Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Seachmall
Festag, popołudnie, rezydencja Pirory
Mnich nie wiedział jak zinterpretować ciekawość divy, ale miał nadzieję, że będzie to prowadziło w dobrą stronę.
- Teraz przez jakiś tydzień maleństwa będą rosły. Nasz drogi aptekarz może aplikować pożywkę dla nich, aby urosły naprawdę rosłe. Po jakimś tygodniu przyjdzie czas na "poród", co jest równoznaczne z skorzystaniem z latryny. Może trochę dłuższe, bez bólu, bez szkód.
- Znaczy lepiej z nocnika. Aby żadnego z maleństw nie stracić. Ale balia czy nawet łóżko też może być. Jakaś życzliwa osoba do pomocy by się przydała aby je pozbierać do jakiegoś pudełka czy torby. A potem wystarczy dostarczyć je do mnie to ja już się wszystkim zajmę. Mamy odpowiednie warunki do tej hodowli. Nawet pełną kolekcję od jaj po dorosłe osobniki. A jak widać nasza kochana Laura sobie całkiem chwali takie nosicielstwo. - do rozmowy wtrącił się dobry wujaszek Sigismundus który uprzejmie i życzliwie dodał coś od siebie w kwestii wyjaśnienia. Na świeżo zasianą ladacznicę patrzył z taką miłością jakby to była jakaś jego ukochana córka czy bratanica. Ta zresztą bezwstydnie nie zamierzała opuszczać spódnicy ani kolan Sorii nadal chętnie prezentując swoje wdzięki jaka nadobna niewiasta powinna ofiarować jedynie prawowitemu małżonkowi.
- To macie tego więcej? Ciekawe, ciekawe. A jak się aplikuje tą pożywkę? - miodowłosa gwiazda estrady i nadal wydawała się tym wszystkim zafascynowana. Głaskała nagie uda Laury i przypatrywała się z pozycji pierwszego widza całemu procesowi.
- Tak samo jak zasianie. Prosta sprawa. Trzeba tam do środka wsadzić taką strzykwę i wpuścić maleństwom coś do jedzenia aby szybciej rosły i były silniejsze. Nic trudnego ani strasznego. - zapewnił usłużnie gruby nurglita jaki rozpływał się w grzecznościach chcąc zapewne zrobić jak najlepsze wrażenie.
- Mam w sumie pomysł jak umilić cały proces. - zaczął mnich - Muszę jedynie obgadać sprawę z znajomym cieślą, który zapewniał mnie, że zna się na tworzeniu zabawek dla kobiet.
- Jakby się dało jeszcze coś umilić to byłoby naprawdę miło. - roześmiała się pół naga, ciemnowłosa ladacznica rozkosznie przyjmując od diwy klapsa w wypięty tyłek. A po chwili podobny od wężowej syreny na kolanach której się opierała. Co wywołało liczne śmiechy i uśmiechy rozbawienie bo wyglądało całkiem ponętnie.
- A zabawki dla kobiet brzmią dobrze. Też bym była zainteresowana. - dodała wesolutko bretońska szlachcianka jakie całe widowisko zasiania oglądała z wielką ciekawością.
- A właśnie. Macie jakieś gry, zabawy i rozrywki dla przyjezdnych kobiet co nie bardzo znają miasto? - miodowlosa aktorka wskazała palcem na pół nagą ladacznice o jakie nieszablonowe rozrywki jej chodzi. A gdy ta znów usiadła na kolanach wężowej milady diwa umieściła swoje trzewiki na udach swojej ulubionej kurtyzany.
- Obawiam się, że ta żałoba zablokował wszelkie źródła legalnych rozrywek w mieście. - zaczął mnich - Zanim się spotkaliśmy, miałem zamiar wdrożyć drobny plan, aby zwabić was w nasze towarzystwo. Porwanie i wywiezienie do jaskini poza miasto, gdzie zgraja bandytów miałaby sobie z was użytek, wszystko oczywiście za waszą zgodą. Taki mała scena do odegrania ku uciesze lędźwi i wyobraźni. - mnich się zastanowił - Zależy czego byś chciała milady. Walk gladiatorów? Hazardu?
- Orgii! - roześmiała się milady o miodowych włosach. Co rozbawiło też i resztę towarzystwa. - A ten plan z wywiezieniem i jakąś zgrają chutliwych bandytów brzmi całkiem nieźle. Chociaż wolałabym bez zbędnego zbiegowiska bo wszystko co ze mną związane zaraz jest na językach całego miasta. Więc jakieś zbiegowisko czy widowisko chętnie no ale nie tak aby to na drugi dzień całe miasto miało to na językach. - wyjaśniła już poważniejszym choć wciąż wesołym tonem. I brzmiało jakby była gotowa pójść na współpracę w zapewnieniu alibi takim zakazanym rozrywkom ze swojej strony o ile to by było coś nietuzinkowego i ekscytującego.
- Poza tym rozkosze jadła, próbowania nowych potraw, napojów, środków odurzających, śpiew, taniec, muzyka do białego rana też oczywiście. Obiecuję być dla was wyrozumiała. Przyznam, że poprzeczka jest wysoka bo naprawdę wiele już widziałam, słyszałam i próbowałam. Ale zawsze jest nadzieja. Przyznam, że jest tu parę rzeczy jakie mnie pozytywnie zaskoczyło. - wskazała na Laurę jaka wciąż siedziała na kolanach wężowej milady i gościła na sobie trzewiki teatralnej diwy.
- No i przyznam, że miałam sny jakie sugerowały, że tu mimo całego mojego doświadczenia mogę zaznać czegoś całkiem nowego. Byłabym rada. Obiecano mi, że jeśli tu przybędę dostąpię przyjemności spróbowania takich rozkoszy o jakich mi się jeszcze nie śniło. A zapewniam was, że wiele mi się śniło i niewiele z nich pozostawiłam tylko gestii snów. Miałam obiecane, że wydam na świat pobłogosławiony owoc z jakiego będę dumna i będzie miał on przełomowe znaczenie. Spodziewałam się więc jakichś odmieńców czy zwierzoludzi no i na razie widzę, że coś macie na początek ale mam nadzieję, że to nie wszystko czym dysponujecie. Bo byłabym rozczarowana. - diwa podzieliła się ze nowymi znajomymi swoimi zachciankami, planami i snami z jakimi przybyła do tego dość prowincjonalnego miasta jakie nie mogło się równać do stolicy prowincji czy wielkich miast jakie zwiedziła podczas swoich występów estradowych.
- Co do orgii, to chyba pokazaliśmy, że jesteśmy otwarci. - zaczął mnich - Egzotyczne potrawy to chyba będą w gestii Pirory i Fabienne. Nie wiem kto jeszcze miałby kontakty, aby cokolwiek sprowadzić. Co do nietuzinkowych kochanków… bylibyśmy w stanie coś załatwić, ale to by było poza miastem.
- Poza miastem… - diwa powtórzyła to w zamyśleniu. Chwilę się nad tym zastanawiała. Po czym rozłożyła ramiona w geście bezradności i uśmiechnęła się sympatycznie. - No cóż, czegóż się nie robi dla miłości i pożądania! - zawołała wesoło co wywołało podobną reakcję u kultystycznej widowni. - Dobrze, może być i pod miastem. Mam nadzieję, że wycieczka będzie ekscytująca. Bo te orgie jakby miały być takie jak ta tutaj to nawet bym mogła być zaspokojona. Na jakiś czas. - uniosła kielich wina i upiła z niego elegancki łyk.
Mnich spojrzał na kozio nogą mutantkę.
- Lilly, udałoby ci się ustawić spotkanie z Gnakiem i grupką jego łowców? Możesz powiedzieć, że mamy nowe samice ku ich uciesze.
- No nie wiem. Nie do końca jestem pewna gdzie jest ta ich dolina, słyszałam o niej ale nigdy tam nie byłam. Ale przecież jesteśmy z nimi umówieni za parę dni w najbliższą pełnię. - liliowłosa mutantka odparła ostrożnie i trochę niepewnie. Koleżanki zaś pokiwały głowami na znak potwierdzenia jej słów. - Bliżej by było do jaskini. Pewnie ktoś chętny na chędożenie by się znalazł. - dorzuciła wspominając o swoich współplemieńcach z jaskini w lesie.
- A kto to jest Gnak? - zapytała zaciekawiona diwa zerkając na ich oboje.
- Wódz stada zwierzoludzi, z którymi nasza grupka się "zaznajomiła" - mnich nacisnął na ostatnie słowo, aby dać jasny znak o naturę tych relacji - Jestem pewny, że ucieszyłby się z kolejnych znajomości.*
- O! Zwierzoludzie! No wreszcie coś interesującego! Może jednak to nie była prawda jak słyszałam, że tutaj to tylko zapluta, śmierdząca ryba dziura i jednak kobieta na poziomie może zaznać trochę egzotycznej rozrywki! - diwa klasnela w dłonie z radości i wyraźnie się ucieszyła z takiego poszerzenia oferty rozrywek.
- No naprawdę mówię wam. Jak jest się kimś tak światowym i rozpoznawalnym jak ja to się już próbowało wszystkiego i nie jest łatwo poczuć dreszczyk emocji i ekscytacji. Zwierzoludzie, mutanci, rzadkie stworzenia, afrodyzjaki techniki no albo chociaż zwierzęta to dopiero jest jakieś wyzwanie i coś nowego. Miałam nadzieję, że skoro takie powabne sny mi obiecały tutaj tyle rozkoszy, spełnienia i wydanie na świat błogosławionego owocu to właśnie będzie to coś nietuzimkowego. To na kiedy możecie mnie umówić z tym Gnakiem? Może jutro? Macie jeszcze jakieś ciekawe atrakcje do zwiedzania? Chętnie nawiąże takie nowe kontakty. - aktorka wydawała się w świetnym humorze i tryskała nim, że udzielał się on i reszcie. Większość wydawała się być i poruszona, i zaskoczona, i ucieszona jej dekadencka postawą.
Mnich gwizdnął.
- Przyznam, spotkać kogoś tak otwartego na tego typu rzeczy, spoza naszej gromadki to nie lada niespodzianka. Czy twoje koleżanki, również podzielają takie zainteresowania? - mnich zerknął towarzyszki Diwy - Co do innych rozrywek... z bardziej przyziemnych... Fabienne i Pirora planują zorganizować klub "Niewiernych Żon". Do tego planujemy zainwestować w uzdrowisko, w którym będzie też można doznać bardziej sensualnych masaży. Natomiast jeżeli pragniesz ciekawych znajomości... - mnich wciągnął powietrze zębami zerkając kolegów - Słyszałem o Gustawie, ale nigdy go nie spotkałem. W jakim jest obecnie stanie i czy mamy do niego dostęp?
- Oh Otto, nie traktuj nas jak małe, głupiutkie dziewczynki! - żachnęła się pieśniarka śmiejąc się przy tym serdecznie. - Spójrz. Właśnie skończyliśmy wyuzdaną orgię z dwoma mutantkami. - wskazała na Lilly i Dornę. Te drgnęły zaskoczone i zaniepokojne takim jawnym ich wskazaniem. - Przecież powinno się je i nas wszystkich z miejsca wtrącić do lochu, zacząć śledztwo i uczciwie spalić na stosie. A nie się umawiać na następny raz. Mnie tu skierowały sny. Bardzo lubieżne sny jakie wskazywały, że znajdę tu równie lubieżne i zdeprawowane towarzystwo i zakazane rozrywki. Te sny skierowały nas do zamtuza gdzie spotkałyśmy te dwie utalentowane ladacznice jakie są z wami. Sam też mówiłeś, że śniło co się moje łono. O ile mówiłeś prawdę a nie na tym co wiesz od Laury i Onyx. To tym bardziej powinieneś wiedzieć, że to ja ci się śniłam. Ile znasz kobiet właśnie z takim tatuażem właśnie w tym miejscu co ja mam? - mówiła szybko i całkiem logicznie gdy wskazywała na kolejne punkty zbieżności.
- Więc to nie może być przypadek. Mieliśmy się tu spotkać. A mnie były obiecane zakazane i plugawe rozkosze i tego od was oczekuję. Dlatego o tych zwierzoludziach brzmi dobrze. Chociaż mam nadzieję, że na tym nie kończy się wasz repertuar. - powiedziała jakby owo obiecane spotkanie z Gnakiem i jego wspóplemieńcami wydało jej się pierwszą atrakcją dla jakiej naprawdę warto było przyjechać do tego miasta.
- Widzę, w tobie zew mojej matki. Podobny jak u Fabi i Marissy. Myślę, że właśnie do nas miałaś tu trafić. Cieszę się, żeśmy się spotkały. Przyjemnie gościć tak oświeconą osobę. - odezwała się ciepło i życzliwie Soria jaka wciąż trzymała Laurę na swoich kolanach. Za co aktorka zrewanżowała jej się równie słodkim uśmiechem.
- A co do tego sanatorium oczywiście jeśli to będzie pomyślane w lubieżnych celach to naturalnie wesprę tą inicjatywę jak tylko będę mogła. - zapewniła ucieszona poetka o miodowych włosach. - A ten klub niewiernych żon? - zagaiła o kolejną nazwę jaka padła z ust mnicha. I widocznie Pirora się poczuła wezwana do odpowiedzi.
- No cóż. W mieście i okolicę pulę młodych dzierlatek, zwłaszcza rokujących na pełne przyłączenie się do nas mamy dość ograniczoną. Ale jeśli rozszerzyć działalność na narzeczone, wdowy i mężatki to ta pula się znacznie powiększa. I ostatnio z lady Sorią właśnie zaczęłyśmy badać obiecujące kandydatki. Mamy nadzieję, że chociaż niektóre do nas przystaną albo chociaż nieświadomie będą nas wspierać i służyć naszej rozkoszy. - wyjaśniła nieco piegowata młódka z dalekiego południa Imperium. Diwa uniosła brwi i pokiwała głową z uznaniem.
- Słusznie! Czasem taka zaniedbana przez męża i znudzona żona jest o wiele łatwiejszym i ciekawszym kąskiem niż jakaś małolata. Oczywiście w tym szlachetnym zadaniu wesprę was jak tylko będę mogła. - obiecała solennie i wzniosła kielich do toastu za sukces tego pomysłu. Koleżanki też chętnie go wychyliły i zrobiło się jakoś weselej.
- Zaś jeśli chodzi o moje koleżanki oczywiście że mam kilka bardziej i mniej obiecujących. Myślę, że przynajmniej paru z nich nie obawiałabym się zabrać na to spotkanie z Gnakiem. Czy innym plugastwem. Byle było jurne. No ale one zostały w stolicy. Jednak wystarczy mój list aby je tutaj ściągnąć. Tylko najpierw muszę mieć przekonanie, że potraficie dostarczyć takim eleganckim i rozrywkowym damom jak my odpowiednio niecodzienne rozrywki. Jeśli mnie zadowolicie to z przyjemnością poślę po moje koleżanki. - odparła całkiem stanowczym tonem miodowowłosa diwa. I brzmiało to jak warunek rozszerzenia przyjemnej działalności o ile zdołają ją przekonać do siebie.
- A ten Gustaw? Co to za jeden? Dlaczego by miał mnie zainteresować? - zapytała o ostatni temat wspomniany przez jednookiego mnicha. Towarzystwo poruszyło się trochę niepewnie i nikt nie kwapił się odezwać pierwszy. Aż odezwała się Łasica.
- To odmieniec. Ogromny i niebezpieczny. Dlatego trzymamy go w letargu. Może się przydać gdyby sytuacja stała się gardłowa. Mamy jednak do niego dostęp i myślę, że można go przygotować do użytku. Wystarczy przestać mu podawać zioła uspokajające. Tak myślę. Wtedy powinien być w pełni aktywny. Tylko nigdy nic z nim nie próbowaliśmy, siedzi zamknięty w celi. - łotrzyca wyjaśniła jak to jest z tym Gustawem. Przynajmniej w ogólnym zarysie. Na co aktorka klasnęła w dłonie.
- Olbrzymi i niebezpieczny? I nic z nim nie robiliście? Czyli bym była jego pierwszą kobietą? Brzmi bardzo ekscytująco! A dreszczyk emocji i niepewności jest bardzo podniecający! To proszę mi go przygotować na jutro. I mam nadzieję, że właśnie takie atrakcje będziecie mi serwować przez najbliższe dni! - zawołała miodowłosa wręcz zachwycona takim opisem swojego potencjalnego kochanka. Na co nawet wśród slaaneshytek wywołało wrażenie jakby nie dowierzały w to co właśnie usłyszały.
- Tu niestety będę musiał odmówić. Przynajmniej na razie. Ciało Gustava zamieszkuje z tego co rozumiem, jeden z Niezrodzonych, Demonów. Niebezpieczny, nie jest dostatecznie dobrym słowem, aby go opisać. Do tego kontakt z ciałem tak powabnej istoty jak ty, może sprawić, że straci absolutnie kontrolę i skończysz z istotą z zębami zamiast przyrodzenia. - mnich westchnął - Jednak i ja pewnie chciałbym w końcu z nim porozmawiać.
- Nie, raczej nie. Już nie. Teraz to wypaczona skorupa. Wątpię aby jakaś potężniejsza istota ukryła się w nim przede mną. Tego raczej nie musimy się obawiać. - odezwała się Soria dając znać, że ten wariant im raczej nie powinien zagrażać ze strony Gustawa. Bo już diwa zrobiła usta w wąską linię z zaciętym wyrazem twarzy ale teraz popatrzyła na nich oboje czekając jaką ustalą wersję.
- Nie jestem na tyle wysoko w hierarchii naszej rodzinki, aby podjąć taką decyzję... Silny, Łasico, wy tu przodujecie. Możemy załatwić takie spotkanie? Uwiązać Gustawa dla bezpieczeństwa i ocucić ku uciesze naszej diwy?
Wspomniana para kultystów a do tego wzajemnych adwersarzy spojrzała na siebie trochę zaskoczona tym pytaniem. Silny wzruszył ramionami więc pierwsza odezwała się łotrzyca.
- Raczej tak. Trzeba by go chyba kanałami przyprowadzić tutaj. Duży jest, ciężki. Jakby spał to kawał kloca. A jakby nie spał to może być trudne. - odparła Łasica nieco niepewnie.
- Ja z chłopakami mogę go wziąć. Tak czy inaczej. W zimie się już z nim mocowaliśmy i daliśmy mu radę. - mięśniak rzucił swoją opinię do tej puli.
- Myślę, że jak zdążę ze swoimi planami na morskie kąpiele to mogłabym wam z nim pomóc. Więc o ile nasz mistrz się zgodzi to możemy zapewnić naszej utalentowanej gwieździe estrady troszkę tej egzotycznej rozrywki jakiej tak pragnie. Zapewne jutro wieczorem. - znów wtrąciła się wężowa syrena swoim aksamitnym głosem. I chociaż zostawiła sobie furtkę gdyby Starszy powiedział “nie” to wydawała się być dobrej myśli.
- Oh byłabym bardzo rada! Bo do tej pełni i spotkania z tymi waszymi zwierzoludźmi to jeszcze dobre parę dni i przecież dobrze urodzona dama musi sobie jakoś zorganizować rozrywki przez ten czas. - milady o miodowych włosach wydawała się bardzo rada z takiego rozwiązania i trzymała kciuki aby się to udało. - Oczywiście o ile mogę się tak szarogęsić u naszej gościnnej Pirory to wasz też zapraszam. I jeśli bym mogła jakoś wam pomóc w tym albo innym tak szlachetnym dziele to oczywiście mówcie, obiecuję zrobić co mogę aby wam pomóc. - zaśmiała się pełna dobrego humoru i życzliwości.
Mnich spojrzał na divę.
- Potrzebujesz może milady, cieśly? - Otto delikatnie zachichotał - Przepraszam, za takie dziwne pytanie, ale mam w zwyczaju ostatnio wyzwalaniu pacjentów lokalnego Hospicjum. Annika i Marissa - wskazał na dwie heraldki - Są moimi byłymi pacjentkami. Głównie zainteresowały nas ze względu na swoje sny. Ostatnio moją uwagę przykuł jeden mężczyzna, który śnił jak miasto płonie. Jest z zawodu cieślą, ale jak i określił "zna się na produkcji zabawek dla kobiet". Mogę poprosić go o stworzenie próbki, oceniłabyś jakość i wartość naszego rzemieślnika.
- Cieśli? - artystka rzeczywiście była zdziwiona pomysłem. - No ale jak umie robić jakieś ciekawe rzeczy to może, może. Niech pokaże co umie. A potrzebny wam ten cieśla? Jak to tylko kwestia geldow to mogę go kupić. - diwa chyba nie była zainteresowana kimś o tak banalny zawodzie jak cieśla ale chyba wyczuła, że może być on tubylcom do czegoś potrzebny więc aby okazać dobrą wolę była gotowa sypnąć groszem nawet jak sama z siebie nie była tym rzemieślnikiem zainteresowana. Przynajmniej w tej chwili.
- Każdy, który tak jak my otrzymuje sny, poza hospicjum jest mile widziany. - zapewnił mnich - Zważając, że tego typu sytuacje ściągają niepożądane spojrzenia, a już mamy tą Somnium ze stolicy.
- Ah, tak, ta nawiedzona morrycka młódka. Tak, słyszałam o niej już u nas. A przed mszą zostałyśmy sobie przedstawione. Wieszczka ponoć. - aktorka pokiwała swoją miodową głową na znak, że wie o kim mowa. - No a co z tym cieślą? - wróciła do tematu wspomnianego wcześniej rzemieślnika. I wygodniej ułożyła swoje trzewiki na nagich udach Laury jaka wcale nie protestowała.
- Tak jak mówiłem, zapytał mnie czy i jego da się wydostać z hospicjum. Zważając, że jest kolejną osobą, która tak jak my ma niecodzienne sny. Pomyślałem, że się przyda. Nazywa się Niklas, nie jest może młodzieńcem, ale jestem pewny, że byłby bardzo zainteresowany usługiwaniem ci na wszelkie sposoby. - mnich wzruszył ramionami - Nic zobowiązującego, ale jakbyś chciała odwiedzić hospicjum chętnie cię oprowadzę. Marissa może opowiedzieć jak dokładnie znam jadalnię czy pralnie.
- Tak? - diwa z zaciekawieniem wyłowiła wśród zebranego przy stole tłumu kasztanowłosą służkę jej bretońskiej koleżanki.
- Tak. Ja tam byłam pacjentką. Ale Otto, Pirora i moja milady mnie stamtąd wyciągnęli. Tego Niklasa pamiętam. Siedział tam chyba dłużej ode mnie. Nawet miałam z nim przyjemność w pralni. Lubieżnik z niego. Chociaż nie wygląda zbyt okazale. Jakby milady sobie życzyła to ja mogę tam oprowadzić i pokazać. - odparła grzecznie była pacjentka hospicjum. Sławna artystka skinęła powoli głową namyślając się i w końcu uśmiechnęła się promiennie.
- Lubieżnik mówisz? No to zawsze jest atut. Dobrze to skoro tak to przyjadę tam do was aby zobaczyć tego lubieżnika. Mogę go wykupić skoro jest wam potrzebny. Jeszcze zobaczę czy mi przypadnie do gustu. Tak samo jak ten Gustaw. Brzmi obiecująco i właśnie o takie rozrywki mi chodziło. Mam nadzieję, że będziecie mnie tak przyjemnie zaskakiwać nie tylko jutro. Ta nutka niepewności i ryzyka jest całkiem podniecająca. - oznajmiła milady o miodowych włosach zgadzając się pomóc wyciągnąć Niklasa z hospicjum a nawet wydawała się nim chociaż trochę zainteresowana. Tak samo jak spotkaniem z owym odmienionym przez nadprzyrodzone siły heretykiem zamkniętym dotąd w celi pod zwaloną wieżą. Chociaż to wydawała się traktować jako wstęp do miłosnych przygód w tym nowym dla siebie mieście.
- Postaramy się zadowolić twe potrzeby. - mnich przez chwilę pomyślał o Skavenach, ale wzdrygnął się na tą wizualizację - A teraz, możesz nam trochę jeszcze opowiedzieć o swoich snach? Obiecywały ci oczywiście przyjemności, ale czy ukazały ci coś, powiedzmy nie związanego z nimi? Jakieś miejsca, osoby, przedmioty?
- To było dość różne. Najbardziej pamiętam, mój ciężarny brzuch i świadomość, że wkrótce wydam na świat wyjątkowy owoc mojego grzesznego żywota. I głos co mnie tu kierował obiecując rozkosze jakich jeszcze nie próbowałam. A to nie jest łatwe bo próbowałam już chyba wszystkiego. Dlatego jestem ciekawa tego waszego Gustawa no i tych zwierzoludzi. Z nimi też już spółkowałam no ale najwyżej z jednym a wy mówicie, że macie ich trochę i to na wolności no to może być ciekawie. To by było coś nowego. Ale twarzy czy miejsc to nie, nie bardzo. Violette wyśniła ten zamtuz dlatego jak przyjechałyśmy do miasta i go rozpoznała to właśnie tam się udałyśmy z wizytą. No i okazało się, że słusznie bo spotkałyśmy te dwie urocze dziewczęta jakie nas przyprowadziły do was. Dlatego jak mniemam jesteśmy we właściwym miejscu i rozmawiamy z właściwymi osobami i właśnie liczę, że doprowadzicie mnie do tych rozkoszy jakich jeszcze nie próbowałam. - diwa bez skrępowania opowiadała mówiąc szybko zdanie za zdaniem, nie zawahała się ani razu i raz wskazała na swoją białowłosą przyjaciółkę z jaką tu przyjechała. Ta zaś skinęła głową potwierdzając jej słowa jak to było z tym zamtuzem gdzie się pojawiły tak niespodziewanie nawet dla pracujących tam kobiet.
- I dlatego musiałyśmy narobić tyle szumu ile się dało podczas wizyty. Trzeba było rzucić kamień w wodę aby sprawdzić gdzie się załamują falę. Wiedziałyśmy, że pewnie tam będzie jakiś trop czy wskazówka ale nie wiedziałyśmy co lub kto to będzie. - odparła impresario saltmundzkiego teatru dokładając swoje trzy grosze do tej opowieści miodowłosej.
- Och, proszę mi uwierzyć. Jeżeli nasza misja powiedzie się, rozkosze dzisiejszego dnia wydadzą cię się mdłe i codzienne. - zapewnił mnich.
- Właśnie mam taką nadzieję, po to tu przyjechałam. - odparła wesoło diwa i uśmiechnęła się promiennie biorąc tą obietnicę za dobrą monetę.
Wallentag, rano, Hospicjum
Mnich skrzywił się boleśnie na pytanie przełożonego.
- Nie… albo inaczej. Na własne życzenie. Po ostatnim razie, stwierdziłem, że przyda mi się trochę nauki jak się samemu bronić. Osoba, którą do tego wynająłem stwierdziła, że dobrze jest się też nauczyć jak przyjmować ciosy. Nie będzie mi to przeszkadzało w pracy.
- Na własne życzenie? Chłopcze co się z tobą dzieje? Zwariowałeś? Masz przestać się zadawać z takimi bandytami. Jesteś tu nam potrzebny w jednym kawałku. Zresztą dzisiaj to już wiele z ciebie nie będzie. Jak bracia skończą cię opatrywać wracaj do domu i odpocznij. - przeor uniósł się irytacją podszytą gniewem gdy usłyszał, że to nie jest jakiś kolejny, nieszczęśliwy wypadek czy napaść tylko celowe działanie jednookiego mnicha. Widocznie tego się nie spodziewał i dał wyraz swojemu niezadowoleniu. Ale przyjanajmniej zwolnił go z dzisiejszych obowiązków co na pewno obitemu mnichowi by się przydało bo po wczorajszej bójce całe ciało go bolało i było zesztywniałe.
- Postaram się to ograniczyć, chociaż z tym co się działo ostatnimi tygodniami dobrze by było urosnąć w sile. - zauważył mnich - Mam nadzieję, że na razie nie było powtórek?
- Nie kracz, nie kracz. Jeszcze po ostatnim razie mamy jednego w lazarecie i wciąż trzeba ponaprawiać albo kupić nowe rzeczy. A ty uważaj na siebie. Jak ty się pokażesz w takim stanie jak trzeba będzie znów rozmawiać z jakąś dobrodziejka? Przecież to trzeba wyglądać jakoś skromnie i poczciwie a nie jak jakiś łobuz z ciemnej alejki. Dlatego odpocznij i kuruj się. - gniew przeora nieco zelzal i teraz wydawał się głównie zirytowany takim niespodziewanym wypadkiem z jednookim mnichem.
- Oczywiście... a co dobrodziejek. - mnich zaczął - Lady von Mannlieb i Lady van Dyke zapoznały mnie wczoraj z Lady Odette von Treskow. Również wyraziła zainteresowanie naszym hospicjum, więc może uda się coś ugrać i tu.- Oo… Ta teatralna diwa co tak pięknie śpiewała na mszy? - brwi przeora Bernarda uniosły się nieco do góry gdy widocznie trochę zaskoczyła go ta informacja ale samą milady zapewnie miał okazję widzieć choćby wczoraj na mszy podczas gdy śpiewała psalmy. - No tak, przecież to szlachcianka. Oni tam się pewnie znają nawzajem. - pokiwał głową gdy zapewne próbował odtworzyć sobie w głowie mapę powiązań śmietanki towarzyskiej tego miasta jaka zapewne sięgała i poza obręb miejskich murów.
- I była zainteresowana naszym skromnym hospicjum? Wspaniale! No to dobrze się spisałeś. No i sam widzisz, że musisz nas godnie reprezentować gdyby miała nas tu zaszczycić wizytą tak znamienita dama. I nie możesz wyglądać jak obwieś. Tym bardziej masz przestać się wdawać w awantury i doprowadź się do porządku. - wiadomość o potencjalnej pani sponsor znów pobudziła przeora nadzieją, że może udałoby się coś zyskać na rzecz tego przybytku jaki głównie utrzymywał się z datków i jałmużny tych jakich było na to stać. Chociaż też i powyżej pewnego statusu nawet wypadało co jakiś czas wesprzeć jakąś akcję czy instytucję charytatywną. No ale nie było powiedziane, że to będzie akurat hospicjum dla ciężko i umysłowo chorych. Więc przeor jeszcze raz pogodnił Otto aby na siebie uważał ale tym razem brzmiało to raczej po ojcowsku.
Mnich kiwnął głową i pozostawił przełożonego obowiązkom. Opuszczał powoli hospicjum gdy zagadał go Niklas.
- Pracuję nad tym. Niestety te panie, które zabrały Thorna i dziewczyny już nie mogą tak bardzo szastać pieniędzmi, ale mam inne potencjalne dobrodziejki. Na razie mam dla ciebie zlecenie stolarskie. Mówiłeś, że jesteś w stanie wystrugać zabawkę dla kobiet, prawda?
- No tak. Mogę. - pacjent przybytku odparł bez entuzjazmu. Widocznie zasmuciły go te wieści, że wydostanie się stąd i to jeszcze na koszt i użytek pięknych, młodych i chutliwych dam nie jest takie proste jak to widocznie mu się wcześniej wydawało.
- Nie martw się, może uda mi się zakręcić coś z nowymi znajomymi. Teraz… - mnich zniżył głos - Potrzebuje zabawki z wydrążonym wnętrzem, aby można było w nią włożyć strzykawkę - mnich pokazał palcami mniej więcej grubość narzędzia aptekarza - Dasz radę zrobić coś takiego?
- Z wydrążonym wnętrzem? - pacjent wciąż wydawał się trochę markotny tymi niezbyt dobrymi dla siebie wieściami ale nowe wyzwanie przykuło jego uwagę. Zastanawiał się chwilę nad nim.
- Lepiej jakbyś przyniósł tą strzykawkę. Chociaż dziwne zamówienie. Wsadzać jedno w drugie. Nie łatwiej by było wsadzić to co w strzykawce do tej zabawki? Bo zrobić się da. Wziąć wymiar, potem obrobić na długość i grubość. No to dzień, może dwa i by było zrobione. Jeszcze zależy ile tu bym miał na to czasu. Ale jak z wydrążeniem to trudniej. To jeszcze dłużej. No ale da się, da. - podszedł do tego zamówienia jak rzemieślnik i mimo wszystko wydawał się być dobrej myśli nawet jeśli go ono nieco zdziwiło.
- Jasne. Pojutrze pewnie będę miał. Bądź dobrej myśli. Jeżeli zabawka się spodoba nowym znajomym, poinformuję, kto ją stworzył. - mnich poklepał pacjenta po ramieniu.
Opuścił spokojnie hospicjum odpocząć i odwiedzić sklep Grubsona.
Wallentag, rano, rezydencja von Mannlieb
Otto postanowił spędzić jeszcze jeden dzień poza hospicjum. Wykurować się po głupim pomyśle. Dobre towarzystwo to najlepsze lekarstwo, a nie znał lepszego niż Fabienne i jej służki. Obolały, ale dość radosny ruszył do rezydencji von Mannlieb oczekując na standardową procedurę przyzwoitki oceniającej jego należytość.
Rzeczywiście stara Gertruda niezmiennie stała na straży dobrych manier i porządku tej rezydencji i witała gości. - Często ostatnio u nas bywasz mnichu. - rzuciła uwagę co przy jej oschłej aparycji nie zabrzmiało zbyt przyjaźnie. Ale zaprowadziła go do salonu i tam po chwili czekania przyszła bretońska gospodyni i jej kasztanowa slozka. Czarnowłosej nie było ale po laniu jakie wczoraj dostała nie było to dziwne.
