Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Seachmall
Aubentag; południe; kamienica Pirory
Mnich skłonił się divie i gospodyni.
- Lady Odette, Lady Piroro, również cieszę, że was widzę i to przy tworzeniu sztuki przepięknej. - Otto uśmiechnął się do divy - Szkoda, że modelka nie jest w odważniejszej pozie, ale od tegoż jest wyobraźnia. - spojrzał na Pirorę - Wybacz najście, ale wyuczony jestem, aby u ciebie szukać lady Sorii, przynoszę żale jednego z jej podwładnych. - mnich chwilę zastanowił - Niestety tak jak powiedziała Pirora, zwierzoludzie nie przychodzą do miasta. Mamy tylko skaveny a im bym ciebie nie oddał chociażby miałoby to ocalić mi życie. Co do błogosławionego potomstwa… - zerknął przez chwilę na Pirorę - Jest jedna opcja ku której zmierzamy. Matka Sorii jest potężną istotą błogosławioną przez bogów. Potrafi przyjąć dowolną postać i dowolną płeć, w pełni zdolną do rozpłodu.
- Matka Sorii? Ona tu jest? Pobłogosławiona przez bogów? Brzmi bardzo ekscytująco. - zdziwiła się aktorka o miodowych włosach i wydawała się być zaciekawiona tą wiadomości. Spojrzała pytająco na gospodynię.
- Jeszcze jej tu nie ma. Pracujemy nad tym aby ją tu sprowadzić. Nasza Soria ma naprawdę nietuzinkowe pochodzenie moja droga. I myślę, że też może pochwalić się także płodnością. Zresztą możesz zapytać ją sama gdy wróci ze spotkania z Fedorą. - artystka odpowiedziała koleżance w swobodnym stylu chociaż rozmawiały o płodzeniu dzieci pomiędzy kobietami bez udziału mężczyzn.
- No to ją zapytam. A te skaveny to co to? - diwa zaciekawiła się nową wzmianką jaką przyniósł jednooki mnich.
- A nie wiem. - Averlandka wzruszyła swoimi ramionami wciąż kreśląc nowe linie na płótnie. - A o jakich żalach podwładnych mówisz Otto? - spojrzała w kierunku gościa.
- Jednego podwładnego. - poprawił mnich - Grubson mi się skarżył, że czuje się porzucony. Przyznam, nie zapraszacie go na przyjęcia, a Lady Sorii nie widział od czasu przymiarki sukni. Nie ładnie tak traktować kolegę w wierze, do tego takiego, który sam jest uzdolnionym kochankiem. - Otto żartobliwie przyjął ton pouczającego nauczyciela - Skaveny… to rasa zmutowanych szczurów, mniej więcej rozmiarów krasnoluda, włochate, śmierdzące, okrutne. Potrafią być chutne, ale w najgorszym tego słowa znaczeniu.
- Hubert? - Pirora wydawała się zdziwiona takim kierunkiem rozmowy. Zastanawiała się nad tym chwilę w końcu wzruszyła ramionami. - Rzeczywiście dawno go nie było. Jakoś tak często widywałam się z Fabienne i Sorią, że załatwiałyśmy wszystko od ręki jak już byłyśmy na miejscu. No tak, można go zaprosić. Trochę niezręcznie wyszło. Rzeczywiście. No dobrze, napiszę mu bilecik z przeprosinami i zaproszeniem. - gospodyni zmitygowała się jakby do tej pory tyle rzeczy się działo na raz, że wspólnik z teatru w naturalny sposób zszedł na dalszy plan jej prywatnych zainteresowań. Artystka teatealna się nie wtrącała nie znając zapewne tego o kim mowa.
- A te skaveny jak mówisz. Da się z nimi baraszkować? Bo pierwsze słyszę o jakichś zmutowanych szczurach. To jakieś zwierzęta? - drugi z tematów na tyle zaciekawił aktorkę, że chciała się dowiedzieć czegoś jeszcze aby wyrobić sobie o nich zdanie. Nic dziwnego, ta rasa w ogóle nie była znana w Imperium i nawet jeśli ludzie spotykali się ze śladami ich działalności zwykle brali ich za jakichś podziemnych mutantów czy zwierzoludzi jacy bytują w kanałach czy podobnych skrytych przed światłem dnia miejscach.
- Da, ale naprawdę odradzam. Imperium zaprzecza ich istnieniu, nawet Inkwizycja. Ja jedynie o nich wiem, z raportów krasnoludów. A ich opisy… nie są najmilsze jeżeli idzie o kobiety, które dostali w swoje ręce. Okaleczone ciała, w tym i łona. Złamane umysły. I nie mam na myśli "baraszkowanie tak dzikie, że zostały im blizny na ciele i umyśle". Okaleczali je dla własnej radochy bycia lepszym. Co do ich pochodzenia… to jest okryte tajemnicą. To nie tyle co szczury, które mamy w spiżarni, które jakoś zmutowały w ponad metrowe, dwunogie bestie. Krasnoludy ponoć walczą z nimi od dawna. Bardzo dawna. - mnich wzruszyła ramionami - Nie powinienem o nich w sumie wspominać, nic dobrego nie wyjdzie z kontaktowaniem się z nimi. - Otto westchnął - Kiedy w sumie wróci nasza lady? Do niej też mam sprawę, którą muszę omówić.
- No szkoda. Miałam nadzieję, że trochę egzotyki umili mi czas do tego spotkania z waszymi zwierzęcymi kolegami. Pobaraszkowałabym z tymi dzikusami ale no jeśli mają okaleczać i takie tam to niezbyt mi się podoba. Chciałabym przeżyć takie zabawy w jednym kawałku i najlepiej być jeszcze zdolna na następne. - aktorka skrzywiła swoje pełne usta w grymasie rozczarowania. Widocznie ten moment ciekawości ową podziemną rasą jej minął. Przynajmniej chwilowo.
- A Soria wróci jak wróci. Kimże my jesteśmy aby jej ustawiać grafik dnia? - gospodyni dodała kilka kresek na swoim szkicu zaczętego portretu. Ale pozwoliła sobie na nieco kpiący ton aby zaznaczyć, że nie czuje się władna dyrygować swoim zacnym gościem. - Ma spotkanie z Fedorą. Wydała jej się na tyle obiecująca aby się wokół niej zakręcić. Może udałoby się dla nas pozyskać. - oznajmiła spoglądając za okno. Zastanawiała się nad czymś po czym dodała. - Nie wiem kiedy z nią skończy. Ale powinna przyjść tutaj. Jak chcesz to możesz tu na nią poczekać. Albo powiedz o co chodzi to jej przekażę. - zaproponowała koledze ze zboru.
- Postanowiłem, że chyba pora trochę pomieszać naszej opozycji w głowie. - odparł mnich - Obecnie mam plan co do drogiej Matki Somnium. Pamiętasz jak wszyscy zareagowaliśmy na zapach krwi, naszej cudownej władczyni? Chcę sprawdzić czy ciągle będzie taki efekt, jeżeli wymiesza się ją z jakimś perfumem.
- Ah tak, chodzi o tą Somnium. No tak, trochę miesza. A krew Sorii tak, boska! Mogłabym ją próbować ciągle. - gospodyni pokiwała głową na znak, że rozumie z czym mnich przychodzi. A na wspomnienie czerwonego afrodyzjaku jaki płynął w żyłach córki Soren aż się uśmiechnęła błogo. - Odette ją chyba zna. - wskazała na aktorkę jaka była jej dzisiejsza modelką.
- Zna to za dużo powiedziane. Spotkałyśmy się z jakichś okazji. Czasem daje wystepy charytatywne to na jeden z nich przyszła. Ale wiecie u nas to ona nie jest jedyną morrytką w mieście. Co prawda rzuca się w oczy bo jest młoda i ładna. A większość to stare, ponure dziady. No i ma te swoje sny czy wizje. Ale żebyśmy się jakoś szczególnie dobrze znały to bez przesady. - diwa pokręciła głową. Częściowo potwierdziła słowa blondwłosej koleżanki ale je też sprostowała. Brzmiało jakby obie z kapłanką kojarzyły się raczej ze słyszenia niż z jakiej osobistej znajomości.
- No cóż jeżeli mój plan zadziała, to może zapoznamy się z nią bardziej. - mnich się uśmiechnął - Ale muszę o tym porozmawiać z Sorią, ona lepiej zna możliwości swojego ciała. Może też coś doradzi. - zastanowił się chwilę - Piroro, masz może węgiel? To narzędzie, którym ja lepiej pracuje.
- Weź coś sobie, tam leży. - malarka wskazała mu na zakątek z narzędziami. Widać tam było sztalugi, zaczęte obrazy i szkice, mnóstwo pojemników z farbami i jeszcze czyste akrusze. Typowy, artystyczny nieład. Miał w czym wybierać. Rozmawiali jeszcze we trójkę, całkiem sporo a sławna aktorka dawała się portretować. Widać było jednak, że jej temperament nie znosi być dłużej w takim nudnym bezruchu bo im dłużej trwało to portretowanie tym była niespokojniejsza. Gdy drzwi się otworzyły i weszła przez nie Soria wydawała się przybywać diwie z odsieczą w walce z nudą i bezruchem w samą porę.
- Witaj Otto. - przywitała się z nowym gościem a sama podeszła do Pirory ciekawa jak jej wyszedł najnowszy projekt. Portret artystki z Saltmundu był już mniej więcej naszkicowany na tyle, że szło rozpoznać kogo przedstawia.
- A jak poszło z Fedorą? - zapytała w rewanżu młodziutka Averlandka.
- Myślę, że wszystko jest na dobrej drodze. - odparła z zadowoleniem Soria i wręczyła jej drobny przedmiot. Wydawało się, że to koronkowa chusteczka w jakich lubowali się szlachcice bez względu na płeć. Jak malarka ją rozwinęła okazało się, że to damska bielizna.
- To widzę, że poszło ci całkiem nieźle! - zaśmiała się machając zdobyczą przed pozostałymi.
- A to nie było aż tak trudne. Tylko trzeba naszej aktoreczce dać jakąś rolę w teatrze. Najlepiej u boku naszej sławnej diwy. - popatrzyła teraz właśnie na miodowowłosą aktorkę. Ta zaś wzruszyła ramionami.
- No ja bardzo chętnie bym zagrała jakąś sztukę no ale mamy ten cholerny zakaz z powodu żałoby. Ale jak wam zależy to mogę się z nią spotkać i poznać. Zobaczę co jest warta. - diwa po raz kolejny podkreśliła jak bardzo ciąży jej ta żałoba po księżnej - matce jaka tak bardzo ograniczyła wszelkie huczne rozrywki w jakich zwykle brylowała.
- Można też zorganizować prywatny pokaz, przed niewielką widownią. - zaproponował mnich przeciągając się, zerknął na swoje dzieło. Udało mu się zrobić zarys głowy divy, ale najwyraźniej natchniony jej urodą, lub zainspirowany nudą, zmodyfikował nieco aparycję aktorki. Dodał jej parę prążkowanych rogów, wyostrzył i przyciemnił usta, dodając strużkę krwi spływającą z ich kącika.
- Lady Sorii sprawę mam. Sprawy tak naprawdę. Po pierwsze Hubert Grubson, nasz zaprzyjaźniony krawiec, żalił mi się, że został porzucony przez swoją władczynie i resztę kultu. - Otto przyjął dramatyczny ton - Pirora obiecała poprawę, ale jako doradca spraw wiary polecam, aby wynagrodzić biedakowi znoszenie samotności z taką cierpliwością. - mnich się uśmiechnął - Druga sprawa to chciałem się ciebie poradzić. Mam zamiar wysłać do Matki Somnium wywar z lawendy, aby jej zapach pomagał jej spać i nawiązywać kontakt z Morrem. Jak sądzisz jaki wpływ miałoby dodanie kilku kropel twojej krwi do wywaru?
- No ja już rozmawiałam o tym z Otto. Postaram się go zaprosić do nas na jakąś zabawę. Rzeczywiście trochę go ostatnio zaniedbałyśmy. - gospodyni poczuła się wyrwana do odpowiedzi gdy Soria na nią spojrzała. Ta zaś pokiwała głową o licznych, grubych, prawie czarnych warkoczach.
- Dobrze. Więc go zaprośmy. - zgodziła się gładko nie mając jakichś większych przeciwwskazań w tej materii.
- A z wywarem mogłoby być różnie. Trudno powiedzieć nie wiem jak ma silną wolę i swoje skryte pragnienia. O ile wiem morryci są dość ubodzy pod tym względem. W końcu służą bogowi umarłych i żywi i ich potrzeby ich nie obchodzą. Więc wstępnie nie jest to zbyt zachęcające. Ale kto wie co tam się kryje pod tą bladolicą fasadą. Większe ryzyko widzę w czym innym. - wężowa milady szybko przeszła do drugiej sprawy o jaką zagaił ją jednooki mnich. Wydawała się nie lekceważyć zdolności oporu młodej kapłanki chociaż jak ją znała jedynie powierzchownie mogła sugerować się jedynie stereotypami.
- Jeśli będzie wiedziała od kogo ma tą pomadę to i będzie mogła pójść tym śladem. Zwłaszcza jeśli okaże się odporna na moje słodkości. Parę kropel mojej krwi mogłoby pobudzić śmiertelnika niczym przyjemny flirt czy dotyk. Ale przesądziłoby sprawę jedynie jeśli i tak by żywił dobre chęci w tej sprawie. A jak u tej bladolicej z dobrymi chęciami do pikantnych zabaw to nie mam pojęcia. Nie doszły mnie słuchy aby była jakąś rozpustnicą. - syrena nie przesądzała sprawy ale wydawała się zachowywać sporą dozę sceptycyzmu czy tak drobna dawka jej krwi wpłynie na drastyczny wzrost pożądania młodej kapłanki Morra.
- Och, nie chcę, aby rzuciła się na pierwszego mężczyznę, którego zobaczy. Tylko dać jej delikatne swędzenie z tyłu głowy. I nie tylko. - mnich się uśmiechnął - Sądzę, że można spróbować. Jest żywa, religia, rutyna i umartwianie, potrafią jedynie zmienić naturę człowieka w szept. Wszelkie pragnienia ciągle gdzieś tam są, pora jej o nich przypomnieć. Natomiast jeżeli zacznie coś podejrzewać, zwalę to na kwiaciarka od, którego kupię lawendę.
- Zdajesz się być pewien swego Otto. No cóż, jak masz pomysł i odwagę go zrealizować ja ci nie będę stawać na drodze. Użyczę ci tych paru kropel do tej lawendy. Jak będziesz gotowy to daj znać. - wężowa syrena w ludzkiej skórze przemyślała słowa jednookiego mnicha i widocznie uznała, że może przychylić się do jego prośby.
- Dziękuję, czcigodna. Skoro o tym mowa, jestem pewny, że te dwie chętnie by się za to zabrały. - uśmiechnął się do aktorek - Ja mam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, więc nie będę się uprzykrzał. - odstawił swoje dzieło na bok, ukazując co namalował. Skłonił soę kobietom - Miłej reszty dnia moje panie.
Opuścił kamienicę Pirory i ruszył w stronę apteki Sigismundusa, jeżeli gruba opuścił miasto do dokona swojej powinności w sprawie hodowli. Jeżeli nie to porozmawia z nim o wywarze dla Somnium. Po drodze może zahaczy o bazar zobaczyć czy ktoś ma może lawendę. Pogoda nigdy nie stała na drodze zysku.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 52 - 2519.07.21; abt; południe
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Joachim
- A no tak. - ładna karczmarka pokiwała swoją blond głową jakby dopiero to potwierdzenie ją usatysfakcjonowało. - No to dobrze. Co to by było gdyby wpadła tu banda zwierzoludzi? Ale bramę na wszelki wypadek zamkniemy. - rzekła i przewróciła oczami na te słyszane od rana plotki a może i na myśl, że mogły okazać się prawdziwe. I rzeczywiście po chwili dał się słyszeć przytłumiony przez ściany zajazdu głuchy odgłos zamykania bramy. Czekali tak we trójkę aż kucharz przygotuje zamówiony obiad.
- To będziecie szli do miasta? Aha. No a nie boicie się tych zwierzoludzi? Bo co jak są gdzieś tam dalej? My tu palisadę mamy no ale na trakcie to nic nie ma. A trudno się bada takie gwiazdy? Właściwie po co się to robi? - karczmarka nie mając innych gości siedziała z nimi i wypytywała z ciekawości o to czy tamto. Póki obiad nie był gotowy właściwie nie miała co innego do roboty.
- Trochę długo wam idzie z tym obiadem. - zauważył w pewnym momencie Gunther. Dziewczyna uśmiechnęła się przepraszająco.
- Mamy nowego kucharza. Jeszcze wszystkiego uczy się gdzie co jest. - odparła chcąc wyjaśnić to opóźnienie. Na oko astromanty to chyba jego służący miał rację, że trochę długo czekali na ten obiad. Ale wreszcie się doczekali. Blondynka poszła na zaplecze i po chwili wróciła z zamówieniem. Postawiła je na stole przed nimi życząc smacznego. I wreszcie mogli coś zjeść ciepłego. Jedzenie okazało się trochę mało słone ale temu mogła zaradzić sól w małym garnuszku. Za to przyjemnie spływało ciepłem do żołądka z każdym kęsem zmniejszając głód. Podobnie wino uzupełniało to wrażenie zwilżając gardło. W połączeniu z suchym i ciepłym miejscem syciło i rozleniwiało. Aż głowa zaczynała ciążyć i robiło się sennie. Karczmarka to musiała zauważyć bo popatrzyła na nich uważnie.
- Na pewno chcecie iść dalej? Bo wyglądacie jakbyście zaraz mieli tu zasnąć przy stole. Może jednak skorzystacie z któregoś z pokojów? Nie musicie wynajmować do rana. - zaproponowała. Joachim właściwie nie był już pewny co jej odpowiedział. Ani czy w ogóle coś odpowiedział. Chciało mu się spać i podparł głowę o rękę. A co było dalej to już nie pamiętał.
Nie był do końca pewien co go obudziło. Może ciężka głowa i pulsowanie w skroniach. Jakby za dużo wypił. Może jakieś głosy. Może niewygodna pozycja. Albo twarde podłoże. Chciał się podeprzeć aby zmienić pozycję. Ale nie mógł. Jak zamrugał oczami aby przezwyciężyć ten ból skroni i suchość w ustach i spróbował jeszcze raz okazało się, że miał związane nadgarstki. Był związany! Wtedy powaga sytuacja pomogła mu przezwyciężyć otępienie. Rozejrzał się dokładniej dookoła.
Był w jakiejś chyba piwnicy. Związany z rękami z tyłu. Cokolwiek widział bo na drewnianym stole stała zapalona lampa. Oświetlała wnętrze. Obok niego leżał ktoś. Chyba Gunther sądząc po ubraniu. Jego regularny, ciężki oddech wskazywał, że był pogrążony w głębokim śnie. Jeszcze obok leżały trzy albo cztery ciała. Dokładali swoje nuty do pochrapywania jego służącego. Pod sąsiednią ścianą też leżały ciała. Ze trzy lub cztery. Jednak jakieś ciemne zacieki na skórze i kompletna cisza połączona z bezwładem sugerowały, że są już bez życia. Ale było jeszcze coś. Coś po przeciwnej stronie ściany.
Stał tam stary, podniszczony kredens. Ale to nie on zwrócił uwagę Joachima. Tylko coś co w półmroku wyglądało na może dzban, małą amforę, rzeźbę czy coś podobnego. Przedmiot stał na honorowym miejscu ale detale umykały śmiertelnym oczom astromanty. Jednak jego mentalne trzecie oko wyczuwało jak ten przedmiot zakłóca przepływ Eteru. Zwłaszcza mroczne Dhar. Jak się skupił i zbadał to swoimi pozanormalnymi zmysłami to nawet była tam esencja od jego prawdziwego patrona. Rozmyślania przerwał mu odgłos kroków. Nad nim. Chyba więcej niż jedna osoba. Rozmawiali ze sobą, nawet śmiech jakiś usłyszał. Ale w końcu klapa zgrzytnęła i z góry walnęło światło lampy lub pochodni. Zaś po drabinie ktoś zaczął schodzić na dół.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna 3; apteka Sigismundusa
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa 17; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, pogodnie, łag.wiatr; chłodno (0)Otto
Jednooki mnich wciąż czuł ostatnią bójkę w kościach. Czy też raczej obolałym ciele. Zwłaszcza jak się ruszał. A musiał się ruszać aby przejść spory kawałek miasta. Sigismundus mieszkał w południowej a nie centralnej części miasta. Soria i jej wielbicielki pożegnały się z nim ciepło ale na zewnątrz chociaż było słonecznie to jednak dość chłodno. Była już z połowa dnia.
Gdy dotarł na Gnojną 3 okazało się, że mimo środka dnia apteka jest zamknięta. Co zapowiadało, że gospodarza nie zniechęcił deszczowy poranek albo wyruszył po tym jak deszcz ustał. Ani pukanie ani dzwonienie dzwonkiem nie zwabiło nikogo do drzwi. Ale aptekarz zostawił mu instrukcje co powinien w takim wypadku zrobić. Czyli przejść od drugiej strony i tam pokazał gdzie w skrytce był schowany klucz. I mnich faktycznie go tam znalazł. Po tym jak otworzył tylne drzwi znalazł się w kuchni. I tu spotkał Dornę.
- Witaj Otto. - kolczasta nosicielka przywitała się z nim trochę niepewnie. Zupełnie jak żak przyłapany przez profesora na bumelanctwie. Ale widząc znajomą twarz szybko się uspokoiła.
- Słyszałam, że ktoś się dobija od frontu. Ale Sigismundus kazał mi nikomu nie otwierać. Chyba, że ktoś by zastukał naszym kodem. - wyjaśniła mu czemu mu nie otworzyła przed chwilą. To jednak było zrozumiałe. W przeciwieństwie do Lilly jaka póki była ubrana w długą suknię całkiem dobrze wtapiała się w miejski tłum Dorna jedynie po ciemku lub w kiepskim świetle mogłaby udawać zwykłą kobietę. Była zbyt mocno oznaczona przez bogów aby to dało się przegapić. Już jej szarozielonkawa, niezdrowa karnacja od razu wpadała w oko.
- Sigismundus i Strupas odeszli rano. Jak przestało padać. Zabrali Loszkę i część hodowli. Ale ja zostałam aby popilnować reszty. - bez jowialnego grubasa jaki tu rezydował to miejsce wydawało się jakieś inne i bardziej puste. Ale obecność szarej mutantki chociaż trochę uzupełniało tą lukę. Zaproponowała gościowi coś do picia.
- Aha. Sigismundus mówił, że możesz to zabrać. Jedne to odżywki a drugie to jaja gotowe do zasiania. Dla Fabienne albo jakby ci się jakaś okazja trafiła. Tak mówił. - pokazała mu jakąś zwykłą, workowatą torbę. Jak do niej zajrzał znalazł w niej dwie mniejsze. W obu były gliniane strzykwy. Tylko jedne z jasnym korkiem w jakim były jaja a drugie ciemne w jakich była odżywka.
- Jutro trzeba będzie zasiać znowu tą ze szlaku. Sigismundus przygotował wszystko. Pokazał mi co i jak to mogę to zrobić. Ale jak chcesz to też możesz przyjść i ją zasiać. - poinformowała go jeszcze przekazując mu wolę swojego gospodarza. No i oczywiście była ciekawa czemu przybył.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim syknął z zaskoczenia i irytacji sprawdzając stan swoich więzów. Stracił czujność, dając tak się zaskoczyć, jego dar nie przyniósł mu ostrzeżenia. Widok ciał leżących bez życia wskazywał, że grał tutaj o najwyższą stawkę. Oczywiście nie do końca widoczny przedmiot przykuł jego uwagę i zaciekawienie, moc Dhar wyraźnie z niego emanowała. A to świadczyło, że schwytali go wyznawcy potęg Chaosu. Musiał to wykorzystać.
- Dzień dobry… czy może raczej dobry wieczór? - zawołał w stronę schodzących ze schodów postaci, starając się nie okazywać słabości, mimo, że właściwie był schwytanym w pułapkę więźniem.
- A dzień dobry, dzień dobry! Wyspał się panicz? Wygodnie było? - zarechotał jakiś mężczyzna o niezbyt miłej dla oka twarzy. Pierwszy zszedł po drabinie i chyba trochę się zdziwił słysząc to powitanie od więźnia. Aż sparodiował służalczy ukłon ale widać było, że jest w dobrym humorze zwycięzcy jaki jest gotów się sycić nim nad pokonanym. Z góry też doszły ich rechoty reszty towarzystwa. Po chwili zaczął schodzić kolejny mężczyzna. Ponad klapą był jeszcze jeden i ten grubas jaki wcześniej na moment wyjrzał z kuchni gdy sprawdzał dwójkę gości.
- Nie bój się! Będziesz grał główne skrzypce w dzisiejszym przedstawieniu! - zaśmiał się ten co właśnie zszedł. Było ich już dwóch i zerkali ciekawie na związanego jeńca. Chyba byli pewni swego i w ogóle się nie przejmowali niczym.
- No, chyba nie mam wyboru prawda? Straciłem czujność i dałem się schwytać. Ciekaw jestem tego przedstawienia, czy ma związek z przedmiotem emanującym mocą Dhar który wyczuwam?
Jego słowa wywołały wesoły rechot dwóch pierwszych i tego grubasa co został przy otwartej klapie. Ale ten trzeci zmrużył oczy patrząc podejrzliwie na związanego jeńca.
- Co wyczuwasz? - zapytał podejrzliwie. Jego uwaga sprawiła, że pozostała trójka przestała się śmiać i popatrzyła niepewnie na nich obu. Widać było, że czekają na jakieś wyjaśnienia.
- Wyczuwam moc związaną z Chaosem stamtąd. Służycie Mrocznym Potęgom i składacie im ofiary, prawda? - czarodziej postanowił zaryzykować i wybadać grunt. Może uda się porozumieć, jeśli to grupa kultystów nie związana ze zborem.
Teraz cała grupka spojrzała na niego a potem na siebie z zaskoczniem wymalowanym na twarzy. Ale w końcu ten co zszedł jako drugi roześmiał się rubasznie. Teraz on wywołał zdziwione spojrzenia pozostałych.
- A tak! A żebyś wiedział! I dziś się z wami zabawimy! Oddamy cześć naszym patronom a tacy jak ty nam nie przeszkodzą! I nie bój się brama i karczma jest zamknieta więc nikt nam nie będzie przeszkadzał! - po chwilowej konsternacji zarechotał gromko jakby odzyskał rezon. A cała sytuacja sprawiała mu przyjemność z osiągniętego triumfu jaki wkrótce miał się jeszcze powiększyć. Jego śmiałość i pewność siebie podobnie podziała na resztę bo też odetchnęli z ulgą i przyklasnęli jego słowom.
- Źle mnie zrozumieliście. - Joachim wyszczerzył się.
- Ja nie mam problemu z tym, jakim Patronom służycie. A to dlatego, że ja również oddaje im cześć, w szczególności Panu Przemian. Na dowód tego mogę przywołać istotę Chaosu.- Ty? - teraz widać było widać, że wydawali się mieć sporo wątpliwości. - Pewnie, pewnie, że tak. Teraz to nagle jesteś jednym z nas. Powiesz wszystko aby ocalić swoje nędzne życie. Nie z nami te numery. - prychnął ten najbardziej wygadany jakby podejrzewał go o podstęp jaki ma go wyratować z opresji.
- W mieście znajduje się potężny Zbór, nie słyszeliście o nim? W każdym razie mogę wam to udowodnić. - Joachim zaczął szykować się do wypowiedzenia zaklęcia przywołującego chowańca.
- Powie wszystko aby ocalić swoją nędzną skórę. - mruknął pogardliwie ten co zszedł pierwszy do piwnicy. Drugi spojrzał na niego z miną zastanowienia po czym z powrotem na siedzącego, związanego jeńca.
- I co? Pewnie możesz nas do nich zaprowadzić co? I jesteś bardzo ważny i masz wielu jeszcze ważniejszych znajomych. I w końcu cokolwiej byle cię nie zabijać co? - ten wygadany wydawał się podzielać wątpliwości kolegi. I chyba uważali schwytanego więźnia za desperata co powie cokolwiek byle się wykaraskać z opresji.
- Dobra nie ma na co czekać. Nie mamy całego dnia. - ten pierwszy zwrócił się do wygadanego. Ten namyślał się jeszcze ale z wolna skinął głową.
- Igor dawaj tutaj. - podniósł głowę do góry i grubas sapnął. Po czym niezdarnie zaczął się ładować na drabinę jaka aż zatrzeszczała pod jego ogromnym ciężarem.
Joachim westchnął, miał dwie opcje, mógł albo walczyć / próbować uciec (co było ryzykowne biorąc pod uwagę ilość przeciwników oraz nieznajomość terenu) albo przekonać ich, że jest tym za kogo się podaje. W tej sytuacji skupił wolę w tym wibrującym od Dhar miejscu i wypowiedział zaklęcie przywołanie chowańca, którego nauczyła go Merga.
Gdy zaczął mówić słowa krótkiego zaklęcia jakiego nauczyła go rogata wyrocznia z północy trzej mężczyźni zrobili zdziwione miny chyba nie wiedząc co to ma oznaczać. Każdy oddech dawał młodemu demonologowi te słowo zaklęcia więcej. Potrzebował ich tylko paru oraz skupić się aby z przepływającego Eteru brutalnie wyrwać garść magii, zgnieść je i upleść z nich wezwanie do innego wymiaru skąd powinien wyskoczyć jeden z chochlików jakich przygotowała mu Merga.
- On coś czaruje! Brać go! - krzyknął ten wygadany. Dwaj jego towarzysze rzucili się do przodu. Jeden z nich kopnął Joachima w brzuch powalając go na ziemię. Spaślak nie był tak żwawy i stanął mu nogą na ramieniu skutecznie je unieruchamiając. Ale rzeczywistość w piwnicy już zafalowała i pękła. Wyskoczyła z niej mała istota o dziwnych kształtach a jej obcość sprawiła, ze włosy stanęły na karku i ramionach zaś w nozdrza uderzył nieprzyjemny, skwaśniały zapach.
Joachim syknął z bólu od uderzenia, próbując się podnieść. Dawno z nikim się nie bił, odzwyczaił się od tego uczucia.
- Spójrzcie głupcy, oto wezwałem istotę z Dhar i z Etheru, sługę samego Tzeentcha, Zmieniającego Drogi! Przestańcie albo spadnie na was jego gniew!
Istota nie zrodzona z żadnych śmiertelnych trzewi jaka wyskoczyła z innego świata widocznie zaskoczyła i przestraszyła kultystów. Tego się pewnie nie spodziewali i latające straszydło nawet dość niewielkich rozmiarów zaczęło lewitować pod sufitem zaczęli krzyczeć jeden przez drugiego. Cofnęli się pod ścianę piwnicy i wyglądali jakby mieli ochotę stąd uciec. Jednak jedyna droga wiodła w górę drabiny. W końcu ten wygadany się przemógł.
- Wybacz! Nie poznaliśmy cię! Myśleliśmy, że tylko blefujesz aby uratować swoje nędzne życie! Wielu tak próbowało kłamać! Nie wiedzieliśmy, że jesteś jednym z nas! - krzyknął do czarodzieja. Tego jeszcze bolał brzuch po kopnięciu ale właściwie nie zdążyli mu zrobić nic poważniejszego.
Joachim wział głęboki oddech, odetchnął z ulgą.
- Mieliście szczęście, że nie przywołałem gromu by was spopielił…. ale lepiej poźno niż wcale…. może usiądziemy gdzieś i porozmawiamy? - planował wybadać więcej o tej grupie i jaką siłą dysponują. Może będę użytecznymi sprzymierzeńcami dla niego i Zboru?
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto westchnął.
- Chciałem się jego poradzić w jednej sprawie, ale powinienem sobie dać radę. - mnich rozejrzał się po piwnicy - Mam nadzieję, że nie będą mieli problemów po drodze. - spojrzał na mutantkę - Nie potrzebujesz czegoś? Albo nie zaprowadzić cię gdzieś wieczorem? Wątpię, abyś chciała spędzać całe dnie.
- Sigismundus zostawił mi tu co potrzeba. Ale jutro jest dzień handlowy. Zwykle garbus tam chodził aby coś kupić. Ja się do tego nie nadaję. Za bardzo rzucam się w oczy. A przydałoby się kupić parę rzeczy. - odmieniec w przeciwieństwie do jej liliowłosej koleżanki z jaskini rzucała się o wiele bardziej w oczy z powodu swojej ziemistej cery i kolcowłosów na głowie. Przez co trudno jej było się ukryć w miejskim tłumie. A jutro faktycznie był dzień handlowy jaki co tydzień pozawalał kupić coś więcej niż na co dzień.
- Dobrze, to powiedz czego ci potrzeba. Jeżeli będę na siłach, aby udać się do hospicjum to odwiedzę cię po. - mnich przyjrzał się - Natomiast jakby narzucić ci chustę na głowę i zabrać po zmroku, to raczej nie byłoby problemu. Mógłbym cię zabrać do Fabianne albo Pirory i lady Sorii.
Dorna zaczęła powoli wymieniać co by jej się przydało. Wychodziło, że głównie żywność. Jakiegoś kuraka czy kaczkę do ugotowania, jakąś większą rybę. Może jakieś ser i jajka, mleko to by mogła coś z tego zrobić na parę dni. Bo poza dniem handlowym to najłatwiej było kupić ryby właśnie i w portowym mieście nie było z tym kłopotu. Ale do tej pory zajmował się tym Strupas a jej trudno było ot tak wyjść na zewnątrz i przemierzać ulice.
