Krzyk Pustki
-
Elias słuchał Hannigana tylko jednym uchem, choć kapitan wyraźnie próbował wprowadzić odrobinę ładu, przeciąć tym samym macki strachu i chaosu, które zdawały się przedostawać przez powierzchnię skafandrów prosto pod ich skórę. Szeregiem racjonalnych komend próbował wyłowić ich z szamba, w którym się znaleźli... skonstruować jakiś plan. Prawdziwy dowódca. Elias musiał mu to oddać i nie miał mu tego za złe. Właściwie sam potrzebował teraz odrobiny tego porządku, i to bardziej, niż chciałby przyznać. Znacznie trudniej było mu jednak znieść uparte nazywanie stworzenia androidem. Trzeba było w końcu spojrzeć prawdzie w oczy.
– Caleb... Kapitanie Hannigan, sam pan widział to samo co ja – odezwał się w końcu, opierając bark o ścianę. – Możemy nazywać to androidem, jeśli będzie panu łatwiej, ale przepraszam za wyrażenie... To ni chuja nie był android.Zamierzał powiedzieć coś więcej, ale Siergiej nagle eksplodował. Crowe odwrócił głowę w stronę pierwszego oficera dokładnie w chwili, gdy ten doskoczył do Hannigana z pistoletem w dłoni. Przez kilka sekund patrzył na niego niemal bez ruchu, zbyt wyczerpany i zbyt obolały, żeby naprawdę poczuć zaskoczenie. W innych okolicznościach być może rzuciłby się między nich albo spróbował powiedzieć coś rozsądnego, ale teraz wystarczyło mu, że lufa kołysała się niebezpiecznie blisko kapitana.
– Sadza... odłóż to, do kurwy nędzy – powiedział tylko. – Nie potrzebujemy jeszcze jednego trupa.
Jednocześnie nie bronił Hannigana ani nie oskarżał Siergieja. Swoim zwyczajem pozostał gdzieś pośrodku. Prawdę mówiąc, część jego samego rozumiała gniew Sadzy aż nazbyt dobrze. Każdy z nich mógł teraz znaleźć winnego i przez kilka minut czuć się odrobinę lepiej, ale chwilowa ulga w rzeczywistości tylko wszystko by skomplikowała. Nie wspominając już o tym, że Elias lubił kapitana i nie życzył mu dziury w czaszce.Kiedy Siergiej w końcu schował broń, zapewne bardziej dzięki własnej refleksji niż jego przytomnej, acz stanowczej prośbie, Elias wypuścił powoli powietrze i zerknął na Holta. Ochroniarz odpowiedział mu dopiero po chwili, ale odpowiedział. Żył. To na razie wystarczało.
– Dobrze – mruknął Crowe. – Spróbuj w takim razie zachować status quo. Nawiasem mówiąc, dobrze strzelasz, łajdaku.
Pokusił się o zgryźliwą pochwałę, bardziej dla podtrzymania resztek normalności niż z rzeczywistej potrzeby żartowania. Po tym, co właśnie wydarzyło się po drugiej stronie grodzi, nawet podobna drobnostka pozwalała na moment zachować pozory spokoju.Wysłuchał potem Holta i Siergieja, gdy obaj, każdy własną drogą, dochodzili do tego samego niepokojącego wniosku. Kurtyna nie spadła przypadkiem. Ładownia nie otworzyła się przypadkiem. Ktoś albo coś ingerowało w systemy Bleinerta. Crowe uniósł wzrok ku sufitowi, potem przesunął go po ciemniejszych zakamarkach pomieszczenia. Nawet jeśli ich domysł nie był do końca trafiony, od tej chwili nie będzie już potrafił spokojnie patrzeć na kamery. Zastanawiał się nawet, czy powinni zostawiać je za sobą nienaruszone, czy może po prostu niszczyć.
– Podobno darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby – powiedział w końcu. – Ale zanim zaczniemy dziękować losowi, upewnijmy się, że nasz wybawca nie zaplanował dla nas po prostu nieco mroczniejszego finału.
Nie brzmiało to szczególnie optymistycznie, ale optymizm dawno już uleciał z jego ciała. Boże, jak bardzo by sobie teraz łyknął. Pieprzone skafandry.W pewnym momencie Joshua podszedł do niego bliżej, a Elias mógł nareszcie skupić uwagę na czymś innym. Chłopak wyglądał źle. Nie był może przestraszony jak wcześniej ani specjalnie roztrzęsiony, tylko po prostu wyczerpany, jakby organizm wyczerpał już bateryjki paniki i adrenaliny, a teraz działał wyłącznie na oparach. Informacja o sercu sprawiła, że Crowe zmarszczył brwi.
– Niedobrze, kolego. Kurewsko niedobre nowinki. W takim razie ambulatorium właśnie przeskoczyło z punktu opcjonalnego na obowiązkowy – odpowiedział, a w tonie jego głosu było więcej troski niż cynizmu, na który próbował się zdobyć.
– Przebijemy się z powrotem do naszych, ale będziesz musiał się postarać. Dasz radę, prawda?
Zapytał o to, klepiąc go lekko po ramieniu, choć sam nie był do końca pewien, czy bardziej chciał dodać mu otuchy, czy sobie.Na pytanie Joshuy o to, czym właściwie było stworzenie, Crowe odpowiedział dopiero po chwili. Tym razem nie próbował nawet silić się na dowcip. Jeszcze kilka minut temu sam próbowałby pewnie dopasować je do jakiejś znanej kategorii, znaleźć rozsądne wyjaśnienie i ubrać wszystko w terminologię, która nadawałaby temu choć pozory porządku. Problem polegał na tym, że żadna z tych kategorii nie wydawała mu się uczciwa.
– Nie wiem, Joshua.
Spojrzał na niego uważniej, chcąc mieć pewność, że chłopak rozumie, iż nie jest to ani unik, ani próba zachowania czegoś dla siebie.
– Naprawdę nie wiem, skąd to się wzięło ani czym dokładnie jest. Wiem tylko, że to coś jest żywe, krwawi kwasem, dostało pełną serię z karabinu Holta i nadal próbowało nas zabić. Mogę ci jeszcze powiedzieć, że żaden projektant androidów nie używałby takiej substancji jako paliwa czy płynu ustrojowego. Blaszaki mają baterie, dają się wyłączyć i tak dalej. Nie wiem, co Weyland tu odpierdalało, czy to znaleźli, czy stworzyli, ale cokolwiek to jest, wymknęło im się spod kontroli.Gdy Hannigan w końcu zrzucił z pleców roztrzaskanego syntetyka Weyland-Yutani i zaproponował próbę jego uruchomienia, Elias przeniósł wzrok na zmasakrowany korpus. Jeszcze niedawno powiedziałby, że powinni zabrać go do odpowiedniego punktu dostępu i dopiero tam próbować cokolwiek z nim robić, ale teraz gorączkowo zastanawiał się, czy z posiadanym sprzętem dadzą radę wyciągnąć z niego choćby strzęp informacji tu i teraz. Potrzebował odpowiedzi. W tej chwili ta kupa metalu mogła być jedyną rzeczą na całym Bleinercie, która miała szansę powiedzieć im coś sensownego o tym, co wydarzyło się przed ich przybyciem.
– Spróbujmy – powiedział do Joshuy, skinąwszy głową w stronę androida. – Pogadajmy z blaszakiem, jeśli zostało z niego jeszcze coś zdolnego do rozmowy. Pomogę, jak umiem. A jeśli mnie nie będziesz potrzebował, pójdę z resztą przeszukać magazyn.
Na tym umilkł i poczekał na reakcję Gleesona. Być może chłopak doskonale wiedział, jak zabrać się do tej roboty sam. -
Patrząc na sytuację ochroniarz zdawał się coraz bardziej świadomy tego co miało i ma miejsce. Zupełnie tak jakby chłodna kalkulacja zaczęła kontrolować pokłady gromadzonego stresu.
Była to oczywiście ułuda, wszak Holt tak jak i reszta cały czas był na sporym adrenalinowym kopie, który jasno napędzał wszystkie procesy myślowe. Bez tego stres pochłonąłby ich całkowicie. Swoisty mechanizm obronny organizmu, zachowania pełnej świadomości.
-Panie Kalashnikov- Holt powiedział już bardziej profesjonalnym, wszak dalej lekko przełamanym tonem -Dalej posiada Pan broń Pana Joshuy, zgadza się?- chrząknął lekko, patrząc teraz na Gleesona i czekając aż linia ich wzroku się skoreluje na tyle, by mogli wymienić niekonieczne uprzejmości -Proszę mu ją oddać. Sytuacja się zmieniła. Potrzebujemy każdego kto jest w stanie się bronić. Zostawienie ludzi bez możliwości walki jest nie tyle w obecnej sytuacji nierozsądne, co zwyczajnie już nieludzkie -
Propozycja Eliasa zawisła w ciężkim, przesyconym zapachem kwasu i ozonu powietrzu ładowni. Ekstrakcja danych z korporacyjnego syntetyka. W idealnym świecie inżynier po prostu otworzyłby panel diagnostyczny w karku maszyny, podpiął terminal i zgrał logi. Ale Joshua poczuł, jak po plecach spływa mu nowa fala zimnego potu – z zupełnie innego powodu, niż przypuszczałby doktor.
Joshya oderwał wzrok od Eliasa i przeniósł go na makabryczne, ociekające białym płynem hydraulicznym szczątki targane przez Hannigana. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie autentycznego obrzydzenia i słabości. Przełknął głośno ślinę, a jego dłoń odruchowo mocniej zacisnęła się na bolącej klatce piersiowej.
– Doktorze... – wykrztusił cicho, kręcąc powoli głową. Cofnął się o krok od zwłok maszyny, jakby sam ich widok był zaraźliwy. – Ja... nie dam rady. Przykro mi, ale nie dam. To mnie w tym momencie całkowicie przerasta.
Wziął płytki wdech, unikając twardego spojrzenia kapitana. Patrzył tylko na roztrzaskaną, pozbawioną wyrazu twarz martwego androida.
– Przecież... przecież dokładnie tak samo musi teraz wyglądać Adam – kontynuował drżącym głosem, który nie wymagał najmniejszego udawania. Emocje, które z siebie wyrzucał, były całkowicie szczere. – Został tam sam z tym czymś, żeby kupić nam czas. Jeśli zacznę teraz grzebać w kablach i rozprutych bebechach tego trupa, to po prostu rzygnę, albo znowu padnę. Zbyt mocno mi go to przypomina.
Gleeson opuścił wzrok na swoje dygoczące, wciąż usmolone od prowizorycznego spinania kabli dłonie.
– Adam... Adam był jedynym na tym przeklętym statku, który traktował mnie w pełni poważnie... Był... Taki ludzki...
Po tych słowach zamilkł patrząc się tępo w jakieś resztki zaschniętego smaru pod nogami.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
— Oddać?
Sadza popatrzył na Mienta trochę nieprzytomnym wzrokiem, jakby dopiero po chwili dotarło do niego, o co ten właściwie pyta. Poklepał się po kieszeni, w której tkwił pistolet.
— A zostawić mnie bez broni jest ludzkie?
Przez moment patrzył Holtowi prosto w oczy. Nie było w tym już złości, raczej zmęczenie i coś na kształt niedowierzania. Jeszcze godzinę temu wszystko miało swoje miejsce. Teraz za grodzią zostało coś, co wyglądało jak żywy koszmar, a oni stali w ładowni i kłócili się o to, kto ma trzymać pistolet.
Sadza prychnął.
Przeniósł wzrok na Joshuę, który nadal patrzył na szczątki syntetyka jak człowiek, który za chwilę zwymiotuje.
— Przed chwilą kazałeś mu ją zabrać. Nu vot...
Splunął na podłogę.
— Wygląda jak kupa gówna. Gleeson, nie syntek.
Zmarszczył brwi.
— Chociaż po prawdzie obaj.
Przez chwilę stał nic nie mówiąc.
— Jesteś pewien, że będzie w stanie strzelić?
Nie czekał na odpowiedź.
— Zastanów się dobrze. Pytam, czy jak coś wyskoczy zza drzwi, to podniesie rękę i pociągnie za spust. Bo jeśli będziesz stał roztrzęsiony jak teraz nad blaszakiem — skinął głową w stronę Gleesona — ...to równie dobrze mogę mieć ten pistolet ja. Nie zawaham się pociągnąć za spust.
Krótka pauza.
— Jeśli jesteś pewien, nie będę miał pretensji. Tylko nie kłam.
Dopiero wtedy odwrócił się od niego i spojrzał na szczątki androida.
— I tak na chyorta może się nie przydać.
Podszedł do blaszaka. Jedną ręką odsunął Joshuę na bok — delikatnie, ale zdecydowanie, tak żeby nie dać mu nawet okazji do protestu.
— Davaj synok!.
Sadza uklęknął przy szczątkach maszyny.
— Zobaczymy, co tam masz...
Brutalnie wyłamał wziernik techniczny i pochylił się nad otwartym wnętrzem syntetyka.
Patrzył jak mechanik na uszkodzony silnik, który musi jeszcze raz odpalić.
-
Marcus Holt
Holt patrzył na Sadzę i Gleesona przez chwilę nie mówiąc nic.
Jeden pistolet. Dwóch ludzi.
Kalashnikov wykonuje rozkazy. Stabilny, wkurwiony, ale stabilny. Nie widział jak trzyma broń - ale wiedział, że wszystko co robi, robi z przekonaniem. Człowiek który jest wkurwiony i trzyma broń z przekonaniem jest często użyteczniejszy od człowieka który jest wyszkolony i się trzęsie.
Przeniósł wzrok na Gleesona.
Technik stał przy ścianie i patrzył na szczątki androida z wyrazem twarzy człowieka który jest obecny tylko połową swojego systemu nerwowego. Holt widział taki wzrok wcześniej. Na poligonie, po pierwszej prawdziwej wymianie ognia. W korytarzach stacji gdzie coś poszło nie tak. Wzrok człowieka którego mózg zarejestrował za dużo i teraz sortuje dane w tle nie informując reszty ciała o postępach.
Wojskowe przeszkolenie Gleesona było faktem na papierze.
To co Holt widział przez ostatnią godzinę było osobną kategorią faktów.
Wyciągnął broń instynktownie gdy kratownica spadła. To jest odruch którego się nie kupuje na kursie weekendowym. Ale potem stał z bronią w górze i trzęsły mu się ręce i nie mógł zdecydować czy strzelać czy nie strzelać. Dodatkowo nie słuchał rozkazów. Działał impulsywnie.
Człowiek który nie może zdecydować czy strzelać jest gorszy od człowieka bez broni. Bo człowiek bez broni przynajmniej nie strzela w złym momencie.
Odwrócił wzrok z powrotem na Sadzę który już grzebał we wnętrzu androida z miną mechanika przy silniku.
Z drugiej strony Gleeson bez broni to Gleeson który wie że jest bezbronny. A człowiek który wie że jest bezbronny zachowuje się inaczej niż człowiek który ma cokolwiek w ręku. Czasem gorzej. Czasem panikuje i robi rzeczy które bez broni nie byłyby możliwe.
Jeden pistolet. Nie da się go podzielić.
-Kapitanie - powiedział spokojnie, bez wstępu. - Pan Kalashnikov ma broń Gleesona. Pan zna swoich ludzi lepiej niż ja. Kalashnikov - jak radzi sobie z bronią?
-
Debata nad tym, kto powinien trzymać jego własną broń, toczyła się ponad głową Gleesona, jakby nagle stał się niewidzialny albo ubezwłasnowolniony. Holt, mimo rany, wciąż myślał jak oficer bezpieczeństwa, chcąc uzbroić właściciela pistoletu. Sadza jednak brutalnie i trzeźwo ocenił roztrzęsionego inżyniera, odmawiając oddania mu broni, po czym po prostu odwrócił się i ruszył w stronę zmasakrowanego syntetyka, by samemu pogrzebać w jego bebechach. To go jakby wewnętrznie uspokoiło, a na zmarnowanej twarzy dało się dostrzec delikatną iskrę emocji
– To nadal moja spluwa – wtrącił z chrypką, prostując się nieco, choć wciąż trzymał dłoń na klatce piersiowej. Spojrzał na Sadzę, po czym przeniósł wzrok na Holta – Ale fakt, nie czuję się najlepiej. Już kiedyś w podobnej sytuacji... – urwał nagle, zaciskając usta, jakby odganiał od siebie wspomnienia – Uhm.. Nieważne...
Wziął głębszy oddech, a jego wzrok padł na pistolet tkwiący w dłoni pierwszego oficera.
– Skoro ciężki karabin nie pokonał tamtego... czegoś... – kontynuował, a jego głos dziwnie stwardniał. Zniknęło gdzieś rozbieganie i jąkanie, zastąpione przez zimną, pragmatyczną kalkulację przetrwania – To pistolet jest tylko złudnym talizmanem. Kawałkiem żelastwa, który daje fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Co gorsza, przykuwa uwagę wroga, który obiera na pierwszy cel jej posiadacza. Ten stwór rzucił się prosto na ogień zaporowy Marcusa, prawda?