- Witaj Otto. Cóż cię sprowadza w moje skromne progi? - zapytała czarnowłosa szlachcianka dając znać Marissie aby nalała gościowi wina do kielicha. Ta rozlała do obu i postawiła na niewielkim, ozdobnym stoliku przy jakim zwykle rozmawiali.
- Ciągle troszczę się o swoje pacjentki. - zapewnił Gertrudę. Spokojnie poczekał na przybycie gospodyni.
- Chciałem sprawdzić jak ma się Annika. Podejrzewam, że odchorowuje wczorajsze. - mnich westchnął - Do tego chciałem się pożalić, że ja też dostałem bęcki a nie mam pięknej kobiety aby w nią się wypłakać.- Biedactwo będzie musiała to odchorować. Żałuję, że się zgodziłam na tą waszą eskapadę. - szlachcianka okazała swoje niezadowolenie z powodu ciężkiego stanu w jakim Otto odstawił wczoraj jej czarnowłosą służącą. I nie wydawała się rozbawiona jego słowami.
- Dużo śpi. Ale to dobrze. Tak się szybciej odzyskuje siły. - dorzuciła Marissa i też wydawała się zmartwiona losem przyjaciółki.
- W mojej obronie, zaatakowanie naszych oponentów w otwartej, honorowej walce, było jej pomysłem. - mnich delikatnie posmutniał, że szlachcianka najwyraźniej była zła na niego - Najwyraźniej jednak, spodobało się to patronce Anniki. Najwyraźniej pokazała jej, że Czempion krwawej Siostry jest w mieście.
- Może. Ale wróciła do mnie ledwo żywa. - przyznała szlachcianka bo widocznie miała inny punkt widzenia i priorytety niż khornici kultystów. - No i dobrze, że ty też jakoś z tego wyszedłeś chociaż jak widzę nie bez szwanku. - dorzuciła jakby ta złość na powrót służącej w takim opłakanym stanie zaczęła jej przechodzić. - A poza tym? Cos chyba wcześniej dzisiaj u nas jesteś. Dali ci wychodne w hospicjum? - zagaiła na jakiś inny temat zauważając, że rzadko ją odwiedzał o tak wczesnej porze.
- Zważając mój wygląd, przeor dał mi wczoraj wolne. Postanowiłem, że mogę poświęcić jeden dzień na wyleczeniu się. Chciałem jednak się upewnić, że Annika ma się dobrze. - przyznał mnich - Naprawdę jest mi przykro z powodu jej stanu. Postaram się, aby jej następne religijne uniesienia, były bezpieczniejsze.
- Ja również. Biedactwo. Aż przykro było na nią patrzeć. Twarz rozkwaszona, usta spuchnięte, siniak na siniaku. A przecież to taka piękna kobieta jest. - bladolica szlachcianka znów załamała ręce nad losem swojej pokojówki i kochanki.
- W każdym razie dzisiaj wieczorem jedziemy odwiedzić Pirorę. Zobaczymy jak naszej drogiej Odette pójdzie z Gustawem. Sama jestem ciekawa. Jeszcze go nie spotkałam. Co prawda nie wiem czy na dzisiaj się uda go sprowadzić ale nawet jak nie to i tak nie będziemy się nudzić. - oznajmiła mu najnowszą plotkę z ich towarzystwa bo podobnie lubieżne tematy były znacznie bliższe jej sercu niż jakieś bójki w deszczowych zaułkach.
- Też się zjawię. Nawet jakiś pomniejszy Niezrodzony może być ciekawy. - mnich westchnął - Zakładam więc, że ucałowanie moich ran odpada? - mnich musiał przyznać, że pomimo wczorajszych zbaw z Marissą i Anniką, było coś niebywałego w Fabienne. Może to jej pochodzenie od Soren?
- Ucałowanie twoich ran? - wypielęgnowane brwi bladolicej milady powędrowały do góry w grymasie zdziwienia takim pomysłem. I na chwilę tak zamarły gdy się widocznie nad tym zastanawiała. Zwinęła usta w wąską linię, zmrużyła jedno oko i trochę uniosła głowę. W końcu rozłożyła dłonie na boki w geście bezradności i pierwszy raz uśmiechnęła się przy tym spotkaniu.
- Oh wybacz, po prostu bardzo martwię się o Annikę. Trochę mnie to przytłoczyło. - powiedziała przepraszającym tonem. - Oczywiście, że możesz liczyć na ucałowanie. Gdzie sobie życzysz? - zapytała ciepłym tonem i już z całkiem filuternym uśmiechem.
Do odważnych świat należy, mnich pomyślał. Upewnił się, że nie ma przywoitki w zasięgu, po czym przyciągnął szlachciankę usadawiając ją sobie okrakiem na kolanach i rozpoczynając głęboki pocałunek, zaznajamiając się ponownie ze słodyczą ust i języka kobiety. Kiedy w końcu się odsunął.
- Gdzie tylko możesz? - wyszeptał z lubieżnym uśmiechem.
- Postaram się zrobić co się da. - obiecała Bretonka z psotnym uśmiechem wcale się nie wyrywając z jego kolan i objęć. Po czym sama zaczęła obdarowywać kochanka pocałunkami jakie z czułych robiły się coraz bardziej chciwe. Aż w końcu zsunęła się na kolana i zadarła jego sutannę aby tam dokończyć dzieła obdarowując ich oboje tą przyjemną chwilą. Po wszystkim wstała i uśmiechnęła się do gościa promiennie.
- Mam nadzieję, że czujesz się usatysfakcjonowany. Jak mówiłam tutaj niezbyt mogę swobodnie działać. Ale jeśli będziesz wieczorem u Pirory to może coś nam się uda zdziałać więcej. - powiedziała z czarującym uśmiechem jakby zapraszała szlachetnie urodzonego kawalera na wieczorek poetycki w zacnym towarzystwie.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Wallentag; rano; Sklep Grubsona
- Powinnaś zobaczyć tego drugiego… - zażartował mnich - Z Silnym polazłem spotkać kilku ciekawych ludzi. - usiadł boleśnie - Zamówienie chciałem złożyć na szatę i sprawę mam do Grubsona.
- No tak, jak z Silnym to można się było tego spodziewać. - główna krawcowa tego sklepu pokiwała swoją dwukolorową głową jakby stan kolegi stał się teraz dla niej bardziej zrozumiały. Ale nie ciągnęła dalej tego tematu.
- A Hubert był na zapleczu ale brałam miarę w przymierzalni to zobaczę czy jeszcze jest. - powiedziała wskazując na drzwi do owej przebieralni. Po czym ruszyła na zaplecze znikając mnichowi z oczu. Wróciła dość szybko.
- Właśnie wypłaca dodatek personelowi. W naturze. Więc możesz poczekać aż skończy albo iść teraz. - odparła z dyskretnym ale rozbawionym uśmiechem dając mnichowi wybór.
- Poczekam. - postanowił jednooki - Nie chcę przeszkadzać w pracy. To co do mojego zamówienia…myślałem o szkarłatnej szacie, takiej pełnej, na styl kapłański. Czarne akcenty na rękawach i kołnierzu, może z aksamitu. Bylibyście w stanie coś takiego mi sprawić?
- Szkarkatna szata? Szkarłat jest drogi. Bardzo drogi. I nie mamy go zbyt wiele. Więc przemysl to jeszcze. - projektantka uniosła brew do góry dając koledze czas do zastanowienia się czy na pewno wie co mówi i czy go stać na taki projekt. Dała mu znak aby poszedł za nią i wzięła z lady szkicownik i ołówek.
- Dla kogo to ma być? Umiesz rysować? Jak to ma wyglądać? - zapytała czy byłby w stanie zrobić chociaż ogólny szkic jak to by miało wyglądać.
- Jestem przekonany. Szata ma być dla mnie. Podaj mi szkicownik, coś ci nabazgram. - mnich przyjął kawałek kartki i węgla. Zamknął oko, wypowiadając plugawą modlitwę pod nosem i zaczął rysować - Na ogół nie zajmuję się ubraniem, tym bardziej projektowaniem, ale mam ogólny pomysł. - po dłuższej chwili skończył i wręczył kobiecie swoje dzieło - Jestem gotów czekać, nie ma pośpiechu. - szata wyglądała dość agresywnie, nie dla kapłana, czy mnicha siedzącego cicho w klasztorze.

- Więc ile takie cudo by mnie kosztowało?
- Ah takie coś… - projektantka pokiwała głową i chwilę oceniała swoimi oczami ten prowizoryczny szkic. - Tak, takie coś damy radę zrobić. Zwłaszcza jak to nie jest na wczoraj. - skinęła w końcu swoją dwukolorową głową i zaczęła rozpytywać i omawiać różne pomniejsze detale od jakich zależało ostateczne wykończenie no i cena. Jak ktoś zawodowo nie zajmował się projektowaniem takich ubrań to mógł być zdziwiony ile rzeczy trzeba było uwzględnić. I taka profesjonalistka jak Oksana była tutaj świetną przewodniczką. Jeszcze rozmawiali o tych detalach gdy drzwi na zaplecze skrzypnęły i pojawiła się w nich zwalista sylwetka gospodarza. Wydawał się być w dobrym humorze. Spojrzał w ich stronę ale podszedł do subiekta i coś zaczął do niego mówić.
- Jeszcze chwilę tu poczekamy a potem wyjdź na ulicę. I idź od podwórka. Wpuszczę cię do środka. - widocznie krawcowa na tyle dobrze znała swojego szefa i kochanka aby właściwie odczytać to krótkie spojrzenie jakie im posłał i teraz zdawał się w ogóle nie zwracać na nich uwagi.
Mnich wykonał polecenie krawcowej, stał teraz pod tylnymi drzwiami, rozważając jak ubrać w słowa propozycje do Grubsona. Nie może kłamać, ale mógł dopytać o więcej szczegółów Sigismundusa.
Musiał wyjść na ulicę, obejść przez boczną alejkę bryłę sklepu i wejść przez furtkę na jej podwórze. Tam czekał chwilę oglądając jakieś połamane manekiny, skrzynie wypełnione jakimiś nierozpoznawalnymi, uszkodzonymi elementami i tego typu doperele jakie można było znaleźć na większości podwórek, zwłaszcza tych od sklepów czy karczm. Od środka jednak usłyszał zgrzyt zamków, skrzypnięcie drzwi i te stanęły otworem gdy otworzyła mu Oksana. Dała znak aby wszedł do środka i poszedł za nią. Po chwili weszli do gabinetu Grubsona. Ten siedział za swoim biurkiem więc zdążył wrócić ze sklepu na zaplecze.
- Witaj Otto. Cóż cię sprowadza w moje skromne progi? Co słychać u naszej drogiej Sorii? - przywitał się z mnichem wskazując mu wolne krzesło po przeciwnej stronie biurka.
Mnich spokojnie usiadł.
- Przekazałem Oksanie jakie ubranie chciałem zamówić dla siebie. Do ciebie mam sprawę natury religijnej jeżeli zechcesz mnie wysłuchać.
Grubson spojrzał na swoją główną projektantkę a ta skinęła swoją dwukolorową głową. Po czym wrócił spojrzeniem na swojego rozmówcę. Przesunął się po nim z góry na dół swoimi oczami. W końcu wzruszył swoimi byczymi ramionami i dał znak gestem aby gość zaczął mówić o co chodzi.
- Twój sklep odwiedziłem jako klient, ale ciebie odwiedzam jako kapłan. Słyszałem dużo dobrych rzeczy o twoim oddaniu Wężowi, twoich talentach w uwodzeniu, udzielaniu i otrzymywaniu przyjemności. Zastanawiałem się, czy byłbyś zainteresowany poznaniem, głębszych tajemnic Mrocznego Księcia?
- Zawsze. Ale ty znasz jakieś “głębsze sekrety”? Nawet go nie wyznajesz. Chociaż może to się zmieni z tego co słyszałem ostatnio o tych twoich harcach tam i tu. - gruby właściciel kwitnące go interesu odzieżowego wydawał się być sceptyczny czy młodszy kolega może mieć coś ciekawego do zaoferowania. Ale widocznie był gotów przynajmniej go wysłuchać.
- Och, twoje słowa mnie ranią. - Otto przyłożył dłoń do serca w dramatycznej pozie - O ile tak jak ty, czy Łasica, Fabienne albo Soria nie oddałem się na wyłączność Slaanesh, jestem jej wiernym sługą tak jak pozostałej trójce. Wiem, że może to wyglądać dziwnie, ale tacy jak ja istnieją. Co do mojej wiedzy... - mnich westchnął - Już nie raz się przechwalałem o tym jaki to oczytany jestem w sprawach Chaosu i to prawda, ale głębsze tajemnice można wywnioskować z zachowania wyznawców. Wstępny wyznawca Khorna może być zwykłym zabijaką, który rozlewa krew na lewo i prawo. Bardziej wtajemniczony zorganizuje krwawe igrzyska ściągając nawet niewiernych, aby oddali się w czci i uwielbieniu brodząc po kolana w posoce. Rozumiesz bardzo dogłębnie aspekt Slaanesh odnoszący się do cielesnych przyjemności. Jedzenie, picie, chędożenie. To wszystko jest miłe Mrocznemu Księciu, ale twój konkretny zawód otwiera okno na inne możliwości. - Otto spojrzał na okno - Gdybyś mógł określić character szlachty i możnych tego miasta, jakich słów byś użył?
- Być może, być może. Ale powiedzmy, że mam pewną dozę sceptycyzmu do osób jakie mówią, że służą więcej niż jednemu władcy. Więc wybacz moje zwątpienie. Rzeczywiście Fabi mówiła mi, że jak na kogoś nie od nas całkiem nieźle się spisujesz. Była bardzo z ciebie zadowolona. Gdybym był bardziej pruderyjny poczułbym zazdrość. No ale ja, co doprawiłem temu miastu tyłu rogaczow byłbym ostatni który zniżył bym się do takich błahostek. Chociaż przyznam, że jestem nieco zawiedziony tak rzadką możliwością obcowania z błogosławiona Soria. Liczyłem na coś więcej niż tylko relacje od moich kochanek. - powiedział po zastanowieniu. I dał znać, że zepchnięcie na boczny tor niezbyt mu się podoba. W końcu byli sojusznikami z dwóch sąsiednich grup spiskowców.
- A szlachta? Swietoszkowaci hipokryci. Trzymają za pysk lud pod płaszczykiem tradycji i boskich praw a tak naprawdę pasożytują na nim. Widziałeś gołą Łasicę w dybach? Widziałeś gołą Fabienne w dybach? Powiedz. Poznałabyś jak są bez ubrań, że któraś to szlachcianka a któraś nie? No nie! No właśnie! O to chodzi. Wcale się od nas nie różnią. Dlatego chędoże ich żony, córki i kochanki bez skrupułów. I wiesz co? One to kochają! I zawsze wracają po więcej. Więc czym się różnią od zwykłych ladacznic? Właściwie to ladacznice to tak zarabiają na chleb i czynsz a takie żony kupca czy szlachcica to robią to z nudów. Sami nie respektują praw i jakich prawią z ambon i urzędów. Prawo jest dla biednych a bogaty zawsze się jakoś wyślizga. - tym razem kupiec wylał z siebie rewolucyjny żar za jaki by skończył na szafocie gdyby go usłyszał ktoś z władz. Ale wydawał się być pewny swego przez lata doświadczeń.
- Zdziwiłbyś się jak wiele czynów Khornitów mogłoby się przypodobać Slaanesh, jeżeli dobrze by to przeprowadzić. - zauważył mnich - Twój opis szlachty jest słuszny, widziałem obie nagie i masz rację, nie różnią się od siebie. Nie będę wchodził w niuanse obowiązków, dziedzictwa i wklęsłych podbródków. Bardziej miałem na myśli jak łatwo można zmanipulować ich pychę. Mamy w zasięgu Sorię, Fabienne, a teraz też Lady Odette. Wyobraź sobie, że poprzechadzałyby się po mieście w kreacjach spod twojej ręki, promowałyby jakie to modne, dostojne i mucha nie siada. Nie tylko dobre dla biznesu, ale inne chciałyby w końcu i je przeskoczyć, żądając coraz bardziej ekstrawaganckich sukien. Szlachetne kamienie, rzadkie skóry... włosy pięknej blondynki?
- Owszem brzmi pięknie. Ale już mi co nieco obiecałeś przyjemności kontaktów z Soria jak przyszedłeś po wyjątkową suknię dla niej. Ja się wywiązałem z umowy. Soria dostała w prezencie ode mnie piękną suknię jaka wspaniale podkreśla jej atuty a wiem, że w niej chodzi więc przypadła jej do gustu. A ja? Co ja mam z tego? Nic. A wiem od dziewczyn, że dzieje się tam u was. A mnie tam nie ma. A teraz co? Znów przychodzisz mamić mnie wspaniałymi wizjami? - otyły kupiec pokręcił głową na znak, że ostatnia wymiana usług nie poszła po jego myśli więc obecnie jest bardziej wątpiący niż wówczas.
- Gdybym bardziej niemiły, powiedziałbym, że to nie moja wina, że nie zainteresowałeś córki Soren. Dziwiło mnie w sumie, że nie brałeś udziału w żadnej z naszych schadzek. Nie zaprosiły cię, czy może Fabianne chce cię na wyłączność? Ale rozumiem frustrację. Co powiesz na to, powiem lady Sorii o twym uwielbieniu jej osoby i chęci spotkania. Sam na sam i wtedy obgadamy sprawę sukni?
- Gdybym ja chciał być bardziej niemiły, powiedziałbym, że omawiałem tą sprawę sukni z tobą i liczyłem na ciebie, że przedstawisz moje uwielbienie dla wężowej milady jak należy. - Grubson odparł prawie tym samym tonem i stylem jakim poczęstował go młodszy rozmówca. Widocznie zależało mu aby ten zrozumiał jego niezadowolenie.
- No ale jak mówiłem. Staram się nie być małostkowy i zawistny. Więc jestem gotów zapomnieć o tym opóźnieniu w imię dobrych relacji między naszymi grupami i Starszym jakiego bardzo szanuję. Powiem więcej, myślę, że mam kandydatkę do zasiania tymi waszymi jajami. Więc jak widzisz obu naszym rodzinom będzie się żyło lepiej jeśli będziemy w jak najlepszej komitywie. A co do przekazania milady wyrazów mojego szacunku oczywiście będę bardzo zobowiązany i z niecierpliwością czekam na odpowiedź. Bardzo chętnie przysłużę się dziełu naszego patrona. I miło mi słyszeć, że ta sławna diwa też jest po naszej stronie. Z przyjemnością bym ją poznał osobiście. - widocznie jednak gospodarz był gotów odsunąć w niepamięć tą urazę jaką żywił jeśli wszystko jeszcze dałoby się tak załatwić aby i on w pełni uczestniczył w zabawach z tak znakomitymi niewiastami. Zwłaszcza, że był gotów nie przychodzić z pustymi rękami.
- Trudno mi powiedzieć, czy jeszcze jest wtajemniczona w aspekty wiary. Jednak chce spotkać się z Zwierzoludźmi i skorzystać z tego opętanego mutanta, którego wyzwoliliśmy w zimie. Więc może być najbardziej Slaaneshyckim niewiernym w tym mieście. - mnich zastanowił się chwilę - Sigismundus ucieszy się z kolejnej matki dla swych maleństw. A i tu mam do ciebie pytanie. Byłbyś zainteresowany posiadaniem czterech jąder?
- Jeśli jest chętna na zabawy z plugawymi zwierzoludzi to he he raczej jest służka naszego patrona. Nawet jeśli o tym nie wie. - zaśmiał się pod nosem z rozbawienia. - I tak, słyszałem od Fabi, że nasza śliczna diwa o anielskim głosie jest bardzo obiecująca. Cieszy mnie to. Będę zobowiązany jeśli będę mógł ją poznać bliżej. - przyznał, że ta potencjalna znajomość ze sławną śpiewaczka jest mu jak najbardziej na rękę. A jako kupiec nie miał takiej siły przebicia co bogata szlachta więc oficjalnie trudno by było mu się z nią spotkać. Ale mniej oficjalnie jako członek sojuszniczego kultu już bardziej.
- No a z tym zasianiem musimy się umówić. Planujemy z Oksaną mały pokaz naszej posłusznej zabaweczki. Nie chwaląc się nieźle ją wyszkoliłem. Jestem pewien, że z pokorą przyjmie swoją nową rolę. - odparł dumnie jak hodowca z jakiejś medalowej sztuki bydła.
- I cztery jądra? O czym ty mówisz? Te co mam służą mi całkiem dobrze. Rzesza moich bękartów i kochanek może ci to he he potwierdzić. - na koniec zaśmiał się butnie ze swoich możliwości i osiągnięć jako kochanka ale jednak wolał się upewnić o co chodzi młodszemu koledze.
- Z ciekawości i obowiązku. Jednym z darów od Oster są jądra które można doszczepić mężczyznom, aby rozsiewali bardziej naturalnie jaja. - Otto się uśmiechnął trochę nerwowo.
- Dar Oster? - wiadomość widocznie zaskoczyła gospodarza. Powtórzył to i widocznie musiał to przemyśleć bo nie odzywał się chwilę.
- No a próbowaliście już coś z tymi jądrami? - zapytał wracając spojrzeniem do młodszego rozmówcy.
- Niestety, brak nam ochotnika. Dlatego zwracam się do Slaaneshyty. Chociaż, przyznam nasza wiedza ogranicza się do procedury dodania jąder. - mnich pokręcił głową - Pogadam z Sigismundusem o poświęceniu jednego na jakimś knurze, aby zobaczyć jaki ma to wpływ na biorcę. Chciałem jedynie wiedzieć, czy byłbyś zainteresowany. Dwa razy tyle, aby dziewczyny się bawiły.
- Może i bym był. Ale najpierw wolałbym zobaczyć jak to działa. No i Oster to jednak nie jest nasza patronka. W ramach dobrej woli i współpracy tą naszą zabaweczkę pozwolimy zasiać tymi larwami. Jestem dobrej myśli. Dałoby się załatwić coś z kobietami to bym miał większe pole manewru. Trochę ich mam. I jakby to było od naszej Soren no to może, może tak. No ale jak od Oster i jeszcze nie wiecie czy to w ogóle działa… - grubas pokręcił głową na znak, że niezbyt mu się uśmiecha pakować swoje najcenniejsze klejnoty w tak niepewny interes. Zwłaszcza jak on sam sprzyjał matce Sorii a jej siostrom to już znacznie mniej.
- A wy nie chcecie sami spróbować? Albo Lilly? Ona też przecież ma co potrzeba skoro do tego jąder potrzeba. No ale dobrze, pomyślę nad tym, porozmawiam z Oksaną czy by jakiegoś trzewika nie miała do zabawy, może się ktoś znajdzie. Jakby to było od Soren no i coś sprawdzonego to by była inna rozmowa ale jak tak to no sam rozumiesz Otto. - na koniec rozłożył swoje potężne ramiona w geście bezradności. Chociaż obiecał chociaż spróbować znaleźć kogoś na zastępstwo w tej roli.
- Przekaże Sigismundusowi. Będzie zadowolony. Doszczepienie jąder ma sens, jeżeli będzie się z nich korzystać. Nurglici raczej się nie nadają, a ja nie jestem aż tak uzdolnionym uwodzicielem, aby się opłacało. Sam powiedziałeś, że masz wiele kochanek. Do niczego nie zmuszam, tylko pytam. - mnich się chwilę zastanowił - Co do samego daru, o ile Oster jest jego architektem, wszystkie Siostry miały udział w jego tworzeniu. Dziękuję, że jesteś otwarty na możliwość. Jak poeksperymentujemy z Sigismundusem to dam ci znać jak to wygląda.
- No właśnie. Oczywiście, że mam mnóstwo kochanek. Zdziwiłbyś się kogo. Ale jak jestem kupcem i umiem kalkulować ryzyko. A tu mi się wydaje zbyt wielkie jak na coś tak bardzo osobistego. Daj znać co tam wam wyjdzie z tymi jądrami jak my znajdziemy kogoś na to miejsce to damy znać. A, że Sigismundus czy Strupas nie są uwodzicielami no to he he tak, prawda, maciorę pewnie by im było trudno he he namówić do spółkowania. - gospodarz był gotów przystać na taki podział ról ale myśl o dwóch nurglitach w roli flirciarzy bardzo go rozbawiła.
- Rozumiem, i pogadam o tym z nimi. Zważając, że znalazłeś im kolejną matkę, to na pewno się zgodzą. Teraz jeszcze kwestia płatności, co do mojego zamówienia. - mnich położył nie małą sakiewkę na stole - Ostatnio zacząłem przyjmować rolę kapłańską w naszej rodzinie, pora więc abym też wyglądał odpowiednio. Wiem, że takie rzeczy zajmują, to zapewne kilka tygodni potrwa?
- Aha. Czyli wracamy do interesów. Dobrze. - gospodarz uśmiechnął się, sięgnął po położoną na stole sakiewkę, potrząsnął nią sprawdzając brzęczącą zawartość i z zadowoleniem pokiwał głową. - Dla kolegi z branży postaramy się załatwić to priorytetowo. Jeszcze będę musiał porozmawiać z Oksaną bo to ona ma w takich projektach ostatnie słowo. Ale zwykle wyrabiamy się w tydzień z większością zamówień tego typu. - odparł Hubert z zadowoleniem. Wskazał palcem na drzwi za jakimi na początku ich rozmowy zniknęła jego główna projektantka ale wydawał się być dobrej myśli.
- A co ze Starszym? Już wam nie przewodzi? - zagaił z ciekawością chowając sakiewkę do szuflady.
- Przewodzi, jednak Starszy… - Otto westchnął - w mojej opinii nie spełnia się w roli przywódcy duchowego. Widzi jedynie cel sprowadzenia Sióstr i tylko tego się trzyma. Nastroje w rodzinie już są napięte, ponieważ Slaanesh góruje. Jeżeli nie chcemy skończyć jakie wiele kultów przed nami, ktoś musi uspokajać ognie rywalizacji.
- Nie spełnia się? Odważne słowa mój młody kolego. Ale niesnaski mnie nie dziwią. Spójrz na nas. Nas łączą podobne upodobania więc mamy wspólny cel. U was jest inaczej. Zawsze tak jest gdy są w grupie różne frakcje i każda ciągnie w swoją stronę. To tak samo działa także w handlu, polityce i wielu innych dziedzinach. Tego się nie da uniknąć przy tak różnorodnych priorytetach i potrzebach. - grubas pokręcił głową ale chyba nie był zdziwiony taką relacją ze stosunków w zaprzyjaźnionej grupie.
- Puszcza nas samopas, tak długo jak nie zdradzamy i działamy ku ogólnemu celowi. - mnich pokręcił głową - Lubieżna część kultu zyskuje członków, odnalazła Sorię i ołtarz Soren. Pozostali czują się mniej istotni, to rodzi żal, a w końcu agresję. Staram się temu zaradzić, wiele kultów upadło z powodu wewnętrznych walk. - mnich westchnął - To są jednak moje problemy, ty masz swój sklep i kochanki do pilnowania i pewnie powoduje to ból głowy i pleców. - jednooki kultysta spróbował poprawić atmosferę delikatnym żartem.
- Przy tylu frakcjach pokojowa koegzystencja to sztuka wiecznych kompromisów. Każdemu trzeba coś dać, obiecać, odwrócić uwagę aby jakoś ten wózek popchnąć kawałek do przodu. Jak mówię, wszędzie tak bywa. Każdemu trzeba znaleźć zajęcie. - wzruszył grubymi ramionami nadal wcale się nie dziwiąc takim wieściom. Usłyszeli pukanie do drzwi i gdy powiedział “proszę” do środka weszła główna krawcowa. Przyniosła wieści, że jakiś ważny klient przyszedł i gospodarz obiecał, że już do niego idzie.
- No widzisz, muszę już iść. Miło się rozmawiało. Wpadaj czasem to pogadamy. No i proszę cię miej na uwadze moje zainteresowanie Sorią. Wolałbym nie czuć się wykluczony z kręgu jej znajomych. - powiedział życzliwym tonem wstając ze swojego miejsca. Ruszył do drzwi i wyciągnął rekę aby w życzliwym geście odprowadzić do nich młodszego kolegę.
Otto opuścił przybytek Grubsona, zastanawiając się co teraz. Miał jeszcze czas do eksperymentu u Pirory, postanowił więc odwiedzić naukowca Nurgla.
Zmierzył do Apteki Sigismundusa, pogada o strzykawce, nowej matce i jądrach, a potem do Pirory. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 49 - 2519.07.20; wlt; zmierzch - wieczór
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; wioska Dahlem; chata Teermacher; główna izba
Czas: 2519.07.20; Wellentag; zmierzch - wieczór
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, ulewa, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Joachim
- Zwyczaje? - gospodarz wydawał się być zakłopotany pytaniem. Popatrzył z zastanowieniem po swojej rodzinie ale został dorosły syn, córka i żona. Ta córka to nawet całkiem dorodna się wydawała. Jednak niezbyt wiedzieli jak wspomóc głowę rodziny w tych rozważaniach.
- No mości dobrodziej się nie gniewa. Ale tatko to zaginął jak myśmy jeszcze zaślubieni sobie nie byli. Dawno to temu było. Jeszcze chyba nasz miłościwy cesorz nie był cesorzem tylko jego ojciec. - Dieter tłumaczył przepraszającym tonem, że z jego perspektywy to było strasznie dawno temu. Mogło tak być istotnie bo obecnie panuący cesarz, Karl Franz objął tron prawie dwadzieścia lat temu. I przejął go od swojego ojca. Z perspektywy wieśniaków to musiały być bardzo dawne dzieje. W końcu jednak aby jednak jakoś ruszyć z miejsca gospodarz kazał “matce” czyli swojej żonie przynieść dzban nalewki. Była gęsta, słodka i bo na miodzie. Nalano w zwykłe, drewniane kufle a Dieter w pierwszej kolejności rozlewał do kubków swoich zacnych gości. Żona i dwóje właściwie dorosłych dzieci musiało się obejść smakiem. I przy ten nalewce jednak coś mu się zaczęło przypominać okoliczności zaginięcia jego ojca.
- Tatko to zawsze niespokojna dusza był. Mocny w rękach i dziewuchom nie przepuszczał a i głowę na karku miał. Jak pojechał na targ do miasta to nie dał się oszukać miastowym. Mnie tak matula opowiadała i sam trochę pamiętam. Ale teraz we wiosce mało kto ze starych został co by go pamiętał. Matulę też już w ogrodach Morra spoczywa od paru lat. Las ją zabił. Poszła za świnią co w las uciekła i wiatr był złamał gałąź spadła na nią i zabiła. - gospodarz zaczął swoją opowieść od tego, że trudno teraz spotkać kogoś kto by był świadkiem wydarzeń sprzed dwóch czy trzech dekad. A niepiśmienni ludzie musieli bazować na swojej pamięci i przekazach ustnych. A Dieter bazował na własnej pamięci i tym co zapamiętał od swojej matki.
- Tatko zanim zniknął to był niespokojny. Nie mógł zasnąć w nocy albo się rzucał i coś mamrotał. Matula tak mi mówiła. W dzień na polu to też taki niespokojny był. Rzucał głową i nasłuchiwał jakby kto go wołał. Pytał kto go wołał. Ale nikt go nie wołał. Ludzie się dziwili i pukali w czoło. Tak to z parę dni trwało może tydzień. Może trochę dłużej. Pogarszało mu się z każdym dniem. Matula się martwiła, że chory. Tak dobrodziej wie, tak na głowę, jak się głowa psowa. - opowiadał dalej jak to sytuacja wyglądała na krótko przed zniknięciem jego ojca. Znów trochę na podstawie własnej pamięci a trochę swojej już nieżyjącej matki.
- No i w końcu stało się. Tatko zamiast rano iść na pole bo to już żniwa były, podobnie jak teraz. No to wziął swój wór, zaczął pakować do niego swoje rzeczy, trochę jedzenia i matula w krzyk, my w krzyk aby został i co teraz będzie jak on teraz sobie pójdzie. A on mówi, że spokojnie, że wróci, że wróci bogaty bo mu się przyśniła piękna dobrodziejka i mu obiecała, że jak uwolni jej grób z klątwy to będzie mógł sobie wziąć wszystkie bogactwa jakie tam znajdzie bo jej już i tak nie są potrzebne. I dlatego wróci bogaty. I nawet mówił, że to trzeba iść na południe do Nawiedzonych Wzgórz. To matula i my w jeszcze większy krzyk. Bo wiadomo, że tam straszy i potwory i ziemia przeklęta. I na pewno tam skapieje. Ale tatko nas trzepnął, powiedział, że jesteśmy głupie bo jego poprowadzi ta piękna panienka co mu się przyśniła i odnajdzie jej grób a potem wróci bogaty z jej skarbami. No i poszedł. I jak go ostatni raz widzieliśmy jak wchodzi w las to nigdy potem już nie. - Dieter streścił swoją opowieść. Wraz z odświeżeniem tamtych dramatycznych wydarzeń gdy właściwie stracił ojca to i znów wzruszenie dało się poznać w jego głosie i twarzy. A o Nawiedzonych Wzgórz Joachim słyszał jeszcze za dzieciaka jeszcze przed podróżą do Altdorfu. Faktycznie miały kiepską opinię wśród miejscowych, także z miasta. Mniej więcej taką o jakiej teraz mówił gospodarz. Nie było dziwne, że byli bardzo zmartwieni jak ich ojciec ogłosił, że zamierza tam się udać. Sam Joachim nigdy na tych wzgórzach nie był więc trudno mu było zweryfikować jak czarna legenda tego miejsca ma się do rzeczywistości.