- To chyba lepiej do Pirory. Bo jak rozmawiałam z Fabienne to u niej ciężko by było się ukryć jak wszyscy ją tam szpiegują. I byłoby miło chętnie bym się z nimi spotkała ale nie chciałam robić kłopotu. - przyznała na koniec uśmiechając się blado i nieśmiało.
Otto spędził jeszcze kilka godzin z Dorną, po czym pożegnał się i wrócił do domu. Ten dzień postanowił wziąć na spokojnie. W domu jeszcze chwilę popisał i położył się spać.
Jutro powinien czuć się na tyle dobrze, aby wrócić do hospicjum, zahaczy potem o Pirorę ostrzec ją o wizycie z Dorną, pójdzie po zakupy tak jak obiecał i uda się do apteki. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 53 - 2519.07.21; abt; popołudnie
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Joachim
Znów siedzieli w głównej sali karczmy. Na zewnątrz znów się rozpadało. Chyba jakaś mżawka. Ale przez to wyglądało ponuro na dnie ciemnego lasu. W środku było o wiele przyjemniej. Solidne ściany z drewnianych bali zapewniały ochronę przed słotą. Przy stole zebrała się grupa różnych osób. Oprócz Joachima i Gunthera siedziało pół tuzina osób. Część z nich wiedzieli wcześniej podczas posiłku lub w piwnicy gdy magister się ocucił a potem jak się sprawa nieco wyjaśniła wybudzono też jego ochroniarza. Okazało się to nie takie łatwe ale możliwe. Sen był wywołany ziołami nasennymi jakie podano im w posiłku. Obie strony wydawały się być sceptyczne i nieufne co do tej drugiej. Ale póki co siedzieli przy wspólnym stole. Jeden ze spiskowców szybko wyszedł z sali mówiąc, że będzie miał na oku czy ktoś się nie jedzie drogą. Była już druga połowa dnia ale pomimo mżawki jacyś podróżni mogli zacząć dobijać się do zamkniętej bramy szukając schronienia przed niepogodą. Dopiero teraz Joachim miał okazję przyjrzeć im się dokładniej.
Ten wygadany wyglądał najbardziej reprezentacyjnie i wydawało się, że on jest tu szefem. Nazywał się Fenk. Był też wielki spaślak jaki wcześniej zajmował się kuchnią to Gotthard i Sabine, ta ładna blondynka jaka robiła tu za kelnerkę. I jeszcze dwóch o jakich trudno było powiedzieć jaką pełnią rolę. Byli też ciekawi z kim mają do czynienia. Na stole postawiono dzban z winem a w dłoniach pojawiły się kubki.

link: https://i.imgur.com/HFgSbf4.jpeg
- Dość niezręczna sytuacja. Nie spodziewliśmy, że trafi nam się brat w wierze. - zaczął Fenk uśmiechając się przepraszająco. Inni pokiwali głowami.
- Na tym to polega. Jakby nas się dało rozpoznać na pierwszy rzut oka to dawno by nas wyłapali. - Darcy wzruszyła ramionami i nie wydawała się mieć poczucia winy z powodu tej “niezręcznej sytuacji”.
- To prawda. - zgodził się z nią Fenk. Podrapał się po policzku zastanawiając się nad tym wszystkim. - No ale mimo wszystko to nie mamy całego dnia. Wasze przybycie trochę opóźniło nasze plany. A jeszcze dzień to w każdej chwili ktoś może zacząć łomotać do bram. A chcielibyśmy zrobić swoje i stąd dać dyla zanim to się stanie. - rzekł ich lider wskazując brodą w kierunku frontu karczmy za jakimi było zalewane mżawką podwórze i brama wejściowa. A jeszcze za nią reszta traktu.

link: https://i.imgur.com/VqDUken.jpeg
- No i sennik przestaje działać. Zacznie budzić się ta hołota. To może nam utrudnić zadanie. - odezwał się ten grubas co wcześniej pracował w kuchni. Na to jego szef pokiwał głową na znak zgody.
- No właśnie, to kolejny powód. Więc przyjacielu no chyba by wypadało to załatwić po dobroci aby rozstać się w zgodzie. Ty masz swoje sprawy, my mamy swoje. Nie musimy sobie wchodzić w drogę. - zwrócił się do Joachima aby zaznaczyć, że na razie bogowie im sprzyjali ale nie wiadomo ile potrwa ich łaska. W każdej chwili do bram mógł zapukać jakiś podróżny albo co gorsza strażnicy dróg.
- Poczekaj Fenk. Widziałeś co on potrafi? Może nam się przydać. - rzuciła blondynka. Co prawda przyzwany chochlik Mergi już musiał wrócić w zaświaty ale jednak to musiało dać spiskowcom do myślenia co może zdziałać nieznajomy.
- No i mówił coś o jakimś zborze w mieście. Więc może być ich więcej. - przypomniał Gothard. Głos miał dziwnie delikatny w stosunku do jego ogromnej sylwetki. Fenk zastanowił się chwilę nad słowami towarzyszy i znów spojrzał na rozmówcę po drugiej stronie stołu.
- No tak, oczywiście, jak służymy temu samemu panu to możemy sobie pomóc nawzajem. Chciałem tylko zaznaczyć, że nie mamy czasu bawić się w konwenanse do białego rana. - dodał wyjaśniającym tonem.
- Ja tam służę innemu panu. Ale chwilowo nam po drodze, że tak powiem. - Darcy znów zaznaczyła swoją odrębną pozycję.
- Mój panie. Jeśli chcemy wrócić do miasta przed zamknięciem bram to nie możemy zbyt długo tu bawić. Inaczej będziemy musieli nocować w “Bramnej” albo gdzieś na trakcie. - Gunther nachylił się aby powiedzieć swoje na ucho Joachima. I chciał mu przypomnieć, że co prawda było lato więc zmierzch przychodził dość późno. A wraz z nim zamknięce miejskich bram. Ale też mieli jeszcze całkiem spory kawał do przejścia do tej bramy i im później by wyruszyli tym później by tam dotarli.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Otto
Spędził sporo czasu w aptece Sigismundusa i miał okazję chyba więcej niż kiedykolwiek wcześniej porozmawiać z szaroskórą, kolczastą mutantką. Ta odkąd przybyła do miasta najczęściej właśnie mieszkała u niego w aptece dokładając kobiecej ręki do utrzymania tego miejsca. Przez co jej dwaj koledzy wyznający Pana Much mogli się skupić na hodowli i innych sprawach kultu. Tam przez swój zwracający uwagę wygląd i słabą znajomość miasta niezbyt mogła im pomóc. Ale okazała się całkiem uważną obserwatorką.
- Te tutaj są już dorosłe. Sigismundus liczy, że będą rozmnażać się między sobą. Dlatego niektóre zostawił. - pokazała mu na muchy w klatkach na drób. Nawet korpus miały podobnej wielkości chociaż proporcje ciała miały podobne do zwykłych much a nie ptaków. - Jakby się udało mielibyśmy świeże dostawy jaj. Ale mówił, że jak wróci to spróbuje aby zasiały tą związaną. To by mogło uprościć sprawę. Bo o ochotniczkę to chyba nie byłoby tak łatwo. Może ta Laura z zamtuza. Chyba lubi takie rzeczy. Ja też bym mogła ale Sigismundus chciał sprawdzić najpierw na jakiejś innej. Nawet jakby się nie udało to nadal by mogły produkować same jaja i dalej jak teraz byśmy używali strzykw do zasiania. - rzekła jakby mimochodem o czym pewnie jeszcze tu rozmawiali we trójkę nim obaj jej koledzy dziś rano opuścili aptekę i miasto.
- I jeszcze mówił, że na targu to możesz sprawdzić czy ta co lubi z knurami czy tam kozłami to by nie przyszła. Chyba ci o tym opowiadał kiedyś. Tak mówił. No ona już nie mieszka w mieście to pewnie byś musiał popatrzeć za jakaś ładną wieśniaczką z kozami albo świniami. Mówił, że można by ją spróbować zagadać i zasiać. Albo chociaż przedstawić reszcie dziewczyn to może by były dla nas łaskawsze. Chociaż ja lubię te nasze dziewczyny. Są dla mnie bardzo miłe. Nawet Pirora i Fabienne a przecież to szlachcianki. - wspomniała w pewnym momencie o lubieżnicy na jaką wcześniej aptekarz za bardzo nie zwrócił uwagi i wydawała się być tylko tematem zabawnej anegdotki z jego kariery felczera ale teraz jak szukał możliwości powiększenia wydajności swojej hodowli to wydawał się być coraz bardziej zdesperowany aby zasiać jakąkolwiek kobietę dającą szanse na dodatkowy miot. Widocznie uznał, że jak owa wieśniaczka już wcześniej zdradzała takie odchyły od poprawności obyczajowej to może są większe szanse, że uda się ją przekonać do takiego czynu. Ale jak sam wyjechał to już nie mógł tego dopilnować.
W każdym razie w końcu się pożegnali. Dorna pomachała mu i posłała ciepły, delikatny uśmiech na pożegnanie. A potem zamknęła drzwi jakie miały ją chronić przed wścibskim światem jaki tu w mieście był dla takich odmieńców jak ona bardzo złowrogi. Jednooki mnich przeszedł z południowych rejonów miasta do centralnych aby wrócić do siebie do domu. I tu mógł odpocząć i zająć się swoimi sprawami. Zdążył już zatopić się w lekturze i piśmie gdy usłyszał pukanie do drzwi. Rozpoznawalnym sygnałem więc to pewnie był ktoś z kultu. Jak otworzył drzwi okazało się, że to jeden z najlepiej wykształconych członków kultu czyli Tobias.
- Witaj przyjacielu. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. Chciałem z tobą o czymś porozmawiać. - rzekł na wstępie z uprzejmym uśmiechem jaki tak irytował łotrzyce bo dopatrywały się w nim poczucia wyższości nad nimi.
- Słyszałem, że byłeś w aptece? No też byłem. Widocznie się rozminęliśmy. Szkoda, że Sigismundus wyjechał. Przydałaby mi się jego ekspertyza. Wpadłem na pewien pomysł. A ty z tego co widziałem też jesteś mocno zaangażowany w ich projekty. - rzekł gdy już został zaproszony przez gospodarza do środka. I uśmiechnął się ponownie tym razem niezbyt wesoło bo i jego wyjazd aptekarza i garbusa musiał zaskoczyć.
- Chodzi mi o Akademię. Nie wiem czy wiesz ale tym naszym dwój ulicznicom udało się tam dostać jako modelki. Nie chcę im psuć humorów ale szepnąłem swoje trzy grosze gdzie trzeba, że półnagie modelki na galiony to znakomity pomysł. Na pewno i tak one tego nie docenią no ale mówię ci to tak na wszelki wypadek. - rzekł gdy usiadł przy stole kładąc na stole swoją skórzaną torbę z jaką zwykle chodził na zajęcia.
- Liczę, że przydadzą się na coś jak będą się tam kręcić. Ale mam jeszcze inny pomysł. Związany z Fabienne. Ona jest żoną kapitana a on z kolei jest w radzie akademickiej. Sprawdziłem to i okazuje się, że ona chyba by mogła go reprezentować pod jego nieobecność. A z tego co wiem to go w tej chwili nie ma. To nam daje okazję wprowadzić ją na teren Akademii. Jeszcze nie wiem po co no ale zawsze to jedna osoba więcej. Może nawet więcej niż jedna? W końcu taka szlachcianka może zabrać ze sobą jakąś osobę czy dwie na taką wizytę prawda? - uśmiechnął się zadowolony ze swojego pomysłu jak zwiększyć poziom inflitracji uczelni przez członków ich kultu.
- Ale Sigismudnusa chciałem się poradzić czegoś innego. Wpadłem na pewną teorię. - rzekł nie mniej zadowolony z siebie jakby chciał przygotować grunt pod to co teraz powie.
- Pamiętasz jak Merga mówiła, że nosicielka z larwami w środku może być przepustką przez strażnika na bagnach? - zagaił do jednookiego mnicha. A temu świtało, że rzeczywiście ten temat się pojawiał gdy omawiali możliwość wyprawy na Diabelskie Bagna aby spróbować odnaleźć dziedzictwo Vesty. Tylko wtedy to się rozbijało o brak odpowiednich nosicielek.
- No więc wpadłem na pomysł, że można by jej użyć także w Akademii. Bo jeśli ten strażnik miałby ją jakoś wyczuwać i rozpoznawać to czemu to zamknięte w skrzyni światło nie? To światło też ma być jakąś przepustką do dziedzictwa naszej patronki. Więc może i ono może wyczuwać “kogoś swojego” w takiej nosicielce? W końcu to może zaprojektowała Oster ale wedle słów Mergi wszystkie Siostry dorzuciły swój pierwiastek. Kto wie? Właściwie nic byśmy nie tracili jakbyśmy zabrali tam do piwnic Akademii taką nosicielkę. Tylko właśnie chciałem się poradzić Sigismudnusa czy to brzmi sensownie. No i skąd wziąć taką nosicielkę co akurat by była pełna dziedzictwa. Bo to po parę dni te pseudociąże trwają i trzeba by dobrać którąś tak aby akurat była pełna jakbyśmy robili ten włam do Akademii. Ale jak jego nie ma to pomyślalem o tobie. - przedstawił główny powód dla jakiego odwiedził swojego młodszego kolegę. Ale w kulcie widocznie Otto dał już się poznać po swoim wielorakim zaangażowaniu w różne wątki i sprawy.
Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; skraj Teufelsumpf; plaża;
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Egon
Łódź bujała się na falach a ze stalowego nieba mżyło. Raz dziób wędrował w górę, następował moment kulminacyjny a po chwili spadał w dół w morską dolinę. Zaraz jednak cały cykl powtarzał się. Widać już było brzeg. Chociaż ten nie wyglądał zbyt przyjaźnie. Nic dziwnego. To był północny skraj Teufelsumpf. Kapitan uznał, że to najbliższe miasta miejsce gdzie można bezpiecznie i niepostrzeżenie przybić do imperialnego brzegu. Bo o tym aby norsmeński statek mógł sobie wpłynąć do portu Neus Emskrank nie było w ogóle mowy. Z tego samego powodu odpadały wody zatoki. Wschodni brzeg był zorany klifami gdzie pod nimi zwykle była wodna kipiel więc odpadał. A na zachodnim było płasko ale wciąż było ryzyko, że ktoś ich dojrzy z brzegu albo rybackiej łodzi. Dalej było wrakowisko jakie nawet Norsmenowie znali i omijali z daleka. Więc wychodziło, że najbliższy fragment wybrzeża gdzie można wylądować to właśnie ten niezbyt przyjaźnie wyglądający skraj Diabelskich Bagien. Tutaj więc kapitan przybił do brzegu ile uznał za bezpieczne po czym spuścił niewielką łódź. Na nią załadowali się podróżni co mieli być tam wysadzeni no i wioślarze co po tym zadaniu mieli wrócić na swój statek.
Te skacząca po morskich falach podróż dawała ostatnie chwile wytchnienia przed powrotem do domu. Wyruszyli w Festag rano z rodzimej wioski Mergi. Ona i większość imperialnych towarzyszy Egona jeszcze tam została. Jak przybyli tam w połowie zeszłego tygodnia. Więc on sam był tam ze trzy czy cztery dni nim ruszył w podróż powrotną. Niemniej był swiadkiem prestiżu jakim cieszyła się rogata, złotooka wyrocznia i jej imperialni goście. Chociaż Norsmeni wydawali się ich tolerować tylko ze względu na nią. Potem rogata rzuciła się w wir różnych, dyplomatycznych zabiegów aby zebrać jak najwięcej chętnych do wsparcia grupki kultystów z południa. Wcale nie było to takie łatwe. Norsmeni wydawali się patrzeć na nich podejrzliwie i z góry, jak na słabeuszy i źródło do plądrowania. Ci zaś uważali ludy północy za dzikusów, prymitywów i barbarzyńców. I też często patrzyli na nich z góry chociaż z innych powodów. Trudno było z dnia na dzień przeskoczyć nad wielopokoleniowymi uprzedzeniami. Coś co ich łączyło to Merga, Cztery Siostry no i oddanie Mrocznym Bogom. Na pewno przydał się ten skarb jaki w zeszłym tygodniu zrabowali ze świątyni Mananna i zapakowali na pokład przemytników. Rogata traktowała to jak walutę na podarki i zyskanie przychylności wojowników północy aby ich zjednać dla sprawy. I pokazać, że także dla zysków można by się pokusić o taką wyprawę aby wesprzeć wyznawców tych samych bogów. Nawet jeśli wyznawcami byli południowcy.

link: https://i.imgur.com/j4CujKU.jpeg
Oprócz tego spore wrażenie zrobiło na tybylcach rzeczowe dowody jakie przywiozła ze sobą ich wyrocznia. Alabastrowy posążek z wyuzdanego posągu Soren jaki udało się kultystom znaleźć na dnie starorzecza Salt w głębi lasu. Albo jaja, larwy i nawet muchę wielkości kota albo małego psa jakie były częścią dziedzictwa Oster. No i zwoje z odpisami jej manuskryptów jakie Merga zdążyła przetłumaczyć przed wyjazdem. Oryginały bowiem zostały w Neus Emskrank. Albo żywy, mały wąż jaki był jednym z warkoczy Sorii. Ponadnaturalną istotą żyjącą i od wieków wodzących śmiertelników na pokuszenie wzorem swojej nieśmiertelnej matki. To też zapewne miało wzmocnić siłę przekonywania złotookiej przed jej ludem i przekonać ich, że południowcy nie są tacy bezużyteczni i sami też potrafią osiągnąć jakieś sukcesy w poszukiwaniu dziedzictwa czczonych tu Sióstr. Ale jak przekonywała razem mogli osiągnąć więcej. Przynajmniej tak to potem tłumaczyła swoim gościom bo z współplemieńcami rozmawiała po norsmeńsku. Coś chyba zaczęło się dziać bo widać było jakiś konnych wyjeżdżających czy przyjeżdżających go wioski. A potem odbywały się spotkania z jarlem, wyrocznią lub innymi tutejszymi ważniakami.
Swoje też robiła bariera językowa. Mało kto z południowców znał norsmeński. Co nie pomagało w komunikacji. Ale o dziwo całkiem sporo tubylców mówiło chociaż trochę w kislevskim, bretońskim czy reikspiel. Co prawda większość to były przekleństwa, wyzwiska albo coś z żeglarstwa i wojaczki. Potwierdzało to niejako pewna kosmopolitycznsc ludu północy. Gdyż na południu w spokojniejszych czasach byli nie tylko jacy straszliwi, łupieżcy z północy ale także jako najemnicy czy kupcy. I co niektórzy mówili całkiem dobrze w tych południowych językach.
Ale skala deprawacji tego ludu zapewne przyprawiły kaznodziei i kapłanów z południa o palpitacje serca i ślinotok. Odmieńce jakie w Imperium musiały się ukrywać tutaj jawnie chodziły pomiędzy domami stanowiące cześć społeczności. Kobieta z krabimi szczypcami czy mężczyzna z rogami nie wywoływali zdziwienia. Jawnie noszono bransolety, naszyjniki, brosze z gwiazda Chaosu lub podobnymi symbolami Mrocznych Potęg jakie w Imperium były zakazane i posiadanie ich wiązało się z ryzykiem długiej, bolesnej śmierci z rąk władz. Ba! Była nawet świątynia poświęcona bogom Chaosu. A co ciekawe ci byli reprezentowani przez posągi Czterech Sióstr. Musiały być stare bo drewno było już zaokrąglone na krawędziach i poczerniałe. Merga wyjaśniła i na co patrzą. Kobieta o połowie dziobatej a połowie gładkiej twarzy to Osten. Na ręku miała kosz lub kocioł. Tubylcy wierzyli, że w nim miesza i tworzy nowe zarazy na cześć swojego Ojca Plag. Mimo to poza tym była to szczupła sylwetka. Być może dlatego, że każda z Sióstr była wyrzeźbiona z jednego pnia drzewa. Biisciasta ślicznotka że śmiałym dekoltem i jeszcze śmieszym wycięciem sukni aż za biodro wywołają by skandal na Imperialnych ulicach. Podobnie jak lubieżny, kpiąco - kuszący uśmieszek i trzy pary ramion z czego jedne w pełni ludzkie, jedne krabie a jedne pośrednie. To był wizerunek Soren, Matki i Bogini potworów jaka je rodziła ze swojego lubieżnego łona. Kobieta ze swojej w dłoni, zamaskowana częściowo chusta lub szalem, z jedną stroną głowy naznaczona rogiem lub podobną naroślą. To była Vesta, patronka tajemnicy, wiedzy i magii oddana Ptasiemu Bogowi. No i wojowniczka śmiało patrzącą w dal, z obnażonymi kłami jakie dodawały jej drapieżności. Z dwoma toporami w dłoniach. Być może stąd Norma to Axe wzięła inspiracje do takiego stylu walki. To właśnie była Nora, patronka łowów, walki, krwi i wojowników.
Mimo pewnych uprzedzeń, dzięki pozycji gości wyroczni i własnym talentami przybysze z południa jakoś starali się integrować. Vasilij starał się zawiązać nowe znajomości i wymienić się na towary jakie przywiózł ze sobą w łodzi a nie było ich zbyt wiele w Neus Emskrank. Aaron jak zwykle pił sporo i chyba dzięki temu integracja szła mu dość gładko. Versana właściwie nie był pewien jak spędzała czas. Kurt zwykle trzymał się blisko portu i odnalazł się w łowieniu ryb jakie miejscowi też uskuteczniali. Egon zaś chyba jako jedyny z gości mógł śmiało równać się z tutejszymi na rękę czy zapasy. No i jeszcze mógł się pochwalić znamieniem swojego patrona na plecach. A miejscowi cenili takie rzeczy.
Jednak parę dni temu Merga wezwała go do siebie. Okazało się, że jakiś statek płynie na wschód Morza Szponów a kapitan mógł zabrać kogoś do Neus Emskrank. Co tam się działo tego nie wiedzieli. Ostatnie swoje wspomnienie mieli z nocy rabunku świątyni Mananna. Wtedy ci co mieli płynąć z rogatą wiedźmą załadowali się na statek Vasilija i odpłynęli póki jeszcze było ciemno. Wszyscy jeszcze przed akcją spodziewali się, że reakcja władz będzie potężna. Zapewne nie mniejsza niż w zimie gdy uwolnili Złotooką. Chociaż teraz chyba nie powinni zamknąć miasta i portu skoro był środek sezonu. Do końca jednak nie było wiadomo czego się spodziewać po bluźnierstwie jakim było splądrowanie najważniejszej i najbogatszej świątyni w mieście. Obie łotrzyce były zdania, że będą szukać przede wszystkim zrabowanych precjozów stąd był to zbyt gorący towar aby go tam trzymać. Właściwie tam był on bezużyteczny. I dlatego padł pomysł aby Merga zabrała go ze sobą do swojej ojczyzny co miało jej pomóc przekonać współplemieńców do swoich racji. No ale ostatecznie co się w mieście działo po ich odpłynięciu tego nie wiedzieli. I to był jeden z powodów jakie skłoniły wyrocznię aby wysłać kogoś tam z powrotem.
- Egonie mnie jeszcze trochę czasu zajmie zebranie więcej ochotników na tą wyprawę do was. Dobrze idzie, jarl jest nam przychylny. Te prezenty ze świątyni się przydały. Ale na razie dobrze by było aby ktoś od nas tam wrócił i zobaczył co tam się dzieje. Zaś trafiła się okazja bo jeden z naszych kapitanów będzie płynął na wschód i zgodził się kogoś tam podrzucić. - coś w ten deseń powiedziała mu właścicielka złotych oczu i rogów jakie robiły takie wrażenie na Lilly. Chociaż dzięki magii potrafiła przemienić się w dość zwyczajnie wyglądającą dziewczynę jaka rysami twarzy była trochę podobna do jej prawdziwego oblicza.
Wyrocznia miała też wizje. Wizje dotyczące czarnego rycerza. Egonowi też on się już śnił parę razy. Chociaż tutaj w Norsce to jakoś nie. Zdaniem Mergi tutaj zew Sióstr jaki objawiał się głównie poprzez sny i wizje był słabszy niż w niewielkim, nordlandzkim porcie i okolicy. O ile wiedział to póki tam byli to chociaż niektórzy kultyści mieli jakieś nietypowe sny a Starszy uczulał aby mieć na nie baczenie.
- Ten czarny rycerz objawi się we krwi. On poprowadzi nas do walki. Myślę, że może mieć to coś wspólnego z tym odwołanym turniejem. Możliwe, że mimo wszystko się odbędzie. Zwracaj uwagę na męża w czarnej zbroi. Z krwawym słońcem na piersi. Chociaż może i będzie to i czerwona Gwiazda Chaosu. Tego nie jestem pewna. Słuchaj zewu Norry Egonie. I miej baczenie na innych. Ten czarny rycerz już tam może być. Zapewne też słyszy zew Sióstr jeśli jest ich wybrańcem. - zdaniem rogatej zebranie tych porozrzucanych w czasie i przestrzeni elementów było niezbędne aby pewnego dnia czy nocy można było wezwać Siostry z powrotem na ten ziemski padół. I to właśnie gdzieś tam, w na w pół zapomnianym miasteczku portowym które zbudowano na terenie dawnej wioski. A ta powstała jeszcze zanim Siostry dostąpiły unieśmiertelnienia w Eterze i wciąż stąpały po tym świecie. No i jako wsparcie dla siebie i reszty kultu miał przywieźć grupkę ochotników jacy do tej pory dali się przekonać wyroczni lub wyczuwali zew którejś z Sióstr. Widział ich teraz na sąsiednich ławkach bujającej się na zimnych, stalowych falach łodzi.
Lars. Dokładniej Lars Half Oks. Czy jakoś tak. Pochodził z którejś z dalekich, południowych kolonii Norsmenów. W swojej kolczudze, hełmie, tarczy w neutralnych barwach, mieczu i toporze u pasa wyglądał jak zawodowy żołnierz dowolnej armii. Niezbyt dobrze mówił w reikspiel. Właściwie dość słabo. Za to nieźle w estalijskim czy tileańskim więc mógł uchodzić za marynarza czy najemnika z dalekich stron. Bo wojował równie często jak handlował i żeglował. Wydawał się mieć w sobie coś z kupca i miał żyłkę do interesów. Okazało się, że nawet parę lat temu był w Neus Emskrank tylko wówczas był częscią bretońskiego statku i nie spędził tam kilka dni gdy uzupełnianio zapasy i handlowano winem. On sam pamiętał głównie wizyty w zamtuzach i tawernach to nawet trochę był ciekaw co się tam zmieniło od tamtego czasu. W kwestiach wiary wydawał się nie poświęcać za bardzo żadnemu z patronów.
Bjorn za to w ogóle nie mówił w reikspiel. Chyba nie mówił żadnym południowym językiem. Dorównywał masą i gabarytowi Egonowi i ze swoim ponurym, dzikim spojrzeniem, zaniedbaną brodą wydawał się ucieleśnieniem barbarzyńcy z północy. Całkiem słusznie. Był jednym z niesławnych berserkerów i walczył dwuręcznym toporem. Ale jednoręcznym czy mieczem, maczugą, pięściami i zębami też ponoć był równie skuteczny. Miał zapewnić siłę argumentów gdyby jej było potrzeba. Ale Merga wybrała go ze względu na poświęcenie Normie. Nawet na dalekiej północy wydawał się być czuły na jej zew. Zapewne ze względu na swoją dzikość. Ponoć też umiał obłaskawiać wilki i niedźwiedzie a nawet z nimi rozmawiać. Co pasowało do jego ledwo zszytego futra jakie na sobie nosił jakby gardził bardziej cywilizowanymi ubraniami. Więc nawet na tle swoich współplemieńców wygladał barbarzyńsko.
Raisa zaś była rodowitą dziewczyną z Imperium. Ale to musiało być z pół wieku temu jak to jeszcze w porcie zażartował Vasilij. I nic dziwnego wyglądała jak stara, pomarszczona, wredna jędza. Wypisz wymaluj stereotym wioskowej guślarki. Podobno przed dekadami została porwana z przybrzeżnej wioski czy też sama ścigana przez prawo za czary uciekła do Norsci. A może jeszcze jakoś inaczej. Woniała równie nieprzyjemnie jak Strupas i była wredną jędzą. Jednak zachowała pamięć o reikspiel jakim gardziła. Bo w Norsce uważano go za język niewolników. Zdaje się, że Merga nakłoniła ją do powrotu do znienawidzonego Imperium kusząc ją wizją odegrania się na ciężmiężycielach z dawnych lat. Bo myśl o wrzodach i czyrakach jakie pokryją słabeuszy z południa rozgrzewała jej stare serce. Bardzo radowała się też na możność poznania miejsc po jakich stąpała sama czcigodna Oster. Słowa wyroczni o odnalezieniu jaskini w jakiej przed mileniami ta półboska istota pracowała rozpalał wyobraźnię starej wiedźmy.
Astrid zaś była córką jarla. Właściwie jedną z jego córek. Dorodna, pełna kobiecości piękność była zbyt daleko od dziedziczenia aby liczyć na jakiś poważniejszą schedę po ojcu jaki przecież miał całkiem sporo potomków z różnymi kobietami. Więc musiała polegać na dobrym ożenku albo zdobyciu własnej sławy i chwały. Poza atrakcyjnym wyglądem miała talent do języków obcych. I czasem służyła ojcu jako tłumacz. Z całej grupki ona chyba najlepiej mówiła w reikspiel. Chociaż na imperialne ucho Egona to czy dałby się nabrać, że jest z Imperium czy nie to trudno było mu ocenić. Napewno miała zbyt prosty język aby uchodzić za szlachciankę czy osobę z wyższych sfer. Całkiem nieźle mówiła też w kislevskim i bretońskim. Więc w Neus Emskrank mogła jeszcze udawać kobietę z którejś z tych nacji. Bo imperialni rzadziej znali te języki chociaż w porcie trzeba było spodziewać się przedstawicieli tych nacji. Choćby Fabienne von Mannlieb była rodowitą Bretonką. Ostatecznie za kogo by miała podszyć się w mieście mieli zdecydować na miejscu. W reikspiel mówiła chyba nawet lepiej niż Lars i Raisa. Z tą ostatnią w naturalny sposób tworzyły żywy kontrast. Młodość, jędrnośc i ciekawość z jednej oraz starość, zmarszczki i złośliwość z tej drugiej strony. Astrid i chyba Lars jako jedyni zdradzali ciekawośc miejsca do którego płynął i traktowali to niczym awanturnicy nową przygodę. Córka jarla koniecznie chciała poznać tą niesamowitą istotę jaką była Soria, córka samej boskiej Soren. A i opowieści o jej koleżankach też wydawały się ją ciekawić.
Ostatnim pasażerem był Zog. O nim trudno było coś powiedzieć. Egon ujrzał go dopiero w porcie gdy przyszedł aby odpłynąć na południe. Pomimo trzech dni podróży morskiej w odkrytej łodzi ani razu nie widział jego twarzy bo zawsze miał na głowie kaptur. A pod nim głowę obwiązaną szalem, chustą albo jakąś maskę na twarzy. Wszystko to kryło się w cieniu kaptura a i on sam chyba ani razu się nie odezwał. Niemniej wedle słów chociaż był niewidomy to Ptasi Bóg błogosławił mu innymi zmysłami i jego strzałom także. Pomimo braku standardowych oczu był w stanie dostrzec rzeczy niewidoczne dla innych. Był też wytrawnym strzelcem, tropicielem i łowcą jaki potrafił siać w pojedynkę postrach w szeregach wroga jeśli miał swobodę działania. Zwłaszcza w lesie. I właściwie na tych słowach Egon musiał bazować bo przez całą podróż Zog nie zwrócił się do niego ani razu. Zresztą chyba do nikogo. W każdym razie nie słyszał aby kapturnik coś mówił do kogoś albo ktoś do niego.
Rozmyślania i wspomnienia przerwał mu gwałtowniejszy ruch łodzi. Byli już blisko brzegu i fale stały się bardziej odczuwalne. Jeszcze ostatni wysiłek wioślarzy i dobili do plaży. Ta jednak była mało reprezentacyjna. Nie tak biała jak ta w pobliżu Neus Emskrank. Zaś w głębi widać było szary, niegościnny krajobraz Diabelskich Mokradeł. Niezbyt daleko bo tam wiecznie wisiała mgła. Trzeba było wyskoczyć za burtę i zabrać z łodzi swoje rzeczy. Na razie nie było widać żywego ducha. I nie powinno tak blisko słonych bagien. Ale licho nie śpi jak mawiali w Imperium. Egon nie do końca był pewien jak daleko stąd jest do miasta. Na oko to chyba powinno być dzień lub pół do wylotu zatoki nad jaką położone było miasto. Stamtąd jeszcze około pół dnia wzdłuż jej niskiego, zachodniego brzegu aby dotrzeć do samego miasta. Wcześniej najdalej był w okolicach wrakowiska, tutaj na pograniczu bagien był pierwszy raz. Gdyby doszli do wrakowiska to już by wiedział gdzie są. A aby tam dojść właściwie wystarczyło iść brzegiem morza na wschód. Do zmroku mieli jeszcze z kilka dzwonów ale póki co byli pomiędzy morzem a owianymi złą sławą bagnami zaś z nieba padała monotonna mżawka.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Rosalia
Zew jaki sprowadził ją na ten imperialny krańce świata ucichł. Co prawda nie słyszała go regularnie. Ale raz na tydzień, parę dni, może rzadziej lub częściej miała jakiś sen. W nim widziała jakieś obrazy, postacie, słyszała głosy, zabawę, śmiech. A wydawało się to ledwo zapowiedzią tego co powinna znaleźć na miejscu. I tak dotarła aż tutaj. Do mieściny nad brzegiem morza o jakiej wcześniej nigdy nie słyszała. Miasto też było dziwne. Nie spotkała jeszcze miasta w którym tyle budynków byłoby pustych. Zresztą wcześniej też nie widziała morza. Dopiero tutaj. Chociaż miejscowi mówili, że to co widać z portu i w ogóle z miasta to tylko zatoka wrzynająca się w ląd. A prawdziwe morze jest za nią. Ale tego prawdziwego morza to już z brzegu miasta nie było widać.
