Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Seachmall
Mnich patrzył dumnie na Slaaneshytki rozmarzone w swoich zachciankach. Słysząc chęci Sorii mnich zachichotał i klasnął dłońmi.
- O! To jest pomysł! - powiedział wskazując palcem na wężową wybrankę - Udawany ślub w loszku. Kilka par weźmie udział w parodii ceremonii ślubnej południowców, a Lady Soriia będzie miała możliwość złowienia "panien młodych" spod ich wybranków.
Wydawało się, że dziewczętom ślubny pomysł bardzo podpasował bo zareagowały całkiem żwawo i żywo jeszcze zanim główna zainteresowana zdążyła się odezwać. A jej dwórki już martwiły się, że aby stanąć na ślubnym kobiercu to mają za mało kawalerów bo jakoś tak się układało, że w loszku zawsze liczebnie dominowała płeć piękna. A przecież nawet w tym towarzystwie co teraz byli no to panów było tak może i po równo ale przecież część koleżanek nie mogła przyjść a i na jutro jeszcze rozważały zaproszenie nowych znajomych i koleżanek. W końcu Soria się odezwała aby zapanować nad tym radosnym chaosem.
- Całkiem ciekawy pomysł Otto. W końcu Fabi to by zapewne znów chciała odgrywać niewolnicę Adelajdę, aukcję znakowanie i tak dalej no ale chyba nawet i na ślubie znajdziemy jej jakieś zajęcie. - powiedziała rozbawionym i dobrodusznym tonem. Zaś jej dwórki roześmiały się szczerze bo wszyscy już znali uległe upodobania Bretonki.
- Chociaż przyznam, że cenię sobie autentyczność. I najbardziej dla mnie cenne są te prawdziwe śluby i panny młode. Chociaż oczywiście gdyby któraś z was moje piękności stawała na ślubnym kobiercu to oczywiście możecie na mnie liczyć na taki drobny upominek na nowej drodze życia. - dorzuciła jeszcze w tym temacie znów wywołując radosne chichoty swoich śmiertelnych dwórek. Wydawało się, że gdyby rzeczywiście doszło do takiego scenariusza to każda z nich była gotowa wielbić swoją ukochaną panią.
Otto zobaczył konsternację dziewczyn co do braku kawalerów.
- Nie martwcie się moje drogie. Zaślubiny kobiet może nie są czymś w Imperium, ale to będzie nasza ceremonia i na naszych zasadach. To co Piroro, wzięłabyć Łasicę za żonę? Albo Lilly? - to był dobry początek. Pokazać Slaaneshytkom nowe drogi do rozkoszy i otworzyć je na nowe możliwości.
- O, zaślubiny kobiet? Bez mężczyzn? - Łasica zapytała pierwsza ale chyba większość dziewcząt wydawała się być zdziwiona takim pomysłem. Po pierwszym zdziwieniu jednak przyszło zaciekawienie takim nietypowym pomysłem. Szybko zaczęły to omawiać między sobą bo pomysł wydawał się być całkiem nowatorski.
- To nie takie głupie. Zwłaszcza jak u nas niedostatek mężczyzn. No jutro może będzie trochę więcej jak przyjdzie kto tam się dziś zgłosił no ale i tak mało u nas kawalerów. To musimy sobie jakoś same radzić. - Onyx pokiwała głową gdy tak o tym rozmawiały i pomysł chyba przypadł im do gustu.
- Ale nie możemy się jutro ślubić! Przecież nie mamy tylu białych sukien! A co druga by musiała jakąś mieć. - Burgund przypomniała o tym ważnym elemencie każdej uroczystości ślubnej.
- Fabi może być w niebieskim. Oni tam w Bretonii mają niebieskie suknie ślubne. - Pirora pochwaliła się swoją znajomością z nieobecną koleżanką.
- E tam! To taka zabawa w ślub a nie prawdziwy ślub! Weźmiemy coś białego i tyle. Może się rano jakieś białe kwiatki na wieńce uzbiera. I starczy. No dajcie spokój, przecież chodzi o zabawę w loszku. Tylko musimy ustalić kto z kim. - Łasica machnęła ręką i podeszła do sprawy z łotrzykowym entuzjazmem i zdolnością do improwizowania. Jej zdanie przeważyło i chyba większość trosk związanych z tą niespodziewaną zmianą planów na jutro odeszła w bok.
- Ale po co decydować? - odezwała się milcząca do tej pory Soria. A ta radość i ekscytacja jaką zdradzały jej dwórki zdawały się sprawiać jej przyjemność. One zaś spojrzały na nią zdziwione.
- No jak po co? Przecież trzeba wiedzieć która za którą wychodzi no nie? - zdziwiła się Onyx i rozłożyła ramiona aby pokazać to jeszcze bardziej.
- A czyż nie lepiej zdać się na wolę bogów? - zapytała wężowa księżniczka z chytrym uśmieszkiem. To zaciekawiło koleżanki jeszcze bardziej i czekały na ciąg dalszy. - Jutro jak się zbierzemy w loszku to wylosujemy kto z kim. - oznajmiła im radośnie a dziewczęta podchwyciły ten pomysł.
- Ale zaraz, zaraz. - Pirora już się wstępnie zgodziła ale coś jej sie przypomniało. - No co z naszymi gośćmi jakich miałyśmy zaprosić? Te nasze gwiazdy, Laura, Kamila, nasze odmienione dziewczyny? Ja muszę to wiedzieć zanim jutro będę jeszcze wszystko dopinać. - przypomniała im o tej wciąż nie ustalonej sprawie. Póki wszystko załatwiali w rodzinnym gronie to może dużej filozofii nie było co się dzieje wewnątrz kamienicy na Bursztynowej 17. Ale jeśli była mowa o kimś spoza rodziny, nawet tak atrakcyjnym jak kolejne piękności to jednak już niosło pewne ryzyko.
Mnich pozwolił Slaaneshytkom planować i myśleć o swych żądzach. On sam pozwolił sobie na odrobinkę odpoczynku i regularne rozmowy.
Wracał następnie spokojnie do domu. Następnego dnia uda się oczywiście na mszę, później odwiedzi loszek Pirory. Zobaczy, czy będzie mógł poprowadzić sakrament ślubu. Na koniec uda się wieczorem do Silnego. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 46 - 2519.07.19; fst; noc (1/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Nabrzeże Mew, koga “Stara Adele”
Czas: 2519.07.19; Festag; noc
Warunki: ładownia, lekkie kołysanie, jasno, ciepło; na zewnątrz: noc, pogodnie, sła.wiatr; chłodno (0)Zbór - Soria
Cotygodniowy zbór miał się już ku końcowi. Chyba już była północ, może trochę przed czy po ale środek nocy. Dzień zdążył przejść w zmierzch a ten w wieczór a potem w noc. Ulewa jaka zmoczyła spiskowców gdy szli do portu pozostała tylko wspomnieniem w postaci błota i kałuż jakie tylko czychały ukryte w mroku na przechodniów. Ale jeszcze kultyści mieli ze sobą parę spraw do omówienia jak nie już jako cała grupa to pomiędzy sobą nawzajem. Tak choćby zagadnięta przez swoje dwórki Soria rozwinęła nieco temat swoich mistycznych mocy jakich do tej pory raczej nie używała.
- Znam parę przydatnych sztuczek. - zaczęła wężowowłosa nonszalanckim tonem jakby mówiła o dobrych, uniwersalnych żarcikach jakimi można błysnąć w towarzystwie. A, że wcześniej o tym nie mówiła to przykuła uwagę nie tylko swoich dwórek.
- Jest coś co ja nazywam “gorączką pożądania”. Sprawia, że osoba jakiej poddać temu działaniu czuje gwałtowny przypływ podniecenia i gorąca. Zwykle objawia się to tym, że zaczyna z tej gorączki zdzierać z siebie ubranie i chce kochać się ze swoim otoczeniem. Tu i teraz. - zaczęła opowiadać swoim dostojnym, aksamitnym głosem. Jej słowa wywołały poruszenie wśród słuchaczy bo brzmiały bardzo obiecująco.
- A jaki jest haczyk? - zapytał Starszy na co wężowa ksieżniczka roześmiała się cicho.
- A taki, że jak trafi się ktoś o silnej woli to może zwalczyć tą pokusę. No a czy zwalczy czy nie to później i tak to pamięta. Stąd czasem podejrzewa się opętania przez demony. A sami pewnie wiecie co się wtedy dzieje. No i oczywiście jak się trafi na kogoś obdarzonego mocą to póki sprawa jest świeża ma szanse wykryć zawirowania mocy świadczące o jej użyciu lub wpływie jakieś magicznej istoty. - herold Soren wyjaśniła to bez ogródek. I teraz to już nie brzmiało to tak lekko jak sam opis działania tej “sztuczki” jak to swobodnie określiła przed chwilą.
- Dlatego ja to stosuje do przełamania lodów i zwalczenia wstydliwości, zastanawiania się nad konsekwencjami w dyskretnych warunkach gdy i tak widać, że ktoś ma na mnie ochotę ale jeszcze się waha. A oczywiście mało kto nie ma na mnie ochoty. Prawda? - Sorii widocznie nie brakowało pewności siebie no ale i miała ku temu powód. Otoczona wianuszkiem pięknych wielbicielek była żywym dowodem swojego sukcesu i powodzenia. Spora część zboru roześmiała się z tego dowcipu razem z nią. Nawet przy stosowaniu mistycznej sztuki wężowa księżniczka wolała działać z rozwagą oraz zdawała sobie sprawę, że to nie jest gotowe rozwiązanie na wszystkie okazje.
- Drugą przydatną sztuczką jest “urok ohydy”. Działa to nieco podobnie. Tylko inaczej. - uśmiechnęła się pod nosem z tego słownego żarciku. - Znacie pewnie takie kobiety co mówią, że tego czym się sika czy wypróżnia to one do ust nie wezmą. Albo, że dwie kobiety w jednym łóżku to mogą tylko spać i grzać się nawzajem ale nic więcej. Albo, że pokładanie się ze zwierzoludźmi to coś obrzydliwego bo to barbarzyńcy i zwierzęta. - zagaiła i popatrzyła tak po swoich adoratorkach jak i reszcie zboru. Mniej lub bardziej składnie spora część głów potwierdziła jej słowa. Nawet ktoś prychnął czy roześmiał się z rozbawienia.
- No więc ta sztuczka działa jak lustro. Lustro pożądania. Coś co wcześniej wydawało się niestosowne, ohydne, obrzydliwe i nie do pomyślenia nagle wydaje się komuś niezwykle podniecające i od dawna skrywanym pragnieniem. Więc niewiasta jaka od zawsze odmawiała wziąć przyrodzenie w usta sama dobiera się kochankowi do spodni, sama się wypina i błaga o udrożneinie tylnego wejścia albo rozkosznie rozkłada nogi przed zwierzoludźmi. Oczywiście płeć nie ma tu znaczenia, to działa tak samo na mężczyzn i kobiety, podałam to dla przykładu. - wężowa syrena zaczęła opowiadać jak działa ta sztuczka i wydawało się, że znów głównie oddziaływać może na umysł ofiary zmieniając jej zachowanie.
- A gdzie tkwi haczyk? - tym razem sama uprzedziła pytanie Starszego uśmiechając się przy tym nieco ironicznie. - Ano w tym, że też istnieje szansa, że ktoś odeprze ten mentalny nakaz. Zwłaszcza ci co mają silny charakter jak kapłani, magowie, łowcy czarownic i im podobni. Nawet jeśli ulegnie no to gdy czar przestanie działać to przestanie działać. Czyli charakter wraca do pierwotnego a pamięć tego co się robiło podczas działania pozostaje. Więc też łatwo o plotki o opętaniu albo plugawej magii. No i ci co władają mocą mogą też wyczuć pewne zawirowania magii sugerujące nadnaturalny wpływ. - Soria znów zdradziła te mniej pożądane efekty użycia magii. Wyglądało na to, że nie można jej sobie swobodnie używać i nie liczyć się z efektami ubocznymi.
- Dlatego ja zwykle używam tego kiedy nie obawiam się konsekwencji lub mi na nich nie zależy. Jak chcę kogoś ukarać, dać nauczkę i albo ten ktoś jest i tak w mojej mocy albo chcę wywołać zamieszanie gdzieś gdzie nie zamierzam osiadać na dłużej, jestem tylko przejazdem albo i tam opuszczam już to miejsce. - wyjaśniła w jakich okolicznościach sama używa tej umiejętności. I chyba niezbyt często. Zwłaszcza, że zwykle sama rozmowa czy flirtowanie połączone z jej urokiem osobistym pomagały jej nakłonić śmiertelników do tego do czego chciała ich nakłonić. A i tak jak sama to przyznawała nie zawsze jej się to udawało.
- Ale istnieje mocniejsza wersja tej sztuki. Trzeba odprawić rytuał. Wtedy ten stan ma szanse utrzymać się na dłużej. Bez niego powinien wystarczyć na jedną zabawę taką jak planujemy jutro u Pirory. Ale potem przestaje działać. A jeśli odprawi się rytuał to te ciągoty do czegoś co wcześniej wydawało się ohydne może być liczona w dniach, tygodniach czy nawet miesiącach. Na tyle długo, że zwykle jest szansa powtórzenia rytuału. Więc jest szansa na dłużej zmienić ten aspekt czyjegoś charakteru. Więc o wiele zmniejsza się ryzyko, że ofiara poddana tej sztuce komuś się poskarży bo w odmienionym postrzeganiu świata będzie uważała ten stan za naturalny póki ten czar działa. - jak omawiała ten rytuał i czar wyglądało, że wciąż są szanse, że ktoś się im oprze, zwłaszcza ci o silnym charakterze. Co dokładnie by miało się zmienić trudno było powiedzieć bo wszystko zależało od indywidualnych poglądów i fobii ale zdaniem Sorii zawsze działo się coś ciekawego i pod względem wyuzdania i perwersji jakim patronowała to była zmiana na plus.
- A gdzie tkwi haczyk? - zapytał znów Starszy chyba się uśmiechając za swoją wysoką maską.
- A taki, że ja nie mogę wykonać tego rytuału. - odparła Soria z równie rozbawionym co ciepłym uśmiechem. Może na temat zdziwienia wymalowanego na otaczających ją twarzach. Poproszona o wyjaśnienia chętnie ich udzieliła.
- Przynajmniej nie tu i teraz. Być może mogłabym gdybym dostała się do tego gniazdka miłości jakie uwiła gdzieś tutaj moja matka. Byłam w takich miejscach to jeśli to będzie podobne a powinno, to tam może być bardziej sprzyjająca atmosfera i warunki aby tam to przeprowadzić. Oczywiście tam też trzeba by zabrać ofiarę takiego rytuału. Lub musimy znaleźć wiedźmę oddaną naszemu patronowi co mogłaby odprawić ten rytuał nawet tutaj. - brzmiało jakby nawet tak wyjątkowa istota jak wężowa księżniczka miała swoje ograniczenia. I miała kolejny powód aby chcieć odnaleźć miejsce poświęcone jej matce. Miała nadzieję, że gnana szeptem Soren Marissa zaprowadzi ją w to miejsce.
- Ale to tak tylko jako ciekawostkę mówię. Proszę miejcie to na uwadze ale zwykle obywam się bez takich fanaberii. Jestem jednak zadowolona z rozrywki jaką mi dostarczacie więc się z wami dzielę tymi ciekawostkami. - powiedziała nonszalanckim tonem jakby chciała się podzielić tymi informacjami o swoich nadnaturalnych umiejętnościach ale też nie spodziewała się jakiegoś przełomu z tego powodu. Zwłaszcza jak sama zdawała sobie sprawę, że nawet ich użycie nie są gwarancją sukcesu.
- A o pieniądze się nie martwcie. Mogę coś zorganizować. Tylko będę musiała popłynąć do wrakowiska więc mnie jeden dzień nie będzie. - odezewała się jakiś czas później gdy temat zawędrował na ograniczenia finansowe jakie miały dwie chyba najbogatsze osoby w ich kulcie czyli Priora i Fabienne. Averlandka bowiem zaczęła mówić o kolejnym pacjencie hospicjum czyli Niklasie o jakim ostatnio rozmawiała z Otto. I chociaż mogła sobie na niego pozwolić to już jednak jej sakiewka zaczynała niebezpiecznie ziać dnem a nowej pensji od ojca spodziewała się dopiero z początkiem nowego miesiąca czyli za jakieś dwa tygodnie. Sporo wydały z bretońską koleżanką aby wyswobodzić obie dziewczęta oraz Grega. Do tego intensywnie wspierały budowę pierwszego teatru w tym mieście oraz urządzanie go a Pirora jeszcze była na świeżo po odnowieniu swojej kamienicy jaką też wciąż musiała spłacać. Więc nowe wydatki, zwłaszcza większe i nieplanowane nie były jej na rękę. Ale niespodziewanie wężowa syrena obiecała coś zdziałać w tej materii.
Zbór - Sigismundus
Gruby aptekarz o wujaszkowatym wyglądzie i usposobieniu też miał sprawę. Zresztą nie pierwszy raz o tym mówił. A mianowicie potrzebował pomocy w powrocie to Jaskini Oster. Aby tam zorganizować kryjówkę i przenieść hodowlę Oster. Niestety sam miał do dyspozycji tylko Strupasa no i ostatnio Dornę. A zbudowanie nowej kryjówki, jakiegoś miejsca do bytowania w głębi jaskini, przewóz klatek dla dorosłych okazów lub zbudowanie ich na miejscu dla załogi i nosicielek to potrzebowano do tego rąk do pracy. I to pewnie w parę dni by się tego nie zbudowało. Oczywiście nie można było do tego wziąć kogoś spoza spisku czyli pula była dość ograniczona. Nie wymagał nie wiadomo jakiego komfortu więc nawet jak ktoś nie był stolarzem czy innym rzemieślnikiem to ręce i chęć do pracy byłyby mile widziane. Ponieważ tak od ręki jakoś nikt się nie zgłosił to Starszy przejął pałeczkę.
- Moje drogie dzieci. Wszyscy jesteśmy wielką choć różnorodną rodziną. Musimy sobie pomagać. Nikt z nas nie jest w stanie zrobić wszystkiego w pojedynkę i często musimy liczyć na pomoc kogoś z pozostałych. Tak jak nam to wyszło na początku tygodnia gdy zaatakowaliśmy i mocno uderzyliśmy naszego wspólnego wroga. Dziś pomożemy Sigismundusowi jutro on pomoże nam przy czymś innym. - lider zboru ojcowskim tonem starał się nakłonić chętnych do pomocy w tym szlachetnym zadaniu. Nawet jeśli poza nurglitami jaskinia pełna plag i niewiadomego zagrożenia nie kojarzyła się innym zbyt ciekawie. Aptekarz obdarzył go pełnym wdzięczności spojrzeniem i uśmiechem za okazane wsparcie.
- No w sumie ja mogę. Ale ja też bym chciał aby ktoś wreszcie ruszył dupę i pomógł nam szukać tego czarnego rycerza ze snów. Przecież to też jest sen od jednej z Sióstr. Nawet jeśli nie jest waszą patronką. - burknął w końcu Silny jawnie niechętny reszcie rodziny jaka nie okazywała zainteresowania Siostrze jakiej on się poświęcił. Rzemieślnikiem nie był ale zbić ze sobą parę desek albo pociąć pnie mógł.
- Ja bym mogła wrócić do swoich. I zapytać czy ktoś by nie pomógł. W takim zadaniu mogliby pomóc. Mogłabym pójść z Dorną. Ona też by mogła im opowiedzieć jak to jest z dziedzictwem Oster. Tylko dobrze aby było co jeść. Bo na głodnego to trudno się pracuje. - Lilly odezwała się ze swoją propozycją negocjatorki z odmieńcami jacy mieszkali w pobliskim lesie. Chyba liczyła, że udałoby się jej nakłonić kogoś ze współplemieńców do współpracy.
- Ja też się mogę przejść. W mieście i tak nie ma ze mnie zbyt wielkiego pożytku. Nic się nie stanie jak pokuśtykam sobie na parę dni poza miasto. - Heinrich niejako zgłosił się w imieniu tzeentchowców też chcąc aby i ta frakcja jakoś przysłużyła się do tej sprawy.
- Ja mogę się zrzucić na jakieś jedzenie. Porozmawiam jutro z Fabi, może też coś dorzuci. Tylko jak zanieść to do tej jaskini to nie wiem, to już wy byście musieli to jakoś zorganizować. - Pirora po chwili wahania dorzuciła swoją ofertę finansowej pomocy. Bo rzeczywiście gdyby trzeba pracować przez tydzień w jaskini poza miastem to wyżywienie takiej grupy mogło być dość kłopotliwe.
- Bardzo dobrze, jeśli ktoś jeszcze się zgłosi to bardzo dobrze. Im więcej osób tym szybciej się z tym uwiniemy. Bardzo wam dziękuję moje dzieci za waszą dobrą wolę i pomoc bliźnim. - odparł z uśmiechem Starszy. Aptekarz też był pełen wdzięczności. Po chwili rozmów i targów ustalono punkt zborny w aptece Sigismundusa na Aubentag rano. Bo jutro był Festag więc wszystko było pozamykane, na jakieś zakupy czy przygotowania można było użyć Wellentag więc kolejny dzień był w sam raz aby zacząć podróż do Jaskini Oster.
Joachim - rozmowy
Joachim zaś chciał porozmawiać z Heinrichem i Tobiasem. Obaj też byli mocno zakłopotani sprawą i bagien i Akademii. Obie nie wyglądały na proste. Jak to zgrabnie podsumował nauczyciel to Akademia była prostsza bo była na miejscu i mniej więcej wiedzieli co jest co. Zwłaszcza jak on już miał całkiem swobodny dostęp do uczelni a Joachim pewnie będzie miał wkrótce. Astromancie udało się zlokalizować piwnicę gdzie trzymane jest “światełko” więc to też spory plus. No ale minusem było to, że to był środek miasta, teren był otoczony murem z trzech lądowych stron a i jeszcze ponoć jacyś łowcy nagród i heretyków się tam kręcili. Bagna zaś były daleko i obce. Żaden z nich trzech tam wcześniej nie był ale plotki głosiły, że są całkiem spore. Nie wiadomo było gdzie szukać właściwego punktu na tych bagnach.
- Pewnie po to jest to Światełko w skrzyni. No albo któraś z tych zasianych ladacznic. - dumał Tobias bo jak rozumował, skoro Loszka potrafiła doprowadzić Sigismundusa i resztę do Jaskini Oster to być może Światełko czy zasiana ladacznica mogłaby podobnie zaprowadzić na bagna. Tylko to była teoria. Na razie jak sam guwernant przyznawał nie mieli okazji sprawdzić tego w praktyce. Logika zaś mu mówiła, że aby to zrobić to trzeba mieć w swoich rękach któryś z tych dwóch czynników. Na razie w rękach mieli te ladacznice z larwami Oster w środku. Chociaż elegancki uczony prywatnie to raczej uważał że to ów tajemniczy artefakt lub stworzenie zamknięte w skrzyni byłby pewniejszym przewodnikiem i przepustką. Albo George. Sam rozmawiał z nim tylko raz podczas swojej wizyty w hospicjum ale liczył, że gdy ten będzie pod jego dachem to będzie mógł rozmawiać. I może czegoś się dowie. Ale na razie to wciąż był pacjentem hospicjum i największy dostęp to miał do niego Otto.
- Tak czy siak na pewno nie damy rady we trzech. To grubsza sprawa dla całego zboru. - Heirnich do tej pory słuchał Tobiasa ale w końcu sam zabrał głos. Jego zdaniem i napad na Akademię i wyprawa na jakieś bagna były zbyt niebezpieczne i skomplikowane aby to organizować we trzech. Więc podobnie jak nocny napad na świątynie z początku tygodnia trzeba by zaangażować znaczne siły zboru aby je przeprowadzić. To wymuszało współpracę z pozostałymi frakcjami. On sam nie ukrywał, że ceni sobie fachowość obu slaaneshowych włamywaczek i oszustek więc zwłaszcza w przypadku Akademii uważał za celowe pozyskać ich współpracę.
- Można by też poprosić Sorię o pomoc. Przy ataku na świątynie nam pomogła. I chyba nawet Silny był pod wrażeniem. Poza tym to nadprzyrodzona istota co tylko bawi się w udawanie człowieka. Może zmienić rachunki gdy chodzi o kontakty z innymi nadprzyrodzonymi istotami. Zwłaszcza powiązanymi z dziedzictwem Sióstr. No i jak widzicie ona ma duży wpływ na swój harem więc to też może mieć znaczenie. - były łowca heretyków i kultystów podzielił się z kolegami swoim zdaniem na ten temat. Widać było, że Tobiasowi nieco nie wsmak takie docenianie ladacznic za jakimi nie przepadał ale chyba dla dobra sprawy był gotów przełknąć tą żabę jeśli to by miało zbliżyć ich do tajemnic pozostawionych przez Vestę.
- Chcesz pożyczyć na bagna którąś z nosicielek? - gruby aptekarz zastanawiał się jakiś czas później gdy go o to zagadnął młody astronom. Poklepał się po swojej pulchnej brodzie. - No tak, raczej tak. Tylko z tego co mówiła czcigodna Merga to któraś by musiała mieć w sobie te cudowne maleństwa. A na bagna to tak chyba jeden czy dwa dni w jedną stronę z tego co pamiętam. Chyba. Nigdy tam nie byłem. W każdym razie pseudo ciąża trwa z tymi małymi około trzech, czterech dni a z tymi dużymi około sześciu, siedmiu. Więc pewniej by było zabrać którąś kto ma te duże. U nas to by była Loszka. Bo Drona i tamta idiotka ze szlaku to mają te małe. I chyba w zaawansowanej ciąży to by znamię o jakim mowiła czcigodna wyrocznia byłoby wyraźniejsze. - mówił w zastanowieniem godnym uczonego. Nawet jeśli mówił o sprawach jakich większość mieszkańców uznałaby za niemoralne i obrzydliwe. On zaś mówił o tym spokojnie jakby rozważał jakiś temat naukowy czy przepis na jakiś lek.
- Ale Loszki to mi szkoda. Nie wiadomo co tam będzie na tych bagnach. A to moja ulubienica. Tknięta przez moc samej Oster. Nie chciałbym ryzykować jej utraty. - przyznał, że niechętnie by się rozstawał z Loszką na parę dni do tego w tak ryzykownej wyprawie.
- Może spróbujesz z tą koleżanką Onyx? Bo ona też musi mieć te duże jak Loszka. No i nie jest od nas to jak coś ją tam zeżre to niezbyt bym po niej płakał. No chociaż… No chociaż ona wydaje na świat te duże. Nie tak wiele jak Loszka ale jednak. No i Onyx mówiła, że chce jeszcze i pytała o następny raz… - Sigismundus nie po raz pierwszy wydawał się być bardziej troskliwy gdy chodziło o pomiot Oster niż o los nosicielek. Ale jednak niczym rasowy hodowca potrafił o nie dbać i kalkulować zyski nie z troski o nie ale o swoją hodowlę. Tym razem los Laury byłby mu chyba dość obojętny ale też szkoda mu było stracić jedną z niewielu nosicielek do jakich miał dostęp.
- Ale jest proste rozwiązanie. - odparł otrząsając się z tych myśli. - Trzeba namówić jakaś aby dała się zasiać albo po prostu złapać jakaś i zasiać. A potem zabrać na bagna. Wtedy będziecie mieli ladacznicę z maleństwami w środku. Dzień czy dwa w drodze to by mogły w środku urosnąć i dać silniejsze znamię jakie ma wyczuć ten strażnik. - podał dość proste chociaż niezbyt moralne rozwiązanie. Zwłaszcza jakby owa nosicielka nie była ochotniczką. Jednak sam warunek posiadania osoby jaka by miała miot Oster w sobie zostałby wtedy spełniony.
- Jak komuś trzeba rozwalić łeb to bardzo chętnie. Fajna była ta akcja w świątyni no bo niewiele się tu ostatnio dzieje. Tylko jakieś zebrania, gadanie i inne głupoty. A trzeba coś aby się rozruszać. - Silny wydawał się całkiem chętny na jakieś mordobicie ale jednak nie wtrącał się w jakieś planowanie samej akcji. Zresztą podobnie było w przypadku nocnej napaści z początku tygodnia gdzie większość rozpoznania zrobiła Łasica z Burgund. O tym jednak herszt khornitów nie wspomniał i chyba nie miał ochoty aby mu o tym przypominano.
- No cóż Joachimie, trudno mi coś ci doradzić. To od was wiele zależy. Zwłaszcza, że chodzi o waszą patronkę a i razem z Tobiasem macie dostęp do Akademii. A o bagnach to sam słyszałeś co tydzień temu mówiła nasza wspaniała Merga. Tam jest pewnie miejsce poświęcone Veście ale ma ono swojego strażnika. Jakiego pewnie można spróbować pokonać bezpośrednio ale będzie to bardzo trudne. Owo Światełko albo miot Oster może pomóc jakoś z nim się dogadać. Nie wiadomo co lub kto jest tym strażnikiem, całkiem możliwe, że to istota magiczna skoro od tak dawna stoi na straży jej dziedzictwa. Podobnie jak Nagero w Jaskini Oster. Tak czy inaczej obiecuję ci, że wesprzemy was w tym zaszczytnym dziele ale musicie się na coś zdecydować Joachimie. Tak jak dziewczęta wpadły na pomysł z tą świątynią i skarbami dla Mergi i same się za to zabrały. - mistrz zboru obiecał pomoc swoją i reszty zboru co mogło dodawać otuchy, że trójka tzeentchowców nie zostanie z tym zadaniem sama. Jednak podkreślał, że oczekuje na konkretne decyzje i propozycje więc to Joachim z kolegami musieliby zrobić ten pierwszy krok i decyzje. Zwłaszcza, że wszystkie frakcje domagały się od Starszego uwagi, priorytetów i uwagi. A on był skłonny udzielać jej w pierwszej kolejności tym którzy przyszli do niego z czymś sprecyzowanym a nie mętną wizją. Tak było przecież z obiema łotrzycami jakie w ciągu tygodnia zdobywały coraz więcej informacji o świątyni Mananna aż urosło do do planów nocnego ataku jaki zaangażował wszystkie siły zboru.
Gdy Joachim wrócił do siebie to chyba już było sporo po północy. Ale pogoda sprzyjała jego planom bo było piękne, bezchmurne niebo, wręcz wymarzone do nocnych obserwacji astronomicznych. Jednak musiał skorygować swoje zamiary co do wróżby bo te trzeba było ustawić tak aby niebiosa mogły odpowiedzieć “tak” lub “nie”. Lub też co częściej się zdarzało różne znaki pośrednie w różnej odległości od tych dwóch skrajności jakie astrolog już sam musiał sobie zinterpretować.
Przy wróżnie o Akademię silnie świeciły się Dudy. Co nie było łatwe do zinterpretowania. Zwykle uważano to jako przestrogę przed oszustwem i intrygami. Tym razem jednak to astromanta miał być knuć i snuć intrygi więc mógł to być i pozytywny omen. Podobnie silnie świeciły Gwiazdy Wieczorne. Te zwykle zdawały się sprzyjać spiskowcom i tajnym planom. Tylko nie było pewne czy sprzyjają planom kultystom jeśli tak to byłoby zdecydowanie dobry omen. Ale mogły też sprzyjać łowcom jacy ponoć kręcili się wokół Akademii i mieli ochotę capnąć włamywaczy. I wówczas to byłby zły omen. Trochę do tego trudno było zinterpetować Tancerkę. Ta zwykle symbolizowała miłość, pożądanie, atrakcyjność. Więc pozornie niezbyt pasowała do pytania o powodzenie skoku na Akademię. Zawieruszyła się tam podczas wróżby czy miała jakieś znaczenie mniej oczywiste? To już astrolog musiał sobie odpowiedzieć sam.
W przypadku pytania o wyprawę na bagna mocno świecił się Wół Ghunthus. Co interpetowano jako symbol uporu w pokonywaniu trudności. A, że chodziło o wyprawę przez spory kawał mrocznego lasu i bagna to nawet pasowało. Zapewne oznaczało to, że wytrzymałościowo nie będzie to lekka wyprawa. Kolejny symbol układał się w nóż zwany przez astronomów Lancetem. To był symbol wykształcenia, ciekawości świata, uczonych i filozowów. Co by pasowało gdy chodziło o dziedzictwo Vesty jaka poświęciła się Władcy Zmian i Tajemnic. Ale mogło też oznaczać, że w wyprawie powinni brać udział tacy właśnie ludzie. Nic jednak nie mówiło o zagrożeniach czy ryzyku. Do tego inna grupla gwiazd układała się w Rozbity Wóz. Tu znów nie było prosto dopasować do wróżby o wyprawę na bagna. Bo symbolizowała arogancję i dumę, zwykle gdy chodziło o zbyt pysznych i dumnych zwłaszcza jak mogło to sprowadzić na nich nieszczęście. Jednak nie było wiadomo jak to ma się do całości wróżby i czy niebiosa sobie z niego nie zażartowały czy też jednak chciały mu przekazać coś istotnego. Może to, że ktoś taki powinien brać udział w tej wyprawie? A może właśnie lepiej aby nie brał bo przyniesie to tylko szkodę? Zmęczony tymi rozważaniami w końcu zasnął. Zasypiając przypomniał sobie, że jak szedł przez pracownię wyczuł resztki Dhar w miejscu niedawnego przywołania chochlika. Oby żaden kapłan czy prawy mag nie zbliżył się do tego miejsca bo też by pewnie mógł to wyczuć a z tego gospodarzowi trudno było się wytłumaczyć.
Otto - powrót
- Otto, zaczekaj chwilę! - młody mnich usłyszał za sobą sapanie aptekarza jaki chciał go dogonić gdy obaj wyszli już na nieco chyboczący się pokład starej kogi. Potem drabina na dół i mogli się zrównać gdy szli nocnymi ulicami po portowym pirsie. Chlapiące pod nogami błoto i kałuże jakie nie były w ciemnościach widoczne wzbogacały odgłosy rozmowy. Ledwo zagłębili się w nocny kanion uśpionego miasta gdy grubas zagadnął mnicha.
- I co? Zasiałeś ją? Tą Bretonkę. - zagaił jakby od początku zboru jaki zaczął się jeszcze pod koniec letniego dnia chciał o to zapytać. Teraz już była głęboka noc i może dzwon po północy gdy wracali do swoich domów. Obaj szli na południe chociaż z perspektywy aptekarza to Otto rozstawał się z nim gdzieś w połowie drogi. Sam mieszkał w Południowej Dzielnicy więc miał o wiele dalej niż Otto. Nie mógł się jednak doczekać relacji z ostatniego zasiania nowej nosicielki.
- I co? Jak było? Mówiła coś? Jak to zniosła? - ciekawość go zjadała od środka zwłaszcza, że bardzo mu zależało na hodowli a jego samego nie było przy tym zasianiu więc musiał się zdać na relację młodszego kolegi.
- A myślisz, że dałoby się jej dosiać coś jeszcze? Zgodziłaby się? Bo jedna dawka to trochę mało. Trochę szkoda. Ja wstrzukuję przynajmniej dwie. I do tej pory nic przykrego się nie działo. A i tak trzeba by je dokarmiać kolejnymi dawkami, jedna dziennie, aby szybciej i zdrowiej rosły nasze maleństwa. I jak ją zasiałeś wczoraj po robocie to jutro rano… Albo maleństwa by się zaczęły wykluwać albo i jeszcze nie. Zależy czy będzie miała duże czy małe. To można by spróbowac jej dosiać jeszcze dawkę czy dwie. Bo i tak trzeba by im wstrzyknąć papu aby szybciej i zdrowiej rosły. Sprawdzałem już na tej idiotce z lasu i Loszce. Na razie mam tą najprostszą odżywkę ale rosną trochę szybciej i trochę większe. Pielgrzymka ma te małe to tak nie widać różnicy ale Loszka ma te duże. I jeszcze ten dokarmiony miot ma w sobie ale widzę, że wylinki ma trochę częściej i są trochę większe więc to raczej działa. Dorna to samo i z przodu i z tyłu tylko ona też rodzi te małe to mniej widać. To co? Myślisz, że z tą Bretonką coś by udało się jeszcze podziałać? - szli we dwóch tym opustoszałym i mrocznym miastem gdzie większość uczciwych i mniej uczciwych ludzi już od dawna spała snem spracowanego człowieka. A dwóch spiskowców rozmawiało o planach hodowli jakiej owoc miał wkrótce spaść na to miasto. Tylko jak liczny i silny będzie to owoc to już zależało właśnie od takich detali o jakich rozmawiali.
- I właśnie jutro to nie wiem co zrobić. No wypadałoby aby ktoś od nas przyszedł do Pirory. Soria tak ładnie zapraszała. No i wypada. Tylko mnie nie leżą te ich wyuzdane zabawy. Strupasa też nie. Dorna mówiła, że jej się podobało ostatnio tam u niej no to puściłem ją, niech idzie się zabawić. Ma w sobie teraz miot to mam nadzieję, że te zabawy temu nie przeszkadzają. Ale termin to ma na Wellentag to jeszcze trochę czasu jest. Może nieco szybciej z tą odżywką. Ale ja albo Strupas? Nie wiem po co. Chociaż wypadałoby aby ktoś z nas poszedł aby nie wyjść na niewdzięczników. - wydawało się, że pod względem towarzyskm aptekarz wyczuwa co powinien zrobić ale jakoś nie miał do tego przekonania. Zapewne wolałby zostać ze swoją hodowlą i apteką. Jednak zdawał sobie sprawę, że w ramach rodzinnej współpracy lepiej aby nie tylko Drona zjawiła się jutro u Pirory.
- Chociaż może któraś jednak dałaby się jutro zasiać? Mógłbym wziąć parę strzykw do torby. Tak na wszelki wypadek. Lepiej mieć i nie użyć niż nie użyć bo się nie ma. Prawda? - co do tej towarzyskiej kwetsii zdawał się pytać młodszego kolegę o radę. Nadzieja na zasianie jakiejś nosicielki wydawała się sprzyjać jutrzejszej wizycie ale dzisiaj na zborze jakoś przełomu z tym nie było i żadna z koleżanek nie zdradzała chęci na zostanie nosicielką. Ale też nie obsypały gromami któregoś z nich za zasianie Fabienne więc chyba jeszcze o tym nie wiedziały. I to pomimo, że Marissa i Annika były na zborze.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 46 - 2519.07.19; fst; ranek - przedpołudnie (2/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
Czas: 2519.07.19; Festag; ranek
Warunki: wnętrze i dziedziniec świątyni, gwar głosów, jasno, chłodno; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; zimno (-5)Wszyscy
Jak ktoś zasnął w okolicach 2-go czy 3-go dzwonu nowego dnia to miał trudności przy wstawaniu kolejnego poranka jak na 8-my dzwon zaczynała się najpopularniejsza w tygodniu msza. Pod tym względem pewnie większa część uczestników spotkania spiskowców miała takie problemy dziś rano. Ale, że był dzień świątynny to trzeba było się przemóc, wstać, ubrać i włożyć najlepsze ubranie z elementami żałobnej czerni i udać się do świątyni Boga Mórz aby oddać mu cześć. Nawet jeśli na początku tygodnia rabowało się jego skarbiec i mordowało sługi. Pozory bezpieczniej było zachowywać.
Wierni jak zwykle dopisali i nawy były pełne wyznawców. W portowym mieście to nie było takie trudne. Pewnie większość populacji bezpośrednio lub pośrednio była związana z morzem, statkami i portem. Wszyscy wystroili się w swoje najlepsze kreacje aby pokazać się z jak najlepszej strony i dało się do dostrzec zwłaszcza w pierwszych rzędach gdzie zasiadali najznamienitsi i najpotężniejsi. W tym Gert van Zee ze swoją dorosłą córką czy rodzina van Hansenów. Obok nich siedziała blondwłosa Katherine von Siert jaka była przeoryszą żeńskiego klasztoru poświęconemu Panu Wilków. A i dało się rozpoznać znajome twarze i nazwiska z tutejszej śmietanki towarzyskiej miasta. Jak co tydzień zresztą.
Tym razem jednak była pewna niespodzianka. Gdy ojciec Absalon w swojej morskiej szacie i mocnym głosem zapowiedział niecodziennego gościa jaki przybył z samego Saltmundu. A była to madame Odette von Treskov jaka poprowadzi dzisiejsze psalmy i pieśni. Oschły i surowy ton kapłana boga mórz kontrastował z młodą, zadbaną niewiastą jaka w czarnej, żałobnej sukni wyszła przed ołtarz na jaki składała się marmurowa figura potężnego boga siedzącego na królewskim tronie z nieodłącznym trójzębem i charakterystyczną koroną jakiej używali też dostojnicy jego kościoła. Tak jak ojciec Absalon był krzepki i surowy, że budziło to intynktowny respekt tak kobieta jaka weszła przed ołtarz okazała się młoda i pełna życia. O starannie ułożonych włosach w kolorze miodu. Grzecznie podzękowała gospodarzowi, dygnęła przed nim oddając mu szacunek i podobnie skłoniła głową przed resztą wiernych. Oznajmiła, że czuje się zaszczycona móc dzisiaj odśpiewać psalmy żałobne na cześć morskiego patrona tego miasta i ku czci zmarłej księżnej - matki. Wzruszające było jak opowiedziała jaka to była wspaniała i godna naśladowania kobieta jaką miała przyjemność poznać osobiście.
Przez wiernych, zwłaszcza z pierwszych szeregów przeleciało zdumione “To ona!” i ogólnie rzecz biorąc niedowierzanie. Wydawało się, że większość z nich ją zna lub było na występach tetralnych w saltmundzkim teatrze lub gdzie indziej. Im mniej znamienite były tylne rzędy tym mniej osób zdawało sobie sprawę kim jest ta skromna piękność o miodowych włosach ale szeptane z pierwszych rzędów plotki czy ich podsłuchanie stopniowo przeniosło się na tylne rzędy. Wiernych jednak wzruszyło, że po ziemi może chodzić osoba, i do tego tak młoda i piękna, jaka miała okazję spotkać się twarzą w twarz z ich księżną - matką. A do tego mówiła o niej też takie wspaniałe, wzruszające rzeczy wyrażając się o niej z najwyższym szacunkiem.
Jeszcze większe wrażenie zrobiły śpiewane przez divę zwaną “Słowikiem Północy” psalmy. Artystka miała niesamowicie czysty, mocny i piękny głos jaki potrafił chwytać za gardło i serce. Gdy śpiewała te uroczyste żale za zmarłą księżną to ludzie wzruszali się razem z nią. A gdy śpiewała o nadziei jaka jest tuż za morskim horyzontem ku jakiej żegluje statetk wiernych to i oni mieli taką nadzieję. Poza tym chociaż von Treskov przyznała, że nie pochodzi znad morza to ludziom przypadło do gustu jak pięknie śpiewała ich morskie psalmy jakie oddawały cześć głównemu patronowi tego nadmorskiego miasta.
