21 dni Kwarantanny
-

Michał Owczarek
Michał niemal się uśmiechnął, gdy epidemiolożka rzuciła gliniarzowi wiązankę a potem sprzedała mu soczystego plaskacza. Musiał przyznać, babka ma charakter. Wyglądało na to, że teraz wszyscy jadą na tym samym wózku, skończył się podział na służby, pacjentów, cywili. W normalnych okolicznościach lekarka nie mogłaby sobie pozwolić na taką wylewność, ale teraz gdy straciła całą władzę stała się jedną z nich. Szczurem zamkniętym w szklanej klatce. Ratownik miał jednak wątpliwości czy rzeczywiście spaliła wszystkie mosty jak twierdziła. Nie spoliczkowała generała ani urzędasa z ministerstwa, lecz bagietę w mundurze, który pewnie nawet nie dorobił się stopnia aspiranta i miał gówno do gadania.
— Jak wygląda dokładnie sytuacja na zewnątrz? Ilu ludzi pilnuje budynku? Są tam żołnierze czy tylko policja? Bo jeśli gliniarze, to nasz najmniejszy problem. To nie są czasy WRON-u i Jaruzelskiego, nie zaczną strzelać do niewinnych cywili, nie mają jaj. Większość z nich to przypadkowi ludzie z ulicy, którzy szukali ciepłej posadki a stołeczna policja ma braki w kadrach i bierze kogo popadnie.
Michał wiedział co mówi. Nie raz na SOR do awanturujących się pijaków była wzywana policja i widział funkcjonariuszy, którzy szarpali się z agresorami. Nie wyglądało to jak w amerykańskich filmach, bardziej przypominało slapstickową komedię z podkładem z “Benny Hilla”, zwłaszcza gdy w duecie pojawiała się kobieta. Na palcach ręki mógł policzyć starych wyjadaczy, którzy szybko i skutecznie pacyfikowali pobudzonych mężczyzn. Jeśli sanitariusze mówili prawdę i w całej Warszawie obstawiono kilkadziesiąt budynków, Michał wątpił by do Darpolu wysłano najlepszych z najlepszych. Chociaż znając jego pecha mogło tak być i na zewnątrz stoi teraz elitarnie wyszkolona jednostka morderców w mundurach.
Plan Maksa miał za to ręce i nogi. O ile ktoś nie miał lęku wysokości. Michał zastanawiał się czy dałby radę zsunąć się po linie tyle pięter w dół. Nie cierpiał na akrofobię, problemem był tylko brak umiejętności wspinaczkowych. Nie wiedział jak wyglądają zabezpieczenia, jakie jest ryzyko upadku. Zastanawiał się też czy zbyt duża grupa uciekinierów spuszczających się po linach nie przyciągnie uwagi tych na dole. Łatwiej strzelać do ludzi, którzy wyglądają jak małe kukły zawieszone na linie kilkadziesiąt metrów w górze niż do człowieka, który stoi przed tobą i patrzy ci w twarz.
— Mógłbym spróbować — powiedział w końcu ratownik — Ale rozważmy najpierw wszystkie inne możliwe opcje. Do wieczora zostało jeszcze kilkanaście godzin. Jeśli do tego czasu nie znajdziemy bezpieczniejszej drogi ucieczki, spróbujmy sposobem Maksa.
Popatrzył na Wojcik. Jeszcze wczoraj chciał ją rozszarpać, dziś złość mu przeszła. Zbyt bardzo chciał wyjść z tego piekła by teraz tracić siły na żale i pretensje.
— Wydaję się, że trochę jednak dramatyzujesz i wciąż masz coś do gadania. Nie kupuję tego, że jakiś krawężnik w mundurze i jego naruszalność osobista jest ważniejsza od lekarki, która dowodzi w środku HAZMAT-em. Sama mówiłaś, że masz kontakt z ważniakami z ministerstwa, więc zanim zaczniemy wypróbujmy najprostszy sposób w jaki sposób można stąd wyjść. Twój autorytet lekarza i epidemiologa. Zadzwoń tam gdzie trzeba, narób zamieszania, powiedz, że podczas badań odkryłaś, że krwinki kilku osób reagują w nietypowy sposób i wirus PAZ ich nie atakuje. Tymi osobami będziemy oczywiście my. — wskazał skinieniem na Wiktorię, Maksa i Sebastiana — Powiesz, że dla dobra nauki musimy stąd zostać natychmiast ewakuowani zanim będzie za późno.
Nie czekając na odpowiedź Wójcik zwrócił się do pozostałych.
— Na razie tak jak sugerowali Sebastian i Maks proponuję poszukać tego paranoika i sprawdzić co wie.
-

Wiktoria Wrońska
Wiktoria przez chwilę milczała. Słowa sanitariusza wciąż odbijały się echem w jej głowie, ale jeszcze mocniej utkwiło jej jedno zdanie.
Zarząd zabunkrował się na górnych piętrach.
Przez moment patrzyła gdzieś przed siebie, jakby próbowała poukładać wszystkie informacje w jedną całość. Potem powoli odwróciła się w stronę Sebastiana.— Przed chwilą wspomniał pan o Zielińskim. Znam go. Pracuje w IT. Rozmawiał ze mną dosłownie chwilę przed rozpoczęciem kwarantanny.
Przypomniała sobie tamto spotkanie. Wtedy wydawało jej się, że to kolejna rozmowa z pracownikiem, którego lęki znów wzięły górę. Siedział naprzeciw niej, mówił o epidemii, wiadomościach i o tym, że sytuacja wygląda znacznie poważniej, niż wszyscy sądzą. Wysłuchała go, uspokoiła najlepiej jak potrafiła i uznała, że wracają jego stare schematy.
Dzisiaj pierwszy raz pomyślała, że mogła się mylić. Jeżeli człowiek, którego od miesięcy próbowała uspokajać, miał rację... ilu innych zignorowała wcześniej tylko dlatego, że ich obawy wydawały się nierealne?— Jest bardzo inteligentny. I... bardzo ostrożny. Większość ludzi powiedziałaby, że wręcz paranoiczny.
Uśmiechnęła się blado.
— Zwykle moją pracą jest odróżnienie realnego zagrożenia od katastroficznych wyobrażeń pracowników. Wczoraj powiedziałabym, że znowu wyobraża sobie najgorszy scenariusz. Dzisiaj... nie jestem już tego taka pewna.
Na chwilę zamilkła, układając coś w głowie. Jeśli jego obawy wróciły, istnieje spora szansa, że przygotował się na taki scenariusz. Miał tendencję do takich zachowań już w czasach poprzedniej pandemii, teraz był bogatszy o tamte doświadczenia. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że właśnie jego sposób myślenia może okazać się ich największym atutem. Zwykle traktowała paranoiczne przekonania jako coś, co należało łagodzić i pomagać pacjentowi odróżniać od rzeczywistości. Teraz sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.
— Jeżeli od początku zakładał, że sytuacja może wymknąć się spod kontroli, istnieje spora szansa, że przygotował się na to lepiej niż ktokolwiek z nas. Tacy ludzie mają plany awaryjne. A przede wszystkim zakładają, że inni nie uwierzą im, dopóki nie będzie za późno. Wiedzą, gdzie są zapasy, mają kopie danych, znają budynek lepiej niż większość pracowników.
Na pomysł Maksymiliana zmarszczyła brwi. Wizja zjazdu z takiej wysokości była dla niej absurdalna. Oczywiście w przypadku pana Kruka, pomysł był naprawdę dobry, ale dla reszty osób, bez doświadczenia? Kompletnie tego nie widziała. I nie zamierzała się na to pisać. Odmówiła krótkim gestem dłoni.
— Rozumiem punkt widzenia, jednak nie widzę tego. Dla pana to codzienność. Dla większości z nas brzmi to jak ekstremalna atrakcja w parku linowym. Bardziej widziałabym wyjście podziemnymi przejściami, parkingiem, przejściami technicznymi, być może jest nawet jakiś korytarz łączący nasz biurowiec z innym. Być może istnieje też wyjście ewakuacyjne, które nie jest obstawione? Nie wykluczam, że dla części z nas będzie to rozsądniejsze rozwiązanie.
Wiktoria westchnęła. Myśl o rozdzieleniu się napawała ją lekkim lękiem. Nie podobał jej się pomysł ucieczki w ogóle. I też nie wiedziała, czemu Wójcik uważa, że ma takie problemy i nie jest już decyzyjna, przecież Michał przedstawił jej bardzo sensowny i realny pomysł.
Blondynka znowu zwróciła się do Maksa.
— A właściwie... dlaczego akurat z dachu? Nie dałoby się z któregoś niższego piętra? Byłoby... zdecydowanie bliżej ziemi.
Na szczęście punktem pierwszym planu było znalezienie Zielińskiego. Dopiero potem pomyślą o planie ewakuacji… I lepszej opcji ucieczki, niż sporty ekstremalne dla wybranych.
-

Alicja, SebastianWójcik przez chwilę milczała, jakby zastanawiała się, jak bardzo wszyscy mają przesrane. Sebastian wykorzystał ten moment, żeby wyciągnąć do niej otwartą paczkę fajek, w której znajdowały się zaledwie dwa papierosy.
Wzięła jednego. Następnie Sebastian na ich oczach, wyciągnął pełną paczkę, przełożył do tej pustej kolejnego fajka i schował obie.
-Stary trick palaczy, podbijający wartość papierosa. Człowieka też.- mruknął.Alicja zapaliła, a następnie pokazowo się skaszlała.
-15 lat bez fajek, tylko po to, żeby się wkurwić i zapalić szluga w objętym kwarantanną biurowcu. Gościu któremu przyłożyłam, to Starszy Aspirant, więc technicznie to napaść na młodszego oficera, zdaje się. Darpol jest obstawiony przez około 30 ludzi, z czego uzbrojeni rządowcy to dziesiątka. W większości stoją przed głównymi drzwiami. Ochrona budynku jest traktowana zgodnie z polską praktyką kręcenia filmów, czyli pomysł dobry, średnie wykonanie i beznadziejne zakończenie. Objeżdżają budynek dookoła radiowozem raz na godzinę w dzień, w nocy zdaje się co dwie godziny. Dzisiaj rano ogłosili godzinę policyjną. Zadzwonię, zapytam, spróbuję im wcisnąć ten kit, ale nie wiem jak wyjdzie.- Oznajmiła.Sebastian uśmiechnął się na wzmianki Wiktorii o paranoi Zielińskiego.
-Jestem prawie pewien, że zadekował się w jednej mniejszej serwerowni. Jako że moją pracą w tym budynku jest szeroko pojęte unikanie roboty oraz self-wellness, był moment kiedy zgłosiłem się na ochotnika do pomocy, jak chłopaki potrzebowali kogoś kto przyniesie, poda, pozamiata i tak dalej. Widziałem wtedy poluzowane śrubki w szybie wentylacyjnym, to był pokój 375, na trzydziestym siódmym piętrze. Tam jest jeden z mniejszych serwerów obsługujących... w sumie chuj wie jaki istotny element infrastruktury cyfrowej Darpolu. Nie zmienia to jednak faktu, że był on na tyle "mało" istotny, że 40% tej serwerowni służy chłopakom z IT do grania w Dooma, Factorio i Dotę 2 w godzinach pracy pod nosem zarządu. To chodźmy, samo się nie zrobi. -
Tak więc rozdzielili się. Wójcik wróciła do szpitala polowego, żeby podjąć próbę sprzedania historyjki Michała komuś wyżej, natomiast Sebastian, Michał, Maksymilian I Wiktoria, ruszyli na 37 piętro do serwerowni. Wspinaczka po schodach ciągnęła się w nieskończoność, a monotonia klatki schodowej i wejścia na piętra, różniące się li tylko numerem, bo przecież nie wyglądem, w zunifikowanym korpo-piekle, czyniła nieodwracalne szkody psychiczne z każdym kolejnym piętrem. Co jakiś czas mijali papierowe kubki, puszki po napojach czy wręcz słoiki, które, wypełnione wodą - służyły jako prowizoryczne popielniczki. Zanik pracy w budynku spowodował też częściowo zanik obyczaju palenia w wyznaczonych do tego miejscach. Michał i Wiktoria mieli pecha przewrócić to jednej takiej kiepownicy. A po 24 godzinach marynowania, właściwie każda wypełniona już była cudownym rosołkiem z popiołu, niedopałków i filtrów.
Wreszcie dotarli na 37 piętro i Sebastian zaprowadził ich do właściwych drzwi. Wiktoria natychmiast zauważyła, że coś jest nie tak - drzwi zostały pomalowane na modłę standardowych szaych drzwi gabinetowych, jakich wiele wtym budynku, ale nie były one wykonane z paździerzu, a z metalu. Co więcej, miały charakterystyczne wgłębienie na wysokości oczu, co świadczyło o zamontowaniu wziernika, zwanego też "okienkiem poglądowym". Nie był to niewielki, dyskretny Judasz,ale staromodna dziura w drzwiach, z zasuwą, pozwalająca w kontrolowany sposób zobaczyć co jest za drzwiami, bez ich otwierania. Oczywiście otwór był zbyt mały, żeby wsunąć weń dłoń, ale kartka papieru, cienka teczka lub pendrive, już by przeszły.
Sebastian bez ceregieli przywalił w drzwi kilkukrotnie.
-Zielu?! Seba! Otwieraj! Sprawa jest!Judasz lekko się uchylił, aby po chwili otworzyć się całkowicie, ukazując oczy, sprawiające wrażenie zmęczonych życiem.

Michał Zieliński-Czego? Jestem ciut zajęty, gramy na multi w Factorio, dopóki nam prądu nie odłączą i wszystko nie jebnie. Gadaj co masz powiedzieć i spadaj, jestem zajęty. Fabryka musi rosnąć.-
Otwarcie wziernika pozwoliło im usłyszeć dobiegającą ze środka muzykę, co świadczyło, że drzwi były również dźwiękoszczelne. Był to jakiś trudny do określenia rodzaj bluesu, z angielskim tekstem, prawdopodobnie nawiązującym do tego w co Zieliński grał. -

Michał Owczarek
Mógł zostać na dole. Mógł zostać na dole, wywalić kopniakiem wejściowe drzwi i wybiec prosto pod lufy gliniarzy. Wszystko było lepsze niż wchodzenie po schodach na trzydzieste siódme piętro. Choć drzwi i tak nie wywaliłby kopniakiem bo były obrotowe. Kurwa. Teraz stał oparty o ścianę, próbując złapać oddech. Z płuc została papka, mięśnie ud paliły żywym ogniem i wcale by się nie obraził gdyby ktoś mu teraz amputował nogi. Jeśli jutro się obudzi bez zakwasów to będzie większy cud niż krwawiąca hostia w Sokółce.
Skupiony na sobie dopiero po chwili zarejestrował, że stoją pod jakimiś drzwiami. Po drodze nasłuchał się opowieści o tym całym Zielińskim i miał już wyrobione zdanie. Dorosły mężczyzna, który gra w gry komputerowe był w jego hierarchii tylko trochę wyżej niż typów, którzy nie potrafią wymienić koła w aucie i siedzą w Starbucksie z laptopem, chuj wie po co. Wyglądało na to, że ich przyszły lub niedoszły wybawca zamknął się z kolegami w serwerowni żeby grać w gry. W Factorio, cokolwiek to znaczy.
Ja pierdolę - pomyślał - Trzydzieści siedem pięter. Oby było warto.
Nie zamierzał przeszkadzać w negocjacjach z paranoikiem. Wiedział już, że czasem dla własnego dobra lepiej zamknąć gębę. Niech inni się produkują. On poczeka.
-

Wiktoria Wrońska
"If you're going through hell..."
at least wear comfortable shoes.Blondynka wiedziała, że to będzie jedno z gorszych doświadczeń dzisiejszego dnia, gdy tylko usłyszała “trzydzieste siódme piętro”. Od tej chwili liczba trzydzieści siedem miała już zawsze kojarzyć jej się z bólem nóg i przeklinaniem architektów biurowców.
Załamała ręce, bo dopiero co założyła buty, a już musiała je zdjąć. Co to za katorga. Obuwie kobiece, piękne, z klasą. Po ich założeniu ludzie patrzyli na ciebie inaczej. Pewniej. Profesjonalniej. Jakby kilka dodatkowych centymetrów automatycznie oznaczało kompetencje. Teraz były tylko źródłem bólu. Bezużyteczne i niewygodne, doprowadzające co najwyżej do odcisków i otarć. Niemniej jednak, innych nie miała.Samą podróż nazwałaby drogą do piekła. Co chwilę spoglądała na pozostałych, szukając potwierdzenia, że nie tylko ona ma ochotę rzucić się z powrotem na parter. Siedem pięter poszło dość łatwo, ale to nawet nie była połowa. Potem zaczęły boleć uda, oddech stawał się cięższy, twarz zalała fala gorąca. Wiedziała, że jest czerwona jak burak, tym bardziej, że główny palacz sam wyglądał, jakby miał wyzionąć ducha. Miała nadzieję, że żadne z nich nie padnie z niedotlenienia, zmęczenia lub innej przyczyny. Mimo iż mieli przy sobie ratownika medycznego, ten też nie wyglądał świeżo i żywo. Wiktoria co jakiś czas robiła sobie krótkie przerwy, na oddech, aby usiąść, a na jednym piętrze nawet poszła przemyć twarz chłodną wodą i napić się wody. Zastanawiała się czy na pewno warto tak się wdrapywać, a potem co, mieliby schodzić? To już może naprawdę lepiej wejść na dach i zjechać liną, będzie bliżej. Poza tym była tak wymęczona, że chyba by nawet nie poczuła emocji tej ekstremalnej próby ucieczki.
Kobieta łapała oddech szybko i głośno. Nie umiała nawet tego powstrzymać, ale widziała, że inny mieli podobnie. Wszyscy czerwoni, spoceni i pozbawieni oddechu, dotarli na “piętro paranoika”. Zanim Sebastian zapukał, Wiktoria zatrzymała na moment wzrok na drzwiach. Wyglądały jak każde inne w budynku, ale tylko z daleka. Metal zamiast płyty, cięższa konstrukcja i charakterystyczny wizjer zdradzały, że pomieszczenie projektowano z myślą o bezpieczeństwie. Takie drzwi bardziej pasowały do bankowego skarbca niż niewielkiej serwerowni.
Kiedy Sebastian zapukał, Wiktoria zaczęła mieć wątpliwości. Co jeśli cała ta wspinaczka pójdzie na nic? Być może Zieliński zamknął się i ma zamiar spędzić tam resztę swojego życia, a nie dzielić się z innymi przygotowanym planem? Z drugiej strony, może uda jej się go przekonać, aby chociaż pochwalił się swoim pomysłem na przetrwanie, planem B, który miał na taką okazję.
Kobieta przez chwilę przyglądała się jedynie jego oczom widocznym we wzierniku. Nie wyglądał na spanikowanego. Wręcz przeciwnie. Sprawiał wrażenie człowieka, który od dawna spodziewał się takiego rozwoju wydarzeń i zdążył już pogodzić się z nową rzeczywistością.Jeszcze kilka dni temu uznałaby to za kolejny epizod jego katastroficznego myślenia. Dzisiaj pierwszy raz miała ochotę go za to przeprosić.
— Dzień dobry, panie Zieliński. Mam wrażenie, że jest pan jedyną osobą w tym budynku, której ten dzień nie zaskoczył.Jej głos był spokojny. Spojrzała na oczy kryjące się za wizjerem.
— I chyba jestem panu winna przeprosiny. Przyszłam tutaj przekonywać pana, że świat jeszcze się nie kończy. Wygląda na to, że tym razem trafniej ocenił pan sytuację niż większość z nas.
Odczekała chwilę, aby zobaczyć reakcję. Musiała wiedzieć, czy to, co mówi, do niego trafia. Nie chciała go krytykować, nie miała zamiaru teraz tłumaczyć, że na co dzień jego zachowania są przesadne, ale “poszczęściło mu się”, bo jednak jest ta oczekiwana epidemia.
— Potrzebujemy pańskiej wiedzy. Nie chcę pana wyciągać stamtąd na siłę. Chcę tylko zrozumieć, co pan przygotował. Sebastian powiedział nam, że od dawna interesował się pan planami awaryjnymi budynku. Jeżeli naprawdę myślał pan o takim scenariuszu… to prawdopodobnie wie pan o tym miejscu więcej niż ktokolwiek z nas. Chcielibyśmy się stąd wydostać. W tej chwili chyba nikt z nas nie zna tego budynku lepiej od pana. Nie chcemy zgadywać, skoro możemy zapytać człowieka, który od dawna zakładał taki scenariusz. Gdyby uznał pan, że opuszczenie Darpolu jest najlepszym rozwiązaniem... jakie możliwości brałby pan pod uwagę?
Zamilkła. Dała mu szansę i czas na odpowiedź. Miała nadzieję, że ją otrzymają.
-
Maksymilian „Maks” Kruk

