę - Ulises ciężko wypuścił powietrze w wyrazie rezygnacji - zastanawiam się jednak dlaczego taki jesteś. Dlaczego jesteś gotów na wszystko, Adamie.

                Technokrata przez moment patrzył na Odysa marszcząc brwi. Wedle akt Odys nie miał prawa znać imienia szefa. Chyba jednak o sobie wzajemnie słyszeli.

                - Tak - Adam spojrzał na Odysa jeszcze raz, Mervi widziała, że szefowi bije mocniej serce - ponieważ chronię ten pieprzony świat przed tobą. Może nie da się cię zabić, ale złamię cię. Dostaniesz ścierwo tej swojej szalonej rzucone pod nogi, ale będzie żyć. Z naszymi implantami, będzie mówić to co powiemy, czuć to co chcemy, a ty jej nie zabijesz, bo będziesz się łudzić, że gdzieś pomiędzy wszczepami i modyfikacjami DNA jeszcze została ona. Złamię cię i przyszedłem tylko po to aby ci to zapowiedzieć. Za… sam wiesz za co.

                Zapadła na chwilę cisza.
                W tej jednej chwili, Mervi żałowała, że nie jest tam na miejscu. Nie miała teraz remedium, ale... lepiej mogłaby chłonąć sytuację. A teraz...

                - Przestać marnować zasoby, daliście się wrobić. - warknęła kanałem podłączonych w pokoju i wróciła do obserwowania.

                Normalnie odezwa Mervi nie przyniosłaby skutku… Ale nie tym razem. Była głosem Adama, szefa akcji. Nikt nawet nie myślał czy przekazuje jego rozkazy, czy tak się znają, po prostu bez zastanawiania się tym, zaniechano głównych wysiłków. Tak działała hierarchia w Unii.

                - Szkoda, że tak naprawdę chroniąc ten świat, sprawiacie, że staje się mniej bezpieczny - Ulisses powiedział po długiej chwili - im bardziej zamykacie go w betonowych ścianach, tym mocniej naciska na nie ciśnienie zewnętrzne. Paradoks układu-obserwatora, spisał to jeszcze Inżynier Elektrodynamiczny, podstawy waszej teorii stabilnej przyczynowości. Im więcej ograniczeń węzłów swobodnych dowolnego układu fizycznego tym większe szanse na załamanie przyczynowości. Uczycie tego jeszcze?

                Mervi nigdy nie wczytywała się w pełni w Kwantową Teorię Załamania Przyczynowości tłumaczącą zjawiska pochodzące od sporej części dewiantów oraz niekiedy generowanej przez technologię kwantową - wszak jeśli było coś zjawiskiem naturalnym, acz niepożądanym, mogło być wywołane sztucznie. Lecz teraz poczuła się zafascynowana. Może to był wpływ tego dewianta? Czuła jakby mówił właśnie do niej… Jakby tyczyło to jej samej. Im więcej kontroli, tym więcej reakcji Geniusza. Pętla sprzężenia zwrotnego, podejście nieoptymalne. Dlaczego Unia miała stosować podejścia nieoptymalne?
                Z chwili rozmyślań wybiły ją następne słowa.

                - Wszak jak mawiają, informacja chce być wolna - Odys powiedział z lekkim uśmiechem.

                Mervi wiedziała, że jest to slogan jeden z grupy dewiantów, jednych z najgorszych. To wystarczyło aby Adam po prostu uderzył dewianta w twarz metalową dłonią. Ten zatoczył się na ławkę, popłynęła krew, lecz kości nie pękły.
                I gdy tak Adam patrzył na Ulissesa z góry, miała wrażenie, że to dewiant patrzy na technokratę z wyższej pozycji. Dlaczego?
                Mervi ani drgnęła, choć jej mięśnie napięły się jakby przygotowując do walki. Słowa dewianta były takie, jakie sobie wyobrażała. Używał ich jako broni, ranił i śmiał się w twarz. Był wrogiem. Wrogiem. Pamiętaj.
                Dewiant powoli wyprostował się i zbliżył się do Adama.

                - Wracając do spraw naprawdę ważnych - powiedział głośniej, z wyraźną mocą w głosie - macie dwie godziny aby uwolnić i dostarczyć Catherine przed ten kościół. Ja nie porzucam przyjaciół. Po tym czasie daję wam sześć godzin na ewakuację tych, którzy nie chcą walki, a następnie przyjdę do was. Jestem jeden, ale jestem Egzarchą NIebiańskiego Chóru, nie macie chociaż jednego przebudzonego który w Tradycjach osiągnąłby status mistrza, wasi adepci są popłuczynami. Jestem jeden i przyjdę do was.

                Na zewnątrz nagle lunął potężny deszcz, jak podczas oberwania chmury.

                - Choćbym miał zrównać cały konstrukt z ziemią. Przekaż to swemu Administratorowi…

                Odys powiedział coś co było “Adamie” lecz składało się z wielu więcej słów i głosek. Długie i złożone. Szybko zrozumiała właśnie co wypowiada i sama do końca nie wiedząc czemu, wiedziona instynktem geniusza, wygłuszyła innym na opóźnionych liniach te słowa. Ulisess na głos wypowiedział coś, co dewianci nazywają prawdziwym imieniem Adama.
                Sukinsyn.
                W tej sekundzie Mervi odczuła złość. Obrzydzenie.
                Cała ta groźba Odysa w tym momencie straciła na znaczeniu. To był niebezpieczny, parszywy dewiant. Zagrożenie dla świata... i co on bzdurzy? Dewiantom nie zależy na nikim, jeżeli nie mają z nim interesów. Porzucają, jak tylko im wygodnie.

                - Spokojnie... - szepnęła na kanale, do którego dostęp miał tylko Adam. Sprawdziła, gdzie zapisało się to nagranie, a po znalezieniu go, zamieniła w zapisie dźwięki słów Odysa, aby wypowiedziane imię nie było podobne do tego, co powiedział naprawdę.
                - Dobrze - Adam odpowiedział jej w szoku gdy Odys po prostu odchodził - puścić go… Dorwiemy go potem - powiedział nieobecny.

                Jak powiedział, tak się stało. Wkrótce po tym ogłoszono w konstrukcie alarm.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • ZellZ Niedostępny
                  ZellZ Niedostępny
                  Zell
                  Moderator Obsługa
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                  #23

                  Pierwszą reakcją finki była... ekscytacja. Nie umiała zrozumieć dlaczego, ale ten chaos ją podkręcał, szczególnie gdy wiedziała co nadchodzi. Chciała być w oku tego cyklonu, móc brać udział w wydarzeniach, choć to mogło nie skończyć się dobrze, a na pewno nie było bezpieczne. Coś w niej jednak nie zważało na to. Ona też nie.
                  Musiała wkręcić się w akcję. I tak czeka ją terapia już teraz, nie szkodzi dalej się na zagrożenia poznawcze narażać. Oszczędzi tego losu innym.
                  To były jej pierwszy poważny alarm. Technokraci poruszali się po całej, podziemnej części konstruktu. Adam wezwał ją do siebie. Widać, że chaos operacyjny sprzyjał niedotrzymaniu zabezpieczeń gdyż dziewczyna weszła do gabinetu Adama akurat podczas wymiany zdań z Alanem.

                  - Mam prerogatywy administratora, sam widziałeś - Adam powiedział chłodno do Alana.
                  - Nawet z nim rozmawiałem. To oczywiste, że nic innego oficjalnie nie przyzna, ale jest wkurwiony. Adam - psycholog zniżył głos - weź inny oddział na obstawę. Zostaw naszych, to dla nich może być zbyt destabilizujące.
                  - Właśnie dlatego się nadają - Adam spojrzał na Alana twardo - ich umysły nie są tak sztywne, podatne na obrażenia.
                  - Stres - Alan warknął - co tam osobisty paradygmat, to nie są ludzie do pracy w takim stresie. Poza twoim przeklętym Franklinem - Alan fuknął - wszyscy! Aleks miał obiecane być z daleka od akcji bojowych, a ty chcesz aby był ochroną…
                  - Alan ma rację. - wtrąciła Mervi, podchodząc bliżej - Iteratorzy będą lepsi niż straumatyzowany Aleks z PTSD. Nigdy nie znamy jego reakcji w stresie, jak sytuacja w nim obudzi traumę. To może zagrozić skuteczności. Robert nie może być wystawiony na taki stres, nie ryzykujmy załamana w krytycznym momencie. Franklin jest stabilniejszy od Alisson... - spojrzała w oczy Adamowi - Ja już trochę osoby dewianta doznałam, wiesz ze zachowałam trzeźwość reakcji i jestem gotowa z tobą iść, ale poniechaj resztę. Ich obecność ma duże prawdopodobieństwo wyrządzenia większych szkód niż pożytku.

                  Alan spiorunował Mervi wzrokiem, lecz w sposób nieprzyjemny odezwał się Adam.

                  - Nie pytałem cię o zdanie agentko, nie macie odpowiednich kwalifikacji. Teraz - technokrata spojrzał przelotnie na Alana - uznaję rozmowę za zakończoną. Mam do przedyskutowania kilka spraw z Mervi.

                  Alan odszedł pokonany.

                  Mervi stała cierpliwie choć bez zadowolenia. Adam przyglądał się jej kilka chwil, w milczeniu, jakby czekając czy dziewczyna się wytłumaczy. Po chwili zrezygnował, chyba nie miał na to czasu.

                  - Zablokowałaś część transmisji mojej rozmowy z tym marnym cosplayem bohaterów homeryckich - Adam stwierdził sucho, a Mervi zauważyła, że jej szef ma coś na kształt poczucia humoru.
                  - Tak. Nie sądziłam, że to powinni wszyscy usłyszeć... myliłam się?
                  - Nie będę owijał w bawełnę. Skąd wiedziałaś co to? Nie wydam cię. Akta kłamały i jednak twój pierwszy kontakt z dewiantami wypadł wcześniej, szkolili cię? Byłaś młodą okultystką? To tłumaczy zainteresowanie architekturą - zamyślił się oczekując odpowiedzi.
                  - Intuicja. - odparła zdziwiona.
                  - Nie pieprz mi tu o intuicji - Adam stwierdził swobodnie - wiesz ile osób na tej akcji rozumiałoby o co chodzi? Zero, nikt, ani jeden pieprzony agent. Oczywiście, po akcji każdy zacząłby badać te… dane. Brzmią ważnie, wgryzają się w mózg, pewnie nawet o-jedyneczki ogarnęłby co dostały. Ale ty zaregowałaś błyskawicznie, mimo opóźnienia na łączach byłaś szybsza od wspomagaczy tego Iteratora. On może by też ogarnął, gdyby miał szansę. Więc pytam raz jeszcze, jak?
                  - Gdy usłyszałam słowo... Po prostu wiedziałam. Nagle i odruchowo zareagowałam. To było zaskakujące i dla mnie. Nie znałam tego wcześniej, ale... wtedy poznałam. Zrozumiałam czym jest i konsekwencje jakie niesie za sobą.
                  - Geniusz - Adam powiedział nie to do siebie ni to do Mervi sięgając do ukrytego w ścianie barku za swoimi plecami. Polał sobie alkoholu, a także Mervi, ciężko siadając na fotelu. To było chyba zaproszenie do stołu.

                  Mervi usiadła ze swoją szklanką w drugim fotelu oczekując na słowa technokraty. Adam nie śpieszył się, powąchał alkohol, potem upił łyk.

                  - Mam u ciebie dług. Mógłbym szybko podnieść cię do O3 lub znaleźć inny, bardziej prestiżowy przydział. Jednak… Jeśli masz dobrą pamięć, jeśli zapamiętałaś, to radziłbym terapię amnezyjną. Gdyby przypadkiem ktoś użył tego przeciw mnie, a jesteś jedyną osobą która słyszała… MECHA to najlepszy los. Niemal zbawienie.

                  Dopił alkohol.

                  - Dobrze, to mamy ustalone. Sprytny ten Ulisses, liczył, że ktoś wbije mi nóż w plecy…
                  - Znacie się? - zapytała i upiła alkoholu przetrawiając wyraźną, nagą groźbę.
                  - Pośrednio. On mnie nie, przynajmniej do rozmowy byłem pewny. Ja uczestniczyłem kiedyś w dwóch akcjach które nam zniweczył. Zresztą, mało kto z Unii nie był na takiej akcji, nawet jeśli tylko w dwudziestym szeregu - westchnął. - Będziesz mi dalej asystować. Robert znalazł najlepszy możliwy plan przechowawczy. Przerzucimy ją z celi do sektorów użytkowych. I tak jest nieaktywna, a właśnie tam sukinkot uderzy, i tam zostawimy pułapki. Z tamtąd będę też dowodził, chociaż główną obroną zajmie się oczywiście Administrator. Będzie z nami też Alison. Robert został przydzielony Administratorowi, osobiście. Dla Franklina mam osobiste rozkazy, Alex zostanie z personelem niebojowym jako ochrona. Alan - Adam machnął ręką - ma pewnie swoje rzeczy, i tak nim nie dowodzę.
                  - Boję się, że to źle się skończy dla naszej grupy... - westchnęła - Ten dewiant jest niebezpieczny i bez wahania skrzywdzi. Szalony.
                  - Obiekt K jest szalony, ale obecnie nieszkodliwy. Ulisses nie jest szalony - Adam wyjaśnił - to niebezpieczny błąd uważać go za szaleńca.
                  - Ale nie zawahał się zrobić ci krzywdy. Wiedział co robi. - skrzywiła się.
                  - To wojna, a to wojownik - Adam wzruszył ramionami - na pewien sposób go rozumiem. Zrobiłbym to samo.
                  - Sądzisz, że spróbuje nas zniszczyć, jak mówił?
                  - Tak - Adam powiedział z przekonaniem - a przynajmniej spróbuje.
                  - Konstrukt jest naprawdę zagrożony?
                  - Nie sądzę, natomiast może wyrządzić nam spore szkody. To jak powódź, która nie niszczy miasta ale powoduje duże zniszczenia. Rozumiesz?
                  - Tak. - odparła z zastanowieniem - Więc co mam robić?
                  - Będziesz mi asystować podczas operacji, głównie przekazywać dalej moje polecenia.
                  - Kto prócz naszej grupy jest przydzielony?
                  - Prawie cały konstrukt - Adam uśmiechnął się krzywo.
                  - Masz zamiar i tym razem się wystawiać dewiantowi czy wszyscy z odległości go bierzemy?
                  - Odległość. Plan A jest zależny od Administratora. Wyśle HIT-Marki, a także oddziały szturmowe. Najpewniej zabijemy go przed konstruktem lub na pierwszym poziomie.

                  Mervi wyczuła, że Adam nie wierzy w ten scenariusz, zakłada raczej likwidację bliżej celi. Temu chce przy tym być.

                  - A jaki mamy plan B? - zapytała wprost.
                  - Powstrzymanie głębiej. Plan C jest natomiast tajny, jeszcze.
                  - I która z tych opcji jest najbliżej wyliczeń Roberta?
                  - Zgodnie ze standardowym protokołem, plany numeruje się od najprawdopodobniejszych. Nie sądzę, abym musiał ci to przypominać - uciął krótko.

                  Mervi skinęła głową, choć wątpiła, żeby ten optymistyczny A, pochodził w całości od Roberta. Za dużo założenia sukcesu bez problemów.

                  - Ulysses to.... mistrz. Czyli elita dewiantów. Myślisz, że może wziąć ze sobą kogoś jeszcze do pomocy?
                  - To nie w jego stylu - Adam wyjaśnił - nie na prywatną akcję. Wzięcia bezpośrednie do akcji innych dewiantów oznaczałoby pełnoskalową wojnę z Tradycjami na tym obszarze, a on tego nie chce. Ale… Sądzę, że ma zdalne wsparcie, może własnej tradycji, może nawet tych przeklętych wirtualnych…
                  - Będę próbować zakłócać przesyły zewnętrzne, jeżeli jakieś się pojawią.
                  - Są inni od tej roboty, lepsi. Trzymaj moce przerobowe gdy będą naprawdę potrzebne - polecił.
                  - Rozkaz. - zgodziła się - Jest już ustalone, gdzie ulokujemy swoje centrum dowodzenia?
                  - W miejscu przetrzymywania obiektu K. Możesz tam iść i się ulokować.

                  Nie tak Mervi wyobrażała sobie miejsce dowodzenia, ani tym bardziej - przechowywania więźnia. Gdy weszła do przemodelowania na szybko pomieszczenia socjalnego, ostatni z techników niższego szczebla montował dodatkowe zabezpieczenia i sprzęt komputerowy. Poza nim, i oczywiście obiektem K, w pokoju była tylko Alison, zajęta pracą przy laptopie.
                  I on, obiekt K. Dziewczyna, na oko rówieśniczka Mervi (lecz o bardziej dziewczęcej urodzie) siedziała na stole machając wesoło nogami w powietrzu. Odziana w dżinsy i czarną bluzkę z jednorożcem rzygającym tęczą, wyglądała… Niepokojąco. Czy to nieobecne spojrzenie, brak makijażu, nieład fryzury… Mervi przeszły ciarki gdy obiekt K spojrzał na nią i uśmiechnął się.

                  - Tak? - dziewczyna nachyliła się ze stolika w stronę Mervi jakby ta coś powiedziała i chciała to usłyszeć. Mervi jednak nic nie mówiła.

                  Finka wymusiła zimny, niewzruszony wyraz, lekko odsuwając krzesło. Obiekt K jeszcze jakby czegoś słuchał. Pokiwał głową.

                  - A masz imię? Powinieneś mieć dobre imię… - wyszeptała zamyślona - nieeee, to nieee. Nie masz uśmiechu tego blondyna - mrugnęła - wiem, wiem, nie dąsaj się - pokazała komuś na miejscu Mervi język - może… Pan Glitch?

                  Mervi przeszły znowu ciarki. Gdy obiekt K wypowiedział to imię, dosłownie wiedziała, że tak sama nazwałaby swego eilodiona. Ale jakim cudem? Geniusze są wyłącznie wewnętrznym, psychicznym fenomenem, nie istniał nawet ułamkowy kanał memetyczny aby do obniektu mogły popłynąć treści nieświadome, ani gestu, ani zamienienia słowa… I nie tak dokładne.
                  Pan Glitch…

                  - Odsuń się ode mnie. - nakazała zdenerwowana finka.
                  - Och - dziewczyna wyglądała zaskoczona - przepraszam, nie zauważyłam cię - zwróciła się do Mervi.

                  No tak. Szalona, gada do powietrza... tylko czemu... Mervi czuła, że to coś więcej?

                  - Nie przeszkadzaj. - burknęła - Za mało leków ci dać musieli...

                  - Nie dali mi leków - powiedziała dumnie - boją się - dodała po chwili jakby smutno - a nie powinni.
                  - To prawda - Alison oderwała się od laptopa - w fazie biernej jest nieszkodliwa, a farmakologia mogłaby indukować fazę aktywną.
                  - Trefere - obiekt K odpowiedziała mrugając - w sensie bzdury, nie chodzi o te wampiry - dodała z nagłym przypływem powagi rozglądając się po otoczeniu jakby oczekując pochwały która nie nadeszła za te nagłe sprostowanie. Zawiedziona znowu zwróciła się do Mervi.
                  - Ale z panem Glitchem mogę porozmawiać?
                  - O czym ty mówisz? - Mervi zapytała z technokratyczną irytacją.
                  - No o twoim - dziewczyna szukała słów - o twoim, tym… - poirytowała się - no sama wiesz o kim!
                  - Rób co chcesz, tylko nie przeszkadzaj. - odparła poważnie, ale jednak trochę z niepokojem w głosie.

                  Mervi zajęła się przygotowaniami. Niepokoiły ją dane meteorologiczne, deszcz który spadł zaraz po rozmowie Ulissesa z Adamem nie tylko utrzymał się, ale nawet przerodził w potężna nawałnicę. Pod ziemią nie słyszała wyrwanych drzew, gromów i wycia burzy, ale pod pewnym względem moc dewiantów była przerażająca. Niestety aktualnie w konstrukcie nie posiadali nikogo obeznanego w manipulacjach atmosferycznych na taką skalę. Dewiant wprowadził im dodatkowe zamieszanie.
                  Podczas gdy Mervi przygotowywała skrypty i dostępy, słyszała za plecami szept szalonej dewiantki.

                  Ma chłopaka? Oj, oj… Zadbaj o nią...
                  …nie, jaszczurki naprawdę mają w żyłach ból!
                  Dobrze, opowiem jeszcze raz…
                  …na pewno nie chcesz? Będzie fajnie… Nie, za mądre słowa…
                  Ale ekstra! Potrafisz jeszcze jakieś kolory!
                  …może coś pomogę… szkoda…

                  Mervi odwróciła się, gdy obiekt K mówił o kolorach i... zamarła. Na ścianach odbywał się pokaz, jakaś nowoczesna sztuka światła... pikseli...?

                  - Co ty robisz? - syknęła do szalonej dewiantki.

                  Obiekt K spojrzał na Mervi wystraszona.

                  - Ja… nic… To Glitch - wytłumaczyła się pośpiesznie.
                  - Tworzysz projekcje holograficzne na ścianach.

                  Alison spojrzała na Mervi zaskoczona.

                  - Mervi - technokratka zaczęła cicho, jak zawsze - ale tam nic nie ma.
                  - Obiekt K miesza mi w głowie. - uniosła się z siedzenia.

                  Burzliwą rozmowę przerwał wchodzący do pokoju Alex. Technokrata robił dobrą minę do złej gry, miał na sobie opancerzenie i ekwipunek bojowy.

                  - Przyniosłem coś dla was - stwierdził nieświadom niedawnej wymiany zdań.
                  - Co takiego? - Mervi skorzystała z tego rozproszenia, aby przerzucić uwagę z dala od Obiektu i spojrzeć na Aleksa.
                  - Broń - murzyn podał Mervi i Alison po małym pistolecie wraz z kaburą. Nie była to zwykła broń palna, lecz samodzielne Urządzenie, pistolety plazmowe. Widać, że Unia traktowała ich priorytetowo.
                  - Dzięki. - finka przytroczyła kaburę - Jak u was teraz?
                  - Siedzę z księgowymi i pionem dziennikarskim. Myślałem, że oszaleję gdy sprzeczali się o finansowanie papierowej prasy… Kto teraz czyta gazety!?
                  - Ktoś, kto nie nadąża za czasem? - wzruszyła ramionami - Ale nie zmuszają cię do mocnych militariów? - zapytała zaniepokojona.
                  - Nie… - Aleks wzruszył ramionami - a jak tam u was?
                  - Nic czego nie można się spodziewać z szalonym dewiantem obok. - mruknęła do Aleksa i pokręciła głową - Ten Ulysses chaos pogodowy rozpętał... Dewianci najwyraźniej nie mają za grosz troski o stan rzeczywiści, robiąc co im nastrój przyniesie. Dane meteorologiczne są niepokojące i zwiastują kłopoty, które i Masy odczują. - wyraźnie ta kwestia była bardzo niemiła Mervi.
                  - Za bardzo przejmujesz się rzeczami poza twoją odpowiedzialnością - stwierdził Aleks - poza tym wątpię czy to jego działania, ale też się średnio znam. Dobra, ja wracam do moich biurokratów. Nie zastrzelcie się i trzymajcie.

                  Murzyn wyszedł z pokoju. Zapanowała cisza, która po chwili zmąciło chrupanie owsianego ciastka przez Alison. Obiektowi K zaszkliły się oczy.

                  - Ja… mogę.. Też?

                  Technokratka bez słowa wyciągnęła drugą miskę i po prostu, bez słowa, odsypała połowę ciastek dewiance.
                  Finka westchnęła lekko. Tak, mogła się tego spodziewać...

                  - Skończyłaś rozmowę ze swoją imaginacją? Panem Glitchem? - zapytała, siadadając na krześle.
                  - Tak - obiekt K odpowiedziała Mervi, po czym podziękowała szczerze Alison za ciastka - Tak… Nie lubisz tego. Ale ty nie musisz do Pana Glitcha na Pan… chyba… - zamyśliła się - w końcu jesteście przyjaciółmi?
                  - O czym teraz gadasz? - mruknęła, lekko wychylając się do dewiantki.
                  - No przecież ty jesteś Pana Glitcha, a Pan Glitch twój… czekaj - dewiantka zamyśliła się - kiedyś z Odysiem uczyłam się. Jak to było…

                  Dewiantka uderzała palcami w miseczkę bardzo skupiona.

                  - …gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę… - westchnęła - … i jakoś tak, jakaś Rut… Nie lubiłam nigdy nauk w klasztorze.

                  Alison zrobiła coś, co zawsze budziło niepokój Mervi. Uśmiechnęła się.

                  - Księga Rut - wtrąciła się niespodziewanie - ten fragment był kiedyś fragmentem przysięgi Kabały Czystej Myśli. Dajcie mi chwilę, poszukam…

                  Po chwili prostego google-fu Alison zacytowała:

                  Nie nalegaj na mnie, abym opuściła ciebie i abym odeszła od ciebie, gdyż:
                  gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę,
                  gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam,
                  twój naród będzie moim narodem,
                  a twój Bóg będzie moim Bogiem.
                  Gdzie ty umrzesz, tam ja umrę
                  i tam będę pogrzebana.
                  Niech mi Pan to uczyni
                  i tamto dorzuci,
                  jeśli coś innego niż śmierć
                  oddzieli mnie od ciebie!

                  - Wyobraziłaś sobie tego Glitcha. - mruknęła uparcie, w silnym zaprzeczeniu - Nie wiem czemu do mnie to przypisujesz, chyba złośliwie. - dodała z taką wymuszoną pewnością.

                  Alison spojrzała na Mervi zaciekawiona. Technokratkę chyba bawiła interakcja Mervi z szaloną.

                  - Słyszałam, że szukasz patrona - powiedziała do Mervi cicho. Gdy skupiła na sobie jej uwagę, obiekt K zaczęła pałaszować ciastka.
                  - Tak... Masz jakieś propozycje? - zapytała Alison równie cicho.
                  - Zgadzam się - Alison odpowiedziała Mervi powoli, flegmatycznie, przyglądając się jej przez grube okulary i opadające na twarz włosy.

                  Mervi na chwilę się zepsuła.

                  - Alison... Ty jesteś z nami, nie możesz zostać... kimś wyżej... patronem.
                  - Nie widzę przeszkód - Alison powiedziała monotonnie wstając - Pierwsza lekcja: to co mówi ci patron, jest tylko dla ciebie. Druga lekcja - kobieta powoli ruszyła w stronę drzwi - dewianci wierzą, że Geniusz jest czymś bardziej fizycznym niż skłonna jest przyznać memetyka. Może mają rację. A teraz masz pierwsze zadanie jako interesant, idę do kuchni. Też wezmę ci coś do jedzenia. Przypilnuj naszego więźnia… I - wskazała palcem na ustach gest milczenia - ani słowa. Nie powinnam jej opuszczać.

                  Widać Alison bardziej przejmowała się opuszczeniem więzienia niż “nieautoryzowanymi” treściami jakie właśnie Mervi przekazała. Chyba, że to był dym i lustra…

                  Mervi odprowadziła wzrokiem Alison i spojrzała na dewiantkę.

                  - A więc.... wy sądzicie, że podświadomy ewenement geniuszu ludzkości... jest czymś fizycznym? - parsknęła z niedowierzaniem w te rewelacje - Nonsens.

                  Dewiantka chrupała ciastko.

                  - Mhm - przytaknęła z pełnymi ustami.
                  - Nie jest fizyczne. Nie istnieje, to część podświadoma, nic więcej. Musiałaś mi w jakiś sposób w umyśle poszperać, swoimi dewianckimi sztuczkami.

                  Obiekt K wzruszył ramionami.

                  - Mam na imię Catherine - wyjaśniła Mervi.

                  Mervi zignorowała imię.

                  - Co ty wyciągnęłaś o moim chłopaku? - finka syknęła.

                  Szalona spuściła głowę.

                  - Jak ci powiem, będzie ci smutno, będziesz jak jaszczurka… - powiedziała z prawdziwym smutkiem w głosie.
                  - Najpierw wykradłaś informacje, a teraz ukrywasz je?
                  - Nic nie wykradłam! Widzieliśmy to z Panem Glitchem! - zaprotestowała urażona.

                  Catherine chwilę milczała patrząc w podłogę.

                  - Robert miałby szansę być jednym z największych. Nie wiem co faceci w tym widzą - fuknęła - ale tak byłoby. Ale nie będzie miał tej szansy - zacisnęła usta do siności - może gdybym poprosiła Odysia… Ale nie lubię prosić go o rzeczy, które są poza jego siłami. Jest potem smutny…
                  - O czym ty mówisz? - wstała z siedzenia i podeszła bliżej dewiantki - O czym?!

                  Oczy obiektu K się zaszkliły. Dewiantka patrzyła na Mervi przepraszająco.

                  - Ja… przepraszam. Sama czasem nie wiem czemu coś wiem. Tak po prostu jest… To nie jest łatwe, wierz mi.
                  - Co wiesz? Co wiesz?! - złapała dziewczynę za ramiona - CO?!

                  Wiedziała, że nie powinna wierzyć szalonemu dewiantowi... nie miał do powiedzenia NIC prawdziwego! Ale musiała wiedzieć…
                  Łzy popłynęły po policzkach Catherine. Cicho tylko przepraszała Mervi za to, że nie potrafi wyrazić tego co wie i wiedzieć więcej.
                  Następne działanie Mervi nie było przemyślane, tylko emocjonalne. Nieplanowane.
                  Uderzyła na odlew dłonią w twarz dewiantki. Tą na chwilę to uspokoiło, na tyle, na ile uspokaja szok. Przypatrywała się Mervi wielkimi, załzawionymi oczami gdy na jej licu zaczynał malować się czerwony rumień po uderzeniu. Wciąż lekko szlochała, lecz mimo to Mervi widziała jak dewiantka próbuje opanować strach, może nawet wziąć się w garść. To było takie ludzkie…

                  - Za co mnie bijesz? - zapytała łamanym, trudno trzymanym w odpowiednim tonie, głosem. Spojrzała Mervi w oczy.

                  Spojrzenie samej Mervi wyrażało, że ona sama nie wie za co. Wszystko mówiło o jej własnej bezsilności, którą w ten sposób próbowała wyładować. Bała się o Roberta, nie pozwalano jej zrozumieć, co jego dotyczy.
                  Technokratka czuła się przerażona, pozbawiona ochrony przed światem, której pragnęła.
                  Usiadła z powrotem na miejscu, nie odzywając się. Dewiantka chwilę obserwowała Mervi. Kilka długich chwil po których po prostu podeszła do Mervi, bez wrogich zamiarów i… ją przytuliła.

                  - Przepraszam - powiedziała szczerze - dużo mówię. Wszystkim nam jest ciężko.

                  Finka nie drgnęła, jak dewiantka ją przytuliła. Miała napięte mięśnie z wewnętrznego stresu, który ją teraz zalewał. Nie wydawała się też nawykła do tego okazywania uczucia... jedynymi osobami, przy których się uspokajała był jej ojciec i Robert.

                  - ...czemu niszczycie wszystko... - szepnęła - Czemu niszczycie świat i ludzi... Czemu tak nienawidzicie…
                  - Ciii - dewiantka powiedziała do Mervi głosem łagodnym - to twój szef chce nas krzywdzić.

                  Puściła Mervi, westchnęła ciężko.

                  - Odyś po mnie przyjdzie. Też masz przyjaciół? - zapytała.

                  Mervi milczała dłuższą chwilę.

                  - ...Roberta.
                  - Masz ciężkie życie - Catherine stwierdziła do Mervi poważnie - wiesz o tym?
                  - Ale mam cel. - uniosła głowę - Skrzywdzenie was to nie chęć sama w sobie mojego szefa. Po prostu bez tego nie da się ochronić tego świata i jego ludzi.
                  - Znałam kiedyś jaszczurkę - szalona powiedziała to ze śmiertelną powagą - która uważała, że w imię wyższego dobra musi zjadać króliczki. Ich puchate ogonki - dewiantka posmutniała, wydawało się, że zaraz straci wątek, ale utrzymała skupienie.
                  - Wiesz o co jej chodziło?
                  - Żeby nie zjadały marchewek?
                  - Kto?
                  - Króliczki.
                  - Aaaa - szalona odzyskała wątek - nie… Gdy jaszczurka miała pełen brzuszek, mniej ją bolało.
                  - Co bolało? - zdziwiła się.
                  - W żyłach jaszczurek płynie ból. Nie wiedziałaś? W każdej - szalona wyjaśniła poważnie jak małemu dziecku.
                  - Jaszczurki nie mają nic do tego, że jesteście zagrożeniem. - powiedziała poważnie.
                  - Nie znam się na zagrożeniach - Catherine stwierdziła - ale Odyś jest groźny - przytaknęła Mervi.
                  - Nie tylko on z dewiantów. - stwierdziła.
                  - Ale on do was przyjdzie - szalona dodała.
                  - I będzie chciał zrobić to, co każdy z was. Zniszczyć, zabić.
                  - On chce mi pomóc - dziewczyna opuściła głowę - Tak robią przyjaciele.

                  Na te słowa Mervi zacisnęła mocno zęby.

                  - Jedna osoba za wiele, co? To dla was lepszy rachunek?
                  - Tak robią przyjaciele - Catherine dodała pewnie - on myśli, że ja jedyna go rozumiem. Wiesz, że nie jest to prawda? - uśmiechnęła się smętnie.

                  - Czego ty ode mnie chcesz? - zapytała patrząc w oczy dziewczynie.
                  - Nic - Catherine powiedziała szczerze - polubiłam Pana Glitcha… Nawet ciebie… no trochę, uderzyłaś mnie - wypomniała Mervi poważnie.

                  Mervi nie powiedziała nic. Nie wiedziała co powinna. Co mogłaby. Czy miała zgodę...

                  - Nie przejmuj się - szalona wzruszyła ramionami - nic od ciebie nie chcę. No może poza jednym… obiecasz mi coś?
                  - Co takiego? - zapytała nieufnie.
                  - Gdy naprawdę będzie ci źle… Porozmawiaj z Panem Glitchem. I zaufaj mu. Naprawdę - pokiwała głową.

                  Alison wróciła do Mervi z odgrzanym w mikrofali posiłkiem dla siebie, dla niej i dla dewiantki. Rozdała jedzenie i zaczęła, w przerwach konsumpcji, wiercić wzrok w Mervi.
                  Finka patrzyła pusto w jedzenie, co jakiś czas małą jego porcję zjadając, chyba na siłę.

                  - Wiesz co Adam zrobi - Alison zapytała Mervi - gdy jednak Ulisses tu dotrze?

                  Mervi spojrzała na Alison.

                  - Co zrobi?
                  - Zastrzelil ją. Na jego oczach - Alison stwierdziła cicho - chce pokazać Ulissesowi, że nieważne jaką mocą włada, nie ocali tych, których chce. Adam chce złamać tego dewianta, dosłownie.
                  - Musi mieć mocną urazę do niego, mocniejszą niż do reszty…
                  - Ma poparcie Administratora. Muszą zakładać, może słusznie, że nie da się w sposób klasyczny zneutralizować Ulissesa. Trzeba stworzyć rany na jego psychice.
                  - To go może tylko do furii doprowadzić... - zerknęła na dewiantkę.
                  - Co myślisz o tych metodach? Gdybyś była w Komisji Etyki w Wieży z Kości Słoniowej? - Alison zapytała nagle.

                  Mervi zasępiła się.

                  - Że Adam wszystko chce postawić na jedną kartę...
                  - Że liczy się ze stratami po naszej stronie, tak samo Administrator - Alison dodała smętniej.
                  - Z każdymi stratami... nawet całego Konstruktu. Wszystkich... a nie ma pewności, że by cel został osiągnięty...
                  - Dewianci nie są aż tak potężni - Alison uspokoiła Mervi - ale czy uważasz, że powinniśmy stosować takie metody? Życie za życie - technokratka mówiła monotonnie i cicho, jak zawsze, jedyny głośniejszy dźwięk był mlaskaniem gdy kończyła posiłek - nasz obiekt bardziej sam potrzebuje pomocy…
                  - Nie. Nie powinniśmy. - odparła - Przemoc rodzi przemoc. Błędny krąg... - spojrzała w talerz - Tylko jak niby mamy dojść z dewiantami do jakiś porozumień?
                  - Dziś się nam nie uda - Alison stwierdziła chłodno - nie widzę opcji. Chciałam tylko upewnić się, czy dobrze wybrałam komu patronuje.

                  Mervi uśmiechnęła się pod nosem.

                  - Zdałam czy poprawka?
                  - Zdałaś - Alison dokończyła sałatkę - jedz, długo okazji nie będziemy miały, a racje od progenitorów to świństwo.
                  - Będą nas karmić w odseparowaniu? - zaczęła znowu jeść.
                  - Nie - Alison nawet się zaśmiała - gdyby doszło do przełamania zabezpieczeń na tym poziomie, mamy się nie ruszać,przyjdą po nas oddziały ratunkowe. Mają okropne procedury, zbadają ci ciśnienie, hormony, tętno, cukier i na siłę wpakują kilka batonów proteinowych, bo “teren nie jest zabezpieczony i trzeba pełnej sprawności”.
                  - Och. Długo to by zajęło?
                  - Kilka godzin, może dzień. Zależy jakimi służbistami są.
                  - W sumie... czemu Adam cię z jedzeniem dręczył? - zapytała.
                  - Może lubi dręczyć kobiety wysmarowany dżemem - Alison stwierdziła poważnie.

                  Mervi westchnęła.

                  - Czemu wrzucono cię na dietę.
                  - Czemu sądzisz, że jestem na diecie - Alison powiedziała chytrze - widziałaś kiedyś abym jadła coś czego nie chcę?
                  - To co jesz, nie jest dietą, tylko jej przeciwieństwem.
                  - Dokładnie - Alison powiedziała cicho sięgając po ostatnie ciastko - takie moje no pasaran - stwierdziła poważnie.
                  - Bunt przeciw opresji żywieniowej w Unii…
                  - Być może - Alisson stwierdziła beznamiętnie.
                  - Czy trzeba gdzieś zgłosić posiadanie patrona?
                  - To nie jest formalny układ - Alison wyjaśniła cicho - i tak zwykle jest bezpieczniej. Ci co mają się dowiedzieć, dowiedzą się.
                  - Nic nie grozi za to?
                  - Poza tym co grozi nam tutaj?
                  - Tak. - mruknęła.

                  Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • ZellZ Niedostępny
                    ZellZ Niedostępny
                    Zell
                    Moderator Obsługa
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                    #24

                    Burza nadciągała. Mervi podczas oczekiwania na rozwój wypadków wykonała ledwo kilka rutynowych zadań dla Adama, przekazała kilka informacji, sprawdziła dane, podała dalej polecenia konfiguracyjne obrony, uzgodniła cele z Administratorem. Wbrew oczekiwaniom, Adam nie czekał z nimi. Poruszał się po zapleczu konstruktu, dużo przebywał też z Administratorem, lecz głównie robił coś w rodzaju patrolu.
                    Również wtedy gdy zaczął się szturm, nie było go z nimi. Gdy nad konstruktem zebrały się burzowe chmury doszczętnie zakłócają komunikację ze sœiatem wewnętrznym. Ta wewnętrzna również zaczęła mieć problemy.

                    Zapach niedojedzonego posiłku był wizytówka wirtualnego adepta Moora, nawet po tych kilkunastu latach gdy kompletnie zmienił swój styl życia, porzucając flanelowe koszule i śmieciowe jedzenie na rzecz sportu i mody.
                    Ale w gruncie rzeczy była to tylko maska przed Unią, zmiana profilu społecznego utrudniająca zlokalizowanie go przez Unię. Wciąż dla siebie samego pachniał mrożoną pizzą. I lubił się czasem odegrać. Czarny ekran czatu rozświetlały biały litery. Przyglądał się opisowi akcji. Wymogi, podział… Trochę sie bał. Zaczął pisać.

                    MMM: jedna sprawa, zanim zaczniemy. Na pewno nas nie wyłapią?
                    Miss X: Nie 😉 I tak połowę robi dziadek, gość ma taką famę, że nawet brewka im nie pyknie gdyby przypisali mu w całości większe akcje. Jak zwykle całe gówno pójdzie na niego. Nie marudź młody, masz już połączenie?
                    MMM: tak. ale i tak nie czaje, to jest okazja… ale mistyk…
                    Miss X: Po wszystkim ci powiem. Staraj się wpiąć w te macierze entropii co ci opowiadałam.

                    Szturm zaczął się od frontu. Mervi nigdy czegoś takiego nie widziała, ale po prawdzie - nie wiedziała na co dokładnie patrzeć. Czujniki w konstrukcie oszalały pokazując uderzenia z wielu stron. Autonomiczny system raportowania wyzywał ruch w korytarzach, wybuchy całych sektorów, zniszczenia drzwi. Całe jednostki szturmowe przemieszczano z miejsca na miejsce aby odeprzeć niezidentyfikowane fale dewiantów.
                    Technokratka w całym sercu głównego strumienia danych widziała dowodzącego Administratora, Adama oraz kilku wyższych rangą technokratów których nie poznała, jak układają ludzi w szachach 4D, jak starają się zapanować nad chaosem, odsiać fałszywe dane od prawdziwych.
                    Zajęło jej to ponad kilkanaście minut aby w tym chaosie dojrzeć szczegóły. Widziała bratobójcze wymiany ognia grup szturmowych które wybuchały i gasły w ciągu sekund temporalnego przyśpieszenia cyborgów szturmowych. Widziała HIT-Marki ostrzeliwujące stalowe grodzie za którymi nikogo nie było. Widziała losowe przeciążenie sekcji generatorów do której wysłano kolejne dwie grupy które ponownie się ostrzelały. Obserwowała chaos informacyjny gubiącej się komunikacji. Patrole które natknęły się na moment na niezidentyfikowanego dewianta który wkrótce potem zniknął im z odczytów, cyborgi niższej klasy których algorytmy trasowania gubiły kompletnie ścieżki do celu.
                    Ktoś wrzucił garść kamieni w tryby Maszyny i patrzył jak ta się psuje.

                    Do pomieszczenia wszedł Adam, niosąc ze sobą dwa urządzenia. Przenośne moduły montowane w uniwersalnych gniazdach obecne w każdym pomieszczenia konstruktu, blokadę przestrzenną zwaną często kotwicą wymiarową oraz duży, nieporęczny stabilizator rzeczywistości z wielkim, zielonym , segmentowym wyświetlaczem pobieranej mocy. Wskazywał stabilne 1. Wiele urządzeń Unii i procedur działało na efektach kwantowych które stabilizator zniwelował, przez co nie było to zbyt powszechne urządzenie - nie mówiąc o jego kosztach i skomplikowaniu.

                    - Kotwicę odpalamy od razu - Adam wpiął pierwsze urządzenie w gniazdo na ścianie - a stabilizator - podłużna szyja mechanizmu wsunęła się w gniazdo na poðlodze, na środku - gdy to całe piekło przyjdzie bliżej do nas.

                    Z Mervi zeszło powietrze, gdy zaczęła widzieć jak chaos pochłania Konstrukt, powoduje zniszczenia w jego trzewiach. Krzywdzi ludzi... a teraz Adam tu się pojawia z taką pewnością, że to dotrze aż tu...

                    - Sądzisz, że tu dojdzie. - stwierdziła pewnie.
                    - To możliwe - Adam stwierdził spokojnie - reszta ma go zmęczyć. Ścieżka zdrowia.

                    Szalona patrzyła na Adama z ciekawością. Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć lecz po chwili postanowiła poczekać.

                    - I co dalej? - patrzyła poważnie na technokratę - On to wykorzysta. - stwierdziła, odnosząc się do Prawdziwego Imienia.
                    - Nie będzie miał sił, mamy stabilizator - Adam stwierdził spokojnie - wszystko idzie zgodnie z planem. Poszukaj mi jego tras w tym chaosie, idę na posterunek.

                    Gdy wyszedł, Alison milczała, natomiast odezwała się dewiantka.

                    - Dlaczego wasz szef przyjaźni się z betonem? Beton jest zimny i twardy… Widziałam kiedyś pluszowy beton, ale jego taki nie jest…
                    - Jaki znowu beton? - finka spojrzała zimno na dewiantkę.
                    - Jak Pan Glitch - wyjaśniła ze smutnym uśmiechem.
                    - Beton... - pokręciła głową - Może spadnie twojemu Odysowi na głowę i rozłupie mu czaszkę. - mruknęła patrząc na statusy na ekranie.