Natomiast sen o owej pięknej panience o jakim miał mówić ojciec Dietera tuż przed swoim odejściem sugerował uczestnictwo jakiś mocy nadprzyrodzonych. Może jakiś duch zmarłej jaki nawiązał poprzez sen kontakt ze śmiertelnikiem? Nie można było tego wykluczyć. Z drugiej strony to choćby Cztery Siostry i im podobne byty też kontaktowały się za pomocą snów. Były też specjalne czary do komunikacji z pomocą umysłu ale to zwykle pomiędzy wyszkolonymi w tej sztuce magistrami. Chociaż chyba też by się dało przesłać wiadomość zwykłemu człowiekowi. Ale zapewne to by właśnie była jakaś wiadomość a nie coś o skarbie i grobowcu. O ile ten ojciec nie zmyślił tego snu. Jednak jeśli to pogarszanie się jego samopoczucia i kłopoty ze snem sugerowało, że był to proces jaki musiał trwać jakiś czas a nie tak, że z dnia na dzień i bez ostrzeżenia. Natomiast Nawiedzone Wzgórza były z parę dni drogi na południe od miasta. Ich zachodni kraniec sięgał rzeki Salz i był mniej więcej połową drogi do Salzenmundu, stolicy ich prowincji. Tylko ciągnęły się dalej ku zachodowi całkiem spory kawałek. A nie było wiadomo gdzie miałby być ów grobowiec owej “pięknej dobrodziejki” o jakiej mówił ojciec głowy rodziny. No i po dwóch czy trzech dekadach raczej trudno było liczyć, że da się po prostu pójść po jego śladach. Jednak te wzgórza były na południu a Diabelskie Bagna na zachodzie od miasta więc w całkiem innych kierunkach.
- A jakiś przedmiot po tatku… - chłop który siedział już przy kolejnym kubku swojej nalewki zamyślił się. Przez chwilę wymieniał z żoną i dwójką dorosłych dzieci co im zostało po poprzednim seniorze rodu. I wyglądało na to, że po tak długich dekadach ciężkiego, chłopskiego życia to niewiele. Ale wreszcie Dieter przypomniał sobie o czymś. Wstał i wyszedł z frontowej izby a po chwili wrócił. To, że wraca z czymś co integruje z mocami Eteru to astromanta poznał już jak ten podchodził do stołu. Ale niezbyt mocno. Po chwili wyjął z małej sakiewki coś co wyglądało na kawałek taniego, miedzianego pierścienia na jaki pewnie mogli sobie pozwolić niezbyt zamożni chłopi i mieszczanie. Ale to dziwny kamień emanował mocą. Mocą Dhar. Chociaż słabą. Jak go Joachim wziął w ręce i przyjrzał mu się swoimi śmiertelnymi oczami widział prawie czarny, szklisty kamień z głębokim granatowym połyskiem. Wyglądał jak obsydian. Jednak swoim trzecim okiem rozpoznawał, że kamień musiał mieć styczność z jakimś źródłem Dhar. Chociaż albo bardzo dawno temu, że już wypromieniował większość mocy albo był to krótkotrwały wybuch mrocznej energii jaki spaczył ten kawałek szklistego kamienia. Albo kontakt ze spaczeniem czy innym przeklętym przedmiotem na tyle mocna lub długa, że naznaczyła ten kawałek kamienia. Teraz bowiem ta moc była już bardzo słaba.
- To kolczyk mojego tatka. Miał go na sobie gdy odchodził. Ale ja za nim pobiegłem kawałek w las aby go odprowadzić i się pożegnać. To zdjął go i dał mi na pamiątkę. Powiedział, żeby go sprzedać gdyby były ciężkie czasy. No ale jakoś udało się go zachować. A on powiedział, że jak wróci bogaty to kupi sobie dużo takich błyskotek i nam też to ten już mu nie jest potrzebny. - wyjaśnił Dieter z czym zacny gość ma do czynienia. A tymczasem na zewnątrz już dzień zaczął się kończyć. Znów padało. Właściwie to wieczorna szarówka waliła regularną ulewą. Dobrze, że już byli wewnątrz suchej chaty a nie na zewnątrz! Kolacja wypełniała żołądek przyjemnym ciepłem. Posiłek nie był zbyt wyrafinowany i choćby wczoraj u Priory to jadło się o wiele bogaciej no i srebrnymi a nie drewnianymi sztućcami. Ale swoją sycącą rolę spełniała. Przy okazji przypomniało mu się jakim niezłym ziółkiem okazała się wczoraj miodowłosa diwa. Wydawało się, że sprowadziły ją sny do tego miasta i pod względem preferencji to nieźle wpasowywała się w lubieżnice Sorii. Była chętna na kolejne spotkanie z Gnakiem i jego ungorami! Co zdumiało chyba większość obecnych przy obiedzie kultystów. Na razie jednak zostawił to za sobą i teraz był tutaj, we frontowej izbie chłopskiej chaty gdzie liczono na to, że pomoże odnaleźć ciało zaginionego przed dekadami ojczulka gospodarza i trzymał w dłoni jego czarny, szklisty kolczyk naznaczony mocą Dhar.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna 3; apteka
Czas: 2519.07.20; Wellentag; zmierzch - wieczór
Warunki: jasno, ciepło; cicho na zewnątrz: dzień, ulewa, łag.wiatr; nieprzyjemnie (0)Otto
Może rano i lubieżna Bretonka w końcu pomogła jednookiemu złagodzić ból wczorajszych ran ale jednak i tak mnich potrzebował klasycznego odpoczynku. Sen, jedzenie, picie, ciepłe łóżko. To wszystko przydało mu się aby odpędzić zmęczenie i pomóc zregenerować się ciału. A to boleścią oznaczało dłuższy powrót do zdrowia. W każdym razie jak już dotarł do znajomej apteki to tradycyjny dzień handlowy już był bliski końca. Na mieście widział jak kupcy zaczynają zamykać swoje kramy i sklepy. Podobnie rzemieślnicy swoje warsztaty. Apteka była już zamknięta. Jednak światło wewnątrz świadczyło, że jeszcze ktoś tam jest. Zresztą Sigismundus mieszkał nad apteką więc prawie zawsze był na miejscu. Zwłaszcza dla kolegów z kultu. Tym razem też otworzył jak mnich zadzwonił do drzwi. Usłyszał ciężkie kroki kogoś ze środka i po chwili jowialny wujaszek rozpromienił się na jego widok. I wybawił go z nieprzyjemnego moknięcia na ulewie jaka pod koniec dnia zalała miasto.
- Wejdź, wejdź złoty chłopcze! - zawołał rozpromieniony grubas wpuszczając jednookiego do środka. Po chwili siedzieli już w izbie na zapleczu apteki gdzie gospodarz sięgnął do szafki po jakąś nalewkę.
- Masz szczęście, że mnie złapałeś. Jutro wyruszam z powrotem do jaskini. Tyle się dzieje ale trudno. Jak nie ruszę jutro to nie ruszę nigdy. Ja i Strupas. No i Loszka oczywiście. Aptekę zamykam ale zostawię tu Dornę aby miała na wszystko oko. Pomożesz jej? Bo resztę hodowli niestety będziemy musieli zostawić. A tobie ufam najbardziej, że tego przypilnujesz. Zresztą już widziałeś cały proces, od jaj po dorosłe okazy. Ha! Nawet sam zasiałeś tą ich Bretonkę! A wczoraj Laurę! No to już wiesz to co najważniejsze. Zostawię ci notatki. Bo niestety Dorna nie czyta. Ale pomagała nam dużo to wie co i jak. Jakoś sobie pomożecie nawzajem. Właściwie prosta sprawa, trzy razy dziennie karmić nosicielki, raz dziennie maleństwa jakie noszą. Oboje macie w tym wprawę to sobie poradzicie. A Aptekę zamykam to nikt wam nie będzie przeszkadzał. My ze Strupaskiem idziemy jakoś urządzić się w tej jaskini aby tam, w to błogosławione przez Oster miejsce przystosować do hodowli. Wtedy rozszerzymy działalność i nikt nam nie będzie przeszkadzał! No i już tam jest pewien wspaniały strażnik co nas obroni przed złem w razie czego. Dlatego potrzebna nam Loszka. Dogaduje się z nim. Sam widziałeś. - podczas rozlewania poczęstunku grubas był niczym najlepszy gospodarz. Do tego mówił szybko i był w znakomitym humorze. Jak u progi nowej, wielkiej przygody. I widocznie liczył, że pod jego nieobecność młodszy kolega pomoże tu Dornie mieć wszystko na oko.
- Ale co ty jesteś taki połamany? Oh! Ktoś ci przylał! Poczekaj, zaraz przyniosę jakieś maści i zrobimy kompresy… - tak się rozgadał, że po dłuższej chwili dopiero dostrzegł mocno pokiereszowany stan jednookiego. Wyeszedł na chwilę, coś tam się gdzieś krzątał i wrócił trzymając jakieś bandaże i zioła. Zaczął je rozcierać a zaraz do środka weszli Strupas i Dorna. Z czego szaroskóra mutantka też przyniosła misę z wodą a garbus jakieś butelki. Aptekarz przejął to wszystki i z wprawą zaczął przygotowywać jakiś napar.
- Zdejmij habit. - polecił gościowi gdy sam mieszał w misie zioła, jakiś alkohol z wprawą zawodowego kucharza robiącego jakieś świetnie sobie znane danie.
- A widziałeś wczoraj? Wspaniale sobie poradziłeś z tą Laurą, wspaniale. I to od razu z dwóch stron! Brawo. A widziałeś? Nawet ta Bretonka się zdziwiła, że tak też można. A w ogóle co z nią? Miała już wylinki? Widziałeś się z nią? Po wylinkach by szło poznać czy ma te duże czy te małe. I dokarmiałeś ją? Te maleństwa w niej. Bo jak mają być silne i duże no i szybciej wyjść to trzeba je dokarmiać. - mówił jednocześnie mieszając swoją miksturę. Zaś garbus i mutantka usiedli na dość topornych krzesłach. Z czego jego przykra dla nozdrzy woń od razu stała się wyczuwalna w niezbyt dużym pomieszczeniu.
- Mam nadzieję, że to da reszcie do myślenia. No sam widziałeś. To żadna sztuka z tym zasianiem, dziecko by sobie poradziło. Taka Laura czy jakaś inna rozchyla nogi albo się wypina, wsadza się w nią strzykwę, naciska i już. Nic trudnego. Mam nadzieję, że da to reszcie do myślenia. Czasu mamy coraz mniej jak te maleństwa mają jeszcze wyjść na zewnątrz, zrobić kokon i dojrzeć do dorosłej formy a koniec miesiąca coraz bliżej. - gospodarz tradycyjnie już odliczał dni w kalendarzu i zżymał się na zbyt wolne tempo hodowli spowodowane głównie ograniczoną liczbą nosicielek i ich ostrożnym napełnianiem nasieniem Oster.
- I zastanawiam się czy dobrze zrobiłem mówiąc tej diwie o naszych jajach i hodowli. Chociaż chyba nie zwróciła na to uwagi. Może przez chwilę. A przez chwilę chciałem ją tu zaprosić aby jej pokazać te nasze cuda jakie tu hodujemy. Tylko nie wiem czy by się nie przestraszyła i nie wyleciała z wrzaskiem. Nie wszyscy mają tak otwarte umysły i wrażliwość na delikatne piękno jak my. Niby na zwierzoludzi była chętna ale te nasze ladacznice też. A na zasianie chętne nie są. No nic my jutro i tak wyjeżdżamy z miasta więc przez parę dni nas nie będzie. Nie wiem czy zdążymy wrócić na zbór. Zobaczę jak to będzie nam szło tam na miejscu. Trzeba to jakoś urządzić. Może odmieńcy Kopfa nam pomogą. Jutro Lilly idzie z nami i po drodze zajdziemy do nich. Poprosimy o pomoc. Przydałoby się trochę rąk do pracy. W zimie im pomagaliśmy to mogą się teraz zrewanżować. Mam nadzieję, że pamiętają o tym. - aptekarz mówił nieco zamyślonym głosem jak wspominał wczorajszą wizytę u Pirory albo już wędrował do jutrzejszych planów. Skończył swoją miksturę i sapnął. Usiadł obok gościa i zaczął nakładać owe smarowidło na jego świeże rany i stłuczenia.
- Aha. A ciebie w ogóle co sprowadza? - jakby przypomniał sobie aby zapytać o to bo do tej pory skutecznie dominował rozmowę swoimi tematami, opiniami i planami.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim słuchał z zainteresowaniem, kończąc skromny posiłek i analizując informacje przekazane przez Dietera. Tamten niewiele pamiętał po tylu latach, co nie było wcale zachęcające. A to, że jakiegoś nawet podobno ponadprzeciętnego wieśniaka dręczyły dziwne sny mogło, choć nie musiało coś oznaczać. W końcu dlaczego Siostry miały wysyłać wiadomości w snach zwykłemu wieśniakowi? Przecież tamten nie był ich wyznawcą, magiem ani nawet możnym i ambitnym baronem. Jego sceptycyzm więc narastał, szczególnie kiedy usłyszał o Nawiedzonych Wzgórzach, które leżały w zupełnie innym kierunku niż interesujące go Diabelskie Bagna.
Zaczął się już zastanawiać, czy ta podróż nie była jednak kompletną stratą czasu, którego nie miał przecież teraz wiele, dopóki nie dostał kolczyka. Wzdrygnął się na chwilę, wyczuwając brutalną, choć dla niego już kuszącą moc Dhar. Nie było jej już wiele, ale fakt, że chociaż trochę zachowało się po latach, świadczyło że ojciec gospodarza w jakiś sposób wszedł kontakt z potężną siła. W jaki sposób? Czy same senne wizje zostawiły by aż taki ślad?
Chwilę ogłądał kolczyk, zanim ostrożnie odezwał się do Dietera.
- Tak, słyszałem już o tych Nawiedzonych Wzgórzach, to miejsce cieszy się złą opinią. Nie wykluczam, że wasz ojciec faktycznie nawiązał kontakt z jakąś siłą, która jest tam pogrzebana lub uwięziona. Powiedzcie mi jeszcze, co pamiętacie z tych snów, które ostatnio mieliście, w których pojawiał się wasz ojciec. Czy on w nich się pojawiał i mówił do was, czy mieliście wrażenie jeszcze czyjeś obecności? I czy wasz ojciec miał jakieś miejsce, gdzie lubił przebywać w odosobnieniu?
Następnie Joachim planował udać się w odosobnione miejsce by postawić wróżbę na temat pochodzenia mocy, która naznaczyła ten kolczyk. No i przed spoczynkiem miał zamiar go założyć, może otworzy go to na tę moc albo da jakąś wskazówkę?
-
Oryginalny autor: Seachmall
Wellentag; zmierzch; apteka Sigismundusa
Mnich pozwolił się obadać aptekarzowi, zanim odpowiedział na jego potok słów.
- Widziałem się z Fabienne, ale jeszcze nie mówiła o wylinkach ani niczym takim. Będę ją jeszcze widział wieczorem, więc mogę zapytać. - mnich zastanowił się nad tym co aptekarz powiedział o divie - Wiem, że ryzyko było, zważając, że nie jest oddana Slaanesh duszą, a jedynie ciałem. Jednak na wszystko będzie czas. Mam natomiast dobre nowiny. - syknął delikatnie kiedy Sigismundus dotknął boleśniejszego miejsca - Grubson znalazł nam kolejną nosicielkę. Muszę mu jednak załatwić spotkanie z Sorią, aby powiedział więcej. Do tego byłby zainteresowany tymi jądrami, musimy jednak najpierw zobaczyć jak to dokładnie działa. Możemy poświecić parę na jakąś świnię? Poobserwować efekty, jak się goi i jaki wpływ ma na biorcę? On byłby dobrym siewcą zważając na ilość jego kochanek.
- Dałby sobie je zaszyć? No! To by było coś! - przyznał z uznaniem gospodarz. Pozostała dwójka też wydawała się poruszona takimi wieściami. - A świniak tak, jakiegoś się kupi. Albo he he od tej wesołej pastereczki co ma kozy do sprzedania i he he koziołki też. Tej co ci kiedyś mówiłem. Można spróbować. Ba! Nawet wymyśliłem ostatnio aby spróbować na tym Gustawie. Bo co? Tak gnije w tej celi pod wieżą i żadnego pożytku z niego nie ma. A tak przydałby się na coś. Ta paniusie wczoraj mi o nim przypomniały. No ale taki Hubert czy ktoś o bardziej normalnym wyglądzie byłby lepszy. Takiego Gustawa na podryw nie puścisz w miasto. Standardowy mężczyzna a najlepiej amant by się mógł sprawdzić lepiej. To już ta Lilly byłaby lepsza bo jak się ubierze to nie strach jej puścić na miasto. Więc tak, myślałem o niej i o Gustawie. Ale jakiś świniak też może być. Tylko nie wiem jak chcesz to zrobić bo mówię ci, że jutro wyjeżdżamy z miasta. Nasza patronka i jej dziedzictwo tego potrzebują. - aptekarz mówił szybko i zdecydowanie. Nieco chaotycznie jak skakał z tematu na temat i osoby na osobę.
- Możemy z jakąś świnią spróbować i tam w jaskini. Od chłopów się jakąś kupi. Tylko wtedy by była z nami w tej jaskini. - odezwał się Strupas proponując rozwiązanie jakie nie kolidowało z tą próbą i ich planowanym wyjazdem. Chociaż taki eksperyment byłby do zaobserwowania tylko w jaskini do jakiej się wybierali.
- O. Możnaby tak zrobić. To by nam nie opóźniało wyjazdu. A chłopi pewnie zgodzą się sprzedać świniaka. - aptekarz ucieszył się na taki pomysł. - A Fabienne no już powinno coś u niej widać. Te wylinki i poród powinien być już lada dzień jak te małe by miała. Jak te większe to też pewnie jakoś w Marktag lub okolicy jak dobrze liczę. No ale dokarmiaj te jej maleństwa dokarmiaj aby urosły silne i tłuściutkie. No i szybciej. To jakby się zgodziła szybciej by ją można zasiać ponownie. A sam wiesz, że czasu do końca miesiąca coraz mniej a to nie tylko zasiać i urodzić trzeba ale jeszcze maleństwa muszą się owinąć kołderką a potem z niej wyjśc i urosnąć. Mamy już co prawda pierwsze dorosłe okazy. Od tej idiotki z traktu. Jej pierwsze zasianie. No ale dopiero dziesięść sztuk. Bo te małe rodzi to mniejsze ale za to więcej i szybciej rosną to już są gotowe. - gospodarz mówił wciąż szybko jakby w głowie jedna myśl przeskakiwała mu na kolejną. W końcu odstawił misę z ziołowym wywarem kończąc przemywanie ran kolegi i usiadł wygodnie na krześle.
- A z tą sławną damulką to kto ją tam wie. U tych ladacznic i dekadentów to nigdy nie wiadomo co jest co. Czy chędożą się dla własnej przyjemności czy ku chwale ich patronki. Dla mnie to obojętne. Byle dały się zasiać albo chociaż załatwiły jakieś zastępstwo. I mówisz nasz kochany grubcio załatwił jakąś nosicielkę? Cudownie! Wspaniałe wieści Otto. Właśnie takich obrotnych ludzi potrzebujemy! No ale my wyjeżdżamy no to na ciebie chyba spadnie zasianie jej. Zresztą już to robiłeś to sam wiesz, że to nic trudnego. Tylko potem dopilnuj aby sprawa się nie rozniosła. Larwy zaczną wychodzić z łona jakieś dzierlatki to może wybuchnąć przedwczesny skandal. A przecież to ma być nasza piękna niespodzianka i dar dla nich! Nie ma co tego psuć! - na koniec roześmiał się szczerze ubawiony swoim dowcipem. Zresztą pozostała dwójka też tak zareagowała bo w końcu cieszyli się na myśl o szerzeniu błogosławieństwa wśród niewiernych.
- Oczywiście zachowam pełny profesjonalizm. - zapewnił mnich - Nie będę ci zawracał głowy, musisz pewnie wszystko przygotować na jutro. Jak skończę z hospicjum to odwiedzę twoją aptekę. - Otto uśmiechnął się i uścisnął rękę aptekarzowi - I może dobrze, że wyjeżdżasz. Pora w końcu zrobić coś z tą akademią, a wspieranie Tzeentcha to chyba przez gardło ci nie przejdzie.
Jednooki kultysta opuścił przybytek Sigismundusa i ruszył na wielki eksperyment z mutantem.
Jeżeli obejdzie się bez ekscesów to jutro wróci do hospicjum załatwić sprawę z Niclasem, potem apteka i bedzie musiał załatwić spotkanie z Silnym i Łasicą. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 50 - 2519.07.21; abt; ranek
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; wioska Dahlem; chata Teermacher; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; ranek
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, ulewa, łag.wiatr; ziąb (0)Joachim
Gospodarze zaczynali dzień wcześnie i nawet jak chyba starali się zachowywać cicho to ich ciągły ruch w końcu zbudził ich gościa. Byli chłopami więc nie było to dziwne. Tak samo jak skromne warunki jakie mogli zaoferować obydwu gościom. Czyli miejsce na kocach rozłożonych na piecu. Było to dość twarde posłanie, koce rozłożone pod spodem niezbyt zmiękczały twardą płaskość pieca. Ale za to biło z nich przyjemne, łagodne ciepło jakie sprzyjało szybkiemu zasypianiu. Zwłaszcza jak się miało cały dzień marszu w nogach. No i mogło ich się zmieścić dwóch. Bo gospodarze wolnych łóżek ani sypialni nie mieli. Ale chyba właśnie skrzypienie drzwiczek pieca w którym gospodyni starała się napalić właśnie obudził młodego astromantę. Czuł się zgrzany i spocony. Ale to raczej nie za sprawą pieca bo ten przez noc wystygł i był zimny.
- Obudziłam dobrodzieja. Przeprasza, niezdarna ja. W piecu trzeba napalić aby wody nagrzać i strawy zagotować. Już dzień. Chociaż paskudnie się zaczął. - matka i żona Dietera uśmiechnęła się przepraszająco na jej zniszczonej przez dekady ciężkiej pracy twarzy. W porównaniu do niej jej dorosła już córka wyglądała kwitnąco. Kontrast pomiędzy generacjami w wyglądzie był uderzający. Jednak to samo dotyczyło w mieście robotników portowych, tragarzy, rybaków i tych wszystkich jacy w pocie czoła znosili znój swojego żywota we własnych rękach, nogach i barkach. A za mętnymi szybami okien widać i słychać było ulewę. Znów się rozpadało.
Widząc, że już nie zaśnie Joachimowi pozostało zacząć nowy dzień. Kącik do ablucji był prymitywny jak cała reszta chaty. Miska i dzban z zimną wodą. Najtańsze mydło, mało używane to pewnie wyjęte specjalnie ze względu na przybycie tak zacnych gości jak on. Pirora i jej podobnie szlachetnie urodzeni pewnie z pogardą by spojrzeli na tak tanie mydło ale dla tych chłopów to i tak był rarytas. Zmywając z siebie resztki snu miał chwilę dla samego siebie. I przypomnienia sobie co mu się śniło.
Tak dokładnie nie był pewien jak zaczął się ten sen. Gdy wracał do początu to był w lesie. Głębokim, prastarym lesie. I szedł, i przedzierał się, i biegł przez ten las. A może to obserwował jak ktoś to robi? Tego nie był pewien. Ale pewien, że tamten lub on sam dokądś zmierza. Wydawało się, że bez końca idzie czy biegnie przez ten las. Gdzieś tam, przed nim jednak był kres, konkretny cel do jakiego zmierzał. Słyszał, czuł jego zew. Nie był pewien co to właściwie jest. Jakieś wezwanie? Krzyk? Śpiew? Melodia? Coś co przyzywało kusząco, drażniąc niezaspokojoną ciekawość. Wchodził po jakimś zarośniętym stoku wzgórza albo schodził. Potem znów wchodził lub schodził z kolejnego. Albo ten ktoś z jakiej perspektywy obserwował tą wędrówkę. Drzew było mało. Wrzosowiska jakieś. Wzgórza i mgła. Nienazwane i niewytłumaczalne zagrożenie biło z tego miejsca. A może to on sam próbował przed nim ujść?
Wśród tych wzgórz dojrzał coś innego. Jakieś regularne linie zdradzały dzieło człowieka. Wśród krzaków i wysokiej trawy dostrzegł resztki potrzaskanych kolumn, ściań, murów. Od razu wiedział, że “to to”. Chociaż nie miał pojęcia czym to coś jest. To jego entuzjazm wzrósł. Bez wahania ruszył w ich stronę a zew stał się silniejszy. Zbliżał się do jego źródła. Pędził ku tym ruinom nie zważając, że ociera kolanami o mokrą ziemię, że gałęzie krzaków zahaczają mu ubranie, nie, nic nie było ważne. Już przechodził pomiędzy tym załomami pradawnych murów zapomnianych budowli. Od wieków były zmurszałe, zarośnięte mchem, kępami trawy jakie wyrosły w ich pęknięciach, krzakami jakie wyrosły na dawnych alejkach albo budynkach niewiadomego pochodzenia. Roślinność aż tryskała zdrową zielenią jakby kpiąc sobie z tych resztek jakiejś cywilizacji. Nawet na wzgórzu widział jak pan kozioł spełnia swoje małżeńskie obowiązki z panią kozą. Dochodziło go ich radosne sapanie i pobekiwanie. Potykał się o kamienie i odpryski dawnych murów ukrytych zdradziecko pośród wysokiej trawy, gdzieś uderzył goleniem o jakąś gałąź albo załom. Aż się zatrzymał. Wiedział, że to to.

link: https://i.imgur.com/Rz0hcAD.png
To było wejście. Wejście do tajemnicy jaka go tu przyzwała. Tam w środku było “to”. To co go wezwało aż tutaj. Rozejrzał się dookoła ale widział tylko te wrzosowiska, pagórki, mgłę w oddali i te ruiny z bliska. A ze środka kusił go zew tajemnicy. Obietnicy skarbów ukrytych w zapomnianej krypcie, sukcesów i podobojów w miłości czy wiedzy, przewag jakie mógł zdobyć nad innymi. Wydawało mu się, że słyszy swoje imię szeptane wprost do ucha, serca i umysłu przez piękną kochankę. Jak dostrzega powabną dłoń zapraszającą go do wejścia w głąb krypty. I wreszcie jak po tej chwili wahania rusza śmiało ku niej. Jak tylko przekroczył obdrapaną futrynę pięknej niegdyś kapliczki był w euforii. Już zbiegał zawalonymi od wieków schodami w dół coraz bardziej w ciemność. Prawie czuł w nozdrzach aromat swojej kochanki, połyskujące w ciemności blask wspaniałych skarbów. I tak się obudził.
- Wyspał się dobrodziej? Piec dobre miejsce do spania. Plecy wygrzeje, nogi. A i głowa szybko w cieple zasypia. - zagadał do niego Dieter zapraszając do stołu. Siedział z całą ich rodziną a żona gospodarza razem z dorosłą córką podały na stół śniadanie równie proste jak ich cała chata.

link: https://i.imgur.com/QXMSIZr.jpeg
- I jak? Smakuje? Dobre nie? A jak z tym ojcem? Coś dobrodziej pomyślał? - zagaił przy jedzeniu gospodarz. Wczoraj opowiedzieli mu nieco o swoich snach. Śnił mu się jakiś las albo ruiny. I tam wśród nich jego ojciec. Wzywał go gestem dłoni i biadolił, że taki niepogrzeban leży w tej obcej ziemi z dala od rodzinnych stron i przodków. To i Dieter się przejął a nawet trochę przeląkł obawiając się, że zjawa po ojcu będzie go teraz nachodzić i prześladować. I nikogo więcej nie widział w tych snach ani nie słyszał. Tylko ten ojciec pośród jakichś ruin jakich na pewno nie było w okolicy. Nawet nie słyszeli aby gdzieś w dalszej. Dlatego domyślał się, że to może być gdzieś w Nawiedzonych Wzgórzach gdzie tatko zamierzał się wybrać po skarb w swojej ostatniej podróży. A w odosobnieniu to chyba nie, tatko przeca normalny chłop był a nie jakiś dziwak. Zawsze wesoły i z innymi, dusza towarzystwa. Aż do owej ostatniej podróży. Sen jaki mu streścił Dieter brzmiał trochę podobnie do tego co sam wyśnił tej nocy. Przynajmniej ta końcówka o jakichś ruinach. Tylko jemu nie śnił się żaden ojciec. A może? W końcu momentami miał wrażenie jakby obserwował wszystko oczami kogoś kto podążał za tym zewem z zapomnianej krypty. A czasem, że to sam osobiście przemierza ten las i wzgórza aby dotrzeć do tych ruin. W grę wchodziły tu nadnaturalne siły ale jakie dokładnie to na razie nie wiedział. Gdyby chodziło o coś co potrafi wpływać na śmiertelników tak jak to widział we śnie, zwłaszcza z okolic Nawiedzonych Wzgórz, to by było nie byle co. Z drugiej gdyby tak było pewnie słyszeliby ten zew wszyscy a nie tylko nieliczni.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.21; Aubentag; ranek
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, ulewa, łag.wiatr; ziąb (0)Otto
Otto wstał rano w swoim własnym łóżku. Pomimo zamkniętych okiennic słyszał, że znów leje. I to mocno. Nadal był obolały po ostatniej bójce w jakiej uczestniczył z kornitami kultu. Z tego powodu przeor dał mu wolne aby doszedł do siebie więc nie musiał iść do hospicjum. Przynajmniej nie musiał moknąć na tej ulewie za oknem. Ale nie był jakoś obłożnie chory czy dogorywający po spuszczeniu manta. Czuł ból egzystencjalny w obitym ciele ale dał radę wstać z łóżka. Nie był pewny czy Sigismundus ze Strupasem nie zmienią zdania o opuszczeniu dziś miasta i udania się do jaskini Oster. Może nie. Wydawali się być dość zdeterminowani. Taka ulewa pewnie nie będzie padać cały dzień i jak nie teraz to po niej pewnie wyruszą z miasta. A on sam na razie mógł się zastanowić jak zamierza spędzić ten nowy dzień.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim podziękował za kolejny prosty, lecz wystarczająco pożywny posiłek. Myślami nie był do końca obecny tu i teraz, lecz próbował sobi przypomnieć jak najwięcej szczegółów ze swojego snu. Aktualnie skłaniał się ku teorii, że przodek gospodarzy spróbował dotrzeć ku tej tajemniczej sile, która wabilła go z Nawiedzonych Wzgórz i tam poniósł śmierć. Oczywiście, spokój ducha jakiegoś tak dawno zmarłego wieśniaka, nie był tu kluczem. To co interesowało astromantę, to czy w tych ruinach które widział we śnie kryła się jakaś moc którą mógłby posiąść. Moze coś powiązanego z jedną z Sióstr? Próbował sobie przypomnieć, czy uczucie które miał we wczorajszym śnie przypominało mu coś z tamtych snów w mieście, gdy słyszał dźwięk dzwoneczków.
Miał tutaj decyzję do podjęcia. Mógł udać się na Nawiedzone Wzgórza, ale z tego co wiedział, ta droga zajęłaby mu kilka dni w jedną stronę. Nie miał tyle czasu, niestety, jeśli chciał dalej zajmować się tematem Światełka uktrytego w Akademii. Bagna, gdzie kryło się dziedzictwo Vesty, też znajdowały się w innym kierunku. Poza tym, ładunek immaterium, który zostawiła mu Merga za kilka dni stanie się bezużyteczny. Dlatego postanowił podsumować swoim gospodarzom jego konkluzje, że ich przodek prawdopodobnie znalazł śmierć na Nawiedzonych Wzgórzach i że planuje za jakiś czas tam się udać i poszukac jego zwłok. Ale na razie pilne sprawy wymagają jego powrotu do miasta.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto przez kilka dłuższych minut wpatrywał się w sufit rozważając co zrobić. Wyjrzał leniwie na pogodę tegoż cudownego dnia. Nie czuł się na siłach, aby na razie wychodzić. Nawet nie wiedział gdzie i co miałby robić. Do Fabienne, znowu męczyć szlachciankę? W końcu ludzie zaczną gadać. Silny pewne ma własne kłopoty, albo przynajmniej knajpę do zajęcia. Nie reszta slaaneshytek też nie może się zajmować w kółko jednym jednookim mnichem.
Chociaż obiecał coś Grubsonomi. Z rana jednak gnać do Pirory też nie było sensu.
Zwlókł się z łóżka, poczłapał osowiale do biurka. Pora w końcu zająć się tym co zaniedbywał ostatnimi czasy.Wyciągnął z szuflady swoją księgę, delikatnie głaszcząc skórę okładki. Przerzucił kilka stron zapamiętując co gdzie miał zamiar umieścić. W końcu dotarł do momentu, od którego wszystko się zaczęło. Zamoczył pióro w kałamarzu i zaczął pisać.
