Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Niedostępny
    SantorineS Niedostępny
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #119

    Oryginalny autor: Zell

    Wellentag; południe; kryjówka pod zwaloną wieżą

    Jeszcze przed nocną akcją i wypłynięciem Mergi, Heinrich przybył do jej kryjówki, odziany jak był jeszcze w hospicjum. Nie mając podparcia laski szedł pewnie, nie wydając się jej nawet potrzebować, choć czasem jeszcze zdawał się z większa ostrożnością stawiać kroki.
    Po zaanonsowaniu swojej obecności kodem, został od wejścia przywitany przez Myszkę, a obecna Norma zapytała czemu się tu zjawia.

    - Mam nowe wieści dla Wielebnej, które też mogą jej umilić podróż. - początkowe słowa wypowiedziane były bardziej zachrypniętym głosem, aby pod koniec otrząsnęło się gardło i ton głosu ułagodził się lekko.

    - To poczekaj. Zapytam. Bo czcigodna teraz zajęta. - Norma przyjęła go jako gospodyni. I skinęła na drobną mutantkę. Ta odparła podobnie i ruszyła pod ścianę gdzie piec, szafki i stoły od zeszłej zimy stanowiły jej królestwo. Nadając tej ponurej, podziemnej budowli nieco domowego ciepła i swojskich posiłków. Teraz też została sama ze swoim gościem gdy toporniczka znikła w korytarzu jaki prowadził w trzewia kryjówki. Odmieniec wróciła do Heinricha przynosząc mu zwykły, gliniany kubek z winem.

    - A może wolisz kompot na ciepło? Bo też mam. I bigos ze śledziami. - zaproponowała mu wskazując gdzieś w stronę garów na piecu. Coś tam widocznie się bulgotało bez pośpiechu. - Bo właśnie zrobiłam. One to już się szykują do podróży. - powiedziała i tym razem pokazała na pakunki ustawione pod jedną ze ścian. Jakieś torby, plecaki, zwinięte koce i derki. Wszystko wyglądało jak przygotowane do podróży. Dość szybko wróciła toporniczka z Norski.

    - Musisz poczekać. Mistrzyni robi swoją robotę. Teraz nie może przerwać. Jak skończy to przyjdzie. - oznajmiła gwardzistka niebieskiej wiedźmy gdy usiadła przy swoim krańcu stołu. Tam leżały jej topory. Ona zaś ujęła jeden z nich i bez pośpiechu zaczęła go ostrzyć.


    Pod ziemią Heinrich nie był pewny ile czekał z dwiema towarzyszkami. Zanim Norma nie podniosła głowy znad swoich toporów gdzieś w głąb, popatrzyła tam chwilę i skinęła mu głową. Po chwili rzeczywiście ukazała się rogata wyrocznia. Chociaż w dość niecodziennym jak na nią stroju. W oczy rzucał się gruby, rzeźnicki fartuch albo podobny. Związany w talii a za pasem były wsadzone grube, robocze rękawice też skórzane. Na szyi zaś gogle ochronne i sądząc po jasnych owalach wokół fioletowej twarzy to pewnie niedawno je ściągnęła. Bo na twarzy i szyi krople potu rzeźbiły ślady w jakimś brudzie czy sadzy. Pod fartuchem zaś miała jakąś zwykłą koszulę, też niezbyt czystą. Więc wyglądała całkiem inaczej niż zwykle na spotkaniach podczas narad.

    - Witaj Heinrichu. Mam nadzieję, że nie czekałeś za długo. Myszka, możesz mi coś podać do picia? Strasznie mnie suszy po tym laboratorium. - przywitała się z gościem jak i z ulgą usiadła przy złączonych stołach. Mutantka pokiwała głową i od razu ruszyła w stronę kuchennego zakątka. Z bliska wyrocznia sprawiała wrażenie jakby ćwiczyła rolę kowala. W każdym razie biło od niej gorąco a nawet końcówki włosów miała mokre od potu. Ale wydawała się w dobrym humorze.

    - Cóż cię do mnie sprowadza Heinrichu? - zapytała zerkając na swojego gościa swoimi niesamowitymi, złotymi oczami.

    Heinrich musiał w duchu przyznać, że Merga była jedną z takich kobiet, które nawet pobrudzone, zmęczone i spocone miały w sobie to pociągające piękno.

    - Przynoszę nowiny, które wprost wyszły z ust pacjenta hospicjum wybranego przez Vestę. Polecam kiedyś osobiście z Georgiem porozmawiać, bo oferuje rozmowa z nim niezapomniane doświadczenia poznawcze. - stwierdził szczerze - Już na dzień dobry był na nas zirytowany, że znowu przychodzimy póki nie zrozumiał, że jeszcze z nim nie rozmawialiśmy.

    - Ah, George? Tak, ostatnio Otto o nim mówił. Podobno jest bardzo obiecujący. - Merga pokiwała głową i całkiem dziewczęcym ruchem odgarnęła jakiś kosmyk ciemnych włosów poza swoje rogi. I przyjęła z wdzięcznością kubek od Myszki jaki wypiła duszkiem. Aż jej strużki kompotu pociekły z krańców ust. Po czym od razu podstawiła kubek po kolejną porcję i gospodyni znów ją poczęstowała. Drugi też wypiła chyba z połowę od razu nim znów podstawiła go pod dzbanek. Dopiero ten odstawiła na stół i otarła usta rękawem.

    - George. Tak, żałuję, że już się z nim nie spotkam przed wyjazdem. Dzisiaj odpływam. Cokolwiek by się nie wydarzyło w świątyni. Nie mogę dłużej czekać. Ale życzę wam powodzenia. Przyjdę jeszcze do “Mewy” bo mam parę ostatnich spraw do omówienia. A właśnie, Norma weź pójdź do laboratorium i przynieś te pudełko co ci mówiłam, że musimy zabrać i zostawić. - powiedziała płynnie i zwróciła się do swojej gwardzistki niezmordowanie ostrzącej swój topór. Ta pokiwała swoimi mysimi warkoczykami, wstała i z wilczą gracją zniknęła w tym samym korytarzu z jakiego właśnie wyszła rogata wyrocznia.

    - Ah tu jest tyle do zrobienia, żebym mogła tu siedzieć następne dwa tygodnie. No ale nie mogę dłużej czekać. - rogata wiedźma zaśmiała się i otarła spocone czoło niezbyt czystym rękawem. Widząc to Myszka zostawiła dzbanek z kompotem i poszła po jakiś ręcznik.

    - Ale kończę już te bomby z immaterium. Dawno nie korzystałam z technomancji. Zwłaszcza tak aby to było do użycia przez kogoś innego. Gdybym zostawała z wami to byłoby prostsze. A tak to muszę nad tym popracować trochę więcej. No ale niestety nie da się obejść bez słów mocy więc Joachim będzie niezbędny aby je uruchomić. Ale to już później mu wyjaśnię. No ale mów, mów Heinrichu bo ja tak cały czas gadam o sobie a przecież masz jakieś ciekawe wieści od tego Georga prawda? - zaczęła mówić jakby na szybko chciała streścić ze sto różnych spraw ale zreflektowała się, że przecież nie po to gość przyszedł więc dała mu wreszcie dojść do słowa.

    Heinrich złapał się na tym, że nie może oderwać wzroku od Mergi, gdy ta układała kosmyk włosów i łapczywie wypijała kompot. Przeklęte wiedźmy!

    - W skrzyni w Akademii ukryto, hmm, świetlika jaki ma przekazać potworowi z bagien, żeby nie zabijał. Nie można otworzyć skrzyni, bo, jak to George powiedział, wybuchną wam głowy. Światło ma prowadzić do książek na bagnach, z którymi on rozmawia, więc może to uwięzione w przedmiotach demony? Ale to nie cała historia. - upił trochę ze swojego kubka dla zwilżenia gardła - We śnie widziałem i światło, i łańcuszki, które mają być od tych książek... i być uczepione niewidzialnego powozu. Może siostry także mają przygotowane powozy dla siebie gdzieś tutaj?

    - Być może. - odparła wiedźma tym razem zamyślonym tonem. Chłonęła słowa Heinricha z wielkim zainteresowaniem ale gdy skończył mówić zadumała się patrząc gdzieś w dal na prymitywnie wygładzone ściany dawnego lochu czy piwnicy.

    - Może to powozy. Może coś innego. Ale zapewne to jest istotna część dziedzictwa Sióstr jaka jest potrzebna aby je sprowadzić z powrotem. Więc tak czy inaczej będziemy musieli je odnaleźć i zdobyć. - powiedziała w końcu gdy przemyślała sprawę. Znów potrzebowała chwili milczenia nim odezwała się ponownie. Upiła łyk z kubka ale już mniej łapczywie.

    - Więc zdobądźcie tą skrzynię ale jej nie otwierajcie. Zapewne da się ją otworzyć ale w odpowiedni sposób. Może potrzeba zrobić odpowiedni znak, glif lub zaklęcie. Lub może to zrobić odpowiednia osoba. Taka obdarzona łaską Vesny lub być może którejś z innych Sióstr. Ale zapewne ktoś od Vesty byłby najodpowiedniejszy. Być może ten George ale nie jestem pewna. Szkoda, że nie widziałam tej skrzyni. Może bym coś pomogła. A tak to spore ryzyko z tymi wybuchającymi głowami. Bo jak George nie jest odpowiedni to też pewnie zginie. - zadumała się nim w końcu podała swoje zdanie na ten temat. Dało się wyczuć, że chętnie sama by się tym zajeła no ale czas już ją naglił i nie mogła czekać na efekt zdobycia tej skrzyni.

    - I świetlik mówisz? A to ciekawe… - zastanowiła się biorąc od powracającej Myszki ręcznik i ocierając nim twarz, szyję i czoło. W końcu podwinęła rękawy i też zaczęła je wycierać z brudu i wilgotnego potu. - Zdarzało mi się widzieć jakieś ruchome światełko w wizjach. Ale brałam to za osobistą imaginację przewodnika i tchnienie Sióstr. Nie sądziłam, że to może być jakaś samodzielna istota. I świetlik mówisz… No to pewnie nie jest taki zwykły świetlik. Zwykłe nie są w stanie wybuchać ludziom głów. I wątpię aby miały wpływ na jakieś potwory z bagien. Do tego takie pilnujące dziedzictwa pradawnego demona. Więc to pewnie jakiś rodzaj wskaźnika lub posłańca. Albo ułamek czegoś większego. I tak musi mieć sporą moc skoro narobiło takiego stracha tutejszym władzom, że to ukryli i zamknęli na cztery spusty. To musi być potężniejsza istota lub artefakt niż można sądzić na pierwszy rzut oka. Dlatego cokolwiek byście nie planowali w tej Akademii to zachowajcie najwyższą czujność i ostrożność. Albo nawet poczekajcie na mój powrót. Chociaż wtedy zapewne może być trudniej ze zdobyciem dziedzictwa Vesty… - powiedziała szybko kończąc ten proces oczyszczania się ręcznikiem. Chociaż taki pobieżny. Rzuciła go na ławkę obok siebie i znów upiła z pół kubka kompotu. Po czym nalała sobie do pełna z dzbanka kolejnej porcji kompotu.

    - Trudno mi coś doradzić jak lada chwila stąd odpływam. Z jednej strony lepiej mieć jak najwięcej elementów dziedzictwa Sióstr z drugiej to może być niebezpieczne. - pokręciła głową zdając sobie sprawę z tych rozbieżności w wyborze postępowania.

    - A mówił coś jeszcze? - zapytała patrząc na Heinricha pytająco. Skinęła Normie jaka wróciła z czeluści podziemnej budowli i położyła niewielki, gliniany dzbanek obok wyroczni. Był zakorkowany i nie było widać co jest w środku. Ale pewnie coś magicznego. Bo Heinrich czuł jak zakłóca przepływ wiatrów Eteru jakie przenikały tu pod ziemię. Chociaż niezbyt mocno. Toporniczka zaś wróciła na swoje miejsce aby dalej ostrzyć swój topór.

    - Mówił wiele. - Heinrich wyraźnie skupił wzrok na glinianym dzbanku, jakby coś w nim go tak zainteresowało, że próbował dostrzec więcej... - O tym, że Królowa może skrzynię otworzyć też. Ale o tym zaraz. - niechętnie odciągnął wzrok od dzbanka, choć chyba nie całą uwagę? - Czy jedynie Joachim będzie w stanie aktywować bombę? Będzie musiał być w Akademii? - zapytał niezbyt chętny na obecność maga na miejscu.

    - Tak. Raczej tak. Po prostu trzeba użyć mocy aby uruchomić odliczanie. Nie mam czasu aby te pakunki zorganizować tak aby wybuchły w inny sposób. Podam mu proste słowo mocy które aktywuje mechanizm. Mogłaby to zrobić każda osoba która umiałaby korzystać z mocy i znała to słowo no ale my mamy Joachima. A z tego co wiem to już tam był i zna to miejsce. - odparła wyrocznia dlaczego jej zdaniem trudno by było ominąć młodego magistra w tym zadaniu.

    - A królowa co może aktywować skrzynię? Ciekawe. Co to za królowa? - zapytała zaciekawiona tym wątkiem.

    - Zarobaczona Królowa. Otto mówił coś o królewskim miocie. - sam Heinrich nie wyglądał na zbyt zadowolonego z potrzeby Joachima - Młody nie może przez kogoś przesłać rozkazu na odległość? Człowieka czy taką istotę, którą chce przyzwać, Impa? Akademia jest pod obserwacją i tylko czekają na moment, by kogoś dorwać, przesłuchać, wytorturować i takie tam. Sama obecność tego maga by wszystkich na raz postawiła na nogi.

    - Pewnie by się dało. Ale gdybym tu była i mogła to zrobić sama albo jakbym miała więcej czasu. A nie jestem pewna czy Joachim opanuje sztukę rozkazywania impom na tyle aby wydać im tak precyzyjne polecenie. Jednak możecie z tą Akademią poczekać. Przecież nie musicie tego robić lada dzień. No i z wyglądu przecież on za bardzo się nie różni od innych ludzi. Znaczy jak ktoś go nie zna to nie musi wiedzieć od razu, że to mag. Zwłaszcza jak nie ma na sobie swoich szat maga. Póki te ładunki są zapakowane i nie rozpieczętowane powinny leżeć spokojnie, nie trzeba ich używać lada dzień. Chociaż to immaterium w materialnym świecie więc nie wszystko da się całkowicie kontrolować. - przyznała złotooka patrząc na swojego rozmówcę. Tłumaczyła cierpliwie chociaż odniósł wrażenie, że czułaby się pewniej gdyby osobiście mogła użyć owych ładunków jakie właśnie przygotowywała. A skoro odpływała musiała powierzyć je innym.

    - I zarobaczona królowa? Ciekawe. To pewnie chodzi o te szczególnie uzdolnione nosicielki jakie są w stanie wydać wyjątkowo dorodny miot. Tak stało w zwojach Oster. Że rzadko ale takie się trafiają. Chociaż ona nie nazywała tego królewskimi no ale może to kwestia nazewnictwa. Niestety chyba nawet Oster nie była w stanie ocenić jaka kobieta może być jak wydają nosicielką póki jej nie zasiała. Ogólnie jednak te płodne wydawały się zazwyczaj skuteczniejszymi nosicielkami. Chociaż płodność to też dość trudne do oceny. Przecież zwykle mówi się, że jakaś kobieta nie jest płodna bo większość jest. Ale jak bardzo? Zwłaszcza u młodych kobiet? Trudno to jakoś zweryfikować. - pokiwała swoimi rogami i ten naukowy temat zdawał się ją ożywiać i interesować. Zwłaszcza jak bezpośrednio był związany z dziedzictwem Sióstr.

    - Ale tak, to możliwe, że jak nosicielka będzie miała w sobie nasienie Oster to strażnicy lub inni obdarzeni mocą mogą to jakoś wyczuć. Zwłaszcza z bliska. Ja na ostatnim zborze jak badałam Loszkę to z bliska wyczułam pewne zawirowania z jej brzucha. Więc może i inni też by mogli. To takie zawirowania z naszych wiatrów, z Dhar, więc mogłoby to zdradzić komuś wyszkolonemu, przykuć uwagę. Ale też działać przeciwnie na istoty Chaosu. Właśnie dlatego przygotowałam to. - mówiła z zaangażowaniem jakby ten temat ją fascynował choćby dla naukowych rozważań. A na koniec sięgnęła po dzbanek jaki przyniosła Norma. Podniosła go i zdjęła materiał jakim był obwiązany. Zanurzyła tam palec i po chwili wyjęła. Na dwóch jej fioletowych palcach widać było jakąś gęstą maź podobną do pół płynnego miodu.

    - To maść maskująca. Bazuje na szarym wietrze. Tym od iluzji, cieni i maskowania. Fizycznie może zamaskować brzuch nosicielki na wypadek gdyby widać było, że jest brzemienna. I to taką dziwną ciążą co rośnie z dnia na dzień. Zapewne łatwiej by było to zamaskować gdyby pozostała przy swoich oryginalnych kształtach. No i dla osób wyczulonych na moc ten szary wiatr powinien przykryć zakłócenia jakie mogą wytworzyć czerwie w brzuchu nosicielki. Podobnie też działa u naszych agentów obdarzonych znamieniem naszych patronów tak jak choćby u nas ma Lilly czy Łasica. Może także pomniejsze drobnostki jak jakieś zmiany skórne ale coś większego, bardziej wystającego i, że tak powiem “namacalnego” to niestety nie. Stosuje się jak zwykłą maść, wystarczy posmarować brzuch nosicielki. Jak wyschnie powinien być niewyczuwalny. Z czasem się łuszczy, po połowie dnia mniej więcej. Ale można po prostu zmyć i znów posmarować. Narobiłam wam kilka takich dzbanków i zostawiłam przepis u waszego mistrza. Był tu ale poszedł na spotkanie z Grubsonem. Może uda się pozyskać od nich jakąś pomoc. W każdym razie na to liczył. Ale potrzeba magii aby umagicznić tą maść i by miała te maskujące właściwości więc poza Joachimem to nie wiem czy ktoś z was by podołał. Chyba, że w międzyczasie pozyskacie jakiegoś nowego maga. Zwłaszcza jakby się znał na aptekarstwie, ziołach i podobnych rzeczach to wtedy tak, wtedy to powinno być dość proste do zrobienia. - przy okazji wyjaśniła co takiego jest w tym przyniesionym dzbanku. Nawet zademonstrowała na sobie. Roztarła tą klejącą się maść na swoich dłoniach. Te przez chwilę błyszczały jak natłuszczone jakąś oliwką. Ale stopniowo jej dłonie bladły, skóra z fioletowej stawała się coraz jaśniejsza aż stała się całkiem zwyczajna jak u młodej kobiety bez żadnych mutacji. Na koniec wystawiła te dłonie ku Heinrichowi aby sam mógł im się przyjrzeć i uśmiechnęła się jakby udał jej się jakiś psikus.

    Heinrich chwilę patrzył na dłonie.

    - Tak długo, jak nikt nie będzie wiecznie podejrzliwym suczysynem, a i magia będzie i tak mu niewidzialna, to Ulgu nie zobaczy. - uśmiechnął się - Dobrze, że to większość populacji.

    - A co do robienia czegoś innego na razie, to może nawet przyjdzie nam Akademię odłożyć póki nie wrócisz. Na razie Joachim musi ogarnąć chęci barona na polowanie na potwora na bagnach. - westchnął - I martwi szlachcice i potwór to byłby problem.

    - Na razie mamy też informacje o obelisku Nory i jaskini przyjemności Soren. George może i myli czas w wypowiedziach, kolejność zdarzeń, ale ma różne informacje. Tylko trzeba wyciągnąć w dobrej kolejności te słowa. Ponoć Vesta zabrała totem Norze, za co ta się wściekła. - uśmiechnął się półgębkiem - Umiem sobie to wyobrazić. Totem ma znajdować się najpierw do lasu na południe, a później na północ.Mówi ci coś takie miejsce?

    - Najpierw na południe a potem na północ? Dziwne. Przecież to powinno się wrócić ponownie po swoich śladach. Przynajmniej jakby to traktować tak dosłownie. - brwi Mergi podniosły się do góry gdy usłyszała tą ostatnią nowinę i zaczęła się nad tym zastanawiać. Znów sięgnęła po gliniany kubek i upiła kolejny łyk. Tym razem oszczędny.

    - Ale skoro w tym maczała swoje magiczne łapki Vesta to może chodzić o coś magicznego. Trochę dziwne, że ruszyła totem siostry. To raczej nie sprzyjałoby ich pokojowej koegzystencji. Ale któż się nie przewalał po trawie ze swoim rodzeństwem prawda? - powiedziała trochę zaskoczona taką informacją chociaż na koniec uśmiechnęła się ciepło jakby mówiła o własnych wspomnieniach.

    - Jeśli to tak dosłownie, że Vesta coś ruszała z tym totemem to może chodzić o jakąs magię. Może jakieś magiczne przeniesienie menhiru, może jakieś maskowanie czy zakrzywienie czasoprzestrzenne. Trudno zgadnąć tak bez sprawdzenia tego na miejscu. Chociaż jak się pożarły o to to może potem jakoś się pogodziły bo wedle legandy do nas, do Norski, wróciły wszystkie cztery razem. - przyznała, że to są jej przypuszczenia bo po tak skąpych danych trudno jej było zdobyć się na coś więcej.

    - Mnie się wydawało, że widziałam ten totem Nory. W wizji oczywiście a nie osobiście. I to było w jakimś lesie. Wśród zwierzoludzi. I kości i czaszki pod tym kamieniem leżały więc to jak najbardziej pasowało do zwolenniczki Krwawego Boga. No ale bez detali więc mógł to być jakikolwiek las. Trudno mi powiedzieć gdzie to mogło być. Chociaż rozmawiałam na zborze z Silnym i jemu tamtej nocy śniło się coś podobnego. Może z czasem Nora ujawni więcej szczegółów. Albo ta Annika was tam zaprowadzi bo nie wiem czy naprawdę jest heroldem Norry ale wydaje się podatna na jej zew. Więc efekt i tak mógłby być podobny. - dodała zastanawiając się nad tym jak to by mogło wpłynąć na ich obecną sytuację.

    - I jeszcze mówił o Jaskini Przyjemności? To pewnie ta sama co Oster opisała w zwojach jako Jaskinię Porządania. Dobrze, to mamy kolejne potwierdzenie, że ta jaskinia gdzieś tu jest. I do od kolejnej Siostry. A raczej przez jej posłańca. Z tą jaskinią i czerwiami to może być jakiś związek. Albo inspiracja. Bo Oster chyba troszkę zazdrościła Soren tej płodności. Tak jakby to mogło mieć wpływ na wydajność nosicielek. Ale nie napisała tego wyraźnie tylko tak między wierszami. A może to ja tylko tak przetłumaczyłam. Zabieram kopię tych zwojów jako dowód na wasze sukcesy tutaj no i też spóróbuję pokazać to innym szamanom może odkryją coś co mi umknęło. Bo mam wrażenie, że Oster gdyby mogła to by chętnie prowadziła badania nad nosicielkami właśnie w tej jaskini Soren. - mówiła z naukowym zacięciem jakby żałowała, że nie ma tu nikogo jej podobnego aby mogła to przedyskutować czy poradzić się w tej sprawie zwojów. Niestety język starożytnych szmanów z Norski był tu właściwie nieznany więc trudno było o kogoś takiego.

    - W każdym razie jak ja bym była w tej jaskini to bym spróbowała zasiać jakąś nosicielkę. Choćby z ciekawości czy to coś by zmieniło. Bo ta płodność to często się powtarzała w kontekście wydajności i dorodności miotu. - wiedźma powiedziała to kiwając głową i popatrzyła gdzieś po nierównym suficie sklepienia jakby sprawdzała tam czy coś jeszcze ma do dodania.

    - Ale w sprawie baronów i szlachciców to pozwól Heinrichu, że się nie wypowiem. Za słabo znam wasze realia. Większość czasu spędziłam tutaj pod ziemią albo na “Adele”. A o waszych znajomych i ważniakach to wiem tyle co od was więc nie czuję się na siłach coś wam doradzać w tej sprawie. Ja tu zawsze wyręczałam się naszym mistrzem. - położyła sobie dłoń na piersi przyjmując nieco przepraszający ton ale nie chciała sie widocznie angażować w temat jaki był jej znany dość mgliście.

    - A! A właśnie. Dobrze, że jesteś. Prawie bym zapomniała. W sprawie tych aktorek z Saltzburga. Dostałam cynk od naszych patronek, że wkrótce powinien być z tym jakiś przełom. Domyślam się, że pewnie ktoś od nich przyjedzie do miasta. Więc to powinno wam otworzyć nowe możliwości. Chociaż nie mam pojęcia kto i kiedy by to miał być. - dodała gdy jednak przypomniała sobie coś jeszcze chociaż na całkiem nowy temat.

    - Pamiętam, że mówiłaś też coś, o tym jakoby miał pojawić się też jakiś sojusznik? - wspomniał - Coś więcej o tym do ciebie dotarło?

    - Tak, to może być to. Chociaż wtedy odniosłam dość ogólne wrażenie a dzisiaj mnie złapało, że to chyba będzie ktoś związany z tym teatrem i aktorami. Nie jestem pewna ale być może to też jest ktoś kto podąża zewem Sióstr. Albo po prostu ma swoje powody dla jakich nasze cele mogą być zbieżne. Więc moglibyśmy działać wspólnie. Zresztą tak czy siak jak coś chcecie osiągnąć z tymi aktorkami to i tak jakoś trzeba je tu ściągnąć. - przyznała po chwili zastanowienia jakby siłowała się z własnymi wspomnieniami i tymi świeższymi i tymi trochę mniej. W końcu wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się dając znać, że póki aktorki pozostają w stolicy prowincji to i tak są raczej poza ich zasięgiem.

    - Do samej Akademii spróbuję się przybliżyć dzięki... znajomości z córką profesora. - powiedział szczerze - Ta młódka ma słabości do starszych mężczyzn, to zobaczę jak taką słabość młodości można dalej wykorzystać, aby przybliżyć się do jej ojca, a przez niego do Akademii. - zainteresowanie Heinricha wyraźnie nie było skupione na cielesnych uciechach, a jedynie byłoby tylko stopniem do celu - Więc tak, może nie stracisz przez podróż i dotrzesz na wybuchowy finał.

    - Doprawdyż? Takie ma upodobania? - wiedźma uniosła brwi i roześmiała się serdecznie jakby ją to mocno i zaskoczyło i rozbawiło jednocześnie. - No ale cóż, brzmi dobrze i byś wtedy był odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Mógłbyś się stać nową furtką w tej uczelni. Bo na razie to tylko Joachim i Thobias mają tam dość swobodny dostęp. Może nasze utalentowane dziewczęta gdyby się postarały bo widzę, że są dobre w takie przebieranki. Ale tak, życzę ci powodzenia. Wam wszystkim oczywiście. A gdyby udało ci się tą młódkę dla nas pozyskać to to też zawsze jest spory plus. Sam widzisz, jak ostatnio jesteśmy przytłoczeni różnymi zadaniami więc każda pomoc i nowa osoba nam się przyda. Właśnie głównie dlatego nasz mistrz postanowił namówić Huberta do spółki i ściślejszej współpracy. Potrzebujemy nowych ludzi. Ale z każdym werbunkiem to trzeba ostrożnie i z wyczuciem, każdy werbunek jest inny. Tu już bym ci polecała konsultację z mistrzem. Ale to i tak pewnie by zajęło nieco czasu a nie tak z dnia na dzień więc na razie to działaj z tą młódką, może coś się na niej uda ugrać. - mówiła szybko i swobodnie jakby po tej ostatniej uwadze jaka ją rozbawiła humor jej się poprawił i zrobiła się całkiem wesoła.

    - Ale kiedy ja wrócę to nie mogę obiecać. Będę się starała na ten turniej. Na początku przyszłego miesiąca. Ale co z tego wyjdzie albo nie to zależy od tylu czynników, że szkoda zgadywać. - dodała już ciut mniej rozbawionym tonem zaznaczając, że nie wszystko z tym powrotem będzie zależeć wyłącznie od jej woli i zamiarów.

    - Przynajmniej podróż ciekawiej upłynie na przemyśleniach. - pod koniec załamał się Heinrichowi głos i odchrząknął upijając swojego kompotu - Królewski miot będę miał na uwadze. Planuję też przekonać właśnie nasze dziewczyny do użyczenia swojej płodności, ale do tego delikatnie trzeba podejść, więc też zajmie. - westchnął - Starość wcale nie jest odpoczynkiem, nawet po aktywnej młodości.

    - Oh, nie jesteś wcale taki stary. Spójrz na mnie. Ile byś mi dał lat? - wiedźma uśmiechnęła się ponownie, tym razem z ciepłym uśmiechem i pogłaskała go pieszczotliwie po policzku. Tą swoją odbarwioną na ludzki kształt dłonią. Co gdyby uznać ludzkie standardy wygladała jakby zmyła z siebie farbę jaka jeszcze pokrywała jej ramiona i resztę ciała.

    - Ale z naszymi dziewczętami i ich zasianiem… - cmoknęła i zrobiła gest palcami jaki zwykle oznaczał śliską i niepewną sprawę. - Myślę, że Starszy świetnie z tego wybrnął zostawiając im wolny wybór. No szkoda, że wtedy za pierwszym razem Sigismundusa tak entuzjazm poniósł. Świetnie go rozumiem, to przełomowe odkrycie naszych patronek z zamierzchłej przeszłości. Ale jednak zabrzmiało to dość prostacko i ordynarnie więc też rozumiem, że niezbyt to zachęciło dziewczęta do współpracy. Myślę, że lepiej ich nie zmuszać czy nawet nie namawiać. Może zachęcać czy pokazywać. Niestety znowu tej Pielgrzymki nie widziałam ale z tego co słyszałam o jej zachowaniu i jak ją nurglici traktują to raczej nie rokuje, że pójdzie na dobrowolną współpracę aby stać się odpowiednikiem medalowej klaczy rozpłodowej. A Loszka… No cóż, sam ją ostatnio widziałeś. Powiedzmy, że ona w ogóle by miała kłopot przekonać kogokolwiek do czegokolwiek. Zaś Dorna no tak, to pierwsza ochotniczka. Ale spoza naszej grupy. Przynajmniej na razie. Bardzo dobrze, że Lilly ją dla nas pozyskała i mam nadzieję, że ją jakoś za to wynagrodzicie. Ale myślę, że w oczach naszych koleżanek to nadal nie musi być wzór do naśladowania. Właściwie chodzi o wsadzenie sobie robali tam do środka co faktycznie dla wielu osób mogłoby być dość traumatyczne i obrzydliwe. Więc jakbym ci tutaj miała coś doradzić to nie naciskaj na nie. Raczej zachęcaj. Miej na uwadze, że w dłuższej perspektywie to nawet ten turniej jest chwilowym epizodem. I po nim też będziecie na siebie skazani. A chyba wiesz jak może odbierać innych osoba jaka uważa, że ją do czegoś przymuszono. Całkiem inaczej niż gdyby się sama na coś zgodziła bez jakichś szantaży czy innych takich “dodatków”. Ale jakby jakoś im to dobrze sprzedać, pokazać jakichś przykład, zwłaszcza jak to by była jakaś atrakcyjna kobieta którą znają albo zrobiła na nich jakieś wrażenie to kto wie? Ale to moje gdybanie Heinrichu, to już zostawiam wam. Będziesz musiał działać tutaj z wyczuciem i fantazją. Chcę ci tylko zwrócić uwagę, że dobrze mieć na celu to co teraz przed oczami ale chociaż wychylić głowę aby spojrzeć co może nas czekać za miesiąc czy rok. - na temat zasiania koleżanek ze zboru wyraziła się wylewniej. Ale doradzała ostrożność i finezję ze sporą doza empatii. Bo zapewne i Starszy i ona mogli wydać dziewczętom rozkaz udostępnienia swoich łon i kto wie co by się działo. Całkiem możliwe, że dziewczęta by się podporządkowały. A możliwe, że nie. Choćby taka Łasica co miała wybitnie niezależny i wręcz anarchistyczny charakter. A na razie nic takiego oboje nie zrobili a ostatnio Starszy ograniczył się do ostrożnej prośby czy by nie znalazły jakiegoś zastępstwa za siebie. No i obiecały, że się rozejrzą. Bo w końcu do czego by doprowadziło gdyby koleżanki poczuły się przyparte do muru w tym względzie trudno było przewidzieć. Chociaż zapewne ich zgoda znacznie podniosłaby wydajność hodowli co sobie wszyscy zdawali sprawę.

    - Przymuszałem inne osoby, niż te, z którymi mam dzielić interesy. Nie planuję zacząć doszczętnie palić mostów. - odparł - Temu widzę to za bardzo delikatną sprawę, wymagającą ostrożności i cierpliwości. Wiem, że niektórzy traktują je jak nieprzydatne kurwy, ale nie uważam tak. Widzisz, Łowcy Czarownic nie wykorzystują tylko osób z wysokim urodzeniem czy lepszą renomą. Szukałem czasem w samych ściekach społecznych i korzystałem z każdej możliwości. Większość była obruszona moim korzystaniem także z tych, których sami by spalili, ale nie było momentu, abym poniósł za to konsekwencje czy ci, och jakże bogobojni, naprawdę nie chcieli tak brudnych interesów, jak dawały efekty. Jeżeli inny to robił. Podobnie tu się dzieje - niektórzy nie patrzą na cel, tylko od razu odrzucają sposób. Mają zamknięty umysł, który nie chce dopuścić myśli, że coś może być drogą, jeżeli droga ich obrzydza. - stwierdził wprost.

    - A twoja ilość lat? - zaśmiał się - Wyglądasz na może w połowie do trzeciej dekady, ale dodając do działania magię i Chaos... Nie zdziwiłoby mnie nic w kwestii wieku. Mnie magia nie trzyma w formie ani nie robi tego Wielka Czwórka czy sztuczki z Dhar. - Heinrich uśmiechnął się z przyjemności, jaką wywołał dotyk Mergi.

    - Naprawdę tak o nich mówią? - brwi wyroczni skoczyły do góry gdy usłyszała grube określenie użyte na większość dziewcząt z ich grupy. Westchnęła i pokręciła głową a jej wysokie, nieco łukowate rogi w jakich tak zakochana była Lilly powtórzyły i wzmocniły ten gest. - No niestety. To częste w mieszanych grupach. Pochwałę jednego stronnictwa pozostałe często traktują jak jego wywyższenie a ich porażkę. A jak się nie chwali za sukcesy to wszyscy kręcą nosami i czują niedosyt. Pod tym względem jednorodne grupy są zwykle stabilniejsze. Ale też bardziej wyprofilowane przez co mają braki na innych polach. W tak mieszanej grupie jak wasza można znaleźć kogoś na prawie każdą okazję i potrzebę. No ale też zawsze są tendencje odśrodkowe jakie mogą rozerwać grupę na mniejsze części. Podziwiam Starszego, że jakoś to za każdym razem jest w stanie znaleźć kompromis i załagodzić te swary. Ale widzę, że będę musiała na pożegnanie jakoś okazać aprobatę i podziękowanie naszym dziewczętom. Zwłaszcza Łasicy. Jak ktoś nie był w celi śmierci po przesłuchaniu inkwizytorów to nie ma pojęcia co to znaczy zobaczyć w tym dna piekła pierwszą, przyjazną twarz co ci dobrze życzy. Tak jak wtedy w zimie ujrzałam Łasicę. Jeszcze nie wiedziałam jak ma na imię ale strasznie mnie to podniosło na duchu. Uwierzyłam, że mimo wszystko jakoś uda mi się stamtąd wyrwać. Bo wcześniej miałam tylko mentalny kontakt ze Starszym ale słaby, często nam się rwał. Dawali mi usypiacze więc byłam bardzo senna i słaba. Wiązali mnie i kneblowali więc nie mogłam korzystać z mocy. Ledwo strzępki mogłam mu wysłać albo odebrać od niego. Dopiero jak Łasica odcięła te usypiacze z wina odzyskałam zdolność jasnego myślenia no i nawet jak mi tylko mrugnęła okiem przy karmieniu jak siedziała na mojej pryczy to i tak mnie to strasznie dodawało otuchy. A tu teraz zobacz… A przecież podkreślałam jaka jest jej rola w moim uwolnieniu. Innych oczywiście też no ale jednak ona też odegrała kluczową rolę w tamtych wydarzeniach. Oj tak będę musiała ją jeszcze jakoś na koniec wynagrodzić. Chociaż już mało czasu zostało. - wyrocznia wydawała się być przejęta takim pomówieniem jednej ze swoich wybawicielek z zimowych opresji. Aż pod wpływem impulsu nieco opowiedziała jak to wyglądało z jej strony to uwolnienie z niewoli i dlaczego uważa tą niepiśmienną dziewczynę z tutejszych tawern i ulic za swoją oswobodzicielke. Nie zapominając o innych oczywiście ale na razie Heinrich wspomniał właśnie jak to włamywaczce się oberwało takimi grubymi określeniami.

    - Sądzę, że takie podejścia są dość mocno powodowane przez poczucie zagrożenia. - powiedział wprost - Jesteś agresywny do tego, czego się boisz. Zaślepia cię to na użyteczność. - wychylił się do Mergi - Nie wiem czy powinnaś okazywać teraz przy innych wdzięczność. Napięcia w kulcie zaczynają się gotować. Nie każdy widzi taką Łasicę pamiętając o tym, czego dokonała. Masz rację, tak ją widząc, kto by inaczej reagował? Boję się tylko, aby to nie pchnęło głębiej niechęci, tym samym nie czyniąc problemu samym dziewczynom, czy dokładniej Łasicy. Już wasza pobłażliwość w zapładnianiu robakami zirytowała. Naciskanie dalej może spowodować wybuch. - odparł poważnie.

    - No właśnie. To broń mocno obosieczna. A prymusi rzadko są lubiani przez resztę klasy. - wyrocznia zasmuciła się i pokiwała głową też pewnie postrzegając tą sprawę podobnie. - Szkoda. Chciałabym jakoś okazać wyraz swojego poparcia i aprobaty. Niestety to może dolać oliwy do ognia. Co gorsza ja odpłynę a wy i Starszy z tym zostaniecie. - dodała dostrzegając tą kwadraturę koła. - A przecież wszyscy jesteście potrzebni. Jesteście niepowtarzalni i nawzajem uzupełniacie swoje braki. Łasica sprytnie wślizgnęła się do kazamat ale póki nie doszedł Egon trudno było jej coś zdziałać samej. Może ona otwarła wszystkie zamki wtedy ale to chłopcy powalili strażników a Egon wyniósł mnie na rękach. Schroniliśmy się w starej karczmie kupionej przez Karlika a zostaliśmy ostrzeżeni przed pościgiem przez Strupasa który stał na czujce. I przeszliśmy przez sam środek opętanego gorączką szukania zbiegów miasta dzięki mojej magii maskującej. I dzisiaj też tak jest. Świetnie się nawzajem uzupełniacie. A jednak nadal mamy mało ludzi więc przydaliby się kolejni. Sam widzisz, że aż nie wiadomo za co się brać tyle jest rzeczy do zrobienia. - pokręciła głową i rogami ponownie pocierając przy tym nasadę nosa swoim białym palcem. Wydaławała się być bezradna wobec tego systemu wzajemnych zależności i niechęci jakie wiązały członków ich grupy jakie trudno było przeskoczyć przy tak różnych charaterach, pochodzeniu, wychowaniu, statusie i paru innych rzeczy.

    - Przypomina mi to, jak pierwszy raz składałem swoją świtę. - Heinrich uśmiechnął się ironicznie - Połączyć różne charaktery, urodzenia, ich temperamenty... - rozłożył ręce - Poległem, co kosztowało mnie misję. Bo to ciężkie, gdy przestajesz dywagować, tylko chcesz w praktykę zmienić. Ale w dłuższym czasie wyszło na plus, bo jednak nauczyło. Czy Imperium, czy Chaos... tak długo jak masz do czynienia ze śmiertelnikiem, tak długo będą oba zaskakująco podobne.

    - Być może wszyscy śmiertelnicy są w jakichś tam ramach do siebie podobni. - odparła Merga z łagodnym, nieco nostalgicznym uśmiechem. Brzmiało jakby dostrzegała jakieś schematy zachowań jakimi się cechowała cała ludzkość bez względu na krainę jaką odwiedziła.

    Heinrich dopił zawartość kubka.

    - Nie powiedziałaś jednak, ile tak naprawdę masz lat. - przypomniał niewinnie.

    - Rzeczywiście. - odparła uśmiechając się ciepłym, łagodnym rozbawieniem. Przekrzywiła nieco głowę w bok i przyglądała się rozmówcy jakby chciała coś sprawdzić czy zapamiętać. Po czym znów wyciągnęła ku niemu swoją bladą, szczupłą dłoń i bardzo matczynym i kobiecym gestem pogłaskała go czule po policzku.

    - Myślę, że mogłabym być twoją matką. Albo i babcią. To jeden z licznych darów od naszych patronów. Nie tylko dla tych obdarzonych mocą jak ja. Ale jak nasi patroni uznają nas za użytecznych, za spełniających ich wolę, zachcianki, kaprysy, plany to obdarzają nas różnymi darami. Jak choćby długowiecznością. Albo rogatą koroną. Nie musimy umierać “bo tak” jak tutaj wy służycie południowym bogom. Żyjemy i tylko nagła katastrofa albo śmierć w walce może nas przebudzić. - powiedziała łagodnym tonem nie podnosząc głosu. Pokazała na swoje rogi jakie widocznie uważała za wspaniały dar od swojego patrona. I mówiła jakby chciała przekazać mu jakiś sekret lub naukę.

    - Przebudzić? - Heinricha zastanowiło to określenie - Uważacie życie za sen w jakimś stopniu?

    - Właściwie to tak. Uważamy, że ten świat to taki koszmar stworzony aby próbować śmiertelników. Aby wykazali się sprytem, zdrowiem, wytrwałością i odwagą. Ci jacy zginął, w chwale, ku czci swoich patronów, z bronią w ręku, jak wojownicy i królowie a nie niewolnicy na kolanach to wtedy bogowie ich nagrodzą. Przebudzą ich i będą świętować i walczyć w boskich wojnach po wsze czasy. I to jest właśnie prawdziwe życie. A to tutaj, dookoła, to tylko ułuda. Próba wiary i męstwa. - Merga całkiem chętnie wyjaśniła filozofię norsmeńskich poglądów.

    Mężczyzna się zastanawiał nad słowami Mergi.

    - A czy przebudzeni zostaną także ci, co nie zdołają zginąć w walce? Których zabije skrytobójca czy ogień stosu?

    - Jeśli umrze jako część planu, jak dokonał wspaniałych czynów, został wybrańcem albo czempionem to tak. Jak go sie wspomina z dumą a jego czyny wciąż żyją na długo po jego śmierci to tak. Jak po Siostrach. Milenia minęły odkąd ostatni raz chodziły po tym świecie. Tutaj wasze Imperium wyrosło. A legendy o ich czynach wciąż są u nas żywe. - wskazała na wzór do naśladowania w postaci Czterech Sióstr jakich dziedzictwo poruszyło ją jeszcze w północnej ojczyźnie i ściągnęło aż tutaj. I to w zimie gdy ich zew jeszcze nie był wówczas tak wyraźny jak obecnie.

    Mężczyzna zapatrzył się w przestrzeń.

    - Poczucie zostania zdradzonym przez bogów, dla jakich przez życie walczyłem - szepnął trochę wybity z rzeczywistości - powstrzymało mnie przed oddaniem się Łowcom. Ta myśl... jedna myśl nie dawała mi spokoju miesiące. Że oni kłamali. Nie ufałem, że spełniają obietnice po śmierci, skoro za życia nie spełnili jedynego życzenia, jakie miał wierny ich życzeniom. - spojrzał na Mergę - Nie dali mi śmierci. - wziął głębszy oddech - Jestem tu, bo już nie chcę spełniać woli kłamców.

    - Tak. Dlatego teraz jesteś z nami. Nasi patroni są potężni. I chojni. Dla tych co na to zasługują. A jak uda się przywrócić to miejsce Czterem Siostrom tak jak niegdyś ono do nich należało to na pewno wynagrodzą swoje sługi i wyznawców. Spójrz jak są poteżne. Choćby jaja Oster i papirusy z jej zapiskami. Wyjątkowej istoty w ciele śmiertelniczki jaka chodziła po tym świecie milenia temu a teraz jej owoce dojrzewają w łonach dzisiejszych kobiet. I wydają na świat jej owoce. A to tylko początek. I drobny przykład ich potęgi. A przecież jest tego więcej. Na całym świecie. We wszystkich czasach i kontynentach. Wciąż potęga naszych bogów wlewa się na biegunach w ten świat. W końcu go zaleje. Przekształci na własny obraz i podobieństwo. I wtedy lepiej być po stronie zwycięzców nieprawdaż? Siedzieć przy stole sycąc się zabawą i łupami a nie żebrać pod jego stołem na ogryzki i ogryzione kości. Prędzej czy później ten świat wpadnie w objęcia naszych bogów. To tylko kwestia czasu oczywiście. Wszystko już od dawna jest przesądzone ci bogowie południowców nie mogą tego zatrzymać. Nie powstrzymali tego do tej pory a z każdym pokoleniem zwiększamy swój zasięg. Odrobinę. Ale bez ustanku. Dlatego w końcu wygramy. To my będziemy górą. - mówiła z przejęciem i wiara rozświetlała żar jej złotych oczu. Wydawała się być pewna tego co mówi nawet jeśli mówiła o czasach jakie nadejdą… No właściwie nie wiadomo kiedy. Ale w takiej bardzo długiej perspektywie los tego świata wydawał się być przesądzony.


    Opuszczając kryjówkę Mergi Heinrich... czuł się inaczej. Lżej, jakby zdjęto z niego jakiś straszliwy ciężar. Końcowa rozmowa przyniosła mu to, czego już od dawna potrzebował. Uwolnienie.
    Były Łowca Czarownic wreszcie na głos wypowiedział swoje myśli, do których bał się przyznać przed sobą samym. Przerażały go każdej nocy, choć nikomu by nie powiedział o tym. Cząstka człowieczej duszy płakała i błagała by zszedł z tej drogi, ale on trwał w zgorzkniałej beznadziei, jaka została zasiana w trakcie uwięzienia... by później móc wykiełkować.

    A teraz było lżej.
    Choć zgorzknienie pozostało.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #120

      Oryginalny autor: Pipboy79

      Oryginalny tytuł: Tura 28 - 2519.07.12; wlt; popołudnie

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
      Czas: 2519.07.12; Wellentag; popołudnie
      Warunki: jasno; cisza; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; umiarkowanie (0)

      Otto

      Otto czuł, że będzie czuł ten dzień w nogach. Właściwie odkąd rano wstał w tak przyjemnym po wczorajszych zabawach nastroju to cały czas był na nogach. Najpierw rano, do hospicjum. Potem w samym hospicjum. Potem co prawda trochę posiedział jak Joachim i o dziwo Heinrich przyszli poznać Georga. Ale potem znów trzeba było zasuwać do północnych dzielnic miasta do lady Fabienne po Annikę. A z nią na przeciwny, południowy kraniec miasta bo tam Silny miał swoich znajomków co robili pancerze albo można było kupić inne narzędzia mordu. Tam wszędzie trzeba było wziąć miary, przymierzać, rozbierać się, ubierać a potem znów iść do następnego punktu i cała procedura zaczynała się od nowa. Annika wyręczyła go o tyle, że jak doszli do centrum do powiedziała, że dalej do swojej pani sama trafi więc chociaż tam zyskał okazję aby chociaż trochę oszczędzić sobie własnych nóg gdyby skorzystał z tej ofery. A ledwo wrócił do hospicjum to już w recepcji brat powiedział mu, żeby udał się do przeora. Ale nie powiedział po co.

      - O. Dobrze, że jesteś Otto. I jak poszło u lady von Mannlieb? - przywitał go przeor z ciepłym uśmiechem i pozwolił mu spocząć na krześle dla gości. Co nie zdarzało się zbyt często bo szef hospicjum uważał, że podwładni powinni mieć co do roboty aby nie zgnuśnieli i głupoty im w głowie nie hulały. I między innymi nie rozsiadać się podczas rozmowy w jego gabinecie tylko stać pokornie. Więc chyba jednak jednooki podwładny zdobył w jego oczach jakieś uznanie skoro pozwolił mu usiąść na miejscu dla gości. I z zainteresowaniem czekał na relację z tej wycieczki do miasta.

      - I właśnie bo już nie chciałem ci głowy zawracać jak wychodziłeś. Ale co powiedział ten magister o naszym Georgu? - zagaił do porannej rozmowy na temat wizyty magistra sztuk mistycznych co miał zbadać ich zdziecinniałego pacjenta i wydać o nim swoją ekspertyzę. - I naprawdę przyszedł z jakimś podstarzałym ochroniarzem? Dziwne. Bał się, że George mu zrobi krzywdę? Czy my? Dziwacy ci magowie, mówiłem ci. - widocznie do przeora coś dotarło co do porannej wizyty jak choćby to, że magister nie przybył sam. I to go i zdziwiło i zaciekawiło jednocześnie. Ale chyba tylko potwierdziło jego niezbyt pochlebną opinię o użytkownikach magii.

      - Ale mam też dla ciebie i dobrą wiadomość. - oznajmił znów się uśmiechając. Sięgnął gdzieś do szuflady i wyjął coś co wyglądało na otwarty list. - Dzisiaj to może już nie. Ale jutro przejdziesz się do tej drugiej szlachcianki. Panny van Dyke. Napiszę ci list do niej. Ale przyszła wiadomość, że może zabrać Thorna o ile nie zmieniła zdania. Nie naciskaj na nią jeśli zmieniła. Wcale bym się nie zdziwił gdyby to jednak przemyślała. Przecież to nicpoń i chuligan. No ale jak go nadal chce to może po niego przyjechać kiedy jej wygodnie. - chyba podobnie jak i właściwie do obu wybranek do adopcji ze strony szlachcianek tak i w tym wypadku przeor nie mógł się nadziwić nad ich wyborem. Tak bardzo, że gdyby zmieniły zdanie to okazałby pełne zrozumienie i wcale nie robił im wyrzutów. Ale skoro przyszła zgoda to czuł się w obowiązku je o tym powiadomić. W sprawie Marissy na razie odpowiedzi nie było. No ale ze stolicy prowincji to jednak dalej niż gdzieś z okolicy.


      Po wyjściu z gabinetu przeora miał nieco czasu dla siebie. I był głodny. Co prawda lady Fabienne zadbała o jego żołądek gdy był u niej i nawet jak nie zjadł na miejscu to dała mu gościńca na drogę. No ale do był lekki posiłek, raczej lekka, smaczna i słodka przekąska ale nic czym można by się najeść na dłużej. Potem co prawda nikt mu nie bronił jeść ale cały czas łazili po tych kuśnierzach, krawcach i sklepach aby coś przymierzać czy kupić. A jak skończyli musiał się spieszyć aby zdążyć na wizytę Thobiasa. Gdy wrócił do hospicjum to już było po obiedzie. A kolacja miała być dopiero za kilka dzwonów a kiszki już mu marsza grały.

      - Pochwalony Otto. - przywitała się z nim ta która uchodziła ponoć za najładniejszą pacjentkę hospicjum. Przywitała się ciepłym, oszczędnie filuternym uśmieszkiem. - Jak jesteś głodny to zostawiłam ci porcję. Bo pomagałam dzisiaj w kuchni. I jak moja pani i Annika? Widziałeś się z nimi? - zaświergotała radośnie gdy tak się spotkali na korytarzu. I wskazała w tą stronę gdzie się szło do stołówki i kuchni. Teraz między posiłkami pewnie powinny być puste albo prawie.


      Trochę odpoczął po tych miejskich wojażach. Miał okazję przemyśleć choćby te zakupy dla Anniki i dla siebie. Sporo rzeczy robiło się na zamówienie. Zwłaszcza ubrania i pancerze. Najdroższa ze wszystkiego co kupili dzisiaj to była skórzana kamizela dla Anniki. Na szczęście jak na kobietę to nie była taka niska i cherlawa więc gabarytami mieściła się jeszcze w rozmiarach drobniejszych mężczyzn. Ale przy Silnym czy Rune nie mówiąc o Egonie to faktycznie wyglądała dość mizernie. Chociaż przy nich to i on nie sprawiał wrażenie osiłka a przecież słabeuszem nie był. Jednak z tą barwioną kamizelą to już wyszła dłuższa i droższa sprawa. Niklas umiał swoje rzemiosło i mógł się dostosować do życzeń klienta. O ile tego było na to stać. Barwiona skórznia kosztowała dwa razy więcej niż taka zwykła no i samo barwienie zajmowało tydzień. Więc gotowa by była gdzieś za dwa tygodnie. Mógł też ją odpowiednio wzmocnić. Wtedy na oko wyglądałaby jak podobna jej kamizela ale dodatkowa warstwa skóry czyniłaby ją odporniejszą na ciosy. Zaręczał, że miałaby właściwości ochronne podobne do solidnej brygantyny albo nawet przeciętnej kolczugi. Rune który z trójki kultystów najlepiej się znał na tych tematach ze względu na swoja wojskową przeszłość byl zdania, że to powinno być wykonalne o ile kuśnierz by umiał i zrobił to jak należy. Za tego z kolei ręczył Silny. Przynajmniej na tyle, że rzemieślnik raczej nie odważyłby się odstawić fuszerki jemu. Przecież wtedy by do niego poszedł i się rozmówił. Ale nie tak przyjaźnie jak dzisiaj. Czyli wychodziło, że to powinno być do zrobienia. No ale i jakość kosztowała. Tyle co 10 standardowych skórzni. Zaś w sakiewce od Fabienne było 50 monet. Chyba więc i ona nie była przygotowana na takie duże wydatki. Bo na większość zakupów jakie dzisiaj miarkowali to ta jej sakiewka by pewnie wystarczyła. Ale na ile byłaby hojna dla swojej nowej służącej to już pewnie trzeba by zapytać ją samą. Silny co prawda “wyprosił” u Niklasa 20% zniżkę. Z finezją typową dla chłopaka z ferajny ale chyba rzemieślnik był do tego przyzwyczajony. Albo nie chciał się narazić osiłkowi. Ale to nadal była spora sumka za taka barwioną i wzmocnioną skórznię.

      W sklepie z żelastwem wiele rzeczy było do kupienia od razu. I tu też widocznie Silny miał znajomości. Rzeczywiście jak komuś nie zależało na ekwipunku godnym szlachcica to było tu całkiem sporo. Topory, ciupagi, miecze, trochę szabli, kiścienie, pałki, maczugi, sztylety, noże myśliwskie i takie małe do rękawa albo składane scyzoryki. Tarcz było dużo mniej ale też coś znalazł. Annice spodobały się kastety a Silny jako ulicznik z urodzenia i wyboru bardzo pochwalił ten wybór. Nawet jakby trochę zmiękł co do swojego pierwszego niezbyt przychylnego wrażenia jakie na nim wywołała czarnowłosa gdy zobaczył, że faktycznie zdradza zainteresowanie bronią i narzędziami mordu. Chociaż z kastetami nie poszło tak łatwo bo nowa służka Fabienne miała typowo, kobiece dłonie. A nie takie graby jak Silny czy większość mężczyzn. Więc nie było tak łatwo znaleźć takie mniejsze aby wygodnie się jej trzymało. Ale w końcu jakież znaleźli. Jak je założyła i kilka razy trzepnęła powietrze a raz w słup to wydawała się strasznie podekscytowana. A i w oczach coś jej zabłyszczało. Jakby już się widziała jak rozwala komuś tym ciosem szczękę.

      - Dobra to jak sobie obwiążesz ten uchwyt materiałem to będzie ci się lepiej trzymało. - poradził jej uliczny zabijaka tonem wujka dobrej rady. Czarnowłosa pokiwała głową, zdjęła te kastety i rzuciła na ladę mówiąc, że właśnie te by chciała. Wybrała też toporek. Był tak pospolity, że wydawał się aż nudny.

      - Dobry wybór. To topór norsmeńskich piratów. Wiele krwi nam upuścili ale w końcu ich zatopiliśmy. - pochwalił sprzedawca ten wybór. A, że Silnego jak i samą Annikę zainteresowała ta historia to opowiedział im to dla urozmaicenia zakupów. Otóż parę lat temu jak w mieście to pewnie z nich wszystkich to był tylko on i Silny to okoliczne wybrzeża pustoszyła zuchwała banda norsmeńskich piratów. Bezczelnie grasowali od Erengardu po Marienburg. Łupili statki i przybrzeżne osady. Często podczas mgły lub nocy ale i biały dzień był im niestraszny. Rabowali towary, brali jeńców w niewolę a kto stawiał opór szedł na topory. A, że byli w nich sprawni to rzadko ktoś się mógł obronić. W końcu jednak Manann ich pokarał bo wpadli w pułapkę. Zwykła koga przewoziła zamiast towaru oddział Czerwonego Legionu. Więc zamiast przestraszonych marynarzy i paru pasażerów Norsmeni nadziali się na weteranów morskich starć. I ci w końcu położyli krwawy kres ich poczynaniom. Niejaki kapitan Lange tym się właśnie wsławił. A ten topór znaleziono potem po walce i że był całkiem dobry to go zabrano jako trofeum i pamiątkę. Tylko stylisko miał ułamane to trzeba było sprawić nowe. No i teraz właśnie był na sprzedaż. Słysząc taką rewelacyjną historię Annika oczywiście już nawet nie oglądała innych broni tylko od razu chciała właśnie ten topór. No może jeszcze miecz. Bo co to za wojownik bez miecza?

      No tak, to trochę zeszło na tych zakupach. Właściwie z pół dnia. I monet też to sporo kosztowało. A jeśli by chcieć postawić na jakość to jeszcze więcej. Sakiewka młodego mnicha nie była aż tak zasobna aby pozwolić sobie na to wszystko. A jak hojna by była sakiewka bretońskiej pani Anniki to by trzeba dopiero z nią o tym porozmawiać. Jutro w każdym razie miała być na tej wieczorno - nocnej orgii u zachodnich głazów nawet jeśli nie ruszałaby razem z większością grupy z “Mewy”. W końcu te rozmyślania przerwał mu jeden z braci który go powiadomił, że przybył ten nauczyciel co miał obejrzeć Georga.


      Podobnie jak późnym rankiem kolegę ze zboru zastał czekającego na recepcji. Wyglądał bardzo dostojnie i godnie. Bez trudny można było uwierzyć, że jest belfrem z jakiejś uczelni albo prywatnym korepetytorem dla dobrze urodzonych latorośli których stać było na takie edukacyjne usługi. Chociaż jak na szacownego profesora to był jeszcze dość młody. W wieku pośrednim między żakami a szacownym, gronem naukowym. Do tego jeszcze elegancka, skórzana torba podobna do tych jakie nosili cyrulicy. Zapewne na materiały naukowe czy jakieś notatki.

      - A to jest brat Otto. On pana zaprowadzi do pacjenta. - podobnie jak rano brat recepcjonista niejako przekazał gościa pod opiekę innego.

      - Dziękuję. - nauczyciel podziękował recepcjoniście i spojrzał na przybysza jakby nic ich nie łączyło i widzieli się po raz pierwszy. - Pochwalony bracie Otto. Miło mi cię poznać. Wczoraj wasz przeor sporo mi mówił o tym wyjątkowym pacjencie. Z przyjemnością go poznam. - przywitał się z delikatnym ukłonem dopełniając grzecznościowej formuły powitania kogoś kto odebrał odpowiednie wykształcenie. Poczekał aż mnich też się przywita po czym odezwał się dopiero gdy szli razem korytarzami hospicjum.

      - Joachim był już u was? - zagaił cicho jakby ciekaw co wyszło z wcześniej omawianych planów wizyty w tym dobroczynnym przybytku.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
      Czas: 2519.07.12; Wellentag; popołudnie
      Warunki: jasno; cisza; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; umiarkowanie (0)

      Joachim

      Młodego magistra rozsadzała ekscytacja. Pierwszy raz miał samodzielnie przyzwać istotę z innego wymiaru! Ale mimo wszystko zdawał sobie sprawę, że sporo się przy tym nachodził. Właściwie to gdy tylko pożegnał się z kolegami w hospicjum to cały czas gdzieś chodził. Co okazało się nieco zaskakujące ale kultyści Chaosu mieli trudności z posadaniem symboli Chaosu. A to nie był bibelot jaki można było kupić na jarmarku, odpuście czy co tydzień po mszy na świątynnym dziedzińcu na straganach ze świętymi obrazkami i medalikami. To był bibelot za jaki można było trafić na stos.

      Najpierw odwiedził Thobiasa. I po części było mu po drodze bo nauczyciel mieszkał gdzieś w zachodnich granicach centrum. Lub wschodnich granicach zachodniej dzielnicy. Taka całkiem przyzwoita okolica, w sam raz dla aspirujących do wyższych sfer i elity społeczeństwa ale jacy jeszcze się do nich nie zaliczali. Ale go nie zastał. Otworzył mu jakiś służący i przekazał, że pana nie ma. Jest na zajęciach. I wróci dopiero pod koniec dnia. No tak, bo Thobias jak nie brał udziału w sekciarskich zebraniach i ich spiskach to zarabiał jako nauczyciel i korepetytor. Dlatego w dzień trudno było go zastać w domu. A magister przyszedł z dzwon czy dwa za wcześnie aby liczyć, że spotka go podczas przerwy obiadowej jak to jakiś czas temu spotkali się na niziołkowych naleśnikach i placuszkach. Służący zapytał czy ma coś przekazać i od kogo. Ale samego gospodarza w domu nie było.


      Potem zaszedł do Aarona. Musiał długo walić w drzwi zanim usłyszał z wnętrza jakąś reakcję. Ale gospodarz w końcu doczłapał się do drzwi i je otworzył. - A to ty. Dobrze, że nie straż. Wejdź. - powiedział mocno zaspanym głosem. Potem też potrzebował nieco czasu aby przez kacowe opary przebiło się o co kolega pyta.

      - Aa… Talizman z Gwiazdą Chaosu… No tak, tak to nasz symbol tak… I co? Aaa… Chcesz… A czekaj chyba gdzieś tu jakiś miałem… A po co ci? - w końcu wstał z flegmatyzmem dokładnie odwrotnym do ekscytacji kolegi. Zaczął przewalać jakieś pudła, worki, zajrzał pod łóżko, odsunął je. Przy okazji robiąc jeszcze większy bałagan a raz to bosą stopą kopnął jakiś szklany odłamek, zaklął i musiał poszukać jakiejś szmaty do obwiązania skaleczenia. Ostatecznie jednak się poddał i nie znalazł tego symbolu. - A nie wystarczy ci taki narysowany? Mogę ci narysować. Albo zrobić z patyczków. Już takie robiłem. Tylko strzałki się trudno robi. A do czego ci ten talizman? Do tej pory jakoś go nie potrzebowałeś. - zapytał i zaproponował gdy już skapitulował, że znajdzie ten talizman u siebie. W końcu nawet nie do końca był pewny czy go miał czy go jednak nie podarował na drogę Sebastianowi jak ten w zimie opuszczał miasto. A może tylko miał taki zamiar? Już sam nie był pewny. Więc pozostało udać się do apteki Sigismundusa. Z Aaronem lub bez.


      - Witaj chłopcze! - dzwonej zapowiedział klienta. Ale ten przez chwilę nie doczekał się nikogo za ladą. Dopiero szybkie, ciężkie kroki z zaplecza zapowiedziały gospodarza. Jeszcze skrzypnięcie drzwi i do środka wszedł znajomy grubas. Który rozpromienił się niczym dobry wujaszek na widok ulubionego siostrzeńca.

      - Cóż cię do mnie sprowadza? - zapytał troskliwie bo na razie w aptece poza nimi nikogo nie było. - Aa… Takie rzeczy… Tak, mam coś takiego. Kiedyś poprosiłem Starszego i mi dał. Poczekaj tu… Albo nie, chodź na zaplecze. Szkoda aby ktoś to przypadkiem zobaczył prawda? - pokiwał swoją byczą głową gdy usłyszał po co młody magister przyszedł. Przeszli na zaplecze apteki i tu gospodarz poprosił aby gość poczekał. A potem gdzieś poszedł. Nie było go dość długo ale w końcu wrócił. Przyniósł mu dość prosty medalion zrobiony z metalowych blaszek znitowanych na środku. Ale symbol się zgadzał. Osiem strzałek odchodzących od siebie. Każda liczebnie odpowiadała jednemu z podstawowych wiatrów magii. Spięte w okrąg. Tak to była właśnie Gwiazda Chaosu. Lub jak nauczał Starszy oraz jego dawny mistrz w Kolegium, Gwiazda Chaosu Niepodzielonego. Ogólny i najbardziej rozpoznawalny symbol jaki był ojcem i matką wielu innych.

      - A chcesz zobaczyć postęp moich prac? Czy może się spieszysz? I właściwie po co ci ten talizman? - zapytał jowialnie tonem dobrodusznego wujaszka.


      Potem jeszcze musiał kupić tą biżuterię. Z opisu czaru wynikało, że nie musi być jakaś z górnej półki. Altzh nie był pod tym względem jakoś bardzo wybredny. Raczej miał manierę sroki co zbiera co to błyszczące. Ale też zdawał się mieć jakiś instynkt wyczuwający co jest dla śmiertelników cenne. Zwłaszcza w sprawie biżuterii. Więc Merga zwyczajowo zwabiała go jakąś błyskotką. Koralik, łańcuszek, medalik, nawet moneta czy kolczyk. Ale na pierwszy raz to dobrze aby z tego była jakaś kupka. Tak na taki półmisek. Co oznaczało z kilkanaście sztuk niezbyt wygórowanej biżuterii. Ale jednak trochę to jego sakiewka odczuła. I sprzedawca trochę dziwnie na niego patrzył. Proponując mu jeden czy dwa jakieś droższe cacka jakie by kosztowały podobnie no ale Joachim raczej nie mógł mu powiedzieć, że to brzmi rozsądnie ale dla demonicznego impa jakiego miał zamiar przyzwać to taka sztuka czy dwa, nawet jeśli w podobnej cenie to by mogła wyglądać podejrzanie skromnie i biednie.

      Jak już wreszcie wrócił do domu to nieźle schodził własne nogi. Ale udało mu się zebrać komplet! Była już pora obiadowa. Może nawet trochę po. Ale ekscytacja pchała go do swojej pracowni. Jeszcze raz musiał przeczytać ten opis czaru jaki dostał od mistrzyni aby czegoś nie przegapić czy nie pokręcić. Oczywiście było tam więcej składników niż jeden talizman i kupka biżuterii. Ale większość była w miarę typowa dla odprawiania czarów. Więc świece, poświęconą kredę czy naczynia to miał już u siebie. Z opisu wynikało, że jak się nabierze wprawy to wystarczy ten talizman i jakaś błyskotka aby przyzwać Altzha. Ale na początek to jednak Merga zalecała ostrożność. Tak aby to potraktować poważnie, tak jakby chodziło o przyzwanie potężniejszych istot Eteru jakie były bardziej wymagajace. Ale wiele schematów powtarzało się więc ten prostszy czar był w jej zdaniem w sam raz do trenowania potrzebnych nawyków i procedur.

      Zalecała zacząć od rysowania dwóch pentagramów. Jeden wewnętrzny powinien stanowić miejsce uwięzienia demona. Im potężniejszy tym trudniej było go w niej utrzymać a i składniki oraz moc potrzebna do tego były potężniejsze. Drugi pentagram był kręgiem ochronnym dla czarnoksiężnika. Powinien mu pomóc w obronie gdyby ten pierwszy został przełamany. Precyzyjne ich wyrysowanie jednak zajęłoby sporo czasu. Nie byłoby to przeszkodą gdyby Joachim nie miał innych planów na dzisiaj. No ale miał. A dwa to nie miał pojęcia jak mu pójdzie sam rytuał ani ile czasu mu zajmie. Sam rytuał powinien trwać może pacierz. Gdyby wszystko poszło zgodnie z planem. Ale jak się nie uda? Miał szansę go powtórzyć. I nie był pewny co się stanie gdyby mu sie udało sprowadzić tą istotę. I czy właśnie tą? Jeszcze w Kolegium uczył się, że każde takie przejście do Eteru może sprowadzić coś innego niż planuje czarownik. Ponoć takie rzeczy się zdarzały. Było to udokumentowane w księgach. Jacyś hedoniści chcieli sobie sprowadzić ponętną demonetkę na orgię a zamiast niej wpadło jakieś krwiożercze obrzydlistwo co ich wszystkich zerżnęło. Oczywiście gdy się było bogobojnym obywatelem Imperium i pilnym uczniem Kolegium to można było z nich szydzić i mówić, że dobrze im tak. Ale gdy się samemu zaczynało takie zabawy to już nie musiało być tak lekko i do śmiechu.

      Ale na wypadek gdyby tak profesorowie z Kolegium tak straszyli tylko swoich żaków i młodszych kolegów to jednak Merga też mówiła podczas nauk coś podobnego. Że magia to bardzo nieobliczalna i płynna nauka. I rzeczywiście można przyzwać coś innego niż się miało zamiar. A w końcu ona była praktykującą wiedźmą i doświadczonym demonologiem. W końcu te impy jakie mu oddała traktowała właśnie jako ćwiczebne modele dla swoich uczniów.

      Niemniej sądząc z zapisków była dobrej myśli, że jej najnowszy uczeń powinien sobie poradzić nawet gdyby jej nie było podczas tego rytuału. Pewną trudność dostrzegała w tym, że jego znajomość języka demonów była dość pobieżna. Ale między innymi dlatego z jednej strony nauczała go najpowszechniejszych zwrotów z drugiej właśnie takie były zawarte w formule zaklęcia. Jednak to samo co przy standardowej magii ważne było aby idealnie wymówić wszystkie wersy. To jeszcze wydawało mu się do zrobienia. Zwłaszcza, że na razie mógł się posiłkować czytając z kartki. Jednak gdyby do przywania doszło wówczas musiałby w tym języku pertraktować z ta obcą istotą. A jak się potoczy rozmowa to trudno było przewidzieć.

      Wedle opisu wiedźmy impy to były najprostsze i najsłabsze stworzenia Eteru. Tak bardzo rozrzedzone, że tam, w Eterze, często nie miały nawet spercyzowanej formy. Przynajmniej tak na stałe. Ale też zwykle nie służyły żadnej z Czterech Potęg. Więc z całej menażerii niezrodoznych nad nimi było najłatwiej zapanować śmiertelnikowi. Tu w jej ocenie dawała spore szanse Joachimowi. No i gdyby coś szło nie tak to zawsze mógł odesłać chochlika z powrotem do Eteru. O ile nie stałoby się coś naprawde nieprzewidzianego.

      Pod względem potrzebnej mocy to nie był jakiś wymagający czar. Nawet dla czarodzieja u początków swojej kariery zawodowej jak Joachim. Zapewne nawet by się nie zbliżył do górnych limitów swojej mocy. W przeciwieństwie do wzywania potężniejszych istot co już byłoby bardziej wymagające. Zwłaszcza jak ktoś to robił bez swojego patrona i pierwszy raz.

      W końcu uznał, że chyba ma wszystko gotowe. Przynajmniej wedle tej listy jaką zrobiła mu mistrzyni. Na środku podłogi stał stosik taniej biżuterii, na stole obok niego leżał talizman Gwiazdy Chaosu. Za oknami było jeszcze widno i do zmroku gdy było umówione spotkanie w “Mewie” dla tych co mają robić nocny skok było jeszcze ze 3, może 4 dzwony. Ale jeszcze by musiał tam dojść od siebie co by mu z pół dzownu zeszło i pewnie trochę czasu tak na wszelki wypadek. Poza tym została mu decyzja czy zaczynać teraz czy odłożyć to na później. Ostatecznie uznał, że warto spróbować.

      Sam czar zawierał kilka wersów. Zupełnie jak jakaś jedna zwrotka poematu. Chociaż jak znał mowę demonów to przypominało to dość zabawną rymowankę dla dzieci na temat ptasiego, sprytnego posłańca godnego złota. Co chyba miało pochlebić tej istocie i było nawiązaniem do nagrody jaka go zwabiała. Zawsze zabierał ją tam do siebie do innego wymiaru. Więc za każdym razem trzeba było mu złożyć w ofierze coś nowego. Ale z opisu zaklęcia wynikało, że później to wystarczy mu zwykła błyskotka albo nawet kilka monet.

      W miarę jak mówił czuł, jak włosy mu stają na karku. Powietrze kilka kroków przed nim zaczynało jakoś gęstnieć i elektryzować. Chociaż swoimi zwykłymi oczami nic tam nie dostrzegał. Ale to trzecie, wyczulone na moc napradę dostrzegało, że coś tam zaczyna gęstnieć. Ale póki nie skończył to tylko rosło i pęczniało. Dopiero gdy skończył przez moment nic się nie działo. A potem trzasnęło suchym dźwiękiem podobnym do pękającej, pustej butelki. Ale to nie szkło a ten fragment rzeczywistości pękł na moment łącząc się z piekielnym wymiarem. Ten wypluł z siebie gęstą, kolorową chmurę. A gdy ta się rozwiała razem z ostrym, zapachem siarki kilka kroków przed nim na podłodze stał stwór.

      Taki mniej więcej ptak. Tylko to co go okrywało to chyba nie do końca były pióra. Łuski? Sierść? Właściwie może wszystko po trochu. A może coś jeszcze innego. Stworzenie było znacznie mniejsze od niego. Czubek głowy sięgał mu może do połowy ud. Miało długą szyję podobną do gęsi albo łabędzia. Tylko łeb całkiem inny. Z dużymi, okrągłymi oczami. I coś podobne do dzioba. Ale czy to był pysk czy dziób nie był pewny. W każdym razie wystające, igłowate zęby nadawały mu nieco drapieżnego wyglądu. Stwór przyglądał mu się naprawdę jak ptak. Zwłaszcza, jak przekrzywił głowę w bok. A potem ją odwrócił jakby chciał się przyjrzeć lepiej jednym ze swoich oczu. Bo okazało się, że zamiast jednej pary ma ich ze dwa czy trzy. Albo jedno ale jakoś podzielone na kilka mniejszych. Imp wyglądał obco. Nawet jego pióra czy co on tam miał opalizowały metalicznie. Tylko z daleka albo przy słabym oświetleniu mógłby być wzięty za ptaka z tego świata. To było na tyle obce, że mag poczuł suchość w ustach. Jednak świadomość przewagi jaką powinien mieć jako wzywający no i to, że się tego spodziewał pomogły mu zapędzić niskie, ostrzegawcze instynkty w głąb jaźni i zapanować nad nimi. Zaś stworzenie z innego wymiaru zaskrzeczało głośno i jeszcze dziwniej niż wyglądało. Zamachało skrzydłami i wzbiło się w powietrze. Na tyle na ile pozwalała pracownia magistra.

      Musiał działać szybko. Z tego co go zdążyła nauczyć mistrzyni wynikało, że nawet tak słabe chochliki są z natury złośliwe i niechętne do współpracy ze śmiertelnikami. Trzeba było je nakłonić obietnicą czegoś im przydatnego, miłego czy potrzebnego, zastraszyć do posłuszeństwa przerażający swoją potęgą lub brutalnie łamiąc ich wolę albo wynegocjować coś podobnie jak transakcję handlową. Jak powinien zadziałać w tym wypadku już musiał zdecydować sam. Była szansa, że którąkolwiek z metod obierze powinien mimo wszystko móc zapanować nad impem.


      Mecha 28

      Użycie czaru: przyzwanie impa: Altzh (Magia; 5 PM)

      Joachim: Magia 2
      składnik czaru: +1 wynik rzutu
      brak doświadczenia: -3 wynik rzutu

      Joachim: Magia 2; rzut: https://orokos.com/roll/976773 6,8 = 14; 14+1=15-3-12; 12-5=+7 > suk = czar się udał

      Test strachu: imp

      Joachim SW 60

      kontrolowane warunki SW +10

      Joachim 60+10=70; rzut: https://orokos.com/roll/976774 46; 70-46=+24 > ma.suk = wzięcie się w garść 0 (norma)


      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
      Czas: 2519.07.12; Wellentag; popołudnie
      Warunki: jasno; cisza; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, łag.wiatr; umiarkowanie (0)

      Heinrich

      I znów był w kamienicy przy Bursztynowej 17. Tak samo jak wczoraj. Tylko wczoraj to chyba gdzieś o tej porze dopiero ją opuszczał. A może nawet jeszcze trochę później? Właściwie to nie było aż takie istotne. W każdym razie dzisiaj też drzwi otworzyła mu ta urocza, młoda brunetka co wczoraj. Kerstin poprosiła aby poczekał a ona poszła sprawdzić jakie jej pani ma plany. Przez chwilę więc starszy już mężczyzna został pozostawiony sam sobie. Ale młoda służka szybko wróciła oświadczając, że milady go przyjmie. Po czym zaprowadziła go do salonu artystycznego. Tego samego co wczoraj się stopniowo zbierali po mszy i rozmawiali na różne tajne, spiskowe i przyjemne tematy aż nie zaczeli schodzić się w loszku. Dzisiaj też zastał obie gospodynie w środku. Pirora podziękowała pokojówce i po chwili zostali w swoją kultystyczną trójkę.

      - Witaj Heinrichu. Czyżbyś zasmakował w moich skromnych progach? Wczoraj i dziś. Jestem zaszczycona. - oznajmiła mu blondwłosa Aerlandka jawnie go kokietując gdy nieco poufale nadstawiła mu policzek do eleganckiego pocałunku tak modnego w wyższych sferach. Soria też chyba była w dobrym humorze bo postąpiła podobnie. A wczoraj to jak widział niczym wielka dama iście królewskim gestem podawała swoją dłoń do pocałowania. Jednak siedziała na tym wspaniale zdobionym krześle w roku salonu między oknem a ścianą z licznymi obrazami. Z dobrym widokiem na przeciwną ścianę. Też z obrazami. Tam był też pierwszy obraz namalowany w zimie przez Pirorę. Jak jeszcze mieszkała w tawernie. Przedstawiał pociągającą i nieco mroczną syrenę. W tle widać było pływające w zimnym, ponurym morzu ciała marynarzy. Sugerujące, że to właśnie główna postać zwodniczej, pięknej syreny jest za to odpowiedzialna. A sama postać pół kobiety pół ryby bardzo wpadała w oko. Zwłaszcza przez swoją śmiałość w postaci wyeksponowanej nagości. Zwłaszcza ponętnych, jędrnych piersi. Z tego co wiedział modelką do tych piersi i całego zgrabnego torsu była Burgund. Zaś twarzy użyczyła Kerstin. Nawet było widać pewne podobieństwo między obrazem a obiema modelkami. Teraz ten obraz wisiał na honorowym miejscu w kolekcji gospodyni. Ale przez pół roku uzbierała kolejne. Jedne były jej autorstwa, inne Kamili van Zee co w towarzystwie szlachetnie urodoznych koleżanek była najzdolniejszą malarką. Inne jeszcze od innych artystów jacy chcieli tutaj przedstawić swoje dzieła, lub gospodyni je od nich kupiła, oni jej ofiarowali w podziekowaniu za mecenas czy też goście ze znamienitych rodów podarowali lub pożyczyli jej swoje obrazy aby dorzucić swoją cegiełkę do tej domorosłej galerii malarskiej jaką cieszyła oko i estetykę ich wszystkich.

      - Troszkę się spóźniłeś mój drogi. Właśnie pożegnałyśmy Fabienne i Kamilę. Przyjechały na lekcję. Językowe. I kulturowe. Wymiana doświadczeń z różnych epok, krajów, kultur. I języków. - powiedziała lady Soria rozkosznie się przeciągając. I od niechcenia rzuciła mu na kolana coś ciemnego. Jak to mu tam to wylądowało to przez chwilę wyglądało na ozdobną, koronkową chustkę albo podobny kawałek materiału. Dopiero jak go wziął w dłonie przekonał się, że to właśnie podobny kawałek materiału a nie chustka. Dokładniej to kobiece, eleganckie majtki. Takie z górnej półki na jakie takie ulicznice jak Łasica czy Burgund to pewnie nie mogły sobie pozwolić. I świadczyły o tym wyszyte, ozdobne inicjały “KvZ”.

      - Oj tak! Obie były bardzo chętne do nauki! Zwłaszcza jak tych nauk udzielała im milady. A jak chodzi o tą część językową to obie okazały pełną żarliwość i zaanażowanie! - roześmiała się wesoło Pirora w pełni popierając słowa swojej milady.

      - O tak. Naszą Fabi to miałeś okazję poznać od prywatnej strony wczoraj. A dzisiaj Kamilka okazała się tak wspaniale słodka jak wczoraj miałam nadzieję. - czerwona milady też wydawała się być w świetnym humorze tą zdobyczą. I na dowód tego podwinęła trochę swoją czerwoną suknię. Może nawet więcej niż trochę bo materiał podwinął się aż za kolano. Sama w kuszącym geście zaprezentowała swoją gładką łydkę i stopę. A na nich widać było liczne odciski kobiecych ust.

      - Te bordowe to od Kamili. A te fioletowe od Fabi. Miała dziś nową pomadę, bardzo ładną. A te czerwone to moje! - Pirora wytłumaczyła Heinrichowi czego dowodem są te pocałunki. I wyglądało na to, że córka Soren zebrała dzisiaj należną jej porcję hołdu od swoich dwórek. W tym jednej nowej.

      - Może zabierzemy ją ze sobą jutro? I tak z nami jedzie do Rose. - zapytała Pirora podekscytowana na myśl, że miałyby nową koleżankę do zabawy na jutrzejszej orgii. Soria odetchnęła pełną piersią. A miała czym oddychać. I sięgnęła po kieliszek wina rozkoszując się nim i tą myślą.

      - Kusząca myśl. Ale obawiam się, że jest na to za wcześnie. Numerek z koleżankami - szlachciankami w luksusowych i bezpiecznych warunkach to jednak nie to samo co jakaś orgia z pospólstwem i ladacznicami jacy parzą się jak popadnie ze zwierzoludźmi. Może później. Myślę, że jest na dobrej drodze aby do nas dołączyć na pełny etat. - stwierdziła w końcu czerwona milady sącząc bez pośpiechu wino ze swojego kieliszka. Stanowiła specyficzną mieszankę elegancji i wyuzdania. Z jednej strony była ubrana i zachowywała się jak wielka dama z najlepszych salonów i pałaców. Z drugiej ta odrobina perwersji w jej spojrzeniu, uśmiechu, obietnica zawarta w rozleniwionym tonie sprawiała, że z miejsca przychodziło na myśl coś niestosownego co przyjemnie jeżyło włosy na karku. Nawet gdy nie robiła nic szczególnego.

      - No tak, to jednak nie to samo. Pewnie ją więc zobaczymy dopiero w Bezahltag na wieczorku poetyckim. - Pirora nie oponowała i zgodziła się, ze zdaniem swojej milady.

      - W sam raz aby nabrać sił po jutrzejszej nocy. I ochoty. - odparła herold Soren rozleniwionym tonem. Jakby już smakowała zniecierpliwienie i ekscytację ciemnoskórej piękności uchodzącej za jedną z najpiękniejszych i najbogatszych panien w okolicy. Albo i mówiła o sobie.

      - A co do jutrzejszej nocy mam ochotę wynagrodzić Fabi jej talenty oraz wierną służbę. W końcu takie spotkanie jak jutro nie zdarza się codziennie. Nie zawsze jest okazja aby cię sponiewierało stado zwierzoludzi prawda? No ale wszystkie się na to cieszymy i czekamy z niecierpliwością ale mam ochotę ją jakoś wynagrodzić skoro tak radośnie została naszą najpodlejszą z podłych i najnędzniejsza z nędznych. Tylko jeszcze nic nie wymyśliłam. Samo prowadzanie nago na smyczy to i miała choćby wczoraj u nas. Jak myślisz Heinrichu? Może ty masz jakiś interesujący pomysł jak by dodatkowo sponiewierać naszą kochaną Fabi tak aby zapamiętała tą noc na długo? W końcu to jej pierwszy raz ze zwierzoludźmi. No i z nami w tak wyjątkowej scenerii. - Soria zaczęła mówić jakby w dwuosobowy tłum gdy tak mówiła na głos swoje myśli, początkowo raczej do swojej gospodyni ale na koniec zwróciła się bezpośrednio do byłego łowcy czarownic jakby pytała go o zdanie.

      - Ah! Wybaczcie ale potem mogę zapomnieć. - Pirora wtrąciła się jakby coś jej sie przypomniało. Milady dała jej znać, że może to powiedzieć. - Kamila jak u nas była to mówiła, że dostała list z Saltburga. Z ich teatru. Wyślą do nas swoje przedstawicielstwo aby rozeznali się w warunkach i w ogóle co my tu mamy. Pewnie chcą sprawdzić czy ten teatr to nie jakaś pomalowana stodoła czy inna tancbuda. No jak na to liczą to się trochę przeliczą bo trochę ten nasz teatr odstawiliśmy. Może nie jest taki wielki i wspaniały jak te w wielkich miastach co widziałam bo w końcu to kiedyś była tawerna. Ale niczego jej nie brakuje. A samych aktorów to możemy rozparcelować po naszych rezydencjach. A obsługę to już się jakoś gdzieś pomieści. Tej Violette von Spee to nie znam. Kamila też nie. To ich impresario. Ale do Odette von Treskow to się od zimy od niej nasłuchałam i to ponoć jedna z najwspanialszych div tutaj na północy. Podobno “oh i ah” wedle naszej Kamilki. No i mają do niej przyjechać za parę dni więc pewnie w tym tygodniu już będą tutaj. - Pirora przekazała najświeższe ploteczki z dzisiaj jakie się obie a pewnie i Fabienne, dowiedziały dzisiaj od głównej mecenas teatru i sztuki w tym mieście. I nie ukrywała, że jest tym bardzo podekscytowana, że takie sławy ze stolicy wreszcie przyjadą do ich dość prowincjonalnego miasteczka. Mieli przybyć wcześniej no ale przez ten pogrzeb i żałoba wszystko stanęło pod znakiem zapytania i nie było pewne kiedy ani czy w ogóle przyjadą. A wreszcie mieli przełom i to całkiem pozytywny. Była nadzieja, że jak nad wysłanniczkami ze stolicy tutejsi mecenasi sztuki i notable zrobią dobre wrażenie to ściągnął oni resztę swojej trupy. Na to przynajmniej liczyła młodziutka Averlandka.

      - Oh wybacz nam nasze maniery Heinrichu. Bo my tu cały czas o sobie pytlujemy a ciebie zapewne coś sprowadza do nas i masz do nas jakąś sprawę. - milady pokiwała głową do słów von Dake ale ponownie zwróciła się do gościa. Tym razem w eleganckim, przepraszającym tonie. Teraz obie umilkły i czekały co się wypowie wreszcie ich gość.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Niedostępny
        SantorineS Niedostępny
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #121

        Oryginalny autor: Seachmall

        Wellentag; rano; hospicjum

        Mnich delikatnie masował nogi kiedy miał odrobinę wolnej chwili. Jeżeli jeszcze dziś ma zamiar pomóc z rabunkiem świątyni, to musi być w względnej formie.
        Kiedy wezwał go przeor spodziewał się pytania o Fabienne i Georga, ale informacja o Thornie była miłą niespodzianką.

        - U Frau von Mannlieb wszystko w jak najlepszym porządku. Udałem się z Anniką na zakup ubrań, najwyraźniej nasza dobrodziejka chce zabierać ją na różne spotkania, więc chciała kupić dla niej coś ładnego. Dziewczyna ma gust, muszę przyznać, preferuje czerwienie. - Otto skrzywił się na pytanie o Joachima - Sądzę, że ochrona może być dla nas niż dla niego. Słyszałeś jacy magistrzy potrafią być, pierdną za głośno przy rzucaniu zaklęć, a ty i wszyscy w promieniu dwóch przecznic oddychacie przez stopy. Powiedział jednak, że sny Georga nie mają pochodzenia magicznego. Bardziej jego biedny uszkodzony umysł i cokolwiek co gnębi nasze miasto. - mnich wzruszył ramionami - Więc tu mamy spokój. Co do Thorna, no dziś raczej już nie będę miał sił zahaczyć o Lady Pirorę, ale może jutro podczas mszy ją zauważę to przekaże wiadomość.

        - Otto może ostatnio bywasz na szlacheckich rezydencjach ale proszę cię, nie zapominaj się gdzie jesteś i z kim rozmawiasz. - przeor uśmiechnął się dobrodusznie i mówił łagodnym głosem więc zabrzmiało jak przyjacielska dobra rada. Ale taka której rozsądniej jest posłuchać. Zwłaszcza jak jest od przełożonego.

        - A pan magister powiedział, że to nic magicznego z tym naszym Georgem? Świetnie! To bardzo dobra wiadomość! Tego jeszcze tylko brakowało aby rozgłaszano, że my tu jakichś guślarzy mamy! - wiadomość o werdykcie magistra magicznego kolegium wyraźnie ucieszyła przeora i jakby kamień spadł mu z serca. Chyba ucieszył się z niej równie bardzo jak Otto z pozytywnych wieści jakie miał do przekazanie blond kultystce z Averlandu.

        - I z naszą dobrodziejką wszystko w porządku? To dobrze, to bardzo dobrze. I chce zabierać Annikę na przyjęcia. To też dobrze. Zobacz jak dzięki nam dziewczyna wysoko zawędrowała. Tyle u nas siedziała, tylko kłopot z nią był a teraz będzie na salonach. No tak, to nic dziwnego, że Frau von Mannlieb wolałaby aby prezentowała się godnie. Ale czerwony? Dziwny wybór. To dość wyzywający kolor. Zacne panienki powinny od niego stronić. Przynajmniej moim zdaniem. No ale ja od dawna nie nadążam za modą. Chociaż Annika na wielką strojnisie mi nie wyglądała. To pewnie wpływ tej milady. W końcu to Bretonka. - wieści z domu von Mannliebów też go ucieszyły. Jak jakiegoś nauczyciela czy wychowawce jaki dopytuje się o byłą uczennicę i dowiaduje się samych dobrych wieści jak to sobie bardzo dobrze radzi.

        - Ale kto wie? Może tak jak mówiłeś i ta milady ma do nich dobre podejście? Może rzeczywiście i z Marissą będzie szło jej lepiej niż nam tutaj. Chociaż ostatnio jest spokojniejsza. Może idzie ku lepszemu? Ale myślałem czy na wszelki wypadek nie zaprosić znów Matki Somnium w nasze skromne progi. Wczoraj próbowałem się do niej dopchać no ale była tak oblężona, że zdołałem ją tylko pozdrowić. Tak mi sie wydaje, że to przez to ogłoszenie ojca Absalona z wczoraj. O tych snach. Teraz każdy chce spotkać się z tą kapłanką aby opowiedzieć jej swój sen. A ja myślę czy by do nas jej nie zaprosić. Pamiętasz jak ostatnio tu była i mówiła o tych aurach jakie tu mamy? Dość niepokojące. I mówiła, że będą z tego kłopoty i sam wiesz co mieliśmy tu przed Festag. - przeor zadumał się nad losami swoich podopiecznych. Ale jakoś płynnie przeszedł od czarnowłosej dobrodziejki do czarnowłosej kapłanki chociaż myślał już całkiem o czym innym.

        Chwila paniki przeszła przez umysł Otto. Somnium naprawdę nie była osobą, którą chciałby przyglądała się bardziej pacjentom. Szczególnie George'owi, biedak mógłby się nie powstrzymać przed podzieleniem się czymś, czym nie powinien. Nie mógł jednak powiedzieć niczego, aby zmienić tą decyzję.

        - Dobry pomysł. Chciałem odwiedzić jutro rano świątynię Morra, więc mogę przekazać zaproszenie.

        - Tak? To by było nawet lepiej. Napiszę ci list do niej. Na wypadek gdyby nie miała rano czasu albo byś jej nie zastał. To sobie poczyta kiedy jej wygodnie. I jak by zechciała nas znów odwiedzić to też nie ma co się co narzucać. Widzisz? Jak z tymi szlachciankami. Jak się nie narzucamy to da się całkiem sporo załatwić po naszej myśli. Przyjdź do mnie nim dzisiaj będziesz wychodził do domu, dam ci ten list dla niej. - przeor pokiwał swoją łysiejącą głową znów z tym jowialnym uśmiechem i te słowa podwładnego też go ucieszyły. Okazało się, że właśnie patrzył na posłańca swoich wieści więc nawet nie musiał go dalej szukać.

        - Oczywiście. Więc zostawię cię z pisaniem. Zrobię obchód po hospicjum i poczekam na mistrza Thobiasa. - mnich skłonił się przełożonemu i ruszył w głąb hospicjum.


        Wellentag; rano; spotkanie z Marissą

        Otto skinął głową Marissie na przywitanie.

        - Ah, tak. Kazały cię uściskać więc… - atak mnicha był szybszy niż sam był chętny przed sobą przyznać. Objął kobietę przyciskając swoje usta do jej i witając jej język swoim. Jego dłonie w pieszczotliwie pośladek i pierś kobiety, przyciskając szorstki materiał włosiennicy do nich wywołując ciekawe niewygodnie, przyjemne uczucie. Po najdłuższych sekundach w historii Otto odsunął się od kobiety delikatnie się uśmiechając - Muszę przekazywać wam pozdrowienia częściej.

        Takiego rodzaju powitania pacjentka się nie spodziewała. Poznał po tym momencie bezwładności gdy ją tak niespodziewanie zaatakował. Ale to był ten moment. Ten pierwszy moment. Zaraz później Marissa przylgnęła do niego chętnie i oddawała pocałunek wręcz chciwie. Jęknęła cicho aż było miło posłuchać gdy dłonie mężczyzny dotknęły ją przez habit i to bynajmniej nie delikatnie. I w ciągu tych paru chwil rozgrzała się tak, że jak się od niej oderwał w oczach widział nie skrywane pożądanie. Jakie na co dzień zwykle jakoś udawało jej się ukryć pod płaszczykiem pokory i posłuszeństwa, żalu i zawstydzenia za swoje niestosowne i lubieżne słowa i czyny ale w tym gwałtownym momencie namiętności ta powłoka opadła i herold Soren wyglądała na w pełni rozbudzoną i pobudzoną. Ciężko oddychała, w oczach płoną mokry płomień a policzki miała zaróżowione.

        - A no tak, tak… Zdecydowanie tak Otto… Częściej, znacznie częściej. To co? Chcesz ten obiad? To mogę ci go wydać z kuchni. Bo w kuchni teraz to pewnie nikogo nie ma. - odparła uśmiechając się beztrosko i z jawnie grzesznymi zamiarami skinęła w stronę gdzie się szło do stołówki i kuchni.

        - Chętnie. - odparł mnich - Nie miałem dzisiaj okazji odpowiednio zjeść. Może będę miał apetyt na jakiś deser? - uśmiechnął się niegrzecznie do kobiety i ruszył za nią do stołówki.

        - To chodź. - nie czekała dłużej tylko roześmiała się krótko i nieco nerwowo. Odwróciła się i szybko ruszyła w stronę stołówki. Tam bez wahania przeszła ją na wsrkoś i zatrzymała się dopiero pod drzwiami do nich sprawdzając czy kogoś tam nie słychać. Ale nie było. Otworzyła drzwi i ukazał się półmrok nie oświetlonych pomieszczeń w środku dnia ale z niezbyt dużą ilością niezbyt dużych okien. Więc weszła do środka. Po czym przeszli przez korytarz i kilka pomieszczeń aż Marissa zaprowadziła go do kuchni. Tam stanęła na środku i wskazała na wypukłości przykryte kocem jak to się zwykle zostawiało posiłki aby za szybko nie zdębiały.

        - To obiad masz tam. Ale wolałabym abyś zaczął od deseru. - rzekła patrząc na niego wyzywająco i wskazując na siebie.

        Mnich spojrzał na kobietę od góry do dołu i z powrotem.

        - A cóż jest na deser moja droga? I chciałbyś, abym z nim zrobił? - mnich podszedł do kobiety stojąc tak blisko, że omało nie stykali się nosami - Cóż za myśli krążą w tej twojej główce?

        - Oj takie, że lepiej aby nikt o nich nie wiedział… Może poza Pajęczą Królową… I moją milady… I Anniką… I może paroma innymi osobami… - wymruczała patrząc mu z bliska w oczy i głaszcząc po policzku. A potem sama niespodziewanie pocałowała go mocno i głęboko przejmując inicjatywę. I urwała równie nagle. Tylko po to aby wskoczyć na stół, położyć się na nim i pociągnąć go na siebie. Przy okazji z wprawą podwinęła włosiennicę tak, że zsunęła się w górę a raczej obecnie dół jej gościnnych ud tak, że widział jej koronkowe majtki z inicjałami Fabienne.

        Mnich odwzajemniał pocałunek kobiety, jego dłoń szybko znalazła się między udami kobiety, jego pocałunki natomiast zsunęły się na jej szyję. Druga dłoń wsunęła się pod habit kobiety ujmując jej pierś. Po chwili zsunął dar Fabienne z krocza kobiety, a sam zrzucił z siebie habit i zdjął spodnie. Natarł silnie na kobietę, kontynuując całowanie i pieszczoty.

        Obszerny i solidny habit nie był tak łatwy do zdjęcia jak jakaś koszula. A sztywna i szorstka włośnica to już w ogóle. Ale dla chcącego nic trudnego. Widząc, że jej partner zaczął się rozbierać na całego to i leżąca na stole brunetka skorzystała z okazji przerwy aby rozwiązać swój sznur i ściągnąć z siebie nielubianą włośnicę. Pod nią miała prostą, zwykłą, lnianą koszulę jaka zakrywała jej wstydliwość a i zapewne łagodziła wpływ szorstkiego habitu. Ale i ją Marissa bez wahania zrzuciła z siebie ciskając ją gdzieś precz na podłogę. Po czym w zniecierpliwieniu wezwała do siebie mnicha przewalając go na plecy i ochoczo zajęła się jego berłem. Z wyraźną ochotą i przyjemnością. Dostarczając mu oprócz tej przyjemności także całkiem ładnych wrażeń widokowych i słuchowych. W pełni dała się poznać jako godna kandydatka na nową dwórkę Sorii i jak miał okazję ostatnio poznać się z resztą to wyglądało, że Marissa ma okazję spełnić pokładane w niej nadzieję.

        Mnich postarał się pomóc swojej partnerce, gładząc i ściskając jej delikatne ciało, przepełniając je rozkoszą. Jego berło grzecznie zagościło w jaskini kobiety wypełniając tyle ile mogło. Mnich wykonywał szybkie stanowcze ruchy, jego oddech zaczął przyspieszać.

        Na ile podczas tych gwałtownych zabaw od jakich solidny, mocno zurzyty stół kuchenny się chwiał i skrzypiał rytmicznie mógł zorientować to chyba rzeczywiście szczupła, gibka brunetka o nieco falujących włosach zasługiwała o miano najładniejszej pacjentki hospicjum. I miała w sobie jakąś taką naturalną radość z życia i maniery, że myśl o figlowaniu z nią jakoś przychodziła sama. W przeciwieństwie do Anniki co też przecież była niczego sobie pod względem wyglądu ale jej sposób bycia był dość oschły i odpychający co raczej nie skłaniało ku flirtom i próbom fraternizacji z nią. Co innego z jej koleżanką o kasztanowych włosach. I jak teraz Otto miał okazję się przekonać to nie były tylko pozory. A młoda kobieta wręcz desperacko miała ochotę zaspokoić swoje kobiece potrzeby. Właśnie mu to udowadniała na tym stole jak najpierw zaspokajała jego i siebie ustami. A potem zupełnie nieświadomie powtórzyła z nim to co wczoraj ćwiczył z jej panią w gościnnym loszku Pirory. I też zdradzała, że czerpie sporo przyjemności z takiej gwałtownej galopady. Aż wreszcie wyglądało na to, że zbliżają się do momentu kulminacyjnego tej zabawy.

        Mnich objął kobietę, trzymając ją blisko siebie, kiedy wypełniał ją swoim mlekiem. Jego usta przyssały się no jej, nie wypuszczając, aż oboje nie byli spełnieni. Leżeli tak przez chwilę, mnich głaskał plecy i bok swej pacjentki.

        - Cudowny deser moja droga. Polecę cię kilku znajomym. - uśmiechnął się do niej i ucałował jeszcze raz - Mam nadzieję, że też jesteś zadowolona.

        - Oj tak, wreszcie jakiś prawdziwy mężczyzna. Dawno takiego nie miałam. - zamruczała naguska z zadowoleniem i obróciła się ku niemu aby nagrodzić go czułym, pieszczotliwym pocałunkiem w usta. Po czym westchnęła głębiej i znów zaległa trochę obok niego a trochę na nim. Jej gładkie, przyjemne w dotyku i wyglądze udo leniwie przesuwało się co jakiś czas po jego udach. I mogli od siebie nawzajem czerpać satysfakcję ze wspólnej przyjemności i bliskości jaką daje intymne zbliżenie.

        - A to masz jakichś ciekawych znajomych? - zagaiła po chwili bawiąc się jego piersią przesuwając po niej palcami kreśląc na niej jakieś tajemnicze wzorki.

        - Część kobiet już znasz, Fabienne i Pirora, no i oczywiście Soria, ale jest jeszcze Łasica, Burgund i Onyx. Dziewczyny na co dzień pracują, szerząc rozpustę po mieście. No i jest mężczyzna, który sprowadził Fabienne na drogę przyjemności, Hubert Grubson. Sprzedaje drogie ubranie na mieście, to pewnie od niego są majteczki, które podarowała ci Fabienne. - mnich głaskał pośladek kobiety, raz na jakiś czas mocniej klepiąc go - Z innych znajomych, którzy mogliby cię poznać tak dogłębnie... hm.. jest Lilly, ona jest bardzo ciekawą istotką.

        - A dlaczego? - zaciekawiła się kochanka czerpiąc wyraźnie przyjemność z takiej bliskości i pieszczot. Chociaż jak wspomniał o tych figlarnych i drogich majtkach jakie dostała od swojej pani a jakim wciąż była tak zachwycona to podniosła głowę jakby starała się zlokalizować gdzie upadł ten cenny dla niej detal.

        - I ten Hubert to robi takie piękne rzeczy? To też musi być warty poznania. I tak lady Soria! Oh jak ja się nie mogę doczekać aż będę miała z nią przyjemność! Jest taka piękna! Może nie aż tak jak moja Pajęcza Królowa no ale i tak bardzo piękna. A Łasica i Burgund… - nie był pewny czy udało jej się dojrzeć ten kawałek koronkowej bielizny czy nie ale te nowe wątki znów przykuły jej uwagę bo wróciła spojrzeniem do niego i zaczęła szybko i żarliwie mówić jakby bardzo nabrała ochoty poznać tych wszystkich ludzi jakich właśnie wymienił. Ale chyba niezmiennie herold Soren była u niej na pierwszym miejscu. Ale na koniec urwała nagle i zawiesiła głos jakby coś jej się przypomniało. Podniosła się na łokciu aby spojrzeć na niego nieco z góry i na twarzy wykwitł jej tajemniczy uśmieszek.

        - Wiesz co? Były u mnie ostatniej nocy. Wszystkie trzy! Łasica, Burgund i moja pani! Przyszły do mnie w środku nocy, włamały się i się kochałyśmy prawie do rana! Dopiero wtedy sobie poszły! One są cudowne! Jej tak się do kogoś włamać aby się z nim kochać! - Marissa była wyraźnie zachwycona nocnym wyczynem koleżanek Otto jakby uważała to za jakiś romantyczny wyczyn rodem z takich powieści przygodowych czy rycerskich. Chociaż tam raczej takie przygody nie były sprawką wyłącznie kobiet i do tego plugawych kultystek. Ale na pacjentce ten wyczyn zrobił ogromne wrażenie i wyraźnie pęczniała z dumy gdy mogła się nim podzielić.

        - Tylko nie mów nikomu. Bo rano chyba nikt nie poznał, że u mnie były. Nawet Georgowi nie mówiłam. Chociaż rano uśmiechał się do mnie głupkowato jakby się coś domyślał. Z nim to nigdy nie wiadomo. No ale nie mów. Nie chciałabym aby miały przeze mnie kłopoty. Bo to było takie piękne! - poprosiła go aby zaznaczyć, że mówi mu to w zaufaniu i nie chciałaby aby wyszła z tego jakaś afera. Zwłaszcza jakby jej nowa pani i jej koleżanki miały mieć przez to kłopoty.

        - Doprawdy? A to niegrzeczne ladacznice. Będę musiał z nimi porozmawiać. Odwiedzać ciebie, po godzinach? Nic nie mówiąc? Nawet nie zapraszając mnie? - mnich się uśmiechnął i ponownie ucałował Marissę - A co do Lilly... - wiedział, że teraz będzie stąpał po kruchym lodzie, ale musiał zaryzykować - Jest w połowie mężczyzną. W tej połowie, która powinna cię interesować. - było to prawdą, postanowił na razie przemilczeć kopyta. Głośne burknięcie przypomniał drugi powód dla którego tu przyszedł - Wybacz, o ile deser był pyszny, muszę skorzystać z reszty tego co zostało. - mnich założył ponownie spodnie i habit, po czym z nielada bólem i trudem ruszył do resztek z obiadu - Georgem się nie przejmuj, chłopak dużo mówi, ponieważ ktoś dużo mówi do niego. Cieszę się, że poznałaś już większą część mojej rodziny, reszta powinna ci się spodobać. Przynajmniej część z nich.

        - O a to ciekawe. Słyszałam o takich… hmm… osobach… Co zdradzają połączenie obu płci. W różnych wariacjach. Ale jeszcze nigdy żadnej nie spotkałam. A ładna jest ta Lilly? - Marissa widząc, że partner wstał i zaczął się ubierać zrobiła to samo. Chodziła wokół stołu zbierając porozrzucane wcześniej fragmenty garderoby. I w pierwszej kolejności założyła prezent od swojej pani. Pogłaskała go czule jakby wciąż nie mogła nim się nacieszyć. A jak Otto już wiedział gdzie patrzeć to nawet w tym niezbyt jasnym pomieszczeniu wydało mu się, że dostrzega jej szlacheckie inicjały.

        - Oj i proszę, nie miej im za złe. Zrobiły mi prawdziwą niespodziankę. I to jaką! A moja pani usługiwała nam wszystkim! Jej już się nie mogę doczekać aż będę z nią i Anniką w jej rezydencji! Mowiła, że chciała też i ją zabrać no ale Łasica powiedziała, że lepiej nie bo ona ma pokój blisko “starej rury”. To chyba jakaś służąca? Łasica chyba niezbyt ją lubi. No w każdym razie za długo i za dużo osób by było to przyszły bez niej. Ale i tak było wybornie! - w miarę jak się ubierała ćwierkała do niego wesoło zdradzając więcej szczegółów z ostatniej nocy jaka tak ciepło zapadła jej w pamięć. A widząc, że zabrał się do zostawionego obiadu podeszła do jakiegoś kredensu i wyjęła z tamtąd dwa kubki i butelkę wina.

        - To od mojej pani. To co mi zostawiła jak zabierała Annikę. - wyjaśniła rozlewając do obu kubków jakąś owocową nalewkę. Nie wyglądała na pierwsze lepsze wino ze straganu czy byle portowej tawerny. Tylko taką nalewkę dla szlachty co się pija wieczorami przy kominku i mądrych rozmowach na poziomie.

        - A w ogóle coś wiadomo w mojej sprawie? Kiedy mnie wypuszczą do mojej pani? - zapytała siadając obok niego i stukając się z nim w toaście zwykłym, glinianym kubkiem.

        - Nie zrobię im niczego, czego bym nie zrobił tobie. - zapewnił mnich - I pewnie by się im to spodobało. - Otto westchnął - Najwyraźniej decyzja należy do twojej rodziny, więc czekamy na ich odpowiedź. Mam już potwierdzenie co do Thorma, więc jest do przodu. Cierpliwości, kochana. Co do "starej rury", to major domo rezydencji Fabienne, do tego skarży wszystko jej mężowi. Przyzwoitka taka.

        - Aha, przyzwoitka. No to pewnie dlatego Łasica za nią nie przepada, utrudnia takie schadzki. - roześmiała się brunetka popijając oszczędnie z glinianego kubka i wskazując na kuchenny stół na jakim niedawno zawarli bliższą znajomość.

        - Ale u mnie to nie wiem czy czekają na zgodę od mojej rodziny. Im pewnie wszystko jedno. Bo my to jesteśmy z takiej małej wioski pod Saltzenmundem. Przeor to pewnie wysłał list do mojej dawnej szkoły. Tam gdzie się szkoliłam. Oni mnie tu wysłali to pewnie od nich trzeba by mieć zgodę. Ale wiele to nie zmienia i tak trzeba czekać na wiadomość ze stolicy i tak. - uśmiechnęła się nieco nostalgicznie gdy wspominała swoje rodzinne strony. Ale jednak bardziej ją interesowało to co tu i teraz. A z tej perspektywy chodziło pewnie głównie o czas jaki list musiałby pokonać w obie strony no i na samo podjęcie decyzji.

        - Dobrze, nie przejmuj się Otto. Tyle tu wytrzymałam to i jeszcze trochę wytrzymam. Wierzę, że moja pani mnie nie zostawi i prędzej czy później mnie stąd wydostanie. Tak mi to wczoraj w nocy obiecała. - uśmiechnęła się ciepło i promiennie jakby wierzyła, że jakoś się sprawy ułożą, że w końcu się stąd wydostanie. A ta myśl pomagała jej tutaj wytrzymać do tego momentu.

        - Tylko o tyle proszę, może zanim cię wypuszczą, będziemy mieli czas na jeszcze jeden deser? - Otto objął delikatnie kobietę i ucałował ją głęboko - W jakimś mniej bezpiecznym miejscu?

        - Oh, Otto, ty hultaju! - zaśmiała się dziewczyna w ciężkiej, szorstkiej włosiennicy ale dało się wyczuć, że propozycja przypadła jej do gustu jako urozmaicenie pobytu w hospicjum. Jej sprawa była już w toku ale przesądzona jeszcze nie była.

        Mnich uśmiechnął się i przytulił Marissę jeszcze raz, tym razem cieplej, nie jak kochanek, a jak przyjaciel.

        - Jeszcze raz dziękuję za deser, muszę wrócić do swoich obowiązków i poczekać na gościa dla Georga. Ty pewnie też masz jakieś obowiązki, do których będziesz musiała wrócić. - to mówiąc opuścił kuchnię i ruszył dalej robiąc swój obchód po hospicjum.


        Wellentag; południe; spotkanie Thobiasa z Georgem

        W końcu przyszła pora na Thobiasa. Przywitał nauczyciela i brata recepcjonistę uśmiechem i ukłonem.

        - Pochwalony. - spojrzał na nowo przybyłego - George nie może się doczekać, aby cię spotkać drogi Thobiasie. Proszę za mną. - po czym ruszył razem z gościem w głąb hospicjum. Kiedy byli w miarę sami zaczął rozmowę z Tzeentchianinem.
        - Był, razem z Heinrichem. Nie lada wiedzy nam przekazał. Nie mamy co poszukiwać dziedzictwa Vesty przed rabunkiem w akademii. Przetrzymują tam "świetlika", aparycja, albo świadome zaklęcie. Tak czy inaczej ma relacje ze strażnikiem dziedzictwa i łatwiej będzie do niego się dostać razem z światełkiem. Jednak do tego będzie potrzebny George, jego umysł nawiązał kontakt z biblioteką Vesty, księgi do niego przemawiają i poprowadzą w interakcji z "światełkiem" inaczej, jak to on ujął "wybuchną nam głowy".

        - Z Heinrichem? Naprawdę? Dziwne. Myślałem, że sam przyjdzie. - brwi podskoczyły mu do góry gdy chyba tak samo jak rano kolega nie spodziewał się, że mag przyjdzie z inkwizytorem.

        - I wiedzę? Przekazał wam wiedzę? No nareszcie! - mimo wszystko druga część wiadomości znacznie bardziej przykuła uwagę poszukiwacza wiedzy. Zwłaszcza tej zakazanej i niedostępnej postronnym czy nawet tak wykształconym ludziom jak on sam. Tak sie tym ucieszył, że aż podniósł głos ale szybko się uciszył i nieco speszony rozejrzał się po korytarzu jakim szli. Ale mieli fart, że akurat nikogo nie było.

        - I ma kontakt z Siostrą? Niesamowite! I mówił coś o bibliotece? Czyli o książkach! Wreszcie! Cudownie! Wspaniale! Wreszcie dowiemy się tylu niesamowitych rzeczy! - tym razem nauczyciel znacznie lepiej nad sobą panował ale mimo wszystko trudno mu było okiełznać radość z powodu takich dobrych wieści. A tymczasem zbliżali się do suszarni gdzie George powinien pracować przy składaniu wysuszonego prania.

        - Spokojnie Thobias, zaczynasz przypominać mi Sigismundusa. Chociaż to dobrze. - mnich postarał się uspokoić kolegę - Nie napieraj jednak na biedaka. Jego pogląd na czas i chronologię wydarzeń jest dość pomieszany. Jak odwiedziłem go z Joachimem i Heinrichem był zdziwiony po co wracamy i pytamy go znowu o to samo. - Otto otworzył drzwi do suszarni - George? Przyprowadziłem ci nowego gościa.

        - Dobra, dobra, mam doświadczenie w pracy z młodzieżą. - uspokoił go nieco zirytowanym tonem nauczyciel jakby porównanie do aptekarza o nieco szalonym spojrzeniu i stylu bycia nie był mu miły. Ale, że już byli przy suszarni to czas na wzajemne dyskusje się skończył. Otto pchnął drzwi i znaleźli się w środku. Czyli niezbyt dużemu pomieszczeniu na parterze gdzie stały spore kosze z praniem jakie trzeba było posegregować i złożyć a na koniec roznieść do szaf, szafek i komód. Był też i George. Składał właśnie jakiś habit gdy weszli. Z tą swoja upartą, dziecięcą powagą jaka wydawała się komiczna. Zwłaszcza z jego 40-letnim ciałem. Podniósł głowę na przybyszy i przez chwilę im się przypatrywał uważnie.

        - Ale to nie. To Otto coś pomyliłeś. Źle przyszliście. To jutro miało być. W Marktag. Dzisiaj to jesteście za wcześnie. Źle przyszliście. - pokręcił głową i odrzekł spokojnie. Bez złości, gniewu czy jakichkolwiek innych emocji. Raczej tak jak to sie wyjaśnia komuś drobną pomyłkę.

        - Ale jutro jest Aubentag. Marktag jest pojutrze. Ale nieważne, pozwól, George, że się przedstawię. Jestem… Hm… Może darujmy sobie oficjalne tytuły. Jestem Thobias. Miło mi cię poznać. Otto mi cię przedstawił w samych superlatywach. - wydawało się, że mimo wszystko nauczycielowi trudno było przejsć obojętnie obok takiej trywialnej pomyłki w kalendarzu z najbliższych dni. Ale szybko się zreflektował i chyba chciał wywrzeć przyjacielskie wrażenie na dorosłym pacjencie o umyśle dziecka. Podszedł do niego z miłym uśmiechem i wyciągnął ku niemu rękę. George go przyjął ale z twarzy nie schodził mu ten wyraz dzieciecej powagi. Dlatego zaskoczył nauczyciela gdy dopiero po chwili się radośnie i szczerze uśmiechnął. Jakby dopiero teraz do niego dotarło, że ma gościa albo coś sobie przypomniał.

        - Aha. To ty też lubisz książki. To dobrze. Książki lubią tych co lubią książki. Masz jakieś na prezent? Aha. A tamto to się nie bój. Rzadko się zdarza, że ona mówi o tym rodzicom. - powiedział radośnie energicznie potrząsając jego dłonią jakby odkrył w nim bratnią, książkową duszę. I chciał być dla niego miły i powiedzieć mu coś miłego. Co wywołało efekt sporego zaskoczenia ze strony nauczyciela. Zwłaszcza końcówka. Bo wtedy Thobias najpierw bardzo zbladł, potem równie nagle poczerwieniał aż wreszcie starał się to jakoś przykryć nerwowym odchrząknięciem.

        - Tak, Bardzo ciekawe, fascynujące. To możemy tu rozmawiać? Czy gdzieś się możemy przenieść gdzie moglibyśmy usiąść? - zapytał Otto starając się zachowywać godnie i poważnie.

        Mnich ledwo powstrzymał prychnięcie rozbawienia, ale się opanował.

        - O tej porze? Ogród jak sądzę, na tyle ustronny, żeby nikt nie zwracał uwagi. - mnich zaprowadził klub książkowy na pierwsze zebranie na łonie natury.

        W ogrodzie trójka mężczyzn usiadła na jednej z ławek, Otto postarał się wybrać taką, na której jeszcze nie siedział z Georgem, a w zasięgu tej, przy której rozmawiali z Joachimem i Heinrichem.

        - Mam nadzieję, że zadowalająca sceneria?

        - Tak dziękuję. Całkiem ładnie tu macie. Miły ogród. - Thobias przez ten kawałek marszu zdołał się opanować na tyle, że już wyglądał i mówił normalnie.

        - Tak, bardzo ładny. Też mi się podoba. I go lubię. I ładne kwiatki są. A tam gdzie są te róże to kiedyś spalili czarownicę. Dawno. Jak jeszcze nic tu nie było. Tylko las. To przywiązali ją do drzewa i spalili. Potem drzewo trafił piorun. I uschło. Potem zbudowali to miasto. I tutaj dobra ziemia była. I ładne kwiatki rosły. To rosną. Też je lubię. - George pokiwał zgodnie głową i jakby nigdy nic dorzucił coś od siebie o tej dyskusji wskazując na dorodny krzak róż wyższych od dorosłego człowieka jakie stały pod jednym z barbakanów.

        - Ale wiesz, że to miasto zaczęto budować jakieś 80 lat temu? Wcześniej rzeczywiście był tu tylko las i morze. I mała, rybacka osada ale to raczej na wschodnim brzegu a nie tutaj. - odparł nauczyciel przypominając kawałek historii tego miasta. Niezbyt długiej zresztą w porównaniu do innych miast.

        Głowa mnicha gwałtownie skoczyła, jego wzrok skupił się na pacjencie.

        - Wiedźma? Tutaj? Spalona? - oko mnicha błysnęło - Możesz opowiedzieć mi więcej?

        Thobias też popatrzył zachęcająco na pacjenta i machnął dłonią jakby chciał go ośmielić to takich opowieści. Zapewne chcąc się naocznie przekonać co on potrafi. George popatrzył na nich z dziecięcą powagą co wyglądało dość groteskowo na jego niezbyt ogolonej twarzy dorosłego mężczyzny i to może nawet starszego niż nauczyciel. Biologicznie pewnie był w wieku Heinricha no albo nieco młodszy. Ale jakoś potrafił przyjąć dziecięce maniery i grymasy co upodabniało go do dużego dziecka i sprawiało wrażenie wioskowego idioty jakiego trudno traktować poważnie. Zresztą jak wiedział Otto chyba właśnie tak go traktowała większość braci i pacjentów także. Bo poza Marissą to jakoś nie spotkał nikogo kto by zdradzał, że wie coś o czy od Georga coś więcej niż ta powłoka niezbyt bystrego dzieciaka w ciele dorosłego mężczyzny.

        - No tak. Bo tam wiedźma była. O tam. Przy tym drzewie. - pokazał George wskazując w stronę tego dorodnego krzewu róży z jakiego braciszkowie byli tak dumni. I w ogóle z ogrodu dlatego jak pogoda sprzyjała a była okazja to przeor właśnie tutaj lubił zapraszać gości, zwłaszcza tych od jakich była nadzieja wyciągnąć jakieś datki na prowadzenie tego charytatywnego przybytku. Oczywiście tam gdzie pokazywał teraz pacjent żadnego drzewa nie było. Ale on to tak mówił i pokazywał jakby je widział na własne oczy.

        - Bo to nieszczęśliwa miłość była. I ona była piękna i młoda. Ale ją ukochany zbrzuchacił. A ona była mężatka. Albo narzeczona. Albo nie. To różnie książki mówią. No coś tam w każdym razie było, że ona uciekła w las. Bo jakże to panna z brzuchem. A zielarka trochę była to w lesie żyła. I tam coś grzyby, jagody, zioła robiła, babom pomagała, porody przyjmowała. No to mówili, że wiedźma czyli mądra kobieta z lasu. No ale ona dalej młoda była i ładna. I z tym brzuchem. A potem już nie. Jak urodziła. I poszła znów po prośbie po jedzenie. Ale byli tam źli na nią. A ona taka młoda i ładna. I sama. Nikt o niej nie wie. Nikt nie zapyta. To ją pognali. To uciekała. Ale ją złapali. I powiedzieli, że jak będzie miła to oni ją puszczą bo tylko podupczyć chcą. To podupczyli i była miła. Ale się bali, że ich wyda. Że przyjdzie kara. To ją przywiązali i poderżnęli gardło przy tym drzewie. Ale się bali, że ją ktoś znajdzie a łopat nie mieli aby zakopać ciało. A do morza trochę daleko ciągnąć. A do wioski dość blisko. To ją obłożyli drewnem i podpalili. Aby było, że to zła wiedźma była. Ale ona jeszcze trochę żyła. I jak umierała przysięgła zemstę i jak dopiero w ostatnim tchu przysięgła duszę Mrocznym Potęgom o ile pozwolą przeżyć jej dziecku. Bo ono maleńkie było i zostało samo w jej chacie. To by zginęło bez niej jak ona by nie wróciła. To przysięgła. A tutaj Siostry działały od dawna. Zanim ten kraj powstał. I usłyszały jej zew. I spodobała im się. Mądra Siostra mówi “Ona mi się podoba, mądra jest i lubi się uczyć, lubię takie. Spełnijmy jej prośbę.”. Krwawa Siostra mówi “Ona jest słaba, nie podoba mi się. Ale i tak ciekawsza od nich a krwawa zemsta mi się podoba. Spełnijmy jej prośbę.”. A Chutliwa Siostra rzekła “Ona jest młoda i piękna, wszystkie kobiety w wiosce jej tego zazdroszczą a mężczyźni o niej marzą. Podoba mi się. Spełnijmy jej prośbę.”. A Chora Siostra nic nie rzekła ale pomyślała, że może zyska kogoś do robaków albo na inne rzeczy więc też zagłosowała aby spełnić jej prośbę. Jak uradziły tak zrobiły. Jak wiedźma umierała to w ostatnich oddechu doznała łaski widząc jak zwierzoludzie zesłane przez Siostry odnajdują jej dziecko a potem rozprawiają się z jej zabójcami. I jeszcze jak płonęła to dostała od Sióstr znamię. To znamię przeszło na jej dziecko i wolą Sióstr przeszło na wszystkich jej potomków. O tutaj jest to znamię, taka dziwna plamka, tam gdzie ich przodkinię ogień już wytapiał to i oni to do dziś mają na znak zawartego paktu. - George rozgadał się jakby opowiadał jakąś tutejszą legendę. Chociaż Otto słyszał ją pierwszy raz. Ale pacjent mówił tak pewnie jakby opowiadał ją już wiele razy. Zresztą po minie Thobiasa też dało się poznać, że do tej pory nie słyszał tej historii. Ale z kronikarskim zacięciem szybko wyjął z torby notes, pióro, przenośny kałamarz i zapisywał co dał radę z wyrazem fascynacji na twarzy. Zaś to znamię jakie mieli mieć potomkowie tamtej wiedźmy to wedle Georga miało być gdzieś na biodrze i wewnętrznym udzie. Więc dość trudne do takiej pobieżnej weryfikacji.

        - Fascynujące… Fascynujące… - Thobias był chyba pod wrażeniem bo przerwał pisanie i patrzył na swoje świeże zapiski jak i na tego dorosłego mężczyznę o mentalności małego chłopca co siedział po drugiej stronie stołu z zadowoloną z siebie miną.

        - No. Widzicie? Ja wszystko wiem! - zawołał do nich triumfalnie jakby mile połechtany tym wrażeniem. Po czym nagle skulił się jakby dostał cios ścierą przez plecy. Odwrócił się gwałtownie za siebie z pretensją wymalowaną na twarzy. Spochmurniał. Odwrócił się znów do obu rozmówców. - No książki. Książki wszystko wiedzą. Są strasznie zazdrosne. - powiedział jakby został zmuszony do zmiany swojej wypowiedzi i teraz miał urazę do owego czynnika.

        - George jesteś cudowny! - zawołał Otto - Książki oczywiście też. Jak je znajdziemy pomogę ci się nimi zajmować. Tyle czasu same zamknięte, potrzebują pewnie konserwacji. - radość mnicha wydawała się nadwyrost zważając co było jej powodem - Och, to może załatwić nam tyle problemów z Somnium. Dziękuję, dziękuję po tysiąc razy.

        - No. Będziemy razem. Będą moje. Będę z nimi rozmawiał. Czyścił je i sprzątał. I chronił aby nikt im nie zrobił krzywdy. Ale przyjaciołom pozwolę się z nimi spotkać. - George rozpromienił się radośnie na taką pochwałę i po przyjacielsku poklepał Otto po dłoni. Thobias też nie mógł wyjść z podziwu.

        - Ale poczekajcie a o czym rozmawialiście wcześniej? Z Joachimem i Heinrichem? Coś o tych książkach? O Siostrach? O dziedzictwie? - nauczyciel wyraźnie nie chciał jeszcze kończyć tak interesującej rozmowy też chyba poznając, że pod tą niezbyt ciekawą powłoką pacjent skrywa całkiem sporo interesujących możliwości. Był też ciekaw nieco tych wieści jakie pobieżnie Otto mu jedynie wstępnie zarysował podczas rozmowy na korytarzu gdy tu szli.

        - Jej dziedzictwo znajduje się poza miastem, na bagnach. - zaczął mnich - Strażnik, który go strzeże, poszukuje artefaktu, który obecnie znajduje się w Akademii. Mamy kilka pomysłów, czego będziemy potrzebować, aby sprowadzić tu siostry. Między innymi rydwanów. George, jednak nie lubi się powtarzać, uwierz mi jeżeli w twojej percepcji powiedziałeś coś już setki razy, na setki różnych sposobów... no mówienie tego po raz setny pierwszy nie jest czymś, co chcesz zrobić. Na zborze razem z Heinrichem podzielimy się co udało nam się dowiedzieć.

        - Oo… - nauczyciel pokiwał głową i z wyrazem facynacji i zamyślenia na twarzy. Trawił to wszystko przez chwilę. - Rydwany? No ciekawe. Myślałem, że już się ich nie używa i to przeżytek. - zaczął mówić i chyba chciał dodać coś jeszcze ale pacjent bez wahania mu przerwał.

        - Używa! Widziałem! Wojownicy z północy wciąż je używają! A tutaj zwierzoludzie. To oznaka władzy. Wodzowie na nich jeżdża na bitwy. A czasem i w bitwie. A czasem uderzają jak kawaleria. Zobaczycie, że jeszcze zobaczycie taki powóz i wielkich zwierzoludzi. Tylko to musicie dobrze żyć z ładnymi paniami aby je zwabić. No i dobrze mówić. Dobrą ofertę dać. Aby się dogadać. Bo jak nie to nie. Nie zobaczycie i się nie spotkacie. - pacjent przerwał nauczycielowi bez cereigieli i znów mówił jakby dzielił się z nimi taką oczywistością jakby od dawna sami powinni to wiedzieć. nauczyciela znów na chwilę zamurowało i wybiło go to z rytmu.

        - A te ładne panie too… - zaczął patrząc pytająco to na mnicha to na jego pacjenta nie będąc pewny o kim mówi ich rozmówca.

        - Nasze Slaaneshytki. - odparł Otto - Pirora i Fabienne pomagają mi w wydostaniu innych heroldów i jednego obszczymura. Następną pełnie udają się na... spotkanie ze zwierzoludźmi. Potowarzyszę im, bo mogą mieć jakieś ciekawe opowieści do podzielenia się.

        - Aha, one… - twarz nauczyciela pokwaśniała jakby pod pokrywką zamiast smakowitej potrawy odkrył jakąś ropuchę czy inne paskudztwo. Mitrężył to wszystko w swojej głowie lekko stukając piórem o swój notatnik. W końcu zasunął je i zaczął chować swoje przybory do pisania.

        - No nic. Więc chodźmy na rozmowę z przeorem. Zrobię co się da aby przekonać go aby oddał Georga pod moją opiekę. Jak będzie u mnie to będzie mu dobrze. Mam dużo książek. - powiedział jakby się gotował do rozmowy z szefem tego przybytku aby się zgodził na wydanie mu tego akurat pacjenta. Na koniec zaś zwrócił się ewidentnie właśnie do niego. Temu oczy rozbłysły i twarz zalał uśmiech jakby mu obiecał, że zabierze go do cukierni i pozwoli wybierać smakołyki bez limitów.

        - Lubię książki! A książki lubią mnie! Jak powiedziałeś naszemu przeorowi, że będziesz mnie edukował i nauczysz mnie czytać to on lubi takie rzeczy bo lubi jak nasi pacjenci wychodzą i potem mogą żyć samodzielnie! - poradził mu radośnie lekko tłukąc dłońmi o blat stołu z tej ekscytacji.

        - Ee.. To ty nie umiesz czytać? - zdziwił się ponownie nauczyciel bo pewnie niezbyt mu to pasowało do tego zainteresowania książkami jakie zdradzał dorosły pacjent.

        - Nie! A po co mi to? Książki wszystko wiedzą i mi mówią co potrzebne. - odparł wesoło i beztrosko George a nauczyciel westchnął. Przetarł palcami włosy jakby próbował uporządkować myśli.

        - Dobrze. Coś jeszcze mamy do załatwienia póki jesteśmy we własnym gronie czy idziemy do przeora? - tym razem zapytał kolegę ze zboru.

        Otto się zastanowił, w sumie jeżeli chodziło o Georga to chyba wszystko. Wszystko, czego nie musiał później i tak powiedzieć podczas zboru.

        - Nie, jeżeli chodzi o sprawy naglące, jednak. Mógłbyś sprawdzić jakieś lokalne legendy? Jeżeli siostry faktycznie działają, aż tak daleko wstecz to może ich wpływ będzie można odczytać w innych wydarzeniach. Trzeba będzie też mieć wgląd w to znamię od sióstr, sądzę, że to kolejny element rytuału.

        - Spróbuję. Może jest coś w bibliotece Akademii. Ale raczej bym się nie nastawiał na jakieś nie wiadomo co. To miasto nie ma nawet stu lat. Historycznie to świeżynka. Wcześniej była tu tylko jakaś śmierdząca rybami wiocha rybacka. Żadnych urzędów, uczelni, oświeconych ludzi co by mogli robić jakieś zapiski. I zbyt nieciekawi aby pisać o nich. No ale zobaczę, może jednak coś się znajdzie. Może w dokumentach ratusza coś by było ale raczej trudno mi będzie zdobyć dostęp do ich archiwum. - nauczyciel nie był zbyt nastawiony na jakiś realny sukces w tej materii no ale obiecał zrobić co się da. Chociaż to zapewne zajęłoby mu trudno do oszacowania ilość czasu. A efekt był mocno niepewny. Pozbierał do reszty swoje rzeczy z grubo ciosanego stołu do swojej eleganckiej torby, pożegnał się z Georgiem po czym dał się zaprowadzić Otto do biura przeora.

        Mnich posłał Georga spowrotem do pralni i polecił mu zakończyć w czym mu przerwali i ruszył za Thobiasem.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Niedostępny
          SantorineS Niedostępny
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #122

          Oryginalny autor: Seachmall

          Przeora zastali jednak w bibliotece. Przeglądał jakiś spis. Chyba sprawdzał czy po rozróbie jaką tu urządziła ostatnio Marissa wszystko jest znów ułożone na swoim miejscu. Podniósł głowę na obu gości.

          - O witam szanownego kolegę uczonego. Jak się pan dzisiaj miewa? Jak tam spotkanie z naszym pacjentem? - przeor odłożył skoroszyt i przywitał się z nimi, zwłaszcza z dostojnym belfrem jakiego dzisiaj spotykał po raz pierwszy.

          - A pochwalony, pochwalony. I dziękuję dobrze. Tak dzięki waszej życzliwości oraz gościnności brata Otto miałem przyjemność rozmowy z Georgiem. I zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Bardzo obiecujący. Wydaje się być opóźniony ale mam doświawdczenie w edukacji małych dzieci a on umysłowo takim właśnie odpowiada. Myślę, że jak zaprojektuję program nauczania pod jego możliwości moglibyśmy ruszyć z kopyta. Najpierw nauka alfabetu, potem składanie literek i sylabizowanie wreszcie samodzielne czytanie. Bo zdaje mi się, że strasznie lubi książki. - Thobias niczym zawodowy edukator z werwą zaczął czarować przeora wspaniałą wizją tego pozornego wioskowego idioty jakiego tu mieli o ile ten trafiłby w jego ręcę. A sądząc po reakcji gospodarza to odbierał to bardzo pozytywnie. Spojrzał jednak na podwładnego jakby chciał sprawdzić czy ten jakoś to zweryfikuje albo doda coś od siebie.

          - George jest uradowany tą możliwością. - zapewnił jednooki mnich - Słyszał wiele opowieści i że książki mają ich więcej, więc bardzo chce nauczyć się czytać. Wierzę, że mistrz Thobias będzie w stanie poprowadzić Georga ku lepszemu.

          - Doprawdy? - przeor wydawał się słuchać tego z zadowoleniem po czym zaczęli z Thobiasem omawiać detale takich przenosin pacjenta to jego mieszkania. Przeor był zainteresowany czy nauczyciela na to stać i jest w stanie zapewnić mu odpowiednie warunki bytowe na co ten wydawał się być pozytywnej myśli. Trochę to trwało, może nawet więcej niż trochę i Otto był w tej dyskusji raczej słuchaczem i obserwatorem niż uczestnikiem. Ale dzięki temu mógł się zorientować, że obaj rozmówcy mają wprawę w takich negocjacjach jak i edukacyjnych detalach. Wydawało się wszystko zmierzać ku pozytywnego rozpatrzeniu sprawy no ale jeszcze na wszelki wypadek przeor Bernard poprosił o zgodę na wizytę w domu nayczyciela aby się przekonać jak to wyglądają przygotowania na przyjęcie nowego podopiecznego. Ten zresztą przyznawał, że skoro dopiero wczoraj po mszy dowiedział się o tej sprawie to nie miał zbyt wiele czasu na przygotowania. Zwłaszcza, że od rana prowadził nauczanie w kilku punktach miasta.

          - Dobrze, w takim razie nie ma pośpiechu. Możemy się umówić na termin jaki będzie panu pasował. Myślę, że skoro Otto i tak jest w tej sprawie od początku to będzie w sam raz do takiej wizyty z naszej strony. - zaproponował przeor wskazując dłonią na siedzącego obok nauczyciela mnicha.

          - Oczywiście, świetny wybór. Myślę, że za parę dni, może tydzień uporządkuje swoje sprawy i mieszkanie na tyle aby przygotować się na przyjęcie Georga. Zrobię co w mojej mocy aby było to jak najszybciej. - Thobias pokiwał głową na znak zgody po czym obaj wstali i uścisnęli sobie ręcę. A przeor poprosił aby Otto odprowadził gościa do wyjścia.

          Mnich skłonił się przeorowi i poprowadził Thobiasa do wyjścia.

          - Dobrze, że najwyraźniej nie potrzeba zgody na jego wypuszczenie. - zaczął Otto kiedy byli już sami z Tzeentchianinem - Jakie masz teraz plany?

          - Idę na obiad. Potem mam jeszcze zajęcia a po wszystkim będę musiał odpocząć i przygotować się na nocną przygodę. Więc zapewne spotkamy się w “Mewie”. A ty będziesz? - odparł nauczyciel widocznie będąc zorganizowanym człowiekiem miał dość spójną wizję na drugą połowę i końcówkę dnia. Był jednak ciekaw czy kolega zmienił zdanie bo na zborze raczej nie należał do ochotników nocnej akcji.

          - Postaram się, każda pomoc się przyda. Czeka mnie jeszcze dziś próba zwerbowania jednej dziewczyny. Koleżanka Onyx, pokazuje zainteresowania, które mogą ją skierować na drogę Ojczulka. Nie oceniaj, każdy nowy członek rodziny może być użyteczny, nawet sługi Pana Plag. - podejrzewał, że Tzeentchianin może mieć uwagi, do przyłączenia podwładnego bóstwa, przeciwnemu jego patronowi, wolał więc zażegnać te wątpliwości.

          - Nie wiem czemu mówisz, jakbym miał coś przeciwko. Ja to w ogóle nie wiem czemu mistrz się tak z nimi patyczkuje. Przydałoby się im pokazać właściwy punkt widzenia i przykazać im aby chociaż część z nich dała się zasiać. Albo coś innego aby im pokazać gdzie ich miejsce w szeregu. - nauczyciel był nieco zdziwiony interpretacją swojego nastawienia względem wężowych panienek do projektu spod ręki Oster obecnie realizowanego w praktyce głónie przez kolegę aptekarza. Pokręcił głową aby wyjaśnić te niezgodności i sam widocznie nie miał nic przeciwko zasianiu koleżanek ze zboru a nawet uważał to za ruch we właściwą stronę. Chociaż z przyczyn wyraźnie innych niż Sigismundus dla którego to była prawie sprawa osobista do jakiej podchodził bardzo emocjonalnie.

          - Czemuż ty się nie dasz? - zawtórował Otto - Lub czemu nie pozwolisz sobie wszczepić tych pobłogosławionych przez Oster jąder? Nie atakuję cię bracie, jednak ty też mógłbyś zrobić coś dla tej sprawy. - mnich się uśmiechnął - Jest ich dużo, a teraz jak Grubson się przyłączył, więcej. Do tego Soria. Mają większość w naszej rodzinie, więc trzeba być subtelnym. Do tego nie możemy się rozochocić z hodowlą, bo zwróci to uwagę, na to co się dzieje w mieście. - Otto westchnął - Więc, czujesz, że nasze siostry i bracia spod znaku węża mają specjalne traktowanie?

          - A nie? - nauczyciel wydawał się niezbyt zadowolony z takiego przytyku od kolegi. Ale widocznie jakoś za bardzo zdania nie chciał zmienić w parę chwil. - Panoszą się coraz bardziej, teraz właśnie jeszcze Soria jest z nimi a to przecież nie jest byle kto. Tylko z pozoru wygląda jak człowiek jak ty czy ja. A słyszałem co nieco co ona potrafi. Teraz właśnie jeszcze te ladacznice od Grubsona. A Starszy na to wszystko pozwala i toleruje. - powiedział nijako powtarzając część rzeczy wymienionych przez kolegę tyle, że on je traktował jako uchybienie.

          - Oczywiście samo w sobie nie jest to złe. I działa na naszą korzyść. Tak ogólnie. Tylko szkoda aby takie ladacznice dyktowały warunki wszystkim pozostałym. Nieprawdaż? Chcą się szarogęsić we własnym gronie to proszę bardzo. Ale czemu by miały jeszcze mówić nam co mamy robić? Zobacz teraz. Z tymi bagnami co ostatnio rozmawialiśmy. Jakoś nie słyszałem aby któraś się zgłosiła do pomocy. A dzisiaj no jak pewnie wiesz całkiem spora część rodziny będzie im pomagać. Z tą Sorią to też nie załatwiły same tylko trzeba było im pomóc. Po prostu uważam, że to może nie jest złe ale przywódczą rolę powinni grać ludzie na odpowiednim poziomie a nie jakieś młódki których filozofia życiowa sprowadza się do tego przed kim dzisiaj zdjąć spódnicę. - powiedział znacznie żwawiej ale cicho bo chociaż rozmawiali już na ulicy przed głównym wejściem do hospicjum to jednak było to jak najbardziej miejsce publiczne a w drugiej połowie dnia w centrum miasta chodziło całkiem sporo ludzi. Ale większość z nich mijała ich nie traktując ich inaczej niż innych przechodniów.

          Mnich delikatnie prychnął, chociaż było to ewidentnie odgłos rozbawienia.

          - Eh, jak Wielka Gra znajduje odzwierciedlenia w śmiertelnikach. Ty i Silnoręki byście się dogadali w tej sprawie. - mnich westchnął - Szczerze, nie wiem czy potrzebowały pomocy z Sorią, ale ją uzyskały ponieważ łączy nas cel. Teraz zaplanowały skok, co musisz przyznać jest ambitnym przedsięwzięciem. Nie oceniaj naszych koleżanek zbyt cierpko, podwijanie spódnic, może wydawać się proste, jest jednak skuteczne. Huć łatwiej rozgrzać, niż ambicję, więc tu mają przewagę nad pozostałymi członkami kultu, szczególnie tych oddanych Krwawemu. Potraktuj jednak ich wybryki, jako preludium. Ich działania dadzą możliwości na bardziej chytre projekty. Mógłbyś sam spróbować ich podejścia. Zakręcić sobie wokół palca jakąś wpływową młódkę, przekonać do otworzenia ci drzwi, których sam byś nie otworzył. Do tego, jeżeli się nie mylę zaoferowały pomoc przy akademii. - mnich wzruszył ramionami - Do tego druga decydująca osoba w naszej rodzinie, jest sługą Pana Zmian. - Otto oparł się o ścianę wejścia - Musicie przestać patrzeć na to jak na konkurs, kto ugra więcej. Mamy jeden cel; Sprowadzić Siostry. Będzie to wymagało współpracy, co przyznam, będzie pewnie trudniejsze, niż zabranie poduszki spod głowy Hertza.

          - No właśnie Otto, dobrze mówisz. Ale ja bym na twoim miejscu inaczej rozłożył akcenty. - Thobias uśmiechnął się i wskazał kierunek przed sobą jakby zapraszał do wspólnego spaceru i rozmowy. Teraz z kolei sprawiał wrażenie nauczyciela czy uczonemu któremu się trafił interesujący partner do dyskusji i to na interesujący go temat. Gdy ruszyli początkowo wzdłuż frontu hospicjum i muru jaki je otaczał uczony wznowił temat.

          - Oczywiście, że mamy wspólny cel. Temu nie przeczę i chyba nikt wśród naszych wspólnych znajomych tego nie robi. I z tymi chuciami i spódnicami owszem, tak jak mówisz. Ale z jednej strony oznacza to coś strasznie pospolitego. A pospolitość nie jest zbyt cenna. Jakby wyglądało nasze stowarzyszenie gdybyśmy zaczęli werbowac same portowe ladanice i ich klientów? Gdzie byśmy wtedy zaszli? - zauważył na ten irytujący go temat. Spojrzał na rozmówcę i uniósł znacząco brwi na znak, że nie uważa tego za zbyt interesujący kierunek w jakim powinni zmierzać.

          - Ale tak jak mówisz, one mogą być bardzo nam przydatne. Tylko z tymi zadaniami to chyba przyznasz, że dobrze aby to robił ktoś z głową. Z odpowiednimi umiejętnościami i wiedzą. Naszego naczelnika uważam za osobę na właściwym miejscu no ale niestety zbyt podatną na ten wpływ naszych spódniczek. One powinny znać swoje miejsce i wtedy wszystko będzie się zgadzać. Niech się bawią w swoim albo czyimś gronie no ale co do poleceń i planów od tego powinien być ktoś inny. Ktoś ponad nimi. Niestety póki będą odnosić sukcesy póty trudno będzie je zbić z pantałyku. A z tego co słyszałem to wcześniej, do ostatniej zimy to Silny i Łasica byli mniej więcej sobie równi. I wpływy poszczególnych frakcji. No ale odkąd nasze szefostwo tak uhonorowało tą ladacznicę to sam widzisz jak teraz ona i one się panoszą. A ich wpływy będą rosnąć bo jak mówisz to uleganie chuci jest łatwe i przyjemne. A pewnie wiesz jakie potrafią być słodkie i ponętne. Któż by się nie skusił? Więc będą rosły w siłę. Dlatego też zgłosiłem się do dzisiejszej akcji. Tylko tak możemy jakoś za nimi nadążyć. Dopiero jakaś spektakularna porażka z ich strony mogłaby je zwalić z tronu. Albo jakiś spektakularny sukces kogoś innego. Kogoś z nas a nie od nich. Myślę, że nasz wspólny znajomy z apteki jest tego bliski. A z tą Akademią i bagnami to jeszcze nie wiadomo jak wyjdzie. Ale choćby po to aby coś zyskać też powinniśmy się zgłosić do tych projektów. No one też mogą ale dobrze by było pokazać im gdzie ich miejsce. Na pewno nie na czele. - powiedział jednym tchem gdy widocznie miał to już wszystko całkiem dobrze przemyślane. I chyba naprawdę uważał, że kultystki Węża zdobyły dominującą pozycję w zborze i zanosiło, się, że będą się w tym umacniać zwłaszcza gdy będą miały po swojej stronie istotę tak niezwykłą jak Soria albo gdy połączą się z grupą Grubsona co też przecież wyznawała dekadenckiego Księcia Rozkoszy. A zwłaszcza uczonego człowieka jak Thobias uwierało to, że te ladacznice miałyby pełnić role przywódcze także pod względem innych frakcji.

          - A nasza przyjaciółka z północy rzeczywiście nie jest od nich. Niestety nie miesza się w sprawy personalne, że tak powiem. Szkoda. Mogłaby być dla nas potężnym wsparciem. A tak to razem z naszym mistrzem biernie przyglądają się jak te ulicznice coraz bardziej rosną w siłę. U tego kolegi kupca też nic ciekawego. On sam no to kupiec i wspólnik naszej blondynki z południa. Jedna z jego grupy to jakaś krawcowa. Zwykła krawcowa. Więc nie spodziewam się kogoś na odpowiednim poziomie. Co może umieć zwykła krawcowa? O czym z taką rozmawiać? O ciuchach i nożyczkach? No prosze cię… A ta druga to ponoć szlachcianka. I to Bretonka. No można by się wreszcie spodziewać kogoś na poziomie. W końcu bretoński język to język poezji i ludzi na poziomie. No i w towarzystwie pewnie znaczy więcej niż jakaś krawcowa albo kupiec. No ale z tego co słyszałem to ona też się nadaje tylko do podwijania spódnic. - Thobias miał wyraźnie żal do Mergi, że chociaż wyraźnie nosiła symbole Pana Zmian to jakoś nie wyglądało aby knuła intrygi na rzecz swojej frakcji. Właściwie to od zeszłej zimy raczej starała się pozostać neutralna jako prawa ręka Starszego. Zaś po grupie od Huberta Grubsona jakoś nie spodziewał się zbytniego wsparcia innego niż te jakie by mogło działać głównie na rzecz wspólnych koleżanek. Co działało na nauczyciela dość przygnębiająco jako kolejny atut na ich korzyść.

          Teraz Otto wybuchł śmiechem słysząc żale Thobiasa. Uniósł obronnie dłoń.

          - Wybacz, wybacz. Sam miałem podobne obawy co do naszych slaaneshytów. Sądziłem, że przejawiają swoją wiarę w płytki sposób. - Otto westchnął - Kiedy jeszcze byłem w zakonie, natknąłem się niejednokrotnie na naprawdę niezwykłe działania sług Mrocznego Księcia. Dzieła sztuki, które doprowadzały najprzyzwoitrzych ludzi, do głębin deprawacji. Utwory muzyczne, które wymuszały w słuchaczach taniec do śmierci. - mnich westchnął po czym zachichotał - Był nawet jeden przypadek, takiej "pospolitej" krawcowej. Tkała suknie o tak nieludzkim kunszcie, że jej klientki zabijały się, aby móc zakupić jej najnowsze dzieło. Tu jednak, jak na razie mamy jedynie bandę rozochoconych cudzołożników. - Otto pokręcił głową i spojrzał na swojego rozmówcę - Jeżeli poszukujesz partnera do rozmów, musisz poszerzyć własne zainteresowania i własne spojrzenie na rzeczy. Krawcowa może ci wytłumaczyć teorię materiału. Czemu nie miesza się skóry z niedźwiedzia z delikatną owczą wełną. Co oznacza dany ubiór, dany kolor, dana ozdoba. Jest to wiedza, która w środowisku społecznym jest bezcenna, jeżeli chce się ugrać coś dla siebie. Jesteś sługą Pana Zmian, Władcy Intryg, Kowala Losu, nie patrz na wzrost naszych sióstr jako zagrożenie dla siebie. Bardziej pomyśl o tym jako o wielkiej wieży, z której ich zrzucisz kiedy osiągniesz swoje. I nie miej za złe Starszemu i Merdze ich neutralność. Jeżeli otwarcie okazaliby przychylność lub niechęć do jednej ze stron, szybko by stracili cały kult. - mnich uśmiechnął się do Thobiasa. Musiał przyznać, biło od niego snobistycznym zadufaniem, osoby, która nauczyła się czytać. Jego słowa dału mu jednak do zrozumienia, że sytuacja w kulcie ma się ku gorszemu. Będzie musiał zacząć działać, jeżeli idzie o duchową część kultu.

          - No być może. Jednak nie na darmo społeczeństwem rządzą królowie, szlachta i kapłani. To wszystko są wykształcone osoby z odpowiednimi manierami. I otaczają się równie wyedukowanymi doradcami. Nie rządzą nami chłopi i rzemieślnicy co najwyżej mogą być sołtysem czy wójtem albo skrzyknąć paru ziomków w jakiś cech i poza swoją działalnością niewiele znają się na czymkolwiek. Wyobrażasz sobie na przykład tą krawcową na czele naszego stowarzyszenia zamiast naszego mistrza? Niczego nie ujmując jej talentom do krawiectwa bo widziałem tą suknię dla Sorii uszyła całkiem piękną i ładnie się w niej nasza córa wiesz kogo prezentowała. Ale czy ta krawcowa nadaje się do rządzenia? - zapytał raczej retorycznie gdy przez parę kroków trawił słowa młodszego kolegi. Widocznie czołowa rola kogoś kto w jego mniemaniu nie dorównywał mu pod względem wykształcenia, oczytania i wiedzy bardzo mu ciążyła. I chyba takich zarzutów nie miał pod adresem Starszego czy Mergi bo chociaż wyrażał żal, że na tyle pozwalają zwykłym ladaniczom to poza tym wyrażał się o nich z szacunkiem.

          - No ale być może. Może i tak. One mogą sporo zdziałać ale powinny być naszymi pionkami. Wykonywać nasze polecenia. Akurat to zasianie się dobrze do tego nadaje ale tak naprawdę może być cokolwiek innego. Jakoś nie wyobrażam sobie aby na przykład ktoś z moich uczniów miał mi wydawać polecenia. To całkiem wywraca porządek rzeczy i jest nie do przyjęcia. Ale z dnia na dzień trudno będzie coś zmienić. Niestety na razie musimy tolerować to ich panoszenie się. Ale proszę cię miej to na uwadze. Musimy trzymać się razem aby w odpowiednim momencie podjąć właściwe ruchy a na razie możemy sugerować tym ladacznicom co powinny robić. I uwypuklać ich wady i porażki. Bo jak powiedziałeś na początku ta tania chuć jest bardzo pospolita a o wiele trudniej zwerbować kogoś odpowiedniego na poziomie. Dlatego takie osoby są cenne a nie jakieś ladanice. Chyba, że w roli pionków no to wtedy oczywiście wszystko by było w należytym porządku. - nauczyciel wydawał się chociaż trochę zgadzać z propozycjami kolegi i nawet dostrzegał w koleżankach potencjał jaki mógł działać na ich korzyść ale jako wykonawców poleceń i szeregowych członków zboru a nie kadrę kierowniczą i oficerów od wydawania poleceń i planowania.

          - Jesteś oczytany Thobiasie, ale pozwól, że podzielę się z tobą odrobiną wiedzy na temat Mrocznych Potęg. Nikt, nie jest na szczycie długo. Przewaga sił jest równie stabilna, co wóz stworzony z błota i trawy. - mnich westchnął - Służki Królowej Sypialni, mogą królować w jednej porze roku, ale ich niekontrolowana rozpusta, szerzy choroby, w wyniku czego Ojczulek wzrasta w siłę i zrzuca dotychczasowego lidera. W odpowiedzi ambitny dostojnik wprowadza zmiany w społeczeństwie, które sprzyjają twemu patronowi. I wszystko idzie w cholerę, bo banda rządnych krwi barbarzyńców przetacza się przez miasto i Krwawy Bóg zwycięża. - Otto nawet kiedy jeszcze nie ujrzał Prawdy, był trochę zafascynowany tym aspektem Wielkiej Gry. Jak Bogowie reagowali na wzrost siły przeciwników i wykorzystywali je ku własnemu wzrostowi - Jeżeli mogę doradzić. Nie uda ci się podkopać autorytetu ladacznic, więc wykorzystaj fakt, że Fabienne i Pirora są szlachciankami ze znajomościami i zasobami. Niech zainwestują w akademię po naszym rabunku. Otworzenie nowego skrzydła, z nowymi księgami i możliwościami nauki. Przyciągnie to bardziej intelektualny element, może nawet z całego Imperium.

          - Pirora i Fabienne… - uczony zamyślił się nad tym wszystkim co usłyszał. Wspomniał o tych dwóch młodych kobietach które poza swoimi lubieżnymi preferencjami były także szlachciankami z towarzystwa jakie zapewne miały większe możliwości aby na nie oddziaływać niż te niżej urodzone ladacznice. Pokiwał głową i milczał przez parę kroków. Dotarli do końca ulicy Białej gdzie zapewne nauczyciel miał zamiar ruszyć aby dopełnić dzień swoich zajęć. Zatrzymał się jednak aby o tym jeszcze porozmawiać nim kolega będzie musiał wracać do hospicjum.

          - No być może… Być może… Ta Bretonka to nas raczej nie odwiedza. Ale z Pirorą może rzeczywiście da się porozmawiać. O czymś więcej niż bale, kiecki i alkowy. - dodał na koniec z irytacją jakby po młodziutkiej Averlandce trudno mu było spodziewać się czegoś więcej niż po jakiejś niezbyt rozgarniętej uczennicy.

          - Może to przez to, że doszedłem do was już po zimowych wydarzeniach. I od początku mi się wydawało, że cierpimy na niedobór osób wykształconych. Za to na nadmiar płytkich ladacznic które się robią coraz bardziej rozwydrzone. Ale może w dłuższej perspektywie masz rację, może coś się zmieni na naszą korzyść. Niestety raczej nie z dnia na dzień. Dobrze, nie będę cię zatrzymywał dłużej Otto. Dziękuję za rozmowę, dałeś mi parę cennych wskazówek i nadzieję na lepszą przyszłość. Muszę już jednak iść aby zdążyć jeszcze na dzisiejsze korepetycje. Zapewne spotkamy się wieczorem w tawernie. - w końcu zebrał się w sobie aby nie przedłużać tej rozmowy i dokończyć swoje plany na kończący się dzień. Zresztą młodemu mnichowi też już wiele nie zostało do końca służby, pewnie jeszcze dzwon czy dwa i też będzie mógł udać się do domu.

          - Spokojnego dnia Thobiasie. Ty też dałeś mi trochę do myślenia, będę musiał porozmawiać, ze Starszym o kilku rzeczach. Nie przemęczaj się, jeżeli chcesz pomóc w rabunku. - mnich kiwnął głową nauczycielowi i zaczął wracać do hospicjum. Reszta zmiany minęła na szczęście, bez większych wydarzeń i Otto wrócił do domu trochę zmęczony, ale zadowolony z tego jak dzień minął. Oczekiwał teraz na przybycie Onyx i jej znajomej.


          Wellentag; popołudnie; mieszkanie Otto

          Onyks i koleżanka

          Otto siedział w swoim pokoju, leniwie wypełniając puste karty swojego przyszłego dzieła. Wiedział, że nie ma nowej wiedzy, którą mógłby przelać na papier, więc jedynie pisał te elementy, które wiedział, że znajdą się w dziale każdego boga.

          Zdążył po hospicjum wrócić do siebie. Na szczęście nie miał aż tak daleko, oba adresy mieściły się w tej samej dzielnicy. Wreszcie mógł usiąść i mieć czas dla samego siebie, swoich przemyśleń i księgi jaką miał zamiar napisać. Cieszył się tym spokojem gdy usłyszał stukanie do drzwi. Jak podszedł do nich zdał sobie sprawę, że to ktoś ze zboru zanim otworzył bo sygnał był ten sam jakiego używali przed wejściem na “Adele” czy do kryjówki Mergi pod zwaloną wieżą. A jak je otworzył okazało się, że to Onyx.

          - Serwus. Można? - zapytała rudowłosa koleżanka ze zboru jaka stała u jego drzwi.

          - Oczywiście. - mnich otworzył szerzej drzwi i wpuścił koleżankę - Jak minął tobie dzień?

          - A spokojnie dziękuję. Odespałam wczorajszą nockę no i właśnie idę na kolejną. Dlatego mnie nie będzie dzisiaj z wami. - powiedziała zawodowa ladacznica co z całego zboru i koleżanek jako jedyna naprawdę pracowała w zamtuzie. Chociaż jej łotrzykowe koleżanki wcale nie ukrywały, że w przeszłości też tak pracowały i to akurat w tym samym co Onyx. Tylko wcześniej, przed nią. Zaś nie tylko łotrzyce potrafiły znacząco zmienić swój wygląd bo teraz, za dnia, to Onyx wyglądała dość zwyczajnie. Jak taka młoda i ciekawa dla oka sąsiadka z końca ulicy no ale za ladacznicę to by pewnie jej teraz ktoś raczej nie wziął. Rozejrzała się ciekawie po mieszkaniu w jakim była po raz pierwszy ale jednak szybko wróciła spojrzeniem do gospodarza.

          - No i popytałam wczoraj naszą Larwę o te larwy. - powiedziała z uśmiechem jakby bawił ją ten językowy żarcik. - Jak jej poopowiadałam, że to takie jakich jeszcze nie ma i takie dorodne to się całkiem rozochociła aby je zobaczyć. I może kupić. Bo na razie jej nie mówiłam skąd one się biorą. Jest na dole. Powiedziałam jej, że zobaczę czy jesteś. Mamy trochę czasu zanim będziemy musiały iść na naszą zmianę. Powiedziałam jej, że jesteś kolegą co jest bardziej zorientowany w sprawie tych robali. - poinformowała kolegę jak to jej wczoraj poszły te negocjacje z koleżanką z pracy. I okazało się, że przyszła z nią tylko się zapewne wykręciła aby miała okazję porozmawiać chwilę sam na sam z kolegą.

          Otto kiwnął głową.

          - Rozumiem, to pójdź po nią prosze. Ja przygotuję wszystko, nie wiem czy będziesz chciała zostać i słuchać naszych dywagacji na ten temat. - mnich sięgnął do jednej ze swoich komód w poszukiwaniu strzykaw, które wręczył mu Sigismundus.

          Onyx skinęła głową i wyszła z mieszkania. Jeszcze chwilę słyszał jak schodzi po schodach. A sam mógł poszukać tego podarku od aptekarza kultystów. Znalazł te dwie, krótkie, gliniane rurki akurat gdy usłyszał ponowne pukanie do drzwi. Gdy otworzył okazało się, że to jego rudowłosa koleżanka. Z jakąś młodą, nieznaną mu brunetką.

          - To jest właśnie Laura, moja koleżanka co ci mówiłam. A to Laura jest Otto, ten kolega co ci mówiłam. - rudowłosa ladacznica przedstawiła sobie obie strony.

          - No serwus Otto. Onyx mówiła, że masz jakieś ciekawe wieści dla mnie. - nowa znajoma nie wydawała się wstydliwa. Razem z koleżanką z pracy śmiało weszła do mieszkania jakby nie była tu pierwszy raz. Chociaż tak samo jak ona ciekawie się rozejrzała dookoła. Ale sam gospodarz i to co ją do niego sprowadzało zainteresowało ją bardziej. Też jakoś za bardzo w tej chwili nie wyglądała na zawodową ladacznicę. Może góra na kelnerkę z jakieś tawerny albo podobnie jak Onyx, na jakąś zgrabną koleżankę z sąsiedztwa. Widać strój i makijaż znacznie potrafiły zmienić wizerunek kobiety. Jedynie ta swoboda w zachowaniu z postępowaniu z nowo poznanym mężczyzną mogła sugerować o sporej pewności siebie płynącą z doświadczenia jakie pozwalało jej właśnie na taką nonszalancję.

          - Być może i mam. Siadajcie proszę. - mnich usiadł przy jedynym stole w swoim mieszkaniu i zerknął na Laurę - Onyx opowiadała mi o tobie, że masz dość nietuzinkowe zainteresowania. Opowiesz mi o tym?

          Koleżanki usiadły za stołem a ta nowa jak usłyszała pytanie spojrzała jeszcze kontrolnie na partnerkę. Ta zachęcająco się uśmiechnęła i pokiwała twierdząco głową. Laura więc zwróciła się do gospodarza.

          - Co tu dużo opowiadać? Lubię robale i inne takie obrzydliwości. Mam w tym swoją niszę. Niezbyt często trafia się klient co lubi takie rzeczy no ale jak już to płaci mi z nawiązką za to aby sobie pooglądać takie bezeceństwa. No a Onyx mówiła, że masz jakieś ładne, dorodne i żwawe jakich jeszcze nie miałam. No to przyszłam. Jak to by było coś interesującego to bym mogła je od ciebie odkupić. - Laura bez większych ceregieli ani wstydu wyznała jak to u niej bywa z tymi zainteresowaniami i mniej więcej zgadzało się to z tym co o niej wcześniej mówiła Onyx. No i nie ukrywała po co tu przyszła i tratkowała sprawę trochę jak ciekawostkę a trochę jak propozycję handlową. Ot jakby się słowa koleżanki okazały prawdą to była gotowa zakupić takie ciekawe okazy.

          Otto gwizdnął.

          - No przyznam jesteś bezpośrednia. Zrozum, że powierzono mi te maleństwa i nie oddam ich, jeżeli nie będę pewny, że trafią do dobrego domu. - mnich się uśmiechnął - Co cię tak w nich fascynuje? Skąd się wzięło to zainteresowanie? Nie musisz starać się przykryć tego ładnymi słówkami. Jeżeli podoba ci się jak małe czerwie wiją się i wydają słodki mlaszczący dźwięk gdy penetrują mięso to śmiało powiedz.

          Laura patrzyła na niego z lekkim uśmiechem. Raczej takim rozbawionym. Znów spojrzała na siedzącą obok koleżankę a ta znów pokiwała zachęcająco głową. Więc wzruszyła ramionami i parsknęła z rozbawienia.

          - Ale dziwne pytania zadajesz. A dlaczego ktoś lubi blondynki albo kobiety z dorodnymi kształtami? Lubi i tyle. A ja lubię robale. Właśnie za to jak są takie ohydne. I dla wielu odstręczające. Ale nie dla mnie. Ja je lubię. I lubię się z nimi zabawiać. I nimi. Nie wiem co ci tu jeszcze powiedzieć. Zwykle to pokazuję to na sobie. A nie o tym gadam. No ale za to się płaci. Sporo się płaci. Więc nie bój się, trafią w dobre ręce. Mam wprawę w takiej hodowli. Powiedz tylko czym je karmić i jakie im warunki zapewnić to już się o to postaram. - odparła w krótkich zdaniach bawiąc się kokieteryjnym spojrzeniem i uśmiechem. Po czym jakby sobie o czymś jeszcze przypomniała bo znów parsknęła z rozbawienia.

          - I Onyx mi mówiła, że ci mówiła czym się zajmujemy i po co tu przyszłam. Więc oszczędźmy sobie czasu i zachodu w udawanie świętoszków. Jak masz towar to chcę go obejrzeć. Jak mi się spodoba to możemy porozmawiać o cenie. Dogadamy się to fajnie nie dogadamy to też fajnie. - przedstawiła sprawę jak kobieta interesu jaka niezbyt ma ochotę tracić czas na zbędne podchody skoro zwyczajowa maska przyzwoitości i tak spadła przed spotkaniem dzięki ich wspólnej koleżance.

          - Poza tym możemy trochę posiedzieć czy gdzieś się przejść ale nie jakoś strasznie długo bo przed wieczorem musimy być już w robocie. A jak widzisz jeszcze musimy się zrobić na bóstwa przed robotą. - dorzuciła od siebie Onyx dając znać, że może nie mają presji czasu aż takiej aby czuć nóż na gardłe no ale za bardzo też nie mogą wszystkiego rozwlekać. Widać te dość codzienne stroje i brak makijażu to nie był ich stanem gotowym przed wieczornymi występami.

          - Dobrze więc. - wsumie może z tego wyjść coś dobrego. Jeżeli najpierw się bardziej pojawią muchy nie jedzace ludzi, będzie to można podrzucić jako zwykłą plagę. Mnich wyciągnął strzykawy od Sigismundusa - W tych strzykawkach znajdują się jaja mięsożernych much. Mięso jakim się zajadają jako dorosłe i jako larwy zależy od nosiciela. Więc jeżeli wstrzyknęła byś to krowie, dorosłe trzeba karmić wołowiną. Teraz, z tego co rozumiem jaja mogą się rozwijać w niemalże każdych warunkach, jednak najlepiej im w otworach rodnych. Ponoć niezwykle dobrymi nosicielami są ludzie, a szkody wyrządzone są nieznaczne. - mnich westchnął - Osoba, która mi to wręczyła, mówi, że pasożyt wywodzi się gdzieś z Lustrii.

          - Hmm… - brunetka wydawała się zachowywać sporą dozę sceptycyzmu na te słowa. Patrzyła uważnie na gospodarza jakby sprawdzała czy to wszystko co ma do powiedzenia czy coś jeszcze. Albo może czy sobie z niej dworuje. I gdy się przekonała, że to koniec popatrzyła jeszcze raz na siedzącą obok koleżankę z pracy. Ta ponownie pokiwała zachęcająco głową.

          - No widzisz? Mówiłam ci, że takich to jeszcze nie miałaś. Rany, z samej Lustrii. Nawet nie wiedziałam, że to z tak daleka. To pewnie nikt w mieście jeszcze takich nie ma. - rudowłosa kultystka rzuciła to całkiem luźnym tonem jakby nawet na niej zrobiło to wrażenie. Zwłaszcza pod względem rzadkości i dostępności. Brunetka wzięła do ręki jedną ze strzykw i zaczęła ją ważyć w dłoni i oglądać ze wszystkich stron jakby podobnie obracała sprawę w myślach.

          - No ale myślałam, że to będą larwy. Takie gotowe. Chciałam je zobaczyć jak wyglądają. - przyznała nieco rozczarowanym tonem bo widocznie brązowe, gliniane rurki z wypalonej gliny, z tłokiem z jednej strony i zakorkowanym otworem drugim nie wyglądały w jej oczach na zbyt interesujące. Wahała się widocznie.

          - Ale mięsożerne muchy? A to bezpieczne? I to się je umieszcza w drogach rodnych? Znaczy tutaj? A one nie wyżrą sobie drogi na zewnątrz jak takie zwykłe czerwie w ścierwie? - zapytała mając jednak pewne wątpliwości i jeszcze nie decydując się na coś konkretnego.

          Mnich się chwilę zastanowił. Dziewczynie jeszcze daleko do oddania się ojczulkowi, dobrze, że Sigismundus się tym nie zajął, bo jedyne co by z tego wyszło to porwanie dziewczyny i zrobienie z niej uwięzionej nosicielki.

          - W drogach rodnych jest najlepiej. Najwięcej okazów wtedy przeżywa. Niestety nie posiadam larw, mogę porozmawiać z odpowiednią osobą o pokazaniu ich. Co do niebezpieczeństwa, nie większe niż z grupą końskich much. Chociaż jeżeli grupa licząca setki by zaatakowała to pewnie byłoby nie ciekawie. Co do wyżarcia sobie drogi, z tego co rozumiem, kiedy larwy są gotowe, nosiciel… no nosicielka je "rodzi". Wychodzą tą samą drogą, którą weszły. - mnich spojrzał na Laurę - Z informacji, które znalazłem potrafią być naprawdę uciążliwe dla elfów, żyjących w tamtych terenach.

          - Aha, uciążliwe dla elfów? No tak, tak… Hmm… I rodzą się? To wychodzą same? A to długo się czeka aż wyjdą? - brunetka siedziała przy stole dość machinalnie oglądając tą glinianą strzykwę od Sigismundusa i wciąż chyba nie podjęła ostatecznej decyzji chcąc najpierw dowiedzieć się nieco więcej.

          - No i by były w twoim ulubionym miejscu. Przecież i tak za takie numery ci płacą najwięcej. - Onyx szturchnęła ją nieco w bok jakby chciała ze swojej strony pomóc jej w podjęciu właściwej decyzji. Laura pokiwała głową ale wciąż się wahała.

          - Ale zawsze wsadzałam sobie gotowe. A nie jakieś jaja. Można je zobaczyć? W ogóle to ile za to chcesz? - koleżanka z zamtuza przytaknęła nieco rozkojarzonym tonem jakby sporo myśli jej się teraz przelatywało przez głowę.

          - Kilka dni. Zapłaty nie chcę. - zapewnił mnich - Osoba, która mi je wręczyła jest poszukiwaczem wiedzy. Gadał coś o "kontrolowanej hodowli" tych maleństw, i że chce zobaczyć jak wygląda cały proces. Więc, tak długo jak wrócisz do mnie i opowiesz o wszystkim, ja i on będziemy zadowoleni. Wszystkie informacje, które mamy są z drugiej ręki o elfich podróżników, więc jesteśmy ciekawi wszystkiego. Jak chcesz mogę ci pokrótce powiedzieć dokładnie co nam powiedzieli. Jeżeli, to uspokoi twoją niepewność.

          - To dasz mi je za darmo? - brwi ladacznicy uniosły się do góry i tego chyba się nie spodziewała. - Ale no jak coś o nich wiesz to opowiedz. Wolałabym coś wiedzieć więcej jakbym miała je sobie gdzieś wsadzać. - Laura uśmiechnęła się nieco a sam temat wydawał się ją ciekawić ale, że sprawa miałaby być bardzo osobista to wolał się jednak dowiedzieć jak najwięcej.

          - Dobrze więc, tak jak mówiłem, robaczki wywodzą się z Lustrii. Jednak tam głównie żyją olbrzymie, zimnokrwiste jaszczury. Podobno oryginalnie te muchy składały jaja w oczach martwych okazów, jedyne miękkie miejsce, lub jakiś nieszczęśników co spały z otwartymi. - zaczął Otto starając się namalować jak najlepszy obraz swojego kłamstwa - Sprawa się zmieniła, kiedy elfy zaczęły zakładać tam kolonie. Elfy mają bardziej miękką skórę, z kilkoma otworami gdzie jest ciepło i wilgotno jak w oku gada. Kobiety elfów miały naprawdę kłopot z tym, więc ponoć znajdowały jakieś sposoby na zakorkowanie siebie. - mnich chwilę się zamyślił, starając sobie "przypomnieć" szczegóły opowieści elfów - Mniej istotne, ale elfy są w ciągłym stanie wojny domowej. Rozłam między jakimś okrutnym niby Królem, a prawowitymi dziedzicami. Tak czy inaczej, ci służący temu okrutnemu potrafią wykorzystywać te muchy, przeciwko swoim kuzynom. Spora część kapłaństwa i innych czarujących u elfów to kobiety, więc wyobrażasz sobie, że "niby ciąża" z pełzającym robactwem w tamtym miejscu, musi być nie lada przeszkodą dla delikatnych elfek. Jednak szkody nie są jakieś niewyobrażalne i jedna kobieta potrafiła wydać na świat kilka pokoleń tych larw. Podobno miały też jakiś wpływ, w sensie pozytywny, na elfi odpowiednik miesięcznego krwawienia.

          - Jakbym miała kłopoty z miesięcznym krwawieniem to bym nie mogła pracować tam gdzie pracuję. - roześmiała się Laura ale ta opowiedziana historia o dalekich rasach i krainach wydawała się ją ciekawić. Jeszcze raz ważyła i oglądała brązową, glinianą strzykwę z wszystkich stron gdy słuchała tej historii.

          - I elfy tego używały? I elfki? Była u nas jakaś elfka. Zimą. Pamiętasz Onyx? Mnie nie wybrała ale dziewczyny mówiły, że było warto. Nawet by z nią mogły za darmo. No ale jak w robocie to takie numery nie przejdą. I taka ładna była i pachnąca i delikatna w dotyku. Więc chyba prawda o tych elfach, że z nich tacy świetni kochankowie. - brunetka spojrzała na siedzącą obok koleżankę a ta potwierdziła jej słowa, że pamięta i kojarzy ten temat i o kogo chodzi.

          - No widzisz? Jak elfki tego używały i nic im nie było to i my przecież aż tak się od nich nie różnimy. I będziesz miała swoje własne robale z tej Lustrii. I to za darmo. - Onyx trzepnęła ją w ramię aby ponownie zachęcić ją do właściwej decyzji. Koleżanka roześmiała się radośnie i pokiwała głową.

          - No dobra. To jak za darmo i to taki rarytas to wezmę. I zobaczymy co z tego wyjdzie. - powiedziała w końcu machając lekko trzymaną strzykwą zgadzając się wreszcie spróbować.

          Mnich kiwnął głową i wręczył kobiecie strzykawki.

          - Miłej zabawy. I proszę odwiedź mnie jak coś z tego wyjdzie. Porozmawiam w między czasie z dostawcą, może będzie chciał z tobą sprawę obgadać.

          - Pewnie. - obiecała Laura i z ciekawością oglądała jeszcze obie sktzywkwy. Po czym starannie zawinęła je w jakąś ściereczkę i schowała do swojej torby.

          - No to miło się gawędziło. Ale my już musimy lecieć. Sam rozumiesz, robota czeka. A jeszcze musimy się zrobić przed. - rzuciła wesoło wstając od stołu. Zresztą Onyx też się podniosła.

          - Oczywiście. Sam mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia. Pozdrowić od was Łasicę i Burgund?

          - Tak, pozdrów i uściskaj. I trzepnij w tyłek! Pewnie będziemy się widzieć jutro no ale dzisiaj jak sam widzisz, mamy swoją robotę. - Onyx pokiwała głową i też chyba była w dobrym humorze. Może dzisiaj nie zamierzała uczestniczyć w nocnym skoku na świątynie ale jutro już zamierzała dołączyć do koleżanek i kolegów ze zboru co mieli się udać na wieczorno - nocne zabawy przy zachodnich kamieniach.

          Mnich odprowadził kobiety przez jakiś kawałek, po czym sam ruszył na spotkanie przed skokiem na świątynie. Najwyraźniej będzie w stanie pomóc.
          Zastanawiało go czy Starszy będzie również na spotkaniu, jeżeli tak to chciał pogadać o następnym zborze. I Sigismundus oczywiście, będzie musiał mu opowiedzieć o Laurze.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #123

            Oryginalny autor: Lord Melkor

            Czarodziej przez dłuższą chwilę wpatrywał się w demonicznego ptaka z fascynacją w którą wdarła się nuta niepokoju. W końcu przywołał coś obcego porządkowi jego świata. Ale czyż nie był to powód bardziej do dumy niż niepokoju? W końcu udało mu się za 1 razem - pogratulował sobie w myślach.

            Odchrząknął i zwrócił się do ptasiego demona:

            - Witaj Altzhu w naszej płaszczyźnie, mam nadzieję, że ci się tutaj spodoba. Mam dla ciebie dary - wskazał na zgromadzone przy pentagramie błyskotki.

            Dziwny ptak z innego wymiaru wzleciał pod sufit i trzepotał skrzydłami. Początkujacy demonolog nie był pewien czy udało mu się zwrócić do niego odpowiednio i czy ta obca istota go zrozumiała. Chyba przykuł uwagę tego czegoś co piszczało i skrzeczało dziwnie co jakiś czas bo na chwilę spojrzało w jego stronę jakby go ujrzało po raz pierwszy. A może coś tam go oceniało. W każdym razie wypatrzyło kupkę biżuterii i ta zaciekawiła to na tyle, że wylądowała obok. I z lubością zaczęła w nich grzebać szponami i dziobem. Przy okazji Joachim dostrzegł, że ma też haczykowate szpony na zgięciach skrzydeł.

            Joachim wpatrywał się zafascynowany w przywołanego stwora. Nie był pewien czy tamten rozumie jego słowa, w końcu nie studiował tak długo jeszcze demonicznej mowy.
            Pozwolił, żeby tamten obejrzał sobie spokojnie błyskotki, uważnie go obserwując. Następnie zwrócił w jego stronę talizman z symbolem Chaosu.

            - W imię Tzeenchta, Zmieniającego Drogi, chciałem zawrzeć z tobą pakt. Jestem pewien że możemy dokonać razem bardzo wielu interesujących rzeczy…. - starał się mówić pewnie, wolno i wyraźnie.

            Stworzenie przypominało ptaka. Tak mniej więcej. Najbardziej kojarzyło się z jakimś ptakiem. Przez te skrzydła i mniej więcej ptasią budowę. Pysk też taki raczej ptasi chociaż z wystającymi zębami. A na zgięciach skrzydeł szpony co akurat u ptaków nie występowały. Nawet latał i skrzeczał jak ptak. Chociaż jakoś tak dziwnie i jazgotliwie. Kupka kosztowności przykuła jednak jego uwagę. Zaczął je chciwie oglądać, przesuwał tym dziobem czy pyskiem i skrzeczał jeszcze głośniej i bardziej. Na człowieka w pomieszczeniu co do niego mówił zerkał czasem ale błyskotki wydawały się bardziej przykuwać jego uwagę. W końcu je łapał pyskiem i skrzecząc dziwnie zaczął połykać jak bocian żaby. Gdy młody demonolog wezwał go ponownie ten miał już za sobą połowę takiego kosztownego posiłku. Przerwał i łypnął tymi podzielonymi na kilka oczami o obcych, różnobarwnych tęczówkach. Zaskrzeczał coś po chwili wpatrywania się co brzmiało jak odpowiedź albo reakcja. Chyba. I znów wrócił do połykania tych tanich paciorków, bransolet i naszyjników.

            Czarodziej westchnął. Ptasi demon chyba na niego reagował ale nic nie odpowiadał. Czy rozumiał jego słowa? Postanowił poczekać aż tamten skończy jeść błyskotki a potem znowu się do niego zwrócić.

            - Smakowało ci? Odpowiedz mi! - Powiedział, kiedy demon skończył posiłek. Starał się by jego głos brzmiał pewnie i władczo.

            Stwór skonsumował podarki skrzecząc przy tym przenikliwym głosem, pomrukując i wydając dziwne odgłosy. Gdy skończył spojrzał na śmiertelnika który do niego mówił. Zaskrzeczał w odpowiedzi. Właściwie to kilka razy ale trudne to było do zinterpretowania. Brzmiało trochę jak jakiś śmiech a trochę jak jak nie. Stworzenie kiwało głową z góry na dół jak w jakimś ptasim tańcu czy rytuale godowym. Albo jeszcze czym innym. Bardziej się zachowywało jak ptak czy inne zwierzę niż świadoma, rozumna istota. Chociaż spojrzenie miało bystre taką obcą, złośliwą inteligencją wspieraną logiką nie z tego świata ani wymiaru.

            Joachim próbował jeszcze przez chwilę zinterpretować skrzeczenie ptasiego stworzenia ale po chwili poczuł jak moc zaczyna wypływać z pentagramu, a stworzenie zaczęło stawać się coraz bardziej niematerialne i rozpływać.

            - W takim razie pakt uważam za zawarty, wezwę cię podobnie! - zawołał do powracającego do swojego świata demona. Miał nadzieję, że tamten tak samo to zrozumiał.

            Następnie posprzątał pracownię, by ślady zakazanego rytuału nie znalazły się na wierzchu, przebrał się w mało rzucający się w oczy strój i skierował się na miejsce spotkania grupy która miała wspomóc Łasicę w skoku na Świątynię...

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Niedostępny
              SantorineS Niedostępny
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #124

              Oryginalny autor: Zell

              Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory; Wallentag; popołudnie

              Od wejścia starszy mężczyzna zachowywał się jak nakazywało szlacheckie urodzenie, zdając się czuć pewnie w środowisku wysoko urodzonych. Mogło to być dziwne, zważając na jego tropienie herezji przez każdy szlak Imperium, jednak wyraźnie nie sprawiał mu problemu taki poziom życia.
              Ucałował w policzek na powitanie obie kobiety, obu też kłaniając się jak wymagał zwyczaj, choć Sorii nawet niżej, jako że wymagało tego jej sekretne pochodzenie. Z ciepliwością pozwalał kobietom mówić, nawet drgnięciem powieki nie sugerując im, że powinny gościowi dać się odezwać. Czekał na swoją kolej, słuchając wszystkiego co z siebie wyrzuciły, odzywając się dopiero, kiedy obie zakończyły.

              - Samo słuchanie waszych głosów, drogie panie, może być powodem na szukanie bycia w waszej obecności. - odparł miękkim głosem, prawie pozbawionym słabej chrapliwości - Rozgryzłyście mnie idealnie, ale czego innego mogłem się po was spodziewać? - wykonał gest, jakim podkreślał swoje pokonanie - Zainteresowałaś mnie tą Petrą, moja droga. - zwrócił się do Pirory - Nie powiem, chciałbym się wokół niej zakręcić, to młodziutkie serduszko poruszyć w swój rytm i tym samym przejąć ją we własne dłonie.

              - Co zaś do Fabienne... - zamyślił się nad kwestią - Może niech sama wymyśla sposoby na upodlenie siebie, będzie swoim własnym katem? - zasugerował, chyba z pamięci z dawnych lat - Będzie łaknęła przyjemności dla siebie, to wpierw niech o taką błaga swoich panów i zapracuje na łaskę.

              - To by musiała być bez knebla. No i obawiam się, że jak się rozochoci to trudno ją będzie upilnować co, gdzie i z kim robi. A przecież nie jedziemy tam kogoś pilnować tylko się pobawić. - zwróciła mu uwagę gospodyni. Co prawda niezbyt było wiadomo co i jak się zacznie jutro przy tych głazach ale wszyscy chętni zdawali się być pozytywnej myśli więc raczej nie planowano nic na sztywno.

              - I nasza młodziutka Petra ci się spodobała? - koleżanka ze zboru uśmiechnęła się promienniej na te wieści. - Nie dziwię się, słodziutka i rezolutna jest, też mi się podoba i ją lubię. Będzie jutro z nami jechać na ten plener malarski. Ale oczywiście nie zabieramy jej na nocne zabawy bo jednak nie jest od nas. I zwykle bywa w Bezahltag na wieczorkach poetyckich ale to też byłoby trudne zaprosić tam jakiegoś mężczyznę. Ale nie bój się, zawsze mogę jej wysłać bilecik. Tylko bym musiała wiedzieć co tam napisać. Zresztą jutro będę się z nią pewnie widzieć. - odparła lekkim wesołym tonem jakby podzielała zainteresowanie swoją jasnowłosą koleżanką i raczej tylko rozważała jak tu by można jakoś zacząć kontakt między nią a kolegą ze zboru.

              - Wystarczy, by nie przeszkadzano. - Heinrich odezwał się i upił wina z kieliszka - Jeszcze by brakowało, aby się wtrąciła rodzicielska troska. Poza tym... samo przypadkowe spotkanie wystarczy. - przymrużył oczy z jakimś zadowoleniem myślami - Tak... Jakby się dało Petrę odciągnąć, by była sama na mieście to byłoby świetnie... ale może nie jutro, niech się dziewczyna pobawi.

              - No to żaden kłopot, zawsze mogę ją zaprosić do siebie, do mnie przyjeżdża bez rodziców. Coś tam się wymyśli aby ją zaprosić. Mniejsza z tym. A ty już po prostu tu będziesz. Jakbyście potrzebowali sobie porozmawiać na osobności to mam pokoje do dyspozycji. Tylko nie mów jej o loszku bo o tym nie wie. Dla niej jestem koleżanką z jaką miewa ciekawe przygody na mieście. Zna Oksanę. Tak się właściwie poznałyśmy od tej prywatnej strony. Bardzo się zdziwiłam jak mi Oksanka powiedziała, że Petra do niej czasem przychodzi na takie mocne zabawy. Ale mimo wszystko ulubieńcy panny von Schneider to się zaczynają powyżej piątego krzyżyka na karku. Ogólnie im więcej tym lepiej. - Pirora zaproponowała dość proste rozwiązanie spotkania na całkiem komfortowych i bezpiecznych warunkach w jakich nikt nie powinien przeszkadzać takiej schadzce.

              Heinrich uśmiechnął się.

              - Bardzo dobrze. - zawyrokował zadowolony - Pewnie co starszy partner, to większa szansa, że spotkania nie przetrzyma. - odparł z uśmieszkiem - A jak poszukiwania męża dla niej?

              - A trwają. Państwo von Schneider jak pewnie wiesz, pochodzą z Nuln i tam zostawili większość swoich znajomych. I tatko ma chyba wciąż ochotę wydać córkę za któregoś z tamtejszych znajomych. Właściwie to jego syna. Już jak wyjeżdżali to była mowa o zaręczynach chociaż wtedy do oni jeszcze trochę większe dzieci byli ale wiesz jak to bywa. Ale chyba zaczynają się rozglądać za kimś na miejscu. W końcu i kawalerów tu trochę mamy i statkami co chwile jacyś przyjeżdżają i w Akademii po nauki też biedaki nie przychodzą. Ale zaręczona jeszcze nie jest. - odparła Pirora co widocznie była dość dobrze obeznana z panieństwem swojej koleżanki. I chętnie o tym poinformowała kolegę. Nie brzmiało to jakoś rewelacyjnie wyjątkowo nawet chłopi i mieszczanie to zwykle aranżowali małżeństwa swoich dzieci. A im wyżej w hierarchii tym było to bardziej rozbudowane i zabierało więcej czasu stąd wcale nie rzadko szlachta zaręczała swoich potomków już w wieku pacholęcym. Zapewne nie inaczej było u von Scheiderów. Tylko ta zmiana adresu zamieszkania z jednego krańca Imperium na drugi nieco tu zamieszała i opóźniła sprawę bo panienka w wieku Petry już zwykle była chociaż zaręczona a nie rzadko szykowała się do stanięcia na ślubnym kobiercu albo była już młodą mężatką.

              - Więc nie ma na razie takiego jednego pewnego... To zawsze plus. - stwierdził - Ciężko trzymać w tajemnicy przed mężem upodobania do o wiele starszych od własnego męża.

              - W przeciwieństwie do większości z nas, zapewne nie byłaby jakaś nieszczęśliwa gdyby rodzice wydali ją za kogoś znacznie od niej starszego. Bo poza nią to jednak większość woli kogoś może nieco starszego i dojrzalszego kto jest w stanie im zapewnić bezpieczeństwo i byt na odpowiednim poziomie, najlepiej obytego w towarzystwie i z dobrym nazwiskiem, jakim można się pochwalić przed koleżankami no i co wstydu na przyjęciu czy interesie nie przyniesie. Zresztą to działa w obie strony. Rodzice dla swoich synów też biorą te rzeczy pod uwagę gdy szukają im kandydatki do zamążpójścia. Nic nowego. A von Schnaiderowie to dobra partia. Może nie tak dobra jak von Hansen czy van Zee no ale nadal górna półka. Nie powiem aby Petra zbyt długo sama siedziała na stole na przyjęciach, zawsze ma chętnych adoratorów co ją proszą do tańca czy prawią komplementy. No i chętnie to przyjmuje ale w sprawach alkowy to jednak woli partnerów a nawet partnerki chociaż w wieku jej rodziców a najchętniej starszych. No ale o tym oczywiście publicznie powiedzieć nie można. - panna z Averlandu chętnie pociągnęła ten wątek zaręczynowy z jej blond włosą koleżanką w roli głównej. Zapewne gdyby jej rodzice zostali w Nuln już by panienką nie była no a tak to nieco im to zamieszało w planach wobec córki jaka zdążyła im przez ten czas wyrosnąć na młodą i piękną kobietę.

              - Czy panna von Schneider lubi prowadzić romanse? - dopytał, pamiętając o lubości Pirory do nich.

              - Lubi, nie lubi… Zależy jak na to patrzeć. - zaśmiała się koleżanka ze zboru jakby to nie było takie jednoznaczne do oceny. - Na pewno lubi się bawić rozmową i flirtować. Nawet z młodymi mężczyznami. A także bawić się i żartować jak chyba większość z naszych koleżanek. Znaczy z kółka poetyckiego. - zaczęła opowiadać jaka to jej koleżanka jest.

              - Przyznam, że nie słyszałam nic o jej romansach. Ani żadnych skandali ani plotek. Więc jak ma kogoś to ani mi się nie zwierzyła ani nikt jej nie przyłapał na tyle aby wybuchła afera. Więc chyba raczej to ma tylko te nasze romanse. Te co zaczęła z Oksaną a potem ze mną. I bardzo lubi jak jej pomagam co jakiś czas organizować schadzki, najlepiej z jakimiś starszymi partnerami. Oczywiście wtedy nie jako szlachcianka bo to by zaraz się rozlało po mieście. Tylko wsiadamy do powozu albo jak się da to tutaj u mnie i charakteryzujemy ją i przebieramy, że wygląda jak zwykła robotnica, praczka czy ktoś taki. Co bardzo, bardzo szuka pracy i bardzo, bardzo, jej na tym zależy. Tak bardzo, że jest gotowa się oddać komuś za możliwość takiej pracy. No nie zawsze to tak wygląda, czasem to modyfikujemy w zależności o kogo i o co chodzi no ale ona bardzo lubi tą bajeczkę. Jak się pewnie domyślasz znacznie trudniej jest znaleźć młodą, ślicznotkę co by miała ochotę na kogoś w wieku jej rodziców czy dziadków więc raczej to chętnych nie brakuje. W ograniczonej skali oczywiście aby zachować dyskrecję. No i mamy już takie grono jej stałych wielbicieli co co jakiś czas mają przyjemność z młodą, desperatką. Ta bajeczka to głównie na pierwszy raz potem to już jakoś to się samo ciągnie skoro obie strony mają się ku sobie. A po wszystkim wsiadamy w dorożkę i wracamy do mnie gdzie młoda desperatka doprowadza się do porządku a potem znów przeistacza się w Petrę von Schneider. A potem zwykle wraca do domu. Więc sam sobie oceń czy ma wiele tych romansów czy nie. - Pirora streściła Heinrichowi jak to o ile jej wiadomo wygląda sprawa z tymi romansami panny von Schneider. Na tym polu wydawała się być całkiem dobrze zorientowana przynajmniej jeśli chodziło o te romanse w jakich sama po części brała udział i oficjalnie była przyzwoitką starszej koleżanki. Co do innych to orientowała się dużo mniej ale przypuszczała, że albo ich nie ma albo to sporadyczne przypadki.

              - Wydawała się zaciekawiona, gdy usłyszała, że byłem oficerem. - przypomniał sobie z rozbawieniem.

              - Całkiem możliwe. W końcu wiele kobiet ceni męska chwałę, sławę i wspaniałe czyny a często utożsamia się to z byciem oficerem. Mam wrażenie, że z Petra może być podobnie. Zwłaszcza, że to córka oficera więc pewnie uważa to za plus u mężczyzny. - odparła elegancka, młodziutka gospodyni dzieląc się swoimi przypuszczeniami na temat koleżanki.

              - To co? Zdecydowałeś się już na coś w jej sprawie? - zapytała ciekawa czy po tym wszystkim co kolega usłyszał ma już jakieś plany i zamiary w tej materii.

              - Och, oczywiście. Lubi starszych mężczyzn, męską siłę i wspaniałość oraz przedstawienia: mogę jej wszystko to zaoferować za jednym spotkaniem. Nie będzie nudno. - Heinrich wypił duży łyk alkoholu - A do tego będzie możliwość urosnąć w oczach jej rodziny. Wystarczy by upozorować "niebezpieczeństwo" dla Petry i jak ratunek z łaski Sigmara obronić ją przed krzywdą z rąk pozbawionego cnoty pospólstwa. - westchnął teatralnie - Jakie to wyniosłe, gdy się tak zastanowić. Brudu trzeba dodać tej sztuce, oczywiście.

              - Aha tak to sobie wymyśliłeś? - zapytała młodsza koleżanka jakby to sobie musiała podsumować w myślach przez chwilę. Rozważała to po czym wzruszyła ramionami. - No cóż, jeśli o mnie chodzi to mogę wysłać jej bilecik ale w samych takich ulicznych harcach to nie bardzo siebie widzę. No i ona przyjeżdża ich powozem a potem ja ją odwożę dorożką bo swojego jeszcze się nie dorobiłam. Za dużo innych wydatków. Ale może Silny i Rune coś pomogą. Chyba najbardziej by się nadawali. - dała znać, że mogłaby pomóc w zorganizowaniu takiej akcji ale raczej nie jako uczestniczka takich wydarzeń.

              - Sam też mam pozakultowe możliwości, ale możliwie też i do chłopaków zagadam. W końcu spotykamy się w “Mewie” to się umówimy. - odparł - A wiadomość o gościu z Saltzburga naprawdę nam sprzyja. Macie już jakieś pomysły, jak byście chciały zdobyć jego artystyczną duszę?

              - Póki nie przyjadą to nie ma co planować. A jak przyjadą to zapewne albo zatrzymają się u Kamili albo chociaż się z nią skontaktują. Dobrze by było jakby się zjawiły na poetyckie spotkanie w Bezahltag to byłoby idealne. No ale nie wiadomo czy zążą czy przyjadą po. Tak czy inaczej liczę, że jak tylko skontaktują się z naszą słodką Kamilą to ona skontaktuje się z nami. - Averlandka podsumowała jakie ma plany wobec przybyszy z Slatzmundu. Na razie żadnych konkretnych skoro nie do końca było wiadomo kim maja być przyjezdne i kiedy by miały przybyć. Poza zapowiedzią, że zapewne w tym tygodniu.

              - A jak masz kogoś do zorganizowania takiej roboty to jasne. Ot nasi chłopcy pierwsi mi przyszli na myśl ale jak masz kogoś innego to pewnie. - dała znak, że z mięśniakami Silnego to była tylko luźna propozycja a nie, żeby coś więcej niż tylko sugestia.


              Wallentag; wieczór; mieszkanie Heinricha

              Nakładał brązowy barwnik na swoje poprzeplatane siwizną włosy skrywając pod nim jasne loki dawnego koloru, teraz bardziej ubrudzonego szarością popiołu.

              Aha. Ty jesteś ogień. Ogień i krew. I popiół. Dużo popiołu.

              Tak... Dużo popiołu, George. Ciężko przeoczyć, prawda? Pewne nawyki w zachowaniu pozostają w człowieku.

              Heinrich spojrzał w swoje oczy, martwe oczy. Odkąd pierwszy raz po odzyskaniu wolności spojrzał w ich odbicie w wodzie - były martwe. Ahrudiaz odebrał życie Łowcy Czarownic, pozostawiając łupinę z ciała i strzępki z duszy. Heinrich von Achterberg wciąż oddychał, ciągle jego serce wybijało rytm, jednak tak naprawdę zginął podczas tamtych miesięcy. Ze starego Łowcy pozostała zgorzkniała pamięć dawnych osiągnięć.

              Mężczyzna odsunął na bok stołowe lusterko odwracając jego taflę od swoich oczu i uniósł bliżej twarzy pojemniczek z maścią od Mergi, którą natarł sobie kawałki skóry na nodze, jakie jeszcze nie doznały mutacji. Nie chciał, aby ten potworny ból pojawił się podczas akcji w świątyni, jeszcze w trakcie starcia. Nie mógł się na to narażać, a jeżeli maść mogła go uchronić - tym lepiej.

              Spojrzał na skórzany pancerz czekający na przywdzianie go. Pamięć po dawnym życiu...
              Przesunął powoli palcami po pancerzu noszącymi małe ślady potyczek. W tym jednej, ostatniej...

              Będzie musiał nawiązać kontakt z Einzem. Czeka go jutro rozmowa o planach ataku na młodą szlachciankę.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Niedostępny
                SantorineS Niedostępny
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #125

                Oryginalny autor: Pipboy79

                Oryginalny tytuł: Tura 29 - 2519.07.12; wlt; zmierzch

                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
                Czas: 2519.07.12; Wellentag; zmierzch
                Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, b.sil.wiatr; ziąb (0)

                Spotkanie w “Wesołej mewie”

                W miarę jak dzień się kończył to i pogoda się pogarszała. Zrobiło się pochmurnie a na dodatek od strony zatoki zaczął wiać coraz silniejszy wiatr. Tak silny, że bez trudu szumiał całymi drzewami, zrywał czapki i kaptury z głów, szarpał ubraniami i olinowaniem zacumowanych statków. Pod wiatr też się szło z wysiłkiem. O tyle dobrze, że wewnątrz pomieszczeń była to tylko drobna niedogodność za oknem. Te jednak trzeszczały pod jego naporem a czasem jakiś urwany liść, gałązka czy śmieć trzaskał w szybę. Wewnątrz “Mewy” jaka była głównym punktem kontaktowym obu miejskich łotrzyc ze zboru panował jednak tradycyjny, wieczorny gwar. Nawet jeśli dzień się jeszcze nie skończył bo w lato trwał całkiem długo to i tak panowała już rubaszna, marynarska atmosfera portowej tawerny. Właśnie do niej stopniowo schodzili się spiskowcy jacy zamierzali nieźle namieszać dzisiejszej nocy. Jak się jednak okazało było wśród nich parę osób jakich można by się nie spodziewać.

                Pod jedną ze ścian, przy dwóch złączonych ze sobą stołach aby pomieściły całkiem spore towarzystwo zasiadało całkiem sporo osób. Prym oczywiście wiodły tu Łasica i Burgund które czuły się tu jak u siebie i występowały w roli gospodyń. Bardzo pasowały do tego rubasznego otoczenia pełnego rozwydrzonych marynarzy rżnących w karty i śpiewających morskie, sprośne albo żałobne piosenki. Cwaniaków z chytrym wyrazem twarzy grających w kości albo karty. Osiłków jacy wpadali w oko przez swoje rozmiary i dało się ich wyłuskać wzrokiem w tym czy innym towarzystwie. Podejrzanych typów wyglądających na takich spod ciemnej gwiazdy. A do tego wesołe i hoże dziewoje poutykane to tam to tu w towarzystwie z czego zapewne chociaż część oferowała swoje wdzięki i sympatię na dzwon czy dwa za pewien podarunek z monet czy jakąś błyskotkę. Jednym słowem obie łotrzyce wybitnie pasowały do tego miejsca i wydawały się jednym z elementów tutejszego kolorytu. Czuły się swobodnie i bynajmniej chyba nikt nie powinien odnieść wrażenia, że zaraz po północy zamierzają popełnić jakieś świętokradztwo jakie zapewne rozpali gniewem i oburzeniem całe miasto i ich znamienitych gości.

                - Witajcie, witajcie, czym chata bogata! - zawołała wesoło Burgund do kolejnych gości jakich przywołała dłonią aby zwrócić na nich swoją uwagę. No i tak się dosiadali i robiło ich się z każdym pacierzem więcej i więcej przy tych stołach.

                - Poznajcie to jest Pchełka. Pchełka idzie z nami na robotę. Wyobrażacie sobie, że Pchełka jest zabaweczką naszej Oksanki? Jaki ten świat mały! A my się od dawna znamy i nic nam nie powiedziały! - Łasica przedstawiła krótkowłosą postać jaka siedziała między nią a Burgund i już na pierwszy rzut oka widać było, że się znają. Jednak cała trójka była chyba mimo wszystko zaskoczona jak wiele ich łączy. Cała trójka była z ferajny wyspiecjalizowana w doliniarstwie i włamaniach więc nawet pod względem zawodowym były do siebie podobne. Tylko żadnej z nich trzech do tej pory nie przyszło do głowy, że mają wspólną znajomą i kochankę w postaci pewnej krawcowej i projektantki.

                Ta zresztą też tu była. Tak samo jak Hubert Grubson. Co mogło dziwić bo ich też nikt wcześniej nie zapowiadał ani nie umawiał. Ostatnio na zborze Starszy co prawda mówił, że postara się pozyskać siostrzaną grupę do bliższej współpracy no ale na tym się skończyło.

                - Rozmawiałem dzisiaj z waszym szefem. Powiedział mi sporo rzeczy także o tej waszej akcji dziś w nocy. Oczywiście jak najbardziej ją popieram. Niestety czasu mało ale chcieliśmy jakoś okazać nasze wsparcie. No i nas z wami nie będzie. Ale postaraliśmy się o Pchełkę. Od nas ona chyba najbardziej by się nadawała do takich rzeczy. - gruby kupiec przedstawił swoją ofertę pomocy. Siedząca obok niego Oksana pokiwała swoją dwukolorową głową na potwierdzenie jego słów.

                - My to do bicia, skradania się i to jeszcze po ciemku to się nie nadajemy. Tylko byśmy wam przeszkadzali. Ale Pchełka to powinna być w sam raz. My przynieśliśmy to. Może wam się przyda. - powiedziała główna projektantka i krawcowa Grubsona przesuwając po stole worek. W środku były inne złożone worki jakie można było użyć do ładowania łupów albo czegokolwiek innego. Dwa czy trzy swoje liny. Ciemne chusty do obwiązania głowy albo twarzy. I komplet ciemnego ubrania, chyba habitu lub podobnego pospolitego, solidnego materiału aby w nocy nie rzucać się w oczy.

                - Bardzo dziękujemy za pomoc Hubercie. I wam dziewczęta. - Merga znów użyła magii do zmiany wizerunku. Ale jak się ją znało to dało się ją nadal rozpoznać. Zamiast rogów miała dwa, grube, ciemne warkocze jakie zwisały jej na plecach a zamiast odcieni błękitów i fioletów jej skóra miała standardową, jasną barwę. Oczy też nie płonęły już złotym blaskiem a były standardowo ludzkie. Nadal wyglądała jednak jak swoja bardziej ludzkokształtna siostra. No i potwierdziła słowa Grubsona o ich rozmowie ze Starszym.

                - Ja skorzystałam z okazji aby się z wami pożegnać. Znowu. - powiedziała rozbawiona tym, że to już któreś jej kolejne pożegnanie z tubylcami z południa z jakimi mieszkała i współdziałała od zimowych wydarzeń. Przez stół przelała się fala rozbawienia gdy inni też zdawali sobie sprawę, że to nie ich pierwsze pożegnanie.

                - Tym razem jednak zamierzam odpłynąć cokolwiek się stanie. Nie mogę dłużej czekać. Najwyżej popłynę z pustymi sakiewkami i pięknymi historiami. - powiedziała wesoło i rezolutnie przesuwając się po zebranych spojrzeniem.

                - Niedługo z Egonem będziemy musieli iść. Będziemy na was czekać w łodzi. - powiedziała biorąc od Łasicy dzbanek z nalanym trunkiem. Podziękowała jej skinieniem głowy i upiła kilka łyków. Zaś były gladiator siedział obok niej. Chociaż dzięki magii kostura Mergi jaki teraz wyglądał jak sękaty kostur miał aparycję starego, mizernego dziadka. Chociaż z bliska osoby wyczulone na moc mogły wyczuć pewne zawirowania szarego, maskującego wiatru magii. Podobnie jak Joachim wyczuwał swoim dodatkowym zmysłem splugawienie Dhar w swojej pracowni po przyzwaniu demonicznego chochlika. Na oko to wszystko posprzątał i chyba nic nie powinno go zdradzić co tu miało miejsce dziś popołudniu. Ale osoba wyczulona na moc, zwłaszcza po przeszkoleniu maga czy kapłana, mogła wyczuć ten kwaśny odór spaczonej magii jaka biła z miejsca przyzwania. Pocieszające było to, że takich osób było niewiele zaś po tym dość słabym impie ślad powinien się rozwiać dość szybko. Ale każde kolejne wezwanie będzie zostawiało coraz trwalszy i wyraźniejszy ślad w Eterze jaki przepływał przez jego pracownię. A z tego byłoby mu trudno się jakoś rozsądnie wytłumaczyć. Zwłaszcza przed wyszkolonym magiem czy kapłanem czułymi na takie fluktuacje mocy.

                - Wcześniej jednak chciałam wam powiedzieć parę rzeczy póki jeszcze mam okazję. - poinformowała ich co jeszcze skłoniło ją na odwiedziny tej tawerny w ostatnich dzwonach przed planowaną akcją rabunkową.

                - Przygotowałam wam maść maskującą dla nosicielek. Powinna zamaskować rosnący brzuch gdyby się taki pojawił a był niepożądany. Zarówno przed zwykłymi oczami jak i do pewnego stopnia przed trzecim okiem wyczulonym na magię. Taka osoba zapewne będzie wyczuwać, że jest to jakieś zaklęcie albo przedmiot, może nawet rozpoznać, że to jakaś magia maskująca no ale jest nadzieja, że ten efekt maskujący zasłoni splugawienie łona. Pewności nigdy jednak nie ma całkowitej i zawsze jest ryzyko, że ktoś przejrzy tą iluzję. Dlatego po prostu bezpieczniej będzie aby nosicielki zachowywały się rozsądnie i unikały kontaktów z magami, kapłanami i podejrzliwymi osobami. Aha, przy dotyku może to nie zadziałać, zwłaszcza im większy brzuch tym będzie trudniejszy do zamaskowania. No ale ta niby ciąża powinna trwać parę dni do tygodnia i też z początku nie powinna być zbyt widoczna. Widzieliście Loszkę ostatnio prawda? Po dwóch dawkach i gdzieś w środku pseudo ciąży nic po niej nie było widać, że coś tam ma w środku prawda? Chociaż jednak ja wyczułam w niej błogosławione nasienie stąd właśnie postanowiłam zrobić tą maść. Bo inni z podobnymi talentami też mogą. - powiedziała tłumacząc czym jest niewielki dzbanuszek przykryty obwiązaną ścierką. Heinrich nie był pewny czy to nie ten sam co mu wcześniej pokazywała w kryjówce. To była tylko próbka. Więcej dzbanków zostawiła w kryjówce pod wieżą. Zostawiła tam też przepis na tą maść ale trzeba było tchnąć w nią magię więc właściwie tylko osoby uzdolnione magicznie miały szansę ją wyprodukować. No i takie co się znają na zielarstwie albo aptekarstwie. To też by zapewne było pomocne.

                - Przyszykowałam wam też to. - wyjęła jakąś sakiewkę i z niej wysypała na dłoń coś błyszczącego. A po chwili położyła to na stole. Okazało się, że są to trzy, dość tanio wyglądające pierścienie. Ale Joachim czy Heinrich widzieli jak zakrzywiają przepływające przez ten świat wiatry magii. Znów wysysając z nich szary jaki odpowiadał za różne skryte sprawy.

                - Pomagają zmienić wygląd. Podobnie jak mój kostur. - wskazała na siedzącego obok niej starca jaki tylko po głosie wciąż dało się poznać, że to masywny Egon a nie wątły staruszek. Po czym chwilę tłumaczyła i demonstrowała jak to działa. Trzeba było założyć pierścień na palec i w momencie potrzeby chwycić go trzema palcami drugiej dłoni i potrzymać chwilę. To uaktywniało zaklęcie zniekształcające wizerunek. Merga nie miała pojęcia kto tego pierścienia będzie używał i jaki wizerunek byłby potrzebny więc po prostu zaklęcie zniekształcało wygląd właściciela tak, że wyglądało się podobnie tylko na pierwszy rzut oka a z bliska to tak jakby się ktoś pomylił i to jednak tylko podobna a nie ta sama osoba. Dodała też zaklęcie sugerujące odbiorcy, że to jakiś szarak jakim nie warto sobie zawracać głowy. Ale miało też swoje ograniczenia. Po pierwsze najlepiej jak z każdym oszustwem działało na osoby jakie się nie spodziewały takiego numeru. Gdyby ktoś użył tego pierścienia na czyichś oczach to raczej zmianę by może ktoś taki dostrzegł ale świadom iluzji nawet nie przeszkolony mógłby poznać, że to jakaś magia. Słabiej działało też na osoby podejrzliwe albo takie które podejrzewały, że coś jest nie tak. Zwłaszcza jak były to osoby wyszkolone tak jak Joachim jako mag czy Heinrich jako łowca czarownic. Że magia ma takie triki tego ich uczono albo sami mieli takie doświadczenia. No i osoby wyczulone na magiczną aurę mogły po prostu wyczuć, że dana nijaka osoba zakrzywia okoliczne wiatry Eteru co z miejsca mogło przykuć ich uwagę. Dlatego Merga radziła nie przesadzać z używaniem tych pierścieni i traktować je jako rodzaj podręcznego przebrania lub na sytuacje awaryjne.

                - No i przygotowałam wam też te ładunki do skoku na Akademię. Są zabezpieczone w kryjówce pod wieżą. To surowa esencja Eteru więc z założenia nie jest to stabilna materia w naszym świecie. Udało mi się ją okiełznać i związać w spójną całość zaklęciem. Z czasem napór immaterium będzie napierał i korodował to zaklęcie. Więc czas stabilności jest ograniczony. Z tydzień czy dwa powinno raczej wytrzymać. Być może kolejny tydzień czy dwa. Ale w końcu immaterium zwalczy zaklęcie wiążące i eksploduje. Więc sugeruję nie czekać zbyt długo z tym użyciem. I jeśli nie będzie potrzebne to wywalcie to gdzieś gdzie nie narobi kłopotu. - z niemałą satysfakcją oznajmiła im, że mimo presji czasu i działania do ostatniej chwili udało jej się jednak skończyć ten wybuchowy projekt jaki obiecała podjąć się dwa wieczory temu na ostatnim zborze.

                - No ale aby ich użyć względnie bezpiecznie potrzeba użyć mocy. Dokładniej zaklęcia. Joachimie widzę, że zajęcia nie pozwoliły ci mnie odwiedzić ostatnio więc nie mogłam ci tego powiedzieć ale zapisałam ci glify jak należy to wymówić. Zostawiłam ci też próbki do ćwiczeń. Lilly albo Starszy pokażą ci które to. - mistrzyni spojrzała wprost na swojego ucznia nieco cierpkim spojrzeniem. Głos jednak miała pośpieszny i łagodny informując go gdzie powinien szukać zaklęcia jakie miało uruchomić te ładunki wybuchowe z obcej w tym świecie materii.

                - Ah i Normie udało się zdobyć próbkę krwi Froyi. - powiedziała spoglądając na ponurą i milczącą wojowniczkę o licznych, myszatych warkoczykach. - Przeprowadziłam rytuał krwi i ona ma bardzo silną domieszkę naszej krwi. Norsmenów. Jest w niej coś jeszcze. Ale niestety miałam zbyt mało i już zaschniętej krwi więc nie udało mi się sprecyzować co. Ma bardzo mocną krew. Bardzo żywą, charakterną. Nasi bogowie lubią takich śmiertelników. Nie zdziwię się jak mają jakieś miejsce w swoich planach dla tej charakternej wojowniczki. - podzieliła się pewną niespodzianką jakiej nic z początku nie zapowiadało.

                - No silna to jest. Zimą we trójkę ubiliśmy trolla. Ona, ja i Norma. - odezwał się cherlawy starzec nie pasującym do wizerunku grubym, głosem Egona. Wydawał się być zamyślony nad słowami wyroczni jakiej miał towarzyszyć w zamorskiej podróży.

                - I piękna. I charakterna. Ja na pewno zamierzam jej się przyjrzeć bliżej. Bardzo interesująca młoda dama. - lady Soria jak zwykle raczej błyszczała niczym piękna gwiazda na firmamencie i nie ingerowała w rozmowy. Nawet jeśli była ubrana w dość pospolite ciuchy to jednak emanowała z niej jakaś duma i elegancja jakiej te zwykłe koszule i spódnice nie były w stanie stłamsić. Też widocznie już przebrała się do nocnej akcji. Ale ona pierwsza zgłosiła się jeszcze w połowie tygodnia gdy plan był mocno w powijakach aby wspomóc ten numer projektowany w sporej mierze przez jej dwórki.

                - W młócce to jej nie pomoże. - sapnął pogardliwie Silny jaki też przyszedł i siedział obok swojego kamrata Rune. Obaj mieli obok Sorii stanowić główną siłę obezwładniającą świątynnych strażników. Ale krzywo czy wręcz podejrzliwie łypali na siedzącą przy stole czarnowłosą, szczupłą dziewczynę. Co wydawała się na oko bardziej pasować do kolejnej dwórki herolda Soren niż kogoś innego. Annika bowiem siedziała w zwykłej koszuli i spódnicy. Przeglądała ten worek jaki oddała im do dyspozycji Oksana i Hubert. Wyjęła z niego to ciemne ubranie i rozwinęła. Sama miała na sobie białą koszulę więc przymierzała się do tego aby ją czymś zakryć.

                - To ja to wezmę jak nikt nie chce. - powiedziała wybierając to ciemne ubranie a resztę worka podała dalej. Okazało się, że jakoś po rozmowie ze Starszym Hubert posłał odpowiednią wiadomość do Fabienne. Frau von Mannlieb oczywiście nie wypadało włóczyć się wieczorami po jakichś podejrzanych tawernach nie mówiąc już o rabowaniu największej świątyni w środku nocy. Ale nieco poobijaną służącą mogła wysłać z jakimś zadaniem do Pirory licząc się z tym, że wróci dopiero rano bo szkoda aby wracała sama po nocy. Tak to przynajmniej obwieściła głośno na potrzeby Gertrudy i reszty służby. No i tak Annika ruszyła przez miasto, z eleganckich ulic szlachty i bogaczy w niezbyt czyste i chlubne portowe alejki aż znalazła tą właściwą tawernę. I siedziała obwiązując skrawkami materiału wnętrze dziś kupionych u Niklasa kastetach tak jak jej poradził Silny. Aby lepiej leżały w jej dłoni. To i wciąż nieco widocznie opuchlizny z miejskich bójek z Angestag świadczyły, że nie do końca jest tylko ładną panienką w zwykłej koszuli i spódnicy. Chociaż dwórki Sorii jak i ona sama wcale nie ukrywały, że cieszą się z jej przybycia.

                - To nie musisz wracać na noc do siebie? Cudownie! To będziesz spać z nami! Obiecujemy ci najwygodniejsze miejsce i fachową obsługę! - zaćwierkały do niej łotrzyce jak się dowiedziały, że nie musi wracać na noc do rezydencji von Mannliebów no a przecież gdzieś musiała się podziać po skoku. Więc nowe koleżanki bez wahania były skłonne zaprosić ją do siebie. Co chyba nawet Annice odpowiadało bo wyglądała na ucieszoną.

                - A Sigismundusa nie będzie? - zapytał Thobias jaki chyba bardzo się starał aby dopasować się do portowej tawerny. Ale widocznie pomimo przeczytania mnóstwa książek i wyrafinowanych manier i języka nie miał takiego daru i swobody w zmienianiu skóry jak wężowe panienki. Co prawda przebrał się w jakieś ciemne i jak na jego standard to znoszone a więc byle jakie ciuchy no ale i tak w tym towarzystwie siedział sztywno jakby nie był pewny co tu robi. To już Rune i Silny, nawet przebrana Soria wydawali się tu czuć i zachowywać bardziej swobodnie.

                - Nie, nie będzie. Robi te swoje mikstury dla nosicielek czy coś. I pilnuje tych swoich robali. - wzmianka o nielubianym aptekarzu sprawiła, że Łasica skrzywiła się jakby dostała polecenie aby go pocałować. - Ale przysłał Strupasa. Strupas już tu był i teraz filuje pod świątynią czy wszystko jest jak zwykle. Jak wszystko będzie jak zwykle to on będzie powoził naszym wozem. Wóz już tam jest. Zostawiłyśmy go w dzień aby nie terkotać nim po nocy. Chyba, że ktoś z was się czuje na siłach aby po ciemku powozić przez miasto. Bo Strupas to śmierdziel i brzydal ale w sam raz aby go wystawić gdzieś na oku. Ma wprawę. No i ma zrobić obchód po zmroku aby żaden z jego kolegów się tam nie zawieruszył gdzieś na noc. Bo wiecie, przy największej świątyni miasta to oni tam stałe miejscówki mają. - wyjaśniła włamywaczka rolę przewidzianą dla garbusa. Co prawda to była pewna zamiana wśród nurglitów ale od początku było mówione, że któryś z nich ale jeszcze nie do końca było wiadomo który. Dopiero teraz, na ostatniej prostej to wyszło.

                - Dobra plan mniej więcej znacie. Jak mamy jeszcze Pchełkę to dobrze. Pchełka albo idziesz z nami do środka albo na zewnątrz na oko. A Annikę weźmiemy do tych strażników. To czy ich by było trzech czy czterech to by i tak wyszło jeden na jednego. Tylko tam ciasno będzie na tyle osób i jeszcze młócka. No ale trudno. Lepiej tak niż by któryś miał larum narobić. - Łasica jeszcze raz przypomniała główny zarys planu. Czyli uliczne łotrzyce we trzy sforsują mur. Potem ona i może Pchełka wespną się na dach. Przejdą do okna. Tam je otworzą. Wejdą do dzwonnicy. Potem cichutko i po ciemku na dół. Otworzą od środka drzwi. A Burgund wyjdzie przez furtę i da znak reszcie. Z reszty to część musiała stać na oku. Czyli u wylotu ulic aby lustrować czy nie lezie ktoś podejrzany. Było takie ułatwienie, że nocni stróże łazili z zapalonymi lampami więc powinno być ich widać z daleka. Dlatego tak trudno im było po nocy złapać kogoś z ferajny. Chyba, że całkowitego amatora albo jak się już coś schrzaniło i larum powstało.

                Potem grupa szturmowa miała wejść za przewodem łotrzyc do środka świątyni. Tam znów po ciemku i cichu podejść pod kanciapę gdzie powinni być strażnicy. Tam wpaść i ich załatwić jak najszybciej i najciszej. Gdy będzie to załatwione to łotrzyce pomknął do lochów i tam zdobytym ostatnio przez Fabienne i Pirorę kluczem otworzą zamknięty do tej pory loch w jakim mieli nadzieję znaleźć te obfite datki jakie zebrała świątynia na symbolicznym pogrzebie księżnej.

                - Nie mamy pojęcia co tam jest. Nie udało nam się sprawdzić. Mam nadzieję, że brudnych łachów kapłanów to by tak nie pilnowali więc powinno być tam coś cennego. - zaznaczyła Łasica jakby brała tą niekorzystną opcję pod uwagę ale jednak już myślami i sercem chyba była przy tych kufrach i workach pełnych złota i skarbów.

                W każdym razie jeśli tam będzie coś wartego zabrania to czas na resztę zespołu. Czyli trzeba będzie podjechać wozem pod furtę. Bramy otworzyć się nie da po cichu więc wolały jej nie ruszać. A to oznaczało, że trzeba będzie zrobić sporo kursów bieganych od tego lochu, przez schody, całą świątynię, główny dziedziniec do bramy i na wóz. I z powrotem. Zapewne kilka kursów trzeba będzie zrobić. I tu już każde wolne nogi i ręce były w cenie. Bo im dłużej trwała akcja tym większa była szansa, że ich ktoś przydybie albo na przykład zaalarmuje kogoś jakieś krzyki walki ze strażnikami, nocny turkot wozu czy ładowanie go jakimiś pakunkami. Wścibskich ludzi zawsze było pełno i zawsze ferajnie utrudniali wykonanie takich numerów.

                - Potem trudno przewidzieć co się będzie działo. Ale jak kto da radę to ładujcie się na wóz i do portu. Tam trzeba jeszcze wóz przeładować na łódź. I będzie jeszcze mała szalupa. Można w nią wsiąść i odpłynąć gdzieś na drugi brzeg i tam wysiąść. Jakby ktoś potrzebował to meta jest urządzona w tym mieszkaniu Normy co przygotowaliśmy dla niej w zimie. Jak ktoś się oddzieli, zwłaszcza jakby larum już podnieśli to albo niech się tam kieruje no albo niech działa wedle uznania. Tylko nie biegnijcie na “Adele”, do kryjówki pod wieżę czy innych naszych miejsc. Bo jak wezmą psy a w końcu na pewno je wezmą to pójdą za nami jak po sznurku. Na pewno zrobią co się da aby wytropić sprawców. Tak samo jak w zimie po kazamatach. - Łasica skończyła omawiać zarys planu. Im dalej poza początkowych stadiach tym był bardziej mglisty. Widocznie włamywaczka liczyła się, że prędzej czy później ktoś ich nakryje i zacznie się draka. Ale co i jak i gdzie to trudno było zgadywać dlatego dalsze etapy były dość ogólnikowe. Jedyne czego była pewna to to, że po takim numerze władze dołożą wszelkich starań aby schwytać świętokradców.

                - Zaczynamy trochę przed północą. Akurat tu się zacznie robić luźniej to będzie wyglądać jakbyśmy zbierali się do domu. Nas tu najlepiej znają to będziemy wychodzić na końcu. No ale wiecie gdzie jest świątynia i jak tam trafić. Na miejscu Strupas was przejmie. - zakończyła zerkając przez okno. Jeszcze dniało. Widać było pochmurny zachód słońca i ulice chłostane bardzo mocnym wiatrem.

                - My nie będziemy czekać tak długo i zbierzemy się trochę wcześniej. - zaznaczyła Merga z łagodnym uśmiechem. Hubert i Oksana też nie zamierzali tu zbyt długo siedzieć. Chcieli jednak zaznaczyć swoją obecność no i pożegnać się z czcigodną wyrocznią jaka bez względu na wszystko zamierzała tej nocy odpłynąć. Poza tym istniało ryzyko, że gdyby władze połapały się dostatecznie wcześnie mogłyby znów zablokować port i przeszukiwać statki. Tak jak to zrobili w zimie. To był kolejny powód dla jakiego trzeba było odpłynąć zaraz po rabunku, zwłaszcza jakby udało się coś zrabować i wrzucić na długą łódź przemytników. Na razie jednak jeszcze byli razem i mogli nacieszyć się swoim towarzystwem, wymienić plotkami, zjeść coś czy pogadać jeszcze o czekającym ich zadaniu.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Niedostępny
                  SantorineS Niedostępny
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #126

                  Oryginalny autor: Lord Melkor

                  Joachim, wciąż myślami będący nieco przy wcześniejszym rytuale przywołania, starał się tym razem nie wyróżniać i wtopić się w otoczenie, choć oczywiście daleki był od talentów Łasicy i Burgund w tych kwestiach. Założył pospolity płaszcz który mógł nosić przeciętny mieszkaniec miasta, nie miał też swojej laski maga ze sobą.

                  Na widok prezentów Margi zaświeciły mu się oczy, tak dużo nowej magii jednego wieczoru! To było jednak lepsze od orgii z dziewczętami od węża! W końcu to magia była jego prawdziwym powołaniem i przeznaczeniem, prawda? Szybko sięgnął po jeden z pierścieni maskujących, tak by nikt go nie ubiegł.

                  Następnie podszedł do Mergi i podziękował jej za wszystkie nauki i podarunki. Wspomniał też krótko i z nutą dumy, że rytuał przywoływania chowańca mu wyszedł za 1 razem. Obiecał też, że oczywiście zajmie się ładunkiem Immaterium i jego odpowiednim wykorzystaniem w skoku na Akademię.

                  - Jesteś dla nas prawdziwym światłem przewodnim Mistrzyni, będziemy niecierpliwie czekać na twój triumfalny powrót! - podsumował.
                  - A co do krwii Froyi, wygląda na to, że to kolejny znak że powinniśmy ją zwerbować chociaż nie wiem czy będzie ona bardziej podatna na uroki Sorii czy na zew Pana Czaszek? - Przeniósł spojrzenie pomiędzy Sorią a Mergą.
                  - Myślisz Mistrzyni, że jej krew się nam może przydać w jakimś rytuale?

                  Co do skoku to zaproponował że jego ochroniarz Gunther, niedawno zwerbowany do kultu, może dołączyć do grupy uderzeniowej, w końcu umiał się bić. Zaś Thomasowi poradził by stanął na czatach.
                  Sam zaś stwierdził, że mógłby niewidoczny obserwować sytuację wokół Świątyni w formie astralnej. Dzięki temu mógłby bezpiecznie zobaczyć czy któryś z członków Zboru nie popada w kłopoty. W międzyczasie jego ciało mogło spoczywać na fotelu w ogródku przy jego domu, pilnowane przez jego służącego Svena. Przed rzuceniem zaklęcia astralnej formy miał jeszcze zamiar użyć zaklęcia Łaski Mrocznego Patrona, by wzmocnić swoją wolę.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Niedostępny
                    SantorineS Niedostępny
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #127

                    Oryginalny autor: Seachmall

                    Otto spokojnie przybył do "Mewy". Przywitał się z trójką łotrzyc, szczególnie przyjrzał się nowej członkini ich gromadki.

                    - Witaj. Łasica i jej Pchełka. - zachichotał mnich na ciekawy zbieg okoliczności - Miło cię widzieć. Opowiesz nam o sobie?

                    Nowa kobieta trochę niezręcznie się uśmiechnęła.

                    - Erm… no urodziłam się tu. Znaczy w Nordlandzie. Tereny wsi pod Saltzburg. - wzruszyła ramionami - Zaczęłam podkradać kasę bogatym, bo sama nie miałam. Tyle.

                    Otto się uśmiechnął.

                    - Zakładam, że jesteś tu bo w Saltzburg poszło źle?
                    - Taaa… - dziewczyna spojrzała na pozostałe dziewczyny.
                    - Nie masz czego się wstydzić. - zapewnił mnich - Wszyscy mamy tu za uszami nie jedno.
                    - No, okradłam nie tego co trzeba. Był w domu. Musiałam go zabić.
                    - Krzyki, straż, pogoń, tu? - skrócił historię dziewczyny, która jedynie kiwnęła głową. Mnich pokiwał głową.
                    - Spokojnie, będziemy mieli czas to opowiem ci o mojej przeszłości… tyle co z niej pamiętam. - dziewczyna spojrzała na niego pytająco - Powiedzmy, że kiedy jesteś mnichem, którego zadaniem jest czytanie tajnych, mrocznych, zakazanych ksiąg… skończenie z dziurami w pamięci i tym. - tu wskazał na zabliźnioną twarz - To spodziewany efekt. - Otto się uśmiechnął ponownie. Sięgnął do kieszeni wyciągając niewielką zwiniętą kartkę i wręczył Łasicy.
                    - Kochana, jeżeli mogłabyś w wolnej chwili przekazać ten list Starszemu, byłbym wdzięczny. - mnich ucałował łotrzyce w policzek w podzięce za usługę i poczekał na resztę zgromadzenia.

                    George na drodze do wyzwolenia.

                    Jutro spotykam się z Somnium, aby zaprosić ją do hospicjum. Planuje opowiedzieć jej bajkę o spalonej wiedźmie na terenie hospicjum, jako potencjalne źródło napadów szaleństwa.

                    Proszę o zezwolenie, na poprowadzenie mszy na następnym zborze. Sytuacja jest napięta między poszczególnymi grupami kultu. Brak Wyroczni może pogorszyć sprawę. Drobne przypomnienie o wspólnym celu i wsparciu przez patronów, może pomóc.
                    Otto

                    Heinrich słuchał wszystkiego co się działo na dodatkowym Zborze przed akcją w świątyni. Starszy dokonał rozszerzenia całego kultu co mogło wyjść na dobre, ale jednocześnie małgo mogło antagonizować aktualnych członków, jak Thobiasa. W końcu otworzenie się na innych ciągnęło za sobą otworzenie się na sprawy kultu większej ilości Slaaneshytów, a wyznawca Pana Zmian najwyraźniej wciąż nie potrafił wykorzystać zasobów położonych przed nim na stole.

                    Mnich wysłuchał planu działania. Wszystko trzymało się kupy i podejrzewał, że uda się bez większych kłopotów. Zerknął na Silnorękiego.

                    - Będę potrzebował tych zabawek, które dziś kupiłem. - Khornita kiwnął mu jedynie głową - Udam się z grupą szturmową. Będę jednak potrzebował jednego z tych pierścieni. Wybaczcie, ale naszej wesołej gromadki, ja jestem chyba najbardziej rozpoznawalny.

                    Heinrich również zgłosił się do ekipy szturmowej. Szybko wejść, ubić wszystkich zanim zdążą wzniecić alarm, zabrać co trzeba i zwiać.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Niedostępny
                      SantorineS Niedostępny
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #128

                      Oryginalny autor: Pipboy79

                      Oryginalny tytuł: Tura 30 - 2519.07.13; abt; noc

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
                      Czas: 2519.07.12; Wellentag; zmierzch - wieczór
                      Warunki: jasno; gwar karczmy; umiarkowanie ; na zewnątrz: zmierzch-noc, zachmurzenie, umi.wiatr; ziąb (0)

                      Spotkanie w “Wesołej mewie”

                      Humory zebranym przy złączonych stołach dopisywały. I chociaż z czasem towarzystwo zaczęło rzednąć stopniowo rozchodząc się do domów to póki byli w komplecie rozmawiało się całkiem przyjemnie przy rybnej kolacji, winie, piwie i wesołym towarzystwie. Wyglądało na to, że obfita ilość wesołych ślicznotek jakie siedziały przy stole nie przeszła niezawuażona. I niejako potwierdziło się, że obie łotrzyce mają pełne prawo czuć się tu jak u siebie. A Soria potrafi konentrować uwagę i podziw otoczenia nawet gdy siedziała w zwykłej sukni wśród innych gości i niby się niczym niezwykłym nie wyróżniała.

                      - Hej Łasica! A co macie za ładne koleżanki?! - zawołał któryś z kolegów co siedział ze swoimi ze dwa stoły dalej. Przez co zwrócił na siebie uwagę nie tylko jej ale i siedzących przy stole koleżanek i kolegów.

                      - A która? Bo tu mamy same ładne i fajne koleżanki! Oprócz tej rudej małpy oczywiście. - Łasica odszczeknęła im wesoło wskazując dumnym gestem jak gospodyni co chce się pochwalić dorodnym plonem. Oprócz oczywiście Burgund. Za co dostała od niej trzepnięcie w ramię.

                      - A może nas przedstawisz? - zaproponowała Soria leniwie bujając w dłoni zwykły, metalowy kielich z niezbyt wyrafinowanym winem. Zerkała ciekawie na resztę tawerny z miną kocura obserwującego harce myszy po spiżarni jakie jeszcze nie zdają sobie sprawy z jego obecności.

                      Wieczór był jeszcze młody. Na tyle, że dzień się jeszcze całkiem nie skończył a wiatr jeszcze się nie wyszumiał. Ale gdy taka pokaźna ilość ładnych, wesołych dziewczyn szukała tutaj okazji do zabawy to znalazły ją od razu skoro większość gości stanowiła płeć im przeciwna. I choże dziewczęta chętnie poszły w tany i zabawy na parkiecie. Wyglądało na to, że lady Soria czuje się w takich tawernach równie swobodnie jak na wielkopańskich balach, przyjęciach czy salonach. I potrafiła przykuwać uwagę. Zwłaszcza jak zapytała o lutnię albo coś do grania.

                      - Jak coś byście mieli to mogę wam coś zaśpiewać. - obiecała słodkim głosem. Więc zrobił się tumult, i jej nowi koledzy i obie łotrzyce przetrząsnęli całą tawernę aż w końcu chyba Cori przyszła z jakąś lutnią. Soria grzecznie jej podziękowała, brzdąknęła na próbę kilka nut i zastanawiała się chwilę nad czymś.

                      - To na co byście mieli ochotę? Oczywiście prócz mnie. - zapytała bezczelnie i zawadiacko jakby świetnie zdawała sobie sprawę jakie wrażenie wywiera na publiczności. Już wcześniej każdy kto mógł chciał z nią chociaż raz zatańczyć a konkurencja była spora. Dało się wręcz zauważyć, że chociaż jej dwórkom też urody i wdzięku nie brakowało to nawet jak je proszono do tańca to ci co nie mieli odwagi podejść do czarnowłosej lub doczekać się na swoją kolej. A ta gdy zapytała na co mają ochotę przez salę rozległa się fala rubasznych śmiechów. Ale w końcu poleciały też pierwsze propozycje. Jako, że sporą część gości stanowiła morska brać nie było dziwne, że chcieli szanty albo coś morskiego. Ale zapewne z ust tak pięknej dziewczyny gotowi byli wysłuchać czegokolwiek.

                      - Szanty? Dobrze, może być. Znacie szantę “O morskiej diablicy”? - zapytała brzdękając w struny instrumentu kilka razy. Okazało się, że chyba nikt nie znał tej piosenki więc wszyscy zaczęli ją zachęcać aby im ją zagrała. Więc zagrała.

                      Szanta “Spowiedź łotra”

                      https://www.youtube.com/watch?v=4Ucn72BIo1M

                      Okręt ojca, wracamy w rodzinne strony
                      W tem czarna flaga, “Załoga do broni!”
                      Blade lico siostry, sztylet w mej dłoni
                      Kapitan warknął “Tak jej nie obronisz!”

                      Huk dział, błysk stali, harkot agonii
                      Łeb rozbity, sztylet wypada z dłoni
                      W pętach prowadzą, ona już czeka
                      “Złoto za dzieci, bogatego człowieka!”

                      Niewola na morzu, dni wolno mijały
                      Piękna łotrzyca, wierciła oczami
                      Okrutny śmiech, okup w jej ręce
                      “Zostajesz z nami”, ojcu pęka serce

                      Zostałem z włóczęgami, morskimi łotrami
                      Siostra odpłynęła, żegnając mnie łzami
                      Diablica prym wiodła i jej staranie
                      Sprawiły wnet, zapomniałem rozstanie
                      Sprawiły wnet, zapomniałem rozstanie

                      Okręt fortuny na morzu świata
                      Złoto, zdrada, topór kata
                      Czarnej flagi krwawy znak
                      Morskich łotrów diabelski szlak
                      Morskich łotrów diabelski szlak

                      Ma dusza i ciało hartu nabrały
                      Zasługi Śniadolicej, były niemałe
                      Pierwsze gardło rozprułem w podłej tawernie
                      W rabunkach Niecna, stawała wiernie

                      Panne dostanie, oczy strwożone
                      Dla złota okupu, były więzione
                      I biada gdy żądze paliły skronie
                      Za burtę spadały, odrąbane dłonie

                      A dziewki urody snopa słomy
                      Dla uciechy, z wrzaskiem, były wleczone
                      Krew i rum zmieszana, tańczy, płonie
                      Głowy harda, każda w Fortuny koronie

                      Rankiem Hiszpan wpływa w nasze szpony
                      Kasztel rufy pada, cichnie szczęk broni
                      W środku ona, krew dudni w skroni
                      Żywy zdrój piękna, wśród plugawej toni
                      Żywy zdrój piękna, wśród plugawej toni

                      Okręt Fortuny, na morzu świata
                      Złoto, zdrada, topór kata
                      Czarnej flagi krwawy znak
                      Morskich łotrów diabelski szlak
                      Morskich łotrów diabelski szlak

                      Spojrzenie bez lęku pali jak ogień
                      Wzroku oderwać już nie mogę
                      Trzymam straż w wstępu bronię
                      Diablica oznajmi, losu kolej

                      Kolor deszczu w oczach, usta blade
                      Decyzja zapadła, dłoń na szpadzie
                      Łódź już czeka, do eskorty staję
                      Patrzę jak brankę w niewolę sprzedaje

                      W ukrytej zatoce moja pieśń stali
                      Dwa trupy krwawe, dwa i pół zostali
                      Mistrzem kamratów, szpady i noża
                      Kończę resztę, trupy do morza

                      Zdumiony żar w jej oczach płonie
                      Nie wierzy, dziękuje, ściska me dłonie
                      Alarm w porcie, statek piracki
                      Okręt wojenny, rusza do akcji
                      Okręt wojenny, rusza do akcji

                      Okręt Fortuny, na morzu świata
                      Złoto, zdrada, topór kata
                      Czarnej flagi krwawy znak
                      Morskich łotrów diabelski szlak
                      Morskich łotrów diabelski szlak

                      Wraz zrękowiny i ślubne harce
                      Słowa przysięgi, mojej wybrance
                      Rodzina miłej, przyjęła jak swego
                      Blizny przeszłości, ukryły złego

                      Choć okręt Diablicy, przepadł z załogą
                      Bywają noce, zatrute trwogą
                      Czy rankiem oczy, w kolorze deszczu
                      Uśmiechem złym, zbudzą mnie ze snu
                      Uśmiechem złym, zbudzą mnie ze snu

                      Syreni głos wabił i pobudzał jednocześnie. Zwłaszcza jak śpiewaczka usiadła na krawędzi jednego z mocno zurzytych, chropawych stołów. Oparła jedną nogę o ławę przez co suknia zsunęła jej się z tej nogi odsłaniając całkiem atrakcyjne widoki. Soria wprawnie balansowała na pograniczu pobudzania zmysłów, rozpalania żądz a tym co wypada. Można było jej zarzucić brak skromności i zbytnią śmiałość ale raczej nie więcej. Takiej widowni przed jaką koncertowała to jednak odpowiadało. Ba! Gdyby prowadziła nabór na swój statek to chyba po takim rozkosznym koncercie nie miałaby trudności ze zwerbowaniem załogi. Wydawało się, że te miejskie zbiry, stare wilki morskie, ladacznice jakie z nimi siedziały, wszyscy oni spijają słowa z jej ust wpatrzeni i zasłuchani w nią jak w najpiekniejszy obrazek jaki widzieli w swoim kaprawym życiu.

                      A potem zaczęły się śpiewy i tańce. Całkiem wesoło jakby czyjeś wesele świętowali. Ale w miarę jak dzień przechodził w zmrok a ten w wieczorną noc to goście tawerny jak i przy stołach kultystów stopniowo się rozchodzili. Jedny z pierwszych odeszli Hubert i Onyx. Ale niejako w zastępstwie zostawili Pchełkę.

                      - Przepiękne! To było przepiękne! Gdyby milady czegokolwiek potrzebowała to zapraszam śmiało do swojego sklepu! - gruby kupiec cmoknął zgrabną, kobiecą dłoń wężowej milady i wyraźnie wolałby zostać. Zwłaszcza z nią. Ale jednak realia oficjalnego kupieckiego i małżeńskiego życia wzywały do gdzie indziej.

                      - Mam nadzieję, że spotkamy się jutro wieczorem przy tych głazach. Będę do całkowitej dyspozycji milady. - obiecała Oksana postępując podobnie. W przeciwieństwie do swojego szefa nie była mężatką więc miała większa swobodę w organizowaniu sobie czasu wolnego. I widocznie już wiedziała o jutrzejszym spotkaniu z Gnakiem przy zachodnich głazach.

                      - Ah, i wasz mistrz mówił nam o tych… nosicielkach. Niczego nie obiecuję. Ale być może miałabym kogoś odpowiedniego. - powiedziała jeszcze na odchodne. Soria zaś z gracją wielkiej damy płynnie i z gracją przyjęła ten hołd wdzięczności i uwielbienia. Jakby była obwieszoną klejnotami arystorkatką żegnającą się na koniec eleganckiego przyjęcia ze swoimi równie znamienitymi gośćmi. A nie ubrana w zwykłą koszulę i spódnicę robotnicy czy innej szwaczki stojąc przy stole w zwykłej, portowej tawernie.

                      Z godzinę przed północą wstali Merga i Egon. Pożegnali się z każdym po kolei. Chcieli o północy już być w łodzi. Tak na wszelki wypadek.

                      - No to cieszę się, że poszło ci zgodnie z planem. Za każdym kolejnym razem powinno być trochę łatwiej. I za każdym razem możesz nauczyć się czegoś nowego. Lepiej potrenować na takich dość słabych istotach nim się weźmie za coś poważniejszego. Ale niech cię nie poniesie młodzieńczy entuzjazm. To wciąż jest zabawa z ogniem a w sprzyjających okolicznościach nawet świeczka może wywołać pożar. - wyrocznia pogratulowała swojemu uczniowi tego pierwszego, drobnego sukcesu z dziedziny demonologii. Dodała mu otuchy i życzyła powodzenia ale też chciała uczulić aby nie nabrał zbyt wiele zadufania w sobie bo może to okazać się zdradzieckie i złudne. I poradziła aby trenował to w bezpiecznych warunkach. W końcu zbyt wiele plotek czy świadków i dziwnych stworzeniach mogły przykuć uwagę nie tylko postronnych ale i władz albo czegoś jeszcze poważniejszego. No i takie używanie mocy zostawiało ślad jaki wyczulone i wyszkolone osoby mogły wykryć. Tak jak ona teraz wykrywała strzępki Dhar w jego aurze więc nawet gdyby się nie przyznał wyczułaby, że praktykował mroczną magię.

                      - A co do krwi Froyi czy kogokolwiek innego to tak, oczywiście, że można jej użyć. Krew jest istotnym elementem wielu rytuałów i składnikiem czarów. Ale co do Froyi to najwyżej zajmę się nią dokładniej jak wrócę. I jak będę miała większą ilość jej świeższej krwi a nie zaschniętej albo ją samą do dyspozycji to pewnie więcej bym mogła o niej i jej pochodzeniu powiedzieć. Na tą chwilę wykryłam tyle, że ma mocne, norsmeńskie pochodzenie i jej krew jest silna. To może tłumaczyć jej podatność na zew Norry. Albo innej Siostry. W każdym razie radzę ją mieć na oku i pod opieką. Ktoś tak silny i zdecydowany może być albo wielkim sojusznikiem albo równie wielkim wrogiem. - wypowiedziała się jeszcze co do pięknej blondynki jaką uchodziła za jedną z najpiękniejszych a do tego najbogatszych i najpotężniejszych panien na wydaniu w mieście i okolicy. Miała co prawda pewne zainteresowania jakie bardziej pasowały do dobrze urodzonych młodzieńców no ale traktowano to jako młodzieńczą fanaberię z jakiej powinna wreszcie wyrosnąć.

                      - Mogę ci obiecać czcigodna, że ja na pewno będę miała na nią oko. I ochotę. Podoba mi się. Mam nadzieję, że Pirora wkrótce nas ze sobą pozna. Ta Kamilka była taka słodka i łatwiutka, że okręcenie jej sobie wokół palca to nie było żadne wyzwanie. Mam nadzieję, że Froya okaże się bardziej zajmująca. Uwielbiam takie wyzwania. - Soria odezwała się co do owej młodej szlachcianki ze świetnym nazwiskiem. I już nie pierwszy raz zdradzała nią zainteresowanie. Zwłaszcza w roli nowej dwórki i pięknego klejnotu w swojej kolekcji. A to co do tej pory o niej słyszała zdawało się tylko wzmagać jej apetyt i zainteresowanie młodą i nietuzinkową śmiertelniczką.

                      - A od siebie dodam, że Fabienne też ma niezwykłą krew. Nie aż tak wyjątkową jak ja oczywiście. Ale z takim pochodzeniem to nic dziwnego. Widzę, że jest bardzo namiętna i kochliwa co mnie wcale nie dziwi. Zapewne jest też bardzo płodna i aż dziwię się, że jeszcze nie ma własnego potomstwa. Płodność to jeden z charakterystycznych atrybutów mojej matki, jej potomstwa jak i w ogóle naszego patrona. - Soria chciała jednak też przypomnieć o swojej śmiertelnej i bardzo dalekiej ale w pewnym sensie kuzynce z Bretonii. Uważała, że może krew jej matki jest w Fabienne tak rozrzedzona, że czyni z niej zwykłą śmiertelniczkę ale jednak nadal powinna ona mieć pewne nietuzinkowe zdolności i talenty. Zwłaszcza, tak blisko terenu z dziedzictwem Sióstr. Zapewne to ma na nią jakiś wpływ. Z punktu widzenia Sorii korzystny ale zapewne niekoniecznie reszta społeczeństwa tego miasta tak samo musiała pojmować ten termin. Zwykle tak zdeprawowane, wyuzdane i perwersyjne osoby były kamienowane, topione lub palone na stosie. A w końcu Fabi wcale nie ukrywała ekscytacji na myśl o wzięciu udziału w orgii ze zwierzoludźmi czy częstych zabaw w loszku swojej koleżanki w bardzo uwłaczającej szlachciance roli niewolnicy ochoczo spełniającej zachcianki i życzenia innych z pokorą przyjmującą swój niegodny los.

                      - Ciekawe jest to co mówisz. Tak, ona też ma ciekawie splątany los. Co może ją predysponować do wyjątkowych czynów. Ale nie miałam okazji poznać jej lepiej i się jej przyjrzeć. Więc to już będziecie musieli sprawdzić sami. Z tego co o niej słyszę to jest z nami całym ciałem, duszą i sercem. I możemy na nią liczyć. - Merga pokiwała swoją ludzką głową i spojrzała na Annikę jaka była żywym dowodem na poparcie sprawy przez bretońską małżonkę Herr von Mannlieba. Ostatnio pojawiała się coraz częściej w planach i spotkaniach kultystów. I jak dotąd zdawała się im sprzyjać i popierać tak oficjalnie jako małżonka morskiego kapitana z miejskiej śmietanki towarzyskiej jak i mniej oficjalnie jako członkini kultu przyjemności zainteresowana wszelkimi nowymi doznaniami i eksperymentami. Zwłaszcza gdy mogła odgrywać swoją ulubioną, uległą i posłuszną rolę.

                      Za to gdy Joachim zaproponował udział Ghuntera łotrzyce co były głównymi organizatorkami tego napadu jaki miał sie odbyć dzisiejszej nocy nie były za bardzo przekonane. - To jak chciałeś aby wziął udział to trzeba było z nim przyjść. Gdzie ty teraz będziesz leciał po niego a potem on jeszcze gdzieś tutaj albo do świątyni? - Łasica była sceptyczna. Widocznie uważała, że skoro Joachim aprobuje udział swojego ochroniarza to od razu powinien z nim tutaj przyjść. Przecież to było właśnie zebranie głównie po to aby wszyscy co mają wziąć udział w nocnym skoku byli od razu w jednym miejscu.

                      - I tam w tej kanciapie to już ciasno będzie. Tych gwardzistów będzie ze trzech czy czterech. To już tam jest nieco tłoczno. Do tego na każdego z nich jeden z nas to już w ogóle ciasno. A jeszcze to nie będą siedzieć grzecznie przy stole tylko się grzmocić na całego. A jeszcze ten stół duży tam jest na środku i ich łóżka tam wstawili dla nich. Ciasno będzie. - Burgund dodała coś od siebie i jej zdaniem wątpliwe aby udało się tam wcisnąć więcej osób nawet jakby ich zabrali. Reszta będzie musiała czekać na korytarzu jako rezerwowi.

                      Joachim też nie do końca mógł być pewien, że to z astralną projekcją mu wyjdzie zgodnie z planem. Sam czar nie był taki prosty jak wróżba jaką zwykle rzucał. Ale w kmfortowych warunkach nawet jak nie za pierwszym to za drugim czy trzecim razem jak nie będzie miał jakiegoś przeklętego pecha to powinien się w końcu udać. Tylko potem byłby w swojej pracowni. Fizycznie pogrążony w letargu a duchem jako astralna projekcja. Nie miał w niej wpływu na fizyczną przestrzeń. Na przykład nie mógł w astralnej formie otworzyć drzwi do pracowni czy dalszych we własnym domu. A i jego służba by go w tej formie nie widziała. Ale to jeszcze było do zrobienia. Tylko dalej musiał najzywczajniej w świecie w tej astralnej formie przejść przez całe miasto aż na sam brzeg Salt i dalej do świątyni. I to w ciemnościach nocy. Co by mu pewnie ze dwa, trzy pacierze zabrało. A więc gdzież z jedną czwartą czasu w jakim mógł utrzymać tą formę. Co więcej musiałby w podobny sposób wrócić nim czar przestanie działać. Więc zostawało mu jakieś kilka kwadransów na astralną obserwację wokół świątyni. A do tego wszystkiego nie miał pewności kiedy dokładnie zacznie się akcja. Gdzieś po północy cała ferajna zamierzała ruszyć pod świątynię. Więc pewnie w okolicach pierwszego dzwonu powinni już być na miejscu. Ale co dalej to nie było wiadomo bo dopiero na miejscu trzeba będzie przeczekać patrole straży i w ogóle zobaczyc jak to wygląda dzisiejszej nocy. Więc była istotna szansa, że numer zacznął jak byłby w astralnej formie na miejscu albo by nie był. Na dwoje babka wróżyła. Co innego gyby poszedł z nimi, wtedy miałby większą swobodę w podejmowaniu decyzji no i dostosowaniu się do aktualnej sytuacji. Ale też narażałby się na te wszystkie niebezpieczeństwa co i reszta zespołu.

                      Otto za to zawarł bliższą znajomość z Pchełką. Chyba był pierwszym z nowych znajomych jaki na nią zwrócił uwagę i się do niej odezwał. I dziewczyna pasowała do obu łotrzyc. Też wydawała się bardzo rezolutna i momentami bezczelna. Dało się zrozumieć czemu się tak dobrze znały i dogadywały a do tego jeszcze pracowały w podobnej branży i należały do tutejszej ferajny.

                      - Ale to już było jakiś czas temu. Teraz zatrzymałam się tutaj. I wsiąkłam w to miasto. - powiedziała nieco filozoficznie młoda włamywaczka. - A z tamtym trupem to było niechcący. Przydybał mnie, przestraszyłam się i go odepchnęłam. Upadł na podłogę a ja uciekłam. Ciemno było. Potem dowiedziałam się, że nie żyje. Trzasnął głową w kant stołu czy coś takiego. W każdym razie i tak poszło na moje konto więc nie uśmiecha mi się wracać do stolicy. - przyznała nieco smutnym tonem. Brzmiało jakby nie uważała się za winną śmierci tamtego człowieka a raczej za pechowy zbieg okoliczności przy robocie. Ale z morderstwem nie było żartów więc gdyby ją tam dorwali to pewnie też dostałaby czapę.

                      - Ale teraz jesteś z nami i my cię im nie oddamy Pchełka! - Łasica mocno przytuliła koleżankę jakby była gotowa ją bronić przed całym światem. A przy okazji ku radości ich obu i widowni przy stole mogła ją pościskać i podotykać w różne ciekawe miejsca.

                      - A chyba nie słyszałeś jak się poznały z Oksanką? Bo to chyba mówiły zanim przyszedłeś. - zagaiła dziewczyna z ferajny o czerwonych włosach zachęcając krawcową i włamywaczkę aby na zmianę opowiedziały jak to było. A mianowicie Oksana przydybała młodą złodziejkę jak ta próbowała wynieść ubranie z ich sklepu pod swoim ubraniem. A więc złapała ją za ramię i pociągnęła do przebieralni. Gdy tam się podejrzenia potwierdziły to złodziejka padła na kolana do jej stóp prosząc aby nie wzywała straży. A, że jak już wiedzieli obecni koledzy i koleżanki akurat ta krawcowa lubiła klęczące i proszące u jej stóp ślicznotki a Pchełka wtedy jeszcze nie no to postanowiła wymierzyć jej karę osobiście. Więc gdy z pacierz czy dwa później skruszona młoda panna wychodziła chyłkiem ze sklepu nie sądziła, że się jeszcze spotkają.

                      - Aż tydzień później, ledwo wróciłam z pracy ktoś puka do moich drzwi. Ja otwieram a tam ona. Z kwiatami, winem i przeprosinami. No to ją wpuściłam i nauczyłam moresu. No i tak została moją prywatną zabaweczką co uwielbia mnie zabawiać i służyć. - Oksana nie ukrywała, że traktowała tamtą sprawę jak osobiste zwycięstwo z jakiego była dumna. Ale sądząc po nieco zaczerwienionym licu Pchełki to i ona jakoś nie uskarżała się na taką znajomość.

                      - To lubisz zabawiać i służyć pięknym paniom? - zainteresowała się Soria a Pchełka znów zarumieniła się jeszcze troszkę bardziej i z nieco zażenowanym uśmiechem potwierdziła kiwając głową. Wtedy milady w spódnicy robotnicy wyciągnęła pańsko dłoń pozwalając jej się pocałować. A gdy ta to zrobiła nie cofnęła dłoni. Pchełka kontrolnie spojrzała na krawcową a ta zachęcająco kiwnęła swoją dwukolorową głową. Więc włamywaczka zaczęła całować wyciągniętą dłoń na całego okazując jej należną cześć i uległość.

                      - Bardzo dobrze kochanie. Widzę, że dojdziemy do porozumienia. - pochwaliła ją Soria z troskliwym i wyrozumiałym uśmiechem jakby tamta zdała pierwszy egzamin do zostania jej dwórką.

                      - A ten list to zostawię tutaj. U Cori. Nie będe go brać na akcję. Jutro może go poślę. Ale w południe znów się tu widzimy bo wyjeżdżamy do głazów. - Łasica za to wzięła list od Otto ale przypomniała, że najbliższe godziny będą dość zajęte. Teraz jeszcze siedzieli sobie tutaj w marynarskiej tawernie bawiąc się, tańcząc i rozmawiając. Ale po północy mieli stąd iść pod świątynie. Potem sam skok. Nie wiadomo jeszcze dokładnie kiedy i jak pójdzie. A jutro w południe już była zbiórka, też tutaj. Ale tym razem aby zabrać większość chętnych co nie była wyuzdanymi szlachciankami i pojechać ku zachodnim kamieniom gdzie mieli umówioną schadzkę z Gnakiem i jego stadem. Więc okienko na załatwianie innych spraw było dość wąskie. A i powrót z tej schadzki to też planowano na jeszcze kolejny dzień czymi w Marktag. A potem jeszcze Pirora zapraszała wszystkich do siebie aby w spokoju można było poprzeżywać tą schadzkę i osapnąć nim wrócą do swojego oficjalnego życia. No i miała na tyle pojemną kamienicę, że mogliby tam pomieścić się wszyscy uczestnicy spotkania jakie miało się odbyć już przyszłej nocy.

                      Za to Heinrich miał nieco do pogadnia z Silnym. Gdy do niego zagadał ten roześmiał sie krótko ale rubasznie. - I dlatego się czerni mordę i zakłada kaptur. Chustę jeszcze można naciągnąć. Wtedy wszyscy wyglądają tak samo. O ile w ogóle wyglądają. Bez jakiś fikuśnych świecidełek. - zdradził mu jak to on zwykle robi a jako chłopak z ferajny od brutalnych napadów w ciemnych zaułkach miał w tym niezła wprawę. Sam nie raczył zdradzić zainteresowania ani maścią, ani pierścieniami przyniesionymi przez rogatą wyrocznię.

                      - A tu mam torbę. Później sobie coś wybierzesz. - wskazał na torbę jaka leżała u niego pod ławą. I tam pewnie miał sprzęt na dzisiejszą akcje. Ale póki trwała wieczorna biesiada i zabawa, tańce, hulanki i swawole to nie chciał wyjmować tych zabawek aby nie zdradzić, że ma coś jeszcze w planach na dzisiejszą noc.

                      - Aha. I ten majster co ci mówiłem. Ten od tej twojej nogi. No to gadałem z nim. Powiedział, że możesz przyjść. Zdejmie ci wymiary i tak dalej. Powie co i jak by to miało być. To daj znać kiedy byś chciał wpaść to pójdziemy do niego. - przypomniał mu o czym rozmawiali na ostatnim zborze. I widocznie jakoś udało mu się dojść do wstępnego porozumienia z tym jego znajomym co miał zmajstrować coś do zamaskowania metalowej nogi starszego kolegi ze zboru.

                      I tak wieczór w morskiej tawernie upływał. Całkiem raźno i wesoło. Z dużą ilością wesołych ślicznotek i zaskakującą małą ilością wina niż można by się spodziewać. Nawet jak kolejni gości odchodzili z tawerny albo od stołu kultystów to atmosfera stygła dość powoli. Wreszcie koło północy już było dość pustawo i cicho. Łasica jak się okazało wcale nie była tak pijana jak to można było sądzić na pierwszy rzut oka. Dała znać, że czas się zbierać. Mieli pojedynczo, po dwóch, po trzech wychodzić co jakiś czas z tawerny. No i kierować się ku świątyni Mananna. Aby nie było, że wszyscy na raz całą grupą się rzucą do wyjścia.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
                      Czas: 2519.07.12/13; Aubentag; noc
                      Warunki: - ; na zewnątrz: noc, zachmurzenie, powiew; nieprzyjemnie (0)

                      Spotkanie przy świątyni

                      Jak ktoś nie był przyzwyczajony do nocnych wycieczek po mieście to nawigacja mogła sprawić pewne trudności. Bo te wszystkie ulice i budynki wydawały się zlewać w ściany czarnych kanionów bez wyraźnych detali jakie pozwalałyby na ich rozpoznanie. Więc zwykle ulicę jeszcze dało się rozpoznać ale i wtedy zdarzało się komuś przystanąć aby się upewnić czy dobrze idzie. A jak się okazało poza chłopcami i dziewczętami z ferajny to mało kto lubował się w łażeniu po ciemku więc zwykle ktoś z nich szedł z kimś kto słabiej znał się na nocnym szwendaniu. Co gorsza dno tych kanionów było najciemniejsze. Co prawda dzisiaj już Mannlieb prawie był w pełni ale gęsto przesłaniały go chmury więc tylko co jakiś czas rzucał nieco zimnego, bladego światła na ten ziemski padół. A i na dno kanionów docierało go jeszcze mniej. Łatwo było wpaść w jakąś dziurę, kopnąć jakieś wiadro, wleźć w kałużę albo coś gorszego co się walało w tym miejskim gnoju od jakiego bił niezbyt przyjemny, wilgotny zapach. W dzień było tyle czynników rozpraszających uwagę, że można było o tym zapomnieć czy zingorować ale teraz w nocy ulice, świat, mrok, zapach wydawały się całkiem inne. Jakby byli w całkiem innym mieście. Albo odbitym w jakimś krzywym zwierciadle.

                      Na szczęście portowa dzielnica była połozona przy wodach zatoki oraz ujścia rzeki Salt. Wystarczyłoby iść wzdłuż brzegu rzeki aby dotrzeć do świątyni. Ale tam trzeba było wejść w ten zaułek gdzie łotrzyce zostawiły wcześniej wóz. Właśnie przy tym wozie się stopniowo zbierała coraz większa grupka jaka na raty wędrowała tu z tawerny. W pierwszej miała iść Łasica aby sprawdzić jak to wszystko wygląda. A w ostatniej Silny. Bo też był chłopakiem z ferajny więc radził sobie nie gorzej niż dziewczęta w nocnym mieście. Chociaż może nie tak zgrabnie i finezyjnie jak one.

                      - Dobra tu macie sprzęt. Jak ktoś chce to niech bierze. Tylko cicho. Nie róbcie hałasu. - masywna sylwetka i głos zdradzały Silnego. Ale w kapturze, z uczernioną twarzą to tylko z bliska było widać białka jego oczu. Mięśniak co przyszedł z ostatnią grupą całkiem cicho położył torbę na brzegu wozu. Jak się okazało był tam sprzęt jaki on zwykle zabierał “na robotę”. Czyli pałki, twarde co mogły połamać kości i miękkie jakie nadawały się do bezkrwawego ogłuszania. Do tego kastety i noże co wyjaśniało ten cichy brzdęk gdy kładł torbę.

                      - A tu macie kaptury i chusty. Możecie też wymazać twarz błotem. - drobniejsza sylwetka i głos zdradzały Burgund. Pokazała drugą torbę czy worek z ubraniami gdyby ktoś potrzebował takich dodatków. Gdy jeszcze tak we względnym milczeniu się przebierali lub dobierali brakujący sprzęt Łasica rozmawiała z garbusem.

                      - Robiłem obchód. W nocy moich znajomków nie ma. W nocy nikt nie daje jałmużny i zimniej niż w dzień. To się pochowali. A tu sami bogacze mieszkają to nie ma wolnych budynków do kitrania się. - Strupas streszczał co tu się działo jak tu filował gdy reszta bawiła się w tawernie.

                      - Tylko ta czarna wrona tu była. Późno poszła. Już zmierzchało. - żebrak tłumaczył kolegom i koleżankom dalej.

                      - Czarna wrona? - zapytała łotrzyca ubrana cała na czarno. A przynajmniej tak to sie w ciemności zaułka wydawało. Trudno było na niej zogniskować wzrok bo się zdawała rozmywać w tych czerniach na dnie kanionu.

                      - Ta od Morra. Ta ich blada suka co przyjechała ze stolicy odstawić pogrzeb tej starej. Przyjechała wieczorem, jeszcze widno było. Siedziała tam i siedziała. Pojechała dopiero o zmroku. - wyjaśnił garbus. Twarzy łotrzycy nie było widać w tych ciemnościach bo miała ja uczernioną albo zamaskowaną. Ale słychać było tą ciszę gdy główkowała co z tym fantem zrobić.

                      - A strażnicy? Są w środku jak zwykle? - zapytała po tej chwili zastanowienia.

                      - Chyba tak. Jak ona pojechała to się zamknęli w świątyni jak zwykle. Nie widziałem aby potem któryś z nich wychodził. Reszta to raczej jak zwykle. Cisza i ciemno. Chociaż w jednym z okien w kamienicy na drugim piętrze wciąż się pali światło. Albo ktoś zasnął i zapomniał zgasić świecy albo siedzi i coś robi. - brzydal meldował dalej. A Łasica poprosiła aby jej to pokazał. I oboje wyszli z zaułka. Przez chwilę było widać zgarbioną, przysadzistą sylwetkę na tle granatów i drugą, smukłą i zwinną. Po czym zniknęli za rogiem.

                      - Myślicie, że nasza śliczna morrytka co tak bardzo bym chciała sprawdzić co ona tam ma pod habitem coś ich ostrzegła? - zapytała cicho Burgund nie wiadomo kogo. Wydawała się być zaniepokojona taką możliwością.

                      - Nieważne. Musimy to zrobić dzisiaj albo odpuścić. Tylko dzisiaj możemy załadować fanty na łódź i wywieźć. A Merga mówiła, że cokolwiek się będzie działo to i tak dziś w nocy odpływa. - głos Silnego ociekał obojętnością. Sam szykował się do takiej roboty jaką lubił najbardziej. Wszyscy się stopniowo przestawiali na tryb nocnej akcji.

                      - A co ja mam robić? - zapytał Thobias dość niepewnym tonem. Tym razem nie chodziło o jakieś wykłady i widocznie nie miał wprawy w takich numerach. A niebezpieczeństwo było realne.

                      - Zostaniesz na razie w wozie. Potem pójdziesz na czujkę. Łasica powie ci gdzie. - rzuciła cicho Burgund czekając aż przyjaciółka wróci z garbusem. Rzeczywiście po jakimś czasie oboje wrócili. Noc była cicha i pochmurna. Nad miastem panowała cisza jaka zdarzała się tylko nocą.

                      - Wygląda dobrze. Ale to światło się jednak pali. Po ciemku i tak nie powinien nic zobaczyć póki nie będziemy palić światła. Ale jeśli nie śpi to jakieś wrzaski i krzyki mogą go zainteresować. Albo skrzypienie furty a ta musimy otworzyć. Więc filujcie na to okno kto tam będzie przy wozie albo na czujce. - w przeciwieństwie do nauczyciela w głosie włamywaczki brzmiał spokój i pewność siebie. Jakby to drobne niedogodnienie jej nie spłoszyło i była gotowa przystąpić do akcji.

                      - To teraz tak. Czujki. Thobias i Strupas. No i Joachim jeśli tu jesteś. Zasuwajcie na narożniki placu. Kto obstawi czwarty? - Łasica wezwała do siebie czwórkę jaka miała pilnować czy ktoś niepowołany nie nadchodzi. Zwłaszcza strażnicy. Ale plac wokół świątyni był niewielki. Dwa narożniki były wzdłuż ulicy Nadrzecznej bo ciągnęła się wzdłuż brzegu rzeki Salt. A dwa były od strony miasta. Razem więc było ich cztery. W tym czwartym na razie miał czekać wóz i grupa szturmowa więc chwilowo to oni mogli pełnić rolę czujek. Ale w końcu mieli ruszyć pod główną bramę. I brakowało obsady wozu. Bo Strupas nie mógł się rozdwoić. Albo miał być na czujce albo kierować wozem. Z początku miał iść na czujkę bo wóz i tak nie był potrzebny. A gdy grupa Silnego podejdzie pod furtkę to miał wrócić do wozu i czekać na sygnał aby podjechać.

                      - Silny ty poprowadź pałkarzy pod główną bramę. Nic nie róbcie tylko czekajcie. Pchełka albo Burgund wam otworzy furtkę i wprowadzi was do środka. Tylko trzeba będzie iść całkiem po ciemku. Więc nie bierzcie nic brzęczącego. Dziewczyny was poprowadzą gdzie trzeba. - włamywaczka obdarowała swojego głównego rywala w zborze rolą przewodnika dla tych co mniej znali miasto. Mieli czekać ukryci w cieniu świątynnego mury aż usłyszą, zgrzyt otwieranej furtki. To by oznaczało, że któraś z włamywaczek otwarła ją od środka i droga do pokonania kolejnego odcinka jest wolna. W tej grupie mieli być poza Silnym także Rune, Soria, Annika. Była ich czwórka. A przeciwników też powinno być podobnie. Więc planowali cztery pojedynki, przynajmniej początkowo. Więcej osób byłoby zapewne i tak klopot aby ich tam zmieścić.

                      - Ja biorę dziewczyny i dajemy dyla za mur. Pootwieramy wszystko co trzeba od środka. Ale wszystko zamiera jeśli pojawią się strażnicy. Wtedy trzeba poczekać aż przejdą dalej. I odczekać jeszcze trochę. Zwłaszcza jeśli jeszcze nie zaczniemy akcji na całego. Gorzej jak się napatoczą jak już wóz będzie stał pod bramą. No to wtedy wiadomo, że to coś podejrzanego. Zwykle chodzą po dwóch, trzech, czterech. Wtedy już ci co będą przy wozie będą musieli coś wymyślić. Lepiej szybko bo pewnie mogą zacząć robić larum. Ogólnie jak nas nakryją z wozem pod bramą i ładowaniem fantów na niego to już raczej koniec finezji i dyskrecji. - poinformowała ich główna włamywaczka jak to sobie mniej więcej wyobraża.

                      - W nocy dobrzy ludzie śpią w swoich domach. Więc wszelki ruch i aktywność jest od razu podejrzana. Tak samo wozów się nie ładuje ani nie jeżdżą one po nocy. Więc to też może wydać się podejrzane. Tak strażnikom jak i każdemu kogo byśmy obudzili albo by nas inaczej nakrył. - dorzuciła od siebie Burgund uczulając mniej doświadczonych w takiej robocie kolegów czego mogą oczekiwać po strażnikach i innych dobrych obywatelach gdyby na nich trafili lub ci chocby wyjrzeliby przez okno. Gdyby się obudzili.

                      - Jak już będziemy pryskać i jeszcze byłoby “na cicho” to po cichu. Zasuwamy tamtędy do rzeki a potem ku zatoce. Tam jeszcze musimy przeładować fanty co też trochę zajmie. I tam pakujemy się na łódź. Wóz zostawiamy i tak jest kradziony. Łódź zresztą też. Łodzią popłyniemy na Nabrzeże Mew. I tam się rozsypujemy gdzie kto chce. Najlepiej czmychajcie do domu albo do tego mieszkania co miało być dla Normy. A jak nas przydybią już tutaj to wtedy trzeba będzie improwizować. Zwijać się szybciej no i improwizować. Lepiej zwiewać łódką. Na pewną wezmą psy tropiące to te ich zaprowadzą jak po sznurku. Ale jak wsiądziemy w łódź to im się trop skończy na nabrzeżu. Jakieś pytania? - Łasica przedstawiła schemat skoku jaki za bardzo nie odbiegał od tego co już było mówione wcześniej. Najpierw włamywaczki, potem mokra robota w środku, włam do skarbca i noszenie fantów do wozu. Wreszcie odjazd do nabrzeża i tam znów przepakowanie fantów tylko z wozu na łódź Mergi. A sami mieli zawinąć się na kradzioną, rybacką łódź i przepłynąć przez zatokę aby wysiąść w innym miejscu wybrzeża.

                      - Aha, chłopaki a wy gdzie w końcu chcecie być? Trochę obsady wozów i czujek nam brakuje. Chyba, że chcecie się z kimś zamienić. - zapytała jeszcze Otto i Heinricha gdy już większość miejsc była przypisana do poszczególnych członków grupy.

                      Potem jeszcze trochę czekali. Napięcie zdawało się rosnąć. Zwłaszcza jak Pchełka dała znak, że strażnicy nadchodzą. Nie widzieli ich ze swojego zaułka więc musieli zdać się na czujki. Te w końcu dały znak, że strażników miejskich chyba nic nie zaalarmowało wokół placu bo spokojnie, spacerowym tempem, przy świetle zawieszonej na halabardzie latarnii, przeszli dalej. Łotrzyce chciały więc jeszcze chwilę odczekać. To czekanie wykorzystał Strupas aby podejść do Otto.

                      - Hej Otto. A jak tam z tymi strzykwami? Udało się coś? Bo byliśmy z Sigismundusem ciekawi. Bo jakbyś chciał jeszcze to dał mi dwie nowe. Ale jak potrzebujesz więcej no to wpadnij do apteki. To mamy więcej. - garbus chyba też chciał rozładować napięcie przez rozmowę. Ale chyba i temat związany z dziedzictwem Oster go ciekawił. Zapytał więc cicho młodszego i szczuplejszego kolegę czy są jakieś postępy w tej sprawie. Poklepał się też po swojej torbie na znak, że ma tam coś podobnego gdyby kolega tego potrzebował.

                      - Dobra, to my idziemy. Wy na razie czekajcie tutaj. - Łasicę dało się poznać po głosie. To musiała być któraś z tych trzech, ciemnych sylwetek stojących na tle ciemnych ścian. Ona, Burgund i Pchełka zebrały się po czym po kolei raźno ruszyły ku wyjściu z mrocznego zaułka. Po chwili znikneły im z pola widzenia.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Niedostępny
                        SantorineS Niedostępny
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #129

                        Oryginalny autor: Lord Melkor

                        Joachim nawet dał się na chwilę porwać pięknie śpiewanej morskiej pieśni. Nigdy nie żeglował, a polowanie na syrenę które odbywał w zeszłym roku na niewielkiej rybackiej łodzi chyba nie umywało się do prawdziwych morskich opowieści. A przecież jego znajomość astrologii i gwiazd mogła być przydatna na morzu, a i widok nocnego nieba musiałby być tam zupełnie inny. Ale szybko wrócił myślami do bieżących spraw, ciągle był podekscytowany swoimi nowymi doświadczeniami z magią, a przecież była jeszcze kwestia Akademii, strażnika na bagnach i kilka innych....

                        Zanim Merga ich opuściła podziękował za mądre słowa porady i obiecał wszelką ostrożność. Przy okazji przedstawił jej to co mówił George kiedy wraz z Ottem i Heinrichem rozmawiali z nim w przytułku, w szczególności na temat "światełka" które prawdopodobnie było zapieczętowane w skrzyni którą w piwnicach Akademii widział na własne oczy i z niej słyszał dźwięk dzwoneczków. Robił podczas tej rozmowy notatki, więc słowa szalonego wybrańca Pana Przemian mógł przytoczyć możliwie wiernie.

                        - Pierwotnie planowałem przyłączyć się do wyprawy na bagna planowanej przez Barona Wirsberga, ale jak rozumiem prorocze słowa Georg'a to się może skończyć albo zgubą jej uczestników albo zniszczeniem tej istoty napotkanej przez Barona. Ta istota, potwór albo demon jakiegoś rodzaju, strzeże tam cennych ksiąg, będących częścią dziedzictwa Sióstr, które mogą też być artefaktami naznaczonymi przez naszego Patrona, Zmieniającego Drogi. Musimy zdobyć ukrytą w tych księgach wiedzę i moc.

                        I jak rozumiem, aby bezpiecznie się przedostać przez strażnika do ksiąg potrzebny jest klucz, określany przez herolda jako "światełko", więc optymalnym rozwiązaniem wydaje się wcześniejsze jego zdobycie z Akademii, tak jak planowaliśmy, chociaż tutaj herold też ostrzegł, że nie będzie to łatwe i musimy strzec się pułapki. Alternatywnie byłaby szansa na przedostanie się przez strażnika, jeśli byłaby z nami jedna z nosicielek pomiotu Oster.

                        - W świetle tych nowych informacji Henrich uważa, że powinienem powstrzymać lub przynajmniej opóźnić wyprawienie się przez Barona Wirsberga na bagna. I chyba tak zrobię, tym bardziej, że Baron też słyszał zew dzwonków, więc może potencjalnie mógłby stać się naszym sojusznikiem? - podsumował ciekaw pożegnalnych opinii swojej Mistrzyni.


                        Po zakończeniu rozmów powrócił do swojego domostwa. Jednak planował użyć zaklęcia astralnej postaci. Oprócz jego ewentualnej przydatności w samym skoku, pragnął w końcu sprawdzić jak to interesujące zaklęcie zadziała w praktyce. No i wydawało się to bardziej jednak dla niego bezpiecznym rozwiązaniem niż fizyczne uczestnictwo w akcji. W końcu po odejściu Mergi będzie jedynym prawdziwym magiem w Zborze, jeśli nie liczyć tego pijaczyny o ograniczonej przydatności Aarona. Więc jego osoba była tym ważniejsza. Kto wie, może nawet byłoby warto poświęcić jakieś pionki, by wzmocnić jego pozycję, na przykład wystawić łowcom i władzom jakiegoś kozła ofiarnego? Choć to byłaby ryzykowna gra... wspomniał jeszcze w tawernie Łasicy że może jakby wrobili w akcję w Świątyni jakiś innych złodziei z ferajny, na przykład podrzucając im coś z łupów, to ułatwiłoby im uniknięcie ewentualnych reperkusji?

                        W każdym razie polecił swojego ochroniarzowi (którego w końcu nie posłał na akcję, co w sumie też zwiększało jego bezpieczeństwo, byłby przecież zagrożony gdyby Gunther wpadł) by ten po jakimś czasie sprawdził czy Joachim nie leży nieprzytomny w laboratorium i wtedy miał go wynieść i posadzić na krześle w ogródku kamienicy tak by ten mógł w formie astralnej dołączyć do pozostałych, a następnie pilnować bezbronnego ciała.

                        Dołączył na czas akurat, by usłyszeć podsumowanie planów przez Łasicę i niepokojącą wzmiankę o znanej mu kapłance Morra. Na razie stanął na czatach zgodnie z planem.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Niedostępny
                          SantorineS Niedostępny
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #130

                          Oryginalny autor: Seachmall

                          Wellentag; wieczór; tawerna “Wesoła mewa”

                          Otto wsłuchiwał się w opowieści towarzyszy. Zerknął na Wyrocznię i Sorię, kiedy te zaczęły mówić o rodowodzie Fabienne.

                          - A jednak… - zaczął mnich - Wybaczcie, cieszy mnie, że Fabienne ma tak znamienite pochodzenie. Sądziłem, że jest w niej coś niezwykłego. Jeżeli mogę dodać coś od siebie. Szczególnie małą prośbę do naszych drogich służek Węża. George opowiedział mi historię, o kobiecie, która w momencie śmierci oddała się Mrocznym Potęgom w zamian za bezpieczeństwo jej dziecka. Odpowiedziały jej Siostry i wysłały Zwierzoludzi, aby uchroniły maleństwo i wymordowały jej oprawców. Potomstwo jej dziecka, żyje po dziś dzień, a pakt kobiety ciągle ma siłę. Potomkowie posiadają znamię po wewnętrznej stronie uda. Coś na co mogłybyście uważać.

                          - O. Jakaś ślicznotka ze znamieniem na udzie? No, no, brzmi całkiem ciekawie. A jak wygląda to znamię? Bo jak jakiś zwykły pieprzyk to może być trudne do rozpoznania. - Łasica była wesolutka podczas tego spotkania i miała dobry humor. Tak interesujące wieści też powitała lekko i pogodnie więc chyba jej się spodobały bo zdradzała zainteresowanie nimi. Klepnęła się w swoje uda gdy pytała o szczegóły dotyczące tego znamienia.

                          - Zaś Fabi no chyba nie mogłaby mieć lepszego pochodzenia. Czyż śmiertelniczka może się pochwalić czymś większym niż to, że jest moją kuzynką? - Soria pozwoliła sobie na okazanie samozadowolenia i dumy z takiego pochodzenia jakie miała. I pewnie w jej oczach bretońska szlachcianka nie mogła trafić lepiej będąc potomkiem jej matki. Nawet jeśli nie bezpośrednim i jak od czasów gdy Soren wraz z Siostrami chodziły po tym kawałku ziemi minęły milenia i mrowie ludzkich pokoleń.

                          - Uważajcie proszę na to co mówi George. Szkoda, że go nie zdążę poznać osobiście bo wydaje się być bardzo obiecujący. No niestety teraz już nie będzie okazji ale chętnie to nadrobię gdy tu wrócę z mojej ojczyzny. Ah… Tylko takie bezpośrednie i silne połączenie z tak potężnymi istotami jak Siostry nigdy nie pozostaje bez wpływu na śmiertelników. Więc cieszcie się nim póki jest okazja. - wyrocznia w swojej ludzkiej formie zwróciła uwagę na co innego. Zdawała się szczerze żałować, że Georga nie udało się wydostać wcześniej tak aby mogła go poznać osobiście. Ale widocznie miała doświawdzenie w takich przypadkach i wolała o nim ostrzec swoich współwyznawców.

                          - On ma bardziej połączenie z księgami w bibliotece Vesty niż z samymi siostrami. - odparł mnich - Twierdzi, że obiecały mu, że zostanie bibliotekarzem. Jego ciało ma zostać zmienione do tego celu. - Otto westchnął - Ale nie wiem czy taka transformacja nie pozbawi go całkowicie rozumu.

                          Mnich zetknął na Łasicę

                          - Podejrzewam coś konkretniejszego nad pieprzyk, ale zapytam jutro. Przy okazji sprawdzę kolejnego pacjenta, który wpadł po wpływ sióstr jak sądzę. - jednooki spojrzał na wyrocznię - Właśnie, chcę jutro odwiedzić Sominium i opowiedzieć jej o spalonej wiedźmie na terenie hospicjum. Jako potencjalne źródło tych napadów szaleństwa. Mam nadzieję, że nie zwrócę jej uwagi na Siostry.

                          - Jutro? To nie jedziesz z nami do tych zachodnich kamieni? - Łasica uniosla brew wyrażając nieco zdziwioną minę tą informacją.

                          - Jutro w południe tutaj. Kto przyjdzie to go weźmiemy na wóz i jedziemy. - przypomniała Burgund jak to wcześniej było mówione z tym planem wieczornego spotkania z Gnakiem i jego stadem.

                          - A los Georga jest raczej przesądzony. Tak silny i długotrwały kontakt śmiertelnika z istotą z nie z tego świata nie może pozostać bez konsekwencji. Zwłaszcza osoby bez przeszkolenia w takich sprawach choć i u takich zwykle tylko skala tego wpływu jest mniejsza. Nawet jeśli nie ma bezpośredniego kontaktu z Siostrami tylko świadomym elementem ich dziedzictwa to nie wróżę mu świetlanej przyszłości. Przynajmniej nie jako Georga jakiego znamy w tej chwili. - wiedźma w ludzkiej skórze zdawała się być mocno przekonana, że prędzej czy później Georg czy inny śmiertelnik zapłaci cenę za tak silny kontakt z potężnymi energiami Eteru.

                          - A z tą kapłanką nie ma co się spieszyć. Przyjdzie do was to możesz jej opowiedzieć jako ciekawostkę. Zresztą musiałbyś zapewne wymyślić skąd to wiesz. Bo jak powiesz, od kogo to wiesz to może to wzbudzić niekorzystne dla nas zainteresowanie Georgem. - Merga zaś zdawała się powątpiewać czy udałoby się jakoś sprzedać plotkę o spalonej przed wiekami kobiecie tak aby to nie wzbudzało zbędnego zainteresowania czy wręcz podejrzeń kapłanki Morra i kto wie kogo jeszcze. W końcu póki George nie powiedział o tym Otto dziś rano to ten też tego nie wiedział. I nie przypominał sobie aby wśród obsługi krążyły jakieś plotki czy legendy na ten temat. A hospicjum jak i całe miasto zostało tu wybudowane niecałe sto lat temu zaś historia o jakiej mówił pacjent była dużo dawniejsza.

                          - Och, bajkę na źródło już mam, ale faktycznie może poczekać. - mnich spojrzał na łotrzyce - To już jutro? Bogowie jak ten czas leci. Oczywiście jadę z wami. Południe? Oczywiście stawię się. - Otto nie skomentował uwagi Mergi co do losu Georga. Musiał przyznać przed sobą, że los jego pacjentów nie był mu obojętny.

                          Kiedy przyszła kolej na podział ról Otto chwilę się zastanowił.

                          - Jeżeli szturmowców jest wystarczająco, mogę pilnować wozu. Z jednym okiem kiepska ze mnie czujka będzie.

                          - No to wspaniale! Pojedziemy wszyscy razem. Znaczy, my, porządni, uczciwi ludzie z nizin społecznych a nie jakieś tam wymuskane szlachcianeczki. Za wymuskane szlachcianeczki zabierzemy się wieczorem. - Łasica roześmiała się radośnie na myśl o jutrzejszym wyjeździe i wieczornym spotkaniu ze zwierzoludźmi. Jednak z powodu zachowania pozorów nie mogli jechać wszyscy na raz a ich szlachcianki z towarzystwa miały inny pretekst aby opuścić miasto. Tutaj łotrzyca zerknęła ciekawie na wężowowłosą śpiewaczkę i tancerkę bo chociaż dzisiaj siedziała tu z nimi, jadła, piła i bawiła się razem z nimi wcale poza urodą nie wyróżniając się na tle reszty gości tawerny to jednak jutro powinna się przedzierżgnąć w elegancką szlachciankę jaka pojedzie na plener malarski wraz ze szlachetnie urodzonymi koleżankami.

                          - Oh ja też mam jutro zamiar poużywać sobie troszkę naszych szlachcianeczek jak to Łasiczko ładnie ujęłaś. Mam też w planie potrenować ich płodność. Zwłaszcza Fabienne bo jest w samym szczycie swoich płodnych dni. No a Pirora zaznaczyła, że postara się zachować trzeźwą głowę i umiar więc to chyba dobry pomysł aby ktoś z nas miał oko na wszystko. No ale nasza najpodlejsza z podłych i najnędzniejsza z nędznych to tak nóżkami przebiera na jutrzejsze spotkanie, że aż miło popatrzeć. Z przyjemnością będę ją jutro dręczyła różnymi uwagami i półsłówkami przez cały dzień. - młoda kobieta z licznymi, grubymi warkoczami utkanymi z ciemnogranatowych włosów chociaż była ubrana jak zwykła szwaczka czy robotnica to jednak wyrażała się jak szlachetnie urodzona matrona mówiąca o swoich planach i intrygach. A myśl o jutrzejszym dniu i wieczornym spotkaniu nastrajała ją równie ekscytująco jak obie łotrzyce.

                          - No też się nie mogę doczekać! - zawołała Burgund radośnie. I wszystkie przez chwilę ćwierkały radośnie do siebie, koleżanek i kolegów ciesząc się na te spotkanie. Ale przypomniały w końcu sobie, że wcześniej jest jeszcze dzisiejsza noc jaka zapowiadała się pracowicie.

                          - A z wozem dobra, to możesz zostać. Umiesz powozić? Po ciemku? Bo przy wozie i na oku przydałby się ktoś. Jak się uda załatwić strażników i otworzyć skarbiec to trzeba będzie te wszystkie worki i skrzynie nosić stamtąd do wozu. Po ciemku. A to spory kawałek. No i ładować na wóz. - Łasica wstępnie zaakceptowała taką rolę kolegi jaką ten zapropnował a koleżanki pokiwały głowami na znak zgody.

                          Otto wciągnął ostro powietrze na pytanie o jego zdolności powożenia.

                          - Nie. - odparł z bólem - Jeżeli opuszczałem klasztor to tylko na nogach. "Zakonu nie stać, aby dać każdemu pielgrzymowi powóz" jak to tłumaczył Pierwszy Widzący. - mnich westchnął - Mogę pomagać przy załadunku i pilnować, aby nikt nas nie zaczepiał jak będziemy na was czekać.

                          - No to Strupas będzie powoził. Albo Burgund jak to już będziemy się zbierać stamtąd. A ty możesz pomagać z noszeniem i wozem. To jak będziemy zaczynać to trzymaj się Silnego. Potem jak oni wejdą do środka to czekaj przy wozie. Prędzej czy później coś się zacznie dziać. - zdecydowała w końcu włamywaczka w skórzanych spodniach. Popatrzyli jeszcze po zebranych przy stole ludziach i wydawało się, że ten detal mają ustalony. *


                          Aubentag; noc; okolice świątyni Mananna

                          Mnich odetchnął gdy usłyszał, że Somnium nie ma w świątyni. Jednak coś nie dawało mu spokoju.

                          - Uważajcie w środku. Być może po prostu poszła zobaczyć co tam mają schowane, być może coś się jej przyśniło i ostrzegła wszystkich. - mnich westchnął, wyciągnął jeden nóż z grupy fantów Silnego i schował go pod habit. Słuchał planu Łasicy, wszystko trzymało się kupy, więc nie wtrącał się w rzeczy, na których się nie znał. Kiedy przyszło do rozstawienia ekipy Otto został przy wozie. Spojrzał na Strupasa, kiedy ten do niego podszedł i zapytał o hodowlę.
                          - A postęp. Koleżanka Onyx sama zacznie własną hodowlę na sobie, ale jej motywacja bardziej ją przybliża do Węża niż Ojczulka. Pokieruje ją do Sigismundusa jak przyjdzie znowu.

                          - O! Naprawdę? No popatrz… Myśleliśmy z Sigismundusem, że może wczoraj u Pirory to któraś z naszych się dała… A tu popatrz, jakaś nowa… - w ciemności nie widzieli się zbyt dokładnie. Brzydka i koślawa twarz garbatego śmierdziela była widoczna jako nieco jaśniejsza plama. Więc to akurat nie musiała być wada jak ktoś zwracał dużą uwagę na walory estetyczne czyjejś twarzy. Ale sam garbus wydawał się być i ucieszony i zaskoczony takimi wieściami.

                          - I zacznie ona u siebie? No cóż… A pewny jej jesteś? Że się zasieje i zacznie hodowlę? I nie spanikuje jak zaczną z niej maleństwa wychodzić? Bo jak myśmy z Sigismundusem przyjmowali pierwszy raz od tej naszej idiotki z traktu to nam się to bardzo podobało. I to było takie podniosłe i wspaniałe! No ale inni to mogą tak nie mieć… - zaciekawił się jak to kolega szacuje tą potencjalną nosicielkę spoza zboru. Sam nie miał okazji jej poznać to się musiał zdać na jego opinię.

                          - A ta czarna wrona to odjechała stąd już dawno. Jeszcze przed północą, dzień się kończył. I nie wróciła do tej pory. To chyba pojechała na dobre. - przypomniał sobie co jeszcze mówił kolega z jednym okiem chociaż na inny temat.

                          - Tak jak powiedziałem. Jej powody są bardziej w stronę Slaanesh niż Nurgla. Czuje przyjemność kiedy robactwo wije się jej w dziurze. - mnich wzruszył ramionami - Niszowe, ale jestem w stanie to sobie wyobrazić. - Otto chwilę się zastanowił - Loszka to mało rozmowna, ale ta druga narzekała na ból?

                          - Aha. To nie jest taka jak my? No szkoda… Ale no nic, jak wyda miot to mniejsza z tym. - garbus trochę się chyba skrzywił gdy chyba przez chwilę miał nadzieję, że może trafiła im się jakaś koleżanka w wierze. Ale przełknął to jednak gładko i dla dobra sprawy był gotów ją zaakceptować nawet jak nie była taka jaką by ją sobie wyobrażali z kolegą aptekarzem.

                          - A ta idiotka to też. Albo się drze, płacze, modli do Sigmara to najczęściej dajemy jej ziółka nasenne aby była cicho. Albo kneblujemy i wiążemy. Bo tylko same kłopoty z nią. Sigismundus ma jej dość. Mówi, że jak już nie będzie potrzebna to ją napompuje nasieniem Oster aż pęknie. No ale na razie wiele tych nosicielek nie mamy to jest nam potrzebna. Dobrze, że tą co mówisz znalazłeś. Zawsze jedna więcej. Nawet jak to tylko kolejna ladacznica. Szkoda. No ale nie zawsze ma się co by się chciało no nie? A te strzykwy? Chcesz? Może znów ci się jakaś trafi. Sigismundus pytał czy będziesz tam jechał z nimi do tych kamieni. Bo może jakby się trafiła okazja no to sam wiesz nie? Szkoda nie skorzystać. A jak już któraś będzie miała to w środku to już po sprawie. Tylko czekać co z tego he he wyjdzie. - garbus mówił szybko i cicho odruchowo rozglądając się dookoła instynktem przestraszonego żebraka któremu zagraża tak wiele w takim mieście. Ale chciał jeszcze ustalić parę rzeczy póki mieli chwilę aby porozmawiać sami w tym mrocznym zaułku.

                          - Krzyczy z bólu, czy ponieważ jest więźniem? Jeżeli to pierwsze, to obawiam się, że nowa koleżanka nie będzie nam pomagać długo. - mnich chwilę się zastanowił nad pytaniem o podróż do zwierzoludzi - Pojadę z nimi, ale na razie zrezygnuję ze strzykaw. Po dzisiejszej aferze mogą chcieć mnie odwiedzić i nie chciałbym takiego towaru w domu, kiedy Hertz czy inny będzie pukał. Do tego, o ile jasne, nie zauważą może od razu, to szybko jednak dojdą, kto je tak urządził. A ja nie chcę być po złej stronie służek Mrocznego Księcia. Od krwawego mnie zabiją, poboli, ale będzie szybko. Od Zmiennego pewnie by mnie przemienili w coś bez oczu, ust i rozumu. Więc również w miarę szybkie. Sługi ojczulka? Celowe sprawianie cierpienia nie jest w waszej naturze. W ich? - Otto zadrżał - Miesiące błagania o śmierć.

                          - No, no, już tak się nie roztkliwiaj nad sobą. - mimo ciemności nocy na dnie tego ulicznego kanionu miasta dało się poznać rozbawienie w głosie śmierdzącego garbusa.

                          - Co by ci zrobiły? Zresztą wierzę, że Starszy by stanął w twojej obronie gdyby było trzeba. W końcu chodzi o roznoszenie dziedzictwa Sióstr. Sam im dał do zrozumienia, że miło by było jakby się zgłosiły same albo chociaż znalazły zastępstwo. Ale nie. Udają głupiego. - Strupas chyba wątpił aby nawet w razie siłowego zasiania którejś z koleżanek to aby Otto spotkamy z ich strony jakieś poważniejsze konsekwencje.

                          - Poza tym myśleliśmy z Sigismundusem, że w trakcie zabawy to może by któraś się zgodziła. Wiesz tak jak pijany na więcej zwykle się zgadza niż na trzeźwo i łatwiej go namówić do tego czy tamtego. Wtedy by nie mogły mówić, że nie chciały albo co. - wyjaśnił jak to sobie widocznie umyślili z aptekarzem.

                          - Ale z tym przeszukaniem racja. Mogą to zrobić. Ale zawsze przed wyjazdem możesz wpaść do apteki to ci damy tych strzykw ile będziesz chciał. Trafi się okazja jak byś którąś ugadal to cudownie. Nie no to przywieziesz z powrotem. - dodał swoją propozycję na tą okoliczność. Chyba nie nastawiał się na jakiś przełom i sukces, że któraś z koleżanek by się zgodziła ale jednak taka wielka orgia jaką od paru tygodni planowały dawała nadzieję, że któraś mogłaby popuścić wodze fantazji bardziej niż do tej pory.

                          - Szczerze wątpię, abym był w stanie je przekonać. Ba, nawet zbliżyć się do nich, kiedy kozły będą je chędożyć. Więc może wpadnę jutro po zabawie. Co do "Co by mogły mi zrobić"... - mnich chwilę się zastanowił - W klasztorze mieliśmy księgę opisującą sytuację "Wykorzystaj Chaos przeciwko Chaosowi". Notatnik elfa Sureliona. Jeden z rzadkich przypadków Wysokiego Ludu oddanego Mrocznemu Księciowi. Był jednym z ich Magów, który spędzał czas gromadząc i więżąc artefakty Mrocznych Potęg. Świadome Księgi, Demony zaklęte w broni i zbrojach. Miał Czarnoksiężnika, którego dusza została uwięziona w lustrze. Popapraniec lubował się w cierpieniu. Niszczył książki, wyrywając je kartka po kartce i kiedy ostatnie elementy świadomości z nich zaczynały ulatywać, naprawiał je. Tak, że nie było widać ani odrobiny szkód. I tak w koło. Rysował to lustro, zamykając duszę czarnoksiężnika w rozpaczliwej ciemności, tylko po to, aby chwilę później wypolerować lustro na błysk. - Otto westchnął - Oczywiście zaklinał się, że robił to dla dobra swego ludu, ale kiedy przyszło co do czego, zwrócił się przeciwko swoim bo chcieli zabrać jego kolekcję. - mnich się uśmiechnął chociaż nie było tego widać w ciemnościach - Nasze koleżanki koncentrują się jedynie na przyjemnościach cielesnych, ale natura naszych patronów zacznie od nich wymuszać coraz bardziej ekstremalne źródła tych doznań. Nie mogę się doczekać.

                          - No to fajnie. Ale na wydanie miotu i dalej chowu na czas może być za późno jak będziemy czekać aż one same poczują do tego zew i chuć. Jak mowa o dorosłych owadach na koniec tego i początek przyszłego miesiąca to mamy czas na zasilanie w tym tygodniu. Może przyszłym jakby która miała te małe bo szybciej rosną. Jakoś mam niewiele wiary, że one przez ten tydzień zmienia zdanie. Chyba, że z jakiejś wyjątkowej okazji jak jutro. Jak znów będą w mieście, czyste, trzeźwe i ubrane i jeszcze w kupie to ci powiedzą to samo co do tej pory. - twarzy garbusa nie widział w tej ciemności ale w głosie dało się słyszeć zniechęcenie i brak wiary w dobrowolną współpracę koleżanek w standardowej sytuacji. Do tej pory zawsze kategorycznie jej odmawiały.

                          - Może zależeć od doświadczenia koleżanki Onyx. Jeżeli okaże się, że chów jest jednak przyjemny dla "matki". Może to je przekona. Przy okazji, macie pomysł na te przyszywane jądra dla mężczyzn? To sądzę, że jeszcze trudniejsze do sprzedania od jaj dla kobiet.

                          - A to… No tak, to wygląda na trudniejsze. - rozmówca wydawał się być nieco zaskoczony zmianą tematu. Ale tylko na chwilę. Chyba pokiwał głową ale po ciemku nie można było być tego pewnym.

                          - No to zależy jak na to spojrzeć. - zaczął jakby szykował się na jakiś cekawy temat do rozmowy. - Kupiliśmy z Sigismundusem świńskie pęcherze aby spróbować jak to jest. I on mówi, że do cięcia to to dość prosta robota. Da radę. No z żywym właścicielem jajec zapewne będzie więcej roboty no ale nie takie rzeczy już się robiło. Samo wycięcie jednych i wsadzenie drugich to dość prosta robota. Do zrobienia. Potem jednak tam wszystko musi się zrosnąć, zaleczyć, po cięciu może spuchnąć i boleć. A w środku musi się tam wszystko zakorzenić, że tak powiem. To zajmuje gdzieś tydzień. Jak wszystko dobrze pójdzie. Może parę dni więcej tak na wszelki wypadek. A potem można działać. - garbus mówił jakby przypominał sobie rozmowy z kolegą i efekt wstępnych prób jakie przeprowadzali na razie w dość ograniczonym zakresie.

                          - Więc to nawet ja bym mógł albo on. No ale gdzie nam do jakiejś kobiety? To trzeba jakiegoś ogiera co nie ma trudności z dobieraniem się do tego co kobieta trzyma w majtkach. Więc jak od nas to albo ty albo Joachim. Może jeszcze Thobias. Albo od samej sztuki to by Lilly mogła być no ale jak wiesz ona, że tak powiem nie do każdych majtek ma podejście. - brzydal wymieniał listę kandydatów do takiego przeszczepu wśród kolegów ze zboru. I była dość krótka. Jeśli zawężać wybór do tych co rokowali, że mogliby zrobić użytek z tego podarunku.

                          - Ale to nie wszystko. Bo to nasienie z nowych jąder trzeba zasiać kobiecie tym razem we wlaściwą dziurkę. A potem czekać. Mniej więcej tydzień albo dwa. Merga nie była pewna co tam było napisane to napisała to. Że albo tydzień albo dwa. To też nie jest prawdziwa ciąża tylko tak jak z tymi jajami więc płodność czy ciąża kobiety nie ma znaczenia. Chodzi o miejsce. A po tym tygodniu lub dwóch coś z nich wychodzi. Chyba tak samo jak z naszymi maleństwami. Tylko niezbyt wiadomo co. Bo to już całkiem nieczytelne było. Nosicielka chyba powinna przeżyć bo to tak samo jak z jajami, pomyślane do wielokrotnego użytku, spora strata by była jakby ginęły po pierwszym razie. Ale właśnie nie do końca wiadomo co z nich wyjdzie. Chyba jakieś stworzenia ale jakie to Merga nie dała rady odczytać. - wyjaśnił jak powinien przebiegać proces opisany w trzecim zwoju. Ale, że jak sama w zeszłym tygodniu rogata wyrocznia mówiła ten był w najgorszym stanie więc nie udało jej się go odczytać w całości.

                          - No ale na pewno taka nosicielka nie urodzi hehe zwykłego dziecka. Tylko coś innego. Więc no to tak samo jak z tymi jajami. Najlepiej by to było w ukryciu załatwić. Albo z ochotniczkami. Bo nawet jak sam akt hehe zasiania można by uskuteczniać w byle tawernie to jak za tydzień czy dwa coś z takiej ladacznicy zacznie wyłazić i to nie będzie ludzkie dziecko no to zacznie się chryja. Jedna to może być przypadek ale czym więcej tym wiadomo, że to coś poważnego. Jak więc widzisz i z nosicielem i nosicielką to poza rodziną trudno będzie to obejść. - chyba wzruszył ramionami na koniec. A opisany proces miał kilka wąskich gardeł jakie sprawiały, że w pewnym sensie wydawał się bardziej skomplikowany od wstrzyknięcia zawartości strzykw w jakąś kobietę.

                          - A te dwie co pytałeś to nie gadają ani my z nimi nie gadamy. Ale wczoraj zasialiśmy Dornę. Co za kochana dziewczyna! Grzecznie rozłożyła nogi i czekała aż zrobimy swoje! Taka dzielna! Chociaż to nie boli. I załatwia się to w jedną chwilę. Jak która idzie na współpracę to tylko podchodzisz, wsadzasz strzywkę do środka, wpuszczasz zawartość, wyjmujesz i koniec. Po robocie. No możesz drugą wpuścić albo i trzecią ale sama robota jest bardzo prosta. No a Dorna dzisiaj miała pierwszą wylinkę. Więc pewnie będzie miała te małe jak ta idiotka z traktu. To gdzieś za dwa, trzy dni powinna wydać miot. A dzisiaj jak ją pytaliśmy jak się czuje to mówiła, że dobrze. Że jej nic nie boli. To Sigismundus pytał czy da się zasiać od tyłu. Bo chciał sprawdzić w praktyce te zapiski. No i zgodziła się więc ją zasiał od tyłu. Potem był obiad to jeszcze zjedliśmy razem ale zanim wyszedłem tutaj to nie skarżyla się, że ją coś boli. - przy okazji streścił jej jak przebiegało zasianie kolczastej mutantki wczoraj i dzisiaj. Mówił jakby chciał ją dać jako przykład dla ich koleżanek jak należy współpracować pod tym względem.

                          Mnich pokiwał głową.

                          - Zawsze coś. A szkody po wydaniu miotu? Zakładam, że to dziewczyny też chciałby wiedzieć. Właśnie, jeżeli chodzi o Laurę, to ta koleżanka Onyx. Ma klientelę która lubuje się w jej pokazie. Może macie jakiś bardziej fikuśnych braci w mieście. - pokręcił głową słysząc ustalenia Nurglitów co do drugiej części dziedzictwa Oster - Rozważaliście bydło, plaga much atakująca krowy i świnie? Przydałoby się aby możni zaznali trochę głodu.

                          - No uważaj sobie z tymi życzeniami. Zanim gruby schudnie to chudy trzy razy zdechnie. Poza tym u nas to połowę albo więcej szamy to ryby i owoce morza. Może bez rarytasów ale wyżyć się da. - żebrak zaśmiał się cicho dając znak, że zagłodzenie miasta to sprawa bardzo zbiorowa gdzie trudno by było zaatakować wybiórczo. A i póki był dostęp do morza nie było tak łatwo zagłodzić portowe miasto z własną flotą łodzi rybackich.

                          - A od tej tylnej strony szkody w miocie to wedle zapisków od Mergi to mniej więcej połowa. Z drugiej strony gdzieś połowa powinna przeżyć. A tych strzykw jeszcze trochę mamy. Do tej pory mieliśmy tylko tą idiotkę i Loszkę. To jeszcze z tej strony nie próbowaliśmy. I tak normalnie to tylko ta idiotka wydała miot. Mniej więcej jedna czwarta strat. Więc zgodnie z zapowiedziami w piśmach. Loszka jest na końcówce. Może dziś w nocy, może jutro w dzień albo jutrzejszej nocy. Albo pojutrze. I powinna wydać miot. Miała trochę strat ale chyba większość też powinna przeżyć. A jak mamy wąskie czasowe gardło to Sigismundus chciał sprawdzić jak to będzie od tyłu. No i jak to by było jakby jakaś nosicielka miała w sobie maleństwa z obu stron na raz. A Dorna się zgodziła. No i jak mówiłem, na razie nic jej nie jest. - relacjonował jak to wyglądały do tej pory te niedawno zaczęte eksperymenty z hodowlą dziedzictwa Oster. Brzmiało jakby mniej więcej zgadzało się z tym co nauczała Merga podczas swoich tłumaczeń zwojów starożytnej Siostry.

                          - Teoretycznie to straty mogą być mniejsze jak się trafi odpowiednia nosicielka. Wtedy w ogóle jest bardziej płodna. Rosną w niej większe i szybciej i straty są mniejsze. Tylko nie jest opisane jak ją rozpoznać. Dopiero jak się zasieje i wyda miot to to widać. Jakby na taką trafić to cudnie. Może wydać na świat jeszcze większe sztuki niż te duże. Zastanawialiśmy się z Sigismundusem czy to nie o tym mówił ten twój Vigo. Że jak będzie płodna i wydajna no to wyda królewski miot. No szkoda, że nie powiedział jak ją rozpoznać. W zapiskach to Sigismundus mówił, że też to nie jest jakoś podkreślone. Zapewne Oster miała sporo tych nosicielek to w końcu trafiła i na takie no ale my mamy na razie tylko te dwie no i z Dorną to trzy. Nie do końca jesteśmy pewni czy jej owoc będzie atakował ludzi bo dość podobna jest do nas no ale tego nie jesteśmy pewni. To samo z tymi jądrami i te nosicielki jakie by miały zasiać. Chodzi nam o ludzi. Aby wyszły z tego jakieś ciekawe stworzonka i atakowały ludzi. A nie jakieś świnie czy bydło, to nie robi takiego wrażenia jak coś co wyłazi z ludzi i atakuje ludzi. - garbus chyba smętnie pokiwał głową gdy cierpiał razem z kolegą nie mogąc rozwikłać zagadki jak rozpoznać albo trafić na taką wyjątkową nosicielkę co by mogła wydać równie wydajny i wyjątkowy plon.

                          - Pomyślę, może coś da się załatwić. Dobrze, że macie chociaż jedną chętną. Ach i mnie chodziło o szkody na ciele nosicielki. - mnich spojrzał na garbusa - Jeżeli chcemy spróbować z ladacznicami, to potrzebuję ubrać to w jak najlepsze słowa.

                          - No to wszyscy widzieliście Loszkę na zborze nie? Wtedy była gdzieś w połowie noszenia i co? Nic jej nie było. Zresztą ta idiotka z traktu już wydała miot i też nic jej nie jest. Czekamy te trzy dni co było w przepisie aby znów ją zasiać. Loszka ma termin jutro albo pojutrze i jest cała, nic jej nie jest. No i z Dorną to samo. - garbus pokiwał głową gdy zrozumiał o co pyta kolega. I wypowiedział się o tej dość skromnej liczbie nosicielek jakie do tej pory mieli i mógł je obserwować. Wyglądało na to, że nic makabrycznego im się nie przydarzyło. Sigismundus przedwczoraj, na ostatni zbór przyprowadził Loszkę i pokazał jej brzuch. Na nim rzucały się w oczy trzy spore koła jakby wypalone na skórze przez błocko albo magicznego strażnika jaskini Oster ale samej ciąży właściwie nie było widać. Ale, że Loszka dawno temu straciła rozum a może i po części świadomość to porozmawiać się z nią nie dało. Aptekarz mówił do niej ale ta zdawała się reagować na słowa podobnie jak pies na słowa domowników.

                          - Nie ma czego się bać. Zresztą jak ty albo one czy ktokolwiek chce zobaczyć jak to wygląda, czy one czy te maleństwa to zawsze sami możecie przyjść do apteki. - dodał jeszcze to samo co on i Sigismundus często powtarzali przy różnych okazjach, że wcale nie zamykają drzwi przed kolegami i koleżankami z rodziny i chętnie się z nimi podziela wynikami badań. Tylko sam obiekt badań mógł budzić moralną awersję i wzbudzać naturalna odrazę wśród postronnych więc o ile Otto się orientował to zbyt wielu gości nie miewali.

                          Heinrich wsłuchiwał się raport Łasicy. Obecność Somnium wywołała drobny niepokój w byłym Łowcy. Wziął ubiór żebraka od Silnorękiego, szybko przebierając się, aby pasować do roli. Poczochrał sobie do tego włosy i pokrył różne części ciała błotem.

                          - Stanę na warcie, jeżeli brakuje nam ludzi. - poinformował - Jeżeli ta Morrytka tu była, to może to być jakaś pułapka. Jakby co będę gotowy do walki. - poklepał się po sztylecie, który miał schowany pod ubraniem, ale wziął też jedną z pałek od Khornity.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #131

                            Oryginalny autor: Pipboy79

                            Oryginalny tytuł: Tura 31 - 2519.07.13; abt; noc

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
                            Czas: 2519.07.12/13; Marktag; noc
                            Warunki: jasno; cisza; umiarkowanie ; na zewnątrz: noc, deszcz, łag.wiatr; zimno (-5)

                            Joachim

                            Joachim miał przez drogę co przemyśleć. Całe spotkanie, rozmowę z mistrzynią i pożegnanie z nią. A musiał uważać bo jak było już niedaleko do północy. O tej porze na ulicach już było niewielu przechodniów. A z “Wesołej mwy” co się mieściła w portowej dzielnicy u zbiegów rzeki Salt i zatoki do jego kamienicy przy zachodnich krańcach miasta to miał całkiem spory kawałek do przejścia. Szczęście mu sprzyjało o tyle, że nikt go nie zaczepił. Mijał jakąś awanturującą się przed oberżą parkę, jakieś pijane trio śpiewało coś wędrując po dnie ciemnych ulic, raz po ciemku wlazł w kałużę i to tak wstrętną i głęboką, że noga ugrzęzła mu prawie do połowy łydki. Ale poza takimi drobnostkami to jednak cało wrócił do domu. Żaden oprych pokroju Silnego nie napadł go w mrocznych zaułkach ogarniętego nocą miasta. Przez ten pacierz czy dwa marszu to miał właśnie okazję przemyśleć to spotkanie w tawernie. Pewnie ostatnie w tak licznym i zacnym gronie.

                            - Trochę trudno mi coś stwierdzić tak tylko na podstawie czyjejś relacji. Sama nie byłam w tej Akademii i nie widziałam tej skrzyni. Ale jeśli wyczuwałeś z niej to co mówisz to całkiem możliwe, że jest w niej jakiś potężny i potencjalnie groźny artefakt. Zwłaszcza jak tak go pilnują. Niewykluczone, że to coś związanego z dziedzictwem Sióstr ale nie musi. Nie jestem stąd w stanie tego zweryfikować. Ale brzmi jak coś co warto sprawdzić. Tylko zachowajcie ostrożność. Takie potężne artefakty czy istoty niekoniecznie muszą rozróżniać kto jest kim wśród śmiertelników. Jak to coś związanego z Siostrami to dobrze by było mieć ze sobą coś z nimi związanego. Zakładam, że jak to jakaś forma herolda Vesty czy jakiś jej sługa to mógłby rozpoznać coś co pochodzi od którejś z Sióstr. - poradziła mu w sprawie skrzyni zamkniętej w trzewiach Akademii. Mówiła ostrożnie i z rozwagą jako, że sama nie miała okazji jej zbadać więc musiała polegać na relacji innych.

                            - A co do tych dzwoneczków to też ich nie słyszałam. Ale musicie działać już wedle własnego uznania. To bardzo prawdodopodne, prawie pewne, że każda z tak potężnych istot jak Siostry zabezpieczyły jakoś swoje dziedzictwo. Jednak możliwe, że zostawiły jakąś furtkę dla godnych tego dziedzictwa i swoich wyznawców. Zwłaszcza jeśli planowały kiedyś tu powrócić. Lub sterując stamtąd starały się do tego doprowadzić tutaj. Miały na to w końcu całe milenia. Zapewne więc i z Vestą nie było inaczej. Bardzo prawdopodobne jest to, że zostawiła jakiegoś strażnika i klucz. Może być w formie herolda czy tych światełek. Jeśli wszystko by poszło dobrze to mając taki klucz powinno się dotrzeć do jej dziedzictwa. Pamiętaj jednak, że od czasu gdy Siostry chodziły po ziemi to minęły milenia. I wiele rzeczy mogło się pozmieniać lub nie działać tak jak dawniej. - zgodziła się, że wersja jaką jej zrelacjonował uczeń jest możliwa. Chociaż nadal zalecała ostrożność i rozwagę. I znów nie mając z tym wszystkim do czynienia osobiście wolała się nie wypowiadać zbyt dogmatycznie a jedynie tonem sugestii zaznaczając, że to już będą musieli działać samemu i bez jej pomocy.

                            - A taka nosicielka jaj Oster tak, możliwe, że wszelcy strażnicy i istoty powiązane z Siostrami, zwłaszcza te nadnaturalne, będą wyczuwać w ich łonie dziedzictwo Sióstr. Więc mogą je traktować jako taki uniwersalny klucz. W końcu to projekt wykonany przez Oster ale każda z Sióstr dorzuciła do niego swoją iskrę. I tą iskrę mogą wyczuwać istoty im poświęcone. Domyślam się, że im bardziej zaawansowana i większa ta ciąża, im dorodniejsze okazy w środku tym taka emanacja tej iskry powinna być silniejsze. Tylko to nieco jak z wyczuwaniem Eteru przez obdarzonych. Im silniejsze zawirowania Eteru tym z większej odległości da się je wyczuć. Więc tak, taka nosicielka, zwłaszcza z dorodnym brzemieniem, może być takim uniwersalnym kluczem ale nie musi. - co do pomysłu z nosicielkami myśl wydała jej się ciekawa. I energicznie pokiwała swoją ludzką głową, że to całkiem prawdopodobna możliwość. Chociaż znów tak do końca trudno było przewidzieć co by się wydarzyło gdyby taki strażnik dziedzictwa natrafił na taką nosicielkę. Czy by wyczuł w niej tą iskrę jaką Oster zaklęła w jaja czy nie, co by wtedy począł taki stwór. Zwłaszcza jakby taka nosicielka była w zaawansowanej pseudociąży co powinno dawać silniejszą emanację.

                            - Tylko jakbyście zabierali taką nosicielkę do takiego strażnika to nie używajcie na niej tej maści maskującej ode mnie. Bo ona właśnie powinna zakłócić taką emanację. - powiedziała z łagodnym uśmiechem rozbawienia na taką myśl. Zaś gdy pytał o barona Wirstberga przez chwilę trawiła to w myślach.

                            - Być może… Zew Sióstr jest potężny i trwa od wielu miesięcy. I się nasila. Więc nie tylko obdarzeni albo my, prawdziwi wierni możemy go usłyszeć. Ale w pierwszej kolejności powinni go odebrać ludzie nam podobni. Może tacy wariaci jak ci z hospicjum Otto. Jak baronowi się śniły takie dzwoneczki jak tobie to być może też z jakiegoś powodu jest podatny na ten zew. Nie oznacza, że zaraz do nas przystanie. Pamiętaj, że choćby ludzie pokroju tej kapłanki Morra też mogą odbierać ten zew. Wszyscy go mogą odbierać. Ale ci mniej podatni będą to pamiętali jako jakieś niewyraźne majaki senne albo ulotne myśli na granicy postrzegania. A każdy kto zdradza objawy, że odbiera ten zew myślę, że jest wart aby mu się przyjrzeć bliżej. No i miej na uwadze, że nie wiem czym jest ten potwór z bagien ale całkiem możliwe, że da się go pokonać kopią czy mieczem. Zapewne skoro jest strażnikiem dziedzictwa Vesty to nie byłoby takie proste ale możliwe. Zwłaszcza dla kogoś kto odbiera zew Sióstr. Więc to nie jest niemożliwe, że baron pokona potwora. Oczywiście równie możliwe, że to potwór go pokona i zeżre. To taki siłowy wariant gdyby nie udało się z kluczem i przewodnikiem. Zapewne trudniejszy chociaż na swój sposób prostszy. Zapewne Norma to by wolała takie wyzwanie niż głowić się nad jakimiś skrzyniami i przewodnikami. Jest więcej niż jedna droga aby posłuchać zewu Sióstr i dotrzeć do ich dziedzictwa. - oznajmiła mu gdy pytał o niemłodego już barona jakiego znów ona znów nie znała. Więc musiała bazować tylko na tym co jej o nim powiedział. Wcale nie wykluczała możliwości, że szlachcic też może w jakiś sposób odbierać zew Sióstr zwłaszcza jak miał takie podobne do Joachima sny. I nie wykluczała, że mógłby nawet pokonać poczwarę grasującą na bagnach. Chociaż pod względem kto ma jakie szanse w tym potencjalnym starciu to już nie chciała szacować nie znając ani jednego ani drugiego. Ot wskazywała na to, że jest taka możliwość.

                            Zanim się otrzepał z przysłowiowego kurzu drogi to słyszał jak na miejskich wieżach bili północ. Nie był do końca pewien kiedy ferajna pod wodzą łotrzyc zamierza zwijać żagle z “Mewy”. Ale roboczo to miało być jakoś koło północy. Musiał się jeszcze przygotować do odprawienia czarów. I to takich jakich od czasów Kolegium nie odprawiał. A i wtedy były one na pograniczu jego możliwości. I jeszcze musiał służbie wydać odpowiednie polecenia. Przy okazji odkrył, że zaczyna padać. Słyszał jak krople deszczu rozbijaja się o szyby i okiennice a zza nich dobiega monotonny szum. Więc nie był pewien kiedy dokładnie zaczął odprawiać te astralne czary ale musiało być już po północy ale jeszcze przed pierwszym dzwonem.

                            I wyglądało na to, że przecenił swoje możliwości. Dawno nie odprawiany czar astralnej projekcji był o wiele trudniejszy niż mu się zdawało. Nawet jak miał potrzebny składnik to było to bardzo trudne. Na pewno nie była to taka formalność jak z rzucaniem prostego czaru wróżby jaką ostatnio najczęściej się posługiwał.

                            Najpierw musiał się skupić i przypomnieć sobie dokładnie słowa zaklęcia jakie miały wyrwać wiatr Azyr z Eteru jaki przenikał ten świat. One miały utkać z nich zaklęcie o potrzebnym działaniu. Wyjąć i przygotować składnik. A potem jeszcze zebrać się w sobie przygotowując się do tego wszystkiego starając się zwalczyć presję czasu, że może przybyć na miejsce akcji za późno. W końcu zaczął.

                            Z początku szło mu nieźle. Wejrzał w Eter swoim dodatkowym okiem i ujrzał jak różnobarwne energie przenikają przez jego pracownię. Słowami zaklęcia wybrał z nich ten niebiański Azyr na jakim bazowali astromanci. Zaczął go kształtować wokół siebie. Już czuł, że zaczyna go okrywać, pokrywać, ciało jakby stawało się coraz bardziej przezroczyste, niematerialne… astralne… Ale coś spaprał na koniec. Wiatry nie chciały się owinąć wokół niego i po pewnej krytycznej chwili rozproszyły się ponownie zostawiając go z niczym.

                            Odsapnął chwilę i spróbował jeszcze raz. W końcu niewiele mu brakowało do sukcesu prawda? Znów wejrzał w Eter i z niego zaczerpnął. Znów udało przyzwać mu się Azyr i zaczął go owijać wokół siebie ale coś poszło jeszcze bardziej nie tak niż za pierwszym razem. I nie udało mu się. To jednak było tak samo trudne jak to widocznie nieco zapomniał jak to było w Kolegium gdy to ćwiczył ze swoim mistrzem.

                            Zabrał się do sprawy trzeci raz. A czas uciekał. Jakby nie udało mu się rzucić tego czaru to by mu zostało albo z powrotem zasuwać do reszty kultystów w swojej fizycznej formie albo sobie darować i zostawić ich bez swojego udziału. Trzeci raz okazał się katastrofą. Małą ale jednak. Już samo wejście w Eter poszło mu kiepsko. Do tego Azyr jakby go złośliwie omijał. W zamian za to poczuł cichy syk i skwaśniały zapach. Czar kompletnie mu nie wyszedł. Do tego jeszcze Eter za jego sprawą zamanifestował się w tym świecie nie tak jak to sobie planował. Tym razem jeszcze dość mało poważnie ale za to w całym domu pewnie skisło wszelkie mleko, wino, chleb inne jedzenie spleśniało lub zgniło i trzeba będzie to wszystko wyrzucić. Mimo wszystko w skali nieprzyjemnych czy groźnych skutków ubocznych to była drobnostka. Ale używał średniego poziomu mocy a te poważniejsze były przy działaniu na większą skalę.

                            A czas uciekał. Przecież nawet w astralnej formie to musiał na własnych nogach przebyć to nocne miasto z powrotem do portowej dzielnicy. Spróbował więc jeszcze raz. Tym razem wszedł w Eter prawidłowo. Udało mu się przyzwać błekitny Azyr do siebie. I zacząć formować go w potrzebny wzór wokół własnego ciała. Widział jak to zaczynają pokrywać błękitne nitki zaklęcia. Coraz gęściej i gęściej aż własnego ciała nie widział już kompletnie. Jeszcze trochę… I udało się! Wreszcie się udało! Zrobił krok do przodu i obejrzał się za siebie. Ujrzał swoje bezwładne ciało leżące na podłodze. Zostało mu czekać aż przyjdzie służba bo w astralnej formie nie miał wpływu na realny świat. Nie mógł otworzyć ani drzwi ani okna. Zostało mu czekać. Na szczęście nie czekał długo i w końcu usłyszał pukanie do drzwi. Po chwili czekania do środka wszedł Ghunter. Podbiegł do bezwładnego ciała, nachylił się słuchając czy oddycha. W końcu złapał je pod pachy i zaczął wlec na zewnątrz. Na korytarz, schody, drzwi do kuchni i wreszcie do ogrodu. Padało. I wyglądało nieprzyjemnie. Ghunter zawahał się i spojrzał na wleczone ciało.

                            - No sam tak chciał. - mruknął jakby chciał przekonać sam siebie. W końcu zaciągnął ciało bezwładnego maga na krzesło w ogrodzie. Potem wrócił do domu i po chwili wrócił z jakimś kocem jakim starał się okryć ciało swojego pana. I tak go jego astralny pan zostawił.

                            Może i był w astralnej formie ale nie był pewien jak odmierzać czas. Tylko na oko. A najlepiej aby wrócił z powrotem do siebie nim upłynął dwa dzwony. Inaczej… Mogło być nieprzyjemnie. A nawet groźnie. Co więcej znów pokonywał na własnych nogach ociemniałe miasto. Usłyszał jak biją pierwszy nocny dzwon gdy jeszcze przez nie szedł. Był spóźniony? Nie był pewny. Zwłaszcza jak wszystko było umówione na “mniej więcej” no i na miejscu miało się okazać jak to wszystko wygląda. Gdy dotarł w okolicę świątyni okazało się, że już zaczęli. Spotkał Strupasa którego dzięki garbatej, zwartej sylwetce łatwo było rozpoznać i chyba jakiegoś mężczyznę w ciemnej opończy co stał na czujce. Ale wozu jeszcze nie było pod bramą. Więc to musiał być dość początkowy etap akcji.

                            Potem przez jakiś czas nic się nie działo. Ale ze swojego południowego narożnika dojrzał jak dwie czy trzy sylwetki wychodzi zza jakiegoś narożnika. Przemyka w kierunku muru świątynnego. Potem zwinnie go przeskakuje i znika mu z oczu. I znów się nic nie działo. Cisza, noc i deszcz. Aż usłyszał cichy zgrzyt. I z furty przy głównej bramie ktoś wybiegł w stronę rzeki. Znów chwilę nic. Ale potem ujrzał jak grupka kilku osób biegnie cicho w kierunku tej furty. I znika tam w środku. I znów nic. Chociaż w pewnym momencie wydało mu się, że słyszy jakieś krzyki i stukoty. Chyba zaczęła się walka. I wydawała się trwać i trwać. Aż zasychało w gardle na myśl, że ktoś jeszcze z domowników mógłby to usłyszeć albo się obudzić. Ale na razie nic się nie działo. W końcu znów jakaś pojedyncza sylwetka wybiegła przez furtę w stronę rzeki i znikła mu z widoku. A gdy odczekał jeszcze trochę to ta sama albo kolejna biegła na tle drugiego brzegu Salt właśnie brzegiem rzeki. A on sam usłyszał turkot wozu. Ten pokazał się chwilę później i trzeszcząc niebywale głośno podjechał pod główną bramę i furtę świątyni. Ktoś tam zaczął się na niego ładować. Ze dwie czy trzy osoby po ciemku i jeszcze w cieniu jaki dawał mur świątynny to nie widział kto to i co tam się właściwie dzieje. Po jakimś czasie dostrzegł nadbiegającą sylwetkę. Biegła wzdłuż zachodniego muru świątyni wypadła nieco ku jego narożnikowi i popatrzyła gdzieś w głąb ulicy. Odczekała chwilę po czym odwróciła się i śmignęła z powrotem w stronę wozu. Ale nie zdołał dostrzec kto to.

                            I chyba zaczęli ładować ten wóz. Jak on stał na swoim posterunku. Wóz za jego plecami w naturalny sposób przykuwał uwagę bo tylko tam się coś ruszało i dochodziły jakieś odgłosy. Poza tym plac i całe miasto tonęło w nocnym deszczu. Ale w pewnym momencie coś dojrzał. Światło. Jak od latarni. Jeszcze dość daleko, właśnie jakby ktoś wyszedł zza narożnika ze dwa czy trzy kwartały dalej. I zatrzymali się? Czy szli po prostu bardzo wolno? Nie był pewien bo przez ten deszcz i ciemność ledwo widział tam dwie czy trzy sylwetki. No i nie widział detali, nie miał pojęcia kto to jest. Jednak w środku nocy i w taką pogode to poza strażnikami co mieli służbę patrolową pewnie mało kto by miał ochotę wyłazić na zewnątrz. Co więcej znów zabiły dzwony. Dwa razy. To już mu wiele czasu w tej astralne formie nie zostało. Czas było pomyśleć o powrocie do własnego, fizycznego ciała. To też mu musiało zabrać pacierz czy dwa.


                            Mecha 31

                            Rzucanie czaru: Astralna projekcja (18 PM)

                            Magia: 2k10
                            Składnik czaru +2 do rzutu
                            Wymagany PM czaru: 18

                            rzut: https://orokos.com/roll/979840 14; 14+2=16-18=-2 = por

                            rzut: https://orokos.com/roll/979841 12; 12+2=14-18=-4 = por

                            rzut: https://orokos.com/roll/979842 2; 2+2=4-18=-14 por + małe przekleństwo

                            rzut na przekleństwo: https://orokos.com/roll/979843 02 > aura wiedźmy

                            rzut: https://orokos.com/roll/979844 17; 17+2=19-18=+1 = suk


                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
                            Czas: 2519.07.12; Aubentag; noc
                            Warunki: - ; na zewnątrz: noc, deszcz, łag.wiatr; zimno (-5)

                            Otto, Heinrich i reszta ferajny

                            - O! Rozpadało się! Dobrze! Deszcz utrudni robotę psom i tropicielom! - ucieszyła się Łasica gdy nieco po północy z tych nocnych, ponurych chmur zaczął padać deszcz. Parę osób prychnęło z niezadowolenia. Bo zrobiło się zimniej, od razu zaczęli moknąć co było mało przyjemne. No i ręce cierpły z tego zimna. Ale oni nie byli zawodowymi włamywaczami tak jak ona. Więc jej radosna reakcja nieco ich zaskoczyły. Czekali jeszcze trochę. Aż Strupas przyszedł i dał znak, że patrol straży przeszedł i poszedł.

                            - No to zaczynamy. Strupas i Heinrich bierzcie północne narożniki. A Joachim jak tu jesteś to bierz któryś z południowych. - mając trzech obserwatorów i cztery narożniki ulic wokół świątyni Łasica zdecydowała się obsadzić w pierwszej chwili te gdzie mieli dawać dyla po akcji. Joachim ten wschodnio - południowy a zachodni na razie była filowana przez tych co czekali przy wozie. Otto co właśnie póki co miał posterunek na koźle wozu widział jak dwie sylwetki ruszają w ciemny zaułek i znikają z pola widzenia za narożnikiem. Czekali jeszcze trochę aby mieli szansę zająć odpowiednie pozycje. Deszcz zaś zmienił się w monotonny szum jaki moczył wszystko i wszystkich swoimi zimnymi kroplami.

                            - To teraz my. Silny chodź z nami. - powiedziała podekscytowana Łasica. I ruszyli we czwórkę. Zaś Otto znów widział jak kolejna grupa znika za tym samym narożnikiem. I znów czekali. Już niewielu ich zostało. On, Rune, Soria, Annika i Tobias. Mimo monotonnego, zimnego deszczu dało się wyczuć zdenerwowanie i oczekiwanie. W tej chwili nic nie zależało od nich i musieli zdać się na resztę zespołu.

                            Ze swojego miejsca Heinrich niewiele widział. Znaczy niewiele ciekawego. Ot, puste, błotniste ulice nocą zalewane zimnym deszczem. Przypadł mu północno - zachodni narożnik czyli ten od strony miasta. Strupas wolał ten wschodni, od strony rzeki bo wtedy miałby bliżej aby wrócić tam gdzie zostawili wóz. Chociaż wtedy właśnie tamten narożnik pozostawałby bez obserwatora. Nie było wiadomo co z Joachimem. Bo ponoć dzięki czarom miał być niewidzialny. To jak tu gdzieś był to musiał gdzieś przemknąć obok niego niezauważony. A na razie to cisza, ciemność, błoto pod nogami i deszcz spadający z góry. Zimny deszcz. Jaki mieszał się z błotem na twarzy i je zaczynał rozwadniać. Widział to okno o jakim wcześniej mówił garbus. Faktycznie. Wysoko. Drugie lub trzecie piętro. I promieniowało prostokątem światła. Ale czy ktoś tam czuwał czy zasnął nie gasząc świeczki nie szło zgadnąć. Okno było od północnej strony placu a więc widział je pod ostrym kątem. Ale poza tym, że się świeciło to nic się nie działo. Od strony świątyni też nie.

                            Otto w pewnym momencie dojrzał zwalistą sylwetkę jaka wynurzyła się zza znajomego narożnika. To nie mogła być żadna z dziewczyn. Bez wahania zbliżyła się do nich.

                            - To ci od strażników za mną! Udało im się, droga wolna! - szepnął do nich podekscytowany. Soria, Rune i Annika poderwali się aby ruszyć za nim. - A wy czekajcie na sygnał. Ktoś po was przyjdzie. Znaczy załatwiliśmy strażników i trzeba podjechać wozem. Dajcie wtedy znać Strupasowi albo niech ktoś go zmieni na czujce. - rzucił jeszcze mięśniak nim odprowadził grupkę szturmową z powrotem za narożnik.

                            - Przyznam, że to dla mnie całkiem nowe doświadczenie. Jestem troszkę stremowany. - rzekł cicho Thobias jaki wydawał się już gryźć paznokcie z nerwów. Może nie dosłownie ale widać było, że nie jest przyzwyczajony do tak stresujących zajęć.

                            Czekali nadal. Trudno powiedzieć ile. Tu w zaułku słychać było tylko monotonny szum deszczu, krople uderzające w gnój czy deski wozu. Chlupot rzecznych fal i mokry zapach jaki od nich bił. I nic więcej.

                            - Przynajmniej coś cicho. To nikt nie robi larum. - mruknał nerwowo nauczyciel nie mogąc sobie znaleźć miejsca. W końcu usłyszeli coś. Kroki. Szybkie jakby ktoś biegł. Jedna osoba. Po chwili wypadła ze znajomego narożnika i bez wahania podbiegła do nich. Drobniejsza więc pewnie nie Silny ani Rune. Ani tak pokraczna jak Strupas.

                            - Załatwili ich! Ale Rune i Annika oberwali! Nie nadają się do noszenia! Dawajcie z tym wozem ja lecę po Strupasa! - w ciemności Pchełkę dało się poznać tylko po głosie. Syknęła do nich cicho po czym niczym prawdziwa pchła zwinnie odskoczyła dalej znów po chwili znikając im z oczu nie czekając na ich reakcję.

                            - To wsiadaj. Ten kawałek to chyba możemy podjechać bez nich. - Thobias dał znać Otto i ruszli. W tej nocnej ciszy rzeczywiście ten wóz wydawał się strasznie głośny, skrzypiący, niezdarny i pokraczny. Jakby złośliwie chciał oznajmić śpiącemu miastu, że nadjeżdża. Wyjechali wozem na aleję wzdłuż rzeki i kawałek nią ku świątynnemu placu. Tam przy bramie już ktoś do nich machał. Gdy podjechali bliżej w otwarej furcie stała jakaś sylwetka.

                            - Pomóżcie im wsiąść na wóz! Ja lecę do piwnicy zobaczyć co ze skabrcem! - syknął głos Burgund. Dwie obolałe sylwetki jęczały cicho i głośno dyszały. Widać było w ruchach brak wcześniejszej zwinności. Pomoc wydawała się jak najbardziej na miejscu. Tobias z Otto pomogli im władować się na pakę wozu. Rzeczywiście byli to Rune i Annika.

                            - Czekali na nas… Nie spali… Byli ubrani i w ogóle… Dobrze, że bez pancerzy… I tarcz nie zdążyli złapać… Bo mogło być krucho… - wysapał ciężko Rune gdy już usadowił się na wozie.

                            - Ale daliśmy radę. Twarde z nich cholerniki były… Twardo walczyli… Do końca… Ostatniego we czwórkę pojechaliśmy… Macie coś do picia? - Annika wydawała się w podobnym stanie co jej kamrat. Mimo ciemności dało się słyszeć ich ciężki, pełen boleści oddech.

                            Heinrich zaś stał na swojej czujce. I wsłuchiwał się w łomot deszczu. Marzł. I czekał. Na razie cicho. Jak coś tam się działo wewnątrz świątyni to nic nie było słychać ani widać. Chociaż… W pewnym momencie wydało mu się, że coś słyszy. Głosy? Stukoty? Chyba się zaczęło. Jak on to słyszał tutaj to kto inny też mógł. Ale na razie nad nocnym miastem wciąż panowała cisza. Po chwili jakby wszystko ucichło. Znów słyszał tylko monotonny szum kropel rozbijających się o jego płaszcz i błoto poniżej. Kolejna deszczowa noc. Ale w pewnym momencie coś dojrzał jeszcze. Od strony rzeki. Jakby ktoś tamtędy szybko śmignął. A z przeciwnej strony usłyszał turkot wozu. Rzeczywiście dziwnie głośny w tej nocnej ciszy. No i turkotał się a nie, że tylko raz coś zaskrzypiało i koniec. Uwagę znów przykuła ta sylwetka z przeciwległego krańca placu. Biegła w jego stronę. Szybko i zwinnie. Po chwili zatrzymała się i rozejrzała.

                            - Heinrich? Gdzie jesteś? - rozpoznał głos Pchełki. Widocznie w biegu nie mogła go dostrzec tak od razu. Musiał dac jej znac albo poczekać aż sama go zauważy. Wtedy podbiegła do niego.

                            - Daliśmy radę! Załatwili strażników! Ale Annika i Rune oberwali! Nie nadają się do noszenia. Łasica kazała ich zabrać na wóz. Chłopaki już jadą. A my idziemy do skarbca i nosić fanty! - streściła mu szybko co najważniejsze nim czmychnęła dalej. Czujkom zostało pilnować obejścia aż do odjazdu całej grupy. Teraz wciąż byli w trakcie akcji i nagłe pojawienie się strażników mogło napytać im biedy.

                            - Dobra Otto masz dwie rączki i tak dale to dawaj do noszenia! Te dwa zdechlaki tu popilnują fantów. Pchełka leć zastąp Strupasa na oku. - sylwetka jaka położyła triumfalnie jakiś worek na dno wozu jaki brzdęknął obiecująco odezwała się głosem Łasicy. - I są! Mamy to! Teraz tylko to ładować! - zawołała wesoło włamywaczka. Po chwili zniknęła z powrotem w furcie aby wrócić po koleną porcę. Zaraz po niej zjawił się Silny, Burgund i Soria. Wszyscy dokładali swoją dolę na dno wozu ku coraz większej radości poturbowanych szturmowców. Thobias je od nich odbierał i układał na dnie wozu. Pchełka śmignęła wzdłuż muru aby zastąpić garbusa na posterunku przy rzece. Właśnie ten kierunek był najdogodniejszy aby nim odjechać w kierunku łodzi Mergi. Wystarczyło jechać wzdłuż rzeki i w końcu się dotarło gdzie trzeba.

                            Heinrich tymczasem trwał na swoim posterunku. Od strony świątyni jak odgłosy wozu umilkły znów było cicho i spokojnie. Przez monotonny szum deszczu nie przebijał się, żaden dźwięk. W pewnym jednak momencie dostrzegł to czego się obawiali. Światełko w tunelu. A raczej światło latarni na drugim końcu ulicy. O tej porze i w taką pogodę to były marne szanse, że to ktoś inny niż patrol strażników. Bo kto inny by się włóczył? Ale światełko nie zbliżało się szybko. Więc pewnie nie biegli tu na łeb i szyję. Raczej dla nich to chyba wciąż był rutynowy patrol. Nie znał ich trasy i zwyczajów ale jeśli utrzymają kierunek to pewnie w końcu wyjdą tutaj. Na ten plac świątynny.


                            Mecha 31

                            Wspinaczka na i po dachu (KRZ + Wspinaczka)

                            wspinaczka +10
                            sprzet +10
                            deszcz -10

                            Łasica 40+10+10-10=50; rzut: https://orokos.com/roll/979849 40; 50-40=+10 > remis = trochę dłużej, z poślizgiem i trudnościami ale się udało

                            Otwieranie okna i drzwi (ZRĘ + Otwieranie)

                            zwinne palce +10
                            d.wytrychy +10
                            ciemność -20

                            Łasica 45+10+10-20=45; rzut: https://orokos.com/roll/979850 43; 43-45=-2 > remis = otwarte; rysy na zamku, standardowa ilość czasu

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Niedostępny
                              SantorineS Niedostępny
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #132

                              Oryginalny autor: Lord Melkor

                              Joachim w drodze do domu miał czas przemyśleć pożegnalne słowa swojej Mistrzyni. Były one mądre.... chociaż do większości tych rzeczy zdołał już dojść sam. Co chyba dobrze o nim świadczyło, prawda? Co do Barona to chciał w nim widzieć potencjalnego sprzymierzeńca. Jego pierwotny plan opierał się właśnie na zyskaniu sprzymierzeńców pośród elity tego miasta. Pytanie jednak czy ryzykować że uda im się pokonać strażnika ksiąg? Może by to obróciło się ku jego myśli, tak długo jak to on mógłby przejąć księgi....ale skłaniał się ku temu by opóźniać wyprawę aż uda się włamać do Akademii i przejąć ten artefakt który nazywali "światełkiem". No ale na to miał jeszcze trochę czasu, na dzisiejszą noc było inne zadanie.

                              Wkrótce pochłonęła go magia, tak jak wcześniej gdy przywołał chowańca. Kilka niepowodzeń przy rzuceniu zaklęcia było frustrujące, ale w końcu oddzielenie duszy od ciała to nie była jakaś banalna sztuczka. Na szczęście w końcu mu się udało i z fascynacją obserwował efekty.

                              Z perspektywy niewidzialnego obserwatora akcja wydawała się przebiegać zgodnie z planem. Łup był już ładowany na wóz, teraz pozostało tylko opuścić to miejsce. Szkoda, że chyba kończył mu się czas. Czarodziej zdecydował, że spróbuje jeszcze zobaczyć kto to się zbliża i czy nie jest to patrol który będzie zagrożeniem. Jak pozostali się wycofają spod Świątyni to on też planował podążyć w stronę swojego ciała.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Niedostępny
                                SantorineS Niedostępny
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #133

                                Oryginalny autor: Seachmall

                                Otto westchnął kiedy pierwsza kropla spadła mu na czubek głowy.

                                - A ja zostawiłem habit, aby nie rozpoznali mnie po nim. - mruknął do Joachima na wozie.

                                Musiał przyznać, że też czuł niepokój. Co zrobić jeżeli jakiś patrol przyjdzie? Walczą? Uciekają? Udają, że wszystko w porządku i korzystają z darmowej kąpieli z nieba?
                                Na szczęście nic takiego się nie stało i wkrótce podjechali wozem do świątyni.
                                Otto dopadł do Anniki i Rune kiedy położono ich na wozie. Rany nie były krytyczne, ale spróbował jakoś sprawić, aby szkody nie były uciążliwe

                                Kiedy padła komenda, aby zbierać fanty Otto ruszył pędem do środka w stronę skarbca, zabierając z wnętrza co się da i wracając do wozu. Nie zliczył ile kursów zrobił. Pod koniec delikatny pot byłby widoczny na jego czole… gdyby nie było zmoczone deszczem. Spojrzał na nie mały skarb jaki udało im się zebrać.

                                - Jedźmy teraz do portu zanim ktoś się zjawi. - zawołał do Łasicy i reszty ekipy.

                                Rzut leczenie Anniki: https://orokos.com/roll/980835
                                Rzut leczenie Rune: https://orokos.com/roll/980836

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Niedostępny
                                  SantorineS Niedostępny
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #134

                                  Oryginalny autor: Pipboy79

                                  Oryginalny tytuł: Tura 32 - 2519.07.13; abt; noc

                                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
                                  Czas: 2519.07.12; Aubentag; noc
                                  Warunki: - ; na zewnątrz: noc, deszcz, łag.wiatr; zimno (-5)

                                  Joachim

                                  Czas uciekał wraz z nocnym deszczem. Cały czas padało i zewsząd dało się słyszeć ten monotonny stukot kropel o wszystko na co padły. Jednak uwagę młodego magistra rozpraszało kilka czynników na raz.

                                  Za sobą zostawił niewielki świat świątynny jaki w Festag na porannej mszy był zastawiony wielkopańskimi powozami, dorożkami czekającymi na swoich klientów, zwykłymi, chłopskimi furmankami, sprzedawcami odpustów i licznymi wiernymi zebranymi z całego miasta aby oddać cześć dobrym bogom w dniu im poświęconym. A przy okazji odpocząć od pracy i spotkać się i porozmawiać ze znajomymi jakich wcale nie rzadko nie widziało się od zeszłego tygodnia. Tak było i w ostatni Festag. Ale teraz, w środku nocy, na początku nowego tygodnia plac świecił pustkami. Widać było głębsze cienie gdzie był jakiś załom muru lub kamienicy i te nieco jaśniejsze jeśli były na otwartej przestrzeni. Więc ten pojedynczy wóz stojący przed główną bramą świątyni rzucał się w oczy. Przynajmniej jemu. Nawet jeśli po ciemku były tylko niewyraźną plamą nieco ruchomych kształtów. Ale stamtąd dobiegały przytłumione odgłosy ładowania, skrzypienia, rozmów, kroków. Nie dało się bezszelestnie załadować wozu zdobytymi gratami.

                                  Drugim czynnikiem przykuwającym uwagę było to światło w głębi ulicy. Jak chciał sprawdzić kto to to musiał tam podejść bliżej. A gdy to zrobił to okazało się, że to trójka strażników. Jeden miał zawieszoną na halabardzie latarnię jaka dawała promień jasnego światła do kilku kroków dookoła. I coraz bardziej mętniało to światło na kilka dalszych kroków. Więc gdy się w nocy szło z taką latarnią to tak jak mówiły łotrzyce, było się widocznym z o wiele większej odległości niż się samemu coś widziało. Co mocno utrudniało strażnikom zaskoczenie kogoś znienacka. Ale pomagało omijać różne kałuże i większe błotne bajora czy też inne tego typu przedmioty zatopione w miejskim gnoju zalegającym na ulicy.

                                  Strażnicy wydawali się być spokojni. Szli spacerowym tempem jakby to był kolejny, rutynowy patrol i chyba nie spodziewali się kłopotów. Wydawali się być nie w sosie pewnie z powodu tego deszczu i błota jakie zdominowało dzisiejszą noc. Mieli kaptury założone na głowy a jeden hełm kapalin którego metalowe rondo też nieźle chroniło przed padającym deszczem. No ale tym spacerowym tempem zbliżali się w stronę świątyni. Właściwie gdyby był dzień to pewnie już by mogli widzieć główną bramę oraz stojący przed nią wóz. Ale nadal szli spokojnie to chyba jeszcze nie widzieli. Zresztą stąd to i Joachim go nie widział.

                                  Trzecim czynnikiem jaki wpływał na percepcję młodego maga była presja czasu. Nie miał jak dokładnie zmierzyć czasu ale wiedział, że czas mu się kończy. A miał całkiem spory kawał miasta do przejścia w ten deszcz i pociemku aby wrócić do swojego ciała na czas. Inaczej… No cóż, z opisu czaru i nauk wyniesionych z Kolegium to pamiętał, że inaczej to chyba też powinien wrócić do swojego ciała. Ale taka astralna kompresja drogi pokonana w mgnieniu oka nie była ponoć ani przyjemna ani zdrowa. Mogła zaowocować dość nieprzyjemnymi skutkami ubocznymi.

                                  Otto

                                  Ciężko było kogoś zbadać czy opatrzeć po ciemku. Siedząc na wozie najpierw obok nowej służki Fabienne a potem obok byłego weterana z armii Otto mógł się o tym boleśnie przekonać. Praktycznie nic nie widział! Musiał to badać na macanego i posiłkować się bolesnymi syknięciami i szeptami poszkodowanych. Wyjął z torby opaturnki i jakoś je tam założył. Co z tego wyszło to nie miał pojęcia. Ale jeśli krwawili to chyba teraz powinni mniej. Zdawał sobie sprawę, że potem i tak pewnie trzeba ich będzie obejrzeć przy świetle. Ale to potem. Na razie to siedząc na wozie i ich opatrując był świadkiem jak co chwilę ktoś przybiegał i dysząc ciężko kładł coś na wóz. A to jakiś worek, a to skrzynkę, a to dzban czy garniec. Znów po ciemku to wyglądało to jakby ktoś dokładał kolejną, ciemną plamę czegoś. Słuch był bardziej przydatny i pocieszający. Bo dało się rozpoznać bardzo obiecujące, metaliczne brzęczenie albo stukot drewna o drewna gdy kładziono coś na wóz czy przesuwano gdzieś dalej. Tobias wziął na siebie przyjmowanie tego i układanie tego po całym wozie aby nie zwalać wszystkiego na jedną kupę. No i było to nieco cichsze niż zwalanie tego wszystkiego po ciemku i w pośpiechu na jedną kupę.

                                  W końcu jak skończył z rannymi to mnich sam zeskoczył w błoto za wozem. I pobiegł całkiem znajomą dla siebie trasą do otwartych w połowie drzwi świątyni. Tam spotkał chyba Burgund jaka biegła dźwigając jakiś pakunek.

                                  - Tam, do lochów, tam w narożniku! - wskazała mu kierunek a sama pobiegła dalej na zewnątrz. Gdyby się nie odezwała to w tych ciemnościach chyba by jej nie rozpoznał. Dziwnie wygladała ta świątynia pogrążona w ciszy i mroku. Przez wielkie, wysokie witraże wpadało nieco nocnego światła ale przy tak deszczowych chmurach i tak dawało to nieco półmroku tam gdzie padało. Większość zaś była skryta w nocnych ciemnościach. Słyszał jak jego sandały uderzają o posadzkę. A potem o schody. Tu ktoś zapalił światło w postaci lampy to wreszcie było coś widać. Minął go Silny dźwigając jakiś kuferek. Zaśmiał się cicho i potrząsnął nim jak zdobytym trofeum aby nim go minął. Gdzie trzeba było biec nie było trudno zgadnąć. W środku korytarza tylko jedne drzwi były otwarte i paliło sie w nich światło. W środku zastał Łasicę i Sorię.

                                  - A to nie za ciężkie dla milady? - zapytała Łasica dość wątpiącym tonem widząc jak czerwona milady przymierza się do całkiem sporej skrzynki. Co prawda wciaż była ubrana jak zwykła robotnica czy szwaczka tak samo jak przyszła do ulubionej tawerny obu łotrzyc. Ale i tak wydawała się zbyt wątła i krucha aby zabrać się za skrzynkę co była większa niż ta co właśnie wyniósł stąd Silny.

                                  - Nie kochanie, ta będzie w sam raz. - powiedziała herold Soren i bez trudnu dźwignęła tą skrzynkę w ramiona. Widząc, że Otto wbiegł zaśmiała się do niego wesoło. - Ależ to ekscytujące! Co za przygoda! - zawołała przyciszonym głosem po czym bez większego wysiłku potruchtała z tą zdobyczną skrzynką w ślad za Silnym.

                                  - Nie widziałam, że ona jest tak silna… - przyznała włamywaczka obserwując chwilę puste wyjście na korytarz. Ale szybko wróciła do swoich obowiązków. - Dobrze, że jesteś! Bierz tamten worek! - zakomenderowała wskazując na jeden z worków stojących pod ścianą. Gdy go złapał nie wydawał się aż tak ciężki. Ale gdy wybiegł z lochu to jakoś z każdym krokiem wydawał się cięższy i cieższy, i mniej wygodny i coraz trudniejszy do niesienia. Nie puszczał jednak go i biegł dalej aż przebiegł przez całą świątynię błotnisty front dziedzińca, furtę i już był przy wozie podając worek w ręce chyba Tobiasa. Po drodze minął zwalistą sylwetkę łysego mięśniaka i o wiele zwinnejsza i zgrabniejszą pewnie Sorii albo Burgund.

                                  - Światło! - cichy syk Pchełki sparaliżował wszystkich. Zaczeli się rozglądać ale szybko uwagę wszystkich przykuła plama światła widoczna już przy południowym narożniku od strony miasta. W środku nocy, w tak paskudną pogodę to mało prawdopodobne aby to był ktoś inny niż staż. Ale jeszcze było cicho i nie było wiadomo czy ich spostrzegli.

                                  - Biegnijcie po resztę! Niech wracają! - syknęła Burgund dając znać reszcie aby dali znać tym co są w środku, że czas im się zaczyna kończyć.

                                  - A jak tu przyjdą? - w głosie Tobiasa dała się słyszeć wyraźna obawa. Wydawał się być w ogóle nie przygotowany na takie nocne przygody. Póki miał prostą robotę jak ładowanie fantów na wozie to jakoś miał zajęcie. Ale teraz gdy zawisła nad nimi groźna odkrycia to znów zaczęła go zżerać trema.

                                  - To trzeba ich będzie zagadać. Albo dać w łeb. Ale szybko i cicho aby larum nie narobili. - szepnęła zdenerwowana Burgund która oprócz Łasicy to miała największe doświadczenie w takich sprawach. Reszta trawiła to szybko w głowie bo z tych silnorekich to mieli na wozie Rune i Annikę. Ale ich nieźle pocharatali moryccy templariusze. A Soria i Silny byli teraz w środku po resztę fantów. Tak samo jak Łasica co na razie wydawała się liderem całej nocnej hecy.

                                  - Jak teraz ruszymy to na pewno nas zauważą. Ale jak tu będą leźć to pewnie też. Chyba, żeby poszli gdzieś bokiem a nie tędy. - szepnęła w odpowiedzi Pchełka. No rzeczywiście nawet jak to byli strażnicy to z jednej strony byli na tyle blisko, że ruszający nagle wóz byłby trudny do przegapienia. A ruszający nagle w środku nocy wóz był z natury podejrzanym wozem. Ale stali albo szli z narożnika. Teoretycznie to było pół na pół, że pójdą wzdłuż osi frontu świątyni gdzie właściwie nie dałoby się przegapić stojącego wozu ale mogli też pójść wzdłuż bocznej ściany to była jeszcze szansa, że wtedy by nie dostrzegli wozu.

                                  Heinrich

                                  Heinrich jak podkradł się nieco bliżej wychodząc naprzeciwko zbliżającego się światełko to zorientował się, że jest trochę dobrze a trochę źle. Dobrze bo dostrzegł to czego się można było spodziewać w środku tak zimnej, dżdżystej nocy czyli trójkę strażników z halabardami. Z czego jeden na swojej miał zawieszoną latarnię i robił za latarnika. Ale było ich trzech. Zwykle patrole składały się z dwóch, trzech ludzi. Więc sugerowało to, że działają rutynowo i nie podejrzewają niczego na tyle aby na przykład podwoić liczbę strażników. No i drugą dobrą stroną było to, że zachowywali się dość rutynowo. Ot, patrol pechowców co musi zasuwać przez to zimne błoto, mrok i deszcz jak inni mądrale wylegują się pod ciepłymi pierzynami grzani przez pulchne tyłki swoich żon. Zdecydowanie nie sprawiali wrażenia, że gnają na alarm, że ktoś rabuje największą świątynie w mieście.

                                  Złą stroną było to, że chociaż szli dość spacerowym tempem to jednak szli w kierunku placu i świątyni. A na razie nie usłyszał gwizdnięcia jakie miało oznaczać koniec akcji i znak do odwrotu na łódź.

                                  Zdecydował się ich zatrzymać na ile dał radę. Podstępem i udając pijanego. Zaczął zachowywać się głośniej jakby właśnie wytaczał się po ciemku zmagając się z tym błotem, deszczem i mrokiem co rzeczywiście zwróciło na niego uwagę strażników. Zboczyli ku niemu aż z każdym krokiem znalazł się coraz bardziej w oświetlonym okręgu dawanym przez latarnię. I z miejsca stał się ich atrakcją jaka przełamała rutynę nudnego, zimnego i mokrego patrolu.

                                  - Ale się sponiewierał. - mruknął rozbawiony któryś z nich. Ale bez złośliwości jakby on sam i koledzy dobrze rozumieli taki stan rzeczy.

                                  - I co kolego? Zgubiłeś się? - zagadnął ten co chyba był ich szefem. Chyba niezbyt nawet oczekiwał jakiejś sensownej odpowiedzi bo on i pozostała dwójka zaśmiała się wesoło.

                                  - No. Włóczysz się tak sam. Nie boisz się, że cię napadną, okradną a nawer zgwałcą? - zapytał ten drugi nie tracjąc dobrego humoru.

                                  - Zgwałcą? Ktoś musiałby być mało wybredny. Zobaczcie na niego. Zgwałcić to on by chyba mógł dziurę w płocie. Nie wygląda na takieco co byłby w stanie na takie zabawy. Zresztą jaka by go chciała? To jakiś stary, pijany ramol. - dowódca wydawał się być rozbawiony uwagą kolegi, zwłaszcza tym o gwałcie. Bo nocny pijus widocznie nie zrobił na nim wrażenie jakiegoś amanta i pogromcy niewieścich serc.

                                  - Ale zobaczcie skąd wyszedł. - odezwał się ten co trzymał lampę na halabardzie i chyba był najmłodszy z nich wszystkich. Co by nawet tłumaczyło czemu właśnie jego obarczono tym dodatkowym ciężarem.

                                  - No nie gadaj… - odparł po chwili starszy kolega jakby dopiero teraz też to zauważył. Wszyscy trzej zaczęli się krytycznym wzrokiem przyglądać nocnej znajdzie.

                                  - Nie no nie wierzę… Nocna Inge chyba nie jest aż tak zdesperowana aby obsługiwać takich pijusów… - odparł z niedowierzaniem dowódca patrolu chyba nie wierząc w możliwość jaką sugerował młodszy kolega.

                                  - A kto wie? Wiecie jaka ona jest. Jak ktoś zapuka sześć razy to otwiera a potem nocny numerek. - młody wydawał się za to całkiem podekscytowany swoim pomysłem i chciał przekonać do niego swoich starszych kolegów. Nawet zastukał w błoto trzonkiem swojej halabardy dwa razy po trzy razy jakby to był ten umówiony sygnał o jakim mówił.

                                  - No ale nie z jakimiś obdartusami. - zaprzeczył ten starszy jakby nadal miał wątpliwości czy to w ogóle możliwe.

                                  - Cholera wie. Ja słyszałem, że ona lubi takie niespodzianki i nawet kobietom nie odmawia. Znaczy sam nie próbowałem oczywiście no ale tak słyszałem. - ten co był u nich numerem dwa wydawał się być wątpiący ale widocznie też musiał słyszeć jakieś pikantne plotki na temat owej Inge.

                                  - E tam powtarzacie jakieś głupie plotki jak jakieś stare przekupki! Spójrzcie na niego. Czy on wam wygląda na kogoś kto byłby w stanie na jakikolwiek numerek? Zwłaszcza z Inge? Zresztą nie ma co tu tak stać i moknąć po próżnicy. E ty! Coś za jeden? Co tu robisz? Zabieraj się stąd jazda bo do wieży cię zawleczemy! - dowódca patrolu obsztorcował dwójkę podwładnych i zwrócił się bezpośrednio do Heinricha którego chyba brał za kogoś kto wypił zbyt dużo.

                                  - Może jak taki zrobiony to go wywaliła. Albo się awanturował albo zasnął. U niej to trzeba szybko załatwić sprawę a nie się guzdrać. Znaczy tak słyszałem sam oczywiście nie probowałem. - ten z latarnią zaczął dumać na głos jakby ten temat całkiem przypadł mu do gustu ale umilkł gdy szef uniósł rękę jakby miał go zamiar strzelić w ucho aby pomóc mu się przymknąć. Sam zaś czekał czy z tego obcego przybłędy uda się coś wycisnąć.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Niedostępny
                                    SantorineS Niedostępny
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #135

                                    Oryginalny autor: Seachmall

                                    Otto starał się nieść tak dużo jak był w stanie. Nie mieli czasu na zwłokę. Zerknął na Sorię, dla której cały rabunek był jedną wielką dziecięcą zabawą. Spojrzał na Łasice, kiedy ta skomentowała siłę córy Soren.

                                    - To czempionka Mrocznych Bóstw. Ich dary spełniają wszelkie zachcianki i potrzeby. Możemy jedynie marzyć, że kiedyś osiągniemy jej status. - ruszył dalej z workiem łupu. Zamarł kiedy Pchełka zwróciła ich uwagę na zbliżający się patrol. Zastanowił się chwilę rozważając potencjalne możliwości.

                                    - Obijcie mi mordę. - zalecił swym towarzyszom - Udam, że zostałem napadnięty. Skieruję ich w innym kierunku niż wóz, lub poproszę, aby odprowadzili mnie do domu.

                                    Jeszcze w podziemiach świątyni boga mórz Łasica wydawała się być pod wrażeniem tych do tej pory ukrytych możliwości wężowej milady. Na oko to całkiem przyjemna do oglądania i kobieca a teraz okazywało się, że ma więcej siły niż mogłoby się wydawać po tym wiotkim ciele. Ale spieszyli się więc on wybiegł z workiem w ślad za Sorią i kolegami a oba wróciła do selekcji tego co wydawało się najbardziej wartościowe do zabrania. Jedna teraz nad nocną akcją obficie moczonej zimnym deszczem zawisło nowe zagrożenie. Koledzy i koleżanki przy wozie chyba spojrzeli się po nim, sobie nawzajem albo w kierunku widocznego światła zwiastującego zapewne nocnych strażników.

                                    - Dobra, chodź tu. - syknął do niego Rune. Gdy Otto podszedł były wojak złapał go za głowę i trzasnął twarzą o burtę wozu. Mnicha na moment przeszył krótki, ostry ból i pociemniało mu w oku. Zaś poczuł jak z rozbitego nosa spływa mu gorąca jucha. Ale poza nim reszta tego pewnie nie widziała po ciemku.

                                    - Leci ci jucha? Jak leci to wystarczy. Kulej i trzymaj się za brzuch czy co. Aby wyglądać jak po pobiciu. - rzucił krótko i cicho podpowiadając jak jego zdaniem powinna się zachowywać ofiara nocnego napadu.

                                    Otto potrząsnął głową, co bynajmniej nie pomogło i delikatnie się zachwiał. Złapał się wozu, aż mroczki znikną z jego wizji.

                                    - Dzięki… dobra robota. Jeżeli nadal będą tu iść… no sami zdecydujecie co najlepsze. - po czym zaczął chwiejnym krokiem ruszać w stronę światełka patrolu. Kulał i trzymał się bardziej za żebra niż za brzuch. Jeszcze nie wołał o pomoc, wolał poczekać aż upewni się, że będą stanowić problem.

                                    - Pchełka idź za nim i miej oko. - szepnęła Burgund i jak koleżanka z ferajny coś odpowiedziała to tak cicho, że nie było słychać a widać po ciemku jej kaptura i ubioru jaki wydawał się czarny też nie dało się poznać czy pokiwała głową. Ale z początku ruszyli we dwoje. Przed monotonny stukot deszczu wbijającego się w gnój i kałuże zalegające na ulicy. Słyszeli też odgłos własnych kroków po tej zimnej, klejącej masie w jakiej grzęzły nogi.

                                    - I jednak strażnicy. To idź. Ja tu zostanę. - szepnęła Pchełka gdy zbliżali się do wylotu z placu przy jego południowo - zachodnim narożniku. Dziewczyna odstąpiła gdzieś w bok i mnich stracił ją z oczu chociaż przez chwilę jeszcze słyszał jej oddalające się kroki. Sam też widział strażników. Dało się poznać po halabardach opartych o ramię a jeden z nich miał na niej zawieszoną latarnię jaka oświetlała teren na kilka kroków dookoła. I kilka dalszych stopniowo ginęło w półmroku. Nie wydawali się być zdenerwowani czy zaalarmowani. Wyglądało na rutynowy patrol jaki sprawdzał nocne ulice. Może trochę dziwne, że im się chciało wyłazić w taką dżdżystą pogodę no ale szli w kierunku świątynnego placu.

                                    Otto delikatnie się zachwiał i opadł na pobliską ścianę, wydając z siebie zduszone jęknięcie. Zatrzymał się, udając, że próbuje złapać oddech, przyglądał się jednak strażnikom, czy zareagują na hałas, który wydaje.

                                    Strażnicy musieli go usłyszeć bo najpierw spojrzeli w gdzieś w jego stronę, potem jeden z nich uniósł latarnię nieco wyżej próbując się przebić wzrokiem przez ten deszcz i ciemność. Wreszcie podeszli ku niemu i przyspieszyli kroku gdy pewnie go dostrzegli. Szybko skrócili odległość i już po chwili byli tuż przy nim.

                                    - Co ci jest? Co ci się stało? - zapytał jeden z nich gdy drugi podeszdł bezpośrednio do Otto przyglądając mu się z bliska.

                                    Oko Otto wydawało się być przepełnione radością na widok strażników.

                                    - Bandziory cholerne… napadli mnie… tak jak nie widziałem. - pośpiesznie machnął ręką w okolicy pustego oczodołu - Obili… okradli, synowie ladacznic… - mnich delikatnie osunął się na ścianie i usiadł przy niej - Uciekli już…chyba w stronę portu… proszę pomóżcie… nie chcę tu zostać sam.

                                    - Biedok. Zobaczcie jak go obili. - rzekł ze współczuciem jeden z nich gdy obstąpili go słuchając tego co powiedział.

                                    - Gdzie to było? Kiedy? - zapytał dowódca patrolu i rozglądając się dookoła ale poza oświetlanym okręgiem światła nikogo nie było widać. Kolega zaś podał manierkę ofierze napaści i starał się go podtrzymać na duchu.

                                    Otto przyjął manierkę i upił kawałek. Zakaszlał kiedy alkohol walnął jego gardło, po czym jęknął ponownie.

                                    - Zmierzchało… obili tak, że przytomność straciłem. Niedawno się ocknąłem w alejce. - mnich wskazał jedną z alejek, które mijał po drodzę do patrolu - Nie widziałem łajdaków, od ślepej strony napadli. - Otto spojrzał smutno - Nie odprowadzili byście mnie chłopaki do domu?

                                    Strażnicy pochylili się nad nim, posłuchali, popatrzyli po sobie. W końcu ich spojrzenia skoncentrowały się na dowódcy patrolu. Ten podrapał się pod kapturem na jaki miał nałożony hełm z niewielkim daszkiem.

                                    - Szkoda, że ich nie widziałeś. No nic. Bywa i tak. Dawaj go, podnieś. Trzeba go zaprowadzić chociaż kawałek. - zdecydował w końcu dowódca machając na kolegów. Ci podnieśli ofiarę napaści i tak na przysłowiowe trzy nogi zaczęli iść błotnistymi, zalewanymi deszczem ulicami oddalając się stopniowo od świątynnego placu.


                                    Po jakimś czasie Otto przeszedł progi swojego mieszkania. Dzielne chłopaki odprowadziły go prawie pod sam dom. Miał nadzieję, że reszcie się udało się dokończyć opróżnianie skarbca, dowie się jutro. Przemył twarz, chociaż deszcz usunął większość krwi po pomocy od Rune, po czym ułożył się na spoczynek.
                                    Jutro rano odwiedzi świątynie Morra, trzeba zanieść tą wiadomość do Somnium. Potem oczywiście wycieczka do zwierzoludzi. Wyśle gońcem informacje do hospicjum, że został dziś napadnięty i da sobie czas na zagojenie ran.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Niedostępny
                                      SantorineS Niedostępny
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #136

                                      Oryginalny autor: Zell

                                      Strażnicy ukazali się być łatwiejszymi do manipulacji niż by marzył. Na początku Heinrich obawiał się że przypadkowi strażnicy miejscy okażą się problematyczni. Ciągle tacy mogli się okazać oczywiście, ale przynajmniej pierwsze wrażenie zostało wywołane odpowiednie.
                                      Grupa heretyków jeszcze nie zakończyła akcji, co wymagało od byłego Łowcy Czarownic zatrzymania strażników dłużej, niż by chciał. Nie mógł pozwolić sobie na przekroczenie granicy, jako że bycie umieszczonym w więzieniu mogłoby się skończyć dla niego tragicznie. Byłby w końcu Jednym z pierwszych których by chciano przesłuchać w związku z rabunkiem w świątyni. Wiedział że władze byłyby pod wielką presją, aby odnaleźć winnych i łup, więc najpewniej łapano by się każdego możliwego śladu byleby móc zakończyć śledztwo. Ratusz mógłby także nie szczędzić pieniędzy by komuś opłacić wyrwanie zeznania z podejrzanego. Akcja kultystów wywoła wielkie zamieszanie, a takich rzeczy nie da się po prostu zamieść pod dywan. Heinrich byłby o wiele spokojniejszy, gdyby na ciele nie nosił dowodów konszachtów z Chaosem, które mogły do rabunku doprowadzić w świątyni Manana. A odkrycie mutacji to byłaby najgorsza z możliwych opcji.

                                      Musiał dalej grać i zagadywać strażników. Urozmaicić im ten nudny patrol w lodowatym deszczu.

                                      - Że jaaa bym jej nieee obrócił?! - mężczyzna postawił jeden krok w przód który kosztował go równowagę jaką odzyskał balansując rękoma - Zaraza by s tymi doorogami! Pane! Na wsytkim ozczędzają! - zwrócił się bardziej w kierunku dowódcy patrolu.

                                      Mówił na tyle powoli, aby wydawało się, że jego skołatany mózg próbuję odnaleźć odpowiednie słowa i złączyć je w sensowną treść mimo oparów tego co wypił... lub może i czego się naćpał.

                                      - No byś obrócił. Chyba się w rynsztoku. - burknął ten co widocznie był dowódcą patrolu a jego koledzy zaśmiali się rozbawieni tym przytykiem. Wciąż chyba uważali go za jakiś humorystyczny przerywnik tego nudnego, deszczowego patrolu i byli raczej zaciekawieni i rozbawieni niż podejrzliwi.

                                      - Ty dziadek to już lepiej wracaj pod pierzynę, a nie się samemu po nocy włóczysz i głowę zajętym strażnikom zawracasz. - dorzucił ten drugi ze starszych co niby przyjął surowy ton jakby chciał obsztorcować nocnego włóczykija, ale jakoś bez przekonania i raczej jak przyjacielska porada to zabrzmiało.

                                      - No Inge to nie dasz rady. Ona jest młoda i gorąca. Może harcować całą noc i to nawet z dwoma na raz. To taki dziadek jak ty, jeszcze nawalony to co to dla niej? Przystawka jakaś, a nie zabawa. - ten najmłodszy co trzymał latarnie na swojej halabardzie pokręcił głową jakby nie dowierzał w możliwości nocnego gościa. A w głosie dała mu się wyczuc nutka żalu i tęsknoty gdy mówił o owej gościnnej gospodyni co miała gdzieś tu mieszkać na tej ulicy. Ale też rozbawił kolegów swoją uwagą bo się zaśmiali zgadzając się, że w starciu z nią to ten zmoknięty dziadek nie byłby ich faworytem.

                                      - A to myślita, że jak stary to nie może? Zdziwiliście się ile mogeeem, ile obrciłem! - strzepnął wodę która spływała po kosmetyku włosów - Ja to i CZY na raz! - dumnie wypiął pierś, po chwili za chwilę się na nogach.

                                      - Daj spokój dziadek, nie ośmieszaj się. Gdzie tam ci do Inge stawać. I ani ty ładny, ani bogaty tylko wstydu byś sobie narobił. - ten drugi prychnął i machnął ręką jakby chciał obcemu dać dobrą radę i oszczędzić kłopotów.

                                      - Słyszeliście go jaki amant? Trzy na raz obracał. Ale masz dziadek fantazję. Tylko wiesz jak to obracanie było dwadzieścia lat temu to nieco zbyt dawno aby brać to pod uwagę. - dowódca patrolu prychnął rozbawiony chyba w ogóle nie biorąc na poważnie przechwałek napotkanego włóczykija co wyglądał jak stara, zmokła kura. Do tego chyba niezbyt trzeźwa.

                                      - No ale nie wiadomo. Ona podobno to lubi tak w nocy i z nienacka. A kto to mniejsza z tym. Ja słyszałem, że nawet ladacznice jak mają handre to do niej chodzą. No panie sietzancie no co nam szkodzi podejść? To przeca parę drzwi dalej. Sami się przekonamy jak to z nią jest. - młody za to wydawał się być strasznie ciekawy tej Inge i chyba był gotów skorzystać z okazji aby zweryfikować takie ciekawe plotki co o niej słyszał.

                                      - Właściwe racja Johan. Co nam szkodzi podejść? I może byśmy się u niej ogrzali chociaż chwilę. Leje tak, że mi przeszywalnica na wylot przemokla. Dwa dni będzie wysychać. W taki deszcz to nikt nie łazi. Włamywacze to szlachta, oni się cenią, jaki włamywacz by ruszał swoją wygodną dupe w taką pogodę? - drugi że strażników niespodziewanie poparł prośbę młodego. Chociaż z innych powodów. Szef zaś zastanawiał się chwilę pomagając sobie drapaniem w zarośnięty policzek.

                                      - Co ja wam zrobię chłopaki? Słyszeliście starego. Mamy mieć oczy i uszy otwarte tej nocy, bo nie wiadomo co, ale otwarte. Inaczej w ogóle byśmy nie wyłazili w ten deszcz. No ale prikaz to sami wiecie. - westchnął na uroki nocnej służby i ci pokiwali smutno głową.

                                      - No ale właściwie to mamy nocnego jasia wędrowniczka. Można pójść do obywatelki Inge i zweryfikować jego tożsamość. - powiedział po drugiej chwili zastanowienia. Co wywołało uśmiechy zadowolenia i kolegów. Nieco popchnęli nocnego gościa przed sobą aby mu wskazać kierunek w głąb ulicy i na zachętę po czym ruszyli za nim.

                                      Strażnicy byli wystarczająco rozbawieni, choć niestety cała akcja będzie wymagać od Heinricha trochę kombinowania. Cóż...

                                      - Kcecie ić ze mną w za... za... - wydawał się zapętlić krocząc noga po nodze - No wiecie. Czy lepiej wam stanie nisz mie!

                                      - Patrzcie go jaki junak. Zaraz nam zostanie spalić się ze wstydu i rozdziawiać gęby ze zdziwienia. - prychnął dowódca chyba najmniej z nich wszystkich wierząc w te opowieści napotkanego w środku deszczowej nocy przechodnia.

                                      - No jak może z trzema dziewojami na raz to chyba i z Inge sobie poradzi. - zaśmiał się ten drugi starszy też chyba mocno wątpiąc aby chociaż cień z tych przechwałek zmokniętego, starszego pijusa okazał się prawdą.

                                      - Dobra, to tutaj. Tylko cicho. Bo ona chyba śpi na dole. Ale na górze jej rodzice. - młodszy wskazał na jedne z zamkniętych okiennic na parterze. Nie wyróżniały się czymś szczególnym. Ot podobne jak inne moczone tym nocnym, zimnym deszczem. Trójka strażników rozglądała się chwilę po tym zaułku i mrocznych ścianach. Widocznie wszyscy spali snem sprawiedliwym bo nigdzie nie paliło się światło.

                                      - Ja słyszałem, że ona ma męża. I tak nocami mu rogi dorabia. Dobra młody to był twój pomysł to pukaj. Może wreszcie coś pukniesz tej nocy. - dowódca podzielił się swoją wersją plotek o gospodyni co miała tu mieszkać ale dał znak najmłodszemu z nich aby ją wywołał.

                                      - Męża? Nie męża to chyba nie. Ja słyszałem, że dzieci. Że dzieci ma. Ale, że chłopa to nie. - ten drugi ze starszych zmrużył oczy ale widocznie słyszał o niej jeszcze co innego. Ale zamilkli bo ten z latarnią oddał halabardę koledzę a sam z niekurywaną ekscytacją wymalowaną na twarzy podszedł do okiennicy i chwilę się zbierał. Po czym zapukał. Dwa razy po trzy razy. I czekał. Pozostali mimo wszystko też chyba im się udzieliło to oczekiwanie jakby zaraz jakieś ciekawe przedstawienie miało się zacząć. Ale nic się nie działo. Stali we czterech pośrodku mrocznego zaułka i tak samo jak przed chwilą deszcz ich zalewał.

                                      - Spróbuj jeszcze raz. Pewnie śpi. Środek nocy w końcu. I trochę głośniej. Tylko nie wal na całego aby połowy miasta nie obudzić. W końcu ponoć z kimś tam mieszka a nie, że sama. - poradził mu dowódca. I młody zastukał tak samo jeszcze raz. Trochę głośniej. I znów cisza. Aż usłyszeli jakiś chrobot. Ktoś otwierał okno!

                                      - Idzie! - syknął ucieszony młodziak i z uśmiechem na twarzy niecierpliwie czekał na to co się stanie.

                                      - Byle nie zaczęła od wylania nocnika. - mruknął cierpko ten drugi. Ale już słychać było jak ktoś otworzył okno, potem zamek okiennic i uchylił je. Z wnętrza wyglądała głowa młodej kobiety, niezbyt widoczna w świetle latarni. I niewiele właściwie było widać bo okryła się kocem czy czymś takim. I wzdrygnęła się gdy pewnie poczuła to zimne, deszczowe powietrze.

                                      - Eee… dobry wieczór… - młodemu widocznie skończyła się inwencja bo szybko spojrzał na resztę szukając w nich wsparcia.

                                      - Dobry wieczór. Któż do do mnie puka w środku nocy? - odezwała się kobieta całkiem przyjemnym, młodym głosem. Jakoś nie brzmiało jakby była przestraszona, obrażona czy zdenerwowana. Nawet niezbyt zaspana.

                                      - A dobry wieczór Inge. A bo tu jest ten o. - dowódca wskazał na Heinricha. Więc dziewczyna spojrzała na niego. - I mówi, że da ci radę. - odparł ironicznie ale też nieco z zaciekawieniem. Dziewczę pokiwało głową okrytą kocem czy chustą i spoglądało na niego ciekawie.

                                      - Doprawdy? - zapytała rezolutnie i jakby też jej udzielało się to rozbawienie strażników.

                                      - Oni chcom sie mierzyć. Ja bym dał radę im! Pacz! - to mówiąc fingował, że chce popchnąć młodego w kałużę, ale poplątały mu się nogi i sam plasnął na dłonie w rzeczoną kałużę.

                                      - Ej no uważaj! - jęknął ten najmłodszy. Jakoś nie miał większych kłopotów aby uniknąć tak niezdarnego ataku nawet chyba próbował złapać upadającego dziadka ale na to z kolei okazał się nieco za wolny. Za to był na tyle blisko, że dostał pełnym rozbryzgiem tej rozchlapanej kałuży. Za to Heinrich jeszcze bardziej. Poczuł jak dłonie zanurzają mu się w mokrej, zimnej breji a potem w jeszcze mniej przyjemne uliczne błoto pod spodem.

                                      - Te kolego. Se uważaj. Bo się skończą twoje żarty jak będziesz tak fikał straży miejskiej. - szef patrolu fuknął na niego jakby nieco stracił tego dobrego humoru. Dał znać aby młody pomógł podnieść się do pionu staremu pijusowi co ten uczynił.

                                      - Oj niezdara z ciebie. - powiedziała gospodyni i chyba jako jedyna uznała to przedstawienie za zabawne i humor jej chyba dopisywał bo dało się dostrzec całkiem przyjemny uśmiech na jej licu. - To chcecie się spróbować wszyscy? Czy tylko ten łamaga mnie dzisiaj będzie pocieszał. Bo ta noc taka długa i zimna. A ja jestem taka samotna. Nikt jeszcze mnie nie wybawił dziś w nocy z opresji samotności. - wydawało się jakby te wszystkie plotki o Inge co choćby wcześniej mówili o niej strażnicy okazywały się mieć jakieś podstawy bo bez skrupułów powiodła spojrzeniem po całej grupce i jakoś nie wydawało się jej to peszyć. Wręcz przeciwnie. Nawet wysunęła dłoń spod koca jakby podawała ją do tańca albo pocałunku.

                                      - Dasz radę? Nam wszystkim? - młody nie mógł chyba uwierzyć w to co słyszy. Bo dosłownie oczy otwarły mu się ze zdumienia podobnie jak usta. Zresztą dwaj starsi koledzy chyba też się tego nie spodziewali, bo popatrzyli i z niedowierzaniem i zakłopotaniem na chwilę chociaż tracąc rezon.

                                      Heinrich otrzepał dłonie z wody choć z błota mu się nie udało. Zacharczał jako stary pijus, spojrzał po trzech strażnikach i westchnął.

                                      - Mne w głowie i kościach rypie... tym razem... tym razem waaam odpszszę... Zobcie pani ładnie. - mruknął pocierając własne czoło i brudząc je błotem.

                                      - Co tam mamroczesz? Nie ma co się migać. Taki junak byłeś przed chwilą to zasuwaj. - dowódca zmrużył oczy jakby póbował zrozumieć co ich nocna znajda mruczy niewyraźnie pod nosem. W końcu jednak wskazał na panienkę z okienka co wciąż tam stała tylko po tej suchszej i cieplejszej stronie. Nadal okryta kocem czy jakąś kapotą tak, że poza twarzą niewiele więcej było widać.

                                      - No kawalerowie bo mi tu zimno ciągnie. Nie będę tu tak stać całą noc. Albo zapraszam do siebie albo żegnam. - powiedziała dziewczyna już nieco mniej cieplej jakby dokuczało jej to zimno dochodzące z dżdżystego, nocnego powietrza oraz przedłużające się rozmowy na błotnistej ulicy.

                                      - Modym to trza wsystko pokazać... - niby niezdarnie ruszył w stronę kobiety - No choćta, bo wyztygnie. - spojrzał na strażników poganiając ich ręką.

                                      - No nareszcie. To poczekajcie chwilę, otworzę wam. Tylko cicho. Nie obudźcie mi całego domu. - ucieszyła się dziewczyna i zniknęła im z widoku za zamykanymi okiennicami. Jeszcze było słychać cichy chrobot zamykanych okien a po chwili wszystko ucichło. Znów stali w plamie ciepłego światła latarni na samym środku miejskiego kanionu mroku zalewanego zimnym deszczem. Wsłuchani w stukot spadających kropel.

                                      - A on naprawdę musi? Przecież widać, że się do niczego nie nadaje. Tylko ją wystraszy i pobrudzi. - zapytał najmłodszy z halabardników widocznie uznając nocnego łazika za zbędne ogniwo w tej wizycie u tej miłej pani gospodyni.

                                      - Jego też zaprosiła. Zresztą nie ma co gadać po próżnicy. Zobaczymy co powie. - odparł dowódca patrolu gdy też przez chwilę przyglądał się Heinrichowi jakby chciał ocenić jego siły i możliwości. Przerwało im chrobot w drzwiach i ukazała się sylwetka okryta ciemnym kocem czy podobną płachta.

                                      - To wchodźcie. Tylko cicho. I zdejmijcie buty aby mi błota i śladów nie narobić. Nie chcę mieć przez was kłopotów i roboty. - powiedziała Inge na powitanie pokazując im gestem aby zostawili buty w przedsionku. Przez chwilę zrobiło się tam całkiem tłoczno gdy dali wejść pierwszemu ich gościowi a potem straż weszła za nim. I próbowali zdjąć te buty, odstawić halabardę a lampę wzięli w dłoń co im oświetlała korytarz a potem drogę do sąsiedniego pomieszczenia. Jakie okazało się sypialnią gospodyni. Tu dopiero zrobiło się luźniej.

                                      - Nie wiem czy starczy, ale tu mam kompot. Nie spodziewałam się aż tak licznych gości. - wskazała gestem na stół na jakim stał dzbanek i dwa kubki. Więc musieliby pić z nich na zmianę.

                                      Heinrich zatrzymał strażników na dłużej, ale jednocześnie i siebie też. Na razie analizował zachowanie mężczyzn, sam udając lekko odczuwającego efekty upojenia i odbiło mu się głośno.

                                      Zrobiło się całkiem miło i domowo. Głównie dzięki wysiłkom młodej gospodyni. Chociaż nocna sceneria i przyciszone głosy, ostrożne ruchy dodawały nieco surrealistycznego charakteru tajnej, nocnej schadzki. Jednak w tak sprzyjającej atmosferze szybko przypomniano sobie po co tu przyszli.

                                      - No to Inge. Ten tutaj amant mówił, że da ci radę. Ba! Że pokaże nam wszystkim "jak to się robi" i ponoć potrafi zabawiać się z trzema partnerkami na raz. - Johan wskazał gospodyni na mokrego gościa co nie prezentował się jak wyśniony amant. Ta wciąż odkryta kocem popatrzyła ku niemu z zaciekawieniem. Zsunęła jednak ten materiał z głowy dzięki czemu ukazała się jej młoda, nawet niebrzydka twarz okolona jasnymi blond lokami.

                                      - No zobaczymy. Ale najpierw kawalerze to zapraszam tutaj. - wskazała ku stojącej na taborecie przy łóżku misce i dzbankowi z wodą zachęcając go aby zmył z siebie ten brud i błoto zanim przystąpią do karesów.

                                      Henrich wiedział że będzie ciężko... coraz ciężej...
                                      Powoli i chwiejnie ruszył ku wskazanemu miejscu. Wpierw zanurzył dłonie w wodzie którymi zebrał ją aby wypić breje... a raczej przepłukać nią swoje usta, jakby chcąc zabić zapach alkoholu, po czym wypluł do miski ciecz. Chciał w tym momencie byli widziany jako bardzo nieciekawy model przy możliwości posiadania młodych strażników.

                                      Nie dało się ukryć, że został niejako wywołany do odpowiedzi. Więc uwaga pozostałej czwórki koncentrowała się raczej na nim. Tak strażnicy jak i młoda gospodyni wydawali się ciekawi czy będzie w stanie spełnić swoje buńczuczne zapowiedzi sprzed pacierza gdy na ulicy odgrażał się, że im wszystkim da radę i pokaże jak to się robi. Teraz miał okazję to udowodnić a oni zweryfikować. Inge zaś odrzuciła koc na jedno z krzeseł i została w samym negliżu prezentując swoją całkiem ciekawą sylwetkę.

                                      [MEDIA]https://i.imgur.com/dHIAwWI.jpeg[/MEDIA]

                                      Ruch ten trójka strażników przywitała z uznaniem i ich spojrzenia chętnie przesuwały się po tych młodych, kobiecych kształtach jakie wydawały się im wszystkim miłe i zapraszająco gościnne. Heinrichowi coś zaczęło świtać, że gdzieś, kiedyś któraś z łotrzyc kultystów coś chyba wspominały o dziewczynie jaką mogła być właśnie Inge. Tak sądząc po charakterze i opisie. Ale wcześniej nie było mu to do niczego potrzebne i nie zwrócił na taką plotkę większej uwagę. Teraz mu się przypomniało jak miał trochę czasu aby się nad tym zastanowić. Tak czy siak i tak spotykał ją po raz pierwszy. Ona zaś nieświadoma jego przemyśleń wysunęła nieco jedną zgabną nogę do przodu, złapała się za biodra i obserwowała go trochę zaciekawionym a trochę kpiącym uśmieszkiem. Widocznie miała ochotę się zabawić i czwórka mężczyzn w jej sypialni jakoś jej nie przerażała. Nawet skrępowana się jakoś nie wydawała.

                                      - Się przymierzasz dziadek jak pies do jeża. A taki hucfont byłeś tam na ulicy. Miałeś dać radę Inge i nas zadziwić a teraz co? Strach cię obleciał? - dowódca patrolu za to jawnie szydził z niego jakby się właśnie sprawdzały wątpliwości jakie jeszcze na błotnistej ulicy żywił do znajdy.

                                      - Może mu instrument już nie działa. I nie może stanąć na wysokości zadania. - zaśmiał się cicho ten drugi. Obaj wcale nie wyglądali na wiele młodszych od Heinricha. Może jak młodsi bracia ale w tak dojrzałym wieku to już nie robiło takiej różnicy. Co innego Inge i ten najmłodszy z patrolowców. Ci rzeczywiście byli z młodszego pokolenia.

                                      - A po co on nam tu? Tylko wszystko brudzi i kolejkę zawala. Niech zmiata stąd w podskokach i tak się do niczego nie nadaje. - najmłodszy zaś wydawał się być najbardziej niecierpliwy. I nie ukrywał, że miał ochotę na poznanie tej ponętnej i chętnej gospodyni bliżej więc nie uśmiechały mu się żadne opóźnienia.

                                      - Oj chyba rzeczywiście jesteś zmęczony. Może lepiej wracaj do domu. Tu nie możesz zostać bo rodzice wcześnie wstają i do rana musi być tu cicho, czysto i pusto. - blondynka w nocnym gieźle wydawała się być najprzyjaźniejsza z całej czwórki. Ale też chyba już zaczynała zdradzać zniecierpliwienie i rozczarowanie tym, że potencjalny nowy kochanek coś nie kwapi się do zabawy z nią nawet jak tu tak bardzo stara się być gościnna i przychylna. - Szkoda. Śniło mi się, że będę miała nocnego ogiera z niespodzianką i będziemy się kochać szczerze, gwałtownie i mocno. No ale może to nie o ciebie chodziło. - powiedziała czule i nieco z rozbawieniem przesuwając swoją gładką, kobiecą dłonią po jego policzku, brodzia i ustach. Ale nie chciała już ani dłużej czekać więc dała mu możliwość opuszczenia swojego gościnnego pokładu.

                                      Gość Westchnął I chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia.

                                      - Zabaf motszych... - odparł na pożegnanie idąc do wyjścia ostrożnym krokiem pijanego.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Niedostępny
                                        SantorineS Niedostępny
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #137

                                        Oryginalny autor: Lord Melkor

                                        Joachim chciał jak najdłużej pozostać w astralnej formie. To było nowe, niezwykłe doświadczenie. Właściwie dużo ciekawsze dla niego niż jakaś tam kradzież. No ale przynajmniej powinien udawać, że jest na straży. Rozdarty pomiędzy chęcią jak najdłuższego wypróbowania zaklęcia, obawą przed tym co go czeka jak nie zdąży powrócić do ciała na czas a poczuciem obowiązku, postanowił że zacznie powoli się oddalać, jednocześnie upewniając się że strażnicy nie zdążą dopaść grupy atakującej świątynię. Widząc, że są oni zagadywani przez Otta, stwierdził że sytuacja jest mniej więcej pod kontrolą i może pójść z powrotem do swojej kamienicy. Zresztą grupa z Sorią i Silnym w składzie była w jego opinii w stanie szybko sobie poradzić z niewielkim patrolem.

                                        Był ciekaw, jak miasto jutro zareaguje na udany skok. Poza tym planował porozmawiać z Baronem Wirsbergiem i przekonać go by przynajmniej odłożył wyprawę na bagna z powodu niesprzyjających znaków. Potem zaś powinien przygotować się do podróży do zwierzoludzi. Więc wyspać się i odpocząć za bardzo nie będzie kiedy... takie już życie ambitnego maga.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Niedostępny
                                          SantorineS Niedostępny
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #138

                                          Oryginalny autor: Pipboy79

                                          Oryginalny tytuł: Tura 33 - 2519.07.13; abt; świt - przedpołudnie

                                          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Krucza; świątynia Morra
                                          Czas: 2519.07.12; Aubentag; świt - przedpołudnie
                                          Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; chłodno (0)

                                          Otto

                                          Co tu nie mówić. Nie wyspał się. Co nie było takie dziwne. Gdy wrócił do domu to jeszcze lało jak z cebra. Ale chyba niewiele brakowało już do pierwszych zwiastunów przedświtu tylko ponure, deszczowe chmury jeszcze to zasłaniały ciemną, kurtyną. Zanim jeszcze zdążył się ułożyć do snu usłyszał pukanie do drzwi. Dość dyskretne więc nie brzmiało jak straż waląca po delikwenta z całą mocą majestatu. Jak otworzył ujrzał zarys ubranej na ciemno postaci.

                                          - I jak poszło? Czego chcieli? - zapytała go Pchełka. Jak sama zdradziła cały czas śledziła ich grupkę. Co nie było takie trudne w nocnych ciemnościach. Ktoś z latarnią był widoczny z o wiele większej odległości niż sam miał szansę coś zobaczyć w jej świetle. I widocznie Hubert i Oksana rekomendowali właściwą osobę do takich śledzących zadań bo Otto nawet się nie zorientował, że mają ogon. Ale strażnicy też nie. Dziewczyna z ferajny zaś chciała wiedzieć jak to poszło z tymi strażnikami bo chociaż ich śledziła to nie słyszała o czym rozmawiali i mogła się tylko domyślać jak poszło. I spieszyła się aby wrócić do reszty z wiadomością. Sama z tego samego powodu jeszcze wtedy nie miała pojęcia co się dalej działo na placu świątynnym i też spieszyła się aby tam wrócić i to sprawdzić no ale już z jakimiś wiadomościami od mnicha.

                                          Więc rano się nie wyspał. Właściwie jakby miał iść do hospicjum to by zaspał. Przez szczeliny w zamkniętych okiennicach widział już światło poranka. A na swojej twarzy czuł opuchliznę. Ciężko mu się oddychało przez spuchnięty nos i liczne, skrzepy zaschniętej krwi. Musiał przyznać, że Rune uczciwie i od serca go trzasnął w tą burtę wozu. No ale pomogło mu potem przekonać strażników, że jest ofiarą napadu. Niemniej te dolegliwości dołożyły się kolejnego dnia do niewyspania.

                                          Musiał się ubrać w coś nowego. Bo ubiór z ostatniej nocy był miał obecnie konsystencję mokrej szmaty i nie był zachęcający ani w wyglądzie ani w dotyku. Jak wyszedł na ulicę to okazało się, że w przeciwieństwie do nocnej aury było całkiem pogodnie. Chociaż w powietrzu wciąż dało się wyczuć chłód i wilgoć zaś ziemia była rozmoknięta, pełna błota i kałuż po nocnych opadach. A poza tym ulice przypominały ul szturchnięty kijem. Ledwo się tam znalazł a już słyszał zewsząd “Świętokradztwo!”, “Co za zbrodnia!”, “Bluźnierstwo!” w różnych zestawieniach i na różne style i głosy ale nie dało się przegapić, że stało się coś strasznego. Całe miasto zdawało się być tym poruszone. Przejęte mieszaniną grozy, niedowierzania i żądzy zemsty. I często widać było strażników. A to robili blokadę i każdy musiał przejść przez kontrolę, a to wlekli kogoś kto szamotał się krzycząc, że jest niewinny, a to robili gdzieś kipisz. Któryś z kupców co jechał wozem pełnym towaru czymś podpadł czy za głośno kontestował sytuację i teraz strażnicy już obili mu twarz i wręcz z lubością roznosili jego towary rozrzucając je po całej ulicy. Oj, tak działo się. Silna akcja owocwała równie silną reakcją.

                                          Ale znalazł jakiegoś chłopaka jaki za parę groszy ruszył ku hospicjum aby zanieść wiadomość, że dzisiaj nie przyjdzie do pracy z powodu napaści. Od siebie do Kruczej gdzie stała świątynia Morra nie było aż tak daleko. To mimo tego rwetestu i galimatiasu na ulicach dotarł tam gdzieś na pograniczu późnego poranka i wczesnego przedpołudnia. Od razu dostrzegł element jakiego nie było tu podczas wcześniejszej wizyty a jaki był trudny do przegapienia. Przed niezbyt okazałą świątynią Pana Snów stało dwóch, czarnych gwardzistów jacy przybyli do miasta ze stolicy jako eskorta Matki Somnium. Zaś w środku było zaskakująco sporo wiernych. Wielu modliło się, śpiewało psalmy za zmarłych bohaterów i obrońców Imperium lub rozmawiało dyskretnie.

                                          Matki Somnium nie zastał. Wiadomość odebrał jeden z tutejszych kapłanów. Wydawał się być blady i spokojny mimo nerwowej sytuacji na mieście. Jakby udzielał mu się spokój jego patrona no i jakiego też oczekiwano po kapłanach w ogólności a od kapłana Morra w szczególności. Ale obiecał, że przekaże wiadomość ich młodej kapłance. Dał jednak do zrozumienia, że przy obecnej sytuacji nie spodziewa się aby ta miała zbyt wiele czasu na inne zajęcia.

                                          Zostało mu jeszcze z pół dnia do spotkania w “Mewie” gdzie ustalono punkt zborny dla większości tych co mieli ochotę na wieczorno - nocną zabawę z kopytnymi. A przy okazji powinna być okazja aby się spotkać i obgadać właśnie zakończoną noc. Ponieważ wziął na siebie odciągnięcie patrolu strażników to nadal nie wiedział jak się to skończyło. Chociaż sądząc po reakcji na mieście to chyba całkiem przyzwoicie. Okazało się, że gdy wrócił do siebie do domu to ktoś z piśmiennych kolegów wsadził mu liścik pod drzwi.

                                          Cytat:

                                          “Udało się, łódź z towarem odpłynęła szczęśliwie. Spotkanie z ladacznicami bez zmian. Kolczatka urodziła! 10 kociąt!”

                                          Po charakterze pisma rozpoznał Sigismundusa. Ale nie był pewny kto mu podrzucił ten liścik. Ale w końcu garbus był na nocnej akcji. A po niej mógł wrócić do apteki kolegi. No a jak był do końca to pewnie wiedział jak się akcja skończyła. No i skorzystali z okazji aby powiadomić go o nowym miocie “kociąt” jakie przyszły na świat. Pewnie w nocy albo rano bo wieczorem Strupas jeszcze nic o tym nie mówił jak czekali jeszcze przy wozie aż zacznie się włam do świątyni.

                                          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
                                          Czas: 2519.07.12; Aubentag; świt - przedpołudnie
                                          Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; chłodno (0)

                                          Heinrich

                                          Dobrą stroną tego, że się nie miało rutynowych zajęć było to, że nie trzeba było się zrywać do roboty z samego rana. No i były łowca czarownic mógł skorzystać z tego dobrodziejstwa aby chociaż trochę odespać pracowitą, długą, zimną i deszczową noc. Chociaż i tak jak wstał czuł, że kręci go w nosie to nie był pewien czy ta noc jeszcze nie odbije mu się czkawką czyli jakimś przeziębieniem. Przecież nie był już młodzieniaszkiem a w nocy zmoczyło go i przemarzł nieźle. No i nie miał za bardzo wieści jak poszła sprawa z nocnym rabunkiem. Ta wspólna ze strażnikami wizyta u Nocnej Inge zajęła mu na tyle wiele czasu, że jak wrócił na plac to nikogo tam nie zastał. Ani strażników, ani larum, ani nikogo z kultystów ani wozu na jaki mieli załadować fanty. Pozostało zabrać się do domu. Jak wrócił do był caluśki mokry a rano widział swoje własne, błotniste ślady przy wejściu. Chociaż jak już wracał do ten ulewny deszcz jakoś zelżał no ale padał nadal.

                                          Rano jak się okazało było dla odmiany całkiem słonecznie i pogodnie. Chociaż nadal dość chłodno. Ilse przyszła zrobić śniadanie i była zdziwiona, że jest takie mokre rzeczy do prania bo przecież wieczorem nie padało. W nocy no ale nie wieczorem ani rano. Ale zajęła się robieniem śniadania a potem zabrała te mokre rzeczy do prania.

                                          Rutynowo przyszedł też i Kurt z jakim miał sprawę potencjalnego porwania czy pobicia na potrzeby robienia wrażenia przed panną von Schneider do obgadania. Chociaż tutaj już raczej szef musiał ustalić co i jak. No i miał nieco czasu na przygotowania skoro w południe zamierzał udać się do “Mewy” na spotkanie z ochotnikami na całonocną zabawę. A i od początku nie zanosiło się, że wrócą do miasta wcześniej niż następnego dnia. No i jak na razie to najlepsze kontakty z miłośniczką pomarszczonych kochanków i kochanek to miała blondwłosa Pirora no a ją to zapewne najprędzej spotka wieczorem przy zachodnich głazach. Bo w końcu po śniadaniu miała wyjechać z koleżankami w malarski plener więc jak wstał to też jej mogło już nie być w mieście albo szykowała się, ze swoimi szlachetnie urodzonymi koleżankami do wyjazdu. Przynajmniej taki był plan jeszcze podczas ostatniego Festag. Trudno było powiedzieć jak ostatnia noc może wpłynąć na to wszystko.

                                          A, że mogła to się zorientował ledwo wyszedł na ulice. Mieszkańcy wydawali się nie zauważać pięknego, słonecznego chociaż dość chłodnego poranka. Zewsząd słychać było różnorodne lamenty i złorzeczenia na okrutne morderstwo i rabunek najważniejszej świątyni w mieście. Całe miasto przypominało kopnięte mrowisko. A strażnicy byli głośni i brutalni. Bez ceregieli przeszukiwali przechodniów wozy a jak był już bliżej brzegu Salt to okazało się, że także i łodzie.

                                          Im bliżej obrabowanej świątyni się znajdował tym tłum był gęstszy, głośniejszy i bardziej wzburzony. Widocznie miejsce zbrodni skutecznie przyciągało uwagę mieszkańców jak i przyjezdnych. I to bez względu na status. Bo widać było zwykłe miejskie pospólstwo jak i co bogaciej ubranych kupców czy urzędników albo nawet konnych rycerzy, damy w powozach no i licznych strażników. Gdy wmieszał się w tłum słyszał różne urywki rozmów bo co chwila ktoś kogoś pytał co się stało albo ktoś to komuś tłumaczył.

                                          “Morderstwo! Zabili wszystkich!”... “Zrabowali wszystkie dary do gołych ścian! Co za świętokradztwo oby im ręka uschła!”... “Skandal, że takie rzeczy miały miejsce!”... “Próbowali podpalić świątynię ale dobry Manann na to nie pozwolił i zgasił ogień”... “W porcie znaleźli wóz jakiego użyli do kradzieży”...

                                          W każdym razie tłum był całkiem gęsty i ten skromny plac wokół murów świątyni co jeszcze kilka dzwonów temu był cichy, pusty i zalewany zimnym deszczem teraz wypełnił się całkiem gęsto, zupełnie jakby był Festag po mszy.

                                          Niestety mury okalające świątynie skutecznie blokowały wzrok na to co tam się dzieje. A brama główna była zamknięta i stało przed nią sporo strażników z kuszami i halabardami tworząc kordon ochronny. Plotki powtarzały się od ucha do ucha, od ust do ust ale wiele nowego z nich nie wynikało.

                                          W pewnym momencie jednak zrobiło się poruszenie bo otwarła się główna brama. I wyjechał przez nią mały orszak. Z początku z pół tuzina strażników z halabardami co torowało drogę przez tłum. Za nimi owa zaskakująco młoda i słoneczna kapłanka Ulryka co przyjechała na turniej a trafiła na pogrzeb księżnej. Jechała w godnym milczeniu i w pełnej, pięknie zdobionej zbroi. Za nimi zaś wóz zaprzężony w dwa czarne konie. Wóz był zwykły ale pośpiesznie był ozdobiony czarnymi wstęgami jak zwykle oznaczało się karawany. I był kryty płótnem więc nie było widać zawartości. Ale obok woźnicy siedziała Matka Somnium. Oczywiście cała na czarno ale tym razem miała wdowią, czarną woalkę spuszczoną na twarz jako oznakę żałoby. Wydawało się, że zwłaszcza ona emanuje jakimś mistycznym dostojeństwem i szacunkiem dla swojego patrona bo tłum jakby magicznie cichł gdy wóz przejeżdżał obok a ludzie zdejmowali czapki, kapelusze, kaptury i pochylali głowy przeżegnując się w oznace łączenia się w bólu i żałobie po zmarłych. Za wozem znów szło kilku miejskich halabardników jakby stanowili część konduktu żałobnego. Ten w końcu wyjechał przez północno - zachodni narożnik. Akurat ten sam gdzie w nocy Heinrich napatoczył się na patrol strażników w efekcie czego całą czwórką zawitali do Nocnej Inge. Ludzka ciżba zaczęła mamrotać, że pewnie jadą do świątyni Morra bo tam zwykle przygotowywano ciała do pogrzebu.

                                          Ale czekali. Dało się wyczuć to zbiorowe czekanie. Jakieś plotki już wszyscy zdążyli poznać ale jednak wszyscy zebrani wokół murów świątyni czekali na jakąś reakcję władz. W końcu się doczekali. Brama znów się otwarła. I wyszła świecko - duchowna grupka. Część z nich weszła na pakę wozu aby być lepiej widzialna i słyszalna. Mimo, że Heinrich nie stał w pierwszym rzędzie to i tak po ciemno niebieskich szatach rozpoznał ojca Absalona, jednego z najważniejszych kapłanów Mananna w tym mieście oraz sądząc po grubym łańcuchu z herbem miasta któryś z urzędników.

                                          - Dobrzy ludzie! Obywatele! Bracia i siostry! Spotkało nas wielkie nieszczęście! Zdrajcy i heretycy uderzyli w samo serce naszego jestestwa! Ale zapłacą za to! Oj drogo za to zapłacą! Będą błagać o śmierć gdy już ich znajdziemy i wymierzymy im sprawiedliwość! - zagrzmiał kapłan i wydawał się być naprawdę wzburzony. Ciskał z oczu błyskawice gniewu a krzykiem gromy pomsty. Tłum zafalował i w pełni go poparł. W końcu to było takie świętokradztwo! W pewnym sensie uderzono w każdego z mieszkańców miasta bo domy boże traktowano zawsze z wielkim szacunkiem i jako wspólne dziedzictwo wszystkich wiernych. Teraz więc pewnie wielu z nich czuło się tak jakby to ich własny dom obrabowano.

                                          Potem przemówił urzędnik. Nieco bardziej panował nad swoim wzburzeniem ale namawiał lud do współpracy we wskazywaniu wszelkich podejrzanych zachowań z zeszłej nocy albo wcześniejszych. Zwłaszcza szukano dwóch skruszonych ladacznic z Saltburga jakie podejrzewano, że są jakoś zamieszane w tą bezczelną kradzież. Nalegał aby schwytać je żywcem bo musiały zostać przesłuchane. Podejrzewano, że mogą być częścią szajki spoza miasta jakie wysłano na rozpoznanie przed tą heretycką kradzieżą. Więc należało zgłaszać wszelkie podejrzane osoby spoza miasta, zwłaszcza z Saltburga. I dlatego władze do odwołania zamknęły port i żadna jednostka nie miała prawa go opuszczać. Zaś co rano straż miejska miała sprawdzać łodzie rybaków i robić patrole na zatoce gdyby bandyci usiłowali wymknąć się morzem. No i obiecywał surowe męki każdemu u kogo znajdą choć jedną, złamaną monetę czy kosztowności ze zrabowanych darów świątynnych jakie możni i ubodzy oddali jako hołd dla swojej zmarłej księżnej - matki. To zapewne było dla wszelkich paserów i innych osób z półświatka i czyniło z takiego zrabowanego skarbu bardzo trefny towar za jaki łatwo można było trafić na męki a potem szafot. Wkrótce na mieście miały się pojawić listy gończe za tymi dwiema ladacznicami ale już teraz władze prosiły o wszelką współpracę w tej materii bo zapewne te dwie nie działały same.

                                          Na ile były łowca czarownic mógł skorzystać ze swojego zawodowego doświadczenia to władze zaczynały te poszukiwania całkiem na poważnie i profesjonalnie. Gdzieś ta leniwa, zmoknięta rutyna z ostatniej nocy znikła. I teraz władze i świeckie i duchowne poczuły się dotknięte osobiście oraz czuły presję swoich obywateli jacy też byli w większości oburzeni i domagali się skutecznych działań. Przynajmniej tak od zewnątrz. Nie miał żadnego wglądu co tam się działo za murami obrabowanej świątyni albo co sobie władcy miasta rozmawiali i ustalali między sobą.

                                          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
                                          Czas: 2519.07.12; Aubentag; świt - przedpołudnie
                                          Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; chłodno (0)

                                          Joachim

                                          Zmarzł. I miał lekka gorączkę. W nosie coś go kręciło i ciężko mu się oddychało. I w gardle zaczynało coś mu się zbierać. Jednym słowem jak wstał rano to wcale nie czuł się najlepiej. Właściwie wyglądało to na początek jakiejś choroby. Może więc i przemykał nocą przez uśpione miasto w swojej astralnej formie ale przez ten czas jego fizyczne ciało wciąż leżakowało w fotelu wystawione na nocną słotę i zimno. Koce jakimi okrył go Gunther niewiele pomogły. Gdy wskoczył ponownie w swoje ciało i otworzył oczy czuł się… jak trup. Albo topielec. Albo ktoś kto prawie zamarzł i cudem wraca do życia. Gunther właściwie musiał go zanieść do środka bo tak miał zesztywniałe członki. Czy to efekt uboczny czaru czy ekspozycja na te nocne warunki tego nie był pewien bo to był jego pierwszy raz z tym czarem więc nie miał porównania. W każdym razie już w łóżku to zimno mocno nim telepało i czuł, że może to przypłacić zdrowiem. No i dręczyła go niepewność.

                                          Bo chociaż widział, że “jego” strażników niejako przejął Otto i gdzieś ich odciągnął to jednak nie mógł czekać dłużej jak chciał wrócić na piechotę przez ten cały deszcz, błoto i ulice do swojego domu i ciała. Nie miał więc pojęcia jak się skończyła ta nocna akcja w świątyni. Jak ostatni raz posłał tam spojrzenie to widział ciemną, plamę wozu pod bramą i nic więcej. Potem musiał szybko przebierać nogami aby zdążyć na czas.

                                          A jak się obudził no to właśnie czuł, że zaczyna płacić za te nocne przygody własnym zdrowiem. W skroniach go łupało i miał zatkany nos. Ogólnie nie czuł się zbyt dobrze. Wstał też dość późno. Właściwie już było raczej przedpołudnie niż ranek. Wcale nie tak daleko do południa gdzie umownie była wyznaczona pora spotkania w “Mewie” dla tych co mieli ochotę na przygody i romanse ze zwierzoludźmi. A, że spora część była zaangażowana we wczorajszą akcję to powinna być też okazja aby o tym porozmawiać.

                                          Nie był pewien czy zdołałby wyrobić się do barona Wrisberga jak to jeszcze planował wracając nocą do swojej kamienicy. Zwłaszcza, że nie był wcześniej umówiony a baron tym razem nie posłał po niego żadnego służącego z pilnym wezwaniem. Jak się wpakował do balii z ogrzaną wodą i jakoś odżył to właściwie już niewiele miał swobody manewru do spotkania w “Mewie”.

                                          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
                                          Czas: 2519.07.12; Aubentag; południe
                                          Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, mgła, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)

                                          Wszyscy

                                          W miarę jak zbliżało się południe i pora obiadowa to i w żeglarskiej tawernie pod znakiem krzyczącej mewy robiło się coraz gęściej i głośniej. Marynarska brać lub osobnicy o niezbyt przyjaznych i dobrodusznych spojrzeniach zjawiali się coraz częściej. Zwykle zamawiali coś do jedzenia z niezbyt wyszukanego menu. Nie inaczej było przy dwóch złączonych stołach gdzie stopniowo zbierała się kolejna grupa tawernianych gości. Zaczynając od dwóch młodych kobiet jakie pełniły rolę gospodyń. A ostatecznie towarzystwo zrobiło się nie mniej pstrokate i różnorodne jak poprzedniego wieczoru chociaż nie takie samo.

                                          Poza szlachetnie urodzonymi kultystkami jakie powinny już wyjechać z Pirorą z miasta w plener to slaaneshytki były w prawie pełnym składzie. Poza uczestniczkami wczorajszej akcji jak Łasica i Burgund była też Onyx, Lilly oraz Oksana. Dziewczęta przez swoje znajomości i aktywności ze szlachetnie urodzonymi koleżankami przekazały od nich wieści. A mianowicie trójka łotrzyć zabrała ze sobą pokiereszowaną w starciu z czarnymi templariuszami Annikę do siebie. I spędziły razem noc. Chociaż z powodu ran nowej służki Fabienne nie tak wesoło i sprośnie jak to pierwotnie miały zamiar. Z tego powodu też całkiem niedawno odprowadziły ją do Północnej Dzielnicy prawie pod samą bramę rezydencji von Mannliebów. I zaleciły aby została tam póki nie wydobrzeje. Bo pierwotnie miała towarzyszyć swojej bretońskiej pani podczas wyjazdu w plener no ale obecnie skutki jej pobicia i ran mogły wzbudzić czyjąś czujność i podejrzenia. Więc łotrzyce poradziły jej właśnie tak. Czy obie z bretońską szlachcianką posłuchają tego jeszcze nie wiedziały bo się przekonają dopiero przy wieczornym spotkaniu.

                                          Jak się okazało Pchełkę sobie koleżanki bardzo chwaliły i nawet myślały czy by w nagrodę jej nie zabrać ze sobą no ale ostatecznie jednak uznały, że całonocna orgia ze zwierzoludźmi to może jednak być nieco za dużo jak na pierwszy raz. Co prawda z tego co mówiła Oksana wynikało, że włamywaczka podobnie jak koleżanki lubi być uległa i brutalnie traktowana podczas zabaw w alkowie i nie stroni ani od męskiego ani żeńskiego towarzystwa no ale jednak masowa zabawa ze zwierzoludźmi to jednak coś całkiem innego. Główna projektantka teatralna wolała z tym poczekać i nie działać zbyt pochopnie.

                                          Lilly za to miała do przekazania gratulacje i podziękowania od Starszego. Przy takim kipiszu na mieście mężczyzna w masce zanadto rzucałby się w oczy ale właśnie skorzystał z pośrednictwa kopytnej mutantki aby przekazać swoje pozdrowienia, podziękowania i gratulacje.

                                          Ale najwięcej do powiedzenia miały obie łotrzyce. I były najbardziej podekscytowane. Tylko mimo wszystko nie chciały tutaj za wiele zdradzać. Po drodze będzie okazja. Na razie powiedziały tyle, że po tym jak Otto odszedł ze strażnikami, po Heinrichu ślad zaginął a od Joachima od początku akcji nie było żadnych wieści to reszta skorzystała z okazji aby zapakować fanty na wóz i zmyć się stamtąd do portu. Tam przeładowali pospiesznie zdobycz na łódź, pożegnali się gorąco z Mergą a Łasica była tak podekscytowana zwycięstwem, że “mały całus na pożegnanie” zmienił się w długi, mokry pocałunek, że aż Burgund była wyraźnie zazdrosna. Ale ta się tym nie przejmowała i puszyła się, że usta wyroczni były bardzo przyjemne i gościnne. Pojawił się nawet Starszy jakiemu pośpiesznie zdali raport jak im poszło. Nic wtedy nie wiedzieli o Joachimie i Heinrichu ale Pchełka zdążyła wrócić z wieściami, że chociaż Otto wrócił cały do domu. Potem zatopili wóz pod pirsem, puścili konia luzem a sami wsiedli na mniejszą łódź i przepłynęli na drugą stronę portu. Tam się rozproszyli bo już zaczynało być rano i pierwsze łodzie rybaków wypływały na wody zatoki.

                                          - A w ogóle to Merga nam zdradziła, że miała wizję. Ta noc będzie sprzyjać zabawie, płodności i wyuzdanym przyjemnościom gdzie nikt nie mówi “nie”! - zaśmiała się niebieskowłosa łotrzyca która obecnie miała kruczoczarne włosy. Czy je przefarbowała czy miała perukę to nawet siedząc tuż obok to nie było do końca pewne. Zresztą Burgund też straciła swój charakterystyczny, miedziany kolor i była teraz blondynką podobną do ich tutejszej, ulubionej kelnerki Corette.

                                          - A teraz zjedzcie coś. Bo tam przy kamieniach to będziemy robić ognisko ale szama to będzie dopiero wieczorem. Jak zjemy to jedziemy skoro już wszyscy co mieli być to już są. A więcej pogadamy po drodze albo na miejscu. Tam powinno być spokojniej. - obwieściła im liderka wężowych kultystek dając znać aby nikt się nie wypaplał z czymś z wczorajszej nocy.

                                          Więc jak mniej więcej zostali sami przy złączonych stołach to mogli się wymienić wieściami i plotkami co się komu przydarzyło od ostatniego razu. Jak choćby podczas ostatniej nocy w świątyni. Tu najlepiej poinformowane były obie łotrzyce co brały w niej udział od początku.

                                          - Cholerny deszcz. Wiecie jak ślisko było na tym dachu? Aż raz to tak się poślizgnęła, że aż chyba jakieś dachówki poleciały. Teraz mogą to znaleźć jak tam wejdą. A łapy tak mi zgrabiały, że nie wiem ile razy próbowałam otworzyć to cholerne okno. Ale się udało. A potem drzwi tam od środka. Jeszcze gorzej bo całkiem po omacku. Ale jakoś się udało. A potem jeszcze jak ta furta skrzypnęła! Jej! Myślałam, że cały plac obudzi. No ale jednak nie. - Łasica co zainicjowała wczoraj to włamanie mogła je wreszcie bez skrępowania przeżywać na nowo z kolegami i koleżankami.

                                          - Ale dobrze, że padało. To psy nie będą zbyt użyteczne. - dodała jakby mimo wywołanych trudności wczorajszym deszczem znalazła też i jego pozytywną stronę. Potem zaś na przemian opowiedziały jak to im poszło z templariuszami. Udało im się podprowadzić grupkę szturmową po cichu pod tamte drzwi. Łatwo było poznać które bo tylko tam była szczelina światła pod nimi. I nie były zamknięte. Więc wystarczyło szarpnąć za klamkę. Zrobiła to Soria i ona tam pierwsza wpadła a reszta za nią. Znaczy oprócz obu dziewczyn z ferajny. Bo raz, że nie były od bicia się to dwa jak tam kotłowało się osiem osób na raz, pośród tych wszystkich stołów, krzeseł, składanych posłań to dla nich i tak już nie było miejsca.

                                          Ale strażnicy nie spali. Ba! Wszyscy byli w pełni ubrani i z bronią u boku. Chociaż bez pancerzy a tarcz nie zdążyli chwycić. Więc byli w czuwaniu. Trochę szkoda bo co prawda dziewczyny od początku liczyły się z tym, że chociaż jeden zapewne nie będzie spał. Ale miały nadzieję, że większość albo chociaż połowa będzie. A tak to od początku zaczęła się młocka na całego. Ale pod naporem kultystów strażnicy kolejno padali. Jednak okazali się wielki hartem ducha i walczyli do końca. Każdy jeden. Musieli ich wszystkich wybić co do nogi. Nawet jak pod koniec ostatni z nich był już okrążony przez czwórkę napastników to też do końca stawiał opór i o pardon nie prosił. No i jednak pocięli ich nieźle. Zwłaszcza Rune i Annikę. Porządnie oberwali, na tyle że trzeba było ich wyprowadzić na zewnątrz i do żadnej akcji już się nie nadawali. Silny też oberwał ale trochę. Tylko draśnięcie. Więc chyba tylko Soria wyszła z tego cało albo nie wartymi uwagi drobiazgami. A potem biegali raz za razem od lochów po wóz przed główną bramą gdy Heinrich stał na czatach, Joachim też tylko w drugim narożniku a Otto próbował bandażować poszkodowanych kolegów i koleżanki. I jeszcze potem póki nie pojawili się strażnicy. Gdy Burgund pobiegła do Łasicy aby o tym jej powiedzieć ta zdecydowała, że niech każdy weźmie co da radę i zwijają żagle. Potem odjechali wozem w kierunku rzeki i zatoki. I tam znów przeładowali fanty na długą łódź Vasilija. Ostatni raz się z nimi pożegnali no i większa łódź ruszyła ku wylotowi zatoki zaś mniejsza ku przeciwnej stronie portu.

                                          - No i odpłynęli. Oby im się powiodło w tej Norsce. I wrócili jak najprędzej. - westchnęła Łasica i przez chwilę trwała przyjemna do rozważań dyskusja z kim i czym by Merga mogła wrócić. Wyglądało, że łotrzyce jakichś jurnych, dziarskich norsmeńskich wojowników powitały by równie serdecznie i ciepło jak i ślicznotki z północy. I oby lubiły się zabawić z koleżankami bardziej niż Norma czy Merga co niezbyt się z nimi integrowały pod tym względem i obie troszkę tego żałowały. Gdy się nagadali na ten temat pałeczkę rozmowy przejęła Onyx. Bo jak się okazało też miała co nieco do opowiedzenia.

                                          - Wczoraj wieczorem zasiałam Larwę. Tą naszą Laurę Larwę. - wypaliła zaczynając nowy wątek i wzbudzając żywe zainteresowanie koleżanek. Popatrzyła na Otto jaki wczoraj przed nocną akcją wręczył jej koleżance z pracy dwie strzykwy z jajami Oster.

                                          - Nie gadaj! A jednak? A ona wie co to jest? - koleżanki co zajęte rozpoznaniem świątyni nie brały za bardzo udziału w tej sprawie wydawały się, żywo zainteresowane. Więc Onyx pociągnęła ten temat dalej.

                                          - Chyba wie. Otto ją nieco zbajerował, że to coś tam robale od elfek czy jakoś tak. No to się Larwa ucieszyła bo wiecie, ona lubi wszelkie robale. Tylko była nieco zaskoczona, że to jaja i trzeba tam w sobie w środku hodować bo myślała, że to gotowe będą. Szkoda Otto, że nie miałeś żadnego robala gotowego. To by pewnie się zaśliniła z uciechy. A tak to te strzykwy to takie zwykłe rurki no to nie jest zbyt pociągające. - Onyx opowiadała trochę do Otto co do pewnego momentu uczestniczył we wczorajszych wydarzeniach a trochę reszcie aby wprowadzić ich w temat. Dziewczyny na koźle zachęciły ją aby mówiła dalej. Mniej więcej znały się z Laurą no ale dość pobieżnie bo zaczęła pracować w tym samym zamtuzie co one ale już po ich odejściu więc wcześniej nie pracowały ze sobą jak teraz Onyx.

                                          - Ale jak wróciłyśmy do siebie no to ona taka ochotna. To poszłyśmy do niej. I tak ją trochę zagadałam, ona sama wyjęła te strzykwy i zaczęła je oglądać no to nie chciałam ryzykować, że je wyrzuci, zgubi albo się rozmyśli. Pobajerowałam ją trochę no i w końcu mówię jej, żeby ściągnęła majtki i jedziemy z tematem. - Onyx wesoło opowiadała jak to wczoraj pewnie gdy reszta obsady jeszcze zbierała się w “Mewie” ona urabiała koleżankę aby zgodziła się być nosicielką owadzich jaj.

                                          - I co? - zapytała zafascynowana Lilly chłonąc całą sobą tą opowieść.

                                          - No i zdjęła te majtki więc trochę uklękłam przed nią, trochę się z nią pobawiłam a w końcu wsadziłam jej jedną strzykwę, wpuściłam do środka, potem drugą, to samo i jej! Jak się ucieszyła! Mówiła, że to czuć tam w środku jak się rozlewa. Ale nie mówiła, że ją coś boli czy nic takiego. A to zasianie rzeczywiście jest proste. Myślałam, że Sigismundus tak nas bajeruje ale nie. Naprawdę proste. Wsadzasz do środka jak każdą inną zabaweczkę a potem naciskasz tłok i to tam wpuszcza się do środka. A potem wyjmujesz. I po robocie. Jak jakaś jest chętna albo chociaż nie stawia oporu to chwila moment i gotowe. - Onyx streszczała swój wczorajszy wieczór jak to zasiała koleżankę z pracy. Co prawda taką o specyficznych gustach no ale sam proces zasiania chyba ją samą zdziwił jak bardzo jest prosty gdy druga strona nie stawia oporu. Koleżanki jak słuchały to też wydawały się tym trochę zaskoczone. Zwłaszcza, że to mówiła jedna z nich a nie aptekarz do którego ostatnio nie miały za bardzo zaufania.

                                          - No to zobaczymy co z tego wyjdzie. I kiedy. - skwitowała w końcu Łasica jakby niezbyt wiedziała co jeszcze powiedzieć na ten temat. Jednak okazało się, że to nie koniec rewelacji Onyx o jej wczorajszym wieczorze w zamtuzie.

                                          - Ale to nie wszystko! Bo słuchajcie, właśnie już jesteśmy z Laurą po tym zasianiu, zabawiamy się, mnie też się zaczęło podobać i tak już prawie zaczęłyśmy numerek na całego a tu wpada do nas koleżanka i larum robi bo szefowa wzywa wszystkie dziewczynki. Co było dziwne. No ale nic, doprowadzamy się z Laurą do porządku, wciąż mocno ucieszone i idziemy do recepcji. A im bardziej tam idziemy tym widzimy więcej koleżanek. Jak tam przyszłyśmy to się okazało, że nasza madame wezwała pełny skład. To rzadko się zdarza. Chyba, że jakiś bogacz sobie zamówi nie wiadomo co i ile albo chce sobie wybrać z całej puli jakąś klacz do zabawy. Więc ustawiamy się a tam jaka niespodzianka! Dwie taaakie maje stoją i nas oglądają! - Onyx zaczęła opowiadać nowy wątek i to tak plastycznie, że zaczęła na nowo przeżywać wczorajsze emocje zupełnie jak niedawno łotrzyce co opowiadały o nocnym włamie do świątyni.

                                          - Maje czyli ślicznotki. Takie pierwsza klasa. U nas to Priora albo Fabi byłyby takie maje. Zwykle tak mówimy na kurtyzany pierwszej klasy. Takie dla elity. Ale też na inne ślicznotki niekoniecznie z zamtuza. Froya to też maja pierwszej klasy. To chyba z bretońskiego. Albo estalijskiego. Albo tileańskiego? No nieważne, chodzi o ślicznotki. To mówisz Onyx jakieś dwie maje do was przyjechały wczoraj? Ale do pracy? Czy jako klientki? - Łasica wyjaśniła pozostałym ten burdelowy slang jaki nie musiał być dla nich zrozumiały. Ale wydawała się zaciekawiona tą opowieścią.

                                          - No to dziwne. Ale jako klientki. - Onyx też wydawała się być tym zdziwiona nawet dzisiaj jak to opowiadała.

                                          - Rzeczywiście dziwne. Bo w zamtuzie to prawie sami faceci jako klienci. Kobiety jak już to albo takie kamratki co przychodzą razem z nimi, albo ladacznice z tawern to je zgarnął po drodze do nas albo coś takiego. Nawet jak się trafi kobieta jako klient to często chce jakiegoś ogiera a nie dziewczynkę. Ale u nas to same dziewczynki. No a jak już nawet chce dziewczynkę to zwykle robi to dyskretnie. Jak już którąś stać to zwykle chce aby ją do niej przysłać gdzie sobie zażyczy. O ile by własnych służek nie miała do zabawy. No więc w każdym radzie to naprawdę rzadkość aby kobieta przyszła tak od frontu aby zamówić sobie jakąś dziewczynkę. A już robić takie zbiegowisko to nie wiem… Dziwne to… - czarnowłosa łotrzyca znów wzięła na siebie obowiązek wyjaśnienia kolegom i koleżankom mniej zanurzonym w burdelowe niuanse dlaczego Onyx miała prawo czuć się tak zaskoczona wczorajszym spotkaniem. Ta zaś, podobnie jak blond głowa Burgund kiwała twierdząco głową.

                                          - No w każdym razie są. Jedna taka miodowłosa a druga taka śnieżynka. Niby w żałobie na czarno ale i tak widać, że to damulki pierwsza klasa. I ta śnieżynka to się prawie nie odzywała. Tylko patrzyła. Ale ta miodowa to chodzi zła jak osa, ogląda nas, patrzy, chyba wącha no i wybrzydza. “Jak to? Tylko tyle? A mężczyźni? No żadnych? A kobiety? Naprawdę nie macie nic więcej? To z czego ja mam tu wybrać?” I tak chodziła i gderała. Już myślałam, że to tylko jakaś heca. Wiecie, dwie damulki się założyły, że pójdą do zamtuza jak kawalerowie ale tylko pokręcą noskami i wyjdą. No ale nasza madame skacze wokół nich i skacze i zachęca, i prosi, i zagaduje, i co chwila którąś z nas zachwala i poleca. A ta dalej zła jak osa. I mówi w końcu “To tyle? To naprawdę nie macie już nikogo więcej?”. No to madame pomyślała i wezwała już naprawdę wszystkich. Nawet charakteryzatorki, kucharki, szatniarki i tą całą resztę. I nie uwierzycie kogo ta miodowa wybrała. - Onyx dalej opowiadała swoją wczorajszą przygodę jaka widocznie ją zaskoczyła. I sądząc z opowieści to chyba jej koleżanki z pracy podobnie. Tak samo jak i większość jej obecnych koleżanek bo słuchały z żywym zainteresowaniem.

                                          - Nie mam pojęcia. Pewnie jakąś z obsługi jak to takie dziwne ma być. - Łasica i Burgund pokręciły głowami ale poddały pytanie nie chcąc zgadywać na próżno.

                                          - Starą Helgę. - Onyx rozłożyła ręce w geście bezradności. A obie łotrzyce aż się odwróciły do niej w zdumieniu chcąc sprawdzić czy nie żartuje.

                                          - Starą Helgę?! Przecież ona była starą rurą jak już my tam pracowałyśmy! Ona ma już dorosłą córkę co też jest ladacznicą! No nie gadaj, że jakieś bogate damuliki sobie wybrały tą starą rurę! - Łasica wybuchnęła pełnokrwistym zaskoczeniem gdy widocznie w ogóle nie obstawiała takiego wyboru wczorajszej klientki.

                                          - Tak, tak, właśnie ją miodzik wybrała. - uniosła dłonie do góry i westchnęła na te dziwactwa klientów. Ale poczuła się wyjaśnić reszcie jak to jest z tą Starą Helgą. A mianowicie ona właściwie już nie pracowała “na plecach”. Miała jeszcze paru stałych klientów co chyba z sentymentu się z nią spotykali bo tak to mało kto miał ochotę na “rozlazłą krowę”. Więc zwykle robiła za tą starszą i funkcyjną, opiekowała się młodszymi dziewczynami, rozmawiała z klientami, była krawcową i charakteryzatorką no ale już niewiele z niej było ladacznicy. Dlatego wszyscy łącznie chyba z samą Helgą zdziwili się wczoraj gdy właśnie ją wybrała młoda, bogata i elegancka klientka.

                                          - A potem wybrała jeszcze Molly. Ona dla odmiany ma bardzo młody wygląd. Madame ją przedstawia klientom, że “to jej pierwszy miesiąc”. I tak już z rok ją przedstawia i wszyscy to łykają bo naprawdę wygląda młodziutko jakby dopiero co miała stracić dziewictwo. Bardzo dziewczęca. No i miodzik ją właśnie wybrała. A potem stanęła naprzeciwko mnie i Laury. I widziałam w jej oczkach jak kalkuluje i wybiera. I tak się do niej zachęcająco uśmiecham, przymilam, pierś wypinam, bioderkami kręcę… A ta złośliwa małpa wybrała Larwę! - Onyx przyspieszyła tą relację ale była wyraźnie zła, że nie na nią padł wybór klientki.

                                          - A ta śnieżynka? Kogo wybrała? - zaciekawiła się Burgund.

                                          - Nikogo. Prawie się nie odzywała. Jak miodzik wybrała te trzy to wszystkie poszły na górę. No a my się rzucamy na naszą madame i pytamy co to za jedne, co tu jest grane. A nasza madame wyjmuje wtedy sakiewkę i nam pokazuje. Ale tam musiało być geldów! Wcale się nie dziwię, że zarządziła pełną mobilizację! - zawodowa ladacznica ponownie aż jęknęła żałośnie gdy oczami wyobraźni znów zobaczyła tą pękatą sakiewkę jaką zostawiły klientki.

                                          - A co potem? Jak skończyły? Mówiły coś? - zaciekawiły się łotrzyce zdając sobie sprawy, że koleżanki nie mogło być za zamkniętymi drzwiami podczas numerku no ale pewnie coś musiało się dziać jak ten się skończył.

                                          - No. Mnie wczoraj kiepsko szło. Nikt mnie nie wybrał. To akurat miałam wolne jak skończyły. I wracają, cała piątka, takie wesolutkie jak najlepsze kamratki, nasza madame do nich podbija a te się żegnają czule, obejmują się, prawie spijają sobie z dzióbków no i wreszcie gadają z naszą madame. I mówią, że są zadowolone, że było jak chciały, dziewczyny się spisały ale na następny raz to wolałyby coś bardziej egzotycznego. Coś wyjątkowego i niepowtarzalnego czego jeszcze nie próbowały. Coś co byłoby wyzwaniem jak jakieś dzieło sztuki co się ogląda, czyta, słucha i podziwia pierwszy raz. I, że wrócą w Konistag. No i, że przyjechały tutaj zawrzeć nowe znajomości i rozwinąć nowe kontakty więc liczą, że dzięki nam poznają takie interesujące i wyjątkowe osoby. - rudowłosa ladacznica westchnęła znów z żalem, że pod względem finansowym to niezbyt miała udany wieczór ale niejako przez to sama była świadkiem końcówki wizyty nietypowych klientek. A pod koniec to chyba starała się powtórzyć wiernie jak tylko dała radę ich słowa.

                                          - A potem poleciałam do Larwy aby opowiedziała jak było. Pokazała mi sakiewkę. Jeszcze każdej z nich trzech zapłaciły oddzielnie oprócz tego co zapłaciły madame! O rany no! Że też mnie nie wybrały! Może w Konistag… - mruknęła nie mogąc przeboleć takiej straty i jawnie zazdrościła ciemnowłosej koleżance, że tej się wczoraj tak pofarciło.

                                          - A co chciały na numerku? - zaciekawiła się Lilly chłonąc tą opowieść całą sobą.

                                          - Ta miodowa to niezły numer. Laura mówiła, że taki żywy ogień. Zabawiała się z nimi trzema na raz i po kolei. Z przodu, z góry, z tyłu, z dołu, w środku. I nic, że coś boli, jest obrzydliwe, nie wypada albo z którejś strony nie można. Larwa mówiła, że gdyby ta miodowa robiła za ladacznicę to by zrobiła niezłą karierę. A śnieżynka nic. Tylko siedziała w fotelu, popijała wino i patrzyła. Trochę sama sobie robiła dobrze ale jak Helga albo Larwa pytały czy czegoś sobie nie życzy to grzecznie dziękowała, że nie. Więc się zabawiały z tą miodową. No i też ma nadzieję, że jak wrócą to ją jeszcze raz wybiorą bo mówiła, że sama przyjemność. No i tyle geldów! No a potem jak wyszły no to właśnie mówiły, że fajnie i miło ale wolałyby większe wyzwania, coś nowego, wyjątkowego. To potem z madame główkowałyśmy przez resztę nocy co by tu im zorganizować na kolejną wizytę. - Onyx zakończyła swoją opowieść z wczorajszego wieczoru. I chyba większość koleżanek była zafascynowana tymi tajemniczymi klientkami jak i zdumiona całą opowieścią. Dało się wyczuć, że chętnie same by się z nimi poznały i w pełni podzielały żal koleżanki, że wczoraj nie było jej to dane chociaż była tak blisko jak i podzielały nadzieję na szansę w kolejnym spotkaniu. I próbowały zgadnąć kim one mogą być bo wydawało się, że raczej żadna z tutejszych szlachcianek bo te chociaż z widzenia raczej je znały. Jak nie z przyjęć w teatrze czy salonie Pirory to cotygodniowych mszy gdzie zjawiała się większość populacji miasta a kogoś ze śmietanki towarzyskiej miasta zwykle było łatwiej rozpoznać niż kogoś z plebsu.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy