Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Online
    SantorineS Online
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #171

    Oryginalny autor: Lord Melkor

    Rozmowa z Rektorem przebiegała w miarę sympatycznej atmosferze, ale wygłądało na to, że wykładania na uczelni nie było wcale łatwą sprawą. Może nie powinien się dziwić, przecież Akademia Morska nie była związana z magią ani czarodziejami.

    Nieco przytłoczony tymi wszystkim biurokratycznymi formalnościami Joachim podziękował uprzejmie Vogelowi i powiedział że przemyśli sprawę, natomiast w tej sytuacji może na razie mógłby przyjąć propozycję zostania asystentem. Tutaj podpytał się jak bardzo by to angażowało czasowo.

    W kwestii Barona Wirserga czarodziej był nieco sfrustrowany rozwojem sytuacji, nad którą stracił kontrolę. Ale w końcu czym ryzykował, jeśli Baron tam zginie to chyba w sumie niewiele? Nikt go raczej nie powinien z tym wiązać. Podążanie na bagna śladem kilku jeżdców na koniach nie wydawało mu się dobrym pomysłem, nie miał gwarancji że w ogóle ich dogoni i nie miał czasu zbierać na szybko solidnej ekipy do wyprawy na te niebezpieczne tereny. Postanowił natomiast, że następnego dnia poszuka Sorii, która wspominała, że miała jakieś plany wobec Wirsberga, więc tym bardziej dziwiła go to sytuacja, jeśli to dziecię Soren zarzucało swoje sieci...

    Jeśli chodzi o wieśniaków z Dahlen, zastanawiał się czy w ogóle zająć się tematem. Jednak nie wykluczał tutaj jakiegoś subtelnego wpływu swojego Patrona na wydarzenia, w końcu przodek wieśniaków zaginął niedaleko mokradeł i tutaj ponownie pojawiła się tematyka dziwnych, proroczych sennych wizji.

    Ostatecznie powiedział, że kilka koszy jaj i jedzenia będzie wystarczającą zapłatą, bo nie gwarantuje efektu. I że musi postawić wróżbę. I faktycznie, miał zamiar podjąć się astrologicznej obserwacji medytując z tym amuletem, ciekaw czy odnajdzie jakieś wskazówki.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Online
      SantorineS Online
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #172

      Oryginalny autor: Seachmall

      Bezahltag; wieczór; tawerna “Stary kocioł”

      Mnich westchnął kiedy Khornita ruszył pytać tubylców o Annikę. Z nudów rozejrzał się po karczmie, spoglądając na pół przytomną kobietę i inne ciekawe okazy społeczne.
      Niestety Silny nie miał dobrych nowin, Herold Norry nie pojawił się w okolicy, ale Otto był dobrej myśli. Być może zew kurchanu tym razem nie przejął na dziewczyną kontroli w taki sposób, że przyciągała do siebie uwagę.

      - Dzięki Silny. - jednooki wysłuchał relacji snu kolegi - Przynajmniej wiemy teraz jak wygląda… - uśmiechnął się mnich - A o rycerza się nie martw. Ma się pojawić na turnieju.

      - No niezbyt wiemy. Ot, że ma czarną zbroję i czerwone słońce. A do turnieju daleko i nie wiadomo czy go w ogóle zrobią. A jak odwołają w tym roku i zrobią dopiero za rok? Do tego czasu reszta już pewnie dawno zbierze swoje fanty i zostaniemy na szarym końcu. - Silny zdawał się wcale nie być tak dobrej myśli jak drobniejszy kolega. Zwłaszcza w porównaniu do reszty frakcji które już albo osiągnęły jakieś sukcesy albo miały chociaż jakiś trop a khornici nie mieli nic poza wyrwanymi z kontekstu snami.

      - Nie ma znaczenia. - odparł mnich = Nie możemy przywołać tylko jednej siostry. Wszystkie cztery na raz muszą usłyszeć nasz zew. Nie ma znaczenia, kto będzie pierwszy, a kto ostani. Spójrz na to jednak z tej strony. Jeżeli będziecie na końcu, pozostali będą pewnie wam pomagać. Łasica drobiąca po pas w krwi, aby dostać się do artefaktu? Brzmi zabawnie.

      - No może, może… - łysy mięśniak pokiwał głową chociaż bez większego przekonania. Był porywczym i krewkim człowiekiem i lubił szybkie i bezpośrednie działania zaś cierpliwość nie należała do jego cnót.

      - Dobra mniejsza z tym. Jak ta cherlaczka się zjawi to co z nią? Zatrzymać tutaj? Odesłać do tej Bretonii? - Silny machnął swoją spracowana łapą ma te mało owocne gdybania i chciał wiedzieć co dalej ma robić gdyby jednak jakoś udało mu się spotkać z zaginiona Anniką.

      - Najlepiej odeślij do Fabienne. Zapytaj przy okazji gdzie była. - mnich poklepał khornitę po ramieniu - Bądź uważny przy okazji. Morrytka dziś odwiedziła hospicjum. Obawiam się, że wróg może wykonywać ruchy przeciwko nam.

      - Dobra, jak ją spotkam to odeślę do tej bladej. - skinął łysą głową mięśniak uznając chyba ten temat za zakończony. Wieści o morrytce jednak go zainteresowały.

      - Morrytka? Ta młodka ze stolicy? - upewnił się czy dobrze rozumie o kogo chodzi. Widząc, że tak upił łyk ze swojego kufla myśląc nad tym nowym elementem. W końcu wzruszył swoimi mocarnymi barami.

      - Normalnie to bym powiedział, że w razie czego można pomóc szczęściu aby miała nieszczęśliwy wypadek czy jakiś napad w zaułku. No ale ona wszędzie chodzi z tymi swoimi czarnymi gawronami. No a ostatnio jak mieliśmy z nimi przeprawę to mocni byli. A bez pancerzy i tarcz ich zastaliśmy. Trzeba by wtedy dobrze się do tego zabrać jakby coś jej się miało stać. - uznał w końcu nie bawiąc się w jakieś skomplikowane plany tylko dążąc do jak najszybszego i najlepiej krwawego rozwiązania sprawy. Chociaż po nocnej walce z gwardzistami morrytów widocznie nabrał respektu do ich możliwości bojowych bo nawet przy takiej luźnej propozycji ich nie lekceważył.

      Heinrich siedział na krześle racząc się tą chwilę odpoczynku. Poczuwał różnicę w swojej fizycznej kondycji, które nastąpiła stosunkowo niedawno. Miesiące uwięzienia wyryły na nim swoje piętno najwyraźniej, jakie teraz musi boleśnie opłacać. Szczerze irytowała go ta niemoc, jednak nic na to poradzić nie mógł

      - Potrzebny byłby plan, dzięki któremu można by dobrać się do niej i jej straży. Bez żadnych informacji o miejscach i przebywania i ruchach strażników... - rozłożył bezradnie ręce po czym spojrzał na Otto - Jak dobre masz do niej dojście?

      - Nie większe niż ty jak sądzę. - zaczął mnich - Mogę pokręcić się po świątyni Morra w najbliższych dniach. Wlepić bajeczkę, że szukam ukojenia lub powodu snów... Wątpię jednak, aby miała jakieś brudy, które moglibyśmy wyciągnąć. Co do straży... - mnich westchnął - Rozważałem, aby któryś z naszych khornitów wstąpił w ich szeregi. Zobaczył, czy da się kogoś zwerbować.

      - Jak ma łeb na karku to głupia by była jakby kogoś z nas zwerbowała. Albo w ogóle kogoś z miasta. Przeca ona tu przyjechała ze swoją obstawą ze stolicy to ma swoich, sprawdzonych ludzi. A jak tu się jakieś ataki na świątynie trafiają, w zimie jakieś wiedźmy z kazamatów uciekły no to panie kochany, jak tu komuś ufać na mieście? Nie zdziwię się jak jeszcze kogoś ze stolicy ściągnie. Pewnie ktoś z miejscowych jej pomaga bo przecież gdzieś mieszkać i coś jeść musi. No ale tam najbliżej niej to są ci z jakimi przyjechała ze stolicy. - Silny pokręcił swoją łysą głową na znak, że niezbyt wierzy w możliwość przedostania się do wewnętrznego kręgu kłopotliwej kapłanki. Zwłaszcza jakichś zbrojnych. Po części pewnie dlatego nie interesował się nią bliżej do tej pory.

      Mnich przez chwilę się zastanowił.

      - Hertz? Ma o nim dobre mniemanie, a zakładam, że chciałby skorzystać z jej talentów, aby odnaleźć Mergę, lub kogoś innego.

      - Ale co Herz? - Silny nie zrozumiał na czym miałby polegać pomysł z łowcą czarownic i morrycką kapłanką.

      - Że Hertz ją gości u siebie. Bo nie widzę, aby się po karczmach czy kamienicach szwędała. Albo to, albo w świątyni Manana spędza noce.

      - Gości ją u siebie? Myślałem, że ona jest u tutejszych morrytów. Ale właściwie to się nią nie interesowałem za bardzo. - mięśniak wzruszył ramionami ale chyba faktycznie kapłanka nie była w centrum jego zainteresowań.

      - To pewnie zaczynają współpracować, a to nic dobrego. Muszę pomyśleć, może coś znajdę, aby się jej po kryjomu pozbyć.


      Bezahltag; północ; Ciemna ulica

      Mnich westchnął i spojrzał w kierunku, z którego dobiegło do niego wołanie.

      - No patrzcie przyjaciele. Witajcie. Wyjdźcie proszę, nie macie się czego lękać, a ja wolę widzieć do kogo mówię.

      - Tyty chodźchodz! Porozmawiamy. Tyty się nie bój. Niktnikt cie nie chodzi za tobą tu tylko mymy. - głos z ciemności odparł od razu tym samym dziwnym, skrzeczacym akcentem. Ale chyba nie zamierzał wychodzić na otwartą przestrzeń mrocznej alejki i wolał aby to rozmówca do niego przyszedł.

      Otto wkroczył do alejki rozglądając się. Żałował trochę, że nie miał swojej niedawno zakupionej zabawki. Jeżeli jednak te istoty są, czym uważa, to nie powinien się lękać.

      - O to jestem. - odparł do ciemności.

      - Dobrzedobrze. Ty się nie bój ja przyjaciel. My razem polować na powierzchniowe samice. W lesielesie. I ty masz jakieś? Bo się nam skończyłyskończyły. A chcemy nowenowe. Maszmasz jakieś? Ty się nie bój, ty namnam dasz coś i my ci coś. - głos się nie zmienił i chyba zależało mu aby się jakoś dogadać z Otto. I ten nawet jak wszedł do dawnego sklepu to kątem oka widział jakaś podłużna plamę pionowej ciemności na tle ścian. Ale to rozmywała się i nie dostrzegał żadnych szczegółów. Za to słyszał cheobot kroków po starej podłodze gdy tamten podskakiwal i robił nogami, chyba szelest płaszcza lub innego ubrania. I błotnisty, niezbyt przyjemny zapach. Ale w tych ciemnościach oczy nie były zbyt pomocne. Tamten znów wrócił do tematu samic i chyba był gotów na jakiś rodzaj wymiany.

      Mnich postanowił zaryzykować.

      - Samic nie mam, ale wiem gdzie znaleźć... jedną… - zaczął Otto przypominając sobie kobietę z karczmy Silnego - Otumaniona alkoholem. Łatwa do przewozu. Tylk cóż Skaveny, oferują w zamian? - miał szczerą nadzieję, że mylił się co do natury swoich rozmówców.

      - Jedna? Masz jakąśmasz? - rozmówca wydawał się być bardzo ucieszony tą wiadomością. Tak, że na chwilę zaczął podskakiwać z nogi na nogę i parskać w dziwny sposób chyba właśnie w oznace radości. Chociaż po ciemku, bez widoku rysów twarzy albo pyska trudno było tego być pewien.

      - Dobrzedobrze! Ty nam dasz samice do zabawy i my ci też damy. Młode, silne samice taktak! - ucieszył się niepomiernie. - Ty nam dasz i my ci damy. Cochceszco? Możemy zgładzić twoich wrogów albo coś zabraćzabrać coś komuścoś. Co chceszco? Ty nam samice do zabawy a my zajmiemy twoich wrogów. Albo wymiana-wymiana. Cochceszco? - rozmówca mówił szybko i trudno było zrozumieć momentami co dokładnie mówił bo cały czas głos miał skrzeczący i piskliwy jednocześnie. Do tego zniekształcał lub wręcz połykał słowa tak, że utrudniało to jego zrozumienie.

      Mnich westchnął. Więc miał rację i Skaveny pojawiły się w mieście. Wszelkie informacje na ich temat były bardzo ograniczone, chociaż krasnoludzkie raporty były bardziej pomocne. Podejrzewał, że nic dobrego nie wyjdzie z ich obecności, ale mógł na nich na razie skorzystać.

      - Hm... wiem, że to nie w waszej naturze, ale czy jest możliwość skontaktowania się z wami? Albo czy macie jakieś miejsce, które niewolnik obserwuje, aby powiedział, że ktoś przybył? Na dziś potrzeb nie mam, ale chętnie was do niej zaprowadzę.

      - Apocopoco? - tym razem osobnik zjakimrozmawiał jednooki zawahał się albo zastanawiał nad tą częścią zdania. Do tego doszedł go odgłos węszenia jakby tamten sprawdzał zapach. Podrygiwał chwilę w miejscu co dało sie poznać po odgłosach.

      - Dobrzedobrze. Pryjdźprzyjdź. Wieża ze skrzydłami, wieża ze skrzydłami. Blisko-blisko wody. Tam przyjdź przyjdź. Jak będziesz miał samice to też tam przyjdźprzyjdź, z samicami taktak,tak przyjdźtak. - powiedział w końcu gdy się już namyślił co odpowiedzieć. Po czym znów się ożywił. - A teraz samicę, dajdaj, daj prędko, prowadźdaj! - znów zaczął podskakiwać w miejscu ze zniecierpliwienia.

      Mnich ruszył z powrotem w stronę Kociołka. Co jakiś czas zerkał w stronę cieni poszukując ruchu swojego rozmówcy.

      - Rzadko wychodzicie na powierzchnię. - przerwał ciszę po chwili - Jeszcze rzadziej nawiązujecie kontakt, nawet z nami. Cóż za sprytny, genialny plan macie? - Otto starał się, aby jego głos był jak najbardziej przepełniony uznaniem dla szczura.

      - Plan to plan. Jak ja ci powiem to muszę cię zabićzabić. - usłyszał za sobą skrzek podobny do złośliwego chichotu. Ale przynajmniej potwierdzający, że Otto nie idzie sam przez tą ciemną alejkę. Od wyjścia z “Kociołka” minęło już sporo czasu i zrobiło się blisko północy więc tak naprawdę nie był pewien na ile się tam zmieniła sytuacja. Zapewne powinno być o tej porze puściej nuż gdy był tam na początku wieczoru.

      - Bierzemy samice. Samice zdrowe i młode. Jak masz jakieś to daj. Dajdaj. My weźmiemy, weźmiemy. Dobre są te samice, dużo zabawy, dużo tak,tak. Jak jakąś masz to daj, daj przyprowadź do skrzydlatej wieży nad wodą. Ty nam dasz samice to i my ci damy coś. Umowa taktak, umowa tak. - słyszał ten sam skrzeczący za plecami głos. Tamten musiał się trzymać z kilka kroków za jego plecami jak można było sądzić na słuch. Miasto już było mocno uśpione i w niewielu oknach paliły się jeszcze światła.

      Otto rozglądał się po alejkach wokół karczmy na razie, patrząc czy już ktoś skorzystał na pijanej dziewoji.

      - W sumie po co wam one? Nie jesteście zwierzoludźmi, aby się z nimi płodzić. Chyba, że na chów niewolników.

      - Potrzebnepotrzebne. Dobrze wygląda jak są. I dobrze dobrze to wychodzi. Ale trzeba je nałapać na powierzchni i cało przytargać. Można też użyć na powierzchni ale to niebezpieczne, ryzykoryzyko duże. Lepiej zdobyć i zaciągnąć do nas. No ale może być też wieża ze skrzydłami. Taktak, tam też może być. - głos za nim odpowiedział pośpiesznie i nerwowo jakby jednocześnie węszył i się rozglądał dookoła. Zaś mnich jak obszedł budynek karczmy i alejkę na zapleczu, prawie całkiem ciemną więc sprzyjającą takim zabawom o jakim wcześniej mówił mu Silny to tym razem było tu ciemno, pusto i cicho. Jak ktoś tu miał używanie tego wieczora to już nie było po tym śladu. A i przez okna o tak późnej porze to widział już końcówkę klientów. O tej porze to siedzieli już tylko ci co nie czekali następnego poranka i im podobni desperaci. Z młodych kobiet dostrzegł jedną ale siedziała razem z dwoma towarzyszami i nie wygladało na to aby ktoś z tej trójki właśnie zbierał się do wyjścia.

      Mnich spojrzał na kobietę.

      - Mam ofiarę, ale jeszcze nie wychodzi. Możemy poczekać, dwóch z nią jest, dacie radę ich zabić?

      - Nienie? Nie wychodzi? Siedzisiedzi w norze? - rozmówca wydawał się być i zaciekawiony i zniecierpliwiony. Przez chwilę jego ciemna, nieco garbata sylwetka podskakiwała i wydawała z siebie dziwne, ciche popiskiwania i chrząkanie. Ale w końcu chyba się na coś zdecydował.

      - Dobrzedobrze. Poczekamy na samicę. Samce pod nóż. Samicę bierzemybierzemy. - powiedział do Otto a temu wydawało się, że nie są tu tylko we dwóch i ciche szmery z głębi alejki świadczyły, że jest ich więcej.

      - Chyba nie będziecie mnie do tego potrzebować? - mnich się chwilę zastanowił - Handlujecie Spaczeniem prawda? Moglibyśmy się umówić o niewielki kawałek, za znalezie wam kolejnej ofiary?

      - Jak masz to dajdaj, taktak, jak masz to dajdaj! - rozmówca wydawał się być bardzo rad z takiego pomysłu. Ale w jego mniemaniu handel i wymiana dziwnego minerału powinna przebiegać w drugą stronę.

      Mnich spojrzał w kierunku cieni.

      - Miałem na myśli, że ja od was dostanę kawałek spaczenia, za niewolnicę. Ale to do ustalenia. Powodzenia z łowami. - mnich zaczął ruszać z powrotem w stronę swej kamienicy.

      Następnego dnia będzie musiał i tak udać się do hospicjum, potem poszuka Heinricha. Musi z nim ustalić spotkanie ze starszym i omówić ich nowych gości.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Online
        SantorineS Online
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #173

        Oryginalny autor: Zell

        Bezahltag; północ; Mieszkanie Heinricha

        Ten dzień był na tyle ciężki, że Heinrich zapomniał o Łasicy, chociaż ona nie zapomniała o nim. Przyjął jej pocałunek z przyjemnością, bo choć nie o przyjemności myślał, to przyjemność była ważną częścią składową całości planu.

        - Chyba nie sądzisz, że jestem aż tak stary. - szepnął patrząc w jej oczy - Jeszcze swoje robiłem w życiu.

        Sięgnął ręką pod łóżko, gdzie skrył zwój liny.

        - Ty za to jesteś naprawdę niegrzeczna. - wyciągnął na widok pęta - Włamujesz mi się do domu, urażasz gospodarza... - naparł ciężarem i siłą na dziewczynę, aby zakleszczyć ją pod sobą - Na reakcję na takiego zawsze mam siłę.

        - No oby, oby! - roześmiała się wesoło łotrzyca widząc pierwszą reakcję gospodarza. W nocnych ciemnościach mogła nie dostrzec co skrywa pod kołdrą ale mimo chociaż była młodsza i bardziej gibka od niego to pozwoliła mu się przewalić na plecy i zająć dominujacą pozycję. Dalej nie widział rysów jej twarzy a jedynie jaśniejszy owal. Więc więcej powiedziała mu mowa jej ciała i głos niż to co zwykle rejestrowało się dzięki oczom. Oczami to widział podłużny, mniej więcej ludzki kształt rozciągnięty na swoim łóżku. Pod sobą czuł jednak żywe ciało obleczone w zimne od nocy ubranie. Promieniujące też zapachem powietrza z zewnątrz. Tylko tam gdzie nie było ubrania, na palcach, szyi i twarzy dało się wyczuć młode, jędrne i ciepłe ciało.

        - No rzeczywiście, chyba sobie troszkę pofolgowałam. Bardzo cię przepraszam za to niecne najście Heinrichu. Mam nadzieję, że będę mogła coś ci zrobić aby ci zadośćuczynić? - Łasica leżała na wznak i droczyła się z gospodarzem na całego mieszaniną pokory i wyuzdania. Pokornie leżała na łóżku pozwalając aby starszy mężczyzna zajął dominującą pozycję i pokorne były jej słowa jakby żałowała za swoje czyny. Lubieżny był jednak jej głos zadając temu kłam i sugerujący, że właśnie zaczyna się zabawa jaką lubi. Podobnie jak wodziła chłodnymi dłońmi po ramieniu, szyi i twarzy partnera w pieszczotliwej zachęcie albo jak pocierała swoim obleczonym w skórzane spodnie udem o jego udo i biodro.

        - Może, może... - Heinrich zaczął całować kobietę po szyi, jednocześnie luzując jej ubrania - Oboje możemy sobie pomóc nawzajem. - pocałunki zeszły na obojczyk Łasicy - I oboje na tym zyskamy.

        Ciało młodej kobiety było całkiem wdzięcznym tematem do badania i konsumpcji. Zwłaszcza jak było takie chętne i wdzięczne. Łasica poszła na pełną współpracę w zdejmowaniu ubrań i swoich i swojego partnera. Do tego nie przeszkadzało jej to we wzajemnych pieszczotach. Zgrzyt pojawił się przy zdejmowaniu jej spodni bo wymagało to więcej uwagi i wysiłku aby je rozpiąć, rozwiązać a potem zsunąć. Nagrzana od ciała skóra niechętnie oddzielała się od tego ciała a jeszcze do tego trzeba było najpierw ściągnąć buty właścielki. Ale gdy to się wreszcie udało to nocna kochanka już niewiele miała na sobie. I nawet w ciemnościach widać było zarys jej bladego ciała tak przyjemnego do dalszych zabaw. Przeciągnęła się prowokująco jakby mimo tych nocnych ciemności chciała zaprezentować swoje wdzięki przed swoim kochankiem.

        Heinrich przysunął usta do ucha Łasicy.

        - Lepsza byłaby zabawa, gdyby mojej głowy nie kłopotała inna sprawa... której ty mogłabyś zaradzić. - wymruczał.

        - Oj, Heinrichu, naprawdę nie powinieneś teraz myśleć o czymś innym niż o mnie. Bo będę zazdrosna. - łotrzyca przycisnęła udem jego uda do siebie tak, jakby chciała się upewnić, że nigdzie jej nie zwieje. Twarzy po ciemku nie widział ale po głosie i mowie ciała rozpoznał, że jest już rozochocona na całego. Trochę jednak się z nim była gotowa podroczyć i na razie brzmiało to jak żartobliwe przepychanki a nie prawdziwe wyrzuty.

        - Jak byłoby łatwiej dla mnie, gdybym miał na głowie problemów z przedstawieniem. - westchnął ciężko i zaczął owijać kawałek sznura wokół nadgarstka kobiety.

        - Jakim przedstawieniem? - zapytała kobieta zadzierając głowę obserwując jak gospodarz zaczyna wiązać jej nadgarstki. Sądząc po głosie to właśnie ten etap zaczynającej się zabawy ją absorbował najbardziej i na resztę tematów była dość rozkojarzona. Chociaż to jak pieściła stopą uda i łydki Heinricha to ta cała zabawa musiała jej się podobać.

        - Oczywiście z przedstawieniem w teatrze, piękna. - zakończył zdanie kilkoma pocałunkami na szyi i ustach kobiety - Dbając o nasze piękności... - ponownie złożył pocałunki - Postarałem się wywiedzieć jak najwięcej z różnych źródeł. Wszak bynajmniej nie zależy mi na uczynieniu krzywdy swoim sojusznikom. - uniósł ręce Łasicy nad jej głowę i zaczął je krępować razem.

        - Przedstawienie w teatrze? A jakie? Bo teatr to raczej Pirora, Soria i Fabi się tym zajmują a my z dziewczynami to najwyżej obsługujemy przyjęcia i inne takie. Ale też bywa całkiem przyjemnie. Zwłaszcza jak się trafi ktoś kto wie jak należy wykorzystywać ślicznotki z obsługi. - Łasica zamruczała rozkosznie bez oporu dając się krępować. Chętnie przyjęła i oddała pocałunki z ochotą przyjmując uległą rolę w tej zabawie. A ćwierkała równie radośnie jakby się przekomarzała na jakiś luźny temat.

        - A to co zaproponowałem. - zamruczał i przesunął palcami po podbrzuszu Łasicy - Sam byłem zaskoczony informacjami, naprawdę. Dzieło Oster, tak obrzydliwe dla Soren.... okazało się zupełnie inne. - dalej przesuwał palcami - By mój pomysł doszedł do skutku na festynie.. trzeba tej hodowli. Was. - pogłaskał policzek Łasicy - Zniewolonych przyjemnością rozchodzącą się od środka... - położył się na kobiecie - ...aż do ostatecznego spełnienia. - to mówiąc brutalnie zagłębił się w Łasicy.

        Po ciemku nie widzieli swoich twarzy więc Heinrich nie mógł być pewien jak wygląda wyraz twarzy łotrzycy bo zamiast tego widział tylo owal jej twarzy okolony ciemną plamą włosów. Ale chyba coś chciała powiedzieć ale jej przerwał przechodząc do bardziej bezpośrednich działań. Co kochanka przyjęła z wdziękiem, że aż przyjemnie było to poczuć i posłuchać. Zdecydowanie miała doświadczenie w takich zabawach a do tego musiała mieć do nicu upodobanie. Bo nawet jak sapała czy jęczała pod jego naporem, jak szarpała się na uwiązanych nadgarstkach to jednak przyjemność jaką jej sprawiał była dominująca. Aż do utraty tchu. Wtedy, dopiero jak mieli przerwę na złapanie oddechu dało się coś więcej porozmawiać.

        - Ale do tych robali to mnie nie namówisz. Nie i już. To obrzydliwe. Nie mam ochoty mieć z tym nic wspólnego. Z tobą, Gnakiem innymi no czemu nie, całkiem ciekawie i przyjemnie. Ale nie z tymi robalami. - odparła łotrzyca mimo wszystko nie zmieniając swojego zdania co do przyjęcia w siebie dziedzictwa Oster.

        - Wijące się w środku niczym węże, gdzieś gdzie i kochanek nie może dotrzeć... - ruchami bioder uwidaczniał słowa - To byłoby smutne, gdyby główna Slaaneshytka tego nie zaznała.

        - Oj nie wszystkiego bym chciała zaznać na sobie. I z tego co wiem dziewczyny też mają podobnie. I nie chcę nic mówić ale Merga mówiła, że mężczyźny też mogą przyjąć w siebie ten wspaniały dar więc naprawdę nie wiem co was powstrzymuję przed tą świętą misją. - łotrzyca przybrała ironiczny ton ale w swoim postanowieniu nie przyjmowaniu daru Oster pozostała stała. Nadal widocznie nie kojarzyło się to z niczym przyjemnym i ekstatycznym a jedynie z przerośniętymi czerwiami i muchami.

        - Och, jeżeli masz jakiś mężczyzn do zaproponowania... - pocałował kobietę - ...byłoby świetnie. Po prostu mężczyzna musi zostać wykastrowany w jakimś stopniu lub przejść inną operację. Temu rozmawiałem z Dorną i temu mówię o przyjemności tego. - pogłaskał Łasicę - By mieć dobre rozeznanie.

        - Dorna niewiele widziała w mieście i jest z jaskini odmieńców to jej nie tak trudno zaimponować. Jak chce to niech się daje zasiewać mnie to nie interesuje. - odparła nieco nastroszonym tonem nocna kochanka bynajmniej nie stawiając znaku równości między sobą, sprytną dziewczyną z ferajny a mutantką jaka przyszła z jaskini jej podobnych dziwaków.

        - I nie odwracaj kota ogonem Heinrichu. Też byłam na tym spotkaniu co Merga czytała te zwoje. I kastracja to może być przydatna przy tej operacji z jądrami. A co do much to mąż wystarczy się wypnie czy łyknie tak samo jak kobieta i nic mu tam więcej nie trzeba wycinać, majstrować ani nic takiego. Więc jak uważasz, że to takie miłe, dobre i ciekawe to leć do Sigiego, na pewno z ochotą spełni ci tą posługę. - Łasica wydawała się być coraz bardziej zirytowana tokiem tej rozmowy na temat jaki od pierwszego spotkania nie przypadł jej do gustu i od początku zgłaszała, że nie chce mieć z nim nic wspólnego.

        - Zrozumiano. - Heinrich wyszeptał jej do ucha i ugryzł jego płatek - Możemy wrócić do prawdziwej zabawy. - dodał i naparł na kobietę, jakby chcąc na niej rozładować swoje emocje.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Online
          SantorineS Online
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #174

          Oryginalny autor: Pipboy79

          Oryginalny tytuł: Tura 42 - 2519.07.17; knt; północ - przedpołudnie

          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
          Czas: 2519.07.17; Konistag; przedpołudnie
          Warunki: salon, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

          Joachim

          Gdy młody astromanta wyszedł z Placu Targowego wchodząc na Bursztynową widział już kamienicę jaka stała kilka budynków dalej. Właśnie tam, pod numer 17 zmierzał. Po drodze jednak miał czas dla siebie aby przemyśleć to co się ostatnio wydarzyło.

          Wczoraj wieczór był chłodny a sądząc po tym jak dzisiaj wyszedł ze swojej kamienicy to w nocy znów musiało padać. Ale poranek i teraz przed południem były całkiem słoneczne. Wczorajszy wieczorem też jakby na przekór słotnemu dniu nad miastem zapanowało rozgwieżdżone niebo jakie sprzyjało astronomicznym obserwacjom i astrologicznym wróżbom. Postawił więc wróżbę w sprawie zaginionego dziadka chłopów z Dahlem.

          Zdecydowanie promieniał Złoty Kogut. Uznawano go za symbol bogactwa, dobrych interesów i materialnej pomyślności. Więc pod tym względem gwiazdy zdawały się patrzeć łaskawie na tą sprawę poszukiwania chłopskiego przodka. Jednak pospołu mocno świeciła też Gwiazda Uroku. Ten znak zwykle uznawano za dość złowieszczy i ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem. Patronował magii i tajemnicy oraz nietypowym zjawiskom. Co już mogło budzić zdziwienie gdy w grę wchodziła zdawałoby się rutynowa, chłopska sprawa. Trzecim ze znaków był obszar gwiezdnej pustki jaki nazywano Vobisem Ulotnym. Znak obłędu, dwuznaczności, niepewności. Czyżby ta sprawa miała jakieś drugie dno? Albo groziła obłędem. Tej gwiezdnej pustki nie uznawano zwykle za zbyt dobry omen. I co ciekawe jakby na pograniczu widoczności migała i kusiła Tancerka. Była symbolem miłości i pożądania, w sam raz dla młodych zakochanych, tragicznych, niespełnionych romansów i artystów tworzących takie dzieła. Chociaż chłopi nic nie mówili o swoim dziadku, że ten się parał takimi rzeczami.

          Miał więc niezły dylemat. Dwa znaki brzmiały złowieszczo, tajemniczo lub dwuznacznie i sugerowały ostrożność i być może jakieś drugie dno. Kogut zaś zwiastował materialne powodzenie i dobrobyt zupełnie jakby patronował takiej wyprawie nawet jeśli byłaby ryzykowna. Dla kupców czy odkrywców to by zwiastowało powodzenie w interesach. Zaś Tancerka zwiastowała miłość, namiętność i pożądanie i trochę nie pasowała do reszty. Zupełnie jakby chodziło o jakieś sprawy sercowe, romantyczne i gwałtowne.

          Niemniej takie ogólne wrożby raczej nie miały szans zdradzić miejsca ostatniego spoczynku dziadka jednego z chłopów. Wisiorek jaki dostał od nich co prawda pomógł niejako spersonifikować wróżbę. Zapewne dzięki temu wróżba okazała się całkiem klarowna. Ale nie na tyle aby zaprowadzić go w jakieś konkretne miejsce. Był pewien rytuał który mógłby spróbować odprawić ale musiałby udać się do miejsca bliskiego poszukiwanemu człowiekowi. W tym wypadku pewnie wioska, chata i łóżko owego dziadka. Wówczas być może gdyby zapadł tam w sen z myślą o nim to może udałoby mu się złapać jakiś ślad. A może i nie. W końcu nie był ekspertem od tego rytuału a i to minęło już kilka dekad od tego zdarzenia. Z trzeciej to jednak ten zapewne nieboszczyk przyśnił się ostatnio swoiemu dorosłemu już wnukowi więc może być jakaś szansa na złapanie takiego śladu jakiegoś obrazu, wspomnienia, myśli. Albo wpadnie na coś jakby był na miejscu. Bo teraz ze swoimi standardowymi wróżbami i wisiorkiem to raczej trudno będzie o większy przełom niż wczoraj wieczorem. A w końcu i nocne niebo sprzyjało wróżbom a i gwiazdy wyraźnie przemawiały.

          Tak czy inaczej tak jak się wczoraj umówili tak dzisiaj rano obaj gospodarze z Dahlem przyszli się pokłonić no i po odpowiedź czy mądry pan pochyli się nad ich prośbą i ma dla nich jakąś odpowiedź. Więcej nie wypadało ich trzymać bo musieli wracać na swoje gospodarstwa z taką czy inną odpowiedzią.


          Jak wspominał wczorajszą rozmowę z rektorem to chyba nie poszło mu tak źle. Przynajmniej nie na tyle aby Vogel z miejsca pokazał mu drzwi wyjściowe. Skoro młodszy kolega nawet jak bez doświadczenia w nauczaniu był tym zainteresowany, jako asystent profesora nawigacji no to może coś by się dało zrobić. Zapewne powinien się nastawić na egzamin sprawdzający. Bo procedury tego wymagały aby uniknąć podejrzeń o zatrudnianie byle kogo i po kolesiostwu. Więc rektor miał rozmówić się z kolegami nawigatorami jak by się zapatrywali na ewentualnego asystenta i obiecał wysłać odpowiedź jak tylko coś ustali. Więc właściwie piłka teraz była po stronie uczelni a astromancie zostało czekać i najwyżej przygotowywać się aby zrobić już nie tylko na rektorze jak najlepsze wrażenie.


          Na razie jednak szedł przez Bursztynową i zastukał w drzwi wejściowe. Chwilę musiał odczekać aż otwarła mu zgrabna brunetka jaka była pokojówką Pirory. Przywitała się grzecznie i poprosiła aby poczekał w holu a sama poszła na górę aby sprawdzić czy jej pani jest do dyspozycji. Okazało się, że była więc wkrótce Joachim znalazł się w znanym już sobie salonie obwieszonym obrazami tak gospodyni jak i zaprzyjaźnionych artystów. Zastał tam zarówno ją jak i wężową milady.

          - Witaj Joachimie. Co cię sprowadza w moje skromne progi? - zapytała averlandzka szlachcianka witając się ze swoim gościem. Soria siedziała w swoim ulubionym miejscu czyli w narożniku bocznej i frontowej ścianie, na ozdobnym krześle przez co sprawiała wrażenie władczyni na swoim tronie. Obdarzyła gościa subtelnym uśmiechem ale też czekała aż zdradzi cel swojej wizyty.

          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała 2, hospicjum
          Czas: 2519.07.17; Konistag; przedpołudnie
          Warunki: wnętrze hospicjum, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

          Otto

          Tym razem jak wstał rano to nic niezwykłego mu się nie śniło. Ale “czuł nogi” po wczorajszym intensywnie spędzonym dniu. Przynajmniej poranek okazał się pogodny i słoneczny. Chociaż w nocy znów musiało padać bo były świeże ślady deszczu. Dzień w hospicjum zaczął się dość standardowo. Recepcja, przygotowania do śniadania, modlitwa, śniadanie i zajęcia po. Tam umyć podłogę, tam posprzątać cele, tu ostrzyc jednego z pacjentów, nakarmić tamtego. Więc jak na razie dzień pracy schodził bez przygód, zamieszek i niespodziewanych wizyt.

          Jak się wczoraj skończyło spotkanie mieszkańców podziemi pod ulubioną karczmą Silnego tego nie wiedział. Nie czekał do finału. Chociaż odniósł wrażenie, że ten z którym gadał to raczej chętnie by zdobył nowe niewolnice “do zabawy”. Na czym owa “zabawa” miałaby polegać tego nie zdradził. Ale był chętny do wymiany. Samice w zamian za szpiegowskie i skrytobójcze usługi. Otto jakby miał jakieś samice mógł z nimi przyjść po zmroku do “wieży ze skrzydłami”. Tam miała zapewne nastąpić wymiana. Ale w ramach wspaniałomyślności rozmówca zgodził się aby i “długiczarny” jak nazywał mnicha mógł zostać i obserwować albo nawet uczestniczyć w tych zabawach.

          Natomiast na spaczeń to zdecydowanie wolał przytulić niż oddawać. Więc jakby długiczarny miał jakieś bryłki to tak, bardzo chętnie by przyjęli. W zamian mogli się dogadać. Jako, że Otto nie podał żadnej propozycji ze swojej strony to tutaj rozmowa się trochę urwała. Więc wychodziło, że mieszkańcy podziemi są zainteresowani zdobyciem samic, najlepiej młodych i zdrowych no i bryłkami niecodziennego minerału o niezwykłych możliwościach. Więc właściwie można było to potraktować jako ofertę. No i zyskał punkt kontaktowy w tej wieży ze skrzydłami nad rzeką.

          Silny za to rwał się do boju. I nie ukrywał, że chętnie by zdzielił kogoś pałą przez łeb czy wsadził nóż pod żebro. Nie było więc dziwne, że właśnie takie rozwiązanie zaproponował wczoraj wieczorem w “Kociołku” w sprawie morrytki. Chociaż tak naprawdę to takie istotne działania kultu lepiej było uzgodnić ze Starszym. Podobnie zresztą jak negocjacje z podziemną rasą. Herszt khornitów nie ukrywał także tego, że Annika zbytnio mu nie zaimponowała. Zdawał się ją ledwo tolerować przez wzgląd, że dzielnie stawała w nocnym starciu z gwardzistami morrytów. Ale poza tym bynajmniej nie traktował jej jak kogoś wyjątkowego. Do tego zżymał się na bezruch w sprawie dziedzictwa swojej patronki. Pozostali już mieli jakieś sukcesu i tylko khornici wciąż tkwili w punkcie startowym. Mięśniak żywił nadzieję na tego rycerza w czarnym pancerzu. Ale jego na razie w mieście też nie widział ani śladu a herbu krwawego serca nie znał ani go nie widział wśród gości co się zjechali na odwołany turniej. Co znów go frustrowało jeszcze bardziej. I chyba akcję przeciwko morrytce czy pewnie jakąkolwiek inną siłową traktował jako ujście tej frustracji.

          Pracując i rozmyślając trafił na pustą celę po Thornie. Więc jednak mimo niesfornego zachowania odesłano go pod dach młodej koleżanki ze zboru. Cele po Annice i Marissie też były puste bo trafiły do rezydencji na Kapitańskiej 6. Więc z ulubionych pacjentów został mu tylko George.

          Ten jednak dzisiaj był spokojny. Na swój infantylny sposób nawet radosny. Ochoczo pomagał w kuchni i przy śniadaniu. Potem bez sprzeciwu znosił naczynia do kuchni i mycia. A jak skończył zajął się zmywaniem podłogi. Pozdrowił Otto uprzejmym uśmiechem dużego dziecka lub wioskowego głupka i nie znać było, że łączy ich coś więcej niż mnicha i pacjenta powinno.

          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy 8, mieszkanie Heinricha
          Czas: 2519.07.17; Konistag; przedpołudnie
          Warunki: wnętrze mieszkania, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, sła.wiatr; nieprzyjemnie (0)

          Heinrich

          Po wczorajszym chodzeniu po całym mieście dziś rano odczuwał to w swoich niemłodych już nogach. A po właśnie zakończonej nocy przyjemne spracowane ciało po figlach z młodą partnerką. Do tego z tak namiętną i chętną jak Łasica to było co wspominać. Aż człowiek znów mógł się poczuć młody i władczy. Łotrzyca była świetna w byciu posłuszną i uległą we władzy dominującego nad nią mężczyzny i władcy. Więc gdy zakończyli nielubiany przez nią temat robali i wrócili do cieszenia się sobą nawzajem to było całkiem angażujące i satysfakcjonujące. Oboje świetnie się uzupełniali w swoich zachciankach i potrzebach. Tam gdzie on był twardy ona była miękka, gdzie on był władczy ona była uległa. Do tego w ten wyuzdany, wężem podszyty sposób, że aż korciło do kolejnego klapsa w jędrny tyłek, szaprnąć za włosy aby usłyszeć przyjemny dla ucha jęk bólu zmieszanego z rozkoszą czy złapać i bawić się dorodnymi piersiami. A i tak pomimo tego brutalnego i poniżającego traktowania zawsze czekały na niego jej chętne, gościnne i uzdolnione usta.

          Zresztą dobitnie to było widać rano. Gdy pierwszy raz od dawna nie obudził się sam tylko z młodą i piękną kobietą u boku. Oboje byli nadzy i rozleniwieni. Zaś liderka slaaneshytek jakoś wcale nie zdradzała ochoty, że zaraz zamierza wyjść albo ma mu coś za złe takie dominujące traktowanie. Wręcz przeciwnie. Okazała się słodka i wrażliwa jakby zapomniała, że jest przecież główną rozgrywającą w wężowym kulcie a do tego dziewczyną z ferajny jaka nie da sobie w kaszę dmuchać.

          - No muszę przyznać Heinrichu, że nie jesteś jeszcze taki stary na jakiego wyglądasz i może być z ciebie jeszcze jakiś pożytek. - powiedziała mu rano przy śniadaniu jakie zrobiła Ilse. Przy okazji ledwo ukryła zdziwienie na widok młodego gościa u swojego pana. Za to Łasica skorzystała z okazji aby ją sobie dokładnie obejrzeć. Ale zachowała na tyle przyzwoitości, że wstrzymała się z docinkami i kłopotliwymi uwagami póki służka nie wyszła.

          - Widzę, że świetnie byś się wpisywał także w gusta Burgund i Fabi. Im na pewno takie wiązania i klapsy też by przypadły do gustu. No ale one raczej się do ciebie nie włamią późną nocą. Swoją drogą taki sobie masz ten zamek. Nie namęczyłam się za bardzo aby go otworzyć. Drzwi też takie sobie. Straż by wpadła po jakiś ambaras to na długo takie drzwi ich nie zatrzymają. - powiedziała filuternym tonem bawiąc się jedzeniem na widelcu nim je wymownym gestem nie ściągnęła ustami nie odrywając wzroku od gospodarza siedzącego po drugiej stronie stołu.

          - A jak tam ci idzie z ferajną co pytałeś? Coś podziałałeś z nimi? - zapytała ciekawa o ludzi z półświatka o jakich kiedyś kolega pytał ale nie było od tamtej chwili okazji aby o tym porozmawiać.

          - I będziesz się widział z Otto? Bo gadałam wczoraj ze Starszym. Ale już późno a byłam umówiona z tobą to nie chciało mi się do niego zasuwać. Jak będziesz go widział przekaż mu, że Starszy się zgodził aby poprowadził mszę na zborze. Tylko niech przyjdzie z dzwon wcześniej i obgada o czym chciałby mówić. Ja jeszcze muszę do dziewczyn zajść. Onyx ma wpaść dzisiaj przed robotą i mamy radzić co tu wymyślić na te dwie maje. Tak aby to naszą Onyx wybrały na numerek. Zresztą i tak wieczorem się tam zaczaimy z tą rudą wywłoką to jak paniusie przyjadą na figle to już nam nie zwieją. Ciekawe co to za jedne. Żeby tak damulki od frontu pod burdel przyjechały i to nie po to by męża za fraki wyrzucić tylko na numerek z ladacznicą i to trzema na raz… no no… niezłe z nich numerki… Aż mnie rączki świeżbią aby się do nich dobrać. - przy okazji Łasica też poprosiła go aby przekazał wieści od mistrza zboru dla Otto. Bo sama miała jeszcze trochę innych wieści do rozniesienia po mieście. No i plany na wieczór związane z owymi tajemniczymi i bogatymi damami jakie na początku tygodni odiwedziły zamtuz w jakim pracowała Onyx. Widocznie dziewczyny nie odpuszczały sprawy i zamierzały poznać owe panie lepiej.

          - A w ogóle to jak szłam do ciebie to spotkałam Chlotara Bednarza. Wołamy go Lubieżny Dziadek. Chyba jest w twoim wieku. Albo starszy. Albo starzej wygląda. Niby ma warsztat bednarski ale dawno i nieprawda. Teraz to tak po trochu łapie co tam mu wpadnie w łapy, tam coś posprząta, zamiecie, naprawi. Takie tam. Ale chutliwy okrutnie. Co tylko ma dziewczę w zasięgu to zaraz by na chędożenie brał. No i go spotkałam wczoraj to mnie też próbował zaciągnąć do siebie albo nawet w jakimś zaułku czy pustym domu bo już i tak ciemno było. No ale mówię mu aby spadał bo mam inne plany na dzisiejsze chędożenie. Ale potem tak myślałam jak szłam, że właściwie nie wiem czy to prawda ale chociaż wygląda żałośnie to ma taką bajerę, że ponoć nadal jakieś młódki udaje mu się zaciągnąć na numerek i ponoć one sobie chwalą, że numerek ich życia. Ale chyba faktycznie pamiętam, że jedna czy dwie to mi mówiły coś podobnego więc nie wiem jak on to by miał robić. No ale byłam umówiona z tobą no to nie chciało mi się sprawdzać tego dziadygi. - zdradziła mu jeszcze anegdotkę z zeszłej nocy. Chociaż imię owego Chlotara nic Heinrichowi nie mówiło i do tej pory nawet nie wiedział, że ktoś taki istnieje. A sama łotrzyca uważała to chyba za dość niespodziewane ale zabawne spotkanie.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Online
            SantorineS Online
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #175

            Oryginalny autor: Seachmall

            Konistag; przedpołudnie; Hospicjum

            Otto cieszył spokój dzisiejszego dnia. Po wczorajszych wariacjach miał dość niespodzianek na kilka dni. Wykonywał swoje obowiązki, nie zaczepiał nikogo… Pusta cela Thorna dała mu cel co zrobić po pracy. Zastanawiało go jak osiłek udobruchał swoje dwie nowe właścicielki. To jednak musiało poczekać. Przechodząc przez cele przypomniał mu się jeden pacjent, który jakiś czas temu przejawiał… tendencje. Niklas podpalił bibliotekę pod wpływem wizji od Sióstr. Zastanawiało go co takiego widział. Nie mając dużo więcej w planach wyruszył na poszukiwanie piromana.

            Niklasa musiał nieco poszukać. Bo okazało się, że przydzielono go do sprzątania strychu. Więc zastał go jak bez większego zaangażowania i pośpiechu szorował ryżową szczotką na kiju podłogę korytarza. Moczył ją w wiadrze po czym monotonnymi ruchami szurał po podłodze. Właśnie to szuranie usłyszał Otto gdy wchodził po schodach. A pacjent pewnie jego kroki po schodach bo tuż nim wyszedł zza narożnik szuranie ustało. Za to na korytarzu powitała go nieruchoma sylwetka pacjenta. Niklas wpatrywał się w mnicha od jakiego był z dekadę starszy. Gębę miał zarośniętą szczeciną i był na przemian to spokojny, że aż flegmatyczny to żywiołowy. Zwłaszcza jak coś się dookoła działo a ostatnio w hospicjum całkiem sporo się działo. Zobaczył kto przyszedł ale dalej nie inicjował żadnego ruchu ani rozmowy ze swojej strony czekając zapewne aż to mnich zacznie mówić pierwszy skoro pofatygował się aż tutaj.

            - Niklas. - mnich skinął głową - Możemy porozmawiać? Miałem zamiar cię odwiedzić już jakiś czas, ale tyle rzeczy się wydarzyło, że nie mogłem znaleźć czasu. Zapewne słyszałeś, że odwiedziła nas wczoraj kapłanka Morra?

            Pacjent pokiwał głową na znak, że słyszał o wczorajszej wizycie. Było to na tyle nietuzinkowe wydarzenie, że pewnie nie dało się nie słyszeć nawet jak ktoś nie był świadkiem osobiście. A w tak małej społeczności i przestrzeni to tym bardziej taki efekt się tylko potęgował. Zapewne od wizyty trójki młodych szlachcianek to był to najznamienitszy gość w ich przybytku charytatywnym. I w przeciwieństwie do pierwszej swojej wizyty tym razem kapłance towarzyszyło dwóch, opancerzonych w żałobną czerń gwardzistów jacy roztaczali wokół siebie milczącą aurę swojego patrona. Jednak sam pacjent wciąż przybrał postawę wyczekującą i czekał co mnichowi wyjdzie z tego zagajenia do wczorajszych gości.

            - Pamiętasz jak kilka dni temu podpaliłeś naszą bibliotekę? Chciałem wiedzieć, co ci się śniło, że przekonało cię to do takiego czynu? - mnich uśmiechnął się - Nie martw się, nie spotka cię kara ani nic. To będzie jedynie między nami.

            - Wcale nie podpaliłem! - pacjent ożywił się nagle i słowem i czynem. Uniósł się słysząc takie oskarżenie. Po czym ze złością wbił szczotkę do kubła i zaczął namiętnie szorować podłogę. - To z pieca wypadło. Ja akurat tam wlazł jak się twoi czarni zlecieli i było na mnie, że podpaliłem. Głupoty takie, nikt, nic nie widział a potem zmyśla. Jelenia szukają aby oskarżyć. Jakbym i bez tego nie miał tu ciężko. - mówił naburmuszony z nową energią szorując ten kawałek podłogi.

            - Na prawdę? Hm… samo z pieca wypadło? Czy widziałeś może jak ktoś się tam krzątał przy nim? - Otto spojrzał na podłogę, którą zajmował się pacjent - Jednak ostatnimi czasy wszyscy cierpimy koszmary. Jakieś męczą ciebie?

            - Nie. Nie mam żadnych koszmarów. Ani wizji. Ani żadnych innych głupot. Jestem już zdrowy i nie wiem czemu mnie tu dalej trzymacie. - odparł ze złością wciąż mocno szorując podłogę korytarza aż się zaczęła pienić. A on zrobił się czerwony od tego wysiłku. Nie patrzył na mnicha tylko w tą szczotkę i podłogę. Szorował stopniowo sie cofając ku schodom.