Prawda
Pora wytłumaczyć jakąż to prawdę chce przedstawić czytelnikom tegoż tomu.
Nie jest to jakiś głęboko skrywany sekret, nie jest to zagadka, której trzeba dociekać.
Prawda jest oczywista, cywilizacja po prostu nie pozwala nam jej zaakceptować.
Wszystkie istoty tego świata, ludzie i zwierzoludzie, elfy i krasnoludy, nieumarli i bogowie.
Wszyscy służą Wielkiej Czwórce, Khornowi, Nuglowi, Tzeentchowi i Slaanesh.
Nawet ci, którzy stoją w twardej opozycji, jedynie napędzają machinę wojenną Wielkiej Gry.
Jaką radość miałby Ojciec Plag, gdyby królestwo upadło od zwykłego kataru?
Skomplikowany plan nie ma sensu, jeżeli nikt nie próbuje go rozgryźć.
Taboo istnieje tylko wtedy, kiedy są ci, których odraża, a to czyni je tym słodszym.
Kto nie byłby najodpowiedniejszym oponentem dla Championa Krwi, niż wojownik z prawością w sercu?
[..]I tak pisał, wylewając swoje myśli, uczucia, pragnienia i Prawdę na strony księgi. Wiedział, że nie każdy ją przyjmie. Może nawet członkowie jego kultu by ją odrzucili. On jednak wiedział lepiej. Prawda czasem jest prawdą, bo jest prawdziwa, tylko dlatego, że nikt nie może udowodnić jej fałszu. Mnich uśmiechnął się na tą myśl, a po chwili zaśmiał rozumiejąc absurd swego przekonania. Pokręcił tylko głową odkładając pióro i czytając ponownie swoje dzieło. Był zadowolony z efektu, wiedział, że znajdą się tacy, którzy zaakceptują jego Prawdę.
Wyjrzał przez okno, pogoda ciągle była pod psem, ale jego humor się poprawił i był gotów sprostać żywiołowi. Ubrał się należycie i opuścił domostwo. Ruszył do Pirory, obiecał przecież złożyć zażalenie zaniedbanego podwładnego.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 51 - 2519.07.21; abt; południe
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Joachim
- No tak, pewnie tak. Tatko odszedł już tyle lat temu… Ale my go chociaż pochować jak należy chcieli. - Dieter wydawał się trochę niepocieszony, że nawet taki uczony co go odwiedził nie potrafił ot tak podać prostej odpowiedzi. Popatrzył smętnie na kolczyk z dziwnym kamieniem jaki został mu po ojcu i schował go z powrotem do woreczka. Ale obietnica, że ich gość zajmie się tą sprawą “za jakiś czas” chyba dawała im nadzieję, że coś się jednak ruszy z tą tajemnicą sprzed lat.
- Gdyby coś trzeba było to Elke od nas bywa w mieście co Marktag. Z kozami i świniami. Bo my bardzo dobre mamy kozy i świnie. Rozpłodowe. Wszyscy od nas biorą nawet z sąsiednich wsi się schodzą aby je kupić. A co Martag Elke z nimi chodzi do miasta to jakby coś było trzeba to ona tam będzie. - gospodarz wskazał na swoją całkiem dorodną córkę jaka pokiwała głową i lekko się uśmiechnęła potwierdzając słowa ojca. Marktag był jutro i właśnie to był tradycyjny dzień w środku tygodnia gdy odbywał się targ. I okoliczni wieśniacy też na niego przychodzili zaoferować swoje wyroby albo samemu kupić w mieście coś czego nie byli w stanie dostać w swoich lub okolicznych wioskach.
Z powodu porannej ulewy Joachim z Guntherem opuścili rodzinę Dietera później niż gdy wczoraj ruszali z Neus Emskrank. Było już gdzieś w połowie między południem a porankiem gdy wyszli pomiędzy wiejskie chaty a potem na drogę jaka wydawała się wąską przesieką na odwiecznej ścianie lasu. Buty grzęzły im w błocie i kałużach a w końcu i końcówki nogawek mieli mokre i ubłocone. Ale nie było rady. Jeśli chcieli wrócić dzisiaj do miasta to trzeba było tak samo jak wczoraj przebyć całą drogę. Przynajmniej pogoda się poprawiła bo początkowo pochmurne niebo rozpogodziło się. Co jakiś czas mijali jakichś podróżnych albo wozy. Głównie zapewne z okolicznych wsi lub zmierzających jutro na targ do miasta jeśli ktoś był z dalszych wiosek. Podróż schodziła im jednak bez większych przygód. Ale w połowie dnia żołądki zaczynały się domagać swoich praw. A Gunther zastanawiał się czy zdążą do miasta przed zamknięciem bram. Gdyby nie to musieliby nocować gdzieś pod murami. Jednak było lato, dzień był długi więc wciąż było realne, że mimo wszystko zdążą wrócić przed wieczorem nawet pomimo porannego opóźnienia spowodowaną ulewą.
Postanowili więc coś zjeść w jednym z przydrożnych zajazdów. Ciepły posiłek i przyjemne ciepło suchego wnętrza powinno pozwolić odpocząć ciału a zwłaszcza nogom. Okazało się, że pierwszym na jaki się natknęli był “Pod podkową”. Wczoraj też go mijali ale zjedli obiad gdzie indziej. Karczma była otoczona murem nieco wyższym niż wzrost dorosłego człowieka ale nie było to dziwne w takiej leśnej głuszy. W razie ataku jakichś orków, banitów czy zwierzoludzi takie miejsca stanowiły niezły punkt do obrony. Teraz w środku dnia brama była zapraszająco otwarta dla gości ale po zmroku pewnie ją zamykali tak samo jak te w mieście. Gdy pchnęli drzwi w środku powitała ich prawie pusta izba. Nie było żadnych gości jakby ci co się tu zatrzymali na śniadanie już opuścili lokal ruszając w dalszą drogę a na obiad przyszli tu pierwsi. Mogło to być, w przeciwieństwie do gospód w mieście takie przydrożne zajazdy żyły głównie z popasów i noclegów podróżnych. Nikt tu raczej nie gościł kilka dni z rzędu. Tym bardziej więc rzucała się w oczy kobieta jaka siedziała za szynkwasem. A gdzieś z zaplecza dochodziły stłumione odgłosy jakby ktoś tam przesuwał coś ciężkiego.

link: https://i.imgur.com/37aJ7lA.jpeg
- O. Ktoś tu jednak dotarł. To nie spotkaliście żadnych zwierzoludzi? - młoda kobieta o blond włosach żuła kawałek źdźbła ale wydawała się zdziwiona ich przybyciem. - Uciszcie się tam! Gości mamy! Rozmawiać nie można! - krzyknęła z irytacją w stronę zaplecza. A odgłosy rzeczywiście szybko ucichły. Więc spojrzała ponownie na dwójkę gości.
- Zwierzoludzi? - Gunther wydawał się być zdziwiony. Spojrzał za siebie na drzwi przez jakie tu właśnie weszli jakby w nich miał już stać jakiś zwierzoczłek.
- Tak, zwierzoludzi. Jakiś chłop zajechał tu furmanką jakiś czas temu. I zaczął krzyczeć, że zwierzoludzi widział na drodze. Czy tam ich ślady. Spłoszył wszystkich. Jak widzicie. - rzuciła cierpko wskazując źdżbłem na pustki w głównej izbie. - Jesteście pierwsi co od tej pory tu przyszli. No to pytam o tych zwierzoludzi. Na początku zamknęliśmy bramę no ale nic się nie działo. Może i ktoś tam był w tym lesie albo na drodze ale pora obiadowa się zbliża no to myślimy, że w ogóle nikt już nie przyjdzie jak brama będzie zamknięta. To otwarliśmy. Ale może jednak znów zamknąć trzeba. - tłumaczyła blondynka co wydawała się już sama nie wiedzieć co o tym wszystkim myśleć przy takich sprzecznych wieściach. Ochroniarz spojrzał na swojego pana też niezbyt wiedząc co powiedzieć.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Otto
Gdy jednooki mnich skończył pisanie i opuścił swoje mieszkanie to okazało się, że zrobiła się połowa dnia i to całkiem słoneczna. Zupełnie jakby w kontraście dla porannej ulewy. Chociaż świeże rozmiekłe błoto, gnój i kałuże na bruku świadczyły, że ten poranny opad był jak najbardziej realny. Przeszedł bez przeszkód na Plac Targowy gdzie jutro miał się odbyć targ ale dzisiaj był on jeszcze w miarę pusty. Następnie udał się w Bursztynową gdzie kilka kamienic dalej stała ta z numerem 17. Tam zapukał do drzwi frontowych i otworzyła mu szczupła brunetka jaka była główną pokojówką Pirory. Zdecydowanie była o wiele przyjemniejsza dla oczu i uszu niż stara guwernantka von Mannliebów. Jak zwykle poprosiła aby poczekał a sama poszła na górę. A po paru chwilach wróciła i oznajmiła aby poszedł za nią. Jednak zamiast do slaonu na piętrze gdzie zwykle gospodyni przyjmowała gości przeszli dalej. Jak się okazało do pracowni malarskiej averlandzkiej blondynki. Zastał ją za sztalugami a pod okniem siedziała na stołku teatralna diwa jaka była jej modelką.
[IMG]https://i.imgur.com/PzIe
|-
-|
w.jpeg[/IMG]link: https://i.imgur.com/PzIew.jpeg
- Witaj Otto. Miło, że nas odwiedziłeś. - przywitała się von Dake z kolegą ze zboru. Artystka również skinęła mu głową. Siedziała w ciembobordowej sukni i ze sznurem pereł na szyi. Zaś malarka na razie miała dość symboliczny szkic jej sylwetki, robiony jeszcze piórkiem więc był to bardzo wstępny etap robienia portretu.
- Nasza bezcenna diwa trochę się u nas nudzi. Żadnych balów, przyjęć, występów nawet sztuk w naszym teatrze nie można wystawić. A do pełni i spotkania z Gnakiem jeszcze tyle dni. - Pirora przyjęła dość żartobliwy ton. Ale wymieniła litanię skutków żałoby po księżnej - matce jaka wciąż obowiązywała. I znacznie zubażała życie towarzyskie wszystkich mieszkańców a zwłaszcza ich elit do jakich zaliczały się obie obecne tu szlachcianki i miłośniczki sztuki. A pełnia Mannliebia gdzie mieli umówione spotkanie z Gnakiem i jego bandą miało być w tym tygodniu ale jeszcze za parę dni a nie dziś czy jutro. Aktorka westchnęła przesadnie smutno i pokiwała swoją głową o barwie miodu.
- No co ja poradzę? Zastanawiam się czy nie odwiedzić moich ślicznotek w zamtuzie bo sprowadzić ich do Kamili nie bardzo mogę. Albo dam się zaprosić i wielbić u któregoś z twoich kolegów z towarzystwa. To nie zapowiada się tak ekscytująco jak zabawa ze zwierzoludźmi no ale jakoś trzeba wypełnić ten czas oczekiwania. - kobieta ze względu na swój talent nazywana Słowikiem Północy rozłożyła dłonie w geście bezradności. Wciąż wydawała się być chętna na nietuzinkowe przygody i standardowe rozrywki szlachty traktowała jako wyjście rezerwowe.
- No niestety zwierzoludzie nie odwiedzają miasta. I od czasu do czasu spotykamy się z nimi poza nim. Może Lilly uda się zaprosić kogoś ze swojego plemienia. Na razie niestety my ci musimy wystarczyć. - odparła gospodyni z subtelnym upomnieniem w głosie.
- Oczywiście! Bardzo dobrze się tu u was bawię. Po prostu jak się dowiedziałam o tych zwierzoludziach nabrałam na nich strasznej ochoty. Jeszcze Fabi mi tak ciekawie o nich opowiadała, że nie mogę się doczekać. Całe stado! No już wcześniej miałam z nimi do czynienia i sobie bardzo chwalę ich jurność ale to był pojedynczy samiec a nie całe stado. Liczę, że przyczynią się do tego abym wydała na świat błogosławione potomstwo jakie mi obiecano w snach. Bo jak nie oni to kto? - aktorka bez skrępowania mówiła o swoich fantazjach, potrzebach i nadziejach do jakich zwykle mało kto odważył się przyznać sam ze sobą.
- Rozumiem to Odette ale z Gnakiem to dopiero przy pełni. Teraz to nawet nie wiadomo gdzie oni są w tym lesie. - powtórzyła koleżanka prosząc artystkę o jeszcze trochę cierpliwości w realizacji tych planów.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim nie sądził by w tym zajeździe miało ich spotkać coś ciekawszego niż ciepły posiłek. Ale słowa o zwierzoludziach wzbudziło jego ciekawość. Próbował sobie przypomnieć rozmowy z mutantami na temat róznych plemiona znajdujących się w regionie…. czy byli blisko terytorium plemienia Gnaka?
- Zwierzoludzie powiadasz - a czy ostatnio niepokoili kogoś w okolicy? Czy jest tu jeszcze ten człek który ich widział? - spytał się ładnej karczmarki.
.- Nie no pojechał dalej. A reszta zwiała zaraz potem. Sam chyba widzisz jakie tu tłumy zostały. - rzekła nieco kąśliwie wskazując na tą pustą izbę w jakiej ich dwójka była jedynymi gośćmi. - Pewnie to był jakiś wieśniak co jechał na targ do miasta albo gdzieś do swojej wioski. - rzuciła swoim domysłem. A gdzie Gnak miał swoje leże tego Joachim nie wiedział. Mówili coś o jakiejś dolinie ale gdzie ta dolina miała być to nie miał pojęcia. - To co? Zamawiacie coś? Głodni jesteście? - zapytała obrzucając ich pytającym spojrzeniem.
- Poproszę coś ciepłego, może jakąś zupę? Jesteśmy głodni a jeszcze sporo drogi przed nami - spojrzał wymownie na Gunthera, który wyglądał na głodnego. On sam też chciał się wzmocnić.
- A wcześniej ktoś w okolicy tych zwierzoludzi widział? - postanowił kontynuować próbę zdobycia trochę większej ilości informacji.
- Widział, nie widział. Kto ich tam wie? Tutaj na trakcie to jak na zawody kto lepszą czyli straszniejszą opowieść walnie. To już słyszałam o zwierzoludziach, orkach, bandytach, trollach, wampirach, chodzących trupach, zjawach i kto wie co jeszcze. Ale ten chłop wydawał się być przerażony to może i coś widział. Ale może są, może nie ma. Nas tu jakoś nie naszli. Ale kto wie? Może się i kręcą gdzieś na zewnątrz. Dlatego pytałam czyście ich widzieli. Może już sobie poszły? Albo grasują z innej strony niż wy przyszliście? - dziewczyna nadal chyba nie była pewna co o tym wszystkim sądzić. Zwłaszcza jak sama tu w obejściu żadnych potworów nie widziała ale nie miała pojęcia co siedzi w lasach wokół niego.
- Ale ogólnie to w lesie złe siedzi. Zwierzoludzie też. My się tu na noc zamykamy a i chłopi w okolicy tak samo. Więc całkiem możliwe, że dzisiaj się tu kręcą. Lepiej złego nie kusić. Zobaczy taki otwartą bramę to zaraz wejdzie, podpali, zabije, wychędoży no strach się bać. - odezwała się jeszcze wstając od szynkwasu i idąc na zaplecze. Gdy tam zniknęła stracili ją z oczu. Za to chwilę później wyjrzał jakiś grubas.
- To zupa tak? Dobrze, to już wstawiam. Trzeba trochę poczekać. - oznajmił im krótko po czym zniknął znowu na zapleczu. Słychać było jakieś przytłumione odgłosy pewnie z kuchni. I znów wróciła ta smukła blondynka.
- No to słyszeliście, trzeba trochę poczekać. A w ogóle co tu robicie? Z miasta czy do miasta? Bo tu na trakcie to albo to albo to. Chłopi to tu rzadko do nas przychodzą dusigrosze jedne nie dadzą zarobić uczciwym dziewczynom. A coś na chłopów nie wyglądacie. - wróciła na swoje miejsce za szynkwasem i do konwersacji z dwoma gośćmi. Wydawała się być zaciekawiona nimi a może tylko starała się jakoś umilić czas na oczekiwaniu na posiłek.
- Myślę, że zamknięcie bramy nie zaszkodzi - skwitował Joachim, w którym ciekawość tych rzekomych zwierzoludzi walczyła z płynącą z rozsądku obawą. W końcu nie miał gwarancji, że jeśli rzeczywiście po okolicy kręcą się zwierzoludzie to będą przyjaźnie nastawieni, nawet gdyby spróbował wytłumaczyć, że jest po ich stronie.
- Jestem astromantą, badam gwiazdy i zapisaną w nich prawdę - dodał po chwili, odpowiadając na pytanie dziewki.
- Badasz gwiazdy? Aha. To chyba jesteś jakiś uczony co? - dziewczyna zmrużyła oczy zapewne nie rozpoznając tytułu jaki podał. Co wśród tej dziczy nie powinno dziwić. To nie był salon Pirory z jej gośćmi z miejskiej oczytanej i wykształconej elity tylko przydrożny zajazd na trakcie.
- Dobra to poczekajcie chwilę. Powiem im aby zamknęli tą bramę. To co? Jednak widzieliście tych zwierzoludzi? Czy nie? - wstała i ponownie ruszyła na zaplecze. Ale jeszcze ciekawie zerknęła na dwóch przybyszy jak to w końcu mieli się z tymi zwierzoludźmi. Czy też nie mieli. Znikła na chwilę w kuchni. Gdy wróciła przyniosła tacę z dzbankiem i dwoma kuflami.
- Na razie to. Reszta jeszcze się robi. Zaraz zamkną bramę. - wyjaśniła stawiając naczynia na szynkwasie przed swoimi jedynymi klientami.
- Nie widzieliśmy zwierzoludzi, no przecież pytaliśmy się właśnie czy ktokolwiek ich widział - astromanta żachnął się lekko, bo ta kwestia wydawała mu się oczywista.
- Bramę zamykacie, to dobrze, ale my po posiłku będziemy chcieli podążyć dalej do miasta - dodał, nalewając sobie do kufla.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Aubentag; południe; kamienica Pirory
Mnich skłonił się divie i gospodyni.
- Lady Odette, Lady Piroro, również cieszę, że was widzę i to przy tworzeniu sztuki przepięknej. - Otto uśmiechnął się do divy - Szkoda, że modelka nie jest w odważniejszej pozie, ale od tegoż jest wyobraźnia. - spojrzał na Pirorę - Wybacz najście, ale wyuczony jestem, aby u ciebie szukać lady Sorii, przynoszę żale jednego z jej podwładnych. - mnich chwilę zastanowił - Niestety tak jak powiedziała Pirora, zwierzoludzie nie przychodzą do miasta. Mamy tylko skaveny a im bym ciebie nie oddał chociażby miałoby to ocalić mi życie. Co do błogosławionego potomstwa… - zerknął przez chwilę na Pirorę - Jest jedna opcja ku której zmierzamy. Matka Sorii jest potężną istotą błogosławioną przez bogów. Potrafi przyjąć dowolną postać i dowolną płeć, w pełni zdolną do rozpłodu.
- Matka Sorii? Ona tu jest? Pobłogosławiona przez bogów? Brzmi bardzo ekscytująco. - zdziwiła się aktorka o miodowych włosach i wydawała się być zaciekawiona tą wiadomości. Spojrzała pytająco na gospodynię.
- Jeszcze jej tu nie ma. Pracujemy nad tym aby ją tu sprowadzić. Nasza Soria ma naprawdę nietuzinkowe pochodzenie moja droga. I myślę, że też może pochwalić się także płodnością. Zresztą możesz zapytać ją sama gdy wróci ze spotkania z Fedorą. - artystka odpowiedziała koleżance w swobodnym stylu chociaż rozmawiały o płodzeniu dzieci pomiędzy kobietami bez udziału mężczyzn.
- No to ją zapytam. A te skaveny to co to? - diwa zaciekawiła się nową wzmianką jaką przyniósł jednooki mnich.
- A nie wiem. - Averlandka wzruszyła swoimi ramionami wciąż kreśląc nowe linie na płótnie. - A o jakich żalach podwładnych mówisz Otto? - spojrzała w kierunku gościa.
- Jednego podwładnego. - poprawił mnich - Grubson mi się skarżył, że czuje się porzucony. Przyznam, nie zapraszacie go na przyjęcia, a Lady Sorii nie widział od czasu przymiarki sukni. Nie ładnie tak traktować kolegę w wierze, do tego takiego, który sam jest uzdolnionym kochankiem. - Otto żartobliwie przyjął ton pouczającego nauczyciela - Skaveny… to rasa zmutowanych szczurów, mniej więcej rozmiarów krasnoluda, włochate, śmierdzące, okrutne. Potrafią być chutne, ale w najgorszym tego słowa znaczeniu.
- Hubert? - Pirora wydawała się zdziwiona takim kierunkiem rozmowy. Zastanawiała się nad tym chwilę w końcu wzruszyła ramionami. - Rzeczywiście dawno go nie było. Jakoś tak często widywałam się z Fabienne i Sorią, że załatwiałyśmy wszystko od ręki jak już byłyśmy na miejscu. No tak, można go zaprosić. Trochę niezręcznie wyszło. Rzeczywiście. No dobrze, napiszę mu bilecik z przeprosinami i zaproszeniem. - gospodyni zmitygowała się jakby do tej pory tyle rzeczy się działo na raz, że wspólnik z teatru w naturalny sposób zszedł na dalszy plan jej prywatnych zainteresowań. Artystka teatealna się nie wtrącała nie znając zapewne tego o kim mowa.
- A te skaveny jak mówisz. Da się z nimi baraszkować? Bo pierwsze słyszę o jakichś zmutowanych szczurach. To jakieś zwierzęta? - drugi z tematów na tyle zaciekawił aktorkę, że chciała się dowiedzieć czegoś jeszcze aby wyrobić sobie o nich zdanie. Nic dziwnego, ta rasa w ogóle nie była znana w Imperium i nawet jeśli ludzie spotykali się ze śladami ich działalności zwykle brali ich za jakichś podziemnych mutantów czy zwierzoludzi jacy bytują w kanałach czy podobnych skrytych przed światłem dnia miejscach.
- Da, ale naprawdę odradzam. Imperium zaprzecza ich istnieniu, nawet Inkwizycja. Ja jedynie o nich wiem, z raportów krasnoludów. A ich opisy… nie są najmilsze jeżeli idzie o kobiety, które dostali w swoje ręce. Okaleczone ciała, w tym i łona. Złamane umysły. I nie mam na myśli "baraszkowanie tak dzikie, że zostały im blizny na ciele i umyśle". Okaleczali je dla własnej radochy bycia lepszym. Co do ich pochodzenia… to jest okryte tajemnicą. To nie tyle co szczury, które mamy w spiżarni, które jakoś zmutowały w ponad metrowe, dwunogie bestie. Krasnoludy ponoć walczą z nimi od dawna. Bardzo dawna. - mnich wzruszyła ramionami - Nie powinienem o nich w sumie wspominać, nic dobrego nie wyjdzie z kontaktowaniem się z nimi. - Otto westchnął - Kiedy w sumie wróci nasza lady? Do niej też mam sprawę, którą muszę omówić.
- No szkoda. Miałam nadzieję, że trochę egzotyki umili mi czas do tego spotkania z waszymi zwierzęcymi kolegami. Pobaraszkowałabym z tymi dzikusami ale no jeśli mają okaleczać i takie tam to niezbyt mi się podoba. Chciałabym przeżyć takie zabawy w jednym kawałku i najlepiej być jeszcze zdolna na następne. - aktorka skrzywiła swoje pełne usta w grymasie rozczarowania. Widocznie ten moment ciekawości ową podziemną rasą jej minął. Przynajmniej chwilowo.
- A Soria wróci jak wróci. Kimże my jesteśmy aby jej ustawiać grafik dnia? - gospodyni dodała kilka kresek na swoim szkicu zaczętego portretu. Ale pozwoliła sobie na nieco kpiący ton aby zaznaczyć, że nie czuje się władna dyrygować swoim zacnym gościem. - Ma spotkanie z Fedorą. Wydała jej się na tyle obiecująca aby się wokół niej zakręcić. Może udałoby się dla nas pozyskać. - oznajmiła spoglądając za okno. Zastanawiała się nad czymś po czym dodała. - Nie wiem kiedy z nią skończy. Ale powinna przyjść tutaj. Jak chcesz to możesz tu na nią poczekać. Albo powiedz o co chodzi to jej przekażę. - zaproponowała koledze ze zboru.
- Postanowiłem, że chyba pora trochę pomieszać naszej opozycji w głowie. - odparł mnich - Obecnie mam plan co do drogiej Matki Somnium. Pamiętasz jak wszyscy zareagowaliśmy na zapach krwi, naszej cudownej władczyni? Chcę sprawdzić czy ciągle będzie taki efekt, jeżeli wymiesza się ją z jakimś perfumem.
- Ah tak, chodzi o tą Somnium. No tak, trochę miesza. A krew Sorii tak, boska! Mogłabym ją próbować ciągle. - gospodyni pokiwała głową na znak, że rozumie z czym mnich przychodzi. A na wspomnienie czerwonego afrodyzjaku jaki płynął w żyłach córki Soren aż się uśmiechnęła błogo. - Odette ją chyba zna. - wskazała na aktorkę jaka była jej dzisiejsza modelką.
- Zna to za dużo powiedziane. Spotkałyśmy się z jakichś okazji. Czasem daje wystepy charytatywne to na jeden z nich przyszła. Ale wiecie u nas to ona nie jest jedyną morrytką w mieście. Co prawda rzuca się w oczy bo jest młoda i ładna. A większość to stare, ponure dziady. No i ma te swoje sny czy wizje. Ale żebyśmy się jakoś szczególnie dobrze znały to bez przesady. - diwa pokręciła głową. Częściowo potwierdziła słowa blondwłosej koleżanki ale je też sprostowała. Brzmiało jakby obie z kapłanką kojarzyły się raczej ze słyszenia niż z jakiej osobistej znajomości.
- No cóż jeżeli mój plan zadziała, to może zapoznamy się z nią bardziej. - mnich się uśmiechnął - Ale muszę o tym porozmawiać z Sorią, ona lepiej zna możliwości swojego ciała. Może też coś doradzi. - zastanowił się chwilę - Piroro, masz może węgiel? To narzędzie, którym ja lepiej pracuje.
- Weź coś sobie, tam leży. - malarka wskazała mu na zakątek z narzędziami. Widać tam było sztalugi, zaczęte obrazy i szkice, mnóstwo pojemników z farbami i jeszcze czyste akrusze. Typowy, artystyczny nieład. Miał w czym wybierać. Rozmawiali jeszcze we trójkę, całkiem sporo a sławna aktorka dawała się portretować. Widać było jednak, że jej temperament nie znosi być dłużej w takim nudnym bezruchu bo im dłużej trwało to portretowanie tym była niespokojniejsza. Gdy drzwi się otworzyły i weszła przez nie Soria wydawała się przybywać diwie z odsieczą w walce z nudą i bezruchem w samą porę.
- Witaj Otto. - przywitała się z nowym gościem a sama podeszła do Pirory ciekawa jak jej wyszedł najnowszy projekt. Portret artystki z Saltmundu był już mniej więcej naszkicowany na tyle, że szło rozpoznać kogo przedstawia.
- A jak poszło z Fedorą? - zapytała w rewanżu młodziutka Averlandka.
- Myślę, że wszystko jest na dobrej drodze. - odparła z zadowoleniem Soria i wręczyła jej drobny przedmiot. Wydawało się, że to koronkowa chusteczka w jakich lubowali się szlachcice bez względu na płeć. Jak malarka ją rozwinęła okazało się, że to damska bielizna.
- To widzę, że poszło ci całkiem nieźle! - zaśmiała się machając zdobyczą przed pozostałymi.
- A to nie było aż tak trudne. Tylko trzeba naszej aktoreczce dać jakąś rolę w teatrze. Najlepiej u boku naszej sławnej diwy. - popatrzyła teraz właśnie na miodowowłosą aktorkę. Ta zaś wzruszyła ramionami.
- No ja bardzo chętnie bym zagrała jakąś sztukę no ale mamy ten cholerny zakaz z powodu żałoby. Ale jak wam zależy to mogę się z nią spotkać i poznać. Zobaczę co jest warta. - diwa po raz kolejny podkreśliła jak bardzo ciąży jej ta żałoba po księżnej - matce jaka tak bardzo ograniczyła wszelkie huczne rozrywki w jakich zwykle brylowała.
- Można też zorganizować prywatny pokaz, przed niewielką widownią. - zaproponował mnich przeciągając się, zerknął na swoje dzieło. Udało mu się zrobić zarys głowy divy, ale najwyraźniej natchniony jej urodą, lub zainspirowany nudą, zmodyfikował nieco aparycję aktorki. Dodał jej parę prążkowanych rogów, wyostrzył i przyciemnił usta, dodając strużkę krwi spływającą z ich kącika.
- Lady Sorii sprawę mam. Sprawy tak naprawdę. Po pierwsze Hubert Grubson, nasz zaprzyjaźniony krawiec, żalił mi się, że został porzucony przez swoją władczynie i resztę kultu. - Otto przyjął dramatyczny ton - Pirora obiecała poprawę, ale jako doradca spraw wiary polecam, aby wynagrodzić biedakowi znoszenie samotności z taką cierpliwością. - mnich się uśmiechnął - Druga sprawa to chciałem się ciebie poradzić. Mam zamiar wysłać do Matki Somnium wywar z lawendy, aby jej zapach pomagał jej spać i nawiązywać kontakt z Morrem. Jak sądzisz jaki wpływ miałoby dodanie kilku kropel twojej krwi do wywaru?
- No ja już rozmawiałam o tym z Otto. Postaram się go zaprosić do nas na jakąś zabawę. Rzeczywiście trochę go ostatnio zaniedbałyśmy. - gospodyni poczuła się wyrwana do odpowiedzi gdy Soria na nią spojrzała. Ta zaś pokiwała głową o licznych, grubych, prawie czarnych warkoczach.
- Dobrze. Więc go zaprośmy. - zgodziła się gładko nie mając jakichś większych przeciwwskazań w tej materii.
- A z wywarem mogłoby być różnie. Trudno powiedzieć nie wiem jak ma silną wolę i swoje skryte pragnienia. O ile wiem morryci są dość ubodzy pod tym względem. W końcu służą bogowi umarłych i żywi i ich potrzeby ich nie obchodzą. Więc wstępnie nie jest to zbyt zachęcające. Ale kto wie co tam się kryje pod tą bladolicą fasadą. Większe ryzyko widzę w czym innym. - wężowa milady szybko przeszła do drugiej sprawy o jaką zagaił ją jednooki mnich. Wydawała się nie lekceważyć zdolności oporu młodej kapłanki chociaż jak ją znała jedynie powierzchownie mogła sugerować się jedynie stereotypami.
- Jeśli będzie wiedziała od kogo ma tą pomadę to i będzie mogła pójść tym śladem. Zwłaszcza jeśli okaże się odporna na moje słodkości. Parę kropel mojej krwi mogłoby pobudzić śmiertelnika niczym przyjemny flirt czy dotyk. Ale przesądziłoby sprawę jedynie jeśli i tak by żywił dobre chęci w tej sprawie. A jak u tej bladolicej z dobrymi chęciami do pikantnych zabaw to nie mam pojęcia. Nie doszły mnie słuchy aby była jakąś rozpustnicą. - syrena nie przesądzała sprawy ale wydawała się zachowywać sporą dozę sceptycyzmu czy tak drobna dawka jej krwi wpłynie na drastyczny wzrost pożądania młodej kapłanki Morra.
- Och, nie chcę, aby rzuciła się na pierwszego mężczyznę, którego zobaczy. Tylko dać jej delikatne swędzenie z tyłu głowy. I nie tylko. - mnich się uśmiechnął - Sądzę, że można spróbować. Jest żywa, religia, rutyna i umartwianie, potrafią jedynie zmienić naturę człowieka w szept. Wszelkie pragnienia ciągle gdzieś tam są, pora jej o nich przypomnieć. Natomiast jeżeli zacznie coś podejrzewać, zwalę to na kwiaciarka od, którego kupię lawendę.
- Zdajesz się być pewien swego Otto. No cóż, jak masz pomysł i odwagę go zrealizować ja ci nie będę stawać na drodze. Użyczę ci tych paru kropel do tej lawendy. Jak będziesz gotowy to daj znać. - wężowa syrena w ludzkiej skórze przemyślała słowa jednookiego mnicha i widocznie uznała, że może przychylić się do jego prośby.
- Dziękuję, czcigodna. Skoro o tym mowa, jestem pewny, że te dwie chętnie by się za to zabrały. - uśmiechnął się do aktorek - Ja mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, więc nie będę się uprzykrzał. - odstawił swoje dzieło na bok, ukazując co namalował. Skłonił soę kobietom - Miłej reszty dnia moje panie.