Gwiazda estrady zdecydowanie więc zdominowała dzisiejszą mszę. I nawet młoda Matka Somnium została przez nią odsunięta na dalszy plan mimo, ze aktorka zachowywała się godnie, skromnie i z wyczuciem. A, że uroczystości pogrzebowe ku czci matki - księżnej już zostały odprawione wcześniej, podobnie jak pogrzeb bestialsko zamordowanych obrońców tej zbrukanej świątyni to kapłanka Morra tylko pomodliła się w ich intencji razem ze swoimi współwyznawcami. Przypomniała aby być czujnym i, że jest też z odłamu zajmującego się snami i proroctwami zsyłanymi przez Pana Snów jakiemu się poświęciła. Dlatego gdyby kogoś dręczyły niepokojące sny to zawsze mógł przyjść do świątyni Morra i z nią się spotkać. Była gotowa wysłuchać każdego bez względu na status materialny i społeczny bo w oczach jej patrona w chwili śmierci wszyscy śmiertelnicy byli sobie równi. W tym momencie podniósł się cichy szmer w pierwszych ławek bo tym możnym i potężnym tego świata niezbyt było w smak słuchać o równości z plebsem. Chociaż to można było jeszcze przełknąć gdyż Morr faktycznie zajmował się w swoich ogrodach wszystkimi którzy do niego trafili.
Nie było więc takie dziwne, że gdy po mszy tłum wiernych wyległ na dziedziniec zrobił się tradycyjny rwetes. Zaś najgęsciej było wokół sławnej aktorki jaką każdy chciał zobaczyć z bliska ci możniejsi nawet zamienić parę słów i ogólnie większość była jej strasznie ciekawa. Bo podczas mszy trudno było złapać coś więcej poza ogólną szczupłą sylwetką i miodowymi włosami. No i dekoltem. Gdy wyszła w czarnej sukni jej elegancka, blada cera jaka zwykle znamionowała szlacheckie pochodzenie jasno kontrastowała z jej czarną, żałobną suknią. Ale jednak chyba wielu odniosło wrażenie, że ojciec Absalon spiorunował wzrokiem jej zbyt śmiały dekolt jaki pasował damie na wieczorze balowym ale nie w świątyni. Jego zdaniem zapewne kobiety w ogóle nie powinny nosić dekoltów i być zasłonięte po samą szyję. Jednak publicznie tego nie powiedział i żadnej awantury nie było. Świadczyło jednak, że aktorka jednak nie do końca ma ochotę być taką potulną, szarą myszką. W końcu była rozpoznawalną w wielu miastach i prowincjach północnego Imperium gwiazdą estrady a nie jakąś żoną tutejszego piekarza. Ona tego też nie powiedziała. Jednak tak to właśnie wierni komentowali na dziedzińcu świątynnym po mszy. Nie było więc dziwne, że każdy kto mógł próbował przpchać się do owej niezwykłej kobiety aby chociaż ponad ramionami innych rzucić na nią okiem.
Aktorka zaś stała w towarzystwie drugiej bladolicej kobiety o śnieżnych włosach oraz z Gerdem i Kamilą von Zee. Trudno było w tym tłumie usłyszeć co mówi czy odpowiada ale pantoflową pocztą rozeszło się, że przyjechała już parę dni temu aby oddać hołd księżnej no i na zaproszenie kochanej Kamili van Zee i jej cudownego ojca jacy udzielili jej gościny. Oboje rzeczywiście zdawali się pęcznieć z dumy. Dostojny, bladolicy ojciec o rysach morskiego sokoła i jego dorodna, piękna córka o niecodziennej, ciemnej karnacji. Gdzieś za nią stała nie mniej ciemnoskóra służąca jaka zwykle jej towarzyszyła. Też całkiem przyjemna dla oka. Zaś von Trescov niczym udzielna księżna co chwila rozmawiała z możnymi tego miasta przyjmując od nich podziękowania i zaproszenia. W ciągu jednej mszy zdawała się być najbardziej pożądaną osobą w mieście jaką każdy chciałby gościć u siebie chociaż na chwilę.
I znów wzruszyła wszystkich jak gdzieś przepchnęła się do niej mała dziewczynka. Wręczyła jej kwiatki mówiąc, że chciałaby kiedyś spiewać tak pięknie jak ona. Wtedy ku zaskoczeniu wszystkich diwa schyliła się do niej, kucnęła, podziękowała za kwiaty jakie wpięła sobie we włosy, uściskała a ją samą wzięła na ręcę i sobie żartowała aż się obie śmiały szczerym, nieskrępowanym uśmiechem. To znów chwyciło wiernych za serce, że ktoś tak piękny, sławny i bogaty wciąż może zachowywać się tak wspaniałomyślnie wobec zwykłych maluczkich.
Jednak kolejne pacierze mijały i siłą rzeczy tłum zaczął rzednąć i rozpływać się ulicami miasta do swoich domów. Plebs bo to był jedyny dzień wolny od pracy w ciągu tygodnia a możni bo mogli wreszcie odwiedzić znajomych czy ugościć kogoś na obiad. Więc kolejne drzwi powozów otwierały się i zamykały zaś piesi szli przez ulice ku swemu przeznaczeniu. W takim tłumie kultystom trudno było się odnaleźć więc musieli działać na własną ręke. Na szczęście już od wczoraj było wiadomo, że na Bursztynowej 17 czeka ich ciepłe przyjęcie. A dla chętnych to nawet gorące zabawy w loszku gospodyni. I dobrze, bo poranek był zimny. Po mszy zrobiło się cieplej i przyjemniej i chyba zapowiadał się całkiem słoneczny dzień.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.19; Festag; przedpołudnie
Warunki: kuchnia i salon, gwar głosów, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, sła.wiatr; umiarkowanie (0)Wszyscy - kuchnia
Jak zwykle to bywało nie wszyscy dali radę przybyć do Pirory na ten sam moment. Ona i jej znamienici gości zwykle przyjeżdżali szybciej korzystając z powozów niż ci co musieli znad rzeki Salt iść na piechotę do Dzielnicy Północnej gdzie mieszkała śmietanka tego miasta. Więc schodzili się po kolei i trochę to trwało zanim zjawili się wszyscy albo chociaż wiekszość. Ci znamienici co nie powinni dziwić, że są z wizytą u młodej szlachcianki jak astromanta, artyści czy szlachta lub mnich co pośredniczył przy wymianie pacjentów z hospicjum mogli śmiało zapukać do frontowych drzwi. Pozostali jacy mogli by wzbudzić niezdrowe zainteresowanie postronnych musili udawać służbę czy posłańców i wchodzili od tylnej furtki i kuchennych drzwi.
Gości jak to zwykle u Pirory bywało witała urocza Kristen. Szczupła, młoda brunetka o ładnej twarzy i figurze jaka była po przeciwnej stronie niż Gertuda jaka surowo witała gości von Mannliebów i zdawało się, że od jej surowego spojrzenia goście i wejście pokrywa się szronem.
- Panienka prosiła abyś przywitał się w kuchni zanim pójdziesz na górę. - chyba każdy dzisiaj od Kerstin usłyszał coś podobnego. I dziewczyna prowadziła nowo przybyłych gości w głąb parteru aż do kuchni z jakiej dobiegał szmer rozmów.
- Ciebie też strach wpuszczać na górę? - parsknął ironicznie Silny który jednak dał się skusić na nieco rozrywki z loszku. Na razie jadł coś z miski i chyba mu pasowało. Obok siedział Rune jaki pozdrowił nowego skinieniem głowy.
- Ja to tylko tak. Bo jak inni by byli to pewnie bym ich tylko przestraszyła. - Dorna uśmiechnęła się blado. W rodzinie już się zdążono do niej przyzwyczaić ale rzeczywiście w przeciwieństwie do jej kamratki Lilly to jej sromota była nie do ukrycia. Szara, ziemista cera, włosy sklejone w jakieś kolce na głowie, pomniejsze kolce tu czy tam dobitnie wksazywały na jej sromotę. Zwłaszcza w loszku gdzie zwykle raczej zdejmowano z siebie wszystko a nie zakrywano. Koleżankom zdawało się to do tej pory nie przeszkadzać ale komuś spoza kultu trudno już by było to jakoś wytłumaczyć.
- Dla mnie jesteś z nich wszystkich najpiękniejsza. I jesteś matką nowego, cudownego życia. - powiedział jej kolega w wierze aby dodać jej otuchy. Czyli jednak przyszła nie tylko ona. To pomogło bo dziewczyna uśmiechnęła się nieśmiało.
- Ja to to samo. No do pasa bym mogła się rozebrać. - Lilly pokazała na sobie swoją górną połowę. Bo tutaj nie różniła się niczym od atrakcyjnej, młodej kobiety z miasta jaka pewnie mogła przykuć zaciekawione spojrzenia. Jej odmienność kryła się pod długą spódnicą i teraz podobnie jak niedługo po przybyciu do miasta była tym zdenerwowana. Potem ciągłe zabawy z koleżankami jakie uznawały jej odmienność za błogosławieństwo i coś intrygująco ciekawego pomogły jej się przemóc. Ale teraz znów nie było pewne czy nie spotkają się w loszku z kimś nowym, z kimś spoza rodziny.
- E tam, nie przejmuj się. Powiemy, że trzeba mieć zawiązane oczy i zrobisz sobie z taką szlachcianką co będziesz chciała. Najwyżej sprowadzimy ci do pokoju jakąś i tyle. Przecież Pirora ma tu pełno tych pięter i pokojów. - Łasica jak zwykle była bezczelnie niefrasobliwa. Właśnie z Burgund kończyły się malować i przystrajać do roli ładnych pokojówek. Często tak właśnie uczestniczyły w różnych wcześniejszych balach i przyjęciach u Pirory czy w teatrze co pozwalało im uczestniczyć w życiu towarzyskim śmietanki. A gdy ktoś z gości miał ochotę na małą chwileczkę zapomnienia z taką ładną pokojówką czy kelnerktą to i wężowe dziewczęta zwykle nie odmawiały. Słowa liderki też dodały otuchy obu mutantkom bo się do niej uśmiechnęły wdzięcznie.
- Nie wiem po co się przebieramy. A jak to my będziemy tym razem władczyniami a one naszymi służkami? No Fabi to na pewno by nie chciała być żadną władczynią no to już mamy jedną niewolnicę do zabawy. - Burgund nie była taka pewna o słuszności tej przebieranki i nie omieszkała o tym poinformować. Ale jednak też się szykowała ze swoim makijażem i ubiorem. Ten jak na kelnerki to miały nieco zbyt śmiały bo suknie odsłaniały prawie całe zgrabne łydki co byłoby na ulicy nie do pomyślenia. No ale jak już myślami i sercem było się jedną nogą w loszku rozpusty to były to całkiem skromne sukienki i niezbyt wyzywające.
- Rób swoje i nie pyskuj mi tu ruda małpo. - syknęła do niej Łasica chociaż w dość żartobliwej formie tych wiecznych utarczek jakie obie miały między sobą. - I nie machaj tu tak tymi cyckami! Wciągnij je do środka! To nieprzyzwoite, zachowuj się dziewczyno! - fuknęła na nią nieźle parodiując jakąś nauczycielkę czy guwernantkę. Zresztą było znane to, że była nieco zazdrosna o piersi koleżanki jakie ta miała wręcz medalowe. Łasica też miała się czym pochwalić no ale jednak nie aż tak jak jej partnerka. Teraz te jej niby oschłe uwagi wywołały śmiechy i uśmiechy u reszty zgromadzonych w kuchni gości.
- No właśnie bo jeszcze do końca nie wiadomo jak to będzie w tym loszku. Pirora i Soria są na górze to będą decydować. Kogo się da to zaproszą na dół. Tobias jest na górze ale mówił, że do loszku to nie zejdzie. Zobaczymy. Z tego co widziałam to gdyby Odette rzuciła mu patyk to by tylko merdał ogonkiem aby jej go zwrócić u jej stóp. Ona też tam jest. I ta druga, ta śnieżynka co Onyx mówiła. Możecie uwierzyć? Widzieliście co ona robiła w świątyni? No cholera! Gdybym nie usłyszała o jej wizycie w burdelu od Onyx to bym nie uwierzyła, że to ta sama osoba. Ona jest niesamowita! Oh jej! Żeby dała się zaprosić do loszku! - Łasica widząc, że już prawie wszyscy są zaczeła wprowadzać nowych kolegów w aktualną sytuację. Dostojny i opanowany guwernant widocznie wydał jej się dzisiaj zabawny z powodu wrażenia jakie wywołała na nim Odette von Treskov. Jednak i sama nie ukrywała, że jest pod jej wielkim wrażeniem i bardzo chce ją poznać. Najlepiej podczas zabaw w loszku gospodyni.
- I Fabi też już tam jest. Razem ze swoimi dziewczynami. I nie zabrała Gertrudy! Pierwszy raz! Kazała jej wracać do domu po mszy! Więc wreszcie może się u nas zabawić na całego! - Burgund dorzuciła kto jeszcze jest w salonie Pirory skąd dochodziło stłumione echo rozmów.
- I jeszcze Kamila. Bo nie dało się jej sensownie odseparować ani od Odette skoro ją gości ani od Sorii. Na moje oko to ona też ma z tym patykiem jak Tobias tylko raczej względem Sorii. No ale ja też bym biegła za patykiem byle tylko móc służyć u jej stóp! - odezwała się liderka slaaneshytek nim wróciła do oceniania swojego wizerunku ładnej pokojówki w przenośnym lusterku jakie stało na stole.
- No i Larwa z Onyx też tam są. Jak tylko Odette je zobaczyła od razu się ucieszyła z takiej niespodzianki i zgarnęła je na górę. Więc chyba dobrze jej zrobiły wczoraj w tym burdelu i Onyx nie wciskała nam kitu. - Burgund też kończyła poprawę swojego wyglądu. I obie już były właściwie gotowe. A przynajmniej takie robiły wrażenie.
Wszyscy - salon
Droga do salonu Pirory była gościom dobrze znana. A obie ładne kelnerki szły z tacami po schodach z widoczną wprawą. W końcu nie pierwszy raz były w tej roli. Więc i koledzy mogli się z nimi zabrać. Łasica poprosiła aby otwarli drzwi do salonu po czym weszła pierwsza a za nią Burgund. Obie rozproeminiły salon swoimi złotymi uśmiechami kładąc napitek i przekąski na jednym ze stołów. A przy okazji ściągając na siebie pierwszą uwagę gospodyń i gości.
Salon się nie zmienił od ostatniej wizyty więc dalej widać było liczne obrazy zawieszone na ścianach. Oraz znajome twarze należące w zdecydowanej większości to młodych, atrakcyjnych i ładnie uśmiechniętych kobiet. Pierwsza przywitała się z nimi główna gospodyni czyli szlachcianka z dalekiego, słonecznego Averlandu.
- A są i nasi kawalerowie! - Pirora klasnęła w dłonie z uciechy. Siedziała na jednym z wygodnych krzeseł. Soria jak to miała w zwyczaju zajmowała wygodny fotel w narożniku przy oknie i wydawała się być nieco wycofana z towarzystwa. Co sprzyjało jej roli obserwatorki i władczyni jaką zwykle przyjmowała. Wciąż była w czarnej długiej sukni jak na mszy. Jednak wtedy nie było widać długiego rozcięcia na boku jakie biegło prawie do samego biodra i nieprzyzwoicie odsłaniało jej zgrabne uda i łydki obleczone w jedwabne pończochy. Nikt tutaj zdawał się jednak nie zwracać na tą pikanterię uwagi.
- To może ja was sobie przedstawię. - Prirora wstała i podeszła do obydwu kolegów aby dopełnić obowiązki gospodyni. - To jest Joachim Burzooko, bardzo utalentowany astrolog, astromanta i uczony. Przyjechał do nas z samego Altdorfu. A póki nie wyprowadził się na swoje gościli go sami van Hansenowie a z tego co wiem Frau van Hansen bardzo chwali sobie jego wróżby. - Averlandka zgrabnie przedstawiła pierwszego z kolegów i starała się to zrobić w jak najlepszym świetle.
- A to nasz brat Otto. Bardzo charyzmatyczny i życzliwy człowiek, pracuje w hospicjum i wkłada wiele serca w dobro naszych pacjentów. Właśnie Fabi ma te swoje piękne dziewczęta z hospicjum dzięki pomocy Otto. Poza tym Otto bardzo interesuje się poezją i książkami a i na kobiece potrzeby nie jest głuchy. - podobnie panna van Dyke starała się swobodnie i wesoło zareklamować swojego drugiego z gości. A przedstawiała ich dwóm damom jakie siedziały w centrum salonu i dało się poznać, że są gwoździem dzisiejszej gościny.

https://i.imgur.com/4nk7hOh.jpg
- A to jest nasza cudowna gwiazda estrady Odette von Treskow, zwana Słowikiem Północy. Wszyscy mieliśmy skromną próbkę jej talentów i możliwości dziś na mszy a zapewniam, że to tylko początek. - Pirora przedstawiła pierwszą z dwóch nieznanych dam jakie gościły jej domostwo po raz pierwszy. Sławna diwa dała się cmoknąć w wyciągniętą dłoń i przywitała się z ciepłym, sympatycznym uśmiechem obowiązkowo zaznaczając, że gospodyni przesadza. Widać było jednak, że docenianie i komplementy sprawiły jej przyjemność. Po czym van Dyke podeszła do mniej rozpoznawalnej damy jaka siedziała ze dwa krzesła dalej. Bowiem von Trescov była obramowana z jednej strony przez czarnowłosą Fabienne z drugiej przez Laurę i Onyx. Co mogło dziwić bo dwie kurtyzany z pewnością nie dorównywały jej statusem społecznym i nie zasługiwały na tak zaszczytne miejsce gdy znalazłoby się kilka innych znacznie znamienitszych od nich. Ale jakoś nie wygladało aby ktoś był tutaj temu przeciwny.

https://i.imgur.com/GLM16TP.jpg
- A to jest Violette von Spee. Niezastąpiona impresario saltmundzkiego teatru. Obie znamienite damy przyjechały tu rozeznać się w naszym teatrze i jak mam nadzieję, ustalić szczegóły ich przyszłej wizyty i występów. To byłaby cudowna inauguracja nowego przybytku kultury w naszym mieście. - Pirora przedstawiła śnieżnowłosą jaka uśmiechnęła się ale wydawała się być oszczędniejsza w mimice i gestach niż jej egzaltowana i bardziej rozpoznawalna koleżanka.
- I aby nawiązać nowe, interesujące kontakty i znajomości moja droga. Też po to tu jesteśmy aby odnaleźć bratnie i siostrzane dusze w nowym dla nas podwórku w jakim jesteśmy co prawda pierwszy raz ale żywię nadzieję, że dzięki naszym przewodniczkom trafimy z naszym przekazem pod właściwe progi. - śnieżnowłosa gładko przejęła pałeczkę rozmowy i widocznie nie obawiała się wypowiadać swojego zdania. Dopowiedziała to jakby uznała, że gospodyni zapomniała o tym detalu. Sama zaś bystro przyjrzała się nowym gościom.
- No i nasza ukochana Kamila van Zee. Zapewne ją znacie ale dla formalności was sobie przedstawię. Bez jej wysiłków i licznych listów z zaproszeniami nie byłoby dziś u nas tak znakomitych gości. - rzeczywiście trudno było mieszkać w tym mieście i nie znać chociaż z widzenia jednej z największych i najbogatszych piękności w okolicy. Do tego o mocno egzotycznej urodzie jaka od razu wpadała w oko. Jednak co innego je widzieć na mszy czy mieć fart spotkać gdzieś na ulicy a co innego zostać jej przedstawionym twarzą w twarz. Ciemnoskóra piękność z bliska wydawała się być jeszcze bardziej egzotycznej urody. Była zapewne kilka lat starsza od Pirory, może nieco młodsza od Fabienne a więc w wieku w jakim już najwyższy czas aby wyszła za mąż. Jednak jej ojciec wciąż widocznie nie znalazł właściwego aby miał odpowiednio znamienite naziwsko, nienaganną opinię no i majątek aby zapewnić jego córce byt na odpowiednim jej statusowi poziomie. Twarz Kamili zdradzała zadowolenie i życzliwość. Wydawała się być mile połechtana docenieniem jej roli w tym przedsięwzięciu ale też i odniesionym sukcesem jakim było sprowadzenie tutaj tak sławnych gości jak sama czołówka aktorów ze stolicy prowincji jacy byli rozpoznawalni i poza nią.
Po przedstawieniu się sobie można było znaleźć sobie wygodne miejsce, usiąść, popić coś, przekąsić, posłuchać, poobserwować i porozmawiać. Chociaż bowiem zebrali się tu ludzie z różnych warstw społecznych to jednak panowała atmosfera klubu dyskusyjnego i te różnice mocno się zacierały. Już samo to, że obok von Treskov siedziały dwie kurtyzany i nikt na to nie zwracał uwagi dobitnie to podkreślało. Jakby dla równowagi obok Fabienne siedziała Marissa a Annika wybrała sobie krzesło pod ścianą nieco bardziej na uboczu. Tobias, do tej pory jedyny mężczyzna w tym damskim gronie siedział niedaleko von Spee. Tej zdawało się nie przeszkadzać, że nie siedzi obok swojej koleżanki ze stolicy. Do tego jeszcze kręciły się obie łotrzyce w roli kelnerek obiecująco usłużnie proponując coś do picia ale w końcu Pirora machnęła na nie ręką aby usiadły i nie przekszadzały. Niby żartobliwie, niby ze złością ale to zgrabnie pozwoliło zostać im obu na miejscu. A reszta gości też zdawała się nie zwracać na to uwagi chociaż na bardziej oficjalnych przyjęciach takie zachowanie obsługi byłoby nie do pomyślenia.
Mimo wszystko w tym eleganckim otoczeniu i towarzystwie wydawało się całkiem niedorzeczne, że te dwie sławne damy ze stolicy wczoraj miałyby się zabawiać w zamtuzie z tamtejszymi kurtyzanami. Zwłaszcza jak się było świadkiem jak jedna z nich tak pięknie śpiewała psalmy żałobne i pochwalne podczas mszy i jak pokorną oraz skromną osobą się wydawała podczas niej i później na dziedzińcu. Mniej niedorzeczne mogło się to wydawać gdy dwie z trzech owych wczorajszych ladacznic siedziały teraz obok niej. Chociaż dzisiaj wyglądały jak jakieś eleganckie córki kupców czy dobrane na dostojne przyjęcie służki i nie było w nich nic nieprzyzwoitego. Za to sama diwa zdecydowanie zdominowała to spotkanie.
- Jak mówiłam, uwielbiam bretońską poezję, jest najpiękniejsza na świecie, w życiu nie słyszałam czegoś równie rytmicznego i subtelnego. - zachwycała się aktorka o miodowych włosach jakby wróciła do jakiegoś ulubionego tematu.
- Całkowicie się z tobą zgadzam. I jestem pod wrażeniem, że znasz poemat o “Czystej Adelajdzie”. To nie jest przecież najpopularniejsza ballada w Bretonii. - koleżanki chyba trafnie wczoraj oceniły, że obie miłośniczki sztuki i poezji “spijają sobie z dzióbków” bo rzeczywiście dziś było widać, że mówią tym samym językiem i świetnie czują się w swoim towarzystwie.
- Ależ to jedna z moich ulubionych! Taki podły los ją spotkał a ona zachowała taki hart ducha i wewnętrzną czystość. No zewnętrzną to może mniej bo jednak być haremową ladacznicą to byłoby dość trudne no ale wewnętrznie to się jednak starała i pokazała co potrafi zdziałać szlachetna kobieta wbrew wszyskim przeciwnością. W końcu jak to tam było pięknie włożone w jej utalentowane usta… - aktorka żywo przytaknęła i swobodnie wypowiadała się o ulubionej balladzie bretońskiej koleżanki a na koniec nawet coś zacytowała co brzmiało jak poezja bo chyba się rymowało. I chyba było po bretońsku. Czym wywołała zachwyt Fabienne i ta wartko odparła coś również w swojej ojczystej mowie.
- Zawsze chciałam przeżywać takie niesamowite przygody jakie miała Adelajda. Wielka miłość, porwanie w niewolę, aukcja niewolników, ten upadlający, niewolniczy tatuaż a potem te wszystkie podłe przygody jakie spotkały ją w haremie póki jej ukochany ją nie odnalazł i nie uwolnił. To takie romantyczne! - westchnęła z rozmażeniem bretońska szlachcianka jakby te wszelkie podłości i poniżenia jakich doświadczała fikcyjna postać były jej marzeniem. I to niezbyt skrytym. Przynajmniej nie w tym towarzystwie i sytuacji. Teraz jednak i ona i większość towarzystwa roześmiały się z tego chętnie i wdzięcznie.
- Bardzo interesujące też uważam, że to bardzo fasncynująca postać i przygody, wspaniały materiał do odgrywania ról na scenie. I nie tylko. No ale może zmieńmy ten bretoński temat bo nas zaraz tu pognają za drzwi jak wciąż będziemy wrzucać bretońskie cytaty. - miodowłosa diwa zgrabnie zmieniła temat rozmowy nawet jeśli wyglądało, że mogłaby dalej podążać zgodnie z nim. Chyba jednak obie zdawały sobie sprawę, że rozmowa w języku w jakim większość obecnych nie rozumie wcale albo tylko po łebkach może ich stawiać w niekomfortowej sytuacji.
Pierwszy skorzystał z tego Tobias jaki chętnie wdał sie w dyskusję na temat ról i przedstawień, zwłaszcza tych jakie sam podziwiał te kilka razy gdy udało mu się na nie pojechać do stolicy. Von Treskow odpowiadała chętnie i z werwą ale w końcu dało się wyczuć, że sztywny i nieco belferski ton Tobiasa nieco ją nuży. Zwłaszcza, że pewnie powszechnie rozmawiała ze swoimi fanami na podobne tematy.
Tutaj o wiele lepiej sprawdziła się Kamila, Priora i Fabienne jakie żywo wciągnęły ją w dyskusję o tym jak znalazły miejsce na teatr i różne zabawne albo irytujące zdarzenia jakie od zimy się go dotyczyły. Jak planowały i kłóciły się o wystrój wnętrz, o sztukę na premierę, o szukanie odpowiednich aktorów do obsadzenia ról to wszystko sławną aktorkę interesowało o wiele bradziej.
- Ale nie gadajmy ciągle o pracy! - teatralnie wręcz wzniosła dłonie do góry gdy tak życzliwie i zabawnie ale chyba ten temat też już zaczynał jej się nudzić. - Dajcie mi jakąś rozrywkę! Chyba nie chcecie być znani w całym Imperium jako “Ci którzy zanudzili von Treskow na śmierć? - zapytała unosząc swoje zadbane brwi w ironicznym grymasie. - Wszyscy zawsze pytają mnie o moje role albo pokazują mi jakieś swoje pomysły na sztuki, albo pouczają i kpią z moich potknięć czy oburzają się na moje romanse. Do cholery z tym! To mam na co dzień a jak tu przyjechałam to chcę czegoś innego! Chcę rozrywki, chcę zapomnienia, chcę czegoś nowego, czegoś ekscytującego a najlepiej coś czego jeszcze nie przeżyłam wcześniej. No ale rozumiecie, że wiele przeżyłam i widziałam więc byle co nie zrobi na mnie wrażenia. Niemniej zawsze doceniam czyjeś starania, jak ktoś wkłada w to co robi całe swoje serce i duszę. Więc jak? Mielibyście mi do zaoferowania coś ekscytującego? - sławna śpiewaczka i aktorka wyrzuciła z siebie coś co leżało jej na wątrobie. I chyba tym zaskoczyła wszystkich bo się nagle zrobiło bardzo cicho. Wszyscy patrzyli na siebie nawzajem ale jakoś nikt nie kwapił się odezwać pierwszy.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Rozmowy na Zborze
Joachim podziękował Sigmundosowi za chęć pomocy z jedną z nosicielek. Stwierdził, że dobrze, że duch współpracy w Zborze się rozwija, w końcu ze strony wyznawców Pana Przemian Henrich zgłosił się już do pomocy aptekarzowi. Obiecał, że nie będzie ryzykować życiem Loszki, natomiast ta koleżanka Onyx może być faktycznie dla niego interesująca.
Podziękował również Starszemu i Silnemu za obietnicę wsparcia. Ludzie Silnego mogli się przydać zarówno do ataku na Akademię jak i jako eskorta na bagna. Zdawał sobie sprawę, że powinien być bardziej decyzyjny, ale nigdy nie była to jego najmocniejsza strona, a te wszystkie senne wizje i znaki od jego Patrona nie były niestety jednoznaczne. Co do bagien było więcej niewiadomych, ale włamanie do Akademii bardziej narażało jego konkretnie na wykrycie….
- Spróbujmy przez następne 2, 3 dni zdobyć więcej informacji o Akademii, żebyśmy mogli podjąć klarowną decyzję. Ja może się czegoś dowiem w kwestii bagien, mam w okolicy pewną sprawę - oświadczył Henrichowi i Tobiasowi, kiedy się rozstawali.
Jeśli chodzi o nocne wróżby, jak zwykle też nie mógł liczyć na pełną klarowność i jednoznaczność, wiele było kwestią interpretacji. Co oznaczała Tancerka w kwestii Akademii? Czy przypadkiem Tobias nie wspominał, że romansuje z jedną ze studentek z tamtąd? Burgund też coś podobnego mówiła.
Co do tego Rozbitego Wozu przy wróżbie dotyczącej bagien, może dotyczyło to Barona Wisberga, co do którego spodziewał się, że tamten nie wróci żywy z bagien?Trochę niepokoił go też ślad Dhar wyczuwalny z jego pracowni. Może powinien znaleźć inne miejsca na praktyki takie jak przywołanie chowańca? Musiał sprawdzić, ile dni się taki ślad utrzyma.
Na mszę przybył nieco spoźniony po intensywnym wczorajszym wieczorze i wróżbach. Usiadł na tylnych ławach i posłuchał końcówki psalmów, które tym razem brzmiały lepiej niż zwykle. Przynajmniej nowoprzybyła była aktorka, a nie jakaś kapłanką, która byłaby w stanie robić im problemy jak Matka Sommium.
Po mszy starał się usłyszeć o czym mówią ludzie i jakie są nastroje - zakładał że nie odnalezienie sprawców napadu na Świątynię może obniżyć morale i zaufanie do władz miasta.
Podzedł do Van Hansenów i przywitał się z nimi kurtuazyjnie. Zapytał się, czy słyszeli może jakieś wiadomości o Baronie Wirsbergu, który wedle jego wiedzy i radom udał się na bagna by zapolować na potwora. Zastanawiał się, czy nie będzie potrzeby zorganizowania jakieś wyprawy ratunkowej gdyby nie było wieści o losach Barona?
Potem udał się do Pirory zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami. Tam bardzo chętnie skorzystał z okazji by poznać von Treskow i van Spee. Traktował damy zgodnie z wymogami etykiety, i delikatnie wypytał się, czy interesują ich tematy z dziedziny magii lub astrologii. Poza główną konwersacją starał się znaleźć chwilę, by dowiedzieć się więcej o owej koleżance Onyx, która została zapłodniona larwami i potencjalnie można by ją wykorzystać do zdobycia dziedzictwa ukrytego na bagnach.
Jeśli byłaby okazja bycia sam na sam z wtajemniczonymi kultystami - przede wszystkim Heinrichem i Thomasem, ale może też i Sorią, którą zawsze mógł połechtać tym że jako wielowiekową i magiczną istotę cenił niezwykle jej osąd i rady - mógl podzielić się z nimi rezultatami swoich wróźb.
W przypadku braku nadzwyczajnych wydarzeń następnego dnia planował udać się do tych rolników, którym obiecał pomóc odnaleźć miejsce spoczynku dziadka. Miał nadzieję, że ta sprawa to nie był zwykły przypadek i na coś wartego uwagi go naprowadzi.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Festag, noc, ulice miasta
Otto już opuszczał Zbór kiedy dopadł go Sigismundus. Było coś urzekającego w ekscytacji aptekarza.
- Tak zasiałem ją, zniosła to bardzo dobrze, była nawet zawiedziona, że trwało to tak krótko, więc masz szansę na coś więcej. - mnich odpowiadał po kolei na pytania Nurglity. Zastanowił się chwilę nad odpowiedzią w sprawie obiadku u Pirory - Przychodź, przyda się zacieśnić więzi, a szansa na zasianie więcej się znajdzie. Tylko nie bądź nachalny.
- Dała się zasiać?! Cudownie! Co za wspaniała kobieta! Widzisz Otto? Są jeszcze na tym świecie nadobne niewiasty. - reakcją aptekarza na te wieści byl wybuch entuzjastycznej radości. Co dało się wyczuć pomimo nocnych ciemności. Tak po głosie jak i ruchach rozmazanych plam twarzy i dłoni. Wydawało się, że bretońska szlachcianka jaka do tej pory niezbyt interesowała Sigismundusa nagle awansowała w jego oczach na szczyt hierarchii jakim były nosicielki dziedzictwa Oster.
- I mówisz, że dobrze zniosła? I chciała więcej? No to można spróbować jutro. Coś jej dosiać. Póki się maleństwa tam u niej w środku nie wyklują. To rano albo przed obiadem to pewnie jeszcze nie. Albo spóbować z innej strony jakby chciała. I tak trzeba by znów jej wstrzyknąć papu dla maleństwo to można by załatwić od razu. - po wybuchu radości szybko odezwała się jego natura jako uczonego i hodowcy. Zaczął planować i obliczać jak to by wypadało z nową nosicielką.
- No i jak tak to dobrze, przyjdę jutro. Wezmę torbę ze strzykwami. Może się coś uda podziałać. Ale… Hmm.. Ale może to ty z nimi gadaj. Widzę, że tobie to lepiej wychodzi. Masz z nimi lepsze relacje ode mnie. Ja to za wrażliwy jestem. Zaraz mnie ponosi. Zobacz ile ich mamy, każda po trzy dziury ale chociaż jedną by użyczyła w tym zacnym celu no to nie. - zaczął już rozmyślać nad jutrzejszym spotkaniem po mszy i młodszy kolega widać przekonał go aby jednak przyszedł. - No nieważne. Postaram się panować nad sobą. Ale sam widzisz, że chyba lepiej abyś to ty z nimi gadał. - zamiast znów ulać swoją litanię żalu do koleżanek jakie nie zdradzały ochoty na zasianie pohamował się w ostatniej chwili i wolał to przekazać mnichowi który na tym polu miał większe sukcesy.
- Wybadam jutro nastrój zgromadzonych. Obecność Dorny może nam pomóc jeżeli się wstawi za naszą hodowlą.
- Tak myślisz? - w nocnych ciemnościach słychać było ciężki oddech i kroki idacego obok grubasa. Przeszedł tak kawałek zastanawiając się nad tym.
- Ja przedstawiałem wcześniej i Loszke i Dorne. A one nic. Żadna się nie zgłosiła. - przyznał z nową dozą żalu do koleżanek o jakich rozmawiali. - To przez Łasicę! To ona jest "na nie" i je buntuje. Sam widzisz. Ta Bretonka jak była sama to się zgodziła. I ta koleżanka Onyx też. - aptekarz widocznie w liderce slaaneshytek upatrywal główne źródło niezgody bo Łasica od początku była nastawiona do tej hodowli skrajnie negatywnie.
- No ale zdam się na ciebie. Wezmę te strzykwy jutro. I z jajami i papu. No i się uda to uda a nie no to trudno. Tylko z tą Bretonka spróbuj. Może się zgodzi. Mało czasu minęło to można jeszcze spróbować ją dosiac. - westchnął ciężko jakby już starał się przygotować, że jutro będzie jak zwykle czyli, że wszystkie ladacznice odmówią zasiania.
- Łasica, tak jak reszta Slaaneshytek, jest jeszcze... w płyciznach prawd swego patrona. Daj im czas. Uchyliłem im dziś drzwi na nieco głębsze prawdy, zobaczymy czy je otworzą. - poklepał kolegę po plecach - Będzie dobrze, do festynu będziesz miał chmarę do wypuszczenia na pielgrzymów.
- Oby! No już trochę mam, takie małe rodzinne stadko. Te pierwsze to już w pełni dorosłe. Z tych małych bo szybciej rosną niż te duże. I zaczynam się martwić. O miejsce no i, że ktoś to może odkryć. Dlatego właśnie chcę przenieść chociaż część hodowli do jaskini Oster. Tam będą bezpieczniejsze. - grubas chyba pokiwał głową ale myśl o sukcesach w hodowli jak zwykle poprawiła mu humor i dodała energii.
- A z ladacznicami no trudno. Zdam się na ciebie. Nie chcę nic mówić ale widocznie ta Bretonka i ta koleżanka Onyx to w takim razie są bardziej zaawansowane od reszty. A przynajmniej mają bardziej otwarty umysł. No ale dobra, zdam się jutro na ciebie. Nic się nie będę odzywał o tej hodowli. Tylko wezmę strzykwy. - dorzucił jakby chciał sobie zachować postanowienie na jutro bo gdy tylko dał się ponieść emocjom to najczęściej dochodziło do awantur z koleżankami jakich drażniła jego bezpośredniość i brak subtelności. Poza tym nie podzielały jego miłości do “maleństw”.
- Postaram się nie zawieść. Spokojnej nocy Sigismundusie... ah, właśnie. Jak ta kobieta z traktu? Żyje jeszcze?
- Tak, żyje. - od razu dało się po tonie głosu poznać, że kobieta o jakiej rozmawiali nie wzbudza w aptekarzu sympatii. Czyli bez zmian. - Wczoraj wydała miot. Ona ma te małe. Teraz poczekam do Marktag, może Aubentag aby ją znów zasiać. Tym razem władują w nią sześć strzykw. Sześciu jeszcze nie próbowałem. Powinna przeżyć. Tyle, że już cieżarny brzuch może być widoczny. Chociaż trudno powiedzieć jak bardzo. Właśnie to też chcę sprawdzić. No ale ona ma te małe to dzień, góra dwa i po brzuchu bo wyjdą na zewnątrz. I chyba spróbuję z nią jeszcze ze dwie od tyłu i może jedną czy dwa w usta. W usta jeszcze nie próbowałem. Opisy Mergi sugerują, że straty mogą być największe no ale mimo wszystko coś powinno z tego wyjść. Chyba, żeby spróbować z tą ladacznicą. Tą od Onyx. Jak podobno sama chciała jeszcze. Też można by spróbować zasiać ją mocniej. Dwie od przodu to tyle co nic. Nawet brzucha nie widać. Teraz Dorna ma w sobie dwa z przodu i z tyłu no i sam ją widziałeś na statku. Nic jej nie jest. Dwa to tyle co nic. Z początku nie byłem pewien no ale teraz już parę miotów wyszło to już jestem mądrzejszy. Dornę albo tą ladacznicę teraz następnym razem spróbuję zasiać czterema z przodu. No a sześć na tą idiotkę z traktu ale to dopiero za parę dni. - zagadnięty o hodowlę aptekarz mówił bez wahania i w głowie musiał mieć te wszystkie terminy porodów, zasiań, ciąż i podobnych co do swoich nosicielek. Dało się wyczuć zaangażowanie prawdziwego hodowcy co zna każdy detal tej hodowli i chętnie może o niej opowiadać jak zyska życzliwego słuchacza.
- A właściwie czemu o nią pytasz? - zapytał na koniec jakby wrócił do tego co spowodowało jego słowotok.
- Ciekawość. - odparł mnich - Mówiłeś już jakiś czas temu, że chcesz ją tak zasiać aż eksploduje. Czekam na efekty, może być edukacyjne.
- A tak, tak, tak mówiłem, to prawda. No i tak zrobię. Ale jeszcze nie teraz. Teraz wciąż mamy za mało nosicielek aby którąś poświęcić. U mnie są trzy. Ta od Onyx. No i ta twoja Bretonka. Trochę mało. Jak się uda zdobyć więcej, tak chociaż pół tuzina ale lepiej z osiem czy dziesięć no to tak. Wtedy tak. Wtedy jedną można poświęcić na próbę. Z zapisków wynika, że nawet dziesięć dawek można przeżyć. Chociaż to już bardzo ryzykowne no i brzuch to rośnie jak przy normalnej ciąży. Tylko wiadomo, to nie jest prawdziwa ciaża więc tak w dniach to liczone a nie miesiącach. I nawet trzeba to zrobić aby sprawdzić jakie są limity bezpieczeństwa. To dla dobra reszty tych wspaniałych kobiet. Więc poświęcę wtedy tą idiotkę bez żalu no ale dopiero jak będę miał więcej nosicielek. - aptekarz pokiwał swoją byczą głową i zdradził młodszemu i szczuplejszemu koledze jakie ma zamiary co do owej podróżniczki porwanej z traktu. Wyglądało na to, że pomimo braku sympatii co do niej to na razie zwycięża pragmatyzm hodowcy dla jakiego priorytetem jest dobro jego trzódki.
- A właśnie. - zaczął jakby przypomniał sobie o czymś istotnym. - Joachim pytał mnie o tą wyprawę na bagna. Mówił, że jakaś nosicielka by się przydała jako przepustka czy przewodniczka. Przyznam, że trudny wybór. Najchętniej bym poświęcił tą z traktu. Jej mi w ogóle nie żal. Tylko ona jest oporna to trzeba jej non stop pilnować albo usypiać. Pewnie trudno byłoby ją zabrać na zewnątrz. Loszki mi szkoda bo to moja ulubienica tknięta ręką samego strażnika Oster. Jest wyjątkowa. No Dorna mogłaby pójść ale trochę mi też jej żal bo taka pomocna i ochotna jest. Pomyślałem o tej od Onyx no ale ona nie jest wtajemniczona w nasze sprawy. Przynajmniej na razie. No albo ta Bretonka. Trudny wybór ale obiecałem pomóc tylko nie mogę się zdecydować. - przyznał się do ambarasu jaki widocznie wypłynął podczas końcówki dzisiejszego spotkania na “Adele”.
- Wątpię, aby udało się przekonać Fabienne. Chodzenie po bagnach nie uchodzi szlachetnie urodzonej. Dorna byłaby dobrym pomysłem, ponieważ jest na tyle świadoma, że będzie w stanie uciekać. Cokolwiek zrobiłeś Loszce, jest dość… no niezdolna do czegokolwiek. - mnich się chwilę zastanowił - Jak przyjdzie co do czego, dam siebie zasiać.
- Naprawdę? Oh, złoty chłopcze, jesteś cudowny! - aptekarza chyba aż zatkało z wrażenia na moment. Po czym zatrzymał się, mocno objął i uściskał swojego towarzysza niczym wujaszek ukochanego siostrzeńca. Roześmiał się przy tym rubasznie z tej fali radości. Po czym wznowili marsz przez zaciemnione i wymarłe miasto. Port i ciemne wody zatoki już dawno znikły za ich plecami i teraz szli już przez ulice w centrum miasta.
- Ale Loszce to nic nie zrobiłem. Taką już ją znalazłem. Naznaczoną potęgą silniejszą niż moce śmiertelników jakie pomieszały jej rozum ale za to dały inne możliwości. Bez niej nie wiem czy do tej pory byśmy odnaleźli jaskinię naszej patronki. - powiedział wracając do tego o czym rozmawiali przed chwilą.