            - A wtedy to nie wiem co było. Wszyscy darli się i biegali. Chciałem się schować i wbiegłem do kuchni. Schowałem się tam. A potem mnie znaleźli i zaczęli się na mnie wydzierać, że to ja podpaliłem. I mnie karnie zamknęli w izolatce jak tego durnia Thorna albo tą idiotkę co ciągle zadzierała kiecę. Nie wiem za co. Zrobili ze mnie kozła ofiarnego. - mówił skarżącym się tonem jakby miał żal za to, że tak niesprawiedliwie go potraktowano.

            Otto westchnął.

            - Niklas, nie kłam. Wszyscy je mamy, sam miałem dwie w przeciągu ostatnich kilku dni. - mnich oparł się o ścianę - Staram się poznać ich źródło, a do tego potrzebuję porównać kilka przypadków. Więc? Tak jak powiedziałem, to co powiesz zostanie między nami. - mnich spojrzał w sufit - Widziałeś pewnie, że Annika, Marrisa i Thorn opuścili hospicjum. George będzie następny. Pomóż mi, a ja zobaczę, czy nie znajdę kolejnego dobrodzieja, któremu może się przydać twoja pomoc.

            Przez parę chwil na strychu było słychać tylko szuranie ryżowej szczotki po podłodze. Raz chlupot wody w kuble gdy pacjent znów ją namoczył. I przesunął wiadro oraz samego siebie jeszcze bliżej schodów. Stopniowo jednak te energiczne ruchy narzędzia słabły i robiły się powolne. Zaś gdy ponownie moczył szczotkę w wiadrze przyglądał się młodszemu mnichowi uważnie. Na jego twarzy malowało się czujne zastanowienie jakby coś sobie kalkulował w głowie.

            - Czasem śnią mi się płomienie. Pożar. Duże. Całe miasto płonie. Ludzie biegają i krzyczą. Wielka panika. A ja też tam jestem i biegam. Bo nie chcę się spalić. A nie wszystkim się udaje. Widziałem spalone ciała. I inne straszne rzeczy. No pożar taki i tyle. Nie ma o czym gadać. - burknął w końcu gdy sobie musiał przemyśleć to czy owo. I zerkał na mnicha co ten na to wszystko powie. - A tobie co się śniło? - zapytał w końcu jakby chciał sprawdzić i swojego rozmówcę.

            Mnich chwilę się zastanowił, po czym zachichotał łobuzersko.

            - Między nami? Kobiece łona. Szlachcianek. Rozchylone, zapraszające. - Otto pokręcił głową - Niestety, jeszcze się nie ziścił, ale mogę pomarzyć. - jednooki ponownie zamilkł rozważając sen pacjenta - Zatem, śnił ci się pożar i byłeś potem świadkiem pożaru… interesujące. - Otto zamknął swoje pozostałe oko i zaczął jakby się rozglądać po pomieszczeniu - Jeżeli… tak to by miało sens… w sumie tak działa… - otworzył nagle oko i klasnął rękoma - Tak, to by się zgadzało. - zerknął na pacjenta, które pewnie patrzy na mnicha zastanawiając się, czemu on nie jest również zamknięty - Wybacz, rozważałem możliwość, że o ile nie ty podpaliłeś niczego, to mogłeś być drobnym "zapalnikiem" tego pożaru w biblioteczce. - Otto westchnął - Posiadasz jakieś talenty Niklas? Jeżeli mam ci znaleźć jakiegoś patrona, to muszę cię czymś sprzedać.

            - Talenty? - pacjent zastanowił się nad tym pytaniem jakby się go nie spodziewał. Oparł się o szczotkę i wodził po tonącym w półmroku suficie korytarza. - No pracowity jestem jak widzisz. Dużo rzeczy umiem. Tak naprawić coś w domu albo poza nim. Zwłaszcza w drewnie. Na stolarza i meblarza się kiedyś uczyłem ale nie bardzo coś z tego wyszło. Ale nadal umiem robić różne rzeczy z drewna. Przecież te stołki i krzesła co Thorne i ta Annika porozwalali jak się tłukli to większość ja naprawiałem. Ci twoi braciszkowie to w stolarce słabi są. Ale, że ja im kłopoty robię to mnie nie dopuszczają bo młotkiem czy dłutem to mógłbym kogoś zatłuc. - powiedział w końcu po tej chwili namysłu. W miarę jak zaczął mówić to głos nabierał mu pewności i znów pojawił sie w końcu żal za niesprawiedliwe traktowanie ze strony mnichów. Chociaż Otto zdawał sobie sprawę, że chociaż paru jego współbraci to jednak na pracy w drewnie się zna nawet jeśli nie byli zawodowymi stolarzami. Ale niejako z założenia chociaż część prac starano się przekierować w ręce pacjentów. Nilas jednak sprawiał od czasu do czasu kłopoty więc brak zaufania do niego nie mógł dziwić. Może nie był tak krwiożerczy jak Thorne albo jak Annika gdy miała napad szału ale jednak na pewno nie był tak spokojny jak choćby George czy inni pacjenci. W pewnym momencie spojrzał bystro na Otto i uśmiechnął się złośliwie.

            - Tobie się śniły gołe szlachcianeczki? - zapytał rechocząc się złośliwie. - A ładne jakieś? Może takie co tu niedawno były te trzy co? Widziałem, widziałem… Ładniutkie, pierwsza klasa… Ale wiesz co? - powiedział i zbliżył się do mnicha. Nawet spojrzał w kierunku schodów jakby sprawdzał czy ktoś nie nadchodzi. Chociaż to pewnie byłoby raczej słychać po krokach i skrzypieniu schodów. Gdy pacjent upewnił się, że są sami mimo wszystko ściszył głos i zwrócił się do mnicha.

            - Mogę też wystrugać takie zabaweczki do kobiecego łona. Są takie panny co lubią takie rzeczy. Już mi się kiedyś zdarzało robić takie cacka na zamówienie albo po przyjacielsku. Jak jakieś panny są w takiej potrzebie to ja je mogę he he zadowolić w tej materii. - dodał jeszcze jakby nagle zaczęli rozmawiać po koleżeńsku bez podziałów na mnicha i pacjenta.

            Mnich pokiwał głową.

            - No to chyba znajdę dla ciebie kogoś kto cię przygarnie. Meble i zabawki mówisz? Na pewno przynajmniej jedna z tych trzech cię przygarnie. Tylko cicho, wątpię, aby Przeor się zgodził cię wypuścić, gdyby wiedział po co. - mnich westchnął - A co do snu… jeżeli wierzyć moim źródłom, jedno należało do tej ciemnowłosej Bretonki co nas odwiedziła. - mnich ponownie westchnął, tym razem tęsknie - Nie będę ci już zawracał głowy. Jak skończę dziś pracę, to odwiedzę jedną z naszych dobrodziejek, zobaczymy czy będzie zainteresowana. - mnich pozostawił pacjenta i wrócił do swoich obowiązków.

            Po zakończeniu pracy Otto ruszył na miasto. Postanowił odwiedzić najpierw Pirorę, jeżeli Annika wróciła to Averlandka będzie o tym wiedziała.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Online
              SantorineS Online
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #176

              Oryginalny autor: Lord Melkor

              Konistag; przedpołudnie; kamienica Pirory

              Joachim lekko skłonił się szlachciance i “syrenie.” Na widok tej drugiej pewne wspomnienia niedawnych wydarzeń same się nasuwały, ale teraz starał się na nich nie skupiać.

              - Mam pewną sprawę, mam nadzieję że wszystko u was w porządku? Ostatnio tak dużo się dzieje… - stwierdził, że najpierw trochę wybada grunt zanim przejdzie do rzeczy.

              - Wczoraj był u nas oficer straży. Wypytywał o wycieczkę Otto za miasto. Widocznie rozmawiali z nim i przyszli sprawdzić czy ma alibi. Z bileciku od Fabi wiem, że też u niej wczoraj byli. Pewnie chodzi o ten napad na świątynie. Ale porozmawialiśmy sobie a potem podziękowali i poszli sobie. Miałam trochę stracha czy się czymś nie wsypię ale jednak jakoś poszła ta rozmowa. Poza tym w porządku. A jak u ciebie? Straż już wokół ciebie węszy czy jeszcze nie? - Pirora streściła szybko co się ostatnio u niej działo z ważniejszych rzeczy i chociaż wczorajsze rozmowy ze strażą nie uznała za zbyt przyjemne to jednak jakoś rozeszły się po kościach. I sama odbiła piłeczkę ciekawa co słychać u kolegi astrologa.

              - Byli u ciebie oficerowie straży? Ale nie mieli rozumiem żadnych konkretnych śladów? Co do mnie na szczęście tego rodzaju nieprzyjemności mnie nie spotkały - Joachim westchnął… Natomiast chciałem się spytać czy ty albo Soria widziałyście się może ostatnio z Baronem Wirsbergiem?

              - Na szczęście byli zainteresowani sprawdzaniem alibi Otto. Oczywiście dałam mu to alibi. Tak samo zresztą jak Fabi. Biedaczka. Nie dość, że ją wczoraj naszli to jeszcze jedna z jej dziewczyn wczoraj rano uciekła z domu. I chyba nie wróciła a przynajmniej nic mi Fabi nie przysłała na ten temat. Ta Annika co była z wami w świątyni. Zaś co do barona to nasza milady była z nim ostatnio umówiona. - Averlandka na ile mogła próbowała uspokoić ewentualne obawy kolegi co do swoich rozmów z przedstawicielami prawa. I przy okazji dorzuciła parę plotek od swojej bretońskiej koleżanki. Potem zgrabnie przekazała pałeczkę rozmowy czerwonej milady.

              - Tak, to prawda. Spotkałam się z nim wczoraj. Czarujący i interesujący mężczyzna. Bardzo… hmm… splątany. Przyjemnie mi się z nim rozmawiało. - Soria skinęła swoją ciemną głową z licznymi, grubymi warkoczykami co było dość nietypową fryzurą jak na imperialną modę. Ale baron widocznie zrobił na niej dobre wrażenie bo wyrażała się o nim z uznaniem.

              - Chciałam nieco dowiedzieć się o nim. I udało mi się to. Skarżył mi się na niepokojące sny jakie go ostatnio męczą. Ale starałam się go odwieźć od polowania na bagnach na jakie miał widoczna ochotę. A przynajmniej nakierować go aby zabrał ciebie lub chociaż kogoś z nas. Myślałam o Silnym i jego drużynie, może naszych dziewczętach jako służki i obsługa. I obiecał to przemyśleć. Mam nadzieję, że skorzysta z moich sugestii i coś tutaj uda nam się ugrać. A dlaczego o niego pytasz Joachimie? - zapytała z naturalną elegancją i godnością godnej wielkiej księżnej. Gdy tak siedziała w roku pomieszczenia na tym ozdobnym krześle trudno było się doszukać w niej czegoś nadnaturalnego czy wręcz plugawego. Emanowała wręcz pięknem i dostojeństwem godnym każdego przedstawiciela władzy od urodzenia przygotowywanego aby rządzić.

              Czarodziejowi trudno było poznać w Sorii tę “syrenę” na którą polował kilka miesięcy temu. Teraz była to władcza dama, która jak miał nadzieję poprowadzi ich zbór ku wielkości. Ale w sprawie Wirsberga chyba nie odniosła sukcesu

              - No właśnie - przełknął ślinę - ja też próbowałem odwieść barona od pochopnego działania, tym bardziej, że jak podejrzewamy wpadł na ślad artefaktu jednej z Sióstr. Niestety chyba oboje ponieśliśmy na tym polu porażkę - dowiedziałem się, że dzisiaj rano opuścił w pośpiechu miasto, konno i z garstką ludzi, udając się w kierunku bagien…

              - Doprawdy? - na twarzy wężowowłosej odmalowało się zdziwienie nieco psujące jej dostojne oblicze. Wymieniły się spojrzeniami z Pirorą ale ta lekko wzruszyła swoimi nieco piegowatymi ramionami i pokręciła głową. Podobnie jak jej gość z dalekich, południowych krain wydawała się nie spodziewać takich wieści. Syrena w ludzkiej skórze zaczęła więc przez chwilę bębnić swoimi zadbanymi paznokciami o poręcz krzesła na jakim siedziała zastanawiając się nad tymi nowymi wieściami.

              - No cóż, tego się po nim nie spodziewałam. Widocznie musiał nagle zmienić zdanie. - też lekko rozłożyła ramiona i cmoknęła niezbyt zadowolona. - Ale jak wyjechał z rana to wyjechał. Przy takiej zwłoce nie mamy jak go dogonić. Trudno. Albo stamtąd wróci albo nie. Szkoda. Miałam nadzieję, że uda się go nagiąć do naszych planów. - przyznała nieco rozżalonym tonem jakby obiecująca rybka w ostatniej chwili wyślizgnęła jej się z rąk.

              - No tak teraz niewiele zrobi, liczę, że niezależnie od tego się stanie, uda nam się obrócić sprawę na naszą korzyść… A jak z waszymi planami, natrafiłyście na jakiś dalszy ślad artefaków? Wiemy, że artefakt Vesty znajduje się prawdopodobnie na bagnach gdzie udał się baron, a kluczem do niego może być artefakt zamknięty w Akademii, ewentualnie nosicielka dzieci Oster…

              - My mamy już naszą kluczniczkę jaka zapewne otworzy nam drzwi to nie jednej tajemnicy mojej matki. - odparła z zadowoleniem siedząca w narożniku salonu elegancko dostojna dama i spojrzała na swoją blond dwórkę. Nieco piegowata blondynka skinęła jej głową uśmiechając się również z podobnym zadowoleniem.

              - Tak, liczymy, że nas zaprowadzi gdzie trzeba. Prędzej czy później. - zgodziła się Pirora więc obie zdawały się wykazywać zgodność w tej materii.

              - A co do reszty dziedzictwa obawiam się, że trudno nam o jakieś punkty zaczepienia. Słyszałam już o tych bagnach i Akademii ale przecież to wy mieliście się tym zająć więc nie chciałyśmy się wtrącać i wam przeszkadzać. - odparła Soria przypominając, że owe tropy były omawiane już na wcześniejszych spotkaniach i nie jest to nic nowego.

              - Oczywiście jeśli byśmy mogły w czymś pomóc to bardzo chętnie. W końcu wszyscy jesteśmy rodziną i powinniśmy sobie pomagać. Zwłaszcza jak mamy wspólnych i potężnych wrogów. Ale chyba rozumiesz, że dla nas priorytetem jest nasza Siostra i patronka. - milady wyraziła chęć pomocy nie tylko swojej frakcji ale też ponownie dała znać, że mają swoje własne priorytety w tych poszukiwaniach.

              - Tylko mam nadzieję, że nie liczysz na to, że ja będę się topić i brudzić gdzieś na jakichś bagnach. Nawet pływać za bardzo nie umiem a i nie znam się ani na czarach ani na walce. Tylko bym zawadzała. Zaś w Akademii to pracuje Tobias i on powinien mieć najlepsze rozeznanie co tam się dzieje. No ale jak mówiła milady, jak coś mogłybyśmy pomóc to spróbujemy. - averlandzka szlachcianka odezwała się dość żartobliwie z początku odrzucając pomysł, że miałaby chęć na ryzykowną wyprawę na jakieś mroczne i niebezpieczne bagna. Rzeczywiście ta drobna, zadbana dziewczyna wydawała się całkiem nie pasować do tego typu przygód. A o tutejszej uczelni przypomniała, że kolega w wierze Joachima jako jedyny z kultystów ma najswobodniejszy dostęp do Akademii skoro regularnie tam wykłada.


              Joachim porozmawiał jeszcze chwilę z Pirorą i Sorią, dziękukąc za informacje i wsparcie. Co do Akademii, to przypomniał że Łasica obiecała wsparcie jeśli byłaby potrzeba włamania się, zasugerował też by na razie nie wykonywać jakiś przyciągających uwagę ruchów skoro straż miejska i władze są przeczulone. I że trzeba też uważać na kapłankę Morra i jej dar widzenia spraw ukrytych, bo prawie pokrzyżowała ich plany w Świątyni. Może należało się zastanowić nad jej zneutralizowaniem.


              Wróżby były niejednoznaczne, ale właściwie sprawiło to że sprawa go zaintrygowała. Kto wie, może to jakiś znak od Pana Przemian i wyjdzie z tego coś dla niego korzystnego? Ponieważ nie wiedział ile czasu zejdzie mu się we wiosce a nie chciał przegapić jutrzejszego Zboru, żeby ustalić plan działania z resztą, miał zamiar odpowiedzieć wieśniakom, że w ciągu najbliższego tygodnia pojawi się we wiosce żeby osobiście zbadać sprawę bo znaki wskazują, że kwestia ich dziadka jest złożona i ma ukryte dno. Planował tez wziąć że sobą Gunthera, zawsze czuł się jednak pewniej z ochroniarzem. W międzyczasie postanowił zaś spotkać się z kapłanką Morra i wybadać ile ona wie.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Online
                SantorineS Online
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #177

                Oryginalny autor: Pipboy79

                Oryginalny tytuł: Tura 43 - 2519.07.17; knt; popołudnie

                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
                Czas: 2519.07.17; Konistag; popołudnie
                Warunki: salon, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)

                Otto

                Sandały młodego, jednookiego mnicha z częściowo spaloną twarzą stukały po śliskich od wody i błota deskach. Chyba, że trafiały na ulice z brukiem wtedy stukały bardziej kamiennym odgłosem. Albo tonęły w gnoju i bagnie jeśli akurat nie było takich pomocy do chodzenia. Szło zrozumieć dlaczego wyższe warstwy tak lubowały się w powozach albo chociaż dorożkach lub konnych przejażdżkach aby nie mieszać się z tym przyziemnym brudem, gnojem i błotem. Niestety ubogi mnich do takich warst nie należał więc musiał sobie radzić o własnych nogach.

                Na szczęście z hospicjum na Bursztynową 17 nie miał tak daleko. Oba adresy były w tej samym, centralnym rejonie miasta. Habit chronił go przed nieprzyjemnym, wilgotnym, morskim chłodem jaki tu panował nawet w środku lata. Ale przez błotem i kałużami to już nie. Za to na rozgrzewkę miał swoją rozmowę z Niklasem co chyba było najciekawszym elementem dzisiejszego dnia. Odkąd trójka najbardziej kłopotliwych pacjentów opuściła hospicjum wewnątrz zrobiło się jakby spokojniej aby nie rzec puściej. Co prawda ta trójka trafiła pod dachy członków a właściwie członkiń zboru no ale z perspektywy mnicha oznaczało to, że już nie miał z nimi tak często kontaktu jak wówczas gdy codziennie ich widywał w celach czy korytarzach. Niemniej rozmowa z Niklasem Podpalaczem jak go po ostatnich wydarzeniach zaczęli nazywac braciszkowie przebiegła raczej nieźle. Co prawda sam pacjent twierdził, że on sam niczego nie podpalił a został niesłusznie oskrażony co pasowało do jego niesfornej reputacji ale mnisi sądzili inaczej. Otto zaś jak nie był przy tym obecny nie był pewien komu powinien wierzyć. Ale wizja opuszczenia hospicjum i to jeszcze może udania się pod dach którejś z koleżanek Otto co oficjalnie przecież były szanowanymi w towarzystwie damami zaangażowanymi w życie artystyczne i charytatywne rozwiązało pacjentowi język. Podobnie jak to gdy mnich podzielił się z nim chociaż trochę swoim lubieżnym snem jaki go nawiedził ostatnio.

                - He he ta Bretonka? No tak, tak widziałem. Ładniutka. I taka delikatna i wyrafinowana. No i ten jej bretoński akcent. He he też bym chętnie pobawił się jej łonem. - zaśmiał się lubieżnie na myśl o takich do tej pory niedostępnych dla niego przyjemnościach. Bo w końcu przynajmniej oficjalnie wyższe sfery nie mieszały się w takich zabawach z plebsem. Co prawda powszechnie uważano, że co jakiś czas jakiś tam pan jakąś pokojówkę czy służkę zbrzuchaci i wtedy albo daję jej srebrniki aby pozbyła się problemu albo więcej aby “wyjechała na wieś”. O tym, że jakaś pani by miała figlować z lokajem czy koniuszym szeptano dużo rzadziej i z większymi wypiekami bo ogólnie od kobiet czy szlachetnie urodzonych czy nie wymagano większej moralności i wstrzemięrzliwości pod tym względem. Więc nie było dziwne, że dla takiego Niklasa czy nawet Otto figle ze szlachciankami były raczej poza ich możliwościami. No chyba, że akurat należało się do kultu w jakim jakieś szlachcianki oddawały hołd Mrocznemu Księciu Wyuzdania i Deprawacji. No to wtedy za zamkniętymi drzwiami, bez wścibskich spojrzeń, w rodzinnym gronie te bariery społeczne znikały. A taka Fabienne to wręcz z dumą przyjęła tytuł “najpodlejszej z podłych” i radośnie usługiwała całemu towarzystwu jakie akurat było na zabawie, najczęściej w loszku Pirory.

                W każdym razie udało mu się przekonać Niklasa do współpracy bo tego skusiła zwłaszcza obietnica rychłego wyjścia jak i obcowania z owymi szlachetnie urodzonymi szlachciankami. Ze swojej strony obiecał trzymać język za zębami przed przeorem i resztą no i gdyby coś mógł pomóc Otto w wydostaniu go ze swojego więzienia to był skory pomóc. Póki co jednak wszedł po dwóch schodkach i zastukał we frontowe drzwi kamienicy. Po chwili czekania otworzyła mu urocza Kristin. I dalej było już standardowo. Musiał chwilę poczekać aby pokojówka poszła i sprawdziła co z jej panią. A gdy wróciła poprosiła mnicha za sobą. Jednak ku pewnemu zdziwieniu nie poszła jak zwykle na górę do salonu tylko na zaplecze parteru. I tam właśnie pokierowała gościa. Tak trafił do kuchnie gdzie zastał dość niezwykłą scenę.

                - Ah Otto przyjacielu! Muszę przyznać, że całkiem niezłą chatę mi załatwiłeś! No mała, załatw jakieś winko dla mojego gościa! - pierwszy na wejście pokojówki i gościa zareagował Thorne. Na w pół leżał rozwalony na kuchennej ławie bezczelnie kładąc nogi na stół i dyrygowął jakby był nowym właścicielem tej kamienicy.

                - Nie jestem dla ciebie mała! Jestem twoją panią! Wstań jak do mnie mówisz! - krzyknęła zaczerwieniona z gniewu Pirora. Obok niej stała wężowa milady która jak zwykle miała w zwyczaju obserwowała scenę z zainteresowaniem ale nie angażowała się w nią.

                - No, no, no maleńka tak nie fikaj. Bo dostaniesz klapsa. I sobie trochę poczekasz na takie zabawy jak dziś w nocy albo rano. - Thorne nie wyglądał aby się obawiał gniewu szlachcianki. I bezczelnie puszył się bliższym zaznajomieniem się z nią. Na co ta poczerwieniała jeszcze bardziej aż jej piegi zrobiły się ledwo widoczne.

                - I już ci mówiłem. Przygotuj mi miejsce pracy bo będę tu teraz prowadził interesy. Muszę odnowić kontakty ze sowimi ludźmi. Więc nie truj mi proszę jakimiś pytaniami kto i po co przychodzi dobrze? To nam obojgu oszczędzi kłopotów. No i co tak stoisz? Nalej czegoś dobrego naszemu gościowi. Aha. A gdzie ta bretońska czarnulka? Poślij po nią co? Ostatnim razem jak się widzieliśmy była gotowa klękać mi do berła no to teraz wreszcie będzie miała okazję się wykazać. - rosły mięśniak z miejsca zaczął zachowywać się jak herszt bandy jakim zdaje się wcześniej był. A fizycznie obie szlachcianki wydawały się przy nim drobnymi kobietkami jakie nie były w stanie mu zagrozić. A jak nic sobie nie robił z różnic społecznych a do tego widocznie miał przyjemność z gospodynią to uważał, że teraz on tu przejął władzę.

                - Jak śmiesz! Fabi też jest szlachcianką! Masz się do niej zwracać “milady” albo “milady von Mannlieb! - zasyczała rozjuszona taką bezczelnością Pirora. Chyba nawet przybycie kolegi ze zboru zeszło na dalszy plan bo zapomniała się przywitać o czym normalnie zawsze pamiętała.

                - Wybacz kochanie. Widzę, że tu przyda się nietuzinkowe podejście. - Soria w końcu zdecydowała się wtrącić. Położyła opiekuńczo dłoń na barku sąsiadki jakby chciała jej dać znać, że teraz ona przejmie pałeczkę rozmowy. Thorne spojrzał na nią z zaciekawieniem.

                - Właśnie. Ty właściwie też nie wyglądasz tak źle. Po prawdzie dlaczego cię do tej pory nie miałem? Chowasz się przede mnią czy cnotkę zgrywasz? - zaśmiał się obłapiac zgrabną sylwetkę wzrokiem. A ta podeszła do niego zrzucając jego nogi ze stołu na ławę. A sama wcisnęła się między te meble biodrem odsuwając nieco stół aby mogła swobodnie stanąć. Dłoń mężczyzny bez wahania powrowała ku jej biodrze i talii. Zwłaszcza jak nad sobą widział zachęcający, figlarny uśmieszek pełnych, karminowych ust.

                - Nieźle wygląda? Chłopcze ja wyglądam nieziemsko. Każdy mnie zauważa. I każdy o mnie śni i marzy. W bardzo brudny sposób. To taki dar po matce. - odparła Soria jakby kokietowała kolejnego kochanka i jego dotyk na swoim udzie był jej bardzo miły. Pirora zaś zamrugała oczami i szybko spojrzała na Otto przytomniej. Bo oboje wiedzieli kim była matka wężowej damy. A ta zwykle o niej nie wspominała przy osobach spoza zboru.

                - No, może, może, ale widzę, że łapiesz o co chodzi. - zaśmiał się chrapliwie Thorne jakby już czuł w lędźwiach finał nowej znajomości. Więc miał bardzo zdumioną minę gdy niespodziewanie ta szczupła i dość wysoka ale jednak drobna szlachcianka złapała go nagle za szyję i przycisnęła do ławy. Charknął coś w zdumieniu i zaczął wierzgać nogami silnymi dłońmi próbując się jednocześnie wyzwolić z uchwytu. Ale nie zdołał. Za to szlachcianka bez trudu unisoła go w górę niczym szmacianą lalkę. Zupełnie jakby ona była mocarzem a on drobnym dzieckiem. W oczach byłego pacjenta hospicjum wciąż było widać głównie zdumienie tą nagłą zmianą ról. Soria nic nie mówiła tylko z enigmatycznym uśmiechem wpatrywała się w swoją ofiarę jak wąż w tłustą mysz. Po czym gruchnęła plecami Thorna o ścianę przyszpilając go i wciąż trzymając jakby nic nie ważył.

                - Tak. Ja łapię o co chodzi. - odrzekła spokojnie jakby prowadziła konwersację w środku sali balowej z jakimś wykształconym oficerem na temat sztuki, poezji czy polityki. A nie przyszpilała nad swoją głową mężczyznę roślejszego od siebie który desperacko wierzgał i próbował się wyrwać. Bezskutecznie.

                - Mam nadzieję, że ty również. Bo nie będę powtarzać. Jesteś naszym sługą. I zabawką. Będziemy cię używać wedle naszego uznania. Być może tak jak nasza zacna gospodyni miała ochotę zeszłej nocy. A być może inaczej. Mamy tu wielu zacnych gości. I wymagamy w tym domu odpowiedniego zachowania. Także od naszej służby. I zabawek. Bezczelne i karygodne zachowanie nie będzie w tym domu tolerowane. Czy wyraziłam się jasno? - Soria nie podniosła głosu. I mówiła prostymi zdaniami jakie starannie wymawiała. Zupełnie jakby wcale nie czuła fizycznego oporu nowego pracownika chociaż ten wydawał się być od niej znacznie cięższy i masywniejszy a ona nadal trzymała go przy ścianie tylko jedną szczupłą i bardzo kobiecą ręką. Pirora zamilkła całkowicie chłonąc do widowisko i tylko czasem kontrolnie zerkała na kolegę ze zboru. Thorne zaś chrapiąc i charcząc już chyba nie był w stanie mówić i poczerwieniał z wysiłku i bezdechu jak przed chwilą Pirora.

                - Bardzo dobrze. Cieszę się, że mamy to ustalone. Aha i uważam, że dostałeś odpowiednie instrukcje co do zachowania więc następnych nie będzie. Uznam wszelkie bezczelne zachowania za celowe i świadome złamanie zasad jakie panują w tym domu. I następna reprymenda nie będzie tak delikatna jak obecnie. Rozumiemy się Thorne? - syrena w ludzkiej skórze zdawała sobie nic nie robić z fizyczności Thorna zupełnie jakby go tak mogła dalej trzymać do końca dnia. Ten już zaczynał rzęzić i poczerwieniał aż po nasadę szyi. Z trudem pokiwał głową na znak zgody.

                - Cieszy mnie to. Wierzę, że to ostatnia taka rozmowa na ten temat. - powiedziała dostojnie egzotyczna milady po czym niespodziewanie puściła nowego sługę. Ten zaś opadł jak pacynka z przeciętymi sznurkami i łapczywie łapał oddech. Zaś na Sorię zdawał się teraz patrzeć z pełnym przerażeniem. Chociaż nadal była elegancką damą ubraną w tą czerwoną suknię z odważnym rozcięciem aż po same udo jakie parę chwil wcześniej Thorne tak śmiało sobie zwiedzał.

                - Jak ochłoniesz przynieś nam proszę ciasto i coś do picia do salonu. Kristin ci wyjaśni co i jak. Ah, Kristin kochanie gdyby twojemu nowemu koledze zdarzyła się chwilka zapomnienia no to nie wahaj się powiedzieć o tym mnie albo swojej pani. - pani zwróciła się do byłego pacjenta jakby nic niezwykłego się nie stało i tylko wydawało mu kolejne polecenie służbowe. Zaś Kristin, też będąc pod wrażeniem i trochę przestraszona tym całym pokazem energicznie pokiwała głową zapewniając szybko milady o swojej gotowości do współpracy. Po czym wężowa pani zwróciła się z anielskim uśmiechem do dwójki kultystów.

                - Oh nie traćmy więcej czasu na te drobnostki, dużo przyjemniej rozmawia się w salonie. - skierowała ich gestem do drzwi na korytarz a po chwili weszli po schodach i znaleźli się w znanym już salonie pełnym dzieł sztuki gospodyni i zaprzyjaźnionych z nią artystów. A tu czekała na Otto kolejna niespodzianka bo zastał tu czarnowłosą Marissę.

                - Już wszystko w porządku. Thorne zaraz przyniesie nam coś do picia i jakieś przekąski. - powiedziała uspokajająco Pirora odzyskując już większość swoich naturalnych barw. Bo na nowej służce bretońskiej kultystki dało się wyczytać nieme pytanie. W końcu jednak trójka kobiet i ich gość rozsiedli się na wygodnych i ozdobnych krzesłach.

                - To wybacz Marisko o czym mówiłaś zanim nam przerwano? - zagaiła Soria siedząc znów w swoim ulubionym miejscu we frontowym narożniku.

                - No to mówiłam, że Annika wróciła i moja pani przysłała mnie aby wam powiedzieć. Kiepsko wygląda. Znaczy Annika. Jakby przebiegła w tej koszuli co wybiegła przez pół lasu. Zresztą tak było. Ocuciła się gdzieś w głębi lasu i w ogóle nie miała pojęcia gdzie jest. Ale jakoś trafiła w końcu na jakąś ścieżkę, potem drogę no i w końcu wróciła do miasta. W jakimś amoku była bo coś jej się śniło i dlatego wybiegła. Znaczy ten głaz co ją wzywa jej się śnił. Trochę podarta i posiniaczona wróciła, zmarzła i zgłodniała ale raczej nic jej nie jest. Jak wychodziłam to moja pani zamierzała wziąć z nią kąpiel. - kolejna była pacjentka hospicjum streściła coś co widocznie nie zdążyła przed awanturą z Thornem. Tym razem o powrocie do rezydencji von Mannliebów jeszcze jednej pacjentki tego przybytku. A końcówkę o tej kąpieli to wymówiła wręcz z zazdrością jakby też miała ochotę tam się znaleźć no ale skoro dostała takie polecenie od swojej pani to przyszła je wykonać.

                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Krucza; świątynia Morra
                Czas: 2519.07.17; Konistag; popołudnie
                Warunki: salon, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)

                Joachim

                Gdy Joachim opuścił gościnne progi Bursztynowej 17 musiał iść przez ulice centrum miasta. Te mimo, że minęło kilka dekad od ich zbudowania wciąż dominowały kostką brukową jaka pomagała w takie błotniste i dżdżyste dni jakie mieli ostatnio. Chociaż akurat popołudnie okazało się całkiem słoneczne i pogodne. Gdyby ta aura utrzymała się do wieczora niebo byłoby w sam raz do obserwacji. Ale czy się utrzyma tego nie wiedział.

                Idąc mijał kolejnych przechodniów, wozy z ładunkiem, drobnych uliczników i patrole straży jakie ostatnio widać było częściej niż choćby w zeszłym tygodniu gdy było jeszcze przed napadem na największą i najbogatszą świątynię w mieście. Miał jednak czas aby sobie przemyśleć rozmowę z obiema szlachciankami.

                Zdawały sobie sprawę, że obie łotrzyce obiecały pomoc przy Akademii jednak nie ukrywały, że nie uważają się za stronę inicjującą tą sprawę. Ani nie miały tam znajomości ani nie chodziło o coś z dziedzictwa ich patronki. Ot, w ramach pomocy wewnątrz rodzinych spraw obiecały coś po koleżeńsku pomóc. Ale widocznie uważały, że główną rolę powinni odegrać wyznawcy Tzeentcha skoro chodzi o dziedzictwo ich patronki. Zgodziły się też, że z całej rodziny właśnie obie łotrzyce wydawały się mieć najwiecej doświadczenia we włamaniach i infiltracji obiektów chociaż dajmy na to taki Tobias to miał szansę infiltrować ten obiekt prawie, że codziennie. Więc chociaż obiecały to wsparcie to jednak to właśnie tym razem to Joachim i Tobias powinni przyjść z jakimś planem i inicjatywą.

                A o kapłance Morra jaka przybyła z Salzenmundu miały mniej wyrobione zdano jako, że nie spotały się z nią osobiście zbyt często. Oczywiście dostrzegały jej chłodną, czarno - białą urodę jaka wydawała im się nawet pociągająca i nie miałyby nic przeciwko aby się z nią poznać bliżej. Jednak brakowało im punktów zaczepienia jako, że Matka Somnium nie była stąd, do tego w mieście wizytowała pierwszy raz więc nawet szlachta nie miała z nią wcześniej jakichś kontaktów i znajomości aby sobie się z nią przedstawić. Zaś od przybycia kapłanka stroniła od życia towarzyskiego przez co niejako sama się izolowała od reszty. Jednym z niewielu miejsc i momentów gdzie łatwo było ją spotkać były poranne msze w świątyni Mananna bo tam od przyjazdu do miasta pokazywała się jak do tej pory za każdym razem. A nawet była jedną z głównych osób jakie odprawiły symboliczny pogrzeb księżnej - matki.

                - Kapłani południowców zwykle są bardziej odporni na nasze wpływy i pokusy. Rzadziej przekupni na nasze podszepty. Chociaż jeszcze rzadziej są tak błogosławieni jak zdają się odgrywać. Do tego większość z nich dysponuje jakąś namiastką mocy swoich patronów przez co maluczkim zdaje się, że czynią cuda w ich imieniu. Tak czy owak nie można ich lekceważyć. Tej młódki też nie. Zwłaszcza jak Siostry śpiewają swój zew jaki objawia się w snach a nasza chłodna piękność niestety jest akurat od patrona snów wszelakich. Być może więc i ona może uchwycić jakieś echo tego zewu. Właściwie jest to prawie pewne skoro jest już na tyle silny, że zaczynają go słyszeć zwykli śmiertelnicy. Tak, może zacząć stanowić dla nasz problem a być może nawet zagrożenie, zwłaszcza, że kapłani cieszą się naturalnym szacunkiem i autorytetem wśród swoich społeczności. - podsumowała Soria gdy na głos podzieliła się z dwójką śmiertelnych kultystów swoimi spostrzeżeniami na temat czarnowłosej kapłanki.

                - Szkoda, że nie jest chutliwa. Zwłaszcza względem kobiet. Bo wtedy byśmy coś wymyśliły. Ale niestety nic na to nie wskazuje. Do tego słyszałam, że kapłani Morra mają obniżone libido i w ogóle są “zimni”, zwłaszcza na te cielesne i życiowe sprawy. - przytaknęła lekko piegowata blondynka z Averlandu. Nie mówiła tego z radością bo gdyby kapłanka zdradzała choć cień sabaryckich zachowań to byłby jakiś przyczynek dla slaaneshytek a pewnie i nie tylko. Na razie jednak o niczym takim nie wiedziały chociaż też i za bardzo nie miały z nią kontaktów.

                - Nad “zneutralizowaniem” jak to eufemistycznie określiłeś to bym się zastanawiała. Likwidacja jej raczej wyda się podejrzana a przez to będą węszyć wokół takiej śmierci. Do tego prawie na pewno przyślą ze stolicy kogoś do wyjaśnienia sprawy albo przejęcia po niej schedy więc to byłoby raczej krótkotrwałe odczucie ulgi. Dużo skuteczniejsze mogłoby być zdyskredytowanie jej, wplątanie w jakąś aferę bo z romansem to może być trudno. A szkoda. Podoba mi się jej chłodna uroda. Interesujący kontrast. No ale niestety nie wszystkie mówią “tak” na amory i zaloty. Więc trzeba być gotowym użyć innych środków aby ją pozbawić wiarygodności i autorytetu. - Soria miała talent nie tylko do romansów i wyuzdanych orgii ale też i do snucia różnorodnych intryg. Prawie z miejsca odrzuciła pomysł o likwidacji kłopotliwej kapłanki. Wolała subtelniejsze metody pośrednich działań. I chyba liczyła się z tym, że akurat tej ślicznotki może nie będzie tak łatwo zaciągnąć na figle do alkowy.

                Rozstali się w raczej miłej atmosferze i koleżanki życzyły mu aby się szczęśliwie spotkali jutro na zborze. A zapowiadał się na bardzo intensywny choćby z tego względu, że pierwszy raz miała się spotkać razem większość wspólnoty po napadzie na świątynię. W zeszłym tygodniu jeszcze było przed i obgadywali ostatnie poprawki do planu, jeszcze Merga z nimi była.

                Na razie jednak młody akolita demonologii wszedł na ulicę Kruczą. I już widział mroczną bryłą boga spokojnych snów i śmierci. Morr zajmował się wyłącznie swoim królestwem umarłych i nie ingerował w sprawy doczesnego świata. Śmiertelnicy też zazwyczaj odwiedzali jego świątynie w godzinie śmierci kogoś z bliskich, czasem w rocznicę takiej śmierci więc świątynie kruczego boga zwykle nie były ani wielkie ani zbyt okazałe. Rzadko też był głównym patronem miasta. Może nieco inaczej było tam przy granicach z tą okropną Sylvanią ale w reszcie Imperium raczej było tak jak tutaj. Czyli budynek był zbudowany z ciemnego kamienia, cichy i ponury, sprzyjający ciszy i refleksji nad kruchością śmiertelnego żywota.

                Gdy wszedł do środka nie powinien być zdziwiony, że wnętrze było prawie puste. Po różnych ławkach było rozsypane góra kilkoro wiernych. Ktoś podszedł zapalić świeczkę do bocznego ołtarzyka. Świeczek było sporo, być może miało to związek z żałobą po księżnej - matce. A może z jakiegoś innego powodu. Właściwie też nie bywał tu zbyt często to nie miał porównania. Żadnego kapłana nie widział. Co jednak nie było dziwne skoro nie odbywała się żadna msza. A te zwykle były odprawiane w trakcie pogrzebów. Musiał przejść na zaplecze i tam spotkał jakiegoś kapłana ubranego w obowiązkową, żałobną czerń habitu i jaki był w ojcowskim wieku. Nie wydawał się być zdziwiony ale właściwie w ogóle się nie wydawał. Bo miał tak kamienną twarz, że nie było widać na niej żadnych emocji.

                - Pochwalony. Czego tu szukasz śmiertelniku? - zapytał kapłan głosem równie żywym jak jego mimika. Patrzył na przybysza swoimi wodnistymi oczami jakby dostrzegał tylko cielesną, ulotną powłokę jaka jest niczym wobec wieczności panującej w domenie jego patrona. Gdy Joachim wyjawił mu kim jest i że szuka Matki Somnium kapłan kazał mu poczekać i zostawił go samego w niewielkim sekretarzyku. Nie było go z pół pacierza nim gość usłyszał monotone, nieśpieszne kroki i drzwi się otworzyły a ten wrócił.

                - Proszę za mną. Matka zgodziła się cię przyjąć śmiertelniku. - odrzekł sługa kruczego boga i zaprowadził go dalej. Szli przez korytarz świątyni, potem wyszli na podwórze i przeszli do niewielkiego domnitorium jakie stanowiło zaplecze gospodarcze świątyni. I tam zaczęli się zbliżać do dwóch pancernych rycerzy w czernionych zbrojach i z czarnym krukami w białym polu jakie mieli wyszyte na tunikach, też czarnych. Obaj stali przed jakimś wyjściem. Jego przewodnik wszedł do środka a strażnicy nie interweniowali. W środku zastali młodą kapłankę. Siedziała przy prostym stole, w środku było dość mroczno bo światło wpadało przez wąskie okno więc grobowy mrok był rozświetlony zapalonymi lampami. Siedziała nad jakąś księgą czy dziennikiem. Właściwie kilkoma przez co sprawiała wrażenie, że coś studiuje. Obok siedział jakiś stary kapłan jaki chyba uczestniczył w tym czym przerwało im przybycie gościa.

                - Pochwalony bracie astrologu. Cóż cię sprowadza w obręb świątyni wiecznej ciszy i spokoju? - zapytała Matka Somnium patrząc na Joachima swoją młodą i całkiem atrakcyjną twarzą jakiej jednak nie kalał cień uśmiechu ani żywszych emocji. Mimo wszystko może przez to, że była młodsza nie sprawiała takiego grobowego wrażenia jak kapłan jaki tu przyprowadził magistra.

                Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy 8, mieszkanie Heinricha
                Czas: 2519.07.17; Konistag; popołudnie
                Warunki: salon, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; nieprzyjemnie (0)

                Heinrich

                Były łowca czarownic już nie był takim młodzieniaszkiem jak niegdyś. Więc po tak intensywnie spędzonej nocy z o wiele młodszą kochanką potrzebował nieco czasu aby odpocząć i dojść do siebie. Nawet jak Łasica posłała mu ostatni uśmiech, całusa i wyszła. Został w mieszkaniu sam i jedynie z drugiej strony ulicy dobiegał go brzdęk kół garncarskich. Widział jeszcze jak łotrzyca odchodzi ulicą. Dostrzegł też młodą garncarkę z dom czy dwa od niego. Widział jak półpłynna glina wije się niczym żywa istota po jej ubłoconych dłoniach, jak przecieka między palcami i spada w dół. Albo chlapie na jej kolana, łydki i uda. Jak po nich ścieka aż sobie przypomniał inne kobiece uda z ostatniej nocy po jakich ściekało co innego ale podobnie. Do tego garncarka jakby zdała sobie sprawę, że ją obserwuje bo podniosła głowę i spojrzała wprost na niego. Tak go to zaskoczyło bo z tej odległości chyba nie powinna dostrzec jego stojącej w oknie sylwetki więc cofnął się i otworzył oczy.

                Leżał na swoim łóżku, w swojej sypialni. Przez okna wpadał słoneczny dzień. Już było po południu. Widocznie to był tylko sen. Może wywołany zmęczeniem i przeżyciami ostatniej nocy. Widocznie przysnął po wyjściu Łasicy. O tej porze to Otto już chyba mógł kończyć pracę w hospicjum albo niedługo by kończył. A właściwie liderka slaaneshytek przekazała mu wiadomość dla jednookiego mnicha. A oni się ze sobą jakoś za bardzo nie umawiali na dzisiaj. Ze Starszym też poza zborami nie było tak łatwo się umówić i właśnie najlepiej było to zrobić przez Łasicę. Albo poczekać już do jutra. Jutro o zmroku powinien być kolejny zbór. Tym razem na “Adele” w porcie.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Online
                  SantorineS Online
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #178

                  Oryginalny autor: Seachmall

                  Konistag; popołudnie; kamienica Pirory

                  Mnich na początku spojrzał z dezaprobatą zarówno na Thorna jak i Pirorę. Podejrzewał, że młoda szlachcianka od razu zabierze swój nowy nabytek do łóżka, bez ustalenia dominacji nad nim. Więc mężczyzna sam ustalił siebie na szczycie tej relacji. Otto już miał zamiar wkroczyć i przypomnieć łobuzowi ich ostatnią agresywną interakcję, ale ubiegła go czcigodna Soria.
                  Kiedy czempionka Slaanesh zerknęła na mnicha mogła zauważyć aprobatę z jej podejścia oraz delikatny błysk znajomej ekscytacji w oku kultysty.
                  Delikatnie zachichotał kiedy ruszyli do salonu.

                  - Podejrzewałem, że jeżeli ktoś ustawi tego hultaja do pionu to ty Czcigodna.

                  Mnich rozpromienił się jak ujrzał Marissę, tym bardziej kiedy usłyszał o powrocie Herolda Norry. Westnięcie ulgi opuściło usta mnicha na tą wieść.

                  - Dziękuję Marisso. Annika zaprzątała mi głowę odkąd zniknęła, zważając, że nie mogę opuścić miasta. Do tego moje wczorajsze odkrycie co do tych podziemnych zwierzoludzi… - mnich pokręcił głową - Może odprowadzę cię do rezydencji, jak porozmawiam z Lady Pirorą i Czcigodną. Mam też małą sprawę do twojej działalności pani.

                  - Dobrze Otto, chętnie z tobą wrocę do naszej pani. - ciemnowłosa posłała mnichowi ciepły uśmiech i skinęła głową w podziękowaniu za dobre słowo. Po czym ciągnęła dalej. - Też się martwiłyśmy co z Anniką. Nasza pani nawet posłała mnie z zapytaniem do ratusza i do wież bramnych ale jej tam nie mieli albo nie zapamiętali. No kamień w wodę, w ogóle nie wiadomo było gdzie jej szukać. Jeszcze ja miasta nie znam bo od przyjazdu cały czas trzymali mnie w hospicjum a mojej pani nie wypada biegać po mieście i szukać jakiejś zbiegłej służki. Więc też się cieszymy, że wróciła. Trochę podrapana i poobijana ale raczej cała. - Marissa widocznie czuła potrzebę wyrzucenia z siebie emocji bo od razu ulało jej się kilka zdań na raz gdy mogła podzielić się tym napięciem i niepewnością o koleżankę ze służby jak i wcześniej z hospicjum. Obie gospodynie pokiwały głowami na znak zrozumienia i aprobaty.

                  - To prawda, każda z was jest dla nas ważna no i zależy nam na was. Też się cieszymy, że dobrze się to skończyło. Przekaż Fabi nasze pozdrowienia no i oczywiście wszystkie czujcie się zaproszone na psalmy żałobne tutaj u mnie w Festag po porannej mszy. Wreszcie się poznamy jak należy bez żadnych cel, ścian, przeszkód i odgrywania ról. - Pirora skorzystała z okazji i zaprosiła całą trójkę młodych kobiet na już nieco tradycyjne spotkania towarzyskie pod swoim dachem co służka bretońskiej małżonki morskiego kapitana przyjęła rozpromienionym uśmiechem.

                  - Na pewno przekażę! I bardzo dziękuję, też mam straszną ochotę was poznać i jestem was bardzo ciekawa. - brunetka podziękowała za to zaproszenie znów obdarzając ich ciepłym spojrzeniem.

                  - A Thorn widzę jest prostak. To i rozumie proste metody. Nie ma co się silić na finezję. Pewnie zorientował się, że w domu nie ma żadnego mężczyzny to myślał, że takie młodki to sobie zastraszy i podporządkuje. Niezbyt inteligentne. Ale tacy jak on zwykle rozumieją język siły. Mam nadzieję, że do niego teraz dotarło jak się sprawy mają i przynajmniej się zastanowi zanim wyskoczy z czyms niestosownym. - Soria nawiązała do tego co wcześniej mówił Otto i wydawała się całą tą awanturę traktować jak drobną niedogodność jaką nie zamierza sobie zaprzątać wężowej głowy przez resztę dnia.

                  - A jak wyskoczy? - zapytała pierwsza gospodyni trochę z zaciekawieniem trochę z niepokojem. Na co ta druga uśmiechnęła się półgębkiem swoich pełnych i soczystych ust.

                  - No cóż… Wtedy najwyżej poszukamy sobie jakiegoś nowego byczka do zabawy. Z naszymi znajomościami i możliwościami na pewno znajdziemy kogoś odpowiedniego i to szybko. - nadnaturalna istota o ciele atrakcyjnej, młodej kobiety spojrzała na swoje paznokcie z miną kociego weterana rozmawiającego o soczystej myszy z sąsiedztwa. Co nieco piegowatą blondynkę podbudowało bo zaśmiała się cicho wierząc w możliwości perswazji i reakcji tej drugiej.

                  - W sumie w tej sprawie jestem. - zaczął mnich - Chciałem zaproponować jeszcze jednego z naszych pacjentów. Niklas, chłopak trochę starszej daty, ale dość niegroźny. Mógłby ci się przydać do teatru Piroro, z zawodu cieśla. Do tego powiedział, że mógłby wystrugać wam... zabawki. Pomyślałem, że twój loszek mógłby dostać kilka nowych mebelków. - mnich westchnął - Jest z nim jeden problem i tu chciałem zapytać się Czcigodnej. Wizje Niklasa od twojej matki i ciotek dotyczyły pożaru miasta. Następnego dnia... on określił, że ogień sam zaprószył się od kominka. Zastanawiam się, że jest możliwe, aby takie wizje pozostawiły znamię na duszy i wpłynęły na świat śmiertelnych? Przepraszam, że męczę cię taką ezoteryką, ale bez Mergi jesteś najbardziej bliską Wielkiej Czwórce.

                  - Rozumiem. - skinęła głową herold a przy tym jej liczne warkocze poruszyły się jakby żyjąc swoim własnym, wężowym życiem. Po czym zastanowiła się nad pytaniem.

                  - Obcowanie z istotami tak potężnymi jak moja matka i jej siostry na pewno nie pozostaje bez wpływu na śmiertelników. W końcu one dostąpiły boskości i od dawna przestały być śmiertelniczkami jakimi przyszły na świat tak dawno temu. - co do tego to slaaneshytka wydawała się być pewna a nawet chyba z dumą podkreśliła od jak znamienitych przodków pochodzi.

                  - Ale jak bardzo to już inna rzecz. Im bliższy i bardziej bezpośrednie przebywanie tym takie odbicie na ciele i umyśle byłoby bardziej widoczne. Na tą chwilę ani mojej matki ani jej Sióstr nie ma na tym świecie więc bezpośrednie oddziaływanie powinno się ograniczyć do snów, myśli i fantazji. Te co prawda mogą wpływać na zachowanie śmiertelnika ale raczej poza tym nie powinny się objawiać w bezpośredni sposób. - Soria rozwinęła swoją myśl i wymownie spojrzała na Marissę jaką nazywała Kluczniczką swojej matki i na jaką ta miała całkiem wyraźny wpływ. Nawet jeśli nie było tego widać na co dzień. Służka Fabienne uśmiechnęła się i pokiwała głową na znak zgody.

                  - O tak, ja to wcześniej za pająkami nie przepadałam a teraz je uwielbiam. Mam nadzieję, że zaprowadzą mnie przed oblicze naszej Królowej i będę mogła jej służyć. - powiedziała wesoło dziewczyna ale z gorliwością wiernej akolitki swojej wiary. Co córka Soren przyjęła z dumną aprobatą i eleganckim uśmiechem.

                  - Więc raczej ten Niklas pewnie nie powinien mieć innego wpływu niż sny i wątpie aby były to wyraźniejsze niż ma któreś z przewodników ale może jest podatny na szept którejś z Sióstr skoro słyszy jej zew. - tutaj nie wykluczała niczego do końca zwłaszcza jak sama nie spotkała osobiście owego pacjenta ale raczej nie uważała aby szepty Sióstr były u niego silniejsze niż choćby u którejś z nowych służej bladolicej Bretonki.

                  - Jej bo my z Fabi to wszystkich tych waszych pacjentów wykupimy jak tak dalej będzie to szło. - parsknęła Pirora z rozbawieniem. Po czym zamyśliła się chwilę. - Szczerze mówiąc nie pamiętam go. Więc pewnie jakoś się nie wyróżniał. No jakiś cieśla może i by się przydał. Zwłaszcza w teatrze. Ale wiele by mnie to kosztowało? Nie wiem jak Fabi ale mnie nie stać aby kupować sobie co chwila każdą kolejną zachciankę. - szlachcianka z Averlandu nie wykluczyła możliwości przyjęcia Niklasa na swoją służbę ale też przypomniała, że ma pewne ograniczenia i finansowe i mieszkaniowe.

                  - To tylko sugestia. Teraz jeszcze jedna rzecz, chodzi o tych podziemnych zwierzoludzi. Sorio, czy podczas swych podróży natknęłaś się kiedyś na Skaveny? - mnich miał nadzieję, że wybranka Slaanesh będzie mogła potwierdzić, lub rozwiać jego obawy.

                  - Tak. Zdarzało mi się. Chociaż nie powiem aby spotkania z nimi były tak ekscytujące jak z kopytnymi nie mówiąc już choćby o elfach. Zwykle to takie szczurze z nich szkodniki były. A czemu o nie pytasz? - sądząc po wyrazie twarzy nieśmiertelnej to rzeczywiście większość wspomnień związana z tą podziemną rasą nie należała do zbyt przyjemnych. Ale była ciekawa czemu tak znienacka akurat o nie mnich pyta.

                  - Ponieważ są w mieście. Spotkaliśmy je jakiś czas temu z Sigismundusem, jak wracaliśmy z jaskini Oster. Wczoraj spotkały mnie w mieście, ale do wczoraj nie byłem pewny ich natury.. Moja wiedza o nich nie jest duża, jedynie krasnoludy jakkolwiek o nich mówią. Wiem, że wyznawcy chaosu za nimi nie przepadają, ale nie wiem czemu. Krasnoludy ich nienawidzą, a Imperium zaprzecza ich istnieniu. Tak czy inaczej polują na ludzkie kobiety więc lepiej uważajcie. - tu bardziej zwrócił się do Pirory i Marissy niż do Sorii. Był pewny, że wybranka chaosu da sobie radę z paroma przerośniętymi szczurami - To chyba wszystko czym chciałem wam zawadzać. Chyba, że macie jakieś prośby lub pytania do mnie?

                  - Szczury polują na ludzkie kobiety? A po co? - Soria była wyraźnie zdziwiona tą informacją. Pirora się nie odzywała zdając się na jej doświadczenie. - To znaczy pewnie na niewolnice. Ale zwykle nie wybrzydzają i łapią co im wpadnie w paskudne łapy. Dziwne, że teraz tak ich nagle ludzkie kobiety zaczęły interesować. - przyznała, że tego po tej podziemnej rasie by się nie spodziewała.

                  - Dziękuję za ostrzeżenie Otto. Nie uśmiecha mi się spotkanie z jakimiś przerośniętymi szczurami. Ale pamiętam, że jak jeszcze nasi koledzy pomieszkiwali u nich w zimie to też brali zapłatę w schwytanych niewolnikach a najwięcej płacili, że tak powiem za młode kobiety. Też żeśmy się zastanawiali po co im one. - blondynka była nie mniej zdziwiona takim zachowaniem przybyszów z podziemi.

                  - W każdym razie my mamy dziś plany na wieczór. Pirora zaprosiła tą młodą Fedorę i zobaczymy czy to utalentowane ponoć dziewczę jest tak słodkie i obiecujące jak to ona opowiada. Oby. - Soria uśmiechnęła się do swoich myśli gdy wspomniała o planach na dzisiejszy wieczór.

                  - Więc życzę miłej zabawy. - uśmiechnął się mnich - I Piroro, radzę ci również znaleźć metodę na Thorna. Chłop może i silny ale jak każdy ma słabe punkty inaczej po prostu zacznie próbować szczęścia kiedy nie będzie lady Sorii. - skinął głową slaaneshytce i czempionacie po czym spojrzał na Marissę - To jak moja droga, odprowadzamy cię do domu?

                  - Akurat trafiło, że Jamesa wysłałam na miasto i go nie było w domu. Przy nim by pewnie nie odważył się na taką bezczelność. No ale po tej lekcji jaką milady mu sprawiła to mam nadzieję, że pójdzie po rozum do głowy. - Pirora prychnęła gdy na moment echo wcześniej przeżywanej złości do niej wróciła.

                  - Też mam takie wrażenie. Mam nadzieję, że dotarło do niego, że nigdzie się stąd nie wybieram i w końcu wracam do tego domu. Ale jestem dobrej myśli. - milady też uspokoiła resztę dystyngowanym uśmiechem. Zaś widząc, że mnich się zbiera do wyjścia Marissa też wstała i zaczęła się, żegnać z koleżankami. Obiecywały sobie, że jutro to jeszcze nie wiadomo ale pewnie pojutrze po mszy to się znów spotkają w loszku na dole.

                  - Dobrze, to chodźmy. - powiedziała służka bretońskiej milady dając znać Otto, że jest gotowa do wyjścia.

                  Otto skłonił się szlachciankom po czym wziął pod rękę Herolda Soren i oboje ruszyli do rezydencji von Mannlieb.

                  - Może po drodzę opowiesz mi jakie to niegrzeczne sny miałaś? Siostry zesłały na nas wizje kilka nocy temu.

                  - No już ci opowiadałam jak do nas przyszedłeś co Annika właśnie wtedy uciekła. - spojrzała na niego trochę zdziwiona, że pyta o to co wczoraj mu opowiadała. Niemniej wzięła to chyba za dobrą monetę bo jeszcze raz streściła swój sen z przedwczoraj. O wulgarnej miłości z pająkami i o kokonach, rodzeniu kolejnych pająków i jakiejś jaskini gdzie była ładna pachnąca woda. A na górze studnia. Stara i zapomniana.


                  Konistag; popołudnie; Rezydencja von Mannlieb.

                  Mnich razem z Marissą dotarli do rezydencji Fabianne, Otto zerknął na swą towarzyszkę.

                  - Na ogół czekam, aż ta starsza przyzwoitka twej pani mnie wpuści. Nie wiem jaki jest teraz proceder.

                  - No wiem, ona jest wredna i nas nie lubi. Zresztą nie wiem czy kogokolwiek lubi. No i o wszystkim donosi mężowi naszej pani. Ale chodźmy, w końcu tu pracuję i mieszkam. - Marissa skrzywiła się na myśl o spotkaniu ze starą majordom i chyba podzielała o niej zdanie jakie miała o niej jej pani. Ale śmiało weszła przez furtę w stronę głównego wejścia domu. Tym razem nikt ich nie czekał a jakiegoś służącego nowa służka pozdrowiła skinieniem głowy.

                  - Poczekaj tutaj. Pójdę po moją panią. - poprosiła go gdy zostawiała go w salonie w którym zwykle przyjmowała go gospodyni. Przez parę chwil był w nim sam ale w końcu drugie drzwi się otworzyły i weszła przez nie bretońska szlachcianka wraz ze swoją służką.

                  - O witaj Otto. Miło cię znów widzieć. Mari przynieś proszę jakieś ciasto z kuchni no i coś do popicia. - poprosiła służącą i usiadła na tym samym ozdobnym i obitym pluszem krześle co zwykle. Ta zaś skinęła głową i wyszła ponownie z salonu. Zgodnie z wymogami żałoby po księżnej - matce, czarnowłosa Bretonka była ubrana w długą do samej ziemi suknię w czarnej barwie a włosy miała starannie upiętę. Więc blada plama jej twarzy mocno kontrastowała z resztą ubioru.

                  - Z wzajemnością milady. - mnich słonił się przed szlachcianką - Odwiedzałem Pirorę i spotkałem Marissę, więc postanowiłem ją do ciebie odprowadzić. Do tego usłyszałem, że zguba się znalazła. Mogę ją odwiedzić? Dziewczyna naprawdę mnie zmartwiła.

                  - Oczywiście, Marissa wróci to poproszę aby zawołała Annikę. Też się o nią martwiłyśmy jak tak wybiegła i zniknęła bez śladu. A co u naszych uroczych koleżanek słychać? - Bretonka skinęła głową dając znać, że nie widzi przeszkód w takim spotkaniu ale póki druga ze służek nie wróciła była ciekawa plotek od i o swoich koleżankach. Po jakimś czasie Marissa wróciła z tacą na jakiej przyniosła słodkie bułeczki i butelkę wina z dwoma kieliszkami. Wtedy pani poprosiła ją aby przyprowadziła drugą z byłych pacjentek hospicjum więc ta pierwsza znów wyszła z salonu.

                  Po kilku chwilach obie Heraldyki pojawiły się w salonie. Otto niemal doskoczył do Anniki przytulając ją mocno i całując jej policzki i czoło.

                  - Ależ mi strachu nabawiła dziewczyno. Pokaż się no. - mnich zaczął oglądać swoją byłą pacjentkę od góry do dołu. Na szczęście dziewczyna nie ucierpiała na zdrowiu, ledwo było po niej widać, że opuściła miasto - No chyba nic ci nie jest. Eh… - pokręcił głową I spojrzał na Annikę - Pewnie nie jesteś w stanie ustalić jak daleko od miasta skończyłaś?

                  - Nie. Słabo znam miasto a tego lasu za nim to w ogóle. - Annika chyba nie za bardzo była chętna na takie okazywanie wylewności bo wydawała się zmieszana tymi uściskami Otto. Trochę się odsunęła o pół kroku gdy już ją puścił. I zmieniła temat rozmowy na inny.

                  - Jak się opamiętałam to byłam w środku cholernego lasu. Nie miałam pojęcia gdzie jestem. Szłam przed siebie aż doszłam do jakiejś drogi. Ruszyłam nią i dotarłam do jakiejś wioski. Tam mnie skierowali w stronę miasta to wróciłam. Nic mi nie jest. Słabo pamiętam co się działo po tym jak wybiegłam z domu. To przez ten sen. Głaz mi się śnił, wzywał mnie i nie mogłam mu się oprzeć. Chciałam go odnaleźć. I tak pobiegłam ku niemu. Ale nie znalazłam go tylko obudziłam się w lesie. - wyburczała swoja odpowiedź relacjonując co spowodowało jej nagłe zachowanie. Marissa i Fabienne słuchały i kiwały głowami.

                  - Dobrze, że nic ci nie jest i wróciłaś do nas cało. - pocieszyła ją jej pani poklepując swoją bladą dłonią jej dłoń. Na niej wciąż było widać drobne zadrapania jak od jakichś jeżyn czy podobnych krzaków. Poza tym podobne miała na policzku i szyi ale właściwie jak na noc i prawie dwa dni spędzone poza murami miasta to wyszła z tego prawie bez szwanku.

                  - Miałem zamiar zabrać Silnego i resztę, aby cię szukać... gdybym nie miał zakazu opuszczania miasta. - przyznał mnich - Ale to już nie ważne, istotne, że wróciłaś i nic ci nie jest. Pamiętasz coś ze snu, co by mogło znaleźć ołtarz?

                  - Pamiętam głaz. Wielki. Na wysokość trzech ludzi. I wiele krwi i czaszek u jego stóp. I zwierzoludzi. Czekają tam. Rzucę im wyzwanie i będę walczyć z ich czempionem. Jak wygram to wtedy ja będę czempionem. Ale nie znalazłam tego głazu. Nie wiem gdzie jest. Gdzieś tam w głębi lasu. W końcu go odnajdę. - odparła czarnowłosa służka bretońskiej szlachcianki. Wzruszyła na koniec ramionami jakby mówiła o oczywistych sprawach nad jakimi nie warto się rozwodzić.

                  - Życzę ci jak najlepiej Anniko ale mam nadzieję, że nie przyniesie ci to zguby. - powiedziała gospodyni ale patrzyła na swoją służkę zmartwionym spojrzeniem.

                  - Dlatego chcę zacząć ją zabierać na treningi do Silnego. - powiedział Otto - On już się zgodził, do tego jeszcze nie długo będzie ta twoja czerwona zbroja do odbioru. - przypomniał mnich o zakupach jakie robili jakiś czas temu w towarzystwie Khornity - Jest w tobie siła Anniko i żądza krwi godna Norry, ale potrzebujesz przeszkolenia jak sądzę. Siostry wybrały ciebie na stróża ołtarza, więc nim zostaniesz. - jednooki mnich się uśmiechnął - Odnajdziesz ten głaz, możesz być tego pewna. - mnich chwilę się zamyślił nad następnymi słowami po czym zerknął na Fabienne - Lady von Mannlieb... czy możemy porozmawiać o mniej.... urokliwych tematach?

                  - Mniej urokliwych? No cóż, jak trzeba je omówić to trzeba. - Bretonka przysłuchiwała się rozmowie i wydawała się być zmartwiona przeznaczeniem swojej pierwszej z młodych służek. Podobnie jak jej najnowszy nabytek. Jedynie Annika nie wydawała się tym wszystkim za bardzo przejęta. Ogólnie skinęła głową ale sama jakoś nie ciągnęła dalej tego tematu. Teraz ona zaczęła się przysłuchiwać rozmowie między mnichem a jej panią.

                  - Zapewne pamiętasz o hodowli jaką nasza rodzina rozpoczęła? Larw much i środowisku w jakim muszą dojrzewać. Wiem, że pytam o dużo, ale chciałem zapytać, czy byłabyś skora spróbować? Mam oczywiście powody, aby pytać akurat ciebie. - mnich wiedział, że jeżeli nie ugryzie tego odpowiednio może stracić szansę - Pamiętacie dziewczyny Vigo? Biedak był Heroldem Oster, ale zanim opuścił nasz świat przekazał nam kilka podpowiedzi co do hodowli. Między innymi, że potrzebujemy szlachetnej, bądź królewskiej krwi. Od razu pomyślałem o tobie pani, zważając na twe bretońskie pochodzenie, a jeszcze jako potomkini Soren... wydajesz się być najlepsza. Do tego... moje sny ostatnio dotyczyły między innymi ciebie. Siostry pokazywały mi twe łono... najwyraźniej też tego chcą. - zostało teraz sprzedać wszystko jak najlepiej - Z tego co usłyszałem od dwóch naszych "matek" procedura jest dość przyjemna, nie prowadzi do żadnego uszczerbku na zdrowiu czy urodzie, a jedynie poród po jakimś tygodniu jest chwilową niedogodnością. Nie oczekuję odpowiedzi natychmiast...

                  - Pamiętam ale on był od dawna tak słaby, że ledwo zipał. To była tylko kwestia czasu kiedy kopnie w kalendarz. Beznadziejny przypadek. Czasem robiłam mu napary ale w jego stanie nic już nie mogło mu pomóc. Dziwne, że wytrzymał tak długo. - Marissa pokiwała swoją kasztanową głową dając znać, że pamięta Vigo jako swojego współplemieńca z hospicjum. Chociaż widocznie nie rokował w jej oczach już wtedy na szczęśliwe zakończenie.

                  - No. Słaby był. - potwierdziła Annika słowa swojej koleżanki. Zaś to dało czas ich pani na zastanowienie bo pytanie gościa wyraźnie ją zaskoczyło.

                  - Znaczy… Chcesz, żebym ja dała tam sobie… Wcisnąć te larwy? - upewniła się czy dobrze rozumie i wskazała na swój zgrabny, płaski brzuch zasłonięty teraz materiałem czarnej, żałobnej sukni. Pomysł wydawał się jej dziwny i niezbyt przyjemny jak można było sądzić po grymasie twarzy i z barwy głosu.

                  - Otto mam nadzieję, że wiesz, że ja tam lubię sobie wciskać różne rzeczy i jestem bardzo gościnna w tej materii. Mam nadzieję, że nikt od was na to nie narzeka. - zaczęła nieco żartobliwie czym wywołała figlarne uśmiechy na twarzach swoich służek.

                  - No ale jakieś robale tam sobie wciskać? - uniosła brwi aby dać znać, że tak sama z siebie to niezbyt ma ochotę na takie eksperymenty ale przynajmniej nie powiedziała zdecydowanego “nie” jak to w takich rozmowach zwykle czyniła choćby Łasica. - Poza tym skąd pomysł, że chodzi akurat o mnie? - zapytała jeszcze na koniec.

                  - Przyznam, że podążam za poszlakami i wiedzą z drugiej ręki. Tak jak powiedziałem, sny które zsyłają mi siostry są dość... mało konkretne. Na początku pokazywały mi kobiece łono, wygolone z pieprzykami na zgięciu uda. Soria twierdziła, iż ty posiadasz takie pieprzyki pani. Nie wierzę w przypadki, nie w kwestii takiej jak ta. Oczywiście w ostatnim śnie było trochę bardziej oczywiste... gdyż zapraszająco się do mnie odzywałaś. - mnich podrapał się po karku, sytuacja była wyraźnie również niewygodna dla niego - Nie do końca chodzi o wpychanie sobie larw. Nie wiem jednak czy chcesz wysłuchać całego wykładu na ten temat. Jeżeli mogę zahaczyć jedynie o aspekt religijny całej tej sytuacji. Wąż jest patronem przyjemności, ale i nowych doznań. Spodziewa się, że będziesz eksperymentować z tym co ci sprawia przyjemność, lub sprawia ją innym.

                  - Tak, to prawda. Lubię eksperymentować. Poznawać nowe smaki i doznania. - szlachcianka uśmiechnęła się zalotnie i wyraźnie była dumna z tej swojej cechy charakteru. Popatrzyła na swoje młode i jędrne pokojówki i one też odwzajemniły takie uśmiechy.

                  - No i oczywiście uwielbiam spełniać zachcianki innych i sprawiać im przyjemność. Zwłaszcza podczas figlów. - przyznała uśmiechając się szerzej i to tak jakby była chętna udowodnić te słowa czynami. Ale się powstrzymała.

                  - No i rzeczywiście mam takie dwa pieprzyki na zgięciu uda. O tutaj. - potwierdziła wskazując właśnie to miejsce. Chociaż przez solidny materiał czarnej, żałobnej sukni oczywiście nie było ich widać.

                  - No i nie powiem, zwykle jestem chętna na próbowanie nowych doznań i smaków, niekoniecznie ustami oczywiście. Ale przyznasz, że to o czym rozmawiamy jednak nie jest, że się tak wyrażę, zbyt apetyczne. No więc może opowiedz coś więcej na ten temat. - Bretonka zachęciła gościa aby rozwinął ten temat bardziej. Zdawała się odzyskać pewność siebie i przyjęła całkiem flirtujący ton jakby rozmawiali o zaproszeniu na jakieś interesujące przyjęcie z ciekawymi gośćmi. Zwłaszcza takie jakie ma szanse zakończyć się figlami jakie von Mannlieb tak bardzo uwielbiała.

                  Mnich zastanowił się chwilę nad informacjami, które miał przekazać. Musiał ubrać je jak najlepiej.

                  - Więc tak, będziesz musiała poświęcić swój kwiat dla naszej sprawy. Poświęcenie jednak będzie polegało co najwyżej na wynajęciu twego łona. Nie doznasz żadnej szkody, czy uszczerbku na zdrowiu. Co do samego zabiegu. Przy pomocy strzykawki wypełnimy twoje łono nasieniem, po kilku dniach powinnaś zacząć czuć jak się rozrasta, wywołując nacisk na ściany twej... jaskini? - mnich naprawdę starał się używać jak najbardziej kwietnego słownictwa - W przeciągu tygodnia nasienie przemieni się w dość imponujące larwy. Nie zaatakują cię oczywiście, będziesz ich matką. Z tego co rozumiem ich ruch wewnątrz ciebie potrafi naprawdę wywołać niemałą dozę przyjemności. Po jakimś tygodniu opuszczą twoje łono, to ponoć jedyna mniej przyjemna część hodowli. "Chwila niewygody na wychodku", jak to określił Sigismundus.

                  - Hmm… potrafi wywołać niemałą dozę przyjemności? Tam w środku? - bretońska małżonka tutejszego morskiego kapitana powtórzyła sformułowanie rozmówcy jakby zwróciło jej szczególną uwagę i przypadło do gustu. Bo zaczęła się leniwie bawić naszyjnikiem na jej mlecznej szyi i uciekła niewidzącym spojrzeniem gdzieś poza otaczające salon ściany.

                  - Chociaż strzykawki? Trochę to takie bezduszne. Wolę, że tak się wyraże naturalne metody. - westchnęła wracając myślami i spojrzeniem do trójki obecnej w pomieszczeniu. Dwie pokojówki przytaknęły i uśmiechnęły się ze zrozumieniem.

                  - Ostatnio przy kamieniach strasznie mi przypadły do gustu te naturalne metody. No i liczę na was, że to nie ostatni raz. I jakoś z Pirorą będę znów musiała coś wymyślić aby wyrwać się z domu. - uśmiechnęła się szerzej i cieplej na wspomnienie orgii z początku tygodnia. Spojrzała znacząco na mnicha aby zaznaczyć, że ma ochotę na powtórkę. Niestety jej szlachecki i małżeński status mocno jej utrudniał swobodne poruszanie się po i poza miastem.

                  - Jednak domyślam się, że z naturalnymi sposobami może być kłopot jak to taka prastara sprawa. - cmoknęła kiwając głową ze zrozumieniem, że wszyscy tu mają swoje limity możliwości i ograniczeń.

                  - Ale cóż! - powiedziała raźno lekko uderzając dłońmi w blat ozdobnego stołu jakby chciała podkreślić to co teraz powie. - No skoro to taka sprawa wiary i naszych czcigodnych Sióstr a do tego jeszcze mają być z tego jakieś ponętne doznania tam gdzie najbardziej lubię to myślę, że mogłabym spróbować tych nowych eksperymentów, smaków i doznań. - oznajmiła z ciepłym i zadowolonym uśmiechem. - To jak się do tego zabierzemy? - zapytała unosząc brwi do góry w figlarnym uśmiechu.

                  Mnich odetchnął.

                  - Udam się do naszego aptekarza po sprzęt. Jeżeli możemy się umówić to bardzo chętnie cię zapłodnię pani. - mnich odwzajemnił figlarny uśmiech Bretonki - Zapytam go przy okazji o inne aspekty wszystkiego, dla pewności. Nie wiem kiedy będziesz miała wolną chwilę na prywatne spotkanie.

                  - Na coś ekscytującego to myślę, że małe spotkanie tutaj albo u Pirory byłoby do zrobienia. No i oczywiście będę w Festag po mszy gościem jej lochu. Mam nadzieję, że będzie równie podniecająco jak ostatnio. Strasznie mi się spodobała ta zabawa w sprzedawaną niewolnicę i potem bycie najpodlejszą z podłych. To tak samo ekscytujące jak w przygodach Adelajdy w haremie jej arabskiego władcy! - gospodyni roześmiała się beztrosko i musiała być w świetnym humorze na myśl o tych nowych, nieznanych wcześniej przyjemnościach.

                  - A właściwie długo trwa to zapłodnienie? Bo jak jakoś długo to chyba łatwiej nam by się było jednak u Pirory spotkać. Chyba, że krótko to możesz nawet coś wymyślić aby mnie odwiedzić. Uprzedzę dziewczęta aby cię wpuściły. I załatwimy sprawę tutaj. - opamiętała się na tyle aby dopytać o nieco szczegółów ale dalej dobry humor jej nie opuszczał. Wskazała na swoje pokojówki a te chętnie pokiwały głowami na znak, że spełnią wolę swojej pani.

                  - Raczej szybko. Więc oczywiście mogę się zjawić nawet jutro. Co do ekscytujących rzeczy... - mnich westchnął - Szkoda, że reszta twojej służby jest w rezydencji.. ponieważ mam dość samolubną prośbę.

                  - A jakąż to? - zaciekawiła się gospodyni. Zerknęła na swoje obie pokojówki i uśmiechnęła się do całej trójki promiennie. - Na reszcie służby niestety nie mogę polegać jeśli chodzi o dyskrecję. Wszyscy szpiegują i donoszą o wszystkim mojemu małżonkowi. Tylko na tych dwóch ślicznotkach mogę polegać. - zwierzyła się już nie po raz pierwszy, że czuje się tu jak w złotej klatce i jedynie swoje dwie nowe służki jakie też były jej kochankami pokłada zaufanie.

                  - Tyle zarówno ty jak i Marissa opowiadałyście o kąpielach jakich zażywacie. Przyznam, że sam nie doświadczyłem więcej ponad balię z wodą ze studni. A pomysł o trzech pięknych kobietach pomagających mi w tak ekstrawaganckiej przyjemności. - mnich westchnął - Można jedynie marzyć i zazdrościć.

                  - Oh, to takie piękne! - Bretonkę ten pomysł widocznie zachwycił. Zresztą jej służki też zareagowały podobnie. No może Annika była bardziej powściągliwa bo ograniczyła się do uprzejmego uśmiechu i skinięcia czarną głową.

                  - No ale niestety u mnie jest to niemożliwe. Sam rozumiesz. Mężatka w łaźni z obcym mężczyzną pod nieobecność męża. - skrzywiła się niechętnie i przepraszająco. Rozłożyła dłonie i wskazała wzrokiem na zamknięte drzwi prowadzące na korytarz jakim tutaj przychodzili goście do salonu.

                  - Takie rzeczy to najwyżej u Pirory. Albo w innym takim miejscu gdzie szlachetnie urodzonej mężatce nie zaszkodzi bywać. Bo oczywiście bardzo mi się pomysł podoba. Zwłaszcza jak mi obiecacie, że będę waszą łaziebną i bedę mogła wam służyć. - szlachcianka okazała zainteresowanie takim pomysłem i nawet chęć współpracy podając w zamian dość symboliczne wymagania jakie miała w tej materii. O ile znajdzie sie odpowiednie lokum i okoliczności.

                  - A z tym zapłodnieniem to wpadnij jutro albo kiedy tam zechcesz. Skoro to takie szybkie to pod pretekstem rozmowy powinno się to udać. - dorzuciła zaproszenie na spotkanie z całkiem filuternym uśmieszkiem.

                  - Przed pracą odwiedzę Sigismundusa. Jeżeli wszystko się uda, to przyjdę cię zapłodnić po pracy. - zapewnił mnich, z łobuzerskim uśmiechem - Na razie już nie będę zabierał ci czasu milady. Naciesz się swymi służkami, a wy dziewczyny bądźcie tak grzeczne i niegrzeczne jak lady Fabienne będzie żądać.

                  Mnich opuścił rezydencję w dobrym humorze. Kolejny krok do przodu.
                  Następny dzień postara się wstać trochę wcześniej, aby zdążyć do Sigismundusa. Po czym hospicjum i Fabienne.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Online
                    SantorineS Online
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #179

                    Oryginalny autor: Lord Melkor

                    Rozmowa w światyni Morra

                    Joachim skinął głową Matce Somnium.

                    - Bądź pozdrowiona, Matko.
                    - Muszę przyznać, że nie byłem jeszcze w waszej świątyni, nie ma chyba w naszym mieście drugiego takiego miejsca przepełnionego aurą spokoju i kontemplacji…. na pewno sprzyja to refleksji i medytacji, szczególnie w tych trudnych czasach - czarodziej rozglądał się dookoła w skupieniu, podpierając się swoją laską.

                    - To prawda. Po to właśnie tak budujemy nasze świątynie. Cieszę się, że to dostrzegłeś. - przyznała kapłanka lekko kiwając głową i rozglądając się po tym niewielkim fragmencie dormitorium jaki wyznaczały podłoga, ściany i sufit.

                    - A cóż cię do mnie sprowadza? Bo domyślam się, że gdyby chodziło po ostatnią posługę rozmówiłbyś się z którymś z moich braci. - zapytała wracając tematem i spojrzeniem do swojego gościa.

                    - Niepokoją mnie ostatnie wydarzenia w mieście, jak chociażby ten ostatni bezczelny atak na Świątynię… - czarodziej wyraził swoje oburzenie, podkreślając je dobitnym stuknięciem laską w podłogę. - Znaki, które widzę w gwiazdach wskazują, że wokół mogę działać mroczne i podstępne siły.

                    - Poza tym dowiedziałem się, że Baron Wirsberg popędził w pośpiechu na bagna, prawdopodobnie w poszukiwaniu tego potwora, którego już raz tam napotkał. Radził się nas na ten temat, podobnie jak w kwestii swoich sennych wizji. Ja odradzałem mu pochopne działanie…

                    - Jestem tylko skromną służką bożą i nie czuję się władna stawać na drodze kaprysów barona. Niezbyt wiem co mogłabym tu pomóc zwłaszcza jak już wyjechał z miasta. Mam nadzieję, że wróci cały i zdrowy. - kapłanka rozłożyła swoje blade dłonie aby podkreślić, że nie może wiele zrobić w sprawie starszego już wiekiem szlachcia jaki nijak nie podlegał jej władzy. Zwłaszcza jak gość sam powiedział, że ten już jest poza zasięgiem miejskich władz.

                    - Zaś co do tego bluźnierstwa w świątyni Pana Mórz to rzeczywiście dawno nie spotkałam się z takim zuchwalstwem. A sprawa wydaje się być dobrze zorganizowana ale badamy ją. A cóż za mroczne siły mogą być w nią zaangażowane o jakich mówisz? Czy niebiosa zdradziły ci jakąś wskazówkę? - pierwsza z poruszonych spraw zdecydowanie bardziej ją interesowała więc i wydawała się ciekawa co młody magister może mieć o niej do powiedzenia.

                    - W kwestii Barona…. może faktycznie nie można nas o nic obwiniać… - westchnął Joachim.
                    - Mam tylko nadzieję że nic mu się nie stanie na bagnach - też miałem sen na ten temat i mam wrażenie że istotnie jest coś złego i groźnego.

                    - W kwestii niebios - znaki mają to do siebie że nie dają prostych odpowiedzi i trzeba się zastanowić nad ich interpretacją. Moje ostatnie obserwacje wskazują na drugie dno sprawy, działanie jakiejś mrocznej siły, może nawet związanej z plugawym chaosem? W każdym razie nie można wykluczyć że mogli to nie być zwykli złodzieje i że niektóre osoby powiązane z tym atakiem mogą wciąż być w mieście - stwierdził, postanawiając że powie coś zbliżonego do prawdy ale na tyle ogólnego żeby nie stwarzać bezpośredniego zagrożenia. - A czy ty Matko, otrzymałaś jakieś znaki od Pana Śmierci I Snów?

                    - Tak. Ale rzecz wymaga przemyślenia nad interpretacją. Sprawa wydaje się być poważniejsza niż możnaby sądzić na pierwszy rzut oka. - odparła kapłanka i popatrzyła przez wąskie, zwieńczone łukowato okno przez jakie wpadało światło dnia do tego dość mrocznego i surowego pomieszczenia.

                    - A dlaczego sądzisz, że osoby związane z tym napadem wciąż mogą przebywać w mieście? - zapytała po chwili zadumy odwracając głowę z powrotem w stronę gościa.

                    Czarodziej również popatrzył przez okno, próbując zebrać myśli, a następnie zwrócił się ku odzianej w czerń kapłance:

                    - Znaki które widziałem sugerowały, że sprawa ma drugie dno, nie jest do końca tym czym nam się wydaje i że zagrożenie nie zostało usunięte - moja interpretacja jest więc taka, że albo sprawcy tej zuchwałej kradzieży są ciągle w mieście albo tutaj wrócą - dodał. Czy dostrzegłaś może cokolwiek co doprowadziłoby do podobnych konkluzji? - spytał się.

                    - Biorę pod uwagę taką możliwość. Jest wiele ciemnych plam w tym nie ukrywam obcym dla mnie mieście więc nie jest łatwo się w tym połapać. Trudno się na jakimś skoncentrować. Na szczęście tutejsze władze świeckie i duchowe służą mi wszelką pomocą. Mam wrażenie, że te dwie co zniknęły zaraz po grabieży to tylko część ich grupy. Ale nie sądzę aby dały radę moim gwardzistom. Zapewne były tylko rozpoznaniem tej szajki. Obecnie sprawdzamy ich powiązania ale niestety nie mamy zbyt wiele punktów zaczepienia. A czy tobie niebiosa podsunęły jakąś wskazówkę gdzie szukać sprawców tego zuchwalstwa? - zapytała na koniec gdy nieco opowiedziała o swoim śledztwie chociaż bez zbędnych detali.

                    - Sprawdzałbym miejscowy półświatek, na pewno jest tam kilka osób które coś wiedzą. Myślę, że mogą używać zamtuzów jako punktów kontaktowych - stwierdził Joachim.


                    Spędził jeszcze chwilę rozmawiając z Matką Somnium, próbował wybadać jak dużo ona wie i czy planuje coś niebezpiecznego. Następnie planował udać się do domu i popracować trochę w laboratorium, spróbować ponownie zaklęcia przywołania demonicznego, ptasiego chowańca i sprawdzić czy tym razem jest w stanie lepiej się z nim komunikować. Oprócz tego należało zbadać dokładnie magiczną "bombę" którą dostał od Mergi, aby podczas jej użycia nie wystąpiły żadne niespodzianki. Następnego dnia na Zborze mogliby dopracować plany zdobycia dziedzictwa Vesty....

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Online
                      SantorineS Online
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #180

                      Oryginalny autor: Pipboy79

                      Oryginalny tytuł: Tura 44 - 2519.07.18; agt; ranek

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna 3; apteka Sigismundusa
                      Czas: 2519.07.18; Angestag; ranek
                      Warunki: wnętrze apteki, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                      Otto

                      O ile ostatnie dni pod względem pogody były takie sobie to ten nowy i ostatni poranek przed dniem świątynnym okazał się całkiem pogodny i słoneczny. Chociaż jak to przy tak wczesnej porze panował nieprzyjemny ziąb. Pomimo wczesnej pory oczywiście nie był jedynym przechodniem na ulicach bo nie tylko on zaczynał swój dzień. Większość sklepów i warsztatów jakie mijał albo były już otwarte albo właśnie je otwierano. Ostatni pracujący dzień tygodnia nie oznaczał laby dla większości pospólstwa. Idąc przypomniał sobie karteluszek wepchnięty pod drzwi jaki znalazł gdy wczoraj wrócił od Fabienne do domu. Pismo było Starszego ale pewnie nie on je tam wrzucił. Wiadomość była krótka, że jak chce to może poprowadzić mszę ale niech przyjdzie wcześniej aby o tym porozmawiać. Po prawdzie to się zapowiadało na trudne do zrealizowania jeśli miał zamiar skończyć normalnie swój dzień pracy w hospicjum a potem jeszcze iść do Północnej Dzielnicy aby spotkać się z rozpustną Bretonką. Do apteki kolegi ze zboru miał dalej niż do hospicjum i do tego w przeciwną stronę. Więc musiał wstać wcześniej niż zazwyczaj. Gdy pchnął drzwi do przybytku z lekami i ziołami brzdęknął dzwonek. Zaś zastał tam garbusa jaki zamiatał na początek nowego dnia handlowego.

                      - Witaj Otto. Wcześniej coś dzisiaj. - przywitał się Strupas zerkając kaprawym okiem na gościa. Ale powiedział aby przeszedł na zaplecze bo tam się gospodarz kręci no i ma niespodziankę. I tak było. Ledwo jednooki wszedł na zaplecze dostrzegł Dornę. Szaroskóra robiła pranie i pozdrowiła go nieco nieśmiałym uśmiechem przekazując, że aptekarz jest w piwnicy. I jak mnich zszedł po znajomych już schodach na dół to i tam go zastał. Grubas jak to ostatnio miał w zwyczaju rozpromienił się na widok swojego ulubieńca.

                      - Ah! Mój złoty chłopcze! - rozpostarł szeroko swoje postawne ramiona aby się przywitać niczym dobry wujaszek ze swoim ukochanym siostrzeńcem. - W samą porę przyszedłeś! Chodź, pokażę ci coś! - przywołał go zachęcająco słowem i gestem a od razu szło poznać, że ma jakieś dobre wieści do przekazania. Zwłaszcza jak zaczął prowadzić go do trzeciej z cel jaką przeznaczył na swoją menażerię dorodnych insektów. Otworzył drzwi, wszedł do środka i wskazał na jedną ze skrzyń. Była wyłożona sianem jakby tam miały się nieść kokoszki ale zamiast nich było widać cztery, dorodne larwy. Każda tłusta i wielkości ze trzech albo i czterech pięści. Wiły się tam żwawo jakby sprawdzając swoje otoczenie. Każda w nieco innym odcieniu co pasowało do opisu Mergi, że iskra każdej z patronek powinna nadać swoim czerwiom nieco inną barwę.

                      - Onyx je w nocy przyniosła. To od tej jej ladacznic z burdelu. - wyjaśnił cofając się aby młodszy kolega mógł je sobie obejrzeć. A sam kontynuował dalej.

                      - Widzisz jakie dorodne? Takie jak od Loszki. Bo nasza Dorna i tamta idiotka ze szlaku to wydają na świat te małe. Ale za to szybciej i jest ich więcej w miocie. - tłumaczył z zapałem detale swojej ukochanej hodowli. Na pewno miał rację co do wielkości bo czerwie były ze dwa razy większe niż te co mu pokazywał ostatnio jakie szara mutantka wydała na świat.

                      - No by się zgadzało jeśli zasiała ją na początku tygodnia bo u Loszki też to prawie tydzień zajmuje… - powiedział nieco z roztargnieniem i machinalnie przeczesał serdelkowatymi palcami swoje przetłuszczone włosy.

                      - Ale teraz już trochę krócej bo już mamy eliksir wzmacniający aby rosły szybciej no i większe. Ten najprostszy ale zawsze trochę do przodu prawda? Tylko trzeba tam w środku dokarmiać maleństwa ze strzykwy raz dziennie aby rosły duże i silne. Ale to prościzna taka sama jak zasianie. - ożywił się gdy pokazał gdzieś ręką w bok gdy mówił o kolejnym sukcesie w hodowli.

                      - Eh może źle oceniłem tą nieszczęsną dziewczynę? - westchnął zaraz jakby naszła go jakaś refleksja. - Naprawdę myślałem, że zniszczyła te strzykwy albo wyrzuciła skoro nie zrobiła tego przy tobie. A tu zobacz… I do tego całkiem dorodna nosicielka… Może jej jakieś kwiaty kupię? Mnie to nie rusza ale kobiety ponoć są płoche na takie głupoty. A! Bo ci jeszcze nie powiedziałem ale obie miały trochę piętra bo ledwo wyszły od jakiś latawice co przyszły do burdelu a już leciały do pokoju aby ta kochana dziewczyna mogła urodzić w spokoju. No i potem Onyx nie chciała ryzykować i w nocy przyniosła te świeżo urodzone maleństwa tutaj. A ta jej koleżanka podobno chce jeszcze! Widzisz złoty chłopcze? Są jeszcze na świecie poczciwe i dobrotliwe kobiety. - aptekarz wręcz się rozczulił gdy mówił o tej miłej dla siebie niespodziance. Widocznie nie spodziewał się tego po dwóch ladacznicach i gdy zobaczył taki dorodny miot z miejsca im wybaczył wszelkie złorzeczenia i podejrzenia jakie wcześniej miał pod ich adresem. Teraz mówił o nich ciepło jak o wzorowych cnotkach godnych naśladowania.

                      - Ale jeśli dobrze liczę to najprędzej będzie można znów zasiać tą wspaniałą niewiastę… - podszedł do kalendarza jakby oprzytomniał i wróciła mu żyłka uczonego. Zaczął coś sprawdzać i liczyć nim zawyrokował - W Wellentag wieczorem albo Aubentag rano. - powiedział gdy obliczył wynik. Po czym spojrzał ponownie na mnicha - Teraz miała dwie od przodu. To nic takiego. Jak tak bardzo chce to może dać jej trzy lub cztery? I może jedną od tyłu? - patrzył na gościa tak jakby myślał na głos albo pytał go o zdanie.

                      - Dorna miała po dwa w obu dziurkach i wyszła z tego cało. To tamtej można chyba teraz dać trochę więcej. Czasu mało. Zwłaszcza, że te większe dłużej dojrzewają. Dornę też będziemy dzisiaj zasiewać. Teraz właśnie dam jej cztery z przodu i dwie z tyłu. Zastanawiam się czy od góry też czy nie ryzykować. No i od góry są największe straty. Chociaż tego jeszcze nie próbowaliśmy. Właśnie po śniadaniu mieliśmy się za to zabrać aby nie tracić kolejnego dnia. Ona na te małe to może jeszcze zdążą urosnąć. - rzekł wskazując gdzieś tam ku zapleczu gdzie krzątała się kolczasta mutantka. Wtem trzepanie w klatce przykuło jego uwagę.

                      - Ah! Zobacz jak szybko rosną! Jeszcze dzień czy dwa, może trzy aby się upewnić i będą w pełni dojrzałe. Na tyle aby wydawać na świat kolejne jaja. - zapalił się na nowo gdy podszedł do klatki na kaczki i kurczaki. Tylko w środku trzęsły w pręty Owady kształtu mniej więcej muchy. Chociaż było między nimi widoczne różnice w detalach i kolorze. Tylko były wielkości ptaków. I to chyba wielkości korpusu gołębia a może i mewy. A wedle słów gospodarza to były te pierwsze od tej idiotki ze szlaku jeszcze bez tej wzmacniającej pożywki. Z nią może niewiele ale była nadzieja, że jeszcze będą dorodniejsze. Dlatego już Dornę zamierzał zasiać i od razu też “polać” tej odżywczej papki dla wykluwających się maluchów. Te co ona wydała na świat parę dni temu były jeszcze trochę mniejsze i nie w pełni dojrzałe ale wyglądały podobnie. Zaś dzieci Loszki co z niej wypełzły na początku tygodnia wciąż były w stadium poczwarek i przypominały niezbyt foremne, podłóżne bryły.

                      - Zamierzam je pokazać dziś na zborze. Niech wszyscy zobaczą nasz sukces. - cieszył się już na samą myśl o wieczornym spotkaniu spaczonej rodziny spiskowców. To jakby coś mu przypomniało.

                      - Aha. A właściwie dlaczego tu jesteś? Coś się stało? - zreflektował się, że od przybycia gościa dał się ponieść entuzjazmowi i cały czas gadał nie dając mu prawie dojść do słowa. Więc zamilkł i dał mu wreszcie przemówić.

                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów 14; kamienica Joachima
                      Czas: 2519.07.18; Angestag; ranek
                      Warunki: wnętrze kamienicy, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                      Joachim

                      Czarodziej wstał zaskakująco wcześnie rano. Sam nie był pewien co go obudziło. Może echo wczorajszej rozmowy z młodą kapłanką Morra? Być może. Wiele się z tej rozmowy nie dowiedział. Kapłanka traktowała go z chłodnym szacunkiem ale jak to mawiano po tawernach trzymała karty przy koszuli. Czy to dlatego, że był magiem? Wiadomo, że ci wzbudzali w wielu wręcz instynktowną nieufność i byli podejrzani z założenia. Może miała jakieś podejrzenia wobec niego? Czy gdzieś w śledztwie padło jego nazwisko? A może po prostu była nauczona nie rozmawiać z postronnymi o służbowych sprawach? No i kler Boga Snu był znany z powściągliwości i nie okazywania emocji czy radości życia. Może to to tworzyło tą chłodną aurę? W każdym razie w pewnym momencie jednak zwróciła większą uwagę na jedno ze stwierdzień jakie powiedział.

                      - Zamtuzy jako punkty kontaktowe? - zamyśliła się na moment nad tym pomysłem. - A to ciekawe. To mi nie przyszło do głowy. Myślisz, że te dwie i ich wspólnicy mogą mieć jakieś powiązania z którymś z zamtuzów? Z którymś konkretnie? - zaciekawiła się tym tropem. Nie był pewien jak bardzo. Potraktowała to jako ciekawostkę? Czy jednak jakoś to sprawdzi sama lub za pośrednictwem innych? Nie miał pojęcia. Jeśli planowała jakieś dalsze posunięcia to w rozmowie tego nie zdradziła.

                      Odsunął te myśli skupiając się na nastepnym temcie. Wieczorne przyzwanie Alzth poszło mu raczej lepiej niż za pierwszym razem na początku tygodnia. Kosztowało to znów go trochę błyskotek jakie mały, ptasi demon zeżarł bez oddechu. Chociaż nie aż tyle jak na początku gdy zawierał z nim ptak i wedle instrukcji Mergi miał go sobie zjednać. Przy kolejnym razie rzeczywiście pochłonął mniejsza kupkę monet i biżuterii. Nawet jakoś mniej straszyny czy obrzydliwy się wydawał. Nadal wyglądał mniej więcej jak ptak. Albo nietoperz? W każdym razie miał coś na kształt skrzydeł no a z opisu mistrzyni wynikało, że potrafi latać. Jesgo powierzchnia lśniła i mieniła się na przemian różnymi kolorami co z miejsca zdradzało nietuzinkową czy wręcz magiczną istotę. Tym razem głównie był taki raczej fioletowy. Chociaż miał też sporo innych odcieni i głębi kolorów. Zapewne każdy wyszkolony mag albo kapłan wyczułby w nim coś z piekła rodem ale na to chyba nie było za bardzo rady.

                      W sposobie porozumienia jednak postep był o wiele mniejszy. Stworzenie skrzeczało zdecydowanie zbyt dziwnie jak na ptaki jakie Joachim wydywał i słyszał. Raczej przypominało to odgłos jakiegoś gada czy innej skrzeczącej poczwary. Krąg ochronny więził je w miejscu bo co by zrobiło gdyby ten krąg wyrysowany kredą na podłodze zniknął tego mag pewny nie był. Merga przestrzegała, że wzywanie nawet tak słabych demonów jak impy to nie zabawa. Zwłaszcza moment przejścia mógł sprowadzić nie tego demona co trzeba albo nie tylko jego. Stwór skrzeczał co jakiś czas i zerkał na dwunoga stojącego poza kręgiem ochronnym. Wydawało się, że go obserwuje. Ale wedle notatek rogatej to mówić nie umiał. Te impy raczej były podobne do zwierząt niż istot myślących znanych z tego ziemskiego padołu. Ale gdy Joachim próbował do niego przemawiać w tych kilku frazach jakie zdołał się nauczyć albo przeczytać z notatek to Azlth najczęściej zwracał się ku niemu. No i chyba dość dobrze rozpoznawał swoje imię bo wtedy zwykle kierował dziwnie wyglądający łeb w jego stronę.

                      W końcu jednak musiał odesłać to małe monstrum w niebyt innego wymiaru zamieszkałego przez byty o wiele potężniejsze niż ten mały imp. Chociaż jeszcze dzisiaj wyczuwał w tym miejscu zakrzywienie Eteru. Układało się to w ciemne, chaotyczne linie. To jeszcze nie był kłębek Dhar ale zapewne po którymś takim wezwaniu on powstanie. Najpierw na krótko ale z każdym kolejnym razem będzie zostawał na dłużej. Aż wreszcie osiądzie na stałe niczym kałuża czarnej, magicznej smoły. I będzie wypaczał otaczającą ją rzeczywistość, ciała i umysły. A każdy obdarzony Mocą mag czy kapłan będzie mógł to wyczuć. I trudno będzie się gospodarzowi co też był magiem z tego wytłumaczyć bo Dhar jednoznacznie wkazywała na paranie się czarną magią. Jaką to już miało mniejsze znaczenie. Każda była zakazana. No ale to w przyszłości jeśli dalej będzie przeprowadzał tu swoje eksperymenty z przyzwaniami Niezrodzonych. Na razie miał na podłodze i trochę nad, w miejscu wczorajszej wizyty gościa z innej rzeczywistości drobną anomalię w ciemnych barwach i chaotycznym charakterze ale jak nic z nią nie będzie robił to pewnie za ileś godzin czy dni powinna się chyba rozwiać. Chyba.

                      W sprawie bomby z immaterium jaką tuż przed wyjazdem zdążyła zmajstrować Merga była wczoraj poza jego zasięgiem. Jakoś nie pamiętał aby ktoś mu mówił, że te zostały przeniesione więc chyba nadal powinny być w kryjówce gdzie wcześniej głównie urzędowała rogata i złotooka wiedźma czyli pod zwaloną wieżą. A jak wrócił do domu aby przygotować rytuał przyzwania no i go wykonać to już było całkiem późno gdy skończył. A maszerowanie na drugi kraniec miasta w środku nocy mogło się skończyć różnie. Zresztą swoje też robiło zwykłe zmęczenie po całym dniu na nogach.

                      Teraz jednak był nowy dzień i nowy poranek. Jak się okazało całkiem słoneczny i pogodny. Inaczej niż wczoraj wieczorem gdy mżyło przez jego większość. Dziś po zmierzchu był zbór na “Adele” ale do tego czasu był cały dzień jaki dopiero co się zaczął.