Opuścił kamienicę Pirory i ruszył w stronę apteki Sigismundusa, jeżeli gruba opuścił miasto do dokona swojej powinności w sprawie hodowli. Jeżeli nie to porozmawia z nim o wywarze dla Somnium. Po drodze może zahaczy o bazar zobaczyć czy ktoś ma może lawendę. Pogoda nigdy nie stała na drodze zysku.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 52 - 2519.07.21; abt; południe
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Joachim
- A no tak. - ładna karczmarka pokiwała swoją blond głową jakby dopiero to potwierdzenie ją usatysfakcjonowało. - No to dobrze. Co to by było gdyby wpadła tu banda zwierzoludzi? Ale bramę na wszelki wypadek zamkniemy. - rzekła i przewróciła oczami na te słyszane od rana plotki a może i na myśl, że mogły okazać się prawdziwe. I rzeczywiście po chwili dał się słyszeć przytłumiony przez ściany zajazdu głuchy odgłos zamykania bramy. Czekali tak we trójkę aż kucharz przygotuje zamówiony obiad.
- To będziecie szli do miasta? Aha. No a nie boicie się tych zwierzoludzi? Bo co jak są gdzieś tam dalej? My tu palisadę mamy no ale na trakcie to nic nie ma. A trudno się bada takie gwiazdy? Właściwie po co się to robi? - karczmarka nie mając innych gości siedziała z nimi i wypytywała z ciekawości o to czy tamto. Póki obiad nie był gotowy właściwie nie miała co innego do roboty.
- Trochę długo wam idzie z tym obiadem. - zauważył w pewnym momencie Gunther. Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco.
- Mamy nowego kucharza. Jeszcze wszystkiego uczy się gdzie co jest. - odparła chcąc wyjaśnić to opóźnienie. Na oko astromanty to chyba jego służący miał rację, że trochę długo czekali na ten obiad. Ale wreszcie się doczekali. Blondynka poszła na zaplecze i po chwili wróciła z zamówieniem. Postawiła je na stole przed nimi życząc smacznego. I wreszcie mogli coś zjeść ciepłego. Jedzenie okazało się trochę mało słone ale temu mogła zaradzić sól w małym garnuszku. Za to przyjemnie spływało ciepłem do żołądka z każdym kęsem zmniejszając głód. Podobnie wino uzupełniało to wrażenie zwilżając gardło. W połączeniu z suchym i ciepłym miejscem syciło i rozleniwiało. Aż głowa zaczynała ciążyć i robiło się sennie. Karczmarka to musiała zauważyć bo popatrzyła na nich uważnie.
- Na pewno chcecie iść dalej? Bo wyglądacie jakbyście zaraz mieli tu zasnąć przy stole. Może jednak skorzystacie z któregoś z pokojów? Nie musicie wynajmować do rana. - zaproponowała. Joachim właściwie nie był już pewny co jej odpowiedział. Ani czy w ogóle coś odpowiedział. Chciało mu się spać i podparł głowę o rękę. A co było dalej to już nie pamiętał.
Nie był do końca pewien co go obudziło. Może ciężka głowa i pulsowanie w skroniach. Jakby za dużo wypił. Może jakieś głosy. Może niewygodna pozycja. Albo twarde podłoże. Chciał się podeprzeć aby zmienić pozycję. Ale nie mógł. Jak zamrugał oczami aby przezwyciężyć ten ból skroni i suchość w ustach i spróbował jeszcze raz okazało się, że miał związane nadgarstki. Był związany! Wtedy powaga sytuacja pomogła mu przezwyciężyć otępienie. Rozejrzał się dokładniej dookoła.
Był w jakiejś chyba piwnicy. Związany z rękami z tyłu. Cokolwiek widział bo na drewnianym stole stała zapalona lampa. Oświetlała wnętrze. Obok niego leżał ktoś. Chyba Gunther sądząc po ubraniu. Jego regularny, ciężki oddech wskazywał, że był pogrążony w głębokim śnie. Jeszcze obok leżały trzy albo cztery ciała. Dokładali swoje nuty do pochrapywania jego służącego. Pod sąsiednią ścianą też leżały ciała. Ze trzy lub cztery. Jednak jakieś ciemne zacieki na skórze i kompletna cisza połączona z bezwładem sugerowały, że są już bez życia. Ale było jeszcze coś. Coś po przeciwnej stronie ściany.
Stał tam stary, podniszczony kredens. Ale to nie on zwrócił uwagę Joachima. Tylko coś co w półmroku wyglądało na może dzban, małą amforę, rzeźbę czy coś podobnego. Przedmiot stał na honorowym miejscu ale detale umykały śmiertelnym oczom astromanty. Jednak jego mentalne trzecie oko wyczuwało jak ten przedmiot zakłóca przepływ Eteru. Zwłaszcza mroczne Dhar. Jak się skupił i zbadał to swoimi pozanormalnymi zmysłami to nawet była tam esencja od jego prawdziwego patrona. Rozmyślania przerwał mu odgłos kroków. Nad nim. Chyba więcej niż jedna osoba. Rozmawiali ze sobą, nawet śmiech jakiś usłyszał. Ale w końcu klapa zgrzytnęła i z góry walnęło światło lampy lub pochodni. Zaś po drabinie ktoś zaczął schodzić na dół.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna 3; apteka Sigismundusa
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Otto
Jednooki mnich wciąż czuł ostatnią bójkę w kościach. Czy też raczej obolałym ciele. Zwłaszcza jak się ruszał. A musiał się ruszać aby przejść spory kawałek miasta. Sigismundus mieszkał w południowej a nie centralnej części miasta. Soria i jej wielbicielki pożegnały się z nim ciepło ale na zewnątrz chociaż było słonecznie to jednak dość chłodno. Była już z połowa dnia.
Gdy dotarł na Gnojną 3 okazało się, że mimo środka dnia apteka jest zamknięta. Co zapowiadało, że gospodarza nie zniechęcił deszczowy poranek albo wyruszył po tym jak deszcz ustał. Ani pukanie ani dzwonienie dzwonkiem nie zwabiło nikogo do drzwi. Ale aptekarz zostawił mu instrukcje co powinien w takim wypadku zrobić. Czyli przejść od drugiej strony i tam pokazał gdzie w skrytce był schowany klucz. I mnich faktycznie go tam znalazł. Po tym jak otworzył tylne drzwi znalazł się w kuchni. I tu spotkał Dornę.
- Witaj Otto. - kolczasta nosicielka przywitała się z nim trochę niepewnie. Zupełnie jak żak przyłapany przez profesora na bumelanctwie. Ale widząc znajomą twarz szybko się uspokoiła.
- Słyszałam, że ktoś się dobija od frontu. Ale Sigismundus kazał mi nikomu nie otwierać. Chyba, że ktoś by zastukał naszym kodem. - wyjaśniła mu czemu mu nie otworzyła przed chwilą. To jednak było zrozumiałe. W przeciwieństwie do Lilly jaka póki była ubrana w długą suknię całkiem dobrze wtapiała się w miejski tłum Dorna jedynie po ciemku lub w kiepskim świetle mogłaby udawać zwykłą kobietę. Była zbyt mocno oznaczona przez bogów aby to dało się przegapić. Już jej szarozielonkawa, niezdrowa karnacja od razu wpadała w oko.
- Sigismundus i Strupas odeszli rano. Jak przestało padać. Zabrali Loszkę i część hodowli. Ale ja zostałam aby popilnować reszty. - bez jowialnego grubasa jaki tu rezydował to miejsce wydawało się jakieś inne i bardziej puste. Ale obecność szarej mutantki chociaż trochę uzupełniało tą lukę. Zaproponowała gościowi coś do picia.
- Aha. Sigismundus mówił, że możesz to zabrać. Jedne to odżywki a drugie to jaja gotowe do zasiania. Dla Fabienne albo jakby ci się jakaś okazja trafiła. Tak mówił. - pokazała mu jakąś zwykłą, workowatą torbę. Jak do niej zajrzał znalazł w niej dwie mniejsze. W obu były gliniane strzykwy. Tylko jedne z jasnym korkiem w jakim były jaja a drugie ciemne w jakich była odżywka.
- Jutro trzeba będzie zasiać znowu tą ze szlaku. Sigismundus przygotował wszystko. Pokazał mi co i jak to mogę to zrobić. Ale jak chcesz to też możesz przyjść i ją zasiać. - poinformowała go jeszcze przekazując mu wolę swojego gospodarza. No i oczywiście była ciekawa czemu przybył.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim syknął z zaskoczenia i irytacji sprawdzając stan swoich więzów. Stracił czujność, dając tak się zaskoczyć, jego dar nie przyniósł mu ostrzeżenia. Widok ciał leżących bez życia wskazywał, że grał tutaj o najwyższą stawkę. Oczywiście nie do końca widoczny przedmiot przykuł jego uwagę i zaciekawienie, moc Dhar wyraźnie z niego emanowała. A to świadczyło, że schwytali go wyznawcy potęg Chaosu. Musiał to wykorzystać.
- Dzień dobry… czy może raczej dobry wieczór? - zawołał w stronę schodzących ze schodów postaci, starając się nie okazywać słabości, mimo, że właściwie był schwytanym w pułapkę więźniem.
- A dzień dobry, dzień dobry! Wyspał się panicz? Wygodnie było? - zarechotał jakiś mężczyzna o niezbyt miłej dla oka twarzy. Pierwszy zszedł po drabinie i chyba trochę się zdziwił słysząc to powitanie od więźnia. Aż sparodiował służalczy ukłon ale widać było, że jest w dobrym humorze zwycięzcy jaki jest gotów się sycić nim nad pokonanym. Z góry też doszły ich rechoty reszty towarzystwa. Po chwili zaczął schodzić kolejny mężczyzna. Ponad klapą był jeszcze jeden i ten grubas jaki wcześniej na moment wyjrzał z kuchni gdy sprawdzał dwójkę gości.
- Nie bój się! Będziesz grał główne skrzypce w dzisiejszym przedstawieniu! - zaśmiał się ten co właśnie zszedł. Było ich już dwóch i zerkali ciekawie na związanego jeńca. Chyba byli pewni swego i w ogóle się nie przejmowali niczym.
- No, chyba nie mam wyboru prawda? Straciłem czujność i dałem się schwytać. Ciekaw jestem tego przedstawienia, czy ma związek z przedmiotem emanującym mocą Dhar który wyczuwam?
Jego słowa wywołały wesoły rechot dwóch pierwszych i tego grubasa co został przy otwartej klapie. Ale ten trzeci zmrużył oczy patrząc podejrzliwie na związanego jeńca.
- Co wyczuwasz? - zapytał podejrzliwie. Jego uwaga sprawiła, że pozostała trójka przestała się śmiać i popatrzyła niepewnie na nich obu. Widać było, że czekają na jakieś wyjaśnienia.
- Wyczuwam moc związaną z Chaosem stamtąd. Służycie Mrocznym Potęgom i składacie im ofiary, prawda? - czarodziej postanowił zaryzykować i wybadać grunt. Może uda się porozumieć, jeśli to grupa kultystów nie związana ze zborem.
Teraz cała grupka spojrzała na niego a potem na siebie z zaskoczniem wymalowanym na twarzy. Ale w końcu ten co zszedł jako drugi roześmiał się rubasznie. Teraz on wywołał zdziwione spojrzenia pozostałych.
- A tak! A żebyś wiedział! I dziś się z wami zabawimy! Oddamy cześć naszym patronom a tacy jak ty nam nie przeszkodzą! I nie bój się brama i karczma jest zamknieta więc nikt nam nie będzie przeszkadzał! - po chwilowej konsternacji zarechotał gromko jakby odzyskał rezon. A cała sytuacja sprawiała mu przyjemność z osiągniętego triumfu jaki wkrótce miał się jeszcze powiększyć. Jego śmiałość i pewność siebie podobnie podziała na resztę bo też odetchnęli z ulgą i przyklasnęli jego słowom.
- Źle mnie zrozumieliście. - Joachim wyszczerzył się.
- Ja nie mam problemu z tym, jakim Patronom służycie. A to dlatego, że ja również oddaje im cześć, w szczególności Panu Przemian. Na dowód tego mogę przywołać istotę Chaosu.- Ty? - teraz widać było widać, że wydawali się mieć sporo wątpliwości. - Pewnie, pewnie, że tak. Teraz to nagle jesteś jednym z nas. Powiesz wszystko aby ocalić swoje nędzne życie. Nie z nami te numery. - prychnął ten najbardziej wygadany jakby podejrzewał go o podstęp jaki ma go wyratować z opresji.
- W mieście znajduje się potężny Zbór, nie słyszeliście o nim? W każdym razie mogę wam to udowodnić. - Joachim zaczął szykować się do wypowiedzenia zaklęcia przywołującego chowańca.
- Powie wszystko aby ocalić swoją nędzną skórę. - mruknął pogardliwie ten co zszedł pierwszy do piwnicy. Drugi spojrzał na niego z miną zastanowienia po czym z powrotem na siedzącego, związanego jeńca.
- I co? Pewnie możesz nas do nich zaprowadzić co? I jesteś bardzo ważny i masz wielu jeszcze ważniejszych znajomych. I w końcu cokolwiej byle cię nie zabijać co? - ten wygadany wydawał się podzielać wątpliwości kolegi. I chyba uważali schwytanego więźnia za desperata co powie cokolwiek byle się wykaraskać z opresji.
- Dobra nie ma na co czekać. Nie mamy całego dnia. - ten pierwszy zwrócił się do wygadanego. Ten namyślał się jeszcze ale z wolna skinął głową.
- Igor dawaj tutaj. - podniósł głowę do góry i grubas sapnął. Po czym niezdarnie zaczął się ładować na drabinę jaka aż zatrzeszczała pod jego ogromnym ciężarem.
Joachim westchnął, miał dwie opcje, mógł albo walczyć / próbować uciec (co było ryzykowne biorąc pod uwagę ilość przeciwników oraz nieznajomość terenu) albo przekonać ich, że jest tym za kogo się podaje. W tej sytuacji skupił wolę w tym wibrującym od Dhar miejscu i wypowiedział zaklęcie przywołanie chowańca, którego nauczyła go Merga.
Gdy zaczął mówić słowa krótkiego zaklęcia jakiego nauczyła go rogata wyrocznia z północy trzej mężczyźni zrobili zdziwione miny chyba nie wiedząc co to ma oznaczać. Każdy oddech dawał młodemu demonologowi te słowo zaklęcia więcej. Potrzebował ich tylko paru oraz skupić się aby z przepływającego Eteru brutalnie wyrwać garść magii, zgnieść je i upleść z nich wezwanie do innego wymiaru skąd powinien wyskoczyć jeden z chochlików jakich przygotowała mu Merga.
- On coś czaruje! Brać go! - krzyknął ten wygadany. Dwaj jego towarzysze rzucili się do przodu. Jeden z nich kopnął Joachima w brzuch powalając go na ziemię. Spaślak nie był tak żwawy i stanął mu nogą na ramieniu skutecznie je unieruchamiając. Ale rzeczywistość w piwnicy już zafalowała i pękła. Wyskoczyła z niej mała istota o dziwnych kształtach a jej obcość sprawiła, ze włosy stanęły na karku i ramionach zaś w nozdrza uderzył nieprzyjemny, skwaśniały zapach.
Joachim syknął z bólu od uderzenia, próbując się podnieść. Dawno z nikim się nie bił, odzwyczaił się od tego uczucia.
- Spójrzcie głupcy, oto wezwałem istotę z Dhar i z Etheru, sługę samego Tzeentcha, Zmieniającego Drogi! Przestańcie albo spadnie na was jego gniew!
Istota nie zrodzona z żadnych śmiertelnych trzewi jaka wyskoczyła z innego świata widocznie zaskoczyła i przestraszyła kultystów. Tego się pewnie nie spodziewali i latające straszydło nawet dość niewielkich rozmiarów zaczęło lewitować pod sufitem zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego. Cofnęli się pod ścianę piwnicy i wyglądali jakby mieli ochotę stąd uciec. Jednak jedyna droga wiodła w górę drabiny. W końcu ten wygadany się przemógł.
- Wybacz! Nie poznaliśmy cię! Myśleliśmy, że tylko blefujesz aby uratować swoje nędzne życie! Wielu tak próbowało kłamać! Nie wiedzieliśmy, że jesteś jednym z nas! - krzyknął do czarodzieja. Tego jeszcze bolał brzuch po kopnięciu ale właściwie nie zdążyli mu zrobić nic poważniejszego.
Joachim wział głęboki oddech, odetchnął z ulgą.
- Mieliście szczęście, że nie przywołałem gromu by was spopielił…. ale lepiej poźno niż wcale…. może usiądziemy gdzieś i porozmawiamy? - planował wybadać więcej o tej grupie i jaką siłą dysponują. Może będę użytecznymi sprzymierzeńcami dla niego i Zboru?
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto westchnął.
- Chciałem się jego poradzić w jednej sprawie, ale powinienem sobie dać radę. - mnich rozejrzał się po piwnicy - Mam nadzieję, że nie będą mieli problemów po drodze. - spojrzał na mutantkę - Nie potrzebujesz czegoś? Albo nie zaprowadzić cię gdzieś wieczorem? Wątpię, abyś chciała spędzać całe dnie.
- Sigismundus zostawił mi tu co potrzeba. Ale jutro jest dzień handlowy. Zwykle garbus tam chodził aby coś kupić. Ja się do tego nie nadaję. Za bardzo rzucam się w oczy. A przydałoby się kupić parę rzeczy. - odmieniec w przeciwieństwie do jej liliowłosej koleżanki z jaskini rzucała się o wiele bardziej w oczy z powodu swojej ziemistej cery i kolcowłosów na głowie. Przez co trudno jej było się ukryć w miejskim tłumie. A jutro faktycznie był dzień handlowy jaki co tydzień pozawalał kupić coś więcej niż na co dzień.
- Dobrze, to powiedz czego ci potrzeba. Jeżeli będę na siłach, aby udać się do hospicjum to odwiedzę cię po. - mnich przyjrzał się - Natomiast jakby narzucić ci chustę na głowę i zabrać po zmroku, to raczej nie byłoby problemu. Mógłbym cię zabrać do Fabianne albo Pirory i lady Sorii.
Dorna zaczęła powoli wymieniać co by jej się przydało. Wychodziło, że głównie żywność. Jakiegoś kuraka czy kaczkę do ugotowania, jakąś większą rybę. Może jakieś ser i jajka, mleko to by mogła coś z tego zrobić na parę dni. Bo poza dniem handlowym to najłatwiej było kupić ryby właśnie i w portowym mieście nie było z tym kłopotu. Ale do tej pory zajmował się tym Strupas a jej trudno było ot tak wyjść na zewnątrz i przemierzać ulice.
- To chyba lepiej do Pirory. Bo jak rozmawiałam z Fabienne to u niej ciężko by było się ukryć jak wszyscy ją tam szpiegują. I byłoby miło chętnie bym się z nimi spotkała ale nie chciałam robić kłopotu. - przyznała na koniec uśmiechając się blado i nieśmiało.
Otto spędził jeszcze kilka godzin z Dorną, po czym pożegnał się i wrócił do domu. Ten dzień postanowił wziąć na spokojnie. W domu jeszcze chwilę popisał i położył się spać.
Jutro powinien czuć się na tyle dobrze, aby wrócić do hospicjum, zahaczy potem o Pirorę ostrzec ją o wizycie z Dorną, pójdzie po zakupy tak jak obiecał i uda się do apteki. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 53 - 2519.07.21; abt; popołudnie
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Joachim
Znów siedzieli w głównej sali karczmy. Na zewnątrz znów się rozpadało. Chyba jakaś mżawka. Ale przez to wyglądało ponuro na dnie ciemnego lasu. W środku było o wiele przyjemniej. Solidne ściany z drewnianych bali zapewniały ochronę przed słotą. Przy stole zebrała się grupa różnych osób. Oprócz Joachima i Gunthera siedziało pół tuzina osób. Część z nich wiedzieli wcześniej podczas posiłku lub w piwnicy gdy magister się ocucił a potem jak się sprawa nieco wyjaśniła wybudzono też jego ochroniarza. Okazało się to nie takie łatwe ale możliwe. Sen był wywołany ziołami nasennymi jakie podano im w posiłku. Obie strony wydawały się być sceptyczne i nieufne co do tej drugiej. Ale póki co siedzieli przy wspólnym stole. Jeden ze spiskowców szybko wyszedł z sali mówiąc, że będzie miał na oku czy ktoś się nie jedzie drogą. Była już druga połowa dnia ale pomimo mżawki jacyś podróżni mogli zacząć dobijać się do zamkniętej bramy szukając schronienia przed niepogodą. Dopiero teraz Joachim miał okazję przyjrzeć im się dokładniej.
Ten wygadany wyglądał najbardziej reprezentacyjnie i wydawało się, że on jest tu szefem. Nazywał się Fenk. Był też wielki spaślak jaki wcześniej zajmował się kuchnią to Gotthard i Sabine, ta ładna blondynka jaka robiła tu za kelnerkę. I jeszcze dwóch o jakich trudno było powiedzieć jaką pełnią rolę. Byli też ciekawi z kim mają do czynienia. Na stole postawiono dzban z winem a w dłoniach pojawiły się kubki.

link: https://i.imgur.com/HFgSbf4.jpeg
- Dość niezręczna sytuacja. Nie spodziewliśmy, że trafi nam się brat w wierze. - zaczął Fenk uśmiechając się przepraszająco. Inni pokiwali głowami.
- Na tym to polega. Jakby nas się dało rozpoznać na pierwszy rzut oka to dawno by nas wyłapali. - Darcy wzruszyła ramionami i nie wydawała się mieć poczucia winy z powodu tej “niezręcznej sytuacji”.
- To prawda. - zgodził się z nią Fenk. Podrapał się po policzku zastanawiając się nad tym wszystkim. - No ale mimo wszystko to nie mamy całego dnia. Wasze przybycie trochę opóźniło nasze plany. A jeszcze dzień to w każdej chwili ktoś może zacząć łomotać do bram. A chcielibyśmy zrobić swoje i stąd dać dyla zanim to się stanie. - rzekł ich lider wskazując brodą w kierunku frontu karczmy za jakimi było zalewane mżawką podwórze i brama wejściowa. A jeszcze za nią reszta traktu.

link: https://i.imgur.com/VqDUken.jpeg
- No i sennik przestaje działać. Zacznie budzić się ta hołota. To może nam utrudnić zadanie. - odezwał się ten grubas co wcześniej pracował w kuchni. Na to jego szef pokiwał głową na znak zgody.
- No właśnie, to kolejny powód. Więc przyjacielu no chyba by wypadało to załatwić po dobroci aby rozstać się w zgodzie. Ty masz swoje sprawy, my mamy swoje. Nie musimy sobie wchodzić w drogę. - zwrócił się do Joachima aby zaznaczyć, że na razie bogowie im sprzyjali ale nie wiadomo ile potrwa ich łaska. W każdej chwili do bram mógł zapukać jakiś podróżny albo co gorsza strażnicy dróg.
- Poczekaj Fenk. Widziałeś co on potrafi? Może nam się przydać. - rzuciła blondynka. Co prawda przyzwany chochlik Mergi już musiał wrócić w zaświaty ale jednak to musiało dać spiskowcom do myślenia co może zdziałać nieznajomy.
- No i mówił coś o jakimś zborze w mieście. Więc może być ich więcej. - przypomniał Gothard. Głos miał dziwnie delikatny w stosunku do jego ogromnej sylwetki. Fenk zastanowił się chwilę nad słowami towarzyszy i znów spojrzał na rozmówcę po drugiej stronie stołu.
- No tak, oczywiście, jak służymy temu samemu panu to możemy sobie pomóc nawzajem. Chciałem tylko zaznaczyć, że nie mamy czasu bawić się w konwenanse do białego rana. - dodał wyjaśniającym tonem.
- Ja tam służę innemu panu. Ale chwilowo nam po drodze, że tak powiem. - Darcy znów zaznaczyła swoją odrębną pozycję.
- Mój panie. Jeśli chcemy wrócić do miasta przed zamknięciem bram to nie możemy zbyt długo tu bawić. Inaczej będziemy musieli nocować w “Bramnej” albo gdzieś na trakcie. - Gunther nachylił się aby powiedzieć swoje na ucho Joachima. I chciał mu przypomnieć, że co prawda było lato więc zmierzch przychodził dość późno. A wraz z nim zamknięce miejskich bram. Ale też mieli jeszcze całkiem spory kawał do przejścia do tej bramy i im później by wyruszyli tym później by tam dotarli.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Otto
Spędził sporo czasu w aptece Sigismundusa i miał okazję chyba więcej niż kiedykolwiek wcześniej porozmawiać z szaroskórą, kolczastą mutantką. Ta odkąd przybyła do miasta najczęściej właśnie mieszkała u niego w aptece dokładając kobiecej ręki do utrzymania tego miejsca. Przez co jej dwaj koledzy wyznający Pana Much mogli się skupić na hodowli i innych sprawach kultu. Tam przez swój zwracający uwagę wygląd i słabą znajomość miasta niezbyt mogła im pomóc. Ale okazała się całkiem uważną obserwatorką.
- Te tutaj są już dorosłe. Sigismundus liczy, że będą rozmnażać się między sobą. Dlatego niektóre zostawił. - pokazała mu na muchy w klatkach na drób. Nawet korpus miały podobnej wielkości chociaż proporcje ciała miały podobne do zwykłych much a nie ptaków. - Jakby się udało mielibyśmy świeże dostawy jaj. Ale mówił, że jak wróci to spróbuje aby zasiały tą związaną. To by mogło uprościć sprawę. Bo o ochotniczkę to chyba nie byłoby tak łatwo. Może ta Laura z zamtuza. Chyba lubi takie rzeczy. Ja też bym mogła ale Sigismundus chciał sprawdzić najpierw na jakiejś innej. Nawet jakby się nie udało to nadal by mogły produkować same jaja i dalej jak teraz byśmy używali strzykw do zasiania. - rzekła jakby mimochodem o czym pewnie jeszcze tu rozmawiali we trójkę nim obaj jej koledzy dziś rano opuścili aptekę i miasto.
- I jeszcze mówił, że na targu to możesz sprawdzić czy ta co lubi z knurami czy tam kozłami to by nie przyszła. Chyba ci o tym opowiadał kiedyś. Tak mówił. No ona już nie mieszka w mieście to pewnie byś musiał popatrzeć za jakaś ładną wieśniaczką z kozami albo świniami. Mówił, że można by ją spróbować zagadać i zasiać. Albo chociaż przedstawić reszcie dziewczyn to może by były dla nas łaskawsze. Chociaż ja lubię te nasze dziewczyny. Są dla mnie bardzo miłe. Nawet Pirora i Fabienne a przecież to szlachcianki. - wspomniała w pewnym momencie o lubieżnicy na jaką wcześniej aptekarz za bardzo nie zwrócił uwagi i wydawała się być tylko tematem zabawnej anegdotki z jego kariery felczera ale teraz jak szukał możliwości powiększenia wydajności swojej hodowli to wydawał się być coraz bardziej zdesperowany aby zasiać jakąkolwiek kobietę dającą szanse na dodatkowy miot. Widocznie uznał, że jak owa wieśniaczka już wcześniej zdradzała takie odchyły od poprawności obyczajowej to może są większe szanse, że uda się ją przekonać do takiego czynu. Ale jak sam wyjechał to już nie mógł tego dopilnować.
W każdym razie w końcu się pożegnali. Dorna pomachała mu i posłała ciepły, delikatny uśmiech na pożegnanie. A potem zamknęła drzwi jakie miały ją chronić przed wścibskim światem jaki tu w mieście był dla takich odmieńców jak ona bardzo złowrogi. Jednooki mnich przeszedł z południowych rejonów miasta do centralnych aby wrócić do siebie do domu. I tu mógł odpocząć i zająć się swoimi sprawami. Zdążył już zatopić się w lekturze i piśmie gdy usłyszał pukanie do drzwi. Rozpoznawalnym sygnałem więc to pewnie był ktoś z kultu. Jak otworzył drzwi okazało się, że to jeden z najlepiej wykształconych członków kultu czyli Tobias.
- Witaj przyjacielu. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Chciałem z tobą o czymś porozmawiać. - rzekł na wstępie z uprzejmym uśmiechem jaki tak irytował łotrzyce bo dopatrywały się w nim poczucia wyższości nad nimi.
- Słyszałem, że byłeś w aptece? No też byłem. Widocznie się rozminęliśmy. Szkoda, że Sigismundus wyjechał. Przydałaby mi się jego ekspertyza. Wpadłem na pewien pomysł. A ty z tego co widziałem też jesteś mocno zaangażowany w ich projekty. - rzekł gdy już został zaproszony przez gospodarza do środka. I uśmiechnął się ponownie tym razem niezbyt wesoło bo i jego wyjazd aptekarza i garbusa musiał zaskoczyć.
- Chodzi mi o Akademię. Nie wiem czy wiesz ale tym naszym dwój ulicznicom udało się tam dostać jako modelki. Nie chcę im psuć humorów ale szepnąłem swoje trzy grosze gdzie trzeba, że półnagie modelki na galiony to znakomity pomysł. Na pewno i tak one tego nie docenią no ale mówię ci to tak na wszelki wypadek. - rzekł gdy usiadł przy stole kładąc na stole swoją skórzaną torbę z jaką zwykle chodził na zajęcia.
- Liczę, że przydadzą się na coś jak będą się tam kręcić. Ale mam jeszcze inny pomysł. Związany z Fabienne. Ona jest żoną kapitana a on z kolei jest w radzie akademickiej. Sprawdziłem to i okazuje się, że ona chyba by mogła go reprezentować pod jego nieobecność. A z tego co wiem to go w tej chwili nie ma. To nam daje okazję wprowadzić ją na teren Akademii. Jeszcze nie wiem po co no ale zawsze to jedna osoba więcej. Może nawet więcej niż jedna? W końcu taka szlachcianka może zabrać ze sobą jakąś osobę czy dwie na taką wizytę prawda? - uśmiechnął się zadowolony ze swojego pomysłu jak zwiększyć poziom inflitracji uczelni przez członków ich kultu.
- Ale Sigismudnusa chciałem się poradzić czegoś innego. Wpadłem na pewną teorię. - rzekł nie mniej zadowolony z siebie jakby chciał przygotować grunt pod to co teraz powie.
- Pamiętasz jak Merga mówiła, że nosicielka z larwami w środku może być przepustką przez strażnika na bagnach? - zagaił do jednookiego mnicha. A temu świtało, że rzeczywiście ten temat się pojawiał gdy omawiali możliwość wyprawy na Diabelskie Bagna aby spróbować odnaleźć dziedzictwo Vesty. Tylko wtedy to się rozbijało o brak odpowiednich nosicielek.
- No więc wpadłem na pomysł, że można by jej użyć także w Akademii. Bo jeśli ten strażnik miałby ją jakoś wyczuwać i rozpoznawać to czemu to zamknięte w skrzyni światło nie? To światło też ma być jakąś przepustką do dziedzictwa naszej patronki. Więc może i ono może wyczuwać “kogoś swojego” w takiej nosicielce? W końcu to może zaprojektowała Oster ale wedle słów Mergi wszystkie Siostry dorzuciły swój pierwiastek. Kto wie? Właściwie nic byśmy nie tracili jakbyśmy zabrali tam do piwnic Akademii taką nosicielkę. Tylko właśnie chciałem się poradzić Sigismudnusa czy to brzmi sensownie. No i skąd wziąć taką nosicielkę co akurat by była pełna dziedzictwa. Bo to po parę dni te pseudociąże trwają i trzeba by dobrać którąś tak aby akurat była pełna jakbyśmy robili ten włam do Akademii. Ale jak jego nie ma to pomyślalem o tobie. - przedstawił główny powód dla jakiego odwiedził swojego młodszego kolegę. Ale w kulcie widocznie Otto dał już się poznać po swoim wielorakim zaangażowaniu w różne wątki i sprawy.
Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; skraj Teufelsumpf; plaża;
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Egon
Łódź bujała się na falach a ze stalowego nieba mżyło. Raz dziób wędrował w górę, następował moment kulminacyjny a po chwili spadał w dół w morską dolinę. Zaraz jednak cały cykl powtarzał się. Widać już było brzeg. Chociaż ten nie wyglądał zbyt przyjaźnie. Nic dziwnego. To był północny skraj Teufelsumpf. Kapitan uznał, że to najbliższe miasta miejsce gdzie można bezpiecznie i niepostrzeżenie przybić do imperialnego brzegu. Bo o tym aby norsmeński statek mógł sobie wpłynąć do portu Neus Emskrank nie było w ogóle mowy. Z tego samego powodu odpadały wody zatoki. Wschodni brzeg był zorany klifami gdzie pod nimi zwykle była wodna kipiel więc odpadał. A na zachodnim było płasko ale wciąż było ryzyko, że ktoś ich dojrzy z brzegu albo rybackiej łodzi. Dalej było wrakowisko jakie nawet Norsmenowie znali i omijali z daleka. Więc wychodziło, że najbliższy fragment wybrzeża gdzie można wylądować to właśnie ten niezbyt przyjaźnie wyglądający skraj Diabelskich Bagien. Tutaj więc kapitan przybił do brzegu ile uznał za bezpieczne po czym spuścił niewielką łódź. Na nią załadowali się podróżni co mieli być tam wysadzeni no i wioślarze co po tym zadaniu mieli wrócić na swój statek.
Te skacząca po morskich falach podróż dawała ostatnie chwile wytchnienia przed powrotem do domu. Wyruszyli w Festag rano z rodzimej wioski Mergi. Ona i większość imperialnych towarzyszy Egona jeszcze tam została. Jak przybyli tam w połowie zeszłego tygodnia. Więc on sam był tam ze trzy czy cztery dni nim ruszył w podróż powrotną. Niemniej był swiadkiem prestiżu jakim cieszyła się rogata, złotooka wyrocznia i jej imperialni goście. Chociaż Norsmeni wydawali się ich tolerować tylko ze względu na nią. Potem rogata rzuciła się w wir różnych, dyplomatycznych zabiegów aby zebrać jak najwięcej chętnych do wsparcia grupki kultystów z południa. Wcale nie było to takie łatwe. Norsmeni wydawali się patrzeć na nich podejrzliwie i z góry, jak na słabeuszy i źródło do plądrowania. Ci zaś uważali ludy północy za dzikusów, prymitywów i barbarzyńców. I też często patrzyli na nich z góry chociaż z innych powodów. Trudno było z dnia na dzień przeskoczyć nad wielopokoleniowymi uprzedzeniami. Coś co ich łączyło to Merga, Cztery Siostry no i oddanie Mrocznym Bogom. Na pewno przydał się ten skarb jaki w zeszłym tygodniu zrabowali ze świątyni Mananna i zapakowali na pokład przemytników. Rogata traktowała to jak walutę na podarki i zyskanie przychylności wojowników północy aby ich zjednać dla sprawy. I pokazać, że także dla zysków można by się pokusić o taką wyprawę aby wesprzeć wyznawców tych samych bogów. Nawet jeśli wyznawcami byli południowcy.

link: https://i.imgur.com/j4CujKU.jpeg
Oprócz tego spore wrażenie zrobiło na tybylcach rzeczowe dowody jakie przywiozła ze sobą ich wyrocznia. Alabastrowy posążek z wyuzdanego posągu Soren jaki udało się kultystom znaleźć na dnie starorzecza Salt w głębi lasu. Albo jaja, larwy i nawet muchę wielkości kota albo małego psa jakie były częścią dziedzictwa Oster. No i zwoje z odpisami jej manuskryptów jakie Merga zdążyła przetłumaczyć przed wyjazdem. Oryginały bowiem zostały w Neus Emskrank. Albo żywy, mały wąż jaki był jednym z warkoczy Sorii. Ponadnaturalną istotą żyjącą i od wieków wodzących śmiertelników na pokuszenie wzorem swojej nieśmiertelnej matki. To też zapewne miało wzmocnić siłę przekonywania złotookiej przed jej ludem i przekonać ich, że południowcy nie są tacy bezużyteczni i sami też potrafią osiągnąć jakieś sukcesy w poszukiwaniu dziedzictwa czczonych tu Sióstr. Ale jak przekonywała razem mogli osiągnąć więcej. Przynajmniej tak to potem tłumaczyła swoim gościom bo z współplemieńcami rozmawiała po norsmeńsku. Coś chyba zaczęło się dziać bo widać było jakiś konnych wyjeżdżających czy przyjeżdżających go wioski. A potem odbywały się spotkania z jarlem, wyrocznią lub innymi tutejszymi ważniakami.
Swoje też robiła bariera językowa. Mało kto z południowców znał norsmeński. Co nie pomagało w komunikacji. Ale o dziwo całkiem sporo tubylców mówiło chociaż trochę w kislevskim, bretońskim czy reikspiel. Co prawda większość to były przekleństwa, wyzwiska albo coś z żeglarstwa i wojaczki. Potwierdzało to niejako pewna kosmopolitycznsc ludu północy. Gdyż na południu w spokojniejszych czasach byli nie tylko jacy straszliwi, łupieżcy z północy ale także jako najemnicy czy kupcy. I co niektórzy mówili całkiem dobrze w tych południowych językach.
Ale skala deprawacji tego ludu zapewne przyprawiły kaznodziei i kapłanów z południa o palpitacje serca i ślinotok. Odmieńce jakie w Imperium musiały się ukrywać tutaj jawnie chodziły pomiędzy domami stanowiące cześć społeczności. Kobieta z krabimi szczypcami czy mężczyzna z rogami nie wywoływali zdziwienia. Jawnie noszono bransolety, naszyjniki, brosze z gwiazda Chaosu lub podobnymi symbolami Mrocznych Potęg jakie w Imperium były zakazane i posiadanie ich wiązało się z ryzykiem długiej, bolesnej śmierci z rąk władz. Ba! Była nawet świątynia poświęcona bogom Chaosu. A co ciekawe ci byli reprezentowani przez posągi Czterech Sióstr. Musiały być stare bo drewno było już zaokrąglone na krawędziach i poczerniałe. Merga wyjaśniła i na co patrzą. Kobieta o połowie dziobatej a połowie gładkiej twarzy to Osten. Na ręku miała kosz lub kocioł. Tubylcy wierzyli, że w nim miesza i tworzy nowe zarazy na cześć swojego Ojca Plag. Mimo to poza tym była to szczupła sylwetka. Być może dlatego, że każda z Sióstr była wyrzeźbiona z jednego pnia drzewa. Biisciasta ślicznotka że śmiałym dekoltem i jeszcze śmieszym wycięciem sukni aż za biodro wywołają by skandal na Imperialnych ulicach. Podobnie jak lubieżny, kpiąco - kuszący uśmieszek i trzy pary ramion z czego jedne w pełni ludzkie, jedne krabie a jedne pośrednie. To był wizerunek Soren, Matki i Bogini potworów jaka je rodziła ze swojego lubieżnego łona. Kobieta ze swojej w dłoni, zamaskowana częściowo chusta lub szalem, z jedną stroną głowy naznaczona rogiem lub podobną naroślą. To była Vesta, patronka tajemnicy, wiedzy i magii oddana Ptasiemu Bogowi. No i wojowniczka śmiało patrzącą w dal, z obnażonymi kłami jakie dodawały jej drapieżności. Z dwoma toporami w dłoniach. Być może stąd Norma to Axe wzięła inspiracje do takiego stylu walki. To właśnie była Nora, patronka łowów, walki, krwi i wojowników.
Mimo pewnych uprzedzeń, dzięki pozycji gości wyroczni i własnym talentami przybysze z południa jakoś starali się integrować. Vasilij starał się zawiązać nowe znajomości i wymienić się na towary jakie przywiózł ze sobą w łodzi a nie było ich zbyt wiele w Neus Emskrank. Aaron jak zwykle pił sporo i chyba dzięki temu integracja szła mu dość gładko. Versana właściwie nie był pewien jak spędzała czas. Kurt zwykle trzymał się blisko portu i odnalazł się w łowieniu ryb jakie miejscowi też uskuteczniali. Egon zaś chyba jako jedyny z gości mógł śmiało równać się z tutejszymi na rękę czy zapasy. No i jeszcze mógł się pochwalić znamieniem swojego patrona na plecach. A miejscowi cenili takie rzeczy.
Jednak parę dni temu Merga wezwała go do siebie. Okazało się, że jakiś statek płynie na wschód Morza Szponów a kapitan mógł zabrać kogoś do Neus Emskrank. Co tam się działo tego nie wiedzieli. Ostatnie swoje wspomnienie mieli z nocy rabunku świątyni Mananna. Wtedy ci co mieli płynąć z rogatą wiedźmą załadowali się na statek Vasilija i odpłynęli póki jeszcze było ciemno. Wszyscy jeszcze przed akcją spodziewali się, że reakcja władz będzie potężna. Zapewne nie mniejsza niż w zimie gdy uwolnili Złotooką. Chociaż teraz chyba nie powinni zamknąć miasta i portu skoro był środek sezonu. Do końca jednak nie było wiadomo czego się spodziewać po bluźnierstwie jakim było splądrowanie najważniejszej i najbogatszej świątyni w mieście. Obie łotrzyce były zdania, że będą szukać przede wszystkim zrabowanych precjozów stąd był to zbyt gorący towar aby go tam trzymać. Właściwie tam był on bezużyteczny. I dlatego padł pomysł aby Merga zabrała go ze sobą do swojej ojczyzny co miało jej pomóc przekonać współplemieńców do swoich racji. No ale ostatecznie co się w mieście działo po ich odpłynięciu tego nie wiedzieli. I to był jeden z powodów jakie skłoniły wyrocznię aby wysłać kogoś tam z powrotem.
- Egonie mnie jeszcze trochę czasu zajmie zebranie więcej ochotników na tą wyprawę do was. Dobrze idzie, jarl jest nam przychylny. Te prezenty ze świątyni się przydały. Ale na razie dobrze by było aby ktoś od nas tam wrócił i zobaczył co tam się dzieje. Zaś trafiła się okazja bo jeden z naszych kapitanów będzie płynął na wschód i zgodził się kogoś tam podrzucić. - coś w ten deseń powiedziała mu właścicielka złotych oczu i rogów jakie robiły takie wrażenie na Lilly. Chociaż dzięki magii potrafiła przemienić się w dość zwyczajnie wyglądającą dziewczynę jaka rysami twarzy była trochę podobna do jej prawdziwego oblicza.
Wyrocznia miała też wizje. Wizje dotyczące czarnego rycerza. Egonowi też on się już śnił parę razy. Chociaż tutaj w Norsce to jakoś nie. Zdaniem Mergi tutaj zew Sióstr jaki objawiał się głównie poprzez sny i wizje był słabszy niż w niewielkim, nordlandzkim porcie i okolicy. O ile wiedział to póki tam byli to chociaż niektórzy kultyści mieli jakieś nietypowe sny a Starszy uczulał aby mieć na nie baczenie.
- Ten czarny rycerz objawi się we krwi. On poprowadzi nas do walki. Myślę, że może mieć to coś wspólnego z tym odwołanym turniejem. Możliwe, że mimo wszystko się odbędzie. Zwracaj uwagę na męża w czarnej zbroi. Z krwawym słońcem na piersi. Chociaż może i będzie to i czerwona Gwiazda Chaosu. Tego nie jestem pewna. Słuchaj zewu Norry Egonie. I miej baczenie na innych. Ten czarny rycerz już tam może być. Zapewne też słyszy zew Sióstr jeśli jest ich wybrańcem. - zdaniem rogatej zebranie tych porozrzucanych w czasie i przestrzeni elementów było niezbędne aby pewnego dnia czy nocy można było wezwać Siostry z powrotem na ten ziemski padół. I to właśnie gdzieś tam, w na w pół zapomnianym miasteczku portowym które zbudowano na terenie dawnej wioski. A ta powstała jeszcze zanim Siostry dostąpiły unieśmiertelnienia w Eterze i wciąż stąpały po tym świecie. No i jako wsparcie dla siebie i reszty kultu miał przywieźć grupkę ochotników jacy do tej pory dali się przekonać wyroczni lub wyczuwali zew którejś z Sióstr. Widział ich teraz na sąsiednich ławkach bujającej się na zimnych, stalowych falach łodzi.
Lars. Dokładniej Lars Half Oks. Czy jakoś tak. Pochodził z którejś z dalekich, południowych kolonii Norsmenów. W swojej kolczudze, hełmie, tarczy w neutralnych barwach, mieczu i toporze u pasa wyglądał jak zawodowy żołnierz dowolnej armii. Niezbyt dobrze mówił w reikspiel. Właściwie dość słabo. Za to nieźle w estalijskim czy tileańskim więc mógł uchodzić za marynarza czy najemnika z dalekich stron. Bo wojował równie często jak handlował i żeglował. Wydawał się mieć w sobie coś z kupca i miał żyłkę do interesów. Okazało się, że nawet parę lat temu był w Neus Emskrank tylko wówczas był częscią bretońskiego statku i nie spędził tam kilka dni gdy uzupełnianio zapasy i handlowano winem. On sam pamiętał głównie wizyty w zamtuzach i tawernach to nawet trochę był ciekaw co się tam zmieniło od tamtego czasu. W kwestiach wiary wydawał się nie poświęcać za bardzo żadnemu z patronów.
Bjorn za to w ogóle nie mówił w reikspiel. Chyba nie mówił żadnym południowym językiem. Dorównywał masą i gabarytowi Egonowi i ze swoim ponurym, dzikim spojrzeniem, zaniedbaną brodą wydawał się ucieleśnieniem barbarzyńcy z północy. Całkiem słusznie. Był jednym z niesławnych berserkerów i walczył dwuręcznym toporem. Ale jednoręcznym czy mieczem, maczugą, pięściami i zębami też ponoć był równie skuteczny. Miał zapewnić siłę argumentów gdyby jej było potrzeba. Ale Merga wybrała go ze względu na poświęcenie Normie. Nawet na dalekiej północy wydawał się być czuły na jej zew. Zapewne ze względu na swoją dzikość. Ponoć też umiał obłaskawiać wilki i niedźwiedzie a nawet z nimi rozmawiać. Co pasowało do jego ledwo zszytego futra jakie na sobie nosił jakby gardził bardziej cywilizowanymi ubraniami. Więc nawet na tle swoich współplemieńców wygladał barbarzyńsko.
Raisa zaś była rodowitą dziewczyną z Imperium. Ale to musiało być z pół wieku temu jak to jeszcze w porcie zażartował Vasilij. I nic dziwnego wyglądała jak stara, pomarszczona, wredna jędza. Wypisz wymaluj stereotym wioskowej guślarki. Podobno przed dekadami została porwana z przybrzeżnej wioski czy też sama ścigana przez prawo za czary uciekła do Norsci. A może jeszcze jakoś inaczej. Woniała równie nieprzyjemnie jak Strupas i była wredną jędzą. Jednak zachowała pamięć o reikspiel jakim gardziła. Bo w Norsce uważano go za język niewolników. Zdaje się, że Merga nakłoniła ją do powrotu do znienawidzonego Imperium kusząc ją wizją odegrania się na ciężmiężycielach z dawnych lat. Bo myśl o wrzodach i czyrakach jakie pokryją słabeuszy z południa rozgrzewała jej stare serce. Bardzo radowała się też na możność poznania miejsc po jakich stąpała sama czcigodna Oster. Słowa wyroczni o odnalezieniu jaskini w jakiej przed mileniami ta półboska istota pracowała rozpalał wyobraźnię starej wiedźmy.
Astrid zaś była córką jarla. Właściwie jedną z jego córek. Dorodna, pełna kobiecości piękność była zbyt daleko od dziedziczenia aby liczyć na jakiś poważniejszą schedę po ojcu jaki przecież miał całkiem sporo potomków z różnymi kobietami. Więc musiała polegać na dobrym ożenku albo zdobyciu własnej sławy i chwały. Poza atrakcyjnym wyglądem miała talent do języków obcych. I czasem służyła ojcu jako tłumacz. Z całej grupki ona chyba najlepiej mówiła w reikspiel. Chociaż na imperialne ucho Egona to czy dałby się nabrać, że jest z Imperium czy nie to trudno było mu ocenić. Napewno miała zbyt prosty język aby uchodzić za szlachciankę czy osobę z wyższych sfer. Całkiem nieźle mówiła też w kislevskim i bretońskim. Więc w Neus Emskrank mogła jeszcze udawać kobietę z którejś z tych nacji. Bo imperialni rzadziej znali te języki chociaż w porcie trzeba było spodziewać się przedstawicieli tych nacji. Choćby Fabienne von Mannlieb była rodowitą Bretonką. Ostatecznie za kogo by miała podszyć się w mieście mieli zdecydować na miejscu. W reikspiel mówiła chyba nawet lepiej niż Lars i Raisa. Z tą ostatnią w naturalny sposób tworzyły żywy kontrast. Młodość, jędrnośc i ciekawość z jednej oraz starość, zmarszczki i złośliwość z tej drugiej strony. Astrid i chyba Lars jako jedyni zdradzali ciekawośc miejsca do którego płynął i traktowali to niczym awanturnicy nową przygodę. Córka jarla koniecznie chciała poznać tą niesamowitą istotę jaką była Soria, córka samej boskiej Soren. A i opowieści o jej koleżankach też wydawały się ją ciekawić.
Ostatnim pasażerem był Zog. O nim trudno było coś powiedzieć. Egon ujrzał go dopiero w porcie gdy przyszedł aby odpłynąć na południe. Pomimo trzech dni podróży morskiej w odkrytej łodzi ani razu nie widział jego twarzy bo zawsze miał na głowie kaptur. A pod nim głowę obwiązaną szalem, chustą albo jakąś maskę na twarzy. Wszystko to kryło się w cieniu kaptura a i on sam chyba ani razu się nie odezwał. Niemniej wedle słów chociaż był niewidomy to Ptasi Bóg błogosławił mu innymi zmysłami i jego strzałom także. Pomimo braku standardowych oczu był w stanie dostrzec rzeczy niewidoczne dla innych. Był też wytrawnym strzelcem, tropicielem i łowcą jaki potrafił siać w pojedynkę postrach w szeregach wroga jeśli miał swobodę działania. Zwłaszcza w lesie. I właściwie na tych słowach Egon musiał bazować bo przez całą podróż Zog nie zwrócił się do niego ani razu. Zresztą chyba do nikogo. W każdym razie nie słyszał aby kapturnik coś mówił do kogoś albo ktoś do niego.
Rozmyślania i wspomnienia przerwał mu gwałtowniejszy ruch łodzi. Byli już blisko brzegu i fale stały się bardziej odczuwalne. Jeszcze ostatni wysiłek wioślarzy i dobili do plaży. Ta jednak była mało reprezentacyjna. Nie tak biała jak ta w pobliżu Neus Emskrank. Zaś w głębi widać było szary, niegościnny krajobraz Diabelskich Mokradeł. Niezbyt daleko bo tam wiecznie wisiała mgła. Trzeba było wyskoczyć za burtę i zabrać z łodzi swoje rzeczy. Na razie nie było widać żywego ducha. I nie powinno tak blisko słonych bagien. Ale licho nie śpi jak mawiali w Imperium. Egon nie do końca był pewien jak daleko stąd jest do miasta. Na oko to chyba powinno być dzień lub pół do wylotu zatoki nad jaką położone było miasto. Stamtąd jeszcze około pół dnia wzdłuż jej niskiego, zachodniego brzegu aby dotrzeć do samego miasta. Wcześniej najdalej był w okolicach wrakowiska, tutaj na pograniczu bagien był pierwszy raz. Gdyby doszli do wrakowiska to już by wiedział gdzie są. A aby tam dojść właściwie wystarczyło iść brzegiem morza na wschód. Do zmroku mieli jeszcze z kilka dzwonów ale póki co byli pomiędzy morzem a owianymi złą sławą bagnami zaś z nieba padała monotonna mżawka.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Rosalia
Zew jaki sprowadził ją na ten imperialny krańce świata ucichł. Co prawda nie słyszała go regularnie. Ale raz na tydzień, parę dni, może rzadziej lub częściej miała jakiś sen. W nim widziała jakieś obrazy, postacie, słyszała głosy, zabawę, śmiech. A wydawało się to ledwo zapowiedzią tego co powinna znaleźć na miejscu. I tak dotarła aż tutaj. Do mieściny nad brzegiem morza o jakiej wcześniej nigdy nie słyszała. Miasto też było dziwne. Nie spotkała jeszcze miasta w którym tyle budynków byłoby pustych. Zresztą wcześniej też nie widziała morza. Dopiero tutaj. Chociaż miejscowi mówili, że to co widać z portu i w ogóle z miasta to tylko zatoka wrzynająca się w ląd. A prawdziwe morze jest za nią. Ale tego prawdziwego morza to już z brzegu miasta nie było widać.
Jednak straciła ślad. Miała wrażenie, że przybyła do miejsca jakie widziała w snach. Ale gdy wydawało jej się, że “to tu” jakoś nie mogła odnaleźć kolejnego tropu czy kroku. Nikogo tu nie znała. Niewielkie pieniądze jakie miała przy sobie się skończyły szybciej niż by chciała. Jak nie chciała żebrać na ulicy czy kupczyć tam własnym ciałem to musiała znaleźć sobie jakieś zajęcie. I tak zakręciła się wokół jednej z portowych karczm jakie tutaj nazywano tawernami. Czym różniła się karczma od tawerny tego właściwie nie umiała powiedzieć. Chyba tym, że było w niej wiecej marynarzy. W głębi lądu nie było ich prawie w ogóle. Może poza wielkimi, spławnymi rzekami ale tamci to rzeczni marynarze. A ci tutaj pływali po prawdziwym morzu.
W “Wesołej mewie” w jakiej znalazła pracę jako kelnerka było wesoło i gwarno. Chociaż klientela to była mieszanina zwykłych marynarzy, żołnierzy okrętowych, ladacznic i typów spod ciemnej gwiazdy. Wciąż była na etapie poznawania nowych ludzi i twarzy. I czekania. Na to aż coś się stanie. No i się dzisiaj stało. Wracała ze sklepu w jakim była pierwszy raz i wydawało jej się, że jak skręci w nową dla siebie ulicę to szybciej wróci do swojego domu. Jeszcze była dość wczesna pora, w sam raz aby jeszcze po powrocie coś zjeść czy odpocząć przed swoją zmianą w “Mewie”. A tu się okazało, że w plątaninie pustawych zaułków i opustoszałych kamienic nie może wrócić do znajomych rejonów. A jeszcze zaczęło mżyć. Nie był to pełnowymiarowy deszcz ale nie był to czynnik jaki zachęcał do pozostania na zewnątrz. Co robić? Próbować wrócić do sklepu i iść tak jak poprzednio? Próbować dalej dotrzeć w znajome okolicy wynajmowanego mieszkania albo “Mewy”? Rozglądała się dookoła próbując wyłapać z tej pustawej okolicy jakiś znajomy element który mógłby jej pomóc zorientować się gdzie się dokładnie znajduje. Właściwie to nic strasznego się nie stało. W którąkolwiek stronę by nie poszła pewnie w końcu trafi na coś znajomego co pozwoli jej wrócić do domu. Tyle, że zajmie jej to więcej czasu a ta mżawka nie była zbyt przyjemna. I jak się rozglądała dojrzała syrenę.

link: https://i.imgur.com/v9oZyCz.jpeg
W końcu to miasto było nad morzem więc te morskie motywy były tu powszechne a w głębi lądu skąd pochodziła prawie nieznane. Więc rzeźba syreny chyba nie była aż taka dziwna. Ale jak się jej przyjrzała to miała wrażenie, że jest w niej coś znajomego. Czyżby widziała coś takiego w swoich snach? Nie była tak do końca pewna. Może. Może tak, może nie. Widywała w tych snach różne rzeczy ale niewiele z tego utrwalało się w pamięci. Ale jakaś wilgoć była w tych snach. Teraz co prawda mżyło więc nic dziwnego, że ją czuła na skórze. Czy we śnie też mżyło? Czy to może krople tryskające z fontanny?
Zorientowała się, że ta kamienna syrena jest wewnątrz jakiegoś zarośniętego podwórza kamienicy. Widziała ją przez kraty okna parteru. Te już były stare no ale nie aż tak by je wygiąć gołymi rękami. Drzwi frontowych od dawna nie było. Więc bez trudu dało się przejść na drugą stronę. Gdy znalazła się wewnątrz opuszczonego podwórza mogła się lepiej przyjrzeć rzeźbie. To musiała być niegdyś fontanna. Teraz od dawna nieczynna była zarośnięta trawą, zleżałymi liśćmi i błotem. Aż dziwne, że ten posążek półryby był od nich w miarę czysty. Kobieca połowa rzeźby wydawała się mieć obce ale piękne i dostojne rysy twarzy. A i na biuście artysta nie oszczędzał i aż miło było na nich oko zawiesić. Przez moment Rosali wydawało się, że znów słyszy kuszący szept w swojej głowie. I może sięgnąć ku tym pięknym piersiom. Tylko jak najbardziej żywym i pełnym życia a nie twardym, zimnym i kamiennym. Nawet się nie zorientowała kiedy dłoń spoczeła jej na jej biuście posągu. Miała wrażenie, że zaciska dłonie na piersiach żywej kochanki a ta jęczy z zadowolenia. A kolejna jest tuż za nią i podobnie traktuje jej własne. Nie widziała jej twarzy bo ta była za nią ale czuła jak zanurza dłoń w jej miękkich, przyjemnych w dotyku włosach. Jak przez chwilę mignął jej przed oczami ich nietypowy, granatowy odcień. Dopiero perlisty, dziewczęcy śmiech zza jej plecami ją otrzeźwił.
- Tylko się nie zakochaj w niej bo będzie to bardzo nieszczęśliwa miłość! - zawołała prześmiewczo jakaś kobieta. Gdy Rosalia się odwróciła ujrzała jak tamta opiera się o parapet okna na pierwszym piętrze. Była tam od początku? Czy teraz skądś się tam wzięła? Tego dziewczyna z Ostermarku nie była pewna. Póki się tamta nie odezwała wydawało jej się, że jest tu sama.
- I co się tak sama tu szwendasz? Nie wiesz, że to nie jest zbyt bezpieczne? I to kobiecie. Takiej młodej i samej? Prosisz się o kłopoty. - tamta kontynuowała nie zmieniając swojej pozycji. Dzieliło ich z pół podwórza no i piętro. A brzmiało to trochę jak zaczepka nie zwiastująca nic dobrego. Zwłaszcza takim bezczelnym, kpiącym tonem. Jakby trafiła na kogoś z jakiejś bandy. Mrok piętra sprawiał, że poza twarzą jaka się wychylała poza parapet Rosalia niezbyt widziała resztę. Ale przez chwilę wiatr zawiał trochę mocniej więc zwiał kosmyk jej włosów. W nietypowym granatowym odcieniu. Tamta jednak po tym jak ją zagaiła czekała teraz na odpowiedź.
-
Oryginalny autor: Santorine
Potężna sylwetka wojownika majaczyła na burcie łodzi. Egon był odziany w swój zwykły płaszcz podróżny, pod którym skrywał się skórzany kaftan, a także zaczepiona na żelaznym łańcuchu, podbita metalem pała. Obok zaś, oparty o burtę, okutany w czarny kawałek szaty, znajdował się pokaźnej wielkości topór, który Egon kiedyś miał nadzieję wbić w karki zapatrzonych w siebie i zadufanych rajców miejskich. Gniew i nienawiść kierowały wielkim wojownikiem, lecz szał bojowy zawsze zachowywał na bitkę.
Podróż łodzią sprzyjała rozmyślaniom nad tym, co przed nimi, choć znalazł się także i czas na wspomnienia.
Wizyta w dalekiej Norsce była niczym powrót - choć Egon nie był tam nigdy - powrót do kraju, który należał do niego. Do kraju, w którym, tak jak jego mroczny patron, wyznawał siłę i dostrzegał piękno bitwy, a także piękno strumieni krwi lejących się z rozciętych arterii wrogów. Wojownicy z Norski, tak samo, jak i on, doceniali siłę ramion i doceniali także, ile może zdziałać zaciśnięta pięść, rozbijająca się na wrażej czaszce. Imponowało to Egonowi. Wiele by dał, żeby Merga, zapatrzona w swe guślarskie zapędy zawierzyła zwyczajnej wojence i pozwoliła zebrać zbrojną drużynę, która miałaby obalić zakłamane rządy ręki imperatora.
Nie zapowiadało się na to jednak. Aby opanować miasto, potrzeba było sprytu, knucia i dobrej dozy cierpliwości. Nie było to Egonowi w smak, jednak prawdą było, że czysto kalkulując siłę miasta, przewyższali ich. Nie miał jednak wątpliwości, że kiedy Neues Emskrank spłynie krwią, on będzie tam pierwszy.
Podczas pobytu w Norsce, Rogata zdawała się być zajęta przede wszystkim swoimi, pokrętnymi sprawami. Było to po myśli Egona: sam wolał zapoznać się z ziemiami północy na swój sposób.
Wieści o czarnym rycerzu przyjął ze skinieniem głowy, a także misję, którą powierzyła mu Merga. Wszelkie gusła, w ogóle, Egon traktował z niepewnością. Wizje z pewnością były przydatne, ale z drugiej strony, mogły oznaczać cokolwiek. Toteż zaakceptował misję Rogatej bez większego entuzjazmu. O wiele bardziej podobała mu się perspektywa powrotu do miasta i szkodzenia raz jeszcze szlachcie.
Poznani niedawno towarzysze sprawiali, że wierzył, że wkrótce jego cele ziszczą się: Zog, Astrid, Lars, Bjorn i Raisa zdawali się być dobrymi nabytkami dla kultu. Podczas podróży czasem wdawał się w rozmowę, przede wszystkim z Bjornem i Larsem, którzy byli mu najbliżej z powodu ich fachu: wydawało się, że Lars widział jeszcze więcej bitki, niż on sam, zaś Bjorn dorównywał mu i być może przewyższał siłą. Astrid i Raisa, jak to kobiety, chodziły swoimi ścieżkami, zaś Zog nie gadał z nikim.
Wreszcie, przetrawiwszy wszystkie swoje rozmyślania i kiedy postanowił, że dość planowania i wracania do przeszłości, przemówił do swoich nowych kamratów:
– Kamraci! - Egon podniósł głos. Szum fal rozbijających się o brzeg nieomal zagłuszał go. – Czas naszej zemsty zbliża się i wkrótce carskie szumowiny utoną we własnej krwi. Ale! Trzeba fortelu i cierpliwości. Jestem poszukiwany w Neues Emskrank i powrót do miasta może zagrozić naszej misji. Tedy trzeba rozeznać się w zaprzyjaźnionej wiosce odmieńców, na południowy wschód od miasta. Znają mnie tam, będziemy tam bezpieczni. Któż wie, może znajdzie się tam i Strupas. Nie raz tam zajeżdżał.
– Zog, na tropieniu i przepatrywaniu znasz się najlepiej z nas. Pójdziesz przodem. Za tobą będę ja, Bjorn i Lars, żeby doskoczyć w razie niebezpieczeństwa. Astrid i Raisa pójdą na samym końcu. Ich też będziemy ubezpieczać. Omińmy bagna lub trzymajmy się ich obrzeży, a dalej puśćmy się prosto do wioski. Chodźmy!
-
Oryginalny autor: Cioldan
Rosalia przebyła długą drogę by dotrzeć w miejsce w którym się znalazła. Po ucieczce od rodziców, była prawie pewna, że czeka ją tułaczka po krajach Imperium. Była to dla niej oczywistość, aż do momentu gdy miała pierwsze dziwaczne sny. Jakiś zew wołał ją na północ. Początkowo nie wiedziała gdzie. Cała jej grupa również wędrowała na północ, docelowo do Norsci, tylko nie byli pewni jeszcze z jakiego portu mieliby się tam udać. Gdy zew był coraz silniejszy, oddzieliła się od swoich towarzyszy i ruszyła sama z Limshof, a Soren ją wspierała przez całą podróż. Co dziwniejsze, im bliżej była celu, tym sny stawały się rzadsze i coraz mniej zrozumiałe. Tak też, już w samym Neues Emskrank odkąd przybyła, nie miewała już tych snów, również nie czuła zewu, który ją tu przywlekł.
Pierwsze dni po przybyciu, do tego nadmorskiego miasta, nie były proste. Na początku doznała szoku widząc miejscową rzekę, która nie przypominała niczego co dotychczas widziała. Na myśl przychodził jej tylko ten piękniejszy, zielonkawy księżyc. Wszystkie oszczędności jakie miała (a raczej zabrała swojej grupie z którą podróżowała) musiały być wydane na wynajem jakiegoś mieszkania oraz żywność w pierwsze tygodnie mieszkania. Skromne lokum w kamienicy znalazła w dzielnicy portowej, bardzo blisko centrum. W domowym zaciszu mogła spokojnie oddać się modłom do Slaanesh'a, a gdy chciała odprawiać jakieś modły z użyciem świec, to udawała siędo jaskini, którą znalazła po drodze do Neues Emskrank. Należała jeszcze sezon temu do dość sporego niedźwiedzia, ale ten tym razem nie obudził się z zimowego snu. Jego truchło spaliła, a miejsce to zostało jej odskocznią od miasta.
Pracę zdobyła w miarę szybko w pobliskiej tawernie i mogła odetchnąć z ulgą, gdyż w końcu stać ją było na jakieś drobiazgi do niemal pustego mieszkania. Oczywiście jedzenie też było przydatne.
Nie poznała jeszcze dobrze miasta, praktycznie ciągle chodziła jedną trasą. Dom - praca - sklep - dom. Raz czy dwa razy obeszła akademię i odwiedziła port w dzień. Nie poznała też póki co zbyt wiele osób. Oczywiście współpracowników, ale też dostawcę Ruperta, skrybę z ratusza Angelę czy braci Oserbergerów. Z jednym z braci, konrketnie tym od apteki, weszła w dość specyficzny układ, korzystny dla obu stron. Miała też nieprzyjemność poznać Hertwiga, znają się też po "imieniu" z Czarną Jagodą, a także poznała pokojówkę rodziny van Zee. Od niej usłyszała plotki o teatrze, do którego chciałaby dołączyć.
Teraz jednak wszystkie rozważania musiała odłożyć na bok. Stała blisko statuy kobiety z rybim ogonem. Wybita z błogiego transu przez jakąś ciekawską panienkę z okienka. No, a było tak miło. Kobieta na pewno widziała wszystko, a i pewnie wciąż mogła widzieć przez zwiewną koszulę Rosalii, dwa sterczące punkty na jej piersiach. Podniecenie tak szybko nie przeszło, a lekko zaskoczona całą sytuacją postanowiła wdać się w rozmowę z tajemniczą dla niej postacią- Zwiedzam! Rzadko spotyka się tak realistyczne pomniki, aż musiałam lepiej go zbadać. A raczej ją - tu Rosalia szczerze się roześmiała, nie wiedziała też czy kobieta nie ma przypadkiem jakiś złych zamiarów. Nigdy jej nie widziała w tawernie, bo taki odcień włosów nie był zbyt popularny. Ba! W ogóle nie był spotykany. Bischofówna kontynuowała
- Jako, że przerwałaś moje oględziny... muszę wrócić do domu, bo jestem cała mokra! No wiesz, od tej całej mżawki... -Odpowiedziała Rosalia, ale wcale nie ruszyła się dalej. Jakby czekała chwilę na reakcję, starając się patrzeć prosto w oczy granatowłosej dziewce.