                    Szalona zamilkła wpatrując się w ścianę. Mervi zabrała się do pracy… Trudnej pracy. W konstrukcie mieli wielu rannych, ale jak na razie tylko dwóch zabitych - przynajmniej jeśli tu nie zawiodła łączność oraz spójność danych. Dwa razy dostrzegą Odysa, a przynajmniej wydawało się jej, że tak jest. Raz obezwładnił i postrzelił strażnika w kolano, drugi raz uciekał przed HIT-Markiem. Wyglądał na mocno potłuczonego. Potem i ona, i algorytmy, znowu zgubiły dewianta.
                    Poczuła pokusę aby sprawdzić co z Robertem.
                    Poczuła ucisk w gardle. Chciała sprawdzić, ale jednocześnie... bała się. Mimo tego zaczęła z czającym się strachem wyszukiwać sygnatur Roberta. Nie musiała dużo czekać. Nawet miała awaryjne połączenie do niego. Robert znajdował się bliżej czegoś, co można było określić frontem chapsu przetaczającego się przez konstrukt, a za kilka chwil miał go minąć.
                    Włączyła monitoring danych, bliżej Roberta. Chyba miała, gdzieś tam był Odys.
                    Uniosła się na rękach drżąc lekko.

                    - Uważaj, on jest blisko, nie narażaj się... - przesłała słowa do Roberta.
                    - On już u mnie był - Robert stwierdził sucho - chyba już po zagrożeniu…
                    - Nic ci nie zrobił? - zapytała z ulgą lecz wciąż spięta.
                    - To była najbardziej cool rzecz jaką widziałem w Unii - Robert powiedział zbyt spokojnie, chyba wciąż był w szoku - spytał czy mam zamiar mu przeszkodzić… Nie jestem wojownikiem. Siedział u mnie chyba kwadrans, czekał, aby tu oddział szturmowy nie trafił. Sprzedał mi kilka równań… Co za pojebana akcja - na końcu usłyszała śmiech Roberta, ludzie śmiejąc się odreagowują stres.
                    - I tak bądź ostrożny ciągle, proszę.
                    - To ty uważaj - Robert nagle zaostrzył ton - błagam. Gość przechodzi przez konstrukt jak ninja, ale słyszałem jak spieprzył cyborgom bojowym, ze stratami dla nich. Nie bohateruj Mervi, błagam…

                    Finka uśmiechnęła się smutno.

                    - Nie będę. - zamilkła, aby po chwili szepnąć - Kocham cię. Wrócę.
                    - Ciebie też… Uważaj, proszę.

                    Zakończyli rozmowę. Ulisses się zbliżał… Chyba miała już predykcje, podobne pewnie dostali inni analitycy Unii. Kilkanaście minut. Słyszały już z Alison podbliskie wybuchy.
                    Spojrzała na Alison. Chciała zobaczyć czy kobieta też odczuwa niepokój, a zamiast tego dojrzała Alison pałaszującą owsiane ciastko

                    - Gdzie ten Adam... - skrzywiła się na kobietę - A ty nawet teraz jesz...
                    - Możliwe, że to ostatni posiłek w życiu - powiedziała smętnie. Może żartowała?

                    Drugi raz Mervi nie musiała wzywać Adama. Technokrata przybył sam - wszak większośc Unii miała dane o fałszywej celi dewiantki, celi którą Odys minął - ale wyglądał na naprawdę wkurzonego.
                    Mervi milczała, dając wściekłemu szefowi zrobić pierwszy ruch.

                    - Mervi, monitoruj ruch przed pomieszczeniem. Na mój sygnał kod A7B6CX7B, zapamiętaj, A7B6CX7B, wzywasz MFO. Alison, dbaj aby szalona się nie uaktywniła. Mamy kilka trupów, wielu rannych - fuknął i spojrzał na szaloną z nienawiścią, aż ta skuliła się w sobie - dziś złamię Odysa Żelaznego. Oddam mu ją… I wtedy go pochwycą.

                    To było abstrakcyjne co Mervi widziała, seria obrazów, które dopiero po chwili do niej dotarły. W głowie brzęczały jej słowa Roberta “co za pojebana akcja”. Cóż, ta jej chyba biła rekordy.
                    Krzyk Catherine, Adam siłujący się z nią. Uderzył ją w twarz, rozpiął spodnie…
                    …czy on chciał ją po prostu zgwałcić?! Co tu się dzieje?!
                    A potem spojrzała na Alison, która celowała z wydanych im broni przez Alexa w ich szefa.

                    - Zostaw ją - Alison powiedziała cichym, zdecydowanym głosem.
                    - Adam! - Mervi wyraźnie była zszokowana - Co to za szaleństwo?!
                    - Najskuteczniejsza metoda złapania tego skurwiela. Alison, dostałaś estymaty, wszystko idzie zgodnie z planem - Adam zignorował Mervi.
                    - Twoja zemsta - Alison powiedziała powoli i cicho - miałam nadzieję, że do reszty cię nie pojebało.
                    - Słuchaj - Adam wyprostował się - istnieje pewność, że mnie nie trafisz, a ja złamię ci kark. Procedura niesubordynacji. Znasz moje wzmocnienia, nawet teraz proceduje całą twoją memetykę. Myślisz, że nie widzę jak starasz się mnie rozproszyć? Przestań być feministyczną pizdą.

                    Mervi dostrzegła jak wykresy na stabilizatorze rzeczywistości podskoczyły. Może i Adam (a raczej jego wszczepy) broniły go przed procedurami memetycznymi, a jednak tak zaabsorbował się mierząc do niego z broni Alison, że odwrócił się plecami do Mervi.
                    Finka wzięła w dłoń swój pistolet czując zimną determinację przykrywającą strach.

                    - Zostaw ją! - warknęła celując w mężczyznę - To mój wymóg, którym spłacisz dług, Adam!
                    - Policzę do trzech, po których nastąpi wasza regulaminowa terminacja - Adam stwierdził chłodno, ale wciąż skupiał się, jakimś cudem, na Alison.

                    Mervi zobaczyła po raz pierwszy na twarzy swej patronki większe emocje, które nie były maską. Strach. Alison patrzyła jej w oczy i się bała. Będzie pierwszym celem. Ale celowała w Adama. Robiła to co uważała za słuszne.
                    Próbowała, nie chciała tego robić. Nie chciała...
                    To było surrealistyczne doznanie. Wiedziała, że prawdopodobnie zakończy tym swoje życie. Nigdy nie spełni obietnicy danej Robertowi, który ją kochał...
                    Wycelowała w głowę Adama i nacisnęła spust.
                    Dźwięk broni plazmowej wyryje się Mervi już do końca życia. Świergot który zwiększał swoje natężenie. Brak odrzutu. Jasna łuna pocisku. Krzyki, mokry chlust. Upadające ciało. Wszystko zbryzgane krwią i kawałkami mózgu. Z szoku wyrwała się po kilku chwilach widać szaloną zapłakaną w rogu pomieszczenia, zwłoki Adama z dziurą w głowie - ale od przodu - oraz po własnym strzale wyrywając mu kawałek barku. I poczuła ciepło, Alison. Technokratka po prostu ją objęła.

                    - Spokojnie Mervi - pomogła jej zdjąć zesztywniałe palce z broni - jest dobrze - głos miała uspokajający.

                    Wykres na stabilizatorze wrócił znowu do 1.

                    Mervi stała zesztywniała drżąc na całym ciele. Chyba chciała coś powiedzieć, ale jedynie ruszała ustami wpatrzona w zwłoki Adama.

                    - Ja... - szept opuścił usta finki - Zdradziłam... Zdradziłam...
                    - Nie, patrz na mnie Mervi - Alison spojrzała Mervi w oczy - zrobiłaś to co słuszne. Resztą ja się zajmę, przeprogramujemy kotwicę wymiarową, aby zamazała obraz tachionami. Pamiętasz o czym rozmawiałyśmy? Chronić.

                    Mervi wydała z siebie bolesny jęk, pełen żalu, zawodu i bezsilności. Bez sił opadła na podłogę, wysmykując się objęciu Alison.

                    - Dlaczego... Dlaczego to zrobił...
                    - Ponieważ był pojebem - Alison stwierdziła rzeczowo - profilowałam go od dawna. Alan próbował pewnie też, ale niewiele wyszło, miał dobre maski - wzruszyła ramionami.

                    Technokratka trzymała się lepiej od Mervi.

                    - Dowiedzą się. - Mervi patrzyła na swoje dłonie - Dojdą kto jest winny, jaka broń zadała te obrażenia. - odparła dziwnie spokojnym tonem.

                    Wstała na nogi i zabierając pistolet plazmowy spojrzała na zwłoki Adama.

                    - Bo ta kurwa miała tylko zemstę przed oczami... - podeszła do ściany i uderzyła całą siłą w nią z pięści. I znowu... - Zemstę! Co mu dewiant zrobił, by tak zamglić oczy pragnieniem odwetu?! - kolejne uderzenia rozcięły skórę kłykci, czego Mervi zdawała się nie zauważać. Oparła się plecami o ścianę, patrząc wprost na drzwi przed nimi.
                    - No chodź, skurwielu. - warknęła pod nosem trzymając broń w dłoni, nie unosząc jej jednak, nie gotując się do strzału - No chodź.

                    Alison podeszła do Mervi i położyła jej dłoń na ramieniu.

                    - Spokojnie…

                    Nie dokończyła gdyż właśnie w tym momencie drzwi pomieszczenia otworzyły się, a przez nie wtoczył się, lekko kulejąc, sam Ulisses. Dewiant wyglądał jak siedem nieszczęść brudnych z krwi, błota i potu. Był cały poobcierany, poprzecinany, Mervi naliczyła co najmniej cztery draśnięcia po broni palnej, nie licząc piątej, pokaźnej rany z lewej strony brzucha którą dewiant uciskał. Wchodząc spojrzał na ciało, potem na Mervi, potem znowu na ciało.

                    - To sobie zostawimy na potem - wskazał trochę niechlujnie na dzierżoną przez Mervi broń i po prostu, jakby był u siebie, usiadł z bolesnym grymasem na krześle. Było w nim coś dziwnie groźnego, ale też… godnego. Mervi nie potrafiła tego określić, coś jakby wewnętrzną, dawna szlachetność w rozumieniu danych czasów. Dziwne. Może to, że czuł się jak u siebie, jak król?

                    W tej samej chwili usłyszała za sobą ciche, ale radosne “Odyś!” i dewiantkę która wciąż lekko szlochając nie ważąc na całą sytuację po prostu pobiegła do Ulissesa i rzuciła się mu na szyję. Mistrz tradycji objął ją ramieniem wciąż oddychając ciężko, jakby korzystając z tych chwil odpoczynku które wziął sobie bez pytania.

                    Gdy Odys się pojawił, wzrok Mervi automatycznie stężał, stał się lodowaty. Całe jej ciało napięło się jak w oczekiwaniu na nadchodzący atak, a uścisk na broni się wzmógł. Ulisses mógł też w spojrzeniu jakim go obdarzała technokratka zobaczyć ból, złość, rozgoryczenie - wszystko skierowane na niego.

                    - Usatysfakcjonowany? - ton dziewczyny ostry jak sztylet i lodowaty jak wieczna zmarźlina przeszedł przez pokój.

                    Odys spojrzał na zwłoki raz jeszcze.

                    - To Adam? - zapytał niezbyt chętnie.

                    W tym czasie szalona zaczęła mu powoli tłumaczyć co zaszło, do ucha, ale mówiła na tyle głośno, że obie technokratki słyszały. Alison wyglądała na spiętą, ale nie celowała bronią w dewianta, mimo to trzymała broń w pogotowiu.

                    - Dziękuję - Ulisses powiedział patrząc na obie technokratki dziwnie spokojnie - Adam był małym, biednym człowiekiem. Szkoda, że nas opuścił pełen gniewu i nienawiści - dewiant westchnął ciężko - podacie mi jakieś bandaże i może trochę wody?

                    Mervi zerknęła na Alison, wyraźnie sama się nie śpiesząc do tego.

                    - Szukał zemsty. - utkwiła wrogie spojrzenie w Odysie - Nie dbał o nic więcej. Nikogo. Liczył się cel, nie ofiary. - zacisnęła wolną rękę w pięść - Zupełnie jak ty.
                    - Ja nie szukam zemsty - Ulisses powiedział powoli obserwując jak Alisson mimo wszystko położyła mu z daleka apteczkę i butelkę na stoliku, a potem przesunęła jak do niebezpiecznego zwierzęcia - ja po prostu ruszyłem uratować przyjaciółkę - wskazał na Catherine która teraz siedziała na krześle obok.

                    Dewiant zaczął opatrywać sobie bok i przemywać paskudną ranę. Była nadpalona, wyglądała jak od karabinu plazmowego. Kto normalny jest w stanie po takich ranach z nim rozmawiać i stać na własnych nogach?

                    - Zemsta to trucizna - powiedział oczyszczając brzegi rany - jak rozumiem na potrzeby raportu to ja zabiłem Adama - spojrzał pytająco na Alison chyba od razu poznając kto jest technokratą wyższym rangą. Kobieta powoli, ostrożnie kiwnęła głową.
                    - A to - Ulisses wskazał na stabilizator rzeczywistości - powinien notować odchylenia jeśli wciąż pamiętam wasze zabawki. Nagrać mu coś?
                    - To nie będzie konieczne - Alison powiedziała spokojnie.

                    Mervi… coś zaświtało. Wskaźniki drgały wcześniej. Nie była to raczej technologia kwantowa. Przestały po śmierci Adama. Adam czy Alison? Jakieś wszczepy kwantowe? Byli dewiantami? Niemożliwe.

                    - Nie mówiłam o zemście. - twardo odpowiedziała Mervi, chcąc na siłę odrzucić myśl, że któreś było dewiantem - Przyszedłeś tu nie dbając o nic i nikogo, tylko o swój cel. Jedna osoba za wszystko.

                    Ulisses uśmiechnął się lekko do Mervi.

                    - Młoda agentko - zaczął pobłażliwie - ten którego imię przyjąłem nie był wielkim wojownikiem, a przynajmniej nie był większy niż ci u których boku stawał. Był za to wielkim oszustem - spojrzał na Mervi badawczo czy zaczyna rozumieć - po mojej rozmowie z wami nawet algorytmy Iteratorów nakazały im minimalizację strat i odwrót. Nawet Maszyna się boi. Zrobicie analizę strat, będzie pewnie sporo rannych, możliwe, że kilku zabitych - przyznał ze smutkiem - ale nie przyszedłem tu po trupach, wprost przeciwnie. Znasz to? Sprzedajcie płaszcze, kupcie miecze. Mamy tylko dwa? Wystarczy - stwierdził obwiązując bandażem tors, syknął z bólu - mamy prawo się bronić. Moją winą jest to, że jestem zbyt słaby, i chyba zawsze taki będę, aby czynić rzeczy właściwe zawsze w najwłaściwszy sposób. Mimo to do tego dążę.

                    Czy ten dewiant właśnie jej powiedział, że w ramach swoich możliwości, minimalizował ofiary?

                    - Oszustom się nie wierzy. - odparła twardo - Jesteś przykładem czemu nie oddamy wam ochrony ludzi, troski o nich. - zmrużyła oczy - Zbyt nieobliczalni, sądzicie że wykłamiecie się ze wszystkiego. Nie można wam wierzyć, że bylibyście łaskawymi obrońcami. Pasterzami.
                    - Nie musisz mi wierzyć - Ulisses powiedział to sucho, w sposób, który był czymś dla Mervi nowym. Do tej pory każde szkolenie światopoglądowe Unii naciskało by uwierzyć. Instruktorzy rozwiewali wszystkie wątpliwości, dokładnie tłumaczyli, im zależało aby przyjąć ten pogląd. Ale temu człowiekowi przed nią, nie. On powiedział co uważał za prawdę i zostawił z tym Mervi. To chyba się nazywało wolność?

                    Wolność myśli była trochę straszna.

                    - Zanim stąd pójdę, mamy kilka spraw. Nie znam waszych imion.
                    - Alison - kobieta powiedziała cicho.
                    - A ta druga to kto? Przyjaciółka? Uczennica? Czuję między wami lekką więź.

                    Finka zawahała się. Wyraźnie nie czuła się tak lekko, aby powiedzieć dewiantowi swojego imienia... ale Alison powiedziała...

                    - Alison to mój patron od kilku godzin. - stwierdziła - Nazywam się Mervi.
                    - Miło was poznać, mimo tych okoliczności - Ulisses powiedział cierpko trochę prostując plecy - mam u was dług. Co do jednej z was mam pomysł - westchnął - mamy jeszcze chwilę, ruszam dopiero za kwadrans - zastanowił się - wiesz, że twej uczennicy Unia nie służy?

                    Zwrócił się do Alison pytająco. Kobieta patrzyła na Odysa w milczeniu, nie odpowiadając mu.

                    - Jeśli faktycznie jesteś jej patronką, jesteś za nią odpowiedzialna - stwierdził dziwnie surowo - dopilnuj, aby dostała odpowiednie przydziały. Bez tego nie da rady, czuć to z kilometra. Temu dam jej coś.
                    - Co takiego? - Alison wlepiła oczy w Odysa… jakby zafascynowana.
                    - Ucieczkę - lekko wstał stękając znowu z bólu, z rany na boku znowu zaczęła lekko cieknąć krew - jeśli ona nie da rady.

                    Słowa Odysa zirytowały Mervi. Chciał jej wmówić, że Unia co? Nie jest dla niej?

                    - Unia jest dla mnie. - mruknęła z tłumioną złością - A twoje próby rekrutacji nie są skuteczne, dewiancie.
                    - Nie rekrutuję cię - Ulisses powiedział ostro - dla mnie możesz nawet zaszyć się potem na końcu świata i dożyć reszty swoich dni poza tą przeklętą wojną. Uratowaliście moją przyjaciółkę, temu chcę dać ci coś równie ważnego.

                    Dewiant trochę do niej podszedł.

                    - Proszę, nie celuj we mnie. To co chcę przekazać jest tylko dla twego ucha, muszę być dyskretny.

                    Alison wyglądała jakby analizowała sytuację. Zacisnęła wargę do bladości.

                    - Bierz co dają Mervi - stwierdziła niezbyt pewnym głosem.

                    Mervi była bardzo nieufna i choć opuściła broń nisko, to jej nie puściła ani nie rozluźniła się. Dewiant podszedł do niej, lekko opierając się o jej ramieniu, tak aby mieć usta przy jej uchu.

                    - Jeśli zrobisz zasadzkę na tych ludzi, to ja cię znajdę i zabiję. Wykorzystaj to tylko gdybyś potrzebowała odejść z Unii.

                    Po czym przekazał jej kilka haseł, adresów fizycznych oraz elektronicznych - całkiem spory ciąg kontaktowy w którym kolejność wysyłania haseł dopiero było nawiązaniem kontaktu.
                    Nie wiedziała co tu zrobić, ale... trochę jej to przypominało miejsce i hasło, które dostała lata temu.

                    - Mam teraz... więcej do zapamiętania. - szepnęła pod nosem i spojrzała na Odysa - Twoja przyjaciółka rozmawiała z istotą, którą nazwała Panem Glitchem. To często się jej zdarza? Mówiła, że Adam miał Beton... Cokolwiek to ma być.

                    Ulisses uśmiechnął się, lekko od Mervi odsunął aby się jej przyjrzeć.

                    - Glitch… to dobra nazwa - powiedział patrząc na Mervi - to twój avatar… Wy nazywacie to Geniuszem, lub Eilodionem - wyjaśnił jej rzeczowo - to jeden z powodów czemu możesz do Unii nie pasować - dodał powoli i ostrożnie - albo ty zmienisz Unię albo Unia cię skrzywdzi.
                    - Unia mnie przygarnęła. - zaprotestowała - Leczą mojego ojca, fundusze mu zapewnili, załatwili pracę, szkołę dla mnie i utrzymanie.
                    - Zobaczymy jaka będzie przyszłość - Ulisses powiedział spokojnie - a ty czego chcesz?

                    Zwrócił się do Alison.

                    - Nic - technokratka powiedziała cicho.

                    Dewiant się nie napraszał, zapytał ich o godzinę i tak samo czując się jak u siebie powiedział, że zostało mu jeszcze sześć minut przystanku. Zachowywał się jakby kompletnie nie traktował agentek jako zagrożenia.

                    Mervi zmarszczyła brwi. Czuła jakie niebezpieczeństwo na nie spada i rozumiała, że już śmierć Adama może wcale nie być taka bezproblemowa do zatuszowania, jak Alison zakładała.

                    - Co ty mu zrobiłeś? - zapytała Odysa, wskazując p+istoletem na ciało technokraty -Miałam nadzieję, że zablokowanie twoich słów go ochroni, jak okrutnie postanowiłeś go skrzywdzić, ale wyraźnie to była głębsza rana, poza imieniem. - ton technokratki wskazywał jak pogardza czynami Odysa.
                    - Spotkaliśmy się dwa razy - Ulisses wyjaśnił beznamiętnie - pierwszy raz zanim się przebudził. Był dowódcą najemników, całkiem możliwe, że powiązanych z Unią, ale tego nie jestem pewny. Widziałem co wyprawiali, to nie były przyjemne widoki… I chyba powiązane z tym jak postanowił się na mnie zemścić. Złamałem mu rękę i ośmieszyłem go przed jego ludźmi. Potem raz jeszcze zostawiłem go na śmierć, w tym samym konflikcie, widać Jedyny miał co niego inne plany.

                    Mervi patrzyła na dewianta okiem analityka NWO. Pierwsza słabość, mimo pozornego chłodnego stosunku do śmierci, miał on jednak pewne opory przed po prostu zabijaniem. Trzeba było to zapamiętać.

                    - Drugi raz spotkałem go podczas wspólnej akcji Unii i Tradycji. Był to zawiązany bardzo pośpiesznie rozejm związany z zewnętrznym zagrożeniem. Unia oberwała mocniej niż my, mimo lepszej pozycji i większego przygotowania. Adam obwiniał za to mnie. Nie wystawiliśmy ich - Odys wzruszył ramionami - a że wcześniej już się nie polubiliśmy, pewnie byłem dla niego idealnym winowajcą za śmierć sojuszników. Cała historia.
                    - Najpierw zostawiłeś go na śmierć... to nie było łaskawe. To było okrutne. Zakładałeś, że umrze powoli. - zniżyła głos w złości. Sadysta - A teraz chciałeś innymi się wysłużyć, aby go możliwie zabili inni z Unii, gdy będzie słabszy, wystawiony na atak. Brawo. Sumienie czyste, tak?
                    - Nie - dewiant usiadł znowu na krześle i upił resztek wody z butelki. Alison podsunęla mu… ciasta? To było co najmniej dziwne.
                    - Nie - kontynuował - nie każdego muszę ratować, po prostu. Adama zostawiłem w budynku który sam polecił zbombardować, we własnej pułapce. Był w słabym stanie, ale miał szanse. Nie lubię być panem życia i śmierci. Rzeczy które robimy, potrafią do nas wrócić.

                    Alison westchnęła.

                    - Był sukinsynem - powiedziała cicho i w sposób który do niej nie pasował - więc zamierzasz tak po prostu wziąć ją i stąd uciec?
                    - Tak - Ulisses przytaknął - mam nadzieję, że za mocno nie zaogni to sytuacji na wojnie - pokręcił głową - ale musiałem. W pewnym wieku zostaje nam niewielu starych przyjaciół.

                    - Zabierz swoje przekonania, przyjaciół - ostatnie słowa powiedziała prześmiewczo - i kogokolwiek kogo tu ze sobą masz. Wynoście się. - głos Mervi skrywał w sobie złość i rozżalenie.
                    - Parszywa wojna - dewiant westchnął ciężko wstając z krzesła - dobrze było was poznać.

                    Dewiantka szła przy nim gdy zmierzał do wyjścia.
                    Mervi usiadła na krześle, czując jak złość ją zalewa. W jednym momencie zrzuciła ręką na ziemię stojące na stole naczynia, patrząc jak rozbijają się na podłodze. Zniszczenie kierowane wściekłością.
                    Uderzyła w stół pięścią pozostawiając krwawy ślad, gdy otworzyła wcześniejszą ranę. Położyła głowę na blacie wydając zbolały, bezsilny jęk.
                    W tym czasie Alison przeprogramowywała kotwicę wymiarową do zaciemniania podglądu aktualnego czasu. Nie była z tego zbyt dobra, ale tu wyglądało, jakby się przygotowała.

                    - Ktoś się domyśli. - przewróciła głowę na bok ku Alison - A przynajmniej zastanowi. Myślisz, że niestabilnego agenta będą traktowali ulgowo? - parsknęła.
                    - Zajmę się tym, Mervi - Alison powiedziała do niej stanowczo - ruszę stare kontakty.
                    - Uspokajam go jak mogę. - nie wiadomo było czy do kogokolwiek mówiła - Próbuję wychować.- pojedyncza łza frustracji pojawiła się przy oku - Co to dla nich... - schowała twarz w ramionach, niby w poduszce na stole. Była po prostu psychicznie wykończona.
                    - Zajmiemy się tym - Alison odpowiedziała kończąc z kotwicą - musimy uzgodnić zeznania.
                    - Sądzisz, że tak po prostu oszukamy tych, co przyjdą? Co będą przesłuchiwać? - wysunęła twarz ukazując zaczerwienienie oczu.
                    - Zapytają o przebieg wydarzeń. Ulisses ma taką famę, że szybko to przyjmą - Alison była dziwnie pewna.
                    - Dewianckie zagrywki, jakimi posługiwał się w Konstrukcie? Zmienił trajektorię strzału, który wystrzelony w niego "rykoszetował" w Adama? - mruknęła wpatrzona w blat biurka.
                    - Sądzę, że tak właśnie było. Odbił pociski - Alison powiedziała spokojnie - ja strzelałam zza pleców Adama, ty z prawej, o tu…

                    Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • JhnWJ Online
                      JhnWJ Online
                      JhnW
                      Administrator Obsługa Developer
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                      #25

                      Mobilne Formacje Operacyjne pojawiły się po dwóch godzinach. Wtedy też członkowie konstruktu zdali sobie sprawę, iż wsparcie tak naprawdę nie było potrzebne. Straty siły militarnej jakich doświadczyli po wizytacji Ulissesa były naprawdę minimalne – chociaż Konstrukt nie był nastawiony na operacje bojowe.
                      Szybko stało się jasne, że to powszechny chaos informacyjny był główną przyczyną porażki technokratów. Chaos który nie przeminął wraz z z dodatkowym wsparciem, a być może wzmocnił się – gdy próbowano policzyć technokratów, oszacować straty, przywrócić w pełni funkcjonowanie systemów elektronicznych i informatycznych konstruktu. Przyśpieszone ewaluacje psychologiczne dokonywano w warunkach polowych na personelu niższego szczebla. Specjaliści od czyszczenia paradygmatu przygotowywali już środki amnezyjne – głównie farmakologiczne. Nie przejmowano się ich skutkami ubocznymi, wpływ memetycvzny był za wolny. Trzeba było wyczynić pamięć większości niższego szczebla, a Mervi podejrzewała, że „agenci federalni” wizytowali również pracowników pobliskich firm w celu utrzymaniu tajemnicy.
                      Dzięki temu Mervi i Alison miały dość dużo spokoju i swobody. Wszak znajdowały się w oku cyklonu, a jak wszyscy wiedzą, w nim jest spokojnie.
                      Przynajmniej przez jakiś czas.

                      Na kilka dni Mervi i Alice zostały zatrzymane na terenie konstruktu. Przez ten czas nie niepokojono ich nadmiernie. Skończyło się na złożeniu wyjaśnień. Wszyscy wiedzieli co zawiniło, ale zawinili też ludzie.
                      Administrator i Adam. Adam był wygodnym kozłem ofiarnym, jako martwy nie mógł się bronić. Wszyscy zgodnie zaczęli wieszać na nim psy, łącznie z Franklinem – tego Mervi się nie spodziewała. Gdzieś ponad jej głową trwała również walka o władzę po odsunięciu aktualnego administratora. Dotarło do niej, że w boju było dwóch ludzi z NWO oraz, co było dość osobliwe, progenitor.
                      Więcej do niej nie docierało, izolowano ją w kwaterze tymczasowej. Głównie miała kontakt ze śledczym oraz Alanem w dziwnie dobrym humorze. Czwartego dnia odwiedził ją Franklin.

                      - Wypuścili mnie dzień przed tobą – stwierdził jakby sugerując, że przychodzi do niej właśnie z dobrą informacją – mamy do pogadania.

                      Chaos w Konstrukcie powodował obawę w sercu Mervi. Nie była przystosowana do czegoś takiego. Młoda technokratka była początkowo zestresowana, co wydawałoby się na miejscu po spotkaniu Odysa. Sytuacja działała na korzyść dziewczyny - strach, stres i skołowanie nie było niczym niemożliwym, prawda?

                      Mervi uśmiechnęła się blado na widok Franklina, choć ostatnie zdanie spowodowało uścisk w żołądku.

                      - O czym dokładnie...?
                      - O Adamie - Franklin westchnął - nie podoba się mi ta cała sprawa. Jakby nasz szef oszalał.

                      Finka spojrzała uważniej.

                      - Adam... Bardzo zaryzykował z Ulissesem. Za bardzo. - przetarła oczy - Całym Konstruktem...
                      - Tak - Franklin usiadł na krześle - wyłączyłem systemy budynku w tym pokoju - stwierdził poważnie dając znać Mervi, że nie ma podsłuchów.

                      Pozwolił jej kilka uderzeń serca przetrawić tą wiadomość.

                      - Musimy pogadać szczerze - stwierdził poważnie - mam przypuszczenia, że ktoś do godziny przed śmiercią wywierał na Adama silny wpływ memetyczny. Jeśli tak, to zapewne trwało to również wcześniej. Mogło to tłumaczyć jego zachowanie. Mam krótką listę podejrzanych. Nie będę cię wtajemniczał we wszystkich, ale wysoko na niej jesteś ty oraz Alison. Przychodzę do ciebie, gdyż tobie ufam.

                      Mervi poczuła ciarki na plecach, a także delikatne, ale stabilniejsze piksele na granicy wzroku. Jej eilodion, o którym teraz nie potrafiła mówić inaczej niż Glitch, dostrzegał w tym coś. Coś co po chwili sama Mervi dostrzegła (czy jakby tłumaczyła Unia, uświadomiła sobie treści z podświadomości). Franklin manipulował ją, grał w swoją grę. Być może jak każdy. Ale wcale jej nie ufał. Była dla niego narzędziem, jak wszystko. Jednym z trybów maszyny.
                      Ta myśl budziła w niej mdłości.
                      Technokratka zmarszczyła brwi z niepokojem, chcąc sugerować, że słowa Franklina ją poruszyły.

                      - Ja? Wysoko? Adam był ulepszony, gdzie miałabym jakąkolwiek szansę na niego wpłynąć? - zapytała, zamykając się z maską wystraszonej młodej.
                      - Może, może jesteś zdolna - Franklin odparł sucho - a co myślisz o możliwościach Alison?
                      - Ulepszenia Adama też i przed memetyką chyba powinny bronić... Alison by tego nie przebiła.
                      - Nie zaobserwowałaś jakiś prób? Najpewniej aby dokonać pełnej infrakcji podświadomej musiałaby znacznie osłabić szym mowy ciała który stosuje. Nie chcę ci nic sugerować Mervi - Franklin zamyślił się - ale przypomnij sobie dobrze i zastanów się. Alison może chcieć ciebie wkopać, broniąc się.

                      Mervi opuściła głowę, ściskając materac, na którym siedziała.

                      - Masz rację... tu mogła być memetyka obecna... - westchnęła - Ale nie od nas. Ulisses... On od razu wiedział co zastanie otwierając drzwi. Jakby zobaczył to naszymi oczami... - uniosła głowę - Może też już na odległość wpłynął na Adama... aby tym bardziej osłabić nieznane możliwości Kontruktu, o których przecież Adam wiedział....
                      - Dobrze - Franklin przytaknął Mervi bez przekonania i wstał z krzesła - będę dalej prowadził moje śledztwo. Dzięki za pomoc, gdybyś sobie coś jeszcze przypomniała, daj znać.

                      Podał jej rękę na pożegnanie.
                      Mervi przyjęła dłoń, czując się przybita całą sytuacją... Cholerni Dewianci...


                      Mervi wypuszczono dzień po wizycie Franklina, tuż przed zebraniem jej grupy. Po pierwszy zobaczyła Alexa, Roberta i Alison. Zebrani w małej, dusznej salce. Alex miał ramię na temblaku, Franklin wyglądał jeszcze bardziej profesjonalnie niż zwykle. Robert… to było dziwne. Jadł babeczkę. Alison jadła babeczkę.
                      Wkrótce potem babeczki Alison otrzymali wszyscy poza Franklinem. Tylko Alex dostał inną, z białą czekoladą.
                      Po babeczkowym zamieszaniu, przemawiać zaczął zadowolony z siebie Alan. Oznajmił, że rozwiązano ich grupę. Podziękował za współpracę Franklinowi i Alison oraz zapewnił, że pozostali mają ciągły dostęp do niego w ramach procedur unii, oraz może zawetować ich przydziały. Stwierdził, iż wtłaczanie wszystkich technokratów w pracę na zapleczu, ale jednak operacyjną, było błędem. Od tej pory pomoże uzyskać im indywidualne przydziały u zaprzyjaźnionych dowódców.
                      Po tym jak to mówił, Mervi czuła, że faktycznie tak będzie, że będzie dobrze. Wierzyła Alanowi.


                      Sprawa Adama dla Mervi była zamkniętym rozdziałem, przynajmniej jeśli chodzi o procedury Unii. Nikt nie upomniał się o rozszerzoną ewaluację psychologiczną, na górze wdrażano metody naprawcze aby dwóch wysoko postawionych członków Unii nie mogło swoimi nieprawidłowymi działaniami znowu naruszyć Planu. Mervi podejrzewała, że wiele rzeczy działo się ponad jej głową.
                      Krótka przerwa na studiach nie była problemem. Gdy Alan szukał przydziału dla niej, miała odrobinę więcej prywatnego czasu. Na studia…
                      ...i na Roberta.


                      Alison zaprosiła Mervi do swego pokoju w konstrukcie. Był to gest zaufania, zwykle spotkania odbywało się w osobnych salach lub – jeśli ktoś posiadał – własnym gabinecie. Pierwsze co rzuciło się Mervi w oczy były obrazy na ścianach. Repliki klasyków. Oraz jeden kupon zniżkowy do McvDonalda w ramce. Alison była dziwna. Magnesy dinozaurów na lodówce. Smakowity zapach.

                      - Zrobiłam zupę kukurydzianą – powiedziała po cichu na przywitanie – zjemy.

                      Alison nie pytała, tylko obwieściła. Nie był to do końca przyjemny posiłek. Technokratka przepytała Mervi z zakresu historii sztuki, myśli politycznej, socjologii, religioznawstwa, antropologii kultury, historii architektury, reformacji i kilku innych tematów. Cześć rzeczy pokrywała się się z kursami jakie każdy członek NWO musiał zaliczyć, inne zahaczały o studia Mervi. Wszędzie jednak miała braki.
                      Na koniec czuła, że poza pełnym brzuchem, wyniosła coś z tej rozmowy. Alison tłumaczyła, nie oceniała, zadawała pytania, wcięła w dyskusje. Była naprawdę dobrym nauczycielem. Dziwnym, ale dobrym.

                      - Jak się po tym wszystkim czujesz? -rychło w czas zapytała Alison.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • ZellZ Niedostępny
                        ZellZ Niedostępny
                        Zell
                        Moderator Obsługa
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                        #26

                        - Pytasz o rozmowę, czy ostatnie wydarzenia? - zapytała, ale zaraz kontynuowała - Mam braki w wiedzy, więc nie jestem zadowolona z siebie. A wydarzenia... jeszcze nie przetrawiłam. - odparła ponuro.
                        - Pytam o to, na co odpowiadasz - Alison powiedziała monotonnym głosem z której Mervi nauczyła się wyłapywać pewne rozbawienie.
                        - Jak mówię - mam braki. - odparła niezadowolona.
                        - Przygotuję ci listę lektur - Alison powiedziała zadowolona - część tematów będę musiała skonsultować ze znajomym historykiem, ale nie potrwa to długo.
                        - Alison... Wiesz już coś o możliwym przydziale dla mnie? - zapytała w końcu.
                        - A jak myślisz?
                        - Że się drażnisz ze mną, więc wiesz, ale nie powiesz.
                        - Musisz mieć mnie za straszną wiedźmę - Alison wstała od stołu aby zebrać naczynia i wstawić je do zmywarki - deser?

                        Mervi mruknęła z niechęcią (za dużo kalorii!), jednocześnie chcąc deseru.

                        - Chyba jesteś na liście Franklina.

                        Alison akurat wyjmowała z lodówki sernik na zimno. Prosty, z zieloną galaretką, na biszkoptkach. Bez słowa odkroiła po kawałku na dwa talerze. Gdy usłyszała słowa Mervi, nóż mocniej szczęknął o blat. Odwróciła się do Mervi. Przez chwilę wydawało się, że mimo opadających na twarz włosów, oczy kobiety są wyraźnie widoczne zza grubych, wielkich okularów. Szepnęła.

                        - Co? Chce mnie przelecieć?

                        Mervi uśmiechnęła się półgębkiem.

                        - Chyba tak. W tyłek bez masełka.
                        - Wiedziałam, jak nie w biust to w tyłek idzie dobry sernik - Alison powiedziała spokojnie wracając do stołu z deserem - a przynajmniej tak sobie powtarzam.

                        Nie wyglądała na przejętą zjadła dwa kęsy nim wróciła do tematu.

                        - Dwie sprawy. Pierwsza, uczysz się - spojrzała na Mervi i uśmiechnęła się lekko.

                        Uśmiech Alison gdy na ciebie patrzyła był dość przerażający, jak gremlin który jest dumny z realizacji swych planów.

                        - Druga, wiem. Wiem też, że był u ciebie, domyślam się po co. Skoro rozmawiamy, nie ma czym się martwić. Widzisz, jak na razie… - zamyśliła się - albo nie, tą analogię zatrzymam na potem. W każdym razie trzymam Franklina na smyczy.
                        - Czemu ty w sumie znalazłaś się w naszej grupie? - zapytała wprost - Musisz mieć dobrą pozycję przecież.
                        - Nie mam dobrej pozycji - Alison zaczęła analityczne wyjaśnienia - pozycja jest wypadkową tego co możemy oraz tego co nam zagraża. Tak, mogę dużo, ale mam też dużo wrogów. Mówiłam ci o tym, częściowo. Zeszłam ze sceny udając trochę świrowanie. Unia w tym programie bardzo dba, aby nikomu nie stała się krzywda… Więc byłam chroniona. Ale udawałam, temu Alan nie wspomniał o mnie jako o pacjentach po rozwiązaniu grupy. Chyba, że naprawdę jestem wariatką i tym razem oszukałam Alana - dodała ciszej - to jest też możliwe. Aktualnie kilka osób jest mi wdzięczne, ruszyłam stare znajomości, sprawy przycichły, więc jestem bezpieczna, przez jakiś czas.

                        Mervi zamyśliła się.

                        - Znasz z Wieży z Kości Słoniowej niejaką Bob?
                        - A wiesz skąd jej ksywa? - Alison uśmiechnęła się złowieszczo.
                        - Blob?
                        - Tak - Alison przytaknęła - zdolna dziewczyna. Skąd znasz Bob?
                        - Jeszcze w Finlandii się mną opiekowała na początku, nim trafiłam do Ameryki. Szybko, jak tylko się Przebudziłam i Unia mnie zauważyła to z nią się poznałam.
                        - Masz dużo szczęścia do poznawania dobrych i interesujących ludzi - Alison stwierdziła cicho i monotonnie - dużo szczęścia.
                        - Co masz na myśli? - finka spojrzała zdziwiona.
                        - Bob nie jest typową Technokratą. Ale jest przy tym jednym z najlepszych agentem, i co ważniejsze - Alison spojrzała na Mervi - robi rzeczy słuszne - podkreśliła ostatnie słowo.

                        Mervi spuściła oczy coś rozważając.

                        - Tak słuszne jak ty robisz?
                        - Mam taką nadzieję, nie znam jej na tyle - Alison powiedziała cicho lecz z dziwną mocą nie pasującą do jej postury i stylu bycia - o to chodzi przecież w życiu. Robić rzeczy słuszne w słuszny sposób.

                        - Nie wiem czy mogę być szczera... - spojrzała Alison w oczy, nie wiedząc czy tutaj powinna mówić coś, czego nie może kto inny usłyszeć.
                        - Możesz - Alison uśmiechnęła się znowu w ten upiorny sposób - i tak będę plotkować.
                        - ... - westchnęła - Czemu urządzenie zanotowało wtedy odchylenia? - spojrzała na kobietę - Co zrobiłaś?
                        - Najpierw twoja hipoteza, ja dokończę jeść - powiedziała ledwo słyszalnie przez pełne usta.
                        - Nie potrzebowałaś by dewiant zadziałał. Planowałaś już wszystko wcześniej. I zrobiłaś to... co dewianci potrafią. - odważyła się.
                        - Dlatego nigdy nie chciałam mieć dzieci - Alison powiedziała po cichu - w końcu zadadzą pytanie, po którym będzie trzeba im powiedzieć o brudnym seksie w kisielu, a one wciąż są za młode.

                        Zjadła ostatni kęs nim odpowiedziała Mervi.

                        - Mam nadzieję, że nie piłaś dziś za dużo kawy, nie chcę abyś mi tutaj zwariowała - powiedziała monotonnym, łagodnym głosem - bo jakbyś zareagowała gdybym ci powiedziała, że nie ma absolutnie żadnej funkcjonalnej różnicy pomiędzy oświeconą nauką a tym co robią dewianci? Są tylko detale.

                        Mervi lekko zjerzyła się, a po chwili zaśmiała.

                        - To tak irracjonalne, że aż śmieszne. Dobry żart mimo wszystko.

                        Alison milczała pozwalając Mervi składać kawałki układanki. Teorie kwantowe, podstawy teorii przyczynowości. Gdy Odys rozmawiał z Adamem, wspominał coś o pracach paradoksie układ-obserwator autorstwa jakiś Inżynierów Elektromagnetycznych. Podstawy teorii przyczynowości kryły się za tym. Klocki były luźne, ale i tak niepokojąco dobrze składały się ze sobą.

                        - To co robią Dewianci działa na jakąś wiarę. Na bullshit. - pokręciła mocno głową.
                        - Mervi - Alison zapytała technokratę powoli - jakie jest położenie i pęd elektronu gdy nikt nie patrzy?
                        - Jest w superpozycji, ale jakie to ma znaczenie? - Mervi czuła się zestresowana, jakby zagrożona tymi pomysłami.
                        - Ponieważ częścią eksperymentu jest świadomy obserwator - Alison dodała - dlaczego teleportacja kwantowa nie łamie teorii względności?
                        - Nie przesyła użytecznej informacji... - chciała by w to nie wchodziły.... to było groźne!
                        - Dlaczego praktyczne eksperymenty naukowe nie wychodziły w towarzystwie Pauliego? I wiesz kim Pauli był dla Unii?
                        - Noblista fizyki, winny kwantówki. - westchnęła - Bez niej byłoby łatwiej....
                        - Twórca podstaw naszej teorii przyczynowości i jej załamania. Tylko, że opisał więcej niż wiedzą Masy, a także nasi agenci. Okazjonalnie z nami współpracował, lecz był Synem Eteru, jednym z dewiantów. To co naprawdę przekazywał, w okrojonej, ocenzurowanej wersji, naznaczonej piętnem paranauki Masy znają jako zjawisko synchroniczności. Gdy stan rzeczywistości może delikatnie przesunąć się pod wpływem wiary jednostek. Zupełnie jak obserwator który nie dopuszcza do siebie obserwacji.
                        - Synowie Eteru to zdrajcy... - syknęła z wyuczoną odrazą, która najwyraźniej w tym momencie dawała jakikolwiek stały grunt.
                        - Gdyż chcieli robić rzeczy, według siebie, słuszne - Alison mówiła cicho i łagodnie, ale nie odpuszczała - świat nie jest czarno-biały. Do jakiego najpóźniejszego momentu znasz historię naszej konwencji?
                        - Kabała Czystej Myśli. - mruknęła.
                        - Która wyrastała na łonie Kościoła tak samo jak Niebiański Chór. Zdarzały się między nami transfery. Czy to nie dziwne?
                        - Broniliśmy przed Niebiańskim Chórem, a zdrajcy znajdą się wszędzie. - odparła wciskając palce w ziemię.
                        - A gdybyś miała tezę poddać krytyce? O obronie, zdradach i jasnym podziale? Mervi, wtedy nawet nauka nie była zdefiniowana dość wyraźnie - Alison stwierdziła rzeczowo - ludzie nie znali chemii, a tylko alchemię.
                        - Co to wszystko ma do rzeczy? Co chcesz obalić? - Mervi zapytała drżąc wewnętrznie.
                        - To co ci mówię, zakrawa o wiedzę wewnętrznego kręgu, tak podejrzewam - Alison odparła Mervi - my kłamiemy Masom, O4 kłamią O2, O5 kłamią wszystkim niżej, wewnętrzny krąg okłamuje wszystkie grupy O. Wszystko w imię kontroli Harmonogramu, w imię segregacji informacji do kompetencji.
                        - Robi w imię bezpieczeństwa! - Mervi potarła oczy.
                        - Zgadzam się - Alison powiedziała do Mervi spokojnie coś z mocą, która trochę uspokoiła Mervi - Unia Technokratyczna to najlepsze co mogło się przydarzyć ludzkości. Jednak i my nie jesteśmy bez wad. Sama widziałaś ostatnio, a może i wcześniej. Wybrałam cię, bo może kiedyś sprawisz, że Unia i opieka jaką roztaczamy nad ludzkością będzie doskonalsza. To chyba słuszna rzecz?

                        Mervi pokiwała powoli głową.

                        - Brak odgórnych zasad... to szaleństwo jakie wprowadził Adam... Jest straszne...
                        - Adam działał tak w ramach procedur. Jestem za zasadami i procedurami, ale często są niedoskonałe, wymagające poprawy. Zaczyna nam brakować serca, przestajemy dostrzegać ludzi, widzimy tylko cyferki.
                        - Chcę by świat był bezpieczny dzięki zasadom, procedurom, kontroli, poświęcenia się dla dobra ogółu... a Dewianci są zaprzeczeniem tego…
                        - Mówimy o filozofii, nie fizyce - Alison podkreśliła - już rozumiesz?

                        Po chwili finka nieoczekiwanie przysunęła się do Alison i... wtuliła się w nią rozdygotana popłakując po cichu. Alison w ciszy utuliła Mervi pozwalając jej się uspokoić. Czasem nie trzeba było więcej mówić.

                        Mervi uspokoiła się w końcu. Puściła Alison i wzięła głębszy oddech.

                        - Proszę, nie rób mi tego znowu... - wyszeptała.
                        - Deserka czy zupy kukurydzianej - Alison powiedziała po cicho - i tak dzielnie to znosisz Mervi. To zasługa, jak mniemam, twego geniusza, dla niego to bardziej naturalne. Została nam jeszcze jedna sprawa.
                        - Przydział dla mnie. - wprost powiedziała.
                        - Dokładnie - Alison potwierdziła cicho - strasznie mnie zagadałaś. Od początku chciałam o tym porozmawiać.
                        - To ja zagadałem? - pokręciła głową.
                        - Zadałaś pytanie, na które ci odpowiedziałam.
                        - Więc co z tym przydziałem?
                        - Będziesz musiała bardzo dobrze się przygotować jeśli chcesz otrzymać to, w kierunku czego pchnęłam wydarzenia. Pajęczyna - Alison rzuciła hasło trochę bawiąc się z Mervi.
                        - Alison... - finka spojrzała niecierpliwie.
                        - No dobrze, dobrze - Alison powiedziała tradycyjnym, monotonnym głosem - zabierasz ostatnią rozrywkę starej pajęczycy.
                        - Co załatwiłaś? - przysunęła się z krzesłem bliżej, jak niecierpliwe dziecko.
                        - Jest zespół pracujący w Pajęczynie nad odbudową i formatowaniem naszych sektorów. Nie jest zbyt duży, chociaż może zrobić na tobie wrażenie. Zajmują się sektorami daleko od walk, naszymi już od dawna, mając z nich zrobić całkiem przyjemne miejsca do życia. Zespół ufundowali nasi, NWO, ale ściśle współpracujemy z Iteracją X - Alison zrobiła pauzę - tyle z wad. Dwoje Iteratorów znajduje się poza naszym Konstruktorem, pracują zdalnie, z NWO jeden bacz w połowie przydziału i dwóch na stałe. Będziesz czwarta. Do tego całkiem sporo niższego personelu, grafików 3D, programistów, architektów, urbanistów, historyków. Miałabyś właśnie objąć nadzór nad sekcją historyków i architektów oraz wdrażać rezultaty waszej pracy. Oni tam budują w Pajęczynie miasta, bazy, pawilony… Nie chcemy aby to wszystko było sterylne i nudne. Jeśli życie ludzkie ma przenieść się do Pajęczyny, a przynajmniej większość czasu jaki ludzie spędzają, zbudujemy im lepsze miasta. Jednak strzegąc ludzkości, strzeżemy też jej historii i kultury. Będziesz przenosić tam zabytki, budynki, rzeźby. Nowe, nowoczesne budynki według planu urbanistów będziesz utrzymywać w zadanych, historycznych stylach zgodnych z wizją okolicy.
                        - Pajęczyna naprawdę na to pozwala? - Mervi wyraźnie się zainteresowała - Nigdy nie byłam... tam. Myślałam, że tam tylko zdrajcy są…
                        - Nasi też są nią zainteresowani. Podoba ci się pomysł?

                        Finka uśmiechnęła się szeroko.

                        - Oczywiście!
                        - Będziesz musiała się naprawdę dobrze przygotować, szef projektu zna się na tym co robi, jest wymagający i jeśli mu się nie spodobasz, to cię odrzuci. Nie chodzi o względy personalne, tu masz referencje, ale musisz wykazać się twardą wiedzą.

                        Ekscytacja malowała się na twarzy Mervi.

                        - Nie zawiodę!
                        - Wyślę ci potem listę książek, które ja polecam… oraz tych, które pokrywają się z jego zainteresowaniami - Alison odpowiedziała beznamiętnie.

                        Mervi patrzyła na Alison ze szczęściem w oczach i pewną miłością, jak do rodzica czuje dziecko. Do matki, która ją odrzuciła jak śmiecia zawadzającego drogę do pożądanego życia.
                        Finka ponownie rzuciła się na szyję Alison, choć łez teraz nie było.

                        - Stworzę lepszy świat dla ludzi. - wtuliła twarz w szyję kobiety - Piękniejszy. Stabilniejsszy. Bezpieczniejszy. - zamknęła oczy sycąc się bliskością - Stworzę taki, jak obie marzymy.
                        - Dlaczego znowu mnie macasz - Alison przekrzywiła lekko głowę w zapytaniu.
                        - A czemu ty nie robisz tego samego? - zapytała, dalej wtulając się jak dziecko.

                        Alison tylko uśmiechnęła się pod nosem, jakoś inaczej.

                        - Masz jakieś dwa tygodnie, może trzy przed rozmową z Arturem. Jest jeszcze coś - Alison zapauzowała - uważaj na Roberta. Niektórzy nie chcieli rozdrapywać sprawy Adama, stąd nam się upiekło. Robert ma planowane sesje ewaluacyjne podstawowego profilu psychologicznego. Nie przejdzie ich za nic.
                        - Nie można jakoś w tym pomóc? - powoli puściła Alison.
                        - Ewaluacja to jeszcze nie wszystko, będzie po niej na celowniku. Powinien bardzo ostrożnie się zachowywać, jeśli da radę. I chyba nie muszę wspominać, że nikomu, również mu, nic nie powiesz z naszej rozmowy. Robert jest podobny do ciebie, tylko z natury bardziej buntowniczy. To nie jest dobre połączenie.
                        - Wiem, że nie mogę mu nic mówić... - westchnęła - Choć nie lubię tego... - zapatrzyła się w podłogę - Chciałabym mu pomóc.
                        - Pomożesz sugerując mu drogę postępowania i jej pilnując - Alison odpowiedziała cicho i monotonnie, swoim zwyczajowym tonem - możesz nawet przyznać się, że konsultowałaś to ze mną. Teraz chyba i tak wszyscy już plotkują o mnie i memetyce.
                        - O mnie coś gadają? - zapytała.
                        - Teraz nie, ale zaczną jak stąd wyjdziesz. Jest późno, zasiedziałaś się, a przez asystentkę drogiego nam, poprzedniego Administratora, huczą plotki o mojej orientacji. Pewnie kilka życzliwych osób stwierdzi, że temu ci patronuję, jeszcze dzisiejsza wizyta - Alison powoli wzruszyła ramionami - nie przejmuj się.
                        - Jesteś za stara!
                        - To plotki - stwierdziła - uprzedzam. Najlepiej słuchać i je ignorować.
                        - Mam im zaprzeczać? - zapytała z uśmieszkiem.
                        - Jak uważasz - Alison wydawała się zupełnie obojętna na opinię publiczną.
                        - Robert będzie zazdrosny... - westchnęła.
                        - Czyli jednak nie za stara skoro można być zazdrosnym.

                        Powrót do domu był spokojny. Mervi nie chciała za mocno myśleć o nowym przydziale i choć mały uśmieszek plątał jej się po ustach, to nie pozwoliła na widoku dać mu wolnego panowania. Zachowała także zimny spokój, usuwając z myśli to, co usłyszała od Alison o Oświeconej Nauce, chociaż wewnętrznie drżała w stresie, któremu nie mogła dać upustu na widoku.

                        Rozpłakała się w mieszkaniu.

                        Początkowo po prostu łzy spłynęły bezsilnie, jakby umęczone powieki nie mogły już ich utrzymać. Technokratka rzuciła na podłogę teczkę i torbę, zrzuciła bezładnie żakiet... Nie miała siły nawet udawać starania się o zachowanie porządku, gdy zrzucając buty ze stóp upadła jak gałgankowa laleczka na idealnie poskładaną narzutkę, na idealnie złożonej pościeli łóżka.
                        Nie panowała nad tym, co się stało dalej.

                        Desperacki płacz rozszedł się po pomieszczeniu. Mervi rzucała się po łóżku w czystej rozpaczy, nie zatrzymując łez skapujących jej po podbródku strumieniami zmywającymi jej makijaż.
                        To nie może być tak...

                        Uniosła głowę, aby skrzyżować spojrzenie ze swoim odbiciem w wysokim pokojowym lustrze.
                        To nie tak!
                        Usiadła drżąc, gdy migrena szalała w najlepsze. Była taka jaka chciała być, wszystko stało się logiczne, zrozumiałe, stabilne, bezpieczne...
                        Nie byli jak oni...

                        Oddech urwanie wychodził z jej piersi, gnany przerażeniem tym, co zobaczyła w lustrze.
                        Nie była jak oni! Nie!

                        W tęczówkach swoich oczu zobaczyła błyszczące od łez piksele.

                        Mervi zdecydowała w końcu przedstawić Roberta ojcu... i poszło tak, jak spodziewała się finka. Ojciec miał specyficzne poczucie humoru i specyficzny sposób testowania chłopaka córki. Robert dowiedział się nie tylko, że ma nie myśleć nawet o zdradzaniu Mervi, ale ma wręcz... "zaspokajać jej potrzeby". I nie była tu mowa o potrzebach materialnych.
                        Technokrata był spięty podczas rozmowy, ale nie panikował, jednak opowieść o tym, jak ta nudna dziewczyna wdawała się w bójki naprawdę go zaskoczyła. To było ostatnie, czego mógł się po niej spodziewać.
                        Tatek wydawał się naprawdę zadowolony, iż jego dziecko wreszcie trwało z kimś w związku. Jak można było się spodziewać, Mervi była cichą dziewczyną, która nie posiadała znajomych, a na pewno kogoś bliższego... tylko czasem biła i większych od siebie?!

                        Dziewczyna zrzuciła na niego bombę niedługo po rozmowie, informując, że może usłyszeć plotki na jej temat i to nieprawda. Gdy udało się usłyszeć jakie plotki... zrobiło się dziwnie. Następnego dnia wręcz Robert dopytywał o to, czy plotki to na pewno tylko plotki... oraz czy Mervi jest pewna, że Alison to nie jakiś seksualny predator udający Patrona.

                        Młoda technokratka wręcz błagała Roberta by ten uważał teraz na zachowanie. Przekazała mu, co Alison jej przekazała, dodając że jeżeli będzie serio źle - niech od razu da znać. Dowiedziała się, że Robert stara się o przydział do sekcji bezpieczeństwa, czego nie chcą mu dać. Miał trafić do baz danych NWO, co i Alan popierał. Mervi nie zdziwiło, że nie chcą dawać dostępu do systemów bezpieczeństwa komuś, kto para się entropią, nie jest stabilny Geniuszem i psychiką, a do tego ma tendencje do niesubordynacji i buntu. Sama finka widziała w tym za dużo podobieństw do wirtualnych zdrajców.

                        W całym pokoju rozłożone były książki, jakich wiedzę musiała przyswoić, żeby przygotować się z sukcesem i otrzymać wejście do projektu, co wymagało bycia zaakceptowanym przez wymagającego Arthura. Małe mieszkanko Mervi w tym momencie przypominało miejsce studenta w trakcie ostrej sesji egzaminacyjnej. Już na początku porzuciła perfekcyjny porządek przestrzeni, a po kilku godzinach jakikolwiek porządek. Notatki, książki, wydruki... Wszystko walało się bez ładu w każdej możliwej wolnej części pokoju, pokrywając też podłogę wysokimi wierzami papieru.

                        Przerzucała strony książki poleconej jako pozycja dotykająca zainteresowań szefa projektu. Przed nią stał zahibernowany laptop o zamkniętej pokrywie, przywalony ciężarem notatek, jakby one miały chronić przed wydostaniem się potwora z komputera. Niestety, potwór i tak skakał po kolumnach papieru na półkach, podłodze, stole, łóżku i biurku...

                        "Nie przeszkadzaj."

                        Próbowała ignorować ten glitch przestrzeni zniekształcający obraz... choć czasem było ciężko...

                        "Daj mi spokój!"

                        Zacisnęła zęby, gdy przez granicę wzroku przemknęła kolorowa smuga pikseli.

                        Nie mogła skupić się na lekturze, gdy Glitch skakał w jakiejś euforii po wszystkim. Nie miała do tego cierpliwości... może powinna wrócić do leków?
                        Zgrzyt zardzewiałego metalu rozbrzmiał w jej uszach.
                        Mervi poderwała się z miejsca z mniejszym tomem w ręce i rzuciła nim w zgromadzenie artefaktów tańczących po ścianie.

                        "BO NIGDZIE NIE PÓJDZIEMY!"

                        Patrzyła jak artefakty zastygają nagle, po czym ześlizgują się po ścianie jak gęsta ciecz, rozlewając na podłodze. W ciszy.
                        |-

                        Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • JhnWJ Online
                          JhnWJ Online
                          JhnW
                          Administrator Obsługa Developer
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                          #27

                          Mervi spotkała się z Arthurem w jednej z wielu sal małych sal konferencyjnych w podziemiach konstruktu. Technokrata był wysokim, siwiejącym mężczyzną o zimnym, analitycznym spojrzeniu, które podkreślały kwadratowe okulary oraz wąskie usta osadzone na tle smukłej, pociągłej twarzy. Wszystko wskazywało na to, że zaczynał dopiero czwartą dekadę życia.
                          Miał na nogach eleganckie buty, ciemne dżinsy oraz granatową, elegancką koszulę włożoną w spodnie, bez krawata. Całość dopełniały detale - prosty, metalowy zegarek, słuchawka w uchu do rozmów telefonicznych oraz delikatna woń perfum.
                          Mervi kojarzyła te wszystkie elementy. Standardowy zestaw męskich strojów. Podobne do tego, co ona sama stosowała, z czym zetknęła się pierwszy raz przy zakupach z sympatykiem Syndykatu. Zatem Arthur był w tym względzie dość schematyczny, niechętnie odchodził od zaleceń - coś, na co pozwalał sobie na przykład Franklin.
                          Przywitał Mervi niezbyt silnym uściskiem dłoni. Na stole miał już przygotowany laptop oraz kilka wydrukowanych kartek.
                          Mervi czuła się zdenerwowana. Stres, który jej towarzyszył przez całą naukę był w plenerze.

                          - Dziękuję za to spotkanie. - odezwała się po uścisku dłoni.
                          - To wchodzi w skład moich obowiązków.

                          Arthur odpowiedział wskazując Mervi miejsce, samemu zajął swoje. Po chwili zaczął sortować wydruki.
                          Mervi usiadła na wskazanym miejscu, w milczeniu czekając... Nie wiedząc co powinna zrobić. Po chwili dostała od technokraty arkusz… testu.

                          - Uzupełnij. Postaraj się pisać czytelnie.

                          Dziewczyna zaczęła wczytywać się w test i skrupulatnie wypełniać starannym pismem, o twardym, maszynowym kroju.
                          Test okazał się dość podstawowy. Mervi sądziła, iż nim Artur po prostu chce odsiać chętnych, którzy na banałach by się rozłożyli nim przejdzie do następnej fazy kwalifikacji. Po co w sumie miałby marnować więcej sił na kogoś, kto nie ma podstawowej wiedzy? Dość szybko uporała się z pytaniami, oddając zapisaną równym pismem kartkę.
                          Arthur zrobił to, czego dokładnie Mervi się spodziewała. Zeskanował jej test i sprawdził podsumowanie w sposób automatyczny, na komputerze rozpoznającym tekst, oraz, co ważniejsze, jego rzeczywistą treść.

                          - Dobrze. Dlaczego chcesz dołączyć do mojego zespołu?

                          Tego pytania się obawiała... zawsze je zadają na rozmowach kwalifikacyjnych i ciężko odpowiedzieć...

                          - Dla budowania rzeczywistości dla Ludzkości, do wykorzystania gdy nadejdzie zmiana.
                          - A personalnie?
                          - Możliwość wykorzystania moich zdolności architektonicznych jest personalnym celem.
                          - Dobrze - technokrata przytaknął powoli - to dlaczego już w pytaniu drugim napisałaś takie bzdury?

                          Technokrata zaczął wyjaśniać jej co było nie tak - dość sucho i butnie. Jednak wszystko co mówił, świadczyło, że to ona ma rację, a nie on. Arthur jako dowód jej braku wiedzy podawał po prostu masę popularnonaukowych opinii, półprawd i jawnych kłamstw.
                          Mervi poczuła w sobie delikatny, rozpikselowany ogień pasji.
                          Dziewczyna zmarszczyła brwi.

                          - To co mówisz świadczy o prawdziwości moich odpowiedzi. - nie miała zamiaru mu popuścić - A twoje słowa bazują na popularnonaukowych artykułach z pism. - usiadła wygodniej, nachylając się do technokraty, aby pewnym twardym tonem wypunktować mu

                          szystkie błędy jakie popełnia, pokazać prawdziwość słów. Było to jednocześnie merytoryczne, oblane całkowitą wiarą w swoje słowa i jakąś gotowość na walkę w ich obronie.
                          Arthur wsłuchiwał się w wypowiedzi Mervi z wyraźnym zainteresowaniem, miejscami punktując ją - tym razem mając jednak miejscami trochę racji - ale wciąż prawda była po jej stronie. Na koniec jednego ze zdań które padło po stronie dziewczyny, mężczyzna uśmiechnął się lekko - po raz pierwszy od początku ich rozmowy.

                          - Przepraszam za ten mały wybieg - powiedział spokojnie - to był tak naprawdę docelowy test. Jednocześnie testuje prawdziwą wiedzę podczas rozmowy oraz umiejętność dyskusji i przeciwstawienia się autorytetowi. Jako członek naszego zespołu będziesz zarządzać ludźmi, który będą budzić w tobie szacunek, będą to czasem profesorowie, może sławni architekci, historycy. Dobra robota.
                          - A kto w sumie jest w zespole? - zapytała, chcąc poznać też opinie Arthura... któremu przed chwilą gotowa była się postawić.
                          - Dostaniesz publiczne akta osobowe członków naszej komórki. Każdy samodzielnie lub parami kieruje poczynaniami personelu pomocniczego, wszyscy raportują do mnie. Tobie przypadnie samodzielne wdrożenie i własny zespół. W razie problemów z komunikacją mamy wsparcie innych komórek NWO, więc możesz po prostu napisać szereg zapotrzebowań na analizy lub inne materiały, a wyznaczenia badacze dostaną granty i podprogową zachętę. Chociaż w większości rzeczy do tej pory wystarczała nam nasza baza operacyjna zasobów.

                          Baza operacyjna zasobów - czyli sympatycy i technokraci niższego szczebla. Mervi znała ten termin, i od kiedy ograniczyła lekarstwa, budził weń mdłości.

                          - Będziesz mieć czas na spotkanie za tydzień? Wideokonferencja, nie wszyscy są u nas stacjonarnie. Po nim od razu pomogę ci z osprzętem VR.
                          - Oczywiście. - odparła z uśmiechem, czując rozpierającą ją radość - Ale część z grupy pojawi się stacjonarnie?
                          - Niewielki, nie wymagamy fizycznych zebrań.
                          - Podasz czas i miejsce, i zjawię się na pewno.
                          - Wrzucę ci w kalendarz. Jak przejrzysz akta, po prostu pisz do mnie z pytaniami. Taka forma komunikacji nad detalami jest efektywniejsza - powiedział z chłodnym profesjonalizmem w głosie.


                          Tak jak Arthur zapowiadał, Mervi otrzymała od swojego nowego przełożonego publiczne kartoteki swych nowych współpracowników. Gdy przeglądała informacje, miała świadomość, iż robią dokładnie to samo o niej. Jakaś wewnętrzna część technokratki czuła dziwną satysfakcję.
                          Nie wiedzą, że ja wiem. Nie wiedzą, że dewianci i my jesteśmy tacy sami.

                          Dwoje członków Iteracji X pracowało poza Konstruktem i jego najbliższymi przyległościami. Ich lokalizacja i szczegółowa przynależność organizacyjna została utajniona, chociaż Mervi przypuszczała, iż należą po prostu do innego Konstruktu. Posiadali tylko typowe, iteracyjne identyfikatory które w ramach projektu aliasowanie do krótszej formy AX-7 oraz BX-6.
                          AX był osobnikiem bardziej doświadczonym, odpowiedzialnym za koordynację działań z Iteracją X. Był specjalistą od big data, transformacji sektorów pajęczyny oraz teorii informacji. BX-6 zajmował się modelowaniem układów dynamicznych oraz danymi społeczeństw i symulacją inteligencji.
                          AX-7 zajmował się również techniczną stroną sektora i jego stabilności, podczas gdy BX-6 modelował behawioralny model społeczeństwa kßorer miałoby zamieszkać w Pajęczynie.
                          Dwa cyborgi. Ciekawe jak bardzo odczłowieczone. Wyglądało, że dość znacznie.
                          Poza Arthurem, NWO miało półtorej etatu.
                          Mia była właśnie połówką etatu, zajmując się głównie aspektem technicznym stabilności oraz dbając o sprzęt VR. Nie było za wiele informacji o niej, poza tym, że kobieta należała do pionu technicznego Operatorów, a przyt pierwszym spotkaniu wprost powiedziała Mervi, że jest tu po to, bo NWO nie ufa iteracji, nie chcąc zrzucać całego aspektu technicznego na AX-7. Była to dość bezpośrednia, aby nie powiedzieć chamska osoba o zadziwiająco sympatycznym wyglądzie niskiej, lokatej brunetki w standardowym uniformie NWO. Dane mówiły, iż jest również badaczem który przy okazji pracy w projekcie, zbiera dane o strukturach samorganizujacych się w Pajęczynie.
                          Glitch nawet ją polubił, Mervi mniej, chociaż czuła podobieństwo między nimi. Tak jak Mervi była niezręczna towarzysko i czasem zxakłopotana, tak Mia mówiła z szelmowskim uśmiechem i akcentem stanów południowych “fuck it” wygłaszając swe brutalne sądy… nie chcąc nikogo skrzywdzić.
                          Drugim agentem NWO był Jack, brodaty, wysoki mężczyzna które przy przyjściem Mervi zajmował się wyłącznie kwestiami budownictwa, a docelowo mając skupić się wyłącznie na organizacyjnym oraz administracyjnym aspekcie sformatowanych sektorów, włączając w to urbanistykę w kontekście użyteczności.

                          Pierwsze spotkanie zespołu było dość osobliwe. Itrartorzyt praktycznie wcale się nie odzywali, poza kilkoma celnymi w punkt uwagami AX-7 które jednak wygłosił z dziwnym opóźnieniem (niestety nie wiedziała jak wyglądają, konferencja była wyłącznie głosowa), Arthur przekładał estymacje postępów prac zespołu względem wymagań Kontroli, każdy opisywał problemy, raportował za swoje zespoły. W sali znalazło się też kilku technokratów niższego szczebla, bez Geniusza, składających swoje raporty.

                          Po wszystkim Mia połączył Mervi do Pajęczyny. Był to jej trzeci raz, ale dwie pierwsze sesje były raczej treningiem. Był to też ostatni raz gdy asystowała jej Mia osobiście zamiast pracowników niższego szczebla.
                          Ułożona w wygodnym, acz trochę przepoconym łóżku sensorycznym poczuła jak powoli odpływa w pajęczynę.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • ZellZ Niedostępny
                            ZellZ Niedostępny
                            Zell
                            Moderator Obsługa
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                            #28

                            Technokratka była dziś szczerze podekscytowana. Wreszcie zostanie podłączona do prawdziwej Pajęczyny, a nie do sektora treningowego! Od rana jej serce biło z podekscytowania, a jeszcze wczoraj wysyłała masę wiadomości do Roberta przez zaszyfrowany kanał. Spamowała go radością nadchodzącej podróży.

                            Leżąc na łóżku sensorycznym czuła to piękne uczucie odpływania świadomością w inną rzeczywistość. Nawet nie przeszkadzały jej przyklejone do skóry elektrody i podłączone do nich przewody przesyłające impulsy elektryczne do i z maszyny pomagającej technokratom wskoczyć w odpowiednie pasmo. Żadna fizyczna niewygoda nie miała znaczenia, gdy finka oddawała się doznaniu wyrywania zmysłów z tego świata.
                            I ostatnie co nad sobą zobaczyła to trzy światła kontrolne podczepione sufitu rozświetlone zimną czerwienią, gdy ogarniało technokratkę uczucie zanurzania się w cyfrowej toni.

                            [media]https://i.gifer.com/FS4m.gif[/media]

                            Straciła kontakt z fizycznością, choć to czego doświadczała stało się jej rzeczywistością szturmującą wszystkie zmysły. Na jeden moment tej wieczności zapomniała o sztywnych regułach świata, o ustalonym życiu, procedurach. Szarości i braku nasycenia.

                            I w tym niewielkim wycinku czasu czuła się prawdziwie szczęśliwa.
                            Wolna.

                            Aż pasmo Pajęczyny nie stało się uporządkowanym zbiorem danych, które naparło na świadomość Mervi swoją statycznością.

                            [media]https://i.gifer.com/J4o.gif[/media]

                            Była w sektorze Unii.


                            To uczucie nagłego wyszarpnięcia świadomości ze stanu ciągłego spadania... a może lotu? Płynięcia prądem, szybowania w wodzie lub... próżni? Czy to czuje astronauta?

                            Stała na równej powierzchni technokratycznego sektora. Miała wrażenie oddechu, czuła w płucach mieszankę ziemskich gazów atmosferycznych. Grawitacja przyciskała ją do podłoża, w pierwszej chwili zaburzając równowagę technokratki. Nie była jeszcze przyzwyczajona do tych zmian, jakie przechodzi ciało podczas podłączenia, więc zachwiała się na nogach, gdy z próżni reguł przeszła do statycznej rzeczywistości.

                            Walcząc z błędnikiem przypominała sobie trening. Musiała się skupić. Wygląd w Pajęczynie musiał zostać stworzony przez siebie samego.

                            Chwilę zajęło nim zdołała przyjąć ten rzeczywisty obraz, jaki miał w cyfrowej pajęczynie stanowić jej avatar. Na prawym ramieniu białej bluzki widniał pasek z czarnym symbolem Unii. Lewą klapę kołnierzyka zdobił graficzny kod prowadzący do numeru przypisanego technokratce.

                            I była dumna z tego.

                            Mervi rozejrzała się po białym tle sektora, nagle przechodzącym w kolory pożółkłego kartonu,
                            na którym widniały trójwymiarowe plany... i obecne wokoło dwuwymiarowe architektoniczne grafiki, z którymi mogła interaktować w trzecim wymiarze.

                            Była w szoku. Jak dziecko, okręcała się wokół własnej osi chłonąć każdy element tego miejsca.

                            - Niesamowite... - szepnęła w przestrzeń.

                            Mervi rozglądała się zafascynowana niczym dziecko wśród zabawek. Podchodziła do dwuwymiarowych szkiców na trójwymiarowej przestrzeni, które wydawały się jej tak prawdziwymi budowlami, jak dopiero planami, złożonymi z miliona geometrycznych form czy prostych linii. Nie wiedziała już czy naprawdę znajduje się w miejscu budowy czy na stole kreślarskim.

                            Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • JhnWJ Online
                              JhnWJ Online
                              JhnW
                              Administrator Obsługa Developer
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                              #29

                              - Widzę, że już jesteś - za plecami Mervi wyrósł jej Arthur.

                              Mervi poznała go po publicznym identyfikatorze, gdyż w pajęczynie używał jednego ze standardowych maskujących avatarów w postaci złotego humanoida o pustej, pozbawionej rysów twarzy, odzianego w prosty, beżowy garnitur. Głos jakim się do niej odzywał przypominał efekt wczesnych syntezatorów, lecz o wiele płynniejszy - kolejne standardowe masowanie.

                              - Masz nieregulaminowy avatar dla twojego stopnia - Arthur delikatnie zwrócił jej uwagę, bez natarczywości - przy twoim zaszeregowaniu powinnaś używać avatara maskującego, najlepiej jednego ze standardowych typów. Zalecane są też programy zmiany mowy ciała. Potrzebujesz z tym pomocy?
                              - Uh... - Mervi wyglądała na zażenowaną swoim błędem już na początku - Byłabym wdzięczna za pomoc... - odparła nie chcąc dalej skopać avatara.
                              - Dobrze - Arthur otworzył dzielony panel kontrolny połączony z ustawieniami sektora - wolisz coś w moim stylu czy po prostu wariant realnego wyglądu? - zapytał rzeczowo.
                              - Wariant realnego. - wybrała.
                              - No to tyle - Arthur ustawił permutację Mervi w okolicach czterdziesto-kilku letniej kobiety w garsonce, surowo patrzącej na świat. Było to dość dziwne…
                              - Tak będziesz wzbudzać więcej szacunku. Rozejrzałaś się już po sektorze?
                              - Dopiero weszłam, więc tylko pobieżnie w tym miejscu. - ogarnęła ręką na około.

                              -Nic nie szkodzi, będziesz mieć czas.
                              Arthur poprowadził Mervi przez rzeźbiony, biały most. Po jego prawej stronie widziała wznoszone kopuły na wzór dawnych meczetów, tworząc architektoniczne cuda biur w o smaku klasycznym. Po prawej widniał prawdziwy (a przynajmniej prawdziwy w kategoriach cyfrowego świata) plac budowy. Z bloków informacji, pikseli, rastrów i poligonów wznosiła się olbrzymia katedra. Przełożony Mervi wskazał na to.

                              - To będzie część Twojej pracy.
                              - Świetnie... - Mervi była zafascynowana wszystkim, aż jej oczy zdawały się błyszczeć z radości - Kiedy zaczynamy?
                              - My już dawno zaczęliśmy, jak widzisz - technokrata odpowiedział uprzejmie - kiedy ty zaczniesz, zależy od ciebie. Masz swój zespół, harmonogram, cele. Musisz się nauczyć działać tu i przedstawić się swoim ludziom. Chciałbym abyś za tydzień była wdrożona. Pamiętaj, powinnaś być tu dość ostrożna - Arthur poprowadził Mervi w rejon budowy i kanciastych, poligonowych kładek - to jest cyfrowy plac budowy.
                              - Czemu ostrożna? - zapytała - Coś tu jest niebezpiecznego?
                              - Jak to na budowie. Poślizgniesz się i formatuje cię z fundamentami.

                              Mervi poznała swój zespół, zarówno współpracowników których mogła traktować jak sobie równych jak i podległych jej sympatyków. Początkowo trudno było się jej wdrożyć w kierowanie zespołem, lecz dość szybko się zaadaptowało. Może z wyjątkiem jednego detalu – dwoje profesorów z którymi miała zajęcia było jednocześnie jej podwładnymi. Anonimowość ułatwiała tego typu relacji.
                              Wciąż czasem odwiedzała Alana i Alison, lecz miała coraz mniej czasu na cokolwiek poza budową w Pajęczynie oraz studiami. Cieszyła cię tylko, że odrzuciła harmonogram… Musiała wszak wygospodarować coś dla Roberta.
                              Lecz czuła, iż problemy uderzą ponownie. Pierwszym zwiastunem było zachowanie Glicha (całkiem przywykła do tej nazwy). Jej Eilodion był niespokojny, lecz zauważyła, że nie dawał się jej we znaki jak poprzednio, i chyba rozumiała dlaczego. Tym razem nie wypierała swego niezadowolenia (ich wspólnego niezadowolenia?). Oboje z każdym dniem stawali się coraz bardziej sfrustrowani.
                              Chcieli tworzyć, mieli pomysły. Chcieli budować, wymyślać, realizować śmiałe koncepcje. Jeśli stary świat ma się skończyć, nie można było stworzyć nowego świata odtwarzając to co istniało. Trzeba było iść naprzód…
                              ...i tego Mervi nie mogła. Została sprowadzona do roli odtwórczyni istniejących dzieł. Zero kreatywności, kopie, schematy, harmonogramy pracy. Nawet te ułamki własnej inwencji łączenia poszczególnych budynków i stylów architektonicznych zabrano jej – twierdzono, że to praca dla sympatyków, a ona jako Technokrata miała tylko czuwać nad tą niższą pracą.
                              Alan ostrzegał ją aby pilnowała swoich odczytów, odchylała się od linii bazowej. Prosił też aby baczyła na Roberta.
                              Robert… Niewiele mówił o swoich problemach. Raz tylko pękł w złości gdy czasowo ograniczono go do O1 gdy „testował zabezpieczenia” kolejnego systemu. Odchylał się mocno od linii bazowej, mówił o tym. Lecz potem znowu temat Roberta jej umknął gdy w połowie roku spadła na nią kolejna informacja.
                              Mervi straciła ojca. Wypadek podczas pracy. Było już dobrze, Unia połatała staruszkowi kręgosłup. Jeszcze tydzień wcześniej śmiała się w duchu, że jej tata jest cybergiem – a potem już go nie było. Dowiedziała się o tym w nocy i pierwsze co zrobiła, to przyłożyła Robertowi. Potem siedzieli razem do rana. Dostała krótkie zwolenianie z obowiązków. Alison podobno sprawdziła dla niej – było czysto. Siedziały przy ciastkach.

                              - Naprawdę Mervi, takie rzeczy się zdarzają. Mam dostęp do danych, nike było planowanych akcji. Więcej, twój ojciec był objęty programem ochrony.

                              Mervi widziała za plecami swej patronki neonowy napisz: kłamca. Na następny dzień sama sprawdziła dane.
                              Operacja puryfikacji społecznej. Zadanie finalnego odcięcia agenta Unii od zewnętrznych zależności gdy ten nie zrywa ich sam lub propozycja zerwania będzie negatywnie odebrana. Cel: ojciec. Drążyła dalej w transie rozsypujących pikseli.
                              Identyfikatory upoważnień…
                              ...Alison? Nie, nie była pewna czy dobrze to rozumie, identyfikator miał też dodatkowe dane. Na pewno Alison wiedziała, ale czy... Nie rozumiała...

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • ZellZ Niedostępny
                                ZellZ Niedostępny
                                Zell
                                Moderator Obsługa
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                #30

                                Mervi czuła się przybita, gdy wyszło, że w Pajęczynie nie będzie działać twórczo. Nie mogła dodać nawet potrzebnych modyfikacji, bo nie mieściły się one w planie Technokracji. Była architektem... a nie mogła niczego sama stworzyć. Czasami była tym tak sfrustrowana, że bliska płaczu. Irytacja Glitcha nie pomagała, a jedynie bardziej przybijała dziewczynę, która czasami wręcz musiała się gryźć w język, aby nie zacząć sama tworzyć. W końcu odnalazła Arthura, aby wprost go zapytać czemu technokraci nie mogą sami tworzyć? Przecież zachowałaby wszelkie cechy historycznych budowli, nadając jedynie im życia, nie bazując na surowości stylu, jaki nie powstał w czasach o innych potrzebach.
                                Przełożny Mervi był jak zwykle profesjonalny i beznamiętny, odsyłając ją do materiałów projektu gdzie jednymi z założeń było górnolotnie nazwane “zachowanie ciągłości społeczno-historycznej jako narzędzie wspomagające adaptację ludzi do nowych warunków”. Dodał jeszcze dwie kwestie, sam od siebie. Pierwszą było to, jak Mervi i jej czas były cenne dla Unii. Po prostu praca “na budowie” przez nią byłaby nieefektywna. Druga kwestia tyczyły materii bardziej śmierdzącej… polityki. NWO musiało obstawać przy bardzo konserwatywnym podejściu do Pajęczyny bo każde zezwolenie na odstępstwa wykorzystywała Iteracja X przeciągając zupełnie w drugą stronę tworząc coś m co nie miało wiele wspólnego z domem dla ludzkości, a tylko siedliskiem ich idealnej post-ludzkości. Coś czego NWO się bało i jak zdążyła zauważyć, nienawidziło często nie mniej niż dewiantów.

                                Robert mógł zobaczyć, że dziewczyna pałająca wcześniej ekscytacją na pracę w Pajęczynie szybko straciła całą iskrę radości. Była wyraźnie przybita czymś, czym zaskakująco nie chciała się podzielić z chłopakiem. Trwała w goryczy związanej z pracą w wirtualnej rzeczywistości i choć nie mówiła nic, jasne było, iż jest po prostu rozczarowana. Popłakiwała czasem w poduszkę z jakiejś frustracji tym poczuciem bezsilności.

                                Aż pewnego dnia postanowiła trochę zacząć realizować swoje pomysły w Pajęczynie. Nadal starając się kierować pracą Sympatyków, wydzieliła dalszy obszar w sektorze, aby na jego powierzchni sama budować to, czego pragnęła, z dala od nadzorowanej budowy. Starała się kontrolować ją "na odległość", sama tworząc budowle, o jakich marzyła. Zachowywała dawną estetykę, ale jednocześnie ulepszała jej elementy szczegółami potrzebnymi nowoczesnemu światu.
                                Obawiała się wykrycia, ale... nie mogła się powstrzymać.

                                Jej działania zostały dość szybko wykryte, ale skończyły się na stanowczym stwierdzeniu Arthura, że rozumie, iż każdy Technokrata ma swoje poboczne działania, ale nie życzy sobie w swoim projekcie takiej suboptymalności.Było to dość delikatne ustawienie jej do pionu, po którym musiała grzeczne stanąć w szeregu i dostosować się do tej szarości.

                                A po tym było tylko gorzej.

                                Mervi nie oczekiwała, że tak szybko straci jedyną osobę z rodziny, która pozostała, mimo wszystko. Pierwszą reakcją był szok. Drugą... atak na Roberta.
                                Biła go kierowana histerią, jakiej nie umiała inaczej rozładować. Chłopak spacyfikował szybko technokratkę, która jeszcze trochę szarpała się w jego objęciach, krzycząc że chce umrzeć. Dopiero po dłuższej chwili uspokoiła się i opadła bez sił płacząc w pierś Roberta. Technokrata próbował uspokajać ją chociażby będąc obok niej. pozwalał jej wypłakiwać swoją pierś mówić co tylko chciała niezależnie jak dużo czasu by to zabrało. Nie opuszczał jej na krok, przez całą noc nie bacząc na swoje własne zmęczenie, zupełnie Jakby zapomniał, że jutro kolejny dzień pracy w Unii, które to i na nim odcisnęło swoje piętno.

                                - Moja matka nie wytrzymała potrzeby zajmowania się dzieckiem które to potrzeba zabierała jej młode lata. Postanowiła odejść, urządzić sobie życie na nowo. jedynie mój ojciec nie chciał się zgodzić ani wcześniej na aborcję, ani teraz na opuszczenie problemu. Rozsierdziło to matkę według której oferta ucieczki jaką złożyła swojemu mężowi powinna być nie do odrzucenia dla kogoś kto nawet nie zarabia wystarczająco wiele, aby zaspokoić wszystkie jej potrzeby. - mówiła przytulona do Roberta - Jednak nic co mówiłby tata nie zmieniło zdania mojej matki. Dla niej liczyła się ona i tylko ona. Nie interesowałam jej... - zamknęła oczy - ciągle pamiętam jak odchodziła. Słyszałam jej słowa pełne pogardy dla mojego taty... - uniosła wzrok zapłakanych oczu na twarz Roberta - Dla niego byłam ważna. Zawsze. - głos się załamał dziewczynie - Tylko dla niego...

                                Mervi nie ukrywała ogromu swoich uczuć jak ją zalały po śmierci ojca. Była na tyle rozbita psychicznie, że wpływało to na jakość wykonywanej pracy w sektorze Unii. Nie szukała pocieszenia w swoim Glitchu. Prawdę mówiąc przestała jakkolwiek reagować na jego próby kontaktu. Nie była to jednak wina samego geniusza a faktu iż technokratka unikała kontaktu z kimkolwiek.

                                Kiedy nie dostała pozwolenie na wzięcie urlopu aby pojawić się na pogrzebie ojca coś wewnątrz cichutko zaczęło trzeszczeć w jej psychice. Udała się do Alana i ten załatwił wolne dla dziewczyny abym mogła ostatni raz zobaczyć ojca i tym samym pożegnać go ostatecznie. Nie rozumiała jak ktokolwiek mógłby podjąć tak nie ludzką decyzję i odmówić jej tego urlopu.

                                Słowa Alison początkowo mogły uspokoić Mervi... gdyby Glitch nie wtrącił swoich trzech błyszczących groszy. Technokratka nie chciała mu wierzyć. Wolała odrzucić to pozbawione dowodów oszczerstwo. Zapomnieć, zapomnieć, wrócić do zwykłej rutyny. Do bezpiecznej statyczności...

                                Nie mogła.

                                Alison powiedziała jej, że nic wcześniej nie wiedziała, a jednak Finka nie mogła powstrzymać się przed sprawdzeniem tej informacji w komputerze. Oczywiście nie powinna wchodzić w te dane, nie miała uprawnień. Na pewno nie powinna hackować danych Unii, a jednak dokładnie to zrobiła... Czego tak naprawdę oczekiwała? Potwierdzenia że Alison jej nie okłamała, a geniusz po prostu jak zwykle histeryzował. Poszukiwała tego statycznego spokoju... dlatego zderzenie z prawdą było tak straszliwie bolesne dla młodej technokratki...

                                Mervi oczekiwała na Alison w umówionym miejscu na zewnątrz Starbucksa. Stała bita plecami w ścianę kawałek od wejścia przy zakręcie. Wyglądała na straszliwie umęczoną, podkrążonymi oczami od płaczu.
                                Technokrata pojawił się punktualnie. Alison wyglądała dziwnie jak zawsze długa, ołówkowa spódnica do kostek, ciepły sweter barwy zgniłej zieleni, wielki okulary i bezładnie opadające na boki włosy, w tym na cześć twarzy. Brakowało jej tylko nerwowo ściskanego podręcznika przed sobą aby wyglądając jak z taniego filmu. Ale gdy spotkała Mervi, nie odezwała się. Po prostu przytuliła ją przed wejściem silnie ściskając. Wsunęła jej też w rękę kartę.
                                Chyba bała się podsłuchu? Równo zapisany świstek papieru był mocno wygnieciony.

                                “Nie mogłam nic zrobić. Próbowałam. Powinnam zadziałać jawnie. Przepraszam.”

                                Finka przytuliła się do szyi Alison i przesunęła usta do jej ucha.

                                - Zdradziłaś mnie. - szepnęła - Zabrano mi wszystko, a ty na to pozwoliłaś. W głosie dziewczyny słychać było gorzkie poczucie zdrady, jaka bolała dodatkowo, gdy pochodziła od kogoś o kim tak wysoko myślała.

                                Alison odsunęła się powoli od kobiety, zostawiając jej w rękach kartkę. Była spokojna jak zawsze - trudno było ją prawidłowo odczytać. Milczała, jakby nie chcąc powiedzieć zbyt dużo.. Do chwili.

                                - Chrzanić to - westchnęła - popełniłam błąd, ale nikogo nie zdradziłam - powiedziała pewnie - chcesz mnie posłuchać czy będziesz szafować wyrokami?
                                - Miałaś uprawnienia. - powiedziała tylko, ale słychać było, że łamie się jej się głos z każdą wypowiedzianą sylabą.
                                - Nie wiesz jak to jest Mervi? Technokraci mają obowiązek zerwać z rodziną… Dobrze o tym wiesz, odwlekałaś to. Miałaś dostać ultimatum od Unii, złożyłam wniosek, aby odwlec to dwa lata, abyś stanęła na nogi. I wtedy… Nasze niesamowite algorytmy postanowiły co innego…

                                Mervi gwałtownie odsunęła się od Alison i syknęła jej prostu w twarz:

                                - I teraz sądzicie, że wszystko będzie grało, że będę pracować tak jak zawsze? Że będę nadal uważać Unię za rodzinę, gdy zamordowaliście jedyną osobę dzięki której przetrwałam do tego czasu? - chwyciła Alison za ramiona krzyknęła je w twarz - Dlaczego uznaliście to za dobry pomysł?!
                                - Nie my - technokratka była zimna i spokojna - komputer. Jakbyś się zastanawiała dlaczego nie lubię iteratorów… to była nasza maszyna, NWO… Ale, widzisz jak jest - kobieta spuściła wzrok w ziemię. Rozpłakała się niekontrolowanie przez dłuższy czas nie będąc w stanie się uspokoić.
                                - i co teraz powinnam według ciebie robić patronie? - wydusiła w końcu z siebie.
                                - To co ja - Alison spojrzała Mervi głęboko w oczy - zmienić Unię.

                                Zaśmiała się szyderczo na te słowa.

                                - Zmienić, po prostu teraz zmienić... Czy podobną krzywdę uczyniliście Wirtualnym?
                                - Tak - Alison powiedziała szczerze.

                                - Dlaczego mi to zrobili... Czemu musieli zabić mojego ojca... - przymknęła oczy - Czy nie spełniam wszelkich wymogów stawianych przede mną? - uniosła spojrzenie na Alison - Czy nie oddaje im życia?
                                - Nie - Alison stwierdziła bolesną prawdę - nie spełniasz Mervi, trafiłaś do specjalnej jednostki, wciąż masz zajęcia z Alanem… - Alison nie szczędziła palącej prawdy - …jesteś jednym z elementów, które przywrócą Maszynie człowieczeństwo. Tak jak ja.
                                - A kto przywróci życie mojemu ojcu?! - krzyknęła Finka - Gdybym nie istniała nic takiego by się nie stało. Jego śmierć jest na moich barkach, a dla was to nic nie jest?! - chwyciła Alison za ramiona i przesunęła swoją głowę do jej twarzy, aby wyszeptać agresywnym tonem - Idąc tu myślałam jak bardzo chcę cię zabić. Jak bardzo nienawidzę Unii.

                                Alison wymieniła spojrzenie z Mervi. Jeden moment, jedno uderzenie serca które było jak obuch dla Mervi. Ile tak naprawdę wiedziała o swojej patronce? Ile wiedziała o nich wszystkich… Ta jedna myśl gdy zobaczyła w oczach kobiety ból, skrywane przed wszystkimi oceany dawnego cierpienia. Piksele zaiskrzyły jej na krawędzi wzroku niczym dziwne, cyfrowe oświecenie.
                                Bo najsmutniejsi są ci, po których nie widać.
                                Potem kolejna myśl, dewiant - Ulisses. Przypomniała go sobie siedzącego w konstrukcie, obitego, zmęczonego tym wszystkim, a jednak idącego do przodu - tylko po to aby uratować swoją przyjaciółkę, szedł mimo, iż równie możliwe byłoby, że zobaczyłby jej truchło.
                                Potem przyszła kolejna świadomość. Dwójka braci, do których pochwycenia przyczyniła się. Dewiant ich uwolnił, widziała akta - widział doskonale to, co Unia zrobiła im, ale wtedy to nie byli “oni”. Mervi była też w to umoczona, jako kolejny tryb Maszyny.
                                I mimo to nie nienawidził.
                                I patrzyła na Alison, w której też nie czuła za dużo gniewu - chociaż trochę jednak tak - i przypominała sobie co zrobiły razem z Adamem. Może była to intryga technokratki, ale ona po prostu nie mogła sprawić, aby skrzywdzono kogoś…
                                …więc i może nie chciała, aby Mervi skrzywdzono? Chociaż kto ją wie, wszak twierdziła, iż oświecona nauka niewiele różni się od sztuk dewiantów…

                                - Ale jestem słaba. - puściła kobietę - Kiedy trzeba nie potrafię krzywdzić a kiedy nie... krzywdzę i zabijam.

                                Writing is a socially acceptable form of schizophrenia.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • JhnWJ Online
                                  JhnWJ Online
                                  JhnW
                                  Administrator Obsługa Developer
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                  #31

                                  To był ciężki czas dla Mervi. Maszyna nie miała uczuć, miała tylko predykaty wyższego rzędu i harmonogram ich realizacji, a Mervi coraz mocniej do tego nie pasowała ogarnięta rozpikselowaną apatią. Spadły jej oceny w wewnętrznych systemach unii. Sesje z Alanem wyglądały coraz ciężej.
                                  Gdy powiedziała Robertowi co się właściwie stało, technokrata był równie wściekły jak ona. Ale i on powiedział Mervi, to co jej patrona – zmienią Unią. I powiedział coś więcej, jak staromodny rycerz w pogniecionym podkoszulku, pośród sterty elektroniki, ujmując dłoń Mervi.
                                  Obiecał jej, że razem zmienią Unię, a potem świat. I było w tm coś magicznego, że nawet piksele Glitcha przybrały jednostajny odcień morskiego błękitu. Coś jak przekucie bólu w moc. Bo wiedziała, że Robert też czuje ból.
                                  Drugą iskrą światła było nagłe przeniesienie Roberta do sekcji zabezpieczeń Unii. Spełniło się marzenie technokraty, a Mervi wiedziała, że będzie w tym dobry. Nie wiedziała ile Alan się domyślał, ale rozmowa z nim dała Mervi wyjaśnienie sytuacji. Mężczyzna osiąga pełnię swego potencjału gdy ma kobietę dla której ma działać. Okoliczności śmierci ojca Mervi pchnęły Roberta do intensywnej pracy nad sobą. Aby uczynić Unię lepszą… dla niej. Wchodził w paszczę lwa aby zmienić go w kota domowego.
                                  Alan ostrzegł ją jednak. Takie przemiany bez wsparcia są krótkotrwałe.
                                  Trzecia iskra była iskrą chaosu. Technokratka właśnie badała granice sektora unii. Dwóch podległych jej sympatyków badało stabilność granic symulacji, Mervi analizowała plan działań lecz myśli zaprzątały jej kwestie jej pracy dyplomowej. Pęczyna była tutaj wyjątkowo elastyczne, ledwie preformatowana w nieco znośniejszą formę.
                                  Siedziała na utworzonym z kodowych brył fotelu trzymając książkę-artefakt. Jeden sympatyk wpisywał na unoszącej się nad jego twarzą konsoli komendy, drugi rachował potrzeby pod kolejne repliki budynków.
                                  A chwilę później rzeczywistość pod ich stopami zaczęła się defragmentować. Ktoś nadpisał uuid sektorów oraz właściciela. Procedury ochronne, w które wyposażono agentkę uruchomiły się same, a ona podkręciła swoje wewnętrzne taktowanie cztery razy.
                                  Była zegarem nad zerami. Szybki skan. Zamaskowana obecność. Atak. Posiłki przybędą za późno, trzeba ratować sektory. Tego typu akcje były niegroźne dla niej i podwładnych, ale mogli nie tylko stracić fragment sektora – mogli stracić w tym kierunku możliwości ekspansji.
                                  Mervi szeptem zaklęła pod nosem. Jeszcze tylko tego jej brakowało, aby musiała się kłopotać terroryzmem w sektorach. Automatycznie został przesłany raport o naruszeniu sektora do odpowiedzialnych służb. wątpliwe było, że pojawią się tu wystarczą co szybko, ale nie to była najważniejsze. Nie wiedziała jeszcze z jaką skalą ma do czynienia. Być może będzie w stanie sama odeprzeć atak, ale na wszystko musiała być gotowa.
                                  Zbadała stabilność łącza zanim wysłała sympatyków szybką podróżą do innych sektorów, aby trzymać ich jak najdalej od tego zamieszania. Mogli byli być bezpieczni, jednak nie zamierzałam ich narażać na jakikolwiek uszczerbek czy niechcianą wiedzę, którą mogliby pozyskać. Sama została na miejscu zdeterminowana ochronić cały sektor dla Technokracji.
                                  Jeżeli terrorysta się tu znajdował, to ona już się upewni że stąd nie odejdzie.
                                  Przeskanowała teren by odnaleźć największe zgromadzenie zakłóceń statyki i źródło zmian, które umieściła w kwarantannie dla swoich obliczeń, pozostawiając je zamknięte w sektorze. Gdy sympatycy byli oddaleni wykonała awaryjne zamknięcie miejsca przeciw próbom opuszczenia go, które to działanie rozświetliło miejsce bladą czerwoną poświatą. Mervi usadowiła się wygodniej w fotelu z artefaktów i choć miała zamknięte oczy to zdawała sobie sprawę ze wszystkich procesów, jakie przechodziły w jej głowie, a miały za zadanie odnaleźć intruza i wyciągnąć go z ukrycia.
                                  Procedura wylogowania się sympatyków trwała kilka dobrych chwil, lecz podczas tego - nie zadziało się nic specjalnego. Tak jakby na moment cała awantura zwolniła. Nawet nadpisywanie sektorów zastopowało. Mervi nie wiedziała dlaczego.
                                  I kiedy już miała położenie przeciwnika, ten ujawnił się sam. W awatarze starszego mężczyzny odzianego w granatowy garnitur, o lśniących czerwienią oczach i małych rogach wyrastających z czoła. Ktoś tu inspirował się współczesnym wyobrażeniem diabła w nieco kiczowatej formule.
                                  Jegomość uczynił palcami gest pokoju znany z… Star-Trek. Mervi znała go, bo Robert był fanem tego serialu.
                                  Mervi nie ruszyła się z miejsca ani nie rozluźniła się. Przynajmniej nie widocznie.

                                  - Nie powinieneś zjawiać się w naszym sektorze. - odezwała się pozornie znużonym tonem - Zgubiłeś się?
                                  - Technicznie rzecz biorąc, nie jest to wasz sektor, a jego granica. Ja tylko stawiam słupki graniczne między waszą własnością, a własnością ludzkości - wyjaśnił uprzejmie ochrypłym głosem.
                                  - Jakbyś nie zobaczył to my właśnie tworzymy dla ludzkości. - odparła.
                                  - To dlaczego zabieracie tereny innej części ludzkości? Faszyści - rzucił nonszalancko - wszystko w Unii, nic poza Unią.
                                  - Ludzkość jest tylko jedna. - powiedziała twardo - A Unia Technokratyczna to najlepsze co mogło powstać dla nich. - powiedziała czując kwaśny smak w ustach - I my zapewnimy bezpieczeństwo Ludzkim Masom.
                                  - I w imię tej idei nie odpuścisz tego kawałka za miedzą?
                                  - I by terrorystom jak ty nie dać ni cala. - dodała suchym i zimnym głosem.
                                  - Kogo terroryzuję?
                                  - Nie zgrywaj głupiego. Zdrajcy jak ty niszczą wszystko, co tworzymy dla ludzi. Dążycie do wyrządzenia krzywdy Unii, jednocześnie krzywdząc Ludzkość. - odparła powoli, jakby próbowała wytłumaczyć coś dziecku.
                                  - Przebudziłem się raz z siostrą. Zabiliście mi ją i mamę - stwierdził spokojnie chociaż Mervi była pewna, że to algorytmy maskujące w jego cyfrowej projekcji - nie pieprz mi głodnych formułek. Przyszedłem załatwić sprawę w pokoju, ustanowić tu granice waszej ekspansji, z tej strony.
                                  - Trafiłeś na mnie. - syknęła, czego nawet maskowanie nie ukryło - Takie decyzje... - zawahała się nagle i spojrzała uważnie na rozmówce - Może, może... - mruknęła pod nosem.
                                  - Podzielimy się kluczami po połowie - nagle zaproponował poważnym, męskim głosem który po raz kolei zawdzięczał wyłącznie procedurą zmiany behawioralnej oraz cyfrowej ikonie - połowa będzie ludzi, połowa twoja, nie Unii. Co ty na to?

                                  Mervi ciężko się zastanawiała. Powinna zastawić na nich pułapkę. Nie mogła...

                                  - Deal.

                                  ...ale się zgodziła.


                                  Mervi ostatecznie wytłumaczyła się zwierzchnikom ze straty granice sektora - nikt od niej nie wymagał pełnej, bojowej biegłości w celach obronnych, a posiłki przybyły za późno, gdy już przeformatowano na twardo granice sektorów. Problem dostał niski priorytet, po prostu polecano nie zapuszczać się na granicę, tworząc tam obszar buforowy.
                                  To czego nie wiedzieli, to jak skonfigurowano obszar. Prywatne klucze Mervi oraz Yarna - bo tak kazał się nazywać poznany Wirtualny Adept - stanowiły jednocześnie klucz do sektora.


                                  Następne dni były... nieoczekiwane. Mervi wiedziała, że to co robi plasuje się jako zwykła zdrada. Szczerze nie była z tego wszystkiego dumna, ale czuła się rozgrzeszona po tym, co Unia jej wyrządziła. sektora, żadna zdrada ideałów czy działanie wraz z wirtualnymi! Ciągle nie zamierzała nawet spróbować zobaczyć świata oczami tych komputerowych zdrajców. Drżała na myśl, że mogłaby się poddać chaosowi, jaki za nimi podążał. Zachowywali się jak niedorosłe dzieci! Chcieli zburzyć porządek społeczny i zasady świata, tylko wedle jakiś wyimaginowanych pomysłów.
                                  Nie, do tego nie mogła się przyłączyć.
                                  Nie traktowała gości w sektorze z ciepłym przywitaniem. Wręcz wolała odcinać się od nich i półki oni sami nie następowali jej na odcisk czy nie mieszali prawa jej części, to starała się udawać, jakby w ogóle nie istnieli.
                                  Na początku przekroczyli granice, jakie dla siebie ustanowiła, najwyraźniej nie byli poinformowani wystarczająco przez tego Yarna, jakich zasad muszą się trzymać w tym miejscu. Glitchowi mogło to wszystko odpowiadać, ale Finka nie była tym popieprzonym tworem. Bez żalu wykorzystała wtedy swoje uprawnienia administratorskie z sektora i wszystkich wirtualnych gości wykopała swego miejsca. Yarn oczywiście był wściekły na nią jako że jej działanie najwyraźniej mogło wpłynąć na jego bzdurny ranking w jakimś wyimaginowanym internetowym społeczeństwie, ale mniej nie mogło to obchodzić technokratki. Przypomniała mu wtedy o sztywnych zasadach jakich mieli się trzymać i czego nie dopuści na swoim terenie.
                                  Mervi nie reagowała na jakiejkolwiek zaczepki trzymając połowę sektora statyczną tuż obok dynamicznego potraktowania przestrzeni. Zajęła się tym, czego odmawiano jej na stricte technokratycznym sektorze. dalej tworzyła wizerunek świata i budowli na wzór klasycystyczny, ale tu i ówdzie zawierał on w sobie ulepszenia formy i funkcjonalności, jakiej jej odmawiano.
                                  I nie dajcie bogowie, aby którykolwiek z gości naruszył ten porządek!


                                  Maszyna nie zna uczuć. Maszyna nie zna człowieka. Obserwuje go, modeluje, sporządza modele behawioralne, sprawdza profil psychologiczny, koryguje go do linii bazowej. Maszyna zna każdy nerw, każda żyłę, każde włókno…no mięśni. Maszyna obserwując człowieka wybiera najlepsze dla niego zastosowanie.
                                  Tylko, że Maszyna nigdy nie zrozumie człowieka, musi go zmienić, przekształcić w coś postludzkiego, nieco mniej człowieczego aby zacząć rozumieć. Stąd linie bazowe, wszechobecne harmonogramy, zunifikowane stroje. Stąd te rzeczy które Mervi podświadomie odrzucała.
                                  Maszyna nie rozumiała artysty, nie rozumiała, że tłamsząc Mervi do roli nadzorcy odtwarzania istniejących dzieł, traci jednego z najlepszych cyfrowych architektów. Dopiero we „własnym” sektorze tuż pod okiem Unii mogła pokazać na co ją stać. A tworzyła cuda. Jak prawdziwy artysta, przekuwając ból po stracie ojca w akt kreacji.
                                  Wtedy też coś jeszcze zrozumiała, dlaczego jej geniusz tak źle znosił Unię. Technokracja nie tyle tłamsiła jej kreatywność, lecz ją zabijała.
                                  Jej geniusz był jej kreatywnością.


                                  Maszyna widziała. Co sesję z Alanem, ten ostrzegał ją – odchodzi daleko od linii bazowej. Ze względu na swoją kategorię, Mervi i tak miała większą tolerancję odchyleń, lecz nawet biorąc tą poprawkę, Czujne oko Maszyny skupiło się na Mervi, a dziewczyna musiała być po dwakroć czujna.
                                  Przez to straciła ogólną czujność. Gdy Robert miał tygodniowy wyjazd, nie spodziewała się kolejnego uderzenia. Maszyna nie rozumiała ludzi, myślała, że obcinając wszystkie więzi zmusi się Mervi do dopasowania do matrycy – lub przerobi na tryby. Lecz tryby Unii w sej wszechogarniającej miłości do ludzkości, miłości która czasem, aż bolała, lecz była czysta i szczerza, w tej miłości Maszyna nie rozumiała… miłości. Indywidualnej miłości.
                                  Nie rozumiała miłości dwójki bracji uciekających przed Unią.
                                  Nie rozumiała miłości anonimowego wirtualnego adepta który wciąż wspominał stratę swej mamy.
                                  Nie rozumiała miłości Mervi do taty.
                                  Nie rozumiała miłości przyjaciół szalonej z mistrzem Tradycji.
                                  Więc Maszyna nie zrozumiała, jej obwody nie mogły pojąc istoty tego co stało się z Mervi gdy zobaczyła w konstrukcie Roberta, wygolonego na łyso, z zamontowanymi płytkami w czaszce. Gdy mechanicznie się z nią przywitał, a ona dostrzegła, że skradli jej ukochanemu siłą samego siebie. Niemal w jego oczach widziała ból.
                                  Maszyna nie rozumiała miłości oddanej agentki unii do drugiego człowieka. I miała nie zrozumieć jej bólu.
                                  Nie miała już ewaluacji psychologicznych ani sesji z Alanem. Ten tylko ostrzegł ją, pół słowem, że będzie jej kolej – i przeprosił. Na nic więcej się nie zdobył. Adam dobrze oceniał technokratę, miał dobre serce, ale brakowało mu sił.


                                  Rozmawiały w parku. Alison chrupała faworki. Mervi chciała płakać, lecz po wypłakaniu całej nocy, nie miała już łez. Czuła tylko pusty gniew.

                                  - Będziesz uciekać – patronka technokratki stwierdziła sucho – powinnam cię zatrzymać. Patronowanie uciekinierowi z Unii jeszcze bardziej zepsuje mi papiery. Ale – zawiesiła głos, mówiła montownie i cicho – rozumiem. Czy chcesz, abym, Robert? - coś w tym pytaniu nie przeszło technokratce przez gardło.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • JhnWJ Online
                                    JhnWJ Online
                                    JhnW
                                    Administrator Obsługa Developer
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez JhnW
                                    #32

                                    Mervi zdawała się nawet nie słyszeć Alisson. Patrzyła pustym wzrokiem na bawiące się w parku dzieci, na przechadzające się pod rękę pary, na siedzących na kocach znajomych. Patrzyła na to wszystko jakby znajdowało się w innym wymiarze, którego dotknąć nie mogła ani nie umiała... jakby było obcym światem. Widać było okropny ból w jej oczach, ale widać było jednocześnie coś, czego wcześniej tam nie było. Co wręcz z wściekłością chciało krzywdzić.

                                    - Sprawię jej ból. - odezwała się do Patronki tym lodowatym, poważnym głosem - Nauczę cierpienia, nauczę strachu. Maszyna je pozna. - mówiła przez zęby patrząc ciągle na rozgrywające się ludzkie relacje przed nią.
                                    - Nie rób nic przed czym musiałbym cię powstrzymać - powiedziała cicho Alisson, po czym po krótkiej chwili dodała - ani nie mów mi o niczym po dowiedzeniu się czego musiałabym interweniować.

                                    Mervi spojrzała na swoje dłonie próbując dusić wściekłość.

                                    - Robert nie zasłużył na to. Nie zasłużył na to cierpienie. - milczała chwilę - Ja powinnam... je zakończyć.

                                    Patronka dziewczyny w milczeniu przytaknęła głową. Chyba czuła… podobnie, a nawet przed chwilą sama coś podobnego… oferowała.
                                    Dziewczyna wzięła głęboki oddech, ale to nie pomogło odsunąć ucisku w gardle. Zacis , , .nęła dłonie, chcąc w ten sposób rozluźnić spięcje w całym ciele, choć coś jej mówiło, że nie będzie w stane.
                                    Położyła dłoń na dłoni Alisson i kiwnęła na znak, że jest gotowa.


                                    Młoda technokratka działała w tym momencie jakby automatycznie. Jej myśli kręciły się bez celu, trafiając odpowiednio jakby bez jej woli. Myślenie w tym momencie wydawało się drogą do samobójstwa... o czym szczerze myślała. Nie było już dla niej nic w tym życiu.
                                    Nawet nie zarejestrowała kiedy przesłała kody podane przez Odysa, wykonując sekwencję potrzebną w nawiązaniu kontaktu z tymi, których powinna unikać.
                                    Pajęczyna była tego dnia chłodna, jak chłodne były kalkulacje umysłu Mervi. Gdzieś na skraju pola widzenia przemykały kolorowe piksele, lecz była to w tej chwili dla niej całkiem pozytywna manifestacja wsparcia. Jedności celów ze swoim geniuszem.
                                    Wirtualni z którymi dzieliła sektor gdzieś zniknęli, jakby nie była to ich liga. Poza jednym avatarem. Wielki, szary, pręgowany kocur - wielkości sporego jamnika - przechadzał się właśnie po poręczy marmurowego mostu. Mervi pamiętała tą poręcz. W Unii nadzorowała dziesięć projektów mostów i kładek pieszych, dla żadnego nie mogło wprowadzić modyfikacji. Po prostu odtwarzali to co powstało, dawnych mistrzów - ale jakby oddzielając ich z czegoś. Jej projekt również był oparty na czymś co powstało, ale tylko na znanych stylach, budując na ramionach gigantów coś nowego. To była jej mała zemsta.
                                    Kot usiadł na poręczy i przekręcił głowę wpatrując się w nią swymi rubinowymi oczami. Nie mogła zeskanować jego ikony.
                                    Nie tylko kot obserwował. Mervi obserwowała też kota, jakby nie mogła się zdecydować jak na niego reagować. Cała jej istota zdawała się parować nie po prostu zimnem statyki, a czystą entropią. Niewypowiedzianą potrzebą zniszczenia, które mogłoby zaoferować jej ulgę. Własną nicość.
                                    Nie była pocieszona z widoku kota. Nie cieszyły jej takie dziecinne ikony.

                                    - Wiem, że był program. - odezwała się po dłuższej chwili nieruchomych obserwacji - Antropomorficzna zabawka uczyła kilkuletnie dzieci liczyć. - głuchy głos Mervi rozbrzmiał wokół - Nadawałbyś się do takich rzeczy.
                                    - Nie - kot otworzył usta, symulacja przekazała Mervi dźwięk, lecz pozostałe zmysły przebudzonej dostrzegły co innego, coś, przez co się zachwiała. Istna powódź bajtów, gigabajty danych nadpisujące okolice, pluginy wdzierające się backdorami do jej własnej ikony, hacki na otoczenie. Z przeciążenia sensorycznego otrząsnęła się po dobrych kilku chwilach. Wtedy też dotarło do niej co kot powiedział, nie było to samo “nie”. Mówił “nie jest bezpiecznie”.

                                    I spojrzała na kota który był zupełnie inną ligą niż ona.
                                    Nie wiedziała czy jej się to podobało. Nie powinna czuć się dobrze przebywając obok silniejszego od siebie zdrajcy, ale...
                                    ... zupełnie jej to nie obchodziło.
                                    Przeszukiwała swoje emocje, aby zobaczyć w nich... pustkę. Jakakolwiek troska o siebie znikła. Była pozbawiona emocji, jakby wszystkimi łzami wylała z siebie też uczucia, a szczególnie te dotyczące własnego przetrwania i dobrej kondycji psychicznej.

                                    - Odys mi podał te namiary. - odezwała się, gdy uporządkowała myśli po wywołanej sensorycznej powodzi.
                                    - Kłopoty - kot powiedział sucho - więc mała technokratka chce uciec z tego grajdołka? Czym nam zapłacisz?

                                    Mervi zmarszczyła brwi okazując emocję: irytację.

                                    - Namiary od Odysa wystarczą. - mruknęła twardo.
                                    - Nie zaszkodziło spróbować - kot wyprężył grzbiet przeciągając się - Hej, chybaś nie masz o to pretensji?
                                    - Kogo ty się spodziewałeś? Musiałeś wiedzieć, że kody od niego dostałam. - mruknęła ignorując pytanie, jakby dorosły był znużony pytaniami dzieciaka.
                                    - Naiwnego, zdesperowanego tostera - kot stwierdził brutalnie - ale widać dalej myślisz trzeźwo. To dobrze. Co chcesz osiągnąć poza wyjściem? Jak bardzo jesteś śledzona? Gówno uderzy w wiatrak przez samo twoje odejście czy jesteś tylko trybem?
                                    - Mają moją krew, mają wszystkie dane. - zaczęła zimnym, pozbawionym emocji głosem - Nie mają już nic na czym by mi zależało. - na chwilę pojawiło się niewielkie drżenie głosu - Muszę... - na chwilę załamały się słowa - ...coś zakończyć. - zacisnęła szczękę - Oni zniszczyli wszystko, co było mi ważne. Teraz nie ma nic, co by powstrzymywało mnie przed zabraniem im danych.

                                    Technokratka drżała z wewnętrznego stresu psychicznego.

                                    - Chcę maszynie pokazać ból i strach. Przekompilować na język, który zrozumie.
                                    - Zrozumiałem. Dostarczę ci programy niszczące infrastrukturę, skopiuj wszystko co chcesz i wgraj z tymi samymi otwartymi portami oprogramowanie. Mówisz, że jesteś na krótkiej smyczy? Mam pomysł jak to całkowicie zerwać, nawet jak będa mieli kopie, zmodyfikujemy cię. Wejdziesz do pajęczyny fizycznie.

                                    Kot zamilkł. Przekręcił głowę, wyglądał na zaskoczonego.

                                    - Dante daje gwarancję.

                                    Mervi powoli pokiwała na to głową. Szczerze nie interesowało ją co kod Odysa załatwił czy jak to wszystko owinęło się wokół Dantego. Wiedziała, że wciąż jej psychika była w strzępach, a zachowanie relatywnego spokoju wymagało od niej wiele wysiłku... który był w tym momencie nakręcany czystą złością i nienawiścią. W tym momencie chciała nawet by świat spłonął odczuwając każdą sekundę cierpienia, jakie i ona odczuwała.
                                    Nie wiedziała czy naprawdę jej zależy na życiu. Miała mętlik w głowie, a do tego sprzeczne myśli. Wiedziała tylko jedno.
                                    Chciała krzywdy Maszyny.

                                    - Nigdy tu nie byłam fizycznie. - stwierdziła wpatrując się w jeden punkt.
                                    - Dante daje gwarancję - kot powtórzył jakby nie do końca zapewniając Mervi, a raczej samego siebie - najlepiej jakbyś miała sprzęt digitalizujcy, ale z typowym VR też da radę.
                                    - Co mam zrobić? - zapytała nie wiedząc jak wchodzić fizycznie do Internetu... Nikt jej tego w Unii nie tłumaczył - Miałam za niską rangę by przekazano mi to... i takiego Geniusza. - mruknęła z jakimś zawodem w głosie.
                                    - Wysyłam ci już programy. Jak bardzo ci się pali? Akcja jutro? Pojutrze? Za tydzień?

                                    Kot zobaczył jak drżenie przeszło przez wizerunek technokratki, która wzięła głęboki oddech nim odpowiedziała.

                                    - Dziś.

                                    Kot znieruchomiał. Chyba jego maskownice mowy ciała nie działały do końca prawidłowo gdy komunikował się z kimś dalej. Trwało to kilka chwil.

                                    - Potrzebujemy godziny. Wysyłamy koordynaty połączenia. Jak będziesz gotowa, połącz się pod tamten sektor. Postaraj się za dużo przed wszystkim nie jeść, możesz wziąć lek na uspokojenie.

                                    Kot zawahał się.

                                    - To gotowe. Mogę mieć prywatne pytanie?

                                    Mervi spojrzała zmęczonym wzrokiem na kota.

                                    - Pytaj. - odparła cicho.
                                    - Co wisi ci ten stary pierdolnik Ulisses, że aż zagrzał najelitarniejszego?
                                    - Życie swojej przyjaciółki. - odparła.
                                    - Tej szajbuski?

                                    Technokratka pokiwała niemo.

                                    - Wszyscy jesteście popierdoleni - kot stwierdził sucho i zeskoczył z poręczy wylogowując się.


                                    Bajty danych powoli przegrywały się do ustawionej chmury. Mervi patrzyła na wzrastające procenty wykonania, które coraz bardziej przybliżały ją do zakończenia sprawy w jej życiu. nie rozważała jednak ich za bardzo. Była zbyt pochłonięta widokiem pistoletu jaki spoczywał w jej dłoni leżącej bez ruchu na kolanach. Usilnie próbowała panować nad potokiem myśli, jakie starały się szturmować jej umysł. Choć udało jej się wyciszyć wewnętrzny krzyk to jednak ciągle z tyłu głowy słyszała tylko jedno na tle dźwięku wystrzału.

                                    Winna. Winna.

                                    Czuła metaliczny zapach rozlanej krwi, jaka zdawała się przykleić tym zapachem do języka. Ból ściśniętego gardła towarzyszył jej cały czas, a nieruchome oczy z trudem powstrzymywały gromadzące się łzy.

                                    97%

                                    Spojrzała w dół na trzymany w drżących dłoniach pistolet umazany krwią, która została przeniesiona przez jej dłonie. Pamiętała jak po oddaniu strzału tuliła silnie martwe ciało Roberta, którego krew plamiła ciało i ubranie technokratki. W tamtym jednym momencie chciała pozostać w tym miejscu wtulając się w Roberta i oczekiwać na przybycie śmierci.

                                    98%

                                    Uniosła dłoń do twarzy i przesunęła po policzku rozsmarowując po nim krew Roberta. Zacisnęła mocno zęby walcząc z chęcią odwrócenia się ku niemu i powróceniu do przytulenia się w jego ciało. Ona go tak kochała... to wszystko zaczynało się układać...

                                    99%

                                    Ponownie spojrzała na broń, jakiej widok zaczynał wypalać się w jej umyśle. Uniosła dłoń z bronią i oparła łokieć o biurko kierując lufę w stronę własnej głowy. Poczuła nagłą chęć pociągnięcia spustu, co dałoby jej spokój potrzebny jak powietrze. Dusiła się w tej kakofonii. Piksele obrazu rozmywały się od łez.

                                    100%

                                    Prawie bezwiednie ponownie spojrzała do tyłu na Roberta i w bólu wydała z siebie płaczliwy jęk straty, z jaką nie mogła już sobie poradzić. Wysłane już zostało powiadomienie Wirtualnym, że zaraz się pojawi, ale... nie wiedziała już czy tego chce. Mijał czas, a ona wciąż czuła ciężar pistoletu w dłoni, a na monitorze mrugało powiadomienie o zakończeniu pobierania i pytanie o kontynuację procesu połączenia z Pajęczyną... A ona wciąż nie wiedziała.

                                    Gdy dotykała lufą do skroni uspokajając oddech przed naciśnięciem spustu ekran monitora nagle zwariował zastępując obraz ruchomymi liniami i artefaktami. Z głośników wydobył się przerażony wysoki dźwięk przeradzający się w niski ton.

                                    Jeszcze chwilę Mervi patrzyła na szalony taniec pikseli nim opuściła broń i znowu spojrzała do tyłu na Roberta.

                                    - Pokażę Maszynie ból. Zrozumie strach. - zamknęła oczy - Dla ciebie, bo cię kocham.

                                    Odwróciła się na krześle i zakładając gogle VR nacisnęła polecenie kontynuacji.

                                    Alan zbladł wysłuchując raportu głównego analityka NWO w konstrukcie. Siedzący między nimi członek Iteracji X którego twarz już od wielu lat nie pamiętała grymasów emocji, krzywił nerwowo kącik ust. Alan westchnął ciężko.

                                    - Jak?
                                    - Skrajna bifurkacja modelu stochastycznego – analityk zaczął powoli, jakby ważąc każde słowo – moce obliczeniowe naszego konstruktu nie mogły zapewnić wystarczającej dokładności. Symulacje dla tego oddziału i tak prowadziliśmy z poczwórną standardową unormowaną precyzją CTO. Nie było śladu w modelach skokowej zmiany odpowiedzi. To maksimum jakie wyciąga nasz Konstrukt.
                                    - To skąd masz nowe symulacje? - Alan uciekł wzrokiem gdzieś w ścianę.
                                    - Twoje ostatnie raporty z terapii skorygowały standardowy błąd ewaluacji psychologicznej, zauważyłem niepoprawne dane. Wysłałem to tydzień temu do innego Konstruktu dysponującego większymi zasobami.

                                    Iterator zabrał głos nagle, tonem beznamiętnym.

                                    - Zniszczymy wszystkie raporty. Ja przygarnąłem Roberta, Alan dał ciała podczas indywidualnej oceny, człon analizy się nie popisał.
                                    - Nie możemy, Unia…

                                    Analityk zaczął pewnie tylko po to, aby przebudzony cyborg przerwał mu obcesowo.

                                    - Nie rozumiesz. Za nasze błędy oddadzą nas progenitorom jako materiał biologiczny najniższej klasy ostrożności. To jest błąd, i mnie chodzi o to, że dziewczyna ucieka i ukradła dane, niszcząc naszą infrastrukturę. To mogłoby doprowadzić do terminacji kogoś z nas, ale byłyby szanse. Nawet nie to, że błędne szacunki tak naprawdę doprowadziły do tego. Gradienty zagrożenia wskazywały tylko lokalne maksimum Roberta, lecz jego usunięcie spowodowało jej decyzje. Problemem jest to co zrobi potem. Tutaj – cyborg wskazał palcem końcowe zestawy danych oraz kompletnie zaburzony wykres.
                                    - Tutaj są same szumy i błędy numeryczne – analityk powiedział cierpko.
                                    - Nie – Alan ukrył twarz w dłoniach – jeśli jej nie zlikwidujemy w przeciągu anormalnie krótkiego czasu dewianci zyskają mistrza czasu. Co najmniej…


                                    Mimo porządnej konstrukcje tej dawno puszczonej (przynajmniej oficjalnie) stacji polarnej Mervi czuła nieprzyjemny chłód który zagłuszała ciepła herbata podana jej przez opiekuna tego miejsca. Przysadzisty egzarcha Nieniebiański Chóru był wieloletnim opiekunem tego miejsca oraz bardzo ciepłą i serdeczną osobą.
                                    Rozmawiali w trójkę. Ona, skrzywdzona Wirtualna Adeptka, ojciec Wiktor, opiekun przybytku, oraz przebudzony z którym tu przybyła…

                                    - Odys… - duchowny westchnął naprawdę zrezygnowany - ...on jest nie tylko w ciszy. On jest złamany, kompletnie złamaną duszą. Wyhodował niedźwiedzie polarne które są jak psy. Czasem! Magyą czasu przyśpieszył ewolucję i oswojenie. Jakby tylko marzył aby nagły wybuch paradoksu go zmiótł z tego padołu łez. Dopuszczając was do niego, biorę odpowiedzialność.
                                    - Wiem – Ulisses wyprężył się na krześle i upił łyka herbaty zerkając dyskretnie na minę Mervi – ale musimy to zrobić. Sądzę, że ta dwójka pomoże sobie nawzajem.
                                    - Już o tym wspominałeś. To jest za mało…
                                    - Wiktor, przyjacielu – Odys uśmiechnął się – nie wspomniałem ci o jeszcze jednym. On ma dług wobec Mervi. Będzie ją uczył. Ona stanie się jedną z bardziej wartościowych broni Tradycji w tej przeklętej broni.
                                    - To wirtualna… - Wiktor zmieszał się - ...przepraszam Mervi, nie chciałem aby to tak zabrzmiało. Może sam jestem do was uprzedzony, nie będę ukrywał… Ale najbardziej niepokoi mnie twój wiek. Będziesz mistrzem? Może nawet dalej? Podołasz, wiesz z jakiej gliny cię ulepiono? Nie zejdziesz ze ścieżki?

                                    Milczeli dobrą chwilę nim Ulisses przerwał to delikatnym głosem.

                                    - Tylko on ma klucze. Ja jej ufam.


                                    - Nie ma mowy – cyfrowy, humanoidalny kot prychnął w kierunku rtęciowego człowieka – w co ty mnie mixujesz Dante. Za żadne skarby na świecie. Jeszcze tych hermetyków wziąłeś na dokładkę. Kto to był, ten Tytalus?
                                    - Potrzeba nam wsparcia politycznego. Augustin Jean Feugarde, to zaufany człowiek. Mistrz u siebie, naprawdę porządny człowiek. Ma się nią zajmować z odległości.
                                    - Wiesz jak to brzmi? Najpierw pół Kryształowego Pałacu dostało sraczki, że wielki Dante prosi o przysługę, potem wyszło, że Mock N’ Death mieli długu u tego pojeba Ulissesa i to pośrednio na jego zawołanie ta cała akcja. A teraz jeszcze mieszasz mistrza wkijowdupców. To są dla mnie za wysokie progi. Muszę wiedzieć o co chodzi.
                                    - Przecież i tak bym ci powiedział – rtęciowy człowiek przysiadł na bloku danych – dziewczyna uciekała z Unii. Nasi zorganizowali przerzut przez pełna digitalizację, wulgarne straszne. Miała ze sobą dane, upload na chmury lustrzani zablokowały. Dowiedzieliśmy się o tym już w Pajęczynie. W walce przepaliło wiele sektorów, kilka sam upaliłem aby zatrzeć ślady. Dziewczyna ma dane unii. Petabajty danych, królestwo… Zaszyfrowała je swoim avatarem gdy było gorąco. Zrobiła to chyba mniej lub bardziej celowo. Teraz leży w śpiące, ale wyjdzie z tego.
                                    - Biorę ją.
                                    - Szybko się zgodziłeś, Joel.
                                    - Wiem – kot mruknął – ty chyba wiesz też czemu.
                                    - Bo dane są ważne.
                                    - Tam dane – machnął kocią łapą – skoro wykręciła taki numer z waszą ucieczką, Ulisses miał u niej dług, a teraz wszyscy wokół niej skaczą, to z tymi danymi też zrobi nas wszystkich na szaro. Ona ma cholerny talent, może nawet większy niż ty. I nie jestem najlepszym nauczycielem. Ale jestem lepszy od was aby nie stała się potworem. Też mam swoje źródła, mój mentor był w Unii. Wiem co tam się wydarzyło. Ona potrzebuje ciepła.
                                    - I ty niby jej dasz to?
                                    - Tak – kot pociągnął wąsami – bo w waszej lidze… Sam wiesz jak to jest.

                                    Wiedzieli.


                                    Była już z Jonathanem pół roku w lodowej pustelni pełni książek, kiszonek oraz z przesympatycznymi domowymi niedźwiedziami polarnymi – trójką niedźwiedzi zachowujących się jak kochające psy, które co róż przynosiły im mięso foki – ich główny składnik diety. Przez ten czas nie odzywali się do siebie. To znaczy Mervi czasem coś mówiła, ale hermetykowi paradoks odebrał Słowo. Mimo to, z trudem, przekazywał jej wiedzę. Zrobił to chętnie, bez namawiania. Gdy pierwszy raz ją zobaczył, był przekonany, że adeptka chce go zabić – i nie bronił się.
                                    Dzisiaj siedzieli popijając faktyczne piwo z nietoperza. Mervi chyba upiła za dużo. Za dużo rozgadała się. I do do Jonathana, co do którego płonęła w nie nienawiść.
                                    I trochę współczucie.

                                    - ...więc tak odszyfrowałam te dane. Uderzam w unię, pomaga mi w tym moja fundacja. Myślą, że jestem genialną hackerką, a ja po prostu wyciągam zachowane dane, czasem muszę coś aktualizować. Patrick jest nieocenioną pomocą, ale też inni dają radę. Chyba znalazłam swoje miejsce na ziemi. Prawie – zacisnęła pięść – mogę się z tym wszystkim pogodzić. Prawie.

                                    Jonathan podniósł dłoń. Jeden palec.
                                    Mervi chyba rozumiała. Jeden przypadek. Jeden raz, nie więcej. Pogodzić się ze sobą. Chociaż zdawali sobie sprawę, że razem pokonają pewne ograniczenia.

                                    - Dobrze.

                                    Kaleki hermetyk odjechał wózkiem aby nalać kolejny kufer piwa.


                                    Czas mierzy się mocą. Klucz do uniwersum w jej dłoniach. Spodziewała się odwiedziny kogoś pokroju takich osób Sh'zar. Nic nie nastąpiło. Nie wiedziała czy to temu, że udało się jej perfekcyjnie czy temu, że nic jej nie wyszło. Ale zrobiła to.
                                    Przez moment była zegarem zegarów, czasem dla czasu.


                                    Odrobinę młodszy od Mervi chłopak wyglądał na zakłopotanego.

                                    - Robert?
                                    - A co? - zapytał podejrzliwie, lecz ona już widziała. Właśnie entropijne algorytmy wżerały się w systemy unii. Nie trzeba było do tego wiele, wszystkie oscylatory kwantowe mieli zepsute, żadna ramka danych nie potrafiła być poprawnie zsynchronizowana gdy lokalny czas wszystkich układów był przesunięty wobec siebie. „Coraz bardziej staję się one trick pony jak J.” - pomyślała.

                                    Uśmiechnęła się do Roberta i skradła mu pocałunek.

                                    - Poszukaj mnie – powiedziała ogłuszając go uderzeniem z irlandzkiej szkoły. Dziś Unia nie dotrze do nowego przebudzonego.


                                    Nowy członek fundacji Nowego Domu (przyrzeczonego z odrodnego Białego Domu) siedział w sali wspólnej jeszcze nie do końca nawykły do nowego otoczenia. Student Wirtualnych Adeptów, utalentowany, ale jednak sierota – któremu brakowało chociażby materiałów z teorii sfer – był trochę podenerwowany.

                                    - Nie spinaj się – Sameul powiedział z typową dla siebie energiczną manierą – nawet nie wiesz jak trudno było odzyskać tą dziedzinę. Najpierw biegaliśmy za niedobitkami fundacji, a potem razem stwierdziliśmy, że będziemy szachować radę. Przez moment myślałem, że będą nas szturmować.
                                    - To nie brzmi jak coś co miałoby mnie uspokoić. Pierwszy raz jestem w dziedzinie umbralnej.
                                    - Po prostu twoja mentorka, jak wy to mówicie, jest elitarna w kosmos. Zaraz pewnie wrócą z Patrickiem, takie tam sprawy mistrzów tradycji…

                                    Dalej Robert już nie słuchał. Gdy zza rpgu białego, architektonicznego cuda wyłoniła się twarz Mervi, a ich wzrok spotkał się…
                                    ...ich dusze się już rozumiały.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0

                                    Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.

                                    Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.

                                    With your input, this post could be even better 💗

                                    Zarejestruj się Zaloguj się
                                    Odpowiedz
                                    • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                    Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                    • Najpierw najstarsze
                                    • Najpierw najnowsze
                                    • Najwięcej głosów


                                    • Zaloguj się

                                    • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                    • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                    Powered by NodeBB Contributors
                                    • Pierwszy post
                                      Ostatni post
                                    0
                                    • Kategorie
                                    • Ostatnie
                                    • Tagi
                                    • Popularne
                                    • Świat
                                    • Użytkownicy
                                    • Grupy
                                    • Strona startowa