                      Mecha 44

                      Sprawdzanie co wie Matka Somnium (OGŁ + Przekonywanie)

                      Joachim OGŁ 50
                      Przekonywanie II +10
                      Ranga 6 -5
                      subtelne, pośrednie wypytywanie -30
                      razem: 50+10-5-30=25

                      Matka Somnium SW 60
                      Ranga 8 +5
                      razem: 60+5=65

                      rachunki: 50+25=75-65=10

                      rzut: https://orokos.com/roll/992759 83

                      10-83=-73 > sp.por = nie dowiaduje się nic poza tym co już wiedział + jakaś podpowiedź dla Matki


                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
                      Czas: 2519.07.18; Angestag; ranek
                      Warunki: wnętrze kamienicy, cisza, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, powiew; ziąb (0)

                      Heinrich

                      Gdy otworzył oczy zorientował się, że jest już widno ale nadal wcześniej niż gdy zwykle wstawał. Czuł się całkiem dobrze. Po nocnych harcach z Łasicę poprzedniej nocy zostało przyjemne wspomnienie ale ciało zdążyło już odpocząć i zregenerować siły. Ale nie był pewien co go obudziło. Póki nie rozległo się ponowne pukanie do drzwi wejściowych. Straż czy inne władze pewnie nie byłyby tak subtelne a Łasicę to pewnie poczułby najpierw jej utalentowane usta na sobie więc też raczej nie ona. Gdy wstał, coś narzucił na siebie i otworzył drzwi okazało się że to Lilly.

                      - Serwus Heinrich. - liliowłosa przywitała się raźno w stylu jaki pewnie popatrzyła u obu łotrzyce. Albo wręcz ją tego nauczyły. Poczekała aż kolega się przywita i ją zaprosi nim zaczęła mówić dalej.

                      - Ładna chata. - uznała w końcu rozglądając się po mieszkaniu w jakim była pierwszy raz. - No ale mam wieści od dziewczyn. Od Pirory i naszej milady. - zwróciła się do gospodarza przerywając konstelacje wnętrz.

                      - No to tak. Pirora na dzisiaj umówiła u siebie naszą milady z taką jedną koleżanką aby się poznały. Ona artystka, gra, tańczy i śpiewa występuje czasem tutaj w teatrze. Młoda, ładna ambitna no i zdesperowana aby znaleźć dobrą partię do ożenku. A jej rodzina tytuł ma ale resztę to tak sobie. No i milady ma ochotę ją sprawdzić czy by jej można użyć do czegoś ciekawego. Ale właśnie tutaj zaczynają się schody. Przekleństwo obfitości jak to powiedziała milady. - zaczęła wyjaśniać z jaką wiadomością i sprawą przyszła z samego rana.

                      - No bo na ostatnim spotkaniu poetyckim Kamila van Zee tak trochę się zapowiedziała i też wyszło, że może przyjść dzisiaj. No albo jutro po mszy. Ale sam wiesz co my robimy w Festag po mszy u Pirory. - Lilly uśmiechnęła się ironicznie na koniec gdy widoczne cotygodniowe spotkania u averlandzkiej koleżanki przypadły jej do gustu. Jednak do tej pory uczestniczyli w nich tylko spiskowcy bez osób z zewnątrz. A taka właśnie była dorodna córka kapitana portu. Tyle, że pewnie niezręcznie było powiedzieć "nie" komuś takiemu. Zwłaszcza jak ostatnio wężowa milady chwaliła się jakby młodą van Zee już owinęła sobie wokół palca i ta miała stracić dla niej głowę.

                      - A poza tym Pirora umówiła się z Petrą. Czy też raczej Petra z nią. I będzie dziś u niej w południe na obiedzie i tak towarzysko. - Lilly uśmiechnęła się szerzej ciekawa reakcji gospodarza.

                      - No więc jak sam widzisz ni z tego ni z owego zrobił się straszny tłok z tymi pannam z zacnych domów. - roześmiała się mutantka rozkładając z rozbawienia dłonie na bok. - No i Pirora z Sorią wysłały mnie aby zapytać czy nie zechciałbyś pomóc. Bo z tą Fedorą to przydałby się jakiś zacny i stateczny mąż co by mógł uchodzić za krytykę, znawcę sztuki czy inną ważną i stateczną personę. Masz odpowiedni wiek, wygląd i maniery. Z Kamilą no pewnie też chociaż to jeszcze milady nie zdecydowała jak rozegrać bo też czeka na twoją odpowiedź. No a Pirora mówiła, że z Petrą to pewnie wiesz o co chodzi. I, że Petra dała do zrozumienia, że byłaby rada gdyby cię spotkała w wygodniejszejszych okolicznościach niż z rodzicami czy koleżankami z uczelni. Wystarczy, że wpadniesz na obiad. No ale obie wysłały mnie teraz z rana aby wiedzieć jak się na to zapatrujesz i co mają odpisać w bilecikach tym czcigodnym damom. - kopytna mutantka skończyła zdawać relację ze swojego posłania i z zaciekawieniem czekała na odpowiedź równie ciekawie wracając do rozglądania się po mieszkaniu. Widocznie jak to całkiem często ostatnio bywało znów pełniła rolę kuriera pomiędzy kultystami. Zwłaszcza od lub do kamienicy przy Bursztynowej 17 gdzie z gospodyniami miała takie dobre relacje.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Online
                        SantorineS Online
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #181

                        Oryginalny autor: Lord Melkor

                        Joachim nie mógł być do końca zadowolony ze spotkania z kapłanką Morra. Nic właściwie nie dowiedział się użytecznego, a nie był też pewien co ona planuje lub podejrzewa. Czy jej patron mógł zsyłać swojej służce wizje senne tak jak jego? W każdym razie tak jak sugerował wczoraj Sorii i Pirorze, powinni uważać na działania tej kobiety.

                        Z ponownego przywołania chowańca mógł być natomiast zadowolony, przyszło mu to niewątpliwie łatwiej niż za 1 razem. Natomiast nie był do końca pewien jak najlepiej go wykorzystać. Rola szpiega albo posłańca sama się nasuwała, ale taki stwór mógł przecież zwracać na siebie uwagę, a poza tym nie władał ludzką mową. Podczas przywołania spróbował wydać demonicznej istocie proste polecenie, takie jak przyniesienie jakiegoś przedmiotu. Postanowił jeszcze raz przejrzeć zapiski na ten temat otrzymane od Mergi.

                        Był ciekaw czy są jakieś wiadomości o Baronie Wirsbergu. Poprosił Svena by tamten dowiedział się czegoś na ten temat. Planował też przejść się sprawdzić ładunek immaterium.

                        No i musiał być w dobrej formie przed Zborem, gdzie miał zamiar skupić się na temacie włamania do Akademii po artefakt zwany "Światełkiem".

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Online
                          SantorineS Online
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #182

                          Oryginalny autor: Seachmall

                          Konistag; rano; Apteka Sigismundusa

                          Mnich przywitał Strupasa jak i Sigismundusa. Wysłuchał opowieści nurglity o najnowszym nabytku. Podejrzewał, że zaraz poprawi mu humor jeszcze bardziej.

                          - Chciałem cię poprosić o kolejną strzykawę Sigismundusie. Udało mi się przekonać Lady Fabienne von Mannlieb aby przyłączyła się do grona naszych matek. - odparł mnich z uśmiechem - Masz jakieś porady co do zasiania?

                          - Oh! - aptekarz z wrażenia aż wypuścił z rąk jakieś notatki jakie właśnie trzymał. Dość zabawnie to wyglądało jak jeszcze dość niezgrabnymi ruchami próbował je złapać ale ostatecznie upadły one na podłogę. Przez moment miał roztargnioną minę jakby nie mógł się zdecydować czy je podnieść czy coś mówić do Otto ale ostatecznie wybrał to drugie.

                          - Co ty mówisz?! Jesteś pewien? Zgodziła się? Na zasianie? Wie z czym to się wiąże? Że to tam w środku trzeba wstrzyknąć jaja a potem one tam w środku rosną i potem wychodzą z tego te słodkie maleństwa? Powiedziałeś jej to? - gospodarz zamrugał zaczerwienionymi oczami i zignorował swoje notatki. Zrobił krok i drugi w stronę mnicha i dopytywał się czy aby na pewno dobrze go zrozumiał. Głos tlił mu się z ledwo skrywanych emocji jakby bał się zapeszyć swoim nadziejom więc uktwił uporczywe spojrzenie w twarzy młodszego mężczyzny.

                          - Potrafię być przekonujący. - zapewnił mnich - Wytłumaczyłem jej wszystko, zwracając szczególną uwagę na te aspekty, które mogą być miłe slaaneshytce. Zgodziła się i dziś jesteśmy umówieni, abym ją zasiał. - Otto uśmiechnął się do aptekarza - Zważając na jej bretońskie pochodzenie i fakt, że jest potomkinią Soren. Sądzę, że to może być to "królewskie łono", o którym mówił Vigo. Nawet jeśli nie to zawsze dodatkowa matka dla naszej hodowli.

                          - Oh! - gospodarz znów się jakby zapowietrzył na chwilę słuchając tych rewelacji. I miał minę jakby bał się odetchnąć głębiej aby nie skruszyć tak pięknej wizji. Ale w końcu się odpowietrzył i roześmiał serdecznie aż mu się podgardle zabujało jak u rozgniewanego indora.

                          - Mój chłopcze! Mój złoty chłopcze! Chodźże niech cię uściskam! - śmiał się szczerze i rubasznie. Złapał i objął mocno mnicha tak po ojcowsku i z wylewnością rodowitego Kislevity. Przez chwilę tak go obejmował aż puścił ale oczy i usta wciąż promieniały mu radością.

                          - Niesamowite, po prostu niesamowite! I zgodziła się? Naprawdę? Nawet jak jej powiedziałeś z tymi jajami i w ogóle? Niesamowite! Ha! I widzisz? Jednak są jeszcze na świecie ladacznice jakie potrafią okazać miłosierdzie, zrozumienie i poświęcenie! Dobra robota chłopcze, dobra robota! Świetnie się spisałeś! - aptekarz nie mógł się nacieszyć tymi wieściami i chodził dookoła stołu i Otto dość machinalnie biorąc coś do ręki aby zaraz odrzucić to z powrotem dość niedbałym ruchem. W takim obrazku świetnie się wpisywał w stereotypowy wizerunek szalonego maga albo innego uczonego co prowadzi jakieś genialne co i podejrzane eksperymenty.

                          - I królewskie łono mówisz? Myślisz, że to o nią chodzi? No byłoby cudownie! Ale. - machnął dłonią jakby odsuwał tą myśl na bok. - Nawet jakby miała te najmniejsze jak Dorna czy ta z lasu to też dobrze. Potrzebujemy każdej dziury, że się tak wyrażę. Może nawet lepiej? Te małe szybciej rosną na każdym etapie no i jest ich więcej niż tych większych. W każdym razie no czym by się ją nie zasiało to cudownie dla nas, jak mówię, każda dziura jest dla nas cenna. - mówił dalej gdy już trochę ochłoną z tej pierwszej euforii i próbował jakoś przemyśleć na gorąco tą sprawę.

                          - Aha i umówiłeś się z nią już? Tak? To cudownie, naprawdę cudownie. Ah. No tak. A to czego byś potrzebował? Albo właściwie czego? Coś ci potrzeba? Aa… Bo ty jeszcze tego nie robiłeś co? - zamrugał powiekami gdy już zaczął schodzić tematem na bardziej praktyczne rozwiązania tego wszystkiego.

                          - Spokojnie, spokojnie. - mnich poklepał aptekarza po ramieniu - Będę potrzebował strzykawki do zasiania, no i tej pożywki, aby jej służki mogły ją zapodać. No i wytłumacz po krótce czy trzeba coś konkretnego zrobić przy zasianiu, czy wystarczy włożyć, ścisnąć i już? - mnich się chwilę zastanowił - No i skoro już tu jestem to ciebie też mogę poinformować. Te istoty, które spotkaliśmy w lesie to Skaveny.

                          - Skaveny? - gospodarz zmarszczył brwi w nieco rozkojarzonym spojrzeniu gdy kolega zapytał go o coś całkiem innego niż właśnie rozmawiali. - Jakie skaveny? Ale nieważne! Chodź, wszystko ci pokażę z tym zasianiem! - odepchnął inny temat i z entuzjazmem klepnął swoją wielką łapą w ramię mnicha i dał znak aby ten szedł za nim. Po czym ledwo zrobił kilka kroków i zatrzymał się jakby coś sobie przypomniał.

                          - Albo nie! Przecież naprawdę mogę ci wszystko pokazać! - odwrócił się do jednookiego ponownie rozpromieniony na całego. - Poczekaj chwilę, zaraz wracam. - rzucił szybko i równie szybko pomimo swojej tuszy wyszedł na piwniczny korytarz. A po chwili wrócił z Dorną i stanęli oboje przed mnichem. Mutantka uśmiechała się nieśmiało ale sądząc po minie chyba niezbyt wiedziała o co tu chodzi.

                          - Kochanie, nasz Otto potrzebuje treningu z zasiania. Znalazł nową nosicielkę no i musi ją zasiać. Wiem, że mieliśmy cię zasiać po śniadaniu no ale sama widzisz jaka to wyjątkowa okazja. - aptekarz wprowadził dziewczynę w sprawę i tej chyba się rozjaśniło po co ją tu przyprowadził.

                          - Aha. No dobrze. Może być i teraz. Żadna różnica. - zgodziła się znów nieco się uśmiechając.

                          - Cudownie! Dziś będzie nasz wielki dzień! To usiądź sobie wygodnie kochanie i przygotuj się. Zaraz będzie po wszystkim. - odezwał się dobrotliwie grubas a dziewczyna z kolcowłosami pokiwała głową i usiadła przy stole na wolnym zydlu. Zaś on dał znak aby mnich podążył za nim do sąsiedniego pomieszczenia. Tam otworzył je kluczem wyjętym spod pasa i wszedł do niewielkiej, mrocznej komórki bez okien. Z niej wyjął misę przykrytą ręcznikiem przez co wyglądała jakby tam rosło ciasto i postawił ją na podłodze korytarza. Gdy zdjął ręcznik okazało się, że to ten znajomy z jaskini Oster skrzek. Chociaż dla postronnych wyglądał jak mokry groch albo fasola o dziwnej barwie.

                          - I widzisz to się po prostu ładuje. Jak jakąś pomadę do tortu w wyciskarkę. - zaczął mu pokazywać jak to się robi. Wyjął tłok jednej ze strzykw i zwyczajnie zaczął tam nasypywać tej półpłynnej masy. Drugą podał mnichowi aby ten sam mógł tego spróbować. Zajęcie rzeczywiście było wręcz dziecinnie proste.

                          Otto wykonywał polecenia Nurglity, starając obchodzić się jak najdelikatniej z nienarodzonym życiem.

                          - Faktycznie ten krok jest dość łatwy. Więc mistrzu, co teraz?

                          - No właśnie, mówię ci, Oster to ślicznie wymyśliła. Wszystkie kroki są dziecinnie proste. No może poza znalezieniem chętnej nosicielki ale ona pewnie nie miała takich kłopotów. Ile tego chcesz? Albo to najwyżej potem sobie dobierzesz resztę, chodź do Dorny. Pokażę ci co i jak. Nie bój się to też jest bardzo proste. Przynajmniej jak nosicielka jest chętna albo chociaż nie wierzga. Dlatego z tą idiotką z traktu mamy takie utrapienie i ciąglę ją trzeba usypiać. - tłumaczył dalej tak chętnie i radośnie, że nie mogło być wątpliwości, że opowiada o swojej pasji. A napełnienie żywą zawartością jednej, glinianej strzykwy zajmowało tylko chwilę. Wkrótce więc każdy z nich miał swoją, pełną i można było włożyć tłok na miejsce. Wtedy aptekarz dał znak aby znów iść za nim po czym wrócili do czekającej mutantki.

                          - No kochanie! Wiesz co robić! - zawołał radośnie do kolczatki jak do ukochanej siostrzenicy. Ta uśmiechnęła się, pokiwała głową i podwinęła długą spódnicę do góry. A bielizny albo nie miała albo zdążyła ją ściągnąć gdy czekała bo ukazało się jej szare i też nieco kolczaste łono. Usiadła na stole, położyła się na nim i spokojnie rozchyliła uda w zapraszającym geście.

                          - O właśnie tak! - zachwycił się aptekarz po czym podszedł do tego skraju stołu. - I teraz zobacz. Żadna filozofia. Po prostu wkładasz to tam do środka. - pokazał na swoją strzykwę po czym przyłożył ją do łona, chwilę poprawiał ale gdy uznał, że jest na miejscu powoli włożył narzędzie do środka. Mutantka cicho sapnęła, nieco zacisnęła wargi ale nie wyglądało aby działa jej się jakaś krzywda. A gdy strzykwa weszła prawie do końca Sigismundus znów się odezwał.

                          - No widzisz? Nic trudnego. A kto jak kto ale te ladacznice to pewnie nie takie rzeczy tam sobie wkładają to dla nich to już w ogóle nie powinno być nic nowego ani strasznego. No nic. W każdym razie jak mamy to już gdzie trzeba to naciskamy tłok. Dość powoli bo im szybciej tym większa szansa, że może się jakieś jajo zgnieść. Ale bez przesady, jakby cię nagliło to można i szybko naciskać. - mówiąc to naciskał cały czas tłok jaki powoli się zagłębiał do środka. Dorna znów cicho sapnęła ale nadal nie wyglądała na skrzywdzoną. Pod kobiec aptekarz nacisnął spust szybciej jakby chciał udowodnić, że tak też można.

                          - I koniec! Widzisz? Już nasza kochana Dorna jest zasiana! Teraz tylko wyjmujesz no i albo kończysz sprawę albo ładujesz następną. - roześmiał się i wyjął pustą już strzykwę od jakiej ciągnęło się parę klejących nitek ale poza tym właściwie nic nie wskazywało na właśnie dokonany akt zapłodnienia pradawnym dziedzictwem Sióstr.

                          - No. Teraz ty. Sam spróbuj jakie to proste. - gospodarz zachęcił Otto do własnej próby i odsunął się od stołu aby zrobić mu miejsce. Dorna leżąc na meblu też czekała z zaciekawionym wyrazem twarzy.

                          Otto kiwnął głową, wziął własną strzykawę, ale najpierw delikatnie położył dłoń na brzuchu kobiety.

                          - Jeżeli coś będzie nie tak, to powiedz. - mnich delikatnie przyłożył strzykawkę do łona kobiety i powoli zaczął ją wkładać. Bez pośpiechu, aby nie wyrządzać kobiecie dyskomfortu. Następnie kiedy narzędzie dotarła do należytej głębokości zaczął naciskać na tłok, kiedy zakończył ponownie powoli wyciągnął strzykawkę i spojrzał na Dornę - Wszystko w porządku? Może jakieś porady co zrobić, aby było lepiej?

                          - Tak jest dobrze. To nie boli. Ale czuję jak tam się rozlewa w środku. Ale to też nie boli. - odparła szaroskóra z uspokajającym uśmiechem. I tak samo jak przed chwilą z Sigismundusem teraz poza paroma kleistymi zaciekami nic nie wskazywało co się właśnie stało.

                          - No widzisz!? Mówiłem ci, to jest dziecinne proste! Zwłaszcza jak się trafi jakaś chętna co nie wierzga tylko leży spokojnie. - zaśmiał się aptekarz ciesząc się, że mógł na żywo potwierdzić swoje wcześniejsze zapewnienia. - No to co? Chcesz jeszcze raz? Bo to w naszą kochaną Dornę poszły dwie dawki. A teraz chcemy spróbować czterech. I dwóch od tyłu. - zapytał mnicha z życzliwym zainteresowaniem. A kolczatka z lekkim uśmiechem pokiwała głową.

                          - No dobrze. Wątpię, aby lady Fabienne była tak odważna za pierwszym razem, ale kto wie, może inna chętna będzie. Więc zakładam, że Dorna powinna się obrócić i wypiąć? - mnich pogłaskał mutantkę po głowie i odsunął się aby dać jej swobodę ruchu.

                          - Tak, tak jest najłatwiej. - przytaknął gospodarz i głową dał znak aby wrócili do misy z jajami. Rozdał po kolejnych strzykwach i znów była okazja aby je napełnić taką samą zawartością. Po chwili znów wrócili do większego pomieszczenia i Dorna bez wahania zeskoczyła ze stołu, odwróciła się tyłem i znów się wypięła prezentując swoje tylne krągłości. Sigismundus znów zaprezentował jak to się robi. I wyglądało bardzo podobnie jak poprzednio. Tylko zwracał uwagę, że tu lepiej się nie spieszyć i trzeba nieco wyczucia ale właściwie też jest to równie proste jak przed chwilą. A gdy skończył dał okazję spróbować swojemu młodszemu koledze. Zanim się obejrzeli to mutantka już została nosicielką i z przodu i z tyłu i jakoś nadal nie wyglądała jakby działa jej się jakaś krzywda. Nie traciła swojego delikatnego, nieco nostalgicznego spojrzenia i uśmiechu.

                          - No i tak to właśnie widzisz się robi. Nic trudnego. No to ile chcesz tych strzykw dla tej naszej nowej dobrodziejki? - zapytał Sigismundus gdy już robota z zapładnianiem Dorny była na ukończeniu i można było pomyśleć aby przygotować pakunek dla bretońskiej szlachcianki.

                          - Na razie jedną. Nie ma co wymuszać od niej zbyt wiele na razie. - mnich zerknął na Dornę po chwili coś sobie przypominając - Tylko proszę. Nie podchodź do niej podczas najbliższego zboru i nie rozgłaszaj wszem i wobec o tym co dla nas zrobiła. Reszta ladacznic może na nią krzywo patrzeć, a my przez to stracimy nosicielkę. - mnich pokiwał głową w jego głowie formował się pomysł na najbliższe godziny - A i poważnie mówiłem. Te istoty, które spotkaliśmy w lesie. Co razem z nami porwały tą twoją idiotkę. To Skaveny, szczuroludzie. Masz jakąś wiedzę o nich?

                          - Tak? Tak się nazywają? Nie miałem pojęcia. No żyją gdzieś tam pod kanałami. W zimie przez przypadek z nimi się spotkaliśmy. Przezimowali Silnego i resztę jak miasto było zamknięte a ich szukali po ataku na kazamaty. W zamian trzeba było im jednego niewolnika tygodniowo złapać. Chyba, że młoda i zdrowa niewolnica. No to na dwa tygodnie. Ale to tyle, potem przyszła wiosna, otwarli bramy to chłopaki prysnęli z miasta do nich. I jakoś kontakt się z tymi podziemnymi urwał. - aptekarz znów wydawał się być zdziwiony zmiana tematu ale podzielił się tą wiedzą jaką miał o owej podziemnej rasie. Nie interesowała go ona widocznie tak jak nowy postęp w swojej ulubionej hodowli.

                          - Ale jedną? Jesteś pewien? Dorna ostatnio dała radę po dwa z przodu i z tyłu i zobacz, że nic jej wtedy nie było ani teraz. Przy dwóch z przodu to w ogóle nie było widać, że coś tam ma w środku. A wiesz, czas nagli póki ma jakieś w środku nie można jej zasiać nowymi. Trzeba czekać na poród. - chętnie za to wrócił do tego o czym rozmawiali przed chwilą. I tu też widocznie mnich go nieco zaskoczył tak skromną liczbą zasianych jaj jaką zamierzał przeznaczyć na bretońską nosicielkę. Dorna niemo pokiwała głową. Wcześniej na obietnicę aby nie rozpowiadać o zasianiu szlachcianki i teraz na słowa gospodarza o nieszkodliwości takiej pseudociąży.

                          - A w ogóle to nie dałbyś rady na przykład pójść do niej teraz? Bo jak pójdziesz po hospicjum to właściwie cały dzień nam ucieknie. A zwłaszcza jakby te małe miała to zawsze jeden dzień do przodu więcej daje. Nie wymyśliłbyś czegoś aby teraz z rana do niej pójść? No albo chociaż potem w trakcie się wyrwać? - zaproponował dobrotliwym tonem czy Otto mógłby pójść na takie ustępstwo. Ten wiedział, że jeśli teraz by poszedł prosto do hospicjum to pewnie by przyszedł w podobnym czasie jak zazwyczaj. Ale marsz stąd, z południowej dzielnicy do północnej to już miałby pewnie z dzwon spóźnienia przynajmniej. Chociaż faktycznie zyskałby prawie jeden dzień w tej hodowli przesuwając go z końca dnia na jego początek.

                          Mnich zastanowił się chwilę nad prośbą aptekarza. W końcu jednak westchnął i pokręcił głową.

                          - Rozumiem twoje przyjęcie, ale niestety. Z powodu tego napadu na świątynie, przygląda mi się straż miejska. Nie chcę zwracać na siebie bardziej uwagi, łamiąc swoją rutynę. Szczególnie, aby odwiedzić kobietę, którą wskazałem jako mojego świadka. Odwiedzą ją jednak od razu jak skończę w hospicjum. Postaram się czmychnąć wcześniej, ale nie mogę obiecać więcej. - mnich schował pod szatami strzykawkę - Powodzenia w dalszej hodowli i spotkamy się na zborze. - mnich kiwnął głową Nurglitom i ruszył pospiesznie do hospicjum.


                          Konistag; popołudnie; rezydencja von Mannlieb

                          Mnich pośpiesznie ruszył do rezydencji von Mannlieb, zatrzymując się pod drzwiami oczekując przyjęcia przez Major Domo.

                          Wizyta zaczęła się dość rutynowo. Czyli dzwonek przy bramie, potem odźwierny, marsz razem z nim do głównego wejścia i tam krótka rozmowa z oschłą Gertrudą. Ta z niezmąconym spokojem trzymała się protokołu wizyt i oczywiście poszła zapytać czy Frau jest wolna aby odwiedzali ją goście. I więcej Otto ją nie widział bo chociaż jak zwykle musiał odczekać swoje aż wróci to tym razem wyszła naprzeciwko niego Marissa. Co było o wiele przyjemniejsze dla oka i serca widzieć kogoś o wiele młodszego i przyjemniej uśmiechniętego.

                          - Witaj Otto. Milady zgodziła się ciebie przyjąć. - powiedziała niby oficjalnie i nawet lekko dygnęła przed nim jakby był nie wiadomo jak znamienitym gościem ale oczka jej się śmiały wesoło i bezczelnie co przeczyło oficjalnemu protokołowi. I dała znak aby ruszyli tak dobrze już mu znanym korytarzem wyłożonym ozdobną mozaiką na podłodze i potretami znamienitych przodków aż do dwuskrzydłowych drzwi do salonu. Te zamknęły się za służką i na chwilę zostali sami.

                          - No nareszcie jesteś! Tak nagadałeś wczoraj naszej pani o tych doznaniach tam w środku, że od rana nóżkami przebiera. No ale musimy udawać, że nie no bo sam widziałeś. - powiedziała cicho wprost do ucha i tam go na koniec cmoknęła. A potem poprosiła aby poczekał i wyszła drugimi drzwiami. Przez chwilę został sam ale nie na długo. Cała trójka pojawiła się z powrotem więc byli w podobnym składzie jak wczoraj.

                          - Ah, toż to mój ulubiony mnich. - zaśmiała się wesoło gospodyni i klasnęła w dłonie. - Witaj w moich skromnych progach. Cóż cię do mnie sprowadza? - zapytała niby oficjalnie ale jednak filuternie patrząc wesoło na swojego gościa.

                          - Odwiedziłem aptekarza Milady. Przekazałem mu dokładnie czego sobie życzysz i oczywiście dostarczył mi specyfik. - mnich podążał za małą grą szlachcianki i skłonił się, patrząc w ziemię, nie odważając się spojrzeć w oczy tak znamienitej osobistości - Jestem gotów rozpocząć kiedy ty będziesz.

                          - No więc zaczynajmy! - odparła wesoło jakby przyniósł jej jakąś nową grę do zabawy. Ponownie klasnęła w dłonie z ekscytacji po czym zmieniła wyraz na bardziej stonowany uśmiech. - Mam nadzieję, że to będzie takie szybkie i proste jak wczoraj mówiłeś. Bo jak chyba wiesz nie mogę cię zaprosić głębiej do domu i wszystko musimy załatwić tutaj. - powiedziała ciszej i dała znak Annice. Ta skinęła głową i podeszła do drzwi przez jakie wszedł właśnie jednooki. Cicho je otworzyła i wyjrzała na korytarz. Potem równie cicho je zamknęła i odwróciła kiwając głową i unosząc kciuk do góry. Sama jednak już tam została przybierając rolę strażnika prywatności. - No sam widzisz w jakiej klatce ja tu mieszkam. Ani chwili prywatności. Wszyscy mnie tu szpiegują. Tylko na te dwie ślicznotki mogę liczyć. - powiedziała cicho Bretonka tonem już nieco tradycyjnej skargi.

                          - Pozłacana klatka, to wciąż klatka. - zgodził się mnich - Dziewczyny pomóżcie mi uprzątnąć stół. Wasza pani musi się wygodnie ułożyć. - Otto zaczął zbierać rzeczy ze stołu i delikatnie ustawiać je na podłodze.

                          Stół był elegancki, ozdobny, szykowny ale zdecydowanie za mały aby ktoś się na nim położył. W sam raz by postawić na nim paterę z owocami i butelkę z kieliszkami dla kikoro gości no ale nie był pomyślany aby dorosła osoba się na nim kładła. Chociaż i tak powinien spełnić swoje zadanie o ile milady by współpracowała bo z tego co pamiętał z zabaw w loszku Pirory to potrafiła być dość gibka. Annika nie ruszyła się ze swojego strażniczego miejsca ale razem z Marissą łatwo oczyścili stół bo i tak na nim niewiele było. A teraz obie czekały z ekscytacją wymalowaną na twarzach na dalszy etap tej nowej zabawy.

                          - A po co nam ten stół? - zaciekawiła się gospodyni obserwując te przygotowania z ciekawością.

                          Mnich spojrzał delikatnie zmartwiony na stół. Za bardzo chciał powtórzyć warunki u Sigismundusa, aby zwrócić uwagę, czy jest to możliwe.

                          - Najwygodniej by było, abyś była w pozycji leżącej pani. I na podwyższeniu, abym i ja się nie musiał się gimnastykować. No cóż, przepraszam za kłopot. Poprawimy stół jak skończymy. Mogła byś pani zdjąć majtki i usiąść na krześle? Tak na samym skraju i jak najbardziej proszę wyeksponuj swoje łono. Rozłożone nogi jeżeli można.

                          Bretonka zaśmiała się dźwięcznie jakby mnichowi udało się ją szczerze rozbawić. Oczy zaś błyszczały jej z podekscytowania a na blade zwykle lico wykwitł delikatny rumieniec.

                          - Ależ mój panie! - powiedziała do niego całkiem udanie parodiując dworskie dialogi między wielkimi państwo nawet jak się zwracała do zwykłego mnicha w sandałach. - “Zdejmij majtki”, “Rozchyl nogi”, “Wyeksponuj swoje łono”... - trochę go przedrzeźniała z tego co powiedział przed chwilą. Ale ten podniecony błysk w oku zdradzał, że wcale się na niego nie gniewa. Chociaż gdyby rzeczywiście nie łączyły ich żadne spiskowe relacje to za taką bezczelność powinna go wygnać z domu i kazać pod pręgierz ustawić. Zamiast tego podeszła do niego i zamruczała z zadowolenia - Ależ to są jedne z moich ulubionych poleceń. Szkoda, że nie mamy okazji na jakieś zabawy z pętami i kneblami. - powiedziała słodko i tęsknie. Po czym odsunęła się od niego i podwinęła spódnicę.

                          - Marisko możesz? - zapytała swojej kasztanowłosej pokojówki. Ta ucieszyła się z tego polecenia, podeszła do niej i uklękła ściągając z niej bieliznę z wyhaftowanymi inicjałami właścicielki. Wtedy gospodyni usiadła na wskazanym krześle i zapraszająco rozchyliła swoje gościnne uda. Więc mnich widział jej nagie, staranne wygolone łono. Chociaż zwoje sukni zasłaniały zgięcie jej uda z biodrem gdzie powinny być te dwa wyśnione pieprzyki. Jednak wydawało mu się, że chyba je tam widział podczas ostatnich zabaw u Pirory. Ale właściwie to sam już tego nie był pewien. Zaś samo wygolone i gładkie łono było dokładnie takie jak ze snów.

                          - No chodź, chodź, nie dręcz mnie więcej tym czekaniem, od wczoraj na ciebie czekam. - powiedziała kuszącym tonem przyzywając go gestem palca jak długo wyczekiwanego kochanka.

                          Otto uśmiechnął się i przyklęknął przed Bretonką podziwiając widok. Nie mogąc się powstrzymać ucałował kilka razy wewnętrzne strony ud szlachcianki.

                          - W podzięce za to co dla nas robisz. - wyjaśnił po czym jedną dłonią rozłożył delikatnie dolne usta Fabienne i bez pośpiechu włożył strzykawkę, upewniając się, że nie powoduje u kobiety zbytniego dyskomfortu wepchnął narzędzie do końca i zaczął naciskać na tłok.

                          Po kilku chwilach powolnym ruchem wyjął strzykawkę i ucałował ponownie szlachciankę, tym razem w mniej grzeczne miejsce.

                          - Gratuluje pani, jesteś matką. - uśmiechnął się i wyszedł spomiędzy ud Bretonki - I to tyle. W przeciągu tygodnia powinnaś wydać na świat młode. Możesz wtedy posłać jedną z dziewczyn do Sigismundusa, to nasz Nurglita i przewodzący tej hodowli. On się zajmie zbiorem.

                          Szlachcianka dzielnie zniosła ten zabieg. Można było wręcz odnieść wrażenie, że jej sprawił przyjemność. Zwłaszcza jak podłużne narzędzie zagłębiało się w niej to cicho zamruczała z zadowolenia. A zajęczła gdy w środku to narzędzie rozlało swoją zawartość. Gdy mnich je wyjął spojrzała na niego pytajaco. A gdy jej powiedział swoje zaśmiała się cicho.

                          - To już? Tak szybko? I to wszystko? Jej dopiero się zaczęłam rozgrzewać! - powiedziała tonem delikatnej skargi. - I jestem teraz matką? Oh! To ekscytujące! Jeszcze nigdy nie byłam! Chociaż może po tej ostatniej nocy przy kamieniach to kto wie? - zaśmiała się ze złośliwego rozbawienia jak mała psotna dziewczynka. - No tydzień mówisz? No to nie tak długo. Zobaczymy jak to jest. Mam nadzieję, że nie naopowiadałeś mi bajek, że to będzie takie ekscytujące i przyjemne w doznaniach. - na koniec pogroziła mu palcem ale raczej w żartobliwy sposób.

                          - Powiedziałem jedynie co powiedziano mi. - mnich uniósł dłonie w obronnym geście - Nawet jeżeli przyjemność nie będzie tak wielka jak obiecałem, nowe doświadczenia są obietnicą Węża. Jak dziś spotkam jeszcze Sigismundusa poproszę go o pokarm dla małych. Trzeba go będzie aplikować tak samo jak same nasionka. Więc będziesz mogła się spodziewać kilku powtórek z tego doświadczenia w najbliższym czasie. - mnich uśmiechnął się i spojrzał na Marissę i Annika - A wy dwie lepiej skaczcie wokół naszej cudownej frau. Spodziewa się małego szczęścia i będzie wymagała waszej opieki.

                          - No ja to na pewno będę skakać wokół naszej cudownej Frau! - zadeklarowała wesoło Marissa i nachyliła się aby pocałować to gościnne i wciąż wyeksponowane łono swojej pani. A następnie uniosła aby pocałować ją w usta. - A teraz niestety moja cudowna Frau ale musimy założyć to z powrotem. - dorzuciła eksponując pomiędzy swoimi palcami rozciągniętą bieliznę swojej pani jaką dopiero co z niej zdjęła.

                          - No trudno. Przecież muszę coś mieć na sobie aby ktoś miał co ze mnie zdejmować. - szlachcianka westchnęła teatralnie jakby noszenie tej koronkowej i drogiej bielizny było dla niej karą nie wiadomo jaką. Ale widać nadal była w świetnym humorze i tylko się droczyła ze swoją służką. Ta nachyliła się przed nią i pomogła jej nałożyć na właściwe miejsce. Po chwili już obie stały na własnych nogach i poprawiały tą żałobną suknię gospodyni aby nie wyglądało to jakoś podejrzanie.

                          - Mam nadzieję, że coś będzie się działo ciekawego. No i jeszcze jakieś karmienie? Też z takiej rurki? No to może jeszcze będzie z tego trochę zabawy. W każdym razie wpadaj z tym albo przekaż dziewczętom bo też przecież nie możesz tak codziennie tu przychodzić. - powiedziała szybko i raźno oraz nieco przepraszająco. Widać było, że na takie ciekawe zabawy jest bardzo chętna ale też zdaje sobie sprawę, że zbyt częste spotkania mogłyby wydać się podejrzane.

                          - Aha. I dostałam liścik od Łasicy. Ale od waszego szefa. Zaprasza moje dziewczęta na wasze spotkanie. Ja niestety nie mogę się tam udać. Sam wiesz dlaczego. Mężatce z dobrym nazwiskiem nie wypada się włóczyć wieczorami po jakichś portowych zaułkach. No ale mogę wysłać do mojej koleżanki Pirory po coś tam i się zasiedzą tak, że wrócą dopiero jutro albo późno w nocy. No ale jak już jesteś to możesz je zaprowadzić gdzie trzeba? No chyba, że kłopot to wyśle je do Pirory i pójdą z dziewczynami. - zapytała o drobną przysługę jaka tym razem była związana ze zborem który miał się już zacząć za dwa albo trzy dzwony w okolicach zmroku. Właściwie to przed bo letni zmrok zapadał znacznie później niż przez resztę roku.

                          - Nie ma problemu. Oczywiście. - mnich spojrzał na dziewczyny - Chodźcie owieczki, pora zapoznać was z większą rodziną.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Online
                            SantorineS Online
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #183

                            Oryginalny autor: Pipboy79

                            Oryginalny tytuł: Tura 45 - 2519.07.18; agt; zmierzch

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Nabrzeże Mew, koga “Stara Adele”
                            Czas: 2519.07.18; Angestag; zmierzch
                            Warunki: ładownia, lekkie kołysanie, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, ulewa, powiew; umiarkowanie (0)

                            Wszyscy

                            O dach ładowni jakim był pokład starej kogi mocno łomotały ciężkie krople ulewy jaka rozpętała się nad miastem już jakiś czas temu. Dlatego prawie każdy z członków spiskowej rodziny jak tylko zastukał hasło o ociekającą wodą burtę i dostał do pokonania drabinę to gdy tylko znalazł się w suchym wnętrzu zaczynał od zdjęcia mokrego płaszcza i marudzenia na złą pogodę. Bo ta o ile przez większość dnia była letnia i pogodna to z jego końcem spochmurniała i zaatakowała silną ulewą. Na szczęście nie dołączył do tego wiatr i ledwo co wiało dzięki czemu nawet dla szczurów lądowych kołysanie pokładu było w normie. Nie dało się jednak zapomnieć, że nie są już na stałym lądzie a we władzy Mananna nawet jeśli ten stały ląd był tuż przy burcie starej kogi.

                            Podobnie jak co tydzień pojedynczo, czasem dwójkami postacie schodziły się do środka. Więc w miarę upływu kolejnych pacierzy w ładowni robiło się głośniej i gwarniej. Wydawało się, że taka duża rozpiętość płci, wieku, ubioru, statusu społecznego i charakteru nie powinna mieć prawa zgromadzić się w jednym miejscu ale tak się właśnie działo. Zresztą nie było to idealnie dobrane towarzystwo bo te różnice często dochodziły do głosu prowadząc do różnych spięć, kłótni, zatargów czy nawet awantur. Na szczęście zwykle wpływ Starszego był w stanie zażegnać lub chociaż złagodzić większość z nich.

                            Tym razem atmosfera była raczej radosna. Pierwszy raz mieli okazję się spotkać po akcji obrabowania świątyni boga mórz jaka miała na początku tygodnia. Na zeszłym spotkaniu jeszcze była Merga i ustalali ostatnie poprawki i przygotowania w planie nie wiedząc co przyniesie taka próba. Później po akcji chociaż ta się udała i sporo się widywali tu czy tam, częściej czy rzadziej to jednak pierwszy raz mogli się znów spotkać w większym gronie. No a ich lider nie zapomniał aby o tym przypomnieć.

                            - Skoro już jesteśmy wszyscy wstańmy i pomódlmy się do naszych patronów w podziękowaniu za ich wsparcie i opiekę podczas naszego słusznego czynu jaki wniósł tak wspaniały chaos w mieście i upokorzył naszych wrogów. Chciałbym z tego miejsca i okazji podziękować wam wszystkim co się do tego przyczynili. Każdy na swój sposób w miarę swoich możliwości ale cieszy mnie, że tak masowo wzięliście w tym udział. Tak właśnie powinniśmy współpracować. - Starszy od tego zaczął wspólną wieczerzę jaką już tradycyjnie ingaruowała takie spotkania. To pozwoliło sobie nawzajem przypomnieć co kto robił podczas tej akcji i zapewne z powodu bliskości lidera nie robiono sobie nawzajem wyrzutów czy za bardzo nie podkreślano zasług własnej frakcji.

                            Starszy poprosił też dwie nowe pokojówki lady von Mannlieb na środek. Bo chociaż spora część kultystów już zdążyła się z nimi poznać a Annika to nawet brała udział w akcji napaści na świątynię to jednak część z nich spotykała się po raz pierwszy. Zwłaszcza z Marissą jaka dopiero parę dni temu opuściła hospicjum poza Otto czy dziewczętami z wężowego patronatu raczej mało kto ją spotkał wcześniej.

                            - Chciałem wam przedstawić Annikę i Marissę. Wobec obu żywimy duże nadzieje. Słyszą szept naszych Sióstr. Od Norry i Soren. Więc będą naszymi kluczniczkami jakie otworzą nam drzwi do tajemnic jakie są do tej pory przed nami zamkniętę. - lider w wysokiej masce przedstawił dwie nowe kultystki wskazując odpowiednio na wojowniczą czarnulkę i kasztankę o ciepłym uśmiechu.

                            - Nasza milady też chciałaby tu być z nami. No ale wiecie. Szlachetnie urodzonej milady nie wypada się włóczyć wieczorami po podejrzanych zaułkach portu. - Marissa wydawała się być spokojna i zaciekawiona. Wcale nie wyglądała na speszoną. Ale być może liczne grono koleżanek z jakimi zdążyła się poznać wcześniej dodawało jej otuchy. Starszy poprosił aby opowiedziały coś o sobie. Okazało się, że Marissa pochodzi z małej wioski przy Salzenmundzie ale pobierała nauki właśnie tam jako zielarka i aptekarka. Więc chociaż sprawiała wrażenie trzpiotki idealnie wpasowującej się w slaaneshowe towarzystwo to była całkiem dobrze wykształcona mimo, że nie pochodziła ze szlachetnego rodu. Za to Annika była mniej wylewna. Twierdziła, że nie da sobie w kaszę dmuchać i nie waha się dac komuś w pysk. Chociaż zachowaniem przypomniała raczej łotrzyce jak Łasica, Burgund czy Onyx i chyba dlatego całkiem dobrze się z nimi dogadywała. Tyle, że metody i charakter miała bardziej jak Silny. Więc też była niejako ogniwem pośrednim pomiędzy nimi. Nawet było widać to po miejscu jakie zajęła czyli usiadła między łysym mięśniakiem a koleżankami od Księcia Dekadencji.

                            Po tym wstępnym etapie była tradycyjna kolacja z rybami i winem w roli głównej. Gdzie można było się wymienić bardziej codziennymi plotkami. Zupełnie jak to czyniła większość społeczeństwa w Festag po mszy. Tylko w spiskowej rodzinie można było sobie pozwolić na bardziej swobodne czy wręcz pikantne tematy. W końcu w razie rozpoznania i schwytania każdemu z nich, bez względu na stan, majętność czy wiek, groziły tortury i okrutna śmierć.

                            Później przyszła pora na tradycyjną mszę i modlitwę. I tym razem Starszy był gotów oddać pałeczkę Otto jeśli ten nie stracił zapału i chęci do tej roli. Właśnie dlatego prosił aby ten przyszedł nieco wcześniej niż zwykle aby mogli to obgadać co i jak. Zasadniczo jednak lider nawet zachęcał młodego mnicha aby ten spróbował swoich sił w nowej dla siebie roli. Ale jeśliby uznał, że to jeszcze nie ten dzień to nie chciał go do tego zmuszać i życzył powodzenia następnym razem.


                            Po mszy i modłach podczas których rytualnie zarżnięto kozę ku czci Mrocznych Potęg jakie im patronowały była część gdy omawiano różne sprawy jakie urodziły się od ostatniego spotkania. A jak się okazało był ich tym razem całkiem sporo. Zaczął sam Starszy.

                            - Moje drogie dzieci. Naszcza czcigodna Merga skontaktowała się ze mną. - zaczął od dobrych wieści jakie niejako łączyły ich wszystkich. W końcu ostatni raz z rogatą wiedźmą widzieli się właśnie z tydzień temu. Ci co brali bezpośredni udział w nocnym napadzie na świątynię boga mórz pierwszej nocy tego tygodnia gdy odpływała na statku załadowanym świątynnymi łupami. Od tamtej pory nie mieli od niej ani o niej żadnych wieści.

                            - Czcigodna i nasi bracia oraz siostry szczęśliwie dotarli do jej ojczyzny na północy. I zostali ciepło przyjęci. A teraz działają na rzecz naszej sprawy. Te łupy jakie udało nam się zdobyć bardzo wzmocniły ich pozycję w negocjacjach więc wyrocznia jest dobrej myśli i prosiła aby was pozdrowić i podziękować co właśnie czynię. - oznajmił uroczyście zamaskowany lider co wywołało sporo oklasków i okrzyków. Przez ostatnie pół roku Rogata wrosła w tutejszą rodzinę a dla tych co przyłączyli się już po jej uwolnieniu pod koniec zimy to wręcz stała się częścią składową tego zboru bo była w nim dłużej od nich.

                            Później zaś Starszy oddał głos pozostałym. A ci jak zwykle najczęściej występowali pojedynczo ze swoich frakcji. I na początek od stoły wstała syrenia milady z iście królewskim majestatem. Mocno jednak podszytym kuszącym urokiem Węża. Wydawało się, że nie robi nic niezwykłego a jakieś niestosowne myśli same zdawały się lęgnąć w głowie na jej temat.

                            - To może ja zacznę. - powiedziała elegancka dama przesuwając się spojrzeniem po zebranych przy złorzonych stołach twarzach. - Na początek chciałam wam podziękować ze swojej strony za tą naszą wspólną eskapadę do tej świątyni słabych bożków. To było całkiem ekscytujące! - zaśmiała się na koniec co dodało jej młodzieńczej niefrasobliwości jaka tak nadnatrualnej istocie zdawałaby się całkiem obca. - I w ramach tych podziękowań zapraszamy wszystkich co mają ochotę na jutrzejszą gościnę u nas. Czyli u Pirory na Bursztynowej. Oczywiście wiadomo co będzie clue wizyty ale musu nie ma jeśli ktoś woli robić coś innego. Zapewne dla każdego znajdzie się coś miłego. Zwłaszcza, że możemy mieć parę osób spoza rodziny. I to właśnie chciałam też z wami teraz omówić. - wężowa milady czarowała spojrzeniem, uśmiechem i głosem. Wydawało się, że mało kto byłby w stanie odmówić tak uroczej prośbie. Nawet Tobias czy Silny wydawali się zastanawiać czy nie skorzystać z takiego zaproszenia jakie wydawało się być też gestem pojednania pomiędzy frakcjami. Zwłaszcza jak wężownice zyskały kolejną ślicznotkę w postaci Marissy i to jeszcze miała być kluczowa w szukaniu dalszych śladów dziedzictwa jednej z Sióstr. Oczywiście tej wężowej.

                            - A co to za osoby spoza rodziny? - zapytał przytomnie Tobias jakby chciał zyskać na czasie albo ze zwykłej ciekawości tak w końcu typowej dla człowieka nauki. Okazało się, że milady zaprosiła Kamilę van Zee. I wyglądało na to, że być może w sprzyjających okolicznościach będzie ona gościć w loszku. A igraszki z samą milady były prawie pewne. I wszystko wksazywało na to, że dorodna córka kapitana portu wpadła w słodkie sidła syreniej milady i zadurzyła się w niej jak zimą w Rose de la Vega. W każdym razie milady a także Pirora były prawie pewne, że młoda van Zee jest na dobrej drodze aby do nich przystąpić no ale jutro raczej jeszcze nie. Więc gdyby miała być gościem podczas wspólnych ubranych czy rozebranych zabaw to trzeba było pamiętać aby nie mówić o niej o sprawach rodzinnych.

                            - I właśnie to część tego dylematu. Bo chciałabym zaprosić też Dornę i Lilly. No ale wiecie, że ich błogosławieństwo dość mocno rzuca się w oczy zwłaszcza jak są bez ubrania. - milady wolała taką sprawę ustalić z tymi co być może jutro będą na tej gościnie. Do tej pory obie mutantki bywały na takich zabawach no ale do tej pory były to zabawy wyłącznie w rodzinnym składzie. A gdyby miał być ktoś poza… No to też byłoby do zrobienia. Milady była prawie pewna, że mogłaby nakłonić Kamilę do takiej zabawy z opaską na oczach albo jakoś rozproszyć się po całej kamienicy bo czy ciemnoskóra pięknosć by mogła gościć się w którymś z pokojów albo tam można by umieścić obie mutantki. Albo można było pomyśleć też jeszcze jakieś inne rozwiązanie nawet takie aby z żalem odmówić van Zee jutrzejszych wspólnych modłów żałobnych ku czci przedwcześnie zmarłej księżnej-matce. Chociaż nie ukrywała, że to ostatnie niezbyt jej pasuje zwłaszcza jak miała ochotę zwerbować Kamilę do ich grona.

                            - Kamila jednak nie jest jedynym potencjalnym gościem na jutro. Zatrudniłyśmy też nowego służącego. To Thorne, jeden z pacjentów hospicjum. Otto i dziewczęta Fabi zapewne bardzo dobrze go znają. - czerwona milady wyjawiła dalszy rąbek swojego planu patrząc na wspomnianą trójkę związaną do tej pory z hospicjum. Marissa pokiwała swoją kasztanową głową na potwierdzenie a Annika prychnęła pogardliwie.

                            - Ten dureń? No jak go chcecie to dobra, nic mi do tego. Ale niech mi pod pięści nie podchodzi bo nie ręczę za siebie. - zabrzmiało jakby niechęć jaką ta dwójka zapałała do siebie jeszcze w hospicjum wcale nie zmalała. Przynajmniej u Anniki.

                            - Mam nadzieję, że nie wpadniecie na siebie. Jeśli nawet proszę was abyście uszanowali zasady gościnności w naszym domu. - powiedziała Soria dając znak, że nie życzy sobie jutro żadnych awantur pod swoim wspólnym dachem. Na co łotrzyca obojętnie wzruszyła ramionami i pokiwała czarną głową.