- No właśnie widziałam. Jak sobie poczynasz przy tym zwiedzaniu. I gdzie dotykałaś tą syrenkę. W bardzo nieprzyzwoity sposób. To nie przystoi porządnej dziewczynie. Nie wiesz, że kobieta to powinna takimi rzeczami interesować się tylko ze swoim mężem? I tylko z nim obcować? Wszystko inne jest zakazane przez dobrych bogów i ich kapłanów. - kobieta nie zmieniła za bardzo swojej pozycji przez co góra jej twarzy tonęła w półmroku padającym od dachu i górnych pięter. Więc jej mimika z odległości pół podwórka była dla Rosalii słabiej czytelna. Musiała bardziej posłużyć się tonem jej głosu. A ten wydawał się jej dwuznaczny. Właściwie powiedziała to co każda matka, ciotka czy babka albo chociaż guwernantka powinna powiedzieć młodej podopiecznej. Zwłaszcza jakby ta zdradzała takie nietypowe zachowania. Jednak ton nieznajomej wydawał się być nieco kpiący albo prowokujący. Przez co dawało to nieco rozbieżne wrażenie.
- To Sigmar mnie próbuje, a ja pokornie badam tutejszą kulturę. Dogłębnie. Z drugiej strony, może gdyby Sigmar tak wyglądał, to miałby więcej wyznawców? Nas oczywiście przekonywać nie trzeba, prawda?- tu zrobiła pauzę, ale nie dała już szansy na odpowiedź, gdyż sama zakończyła tę rozmowę - Czas na mnie, pewnie jeszcze odwiedzę ten tajemniczy posąg. Niech Bogowie będą z Tobą- wykonała kurtuazyjny skłon i w końcu ruszyła dalej, ale z przeświadczeniem, że musi koniecznie zapamiętać drogę do tego pomnika.Postanowiła, że musi tu wrócić, może następnym razem nikt jej nie przerwie. Albo znów przerwie, co też może być intrygujące. Tymczasem skupiała się na powrocie do domu.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto w Aptece
Otto podziwiał muchy zbliżył delikatnie twarz do jednej z nich.
- Można je dotykać? Są takie piękne, aż trudno się powstrzymać.
- Raczej można. Ale mogą ugryźć. - mutantka odparła przyglądając się półkom z klatkami na drób w jakich gospodarze trzymali muchy Oster. Na kształt nawet były całkiem podobne do takich zwykłych jakie można było spotkać na co dzień. Tyle, że wielokrotnie większe. Z bliska wydawało się, że te jakie aptekarz nazywał małymi i tak były spore bo korpus był wielkości domowego kota. A te duże chyba nie mieściły się w klatce bo ktoś ogrodził prętami przestrzeń między półkami tworząc z nich dużą klatkę. Te miały tułów wielkości średniego psa. Oprócz tego przez kraty i siatki trzeciej celi wydać było też kokony w jakich przepoczwarzały się larwy. Też w dwóch rozmiarach.
Otto podszedł do jednej z średnich much, postanowił spróbować z esencją Soren pływającą w jej duszy, spokojnie włożył rękę do klatki z zamiarem pogłaskania korpusu owada.
- Spokojnie, malutka. Chcę tylko podziwiać twoje piękno.
Musiał wejść do celi. A wcześniej Dorna otworzyła mu drzwi zamknięte do tej pory skoblem i kłódką. Gdy podszedł bliżej insekty zaczęły się denerwować i tłuc w kraty jak ptaki chcące uciec przed zbliżającym się drapieżnikiem. Brak gwałtownych ruchów jednak uspokoił je. Stopniowo osiadały to tu to tam. Gdy włożył dłoń do środka sytuacja powtórzyła się. Stworzenia w pierwszej chwili próbowały uciec ale wewnątrz klatki nie było to za bardzo możliwe.
- Nie znają cię. Z nami są już trochę oswojone. Spróbuj poruszyć miską. Pomyślą, że coś im dajesz do jedzenia. - poradziła szaroskóra mutantka. Na dnie klatki stała miska z jakimś płynem. Jak nią poruszył muchy po chwili wahania poleciały bliżej. Jak były zajęte ssaniem tego płynu zyskał okazję aby je pogłaskać. Korpus wydawał się być sztywną skorupą i poza tym trudno było coś więcej wyczuć na sam dotyk.
Otto i Tobias
Mnich wpuścił nauczyciela do swego mieszkania i wysłuchał sugestii.
- Akademia! Zapomniałem kompletnie. - zawołał - Twoja teoria ma sens. Nie wiem czy Sigismundus by wiedział coś więcej, pewnie nie zagłębiał się dalej niż sprawy hodowli, Nurglita. - Otto wzruszył ramionami - Jeżeli żadna z dziewczyn się nie zdecyduje, to ja poświęcę się dla sprawy. I tak miałem to zaproponować przy Strażniku, więc tu nie ma zmartwień. - Jednooki kultysta zastanowił się chwilę - Co do Fabienne można spróbować. Co prawda to kobieta i Bretonka, nie wiem jak Imperialne Wilki Morskie zareagują na to. Jestem pewny, że Fabi się zgodzi. To coś nowego dla niej, a ona lubi nowe doznania. Odwiedzą ją w najbliższym czasie to pogadam z nią.
- No tak, nasze dziedzictwo jest gdzieś tam na bagnach a klucz do niej jest w lochach Akademii. Zapewne Starszy przychyli się do naszej prośby jak poprosimy o wsparcie reszty zboru. Tak jak było ze świątynią i resztą. No ale musimy przyjść z czymś więcej niż pustymi rękami i prośbami. Sam rozumiesz, że to lepiej wyglada. Inaczej wyjdziemy na niezaradnych. Joachim zrobił dobry wstęp jak znalazł tą skrzynię no ale sama się stamtąd nie wydostanie. - guwernant wydawał się być zadowolony, że młodszy ale też wykształcony kolega poparł jego pomysł. I lekko przypomniał, że w sprawie dziedzictwa Vesty jak na razie mają niewielkie osiągnięcia. Co pewnie go drażniło zwłaszcza gdy nurglici i slaaneshytki już byli na tym polu mocno do przodu.
- I naprawdę byś dał się zasiać? Odważne. Odważne. Pewnie pamiętasz, że Merga ostrzegała, że jest pewne ryzyko. A szkoda by było stracić tak obiecującego członka naszej małej społeczności. Któraś z naszych dziewczyn mogłaby się zgłosić. Nawet myślałem o tej Laurze. Sam ją zasiałeś ostatnio u Pirory. To teraz pewnie ma je w sobie. Jak tak jej się podoba można by ją znów zasiać gdyby akurat potrzebne to było dla sprawy Akademii. Tylko waham się czy można jej zaufać na tyle aby ją zabrać na taką akcję. Właściwie nie jest w naszej rodzinie. Mogłaby być jakakolwiek z nich co tam były ostatnio u Pirory. Ta Fabienne też. Wydaje mi się do tego odpowiednia. I właściwie nie jest z naszego zboru. I jak sam mówisz “lubi nowe doznania”. No to można by spróbować. Zwłaszcza jak jest szlachcianką i żoną kapitana to nie byłoby aż tak dziwne jakby pokazała się na Akademii. Może do tajnych lochów by jej nie wpuścili ale kto wie? Może coś by dla nas ugrała? Zresztą nawet jak byśmy robili już skok to może nam się przydać. Ona albo inna nosicielka. Bo właśnie myślę, że te nadnaturalne istoty co są jakoś związane z Siostrami mogą się jakoś wyczuwać nawzajem. Może by więc to pomogło. - wyglądało, że Tobias dostrzegł szansę aby połączyć te dwie nitki w jedną jaka by mogła pomóc w spenetrowaniu morskiej uczelni.
- A od strony prawnej to sprawdziłem to. Jej mąż jest członkiem komisji edukacyjnej. W razie jego nieobeczności może reprezentować go jego żona. Zwykle to ma miejsce gdy kogoś nie ma w mieście a małżonka albo przekazuje jego wolę albo potem jego komisji lub wymieniają się listami. Nam jednak chodzi w gruncie rzeczy o to aby ona tam mogła wejść i sie trochę pokręcić. Może by coś dla nas ugrała. - tego akurat wydawał się być pewny gdy znalazł tą furtkę w przepisach i regulaminach uczelni jaka by pozwalała aby bretońska kultystka mogła nieco swobodniej poruszać się po niej. Na razie co prawda trudno było mówić o planie wydostania niezwykłego światełka z lochów ale widocznie nauczyciel myślał aby najpierw udało się przeniknąć do Akademii aby ją zbadać pod tym kątem.
- Zabranie Fabianne na tą akcje jest mało możliwe. Jest pod ciągłą obserwacją, do tego musielibyśmy pewnie zabić wszystkich potencjalnych świadków. - chwilę się zamyślił - Jeżeli chodzi o wyczuwanie się nawzajem przez dziedzictwa Sióstr. Można by też zabrać Sorię, jako córka Soren, może również być rozpoznana przez "światełko". Laura jeszcze nie jest wtajemniczona, uważa nas pewnie co najwyżej za bandę hedonistycznych dziwaków, nie ryzykowałbym z nią. Można by porozmawiać z dziewczynami na następnym zborze. Zajmę się tym, może uda mi się którąś przekonać. - przygryzł wargę myśląc o wciągnięcie jej do rady akademii - To ma duży potencjał jeżeli chodzi o poszukiwanie rekrutów do rodziny. Najlepiej jednak jeżeli będziemy ją trzymać z daleko od tej akcji. Będzie to wyglądało przynajmniej podejrzanie, jeżeli zaraz po jej przyłączeniu się, nasza akcja miałaby miejsce. Nawet jeżeli zrobimy scenkę według planu Heinricha.
- Soria… No może. To znaczy no brała już udział w rabunku świątyni to tak, na pewno mogłaby się przydać i na samą akcję w Akademii. Ale czy by pomogła coś z tym światełkiem to nie wiem. Merga nic takiego nie mówiła a przecież miała okazję ją poznać. Ona jest córką Soren ale czy częścią dziedzictwa Sióstr to nie jestem pewien. A z tymi nosicielkami i światełkiem to Merga mówiła, że mogłoby to pomóc. Co prawda mówiła o tym strażniku Vesty no ale jak to światełko jest jakoś z nim związane to właśnie pomyślałem, że można by spróbować. Szkoda, że te nasze latawice są takie na to oporne. Jak już i tak są zaangażowane w inflitrację. - Tobias nie do końca był przekonany czy Soria mogłaby podziałać na to coś zamknięte w skrzyni jak nosicielka. I sugerował się tym co jeszcze rogata wyrocznia mówiła póki tu była. Chociaż oczywiście dostrzegał korzyść gdyby córka Soren wzięła udział w takiej bezpośredniej akcji.
- A z tą małą ladacznicą z zamtuzu no też by się mogła przydać. Jeszcze jest parę dni, te robaki chyba lubi no jakby się zgodziła i akurat miała je w sobie byłaby w sam raz. Jeszcze jest parę dni do tego skoku na Akademię. Znaczy no chyba jeszcze nie ma wyznaczonego terminu ale no właśnie nie tak, że już jutro trzeba to robić. To można by coś z nią podziałać. Koleguje się z naszymi ladacznicami to może jakoś da się wciągnąć w społkę. Wiadomo, bez pochopnych decyzji no ale sam widzisz, że jest w niej potencjał na taką akcję. - w sprawie Laury dostrzegał w niej jej atuty i traktował jak potencjalną figurę jaką może by doszła do puli gdyby dało się ją przekonać do współpracy.
- Fabienne mogłaby działać w dzień. I z tego co wiem Joachim też składał papiery na nauczyciela w Akademii. To to samo można by o nim powiedzieć. Że ledwo co go przyjęli a tu zaraz jakiś napad. Co prawda to nie tak z dnia na dzień go przyjmą, bo to trochę potrwa. Nie wiadomo czy w momencie ataku na Akademię by już tam pracował czy nie. To samo z Fabienne. Ona właściwie to nawet nie byłaby pracownikiem tylko przyszła w jakiejś sprawie. Jest szlachcianką i może zastępować swojego męża w komisji. No i ją też można by zapytać czy nie dałaby się zasiać. Wtedy by mogła wystąpić jaka nosicielka do tego światełka ze skrzyni. Właściwie każda jaka by się dała zasiać a można by jej zaufać aby ją wziąć na akcję mogłaby wystąpić w takiej roli. - guwernant zwrócił uwagę, że już ich wspólny kolega ze zboru może być narażony na podejrzenia jakie mogą wyniknąć po ataku na uczelnię morską podobne jakich jednooki obawiał się co do Bretonki. Zaoferował więc jeszcze jedną możliwość jej wykorzystania w takiej akcji.
Otto pożegnał się z Tobiasem, rozważając możliwości jakie przedstawił mu nauczyciel.
Będzie trzeba w końcu pchnąć kult w kierunku akademii, Slaanesh wzrasta, inne kulty czują się porzucone przez Starszego. Ktoś inny potrzebuje wygranej.
Następnego dnia oczywiście będzie musiał pójść do hospicjum, potem poszuka Łasicy. Potrzebuje zebrać przynajmniej ją i Silnorękiego i omówić dwie sprawy. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 54 - 2519.07.21; abt; popołudnie
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Joachim
Pierwszym wrażeniem jakie dotarło do świadomości Joachima było to, że to na czym opiera głowę jest przyjemnie miękkie ale nieco się rusza. I, że coś mokrego spływa mu po twarzy. Jak otworzył oczy to od razu je zamknął od ostrego światła. Ten ruch jednak wywołał reakcję kobiecego głosu.
- No nareszcie. Ile można się wylegiwać. - Głos był mieszaniną ulgi, irytacji i zdenerwowania. I nawet z pewną domieszką strachu. Joachim po tym pierwszym odruchu potrzebował chwilę aby się zebrać w sobie na klejny. Uzmysłowił sobie, że całe ciało go boli. Jakby po nim rozpędzony wóz przejechał.
- No nie mów, że znów zemdlałeś. - Kobieta wydawała się zirytowana i spięta gdy pewnie odkryła, że znów zamknął oczy i zaległ nieruchomo. Poczuł jak coś mokrego i miękkiego przesuwa mu się po twarzy. Chyba przemywała mu ją jakąś mokrą szmatką. To pewnie było to. Znów dał radę otworzyć oczy aby się rozejrzeć w otoczeniu. Tym razem zobaczył nad sobą ładne, złote loki jakie opadały na równie ładny dekolt właścicielki. Okolony bielą koszuli z falbankowym wykończeniem i błękitem sukni. Po włosach i ubraniu zorientował się, że to ta kultystka co udawała kelnerkę gdy tu przyszli z Gunterem. Widocznie położyła sobie jego głowę na swoim udzie i próbowała doprowadzić go do porządku. Jak nieco uniósł głowę zorientował się, że leży na jednej z kuchennych ław.
- No już ci lepiej? To wstawaj. Nie mamy czasu aby się tu wylegiwać. Prędzej czy później ktoś przyjedzie do tego zajazdu. - Skoro nie zamierzał znów zemdleć to pomogła mu podnieść się do pionu. Złapała go za plecy i ramiona. Zabolało! Ale nie na tyle aby stracił świadomość. Po tym wspólnym wysiłku siedział już na ławie na której przed chwilą leżał. Kobieta wstała i podeszła do stołu. Mimo osłabienia widział jej zgrabną kibić. Wróciła z kubkiem wina jakie mu podała.

link: https://i.imgur.com/C5QFwzQ.jpeg
- Pij. To na wzmocnienie. - Rzekła do niego wciskając mu kubek do ręki. Gdy zobaczył płyn od razu odkrył jak silne ma pragnienie. Wino było doprawione jakąś brendy albo pitnym miodem ale przyjemnie spływało w gardle. Wypił duszkiem całość więc dziewczyna wróciła do stołu aby napełnić kubek ponownie.
- Co tam się stało? W piwnicy. - Zapytała dając mu do ręki pełny kubek. Przypomniał sobie, że jej tam chyba nie było. Została na górze. Fenk i reszta zeszli na dół aby odprawić rytuał. Jak się okazało wezwania demona. Trafił na swoich. A gdy i oni rozpoznali go jako brata w wierze rozwiązali go i przyjęli jak swego. Joachim postanowił zostać i uczestniczyć w tym rytuale. Do tej pory miał w tym skromne doświadczenia. Udało mu się przyzwać chochliki jakie przygotowała mu jego mentorka, Merga Złotooka. Rytuał udał się o tyle, że Fenkowi udało się przyzwać istotę z piekielnej rzeczywistości. Tylko później coś poszło nie tak bo demon zaatakował ich. I zaczął wyrzynać bez litości. Burzooki nie był pewien co się stało w szczegółach. Może Fenkowi zabrakło woli do zapanowania nad innowymiarowcem. Może w zaklęciu brakowało elementu kontroli nad przyzwanym o czym wspominała Merga podczas nauk. Mówiła też, że demony mają własne plany w swoim piekielnym wymiarze i wcale nie mają ochoty służyć jakimś śmiertelnikom. Dlatego gdy tylko mogą dają wyraz swojemu niezadowoleniu a gdy śmiertelnik jest zbyt silny na bezpośredni atak to knują jak przyczynić się do jego klęski nawet jeśli mu służą. Coś takiego właśnie stało się na dole w lochu pod podłogą “Podkowy”. Demon nad którym nikt nie panował zaatakował śmiertelników.
Joachim niezbyt był pewien co się dalej stało. Pamiętał, że uzbierał moc aby wypuścić zaklęcie. Przez moment światła błyskawic rozjaśniły loch i trafiły w poczwarę. I wtedy ta jakby rozbłysła tak mocno, że chyba mag stracił przytomność. Poczwara wybuchła? Czy miała na sobie jakieś zaklęcie ochronne? Razem z tym światłem uderzył w niego jakaś fala dymu. Pamiętał też krzyki przerażenia i bólu rozdzieranych kłami i pazurami mężczyzn ale nie był pewien jak to umiejscowić w czasie. To było przed jego błyskawicą? Czy to się działo jak leżał na podłodze lochu? Nie był też pewien jak się wydostał na górę. Ani czy ktoś oprócz niego przeżył. I ta figurka z początku rytuału. Teraz już wiedział, że przedstawiała miniaturkę przyzwanego potwora. Mniej więcej, bo ten pulsował i zmieniał barwy, jakieś macki, pazury i paszcze wyłaniały się z niego to wchłaniał je z powrotem. Ale ta figurka była sercem rytuału, musiała być powiązana z demonem i pomagała go przyzwać. Nie był pewien co się z nią stało w trakcie walki.
Teraz jak się oglądał odkrył, że ma brudne ubranie pokryte jakimś pyłem. Może od tej podłogi w lochu a może od tego dymu co pamiętał. Dłonie też miał brudne w podobny sposób. Głowa go bolała i wyczuł palcami, że nad uchem ma opuchliznę.
- Twój służący cię wyniósł. Kazałam mu przywalić klapę do lochu. Tak na wszelki wypadek. A teraz jest na piętrze, pilnuje czy ktoś nie jedzie. Musimy stąd zmiatać. A przynajmniej ja zamierzam, wy jak chcecie to sobie tu balujcie ile wlezie, cała karczma dla was. - Blondynka niechcący odpowiedziała na część jego nie zadanych pytań. Gdy wypił drugi kubek ponownie podeszła do stołu i go napełniła ale tym razem dla siebie. Była wyraźnie zaniepokojona i spięta. Joachim zaś czuł, że jej zabiegi zaczynają przynosić efekt bo poczuł się na tyle silny aby spróbować wstać. Obserwowała go uważnie jakby czekając czy sobie poradzi albo aby go złapać gdyby upadł. Wtedy usłyszeli szybko zbiegające po schodach kroki. Ktoś po nich zbiegał po czym skierował się prosto do kuchni. Gunter.
- Drogą jedzie czterech jeźdźców! To chyba strażnicy dróg! Jadą od południa w naszą stronę! - Ogłosił z wejścia jego służący. I widząc swojego pana już na nogach szybko podszedł do niego. - Jak się czujesz panie? - zapytał oglądając go z troską czytelną w głosie i na twarzy.
- Strażnicy dróg!? No, że też to musieli być właśnie oni! - Prychnęła Darcy z wyraźną złością. - Nie zamierzam im się tłumaczyć, spadam stąd! - Obwieściła dwójce mężczyzn i ruszyła w stronę wyjścia.
- Zobaczą cię jeśli wyjdziesz przez bramę. - Ostrzegł ją Gunter co ją zastopowało. Spojrzała na niego z konsternacją.
- Wespnę się przez palisadę od tyłu i dam nura w las. Moi chłopcy mnie ochronią. - Powiedziała szybko podejmując decyzję jak zamierza się uratować przed wścibskimi pytaniami stróżów prawa. Na oko Joachima karczma wyglądała całkiem normalnie. Nie było śladów walki ani nic podejrzanego. Dlatego przecież on sam i Gunter dali się początkowo na to nabrać ładnej kelnerce. Co innego gdyby ktoś zajrzał do piwnicy albo znał pierwotną obsługę gospody.
- Skąd wiesz, że tu zajadą? Może pojadą dalej? - Służący Joachima zagadnął blondynkę o coś jeszcze.
- Zobaczą zamkniętą bramę, to podejrzane. W dzień powinna być otwarta. Poza tym w okolicy po drodze nie ma nic innego aby coś zjeść i przepłukać gardło. Tylko jakby się spieszyli to mogliby pojechać dalej bez zatrzymywania ale zamknięta brama i tak zwróci ich uwagę. Kobieta wydawała się całkiem nieźle zorientowana w okolicy.
- Nie mamy koni, nie uciekniemy im. - Przypomniał Gunter zerkając nerwowo to na blondwłosą kultystkę.
- To uciekajcie w las. Poproszę moich chłopców aby was nie ruszali. - Odparła szybko kobieta do tej pory tak świetnie udającą kelnerkę.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Otto
Mnichowi przydał się ten dzień odpoczynku. Ciało po wczorajszej bójce wciąż miał obolałe i zesztywniałe, w ruchach więc dało się zauważyć sztywność. Ale to nie wpływało na jasność umysłu. A jak został sam miał do przemyślenia całkiem sporo rzeczy. Jak choćby poranna wizyta a aptece Sigismundusa. Jego co prawda nie zastał ale rolę gospodyni pod jego nieobecność pełniła Dorna.
To właśnie z kolczastą mutantką przeprowadził eksperyment z esencją lady Sorii. Początkowo koleżanka Lilly pokazała mu jak karmi muchy wodą z cukrem. Rzeczywiście owady podlatywały do miski z płynną słodkością i spijały ją swoimi krótkimi trąbkami. Widział wyraźnie które są duże a które małe. Te mniejsze miały korpus wielkości dorodnego kota a te większe to miały z pół metra, może nawet trochę więcej. Jak się na nie patrzyło wydawało się niesamowite, że ich cykl życiowy zaczynał się od ziarnka życia dużego jak ziarnko grochu jakie wsadzono w gościnne ciało nosicielki. Albo, że kobieta mogła wydać na świat coś tak innego od człowieka. Niemniej Otto razem z Dorną na własne oczy widzieli te bzyczące insekty po drugiej stronie krat.
- A ja odkryłam, ze miód też lubią. Nawet bardziej niż wodę z cukrem. - Pochwaliła się mutantka o niezdrowej, szarozielonej cerze. Przyniosła dzban miodu i wsadziła do środka palec. Po czym przejechała nim po dnie klatki. Zostawił on miodową kreskę jaka szybko zwabiła owady. Zaczęły pochłaniać słodkości swoimi krótkimi trąbkami. Kolczastowłosa była dumna ze swojeg odkrycia.
To wszystko jednak zdało się niewinną, dziecinną zabawą w porównaniu do efektu jaki na muchach wywołała esencja Soren. Gdy mnich wsadził umoczył w niej palec widział jak przezroczysta, nieco klejąca substancja spływa po nim. Od razu poczuł jej przyjemny, pobudzający aromat. I coś energetycznego spłynęł mu do ledźwi niczym kuszące spojrzenie roznegliżowanej ladacznicy. Ale wsadził dłoń między pręty klatki. Nie czekał długo. Owady zaczęły wibrować skrzydłami i węszyć swoimi krótkimi trąbkami. Esencja córki Soren podziałała także na nie. Szybko zaczęły się kotłować przy jego dłoni. Czuł drapanie ich odnóży, to jak trąbkami spijają ten nektar rozkoszy. Jak przepychają się między sobą niczym psy walczące o dostęp do suki z cieczką. Ożywione waliły na oślep w ściany i kraty klatki jakby chciały ją rozwalić i wyrwać się na wolność. Te które miały pecha być w innych klatkach także. Zresztą i Otto czuł podniecenie. Jego lędźwie pulsowały i były gotowe do użycia. Oddech przyspieszył, krew pulsowała w żyłach i myśl aby sfinalizować to uczucie choćby z niezbyt urodziwą Dorną jakoś sama plątała mu się po głowie. Z bliska widział jak z odwłoków much wysuwają się mięsiste rurki albo krótkie macki. Co przywodziło na myśl przyrodzenie większych stworzeń. Pulsowały sztubacko i owady wykonywały odwłokiem ruchy jednoznacznie kojarzące się z kopulacją.
- Otto! Zobacz! - Krzyknęła mutantka a gdy spojrzał obok postrzegł wytrysk jakiejś cieczy zza krat. Gdy opadła na ziemie rozpoznał jaja Oster oraz klejącą substancję jaka je pokrywała. Po chwili sytuacja powtórzyła się i wewnątrz klatek, na prętach i podłodze wylądowało jeszcze kilka takich strug. W końcu esencja wężowej milady albo została pochłonięta przez muchy albo przestała działać bo sytuacja z wolna zaczęła się normować. Muchy niczym po skończonym stosunku znalazły sobie swoje miejsce w klatce i zaczęły sobie czyścić skrzydła, opętańcze bzyczenie i walenie w klatki też zamarło. Wszystko z wolna zaczęło wyglądać tak jak na początku gdy oboje weszli do celi po lewej gdzie Sigismundus ze Strupasem zbudowali schronienie dla dziedzictwa Oster. Mnich też poczuł, że podniecenie jakie ogarnęło jego ciało stopniowo opada. Lady Soria potrafiła wywoływać żądzę nawet jak jej nie było w pobliżu. I to nie tylko u ludzi.
- Zobacz. Są trochę inne. Ale Sigismundus miał rację! One mogą się rozmnażać! - Dorna na wszelki wypadek wolała zostać przed drzwiami celi, teraz weszła do środka. Zafascynowana pochyliła się nad nowymi jajami pokrytymi lepką substancją. Wzięła między palce małe ziarenko życia. Jednooki też miał okazję im się przyjrzeć. Były nieco mniejsze od tych co widzieli do tej pory. Za to miały mocniejsze barwy. Dorna powiedziała, że te co mieli dotąd przy tych nowych wydają się napuchnięte od wilgoci i wyblakłe. Coś w tym mogło być. Śluz jaki je pokrywał też wydawał się być bardziej lepki i jakby świeższy, miał nawet specyficzny zapach jaki drażnił nozdrza ale trudno go było do czegoś porównać. Ale te jaja jakie zabrali z jaskini Oster miały za sobą milenia więc może upływ czasu miał na to wpływ, że się różnią od tych co muchy wydały na świat dopiero co.
Gdy się żegnali Dorna była w wyśmienitym humorze. Cały czas powtarzała, że szkoda, że Sigismundus tego nie widział. W końcu on był duchowym ojcem tej muszej hodowli. I jeszcze zapytała czy chciałby zabrać torbę ze strzykwami jakie aptekarz dla niego przygotował. Były tam zarówno te z jajami jak i odżywkami. Ot, tak na wszelki wypadek gdyby trafiła się jakaś okazja.
Gdy wrócił do domu odwiedził go Tobias. Podzielił się z nim pomysłem na użycie nosicielki w akcji wydobycia magicznego światełka z trzewi akademii. Nauczyciel bardzo chciał dostać się do wiedzy Vesny ów nadnaturalny cud zamknięty w skrzyni jaką niedawno widział ich kolega Joachim wydawał się być móc pełnić rolę klucza lub przewodnika. Tylko, że jak dodało się do tego opowieści o wybuchających głowach tych co transportowali skrzynię do lochów akademii to wskazywało mu, że bezpośredni kontakt z artefaktem może być niebezpieczny. Tu jednak właśnie przychodził pomysł z użyciem nosicielki wypełnionej dziedzictwem Oster. A jakie miało w sobie pierwiastek także pozostałych sióstr. Tobias liczył więc, że taka kobieta może być odpowiednia do pierwszego kontaktu ze światełkiem.
Obaj uznali, że pomysł wydaje się mieć ręce i nogi ale oczywiście rozbijał się o brak odpowiedniej nosicielki. Bo większość koleżanek jakie omawiali albo nie kwapiła się aby dać się zasiać albo była spoza kultu i nie było pewne jak się odniesie do napadu na akademię i czy później będzie można jej zaufać, że nie puści słowa z ust na ten temat. Pod koniec dyskusji Tobias był nieźle umęczony tą kwadraturą koła.
- Doszedłem do wniosku, że kluczowa jest postawa Łasicy i lady Sorii. Łasica jest naturalną liderką ladacznic i ma na nie duży wpływ. Jak ona jest przeciwna zasianiu to i dla innych jest to dodatkowym usprawiedliwieniem aby też odmawiać. Lady Sorię jakby się udało namówić. Ona jest ich królową, spełniają jej zachcianki. I pomyśl! Ona jest córką samej Soren a może i nie. Ale na pewno nie jest człowiekiem tak jak ty czy ja. Pomyśl jaki wyjątkowy miot by mogła wydać na świat! Albo chociaż Fabienne skoro to jakaś tam jej piąta woda po kisielu. - Tobias z werwą omawiał kolejne plany i warianty jakie mogły doprowadzić do zasiania którejś z koleżanek po to aby mogła pełnić rolę pośredniczki w akcji zdobycia światełka Vesty zamkniętego w akademii.
- Ale można też spróbować oddolnie. Choćby z Burgund. Wiadomo ona się trzyma z Łasicą. Ale jakby dorwać ją jak jest bez niej? No wiem, że do tej pory nie była chętna no ale może uda się ją urobić. Albo Lilly. Ona wydaje się podatna na takie rzeczy. Przecież też jest od tych odmieńców Kopfa jak Dorna a Dorna dała się zasiać. Może wystarczy ją poprosić ładnie aby się zgodziła? A ten nasz Słowik Północy? Sama mówiła, że przyjechała dać się tu zbrzuchacić byle nie z człowiekiem. Zasianie to może nie ciąża ale przy odpowiedniej ilości dawki jaj to ciężarny brzuch można mieć. Rozmawiałem o tym z Sigismundusem właśnie ze względu na ryzyko szybkiej ciąży w parę dni zaczął eksperymentować od niewielkich dawek. Albo tą Laurę z burdelu. Chyba jedyna co lubi takie rzeczy. No wiem, że nie jest w pełni od nas ale jeśli chodzi o zasianie to jedyna chętna i pewna ladacznica. Może jakoś da się ją sprawdzić czy by potem trzymała buzię na kłódkę. I zawsze można ją zabić po akcji. A jakby światełko miało komuś wybuchnąć głowę to lepiej jej niż komuś z nas prawda? - Dowodził swoich racji a wspomniane kobiety wydawał się traktować jak narzędzia potrzebne do wykonania planu odbicia światełka Vesty. W końcu widząc, że zaczynają się powtarzać i nowych wniosków brak nauczyciel wstał i pożegnał się.
Otto będąc w swoim mieszkaniu widział jak za oknami pada szara, monotonna mżawka. W ciele wciąż czuł bójkę z ulicznikami. Dotarło do niego, że jutro jest Marktag czyli dzień targowy. Obiecał przecież Dornie, że kupi jej coś do jedzenia aby mogła sobie coś ugotować przez następne kilka dni. No i, że rozejrzy się za ową ładną wieśniaczką z kozami albo świniami co dawniej lubiła się fraternizować z czworonogami. Tylko wizyta na targu dość mocno kolidowała z wizytą w hospicjum bo w obu miejscach wypadało się stawić z rana. Niespodziewanie to hospicjum zawitało do niego jeszcze samego dnia. Zorientował się jak usłyszał pukanie do drzwi. Bez kodu więc wiedział, że to nikt z jego tajnych braci czy sióstr. A gdy otworzył okazało się, że to brat Ludwik. Nowicjusz plebejskiego pochodzenia co przybył do hospicjum już po Otto.

link: https://i.imgur.com/gI0JHGU.jpeg
- Pochwalony bracie Otto. - Przywitał się z kolegą z pracy. - Ale cię urządzili. - Popatrzył z pewnym zafascynowaniem na spuchniętą twarz jednookiego. Rano się nie widzieli więc pewnie słyszał dlaczego przeor zwolnił go dzisiaj do domu ale sam na własne oczy dopiero teraz mógł to zobaczyć. Po tej odruchowej uwadze zaczął mówić po co przybył.
- Przeor cię wzywa do hospicjum. - Powiedział tak po prostu. - Dostał jakiś list i wyszedł jak oparzony. Nie było go ze dwa dzwony. Wrócił teraz i kazał cię wezwać. No to jestem. - Młodzian zrelacjonował mu co wie a widocznie niewiele bo był jednym z najmłodszych braci w ich placówce i często pełnił rolę posłańca. Widocznie przeor nie wtajemniczał posłańca w zbyt wiele szczegółów. Gdy młodzieniec w habicie czekał na to aż trochę starszy kolega się zbierze do wyjścia to zagaił go o coś jeszcze.
- Powiedz Otto jak ty to robisz z tymi szlachciankami? Co chwila z jakąś przychodzisz do hospicjum i one rzucają kiesą i w ogóle są całkiem miłe. - Ludwik wydawał się być zafascynowany sukcesami kolegi w zdobywaniu względów młodych, bogatych szlachcianek z którymi ostatnio pokazywał się w miejscu ich pracy całkiem często. Bogate i atrakcyjne milady widocznie nie przeszły wśród mnisiej braci niezauważone.
Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; skraj Teufelsumpf; plaża;
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Egon
Egon na tej bezimiennej, zalewanej mżawką, ponurej plaży miał się okazję przekonać, że wśród frakcji różnych boskich patronów u Norsmenów konflikty potrafiły wybuchać równie szybko i łatwo jak wśród kultu Starszego. A potrafiły się zacząć z tak błahej przyczyny jak los niewolnicy jaką na pożeganie podarował im dowódca długiej łodzi.
- I, żebyście nie mówili, że Runolf Widłobrody nie wsparł sprawy Mergi Złotookiej i Czterech Sióstr! - Zawołał gdy Egon i grupka Norsmenów zeszła już na plażę. I jako pożegnalny prezent zostawił im młodą dziewkę.

link: https://i.imgur.com/Pa5eL2I.jpeg
W ciągu trzech dni rejsu z Norsci oczywiście nie dało się nie zauważyć tej szczupłej blondynki ale także inni sojusznicy Mergi chyba brali ją za część załogi. Dziewczyna gotowała posiłki, układała liny, patroszyła ryby i chyba tylko Astrid czasem z nią rozmawiała. Być może dlatego, że jedyną kobietą oprócz niej była Raisa a nie wyglądało, aby obie przypadły do gustu. Córka wodza była młodą, atrakcyjną kobietą w kwiecie wieku świadomą swych walorów i chętnie z nich korzystających zaś nurglowa wiedźma była stara, wredna i pomarszczona która starała się zdominować rozmówcę mistycyzmem swojej wiedzy tajemnej. Niemniej nawet one z grupki jaka wysiadła na ponurą plażę wydawały się zaskoczone tym pożegnalnym prezentem Widłobrodego. Wyglądało jakby zdecydował się na to w ostatniej chwili albo trzymał to od początku jako niespodziankę.
Blondwłosa była ubrana po norsmeńsku i miała ze sobą niewielki tobołek. Podeszła do grupki jaka zeszła już na ląd i pokłoniła się swoim nowym panom. Powiedziała coś do tego ale po norsku więc Egon nie zrozumiał. I gdy Runolf Widłorogi odpływał już od wybrzeża a grupka piechurów ruszyła przez piach i mżawkę na wschód wybuchła sprzeczka. Zaczął ją Bjorn. Nie mówił w reikspiel więc gladiator nie zrozumiał co. Ale domyślił się, że chodzi o niewolnicę bo na nią pokazywał i tłumaczył coś zawzięcie. Odgryzała mu się głównie blondwłosa córka wodza a reszta znacznie mniej. W pewnym momencie berserker zwrócił się i do Egona bo ten zrozumiał swoje imię. Lars w końcu przetłumaczył mu o co chodzi.
- Bjorn chce złożyć Helgę w ofierze dla Norry. Odciąć jej głowę. Na dobry początek łowów na nowym lądzie. - Mówił Lars i dało się wyczuć, że on sam albo nie podjął jeszcze zdania albo nie jest entuzjastą tego pomysłu. Słysząc, że zaczęli rozmawiać w reikspiel, języku jakiego tylko Bjorn nie znał, Astrid bez wahania dołączyła do tej rozmowy.
- A dlaczego ona ma być ofiarą dla Norry? A dlaczego nie dla Soren? - Zaperzyła się wskazując na młodą niewolnicę. - I jak on jej odetnie głowę to już nie będzie z niej żadnego pożytku. A ofiara dla Soren to chędożenie więc wszyscy Helgę wychędożymy. Albo kto chce. A wieczorem czy jutro znów jeśli będziemy mieć ochotę. A jak on jej odetnie głowę to już nikt nie będzie miał z niej pożytku. - Jako zwolenniczka Soren miała swój punkt widzenia jak użyć Helgi. Podeszła do Egona i sympatycznie uśmiechnęła się do niego. - Sam na nią spójrz. Nic jej nie brakuje. Nie chciałbyś z niej skorzystać? No i my przecież nie mieliśmy się jeszcze okazji poznać lepiej. - Popatrzyła na niego zalotnie jakby miała ochotę na pogłębienie z nim znajomości. W te negocjacje wdarł się skrzekliwy odgłos starej szamanki.
- Chędożenie! Takim ladacznicom jak ty to tylko jedno w głowie! - Wiedźmowata Raisa dołączyła do tej słownej przepychanki dając upust swojej niechęci wobec córki wodza. - Zasiejmy ją jajami Oster! Merga mi trochę dała. To będzie poświęcenie na chwałę Oster! Helga jest młoda i silna powinna wydać dobry miot. A ty jako córka wodza też powinnaś dać przykład i dostąpić tego zaszczytu. Taka jest wola wszystkich Sióstr. - Stara kobieta uderzyła w natchniony ton i dla niej priorytetem była jej boska patronka. Na koniec wskazała strofującym tonem także na Astrid, że też powinna dać się zasiać jajami jakie koledzy Egona znaleźli w pradawnej jaskini na wschód od miasta. Egon do tej pory nie zajmował się dziedzictwem Oster ale Starszy i Merga omówili to na jednym ze spotkań jeszcze przed napadem na świątynię i rejsem do Norsci. Więc znał ogólne ich działanie. Jajami zasiewało się człowieka wsadzając je w naturalne otwory. Po paru dniach tą samą drogą wychodziły czerwie jakie następnie trzeba było zebrać i zapewnić im bezpieczne miejsce na przekształcenie się w poczwarki a w końcu dorosłe muchy. Tych much jego kult zamierzał użyć do ataku na możnych tego miasta licząc, że z okazji turnieju będzie ich wielu w jednym miejscu. Nosiciel tych jaj powinien przeżyć taki zabieg, Sigismundus udowodnił to na zasiewając Loszkę, niespełna rozumu dziewczynę o jakiej mówił, że jest tknięta reką Oster. Teraz jednak Raisa chyba zreflektowała się, że poza nią jakoś nikt nie żywi entuzjazmu do tego pomysłu więc dodała przymilnym tonem. - Ale mogę ją zasiać po chędożeniu. Mnie nie liczcie, mnie już to nie interesuje. - Zapewniła próbując się uśmiechnąć na swojej starej twarzy.
Ta cała rozmowa w obcym języku wydała się Bjornowi zbyt długa bo krzykliwie zaczął się dopominać o wyjaśnienia. A przynajmniej takie można było odnieść wrażenie. Lars odkrzyknął mu coś uspokajająco a w końcu zwrócił się do pozostałych.
- Czekajcie, czekajcie! - Uniósł ręce do góry aby zwrócić na siebie uwagę. Powtórzył pewnie to po norsku do Bjorna. Trzy kobiety zwróciły się ku niemu. Dało się zauważyć, że Helga przeszła bliżej centrum grupy aby znaleźć się w miarę możliwości z dala od berserkera. - Zapytajmy jej co umie i na co może się przydać. - Half Oks wskazał na blondwłosą niewolnicę. Wszyscy jego współplemieńcy byli zaskoczeni pomysłem aby pytać niewolnicę o zdanie. Wykorzystując chwilę ciszy Norsmen zwrócił się do niej - Mów. Co umiesz. Na co możesz się przydać? - rozkazał jej pewnym siebie ale spokojnym głosem.
- Umiem wszystko! - Wyrzuciła z siebie Helga, o dziwo w reikspiel. Chociaż z wyraźnym wschodnim akcentem jakby pochodziła z któregoś ze wschodnich prowincji Imperium albo nawet z Kisleva. To jednak w portowym mieście nie dziwiło, szlachcianka Fabienne von Mannlieb, jedna z kochanek kultu, była rodowitą Bretonką i wciąż mówiła z bretońskim akcentem i wszyscy zdawali się to akceptować. A przybyszy ze wschodu było w Neus Emskrank znacznie więcej niż z Bretonii.
- Umiem gotować, oprawiać zwierzynę, pracować w domu i gospodarstwie, usługiwać przy stole! W łożu także! Mogę się chędożyć! Znam reikspiel i kislevski, jak chcecie to mogę pójść i coś podsłuchać! Umiem też czytać i pisać w ich języku! Przydam wam się, tylko nie obcinajcie mi głowy! - Blondynka wyrzuciła z siebie na jednym tchem i mówiła gorliwie świadoma, że Bjorn ma ochotę ją skrócić o głowę.
- Jesteś z Imperium? - Astrid pierwsza się domyśliła, że mogą mieć do czynienia z jakąś norsmeńską branką. Najazdy na południowe wybrzeża i branie ludzi w niewolę było odwieczną tradycją Norsmenów.
- Tak. W połowie jestem Kislevitką. Nazywałam się Olga i byłam nastką jak mnie jarl zabrał do siebie i nauczył służyć prawdziwym bogom. Teraz jestem im oddana całkowicie. Dawniej uczyłam się prowadzić sklep dlatego umiem czytać ale to w poprzednim życiu, teraz służę tylko wam. Ale proszę, nie obcinajcie mi głowy! - Niewolnica była bliska płaczu i patrzyła po kolei na tych co mieli zdecydować o jej losie. Oprócz berserkera którego najwyraźniej się bała i starała się go unikać. Grupka Norsmenów znów pogrążyła się w dyskusji i w reikspiel i norskim ale wyglądało na to, że panuje chwiejna równowaga. Bjorn chciał złożyć krwawą ofiarę z głowy niewolnicy, Astrid spółkować z nią i resztą, Raisa zasiać niewolnicę jajami Oster a najlepiej także i córkę wodza zaś Lars przekonywał ich, że póki co lepiej mieć Helgę przy sobie a potem się zobaczy. Wyglądało na to, że tylko imperialny gladiator ma szansę przeważyć szalę albo dorzucić własny pomysł do puli.
Właśnie w tym momencie “odezwał się” Zog jaki od początku poszedł przodem przez co nie uczestniczył w kłótni o niewolnicę. ~ Na plaży jest jedna kobieta. Goła. ~ Egon nigdy wcześniej nie przeżył czegoś takiego. Bo “usłyszał” głos Zoga w swojej głowie ale jego uszy nie zarejestrowały jego głosu. Reszta albo o tym wiedziała albo była przyzwyczajona do takiego dziwnego sposobu komunikacji bo zwrócili uwagę na treść. Spojrzeli z konsternacją na zwiadowcę jak i na siebie nawzajem.
- Żywa? - Zapytał Lars nie wiedząc jeszcze co począć z tą informacją. Zog potwierdził kiwając zakapturzoną głową.
~ Tak. Rusza się. Leży na plaży. Nie wykrywam nikogo innego. ~ “Głos” odmieńca znów usłyszeli w swoich głowach. Odwrócił się i wskazał na kierunek z jakiego przyszedł ~ Widać ją z tamtej wydmy. ~ Reszta też zerknęła w tamtą stronę. Wydmę było widać ale właśnie ona blokowała widok na ową nagą kobietę. Los Helgi chwilowo zszedł na dalszy plan.
- Chodźmy zobaczyć. - Zaproponowała Astrid i reszta się zgodziła. Widocznie nietypowe zachowanie obcej kobiety wzbudziło w nich ciekawość. Wszyscy ruszyli ku wydmie Zoga. Nie była zbyt wysoka i miała dość łagodne stoki chociaż nogi zapadały się w luźnym piasku. Skulili się lub położyli na jej szczycie aby z ukrycia obserwować co jest po drugiej stronie.
- Rzeczywiście wygląda jak kobieta. - Lars zgodził się po chwili obserwacji. Obca była z jakąś setkę kroków od wydmy więc jej smukła, naga sylwetka była dobrze widoczna ale bez detali. Leżała na plecach, w leniwej pozie, podpierając się łokciami jakby syciła się mżawką jaka spadała także na jej nagie ciało. Z odchylonej do tyłu głowy spływały ku piaskowi długie, ciemne włosy.
- Wygląda na ładną. - Oceniła Astrid która od razu dostrzegła powab zgrabnej sylwetki.
- Ją też możemy zasiać jajami Oster. - Cicho zaskrzeczała Raisa uśmiechając się do siebie na tą myśl.
- Ale co ona robi sama na tym pustkowiu? I to bez ubrań? - Zastanawiał się Lars. Mimo wszystko było to mało typowe zachowanie. Bjonr zaśmiał się i zachrypiał coś cicho. Co wywołało uśmiechy u córki wodza i norsmeńskiego podróżnika.
- Bjorn mówi, że pachnie mokrą piczą. - Astrid wyjaśniła imperialnemu koledze. A norsmeński faktycznie węszył powietrze. - Mówi też, że nikogo innego nie wyczuwa. - Dorzuciła jeszcze co mówił barbarzyńca.
- Chyba grupa Norsmeńskich zdobywców nie będzie się obawiać jednej, południowej dziewki? I to gołej? - Lars wesoło do nich zagaił dając znać, że jest gotów wyjść na spotkanie ten zgrabnej i nagiej przygody. Astrid pokiwała swoją blond głową, Raisa wzruszyła ramionami, Helgi oczywiście nikt o zdanie nie pytał. Więc Halv Okse cicho powiedział coś do Bjorna w ich języku i dzikus zarechotał i powiedział coś z lubieżnym uśmiechem.
- Bjorn mówi, że pokaże tej południowej ladacznicy norsmeńską gościnność. - Lars przetłumaczył słowa kolegi na reikspiel co wywołało podobną radość w reszcie grupy. Wszyscy wydawali się gotowi pójść i sprawdzić co to za jedna wygrzewa się nago na plaży w tej ponurej mżawce.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.07.21; Aubentag; popołudnie
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Rosalia
Rosalia znów była przy tej pięknej syrenie. Dotykała jej kamiennej skóry. Po twarzy, szyi, piersiach, brzuchu. A ciało posągu pod jej dotykiem zmieniało się w ciepłe, żywe, jędrne ciało. Chętnie uginające się z rozkoszy pod jej dotykiem. Jakby powoli budziło się z wiekowego snu. Gdy dłoń kultystki zjechała na połączenie ciał kobiety i ryby odkryła, że coś tam zaczyna się ruszać. Rosnąć. Niczym męskie przyrodzenie. Sama czuła własne podniecenie. Aż tu niespodziewanie czyjeś dłonie wsunęły się od tyły pod jej pachy i ześliznęły na piersi. To był całkiem przyjemny dotyk. Czuła usta tej drugiej na swoim karku, jej oddech i wreszcie zobaczyła kątem oka kosmyk fioletowych włosów. Gdy chciała odwrócić się ku niej poczuła ogromny ból głowy. Tak bardzo, że się obudziła.
Głowa naprawdę ją bolała. Czuła pulsowanie świeżego siniaka od uderzenia. Co więcej odkryła, że siedzi na krześle. I jest do niego przywiązana. Poza tym chyba jednak była cała.
- Witamy znów wśród żywych. Wybacz jeśli mnie poniosło ale nie mogłam ryzykować. A poza tym… Zasłużyłaś sobie. - Głos innej kobiety skierował wzrok Rosalii przed siebie. Ujrzała jak tamta siedzi na innym krześle. Były w jakimś opuszczonym domu jakich pełno było w tym mieście.

link: https://i.imgur.com/d76vVhM.jpeg
Obca wyglądała jak jakaś najemniczka lub ktoś podobny. Była w spodniach co u kobiet nie było częste. A solidne pasy z bronią jeszcze bardziej to potwierdzały. Kark otulał jej kołnierz z białego futra a na dłoniach miała rękawice bez palców. Siedziała sobie wygodnie popijając coś z podróżnego, metalowego kubka. Przyglądała się swojej ofierze z zaciekawieniem. Rosalii coś świtało, że chyba ją mijała na ulicy. Ale przecież co chwila mija się kogoś na ulicy. Akurat jak wracała od tej syreny i nieznajomej jakie teraz jej się przyśniły. I widocznie ta tutaj musiała ją jakoś grzmotnąć w głowę, zaciągnąć tutaj i związać.
- Jeśli zaczniesz krzyczeć to cię zaknebluję. - Ostrzegła porywaczka gdy leniwym ruchem nalała z butelki do kubka po czym wstała i podeszła do swojej ofiary. Wydawała się napawać swoją władzą i zwycięstwem, była pewna siebie gdy podstawiła jej kubek do ust i pozwoliła się napić. Do było typowe wino rozcieńczone wodą. Ale teraz cudownie orzeźwiało i zmywało suchość w ustach. Najemniczka bez skrupułów obserwowała z góry porwaną. Gdy skończyła pić przesunęła dłonią po jej policzku.
- Ładna jesteś. Nic dziwnego, że wpadłaś w oko Helmutowi i reszcie. - Zaśmiała się ze złośliwej radości. Po czym odwróciła się i wróciła do stołu na swoje miejsce. Usiadła, założyła swoje smukłe nogi na stół, dłonie splotła za tyłem swojej głowy i znów obserwowała schwytaną ofiarę.
- Chyba nie myślałaś, że Helmut ci odpuści? Ani, że jesteś tak sprytna aby zgubić profesjonalistę? - Uśmiechnęła się do niej z wyższością. A sytuacja zdawała się ją bawić. Mówiła o przywódcy kultu z jakiego uciekła Rosalia jakby go znała osobiście. Jednak związana w ogóle jej nie kojarzyła. Bo gdyby też była członkinią ich grupy to przecież by się znały. Teraz jednak nieznajoma przestała się uśmiechać i chyba nad czym się zastanawiała. Machinalnie bawiła się kubkiem przechylając go na stole to w jedną, to w drugą stronę.
- Właściwie to on pewnie nie chciałby abyśmy ze sobą gadały. Tylko abym cię zaraz wiozła z powrotem do niego. - Rzekła po tej chwili namysłu posyłając Rosalii bystre spojrzenie. - Ale to kawał drogi i coś mi mówi, że tym razem nie chodzi tylko o to, że jakaś “siksa” go rzuciła bo wolała innego. Inaczej by nie reagował tak gwałtownie. Więc? O co tu chodzi? Daję ci szansę abyś mnie przekonała. To może wezmę twoją stronę a nie jego. Nie płaci mi aż tyle abym poszła dla niego w ogień i w sporej mierze robię to po starej znajomości. Więc? O co tu chodzi? Czemu zwiałaś? Czemu akurat tutaj? Tylko nie kłam, bo się poznam, i tylko mnie wkurzysz. - Obca wydawała się zaciekawiona historią jaka się kryje za jej pościgiem i potrafiła przyjąć negocjacyjny ton. Rosalia nie była pewna czy to poza czy naprawdę ma szansę przekonać czarnowłosą do swoich racji. A “siksę” zapewne wspomniała celowo bo Helmut lubił to określenie wobec kobiet które go czymś rozzłościły.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Retrospekcja z poprzedniej nocy
Joachim taksował spojrzeniem rozmówców uważnie, próbując ich ocenić. Skoro składali krwawe ofiary i uniknęli do tej pory wykrycia to musieli być w pewnej mierze przynajmniej kompetentni.
- Niestety nie mam dużo czasu bo chciałem jeszcze dzisiaj dostac sie do miasta. Zgadzam się, że nie ma sensu by była między nami zła krew. Nasz Zbór w mieście jest wprawdzie liczny, ale mamy ambitne plany. Myślę, że moglibyśmy sobie pomóc potencjalnie w przyszłości. Was jest więcej niż widzę przy tym stole? - u nas mamy wyznawców każdej z 4 Potęg - Joachim przybrał swoją najbardziej dyplomatyczną minę, chcąc wybadać rozmówców. Nie było miłe jak go potraktowali, ale trzeba było działać konstruktywnie, znalezienie sojuszników mogło wzmocnić jego pozycję w Zborze.
- O tak, dużo więcej. - roześmiała się Darcy jakby przyszło jej do głowy jakieś zabawne skojarzenie. Jej koledzy jednak nie byli aż tak ubawieni. Popatrzyli na nią i na siebie nawzajem nim głos zabrał czarnowłosy Fenk.
- To was też jest więcej? No dobrze. To dobrze. Może uda nam się nawiązać jakąś współpracę. W końcu mamy wspólnego wroga. Jednego dnia my możemy pomóc wam, drugiego wy nam. Dobrze to może wyglądać. - pokiwał głową jakby widział jakąś okazję do współpracy pomiędzy ich zborami nawet jak poznali się w dość niefortunnych okolicznościach.
- A może chcesz zostać na małą uroczystość? Będziemy temu bydłu w piwnicy podrzynać gardła na cześć naszych patrona. A potem… - grubas o delikatnym głosie ośmielił się nieco przychylną postawą ich gościa ale umilkł w połowie zdania speszony spojrzeniem czarnowłosego.
- My też nie możemy tu zostać zbyt długo. W końcu ktoś naprawdę może tu przyjechać w gościnę. Albo zajrzeć jacyś strażnicy dróg. Więc chcemy załatwić swoje i stąd zmiatać. - Fenk wskazał brodą na drzwi wejściowe za jakimi była brama i trakt. W końcu był środek dnia i najpopularniejsza droga z okolic Neus Emskrank jaka łączyła portowe miasto ze stolicą prowincji. Jeśli gdzieś miałby być ruch na trakcie to właśnie tutaj.
Joachim zanotował sobie w myśli, że tamta grupa była dość liczna. I oczywiście tą karczma to nie była ich stała siedziba. I też chyba kłaniali się więcej niż jednej potędze. Ta Darcy skojarzyła mu się z jedną z dziewczyn z bandy Łasicy. Pytanie w jakim stopniu mógł im zaufać. Raczej nie powinien im zdradzać wszystkich sekretów.
- Też widzę potencjał na owocną współpracę, mój Zbór ma… bardzo ambitne plany. Możemy was zaprosić na spotkanie za kilka dni.
Dziękuję za zaproszenie na waszą ceremonię, mam nie więcej niż godzinę czasu więc mogę uczestniczyć. - skinął głową po chwili wahania.
Pozostali popatrzyli po sobie jakby zastanawiali się nad tym przez chwilę. Po czym mężczyzna o zadbanym wyglądzie i długich, czarnych włosach uśmiechnął się po przyjacielsku. - Świetnie! No to nie ma co tu czekać. Darcy zostań tu i popilnuj jakby coś się działo. A wy przyjaciele chodźcie. Nie ma co tracić czasu! - Fenk sprawnie rozdał polecenia na jakie zgrabna blondynka dość obojętnie skinęła głową. Zresztą nie zrobiła ruchu jakby miała ochotę za nimi podążać tylko odprowadziła ich spojrzeniem i skoro sama została przy stole to poczęstowała się winem z dzbanka. Reszta zaś przeszła na kuchnię, potem na jej zaplecze, wreszcie do piwnicy. Tu była już nieco znajoma klapa w podłodze. Tylko tym razem Joachim i Gunther widzieli ją od góry. Drabina jednak była ta sama. Podobnie jak mroczna czeluść prowadząca do niższego poziomu. Kultyści musieli po kolei po niej schodzić aż znaleźli się w tym samym podziemu gdzie magister jakiś czas temu obudził się związany.
Tym razem jednak był tu jako gość z pokrewnej organizacji spiskowców. Łącznie było ich tu sześciu. Fenk, Gunther, ten trzeci co przez chwilę siedział z nimi w sali głównej podczas rozmowy ale się do niej nie włączał i czwarty jakiego dopiero teraz widział pierwszy raz. Jego mutacja rzucała się w oczy bo na głowie miał kostny grzebień jaki mocno by mu utrudniał wtopienie się w tłum zwykłych wieśniaków, mieszczuchów czy nawet podróżnych na trakcie. Pod ścianą lochu wciąż leżało kilka spętanych i zakneblowanych ciał. Ze dwa czy trzy już nie dawały znaku życia ale część jeszcze żyła. Tylko była pogrążona w tym dziwnym letargu.
- No i mamy tu gagatków. Pomogą nam uświetnić dzisiejszą uroczystość. Od dawna szukaliśmy tego miejsca ale dopiero niedawno udało nam się je odnaleźć. A szukaliśmy tego. - Fenk przyjął uroczysty ton pławiąc się z dumy nad pokonaniem tych przeszkód które do tej pory mu stały na drodze. I wskazał na rzecz jaka stała na półce starego regału. To był ten przedmiot jaki emanował Dhar. Dopiero teraz Joachim miał okazję mu się przyjrzeć bliżej oczami śmiertelnika. To była statuetka wielkości może pół ramienia. Przedstawiała jakieś dziwne straszydło jakie nie przypominało mu żadnego, znanego stworzenia.
- Oddamy cześć naszemu patronowi. A on ześle na nas swego sługę jaki obdarzy nas swoimi darami i łaską! - rzekł zachwycony a jego entuzjazm rozlał się i po pozostałych wspólnikach.
- Joachim z fascynacją przyglądał się statuetce, od której wcześniej wyczuwał moc. Próbował sobie przypomnieć, czy o czymś takim słyszał lub czytał, czy to od Mergi czy to podczas własnych badań.
- Chwała Panowi Przemian! - I doprawdy niezwykły artefakt, gratuluje! - skinął głową z uznaniem. - Czy mogę wziąść go w ręce?- Dobrze. Tylko ostrożnie. Ma kluczowe znaczenie podczas rytuału. - Fenk zgodził się i widać było, że dobry humor mu dopisuje. Zresztą kolegom podobnie. Wszyscy byli podekscytowani myślą o celebracji swojego zwycięstwa. Gdy magister wciął fugurkę bezksztaltnego potwora wyczuł moc jaka z niej płynie. Teraz jeszcze bardziej jakby lekko wibrowała mu w dłoni. Zaś swoim trzecim okiem widział jak przedmiot wypacza przepływający Eter emanując mroczną Dhar. Jakby to powiedzieli w altdorfskim kolegium był to przeklęty, wypaczony przedmiot z jakim nie powinno się mieć nic wspólnego. Ale dla wyznawców Mrocznych Potęg był jak cenna relikwia i dowód ingerencji ich patronów w ten świat.
Ale co przedstawia ten przedmiot tego nie był w stanie rozpoznać. Zapewne istotę z jaką był związany. A biorąc pod uwagę nieregularne kształty mogło chodzić o jakiegoś mieszkańca Eteru. Trochę był podobny to strachulców, średniej mocy demonów Tzeentcha. A trochę nie. Nie było wiadome czy to celowy zabieg artysty czy tylko symboliczne przedstawienie jakiejś istoty.
- Wiecie, czym jest istota tutaj przedstawiona? Przypomina trochę strachulca, jednego ze sług Pana Przemian’- Joachim po uważnym obejrzeniu. Następnie planował pozwolić gospodarzom na poprowadzenie rytuału.
- To Tizgaugh. - odparł dumnie Fenk ciesząc się z wrażenia jakie wywołał ich zdobyty artefakt na gościu. Po czym wziął od niego figurkę i odstawił na miejsce. - Bracia. Zgromadźmy się. Czas zacząć celebrować nasze zwycięstwo! Na cześć i chwałę naszego boskiego patrona! I jego posłańca Tizgaugha! Przygotujcie to bydło! Niech dostąpią zaszczytu współuczestnictwa w naszej mszy! - zawołał uroczystym tonem. Zaś reszta jego zboru roześmiała się radośnie. Z ochoczą zaczęli podchodzić do uśpionych ciał albo pomagać swemu liderowi. Ten zaś zaczął przygotowania do rytuału. Zaczął mazać kredą na podłodze tajemnicze glify, rozstawiać i zapalać świece, założył sobie na pierś wisior z gwiazdą Chaosu oraz jednym z licznych symboli Dwugłowego Boga. Wyglądało to całkiem podobnie do tego co Merga uczyła Joachima. Nawet ze dwa czy trzy symbole rozpoznał z tych co wyrysował czarnowłosy mag.
- Dajcie naszego gospodarza! Od niego zaczniemy! - zawołał prawie wesoło. A jego kamraci zarechotali złośliwie. Złapali za ciało nieprzytomnego, zwalistego mężczyzny i zawlekli go do swojego mistrza. Ten wyjął nóż i przez chwilę sycił się chwilą. Przejechał czubkiem noża po szyi karczmarza jakby przymierzał się jak zrobić cięcie. Po czym spojrzał na pozostałych kultystów. - Zaraz się zacznie. Wtedy już nie będzie można przerwać rytuału. Musicie mi podawać kolejne ciała. Ich krew i ofiara wzmocni siłę naszych modłów. - wyjaśnił czy też raczej przypomniał im co mają robić. Ci gorliwie pokiwali głowami a oczy płonęły im ze zniecierpliwienia i oczekiwania.
Joachim przyglądał się poczynaniom kultystów z mieszanką uczuć, w których dominowała fascynacja, choć też trochę niepokoju. Zbór Starszego unikał ofiar z ludzi, więc nie był do takich widoków zupełnie przyzwyczajony, ale z drugiej strony ostatnim co mógł zrobić to pozwolić sobie na okazanie słabości.
- Mogę pomóc - skinął głową, zamierzając robić to co pozostali.
- No to świetnie bracie, naprawdę bardzo dobrze! - Fenk pochwalił jego chęć pomocy. No i się zaczęło. Magister widział jak drugi mag wszedł w narysowany okrąg. Orientował się, że ten powinien go chronić i pomóc w rytuale. Zaś jego kamraci razem z Joachimem sprawnie przysunęli ciała bliżej tego okręgu. Ofiary albo wciąż były uśpione albo pod wpływem tych przenosin zdradzały niemrawie oznaki życia. Ale to już nie zatrzymalo rytuału przyzwania.
Fenk zaczął śpiewać pieśń. Joachim rozpoznał demoniczny chociaż nie wszystkie słowa zrozumiał. Niemniej ogólny wydźwięk był dla niego zrozumiały. Najpierw był wstęp i część pochwalna dla demona aby sobie zjednać jego przychylność. Te zaklęcia jakie przekazała mu Merga do przyzwania chochlików miały tą część mniej rozbudowana ale rogata wyrocznia uczyła, że to ze względu, że te istoty to najsłabsze z istot Eteru. Przy potężniejszych lepiej było je sobie chociaż trochę zjednać. Potem pieśń przeszła do wezwania tutaj. Powoływała się na sojusz, obietnicę smakowitych kąsków i darów dla demona. I przy tym właśnie nóż co ruz przecinał gardła podawanych czarnoksiężnikowi nieszczęśników. Bezwładne ciała padały u jego stóp a podłogę zalewała coraz szersza kałuża świeżej krwi. W nozdrza uderzał jej zapach i wydawało się, że włoski w nozdrzach, na głowie czy ręku elektryzują się od tego rodzącego się napięcia. Wszyscy to czuli, nie tylko Joachim. I to budowało wspólną więź tak samo jak krew z rozciętych tętnic skalała także ich stopy.
Magister czuł jak energie Eteru pulsują i coraz silniej wypaczają rzeczywistość. A ich źródło było w figurce maszkarona stojącej na starym stole. W pewnym momencie, zaczęła ona jakby drżeć od nagromadzonej mocy. Kultyści widali jęk podziwu i trwogi na ten nadnaturalny objaw. Ale to nie był koniec. Głos Fenka wzmagał się jak natchniony. Figurka zaś zaczęła pękać. Ze środka przez te pęknięcia zaczęło przebijać jakieś kolorowe światło. Dał się słyszeć trudny do zidentyfikowania dźwięk. Jakby świst, odległe echo jakichś głosów czy wrzasków. Przestraszeni mężczyźni cofnęli się o krok czy pół. Ale z zafascynowaniem obserwowali ten spektakl. Wreszcie figurka pękła. Coś z niej się uwolniło niczym dym. Albo płyn. Z jakiego coś zaczęło się formować. Stwór przybierał coraz bardziej stabilne kształty. Aż wreszcie uformował się ostatecznie i przez moment stał nieruchomo. Obserwował ślepiami śmiertelników i wydawało się, że to jakiś posąg. Fenk zaczął mówić słowa przywitania na co demon nieco przekrzywił swój nieforemny łeb. To nieco zdeprymowało maga jakby nie tego się spodziewał. Istota Eteru jednak w pewnym momencie wrzasnęła dziwnym, skrzekliwym jękiem. I bez wahania rzuciła się z pazurami na zaskoczonego czarnoksiężnika. Jego towarzysze byli nie mniej zdziwieni i krzyknęli w przerażeniu cofając się pod jedną ze ścian piwnicy.
Joachim zdecydował poskromić swoją ciekawość, wiedząc że ma niewielkie szanse porozumieć się z roswcieczonym demonem. Sięgnął po potęgę wiatrów magii, skupiając wolę i przywołując niszcząca błyskawicę przeciwko potworowi.