- I no tak, ta szlachcianka mogłaby mieć opory przed taplaniem się w błocie. To prawda. Szkoda. Jak już to bym wolał ją posłać niż którąś z moich dziewcząt. Ale jak już byś ją widział to zapytaj dobrze? Pewnie odmówi no ale cóż, może akurat będzie miała fanaberię na jakieś wycieczki za miasto? - poprosił na koniec aby młodszy mężczyzna jednak chociaż dla spokoju sumienia zapytać Bretonkę o tą rolę przewodniczki o jakiej rozmawiali.
- Rozważałem to już jakiś czas, ale zważając, że mogę poświęcić tylko jeden otwór i to ten mniej wydajny, to postanowiłem się wstrzymać. Właśnie czytałeś coś więcej o tych jądrach, które były częścią daru Oster?
- Przyznam, że bardziej skupiłem się na jajach. Są dokładniej opisane no i zaczęliśmy już hodowlę. - przyznał nieco posapujący grubas idący obok mnicha. - Ale sam początek z tymi jądrami to dość jasny. Trzeba znaleźć mężczyznę. No albo kogoś takiego jak Lilly. I potem rozciąć mu ten dolny woreczek i albo dorzucić dodatkową fasolkę czy dwie albo wyciąć jedną czy dwie i w zamian tyle dołożyć. To pierwsze wydaje mi się nieco mniej ryzykowne ale tylko trochę. No i pewnie by było widać albo dało się zmacać, że jest tam ich więcej niż powinno. Druga jest dyskretniejsza bo jakby rana się zagoiła to by ją widać było słabo i wszystko by było niby normalnie. Tylko widzisz to w ogóle jest bardzo ukrwione miejsce. Widać przy kastracjach. Łatwo wykrwawić delikwenta i to tak, że jak ma pecha to skipieje w pół pacierza. Pod tym względem te jaja są dysrketniejsze. Wsadzadz do środka i nic nie krwawi, nic nie trzeba rozcinać no i… Zresztą jak sam zasiałeś tą szlachciankę no to teraz już sam wiesz jakie to proste. - mimo zmiany tematu aptekarz nadal chętnie opowiadał o dziedzictwie swojej ulubionej patronki.
- Tylko czy jedna czy druga wersja to potem jest szansa na zmiany. Te jądra mogą zmieniać ciało. Najpierw tam gdzie są a potem to się rozprzestrzenia. No ale nie tak od razu. I chyba nie zawsze albo nie zawsze na tyle szybko aby wspaniała Oster mogła to zaobserwować podczas badań. No ale jakby wszystko poszło dobrze to efekt jest niczego sobie. Bo potem taki mąż może sam zasiewać kobiety. I to bez żadnych strzykw. Trochę jak te dorosłe muchy. Właściwie też by mogły zasiwać nosicielki bezpośrednio. Oster opisała takie eksperymenty i liczy się samo dostarczenie jaj na miejsce. Czy przez strzykwy czy drogą he he naturalną to nie ma znaczenia. A z tymi jądrami no urwany był opis co z nich wychodzi. I kiedy. Zapewne podobnie jak te jaja więc pół tygodnia albo tydzień. Ale nawet Merga nie miała co do tego pewności. - szybko opisał to co pewnie wyczytał z zapisków pozostawionych przez rogatą wyrocznię jaka na początku tygodnia odpłynęła z łupami i ich towarzyszami do Norski.
- Hmm… trzeba będzie chyba znaleźć jakiegoś "ochotnika" i później go wypuścić. Może naszprycować narkotykami, aby nie wiele kojarzył. Poobserwuje się go i jego partnerki.
- Tak, no tak, tak… Można. Tak, dałoby się… Tylko to poważna i bolesna operacja bo tam dużo nerwów i krwi. Pewnie by tam spuchnięte wszystko i poranione miał przez parę dni. To nawet jakby go zamroczyć czymś na samo rżnięcie to potem raczej by się połapał, że tam na dole jest porżnięty. - powiedział w zadumie aptekarz chyba na poważnie zastanawiając się jakby to mogła wyglądać taka operacja.
Mnich również się zastanowił.
- Gdybyśmy mieli fasolki do poświęcenia można by było spróbować na jakimś zwierzęciu. Koniu, czy psie. Ale tak… nie wiem czy, któryś z naszych członków posiada na tyle odwagi.
- Na psie? Albo innym zwierzaku? - aptekarz zareagował jakby mu ta myśl wcześniej nie przyszła do głowy bo przeszedł tak kilka kroków. - Właściwie operacja byłaby podobna jak z człowiekiem. I chyba by powinno zadziałać. W końcu to tylko naczynie do szerzenia nasienia Oster. Chyba tak chociaż tego w zapiskach nie było… - myślał intensywnie gdy tak szli przez dno tych mrocznych, miejskich kanionów ulic. - No tylko rozumiesz. Wtedy ten pies czy coś takiego musiałby pokryć jakąś kobietę aby dostarczyć nasienie gdzie trzeba. To już chyba by mogło być trudniejsze. Gdyby mieć mężczyznę to byłoby z tym chyba łatawiej. - przyznał na koniec, że nawet jak od strony cyrulika to by było do zrobienia no to jeszcze z doborem potencjalnych nosicielek mogło być wtedy dużo trudniej.
- Nawet muchy skoncentrowane na bydle byłyby pomocne. - przyznał mnich - Chociaż wtedy trzeba było czekać na okres godowy. - mnich ponownie się zastanowił - Trzeba będzie pomyśleć nad tym. Może któryś ze Slaaneshyckich chłopców byłby zainteresowany trzecim jajeczkiem.
- A znasz jakiegoś? Myślałem, że mamy tylko nasze koleżanki. - grubas zdziwił się takim pomysłem ale chyba go też zaciekawił.
- Grubson. - zaczął mnich - Przewodził własnemu kultowi Slaanesh w mieście. Ta Bretonka jest od niego. I chyba jeden z ochroniarzy Pirory jest również wtajemniczony. No i Lilly.
- No tak o Lilly też myślałem. W końcu też ma to co potrzeba do tej operacji. Miło by było jakby się zgodziła. No i, że tak powiem mamy ją pod ręką. Wystarczyłoby aby się zgodziła. A potem niech się pokłada z kim chce i ile chce. Zwłaszcza z kobietami. - bycza głowa pokiwała na znak zgody i zrozumienia widocznie o różowowłosej mutantce myśleli podobnie.
- A Grubson no tak, zapomniałem o nim. Za rzadko u nas bywa i się o nim mówi to wyleciało mi z głowy. No ale tak, on jest od tej czarnej Bretonki i tej dwukolorowej krawcowej. Tak, tak, rzeczywiście. No może, może… Kto wie? Jakby się zgodził… Trzeba by zapytać. Właściwie nic nie tracimy. Nawet jakby się nie zgodził to może zna kogoś odpowiedniego? - pomysł z głównym dostarczycielem kostiumów i płóciennych dekoracji do teatru nieco zaskoczył aptekarza ale wydał mu się interesujący jak można było wnioskować po głosie.
- Jeżeli będzie na imprezie Pirory to zaglądam. A tak to pojutrze go odwiedzę. Nie wiesz kiedy nasze drogie czerwie się przepoczwarzą?
- Dobra to zapytaj. A czerwie? Ale które? Bo już trochę ich mamy. Od dorosłych form po jaja, mamy teraz każdą fazę ich cyklu życia. - aptekarz pokiwał znów głową ale o swojej ulubionej hodowli mógł gadać i gadać tylko chciał wiedzieć co dokładnie młodszego kolegę interesuje.
- Właśnie dorosłe osobniki mnie ciekawią. Czy masz zamiar je wypuścić? Jeżeli tak to sądze że bezpieczniej będzie w jednej z okolicznych wsi.
- Tak, mamy już parę dorosłych. Są takie że silne i piękne! A te najstarsze już powinny być zdolne do rozmnażania! Mamy wreszcie własne źródło jaj! - w nocnych ciemnościach twarzy Sigismundusa nie było widać inaczej niż blady owal twarzy ale po głosie dało się poznać ojcowską dumę i czułość jak zwykle gdy mówił o swojej ukochanej hodowli.
- Ale wypuścić? Nie, nie, no coś ty. To by Starszy musiał zdecydować. Przecież musimy ich uzbierać jak najwięcej aby je wypuścić na tych pogan. Na tym ich plugawym balu gdzie będą się za zasłoną nocy oddawać pijaństwu i wyuzdaniu aby w dzień zgrywać świętoszków i prawić o moralności. Będą mieli za swoje! Moje dzieci, dzieci naszej ukochanej Oster spadną na nich jak zaraza! - w buntowniczych nutach na koniec pojawił się akcent mściwej dumy gdy już myślami był przy wykorzystaniu z much Oster do celu jaki został im przeznaczony przed mieleniami.
- Myślałem, aby poobserwować jak działają. Wierzę, że dzieło Oster i jej sióstr będzie przepiękny, ale chcę wiedzieć czy wypuszczenie ich nie zmusi nas do przyspieszenia planów.
- No i właśnie dlatego na razie nie będziemy ich wypuszczać. No chyba, że Starszy zmieni zdanie. - przyznał grubas i przeszli tak w milczeniu kilka kroków. - Chociaż przyznam, że ciekawi mnie jakby ich zobaczyć w działalniu. Chociaż na jednym. Tylko one wyszły z ludzi więc powinny atakować tylko ludzi. Jakimś psem czy królikiem to chyba nie powinny być zainteresowane. - dodał po tej krótkiej chwili gdy widocznie odzywała się w nim żyłka uczonego.
- I dlatego ja chciałbym wypuścić tylko kilka na jakąś okoliczną wieś. My bylibyśmy w stanie poobserwować ich działanie, a atak byłby ma tyle mały, że nie przykułby uwagi inkwizycji. Obgadam to że Starszym.
- Wioska? W wiosce może być całkiem sporo ludzi Otto. Ja myślałem raczej o jakimś jednym pechowcu co by można sprawdzić jak się jakieś jedno maleństwo zachowa wobec niego. - Tu Sigismundus się trochę zawahal gdy widocznie inaczej sobie wyobrażał taką próbę.
- Bo widzisz o ile samo zasiewanie, stadia rozwoju, hodowla jest całkiem dokładnie opisane to jak już są dorosłe i gotowe to na tym się kończy. Więc tak naprawdę to nie wiadomo jak one atakują i kogo. Powinny ludzi skoro z ludzi wyszły. Ale to tyle. - aptekarz zawahal się ponownie gdy nie był pewien tego ostatniego etapu użycia dorosłych much.
- No nic. Porozmawiam o tym ze Starszym ale jak go spotkasz to też zapytaj. Sam wiesz, wzmocnienie wypowiedzi i tak dalej. Dziękuję ci za pomoc złoty chłopcze. No i za zasianie tej Bretonki. I jakby się udało to jutro zobacz czy się czegoś nie da. Ja wezmę torbę ze strzykawki. A na razie bywaj! Widzimy się jutro u Pirory. - doszli do krzyżówek gdzie czas było się pożegnać i rozstać. Grubas jeszcze raz się uśmiechnął, klepnął po przyjacielsku w ramię kolegę i ruszył w swoją stronę.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Festag, ranek, msza
Z wierzchu mnich nie wyglądał niebywale. Standardowo nosił swój habit, ale obwiązał sobie czarną szarfę wokół ramienia. Natomiast wystroił się nieco na obiad u Pirory. Ciemne spodnie i czystą czerwona koszula. Niby nic wyjątkowego, jednak zważając jak rzadko widać mnicha w innych kolorach niż szaro-brązowy, będzie się pewnie wydawał niczym najbarwniejszy ptak.
Psalmy w wykonaniu aktorki były nie lada urozmaiceniem.
Jednooki zaczął rozglądać się po wiernych za Matką Somnium i innymi duchownymi. Czasem reakcja na świecką osobę na podium potrafi dużo powiedzieć.Z tego co widział to przybycie diwy było zaskoczeniem dla całego miasta. Nawet plebs co mógł jej nie znać ani nie słyszeć wydawał się być poruszony jej pięknem, czystością głosu i okazywanym szacunkiem wobec tubylców. Wiele głów się wychylało aby spróbować dojrzeć aktorkę lepiej ale póki ona była tam, daleko z przodu, przy ojcu Absalonie i matce Somnium to widać było tylko jej ogólną sylwetkę. W czarnej, żałobnej sukni, z wąską talią i ufryzowanymi, włosami w barwie miodu. No i dla konserwatystów zbyt dużym dekoltem w tej czarnej sukni chociaż poza świątynią to taki krój by pewnie nie był uznany za zbyt śmiały.
Otto nie był na tyle znaczną osobistością aby zajmować miejsce w pierwszych rzędach. Zwłaszcza teraz jak od paru tygodni wciąż było sporo gości spoza miasta i to tych znacznych i bogatszych jakich też trzeba było gdzieś umieścić. Przemieszali się oni z tuzami tego miasta jakie zasiadały w pierwszych rzędach. Wśród nich mnich dostrzegł tam czy tu postacie w habitach lub kapłańskich szatach ale niezbyt wiele. Zapewne należeli do świty tego czy tamtego rycerza jaki przyjechał na turniej nie wiedząc, że ten zostanie odwołany z powodu żałoby po księżnej.
Też miał zbyt daleko do ołtarza aby dostrzec detale twarzy kapłanów i śpiewaczki. Jednak to co widział sugerowało, że wszystko przebiega rutynowo i wśród nich zaskoczenia nie było widać. Przynajmniej w głosie czy mowie ciała. Ot dzisiejsze psalmy i pieśni zamiast zwyczajowego chóru jaki nadawał ton wiernym dzisiaj występowała von Treskow. Ale jej talent i żwawość w połączeniu z niespodzianką jaką było jej przybycie dodały jakby nowe tchnienie w wiernych i dało się wyczuć zaciekawienie i chęć poznania czegoś nowego.
No cóż, najwyraźniej pycha czy innego "grzeszki" nie siedziały, aż tak płytko w serduszkach kapłanów. Grzecznie więc spędził resztę mszy. Po zakończeniu razem z resztą tłumu opuścił świątynię i ruszył w stronę kamienicy Pirory. Pora było milej spędzić ten religijny dzień.
Festag, przedpoludnie, kuchnia
Otto uścisnął dłonie Khornitów i zdjął z siebie habit. Okazując kolory, których chyba nikt nie widział nigdy na mnichu.
- Przyznam, was się tu nie spodziewałem, ale cieszę się, że jesteście. - uśmiechnął się do wojowników po czym przytulił Lilly I Dornę - Witajcie moje drogie, piękne dla mego Pustego Oka jak zawsze.
W przeciwieństwie do Anniki jaka coś chyba nie przepadała za czułymi przywitaniami to obie mutantki wręcz przeciwnie. Dorna dała się uściskać i uśmiechnęła się ciepło w podziękowaniu okazanie tylu sympatii. Zaś Lilly była bardziej wylewna, oddała uscisk i pocałowała go w policzek śmiejąc się przy tym wesoło.
- No, no, się wystroiłeś jak indor. - zaśmiała się Łasica dostrzegając mało codzienny strój kolegi. - Mam nadzieję, że nie tylko dla oka i tam na dole staniesz na wysokości zadania. - dodała rozbawiona a jej dobry homor rozlał się na większość towarzystwa. Może poza Silnym który obdarzył ją cierpkim spojrzeniem. Drugie posłał koledze bo Rune też się roześmiał z dowcipu łotrzycy.
- Ano jesteśmy. - burknął łysy kiwając głową. I zanurzył łyżkę w kolejnej porcji kaszy z gulaszem.
- Dziewczyny tak ładnie zapraszały to szkoda było odmówić. A poza tym jak już i tak dostałem łomot za tamtą nocną akcję to też chciałbym mieć z tego nieco przyjemności no a dziewczyny chyba po to nas zapraszają. - Rune widocznie nie miał takich obiekcji do integracji z koleżankami jakie zdradzał jego herszt. I zachowywał się swobodnie i pogodnie. Niewiele robiąc sobie z jego krytycznie karcącego spojrzenia.
Mnich trącił delikatnie biodrem Łasicę.
- Jeżeli jesteś tak zainteresowana, to pewnie znajdziemy jakieś ustronne miejsce przed główną imprezą. - Otto zerknął na Silnego - Nie martw się, będę miał siły na robotę wieczorem.
- O, doprawdy? Jesteś pewien? Nie będziesz zbyt zajęty? A co z tym ślubem co nam wczoraj obiecałeś? - liderka slaaneshytek jak zwykle była skora do flirtowania i bardziej bezpośrednich zabaw. I chociaż przyznała dość wyzywającą pozę to dało się wyczuć sympatię w głosie. Kończąca swoje przebieranki Burgund też spojrzała na nich z zaciekawieniem obserwując przebieg dyskusji. Zaś Silny niemo siknął swoją łysą głową do słów jednookiego.
Otto objął Łasicę w pasie i zaczął z nią powoli się obracać w imitacji tańca.
- Och, a masz już wybrankę serca? Jakąś urodziwą bladolicą, którą zabrałabyś przed ołtarz? - ujął łotrzyce za dłoń i wykonał nią piruecik - No patrzcie, a któż to tak cię zaciekawił?
Łotrzyca zawirowała jak fryga, że aż ładnie było popatrzeć. Zaś jej roześmiane oczy i usta wyglądały bardzo obiecująco. - Z tego co Soria mówiła to mamy mieć loterię miłości z tymi ślubami! - roześmiała się szczerze jakby ta pikantna zabawa już ją nastawiała bardzo pozytywnie.
- Tylko właśnie jeszcze nie wiemy kto tam będzie na dole. Bo tam w salonie to teraz mają tą diwę i tą drugą, i Kamila i Fabi z dziewczynami no i Laura nawet. No i jeszcze nie wiadomo kto z tego będzie. Ale co tam! Niech się dzieje co chce ja już odpoczęłam po zabawie z Gnakiem i resztą to mogę się bawić znowu! - liderka slaaneshytek była w wyśmienitym humorze i chyba do głowy nie brała sobie, że ktoś czy coś mógłby zepsuć jej te świetnie się zapowiadające modły żałobne ku czci zmarłej księżnej. Nawet te nie do końca pewne osoby jakie dzisiaj wizytowały u Pirory dodawały smaku do tych oczekiwanych zabaw.
- No daj spokój, musisz mieć jakiegoś faworyta? Tylko nie mów Soria, to oszukiwanie. - mnich znowu objął Slaaneshytkę - Onyx? Fabienne? Strupas? - Otto pokazał język dając na znak, że ostatnia sugestia była żartem.
- Strupas? No nie przesadzaj, nie jestem aż tak zdesperowana. Nie wiem czy nawet Fabi by go chciała. A przecież wiesz, że ona rzadko komuś odmawia. - Łasica sapnęła na myśl o baraszkowaniu ze śmierdzącym garbusem. I nawet myśl o tolerancyjnej w tej kwestii bretońskiej kochance nie sprawiła aby straciła wątpliwości aby którakolwiek z nich miałaby na to ochotę.
- A Soria no oczywiście, że tak! - roześmiała się dla odmiany a oczy jej się rozpaliły na myśl o niecnych zabawach z wężową księżniczką. Tutaj i Burgund raźno pokiwała głową więc czerwona milady pewnie mogła liczyć na nie w roli swoich kochanek. - No i mam nadzieję, że dzisiaj mi nie poskąpi wdzięków i uwagi. Oczywiście przyjmę każdą rolę jaką będzie miała ochotę, to taka radość móc spełniać jej życzenia i obcować z nią podczas takich zabaw! - brzmiało jak wyznanie wiary, miłości i oddania jednocześnie więc zapewne także łotrzyce uważały, że córka Soren to całkiem osobna kategoria poza wszelką konkurencją śmiertelniczek.
- Fabienne tak, bardzo chętnie. Już cały tydzień nie zamykałam jej w dybach i nie batożyłam. Onyx też, czemu nie. Albo Oksana. One to potrafią sprowadzić niewolnicę do prawidłowego poziomu. - nawet rozgadała się na temat potencjalnych partnerek na dzisiejsze zabawy i temat zdawał się jej pasować. Pomimo, że wymienione kobiety były z różnych warstw społecznych i miały całkiem inne preferencje i charaktery to łotrzyca w każdej z nich umiała dopatrzyć się czegoś przyjemnego i interesującego.
- Byle nie z tą rudą małpą bo mam ją na co dzień to bym chciała coś nowego. - udając kpinę wskazała na stojącą obok rudowłosą oszustkę z ferajny na co ta trzepnęła ją karcąco w tyłek. Co wywołało u niej rozbawiony śmiech.
- Ona się ślini do tych nowych. Tych od teatru. Widziałyśmy je przez chwilę jak wchodziły na górę. Też mam na nie ochotę. Oby dały się zaprosić do wspólnej zabawy tam na dole. Chociaż słodką Kamilką to też bym nie pogardziła. - Burgund przejęła pałeczkę rozmowy i zdradziła koledze swoje preferencje jak i swojej kamratki. Ta energicznie przytaknęła głową, że się z nią w pełni zgadza.
- Dobrze jest próbować nowych smaków. - przyznał mnich - Ta sama, która śpiewała na mszy nie jest częścią trupy z naszego planu hodowlanego?
- One? Nie no coś ty? Kto ci tak powiedział? My mamy nadzieję się z nimi zabawić, poznać lepiej no i kto wie? Jak damulki lubią chodzić na burdelowe kurwy to przecież takie u nas mamy i może nawet dałoby się je przystać do nas? - obie łotrzyce chyba się zdziwiły na pomysł zasiania nowych szlachcianek jakie były na górze. Ale Łasica jak zwykle zdradzała jawną niechęć ze wszystkim co dotyczyło dziedzictwa Oster.
- No właśnie. Poza tym nie ma co dzielić skóry na niedźwiedziu. Na razie to poza Onyx nikt się z nimi jeszcze nie całował ani nic więcej. I dobrze by było je zaprosić do zabawy na dole. Tylko znowu trochę tak głupio aby dziewczyny zostawić same sobie. - Burgund poparła koleżankę i też chyba miała ochotę na zabawy w loszku gospodyni i to najlepiej z nowo poznanymi gośćmi. Ale też osobom spoza spisku trudno by było wyjaśnić obecność kopytnej z męskim przyrodzeniem czy szaroskórej z kolcami. A chyba łotrzycom żal było zostawiać je same bez odpowiedniego towarzystwa.
- Słyszałam, że niektóra szlachta to tak jest zdegenerowana, że po domkach myśliwskich to robi orgie z mutantami i zwierzoludźmi i oddaje cześć plugawym bogom. Tylko nie wiemy czy te na górze są aż tak zdegenerowane. - Łasica nachyliła się i ściszyła głos parodiując szeptane plotki pospólstwa. Bo to akurat był dość znany schemat takich pogłosek. Tyle, że niezbyt często sprawdzał się w praktyce. To, że się sprawdzał akurat w przypadku ich i ich koleżanek nie przesądzało, że goście ze stolicy prowincji będą miały podobnie.
- Zawsze możemy to wyjaśnić kostiumami. Pirora przewodzi teatrem czyż nie? Lub rzucimy ją chłopakom na pożarcie. - zaproponował mnich.
- No jak to chłopakom!? A my?! - Łasica prawie dosłownie podskoczyła na myśl, że khornici mieliby używanie z tymi damulkami z góry a ona nie. - Otto nawet tak sobie nie żartuj. Będę zawiedziona jeśli nie uda się jej ściągnąć na dół. Tak samo jak się ściągnię ale nie spróbuję. - rzekła trochę spokojniej wcale nie ukrywajac, że ma ochotę poznać się osobiście z dwiema gwiazdami saltmundzkiego teatru.
- A kostiumy… Może, może… Albo jakiś makijaż… - Burgund spojrzała na dwie koleżanki siedzące przy stole jakie pochodziły z jaskini odmieńców.
- Można też jej zawiązać oczy. My tak czasem u Pirory robimy jak jest jakaś jej koleżanka. Wtedy ja ją biorę tylko muszę się pilnować aby nic nie mówić. Petrę von Schneider tak brałam z raz czy dwa. - liliowłosa podpowiedziała możliwe rozwiązanie chociaż i ono nie było pozbawione wad. Spojrzały jeszcze na szaroskórą.
- Mi nie zależy na tych nowych. Mogę być z wami. Albo z Frau Fabienne. Ostatnio była dla mnie bardzo dobra i miła. - Dorna też chciała chyba jakoś pomóc nie chcąc się narzucać. I chyba miło wspominała swoje pierwsze zabawy z bretońską szlachcianką jakie miała w zeszłym tygodniu.
- Podejrzewam, że Fabienne również zależy na tych nowych. - przyznał mnich - Trzeba będzie je wybadać. Może są bardziej otwarte na nietuzinkowych partnerów.
- Oby, oby Otto. To by nam bardzo ułatwiło zabawy z nimi. Nawet Lilly i Dorna by miały używanie bez żadnych komplikacji. - Łasica tym razem zgodziła się z wnioskami kolegi i takie wyjścia uznała za najodpowiedniejsze.
- Dobra ale teraz to my bierzemy tace i zasuwamy na górę. Jak chcecie to chodźcie z nami. - dodała jakby przypomniała sobie po co się z kamratką przebrały za te młode kelnerki. Podeszły do stołu i zaczęły nakładać przygotowane butelki i kieliszki na tacę. Miały w tym widoczną wprawę ale przecież już nie raz na oficjalnych przyjęciach gospodyni pełniły podobną rolę.
Festag; przedpołudnie, salon
Mnich skłonił się przed nowo przybyłymi kobietami, kiedy został przedstawiony. Pozwolił im jednak rozmawiać ze sobą do momentu żądania lady Treskow. Mnich się chwilę zastanowił po czym wystąpił z tłumu.
- Lady Odette, jako dama teatru na pewno uwielbiasz legendy, opowieści i bajki. Proszę pozwolić, że przedstawię się dokładniej. Otto i tak jak mówiła madame Von Dyke, pracuję obecnie w hospicjum. Zanim jednak trafiłem do tego miasta służyłem w zakonie Zamkniętego Oka. Nasz klasztor znajdował się w okolicach Altdorfu, a nasza misja była sponsorowana przez samą inkwizycję. Mieliśmy wertować wszelkie księgi, zwoje i kartki w poszukiwaniu korupcji mrocznych bogów północy i nie tylko. Mogę przyznać, że moja głowa jest pełna opowieści, od których włos się jeży, żołądek przewraca się z obrzydzenia, lędźwia palą, a umysł wariuje. Pytanie czy i którą chciałabyś usłyszeć?
Gdy jednooki odezwał się pierwszy przerywając tą chwilę milczenia to i diwa zwróciła na niego uwagę. Słuchała z zaciekawieniem ale początek chyba nie wywarł na niej jakiegoś wrażenia bo trudno było coś wyczytać z jej okolonej miodowymi włosami twarzy poza wyczekiwaniem. Ale gdy Otto do kończył wyglądała, że poruszył jej ciekawość chociaż trochę bo widać to było po jej twarzy.
- Znasz opowieści co lędźwia palą, umysł wariuje a włos się jeży? No ciekawe, ciekawe. To radam ich wysłuchać. Może będzie to dobry materiał na jakąś nową balladę albo poemat? - zachęciła go do opowieści ciepłym słowem i życzliwym uśmiechem.
Jednooki kultysta zastanowił się chwilę, spojrzał w sufit wertując pamięć.
- Lament Zdrajcy. To dawna legenda, o pysze elfów i upadku jaki sprowadziła. - Otto odchrząknął, wziął oddech i rozpoczął.
- Dawno temu, zanim Sigmar rozpoczął swoje wojny, aby zjednoczyć Imperium, elfy posiadały tu swoje kolonie. Jednym miastem, którego nazwa padła w niepamięć, a ruiny zostały przejęte przez dzicz, rządziła piękna elfia księżna. Jej włosy były niczym platyna, a skóra niczym złoto, oczy były ciemne jak opal, jej uśmiech łamał serca, jej smutek niszczył dusze. - mnich się delikatnie uśmiechnął - Niektóre opowieści opisują ją dokładniej. Jej łabędzią szyję, uda, którymi nęciła nie jednego zalotnika i biust, którego żadna suknia nie była w stanie w pełni ukryć. - kultysta rozejrzał się po zgromadzonych zanim wrócił do opowieści - Jednego dnia łowcy księżnej przynieśli jej niecodzienne znalezisko. Człowieka, jednego z okolicznych plemion. Jednak ten był inny od typowych dzikusów, jego oczy błyszczały intelektem, jego ciało było niczym wyrzeźbione, jego dusza pachniała magią, a jego głos… - Otto westchnął - Kiedy zaczął przemawiać, cały dwór zamilkł. Księżna była uraczona znaleziskiem i przyjęła człowieka na swym dworze, a w nocy w swoim łożu. Dwójka kochanków wiła się na jedwabnym posłaniu, księżna ujeżdżała swego gościa niczym dzikiego ogiera. Ich rozkoszy towarzyszyły egzotyczne zapachy kadzideł, pieszczoty najdelikatniejszego puchu w pościeli, no i igraszki dodało pikanterii polewanie torsu mężczyzny i biustu księżnej strużkami wosku z świec wokół łoża elfki. W końcu, kiedy oboje dotarli do kulminacji swej rozkoszy, oboje wydali z siebie krzyki ekstazy, ale jego został natychmiast zduszony. Wosk z największej świecy, zbierajācy się całą noc, został wlany wprost do gardła człowieka. - mnich pozwolił nagłemu zwrotowi akcji zawisnąć w powietrzu - Człowiek, istota, która w pamięci księżnej uczyła się kontrolować ogień, miałaby wzbudzać podziw jej pobratymców? Taka arogancja wymagała kary! Mężczyzna przeżył, ale zdrada księżnej odebrała mu głos. Wściekły, rozgoryczony w bólu i żądzy zemsty zaczął się modlić. I ktoś odpowiedział, mrocznych bogów zainteresowała sytuacja człowieka i zaoferowali mu zemstę na księżnej i jej podwładnych. Nie wymagał przekonywania. W przeciągu nocy, wszystkie elfy, mężczyźni, kobiety, dzieci i starzy zostali wybici co do jednego i nabici na pale i włócznie. Ktoś by pomyślał, że ustawienie ciał było losowe. Jednak, kiedy wiatr zawieje odpowiednio i zacznie się przemieszczać między zastygłymi ustami, dziurami w ciałach i otwartymi gardłami, można było usłyszeć dawną melodię… Lament Zdrajcy. - z tym mnich zanucił głośnio przeciągłą melodię.- Oh! Jaka piękna, poruszająca historia! I miłość, i zdradza, i żądza, i tragicznie piękni kochankowie, śmierć i zemsta! No i nadprzyrodzone moce! Wspaniała historia, Otto, dziękuję, że mi ją opowiedziałeś! - od początku śpiewaczka słuchała tej opowieści z zainteresowaniem i dała się jej pochłonąć. A gdy mnich skończył klasnęła w dłonie i wyraziła swój zachwyt. A ten wydawał się szczery.
- No i elfy! Elfy są takie piękne! Co prawda za bardzo zadzierają nosa i traktują nas jak małe, niezbyt mądre dzieci no ale istotom tak doskonałym mogłabym to wybaczyć. Zwłaszcza jakby to był ktoś tak wyjątkowy jak ta złota księżna. Włosy jak perły, oczy jak opale, biust jak marzenie i uda do nęcenia kochanków? No jak tu się nie zakochać w tak pięknej istocie! I ten mąż też musiał być niczego sobie jak zrobił takie wrażenie. I te zabawy z woskiem! Uwielbiam zabawy z woskiem! I inne też. Ah, jakże bym tam chciała być i hasać razem z nimi! - diwa z entuzjazmem komentowała tą właśnie usłyszaną opowieść chyba wcale nie przejmując się konwenansami. Nowo poznane koleżanki też uśmiechały się z życzliwością i kiwały głowami.
- Rzeczywiście Otto. Bardzo piękna historia. Jak widzisz udało ci się poruszyć naszego znamienitego gościa. Zresztą nie tylko jego z tego co widzę. - o Sorii można było próbować zapomnieć bo siedziała w narożniku i zwykle milczała. Teraz jednak gdy się odezwała jakoś dziwnie to przypominało ton władczyni jaka przemawia do swojego dworu i gości. W oczach widać było aprobatę a na ustach lekki uśmiech zadowolenia. Gdy się odezwała większość głów skierowała się ku niej i przyznała jej rację.
Mnich skłonił się przed divą.
- No cóż pani, chętnie spróbowałbym teatru kiedyś. Może byśmy mogli razem spróbować odegrać kilka scen. - Otto uraczył Odette łobuzerskim uśmiechem, po czym spojrzał na Sorię, kiedy ta się odezwała - Dziękuję czcigodna, mam nadzieję iż tobie też podobała się opowieść. Zważając, że większość kolonii elfów było nadmorskich, możemy być niedaleko ruin tego miasta.
- Elfy to są znacznie bliżej. Mamy małą kolonię morskich elfów u nas w mieście. Nawet z niektórymi udało mi się poznać nieco lepiej. Miałam koleżankę, Ilarię Świetlistą no ale niestety ona jest nawigatorem więc wiosną odpłynęła z miasta. Szkoda bo nawet się zaprzyjaźniliśmy. - Pirora odezwała się aby doprecyzować jak to na miejscu jest z tymi morskimi elfami. A kultyści mogli pamiętać, że czasem wspominała ową złotowłosą, elfią nawigator z jaką udało się jej zawrzeć w zimie cieplejsze relacje.
- U nas w Saltmundzie też bywają. Ale to te z lasu na zachodzie. Niestety nie tak często jakbym sobie życzyła ale za to podczas moich wizyt w Marienburgu spotkałam ich o wiele więcej. I w Erangradzie też. Wspaniała nacja, wspaniała. I taka piękna i dostojna. Wiele możemy się od nich nauczyć. - diwa pokiwała swoją miodową głową i też zdradziła co nieco o swoich doświadczeniach ze starszym ludem jaki nie był w Imperium tak popularny jak krasnoludy.
- A te sceny owszem, czemu nie. Zwłaszcza ta z woskiem no i jak macie tu jakieś ponętne elfki czy pięknych mężczyzn to oczywiście też bardzo chętnie ich poznam. Ale właśnie może macie tu jakieś rozrywki jakimi można by się uraczyć nie tylko w powieściach? Przyznam, że ta żałoba mi nie na rękę. Nie można organizować żadnych bali, przyjęć, polowań, fajerwerków ani koncertów. No chyba nie chcecie abym tu u was umarła z nudów? Jak sobie radzicie w tych okropnie nudnych warunkach? - diwa zwróciła się tym razem do otaczającej ich rzeczywistości i wydawała się zaciekawiona jak sobie tubylcy z nią radzą. Nie było tajemnicą, że Neus Emskrank nie ma co się pod tym względem równać ze stolicą prowincji z jakiej przyjechała gwiazda estrady o miodowych włosach.
Mnich chwilę się zastanowił, czekając czy ktoś zarzuci jakimś pomysłem. Po chwili znowu się odezwał.
- Niestety, tak jak spostrzegłaś milady, nasze miasteczko jest dość małe i nie oferuje wielu rozrywek, szczególnie teraz kiedy jesteśmy w żałobie. Ja dla zabicia tej wszechobecnej nudy zająłem się rysunkiem. Jeżeli to by cię zainteresowało, mogłabyś spełnić rolę modelki dla mnie i może, któraś z naszych koleżanek chciałaby spróbować sił, lub przyłączyć się do ciebie?
- Ja nie chwaląc się troszkę maluję Na przykład ta oto “Syrena” jest moja. Zaś ta oto rudowłosa piękność była moją modelką. Zaś Kristin, ta co nam otworzyła drzwi, użyczyła twarzy tej syrenie. - Averlandka podchwyciła temat bo malarstwo było jednym z jej koników. A sama aktywnie malowała jakiś obraz co jakiś czas. Zaś owa “Syrena” była jej pierwszym obrazem jaki namalowała w zimie jeszcze jak mieszkała w gospodzie zaraz po przyjeździe. Artystki teatralne z zaciekawieniem spojrzały na obraz atrakcyjnej półryby z niepokojacym, morskim tłem.
- Ładna. Podoba mi się. I taki śmiały, z odkrytymi piersiami. Śmiały, śmiały. Podoba mi się ta bezkompromisowość. I ty dziewczyno byłaś modelką? - diwa odezwała się po chwili kontemplacji dzieła sztuki. I obraz chyba przypadł jej do gustu. Po czym spojrzała w kierunku łotrzycy przebranej za tutejszą służkę.
- Tak milady. To był dla mnie prawdziwy zaszczyt i przygoda. Nigdy wcześniej nie byłam modelką. - Burgund uderzyła w usłużne, miłe dla ucha tony tak jak to by oczekiwano od dziewki służebnej zwracającej się do wielkiej pani. Ta skinęła głową i znów spojrzała na obraz. W końcu się uśmiechnęła chytrze.
- A wybacz kochana ale czy mogłabym porównać orygniał z malunkiem? - zapytała grzecznie gospodyni. Ta z uśmiechem pokiwała twierdząco głową.
- Ależ naturalnie kochana. Burgund pozwól no tu proszę. I pokaż no się jak pani sobie życzy. - szlachcianka o lekko piegowatej cerze i jasnych, blond włosach zwróciła się do koleżanki z kultu. Ta skinęła grzecznie, wstała i poprosiła Łasicę aby jej pomogła rozsupłać węzeł w gorsecie. Potem idąc na środek pokoju go zdjęła. A gdy już bła przed aktorką ściągnęła koszukę. I spod niej wyskoczyły jej jędrne, apetyczne grągłości. Diwa przywitała to z uśmiechem zadowolenia i rzeczywiście zaczęła porównywać z obrazem.
- Piękne. Naprawdę piękne. Obie się postarałyście. - pochwaliła zarówno modelkę jak i malarkę. Tą pierwszą wezwała gestem do siebie co Burgund skwapliwie wykonała. A von Treskow ochoczo zaczęła dłonią sprawdzać te jej obie wypukłości. Ku widocznemu zadowoleniu obu stron oraz tej obserwującej.
- No widzę, że macie tu coś ciekawego do roboty w wolnych chwilach. Może i bym była zainteresowana. Ale coś bardziej żywiołowego i emocjonującego? Bo jak jest leniwe popołudnie to można postać czy posiedzieć dla odpoczynku ale co zrobić jak energia nas rozpiera? - zapytała znowu miodowłosa zerkając po kolei na zebranych gości. Patrzyła na nich nieco ironicznym i wyzywającym spojrzeniem cały czas nie odrywając dłoni od piersi półnagiej modelki. A ta już zaczęła zdradzać pierwsze objawy podniecenia.
Mnich podszedł do Averlandki i delikatnie ją trącił.
- To twoje przyjęcie więc nie będę się wybijał. Może pokażmy jej loszek?
- Myślisz? - odszeptała nieco piegowata blondynka. Przygryzła wargę w zamyśleniu i spojrzała pytająco na Fabienne. Ta zaś znów na diwę jaka z widoczną wprawą bawiła się jędrnymi wypukłościami Burgund z czego obie strony zdawały się czerpać sporo przyjemności.
- Możemy. Tylko dajcie mi chwilę bo ja się muszę przebrać na te zabawy w loszku. - powiedziała czarnowłosa na co blondynka skinęła głową. Bretonka zaś wstała i przeprosiła mówiąc, że zaraz wróci. Wstała i wyszła z salonu ale chyba tym nikt się nie przejął. Więc Pirora chciała jej chyba kupić więcej czasu.
- Zapewniam cię Odette, że Burgund tam na dole też ma całkiem ciekawe rzeczy. - zwróciła się do nowej koleżanki. Tą to widocznie zainteresowało.
- Doprawdy? - zapytała spoglądając z zaciekawieniem na dół modelki skryty pod suknią. Ta zaś uśmiechnęła się sympatycznie, skinęła głową i zaczęła gmerać przy zapięciu sukni. Po chwili ściągnęła ją i odrzuciła na wolne krzesło. Zaś sama stanęła w nieco wyzywającej pozie w samej bieliźnie, trzewikach i pończochach.
- No kochanie, rzeczywiście wyglądasz jak modelka. - rzekła zachwycona jej figurą aktorka bez skrupułów oglądając każdy widoczny detal kobiecej anatomii. A ta równie chętnie prezentowała swoje wdzięki.
Mnich podążał za wzrokiem aktorki po czym zerknął na Pirorę i Łasicę.
- Nie tylko ona ma nie lada kształty do pokazania. Przyłączycie się do Burgund moje drogie?
- Ja to może na dole. - zaśmiała się cicho młodziutka Averlandka. Pomysł chyba jej się spodobał ale jednak starała się trzymać wyznaczonej roli. Łasica zaś miała minę jakby ją kamratka wykolegowała i teraz pierwsza ma okazję skorzystać z zainteresowania sławnej diwy. Spojrzała pytająco na gospodynię a ta wzruszyła ramionami jakby oddawała jej pałeczkę decyzyjności. Jeszcze Marissa zwróciła na siebie uwagę gdy na chwilę przeprosiła i wyszła z salonu. Zaś liderka slaaneshytek wstała i podeszła do stojącej na środku dwójki.
- Proszę tylko spojrzeć milady, klacz pierwsza klasa. Do tego już wytresowana i wyuczona różnych sztuczek. - zachęciła Łasica stając za swoją prawie nagą koleżanką i prezentując jej wdzięki niczym sprzedawca zachwalający swój najlepszy towar. Gdy prezentowała jej posłuszeństwo bezceremonialnie złapała za rude włosy a właścicielka chociaż jęknęła cicho to dała się prowadzić tej dłoni. Co więcej całkiem przyjemnie dla oka i ucha jęknęła. Podobnie gdy dłonie włamywaczki ścisnęły jej medalowe półkule aby pokazać jakie są zdrowe i jędrne. A potem gdy dłoń koleżanki zjechała na dół w jej bieliznę albo gdy mocno trzepnęła ją w pośladki.
- O, bardzo ładny tatuaż. - diwie chyba spodobało się to małe, prywatne przedstawienie bo patrzyła na to ze spojrzeniem pełnym satysfakcji i aprobaty. Zwróciła też uwagę na wężowy tatuaż jaki wyhylał się na podbrzuszu spod bielizny półnagiej łotrzycy. I wydawało się, że cała trójka ma się ku sobie więc już opowieści Laury czy Onyx co się działo u nich w zamtuzie wydawały się teraz bardziej realistyczne. Ale konsumpcję tego pokazu przerwał oklask blond gospodyni.
- Może się tak nie rozpędzajmy. I skonsumujmy ten posiłek w dogodniejszym miejscu. - powiedziała Pirora i wstała z miejsca. Obie artystki wydawały się być tym zaciekawione podobnie jak panna van Zee. Prawie wszyscy wstali i podążyli za swoją averlandzką przewodniczką robiąc wesoły tumult gdy schodzili najpierw na parter a potem do piwnicy.
-
Oryginalny autor: Seachmall
- No wreszcie zaczyna się dziać coś ekscytującego. Tak myślałam, że jak macie te dwie ślicznotki to wiecie jak lubię się zabawić. - oznajmiła rozbawiona lady Odette wskazując na dwie pracownice zamtuza jaki ostatnio odwiedziła. Te roześmiały się wesoło kiwając głowami. Ale już zeszli na poziom piwnicy i van Dake poprowadziła do drzwi jakie kultyści dobrze znali ale reszta była tu pierwszy raz.
- Wiem, że mamy tu prowincjonalne warunki więc błagam o wybaczenie, robiłam co mogłam aby urządzić to miejsce w przytulny kącik. Będę wdzęczna za wszelkie pomysły i uwagi tak światłych dam z naszej stolicy co można by jeszcze poprawić. - odparła blondynka niczym znakomity wodzirej zapowiadający główny gwóźdź programu. Chyba się udało bo trójka szlachcianek wydawała się jawnie zaciekawiona. Po czym van Dake otwarła drzwi i weszła do swojego prywatnego loszku. A za nią reszta. Oczywiście kultyści już tu bywali przynajmniej po kilka razy ale trójka nowych gości była tu pierwszy raz. Więc dopiero teraz miały okazję widzieć te wszystkie klatki, pejcze, obroże, haki i resztę wyposażenia do niewolenia bliźniego dla obópólnej satysfakcji.
- Ależ to jest bardzo piękne! No! Nareszcie jakieś miejsce warte odwiedzenia na tym krańcu świata! Właśnie na takie rozrywki liczyłam! - Odette roześmiała się szczerze i zachowywała się jak mała dziewczynka co musi wszystkiego dotknąć, zobaczyć, podnieść, obejrzeć nawet jeśli takie zabawki na pewno nie powinny się znaleźć w rękach bogobojnych obywateli.
- To ty masz takie rzeczy? I nic nie mówiłaś? - Kamila wydawała się być nie mniej zdziwiona wyposażeniem tego prywatnego lochu koleżanki. Zwłaszcza, że znały się od zimy całkiem dobrze ale tym blondynka dotąd jej się nie pochwaliła.
- Fabi? Ty też? Ojej jak ślicznie wyglądasz! - diwa odkryła bladolicą Bretonkę jaka rzeczywiście się przebrała. W kostium ślicznej pokojówki jaki ładnie podkreślał i jej usłużną rolę i kobiece kształty.
- Fabi jest u nas najnędzniejszą z nędznych i najpodlejszą z podłych. I uwielbia to. Więc proszę sprawcie jej i sobie przyjemność i używajcie jej jak tylko macie ochotę bo inaczej będzie jej przykro. - powiedziała pół żartem pół serio gospodyni a bretońska koleżanka roześmiała się szczerze i ochoczo potwierdziła to kiwaniem swojej czarnej głowy.
Mnich podążył za zgromadzeniem. Loszek już nie robił na nim takiego wrażenia. Spojrzał na slaaneshytów i innych gości, którzy za nimi podążyli. Zwrócił się bezpośrednio do lady Odette i Kamili.
- Cieszymy się, że będziecie dziś z nami. Dziś jest wyjątkowy dzień. Ciągła żałoba nie pozwala nam na dużo, a ostatnio wzięła nas chęć na odrobinę romantyzmu. Dzisiejszego dnia odbędą się śluby naszej małej rodzinki. Oczywiście zapraszamy, aby również wziąć udział.
- O, śluby? Cudownie! Uwielbiam śluby! A kto z kim? - Odette klasnęła w dłonie z ekscytacji i radości. Kamila pokiwała głową, że się z nią zgadza i też czekała na odpowiedź podobnie zaintrygowana jak jej ulubiona diwa sceniczna. Violette zaś cały czas wydawała się najbardziej milcząca i stonowana.
- A to zobaczymy. Podążając pomysłem naszej przepięknej Sorii, odbędzie się losowanie par. Wszelkie mieszanki dostępne. - zapewnił mnich - To oczywiście nic wiążącego.
Gościnnie zaproszone damy zdziwiły się tym pomysłem. Ale spojrzały pytająco na czerwoną milady. Ta dostojnie skinęła głową uśmiechając się przy tym oszczędnie.
- Ale to te śluby to tak między sobą? Ale przecież tu są prawie same kobiety! - diwa chciała się upewnić czy właściwie rozumie ideę owych zaślubin.
- I to z różnych klas społecznych. - dorzuciła van Zee bo chociaż część z nich należała do szlachty to łotrzyce czy ladacznice już na pewno nie.
- Ty tylko taka zabawa. Dla rozrywki. Na dzisiejsze spotkanie. Ale mamy też paru kolegów gdyby ktoś wolał. Albo do celebracji tych zaślubin. - Soria wyjaśniła jak to sobie wyobrażają przy okazji wspominając, że nie wszyscy goście to ci co właśnie przyszli z salonu na piętrze.
- Oh! Śluby pomiędzy kobietami! Ależ to cudowny pomysł! Bardzo ekscytujące! Oczywiście, że bardzo chętnie wezmę w tym udział! No wreszcie tu dzieje się coś interesującego! - zawołała radośnie Odette jakby stała u progu nowej przygody.
- No jak to taka zabawa to ja też bym mogła spróbować. - zgodziła się ciemnoskóra córka kapitana portu.
- Bardzo wam dziękujemy i jesteśmy wdzięczni, że do nas dołączycie. - wężowowłosa milady podziękowała grzecznie swoim nowym gościom i dała znak aby przyprowadzić grupkę czekającą dotąd w kuchni. Zaś Pirora zaczęła robić karteczki z numerami aby przygotować tą ślubną loterię.
Mnich wyjaśnić kilka spraw.
- Jako jedyny z naszej grupki z jakimkolwiek powiązaniem z klerem, będę prowadził ceremonię. Będzie podążać typowymi tradycjami, ale odrobinkę je modyfikujemy, aby dodać wszystkiemu pikanterii. Po zaślubinach planujemy przejść od razu do nocy poślubnej, masowo oczywiście. Tylko ostrzegam, pomysł jest Sorii gdyż lubuje się w podbieraniu pań młodych ich wybrankom, więc proszę się nie dziwić jeżeli dokonacie aktu cudzołóstwa już pierwszej nocy.
- Ja myślę, że akt cudzołóstwa byłby dla mnie zaszczytem i ogromną przyjemnością! - Kamila zapewniła gorliwie patrząc z uwielnieniem na czerwoną milady. Ta skłoniła jej się lekko i dostojnie ale jak zwykle powstrzymała się od gwałtowniejszych reakcji.
- Brzmi bardzo ekscytująco. Zdam się na was jak już macie to obmyślone. Obiecuję nie grymasić i się nie fochać. - obiecała Odette równie zadowolona z takiej nowej przygody.
- W takim razie zapraszam do mnie, muszę was policzyć i będziemy losować kto poślubi kogo. A ty Otto przygotuj się do ceremonii. - Pirora zaprosiła gestem i głosem do siebie. Koleżanki chętnie się przy niej skupiły i dało się poznać radosny tumult przyjemnego oczekiwania gdy trwało tam to liczenie i wrzucanie małych karteczek do niewielkiej czary. Zaś Łasica w tym czasie przyprowadziła grupkę czekającą do tej pory w kuchni. Oprócz mutantek. Podeszła do Otto i nachyliła się do niego.
- A co z dziewczynami? Na razie ich nie sprowadzałam. Mam je tu przyprowadzić? - szepnęła cicho wskazując wzrokiem na trójkę szlachcianek spoza zboru. Bo przybycie trójki khornitów z których jedna była smukłą, czarnowłosa kobietą dorzuciło swoje trzy grosze do radosnego szczebiotu szlachcianek.
Mnich się chwilę zastanowił. Po czym stanowczo kiwnął głową.
- Przeproś je tylko ode mnie, że nie będą paniami młodymi. Będą natomiast pomagać mi w ceremonii. Sprowadź je tutaj bez koszul, ale ciągle w spódnicach, bez majtek.
- Dobrze. - Łasica zgodziła się i szybko z powrotem wyszła na zewnątrz. A tymczasem trwał radosny harmider gdy los dobierał kolejne pary. Onyx z Kamilą, Łasicy przypadła Odette czym ta pierwsza wybuchnęła triumfalnym śmiechem jakby już wygrała główną nagrodę. Burgund przypadła Fabienne, Annika z Laurą zaś ostatnią wylosowaną parą miały być Marissa i Pirora. Vilette wolała przyjąć rolę obserwatora no a milady Soria jaka miała zamiar podbierać panny młode niejako miała być poza tym wszystkim. Reszcie przypadła rola świadków tej uroczystości. Chociaż wyglądało na to, że i im przypadnie w udziału komsupcja związku nowożeńców nawet jeśli nie od samego początku. Zresztą chyba obie strony na to liczyły. W końcu przyszły też Dorna i Lilly, na w pół rozebrane i nieco onieśmielone ale i zaciekawione panującą tu radosną atmosferą.
Mnich wyciągnął ręce do dwóch mutantek.
- Podejdźcie moje drogie. - ujął dłońmi naznaczone kobiety i ustawił je odpowiednio Dornę po swojej lewej a Lilly po prawej, zwrócił się również do nich cicho - I nie bierzcie sobie do serca co teraz powiem.
Mnich odchrząknął.
- Przedstawiam wam Lilly i Dornę. Dwie kobiety, których zepsucie i rozpusta duszy naznaczyła ich ciała. I my dziś zaskakujemy w tym zepsuciu. - Otto uśmiechnął się - Celebracja będzie wyglądała następująco. Zadam wam, wszystkim bo nie ma co tego przeciągać, dwa pytania, na które odpowiecie potwierdzająco. Następnie pozwolę wam na pocałunek, po czym ucałujecie biust Dorny na znak miłości do kobiecości i piękna, a potem berło Lilly na znak zepsucia i rozpusty. - uścisnął pośladek kopytnej mrucząc jej do ucha - Pokaż im swoje berło… - pozwalając aby jego ciepły oddech popieścił ucho i kark mutantki.
- Tak? No dobrze. - Lilly odszepnela nieco niepewnie. Przesunęła się spojrzeniem po twarzach młodych kobiet jakie ich otaczaly. Większość z nich znała a one ją. W końcu były z tego samego zboru i już nie raz się razem bawiły. Ale trójka szlachcianek była tu pierwszy raz i spotykały się pierwszy raz. A wiadomo było, że objawy zepsucia powinno się pietnowac, zwalczać i niszczyć. Więc mutantka była niepewna ich reakcji. A ta była różna.
- O, jaka ciekawa karnacja. I fryzura. - Odette z zaciekawieniem i bez skrępowania przyglądała się półnagim odmieńcom. Póki były w spódnicach to szarość i kolce Dorny bardziej rzucały się w oczy. - A ty masz piękne włosy. Takie nietuzinkowe. No i nie tylko włosy. - przyjrzała się Liliowłosej i chyba nie tylko uroda jej twarzy przypadła jej do gustu.
Po minie Violette niewiele można było wyczytać. Poza uważnym skupieniem. Za to Kamila miała dość niepewna minę. Jakby nie wiedziała co zrobić i powiedzieć. Ale podeszła do niej Soria i wręczyła jej kielich co na chwilę odwróciło jej uwagę.
To chyba dodało otuchy Lilly bo uśmiechnęła się i zaczęła gmerać przy zapięciu spódnicy. W końcu przesunęła rozcięcie tak aby było na środku i jak tam wsadziła dłoń to wydobyła swoje przyrodzenie jakiego kobieta mieć nie powinna. Oczywiście kultyści o tym wiedzieli ale znów nie było wiadomo jak się zachowają goście.
- Oo! To ty dziewczyno jesteś aż tak uzdolniona? I to widzę całkiem sporym talentem. Aż się nie mogę doczekać aż będę mogła go spróbować. - miodowłosa zamrugala swoimi pomalowanymi powiekami i rzęsami ale wciąż wydawała się podekscytowana jak u progu nowej przygody. Białowłosa impresario nadal milczała chociaż uśmiechnęła się lekko kącikiem czerwonych ust. I tylko ciemnoskóra córka kapitana portu wydawała się coraz bardziej zmieszana.
- Ale… Ale to jest… - wydukała mając kłopot z wysłowieniem się.
- Dar od bogów. Bardzo rzadko się to zdarza ale czasem trafi się ktoś wyjątkowy. Cieszę się, że Lilly jest to razem z nami. Mam zamiar później jej skosztować. Mam nadzieję, że przyłączysz się do mnie? Byłoby mi bardzo przyjemnie. - Soria zaczęła swoje wężowe zaloty delikatnie przesuwając palcem po odkrytym ramieniu Kamili i mrucząc jej do ucha. Ta jeszcze chwilę wahała się ale w końcu dała się skusić na harce ze swoją ulubioną milady. Za co dostała w nagrodę czuły, delikatny pocałunek w swoje pełne usta. Łasica krzyknęła coś triumfalnie i dała znak aby panny młode ustawiły się do ceremonii.
- To jest coś czego zaznasz jedynie z nami, moja droga - zapewnił mnich. Kiedy pary zebrały się przed nim uniósł ręce ku górze.
- Moi kochani, zebraliśmy się dzisiaj, aby połączyć zebrane przede mną kobiety w pakcie hedonizmu I rozkoszy. Rozpustnice, czy przysięgacie wziąć wybraną wam kochankę i czerpać z niej tyle przyjemności, ile bólu? Piękna, co ochydy? Ekstazy, co głodu?- Tak, przysięgamy! - odezwał się chór kobiecych głosów. Chociaż niezbyt składny i z różnym natężeniem. O ile większość ladacznic ochoczo poddała się nastrojowi chwili to taka Annika czy Kamila wciąż wydawały się mieć wątpliwości. Jednak nie na tyle aby odstąpić od zabawy w zaślubiny.
- Oj, tak, przysięgam, że cię wezmę! Chodź tu! - Łasica odkąd wylosowała Odette wydawała się wręcz pijana od tej radości. I nie omieszkała tego udowodnić gdy wreszcie miała okazję skonsumować ten związek. Złapała miodowłosą i zdecydowanym ruchem przyciągnęła do siebie po czym wpiła się w jej usta swoimi. Chociaż tak często łotrzyca lubiła w takich zabawach być pokorna i uległa to tym razem to wszystko znikło. I zdradzała ona cechy lidera jaki może zdominować swoją partnerkę jak i resztę grupy. Zaś von Treskow chyba nie była temu przeciwna i nadal traktowała to jak wspaniałą zabawę. Dała się złapać łotrzycy i całkiem chętnie oddała jej długi, namiętny pocałunek. Aż reszta panien młodych zaczęła bić brawo zupełnie jakby uznały ją za parę główną.
Onyx też potrafiła być dominująca i taką rolę zwykle przybierała wobec swoich klientów u siebie w zamtuzie. A więc też przejęła inicjatywę z ciemnoskórą szlachcianką. Ale z wyczuciem i bez nachalności bo mimo bliskości Sorii milady van Zee jeszcze nie całkiem oswoiła się z sytuacją. Usta i dotyk kurtyzany zdawał się jej pomagać w oswojeniu się z tym wszystkim. Burgund i Fabienne miały ze sobą nie pierwszy raz do czynienia więc też wszystko poszło gładko. Obie okazywały sobie wiele uczucia i zaangażowania, że aż miło było popatrzeć. Laura Larwa i czarnowłosa służka bretońskiej małżonki imperialnego kapitana spotykały się po raz pierwszy. I tutaj też ta bardziej doświadczona w takich sprawach kurtyzana zaczęła swoje manewry. Herold Norry z początku była dość oszczędna w ruchach i okazywaniu emocji ale cierpliwość i umiejętności partnerki sprawiły, że dość szybko zaczęła zdradzać większe zaangażowanie. Zaś Priora i Marissa przypadły sobie do gustu od początku i różnica w oficjalnym statusie społecznym nie miała dla nich żadnego znaczenia.
Po tych pierwszych pocałunkach i uściskach przyszła kolej oddać cześć dwóm asystentkom Otto. I znów pierwsza wyrwała się Łasica. Pociągnęła ze sobą Odette i razem stanęły przed szaroskórą. Ta popatrzyła na nie trochę niepewnie ale pewność siebie i naturalny wdzięk Łasicy zrobiły swoje. Sama z siebie pocałowała ją mocno w usta po czym schyliła się aby oddać cześć jej odkrytym piersiom o nietypowej i raczej mało zdrowej barwie. Na koniec roześmiała się i klepnęła mutantkę w tyłek co naturalnie rozluźniło atmosferę. Po niej miodowłosa partnerka bez skrupułów postąpiła podobnie. Co mocno pomogło rozluźnić się Dornie.
- Pokaż Lilly co ty tu dla nas masz dzisiaj. - powiedziała łotrzyca przystając przed liliowłosą. Też zaczęła od pocałunku i było widać i czuć, że mają się ku sobie. Stojący obok Otto widział wszystko z pierwszego miejsca i czuł. Czuł przyjemny aromat jakiego jeszcze przed chwilą tu nie czuł. Kopytna tak pachniała gdy zaczynała się rozgrzewać i pocić z podniecenia. Po czym włamywaczka uklękła przed nią i uroczyście pocałowała sterczące przyrodzenie koleżanki. A nawet więcej! Wzięła je w usta po całości ku obopólnej satysfakcji co jeszcze bardziej podgrzało atmosferę. Po niej zaś Odette postąpiła podobnie. Wydawało się, że bawi się świetnie i obecność mutantek nie robi na niej wrażenia a nawet uważa to za świetną zabawę.
Po tej pierwszej parze kolejne stawały przed obiema mutantkami i składały hołd ich plugawości. Ponownie Kamila się przed tym zawahała ale niezawodna czerwona milady dała jej przykład gdy sama z lubością pocałowała usta i piersi Dorny. A później sterczącą męskość liliowłosej kobiety. Widząc to córka kapitana portu przełamała swoje opory i poszła w jej ślady. Oficjalny pierwszy etap zaślubin dobiegł więc końca. Zaczęto wznosić wiwaty i składać sobie gratulacje jakby to były prawdziwe zaślubiny.
Otto przyłączył się do gratulacji po czym objął w pasie obie mutantki i zbliżył się z nimi do grupy "nowożeńców".
- Cieszy mnie wasze uradowanie, ale zwlekaliśmy już chyba wystarczająco. Pora na noc poślubną! - z tym pchnął delikatnie obie naznaczone kobiety w sam środek zgromadzenia, sam natomiast delikatnie się cofnął i podszedł do Sorii.
- Poszło lepiej niż sądziłem. Dziękuje za wsparcie przy Kamili, czcigodna.- Oh nie ma za co. Młodziutka jeszcze jest i niewiele jeszcze widziała. A niewiele miałam czasu aby ją do nas przekonać po całości. Liczę, że dzisiaj i później troszkę się przekona do nas bardziej. - milady jak to miała w zwyczaju nieco wycofała się z największego tumultu aby móc obserwować całą grupkę swoich dwórek i gości.
- Bardzo ładna ceremonia Otto. Jak chyba zresztą sam widzisz spodobała się. Zaskakująco dobrze. - slaaneshowa syrena w swojej ludzkiej formie nie wyróżniała się odmiennością od innych młodych kobiet. Spojrzała w kierunku Violette jaka też obserwowała scenę ale sama nie zamierzała się w nią chyba mieszać. W przeciwieństwie do jej przyjaciółki z jaką przyjechała do miasta. Odette bowiem bardzo ochoczo zaczęła etap personalnej integracji zupełnie jakby co tydzień tutaj bywała. Wcale po niej nie było widać wstydu czy zachamowań. Kamila też powoli się rozkręcała ale na pewno nie tak szybko jak estradowa diwa. Nieco na uboczy stała lub siedziała męska część tego zebrania chłonąc to widowisko jakie rozbudząło emocje. Na razie Tobias, Rune, Silny czy Joachim mieli role widzów ale chyba nawet im to odpowiadało, że koleżanki zaczęły tą zabawę same. Zwłaszcza jak mieli obiecany współudział nawet jeśli nie od razu.
Zaś dwie mutantki szybko znalazły się w centrum uwagi i dzięki pomocy licznych koleżanek ze zboru poszło to całkiem gładko. Dornie pomogły zdjąć suknię i gdy ta stała wśród nich bez niczego Fabienne całkiem ochoczo uklękła przed nią i zaczęła jej dogadzać ustami. Za to Lilly wzbudziła nieco więcej zamieszania. Gdy bowiem zdjęła długą spódnicę ukazały się jej nogi. Nawet obwiązanie onucami nie mogło tego ukryć. Nie było widać kopyt ani różowego futra ale sam kształt raczej zwierzęcych pęcin niż ludzkich łydek rzucał się w oczy.
- Oo, to tu jeszcze tak masz? Oj Lilly jesteś pełna niespodzianek! - Odette szybko to zauważyła ale chyba wzięła to za dobrą monetę. Chętnie dotknęła odkrytych ud i zjechała niżej na te onuce. Obie łotrzyce pomogły je ściągnąć i nawet gdy już ukazała się sromota koleżanki, jej futrem pokryte łydki i kopyta aktorki jakoś to nie przeraziło. Roześmiała się serdecznie i z lubością zaczęła dotykać tego miękkiego futra. A gdy znów nieco się uniosła aby dobrać się znów do przyrodzenia stojącej nad nią kobiety odkryła wężowe znamię jakie tam się znajdowało.
- Bardzo ładny wzorek kochanie. - pochwaliła ją nim nie wyraziła swoich pochwał w bardziej dosłowny sposób. I zabawa zaczęła się już na całego. Panny młode i obie mutantki coraz bardziej mieszały się ze sobą rozdziewając się nawzajem z ubrań i tworząc coraz to mniejsze grupki, pary i trójkąty. Jeśli któraś zdradzała wcześniej jakieś opory czy wątpliwości to teraz nie było po nich śladu. Wężowy duch opanował je całkowicie i wszystkie oddały się bezecnemu wyuzdaniu.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 47 - 2519.07.19; fst; przedpołudnie - zmierzch
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.19; Festag; popołudnie
Warunki: salon, gwar głosów, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; umiarkowanie (0)Wszyscy

https://i.imgur.com/OsgrRq2.jpg
Humory dopisywały. Ale nie było się co dziwić. Zwykle jak ludzie byli na świeżo po smakowaniu i poznawaniu swoich ciał to opanowywało ich przyjemne rozleniwienie i poczucie wspólnoty. Tak było i tym razem. Więc gdy się bez pośpiechu i po kawałku pstrokate towarzystwo znów zebrało w salonie gospodyni tym razem był tu już wstawiony i nakryty stół przy jakim mogli rozsiąść się goście. Nie wszyscy jeszcze byli w pełni ubrani jak wówczas gdy się spotkali tu kilka dzownów temu zaraz po przyjeździe ze świątyni aby odprawić “psalmy żałobne na cześć przedwcześnie zmarłej księżnej - matki”. Teraz jak znów tu siedzieli tylko przy wspólnym stole to wciąż było widać smukłe udo tam, zbyt odkryty dekolt tu i panowała bardzo przyjacielska atmosfera. Wyglądało na to, że wszyscy uczestnicy zabaw w prywatnym loszku Pirory bardzo się ze sobą zbratali. Więc przy obiedzie dominowały uśmiechy, anegdotki i sprośne dowcipy. Nawet khornici zostali na ten obiad i wydawali się być zintegrowani z resztą grupy nawet jeśli większość z nich stanowiły slaaneshytki. Na świeżo wspominano sobie różne zabawne lub godne zapamiętania urywki z własne zakończonych zabawy.
- To diwy teatralne mają takie ładne i odważne tatuaże? - pytała zaciekawiona Łasica swojej panny młodej. Bo gdy orgia na dole się rozkręciła na tyle aby pozbyć się swoich ubrań to okazało się, że miodowłosa aktorka ma nietypowy ale wymowny tatuaż na swoim łonie. Nieco niżej niż obie tutejsze łotrzyce, na tyle nisko, że bieliza powinna go skutecznie zasłonić i przecież na co dzień nie biegało się w samej bieliźnie. Tatuaż przedstawiał ponętne, czerwone usta w koronie, kusząco rozchylone co bardzo przypadło do gustu nie tylko łotrzycom. Otto zaś mógł na własne oczy przekonać się, że podobnie ozdobione kobiece łono widywał w swoich snach chociaż wtedy nigdy nie widział twarzy właścicielki.
- Mam nadzieję, że nie! Przecież po to go sobie zrobiłam aby był wyjątkowy! - roześmiała się von Tresckow i z rozbawieniem przysunęła do ust swojej małżonki widelczyk z kawałkiem ciasta. Co ta przyjęła z ochotą, że aż przyjemnie było popatrzeć.
- No a nasza milady to oh i ah! Palce lizać! Tak mnie wytrzęsło, że myślałam, że mi mózg wyskoczy. Ale oczywiście gdyby milady miała ochotę na powtórkę to jestem do całkowitej dyspozycji! - Odette też nie mogła się nachwalić nad żywotnością i urodą córy Węża. Nawet nie przestraszyło jej to gdy ta nieco zmieniła swój wygląd, dokładnie to obdarzyła się sama jak najbardziej męskim przyrodzeniem. I to bardzo dorodnym. A potem tak jak zapowiedziała dopilnowała aby panny młode miały uda ściekające od jej nasienia. Właściwie nie tylko uda. I trudno było się pogubić w tym galimatiasie ciał czy naprawdę każda panna młoda miała z nią przyjemność ale jeśli nawet nie to chyba niewiele brakowało. A przy stole coś żadna nie skarżyła się ani nie miała zażaleń. Chociaż takie sztuczki już jawnie zdradzały jej nadnaturalne pochodzenie lub posługiwanie się jakąś plugawą magią.
- Cała przyjemność po mojej stronie. Mam nadzieję, że wiesz, że jesteś tu zawsze mile widziana. Jak zresztą także wy moje piękności. Oczywiście będę zaszczycona jeśli będziecie łaskawe o mnie pamiętać przy jakichś wizytach. - wężowowłosa chociaż dopiero co wróciła z harców w loszku jako jedyna wydawała się zachowywać mniej więcej nienaganny wygląd. Chociaż jej pełny biust wystawał kusząco frywolnie ukazując stanowczo zbyt dużo jak na damę z dobrego domu. Przy niej jednak jej dwórki i goście były w znacznie bardziej zdekompletowanych ubiorach bo jeszcze nikomu nie chciało się ubrać porządnie jak do wyjścia. Ten moment jednak zbliżał się i pewnie po wspólnym obiedzie ludzie zacznął się rozchodzić do swoich domów i spraw.
- My też jesteśmy gośćmi szacownego Herr van Zee i jego wspaniałem córki. - Violette wskazała na ciemnoskórą piękność jaka niedawno harcowała w loszku razem z nimi. Wydawało się, że jej zauroczenie wężową milady trwa i dla niej skłonna jest na bardzo wiele. Łącznie z uczestnictwem w wyuzdanych orgiach w prywatnym loszku koleżanki.
- Naturalnie, możecie mnie odwiedzać nawet bez zaproszenia. Wcale nie musimy czekać na wieczorek poetycki. Przecież to w drugiej połowie tygodnia! - Kamila była skora do podtrzymania znajomości i zażyłości na obecnym etapie. I gorliwie obiecała zrobić co się da aby znów móc przeżywać takie przygody zwłaszcza z wężową milady.
- To może jutro? Fabi nas odwiedza w Wellentag. Uczymy się obcych języków. Ja ją uczę estalijskiego a ona mnie bretońskiego. Przynajmniej tak oficjalnie po to się spotykamy. - Pirora od razu zaproponowała spotkanie na dzień jutrzejszy.
- Jeśli o mnie chodzi to jestem jak najbardziej za! Uwielbiam wam służyć! To takie poniżające i ekscytujące! - Bretonka była jedną z tych które ubrały się najmniej i wciąż siedziała w skórzanej obroży z podpiętą smyczą jakby chciała w niej pochodzić jak najdłużej. Zrobiło się głośniej i weselej gdy tak padały kolejne propozycje spotkań i sposoby jak by można obejść zakaz spotkań i wesel z powodów żałoby. Wydawało się, że szlachetnie urodzone damy mają całkiem sporo pretekstów aby się ze sobą spotkać. A co by robiły podczas tych prywatnych spotkań to już była ich sprawa. Jednak te właśnie zakończone zabawy dawały pewne pojęcie jak to może wyglądać w sprzyjających okolicznościach. Ludzie spoza śmietanki towarzyskiej mieli tutaj trudniej bo aby zachować pozory trzeba było za każdym razem wymyślić jakąś wymówkę aby ktoś taki miał się spotkać z taką nadobną szlachcianką.
- Cudownie było was spotkać. Nawet nie wiecie jak się obawiałam, że nie będzie tu dla mnie żadnych rozrywek na odpowiednim poziomie. Na szczęście widzę, że Pirora i Soria stanęły na wysokości zadania z nawiązką. Cudowne przyjęcie! Dawno się tak dobrze nie bawiłam! - diwa o miodowych włosach miała naturalny autorytet i dar do koncentrowania na sobie uwagi. Poza tym już wszyscy wiedzieli jak znaczna jest to persona więc mało rozsądne było ją ignorować. Zwłaszcza jak się dopiero co wspólnie z nimi bawiła tam na dole.
- Bo widzicie ja miałam sny. Już u nas w Saltmundzie. I te sny mnie skierowały tutaj. Bardzo pięknie wyuzdane sny! Uwielbiam takie! No i te sny mi obiecały tutaj rozkosze jakich jeszcze nie zaznałam. A muszę wam powiedzieć, że zaznałam ich bardzo wielu więc to wysoki próg do przekroczenia. No i widzę po dzisiejszym dniu, że chyba jednak sny nie zażartowały sobie ze mnie. I mam nadzieję, że to nie wszystko na co was stać ale powiem wam, że ten pierwszy raz z wami był wyborny. - Odette nie mogła się nachwalić tego przyjęcia i wydawała się być nim w pełni usatysfakcjonowana. Aż promieniała uśmiechem i wesołym spojrzeniem bo zebranych przy wspólnym stole twarzach.
- To prawda. Chciałyśmy spotkać kogoś takiego jak my. Ale nie miałyśmy żadnego punktu zaczepienia. Przyjechałyśmy w ciemno. Ja rozpoznałam ten zamtuz gdzie pracowały dziewczyny ze swoich snów dlatego tam zaczęłyśmy. Wiedziałam, że prędzej czy później wiadomość dotrze do właściwych osób skoro właśnie ten zamtuz mi się śnił. I dlatego musiałyśmy narobić takiego rabanu z tym zamtuzem aby zwrócić na siebie uwagę. Więc jak dzisiaj zobaczyłyśmy tu Laurę i Onyx to wiedziałyśmy, że jesteśmy na dobrej drodze. - Vilette chociaż była o wiele bardziej skryta niż jej koleżanka z teatru to tym razem odezwała się bardziej wylewnie. Obecność dwóch mutantek podczas zabaw jakie wydawały się być zaprzyjaźnione z bywalcami tutejszego loszku oraz czerwona milady co w razie zachcianki mogła być nie tylko kobietą też mogła dać im do myślenia.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Morka ; przed kamienicą
Czas: 2519.07.19; Festag; zmierzch
Warunki: - ; na zewnątrz: dzień, deszcz, powiew; nieprzyjemnie (0)Otto i khornici

https://i.imgur.com/AjmaREr.jpg
- To tutaj. Tamta brama. - Silny wskazał brodą na widoczną kilka domów dalej wejście. Chyba nie miało zamkniętej bramy i zapewne prowadziło gdzieś na podwórze i całe zaplecze kamienicy.
- To te okna co się świecą. To oni. - herszt okryty kapturem dodał pokazując na widoczne prostokąty oświetlonych okien. Wyglądały dość zwyczajnie. Jak na tą okolicę. Było blisko rzeki, w Południowej Dzielnicy a więc mało ciekawe rejony. Wciąż było widno bo była końcówka dnia. Ale się rozpadało. Deszcz monotonnym rytmem bębnił o bruk, ściany, dachy i kaptury przechodniów. A jeszcze jak jedli obiad u Pirory to było tak słonecznie i przyjemnie! Deszcz jednak nie psuł dobrych humorów. Zabawa na Burstzynowej 17 była przednia i nawet gdy już wyszli na zewnątrz i zostali we własnym gronie to nie było słychać powodów do narzekań. Wręcz przeciwnie! Nawet Silny wydawał się tryskać pozytywną energią. I oczywiście nie mogli przez drogę oszczędzić sobie komentarzy.
- A widzieliście jak ją brałem? Tą Bretonkę. Ale z niej dziwka! Jakbym ją zobaczył w burdelu albo na zapleczu “Kociołka” w ogóle bym nie powiedział, że to szlachcianka! Zwłaszcza jakby była goła! A specjalnie brałem ją na ostro i to wiecie nie tylko tam gdzie he he należy i nic nie jęczała, że nie można albo nie chce! Tak, dobra z niej dziwka. Jak będę następnym razem to też ją wezmę. - Silny do tej pory chyba nie miał za bardzo przyjemności z lady Fabienne to pewnie nawet jak coś słyszał o jej upodobaniach od koleżanek to pewnie nie uwierzył. Dopiero dzisiaj miał okazję się przekonać jaka ona jest i bladolica żona tutejszego kapitana musiała zrobić na nim pierwszorzędne wrażenie. Przynajmniej tak pod kątem korzystania z alkowy. No i chyba nawet podczas takich zabaw w loszku on i Łasica starannie się omijali ale na szczęście dla nich obojga z resztą nie mieli takich spięć i ładnie się z nimi bawili.
- No też ją miałem. Ale mi to ta nasza gwiazda estrady się podobała. Zwłaszcza jak Soria ją brała z jednej strony a ja z drugiej. Uwierzycie? Wszyscy jej czapkują a ja ją brałem jak swoją markietankę w obozie! Ale wyperfumowana słodycz! Nigdy takiej drogiej dziwki nie miałem! - Rune też tryskał entuzjazmem z takiego spotkania. I podobnie jak kolega w iście koszarowym języku nie omieszkał skomentować uroków i talentów partnerek z jakimi miał przyjemność. I można było odnieść wrażenie, że im bardziej obraźliwe epitety lądują pod którąś z nich tym większe zdobyła sobie uznanie w ich oczach.
- Mnie się podobało jak moja pani czyściła mnie ustami po tym jak Soria we mnie skończyła. Albo potem jak Łasica zapięła tą damulkę z estrady w dyby i mieliśmy z niej używanie. A w ogóle jak Soria to robi? Że wiecie, tam jej się to przyrodzenie robi? Najpierw jest jak każda z nas, znaczy kobieta a potem tak jej to zaczyna wyrastać no i już ma czym w nas wchodzić. Znaczy i tak mi się podobało tylko nie widziałam wcześniej czegoś takiego. Nawet nie wiedziałam, że tak można. Jak się z Marissą i naszą panią bawimy w wannie to ja wtedy przypinam sobie taką zabaweczkę i też je biorę. Zwłaszcza naszą panią. No ale to zabaweczka i nic mi nie wyrasta. Dziwne to takie trochę bo to jak z mężczyzną tylko, że też i z kobietą. - Annika szła razem z nimi i też podzieliła się swoimi przemyśleniami na temat kochanków i kochanek z jakimi miała przyjemność.
- Hej a widzieliście Tobiasa? Ha! Bez tych swoich ozdobnych pludrów to już tak dumnie i elegancko nie wygląda! A i jednak ma jakieś ludzkie potrzeby choćby z takimi ladacznicami a nie tylko książki i nauki! - zaśmiał się Rune gdy przeszli do nieco mniej życzliwych uwag o uczestnikach właśnie zakończonej zabawy.
- On to chociaż coś poużywał. A Sigismundus? Nie wiem po co on przyszedł. Widziałam, że raz gadał z naszą milady jak poszła przepłukać gardło i nawet z tą Odette też coś. Ale chyba najwięcej to z tą Violette. Ale, żeby się rozebrać i dołączyć to nie widziałam. - Annika dorzuciła coś od siebie i koledzy pokiwali głowami skrytymi pod kapturami dla ochrony przed deszczem.
- Dobrze, że Strupas nie przyszedł. Jakby się rozebrał to dopiero byłby smród. Od razu by się ta zabawa skończyła! - zarechotał Silny ze swojego żartu ale nurglitami za bardzo się nie przejmował.
Ale co do aptekarza to akurat ten złapał pod koniec spotkania Otto. Jak już na raty tłumek przemieszczał się z loszku na piętro aby się doprowadzić do porządku chociaż tak mniej więcej no i zasiąść do obiadu. Oczywiście chciał wiedzieć czy udało mu się zasiać którąś z koleżanek. Ale to jeszcze było na Bursztynowej, przed obiadem w szlacheckim salonie. A teraz przybyli na miejsce. Tutaj na zalewną deszczem ulicę w jaką przyprowadził ich herszt khornitów. Umilkli i obserwowali chwilę. Ale nic się nie działo. Czasem ktoś przeszedł w kapturze kryjąc się przed deszczem i tyle.
- Dobra wiele do myślenia nie ma. Drzwi pewnie mają zamknięte… - Silny zaczął omawiać plan ale przerwał mu Rune.
- Łasica by się przydała. Ona się zna na drzwiach i zamkach. - powiedział pewnie odruchowo ale z miejsca zarobił od łysego w kapturze bardzo krzywe spojrzenie. Wieć tylko uniósł dłonie w pokojowym geście, że nie było tematu.
- Poradzimy sobie bez tej ladacznicy. - rzekł oschle Silny po czym wrócił do omawiania planu. - Weźmiemy kije i kamienie i rozwalamy okno. Wparujemy do środka i rozwalamy łby. Mamy im dać nauczkę kto tu rządzi. Sami się prosili. - plan rzeczywiście był bez zbędnej finezji ale pasował do maniery ulicznych opryszków. Zwłaszcza tak nabuzwanych energią po tak przyjemnym spotkaniu.
- Ilu ich może być? - zapytał Rune rozglądając się dookoła. Kolega już zakładał kastet na lewą rękę. On sam schylił się i znalazł jakiś kamień wielkości jabłka. W sam raz aby nim cisnąć w okno.
- Może pół tuzina. Może więcej. Ale do bitki to pół tuzina, może nawet mniej. Damy radę szmaciarzom. - burknął lekceważąco herszt i sprawdził czy świeżo nałożony kastet dobrze leży. Leżał.
- Ale to niehonorowo. Tak z nienacka. Jak jakiś lis. - Annika odezwała się pierwszy raz odkąd dotarli na miejsce. I zaskoczyła kolegów bo popatrzyli na nią zdziwieni.
- Co ty bredzisz? Wpadamy tam, robimy łomot i tyle. Nie bawimy się w jakichś durnych rycerzyków. Idziemy tam spuścić łomot. - Silny od razu się zirytował na taką reakcję.
- No tak wiem. Ale powinniśmy to zrobić zgodnie z zasadami. Tak jakby Norra tego chciała. - czarnowłosa rzuciła szybko obronnym tonem aby przekonać kolegów do swojego zdania. Wspomnienie ich patronki zwróciło ich uwagę bo popatrzyli na siebie. Rune wzruszył ramionami i oddał inicjatywę hersztowi.
- Czyli jak? - Silny zapytał krotko dając okazję najmłodszej z nich aby się wypowiedziała.
- Wyzwyjmy ich. Otwarcie. Wyzwijmy ich do walki. I walczmy z tymi którzy mają na tyle jaj aby się z nami zmierzyć. To będzie honorowe. Z tego Norra by była zadowolona. A ataku z zasadzki nie będzie. Nie aż tak jak z otwartej walki wojowników. - pokojówka bretońskiej milady szybko wyłuszczyła jak to sobie wyobraża. To zmusiło jej kolegów do zastanowienia.
- No łatwiej by było z zaskoczenia… - mruknął Rune ale ostateczną decyzję zostawił hersztowi. Ten podrapał się po mokrym od deszczu nosie i miał nie tęgą minę.
- No łatwiej. No ale jak Norra tak chce… - westchnął jakby nie miał co do tego przekonania i wzruszył swoimi masywnymi barami. Po czym wziął kamień z ręki kolegi i wyszedł na ulicę. Ten widząc co się dzieje ruszył za nim a Annika po krótkim spojrzeniu na Otto też. Silny jak już się zdecydował to nie bawił się w jakąś finezję. Cisnął kamień przez szybę do środka aż huknęło rozbite szkło i wrzasnął.
- E! Chabeciarze! Jak który chce dostać w pysk to wyłazić! Wybijemy wam te kłamliwe gadki z tych durnych łbów! No już jazda frajerzy wyłazić! Silny was wyzywa! Silny i ferajna! - hereszt khornitów zsunął kaptur aż się ukazała jego charakterystyczna łysa głowa. Obok niego stanął Rune i Annika. Oboje zaciskali pięści i gotowali się do bitki. Przez rozbitą szybę było dość dobrze widać zamieszanie w środku. Z początku panowało zaskoczenie tym nagłym atakiem. I były wojskowy weteran razem z zatwardziałym ulicznikiem chyba mieli rację, że gdyby działać z zaskoczenia to mieliby spore szanse na sukces. Jednak gdy to pierwsze zaskoczenie minęło tamci mieli czas aby ochłonąć. A na oko to było ich ze dwa razy więcej niż napastników. Słychać było ich chaotyczne krzyki.
- Co jest?! Kto to? To ten frajer Silny! Chyba zgłupiał! Dawać chłopaki, pojedziemy ich! - na przemian słychać było różne głosy. I widać było jak ci w środku zbierają się, biorą swoje noże, kastety i pałki i wychodzą na zewnątrz. Jeszcze chwila niepewności i przez ową bramę jaką niedawno pokazywał im Silny wyszło właśnie jakieś pół tuzina. Kilka osób, głównie kobiet zostało w bramie aby obserwować to mordobicie. Podobnie w kilku oknach pojawiły się zaciekawione głowy.
- No i doigrałeś się Silny! Teraz dostaniesz to na co od dawna ci się zbierało! - herszt wrogiej bandy wycelował w niego swoją pałkę. A jego kamraci zawtórowali mu przekleństwami i złorzeczeniami.
- Hej patrzcie! Silny ocipiał, dziewczynę przyprowadził aby się za niego biła! - krzyknął któryś z nich jak zorientował się, że jednym z towarzyszy wrogiego herszta jest młoda niewiasta.
- I dobrze, że przyprowadziłeś swoją dupę Silny! Zajmiemy się nią jak skończymy z tobą i tymi twoimi gogusiami! - krzyknął rozeweselony herszt na co reszta zarechotała złośliwymi uśmiechami.
- Taki pewien jesteś? Hej Adria! Nie znudził ci się ten fajfus? Może byś chciała spróbować prawdziwego mężczyzny? Albo kobiety słyszałem, że i z nimi lubisz a my mamy dużo fajnych koleżanek! Zostaw tego tumana i chodż z nami! - Silny widocznie też miał wprawę w tych ulicznych gierkach i wiedział gdzie uderzyć aby bolało. Krzyknął do tej chyba najładniejszej z dziewczyn jakie stały w bramie za plecami swoich kamratów i ta zaśmiała się trochę nerwowo.
- Dobra dość gadania! Bierzmy się za nich! - krzyknęła Annika co wydawała się już bliska pochłonięcia przez czerwony szał.
- Właśnie! Jedziemy frajerów! - krzyknął Silny dobywając swojej ulubionej pałki. I ruszył do przodu. Dwójka jego towarzyszy za nim. Zaś z przeciwka runęła na nich cała rozzłoszczona banda jakich było prawie dwa razy więcej.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.19; Festag; zmierzch
Warunki: salon, gwar głosów, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, deszcz, powiew; nieprzyjemnie (0)Joachim

https://i.imgur.com/vKwF6vk.jpg
Kamienica na Bursztynowej 17 jak zwykle okazała się gościnna dla przyjaciół Pirory. Tym razem też nie można było narzekać a tak znamienicy goście i pełny skład kultystów to się jeszcze nie trafił odkąd Joachim zaczął tu regularnie bywać po tych porannych mszach. Było tak przyjemnie i miło, że aż szkoda było wracać do domu. Niemniej po dość późnym obiedzie towarzystwo stopniowo jednak zaczęło się rozchodzić do domów. Pierwszy wyszedł gruby aptekarz, później grzeczny jak zawsze Tobias, wreszcie khornici i Otto którzy mieli jakąś sprawę do załatwienia. Niedawno pożegnała się lady Fabienne, już znów ubrana w czarną, grubą żałobną suknię jak przystało na damę ze śmietanki towarzyskiej i zabrała ze sobą swoją kasztanowowłosą pokojówkę. Bo Annikę puściła aby poszła razem z Silnym. No i tak po kolei odchodziły kolejne koleżanki. Laura z Onyx bardzo gorąco podziękowały za taką miłą gościnę i obiecały być wdzięczne za ponowne spotkanie i oczywiście obiecały, że gdyby tylko diwa miała życzenie je sobie zamówić to odłożą wszystkich klientów aby móc się z nią spotkać. A i prywatnie też były na to chętne. Pod koniec dnia także Burgund z Łasicą zbierały się już do wyjścia chociaż ta druga miała wyraźne opory aby rozstać się ze swoją panną młodą.
Niemniej atmosfera rozleniwiała się coraz bardziej jakby dla równowagi po tym intensywnym początku dnia. I z początkowych gości zostało już niewielu. Co sprzyjało własnym przemyśleniom i wspomnieniom.
A więc z samego rana zarobił sporo zdziwionych spojrzeń od sąsiadów w tylnych ławkach. Bowiem był zbyt dobrze ubrany aby tam siedzieć i pasował tam jak świni siodło. Powinien usiąść bliżej przednich ławek albo chociaż środkowych to by bardziej pasowało do jego ubioru. No ale poza tymi zdziwionymi spojrzeniami to nic takiego się nie stało. Plebs nie odważył się zapytać kogoś znaczniejszego skąd taka fanaberia aby siadać wśród nich.
Po mszy jak podsłuchiwał rozmowy tu czy tam to okazało się, że przybycie sławnych aktorek ze stolicy oraz występ jednej z nich w zupełności zdominował tematykę rozmów. Każdy się pytał kto to jest, mówił, że pięknie śpiewa i chciał podejść aby chociaż rzucić okiem z bliska na te dwie nietuzinkowe damy. Inne tematy chyba zeszły na dalszy plan. Przynajmniej takie Joachim odniósł wrażenie gdy słyszał od sąsiadów w tłumie to co mówią do siebie.
Rozmowa z van Hansenami nie była taka krótka. Zwłaszcza rodzice Froyi wydawali się być zaniepokojeni zniknięciem ich kolegi. Zwłaszcza w tak tajemniczych okolicznościach. I uznali, że zorganizowanie wyprawy poszukiwawczej to zacna rzecz jaką należy podjąć niezwłocznie. Baron Mikael obiecał, że zajmie się tą sprawą osobiście. Co dawało nadzieję, że tak się właśnie stanie i zorganizuje jakąś wyprawę na bagna. Froya od razu zgłosiła się, że też by chciała w niej uczestniczyć co znów wywołało różnicę zdań między starszym a młodszym pokoleniem von Hansenów.
A już tutaj, u Pirory, to okazało się, że obie damy z Saltmundu są wszechstronnie wykształcone. Ale sztuką magiczną się nie parają chociaż niektóre jej aspekty wydawały im się fascynujace. Zaś w sprawami astrologii były zainteresowane zwłaszcza możliwościami jakie daje ich przewidywanie przyszłości. Tutaj nawet były skłonne posłuchać eksperta o ile ten by opowiadał o tym w zajmujący sposób.
- A co chcesz o niej wiedzieć? Zresztą masz ją tutaj to sam z nią porozmawiaj. - Onyx nie była niedostępna jeśli chodziło o jej ciemnowłosą koleżankę z pracy ale trochę była zdziwiona, że ją o nią pyta skoro tym razem Laura jest tutaj we własnej osobie. Obie pracowały w tym samym zamtuzie i miały w tym doświadczenie. Onyx raczej specjalizowała się w sztuce szpicruty i pejcza ale oczywiście potrafiła też być słodko uległa jeśli klient sobie tego życzył. A Laura nie miała tak dominującego charakteru tak z natury ale oczywiście podobnie jak koleżanka mogła wejść w taką rolę gdy praca tego wymagała. A miała ksywę Larwa bo właśnie “robiła to” z różnymi ohydnymi kreaturami ku uciesze klientów i chyba swojej samej też. Bo te robactwo Oster bardzo sobie chwaliła i miała ochotę na powtórkę. Ale czy by się dała namówić na wycieczkę na Diabelskie Bagna tego Onyx nie miała pojęcia i radziła porozmawiać z samą Laurą.
Zresztą jak na prawie większość dnia jakie spędził w gościnie u van Dyke to miał okazję porozmawiać i z Laurą i Tobiasem i Sigismundisem i nawet z Sorią. Każdy nawet podczas najdzikszych karesów potrzebował chwili odpoczynku czy zwilżenia gardła. A przy obiedzie, tuż przed lub po było też mnóstwo okazji aby z kimś porozmawiać na stronie albo i przy stole. A teraz obie łotrzyce kultu szykowały się już do wyjścia, żegnając się czule z tymi co jeszcze zostali ale zanosiło się, że i trójka szlachcianek wkrótce wróci do rezydencji van Zee gdzie nie było ich od wyjazdu na poranną mszę.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
W rozmowie z Hansenami Joachim naturalnie wyraził troskę o stan Barona. Zgodził się, że wyprawa poszukiwawcza to słuszna inicjatywa i jak będzie mógł to nawet sam może wziąć udział. A Froya, jako wyszkolona łowczyni, mogłaby być tam wielce pomocna.
Popołudnie; salon; rozmowa z Tobiasem u Pirory.
Joachim w jednym ze spokojniejszych momentów zagadnął Tobiasa i wyszli razem na balkon.
- Czy mi się wydaje, czy to towarzystwo jednak nie jest ci aż tak niemiłe? - uśmiechnął się do kolegi, który wcześniej wielokrotnie wyrażał wrogość do Slaaneshytek.
- Chyba źle mnie oceniłeś kolego. Towarzystwo dam i dobra zabawa z nimi nie jest mi obce. Ale w przeciwieństwie do naszych koleżanek nie jest to dla mnie priorytet. Jak wiesz mam inne zainteresowania. - odparł uczony delikatnie bujając trzymanym kielichem. Obdarzył widoczne w salonie sylwetki kobiet pobieżnym spojrzeniem nie zatrzymując się chyba przy żadnej na dłużej.
- Poza tym uważam, że pomimo niesnasek pomiędzy nami a nimi warto było wykonać ten pojednawczy ruch. Inaczej zyskałyby pretekst, że “z nami się nie ma chociaż nas tak bardzo zapraszały”. No i musimy uśpić ich czujność aby były sądziły, że nas urobiły na swoją modłę i były bardziej podatne na nasze sugestie. - mimo pozorów rozluźnienia i swobodnej rozmowy głowa Tobiasa pracowała na pełnych obrotach gdy nawet przy okazji tak owocnego spotkania widział kolejne ruchy w rozgrywce pomiędzy frakcjami.
- Oczywiście, zgadzam się z tobą, w końcu nasz Patron sprzyja subtelnym działaniom - astromanta skinął głową uczonemu koledze, po czym przeniósł zamyślone spojrzenie w stronę miasta.
- Najważniejsze jest teraz dotarcie do dziedzictwa Vesty - myślisz że będziesz miał trochę okazję rozejrzeć się po Akademii w najbliższych dniach? Ja planuje wyprawić się na chwilę na bagna i wybadać temat.- Rozejrzeć się będę mógł. Ale czy dokładnie tam gdzie mówiłeś, że trzymają te skrzynię to nie zdziw się jeśli nie. To nie jest publiczna część więc nie bardzo mam prektekst aby tam się kręcić. No i nauczam tam po dwa, trzy, czasem cztery dzwony dziennie. Zależy jaki mam grafik. Mogę to nieco wydłużyć na przykład pod pretekstem wizyty w bibliotece ale mimo wszystko mam nieco uwiązane ręce jeśli chodzi o zwiedzanie. Właśnie dlatego myślałem o naszych uroczych koleżankach aby pokręciły się tam pod jakimś pretekstem. Może nie jako studentki skoro nawet nie są piśmienne ale może jako służba czy ktoś taki. Chyba, że nasze szlachetnie urodzone panny miałyby jakieś możliwości i chęci. I jednak chcesz spróbować z tymi bagnami? A kiedy zamierzasz się tam wybrać? I z kim? - chociaż podczas dopiero co zakończonych zabaw w loszku jaki gospodyni urządziła w piwnicy uczony wydawał się być w pełni zaabsorbowany tą rozrywką to jednak teraz było widać, że swojej niechęci do ładniejszej części zboru za bardzo się nie wyzbył. I dalej miał do nich dość podmiotowe podejście jak do użytecznych narzędzi. Nawet jeśli lepiej to teraz maskował ale jak rozmawiał z kolegą o podobnych zainteresowaniach to pewnie uznał, że nie musi tego robić. Sam zaś był ciekaw jego planów odnośnie podróży ku Diabelskim Bagnom.
- No, oczywiście rozumiem, że nie możesz tak po prostu pójść do miejsca w podziemiach, które dodatkowo jeszcze jest teraz strzeżone. Ale pewnie ludzie o tym plotkują, szczególnie jak pojawili się dodatkowi strażnicy. Ponadto zgadzam się, że to niezły pomysł, by nasze Panie dostały się w pobliżu miejsca gdzie przechowywany jest artefakt - czarodziej w zamyśleniu przeszedł się kilka kroków po balkonie w te i z powrotem - masz jakiś punkt zaczepienia żeby tam weszły, np. jako sprzątaczki? Mnie dopiero mają zatrudnić jako asystenta profesora, ale formalności nie zostały dopełnione.
- A co do bagien, chłopi z wioski przy bagnach poprosili mnie o pomoc, bo śnią o zaginionym tam dziadku, który nie może spocząć w pokoju. Tak, to może być strata czasu, ale może też jakiś znak od naszego Patrona, który ostatnio zsyła sny, więc pomyślałem że warto zaryzykować i podjąć ten temat.
Guwernant uniósł nieco brwi aby okazać nutkę zdziwienia słysząc o tej wiosce ale komentarz zachował dla siebie. Za to skupił się na omawianiu planów związanych z Akademią.
- To już ich można by zapytać. Na krótko to mogą się tam udać z jakąś wiadomością, jako kurierki. To powinno im pozwolić chociaż przekroczyć bramę. Nie wiem czy to coś pomoże ale zawsze coś i niewiele wysiłku trzeba aby to przygotować. A na dłużej to mogłyby się postarać o posadę sprzątaczki, kuchty czy podobnej służącej. Coś podobnego co robiły w świątyni albo Łasica zimą w kazamatach. - odparł jakby miał gotową odpowiedź na to pytanie chociaż przyznał, że trzeba by to z koleżankami omówić.
- Nie wiem czy nie łatwiej by było naszym damom. Pirora mogłaby poprosić o skorzystanie z biblioteki. Nie wiem czy na Kamilę możemy liczyć czy jeszcze nie, wydaje mi się pod silnym wpływem Sorii ale to jednak córka kapitana portu zapewne nie będzie dziwne jeśli pojawi się w Akademii Morskiej. No i jeszcze ta Fabienne. To żona jednego z kapitanów a on jest w jakiejś komisji na uczelni z tego co pamiętam. Ona raczej nie no ale kto wie? Może udałoby się jakoś powołać na tą okoliczność. Pirora kiedyś wspominała, że ona chyba miała coś wspólnego z morzem ale nie pamiętam już tego zbyt dokładnie. No tylko wszystkie one to jednak szlachcianki więc nawet jeśli by weszły do Akademii to nie mają doświadczenia naszych włamywaczek no ale zawsze rozejrzeć by się mogły. Gdyby chciały. - także co do roli błękitnokrwistych koleżanek miał dla nich przewidzianą rolę co do ich urodzenia i pozycji. Jednak zdawał sobie sprawę, że nie dorównują one obu łotrzycom w kwestii oceny zdolności do włamania się. Ale zawsze to mogło dać jakieś możliwości na dowiedzenie się czegoś pożytecznego.
- Tak, dobrze mówisz. - Możemy pogadać z łotrzycami i z Pirorą, z nimi mam najlepsze relacje. Zobaczymy, czy znajdzie się ktoś chętny do pomocy - stwierdził Joachim. Zasugerował, że lepiej aby obaj uczestniczyli w tym planowaniu, chyba że Tobias nie będzie w stanie powstrzymać swojej niechęci do slaaneshytek.
Rozmowa z Laurą
- Wygląda, ze spotkanie się udało - Joachim zagadnął dziewczynę.
- Cieszę się, że wraz z Onyx do nas dołączyłaś. No i od razu uczestniczysz w tak ważnym projekcie z Dziećmi Oster.- A tak, też mi się podobało. Nie sądziłam, że od razu trafię na takie osobistości. - zaśmiała się ciemnowłosa ladacznica wskazując wzrokiem na dwie gwiazdy saltmundzkiego teatru jakie rozmawiały z pozostałymi uczestnikami właśnie zakończonej zabawy.
- No i trochę się już wcześniej znałam z Łasicą i Burgund ale tylko z widzenia to było zawsze dobrze spotkać kogoś znajomego. - przesunęła się spojrzeniem na dwie rozweselone łotrzyce jakie też były pogrążone w rozmowie. Właściwie cały salon był dość zatłoczony i część siedziała już przy stole, część na krzesłach albo stała i rozmawiała między sobą podobnie jak mag z kurtyzaną.
- A te dzieci tak, przypadły mi do gustu. Dziwna nazwa ale sam pomysł mi się podoba. Mam nadzieję, że to nie był ostatni raz. - ciemnowłosa kobieta bez żenady podchodziła do sprawy zasiania jaka dla wielu innych obywateli zapewne wydawałaby się straszna i ohydna.
Joachim uśmiechnął się nieco, choć sam ma miejscu dziewczyny nie byłby aż taki chętny na płodzenie potwornych much.
- Biorąc pod uwagę, jak Sigmindus jest zapalony do tej sprawy, to myślę że definitywnie nie był to ostatni raz. A co ci się podobało w tym najbardziej? Podobno ten proces może też nas zbliżać do naszych patronów.
- Jakich patronów? Ktoś to sponsoruje? - zapytała zdziwiona Laura. Skojarzenia związane z tym słowem miała poprawne i widocznie nie znała jego bardziej sekretnego i mrocznego znaczenia. W końcu na razie nie została wtajemniczona w sprawy kultu nawet jeśli całkiem chętnie została nosicielką nasienia jednej z Sióstr.
- Podoba mi się jak się tam ruszają we mnie. To bardzo przyjemne. Chociaż czasem trochę swędzi a tam się nie można podrapać. I trochę gryzą czasem. Ale tak w ogóle to bardzo mi się podoba. Zwłaszcza poród. No i jakie one są piękne, duże i silne! Tak duzych jeszcze nie widziałam! Wspaniałe! No i dlatego bym chciała jeszcze raz. Nie wiem na co ten Sigismundus czeka. Ja jestem gotowa. - Laura szybko jednak przeszła do drugiego tematu i ten ją interesował o wiele bardziej. Całkiem chętnie o nim rozmawiała i zdawała się ignorować możliwość, że kogoś może brzydzić ten temat.
- Hm, słyszałem, że dla tych istot bardzo sprzyjąca jest taka aura jaka panuje na bagnach w okolicach miasta. Ja mam tam pewną sprawę do załatwienia, zastanawiam się czy potentcjalnie mógłbym cię namówić na taką wycieczkę? - zaryzykował czarodziej.
- O. Naprawdę? Nie wiedziałam. No ale tutaj w mieście też dobrze rosną. A wycieczka na bagna? A po co? - sam fakt o bagnach jako czynniku sprzyjającym chyba zaskoczył ciemnowłosą ladacznicę. Ale mimo wszystko chciała wiedzieć coś więcej o takiej wyprawie na bagna bo te mieszkańcom miasta kojarzyły się z nieprzyjemnym i niebezpiecznym terenem na jakim nikt nie mieszkał. Przynajmniej nikt z porządnych ludzi.
Czarodziej zawahał się, jak dużo mógł powiedzieć komuś kto choć zdawał się im sprzyjać, nie był członkiem kultu?
- Umiesz dochować sekretu? Poszukuje czegoś, powiedzmy…skarbu, który może być na bagnach ukryty. Tak, to może być niebezpieczna, ale ekscytująca wyprawa.
- Skarb? A jaki skarb? - ciemnowłosa wydawała się być nieco zaintrygowana tą wzmianką. I chciała rozeznać się dokładniej w temacie. Ale też i Teufelsumpf miały nieciekawą reputację co nie musiało zachęcać do wizyty w tamtym rejonie. Ostatecznie jednak Laura powiedziała, że jak będą się tam wyprawiać to aby dał znać to się zastanowi.
Joachim wychodząc w końcu od Pirory, stwierdził, że wieczór spędził przyjemnie. Slaaenshytki najwyraźniej znajdowały coraz więcej sympatyków, ale chyba mógł z tym żyć. Przed wyjściem spróbował jeszcze zagadnać Pirorę i łotrzyce czy któraś z dziewczyn dałaby się namówić na pomoc w zwiadzie w Akademii, tak jak ustalił z Tobiasem. A następnego dnia planował udać się w końcu wraz ze swoim ochroniarzem do wioski, gdzie wieśniacy prosili go o pomoc w ustaleniu śmierci dziadka. Miał nadzieję, że nie będzie to zupełna strata czasu, czytanie gwiazd przecież które wcześniej poczynił w tym zakresie wyglądało całkiem obiecująco.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Festag, popołudnie, kamienica Pirory
Mnich przysłuchiwał się rozmowie kobiet i uniósł brwi na wieść o snach divy.
- To sięga aż Salzmundu? - Otto gwizdnął - To pewnie możemy się spodziewać większej ilości podobnych nam gości. Jeżeli chodzi o sny lady Odette, to przyznam, że od kilku nocy śniłaś mi się ty. Nie wiedziałem o tym wtedy, oczywiście, ponieważ jedyne co widziałem to twe piękne łono i ten wyjątkowy tatuaż. Najwyraźniej twarz nie była, aż tak istotna.- jednooki mnich wzruszył ramionami - Więc chyba przeznaczeniem było, abyście nas znalazły
- Ależ oczywiście, że takie było nasze wspólne przeznaczenie abyśmy się tu spotkali. - miodowłosa przyznała to z całą pewnością siebie jakby traktowała to jak pewnik.
- Tylko jechałyśmy w ciemno bo nie znałyśmy tego miasta więc trudno było z Saltmundu coś przypasować. Musiałyśmy rozeznać się na miejscu. Dlatego to zaproszenie od naszej drogiej Kamili bardzo nam odpowiadało. - Violette wtrąciła swoje trzy grosze ale wyglądało na to, że zgadza się z koleżanką.
- I oczywiście, że mamy barwne towarzystwo. Przecież ja bym się zanudziła bez tego. Ktoś musi dbać o moje wygody i potrzeby, spełniać zachcianki w końcu ile można odganiać sie od wielbicieli i przyjmować od nich wyrazy oddania, szacunku, podziwu i miłości. Albo drogie prezenty. Na dłuższą metę to takie nużące. Niestety tutaj jak poznałam parę rodzin dzięki naszej Kamili to zaczyna się to samo. Wszyscy mnie adorują. Ale oczywiście tak właśnie
należy. Przecież ja jestem Słowikiem Północy. Każdy chciałby się ze mną spotkać, zwłaszcza romantycznie. Więc miło mi, że tu u was jest wreszcie jakaś prawdziwa atrakcja i odmiana po tych bogatych i pełnych przepychu szlachciach co tak naprawdę każdy z nich chciałby mnie kupić swoimi komplementami i skończyć w alkowie. Co oczywiście nie jest niemożliwe, nawet całkiem częstę, też przecież muszę się trochę rozerwać no ale jednak tak bardzo powtarzalne. - lady Treskow zdradzała taką pewność siebie jakby adorację i uwielbienie swojej osoby traktowała równie naturalnie jak oddychanie. Była to mieszanina dumy, pychy i świadomości swojej wyjątkowości. Jednak jej sława zdecydowanie ją wyprzedzała i tylko potwierdzała, że to słuszne podejście. I może właśnie dlatego tak była przyjemnie zaskoczona dzisiejszym spotkanjem. Kamila van Zee zaś uśmiechnęła się wdzięczna za to, że tak sławna diwa pamięta o niej i okazała jej wdzięczność za to zaproszenie.
- I mówisz Otto, że śniłeś o moim pięknym łonie? - zagadnęła milady elegancko dziubiąc ozdobnym widelczykiem kawałek ciasta. - Widzę, że ci się podobało. Nie dziwię się. Wszystkim się podoba. To znaczy którzy je zobaczą oczywiście! No i tatuaż tak, oczywiście, że piękny. Nawet nie wiesz ile razy widziałam zdziwienie na twarzach gdy go widzieli po raz pierwszy! Mało kto się spodziewa, że tam można coś mieć a już na pewno, że ktoś taki jak ja może tam mieć jakiś tatuaż. I to taki kobiecy! - milady wydawała się mile połechtania z docenienie jej gustu i urody. Ale znów aż tak zdziwiona nie była jakby to też była część tradycyjnej adoracji ze strony kochanków.
- No ale to rozbudziłeś moją ciekawość więc opowiedz proszę co tam ci się śniło ze mną w roli głównej. Mam nadzieję, że coś lubieżnego i godnego wysłuchania. - zapytała na koniec zaciekawiona wyznaniem mnicha.
- Może zainspirujesz nasze koleżanki. - odparł mnich na przechwałki divy co do jej tatuażu - Niestety sen był dość nudny, czego bardzo żałuję widząc co potrafisz milady. Widział na przemian łono twoje i Frau Fabienne. Rozłożone zachęcająco przede mną, zapraszające do zabawy. - mnich się uśmiechnął i trochę odruchowo oblizał wargi zanim jakiś myśl przez głowę - Czcigodna, pytanie mam. Czy masz podobne uczucie "znajomości", które czułaś od Fabienne , wobec naszej drogiej divy.
- Obawiam się, że chociaż moja matka wydała na świat mnóstwo potomstwa to nasza utalentowana śpiewaczka nie pochodzi od niej. Ale widzę, że nasza Odette i bez tego jest jakże utalentowana i obiecująca. - Soria uśmiechnęła się leniwie wodząc wzrokiem po siedzącej przy wspólnym stole aktorce. Ta wydawała się być zaintrygowana tą wymianą zdań ale komplement z ust wężowej milady rozpromienił jej lico.
- A tatuaż to widziałam, że koleżanki już mają. Mnie już taki się nie zmieści ale kto wie? Może sobie zrobię jakiś nowy jeśli mnie natchnienie do tego skłon? - miodowłosa zaśmiała się cicho wskazując na siedzące niedaleko łotrzyce jakie też miały tatuaże w podobnym miejscu jak ona chociaż całkiem inne. I z tego powodu było wątpliwe aby mogła sobie zrobić podobny.
- A w tym śnie to tylko tak leżałam? Razem z Fabi? Ale coś robiłyśmy? Coś się działo? - zagaiła o ów wspomniany sen bo wydawała się być nieco rozczarowana takim skromnym opisem.
- Mówisz Pani że sen cię tutaj do nas przywiódł? - zainteresował się Joachim.
- Nie można lekceważyć takich snów, ostatnio wiele osób je ma w tym mieście.- Tak dokładniej to przywiodły nas karoce oraz usilne prośby Kamili ale tak, sny też miały w tym swój udział. - przyznała rozbawionym tonem miodowowłosa milady. - I też tu macie takie interesujące sny? A cóż takiego wam się śni? - zaciekawiła się wątkiem poruszonym przez nowego rozmówcę.
Mnich chwilę się zastanawiał jak ugryźć temat snu. W końcu postanowił zarzucić zanętę.
- Znaczenie snu znam lady Odette, ale obawiam się, że nie powiem nic co by zachęciło cię do dalszych zabaw. Jedynie widziałem twoje łono i tatuaż. Tak jak widziałem łono Fabienne I jej urocze pieprzyki. - mnich zerknął na Sigismundusa - Razem z kolegą rozpoczęliśmy hodowlę niezwykle egzotycznych owadów. Jednak wymaga ona nosicieli, ludzi którzy zechcieliby zostać domem dla tych maleństw. Więcej na razie nie powiem, ponieważ jemy.
Otto miał wrażenie, że przez towarzystwo zebrane przy stole przeszedł niewidzialny powiew. Jak harty jakie usłyszały jeszcze daleki ale obiecujący albo podejrzany odgłos. Gdy poruszył ten kluczowy dla kultystow temat. Ale może tylko mu się tak wydawało? Może poza Fabienne i Sigismundusem. Ona obdarzyła go ciepłym i życzliwym uśmiechem za ten komplement o swoim łonie ale on przeciwnie. Zapewne zbyt emocjonalnie podchodził do tej hodowli nad jaką od początku miał pieczę aby w pełni zapanować nad sobą. I zamarł z uniesionym do ust widelcem, otworzył szeroko oczy czym zdradzał wielkie napięcie i oczekiwanie na ciąg dalszy rozmowy. Na tyle się to rzucało w oczy, że diwa zawiesiła na aptekarzu nieco dłuższe spojrzenie zapewne zaskoczona taką reakcją. Ale na chwilę bo sam temat rozmowy mimo wszystko bardziej ją zaciekawił.
- Macie jakieś owady dla jakich ludzie są domem i nosicielami? - zapytała z miną i tonem sugerującym, że próbuje to sobie wyobrazić ale chyba ma z tym trudności. Zresztą Kamila czy Violette wydawały się podobnie zdziwione. - Mam nadzieję, że nie chodzi o jakieś wszy? - zapytała tym razem ironicznie i głosem sugerującym, że odpowiedzi twierdzącej wolałaby nie usłyszeć. Laura zaśmiała się cicho ale nie wtrącała się do rozmowy.
- Och, nie. Dorosłe okazy są muchami, ale z nimi kontaktu nosiciele nie musieliby mieć. - mnich wypuścił powoli powietrze, będzie musiał ubrać to jak najlepiej - Hodowla zaczyna się oczywiście od jaj. Muszą być ciągle trzymane w miarę wilgotnym miejscu w temperaturze ludzkiego ciała. Przez tydzień jaja rosną do rozmiaru... Nie wiem, Sigismundusie. Powiedziałbyś palca? Dwóch? Oczywiście grubości.
- Muchami? - diva teatralna uniosła do góry swoje wypielęgnowane brwi w grymasie zdziwienia. A aptekarz mlasnął i nabrał tchu gdy ta za Otto spojrzała na niego. Pewnie czuł ciężar tej wypowiedzi bo odłożył widelec i przetarł usta serwetką jakby chciał zyskać czas do odpowiedzi.
- Emm… Tak. Tak jak Otto mówi. Zaczyna się od jaj. Mamy ich trochę. Chociaż teraz mamy też i dorosłe osobniki. Są bardzo imponujące! Na pewno nie macie takich nawet w waszej stolicy! - grubas chyba zaczął się pocić i mówił z oporami. Ale gdy wspomniał o tym sukcesie hodowcy do jakiego zdołali już dotrzeć twarz mu się rozpogodziła i głos nabrał pewności. Zwłaszcza, że dwóm artystkom jakie przyjechały ze stolicy twarze promieniowały sceptycyzmem na myśl, że tutaj by mieli coś interesującego czego one nie miały w swoim o wiele większym i wspanialszym Saltmundzie.
- Mamy naprawdę wiele rozrywek w naszej stolicy. Nawet jeśli nie ze wszystkimi wypada się obnosić. Ale kontynuuj proszę. - miodowłosa odparła z godnością jakby uruchomił się jej lokalny patriotyzm i chciała wystąpić w obronie swojego miasta. Niemniej wydawała się zaciekawiona tak zachwalanym tematem.
- No właśnie, no to już tłumaczę. Te jaja wsadza się do środka. Bo tak jak Otto mówił, musi być wygodnie, wilgotno i ciepło i tam w środku jest w sam raz. Zwłaszcza u kobiet im dobrze. A po paru dniach albo tygodniu one wychodzą na zewnątrz. I z moich obserwacji wynika, że to może być całkiem przyjemne dla nosicielki. I jak wyjdą no to są mniej więcej takie. - aptekarz szybko zaczął tłumaczyć jakby bał się, że zaraz ktoś mu przerwie. Jak choćby pełna zgrozy i obrzydzenia wypowiedź którejś z milady czy nawet koleżanek co było wiadomo, że delikatnie mówiąc nie przepadają za tą całą hodowlą. Na koniec niczym rybak pokazał wielkości owych okazów. Rzeczywiście gdyby przyrównać je do ryb to by taka gestykulacja była czytelna i zrozumiała. Pokazywał coś o długości dwóch czy trzech pięści i o przekroju dwóch czy trzech męskich palców.
- Ale co wychodzi? I skąd? - śpiewaczka operowa powoli pokiwała swoją miodowowłosą głową i na twarzy miała wyraz skupienia gdy pewnie próbowała sobie ten nowy dla siebie temat wyobrazić. Zaś nurlgita żachnął się jakby w ostatniej chwili bał się nie zepsuć tego kluczowego momentu. I zwlekał z odpowiedzią.
- Milady, o ile nie wielu z nas przeszło dokładną edukację z medycyny, czy ludzkiego ciała… - zaczął mnich - Znasz swoje ciało najlepiej. Proszę pomyśleć czy jest jakieś miejsce w twoim ciele. Wilgotne, ciepłe do którego można by wielokrotnie coś wsadzić i wydobyć przy akompaniamencie przyjemności?
Joachim przysłuchiwał się tej sytuacji z niepokojem, czy przypadkiem nie ujawniają gościom zbyt wiele? W końcu mówili dla laika o jakiś monstrualnych muchach które wykluwają się z ludzi.
- Czy to nie idzie w złym kierunku? - szepnął cicho do Pirory, którą uważał za wielce uzdolnioną w tego rodzaju kwestiach towarzyskich.
~ Zawsze można spróbować obrócić to w żart. Poza tym sam słyszałeś. Miała jakieś sny. ~ nieco piegowata dziewczyna co była tu oficjalną gospodynią odszepnęła magistrowi. I wolała się nie wtrącać w tą rozmowę. A reszta jej gości wydawała się ją śledzić z zainteresowaniem. Mniej lub bardziej skrywanym. Jedynie po aptekarzu widać było, że zżera go napięcie i oczekiwanie tak bardzo, że trudno mu było usiedzieć nieruchomo.
- Ciepłe, wilgotne miejsce? W ciele kobiety? Gdzie można wiele razy coś włożyć i wyjąc? Tak dla przyjemności? - milady tymczasem na swój sposób powtórzyła pytanie jednookiego mnicha jakby chciała się upewnić czy dobrze je rozumie. Zrobiła to z wystudiowaną uwagą jaka wydała się zbyt przerysowaną co tylko potwierdzało, że ma także poczucie humoru i talent do komediowania.
- Oh ależ no tak! To teraz takie oczywiste! Znam takie miejsce! Właściwie to nawet więcej niż jedno. I to tam się wsadza? A potem wychodzi? Tak dla przyjemności? No, no, brzmi całkiem interesująco. Przyznam, że o czymś takim to u nas w Saltmundzie jeszcze nie słyszałam. A czy można to zobaczyć? - diwa roześmiała się naturalnie wesołym śmiechem jakby bardzo ją bawiła ta cała rozmowa i wprawiała w dobry humor.
- Oczywiście to trochę zajmie. Jakiś tydzień, ale tydzień czucia się ciągle nabitym na berło? Z okazjonalnym ruchem maleństw? Podejrzewam, że jest to nie lada doznanie. - zerknął na Sigismundusie i na "Larwę" - Lauro, byłabyś zainteresowana kolejnym zasianiem? Aby zaspokoić ciekawość naszych gości?
- Bardzo chętnie! Już się nie mogę doczekać. Nie wiem po co czekać z tym tak długo. - ciemnowłosa ladacznica z entuzjazmem podeszła do takiej propozycji. Wyglądała jakby nie mogła się doczekać kolejnego napełnienia. Czym wzbudziła zmieszanie na twarzach koleżanek tych szlachetnego jak i pospolitego pochodzenia. Estradowa milady zaś przysłuchiwała się z zaciekawieniem tej rozmowie.
- Ale zapiski mówią, że trzeba poczekać trzy dni od porodu do kolejnego zasiania. A trzy dni to u ciebie upływa jutro. - aptekarza też miał nieszczęśliwy grymas twarzy gdy chęć rozszerzenia hodowli walczyła u niego z regułami tej hodowli jakie przetłumaczyła Merga.
- Dzisiaj, jutro, co za różnica? A po co czekać? - ladacznica zbyła te wątpliwości niedbałym machnięciem dłoni.
- I mówisz kochanie, że to takie przyjemne mieć je tam w środku? - zapytała śpiewaczka operowa swojej ulubionej ladacznicy. I jak zwykle okazywała jej swoją atencję.
- Tak, bardzo mi się podobało. Na początku nic nie czuć. Tylko, że to się tam rozlewa w środku. Niezbyt podniecające. Mnie Onyx wstrzyknęła na początku tygodnia. Proste ale same musiałyśmy to sobie uprzyjemnić. Dopiero później, w kolejnych dniach, jak rosną tam w środku to je coraz wyraźniej czuć. I dobrze bo to bardzo ekscytujące! I czuć jak tam się w środku ruszają. I to bardzo mi się podobało, bardzo przyjemne. A w niczym nie przeszkadza. Przyjmowałam wciąż klientów i nic nie poznali. Nawet z milady miałam przyjemność dwa razy jak już je miałam w sobie. W Wellentag to jeszcze nic bo to dopiero co mnie Onyx zasiała ale ostatnio to już było tuż przed porodem. Ledwo zdążyłyśmy wyjść od milady i już musiałam znów rozkładać nogi tylko do porodu. A to chyba było najlepsze ze wszystkiego. Dlatego nie wiem po co czekać i ja bardzo chętnie dam się znów napełnić. - Laura mówiła przyjacielskim, plotkarskim tonem jakby omawiała ostatnią wizytę w pralni czy na targu a nie coś tak ekscentrycznego. Ale dzięki temu przykuwała uwagę słuchaczy. I widać było, że rola o jakiej mówi zdecydowanie przypadła jej do gustu.
- No cóż, poznawanie nowych doświadczeń jest zawsze czymś wartościowym, prawda? - skomentował Joachim, patrząc wymownie na śpiewaczkę, ciekaw jej reakcji. Była do tego wszystkiego lepiej nastawiona niż się spodziewał.
Mnich spojrzał na aptekarza.
- Będzie można zobaczyć czy jednorazowe pośpieszenie nie wpłynie źle na maleństwa.- zauważył Otto - Lady Piroro, możesz użyczyć nam jakiegoś posłania, aby zgromadzenie mogło dobrze zobaczyć całą procedurę?
- No ostatecznie… Tak na próbę… No można sprobować. - zgodził się grubas bijąc się pewnie z myślami między powinnością zachowania się wedle przepisu zostawionego przez rogatą wyrocznię a własną ciekawością uczonego i chęcią do eksperymentowania.
- Posłania? Masz na myśli łóżka? Nie wniosę tutaj łóżka Otto. Ale można by pójść do którejś z sypialń. - główna gospodyni nie była pewna czy dobrze zrozumiała intencje kolegi. Mimo tego była skora do współpracy.
- Oj tam łóżko nie potrzebne. Wystarczy krzesło aby na czymś usiąść. Ostatnio z Onyx zrobiłyśmy to na krześle. Na stojąco też pewnie by się dało. - widząc, że moment przyjemności zbliża się dużymi krokami Laura była gotowa pokonać wszelkie przeszkody a jej entuzjazm był zaraźliwy. Zapowiadało się bowiem nowe przedstawienie. I to oczekiwanie na tą niespodziankę rozlało się po stole mieszaniną zaciekawienia i obaw. W różnym stężeniu co było widać na różnych twarzach.
- Tak, to tak samo jak podczas numerku z mężczyzną. Można się położyć, stanąć, wypiąć byle dać dostęp gdzie trzeba. Zwłaszcza, że to krótko trwa to nawet jak niewygodnie to można wytrzymać. - Onyx też się odezwała tonem eksperta od przyjmowania odpowiedniej pozycji. Chociaż pod tym względem ladacznice faktycznie mogły wiedzieć o czym mówią.
- Chodź do mnie moje dziecko. A ty Otto przygotuj co trzeba. - do rozmowy wtrąciła się siedząca przy szczycie stołu milady. Jej dostojny głos i poza jak zwykle przykuł uwagę. Więc Laura wstała ze swojego miejsca i podeszła do Sorii. Ta zaś ją złapała i posadziła sobie na kolanach. Pozwoliła oprzeć się o siebie. - A teraz pokaż naszym gościom jak to się robi bo sama widzisz, że są tego bardzo ciekawi. - szepnęła aksamitnym głosem wprost do ucha kurtyzany. Ta zaśmiała się i podwinęła swoją długą spódnicę na brzuch tak, że widać było jej zgrabne nogi. Rozchyliła je zapraszająco wprost przed teatralną milady jaka siedziała najbliżej wężowej gospodyni. I widać było, że jest bardzo żywo zainteresowania tym nowym przedstawieniem.
Joachim sam przyglądał się temu z nutą ciekawości uczonego. Nie widział jeszcze wcześniej tego procesu w działaniu… miał tylko nadzieję, że goście się jednak nie zrażą, ich reakcja póki co była dużo lepsza niż się spodziewał.
Festag; zmierzch; ul. Mokra
Mnich podążał za Khornitami, udało mu się pożyczyć drewnianą pałkę od ochrony Pirory, walka na pięści nie była jego mocną stroną.
- Ja złapałem Marissę i jeszcze jedną, szybko zaczęły obsługiwać mi berło niczym flet. - drugą dziewczyną była Annika, ale nie chciał upokarzać dziewczyny przy kolegach - Później na zmianę mnie ujeżdżały jak niewyżyte suki w rui. - Otto uśmiechnął się na to wspomnienie - Właśnie plan jest, aby zabić czy tylko obić coby równo puchło?
- Dostaną łomot to się złożą. Nie ma co wydziwiać. Złożą się to wystarczy ale jakby któremuś żeberko pękło to też niewielka strata. - powiedział obojętnie herszt bandy wciąż będąc w dobrym humorze po tak udanej zabawie jaka zabrała im większość dnia. Pozostała dwójka zachowywała się podobnie, jakby wierzyli, że zwycięstwo już mają w kieszeni. Przechwałki mnicha przyjęli ze zrozumieniem i poozumiewawczym uśmiechem. Po chwili jednak Silny jakby coś sobie przypomniał.
- A ty Otto? Biłeś się kiedyś w ogóle? Piszesz się aby dostać w mordę? Bo wiesz, różnie to bywa na takim mordobiciu, nie zawsze wszystko idzie z górki. - zapytał młodszego i szczuplejszego kolegę jaki nie miał za sobą takiej kariery oprycha jak on czy wojownika jak Rune. Ani też nie zdradzał oznak bycia heroldem Norry jak Annika.
- Przecież nie idę z wami, aby wam wiwatowć z pobocza. - mnich się uśmiechnął - Moi bracia, którzy oddali się tylko Khornowi utworzyli arenę mordu w sali wykładowej. Jeżeli wspomnienia nie kłamią kilka osób tam zabiłem. Do tego powaliłem Thorna, więc chyba jestem w formie. - mnich przeciągnął się pozwalając błogości przyjemności loszkowych rozluźnić jego mięśnie - Pytałem, bo chcę wiedzieć czy jest plan na pozbycie się konkurencji, czy danie im nauczki.
- No zobaczymy. - Silny przyjął te wyjaśnienia do wiadomości i pokiwał do tego głową chronioną kapturem przed padającym deszczem. - A plan jest taki, że jak tam dojdziemy to wpadamy do środka i tłuczemy wszystkich jak leci. Może być ich więcej niż nas więc nie ma co się patyczkować z nimi tylko trzeba uderzyć szybko i mocno. - wyłuszczył główne zasady co do swoich zamiarów. Wydawały się tak proste jak on sam. Dwojego jego towarzyszy skinęło swoimi głowami na znak zgody zaś kaptury powtórzyły te gesty.
Otto nie włączał się do pyskówki herszta z oponentem. To była jego scena, nie miał zamiaru zabierać mu głównej roli. Kiedy oczywistym było, że zaczyna się bitka mnich dobył przyniesionej pałki i ruszył na najbliższego niezajętego oponenta, celując bez pardonu w głowę.
Gdy obie grupy ruszyły naprzeciwko siebie szybko rozsypały się i przemieszały między sobą zupełnie jak tancerze podczas zabawy. Każdy znalazł sobie przeciwnika. Ale, że liczebnie nie było równości między nimi to dwaj najroślejsi i najgroźniej wyglądający kultyści zostali zaatakowani przez dwóch napastników na raz. Zaś Annika i Otto przypadły pojedynki. W ruch poszły kije, kastety, noże i tłuczone butelki. To była brutalna bezpardowona uliczna bijatyka gdzie obie grupy napędzane świeżymi wyzwiskami pałały do siebie chwilową nienawiścią więc walczono aż któryś z uczestników padł i nie nadawał się do dalszej walki. Wtedy zwycięzca ruszał do kolejnego oponenta aby wesprzeć kolegów.
Tak i Otto przypadł jeden z przeciwników. Też miał jakiś kij. Początkowo jednookiemu udało się trafić tamtego po kilku wymianach ciosów i tamten krzyknął boleśnie uderzony w ramię. Miał jednak wprawę i to go nie zniechęciło do wymiany ciosów. Zaraz potem oddał mnichowi chociaż ledwo go drasnął końcówką swojego kija. Zabolało ale tylko na chwilę.
Kultystom szybko wypadł z gry Rune. Dwóch przeciwnikóa na raz, brak tarczy czy zbroi sprzyjał brutalności walki. I przytłoczony nawałą ciosów weteran kampanii wojennych szybko padł gdy widocznie przeliczył swoje siły. Dwaj zwycięzcy rozejrzeli się i jeden z nich dołączył do kolegi walczącego z czarnowłosą dziewczyną a drugi do tego co pojedynkował się z Otto. Teraz były mnich musiał zmagać się z dwoma przeciwnikami na raz.
Tego pierwszego znów prawie trafił w głowę ale pałka minęła ją o włos. A zanim kultysta zdołał cofnąć ramiona sam w nie oberwał. Zabolało! Na tyle, że chwilowo został przytłoczony przez obu bandytów. Ci wykorzystali sytuację i każdy z nich zdzielił go chociaż raz. Łącznie to już mocno go bolały te wszystkie razy ale wciąż był w stanie stawiać opór. Chociaż ramiona i nogi pracowały już mu wolniej niż na początku starcia.
Na moment okrzyki odwróciły uwagę walczących. To jakby dla równowagi Silny rozłożył wrogiego herszta powalajac go na bruk. Ale dalej zmagał się z tym drugim przeciwnikiem a Annika i Otto wciąż liczebnie byli zdominowani przez pozostałe dwa duety. Mnich znów został trafiony kastetem w żebra co na moment przyćmiło mu wzrok. Słabł i ciężko dyszał. Ale wreszcie udało mu się wykorzystać błąd pierwszego z przeciwników i jego rąbnąć w bark. Tamten zawył i odskoczył na chwilę do tyłu. To chyba zdezorientowało na moment drugiego bandytę bo i jego mnichowi udało się uderzyć czubkiem kija w pierś, że też krzyknął boleśnie.
W walkę wdarł się dziki, męski okrzyk. Wszyscy sapnęli z wrażenia gdy czarnowłosa wariatka wgryzła się w ucho przeciwnika i tak szarpnęła, że rozerwała małżowinę w krwawym rozbryzgu. Mężczyzna zawył jak dzikie zwierzę i bez trudu odepchnął przeciwniczkę. Ta już mocno pobita padła na plecy z zakrwawioną zdobyczą w zębach. Wypluła ją i dyszała chrapliwie nie mając już chyba siły wstać. To niejako przerwało walkę.
Po stronie kultystów już tylko Silny i Otto trzymali się na nogach. Nawet łysy poważnie oberwał i charczał śliną. Mnich zaś ledwo stał na nogach i wiedział, że jego możliwości zostały mocno osłabione. Przeciwnicy stracili tylko jednego powalonego. Ich hereszta jakiego zdołał powalić Silny. Ale trzech też ledwo stało na nogach podobnie jak jednooki. Ale dwóch poza zaczerwienionymi z wysiłku twarzami wyglądało na w miarę całych. Ale chyba ta barbarzyńska rządza krwi jaką zaprezentowała czarnowłosa i brak własnego lidera odbierał im pewności siebie.
- Zjeżdżać matoły. - warknął Silny potrząsając groźnie swoją pałką. Przeciwnicy popatrzyli po sobie jakby się naradzając po czym tych dwóch ostatnich schyliło się po swojego kamrata, podniosło go za ramiona i zaczęli z nim odchodzić. Trzej potrubowani pokuśtykali razem z nimi zostawiając ulicę zwycięzcom. Mimo zmęczenia i boleści Silny zaśmiał się chrapliwie okazjąc swoje zadowolenie.
Otto przyklęknął na jedno kolano, dyszał ciężko i splunął na ziemię.
- Honor… ja pierniczę… - przetarł boleśnie twarz - Boże krwawych łowów, przyjmij tą drobną ofiarę z krwi, przemocy i walki. - podniósł się i spojrzał na Silnego - Dobra walka, Rune żyje?
- Nic mi nie jest. Cholera ale mnie sieknął. Nie zdążyłem… - wojskowy weteran jęknął boleśnie i próbował podnieść się do poziomu. Jednak chwilowo było to ponad jego siły więc opadł z powrotem na brudny bruk. Annika podobnie leżała ciężko sapiąc i co jakiś czas odwracając głowę w bok aby wypluć krew. Silny gdy odprowadził wzrokiem odchodzących konkurentów podszedł do obojga leżących i popatrzył na nich z góry aby sprawdzić ich stan. Też się trzymał za obolały bok ale przynajmniej mógł w miarę swobodnie stać i chodzić.
- No. Dobre to było. - prychnął łysy mięśniak jakby z opóźnieniem dotarły do niego słowa jednookiego. - Ha! Mówiłem wam, że damy im radę! - zaśmiał się chrapliwie. Rune też ale szybko śmiech przeszedł mu w kaszel. Annika raczej skrzywiła puchnące, rozcięte usta niż się uśmiechnęła ale chyba zgadzała się z kolegami. Mięśniak rozejrzał się triumfalnie po ulicy. W paru oknach wciąż było widać gapiów tego wieczornego widowiska. A nawet tam i tu ktoś wyszedł na ulicę ale raczej nie zbliżali się do ogniska tej awantury. To chyba przypomniało o czymś Silnemu.
- A! Adria! Widzisz? Mówiłem ci, że nie masz się co trzymać tych matołów! Chodź no tutaj! I pomóż mi z nimi! - huknął na tą samą dziewczynę do jakiej gadał wcześniej. Ona i dwie jej koleżanki wciąż stały z nie tęgimi minami w bramie. Tej samej gdzie wyszły na początku pyskówek i starcia. Część chyba się zmyła, z jedna czy dwie odeszły z przegranymi ale ta i koleżanki zostały. Teraz wezwane władczym głosem zwycięzcy roześmiały się nerwowo i po chwili wahania ruszyły ku czwórce jaka pozostała na placu boju.
Mnich ponownie westchnął boleśnie, podszedł do Anniki i pomógł kobiecie wstać.
- Nieźle było, ale jeżeli jeszcze raz zasugerujesz honorowe podejście do jakiejś bandy łotrów, to tak cię wytargam za ucho, że skończysz jak twój oponent. - uśmiechnął się delikatnie klepiąc dziewczynę po plecach. Zerknął na Silnego - To co teraz? Świętujemy?
- No trzeba najpierw po znosić tych zdechlakow. - Silny ocenił ich stan z wprawa wieloletniego zabijaki. Splunal w bok po czym nachylił się i złapał za Rune. Adria pomogła mu z drugiej strony bo z wojownika był solidny kloc do wleczenia. Poszli tak we trójkę do dotychczasowej siedziby konkurencyjnego gangu aby nie leżeć tu na ulicy w błocie i mżawce. Druga z dziewczyn stanęła przy klęczącym Otto i leżącej Annice trochę niepewna czy coś powinna się odezwać czy nie.
- Tak. Właśnie tak. Tak trzeba. Tak to się załatwia. Norra to lubi. Podobało się jej. Czuję to. Sprawdza nas. Czy jesteśmy jej godni. Czy jesteśmy odważnymi wojownikami. Czy tchórzliwym bandytami. Silny dobrze walczy. Dzielny jest. I dobry herszt. Ale myśli jak ulicznik. A potrzebujemy wodza. Wodza jaki poprowadzi nas do Norry. I wielu zwycięstw. Ten czarny rycerz. Trzeba go odnaleźć. On tu jest. W mieście. Też słyszy szept Norry. Trzeba odnaleźć tego czarnego rycerza. - Annika nie wyglądała teraz zbyt groźnie i godnie jak tak zachlapana krwią i błotem leżała na bruku. Padały ba nią krople mżawki. A z ust i po policzkach ściekała jej krew. Chociaż chyba akurat nie jej. Mówiła zmęczonym, krótkimi zdaniami przetykanym bólem ze świeżych ran. Ale wydawała się w tych majakach być święcie przekonana, że ma rację.
Mnich westchnął.
- I tak nie mogę opuszczać miasta. - zerknął kobietę, która do nich podeszła - Dobry wieczór, pomóż mi proszę podnieść tą wariatkę. - jednooki wsunął rękę pod Annikę próbując ją delikatnie podnieść - Jak ja się jutro pokażę w hospicjum?
Mnich odstawił Annikę z powrotem do rezydencji Fabienne, kiedy upewnił się, że nic jej nie zagraża.
Wrócił do domu rozważając następny dzień, postanowił, że nie będzie udziwniał zbytnio. Wstanie, hospicjum, odwiedzi Grubsona i ponownie odwiedzi Fabienne, aby upewnić się, że nic nie jest Annice. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 48 - 2519.07.20; wlt; ranek - popołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.19; Festag; popołudnie
Warunki: salon, gwar głosów, jasno, ciepło; na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; umiarkowanie (0)Wszyscy
Pierwszy raz większa ilość kultystów mogła być świadkami jak odbywa się zasianie nosicielki. Wcześniej jedynie Onyx, Otto no i oczywiście nurglici brali udział w kontynuowaniu po mileniach dziedzictwa Oster. A wczoraj w salonie Pirory była okazja się temu przyjrzeć. Co prawda większość musiała wstać ze swoich miejsc i otoczyć centrum widowiska aby dało się coś zobaczyć. Ale przynajmniej było co oglądać. Zwłaszcza, że Laura siedząca na udach Sorii to raczej nie był nieprzyjemny widok. Zwłaszcza jak siedziała z zadartą spódnicą i obnażonymi, zgrabnymi nogami i łonem. A wężowa milady sprawnie pieściła palcami to wrażliwe miejsce, jej piersi i całowała jej usta co ladacznica przyjmowała z tak wielką ochotą, że aż było miło popatrzeć i posłuchać.
Znacznie to ułatwiło zadanie Otto. Ten bez trudu mógł zagłębić niepozorną, brązową rurkę z wypalonej gliny we wnętrzu młodej kobiety. I gdy ta chętnie współpracowała nie było to wcale trudne. Potem trzeba było powoli naciskać tłok strzykwy aby zostawić zawartość w środku. I już. Można było wyjąć pusty już pojemnik na zewnątrz. I powtórzyć całą operację bo Laura chętnie zgodziła się z sugestią grubego aptekarza na zwiększenie dawki skoro dwie zniosła tak dobrze. Nawet zgodziła się przyjąć ten dar od tyłu gdy jej to zaproponował.
- To tak też można? - zdziwiła się ale nie zmartwiła. Bez skrupułów zmieniła pozycję tak jakby córka Soren miała jej wymierzyć klapsy w jej nagi tyłek. Co zresztą się stało ku uciesze obu stron oraz widowni. A mnich mógł jej zaaplikować tam kolejne dawki jaj Oster. I już było po wszystkim.
- I co teraz? - zapytała zaciekawiona diwa obserwując odkryte biodra ladacznicy z przodu i z tyłu. Wyglądały tak samo jak przed zasianiem. Może poza tym, że teraz ściekało jej po udach coś lepkiego ale przy takich zabawach jakie dopiero co zakończyły się w loszku nie powinno to nikogo dziwić. Gwiazda estrady wydawała się być zafascynowana tym całym procesem i chętnie o tym szczebiotała czy Laurą, czy Sigismundusem czy z kimkolwiek co miał coś ciekawego do powiedzenia na temat tej nietuzinkowej techniki z jaką uczciwie przyznawała nie miała wcześniej do czynienia.
Za to Laura chyba z miejsca stała się ulubioną ladacznicą aptekarza. Wyglądał jakby po latach odnalazł jakąś ukochaną krewną i roztaczał ją wręcz rodzicielską opieką godną dobrego wujka. No i zerkał czy przypadkiem któraś z jej koleżanek nie zmieniła zdania ale nie odważył się o tym zagaić bezpośrednio aby nie drażnić sytuacji. Wkrótce zaś towarzystwo z wolna zaczęło się rozchodzić do swoich domów i spraw więc gościnny salon nieco piegowatej szlachcianki z Averlandu zaczął pustoszeć.
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; wioska Dahlem; chata Teermacher; główna izba
Czas: 2519.07.20; Wellentag; popołudnie - zmierzch
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, ulewa, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Joachim

https://i.imgur.com/vDpoufI.jpg
Joachim nie był do końca pewien czemu tyle im zeszło na tej podróży z miasta. Chyba trochę dlatego, że sam sobie organizwał dzień i nie musiał sam wstawać tak jak jego jednooki kolega pracujący w hospicjum. I mógł zacząć gdzień gdy mu było wygodnie. I chyba dzisiaj jednak potrzebował wstać później odsypiając te wczorajsze harce u Pirory. Ale przynajmniej miał co wspominać. Zapewne niewielu dawnych kolegów z altdorfskiego Kolegium czy dawnych uliczników z miasta miało okazję tak dokazywać z takimi ślicznotkami jak on wczoraj w prywatnym loszku koleżanki z tajnego spisku. Tylko, że niezbyt mógł się tym pochwalić z kimś spoza zboru. No ale świeżych wspomnień czar mógł mu towarzyszyć czy wczoraj pod koniec dnia czy dziś jak już zaczął nowy i nowy tydzień.
Gdy po śniadaniu wraz z Guntherem wyszli z domu to już dzień roboczy zaczął się na dobre. Szli w kierunku Południowej Bramy i mijali codziennych przechodniów, wozy i czasem jakiegoś znaczniejszego mieszkańca miasta. A może nawet jednego z gości jacy się zjechali na odwołany turniej a wciąż jeszcze bawili tutaj zapewne licząc, że jednak w końcu ten turniej się odbędzie.
Czy Mikael von Hansen rzeczywiście zorganizował wyprawę poszukiwawczą swojego zaginionego kolegi barona tego nie miał okazji sprawdzić. Ale wczoraj po mszy ojciec Froyi tak właśnie obiecywał zrobić. Dziś jednak młody astronom miał inne priorytetu i po opuszczeniu Południowej Bramy ruszył wąską przesieką w lesie jaka była drogą na południe. Mogła w końcu doprowadzić podróżnego do Saltmundu, stolicy prowincji ale on aż tak daleko nie zmierzał. Cel jego wyprawy był znacznie bliżej. Wioska Dahler miała się znajdować z pół dnia marszu. Miał więc czas zarówno na rozmyślania jak i rozmowy z Guntherem. Ruch był taki sobie. Na pewno mniejszy niż w mieście. Ponure drzewa zasklepiały wyżłobioną w glebie bliznę drogi szarym, ponurym firnementem. Dla dwóch osób to nie był zbyt przyjazny krajobraz. Bez trudu szło uwierzyć, że tu gdzieś gnieżdżą się jacyś banici, orki, gobliny czy zwierzoludzie. Spotkanie jakiegoś podróżnego wydawało się okruchem przyjaznego terenu w tej dzikiej krainie.
Miał więc aż nadto czasu aby wspomnień swoją wczorajszą rozmowę z łotrzycami. Okazało się, że dwórki Sorii miały w tej materii pewne chęci i możliwości. Łotrzyce obiecały “się zakręcić” ale niczego nie obiecywały. Ot może trafi się jakaś fuszka w kuchni czy przy sprzątaniu. Chyba, że Joachim miałby inne propozycje gdzie zwykłe dziewczyny z ulicy by mogły znaleźć pozornie uczciwe zajęcie. Ostatecznie uznały, że to nie świątynia jak ostatnio im to trafiło więc może nawet nie będzie tak nudno jak tam jest całkiem sporo młodzieńców i nieco dziewcząt w kwiecie wieku jacy by mogli interesować ich gusta i to z wzajemnością. Pirora zaś zawołała Fabienne i bretońszka szlachcianka jak się okazało jest chyba najlepiej zorientowana z całego żeńskiego towarzystwa.
- Mogłybyście spróbować swoich sił jako modelki. - zaskoczyła chyba wszystkich słuchających. A więc szybko rozwinęła temat. Akademia szkoliła głównie w morskiej tematyce. Ale skoro była jedyną prawdziwą uczelnią w mieście to miała też nieco mniej morskich tematów. Na przykład lekcje rysunku. A projektowanie galionów statków gdzie nie aż tak rzadko miały jakieś kobiece popiersia była szansa, że potrzebna będzie jakaś żywa modelka. Myśl o tym, że taka modelka miałaby pozować w samej koszuli albo i bez niej bardzo przypadła do gustu slaaneshytkom. Tylko zgodziły się, że to zadanie dla jednej z nich aby nie pakować obu w to samo miejsce.
Sama Frau von Mannlieb też mogła całkiem swobodnie poruszać się jako gość na Akademii bo niegdyś sama uczęszczała do bretońskiego odpowiednika a i była żoną kapitana i pod jego nieobecność mogła go reprezentować. Co prawda zwykle z tego nie korzystała ale w razie potrzeby mogła tam się przejść z wizytą. Chociaż oczywiście na prawach gościa więc nie miała tam żadnych, wyjątkowych uprawnień czy przywilejów. No ale w godzinach otwarcia uczelni dawało to możliwość, że będzie mogła się tam pokazać.
Ale to było jeszcze wczoraj. Dzisiaj już minęła pora obiadowa, ładna pogoda z pierwszej połowy dnia zaczęła się psuć a niebo szarzało i ciemniało złowróżbnie gdy w końcu obaj podróżni natrafili na drogowskaz prowadzący w bok jako drogę w leśnej przesiecę do Dahlem. Gdy jakiś czas później las ustąpił polanie jaka okazała się polami wokół wioski to już zaczynało mrzyć. Mrzawka szybko przeszła w porządną ulewę gdy już byli pośród zabudowań chat i pytali się chowających się po domach wieśniaków o Teermacherów. Ci wskazali im gestami która to chata. I gdy tam podeszli wśród narastającej ulewy drzwi uchyliła im znajoma, zarośnięta twarz jaką widzieli parę dni temu w mieście.
- A witamy, witamy zacnych panów! Witamy, witamy! Do środka wejdzie, do środka bo pada i mokro! - gospodarz otworzył drzwi na ościerz aby wpuścić dwójkę gości. Po czym zamknął i przeszedł z małego przedsionka do głównej izby. Wystrój był skromny jak to w chłopskiej chacie. Główna izba była wspólna na jedzenie i spanie. Drzwi jakie było widać pewnie prowadziły do kuchni i zaplecza domu. Johan zaprosił gości do sporego, prostego ale solidnego stołu przy jakim pewnie jadali posiłki i innego nie mieli. Krzesła też były proste i solidne chociaż z oparciem i nawet troszkę ktoś je ozdobił w jakieś ozdobniki.
- My właśnie z pola zeszli. Bo padać zaczyna. Oj, źle, źle. Zboże jeszcze na polu stoi. Byle tylko go nie zmłóciło bo bieda będzie oj bieda. No ale dobrze, że dobrodziej się pofatygował tak. My nie byli pewni, czy dobrodziej przyjdzie. Ale jak przyszedł to dobrze, dobrze. Matka zaraz coś zrobi bo dobrodzieje to pewnie drogą strudzeni. To zaraz coś będzie. - Johan co był tu główą rodziny no i wnukiem zaginionego dekady temu dziadka starał się co mógł aby ugościć zacnych gości jak należy. I zdawał sobie sprawę, że jako chłop nie może dorównać wielkiemu państwu z miasta. A i cała jego rodzina była zaciekawiona a trochę bojaźliwa wobec takich rzadkich gości. Żona zgarnęła dzieciaki i młodzież na zaplecze aby nie przeszkadzali w rozmowie. A i wkrótce pojawiły się proste misy z kaszą, serem i rybnym gulaszem. Nawet proste, gęste piwo do popity. Dzieciaki jawnie zżerały gości wzrokiem pełnym ciekawości. Ale nie odważyły się włączać w rozmowę. Starsi w tym ze dwoje prawie dorosłych byli bardziej stonowani ale też zaciekawieni i przejęci taką wizytą. Ale jasne było, że w ich imieniu mówi głowa rodziny czyli Johan. Obiad był prosty ale całkiem syty. Przyjemnie zalegał w żołądku miłym ciepłem. Zaś gorzkawe piwo przepłukiwało gardło, usta i też było syte. Po tej tradycyjnej gościnie rozmowa niejako zamarła gdy widocznie gospodarze czekali na to co teraz pocznie uczony gdy na zewnątrz ulewa rozszalała się na dobre.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kupiecka 6; sklep Grubsona
Czas: 2519.07.20; Wellentag; popołudnie - zmierzch
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, ulewa, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto
- A co ci się stało? Wpadłeś pod rozpędzony powóz? - Oksana powitała znajomego kultystę w habicie uniesieniem zdziwionych brwi. Bo jak wszedł z ulicy zalewanej przez aurę to właśnie ją akurat zastał na sklepie. Podeszła do niego dając znać ekspedientowi, że się zajmie nowym klientem. Potem odciągnęła mnicha nieco dalej. A, że akurat się rozpadało jak wyszedł z domu to w sklepie Grubsona było niewielu klientów.
Rzeczywiście jak widział swoje odbicie w miarę spokojnej wodzie w dzbanie czy misie to wyglądał niezbyt zdrowo. I w hospicjum też się na tym poznali ledwo rano wszedł na recepcję. Bracia co go ujrzeli szybko zrobili rwetest na tyle, że pojawił się sam przeor.
- Otto co się stało? Jak ty wyglądasz? Znowu cię napadli? - zagaił go przełożony widząc jego opłakany stan. Więc widocznie rzeczywiście przypominał ofiarę jakiegoś napadu. Ale gdyby wczoraj ktoś na Mokrej widział zwycięzców ulicznej bójki to pewnie o wszystkich mógłby mieć podobne zdanie. Nawet ich herszt, Silny, nie wyszedł z tego mordobicia bez szwanku. Chociaż i tak chyba najlżej z całej czwórki. Na tyle zostało w nim charyzmy, że zagnał te dwie czy trzy dziewczyny i młodzików do pomocy z rannymi aby ich przemyły i chociaż pobieżnie nałożyły jakieś opatrunki. A potem zostawił Rune pod ich opieką i pomógł Otto zanieść Annikę do Północnej Dzielnicy gdzie mieszkała w rezydencji jej pani. Bo mnich nie był pewien czy w tak kiepskim stanie jakim był dałby radę sam zawlec dorosłą osobę jaką trzeba by nieść przez całe miasto. Oddał mu ją dopiero przed bramą von Mannliebów nie chcąc tam wchodzić do środka. Wewnątrz też zrobiło się niezłe zamieszanie gdy oddawał Frau i jej pokojówce koleżankę w tak opłakanym stanie. Od razu pomogły mu ją zanieść do ich wspólnego pokoju dla młodych służących i załamywały ręce nad jej losem. Chociaż i Otto dostał propozycję aby poczekać na rodzinnego medyka von Mannliebów. Gdy opuszczał rezydencję można było odnieść wrażenie, że gospodyni roztoczy nad swoją pobitą służką wszelką dostępną jej troskę i opiekę.
Potem jak wyszedł znów na ulicę okazało się, że herszt khornitów na niego wciąż czekał. I odprowadził do domu bo jego zdaniem mnich nie wyglądał najlepiej. Gdy się żegnali w centrum miasta Silny miał zamiar wrócić do Rune ale był zadowolony. Zresztą były weteran wojen też podobnie jak Annika co wyszła ledwo żywa z tego starcia. Ale cała trójka uznała, że to była dobra walka i miała z niej sporo satysfakcji. Zwłaszcza ze zwycięstwa nad liczniejszym przeciwnikiem. I to zdawało się im osładzać otrzymane rozcięcia, stłuczenia i rozbite twarze. Otto też chyba zyskał w ich oczach jako kamrat jaki nie boi się stanąć przy mordobiciu ramię przy ramieniu. Nawet jeśli nie poświęcał się temu samemu patronowi co oni.
A gdy mnich został sam w swoim mieszkaniu to gdy padł na swoje łóżko to spał jak zabity. Albo pobity. Poranek był dla niego bardzo ciężki. Nawet zaspał i wydawało mu się, że boli go całe ciało jeszcze bardziej niż wczoraj gdy wieczorem wracał do domu. Ciało jakby zastało się w sobie i swoich boleściach. Odkrył, że przez sen usiał krwawić bo na poduszce i pościeli znalazł takie krwawe plamki. Rano pewnie by zarobił pewnie krzywe spojrzenie od współbraci, może nawet przeor by coś mu powiedział do słuchu. Ale jednak to pobicie sprawiło, że ulitowali się nad kolegą. Zaprowadzili go do lazaretu, przemyli i opatrzyli rany, dali ziółek na wzmocnienie. A następnie zwolnili do domu aby się wykurował.
Mimo, że był dziś w hospicjum względnie krótko i to nie sam to i tak Niklas znalazł sposobność aby się przy nim zakręcić. I był ciekaw co tam “z jego sprawą”. Zapewne wizja służby u bogatej, eleganckiej i jeszcze chutliwej pani bardzo przemówiła mu do wyobraźni i teraz czekał na obiecaną przez Otto poprawę swojego skromnego losu.
W każdym razie jeszcze późnym rankiem, zanim dzień rozkwitł w pełni jednooki znów znalazł się z powrotem w swoim domu i łóżku. Mógł znów zamknąć oczy i odespać te wszystkie boleści. Gdy wstał ponownie było już po południu. Nocny i dzienny odpoczynek, sen we własnym łóżku, fachowe opatrzenie ran znacznie mu pomogła. Owszem, nadal był obolały ale już nie tak bardzo jak rano. Mógł więc wrócić do swoim planów aby odwiedzić sklep Grubsona. Tyle, że akurat jak wyszedł to zaczęło padać. A chociaż do Grubsona nie miał aż tak daleko bo ten mieszkał podobnie jak Pirora w pobliżu Placu Targowego tylko z innej strony to solidny habit zrobił cię porządnie mokry chociaż dopiero zaczął przesiąkać na wewnętrzną stronę gdy pchnął drzwi a dzwonek uprzedził wejście klienta. Nie mógł się dziwić, że Oksana zareagowała na jego widok podobnie jak mnisi z hospicjum dziś rano.
- Czemuż zawdzięczamy twoją wizytę? - zagaiła główna projektantka Grubsona i kostiumów teatralnych gdy już znaleźli się w pustej części sklepu z widokiem na ekspedienta stojącego za ladą.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim uznał wieczór u Pirory za udany. Sam proces "zapłodnienia" Laury vel Larwy pomiotem Oster był dla niego ciekawy zarówno ze względów naukowych (zabieg ów był czymś niewątpliwie unikalnym, wątpił żeby jakikolwiek student medycznych imperialnych uczelni o czymś takim słyszał), jak i "estetycznych".
Slaaneshytki okazały się również nadspodziewanie pomocne w sprawie infiltracji w Akademii. Z satysfakcją skonstatował, że jego strategia okazała się jednak słuszna, nawet Tobias zaczynał chyba doceniać wartość tych sojuszniczek. Pochwalił Pirorę za jej pomysł dotyczący udawania modelek.
- No takie udawanie modelek to chyba byłoby dla was coś nowego i mam nadzieję... ekscytującego? Żadnego klęczenia i mycia podłogi, tylko pokazywanie swego ciała młodym studentom - Uśmiechnął się do Łasicy i Burgund, mając nadzieję że to je zachęci.
No ale teraz opuścił miasto, zdecydowawszy się zawierzyć niepewnym gwiezdnym znakom, że jednak ta wyprawa nie jest tylko stratą czasu. Miał nadzieję, że kiedy wróci Tobias i dziewczyny poczynią jakieś postępy w zwiadzie w Akademii i będą mogli sfinalizować plany.
A na razie siedział w prostej wiejskiej chacie, a na dworze padało. Jako dla miejskiego dziecka był to dla niego jednak obcy świat. Było skromnie, przynajmniej gościnność gospodarzy wydawała się szczera, a proste jadło po podróży nawet mu smakowało. Ciekawe tylko, gdzie wskażą mu miejsce do spania?
- Dziękuje za gościnę. Stawiłem się, magistrowie Kolegium nie rzucają przecież słów na wiatr. Muszę się dowiedzieć jak najwięcej o zaginionym, co robił i gdzie był przed zaginięciem, czy cokolwiek w jego zachowaniu wydawało się dziwne lub niepokojące? W jakim miejscu go ostatnio widziano? Czy zostały jakieś przedmioty z którymi był szczególnie zżyty? - Stwierdził, że nie ma co zwlekać z rozpoczęciem śledztwa.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Festag, popołudnie, rezydencja Pirory
Mnich nie wiedział jak zinterpretować ciekawość divy, ale miał nadzieję, że będzie to prowadziło w dobrą stronę.
- Teraz przez jakiś tydzień maleństwa będą rosły. Nasz drogi aptekarz może aplikować pożywkę dla nich, aby urosły naprawdę rosłe. Po jakimś tygodniu przyjdzie czas na "poród", co jest równoznaczne z skorzystaniem z latryny. Może trochę dłuższe, bez bólu, bez szkód.
- Znaczy lepiej z nocnika. Aby żadnego z maleństw nie stracić. Ale balia czy nawet łóżko też może być. Jakaś życzliwa osoba do pomocy by się przydała aby je pozbierać do jakiegoś pudełka czy torby. A potem wystarczy dostarczyć je do mnie to ja już się wszystkim zajmę. Mamy odpowiednie warunki do tej hodowli. Nawet pełną kolekcję od jaj po dorosłe osobniki. A jak widać nasza kochana Laura sobie całkiem chwali takie nosicielstwo. - do rozmowy wtrącił się dobry wujaszek Sigismundus który uprzejmie i życzliwie dodał coś od siebie w kwestii wyjaśnienia. Na świeżo zasianą ladacznicę patrzył z taką miłością jakby to była jakaś jego ukochana córka czy bratanica. Ta zresztą bezwstydnie nie zamierzała opuszczać spódnicy ani kolan Sorii nadal chętnie prezentując swoje wdzięki jaka nadobna niewiasta powinna ofiarować jedynie prawowitemu małżonkowi.
- To macie tego więcej? Ciekawe, ciekawe. A jak się aplikuje tą pożywkę? - miodowłosa gwiazda estrady i nadal wydawała się tym wszystkim zafascynowana. Głaskała nagie uda Laury i przypatrywała się z pozycji pierwszego widza całemu procesowi.
- Tak samo jak zasianie. Prosta sprawa. Trzeba tam do środka wsadzić taką strzykwę i wpuścić maleństwom coś do jedzenia aby szybciej rosły i były silniejsze. Nic trudnego ani strasznego. - zapewnił usłużnie gruby nurglita jaki rozpływał się w grzecznościach chcąc zapewne zrobić jak najlepsze wrażenie.
- Mam w sumie pomysł jak umilić cały proces. - zaczął mnich - Muszę jedynie obgadać sprawę z znajomym cieślą, który zapewniał mnie, że zna się na tworzeniu zabawek dla kobiet.
- Jakby się dało jeszcze coś umilić to byłoby naprawdę miło. - roześmiała się pół naga, ciemnowłosa ladacznica rozkosznie przyjmując od diwy klapsa w wypięty tyłek. A po chwili podobny od wężowej syreny na kolanach której się opierała. Co wywołało liczne śmiechy i uśmiechy rozbawienie bo wyglądało całkiem ponętnie.
- A zabawki dla kobiet brzmią dobrze. Też bym była zainteresowana. - dodała wesolutko bretońska szlachcianka jakie całe widowisko zasiania oglądała z wielką ciekawością.
- A właśnie. Macie jakieś gry, zabawy i rozrywki dla przyjezdnych kobiet co nie bardzo znają miasto? - miodowlosa aktorka wskazała palcem na pół nagą ladacznice o jakie nieszablonowe rozrywki jej chodzi. A gdy ta znów usiadła na kolanach wężowej milady diwa umieściła swoje trzewiki na udach swojej ulubionej kurtyzany.
- Obawiam się, że ta żałoba zablokował wszelkie źródła legalnych rozrywek w mieście. - zaczął mnich - Zanim się spotkaliśmy, miałem zamiar wdrożyć drobny plan, aby zwabić was w nasze towarzystwo. Porwanie i wywiezienie do jaskini poza miasto, gdzie zgraja bandytów miałaby sobie z was użytek, wszystko oczywiście za waszą zgodą. Taki mała scena do odegrania ku uciesze lędźwi i wyobraźni. - mnich się zastanowił - Zależy czego byś chciała milady. Walk gladiatorów? Hazardu?
- Orgii! - roześmiała się milady o miodowych włosach. Co rozbawiło też i resztę towarzystwa. - A ten plan z wywiezieniem i jakąś zgrają chutliwych bandytów brzmi całkiem nieźle. Chociaż wolałabym bez zbędnego zbiegowiska bo wszystko co ze mną związane zaraz jest na językach całego miasta. Więc jakieś zbiegowisko czy widowisko chętnie no ale nie tak aby to na drugi dzień całe miasto miało to na językach. - wyjaśniła już poważniejszym choć wciąż wesołym tonem. I brzmiało jakby była gotowa pójść na współpracę w zapewnieniu alibi takim zakazanym rozrywkom ze swojej strony o ile to by było coś nietuzinkowego i ekscytującego.
- Poza tym rozkosze jadła, próbowania nowych potraw, napojów, środków odurzających, śpiew, taniec, muzyka do białego rana też oczywiście. Obiecuję być dla was wyrozumiała. Przyznam, że poprzeczka jest wysoka bo naprawdę wiele już widziałam, słyszałam i próbowałam. Ale zawsze jest nadzieja. Przyznam, że jest tu parę rzeczy jakie mnie pozytywnie zaskoczyło. - wskazała na Laurę jaka wciąż siedziała na kolanach wężowej milady i gościła na sobie trzewiki teatralnej diwy.
- No i przyznam, że miałam sny jakie sugerowały, że tu mimo całego mojego doświadczenia mogę zaznać czegoś całkiem nowego. Byłabym rada. Obiecano mi, że jeśli tu przybędę dostąpię przyjemności spróbowania takich rozkoszy o jakich mi się jeszcze nie śniło. A zapewniam was, że wiele mi się śniło i niewiele z nich pozostawiłam tylko gestii snów. Miałam obiecane, że wydam na świat pobłogosławiony owoc z jakiego będę dumna i będzie miał on przełomowe znaczenie. Spodziewałam się więc jakichś odmieńców czy zwierzoludzi no i na razie widzę, że coś macie na początek ale mam nadzieję, że to nie wszystko czym dysponujecie. Bo byłabym rozczarowana. - diwa podzieliła się ze nowymi znajomymi swoimi zachciankami, planami i snami z jakimi przybyła do tego dość prowincjonalnego miasta jakie nie mogło się równać do stolicy prowincji czy wielkich miast jakie zwiedziła podczas swoich występów estradowych.
- Co do orgii, to chyba pokazaliśmy, że jesteśmy otwarci. - zaczął mnich - Egzotyczne potrawy to chyba będą w gestii Pirory i Fabienne. Nie wiem kto jeszcze miałby kontakty, aby cokolwiek sprowadzić. Co do nietuzinkowych kochanków… bylibyśmy w stanie coś załatwić, ale to by było poza miastem.
- Poza miastem… - diwa powtórzyła to w zamyśleniu. Chwilę się nad tym zastanawiała. Po czym rozłożyła ramiona w geście bezradności i uśmiechnęła się sympatycznie. - No cóż, czegóż się nie robi dla miłości i pożądania! - zawołała wesoło co wywołało podobną reakcję u kultystycznej widowni. - Dobrze, może być i pod miastem. Mam nadzieję, że wycieczka będzie ekscytująca. Bo te orgie jakby miały być takie jak ta tutaj to nawet bym mogła być zaspokojona. Na jakiś czas. - uniosła kielich wina i upiła z niego elegancki łyk.
Mnich spojrzał na kozio nogą mutantkę.
- Lilly, udałoby ci się ustawić spotkanie z Gnakiem i grupką jego łowców? Możesz powiedzieć, że mamy nowe samice ku ich uciesze.
- No nie wiem. Nie do końca jestem pewna gdzie jest ta ich dolina, słyszałam o niej ale nigdy tam nie byłam. Ale przecież jesteśmy z nimi umówieni za parę dni w najbliższą pełnię. - liliowłosa mutantka odparła ostrożnie i trochę niepewnie. Koleżanki zaś pokiwały głowami na znak potwierdzenia jej słów. - Bliżej by było do jaskini. Pewnie ktoś chętny na chędożenie by się znalazł. - dorzuciła wspominając o swoich współplemieńcach z jaskini w lesie.
- A kto to jest Gnak? - zapytała zaciekawiona diwa zerkając na ich oboje.
- Wódz stada zwierzoludzi, z którymi nasza grupka się "zaznajomiła" - mnich nacisnął na ostatnie słowo, aby dać jasny znak o naturę tych relacji - Jestem pewny, że ucieszyłby się z kolejnych znajomości.*
- O! Zwierzoludzie! No wreszcie coś interesującego! Może jednak to nie była prawda jak słyszałam, że tutaj to tylko zapluta, śmierdząca ryba dziura i jednak kobieta na poziomie może zaznać trochę egzotycznej rozrywki! - diwa klasnela w dłonie z radości i wyraźnie się ucieszyła z takiego poszerzenia oferty rozrywek.
- No naprawdę mówię wam. Jak jest się kimś tak światowym i rozpoznawalnym jak ja to się już próbowało wszystkiego i nie jest łatwo poczuć dreszczyk emocji i ekscytacji. Zwierzoludzie, mutanci, rzadkie stworzenia, afrodyzjaki techniki no albo chociaż zwierzęta to dopiero jest jakieś wyzwanie i coś nowego. Miałam nadzieję, że skoro takie powabne sny mi obiecały tutaj tyle rozkoszy, spełnienia i wydanie na świat błogosławionego owocu to właśnie będzie to coś nietuzimkowego. To na kiedy możecie mnie umówić z tym Gnakiem? Może jutro? Macie jeszcze jakieś ciekawe atrakcje do zwiedzania? Chętnie nawiąże takie nowe kontakty. - aktorka wydawała się w świetnym humorze i tryskała nim, że udzielał się on i reszcie. Większość wydawała się być i poruszona, i zaskoczona, i ucieszona jej dekadencka postawą.
Mnich gwizdnął.
- Przyznam, spotkać kogoś tak otwartego na tego typu rzeczy, spoza naszej gromadki to nie lada niespodzianka. Czy twoje koleżanki, również podzielają takie zainteresowania? - mnich zerknął towarzyszki Diwy - Co do innych rozrywek... z bardziej przyziemnych... Fabienne i Pirora planują zorganizować klub "Niewiernych Żon". Do tego planujemy zainwestować w uzdrowisko, w którym będzie też można doznać bardziej sensualnych masaży. Natomiast jeżeli pragniesz ciekawych znajomości... - mnich wciągnął powietrze zębami zerkając kolegów - Słyszałem o Gustawie, ale nigdy go nie spotkałem. W jakim jest obecnie stanie i czy mamy do niego dostęp?
- Oh Otto, nie traktuj nas jak małe, głupiutkie dziewczynki! - żachnęła się pieśniarka śmiejąc się przy tym serdecznie. - Spójrz. Właśnie skończyliśmy wyuzdaną orgię z dwoma mutantkami. - wskazała na Lilly i Dornę. Te drgnęły zaskoczone i zaniepokojne takim jawnym ich wskazaniem. - Przecież powinno się je i nas wszystkich z miejsca wtrącić do lochu, zacząć śledztwo i uczciwie spalić na stosie. A nie się umawiać na następny raz. Mnie tu skierowały sny. Bardzo lubieżne sny jakie wskazywały, że znajdę tu równie lubieżne i zdeprawowane towarzystwo i zakazane rozrywki. Te sny skierowały nas do zamtuza gdzie spotkałyśmy te dwie utalentowane ladacznice jakie są z wami. Sam też mówiłeś, że śniło co się moje łono. O ile mówiłeś prawdę a nie na tym co wiesz od Laury i Onyx. To tym bardziej powinieneś wiedzieć, że to ja ci się śniłam. Ile znasz kobiet właśnie z takim tatuażem właśnie w tym miejscu co ja mam? - mówiła szybko i całkiem logicznie gdy wskazywała na kolejne punkty zbieżności.
- Więc to nie może być przypadek. Mieliśmy się tu spotkać. A mnie były obiecane zakazane i plugawe rozkosze i tego od was oczekuję. Dlatego o tych zwierzoludziach brzmi dobrze. Chociaż mam nadzieję, że na tym nie kończy się wasz repertuar. - powiedziała jakby owo obiecane spotkanie z Gnakiem i jego wspóplemieńcami wydało jej się pierwszą atrakcją dla jakiej naprawdę warto było przyjechać do tego miasta.
- Widzę, w tobie zew mojej matki. Podobny jak u Fabi i Marissy. Myślę, że właśnie do nas miałaś tu trafić. Cieszę się, żeśmy się spotkały. Przyjemnie gościć tak oświeconą osobę. - odezwała się ciepło i życzliwie Soria jaka wciąż trzymała Laurę na swoich kolanach. Za co aktorka zrewanżowała jej się równie słodkim uśmiechem.
- A co do tego sanatorium oczywiście jeśli to będzie pomyślane w lubieżnych celach to naturalnie wesprę tą inicjatywę jak tylko będę mogła. - zapewniła ucieszona poetka o miodowych włosach. - A ten klub niewiernych żon? - zagaiła o kolejną nazwę jaka padła z ust mnicha. I widocznie Pirora się poczuła wezwana do odpowiedzi.
- No cóż. W mieście i okolicę pulę młodych dzierlatek, zwłaszcza rokujących na pełne przyłączenie się do nas mamy dość ograniczoną. Ale jeśli rozszerzyć działalność na narzeczone, wdowy i mężatki to ta pula się znacznie powiększa. I ostatnio z lady Sorią właśnie zaczęłyśmy badać obiecujące kandydatki. Mamy nadzieję, że chociaż niektóre do nas przystaną albo chociaż nieświadomie będą nas wspierać i służyć naszej rozkoszy. - wyjaśniła nieco piegowata młódka z dalekiego południa Imperium. Diwa uniosła brwi i pokiwała głową z uznaniem.
- Słusznie! Czasem taka zaniedbana przez męża i znudzona żona jest o wiele łatwiejszym i ciekawszym kąskiem niż jakaś małolata. Oczywiście w tym szlachetnym zadaniu wesprę was jak tylko będę mogła. - obiecała solennie i wzniosła kielich do toastu za sukces tego pomysłu. Koleżanki też chętnie go wychyliły i zrobiło się jakoś weselej.
- Zaś jeśli chodzi o moje koleżanki oczywiście że mam kilka bardziej i mniej obiecujących. Myślę, że przynajmniej paru z nich nie obawiałabym się zabrać na to spotkanie z Gnakiem. Czy innym plugastwem. Byle było jurne. No ale one zostały w stolicy. Jednak wystarczy mój list aby je tutaj ściągnąć. Tylko najpierw muszę mieć przekonanie, że potraficie dostarczyć takim eleganckim i rozrywkowym damom jak my odpowiednio niecodzienne rozrywki. Jeśli mnie zadowolicie to z przyjemnością poślę po moje koleżanki. - odparła całkiem stanowczym tonem miodowowłosa diwa. I brzmiało to jak warunek rozszerzenia przyjemnej działalności o ile zdołają ją przekonać do siebie.
- A ten Gustaw? Co to za jeden? Dlaczego by miał mnie zainteresować? - zapytała o ostatni temat wspomniany przez jednookiego mnicha. Towarzystwo poruszyło się trochę niepewnie i nikt nie kwapił się odezwać pierwszy. Aż odezwała się Łasica.
- To odmieniec. Ogromny i niebezpieczny. Dlatego trzymamy go w letargu. Może się przydać gdyby sytuacja stała się gardłowa. Mamy jednak do niego dostęp i myślę, że można go przygotować do użytku. Wystarczy przestać mu podawać zioła uspokajające. Tak myślę. Wtedy powinien być w pełni aktywny. Tylko nigdy nic z nim nie próbowaliśmy, siedzi zamknięty w celi. - łotrzyca wyjaśniła jak to jest z tym Gustawem. Przynajmniej w ogólnym zarysie. Na co aktorka klasnęła w dłonie.
- Olbrzymi i niebezpieczny? I nic z nim nie robiliście? Czyli bym była jego pierwszą kobietą? Brzmi bardzo ekscytująco! A dreszczyk emocji i niepewności jest bardzo podniecający! To proszę mi go przygotować na jutro. I mam nadzieję, że właśnie takie atrakcje będziecie mi serwować przez najbliższe dni! - zawołała miodowłosa wręcz zachwycona takim opisem swojego potencjalnego kochanka. Na co nawet wśród slaaneshytek wywołało wrażenie jakby nie dowierzały w to co właśnie usłyszały.
- Tu niestety będę musiał odmówić. Przynajmniej na razie. Ciało Gustava zamieszkuje z tego co rozumiem, jeden z Niezrodzonych, Demonów. Niebezpieczny, nie jest dostatecznie dobrym słowem, aby go opisać. Do tego kontakt z ciałem tak powabnej istoty jak ty, może sprawić, że straci absolutnie kontrolę i skończysz z istotą z zębami zamiast przyrodzenia. - mnich westchnął - Jednak i ja pewnie chciałbym w końcu z nim porozmawiać.
- Nie, raczej nie. Już nie. Teraz to wypaczona skorupa. Wątpię aby jakaś potężniejsza istota ukryła się w nim przede mną. Tego raczej nie musimy się obawiać. - odezwała się Soria dając znać, że ten wariant im raczej nie powinien zagrażać ze strony Gustawa. Bo już diwa zrobiła usta w wąską linię z zaciętym wyrazem twarzy ale teraz popatrzyła na nich oboje czekając jaką ustalą wersję.
- Nie jestem na tyle wysoko w hierarchii naszej rodzinki, aby podjąć taką decyzję... Silny, Łasico, wy tu przodujecie. Możemy załatwić takie spotkanie? Uwiązać Gustawa dla bezpieczeństwa i ocucić ku uciesze naszej diwy?
Wspomniana para kultystów a do tego wzajemnych adwersarzy spojrzała na siebie trochę zaskoczona tym pytaniem. Silny wzruszył ramionami więc pierwsza odezwała się łotrzyca.
- Raczej tak. Trzeba by go chyba kanałami przyprowadzić tutaj. Duży jest, ciężki. Jakby spał to kawał kloca. A jakby nie spał to może być trudne. - odparła Łasica nieco niepewnie.
- Ja z chłopakami mogę go wziąć. Tak czy inaczej. W zimie się już z nim mocowaliśmy i daliśmy mu radę. - mięśniak rzucił swoją opinię do tej puli.
- Myślę, że jak zdążę ze swoimi planami na morskie kąpiele to mogłabym wam z nim pomóc. Więc o ile nasz mistrz się zgodzi to możemy zapewnić naszej utalentowanej gwieździe estrady troszkę tej egzotycznej rozrywki jakiej tak pragnie. Zapewne jutro wieczorem. - znów wtrąciła się wężowa syrena swoim aksamitnym głosem. I chociaż zostawiła sobie furtkę gdyby Starszy powiedział “nie” to wydawała się być dobrej myśli.
- Oh byłabym bardzo rada! Bo do tej pełni i spotkania z tymi waszymi zwierzoludźmi to jeszcze dobre parę dni i przecież dobrze urodzona dama musi sobie jakoś zorganizować rozrywki przez ten czas. - milady o miodowych włosach wydawała się bardzo rada z takiego rozwiązania i trzymała kciuki aby się to udało. - Oczywiście o ile mogę się tak szarogęsić u naszej gościnnej Pirory to wasz też zapraszam. I jeśli bym mogła jakoś wam pomóc w tym albo innym tak szlachetnym dziele to oczywiście mówcie, obiecuję zrobić co mogę aby wam pomóc. - zaśmiała się pełna dobrego humoru i życzliwości.
Mnich spojrzał na divę.
- Potrzebujesz może milady, cieśly? - Otto delikatnie zachichotał - Przepraszam, za takie dziwne pytanie, ale mam w zwyczaju ostatnio wyzwalaniu pacjentów lokalnego Hospicjum. Annika i Marissa - wskazał na dwie heraldki - Są moimi byłymi pacjentkami. Głównie zainteresowały nas ze względu na swoje sny. Ostatnio moją uwagę przykuł jeden mężczyzna, który śnił jak miasto płonie. Jest z zawodu cieślą, ale jak i określił "zna się na produkcji zabawek dla kobiet". Mogę poprosić go o stworzenie próbki, oceniłabyś jakość i wartość naszego rzemieślnika.
- Cieśli? - artystka rzeczywiście była zdziwiona pomysłem. - No ale jak umie robić jakieś ciekawe rzeczy to może, może. Niech pokaże co umie. A potrzebny wam ten cieśla? Jak to tylko kwestia geldow to mogę go kupić. - diwa chyba nie była zainteresowana kimś o tak banalny zawodzie jak cieśla ale chyba wyczuła, że może być on tubylcom do czegoś potrzebny więc aby okazać dobrą wolę była gotowa sypnąć groszem nawet jak sama z siebie nie była tym rzemieślnikiem zainteresowana. Przynajmniej w tej chwili.
- Każdy, który tak jak my otrzymuje sny, poza hospicjum jest mile widziany. - zapewnił mnich - Zważając, że tego typu sytuacje ściągają niepożądane spojrzenia, a już mamy tą Somnium ze stolicy.
- Ah, tak, ta nawiedzona morrycka młódka. Tak, słyszałam o niej już u nas. A przed mszą zostałyśmy sobie przedstawione. Wieszczka ponoć. - aktorka pokiwała swoją miodową głową na znak, że wie o kim mowa. - No a co z tym cieślą? - wróciła do tematu wspomnianego wcześniej rzemieślnika. I wygodniej ułożyła swoje trzewiki na nagich udach Laury jaka wcale nie protestowała.
- Tak jak mówiłem, zapytał mnie czy i jego da się wydostać z hospicjum. Zważając, że jest kolejną osobą, która tak jak my ma niecodzienne sny. Pomyślałem, że się przyda. Nazywa się Niklas, nie jest może młodzieńcem, ale jestem pewny, że byłby bardzo zainteresowany usługiwaniem ci na wszelkie sposoby. - mnich wzruszył ramionami - Nic zobowiązującego, ale jakbyś chciała odwiedzić hospicjum chętnie cię oprowadzę. Marissa może opowiedzieć jak dokładnie znam jadalnię czy pralnie.
- Tak? - diwa z zaciekawieniem wyłowiła wśród zebranego przy stole tłumu kasztanowłosą służkę jej bretońskiej koleżanki.
- Tak. Ja tam byłam pacjentką. Ale Otto, Pirora i moja milady mnie stamtąd wyciągnęli. Tego Niklasa pamiętam. Siedział tam chyba dłużej ode mnie. Nawet miałam z nim przyjemność w pralni. Lubieżnik z niego. Chociaż nie wygląda zbyt okazale. Jakby milady sobie życzyła to ja mogę tam oprowadzić i pokazać. - odparła grzecznie była pacjentka hospicjum. Sławna artystka skinęła powoli głową namyślając się i w końcu uśmiechnęła się promiennie.
- Lubieżnik mówisz? No to zawsze jest atut. Dobrze to skoro tak to przyjadę tam do was aby zobaczyć tego lubieżnika. Mogę go wykupić skoro jest wam potrzebny. Jeszcze zobaczę czy mi przypadnie do gustu. Tak samo jak ten Gustaw. Brzmi obiecująco i właśnie o takie rozrywki mi chodziło. Mam nadzieję, że będziecie mnie tak przyjemnie zaskakiwać nie tylko jutro. Ta nutka niepewności i ryzyka jest całkiem podniecająca. - oznajmiła milady o miodowych włosach zgadzając się pomóc wyciągnąć Niklasa z hospicjum a nawet wydawała się nim chociaż trochę zainteresowana. Tak samo jak spotkaniem z owym odmienionym przez nadprzyrodzone siły heretykiem zamkniętym dotąd w celi pod zwaloną wieżą. Chociaż to wydawała się traktować jako wstęp do miłosnych przygód w tym nowym dla siebie mieście.
- Postaramy się zadowolić twe potrzeby. - mnich przez chwilę pomyślał o Skavenach, ale wzdrygnął się na tą wizualizację - A teraz, możesz nam trochę jeszcze opowiedzieć o swoich snach? Obiecywały ci oczywiście przyjemności, ale czy ukazały ci coś, powiedzmy nie związanego z nimi? Jakieś miejsca, osoby, przedmioty?
- To było dość różne. Najbardziej pamiętam, mój ciężarny brzuch i świadomość, że wkrótce wydam na świat wyjątkowy owoc mojego grzesznego żywota. I głos co mnie tu kierował obiecując rozkosze jakich jeszcze nie próbowałam. A to nie jest łatwe bo próbowałam już chyba wszystkiego. Dlatego jestem ciekawa tego waszego Gustawa no i tych zwierzoludzi. Z nimi też już spółkowałam no ale najwyżej z jednym a wy mówicie, że macie ich trochę i to na wolności no to może być ciekawie. To by było coś nowego. Ale twarzy czy miejsc to nie, nie bardzo. Violette wyśniła ten zamtuz dlatego jak przyjechałyśmy do miasta i go rozpoznała to właśnie tam się udałyśmy z wizytą. No i okazało się, że słusznie bo spotkałyśmy te dwie urocze dziewczęta jakie nas przyprowadziły do was. Dlatego jak mniemam jesteśmy we właściwym miejscu i rozmawiamy z właściwymi osobami i właśnie liczę, że doprowadzicie mnie do tych rozkoszy jakich jeszcze nie próbowałam. - diwa bez skrępowania opowiadała mówiąc szybko zdanie za zdaniem, nie zawahała się ani razu i raz wskazała na swoją białowłosą przyjaciółkę z jaką tu przyjechała. Ta zaś skinęła głową potwierdzając jej słowa jak to było z tym zamtuzem gdzie się pojawiły tak niespodziewanie nawet dla pracujących tam kobiet.
- I dlatego musiałyśmy narobić tyle szumu ile się dało podczas wizyty. Trzeba było rzucić kamień w wodę aby sprawdzić gdzie się załamują falę. Wiedziałyśmy, że pewnie tam będzie jakiś trop czy wskazówka ale nie wiedziałyśmy co lub kto to będzie. - odparła impresario saltmundzkiego teatru dokładając swoje trzy grosze do tej opowieści miodowłosej.
- Och, proszę mi uwierzyć. Jeżeli nasza misja powiedzie się, rozkosze dzisiejszego dnia wydadzą cię się mdłe i codzienne. - zapewnił mnich.
- Właśnie mam taką nadzieję, po to tu przyjechałam. - odparła wesoło diwa i uśmiechnęła się promiennie biorąc tą obietnicę za dobrą monetę.
Wallentag, rano, Hospicjum
Mnich skrzywił się boleśnie na pytanie przełożonego.
- Nie… albo inaczej. Na własne życzenie. Po ostatnim razie, stwierdziłem, że przyda mi się trochę nauki jak się samemu bronić. Osoba, którą do tego wynająłem stwierdziła, że dobrze jest się też nauczyć jak przyjmować ciosy. Nie będzie mi to przeszkadzało w pracy.
- Na własne życzenie? Chłopcze co się z tobą dzieje? Zwariowałeś? Masz przestać się zadawać z takimi bandytami. Jesteś tu nam potrzebny w jednym kawałku. Zresztą dzisiaj to już wiele z ciebie nie będzie. Jak bracia skończą cię opatrywać wracaj do domu i odpocznij. - przeor uniósł się irytacją podszytą gniewem gdy usłyszał, że to nie jest jakiś kolejny, nieszczęśliwy wypadek czy napaść tylko celowe działanie jednookiego mnicha. Widocznie tego się nie spodziewał i dał wyraz swojemu niezadowoleniu. Ale przyjanajmniej zwolnił go z dzisiejszych obowiązków co na pewno obitemu mnichowi by się przydało bo po wczorajszej bójce całe ciało go bolało i było zesztywniałe.
- Postaram się to ograniczyć, chociaż z tym co się działo ostatnimi tygodniami dobrze by było urosnąć w sile. - zauważył mnich - Mam nadzieję, że na razie nie było powtórek?
- Nie kracz, nie kracz. Jeszcze po ostatnim razie mamy jednego w lazarecie i wciąż trzeba ponaprawiać albo kupić nowe rzeczy. A ty uważaj na siebie. Jak ty się pokażesz w takim stanie jak trzeba będzie znów rozmawiać z jakąś dobrodziejka? Przecież to trzeba wyglądać jakoś skromnie i poczciwie a nie jak jakiś łobuz z ciemnej alejki. Dlatego odpocznij i kuruj się. - gniew przeora nieco zelzal i teraz wydawał się głównie zirytowany takim niespodziewanym wypadkiem z jednookim mnichem.
- Oczywiście... a co dobrodziejek. - mnich zaczął - Lady von Mannlieb i Lady van Dyke zapoznały mnie wczoraj z Lady Odette von Treskow. Również wyraziła zainteresowanie naszym hospicjum, więc może uda się coś ugrać i tu.- Oo… Ta teatralna diwa co tak pięknie śpiewała na mszy? - brwi przeora Bernarda uniosły się nieco do góry gdy widocznie trochę zaskoczyła go ta informacja ale samą milady zapewnie miał okazję widzieć choćby wczoraj na mszy podczas gdy śpiewała psalmy. - No tak, przecież to szlachcianka. Oni tam się pewnie znają nawzajem. - pokiwał głową gdy zapewne próbował odtworzyć sobie w głowie mapę powiązań śmietanki towarzyskiej tego miasta jaka zapewne sięgała i poza obręb miejskich murów.
- I była zainteresowana naszym skromnym hospicjum? Wspaniale! No to dobrze się spisałeś. No i sam widzisz, że musisz nas godnie reprezentować gdyby miała nas tu zaszczycić wizytą tak znamienita dama. I nie możesz wyglądać jak obwieś. Tym bardziej masz przestać się wdawać w awantury i doprowadź się do porządku. - wiadomość o potencjalnej pani sponsor znów pobudziła przeora nadzieją, że może udałoby się coś zyskać na rzecz tego przybytku jaki głównie utrzymywał się z datków i jałmużny tych jakich było na to stać. Chociaż też i powyżej pewnego statusu nawet wypadało co jakiś czas wesprzeć jakąś akcję czy instytucję charytatywną. No ale nie było powiedziane, że to będzie akurat hospicjum dla ciężko i umysłowo chorych. Więc przeor jeszcze raz pogodnił Otto aby na siebie uważał ale tym razem brzmiało to raczej po ojcowsku.
Mnich kiwnął głową i pozostawił przełożonego obowiązkom. Opuszczał powoli hospicjum gdy zagadał go Niklas.
- Pracuję nad tym. Niestety te panie, które zabrały Thorna i dziewczyny już nie mogą tak bardzo szastać pieniędzmi, ale mam inne potencjalne dobrodziejki. Na razie mam dla ciebie zlecenie stolarskie. Mówiłeś, że jesteś w stanie wystrugać zabawkę dla kobiet, prawda?
- No tak. Mogę. - pacjent przybytku odparł bez entuzjazmu. Widocznie zasmuciły go te wieści, że wydostanie się stąd i to jeszcze na koszt i użytek pięknych, młodych i chutliwych dam nie jest takie proste jak to widocznie mu się wcześniej wydawało.
- Nie martw się, może uda mi się zakręcić coś z nowymi znajomymi. Teraz… - mnich zniżył głos - Potrzebuje zabawki z wydrążonym wnętrzem, aby można było w nią włożyć strzykawkę - mnich pokazał palcami mniej więcej grubość narzędzia aptekarza - Dasz radę zrobić coś takiego?
- Z wydrążonym wnętrzem? - pacjent wciąż wydawał się trochę markotny tymi niezbyt dobrymi dla siebie wieściami ale nowe wyzwanie przykuło jego uwagę. Zastanawiał się chwilę nad nim.
- Lepiej jakbyś przyniósł tą strzykawkę. Chociaż dziwne zamówienie. Wsadzać jedno w drugie. Nie łatwiej by było wsadzić to co w strzykawce do tej zabawki? Bo zrobić się da. Wziąć wymiar, potem obrobić na długość i grubość. No to dzień, może dwa i by było zrobione. Jeszcze zależy ile tu bym miał na to czasu. Ale jak z wydrążeniem to trudniej. To jeszcze dłużej. No ale da się, da. - podszedł do tego zamówienia jak rzemieślnik i mimo wszystko wydawał się być dobrej myśli nawet jeśli go ono nieco zdziwiło.
- Jasne. Pojutrze pewnie będę miał. Bądź dobrej myśli. Jeżeli zabawka się spodoba nowym znajomym, poinformuję, kto ją stworzył. - mnich poklepał pacjenta po ramieniu.
Opuścił spokojnie hospicjum odpocząć i odwiedzić sklep Grubsona.
Wallentag, rano, rezydencja von Mannlieb
Otto postanowił spędzić jeszcze jeden dzień poza hospicjum. Wykurować się po głupim pomyśle. Dobre towarzystwo to najlepsze lekarstwo, a nie znał lepszego niż Fabienne i jej służki. Obolały, ale dość radosny ruszył do rezydencji von Mannlieb oczekując na standardową procedurę przyzwoitki oceniającej jego należytość.
Rzeczywiście stara Gertruda niezmiennie stała na straży dobrych manier i porządku tej rezydencji i witała gości. - Często ostatnio u nas bywasz mnichu. - rzuciła uwagę co przy jej oschłej aparycji nie zabrzmiało zbyt przyjaźnie. Ale zaprowadziła go do salonu i tam po chwili czekania przyszła bretońska gospodyni i jej kasztanowa slozka. Czarnowłosej nie było ale po laniu jakie wczoraj dostała nie było to dziwne.
- Witaj Otto. Cóż cię sprowadza w moje skromne progi? - zapytała czarnowłosa szlachcianka dając znać Marissie aby nalała gościowi wina do kielicha. Ta rozlała do obu i postawiła na niewielkim, ozdobnym stoliku przy jakim zwykle rozmawiali.
- Ciągle troszczę się o swoje pacjentki. - zapewnił Gertrudę. Spokojnie poczekał na przybycie gospodyni.
- Chciałem sprawdzić jak ma się Annika. Podejrzewam, że odchorowuje wczorajsze. - mnich westchnął - Do tego chciałem się pożalić, że ja też dostałem bęcki a nie mam pięknej kobiety aby w nią się wypłakać.- Biedactwo będzie musiała to odchorować. Żałuję, że się zgodziłam na tą waszą eskapadę. - szlachcianka okazała swoje niezadowolenie z powodu ciężkiego stanu w jakim Otto odstawił wczoraj jej czarnowłosą służącą. I nie wydawała się rozbawiona jego słowami.
- Dużo śpi. Ale to dobrze. Tak się szybciej odzyskuje siły. - dorzuciła Marissa i też wydawała się zmartwiona losem przyjaciółki.
- W mojej obronie, zaatakowanie naszych oponentów w otwartej, honorowej walce, było jej pomysłem. - mnich delikatnie posmutniał, że szlachcianka najwyraźniej była zła na niego - Najwyraźniej jednak, spodobało się to patronce Anniki. Najwyraźniej pokazała jej, że Czempion krwawej Siostry jest w mieście.
- Może. Ale wróciła do mnie ledwo żywa. - przyznała szlachcianka bo widocznie miała inny punkt widzenia i priorytety niż khornici kultystów. - No i dobrze, że ty też jakoś z tego wyszedłeś chociaż jak widzę nie bez szwanku. - dorzuciła jakby ta złość na powrót służącej w takim opłakanym stanie zaczęła jej przechodzić. - A poza tym? Cos chyba wcześniej dzisiaj u nas jesteś. Dali ci wychodne w hospicjum? - zagaiła na jakiś inny temat zauważając, że rzadko ją odwiedzał o tak wczesnej porze.
- Zważając mój wygląd, przeor dał mi wczoraj wolne. Postanowiłem, że mogę poświęcić jeden dzień na wyleczeniu się. Chciałem jednak się upewnić, że Annika ma się dobrze. - przyznał mnich - Naprawdę jest mi przykro z powodu jej stanu. Postaram się, aby jej następne religijne uniesienia, były bezpieczniejsze.
- Ja również. Biedactwo. Aż przykro było na nią patrzeć. Twarz rozkwaszona, usta spuchnięte, siniak na siniaku. A przecież to taka piękna kobieta jest. - bladolica szlachcianka znów załamała ręce nad losem swojej pokojówki i kochanki.
- W każdym razie dzisiaj wieczorem jedziemy odwiedzić Pirorę. Zobaczymy jak naszej drogiej Odette pójdzie z Gustawem. Sama jestem ciekawa. Jeszcze go nie spotkałam. Co prawda nie wiem czy na dzisiaj się uda go sprowadzić ale nawet jak nie to i tak nie będziemy się nudzić. - oznajmiła mu najnowszą plotkę z ich towarzystwa bo podobnie lubieżne tematy były znacznie bliższe jej sercu niż jakieś bójki w deszczowych zaułkach.
- Też się zjawię. Nawet jakiś pomniejszy Niezrodzony może być ciekawy. - mnich westchnął - Zakładam więc, że ucałowanie moich ran odpada? - mnich musiał przyznać, że pomimo wczorajszych zbaw z Marissą i Anniką, było coś niebywałego w Fabienne. Może to jej pochodzenie od Soren?
- Ucałowanie twoich ran? - wypielęgnowane brwi bladolicej milady powędrowały do góry w grymasie zdziwienia takim pomysłem. I na chwilę tak zamarły gdy się widocznie nad tym zastanawiała. Zwinęła usta w wąską linię, zmrużyła jedno oko i trochę uniosła głowę. W końcu rozłożyła dłonie na boki w geście bezradności i pierwszy raz uśmiechnęła się przy tym spotkaniu.
- Oh wybacz, po prostu bardzo martwię się o Annikę. Trochę mnie to przytłoczyło. - powiedziała przepraszającym tonem. - Oczywiście, że możesz liczyć na ucałowanie. Gdzie sobie życzysz? - zapytała ciepłym tonem i już z całkiem filuternym uśmiechem.
Do odważnych świat należy, mnich pomyślał. Upewnił się, że nie ma przywoitki w zasięgu, po czym przyciągnął szlachciankę usadawiając ją sobie okrakiem na kolanach i rozpoczynając głęboki pocałunek, zaznajamiając się ponownie ze słodyczą ust i języka kobiety. Kiedy w końcu się odsunął.
- Gdzie tylko możesz? - wyszeptał z lubieżnym uśmiechem.
- Postaram się zrobić co się da. - obiecała Bretonka z psotnym uśmiechem wcale się nie wyrywając z jego kolan i objęć. Po czym sama zaczęła obdarowywać kochanka pocałunkami jakie z czułych robiły się coraz bardziej chciwe. Aż w końcu zsunęła się na kolana i zadarła jego sutannę aby tam dokończyć dzieła obdarowując ich oboje tą przyjemną chwilą. Po wszystkim wstała i uśmiechnęła się do gościa promiennie.
- Mam nadzieję, że czujesz się usatysfakcjonowany. Jak mówiłam tutaj niezbyt mogę swobodnie działać. Ale jeśli będziesz wieczorem u Pirory to może coś nam się uda zdziałać więcej. - powiedziała z czarującym uśmiechem jakby zapraszała szlachetnie urodzonego kawalera na wieczorek poetycki w zacnym towarzystwie.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Wallentag; rano; Sklep Grubsona
- Powinnaś zobaczyć tego drugiego… - zażartował mnich - Z Silnym polazłem spotkać kilku ciekawych ludzi. - usiadł boleśnie - Zamówienie chciałem złożyć na szatę i sprawę mam do Grubsona.
- No tak, jak z Silnym to można się było tego spodziewać. - główna krawcowa tego sklepu pokiwała swoją dwukolorową głową jakby stan kolegi stał się teraz dla niej bardziej zrozumiały. Ale nie ciągnęła dalej tego tematu.
- A Hubert był na zapleczu ale brałam miarę w przymierzalni to zobaczę czy jeszcze jest. - powiedziała wskazując na drzwi do owej przebieralni. Po czym ruszyła na zaplecze znikając mnichowi z oczu. Wróciła dość szybko.
- Właśnie wypłaca dodatek personelowi. W naturze. Więc możesz poczekać aż skończy albo iść teraz. - odparła z dyskretnym ale rozbawionym uśmiechem dając mnichowi wybór.
- Poczekam. - postanowił jednooki - Nie chcę przeszkadzać w pracy. To co do mojego zamówienia…myślałem o szkarłatnej szacie, takiej pełnej, na styl kapłański. Czarne akcenty na rękawach i kołnierzu, może z aksamitu. Bylibyście w stanie coś takiego mi sprawić?
- Szkarkatna szata? Szkarłat jest drogi. Bardzo drogi. I nie mamy go zbyt wiele. Więc przemysl to jeszcze. - projektantka uniosła brew do góry dając koledze czas do zastanowienia się czy na pewno wie co mówi i czy go stać na taki projekt. Dała mu znak aby poszedł za nią i wzięła z lady szkicownik i ołówek.
- Dla kogo to ma być? Umiesz rysować? Jak to ma wyglądać? - zapytała czy byłby w stanie zrobić chociaż ogólny szkic jak to by miało wyglądać.
- Jestem przekonany. Szata ma być dla mnie. Podaj mi szkicownik, coś ci nabazgram. - mnich przyjął kawałek kartki i węgla. Zamknął oko, wypowiadając plugawą modlitwę pod nosem i zaczął rysować - Na ogół nie zajmuję się ubraniem, tym bardziej projektowaniem, ale mam ogólny pomysł. - po dłuższej chwili skończył i wręczył kobiecie swoje dzieło - Jestem gotów czekać, nie ma pośpiechu. - szata wyglądała dość agresywnie, nie dla kapłana, czy mnicha siedzącego cicho w klasztorze.

- Więc ile takie cudo by mnie kosztowało?
- Ah takie coś… - projektantka pokiwała głową i chwilę oceniała swoimi oczami ten prowizoryczny szkic. - Tak, takie coś damy radę zrobić. Zwłaszcza jak to nie jest na wczoraj. - skinęła w końcu swoją dwukolorową głową i zaczęła rozpytywać i omawiać różne pomniejsze detale od jakich zależało ostateczne wykończenie no i cena. Jak ktoś zawodowo nie zajmował się projektowaniem takich ubrań to mógł być zdziwiony ile rzeczy trzeba było uwzględnić. I taka profesjonalistka jak Oksana była tutaj świetną przewodniczką. Jeszcze rozmawiali o tych detalach gdy drzwi na zaplecze skrzypnęły i pojawiła się w nich zwalista sylwetka gospodarza. Wydawał się być w dobrym humorze. Spojrzał w ich stronę ale podszedł do subiekta i coś zaczął do niego mówić.
- Jeszcze chwilę tu poczekamy a potem wyjdź na ulicę. I idź od podwórka. Wpuszczę cię do środka. - widocznie krawcowa na tyle dobrze znała swojego szefa i kochanka aby właściwie odczytać to krótkie spojrzenie jakie im posłał i teraz zdawał się w ogóle nie zwracać na nich uwagi.
Mnich wykonał polecenie krawcowej, stał teraz pod tylnymi drzwiami, rozważając jak ubrać w słowa propozycje do Grubsona. Nie może kłamać, ale mógł dopytać o więcej szczegółów Sigismundusa.
Musiał wyjść na ulicę, obejść przez boczną alejkę bryłę sklepu i wejść przez furtkę na jej podwórze. Tam czekał chwilę oglądając jakieś połamane manekiny, skrzynie wypełnione jakimiś nierozpoznawalnymi, uszkodzonymi elementami i tego typu doperele jakie można było znaleźć na większości podwórek, zwłaszcza tych od sklepów czy karczm. Od środka jednak usłyszał zgrzyt zamków, skrzypnięcie drzwi i te stanęły otworem gdy otworzyła mu Oksana. Dała znak aby wszedł do środka i poszedł za nią. Po chwili weszli do gabinetu Grubsona. Ten siedział za swoim biurkiem więc zdążył wrócić ze sklepu na zaplecze.
- Witaj Otto. Cóż cię sprowadza w moje skromne progi? Co słychać u naszej drogiej Sorii? - przywitał się z mnichem wskazując mu wolne krzesło po przeciwnej stronie biurka.
Mnich spokojnie usiadł.
- Przekazałem Oksanie jakie ubranie chciałem zamówić dla siebie. Do ciebie mam sprawę natury religijnej jeżeli zechcesz mnie wysłuchać.
Grubson spojrzał na swoją główną projektantkę a ta skinęła swoją dwukolorową głową. Po czym wrócił spojrzeniem na swojego rozmówcę. Przesunął się po nim z góry na dół swoimi oczami. W końcu wzruszył swoimi byczymi ramionami i dał znak gestem aby gość zaczął mówić o co chodzi.
- Twój sklep odwiedziłem jako klient, ale ciebie odwiedzam jako kapłan. Słyszałem dużo dobrych rzeczy o twoim oddaniu Wężowi, twoich talentach w uwodzeniu, udzielaniu i otrzymywaniu przyjemności. Zastanawiałem się, czy byłbyś zainteresowany poznaniem, głębszych tajemnic Mrocznego Księcia?
- Zawsze. Ale ty znasz jakieś “głębsze sekrety”? Nawet go nie wyznajesz. Chociaż może to się zmieni z tego co słyszałem ostatnio o tych twoich harcach tam i tu. - gruby właściciel kwitnące go interesu odzieżowego wydawał się być sceptyczny czy młodszy kolega może mieć coś ciekawego do zaoferowania. Ale widocznie był gotów przynajmniej go wysłuchać.
- Och, twoje słowa mnie ranią. - Otto przyłożył dłoń do serca w dramatycznej pozie - O ile tak jak ty, czy Łasica, Fabienne albo Soria nie oddałem się na wyłączność Slaanesh, jestem jej wiernym sługą tak jak pozostałej trójce. Wiem, że może to wyglądać dziwnie, ale tacy jak ja istnieją. Co do mojej wiedzy... - mnich westchnął - Już nie raz się przechwalałem o tym jaki to oczytany jestem w sprawach Chaosu i to prawda, ale głębsze tajemnice można wywnioskować z zachowania wyznawców. Wstępny wyznawca Khorna może być zwykłym zabijaką, który rozlewa krew na lewo i prawo. Bardziej wtajemniczony zorganizuje krwawe igrzyska ściągając nawet niewiernych, aby oddali się w czci i uwielbieniu brodząc po kolana w posoce. Rozumiesz bardzo dogłębnie aspekt Slaanesh odnoszący się do cielesnych przyjemności. Jedzenie, picie, chędożenie. To wszystko jest miłe Mrocznemu Księciu, ale twój konkretny zawód otwiera okno na inne możliwości. - Otto spojrzał na okno - Gdybyś mógł określić character szlachty i możnych tego miasta, jakich słów byś użył?
- Być może, być może. Ale powiedzmy, że mam pewną dozę sceptycyzmu do osób jakie mówią, że służą więcej niż jednemu władcy. Więc wybacz moje zwątpienie. Rzeczywiście Fabi mówiła mi, że jak na kogoś nie od nas całkiem nieźle się spisujesz. Była bardzo z ciebie zadowolona. Gdybym był bardziej pruderyjny poczułbym zazdrość. No ale ja, co doprawiłem temu miastu tyłu rogaczow byłbym ostatni który zniżył bym się do takich błahostek. Chociaż przyznam, że jestem nieco zawiedziony tak rzadką możliwością obcowania z błogosławiona Soria. Liczyłem na coś więcej niż tylko relacje od moich kochanek. - powiedział po zastanowieniu. I dał znać, że zepchnięcie na boczny tor niezbyt mu się podoba. W końcu byli sojusznikami z dwóch sąsiednich grup spiskowców.
- A szlachta? Swietoszkowaci hipokryci. Trzymają za pysk lud pod płaszczykiem tradycji i boskich praw a tak naprawdę pasożytują na nim. Widziałeś gołą Łasicę w dybach? Widziałeś gołą Fabienne w dybach? Powiedz. Poznałabyś jak są bez ubrań, że któraś to szlachcianka a któraś nie? No nie! No właśnie! O to chodzi. Wcale się od nas nie różnią. Dlatego chędoże ich żony, córki i kochanki bez skrupułów. I wiesz co? One to kochają! I zawsze wracają po więcej. Więc czym się różnią od zwykłych ladacznic? Właściwie to ladacznice to tak zarabiają na chleb i czynsz a takie żony kupca czy szlachcica to robią to z nudów. Sami nie respektują praw i jakich prawią z ambon i urzędów. Prawo jest dla biednych a bogaty zawsze się jakoś wyślizga. - tym razem kupiec wylał z siebie rewolucyjny żar za jaki by skończył na szafocie gdyby go usłyszał ktoś z władz. Ale wydawał się być pewny swego przez lata doświadczeń.
- Zdziwiłbyś się jak wiele czynów Khornitów mogłoby się przypodobać Slaanesh, jeżeli dobrze by to przeprowadzić. - zauważył mnich - Twój opis szlachty jest słuszny, widziałem obie nagie i masz rację, nie różnią się od siebie. Nie będę wchodził w niuanse obowiązków, dziedzictwa i wklęsłych podbródków. Bardziej miałem na myśli jak łatwo można zmanipulować ich pychę. Mamy w zasięgu Sorię, Fabienne, a teraz też Lady Odette. Wyobraź sobie, że poprzechadzałyby się po mieście w kreacjach spod twojej ręki, promowałyby jakie to modne, dostojne i mucha nie siada. Nie tylko dobre dla biznesu, ale inne chciałyby w końcu i je przeskoczyć, żądając coraz bardziej ekstrawaganckich sukien. Szlachetne kamienie, rzadkie skóry... włosy pięknej blondynki?
- Owszem brzmi pięknie. Ale już mi co nieco obiecałeś przyjemności kontaktów z Soria jak przyszedłeś po wyjątkową suknię dla niej. Ja się wywiązałem z umowy. Soria dostała w prezencie ode mnie piękną suknię jaka wspaniale podkreśla jej atuty a wiem, że w niej chodzi więc przypadła jej do gustu. A ja? Co ja mam z tego? Nic. A wiem od dziewczyn, że dzieje się tam u was. A mnie tam nie ma. A teraz co? Znów przychodzisz mamić mnie wspaniałymi wizjami? - otyły kupiec pokręcił głową na znak, że ostatnia wymiana usług nie poszła po jego myśli więc obecnie jest bardziej wątpiący niż wówczas.
- Gdybym bardziej niemiły, powiedziałbym, że to nie moja wina, że nie zainteresowałeś córki Soren. Dziwiło mnie w sumie, że nie brałeś udziału w żadnej z naszych schadzek. Nie zaprosiły cię, czy może Fabianne chce cię na wyłączność? Ale rozumiem frustrację. Co powiesz na to, powiem lady Sorii o twym uwielbieniu jej osoby i chęci spotkania. Sam na sam i wtedy obgadamy sprawę sukni?
- Gdybym ja chciał być bardziej niemiły, powiedziałbym, że omawiałem tą sprawę sukni z tobą i liczyłem na ciebie, że przedstawisz moje uwielbienie dla wężowej milady jak należy. - Grubson odparł prawie tym samym tonem i stylem jakim poczęstował go młodszy rozmówca. Widocznie zależało mu aby ten zrozumiał jego niezadowolenie.
- No ale jak mówiłem. Staram się nie być małostkowy i zawistny. Więc jestem gotów zapomnieć o tym opóźnieniu w imię dobrych relacji między naszymi grupami i Starszym jakiego bardzo szanuję. Powiem więcej, myślę, że mam kandydatkę do zasiania tymi waszymi jajami. Więc jak widzisz obu naszym rodzinom będzie się żyło lepiej jeśli będziemy w jak najlepszej komitywie. A co do przekazania milady wyrazów mojego szacunku oczywiście będę bardzo zobowiązany i z niecierpliwością czekam na odpowiedź. Bardzo chętnie przysłużę się dziełu naszego patrona. I miło mi słyszeć, że ta sławna diwa też jest po naszej stronie. Z przyjemnością bym ją poznał osobiście. - widocznie jednak gospodarz był gotów odsunąć w niepamięć tą urazę jaką żywił jeśli wszystko jeszcze dałoby się tak załatwić aby i on w pełni uczestniczył w zabawach z tak znakomitymi niewiastami. Zwłaszcza, że był gotów nie przychodzić z pustymi rękami.
- Trudno mi powiedzieć, czy jeszcze jest wtajemniczona w aspekty wiary. Jednak chce spotkać się z Zwierzoludźmi i skorzystać z tego opętanego mutanta, którego wyzwoliliśmy w zimie. Więc może być najbardziej Slaaneshyckim niewiernym w tym mieście. - mnich zastanowił się chwilę - Sigismundus ucieszy się z kolejnej matki dla swych maleństw. A i tu mam do ciebie pytanie. Byłbyś zainteresowany posiadaniem czterech jąder?
- Jeśli jest chętna na zabawy z plugawymi zwierzoludzi to he he raczej jest służka naszego patrona. Nawet jeśli o tym nie wie. - zaśmiał się pod nosem z rozbawienia. - I tak, słyszałem od Fabi, że nasza śliczna diwa o anielskim głosie jest bardzo obiecująca. Cieszy mnie to. Będę zobowiązany jeśli będę mógł ją poznać bliżej. - przyznał, że ta potencjalna znajomość ze sławną śpiewaczka jest mu jak najbardziej na rękę. A jako kupiec nie miał takiej siły przebicia co bogata szlachta więc oficjalnie trudno by było mu się z nią spotkać. Ale mniej oficjalnie jako członek sojuszniczego kultu już bardziej.
- No a z tym zasianiem musimy się umówić. Planujemy z Oksaną mały pokaz naszej posłusznej zabaweczki. Nie chwaląc się nieźle ją wyszkoliłem. Jestem pewien, że z pokorą przyjmie swoją nową rolę. - odparł dumnie jak hodowca z jakiejś medalowej sztuki bydła.
- I cztery jądra? O czym ty mówisz? Te co mam służą mi całkiem dobrze. Rzesza moich bękartów i kochanek może ci to he he potwierdzić. - na koniec zaśmiał się butnie ze swoich możliwości i osiągnięć jako kochanka ale jednak wolał się upewnić o co chodzi młodszemu koledze.
- Z ciekawości i obowiązku. Jednym z darów od Oster są jądra które można doszczepić mężczyznom, aby rozsiewali bardziej naturalnie jaja. - Otto się uśmiechnął trochę nerwowo.
- Dar Oster? - wiadomość widocznie zaskoczyła gospodarza. Powtórzył to i widocznie musiał to przemyśleć bo nie odzywał się chwilę.
- No a próbowaliście już coś z tymi jądrami? - zapytał wracając spojrzeniem do młodszego rozmówcy.
- Niestety, brak nam ochotnika. Dlatego zwracam się do Slaaneshyty. Chociaż, przyznam nasza wiedza ogranicza się do procedury dodania jąder. - mnich pokręcił głową - Pogadam z Sigismundusem o poświęceniu jednego na jakimś knurze, aby zobaczyć jaki ma to wpływ na biorcę. Chciałem jedynie wiedzieć, czy byłbyś zainteresowany. Dwa razy tyle, aby dziewczyny się bawiły.
- Może i bym był. Ale najpierw wolałbym zobaczyć jak to działa. No i Oster to jednak nie jest nasza patronka. W ramach dobrej woli i współpracy tą naszą zabaweczkę pozwolimy zasiać tymi larwami. Jestem dobrej myśli. Dałoby się załatwić coś z kobietami to bym miał większe pole manewru. Trochę ich mam. I jakby to było od naszej Soren no to może, może tak. No ale jak od Oster i jeszcze nie wiecie czy to w ogóle działa… - grubas pokręcił głową na znak, że niezbyt mu się uśmiecha pakować swoje najcenniejsze klejnoty w tak niepewny interes. Zwłaszcza jak on sam sprzyjał matce Sorii a jej siostrom to już znacznie mniej.
- A wy nie chcecie sami spróbować? Albo Lilly? Ona też przecież ma co potrzeba skoro do tego jąder potrzeba. No ale dobrze, pomyślę nad tym, porozmawiam z Oksaną czy by jakiegoś trzewika nie miała do zabawy, może się ktoś znajdzie. Jakby to było od Soren no i coś sprawdzonego to by była inna rozmowa ale jak tak to no sam rozumiesz Otto. - na koniec rozłożył swoje potężne ramiona w geście bezradności. Chociaż obiecał chociaż spróbować znaleźć kogoś na zastępstwo w tej roli.
- Przekaże Sigismundusowi. Będzie zadowolony. Doszczepienie jąder ma sens, jeżeli będzie się z nich korzystać. Nurglici raczej się nie nadają, a ja nie jestem aż tak uzdolnionym uwodzicielem, aby się opłacało. Sam powiedziałeś, że masz wiele kochanek. Do niczego nie zmuszam, tylko pytam. - mnich się chwilę zastanowił - Co do samego daru, o ile Oster jest jego architektem, wszystkie Siostry miały udział w jego tworzeniu. Dziękuję, że jesteś otwarty na możliwość. Jak poeksperymentujemy z Sigismundusem to dam ci znać jak to wygląda.
- No właśnie. Oczywiście, że mam mnóstwo kochanek. Zdziwiłbyś się kogo. Ale jak jestem kupcem i umiem kalkulować ryzyko. A tu mi się wydaje zbyt wielkie jak na coś tak bardzo osobistego. Daj znać co tam wam wyjdzie z tymi jądrami jak my znajdziemy kogoś na to miejsce to damy znać. A, że Sigismundus czy Strupas nie są uwodzicielami no to he he tak, prawda, maciorę pewnie by im było trudno he he namówić do spółkowania. - gospodarz był gotów przystać na taki podział ról ale myśl o dwóch nurglitach w roli flirciarzy bardzo go rozbawiła.
- Rozumiem, i pogadam o tym z nimi. Zważając, że znalazłeś im kolejną matkę, to na pewno się zgodzą. Teraz jeszcze kwestia płatności, co do mojego zamówienia. - mnich położył nie małą sakiewkę na stole - Ostatnio zacząłem przyjmować rolę kapłańską w naszej rodzinie, pora więc abym też wyglądał odpowiednio. Wiem, że takie rzeczy zajmują, to zapewne kilka tygodni potrwa?
- Aha. Czyli wracamy do interesów. Dobrze. - gospodarz uśmiechnął się, sięgnął po położoną na stole sakiewkę, potrząsnął nią sprawdzając brzęczącą zawartość i z zadowoleniem pokiwał głową. - Dla kolegi z branży postaramy się załatwić to priorytetowo. Jeszcze będę musiał porozmawiać z Oksaną bo to ona ma w takich projektach ostatnie słowo. Ale zwykle wyrabiamy się w tydzień z większością zamówień tego typu. - odparł Hubert z zadowoleniem. Wskazał palcem na drzwi za jakimi na początku ich rozmowy zniknęła jego główna projektantka ale wydawał się być dobrej myśli.
- A co ze Starszym? Już wam nie przewodzi? - zagaił z ciekawością chowając sakiewkę do szuflady.
- Przewodzi, jednak Starszy… - Otto westchnął - w mojej opinii nie spełnia się w roli przywódcy duchowego. Widzi jedynie cel sprowadzenia Sióstr i tylko tego się trzyma. Nastroje w rodzinie już są napięte, ponieważ Slaanesh góruje. Jeżeli nie chcemy skończyć jakie wiele kultów przed nami, ktoś musi uspokajać ognie rywalizacji.
- Nie spełnia się? Odważne słowa mój młody kolego. Ale niesnaski mnie nie dziwią. Spójrz na nas. Nas łączą podobne upodobania więc mamy wspólny cel. U was jest inaczej. Zawsze tak jest gdy są w grupie różne frakcje i każda ciągnie w swoją stronę. To tak samo działa także w handlu, polityce i wielu innych dziedzinach. Tego się nie da uniknąć przy tak różnorodnych priorytetach i potrzebach. - grubas pokręcił głową ale chyba nie był zdziwiony taką relacją ze stosunków w zaprzyjaźnionej grupie.
- Puszcza nas samopas, tak długo jak nie zdradzamy i działamy ku ogólnemu celowi. - mnich pokręcił głową - Lubieżna część kultu zyskuje członków, odnalazła Sorię i ołtarz Soren. Pozostali czują się mniej istotni, to rodzi żal, a w końcu agresję. Staram się temu zaradzić, wiele kultów upadło z powodu wewnętrznych walk. - mnich westchnął - To są jednak moje problemy, ty masz swój sklep i kochanki do pilnowania i pewnie powoduje to ból głowy i pleców. - jednooki kultysta spróbował poprawić atmosferę delikatnym żartem.
- Przy tylu frakcjach pokojowa koegzystencja to sztuka wiecznych kompromisów. Każdemu trzeba coś dać, obiecać, odwrócić uwagę aby jakoś ten wózek popchnąć kawałek do przodu. Jak mówię, wszędzie tak bywa. Każdemu trzeba znaleźć zajęcie. - wzruszył grubymi ramionami nadal wcale się nie dziwiąc takim wieściom. Usłyszeli pukanie do drzwi i gdy powiedział “proszę” do środka weszła główna krawcowa. Przyniosła wieści, że jakiś ważny klient przyszedł i gospodarz obiecał, że już do niego idzie.
- No widzisz, muszę już iść. Miło się rozmawiało. Wpadaj czasem to pogadamy. No i proszę cię miej na uwadze moje zainteresowanie Sorią. Wolałbym nie czuć się wykluczony z kręgu jej znajomych. - powiedział życzliwym tonem wstając ze swojego miejsca. Ruszył do drzwi i wyciągnął rekę aby w życzliwym geście odprowadzić do nich młodszego kolegę.
Otto opuścił przybytek Grubsona, zastanawiając się co teraz. Miał jeszcze czas do eksperymentu u Pirory, postanowił więc odwiedzić naukowca Nurgla.
Zmierzył do Apteki Sigismundusa, pogada o strzykawce, nowej matce i jądrach, a potem do Pirory. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 49 - 2519.07.20; wlt; zmierzch - wieczór
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; wioska Dahlem; chata Teermacher; główna izba
Czas: 2519.07.20; Wellentag; zmierzch - wieczór
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, ulewa, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Joachim
- Zwyczaje? - gospodarz wydawał się być zakłopotany pytaniem. Popatrzył z zastanowieniem po swojej rodzinie ale został dorosły syn, córka i żona. Ta córka to nawet całkiem dorodna się wydawała. Jednak niezbyt wiedzieli jak wspomóc głowę rodziny w tych rozważaniach.
- No mości dobrodziej się nie gniewa. Ale tatko to zaginął jak myśmy jeszcze zaślubieni sobie nie byli. Dawno to temu było. Jeszcze chyba nasz miłościwy cesorz nie był cesorzem tylko jego ojciec. - Dieter tłumaczył przepraszającym tonem, że z jego perspektywy to było strasznie dawno temu. Mogło tak być istotnie bo obecnie panuący cesarz, Karl Franz objął tron prawie dwadzieścia lat temu. I przejął go od swojego ojca. Z perspektywy wieśniaków to musiały być bardzo dawne dzieje. W końcu jednak aby jednak jakoś ruszyć z miejsca gospodarz kazał “matce” czyli swojej żonie przynieść dzban nalewki. Była gęsta, słodka i bo na miodzie. Nalano w zwykłe, drewniane kufle a Dieter w pierwszej kolejności rozlewał do kubków swoich zacnych gości. Żona i dwóje właściwie dorosłych dzieci musiało się obejść smakiem. I przy ten nalewce jednak coś mu się zaczęło przypominać okoliczności zaginięcia jego ojca.
- Tatko to zawsze niespokojna dusza był. Mocny w rękach i dziewuchom nie przepuszczał a i głowę na karku miał. Jak pojechał na targ do miasta to nie dał się oszukać miastowym. Mnie tak matula opowiadała i sam trochę pamiętam. Ale teraz we wiosce mało kto ze starych został co by go pamiętał. Matulę też już w ogrodach Morra spoczywa od paru lat. Las ją zabił. Poszła za świnią co w las uciekła i wiatr był złamał gałąź spadła na nią i zabiła. - gospodarz zaczął swoją opowieść od tego, że trudno teraz spotkać kogoś kto by był świadkiem wydarzeń sprzed dwóch czy trzech dekad. A niepiśmienni ludzie musieli bazować na swojej pamięci i przekazach ustnych. A Dieter bazował na własnej pamięci i tym co zapamiętał od swojej matki.
- Tatko zanim zniknął to był niespokojny. Nie mógł zasnąć w nocy albo się rzucał i coś mamrotał. Matula tak mi mówiła. W dzień na polu to też taki niespokojny był. Rzucał głową i nasłuchiwał jakby kto go wołał. Pytał kto go wołał. Ale nikt go nie wołał. Ludzie się dziwili i pukali w czoło. Tak to z parę dni trwało może tydzień. Może trochę dłużej. Pogarszało mu się z każdym dniem. Matula się martwiła, że chory. Tak dobrodziej wie, tak na głowę, jak się głowa psowa. - opowiadał dalej jak to sytuacja wyglądała na krótko przed zniknięciem jego ojca. Znów trochę na podstawie własnej pamięci a trochę swojej już nieżyjącej matki.
- No i w końcu stało się. Tatko zamiast rano iść na pole bo to już żniwa były, podobnie jak teraz. No to wziął swój wór, zaczął pakować do niego swoje rzeczy, trochę jedzenia i matula w krzyk, my w krzyk aby został i co teraz będzie jak on teraz sobie pójdzie. A on mówi, że spokojnie, że wróci, że wróci bogaty bo mu się przyśniła piękna dobrodziejka i mu obiecała, że jak uwolni jej grób z klątwy to będzie mógł sobie wziąć wszystkie bogactwa jakie tam znajdzie bo jej już i tak nie są potrzebne. I dlatego wróci bogaty. I nawet mówił, że to trzeba iść na południe do Nawiedzonych Wzgórz. To matula i my w jeszcze większy krzyk. Bo wiadomo, że tam straszy i potwory i ziemia przeklęta. I na pewno tam skapieje. Ale tatko nas trzepnął, powiedział, że jesteśmy głupie bo jego poprowadzi ta piękna panienka co mu się przyśniła i odnajdzie jej grób a potem wróci bogaty z jej skarbami. No i poszedł. I jak go ostatni raz widzieliśmy jak wchodzi w las to nigdy potem już nie. - Dieter streścił swoją opowieść. Wraz z odświeżeniem tamtych dramatycznych wydarzeń gdy właściwie stracił ojca to i znów wzruszenie dało się poznać w jego głosie i twarzy. A o Nawiedzonych Wzgórz Joachim słyszał jeszcze za dzieciaka jeszcze przed podróżą do Altdorfu. Faktycznie miały kiepską opinię wśród miejscowych, także z miasta. Mniej więcej taką o jakiej teraz mówił gospodarz. Nie było dziwne, że byli bardzo zmartwieni jak ich ojciec ogłosił, że zamierza tam się udać. Sam Joachim nigdy na tych wzgórzach nie był więc trudno mu było zweryfikować jak czarna legenda tego miejsca ma się do rzeczywistości.
Natomiast sen o owej pięknej panience o jakim miał mówić ojciec Dietera tuż przed swoim odejściem sugerował uczestnictwo jakiś mocy nadprzyrodzonych. Może jakiś duch zmarłej jaki nawiązał poprzez sen kontakt ze śmiertelnikiem? Nie można było tego wykluczyć. Z drugiej strony to choćby Cztery Siostry i im podobne byty też kontaktowały się za pomocą snów. Były też specjalne czary do komunikacji z pomocą umysłu ale to zwykle pomiędzy wyszkolonymi w tej sztuce magistrami. Chociaż chyba też by się dało przesłać wiadomość zwykłemu człowiekowi. Ale zapewne to by właśnie była jakaś wiadomość a nie coś o skarbie i grobowcu. O ile ten ojciec nie zmyślił tego snu. Jednak jeśli to pogarszanie się jego samopoczucia i kłopoty ze snem sugerowało, że był to proces jaki musiał trwać jakiś czas a nie tak, że z dnia na dzień i bez ostrzeżenia. Natomiast Nawiedzone Wzgórza były z parę dni drogi na południe od miasta. Ich zachodni kraniec sięgał rzeki Salz i był mniej więcej połową drogi do Salzenmundu, stolicy ich prowincji. Tylko ciągnęły się dalej ku zachodowi całkiem spory kawałek. A nie było wiadomo gdzie miałby być ów grobowiec owej “pięknej dobrodziejki” o jakiej mówił ojciec głowy rodziny. No i po dwóch czy trzech dekadach raczej trudno było liczyć, że da się po prostu pójść po jego śladach. Jednak te wzgórza były na południu a Diabelskie Bagna na zachodzie od miasta więc w całkiem innych kierunkach.
- A jakiś przedmiot po tatku… - chłop który siedział już przy kolejnym kubku swojej nalewki zamyślił się. Przez chwilę wymieniał z żoną i dwójką dorosłych dzieci co im zostało po poprzednim seniorze rodu. I wyglądało na to, że po tak długich dekadach ciężkiego, chłopskiego życia to niewiele. Ale wreszcie Dieter przypomniał sobie o czymś. Wstał i wyszedł z frontowej izby a po chwili wrócił. To, że wraca z czymś co integruje z mocami Eteru to astromanta poznał już jak ten podchodził do stołu. Ale niezbyt mocno. Po chwili wyjął z małej sakiewki coś co wyglądało na kawałek taniego, miedzianego pierścienia na jaki pewnie mogli sobie pozwolić niezbyt zamożni chłopi i mieszczanie. Ale to dziwny kamień emanował mocą. Mocą Dhar. Chociaż słabą. Jak go Joachim wziął w ręce i przyjrzał mu się swoimi śmiertelnymi oczami widział prawie czarny, szklisty kamień z głębokim granatowym połyskiem. Wyglądał jak obsydian. Jednak swoim trzecim okiem rozpoznawał, że kamień musiał mieć styczność z jakimś źródłem Dhar. Chociaż albo bardzo dawno temu, że już wypromieniował większość mocy albo był to krótkotrwały wybuch mrocznej energii jaki spaczył ten kawałek szklistego kamienia. Albo kontakt ze spaczeniem czy innym przeklętym przedmiotem na tyle mocna lub długa, że naznaczyła ten kawałek kamienia. Teraz bowiem ta moc była już bardzo słaba.
- To kolczyk mojego tatka. Miał go na sobie gdy odchodził. Ale ja za nim pobiegłem kawałek w las aby go odprowadzić i się pożegnać. To zdjął go i dał mi na pamiątkę. Powiedział, żeby go sprzedać gdyby były ciężkie czasy. No ale jakoś udało się go zachować. A on powiedział, że jak wróci bogaty to kupi sobie dużo takich błyskotek i nam też to ten już mu nie jest potrzebny. - wyjaśnił Dieter z czym zacny gość ma do czynienia. A tymczasem na zewnątrz już dzień zaczął się kończyć. Znów padało. Właściwie to wieczorna szarówka waliła regularną ulewą. Dobrze, że już byli wewnątrz suchej chaty a nie na zewnątrz! Kolacja wypełniała żołądek przyjemnym ciepłem. Posiłek nie był zbyt wyrafinowany i choćby wczoraj u Priory to jadło się o wiele bogaciej no i srebrnymi a nie drewnianymi sztućcami. Ale swoją sycącą rolę spełniała. Przy okazji przypomniało mu się jakim niezłym ziółkiem okazała się wczoraj miodowłosa diwa. Wydawało się, że sprowadziły ją sny do tego miasta i pod względem preferencji to nieźle wpasowywała się w lubieżnice Sorii. Była chętna na kolejne spotkanie z Gnakiem i jego ungorami! Co zdumiało chyba większość obecnych przy obiedzie kultystów. Na razie jednak zostawił to za sobą i teraz był tutaj, we frontowej izbie chłopskiej chaty gdzie liczono na to, że pomoże odnaleźć ciało zaginionego przed dekadami ojczulka gospodarza i trzymał w dłoni jego czarny, szklisty kolczyk naznaczony mocą Dhar.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna 3; apteka
Czas: 2519.07.20; Wellentag; zmierzch - wieczór
Warunki: jasno, ciepło; cicho na zewnątrz: dzień, ulewa, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto
Może rano i lubieżna Bretonka w końcu pomogła jednookiemu złagodzić ból wczorajszych ran ale jednak i tak mnich potrzebował klasycznego odpoczynku. Sen, jedzenie, picie, ciepłe łóżko. To wszystko przydało mu się aby odpędzić zmęczenie i pomóc zregenerować się ciału. A to boleścią oznaczało dłuższy powrót do zdrowia. W każdym razie jak już dotarł do znajomej apteki to tradycyjny dzień handlowy już był bliski końca. Na mieście widział jak kupcy zaczynają zamykać swoje kramy i sklepy. Podobnie rzemieślnicy swoje warsztaty. Apteka była już zamknięta. Jednak światło wewnątrz świadczyło, że jeszcze ktoś tam jest. Zresztą Sigismundus mieszkał nad apteką więc prawie zawsze był na miejscu. Zwłaszcza dla kolegów z kultu. Tym razem też otworzył jak mnich zadzwonił do drzwi. Usłyszał ciężkie kroki kogoś ze środka i po chwili jowialny wujaszek rozpromienił się na jego widok. I wybawił go z nieprzyjemnego moknięcia na ulewie jaka pod koniec dnia zalała miasto.
- Wejdź, wejdź złoty chłopcze! - zawołał rozpromieniony grubas wpuszczając jednookiego do środka. Po chwili siedzieli już w izbie na zapleczu apteki gdzie gospodarz sięgnął do szafki po jakąś nalewkę.
- Masz szczęście, że mnie złapałeś. Jutro wyruszam z powrotem do jaskini. Tyle się dzieje ale trudno. Jak nie ruszę jutro to nie ruszę nigdy. Ja i Strupas. No i Loszka oczywiście. Aptekę zamykam ale zostawię tu Dornę aby miała na wszystko oko. Pomożesz jej? Bo resztę hodowli niestety będziemy musieli zostawić. A tobie ufam najbardziej, że tego przypilnujesz. Zresztą już widziałeś cały proces, od jaj po dorosłe okazy. Ha! Nawet sam zasiałeś tą ich Bretonkę! A wczoraj Laurę! No to już wiesz to co najważniejsze. Zostawię ci notatki. Bo niestety Dorna nie czyta. Ale pomagała nam dużo to wie co i jak. Jakoś sobie pomożecie nawzajem. Właściwie prosta sprawa, trzy razy dziennie karmić nosicielki, raz dziennie maleństwa jakie noszą. Oboje macie w tym wprawę to sobie poradzicie. A Aptekę zamykam to nikt wam nie będzie przeszkadzał. My ze Strupaskiem idziemy jakoś urządzić się w tej jaskini aby tam, w to błogosławione przez Oster miejsce przystosować do hodowli. Wtedy rozszerzymy działalność i nikt nam nie będzie przeszkadzał! No i już tam jest pewien wspaniały strażnik co nas obroni przed złem w razie czego. Dlatego potrzebna nam Loszka. Dogaduje się z nim. Sam widziałeś. - podczas rozlewania poczęstunku grubas był niczym najlepszy gospodarz. Do tego mówił szybko i był w znakomitym humorze. Jak u progi nowej, wielkiej przygody. I widocznie liczył, że pod jego nieobecność młodszy kolega pomoże tu Dornie mieć wszystko na oko.
- Ale co ty jesteś taki połamany? Oh! Ktoś ci przylał! Poczekaj, zaraz przyniosę jakieś maści i zrobimy kompresy… - tak się rozgadał, że po dłuższej chwili dopiero dostrzegł mocno pokiereszowany stan jednookiego. Wyeszedł na chwilę, coś tam się gdzieś krzątał i wrócił trzymając jakieś bandaże i zioła. Zaczął je rozcierać a zaraz do środka weszli Strupas i Dorna. Z czego szaroskóra mutantka też przyniosła misę z wodą a garbus jakieś butelki. Aptekarz przejął to wszystki i z wprawą zaczął przygotowywać jakiś napar.
- Zdejmij habit. - polecił gościowi gdy sam mieszał w misie zioła, jakiś alkohol z wprawą zawodowego kucharza robiącego jakieś świetnie sobie znane danie.
- A widziałeś wczoraj? Wspaniale sobie poradziłeś z tą Laurą, wspaniale. I to od razu z dwóch stron! Brawo. A widziałeś? Nawet ta Bretonka się zdziwiła, że tak też można. A w ogóle co z nią? Miała już wylinki? Widziałeś się z nią? Po wylinkach by szło poznać czy ma te duże czy te małe. I dokarmiałeś ją? Te maleństwa w niej. Bo jak mają być silne i duże no i szybciej wyjść to trzeba je dokarmiać. - mówił jednocześnie mieszając swoją miksturę. Zaś garbus i mutantka usiedli na dość topornych krzesłach. Z czego jego przykra dla nozdrzy woń od razu stała się wyczuwalna w niezbyt dużym pomieszczeniu.
- Mam nadzieję, że to da reszcie do myślenia. No sam widziałeś. To żadna sztuka z tym zasianiem, dziecko by sobie poradziło. Taka Laura czy jakaś inna rozchyla nogi albo się wypina, wsadza się w nią strzykwę, naciska i już. Nic trudnego. Mam nadzieję, że da to reszcie do myślenia. Czasu mamy coraz mniej jak te maleństwa mają jeszcze wyjść na zewnątrz, zrobić kokon i dojrzeć do dorosłej formy a koniec miesiąca coraz bliżej. - gospodarz tradycyjnie już odliczał dni w kalendarzu i zżymał się na zbyt wolne tempo hodowli spowodowane głównie ograniczoną liczbą nosicielek i ich ostrożnym napełnianiem nasieniem Oster.
- I zastanawiam się czy dobrze zrobiłem mówiąc tej diwie o naszych jajach i hodowli. Chociaż chyba nie zwróciła na to uwagi. Może przez chwilę. A przez chwilę chciałem ją tu zaprosić aby jej pokazać te nasze cuda jakie tu hodujemy. Tylko nie wiem czy by się nie przestraszyła i nie wyleciała z wrzaskiem. Nie wszyscy mają tak otwarte umysły i wrażliwość na delikatne piękno jak my. Niby na zwierzoludzi była chętna ale te nasze ladacznice też. A na zasianie chętne nie są. No nic my jutro i tak wyjeżdżamy z miasta więc przez parę dni nas nie będzie. Nie wiem czy zdążymy wrócić na zbór. Zobaczę jak to będzie nam szło tam na miejscu. Trzeba to jakoś urządzić. Może odmieńcy Kopfa nam pomogą. Jutro Lilly idzie z nami i po drodze zajdziemy do nich. Poprosimy o pomoc. Przydałoby się trochę rąk do pracy. W zimie im pomagaliśmy to mogą się teraz zrewanżować. Mam nadzieję, że pamiętają o tym. - aptekarz mówił nieco zamyślonym głosem jak wspominał wczorajszą wizytę u Pirory albo już wędrował do jutrzejszych planów. Skończył swoją miksturę i sapnął. Usiadł obok gościa i zaczął nakładać owe smarowidło na jego świeże rany i stłuczenia.
- Aha. A ciebie w ogóle co sprowadza? - jakby przypomniał sobie aby zapytać o to bo do tej pory skutecznie dominował rozmowę swoimi tematami, opiniami i planami.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim słuchał z zainteresowaniem, kończąc skromny posiłek i analizując informacje przekazane przez Dietera. Tamten niewiele pamiętał po tylu latach, co nie było wcale zachęcające. A to, że jakiegoś nawet podobno ponadprzeciętnego wieśniaka dręczyły dziwne sny mogło, choć nie musiało coś oznaczać. W końcu dlaczego Siostry miały wysyłać wiadomości w snach zwykłemu wieśniakowi? Przecież tamten nie był ich wyznawcą, magiem ani nawet możnym i ambitnym baronem. Jego sceptycyzm więc narastał, szczególnie kiedy usłyszał o Nawiedzonych Wzgórzach, które leżały w zupełnie innym kierunku niż interesujące go Diabelskie Bagna.
Zaczął się już zastanawiać, czy ta podróż nie była jednak kompletną stratą czasu, którego nie miał przecież teraz wiele, dopóki nie dostał kolczyka. Wzdrygnął się na chwilę, wyczuwając brutalną, choć dla niego już kuszącą moc Dhar. Nie było jej już wiele, ale fakt, że chociaż trochę zachowało się po latach, świadczyło że ojciec gospodarza w jakiś sposób wszedł kontakt z potężną siła. W jaki sposób? Czy same senne wizje zostawiły by aż taki ślad?
Chwilę ogłądał kolczyk, zanim ostrożnie odezwał się do Dietera.
- Tak, słyszałem już o tych Nawiedzonych Wzgórzach, to miejsce cieszy się złą opinią. Nie wykluczam, że wasz ojciec faktycznie nawiązał kontakt z jakąś siłą, która jest tam pogrzebana lub uwięziona. Powiedzcie mi jeszcze, co pamiętacie z tych snów, które ostatnio mieliście, w których pojawiał się wasz ojciec. Czy on w nich się pojawiał i mówił do was, czy mieliście wrażenie jeszcze czyjeś obecności? I czy wasz ojciec miał jakieś miejsce, gdzie lubił przebywać w odosobnieniu?
Następnie Joachim planował udać się w odosobnione miejsce by postawić wróżbę na temat pochodzenia mocy, która naznaczyła ten kolczyk. No i przed spoczynkiem miał zamiar go założyć, może otworzy go to na tę moc albo da jakąś wskazówkę?
-
Oryginalny autor: Seachmall
Wellentag; zmierzch; apteka Sigismundusa
Mnich pozwolił się obadać aptekarzowi, zanim odpowiedział na jego potok słów.
- Widziałem się z Fabienne, ale jeszcze nie mówiła o wylinkach ani niczym takim. Będę ją jeszcze widział wieczorem, więc mogę zapytać. - mnich zastanowił się nad tym co aptekarz powiedział o divie - Wiem, że ryzyko było, zważając, że nie jest oddana Slaanesh duszą, a jedynie ciałem. Jednak na wszystko będzie czas. Mam natomiast dobre nowiny. - syknął delikatnie kiedy Sigismundus dotknął boleśniejszego miejsca - Grubson znalazł nam kolejną nosicielkę. Muszę mu jednak załatwić spotkanie z Sorią, aby powiedział więcej. Do tego byłby zainteresowany tymi jądrami, musimy jednak najpierw zobaczyć jak to dokładnie działa. Możemy poświecić parę na jakąś świnię? Poobserwować efekty, jak się goi i jaki wpływ ma na biorcę? On byłby dobrym siewcą zważając na ilość jego kochanek.
- Dałby sobie je zaszyć? No! To by było coś! - przyznał z uznaniem gospodarz. Pozostała dwójka też wydawała się poruszona takimi wieściami. - A świniak tak, jakiegoś się kupi. Albo he he od tej wesołej pastereczki co ma kozy do sprzedania i he he koziołki też. Tej co ci kiedyś mówiłem. Można spróbować. Ba! Nawet wymyśliłem ostatnio aby spróbować na tym Gustawie. Bo co? Tak gnije w tej celi pod wieżą i żadnego pożytku z niego nie ma. A tak przydałby się na coś. Ta paniusie wczoraj mi o nim przypomniały. No ale taki Hubert czy ktoś o bardziej normalnym wyglądzie byłby lepszy. Takiego Gustawa na podryw nie puścisz w miasto. Standardowy mężczyzna a najlepiej amant by się mógł sprawdzić lepiej. To już ta Lilly byłaby lepsza bo jak się ubierze to nie strach jej puścić na miasto. Więc tak, myślałem o niej i o Gustawie. Ale jakiś świniak też może być. Tylko nie wiem jak chcesz to zrobić bo mówię ci, że jutro wyjeżdżamy z miasta. Nasza patronka i jej dziedzictwo tego potrzebują. - aptekarz mówił szybko i zdecydowanie. Nieco chaotycznie jak skakał z tematu na temat i osoby na osobę.
- Możemy z jakąś świnią spróbować i tam w jaskini. Od chłopów się jakąś kupi. Tylko wtedy by była z nami w tej jaskini. - odezwał się Strupas proponując rozwiązanie jakie nie kolidowało z tą próbą i ich planowanym wyjazdem. Chociaż taki eksperyment byłby do zaobserwowania tylko w jaskini do jakiej się wybierali.
- O. Możnaby tak zrobić. To by nam nie opóźniało wyjazdu. A chłopi pewnie zgodzą się sprzedać świniaka. - aptekarz ucieszył się na taki pomysł. - A Fabienne no już powinno coś u niej widać. Te wylinki i poród powinien być już lada dzień jak te małe by miała. Jak te większe to też pewnie jakoś w Marktag lub okolicy jak dobrze liczę. No ale dokarmiaj te jej maleństwa dokarmiaj aby urosły silne i tłuściutkie. No i szybciej. To jakby się zgodziła szybciej by ją można zasiać ponownie. A sam wiesz, że czasu do końca miesiąca coraz mniej a to nie tylko zasiać i urodzić trzeba ale jeszcze maleństwa muszą się owinąć kołderką a potem z niej wyjśc i urosnąć. Mamy już co prawda pierwsze dorosłe okazy. Od tej idiotki z traktu. Jej pierwsze zasianie. No ale dopiero dziesięść sztuk. Bo te małe rodzi to mniejsze ale za to więcej i szybciej rosną to już są gotowe. - gospodarz mówił wciąż szybko jakby w głowie jedna myśl przeskakiwała mu na kolejną. W końcu odstawił misę z ziołowym wywarem kończąc przemywanie ran kolegi i usiadł wygodnie na krześle.
- A z tą sławną damulką to kto ją tam wie. U tych ladacznic i dekadentów to nigdy nie wiadomo co jest co. Czy chędożą się dla własnej przyjemności czy ku chwale ich patronki. Dla mnie to obojętne. Byle dały się zasiać albo chociaż załatwiły jakieś zastępstwo. I mówisz nasz kochany grubcio załatwił jakąś nosicielkę? Cudownie! Wspaniałe wieści Otto. Właśnie takich obrotnych ludzi potrzebujemy! No ale my wyjeżdżamy no to na ciebie chyba spadnie zasianie jej. Zresztą już to robiłeś to sam wiesz, że to nic trudnego. Tylko potem dopilnuj aby sprawa się nie rozniosła. Larwy zaczną wychodzić z łona jakieś dzierlatki to może wybuchnąć przedwczesny skandal. A przecież to ma być nasza piękna niespodzianka i dar dla nich! Nie ma co tego psuć! - na koniec roześmiał się szczerze ubawiony swoim dowcipem. Zresztą pozostała dwójka też tak zareagowała bo w końcu cieszyli się na myśl o szerzeniu błogosławieństwa wśród niewiernych.
- Oczywiście zachowam pełny profesjonalizm. - zapewnił mnich - Nie będę ci zawracał głowy, musisz pewnie wszystko przygotować na jutro. Jak skończę z hospicjum to odwiedzę twoją aptekę. - Otto uśmiechnął się i uścisnął rękę aptekarzowi - I może dobrze, że wyjeżdżasz. Pora w końcu zrobić coś z tą akademią, a wspieranie Tzeentcha to chyba przez gardło ci nie przejdzie.
Jednooki kultysta opuścił przybytek Sigismundusa i ruszył na wielki eksperyment z mutantem.
Jeżeli obejdzie się bez ekscesów to jutro wróci do hospicjum załatwić sprawę z Niclasem, potem apteka i bedzie musiał załatwić spotkanie z Silnym i Łasicą. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 50 - 2519.07.21; abt; ranek
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; wioska Dahlem; chata Teermacher; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; ranek
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, ulewa, łag.wiatr; ziąb (0)Joachim
Gospodarze zaczynali dzień wcześnie i nawet jak chyba starali się zachowywać cicho to ich ciągły ruch w końcu zbudził ich gościa. Byli chłopami więc nie było to dziwne. Tak samo jak skromne warunki jakie mogli zaoferować obydwu gościom. Czyli miejsce na kocach rozłożonych na piecu. Było to dość twarde posłanie, koce rozłożone pod spodem niezbyt zmiękczały twardą płaskość pieca. Ale za to biło z nich przyjemne, łagodne ciepło jakie sprzyjało szybkiemu zasypianiu. Zwłaszcza jak się miało cały dzień marszu w nogach. No i mogło ich się zmieścić dwóch. Bo gospodarze wolnych łóżek ani sypialni nie mieli. Ale chyba właśnie skrzypienie drzwiczek pieca w którym gospodyni starała się napalić właśnie obudził młodego astromantę. Czuł się zgrzany i spocony. Ale to raczej nie za sprawą pieca bo ten przez noc wystygł i był zimny.
- Obudziłam dobrodzieja. Przeprasza, niezdarna ja. W piecu trzeba napalić aby wody nagrzać i strawy zagotować. Już dzień. Chociaż paskudnie się zaczął. - matka i żona Dietera uśmiechnęła się przepraszająco na jej zniszczonej przez dekady ciężkiej pracy twarzy. W porównaniu do niej jej dorosła już córka wyglądała kwitnąco. Kontrast pomiędzy generacjami w wyglądzie był uderzający. Jednak to samo dotyczyło w mieście robotników portowych, tragarzy, rybaków i tych wszystkich jacy w pocie czoła znosili znój swojego żywota we własnych rękach, nogach i barkach. A za mętnymi szybami okien widać i słychać było ulewę. Znów się rozpadało.
Widząc, że już nie zaśnie Joachimowi pozostało zacząć nowy dzień. Kącik do ablucji był prymitywny jak cała reszta chaty. Miska i dzban z zimną wodą. Najtańsze mydło, mało używane to pewnie wyjęte specjalnie ze względu na przybycie tak zacnych gości jak on. Pirora i jej podobnie szlachetnie urodzeni pewnie z pogardą by spojrzeli na tak tanie mydło ale dla tych chłopów to i tak był rarytas. Zmywając z siebie resztki snu miał chwilę dla samego siebie. I przypomnienia sobie co mu się śniło.
Tak dokładnie nie był pewien jak zaczął się ten sen. Gdy wracał do początu to był w lesie. Głębokim, prastarym lesie. I szedł, i przedzierał się, i biegł przez ten las. A może to obserwował jak ktoś to robi? Tego nie był pewien. Ale pewien, że tamten lub on sam dokądś zmierza. Wydawało się, że bez końca idzie czy biegnie przez ten las. Gdzieś tam, przed nim jednak był kres, konkretny cel do jakiego zmierzał. Słyszał, czuł jego zew. Nie był pewien co to właściwie jest. Jakieś wezwanie? Krzyk? Śpiew? Melodia? Coś co przyzywało kusząco, drażniąc niezaspokojoną ciekawość. Wchodził po jakimś zarośniętym stoku wzgórza albo schodził. Potem znów wchodził lub schodził z kolejnego. Albo ten ktoś z jakiej perspektywy obserwował tą wędrówkę. Drzew było mało. Wrzosowiska jakieś. Wzgórza i mgła. Nienazwane i niewytłumaczalne zagrożenie biło z tego miejsca. A może to on sam próbował przed nim ujść?
Wśród tych wzgórz dojrzał coś innego. Jakieś regularne linie zdradzały dzieło człowieka. Wśród krzaków i wysokiej trawy dostrzegł resztki potrzaskanych kolumn, ściań, murów. Od razu wiedział, że “to to”. Chociaż nie miał pojęcia czym to coś jest. To jego entuzjazm wzrósł. Bez wahania ruszył w ich stronę a zew stał się silniejszy. Zbliżał się do jego źródła. Pędził ku tym ruinom nie zważając, że ociera kolanami o mokrą ziemię, że gałęzie krzaków zahaczają mu ubranie, nie, nic nie było ważne. Już przechodził pomiędzy tym załomami pradawnych murów zapomnianych budowli. Od wieków były zmurszałe, zarośnięte mchem, kępami trawy jakie wyrosły w ich pęknięciach, krzakami jakie wyrosły na dawnych alejkach albo budynkach niewiadomego pochodzenia. Roślinność aż tryskała zdrową zielenią jakby kpiąc sobie z tych resztek jakiejś cywilizacji. Nawet na wzgórzu widział jak pan kozioł spełnia swoje małżeńskie obowiązki z panią kozą. Dochodziło go ich radosne sapanie i pobekiwanie. Potykał się o kamienie i odpryski dawnych murów ukrytych zdradziecko pośród wysokiej trawy, gdzieś uderzył goleniem o jakąś gałąź albo załom. Aż się zatrzymał. Wiedział, że to to.

link: https://i.imgur.com/Rz0hcAD.png
To było wejście. Wejście do tajemnicy jaka go tu przyzwała. Tam w środku było “to”. To co go wezwało aż tutaj. Rozejrzał się dookoła ale widział tylko te wrzosowiska, pagórki, mgłę w oddali i te ruiny z bliska. A ze środka kusił go zew tajemnicy. Obietnicy skarbów ukrytych w zapomnianej krypcie, sukcesów i podobojów w miłości czy wiedzy, przewag jakie mógł zdobyć nad innymi. Wydawało mu się, że słyszy swoje imię szeptane wprost do ucha, serca i umysłu przez piękną kochankę. Jak dostrzega powabną dłoń zapraszającą go do wejścia w głąb krypty. I wreszcie jak po tej chwili wahania rusza śmiało ku niej. Jak tylko przekroczył obdrapaną futrynę pięknej niegdyś kapliczki był w euforii. Już zbiegał zawalonymi od wieków schodami w dół coraz bardziej w ciemność. Prawie czuł w nozdrzach aromat swojej kochanki, połyskujące w ciemności blask wspaniałych skarbów. I tak się obudził.
- Wyspał się dobrodziej? Piec dobre miejsce do spania. Plecy wygrzeje, nogi. A i głowa szybko w cieple zasypia. - zagadał do niego Dieter zapraszając do stołu. Siedział z całą ich rodziną a żona gospodarza razem z dorosłą córką podały na stół śniadanie równie proste jak ich cała chata.

link: https://i.imgur.com/QXMSIZr.jpeg
- I jak? Smakuje? Dobre nie? A jak z tym ojcem? Coś dobrodziej pomyślał? - zagaił przy jedzeniu gospodarz. Wczoraj opowiedzieli mu nieco o swoich snach. Śnił mu się jakiś las albo ruiny. I tam wśród nich jego ojciec. Wzywał go gestem dłoni i biadolił, że taki niepogrzeban leży w tej obcej ziemi z dala od rodzinnych stron i przodków. To i Dieter się przejął a nawet trochę przeląkł obawiając się, że zjawa po ojcu będzie go teraz nachodzić i prześladować. I nikogo więcej nie widział w tych snach ani nie słyszał. Tylko ten ojciec pośród jakichś ruin jakich na pewno nie było w okolicy. Nawet nie słyszeli aby gdzieś w dalszej. Dlatego domyślał się, że to może być gdzieś w Nawiedzonych Wzgórzach gdzie tatko zamierzał się wybrać po skarb w swojej ostatniej podróży. A w odosobnieniu to chyba nie, tatko przeca normalny chłop był a nie jakiś dziwak. Zawsze wesoły i z innymi, dusza towarzystwa. Aż do owej ostatniej podróży. Sen jaki mu streścił Dieter brzmiał trochę podobnie do tego co sam wyśnił tej nocy. Przynajmniej ta końcówka o jakichś ruinach. Tylko jemu nie śnił się żaden ojciec. A może? W końcu momentami miał wrażenie jakby obserwował wszystko oczami kogoś kto podążał za tym zewem z zapomnianej krypty. A czasem, że to sam osobiście przemierza ten las i wzgórza aby dotrzeć do tych ruin. W grę wchodziły tu nadnaturalne siły ale jakie dokładnie to na razie nie wiedział. Gdyby chodziło o coś co potrafi wpływać na śmiertelników tak jak to widział we śnie, zwłaszcza z okolic Nawiedzonych Wzgórz, to by było nie byle co. Z drugiej gdyby tak było pewnie słyszeliby ten zew wszyscy a nie tylko nieliczni.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.21; Aubentag; ranek
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, ulewa, łag.wiatr; ziąb (0)Otto
Otto wstał rano w swoim własnym łóżku. Pomimo zamkniętych okiennic słyszał, że znów leje. I to mocno. Nadal był obolały po ostatniej bójce w jakiej uczestniczył z kornitami kultu. Z tego powodu przeor dał mu wolne aby doszedł do siebie więc nie musiał iść do hospicjum. Przynajmniej nie musiał moknąć na tej ulewie za oknem. Ale nie był jakoś obłożnie chory czy dogorywający po spuszczeniu manta. Czuł ból egzystencjalny w obitym ciele ale dał radę wstać z łóżka. Nie był pewny czy Sigismundus ze Strupasem nie zmienią zdania o opuszczeniu dziś miasta i udania się do jaskini Oster. Może nie. Wydawali się być dość zdeterminowani. Taka ulewa pewnie nie będzie padać cały dzień i jak nie teraz to po niej pewnie wyruszą z miasta. A on sam na razie mógł się zastanowić jak zamierza spędzić ten nowy dzień.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim podziękował za kolejny prosty, lecz wystarczająco pożywny posiłek. Myślami nie był do końca obecny tu i teraz, lecz próbował sobi przypomnieć jak najwięcej szczegółów ze swojego snu. Aktualnie skłaniał się ku teorii, że przodek gospodarzy spróbował dotrzeć ku tej tajemniczej sile, która wabilła go z Nawiedzonych Wzgórz i tam poniósł śmierć. Oczywiście, spokój ducha jakiegoś tak dawno zmarłego wieśniaka, nie był tu kluczem. To co interesowało astromantę, to czy w tych ruinach które widział we śnie kryła się jakaś moc którą mógłby posiąść. Moze coś powiązanego z jedną z Sióstr? Próbował sobie przypomnieć, czy uczucie które miał we wczorajszym śnie przypominało mu coś z tamtych snów w mieście, gdy słyszał dźwięk dzwoneczków.
Miał tutaj decyzję do podjęcia. Mógł udać się na Nawiedzone Wzgórza, ale z tego co wiedział, ta droga zajęłaby mu kilka dni w jedną stronę. Nie miał tyle czasu, niestety, jeśli chciał dalej zajmować się tematem Światełka uktrytego w Akademii. Bagna, gdzie kryło się dziedzictwo Vesty, też znajdowały się w innym kierunku. Poza tym, ładunek immaterium, który zostawiła mu Merga za kilka dni stanie się bezużyteczny. Dlatego postanowił podsumować swoim gospodarzom jego konkluzje, że ich przodek prawdopodobnie znalazł śmierć na Nawiedzonych Wzgórzach i że planuje za jakiś czas tam się udać i poszukac jego zwłok. Ale na razie pilne sprawy wymagają jego powrotu do miasta.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto przez kilka dłuższych minut wpatrywał się w sufit rozważając co zrobić. Wyjrzał leniwie na pogodę tegoż cudownego dnia. Nie czuł się na siłach, aby na razie wychodzić. Nawet nie wiedział gdzie i co miałby robić. Do Fabienne, znowu męczyć szlachciankę? W końcu ludzie zaczną gadać. Silny pewne ma własne kłopoty, albo przynajmniej knajpę do zajęcia. Nie reszta slaaneshytek też nie może się zajmować w kółko jednym jednookim mnichem.
Chociaż obiecał coś Grubsonomi. Z rana jednak gnać do Pirory też nie było sensu.
Zwlókł się z łóżka, poczłapał osowiale do biurka. Pora w końcu zająć się tym co zaniedbywał ostatnimi czasy.Wyciągnął z szuflady swoją księgę, delikatnie głaszcząc skórę okładki. Przerzucił kilka stron zapamiętując co gdzie miał zamiar umieścić. W końcu dotarł do momentu, od którego wszystko się zaczęło. Zamoczył pióro w kałamarzu i zaczął pisać.
Prawda
Pora wytłumaczyć jakąż to prawdę chce przedstawić czytelnikom tegoż tomu.
Nie jest to jakiś głęboko skrywany sekret, nie jest to zagadka, której trzeba dociekać.
Prawda jest oczywista, cywilizacja po prostu nie pozwala nam jej zaakceptować.
Wszystkie istoty tego świata, ludzie i zwierzoludzie, elfy i krasnoludy, nieumarli i bogowie.
Wszyscy służą Wielkiej Czwórce, Khornowi, Nuglowi, Tzeentchowi i Slaanesh.
Nawet ci, którzy stoją w twardej opozycji, jedynie napędzają machinę wojenną Wielkiej Gry.
Jaką radość miałby Ojciec Plag, gdyby królestwo upadło od zwykłego kataru?
Skomplikowany plan nie ma sensu, jeżeli nikt nie próbuje go rozgryźć.
Taboo istnieje tylko wtedy, kiedy są ci, których odraża, a to czyni je tym słodszym.
Kto nie byłby najodpowiedniejszym oponentem dla Championa Krwi, niż wojownik z prawością w sercu?
[..]I tak pisał, wylewając swoje myśli, uczucia, pragnienia i Prawdę na strony księgi. Wiedział, że nie każdy ją przyjmie. Może nawet członkowie jego kultu by ją odrzucili. On jednak wiedział lepiej. Prawda czasem jest prawdą, bo jest prawdziwa, tylko dlatego, że nikt nie może udowodnić jej fałszu. Mnich uśmiechnął się na tą myśl, a po chwili zaśmiał rozumiejąc absurd swego przekonania. Pokręcił tylko głową odkładając pióro i czytając ponownie swoje dzieło. Był zadowolony z efektu, wiedział, że znajdą się tacy, którzy zaakceptują jego Prawdę.
Wyjrzał przez okno, pogoda ciągle była pod psem, ale jego humor się poprawił i był gotów sprostać żywiołowi. Ubrał się należycie i opuścił domostwo. Ruszył do Pirory, obiecał przecież złożyć zażalenie zaniedbanego podwładnego.