Krzyk Pustki
-
Głęboka przestrzeń UA między Gliese i Borodino, 15.08.2183
Protokoły bezpieczeństwa Opiekuna zakładały uruchamianie specjalistycznych instrumentów statku wyłącznie przez uprawnionych członków załogi, co w przypadku Altmeyera oznaczało kapitana Caleba Hannigana lub pierwszego oficera Siergieja Kalashnikova. W pamięci Opiekuna znajdowały się próbki głosowe obu mężczyzn, ale obaj posiadali też zbliżeniowe chipy dostępu wszczepione pod skórę przedramion.
To właśnie dzięki chipowi systemy kontrolne kombajnu zarejestrowały obecność osoby uprawnionej na mostku, gdy kapitan Hannigan usiadł na fotelu dowódcy i przyciągnął do siebie dwa półprzezroczyste wyświetlacze umieszczone na ruchomych wysięgnikach pod obu stronach fotela.
- Mówi kapitan - rzucił w przestrzeń mostka odnotowując wzrokiem pełną energetycznego wigoru obecność pilota - Autoryzuję aktywację wszystkich zaawansowanych systemów skanowania przestrzeni, komunikacji, pełnego trybu systemu podtrzymywania życia. Autoryzuję odłączenie autonomicznego układu sterowania napędem. Pełne zasilanie.
- Autoryzacja przyjęta, kapitanie Hannigan - z głośników radiowęzła popłynął łagodny bezpłciowy głos Opiekuna.
Coraz więcej elektronicznych urządzeń na mostku kombajnu wracało do życia, zapalały się kolejne monitory i rzutniki obrazów. Uderzając palcami w dotykowe ekrany wyświetlaczy Hannigan przełączył je w tryb analizy danych pobieranych przez czujniki zewnętrzne. Drzwi pomieszczenia jęknęły w tym samym momencie mechanizmami serwomotorów stając otworem przed nadchodzącym śpiesznie pierwszym oficerem.
Interkom radiowęzła zatrzeszczał w tej samej sekundzie, przyciągając uwagę wszystkich trzech mężczyzn.
- Tu Volkova - w przestrzeń mostka popłynął spokojny głos Nadii, opanowany i całkowicie wolny od resztek sennego otępienia - Zakończyłam pełną diagnostykę systemu komunikacyjnego i anteny nadawczej. Brak usterek. Brak zakłóceń i błędów transmisji. Aparatura działa w stu procentach sprawnie. Sygnał SOS nie wygląda na błąd systemowy.
- Jedna kwestia odpada. Opiekunie, podaj szczegóły alertu - zażądał Hannigan przywołując Siergieja do siebie ruchem dłoni.
- Sygnał SOS emitowany w pętli przez źródło położone w odległości siedemdziesięciu tysięcy kilometrów i malejącej - poinformował swym nieludzkim głosem bezcielesny konstrukt AI - Brak reakcji zwrotnej na automatyczne wywołanie radiowe. Korekta pierwotnego kursu na zbieżny ze źródłem. Oczekiwanie na dalsze instrukcje.
Kapitan przywołał na jeden z ekranów kompilację sygnatur zlokalizowanych w pustce kosmosu przez baterię szerokopasmowych spektrometrów, przesłał pakiet danych na pobliskie konsolety, wbił oczy w rezultat filtracji odczytów.
- O żesz kurwa! - O’Collan nie wytrzymał, wyrzucił z siebie przekleństwo nie potrafiąc uwierzyć w to, co zobaczył na ekranie własnego stanowiska.
- Sygnał jest faktycznie taki słaby? - zapytał z ostrożnym zdziwieniem Siergiej - Co to jest, to na ekranie? To nie błąd odczytu?
- Powtórzyłem skan. A Nadia sprawdziła i potwierdziła prawidłowość nasłuchu - odparł sucho Hannigan, nawet na chwilę nie odrywając oczu od ekranów.
Kapitan stuknął dłonią w ekran, powiększył wybrany fragment trójwymiarowej projekcji demonstrując jego zawartość oczom Kalashnikova. Siedzący z przodu O’Collan nie odrywał wzroku od własnego ekranu, bębniąc palcami w podłokietniki fotela.
- Kapsuła ratunkowa typu Kirabi S-117 albo Dubois-Crux, mają bardzo zbliżone sygnatury - powiedział pilot - Przeznaczona dla jednej osoby, z integralnym systemem podtrzymywania życia.
- Jednoosobowa kapsuła ratunkowa? - odezwał się Siergiej - Słabe ekonomicznie.
- To model wojskowy - wyjaśnił pilot oglądając się ponad ramieniem na Hannibala i pierwszego oficera - Przeznaczony dla specjalistycznego personelu, w którego szkolenie włożono kulę kredytów. Konstruktorzy takich kapsuł wychodzą z założenia, że dwudziestu specjalistów wystrzelonych z wraku we wnętrzu dwudziestu kapsuł o zredukowanej sygnatury energetycznej ma dużo większe szanse na przetrwanie w strefie aktywnej obrony punktowej od dwudziestu specjalistów uciekających na kapsule wieloosobowej generującej dwudziestokrotnie silniejszy ślad energetyczny.
- Zrozumiałem po pierwszej połowie zdania - kiwnął głową Kalashnikov. - Koszty produkcji programów rządowych to bajka, przewały tam idą na prawo i lewo, mało kto patrzy na koszty. Ale dlaczego sensory łapią tylko jeden egzemplarz? Nie powinno ich być więcej?
- Być może tylko jedna została wystrzelona - mruknął O’Collan - Pytanie, dlaczego. To mi nie wygląda na wrak.
Hannigan ponownie poruszył palcami, zmienił skalę projekcji pomniejszając kapsułę i ukazując oczom załogi dalsze otoczenie obiektu.
Tysiąc dwieście kilometrów za jej ikoną pulsowała znacznie większa sygnatura tkwiącego w idealnym bezruchu kosmicznego statku.
- Sygnał transpondera może być sfałszowany? - zastanowił się na głos Siergiej.
- Teoretycznie sam sygnał tak, ale nie da się tak perfekcyjnie sfałszować wzorca energetycznego. Masa, rozmiar, sygnatura napędu. Wszystko do siebie pasuje. To jest tender amerykańskiej marynarki, zaopatrzeniowiec średniej klasy - powiedział Davy.
- Dlaczego nie odpowiadają na nasze transmisje, a w próżni jest tylko jedna kapsuła? - odezwał się Hannigan - Czy to możliwe, żeby wystrzelili wszystkie, ale tylko jedna ocalała? Bo strefa obrony punktowej była zbyt skoncentrowana?
- To mało wiarygodny scenariusz - pilot wydął znacząco usta - Strefa obrony punktowej? Jesteśmy w środku terytorium Zjednoczonych Ameryk, nie w strefie no-go gdzieś na Pograniczu. Nie przypominam sobie, żebym słyszał na Gliese o jakiejś wojnie.
- Ja też - oznajmił opanowanym tonem kapitan - Ale jak w takim razie wytłumaczy pan ten odczyt, panie O’Collan?
Niecały tysiąc kilometrów od okrętu zaopatrzeniowego detektory kombajnu wychwyciły niknące skupisko mieszaniny gazów oraz odbicie chmury drobin ciał stałych.
- To może być emisja odpadów napędowych - zauważył sceptycznym tonem O’Collan - Utylizacja dużego ładunku śmieci. Albo efekt testu układów bojowych. Ale oczywiście równie prawdopodobne wydaje się to, że to eksplozja.
- Czego i jak duża? - spytał ewidentnie retorycznym tonem Siergiej Kalashnikov, prostując się i spoglądając na główny ekran mostku.
- Statku - odpowiedział Davy przygryzając bezwiednie usta - Dużo większego od naszego kombajnu. Może nawet tak dużego jak ten tender.
-
Caleb Hannigan analizował w myślach szczegóły pozyskanych informacji, budował sobie złożony obraz nieprzewidzianej sytuacji alarmowej.
- Opiekunie, podaj czas do przechwycenia kapsuły przy aktualnej prędkości. Podaj drugi czas do dotarcia do tendera - kapitan spojrzał na Siergieja zastanawiając się nad czymś o czym pierwszy oficer mimowolnie wspomniał - Panie O’Collan proszę sprawdzić na radarze dalekiego zasięgu czy odbieramy inne jednostki. Panie Kalashnikov, proszę włączyć nasze detektory górnicze. Wystarczy Fermi i Chandra.
Pilot mógł nie wiedzieć po co to polecenie, ale Siergiej nie mógł mieć wątpliwości, że Hannigan pytał o wyciek radioaktywny z tendera.
- Radar nie wychwytuje żadnego śladu innych jednostek dowolnego typu - zameldował O’Collan - Ale nie możemy wykluczyć obecności obiektu ze zredukowaną sygnaturą energetyczną. Jeśli ktoś wyłączył reaktor i pozostaje w dryfie, na tym dystansie może pozostawać niewidoczny dla sensorów.
Bębniąc palcami po podłokietniku stanowiska kapitańskiego, Hannigan czuł mrowienie na ramionach. Nie był to jednak efekt uboczny nieplanowanej pobudki. Sytuacja z kłopotliwej w jego mniemaniu zmieniła się na bardziej kłopotliwą, ale i… potencjalną. Znajomość prawa kosmicznego była oczywistą koniecznością dla kogoś z jego pozycją, ale też umożliwiała szerszy pogląd na sytuację. A rozpoznany przez Davy’ego tender znajdował się w samym środku tego poglądu. Sprawa bowiem miała się tak, że zgodnie z prawem odholowanie do portu uszkodzonej jednostki uprawnia jednostkę ratowniczą do gratyfikacji w wysokości ok. 10-30 % wartości jednostki. 10-30 % wartości wielkotonażowego zaopatrzeniowca marynarki Zjednoczonych Ameryk. Z tego połowę oczywiście zgarnia Kelland, ale reszta do podziału dla załogi. Oczywiście Hannigan był daleki od optymizmu w tej sprawie. Mnóstwo technicznych komplikacji mogło zadziałać na ich niekorzyść, a prawnicy przysporzą niechybnie kolejnych. Ale póki procedura i tak ich obligowała do działania, należało mieć pełną świadomość z czym się to wiązało.
Kilka zerknięć na pierwszego oficera i pilota pozwoliło ocenić nastroje. Davy gdyby mógł od razu odpaliłby boostery i poleciał z ratunkiem. Sadza natomiast... Sposób myślenia Sadzy na ogół podobał się kapitanowi. Gdyby jeszcze w ślad za pragmatyzmem szła świadomość, że procedura, jakkolwiek czasem durna, była jedynym uniwersalnym językiem w jakim mogli porozumiewać się ze sobą w kosmosie zarówno cwaniacy, inteligenci jak i idioci ze wszystkich krańców Ziemi i kolonii, sam byłby pewnie kapitanem. Bo to czym Sadza gardził było jednocześnie tym co kazało się zamknąć Le Fey, której payroll przewyższał kilkukrotnie ich emerytury. Pewnie razem wzięte. Dość jednak starczyło jednego wspólnego spojrzenia Sadzy i Hannigana by obaj utwierdzili się w przekonaniu, że obaj wiedzą.
- Wyłączenie reaktora to nie wciśnięcie guzika. To długotrwała procedura, której się nie wykonuje w przestrzeni. Jeśli radar niczego nie pokazuje to po prostu nikogo tu nie ma Panie O’Collan. Jesteśmy sami.
-
W głośnikach rozległ się ponownie bezcielesny elektroniczny głos płynący w każdy zakątek pomieszczenia, generujący zauważalne echo w plątaninie korytarzy i kabin kombajnu.
— Przy uwzględnieniu koniecznej redukcji prędkości na ostatnim etapie dolotu zarówno do kapsuły jak i statku szacowany czas mieści się w przedziale dwustu dwudziestu i dwustu czterdziestu minutach — oznajmił Opiekun odpowiadając na pytanie kapitana.
Sadza zgrzytnął zębami.
— Opiekunie, przelicz na godziny. Blat’
— Jest to przedział między trzy godziny, czterdzieści minut a cztery godziny — odparł beznamiętnie Opiekun.
Sadza odnotował tę informację w pamięci siadając we własnym fotelu i ożywiając ruchami palców kilka dotykowych ekranów.
— Opiekunie, podaj wyniki pełnej diagnostyki wszystkich podzespołów krytycznych statku — rzucił podniesionym głosem w przestrzeń mostka, dopasowując wysokość podłokietników i spoglądając jednocześnie na kopię projekcji wyświetlanej na monitorze Hannigana.
— To mi wygląda jakby coś w nich jebło — pierwszy oficer wyartykułował swoją wstępną opinię włączając jednocześnie detektory Fermi i Chandra - Nu vot... ktoś zaatakował okręt zaopatrzeniowy? Odpowiedzieli ogniem? Być może inne kapsuły zostały zniszczone i ocalała tylko ta jedna? Może to jedyny ocalały świadek?
— Jesteśmy zbyt daleko, żeby wychwycić sygnał hipotetycznych szczątków zniszczonych kapsuł — powiedział ze swojego miejsca Davy — Na ten moment nie potwierdzam ani nie zaprzeczam.
Siergiej zmienił układ widgetów na swoich ekranach, zmienił pozycję ciała w fotelu na wygodniejszą czytając dane pobierane z komputerów analizatorów górniczych.
— Tender nie emituje podwyższonego tła promieniotwórczego — rzucił w stronę kapitalna, — ale ta gasnąca chmura gazów to coś innego. Silne promieniowanie, które może być efektem katastrofalnego uszkodzenia reaktora. Nu vot, to pasuje do scenariusza z wybuchem drugiego statku.
— Diagnostyka podzespołów statku zakończona — oznajmił Opiekun odpowiadając na wcześniejsze pytanie Kalashnikova. — Nie wykryto żadnych defektów ani anomalii.
-
Kantyna Kardashiana, 15.08.2183
Mesa Kardashiana została zaprojektowana z myślą o zaspokojeniu jednoczesnych potrzeb pięćdziesięciu użytkowników, toteż siedmioro czekających w niej kobiet i mężczyzn w niczym nie zmniejszało wrażenia przytłaczającej pustki. Kawiarki, mikrofalówki i automaty z przekąskami paliły się zielenią kontrolek, a szum klimatyzatorów tworzył monotonne tło dla odgłosów sporadycznych cichych rozmów, które umilkły w chwili, kiedy kapitan Hannigan i jego dwaj towarzysze weszli do środka.
Caleb przesunął wzrokiem po siedzących w grupce Nadii, Eliasie i Joshui, spojrzał na wysłanniczkę Lasalle, na sprawiającego wrażenie zagubionego studenta Biscuita, na końcu zaś na Holcie i jego leżącą na widoku broń.
Niektórzy wyprostowali się odruchowo na jego widok, niektórzy odłożyli na metalowe stoliki styropianowe kubki z kawą, wszyscy jednak bez wyjątku spojrzeli na dowódcę Altmeyera oczekując z mniej lub bardziej skrywaną niecierpliwością jego wyjaśnień.
-
Kantyna Kardashiana, 15.08.2183
- Sygnał SOS jest autentyczny - przekazał kapitan zebranym w mesie pasażerom i załodze to co zapewne brzmiało dla wielu jak wyrok, lub przynajmniej złośliwość losu. Hannigan nie wyglądał jednak jakby działał w sposób wymuszony i niechętny co mu się zdarzało. Poruszał się pewnie i jeśli zrobił teraz pauzę, to nie po to by zebrać myśli nad tym co chce powiedzieć, a przeciwnie by dać chwilę wszystkim tym, którzy musieli wygrzebać w pamięci zawiłości proceduralne reakcji na wezwanie o pomoc, a które kapitan miał w głowie i swoim zwyczajem nie zamierzał pominąć jakiegokolwiek punktu. Być może niecałe pół godziny i mocna kawa, którą wręczył mu Adam robiły tę robotę. A może chodziło o coś innego.
Regulamin nakazywał kapitanowi w takiej sytuacji przydzielenie zadań i stanowisk operacyjnych. Interkom pokładowy był jedyną formą komunikacji i Hannigan nie chciał by wydawane z mostka rozkazy trafiały w próżnię, gdy załoga będzie biegać bez ładu i składu po całym kombajnie. Z drugiej strony procedura zostawiała sporo pól do interpretacji i nie wszystko było takie oczywiste. Liczył jednak na to, że korpoagentka Le Fey nie wyznawała się tak dobrze na prawie kosmicznym, jak uprzykrzaniu życia. Pominął ją więc gdy całej reszcie poświęcił przynajmniej sekundę na spojrzenie w oczy i kapitańskie odnotowanie obecności.
- Nadaje go kapsuła ratunkowa wystrzelona najprawdopodobniej z pobliskiej jednostki należącej do floty kosmicznej Zjednoczonych Ameryk - zaopatrzeniowca klasy Monroe USS Bleinert. Uszkodzonego. Ani kapsuła, ani zaopatrzeniowiec nie odpowiadają na automatyczne wywołania. Zatem zgodnie z procedurą rozpoczynamy manewr ratunkowy. Czas podjęcia kapsuły… około 4 godziny. Znacie instrukcje. Chcę mieć kontakt z każdym przez interkom. Zatem przygotowanie i stanowiska.
Popił kawę i w pierwszej kolejności spojrzał na techniczkę. Przez cały czas mówił powoli, choć nie flegmatycznie. Podkreślał wyraźnie ważniejsze słowa, czy zdania. Przed każdym kolejnym członkiem załogi robił też pauzę dzięki czemu odprawa nie brzmiała jak robotyczny odczyt.
- Pani Volkov, radiostacja, proszę o nadanie na wszystkich otwartych pasmach meldunku o tym, że przyjęliśmy wezwanie SOS i podjęliśmy akcję ratunkową. Proszę manualnie, metodycznie wywoływać USS Bleinert i kapsułę i informować ich o naszych zamiarach i kolejnych krokach. To, że nie odpowiadają, nie oznacza, że nie słyszą. Mogą mieć problemy techniczne.
- Adam, ambulatorium, przygotuj je dodatkowo na możliwość leczenia obrażeń po ekspozycji na promieniowanie i zabezpiecz środki antyradiacyjne.
- Panie Holt, mostek… proszę każdego kto dysponuje bronią osobistą o zgłoszenie jej posiadania panu Holtowi. Nie znamy natury awarii transportowca i nie możemy wykluczyć buntu załogi bądź aktu piractwa. Proszę poinstruować uzbrojonych jeśli tacy są, na taką ewentualność, panie Holt.
- Panie Gleeson, hangar, proszę udać się do stacji kombinezonów i sprawdzić ich stan liczbowy i funkcjonalność. Proszę zwrócić uwagę na sprawność mierników promieniowania i przekazać 1 Panu Kalashnikovowi na mostku. Proszę przygotować hangar na ewentualne awaryjne przechwycenie kapsuły.
- Panie Crowe, moduł górniczy. Za zaopatrzeniowcem znajduje się chmura napromieniowanego gruzu, pyłu i gazu. Proszę użyć naszych spektroskopów wydobywczych i ocenić naturę i przyczynę tego obłoku. Nasza wersja robocza to zderzenie. Może z inną jednostką.
- Panie O’Collan, mostek, natychmiast przejmie Pan stery od Opiekuna. Zachowa wektor podejścia. Przyśpieszy TYLKO do prędkości wykluczającej jakiekolwiek ryzyko. Żadnej. Szarży. Panie O’Collan. Podejście do kapsuły od śluzy bocznej. Jeśli się nie da, to przechwyci ją pan hangarem.
- Panie Kalashnikov, mostek. Gdy kapsuła znajdzie się w zasięgu widoku, proszę zacząć nadawać Morse’m wywoławcze sygnały świetlne do kapsuły i zaopatrzeniowca. Będzie pan odpowiedzialny za jej podjęcie. Gdy pan O’Collan wybierze śluzę boczną, którą zrobi manualne podejście, uda się Pan tam i manipulatorami przechwyci i zadokuje kapsułę. Jeśli się nie uda, przechwytujemy hangarem. Uda się z Panem, Pan Holt i Adam. Z otwarciem luku kapsuły czekacie na mnie.
- Pasażerowie - dodał na koniec zerkając na chłopaka, którego nazwisko wypadło mu z pamięci. Albo nawet tam nie wpadło, bo narzucona przez Kelland obecność pasażerów była mu solą w oku WŁAŚNIE przez możliwość takich wypadków jak ten i gdy sytuacja nie wymagała jego uwagi w ich kontekście, pozwalał sobie na mało szkodliwe wypieranie rzeczywistości. Co nie dotyczyło Pana Holta, którego użyteczność przy transporcie 30 górników była bardzo uzasadniona - Najlepiej jeśli pozostaniecie w mesie do czasu zakończenia akcji.
- Pytania?
W pierwszej kolejności ciszę przerwało miałknięcie Chaplina, który wskoczył na stół mesy traktując go mimo wielu upomnień jako miejsce przeznaczone dla siebie. Otarł się o kubek kapitana, a gdy ten ujął go i postawił na podłodze, ruszył poocierać się o nogi wszystkich zebranych.
-
— Pani le Fey. Proszę się nie martwić. Jestem pewien, że to całe zamieszanie specjalnie czekało na tą chwile, żeby zepsuć pani kalendarz akurat dzisiaj. Bardzo nieprofesjonalne. Ale jak to mówicie w wielkim świecie - każdy problem to okazja. Ja z chęcią zostanę Pani okazją... Jestem do dyspozycji mademoiselle..
Le Fey posłała pilotowi pełne litości spojrzenie, po którym każdy wrażliwy na swoim punkcie mężczyzna już do końca życia musiałby używać pompki do penisa lub chemicznych wspomagaczy na bazie sildenafilu. O’Connor, O'Callan czy jak się tam naprawdę nazywał ten człowiek wydawał się jednak z siebie tak zadowolony, że tego nie zarejestrował. Lub po prostu wyparł to dla własnej higieny psychicznej. Nie zamierzała w nim wchodzić w żadne dyskusje. Ludzi dzieliła na dwie kategorie. Takich z którymi można ubić interes i takich, którzy są tylko szumem. Bez słowa ruszyła w kierunku swojej kajuty i zanim weszła do środka pilot i jego zaczepki stały się tylko mglistym wspomnieniem.
Prywatna kwatera przydzielona przez Hannigana nie była szczytem luksusu, ale wegetowała już w gorszych miejscach. Nie zamierzała narzekać, w końcu to kombajn górniczy a nie statki turystyczne dynastii Weylandów. Gdy drzwi zasunęły się za nią z sykiem od razu zrzuciła z siebie kombinezon i weszła pod natrysk. Gorący strumień uderzył w lepkie, zimne ciało. Szorując skórę próbowała nie myśleć o tym co powiedział kapitan. Nie miała wpływu na procedury, była tylko gościem w cudzym królestwie. Ale czy zarząd Lassalle przyjmie jej tłumaczenia gdy nie doleci do Borodino na czas i ktoś sprzątnie jej kontrakt sprzed nosa? Całe życie trenowała swój umysł i ciało, żeby wyeliminować z równania przypadek. Bo w łańcuchu pokarmowym firmy nie istniało pojęcie siły wyższej ani pecha. Do głowy wtaczano jej logikę drapieżnika. To czy się pożywisz swoją ofiarą, zależy wyłącznie od włożonego wysiłku i nie ma okoliczności łagodzących dla nieudanego polowania. Jeśli coś pójdzie nie tak, to ty popełniłaś błąd. Na koniec dnia poszłaś spać głodna bo za mało przewidziałaś i dałaś się zaskoczyć. I jeśli nie przyniesiesz w zębach upolowanej zdobyczy, stajesz się dla stada zbędnym balastem. Pamiętała lekcje historii, pamiętała lekcje o starożytnej Sparcie i nie chciała być jednym z tych dzieci, porzuconych w górach Tejget.
Nie odpuszczę - postanowiła.
Skupiła się na prysznicu. Gorący strumień spłukał resztki żelu a jej skóra nabrała wreszcie zdrowego koloru. Z namaszczeniem jubilera polerującego najdroższy diament wtarła peeling w pośladki i sterczące piersi. Fizyczna perfekcja nie służyła zaspakajaniu potrzeb samców lecz była narzędziem do łamania ich woli. Najgroźniejsze węże żyjące kiedyś na Ziemi miały zachwycające, przyciągające wzrok ubarwienie. Usłyszała to kiedyś podczas jednej z lekcji i wzięła sobie do serca.
W końcu zakręciła wodę i stanęła bosymi stopami na kratce śluzy. Z uchwytu ściągnęła recznik, bez pośpiechu wytarła z siebie resztki kropel a mokre włosy odrzuciła za plecy. Naga podeszła do ściennego schowka, ale nie wyciągnęła ręki do klawiatury. Zamiast tego pochyliła się i zjechała wzrokiem do dolnej szczeliny metalowych drzwiczek. Przezroczysty, wąski pasek taśmy wciąż tam był. Nakleiła go tuż przed tym zanim wsadzili ją do kriokomory. Byłaby skończoną idiotką, gdyby zostawiła swoje rzeczy bez zabezpieczenia wiedząc, że na pokładzie jest syntetyk Weyland-Yutani. Android mógł wyglądać jak dobroduszny i nieszkodliwy medyk, ale Delilah nie miała wątpliwości, że to przede wszystkim szpieg przemysłowy. Mogła się tylko domyślać jak wygląda jego źródłowy kod nadpisany algorytmami imitującymi empatię. Przejechała opuszkiem palca po krawędzi taśmy. Struktura nie była naderwana, nikt nie majstrował przy zamku. Wyprostowała się, wklepała w panel kod i wcisnęła zatwierdzenie. Metalowe drzwiczki otworzyły się z głuchym kliknięciem. Wyciągnęła swój bagaż na zewnątrz, po czym rozpięła zamek i otworzyła kuferek z kosmetykami.
Przez następne kilkanaście minut próbowała doprowadzić ciało do wymaganej perfekcji. W uda, piersi, ramiona i brzuch wtarła balsam nawilżający a następnie sięgnęła po flakonik z płynnym rozświetlaczem. Rozprowadziła złocistą maź w zagłębieniu dekoltu i skóra natychmiast nabrała wilgotnego połysku. Wyglądała teraz jakby przed chwilą skończyła intensywny trening. Na koniec spryskała kark i obojczyk chłodną mgiełką, pozwalając, by słodki zapach osiadł na niej jak sieć utkana przez samicę czarnej wdowy. Czarny stanik zapięła z przodu a na pośladki wciągnęła figi w tym samym kolorze. Mokre włosy zebrała na karku i spięła ciasno gumką. Na odprawę z bandą kosmicznych roboli nie potrzebowała garnituru więc postawiła na wygodę. Wcisnęła się w luźne materiałowe spodnie a przez głowę przeciągnęła biały podkoszulek na ramiączkach. Na stopy założyła białe tenisówki. Była gotowa.

Zanim wyszła z kajuty sięgnęła po żeton, który leżał samotnie na dnie schowka. Spojrzała na poprzecierany metal a w jej głowie od razu rozległ się głos Nauczyciela.
Nie zasłużyłaś na nagrodę Delilah. Nie zasłużyłaś dziś na przekąskę.
Schowała pieniążek do kieszeni spodni i choć ważył nie więcej niż parę gramów czuła jego ciężar.
Czuła go przez całe życie.
***
Do mesy dotarła kilka minut przed czasem. Czekał już tam Marcus Holt.
Spojrzała na parujący przed nią kubek z brązową cieszą i odsunęła go od siebie palcem wskazującym. Zupełnie nie rozumiała rytuału picia kawy. Zdrowy człowiek nie potrzebuje stymulantów by dojść do siebie, nawet po miesiącach spędzonych w lodówce. To było jedno wielkie zbiorowe, urojenie i nie zamierzała w tym uczestniczyć. Zignorowała uwagę o ciszy. Zamiast tego jej wzrok zjechał na ciężki karabin szturmowy, z którym ochroniarz najwyraźniej nigdy się nie rozstawał.
-Spodziewa się pan kłopotów, panie Holt? - zapytała. - Czy to jakaś demonstracja i chce pan pokazać, kto na tym statku ma największy karabin?
Zlustrowała go od góry do dołu. Wyniszczona, stara twarz, szrama na skroni. znoszony kombinezon. Typowy wrak z rubieży, mężczyzna, który dawno przekroczył swój termin przydatności. Delilah jednak gdzieś pod skórą czuła, że tym razem jest w błędzie. Ten człowiek wydawał się dbać o broń z obsesja psychopaty. To był profesjonalista. Ktoś kto mógł okazać się całkiem użytecznym aktywem.
-A co do górników, zgadzam się. Pilnowanie tej hołoty to dość uciążliwe zajęcie. Nie rozważał pan nigdy bardziej kameralnej pracy? W przyjemniejszych warunkach? - zaakcentowała, nie spuszczając z niego wzroku. - Na przykład jako osobisty ochroniarz?
W korytarzu rozległy się kroki. Do mesy zaczęli schodzić się kolejni wybudzeni załoganci.
-Gdyby szukał pan nowych wyzwań, wie pan gdzie mnie znaleźć - dokończyła, na razie ucinając temat.
***
Wysłuchała przemowy Hannigana zachowując kamienny wyraz twarzy. Gdy na wstępie usłyszała, że sygnał S.O.S jest autentyczny jej dłoń odruchowo powędrowała do kieszeni spodni. Wyczuła pod palcami zimny metal, ale nie przyniósł ukojenia. Było źle, było fatalnie a każdy kolejny komunikat sprawiał, że przechodziła przez nią fala złości. Widziała, jak Hannigan próbuje traktować ją jak powietrze, jak unika kontaktu wzrokowego. Zachowywał się niczym dziecko, które myśli, że jak zakryje oczy potwór czający się w mroku go nie zauważy. Mógł się znać na zarządzaniu kosmicznym złomem, ale nie miał pojęcia jak przebiega szkolenie takich jednostek jak ona. Uczono ją jak prowokować zbrojne zamieszki na koloniach i inspirować wielomiesięczne strajki górników a wszystko to w białych rękawiczkach. Nie zamierzała marnować swojego cennego czasu za bzdurne procedury. Czas skończyć ten cyrk.
-Jedno pytanie, kapitanie. - uśmiechnęła się fałszywie, z pełną premedytacją znaczenia tego uśmiechu przeznaczonego specjalnie dla uciążliwego oficera. - Czy polisa ubezpieczeniowa tego statku, za którą płaci Kelland Mining, obejmuje dokowanie wojskowego transportowca o nieznanym statusie skażenia radiacyjnego? Prawo nakazuje udzielenie pomocy jednostce, ale nie kosztem życia własnej załogi i pasażerów, za których wziął pan osobistą odpowiedzialność. Nie chcę sytuacji w której ta maszyna - wskazała z niemal jawną niechęcią na syntetyka - będzie w nas pakować morfinę, gdy zaczniemy tracić włosy i wymiotować własnymi narządami.
Zamilkła na moment, dając czas by makabryczna wizja popromiennej choroby zadziałała na wyobraźnię zgromadzonych wokół niej ludzi. Oparła dłonie o blat stołu i pochyliła w stronę Hanningana, zmuszając go do kontaktu wzrokowego.
-Słusznie pan zauważył, że nie możemy wykluczyć aktu piractwa. Więc proszę dokładnie to wpisać w oficjalny raport. Zgłoszenie uzasadnionego podejrzenia pułapki zwalnia pana z obowiązku podążania za sygnałem S.O.S. Kelland Mining obchodzi wyłącznie ten statek i jego ładunek. Nikt w zarządzie nie będzie miał do pana pretensji że nie zaryzykował pan ich sprzętu. Wręcz przeciwnie, jeszcze podziękują panu za ochronę ich własności. Dopilnuję by tak się stało gdy już dolecimy do Borodino.
-
Marcus Holt
Holt wysłuchał propozycji Le Fey nie zmieniając wyrazu twarzy. Patrzył na nią przez chwilę z tą samą spokojną uwagą z jaką patrzył na wszystko - bez oceny, bez entuzjazmu. Spojrzenie przesunęło się na chwilę na kubek kawy który odsunęła od siebie palcem wskazującym, potem wróciło na nią.
-Osobisty ochroniarz, hm? - powiedział w końcu, tonem człowieka który czyta na głos etykietę produktu którego nie zamierza kupić. - Ostatni żył długo?
Nie czekał na odpowiedź. Odwrócił wzrok w stronę drzwi mesy gdy zaczęli schodzić się pozostali i od tej chwili Le Fey przestała dla niego istnieć w sposób który był wystarczająco czytelny żeby był niegrzeczny, ale wystarczająco spokojny żeby nie był demonstracyjny.
Wysłuchał Hannigana do końca nie przerywając. Siedział nieruchomo z karabinem na przedramieniu i patrzył na punkt na ścianie za głową kapitana. Gdy Hannigan skończył Holt oparł łokcie o stół i odchrząknął.
-Kapitanie. Jeden punkt zanim przejdziemy dalej.
Mówił spokojnie, bez podnoszenia głosu, tak żeby słyszeli wszyscy zebrani w mesie.
-Przewozimy wkrótce uciekinierów z UPP. To nie jest tajemnica dla nikogo na tym statku. UPP ma długą pamięć i krótką cierpliwość wobec ludzi którzy im uciekają - szczególnie jeśli któryś z naszych pasażerów jest dla nich wystarczająco interesujący żeby wysłać za nim coś więcej niż list gończy. Kapsuła ratunkowa leci określonym torem. Zgodnym z wcześniejszą trajektorią macierzystego statku. Wojsko to wie. Każdy kto chodził do szkoły nawigacji to wie. Trzy lata temu USS Cordoba podjął kapsułę ratunkową na odcinku między Solomons a Tiananmen IV. Znaleźli go w kawałkach, dziura wielkości sporych drzwi. Czternastu ludzi wessało w próżnię nim zdążyli podskoczyć od wybuchu. Mówię poważnie. Kapsuła zaminowana właściwym ładunkiem jest tańsza i pewniejsza niż eskorta. To praktyka którą UPP stosuje chętniej niż powinno i nie tylko UPP. Proszę to wpisać do raportu jako uzasadnioną hipotezę roboczą.
Zrobił krótką pauzę i spojrzał na Hannigana.
-Sugeruję przeskanowanie kapsuły spektroskopami Crowe'a zanim znajdzie się w zasięgu śluzy. Szukamy anomalii gęstości i sygnatur chemicznych. Jeśli coś jest nie tak z jej ładunkiem zobaczymy to z bezpiecznej odległości zanim będziemy musieli podjąć decyzję o podejściu. Podejście hangarem daje nam więcej czasu i więcej opcji niż śluzą boczną. Mniej eleganckie, ale w tej sytuacji elegancja nie jest priorytetem. Decyzja należy do pana kapitanie, ale wolę żebyśmy rozmawiali o tym teraz a nie gdy będziemy mieć kapsułę już przy burcie i skończy nam się przestrzeń na zmianę zdania.
Odczekał chwilę. Spojrzał na Le Fey przez sekundę - nie z uznaniem, nie z wrogością, po prostu odnotował że powiedziała coś co warte było odnotowania - po czym wstał i zwrócił się do wszystkich zebranych w mesie. Głos miał spokojny i pozbawiony jakiejkolwiek retoryki.
-Rozkaz kapitana. Każdy kto ma przy sobie zarejestrowaną broń osobistą przynosi ją na mostek w ciągu najbliższych dwudziestu minut i zgłasza ją u mnie. Każdą sztukę. Nie konfiskuję - rejestruję i instruuję jak postępować w przypadku ewentualnego zagrożenia. Jeśli ktoś ma broń której nie zgłosi i ja tę broń znajdę - a znajdę, bo to moja robota i robię ją porządnie - uznam tę osobę za element niepewny. Elementy niepewne na statku w sytuacji kryzysowej lądują w kajdankach. Bez rozmowy, bez wyjaśnień, bez wyjątków.
Rozejrzał się po mesie powoli, zatrzymując wzrok na każdej twarzy przez dokładnie tę samą ilość czasu. Cmoknął ustami, jakby od nawyku posiadania cygara w ustach.
-Sugeruję nie sprawdzać czy mówię poważnie. Wy ułatwicie robotę mi, ja ułatwię robotę wam. Dwadzieścia minut. Mostek.
Wziął karabin pod ramię czekając aż wszyscy wyjdą. Odprawa musiała dobiec końca.
-
Adam nie traci ani chwili po zakończeniu podstawowych przygotowań. Kolejne polecenia pojawiają się na ekranach ambulatorium, gdy syntetyk rozszerza zakres procedur awaryjnych o potencjalne zagrożenia radiacyjne.
Sygnał SOS oznacza niewiadomą.
A niewiadoma wymaga przygotowania na każdy scenariusz.
Przesuwa dłonią po panelu sterowania, aktywując protokoły medyczne związane z ekspozycją na promieniowanie jonizujące. System natychmiast rozpoczyna kalibrację skanerów biologicznych oraz analizatorów uszkodzeń komórkowych.
Adam otwiera kolejne zabezpieczone szafki.
Środki chelatujące.
Preparaty wspomagające regenerację szpiku.
Ampułki stabilizatorów komórkowych.
Zestawy do transfuzji awaryjnych.
Do tego dawkomierze osobiste i przenośne skanery skażenia trafiają na osobny stół, gotowe do natychmiastowego użycia.
Każdy przedmiot znajduje się dokładnie tam, gdzie przewidują procedury.
Żadnego chaosu.
Żadnych improwizacji.
Po zakończeniu przygotowań syntetyk wysyła raport do mostka.
— Kapitanie. Ambulatorium osiągnęło pełną gotowość operacyjną. Uwzględniłem również możliwość kontaktu z osobami narażonymi na promieniowanie oraz skutki skażenia radiacyjnego. Środki przeciwradiacyjne, wyposażenie diagnostyczne oraz procedury dekontaminacyjne pozostają przygotowane zgodnie z obowiązującymi protokołami.
Krótka pauza.
— Sekcja medyczna jest gotowa na przyjęcie poszkodowanych.
Po przesłaniu meldunku Adam opuszcza ambulatorium i kieruje się w stronę mostka. Miarowy stuk jego butów odbija się od metalowych ścian statku.
Po dotarciu na miejsce zatrzymuje się obok stanowiska Siergieja Kalashnikova.
— Panie Kalashnikov. Sekcja medyczna została zabezpieczona i przygotowana na wszystkie przewidywane warianty zagrożeń. Pozostaję do pańskiej dyspozycji.
Następnie odwraca głowę w stronę Delilah le Fey.
Nie uśmiecha się.
Nie próbuje brzmieć uspokajająco.
Mówi jedynie rzeczowym, spokojnym tonem.
— Pani le Fey. Proszę być spokojna. Moim nadrzędnym obowiązkiem jest ochrona życia członków załogi oraz pasażerów znajdujących się na pokładzie tego statku.
Jego oczy zatrzymują się na niej przez krótką chwilę.
— Dopóki pozostaję sprawny operacyjnie, zrobię wszystko, co konieczne, aby ten obowiązek wypełnić.
Po tych słowach wraca do obserwacji danych wyświetlanych na mostku. Nieruchomy, skupiony i gotowy do działania, jak każde dobrze zaprojektowane narzędzie przeznaczone do pracy w sytuacjach kryzysowych. -
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Siergiej siedział przez chwilę w milczeniu, drapiąc się po kilkudniowym zaroście.
Na wzmiankę Holta o uciekinierach z UPP po plecach Sadzy przeszedł nieprzyjemny dreszcz.
Nie sądził, żeby był na tyle ważną osobą, by ktokolwiek organizował zasadzkę tylko po to, żeby go dopaść. Był górnikiem. Potem mechanikiem. Jednym z milionów. Trybikiem w maszynie tak wielkiej, że nawet nie zauważała, kiedy któryś się urwał.Ale Mient miał rację w jednej kwestii.
UPP miało długą pamięć.
Widział ludzi, którzy po latach nadal bali się odbierać połączenia z nieznanych numerów. Widział takich, którzy zmieniali nazwiska częściej niż miejsca pracy. I widział też takich, których w końcu odnaleziono.
Mechaniczne płuca syknęły cicho.
— Blin... — mruknął pod nosem.
Nie dlatego, że uwierzył w teorię o pułapce. Tylko dlatego, że pierwszy raz od przebudzenia przyszło mu do głowy, że być może nie wszyscy na pokładzie Kardashian uciekali przed czymś równie skutecznie, jak im się wydawało.
Gdy ochroniarz skończył mechaniczne płuca Kalashikova wypuściły cichy syk.
— Nu vot...
Przeciągnął dłonią po twarzy.
— Martwicie się o interes Kelland - zwrócił się bezosobowo do korposuczy, bo "Pani le Fey" nie przeszłoby mu przez gardło. — Holt martwi się o załogę. Ja martwię się o statek.
Splunął do kubka po kawie.
Spojrzał na Starego.
— Korporacja chce lecieć dalej ale sygnał SOS już odebraliśmy. Jeśli teraz odlecimy, zostanie ślad w logach. Każdy śledczy złoży to do kupy w pięć minut.
Wzruszył ramionami po czym dodał.
— Manipulatory sprawdzę osobiście. Jak coś się urwało po ostatnim serwisie, wolę dowiedzieć się teraz niż podczas przechwytu. Znaczit tylko jedno, kapitanie. Jeśli kapsuła jest uszkodzona, a ludzie w środku spanikowani, to niech Holt przygotuje się na to, że mogą próbować otworzyć właz przed dokowaniem.
Westchnął ciężko.
— Widziałem już takich. Ludzie robią głupie rzeczy, kiedy myślą, że zaraz umrą.
Odwrócił się w stronę Mienta.
— Skanowanie kapsuły popieram. Chmura jest napromieniowana, statek milczy, kapsuła milczy. Blin. Jak coś wygląda źle, to zwykle dlatego, że jest źle.
Po czym spojrzał na Syntetyka.
— Nu vot... Dobrze, Doktor. Przygotuj tyle leków, ile możesz. Jak zaczynamy akcję ratunkową, to zawsze ktoś wraca w gorszym stanie, niż wszyscy zakładali. I podrzuć jeden zestaw medyczny pod śluzę. Jak coś pójdzie nie tak, nie będziemy biegać przez pół statku po bandaże.Podrapał się po czaszce.
— I sprawdź jeszcze raz procedury dekontaminacji. Jeśli przywleczemy na pokład jakieś świństwo, chciałbym wiedzieć, gdzie mamy je zamknąć.
Po czym dodał już tylko do siebie.
— I tak wszystko może się spierdolić koncertowo.
-
Nadia dotarła do mesy kilka minut przed rozpoczęciem odprawy. Po drodze zdążyła jeszcze zahaczyć o automat z kawą, która smakowała dokładnie tak samo paskudnie jak podczas każdego poprzedniego lotu. Właśnie dlatego była niezastąpiona.
Usiadła przy jednym ze stołów razem z Joshuą i Eliasem. Kubek ogrzewał jej dłonie, podczas gdy organizm wciąż dochodził do siebie po hypersnie. Od czasu do czasu rzucała krótkie uwagi do siedzących obok mężczyzn, bardziej dla podtrzymania rozmowy niż z potrzeby gadania. Po latach pracy w kosmosie nauczyła się, że dobra załoga jest cenniejsza od sprawnego sprzętu. Przynajmniej czasami.
Gdy do pomieszczenia wszedł kapitan, Nadia odstawiła kubek i skupiła na nim uwagę. Słuchała uważnie informacji o sygnale SOS, kapsule ratunkowej i uszkodzonym zaopatrzeniowcu. Im dłużej mówił, tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że dzisiejszy dzień nie skończy się spokojnie.
Kiedy zwrócił się bezpośrednio do niej, skinęła głową.
-Zrozumiałam, kapitanie. Meldunek pójdzie na wszystkich pasmach. Będę też regularnie wywoływać Bleinerta i kapsułę.
Po chwili uniosła brew.
-Chociaż muszę przyznać, kapitanie... rozumiem angielski całkiem dobrze. Nie musi kapitan mówić tak powoli.
W jej rosyjskim akcencie pobrzmiewało rozbawienie. Kącik ust drgnął lekko, dając do zrozumienia, że to bardziej żart niż uszczypliwość.
Kiedy kapitan zapytał o pytania, odpowiedziała mu cisza. Przynajmniej przez kilka sekund.
Nagle na stół wskoczył Chaplin, domagając się uwagi całego pomieszczenia. Nadia obserwowała jak kot przechadza się między kubkami i dokumentami, po czym po kolejnej interwencji kapitana rusza ocierać się o nogi załogi.
-No chodź tutaj, sabotażysto.
Pochyliła się, zgarnęła kota na kolana i zaczęła drapać go za uszami.
-A skoro jesteśmy przy przygotowaniach... -odezwała się niewinnie. -Jeśli bardzo ładnie uśmiechnę się do Pana Holta, to dostanę broń?
Pogłaskała Chaplina po grzbiecie.
-Tak na wszelki wypadek. Żeby ratowanie obywateli Zjednoczonych Ameryk przebiegało jeszcze sprawniej.***
Po odprawie Nadia niemal od razu skierowała się do radiostacji. Pomieszczenie przywitało ją znajomym szumem elektroniki i miganiem wskaźników transmisji. Usiadła przy głównym stanowisku operatora, postawiła obok kubek z resztką kawy i uruchomiła procedurę nadawczą. Najpierw przygotowała oficjalny komunikat ratunkowy. Następnie rozpoczęła emisję na wszystkich standardowych kanałach cywilnych, ratunkowych i wojskowych dostępnych dla jednostki.
-Uwaga USS Bleinert. Uwaga kapsuło ratunkowa nadająca sygnał SOS. Tu jednostka ratunkowa odpowiadająca na wezwanie. Potwierdzamy odbiór sygnału alarmowego. Rozpoczęliśmy manewr przechwycenia i akcję ratunkową. Szacowany czas dotarcia do celu: cztery godziny. Prosimy o odpowiedź na dowolnym dostępnym paśmie.
Komunikat powędrował w pustkę. Bez odpowiedzi. Nadia odczekała kilka minut i nadała go ponownie. Potem jeszcze raz. I jeszcze raz. Metodycznie. Dokładnie tak, jak polecił kapitan.
Między kolejnymi transmisjami przełączała częstotliwości, nasłuchiwała odpowiedzi, sprawdzała poziom zakłóceń i monitorowała moc sygnału. Każde wywołanie było odnotowywane w dzienniku pokładowym.
-USS Bleinert, tu statek ratunkowy. Jeśli nas słyszycie, prosimy o potwierdzenie odbioru.
Chwila ciszy.
-Kapsuło ratunkowa, tu statek ratunkowy. Jeśli odbieracie transmisję, zachowajcie spokój. Jesteśmy w drodze.
Znów tylko szum. Nadia westchnęła cicho i sięgnęła po kubek. Kosmos pozostawał niewzruszenie milczący.
A to rzadko oznaczało coś dobrego.
Nadia nacisnęła przycisk łączący ją z mostkiem.
-Kapitanie, cisza, cały czas próbuję. Tak się zastanawiam, a co jeśli to jakiś podstęp? -
Davy O'Collan, Kantyna - 15.08.2183
Davy wszedł do mesy razem z kapitanem i Siergiejem, ale nie pchał się na środek pomieszczenia. Zamiast tego zahaczył o automat, wcisnął przycisk kawy i odebrał styropianowy kubek z czymś czarnym, gorzkim i wystarczająco mocnym, by zabić resztki hibernacyjnego chłodu.
Dopiero wtedy spojrzał na Le Fey.
Na krótką chwilę.
Wyglądała zdecydowanie zbyt dobrze jak na kogoś wyrwanego z hipersnu przez awaryjne SOS. I pachniała też zbyt dobrze. Nie sterylną chemią statku, nie chłodem kriokomory, nie metalem filtrów powietrza, tylko czymś ciepłym, kosztownym i kompletnie niepasującym do kombajnu górniczego zawieszonego w pustce. Davy odnotował ten fakt z takim samym spokojem, z jakim odnotowywał ostrzeżenia na pulpicie pilota. Z lekkim uśmiechem zawiesił na niej wzrok na kilka chwil, rozmarzył się a potem uniósł kubek o parę centymetrów, w niemym, prawie niewidocznym toaście, i wrócił spojrzeniem do kapitana.
Nie przerywał. Nie komentował. Słuchał i pił kawę małymi łyczkami, z twarzą człowieka, który wolał mówić dopiero wtedy, gdy rozmowa dotyczyła czegoś, co miało silniki, wektor i realną szansę eksplodować.
Kiedy rozmowa zahaczyła o łączność, Davy zerknął na Nadię.
— Nadia, jak będziesz miała chwilę przy radiu, zostaw mi surowy zapis nośnej z SOS-u. Bez filtrów korekcyjnych Opiekuna, bez normalizacji szumów. Interesuje mnie dryf oscylatora, odbicia bocznych wstęg i każda modulacja, której automat mógłby nie uznać za komunikat. Prześlij proszę na moje stanowisko.
Upił łyk kawy.
— Jeżeli kapsuła siedzi na wojskowym beaconie, to nawet martwy sygnał może mieć charakterystyczne szumy nadajnika. A jeśli ktoś go retransmituje albo podstawia, faza i opóźnienie powinny się rozjechać. Nie musimy od razu z tym wygrywać wojny elektronicznej. Wystarczy wiedzieć, czy słuchamy kapsuły, czy kogoś, kto bardzo chce, żebyśmy tak myśleli.
Nie dodał nic więcej. To nie było pytanie ani wykład. Raczej spokojna, zawodowa prośba człowieka, który zbyt długo latał po miejscach, gdzie automatyczny sygnał ratunkowy bywał czasem zaproszeniem, a czasem wstępem do czegoś niemiłego.
Kiedy Hannigan zwrócił się do niego bezpośrednio, Davy skinął głową.
— Przyjąłem, kapitanie. Przejmuję stery od Opiekuna, zachowuję wektor podejścia i bez szarży - powiedział jakby zawiedziony. Podejdę czysto.
Upił kolejny łyk kawy, po czym kącik jego ust drgnął lekko. Na moment spojrzał w stronę Le Fey — wystarczająco krótko, żeby nie wyglądało to na prowokację, i wystarczająco długo, żeby nie było przypadkiem.
— Kardhasian to moja baby, sir. A baby to taka dobra kobieta. Trzeba wiedzieć, gdzie dotknąć, kiedy odpuścić i kiedy dać jej trochę więcej ciągu.
Davy wrócił spojrzeniem do kapitana, jakby właśnie mówił wyłącznie o procedurach pilotażowych.
— Wtedy zrobi z tobą prawie wszystko. Nawet przechwyci wojskową kapsułę tak, żeby wyglądało, jakbyśmy robili to codziennie przed śniadaniem.
Wzruszył ledwie zauważalnie ramieniem.
— Będzie pod kontrolą.
Potem znów zamilkł.
Wysłuchał Holta z tą samą spokojną uwagą, jaką wcześniej poświęcił kapitanowi. Przy wzmiance o zaminowanej kapsule zamyślił się nieco. Będzie musiał uważać na takie niespodzianki przy manewrach.
Gdy Holt przeszedł do rejestracji broni, Davy uśmiechnął się krótko. Bez kpiny. Raczej z zawodowym zrozumieniem dla człowieka, który porządkował chaos, zanim chaos sam zaczął wybierać zasady. Ucieszył się, że chyba będzie miał okazję znów ponosić przy pasie swoje Magnum.
Skinął mu głową.
— Jasne.
Dopiero gdy odprawa zaczęła się rozchodzić na stanowiska, O’Collan odstawił niedopitą kawę na blat.
— No dobrze — mruknął, bardziej do kubka niż do kogokolwiek z obecnych. — Lecimy po zgubę.
I ruszył w stronę mostka.
-
Adam odłączył się od grupy bez słowa. W chwili, gdy decyzja o przechwyceniu kapsuły ratunkowej zapadła na mostku, jego priorytety zostały automatycznie zaktualizowane.
Ratownictwo.
Diagnostyka.
Izolacja zagrożeń.
Metalowe korytarze statku mijały go w jednostajnym rytmie, gdy kierował się do ambulatorium. Nie spieszył się, lecz mimo to dotarł na miejsce szybciej, niż większość członków załogi zdołałaby pokonać ten sam dystans.
Po wejściu aktywował kolejne procedury przygotowawcze.
Na mobilny wózek medyczny trafiły zestawy pierwszej pomocy urazowej, automatyczne iniektory, środki przeciwbólowe, preparaty stabilizujące funkcje życiowe oraz przenośny skaner diagnostyczny. Obok nich umieścił pakiety transfuzyjne, respiratory awaryjne i zestawy chirurgiczne przeznaczone do działań w warunkach polowych.
Następnie przeszedł do wyposażenia dekontaminacyjnego.
Hermetyczne maski.
Przenośny analizator skażeń.
Zestawy dekontaminacyjne.
Jednorazowe osłony biologiczne.
Przenośne dawkomierze i środki przeciwradiacyjne.
Każdy element został sprawdzony dwukrotnie pod kątem sprawności oraz poziomu zapasów.
Kapsuła nadająca sygnał SOS mogła zawierać rannych.
Mogła zawierać osoby napromieniowane.
Mogła zawierać coś znacznie gorszego.
Procedury wymagały przygotowania na każdą możliwość.
Gdy zakończył kompletowanie wyposażenia, przesłał krótki komunikat do mostka.
— Zestawy medyczne, ratownicze i dekontaminacyjne przygotowane. Jestem gotów do przyjęcia rozbitków.
Po chwili opuścił ambulatorium, ciągnąc za sobą mobilny wózek wyposażony we wszystko, czego mogła wymagać sytuacja kryzysowa.
W pobliżu śluzy zatrzymał się i zajął pozycję przy stanowisku medycznym. Wózek ustawił tak, aby zapewnić natychmiastowy dostęp do sprzętu po otwarciu włazu.
Potem po prostu czekał.
Nieruchomy.
Spokojny.
Gotowy na spotkanie z tym, co przybywało do nich z ciemności między gwiazdami. -
Elias siedział przy stole z kubkiem kawy w dłoniach, o ile dało się to nazwać kawą. Miał zniesmaczoną minę, jakby ta „przemysłowa ciecz” ledwo przechodziła mu przez gardło. Automat pokładowy Kardashiana wyprodukował coś czarnego, gorzkiego i rozwodnionego. Kofeinową abominację. No cóż, abominacja czy nie, będzie musiała wystarczyć. Po takim czasie w lodówce taka lura i tak była lepsza od tego świństwa, którym zalewali ich w hypersnie. Ostrożnie uniósł kubek do ust, powąchał, skrzywił się i dolał do środka odrobinę z piersiówki, zasłaniając naczynie ręką dla niepoznaki, mając nadzieję, że nikt nie zwrócił na to uwagi. Jakaś jego cząstka wiedziała jednak, że wszyscy wiedzą, tylko po prostu mają to w dupie albo postanowili mu odpuścić z racji wieku i jego wszczepów.
– Teraz przynajmniej ma jakieś właściwości odkażające – mruknął bardziej do siebie niż do Nadii czy Joshuy.Wciąż czuł pod skórą resztki hypersnu. Mięśnie były miękkie, gardło drapało, a syntezator w krtani czasem łapał drobne zakłócenie, zostawiając w jego głosie metaliczny pogłos. Oddychał już równiej, ale nie ufał temu. Własnym płucom ufał mniej więcej tak samo jak raportom kwartalnym korporacji. Z konieczności. Nigdy z przekonania.
Kiedy Hannigan wszedł do mesy razem z O’Collanem i Kalashnikovem, Crowe podniósł wzrok znad kubka. Nie trzeba było być geniuszem, żeby wiedzieć, jak się sprawy mają. Kapitan wyglądał jak dyplomata szykujący się do przekazania kurewsko kiepskich wieści. Davy standardowo emanował energią, której Elias nie rozumiał, a Siergiej wyglądał jak Siergiej. Rosjanie byli przyzwyczajeni do faktu, że zawsze coś może się spierdolić i niespecjalnie wpływało to na ich osobę.
Elias nie odezwał się. Pił kawę małymi łykami i słuchał, wyławiając najważniejsze fakty. Sygnał SOS był autentyczny. Chodziło o kapsułę ratunkową. Jednostką był USS Bleinert, którego nazwa nic mu nie mówiła. Brak odpowiedzi. A to oznaczało, że za około cztery godziny będą po ręce w gównie. Świetnie. Westchnął przez nos. A więc jednak. Nie awaria wewnętrzna, nie fałszywe przebudzenie. Ktoś tam, w pustce kosmosu, miał problem i był to ten najgorszy rodzaj problemu, bo prawo, procedury oraz resztki ludzkiej przyzwoitości, które chcąc nie chcąc jeszcze posiadał, natychmiast robiły z niego problem wspólny. Jego problem.
Na wzmiankę o napromieniowanej chmurze gruzu, pyłu i gazu za zaopatrzeniowcem Crowe uniósł głowę odrobinę wyżej. W jego twarzy nie pojawił się entuzjazm. Raczej coś gorszego. Zainteresowanie specjalisty. Kiedy kapitan zwrócił się do niego bezpośrednio, odstawił kubek.
– Przyjąłem, kapitanie – powiedział zachrypniętym, nierównym głosem. – Moduł górniczy, spektroskopy wydobywcze. Skład gazów, pyłów, izotopy, rozrzut, temperatura resztkowa – wymienił na głos, by lepiej to sobie utrwalić. Taką miał metodę. Było nie było, był staruszkiem i trzeba było używać sztuczek mnemonicznych, żeby nie wypaść blado przy reszcie ekipy.
– Sprawdzę, czy to wygląda na zderzenie, eksplozję, awarię reaktora, czy chodzi o jakieś inne gówno.Przez chwilę bębnił palcami po kubku. Potem zerknął w stronę Delilah, kiedy ta zaczęła mówić o polisie, promieniowaniu i odpowiedzialności. Nie był fanem jej stylu wysławiania się. Ogólnie nie lubił ludzi z korporacji, ale coś w tej całej gadce o promieniowaniu miało sens. W końcu siołom radiacyjnym nie robiło różnicy, kto jest kim. Równo rozdawały chorobę popromienną między korporacyjną księżniczkę, kapitana, pilota i starego, zdezelowanego toksykologa z piersiówką w kieszeni.
– Pani le Fey ma rację co do jednego – odezwał się po chwili, nie podnosząc głosu. – Nie chciałbym dodawać do listy moich drinków koktajli antyradiacyjnych. Są trochę zbyt mdłe jak na mój gust i źle mieszają się z alkoholem. – pozwolił sobie na żart.
– W raporcie końcowym ocenię skalę ryzyka.Spojrzał jeszcze krótko na Holta, kiedy ochroniarz zaczął mówić o broni i niepewnych elementach. Elias nie miał w tej kwestii nic do skomentowania. Każdy miał na tym statku jakąś rolę, a pewność siebie, tak ważna, kiedy leci się przez pustkę w wielkiej metalowej skrzyni, wymagała wiary w coś istotnego, najczęściej związanego właśnie z tą rolą. On sam wierzył w swoją zdrową paranoję i sprawdzanie odczytów, toteż zazwyczaj milczał, gdy inni prawili o tym, co jest najważniejsze.
Wzdrygnął się, kiedy Chaplin wskoczył na stół. Kot miał minę, jakby był właścicielem statku, który tylko chwilowo toleruje obecność personelu. Elias spojrzał na niego nieprzychylnie, kiedy ten przeszedł obok jego kubka i prawie strącił ogonem jego lurę. Może to była tylko kawowa abominacja, ale to była jego kawowa abominacja, no i wlał do niej trochę swojego specyfiku, który nie mógł się przecież zmarnować.
– Sio, futrzasty demonie – mruknął. – Idź drażnić innych poważnych naukowców.
Kot oczywiście nie odpowiedział, co w innych warunkach czyniłoby go jednym z bardziej pożądanych rozmówców w mesie.Po odprawie Crowe podniósł się powoli. Coś strzyknęło mu w kolanie, coś zapiekło w płucach. Jego ciało od dawna było jak źle poskładana maszyneria, w której zapalała się jedna czerwona kontrolka po drugiej. Ile jeszcze da radę tak latać? Chyba czas pomyśleć o jakiejś emeryturze. Zignorował ból i pociągnął łyk kawy z prądem. Miał swoje lekarstwo, a teraz naprawdę nie było czasu na negocjacje z własnym ciałem. Kiedy dotrą do celu, zadba o zdrowie. Zabrał kubek, wsunął do kieszeni mały analizator, poprawił kołnierz kitla i ruszył w stronę wyjścia.

Korytarze Kardashiana były już żywsze niż zaraz po wybudzeniu. Wentylatory pracowały równiej, światła przeszły w standardowy tryb, a z głębi kadłuba dochodził niski pomruk dobrze działających systemów. Elias szedł wolno, ale bez wahania. W jednej dłoni trzymał kubek z kawą, drugą przesuwał czasem po ścianie, jakby czytał statek przez drgania poszycia. Ludzie na starej Ziemi chodzili tak czasem wśród żywopłotów, gładząc liście. Może był to jakiś odruch zakodowany w pamięci komórek?
Kabina modułu górniczego przywitała go chłodem i zapachem starego smaru. Rzędy paneli diagnostycznych, stanowiska analizy próbek, konsole spektroskopów i górniczych skanerów składu zajmowały większość pomieszczenia. Normalnie ten sprzęt służył do odróżniania rudy od bezwartościowej kosmicznej skały. Dzisiaj miał być lupą detektywa i pomóc im zrozumieć, co się stało. Crowe usiadł przy głównej konsoli, przetarł rękawem ekran i stuknął palcem w panel aktywacyjny.
– Opiekunie – powiedział. – Przekieruj na stanowisko górnicze pełny pakiet sensorów dotyczący napromieniowanej chmury za USS Bleinert. Najpierw surowe dane. Jak będę chciał, żebyś coś podsumował, powiem ci.
To była ważna dyrektywa, którą zazwyczaj kończył każde zdanie, gdy współpracował z komputerem. W przeciwnym wypadku ten podawał mu wszystko na srebrnej tacy, robiąc z niego idiotę.
Konsola zamrugała.
– Chcę widmo gazów, pyłu, metali, izotopów, promieniowanie, wektory rozrzutu, temperaturę resztkową i wszystko, co da się wyciągnąć z Fermi, Chandry oraz spektroskopów wydobywczych. Osobno stabilne pierwiastki, osobno produkty rozpadu, osobno związki organiczne, jeśli cokolwiek takiego jeszcze tam pływa.
Przez moment obracał w palcach dymogryza. Nie zapalił. Jeszcze nie. Wsunął go tylko między zęby i w skupieniu mielił wargami końcówkę.
– Drugi zakres to kapsuła ratunkowa. Pełny skan powierzchni, gęstości, śladów chemicznych i termicznych, kiedy tylko wejdzie w sensowną rozdzielczość. Interesują mnie materiały wybuchowe, paliwa, utleniacze, aerozole, nieszczelności, skażenia, anomalie masy i wszystko, co nie pasuje do standardowego modelu puszeczki, która nam tam lata.Kiedy skończył wydawać szereg komend, oparł łokcie o blat i nachylił się nad konsolą. Pierwsze linie danych zaczęły pełznąć po ekranie. Odpalił fajkę i patrzył na ciągi znaków mrugające zielonkawym światłem. Wypuścił małą mgiełkę dymu, która zaraz została wessana przez systemy wentylacyjne. Pociągnął łyk kawy, skrzywił się i odstawił kubek obok panelu.
– No dobra – mruknął. – Pokaż, co tam masz, kotku. -
Joshua Gleeson, Hangar - 15.08.2183
W mesie rozeszły się echa kapitańskiej odprawy. Załoga sprawnie zaczęła rozchodzić się na swoje stanowiska. Kiedy z ust Hannigana padło „Panie Gleeson”, Joshua odetchnął z cichą ulgą. Miał zadanie. Nie był tym zbędnym pasażerem, na którego kapitan rzucił obojętnym wzrokiem (swoją drogą, wciąż zastanawiało go, dlaczego kapitan patrzył w stronę tamtego chłopaka z taką niechęcią). Dostał przydział w hangarze, co oznaczało, że mógł zaszyć się w plątaninie sprzętu i uniknąć konieczności prowadzenia niezręcznych rozmów czy integrowania się z resztą załogi.
W drodze do sekcji śluz sięgnął do kieszeni kombinezonu po swojego wysłużonego walkmana. Wcisnął słuchawki głęboko do uszu, z cichym trzaskiem wciskając przycisk „Play”. Charakterystyczny rytm perkusji i ostry, narastający riff gitary z "Money for Nothing" Dire Straits uderzyły w jego bębenki. Z tym dudniącym w skroniach, surowym brzmieniem ruszył do pracy.
W hangarze metodycznie zabrał się za stację kombinezonów. Przeliczył skafandry, sprawdził przepustowość filtrów i przetestował mierniki promieniowania. Wybrał ten najpewniej działający licznik i szybkim krokiem zaniósł go na mostek. Wręczył go Kalashnikovowi niemal bez słowa, byle tylko jak najszybciej uciec z centrum dowodzenia i wrócić do swojej samotni. Na miejscu przygotował ramiona chwytne i zsynchronizował mechanizmy dokujące na wypadek awaryjnego przechwycenia kapsuły. Wszystko poszło mu zbyt szybko. Mając kłopoty z socjalizacją i nie chcąc bezczynnie siedzieć w strefie mieszkalnej, postanowił samowolnie przedłużyć sobie robotę. Podpiął terminal serwisowy pod panele komunikacyjne bocznych śluz.
Grzebał w kablach dobrych kilkadziesiąt minut, izolując się od stresującej rzeczywistości. Gdy w końcu uznał, że przeciągnął sprawę do granic przyzwoitości, ściszył muzykę i włączył swój przenośny interkom.— Volkov, tu Joshua — zaczął, wpatrując się w ciągi danych na małym wyświetlaczu. — Przepiąłem się przez zapasowe moduły przy śluzach. Powiem ci, że sprzęt tutaj pamięta chyba pierwszą wojnę korporacyjną. Stary jak świat, ale o dziwo jest w pełni sprawny. Transmisja przekaźników czysta.
Zaraz potem, zawahawszy się na ułamek sekundy, zmienił częstotliwość na otwarty kanał mostka, odchrząkując, by brzmieć jak profesjonalista.— Kapitanie Hannigan. Zgłasza się inżynier pokładowy Gleeson, prosto z hangaru. Sprzęt ratunkowy policzony i gotowy do użycia, miernik przekazałem panu Kalashnikovowi zgodnie z rozkazem. Hangar przygotowany na ewentualne awaryjne przechwycenie. Przy okazji... sprawdziłem wrota. Ogólnie działają, ale jedna ze śluz bocznych, numer cztery, ma lekkie opóźnienie na serwomotorach zewnętrznych. Jakieś dwie sekundy laga przy otwieraniu. Daję znać, gdyby miało to znaczenie przy manewrach dokowania.
Wyłączył urządzenie. Zrobił, co do niego należało. Nie miał już absolutnie żadnej wymówki, musiał wracać. Po drodze natknął się na Adama. Joshua ściągnął słuchawki, z których wciąż cicho dobiegał głos Marka Knopflera. Stres, który usilnie próbował zdusić pracą fizyczną, znowu wypłynął na powierzchnię. Zawsze uważał syntetyki za wdzięcznych słuchaczy, którzy nie oceniali i nie wyciągali pochopnych wniosków.
— Adam? Zaczekaj... — zagaił niepewnie, nerwowo obracając w dłoniach kasetę magnetofonową. — Słuchaj... To jest u was normalna procedura? W sensie, rozumiem prawo kosmiczne, ale... przecież to okręt floty Zjednoczonych Ameryk. Wojskowy zaopatrzeniowiec, który milczy, z chmurą napromieniowanego gruzu na ogonie. A co jeśli tam doszło do bitwy?
Przełknął ślinę, czując, jak znowu zasycha mu w gardle.
— Co, jeśli ktoś, kto ich tak załatwił, wciąż tam gdzieś krąży, a my po prostu wystawiamy się na tacy? Jesteśmy pieprzonym, powolnym kombajnem górniczym, a nie okrętem wojennym. Serio musimy ryzykować i ratować każdą zbłąkaną puszkę? — Pokręcił głową ze skrajnym niezadowoleniem, wpatrując się w parujący bulion. — Wpuszczanie na pokład ocalałego żołnierza z rozbitego statku to proszenie się o kłopoty. Nie po to... — Gleeson zawahał się na moment - Nie po to zaciągnąłem się na tę łajbę, żeby pakować się w... No wiesz - dodał półszeptem - Wojskowe gówno.
Kantyna - 15.08.2183
Gdy w końcu dotarł do kantyny, pomieszczenie tętniło powolnym życiemi, co przyjął z lekkim lękiem. Ale przynajmniej nigdzie nie było widać tego upiornego kocura Hannigana. Usiadł w najciemniejszym kącie, podciągnął kolana niemal pod brodę, by zająć jak najmniej przestrzeni, i wklepał w panel zamówień lekki, syntetyczny bulion drobiowo-podobny z odżywek klasy C. Jego żołądek wciąż boleśnie przypominał o brutalnym wybudzeniu. Zamierzał to na tą chwilę przeczekać.
-
Wysłuchał wszystkich uwag i odpowiedzi bez słowa czekając aż każdy się wypowie. Wyraz jego twarzy niemal nie drgnął poza momentem na początku gdy odezwała się korpoagentka. I w taki sposób jakby łyknął omyłkowo zamiast kawy, popłuczyny, które stary kantynowy ekspres co jakiś czas zwykł z siebie wypluwać. Skinął jednak głową Delili, która postarała się by nie mógł jej ignorować. W końcu gdy już nikt nie miał niczego do dodania ponownie się odezwał.
- Pani Volkov słusznie zauważyła, że mówię nieśpiesznie i może trochę zbyt wyraźnie - powiedział pozwalając sobie na nieznaczny uśmiech zrozumienia żartu jednym tylko kącikiem ust - Ma to na celu abyśmy wszyscy zrozumieli powagę sytuacji. Za nieuzasadnione nieudzielenie pomocy, lub odmowę wykonania rozkazów z udzieleniem pomocy związanych, kodeks prawa kosmicznego przewiduje do trzech lat pozbawienia wolności - powiedział pozornie do korpoagentki Le Fey, bo patrząc jej w oczy, ale w sposób dedykowany przede wszystkim do pasażerów i załogi, którym jej celowe jątrzenie mogło w sposób druzgocący namieszać w głowach - Ponadto i co istotniejsze skazanym odebrane zostaną wszystkie licencje i certyfikaty do pracy w sektorze kosmicznym. Każdy kto będzie się chciał odwołać, będzie musiał stanąć samemu przeciw prawnikom marynarki. Bo Kelland nie odpowiada karnie za nasze działania. Jest ubezpieczona. - po czym dodał już niby grzecznie, ale w tonie wyraźnie pouczającym - Psze pani.
I tak jak Delilah sprytnie sporo gróźb zostawiła w niedomówieniu, tak i on nie musiał dodawać co czeka załogantów bez papierów do wykonywania jedynej roboty na jakiej się znali. Praca górnika w koloniach korporacyjnych. Bo chyba nikt się nie łudził, że prawnicza machina Kellanda stanie w ich obronie. A górnikom nie przysługuje medyczny android pokroju Adama, a czasem nawet środki antyradiacyjne.
Spojrzał następnie na konwojenta, który w jego mniemaniu zareagował zbyt ostro. Kapitan uznał jednak, że taka wojskowa przeciwwaga do wykonywania procedury, przyda się załodze i bardziej przemówi do obowiązkowości niż mglista wizja konsekwencji za niedopełnienie obowiązków. Poza tym Holt był zatrudniony przez Kelland. A to było bardzo wygodne na statku gdzie Caleb był kapitanem.
- Dziękuję za sugestię Panie Holt. Jest cenna. Panie Crowe proszę się pochylić nad tym co mogą nam powiedzieć sensory o kapsule. Co do samej kapsuły. To jednoosobowy model. Nie ma mowy o grupie spanikowanych ludzi. A z jednym sobie poradzimy. - myślał przez chwilę bębniąc palcami po stole kantyny po czym dokończył - Przyjmujemy kapsułę śluzą boczną. Ostatecznie. Hangar to plan awaryjny. A teraz, koniec odprawy. Proszę przejąć swoją baby Panie O’Collan. Za chwilę dołączę na mostku… czy on śpi?
Na koniec kapitańskie spojrzenie utkwiło z niedowierzaniem na skulonym w kącie młodym naukowcu, który w poniekąd zrozumiały sposób po wybudzeniu z kriosnu zdawał się drzemać. Caleb pokręcił głową i rzucił w przestrzeń nad stołem - Niech go ktoś obudzi.
-
Delilah le Fey
Delilah prychnęła pod nosem. Komu jak komu ale jej nie trzeba recytować kodeksów. Zachowała jednak tę uwagę dla siebie. Wiedziała, że cokolwiek powie decyzja została już podjęta. Spotkanie się jeszcze nie skończyło a załoga już się rwała by aportować blaszaną trumnę niczym stado posłusznych kundli. A czy Hannigan rzeczywiście zamierzał kurczowo trzymać się przepisów czy jednak zwietrzył interes nie miało większego znaczenia. Im dłużej marnowali czas na retoryczne przepychanki, tym bardziej oddalał się jej kontrakt na Borodino.
-W takim razie proszę wpisać do dziennika pokładowego mój kategoryczny protest -oznajmiła z lodowatym uśmiechem. - Jeżeli to pospolite ruszenie skończy się stratami w ludziach lub uszkodzeniem statku, pańscy przełożeni dostaną ode mnie wyczerpujący raport.
Uniosła brodę i odwróciła się na pięcie, nie czekając na jego reakcję.
-Zaczekam w swojej kajucie. Proszę mnie zawiadomić, gdy będzie już po wszystkim. - dodała po czym ruszyła w kierunku wyjścia.
Kiedy kot spróbował otrzeć się o jej kostkę, z obrzydzeniem odepchnęła zwierzę czubkiem buta. Drzwi mesy zasunęły się za nią z sykiem.
-
Davy O'Collan
Davy odprowadził Le Fey wzrokiem aż do zamykających się drzwi mesy. Przez sekundę milczał, potem spojrzał na kota, który z obrażoną godnością otrząsnął łapę po kontakcie z czubkiem korporacyjnego buta i prychnął ze złością w stronę oddalającej się postaci.
Upił łyk kawy.
— No proszę — mruknął spokojnie. — Dobry kotek. Zna się na VIPach...
Przeniósł wzrok na Hannigana i uniósł kubek w półgeście toastu. Zrozumiano kapitanie - łapiemy boczkiem...
-
Mostek Kardashiana dwie godziny później
Atmosfera w pomieszczeniu przesycona była napięciem, chociaż nikt otwarcie tego nie okazywał. Akcje ratunkowe w głębokiej przestrzeni nie należały w przypadku armady górniczej do zwyczajnej codzienności i chociaż Caleb Hannigan słyszał o kilku takich przypadkach w ostatnich latach, ani razu nie dotyczyły one wojskowych okrętów. A przynajmniej nie słyszał o górnikach Kelland Mining ratujących wojskowe okręty. Do uszu kapitana dobiegały ciche dźwięki uderzających w klawiatury i dotykowe ekrany palców, sporadyczne słowa, skrzypienie foteli - odgłosy pracujących w skupieniu ludzi wtopione w równomierny szum klimatyzatorów.
Do rozpoczęcia operacji przejęcia kapsuły pozostawały dwie godziny. Mając pod dostatkiem czasu Hannigan zrzucił planowanie strony technicznej na swoich podwładnych, w myślach analizując prawne aspekty misji. Tender nie sprawiał wrażenia wraku, co zdecydowanie podnosiło jego wartość w kalkulacjach wysokości nagrody za udane pryzowanie, chociaż Hannigan nie wątpił, że prawnicy Kellanda mieliby i tak przed sobą prawdziwą wojnę z marynarką UA.
Pocierając palcami lewej dłoni skroń kapitan przesunął wzrokiem po pracującej na mostku załodze. Davy O’Collan tkwił w uprzęży pilota, z nogami spoczywającymi na wolantach i z ramionami skrzyżowanymi na piersiach, w głębokim zamyśleniu śledząc alternatywne trajektorie lotu wykreślane na ekranach swojej konsolety.
Siergiej Kalashnikov i Elias Crowe pochylali się nad komputerem konsolety przemysłowej, geolog siedzący w jej fotelu, pierwszy oficer stojący nad jego oparciem. Obaj rozmawiali o czymś półgłosem sprawdzając ostatnią serię pomiarów wykonanych z dystansu trzydziestu tysięcy kilometrów przez spektrometry wydobywcze Altmeyera.
Nadia Volkova zajmowała miejsce w narożniku mostka, ze słuchawkami modułu łączności na uszach, wsłuchana w zapętlone nagranie swojego radiowego komunikatu, które wysyłała w eter wyczekując jednocześnie jakiejkolwiek reakcji.
Marcus Holt tkwił w półmroku wnęki tuż przy drzwiach mostku, nieruchomy i milczący w stopniu tak dalekim, że chwilami mógł się komuś pomylić z androidem. Trzymając karabin w zgięciu łokcia, konwojent wsłuchiwał się w dźwięki pomieszczenia, do którego wstępu strzegł.
- Więcej z tego rzęcha nie wyciągniemy - ciszę przerwał doktor Crowe podnosząc wzrok znad komputera - Sfera gazów jest ewidentnie źródłem promieniowania jonizującego. Neutronowe prawie już zanikło, ale gamma wciąż jest wysokie, chociaż na bliskim dystansie może nas ekranować kadłub tendera.
- Awaria reaktora czy detonacja głowicy atomowej? - zapytał Hannigan wbijając oczy w naukowca - Jest pan to w stanie jednoznacznie określić?
- Jebnął reaktor, wot i wsio - wtrącił Siergiej - Niech będzie, że na dziewięćdziesiąt procent. Na mój rozum i Eliasa były dwie jednostki i jednej już nie ma, to ten obłok gazów. Tender dostał falą elektromagnetyczną i całkiem możliwe, że im od tego siadła komunikacja.
- Ale przecież ich transponder nadaje - odezwał się stojący w tyle Joshua Gleeson, który chwilę wcześniej przyniósł na mostek tacę z kubkami świeżej kawy - Nie powinien przestać?
- Moduł transpondera jest silnie ekranowany i odłączony od elektryki reszty okrętu, to podzespół autonomiczny - wyjaśniła Nadia - Gdybym miała wybrać system elektroniczny najbardziej odporny na promieniowanie to bym celowała w transponder.
- A tak bliski wybuch nie powinien zrobić większych szkód na zaopatrzeniowcu? - dywagował Joshua wpatrując się szeroko otwartymi oczami w trójwymiarową mapę miejsca katastrofy - Nie powinni byli wyparować jak tamci?
- Konstrukcje wojskowe mają specjalnie wzmacniane kadłuby, pancerze wielowarstwowe z wkładkami z ołowiu, wolframu przekładanymi grafitem i borowanym polietylenem - tym razem odpowiedział Davy, wyginając się w tył w fotelu i spoglądając na Gleesona z odchyloną do granic ludzkich możliwości głową - Co nie wyklucza takiej opcji, że przeciwna strona tendera jest rozwalona, ale my tego nie widzimy z aktualnej pozycji.
- Dobrze, a zatem najpewniej były dwie jednostki i jedna z nich uległa całkowitemu zniszczeniu - Hannigan postukał palcami w jeden ze swoich podłokietników - Druga, okręt zaopatrzeniowy marynarki, została najprawdopodobniej uszkodzona, być może napromieniowana. Nie odpowiada na wezwania radiowe, nie przejawia żadnej aktywności, chociaż jej sygnatura energetyczna sugeruje normalnie działające systemy zasilania. Co to może nam mówić, panie Crowe?
- Obym się mylił, ale faktycznie mogli przyjąć dawkę promieniowania, która zabiła załogę - Elias Crowe rozparł się w fotelu z wyrazem powątpiewania na twarzy - Bo jeśli przyjmiemy, że padła im komunikacja, ale działa napęd, powinno być zdolni do manewrowania, choćby w reakcji na naszą obecność. Tak, jest wysokie prawdopodobieństwo tego, że tender to teraz napromieniowany sarkofag.
- I pozostaje kapsuła - dodał kapitan - Tylko jedna, chociaż powinno ich być więcej. Panie O’Collan, ma pan stosowną wiedzę. Ile osób może liczyć załoga takiego zaopatrzeniowca?
- Tuzin to absolutne minimum, sir - odpowiedział natychmiast pilot - Obstawiałbym trzydziestu do czterdziestu jako skład optymalny, to nie tylko kosmiczny magazyn, jest na nim ekipa naprawcza, technicy różnych specjalizacji.
- Wiele wskazuje na scenariusz ze śmiercionośnym napromieniowaniem okrętu - podsumował Hannigan - Bardzo silna dawka, która uniemożliwiła ucieczkę wszystkim z wyjątkiem jednego szczęściarza… o ile ktoś w ogóle się wydostał z pokładu. Co ze skanami kapsuły?
- Nie mam całkowitej pewności, ale sprawia wrażenie szczelnej i sprawnej i część odczytów sugeruje, że może tam być żywy człowiek - odpowiedział Crowe - Tylko, że nasza aparatura pomiarowa nie nadaje się do skanowania takich obiektów. Jeśli przeskanujemy tę kapsułę spektrometrem przemysłowym, możemy zabić człowieka, który może w niej jest. To nie asteroida. Osobiście odradzam.
Caleb Hannigan pokiwał głową w zamyśleniu, wbił spojrzenie w dane wyświetlane na ekranie komputera.
Dwadzieścia osiem tysięcy kilometrów do celu.
-
O'Collan - Mostek - podejście burtą
Davy siedział w uprzęży pilota tak spokojnie, jakby nie prowadził górniczego kombajnu w stronę wojskowej kapsuły ratunkowej dryfującej obok martwego tendera marynarki, tylko podprowadzał frachtowiec do rutynowego dokowania na spokojnej orbicie.
Tylko palce go zdradzały.
Pracowały po panelach krótkimi, pewnymi ruchami. Bez nerwowości i zbędnych korekt. Kardhasian odpowiadał ciężko, z charakterystycznym opóźnieniem wielkiej maszyny, ale Davy nie walczył z jej masą. Czytał ją. Dawał impuls, czekał na odpowiedź kadłuba, korygował wektor i znowu pozwalał jej płynąć.
Na głównym ekranie kapsuła ratunkowa rosła powoli, zamknięta w ramkach systemu celowania manewrowego. Obok niej przesuwały się kolumny danych: dystans, prędkość względna, dryf boczny, odchylenie osi śluzy, tolerancja ramienia przechwytującego.
— Skipper, rozpoczynam końcową fazę podejścia — zameldował spokojnie. — Przechodzę na profil boczny. Ciąg główny w czuwaniu, korekty tylko na RCS. Prędkość względna schodzi zgodnie z planem.
— Opiekunie, wyłącz aktywną korektę podejścia na moim torze. Zostaw tylko ostrzeżenia kolizyjne, limity przeciążeń i telemetryczny podgląd śluzy.
— Przyjęto. Sterowanie manewrowe przekazane pilotowi.
Davy przesunął dłonią po konsoli i przeniósł ciąg główny w tryb czuwania. Dalej pracował już niemal wyłącznie na mikrosilnikach manewrowych. Najpierw zbił prędkość względną do wartości, przy której kapsuła przestała być celem, a stała się punktem odniesienia. Potem ustawił kadłub pod lekkim kątem, pozwalając masie kombajnu wygasić ostatni boczny dryf bez gwałtownego szarpnięcia konstrukcją.
— Skipper, można szykować wysięgnik i stabilizatory...
Kardhasian obrócił się powoli wokół własnej osi. Nie był to szybki manewr. Nie mógł być. Statek tej wielkości nie wybaczał popisów, jeżeli ktoś mylił odwagę z brakiem szacunku do bezwładności. Davy prowadził obrót w trzech krótkich sekwencjach: najpierw korekta dziobu, potem wyrównanie płaszczyzny bocznej, na końcu minimalny przechył, który sprowadził śluzę dokładnie na linię przechwycenia.
— Skipper, obrót kontrolowany. Oś śluzy schodzi na kapsułę. Dryf boczny w tolerancji. Nie widzę potrzeby korekty automatem.
— No dawaj, dziecinko — mruknął pod nosem. — Pokażemy im, że duże dziewczyny też potrafią być delikatne...
Na ekranie dwie linie dokowania zaczęły się zbiegać. Jedna należała do kapsuły. Druga do śluzy Kardashiana. Przez chwilę drżały obok siebie, rozdzielone ułamkiem stopnia i kilkoma metrami przesunięcia.
Davy podał krótki impuls z lewego zespołu RCS.
Potem drugi, słabszy.
Potem trzeci, prawie symboliczny.
Odległość malała. Prędkość względna spadała do poziomu, przy którym człowiek mógłby szybciej przejść korytarzem niż kapsuła zbliżała się do burty statku.
— Dystans dwieście metrów — oznajmił Opiekun.
— Widzę.
— Dryf boczny w granicach tolerancji.
— Wiem.
— Sugerowana automatyczna korekta osi przechwycenia.
Davy uśmiechnął się krzywo.
— Odmowa. Nie psuj mi rytmu.
Przesunął statek jeszcze o kilka metrów, wykorzystując bezwładność kadłuba zamiast ciągu. Kardhasian wszedł bokiem w pozycję podejścia tak czysto, że znaczniki śluzy i kapsuły niemal nałożyły się na siebie na głównym ekranie.
— Skipper, potwierdzam: kapsuła w sektorze przechwycenia. Prędkość względna minimalna. Kadłub stabilny. Za moment zamykam manewr i oddaję ją śluzie.
Wtedy, tuż przed ostatnim zamknięciem dystansu, rozległ się głos Opiekuna.
— Pasywna analiza zagrożeń zakończona. Brak aktywnych zapalników. Brak anomalii masy wskazujących na ładunki wybuchowe. Brak emisji inicjujących. Brak bezpośredniego zagrożenia dla kadłuba przy kontakcie z kapsułą.
Davy nawet nie odwrócił głowy.
— Słyszeliście. Kapsuła nie próbuje nas zabić. Przynajmniej nie z zewnątrz.
Ostatnią korektę wykonał niemal od niechcenia, muskając panel dwoma palcami. Mikrosilniki podały jeden krótki impuls. Kardhasian przesunął się o ułamki metra i zamarł bokiem do kapsuły, z boczną śluzą oraz ramieniem przechwytującym ustawionymi idealnie w osi.
Na ekranie zapalił się stabilny komunikat gotowości.
Davy oparł się wygodniej w fotelu.
— Skipper, manewr zakończony. Pozycja utrzymana, boczna śluza w osi, przechwycenie gotowe. Kapsuła podana na talerzu. Ster w gotowości. Przechodzę na automat...
Hello! It looks like you're interested in this conversation, but you don't have an account yet.
Getting fed up of having to scroll through the same posts each visit? When you register for an account, you'll always come back to exactly where you were before, and choose to be notified of new replies (either via email, or push notification). You'll also be able to save bookmarks and upvote posts to show your appreciation to other community members.
With your input, this post could be even better 💗
Zarejestruj się Zaloguj się