Gleeson nagle przestał brzmieć jak amator, który znalazł się tu przez przypadek. Brzmiał jak ktoś, kto dorastał w miejscu, gdzie zasady przetrwania pisało się krwią na stalowych grodziach.
– Cóż... Jeśli mamy... Jeśli MUSIMY się z nim konfrontować, a obawiam się, że te pancerne drzwi w końcu puszczą, potrzebny jest nam punkt obronny i plan, a nie wymachiwanie pistoletem – stwierdził rzeczowo, mrużąc oczy
– A skoro to coś krwawi, albo raczej wycieka kwasem, to znaczy, że da się to uszkodzić. Jest fizyczne. Może Holt nam powie, gdzie go trafił? I czy w ogóle wydawało się, że to robi na tej bestii jakiekolwiek wrażenie?
-
Caleb Hannigan
- To jest popsute urządzenie, panie Gleeson. A nie trup - Kapitan wskazał dłonią na syntetyka W-Y - A Pan, zgodnie z tym co Pan zadeklarował w kontrakcie umowy zatrudnienia, jest zdaje się technikiem. Proszę połączyć te fakty. Jest pan technikiem? Czy to jest zepsute urządzenie? Jeśli ma Pan tracić kontrolę nad sobą na widok rozprutych kabli, to lepiej będzie jeśli pańską broń zachowa pierwszy oficer.
Westchnął. Ani trochę nie przekonał go chimeryczny zwrot w zachowaniu Joshui. Wręcz utwierdził w przekonaniu, że ten człowiek jest wysoce niestabilny i ktokolwiek klepnął jego przygotowanie psychologiczne do rejsów kosmicznych, był marnym specjalistą. Choć trzeba przyznać, że użeranie się z Gleesonem dawało powiew normalności w sytuacji, w której się znaleźli. A potrzebowali teraz normalności, żeby się skupić. Sadza i Crowe nie mieli z tym problemu. Nawet Holt jak się okazało nie był ranny, a jedynie potłuczony. Do tego Adam kupił im chwilę spokoju i wyglądało na to, że cokolwiek na nich polowało, szybko tu nie wejdzie. Natomiast bynajmniej Caleb nie podzielał entuzjazmu Holta i Sadzy co do dobrego ducha, który otworzył im drzwi do magazynu. Cokolwiek pociągało za sznurki na Bleinercie, miało mnóstwo okazji by ich ostrzec. Jeśli żyli za sprawą tego czegoś, to Caleb podejrzewał prędzej chęć wykorzystania ich, lub co gorsza Kardashiana do własnych celów. I nie zamierzał z tym czymś współpracować. Choćby to była Matka Bleinerta, bez której rzeczywiście mogą nie stąd nie uciec.
- Nie będziemy się bronić. Musimy być w ruchu. I znaleźć dok, lub śluzę. Jeśli damy panu Kalashinikovowi dość czasu, otworzy je bez pomocy centrali.
Widząc, że Sadza i Crowe próbują uruchomić androida i zajmie to kilka chwil, ponownie skierował uwagę na Joshuę.
- Skoro naprawa nie jest pana mocną stroną, zapraszam do przeszukania ze mną magazynu panie Gleeson. - oznajmij cierpko acz bez nadmiernej oschłości Caleb - Szukamy skafandrów, zetawów pierwszej pomocy i narzędzi. Może znajdzie się też broń. Kontenery, mam nadzieję, nie wywołują w panu torsji?
-
Metalowe drzwi, a za nimi O'Collan pogrążający się w co raz większej frustracji. Groźby Delilah pewnie nieźle nim wstrząsnęły, ale on się nie ugiął. Dlaczego? Czyżby liczył, że jego kapitan go z tego wyciągnie? To właśnie ta nadzieje trzyma pilota w jednym kawałku, tylko co się stanie, gdy ją straci? Może polecieć na ratunek, otworzyć śluzę, a nawet staranować Bleinerta. Oczywiście naukowiec liczył na zdrowy rozsądek pilota, ale każdy miał swoje granicy. Nadia nie dawała znaku życia. Pewnie stoi sparaliżowana po słowach agentki, więc wszystkie decyzje należą do niestabilnego i brawurowego pilota.
Chłopak obrócił się w stronę Delilah, po której nie było widać ani odrobiny stresu. Była spokojna. Miała plan, a może zwyczajnie nie dopuszcza do siebie myśli o możliwościach jakimi dysponuje O'Collan. Przez jakiś czas panowała między nimi cisza. Wiliam obserwował Delilah, a Delilah jego i wtedy zaczęła mówić. Czego szuka szuka Hannigan? Cóż za nie mądre pytanie.
- Chodźmy. - Powiedział, a jego dłoń cała drżała.Po wejściu do kajuty niemal od razu usiadał opierając się o ścianę. Wziął głęboki oddech i zaczął wyjaśniać wszystkie jego domysły. - Czas działa na naszą niekorzyść. Przyjście tu było dobrym pomysłem, ale musimy wrócić do obserwacji pilota jak najszybciej. W najgorszym wypadku dostaniemy się do mostku siłą na pewno na statku jest coś do przebicia się przez te drzwi. Prawda? - wypluł z siebie te słowa i wtedy przypomniał sobie, że nawet nie wie czy Delilah jest do końca świadoma zagrożenia.
- Wiem, że mogę brzmieć teraz jak paranoik, ale podsumujmy co wiemy. Przyszliśmy pod drzwi mostka. Zagroziłaś O'Collanowi i próbowałaś przekonać Nadie. Nie wiem jak ty, ale ja po tym nie słyszałem nawet słowa od Nadii w najlepszym przypadku po prostu ma mentlik w głowie, ale nie zdziwi mnie jak dostała ataku paniki. A potem jeszcze te krzyki ludzi i syki jakiś potworów. Nie wiemy od jak dawna pilot obserwuje to zagrożenie. Co, jeśli drzwi które na nas spadły miały mu pomóc skupić się na załodze w końcu jakbyśmy byli martwi to nie trzeba się o nas martwić prawda? - Wiliam zrobił krótką przerwę, żeby złapać oddech i żeby Delilah mogła przemyśleć jego słowa.
- Zapytałaś czego szuka Hannigan odpowiedź jest prosta. Tego czego każdy mężczyzna, uznania. Kapitan liczy, że znajdzie tam coś cennego, a jego kochana załoga będzie mu dziękować za pożądany zarobek. To tyle jeśli chodzi o moje teorie teraz plan, ale najpierw powiedz mi co myślisz. - Odpowiedział na jej pytanie już z większym spokojem.
-
Delilah le Fey
Chłopak wyrzucał z siebie kolejne słowa, teorie i domysły, ale mu nie przerywała. Stała z założonymi rękami i słuchała z kliniczną uwagą. Jeśli dobrze zapamiętała, był naukowcem więc nie trafiła na niepiśmiennego prostaka z zapadłej kolonii górniczej na końcu Pogranicza, lecz człowieka wykształconego. William Biscuit mógł przeczytać setki książek, lecz w jednym prymityw pokroju O’Collana miał nad nim przewagę. Potrafił od razu zrozumieć aluzję i wiedział co oznacza zaproszenie do wspólnej kajuty. William albo nie wiedział, albo udawał że nie wie lub po prostu nie interesowały go kobiety.
Delilah nie miała zamiaru tego sprawdzać i podkręcać atmosfery. Jej towarzysz i tak wydawał się zestresowany, dopiero co przed chwilą śluza nie przepołowiła ich na pół. Być może zwykła rozmowa, wzajemne zrozumienie, chwila oddechu wystarczą by rozładować napięcie. A jeśli nie, zawsze w rezerwie pozostaje chemia.
Wysłuchała go do końca. W gęstym potoku słów wyłapała detal, który zapalił jej w głowie światło awaryjne.
— Zaraz, Williamie. Wróć. Jakich potworów? O czym ty mówisz?
Nie czekała na jego odpowiedź. Wbiła spojrzenie w bladą twarz chłopaka jakby tam mogła znaleźć odpowiedź.
— Albo wiesz więcej niż ja i nie mówisz wszystkiego, albo ponosi cię zbyt duża wyobraźnia. Coś złego dzieje się na Bleinercie, to prawda. Ale opierajmy się na faktach, a nie domysłach.
Zamilkła na ułamek sekundy, dając mu chwilę do zastanowienia.
— Siłowe wejście na mostek oznacza tyle, że skończymy w kriokomorach obok Purcella. Co równa się z tym, że z tych lodówek już nie wyjdziemy żywi, jeśli Hannigan uzna nas za niewygodnych świadków. Dlatego do tej kajuty nie będzie w stanie wejść, chyba że któryś z jego kundli użyje palnika.
Zrobiła krok w jego stronę, zmniejszyła dystans i spojrzała mu prosto w oczy.
— Żeby była jasność. Działam w granicach prawa. - A przynajmniej się staram, dopowiedziała w myślach — I z doświadczenia wiem, że niecierpliwość kończy się poważnymi błędami. Pilot jest nieistotny. Nie musimy wchodzić na mostek, by wiedzieć, co się tam dzieje.
Odwróciła od niego wzrok i skierowała twarz w stronę czujnika wmontowanego w sufit.
— Opiekunie. Przywitaj się z Williamem.
Głośnik zatrzeszczał cicho, a po chwili pokładowy system odpowiedział beznamiętnym, syntetycznym głosem:
— Rejestruję autoryzowaną obecność gościa. Dzień dobry, Williamie.
— Za chwilę zdasz mi pełny raport — zażądała Delilah. — Chcę wiedzieć, co według twojej wiedzy wydarzyło się na mostku i na Blainercie w przeciągu ostatniej godziny. A na razie puść dla relaksu jakąś muzykę. Zdaję się na twój gust.
-
Kąśliwa uwaga kapitana, podważająca kompetencje inżyniera w obliczu zmasakrowanego syntetyka, zadziałała na Joshuę w sposób, którego on sam by się nie spodziewał. Paraliżujący strach, który jeszcze przed sekundą dławił go od środka, nagle ustąpił miejsca czystej, gorącej irytacji. Gleeson oderwał plecy od zimnej grodzi i powoli się wyprostował, ignorując kłucie w klatce piersiowej. Jego blada od potu twarz wyraźnie spochmurniała, a w oczach błysnął dawny, buntowniczy upór.
– Wybacz, mon capitaine – wycedził, akcentując francuski zwrot z przerysowanym, ironicznym szacunkiem – Widocznie musiałem przespać lekcję pod tytułem „Naprawa androidów, podczas gdy kosmiczne mutanty broczące żrącym kwasem chcą cię zabić”.
Caleb Hannigan ewidentnie działał na Gleesona jak zapalnik. I sądząc po gęstej atmosferze w ładowni, nie tylko na niego. Joshua powiódł wzrokiem po reszcie ocalałych. Spojrzał wymownie na Siergieja – który zaledwie chwilę wcześniej gotów był rozstrzelać dowódcę za sprowadzenie ich do tego grobowca – a następnie na ciężko oddychającego, rannego Holta. Nie odezwał się więcej, nie próbował szukać sojuszników na siłę. Ten jeden rzut oka wystarczył za tysiąc słów. Odnosił wrażenie, że autorytet kapitana rozsypywał się tu szybciej niż pancerze roztapiane kwasem. I choć czuł z tego lekkie schadenfreude, tak po chwili refleksji to był raczej kiepski scenariusz.
Inżynier odwrócił się w stronę rozległej, tonącej w mroku ładowni.– Poszukam czego się da, póki moje serce jeszcze działa – rzucił chłodno przez ramię. W jego głosie brzmiała twarda, zrezygnowana determinacja – Potrzebuję swoich leków.
Nie czekał na odpowiedź Hannigana, na jego zgodę, ani na to, by ktokolwiek do niego dołączył. Po prostu odwrócił się na pięcie, kaszlnął mimowolnie dwa razy i ruszył przed siebie lekko chwiejnym krokiem w głąb ciemnego magazynu.
-
Crowe przez chwilę obserwował Siergieja, który właśnie zajął się syntetykiem i z ponurą determinacją przejął pałęczkę od Gleeson'a. Uznał, że przy androidzie nie potrzeba już kolejnej pary rąk, a przynajmniej nie jeśli miał to zrobić Sadza. Wcześniejszą propozycje pomocy technikowi motywował głównie jego stanem psychicznym i zdrowotnym. Jeśli chodzi o Sergieja, wiedział, że jemu by tylko przeszkadzał. Skupił uwagę na oddalającym się Gleesonie.
Nie chodziło nawet o to, że chłopak wyglądał źle. Bardziej o sposób, w jaki odszedł po słowach Hannigana, z tą twardą, niemal przesadną obojętnością. Wyglądało na to, że słowa kapitana zostawiły rysę na jego dumie, a on za wszelką cenę nie chciał tego po sobie pokazać. Elias znał ten rodzaj ludzi. Przez lata pracy przewinęło się w jego życiu mnóstwo charakternych osób. Czasem warto było zostawić taką osobę w spokoju, a czasem wręcz odwrotnie, dobrze było przejść się za taką i dopilnować, by w emocjonalnym uniesieniu nie zrobiła czegoś... głupiego. Odepchnął się więc od ściany i ruszył za nim. Należało się też odwdzięczyć za udzieloną pomoc.
– Gleeson. Zwolnij trochę. Pójdę z tobą.Nie komentował wcześniejszej sprzeczki, ani nie zamierzał też go pocieszać, czy coś. Raz, że nie było to w jego guście, a dwa, że byłoby to dla niego chyba jeszcze gorsze. Zamiast tego zrównał z nim krok i przesunął światło latarki po rzędach skrzyń, ściennych szafkach i oznaczeniach technicznych.
– Tylko powiedz mi, czego dokładnie szukamy. Nazwa albo kolor opakowania, cokolwiek. Nie wiem, czy trafiliśmy akurat na taki rodzaj magazynu, ale im mniej będziemy zgadywać, tym lepiej.
Nie krył sceptycymu. Naprawdę nie nie był przekonany, czy specjalistyczne leki na serce będą sobie po prostu leżeć w wojskowej ładowni, ale w sumie, takie miejsce mogło skrywać zestawy medyczne, środki awaryjne, stymulanty albo przynajmniej oznaczenia prowadzące do ambulatorium. A skoro już mieli grzebać po magazynie, Crowe zamierzał przy okazji zrobić to, o co prosił Hannigan. Idąc rozglądał się za narzędziami, apteczkami i jakimś włazem techniczncym. -
Joshua był zbyt wyprany z emocji i zbyt fizycznie wyczerpany, by zdobyć się na słowa wdzięczności za to, że Elias nie zostawił go samego. Mimo wszystko poczuł się nieco lepiej. Elias był tu chyba najbardziej zrównoważoną osobą, zaraz po Adamie rzecz jasna.
– Nie szukaj małych, białych pudełeczek, doktorze – odparł głucho, omiatając snopem latarki krawędzie ładunków. – Pracowałem kiedyś na lądowisku w kolonii, na śmieciowych kontraktach. Przerzucałem tony takiego korporacyjnego i wojskowego szajsu. Jeśli to jest tender logistyczny, to mają tu wszystko skatalogowane według standardowych protokołów zaopatrzeniowych.
Joshua rozejrzał się dookoła. Nie był do końca pewien. Pierszy raz widział takie wnętrze. Mimo ogromnej przestrzeni, pełno tu wąskich przejść między kontenerami. Jakby ktoś usilnie układał labirynt, albo z nudów grał kontenerami w tetrisa.
– Szukaj uszczelnianych, polimerowych zasobników. Zazwyczaj ciemnoszare lub oliwkowe skrzynie. Interesuje nas pomarańczowy, pionowy pas na boku i czarny trójkąt z białym krzyżem w środku. Większe ładunki mają oznaczenia typu PHARMA lub MED-4. Broń to najczęściej ARMS lub DEF-3, ale obawiam się, że będą zabezpieczone. Zapasy to SPL. Będą zapewne oznakowane dodatkowo literami i cyframi, zgodnie z katalogiem przyjęć magazynowych. Gdyby takowy zdobyć, nie musielibyśmy nawet sprawdzać wszystkiego po kolei... I jeszcze jedno.
Gleeson odwrócił się w stronę Crowe'a.
– Dzięki, Elias.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Sadza przez chwilę tylko przyglądał się nieruchomemu blaszakowi.
Android leżał bezwładnie na podłodze. Brakowało mu kończyn, a jego korpus nosił ślady tego, co musiało być wyjątkowo brutalnym spotkaniem. Nie znał konstrukcji tego modelu. Nie wiedział nawet, czy po czymś takim powinien jeszcze próbować go uruchamiać.
Ale skoro miał jeszcze źródło zasilania...
Może miał też pamięć.
A pamięć mogła powiedzieć im, co wydarzyło się na Bleinercie.
— No dobra...
Odchylił wyrwany brutalnie panel techniczny i przyświecając latarką zajrzał głębiej w otwartą przestrzeń korpusu. Palcami ostrożnie odsuwał przewody, szukając czegoś, co przypominało główne zasilanie.
Znalazł.
Albo raczej znalazł jego resztki.
Moduł był uszkodzony. Jeden z przewodów został wyrwany, drugi wyglądał na przypalony. Sadza przyjrzał mu się przez chwilę, potem zerknął w stronę rozbebeszonego panelu instalacyjnego.
— Można spróbować...
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov był górnikiem.
Nie mechanikiem androidów.
Nie elektronikiem.
Ale przez trzydzieści lat pracy nauczył się jednej bardzo ważnej rzeczy: jeżeli coś ma przewód, zasilanie i nie jest całkowicie rozerwane, to można spróbować to uruchomić.
A jeśli nie działa, znaczy, że trzeba było podłączyć inaczej.
Przeciągnął złom do awaryjnego źródła zasilania. Zaczął podpinać przewody. Końcówki zacisnął prowizorycznie, ale mocno. Sprawdził pierwsze połączenie. Potem drugie.
Jeszcze raz spojrzał na korpus.
— Dawaj blaszak.
Włączył zasilanie.
Przez ułamek sekundy nic się nie wydarzyło.
Nachylił się nad syntkiem. Może coś źle podłączył? Nie, wszystko było dobrze.
I wtedy...
TRZASK!
Wnętrze androida rozświetlił gwałtowny błysk. Przez przewody przebiegła seria iskier, a gdzieś pod panelem coś huknęło i zgasło. Zapach spalonej izolacji uderzył w nozdrza.
Sadza odskoczył gwałtownie.
— Blyat'!
Przez chwilę stał nieruchomo, patrząc na syntetyka.
Nic.
Żadnego ruchu.
Żadnego światła.
Żadnego głosu.
Tylko cichy syk uszkodzonego układu.
— No i chuj...
Tym razem ciszej.
Złość przyszła dopiero po chwili.
Siergiej kopnął androida w korpus.
— Blyat'!
Metal zazgrzytał po podłodze.
Sadza odwrócił się, zrobił dwa kroki, po czym zatrzymał się i spojrzał przez ramię na nieruchomego syntetyka.
— Nic nie dało się z tym zrobić.
-

Mostek Kardashiana
Mikrofony wewnątrz hełmów ratowników rejestrowały każde wypowiedziane w klaustrofobicznym półmroku ładowni słowo transmitując balansującą na granicy wybuchu histerii konwersację prosto na mostek kombajnu. Nadia kręciła bezwiednie głową słysząc szokująco ostre zarzuty Sadzy wobec kapitana, dyskusję na temat broni Joshui. argumenty nie chcącego wykonać rozkazu technika - ale jej spojrzenie biegło co chwila w stronę czarnego okienka na ekranie konsolety O’Collana, na którym chwilę wcześniej wyświetlany był obraz pochodzący z kamery hełmu Adama.
Pozostała po nim tylko szokująca swoją pustką czerń.
- Powinnam przejść do śluzy i przypilnować ręcznego zrzutu zaczepów - powiedziała Rosjanka przenosząc w końcu wzrok na Davy’ego - Te mechanizmy od zawsze się pierdolą wtedy, kiedy się tego nie spodziewamy.
- To nie jest dobry pomysł - wycedził przez zęby pilot - Nie chcę cię na zewnątrz mostka bez asekuracji. Kto wie, co tej pindzie strzeli do łba? Albo temu gówniarzowi. Widziałaś sama, że kręcił się pod włazem z czymś, co wyglądało jak broń. Na sto procent nie zgłosił tego Holtowi. Nigdzie nie pójdziesz, zrobimy to stąd.
Volkova prychnęła w odpowiedzi, uniosła hardo podbródek.
- Nic mi nie zrobi - sarknęła w odpowiedzi - Łeb bym jej ukręciła, zanim by coś zaczęła.
- Nigdzie nie pójdzie, Nadia, za duże ryzyko - przesądził O’Collan nie odrywając wzroku od ekranu z wykresami podsystemów kombajnu - Siadaj i zapinaj pasy. Albo nie zapinaj, to rutynowa operacja, robiłem to tysiące razy w woju. Mostek do kapitana, rozpoczynam procedurę rozłączania jednostek. Odcięcie zasilania chwytaków za dziesięć, impuls napędu korekcyjnego za piętnaście. Odliczam.
Nadia pokonała trzema krokami dystans dzielący ją od własnego stanowiska, usiadła w fotelu przeciągając przez brzuch jeden z pasów uprzęży i uderzając jednocześnie palcami w ekran swojego wyświetlacza.
- Chwytaki za siedem, impuls za dwanaście…
Davy złapał mocniej wolant, oparł stopy o kontrolery napędu korekcyjnego i wstrzymał oddech przygotowując się do manewru odejścia.
Kabina Delilah le Fey
Z głośników popłynęły dźwięki losowo dobranej muzyki retro, akompaniującej słowom wokalistki, której Delilah nie znała. Negocjatorka oparła się plecami o ścianę pomieszczenia spoglądając na młodziutkiego gościa i rozważając w myślach pozostałe dostępne jej opcje. Wszystko wskazywało na to, że ekipa ratunkowa wpadła na zaopatrzeniowcu w kłopoty absolutnie wykraczające poza wszelkie rutynowe procedury. Na Bleinercie doszło do gwałtownej eskalacji, a Delilah nie znała jej przyczyny ani przebiegu, co w skrytości ducha doprowadzało ją do chłodno kontrolowanej wściekłości.
- Opiekunie, przedstaw raport z dotychczasowego przebiegu operacji ratunkowej - rzuciła w eter patrząc jednocześnie jak nieco onieśmielony William przygląda się elementom jej ułożonej na łóżku garderoby.
- Znajduje się pani w trybie ograniczonego dostępu do informacji, pani le Fey - odpowiedział bezcielesny elektroniczny głos - Do momentu odwołania stanu alarmowego nie może pani korzystać z dostępu do pełnej bazy danych. Załoga prowadzi operację ratunkową na okręcie amerykańskiej marynarki. Operacja przebiega zgodnie z planem. Życie i zdrowie pasażerów nie są w żadnym stopniu zagrożone. Proszę pozostać w swojej kabinie do odwołania stanu alarmowego.
- Mam uprawnienia z mocy prawa korporacyjnego umożliwiające mi pełny dostęp - młoda kobieta skrzywiła twarz w grymasie, który miał prawo przestraszyć jej gościa - Stan alarmowy ich nie ogranicza.
- Pani le Fey, poziom dostępu pasażerów do funkcji Opiekuna został ograniczony manualnie przez pilota pierwszej klasy Davy’ego O’Collana na podstawie uprawnień nadanych przez kapitana Caleba Hannigana. Ograniczenia te mają na celu zapewnienie pasażerom statku maksymalnego bezpieczeństwa i komfortu podróży. Może pani wnieść skargę na zastosowanie tych ograniczeń do działu obsługi prawnej Kelland Mining.
Delilah le Fey otworzyła usta, by wyrazić swoją opinię na temat sugestii Opiekuna, ale nie zdążyła wypowiedzieć nawet jednego słowa.
Otaczająca ją konstrukcja pokładu zadrżała w jednej chwili, wprawiona w wibracje serią wyraźnie wyczuwalnych wstrząsów.
- Co to… - krzyknął Bill, ale jego głos utonął w przeraźliwym, spotęgowanym ciasnotą kajuty zgrzycie maltretowanego metalu.

Ładownia Bleinerta
Mierzące po trzy metry i ważące na oko pół tony wojskowe kontenery zabezpieczone były nie tylko metalowymi plombami, ale też cyfrowymi zamkami, których kody liczyły po szesnaście znaków. Joshua zdusił w sobie jęk zawodu na ten widok, z miejsca uświadamiając sobie, że jedynym sposobem sforsowania tych zabezpieczeń był plazmowy palnik Sadzy.
- Spójrz na to - rzucił znienacka Elias stając przed ścianą ładowni widzianą pomiędzy dwoma ustawionymi obok siebie kontenerami - Mam, pakiet medyczny.
Światło rzucane przez reflektor skafandra doktora wyłoniło z ciemności pomieszczenia przynitowany do ściany stelaż. Wciśnięte w jego zaczepy duże oliwkowe pudło oznakowane było rzędem pozornie przypadkowo dobranych liter, ale symbol czerwonego krzyża nie pozostawiał wątpliwości do do zastosowania przedmiotu.
<Chwytaki za siedem, impuls za dwanaście…>
W radiokomunikatorach od dłuższej chwili słuchać było wymianę zdań między drużyną ratunkową i obsadą mostka Kardashiana, ale roztrzęsiony do granic możliwości Gleeson nie zwracał na nią większej uwagi, skoncentrowany na tunelowym postrzeganiu rzeczywistości i skupiony jedynie na jednej dającej mu poczucie bezpieczeństwa czynności - lecz kiedy spojrzenie technika zatrzymało się na odnalezionej przez Crowe apteczce, odcinający dotąd przeważającą większość bodźców umysł Joshui zarejestrował znienacka coś ważnego.
Chwytaki za siedem, impuls za dwanaście…
Gleeson zapomniał w jednej chwili o apteczce, odwrócił się w stronę doktora łapiąc go obiema rękami za skafander.
- Przerywają dokowanie? Kardashian odchodzi?! Zostawiają nas tutaj?!
Technik wbił rozgorączkowane spojrzenie w ledwie widoczne za uszkodzoną i brudną przesłoną oczy Eliasa, nie doczekał się jednak odpowiedzi. Wnętrze ładowni zadrżało wyczuwalnie, a zaraz potem przetoczył się przez nią głośny huk i zgrzyt odkształcanego pod wpływem ogromnej siły metalu. Joshua wrzasnął odruchowo, złapał się za uchwyty na ściance jednego z kontenerów, zaparł nogami o podłogę czekając na jeszcze silniejsze wstrząsy, te jednak nie nadeszły.
W zamian Gleeson usłyszał dźwięk, który w jednej sekundzie wydał mu się jeszcze straszniejszy od huku gniecionego kadłuba.
Był nim wizg hydraulicznych serwomechanizmów obsługujących ruchome drzwi ładowni; obwieszczający ich nieoczekiwane otwarcie.
Krew zlodowaciała w żyłach Joshui, a jego czoło zrosily krople zimnego potu.
- To nie nasze! - krzyknął od strony wejścia Hannigan - To nie nasze drzwi! O’Collan! Co to było?!
Gleeson zaczął gorączkowo kręcić na wszystkie strony ukrytą w hełmie głową, roztańczonym snopem światła wyłaniając z ciemności wnętrze ładowni sposobem tak chaotycznym, że w niczym mu on nie pomagał.
W głowie Joshui kotłowała się tylko jedna paniczna myśl - gdzieś w głębi wciąż nie do końca zbadanej ładowni otworzyły się bez ostrzeżenia inne hydrauliczne drzwi.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Sadza znieruchomiał.
Nie od razu spojrzał na pozostałych. Jego latarka powoli przesunęła się po ciemności ładowni, zatrzymując się na otwierających się drzwiach.
Nie tych, którymi weszli.
To było najważniejsze.
Ktoś je otworzył.
Albo coś.
Siergiej poczuł, jak napięcie zaciska mu kark. Przez chwilę słuchał tylko pracy hydrauliki. Ten dźwięk był teraz niemal kojący. Mechaniczny. Kontrolowany. Ktoś musiał wydać polecenie.
Jak wtedy, z kurtyną przeciwpożarową, albo wejściem do ładowni.
Ktoś z Bleinerta?
Załoga?
Nie.
Załoga nie odpowiadała.
Matka. Jedyne logiczne wytłumaczenie.
Gdyby wtedy weszli przez nie od razu, nie pierdoląc się z kurtyną, nie straciliby Adama.
Siergiej przypomniał sobie, jak chwilę wcześniej, gdy próbował reanimować syntka, stojąc przy jednym z interkomów, mówił do głośnika niemal jak do człowieka.
— Tu Kardashian. Słyszysz mnie?
Cisza.
— Jeśli mnie słyszysz... zamrugaj światłami dwa razy.
Odczekał.
Nic.
Siergiej spojrzał wtedy na lampy.
Jedna.
Druga.
Trzecia.
Wszystkie świeciły równym, zimnym światłem.
— No dalej...
Nic.
— Dwa razy. Tylko dwa.
Znów cisza.
Wtedy uznał, że albo nie ma żadnej Matki, albo ta suka nie zamierza z nimi rozmawiać.
Teraz jednak drzwi otworzyły się same. Może Matka nie miała możliwości ich usłyszeć? Może tylko ich widziała? Albo odczytywała ich sygnatury w pomieszczeniach? Wiedziała, że tutaj są. Rozumiała co stało się z załogą Bleinerta. Czuła zagrożenie i chciała ich ocalić.
Sadza zrobił krok w kierunku drzwi.
Snop latarki wpadł w otwartą przestrzeń za nimi.
— Hannigan.
Nie odrywał wzroku od przejścia.
— Zabierz nas stąd.
Odwrócił głowę w stronę Starego.
— Tam.
Wskazał otwarte drzwi.
— To MUSI być ktoś z Bleinerta. Albo jego Matka. Inaczej po co by się otworzyły?
Przez moment jeszcze się wahał.
Potem wskazał mocniej.
— Idziemy tam. Dawaj. Już raz to spierdoliliśmy. Nie zróbmy tego po raz drugi.
Spojrzał na pozostałych.
— Tutaj już wiemy, co jest.
Krótka pauza.
— Tam jeszcze nie.
-
Kontenery. Zaplombowane na głucho. Do otwarcia. Gdyby mieli akurat godzinę, lub dwie i nic więcej do roboty. Nie mieli. Jakkolwiek uzyskali chwilę wytchnienia, nie mogła ona trwać długo. Te... istoty. Tak jak powiedział Holt. Polowały. Polowały cholera jasna. A brak syków zza śluzy oznaczał, że zaczęły szukać alternatywnej drogi wejścia do magazynów...
Metal poszycia wojskowego tendera nieoczekiwanie zazgrzytał wwiercającymi się w uszy akordami, w ślad za którymi rozbrzmiały lamenty młodszego technika. Davy... cholera jasna.
- Panie O'Collan... O'Collan! Słyszeliśmy głośny zgrzyt. Czy Kardashian jest cały? Niech się pan uspokoi Panie Gleeson! Ja kazałem im się odłączyć. I tak z tej śluzy nie skorzystamy. Muszą i oni i my znaleźć...Kolejny dźwięk. Tym razem wewnętrznie otwieranych wrót magazynowych. Jednak nie tych za którymi zostawili Adama. Kolejnych. Nieee... nie było w tym krztyny przypadku. Hannigan znał się na kierowaniu ludźmi. I potrafił rozpoznać manipulację. Odkąd weszli na Bleinerta postępowanie zgodnie z czyimś zamiarem. Dopiero ich odwrót zmusił kogoś do ujawnienia się. Cholera jasna.
- Panie Kalashnikov. Oni... - kapitan wskazał na kamerę bezpieczeństwa po czym podszedł do Sadzy, wziął od niego młotoklucz i uderzył nim parokrotnie w optykę podglądającego ich urządzenia - jeśli są jacyś "oni", mieli szansę nas ostrzec. I skomunikować się z nami. Nie są tym zainteresowani. Prowadzą nas gdzieś, gdzie napewno nie chcielibyśmy iść. I zaganiają tymi... stworzeniami gdy zbaczamy z drogi. Musimy być w ruchu. To najważniejsze. Chwilowo iść tak jak otwierają się drzwi. Bo nie mamy wyboru. Ale jednocześnie szukać alternatywnej drogi na mostek, albo do śluzy. Kapsuły ratunkowe też nas interesują. Panie Crowe. Panie Gleeson. Jeśli znajdziemy jakiś terminal dostępu, proszę spróbować zdobyć rozkład korytarzy i wgrać na osobisty komputer pana Crowe'a. Panie Gleeson, jeśli jeszcze raz uchyli się pan od obowiązków tłumacząc słabym sercem, żołądkiem, czy czymkolwiek, zostanie Pan tu sam zdany na swoją łaskę. Zrozumiał pan?
- Panie Crowe. Czy ma Pan znalezioną w kapsule kartę? Proszę jej użyć. Jeśli ci którzy nas tu prowadzą, mają związek z firmą, być może są na niej te same wiadomości, które uzyskalibyśmy od androida. Którego nie zabieramy ze sobą. Skoro pan Kalaschnikov go nie uruchomił to nic go nie uruchomi. To złom.
Nie silił się by wyjaśnić reszcie o jaką kartę chodzi. Nie miał ochoty na wysłuchiwanie kolejnych utyskiwań.
- Panie O'Collan. Co musielibyśmy zrobić, aby mógł pan uzyskać dostęp do sterowania Bleinertem?
-
Crowe nie odpowiedział Gleesonowi od razu. Przez ułamek sekundy sam wsłuchiwał się w zgrzyt pracującego kadłuba i głos O’Collana przebijający się przez trzaski radia, próbując oddzielić zwykły hałas manewru od wszystkich innych odgłosów, których nauczył się nie lekceważyć w swej robocie. Dopiero kiedy słowa Hannigana potwierdziły, że rozłączenie było zamierzone, Elias położył dłoń na przedramieniu technika i ścisnął je lekko, bardziej uspokajająco niż stanowczo.
– Nie zostawiają nas – powiedział, patrząc mu prosto w oczy. – Kapitan sam kazał im się odłączyć. Oddychaj, Joshua. To decyzja taktyczna. Pikawa ci walnie, jak będziesz się tak dalej zamartwiał.Nie wiedział, czy żart trafił na podatny grunt, ale miał nadzieję, że tak. Chwilę później poświęcił uwagę odnalezionemu pakietowi medycznemu. Wyciągnął go ze stelaża i przycisnął do boku, czując jego ciężar przez rękawice skafandra. Teraz miał tylko nadzieję, że ostatecznie jego zawartość nie będzie im potrzebna do niczego poważniejszego niż znalezienie środków, których potrzebował Gleeson. W tym momencie jego myśli przeskoczyły. Czy w wojskowej apteczce była w ogóle szansa znaleźć coś odpowiedniego? Crowe nie miał pojęcia. Takie zestawy mogły być wyposażone znakomicie albo skandalicznie ubogo, zależnie od tego, czy ktoś z firmy przy układaniu budżetu uznał opiekę nad załogą za konieczność, czy kolejną rubrykę nadającą się do cięcia kosztów. Z drugiej strony nawet najbardziej bezduszny księgowy chyba potrafił zrozumieć, że żywy pracownik mógł przepracować dla firmy jeszcze jeden kontrakt. Najlepiej kilka. Aż do usranej śmierci.
Jego rozważania przerwał dźwięk kolejnych serwomechanizmów. Elias znieruchomiał i uniósł głowę. Światło latarki przesunęło się po bokach kontenerów, wojskowych oznaczeniach i stalowych żebrach konstrukcji, aż wreszcie pobiegło dalej ku przestrzeni, w której zaczynały otwierać się kolejne drzwi. Nie te, którymi przyszli. Inne, położone gdzieś głębiej w ładowni. Siergiej natychmiast uznał to za pomocny znak, ślad jakiejś Matki albo kogoś z załogi Bleinerta, kto wciąż obserwował ich poczynania i postanowił pomóc im się wydostać. Crowe nie podzielał jednak jego optymizmu.
– Czy ja wiem, Sadza? – rzucił ponuro, nadal patrząc w stronę nowego przejścia. – Szczurom w labiryncie też otwiera się przejścia. Nie znaczy to jeszcze, że ktoś przy konsoli z guzikami im kibicuje.
Nie potrafił jednak odmówić Kalashnikovowi jednego. Ktoś albo coś rzeczywiście wpływało na ich drogę przez ten przeklęty statek. Pytanie tylko, czy chodziło o ratunek, czy o doprowadzenie ich dokładnie tam, gdzie z punktu widzenia tego, kto sterował systemami Bleinerta, powinni się znaleźć.Kiedy Hannigan odezwał się do niego bezpośrednio i wspomniał o karcie znalezionej w kapsule Purcella, Elias odruchowo sięgnął do miejsca, w którym ją schował. Palce natrafiły na twardy, znajomy kształt. Przez cały ten czas nosił ją przy sobie, choć po wszystkim, co wydarzyło się od chwili wejścia na Bleinerta, niemal zdążył o niej zapomnieć.
– Mam ją – odpowiedział, klepiąc dłonią kieszeń skafandra. – Przy pierwszym działającym terminalu spróbujemy jej użyć.Jeszcze raz spojrzał na otwarte wrota, mocniej ścisnął uchwyt apteczki i wyciągnął podręczny detektor ruchu. Dopiero potem przeniósł wzrok na Gleesona.
– Zawsze trzymaj się gościa z detektorem. Jakby się spieprzyło, pierwsi będziemy wiedzieć, w którą stronę spieprzać.
Po wszystkim zerknął na Hannigana. Kapitan już wcześniej zdjął hełm i najwyraźniej nadal oddychał bez większych problemów, co Crowe uznał za wystarczająco dobry test jakości miejscowej atmosfery. Sam również rozszczelnił mocowanie i ściągnął hełm, a chwilę później sięgnął wreszcie po upragnioną manierkę ze swoją miksturą. Przy niej, schowana bezpiecznie przy piersi, spoczywała również czarna karta. Sięgnął po obie, po czym otworzył manierkę i pociągnął łyk piekącego płynu.
– Ambrozja. Dobrze się czasem naoliwić. – rzucił i zakręcił piersiówkę chowając ją teraz w znacznie podręczniejszym miejscu. -
Słowa Eliasa przedarły się przez gęstniejącą w umyśle Joshuy mgłę paniki. Inżynier powoli wypuścił z zacisnących się dłoni gruby materiał skafandra doktora i wziął ciężki, drżący wdech. Szum w uszach powoli cichł, choć potykające się serce wciąż boleśnie obijało się o żebra.
– Dzięki, doktorze – wykrztusił, próbując uspokoić oddech. Spojrzał prosto w oczy Crowe'a ukryte za pękniętą przyłbicą. – Ale powiedz mi tak szczerze... Wierzysz, że my to w ogóle przeżyjemy? Nasz statek właśnie sobie odleciał i cholera wie, czy kiedykolwiek po nas wróci...
Nie zdążył usłyszeć odpowiedzi, bo przez interkom uderzył w niego twardy, nieliczący się z obiekcjami głos Hannigana. Groźba porzucenia w ciemnościach ładowni zawisła w powietrzu równie ciężko, co smród kwasu na korytarzu. Gleeson zamarł, a jego wzrok przeniósł się na mroczną sylwetkę dowódcy. Zamiast wybuchnąć strachem, inżynier poczuł nagle w swoim umyśle coś dziwnie chłodnego i ostrego.
– Zrozumiałem, kapitanie – odpowiedział zimno, a jego głos w komunikatorze brzmiał zaskakująco stabilnie – Przypominam jednak, że to pan ostatecznie odpowiada za życie tej załogi. I z każdą sekundą spędzoną na tym wraku coraz bardziej żałuję, że wtedy w ambulatorium nie przyjąłem pistoletu, który mi pan wciskał. Mimo wszystko... Doceniam, że wciąż ufa pan moim inżynieryjnym kompetencjom.
Ufał przynajmniej bardziej od samego Joshuy. Ale tego nie musiał nikt wiedzieć.
Gleesin odwrócił się w stronę mrocznej głębi ładowni, z której przed chwilą dobiegł zgrzyt otwierających się samoczynnie grodzi. W głębi ducha uśmiechnął się gorzko. Zastanawiał się, czy Hannigan rzucał te groźby z pełnym przekonaniem, czy z czystego przymusu. Prawda była brutalnie prosta, i obaj doskonale zdawali sobie z niej sprawę: bez Adama, Gleeson był jedynym specjalistą od systemów, jakiego mieli. Kapitan mógł szczekać, ale bez niego nie zdołaliby uruchomić nawet terminala, nie mówiąc o zdobyciu planów pokładu. Gdyby tylko...
Joshua przełknął ślinę i jako jeden z pierwszych ruszył w stronę rozwartej, ziejącej chłodem śluzy, zaciskając dłoń na zdobytych z apteczki stymulantach. Caleb jednak go wyprzedził, a obok niego dreptał Crowe. Hannigan chciał za wszelką cenę dostać się na mostek lub do kapsuł ewakuacyjnych. Ale Gleeson, słysząc wciąż w wyobraźni echa nieludzkich wrzasków, miał inną wizję. W głębi swojego schorowanego serca wiedział z absolutną pewnością, że po ogołoceniu ambulatorium, jedynym słusznym miejscem na wojskowym tenderze, do którego powinni teraz zmierzać, była... zbrojownia.
-

Sąsiednia ładownia Bleinerta
Joshua Gleeson przekroczył próg otwartego chwilę wcześniej pomieszczenia wślizgując się przed kapitana, targany mieszaniną przeciwstawnych emocji, zdeterminowany chęcią jak najszybszego odnalezienia bezpieczniejszego schronienia, ale bez trudu dostrzegający w każdym otaczającym go cieniu połyskliwe czarne kształty o krystalicznych zębach i ruchliwych ogonach.
Jego oczy prześlizgnęły się po wnętrzu rozległego pomieszczenia, w przeciwieństwie do pierwszej ładowni niemal pustego. Rzędy fluorescencyjnych świateł przecinających sufit i ściany rzucały zimną poświatę na ustawione pośrodku ładowni obiekty, których przeznaczenia Gleeson w pierwszej chwili nie potrafił odgadnąć.
- Черт, что бы это могло быть? - rzucił w lodowatą przestrzeń pomieszczenia Sadza przekraczając próg i otwierając drogę depczącemu mu po piętach Holtowi.
Kapitan nic nie odpowiedział w pierwszej chwili odnotowując w myślach układ i strukturę ładowni. Pozostali ratownicy wślizgnęli się do jej środka jeden po drugim, rozpraszając się na boki ze żwawością sugerującą obawy, że właz dzielący oba pomieszczenia może się bez ostrzeżenia zamknąć przed nosem ostatniego w szyku człowieka skazując go na ten sam los, co wcześniej Adama.
- Co to są za… akwaria? - zapytał Marcus podążając za wyciągniętą ręką Kalashnikova i przyglądając się zmrużonymi oczami skupisku przezroczystych tub ustawionych na gąsienicowych platformach pośrodku pozbawionej towarowych kontenerów ładowni. Cztery mniejsze - lecz wciąż wielkie w stopniu wystarczającym do zmieszczenia dorosłego człowieka - otaczały nieregularnym kręgiem piąty, trzykrotnie od nich większy i niemal dotykający szczytem sufitu ładowni.
Wszystkie były w jakimś stopniu zniszczone; rozbite i straszące długimi szpikulcami potrzaskanego pancernego szkła.
- Chyba wiem, co to za smród - Elias puścił pasek detektora ruchu i złapał się za nos czując charakterystyczny odór unoszący się w półmroku ładowni. Znał ten zapach, jeszcze nie zdążył się pozbyć jego przykrego wspomnienia z oględzin ratunkowej kapsuły - Słodki Boże.
Wokół częściowo strzaskanych tub leżały jakieś ledwie widoczne w ciemnościach kształty, spod drzwi łączących dwie ładownie wyglądające jak worki z praniem, ale w połączeniu z niepokojącym fetorem nabierające w oczach ratowników coraz bardziej przerażającego wymiaru.
- Widzicie te światła? - Joshua też złapał się za nos, oderwał wzrok od szklanych zasobników i spojrzał w stronę znacznie większego włazu w rufowej ścianie ładowni - Te pomarańczowe nad wrotami? To ostrzeżenie o dehermetyzacji. Po drugiej stronie jest próżnia!
- Dehermetyzacja? Tam? Przecież to środek kadłuba - Hannigan podążył za wzrokiem Gleesona, wbił spojrzenie w błyskające rytmicznie pomarańczowe lampy ostrzegawcze - Ale… na oblocie złapaliśmy na kamerach dziurę w kadłubie, bardzo dużego rozmiaru. Na wysokości lewej tylnej burty. To musi być to! Strukturalnie to bardzo znaczące uszkodzenie, od lewej tylnej ładowni do środkowej tylnej. Ta hipoteza z przypadkowo rozlanym kwasem nie pasuje do takich uszkodzeń… a przynajmniej ciężko ją uzasadnić.
- Może łatwiej będzie, jeśli przyjmiemy przypadkowe zakłócenie prawidłowej pracy generatorów grawitacji? - zasugerował Elias Crowe - Gdyby doszło do wybuchu zbiornika z kwasem o wyjątkowych właściwościach żrących w stanie nieważkości, powstałaby specyficzna chmura rozchodząca się we wszystkich kierunkach i osiadająca na wszystkim w obrębie określonej sfery…
- Nie mamy czasu na naukowe dywagacje - Marcus Holt oddalił się o jeszcze jeden krok od drzwi ładowni i znieruchomiał słysząc wizg serwomechanizmów. Każdy z ratowników spodziewał się podświadomie tego dźwięku, lecz napięte jak postronki nerwy sprawiły, że niemal wszyscy podskoczyli w miejscu, gdy wzmocnione drzwi zjechały w dół odcinając ludzi od poprzedniego pomieszczenia.
Znaleźli się jeszcze głębiej we wnętrzu kadłuba Bleinerta, w klaustrofobicznej przestrzeni przesiąkniętej upiornym trupim fetorem, pogrążonej w mroku zarysowanym konturami jeszcze ciemniejszych nieruchomych kształtów, do których nikt nie chciał się z własnej woli zbliżyć.
<Kapitanie, spada jakość połączenia video i dźwięku!>
Pokład Kardashiana
- Znowu ich odcięło! - rzuciła podniesionym głosem Nadia, kiedy kamera na hełmie Holta złapała w ostatniej chwili obraz opadających drzwi - Co jest? Zakłócenia?
Davy zdusił w ustach przekleństwo, kiedy czysty dotąd zapis z kamer ratowników zaczął podskakiwać, rozciągać się i zrywać, przeplatając się co chwila plamami nieczytelnych pikseli. Wszystkie rejestratory padły w jednym momencie ofiarą podobnych zakłóceń, a w eterze dołączyły do nich radiowe piski i szumy.
- Kapitanie, spada jakość połączenia video i dźwięku! - krzyknął do mikrofonu O’Collan - Mam narastające zakłócenia!
Plany rozmazanych pikseli wypełniły wszystkie ekrany z wyjątkiem tego przypisanego Adamowi, gdzie wciąż królowała nieprzenikniona czerń.
- Ja pierdolę, zerwało całkiem łączność! - pilot uderzył pięścią w konsoletę, szarpnął się w fotelu tak mocno, że całe siedzenie zatrzeszczało niczym maltretowane drewno.
- Zostali tam sami, odcięci w środku! - wrzasnęła z furią Nadia - Sadza i Elias i reszta! Coś na nich poluje, a coś innego się nimi bawi jak pierdolonymi marionetkami! A my nie możemy im pomóc! Kurwa, Davy, co robimy?!
- Daj mi pomyśleć, Nadia - O’Collan zagryzł do krwi kostki wciśniętej w usta dłoni, drugą ręką ściskając podłokietnik swojego fotela - Daj mi pomyśleć!
Za jego plecami szczęknął odpinany pas i zanim okręcił się w siedzeniu, Rosjanka już była przy jego stanowisku przeszywając pilota rozgorączkowanym wzrokiem.
- Davy, szanuję starego, ale zrobił błąd! Oni tam błądzą na ślepo i nawet nie mają jak do nas wrócić! Nie mają łączności, nie mają dość mocnej broni i stracili Adama! Po chuj Caleb mroził tego marynarza? On zna ten okręt, kody dostępu, przejścia i windy, wszystko kurwa zna. A myśmy go uśpili. Wyciągnijmy go i zmuśmy do gadania. W dupie mam jego gadkę o tajemnicy wojskowej. Masz pistolet, przestrzelimy mu jebane kolano jak nie będzie chciał współpracować! On nas w to wpakował, nawet jeśli nic nie wiedział o tych stworach. Niech teraz skurwysyn ich stamtąd wyciągnie!
-
- Panie O'Collan... O Collan? Davy, odezwij się.
Caleb kilka razy jeszcze próbował wywołać pilota, ale już wiedział, że niczego to nie da. Konstrukcja ładowni na Kardashianie też uniemożliwiała komunikację radiową. Ale tam był interkom. Tutaj zapewne też, ale Hannigan nawet nie poświęcił chwili by utwierdzić się w przekonaniu, że nikt im nie odpowie na kolejną próbę nawiązania kontaktu. Musieli iść po okruszkach. Przynajmniej chwilowo.
Ogląd pomieszczenia... Dobry Boże... Jakakolwiek próba domyślania się co tu zaszło przyprawiała o zawrót głowy. Pancerne szkło... jakiś płyn na posadzce... i kształty, które w półmroku budziły najróżniejsze skojarzenia, ale mogły być tylko ludzkimi szczątkami sprzed miesiąca. Każdy wdech pozwalał odczuć pełne spektrum zakończonego rozkładem dramatu jaki się tu odbył. A najbardziej oczywistym było to, że coś co miało pozostać w tubach, wydostało się na zewnątrz. Kwas? Wtedy uszkodzenia byłyby tutaj... A może te... istoty? Przebiciu poszycia na taką skalę, musiało towarzyszyć duże wyładowanie energii... Co z kolei mogło uszkodzić tuby i uwolnić to co w nich się znajdowało.
Nie podchodząc do tub bardziej niż to konieczne, przyjrzał się im na okoliczność oznakowań bezpieczeństwa dotyczących biohazardu, promieniotwórczości, czy innych zagrożeń. Podszedł też powoli do wrót, nad którymi migały pomarańczowe światła. Jeśli teoria Gleesona była prawdziwa, powinny być lodowate.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się