Wspinaczka betonową klatką schodową była monotonną torturą. Maksymilian, przyzwyczajony do wielogodzinnego wiszenia w uprzęży i ciężkiej pracy na wysokościach, miał żelazną kondycję, ale pokonanie blisko ośmiuset stopni w dusznym, odciętym od wentylacji szybie potrafiło zmielić mięśnie. Powietrze gęstniało z każdym piętrem, śmierdząc kurzem, zaschniętym potem i tymi ohydnymi, rozmokłymi w wodzie niedopałkami, które zalegały w kątach. Maks szedł równym, wyuczonym tempem, oszczędzając siły, podczas gdy reszta grupy dosłownie rozpadała się na jego oczach – rzężący z braku tlenu medyk, wypluwający płuca palacz i HR-ówa, która w akcie desperacji pokonywała betonowe stopnie boso.
Teraz, gdy wreszcie dotarli pod właściwe drzwi, Maks wykorzystał moment, w którym Wiktoria włączyła swój wyuczony, dyplomatyczny ton, by zrzucić z siebie zmęczenie i ostatecznie wyrównać oddech. Zignorował gładkie słowa płynące z jej ust i skupił się na tym, co umiał najlepiej – na chłodnej ocenie fizycznej przeszkody.
Omiatał wzrokiem futrynę, analizując strukturę drzwi. Szukał słabych punktów, odsłoniętych zawiasów czy luzów w zamku, ale szybko ocenił, że sforsowanie tej puszki jego stalowym łomem bez zrobienia potwornego hałasu graniczyło z cudem. Drzwi były pancerne i osadzone wzorowo, istny bunkier w środku biurowca. Skoro wejście siłowe odpadało, musiał kontrolować jedyny słaby punkt tej konstrukcji.
Bezszelestnie przysunął się do ściany, stając tuż z boku, na granicy pola widzenia Judasza. Płynnym, wyuczonym ruchem odpiął pałkę od pasa. Zważył ją w dłoni, gotowy w ułamku sekundy wsunąć płaską końcówkę w szczelinę i zablokować metalową zasuwkę, gdyby paranoiczny informatyk nagle postanowił uciąć negocjacje i zatrzasnąć im to okno na świat. Przez chwilę kalkulował nawet, pod jakim kątem musiałby wsunąć dłoń, by w razie odmowy chwycić faceta za ubranie i unieruchomić go przy wizjerze, ale otwór był na to zdecydowanie za mały. Chociaż może....
Maks nie odezwał się ani słowem. Zacisnął palce na rękojeści narzędzia, wtopił się w półmrok korytarza i z napiętymi mięśniami czekał na reakcję Zielińskiego. Pozwolił Wiktorii grać jej kartami, samemu pozostając w gotowości. W końcu to on tutaj będzię musiał odgrywać tego złego policjanta
-

Michał ZielińskiSpec od Technilogii informatycznej wpatrywał się w Wiktorię, milczał. Wrońska przez chwilę zastanawiała się, czy nie powiedziała czegoś źle. Czy przypadkiem Zieliński nie dopatrzy się w niej wroga. Ale nic takiego się nie stało.
W tle zdążył przelecieć fragment refrenu piosenki.
I asked the sky what the shipping was for
The sky said more
More belt more burn more watt more ore-Nie przyszlibyście tutaj, gdyby sytuacja nie była naprawdę poważna. Albo raczej, gdybyście nie zobaczyli, że sytuacja jest naprawdę poważna. Sebastian by was tutaj nie przyprowadził, gdyby wam choć trochę nie ufał... Więc chcecie opuścić tę szklaną pułapkę? Dobrze się składa...-
Judasz zatrzasnął się, a zza drzwi dobiegł pomruk zamka. Następnie Zieliński otworzył dtzwi i rozejrzał się po korytarzu.
-Właźcie. Ściany mają uszy. Oczy też.- Stwierdził.Wnętrze serwerowni było bardzo odległe od tego, co mogliby sobie wyobrażać ludzie, którzy w niej nigdy nie byli.

Pomieszczenie było dość duże, prostokątne, pozbawione okien. Sufit stosunkowo niski, jak na współczesny biurowiec. Ściany w nijakim, szarawym kolorze, tak samo jak korytarze, lecz farba w wielu miejscach była przybrudzona, albo odbarwiona. Żadnych ozdobników, obrazków, roślin, designerskich lamp.
To było królestwo elektroniki i techniki. Wnętrze wypełniało kilka rzędów szaf rackowych, z różnymi generacjami sprzętu, który pozornie wyglądał, jakby ktoś poskładał jedną całość z pasujących do siebie puzli, z różnych zestawów. Czarne, metalowe szafy, część z zaślepkami, część z migającymi diodami, w niektórych miejscach widoczne kable, których plątanina krążyła po ścianach i suficie, spinając ten majdan w jedną całość.
I przede wszystkim: hałas.
Nie jest to ogłuszający huk, ale stałe, monotonne:
ssssssssss—wrrrrrrrrrrrr—ssssss
wentylatorów, klimatyzacji i zasilaczy.
Dopiero po kilku minutach przebywania w środku, przestaliby go zauważać, ale zaraz po wejściu uświadomili sobie, jak bardzo tu jest głośno i jak bardzo diesel blues z głośników niewiele pomaga w konfrontacji z tą elektroniczną kakofonią. Było tu też wyraźnie chłodniej niż na korytarzu, na tyle, że można było pożałować, że się ze sobą nie zabrało kurtki. Nic dziwnego, że Michał miał na sobie gruby sweter.Najbliżej dtzwi znajdowało się biurko, ale nie było to profesjonalne stanowisko administratora, tylko obskurny mebel wciśnięty pomiędzy dwie szafy rackowe, z trzema monitorami i lampką. Poza tm klawiatura, msz, notatki, pusta puszka po coli, słuchawki, niewielki wentylator i dwa puste kubki, najpewniej po kawie.
Na jednym z monitorów znajdowały się parametry serwerów, logi, monitoring infrastruktury elektronicznej, oraz... widok z kamery bezpieczeństwa na lobby budynku. Jak widać Michał w wolnej chwili oglądał reality show "zamknięci w Darpolu". W pobliskim koszu na śmieci znajdowała się nawet pusta torebka po popcornie od Starfoods.
Na drugim monitorze znajdowało się prawdopodobnie wspomniane factorio - absurdalnie rozbudowana fabryka, pełna automatów montażowych, pasów transportowych, plątanina rur, infrastruktury i półproduktów.
Natomiast na trzecim były już rzeczy kompletnie niezwiązane z pracą - otwarte okienko youtube'a, discord, oraz kilkanaście innych otwartych programów i kart.
Oświetlenie stanowiły zimne świetlówki led. Jedna migotała. Światło monitorów i dziesiątki, setki, małych, zielonych, niebieskich i czerwonych diod na serwerach, które albo świeciły, stale, albo mrugały.Zieliński z bliska i w takim oświetleniu wyglądał dość upiornie - zmęczony, z podkrążonymi oczyma. w oczy Maksymiliana szybko rzuciły się elementy, niepasujące do standardowej serwerowni, poza pancernymi drzwiami, rzecz jasna. Zasilanie awaryjne, kilka dużych aumulatorów na wolnej szafce rackowej, awaryjne oświetlenie, specjalistyczna gaśnica do urządzeń elektronicznych - kiedyś widział podobną w wojskowej radiostacji, jeszcze podczas służby.
W tle zaczęła lecieć kolejna piosenka. Informatyk zdawał się tego nie zauważyć, tylko zaprosił ich gestem do biurka, kiedy tylko zamknął za nimi drzwi.
-Więc tak. Jakkolwiek to miejsce jest prawdopodobnie najbezpieczniejszym pomieszczeniem w tym budynku, to jednak siedzieć tutaj przez miesiąc lub dwa, to się nie da. Zabraknie wody, żywności, prądu. Chcecie stąd uciec - tak się składa, że ja też chcę stąd wyjść. I chętnie wam pomogę, pod warunkiem, że mogę wyjść razem z wami. Jest kilka opcji. Oczywiście najlepiej nie robić sensacji i wyjście głównymi drzwiami odpada. Problemem jest też sam transport, bo trzeba się jeszcze dostać w bezpieczne miejsce, Ale po kolei. Najbardziej trudną do zauważenia opcją ucieczki, jest dach biurowca i sprzęt alpinistów przemysłowych. Tak się składa, że mamy tutaj takiego alpinistę i że już zabezpieczył sprzęt w schowku na szczotki. Widziałem twoją akcję, Maksymilianie. Emocje jak śledztwo Maxa Payne'a, serio. Prostszym wyjściem z tej samej beczki, jest wyjście przez okno na pierwszym piętrze z użyciem liny, ale jest problem - nie ma tam okien, które można otworzyć, jest tylko szklana ściana, a jej wybicie stworzy zagrożenie i natychmiast zwróci na nas uwagę. Kolejna opcja, to podziemny garaż. Darpol ma takowy, ale mało kto o nim wie. Znajduje się na tyłach budynku i służy głownie VIPom, czyli zarządowi, istotnym managerom, nadszyszkownikom, starszym zabiurkowym, krewnym i znajomym królika. Tam powinno się dać dostać nawet samochód. I wątpię, żeby nosili kluczyki ze sobą, więc powinny jakieś być w stróżówce w samym parkingu. Natomiast zdecydowanie najbezpieczniejszą opcją, jest po prostu zejść "jeszcze niżej". W budynku znajduje się zamknięte wejście do kanalizacji miejskiej, w celach serwisowych. Musieli je wybudować, bo biurowiec miał podczas budowy naprawdę poważne problemy z fundamentami i kanalizą Oddali go, partacze, w 2010, a musieli go remontować zaraz po oddaniu, przez kolejne 5 lat. Wiem jak się tam dostać, ale to nie będzie majówka, tylko powolny spacer, po pas w gównie i szlamie, zanim będzie można wyjść. Najbliższa, mniej więcej bezpieczna drabina prowadząca do wyjścia, jest 3 przecznice dalej. Godzina policyjna to wbrew pozorom nasze najmniejsze zmartwienie.-
Wyłożył Zieliński. Wyświetlił na monitorze plany budynku i pokazał im poszczególne elementy, o których wspominał, z planem kanalizacji warszawskiej włącznie. -

Michał Owczarek
— Spacer w gównie i szlamie. Brzmi jak coś dla mnie — pomyślał Michał i dopiero po chwili zorientował się, że powiedział to na głos. Po tym co przeżył wchodząc na trzydzieste siódme piętro wieżowca wiedział już, że żadna siła nie zaciągnie go na dach Darpolu by spuszczać się po linach. Nie z taką kondycją. Ratownik wolał się nie zastanawiać, dlaczego Zieliński zamiast uciekać wolał siedzieć zamknięty i grać w gry, ale kto zrozumie wariata? Ważne, że jego wiedza rzeczywiście mogła im pomóc wydostać się z tego szklanego piekła.
— Jeśli ty wiesz o tym parkingu dla VIPów, to pewnie służby też już o nim wiedzą — mruknął się przyglądając się planon — Chociaż skoro budynku pilnuje policja a nie wojsko to może ich przeceniam i to najprostsza droga by stąd prysnąć.
I najbardziej higieniczna. Tego już nie powiedział na głos. Kątem oka spojrzał na Wiktorię. O ile sam bez problemu mógł wyobrazić siebie brodzącego po pas w nieczystościach, zastawiał się jak zniosłaby to dystyngowana, elegancka blondynka. Czy miałaby w sobie tyle determinacji by sprowadzić się do roli kanałowego szczura.
— Możemy zrobić zwiad i sprawdzić parking. Jeśli nikt go nie pilnuje a wejścia nie są zaplombowane powinniśmy dać radę. A jeśli nie…— zrobił pauzę i popatrzył na Wiktorię —...to Maksowi zostaje dach a nam przeciwny kierunek.
-

Wiktoria Wrońska
He who has a why to live
can bear almost any how.
~ NietzscheWiktoria przez dłuższą chwilę nie odzywała się ani słowem. Powoli przesuwała wzrokiem po planach budynku wyświetlanych na monitorze, od parkingu, przez kanalizację, aż po dach. Jeszcze wczoraj próbowałaby znaleźć najlepsze rozwiązanie. Dzisiaj wiedziała już, że takie nie istnieje. Pozostało wybrać najmniej złe. Uniosła wzrok na Zielińskiego.
— Zanim podejmiemy decyzję... chciałabym zrozumieć jedną rzecz. Powiedział pan przed chwilą, że to prawdopodobnie najbezpieczniejsze pomieszczenie w całym budynku.
Rozejrzała się po serwerowni, obracając głową lekko na boki. Metalowe drzwi, grube ściany, chłód, zapasowe zasilanie i rzędy akumulatorów. Faktycznie sprawiała wrażenie miejsca przygotowanego na znacznie więcej niż zwykłą awarię. Na pierwszy rzut oka niczego tu nie brakowało. To miejsce wyglądało tak, jakby mogło funkcjonować jeszcze długo po tym, gdy reszta budynku przestanie działać.
— Skoro uważa pan, że tutaj jest najbezpieczniej... dlaczego mimo wszystko chce pan stąd wyjść?
Zrobiła krótką pauzę, aby pytanie mogło wybrzmieć. Szybko jednak zadała kolejne, kontynuując myśl.
— I kiedy pan zrozumiał, że to już nie jest tylko kolejny scenariusz, który rozważał pan na wszelki wypadek?
Pozwoliła mu odpowiedzieć, po czym zadała kolejne pytanie.
— Gdyby był pan tutaj sam i nie musiał oglądać się na nikogo... którą z tych dróg wybrałby pan dla siebie?
Wiktoria przesunęła palcem po planie kanalizacji, jakby analizowała każdy szczegół. Chłód pomieszczenia, po tak ciężkiej wspinaczce, póki co był orzeźwiający.
— Powiedział pan, że godzina policyjna jest naszym najmniejszym problemem. Co pana najbardziej niepokoi?
Blondynka dopiero teraz spojrzała na ekran z podglądem kamer. Zrobiła kilka kroków w stronę monitorów. Była bardzo ciekawa, jak wiele Zieliński zdążył zobaczyć. Nachyliła się lekko obserwując ruch w lobby.
— Od jak dawna obserwuje pan budynek? I czy widział pan coś... czego my nie widzieliśmy?
Wyprostowała się i przeniosła wzrok z monitorów na Zielińskiego, robiąc małą przerwę, w której liczyła na odpowiedź. Wszystko to było bardzo interesujące, ale też rodziło więcej pytań niż odpowiedzi. Wiktoria podeszła z powrotem do planów, jej oddech zdążył się ustabilizować. Próbowała ignorować lecącą w tle muzykę, aby móc lepiej skupić się na wizji opuszczenia budynku. I chyba właśnie to sprawiało, że nie czuła się pewnie. Ku własnemu zaskoczeniu bardziej bała się opuścić budynek niż w nim zostać. Co czeka ich na zewnątrz? Tylko chaos, zamieszanie czy coś więcej?
— Parking wydaje się najprostszym rozwiązaniem. Właśnie dlatego zastanawiam się, czy nie będzie pierwszym miejscem, którego będą pilnować. A może przeciwnie — skoro korzysta z niego wyłącznie zarząd, pozostaje poza zainteresowaniem służb? Ma pan podgląd również na parking? Kanały zaś brzmią najmniej komfortowo, ale mogą być najmniej oczywiste. Czy zna pan ich przebieg na tyle dobrze, żeby mieć pewność, gdzie wyjdziemy? Czy są odcinki, które mogą być nie do przejścia albo zalane? Ilu ludzi realnie mogłoby przejść tą drogą?
Wiktoria westchnęła nieznacznie, wciąż błądząc wzrokiem po planach. Kanalizacja w jej oczach niosła swoje ryzyko, nieco inne, być może mniej oczywiste, ale rozłożone w czasie. W tak zanieczyszczonym środowisku, było znacznie łatwiej o zakażenie. Gdyby mieli zejść do kanałów, dobrze byłoby zdobyć kombinezony ochronne. Nawet prowizoryczne zabezpieczenie zmniejszyłoby ryzyko zakażenia i ułatwiłoby poruszanie się w takim środowisku.
— Nie szukam idealnego planu. Chciałabym tylko zrozumieć, które ryzyko jest najmniejsze. I nie wiem, czy mówimy o ucieczce naszej piątki... czy o ewakuacji większej grupy? Co z Doktor Wójcik? Nie chciałabym zostawiać jej tutaj. Jeżeli mamy coś planować, chciałabym wiedzieć, dla kogo właściwie ten plan tworzymy.
Blondynka spojrzała kolejno na Michała, Maksa i Sebastiana. To oni byli obecni, gdy doktor Wójcik sama zasugerowała ucieczkę z budynku. Miała nadzieję, że wspinaczka na trzydzieste siódme piętro nie sprawiła, iż zdążyli o tym zapomnieć.
-
Maksymilian „Maks” Kruk

Maksymilian wysłuchał wywodu informatyka, stojąc z ramionami skrzyżowanymi na piersi i opierając się biodrem o krawędź biurka. Zimne, migoczące światło ledów odbijało się w jego oczach, gdy uważnie śledził plany wyświetlane na monitorze. Równolegle przysłuchiwał się serii wnikliwych pytań rzucanych przez Wiktorię. Musiał przyznać, w duchu, że korporacyjna szkoła drążenia detali i szacowania ryzyka w tym konkretnym przypadku okazała się przydatna.
Sytuacja ulegała diametralnej zmianie. Plan ewakuacji po elewacji, choć ryzykowny, to Maks miał nim pełną kontrolę. Kanały były logistycznym koszmarem – wąskie gardło, brak światła, toksyczne gazy i szlam spowalniający ruchy do zera. Z kolei podziemny parking brzmiał stanowczo zbyt dobrze, by był prawdziwy.
Kiedy Wiktoria skończyła, Maks odepchnął się od biurka i podszedł bliżej monitora z planami.
— Pani z HR-u ma rację, Zieliński. Zadała cholernie trafne pytania, a mnie też brakuje w tym twoim wykładzie kluczowych danych
Odezwał się niskim, rzeczowym tonem i wskazał palcem na plan podziemi.
— Garaż to strefa zjazdu do poziomu ulicy, co oznacza, że wyjazd musi być zabezpieczony ciężką bramą lub szlabanami. Jeśli wojsko zamknęło front, na dziewięćdziesiąt procent uszczelnili też rolety na tyłach. Pytanie brzmi, czy masz podgląd na to, co dzieje się za zewnętrzną linią garaży?
Maks przeniósł wzrok z planu na bladą twarz informatyka.
— I jeszcze jedno. Jeśli pójdziemy przez parking, zapomnijcie o braniu jakiegokolwiek samochodu. Uruchomienie silnika w garażu to jak krzyczenie „tu jesteśmy, strzelajcie”. Musimy wyjść na zewnątrz jako piesi, korzystając z awaryjnych klatek ewakuacyjnych przy garażach.
Spojrzał przelotnie na zmęczonego Michała, który wolał spacerować w gównie niż zjechać na linie, po czym wrócił wzrokiem do Zielińskiego. Czekając, aż ten odpowie na pytania Wiktori
-
Michał Zieliński
-Pani Wiktorio, ja wolę uznać, że "to już" i powiem się miło rozczarować, że jednak katastrofa jeszcze nie nadeszła, niż się martwić, czy to fałszywy alarm. Co prawda budynek jest technicznie "bezpieczny", ale za chwilę największym problemem nie będą zarażeni, ale inni ludzie, biorący to czego potrzebują z użyciem prawa silniejszego. A nawet jeżeli wszyscy skończą jako trupy, nadal trzeba wyjść z budynku i dotrzeć do bezpiecznego miejsca. Im dalej w problem, tym będzie tylko trudniej, dlatego wolałbym wrócić do swojego domu, gdzie jestem lepiej przygotowany. Gdybym miał iść sam, prawdopodobnie założyłbym klamerkę na nos i wlazł do ścieku z pocałowaniem studzienki kanalizacyjnej. Najbardziej niepokoi mnie perspektywa napotkania innych ludzi. Dopóki sytuacja się nie uspokoi i ci którzy przeżyli nie przystosują się do nowej rzeczywistości, będą niebezpieczni. Ludzie w amoku działają impulsywnie.- Wyłuszczył Zieliński.
-Co do wydarzeń z budynku... przeglądam kamery ciągiem, z przyzwyczajenie i kątem oka. Zarząd zadekował się na górze i udają, że ich nie ma i sprawa ich nie dotyczy. Poza tym, większość ludzi podzieliła się na małe grupki i poszczególne piętra. Co do garażu - tak, jest stamtąd wyjście ewakuacyjne. Na kamerach zewnętrznych widać, że policja pilnuje budynku na odpierdol. Obstawili główne wejście, raz na jakiś czas okrążają budynek. Wejście do garażu jest pilnowane równie solidnie, czyli jeden czy dwóch bagietowych co jakiś czas. Większość siedzi przed budynkiem.-
Michał Owczarek
Michał słuchał Zielińskiego i nabierał coraz większej pewności, że ta kwarantanna to jakaś prowizorka i właściwie siedzą tu tylko na własne życzenie. Gdyby zielone plakietki zorganizowały się w większą grupę nie zatrzymałaby ich żadna siła, a już na pewno nie tych paru krawężników przed wieżowcem. Już wcześniej podejrzewał, że służbom brakuje ludzi, teraz miał namacalny dowód. Nie musieli zjeżdżać po linach ani taplać się w gównie by stąd wyjść.
—Jeśli pilnują wejścia do garażu na odpierdol to sprawa jest jasna. Wychodzimy podziemnym parkingiem, ty śledzisz ruch na kamerach i ostrzegasz nas przez telefon. Potem my na zewnątrz asekurujemy ciebie.
Maksymilian Kruk
Maksymilian prychnął cicho, słysząc entuzjazm ratownika. Plan brzmiał jak wyciągnięty z taniego filmu akcji, w którym wszystko zawsze idzie zgodnie z założeniami.
—Optymistycznie, Michał, ale pomyśl przez chwilę odezwał się chłodno, krzyżując ramiona na piersi. — Jeśli on zostanie przed monitorami na trzydziestym siódmym piętrze, to jak niby chcesz go "asekurować na zewnątrz"? Poza tym opieranie ewakuacji na komunikacji komórkowej w momencie, gdy sieć w każdej chwili może paść albo zostać zagłuszona przez służby, to proszenie się o kłopoty.
Przeniósł spojrzenie na informatyka.
—Trzymamy się razem. Zieliński, potrafisz zapętlić obraz z kamer w garażu i na zewnętrznym perymetrze, żeby mieli na podglądzie tylko puste ściany? Jeśli tak, to sprawdzasz ich rotację, ustalamy precyzyjne okienko czasowe i schodzimy całą grupą. Żadnego rozdzielania się i żadnego polegania na komórkach. Wyliczamy patrole, mijamy ślepe kamery, otwieramy awaryjne i znikamy, trzymając się w kupie.
Michał Owczarek
Zapętlanie obrazów. O kurwa - pomyślał i od razu rozbolała go głowa. Narwaniec ewidentnie szukał andrenaliny i chciał ich wciągnąć w jakieś filmowe akcje rodem z Mission Impossible, albo innego gówna o super-agentach.
Zastanawiał się, czy tylko on w tym pokoju usłyszał to co właśnie powiedział Zieliński. A może jednak przez te trzy dni popadł w obłęd i halucynacje i coś jednak źle zrozumiał. Spojrzał na obraz z kamer żeby się upewnić czy rzeczywiście jest tam armia czujnych gliniarzy śledzących każdy ruch na kamerach czy paru wymęczonych sierżantów prewencji, którzy przeszli kilkutygodniowe szkolenie w Szczytnie a jeszcze tydzień temu spisywali żuli pod Żabką. Wiedział, że istnieją ludzie którzy próbują dopatrywać się śladów interwencji siły wyższej, jakiegoś demiurga kierującego ich losem, rzucającym kośćmi przeznaczenia. Michał jednak przez lata przekonał się, że świat jest kurewsko prozaicznym miejscem, którym rządzi czysty przypadek oraz zasady biologii, fizyki i chemii. Nie żyli w filmie ani grze komputerowej a jedyną anomalią jaka się pojawiła był wirus zamieniający ludzi w agresywne zwłoki. Wymęczeni pracą policjanci pozostawali wymęczonymi pracą policjantami. Gdyby działające od trzech dni telefony komórkowe nagle przestały działać w momencie ucieczki, Michał pewnie przestałby być ateistą i uwierzył, że istnieje gdzieś tam jakiś Bóg, który ich nienawidzi. Szanse na to były jednak praktycznie zerowe. Jedyne co ich tu jeszcze trzymało w tym kurwidołku to przeświadczenie, że Darpol to więzienie, z którego nie ma ucieczki. Nie bez winy była tu Wójcik. Wciąż pamiętał co mu powiedziała wczoraj gdy zażądał by pomogła mu i Wiktorii opuścić budynek w zamian za pomoc w poszukiwaniach pacjenta zero. Teraz wychodziło, że albo kłamała, albo miała skłonności do wyolbrzymiania problemów, jak dziś gdy spoliczkowała gliniarza.
Propozycja Owczarka była prosta jak drut. Prosta jak on sam. Wyjść na zewnątrz, obserwować dyskretnie budunek, dać Zielińskiemu przez telefon znać kiedy droga będzie wolna. Kamery na zewnątrz kontrolowane przez paranoika dawały im handicap i eliminowały ryzyko przypału. Ktoś mu kiedyś powiedział, że szczęściu trzeba pomagać i trzymał się tej dewizy. Lepiej grać znaczonymi kartami, niż ryzykować porażkę.
Nie zamierzał jednak wykładać nikomu swoich racji bo w jego głowie pojawił się nowy dylemat. Przypomniał sobie tych wszystkich biedaków z zielonymi plakietkami stłoczonych w pokojach, coraz bardziej zmęczonych i sfrustrowanych, tworzących własne plemienne grupki. Ilu ich było? Kilkuset? Tysiąc? Ile czasu zajmie gdy poleje się krew? Gdy nie zabije ich żywy trup lecz kolega z boksu obok? Czy jako lekarz, były lekarz, którego wciąż obowiązywała przysięga mógł tak po prostu opuścić budynek zostawiając ich na pastwę losu? Zastanawiał się co by się stało, gdyby użył radiowęzła i uwolnił ich od złudzeń, którymi sam żył jeszcze dziesięć minut temu zanim Zieliński nie pokazał mu obrazów z kamer. Bo Darpol nie był już więzieniem lecz jego iluzją. Iluzją, która doprowadzi w końcu do tragedii.
Michał Zieliński
-Zapętlenie obrazu nie stanowi problemu, ale mam niejasne wrażenie, że nie rozumiecie powagi sytuacji. Po ubiorze zgaduję, że jesteś ratownikiem medycznym.- Zwrócił się do Michała. -A zatem musisz pamiętać Kaszel-19. Znaczy, covid, przepraszam. Więc wtedy zdecydowana większość wzięła sprawę "na serio", ale okazało się, że zagrożenie było rozdmuchane i wyolbrzymione. Teraz jest dokładnie odwrotnie, ale zdecydowana większość ludzi zrobiła również dokładnie odwrotnie, w myśl zasady "no przecież drugi raz się na to nie nabiorę". Jeszcze nie ogłosili stanu pandemii, ogłosili tylko epidemię i to tylko na terenie Niemiec. 24 godziny temu łaskawie się przyznali. Nawet gdyby służby "chciały" zrobić twarde kwarantanny, zwyczajnie brakuje im ludzi. I tak, uważam, że plan Maksymiliana ma duże szanse powodzenia. No, możnaby jeszcze próbować napuścić ochronę Darpolu na policję. Ludzi w kwarantannie też. Wszyscy są wkurwieni, iskra pójdzie prędzej czy później, a im później stąd wyjdą, tym gorzej, bo tym więcej będzie zarażonych na ulicach. - Powiedział Informatyk.
Wiktoria Wrońska
Wiktoria milczała cały ten czas, woląc wsłuchiwać się w opinie innych. Dopiero po zebraniu informacji mogła przejść do rozmyślania i uzyskać nieco więcej czasu na analizę wszystkich pomysłów.
Przeniosła wzrok z planów budynku na obraz z kamer, a potem na każdego z obecnych po kolei.—Mam wrażenie, że wszyscy mamy rację... tylko patrzymy na ten sam problem z różnych stron. Michał patrzy na to jak ratownik. Widzi lukę i chce z niej skorzystać, zanim ktoś ją zamknie.
Blondynka przeniosła wzrok na Maksa.
—Maks zakłada, że jeśli coś może pójść źle, to prędzej czy później pójdzie. Dlatego chce ograniczyć liczbę niewiadomych.
Na końcu zwróciła się do Zielińskiego.
—A pan... od początku zakłada najgorszy scenariusz i przygotowuje się na niego, zanim większość ludzi w ogóle zauważy problem.
Opuściła wzrok na plan garażu, który póki co był jej numerem jeden. Bezpieczny i jeszcze nadawał się do wykorzystania. Być może za jakiś czas przepadnie, więc powinni się zdecydować.
—I chyba właśnie dlatego wszyscy znaleźliśmy się w tym samym miejscu.
Przez chwilę analizowała jeszcze przebieg parkingu, sunąc palcem po papierze, jakby chciała obrysować drogę i odkryć możliwe scenariusze.
—Garaż nadal wydaje mi się najbardziej rozsądną opcją. Nie dlatego, że jest najłatwiejszy, ale dlatego, że daje nam możliwość wycofania się. Jeżeli zejdziemy i zobaczymy, że wyjście jest obstawione, zawsze możemy wrócić do budynku. W kanałach tej możliwości już nie będzie. Kanały potraktowałabym jako plan awaryjny. To dobra droga, jeśli zostaniemy zmuszeni do ucieczki za wszelką cenę. Ale dopóki mamy wybór, wolałabym jeszcze z niego nie korzystać. Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz.
Wiktoria zwróciła się do Zielińskiego, przenosząc na niego spojrzenie.
—Powiedział pan też wcześniej, że najbardziej obawia się ludzi. Rozumiem dlaczego. Od rana obserwuję ten budynek i mam wrażenie, że wirus zaczął dzielić ludzi jeszcze zanim kogokolwiek zaraził. I właśnie dlatego pojawia się jeszcze jedna możliwość.
Wrońska westchnęła zauważalnie, jakby wypowiedziane dalej słowa bardzo jej ciążyły i nie była z nich zadowolona. Chwilę się wahała, zanim się odezwała.
—Moglibyśmy potraktować okno na pierwszym piętrze jako plan B. Powiedzieć coś przez radiowęzeł, wywołać zamieszanie, odciągnąć uwagę od budynku, wykorzystać powstały chaos do wybicia szyby i ucieczki. Tylko... oznaczałoby to świadome wykorzystanie cudzej paniki. A nawet jeśli zwiększyłoby nasze szanse, nie potrafię udawać, że taki pomysł nie budzi mojego sprzeciwu.
Michał Owczarek
Michał zacisnął szczękę i uciekł wzrokiem w sufit, w świetlówki byle nie patrzeć na Zielińskiego. Chwila dzieliła by nie parsknął mu w twarz śmiechem. Przez kieszeni spodni uszczypnął się w udo.
Wytrzymaj. Nie śmiej się, nie śmiej się, nie spierdol tego Owczarek, bo wariat strzeli focha i cię stąd wyrzuci na zbity pysk. Nie gadaj nic więcej i na wszystko przytakuj kretynie. Morda w kubeł. .
Nie był psychiatrą, ale na SOR czasem trafiali zaburzeńcy, którzy wiedzą i widzą więcej niż inni, zwłaszcza gdy nie wezmą leków, Michał dobrze pamiętał marzec 2020, gdy przez kilka tygodni czekali w Polsce na pacjenta zero. W tym czasie w Lombardii zaczęło już brakować miejsc w kostnicach. Mijały dni, mijały tygodnie, busy kursowały na granicach i w jednym z takich busów w Zielonej Górze w końcu trafił się pierwszy pechowiec. Nikt w ciągu pięciu minut nie otaczał budynków z chorymi w środku miasta, a właśnie to się przydarzyło Owczarkowi, który wszedł na pół godziny do astmatyka i już stąd nie wyszedł. Jako lekarz nigdy nie spotkał się z takimi procuderami sanitarnymi, sprawę potraktowano kurwsko poważnie a Wójcik sama wczoraj ostrzegła, że będą do nich strzelać i nikt nie wyjdzie z budynku żywy jeśli spróbują ucieczki. Teraz się okazało, że tam na zewnątrz pilnuje ich dwa radiowozy, mniej niż na meczach ligi okręgowej. Czuł się jak w śnie wariata. Ten cały Zieliński próbował skleić do kupy coś czego nie dało się skleić w logiczny sens.
Wysłuchał Wiktorii. Nie wiedział ile w tym co mówi jest gry i dyplomacji, ale wyglądało na to, że ona naprawdę z szacunkiem podchodzi do Zielińskiego. Potrafiła słuchać ludzi, więc może jednak to on był ignorantem? Może nie rozumiał czegoś co dla innych było oczywiste? Masz kompleks Boga. Boga zbudowanego z samych wad. Tak mu powiedziała kiedyś Ola. Myślał, że chodzi jej tylko o jego picie. Ale może jednak nie. Może jednak powinien bardziej otworzyć swój umysł zbudowany na twardej logice i faktach. Może jednak nie zawsze miał rację.
Jedna rzecz w tej całej dyskusji od początku mu się nie spodobała i choć obiecał, że będzie trzymał mordę na kłódkę, jako medyk nie mógł milczeć.
—Nie możemy wykorzystać ludzi jako mięsa armatniego i zasłony dymnej — powiedział — To by było barbarzyństwo. Ale oni też mają prawo znać prawdę. A prawda jest taka, że na zewnątrz stoją dwa radiowozy i nikt nie pilnuje Darpolu. Jeszcze. Dajmy im wybór, ale nie napuszczajmy na policję by robić z nich tarczę. Jeśli zostaną w środku to będzie ich decyzja. Jeśli zechcą wejść też.
Wiktoria Wrońska
—Właśnie dlatego mam z tym taki problem. — odezwała się spokojnie Wiktoria. — Powiedzenie ludziom trudnej prawdy, zanim damy im jakiekolwiek narzędzia, żeby mogli sobie z nią poradzić, może wywołać dokładnie ten sam efekt, którego chcemy uniknąć. Panikę. A w panice ludzie przestają podejmować decyzje - zaczynają reagować.
Maksymilian Kruk
—Z całym szacunkiem, ale chyba oboje zapomnieliście, w jakiej jesteśmy sytuacji — stwierdził twardo, przecinając ich moralne dylematy ostrym tonem. — Nie jesteśmy zbawcami narodu. Nie uratujemy tu wszystkich, obudźcie się wreszcie. Opowiadanie im teraz prawdy to nie jest żadne danie szansy. To jest po prostu wydanie na nich wyroku. Ci gliniarze na zewnątrz jeszcze przedwczoraj może i spisywali żuli pod dworcem za picie piwa, ale teraz stoją tam z ostrą bronią. A ludzie z bronią, kiedy wpadają w panikę, są cholernie nieprzewidywalni. Wystarczy, że tłum ruszy na drzwi, jednemu krawężnikowi w przypływie emocji puszczą nerwy i pociągnie za spust. Z kwarantanny zrobi się rzeźnia...
Omiótł wzrokiem całą grupę, po czym zatrzymał spojrzenie na medyka.
—Nie jesteśmy za nich odpowiedzialni, Michał. Jesteśmy odpowiedzialni wyłącznie za siebie. Dlatego zrobimy to po mojemu: bez rozgłosu, bez ogłoszeń i bez robienia z ludzi żywych tarcz, ale też bez zgrywania bohaterów. Kiedy Wójcik upewni się co do przerw w patrolach, a Zieliński zapętli kamery w garażu, zejdziemy tam w absolutnej ciszy. Jeśli garaż okaże się czysty, wymkniemy się przez rolety w nocy. Znikniemy, zanim ktokolwiek w tym biurowcu w ogóle zorientuje się, że nas tu nie ma. A reszta... reszta niech radzi sobie sama.
Michał Zieliński
-Poza tym, jaką mamy pewność, że gniew ludzi obróci się przeciwko służbom, a nie przeciwko nam? Żadną. Może być wręcz odwrotnie. Mogą nas po prostu zlinczować. Ryzyko jest zbyt duże. Maksymilian ma rację, i to jak cholera. A co z tą Wójcik, można jej ufać? Wydawało mi się, że to ona kieruje tym cyrkiem. Obserwowałem ją przez jakiś czas i szukałem informacji. Niewiele, poza tym, że jest "legitnym" epidemiologiem. Także... raczej garaż. Zdecydowanie garaż. - Dodał Zieliński.
Wiktoria Wrońska
Wiktoria skinęła jedynie głową. Nie miała nic nowego do powiedzenia. Po raz pierwszy od początku kwarantanny wszyscy, choć z różnych powodów, doszli do tego samego wniosku. Nawet jeśli nie każdy zrozumiał zdanie innych.
Michał Owczarek
Maksymilian miał rację. Michał wiedział, że ma rację, bo odkąd rozpieprzył sobie życie, wyznawał podobną zasadą. Być chujem i mieć twardą dupę, nie przejmować się innymi ludźmi, wyciąć z siebie litość i pamiętać, że każdy tonie na własny rachunek. Gdyby stosował się do niej na SORZe i znieczulił na pacjentów jak ten młody cwaniaczek ze Szpitala Południowego, pewnie nie skończyłby jako pijak na zesłaniu w pogotowiu ratunkowym. Nie siedziałby teraz zamknięty na trzydziestym siódmym piętrze wieżowca zastanawiając się czy lepiej uciekać kanałami czy podziemnym garażem. Nie był nic winny zielonym plakietkom. A jednak wiedział, że w jednym Maksymilian się myli. Jeśli tych ludzi nie zastrzeli narwany gliniarz sami się w końcu pozabijają. Będą się wykrwawiać bez świadomości, że wystarczyło po prostu otworzyć drzwi i wyjść z tego piekła.
—Pieprzyć ją — odpowiedział na pytanie Zielińskiego o Wójcik — Ona na każdym kroku kłamie i kręci. Gdybym był parano… — urwał i od razu się poprawił — …bardziej podejrzliwy, pomyślałbym, że wymyśla idiotyczne wymówki żeby zatrzymać mnie i Wiktorię w budynku. Jeśli uważacie, że może nam pomóc w ucieczce, bierzcie ją, ale na własne ryzyko.
Raz jeszcze spojrzał na kamery na zewnątrz i dwa samotne radiowozy a potem na swoją zwisającą smętnie z szyi plakietkę w kolorze zieleni. Bądź chujem Michał. Nie jesteś nic winny ludziom w budynku. Po prostu stąd spieprzaj.
Spojrzał na Zielińskiego i od razu przeklął swoją głupotę w myślach.
—Czy nagrany wcześniej komunikat z radiowęzła można nadać z opóźnieniem? Gdy już nie będzie nas w środku?
Michał Zieliński
-Pytasz dzika, czy sra w lesie, oczywiście, że się da. Nie wiem tylko czy warto. Kto ma łeb na karku, to przeżyje, kto nie, ten będzie żywym trupem, a żywe trupy na ulicach będą tylko narzędziami w rękach ludzi, którzy mają mózg i umieją go użyć. największym wrogiem będą ludzie. Wójcik może się jeszcze przydać do czegoś, każdy lekarz może być przydatny. To jest jeszcze coś co chcecie wiedzieć, czy po prostu bierzemy się do roboty i spotykamy się po zmroku na parterze?- Powiedział Zieliński. Informatyk zdawał się pływać w sytuacji niczym ryba w wodzie.
Sebastian Gajewski
-A co dalej? Dokąd pójdziemy? Czy trzymamy się jedną grupą, czy rozejdziemy się? Każdy ma chyba jakieś swoje cele i swoje wizje tego co dalej?-Zapytał milczący dotąd, oparty o ścianę Sebastian.
Wiktoria WrońskaWiktoria uśmiechnęła się słabo. Nie popierała tego, co Michał chciał zrobić, ale to była jego decyzja. Ona swoje zdanie wyraziła. Wręcz bardziej obawiała się scenariusza, który przedstawił Maks. Skupiła się jednak na pytaniu Sebastiana. Aktualnie było czymś świeżym.
—Właśnie dlatego nie chciałabym, żebyśmy rozchodzili się od razu.Zamilkła na moment, spoglądając na każdego po kolei. Co prawda brakowało wśród nich Wójcik, która naprawdę mogłaby być pomocna, ale miała nadzieję, że ją zdążą znaleźć.
—W tej chwili żadne z nas nie wie, jak naprawdę wygląda sytuacja na ulicach. Wszystkie informacje, które mamy, pochodzą z kamer, internetu albo cudzych relacji. — zaczęła wymieniać na palcach —Dopóki sami tego nie zobaczymy, rozdzielenie się oznaczałoby utratę jedynego zasobu, którego obecnie mamy najwięcej.
Zawiesiła głos, jakby licząc na to, że ktoś dokończy co miała na myśli. Te słowa musiały zapaść im głębiej w pamięć, aby zrozumieli ich wagę.
—Siebie nawzajem. — dokończyła — Jeżeli komuś stanie się coś po drodze, druga osoba będzie mogła pomóc. Jeżeli ktoś zauważy zagrożenie, ostrzeże resztę. Jeżeli jeden z planów okaże się błędny, cztery osoby mają większą szansę znaleźć inne rozwiązanie niż jedna.
Wiktoria spojrzała na Michała, kontynuując.
—Mamy ratownika. — przeniosła wzrok na Maksa. — Alpinistę... i byłego wojskowego, jeśli dobrze kojarzę. — następnie na Zielińskiego. — Człowieka, który przygotował się na coś, czego większość z nas nawet nie brała pod uwagę. — na końcu lekko wzruszyła ramionami. — A ja potrafię uspokajać ludzi. Przynajmniej zazwyczaj.Uśmiechnęła się blado.
— Nie twierdzę, że mamy trzymać się razem już zawsze. Ale dopóki nie zrozumiemy, z czym naprawdę mamy do czynienia, rozsądniej będzie działać jako grupa. Nie chciałabym, żebyśmy rozdzielając się zamienili jeden problem na pięć osobnych. I warto znaleźć doktor Wójcik. Wie o tej sytuacji więcej niż ktokolwiek z nas. Nie wydaje mi się, żeby działała przeciwko nam. Mam raczej wrażenie, że od początku próbuje opanować coś, nad czym nikt nie ma już kontroli.
Michał Owczarek
Kto ma łeb na karku, to przeżyje, kto nie, ten będzie żywym trupem.
O ty parszywy kutasie, pomyślał Michał. Gdyby ludzkie spojrzenie było skalpelem, Zieliński leżałby teraz na linoleum i wrzecząc próbował z powrotem włożyć w siebie wypadające jelita. Przypomniał sobie o Robecie, młodym kurierze z schizofrenią, którego wczoraj próbował z Wiktorią uspokajać i dał mu leki. O krawaciarzu z astmą. Zignorował pytanie Sebastiana i pochylił nad paranoikiem rzucając na niego swój cień. Położył mu dłoń na ramieniu.
—Warto. — wyszeptał mu prosto w ucho jak groźbę — Dlatego grzecznie nalegam. Sam nagram wiadomość. Komunikat poleci z radiowęzła o północy.
Maksymilian Kruk
Maksymilian przyglądał się w milczeniu, jak medyk przyciska informatyka, i tylko lekko pokręcił głową.
— Dopóki ten komunikat pójdzie w dopiero po tym, jak już będziemy na zewnątrz, rób co musisz. Nie zamierzam ci w tym przeszkadzać — skwitował krótko
— Ale koniec z gadaniem, czas ucieka. Ruszamy. I nie rozdzielamy się, dopóki nie ustalimy, co tam na dole do cholery się dzieje. Jak ocenimy sytuację na ulicy, podejmiemy kolejne decyzje.Wiktoria Wrońska
Wiktoria przez chwilę obserwowała Michała. W jego głosie nie było już prośby, tylko decyzja. Nie podobał jej się ten pomysł. Nadal uważała, że przekazanie ludziom prawdy bez dania im narzędzi, by mogli sobie z nią poradzić, może skończyć się tragedią. Nie próbowała już go przekonywać. Miała tylko cichą nadzieję, że nigdy nie będzie musiała usłyszeć nagrania, które właśnie postanowił zostawić innym.
Chwilę później, ratownik medyczny i informatyk zostali sami.
Michał Owczarek
Michał pochylił się do mikrofonu podpiętego do laptopa.
— Już nagrywa? Mogę zaczynać?
Na znak Zielińskiego zaczął mówić.
— Dobry wieczór. Nazywam się Michał Owczarek, jestem tym ratownikiem w zielonej plakietce, na którego od wczoraj krzywo patrzycie. Jeśli to słyszycie, nie ma mnie już w budynku.
Odchrząknął.
— Od trzech dni wmawiają wam, że jesteście zamknięci. Że wojsko, że kordon, że kto wyjdzie zarobi kulkę. Gówno prawda. Przed Darpolem stoją tylko dwa radiowozy. Mniej niż na meczach okręgówki. Siedzicie w tej mordowni tylko dlatego, że ktoś kazał wam siedzieć. Doktor Wójcik, która tak ładnie opowiadała o procedurach i przestrzeganiu zasad, zwiała razem z nami. Tyle są warte te wszystkie plakietki, które wam poprzypinali. I żeby było jasne. To nie jest grypa ani COVID. Wirus się przenosi przez ugryzienie, więc nikt z was, jeśli nie miał kontaktu z zębami Nowaka albo Mengle nie zachorował. Możecie siedzieć na piętrach z nogą od krzesła i czekać aż kolega z boksu obok rozwali wam głowę za puszkę tuńczyka albo wstać i wyjść. Drzwi są otwarte. Zawsze były. Nieudacznicy z Hazmatu, wasza kapitanka uciekła jak szczur z tonącego okrętu, więc nie macie już moralnego prawa nikogo tu trzymać. Ale macie prosty wybór. Albo zostajecie w środku razem z wkurwionym tłumem, który się z wami za chwilę policzy, albo robicie za tarcze i wychodzicie grzecznie pierwsi przodem na spotkanie z policją. Miejcie rozum i godność człowieka i kończcie ten cyrk.
Kliknął myszką w czerwoną kropkę nagrywania, która zgasła.
Odtworzył nagranie od początku i przestraszył się. Poznał własny głos, ale nie poznawał mężczyzny, który wypowiadał te słowa. Brzmiał jak człowiek na skraju załamania, jak wkurwiony lekarz, który wyczerpany o trzeciej nad ranem, po kilkunastu godzinach dyżuru wyżywa się na młodym rezydencie i pielęgniarkach. Oczami wyobraźni zobaczył tłum wciskający się o północy, po ciemku w obrotowe drzwi prosto pod lufę spanikowanego gliniarza.
— Kasuj to — powiedział do Zielińskiego.
Michał wyprostował się na krześle i dłuższą chwilę gapił się na mikrofon. O ile byłoby to prostsze, gdyby zamiast niego siedziała tu Wiktoria. Ona by wiedziała co powiedzieć. On mógł mieć jedynie nadzieję, że to co powie wystarczy. Włączył nagrywanie. Tym razem mówił wolniej, z namysłem. Tak samo jak kiedyś do rodzin na korytarzu interny, kiedy wiadomość była zła, a on próbował dać im jednak trochę nadziei.— Mówi Michał Owczarek, ratownik medyczny z pogotowia. Proszę, wysłuchajcie mnie do końca, zanim ktokolwiek się ruszy. Kiedy to słyszycie, jest północ, a mnie już nie ma w budynku. Nagrałem to wcześniej, bo uważam, że macie prawo wiedzieć to samo co ja. Przed budynkiem nie ma wojska. Są tylko dwa radiowozy i kilku policjantów. To zmęczeni ludzie z bronią, którzy boją się tak samo jak wy. Tłum, który w nocy biegnie na drzwi, jest dla nich zagrożeniem. Nie róbcie tego ani im ani sobie. Jeśli chcecie wyjść, zróbcie to tak, żeby nikt nie musiał do was strzelać. Nie wszyscy naraz, małymi grupami, po kilkanaście osób, co kilka minut. Głównym wejściem, powoli, z rękami na widoku. Zostawcie kije i nogi od krzeseł na piętrach. Nikt nie biegnie, nikt nie krzyczy, nikt się nie przepycha. Jeśli policjant każe się zatrzymać, zatrzymujecie się. Podajecie nazwisko i mówicie, że wracacie do domu, do rodziny.
Zrobił pauzę. Wiedział, do kogo skieruje następne zdania i wiedział, że to najtrudniejsza część.
— Teraz do ekipy HAZMATu. Wiem, że tego słuchacie i wiem, że znacie prawdę lepiej niż ja. Wasza szefowa wyszła z budynku przed wami i nie zostawiła wam żadnych rozkazów. Nikt i nic was tu już nie trzyma. Możecie próbować zatrzymać w środku kilkaset przerażonych osób i dobrze wiecie jak to się skończy. Możecie też zrobić coś, czego nie zrobi nikt inny. Policja zna wasze kombinezony, do was nie zaczną strzelać. Wyjdźcie pierwsi i porozmawiajcie z nimi, zanim reszta opuści budynek. Powiedzcie im, że ludzie wyjdą spokojnie i bez broni. Dopilnujcie, żeby ta noc nie skończyła się rozlewem krwi. Teraz najważniejsze. Jeśli ktoś został ugryziony albo podrapany przez Nowaka, Menglę czy kogokolwiek innego niech tego nie ukrywa i zgłosi się do sanitariuszy. Wiem, jak to brzmi ale jeśli wrócicie z tym do domu, zaniesiecie to własnym dzieciom. Ci, którzy zostaną, też podejmują dobrą decyzję. Zamknijcie się na swoich piętrach, pilnujcie wody, dzielcie się jedzeniem, zamiast się o nie bić. Nie otwierajcie drzwi komuś, kto nie odpowiada na pytania. Ci, którzy wyjdą, niech wracają prosto do domów. Zróbcie zapas wody i jedzenia na kilka dni, zamknijcie się i nie wpuszczajcie nikogo z raną po zębach. Nawet jeśli to ktoś, kogo kochacie. Powodzenia.
Wyłączył nagrywanie. Tym razem nie odtworzył nagrania. Wiedział, że gdyby go wysłuchał, znalazłby dziesięć powodów, żeby je skasować.
— O północy — powiedział do Zielińskiego. — Niech leci w pętli przez godzinę.
Michał Zieliński
-Miejmy nadzieję, że skorzystają z uczciwej szansy, którą im dajesz...- stwierdził z lekkim wahaniem w głosie.
Tak więc, rozeszli się do swoich zajęć. Zieliński został w serwerowni, szykując pętle na kamerach, plany, szczegóły ucieczki. Sebastian też gdzieś zniknął. Było jasne, że raczej obaj stawią się przy schodach w dół, aby dotrzeć do Garażu, a stamtąd opuścić to więzienie.
Dzień powoli mijał, przeplatany wrogością i przygnębieniem. Ponownie było wydawanie racji żywnościowych, oraz ponownie ludzie rozeszli się zaraz po tym, trzymając się we własnych grupkach. Zajęci własnymi sprawami. Własnymi zmartwieniami. Posiadający jedynie umowną świadomość tego iż świat który dotąd znali i w którym funkcjonowali, skończył się wraz z rozpoczęciem się tej cholernej kwarantanny.
Michał Zieliński pozbierał wszystko co było dla niego istotne i czego nie chciał zostawić w Darpolu. Kolejne godziny spędził na analizowaniu ruchów...cóż, właściwie wszystkich w zasięgu kamer budynku, którzy mogliby storpedować ich plan. Zapętloną wersję nagrań na kamery zrobił z materiału z poprzedniego wieczoru.
Sebastian Gajewski pozbierał nieliczne należące do niego drobiazgi, oraz obszedł kilka pięter, upominając się o wszelkie długi i przysługi, jakie mógl w obecnej sytuacji odzyskać. Nie było tego wiele, bo i surowce wewnątrz budynku były ograniczone. Ostatecznie bogatszy o trochę papierosów, resztę czasu spędził w palarni, delektując się ostatnim Viceroyem. Miał absolutną jasność sytuacji - to za chwilę będzie waluta. Nawet nie powinien palić tego ostatniego fajka. Wyjrzał przez balkon. Charakterystyczne szklanki pojazdów poruszających się na sygnale i poruszający się za nimi dźwięk, przecinały stolicę. Warszawa znajdowała się w stanie przedśmiertnego pobudzenia katatonicznego. Przynajmniej z jego perspektywy.
I po co to wszystko?Maksymilian poszedł do swojego schowka na szczotki. Przygotował wszystko, co uważał za potrzebne. Jego telefon może i się poddał. Nie miał kabla, żeby go podładować. Ale na szczęście jego praca dostarczała część tak potrzebnych teraz zasobów - złapanie jednego z mniejszych powerbanków, apteczki i latarki nie stanowiło problemu. Udało mu się zdobyć również solidny łom, zamiast tandetnej rury od krzesła, którą wcisnął mu do ręki Sebastian tego ranka. Resztę czasu poświęcił na odpoczynek. Zapowiadała się ciężka noc.
Michał Owczarek większość czasu spędził w serwerowni razem z Zielińskim, oddając się obserwowania ruchów kamer, wewnątrz i na zewnątrz budynku. Spodziewał się, Bóg jeden wie czego. Może że nagle "z dupy" przybędzie policji, otoczy ich kordon wojska, i stanie się cokolwiek, co wymusi zmianę planów? i skasowanie wiadomości, którą polecił Zielińskiemu zapętlić? A może nie?
Może sam nie był do końca pewien, czego właściwie chciał?
Ratownik niemalże czuł, jak życie sypie się wokół niego drugi raz. Cholerny kolejny raz, mimo tego, że przecież już raz się posypało, nie zdążył odbudować gruzów, a wyglądało jakby te gruzy chciały się zawalić raz jeszcze, żeby ostatecznie go pogrzebać.Niestety jego plan wzniecenia w Darpolu buntu i słusznego gniewu uciśnionych ludzi spalił na panewce. Gdzieś w trakcie dnia zdołał dokładnie policzyć ilość funkcjonariuszy wokół budynku i doszedł do wniosku, że informacji od Alicji Wójcik - o około 30 ludziach - były względnie poprawne, plus minus 10 ludzi zależnie od pory dnia. Dlatego skasował nagranie, nie chcąc wywoływać zbędnego rozlewu krwi.
Wiktoria Wrońska, niczym anioł miłosierdzia, krążyła po budynku, rozmawiając z ludźmi i starając się uspokoić najbardziej spanikowanych. Jako dobrze znana pracownica HRu, mająca kontakt z wieloma pracownikami, spotykała się raczej z chłodną neutralnością, aniżeli wrogością. Tyle była w tej chwili warta jej reputacja. Próbowała pociągnąć ludzi za język, delikatnie starając się ustalić cokolwiek w kwestii wyjść technicznych z budynku, podziemnego parkingu, jakichkolwiek informacji mogących pomóc w "Wielkiej Ucieczce". W holu spotkała też Doktor Wójcik, wtajemniczyła ją w plan, oraz poprosiła o przygotowanie zabezpieczeń, na wypadek konieczności przejścia kanałami. Przed zmrokiem uzupełniła wodę, z trudem przełknęła coś z racji żywnościowej i przygotowała się do wyruszenia, zabierając z biura co ważniejsze rzeczy. Naładowała telefon. I żałowała, że nie ma ze sobą butów innych niż służbowe.
Wójcik nie miała dobrych informacji - jej blef nic nie dał. Co prawda powiedziała Wiktorii, że wygląda na to, że sytuacja jest na tyle poważna, że nawet jej nie aresztowali ani nie próbują wyciągać konsekwencji z tego, że trzasnęła funkcjonariusza, ale cóż... jedna z potencjalnych dróg ucieczki została zamknięta.
Dzień III, po godzinie 22.
Wszystko było gotowe. Darpol pogrążył się po raz wtóry w ciemnościach. Odległe wycie syren - karetek pogotowia, wozów straży pożarnej, policji - było niczym ciągłe, ciche tło. Jak brzęcząca lodówka. Jak komar bzyczący nad uchem. Ostrożnie, powoli, bez zbędnego pośpiechu, przenikając w ciemnościach, grupa spiskowców spotkała się na parterze, a potem ruszyła w dół schodów, do podziemnego parkingu. Prowadził Zieliński. Pochód zamykali Sebastian i Alicja.
Pierwszą kompikację napotkali zanim jeszcze dotarli do drzwi, kiedy zeszli na dół, na drugie piętro.
-Mamusiu, jestem głodna. Chcę do domu...- głos małej dziewczynki, pełen rezygnacji i smutku, brzmiał właściwie jakby już znała odpowiedź. Albo nawet nie spodziewała się odpowiedzi.
-Cii... Jutro na pewno nas wypuszczą. Na pewno nas wypuszczą. Jutro na pewno... na pewno. - W głosie matki słychać było rezygnację. Sama nie wierzyła w to co mówi.
-Mamo...dlaczego jutro nigdy nie nadchodzi?-
Dwie postaci, przytulone do siebie, siedziały skulone przy załomie korytarza, tuż obok drzwi, które musieli pokonać, aby dostać się na parking. Gdyby się nie odezwały, prawdopodobnie nawet by ich nie zauważyli. Szlag.
-

Michał Owczarek
Schodzili po ciemku, stopień za stopniem, Wójcik szła gdzieś za nim. Nie widział jej, ale czuł ją plecami. Cały dzień unikał epidomiolożki, siedział w serwerowni, gapił się w monitory Zielińskiego, liczył krawężników przed wejściem i wmawiał sobie, że ta kobieta go nie obchodzi. Był już jedną nogą na zewnątrz. HAZMAT, procedury, zielone plakietki i cały ten cyrk zostawały na górze razem z resztą Darpolu. Wystarczyło przetrwać kilka godzin i nie wchodzić jej w drogę.
Ale gdy zobaczył Wójcik w holu, wszystko wróciło. Nie było takich słów by opisać pogardę i obrzydzenie jakie poczuł na jej widok. Michał wiedział, jak wygląda lekarz, który zawiódł, bo oglądał go co rano w lustrze. Przychodził na dyżur pijany, ale nawet po wódzie nigdy nie uciekł z oddziału, nie zostawiał pacjentów na pastwę losu. Ona to wszystko robiła na trzeźwo, z premedytacją.
Zaraz się zrzygam.
Obiecał sobie, że będzie trzymał gębę na kłódkę, próbował skupić tylko na tym co ty i teraz. Na schodach, na drzwiach, na podziemnym garażu. Michał Owczarek był jednak beznadziejny w dotrzymywaniu obietnic. Dlatego w pewnym momencie zwolnił i zrównał się z nią na podeście.
— Już się nie boisz, Alicja? — szepnął jej do ucha. — Wczoraj mówiłaś, że kto stąd wyjdzie przed czasem, zarobi kulę w łeb i wyjedzie w czarnym worku.
Gdyby nie ciemności Wójcik mogła by zobaczyć jad w jego oczach. Zaciśniętą szczękę. Nie czekał na odpowiedź. Wszystko co czuł, każda emocja zaczęła się z niego przeciekać.
— Odkąd tu weszłaś ze swoim oddziałem próbujesz robić z siebie niekompetentną idiotkę i zrzucasz winę za swoje porażki na innych. Spoliczkowałaś jakiegoś aspiranta i twierdzisz, że nie masz już tu żadnej władzy choć to chuja prawda. Nawet jakby przywaliła generałowi policji dalej dowodzisz w środku HAZMAT-em. Miałaś od nas listę pacjentów zero a mimo to Mengle zdążył zarazić kilka osób. Możesz to wszystko załatwić inaczej, wiesz o tym, ale ty wolisz zostawić swoich ludzi i pacjentów i jak szczur uciekasz z tonącego…
Nie dokończył bo właśnie wtedy usłyszał czyjś głos. Dziecka. Potem kobiety. Siedziały przy załomie korytarza, tuż obok drzwi na parking, przytulone do siebie. Michał zamarł. W pierwszej chwili chciał wystrzelić do przodu, zrobić coś, jakoś zareagować. Potem jednak popatrzył na Wójcik. Złapał ją za łokieć, przyciągnął do siebie bliżej.
— Nawet kurwa nie myśl że znowu zrzucisz na kogoś odpowiedzialność i będziesz stać z boku. Dopóki nie wyszliśmy z budynku ty tu dowodzisz. Koniec chowania się za plecami innych.
-
Maksymilian „Maks” Kruk

Maksymilian ledwie powstrzymał westchnienie, słysząc pełen jadu szept Michała. Maks miał już zamiar wciąć się między nich i uciąć tę dyskusję, kiedy z ciemności dobiegł cienki, dziecięcy głosik.
Kruk zamarł w bezruchu, a jego dłoń odruchowo zacisnęła się na zimnej stali zdobycznego łomu. Dziecko...
Wyminął kłócącą się dwójkę i zrównał się z prowadzącym Zielińskim. Skierował snop światła latarki nisko na posadzkę, omijając twarze siedzących, by ich nie oślepić, ale wyraźnie zidentyfikować skulone sylwetki matki i córki.
— Co wy tu w ogóle robicie na samym dole? — zapytał twardym, konspiracyjnym szeptem, w którym zdumienie mieszało się z napięciem.
-

Wiktoria Wrońska
Wiktoria z zainteresowaniem nadstawiła uszu. To, co Michał wycedził do Agaty, było dla niej dosyć... Ciekawe. Chciała dać chwilę czasu doktor Wójcik na reakcję. Póki co większość z nich zdawała się być zaskoczona tym spotkaniem. Wrońska nie potrafiła zrozumieć zachowania matki. Mając pod opieką dziecko schować się w jakimś ciemnym kącie i co dalej? Myślała w ogóle, co zrobi dalej? Nie wyglądała. Przecież nie znajdą tutaj jedzenia, wody, ani bezpieczeństwa. Gdyby ktoś o złych intencjach tędy przechodził, skrzywdziłby je bez najmniejszego oporu. Niby kto by go powstrzymał przed większym bestialstwem? Kto usłyszałby ich krzyki? Nie było to odpowiedzialne.
Niestety Wiktoria nie doczekała się reakcji epidemiolożki. A szkoda. Zamiast tego Maks wychylił się do przodu. Westchnęła zrezygnowana i spojrzała z zawodem na Michała. Złapała z nim krótki kontakt wzrokowy, ale szybko odwróciła spojrzenie w stronę nowo spotkanych.
Alicja odwróciła się do Michała i przez chwilę trwał istny pojedynek na spojrzenia.
— Jak stąd wyjdziemy, z radością wyjmę ci wszywkę, żebyś mógł się utopić w alkoholu. — syknęła.
Wbrew oczekiwaniom Owczarka i Wiktorii, niewiele zdążyła zrobić, bo kobietą i dzieckiem poniekąd zajął się Maksymilian.
Obie wydawały się zaskoczone pojawieniem się Maksymiliana - z ich perspektywy nagłym i niespodziewanym.— My... — zaczęła kobieta, ale wyglądało jakby język stanął jej w gardle. Jej wzrok skupił się raczej na trzymanym przez Kruka łomie. Dziewczynka miała nieco więcej animuszu.
— Dwóch panów z rurkami zabrało nam jedzenie. Mama powiedziała, że tutaj nikt nie chodzi, więc nikt nie będzie nas szukać. Pan też chce nam zabrać jedzenie? Nie mamy już jedzenia. — wyjaśniła smutno.
Matka wstała i szybko schowała córkę za sobą.
— Julia. Julia Jędrzejczyk. Weszłyśmy do budynku na chwilę, Ola musiała skorzystać z toalety. I już nie pozwolono nam wyjść.
Wiktoria zrobiła krok do przodu, zostawiając Maksowi więcej przestrzeni za sobą. Spojrzała na kobietę bez większych emocji. Nie planowała się przedstawiać, im mniej kobieta o nich wiedziała i ich planie, tym lepiej.
— Proszę wrócić do głównego holu. Tam wydawane jest jedzenie i większość ludzi trzyma się razem. Jest też wielu stróżów prawa, którzy pilnują porządku i gdyby Pani tam została, nie stałaby się Pani, ani Pani dziecku, krzywda.
Przeniosła na moment wzrok na dziewczynkę. W głębi serca poczuła lekkie ukłucie. Najpierw smutku, a potem złości. To matka naraziła ją na to niebezpieczeństwo, ukrywając się w ciemnych kątach, gdzie nikt nie mógł im pomóc.
— Tutaj jesteście same. A to nie jest bezpieczne miejsce, zwłaszcza z dzieckiem. Jeżeli coś się wydarzy, tutaj możecie nie doczekać się pomocy. Jeżeli boi się pani o córkę, niech pani wróci do ludzi. Proszę udać się tym korytarzem do głównej hali. Pani córka powiedziała przed chwilą, że nie macie już czego jeść. Tutaj to się nie zmieni.
Zawahała się na moment. Musiała odetchnąć, odtrącić złe myśli. Na chwilę zapomnieć o gdybaniu na temat własnej córki.
— I proszę trzymać się grupy. Najbezpieczniejsze miejsce dla dziecka to nie zawsze to, w którym nikt go nie widzi. Rozumiem, że chciała ją pani ochronić. Ale teraz to właśnie przez ukrywanie się obie zostałyście bez jedzenia.
— Nikt nie chce, żebyśmy z nimi były. Mówili coś o zbędnym balaście. Co to jest zbędny balast? — Wyrwało się małej Oli. Julia spojrzała na Wiktorię.
— Ta... ci sami ochroniarze, którzy nie zareagowali dzisiaj rano? W tym budynku nie ma bezpiecznych miejsc. — Powiedziała, pokazując świeży, potężny siniak na przedramieniu.
— Wierzę pani. I nie zamierzam bronić ludzi, którzy dopuścili do tego, żeby panią uderzono.
Zrobiła krótką pauzę.
— Ale proszę spojrzeć na Olę. Ona nie potrzebuje teraz idealnie bezpiecznego miejsca, bo takiego chyba już nie ma. Potrzebuje miejsca, w którym ma największą szansę dostać jedzenie, wodę i pomoc. A to nie jest ciemny kąt budynku.
— Chodźmy. Odprowadzę was na górę. Jest taki Pan, ma na imię Tomasz. Jest naprawdę w porządku i na pewno wam pomoże. — stwierdziła Alicja Wójcik, chwytając pod rękę Julię.
— Dogonię was. — Szepnęła, przechodząc obok Wiktorii. Ta jedynie kiwnęła głową w odpowiedzi. Odprowadziła ją wzrokiem nie rozumiejąc, po co w ogóle to zrobiła. Wiedziała, że ta matka poradziłaby sobie sama. Nie była jej potrzebna asysta. Może gryzły ją wyrzuty sumienia? Wrońska odruchowo zerknęła na reakcję Michała.
Pani Epidemiolog zniknęła wkrótce w górze schodów, prowadząc tam matkę z dzieckiem. Natomiast reszta ekspedycji natrafiła na kolejny problem - drzwi zamknięte na kłódkę i zamek kodowy. Z zamkiem bardzo szybko poradził sobie Zieliński - przytknął kartę i zamek zaświecił się na zielono. Pozostała kłódka.
— Musieli zamknąć to niedawno. Nie mam klucza. Panie Kruk, byłby Pan łaskaw...?
-
Maksymilian wsunął latarkę pod pachę, zwalniając sobie obie dłonie, i chwycił oburącz za stalowy łom. Wsunął płaską, zakrzywioną końcówkę narzędzia w ciasną szczelinę między uchem kłódki a masywnym skoblem. Zaprał się ciężkim butem o metalową framugę drzwi, wziął krótki wdech i przeniósł cały ciężar swojego ciała na ramię dźwigni.
Mechanizm stawił początkowo twardy opór, a w ciemnym, dudniącym echem korytarzu rozległ się nieprzyjemny, narastający zgrzyt naprężanego metalu. Kruk zacisnął zęby, poprawił chwyt i naparł z całej siły, wkładając w to ruch całego tułowia. Z głośnym, suchym trzaskiem pękającego jarzma, kłódka ustępuje, a drzwi stanęły otworem
— Droga wolna — rzucił szeptem, wsuwając łom z powrotem za pas i wyciągając latarkę. — Trzymajcie się blisko ścian i patrzcie pod nogi. Od teraz pełna cisza.
Powoli, ostrożnie, weszli na teren parkingu, spodziewając się kłopotów.
Ale o dziwo, wydawało się, że kłopotów, tak dla odmiany, nie ma.

Przed nimi rozpościerał się, kiepsko, bo kiepsko, ale oświetlony podziemny parking Darpolu. Spora część miejsc była pusta. Oświetlenie stanowiły blade świetlówki, które skupiały się głównie wzdłóż "dróg". Miejsca parkingowe były słabo oświetlone. Samochody były w różnym rozstrzale, od rozklekotanego Tico, przez Passerati z legendarnym 1.9 TDI pod maską, na najnowszych luksusowych limach od Mercedesa i BWM kończąc. Budka ochrony stała pusta, a w niej kluczyki. Samotne. Proszące, by ktoś chwycił breloczek i... powiedzmy, redystrybuował prawo własności samochodu na samego siebie.
-Nie podoba mi się. Idzie zbyt prosto. - mruknął Zieliński. Jak to paranoik.
Przemykali przez parking, kryjąc się w cieniu, nie pewni, czy, i jakie kłody rzuci im pod nogi los dzisiejszego wieczoru. Wreszcie dotarli do bramy wjazdowej. W tym momencie dogoniła ich Wójcik.
-Zamknęłam drzwi. Nikt mnie nie śledził. - mruknęła.Informatyk odmruknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi i wyciągnął tablet. Przez chwilę monitorował system kamer, a następnie sprawdził godzinę.
-Objazd zrobili o 22. Jest 22:30. Mamy półtorej godziny, żeby się zmyć. Przy głównym wejściu stoją dwie suky i trzy radiowozy, więc pewnie koło 12-15 policjantów. Wygląda na to, że nie są zbyt czujni. - mruknął.Teraz, albo nigdy. Michał wyciągnął pilot do bramy i nacisnął przycisk. Brama powoli i na szczęście cicho, otworzyła się, ukazując wolność. Kilka chwil później cała gromada zobaczyła nocne niebo usiane gwiazdami i światła lamp ulicznych. Świeże powietrze jeszcze nigdy nie smakowało tak, jak tego wieczoru. Powiew wiatru na twarzy orzeźwiał i kusił... Gdzieś w oddali wyły syreny.
-Zmywajmy się stąd. Moje mieszkanie jest na Służewcu, na Gotarda.- Powiedział Zieliński.
Paranoik poprowadził ich - cóż, chodnikiem, biorąc pod uwagę niezbyt dopasowane do biegu czy przełaju buty Wrońskiej.
Już 2 minuty później w panice kryli się za pobliskim przystankiem autobusowym, kiedy przed ulicę na sygnale przejechały 2 radiowozy, 1 wóz straży pożarnej i karetka. Wycie syren to wzmagało się, to odpuszczało. Kolejne minuty marszu na Służewiec dawały im wgląd w to, w jak wielkim chaosie pogrążona jest Warszawa. Gdzieś w oddali dymiło się i błyskały płomienie w jakimś budynku ogarniętym pożarem. Przynajmniej 2 razy nie zdążyli się schować, ale radiowóz na sygnale jedynie ich minął, olewając kompletnie grupę szwędającą się po nocy mimo godziny policyjnej. Mieli ważniejsze sprawy niż szóstka spacerowiczów.Bez większych problemów, dotarli do starego bloku mieszkalnego, na równie starym osiedlu. Prawdziwa spuścizna PRLu. Dopiero kiedy wszyscy weszli do środka, do mieszkania na 4 piętrze, a Zielinski zasunął za sobą trzy zamki antywłamaniowe, łańcuch, oraz mosiężny skobel, odetchnął z ulgą i wyglądało na to, że się przynajmniej odrobinę odprężył.
W mieszkaniu była łazienka, kuchnia, przedpokój, oraz trzy małe pokoje. Nie było tego dużo, ani specjalnie przestronne, ale przynajmniej własne, oraz w miarę bezpieczne.
-Rozgośćcie się. Nie miałem kiedy posprzątać, bo byłem w pracy. - zażartował gospodarz.

Poza faktem, że czuć było lekką stęchliznę, a pudełko po kebabie na stole w salonie zaczęło już śmierdzieć, było tu dość przytulnie. No może z wyjątkiem map, notatek i wycinków prasowych na ścianie. Maski przeciwgazowej na regale z książkami. Było też wiele innych elementów nie pasujących do typowego mieszkania, ale stare blokowisko miało ogromną przewagę nad nowoczesnym apartamentem - brak zaawansowanej elektroniki i możliwości zdalnego odcięcia. Pozostało im położyć się spać. I być może zjeść wcześniej jakąś konserwę.Zielinski miał trochę zapasów, ale były obliczone na jedną osobę. Tak czy siak, wszystkie problemy musiały poczekać do rana.
-

Michał Owczarek
O kurwa - pomyślał Michał, kiedy przekroczył próg mieszkania Zielińskiego. - Facet ma bałagan nie tylko w głowie.
Wszedł do środka i rzucił torbę w kąt, na stertę jakichś gazet. Rozejrzał się po pokoju i przez chwilę nie wiedział, na czym zatrzymać wzrok. Pomieszczenie wyglądało jak kryjówka Unabombera, albo innego pomyleńca, który za cel sobie wziął zniszczyć rząd i zasiać terror na ulicach. Na ścianie wisiały mapy, notatki i wycinki z gazet a na stole opakowanie po kebabie. Wszędzie zalatywało lekką stęchlizną. Okien za to nie okleił (jeszcze) folią aluminiową, więc może nie było z nim aż tak źle. Na regale obok maski stały książki i Michał mógłby się założyć o flaszkę, co tam znajdzie, zanim jeszcze obczaił pierwszy tytuł. Sumliński, preppersi, foliarze i fantasy. Typowa lektura incela, który nie rucha, ma konto na Wykopie i nigdy nie wychodzi z domu. Na jego żart o pracy ratownik odpowiedział uśmiechem, krzywym, ale szczerym. Nie potrafił rozgryźć typa. Zieliński zamiast uciekać z Darpolu a potem z miasta, siedział sobie przez trzy dni w serwerowni i grał w gry jak pryszczaty smarkacz. Był rasowym świrem, ale to ten świr wyprowadził ich ze szklanego piekła. To dzięki niemu Michał nie siedział teraz w jednym z boksów czekając aż ktoś go zagryzie albo zatłuczę za puszkę konserwy. Zieliński udzielił im schronienia, mimo że tacy jak on z reguły nie ufają obcym i boją się ludzi. Sprawiał wrażenienie nieszkodliwego poczciwca i taki chyba po prostu był.
Niech to szlag, lubię go.
Nie mógł tego samego powiedzieć o Alicji Wójcik. Kiedy tylko na nią spojrzał uśmiech zszedł mu z twarzy. Gdy poszła na górę odprowadzić matkę i dziewczynkę, Michał przez chwilę wierzył, że się zreflektuje i nie wróci. Że zostanie na posterunku do końca, jak przystało na kapitana. Ale zdezerterowała. Na wojnie za takie coś stawiali pod ścianą, a ona szła sobie z nimi na Służewiec, jakby nic się nie stało.
Bez słowa zdjął kurtkę ratownika i wepchnął jej w dłonie jak zwykłej szatniarce.
— Skoro już niczym nie dowodzisz, jesteś bezużyteczna. Dwóch lekarzy tu nie potrzeba, zwłaszcza że jeden ma ciągotki do schodzenia z dyżuru przed zmianą i zostawiania pacjentów na pastwę losu. Przydaj się na coś, ogarnij mieszkanie naszemu gospodarzowi, a potem zrób pranie. Wszystkim. Gacie też, bo tylko on — wskazał na Zielińskiego — ma czyste na zmianę.
Wiedział, że zachowuje się jak wredny kutas, ale nie zamierzał pozwolić jej się cieszyć z udanej ucieczki. Nie czekając na jej reakcję, poszedł do kuchni i nie pytając nikogo o zgodę otworzył lodówkę. Zachowywał się jakby mieszkał tu całe życie. Kindersztuba zdecydowanie nie była jego mocną stroną. W odruchu pijaka zerknął, czy nie ma tam czegoś mocniejszego, ale wszywka przypomniała mu, jak by to się skończyło. Z dolnej półki wygrzebał kabanosa, suchego i pomarszczonego, ale w tej chwili lepszego niż kolacja w Bristolu.
— Zajmuję łazienkę na pół godziny — oznajmił, gryząc kabanosa. — Trzy dni się nie kąpałem, wam też radzę.
Zamknął za sobą drzwi łazienki i przekręcił zamek. Rozejrzał się. W kącie stała zgrzewka papieru toaletowego, za nią druga i trzecia. Michał pamiętał puste półki w Biedronce w dwudziestym roku i ludzi, którzy szarpali się o ostatnią paczkę. Nie zdziwiłby się gdyby Zieliński wykupił wtedy kilka palet i do dzisiaj chomikował rolki w mieszkaniu. W kącie stała wanna z prysznicem. Michał zatkał odpływ korkiem i odkręcił gorącą wodę. Przysiadł na krawędzi wanny i dopiero teraz poczuł, jak bardzo bolą go nogi po maratonie od centrum aż do Służewca. Wyciągnął z kieszeni telefon i wybrał numer matki. Po czwartym sygnale odebrała. Odetchnął z ulgą.
— Mamo, słyszysz mnie?
W słuchawce trzeszczało, coś tam mówiła, ale nie dało się nic zrozumieć. Michał w końcu się rozłączył. Minutę później przyszedł SMS.
Mama: Michał, jesteśmy u wujka Władka w Sochaczewie. U nas wszystko dobrze. A ty gdzie? Jesteś bezpieczny?
Michał: Tak. Siedzę u znajomego. Jak w mieście się trochę uspokoi, przyjadę.
Byli po za Warszawą, z dala od tego bajzlu. Cokolwiek się tu działo, ich to nie dotyczyło. Przynajmniej na razie. Ulżyło mu, ale wtedy przypomniał sobie o Oli. Czy ona też zdążyła uciec?
Przewinął kontakty do litery O. Gapił się na jej numer dłuższą chwilę.
Dzwoń, tchórzu.
Zostaw ją w spokoju, durniu. Ona ma dziecko i męża.
Nie zadzwonił. Zamiast tego wysłał krótkiego smsa. U Ciebie wszystko ok?. Gapił się w ekran, ale nie odpisała. Ani po minucie, ani po pięciu. Wanna w tym czasie napełniła się wodą. Michał zakręcił kran, rozebrał się i wszedł do wrzątku. Nie chciał myśleć o tym, co dalej. Ani o tym, co widział po drodze na Służewiec.
-

Wiktoria Wrońska
And I find it kinda funny, I find it kinda sad
That dreams in which I'm dying
are the best I've ever hadPo opuszczeniu wieżowca Wiktoria najpierw poczuła się nieswojo. Chłodny wiatr, świeże powietrze, głośna noc. To wszystko było czymś obcym i nieosiągalnym, odkąd kilka dni temu utknęła w pracy. Wewnątrz budynku miała uczucie prowizorycznego bezpieczeństwa, teraz czuła się zdana sama na siebie. Obecność większej liczby osób dodawała jednak otuchy i pewności siebie. Nie była sama. Jeśli zdarzy się coś nieprzewidywalnego i niebezpiecznego, jako grupa na pewno lepiej poradzą sobie z zagrożeniem.
Założyła buty, gotowa do marszu. Niemniej jednak spojrzenia innych sugerowały jej, że są zażenowani. Mogłaby przysiąc, że wymyśliła to. Na pewno byli zmęczeni, mieli już dość, chcieli się umyć, coś zjeść i w końcu położyć się nie mając gdzieś z tyłu głowy, że są ubezwłasnowolnieni w wielkim gmachu. Niemniej jednak blondynka jako jedyna odstawiona była jak szczur na otwarcie kanałów. Dopasowany żakiet, opinająca spódnica do kolan, buty na wysokim obcasie. Czuła się niedorzecznie, ale przecież nie wybrała tego stroju do okazji, jaka dopadła ich niespodziewanie. Docelowo wyszła do pracy, w której musiała się prezentować. “Tłumaczysz to sama sobie, na pewno wszyscy mają to w dupie”, przekonywała siebie w myślach. I wiedziała, że ma rację.
Stukot jej obcasów towarzyszył im całą drogę, raz po raz przerywany wyciem syren. Godzina policyjna była chyba tylko umowną zasadą, ponieważ nie zauważyła, aby spotkała ich kara za to, że ją zignorowali. Byli notorycznie ignorowani przez mijające ich służby. Jak nastolatkowie, którzy zerwali się z lekcji i każdy kto ich mijał, miał to głęboko. Zapewne też nikt nie wiedział, że powinni teraz być gdzieś indziej.
Wiktorii było nieco chłodno, ale nie zamierzała narzekać, ani zwracać na siebie uwagi. Owczarek ubrany był w kurtkę pogotowia ratowniczego, na pewno szło mu się komfortowo. Reszta też nie zdawała się telepać z zimna. W dodatku zazdrościła im, bo każdy miał wygodne buty i szli żwawo jakby miał im zaraz tramwaj uciec. Wiktoria zaś truchtała, trzęsła się i miała serdecznie dość. Droga dłużyła się, ale wiedziała, że sobie poradzi. Nie była księżniczką, a w życiu zdarzały się gorsze tragedie. To była tylko pewna niedogodność. Niestety dla niej dość znacząca.
Kiedy dotarli na miejsce, z Wiktorii zeszło napięcie. Tym razem cztery piętra pokonała w butach, wykończona bardziej psychicznie, niż fizycznie. Mieszkanie jak i jego zapach, co prawda nie spełniły jej oczekiwań. Mimo to, aktualnie było jej już wszystko jedno. Zdjęła buty z nieukrywaną ulgą, odetchnęła. Nie zaciągała się powietrzem wolności, gdyż to póki co capiło starym kebsem z mieszanym sosem i stęchlizną. Miała ochotę zedrzeć z siebie wszystkie ubrania i wrzucić do pralki, jednakże nie wypadało jej być w negliżu przy czterech mężczyznach. Rozejrzała się po mieszkaniu, wchodząc w jego głąb. Obejrzała się przez ramię, kiedy Owczarek w stosunku do Agaty zachował się… Jak to on. Z początku chciała coś powiedzieć, ale zrezygnowała. Udała się do kuchni w poszukiwaniu worka na śmieci. Pozbierała stare smrody i zawiązała szczelnie, wyrzuciła na korytarz przed drzwi. Ktoś w międzyczasie otworzył balkon, dzięki czemu zaczęło się wietrzyć. Całe szczęście. Już chciała udać się do łazienki, kiedy Michał ją uprzedził.
— Zajmuję łazienkę na pół godziny — oznajmił, gryząc kabanosa. — Trzy dni się nie kąpałem, wam też radzę.
“Kurwa”, przeklęła w myślach. Westchnęła ciężko, wydając z siebie słyszalny w pokoju pomruk, wściekłego wilka. Zwróciła chyba na siebie uwagę, więc odchrząknęła, poprawiła grzywkę i wyszła na balkon. Początkowo miała nadzieję na odetchnięcie, ale widząc tam Maksa, uśmiechnęła się. Może tak będzie lepiej? Być może, tak jak ona, chciał pobyć tutaj sam. Wydawał jej się być osobą bardzo konkretną, nieco zamkniętą, zdystansowaną. Wiedziała o nim tyle, co jej się przypomniało z dostępnych dla niej akt. Nie przypominała sobie, aby rozmawiała z nim dłużej niż kilka minut. Pomyślała, że skorzysta z okazji. Dwa w jednym; rozmowa i papieros. Zadymi uporczywe myśli. Przy okazji odczeka kolejkę do łazienki.
Rozmowa z Maksem była zaskakująco… miła. Nie spodziewała się, że tak szybko złapią wspólny język, ani że ich charaktery okażą się ze sobą tak kompatybilne. Różnili się przecież pod wieloma względami, a jednak rozmowa przychodziła im z zadziwiającą łatwością. Nie musiała specjalnie zastanawiać się nad tym, co powiedzieć, pilnować każdego słowa ani szukać tematów, żeby uniknąć niezręcznej ciszy. Mogła po prostu być sobą.
Dawno nie czuła się przy kimś tak swobodnie. Choć trudno było się temu dziwić, skoro od dłuższego czasu sama skutecznie ograniczała kontakty z ludźmi. Zamykanie się we własnym świecie weszło jej w nawyk, a z czasem stało się czymś zupełnie naturalnym. Nie brakowało jej nowych znajomości, a przynajmniej tak sobie dotychczas tłumaczyła. Tym bardziej zaskakiwało ją, że kilkanaście minut spędzonych na balkonie mogło okazać się tak przyjemne.
Nie wiedziała jeszcze, co właściwie o nim myśleć. Wydawał się konkretny, rozsądny i nieco zdystansowany, ale miał też poczucie humoru, które przypadło jej do gustu. Co najważniejsze, nie odnosiła wrażenia, że musi przed nim odgrywać jakąkolwiek rolę. Nie była panią od HR-u, która powinna znaleźć odpowiednią odpowiedź na każde pytanie. Była po prostu Wiktorią, zmęczoną kobietą palącą papierosa na cudzym balkonie.
I chyba właśnie tego najbardziej jej brakowało, choć wcześniej nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.
Kiedy wreszcie przyszła jej kolej, Wiktoria niemal natychmiast zniknęła w łazience, zabierając ze sobą pożyczone od Zielińskiego ubrania. Zamknęła drzwi, odłożyła rzeczy na bok i z ulgą pozbyła się garsonki. Rajstopy, które po całym marszu nadawały się już tylko do wyrzucenia, bez żalu wrzuciła do kosza. Resztę ubrań poskładała na pralce, po czym odkręciła wodę.
Nie zamierzała urządzać sobie długiej kąpieli, choć perspektywa poleżenia w ciepłej wodzie była niezwykle kusząca. Usiadła w wannie i pozwoliła, by strumień spłukał z niej pot, kurz i zmęczenie ostatnich dni. Przez chwilę siedziała nieruchomo, z zamkniętymi oczami, rozkoszując się czymś tak banalnym jak ciepła woda. Dopiero kiedy zaczęła stygnąć, sięgnęła po znaleziony na półce żel pod prysznic i porządnie się umyła.
Przy okazji przeprała ręcznie majtki oraz koszulkę, starannie wypłukując z nich mydliny. Wykręciła materiał, na ile pozwalały jej siły, i rozwiesiła obie rzeczy na brzegu wanny. Miała nadzieję, że do rana choć trochę przeschną.
Przed lustrem odkryła kolejny problem. Nie znalazła zapasowej szczoteczki do zębów, a używanie cudzej nawet w obecnych okolicznościach wydawało jej się przekroczeniem pewnej granicy. Nałożyła więc odrobinę pasty na palec i wyszorowała nim zęby tak dokładnie, jak potrafiła. Następnie przepłukała usta znalezionym miętowym płynem. Nie było to rozwiązanie idealne, ale przynajmniej odzyskała poczucie świeżości.
Pozostały włosy. Rozwiązała resztki niedbałego upięcia i przez kilka minut cierpliwie rozczesywała blond kosmyki znalezionym grzebieniem, zaczynając od końcówek. Mokre pasma opadły jej na ramiona, a ona spojrzała na swoje odbicie. Wyglądała na zmęczoną. Trudno było zresztą oczekiwać czegoś innego.
Na koniec sięgnęła po ubrania Zielińskiego. Szare, męskie spodnie dresowe okazały się zdecydowanie za szerokie i za długie, więc musiała mocno zawiązać sznurek w pasie oraz podwinąć nogawki. Jeszcze większe wrażenie zrobiła na niej koszulka. Czarny T-shirt z rozpikselowanym kotem i napisem „404: MOTIVATION NOT FOUND”.

— No, zajebiście — mruknęła do siebie, oglądając nadruk.
Włożyła koszulkę, która sięgała jej niemal do połowy ud, i jeszcze raz zerknęła w lustro. Kilka godzin temu wyglądała jak kobieta wybierająca się na ważne spotkanie biznesowe. Teraz przypominała kogoś, kto przegrał zakład i musiał przespać się u informatyka. Albo “z” informatykiem.
Przynajmniej było jej ciepło, wygodnie i wreszcie czysto. Na tę chwilę w zupełności wystarczało. Zrobiłą sobie zdjęcie, aby wysłać rodzicom na messka z dopiskiem “już bezpieczna ze znajomymi z pracy”. Chwyciła mokre ubrania, aby wywiesić je na balkon. Tam powinny wyschnąć szybciej. Wyszła z łazienki zadowolona i stanęła przed resztą, która oczekiwała łazienki pewnie tak samo, jak ona jeszcze przed chwilą.
— Nigdy się nie odwdzięczę — rzuciła do Zielińskiego i z uśmiechem wyszła ponownie na balkon, aby przypiąć swoje wyprane ubrania. Trochę głupio jej było wieszać majtki u obcego chłopa w domu, ale musiała.
— Nie wierzę, że każdy palący chłop będzie delektował się fajkiem nad moimi gaciami…
Wiktoria sądziła, że zakończy ten dzień ze spokojniejszą głową. Oczywiście, że wciąż się martwiła i była niepewna jutra, ale też dalej miała nadzieję, że będzie lepiej. Porównywała to do covidu, jak niemal wszyscy póki co. Pandemia, lockdown, z czasem pewnie i blackout. Znała już te słowa i procedury. Będzie mogła pracować zdalnie. Jakoś to będzie.
Kiedy na balkon wyszła Alicja, wszystko się zmieniło. Z początku Wrońska próbowała obrócić sytuację w drobny żart. Była ona poważna, więc nie bagatelizowała jej, ale Maks pomógł jej się zrelaksować choć odrobinę, nerwy puściły. Teraz te nerwy zaczęły wracać. Do rozmowy dołączył Owczarek podnosząc dodatkowo napięcie, swoją niechęcią do Wójcik. Okrył blondynkę kurtką, gdyż tym razem nie była przygotowana na kolejną rozmowę na balkonie. To był bardzo miły gest, była mu wdzięczna, jednak nie umiała się skupić na tej jednej życzliwości, tak jak godzinę temu skupiała się na Maksie. Wiktorii zadrżały ręce, poczuła słabość nóg. Oparła się o parapet. Trzymała fason, ale w środku zaczęła myśleć. O rodzicach, o tym, co teraz ma zrobić, co będzie dalej. Chciałaby przytulić córkę, mamę, tatę. Ale nikogo tu nie było. W telefonie zaś ostatnie, co im napisała, to zdjęcie z łazienki Zielińskiego. Odpisali, a ona jak zwykle nic. Zabolało ją jej własne zachowanie.
Kiedy Alicja skończyła palić i wróciła do mieszkania, Wiktoria wyjęła telefon. Opatuliła się szczelnie kurtką i wybrała numer do rodziców, tym razem włączając kamerkę. Odebrali szybko. Jakby z nadzieją czekali, że ich własna córka zechce z nimi znowu rozmawiać. Jak dawniej.
— O matko, Wiki! Coś się stało?
Rodzice od razu się zaniepokoili. Nie obwiniała ich o to. W końcu zwykle jak dzwoniła, to powodem było “coś”.
— I tak, i nie.
Lakoniczna odpowiedź wprawiła ich jedynie w zakłopotanie. Zastanawiała się jak odpowiednio dobrać słowa, ale po chwili już wiedziała. Musiała mówić szybko, zwięźle i konkretnie. Nie wiedziała, kiedy zerwie zasięg.
Opowiedziała więc im wszystko, co przekazała jej Wójcik. O wirusie, o skali problemu, zaraźliwości, amputacjach, porównaniu do wścieklizny, którego nie do końca rozumiała, ale przecież nie znała się na medycynie. Musieli wiedzieć wszystko, aby móc się uchronić. Musiała ich chronić.
— Rozumiecie, prawda? — wolała dopytać
— Ce — ojciec czule mówił do niej “C”, bo c jak córka — To my mamy z domu nie wychodzić?
— Tak będzie lepiej. I nie ufajcie nikomu. Zanim objawy się pojawią, może minąć dzień czy dwa. Jeśli wpuścicie do domu kogoś chorego… Zarazicie się. Na to nie ma leków, nie ma szczepień. To was zabije, a potem wy będziecie nieświadomie zabijać dalej. Maja oglądała kiedyś taki horror, The Last of Us. Na którymś streamingu jest. Może obejrzyjcie? Z tego, co zrozumiałam, to chyba podobnie działa. Jak grzyb. Czy pleśń. Nie wiem, co to było.
— A to ja już oglądałem — ojciec był wyraźnie z siebie dumny — O nas się nie martw, wiesz, że mu to mamy cały zamrażalnik żarcia w wiatrołapie.
— Mogłabyś do nas przyjechać PKSem. Albo ojciec pojedzie po ciebie.
— Mamo… Nie będzie żadnych PKSów. I macie zostać w domu, na amen. Ja nie wiem, czy dam radę do was dotrzeć. Ale spróbuję…
Na jakiś czas w słuchawce zapadła cisza. Wiktoria myślała, że to problem z sygnałem, więc już miała zamiar się rozłączyć, kiedy matka wypaliła.
— A co ty masz na sobie? To kurtka ratownika?
Matka wzięła głęboki wdech i zaczęła szturchać ojca. “Ona jest z tym, co w gabinecie była!”, brzęczała w tle. Wiktorii drgnęła brew. Wyłączyła kamerkę.
— Wyłączam bo zasięg słaby. — odparła wymijająco.
— U jakich znajomych jesteś? Ty masz znajomych w pracy? Co to za kurtka? Może przyjedziesz do nas z tym ratownikiem?
Nie odpuszczała. “Jezu, mamo… Świat się wali, a ty swoje”, pomyślała.
— Jestem na Służewcu, u informatyka z firmy. Jest tu też alpinista przemysłowy, ratownik medyczny, człowiek-orkiestra i epidemiolog.
— To pozdrów ich od nas i podziękuj. Może z którymś z nich do nas jednak wpadniesz?
— Może tak. Którego chcecie? Wysłać ci zdjęcia?
Ojciec parsknął śmiechem, matka się na niego rzuciła z ryjem. Blondynka zastanawiała się, czy jej stary właśnie sturlał się z łóżka, czy dostał czymś, co po prostu huknęło.
— A wyślij! — matka się prawie obraziła — Choć ten ratownik ciekawy. A alpinista przemysłowy to co to ma być w ogóle? Co on zdobywa wieżowce zamiast w góry pojechać jak normalny człowiek?
— Wojskowym był, pilotem, spadochroniarzem. — starała się wytłumaczyć prosto, ale nie była pewna, czy zrozumieją kolejną profesję. Zaraz będą pytania, a co robi spadochroniarz.
— O. — matka wydała samogłoskę zainteresowania — Ten też fajny. To może…. i potem… Albo jeszcze… To też by mogło…
Zaczęło przerywać. Kurwa! W końcu im przerwał zasięg na tym jebanym zadupiu.
— Dobra, ja kończę, bo was już przerywa, pamiętajcie co powiedziałam i nie zdziwcie się, jak padnie cała komunikacja! Uważajcie na siebie, paa!Wiktoria kochała rodziców, ale mieli talent do wchodzenia jej na głowę. Chcieli być wspierający i dowcipni, próbowali po prostu odzyskać córkę, którą stracili. Wnuczki już nikt im nie odda, więc tylko o nią mogli walczyć. Kobieta postała jeszcze chwilę, zrobiła kolejne zdjęcie w kurtce od Michała i wysłała im na messengera z dopiskiem “Macie, na pamiątkę. Powieście na ścianie:P “. Potem wróciła do środka, oddała Owczarkowi jego odzież, aby się nie przeziębił i poszła do kuchni. Wiktoria zamierzała najpierw napełnić swoją butelkę wodą. Obserwując podnoszący się niespiesznie poziom wody, zastanawiała się nad papierosem otrzymanym od Maksa. Wiedziała, że trzymany luzem w torebce czy kieszeni łatwo się zniszczy. Ze spokojem zaczęła przeszukiwać szafki i szuflady, wypatrując czegoś, co mogłoby posłużyć za trwałe schronienie dla samotnego szluga. Kiedy natrafiła na gruby, plastikowy długopis, coś w jej głowie zaskoczyło. Rozkręciła go, wyjęła wkład i sprawdziła, czy papieros mieści się w pustej obudowie. Uśmiechnęła się, widząc oczekiwany rezultat. Zabezpieczyła oba końce i schowała swoją prowizoryczną papierośnicę do torebki. Teraz przynajmniej nie musiała się martwić, że przypadkiem zniszczy podarunek. Na koniec zostało jej tylko poukładanie garnków z Maksem, a potem położenie się spać. Miała nadzieję, że uda jej się dorwać kawałek kanapy, a nie znowu podłogę. Nie miała nawet problemu z tym, aby spać z kimś obok. Byle w końcu spocząć na czymś wygodniejszym.

-
Maksymilian „Maks” Kruk

Parking powitał ich ciszą. Taką, od której Maksowi jeżyły się włosy na karku. Blade świetlówki brzęczały nad pasami jezdni, a między samochodami zalegał półmrok, w którym mogło czaić się wszystko. Szedł przodem, z latarką w dłoni i drugą ręką przy łomie, i przy każdym filarze spodziewał się, że coś zza niego wyskoczy.
Nic nie wyskoczyło.
Zieliński mruczał pod nosem, że idzie zbyt prosto. Maks nie odpowiedział, ale w duchu przyznał mu rację. W wojsku powtarzali, że jeśli natarcie idzie wyjątkowo gładko, to znaczy, że właśnie wchodzisz w zasadzkę.
Przy budce ochrony zwolnił. Pusto. Tylko kluczyki porzucone na blacie, jakby ktoś wyszedł na chwilę i już nie wrócił. Przez sekundę bił się z myślami, potem sięgnął do środka i wsunął je do kieszeni. Nie sprawdzał, który samochód mrugnie światłami – nie teraz, nie w tej ciszy. Ale w świecie, który właśnie się sypał, kluczyki do czegokolwiek na kołach mogły się jeszcze przydać.
Kiedy dogoniła ich Wójcik, odruchowo zerknął jej przez ramię, w głąb ciemnego korytarza. Nikt za nią nie szedł.
Brama otworzyła się niemal bezgłośnie i do środka wpadło nocne powietrze. Maks wciągnął je głęboko. Po trzech dniach w szklanym pudle, w klimatyzowanej duchocie, smakowało jak pierwszy łyk wody po całodniowym marszu.
Zieliński prowadził, Maks zamykał szyk. Ktoś musiał pilnować tyłów, a to akurat umiał. Co kilkadziesiąt kroków oglądał się przez ramię, lustrował bramy, ciemne okna i wyloty przecznic. Przed nim przez całą drogę stukały obcasy Wrońskiej. Pół miasta na obcasach, a ona ani razu nie jęknęła. Zapamiętał to sobie. Nikt nie wybiera stroju na koniec świata, ale nie każdy potrafi iść w nim bez marudzenia.
Kiedy zza zakrętu wypadła kolumna – dwa radiowozy, wóz strażacki, karetka – wszyscy rzucili się za wiatę przystanku. Maks przykucnął ostatni, z ręką na łomie, i odprowadzał wzrokiem migające światła, dopóki nie zniknęły. Nikt nawet nie zwolnił.
Później jeszcze dwa razy nie zdążyli się schować. I dwa razy radiowóz na sygnale minął ich, jakby byli powietrzem. Dopiero wtedy Maks zrozumiał, co niepokoi go w tym najbardziej. Policja, która olewa godzinę policyjną, ma na głowie coś znacznie gorszego niż szóstkę spacerowiczów.
Im dalej na południe, tym więcej widział. Dym nad dachami. Ogień w oknach jakiegoś budynku w oddali. Syreny, które nie milkły, tylko przesuwały się po mieście, raz bliżej, raz dalej. W końcu na horyzoncie zamajaczyły biurowce Mordoru. Znał je jak mało kto – od zewnątrz, z liny, kilkadziesiąt metrów nad chodnikiem. Teraz stały w większości ciemne i obce, jak nagrobki.
Blok na Gotarda wyglądał jak setki innych w tym mieście – szary, zmęczony, pamiętający jeszcze Gierka. Cztery piętra po schodach to była pestka po trzydziestu siedmiu w wieżowcu. Maks patrzył, jak Zieliński zasuwa zamki jeden po drugim – trzy antywłamaniowe, łańcuch, mosiężny skobel – i z każdym kolejnym czuł, jak schodzi z niego warstwa napięcia. Paranoja paranoją, ale to dzięki niej spali dziś za drzwiami, których nie powstydziłby się bank.
W mieszkaniu pachniało stęchlizną i kebabem z poprzedniej epoki. Na ścianach wisiały mapy, notatki i wycinki z gazet, a na regale, między książkami, stała maska przeciwgazowa. Maks zatrzymał na niej wzrok dłużej, niż wypadało. Jego własna kawalerka wyglądała przy tym jak koszary: łóżko, szafa, wszystko poskładane w kostkę, gołe ściany. Żadnych map. Może to był błąd.
Scenę między Owczarkiem a Wójcik obserwował w milczeniu. Nie znał całej historii i nie zamierzał wchodzić między młot a kowadło. Kiedy jednak ratownik zniknął w kuchni, a Wójcik została z jego kurtką w rękach, Maks, przechodząc obok, mruknął:
— Swoje gacie wypiorę sam. Proszę się nie przejmować.Chwilę później Owczarek obwieścił, że zajmuje łazienkę na pół godziny. Maks przewrócił oczami. W koszarach po dziesięciu minutach wyważyliby mu drzwi.
Uchylił drzwi balkonowe, żeby choć trochę przewietrzyć mieszkanie, wyszedł na zewnątrz, oparł łom o ścianę i wyciągnął papierosy. Chciał chwili spokoju.
Skrzypnięcie drzwi balkonowych sprawiło, że Maksymilian odwrócił się szybciej, niż było trzeba. Dopiero kiedy rozpoznał Wiktorię, wypuścił powietrze. Ciało jeszcze nie przyjęło do wiadomości, że są już poza wieżowcem. Głowa zresztą też nie bardzo.
Wiktoria Wrońska & Maksymilian Kruk

— Mogę? — Blondynka wyciągnęła rękę, wskazując na paczkę. — Nie chcę się narzucać. Jeśli woli pan odetchnąć tutaj bez towarzystwa, wrócę później.
Uśmiechnęła się nieznacznie, jakby chciała dać znać, że naprawdę nie będzie miała z tym problemu.Przypalił w końcu papierosa i zaciągnął się, zanim odpowiedział. Kojarzył ją głównie z działu HR. Pewnie wiedziała o nim więcej niż on o niej – w końcu to u niej leżała jego teczka. Za to w wieżowcu zobaczył coś, czego nie wpisuje się do akt: kiedy robiło się nerwowo, nie panikowała, tylko rozglądała się, komu pomóc. W wojsku nauczył się cenić takich ludzi. Zwykle było ich za mało.
Wytrząsnął z paczki papierosa i podał go jej filtrem do przodu.
— Proszę. Tylko niech Sebastian nie widzi. Według niego właśnie przepuszczam majątek.
Pstryknął zapalniczką i osłonił płomień dłonią.
— I nie narzuca się pani. Gdyby tak było, powiedziałbym.
W kąciku jego ust coś drgnęło. Może uśmiech, a może tylko grymas od dymu.Wiktoria przyjęła papierosa z lekkim uśmiechem i nachyliła się do płomienia. Przytrzymał go, aż koniec się zajął. Zaciągnęła się jak ktoś, kto kiedyś robił to często – zauważył to, ale nie skomentował.
Oparł się o barierkę i znów zapatrzył w miasto. Nad dachami unosiły się łuny pożarów, ulice świeciły pustkami. Godzina policyjna. Pomyślał o ludziach, których – odkąd zamienił mundur na linę – oglądał zza szyb biurowców, pochylonych nad monitorami, pewnych, że jutro będzie takie samo jak dziś. Ciekawe, co sie z nimi stanie. Odsunął tę myśl, zanim zdążyła się rozgościć.
— Dobrze się pani trzymała — odezwał się w końcu, nie odwracając głowy. — Tam, w środku. Tylko że to zawsze dopada człowieka później. Kiedy robi się cicho i nie ma już nic do zrobienia. — Wzruszył ramionami. — U mnie zwykle przy drugim papierosie.
Położył paczkę na barierce, między nimi. Wystarczająco blisko, żeby nie trzeba było o nią prosić.
— Maks — dodał jeszcze po chwili. — Jeśli to pani nie przeszkadza. Ten cały „pan” chyba został w Darpolu.
— Wiktoria — odpowiedziała z wyraźnym rozbawieniem.
Skinął głową, jakby przyjmował meldunek. Znali przecież swoje imiona, nazwiska, a nawet stanowiska, a po wspinaczce na trzydzieste siódme piętro – także własne granice wytrzymałości. Formalności i tak straciły sens.— Cóż… — Spojrzała na zapalonego papierosa. — W takim razie dziękuję za tak kosztowny prezent. I za to, co powiedziałeś.
Nigdy nie wiedział, co odpowiadać na podziękowania, więc tylko mruknął coś niewyraźnego w dym.Wypuściła powoli dym, spoglądając na rozświetlone miasto.
— Zabawne, prawda? Na co dzień to ja tłumaczę ludziom, dlaczego emocje czasami przychodzą z opóźnieniem. A teraz sama stoję tutaj i próbuję przekonać organizm, że może już przestać być w pogotowiu. — Uśmiechnęła się nieznacznie. — Chociaż muszę przyznać, że nie spodziewałam się usłyszeć tak trafnej obserwacji akurat podczas papierosa na balkonie.
— Wiedzieć, jak to działa, to jedno. Przekonać do tego ciało to drugie — odparł. — A najmądrzejsze rzeczy w wojsku słyszałem w palarni. Nie na odprawach.Zerknął na nią z ukosa. W świetle łun wyglądała inaczej niż w Darpolu. Spojrzenie miała mniej chłodne, twarz łagodniejszą. Tam kojarzyła mu się z kimś, kto zaraz poprosi o podpis w trzech egzemplarzach. Teraz – po prostu z człowiekiem, który miał bardzo zły dzień.
— Czyli drugi papieros? — Spojrzała na papierosa w jego dłoni, a potem na niego. — To chyba powinnam zacząć się martwić, co będzie przy trzecim.
Jakby na potwierdzenie jej słów sięgnął po paczkę i przypalił drugiego od niedopałka.
— Spokojnie, nic groźnego. Przy trzecim zaczynam planować.
Na moment się uśmiechnął, ale zaraz spoważniał i spojrzał na migające między łunami światła syren.
— Dziś nigdzie się nie ruszamy. Godzina policyjna, ciemno, a miasto się pali. Na noc warty, dwójkami, po dwie godziny. Pierwszą biorę ja, i tak nie zasnę. Michała bym oszczędzał – jak coś się stanie, będzie nam potrzebny wypoczęty. Rano radio, wiadomości i przegląd zapasów. Nasz gospodarz pewnie ma ich na pół roku. Pierwszy raz w życiu cieszę się, że ktoś ma paranoję.— Chwileczkę. — Uniosła brew, spoglądając na papierosa w jego dłoni. — Mówiłeś, że planować zaczynasz dopiero przy trzecim. A już zdążyłeś rozpisać nam harmonogram na najbliższe kilkanaście godzin. Powinnam się obawiać, co wymyślisz, kiedy faktycznie go zapalisz?
— Przy trzecim? Mapy, trasy ewakuacji i plan B. Może nawet C. — Urwał i pokręcił głową. — Wybacz. Z wojska można odejść, ale wojsko z człowieka tak łatwo nie wychodzi.
Nie sięgnął już po paczkę. Trzeciego dziś nie będzie.— Nie sądzę, aby warty były potrzebne. Jeszcze nie — zaczęła ze spokojem, strzepując popiół za barierkę.— Jesteśmy na czwartym piętrze, za zamkniętymi drzwiami, a na ulicach obowiązuje godzina policyjna. Oczywiście nie oznacza to pełnego bezpieczeństwa, tego nie neguję. Jednakże sądzę, że dziś powinniśmy wszyscy porządnie wypocząć. Jesteśmy w o niebo lepszej, choć nie idealnej, sytuacji. Tak na poważnie. Dzięki temu jutrzejszy dzień będzie odrobinę lżejszy. — Zerknęła w dół. — Dodatkowo nie ukrywam, że moje buty sprawiają mi problem. Może to błahe, ale cóż…
Już chciał zaprotestować, ale jego wzrok powędrował za jej spojrzeniem – na bose stopy, zaczerwienione, przyciśnięte do zimnej posadzki. Jeśli ona tak wyglądała, reszta pewnie niewiele lepiej.
— Dobra, masz rację — przyznał. — Ale drzwi zastawię, a za nimi postawię parę garnków. Jak ktoś spróbuje wejść, usłyszymy. — Wskazał brodą w dół. — A to wcale nie jest błahe. W wojsku powtarzali, że żołnierz jest tyle wart, co jego nogi. Pokaż stopy Michałowi przed snem. Jutro znajdziemy ci porządne buty. Zieliński pewnie ma w szafie ze trzy pary na koniec świata. Za duże? Dwie pary skarpet i będzie jak ulał.Wiktoria uśmiechnęła się wyraźnie szerzej i kiwnęła głową.
— Dobry jesteś — pochwaliła szczerze. — Te garnki to coś, z czym nawet ci pomogę. Jak kiedyś stracę głowę, będziesz pierwszą osobą, do której się zwrócę.
Maks odchrząknął i nagle bardzo zainteresował się barierką. Komplementy przyjmował jeszcze gorzej niż podziękowania.
— Dobry to ja jestem w myciu okien — mruknął. — Ale pomoc przy garnkach przyjmę. Tylko uważaj, w wojsku kto się zgłasza, ten robi. A co do głowy… trzymam za słowo. Choć wolałbym, żebyś nie musiała.
— Nie boję się robić — oznajmiła poważnie. — Po prostu daj mi znać, gdy będziesz się za to zabierał, to zrobimy to razem. I uważaj, bo wór ze starymi smrodami przed drzwiami postawiłam.Wyjął z kieszeni martwy telefon i obrócił go w palcach.
— I trzeba naładować telefony, póki jest prąd.
— Swój ładuję co wieczór — przyznała, wyjmując smartfon z kieszeni spódnicy. Zerknęła na jego aparat i zmarszczyła brwi. — Chcesz skorzystać?
Wyciągnęła telefon w jego stronę i przy okazji, zupełnie niechcący, wydmuchała mu dym prosto w twarz. Zmrużył oczy i rozgonił go dłonią, ale się nie cofnął. Delikatnie odsunął za to jej rękę z telefonem.
— Dzięki, ale nic mi to nie da. Śmieszna sprawa. Kiedyś znało się na pamięć numery do połowy rodziny, a dziś bez swojego telefonu nie zadzwonię nawet do matki. — Postukał w ciemny ekran. — Poczekam, aż się podładuje.
Wiktoria schowała telefon z powrotem do kieszeni.Zamilkł na chwilę, wypuszczając dym.
— Potem zdecydujemy, czy tu siedzimy, czy próbujemy wyrwać się z miasta, zanim zrobi się gorzej. Duże miasto w takiej sytuacji to pułapka. Za dużo ludzi, za mało wyjść. — Dopiero teraz odwrócił się do niej przodem. — A ty? Masz kogoś, do kogo musisz się dostać?
— Ja mam rodziców. Tylko. Mieszkają w domu poza Warszawą — przyznała prosto z mostu, zaciągając się. — Reszty rodziny nawet nie lubię, w dupie to mam.
Uniósł brew.
— Tego chyba nie uczą na szkoleniach z HR.
Parsknęła.
— Nie, na szkoleniach z HR uczą, jak powiedzieć komuś „mam cię w dupie”, żeby jeszcze podziękował za konstruktywny feedback.
Tym razem roześmiał się naprawdę. Pierwszy raz tej nocy, krótko i chrapliwie, jakby wyszedł z wprawy.
— To by wiele tłumaczyło. Po każdej wizycie w kadrach czułem, że powinienem jeszcze podziękować.Zauważył, jak zawiesiła głos na tym „tylko”, ale nie dopytywał. Każdy ma jakąś teczkę, której nie pokazuje się obcym.
— Dobrze, że twoi są poza miastem. Tam pewnie spokojniej niż tutaj.
— A na ciebie ktoś czeka? Żona, dzieci? Sierżant? — rzuciła luźnym półżartem.
Na wzmiankę o sierżancie pokręcił głową z rozbawieniem.
— Sierżant został w jednostce. Choć, jak widać, czasem jeszcze odzywa się w mojej głowie. — Po chwili spoważniał. — Żony ani dzieci nie mam. Rodzice są w Lublinie, już swoje lata mają. Mam jeszcze brata i siostrę. Po wojsku przyjechałem do Warszawy, żeby zacząć od nowa. Skakać mi już nie pozwolili, to przynajmniej wiszę.
— Czyli zamieniłeś jeden rodzaj adrenaliny na drugi. — Zabrzmiało to jak pytanie, choć wyraźnie nie zamierzała naciskać. — Lubiłeś robić to, co robiłeś?
— Z adrenaliną to nie do końca. Skok to adrenalina, lina to raczej spokój.
Na drugie pytanie odpowiedział dopiero po chwili.
— Lubiłem. Wojsko, chłopaków, a najbardziej skakanie. Stoisz w otwartych drzwiach, wiatr wyrywa ci oddech, a potem nagle robi się cicho. Czasza się otwiera i przez minutę cały świat jest pod tobą. Niczego w życiu nie lubiłem bardziej. — Wzruszył ramionami, sztywniej, niż chciał. — Reszta to długa historia. Opowiem ci przy trzecim papierosie. Kiedyś.
— Czyli trzeci papieros oznacza nie tylko plan ewakuacji, ale też tę obiecaną historię? — Uniosła brew. — Zaczynam rozumieć, dlaczego tak oszczędnie nimi gospodarujesz.
— Trzeci jest wielofunkcyjny. Dlatego trzeba go oszczędzać. — Spojrzał w dół, na pustą ulicę. — Co do liny, to lina to najbliżej tego, co mi zostało. Wysoko i cicho. I widzisz ludzi takimi, jacy są, kiedy myślą, że nikt nie patrzy. — Uśmiechnął się półgębkiem. — Twoje okna pewnie też myłem. Nikt wtedy nie podnosi głowy.Słuchała uważnie, ze wzrokiem utkwionym w najdalszych płomieniach. Kącik jej ust drgnął, ale uśmiech nie doszedł do skutku. Zauważył to, ale nie pytał. Nie dziś.
Mimowolnie spojrzał na południowy wschód, gdzie za łunami ciągnęła się ciemność. Lublin. W zwykły dzień jakieś dwie godziny drogi. Dziś równie dobrze mógłby leżeć na drugim końcu świata.
Otrząsnął się z tej myśli i zgasił niedopałek o barierkę.
— Ja najpierw muszę się dodzwonić do swoich. Od tego, co usłyszę, zależy reszta. Ale jak znam wojsko, drogi wylotowe pewnie już blokują, więc łatwo nie będzie. — Spojrzał na nią. — Skoro przegłosowałaś mnie w sprawie wart, to teraz twoja kolej. Bez trzeciego papierosa planowanie idzie mi dziś opornie. Jaki masz plan? Chcesz się przebijać do rodziców czy poczekać, aż się wyjaśni, co tu się w ogóle dzieje?Westchnęła i przeniosła wzrok na ulicę.
— Nie wiem, Maks. Chciałabym powiedzieć, że mam jakiś genialny plan, ale prawda jest taka, że nie mam. Najpierw muszę wiedzieć, czy są bezpieczni. A potem... potem będę się martwić, jak do nich dotrzeć. Nie wyobrażam sobie tego, bo to nie jest wcale blisko, to nie jest zwykłe „pod Warszawą”, to jest poza… Jakieś sto kilometrów. Myślę, że najpierw powinniśmy porozmawiać z pozostałymi. Każdy z nas może mieć kogoś, do kogo chciałby wrócić. Nie chciałabym zakładać, że wszyscy zamierzają trzymać się razem.
Słuchał, nie przerywając.
— Tak jak ja — powiedział, kiedy skończyła. — Najpierw trzeba wiedzieć, czy są cali. Reszta potem. I masz rację z pozostałymi. Rano siądziemy razem i każdy powie, czego chce. — Zawahał się. — Ale w grupie łatwiej przeżyć. Nawet jeśli każdy ciągnie w swoją stronę.
Potem zmarszczył brwi, jakby coś przeliczał. Pewnie przeliczał.
— Sto kilometrów. Samochodem godzina z hakiem. Na piechotę trzy, cztery dni. Na obcasach – nigdy. W którą stronę? — Zaraz jednak uniósł ręce w obronnym geście. — Pytam z czystej ciekawości. Trzeci papieros dalej leży w paczce.
— Mam wrażenie, że wystarczy, żebyś dotknął paczki, a już zaczynasz planować. Nawet nie musisz zapalać — odparła z lekkim uśmiechem.
Zerknął na swoją dłoń. Faktycznie spoczywała na barierce, dwa centymetry od paczki. Cofnął ją jak oparzony i ostentacyjnie schował obie ręce do kieszeni.
— Południowy wschód, w okolicy Róży Podgórnej, pod Siedlcami — odpowiedziała w końcu. — To taka wieś, nie mają wielu sąsiadów, nic tam się nie dzieje. Co oznacza, że i zasięg mają marny, więc najczęściej do nich piszę.
Jego głowa zaczęła liczyć, zanim zdążył ją powstrzymać.
— Siedlce. Na wschód, za Wisłą. Do Lublina to prawie po drodze, jak się nadłoży kawałek… — Urwał i spojrzał na swoje kieszenie. — Cholera. Nawet nie dotknąłem paczki.
Pokręcił głową nad własną beznadziejnością, ale myśl została. Oboje musieli za Wisłę.
— Wieś, mało sąsiadów i marny zasięg. Brzmi jak najlepsze miejsce, w jakim można teraz być.
Zmierzyła go wzrokiem ze śmiertelną powagą, a po chwili parsknęła, nieudolnie próbując to zamaskować.
— Powiedz mi tylko, czy w wojsku też tak wszystko przeliczałeś, czy to na mój widok zaczynasz opracowywać plany ewakuacji? — zapytała z zaczepnym uśmieszkiem, ukrywając go za papierosem.
Zrobił kamienną twarz.
— W wojsku przeliczałem wszystko. Odruch.
Kamienna twarz przetrwała może trzy sekundy. Potem zobaczył uśmiech, który chowała za papierosem, i sam parsknął.
— A tak w ogóle — odezwał się, kiedy już się uspokoił. — Jak się trafia do HR-u? Z powołania czy za karę?Wydmuchnęła dym – tym razem w bok, z dala od jego twarzy. Postęp.
— Tak w sumie, to studiowałam psychologię. Ponoć każdy, kto ma nie po kolei w głowie, tam idzie. A szczerze to lubię obserwować ludzi i próbować ich zrozumieć — odpowiedziała z namysłem — Na przykład niektórzy twierdzą, że potrzebują trzeciego papierosa, żeby zacząć planować, a potem okazuje się, że wystarczy wspomnieć Siedlce...
— Psychologia — powtórzył. — No to pięknie. A ja ci tu od pół godziny opowiadam o sobie jak na kozetce. Ile jestem winien za sesję? Przyjmujesz w papierosach?
— Nie ukrywam, że słuchałam tych zwierzeń z ogromną przyjemnością. Poprawiłeś mi nastrój, to uczciwa zapłata.
— W takim razie jesteśmy kwita.
Po chwili dodał spokojniej:
— Czyli oboje podglądamy ludzi. Tylko ty z dyplomem, a ja z wiadrem. I co, rozgryzłaś mnie już? Nie, czekaj. Nie mów. Nie chcę wiedzieć.Złapał się na tym, że od dobrych kilku minut ani razu nie pomyślał o wieżowcu.
— Czyli co, teraz myślisz, żeby tam pojechać? Pójść? Pewnie warto by było gdzieś przeczekać to wszystko. — Ręką z papierosem zatoczyła koło nad miastem, kreśląc w powietrzu nietrwały okrąg z dymu.
Powiódł wzrokiem za rozwiewającą się smugą.
— Do Siedlec? Po jednym wspólnym papierosie nie wpraszam się do niczyich rodziców. Ale przeczekać, tak. Byle nie tutaj. Trzeba się stąd wyrwać, zanim miasto zamknie się na dobre. Jak znam życie, mosty pójdą na pierwszy ogień. — Spoważniał. — Najpierw muszę wiedzieć, co z moimi. Lublin to też miasto. Jeśli tam jest tak jak tutaj… — Nie dokończył. Przez chwilę patrzył na łuny, potem przeniósł wzrok na nią. — A ty? Pojechałabyś sama?Wiktoria odwróciła się tyłem do miasta i oparła o balustradę. Zadarła brodę, szukając na niebie gwiazd. Szło jej marnie.
— Nie wprosisz się, jeśli sama cię zaproszę. Możesz co najwyżej odmówić — odpowiedziała spokojnie, wciąż wpatrzona w pochmurny mrok. — Czyli póki nie dodzwonisz się do nich, to nie masz planu. Ale masz jakiś zalążek. Dobre i to. W ostateczności przynajmniej kierunek mamy podobny. Ja nie jestem pewna, czy dałabym radę sama. Chyba nawet bym nie chciała. Cóż, może nie widać, ale... nie jestem dobra w podtrzymywaniu relacji...Nie odpowiedział od razu. Tym razem sięgnął po paczkę celowo. Wyciągnął papierosa i przez chwilę mu się przyglądał. Trzeciego miało dziś nie być.
— Nie odmówię — powiedział w końcu. — Siedlce, potem Lublin. Jakoś to połączymy.
Zamiast zapalić, podał jej papierosa filtrem do przodu, tak jak tamtego pierwszego. Widział, że już chce odmówić, ale odezwał się pierwszy.
— Trzymaj. To trzeci. Jak będziesz miała ochotę pogadać, o czymkolwiek, po prostu mi go daj. Wtedy go zapalę i opowiem ci tę historię.
Zaskoczenie na jej twarzy powoli ustąpiło miejsca ciepłemu uśmiechowi. Spojrzała na papierosa, potem znów na niego, i ostrożnie odebrała go z jego dłoni.
— Jak go zgubię, to ciekawość mnie zeżre. Więc muszę pilnować, dzięki — odpowiedziała z rozbawieniem, przyglądając się przez chwilę podarunkowi. — Sebastian miał rację, jesteś wyjątkowo hojny ze swoim majątkiem.
— Tylko mu nie mów — mruknął.
Schowała papierosa w bezpiecznym miejscu.
— A z tymi relacjami… — dodał po chwili ciszej. — Ja też nie jestem w tym dobry. Ale jak na dwie osoby, które tego nie umieją, idzie nam całkiem nieźle.Podążył za jej wzrokiem w górę, w pochmurny mrok nad dachami.
— Nie szukaj. Gwiazd dziś nie zobaczysz, za dużo dymu i świateł. Pod Siedlcami będzie ich pełno.Przez chwilę stali obok siebie w milczeniu, z głowami uniesionymi ku niebu. Wiktoria i tak wypatrywała choćby jednej gwiazdy między chmurami, dymem a łuną nad miastem. Może i obydwoje nie byli zbyt dobrzy w utrzymywaniu relacji, ale w utrzymywaniu przyjemnej ciszy byli bliscy perfekcji. Pierwszy raz od trzech dni cisza była po prostu ciszą.
W końcu odepchnął się od barierki i wziął łom.
— Idę podładować telefon i rzucić okiem na mapy Zielińskiego. Skoro już planujemy, to porządnie.
Odprowadziła go spojrzeniem, nie odrywając pleców od balustrady.
— Dzięki, Maks. Za rozmowę też — odezwała się z uśmiechem. — Ja jeszcze chwilę tutaj zostanę, poczekam, aż Michał zwolni łazienkę. Dopalę pierwszy podarunek, bo szkoda marnować.
Zatrzymał się w drzwiach balkonowych.
— A garnki razem, jak się umawialiśmy. Zawołam cię. I nie stój za długo boso na tych płytkach. Te nogi mają ci jeszcze posłużyć na sto kilometrów.
Na wzmiankę o garnkach uniosła palec wskazujący, jakby chciała przypomnieć mu o czymś niezwykle istotnym.
— I pamiętaj, jestem w kolejce do łazienki! Więc żebyś przypadkiem nie uciekł z tymi garami beze mnie.
— Tak jest — odparł i niedbale zasalutował dwoma palcami.
Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i znów spojrzała na pogrążone w chaosie miasto. Maks zostawił ją z tym widokiem i wszedł do środka.Ładowarkę znalazł w szufladzie, którą wskazał mu Zieliński – w plątaninie kabli, w której była chyba końcówka do każdego telefonu wyprodukowanego w tym stuleciu. Podłączył swój i zostawił go na parapecie.
Zajrzał do kuchennych szafek. Zapasy były, owszem, ale liczone na jedną osobę, nie na sześć. Tyle w temacie półrocznych zapasów. Zjadł na stojąco pół konserwy turystycznej, prosto z puszki, jak na poligonie, a resztę odstawił dla innych. Potem zebrał z kuchni garnki i ustawił je w przedpokoju, pod drzwiami. Wieżę zostawił na później. Umówili się.
Dopiero wtedy podszedł do map. Zieliński pozaznaczał na nich rzeczy, których Maks nie do końca rozumiał – i nie był pewien, czy chce. Odszukał mapę, na której mieściły się i Warszawa, i Lublin, po czym przesunął palcem od Służewca na wschód. Wisła. Mosty. Każdy to wąskie gardło – gdyby to on miał zamknąć miasto, zacząłby właśnie od nich. Dalej Siedlce. Potem na południe, aż do Lublina. Na mapie wyglądało to niewinnie. Kilka centymetrów.
Telefon ożył po kwadransie. Zawibrował raz, drugi, dziesiąty. Nieodebrane połączenia z ostatnich dni. Matka. Ojciec. Brat. Siostra. Znowu matka. Ostatnie od siostry – sprzed dwóch dni. Na końcu SMS od matki: „Synku, odezwij się, jak tylko będziesz mógł”.
Za pierwszym razem połączenie zerwało się po jednym sygnale. Za drugim usłyszał tylko trzaski. Za trzecim ktoś odebrał.
— Maksiu? — Głos matki, cienki i daleki, jakby dochodził z dna studni. — Maksiu, to ty? Boże…
— Mamo, jestem cały. Słyszysz mnie? Jestem bezpieczny. Co u was?
— U nas też… — Reszta zginęła w szumie. — …dzwoniłam i dzwoniłam… tata mówi, żeby nie wychodzić…
— Mamo, wolniej. Nie słyszę.
Przez kilka sekund w słuchawce były tylko trzaski. Potem imię siostry. Potem słowo „szpital”. Potem „od wczoraj”. Głos matki się załamał.
— Co z nią? Mamo! Co z nią?
— …pojechał po nią… — Imię brata, coś o samochodzie, o tym, że miał zadzwonić. — …i nie odbiera…
— Mamo!
Trzy krótkie sygnały. Połączenie zakończone.Wybrał numer jeszcze raz. „Abonent jest czasowo niedostępny”. I jeszcze raz. To samo. Spróbował do brata – sygnał, sygnał, sygnał, poczta głosowa. Do siostry – od razu poczta.
Napisał do matki: „Mamo, co z nią? Gdzie jest brat? Jestem bezpieczny, zadzwonię rano”. Pod wiadomością zaczęło się kręcić kółko wysyłania. Kręciło się dalej, kiedy ekran zgasł.
Usiadł na podłodze pod oknem, z łomem obok i telefonem wciąż podpiętym do ładowarki, i patrzył na mapę na ścianie. Lublin. W zwykły dzień dwie godziny drogi.
Teraz, brzmiało jak drugi koniec świata...
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się