                            - Pierwotnie zamierzałam go dopuścić do zabaw w loszku bo takiego dorodnego ogiera nam brakowało a i energii jak i entuzjazmu mu nie brakuje. Ale ostatnio miał chwilkę zapomnienia więc obecnie ma karę. Zapewne będzie jutro was witał, może nawet odprowadzał ale chciałabym aby odczuł, że ma karę i co mu przejdzie koło nosa. Więc ograniczy się do roli służacego i lokaja. No chyba, że któraś z koleżanek już naprawdę miałaby ochotę na małe sam na sam właśnie z nim no to oczywiście gościnność przede wszystkim. Aha on też nie jest z rodziny. Jeszcze nie. Więc nasze dwie odmienione kuzynki i sprawy rodzinne też proszę przy nim nie poruszać. - oznajmiła w eleganckiej formie jakie ma plany i życzenia wobec Thorna. Annika mruknęła pod nosem, że na pewno nie będzie się z nim zadawać. A ze słów wynikało, że co do mięśniaka z hospicjum też mają rodzinne plany ale jeszcze za wcześnie aby je z nim realizować stąd potrzeba zachowania dyskrecji w tej materii.

                            - No i nie wiem czy pamiętacie jak nasza Onyx mówiła o tych dwóch ślicznotkach co ich odwiedziły w zamtuzie na początku tygodnia. - kolejny temat mocno zaskoczył nawet większość slaaneshytek. A sama rudowłosa ladacznica żywo pokiwała głową. Zresztą podobnie jak jej koleżanki.

                            - A tak! Były u nas wczoraj! Tak jak obiecały w Wellentag! I tym razem znów wzięły tą starą Helgę, Larwę no ale reszcie mnie zamiast Molly! I było cudownie! I tak jak Larwa mówiła, ta miodowa się z nami zabawiała na całego no i mówię wam, jakby pracowała u nas to suka na baby, mogłaby wszystkie klientki obsługiwać i by pewnie wracały po jeszcze! A ta biała to nie, ona tylko siedziała, popijała wino i patrzyła. A potem jak nam zapłaciły! Ojej takie klientki to ja bym mogła co noc obrabiać! Ale ledwo co nam się udało bo jak było tuż po to z Larwą ledwo do pokoju doszłyśmy jak ta zaczęła rodzić te małe paskudztwa… - Onyx wyrwała się do odpowiedzi niejako wcinając się swojej milady ale ta widocznie nie miała nic przeciwko. Zwłaszcza jak zawodowa ladacznica całkiem barwnie i żywiołowo opowiadała swoje najnowsze przygody z tajemniczymi klientkami. Ale jej też przerwał okrzyk nurglowego aptekarza.

                            - Jakie paskudztwa!? Sama jesteś paskudna! - krzyknął w pełni oburzony za takie określenie swoich przybranych dzieci jakie tak hołbił już któryś tydzień gdy tylko po powrocie z Jaskini Oster zaczął ich hodowlę. Na to część zebranych zaśmiała się a część jak Onyx machnęła ręką.

                            - I właśnie taka sprawa jest z tą Laurą aby ją wprowadzić do rodziny. Bo pod, że tak powiem zawodowym względem to umie to samo co my - wskazała na siebie i dwie byłe ladacznice jakie pokiwały zgodnie głowami - No a te robale to lubi, już je i tak widziała, miała w sobie no i chce jeszcze. Więc trafił swój na swego. Nie wiem jak to by było u niej z oddawaniem czci i reszty spraw no ale tak od strony alkowy i tych robali to i tak już jest częściowo nasza. - Onyx w nieco hałaśliwy sposób ale niejako złożyła wniosek aby zewrbować koleżankę po całości. Co z miejsca poparł aptekarz.

                            - Ja jestem za! - zawołał od razu zanim ktoś go ubiegł. - Właśnie takie kobiety są nam potrzebne. Od razu widać, że to służka boża z poczuciem misji. No i pamiętam, że mówiłaś, że chce jeszcze jak przyniosłaś te maleństwa ale jeszcze za wcześnie. Trzeba odczekać do następnego zasiania. Przyjdź w Wellentag. Dam ci nową dawkę oraz karmę dla maleństw. - Sigismundus jak zawsze gdy coś szło po jego myśli, zwłaszcza wobec hodowli jaka stała się jego oczkiem w głowie to zrobił się wujaszkowato wylewny. I wydawało się, że traktuję każdą nosicielkę jak przyrodnią córkę i matkę swoich przyrodnich dzieci. A ci co sprzyjali temu szlachetnemu w jego oczach projektowi jak zaprzyjaźnionych członków rodziny. Nawet jeśli przed chwilą wygadywali jakieś bzdury o jakichś niedorzecznych paskudztwach. Onyx pokiwała głową i usiadła ale zaraz zerwała się Łasica.

                            - My wiemy gdzie one mieszkają! - krzyknęła triumfalnie aby pochwalić się swoim sukcesem. - Bo wczoraj zaczaiłyśmy się na nie. I jak wracały z zamtuza to my za nimi. I zgadnijcie gdzie mieszkają?! - zawołała wesoło wodząc rozpalonym wzrokiem po zebranych. Przez chwilę jak ktoś próbował zgadnąć to się nie zdecydował aby powiedzieć to na głos. Zresztą łotrzyca nie wytrzymała zbyt długo aby się nie pochwalić zdobytą informacją.

                            - Pojechały do rezydencji van Zee! A to już północ albo po były no to muszą tam mieszkać! - zawołała niebieskowłosa dziewczyna z ferajny a po stole podniósł się szmer zdziwienia. Tego chyba mało kto się spodziewał. Jaks się okazało prawie.

                            - Tak, one tam mieszkają. - oznajmiła spokojnie syrenia milady gdy znów doszła do głosu. To przykuło uwagę chyba wszystkich bo zwócili się w jej stronę. Widać było błąkający się na jej pełnych ustach ironiczny i nieco złośliwy uśmieszek.

                            - Wiesz o tym? - zdziwiła się Łasica więc dla niej to też musiała być nowość.

                            - Wybacz ale tyle się działo, że nie miałyśmy jak was poinformować. A, że zbór już był i tak dzisiaj to uznałyśmy, że dzisiaj to ogłosimy. Wiemy kim są te dwie damy. - oznajmiła Soria nieźle podgotowując atmosferę. Nawet obie ulicznice wyglądały na takie co je zżera ciekawość. Tylko Pirora wydawała się być wtajemniczona w sprawę bo uśmiechała się zagadkowo i niemo potwierdziła słowa Córki Soren kiwaniem swojej jasno blond głowy.

                            - To kto to jest? - zapytał Tobias zadając to pytanie jakie od paru uderzeń serca nurtowało chyba większość głów.

                            - Ta ognista miodowa to Odette von Treskow. A ta śnieżynka to Violette von Spee. - odparła milady elegancko chyba zdając sobie sprawę jaką to może wywołać reakcję.

                            - Jesteś pewna? Ależ Odette von Treskow zwana Słowikiem Północy to jedna z największych diw teatralnych i operowych tu, w północnych prowincjach. Dawała koncerty od Marienburga po Erengrad. To nie może być ona. Może to jakaś oszustka? Ja ją raz widziałem na przedstawieniu w teatrze Saltmundu to mogę ją rozpoznać. - Tobias zamrugał oczami i jak rzadko kiedy wydawał się być pod wrażeniem takiej informacji. Nawet jeśli pochodziła od ladacznic za jakimi nie przepadał.

                            - Tak, właśnie ta. Nasza słodka Kamilka bywa w Saltmundzie regularnie więc już tam się z nimi spotkała i poznała. Ona właśnie zaprosiła je tutaj no ale wyszedł ten pogrzeb i żałoba. Obie damy jednak przyjechały i tak bo ta żałoba się kiedyś skończy i dobrze by było aby wszystko było gotowe na przyjazd reszty trupy. I chciały się rozejrzeć osobiście jak tu wygląda sytuacja socjalna i towarzyska z naszym nowym teatrem i czy jest sens aby tu przyjeżdżać na występy. Zaś milady von Spee jest głównym impresario saltmundzkiego teatru i z nią się załatwia większość interesów z nim związanych nawet jeśli nie jest aż tak rozpoznawalna jak jej koleżanka. - Soria chętnie wyjaśniła kim są owe dwie tajemnicze dotąd damy. Nawet tym jacy nie interesowali się dotąd teatrem i sztuką, te nazwiska nic nie mówiły to po samych tytułach dało się poznać, że to nie jest byle kto. Zrobił się więc spory rumor gdy większość zaczęła to komentować na głos, zwłaszcza obie łotrzyce zdawały się mieć mimo wszystko za złe szlachetnie urodzonym koleżankom, że nic im nie powiedziały o tym czego się dowiedziały. I właśnie Łasica zwróciła na coś uwagę.

                            - Zaraz, zaraz! A skąd w ogóle wiecie, że te dwie to są te same dwie co były u Onyx? To, że są dwie i włosy się zgadzają jeszcze nie oznacza, że to te same. - zaperzyła się dziewczyna z ferajny i popatrzyła uważnie zwłaszcza na Sorię. To uciszyło większość rozmów i znów popatrzyli pytająco na księżniczkę wężowego zgromadzenia.

                            - A bo same się nam do tego przyznały. U Kamili na wieczorze poetyckim. Przyznam, że urocza Kamilka potrafi jak chce trzymać język za zębami i zrobiły nam nie lada niespodziankę jak zapowiedziała niespodziewanych gości. Udało im się to utrzymać w tajemnicy aż do tego spotkania w Bezahltag wieczorem. Szkoda, że nie widzieliście jak sobie Odi i Fabi spijały bretońską poezję z dziubków. Odette świetnie mówi po bretońsku jakby była urodzoną Bretonką no i jako, że u nas ich mało to od razu z Fabi wpadły sobie w oko jak nierozłączne ptaszyny. - właścicielka licznych, grubych i nieco poruszających się warkoczyków z wyraźną przyjemnością odpowiedziała na to pytanie. Czym znów zaskoczyła większość zebranych.

                            - Przyznały się w towarzystwie, że były w burdelu? - zapytała Burgund nie mogąc lekko znieść tak niecodziennej wiadomości. Można było to zrozumieć. Poza typowo męskim towarzystwem i to raczej nie szlachetnie urodoznym raczej mało kto chwalił się wizytami w takich przybytkach rozpusty. A kobietom się to właściwie nie zdarzało. Nie mówiąc o jakichś szlachciankach.

                            - Tak. Mnie to też zaskoczyło. Ale potem jak rozmawiałyśmy z Kamilą okazało się, że zwłaszcza Odette to znana skandalistka lubująca się w takich skandalach i ekstrawagancjach. Podobno w Wolfenburgu to nawet jawnie paradowała trzymając się za rączkę z jakąś tamtejszą hrabiną a wiecie ci Ostlandczycy to są jeszcze bardziej zacofani niż tutejszy motłoch. - Pirora włączyła się do rozmowy jako ta co od zimy miała całkiem dobre relacje z dorodną córką kapitana portu. Na chwilę znów wywołało to gwar rozmów. Aż milady uznała, że już wystarczy i nie odezwała się ponownie.

                            - W każdym razie mamy ochotę je poznać bliżej. I zaprosić jutro do nas po mszy. Sami widzicie, że zapowiadają się bardzo obiecująco. Ale to by były kolejne osoby spoza rodziny. - obwieściła wesołym tonem dołączając ową dwójkę do listy potencjalnych gości na jutrzejszym spotkaniu. I wtedy niespodziewanie odezwała się Marissa.

                            - Ale ja znam lady Violette. - powiedziała zwracajac na siebie uwagę pewnie wszystkich. Zwłaszcza, że do tej pory raczej wiele się nie udzielała w tej rozmowie. Milady zachęciła ją uniesieniem brwi i zapraszjącym gestem aby rozwinęła swoją odpowiedź. - To znaczy tą Odette też znam bo i ze świątyni i raz wizytowała naszą uczelnie dając też koncert no i trudno mieszkać w Saltmundzie i jej nie widzieć chociaż raz. Ale oczywiście nigdy nie spotkałam jej z bliska ani sam na sam. - dodała szybko była pacjentka z hospicjum. - Ale milady Violette była naszą nauczycielką etykiety i dobrych manier. Wiele nas nauczyła bo tylko część z nas było szlachciankami. Ale dojrzała mnie wśród innych. Zajęła się mną. To była pierwsza kobieta z jaką się kochałam. Wcześniej w ogóle mnie nie interesowały takie rzeczy. A jak wybuchła ta chryja u nas to ona zadbała abym znalazła się tutaj bo na miejscu mogło być ze mną krucho. Nie wiedziałam, że przybyła do miasta. Ostatni raz widziałam ją jak wsadzała mnie do powozu jaki przywiózł mnie tutaj. - zielarka wyjaśniła skąd zna ową tajemniczą damę. I tym razem nawet obie szlachcianki były tym zaskoczone.

                            - O proszę, proszę jakie ładne kwiatki… - zadumała się Soria kiwając głową z uznaniem. Aż klasnęła w dłonie i roześmiała się wesoło. - W takim razie koniecznie musimy je zaprosić abyście znów mogły spotkać się razem! - zawołała ucieszona. Zaś Tobias nachylił się do Joachima. ~ Widzisz? Mówiłem ci. Ich się robi coraz więcej. ~ szepnął mu do ucha. Zresztą zaraz potem podobnie do Otto. Więcej slaaneshytki chyba nie miały nic do zgłoszenia bo Soria wróciła na swoje miejsce aby cieszyć się adoracją swoich dwórek. Potem wstał Silny ale nie chciał wychodzić na środek.

                            - Ja tylko krótko. - zaczął rozglądając się z niezbyt zadowoloną miną. - My z Rune mieliśmy ostatnio sny o potężnym, czarnym rycerzu. Dlatego uważamy, że on jest ważny. I poprowadzi nas do chwały i zwycięstwa. Ale nie mamy pojęcia kto to jest bo zawsze był w pełnej, czarnej zbroi. Miał takie krwawe słońce jako herb na piersi. Podobne jak mają van Hansenowie no ale oni mają złote i trochę inne. Pewnie inni rycerze też mają jakieś słońca ale no szukamy czerwonego na czarnej zbroi. Więc jakbyście jakiegoś dojrzeli no to dajcie znać. Trochę się ich zjechało na ten turniej to póki są można się rozejrzeć za takim. - mówił jakby chciał szybko skończyć. Zwłaszcza, że pewnie zdawał sobie sprawę z tego jak ubogo to brzmi w porównaniu do tego co przed chwilą mówiły koleżanki obok. Nie było mu lekko z tego, że nie mają tak licznych sukcesów jak one. Już chyba miał siadać ale spojrzał na siedzącą obok Annikę, zawahał się i jednak jeszcze nie usiadł.

                            - No i Annika ma być tym kluczem jak mistrz mówił. Ale ma takie napady, że rzuca wszystko i leci na oślep. Sama. No i mieszka u tej Bretonki. Więc nawet jak by tam doleciała do tego głazu no to nie wiem co zdziała sama. Bo nam ten głaz też się śnił ale tam zawsze pełno zwierzoludzi było. No i ten rycerz prowadził nas do bitwy z nimi. I wtedy była młócka. Bez tego rycerza to ja nie wiem czy jest sens się tam pchać. Znaczy pewnie znaleźć trzeba ten głaz, jasne, że tak. Ale jak ona sama tam poleci to nie wiem czy da radę. I jak tak nagle ją biorą te napady to my nawet nie mamy jak do niej dołączyć czy pomóc. No i rycerza nadal nie mamy. To tyle. - Silny wyrzucił z siebie co miał i szybko usiadł z powrotem. Zrobiło się cicho a Annika znów wzruszyła ramionami mamrocząc coś co dopiero po chwili zrobiło się głośniejsze i zrozumiałe bo jak zaczynała to chyba bardziej mówiła do Rune i Silnego.

                            - Jak mnie złapie to nie wiem. Nie panuję nad tym. Słabo to pamiętam. Jak urwany sen z jakiego cię nagle ktoś wybudzi. Ostatnio obudziłam się gdzieś w lesie. Znaczy, że idę przez ten las. Sama. Sam środek cholernego lasu. Nie mam pojęcia gdzie to było. To szłam dalej. Już na trzeźwo. Dzień widzę się kończy, niewiele do zmroku zostało. Spódncię i koszulę mam całą w jakiejś trawie i chwastach, rzepy się poprzyczepiały, jeżyny albo co mnie podrapały, wszystko mnie piekło, głodna strasznie byłam ale najgorzej to pić mi się chciało a nic nie miałam przy sobie. Potem trafiłam na jakąś drogę i doszłam do jakiejś wioski. Varlosen. Tam przenocowali mnie w stodole, nawet jeść i pić dali. A rano powiedzieli jak wrócić do miasta. Z pół dnia wracałam. Ale nie panuję nad tym. Ja to mnie porwie to lecę i niewiele pamiętam. Po prostu się dzieje. - Annika mówiła naburmuszonym tonem jakby czuła się winna temu wszystkiemu i chciała to jakoś wyjaśnić.

                            - To wola bogów przez ciebie przemawia moje dziecko. Na wolę bogów śmiertelni nie mają siły. Trzeba się jej podporządkować i zaakceptować. A Norra widocznie przemawia do ciebie silniej niż do innych. Jesteś w jej mocy. - Starszy zabrał głos i pokrzepił nową wierną słowami zza swojej podłużnej maski. Pogłaskał ją po dłoni a jej chyba pomógł ten ojcowski gest i słowa bo pokiwała głową i chyba jej ulżyło, że nie padły do niej żadne oskarżenia czy kalumnie.

                            - Weź to proszę. - niespodziewanie Soria urwała jeden ze swoich warkoczy i położyła go w wyciągniętej do kluczniczki Norry dłoni. Ten urwany warkocz szybko się zmienił w niedużego węża. Nie tylko Annika posłała jej zdziwione spojrzenie. - Znudzonym kobietom może służyć dla przyjemności i zabawy. - odparła milady na nie zadane wprost pytanie. Co jej dwórki skwitowały cichymi chichotami. - Ale ja zwykle orientuje się gdzie one są. Nawet jeśli nie są w najbliższym sąsiedztwie. Więc jak znów cię wezwie zew mojej ciotki to być może będę mogła pójść twoim śladem. - wyjaśniła nieśmiertelna kolejne zastosowanie tego żywego przedmiotu. Wojowniczka zawahała się ale wyciągnęła dłoń i wąż prześlizgnął się z jednej kobiecej dłoni na drugą. Obejrzała go chwilę po czym zdecydowała się go schować do jednej z przypinanych do pasa kieszeni. Skoro zamieszanie się skończyło to przyszła pora na tzeentchowców. Tutaj Tobias odezwał się cicho do swojego umagicznionego sąsiada.

                            - Pozwolisz kolego, że ja zacznę. - ni to go poprosił ni poinformował. Po czym bez wahania wstał, wyszedł na środek i tam zabrał głos z wprawą zawodowego mówcy, guwernanta i nauczyciela.

                            - Chciałem poinformować, że my też mamy naszego klucznika. Podoba mi się to określenie. - zaczął uroczyście i dostojnie niczym podczas któregoś wykładu na uczelni lub prywatnych domach.

                            - Jest nim Greg. Też pacjent hospicjum. Chciałem tu podziękować Otto za możliwość kontaktu z nim i pomoc w zorganizowaniu wydobycia go na wolność. - uczony skinął głową w podziękowaniu dla jednookiego mnicha który był główną siłą sprawczą w większości spraw dotyczących hospicjum w jakim pracował.

                            - Napisałem ostatnio list do waszego przeora i czekam na odpowiedź. Przerabiam swoje mieszkanie aby było miejsce dla nowego domownika. Na szczęscie Greg zapowiada się na miłośnika książek. To dobrze. To tak jak ja. Jestem przekonany, że znajdziemy wspólny język. W przyszłym tygodniu oczekuję odpowiedzi od przeora i liczę, że będzie ona pozytywna. Więc wkrótce i my będziemy mieć naszego klucznika do naszej dyspozycji. - oznajmił pozostałym coś co uważał za sukces i trzeba było mu przyznać, że brzmiało to jak sukces. I oznaczało, że kolejna frakcja zyska w najbliższym czasie osobę jaka dawała możliwość podążania za dziedzictwem jednej z Sióstr. W tym przypadku Vesty.

                            - Udało mi się też dowiedzieć, że jak mniemam w związku z naszą udaną akcją z początku tygodnia Akademia jest pod obserwacją szpicli. Nie wiem czy to jacyś łowcy nagród, szpicle, ludzie straży czy jeszcze kto inny ale z rozmów z kolegami dowiedziałem się o takich osobach. Więc jeśli coś by było planowane to prosiłbym aby mieć to na uwadze. - pochwalił się też nową wiadomością bo jeszcze sprzed napadu na świątynie był też w omówieniu pomysł napadu na trzewia Akademii. Nie starczyło jednak czasu i zasobów aby zrealizować te dwa duże zadania jednocześnie.

                            - A wiadomo gdzie i jak wyglądają? - zapytała Łasica. Ale okazało się, że tego akurat nauczyciel nie wie bo sam ich nie widział a tylko o nich usłyszał jako lokalną ciekawostkę usłyszaną od reszty ciała nauczycielskiego. Rozmawiali jeszcze chwilę o tym kto to mógłby być ale, że właściwie nic nie było wiadomo no to temat się rozwodnił i Tobias wrócił na swoje miejsce.

                            Za to wreszcie mógł powstać gruby aptekarz. Widać było, że mu było śpieszno tym bardziej, że ostatnio to on zaczynał tą część spotkania. Mimo swojej tuszy raźno podszedł do starszego zachęcając Dornę aby mu towarzyszyła. We dwójkę wyglądali jak gruby wujek i jego mało urodziwa siostrzenica jacy jednak tworzą zgraną rodzinę.

                            - My też osiągnęliśmy sukces. W naszej hodowli oczywiście. Prosze sami spójrzcie na to cudo! - obwieścił radośnie i zdjął koc z pudełka jakie niósł. Okazało się, że to klatka taka jak na ptaki. I w środku było coś latającego. Tyle, że mucha. Lub bardzo podobny owad. Chyba miał nieco inne kształty i proporcje, trochę udziwnień ale nadal było widać, że to jakiś rodzaj muchy. Tylko o wiele większej niż te jakie latały za oknem gdy deszcz nie padał albo mróz nie ścinał świata. Miała wielkość mewy, wrony, kruka czy podobnego ptaka. Może w porównaniu do wielkości człowieka nie robiło to wrażenia swoimi rozmiarami ale jak się wzięło za punkt odniesienia zwykłe muchy no to była ogromna. Aptekarz dał wszystkim nacieszyć oko swoim okazem nim zaczął tłumaczyć co widzą.

                            - To od tej cośmy z chłopcami porwali z traktu za miastem. Z jej pierwszego miotu. Ona wydaje na świat te małe. No są małe ale za to jest ich więcej i szybciej rosną. Wedle zapisków Mergi to ten tutaj jest już prawie dorosły i gotów do działania. No i rozrodu oczywiście! - mówił z pełną dumą niczym hodowca o swoim pięknym i dorodnym stadzie do jakiego pała wręcz ojcowską miłością. Chociaż reszta rodziny niekoniecznie podzielała jego zapał jak dało się poznać po minach. Ale nawet dwórki Sorii starały się nie okazywać jawnego zniechęcenia i nie przerywać komentarzami.

                            - Mamy dziesięć sztuk tych piękności. Ale część chciałbym zatrzymać do celów dalszej hodowli. W razie potrzeby jednak już w najbliższych dniach część z nich możemy użyć. Chociaż oczywiście lepiej byłoby się nie rozdrabniać i zaatakować jak największą liczbą osobników. A pozostałe są w drodze. Na różnym etapie ale też wkrótce do nas dołączą. - nurglita chętnie roztaczał tą cudowną wizję dookoła siebie opromieniując swoją rodzinę dobrodusznym tonem i spojrzeniem.

                            - Tak, zdecdyowanie tak. Jeszcze za wcześnie aby ich użyć. Ale świetnie się spisaliście Sigismundusie. Te istoty podarowane nam przez czas i przestrzeń od naszych wspaniałych Sióstr staną się ponownie ich orężem w wiecznej wojnie z naszymi wspólnymi wrogami. I przyczynią się do powrotu naszych cudownych królowych. - Starszy nie omieszkał pochwalić aptekarza za jego wysiłek włożony w odtworzenie tej pradawnej hodowli jaką dzięki tłumaczeniu wiedźmy i złotych oczach mogli założyć. Grubas rozpromienił się na całego słysząc taką pochwałę z ust mistrza ich zboru.

                            - Ja też chciałbym podziękować. Zwłaszcza Otto i Onyx za pomoc z nosicielkami i różne takie. I oczywiście Dornie za to, że stała się tak cudownym naczyniem dla woli naszych boskich Sióstr. - pod wpływem chwili nurglita obdarzył tą trójkę szczerze ojcowskim uśmiechem.

                            - A przy okazji chciałem wam pokazać Dornę. Właśnie ją zasialiśmy dziś rano. Dwiema dawkami z przodu i dwiema z tyłu. Ma teraz w sobie te maleństwa. Sami możecie z nią porozmawiać o tych sprawach. - zachęcił kolczastą mutantkę aby ta uniosła koszulę. Gdy to zrobiła to ukazał się jej płaski brzuch tak samo szary jak reszta jej karnacji. Poza tym jednak nie było widać żadnych zmian ani nawet śladów tej pseudociąży. Ona sama swoim zwyczajem uśmiechała się lekko ale prawie się nie odzywała. Pokiwała tylko głową potwierdzając słowa aptekarza. On zaś chyba celowo nie chciał drażnić slaaneshytek bo starał się za bardzo nie patrzeć w ich stronę.

                            - Jednak strasznie nas angażuje ta hodowla. A myślałem już od jakiegoś czasu aby wyrwać się do jaskini Oster ponownie. A nawet tam przenieść hodowlę. A więc i nosicielki. Tylko tam jest trudny dostęp. Chyba nasz stary wilk morski miał rację, że łatwiej by było tam łodzią wpłynąć. Ale nawet jeśli to tam jest tylko naga skała. Trzeba by tam się zainstalować aby dało się mieszkać, jeść coś no i hodować. Ja to wiele nie potrzebuję, mogę znieść niewygodny no ale nosicielki musiałyby przecież gdzieś jeść, spać, rodzić i tak dalej. A na maleństwa też potrzeba jakichś klatek i małych i takich cel do trzymania jak ja mam cele w piwnicy. A nas tylko dwóch jest no i Dorna aby coś zdziałać. Nie damy rady się rozdzielić już teraz ledwo ogarniamy to co jest i chociaż staramy się pomóc innym. A tu jeszcze tyle pracy w tej jaskini. A i tak prędzej czy później trzeba będzie tam wrócić aby uzupełnić zapas jaj. Aha no i jak chcemy mieć te bardziej wydajne odżywki dla maleństw no to potrzebne są bardziej egzotyczne składniki z tych bagien i z lasu. Te najprostsze to już żeśmy ze Strupaskiem zmajstrowali no ale to te najprostsze i najmniej wydajne. I tak powinny przyspieszyć wzrost i rozmiar maleństw no ale jak bardziej no to potrzebne są te rzadsze składniki. - z zapałem mówił o swoich potrzebach głównie na rzecz kontynuowania swojej ulubionej hodowli. I brzmiało to jak poważne plany ale stanowczo zbyt przekraczały możliwości trójki nurglitów stąd szukał pomocy wśród reszty rodziny.

                            Gdy usiadł z powrotem to znów podniósł się gwar zwłaszcza, że Starszy dał znać, że dobrze byłoby pomagać sobie nawzajem bo żadna z frakcji nie jest na tyle samodzielna aby nie polegać na pomocy pozostałych. A poza tym skoro mieli załatwioną jedną dużą sprawę jaką była akcja przeciwko świątyni Mananna to była okazja aby zająć się następnymi. Było to o tyle trudniejsze, że akcja łupieska była niejako pod wspólnym szyldem każdej rodzinnej nacji. Zaś w sprawie dziedzictwa każdej z Sióstr było naturalnym, że każda zdawała się ciągnąć w swoją stronę. Slaaneshytki chciały podążać za Marissą do owej obiecajej Jaskini Miłości, khornici chcieli odszukać czarnego rycerza lub krwawy głaz o jakich śnili, Tobias starał się nakierować rozmowę aby zająć się bagnami lub Akademią zaś Strupas o rozszerzeniu hodowli i powrocie do jaskini Oster w nadziei na nowe tropy do dalszych skarbów swojej patronki.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Online
                              SantorineS Online
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #184

                              Oryginalny autor: Lord Melkor

                              Zbór

                              Otto skinął głową Starszemu po czym wstał delikatnie odchrząknął.

                              - Bracia, siostry. Cieszę się, że ponownie możemy się spotkać w rodzinnym gronie. Jesteśmy razem po raz pierwszy odkąd opuściła nas czcigodna Merga i dokonaliśmy napadu na świątynie. - mnich rozejrzał się po zgromadzonych zanim zaczął ponownie - I sądzę, że powinniśmy podziękować Wielkiej Czwórce za nasze zwycięstwo, pomimo starań Morra. - Jednooki kultysta rozłożył ręce i spojrzał ku sufitowi - Podziękujmy Slaanesh, że użyczyła nam swoje służki jako inscenizatorów tego ataku. Podziękujmy Tzeentchowi, że zainspirował w nich taki cudowny plan. Podziękujmy Nurglowi, że obdarował je wytrwałością, aby zniosły niedogodności i wyrzeczenia w dniach poprzedzających napad. I podziękujmy Khornowi, że uraczył nas godnymi przeciwnikami, abyśmy mogli rozlać ich krew. Krew dla Boga Krwi!

                              - Czaszki dla Tronu Czaszek! - zawtórowali mu Khornici, na co Otto kiwnął im głową w aprobacie. Mnich zamknął swoje jedyne oko, ale zaczął się rozglądać po sali.

                              - Patrzę na was swym pustym okiem i widzę takie wspaniałe rzeczy. - jego "spojrzenie" zatrzymało się na Nurglitach - Widzę podopiecznych Ojczulka. Ich aury przepełnione są zepsuciem, ale lgną do nich malutkie eteryczne muchy, żerując na zgniliźnie ich dusz i dając przyszłość nowemu życiu. - jego pusty oczodół przeniósł się na Tzeentcown - Kontrastują z nimi intryganci Sępa. Siła waszej ambicji, potencja waszych planów i chęci zmian jest tak intensywna, że wystrzeliwuje z waszych dusz niczym błyskawice sterylizując Aether wokół was. - kolejny ruch głową i mnich "spoglądał" na Khonitów - Moi drodzy bracia krwi, wojownicy krwawego. Widzę gniew, nienawiść i żądzę krwi w was. Gotuję się i kipi z waszych dusz obiecując przemoc i śmierć na którą nie ma słów. Pomimo naszego sojuszu lękam się waszej agresji. - "spojrzenie" Otto zatrzymało się na Slaaneshytkach - Podobnie jest z wami, konkubiny Węża. Roztacza się nad wami aura piękna i rozkoszy niczym najsłodsze perfumy. Jednak oprócz pierwotnych żądz budzi ona we mnie strach. Prymitywny lęk jakbym spoglądał prosto na drapieżnika. - rozejrzał się po sali zatrzymując wzrok na Starszym i innych Niepodzielnych - No I jesteśmy my. Niepodzielni, oddani wszystkim bogom, lub żadnemu. Mamy swoje powody, aby takimi być i widać to w nas. Nasze dusze pulsują, są ciągnięte we wszystkie strony, nękane obietnicami i nagrodami. - Otto otworzył oko i spojrzał na zgromadzonych - Jesteśmy piękni, wszyscy, każdy na swój sposób, ale każdy piękny. - mnich westchnął przepełniony emocjami - Jesteśmy rodziną, zjednoczoną w celu, połączoną wiarą, równą w oczach Sióstr. - mnich zamknął na chwilę ponownie oko - A jednak… - jednooki zaczął chodzić wokół stołu jego głos przybrał ton reprymendalny - Rośnie wśród nas niepokój. Jedni rosną szybciej od innych i budzi to w was oburzenie, poczucie niesprawiedliwości. "Czemu oni mogą?", "Czemu im się pozwala?", "Powinien ktoś ich ukrócić". Ja to rozumiem… część z was nie może praktykować swojej wiary tak otwarcie, jednak czemu uważacie, że drogą do waszej wielkości jest tylko podkopywanie opozycji? Czemu nie przyjmiecie wyzwania losu i nie pokażecie, że pomimo utrudnień wy też możecie osiągnąć chwałę dla swych patronów? Jeżeli brakuje wam inspiracji, po mszy przejdę po każdej z sekt z propozycjami. - mnich się zatrzymał gdy wrócił na swoje miejsce przy stole - Jeżeli dalej będziemy podążać tą drogą, jeżeli dalej będziemy pozwalać, aby zazdrość, zawiść i pycha dyktowały naszymi ruchami, upadniemy. Jak wielu przed nami, którzy pozwolili ich waśniom wziąć górę nad obowiązkiem wobec bogów. Módlmy się więc, w podzięce za to, że Wielka Czwórka uznała nas godnymi służenia I'm. Oraz o siłę, aby nie zawieść ich.

                              Mnich na chwilę złożył dłonie w modlitwie, po czym spojrzał na zgromadzonych.

                              - Dziękuję, że mnie wysłuchaliście. Przejdźmy teraz do spraw rodziny i naszych przyszłych planów.

                              Chyba wszyscy byli chociaż trochę ciekawi mszy prowadzonej przez Otto. W końcu to był jego pierwszy raz. Do tej pory to była dola Starszego. Póki była Merga ona też wygłaszała swoje mowy ale zwykle w sprawie dziedzictwa Sióstr. Zaś sprawy lokalne wyraźnie zostawiała liderowi ich spotkań. A odkąd na początku tygodnia odpłynęła do swojej północnej ojczyzny to zamaskowany wódz znów został sam. Jednak nie miał nic przeciwko aby były mnich spróbował swoich sił w tym przemówieni. Siedzieli za złączonymi stołami i słuchali. Czasem ktoś pokiwał głową czasem coś szeptali do siebie czy obserwowali jak towarzysze reagują na to kazanie. Mnich dojrzał, że Tobiasowi chyba niezbyt podpasowały wzmianki o tej połajance o zazdrości wobec innych. Ale jak miał jakieś komentarze to zatrzymał je dla siebie. Sigismundus zrobił przez chwilę cierpką minę ale też nie włączał się do dyskusji. Silny prychnął cicho ale ironicznie gdy pewnie nie zgadzał się, że należy nic nie robić z tymi sukcesami ideologicznych konkurentek. Ale pewnie najbardziej chodziło mu o Łasicę z którą od dawna miał na pieńku. Za to pochwały pod względem swoich patronów przyjęli całkiem dobrze. Widać było, że im podpasowało takie chociaż drobne złożenie hołdu ich wierze. Nawet jeśli mnich z sąsiadami postąpił podobnie. Na koniec zaś Starszy zaczął klaskać no więc i reszta się do niego dołączyła. Lider podziękował mu za to wystąpienie, poklepał po plecach i pogratulował na koniec.

                              Joachim przyłączył się do klaskania. Wiedział, że Tobias jest zazdrosny o pozycję wyznawczyń Węża, on też oczywiście wolałby stan równowagi pomiędzy poszczególnymi grupami, ale zdawał sobie sprawę, że ci którzy podążają ścieżką Pana Przemian nigdy nie będą najliczniejsi. Natomiast rola szarej eminencji i doradcy od spraw związanych z magią całkiem mu pasowała, może nawet bardziej niż nominalnego przywódcy. Wstał więc i przemówił.

                              - Gratuluje kazania Otto, mądre słowa! Zgadzam się, że jesteśmy niczym rodzina i odniesiemy triumf tylko zjednoczeni, w końcu prowadzi nas dziedzictwo Sióstr, które też chociaż podążając za różnymi Patronami jak my, były rodziną. Ostatnio odnieśliśmy wiele sukcesów dzięki wspólnemu działaniu, co jednak sprawiło że musimy strzec się naszych wrogów. Ja sam, choć upodobałem sobie Pana Przemian, to byłem pierwszym który natrafił na ślad naszej wspaniałej Sorii - skinął głową w jej stronę z szacunkiem - a potem pomogłem sprowadzić tutaj ołtarz Siostry, która patronuje wyznawcom Węża.

                              Aktualnie jak powiedział Tobias jesteśmy na tropie dziedzictwa Vesty, do którego kluczem jest zdobycie artefaktu z Akademii. Tutaj chciałbym podziękować Łasicy i Burgand za zaoferowanie wsparcia w tej akcji - tym razem skinął głową w stronę łotrzyc.

                              - Musimy działać w ciągu najbliższych dni, dopóki ma moc ładunek wybuchowy Immaterium który ja otrzymałem od Mergi. Ja wiem w którym miejscu znajduje się artefakt, ale ostatnio wzmocnili tam straże. Wydaje mi się, że jedną z osobą zaangażowanych w ochronę tego miejsca jest łowca nagród, którego zna Heinrich - wskazał w jego stronę.

                              - No bez przesady, że ja go jakoś dobrze znam. - zaznaczył Heinrich aby nie posądzano go o jakież serdeczne kontakty z łowcą czarownic jaki działał w mieście. - Ot jak mi go pokazaliście to widziałem go w świątyni na mszy albo raz spotkałem go w “Kwarcie” ale nie gadałem z nim. Więc śmiało mogę powiedzieć, że znam go tak samo jak wy. - były łowca czarownic nie kwapił się za bardzo do zawierania znajomości z aktywnym kolegą po fachu. Z tego co mówił wynikało, że tak naprawdę każdy z pozostałych członków zboru “zna” tego przeciwnika czarownic i heretyków równie dobrze jak on.

                              - My w zimie troszkę się poznałyśmy z Luizą Kruger. Ona jest z jego bandy. I lubi dominować nad ładnymi dziewczynami. W łóżku także. No ale jakoś nam się drogi rozeszły i dawno jej nie widziałam. - Łasica nie omieszkała pochwalić się znajomością z kimś z podobnego kręgu nawet jeśli nie z samym ich liderem.

                              - A z tą Akademią to kicha jeśli koło niej się kręcą psy. Skoki to się robi jak nikt ich się nie spodziewa. Dlatego z tą świątynią nam się udało. Bo nikt się nie spodziewał. Przynajmniej nie aż tak jak nam wyszło bo jednak w ostatniej chwili wzmocnili straże. - łotrzyca nie omieszkała wyrazić swojej opinii na temat potencjalnego skoku na morską uczelnię. Jednak oprócz swoich wyuzdanych, łóżkowych fantazji była też zawodową włamywaczką a mówiła właśnie o próbie włamania do jakiegos obiektu.

                              - Być może ale jednak sporo pewnie czasu upłynie zanim sytuacja się uspokoi. A w tej Akademii z tego co rozumiem z relacji Joachima może być klucz do odnalezienia wskazówki dla naszej patronki. A jak słusznie zauważył mój kolega my co mogliśmy pomogliśmy wam z odnalezieniem czcigodnej Sorii oraz waszych artefaktów. - Tobias włączył się do dyskusji swoim uprzejmym tonem zawodowego nauczyciela jaki dla niektórych mniej wykształconych członków tej spiskowej rodziny potrafił być taki irytujący.

                              - No dobra. Przecież mówiłam już, że wam pomożemy. Skoro takie zuch - dziewczyny jak my jesteśmy takie niezastąpione i nie możecie sobie bez nas poradzić. - odparła liderka slaaneshytek nie omieszkając wbić złośliwej szpili w tym udowadnianiu sobie kto tu jest górą. Burgund i Onyx zaśmiała się cicho ale z wyraźną radością.

                              - I z tego co pamiętam to czcigodna Merga mówiła też, że ktoś kto ma robale w środku może być w roli przewodnika i przepustki. Więc wiecie, wystarczy, że pogadacie z Sigim i na pewno wam sprawi tą przyjemność i zaszczyt. - dorzuciła rudowłosa wspierając przyjaciółkę w tych słownych zapasach a pokazując gestem na grubego aptekarza który odkąd tylko wrócił z jaskini Oster aż się palił aby rozsiewać jej nasienie w każdą chętną lub mniej chętną dziurę. Tobiasowi ta myśl była widocznie niezbyt miła bo zrobił minę jakby uczennica rozczarowała go niezbyt poprawną odpowiedzią jaką oczekiwał.

                              - No jak koledzy sobie życzą to ja bardzo chętnie. - Sigismundus spojrzał na nią z wdzięcznością i ochoczo podchwycił wątek patrząc prosząco na kolegów tzeentchowców.

                              - O ile ja dobrze pamiętam to czcigodna mówiła o nosicielkach. A więc kobietach. - przypomniał belfer wcale nie zbity z tropu. Łasica machnęła ręką i chyba nie chciała ciągnąć tematu za jakim nie przepadała.

                              - To sobie znajdźcie jakąś koleżankę co da się zasiać i niech was prowadzi. - burknęła dając znać, że sama najwidoczniej nie zmieniła zdania w tej materii. - A z Akademią to nie taka prosta sprawa. Wy dwaj macie do niej najlepszy dostęp to zróbcie rozpoznanie. My z Burgund cały tydzień musiałyśmy pracować na klęczkach i polerować berła i to nie tak jak lubimy. To wy chyba możecie się rozejrzeć po uczelni do jakiej macie dostęp. - łotrzyca wzruszyła obojętnie ramionami dając znak, że teraz sytuacja się odwróciła i to Joachim i Tobias mogą pełnić rozpoznawczą rolę taką jak ona w zeszłym tygodniu z Burgund gdy udawały skruszone grzesznice aby mieć codzienny dostęp do świątyni.

                              - To prawda. Nie zawsze skoki robi się pod osłoną nocy. Czasem lepiej uderzyć w środku dnia. Zwłaszcza jak jest pretekst aby być w środku. My tak czasem robimy skoki na jubilerów albo innych takich. Jak przykrywka i bajera jest dobra to łatwiej niż włamywać się po ciemku w środku nocy jak wszystko jest zakluczone. - Burgund dodała swoją opinię w sprawie napadu na tutejszą uczelnię.

                              - Między jubilerem, a akademią jest nie lada różnica. - zauważył mnich - Zważając, że planujemy ją wysadzić to lepiej będzie chyba jednak w nocy. - jednooki kultysta się zastanowił - Zastanawiam się nad Georgem, przyda się go zabrać jak już zdobędziemy artefakt z akademii. Jego kontakt z biblioteką Vesty może też pomóc w odnalezieniu jej dziedzictwa

                              - Jeśli chodzi o Georga, rozumiem, że sprawa jest już załatwiona i niedługo zamieszka on z Tobiasem? - Czarodziej spojrzał na nauczyciel - Dobrze byłoby mieć do niego jak największy dostęp.
                              - No i tak, my zrobimy rozpoznanie z Tobiasem jeszcze bo mamy dostęp do Akademii, złożyłem tam papiery na asystenta wykładowcy - czarodziej skinął głową Łasicy.
                              - Jeśli by okazało że włamanie w ciągu najbliższego tygodnia jest niemożliwe, możemy pomyśleć o wyprawie na bagna z jedną z dziewcząt noszących w sobie dzieci Oster, ale to też nie będzie prosta sprawa, więc na razie wolałbym realizować pierwotny plan, tym bardziej że dostaliśmy już wsparcie od Mergi. Co do pory włamania się, to w dzień będzie więcej ludzi ale też będzie łatwiej o wywołanie paniki. Na co jeszcze powinniśmy waszym zdaniem zwrócić uwagę? - spytał się Łasicy i Burgund, z szacunkiem wskazującym że uważa je za espertki w temacie. - Zaś jeśli chodzi o działanie w przebraniu, jak zrobiłyście podczas włamania do więzienia i do świątyni, to ja i Tobias będziemy zbyt łatwo rozpoznani. Ale ktoś mógłby zatrudnić się może w Akademii jako jakiś dozorca czy sprzątacz, może np. ty Otto? - Czarodziej spojrzał na mnicha, który wydawał mu się przebiegły.

                              Otto pokręcił głową.

                              - Straż już mi się przygląda w sprawie świątyni. Jeżeli byłbym spowinowacony w sprawie akademii to by jedynie mnie zapytali z jakiego materiału ma być lina, na której mnie powieszą.

                              - Jak mają na ciebie oko to się nie zdziw jak ci przyczepią ogon. - mruknęła Łasica do jednookiego mnicha. - A z tą Akademią no to wam pomożemy. Tylko my niezbyt pasujemy to wykształconych damulek co tam się panoszą. W świątyni było inaczej bo tam każdy przyjść może bo w końcu to dom boży. A w kazamatach to żadna sztuka udawać prostą dziewkę kuchenną. - powiedziała łotrzyca jakby mimo wszystko chciała się wywiązać z wcześniejszej obietnicy pomocy w planowanym skoku.

                              - Jakbyście wiedzieli kto tam się panoszy i udało się ich wskazać to można się rozejrzeć. Może coś wpadnie w oko. Ale tak jak Łasica mówi, takie rozpoznanie terenu to najlepiej się robi ze środka. - Burgund wsparła koleżankę dorzucając swoimi pomysłami. W końcu obie były zawodowymi włamywaczkami i oszustkami.

                              - A z tymi podchodami to różnie bywa. Jak się ma dobrą maskę i bajerę to można wiele zdziałać w biały dzień. Tylko to samo co ze świątynią. Czyli wszyscy co byli zamieszani w skok muszą zniknąć z miasta. Teraz to trudno będzie zorganizować transport do Norski więc ten numer jak z Mergą to raczej nie przejdzie drugi raz. - liderka łotrzyc i szlachcianek podzieliła się swoimi przemyśleniami na temat planów związanych z Akademią.

                              - Oprócz was dwóch. Bo jak znikniecie zaraz po napadzie to od razu się połapią, że byliście w niego zamieszani. - rzuciła ostrzegawczo bursztynowa oszutka wskazując palcem i na Tobiasa i na Joachima.

                              - Hm… - mnich się chwilę zastanowił - Może… - Otto spojrzał na Pirorę - Może nasze szlachcianki pomyślałyby o datku na akademię? Zobaczyć co trzeba poprawić.

                              - Jak to by miało być coś więcej niż garść miedziaków to trzeba by rzucić niezłym trzosikiem. A ja i Fabi to już takie zostawiłyśmy w waszym hospicjum a do końca miesiąca nie tak blisko. I ja to jeszcze mam parę rzeczy w domu do zrobienia a Fabi mocno wspierała nasz teatr. Więc może nie przymieramy głodem ale jednak trochę nas to kosztowało a i aby to zauważyć to też trzeba by znów nie mało rzucić aby mieć jakiś wpływ. - Priora skrzywiła się z cierpkim wyrazem twarzy przypominając, że ona jej bretońska przyjaciółka to całkiem nieźle wsparły pieniężnie wydatki na kult. Wymownie spojrzała na dwie służki bretońskiej milady jakie udało im się wykupić u przeora z hospicjum.

                              - A właściwie co miałby osiągnąć taki datek? - odezwała się Soria jaka jak zwykle sama rzadko przejawiała inicjatywę w rozmowie chyba, że uznała to za stosowne. Akurat w sprawach finansowych i społecznych obie szlachcianki zawyżały średnią w zborze i niewielu kultystów mogło się pod tym względem z nimi równać. A i widocznie one nie miały sakiewek bez dna.

                              - Dla nas? Wstęp do akademii.- zaczął mnich - Można by ubrać zainteresowanie Fabienne opowieściami męża, a Pirora po prostu chce jak najlepiej dla przyszłości miasta. W środku mogłyby się rozeznać, lub Łasica i Burgund jeżeli znowu by pobawiły się w służki, w rozkładzie akademii. Co do tego, datek dla akademii miałby zrobić… remonty kosztują, nowe książki też. Nie każdy może wysyłać mnicha na dwuletnią pielgrzymkę zbierania ksiąg. - mnich się chwilę zastanowił - Zawsze można by… ile zajęłoby wam owinięcie sobie kilku uczniaków wokół palca?

                              - Przecież oni mają dostęp do Akademii od zaraz. - argumenty chyba wydały się Łasicy niezbyt trafione bo wskazała na obu tzeentchowcow jako tych co już mogli tam działać. I to bez żadnych datków.

                              - Z Fabi można by pogadać. Jej mąż jest tam w jakiejś komisji czy coś. Nie wiem czy to jakoś wpływa na nią ale może jakoś tak. Jutro będzie to można ją o to zapytać. - averlandzka szlachcianka zmrużyła oczy jakby walczyła z własną pamięcią aby wyłowić jakąś plotkę ale chyba do końca nie była jej pewna.

                              - No my możemy się znów przebrać za jakieś sluzki ale to by trzeba wiedzieć gdzie i kiedy i jak to zgrabnie doszyć do tej Akademii. Jakby jakaś nasza szlachcianka miała tam wejście to może by się udało. Albo znów sprzątanie albo kuchnia czy takie coś. Tylko znowu, sam słyszałeś Joachima. Mówi, że wie gdzie to jest i jak tam trafić to nie wiem co my byśmy miały tam robić. Zwłaszcza jak mówicie, że i tak chcecie nocą coś wysadzać. - Łasica zdawała się być nieco niechętna swojemu udziałowi w tej przebieranej akcji zwłaszcza wtedy gdy dwóch kolegów dopiero co mówiło, że już sporo wiedzą o miejscu akcji a także mieli mieć do niego jakiś dostęp.

                              - A z chłopcami z dobrych domów zabawić się możemy. Albo w środku albo gdzieś na zewnątrz. Z dziewczętami oczywiście również gdyby jakaś ochotna się trafiła. No ale po co? Co miałoby nam to dać? - pomysł z romansami nawet przypadł jej do gustu tylko znów nie była pewna jakie by to miało przynieść korzyści.

                              - Jedna z moich koleżanek chodzi do Akademii. Petra von Schneider. Poznałam ją w loszku z Oksaną. Właściwie to przez Oksanę ją poznałam bo one znały się wcześniej. Petra lubi być pod butem jeśli wiecie co mam na myśli. Ale jeszcze bardziej lubi numerki ze staruszkami. Dowolnej płci. Dlatego takie młodziki jak wy to nie macie u niej szans. Kobiety jako dominy to może jeszcze, jeszcze. U nas to chyba tylko Heinrich mógłby wzbudzić jej zainteresowanie. I chyba nawet wzbudził z tego co wiem. Ale poza tymi pikantnymi szczegółami to ona jest tylko kolejną uczennicą w Akademii. Nie ma jakichś szczególnych względów. Juz prędzej Kamila bo to córka kapitana portu a ten zawsze ma miejsce w radzie uczelni. Ale ona raczej nie. - Pirora chętnie podzieliła się plotkami o swoich szlachetnie urodzonych koleżankach ale też chyba niezbyt widziała jak to by miało im się przespać przy organizacji napadu.

                              - Hm, tak, ja i Tobias mamy dostęp do Akademii więc możemy się nieco rozejrzeć i poplotkować, tylko na tyle ostrożnie żeby nie zwrócić na siebie podejrzeń - podsumował Joachim - jeśli nie przenieśli artefaktu to wiem gdzie jest w piwnicach Akademii. Pytanie czy jesteśmy w stanie wynieść go stamtąd bez starcia ze strażnikami…. - zastanawiał się czarodziej.

                              - Tak jak wspominałem, jeśli uznalibyśmy że tę operację trzeba odłożyć ze względu na zbyt duże ryzyko to mamy też drugą opcję żeby udać się na bagna wraz z jedną z nosicielek Oster. Według informacji które zdobyliśmy z Tobiasem to może nam pozwolić na dostęp do dziedzictwa Vesty bez artefaktu Akademii. Tylko z tego co wiem, to Baron Wirsberg stamtąd nie wrócił…

                              - Ale o czym tu plotkować? - zapytał Thobias włączając się do rozmowy. Spojrzał prosto w oczy Joachima. - Mówiłeś, że wiesz w której piwnicy jest artefakt. Jeśli wiesz to nie ma o czym pytlować językiem. Tylko potem ktoś by mógł sobie przypomnieć podczas śledztwa z kim o tym rozmawiał i kto się tym interesował. Po co nam to? Zbędne ryzyko. Jeśli wiemy gdzie jest ten artefakt to teraz powinniśmy rozważyć jak go stamtąd wydostać. - edukator pokręcił swoją starannie uczesaną głową dając znak, że nie widzi potrzeby rozdrabniania się o ile magicznie uzdolniony kolega już zdołał się wcześniej dowiedzieć gdzie jest to co ich tak bardzo interesuje.

                              - No to się zdecydujcie. Jak wiecie gdzie to jest to trzeba wziąć się za to jak to wynieść stamtąd. Trzeba zobaczyć jakie to duże, jakie ciężkie i czy to da się w torbie wynieść czy wóz trzeba kombinować. Czy da się to jakoś w dzień aby to wydostać czy trzeba w nocy. Ile i gdzie są strażnicy. No i ci łowcy nagród czy to prawda, że się tam kręcą. - Łasica jako specjalistka od włamów podpowiedziała kolegom na co w takich wypadkach trzeba zwracać uwagę. Ale zdawała się na nich skoro oni znali ten teren lepiej od nich więc tylko doradzała a nie nakazywała.

                              - A z tymi nosicielkami pewnie. To chyba już parę macie co? No to weźcie którąś i niech was za rączkę poprowadzi na te bagna. - dorzuciła jakby niezbyt rozumiała czemu nad tym się tak głowią skoro jest alternatywne rozwiązanie o jakim tydzień temu mówiła rogata wiedźma.

                              - No tak, chociaż to chyba mniej pewne rozwiązanie niż użycie artefaktu z Akademii, poza tym on może mieć jakieś moce sam w sobie.. - Joachim zaczął się zastanawiać dlaczego właściwie nie pójść w tym kierunku. To właściwie była głównie kwestia przekonania Sigmindusa by mu pożyczył jedną ze swoich dziewczyn, co wydawało się prostsze niż napad na Akademię, które ochrona była zaalarmowana.
                              - I tak, Tobiasie, wiem, gdzie ten artefakt był ostatnio przechowywany, tylko muszę znaleźć sposób by sprawdzić jak wzmocniono ochronę nie wzbudzając zbytnich podejrzeń - chociaż ostatnio to ja zaalarmowałem władzę Akademii, więc pewnie mogę użyć tego jako pretekstu.

                              Łasica wzruszyła ramionami na znak, że nie czuje się władna do ekspertyzy jak nosicielki by się sprawdziły na bagnach. I pewnie od spraw magicznych też nie. - Jak się uda to zobacz jakie tam są drzwi i zamki. - poradziła mu jako włamywaczka.

                              - Przecież on się na tym nie zna. To co ci powie? To ktoraś z nas by musiała to zobaczyć jak to wygląda. Chyba, żeby zdobyć klucz. Tak jak u Fabi z tym kluczem do skabrca świątyni. To kluczem to każdy głupi by otworzył. Wtedy my nie jesteśmy tam potrzebne. A pewnie jak tam takie grube fanty trzymają to tak jak i w skarbcu świątynnym. Czyli wytrychami może być ciężko. - Burgund jako druga z duetu od włamań dorzuciła swoje porady a niebieskowłosa przytaknęła im ochoczo w pełni je popierajac.

                              - I sam włam to pewnie łatwiej robić w nocy. Ale w nocy też jak już tam łowcy węszą to mogą się spodziewać właśnie nocnej akcji. Dlatego trzeba by się za nimi rozejrzeć. Chyba, żeby zrobić jakiś szwindel za dnia. Jakiś pretekst, żeby tam wejść i coś wynieść. Ale to nie znam tematu aby wiedzieć czy takie coś przejdzie i co by pasowało do tego. Bo jak się robi szwindel to wszystko wydaje się, że dzieje jak powinno. A przynajmniej jak szwindel jest dobrze pomyślany i zrobiony to tak to działa. - Łasica dodała od siebie kolejną myśl. Dość ogólną skoro nie znała Akademii ani co tam się dzieje aby do tego dopasować tą zasadę bardziej szczegółowo. To już zostawiła tym co tam znali się lepiej.

                              - No tak, to podstawa, czy włam w nocy czy szwindel w dzień. To musicie się zdecydować na coś. - Burgund pokiwała rudą głową zgadzając się z koleżanką.

                              - Hm.... - Joachim nie miał niestety jeszcze w głowie wyraźnego planu tej akcji - włam w nocy wydaje mi się choć trudny, bardziej realny, bo miejsce o które nam chodzi, na pewno będzie mocno teraz pilnowane.

                              - To zróbmy tak - ja i Tobias się rozejrzymy podczas następnej naszej wizyty w Akademii i spotkamy się ponownie by dopracować szczegóły. Tobiasie, jeśli nie wskazałem ci wcześniej gdzie widziałem artefakt, to oczywiście to zrobię. Jeśli ktoś z was ma jakąś możliwość zdobycia informacji albo zrobienia zwiadu, to będę wdzięczny.


                              Joachim jeszcze na Zborze planował porozmawiać z Heinrichem i Thomasem, czyli jego najbliższymi współpracownikami spośród wyznawców Pana Przemian, czy nie warto równolegle rozważyć wizyty na bagnach bez Świecidełka, jeśli uznaliby że obrobienie Akademii w najbliższym czasie wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem - jak rozumiał, albo towarzystwo któreś z nosicielek pomiotu Oster albo pomoc Georga mogła im to umożliwić. W związku z tym planował jeszcze rozmówić się z Sigmindusem na temat możliwości udziału jednej z jego dziewczyn w takiej wyprawie, i wspomnieć też Starszemu że rozważa taką możliwość. Oraz z Silnym, czy mógłby liczyć na pomoc jego albo kogoś z jego ludzi gdyby okazało się, że w akcji w Akademii trzeba by było użyć więcej przemocy. Liczył, że tamten może chcieć się wykazać wobec ostatnich sukcesów jego rywalki Łasicy.

                              Po Zborze chciał, jeśli gwiazdy pozwolą, spróbować postawić wróżbę na temat tego czy lepiej skupić się na Akademii czy na bagnach. W zależności od tego następnego dnia planował albo przejść się do Akademii pod pretekstem sprawdzenia statusu jego podania o zostanie asystentem wykładowcy albo udać się do chłopów którzy prosili o pomoc w odnalezieniu miejsca spoczynku dziadka.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Online
                                SantorineS Online
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #185

                                Oryginalny autor: Seachmall

                                Kiedy rozmowy zgromadzenia zaczęły schodzić na bardziej przyziemne tematy, Otto zaczął chodzić po pojedynczych sektach kultu.
                                Zaczął od Khornitów, gdyż wiedział, że oni mają obecnie najwięcej problemów w kwestii ich wiary.

                                - I jak tam chłopaki? Coś planujecie?

                                - A co tu planować? Mamy się nie wychylać aby nie zwracać na siebie uwagi, straż trzepie całe miasto tak samo jak w zimie, wszędzie jest nerwowo bo biorą się głównie za ferajnę. No tego czarnego rycerza jak nie było tak nie ma a ten głaz… - Silny odezwał się pierwszy jako naturalny lider ich małej grupki. Był wyraźnie rozgoryczony i może nawet przygnębione. W końcu między burtą a ścianą pysznił się alabastrowy posąg Pajęczej Królowej a slaaneshytki rosły w siłę a do tego miały już w swoich szeregach nadnaturalną istotę jaką była Soria. Zaś khornici nie mieli takich sukcesów. Odkąd Egon i Norma odpłynęli z Mergą to stracili prawie połowę swoich członków. Czarnego rycerza wydywali w snach ale na mieście jakoś na niego nie trafiali. A gdy chodziło o Krwawy Głaz to chyba Siostry planowały aby to Annika była ich heroldem no ale jej napady dzikiego pędu były tak nieobliczalne i zaskakujące, że ani ona sama ani jej otoczenie nie bardzo mogło nad tym zapanować. Dlatego łysy na końcu wskazał właśnie na nią i wzruszył swoimi mocarnymi ramionami właśnie z tej okazji.

                                - A co ja mogę? Jak mnie trafi to trafi. Nie panuję nad tym. Już o tym mówiłam. - czarnowłosa służka Fabienne też wzruszyła ramionami ale przyjęła raczej obronny ton na to niedokończone oskarżenie ze strony lidera ich krwawej grupy.

                                Mnich kiwnął głową.

                                - Więc mam do was prośbę chłopaki. Następnym razem jak otrzymacie wizję od sióstr, rzućcie wszystko co planujecie na rano i ruszajcie do rezydencji Fabienne. Jeżeli dogonicie Annikę zanim zbiegnie z domu ruszcie z nią. Jeżeli któryś z was zna się na mapach, to rozrysujcie jaki kierunek ona obiera. - mnich się zastanowił - Co do tego, co możecie robić mam dwie sugestie. Rozważaliście pobawić się w bandytów? Zabić jakiegoś możnego i jego obstawę i zagarnąć dobytek?

                                - Nie ma szans. Nie widzę tego. - Silny zaczął od razu ale spojrzał na czarnowłosą. Po czym rozwinął swoją myśl. - Ja pamiętam gdzie ta Bretonka mieszka. To na północy. A my na południu. Zanim my przebiegniemy przez całe miasto to jej już tam dawno nie będzie. - skrzywił się i jeszcze pokręcił głową na znak, że bardzo wątpi aby udał się taki numer jaki proponuje młody mnich. - Może potem… Ale jak poleci w las to nawet nie wiadomo gdzie jej szukać. - zastanowił się ale znowu mu wyszło, że to by pewnie mogło wyglądać jak szukanie igły w stogu siana. - A mapy daj spokój. My jesteśmy uczciwe zbiry a nie jakieś wymuskane paniczyki. - prychnął gdy ta uwaga go chyba jednak rozbawiła. Zresztą Rune i Annikę też bo pokiwali zgodnie głowami.

                                - A bandytierka pewnie. Bardzo chętnie. Tylko najłatwiej to by było gdzieś na trakcie. A oni teraz mają zakaz łowów i innych bali to już tak nie jeżdżą za miasto jak wcześniej. No i mało nas zostało. Właściwie dwóch. - Silny bardziej zapalił się do tego drugiego pomysłu kolegi. Widać było, że rwie się do jakiejś akcji. Zawahał się i spojrzał znowu na czarnowłosą pokojówkę. - No dobra. Może trójka. - dodał łaskawie jakby wciąż nie mógł się wyzbyć wątpliwości co do “cherlawej” jak często nazywał Annikę. Przy nich dwóch rzeczywiście wyglądała mikro a w sukni pokojówki bardziej pasowała do Marissy i reszty koleżanek bo wyglądała dość łagodnie a nie jak te dwa zbiry obok jakich usiadła.

                                - Można by z Sorią pogadać. Ona wtedy z tymi gwardzistami dobrze stawała. - wtrącił się Rune wskazując rzeczoną wzrokiem. Za co dostał od herszta bardzo krzywe spojrzenie. Więc wzruszył ramionami.

                                - No napad można by zrobić. Pewnie. Ale trzeba by dostać namiar na któregoś. Aby wiedzieć gdzie i kiedy się zaczaić. No i żeby był bez licznej świty bo sam widzisz, mało nas a najlepiej aby było ze dwóch czy trzech na jednego więc tamtych nie powinno być za dużo. Przynajmniej w momencie ataku. - sam pomysł chyba mu się spodobał i raczej rozważał jego praktyczne a nie moralne aspekty. Zwłaszcza, że możni zwykle nie chadzali samotnie a khornitów została tylko garstka.

                                - Zawsze w tym pomogę. - odparł mnich - Zatem moja druga propozycja. Rytualny turniej, tylko dla nas. Może i dla chętnych z rodziny. Żadnej zbroi, tylko ty, przeciwnik i wasze umiejętności. Do pierwszej krwi, przegrany musi upuścić trochę do puchatka, z którego ostateczny zwycięzca wypije jako ofiarę dla Khorna.

                                Obaj rozmówcy popatrzyli po sobie zastanawiając się nad tą opcją. Silny cmoknął, poszukał natchnienia w dawnym suficie ładowni jaki był jednocześnie pokładem starej kogi. Wreszcie wzruszył swoimi mocarnymi ramionami.

                                - Jak dla mnie może być. Ale tylko dla nas. Nie chcę jakiegoś zbiegowiska. - zgodził się w końcu. Zaś Rune pokiwał głową jako swoją odpowiedź. Teraz obaj popatrzyli wyczekująco na jedyną kobietę w ich gronie. Ta po swojemu wzruszyła ramionami i zgodziła się niemo.

                                - Co powiecie na jutro? Festag, dzień święty, przydałoby się go uświęcić. Potrzeba tylko jakiegoś miejsca, gdzie nikt nam nie będzie przeszkadzał. Jakieś pomysły?

                                - Miejsce się znajdzie. - odparł Silny prawie bez zastanowienia. Ale jednak miał minę jakby przeszukiwał swoją pamięć.

                                - A to nie chcesz iść do Pirory? Sam słyszałeś, że dziewczyny zapraszają wszystkich kto chce. - wtrącił się Rune przerywając mu ten tok myślenia. Za co herszt spojrzał na niego i chciał chyba coś powiedzieć ale w rozmowę włączyła się Annika.

                                - Ja to i tak będę musiała jutro towarzyszyć mojej milady na mszy. A później to jeszcze muszę zapytać czy mnie puści bo ona to pewnie będzie chciała na te zabawy w lochu. Jest dla mnie dobra to myślę, że mnie nie będzie zatrzymywać. Ale nie chciałabym jej sprawić kłopotu. I tak po tych dwóch ucieczkach wszyscy w domu patrzą na mnie jak na wariatkę albo dzikuskę. - powiedziała czarnowłosa wyrażając się o swojej milady z sympatią ale też dorzucając nutkę goryczy pod adresem reszty domowników. Co jednak nie mogło dziwić bo zwykle ludzie nie wybiegają nagle z domu gdzieś w głąb miasta albo lasu.

                                - Dobra. Jest taka jedna robota. Tacy jedni do zrobienia. Uzbierali sobie. Będą w sam raz na jutro. Z rana i tak ich nie będzie. Przynajmniej nie wszyscy. A dobrze będzie dać im wycisk. - powiedział Silny z błyskiem w oku jakby przeczuwał niezłą rozrywkę jutro i to w stylu jaki najbardziej lubił. Pozostała dwójka spojrzała na niego z zaciekawieniem i uznaniem jakby też im to odpowiadało.

                                - Więc mamy plan. Obijemy jutro mordy dla Khorna. - mnich się uśmiechnął - Porównajcie może swoje sny, może dojrzycie jakieś wskazówki. - Otto kiwnął głową i ruszył dalej po zborze. Następnie ruszył do Slaaneshytek.

                                - Koleżanki, koledzy. Mam nadzieję, że moje kazanie nie przestraszyło was.

                                Na odchodne khornici pokiwali mu głowami ale zostali w swojej grupie nie ingerując gdy mnich od nich odszedł. Za to w grupie wyzawczyń lubieżności nie dało się przegapić czerwonej milady jaka była ich centrum. Rozmawiały o czymś swobodnie świetnie wpisując się w sterotyp niezbyt rozgarniętych trzpiotek. Gdy jednooki do nich podszedł uciszyły się spogladjąc na niego z ciekawością.

                                - No nie poszło ci tak najgorzej. Chociaż na moje oko to mogłeś więcej nas pochwalić. Bo chyba nie zaprzeczysz, że bez nas to mało co by się nam udało z tego co się udało. - Łasica jako liderka zgrupowania jak zwykle odezwała się pierwsza. Była troche uszczypliwa ale ogólnie raczej w dobrym humorze więc wyszło to dość żartobliwie. Wskazała na alabastroy posąg Pajęczej Królowej jaki stał pod ścianą ładowni. I był przyozdobiony świeżymi kwiatami i zapalonymi wonnymi świeczkami jakie na początku spotkania przyniosły jej wyznawczynie. Ale nie dało się zaprzeczyć, że któraś z dziewcząt a zwykle spora część z nich brały udział w większości grubszych akcji zboru a nie tylko wtedy jak popłynęły w górę Salz i udało im się sprowadzić ten posąg tutaj.

                                Mnich uśmiechnął się.

                                - Nie, że nie zasłużyłyście na pochwały, ale staram się ugasić waśni w rodzinie. Przynajmniej tyle ile mogę. Oczywiście, wszyscy zauważają wasz wkład, nie każdy jednak zdrowo go interpretuje. - mina jednookiego odrobinę zrzedła, ale szybko się poprawił - Powiedzcie mi zatem jakie są plany na jutro?

                                - No pewnie, nas to najlepiej obgadać i rzucać kłody pod nogi. Bo Łasica jest wredna, bo Burgund pyskata, bo Onyx to jeszcze coś a w ogóle to nie chcą się dać zasiać. - łotrzyce musiały drażnić te zarzuty pod ich adresem ze strony przedstawicieli innych frakcji bo dało się słyszeć ledwo tłumiona złość i gorycz w głosie.

                                - A nie chce nic mówić ale numer ze świątynia to my z Burgund wymyśliliśmy. A przecież wszyscy widzieliście te skarby rzucane na tacę. I z innymi rzeczami tak samo. - liderce slaaneshytek ulało się jeszcze trochę złości za coś co widocznie uważała za niesprawiedliwe traktowanie ze strony innych członków rodziny.

                                - Ależ kochanie. - Soria wtrąciła się mówiąc łagodnym, kojącym głosem i wężowym ruchem przesunęła gładką dłonią po ramieniu Łasicy. To połączenie od razu zwróciło jej uwagę. I chyba reszty też. Zwłaszcza jak teraz obie skróciły odległość między twarzami.

                                - To zawsze tak wygląda przy wielu frakcjach. Dlatego stabilniejsze są jednorodne grupy. Ale też mniej różnorodne i mniej uniwersalne. No i Merga was doceniła prawda? Kogo wzięła na swoje łaziebne w swojej ostatniej kąpieli tutaj? - wężowa milady powoli zbliżała twarz do twarzy ulicznicy czarujący ją aksamitnym głosem i obiecującym spojrzeniem. Na końcu jakby chciała jej to wynagrodzić ich usta na chwilę zetknęły się w pocałunku. Łasica chętnie uległa temu czarowi i szybko zaangażowała się w ten pocałunek jakby z miejsca miała ochotę na więcej. Ale milady zgrabnie przerwała tą zabawę. W spojrzeniu dali się dostrzec obietnice wspólnych rozkoszy ale jeszcze nie w tej chwili.

                                - No tak to ten… Co tam pytałeś Otto? - niebieskowłosa przeczesała palcami włosy i starała się odzyskać spokój ducha. Burgund jej przypomniała.

                                - Aha, plany na jutro. - skinęła głową i chwilę myślała nad odpowiedzią. Spojrzała na swoje koleżanki pochodzące z tak różnych klas społecznych. W końcu po tej krótkiej naradzie wzrokowej wróciła do rozmówcy.

                                - No najpierw msza. A potem salon i loszek Pirory. No tylko sam słyszałeś jest kilka rzeczy jakie wypadałoby ustalić. Choćby po to aby wiedzieć gdzie kogo i z kim umieścić. No chyba, że sama rodzina ma zostać no to wtedy wszystko jak w zeszłym tygodniu i nie ma co główkować. No ale właśnie jest okazja coś ugrać z tymi ślicznotkami tylko trzeba się do tego z głową zabrać. - mówiła szybko i zdecydowanie. Wersja "rodzinna" co prawda wydawała się bezpieczniejsza ale dało się wyczuć, że łotrzyca chętnie by się zaznajomiła z nowymi koleżankami. Zwłaszcza jak wydawały się takie obiecujące. Jednak sprawa dotyczyła całego zboru dlatego musiały to ustalić także poza swoim wężowym kręgiem.

                                Mnich pokiwał głową.

                                - I standardowo baraszkowanie z dozą zabawek? - w głosie mnicha można było usłyszeć.. znużenie, konceptem? Jakby pomysł spędzenia kilku godzin pełnych pasji i przyjemności nawet z wszystkimi członkiniami sekty Slaanesh wydawał mu się już mdły.

                                - Tak, mniej więcej tak. Takie proste dziewczyny jak my lubimy proste rozrywki. Nie chcesz to nie przychodź. Przecież to nie jest punkt obowiązkowy. Chciałyśmy być miłe i pomyślałyśmy, że może się przyda taka wspólna zabawa pomimo różnic jakie nas dzielą no ale jak ktoś nie chce przychodzić to nie musi. - chyba nie tylko Łasica była troszkę zaskoczona znudzonym tonem mnicha ale ona jak zwykle pierwsza przejęła inicjatywę w rozmowie. Wydawała się być nieco zirytowana takim odebraniem zaproszenia jakie ogłosiła Soria ale cała ich grupa jakoś organizowała jutrzejsze spotkanie u Pirory.

                                - Możesz grzecznie zostać na górze i prowadzić kulturalne rozmowy z tymi co zostaną na górze. Wcale nie musisz schodzić do loszku jeśli nie chcesz. No i zapewne też nie zaczniemy zdzierać z siebie ani gości ubrań ledwo przekroczą próg mojego domu. Zresztą już parę razy byłeś to chyba powinieneś to wiedzieć. Przecież wspomniałyśmy, że mamy ochotę zaprosić parę nowych koleżanek i jeszcze nie do końca wiemy jak to ugryźć. - Pirora też zabrała głos bo w końcu to jutrzejsze spotkanie po mszy miało być w jej kamienicy i była główną gospodynią. Nieco złagodziła wypowiedź łotrzycy i starała się wskazać na inne rozrywki jakie mogą mieć jutro miejsce pod jej dachem. Niekoniecznie cielesne uciechy.

                                - A masz coś ciekawszego do zaproponowania? - niebieskowłosa łotrzyca spojrzała na jednookiego jakby rzucała mu wyzwanie w kwestii ciekawszej alternatywy. Nie było to lekkie wyzwanie bo tylko raz w tygodniu, właśnie w Festag po mszy była okazja się spotkać w większym gronie dla czystej przyjemności i od paru tygodni to był główny punkt rozrywki zwłaszcza dla wężowych dziewcząt.

                                Mnich uśmiechnął się, ale uniósł dłonie w obronnym geście.

                                - Nie zrozumcie mnie źle, wasze towarzystwo jest marzeniem każdego mężczyzny, ktòry jeszcze nie uwiądł. Jednak ciągłe spożywanie nawet najpyszniejszego posiłku w końcu się nudzi. Co do ciekawych sugestii. - chwilę się zastanowił - Slaanesh jest bogiem przyjemności, cierpienia, piękna i ekscesu. Jednak jeden aspekt, który chciałbym wam zaproponować to mroczne żądze. Każdy ma chęci, schowane tak głęboko, aby ukryć je nawet przed sobą. Proponuję zwiedzić je. Dla przykładu. Podam trzy moje chęci, odważna, okrutna i mroczna. - Otto zamknął oko zbierając odwagę - Chciałbym spędzić noc z Lady Sorią w jej wężowej formie, jako równy, jako kochanek. Dwa: Chciałbym dostać w swoje łapy tą morrytkę, Somnium. I przeprowadzić ją przez takie męczarnie, że oddałaby się Strupasowi, aby przerwać ból. Trzy: Chciałbym dopaść jakiegoś szlachcica, poświęcić go Mrocznym Bóstwom, zjeść jego surowe serce i upieczone ciało. - kultysta spojrzał na koleżanki - Ktoś chciałby się podzielić swoimi?

                                Wydawało się, że tym razem mnich zaskoczył swoimi słowami i zaintrygował koleżanki. Nawet Łasica co już dopiero co miała bojowo zaciśnięte usta zwiastujące, że są gotowe do kolejnego słownego starcia jakby się rozluźniła. Koleżanki popatrzyły z wahaniem to na siebie to na Otto zastanawiając się nad tym co właśnie powiedział. Tym razem pierwsza odezwała się czerwona milady.

                                - Interesujące marzenia Otto. - powiedziała elegancko nonszalanckim tonem i upiła łyk ze swojego kielicha lekko kiwając mu głową z uznaniem.

                                - A to milady by się zgodziła? - Łasica wydawała się być jeszcze bardziej zdziwiona niż przed chwilą.

                                - A dlaczegóż by nie? Przecież to nasze przeznaczenie. Spełniać swoje i cudze zachcianki, fantazje i dewiacje. Poza tym nawet najdumniejsza królowa może mieć czasem ochotę sięgnąć bruku. Zwłaszcza jeśli podąża ścieżką naszego patrona. - Soria nie wydawała się ani oburzona ani zdegustowana taką propozycją. Sądząc po spojrzeniu leniwego węża raczej delektowała się tym pomysłem. - Zapewniam was, że to nic nowego. Zwłaszcza jak ktoś jest w daleko zaawansowanym etapie drogi. Zresztą mamy przecież przykład naszej kochanej Fabi. No myślicie, że poza nami komuś by przeszło do głowy, że ta piękna, młoda, bretońska żona tutejszego kapitana dopiero co dała się przywiązać do kamienia ofiarnego i wychędożyć stadu zwierzoludzi? I aż przebiera swoimi zgrabnymi nóżkami na coś równie upadlającego? - księżna wyuzdania popatrzyła po swoich ślicznych dwórkach wzrokiem nauczycielki albo szacownej matrony jaka przekazuje kolejny etap nauki swoim gorliwym uczennicom i wyznawczyniom. Te musiały przez chwilę przetrawić te słowa.

                                - Ale akurat Fabi to odkąd ją poznałyśmy to lubi takie zabawy. Właściwie to z tego co mówiła ona sama i Oksana to już chyba w Bretonii taka była. Opowiadała mi kiedyś, że z tej szkoły nawigacji to wyrzucili ją za niecne zabawy w stajni. I to nie z chłopcami stajennymi. Zresztą sami możecie ją zapytać. No i co się dziwić jak jej ulubiona ballada to o tej niewolnicy Adelajdzie co ją chyba chędożył każdy kto ją dorwał w tym haremie i w ogóle. Znaczy w tej nieoficjalnej wersji. - Pirora zwróciła uwagę na uległy aspekt charakteru bretońskiej przyjaciółki z jakim już chyba wszyscy zdążyli się tu oswoić.

                                - Oh, na pewno tak. Przecież jest potomkinią mojej matki a więc cnotliwa po prostu nie może być. To byłaby wieczna walka z własną naturą. A z tego co widziałam Fabi uwielbia żyć zgodnie ze swoją wyuzdaną naturą. I bardzo dobrze. To jest właśnie podążanie ścieżką naszego patrona. Ciągłe próbowanie czegoś nowego i przekraczanie kolejnych granic. - Soria nie traciła spokoju ducha i wydawała się mieć wszystko pod kontrolą. Koleżanki chwilę się zastanawiały po czym Burgund odezwała się pierwsza.

                                - Jakby w tej wężowej formie to ja też bym chciała. Milady jest wtedy taka potężna i władcza! I piękna! - łotrzyca o miedzianych włosach szybko dorzuciła się jako chętna do pomysłu kolegi. A za nią reszta koleżanek aż milady roześmiała się z zadowolenia bo wyglądało na to, że jej harem dwórek jest gotów oddawać jej cześć także w mniej ludzkiej formie.

                                - No może coś uda się zorganizować skoro wszyscy jesteście tacy chętni. Ale raczej nie jutro. Sami wiecie, że spodziewamy się gości spoza rodziny. - obiecała milady patrząc powłóczystym spojrzeniem po oczach swoich wyznawców. A na koniec na nieco dłużej zatrzymała się spojrzeniem na twarzy z jednym okiem.

                                - A ta młoda morrytka, tak, zwróciłam na nią uwagę. Całkiem atrakcyjna kobieta. Takim trupio bladym pięknem. Nie miałabym nic przeciwko aby się z nią zabawić. Ale nią też. - milady wróciła do jednego z pomysłów Otto. Dwórki pokiwały głowami bo i im ta zimna piękność obleczona w wieczną, żałobną czerń wpadła w oko. Ale na razie niezbyt miały okazję się do niej dobrać.

                                - No ja to bym nawet mogła zobaczyć jak się Strupas z nią zabawia. Ale to chyba nie da rady. Jemu to pewnie właśnie już dawno wszystko uschło albo i odpadło. - Onyx odezwała się za pomysłem mnicha chociaż była wyraźnie sceptyczna co do możliwości ich brzydkiego, śmierdzącego garbusa jako kochanka. A koleżanki roześmiały się i pokiwały głowami.

                                - Albo ta miodowa co u nas była. Ta aktorka. Oh, jak ja bym ją chciała dorwać gdzieś tutaj u nas! Jest tak cudownie perwersyjna! Szkoda, że nie widzieliście jak chętnie usługiwała Starej Bercie! A przecież ani ona młoda, ani piękna, ani jędrna a ćwierkały do siebie jak dwie gołąbeczki. No bo ja i Laura to wiadomo. A jak tam Laurze się dossała między uda to aż zazdrosna trochę byłam. Mnie to chyba trochę mniej usługiwała ustami. Ale potem siadłam jej na twarz to się trochę wyrównało. No i powiem wam, że może dlatego, że śpiewaczka ale te usta i język to ma bardzo utalentowane. - kurtyzana szybko przeskoczyła na kolejny temat skoro kolega zaczął o tych bardziej mrocznych fantazjach. To zaś pobudziło i pozostałe dziewczęta bo tajemnicza gwiazda estrady, jeszcze do tego taka sławna, piękna i wyuzdana bardzo pobudzała ich wyobraźnię.

                                - Właśnie dlatego planowałam ją zaprosić do nas. Przecież pięknych dziewcząt u nas nie brakuje. Nawet zastanawiałam się czy tą waszą Laurę nie zaprosić tylko ona nie jest od nas ale na same zabawy to by mogła się nadawać. - Priora przypomniała, że o tym też mówiła wcześniej i niejako oddała pod głosowanie reszty grupy ale na razie coś temat przepadł jak kamień w wodę.

                                - A ta morrytka to ciężko będzie. Po napadzie chyba wszędzie z tymi swoimi gwardzistami łazi. Pirora by mogła ją zaprosić do siebie no ale przecież nie będziemy jej porywać z jej domu bo od razu będzie wtopa nawet jakby wszystko poszło gładko. A milady to by nie miała jakichś sztuczek na nią? - Łasica wypowiedziała się o Somnium zdradzając, że chętnie by się z nią poznała bez jej czarnego habitu jednak brała pod uwagę realne okoliczności z nią związane.

                                - Być może. Ale użycie nadnaturalnych mocy zawsze zostawia jakiś ślad. Zwłaszcza kapłani i łowcy heretyków potrafią być na to wyczuleni. Bo co z tego, że udałoby mi się ją odurzyć aby chwilowo zadurzyła się we mnie jak potem gdy wyjdzie spod mojego wpływu będzie o tym pamiętać. I o ile skrycie nie ma takich fantazji to raczej nie będzie jej się to podobało. I pewnie coś z tym zrobi. To trochę podobnie jak z tym gdy wypije się za dużo. Zawsze się coś pamięta gdzie się było, z kim, i co robiło. Więc to jednak dość spore ryzyko. Zwłaszcza jak ci morryci mają podobno obniżone libido a więc większą odporność na nasze zakusy. Dlatego ja gdy mam wybór używam bardziej standardowych metod. Tak jak ze słodką Kamilką. Niewiele było potrzeba aby podążyła za mną. - Soria miała parę rzeczowych uwag i widocznie używanie nadprzyrodzonych mocy też niosło ze sobą jakieś ryzyko. I to dość trudne do oszacowania.

                                - A z tym szlachcicem ciekawy pomysł. Niestety ta żałoba po księżnej znacznie ogranicza życie towarzyskie w tym mieście. Trudniej jest rozwinąć skrzydła. No i niestety nie mogę się zaprezentować w pełnej krasie. Bo zapewne znalazłby się jakiś piękny, dobrze zapowiadający się młodzian z dobrym nazwiskiej jaki straciłby dla mnie głowę. - czerwona milady powiedziała to tak pewna siebie jakby to był wręcz rutynowy scenariusz. Niewinnie spojrzała na swoje paznokcie, elegancko obcięte i pomalowane na wyzywająco czerwony kolor czego szlachetnie urodzone damy zwykle unikały. Dziewczęta pokiwały głowami ale znów odezwała się Pirora.

                                - Ale szlachcic to nie jakiś włóczęga. Nie będzie tak łatwo go zniknąć. Nawet jeśli na jakąś schadzkę przyszedłby sam. Albo na przykład do mnie czy do teatru. Do Fabi. To podobnie jak z Somnium, to znana postać więc nie byłoby tak łatwo go pojmać a potem zniknąć tak aby nie wskazywało to na nas. Poza tym… Jeść serca i piec ciała? No co wy… - szlachcianka z dalekiego Averlandu miała dość praktyczne podejście do takiego zniknięcia. Na końcu jednak dało się znać, że uważa tą propozycję jednak za przesadę. Na to dało się słyszeć wesoły chichot ich wężowej księżnej.

                                - Oh dziewczęta, jeszcze wiele musicie się nauczyć. Wiele już umiecie i przeszłyście niesamowitą drogę perwersji ale jeszcze wiele przed wami. Jednak i tak jestem z was dumna i cieszę się, że do was przystałam. Póki pływałam w morzu to wydawała mi się zapluta, śmierdząca rybą, ponura mieścina nie warta uwagi. Gdyby nie zew mojej matki nie traciłabym tu czasu ani chwili. - Soria z rozbawieniem zwróciła się do swoich dwórek ale też chyba chciała coś im powiedzieć na osłodę bo na zjadanie serc i pieczenie ciał kochanków to zrobiły się trochę niewyraźne.

                                Otto spojrzał na Pirorę.

                                - Zabawy łóżkowe są oczywiście przyjemne Piroro, ale nawet ona, bez urozmaiceń, się znudzą. Nowi kochankowie i kochanki, nowe pozycje i zabawki. Świntuszenie w publicznym miejscu gdzie jest możliwość, że cię przyłapią. - mnich wyliczał na palcach możliwości perwersji - Ale to dopiero wierzchnia warstwa tego co oferuje Slaanesh. Nowe, zakazane doznania, wyzwolenie z okowów taboo i przyzwoitości, cały świat istnieje tylko po to, aby sprawiać ci przyjemność nie ważne w jakiej formie ona jest. Nie ograniczaj się do tego co wiesz, że lubisz. Poeksperymentuj ze sobą. Dlatego pytam waz teraz dziewczyny, czego byście pragnęły? Jakie ciemne chęci gnieżdżą się w waszych serduszkach? Może Łasica chciałaby przywiązać Silnego do łoża i zmusić do wielbienia jej niczym bogini? Onyx i Burgund, może by chciały przejąć życie jakiś godnych szlachcianek? Jeść wykwintne potrawy, ubierać się najdroższe jedwabie i być otoczonymi, przez armię niewolników? Piroro nie chciałabyś zniszczyć małżeństwa wszystkich tych zadziornych mężatych szlachcianek? Pokazując im, że ich wierni mężowie muszą ujrzeć tylko kawałek kostki, aby kompletnie stracić głowę? Przyjemność ma wiele form, satysfakcja wiele smaków. Jaka jest wasza?

                                Przez chwilę dziewczyny zamilkły gdy każda zagłębiła się w swoich myślach nad tymi intymnymi kwestiami. Na to żadna z nich chyba gotowej odpowiedzi nie miała. I nie było aż tak bardzo dziwne jak ich niebieskowłosa liderka pierwsza zabrała głos.

                                - Chędożyć się z Silnym? Po co? Przecież ja go nie lubię. A jak nie lubię to i nie chcę się z nim chędożyć. - łotrzyca pokręciła głową jakby niezbyt pomysł jej przypadł do gustu albo wcześniej nawet nie przyszło jej to na myśl i teraz była nim zdziwiona. - Chociaż… Jakby mnie czcił i wielbił? Taki przywiązany? - zagaiła jakby właśnie próbowała to sobie wyobrazić bo wzrok uciekł jej gdzieś pod sufit dawnej ładowni i zaczęła stukać palcem w swoją brodę.

                                - Wybij to sobie z głowy. Nawet jakby wszystko się udało to sama wiesz co on potem zrobi. Nie wiem czy nawet Starszy by cię przed nim uchronił. Zawsze by cię gdzieś dorwał i najwyżej martwił się potem co dalej. - jej miedzianowłosa kamratka pokręciła głową bardzo zdecydowanie i starała się odwieść nawet rozważania takiego pomysłu. Łasica na nią spojrzała i chwilę to trawiła po czym obojętnie machnęła dłonią zbywając temat.

                                - I tak go nie lubię. Jak chcecie to się z nim chędożcie mnie to nie leży. - powiedziała jakby dawała znać, że swojej opinii o łysym mięśniaku jaką od tak dawna miała ugruntowaną na tą chwilę nie zamierza zmieniać. To chyba uspokoiło Burgund bo pokiwała zgodnie głową.

                                - Ja to bym znów chciała służyć u Froy van Hansen! - oświadczyła radośnie liderka slaaneshytek. I wzbudziła tym żywe zainteresowanie. - Widziałam ją wtedy przy bramie jak jechaliśmy do kamieni. Ale ona piękna! I taka władcza! I pamiętała mnie! Ale znów bym chciała u niej służyć. Dawno nie miałam takiej pięknej i dobrej pani co wie jak należy traktować swoje ponętne służki. A już nie muszę pucować tych głupich podłóg w świątyni to nawet bym miała czas aby się do niej zgłosić. - włamywaczka radośnie zdradziła swoje pragnienie jakie tak całkiem skryte ani nowe nie było. W końcu od czasów swojej epizodycznej służby u van Hansenów gdy miała z tą dorodną, blond córką do czynienia na osobności zawsze wyrażała się o niej z uznaniem i podziwem. No i miała prywatną satysfakcję, że jako jedna z nielicznych osób w mieście miała okazję skosztować pożycia z tą jedną z dwóch najlepszych i najbogatszych panien na wydaniu. To znów ożywiło dyskusję gdy koleżanki wymieniały się opiniami. Największy dostęp do młodej van Hansen miała Pirora no i pewnie Fabienne bo wszystkie trzy były szlachciankami i naturalnym było, że miały ze sobą kontakty towarzyskie. A i reszta kultystek na pewno by chętnie powitała Froyę jak nie w swoich szeregach to na pewno w swoich ramionach.

                                - Ale resztę to bym trzymała krótko! Jak one mnie wkurzają! Takie piękne, wyperfumowane, bogate, czyste i wiecznie zadzierają nosa. Uważają się za nie wiadomo co! Oh, jak ja bym taką gdzieś dorwała na ulicy albo w ciemnym zaułku! Gdziekolwiek! Zaraz bym ją zapoznała z gnojem tego uczciwego życia! Zgnoiłabym ją równo! - za to co do reszty szlachetnie urodzonych dam Łasica zdawała się odczuwać głównie zawiść i pogardę. A te uczucia najchętniej by na nich wyładowała w jakiejś agresywnej, rewolucyjnej formie. Zresztą dla nikogo kto odwiedzał loszek Pirory nie było tajemnicą, że łotrzyca chociaż zwykle miała uległą naturę to nad Fabienne lubiła dominować. Ale łączyła je nić sympatii tak samo jak z resztą koleżanek z kultu.

                                - No. Ja to samo. Tylko ja to bym im kazała się tarzać w tym gnoju. Albo bić się ze sobą! Niech się biją! I zdzierają ubrania! A… Tylko by dwie musiały być… A ja bym kibicowała i pluła im w twarz! Miałyby za swoje! - Burgund dorzuciła swoje trzy grosze do tematu tak ładnie zaczętego przez kamratkę. I było widać, że włamywaczka tutaj w pełni się z nią zgadza i popiera. Nawet przypomniała Chlotara Bednarza jaki ostatnio wpadł jej w oko jak szła odwiedzić Heinricha no i obie śmiały się do rozpuku do takiej wizji starego dziadygi chędożącego jakąś szlachciankę.

                                - A poza tym to po tej wizycie przy Kamieniach to cały czas mi chodzi po głowie coś włochatego. Niekoniecznie z człowiekiem. Tylko coś egzotycznego. Może coś jak Gend i jego chłopaki. A może coś i bardziej innego. - przyznała się z błyszczącym wzrokiem i lekkim rumieńcem na twarzy. To znów wywołało falę zaciekawionych komentarzy bo wcześniej do tego oszustka się raczej nie przyznawała. No ale nocleg w Zachodnich Kamieniach był ledwo parę dni temu.

                                - A to co mówisz Otto no pięknie brzmi. Oczywiście, że bym chciała. Aby koleżanki traktowały mnie jak swoją królową a ich mężowie także. - Pirora skorzystała z okazji i odezwała się do tego co kolega mówił do niej i o niej. - Powiem więcej. Tak to właśnie wyglądało u nas w Averlandzie. No ale tam nasza organizacja działa od dawna, jeszcze zanim ja się urodziłam no i miasto większe, więcej szlachty to i możliwości. Ale właśnie coś podobnego chciałabym zorganizować także tutaj. Tylko zaczynam prawie od zera. Mam was i z towarzystwa to tylko Fabi. I po wizycie ojca to traktują mnie jak młódkę i pół sierotę. To już Fabi traktują poważniej chociaż jest tylko kilka lat starsza ode mnie. No ale jest tu już trochę no i jest mężatką z tutejszym kapitanem. Ale działamy, działami, z tego co widzę Kamila wpadła w sidła naszej milady i nasze to mam nadzieję, że wkrótce uda się ją nakłonić do pełnej współpracy. Właśnie dlatego rozważam czy jej nie zaprosić do nas po mszy. Teraz z naszą milady to wszystko powinno pójść łatwiej. Tylko ta żałoba znów wszystko utrudnia bo na jakimś koncercie, polowaniu, balu, wypadzie do domku w lesie to łatwiej. Ale tak, chciałabym aby wszyscy oni pełzali u moich stóp! - Pirora van Dyke jak na tak młodą dziewczynę wydawała się całkiem zorganizowana i miała dość trzeźwe spojrzenie na świat. Była także ostrożna i pracowita nad rozbudowywaniem swoich towarzyskich i intymnych kontaktów. Niestety młody wiek i początkowy brak koneksji w tym mieście mocno jej to utrudniał. Po pół roku jednak zdołała już wyrobić sobie jakąś markę i nazwisko chociaż nadal to nie był ten poziom jaki miała większość jej koleżanek. Co nieco ją frustrowało i rodziło chęć odwetu który jednak zwykle potrafiła opanować.

                                - A poza tym mam specjalny pokój do podglądania. I uwielbiam podglądać jak ktoś się zabawia. Zwłaszcza jak o mnie nie wie. Albo chociaż jedna z osób. I tak się właśnie zastanawiałam nad Petrą von Schneider. Ona dawno nie miała przyjemności z kimś ze dwa albo najlepiej trzy razy starszym od niej. A zwykle to ja i Oksana pomagamy jej w takich schadzkach. Nawet proponowałam Heinrichowi aby się nią zainteresował. W każdym razie chętnie bym zobaczyła ją znów w takiej tajnej schadzce. - wyznała młoda, nieco piegowata blondynka z Averlandu jakie miała swoje fantazje na temat jednej ze swoich koleżanek. Miała już w tym nawet pewną praktykę bo gdy z pół roku temu z pewnym zaskoczeniem odkryła, że jej koleżanka z wieczorów poetyckich u Kamili i teatru jest kochanką i zabawką Oksany a ta jej zdradziła jej dodatkowe fetysze to nawet się potem co jakiś czas spotykały w tym celu. Ostatnio jednak było tyle zajęć oficjalnych i spiskowych, że zeszło to na dalszy plan i averlandzka szlachcianka miała ochotę znów się zabawić w podglądaczkę. Mogła być Petra ale właściwie równie dobrze mógł to być ktokolwiek interesujący.

                                - A ja bym chciała zbrzuchacić jakąś księżniczkę! Znaczy tą… szlachciankę jakąś. - wypaliła nagle Lilly. Gdy koleżanki popatrzyły na nią pytająco to rozwinęła temat. - No co? Ostatni raz to zbrzuchaciłam Dornę. Jeszcze u nas w jaskini. Jeszcze w tamtym roku, przed zimą. Tylko nie donosiła. Nigdy nie może donosić. I od tamtej pory nic! A jak tak lubię! I już mnie nosi. A tak bym chciała mieć dziecko z jakąś piękną księżniczką… - mutantka była znana z tego, że jest bardzo płodna. Ale odkąd w zimie przybyła do miasta to trzeba było zachować ostrożność przy jej kontaktach z mieszkańcami. Więc jej najczęstszymi partnerkami były koleżanki z kultu. Jednak od zimy coś nie było słychać ani widać aby którejś z nich zaczął brzuch rosnąć. Ale widocznie różowowłosa kopytna nadal miała swoje potrzeby w tej materii. A i od przybycia do miasta wydawała się niezmiennie zafascynowana pięknie ubranymi w kolorowe suknie “księżniczkami” jak początkowo nazywała szlachcianki.

                                - Z tego co widziałam przy kamieniach to Fabi ci nie odmawiała to może coś wam z tego wyjdzie. A w końcu ona też szlachcianka. - rzuciła rozbawiona Łasica a reszta też się roześmiała. Bo w końcu powszechnie wiadomo było, że bretońska koleżanka gdy tylko mogła zdjąć maskę porządnej żony i pani domu to lubiła sobie pofolgować i wtedy rzadko komuś czegoś odmawiała.

                                - Oby, oby! Chociaż ona to była tak gościnna, że nie wiem czy ojcostwo by było łatwe do ustalenia. A ja bym chciała mieć pewność, że to moja ciąża i dziecko. - Lilly zaśmiała się również i myśl o zbrzuchaceniu Fabienne nie była jej niemiła jednak podczas wspomnianego spotkania Bretonka była osobą chyba najbardziej publiczną więc rzeczywiście gdyby coś z tego wyszło to niekoniecznie musiałoby to być dziedzictwo mutantki.

                                - A te spotkania z Gnakiem mi się bardzo spodobały. Nie mogę się doczekać kolejnego. Chociaż myślałam też o innych. Gnak i reszta to ungory ci sa najbardziej podobni do ludzi. Ale w lesie są jeszcze gory, one mają łby zwierząt albo jakichś bestii. Z nimi chciałabym się spróbować. Tylko trochę się boję bo oni potrafią być niebezpieczni. Chociaż jakby wyczuli samicę w rui.. - kopytna widocznie miała ochotę na nowe przygody z innymi kopytnymi mieszkańcami pradawnego lasu jaki otaczał miasto od strony lądu. Koleżanki jak to dało się poznać parę dni temu podczas wizyty w owym lesie też raczej miały ochotę na powtórkę takiego scenariusza ale jednak na spotkania z nowymi, mniej ludzkimi zwierzoludźmi to już nie były takie pewne.

                                - Ja od początku tygodnia myślę o tej miodowej. Wczoraj miałam z nią przyjemność i naprawdę było mi miło. Liczę, że jutro znów się spotkamy u ciebie i to na takiej przyjacielskiej stopie jak wczoraj u nas. - Onyx wskazała na Pirorę jaka miała być gospodynią jutrzejszego spotkania. A wzmianka o estradowej diwie jaka miała tak skandaliczne upodobania rozbudziła wyobraźnię koleżanek. Chyba wszystkie zazdrościły koleżance takiej przygody. A i sama artystka estradowa wzbudzała ogromną ciekawość i emocje.

                                - Szkoda, że Gendy tu nie ma. Jak tej damulce wczoraj siedziałam na twarzy i mi tak cudownie usługiwała swoimi utalentowanymi paluszkami i ustami to chciałam aby tam z drugiej strony brała ją Genda. Ale by było! - zawodowa kurtyzana zaśmiała się na myśl o takim trójkącie i czule pogłaskała dość prymitywną bransoletkę z kości, kamyków i patyków jakie dostała od ungorki jako prezent pożegnalny.

                                - I masz rację Otto. Bardzo bym chciała aby takie bogate paniusie mi usługiwały. Kazałabym im się całować po stopach albo w rękę. I bym im grymasiła i kazała robić różne durne rzeczy. A one, te cenne i bogate, tak podziwiane, usługiwałyby mi. A ja bym je traktowała jak nędzne robaki. - zaśmiała się wesoło do takiej uroczej wizji z zamiany ról społecznych. Ale poza Fabienne to na razie nie miały innych kandydatek do takich zabaw.

                                - Mogłabym być ich służącą, pokojówką czy kimś takim jak dziewczyny u Fabi. No ale, żeby jak tylko można to było wiadomo kto tam rządzi. Zazdroszczę Oksanie. Ona to chyba co chwila kogoś sobie owija wokół palca i wszyscy aż merdają ogonkami aby być pod jej butem. Też tak umiem no ale to jak przychodzą do nas, do zamtuza. A ja bym tak chciała i poza nim. I chciałabym poznać tą Czarną Talarię. Ponoć jakaś elfka. Taka to umie takie krwawe zabawy z niewolnikami. Tylko nie wiaodmo czy ona naprawdę istnieje czy to taka legenda. Podobno ma czarne włosy stąd ksywa. I jest ostra. Bardzo ostra. No to chętnie bym ją poznała. - kurtyzana o ognistych włosach rozmarzyła się do wizji jaką zaczął jednooki mnich. Widocznie była miła jej sercu myśl o usługujących jej szlachciankach. Co niejako wywołało wspomnienie o tajemniczej elfce o jakiej część dziewcząt słyszała ale też jakoś żadna nie mogła sobie skojarzyć elfki jaka by pasowała do tego opisu.

                                - Ja to też się chętnie bym zabawiła tak jak wy. Ale ja to lubię jak ktoś patrzy albo może. W hospicjum tak się czasem zabawiałam. Jej! Szkoda, że nie wiedziałam wtedy, że Annika lubi z dziewczynami! Bo byśmy się już wtedy bardziej zaprzyjaźniły. Ale teraz też jest dobrze i nasza pani ładnie o nas dba. I w łożu i w łazience. No a czasem w korytarzu czy kuchni. Ale to bardziej z Anniką wtedy. Bo nie chcemy ryzykować wpadki z naszą panią w jej domu. Ale gdzie indziej i z kimś innym też by mogło być ciekawie. Tak trochę ukradkiem, na chybcika, gdzieś na zapleczu, w piwnicy, na schodach czy jakoś tak. No wiecie o co chodzi. - była pacjentka hospicjum wydawała się w pełni podzielać zachcianki i fantazje nowych koleżanek. Bo śmiała się i razem z nimi kiwała radośnie głową. Dorzuciła jednak coś od siebie.

                                - Ale chciałabym też z tymi moimi kochanymi pajączkami. Tylko nie wiem gdzie je znaleźć. A póki ich nie ma to z Gendem i resztą. Albo jeszcze czymś innym. W każdym razie chciałabym spróbować czegoś nowego. Coś dzikiego i brudnego. - dorzuciła wesoło patrząc na skoncentrowane dookoła ich zakątka stołu twarze.

                                - A ja mam słabość do panien młodych. - Soria jak to miała w zwyczaju lubiła obserwować i dawać się wykazać swoim śmiertelnym dwórkom. Ale gdy chyba już skończyły swoje pikantne zwierzenia to podzieliła się swoimi. Te zaciekawione popatrzyły na swoją wężową księżniczkę i czekały co powie dalej.

                                - To takie piękne i romantyczne. Jak dwoje młodych ludzi staje na ślubnym kobiercu. Patrzy sobie w oczy z miłością i oddaniem. Składa sobie przysięgi. A pannie młodej ścieka po udach moje nasienie pod jej suknią ślubną. - wężowa syrena mówiła kojącym głosem i łagodnym uśmiechem. I póki nie dodała ostatniego zdania można było sądzić, że jest bardzo romantyczną damą z dobrego domu. Dopiero po nim dziewczyny się roześmiały szczerze. Pirora wspomniała, że u nich w teatrze jedna krawcowa jest zaręczona i miała się żenić z ukochanym no ale ta żałoba po księżnej pokrzyżowały im plany więc musieli to przełożyć. Bo tak to już by pewnie byli małżeństwem. Kultystki zaś zaczęły się głośno zastanawiać czy nie mają jakichś podobnych znajomych w okolicy.

                                - Oh, tak, to takie piękne i romantyczne. Gdy panna młoda nosić będzie mojego bękarta. - Sorii ra myśl musiała sprawiać dużą przyjemność bo zamruczała leniwie i zmrużyła oczy do takiej upojnej wizji. - A poza tym to już mówiłam. Kamila i Froya o tutaj. I na mojej smyczy. - dodała jakby dla formalności znów unosząc swoją zgrabną nogę i wskazując palcem na swój trzewik po raz kolejny podkreślając, że dwie uchodzące za najpiękniejsze i najdostojniejsze panny w tym mieście widzi w roli swoich uległych służek. Koleżanki przypomniały, że ostatnio van Zee to już i tak prawie jest gotowa do takiej roli ale van Hansen słynęła z niezależności, odwagi i siły charakteru. Tym jednak córka Soren zdawała się za bardzo nie przejmować.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Online
                                  SantorineS Online
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #186

                                  Oryginalny autor: Seachmall

                                  Mnich patrzył dumnie na Slaaneshytki rozmarzone w swoich zachciankach. Słysząc chęci Sorii mnich zachichotał i klasnął dłońmi.

                                  - O! To jest pomysł! - powiedział wskazując palcem na wężową wybrankę - Udawany ślub w loszku. Kilka par weźmie udział w parodii ceremonii ślubnej południowców, a Lady Soriia będzie miała możliwość złowienia "panien młodych" spod ich wybranków.

                                  Wydawało się, że dziewczętom ślubny pomysł bardzo podpasował bo zareagowały całkiem żwawo i żywo jeszcze zanim główna zainteresowana zdążyła się odezwać. A jej dwórki już martwiły się, że aby stanąć na ślubnym kobiercu to mają za mało kawalerów bo jakoś tak się układało, że w loszku zawsze liczebnie dominowała płeć piękna. A przecież nawet w tym towarzystwie co teraz byli no to panów było tak może i po równo ale przecież część koleżanek nie mogła przyjść a i na jutro jeszcze rozważały zaproszenie nowych znajomych i koleżanek. W końcu Soria się odezwała aby zapanować nad tym radosnym chaosem.

                                  - Całkiem ciekawy pomysł Otto. W końcu Fabi to by zapewne znów chciała odgrywać niewolnicę Adelajdę, aukcję znakowanie i tak dalej no ale chyba nawet i na ślubie znajdziemy jej jakieś zajęcie. - powiedziała rozbawionym i dobrodusznym tonem. Zaś jej dwórki roześmiały się szczerze bo wszyscy już znali uległe upodobania Bretonki.

                                  - Chociaż przyznam, że cenię sobie autentyczność. I najbardziej dla mnie cenne są te prawdziwe śluby i panny młode. Chociaż oczywiście gdyby któraś z was moje piękności stawała na ślubnym kobiercu to oczywiście możecie na mnie liczyć na taki drobny upominek na nowej drodze życia. - dorzuciła jeszcze w tym temacie znów wywołując radosne chichoty swoich śmiertelnych dwórek. Wydawało się, że gdyby rzeczywiście doszło do takiego scenariusza to każda z nich była gotowa wielbić swoją ukochaną panią.

                                  Otto zobaczył konsternację dziewczyn co do braku kawalerów.

                                  - Nie martwcie się moje drogie. Zaślubiny kobiet może nie są czymś w Imperium, ale to będzie nasza ceremonia i na naszych zasadach. To co Piroro, wzięłabyć Łasicę za żonę? Albo Lilly? - to był dobry początek. Pokazać Slaaneshytkom nowe drogi do rozkoszy i otworzyć je na nowe możliwości.

                                  - O, zaślubiny kobiet? Bez mężczyzn? - Łasica zapytała pierwsza ale chyba większość dziewcząt wydawała się być zdziwiona takim pomysłem. Po pierwszym zdziwieniu jednak przyszło zaciekawienie takim nietypowym pomysłem. Szybko zaczęły to omawiać między sobą bo pomysł wydawał się być całkiem nowatorski.

                                  - To nie takie głupie. Zwłaszcza jak u nas niedostatek mężczyzn. No jutro może będzie trochę więcej jak przyjdzie kto tam się dziś zgłosił no ale i tak mało u nas kawalerów. To musimy sobie jakoś same radzić. - Onyx pokiwała głową gdy tak o tym rozmawiały i pomysł chyba przypadł im do gustu.

                                  - Ale nie możemy się jutro ślubić! Przecież nie mamy tylu białych sukien! A co druga by musiała jakąś mieć. - Burgund przypomniała o tym ważnym elemencie każdej uroczystości ślubnej.

                                  - Fabi może być w niebieskim. Oni tam w Bretonii mają niebieskie suknie ślubne. - Pirora pochwaliła się swoją znajomością z nieobecną koleżanką.

                                  - E tam! To taka zabawa w ślub a nie prawdziwy ślub! Weźmiemy coś białego i tyle. Może się rano jakieś białe kwiatki na wieńce uzbiera. I starczy. No dajcie spokój, przecież chodzi o zabawę w loszku. Tylko musimy ustalić kto z kim. - Łasica machnęła ręką i podeszła do sprawy z łotrzykowym entuzjazmem i zdolnością do improwizowania. Jej zdanie przeważyło i chyba większość trosk związanych z tą niespodziewaną zmianą planów na jutro odeszła w bok.

                                  - Ale po co decydować? - odezwała się milcząca do tej pory Soria. A ta radość i ekscytacja jaką zdradzały jej dwórki zdawały się sprawiać jej przyjemność. One zaś spojrzały na nią zdziwione.

                                  - No jak po co? Przecież trzeba wiedzieć która za którą wychodzi no nie? - zdziwiła się Onyx i rozłożyła ramiona aby pokazać to jeszcze bardziej.

                                  - A czyż nie lepiej zdać się na wolę bogów? - zapytała wężowa księżniczka z chytrym uśmieszkiem. To zaciekawiło koleżanki jeszcze bardziej i czekały na ciąg dalszy. - Jutro jak się zbierzemy w loszku to wylosujemy kto z kim. - oznajmiła im radośnie a dziewczęta podchwyciły ten pomysł.

                                  - Ale zaraz, zaraz. - Pirora już się wstępnie zgodziła ale coś jej sie przypomniało. - No co z naszymi gośćmi jakich miałyśmy zaprosić? Te nasze gwiazdy, Laura, Kamila, nasze odmienione dziewczyny? Ja muszę to wiedzieć zanim jutro będę jeszcze wszystko dopinać. - przypomniała im o tej wciąż nie ustalonej sprawie. Póki wszystko załatwiali w rodzinnym gronie to może dużej filozofii nie było co się dzieje wewnątrz kamienicy na Bursztynowej 17. Ale jeśli była mowa o kimś spoza rodziny, nawet tak atrakcyjnym jak kolejne piękności to jednak już niosło pewne ryzyko.

                                  Mnich pozwolił Slaaneshytkom planować i myśleć o swych żądzach. On sam pozwolił sobie na odrobinkę odpoczynku i regularne rozmowy.
                                  Wracał następnie spokojnie do domu. Następnego dnia uda się oczywiście na mszę, później odwiedzi loszek Pirory. Zobaczy, czy będzie mógł poprowadzić sakrament ślubu. Na koniec uda się wieczorem do Silnego.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Online
                                    SantorineS Online
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #187

                                    Oryginalny autor: Pipboy79

                                    Oryginalny tytuł: Tura 46 - 2519.07.19; fst; noc (1/2)

                                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Nabrzeże Mew, koga “Stara Adele”
                                    Czas: 2519.07.19; Festag; noc
                                    Warunki: ładownia, lekkie kołysanie, jasno, ciepło; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)

                                    Zbór - Soria

                                    Cotygodniowy zbór miał się już ku końcowi. Chyba już była północ, może trochę przed czy po ale środek nocy. Dzień zdążył przejść w zmierzch a ten w wieczór a potem w noc. Ulewa jaka zmoczyła spiskowców gdy szli do portu pozostała tylko wspomnieniem w postaci błota i kałuż jakie tylko czychały ukryte w mroku na przechodniów. Ale jeszcze kultyści mieli ze sobą parę spraw do omówienia jak nie już jako cała grupa to pomiędzy sobą nawzajem. Tak choćby zagadnięta przez swoje dwórki Soria rozwinęła nieco temat swoich mistycznych mocy jakich do tej pory raczej nie używała.

                                    - Znam parę przydatnych sztuczek. - zaczęła wężowowłosa nonszalanckim tonem jakby mówiła o dobrych, uniwersalnych żarcikach jakimi można błysnąć w towarzystwie. A, że wcześniej o tym nie mówiła to przykuła uwagę nie tylko swoich dwórek.

                                    - Jest coś co ja nazywam “gorączką pożądania”. Sprawia, że osoba jakiej poddać temu działaniu czuje gwałtowny przypływ podniecenia i gorąca. Zwykle objawia się to tym, że zaczyna z tej gorączki zdzierać z siebie ubranie i chce kochać się ze swoim otoczeniem. Tu i teraz. - zaczęła opowiadać swoim dostojnym, aksamitnym głosem. Jej słowa wywołały poruszenie wśród słuchaczy bo brzmiały bardzo obiecująco.

                                    - A jaki jest haczyk? - zapytał Starszy na co wężowa ksieżniczka roześmiała się cicho.

                                    - A taki, że jak trafi się ktoś o silnej woli to może zwalczyć tą pokusę. No a czy zwalczy czy nie to później i tak to pamięta. Stąd czasem podejrzewa się opętania przez demony. A sami pewnie wiecie co się wtedy dzieje. No i oczywiście jak się trafi na kogoś obdarzonego mocą to póki sprawa jest świeża ma szanse wykryć zawirowania mocy świadczące o jej użyciu lub wpływie jakieś magicznej istoty. - herold Soren wyjaśniła to bez ogródek. I teraz to już nie brzmiało to tak lekko jak sam opis działania tej “sztuczki” jak to swobodnie określiła przed chwilą.

                                    - Dlatego ja to stosuje do przełamania lodów i zwalczenia wstydliwości, zastanawiania się nad konsekwencjami w dyskretnych warunkach gdy i tak widać, że ktoś ma na mnie ochotę ale jeszcze się waha. A oczywiście mało kto nie ma na mnie ochoty. Prawda? - Sorii widocznie nie brakowało pewności siebie no ale i miała ku temu powód. Otoczona wianuszkiem pięknych wielbicielek była żywym dowodem swojego sukcesu i powodzenia. Spora część zboru roześmiała się z tego dowcipu razem z nią. Nawet przy stosowaniu mistycznej sztuki wężowa księżniczka wolała działać z rozwagą oraz zdawała sobie sprawę, że to nie jest gotowe rozwiązanie na wszystkie okazje.

                                    - Drugą przydatną sztuczką jest “urok ohydy”. Działa to nieco podobnie. Tylko inaczej. - uśmiechnęła się pod nosem z tego słownego żarciku. - Znacie pewnie takie kobiety co mówią, że tego czym się sika czy wypróżnia to one do ust nie wezmą. Albo, że dwie kobiety w jednym łóżku to mogą tylko spać i grzać się nawzajem ale nic więcej. Albo, że pokładanie się ze zwierzoludźmi to coś obrzydliwego bo to barbarzyńcy i zwierzęta. - zagaiła i popatrzyła tak po swoich adoratorkach jak i reszcie zboru. Mniej lub bardziej składnie spora część głów potwierdziła jej słowa. Nawet ktoś prychnął czy roześmiał się z rozbawienia.

                                    - No więc ta sztuczka działa jak lustro. Lustro pożądania. Coś co wcześniej wydawało się niestosowne, ohydne, obrzydliwe i nie do pomyślenia nagle wydaje się komuś niezwykle podniecające i od dawna skrywanym pragnieniem. Więc niewiasta jaka od zawsze odmawiała wziąć przyrodzenie w usta sama dobiera się kochankowi do spodni, sama się wypina i błaga o udrożneinie tylnego wejścia albo rozkosznie rozkłada nogi przed zwierzoludźmi. Oczywiście płeć nie ma tu znaczenia, to działa tak samo na mężczyzn i kobiety, podałam to dla przykładu. - wężowa syrena zaczęła opowiadać jak działa ta sztuczka i wydawało się, że znów głównie oddziaływać może na umysł ofiary zmieniając jej zachowanie.

                                    - A gdzie tkwi haczyk? - tym razem sama uprzedziła pytanie Starszego uśmiechając się przy tym nieco ironicznie. - Ano w tym, że też istnieje szansa, że ktoś odeprze ten mentalny nakaz. Zwłaszcza ci co mają silny charakter jak kapłani, magowie, łowcy czarownic i im podobni. Nawet jeśli ulegnie no to gdy czar przestanie działać to przestanie działać. Czyli charakter wraca do pierwotnego a pamięć tego co się robiło podczas działania pozostaje. Więc też łatwo o plotki o opętaniu albo plugawej magii. No i ci co władają mocą mogą też wyczuć pewne zawirowania magii sugerujące nadnaturalny wpływ. - Soria znów zdradziła te mniej pożądane efekty użycia magii. Wyglądało na to, że nie można jej sobie swobodnie używać i nie liczyć się z efektami ubocznymi.

                                    - Dlatego ja zwykle używam tego kiedy nie obawiam się konsekwencji lub mi na nich nie zależy. Jak chcę kogoś ukarać, dać nauczkę i albo ten ktoś jest i tak w mojej mocy albo chcę wywołać zamieszanie gdzieś gdzie nie zamierzam osiadać na dłużej, jestem tylko przejazdem albo i tam opuszczam już to miejsce. - wyjaśniła w jakich okolicznościach sama używa tej umiejętności. I chyba niezbyt często. Zwłaszcza, że zwykle sama rozmowa czy flirtowanie połączone z jej urokiem osobistym pomagały jej nakłonić śmiertelników do tego do czego chciała ich nakłonić. A i tak jak sama to przyznawała nie zawsze jej się to udawało.

                                    - Ale istnieje mocniejsza wersja tej sztuki. Trzeba odprawić rytuał. Wtedy ten stan ma szanse utrzymać się na dłużej. Bez niego powinien wystarczyć na jedną zabawę taką jak planujemy jutro u Pirory. Ale potem przestaje działać. A jeśli odprawi się rytuał to te ciągoty do czegoś co wcześniej wydawało się ohydne może być liczona w dniach, tygodniach czy nawet miesiącach. Na tyle długo, że zwykle jest szansa powtórzenia rytuału. Więc jest szansa na dłużej zmienić ten aspekt czyjegoś charakteru. Więc o wiele zmniejsza się ryzyko, że ofiara poddana tej sztuce komuś się poskarży bo w odmienionym postrzeganiu świata będzie uważała ten stan za naturalny póki ten czar działa. - jak omawiała ten rytuał i czar wyglądało, że wciąż są szanse, że ktoś się im oprze, zwłaszcza ci o silnym charakterze. Co dokładnie by miało się zmienić trudno było powiedzieć bo wszystko zależało od indywidualnych poglądów i fobii ale zdaniem Sorii zawsze działo się coś ciekawego i pod względem wyuzdania i perwersji jakim patronowała to była zmiana na plus.

                                    - A gdzie tkwi haczyk? - zapytał znów Starszy chyba się uśmiechając za swoją wysoką maską.

                                    - A taki, że ja nie mogę wykonać tego rytuału. - odparła Soria z równie rozbawionym co ciepłym uśmiechem. Może na temat zdziwienia wymalowanego na otaczających ją twarzach. Poproszona o wyjaśnienia chętnie ich udzieliła.

                                    - Przynajmniej nie tu i teraz. Być może mogłabym gdybym dostała się do tego gniazdka miłości jakie uwiła gdzieś tutaj moja matka. Byłam w takich miejscach to jeśli to będzie podobne a powinno, to tam może być bardziej sprzyjająca atmosfera i warunki aby tam to przeprowadzić. Oczywiście tam też trzeba by zabrać ofiarę takiego rytuału. Lub musimy znaleźć wiedźmę oddaną naszemu patronowi co mogłaby odprawić ten rytuał nawet tutaj. - brzmiało jakby nawet tak wyjątkowa istota jak wężowa księżniczka miała swoje ograniczenia. I miała kolejny powód aby chcieć odnaleźć miejsce poświęcone jej matce. Miała nadzieję, że gnana szeptem Soren Marissa zaprowadzi ją w to miejsce.

                                    - Ale to tak tylko jako ciekawostkę mówię. Proszę miejcie to na uwadze ale zwykle obywam się bez takich fanaberii. Jestem jednak zadowolona z rozrywki jaką mi dostarczacie więc się z wami dzielę tymi ciekawostkami. - powiedziała nonszalanckim tonem jakby chciała się podzielić tymi informacjami o swoich nadnaturalnych umiejętnościach ale też nie spodziewała się jakiegoś przełomu z tego powodu. Zwłaszcza jak sama zdawała sobie sprawę, że nawet ich użycie nie są gwarancją sukcesu.

                                    - A o pieniądze się nie martwcie. Mogę coś zorganizować. Tylko będę musiała popłynąć do wrakowiska więc mnie jeden dzień nie będzie. - odezewała się jakiś czas później gdy temat zawędrował na ograniczenia finansowe jakie miały dwie chyba najbogatsze osoby w ich kulcie czyli Priora i Fabienne. Averlandka bowiem zaczęła mówić o kolejnym pacjencie hospicjum czyli Niklasie o jakim ostatnio rozmawiała z Otto. I chociaż mogła sobie na niego pozwolić to już jednak jej sakiewka zaczynała niebezpiecznie ziać dnem a nowej pensji od ojca spodziewała się dopiero z początkiem nowego miesiąca czyli za jakieś dwa tygodnie. Sporo wydały z bretońską koleżanką aby wyswobodzić obie dziewczęta oraz Grega. Do tego intensywnie wspierały budowę pierwszego teatru w tym mieście oraz urządzanie go a Pirora jeszcze była na świeżo po odnowieniu swojej kamienicy jaką też wciąż musiała spłacać. Więc nowe wydatki, zwłaszcza większe i nieplanowane nie były jej na rękę. Ale niespodziewanie wężowa syrena obiecała coś zdziałać w tej materii.

                                    Zbór - Sigismundus

                                    Gruby aptekarz o wujaszkowatym wyglądzie i usposobieniu też miał sprawę. Zresztą nie pierwszy raz o tym mówił. A mianowicie potrzebował pomocy w powrocie to Jaskini Oster. Aby tam zorganizować kryjówkę i przenieść hodowlę Oster. Niestety sam miał do dyspozycji tylko Strupasa no i ostatnio Dornę. A zbudowanie nowej kryjówki, jakiegoś miejsca do bytowania w głębi jaskini, przewóz klatek dla dorosłych okazów lub zbudowanie ich na miejscu dla załogi i nosicielek to potrzebowano do tego rąk do pracy. I to pewnie w parę dni by się tego nie zbudowało. Oczywiście nie można było do tego wziąć kogoś spoza spisku czyli pula była dość ograniczona. Nie wymagał nie wiadomo jakiego komfortu więc nawet jak ktoś nie był stolarzem czy innym rzemieślnikiem to ręce i chęć do pracy byłyby mile widziane. Ponieważ tak od ręki jakoś nikt się nie zgłosił to Starszy przejął pałeczkę.

                                    - Moje drogie dzieci. Wszyscy jesteśmy wielką choć różnorodną rodziną. Musimy sobie pomagać. Nikt z nas nie jest w stanie zrobić wszystkiego w pojedynkę i często musimy liczyć na pomoc kogoś z pozostałych. Tak jak nam to wyszło na początku tygodnia gdy zaatakowaliśmy i mocno uderzyliśmy naszego wspólnego wroga. Dziś pomożemy Sigismundusowi jutro on pomoże nam przy czymś innym. - lider zboru ojcowskim tonem starał się nakłonić chętnych do pomocy w tym szlachetnym zadaniu. Nawet jeśli poza nurglitami jaskinia pełna plag i niewiadomego zagrożenia nie kojarzyła się innym zbyt ciekawie. Aptekarz obdarzył go pełnym wdzięczności spojrzeniem i uśmiechem za okazane wsparcie.

                                    - No w sumie ja mogę. Ale ja też bym chciał aby ktoś wreszcie ruszył dupę i pomógł nam szukać tego czarnego rycerza ze snów. Przecież to też jest sen od jednej z Sióstr. Nawet jeśli nie jest waszą patronką. - burknął w końcu Silny jawnie niechętny reszcie rodziny jaka nie okazywała zainteresowania Siostrze jakiej on się poświęcił. Rzemieślnikiem nie był ale zbić ze sobą parę desek albo pociąć pnie mógł.

                                    - Ja bym mogła wrócić do swoich. I zapytać czy ktoś by nie pomógł. W takim zadaniu mogliby pomóc. Mogłabym pójść z Dorną. Ona też by mogła im opowiedzieć jak to jest z dziedzictwem Oster. Tylko dobrze aby było co jeść. Bo na głodnego to trudno się pracuje. - Lilly odezwała się ze swoją propozycją negocjatorki z odmieńcami jacy mieszkali w pobliskim lesie. Chyba liczyła, że udałoby się jej nakłonić kogoś ze współplemieńców do współpracy.

                                    - Ja też się mogę przejść. W mieście i tak nie ma ze mnie zbyt wielkiego pożytku. Nic się nie stanie jak pokuśtykam sobie na parę dni poza miasto. - Heinrich niejako zgłosił się w imieniu tzeentchowców też chcąc aby i ta frakcja jakoś przysłużyła się do tej sprawy.

                                    - Ja mogę się zrzucić na jakieś jedzenie. Porozmawiam jutro z Fabi, może też coś dorzuci. Tylko jak zanieść to do tej jaskini to nie wiem, to już wy byście musieli to jakoś zorganizować. - Pirora po chwili wahania dorzuciła swoją ofertę finansowej pomocy. Bo rzeczywiście gdyby trzeba pracować przez tydzień w jaskini poza miastem to wyżywienie takiej grupy mogło być dość kłopotliwe.

                                    - Bardzo dobrze, jeśli ktoś jeszcze się zgłosi to bardzo dobrze. Im więcej osób tym szybciej się z tym uwiniemy. Bardzo wam dziękuję moje dzieci za waszą dobrą wolę i pomoc bliźnim. - odparł z uśmiechem Starszy. Aptekarz też był pełen wdzięczności. Po chwili rozmów i targów ustalono punkt zborny w aptece Sigismundusa na Aubentag rano. Bo jutro był Festag więc wszystko było pozamykane, na jakieś zakupy czy przygotowania można było użyć Wellentag więc kolejny dzień był w sam raz aby zacząć podróż do Jaskini Oster.

                                    Joachim - rozmowy

                                    Joachim zaś chciał porozmawiać z Heinrichem i Tobiasem. Obaj też byli mocno zakłopotani sprawą i bagien i Akademii. Obie nie wyglądały na proste. Jak to zgrabnie podsumował nauczyciel to Akademia była prostsza bo była na miejscu i mniej więcej wiedzieli co jest co. Zwłaszcza jak on już miał całkiem swobodny dostęp do uczelni a Joachim pewnie będzie miał wkrótce. Astromancie udało się zlokalizować piwnicę gdzie trzymane jest “światełko” więc to też spory plus. No ale minusem było to, że to był środek miasta, teren był otoczony murem z trzech lądowych stron a i jeszcze ponoć jacyś łowcy nagród i heretyków się tam kręcili. Bagna zaś były daleko i obce. Żaden z nich trzech tam wcześniej nie był ale plotki głosiły, że są całkiem spore. Nie wiadomo było gdzie szukać właściwego punktu na tych bagnach.

                                    - Pewnie po to jest to Światełko w skrzyni. No albo któraś z tych zasianych ladacznic. - dumał Tobias bo jak rozumował, skoro Loszka potrafiła doprowadzić Sigismundusa i resztę do Jaskini Oster to być może Światełko czy zasiana ladacznica mogłaby podobnie zaprowadzić na bagna. Tylko to była teoria. Na razie jak sam guwernant przyznawał nie mieli okazji sprawdzić tego w praktyce. Logika zaś mu mówiła, że aby to zrobić to trzeba mieć w swoich rękach któryś z tych dwóch czynników. Na razie w rękach mieli te ladacznice z larwami Oster w środku. Chociaż elegancki uczony prywatnie to raczej uważał że to ów tajemniczy artefakt lub stworzenie zamknięte w skrzyni byłby pewniejszym przewodnikiem i przepustką. Albo George. Sam rozmawiał z nim tylko raz podczas swojej wizyty w hospicjum ale liczył, że gdy ten będzie pod jego dachem to będzie mógł rozmawiać. I może czegoś się dowie. Ale na razie to wciąż był pacjentem hospicjum i największy dostęp to miał do niego Otto.

                                    - Tak czy siak na pewno nie damy rady we trzech. To grubsza sprawa dla całego zboru. - Heirnich do tej pory słuchał Tobiasa ale w końcu sam zabrał głos. Jego zdaniem i napad na Akademię i wyprawa na jakieś bagna były zbyt niebezpieczne i skomplikowane aby to organizować we trzech. Więc podobnie jak nocny napad na świątynie z początku tygodnia trzeba by zaangażować znaczne siły zboru aby je przeprowadzić. To wymuszało współpracę z pozostałymi frakcjami. On sam nie ukrywał, że ceni sobie fachowość obu slaaneshowych włamywaczek i oszustek więc zwłaszcza w przypadku Akademii uważał za celowe pozyskać ich współpracę.

                                    - Można by też poprosić Sorię o pomoc. Przy ataku na świątynie nam pomogła. I chyba nawet Silny był pod wrażeniem. Poza tym to nadprzyrodzona istota co tylko bawi się w udawanie człowieka. Może zmienić rachunki gdy chodzi o kontakty z innymi nadprzyrodzonymi istotami. Zwłaszcza powiązanymi z dziedzictwem Sióstr. No i jak widzicie ona ma duży wpływ na swój harem więc to też może mieć znaczenie. - były łowca heretyków i kultystów podzielił się z kolegami swoim zdaniem na ten temat. Widać było, że Tobiasowi nieco nie wsmak takie docenianie ladacznic za jakimi nie przepadał ale chyba dla dobra sprawy był gotów przełknąć tą żabę jeśli to by miało zbliżyć ich do tajemnic pozostawionych przez Vestę.

                                    - Chcesz pożyczyć na bagna którąś z nosicielek? - gruby aptekarz zastanawiał się jakiś czas później gdy go o to zagadnął młody astronom. Poklepał się po swojej pulchnej brodzie. - No tak, raczej tak. Tylko z tego co mówiła czcigodna Merga to któraś by musiała mieć w sobie te cudowne maleństwa. A na bagna to tak chyba jeden czy dwa dni w jedną stronę z tego co pamiętam. Chyba. Nigdy tam nie byłem. W każdym razie pseudo ciąża trwa z tymi małymi około trzech, czterech dni a z tymi dużymi około sześciu, siedmiu. Więc pewniej by było zabrać którąś kto ma te duże. U nas to by była Loszka. Bo Drona i tamta idiotka ze szlaku to mają te małe. I chyba w zaawansowanej ciąży to by znamię o jakim mowiła czcigodna wyrocznia byłoby wyraźniejsze. - mówił w zastanowieniem godnym uczonego. Nawet jeśli mówił o sprawach jakich większość mieszkańców uznałaby za niemoralne i obrzydliwe. On zaś mówił o tym spokojnie jakby rozważał jakiś temat naukowy czy przepis na jakiś lek.

                                    - Ale Loszki to mi szkoda. Nie wiadomo co tam będzie na tych bagnach. A to moja ulubienica. Tknięta przez moc samej Oster. Nie chciałbym ryzykować jej utraty. - przyznał, że niechętnie by się rozstawał z Loszką na parę dni do tego w tak ryzykownej wyprawie.

                                    - Może spróbujesz z tą koleżanką Onyx? Bo ona też musi mieć te duże jak Loszka. No i nie jest od nas to jak coś ją tam zeżre to niezbyt bym po niej płakał. No chociaż… No chociaż ona wydaje na świat te duże. Nie tak wiele jak Loszka ale jednak. No i Onyx mówiła, że chce jeszcze i pytała o następny raz… - Sigismundus nie po raz pierwszy wydawał się być bardziej troskliwy gdy chodziło o pomiot Oster niż o los nosicielek. Ale jednak niczym rasowy hodowca potrafił o nie dbać i kalkulować zyski nie z troski o nie ale o swoją hodowlę. Tym razem los Laury byłby mu chyba dość obojętny ale też szkoda mu było stracić jedną z niewielu nosicielek do jakich miał dostęp.

                                    - Ale jest proste rozwiązanie. - odparł otrząsając się z tych myśli. - Trzeba namówić jakaś aby dała się zasiać albo po prostu złapać jakaś i zasiać. A potem zabrać na bagna. Wtedy będziecie mieli ladacznicę z maleństwami w środku. Dzień czy dwa w drodze to by mogły w środku urosnąć i dać silniejsze znamię jakie ma wyczuć ten strażnik. - podał dość proste chociaż niezbyt moralne rozwiązanie. Zwłaszcza jakby owa nosicielka nie była ochotniczką. Jednak sam warunek posiadania osoby jaka by miała miot Oster w sobie zostałby wtedy spełniony.

                                    - Jak komuś trzeba rozwalić łeb to bardzo chętnie. Fajna była ta akcja w świątyni no bo niewiele się tu ostatnio dzieje. Tylko jakieś zebrania, gadanie i inne głupoty. A trzeba coś aby się rozruszać. - Silny wydawał się całkiem chętny na jakieś mordobicie ale jednak nie wtrącał się w jakieś planowanie samej akcji. Zresztą podobnie było w przypadku nocnej napaści z początku tygodnia gdzie większość rozpoznania zrobiła Łasica z Burgund. O tym jednak herszt khornitów nie wspomniał i chyba nie miał ochoty aby mu o tym przypominano.

                                    - No cóż Joachimie, trudno mi coś ci doradzić. To od was wiele zależy. Zwłaszcza, że chodzi o waszą patronkę a i razem z Tobiasem macie dostęp do Akademii. A o bagnach to sam słyszałeś co tydzień temu mówiła nasza wspaniała Merga. Tam jest pewnie miejsce poświęcone Veście ale ma ono swojego strażnika. Jakiego pewnie można spróbować pokonać bezpośrednio ale będzie to bardzo trudne. Owo Światełko albo miot Oster może pomóc jakoś z nim się dogadać. Nie wiadomo co lub kto jest tym strażnikiem, całkiem możliwe, że to istota magiczna skoro od tak dawna stoi na straży jej dziedzictwa. Podobnie jak Nagero w Jaskini Oster. Tak czy inaczej obiecuję ci, że wesprzemy was w tym zaszczytnym dziele ale musicie się na coś zdecydować Joachimie. Tak jak dziewczęta wpadły na pomysł z tą świątynią i skarbami dla Mergi i same się za to zabrały. - mistrz zboru obiecał pomoc swoją i reszty zboru co mogło dodawać otuchy, że trójka tzeentchowców nie zostanie z tym zadaniem sama. Jednak podkreślał, że oczekuje na konkretne decyzje i propozycje więc to Joachim z kolegami musieliby zrobić ten pierwszy krok i decyzje. Zwłaszcza, że wszystkie frakcje domagały się od Starszego uwagi, priorytetów i uwagi. A on był skłonny udzielać jej w pierwszej kolejności tym którzy przyszli do niego z czymś sprecyzowanym a nie mętną wizją. Tak było przecież z obiema łotrzycami jakie w ciągu tygodnia zdobywały coraz więcej informacji o świątyni Mananna aż urosło do do planów nocnego ataku jaki zaangażował wszystkie siły zboru.

                                    Gdy Joachim wrócił do siebie to chyba już było sporo po północy. Ale pogoda sprzyjała jego planom bo było piękne, bezchmurne niebo, wręcz wymarzone do nocnych obserwacji astronomicznych. Jednak musiał skorygować swoje zamiary co do wróżby bo te trzeba było ustawić tak aby niebiosa mogły odpowiedzieć “tak” lub “nie”. Lub też co częściej się zdarzało różne znaki pośrednie w różnej odległości od tych dwóch skrajności jakie astrolog już sam musiał sobie zinterpretować.

                                    Przy wróżnie o Akademię silnie świeciły się Dudy. Co nie było łatwe do zinterpretowania. Zwykle uważano to jako przestrogę przed oszustwem i intrygami. Tym razem jednak to astromanta miał być knuć i snuć intrygi więc mógł to być i pozytywny omen. Podobnie silnie świeciły Gwiazdy Wieczorne. Te zwykle zdawały się sprzyjać spiskowcom i tajnym planom. Tylko nie było pewne czy sprzyjają planom kultystom jeśli tak to byłoby zdecydowanie dobry omen. Ale mogły też sprzyjać łowcom jacy ponoć kręcili się wokół Akademii i mieli ochotę capnąć włamywaczy. I wówczas to byłby zły omen. Trochę do tego trudno było zinterpetować Tancerkę. Ta zwykle symbolizowała miłość, pożądanie, atrakcyjność. Więc pozornie niezbyt pasowała do pytania o powodzenie skoku na Akademię. Zawieruszyła się tam podczas wróżby czy miała jakieś znaczenie mniej oczywiste? To już astrolog musiał sobie odpowiedzieć sam.

                                    W przypadku pytania o wyprawę na bagna mocno świecił się Wół Ghunthus. Co interpetowano jako symbol uporu w pokonywaniu trudności. A, że chodziło o wyprawę przez spory kawał mrocznego lasu i bagna to nawet pasowało. Zapewne oznaczało to, że wytrzymałościowo nie będzie to lekka wyprawa. Kolejny symbol układał się w nóż zwany przez astronomów Lancetem. To był symbol wykształcenia, ciekawości świata, uczonych i filozowów. Co by pasowało gdy chodziło o dziedzictwo Vesty jaka poświęciła się Władcy Zmian i Tajemnic. Ale mogło też oznaczać, że w wyprawie powinni brać udział tacy właśnie ludzie. Nic jednak nie mówiło o zagrożeniach czy ryzyku. Do tego inna grupla gwiazd układała się w Rozbity Wóz. Tu znów nie było prosto dopasować do wróżby o wyprawę na bagna. Bo symbolizowała arogancję i dumę, zwykle gdy chodziło o zbyt pysznych i dumnych zwłaszcza jak mogło to sprowadzić na nich nieszczęście. Jednak nie było wiadomo jak to ma się do całości wróżby i czy niebiosa sobie z niego nie zażartowały czy też jednak chciały mu przekazać coś istotnego. Może to, że ktoś taki powinien brać udział w tej wyprawie? A może właśnie lepiej aby nie brał bo przyniesie to tylko szkodę? Zmęczony tymi rozważaniami w końcu zasnął. Zasypiając przypomniał sobie, że jak szedł przez pracownię wyczuł resztki Dhar w miejscu niedawnego przywołania chochlika. Oby żaden kapłan czy prawy mag nie zbliżył się do tego miejsca bo też by pewnie mógł to wyczuć a z tego gospodarzowi trudno było się wytłumaczyć.

                                    Otto - powrót

                                    - Otto, zaczekaj chwilę! - młody mnich usłyszał za sobą sapanie aptekarza jaki chciał go dogonić gdy obaj wyszli już na nieco chyboczący się pokład starej kogi. Potem drabina na dół i mogli się zrównać gdy szli nocnymi ulicami po portowym pirsie. Chlapiące pod nogami błoto i kałuże jakie nie były w ciemnościach widoczne wzbogacały odgłosy rozmowy. Ledwo zagłębili się w nocny kanion uśpionego miasta gdy grubas zagadnął mnicha.

                                    - I co? Zasiałeś ją? Tą Bretonkę. - zagaił jakby od początku zboru jaki zaczął się jeszcze pod koniec letniego dnia chciał o to zapytać. Teraz już była głęboka noc i może dzwon po północy gdy wracali do swoich domów. Obaj szli na południe chociaż z perspektywy aptekarza to Otto rozstawał się z nim gdzieś w połowie drogi. Sam mieszkał w Południowej Dzielnicy więc miał o wiele dalej niż Otto. Nie mógł się jednak doczekać relacji z ostatniego zasiania nowej nosicielki.

                                    - I co? Jak było? Mówiła coś? Jak to zniosła? - ciekawość go zjadała od środka zwłaszcza, że bardzo mu zależało na hodowli a jego samego nie było przy tym zasianiu więc musiał się zdać na relację młodszego kolegi.

                                    - A myślisz, że dałoby się jej dosiać coś jeszcze? Zgodziłaby się? Bo jedna dawka to trochę mało. Trochę szkoda. Ja wstrzukuję przynajmniej dwie. I do tej pory nic przykrego się nie działo. A i tak trzeba by je dokarmiać kolejnymi dawkami, jedna dziennie, aby szybciej i zdrowiej rosły nasze maleństwa. I jak ją zasiałeś wczoraj po robocie to jutro rano… Albo maleństwa by się zaczęły wykluwać albo i jeszcze nie. Zależy czy będzie miała duże czy małe. To można by spróbowac jej dosiać jeszcze dawkę czy dwie. Bo i tak trzeba by im wstrzyknąć papu aby szybciej i zdrowiej rosły. Sprawdzałem już na tej idiotce z lasu i Loszce. Na razie mam tą najprostszą odżywkę ale rosną trochę szybciej i trochę większe. Pielgrzymka ma te małe to tak nie widać różnicy ale Loszka ma te duże. I jeszcze ten dokarmiony miot ma w sobie ale widzę, że wylinki ma trochę częściej i są trochę większe więc to raczej działa. Dorna to samo i z przodu i z tyłu tylko ona też rodzi te małe to mniej widać. To co? Myślisz, że z tą Bretonką coś by udało się jeszcze podziałać? - szli we dwóch tym opustoszałym i mrocznym miastem gdzie większość uczciwych i mniej uczciwych ludzi już od dawna spała snem spracowanego człowieka. A dwóch spiskowców rozmawiało o planach hodowli jakiej owoc miał wkrótce spaść na to miasto. Tylko jak liczny i silny będzie to owoc to już zależało właśnie od takich detali o jakich rozmawiali.

                                    - I właśnie jutro to nie wiem co zrobić. No wypadałoby aby ktoś od nas przyszedł do Pirory. Soria tak ładnie zapraszała. No i wypada. Tylko mnie nie leżą te ich wyuzdane zabawy. Strupasa też nie. Dorna mówiła, że jej się podobało ostatnio tam u niej no to puściłem ją, niech idzie się zabawić. Ma w sobie teraz miot to mam nadzieję, że te zabawy temu nie przeszkadzają. Ale termin to ma na Wellentag to jeszcze trochę czasu jest. Może nieco szybciej z tą odżywką. Ale ja albo Strupas? Nie wiem po co. Chociaż wypadałoby aby ktoś z nas poszedł aby nie wyjść na niewdzięczników. - wydawało się, że pod względem towarzyskm aptekarz wyczuwa co powinien zrobić ale jakoś nie miał do tego przekonania. Zapewne wolałby zostać ze swoją hodowlą i apteką. Jednak zdawał sobie sprawę, że w ramach rodzinnej współpracy lepiej aby nie tylko Drona zjawiła się jutro u Pirory.

                                    - Chociaż może któraś jednak dałaby się jutro zasiać? Mógłbym wziąć parę strzykw do torby. Tak na wszelki wypadek. Lepiej mieć i nie użyć niż nie użyć bo się nie ma. Prawda? - co do tej towarzyskiej kwetsii zdawał się pytać młodszego kolegę o radę. Nadzieja na zasianie jakiejś nosicielki wydawała się sprzyjać jutrzejszej wizycie ale dzisiaj na zborze jakoś przełomu z tym nie było i żadna z koleżanek nie zdradzała chęci na zostanie nosicielką. Ale też nie obsypały gromami któregoś z nich za zasianie Fabienne więc chyba jeszcze o tym nie wiedziały. I to pomimo, że Marissa i Annika były na zborze.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Online
                                      SantorineS Online
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #188

                                      Oryginalny autor: Pipboy79

                                      Oryginalny tytuł: Tura 46 - 2519.07.19; fst; ranek - przedpołudnie (2/2)

                                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
                                      Czas: 2519.07.19; Festag; ranek
                                      Warunki: wnętrze i dziedziniec świątyni, gwar głosów, jasno, chłodno; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; zimno (-5)

                                      Wszyscy

                                      Jak ktoś zasnął w okolicach 2-go czy 3-go dzwonu nowego dnia to miał trudności przy wstawaniu kolejnego poranka jak na 8-my dzwon zaczynała się najpopularniejsza w tygodniu msza. Pod tym względem pewnie większa część uczestników spotkania spiskowców miała takie problemy dziś rano. Ale, że był dzień świątynny to trzeba było się przemóc, wstać, ubrać i włożyć najlepsze ubranie z elementami żałobnej czerni i udać się do świątyni Boga Mórz aby oddać mu cześć. Nawet jeśli na początku tygodnia rabowało się jego skarbiec i mordowało sługi. Pozory bezpieczniej było zachowywać.

                                      Wierni jak zwykle dopisali i nawy były pełne wyznawców. W portowym mieście to nie było takie trudne. Pewnie większość populacji bezpośrednio lub pośrednio była związana z morzem, statkami i portem. Wszyscy wystroili się w swoje najlepsze kreacje aby pokazać się z jak najlepszej strony i dało się do dostrzec zwłaszcza w pierwszych rzędach gdzie zasiadali najznamienitsi i najpotężniejsi. W tym Gert van Zee ze swoją dorosłą córką czy rodzina van Hansenów. Obok nich siedziała blondwłosa Katherine von Siert jaka była przeoryszą żeńskiego klasztoru poświęconemu Panu Wilków. A i dało się rozpoznać znajome twarze i nazwiska z tutejszej śmietanki towarzyskiej miasta. Jak co tydzień zresztą.

                                      Tym razem jednak była pewna niespodzianka. Gdy ojciec Absalon w swojej morskiej szacie i mocnym głosem zapowiedział niecodziennego gościa jaki przybył z samego Saltmundu. A była to madame Odette von Treskov jaka poprowadzi dzisiejsze psalmy i pieśni. Oschły i surowy ton kapłana boga mórz kontrastował z młodą, zadbaną niewiastą jaka w czarnej, żałobnej sukni wyszła przed ołtarz na jaki składała się marmurowa figura potężnego boga siedzącego na królewskim tronie z nieodłącznym trójzębem i charakterystyczną koroną jakiej używali też dostojnicy jego kościoła. Tak jak ojciec Absalon był krzepki i surowy, że budziło to intynktowny respekt tak kobieta jaka weszła przed ołtarz okazała się młoda i pełna życia. O starannie ułożonych włosach w kolorze miodu. Grzecznie podzękowała gospodarzowi, dygnęła przed nim oddając mu szacunek i podobnie skłoniła głową przed resztą wiernych. Oznajmiła, że czuje się zaszczycona móc dzisiaj odśpiewać psalmy żałobne na cześć morskiego patrona tego miasta i ku czci zmarłej księżnej - matki. Wzruszające było jak opowiedziała jaka to była wspaniała i godna naśladowania kobieta jaką miała przyjemność poznać osobiście.

                                      Przez wiernych, zwłaszcza z pierwszych szeregów przeleciało zdumione “To ona!” i ogólnie rzecz biorąc niedowierzanie. Wydawało się, że większość z nich ją zna lub było na występach tetralnych w saltmundzkim teatrze lub gdzie indziej. Im mniej znamienite były tylne rzędy tym mniej osób zdawało sobie sprawę kim jest ta skromna piękność o miodowych włosach ale szeptane z pierwszych rzędów plotki czy ich podsłuchanie stopniowo przeniosło się na tylne rzędy. Wiernych jednak wzruszyło, że po ziemi może chodzić osoba, i do tego tak młoda i piękna, jaka miała okazję spotkać się twarzą w twarz z ich księżną - matką. A do tego mówiła o niej też takie wspaniałe, wzruszające rzeczy wyrażając się o niej z najwyższym szacunkiem.

                                      Jeszcze większe wrażenie zrobiły śpiewane przez divę zwaną “Słowikiem Północy” psalmy. Artystka miała niesamowicie czysty, mocny i piękny głos jaki potrafił chwytać za gardło i serce. Gdy śpiewała te uroczyste żale za zmarłą księżną to ludzie wzruszali się razem z nią. A gdy śpiewała o nadziei jaka jest tuż za morskim horyzontem ku jakiej żegluje statetk wiernych to i oni mieli taką nadzieję. Poza tym chociaż von Treskov przyznała, że nie pochodzi znad morza to ludziom przypadło do gustu jak pięknie śpiewała ich morskie psalmy jakie oddawały cześć głównemu patronowi tego nadmorskiego miasta.

                                      Gwiazda estrady zdecydowanie więc zdominowała dzisiejszą mszę. I nawet młoda Matka Somnium została przez nią odsunięta na dalszy plan mimo, ze aktorka zachowywała się godnie, skromnie i z wyczuciem. A, że uroczystości pogrzebowe ku czci matki - księżnej już zostały odprawione wcześniej, podobnie jak pogrzeb bestialsko zamordowanych obrońców tej zbrukanej świątyni to kapłanka Morra tylko pomodliła się w ich intencji razem ze swoimi współwyznawcami. Przypomniała aby być czujnym i, że jest też z odłamu zajmującego się snami i proroctwami zsyłanymi przez Pana Snów jakiemu się poświęciła. Dlatego gdyby kogoś dręczyły niepokojące sny to zawsze mógł przyjść do świątyni Morra i z nią się spotkać. Była gotowa wysłuchać każdego bez względu na status materialny i społeczny bo w oczach jej patrona w chwili śmierci wszyscy śmiertelnicy byli sobie równi. W tym momencie podniósł się cichy szmer w pierwszych ławek bo tym możnym i potężnym tego świata niezbyt było w smak słuchać o równości z plebsem. Chociaż to można było jeszcze przełknąć gdyż Morr faktycznie zajmował się w swoich ogrodach wszystkimi którzy do niego trafili.


                                      Nie było więc takie dziwne, że gdy po mszy tłum wiernych wyległ na dziedziniec zrobił się tradycyjny rwetes. Zaś najgęsciej było wokół sławnej aktorki jaką każdy chciał zobaczyć z bliska ci możniejsi nawet zamienić parę słów i ogólnie większość była jej strasznie ciekawa. Bo podczas mszy trudno było złapać coś więcej poza ogólną szczupłą sylwetką i miodowymi włosami. No i dekoltem. Gdy wyszła w czarnej sukni jej elegancka, blada cera jaka zwykle znamionowała szlacheckie pochodzenie jasno kontrastowała z jej czarną, żałobną suknią. Ale jednak chyba wielu odniosło wrażenie, że ojciec Absalon spiorunował wzrokiem jej zbyt śmiały dekolt jaki pasował damie na wieczorze balowym ale nie w świątyni. Jego zdaniem zapewne kobiety w ogóle nie powinny nosić dekoltów i być zasłonięte po samą szyję. Jednak publicznie tego nie powiedział i żadnej awantury nie było. Świadczyło jednak, że aktorka jednak nie do końca ma ochotę być taką potulną, szarą myszką. W końcu była rozpoznawalną w wielu miastach i prowincjach północnego Imperium gwiazdą estrady a nie jakąś żoną tutejszego piekarza. Ona tego też nie powiedziała. Jednak tak to właśnie wierni komentowali na dziedzińcu świątynnym po mszy. Nie było więc dziwne, że każdy kto mógł próbował przpchać się do owej niezwykłej kobiety aby chociaż ponad ramionami innych rzucić na nią okiem.

                                      Aktorka zaś stała w towarzystwie drugiej bladolicej kobiety o śnieżnych włosach oraz z Gerdem i Kamilą von Zee. Trudno było w tym tłumie usłyszeć co mówi czy odpowiada ale pantoflową pocztą rozeszło się, że przyjechała już parę dni temu aby oddać hołd księżnej no i na zaproszenie kochanej Kamili van Zee i jej cudownego ojca jacy udzielili jej gościny. Oboje rzeczywiście zdawali się pęcznieć z dumy. Dostojny, bladolicy ojciec o rysach morskiego sokoła i jego dorodna, piękna córka o niecodziennej, ciemnej karnacji. Gdzieś za nią stała nie mniej ciemnoskóra służąca jaka zwykle jej towarzyszyła. Też całkiem przyjemna dla oka. Zaś von Trescov niczym udzielna księżna co chwila rozmawiała z możnymi tego miasta przyjmując od nich podziękowania i zaproszenia. W ciągu jednej mszy zdawała się być najbardziej pożądaną osobą w mieście jaką każdy chciałby gościć u siebie chociaż na chwilę.

                                      I znów wzruszyła wszystkich jak gdzieś przepchnęła się do niej mała dziewczynka. Wręczyła jej kwiatki mówiąc, że chciałaby kiedyś spiewać tak pięknie jak ona. Wtedy ku zaskoczeniu wszystkich diwa schyliła się do niej, kucnęła, podziękowała za kwiaty jakie wpięła sobie we włosy, uściskała a ją samą wzięła na ręcę i sobie żartowała aż się obie śmiały szczerym, nieskrępowanym uśmiechem. To znów chwyciło wiernych za serce, że ktoś tak piękny, sławny i bogaty wciąż może zachowywać się tak wspaniałomyślnie wobec zwykłych maluczkich.

                                      Jednak kolejne pacierze mijały i siłą rzeczy tłum zaczął rzednąć i rozpływać się ulicami miasta do swoich domów. Plebs bo to był jedyny dzień wolny od pracy w ciągu tygodnia a możni bo mogli wreszcie odwiedzić znajomych czy ugościć kogoś na obiad. Więc kolejne drzwi powozów otwierały się i zamykały zaś piesi szli przez ulice ku swemu przeznaczeniu. W takim tłumie kultystom trudno było się odnaleźć więc musieli działać na własną ręke. Na szczęście już od wczoraj było wiadomo, że na Bursztynowej 17 czeka ich ciepłe przyjęcie. A dla chętnych to nawet gorące zabawy w loszku gospodyni. I dobrze, bo poranek był zimny. Po mszy zrobiło się cieplej i przyjemniej i chyba zapowiadał się całkiem słoneczny dzień.

                                      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
                                      Czas: 2519.07.19; Festag; przedpołudnie
                                      Warunki: kuchnia i salon, gwar głosów, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sła.wiatr; umiarkowanie (0)

                                      Wszyscy - kuchnia

                                      Jak zwykle to bywało nie wszyscy dali radę przybyć do Pirory na ten sam moment. Ona i jej znamienici gości zwykle przyjeżdżali szybciej korzystając z powozów niż ci co musieli znad rzeki Salt iść na piechotę do Dzielnicy Północnej gdzie mieszkała śmietanka tego miasta. Więc schodzili się po kolei i trochę to trwało zanim zjawili się wszyscy albo chociaż wiekszość. Ci znamienici co nie powinni dziwić, że są z wizytą u młodej szlachcianki jak astromanta, artyści czy szlachta lub mnich co pośredniczył przy wymianie pacjentów z hospicjum mogli śmiało zapukać do frontowych drzwi. Pozostali jacy mogli by wzbudzić niezdrowe zainteresowanie postronnych musili udawać służbę czy posłańców i wchodzili od tylnej furtki i kuchennych drzwi.

                                      Gości jak to zwykle u Pirory bywało witała urocza Kristen. Szczupła, młoda brunetka o ładnej twarzy i figurze jaka była po przeciwnej stronie niż Gertuda jaka surowo witała gości von Mannliebów i zdawało się, że od jej surowego spojrzenia goście i wejście pokrywa się szronem.

                                      - Panienka prosiła abyś przywitał się w kuchni zanim pójdziesz na górę. - chyba każdy dzisiaj od Kerstin usłyszał coś podobnego. I dziewczyna prowadziła nowo przybyłych gości w głąb parteru aż do kuchni z jakiej dobiegał szmer rozmów.

                                      - Ciebie też strach wpuszczać na górę? - parsknął ironicznie Silny który jednak dał się skusić na nieco rozrywki z loszku. Na razie jadł coś z miski i chyba mu pasowało. Obok siedział Rune jaki pozdrowił nowego skinieniem głowy.

                                      - Ja to tylko tak. Bo jak inni by byli to pewnie bym ich tylko przestraszyła. - Dorna uśmiechnęła się blado. W rodzinie już się zdążono do niej przyzwyczaić ale rzeczywiście w przeciwieństwie do jej kamratki Lilly to jej sromota była nie do ukrycia. Szara, ziemista cera, włosy sklejone w jakieś kolce na głowie, pomniejsze kolce tu czy tam dobitnie wksazywały na jej sromotę. Zwłaszcza w loszku gdzie zwykle raczej zdejmowano z siebie wszystko a nie zakrywano. Koleżankom zdawało się to do tej pory nie przeszkadzać ale komuś spoza kultu trudno już by było to jakoś wytłumaczyć.

                                      - Dla mnie jesteś z nich wszystkich najpiękniejsza. I jesteś matką nowego, cudownego życia. - powiedział jej kolega w wierze aby dodać jej otuchy. Czyli jednak przyszła nie tylko ona. To pomogło bo dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało.

                                      - Ja to to samo. No do pasa bym mogła się rozebrać. - Lilly pokazała na sobie swoją górną połowę. Bo tutaj nie różniła się niczym od atrakcyjnej, młodej kobiety z miasta jaka pewnie mogła przykuć zaciekawione spojrzenia. Jej odmienność kryła się pod długą spódnicą i teraz podobnie jak niedługo po przybyciu do miasta była tym zdenerwowana. Potem ciągłe zabawy z koleżankami jakie uznawały jej odmienność za błogosławieństwo i coś intrygująco ciekawego pomogły jej się przemóc. Ale teraz znów nie było pewne czy nie spotkają się w loszku z kimś nowym, z kimś spoza rodziny.

                                      - E tam, nie przejmuj się. Powiemy, że trzeba mieć zawiązane oczy i zrobisz sobie z taką szlachcianką co będziesz chciała. Najwyżej sprowadzimy ci do pokoju jakąś i tyle. Przecież Pirora ma tu pełno tych pięter i pokojów. - Łasica jak zwykle była bezczelnie niefrasobliwa. Właśnie z Burgund kończyły się malować i przystrajać do roli ładnych pokojówek. Często tak właśnie uczestniczyły w różnych wcześniejszych balach i przyjęciach u Pirory czy w teatrze co pozwalało im uczestniczyć w życiu towarzyskim śmietanki. A gdy ktoś z gości miał ochotę na małą chwileczkę zapomnienia z taką ładną pokojówką czy kelnerktą to i wężowe dziewczęta zwykle nie odmawiały. Słowa liderki też dodały otuchy obu mutantkom bo się do niej uśmiechnęły wdzięcznie.

                                      - Nie wiem po co się przebieramy. A jak to my będziemy tym razem władczyniami a one naszymi służkami? No Fabi to na pewno by nie chciała być żadną władczynią no to już mamy jedną niewolnicę do zabawy. - Burgund nie była taka pewna o słuszności tej przebieranki i nie omieszkała o tym poinformować. Ale jednak też się szykowała ze swoim makijażem i ubiorem. Ten jak na kelnerki to miały nieco zbyt śmiały bo suknie odsłaniały prawie całe zgrabne łydki co byłoby na ulicy nie do pomyślenia. No ale jak już myślami i sercem było się jedną nogą w loszku rozpusty to były to całkiem skromne sukienki i niezbyt wyzywające.

                                      - Rób swoje i nie pyskuj mi tu ruda małpo. - syknęła do niej Łasica chociaż w dość żartobliwej formie tych wiecznych utarczek jakie obie miały między sobą. - I nie machaj tu tak tymi cyckami! Wciągnij je do środka! To nieprzyzwoite, zachowuj się dziewczyno! - fuknęła na nią nieźle parodiując jakąś nauczycielkę czy guwernantkę. Zresztą było znane to, że była nieco zazdrosna o piersi koleżanki jakie ta miała wręcz medalowe. Łasica też miała się czym pochwalić no ale jednak nie aż tak jak jej partnerka. Teraz te jej niby oschłe uwagi wywołały śmiechy i uśmiechy u reszty zgromadzonych w kuchni gości.

                                      - No właśnie bo jeszcze do końca nie wiadomo jak to będzie w tym loszku. Pirora i Soria są na górze to będą decydować. Kogo się da to zaproszą na dół. Tobias jest na górze ale mówił, że do loszku to nie zejdzie. Zobaczymy. Z tego co widziałam to gdyby Odette rzuciła mu patyk to by tylko merdał ogonkiem aby jej go zwrócić u jej stóp. Ona też tam jest. I ta druga, ta śnieżynka co Onyx mówiła. Możecie uwierzyć? Widzieliście co ona robiła w świątyni? No cholera! Gdybym nie usłyszała o jej wizycie w burdelu od Onyx to bym nie uwierzyła, że to ta sama osoba. Ona jest niesamowita! Oh jej! Żeby dała się zaprosić do loszku! - Łasica widząc, że już prawie wszyscy są zaczeła wprowadzać nowych kolegów w aktualną sytuację. Dostojny i opanowany guwernant widocznie wydał jej się dzisiaj zabawny z powodu wrażenia jakie wywołała na nim Odette von Treskov. Jednak i sama nie ukrywała, że jest pod jej wielkim wrażeniem i bardzo chce ją poznać. Najlepiej podczas zabaw w loszku gospodyni.

                                      - I Fabi też już tam jest. Razem ze swoimi dziewczynami. I nie zabrała Gertrudy! Pierwszy raz! Kazała jej wracać do domu po mszy! Więc wreszcie może się u nas zabawić na całego! - Burgund dorzuciła kto jeszcze jest w salonie Pirory skąd dochodziło stłumione echo rozmów.

                                      - I jeszcze Kamila. Bo nie dało się jej sensownie odseparować ani od Odette skoro ją gości ani od Sorii. Na moje oko to ona też ma z tym patykiem jak Tobias tylko raczej względem Sorii. No ale ja też bym biegła za patykiem byle tylko móc służyć u jej stóp! - odezwała się liderka slaaneshytek nim wróciła do oceniania swojego wizerunku ładnej pokojówki w przenośnym lusterku jakie stało na stole.

                                      - No i Larwa z Onyx też tam są. Jak tylko Odette je zobaczyła od razu się ucieszyła z takiej niespodzianki i zgarnęła je na górę. Więc chyba dobrze jej zrobiły wczoraj w tym burdelu i Onyx nie wciskała nam kitu. - Burgund też kończyła poprawę swojego wyglądu. I obie już były właściwie gotowe. A przynajmniej takie robiły wrażenie.

                                      Wszyscy - salon

                                      Droga do salonu Pirory była gościom dobrze znana. A obie ładne kelnerki szły z tacami po schodach z widoczną wprawą. W końcu nie pierwszy raz były w tej roli. Więc i koledzy mogli się z nimi zabrać. Łasica poprosiła aby otwarli drzwi do salonu po czym weszła pierwsza a za nią Burgund. Obie rozproeminiły salon swoimi złotymi uśmiechami kładąc napitek i przekąski na jednym ze stołów. A przy okazji ściągając na siebie pierwszą uwagę gospodyń i gości.

                                      Salon się nie zmienił od ostatniej wizyty więc dalej widać było liczne obrazy zawieszone na ścianach. Oraz znajome twarze należące w zdecydowanej większości to młodych, atrakcyjnych i ładnie uśmiechniętych kobiet. Pierwsza przywitała się z nimi główna gospodyni czyli szlachcianka z dalekiego, słonecznego Averlandu.

                                      - A są i nasi kawalerowie! - Pirora klasnęła w dłonie z uciechy. Siedziała na jednym z wygodnych krzeseł. Soria jak to miała w zwyczaju zajmowała wygodny fotel w narożniku przy oknie i wydawała się być nieco wycofana z towarzystwa. Co sprzyjało jej roli obserwatorki i władczyni jaką zwykle przyjmowała. Wciąż była w czarnej długiej sukni jak na mszy. Jednak wtedy nie było widać długiego rozcięcia na boku jakie biegło prawie do samego biodra i nieprzyzwoicie odsłaniało jej zgrabne uda i łydki obleczone w jedwabne pończochy. Nikt tutaj zdawał się jednak nie zwracać na tą pikanterię uwagi.

                                      - To może ja was sobie przedstawię. - Prirora wstała i podeszła do obydwu kolegów aby dopełnić obowiązki gospodyni. - To jest Joachim Burzooko, bardzo utalentowany astrolog, astromanta i uczony. Przyjechał do nas z samego Altdorfu. A póki nie wyprowadził się na swoje gościli go sami van Hansenowie a z tego co wiem Frau van Hansen bardzo chwali sobie jego wróżby. - Averlandka zgrabnie przedstawiła pierwszego z kolegów i starała się to zrobić w jak najlepszym świetle.

                                      - A to nasz brat Otto. Bardzo charyzmatyczny i życzliwy człowiek, pracuje w hospicjum i wkłada wiele serca w dobro naszych pacjentów. Właśnie Fabi ma te swoje piękne dziewczęta z hospicjum dzięki pomocy Otto. Poza tym Otto bardzo interesuje się poezją i książkami a i na kobiece potrzeby nie jest głuchy. - podobnie panna van Dyke starała się swobodnie i wesoło zareklamować swojego drugiego z gości. A przedstawiała ich dwóm damom jakie siedziały w centrum salonu i dało się poznać, że są gwoździem dzisiejszej gościny.

                                      https://i.imgur.com/4nk7hOh.jpg

                                      - A to jest nasza cudowna gwiazda estrady Odette von Treskow, zwana Słowikiem Północy. Wszyscy mieliśmy skromną próbkę jej talentów i możliwości dziś na mszy a zapewniam, że to tylko początek. - Pirora przedstawiła pierwszą z dwóch nieznanych dam jakie gościły jej domostwo po raz pierwszy. Sławna diwa dała się cmoknąć w wyciągniętą dłoń i przywitała się z ciepłym, sympatycznym uśmiechem obowiązkowo zaznaczając, że gospodyni przesadza. Widać było jednak, że docenianie i komplementy sprawiły jej przyjemność. Po czym van Dyke podeszła do mniej rozpoznawalnej damy jaka siedziała ze dwa krzesła dalej. Bowiem von Trescov była obramowana z jednej strony przez czarnowłosą Fabienne z drugiej przez Laurę i Onyx. Co mogło dziwić bo dwie kurtyzany z pewnością nie dorównywały jej statusem społecznym i nie zasługiwały na tak zaszczytne miejsce gdy znalazłoby się kilka innych znacznie znamienitszych od nich. Ale jakoś nie wygladało aby ktoś był tutaj temu przeciwny.

                                      https://i.imgur.com/GLM16TP.jpg

                                      - A to jest Violette von Spee. Niezastąpiona impresario saltmundzkiego teatru. Obie znamienite damy przyjechały tu rozeznać się w naszym teatrze i jak mam nadzieję, ustalić szczegóły ich przyszłej wizyty i występów. To byłaby cudowna inauguracja nowego przybytku kultury w naszym mieście. - Pirora przedstawiła śnieżnowłosą jaka uśmiechnęła się ale wydawała się być oszczędniejsza w mimice i gestach niż jej egzaltowana i bardziej rozpoznawalna koleżanka.

                                      - I aby nawiązać nowe, interesujące kontakty i znajomości moja droga. Też po to tu jesteśmy aby odnaleźć bratnie i siostrzane dusze w nowym dla nas podwórku w jakim jesteśmy co prawda pierwszy raz ale żywię nadzieję, że dzięki naszym przewodniczkom trafimy z naszym przekazem pod właściwe progi. - śnieżnowłosa gładko przejęła pałeczkę rozmowy i widocznie nie obawiała się wypowiadać swojego zdania. Dopowiedziała to jakby uznała, że gospodyni zapomniała o tym detalu. Sama zaś bystro przyjrzała się nowym gościom.

                                      - No i nasza ukochana Kamila van Zee. Zapewne ją znacie ale dla formalności was sobie przedstawię. Bez jej wysiłków i licznych listów z zaproszeniami nie byłoby dziś u nas tak znakomitych gości. - rzeczywiście trudno było mieszkać w tym mieście i nie znać chociaż z widzenia jednej z największych i najbogatszych piękności w okolicy. Do tego o mocno egzotycznej urodzie jaka od razu wpadała w oko. Jednak co innego je widzieć na mszy czy mieć fart spotkać gdzieś na ulicy a co innego zostać jej przedstawionym twarzą w twarz. Ciemnoskóra piękność z bliska wydawała się być jeszcze bardziej egzotycznej urody. Była zapewne kilka lat starsza od Pirory, może nieco młodsza od Fabienne a więc w wieku w jakim już najwyższy czas aby wyszła za mąż. Jednak jej ojciec wciąż widocznie nie znalazł właściwego aby miał odpowiednio znamienite naziwsko, nienaganną opinię no i majątek aby zapewnić jego córce byt na odpowiednim jej statusowi poziomie. Twarz Kamili zdradzała zadowolenie i życzliwość. Wydawała się być mile połechtana docenieniem jej roli w tym przedsięwzięciu ale też i odniesionym sukcesem jakim było sprowadzenie tutaj tak sławnych gości jak sama czołówka aktorów ze stolicy prowincji jacy byli rozpoznawalni i poza nią.

                                      Po przedstawieniu się sobie można było znaleźć sobie wygodne miejsce, usiąść, popić coś, przekąsić, posłuchać, poobserwować i porozmawiać. Chociaż bowiem zebrali się tu ludzie z różnych warstw społecznych to jednak panowała atmosfera klubu dyskusyjnego i te różnice mocno się zacierały. Już samo to, że obok von Treskov siedziały dwie kurtyzany i nikt na to nie zwracał uwagi dobitnie to podkreślało. Jakby dla równowagi obok Fabienne siedziała Marissa a Annika wybrała sobie krzesło pod ścianą nieco bardziej na uboczu. Tobias, do tej pory jedyny mężczyzna w tym damskim gronie siedział niedaleko von Spee. Tej zdawało się nie przeszkadzać, że nie siedzi obok swojej koleżanki ze stolicy. Do tego jeszcze kręciły się obie łotrzyce w roli kelnerek obiecująco usłużnie proponując coś do picia ale w końcu Pirora machnęła na nie ręką aby usiadły i nie przekszadzały. Niby żartobliwie, niby ze złością ale to zgrabnie pozwoliło zostać im obu na miejscu. A reszta gości też zdawała się nie zwracać na to uwagi chociaż na bardziej oficjalnych przyjęciach takie zachowanie obsługi byłoby nie do pomyślenia.

                                      Mimo wszystko w tym eleganckim otoczeniu i towarzystwie wydawało się całkiem niedorzeczne, że te dwie sławne damy ze stolicy wczoraj miałyby się zabawiać w zamtuzie z tamtejszymi kurtyzanami. Zwłaszcza jak się było świadkiem jak jedna z nich tak pięknie śpiewała psalmy żałobne i pochwalne podczas mszy i jak pokorną oraz skromną osobą się wydawała podczas niej i później na dziedzińcu. Mniej niedorzeczne mogło się to wydawać gdy dwie z trzech owych wczorajszych ladacznic siedziały teraz obok niej. Chociaż dzisiaj wyglądały jak jakieś eleganckie córki kupców czy dobrane na dostojne przyjęcie służki i nie było w nich nic nieprzyzwoitego. Za to sama diwa zdecydowanie zdominowała to spotkanie.

                                      - Jak mówiłam, uwielbiam bretońską poezję, jest najpiękniejsza na świecie, w życiu nie słyszałam czegoś równie rytmicznego i subtelnego. - zachwycała się aktorka o miodowych włosach jakby wróciła do jakiegoś ulubionego tematu.

                                      - Całkowicie się z tobą zgadzam. I jestem pod wrażeniem, że znasz poemat o “Czystej Adelajdzie”. To nie jest przecież najpopularniejsza ballada w Bretonii. - koleżanki chyba trafnie wczoraj oceniły, że obie miłośniczki sztuki i poezji “spijają sobie z dzióbków” bo rzeczywiście dziś było widać, że mówią tym samym językiem i świetnie czują się w swoim towarzystwie.

                                      - Ależ to jedna z moich ulubionych! Taki podły los ją spotkał a ona zachowała taki hart ducha i wewnętrzną czystość. No zewnętrzną to może mniej bo jednak być haremową ladacznicą to byłoby dość trudne no ale wewnętrznie to się jednak starała i pokazała co potrafi zdziałać szlachetna kobieta wbrew wszyskim przeciwnością. W końcu jak to tam było pięknie włożone w jej utalentowane usta… - aktorka żywo przytaknęła i swobodnie wypowiadała się o ulubionej balladzie bretońskiej koleżanki a na koniec nawet coś zacytowała co brzmiało jak poezja bo chyba się rymowało. I chyba było po bretońsku. Czym wywołała zachwyt Fabienne i ta wartko odparła coś również w swojej ojczystej mowie.

                                      - Zawsze chciałam przeżywać takie niesamowite przygody jakie miała Adelajda. Wielka miłość, porwanie w niewolę, aukcja niewolników, ten upadlający, niewolniczy tatuaż a potem te wszystkie podłe przygody jakie spotkały ją w haremie póki jej ukochany ją nie odnalazł i nie uwolnił. To takie romantyczne! - westchnęła z rozmażeniem bretońska szlachcianka jakby te wszelkie podłości i poniżenia jakich doświadczała fikcyjna postać były jej marzeniem. I to niezbyt skrytym. Przynajmniej nie w tym towarzystwie i sytuacji. Teraz jednak i ona i większość towarzystwa roześmiały się z tego chętnie i wdzięcznie.

                                      - Bardzo interesujące też uważam, że to bardzo fasncynująca postać i przygody, wspaniały materiał do odgrywania ról na scenie. I nie tylko. No ale może zmieńmy ten bretoński temat bo nas zaraz tu pognają za drzwi jak wciąż będziemy wrzucać bretońskie cytaty. - miodowłosa diwa zgrabnie zmieniła temat rozmowy nawet jeśli wyglądało, że mogłaby dalej podążać zgodnie z nim. Chyba jednak obie zdawały sobie sprawę, że rozmowa w języku w jakim większość obecnych nie rozumie wcale albo tylko po łebkach może ich stawiać w niekomfortowej sytuacji.

                                      Pierwszy skorzystał z tego Tobias jaki chętnie wdał sie w dyskusję na temat ról i przedstawień, zwłaszcza tych jakie sam podziwiał te kilka razy gdy udało mu się na nie pojechać do stolicy. Von Treskow odpowiadała chętnie i z werwą ale w końcu dało się wyczuć, że sztywny i nieco belferski ton Tobiasa nieco ją nuży. Zwłaszcza, że pewnie powszechnie rozmawiała ze swoimi fanami na podobne tematy.

                                      Tutaj o wiele lepiej sprawdziła się Kamila, Priora i Fabienne jakie żywo wciągnęły ją w dyskusję o tym jak znalazły miejsce na teatr i różne zabawne albo irytujące zdarzenia jakie od zimy się go dotyczyły. Jak planowały i kłóciły się o wystrój wnętrz, o sztukę na premierę, o szukanie odpowiednich aktorów do obsadzenia ról to wszystko sławną aktorkę interesowało o wiele bradziej.

                                      - Ale nie gadajmy ciągle o pracy! - teatralnie wręcz wzniosła dłonie do góry gdy tak życzliwie i zabawnie ale chyba ten temat też już zaczynał jej się nudzić. - Dajcie mi jakąś rozrywkę! Chyba nie chcecie być znani w całym Imperium jako “Ci którzy zanudzili von Treskow na śmierć? - zapytała unosząc swoje zadbane brwi w ironicznym grymasie. - Wszyscy zawsze pytają mnie o moje role albo pokazują mi jakieś swoje pomysły na sztuki, albo pouczają i kpią z moich potknięć czy oburzają się na moje romanse. Do cholery z tym! To mam na co dzień a jak tu przyjechałam to chcę czegoś innego! Chcę rozrywki, chcę zapomnienia, chcę czegoś nowego, czegoś ekscytującego a najlepiej coś czego jeszcze nie przeżyłam wcześniej. No ale rozumiecie, że wiele przeżyłam i widziałam więc byle co nie zrobi na mnie wrażenia. Niemniej zawsze doceniam czyjeś starania, jak ktoś wkłada w to co robi całe swoje serce i duszę. Więc jak? Mielibyście mi do zaoferowania coś ekscytującego? - sławna śpiewaczka i aktorka wyrzuciła z siebie coś co leżało jej na wątrobie. I chyba tym zaskoczyła wszystkich bo się nagle zrobiło bardzo cicho. Wszyscy patrzyli na siebie nawzajem ale jakoś nikt nie kwapił się odezwać pierwszy.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Online
                                        SantorineS Online
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #189

                                        Oryginalny autor: Lord Melkor

                                        Rozmowy na Zborze

                                        Joachim podziękował Sigmundosowi za chęć pomocy z jedną z nosicielek. Stwierdził, że dobrze, że duch współpracy w Zborze się rozwija, w końcu ze strony wyznawców Pana Przemian Henrich zgłosił się już do pomocy aptekarzowi. Obiecał, że nie będzie ryzykować życiem Loszki, natomiast ta koleżanka Onyx może być faktycznie dla niego interesująca.

                                        Podziękował również Starszemu i Silnemu za obietnicę wsparcia. Ludzie Silnego mogli się przydać zarówno do ataku na Akademię jak i jako eskorta na bagna. Zdawał sobie sprawę, że powinien być bardziej decyzyjny, ale nigdy nie była to jego najmocniejsza strona, a te wszystkie senne wizje i znaki od jego Patrona nie były niestety jednoznaczne. Co do bagien było więcej niewiadomych, ale włamanie do Akademii bardziej narażało jego konkretnie na wykrycie….

                                        - Spróbujmy przez następne 2, 3 dni zdobyć więcej informacji o Akademii, żebyśmy mogli podjąć klarowną decyzję. Ja może się czegoś dowiem w kwestii bagien, mam w okolicy pewną sprawę - oświadczył Henrichowi i Tobiasowi, kiedy się rozstawali.

                                        Jeśli chodzi o nocne wróżby, jak zwykle też nie mógł liczyć na pełną klarowność i jednoznaczność, wiele było kwestią interpretacji. Co oznaczała Tancerka w kwestii Akademii? Czy przypadkiem Tobias nie wspominał, że romansuje z jedną ze studentek z tamtąd? Burgund też coś podobnego mówiła.
                                        Co do tego Rozbitego Wozu przy wróżbie dotyczącej bagien, może dotyczyło to Barona Wisberga, co do którego spodziewał się, że tamten nie wróci żywy z bagien?

                                        Trochę niepokoił go też ślad Dhar wyczuwalny z jego pracowni. Może powinien znaleźć inne miejsca na praktyki takie jak przywołanie chowańca? Musiał sprawdzić, ile dni się taki ślad utrzyma.


                                        Na mszę przybył nieco spoźniony po intensywnym wczorajszym wieczorze i wróżbach. Usiadł na tylnych ławach i posłuchał końcówki psalmów, które tym razem brzmiały lepiej niż zwykle. Przynajmniej nowoprzybyła była aktorka, a nie jakaś kapłanką, która byłaby w stanie robić im problemy jak Matka Sommium.

                                        Po mszy starał się usłyszeć o czym mówią ludzie i jakie są nastroje - zakładał że nie odnalezienie sprawców napadu na Świątynię może obniżyć morale i zaufanie do władz miasta.

                                        Podzedł do Van Hansenów i przywitał się z nimi kurtuazyjnie. Zapytał się, czy słyszeli może jakieś wiadomości o Baronie Wirsbergu, który wedle jego wiedzy i radom udał się na bagna by zapolować na potwora. Zastanawiał się, czy nie będzie potrzeby zorganizowania jakieś wyprawy ratunkowej gdyby nie było wieści o losach Barona?


                                        Potem udał się do Pirory zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Tam bardzo chętnie skorzystał z okazji by poznać von Treskow i van Spee. Traktował damy zgodnie z wymogami etykiety, i delikatnie wypytał się, czy interesują ich tematy z dziedziny magii lub astrologii. Poza główną konwersacją starał się znaleźć chwilę, by dowiedzieć się więcej o owej koleżance Onyx, która została zapłodniona larwami i potencjalnie można by ją wykorzystać do zdobycia dziedzictwa ukrytego na bagnach.

                                        Jeśli byłaby okazja bycia sam na sam z wtajemniczonymi kultystami - przede wszystkim Heinrichem i Thomasem, ale może też i Sorią, którą zawsze mógł połechtać tym że jako wielowiekową i magiczną istotę cenił niezwykle jej osąd i rady - mógl podzielić się z nimi rezultatami swoich wróźb.

                                        W przypadku braku nadzwyczajnych wydarzeń następnego dnia planował udać się do tych rolników, którym obiecał pomóc odnaleźć miejsce spoczynku dziadka. Miał nadzieję, że ta sprawa to nie był zwykły przypadek i na coś wartego uwagi go naprowadzi.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Online
                                          SantorineS Online
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #190

                                          Oryginalny autor: Seachmall

                                          Festag, noc, ulice miasta

                                          Otto już opuszczał Zbór kiedy dopadł go Sigismundus. Było coś urzekającego w ekscytacji aptekarza.

                                          - Tak zasiałem ją, zniosła to bardzo dobrze, była nawet zawiedziona, że trwało to tak krótko, więc masz szansę na coś więcej. - mnich odpowiadał po kolei na pytania Nurglity. Zastanowił się chwilę nad odpowiedzią w sprawie obiadku u Pirory - Przychodź, przyda się zacieśnić więzi, a szansa na zasianie więcej się znajdzie. Tylko nie bądź nachalny.

                                          - Dała się zasiać?! Cudownie! Co za wspaniała kobieta! Widzisz Otto? Są jeszcze na tym świecie nadobne niewiasty. - reakcją aptekarza na te wieści byl wybuch entuzjastycznej radości. Co dało się wyczuć pomimo nocnych ciemności. Tak po głosie jak i ruchach rozmazanych plam twarzy i dłoni. Wydawało się, że bretońska szlachcianka jaka do tej pory niezbyt interesowała Sigismundusa nagle awansowała w jego oczach na szczyt hierarchii jakim były nosicielki dziedzictwa Oster.

                                          - I mówisz, że dobrze zniosła? I chciała więcej? No to można spróbować jutro. Coś jej dosiać. Póki się maleństwa tam u niej w środku nie wyklują. To rano albo przed obiadem to pewnie jeszcze nie. Albo spóbować z innej strony jakby chciała. I tak trzeba by znów jej wstrzyknąć papu dla maleństwo to można by załatwić od razu. - po wybuchu radości szybko odezwała się jego natura jako uczonego i hodowcy. Zaczął planować i obliczać jak to by wypadało z nową nosicielką.

                                          - No i jak tak to dobrze, przyjdę jutro. Wezmę torbę ze strzykwami. Może się coś uda podziałać. Ale… Hmm.. Ale może to ty z nimi gadaj. Widzę, że tobie to lepiej wychodzi. Masz z nimi lepsze relacje ode mnie. Ja to za wrażliwy jestem. Zaraz mnie ponosi. Zobacz ile ich mamy, każda po trzy dziury ale chociaż jedną by użyczyła w tym zacnym celu no to nie. - zaczął już rozmyślać nad jutrzejszym spotkaniem po mszy i młodszy kolega widać przekonał go aby jednak przyszedł. - No nieważne. Postaram się panować nad sobą. Ale sam widzisz, że chyba lepiej abyś to ty z nimi gadał. - zamiast znów ulać swoją litanię żalu do koleżanek jakie nie zdradzały ochoty na zasianie pohamował się w ostatniej chwili i wolał to przekazać mnichowi który na tym polu miał większe sukcesy.

                                          - Wybadam jutro nastrój zgromadzonych. Obecność Dorny może nam pomóc jeżeli się wstawi za naszą hodowlą.

                                          - Tak myślisz? - w nocnych ciemnościach słychać było ciężki oddech i kroki idacego obok grubasa. Przeszedł tak kawałek zastanawiając się nad tym.

                                          - Ja przedstawiałem wcześniej i Loszke i Dorne. A one nic. Żadna się nie zgłosiła. - przyznał z nową dozą żalu do koleżanek o jakich rozmawiali. - To przez Łasicę! To ona jest "na nie" i je buntuje. Sam widzisz. Ta Bretonka jak była sama to się zgodziła. I ta koleżanka Onyx też. - aptekarz widocznie w liderce slaaneshytek upatrywal główne źródło niezgody bo Łasica od początku była nastawiona do tej hodowli skrajnie negatywnie.

                                          - No ale zdam się na ciebie. Wezmę te strzykwy jutro. I z jajami i papu. No i się uda to uda a nie no to trudno. Tylko z tą Bretonka spróbuj. Może się zgodzi. Mało czasu minęło to można jeszcze spróbować ją dosiac. - westchnął ciężko jakby już starał się przygotować, że jutro będzie jak zwykle czyli, że wszystkie ladacznice odmówią zasiania.

                                          - Łasica, tak jak reszta Slaaneshytek, jest jeszcze... w płyciznach prawd swego patrona. Daj im czas. Uchyliłem im dziś drzwi na nieco głębsze prawdy, zobaczymy czy je otworzą. - poklepał kolegę po plecach - Będzie dobrze, do festynu będziesz miał chmarę do wypuszczenia na pielgrzymów.

                                          - Oby! No już trochę mam, takie małe rodzinne stadko. Te pierwsze to już w pełni dorosłe. Z tych małych bo szybciej rosną niż te duże. I zaczynam się martwić. O miejsce no i, że ktoś to może odkryć. Dlatego właśnie chcę przenieść chociaż część hodowli do jaskini Oster. Tam będą bezpieczniejsze. - grubas chyba pokiwał głową ale myśl o sukcesach w hodowli jak zwykle poprawiła mu humor i dodała energii.

                                          - A z ladacznicami no trudno. Zdam się na ciebie. Nie chcę nic mówić ale widocznie ta Bretonka i ta koleżanka Onyx to w takim razie są bardziej zaawansowane od reszty. A przynajmniej mają bardziej otwarty umysł. No ale dobra, zdam się jutro na ciebie. Nic się nie będę odzywał o tej hodowli. Tylko wezmę strzykwy. - dorzucił jakby chciał sobie zachować postanowienie na jutro bo gdy tylko dał się ponieść emocjom to najczęściej dochodziło do awantur z koleżankami jakich drażniła jego bezpośredniość i brak subtelności. Poza tym nie podzielały jego miłości do “maleństw”.

                                          - Postaram się nie zawieść. Spokojnej nocy Sigismundusie... ah, właśnie. Jak ta kobieta z traktu? Żyje jeszcze?

                                          - Tak, żyje. - od razu dało się po tonie głosu poznać, że kobieta o jakiej rozmawiali nie wzbudza w aptekarzu sympatii. Czyli bez zmian. - Wczoraj wydała miot. Ona ma te małe. Teraz poczekam do Marktag, może Aubentag aby ją znów zasiać. Tym razem władują w nią sześć strzykw. Sześciu jeszcze nie próbowałem. Powinna przeżyć. Tyle, że już cieżarny brzuch może być widoczny. Chociaż trudno powiedzieć jak bardzo. Właśnie to też chcę sprawdzić. No ale ona ma te małe to dzień, góra dwa i po brzuchu bo wyjdą na zewnątrz. I chyba spróbuję z nią jeszcze ze dwie od tyłu i może jedną czy dwa w usta. W usta jeszcze nie próbowałem. Opisy Mergi sugerują, że straty mogą być największe no ale mimo wszystko coś powinno z tego wyjść. Chyba, żeby spróbować z tą ladacznicą. Tą od Onyx. Jak podobno sama chciała jeszcze. Też można by spróbować zasiać ją mocniej. Dwie od przodu to tyle co nic. Nawet brzucha nie widać. Teraz Dorna ma w sobie dwa z przodu i z tyłu no i sam ją widziałeś na statku. Nic jej nie jest. Dwa to tyle co nic. Z początku nie byłem pewien no ale teraz już parę miotów wyszło to już jestem mądrzejszy. Dornę albo tą ladacznicę teraz następnym razem spróbuję zasiać czterema z przodu. No a sześć na tą idiotkę z traktu ale to dopiero za parę dni. - zagadnięty o hodowlę aptekarz mówił bez wahania i w głowie musiał mieć te wszystkie terminy porodów, zasiań, ciąż i podobnych co do swoich nosicielek. Dało się wyczuć zaangażowanie prawdziwego hodowcy co zna każdy detal tej hodowli i chętnie może o niej opowiadać jak zyska życzliwego słuchacza.

                                          - A właściwie czemu o nią pytasz? - zapytał na koniec jakby wrócił do tego co spowodowało jego słowotok.

                                          - Ciekawość. - odparł mnich - Mówiłeś już jakiś czas temu, że chcesz ją tak zasiać aż eksploduje. Czekam na efekty, może być edukacyjne.

                                          - A tak, tak, tak mówiłem, to prawda. No i tak zrobię. Ale jeszcze nie teraz. Teraz wciąż mamy za mało nosicielek aby którąś poświęcić. U mnie są trzy. Ta od Onyx. No i ta twoja Bretonka. Trochę mało. Jak się uda zdobyć więcej, tak chociaż pół tuzina ale lepiej z osiem czy dziesięć no to tak. Wtedy tak. Wtedy jedną można poświęcić na próbę. Z zapisków wynika, że nawet dziesięć dawek można przeżyć. Chociaż to już bardzo ryzykowne no i brzuch to rośnie jak przy normalnej ciąży. Tylko wiadomo, to nie jest prawdziwa ciaża więc tak w dniach to liczone a nie miesiącach. I nawet trzeba to zrobić aby sprawdzić jakie są limity bezpieczeństwa. To dla dobra reszty tych wspaniałych kobiet. Więc poświęcę wtedy tą idiotkę bez żalu no ale dopiero jak będę miał więcej nosicielek. - aptekarz pokiwał swoją byczą głową i zdradził młodszemu i szczuplejszemu koledze jakie ma zamiary co do owej podróżniczki porwanej z traktu. Wyglądało na to, że pomimo braku sympatii co do niej to na razie zwycięża pragmatyzm hodowcy dla jakiego priorytetem jest dobro jego trzódki.

                                          - A właśnie. - zaczął jakby przypomniał sobie o czymś istotnym. - Joachim pytał mnie o tą wyprawę na bagna. Mówił, że jakaś nosicielka by się przydała jako przepustka czy przewodniczka. Przyznam, że trudny wybór. Najchętniej bym poświęcił tą z traktu. Jej mi w ogóle nie żal. Tylko ona jest oporna to trzeba jej non stop pilnować albo usypiać. Pewnie trudno byłoby ją zabrać na zewnątrz. Loszki mi szkoda bo to moja ulubienica tknięta ręką samego strażnika Oster. Jest wyjątkowa. No Dorna mogłaby pójść ale trochę mi też jej żal bo taka pomocna i ochotna jest. Pomyślałem o tej od Onyx no ale ona nie jest wtajemniczona w nasze sprawy. Przynajmniej na razie. No albo ta Bretonka. Trudny wybór ale obiecałem pomóc tylko nie mogę się zdecydować. - przyznał się do ambarasu jaki widocznie wypłynął podczas końcówki dzisiejszego spotkania na “Adele”.

                                          - Wątpię, aby udało się przekonać Fabienne. Chodzenie po bagnach nie uchodzi szlachetnie urodzonej. Dorna byłaby dobrym pomysłem, ponieważ jest na tyle świadoma, że będzie w stanie uciekać. Cokolwiek zrobiłeś Loszce, jest dość… no niezdolna do czegokolwiek. - mnich się chwilę zastanowił - Jak przyjdzie co do czego, dam siebie zasiać.

                                          - Naprawdę? Oh, złoty chłopcze, jesteś cudowny! - aptekarza chyba aż zatkało z wrażenia na moment. Po czym zatrzymał się, mocno objął i uściskał swojego towarzysza niczym wujaszek ukochanego siostrzeńca. Roześmiał się przy tym rubasznie z tej fali radości. Po czym wznowili marsz przez zaciemnione i wymarłe miasto. Port i ciemne wody zatoki już dawno znikły za ich plecami i teraz szli już przez ulice w centrum miasta.

                                          - Ale Loszce to nic nie zrobiłem. Taką już ją znalazłem. Naznaczoną potęgą silniejszą niż moce śmiertelników jakie pomieszały jej rozum ale za to dały inne możliwości. Bez niej nie wiem czy do tej pory byśmy odnaleźli jaskinię naszej patronki. - powiedział wracając do tego o czym rozmawiali przed chwilą.

                                          - I no tak, ta szlachcianka mogłaby mieć opory przed taplaniem się w błocie. To prawda. Szkoda. Jak już to bym wolał ją posłać niż którąś z moich dziewcząt. Ale jak już byś ją widział to zapytaj dobrze? Pewnie odmówi no ale cóż, może akurat będzie miała fanaberię na jakieś wycieczki za miasto? - poprosił na koniec aby młodszy mężczyzna jednak chociaż dla spokoju sumienia zapytać Bretonkę o tą rolę przewodniczki o jakiej rozmawiali.

                                          - Rozważałem to już jakiś czas, ale zważając, że mogę poświęcić tylko jeden otwór i to ten mniej wydajny, to postanowiłem się wstrzymać. Właśnie czytałeś coś więcej o tych jądrach, które były częścią daru Oster?

                                          - Przyznam, że bardziej skupiłem się na jajach. Są dokładniej opisane no i zaczęliśmy już hodowlę. - przyznał nieco posapujący grubas idący obok mnicha. - Ale sam początek z tymi jądrami to dość jasny. Trzeba znaleźć mężczyznę. No albo kogoś takiego jak Lilly. I potem rozciąć mu ten dolny woreczek i albo dorzucić dodatkową fasolkę czy dwie albo wyciąć jedną czy dwie i w zamian tyle dołożyć. To pierwsze wydaje mi się nieco mniej ryzykowne ale tylko trochę. No i pewnie by było widać albo dało się zmacać, że jest tam ich więcej niż powinno. Druga jest dyskretniejsza bo jakby rana się zagoiła to by ją widać było słabo i wszystko by było niby normalnie. Tylko widzisz to w ogóle jest bardzo ukrwione miejsce. Widać przy kastracjach. Łatwo wykrwawić delikwenta i to tak, że jak ma pecha to skipieje w pół pacierza. Pod tym względem te jaja są dysrketniejsze. Wsadzadz do środka i nic nie krwawi, nic nie trzeba rozcinać no i… Zresztą jak sam zasiałeś tą szlachciankę no to teraz już sam wiesz jakie to proste. - mimo zmiany tematu aptekarz nadal chętnie opowiadał o dziedzictwie swojej ulubionej patronki.

                                          - Tylko czy jedna czy druga wersja to potem jest szansa na zmiany. Te jądra mogą zmieniać ciało. Najpierw tam gdzie są a potem to się rozprzestrzenia. No ale nie tak od razu. I chyba nie zawsze albo nie zawsze na tyle szybko aby wspaniała Oster mogła to zaobserwować podczas badań. No ale jakby wszystko poszło dobrze to efekt jest niczego sobie. Bo potem taki mąż może sam zasiewać kobiety. I to bez żadnych strzykw. Trochę jak te dorosłe muchy. Właściwie też by mogły zasiwać nosicielki bezpośrednio. Oster opisała takie eksperymenty i liczy się samo dostarczenie jaj na miejsce. Czy przez strzykwy czy drogą he he naturalną to nie ma znaczenia. A z tymi jądrami no urwany był opis co z nich wychodzi. I kiedy. Zapewne podobnie jak te jaja więc pół tygodnia albo tydzień. Ale nawet Merga nie miała co do tego pewności. - szybko opisał to co pewnie wyczytał z zapisków pozostawionych przez rogatą wyrocznię jaka na początku tygodnia odpłynęła z łupami i ich towarzyszami do Norski.

                                          - Hmm… trzeba będzie chyba znaleźć jakiegoś "ochotnika" i później go wypuścić. Może naszprycować narkotykami, aby nie wiele kojarzył. Poobserwuje się go i jego partnerki.

                                          - Tak, no tak, tak… Można. Tak, dałoby się… Tylko to poważna i bolesna operacja bo tam dużo nerwów i krwi. Pewnie by tam spuchnięte wszystko i poranione miał przez parę dni. To nawet jakby go zamroczyć czymś na samo rżnięcie to potem raczej by się połapał, że tam na dole jest porżnięty. - powiedział w zadumie aptekarz chyba na poważnie zastanawiając się jakby to mogła wyglądać taka operacja.

                                          Mnich również się zastanowił.

                                          - Gdybyśmy mieli fasolki do poświęcenia można by było spróbować na jakimś zwierzęciu. Koniu, czy psie. Ale tak… nie wiem czy, któryś z naszych członków posiada na tyle odwagi.

                                          - Na psie? Albo innym zwierzaku? - aptekarz zareagował jakby mu ta myśl wcześniej nie przyszła do głowy bo przeszedł tak kilka kroków. - Właściwie operacja byłaby podobna jak z człowiekiem. I chyba by powinno zadziałać. W końcu to tylko naczynie do szerzenia nasienia Oster. Chyba tak chociaż tego w zapiskach nie było… - myślał intensywnie gdy tak szli przez dno tych mrocznych, miejskich kanionów ulic. - No tylko rozumiesz. Wtedy ten pies czy coś takiego musiałby pokryć jakąś kobietę aby dostarczyć nasienie gdzie trzeba. To już chyba by mogło być trudniejsze. Gdyby mieć mężczyznę to byłoby z tym chyba łatawiej. - przyznał na koniec, że nawet jak od strony cyrulika to by było do zrobienia no to jeszcze z doborem potencjalnych nosicielek mogło być wtedy dużo trudniej.

                                          - Nawet muchy skoncentrowane na bydle byłyby pomocne. - przyznał mnich - Chociaż wtedy trzeba było czekać na okres godowy. - mnich ponownie się zastanowił - Trzeba będzie pomyśleć nad tym. Może któryś ze Slaaneshyckich chłopców byłby zainteresowany trzecim jajeczkiem.

                                          - A znasz jakiegoś? Myślałem, że mamy tylko nasze koleżanki. - grubas zdziwił się takim pomysłem ale chyba go też zaciekawił.

                                          - Grubson. - zaczął mnich - Przewodził własnemu kultowi Slaanesh w mieście. Ta Bretonka jest od niego. I chyba jeden z ochroniarzy Pirory jest również wtajemniczony. No i Lilly.

                                          - No tak o Lilly też myślałem. W końcu też ma to co potrzeba do tej operacji. Miło by było jakby się zgodziła. No i, że tak powiem mamy ją pod ręką. Wystarczyłoby aby się zgodziła. A potem niech się pokłada z kim chce i ile chce. Zwłaszcza z kobietami. - bycza głowa pokiwała na znak zgody i zrozumienia widocznie o różowowłosej mutantce myśleli podobnie.

                                          - A Grubson no tak, zapomniałem o nim. Za rzadko u nas bywa i się o nim mówi to wyleciało mi z głowy. No ale tak, on jest od tej czarnej Bretonki i tej dwukolorowej krawcowej. Tak, tak, rzeczywiście. No może, może… Kto wie? Jakby się zgodził… Trzeba by zapytać. Właściwie nic nie tracimy. Nawet jakby się nie zgodził to może zna kogoś odpowiedniego? - pomysł z głównym dostarczycielem kostiumów i płóciennych dekoracji do teatru nieco zaskoczył aptekarza ale wydał mu się interesujący jak można było wnioskować po głosie.

                                          - Jeżeli będzie na imprezie Pirory to zaglądam. A tak to pojutrze go odwiedzę. Nie wiesz kiedy nasze drogie czerwie się przepoczwarzą?

                                          - Dobra to zapytaj. A czerwie? Ale które? Bo już trochę ich mamy. Od dorosłych form po jaja, mamy teraz każdą fazę ich cyklu życia. - aptekarz pokiwał znów głową ale o swojej ulubionej hodowli mógł gadać i gadać tylko chciał wiedzieć co dokładnie młodszego kolegę interesuje.

                                          - Właśnie dorosłe osobniki mnie ciekawią. Czy masz zamiar je wypuścić? Jeżeli tak to sądze że bezpieczniej będzie w jednej z okolicznych wsi.

                                          - Tak, mamy już parę dorosłych. Są takie że silne i piękne! A te najstarsze już powinny być zdolne do rozmnażania! Mamy wreszcie własne źródło jaj! - w nocnych ciemnościach twarzy Sigismundusa nie było widać inaczej niż blady owal twarzy ale po głosie dało się poznać ojcowską dumę i czułość jak zwykle gdy mówił o swojej ukochanej hodowli.

                                          - Ale wypuścić? Nie, nie, no coś ty. To by Starszy musiał zdecydować. Przecież musimy ich uzbierać jak najwięcej aby je wypuścić na tych pogan. Na tym ich plugawym balu gdzie będą się za zasłoną nocy oddawać pijaństwu i wyuzdaniu aby w dzień zgrywać świętoszków i prawić o moralności. Będą mieli za swoje! Moje dzieci, dzieci naszej ukochanej Oster spadną na nich jak zaraza! - w buntowniczych nutach na koniec pojawił się akcent mściwej dumy gdy już myślami był przy wykorzystaniu z much Oster do celu jaki został im przeznaczony przed mieleniami.

                                          - Myślałem, aby poobserwować jak działają. Wierzę, że dzieło Oster i jej sióstr będzie przepiękny, ale chcę wiedzieć czy wypuszczenie ich nie zmusi nas do przyspieszenia planów.

                                          - No i właśnie dlatego na razie nie będziemy ich wypuszczać. No chyba, że Starszy zmieni zdanie. - przyznał grubas i przeszli tak w milczeniu kilka kroków. - Chociaż przyznam, że ciekawi mnie jakby ich zobaczyć w działalniu. Chociaż na jednym. Tylko one wyszły z ludzi więc powinny atakować tylko ludzi. Jakimś psem czy królikiem to chyba nie powinny być zainteresowane. - dodał po tej krótkiej chwili gdy widocznie odzywała się w nim żyłka uczonego.

                                          - I dlatego ja chciałbym wypuścić tylko kilka na jakąś okoliczną wieś. My bylibyśmy w stanie poobserwować ich działanie, a atak byłby ma tyle mały, że nie przykułby uwagi inkwizycji. Obgadam to że Starszym.

                                          - Wioska? W wiosce może być całkiem sporo ludzi Otto. Ja myślałem raczej o jakimś jednym pechowcu co by można sprawdzić jak się jakieś jedno maleństwo zachowa wobec niego. - Tu Sigismundus się trochę zawahal gdy widocznie inaczej sobie wyobrażał taką próbę.

                                          - Bo widzisz o ile samo zasiewanie, stadia rozwoju, hodowla jest całkiem dokładnie opisane to jak już są dorosłe i gotowe to na tym się kończy. Więc tak naprawdę to nie wiadomo jak one atakują i kogo. Powinny ludzi skoro z ludzi wyszły. Ale to tyle. - aptekarz zawahal się ponownie gdy nie był pewien tego ostatniego etapu użycia dorosłych much.

                                          - No nic. Porozmawiam o tym ze Starszym ale jak go spotkasz to też zapytaj. Sam wiesz, wzmocnienie wypowiedzi i tak dalej. Dziękuję ci za pomoc złoty chłopcze. No i za zasianie tej Bretonki. I jakby się udało to jutro zobacz czy się czegoś nie da. Ja wezmę torbę ze strzykawki. A na razie bywaj! Widzimy się jutro u Pirory. - doszli do krzyżówek gdzie czas było się pożegnać i rozstać. Grubas jeszcze raz się uśmiechnął, klepnął po przyjacielsku w ramię kolegę i ruszył w swoją stronę.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy