Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje Warhammer
  3. Rozgrywka
  4. Rozdział I - Jak zostać trepem?
Żołnierze Imperium
GaranilG
Garanil jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
DhratlachD
Dhratlach jako
Albrecht Sweinssen
DeklineD
Dekline jako
Maxim Mees
ElenorsarE
Elenorsar jako
Klara Kessler
WiredW
Wired jako
Gerhard Adlerhorst
MortarelM
Mortarel jako
Helmut Kumm
PiołunP
Piołun jako
Fineasz Hohenwart

Rozdział I - Jak zostać trepem?

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
17 Posty 7 Uczestników 322 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • GaranilG Niedostępny
    GaranilG Niedostępny
    Garanil jako Mistrz Gry
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #8

    Dzień podatków, 1 tydzień czasu sigmara, 2520 KI.
    Strielfort, Triefplatz, godzinę przed zmrokiem.

    b8c8557e-91be-438c-90b9-512074bdc4e3-image.jpeg

    Dzisiejszego dnia trening był szczególnie ciężki, zupełnie jakby Sierżant Russel zaliczył kolejny poziom mściwości. Albo celowo chciał upokorzyć, sprowokować, lub wycisnąć z poborowych ostatnie poty. Zupełnie jakby każdy kto bierze udział w szkoleniu, miał sięgnąć dna, a potem z łopatą wkopać się jeszcze głębiej niż dno. Zupełnie, jakby rekruci mieli jutrzejszego dnia nie być zdatni do absolutnie żadnej aktywności.

    Bieg przełajowy w pełnym oprzyrządowaniu i z plecakiem pełnym cholernych kamieni wokół Strielfortu ciągnął się niemiłosiernie. Stopy bolały, kolana rwały, mięśnie niemalże odchodziły od kości, a rekruci zataczali się i z trudem łapali oddech, gdy zarówno serca jak i płuca zgłaszały zdecydowany protest. Nikt jednak nie wypluł płuc, ani nie zatrzymywał się. Z wielkim trudem, niekiedy zataczając się, ale dotarli do końca, przebiegając przez główną bramę fortu. Wszyscy mieli świadomość, że jak padniesz - już nie wstaniesz. A jak nie ukończysz zadania, dostaniesz więcej nadprogramowego treningu za wylegiwanie się w trakcie.

    Wreszcie padła ta upragniona komenda.
    -Rekruci! Na triefpaltz! Koniec ćwiczeń!

    Znamiennym było, że Russel nie kazał im stanąć w szeregu na baczność, tylko pozwolił na odrobinę luzu. Dlatego grupa zziajanych, spoconych, wymęczonych rekrutów, po prostu stała zgięta w pół. Ktoś usiadł, ktoś legł. Sierżant dał wszystkim 5 minut, zanim kazał stanąć na baczność. I jak to miał w zwyczaju, z rękoma założonymi za plecami, zaczął przechadzać się przed szeregiem. Było jednak coś osobliwego w tej sytuacji bo nieco za nim, dało się dostrzec inną sylwetkę. Mianowicie sylwetkę Kurta Bergera, Komendanta fortu w randze kapitana, który stał nieco z tyłu i obserwował. Rekruci zdążyli już go zauważyć w trakcie szkolenia, ale wyglądało na to, że Komendant nie interesował się nadmiernie poborowymi, którzy nie ukończyli jeszcze szkolenia. Od tego miał Otto Russela.

    Komendant Kurt Berger.png

    Chwilowo jednak Komendant milczał, obserwując poborowych i Russela.

    -Rekruci! Zapewne zastanawiacie się, dlaczego trening był dzisiaj wyjątkowo ciężki? Dlaczego płuca palą żywym ogniem, a mięśnie odmawiają posłuszeństwa? - Zaczął Sierżant.

    A żebyś kurwa twoja mać wiedział. Co się stało, wstałeś lewą nogą? Śniadanie nie smakowało? Oczywiście nikt nie odważył się jednak przerwać, ani zapytać. Za okazanie braku szacunku przełożonemu zaliczało się dodatkowe okrążenia dookoła fortu, jeżeli nie gorzej.

    -Dziś był ostatni dzień szkolenia, rekruci. Z 24 poborowych, ostaliście się wy, 18 ludzi, którzy jutro będą mieli zaszczyt złożyć przysięgę na wierność Wielkiemu Księstwu Ostlandu i oficjalnie stać się żołnierzami na żołdzie Księcia Elektora Valmira von Raukova. Zanim jednak zostaniecie zaprzysiężeni jutro w południe, Komendant Berger chciałby wam coś powiedzieć.- oznajmił Russel i cofnął się kawałek.

    Komendant Kurt Berger podszedł bliżej, ale on mówił stojąc w miejscu, zamiast przechadzać się wzdłuż szeregu. Głos miał mocny i dźwięczny.
    -Gratuluję dotrwania do końca szkolenia, rekruci, co niewielu poboroym się udaje i samo w sobie jest godnym pochwały wyczynem. Niektórzy z was przyszli tu z ulicy. Inni przekazali Litzblickowi swoje rekomendacje, uwagi czy listy.
    Rekruci Hohenwart, Adlerhorst i Kessler mogliby przysiąc, że Berger mówił do nich, ale jego wzrok jedynie prześliznął się po wszystkich twarzach szeregu gładko, nikogo nie zaszczycając dłuższym postojem.
    -Tutaj jednak jest Strielfort, tu szkolimy ostlandzką lekką piechotę i nikt nie otrzymuje żadnej taryfy ulgowej. Zastanówcie się dobrze, czy faktycznie chcecie złożyć tę przysięgę, jako iż od momentu zaprzysiężenia, uchybienia będą karane jeszcze surowiej. Będziecie związani z siłami zbrojnymi Ostlandu, dopóki Morr nie wezwie was w swoje bramy na służbie, lub nie będziecie już w stanie utrzymać oręża w ręce. Zdrada płacona jest śmiercią, a Ostland nigdy nie dziękuje. Ostland zawsze wymaga. Brama pozostaje otwarta i wszyscy ci, którzy pozostaną tu do jutra, przestaną być wolnymi ludźmi, a zaczną być żołnierzami. Śmierć, głód, wojna, choroba, to codzienność trepa, a ciężka praca i ambicja pozwalają najsprawniejszym piąć się w górę tej drabiny. Kto ma wątpliwości, niech zabierze co jego i wraca do siebie. - Oznajmił Komendant. Następnie odwrócił się i odszedł w kierunku koszar, nie czekając na reakcję rekrutów.

    -Słyszeliście Komendanta. Widzimy się jutro z tymi, którzy pozostaną. Odpocznijcie, zjedzcie coś, zabawcie się tego wieczoru, zasłużyliście na to. Rozejść się!


    W trakcie szkolenia rekruci zdążyli się zapoznać bliżej. Zdążyli się też dowiedzieć, że najpewniej po zaprzysiężeniu będą stanowić pełne drużyny, a drużyna lekkiej piechoty liczyła 6 żołnierzy i każda miała własnego dowódcę.

    Wśród rekrutów znajdowało się kilku charakterników, którzy rzucali się w oczy, a nawet zdawali się prowadzić między sobą jakiś nieformalny konkurs.
    Na przykład Nat Mantel i Ekziel Waldgeist - Dwóch łowczych, którzy z sobie tylko znanych powodów wybrali życie żołnierza i rywalizowali ze sobą, oraz z krasnoludką Elgą Wenderbeck w strzelaniu z łuku podczas szkolenia. Przy umownej świadomości wspomnianego Waldgeista, gdyż ciężko było uchwycić przez cały miesiąc moment, w której ów bez potrzeby otworzyłby usta lub zawiązał z kimkolwiek bliższą znajomość. Poza tym Friedhelm Voight, który brylował jako jeden z lepszych szermierzy wśród rekrutów. Chyba tylko Fineasz Hohenwart i Gerhard Adlerhorst byli lepsi w robieniu mieczem... wróć, w robieniu drewnianą treningówką, doważoną za pomocą ciężkiej metalowej śruby w rękojeści. Był też Magnus Schmied, kowal, który, świadomie bądź nie, miażdzył każdemu dłoń przy ognisku i wiecznie był wesoły. No i wreszcie wiecznie gadatliwy Erick Hammerfall, również krasnolud. Wszyscy oni w jednym namiocie.

    Oczywiście radość z dotrwania do końca szkolenia powoli zaczęła się udzielać i tak na przykład były rzeźnik, Josef, pierwszy wyciągnął, nie wiedzieć skąd, butelkę siwuchy i zaczął razem z chętnymi oblewać sukces. Masorz musiał zmienić pracę przez poborcę podatkowego i oczywiście co chwila marudził na niegodziwość urżedników. Właściwie od razu dosiadł się do niego Bert, chłop ze Smallhof, co umyślił sobie, że będzie żołnierzem. Właściwie natychmiast na wejściu do namiotu stanął Młody - wszyscy go tak nazywali, nikt nie zadał sobie trudu by zapytać go o imię, ale wykonywał mało ambitne, choć potrzebne zadania, jak na przykład pilnowanie, czy Sierżant nie idzie na inspekcję. Chłopak nie miał więcej niż 16 wiosen.

    Tak więc, wieczór był jeszcze młody, a rekrutom pozostało odpocząć, być może zabawić się i oczekiwać na dzień jutrzejszy.

    Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    🤙
    1
    • PiołunP Niedostępny
      PiołunP Niedostępny
      Piołun jako Fineasz Hohenwart
      Mecenas
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #9

      Fineasz wpadł przez bramę Strielfortu razem z resztą rekrutów w stanie, który miesiąc wcześniej uznałby za ciężkie naruszenie zasad funkcjonowania ludzkiego organizmu. Jakiś niemal niemożliwy i zupełnie nikomu niepotrzebny limit osiągnął już mniej więcej w jednej trzeciej drogi, a mimo to dalej biegł. Plecak ciążył mu niemiłosiernie, nogi miał jak z ołowiu, a oddech rwał się przy każdym kolejnym kroku. Ostatni odcinek pokonał właściwie wyłącznie siłą uporu.

      Kiedy wreszcie padła komenda kończąca ćwiczenia, pochylił się z dłońmi opartymi o kolana i przez kilka chwil zajmował wyłącznie bardzo przyziemną sztuką odzyskiwania powietrza. Po prawdzie niewiele brakowało, żeby zwymiotował z wysiłku i przeforsowania organizmu. Choć był człowiekiem wątłej budowy, nie można mu było odmówić zacięcia, którego miał nieposkromione pokłady. Pięć minut odpoczynku przyjął więc niczym dar zesłany przez samego Sigmara.

      Dopiero kiedy trochę doszedł do siebie i zdołał ponownie stanąć prosto, zauważył komendanta Bergera. To wystarczyło, żeby ślady zmęczenia na moment zeszły na dalszy plan. Zupełnie jakby ktoś wylał na niego tuzin wiader lodowatej wody. Kapitan nie robił nic szczególnego. Stał jedynie nieco z tyłu i obserwował, ale w oczach Fineasza sam fakt noszenia tej rangi niemal automatycznie czynił z człowieka wzór cnót, siły i męstwa.

      Oczywiście czerwone od wysiłku oblicze Fineasza mogło nieco psuć efekt, jednak okoliczności wymagały od niego natychmiastowego powrotu do godności. Ojciec pozwolił mu przecież, w swej niezmierzonej łaskawości, wrócić do domu dopiero wtedy, gdy sam zostanie kapitanem. Teraz po raz pierwszy miał przed sobą człowieka, równego rangą do której sam zamierzał dojść, nie mógł prezentować się niegodnie. Należało więc wybić się na wyżyny wytrzymałości i przynajmniej wyglądać tak, jakby płuca wcale nie piekły go żywym ogniem.

      Wtem sierżant Russel zaczął mówić i dopiero wtedy do Fineasza dotarło, że to był ostatni dzień szkolenia. Z dwudziestu czterech poborowych zostało ich osiemnastu. Przez krótką chwilę pozwolił sobie rozejrzeć się po szeregu. Sześciu odpadło. On nie. Miesiąc wcześniej przyjechał do fortu z głową pełną wyobrażeń o wojsku, a teraz stał zmęczony, poobijany i brudny, ale nadal tutaj. To było chyba pierwsze osiągnięcie w całej tej wojskowej karierze. Naprawdę dotrwał do końca. Teraz będzie z górki, pomyślał optymistycznie. Punkt dla niego!

      |-https://i.imgur.com/WGnX3GW.png-|

      Fineasz wsłuchał się w przemowę. Kapitan Berger mówił krótko i bez zbędnego patosu, ale rekrut słuchał go tak uważnie, jakby od każdego słowa miała zależeć jego przyszłość. Dowódca wymieniał zagrożenia związane z żołnierskim życiem, takie jak śmierć, głód, wojnę, choroby i wszystko to, co zwykle idzie za nimi krok w krok. Oczywiście Fineasz znał te rzeczy z pierwszych lekcji w Akademii. Czymże jednak byłaby przygoda związana ze służbą Imperium bez takich drobnych przeciwności? Każde kolejne słowo powinno może studzić jego zapał, on jednak przyjmował je raczej jak następne elementy dobrze znanej konstrukcji. Wojsko miało swoje prawa, swoją cenę i swoją hierarchię, a wszystko to tylko utwierdzało go w przekonaniu, że znalazł się dokładnie tam, gdzie chciał.

      Odruchowo wyprostował się jeszcze bardziej. Właśnie to chciał usłyszeć. Nie nazwisko, nie urodzenie, nie odpowiedni herb nad drzwiami domu, ale ciężka praca i ambicja. System, który dało się zrozumieć. Drabina, po której można było wspinać się szczebel po szczeblu, jeśli tylko człowiek był wystarczająco dobry, pracowity i uparty. Niemal już czuł, jak zabiera się do wspinaczki. Jak powiedziałaby jego świętej pamięci pokojówka Zefiryna, najwyższa pora była teraz po prostu zakasać rękawy, zapierdalać i zdobywać kolejne szczeble tej drabiny trudów. W sekrecie bardzo kochał świętej pamięci Zefirynę, którą Morr zabrał do swych ogrodów w wieku gdy miał osiem lat, lecz jej mądrości zostały w nim po dziś dzień. Przynajmniej tak mógł oddać jej cześć i pamięć. Pamiętać jej słowa.

      Na moment spojrzał znowu na Bergera. Jeszcze chwilę wcześniej widział w nim po prostu kapitana i komendanta fortu, teraz jednak zaczął patrzeć na niego nieco inaczej. Jak na kogoś, kto już przeszedł kawałek drogi, którą Fineasz dopiero zaczynał, i kto samym swoim istnieniem potwierdzał, że wojskowa hierarchia nie jest jedynie tabelą stopni zapamiętaną z podręcznika.
      Ojciec postawił mu warunek. Imperium najwyraźniej dostarczyło metodę jego spełnienia. Fineasz uznał to za układ niemal wzorowo przejrzysty, a przejrzyste zasady zawsze budziły w nim zaufanie.

      Dzięki temu reszta przemowy, cała ta śmierć, głód, wojna i choroby, zabrzmiała dla niego odrobinę mniej odstraszająco, a bardziej jak cena wpisana w reguły gry. Wysoka, być może nawet absurdalnie wysoka, ale przynajmniej jasno określona.
      Brzmiało uczciwie.

      |-https://i.imgur.com/WGnX3GW.png-|

      Kiedy Russel wreszcie pozwolił im się rozejść, Fineasz przez chwilę nie bardzo wiedział, co właściwie zrobić z nagle odzyskaną swobodą. Przez ostatni miesiąc każda część dnia miała swój harmonogram i pilnowano, żeby nikt nie próbował wykorzystać wolnej chwili do czegoś przyjemnego. Teraz natomiast sierżant sam kazał im odpocząć, zjeść coś i nawet się zabawić. ZABAWIĆ? Brzmiało podejrzanie hojnie, ale Fineasz nie zamierzał kwestionować rozkazu, zwłaszcza takiego, który po raz pierwszy od kilku tygodni nie zawierał słów „biegiem”, „kamienie, kurwa, na grzbiet” albo „jeszcze raz”.

      Atmosfera rozluźniła się niemal natychmiast. Ktoś usiadł, ktoś inny zaczął gadać głośniej niż zwykle, a były rzeźnik Josef wyciągnął nie wiadomo skąd butelkę siwuchy i zaczął oblewać koniec szkolenia z każdym, kto był skłonny przyjąć poczęstunek. Fineasz obserwował to przez chwilę z pewnym dystansem, po czym uznał, że najwyraźniej ma przed sobą kolejny element wojskowego obyczaju, którego w Akademii z jakiegoś powodu nie uznano za wart osobnego wykładu. Zastanawiał się trochę, czym właściwie jest ta siwucha, ale zapewne był to jakiś trunek przeznaczony dla ludzi mądrych, wszak nawet swoją nazwą zdawał się brać przykład ze światłych, podeszłych wiekiem ludzi.

      W końcu uznał też, że integracja oddziału była przecież rzeczą ważną. Wzajemne zaufanie wpływało na morale, morale na skuteczność, a skuteczność na przeżywalność. Wszystko się zgadzało. Skoro więc żołnierze Imperium budowali więzi przy pomocy siwuchy i głośnych rozmów, nie widział powodu, dla którego miałby stać z boku. Przyszły oficer powinien znać ludzi, z którymi przyjdzie mu służyć. Najlepiej zanim zacznie nimi dowodzić.

      Z tą myślą podszedł bliżej do grupy z pewną siebie miną, która świadczyła o tym, że właśnie podejmuje bardzo świadomą decyzję natury społeczno-strategicznej. Kiedy podsunięto mu czarkę z siwuchą, przyjął ją z należytą powagą, jakby chodziło o jakiś stary wojskowy rytuał. Powąchał zawartość i od razu pożałował, ale pokręcił nosem i ustami niczym rasowy koneser. Zapach był tak intensywny, że przez moment miał wrażenie, iż wyżre mu nozdrza. Mimo to pociągnął łyk.
      Przez krótką chwilę nic się nie wydarzyło. Potem twarz Fineasza zesztywniała, oczy lekko zaszkliły, a gardło zapiekło go tak, jakby właśnie połknął niewielki fragment płonącego drewna. Przełknął jednak wszystko z godnością, której wymagała sytuacja, i oddał naczynie dalej bez jednego słowa skargi.
      – Zaiste... rozgrzewające i pokrzepiające – stwierdził w końcu, gdy odzyskał pełną kontrolę nad głosem.
      Uznał, że właśnie zdał kolejny test.

      Dopiero wtedy zaczął uważniej przyglądać się ludziom wokół. Przez miesiąc zdążył już wyrobić sobie o kilku z nich pierwsze opinie. Maxim Mees należał do nielicznych, którym powierzyłby pilnowanie swoich pleców. Ba, teraz, po łyku siwuchy, pomyślał nawet, że powierzyłby mu własne życie. Uczony, oczytany i obdarzony arcyciekawymi środkami erudycji. Cóż za fantastyczna postać! Fineasz bardzo to szanował.

      Gerhard Adlerhorst stanowił natomiast zupełnie inny przypadek. Wielki, małomówny i wyjątkowo sprawny z bronią. Podczas ćwiczeń Fineasz zauważył go dość szybko, bo jakoś tak wyróżniał się na tle pozostałych rekrutów, choć sam nie potrafił jeszcze dokładnie sprecyzować dlaczego. Nie wiedział do końca, co o nim sądzić. Po prostu... prowadził obserwację porównawczą.

      Może właśnie dlatego usiadł bliżej nich, wciąż z lekko piekącym gardłem po trunku, którym się raczył, ale za to z coraz lepszym humorem. Po miesiącu biegania, czołgania się, marznięcia i słuchania rozkazów po raz pierwszy siedzieli obok siebie nie jako materiał do obróbki dla sierżanta Russela, lecz jako ludzie, którzy następnego dnia mieli zostać żołnierzami.
      To brzmiało całkiem nieźle. Nawet jeśli rzekomy środek zapoznawczy smakował jak środek do czyszczenia rapierów, było fajnie!

      |-https://i.imgur.com/WGnX3GW.png-|

      Wieczór ciągnął się dalej, a Fineasz z każdą chwilą czuł, jak ciężar ostatniego miesiąca powoli z niego schodzi. Jeszcze rano był jednym z wielu rekrutów ganianych z kamieniami na plecach, a jutro miał złożyć przysięgę i oficjalnie stać się żołnierzem Ostlandu. Sam ten fakt brzmiał w jego głowie niezwykle poważnie. „Ba, nawet grzywkę obciąłem już wczoraj specjalnie na tę okazję”, pomyślał, po czym nagle beknął, bo siwucha, którą raczyli się tego wieczora, najwyraźniej robiła coś dziwnego z jego żołądkiem.

      „Swoją drogą fryzurę chyba będzie trzeba jeszcze poprawić. Poproszę Helmuta. Mój kochany Helmut. Co ja bym bez niego zrobił”, dopowiedział w myślach, przecierając lekko przekrwione oczy. Rozejrzał się po siedzących wokół ludziach i dostrzegł Klarę. Przypomniał sobie, że zaoferowała innym materiał na cerowanie mundurów. Bardzo rozsądnie. Bardzo pożytecznie. Helmut pewnie ją polubi. Ktoś taki powinien być odpowiednio wynagradzany. Kiedy już dojdzie do władzy, da jej za to awans. „Nadszeregowy? Szeregowy specjalny? Jak to właściwie szło?” Fineasz zmarszczył brwi, próbując wydobyć z pamięci odpowiedni termin. „Aaaa... starszy szeregowy.”. Tak, to będzie brzmiało dostojnie i będzie jej pasować, pomyślał. Nie wiedzieć czemu, czuł, że ma dziwnie zamroczony umysł, choć bawił się całkiem przednio.

      Napił się jeszcze jednej czarki siwuchy w ramach ucztowania i to chyba był błąd. A może nie? Obraz zaczynał mu się lekko zamazywać, a wszystkie rozmowy wokół brzmiały jakby odrobinę wolniej niż wcześniej. W każdym razie patrzył po twarzach pozostałych i po raz pierwszy nie widział w nich przypadkowej zbieraniny ludzi wrzuconych do jednego namiotu, za jaką dotąd ich uważał. Za chwilę mieli być oddziałem. Ludźmi, z którymi przyjdzie mu maszerować, walczyć, a w późniejszym terminie, oczywiście, również kiedyś dowodzić. Ta ostatnia perspektywa szczególnie mu się podobała.

      Uśmiechnął się pod nosem, potem trochę szerzej, choć właściwie nie było ku temu żadnego konkretnego powodu. Oparł się wygodniej, na ile pozwalały zmęczone plecy, i przez chwilę siedział tak z lekko zamglonym spojrzeniem oraz miną człowieka, który doszedł właśnie do jakiegoś niezwykle ważnego wniosku, tylko chwilowo zapomniał jakiego. Cały ten miesiąc był przecież dopiero początkiem. Prawdziwa kariera miała zacząć się jutro. Fineasz był tego absolutnie pewien.
      Tylko siwucha zaczynała mu poważnie przeszkadzać w poprawnym ustalaniu faktów. Niemniej czuł się gotowy na tuzin dysput i był święcie przekonany, że ktoś siedzący obok właśnie porusza niezwykle istotny, ważki i zapewne wymagający jego natychmiastowej opinii temat.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      🥃
      2
      • DhratlachD Niedostępny
        DhratlachD Niedostępny
        Dhratlach jako Albrecht Sweinssen
        Mecenas
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #10

        Albrecht... czuł się wyśmienicie! Znaczy się, czułby się, ale w karczmie. Zajadając pieczyste i popijając piwem. Teraz zastanawiał się jakim cudem żyje i jakim cudem przeżył ten miesiąc. Miesiąc sam w sobie był... nawet znośny. O ile znośnym jest padać, mniej, lub bardziej, po ćwiczeniach. O ile poprzedni czas był powiedzmy przyjemny tak teraz? Sierżant dał im w kość i do tego z satysfakcją. Tylko po to, by postawić ich przed oblicze kapitana.

        Uśmiechałby się wtedy, ale pierwszy raz od przybycia do Strielfort po prostu nie miał sił. Wysiłek fizyczny miał to do siebie, że uspokajał myśli. Więc, cóż, nie myślał. Patrzył i słuchał... i zastanawiał się, czy co słyszy, ale sam nie wiedział. Zrozumienie przyszło dopiero w namiocie do którego dość sprawnie się relokował. Jakoś podpisywanie cyrografu z diabłem do prawie końca życia mu się nie uśmiechało... ale w każdej sytuacji był kruczek prawny. Wiedział, że musiał przyłożyć się do prawa wojskowego, bo lepszej opcji nie miał, a przynajmniej, żadna mu się nie uwydatniła w tułaczce... Tak, czy inaczej, zamierzał osiągnąć to czego chciał.

        Do namiotu przemieścił się jako jeden z pierwszych kombinując coś przy swoich rzeczach i biorąc z namiotu worek który był przytroczony do plecaka. Niedługo później był wśród radosnej gawiedzi częstując pozostałe, najpewniej, drużyny wędzoną kiełbasą. Nie witał tam długo. Bronił się z powracającym uśmiechem tym, że potrzebuje odpocząć, ale podarował biesiadnikom flaszkę czegoś co okazało się całkiem niezłą gorzałką. Czy może raczej, wódką.

        Miał w planach odpoczynek, ale szybko zorientował się, że to próżne nadzieje. Teraz, siedząc na swoim posłaniu zachodził w głowę nie czy, a jak bardzo, się wyłamie. Zdecydowanie, była jeszcze kiełbasa i była jeszcze wódka… Tym bardziej, że wyglądało na to, że będzie potrzebował tego wieczoru usypiacza.

        Can you hear the distant music?
        Can you feel it in your veins?
        The melody you've chased forever,
        Calling softly through the pain.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • MortarelM Niedostępny
          MortarelM Niedostępny
          Mortarel jako Helmut Kumm
          napisał(a) ostatnio edytowany przez
          #11

          Helmut Kamm nie był człowiekiem przesądnym. Owszem, składał należne modlitwy Sigmarowi i pozostałym bogom, lecz uważał, że w większości przypadków odpowiednio dobrane obuwie, czysta woda i regularne posiłki potrafią zdziałać więcej niż najbardziej żarliwe błagania. Tego dnia był jednak gotów osobiście podziękować całemu panteonowi za to, że sierżant Russel wreszcie kazał im przestać biegać.

          Kiedy padła upragniona komenda, Helmut zatrzymał się, pochylił i przez chwilę rozważał, czy jego płuca nie pozostały przypadkiem gdzieś przy ostatnim zakręcie. Jeśli tak, należało po nie wrócić. Przede wszystkim jednak odszukał wzrokiem panicza.

          Fineasz stał o własnych siłach. Oddychał, choć z pewnym trudem. Wszystkie kończyny znajdowały się na właściwych miejscach. Helmut uznał zatem, że dzień zakończył się sukcesem.

          Miesiąc temu miał pod opieką młodego człowieka o nienagannych manierach, starannym wykształceniu i niezłym pojęciu o wojaczce. Dziś miał pod opieką młodego człowieka o nienagannych manierach, starannym wykształceniu i niezłym pojęciu o wojaczce, który dodatkowo potrafił przebiec kilka mil z workiem kamieni na plecach. Postęp był niezaprzeczalny.

          Gdy sierżant zarządził zbiórkę, Helmut wyprostował się i stanął na baczność. Przemowy wysłuchał z należytą uwagą, choć pewne fragmenty wzbudziły w nim zawodowe wątpliwości.

          Z dwudziestu czterech rekrutów pozostało osiemnastu. Strata jednej czwartej stanu osobowego przed rozpoczęciem właściwej służby wydawała mu się dość niepokojąca. Gdyby podobną skutecznością wykazywała się służba w domu Hohenwartów, należałoby co miesiąc zatrudniać nową pokojówkę, dwóch stajennych i kogoś do wynoszenia poprzednich.

          igła.png

          Kiedy pozwolono im się rozejść, Helmut najpierw upewnił się, że panicz nie zamierza paść trupem, a następnie zajął się typowymi dla siebie sprawami. Otrzepał mundur z najgorszego kurzu, sprawdził stan szwów i ocenił, czy buty wytrzymają jeszcze kilka dni bez interwencji. W myślach sporządził też listę czynności niezbędnych przed jutrzejszym zaprzysiężeniem.

          Wyczyszczenie obuwia panicza. Doprowadzenie munduru panicza do stanu, w którym nie przynosiłby ujmy noszącemu. Sprawdzenie kołnierza panicza. Ewentualne poprawki fryzury panicza. Przygotowanie czystej chustki. Przede wszystkim zaś należało dopilnować, by Fineasz się wyspał. Ten ostatni punkt zaczął budzić coraz poważniejsze wątpliwości, gdy Josef wyciągnął butelkę siwuchy.

          Helmut obserwował rozwój wydarzeń z dyskrecją człowieka, który przez większość życia zajmował się zapobieganiem katastrofom, zanim ich sprawcy zdążą zauważyć pierwsze oznaki zagrożenia. Nie zamierzał kompromitować panicza przy towarzyszach broni. Fineasz był dorosłym mężczyzną, absolwentem szkoły oficerskiej i przyszłym kapitanem. Miał pełne prawo uczestniczyć w żołnierskich obyczajach. Nawet tych, które polegały na dobrowolnym spożywaniu substancji nadających się prawdopodobnie do usuwania rdzy.

          Po pierwszej czarce Helmut jeszcze nie interweniował. Po drugiej uznał, że należałoby jednak podjąć pewne środki ostrożności. Podszedł do Fineasza, stawiając w pobliżu naczynie z wodą.

          — Paniczu, pozwoliłem sobie przynieść wodę. Jutrzejsza przysięga wymagać będzie zapewne wyraźnej wymowy, a ten wyskokowy trunek, sądząc po zapachu, może ją nieco utrudnić.

          Nie zamierzał odbierać paniczowi radości ze świętowania. W końcu Fineasz zasłużył na odrobinę swobody, a Helmut wiedział, że zbyt natarczywa opieka bywa równie szkodliwa jak jej brak. Pozostawało jedynie czuwać w pobliżu i mieć nadzieję, że noc nie zakończy się koniecznością prania całego posłania Fineasza.

          Helmut rozejrzał się następnie po zgromadzonych. Wśród rekrutów znajdowała się panna Klara Kessler, której zaradność Helmut zdążył już zauważyć. Nie uszło jego uwadze, że z przydzielonych przez kwatermistrza łachmanów potrafiła uczynić mundur nadający się do noszenia, a pozostały materiał przeznaczyła na łaty dla innych. Co więcej, zaoferowała pomoc przy szyciu.

          Helmut od lat uważał, że umiejętność posługiwania się igłą jest jedną z podstaw cywilizacji. Ludzie mogli dyskutować o filozofii, polityce i sztuce wojennej, lecz wystarczyło, by pękły im spodnie, a natychmiast przypominali sobie, co naprawdę podtrzymuje porządek społeczny.

          Panna Kessler wspomniała, że była córką krawca. Pracowała wcześniej u oficera, a więc znała wymagania służby. Umiała szyć, zachowywała się przyzwoicie i co należało uznać za szczególnie godne pochwały przetrwała miesiąc szkolenia pod okiem Russela. Wszystko to składało się na obraz osoby zdecydowanie wartej bliższego poznania. Helmut wygładził mankiet i podszedł do Klary.

          - Panno Kessler - odezwał się z uprzejmym ukłonem. - Pozwoli pani, że wyrażę uznanie dla pani pracy przy mundurze. Kwatermistrz dostarczył nam odzież, której dopasowanie zdaje się opierać na przekonaniu, że wszyscy żołnierze Imperium mają tę samą sylwetkę. - Na jego twarzy pojawił się dyskretny uśmiech. - Jeżeli miałaby pani ochotę porównać doświadczenia, chętnie wymienię się kilkoma sposobami wzmacniania szwów - dodał. - Niektóre rozwiązania stosowane przez wojskowych krawców pozostają dla mnie zagadką. Podejrzewam, że ich głównym celem jest zapewnienie stałego zatrudnienia wojskowym krawcom.

          Spojrzał przelotnie w stronę Fineasza, upewniając się, że panicz nie wymaga natychmiastowej interwencji.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • DeklineD Niedostępny
            DeklineD Niedostępny
            Dekline jako Maxim Mees
            Obsługa Moderator Mecenas
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #12

            Po miesiącu szkolenia

            Pierwsze wrażenie było jednoznaczne. Nie wyglądał jak żołnierz. Wyglądał raczej jak ktoś, kto przez pomyłkę wyszedł z biblioteki, skręcił w złą ulicę i trafił prosto do koszar. Chude ramiona, wiecznie potargane włosy, okrągłe okulary, zamiast porządnego wojskowego ekwipunku. Do tego mina człowieka, który każdego ranka zadaje sobie pytanie, dlaczego jeszcze nie uciekł.

            Na początku część ludzi była przekonana, że długo nie wytrzyma. Nie radził sobie z żołnierskim życiem. Budzenie przed świtem było dla niego osobistą obrazą. Marsze uważał za bezsensowne marnowanie energii. Błoto niszczyło mu buty, deszcz niszczył książki (gdyby tylko jakieś przy sobie miał), a krzyki instruktorów najwyraźniej powodowały u niego przede wszystkim dezorientację.

            Z czasem jednak zaczęły wychodzić na jaw rzeczy, których nikt się po nim nie spodziewał.
            Potrafił czytać, pisać i mówić lepiej niż większość ochotników. Znał język klasyczny i miał sporą wiedzę akademicką. A kiedy podczas szkolenia zaczęto omawiać konstrukcję umocnień, machin i mostów, nagle okazało się, że ten przerażony bibliotekarz ma na ten temat bardzo dużo do powiedzenia.

            Potrafił wskazać, gdzie konstrukcja jest źle wykonana. Potrafił zauważyć, że coś zostało zbudowane w sposób, który wcześniej czy później doprowadzi do katastrofy. Potrafił patrzeć na machinę oblężniczą nie jak na broń, ale jak na problem techniczny do rozwiązania.

            I, ku irytacji niektórych żołnierzy, zazwyczaj miał rację.Z łukiem też radzi sobie lepiej, niż powinien. Nie jest wojownikiem. Nie ma w nim tego instynktu, który każe człowiekowi rzucić się na przeciwnika z mieczem, co najwyżej zwinnie uniknąć ataku. Za to potrafi zachować dystans, obserwować i myśleć zanim coś zrobi.

            Po miesiącu poborowi wiedzą już również coś jeszcze. Że kiedy zaczyna nerwowo poprawiać okulary, patrzeć gdzieś ponad ich ramionami ( jeśli ci akurat kucają) i mamrotać pod nosem, nie zawsze oznacza to, że się boi. Czasami właśnie wtedy zauważył coś, czego nie zauważył nikt inny.

            I dlatego, mimo że nadal wygląda jak człowiek, który absolutnie nie powinien znajdować się w wojsku, coraz mniej osób śmieje się z niego otwarcie. Bo może rzeczywiście nie jest żołnierzem.
            Ale może być cholernie przydatnym człowiekiem, którego warto mieć za plecami.

            Wieczór przed zaprzysiężeniem

            - Co proszę? Zadał pytanie sam sobie, niby pod nosem, lecz zdecydowanie zbyt głośno.
            - O..odpocząć? Ciekawy koncept, nieprawdaż?

            Maxim nie ukrywał zmęczenia, ale i radości, że w końcu, po miesiącu nie do końca sensownej mordęgi, miał w końcu chwilę dla siebie. Bardzo szybko zdecydował się na pomoc oferowaną przez Helmuta, oraz zbliżył sie nieco do Fineasza:

            - Polecam łykać na wydechu, o tak.

            Zaprezentował biorąc solidny łyk, nie marszcząc się przy tym wcale.

            - Spirytus, jak zapewne jest Panu wiadome, lotniejszy jest niźli woda i w kontakcie z rozgrzanym podniebieniem tęgo paruje i do dróg oddechowych się dostaje, stąd efekt. Chociaż zapewne Pan to wie, z tymże nie połączył faktów iż to co Mości pije to właśnie spiurytus jest, tylko z uwagi na proces produkcji, wygląda nieco inaczej, jest bardziej zanieczyszczony. To dość popularny napitek wśród osób ... mniej majętnych.

            Maxim mógł sobie darować edukowanie, tym bardziej Fineasza, ale ... nie mógł. Taki po prostu był, miał dużą wiedze, lecz brakowało mu obycia aby czasami gębę zawrzeć. Dobrze że przynajmniej forma wypowiedzi była jaka była, to jest stwierdzajaca oczywistą oczywistość, kompendiująca to co ów Panicz już wie.

            Kontakt z resztą oddziału przychodził Meesowi gorzej. Długie godziny spędzał, co oczywiste z kuzynem, lecz stronił od wiecznie uśmiechniętego Albrechta, który również niezbyt chętny był do bratania się. Jeśli chodzi o Klarę to ... cóż, kiedyś może będzie mu dane mieć żonę, ale póki co o kobietach wiedział jeno to że nie są meżczyznami i że w regularnych odstępach czasowych krwawią przez kilka dni - co samo w sobie było równie ciekawe co przerażające. Zaiste niepojętym było aby jakikolwiek żywy organizm regularnie krwawił kilka dni i nie padł od utraty posoki po kilku takich cyklach.

            Discord nie jest dla mnie wiążący ani obligatoryjny. Chcesz coś ode mnie, to zawrzyj w poście.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • ElenorsarE Niedostępny
              ElenorsarE Niedostępny
              Elenorsar jako Klara Kessler
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #13

              To była istna katorga. Zdawałoby się, że nic nie było w stanie przebić nadprogramowych ćwiczeń, które Klara dostawała w ciągu ostatniego miesiąca szkolenia wskutek początkowych spóźnień, czy późniejszego niewykonania na czas jakiegoś zadania. Czy to dodatkowe kółka biegu, dłuższa trasa czołgania, więcej kamieni w plecaku, a nawet wydłużone pływanie w lodowatym strumieniu, szczególnie po zmroku, gdy chłodny wiatr wielokrotnie wzmagał odczuwanie tak niskiej temperatury. Dzisiejszy dzień wskazał młodej dziewczynie, jak bardzo się myliła. Jedyne, co ją pocieszało to fakt, że tym razem to nie ona sama musi się męczyć, a jest to zadanie, z którym muszą walczyć wszyscy jej towarzysze, cała osiemnastka.

              Z jednej strony, gdy sierżant Russel dawał jej za karę bonusowe serie treningów, była na niego wściekła i nie raz przeklinała go w duchu, a gdy nie miał możliwości jej usłyszeć, nawet na głos, co dziwiło ją samą, bo do tej pory nigdy nie przejawiała takiego zachowania i nawet nie tolerowała, ale jakże nowe doświadczenia życiowe, potrafią człowieka zmienić. Natomiast z drugiej strony właśnie dzisiaj, w tym momencie, uświadomiła sobie, jak wiele jej to dało. Gdyby dokładnie taki trening, który właśnie była zmuszona odbywać, otrzymałaby w pierwszym tygodniu po przybyciu do Strielfortu, na pewno by nie dotrwała do końca, a może nawet połowy i bardzo prawdopodobne, że zrezygnowałaby z dalszego losu żołnierza. Natomiast teraz biegła. Ledwo, ale biegła. Chociaż czasem ciężko byłoby to nazwać biegiem, z boku mogłoby to wyglądać jak człapanie, albo usilne trzymanie się życia. Jednak nie zatrzymała się ani na chwilę, doskonale wiedząc, że postój będzie oznaczał kolejne ciężkie wymysły sierżanta. I mimo, że nie chciała tego przyznać, po części była mu wdzięczna, że do tej pory tak się nad nią znęcał, przynajmniej w jej mniemaniu, bo dzięki temu czuła, że teraz nabrała nieco siły, kondycji i wytrzymałości, aby móc dorównywać tym, z którymi właśnie pokonywała kolejne odcinki przełajów.

              centered paragraph

              Komenda o zakończeniu ćwiczenia padła na nią jak zbawienie. Zdawała sobie sprawę, że to nie jest najlepszy pomysł, gdyż później wystąpi problem ze wstaniem, ale nie miała na to sił, aby utrzymać się w pionie. Po prostu padła przed siebie na kolana, wyciągając ręce do przodu i opierając na dłoniach cały ciężar swojego ciała, czując jak drobne kamyczki wbijają się w jej dłonie, zostawiając po sobie biało-czerwone ślady. Przez kolejne minuty łapczywie wręcz połykała powietrze, choć wydawałoby się, że minęły tak naprawdę ledwie sekundy, w porównaniu do biegu, gdy ponownie musieli doprowadzić się do porządku i stanąć na baczność, co nie obyło się bez problemów.

              Kurt Berger, Komendant fortu, oficer. Kiedyś Klara stała by po tej samej stronie co on, w sensie mentalnym, bo Reissner nigdy nie brał jej ze sobą, gdy przemawiał do swoich ludzi, ale wcześniej w namiocie, niejednokrotnie mówił na głos, po co zebrał oddział i jakie informacje chce mu przekazać, a ona jak to było w zwyczaju, podsuwała co mogłoby być przekazane inaczej, a co w ogóle lepiej przemilczeć i tak samoistnie, bez wytykania błędów, były przełożony przyjmował to, jakby to były jego własne myśli. Teraz stała po drugiej stronie, kompletnie nie wiedziała czego się spodziewać, co usłyszy, ani jakim człowiekiem jest Kurt. Słuchając go myślała o tym, jak wyobrażała sobie życie żołnierza, jak widziała je do tej pory, a jakie ono było naprawdę po tych kilku tygodniach. Te dwa obrazy mało się ze sobą łączyły. Dla niej żołnierz to był głównie ten co dowodzi, podejmuje decyzje i analizuje sytuację, a nie ten co wykonuje rozkazy. Zdawała sobie sprawę, że są podwładni, którzy wykonują polecenia, sama takim była, ale nigdy nie miała z nimi aż takiej styczności od strony wojskowej, a jej relacja z oficerem była dosyć specyficzna. Ona była tą cichą służącą, gdzie wśród narady oficerów była gdzieś z tyłu, w cieniu, podawała jadło i napoje, a także mapy, listy, decyzje, czy też gdy były oficer na głos zastanawiał się nad jakąś sytuacją, to ona delikatnie przypominała mu myśl, aby nie skompromitować go przy reszcie elity wojskowej.

              Boleśnie zderzyła się z rzeczywistością wojskową, gdy się zaciągnęła. Znajomość życia wojskowego od góry nie dawała jej niemal żadnej przewagi tam, gdzie liczyły się siła i wytrzymałość. Niby wiedza o hierarchii i obyczajach powinna sprawiać, że lepiej odnajdywałaby się wśród przełożonych, natomiast relacja jaka wywiązała się między nią, a Reissnerem nauczyła ją złego nawyku, odzywania się w momentach, kiedy nie powinna. Mimo tych przeciwności dotrwała do końca. Stała teraz dumnie, na ile to było możliwe, po tak ciężkim wysiłku fizycznym i rozglądała się wzrokiem po obecnych. Była jedną z nielicznych kobiet, które dotrwały do końca, co napawało ją jeszcze większą dumą. Inaczej wyobrażała sobie wojsko. Chciała sama decydować o swoim losie, a tymczasem miała związać się z armią na resztę życia. Mimo tej sprzeczności nie zamierzała się wycofać. Dotrwała do końca szkolenia i chciała zrobić kolejny krok. Można powiedzieć, że dalej będzie kimś w roli służącego, bo taki zwykły szeregowy za wiele się nie różni, bo wykonuje polecenia tak, jak wcześniej ona, czy zapewne Helmut Kumm, który miał podobny fach do niej przed szkoleniem w Strielfort, chociaż miała wrażenie, że on się go do końca nie wyzbył. Teraz to już wie, ale różnica, którą widziała pomiędzy sługą oficera, a szeregowym była taka, że ten drugi może kiedyś stać się kimś ważniejszym, a sługa pozostanie sługą, a ona nie chciała zostać nim na zawsze.

              centered paragraph

              Z początku udając się do namiotu uważała, że jedyne na co będzie miała dzisiaj siłę to odpoczynek. Tak nawet planowała, położyć się i wyspać przed jutrzejszą przysięgą. Jednak gwar namiotu i ochota do świętowania co poniektórych towarzyszy nieco ją pobudziła i także postanowiła się nieco rozerwać, na ile pozwalały jej na to obolałe mięśnie. W pewnym momencie wieczoru, gdy gwar zaczął się już uspokajać, podszedł do niej Helmut zagadując o jej doświadczenie krawieckie.

              - Dziękuję bardzo. - Odpowiedziała z uśmiechem Klara. - Prawdę mówiąc, gdybym trzymała język za zębami, nie miałabym tego problemu, aby musieć doprowadzać go do porządku. - Cicho odchrząknęła przy czym spojrzała na swój mundur, który rzeczywiście wymagał dużo pracy, aby doprowadzić go do takiego stanu. Zaproponowała następnie, aby wymienili się doświadczeniami i porównali znane sobie metody szycia, szczególnie te stosowane przez wojskowych krawców.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • MortarelM Niedostępny
                MortarelM Niedostępny
                Mortarel jako Helmut Kumm
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Mortarel
                #14

                Ostatni wieczór przed zaprzysiężeniem miał w sobie coś z uczty wydanej na cześć ludzi, którzy właśnie uniknęli śmierci, choć nazajutrz zamierzali uroczyście zobowiązać się do ponownego wystawiania się na jej kaprysy.

                Helmut Kamm przyjmował ten paradoks ze zwykłym spokojem. Po tygodniach musztry, marszów i ćwiczeń, podczas których sierżant Russel zdawał się osobiście sprawdzać granice ludzkiej wytrzymałości, rekrutom pozwolono wreszcie odetchnąć. Pojawiła się gorzałka, rozmowy nabrały swobody, a niektórzy zaczęli nawet wyglądać na szczęśliwych. Helmut uznał to za zjawisko godne odnotowania, choć zapewne przejściowe.

                Sam również zamierzał skorzystać z okazji. Nieczęsto bowiem trafiał się wieczór, podczas którego można było porozmawiać z przyszłymi towarzyszami broni bez konieczności przekrzykiwania komend, dźwigania ekwipunku lub rozważania, czy własne stopy nadadzą się jeszcze do użytku następnego dnia.

                Naturalnie nie spuszczał przy tym z oka panicza Fineasza. Wszak człowiek mógł pozwolić sobie na odrobinę swobody, nie zaniedbując obowiązków.

                igła.png

                Dialog z Maximem, Gerhardem i Fineaszem

                (...)

                -Kłaniam się nisko mości Państwu. Panowie wybaczą, nie znamy się, ale jak widać będzie nam dane razem służyć. Nazywam się Maxim Mees, skryba, inżynier, cyrulik, każdego fachu zaznałem po trochu podczas swego długiego życia.

                Max nie miał zamiaru tak od razu prosić o przeróbkę, liczył że osoba dobrze wychowana sama zaproponuje pomoc widząc nieład odzienia i związany z tym dyskomfort.

                -Przybyliśmy wraz z moim kuzynem a i zarazem odnalezionym po latach druhem, pozwolicie Panowie że przedstawię: Gerhard Adlerhorst. Zacny i porządny to mąż, tyle rzec muszę ja, gdyż przez wrodzoną skromność, sam o sobie nie wyobraża sobie tak powiedzieć. Młody człowiek, to prawda, lecz pełen zapału i wigoru. - rzekł o nim Maxim pewnego dnia gdy przyszło im rozmawiać z kimś kto zdawał się mieć własnego sługę w obozie, choć żadnego "von" na placu nie słyszeli, a tego by spodziewali się po szlachcicu.

                -Już nie taki młody kuzynie, mówcie mi Eiche - odpowiedział wywołany do tablicy przez krewnego. Trochę go zaskoczyła ilość komplementów, ale Maxim lepiej znał się na etykiecie od niego, toteż przyjął je cierpliwie bez prób podziękowania czy grzecznościowego zaprzeczania przy nowopoznanych.

                Helmut odpowiedział obu mężczyznom ukłonem, nieco głębszym wobec starszego z nich.

                -Helmut Kamm, do usług panów. Mam zaszczyt od dwudziestu dwóch lat pozostawać w służbie panicza Fineasza Hohenwarta. Obecnie, jak panowie widzą, również w służbie Wielkiego Księstwa Ostlandu. Choć przyznam, że ta druga instytucja wykazuje znacznie mniejsze zainteresowanie stanem garderoby swoich podopiecznych.

                Helmut przeniósł wzrok na Gerharda i skinął mu z szacunkiem.

                -Panie Adlerhorst, miło mi pana poznać. Pańska sprawność podczas ćwiczeń nie uszła mojej uwadze. Szczególnie podczas tych, przy których ja osobiście rozważałem już skorzystanie z usług kapłanów Morra.

                Helmut przyjrzał się obu mężczyznom uważniej. Ich mundury przedstawiały widok, który w jego pojęciu stanowił obrazę nie tyle dobrego smaku, ile samej idei odzieży. Materiał marszczył się tam, gdzie powinien przylegać, i zwisał tam, gdzie należało go dopasować. To jednak dało się naprawić. Znacznie poważniejsza sprawa znajdowała się nieco wyżej. Włosy uczonego.

                Helmut zachował uprzejmy wyraz twarzy, choć przez krótką chwilę poczuł tę samą bezradność, jakiej doświadczał chirurg na widok rany, którą ktoś uprzednio próbował leczyć końskim łajnem. Nie zamierzał jednak okazywać dezaprobaty. Człowiek uczony miał zapewne ważniejsze sprawy na głowie niż włosy, choć akurat w tym przypadku należało żałować, że nie znalazł dla nich choć odrobiny czasu.

                -Jeśli pozwolą panowie na drobną uwagę, oba mundury wymagają kilku poprawek. Nic poważnego, zapewniam. Tu należałoby skrócić rękaw, tam zebrać nieco materiału, poprawić linię ramion... Odrobina pracy z igłą i nicią powinna przywrócić im właściwe proporcje. Chętnie się tym zajmę, jeśli panowie wyrażą życzenie. W końcu będziemy składać przysięgę, a mundur powinien przynajmniej sprawiać wrażenie, że został uszyty dla człowieka, który go nosi. - Helmut zawiesił głos na moment, po czym zwrócił się ponownie do Maxima.

                -A skoro wspomniał pan o praktykowaniu sztuki cyrulickiej, pozwolę sobie zaproponować również pewną drobną przysługę w tym zakresie. Pańska fryzura posiada niewątpliwie wiele swobody. Obawiam się jednak, że sierżant Russel może nie podzielać naszego uznania dla indywidualizmu.- Następnie spojrzał na Gerharda i skłonił lekko głowę.

                *-Oczywiście, panie Adlerhorst, byłoby z mojej strony wielkim nietaktem nie zaproponować panu tego samego. Jeśli panowie zechcą poświęcić mi po kwadransie, z przyjemnością zadbam, by obaj Panowie prezentowali się stosownie do uroczystości.- *Uśmiechnął się uprzejmie.

                -W pańskim przypadku, panie Adlerhorst, będzie to zapewne kwestia kilku drobnych poprawek. Natomiast pan Mees, jako człowiek nauki, z pewnością doceni zalety nieco bardziej gruntownego podejścia.

                Maxim poczuł się zaiste ważnym człowiekiem na widok grzecznościowego ukłonu Helmuta, głębszego niż w przypadku kuzyna, z którym co prawda nie konkturował. Co prawda zdawał sobie sprawę, że jak mówi się w pewnych gronach: "ciągnie swój do swego", lecz co innego porzekadło oraz przekonania,a co innego fakt zastany. Swój częściowy zachwyt postanowił uzewnętrznić, może nazbyt energicznie.

                -Ależ gdzieś bym śmiał prosić Pana o takie przysługi. Wszakże również i Pan jest ztrudniony wysiłkiem ostatnich tygodni. Niemniej jednak, co prawda to prawda, nasze odzienie woła o pomstę do nieba, a ja niestety nie posiadam zarówno narzędzi jak i umiejętności. Także bardzo byśmy byli rad z kuzynem, jeśli zaszczyciłby nas Pan, prezentując swe umiejętności.

                -Moja fryzura? Powiem szczerze i z serca, że w otoczeniu z którego się wywodzę taki właśnie artystyczny nieład był nie tyle standardem, co stanem oczekiwanym. Oczywiście ma Pan całkowitą rację, w bieżącej sytuacji właściwym byłoby zadbanie o prezencje adekwatną do okoliczności. Widzę że jest Pan osobą godną zaufania, także z ochotą skorzystam z propozycji. Zaznaczam jednak iż mimo wykształcenia nie uważam się, oraz de facto nie jestem szlachetnie urodzony; nie uważam za rozsądnie udawania kogoś kim nie jestem i raczej nigdy nie będę.

                Fineasz skinął Helmutowi z wyraźnym zadowoleniem.

                – Dziękuję Helmucie. Jak zwykle przedstawiłeś mnie lepiej, niż sam bym to zrobił.

                Potem zwrócił się do obu mężczyzn z uprzejmą powagą.

                – Nie mniej, w wojsku trzeba mówić za siebie. Fineasz Hohenwart. Tak z tych Hohenwartów z Wolfenburga. Pochodzę z rodziny kupieckiej, o dość dużych ambicjach. Prowadzimy w naszych stronach firmę przewozową. Jest na rynku od wielu pokoleń. – Uśmiechnął się lekko. – Miło mi panów poznać. Pan Mees brzmi jak człowiek, z którym można będzie odbyć niejedną interesującą rozmowę, a pan, panie Adlerhorst... cóż, pańska sprawność podczas ćwiczeń również nie uszła mojej uwadze.

                Gdy rozmowa zeszła na włosy, Fineasz odruchowo musnął dłonią własną, idealnie równą grzywkę.

                – A w kwestii fryzur, jak i poprawek w ubiorze, mogę tylko potwierdzić, że warto zdać się na osąd Helmuta. Zwłaszcza w kwestiach balwierskich. Traktuje włosy niemal z taką samą powagą, z jaką inni traktują sprawy państwowe.– Zawiesił głos na moment. – I słusznie. Przyszły żołnierz księstwa wszędzie winien prezentować się godnie.

                Helmut przyjął zgodę Maxima z dyskretnym zadowoleniem.

                -Ależ panie Mees, proszę nie wspominać o trudach. Po ostatnich tygodniach możliwość zajęcia się czymś, czego nie trzeba kopać, dźwigać ani zabijać, jest dla mnie prawdziwym wytchnieniem. Co zaś do pańskiego pochodzenia, zapewniam, że dobre maniery i schludny wygląd nie są wyłącznym przywilejem szlachty.

                Rozpoczął od mundurów obu kuzynów. Poprosił panów o wyprostowanie się, uniesienie ramion i wykonanie kilku kroków, po czym zaznaczył miejsca wymagające poprawek. Igła i nić szybko przywróciły odzieniu właściwe proporcje. Helmut zadbał przy tym, by mundury nie tylko dobrze leżały, ale również pozwalały swobodnie się poruszać. Następnie przygotował nożyce, grzebień, brzytwę, mydło oraz miskę z ciepłą wodą i zaprosił Maxima na miejsce.

                -Co do pańskiego artystycznego nieładu, nie śmiałbym kwestionować obyczajów ludzi nauki. Obawiam się jedynie, że sierżant Russel mógłby uznać je za przejaw niesubordynacji.

                Rozczesał włosy uczonego, skrócił je na karku i wokół uszu, zachowując naturalne fale po bokach. Grzywkę wyrównał szczególnie starannie, pozostawiając jej łagodną, równą linię. Nie chciał pozbawiać Maxima charakterystycznego wyglądu, a jedynie nadać mu kształt świadczący o tym, że właściciel włosów pozostaje z grzebieniem w stosunkach przynajmniej dyplomatycznych.

                Potem zwilżył ciepłą wodą twarz uczonego, oczyścił ją z pyłu i potu, nałożył mydlaną pianę i sprawnymi pociągnięciami brzytwy usunął zarost. Na koniec przemył skórę chłodniejszą wodą, osuszył czystym ręcznikiem i poprawił ostatni niesforny kosmyk.

                Helmut odłożył grzebień i przyjrzał się rezultatowi z wyraźnym zadowoleniem. Poprawił jeszcze jeden kosmyk nad czołem Maxima, po czym cofnął się o krok.

                -Znakomicie, panie Mees. Przyznam, że ta fryzura wyjątkowo panu służy. Powiedziałbym nawet, że wygląda Pan teraz na przedstawiciela tego samego, dość wąskiego kręgu towarzyskiego o nienagannych standardach.

                9wgAbhg.png

                - Dziękuję Panowie za dobre słowo - Maxim odparł na komplement - Miło Was poznać.

                - Kuzyn faktycznie lepiej nadaje się do pogawędki, ale chętnie posłucham, szczególnie jeśli macie wieści o Kislevie.

                - Za strzyżenie podziękuję. - rzekł po czym oddał się w ręce Helmuta do pomiarów i w ciszy obserwował jak zmienia się fryzura kuzyna. Nastała dłuższa cisza.

                -Talent w rękach, zaiste - odparł krótko widząc przemianę oblicza Maximusa - serdeczne dzięki.

                -Wśród kupców najlepiej odwdzięczać się walutą - odpowiedział Maximowi, mówiąc to wyjął z mieszka 8 pensów i wręczył je Helmutowi - uwzględniając poprawki w mundurze - dodał widząc lekkie zdziwienie w jego oczach.

                Helmut przyjął osiem pensów z lekkim ukłonem, po czym przez chwilę przyglądał się monetom z wyrazem szczerego uznania.

                -Panie Adlerhorst, pańska hojność przynosi zaszczyt całej pańskiej rodzinie. Widzę, że nie tylko zna pan wartość dobrze wykonanej pracy, lecz również potrafi ją należycie wynagrodzić. To cecha godna prawdziwego dżentelmena.

                Schował monety z należytą starannością.

                -Zapewniam, że obaj panowie mogą odtąd liczyć na moją szczególną troskę w kwestiach garderoby. W razie pańskiej przedwczesnej śmierci, panie Adlerhorst, osobiście dopilnuję, by przed pochówkiem poprawiono panu kołnierz. Nie godzi się przecież, aby człowiek pańskiej szczodrości stawał przed Morrem wyglądając jak pierwszy lepszy żołdak.

                igła.png

                Dialog z Klarą

                (...)
                |=-Dziękuję bardzo. - Odpowiedziała z uśmiechem Klara. - Prawdę mówiąc, gdybym trzymała język za zębami, nie miałabym tego problemu, aby musieć doprowadzać go do porządku. - Cicho odchrząknęła przy czym spojrzała na swój mundur, który rzeczywiście wymagał dużo pracy, aby doprowadzić go do takiego stanu. Zaproponowała następnie, aby wymienili się doświadczeniami i porównali znane sobie metody szycia, szczególnie te stosowane przez wojskowych krawców.=|

                Na propozycję Klary oczy Helmuta wyraźnie rozbłysły.

                -Doprawdy, panno Kessler? Och, z największą przyjemnością!

                Odpowiedział nieco zbyt szybko. Odchrząknął więc dyskretnie, usiłując przywrócić twarzy zwykły wyraz opanowania.

                -To znaczy... wymiana doświadczeń z osobą o pani umiejętnościach byłaby dla mnie prawdziwym zaszczytem.

                Jego wzrok powędrował ku mundurowi Klary. Zatrzymał się na linii ramion, zsunął ku talii, a następnie podążył wzdłuż bocznych szwów. Helmut przyglądał się im z takim skupieniem, jakby oceniał dzieło wybitnego mistrza krawieckiego.

                -Muszę przyznać, że ma pani niezwykłe wyczucie proporcji. Szczególnie podoba mi się sposób, w jaki zebrała pani materiał w talii. Dopasowany, lecz nie nazbyt ciasny... Pozostawia swobodę ruchu, a jednocześnie pięknie podkreśla linię.

                Urwał na moment, po czym uniósł wzrok ku twarzy Klary.

                -Wybaczy pani mój entuzjazm. Rzadko spotykam kogoś, kto rozumie, jak wielkie znaczenie ma właściwe dopasowanie.

                Złożył dłonie za plecami, choć palce aż świerzbiły go, by dokładniej obejrzeć wykonane poprawki.

                -Byłbym niezmiernie rad, gdyby zechciała mi pani kiedyś zademonstrować swoją technikę. Szczególnie interesuje mnie sposób, w jaki prowadzi pani igłę przez grubsze warstwy materiału. Osobiście uważam, że nie należy się spieszyć. Najpierw trzeba wyczuć odpowiednie miejsce, następnie zastosować właściwy nacisk... a reszta, przy odrobinie wprawy, przychodzi niemal sama. -Uśmiechnął się z nieskrywanym zadowoleniem.

                -Ach, panno Kessler, obawiam się, że moglibyśmy spędzić nad tym całe godziny. Oczywiście, jeśli nie uzna pani mojego zainteresowania za nazbyt natarczywe.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                1
                • ElenorsarE Niedostępny
                  ElenorsarE Niedostępny
                  Elenorsar jako Klara Kessler
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #15

                  Początkowo Klara przyjmowała komplementy Helmuta z uśmiechem, jednak gdy jego wzrok skierował się na jej ramiona, a następnie bardzo szczegółowo zaczął śledzić linię jej talii, aż po boczne szwy munduru, poczuła się nieco nieswojo, nie będąc przyzwyczajoną do takiego zainteresowania i tak uważnego spojrzenia. Na jej policzkach pojawiły się delikatne rumieńce. Odruchowo sięgnęła do upięcia włosów, sprawdzając, czy żaden kosmyk włosów nie wymyka się spod kontroli. W tej samej chwili uświadomiła sobie, że dzisiaj nie musi już trzymać włosów spiętych. Wyjęła więc spinki, pozwalając, by opadły kaskadą na ramiona. Kosmyki zasłaniające jej twarz odgarnęła za uszy.

                  - Dziękuję, panie Kumm. - Odchrząknęła cicho. - Myślę, że jednak łatwiej będzie mi pokazać, jak to zrobiłam, zamiast zwyczajnie omawiać.

                  Zdjęła wierzchnią część munduru pozostając w koszuli, po czym odwróciła materiał na lewą stronę, odsłaniając wykonane przez siebie poprawki. Była pewna, że niewiele osób byłoby w stanie stwierdzić, które elementy były szyte oryginalnie, a które zostały wykonane przez nią. Jedynie świeża nić zdradzała miejsca, w których dokonała poprawek.

                  - W tym miejscu zebrałam nadmiar materiału. Początkowo chciałam odciąć go zdecydowanie więcej, aby był bardziej dopasowany, tak jak chodzę ubrana na co dzień, ale uznałam, że podczas ćwiczeń przyda mi się nieco więcej swobody. - Wskazała palcem kolejne miejsca. - Najpierw wszystko sfastrygowałam, a dopiero po przymierzeniu przeszyłam na stałe. Przy grubszym materiale najlepiej sprawdza mi się ścieg za igłą, chociaż zajmuje więcej czasu. Szczególnie tam, gdzie szwy są najbardziej naprężone.

                  - Muszę jednak przyznać, że wojskowi krawcy mają chyba nieco inne podejście do swojej pracy niż to, którego mnie uczono.* - Wskazała na jeden ze szwów, który wydawał się zdecydowanie starszy i możliwym było, że nie został wykonany przez żadnego rekruta. - W tym miejscu pozostawiono spory zapas materiału. Podejrzewam, że celem tego zabiegu było to, aby mundur można było dopasować do innego żołnierza, co akurat jest rozsądne, patrząc na to, w jaki sposób dobierane są nam mundury. Z łataniem bywa już różnie.

                  Przesunęła palcem wzdłuż jednej z naprawionych dziur.

                  - Proszę spojrzeć tutaj. Zanim sama poprawiłam mocowanie tej łaty, poprzednia była przyszyta tak rzadkim ściegiem, że wystarczyło mocniej pociągnąć materiał, żeby zaczęła odchodzić. Dlatego podłożyłam od wewnątrz dodatkowy kawałek tkaniny, a brzegi przyszyłam gęściej. Szczególnie przy ramionach i pod pachami, gdzie materiał jest ciągle naprężany podczas ruchu.

                  Spojrzała na Helmuta z lekkim uśmiechem.

                  - Chociaż tak myślę, że z drugiej strony, gdybym musiała każdego dnia naprawiać kilkadziesiąt mundurów, pewnie sama zaczęłabym szukać sposobów, by skończyć pracę przed zmrokiem. A pan jak uważa?

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • WiredW Niedostępny
                    WiredW Niedostępny
                    Wired jako Gerhard Adlerhorst
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Wired
                    #16

                    Miesiąc minął bardzo szybko i szczerze niewiele mieli czasu na luźne pogawędki, nawet z szóstką mieszkającą w tym samym namiocie. Paręnaście godzin dziennie treningów, od których nie raz ciężko było w kantynie podnieść rękę, przepierka, kolejka do latryny wieczorem i spać, bo o świcie znowu zbiórka.
                    - Rutyna gorsza niż w świątyni - przeszło Gerhardowi przez myśl - tam chociaż był czas na modlitwę i poranek rozpoczynał się wolniej. Dobre tyle, że był przyzwyczajony wstawać ze słońcem, zwykle zdążył się pomodlić zanim była brać żołnierska wzywana na zbiórkę, a gdy nie mógł to nic nie szkodzi, nadrabiał wieczorem. Poza nawiązaniem poprzez kuzyna trochę lepszej znajomości z Hohenwartami, nadal reszty praktycznie nie znał. Więcej okazji było do rozmowy z innymi drużynami gdy razem ćwiczyli, bo w pary dobierani byli losowo, niż z własnym namiotem.

                    Ostatni trening był niewątpliwie męczący, podłe długie kardio sprawiało że każdy z nich miał ochotę wypluć płuca, jakby sierżant starał się celowo upodlić ich przed kapitanem. Wreszcie pogadanka, spocznij i luz. Padał i jedynie siłą woli starał się wyglądać normalnie.

                    Nie małe było jego zdziwienie gdy zobaczył żołnierzy pijących alkohol, pozwolono wszak na zabawę, nie na łamanie regulaminu i prawa. Kara? Od karnych ćwiczeń przez karcer, a nawet wstrzymanie żołdu. Nie miał jednak sił ani chęci pouczać innych, jutro zrobi to sierżant Russel.

                    Zmęczonym wzrokiem odganiając pot z czoła spojrzał w kierunku oddalającego się kapitana. Bez sensu jednak byłoby go teraz gonić, zresztą, zrządzenie losu sprawiło że nie miał okazji z nim wcześniej pomówić, niepotrzebnie się wyrwać. Jutro będzie już pełnoprawnym żołnierzem i nie będzie możliwości oddalić go z tego miejsca. Wtedy z nim porozmawia.

                    Wrócił do namiotu, okiem ogarnął swoją pryczę, usiadł, posłuchał trochę co mówią inni i postanowił pójść przede wszystkim się umyć (i zmyć pył i błoto z munduru, do rana wyschnie) zanim dołączy do reszty w rozmowach, ale pewien był, że z jego strony zero alkoholu i hazardu, czy częstowania się jedzeniem z nieznanego pochodzenia co mogło leżeć miesiąc w torbie Albrechta. Zamierzał słuchać. Obserwować, a mniej mówić. Jak zwykle. Jedynie przed wyjściem nad strumień mijając Helmuta i Klarę poprosił tego pierwszego na chwilę na bok i rzekł nieco ciszej:
                    - Panie Kumm, nie chcę robić za wieszczącego złe nowiny, ale baczcie na Pana Fineasza i zadbajcie by w tym stanie nie wychodził z namiotu. SIerżant rzekł o zabawie, nie o łamaniu prawa Strielfortu, a poznaliśmy go chyba dość by wiedzieć jakie będą jutro konsekwencje jeśli przyuważy kogokolwiek pod wpływem alkoholu.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • GaranilG Niedostępny
                      GaranilG Niedostępny
                      Garanil jako Mistrz Gry
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez Garanil
                      #17

                      Dzień królewski, 1 tydzień czasu Sigmara 2520 KI.
                      Strielfort, kilka godzin przed świtem

                      Muzyka!

                      Rekruci, po wieczorze pełnym odprężenia, zabawy, oraz kilku głębszych, legli wreszcie złożeni znużeniem. Wszak należało prezentować się godnie dnia następnego. Zostaną zaprzysiężeni. Wreszcie będą żołnierzami, a nie "świeżym mięsem", "zmokłymi kurami". Wreszcie skończą się pogardliwe określenia typu "poborowy", czy "rekrut". Czasami, z rzadka, padało również "kadet", ale nie było ono szczególnie źle nacechowane. I dlatego padało rzadko.

                      Kadeci w większości byli przecież szkoleni na oficerów, nie na piechotę. A przynajmniej tak mógł to sobie tłumaczyć Hohenwart, który przecież w istocie był kadetem.
                      Noc była lekko chłodna i spokojna. W oddali było jedynie słychać szum wiatru. Czasem do fortu doleciało pohukiwanie sów. Czasami gdzieś w oddali skrzypnął kawałek deski. Na wieżach obronnych fortu paliły się niemrawo światła, gdy członkowie drużyny II Strielfortu przechadzali się po blankach, trzymając warty i wyglądając zagrożeń.

                      Ale nawet te ciche odgłosy nocy, czy skrzypnięcia drewna, nie były w stanie zmącić snu, niekiedy przerywanego pochrapywaniem. Pole namiotowe, w którym zakwaterowani byli tak żołnierze jak i rekruci, było spokojne. Rekruci zajmowali "beczki" na samym skraju pola namiotowego.

                      Kruszywo Triefplatzu zachrzęściło cicho, gdy cztery postaci weszły na plac. dwie z nich jęły rozpalać pochodnie, natomiast pozostałe dwie, pewnym krokiem ruszyły na skraj pola namiotowego. Nie potrzebowały widzieć drogi. Znały ją na pamięć. Jedna z nich miała w ręku ostlandzki róg sygnałowy, natomiast druga trzymała w jednym ręku obnażony miecz, a w drugiej żelazny pręt.

                      Ciszę przerwało walenie prętu o miecz. Za chwilę druga postać zadęła przeciągle w róg. Nieprzyjemne, wysokie brzmienie wibrującego żelaza wymieszało się z dźwiękiem rogu raban obudziłby umarłego. Po chwili w ciemności słychać było głos Sierżanta Otto Russela.

                      -WSTAWAĆ REKRUCI, WSTAWAĆ! MACIE PIĘĆ MINUT NA STAWIENIE SIĘ NA PLACU Z PEŁNYM RYNSZTUNKIEM!-

                      Niektórych dosłownie wybiło z pościeli. Ktoś spadł z łóżka. Ktoś kurwił na czym świat stoi i przeklinał nazwisko sierżanta i jego rodzinę do pięciu pokoleń wstecz, próbując w ciemności założyć lewy but, na prawą stopę.

                      Poproszę wszystkich o rzut na spostrzegawczość (konkretnie jest to nasłuchiwanie) z modem -10. Zdany test oznacza iż postać obudziła się zanim Russel wszczął raban, słysząc jego kroki nieopodal namiotu. Następnie wszyscy wykonują test odporności. Ci którzy zdali nasłuchiwanie, mod -5. Ci którzy nie zdali, mod -10. Każdy kto nie zda rzutu na zmęczenie, otrzymuje -5 do wszystkich cech na czas nocnych ćwiczeń z tytułu zmęczenia.

                      Sierżant jeszcze przez chwilę bił żelazem o żelazo, i jeszcze przez chwilę darł gębę. Przez całe pole namiotowe przetoczyły się jęki niezadowolenia i zduszone klątwy. I już było wiadomo, że to nie jest tylko koszmarny sen i bycie nawiedzanym nocą przez Russela. To niestety faktycznie mogło oznaczać tylko jedno. Cholerne nocne ćwiczenia.

                      Przed świtem, w dzień zaprzysiężenia. To albo żart niewczesny, albo podstęp okrutny. Nie zmieniało to jednak faktu iż rozkaz jest rozkazem.

                      Aby wyrosły nam skrzydła, każdego dnia musimy rzucać się w przepaść.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      1

                      Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                      Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                      Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                      Zarejestruj się Zaloguj się
                      Odpowiedz
                      • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                      Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                      • Najpierw najstarsze
                      • Najpierw najnowsze
                      • Najwięcej głosów


                      • Zaloguj się

                      • Nie masz konta? Zarejestruj się

                      • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                      Powered by NodeBB Contributors
                      • Pierwszy post
                        Ostatni post
                      0
                      • Kategorie
                      • Ostatnie
                      • Tagi
                      • Popularne
                      • Świat
                      • Użytkownicy
                      • Grupy
                      • Strona startowa