Jednak straciła ślad. Miała wrażenie, że przybyła do miejsca jakie widziała w snach. Ale gdy wydawało jej się, że “to tu” jakoś nie mogła odnaleźć kolejnego tropu czy kroku. Nikogo tu nie znała. Niewielkie pieniądze jakie miała przy sobie się skończyły szybciej niż by chciała. Jak nie chciała żebrać na ulicy czy kupczyć tam własnym ciałem to musiała znaleźć sobie jakieś zajęcie. I tak zakręciła się wokół jednej z portowych karczm jakie tutaj nazywano tawernami. Czym różniła się karczma od tawerny tego właściwie nie umiała powiedzieć. Chyba tym, że było w niej wiecej marynarzy. W głębi lądu nie było ich prawie w ogóle. Może poza wielkimi, spławnymi rzekami ale tamci to rzeczni marynarze. A ci tutaj pływali po prawdziwym morzu.
W “Wesołej mewie” w jakiej znalazła pracę jako kelnerka było wesoło i gwarno. Chociaż klientela to była mieszanina zwykłych marynarzy, żołnierzy okrętowych, ladacznic i typów spod ciemnej gwiazdy. Wciąż była na etapie poznawania nowych ludzi i twarzy. I czekania. Na to aż coś się stanie. No i się dzisiaj stało. Wracała ze sklepu w jakim była pierwszy raz i wydawało jej się, że jak skręci w nową dla siebie ulicę to szybciej wróci do swojego domu. Jeszcze była dość wczesna pora, w sam raz aby jeszcze po powrocie coś zjeść czy odpocząć przed swoją zmianą w “Mewie”. A tu się okazało, że w plątaninie pustawych zaułków i opustoszałych kamienic nie może wrócić do znajomych rejonów. A jeszcze zaczęło mżyć. Nie był to pełnowymiarowy deszcz ale nie był to czynnik jaki zachęcał do pozostania na zewnątrz. Co robić? Próbować wrócić do sklepu i iść tak jak poprzednio? Próbować dalej dotrzeć w znajome okolicy wynajmowanego mieszkania albo “Mewy”? Rozglądała się dookoła próbując wyłapać z tej pustawej okolicy jakiś znajomy element który mógłby jej pomóc zorientować się gdzie się dokładnie znajduje. Właściwie to nic strasznego się nie stało. W którąkolwiek stronę by nie poszła pewnie w końcu trafi na coś znajomego co pozwoli jej wrócić do domu. Tyle, że zajmie jej to więcej czasu a ta mżawka nie była zbyt przyjemna. I jak się rozglądała dojrzała syrenę.

link: https://i.imgur.com/v9oZyCz.jpeg
W końcu to miasto było nad morzem więc te morskie motywy były tu powszechne a w głębi lądu skąd pochodziła prawie nieznane. Więc rzeźba syreny chyba nie była aż taka dziwna. Ale jak się jej przyjrzała to miała wrażenie, że jest w niej coś znajomego. Czyżby widziała coś takiego w swoich snach? Nie była tak do końca pewna. Może. Może tak, może nie. Widywała w tych snach różne rzeczy ale niewiele z tego utrwalało się w pamięci. Ale jakaś wilgoć była w tych snach. Teraz co prawda mżyło więc nic dziwnego, że ją czuła na skórze. Czy we śnie też mżyło? Czy to może krople tryskające z fontanny?
Zorientowała się, że ta kamienna syrena jest wewnątrz jakiegoś zarośniętego podwórza kamienicy. Widziała ją przez kraty okna parteru. Te już były stare no ale nie aż tak by je wygiąć gołymi rękami. Drzwi frontowych od dawna nie było. Więc bez trudu dało się przejść na drugą stronę. Gdy znalazła się wewnątrz opuszczonego podwórza mogła się lepiej przyjrzeć rzeźbie. To musiała być niegdyś fontanna. Teraz od dawna nieczynna była zarośnięta trawą, zleżałymi liśćmi i błotem. Aż dziwne, że ten posążek półryby był od nich w miarę czysty. Kobieca połowa rzeźby wydawała się mieć obce ale piękne i dostojne rysy twarzy. A i na biuście artysta nie oszczędzał i aż miło było na nich oko zawiesić. Przez moment Rosali wydawało się, że znów słyszy kuszący szept w swojej głowie. I może sięgnąć ku tym pięknym piersiom. Tylko jak najbardziej żywym i pełnym życia a nie twardym, zimnym i kamiennym. Nawet się nie zorientowała kiedy dłoń spoczeła jej na jej biuście posągu. Miała wrażenie, że zaciska dłonie na piersiach żywej kochanki a ta jęczy z zadowolenia. A kolejna jest tuż za nią i podobnie traktuje jej własne. Nie widziała jej twarzy bo ta była za nią ale czuła jak zanurza dłoń w jej miękkich, przyjemnych w dotyku włosach. Jak przez chwilę mignął jej przed oczami ich nietypowy, granatowy odcień. Dopiero perlisty, dziewczęcy śmiech zza jej plecami ją otrzeźwił.
- Tylko się nie zakochaj w niej bo będzie to bardzo nieszczęśliwa miłość! - zawołała prześmiewczo jakaś kobieta. Gdy Rosalia się odwróciła ujrzała jak tamta opiera się o parapet okna na pierwszym piętrze. Była tam od początku? Czy teraz skądś się tam wzięła? Tego dziewczyna z Ostermarku nie była pewna. Póki się tamta nie odezwała wydawało jej się, że jest tu sama.
- I co się tak sama tu szwendasz? Nie wiesz, że to nie jest zbyt bezpieczne? I to kobiecie. Takiej młodej i samej? Prosisz się o kłopoty. - tamta kontynuowała nie zmieniając swojej pozycji. Dzieliło ich z pół podwórza no i piętro. A brzmiało to trochę jak zaczepka nie zwiastująca nic dobrego. Zwłaszcza takim bezczelnym, kpiącym tonem. Jakby trafiła na kogoś z jakiejś bandy. Mrok piętra sprawiał, że poza twarzą jaka się wychylała poza parapet Rosalia niezbyt widziała resztę. Ale przez chwilę wiatr zawiał trochę mocniej więc zwiał kosmyk jej włosów. W nietypowym granatowym odcieniu. Tamta jednak po tym jak ją zagaiła czekała teraz na odpowiedź.
-
Oryginalny autor: Santorine
Potężna sylwetka wojownika majaczyła na burcie łodzi. Egon był odziany w swój zwykły płaszcz podróżny, pod którym skrywał się skórzany kaftan, a także zaczepiona na żelaznym łańcuchu, podbita metalem pała. Obok zaś, oparty o burtę, okutany w czarny kawałek szaty, znajdował się pokaźnej wielkości topór, który Egon kiedyś miał nadzieję wbić w karki zapatrzonych w siebie i zadufanych rajców miejskich. Gniew i nienawiść kierowały wielkim wojownikiem, lecz szał bojowy zawsze zachowywał na bitkę.
Podróż łodzią sprzyjała rozmyślaniom nad tym, co przed nimi, choć znalazł się także i czas na wspomnienia.
Wizyta w dalekiej Norsce była niczym powrót - choć Egon nie był tam nigdy - powrót do kraju, który należał do niego. Do kraju, w którym, tak jak jego mroczny patron, wyznawał siłę i dostrzegał piękno bitwy, a także piękno strumieni krwi lejących się z rozciętych arterii wrogów. Wojownicy z Norski, tak samo, jak i on, doceniali siłę ramion i doceniali także, ile może zdziałać zaciśnięta pięść, rozbijająca się na wrażej czaszce. Imponowało to Egonowi. Wiele by dał, żeby Merga, zapatrzona w swe guślarskie zapędy zawierzyła zwyczajnej wojence i pozwoliła zebrać zbrojną drużynę, która miałaby obalić zakłamane rządy ręki imperatora.
Nie zapowiadało się na to jednak. Aby opanować miasto, potrzeba było sprytu, knucia i dobrej dozy cierpliwości. Nie było to Egonowi w smak, jednak prawdą było, że czysto kalkulując siłę miasta, przewyższali ich. Nie miał jednak wątpliwości, że kiedy Neues Emskrank spłynie krwią, on będzie tam pierwszy.
Podczas pobytu w Norsce, Rogata zdawała się być zajęta przede wszystkim swoimi, pokrętnymi sprawami. Było to po myśli Egona: sam wolał zapoznać się z ziemiami północy na swój sposób.
Wieści o czarnym rycerzu przyjął ze skinieniem głowy, a także misję, którą powierzyła mu Merga. Wszelkie gusła, w ogóle, Egon traktował z niepewnością. Wizje z pewnością były przydatne, ale z drugiej strony, mogły oznaczać cokolwiek. Toteż zaakceptował misję Rogatej bez większego entuzjazmu. O wiele bardziej podobała mu się perspektywa powrotu do miasta i szkodzenia raz jeszcze szlachcie.
Poznani niedawno towarzysze sprawiali, że wierzył, że wkrótce jego cele ziszczą się: Zog, Astrid, Lars, Bjorn i Raisa zdawali się być dobrymi nabytkami dla kultu. Podczas podróży czasem wdawał się w rozmowę, przede wszystkim z Bjornem i Larsem, którzy byli mu najbliżej z powodu ich fachu: wydawało się, że Lars widział jeszcze więcej bitki, niż on sam, zaś Bjorn dorównywał mu i być może przewyższał siłą. Astrid i Raisa, jak to kobiety, chodziły swoimi ścieżkami, zaś Zog nie gadał z nikim.
Wreszcie, przetrawiwszy wszystkie swoje rozmyślania i kiedy postanowił, że dość planowania i wracania do przeszłości, przemówił do swoich nowych kamratów:
– Kamraci! - Egon podniósł głos. Szum fal rozbijających się o brzeg nieomal zagłuszał go. – Czas naszej zemsty zbliża się i wkrótce carskie szumowiny utoną we własnej krwi. Ale! Trzeba fortelu i cierpliwości. Jestem poszukiwany w Neues Emskrank i powrót do miasta może zagrozić naszej misji. Tedy trzeba rozeznać się w zaprzyjaźnionej wiosce odmieńców, na południowy wschód od miasta. Znają mnie tam, będziemy tam bezpieczni. Któż wie, może znajdzie się tam i Strupas. Nie raz tam zajeżdżał.
– Zog, na tropieniu i przepatrywaniu znasz się najlepiej z nas. Pójdziesz przodem. Za tobą będę ja, Bjorn i Lars, żeby doskoczyć w razie niebezpieczeństwa. Astrid i Raisa pójdą na samym końcu. Ich też będziemy ubezpieczać. Omińmy bagna lub trzymajmy się ich obrzeży, a dalej puśćmy się prosto do wioski. Chodźmy!
-
Oryginalny autor: Cioldan
Rosalia przebyła długą drogę by dotrzeć w miejsce w którym się znalazła. Po ucieczce od rodziców, była prawie pewna, że czeka ją tułaczka po krajach Imperium. Była to dla niej oczywistość, aż do momentu gdy miała pierwsze dziwaczne sny. Jakiś zew wołał ją na północ. Początkowo nie wiedziała gdzie. Cała jej grupa również wędrowała na północ, docelowo do Norsci, tylko nie byli pewni jeszcze z jakiego portu mieliby się tam udać. Gdy zew był coraz silniejszy, oddzieliła się od swoich towarzyszy i ruszyła sama z Limshof, a Soren ją wspierała przez całą podróż. Co dziwniejsze, im bliżej była celu, tym sny stawały się rzadsze i coraz mniej zrozumiałe. Tak też, już w samym Neues Emskrank odkąd przybyła, nie miewała już tych snów, również nie czuła zewu, który ją tu przywlekł.
Pierwsze dni po przybyciu, do tego nadmorskiego miasta, nie były proste. Na początku doznała szoku widząc miejscową rzekę, która nie przypominała niczego co dotychczas widziała. Na myśl przychodził jej tylko ten piękniejszy, zielonkawy księżyc. Wszystkie oszczędności jakie miała (a raczej zabrała swojej grupie z którą podróżowała) musiały być wydane na wynajem jakiegoś mieszkania oraz żywność w pierwsze tygodnie mieszkania. Skromne lokum w kamienicy znalazła w dzielnicy portowej, bardzo blisko centrum. W domowym zaciszu mogła spokojnie oddać się modłom do Slaanesh'a, a gdy chciała odprawiać jakieś modły z użyciem świec, to udawała siędo jaskini, którą znalazła po drodze do Neues Emskrank. Należała jeszcze sezon temu do dość sporego niedźwiedzia, ale ten tym razem nie obudził się z zimowego snu. Jego truchło spaliła, a miejsce to zostało jej odskocznią od miasta.
Pracę zdobyła w miarę szybko w pobliskiej tawernie i mogła odetchnąć z ulgą, gdyż w końcu stać ją było na jakieś drobiazgi do niemal pustego mieszkania. Oczywiście jedzenie też było przydatne.
Nie poznała jeszcze dobrze miasta, praktycznie ciągle chodziła jedną trasą. Dom - praca - sklep - dom. Raz czy dwa razy obeszła akademię i odwiedziła port w dzień. Nie poznała też póki co zbyt wiele osób. Oczywiście współpracowników, ale też dostawcę Ruperta, skrybę z ratusza Angelę czy braci Oserbergerów. Z jednym z braci, konrketnie tym od apteki, weszła w dość specyficzny układ, korzystny dla obu stron. Miała też nieprzyjemność poznać Hertwiga, znają się też po "imieniu" z Czarną Jagodą, a także poznała pokojówkę rodziny van Zee. Od niej usłyszała plotki o teatrze, do którego chciałaby dołączyć.
Teraz jednak wszystkie rozważania musiała odłożyć na bok. Stała blisko statuy kobiety z rybim ogonem. Wybita z błogiego transu przez jakąś ciekawską panienkę z okienka. No, a było tak miło. Kobieta na pewno widziała wszystko, a i pewnie wciąż mogła widzieć przez zwiewną koszulę Rosalii, dwa sterczące punkty na jej piersiach. Podniecenie tak szybko nie przeszło, a lekko zaskoczona całą sytuacją postanowiła wdać się w rozmowę z tajemniczą dla niej postacią- Zwiedzam! Rzadko spotyka się tak realistyczne pomniki, aż musiałam lepiej go zbadać. A raczej ją - tu Rosalia szczerze się roześmiała, nie wiedziała też czy kobieta nie ma przypadkiem jakiś złych zamiarów. Nigdy jej nie widziała w tawernie, bo taki odcień włosów nie był zbyt popularny. Ba! W ogóle nie był spotykany. Bischofówna kontynuowała
- Jako, że przerwałaś moje oględziny... muszę wrócić do domu, bo jestem cała mokra! No wiesz, od tej całej mżawki... -Odpowiedziała Rosalia, ale wcale nie ruszyła się dalej. Jakby czekała chwilę na reakcję, starając się patrzeć prosto w oczy granatowłosej dziewce.
- No właśnie widziałam. Jak sobie poczynasz przy tym zwiedzaniu. I gdzie dotykałaś tą syrenkę. W bardzo nieprzyzwoity sposób. To nie przystoi porządnej dziewczynie. Nie wiesz, że kobieta to powinna takimi rzeczami interesować się tylko ze swoim mężem? I tylko z nim obcować? Wszystko inne jest zakazane przez dobrych bogów i ich kapłanów. - kobieta nie zmieniła za bardzo swojej pozycji przez co góra jej twarzy tonęła w półmroku padającym od dachu i górnych pięter. Więc jej mimika z odległości pół podwórka była dla Rosalii słabiej czytelna. Musiała bardziej posłużyć się tonem jej głosu. A ten wydawał się jej dwuznaczny. Właściwie powiedziała to co każda matka, ciotka czy babka albo chociaż guwernantka powinna powiedzieć młodej podopiecznej. Zwłaszcza jakby ta zdradzała takie nietypowe zachowania. Jednak ton nieznajomej wydawał się być nieco kpiący albo prowokujący. Przez co dawało to nieco rozbieżne wrażenie.
- To Sigmar mnie próbuje, a ja pokornie badam tutejszą kulturę. Dogłębnie. Z drugiej strony, może gdyby Sigmar tak wyglądał, to miałby więcej wyznawców? Nas oczywiście przekonywać nie trzeba, prawda?- tu zrobiła pauzę, ale nie dała już szansy na odpowiedź, gdyż sama zakończyła tę rozmowę - Czas na mnie, pewnie jeszcze odwiedzę ten tajemniczy posąg. Niech Bogowie będą z Tobą- wykonała kurtuazyjny skłon i w końcu ruszyła dalej, ale z przeświadczeniem, że musi koniecznie zapamiętać drogę do tego pomnika.Postanowiła, że musi tu wrócić, może następnym razem nikt jej nie przerwie. Albo znów przerwie, co też może być intrygujące. Tymczasem skupiała się na powrocie do domu.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto w Aptece
Otto podziwiał muchy zbliżył delikatnie twarz do jednej z nich.
- Można je dotykać? Są takie piękne, aż trudno się powstrzymać.
- Raczej można. Ale mogą ugryźć. - mutantka odparła przyglądając się półkom z klatkami na drób w jakich gospodarze trzymali muchy Oster. Na kształt nawet były całkiem podobne do takich zwykłych jakie można było spotkać na co dzień. Tyle, że wielokrotnie większe. Z bliska wydawało się, że te jakie aptekarz nazywał małymi i tak były spore bo korpus był wielkości domowego kota. A te duże chyba nie mieściły się w klatce bo ktoś ogrodził prętami przestrzeń między półkami tworząc z nich dużą klatkę. Te miały tułów wielkości średniego psa. Oprócz tego przez kraty i siatki trzeciej celi wydać było też kokony w jakich przepoczwarzały się larwy. Też w dwóch rozmiarach.
Otto podszedł do jednej z średnich much, postanowił spróbować z esencją Soren pływającą w jej duszy, spokojnie włożył rękę do klatki z zamiarem pogłaskania korpusu owada.
- Spokojnie, malutka. Chcę tylko podziwiać twoje piękno.
Musiał wejść do celi. A wcześniej Dorna otworzyła mu drzwi zamknięte do tej pory skoblem i kłódką. Gdy podszedł bliżej insekty zaczęły się denerwować i tłuc w kraty jak ptaki chcące uciec przed zbliżającym się drapieżnikiem. Brak gwałtownych ruchów jednak uspokoił je. Stopniowo osiadały to tu to tam. Gdy włożył dłoń do środka sytuacja powtórzyła się. Stworzenia w pierwszej chwili próbowały uciec ale wewnątrz klatki nie było to za bardzo możliwe.
- Nie znają cię. Z nami są już trochę oswojone. Spróbuj poruszyć miską. Pomyślą, że coś im dajesz do jedzenia. - poradziła szaroskóra mutantka. Na dnie klatki stała miska z jakimś płynem. Jak nią poruszył muchy po chwili wahania poleciały bliżej. Jak były zajęte ssaniem tego płynu zyskał okazję aby je pogłaskać. Korpus wydawał się być sztywną skorupą i poza tym trudno było coś więcej wyczuć na sam dotyk.
Otto i Tobias
Mnich wpuścił nauczyciela do swego mieszkania i wysłuchał sugestii.
- Akademia! Zapomniałem kompletnie. - zawołał - Twoja teoria ma sens. Nie wiem czy Sigismundus by wiedział coś więcej, pewnie nie zagłębiał się dalej niż sprawy hodowli, Nurglita. - Otto wzruszył ramionami - Jeżeli żadna z dziewczyn się nie zdecyduje, to ja poświęcę się dla sprawy. I tak miałem to zaproponować przy Strażniku, więc tu nie ma zmartwień. - Jednooki kultysta zastanowił się chwilę - Co do Fabienne można spróbować. Co prawda to kobieta i Bretonka, nie wiem jak Imperialne Wilki Morskie zareagują na to. Jestem pewny, że Fabi się zgodzi. To coś nowego dla niej, a ona lubi nowe doznania. Odwiedzą ją w najbliższym czasie to pogadam z nią.
- No tak, nasze dziedzictwo jest gdzieś tam na bagnach a klucz do niej jest w lochach Akademii. Zapewne Starszy przychyli się do naszej prośby jak poprosimy o wsparcie reszty zboru. Tak jak było ze świątynią i resztą. No ale musimy przyjść z czymś więcej niż pustymi rękami i prośbami. Sam rozumiesz, że to lepiej wyglada. Inaczej wyjdziemy na niezaradnych. Joachim zrobił dobry wstęp jak znalazł tą skrzynię no ale sama się stamtąd nie wydostanie. - guwernant wydawał się być zadowolony, że młodszy ale też wykształcony kolega poparł jego pomysł. I lekko przypomniał, że w sprawie dziedzictwa Vesty jak na razie mają niewielkie osiągnięcia. Co pewnie go drażniło zwłaszcza gdy nurglici i slaaneshytki już byli na tym polu mocno do przodu.
- I naprawdę byś dał się zasiać? Odważne. Odważne. Pewnie pamiętasz, że Merga ostrzegała, że jest pewne ryzyko. A szkoda by było stracić tak obiecującego członka naszej małej społeczności. Któraś z naszych dziewczyn mogłaby się zgłosić. Nawet myślałem o tej Laurze. Sam ją zasiałeś ostatnio u Pirory. To teraz pewnie ma je w sobie. Jak tak jej się podoba można by ją znów zasiać gdyby akurat potrzebne to było dla sprawy Akademii. Tylko waham się czy można jej zaufać na tyle aby ją zabrać na taką akcję. Właściwie nie jest w naszej rodzinie. Mogłaby być jakakolwiek z nich co tam były ostatnio u Pirory. Ta Fabienne też. Wydaje mi się do tego odpowiednia. I właściwie nie jest z naszego zboru. I jak sam mówisz “lubi nowe doznania”. No to można by spróbować. Zwłaszcza jak jest szlachcianką i żoną kapitana to nie byłoby aż tak dziwne jakby pokazała się na Akademii. Może do tajnych lochów by jej nie wpuścili ale kto wie? Może coś by dla nas ugrała? Zresztą nawet jak byśmy robili już skok to może nam się przydać. Ona albo inna nosicielka. Bo właśnie myślę, że te nadnaturalne istoty co są jakoś związane z Siostrami mogą się jakoś wyczuwać nawzajem. Może by więc to pomogło. - wyglądało, że Tobias dostrzegł szansę aby połączyć te dwie nitki w jedną jaka by mogła pomóc w spenetrowaniu morskiej uczelni.
- A od strony prawnej to sprawdziłem to. Jej mąż jest członkiem komisji edukacyjnej. W razie jego nieobeczności może reprezentować go jego żona. Zwykle to ma miejsce gdy kogoś nie ma w mieście a małżonka albo przekazuje jego wolę albo potem jego komisji lub wymieniają się listami. Nam jednak chodzi w gruncie rzeczy o to aby ona tam mogła wejść i sie trochę pokręcić. Może by coś dla nas ugrała. - tego akurat wydawał się być pewny gdy znalazł tą furtkę w przepisach i regulaminach uczelni jaka by pozwalała aby bretońska kultystka mogła nieco swobodniej poruszać się po niej. Na razie co prawda trudno było mówić o planie wydostania niezwykłego światełka z lochów ale widocznie nauczyciel myślał aby najpierw udało się przeniknąć do Akademii aby ją zbadać pod tym kątem.
- Zabranie Fabianne na tą akcje jest mało możliwe. Jest pod ciągłą obserwacją, do tego musielibyśmy pewnie zabić wszystkich potencjalnych świadków. - chwilę się zamyślił - Jeżeli chodzi o wyczuwanie się nawzajem przez dziedzictwa Sióstr. Można by też zabrać Sorię, jako córka Soren, może również być rozpoznana przez "światełko". Laura jeszcze nie jest wtajemniczona, uważa nas pewnie co najwyżej za bandę hedonistycznych dziwaków, nie ryzykowałbym z nią. Można by porozmawiać z dziewczynami na następnym zborze. Zajmę się tym, może uda mi się którąś przekonać. - przygryzł wargę myśląc o wciągnięcie jej do rady akademii - To ma duży potencjał jeżeli chodzi o poszukiwanie rekrutów do rodziny. Najlepiej jednak jeżeli będziemy ją trzymać z daleko od tej akcji. Będzie to wyglądało przynajmniej podejrzanie, jeżeli zaraz po jej przyłączeniu się, nasza akcja miałaby miejsce. Nawet jeżeli zrobimy scenkę według planu Heinricha.
- Soria… No może. To znaczy no brała już udział w rabunku świątyni to tak, na pewno mogłaby się przydać i na samą akcję w Akademii. Ale czy by pomogła coś z tym światełkiem to nie wiem. Merga nic takiego nie mówiła a przecież miała okazję ją poznać. Ona jest córką Soren ale czy częścią dziedzictwa Sióstr to nie jestem pewien. A z tymi nosicielkami i światełkiem to Merga mówiła, że mogłoby to pomóc. Co prawda mówiła o tym strażniku Vesty no ale jak to światełko jest jakoś z nim związane to właśnie pomyślałem, że można by spróbować. Szkoda, że te nasze latawice są takie na to oporne. Jak już i tak są zaangażowane w inflitrację. - Tobias nie do końca był przekonany czy Soria mogłaby podziałać na to coś zamknięte w skrzyni jak nosicielka. I sugerował się tym co jeszcze rogata wyrocznia mówiła póki tu była. Chociaż oczywiście dostrzegał korzyść gdyby córka Soren wzięła udział w takiej bezpośredniej akcji.
- A z tą małą ladacznicą z zamtuzu no też by się mogła przydać. Jeszcze jest parę dni, te robaki chyba lubi no jakby się zgodziła i akurat miała je w sobie byłaby w sam raz. Jeszcze jest parę dni do tego skoku na Akademię. Znaczy no chyba jeszcze nie ma wyznaczonego terminu ale no właśnie nie tak, że już jutro trzeba to robić. To można by coś z nią podziałać. Koleguje się z naszymi ladacznicami to może jakoś da się wciągnąć w społkę. Wiadomo, bez pochopnych decyzji no ale sam widzisz, że jest w niej potencjał na taką akcję. - w sprawie Laury dostrzegał w niej jej atuty i traktował jak potencjalną figurę jaką może by doszła do puli gdyby dało się ją przekonać do współpracy.
- Fabienne mogłaby działać w dzień. I z tego co wiem Joachim też składał papiery na nauczyciela w Akademii. To to samo można by o nim powiedzieć. Że ledwo co go przyjęli a tu zaraz jakiś napad. Co prawda to nie tak z dnia na dzień go przyjmą, bo to trochę potrwa. Nie wiadomo czy w momencie ataku na Akademię by już tam pracował czy nie. To samo z Fabienne. Ona właściwie to nawet nie byłaby pracownikiem tylko przyszła w jakiejś sprawie. Jest szlachcianką i może zastępować swojego męża w komisji. No i ją też można by zapytać czy nie dałaby się zasiać. Wtedy by mogła wystąpić jaka nosicielka do tego światełka ze skrzyni. Właściwie każda jaka by się dała zasiać a można by jej zaufać aby ją wziąć na akcję mogłaby wystąpić w takiej roli. - guwernant zwrócił uwagę, że już ich wspólny kolega ze zboru może być narażony na podejrzenia jakie mogą wyniknąć po ataku na uczelnię morską podobne jakich jednooki obawiał się co do Bretonki. Zaoferował więc jeszcze jedną możliwość jej wykorzystania w takiej akcji.
Otto pożegnał się z Tobiasem, rozważając możliwości jakie przedstawił mu nauczyciel.
Będzie trzeba w końcu pchnąć kult w kierunku akademii, Slaanesh wzrasta, inne kulty czują się porzucone przez Starszego. Ktoś inny potrzebuje wygranej.
Następnego dnia oczywiście będzie musiał pójść do hospicjum, potem poszuka Łasicy. Potrzebuje zebrać przynajmniej ją i Silnorękiego i omówić dwie sprawy. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 54 - 2519.07.21; abt; popołudnie
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Joachim
Pierwszym wrażeniem jakie dotarło do świadomości Joachima było to, że to na czym opiera głowę jest przyjemnie miękkie ale nieco się rusza. I, że coś mokrego spływa mu po twarzy. Jak otworzył oczy to od razu je zamknął od ostrego światła. Ten ruch jednak wywołał reakcję kobiecego głosu.
- No nareszcie. Ile można się wylegiwać. - Głos był mieszaniną ulgi, irytacji i zdenerwowania. I nawet z pewną domieszką strachu. Joachim po tym pierwszym odruchu potrzebował chwilę aby się zebrać w sobie na klejny. Uzmysłowił sobie, że całe ciało go boli. Jakby po nim rozpędzony wóz przejechał.
- No nie mów, że znów zemdlałeś. - Kobieta wydawała się zirytowana i spięta gdy pewnie odkryła, że znów zamknął oczy i zaległ nieruchomo. Poczuł jak coś mokrego i miękkiego przesuwa mu się po twarzy. Chyba przemywała mu ją jakąś mokrą szmatką. To pewnie było to. Znów dał radę otworzyć oczy aby się rozejrzeć w otoczeniu. Tym razem zobaczył nad sobą ładne, złote loki jakie opadały na równie ładny dekolt właścicielki. Okolony bielą koszuli z falbankowym wykończeniem i błękitem sukni. Po włosach i ubraniu zorientował się, że to ta kultystka co udawała kelnerkę gdy tu przyszli z Gunterem. Widocznie położyła sobie jego głowę na swoim udzie i próbowała doprowadzić go do porządku. Jak nieco uniósł głowę zorientował się, że leży na jednej z kuchennych ław.
- No już ci lepiej? To wstawaj. Nie mamy czasu aby się tu wylegiwać. Prędzej czy później ktoś przyjedzie do tego zajazdu. - Skoro nie zamierzał znów zemdleć to pomogła mu podnieść się do pionu. Złapała go za plecy i ramiona. Zabolało! Ale nie na tyle aby stracił świadomość. Po tym wspólnym wysiłku siedział już na ławie na której przed chwilą leżał. Kobieta wstała i podeszła do stołu. Mimo osłabienia widział jej zgrabną kibić. Wróciła z kubkiem wina jakie mu podała.

link: https://i.imgur.com/C5QFwzQ.jpeg
- Pij. To na wzmocnienie. - Rzekła do niego wciskając mu kubek do ręki. Gdy zobaczył płyn od razu odkrył jak silne ma pragnienie. Wino było doprawione jakąś brendy albo pitnym miodem ale przyjemnie spływało w gardle. Wypił duszkiem całość więc dziewczyna wróciła do stołu aby napełnić kubek ponownie.
- Co tam się stało? W piwnicy. - Zapytała dając mu do ręki pełny kubek. Przypomniał sobie, że jej tam chyba nie było. Została na górze. Fenk i reszta zeszli na dół aby odprawić rytuał. Jak się okazało wezwania demona. Trafił na swoich. A gdy i oni rozpoznali go jako brata w wierze rozwiązali go i przyjęli jak swego. Joachim postanowił zostać i uczestniczyć w tym rytuale. Do tej pory miał w tym skromne doświadczenia. Udało mu się przyzwać chochliki jakie przygotowała mu jego mentorka, Merga Złotooka. Rytuał udał się o tyle, że Fenkowi udało się przyzwać istotę z piekielnej rzeczywistości. Tylko później coś poszło nie tak bo demon zaatakował ich. I zaczął wyrzynać bez litości. Burzooki nie był pewien co się stało w szczegółach. Może Fenkowi zabrakło woli do zapanowania nad innowymiarowcem. Może w zaklęciu brakowało elementu kontroli nad przyzwanym o czym wspominała Merga podczas nauk. Mówiła też, że demony mają własne plany w swoim piekielnym wymiarze i wcale nie mają ochoty służyć jakimś śmiertelnikom. Dlatego gdy tylko mogą dają wyraz swojemu niezadowoleniu a gdy śmiertelnik jest zbyt silny na bezpośredni atak to knują jak przyczynić się do jego klęski nawet jeśli mu służą. Coś takiego właśnie stało się na dole w lochu pod podłogą “Podkowy”. Demon nad którym nikt nie panował zaatakował śmiertelników.
Joachim niezbyt był pewien co się dalej stało. Pamiętał, że uzbierał moc aby wypuścić zaklęcie. Przez moment światła błyskawic rozjaśniły loch i trafiły w poczwarę. I wtedy ta jakby rozbłysła tak mocno, że chyba mag stracił przytomność. Poczwara wybuchła? Czy miała na sobie jakieś zaklęcie ochronne? Razem z tym światłem uderzył w niego jakaś fala dymu. Pamiętał też krzyki przerażenia i bólu rozdzieranych kłami i pazurami mężczyzn ale nie był pewien jak to umiejscowić w czasie. To było przed jego błyskawicą? Czy to się działo jak leżał na podłodze lochu? Nie był też pewien jak się wydostał na górę. Ani czy ktoś oprócz niego przeżył. I ta figurka z początku rytuału. Teraz już wiedział, że przedstawiała miniaturkę przyzwanego potwora. Mniej więcej, bo ten pulsował i zmieniał barwy, jakieś macki, pazury i paszcze wyłaniały się z niego to wchłaniał je z powrotem. Ale ta figurka była sercem rytuału, musiała być powiązana z demonem i pomagała go przyzwać. Nie był pewien co się z nią stało w trakcie walki.
Teraz jak się oglądał odkrył, że ma brudne ubranie pokryte jakimś pyłem. Może od tej podłogi w lochu a może od tego dymu co pamiętał. Dłonie też miał brudne w podobny sposób. Głowa go bolała i wyczuł palcami, że nad uchem ma opuchliznę.
- Twój służący cię wyniósł. Kazałam mu przywalić klapę do lochu. Tak na wszelki wypadek. A teraz jest na piętrze, pilnuje czy ktoś nie jedzie. Musimy stąd zmiatać. A przynajmniej ja zamierzam, wy jak chcecie to sobie tu balujcie ile wlezie, cała karczma dla was. - Blondynka niechcący odpowiedziała na część jego nie zadanych pytań. Gdy wypił drugi kubek ponownie podeszła do stołu i go napełniła ale tym razem dla siebie. Była wyraźnie zaniepokojona i spięta. Joachim zaś czuł, że jej zabiegi zaczynają przynosić efekt bo poczuł się na tyle silny aby spróbować wstać. Obserwowała go uważnie jakby czekając czy sobie poradzi albo aby go złapać gdyby upadł. Wtedy usłyszeli szybko zbiegające po schodach kroki. Ktoś po nich zbiegał po czym skierował się prosto do kuchni. Gunter.
- Drogą jedzie czterech jeźdźców! To chyba strażnicy dróg! Jadą od południa w naszą stronę! - Ogłosił z wejścia jego służący. I widząc swojego pana już na nogach szybko podszedł do niego. - Jak się czujesz panie? - zapytał oglądając go z troską czytelną w głosie i na twarzy.
- Strażnicy dróg!? No, że też to musieli być właśnie oni! - Prychnęła Darcy z wyraźną złością. - Nie zamierzam im się tłumaczyć, spadam stąd! - Obwieściła dwójce mężczyzn i ruszyła w stronę wyjścia.
- Zobaczą cię jeśli wyjdziesz przez bramę. - Ostrzegł ją Gunter co ją zastopowało. Spojrzała na niego z konsternacją.
- Wespnę się przez palisadę od tyłu i dam nura w las. Moi chłopcy mnie ochronią. - Powiedziała szybko podejmując decyzję jak zamierza się uratować przed wścibskimi pytaniami stróżów prawa. Na oko Joachima karczma wyglądała całkiem normalnie. Nie było śladów walki ani nic podejrzanego. Dlatego przecież on sam i Gunter dali się początkowo na to nabrać ładnej kelnerce. Co innego gdyby ktoś zajrzał do piwnicy albo znał pierwotną obsługę gospody.
- Skąd wiesz, że tu zajadą? Może pojadą dalej? - Służący Joachima zagadnął blondynkę o coś jeszcze.
- Zobaczą zamkniętą bramę, to podejrzane. W dzień powinna być otwarta. Poza tym w okolicy po drodze nie ma nic innego aby coś zjeść i przepłukać gardło. Tylko jakby się spieszyli to mogliby pojechać dalej bez zatrzymywania ale zamknięta brama i tak zwróci ich uwagę. Kobieta wydawała się całkiem nieźle zorientowana w okolicy.
- Nie mamy koni, nie uciekniemy im. - Przypomniał Gunter zerkając nerwowo to na blondwłosą kultystkę.
- To uciekajcie w las. Poproszę moich chłopców aby was nie ruszali. - Odparła szybko kobieta do tej pory tak świetnie udającą kelnerkę.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Otto
Mnichowi przydał się ten dzień odpoczynku. Ciało po wczorajszej bójce wciąż miał obolałe i zesztywniałe, w ruchach więc dało się zauważyć sztywność. Ale to nie wpływało na jasność umysłu. A jak został sam miał do przemyślenia całkiem sporo rzeczy. Jak choćby poranna wizyta a aptece Sigismundusa. Jego co prawda nie zastał ale rolę gospodyni pod jego nieobecność pełniła Dorna.
To właśnie z kolczastą mutantką przeprowadził eksperyment z esencją lady Sorii. Początkowo koleżanka Lilly pokazała mu jak karmi muchy wodą z cukrem. Rzeczywiście owady podlatywały do miski z płynną słodkością i spijały ją swoimi krótkimi trąbkami. Widział wyraźnie które są duże a które małe. Te mniejsze miały korpus wielkości dorodnego kota a te większe to miały z pół metra, może nawet trochę więcej. Jak się na nie patrzyło wydawało się niesamowite, że ich cykl życiowy zaczynał się od ziarnka życia dużego jak ziarnko grochu jakie wsadzono w gościnne ciało nosicielki. Albo, że kobieta mogła wydać na świat coś tak innego od człowieka. Niemniej Otto razem z Dorną na własne oczy widzieli te bzyczące insekty po drugiej stronie krat.
- A ja odkryłam, ze miód też lubią. Nawet bardziej niż wodę z cukrem. - Pochwaliła się mutantka o niezdrowej, szarozielonej cerze. Przyniosła dzban miodu i wsadziła do środka palec. Po czym przejechała nim po dnie klatki. Zostawił on miodową kreskę jaka szybko zwabiła owady. Zaczęły pochłaniać słodkości swoimi krótkimi trąbkami. Kolczastowłosa była dumna ze swojeg odkrycia.
To wszystko jednak zdało się niewinną, dziecinną zabawą w porównaniu do efektu jaki na muchach wywołała esencja Soren. Gdy mnich wsadził umoczył w niej palec widział jak przezroczysta, nieco klejąca substancja spływa po nim. Od razu poczuł jej przyjemny, pobudzający aromat. I coś energetycznego spłynęł mu do ledźwi niczym kuszące spojrzenie roznegliżowanej ladacznicy. Ale wsadził dłoń między pręty klatki. Nie czekał długo. Owady zaczęły wibrować skrzydłami i węszyć swoimi krótkimi trąbkami. Esencja córki Soren podziałała także na nie. Szybko zaczęły się kotłować przy jego dłoni. Czuł drapanie ich odnóży, to jak trąbkami spijają ten nektar rozkoszy. Jak przepychają się między sobą niczym psy walczące o dostęp do suki z cieczką. Ożywione waliły na oślep w ściany i kraty klatki jakby chciały ją rozwalić i wyrwać się na wolność. Te które miały pecha być w innych klatkach także. Zresztą i Otto czuł podniecenie. Jego lędźwie pulsowały i były gotowe do użycia. Oddech przyspieszył, krew pulsowała w żyłach i myśl aby sfinalizować to uczucie choćby z niezbyt urodziwą Dorną jakoś sama plątała mu się po głowie. Z bliska widział jak z odwłoków much wysuwają się mięsiste rurki albo krótkie macki. Co przywodziło na myśl przyrodzenie większych stworzeń. Pulsowały sztubacko i owady wykonywały odwłokiem ruchy jednoznacznie kojarzące się z kopulacją.
- Otto! Zobacz! - Krzyknęła mutantka a gdy spojrzał obok postrzegł wytrysk jakiejś cieczy zza krat. Gdy opadła na ziemie rozpoznał jaja Oster oraz klejącą substancję jaka je pokrywała. Po chwili sytuacja powtórzyła się i wewnątrz klatek, na prętach i podłodze wylądowało jeszcze kilka takich strug. W końcu esencja wężowej milady albo została pochłonięta przez muchy albo przestała działać bo sytuacja z wolna zaczęła się normować. Muchy niczym po skończonym stosunku znalazły sobie swoje miejsce w klatce i zaczęły sobie czyścić skrzydła, opętańcze bzyczenie i walenie w klatki też zamarło. Wszystko z wolna zaczęło wyglądać tak jak na początku gdy oboje weszli do celi po lewej gdzie Sigismundus ze Strupasem zbudowali schronienie dla dziedzictwa Oster. Mnich też poczuł, że podniecenie jakie ogarnęło jego ciało stopniowo opada. Lady Soria potrafiła wywoływać żądzę nawet jak jej nie było w pobliżu. I to nie tylko u ludzi.
- Zobacz. Są trochę inne. Ale Sigismundus miał rację! One mogą się rozmnażać! - Dorna na wszelki wypadek wolała zostać przed drzwiami celi, teraz weszła do środka. Zafascynowana pochyliła się nad nowymi jajami pokrytymi lepką substancją. Wzięła między palce małe ziarenko życia. Jednooki też miał okazję im się przyjrzeć. Były nieco mniejsze od tych co widzieli do tej pory. Za to miały mocniejsze barwy. Dorna powiedziała, że te co mieli dotąd przy tych nowych wydają się napuchnięte od wilgoci i wyblakłe. Coś w tym mogło być. Śluz jaki je pokrywał też wydawał się być bardziej lepki i jakby świeższy, miał nawet specyficzny zapach jaki drażnił nozdrza ale trudno go było do czegoś porównać. Ale te jaja jakie zabrali z jaskini Oster miały za sobą milenia więc może upływ czasu miał na to wpływ, że się różnią od tych co muchy wydały na świat dopiero co.
Gdy się żegnali Dorna była w wyśmienitym humorze. Cały czas powtarzała, że szkoda, że Sigismundus tego nie widział. W końcu on był duchowym ojcem tej muszej hodowli. I jeszcze zapytała czy chciałby zabrać torbę ze strzykwami jakie aptekarz dla niego przygotował. Były tam zarówno te z jajami jak i odżywkami. Ot, tak na wszelki wypadek gdyby trafiła się jakaś okazja.
Gdy wrócił do domu odwiedził go Tobias. Podzielił się z nim pomysłem na użycie nosicielki w akcji wydobycia magicznego światełka z trzewi akademii. Nauczyciel bardzo chciał dostać się do wiedzy Vesny ów nadnaturalny cud zamknięty w skrzyni jaką niedawno widział ich kolega Joachim wydawał się być móc pełnić rolę klucza lub przewodnika. Tylko, że jak dodało się do tego opowieści o wybuchających głowach tych co transportowali skrzynię do lochów akademii to wskazywało mu, że bezpośredni kontakt z artefaktem może być niebezpieczny. Tu jednak właśnie przychodził pomysł z użyciem nosicielki wypełnionej dziedzictwem Oster. A jakie miało w sobie pierwiastek także pozostałych sióstr. Tobias liczył więc, że taka kobieta może być odpowiednia do pierwszego kontaktu ze światełkiem.
Obaj uznali, że pomysł wydaje się mieć ręce i nogi ale oczywiście rozbijał się o brak odpowiedniej nosicielki. Bo większość koleżanek jakie omawiali albo nie kwapiła się aby dać się zasiać albo była spoza kultu i nie było pewne jak się odniesie do napadu na akademię i czy później będzie można jej zaufać, że nie puści słowa z ust na ten temat. Pod koniec dyskusji Tobias był nieźle umęczony tą kwadraturą koła.
- Doszedłem do wniosku, że kluczowa jest postawa Łasicy i lady Sorii. Łasica jest naturalną liderką ladacznic i ma na nie duży wpływ. Jak ona jest przeciwna zasianiu to i dla innych jest to dodatkowym usprawiedliwieniem aby też odmawiać. Lady Sorię jakby się udało namówić. Ona jest ich królową, spełniają jej zachcianki. I pomyśl! Ona jest córką samej Soren a może i nie. Ale na pewno nie jest człowiekiem tak jak ty czy ja. Pomyśl jaki wyjątkowy miot by mogła wydać na świat! Albo chociaż Fabienne skoro to jakaś tam jej piąta woda po kisielu. - Tobias z werwą omawiał kolejne plany i warianty jakie mogły doprowadzić do zasiania którejś z koleżanek po to aby mogła pełnić rolę pośredniczki w akcji zdobycia światełka Vesty zamkniętego w akademii.
- Ale można też spróbować oddolnie. Choćby z Burgund. Wiadomo ona się trzyma z Łasicą. Ale jakby dorwać ją jak jest bez niej? No wiem, że do tej pory nie była chętna no ale może uda się ją urobić. Albo Lilly. Ona wydaje się podatna na takie rzeczy. Przecież też jest od tych odmieńców Kopfa jak Dorna a Dorna dała się zasiać. Może wystarczy ją poprosić ładnie aby się zgodziła? A ten nasz Słowik Północy? Sama mówiła, że przyjechała dać się tu zbrzuchacić byle nie z człowiekiem. Zasianie to może nie ciąża ale przy odpowiedniej ilości dawki jaj to ciężarny brzuch można mieć. Rozmawiałem o tym z Sigismundusem właśnie ze względu na ryzyko szybkiej ciąży w parę dni zaczął eksperymentować od niewielkich dawek. Albo tą Laurę z burdelu. Chyba jedyna co lubi takie rzeczy. No wiem, że nie jest w pełni od nas ale jeśli chodzi o zasianie to jedyna chętna i pewna ladacznica. Może jakoś da się ją sprawdzić czy by potem trzymała buzię na kłódkę. I zawsze można ją zabić po akcji. A jakby światełko miało komuś wybuchnąć głowę to lepiej jej niż komuś z nas prawda? - Dowodził swoich racji a wspomniane kobiety wydawał się traktować jak narzędzia potrzebne do wykonania planu odbicia światełka Vesty. W końcu widząc, że zaczynają się powtarzać i nowych wniosków brak nauczyciel wstał i pożegnał się.
Otto będąc w swoim mieszkaniu widział jak za oknami pada szara, monotonna mżawka. W ciele wciąż czuł bójkę z ulicznikami. Dotarło do niego, że jutro jest Marktag czyli dzień targowy. Obiecał przecież Dornie, że kupi jej coś do jedzenia aby mogła sobie coś ugotować przez następne kilka dni. No i, że rozejrzy się za ową ładną wieśniaczką z kozami albo świniami co dawniej lubiła się fraternizować z czworonogami. Tylko wizyta na targu dość mocno kolidowała z wizytą w hospicjum bo w obu miejscach wypadało się stawić z rana. Niespodziewanie to hospicjum zawitało do niego jeszcze samego dnia. Zorientował się jak usłyszał pukanie do drzwi. Bez kodu więc wiedział, że to nikt z jego tajnych braci czy sióstr. A gdy otworzył okazało się, że to brat Ludwik. Nowicjusz plebejskiego pochodzenia co przybył do hospicjum już po Otto.

link: https://i.imgur.com/gI0JHGU.jpeg
- Pochwalony bracie Otto. - Przywitał się z kolegą z pracy. - Ale cię urządzili. - Popatrzył z pewnym zafascynowaniem na spuchniętą twarz jednookiego. Rano się nie widzieli więc pewnie słyszał dlaczego przeor zwolnił go dzisiaj do domu ale sam na własne oczy dopiero teraz mógł to zobaczyć. Po tej odruchowej uwadze zaczął mówić po co przybył.
- Przeor cię wzywa do hospicjum. - Powiedział tak po prostu. - Dostał jakiś list i wyszedł jak oparzony. Nie było go ze dwa dzwony. Wrócił teraz i kazał cię wezwać. No to jestem. - Młodzian zrelacjonował mu co wie a widocznie niewiele bo był jednym z najmłodszych braci w ich placówce i często pełnił rolę posłańca. Widocznie przeor nie wtajemniczał posłańca w zbyt wiele szczegółów. Gdy młodzieniec w habicie czekał na to aż trochę starszy kolega się zbierze do wyjścia to zagaił go o coś jeszcze.
- Powiedz Otto jak ty to robisz z tymi szlachciankami? Co chwila z jakąś przychodzisz do hospicjum i one rzucają kiesą i w ogóle są całkiem miłe. - Ludwik wydawał się być zafascynowany sukcesami kolegi w zdobywaniu względów młodych, bogatych szlachcianek z którymi ostatnio pokazywał się w miejscu ich pracy całkiem często. Bogate i atrakcyjne milady widocznie nie przeszły wśród mnisiej braci niezauważone.
Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; skraj Teufelsumpf; plaża;
Czas: 2519.07.21; Aubentag; południe
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Egon
Egon na tej bezimiennej, zalewanej mżawką, ponurej plaży miał się okazję przekonać, że wśród frakcji różnych boskich patronów u Norsmenów konflikty potrafiły wybuchać równie szybko i łatwo jak wśród kultu Starszego. A potrafiły się zacząć z tak błahej przyczyny jak los niewolnicy jaką na pożeganie podarował im dowódca długiej łodzi.
- I, żebyście nie mówili, że Runolf Widłobrody nie wsparł sprawy Mergi Złotookiej i Czterech Sióstr! - Zawołał gdy Egon i grupka Norsmenów zeszła już na plażę. I jako pożegnalny prezent zostawił im młodą dziewkę.

link: https://i.imgur.com/Pa5eL2I.jpeg
W ciągu trzech dni rejsu z Norsci oczywiście nie dało się nie zauważyć tej szczupłej blondynki ale także inni sojusznicy Mergi chyba brali ją za część załogi. Dziewczyna gotowała posiłki, układała liny, patroszyła ryby i chyba tylko Astrid czasem z nią rozmawiała. Być może dlatego, że jedyną kobietą oprócz niej była Raisa a nie wyglądało, aby obie przypadły do gustu. Córka wodza była młodą, atrakcyjną kobietą w kwiecie wieku świadomą swych walorów i chętnie z nich korzystających zaś nurglowa wiedźma była stara, wredna i pomarszczona która starała się zdominować rozmówcę mistycyzmem swojej wiedzy tajemnej. Niemniej nawet one z grupki jaka wysiadła na ponurą plażę wydawały się zaskoczone tym pożegnalnym prezentem Widłobrodego. Wyglądało jakby zdecydował się na to w ostatniej chwili albo trzymał to od początku jako niespodziankę.
Blondwłosa była ubrana po norsmeńsku i miała ze sobą niewielki tobołek. Podeszła do grupki jaka zeszła już na ląd i pokłoniła się swoim nowym panom. Powiedziała coś do tego ale po norsku więc Egon nie zrozumiał. I gdy Runolf Widłorogi odpływał już od wybrzeża a grupka piechurów ruszyła przez piach i mżawkę na wschód wybuchła sprzeczka. Zaczął ją Bjorn. Nie mówił w reikspiel więc gladiator nie zrozumiał co. Ale domyślił się, że chodzi o niewolnicę bo na nią pokazywał i tłumaczył coś zawzięcie. Odgryzała mu się głównie blondwłosa córka wodza a reszta znacznie mniej. W pewnym momencie berserker zwrócił się i do Egona bo ten zrozumiał swoje imię. Lars w końcu przetłumaczył mu o co chodzi.
- Bjorn chce złożyć Helgę w ofierze dla Norry. Odciąć jej głowę. Na dobry początek łowów na nowym lądzie. - Mówił Lars i dało się wyczuć, że on sam albo nie podjął jeszcze zdania albo nie jest entuzjastą tego pomysłu. Słysząc, że zaczęli rozmawiać w reikspiel, języku jakiego tylko Bjorn nie znał, Astrid bez wahania dołączyła do tej rozmowy.
- A dlaczego ona ma być ofiarą dla Norry? A dlaczego nie dla Soren? - Zaperzyła się wskazując na młodą niewolnicę. - I jak on jej odetnie głowę to już nie będzie z niej żadnego pożytku. A ofiara dla Soren to chędożenie więc wszyscy Helgę wychędożymy. Albo kto chce. A wieczorem czy jutro znów jeśli będziemy mieć ochotę. A jak on jej odetnie głowę to już nikt nie będzie miał z niej pożytku. - Jako zwolenniczka Soren miała swój punkt widzenia jak użyć Helgi. Podeszła do Egona i sympatycznie uśmiechnęła się do niego. - Sam na nią spójrz. Nic jej nie brakuje. Nie chciałbyś z niej skorzystać? No i my przecież nie mieliśmy się jeszcze okazji poznać lepiej. - Popatrzyła na niego zalotnie jakby miała ochotę na pogłębienie z nim znajomości. W te negocjacje wdarł się skrzekliwy odgłos starej szamanki.
- Chędożenie! Takim ladacznicom jak ty to tylko jedno w głowie! - Wiedźmowata Raisa dołączyła do tej słownej przepychanki dając upust swojej niechęci wobec córki wodza. - Zasiejmy ją jajami Oster! Merga mi trochę dała. To będzie poświęcenie na chwałę Oster! Helga jest młoda i silna powinna wydać dobry miot. A ty jako córka wodza też powinnaś dać przykład i dostąpić tego zaszczytu. Taka jest wola wszystkich Sióstr. - Stara kobieta uderzyła w natchniony ton i dla niej priorytetem była jej boska patronka. Na koniec wskazała strofującym tonem także na Astrid, że też powinna dać się zasiać jajami jakie koledzy Egona znaleźli w pradawnej jaskini na wschód od miasta. Egon do tej pory nie zajmował się dziedzictwem Oster ale Starszy i Merga omówili to na jednym ze spotkań jeszcze przed napadem na świątynię i rejsem do Norsci. Więc znał ogólne ich działanie. Jajami zasiewało się człowieka wsadzając je w naturalne otwory. Po paru dniach tą samą drogą wychodziły czerwie jakie następnie trzeba było zebrać i zapewnić im bezpieczne miejsce na przekształcenie się w poczwarki a w końcu dorosłe muchy. Tych much jego kult zamierzał użyć do ataku na możnych tego miasta licząc, że z okazji turnieju będzie ich wielu w jednym miejscu. Nosiciel tych jaj powinien przeżyć taki zabieg, Sigismundus udowodnił to na zasiewając Loszkę, niespełna rozumu dziewczynę o jakiej mówił, że jest tknięta reką Oster. Teraz jednak Raisa chyba zreflektowała się, że poza nią jakoś nikt nie żywi entuzjazmu do tego pomysłu więc dodała przymilnym tonem. - Ale mogę ją zasiać po chędożeniu. Mnie nie liczcie, mnie już to nie interesuje. - Zapewniła próbując się uśmiechnąć na swojej starej twarzy.
Ta cała rozmowa w obcym języku wydała się Bjornowi zbyt długa bo krzykliwie zaczął się dopominać o wyjaśnienia. A przynajmniej takie można było odnieść wrażenie. Lars odkrzyknął mu coś uspokajająco a w końcu zwrócił się do pozostałych.
- Czekajcie, czekajcie! - Uniósł ręce do góry aby zwrócić na siebie uwagę. Powtórzył pewnie to po norsku do Bjorna. Trzy kobiety zwróciły się ku niemu. Dało się zauważyć, że Helga przeszła bliżej centrum grupy aby znaleźć się w miarę możliwości z dala od berserkera. - Zapytajmy jej co umie i na co może się przydać. - Half Oks wskazał na blondwłosą niewolnicę. Wszyscy jego współplemieńcy byli zaskoczeni pomysłem aby pytać niewolnicę o zdanie. Wykorzystując chwilę ciszy Norsmen zwrócił się do niej - Mów. Co umiesz. Na co możesz się przydać? - rozkazał jej pewnym siebie ale spokojnym głosem.
- Umiem wszystko! - Wyrzuciła z siebie Helga, o dziwo w reikspiel. Chociaż z wyraźnym wschodnim akcentem jakby pochodziła z któregoś ze wschodnich prowincji Imperium albo nawet z Kisleva. To jednak w portowym mieście nie dziwiło, szlachcianka Fabienne von Mannlieb, jedna z kochanek kultu, była rodowitą Bretonką i wciąż mówiła z bretońskim akcentem i wszyscy zdawali się to akceptować. A przybyszy ze wschodu było w Neus Emskrank znacznie więcej niż z Bretonii.
- Umiem gotować, oprawiać zwierzynę, pracować w domu i gospodarstwie, usługiwać przy stole! W łożu także! Mogę się chędożyć! Znam reikspiel i kislevski, jak chcecie to mogę pójść i coś podsłuchać! Umiem też czytać i pisać w ich języku! Przydam wam się, tylko nie obcinajcie mi głowy! - Blondynka wyrzuciła z siebie na jednym tchem i mówiła gorliwie świadoma, że Bjorn ma ochotę ją skrócić o głowę.
- Jesteś z Imperium? - Astrid pierwsza się domyśliła, że mogą mieć do czynienia z jakąś norsmeńską branką. Najazdy na południowe wybrzeża i branie ludzi w niewolę było odwieczną tradycją Norsmenów.
- Tak. W połowie jestem Kislevitką. Nazywałam się Olga i byłam nastką jak mnie jarl zabrał do siebie i nauczył służyć prawdziwym bogom. Teraz jestem im oddana całkowicie. Dawniej uczyłam się prowadzić sklep dlatego umiem czytać ale to w poprzednim życiu, teraz służę tylko wam. Ale proszę, nie obcinajcie mi głowy! - Niewolnica była bliska płaczu i patrzyła po kolei na tych co mieli zdecydować o jej losie. Oprócz berserkera którego najwyraźniej się bała i starała się go unikać. Grupka Norsmenów znów pogrążyła się w dyskusji i w reikspiel i norskim ale wyglądało na to, że panuje chwiejna równowaga. Bjorn chciał złożyć krwawą ofiarę z głowy niewolnicy, Astrid spółkować z nią i resztą, Raisa zasiać niewolnicę jajami Oster a najlepiej także i córkę wodza zaś Lars przekonywał ich, że póki co lepiej mieć Helgę przy sobie a potem się zobaczy. Wyglądało na to, że tylko imperialny gladiator ma szansę przeważyć szalę albo dorzucić własny pomysł do puli.
Właśnie w tym momencie “odezwał się” Zog jaki od początku poszedł przodem przez co nie uczestniczył w kłótni o niewolnicę. ~ Na plaży jest jedna kobieta. Goła. ~ Egon nigdy wcześniej nie przeżył czegoś takiego. Bo “usłyszał” głos Zoga w swojej głowie ale jego uszy nie zarejestrowały jego głosu. Reszta albo o tym wiedziała albo była przyzwyczajona do takiego dziwnego sposobu komunikacji bo zwrócili uwagę na treść. Spojrzeli z konsternacją na zwiadowcę jak i na siebie nawzajem.
- Żywa? - Zapytał Lars nie wiedząc jeszcze co począć z tą informacją. Zog potwierdził kiwając zakapturzoną głową.
~ Tak. Rusza się. Leży na plaży. Nie wykrywam nikogo innego. ~ “Głos” odmieńca znów usłyszeli w swoich głowach. Odwrócił się i wskazał na kierunek z jakiego przyszedł ~ Widać ją z tamtej wydmy. ~ Reszta też zerknęła w tamtą stronę. Wydmę było widać ale właśnie ona blokowała widok na ową nagą kobietę. Los Helgi chwilowo zszedł na dalszy plan.
- Chodźmy zobaczyć. - Zaproponowała Astrid i reszta się zgodziła. Widocznie nietypowe zachowanie obcej kobiety wzbudziło w nich ciekawość. Wszyscy ruszyli ku wydmie Zoga. Nie była zbyt wysoka i miała dość łagodne stoki chociaż nogi zapadały się w luźnym piasku. Skulili się lub położyli na jej szczycie aby z ukrycia obserwować co jest po drugiej stronie.
- Rzeczywiście wygląda jak kobieta. - Lars zgodził się po chwili obserwacji. Obca była z jakąś setkę kroków od wydmy więc jej smukła, naga sylwetka była dobrze widoczna ale bez detali. Leżała na plecach, w leniwej pozie, podpierając się łokciami jakby syciła się mżawką jaka spadała także na jej nagie ciało. Z odchylonej do tyłu głowy spływały ku piaskowi długie, ciemne włosy.
- Wygląda na ładną. - Oceniła Astrid która od razu dostrzegła powab zgrabnej sylwetki.
- Ją też możemy zasiać jajami Oster. - Cicho zaskrzeczała Raisa uśmiechając się do siebie na tą myśl.
- Ale co ona robi sama na tym pustkowiu? I to bez ubrań? - Zastanawiał się Lars. Mimo wszystko było to mało typowe zachowanie. Bjonr zaśmiał się i zachrypiał coś cicho. Co wywołało uśmiechy u córki wodza i norsmeńskiego podróżnika.
- Bjorn mówi, że pachnie mokrą piczą. - Astrid wyjaśniła imperialnemu koledze. A norsmeński faktycznie węszył powietrze. - Mówi też, że nikogo innego nie wyczuwa. - Dorzuciła jeszcze co mówił barbarzyńca.
- Chyba grupa Norsmeńskich zdobywców nie będzie się obawiać jednej, południowej dziewki? I to gołej? - Lars wesoło do nich zagaił dając znać, że jest gotów wyjść na spotkanie ten zgrabnej i nagiej przygody. Astrid pokiwała swoją blond głową, Raisa wzruszyła ramionami, Helgi oczywiście nikt o zdanie nie pytał. Więc Halv Okse cicho powiedział coś do Bjorna w ich języku i dzikus zarechotał i powiedział coś z lubieżnym uśmiechem.
- Bjorn mówi, że pokaże tej południowej ladacznicy norsmeńską gościnność. - Lars przetłumaczył słowa kolegi na reikspiel co wywołało podobną radość w reszcie grupy. Wszyscy wydawali się gotowi pójść i sprawdzić co to za jedna wygrzewa się nago na plaży w tej ponurej mżawce.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.07.21; Aubentag; popołudnie
Warunki: jasno, ciepło; dość cicho na zewnątrz: dzień, mżawka, łag.wiatr; chłodno (0)Rosalia
Rosalia znów była przy tej pięknej syrenie. Dotykała jej kamiennej skóry. Po twarzy, szyi, piersiach, brzuchu. A ciało posągu pod jej dotykiem zmieniało się w ciepłe, żywe, jędrne ciało. Chętnie uginające się z rozkoszy pod jej dotykiem. Jakby powoli budziło się z wiekowego snu. Gdy dłoń kultystki zjechała na połączenie ciał kobiety i ryby odkryła, że coś tam zaczyna się ruszać. Rosnąć. Niczym męskie przyrodzenie. Sama czuła własne podniecenie. Aż tu niespodziewanie czyjeś dłonie wsunęły się od tyły pod jej pachy i ześliznęły na piersi. To był całkiem przyjemny dotyk. Czuła usta tej drugiej na swoim karku, jej oddech i wreszcie zobaczyła kątem oka kosmyk fioletowych włosów. Gdy chciała odwrócić się ku niej poczuła ogromny ból głowy. Tak bardzo, że się obudziła.
Głowa naprawdę ją bolała. Czuła pulsowanie świeżego siniaka od uderzenia. Co więcej odkryła, że siedzi na krześle. I jest do niego przywiązana. Poza tym chyba jednak była cała.
- Witamy znów wśród żywych. Wybacz jeśli mnie poniosło ale nie mogłam ryzykować. A poza tym… Zasłużyłaś sobie. - Głos innej kobiety skierował wzrok Rosalii przed siebie. Ujrzała jak tamta siedzi na innym krześle. Były w jakimś opuszczonym domu jakich pełno było w tym mieście.

link: https://i.imgur.com/d76vVhM.jpeg
Obca wyglądała jak jakaś najemniczka lub ktoś podobny. Była w spodniach co u kobiet nie było częste. A solidne pasy z bronią jeszcze bardziej to potwierdzały. Kark otulał jej kołnierz z białego futra a na dłoniach miała rękawice bez palców. Siedziała sobie wygodnie popijając coś z podróżnego, metalowego kubka. Przyglądała się swojej ofierze z zaciekawieniem. Rosalii coś świtało, że chyba ją mijała na ulicy. Ale przecież co chwila mija się kogoś na ulicy. Akurat jak wracała od tej syreny i nieznajomej jakie teraz jej się przyśniły. I widocznie ta tutaj musiała ją jakoś grzmotnąć w głowę, zaciągnąć tutaj i związać.
- Jeśli zaczniesz krzyczeć to cię zaknebluję. - Ostrzegła porywaczka gdy leniwym ruchem nalała z butelki do kubka po czym wstała i podeszła do swojej ofiary. Wydawała się napawać swoją władzą i zwycięstwem, była pewna siebie gdy podstawiła jej kubek do ust i pozwoliła się napić. Do było typowe wino rozcieńczone wodą. Ale teraz cudownie orzeźwiało i zmywało suchość w ustach. Najemniczka bez skrupułów obserwowała z góry porwaną. Gdy skończyła pić przesunęła dłonią po jej policzku.
- Ładna jesteś. Nic dziwnego, że wpadłaś w oko Helmutowi i reszcie. - Zaśmiała się ze złośliwej radości. Po czym odwróciła się i wróciła do stołu na swoje miejsce. Usiadła, założyła swoje smukłe nogi na stół, dłonie splotła za tyłem swojej głowy i znów obserwowała schwytaną ofiarę.
- Chyba nie myślałaś, że Helmut ci odpuści? Ani, że jesteś tak sprytna aby zgubić profesjonalistę? - Uśmiechnęła się do niej z wyższością. A sytuacja zdawała się ją bawić. Mówiła o przywódcy kultu z jakiego uciekła Rosalia jakby go znała osobiście. Jednak związana w ogóle jej nie kojarzyła. Bo gdyby też była członkinią ich grupy to przecież by się znały. Teraz jednak nieznajoma przestała się uśmiechać i chyba nad czym się zastanawiała. Machinalnie bawiła się kubkiem przechylając go na stole to w jedną, to w drugą stronę.
- Właściwie to on pewnie nie chciałby abyśmy ze sobą gadały. Tylko abym cię zaraz wiozła z powrotem do niego. - Rzekła po tej chwili namysłu posyłając Rosalii bystre spojrzenie. - Ale to kawał drogi i coś mi mówi, że tym razem nie chodzi tylko o to, że jakaś “siksa” go rzuciła bo wolała innego. Inaczej by nie reagował tak gwałtownie. Więc? O co tu chodzi? Daję ci szansę abyś mnie przekonała. To może wezmę twoją stronę a nie jego. Nie płaci mi aż tyle abym poszła dla niego w ogień i w sporej mierze robię to po starej znajomości. Więc? O co tu chodzi? Czemu zwiałaś? Czemu akurat tutaj? Tylko nie kłam, bo się poznam, i tylko mnie wkurzysz. - Obca wydawała się zaciekawiona historią jaka się kryje za jej pościgiem i potrafiła przyjąć negocjacyjny ton. Rosalia nie była pewna czy to poza czy naprawdę ma szansę przekonać czarnowłosą do swoich racji. A “siksę” zapewne wspomniała celowo bo Helmut lubił to określenie wobec kobiet które go czymś rozzłościły.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Retrospekcja z poprzedniej nocy
Joachim taksował spojrzeniem rozmówców uważnie, próbując ich ocenić. Skoro składali krwawe ofiary i uniknęli do tej pory wykrycia to musieli być w pewnej mierze przynajmniej kompetentni.
- Niestety nie mam dużo czasu bo chciałem jeszcze dzisiaj dostac sie do miasta. Zgadzam się, że nie ma sensu by była między nami zła krew. Nasz Zbór w mieście jest wprawdzie liczny, ale mamy ambitne plany. Myślę, że moglibyśmy sobie pomóc potencjalnie w przyszłości. Was jest więcej niż widzę przy tym stole? - u nas mamy wyznawców każdej z 4 Potęg - Joachim przybrał swoją najbardziej dyplomatyczną minę, chcąc wybadać rozmówców. Nie było miłe jak go potraktowali, ale trzeba było działać konstruktywnie, znalezienie sojuszników mogło wzmocnić jego pozycję w Zborze.
- O tak, dużo więcej. - roześmiała się Darcy jakby przyszło jej do głowy jakieś zabawne skojarzenie. Jej koledzy jednak nie byli aż tak ubawieni. Popatrzyli na nią i na siebie nawzajem nim głos zabrał czarnowłosy Fenk.
- To was też jest więcej? No dobrze. To dobrze. Może uda nam się nawiązać jakąś współpracę. W końcu mamy wspólnego wroga. Jednego dnia my możemy pomóc wam, drugiego wy nam. Dobrze to może wyglądać. - pokiwał głową jakby widział jakąś okazję do współpracy pomiędzy ich zborami nawet jak poznali się w dość niefortunnych okolicznościach.
- A może chcesz zostać na małą uroczystość? Będziemy temu bydłu w piwnicy podrzynać gardła na cześć naszych patrona. A potem… - grubas o delikatnym głosie ośmielił się nieco przychylną postawą ich gościa ale umilkł w połowie zdania speszony spojrzeniem czarnowłosego.
- My też nie możemy tu zostać zbyt długo. W końcu ktoś naprawdę może tu przyjechać w gościnę. Albo zajrzeć jacyś strażnicy dróg. Więc chcemy załatwić swoje i stąd zmiatać. - Fenk wskazał brodą na drzwi wejściowe za jakimi była brama i trakt. W końcu był środek dnia i najpopularniejsza droga z okolic Neus Emskrank jaka łączyła portowe miasto ze stolicą prowincji. Jeśli gdzieś miałby być ruch na trakcie to właśnie tutaj.
Joachim zanotował sobie w myśli, że tamta grupa była dość liczna. I oczywiście tą karczma to nie była ich stała siedziba. I też chyba kłaniali się więcej niż jednej potędze. Ta Darcy skojarzyła mu się z jedną z dziewczyn z bandy Łasicy. Pytanie w jakim stopniu mógł im zaufać. Raczej nie powinien im zdradzać wszystkich sekretów.
- Też widzę potencjał na owocną współpracę, mój Zbór ma… bardzo ambitne plany. Możemy was zaprosić na spotkanie za kilka dni.
Dziękuję za zaproszenie na waszą ceremonię, mam nie więcej niż godzinę czasu więc mogę uczestniczyć. - skinął głową po chwili wahania.
Pozostali popatrzyli po sobie jakby zastanawiali się nad tym przez chwilę. Po czym mężczyzna o zadbanym wyglądzie i długich, czarnych włosach uśmiechnął się po przyjacielsku. - Świetnie! No to nie ma co tu czekać. Darcy zostań tu i popilnuj jakby coś się działo. A wy przyjaciele chodźcie. Nie ma co tracić czasu! - Fenk sprawnie rozdał polecenia na jakie zgrabna blondynka dość obojętnie skinęła głową. Zresztą nie zrobiła ruchu jakby miała ochotę za nimi podążać tylko odprowadziła ich spojrzeniem i skoro sama została przy stole to poczęstowała się winem z dzbanka. Reszta zaś przeszła na kuchnię, potem na jej zaplecze, wreszcie do piwnicy. Tu była już nieco znajoma klapa w podłodze. Tylko tym razem Joachim i Gunther widzieli ją od góry. Drabina jednak była ta sama. Podobnie jak mroczna czeluść prowadząca do niższego poziomu. Kultyści musieli po kolei po niej schodzić aż znaleźli się w tym samym podziemu gdzie magister jakiś czas temu obudził się związany.
Tym razem jednak był tu jako gość z pokrewnej organizacji spiskowców. Łącznie było ich tu sześciu. Fenk, Gunther, ten trzeci co przez chwilę siedział z nimi w sali głównej podczas rozmowy ale się do niej nie włączał i czwarty jakiego dopiero teraz widział pierwszy raz. Jego mutacja rzucała się w oczy bo na głowie miał kostny grzebień jaki mocno by mu utrudniał wtopienie się w tłum zwykłych wieśniaków, mieszczuchów czy nawet podróżnych na trakcie. Pod ścianą lochu wciąż leżało kilka spętanych i zakneblowanych ciał. Ze dwa czy trzy już nie dawały znaku życia ale część jeszcze żyła. Tylko była pogrążona w tym dziwnym letargu.
- No i mamy tu gagatków. Pomogą nam uświetnić dzisiejszą uroczystość. Od dawna szukaliśmy tego miejsca ale dopiero niedawno udało nam się je odnaleźć. A szukaliśmy tego. - Fenk przyjął uroczysty ton pławiąc się z dumy nad pokonaniem tych przeszkód które do tej pory mu stały na drodze. I wskazał na rzecz jaka stała na półce starego regału. To był ten przedmiot jaki emanował Dhar. Dopiero teraz Joachim miał okazję mu się przyjrzeć bliżej oczami śmiertelnika. To była statuetka wielkości może pół ramienia. Przedstawiała jakieś dziwne straszydło jakie nie przypominało mu żadnego, znanego stworzenia.
- Oddamy cześć naszemu patronowi. A on ześle na nas swego sługę jaki obdarzy nas swoimi darami i łaską! - rzekł zachwycony a jego entuzjazm rozlał się i po pozostałych wspólnikach.
- Joachim z fascynacją przyglądał się statuetce, od której wcześniej wyczuwał moc. Próbował sobie przypomnieć, czy o czymś takim słyszał lub czytał, czy to od Mergi czy to podczas własnych badań.
- Chwała Panowi Przemian! - I doprawdy niezwykły artefakt, gratuluje! - skinął głową z uznaniem. - Czy mogę wziąść go w ręce?- Dobrze. Tylko ostrożnie. Ma kluczowe znaczenie podczas rytuału. - Fenk zgodził się i widać było, że dobry humor mu dopisuje. Zresztą kolegom podobnie. Wszyscy byli podekscytowani myślą o celebracji swojego zwycięstwa. Gdy magister wciął fugurkę bezksztaltnego potwora wyczuł moc jaka z niej płynie. Teraz jeszcze bardziej jakby lekko wibrowała mu w dłoni. Zaś swoim trzecim okiem widział jak przedmiot wypacza przepływający Eter emanując mroczną Dhar. Jakby to powiedzieli w altdorfskim kolegium był to przeklęty, wypaczony przedmiot z jakim nie powinno się mieć nic wspólnego. Ale dla wyznawców Mrocznych Potęg był jak cenna relikwia i dowód ingerencji ich patronów w ten świat.
Ale co przedstawia ten przedmiot tego nie był w stanie rozpoznać. Zapewne istotę z jaką był związany. A biorąc pod uwagę nieregularne kształty mogło chodzić o jakiegoś mieszkańca Eteru. Trochę był podobny to strachulców, średniej mocy demonów Tzeentcha. A trochę nie. Nie było wiadome czy to celowy zabieg artysty czy tylko symboliczne przedstawienie jakiejś istoty.
- Wiecie, czym jest istota tutaj przedstawiona? Przypomina trochę strachulca, jednego ze sług Pana Przemian’- Joachim po uważnym obejrzeniu. Następnie planował pozwolić gospodarzom na poprowadzenie rytuału.
- To Tizgaugh. - odparł dumnie Fenk ciesząc się z wrażenia jakie wywołał ich zdobyty artefakt na gościu. Po czym wziął od niego figurkę i odstawił na miejsce. - Bracia. Zgromadźmy się. Czas zacząć celebrować nasze zwycięstwo! Na cześć i chwałę naszego boskiego patrona! I jego posłańca Tizgaugha! Przygotujcie to bydło! Niech dostąpią zaszczytu współuczestnictwa w naszej mszy! - zawołał uroczystym tonem. Zaś reszta jego zboru roześmiała się radośnie. Z ochoczą zaczęli podchodzić do uśpionych ciał albo pomagać swemu liderowi. Ten zaś zaczął przygotowania do rytuału. Zaczął mazać kredą na podłodze tajemnicze glify, rozstawiać i zapalać świece, założył sobie na pierś wisior z gwiazdą Chaosu oraz jednym z licznych symboli Dwugłowego Boga. Wyglądało to całkiem podobnie do tego co Merga uczyła Joachima. Nawet ze dwa czy trzy symbole rozpoznał z tych co wyrysował czarnowłosy mag.
- Dajcie naszego gospodarza! Od niego zaczniemy! - zawołał prawie wesoło. A jego kamraci zarechotali złośliwie. Złapali za ciało nieprzytomnego, zwalistego mężczyzny i zawlekli go do swojego mistrza. Ten wyjął nóż i przez chwilę sycił się chwilą. Przejechał czubkiem noża po szyi karczmarza jakby przymierzał się jak zrobić cięcie. Po czym spojrzał na pozostałych kultystów. - Zaraz się zacznie. Wtedy już nie będzie można przerwać rytuału. Musicie mi podawać kolejne ciała. Ich krew i ofiara wzmocni siłę naszych modłów. - wyjaśnił czy też raczej przypomniał im co mają robić. Ci gorliwie pokiwali głowami a oczy płonęły im ze zniecierpliwienia i oczekiwania.
Joachim przyglądał się poczynaniom kultystów z mieszanką uczuć, w których dominowała fascynacja, choć też trochę niepokoju. Zbór Starszego unikał ofiar z ludzi, więc nie był do takich widoków zupełnie przyzwyczajony, ale z drugiej strony ostatnim co mógł zrobić to pozwolić sobie na okazanie słabości.
- Mogę pomóc - skinął głową, zamierzając robić to co pozostali.
- No to świetnie bracie, naprawdę bardzo dobrze! - Fenk pochwalił jego chęć pomocy. No i się zaczęło. Magister widział jak drugi mag wszedł w narysowany okrąg. Orientował się, że ten powinien go chronić i pomóc w rytuale. Zaś jego kamraci razem z Joachimem sprawnie przysunęli ciała bliżej tego okręgu. Ofiary albo wciąż były uśpione albo pod wpływem tych przenosin zdradzały niemrawie oznaki życia. Ale to już nie zatrzymalo rytuału przyzwania.
Fenk zaczął śpiewać pieśń. Joachim rozpoznał demoniczny chociaż nie wszystkie słowa zrozumiał. Niemniej ogólny wydźwięk był dla niego zrozumiały. Najpierw był wstęp i część pochwalna dla demona aby sobie zjednać jego przychylność. Te zaklęcia jakie przekazała mu Merga do przyzwania chochlików miały tą część mniej rozbudowana ale rogata wyrocznia uczyła, że to ze względu, że te istoty to najsłabsze z istot Eteru. Przy potężniejszych lepiej było je sobie chociaż trochę zjednać. Potem pieśń przeszła do wezwania tutaj. Powoływała się na sojusz, obietnicę smakowitych kąsków i darów dla demona. I przy tym właśnie nóż co ruz przecinał gardła podawanych czarnoksiężnikowi nieszczęśników. Bezwładne ciała padały u jego stóp a podłogę zalewała coraz szersza kałuża świeżej krwi. W nozdrza uderzał jej zapach i wydawało się, że włoski w nozdrzach, na głowie czy ręku elektryzują się od tego rodzącego się napięcia. Wszyscy to czuli, nie tylko Joachim. I to budowało wspólną więź tak samo jak krew z rozciętych tętnic skalała także ich stopy.
Magister czuł jak energie Eteru pulsują i coraz silniej wypaczają rzeczywistość. A ich źródło było w figurce maszkarona stojącej na starym stole. W pewnym momencie, zaczęła ona jakby drżeć od nagromadzonej mocy. Kultyści widali jęk podziwu i trwogi na ten nadnaturalny objaw. Ale to nie był koniec. Głos Fenka wzmagał się jak natchniony. Figurka zaś zaczęła pękać. Ze środka przez te pęknięcia zaczęło przebijać jakieś kolorowe światło. Dał się słyszeć trudny do zidentyfikowania dźwięk. Jakby świst, odległe echo jakichś głosów czy wrzasków. Przestraszeni mężczyźni cofnęli się o krok czy pół. Ale z zafascynowaniem obserwowali ten spektakl. Wreszcie figurka pękła. Coś z niej się uwolniło niczym dym. Albo płyn. Z jakiego coś zaczęło się formować. Stwór przybierał coraz bardziej stabilne kształty. Aż wreszcie uformował się ostatecznie i przez moment stał nieruchomo. Obserwował ślepiami śmiertelników i wydawało się, że to jakiś posąg. Fenk zaczął mówić słowa przywitania na co demon nieco przekrzywił swój nieforemny łeb. To nieco zdeprymowało maga jakby nie tego się spodziewał. Istota Eteru jednak w pewnym momencie wrzasnęła dziwnym, skrzekliwym jękiem. I bez wahania rzuciła się z pazurami na zaskoczonego czarnoksiężnika. Jego towarzysze byli nie mniej zdziwieni i krzyknęli w przerażeniu cofając się pod jedną ze ścian piwnicy.
Joachim zdecydował poskromić swoją ciekawość, wiedząc że ma niewielkie szanse porozumieć się z roswcieczonym demonem. Sięgnął po potęgę wiatrów magii, skupiając wolę i przywołując niszcząca błyskawicę przeciwko potworowi.
-
Oryginalny autor: Santorine
Dni, tygodnie płynięcia barką norsmenów sprawiły, że w umysł Egona wstąpił głód. Głód krwi, słyszenia krzyków umierających i szczęku uderzania oręża w oręż. Choć, prawdę powiedziawszy, jego pamięć wcześniejszych wydarzeń w Neues Emskrank podpowiadała mu, że na dobrą bitkę nie ma co liczyć.
Co najwyżej połamać kości drabom z ulicy albo też porządne wyklepanie facjaty… Tak. Może to. Póki co, włodarze miasta byli zbyt potężni dla nich, aby pozwolić sobie na otwarty konflikt. I nawet, jeśli by miało być tak, że połowa miasta stanęła po stronie ich sprawy, cóż z tego? Wystarczyłby jeden rączy goniec do Salzenmund, aby imperialna armia zgniotła jakiekolwiek przejawy opory. Nie, rzecz zasadzała się na strategicznym skręcaniu karków i chytrym łamaniu gnatów.
“Powinienem był zostać w Norsce” – Egon pomyślał z rozrzewnieniem.
Z rozmyślań wytrącił go spór o to, czy dziewczyna, która przedstawiła się jako Olga, miała zostać złożona w ofierze, zerżnięta przyzwoicie i potem złożona w ofierze, czy też wreszcie miala posłużyć jako inkubator dla larw much. Oczywiście, w domyśle, że miała zostać brana podczas procesu inkubacji i być może, kiedy jej użyteczność się wyczerpie, to zostanie złożona w ofierze. Ale dopiero po tym, kiedy Egon i Bjorn wezmą ją we dwóch ostatni raz.
– Nie będzie żadnego składania w ofierze, kurwa – burknął Egon. – Ani zasiewania jakimiś jajami. Młódka gładka jest z gęby. Wokół szlachciurów się zakręci. Słuchać plotek będzie. I młodych, głupich możnych kabacić. Tak ma być.
W istocie - imaginował Egon - żeby ostatecznie rozprawić się z włodarzami Neues Emskrank, trzeba będzie dużo więcej chłopa (tudzież bab, wszakowoż tych z walecznego rodzaju, a takich było niewiele, bo baby przede wszystkim były do obracania). Nie mogli sobie pozwolić na zarzynanie swoich, nawet, jeśli miało się to przypodobać bogom. A po prawdzie, Egon przypuszczał, że bogowie mieli więcej pożytku z żyjących, a nie z trupów.
Na rzecz z nagą kobietą Egon zmarszczył brwi.
– Baba bez odziewku w środku dziczy? – na obliczu Egona zagościło powątpiewanie.
Myślał przez chwilę. Jego zadaniem było przeprowadzenie sześciu luda do Neues Emskrank i wytoczenie rzeki krwi z włodarzy, to było jasne. Choć wolałby podbiec i złapać sukę za szyję i pokazać jej, czego się nauczył w ciemnych barakach pod areną Imperium, to wszak też jako gladiator musiał podchodzić wielu.
– Rzeknij Bjornowi, żeby ze mną lazł – Egon zwrócił się do Larsa. – We dwóch pójdziemy. Lars, ty będziesz w odwodzie, razem z Zogiem. Zog osłaniać nas będzie… Jak się coś zesrać ma. Baby niech trzymają się z tyłu, no chyba, że Raisa umie po swojemu zakląć coś.
Potarł rękojeść topora i rzekł jeszcze:
– Goła baba na pustkowiu to zły omen. Może i zasadzka. Może i rozum zwichnęła. Trza uważać, któż wie.
Wyrzekłszy to, Egon skierował swe kroki w stronę nagiej niewiasty. Rozglądał się często i przystawał, pełen złych przeczuć. A może to jeno podróż w łodzi takie na nim wrażenie wywarła?
Wojownik parł przed siebie.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Aubentag; popołudnie
Mnich wpuścił młodszego kolegę i wysłuchał krótkiej wiadomości. Ciekawiło go cóż za korespondencję otrzymał przeor i w jak dużych tarapatach jest. Gdybanie na ten temat wydało się na razie bez celowe skupił się więc na pytaniu Ludwika.
- Osobisty urok i wdzięk. - zażartował jednooki - Przekonanie ich, by nas odwiedziły nie było tak trudne jak uzyskanie przywileju, by z nimi porozmawiać. Nie wszedłem przecież na dwór szlachecki i zacząłem żądać danin na hospicjum.
- No tak, oczywiście, że nie. To byłoby niestosowne. Pewnie by pognały precz takiego chama co by powiedział coś takiego. - Ludwik jako ktoś wychowany wśród plebsu nie był nawykły do obcowania ze szlachtą więc traktował ich jak jakiś egzotyczny podgatunek ludzi. Takich jakich zwykle ogląda się z dala i trochę zazdrości, trochę obawia, trochę podziwia i trochę nie pała sympatią. Była to typowa mieszanka u prostych ludzi. Zresztą gdyby nie tajne znajomości Otto z koleżankami z kultu to też nie byłoby mu tak prosto się do nich dostać. Właśnie to było coś co wzbudzało podziw i ciekawość młodszego mnicha, że starszemu koledze tak się powodzi wśród bogatych szlachcianek.
- Ale ładnie ci z nimi idzie. Te co były ostatnio zabrały te dwie dziewuchy i Torna. Torna to się dziwię bo niezły łajdak z niego. Ja tam nie chciałbym z nim mieszkać pod jednym dachem. A teraz jeszcze ten nauczyciel z Akademii ma zabrać Grega. Jeszcze go nie zabrał ale słyszałem, że rozmawiał o tym z przeorem a ten nic nie mówił, że się nie zgodzi. Ten nauczyciel miał przygotować dla Grega kwaterę czy coś, to pewnie wróci jak będzie gotowe. Wiesz i tak myślę, że teraz też może chodzić o jakąś szlachciankę albo kogoś takiego. Bo przeor mówił, że “Otto się nadaje do tej sprawy bo ostatnio tyle załatwił.” No a przecież ostatnio to właśnie z tymi szlachciankami załatwiałeś. - Ludwik czekając aż kolega z hospicjum się zbierze do wyjścia rozglądał się ciekawie po jego mieszkaniu. A przy okazji wyczuwając życzliwość gospodarza nawet się rozgadał.
- Dziwne, czyżby już wysłała…? - mnich mruknął do siebie i zaczął się zbierać - Kilka dni temu, kiedy odwiedzałem nasze dwie niedoszłe pacjentki, ich nowa opiekun zapoznała mnie z jedną damą sceny, przybyła niedawno do miasta. - mieszkanie Otto było ledwo ponad pokojem, łóżko krzesło, stół i niewielka garderoba - Była zainteresowana pochodzeniem służek lady Mannlieb i wyglądało, że też chciałaby spróbować. - jednooki wzruszył ramionami - Jeżeli to ona, to wiem co robić. Jeżeli nie… no to będzie ciekawie.* - dwójka mnichów ruszyła w stronę hospicjum - Co do szlachciców… nie różnią się tak bardzo od nas. Mają więcej możliwości przez swoje pochodzenie i zasoby, ale tak jak my mają swoje potrzeby.
- Ta bretońska szlachcianka co wzięła Annikę i Marissę? Poznała cię z lady Odette von Treskov?! Tą co tak pięknie śpiewała psalmy żałobne na mszy w ostatni Festag? I widziałeś ją z bliska? - Młodszy mnich aż nachylił się aby lepiej przyjrzeć się twarzy idącego obok kolegi. Świadomość, że mógł on zobaczyć z bliska tą wspaniałą i słynną aktorkę i śpiewaczkę, którą nie na darmo zwaną Słowikiem Północy, zrobiła na nim tak piorunujące wrażenie, że aż zamilkł na kilka kroków. Te zaś robili po warstwie błota jakie pokrywało bruk ulic. A monotonna mżawka dodawała kolejną dawkę wilgoci obiecując, że to wszystko prędko nie wyschnie. Był jeszcze dzień ale do zmroku został pewnie dzwon albo dwa. Tu w centrum na ulicach było jeszcze sporo wozów i przechodniów a większość sklepów i warsztatów jeszcze była otwarta.
- A potrzeby szlachty no nie żartuj. Wiesz co oni jedzą? I ile? Co dzień jedzą mięso! I na białych obrusach, srebrnymi sztućcami, z porcelanowych talerzy i popijając winem droższym niż cokolwiek my piliśmy. - Żachnął się Ludwik. Dało się wyczuć żal i zazdrość. Odkąd Otto bliżej poznał się ze szlachetnie urodzonymi koleżankami z kultu wiedział, że ta popularna wśród pospólstwa plotka o szlachcie akurat jest prawdziwa. W porównaniu do oszczędnej diety i warunków jakie panowały w hospicjum to różnica była ogromna.
- No ale tak trzeba, tak trzeba. Taki jest boski i ziemski porządek. Musimy okazywać pokorę i skromność. - Nowicjusz sam przypomniał sobie coś co pewnie wielokrotnie słyszał od innych braci bo i Otto nim jeszcze odkrył swoje prawdziwe powołanie też wielokrotnie słyszał podobne maksymy.
- O a słyszałeś, że… A nie, nie słyszałeś bo cię nie było. - Zapytał i od razu sobie przypomniał, że kolegi nie było dziś właściwie cały dzień w hospicjum. - Przeor mówił, że niedługo przyjdzie do nas jakaś kobieta na praktyki. Teraz praktykuje u białych gołębic ale chce nabrać więcej praktyki więc chce służyć także i u nas. Ciekawe kto to będzie. - Ucieszył się, że i on ma jakąś plotkę jakiej kolega jeszcze nie słyszał. To faktycznie była rzadkość bo w hospicjum pracowali wyłącznie bracia. Kobiet nie było. Ale na jakieś praktyki jakaś mniszka z innego zakonu albo nawet świecka kobieta mogła się jednak trafić. Chociaż odkąd Otto doszedł do tego przybytku to nic takiego nie miało miejsca.
Otto się chwilę zastanowił.
- No cóż nie odgadnę. Myśl pozytywnie bracie, być może nie ważne co wymyślisz o naszej nowej koleżance, prawda będzie o wiele bardziej zaskakująca. - jednooki się uśmiechnął
- To prawda, błękitna krew daje szlachcie przywileje, o których my nie powinniśmy marzyć. Za bardzo jednak skupiasz się na tym co nas różni, a nie łączy. Wszyscy służymy Imperium, wszyscy chorujemy, wszyscy umieramy. Chcesz być bardziej przyziemny wszyscy sramy, nie ważne czy do dziury w ziemi czy specjalnego pokoju. - Otto trącił młodszego kolegę - Wszyscy mamy potrzeby i spełniamy je jak możemy. Szlachta po prostu ma więcej szans na przyjemność a i to potrafi być klątwą. Wróg przywiera wiele form, a przyjemność jest najjadowitsza.
- Tak, oczywiście masz rację Otto. Szlachta to nasi obrońcy przed wrogiem materialnym a kapłaństwo przed duchowym. Rzeczywiście za bardzo się skupiam na przyziemnych sprawach. Nie powinienem tego robić. Odmówię na nieszpory psalm pokutny. - Nowicjusz pokornie pokiwał głową na znak, że się zapomniał i kolega wskazał mu właściwą drogę.
- A wiesz co ten wariat Greg powiedział? - Zagaił weselszym tonem gdy znów przez jakiś czas szedł w ciszy. - Powiedział, że jeszcze dziś do niego przyjdziesz i będziesz z nim rozmawiał prędzej niż z przeorem. No wariat! Mówimy mu, że przecież sam przeor cię zwolnił z obowiązków na dzisiaj bo cię napadli ale ten dalej swoje. Sam wiesz jaki on jest. Taki duży dzieciak. No ale zobacz. Wariat miał rację i jednak jeszcze dzisiaj wrócisz do hospicjum. Bo myśleliśmy, że może jutro albo nawet za parę dni. Bo jednak trochę cię poturbowali. Dobrze, że ci banici gardła ci nie poderżnęli. Co za czasy, nawet duchownych napadają. - Kolega podzielił się z Otto kolejną plotką z ich przybytku. Sam zdawał się ją traktować jako zabawną anegdotkę, szczęście głupca. Bo tak traktowano Grega który wydawał się być zdziecinniałym imbecylem w ciele tatuśkowatego mężczyzny. Zwykle nie sprawiał kłopotów jak Annika, Marissa czy Torne i nawet bywał przydatny wykonując proste prace ale nikt go nie traktował poważnie. Już zresztą byli prawie na miejscu, jeszcze dwie przecznice im zostało do przejścia.
Otto uniósł brew na "napadają duchownych" zważając jak wygląda prawa strona jego twarzy.
- Cieszę się, że tym razem pozostawili mnie tak jak znaleźli. - mnich westchnął - Jeszcze nie spotkałem sytuacji, aby Greg się mylił. Po prostu nie zawsze rozumiałem co mówił. - jednooki zastanowił się chwilę - Chciałbyś spotkać się ze szlachcicami? Tak osobiście? Ja zdobyłem ich zainteresowanie, może uda mi się załatwić zaproszenie dla ciebie.
- Ze szlachcicami? - Ludwik powtórzył ostatnie pytanie starszego kolegi. I widocznie potrzebował czasu aby na nie odpowiedzieć. - Z tymi kobietami co u nas były? - Chciał wiedzieć czy dobrze się rozumieją. I trochę się zmieszał. - Eee, chyba nie. No co ty… Ty to umiesz ładnie mówić i wiesz co i jak. A ja to nie. Tylko bym wam zawadzał. - Jako plebejuszowi sam pomysł przebywania w pobliżu szlachetnie urodzonych wydawał mu się nienaturalny i mocno go speszył. Chyba nie był pewien co powinien odpowiedzieć.
- A ten Greg no to jak ma rację? On chyba myśli, że z książkami to się rozmawia. A przecież je się czyta. On nawet tego nie odróżnia. Zresztą on jest analfabeta nie wiem po co mu w ogóle książki. - Temat zdziecinniałego pacjenta wydał mu się pewniejszy niż propozycja spotkania z błękitnokrwistymi. W końcu Greg miał w hospicjum ugruntowaną opinię podobną do wioskowego głupka co sprawiało, że mało kto jego i jego mamrotanie traktował poważnie.
- On widzi świat inaczej niż my, inaczej też go rozumie. - odparł Otto - Kto wie, może ten nauczyciel zrobi jeszcze z niego porządnego człowieka. - mnich się chwilę zastanowił - Jak chcesz, to przyniosę ci jakąś słodycz od naszych dobrodziejek.
- Nie chciałbym robić ci kłopotu. Nie przejmuj się mną. Ale jeśli by coś udało ci się dostać z pańskiego stołu to z góry ci bardzo dziękuję. I podziwiam cię, że tak umiesz z nimi rozmawiać. Ja to bym nawet nie wiedział od czego zacząć. - Ludwik wydawał się być wdzięczny za propozycję. I chyba zazdrościł starszemu koledze umiejętności swobodnej rozmowy ze szlachciankami. Jednak doszli już do frontowych drzwi hospicjum. Weszli do znajomego wnętrza gdzie za prostym stołem siedział dyżurny mnich. Przywitał ich zwyczajowym “pochwalonym”.
- No do dalej drogę już znasz. Ja idę na nieszpory. - Nowicjusz pożegnał się z Otto wskazując w kierunku kaplicy. Bo gdzie jest biuro przeora to każdy mnich wiedział. Ledwo się rozstali gdy na korytarzu jednooki spotkał Niklasa. Ten ożywił się gdy go zobaczył. Szybko podszedł do niego i skłonił się lekko.
- Otto! - szepnął do niego rozglądając się czy nikt ich nie widzi. Ale na tym kawałku korytarza akurat byli we dwóch. Chociaż w każdej chwili ktoś mógł nadejść. - Zrobiłem to. Prawie skończyłem. Tą zabaweczkę dla szlachcianek. Znalazłem nogę od stołka. Obrobiłem trochę, wyżłobiłem aby było miejsce na płyn. Prawie skończyłem tłok. Tylko nie wiedziałem jaki wywiercić otwór na czubku. Jak chcesz to ci pokażę bo idę teraz do kuchni, pomagać przy kolacji. - Pacjent ubrany w mnisi habit brązowego koloru szybko streścił zaufanemu bratu o swoich postępach w zamówionej zabaweczce do lubieżnych zabaw. Ale widocznie nie miał jej przy sobie i nie spodziewał się, że spotkają się jeszcze dzisiaj.
- O, to bardzo dobrze, Niklasie. Podejrzewam, że otwór nie musi być jakiś mały. - mnich się chwilę zastanowił, wolał nie kazać przełożonemu czekać - Ufam twemu kunsztowi, do tego może ci się poszczęściło. Przeor mnie wzywa z powodu odebranego listu. Być może twoja dobrodziejka już cię wzywa.
- Nie musi być mały. - Pacjent powtórzył po nim zamyślonym głosem. - No tak. Im większy tym szybciej to co w środku wleci he he he do jej środka. I trudniej się zapycha jak jest większy. Dobra, to zrobię większy. Jak chcesz to możesz przyjść zobaczyć jak będziesz wracał od przeora. Słyszałem, że cię pobili. Widzę, że to prawda. Myślałem, że jutro przyjdziesz albo za parę dni. Ale skoro jesteś no to chciałem ci powiedzieć, że prawie skończyłem. A nie wiesz kiedy one przyjdą? - Niklas jak większość artystycznych dusz czuł potrzebę pochwalenia się swoim dziełem. I chyba do niego też doszły plotki o przykrościach jakie wczoraj spotkały Otto co brał na karb ulicznego napadu. Nadzieja na wolność pod dachem którejś ze szlachcianek wyraźnie ożywiała go i motywowała do pracy.
- Obszczymury. - skomentował mnich - Do wesela się zagoi. - klepnął przyjacielsko pacjenta - Oczywiście odwiedzę cię, jak załatwię sprawę z przeorem. Grega też odwiedzę. Jeżeli nie szlachcianki to może Annikę i Marissę sprowadzę. Dziewczęta ci opowiedzą czego będziesz mógł oczekiwać.
- O, one też? A no tak, bo one poszły do tej Bretonki. Ale byłoby miło je znów zobaczyć. Zwłaszcza he he Marisskę. - Zaśmiał się chrapliwie na myśl o byłej pacjentce hospicjum jaka niedawno poszła na służbę do von Mannliebów. Widocznie do niej czuł więcej atencji niż do twardej i potrafiącej się bić Anniki. Nie zatrzymywał go jednak dłużej uspokojony obietnicą ponownego spotkania po rozmowie brata z przeorem. A do niego już nie miał tak daleko. Wkrótce stanął przed drzwiami i zapukał. Gdy usłyszał zdecydowane “Proszę!” wiedział, że lider hospicjum jest w środku. Gdy jednooki wszedł do środka zastał go za biurkiem jak przeglądał jakąś księgę. Jednak odłożył ją szybko na blat i wstał.
- Aha! Jesteś Otto! To dobrze, dobrze. Wejdź i siadaj. - Przeor wyraźnie ucieszył się na jego widok. Poczekał aż usiądzie ale pochylił się nad biurkiem aby mu się lepiej przyjrzeć. - Nadal ci nie zeszło. No tak, dziwne aby od rana zniknęło całkowicie. - Pokiwał głową i nie był zdziwiony, że tak samo jak rano nadal widzi siniaki i opuchlizny na twarzy młodszego mnicha. Ale chyba miał nadzieję, że może jednak się chociaż zmniejszą.
- No nic. Trudno. Nic z tym teraz nie zrobimy. Może nawet się przydać. Wzbudza litość i współczucie. Mów, że cię napadli na ulicy. - Widocznie nie wezwał go po to aby rozmawiać o jego stanie zdrowia bo potraktował to jako poboczny temat. Wyprostował się i zasępił. Westchnął i podszedł do szafy na jakiej stał zwykły dzban z winem. Nalał do dwóch glinianych kubków i postawił po jednym na każdej stronie biurka. I wreszcie usiadł.
- Wezwałem cię bo chodzi o delikatną sprawę. A ty się ostatnio wykazałeś z tymi naszymi dobrodziejkami. Widać, że umiesz z nimi taktownie rozmawiać. Teraz nie chodzi o szlachtę no ale też o kobietę z dobrego domu. - Zaczął wyjaśniać i prawie od razu zamilkł gdy potrzebował zastanowienia jak przedstawić sprawę.
- Wracam właśnie od Lebkuchenów. Pewnie ich znasz albo chociaż słyszałeś. - Wspomniał nazwisko znanych w mieście cukierników. Specjalizowali się w produkcji pierników które były ich znakiem rozpoznawczym. Cieszyły się popularnością tak u szlachty jak i pospólstwa. Nawet morscy oficerowie kupowali je jako deser bo długo się nie psuły. Były też popularnym słodkim upominkiem. Podobno nawet wysyłali partie słodkości do Wolfenburga i innych miast ale tego mnich już nie był pewien czy to prawda. Nie byli szlachetnego pochodzenia ale byli rozpoznawalni w mieście i całkiem przyzwoicie sytuowani. I ze dwa albo trzy razy do roku w ramach jałmużny dostarczali swoje pierniki także do hospicjum. Jak już więc jedzono tu jakieś słodycze to najczęściej właśnie wtedy gdy Lebkuchenowie je dostarczyli. Nic dziwnego, że przeor potraktował poważnie wezwanie od dobrodziejów hospicjum. Sam Otto ledwo ich kojarzył z widzenia, głównie z mszy alb festynów. Nie rozmawiał z nimi wcześniej.
- Chodzi o ich córkę, Teofano. Możesz jej nie znać. Rozmawiałem z jej rodzicami i są… Hmm.. Zaniepokojeni jej stanem. - Przeor miał coraz większe trudności ze sprecyzowaniem o co chodzi i sprawa musiała wydawać mu się albo bardzo skomplikowana albo delikatna. - Ona ma sny. Dziwne sny. O robakach. Słuchałem tego i brzmiało to rzeczywiście niepokojąco. Rozumiem, że jej rodzice są także zaniepokojeni. I to delikatna sprawa, obiecałem, że pomożemy naszym dobrodziejom. Dlatego cię wezwałem Otto. Pójdziesz do nich i porozmawiaj z nimi. Delikatnie, z wyczuciem tak jak ci poszło z tymi szlachciankami. Wybornie sobie z nimi poradziłeś. O coś takiego właśnie mi chodzi. Z wyczuciem, zrozumieniem, bez nachalności. Niech ci powiedzą o co dokładnie chodzi i jak ci pozwolą to może porozmawiaj z samą Teofaną. Szkolą ją na cukiernika, jest już zaręczona, sam wiesz jakby to strasznie wyglądało dla nich gdyby sprawa się wydała. - Przeor w końcu powiedział na czym ma polegać nowe zadanie dla jednookiego mnicha. Widocznie ostatnie sukcesy w zdobywanie sobie względów i sakiewek życzliwych i hojnych dam z towarzystwo wyrobiło mu w oczach przeora pewną pozytywną reputację i dlatego jemu chciał powierzyć to delikatne zadanie.
Mnich się chwilę zastanowił. Czyżby kolejny herald się przebudził? Jeżeli tak to może być jednocześnie trudniej i łatwiej z wciągnięciem jej do rodziny.
- Rozumiem, koszmary ostatnio są zmorą tego miasta. Sam spędziłem kilka niespokojnych nocy. Co jeżeli jednak sytuacja Teofany będzie beznadziejna?
- Nie wiem. Przecież ona jest pod kuratelą rodziców. To oni zdecydują o jej losie. - Przyznał przeor i upił łyk rozcieńczonego wina ze swojego kubka. Miał sporo racji bo dorosłe dzieci, zwłaszcza kobiety były pod opieką rodziców póki nie wyszły za mąż. Po ślubie to mąż przejmował opiekę nad swoją żoną.
- Ale mam nadzieję, że sprawa nie jest beznadziejna. Nie rozmawiałem z Teofano, tylko z jej rodzicami. Oni początkowo ignorowali jej wzmianki o tych robakach no ale ostatnio to się nasiliło. I jeszcze te sny. Właśnie to sprawdzam - wskazał na księgę przy jakiej zastał go podwładny - Na razie nic podobnego o robakach i czerwiach nie znalazłem co by pasowało ale dalej szukam. Jakoś musimy im pomóc Otto. - Przeor widocznie też się zaangażował w tą sprawę chociaż raczej zamierzał działać na miejsce skoro wyznaczył jednookiego mnicha aby subtelnie wybadał rzecz u Lebkuchenów.
- Oczywiście. Mam się udać teraz, czy spodziewają się mnie o jakiejś konkretnej dacie? - Otto starał się zachować zatroskany ton, ale po prawdzie był podekscytowany nowym znaleziskiem.
- Hm… Nie wiedziałem czy cię znajdziemy jakoś prędko więc powiedziałem rodzicom, że zajmiemy się tym jak najprędzej i ktoś od nas przyjdzie do nich. - Nad tym pytaniem przeor zastanowił się chwilę i spojrzał przez okno aby sprawdzić ile zostało do zmierzchu. - Jeszcze widno. No możesz spróbować teraz ale nie nalegaj jeśli powiedzą, że za późno na wizytę czy coś takiego. Albo jutro rano. - Dał mu pewne pole do manewru.
- Może do jutra będę też bardziej reprezentatywny. - zauważył Otto - Dziś chyba w końcu pracuję z pacjentami. Nie będę już zabierał czasu.
- No tak. Może przez noc ci trochę to zejdzie z twarzy. - Starszy mnich znów zmrużył oczy przyglądając się wyglądowi młodszego i po zastanowieniu zgodził się na odłożenie wizyty u Lebkuchenów do jutra. - A dziś masz wolne, odpocznij. Oczywiście możesz też się rozejrzeć u nas ale nocne dyżury są już obsadzone. Jutro też nie musisz przychodzić. To znaczy przyjdź i powiedz co u nich wyszło. Ufam w twoją finezję i intuicję. Poza tym masz wolne. - Przeor okazał się być wspaniałomyślny co do odpoczynku swojego podwładnego. I pewnie gdyby nie wezwanie do dobrodziejów hospicjum to by i jednookiego mnicha nie wzywał.
Otto skłonił się i opuścił pokój przełożonego. Cieszyło go, że nie zmarnuje więcej czasu w hospicjum niż musi. Miał jeszcze kilka rzeczy do załatwienia z resztą kultu, najpierw jednak musiał dokończyć zajmowaniem się swoimi najważniejszymi pacjentami. Ruszył najpierw do kuchni w poszukiwaniu Niklasa. Musiał doświadczyć dzieła artysty.
W jadalni podszedł bezpośrednio do do pacjenta, kiwając mu głową na przywitanie.
- Jednak skucha, wychodzi na to, że idę wybadać jedną potencjalnie chorą. - mnich wzruszył ramionami - Ale to później, najpierw jestem tobie winny ocenę twego dzieła.
- Aha, no i tak bywa. - Pacjent niezbyt się przejął wyjaśnieniem jednookiego mnicha. Za to szybko rozejrzał się po kuchni. - To ja pójdę wyczyścić ten kocioł! - Zawołał do reszty obsługi. Ktoś mu mruknął coś w odpowiedzi a ten nie czekał. Złapał za ów naczynie i ruszył do wyjścia. Kotły i wiele innych zabrudzonych naczyń czyściło się piaskiem na zewnątrz więc Nilkas zyskał pretekst aby ulotnić się z kuchni. Gdy obaj wyszli to cisnął naczynie obok ławki na jakiej powinien usiąść i zacząć szorować piaskiem powierzchnię. Dał znak aby Otto ruszył za nim. Przeszli do komórki na drewno. Tam z jakiegoś zakamarka za szczapami wyjął zawiniątko. A gdy je odwinął ukazał się obły, podłużny przedmiot.
- Użyłem nogi od stołka. Urżnąłem jeden koniec i zaokrągliłem drugi. Najwięcej czasu mi zeszło z wydrążeniem wnętrza. Mam tylko zwykłe dłuto. I jeszcze tłok do tego jest, to już dzisiaj kończyłem. - Pochwalił się chętnie swoim wyrobem. A ten bardzo przypominał strzykwy używane do zasiewania jajami Oster. Był podobnej wielkości, kształtu i zasady działania. Też wpychało się tłok do pustego wnętrza co pozwalało wypchnąć zawartość przez mały otwór na czubku. Otworek był na razie mały, pewnie zrobion gwoździem lub czymś podobnym.
- Właśnie dlatego pytałem o otwór. Na razie zrobiłem mały ale to zawsze można powiększyć. Trudniej jak jest za duży. Wtedy trzeba czymś g zalepić albo coś zrobić z korkiem z wydrążoną mniejszą dziurą. Masz i zaznacz jaki ma być duży. - Tłumaczył mu chętnie z czym miał dzisiaj dylemat. I podał gwóźdź mnichowi aby ten zarysował rozmiar planwanego otworu. Ta końcówka właśnie różniła tą zabaweczkę od strzykw. Była zaokrąglona. Przez co przypominała zabawki używane przez koleżanki Otto do swoich lubieżnych zabaw. Wciąż było widać ślady obróbki dłutem albo nożem przez co powierzchnia nie była idealnie gładka.
- To potem wygładzę. Na razie spieszyłem się aby zdążyć zanim te szlachcianki wrócą. - Wyjaśnił widząc, że Otto ogląda tą końcówkę jaka docelowo miała się zagłębiać w ciała szlachcianek. I od strzykw różnił się jeszcze materiałem. Sprzęt używany przez nurglitów był z wypalanej gliny. Był więc gładki ale dość kruchy, tak samo jak dzbany i talerze. Spełniał jednak swoje zadanie jak się stosowało go ostrożnie. Przerobiona przez Nilklasa noga ze stołka była z drewna. I miała grubsze ścianki co powinno czynić je odporniejszymi. A i tak zawartość wnętrza byłaby podobnej wielkości jak te ze strzykw. Wnętrze było jeszcze nie wyszlifowane i tak samo jak na głowni zabawki widać było ślady dłuta. Sam tłok mniej więcej pasował ale wsuwał się do wnętrza gdzieś do trzech czwartych głębokości.
- Nie zdążyłem tam na końcu wyszlifować. Jutro będę kończył. Ale łatwiej by było jakbym miał coś do szlifowania, pilnik czy co. Bo mam tylko nóż, dłuto i małą piłę. Jakbym dostał przydział na stolarnię, chociaż na jeden dzień, to bym to wyszlifował i dokończył w tri mi ga. - Mówił chętnie tłumacząc się pośpiechem jak i prymitywnymi narzędziami jakich był zmuszony używać. Hospicjum stolarni z prawdziwego zdarzenia nie miało ale był mały warsztat z narzędziami gdzie takie do obróbki drewna, na przykład połamanych mebli, też się znajdowały.
- I jeszcze tutaj, zobacz. - Rzemieślnik na chwilę przejął z powrotem swój sprzęt z rąk Otto i wskazał mu na jakieś wypustki przy wlocie zabawki. - Ja wiem jak te ladacznice tego używają, już takie rzeczy robiłem. - Zaśmiał się lubieżnie na to wspomnienie. - Tu mogę zrobić zaczepy. I jak mi zorganizujesz jakiś pasek czy inną skórę to mogę zrobić tak, że jedna będzie to mogła przypiąć do siebie i dogadzać drugiej. Ale na razie nie miałem żadnej skóry aby tak zrobić. - Zakończył swoje tłumaczenia co do pomysłów usprawnienia swojej drewnianej zabawki dla lubieżnych ladacznic.
Mnich dokładnie obserwował dzieło rzemieślnika, przyłożył je kilka razy do przedramienia, aby zobaczyć długość w perspektywie, przyjrzał się ogólnej obłości i kształtu.
- Bardzo dobrze Niklasie, jestem pewny, że nasze drogie panny będą zadowolone z twego dzieła. - Otto zaznaczył rozmiar otworu, który jak uważał zezwoli na bezpieczną implantację - Nie wiem, czy będę w stanie coś załatwić z warsztacikiem, mam kilka własnych spraw do załatwienia, a jutro idę obadać sytuację z tą córką kupca. - Otto spojrzał w sufit szukając rozwiązania - Zawsze mógłbyś coś "niechcący" uszkodzić, jakieś krzesło czy stół. Coś, żebyś potrzebował dostępu do narzędzi.
- Jakbyś mógł to byłoby miło. To by pomogło. Możesz też mi przynieść piłkę do drewna, pilnik aby łatwiej wygładzić, może jakiś rylec i te krawędzie i jak chcesz te paski do mocowania na biodrach to coś skórzanego. - Niklas rozpromienił się słysząc opinię jednookiego o swojej zabawce. - Starałem się aby dogodzić naszym dobrodziejkom he he. Jeszcze to dokończę. Wygładzę tu na czubku i w środku. Jak będę miał jutro tyle czasu co dzisiaj to chyba dam radę skończyć. - Zaznaczył, że jest gotów przyłożyć się do pracy. Obietnica zabrania stąd przez którąś ze szlachcianek wydawała się go motywować do pracy.
- Oczywiście, gdyby ktoś pytał, strugasz dla mnie pałkę do obrony. - Otto pozostawił Niklasa samego ze swym dziełem. Po drodze mijając kilku ze swych braci zapytał, czy użyczyliby cieśli dostępu do warsztatu, gdyż wykonuje dla niego pewien projekt.
Opuścił hospicjum mając przed sobą jeszcze trochę dnia i miał zamiar z niego skorzystać. Pierwszy postój to Łasica, lub przynajmniej miejsce gdzie mógłby ją znaleźć.
-
Oryginalny autor: Cioldan
Rosalia powoli otworzyła oczy, a pulsujący ból w głowie przypomniał jej o brutalnym uderzeniu, które ją tu sprowadziło. Czuła, jak siniak na skroni nabrzmiewa, a każde poruszenie głową wzmagało dyskomfort. Jej nadgarstki i kostki były ciasno związane linami, które wpijały się w skórę, a krzesło, na którym siedziała, wydawało się stare i chwiejne, jakby miało się rozpaść pod jej ciężarem. Powietrze w pomieszczeniu było ciężkie, przesycone zapachem kurzu i wilgoci – typowe dla opuszczonych domów w Neus Emskrank. Mimo bólu i niewygody, jej umysł pracował szybko, analizując sytuację. Była w pułapce, ale nie bezradna. Strach czaił się gdzieś w głębi jej duszy, lecz stłumiła go, zastępując chłodną kalkulacją. Musiała znaleźć sposób, by odwrócić los na swoją korzyść.
Jej wzrok padł na kobietę siedzącą naprzeciwko – najemniczkę, jak sugerował jej strój: spodnie, pas z bronią i futrzany kołnierz. Była pewna siebie, niemal arogancka, a jej ciemne oczy błyszczały zaciekawieniem, gdy popijała jakiś trunek z metalowego kubka. Rosalia poczuła ukłucie niepokoju, słysząc imię Helmuta w jej słowach... Więc to on ją wysłał. Nie odpuścił, tak jak się obawiała. Gniew zapłonął w jej piersi na myśl o jego obsesji, ale szybko go zdusiła. Emocje mogły ją zdradzić, a teraz potrzebowała kontroli.
Kiedy najemniczka podeszła i przyłożyła kubek do jej ust, Rosalia napiła się ostrożnie, czując, jak rozcieńczone wino łagodzi suchość w gardle. Dotyk dłoni kobiety na jej policzku był zaskakująco delikatny, choć słowa, które padły potem, ociekały złośliwą satysfakcją. Rosalia zmusiła się do zachowania spokoju, choć jej serce zabiło szybciej. Ta kobieta była niebezpieczna, ale jej ciekawość – wyrażona w pytaniach, które zadała – dawała Rosalii nadzieję. Postanowiła współpracować, opowiedzieć swoją historię, ale z ostrożnością. Nie mogła ujawnić wszystkiego – zwłaszcza prawdy o Chaosie czy kulcie – lecz mogła użyć prawdy jako narzędzia manipulacji.
Postanowiła grać na emocjach kobiety, używając swojego wdzięku i umiejętności aktorskich, by wzbudzić sympatię. Jednocześnie zamierzała pozostać czujna, obserwując reakcje rozmówczyni, by dostosować swoje słowa i podejście. Jej celem było uniknięcie powrotu do Helmuta, a może nawet zyskanie sprzymierzeńca w tej nieznajomej.
Rosalia wyprostowała się, na ile pozwalały jej więzy, i spojrzała na najemniczkę z powagą, choć w kącikach jej ust czaił się cień uśmiechu.
- Widzę, że jesteś osobą, która ceni kontrolę i skuteczność - zaczęła, jej głos był spokojny, ale ciepły, wręcz lekko kokieteryjny, z nutą szacunku.
- Muszę przyznać, że zrobiłaś na mnie wrażenie, znajdując mnie w tym labiryncie ulic. Ale skoro dałaś mi szansę, by mówić, chętnie opowiem ci, moją historię w skrócie. - Zrobiła pauzę, pozwalając słowom wybrzmieć, po czym kontynuowała, zniżając lekko ton, jakby dzieliła się czymś osobistym.
- Znam Helmuta od dawna. Był dla mnie kimś ważnym, może nawet mentorem. Ale z czasem jego opieka zmieniła się w coś mroczniejszego. Traktował mnie jak swoją własność, jak pionek w grze, którą tylko on rozumiał. Nie będę ukrywała, ale od początku jako jedyna w grupie nie oddałam mu się w pełni. Zdaje mi się, że równocześnie był pod wrażeniem jak i wkurwiony, że jego 'urok osobisty' nie zadziałał w pełni - jej głos zadrżał lekko, gdy wspomniała o przeszłości - celowy zabieg, by podkreślić ból, jaki jej sprawił.
- Wykorzystywał moje zaufanie, moje umiejętności, a ja… czułam, że to nie do końca moje miejsce, że nie mogę wiecznie tułać się z Helmutem. On nie zagłębiał wiary coraz to bardziej, jedyne co zagłębiał to swoje mizerne przyrodzenie... nie mogłam dłużej tego znieść. Wiedziała, że muszę kiedyś odejść... - podniosła wzrok, szukając oczu najemniczki, by ocenić jej reakcję. Rosalia zamierzała utrzymać równowagę między szczerością a ostrożnością. Jej historia była prawdziwa, ale teraz zmierzała już w niepewne terytorium. Nie chciała w dalszej części swojej opowieści zdradzać całą prawdę. Chciała wykorzystać wszystkie znane sobie sztuczki, by zyskać zaufanie interlokutorki. Używając etykiety, chciała pokazać, że szanuje najemniczkę, a wtrącany czasem subtelny flirt miał zbudować nić porozumienia. Jednocześnie jej aktorstwo - drżenie głosu, spojrzenia pełne emocji - miało wzmocnić opowieść i wzbudzić w wynajętej przez Helumuta kobiecie - zrozumienie. Obserwowała każdy gest kobiety, każdy grymas na jej twarzy, gotowa dostosować się do jej reakcji. Jeśli uda jej się zasiać wątpliwości co do słuszności zlecenia Helmuta, być może zyska znów wolność albo coś więcej - niespodziewaną sojuszniczkę.
- Pewnej nocy miałam sen - proroczy, jak sądzę. Wizję od jednego z Bogów... przyszła do mnie pewna kapłanka... - zawahała się, świadomie pomijając imię Slaanesh - Pokazała mi to miasto, Neus Emskrank i od razu poczułam, że to moje przeznaczenie. Gdy się obudziłam wciąż czułam dokładnie to samo co w śnie. Był nawet bardziej realistyczny niż dzisiejszy dzień... - zrobiła wymowną pauzę, wzięła głęboki oddech i kontynuowała znów bardziej kokieteryjnie.
- Nie wiem jeszcze, co dokładnie mnie tu czeka, ale osiadłam tutaj, znalazłam pracę i próbuję zrozumieć, dokąd zmierzam. Chcę tylko spokoju od ludzi, którzy udają kogoś kim nie są... i możliwości decydowania o sobie. - jej ton stał się łagodniejszy, niemal proszący, ale w oczach błysnęła iskierka flirtu kilkukrotnie.
- Nie wyrządziłam żadnej krzywdy Helmutowi... Zdaje mi się, że gdybym została mógłby skończyć się jego swego rodzaju kult. Na pewno nie chcę wracać do tamtego życia, w którym jestem czyimś trofeum, a nie uczniem czy partnerem. - Rosalia przechyliła głowę, jej spojrzenie nabrało ciekawości.
- Ale dość o mnie. Powiedz mi, skąd znasz Helmuta? Jesteście starymi znajomymi, czy to tylko zlecenie? Nie kojarzę Cię, a z grupą Helmuta znałam się jeszcze jak przebywali w Bechofen... - Zniżyła głos, dodając mu odrobinę figlarności.
- I czym się zajmujesz? Wyglądasz na kogoś, kto zawsze dostaje to, czego chce. - Rosalia zrobiła krótką pauzę i kontynuowała, jakby to Ona przejmowała śledztwo
- Jak mnie znalazłaś? Myślałam, że dobrze się ukryłam - uśmiechnęła się lekko i mówiła to w ten sposób aby wybrzmiało, że podziwia umiejętności kobiety. Na koniec spojrzała jej prosto w oczy - I powiedz mi, dlaczego w ogóle mnie słuchasz? Pieniędzy to ja Ci więcej nie zaoferuje niż Helmut... jeśli chodzi o inne rzeczy to już inna rozmowa... Helmut jak się jakimś cudem dowie, że go wykiwałaś, to zapłaci komuś innemu, ale już za dwie głowy... chyba, że to My, damy jemu jakąś nauczkę... a może chcesz lepiej poznać Neus Emskrank, z moją pomocą?
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Umysł Joachima rozważał możliwości, musiał szybko podjąć decyzję, czego nie lubił.
- Może i dobrze uciec do lasu. A wiesz co z Fenkiem i pozostałymi… demon którego przywoływali wymknął się spod kontroli.
- Wątpię aby któryś przeżył mój panie. Jak cię wynosiłem po drabinie to nie wiem czy jeszcze ktoś żył w tej piwnicy. - Gunter był wyraźnie wątpiący czy poza nimi dwoma ktoś jeszcze przeżyłby walkę z demonem.
- Chcesz się przejmować trupami? - Zapytała zirytowana Darcy patrząc na maga ponaglającym tonem. Może jeszcze nie było słychać walenia strażników w zamkniętą bramę ale skoro jechali w tą stronę to czasu na działanie albo ucieczkę spiskowcy mieli niewiele.
Ucieczka wydawała się być najbardziej rozsądnym pomysłem, ale żal było mu zostawiać artefakt…
- A widzialeś co się stało z figurką przedstawiającą demona? One jest cenna. A i sam demon, odszedł? - astromanta zadał pytanie.
- Nie wiem panie. Tam było pełno dymu. Ale coś tam się świeciło, może ta figurka, nie wiem. Dźwigałem cię panie aby cię uratować. A czy ten demon tam jeszcze jest czy nie to nie wiem. Jakoś wyciągnąłem cię stamtąd i nic mnie nie atakowało. A jak zamykałem klapę to było cicho. - Gunter streścił nieco dokładniej jak wyglądało wyciąganie z piwnicy, nieprzytomnego maga.
- Ja stąd też nie słyszałam stamtąd jakichś hałasów jak tu się wylegiwałeś ale na pewno nie zamierzam tam wracać. To się mogło gdzieś przyczaić na każdego kto tam wejdzie. - Blondynka dała znać, że jej nie zależy na czymkolwiek z piwnicy zwłaszcza jak nie było pewne czy ta niebezpieczna poczwara wciąż tam jest.
Joachim postanowił jednak zaryzykować. Może zdąży przed strażnikami, a jak nie, to wierzył że jest w stanie ich zagadać, że jest tutaj ofiarą, która się uwolniła.
- Poczekaj chwilę na mnie Gunther, to figurka jest ważna, wróce się po nią. A demona raczej już tam nie ma, myślę, że wrócił do domeny Pana Przemian- stwierdził, wracając się do piwnicy.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 55 - 2519.07.21; abt; zmierzch
Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; skraj Teufelsumpf; plaża;
Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzch
Warunki: - na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Egon
Imperialny gladiator znów miał okazję dostrzec podobieństwa między zachowaniem Norsmenów od różnych patronów a imperialnymi kultystami do jakich przystał w zeszłym roku. I tu i tu sukces jednej z frakcji wywoływał niechęć u pozostałych. Tak było i teraz w sporze o Helgę. Gdy Egon się wypowiedział za tym aby ją oszczędzić i przynajmniej na razie nie zasiewać jajami Oster zobaczył całą gamę reakcji u swoich towarzyszy.
- Właśnie, słuchajcie Egona, on jest stąd i zna się na rzeczy! Chodź tu Helga. - Astrid była rozpromieniona tym, że wsparł jej pomysł. A natura też jej nie poskąpiła atutów.

link: https://i.imgur.com/rCtHJ7O.jpeg
Wezwała do siebie blond niewolnicę a ta podeszła do niej bez wahania. W ten sposób obie znalazły się przy południowcu. - Widzisz, Egon ci ocalił żyć i życie. Okażesz mu swoją wdzięczność prawda? - Zapytała zniewoloną kobietę.
- Oczywiście Astrid. - Helga uniosła głowę aby obdarzyć gladiatora obiecującym, wdzięcznym spojrzeniem. Chyba zdawała sobie sprawę, że sama córka wodza mogłaby mieć za mały wpływ aby postawić na swoim co do losu niewolnicy i to właśnie ten wojownik z południa przeważył szalę.
- Mam nadzieję Egonie, że nie masz ochoty dziś spać samotnie i twa jurność jest równie wielka jak twoje mięśnie. - Astrid uderzyła we flirciarski ton pieszczotliwie przesuwając swoją dłonią po piersi południowca. Ale chociaż zyskał uznanie w ich oczach to pozostali Norsmenowie dali mu odczuć, że niekoniecznie są zadowoleni z jego decyzji.
- Siew jaj Oster to wola Sióstr, bogów, Mergi i waszego Starszego. - Rzuciła rozzłoszczona Raisa. - Poza tym nic jej nie będzie. Ponosi je w sobie parę dni gdy będzie nam służyć. Potem wyda na świat nowy błogosławiony miot i cały czas będzie nam służyć. Jak chcesz to przecież cały czas będziesz mógł ją chędożyć. - Wiedźma starała się przekonać go do zmiany zdania dowodząc, że wpływ noszenia w sobie błogosławionego daru jednej z Sióstr nie wpłynie na przydatność niewolnicy.
Bjorn też okazał swoje niezadowolenie. Egon nie musiał znać norsmeńskiego aby domyślić się, że mu złorzeczy za brak chęci skrócenia niewolnicy o głowę i podarowania krwawej patronce jej czaszki. Tu nie bez cienia złośliwości gladiatora poparła córka wodza.
- Krwawy Ogar i służąca mu Norra lubi ofiary zdobyte w walce albo polowaniu a nie ścinanie bezbronnych niewolnic. - Rzuciła mu w reikspiel ale potem przetłumaczyła to na norski. Lars zaś po zastanowieniu nie robił mu wyrzutów.
- Może i tak będzie lepiej. Ściąć jej głowę zawsze zdążymy tak samo jak i zasiać tymi jajami. - Uznał w końcu, że pomysł Astrid wsparty przez Egona jest obecnie najbardziej uniwersalny. Ale przybycie Zoga i jego wieści o nietypowej sąsiadce na plaży skutecznie odłożyło ten konflikt o niewolnicę na później.
Po krótkiej dyskusji Norsmeni przystali na plan Egona. Wydawał się być rozsądnym kompromisem między ciekawością a ostrożnością. Naga piękność na mokrej, ponurej plaży pobudzała ciekawość i lędźwie ale też była tak nietypowa na tym pustkowiu, że ostrożność i podejrzliwość wydawały się wskazane.
“Pójdę wydmami” Usłyszeli “głos” Zoga. I zwiadowca z łukiem zwinnie ruszył wzdłuż wydmy kierując się w stronę stałego lądu. Trzy kobiety zgodziły się poczekać na wynik pierwszego kontaktu. Z czego Raisa była chyba zadowolona i podejrzliwa co do nieznajomej, Astrid trochę zniecierpliwiona i zaciekawiona ową pięknością a Helgi jak zwykle nikt o zdanie nie pytał. Lars przystał na ten plan chociaż chyba trochę żałował, że nie będzie pierwszym który obejrzy sobie nagą plażowiczkę z bliska bo nawet stąd zapowiadała się bardzo ciekawie. Za to Bjorn był zadowolony i mlasnął językiem jakby już smakował ową nieznajomą.
Wyszli więc zza wydmy we dwóch. Imperialny gladiator i norsmeński barbarzyńca. W miarę jak się zbliżali do nieznajomej Bjorn zdradzał coraz większy entuzjazm do szybkiego zaznajomienia się z obcą kobietą. Co wydawało się zrozumiałe. Im byli bliżej tym więcej powabnych szczegółów było widać. Długie, zgrabne nogi zakończone bosymi stopami. Pogrążone w plażowym piasku tylne krągłości, bezwstydnie obnażone biodra i łono, płaski brzuch, odkryty pełny biust jakby stworzony do zabawy, łabędzia szyja, piękna i dostojna twarz i czarno-granatowe włosy uplecione w liczne, grube warkocze jakie z odchylonej głowy spływały aż do szarego, mokrego piasku.
Gdy pokonali ponad połowę dystansu od wydmy zza jakiej wyszli Egon poznał ją właśnie po tych włosach. Czarne z granatowym połyskiem uplecione w nietypowe, liczne grube warkocze. To była lady Soria. Bożyszcze jego koleżanek z kultu. I podobn córka samej Soren, jednej z czterech Sióstr jakie kult i Merga chcieli sprowadzić na ten świat. Ta nadnaturalna istota potrafiła przybrać formę powabnej śmiertelniczki co właśnie widział teraz na własne oczy ale i zdarzało mu się widzieć podczas orgii w prywatnym lochu Pirory gdzie milady się nie oszczędzała i była duszą towarzystwa. Jednak wedle słów choćby Joachima czy Łasicy potrafiła też przyjąć formę wężowej syreny i była wówczas o wiele potężniejsza. Zresztą podczas napadu na świątynię Mananna w jakiej Egon też brał udział widział ją jak rąbała kruczych gwardzistów Morra jacy tam stacjonowali i wówczas radziła sobie nie gorzej od niego. Mimo, że wyglądała jak wiotka, zmanierowana szlachcianka a napad zdawała się traktować jak ekscytującą przygodę i przyjemną odmianę od balów i romansów. I właśnie ona leżała sobie samotnie na plaży czekając aż do niej podejdą.
- Oh, cóż za wspaniali wojownicy dziś mnie odwiedzili. Bogowie zapowiedzieli mi, że dziś spotkam na plaży wyjątkowych gości. Witaj Egonie, miło cię znów widzieć. Cieszę się, że wróciłeś. Kim jest twój kudłaty kolega? - Nie zmieniła pozycji i dalej bezwstydnie leżała nago na mokrym, szarym piasku kusząc swoimi obnażonymi wdziękami. Bjorn pożerał ją wzrokiem ale słysząc reikspiel o coś zapytał towarzysza. Zaś milady słysząc to pytanie odezwała się w norsmeńskiej mowie. Zaskoczyło to niedźwiedzia z północy bo warknął do niej coś rozkazująco. Co wywołało rozbawienie na ustach milady.
- Mam ci pokazać co mam między nogami? No dobrze. Mam nadzieję, że wy pokażecie mi również co tam skrywacie. Uwielbiam norsmeńską żywiołowość. Ale to może później bo mam nadzieję, że wspomożecie mnie w pewnym szlachetnym zadaniu. Chodzi o walkę więc myślę, że wam obu powinno się to spodobać. - Soria potrafiła zachować dostojeństwo nawet gdy leżała nago na plaży. A przy tym kusić słowem i spojrzeniem. Jakby na zachętę rozchyliła swoje gładkie uda ukazując obu mężczyznom swoje łono. I flirtowała z nimi bez skrępowania. Jednak okazało się, że nie tylko o figle na plaży jej chodzi. Zapewne coś podobnego mówiła do Bjorna bo przeszli na norsmeński. On jakby na moment otrzeźwiał i coś się zapytał. Ona zaś wskazała swoją bosą stopą gdzieś na kipiel oblewającą wraki statków i skały wystające z morza. Widząc zaś, że obaj rozmawiają z naguską do dwóch wojowników dołączyła większość ich towarzyszy. Brakowało tylko Zoga i nigdzie nie było go widać.
- Co się dzieje? - Zapytał podchodząc do nich Lars. I stanął obok z lubością obserwując nagą Sorię. Astrid nie ukrywała swojego zachwytu i w oczach zapłonęły jej ognie lubieżności. Jedynie Raisa wydawała się obojętna na wdzięki nagiej kobiety.
- Zasiejmy ją. Ona nie jest od nas. - Mruknęła licząc, że może ten pomysł zyska poparcie pozostałych skoro na razie nie udało się jej ani z Astrid ani z Helgą.
W mieszaninie dwóch języków szybko jednak okazało się z kim mają do czynienia. Soria nie tylko pierwszą dwójkę przywitała jako dobra choć lubieżna gospodyni. A świadomość kim jest wywołała różne reakcje u Norsmenów. Astrid była zachwycona jeszcze bardziej niż samym widokiem nagiej kusicielki.
- Czcigodna Merga podarowała mi twojego węża i jak tylko o tobie usłyszałam to chciałam cię poznać i służyć pod twoją komendą! - Zapewniła gorliwie córka norsmeńskiego jarla. Wywołało to uśmiech zadowolenia na twarzy nagiej milady.
- Oczywiście Astrid, chętnie wezmę cię pod swoje skrzydła. I pod siebie. Złóż mi hołd. - Wężowłosa uniosła stopę a Astrid bez wahania uroczyście ją pocałowała. Po czym wezwała znów Helgę aby uczyniła to samo. Pozostali Norsmeni też okazali szacunek córce jednej z Sióstr o jakiej słyszeli jeszcze w Norsce od Mergi. Ale nie aż tak entuzjastycznie jak zrobiła to córka wodza. Może dlatego, że obrali sobie za patronki inne Siostry. Lars skłonił się z szacunkiem leżącej milady i powiedział, że cieszy się z tego spotkania z tak piękną kobietą. Raisa tylko skinęła głową mówiąc, że to zaszczyt chociaż w ogóle nie zdradzała radości ze spotkania. Zog nadal się nie pojawiał a Helgi o zdanie nikt nie pytał. Bjorn burknął coś i wzruszył ramionami. Do niego właśnie odniosła się naga kusicielka mówiąc najpierw po norsmeńsku a później w reikspiel.
- Oczywiście, że będzie chędożenie. Byłabym niepocieszona a nawet obrażona gdybyście odmówili mi tej odrobiny przyjemności spółkowania ze śmiertelnikami. Ale najpierw muszę was prosić o przysługę w pewnej zaszczytnej sprawie. - Kusicielka wreszcie wstała i okazała się smukła i wysoka. Zrobiła kilka kroków w stronę styku plaży i morskiej kipieli.
- Odkąd nas opuściłeś Egonie sporo się działo w mieście. Mieliśmy dużo wydatków. Zwłaszcza Pirora i Fabienne musiały sypnąć groszem aby pozyskać z hospicjum obiecujących pacjentów co zdają się być kluczami i ścieżkami zmierzającymi do naszych wspaniałych Sióstr. Dlatego chciałam pozyskać nieco funduszy na dalsze inwestycje. - Naga milady stała wśród ubranych Norsmenów i patrzyła na wraki statków o jakie rozbijały się morskie fale. O tych pacjentach Egon słyszał jeszcze przed napadem na świątynię Mananna i podróży do Norsci. Otto tam pracował i przynosił wieści o tych kilkoro pacjentów jacy zdawali się być wybitnie podatni na głosy którejś z Sióstr. Słyszał też, że właśnie głównie Pirora i Fabienne, jako szlachcianki i damy ze śmietanki towarzyskiej miasta, sypnęły groszem aby wziąć tych obiecujących pacjentów pod opiekę. Dzięki czemu stali się bardziej dostępni dla kultu. Obie zapewne to odczuły na tyle, że Soria postanowiła udać się tutaj aby zdobyć nowe fundusze. Tylko jeszcze nie było wiadomo jak bo nie było tu widać nic prócz szarej plaży, ponurego nieba, bagien za plecami i morskiej kipeli przed sobą.
- W tamtym wraku swego czasu umieściłam nieco skarbów. - Wskazała na któryś z wraków oddalony sporo od wybrzeża i oblewany przez wzburzone fale. - Niestety jak zajrzałam tam teraz okazuje się, że zagnieździły się tam sługi Mananna. Kraby. Mają tam swoje gniazdo. Dla mnie samej to trochę skomplikowane zadanie. Ale z waszą pomocą powinno się udać. - Tłumaczyła aksamitnym tonem jaką widziała ich rolę w tym zbożnym dziele.
- Popłynę tam i odciągnę matki. Większość powinna pójść za mną aby bronić gniazda. Zostaną te małe kraby. Oraz skrzynie ze skarbem. Będziecie musieli tam dotrzeć, przedostać się do tych skrzyń i zabrać je. No i pozabijać to co stanie wam na drodze. Potrzebujemy tych funduszy aby rozwinąć skrzydła w mieście. - Wyjaśniła im jak widzi podział ról w tym zaszczytnym zadaniu zdobycia funduszy.
- Po wszystkim obiecuję wam chędożenie i figle na jakie tylko będziecie mieli ochotę. Kto się najbardziej zasłuży temu odwdzięczę się pierwsza. Ale o reszcie też nie zapomnę. No i oczywiście po powrocie do miasta przedstawię wasze wyczyny w odpowiednim świetle. - Obiecała im to jako nagrodę za udział w tej misji. To się spodobało wszystkim, może oprócz Raisy bo wiedźma chyba rzeczywiście nie była zainteresowana chędożeniem więc nie zdradzała entuzjazmu. Jednak nawet ona nie odważyła się odmówić prośbie kogoś tak wyjątkowego.
- O tak! Znów będę przelewać krew, rabować złoto i chędożyć niewiasty! - Zawołał Lars któremu takie zadanie bardzo przypadło do gustu.
- Ja mogę rabować złoto i chędożyć niewiasty! - Astrid dorzuciła swoją rezolutną i wesołą ripostę. Lars, Bjorn i Astrid byli chętni ruszyć na tą przygodę. Ale widok kotłujących się fal nieco ostudził ich początkowy entuzjazm. Pojawił się też Zog jaki “powiedział”, że też ruszy razem z nimi. Pierwszych dwóch Norsmenów wyglądało na krzepkich wojowników. Zod wydawał się żylasty ale miał łuk więc mógł razić przeciwnika na odległość.
- Trzeba będzie jakoś dokicać do tego wraku. - Lars próbował ocenić czy przeskakując ze skały na skałę, z wraku na wrak da się dotrzeć do wskazanego przez milady wraku. Wyglądało to na do zrobienia chociaż i ryzykowne zadanie. Jeśli ktoś miałby pecha wpadłby w tą wodną kipiel. Raisa wydawała się zbyt stara i niezdarna aby brać udział w tej eskapadzie. Ale była gotowa ich wspomóc w inny sposób.
- Przyzwę wam sprzymierzeńca który będzie walczył za mnie. - Szpetna starucha burknęła i odeszła od grupki na bok. Zaczęła wyjmować coś ze swojej brudnej torby i przygotowywać rytuał.
- Weźmy też Helgę. Może walczyć nie będzie ale skarby będzie mogła brać. - Zaproponowała córka wodza wskazując na blondwłosą niewolnicę. Ta energicznie pokiwała głową.
- Mogę wam się przydać, zrobię co zechcecie! - Zapewniła gorliwie jakby chciała udowodnić, że żywa im się przyda bardziej niż martwa. Lars i Bjorn popatrzyli na nią krytycznie coś nie kwapiąc się aby zawierzyć sukces misji niewolnicy. Nawet broni nie miała oprócz małego noża jakim oprawiała ryby i przygotowywała posiłki.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzch
Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Otto
Jednooki mnich przemierzał ulice Neus Emskrank. Niedawna mżawka pozostawiła po sobie kałuże i nadmiar wilgoci jaka wsiąkła w błoto i koński nawóz. Co jakiś czas musiał przechodzić po mokrych, brudnych deskach jakie rozłożono na tym błocie aby łatwiej było je pokonywać. Chociaż trzeba było uważać aby nie ześlizgnąć się w to paskudztwo na śliskim drewnie. Długi, letni dzień jeszcze trwał ale pierwsi sprzedawcy już zaczynali zamykać swoje sklepy a rzemieślnicy warsztaty. Idąc z hospicjum miał okazję aby przemyśleć sobie ostatnie wydarzenia.
- He he, na pewno chcesz abym mówił, że ta pałka to dla ciebie? - Pacjent zarechotał pokazując wyrzeźbiony kawałek drewna. Właściwie to już teraz przypominał męskie przyrodzenie w stanie wzwodu. Ale poza tym żartem to Niklas obiecywał, że jak jutro będzie miał tyle czasu co dzisiaj to powinien dokończyć zabaweczkę dla lubieżnych szlachcianek. Wygładzi ją i wyszlifuje. Z tymi paskami do mocowania nie był pewien czy znajdzie coś odpowiedniego. Ale ogólnie był dobrej myśli.
- No dobra, jak chcesz to możemy go posłać do warsztatu. - Bracia z hospicjum też jakoś nie stwarzali trudności jednookiemu koledze. Trochę się zdziwili czemu Niklas miałby pracować w warsztacie ale nie dopytywali się za bardzo. Obiecali, że jutro go tam przydzielą. Więc ta sprawa też wydawała się być załatwiona pozytywnie. A teraz mnich musiał przejść przez miasto kierując się ku rzece aby dotrzeć do dzielnicy portowej gdzie znajdowała się ulubiona tawerna Łasicy. Jak się nie było z nią umówionym to był to najpewniejszy adres aby jej szukać albo chociaż zostawić wiadomość.
Gdy zbliżał się do budynku słyszał już gwar jaki z niej dobiegał. Była to jedna z popularniejszych portowych tawern więc nic dziwnego, że pod koniec dnia zaczynało być tam głośno i tłoczno. Przed frontem było jakieś zbiegowisko na zabłoconej ulicy. Z tuzin osób obserwowało walkę dwóch marynarzy albo łotrów co widocznie pięściami chcieli sobie coś wyjaśnić. Improwizowana widownia a może towarzysze walczących żywo komentowali te zmagania i kibicowali swojemu faworytowi. Jednak wśród nich mnich nie dostrzegł żadnych znajomych twarzy. Za to widząc mnisi habit kilka osób przyjrzało mu się dokładniej. Jak otworzył drzwi okazało się, że też jest wesoło.

link: https://i.imgur.com/bY167va.jpeg
Mieszanina ludzi morza, ladacznic i typów spod ciemnej gwiazdy sprawiała, że zawsze w “Mewie” było barwnie i gwarnie. Większość stołów była obsadzona przez różnych obwiesiów. Oficerowie i szlachta raczej tu nie przychodzili. Ale zwykli marynarze tak i to w znacznej liczbie. Podobnie półświatek odwiedzał to miejsce aby się rozerwać albo ubić kolejny podejrzany interes. Tanie, drewniane lub gliniane kufle uderzały o blaty stołów lub o siebie nawzajem. A stoły były zrobione z grubych, solidnych desek aby wytrzymać ten entuzjazm i karczemne burdy. Jedni grali w kości inni w karty, ktoś czynił awanse jakiejś ślicznotce. Ladacznice miały dobre branie w tym towarzystwie i pewnie część widocznych kobiet siedząca na ławach razem z gośćmi nie adorowała ich za darmo. Pomiędzy tym gwarnym chaosem uwijały się kelnerki roznosząc na tacach kolację, kubki i kufle a znosząc na zaplecze opróżnione naczynia. Nie było tu łatwo znaleźć konkretną osobę ale na szczęście za szynkwasem urzędowała blondwłosa Corette jaka była koleżanką obu łotrzyc z kultu i ich kontaktem w tym miejscu. Mnich w końcu dotarł do niej z pewną pomocą swojego habitu. Widocznie nie był to popularny w tym miejscu ubiór i zwracał na siebie uwagę.
- Nie pomyliłeś drzwi braciszku? To nie świątynia! - Zawołał do niego jeden z siedzących marynarzy a koledzy wybuchli śmiechem.
- Jak gardło suszy to i mnisi nie wybrzydzają! - Inny też dołożył swoje trzy pensy do tych złośliwych komentarzy.
Ostatecznie jednak ubiór mnicha był rozpoznawalny i wzbudzał na tyle szacunku, że poza okazyjnymi szyderczymi uwagami Otto przeszedł cało do szynkwasu. I tam mógł zapytać blondwłosą Corette o swoje koleżanki.
- Łasicy to dzisiaj nie widziałam ale jeszcze wczesna pora. A Burgund to tam siedzi przy oknie. - Barmanka wskazała mu kierunek pod ścianą. Tam przy jednym z licznych stołów siedziało rozbawione towarzystwo. A jedną z kobiet była właśnie partnerka fioletowowłosej łotrzycy. Otto zdawał sobie sprawę, że obie koleżanki często działały razem a nawet jeśli nie to zwykle jedna była zorientowana gdzie może być ta druga.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; ??; opuszczona kamienica
Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzch
Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Rosalia
- Sporo pytań jak na kogoś kto jest porwany i przywiązany do krzesła. - Ciemnowłosa najemniczka wyglądała na rozbawioną końcową falą pytań jakie Rosalia jej posłała. Słuchała jednak jej wypowiedzi w skupieniu. Wydawała się ważyć w głowie jej słowa. Bawiła się podróżnym kubkiem leniwie przechylając go to w jedną, to drugą stronę. Korzystając z chwili ciszy porwana zauważyła, że mżawka jaka padała dotąd się skończyła. A siedziały w kuchni. Zaniedbanej i porzuconej lata temu. Wciąż jednak pod ścianą stał częściowo zdewastowany kredens, w rogu stał piec który miał kilka ozdobnych kafli. Cycata syrena, groźna ośmiornica, statek prujący fale, wyskakujący z wody delfin. Na podłodze leżał jakiś brudny garnek ozdobiony motywem morskich fal. Na stole przy jakim siedziała nieznajoma Rosalia dostrzegła lampę oliwną w kształcie smukłej syreny grającej na lirze. A ogień zapewne musiał tlić się na czubku jej ogona. Fantazja podpowiadała w jakie ciekawe miejsca można by wsadzić ten gładki ogon. Pod oknem leżał przewrócony kandelabr z ułamanym jednym ramieniem. Kuchnia wydawała się być wielokrotnie splądrowana odkąd dawni mieszkańcy przestali ją użytkować.

link: https://i.imgur.com/sonGJBH.jpeg
- Czyli jesteś tu z powodu snu. Snu o tym mieście i jakiejś kapłance. - Podsumowała to co usłyszała od kelnerki o powodach jej ucieczki. Ta zdała sobie sprawę, że najemniczka może jej nie uwierzyć. Sen to nie było coś materialnego co można było komuś pokazać albo przywołać świadka aby potwierdził słowa czy opis wydarzeń.
- I dlatego rzuciłaś Huberta i jego przyjaciół? Opowiedz mi coś więcej o tym śnie. Coś już ci się sprawdziło skoro już tu przybyłaś? Spotkałaś tą kapłankę ze snu? - Ciemnowłosa chciała się dowiedzieć czegoś więcej o tym tajemniczym śnie więc chyba jeszcze nie miała wyrobionego zdania na ten temat. I wydawała się być nim zaciekawiona.
- Ależ z ciebie niewdzięcznica. Już nie pałasz miłością do Helmuta? I jego przyrodzenia? - Nieznajoma popatrzyła na nią kpiąco gdy to mówiła i wydawała się świetnie przy tym bawić. - Nie wiem czy zgodziłabym się, że jego przyrodzenie jest takie malutkie ale wiem, że bardzo mu zależy na tobie. Aby znów cię zobaczyć. Bardzo przeżył twoje zniknięcie. I zapraszał cię ponownie. Obiecywał, że nie zrobi ci krzywdy i chce abyście znów byli przyjaciółmi. - Teraz mówiła jakby przekazywała słowa lidera hedonistycznego kultu. I wydawała się ciekawa reakcji przywiązanej do krzesła kobiety.
- Ale obawiałam się, że spanikujesz jak tylko padnie jego imię więc musiałam cię zaprosić na rozmowę tak aby nikt nam nie przeszkadzał. - Wyjaśniła jaki był jeden z powodów siłowego “zaproszenia” Rosalii na to spotkanie. - On też mi wspominał coś o dziwnych snach. Tak jak i ty. Właśnie dlatego tu jestem. Nie tylko wy macie nietypowe sny. - Skinęła swoją czarną głową podkreślając, że czeka na więcej szczegółów o snach kelnerki.
- A zlecenie na ciebie wzięłam od Helmuta przy okazji. Po starej znajomości. Zajechałam na stare śmieci no i wypłakał mi się w rękach jak go jedna niewdzięczna siksa zdradziecko potraktowała. Bo szukam kogo innego. Kobieta. Uczona albo nawet mag. Też zmierzała do tego miasta. I prawdopodobnie już tu jest. Jeśli nie wsiadła na statek i nie popłynęła gdzieś dalej. I też ma ciekawy zwyczaj wypytywania się o sny. Młodo wygląda, liczne czarne warkocze, chodzi na niebiesko albo fioletowo. Po nią tu głównie jestem więc jeśli byś okazała się użyteczna aby ją odnaleźć no to być może miałabym zbyt wiele roboty aby z nią wracać aby jeszcze kłopotać się z jakąś siksą dla Helmuta. - Najemniczka przedstawiła główny powód dla jakiego przybyła do miasta i okazało się, że to wcale nie chodziło o Rosalię. Chociaż dała znać, że gdyby jej się nie udało odnaleźć kobietę o jakiej mówiła to z braku laku była gotowa i zawieźć uciekinierkę wspólnemu znajomemu. Tu znów pojawił się motyw dziwnych snów więc nieznajoma dała znać, że czeka na więcej wyjaśnień o snach jakie miewa przywiązana do krzesła kobieta.
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzche
Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Joachim
- Pójdę z tobą panie bo ja tą klapę przywaliłem. - Ochroniarz zaoferował swoją pomoc. Na co blond kultystka zareagowała ze złością.
- Zwariowaliście! Złapią was! - Syknęła do nich ale obaj już biegli na zaplecze. Tam zamiast klapy mag ujrzał przewrócony blatem do podłogi stół a na nim krzesła i jakaś skrzynia. Gunter szybko zaczął przesuwać te rzeczy aby odsłonić klapę. Ta wciąż tam była. Burzooki pierwszy raz widział ją od zewnątrz. Gdy się zbliżył poczuł jak włoski na karku stają mu dęba. Z piwnicy promieniowała spaczona energia, czuł ją nawet tutaj. Skoro jednak mieli do czynienia ze sprowadzoną z innego wymiaru istotą to chyba nie powinno go dziwić. Podoną emanację wyczuwał od chochlików jakie sprowadzał u siebie. I jeszcze wiele godzin po, nawet na drugi dzień je wyczuwał. A jeśli on to pewnie i inni magowie czy co gorsza kapłani. Zresztą magiczne oko wyczulone na eteryczne wiatry mieli nie tylko oni. Widząc, że jego pan jest gotowy Gunter otworzył klapę.
Widać było ciemność. I powiało ciemnym, fioletowym dymem z drobinkami przypominającymi brokat. Nie był to zwykły opar. Joachim czuł, że promieniuje on mroczną energią. Może to był jakiś skutek uboczny przyzwania demona, może jego resztki czy jeszcze coś innego. Tego nie był pewien. W kwadratowym otworze piwnicy też widać było leniwie przelewający się brokatowy dym.
- Proszę panię. - Gunter widząc, że w środku jest ciemno wybiegł z pomieszczenia i przybiegł z jakaś wyjętą z pieca szczapą. Była ciepła w dotyku, w polowie osmalona ale płonęła więc można było użyć jej jak pochodni.
Joachim musiał z pomocą tylko jednej, wolnej ręki zejść po drabinie. Mimo posiadania pochodni niewiele widział z powodu dymu. Jakby szedł przez ciemną, bardzo gęstą mgłę. Płomień coś oświetlał może na krok dookoła niego. Potknął się o coś. Jak spojrzał w dół dojrzał ciało Fenka. Jego talizman zawieszony na szyi emanował pulsującą poświatą. A eterycznym okiem magister dostrzegł, że zakrzywia on moc. Musiał być magiczny albo teraz został tak spaczony, że to robił. Kawałek dalej dostrzegł coś. Chyba nogę. Bo się zaczynała się biodrami i udem odzianym w spodnie. Ale gdzieś jeszcze przed kolanem przechodziła w jakąś nieforemną mackę. Jej dziwne narośla przebijały tą nogawkę. W tym dymie trudno było zorientować się gdzie się znajduje. Bo dotarł do jednej ze ścian ale nie wiedział której. Jak zadarł głowę to nawet nie widział otworu klapy nad głową. Musiał wrócić bo jak pamiętał Fenk ustawił figurkę na jakimś kamieniu który był w centrum małego lochu. Co prawda nie wiadomo było gdzie była teraz, po walce z demonem ale musiał od czegoś zacząć. Zawrócił więc i powoli starał się iść przed siebie. Pomogło mu trzecie oko. Wyczuł, że tam, w tym dymie jest coś co zakrzywia wiatry magii jeszcze bardziej niż medalion lidera kultystów. Minął ciało tego grubasa któremu widocznie próba ucieczki się nie udała. Ogromny brzuch miał rozpruty pazurami. Flaki jakie się z niego wylały zmieniły się w jakieś dziwne, mackowate rośliny które drżały jak na niewyczuwalnym wietrze. Na twarzy zastygł mu grymas przerażenia i bolesnej agonii.
Joachim znalazł wreszcie leżącą na podłodze figurkę. Na wysokość sięgała mu może od czubka dłoni do połowy przedramienia. Teraz wiedział, że przedstawiała tą maszkarę jaką Fenk przywołał. To ona promieniowała świeżo rozbudzoną mocą. I albo mu się wydawało albo była trochę większa niż to zapamiętał. Ale może mu się tylko tak wydawało? Gdy wziął ją w ręce zosientował się, że na spodzie ma glify w demonicznej mowie. To mogło być imię demona albo modlitwa do niego czy też jakieś zaklęcie. A może jeszcze coś innego, teraz na szybko nie miał czasu się nad tym zastanawiać. I na piersi potwora czegoś brakowało. To mógł być ten talizman Fenka, mógł być fragmentem tego posążka a przynajmniej kolorystycznie pasował i emanwał podobną energią.
- Mój panie! Strażnicy walą w bramę! - Doszedł go z góry ponaglający głos ochroniarza. Chociaż dalej go nie widział tak samo jak klapy. To musiało być niedaleko bo i cały loch był dość niewielki. Już chciał się ruszyć gdy zorientował się, że nie jest tu sam.

link: https://i.imgur.com/3KpAGZ6.jpeg
Kobieta patrzyła wprost na niego. Miała na sobie resztki ubrania i widać było, że została odmieniona przez moce jakie tu szalały. Wciąż je wyczuwał i były silne tak świeżo po emanacji demona. Jego raczej już tu nie było bo promieniował by mocą Eteru bardziej niż figurka jaka go przedstawiała. Ale teraz stał naprzeciwko tej odmienionej kobiety. Miała ciemne włosy i młodą twarz, szczupłą sylwetkę. Tylko na połowie twarzy i głowy wyrosły jej jakieś dziwne narośla. Podobnie widział je na jej ramionach i kto wie gdzie jeszcze. Kucała na podłodze lochu podpierając się ramionami przez co wyglądała dość zwierzęco. Jej oczy wpatrywały się w niego, że aż ciarki go przeszły. Na razie jednak była nieruchoma i milcząca.
-
Oryginalny autor: Santorine
Egon był zmęczony gadaniną o jajach Oster i skróceniu dziewki o głowę już niemal od samego początku. Głupie pomysły, pomyślał wojownik.
– Mam nadzieję Egonie, że nie masz ochoty dziś spać samotnie i twa jurność jest równie wielka jak twoje mięśnie.
– Znajdziesz mnie doświadczonym! – Egon odparł, wspominając wcześniej nałożnice, z którymi był. – Obyś tylko wytrwała, dziewki bez doświadczenia męczą mnie.Co do złorzeczenia staruchy i berserkera, puścił ich uwagi mimo uszu. Powiedział swoje, toteż nie zamierzał się tłumaczyć. Jeśli zaś kto chciał kwestionować jego zdanie, mógł się spotkać z Egonem na ubitym gruncie. Bjorn zapewne byłby ciężkim przeciwnikiem, ale i Raisa miała niejedną sztuczkę pod swoim szpetnym, pokrytym zmarszczkami czerepem. Albo Egon będzie w stanie zadowolić swych kompanów, albo też rzecz zakończy się bitką, nie wątpił tego.
Spotkanie lady Sorii było niespodziewane. Czy kobieta posłużyła się gusłami, żeby wywiedzieć się, kiedy znajdą się w powrotem w Nordlandzie? Lub też, czy też wyruszyła w dzicz bezwiednie, posłuszna sugestii swoich mrocznych patronów? Egon wiedzieć nie mógł.
– Oh, cóż za wspaniali wojownicy dziś mnie odwiedzili. Bogowie zapowiedzieli mi, że dziś spotkam na plaży wyjątkowych gości. Witaj Egonie, miło cię znów widzieć. Cieszę się, że wróciłeś. Kim jest twój kudłaty kolega?
– Witaj – Egon odrzekł krótko. – Zwą go Bjorn… – i urwał, bowiem okazało się, że Soria zna także i Norsmeński.Kiedy reszta przybyła - Lars, Astrid, Raisa i Helga, bez Zoga, Egon zignorował pytania, kto to jest, wkrótce bowiem reszta miała się przekonać, z kim zacz.
– Zasiejmy ją. Ona nie jest od nas – rzuciła Raisa.
– W Neues Emskrank będziesz miała aż nadto okazji na próbę tych twoich jaj – rzekł Egon nieprzyjemnym głosem. Irytowało go bowiem gadanie staruchy, która zdawała się obsesyjnie zafiksowana na jajach.Soria tymczasem rozgadała się: mówiła o tym, co działo się w Neues Emskrank od czasu, kiedy Egon je opuścił. Pal licho - myślał Egon - pacjentów z hospicjum. Skarby na starym okręcie? Walka, aby się do skarbów dostać?
Egon uśmiechnął się, kiedy Soria rzekła swoją część.
– Popłynę tam i odciągnę matki. Większość powinna pójść za mną aby bronić gniazda. Zostaną te małe kraby. Oraz skrzynie ze skarbem. Będziecie musieli tam dotrzeć, przedostać się do tych skrzyń i zabrać je. No i pozabijać to co stanie wam na drodze. Potrzebujemy tych funduszy aby rozwinąć skrzydła w mieście.
– Zaiste, będzie, jak mówisz – postawny wojownik skinął głową. Zdało się, że Soria miała jakiś plan we wdzięczeniu się do Egona i Bjorna, dumanie nad tym jednak zostawił na później. – Nie minie ten dzień, a skarb będzie twój!– Trzeba będzie jakoś dokicać do tego wraku – rzekł Lars.
– Przyzwę wam sprzymierzeńca który będzie walczył za mnie – rzekła i Raisa.
– Weźmy też Helgę. Może walczyć nie będzie ale skarby będzie mogła brać.
– Mogę wam się przydać, zrobię co zechcecie!Egon milczał przez dłuższy czas, ważąc słowa swych towarzyszy.
– Skoro chcesz się wykazać, dziewko, pójdziesz z nami – rzekł wreszcie Egon, sam nie do końca pewien, czy był to dobry pomysł.
Choć walka nie była zbyt trudna, to dotarcie do okrętu już mogło stanowić wyzwanie. Sam nie miał zbyt wielkiej koordynacji, ażeby zagwarantować, że każdy dotrze bez szwanku.
Opowiedział więc o swoim planie:
– Raisa zostanie na tyłach. Później wyczaruje ten rój. A teraz… Ma ktoś linę? Z hakiem najlepiej?
Okazało się, że Lars ma linę. Bez haka, ale zawsze coś.
– Onuż, posłuchajcie no… Zrobimy tak. Pierwszy z nas pójdzie ten najbardziej zręczny. Przewiąże sobie ten sznur na piersi. Jeśli by się stało, że poślizgnie się i będzie spadać, to my go w porę zatrzymamy. Ten pierwszy przywiąże sznur do masztu albo czegokolwiek, co nie zgniło na okręcie. My przywiążemy sznur po swojej stronie, przejdziemy po sznurze, a ostatni z nas zrobi to samo, co pierwszy, tylko na odwrót. Odwiąże sznur po tej stronie i zawiąże sobie na piersi… Rozumiecie? Linę za każdym razem zabierzemy ze sobą.
– Kiedy będziemy dość blisko, Soria weźmie na siebie wielkie kraby, a Raisa uderzy swym rojem. Oby się przydał! Kiedy rój uderzy, wejdziemy my. Ja, Bjorn, Astrid na przedzie, zaś Zog w odwodzie, za nami. Helga czeka. Walczyć nie będzie, bo bitki nie jest nauczona. Skarby zbierać będzie.
– Wyrżniemy wszystko i zabieramy tyle, ile możemy unieść. No. Proste? No to do roboty.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Aubentag; zmierzch
Otto puścił mimochodem uwagi pijaczków.
Fakt faktem, jego zawód na ogół nie przewidywał uczęszczania do tego typu przybytków. Podziękował Corette za pomoc i poprosił ją o dwa kufle jasnego piwa. Uzbrojony w napitek podszedł do Burgund stawiają kufle na stole, jeden przed nią.- Dobry wieczór, moja droga. Pozwolisz, że się przysiądę? - nie czekając zbytnio na odpowiedź mnich usiadł naprzeciwko ladacznicy - Nie zabiorę ci dużo czasu. Szukam Łasicy, muszę ją porwać do Silnorękiego. Sprawy religijne. - mnich uśmiechnął się delikatnie i upił łyk piwa, zapraszając koleżankę, aby też się poczęstowała.
Kobieta o burgundowych włosach przywitała się z kolegą uśmiechem i przyjaznym skinieniem głowy chociaż reszta towarzystwa popatrzyła na niego zaskoczona. Ladacznica słysząc co powiedział dała mu znać głową aby wstał i poszedł za nią. Zatrzymała się pod jedną ze ścian w pobliżu wejścia do bardachy gdzie nie stały żadne stoły.
- Łasica jeszcze nie wróciła. Starszy ją wezwał rano. Miał jakiś sen, być może o kimś wrażliwym na zew Sióstr. Prawdopodobnie kobieta. Coś może być związane z posągiem syreny. Znamy gdzie jest jeden więc Łasica tam poszła. Ale jeszcze nie wróciła. A czemu chcesz aby poszła z tobą do Silnego? - Łotrzyca streściła mu co się dzisiaj działo z jej koleżanką i dlaczego obecnie nie ma jej w tawernie.
- A to ciekawe bo ja mam poszlakę w podobnej sprawie. Córka lokalnych piekarzy i cukierników dostaje sny od Oster. Jutro idę obadać sprawę. Co do Łasicy i Silnego. - mnich chwilę się zastanowił - Planuję zabrać was, moje drogie ladacznice, oraz chłopaków Silnego, na piknik poza miasto. Wy sobie dogodzicie łakociami, a my z chłopakami udamy się upolować niedźwiedzia. - Otto westchnął - Trzeba utrzymać ciepłe relacje w rodzinie. Do tego jest jeszcze sprawa ataku na akademię.
- No my z dziewczynami coś działamy z tą akademią. Ja i Łasica dostałyśmy się tam jako biuściaste modelki na galiony. To poza pozowaniem z gołymi cyckami może uda się tam rozejrzeć. I myślałyśmy o Fabi. Bo ona jako żona kapitana który jest tam w jakiejś radzie akademickiem może też swobodnie tam przychodzić. I może Odette? Przed Słowikiem Północy wiele drzwi stoi otworem. A Silny i jego chłopaki coś zrobili w tej sprawie? - Łotrzyca od razu odbiła piłeczkę, informując jak zwolenniczki Soren przyłożyły się do wsparcia sprawy wydobycia światełka z akademickich lochów. I to mimo, że nie chodziło o poszlaki związen z ich patronką. Była ciekawa czy łysy mięśniak z kolegami wykazał się taką zaradnością.
- No ale dobra, jeśli chodzi o chędożenie w lesie to ja bardzo chętnie. Łasica pewnie też. Zresztą za parę dni i tak jesteśmy umówieni na spotkanie z Gnakiem. I Odette też chce iść z nami. A Fabi mówiła, że ma dość tej starej krowy co ją wiecznie szpieguje i nie będzie jej brała tylko Annikę i Marissę. To nam ułatwi organizację bo wystarczy pojechać do rezydencji Rose de la Vega i wieczorem do Zachodnich Kamieni. Nie trzeba będzie nikogo usypiać ani pilnować aby się w nocy nie obudził. - Lubieżny temat wzbudził w niej więcej sympatii, że aż się uśmiechnęła ciepło do rozmówcy. Nie miała nic przeciwko takiej łączonemu piknikowi w lesie ale to przypomniało jej o orgii przy menhirach na jaką byli umówieni z ungorami Gnaka. I widać było, że się niecierpliwi na to spotkanie.
- I sny od Oster? Córka piekarzy i cukierników? Których? Znasz nazwisko? Bo może ich albo ją znam. Ale jak od Oster to o tych czerwiach? No ale co mi tam, nie jest od nas to niech sobie je wsadza. Chociaż jak ładna to trochę ją szkoda oddawać robakom. - Wzmianka o nielubianej przez nią hodowli skwasił jej minę. Widać było, że dalej jest mu niechętna. Chociaż jeśli chodziło o obcą osobę to aż tak jej to nie drażniło.
- Lebkuchen. - odparł mnich - I nie nasze miejsce decydować kto do kogo przynależy. - przypomniał kobiecie - A co do pikniku to bez chędożenia. Jeno pyszne jedzenie, wino i może uda mi się załatwić jakieś ziółka do palenia, na rozluźnienie i piękne wizje. - mnich pokręcił głową - Wiesz, że metody patrona Silnego nie sprzyjają chytrości, stąd ich ból i zgorzknienie. Wy, lubieżne kobiety, możecie czcić węża w każdej alejce, salonie, sypialni i nikt nawet nie bąknie, co najwyżej się obruszy. Chłopaki, gdyby dali upust swej religijnej chęci, zrzuciliby nam wojsko na głowy, więc szanujcie ich za wytrwałość dla dobra sprawy.
- Bez chędożenia? Ty myślisz, że my jakieś mniszki jesteśmy? Chcesz zabrać Silnego i resztę aby sobie poużywali na polowaniu a my mamy grzecznie siedzieć przy winie aż wrócicie? A jak wrócicie to dalej tylko pić wino. A z tego co pamiętam to Silny jak już raczył zawitać do loszku Pirory to jakoś nie udawał eremity. Przemyśl to jeszcze Otto bo mnie to niezbyt się chce iść do lasu aby się Silny poczuł lepiej. - Łotrzyca popatrzyła na mnicha krytycznie i odezwała się w podobnym stylu. Nie ukrywała, że pomysł pikniku z takimi ograniczeniami jej głównej rozrywki w ogóle jej nie pociąga.
- A Lebkuchen wiem którzy to. Wiem gdzie mają zakład. No faktycznie mają kilka córek a najmłodsza to chyba jeszcze nie jest zamężna. Ale nie gadałam z nimi, nie znam ich osobiście. Widywałam ich na mszy albo na festynach. - Podzieliła się swoją wiedzą na temat rodziny cukierników. I jako osoba mieszkająca w mieście od urodzenia znała chociaż z widzenia bardziej znane osoby.
- Chodzi o Teofano. Najwyraźniej ona ma te wizje, nie wiem która to jest z ich córek. - mnich zastanowił się chwilę - Wielbienie węża to nie tylko przyjemności z seksu. To rozkosz jedzenia, ciepło wina, piękno sztuki… między innymi. Chcę wam pokazać trochę głębsze prawdy waszej wiary. - przyznał Otto - Dlatego planuje przynieść jakieś lżejsze narkotyki. Szkoda, że nie ma Sigismundusa, to bym jego się poradził.
- Teo to ta najmłodsza. Ciemne włosy ma, brązowe albo czarne. Nie pamiętam już. - Burgund dotknęła swoich pukli aby zademonstrować włosy o jakich mówiła. - A wielbienie Węża my okazujemy przez seks. Jak coś innego to może być ale bez seksu to nie jest to takie ciekawe. Jak chcesz o sztuce gadać to idź do Pirory, ona jest malarka i lubi takie rzeczy. Mnie bez seksu to nie chce się iść do lasu. Ale dobra, jak przekonasz Łasicę to pójdę. - Dziewczyna o burgundowych włosach dalej nie zdradzała, że przekonał ją do swojego pomysłu. Ale aby nie zbyć go całkowitą odmową zostawiła pewną furtkę na niegocjacje. - I wiesz Otto, my wychodzimy na miasto aby coś złowić i zaciągnąć do łóżka to Silny z resztą też może wyjść aby komuś dać po mordzie. Albo tak jak mówisz wyjść do lasu na polowanie. A z tego co nam Fabi mówiła to Annikę wzywa do lasu jak ma te swoje napady szaleństwa. To może i Silny by się tam wybrał i przestał strugać obrażonego hrabiego? - Łotrzyca okazała się mieć cięty język i potrafiła odbić piłeczkę wskazując na inne wyjścia jakie mogłyby zmniejszyć niezadowolenie Silnego.
- A Silny to od dawna ma coś do Łasicy. Będzie strugał pajaca póki jej się nie powinie noga i nie zleci z piedestału. Tylko jej porażka i pognębienie go zadowoli. A wiesz jaka ona jest. Nie da sobie w kaszę dmuchać. I co ona ma teraz robić? Wiecznie przepraszać Silnego, że zimą podeszła z Egonem strażników i zrobili dojście do Mergi? Za to, że ją Starszy wynagrodził potem? Czyli co? Nie opłaca się nam aby służyć rodzinie i odnosić sukcesy bo jesteśmy za to zwalczane i karane? Bo Silny czy Tobias będą kręcić noskiem? - W jej głosie dał się słyszeć żal i rozgoryczenie za te objawy zawiści od innych frakcji.
- Nie o to mi chodzi moja droga. - mnich uniósł dłonie w obronnym geście - Ambicja będzie pchać nas do przodu, ku chwale sióstr. Nie chcę abyście zaprzestawały waszych działań. Jeżeli mogę mieć prośbę, to pomyślcie za naszych braci, dla których myślenie to wyczyn, lub tych, którzy myślą za dużo, aby coś zrobić. - Otto się uśmiechnął - Pomyślcie jak ich wcielić w wasze plany, nauczcie się jak przedstawić te plany, aby się spodobały Silnemu, a żeby Tobias pomyślał, że pomysł jest jego. Ja postaram się utrzymać naszą rodzinę w całości, taki mam cel z tym piknikiem, trochę załagodzić awersje. - mnich poczochrał się po czuprynie - Z tego co na razie wiemy, nie sprowadzimy sióstr pojedynczo, trzeba wszystkie na raz. Więc skupianie się tylko na swojej części kultu nie jest produktywne. Cieszy mnie, że robicie podchody do akademii, teraz pomyślmy jak tam wciągnąć Silnego i resztę, przydadzą się nam na pewno. Wszystko jednak po kolei. - mnich zamknął oko, aby zebrać myśli - Rozumiem, że twe oddanie wężowi przejawia się w rozkoszach ciała. No cóż, nie zabronię ci zabaw podczas pikniku, nie jestem jakimś purystą. Chciałbym jednak, abyście… zaczerpnęły z głębszych prawd. Wąż wie jak czerpać przyjemność z wszelkich źródeł, nawet bólu, ale na to chyba nie jesteście jeszcze gotowe.
- No i teraz mówisz bardziej po mojemu. - Łotrzyca uśmiechnęła się półgębkiem okazując w ten sposób zadowolenie. - Bo bez chędożenia to ty nas nie potrzebujesz Otto. Do ladacznicy przychodzi się aby poswawolić. Bez tego to możesz otoczyć Silnego jakimiś cnotkami. Pogadaj z Pirorą może ma jakieś nawiedzone koleżanki. Albo ja z Łasicą może jakieś parę chętnych na darmową wyżerkę byśmy znalazły. - Pokręciła głową na znak, że pierwotny pomysł kolegi w ogóle jej nie pociąga.
- Ale powiem ci, że rozchylone, chętne uda ladacznicy potrafią skutecznie łagodzić spory. Sam widziałeś co u Pirry się dzieje. Albo przy kamieniach. Nie słyszałam aby kopytni kochali ludzi i byli im wielkimi przyjaciółmi. Słyszałam, że im ostatnio odbija i atakują częściej niż zwykle. I co? Trochę ladacznic z rozchylonymi udami widziałeś jak zmieniło ich podejście? Przychodzą do nas jak psy do suki w rui. I to ani te mądre książki Tobiasa ani mięśnie Silnego to sprawiły. Więc ja ci proponuję zrobić piknik towarzyski bez ograniczeń. Kto chce to będzie się chędożył, palił, pił, jadł czy co tam. Nie sądzę aby Łasica spółkowała z Silnym ale poza tym to chyba reszta powinna się dać dogadać. I wtedy oni sobie powojują w lesie jak lubią a my dzielnie obmyjemy ich pot i rany no i zgarniemy swoją pulę. Bo bez chędożenia to mi się ciżm zakładać nie opłaca aby tam iść. - Oznajmiła mu jak ona się zapatruje na tą wspólną wycieczkę w las.
- A jak wykorzystać mądralę i mięśniaka w planie to zobaczymy. Pewnie w akademii się przydadzą tak samo jak przy świątyni. Pogadam z Łasicą i dziewczynami. Teraz mamy i Fabi i Odette i Kamila je już z ręki Sorii to może coś się wymyśli. - Pod względem opracowania planów wolała jednak uzgodnić to z koleżankami z kultu. Ale ogólnie zarys jaki przedstawił kolega jej się spodobał.
- To prawda. - przyznał mnich na komentarz co do ud ladacznic - Jednak Silny i reszta czują potrzebę oddania czci krwawemu, więc wasze wdzięki zostawimy na deser. Z tego co rozumiem nic tak nie cieszy mężczyzny jak głaskanie główki i ciepłe słowa po wykonanej robocie. - Otto się uśmiechnął - Jakbyście powiwatowały im jak wyruszą na łów, to byłoby idealnie. - mnich się skrzywił na wieść o zwierzoludziach - Dzieci Chaosu są bardziej podatne na jego zawołania. Słyszałaś o koszmarach, które gnębią mieszkańców miasta. Podejrzewam, że stada zwierzoludzi cierpią podobnie, jeżeli nie gożej. A oni reagują tylko w jeden sposób na niewygody. Podejrzewam, że tak długo jak będzie z wami Soria, będziecie bezpieczne wśród kopytnych. Co do twojego planu, jest o wiele lepszy od mojego, najwyraźniej moja pozycja umiarkowanego środka zasłania mi niektóre możliwości. - mnich postanowił rzucić drobny komplement ladacznicy, niech się czuje dowartościowana - Jeżeli więc, przekazałabyś moją propozycję Łasicy i innym dziewczynom, a nawet Pirorze i damom z dworu Sorii, byłbym wdzięczny.
- Nie no nie frapuj się tak. - Łotrzyca nieco się zmieszała i na pocieszenie klepnęła go w ramię w przyjacielskim geście. - Się starasz aby zadowolić wszystkich. Przez co zawsze jesteś trochę z zewnątrz. I w takim rozkroku między nami. Ale miło, że wpadasz na nasze orgie i w ogóle. Z tym piknikiem może być. Też nie chcę aby Silnemu odbiło i z kosiorem do nas wyskoczył. A jak się bawił u Pirory to się jakiś znośniejszy robił. No i powiem Łasicy i dziewczynom o tym pikniku. A kiedy byś chciał go zorganizować? - Teraz ona chciała go udobruchać aby się nie gniewał ani nie smucił. I była ciekawa czy ma jakiś dokładniejszy plan na takie spotkanie.
- Jeżeli nic nagłego się nie zdarzy, to za tydzień. Muszę zorientować się gdzie są dobre tereny łowieckie, zorganizować jedzenie, trunki i inne rzeczy. Dużo pracy i planowania. Zobaczymy jeszcze co Silny powie. - mnich skrzywił się na myśl o spotkaniu z Khornitą - Lepiej pójdę to z nim obgadam. Przekaż Łasicy pozdrowienia ode mnie, no i moją propozycję. - mnich skłonił się ladacznicy i pozostawił ją, by polowała na klientów. Sam ruszył do karty Silnorękiego. Miał nadzieję, że zastanie Khornitę.
- Za tydzień? No to jeszcze sporo może się wydarzyć. Ale dobra, powiem Łasicy. - Łotrzyca o burgundowych włosach skinęła głową, że przekaże propozycję jednookiego kolegi swojej partnerce. I po chwili zgrabnie wracała między stołami do towarzystwa jakie na chwilę zostawiła. Otto zaś mógł wyjść na zewnątrz i udać się na melinę Silnego.
Mieszkanie Silnego
Khornitę zastał w domu. Już tu kiedyś był i na oko niewiele się tu zmieniło. Łysy siłacz otworzył mu drzwi. Obrzucił czujnym spojrzeniem nim odsunął się aby wpuścić go do środka. Zaraz potem zamknął za nim drzwi.
- Co jest? - Zapytał od razu nie siląc się na finezję.
- Wybacz, że nachodzę, postaram się nie zajmować dużo czasu. - mnich zamknął oko, aby zebrać myśli, wciągnął powietrze i zaczął swoją propozycję - Wiem, że ty i chłopaki ubolewacie, że nie wolno wam wielbić krwawego tak jak byście chcieli. Mam więc dla was propozycję. Chcę za tydzień zabrać na łowy, może na niedźwiedzia? Dowiedziemy swej siły, poświęcimy czaszkę bestii dla Tronu Czaszek? - Otto starał się zaproponować jak najlepsze elementy swego planu - Do tego, chcę zabrać nasze ladacznice z nami. Nie oczywiście na samo polowanie, wiadomo, że się nie nadają. Ale mogły by wam wiwatować, a po polowaniu, może by przyrządziłyby mięso z waszej zdobyczy?
Z początku mięśniak nie odpowiedział. Trawił pod łysą czaszką pomysł kolegi. Machnął ręką wskazując mu aby usiadł przy stole jakiemu przydałoby się sprzątnięcie. A sam podszedł do szafki i bez pośpiechu szukał tam czegoś. Znalazł butelkę, jak potrzasnął nią okazało się, że nie jest pusta. W podobnym stylu znalazł jakiś gliniany kubek. Nalał do niego wina i postawił przed gościem. Popatrzył na niego z góry i wziął parę solidnych łyków wprost z butelki. Obszedł stół, odsunął sobie drugie krzesło i usiadł naprzeciwko mnicha.
- Polowanie? - Zapytał jakby chciał się upewnić czy dobrze rozumie o co chodzi. Prychnął rozbawiony i popatrzył gdzieś w bok. - Może być i polowanie. Chociaż ja to bym wolał skręcić parę karków. Okrom, zwierzoludziom czy innym łapserdakom. Ale polowanie może być. - Przyznał, że mógłby się zgodzić wejść w ten układ jaki proponwał jednooki.
- A ladacznice? Heh! Pewnie, że się nie nadają! Ale jak nie będą włazić nam pod nogi i rozchylą swoje to może być. - Zgodził się chociaż widocznie nawet nie rozważał koleżanek z kultu jako partnerek we wspólnych zmaganiach. Dało się wyczuć pogardę jaką ich obdarzał. Jak zresztą każdego kto nie umiał się bić i walczyć bronią na jakimś akceptowalnym dla niego poziomie.
- Na pewno będą uległe wojownikom takim jak wy. - zapewnił mnich i klasnął dłońmi - Dobrze, więc mamy was oboje pozytywnie nastawionych. Teraz będę potrzebował drobnej pomocy i porady. Jesteś chłopak ulicy, na pewno masz kontakt z przemytnikami i innego pokroju rezolutnymi ludźmi. Sądzisz, że uda ci się skołować jakieś narkotyki dla naszych dziwek? Chcę spróbować pokazać im trochę więcej, co do ich wiary. No i jesteś w tym mieście dłużej ode mnie, macie tu jakąś lożę łowiecką? Czy muszę się płaszczyć przed kościołem Taala?- Możesz uderzyć do “Kniei”. Tam powinni wiedzieć kto się zajmuje polowaniami. Konrad Jelonek chyba by się nadał. Ale po co chcesz z nimi gadać? Jak to ma być rodzinna wyprawa to po co nam obcy? - Silnemu spodobało się jak kolega grubo określił ladacznice z kultu. Nawet się zaśmiał na tą okoliczność. Jednak chociaż wskazał mu gdzie mógłby się udać po pomoc w organizacji polowania to jednak miał wątpliwości czy to jest konieczne.
- A z czymś mocniejszym możesz zapytać Onyx albo Sigismundusa. Ona może wiedzieć co używają z klientami u niej w zamtuzie a on to ma sporo zielska u siebie w aptece to może i coś co by się nadało. Jeszcze w “Śledziku” możesz Szybkiego Gunharda zapytać. Powiedz, że cię przysłałem. Też powinien coś mieć. - W sprawie zdobycia egzotycznych używek miał całkiem konkretne namiary i to także w obrębie kultu.
Otto opuścił rezydencję Silnorękiego w dobrym humorze. Miał plan na najbliższe dni, miejsca do odwiedzenia i osoby do obgadania.
Wrócił do domu, popisał jeszcze w swoim prywatnym projekcie, zaczął zauważać pierwsze zmiany na okładce i stronach. Niedługo będzie musiał pomyśleć o lepszej skrytce dla tomu, być może zainwestuje w jakiś sejfik? To jednak problem na kiedy indziej.
Jutro czeka go wizyta w domu Lebkuchen i ocena stanu Teofano, potem najpewniej wróci do hospicjum z raportem. Jeżeli zostanie mu czas to odwiedzi "Knieję"... będzie musiał tylko pomyśleć czemu mnich z hospicjum chce iść na polowanie. -
Oryginalny autor: Cioldan
Rosalia zamknęła na moment oczy, wdychając stęchły zapach, i stłumiła strach, który czaił się w jej sercu jak cień w zaułkach portu. Nie była bezradna. Była córką Ostmarku, wychowaną na walce i sprycie, a ta rozmowa mogła być jej przepustką do wolności. Nie była jakaś wyjątkowo zręczna, ale palce wytrenowała w różnych sytuacjach... próbowała więc podczas rozmowy rozwiązać linę, którą była skrępowana.
Najemniczka siedziała naprzeciw, jej czarne włosy opadały na futrzany kołnierz, a ciemne oczy błyszczały zaciekawieniem, gdy bawiła się metalowym kubkiem. Jej pewność siebie wypełniała pomieszczenie, ale Rosalia wyczuła w niej coś jeszcze – ciekawość, może nawet cień wątpliwości. Wzmianka o Helmucie wywołała w niej raczej niespodziewaną reakcję. Była nieco złośliwa, to pewnie z racji tego, że obecnie jest w pozycji dominującej, ale rozbawienia się nie spodziewała. Sama poczuła momentalnie gorący gniew, jak iskra gotowa wzniecić pożar gdy usłyszała o Helmucie jako kimś kto się troszczył... Ten człowiek, jego obsesja, jego przekonanie, że może ją posiąść – to wszystko było jak trucizna, której smak wciąż czuła na języku. Przecież ten człowiek chciał przekształcić ludzi którzy za nim podążali w jego wyznawców. Chciał się wywyższyć ponad Slaanesha, a do tego nawet podczas zbliżeń dbał jedynie o swoje zachcianki. Jednak słowa o snach Helmuta, a później o tajemniczej uczonej w niebiesko-fioletowych szatach sprawiły, że jej serce zadrgało. Helmut i sny? Nie, on zmyślał, jak zawsze, by manipulować innymi. A ta uczona… może to ktoś jej własnych wizji? Rosalia poczuła dreszcz ekscytacji, jakby Slaanesh szeptał jej do ucha, kusząc, by chwyciła tę szansę.
Postanowiła mówić, ostrożnie, jak ktoś, kto stąpa po kruchym lodzie. Manipulowała głosem, a jej oczy – bystre i czujne – śledziły każdy gest najemniczki, każdy grymas, każde drgnienie warg. Chciała wzbudzić zaufanie, grając na emocjach, a jednocześnie zaproponować układ, który da jej wolność i szansę na odnalezienie tropów Czterech Sióstr.
- Owszem sny sprowadziły mnie do tego miasta - zaczęła Rosalia, jej głos był spokojny, ale wibrował pewnością, jakby opowiadała historię, którą zna na wylot.
- Pewnej nocy, jeszcze z grupą Helmuta, zobaczyłam we śnie kobietę. Wysoką, o oczach, które widziały przez duszę, i głosie, który obiecywał rozkosz .... albo ból. Kazała mi iść do Neus Emskrank. Gdy się obudziłam, czułam jej dotyk na skórze, a w ustach smak krwi. Straciłam nawet ząb, jakby sen był bardziej realny niż dzień, gdyż to w śnie dostałam biczem w twarz... - zrobiła pauzę, patrząc w oczy najemniczki, szukając śladu reakcji.
- Po przybyciu sny ustały, ale nie na długo. Kilka dni temu znalazłam posąg syreny w zaułku. Dotknęłam go, i przez moment… żył. Kamień stał się ciepły, słyszałam szepty, śmiech, ale przede wszystkim rozkosz, jak w moich wizjach. Wszystko było jakby jawa połączona ze snem, a wtedy nawet nie spałam. To się powtórzyło teraz jak mnie porwałaś i nagle ocknęłam się tutaj... To nie przypadek. To miasto coś kryje, a ja muszę to odkryć.- Helmut? Jeśli mówi, że ma sny, to kłamie. Zawsze był mistrzem manipulacji, a nie wizji. Traktował mnie jak swoją własność, jakby moje pragnienia, moja wiara nic nie znaczyły. Uciekłam, bo nie chciałam być jego zabawką. Jego ‘przyjaźń’ to tylko urażona duma, nic więcej. Sama chyba wiesz, że to ogólnie prosty człowiek. - Jej ton stwardniał, gdy wspomniała Helmuta.
- Ale ty… ty jesteś inna. Mówisz o tej uczonej, może magu, w niebiesko-fioletowych szatach. Czuję, że ona może być kluczem do tego, co mnie tu sprowadziło. Proponuję układ: pomogę ci ją znaleźć. Znam karczmy, zaułki, ludzi w tym mieście. Podzielimy się nagrodą po równo, a ja dorzucę tyle, ile Helmut obiecał za mnie, a może jakieś nieco inne przysługi. Uczciwie, nie sądzisz? - przechyliła głowę, a jej spojrzenie nabrało figlarności.
Spojrzała prosto w oczy najemniczki, jej głos stał się niemal aksamitny. - Powiedz mi, dlaczego wierzysz, że ta uczona jest tutaj? Widziałaś ją? A może… to nie zlecenie, tylko sny cię tu sprowadziły? - uśmiechnęła się lekko, jakby podziwiała spryt kobiety, ale w głębi duszy wiedziała, że najemniczka poluje na uczoną z rozkazu, nie wizji. Jeśli uda jej się zasiać wątpliwości co do misji i przekonać ją do współpracy, to może nie tylko odzyska wolność, ale i zbliży się do tajemnic, które Slaanesh dla niej przygotował.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Astromanta w służbie Pana Przemian przyglądał się odmienionej kobiecie z dużym zainteresowaniem, zastanawiając się na ile ona stanowi dla niego zagrożenie. Niestety okrzyki jego ochroniarza wskazywały, że nie miał wiele czasu. Zdobycie tej figurki uważał za spory sukces.
- Nie obawiaj się, nie chce zrobić ci krzywdy - odezwał się do mutantki uspokajającym tonem i cofając się powoli w stronę wyjścia.
- Wychodze stąd, czy chcesz iść ze mną?Kobieta nie odpowiedziała. Kucała przy podłodze w zwierzęcej pozie i uważnie obserwowała maga. Zakwiliła coś na tyle cicho, że nie zrozumiał co. Widział jak wpatruje się w niego gdy ją mijał. Podniosła się gdy stanął plecami do drabiny. Nad sobą widział już jaśniejszy kwadrat otwartej klapy prowadzący na poziom gruntu.
- Boli… Boli mnie… Piecze… Łamie… Zobacz co się ze mną stało! - Kobieta wyjęczała cicho ale wydawała się bliska płaczu przygnieciona tragedią jaka ją spotkała. A mogła też czuć ból transformacji jej ciała.
- Chodź ze mną, może będe w stanie ci pomóc - Joachim stwierdził, że nic dobrego nie wyniknie z napotkania przez tę nowo przeistoczoną mutantkę oddziału straży. Pewnie zabiliby ją na miejscu. A tak może zasiliłaby szeregi ich Zboru albo tej drugiej grupy kultystów.
- Czy ten oddział jest liczny?! - zawołal w górę do Gunthera. Jeśli nie zdąży uciec, pozostałaby albo walka, albo przekonanie strażników że jest ofiarą kultystów, która zdołała uciec.- Czterech konnych! Już walą w bramę! - Z góry dobiegło go ponaglenie Gunthera. Pewnie dwójki w lochu nie widział tak jak oni jego też nie. Odmieniona kobieta popatrzyła na maga przestraszonymi oczami. Ale chyba nie chciała zostać sama w tej ciemnicy. Widząc drabinę prowadzącą do góry złapała się niej i ruszyła do góry. Szła chwiejnie i nie tak szybko jakby można było sobie tego życzyć. Stękała przy tym jakby ciało bolało ją przy każdym ruchu. Z góry do Joachima doszedł zaskoczony okrzyk jego sługi gdy ją zobaczył zamiast niego. Magistrowi znacznie sprawniej poszło wspięcie się po drabinie. Znalazł się w kuchennej spiżarni gdzie pod ścianą wciąż leżał stół jakim wcześniej Gunther zablokował klapę do lochu.
- Mój panie, kto to jest? - Zapytał jego sługa wskazując na prawie nagiego odmieńca. Ona zaś stanęła pod ścianą widocznie obawiając się ich obu i ich reakcji. Niepewnie patrzyła to na jednego to na drugiego.
- Proszę, nie oddawajcie mnie strażnikom! Zabiją mnie! Nawet jak to nie była moja wina i całe życie byłam pobożna! - Prosiła płaczliwym tonem zdając sobie widocznie sprawę jaki los czekał mutantów z rąk prawych obywateli.
Joachim spojrzał nowo przeistoczonej mutantce w oczy, a z jego ust wydobyło się westchnienie ulgi - dobrze, że nie była ona agresywna.
- W takim razie chodź szybko za mną, uciekamy do lasu, gdzie możemy znaleźć sojuszników.
- Tędy mój panie! Tędy pobiegła Darcy! - Gunther ruszył pierwszy. Wybiegł przez kuchenne drzwi na podwórze. Potem do palisady jaka otaczała gospodę. Od frontu słychać było męskie głosy jakie domagały się aby otworzyć wrota. Służący wystawił złożone dłonie aby pomóc pozostałej dwójce podciągnąć się do górnej krawędzi palisady. Ale i tak wyglądało to nie niezbyt proste zadanie. Blondwłosa kultystka musiała być całkiem sprawna jeśli poradziła sobie bez niczyjej pomocy. Zaś ciemnowłosa mutantka jaka wybiegła za oboma mężczyznami spojrzała z desperacją ale i obawą na zaostrzone pale ogrodzenia.
- Jak wysoko. - Jęknęła cicho. Doszedł ich też głos od frontu.
- Johan weź zobacz z drugiej strony! - Brzmiało jak polecenie wydane przez któregoś ze strażników koledze. Zapewne aby objechał ogrodzenie. Skoro brama jaka powinna być w środku dnia otwarta była zamknięta to stróżom prawa wydało się to podejrzane.
- Gunther szybko, pomóż mi ją podsadzić. - zaaordynował w pośpiechu czarodziej. Sam planował wspomóc się zaklęciem podniebnego chodu, nie był niestety mistrzem w przechodzeniu przez ogrodzenia.
Joachim stanął obok palisady jaka otaczała gospodę. Pierwej obaj z Ghunterem podsadzili odmienioną kobietę. Ta albo wciąż była osłabiona przez to co wydarzyło się w lochu albo nie była zbyt zwinna. Bo z trudem poradziła sobie aby nawet z pomocą mężczyzn złapać się zaostrzonych palików, przełożyć przez nie nogę i jeszcze swoje ciało. Wreszcie znikneła im z widoku i na słuch to spadła na ziemię po drugiej stronie palisady. Później przyszła kolej na ochroniarza. Jemu już mógł pomóc tylko jego pan. Jednak i zbrojny nie okazał się wykazywać kocią zwinnością. Ledwo dał radę przeleźć przez czubek przeszkody. Jednak odgłos ciężkiego upadku świadczył, że znalazł się po drugiej stronie.
I przyszła kolej na samego Joachima. Zebrał się w sobie ale wiatry magii nie chciały z nim współpracować. Z trudem zaczerpnął z nich tyle aby utkać z niego potrzebne zaklęcie. Jednak udało mu się. Poczuł jak zaczyna unosić się w powietrzu. Jakby wchodził po niewidzialnych schodach. Oszczędziło mu to fizycznej wspinaczki dwójki poprzedników. Dojrzał jak przechodzi ponad zaostrzonymi palami ogrodzenia i schodzi po drugiej stronie. Tu był kawałek zaoranej ziemi zapewne aby zapewnić pas wolny od przeszkód jakie mógłby wykorzystać napastnik. Jeszcze chwila i znalzał się pomiędzy pierwszymi krzakami i drzewami jakie dawału mu jakąś osłonę przed łowcami. A gdy się odwrócił dostrzegł jednego z nich. Pewnie tego co miał objechać ogrodzenie dookoła. Wyjechał właśnie zza narożnika. Zdążyli pokonać tą przeszkdę w ostatnim momencie.
Nieco w głębi lasu dostrzegł Gunthera który wychylał się zza omszałego drzewa i machał do swojego pana aby wskazać mu gdzie się znajdują. Po chwili byli we czwórkę. Okazało się, że Darcy też tu czekała na nich. Z ciekawością przyglądała się prawie nagiej mutantce.
- To Marlene. Jedna z kucharek. Widzę, że twój stan się troszkę odmienił. I bez ubrania Marlene wyglądasz o wiele lepiej. - Kultystka wydocznie rozpoznała drugą kobietę. Sięgnęła z ciekawością wymalowaną na twarzy aby ja dotknąć ale ta odsunęła się. Blondynka skwitowała to cichym parsknięciem. - Teraz potrzebujesz przyjaciół bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. - Zakpiła z niej wskazując brodą jej dziwne narośla na głowie i ramionach jakie od razu zdradzały, że jest odmieńcem.
- Jak sobie chcesz. Wy też. Ja nie zamierzam tu siedzieć aż się tu nowi goście rozpanoszą. A wy? - Blondynka popatrzyła na pozostałą trójkę. Wciąz pomiędzy szparami drzew i krzaków widać był palisadę a jadący wzdłuż niej kawalerzysta powoli się zbliżał do miejsca gdzie przebiegli po zaoranej ziemi. Nie było wiadomo czy zostawili na tyle wyraźne ślady aby on mógł je dostrzec.
- Dobrze, że umknęliśmy w porę - westchnął Joachim, macając po kieszeni, by upewnić się że nadal ma figurkę.
- Znasz te okolice na pewno lepiej ode mnie - musimy zgubić ewentualną pogoń a potem gdzieś przeczekać noc. - spojrzał w górę oceniając czy mają z Guntherem szanse dotrzeć do miasta przed zmrokiem. W przeciwnym wypadku będą musielli znaleść schronienie na noc i tutaj liczył na pomoc Darcy. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 56 - 2519.07.21; abt; zmierzch
Miejsce: Nordland; na zachód od Neues Emskrank; skraj Teufelsumpf; plaża;
Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzch
Warunki: - na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Egon
Chyba za bardzo nikt nie miał przeciwko planowi jaki zaproponował imperialny gladiator. Wybrzeże było dość gołe. Linia piachu ciągnęła się między niebieskozielonym morzem za zielonoszarymi morkadłami. W drzewa okolica nie obfitowała. Już bardziej szczodra okazała się domena Mananna bo z morza wyłowili różne pływające szczątki masztów, desek i belek. Wspólnym wysiłkiem udało się połączyć w dość badziewną kładkę. Nie mogła wystarczyć na pomost prowadzący do samego wraku jaki wskazała im lady Soria ale na chociaż część drogi powinna im ułatwić sforsować tą przeszkodę. Drugim ułatwieniem była lina jaką miał przy sobie Lars. Co prawda ktoś musiał iść pierwszy bez tej asekuracji i wsparcia ale na to już nie znaleźli rady. Siekiery szły w ruch, krzepkie dłonie pracowicie wyławiały z zimnego morza pływające kawałki drewna a inne wiązały je w kładkę. Ten wspólny wysiłek chwilowo uciszył większość sporów i dyskusji. Tak samo jak dowód na nadprzyrodzone pochodzenie Sorii. Zgrabna i gibka niczym elfka albo jakaś najada wyglądała jak zwykłe śmiertelniczka. Aż nie wskoczyła w morskie odmęty. Wydawało się, że tak jak pewnie każdym innym fale będą nią miotać jak korkiem aż nieszczęsną roztrzaskają o skały i wraki. Ale tak się nie stało. Naguska wyłoniła swoje powabne oblicze. Teraz już było widać, że jej ciemne warkocze zmieniły się w węże. Bezwstydnie świeciła swoim jędrnym, mokrym biustem, kusiła płaskim brzuchem i ponętnymi biodrami. Jednak z wody unosiło ją rybie albo wężowe ciało. Wydawało się być nienaturalnie duże i długie, znacznie większe niż można by powinny się przemienić nogi zwykłej śmiertelniczki. Ta przemiana zrobiła ogromne wrażenie na Norsmenach. Nawet Riska i Bjorn przestali się na nią fochać. Zaś Astrid nie ukrywała swojego zachwytu nad swoją nową panią. Soria zaś pomogła im wyrzucając kawałki drewna na plażę aby mogli z nich sklecić kładki. W końcu ta praca była gotowa.
- Niech bogowie wam sprzyjają! Ja zmykam robić swoje. - Slaaneshowa syrena pożegnała ich życząc im powodzenia po czym zanurkowała w morskie odmęty i tyle ją widzieli.
- To chodźcie, trzeba przenieść tą kładkę jak daleko się da. - Lars skinął na pozostałych aby tak jak on złapali za tą sklecony pomost. Z początku trasa była w miarę łatwa bo pierwszy wrak prawie lezał przy samej plaży. Wymagało to trochę ostrożności i zręczności ale przypominało dziecięce chodzenie po drzewach. Przy jego rufie jednak już trzeba było położyć kładkę aby przejśc po niej do wystającej z wody skały. To też udało się każdemu. Wszyscy znaleźli się na niej i teraz już trzeba było skakać i wdrapywać się na kolejne skały i wraki.
- Dajcie tą linę. Jestem najlżejsza z was to mnie w razie czego wyciągnięcie. - Astrid zgłosiła się na ochotnika aby być tą pierwszą co będzie skakać. Lars podał jej linę a ona przewiązała się nią w pasie.
- Patrzcie! - Lars nagle krzyknął wskazując w stronę wraku do jakiego mieli się dostać. Wszyscy zdołali już dostrzec, że coś tam zaczeło się dziać. Słychać było jakieś klekoty a woda się tam skotłowała jeszcze bardziej.
- Soria walczy z krabami! Musimy jej pomóc! - krzyknęła przejęta Astrid. I szybko odwróciła się twarzą w stronę kolejnego wraku. Zrobiła kilka kroków w tył po czym przebiegła i skoczyła. Zgrabnie wylądowała na przekrzywionej rufie sponiewieranego statku. I gdy zawiązała linę do relingu pozostali mogli powtórzyć jej wyczyn.
Dzięki tej metodzie po kolei przeskakiwali coraz bliżej wskazanego celu. Jednak stopniowo ich grupka coraz bardziej się rozciągała. Pod koniec Larsowi szło tak dobrze a bitewna krew tak w nim wrzała, że nie korzystał już z liny. Gdy był już na wraku sąsiadującym z tym docelowym nad głowami przeleciała im brzęcząca chmura. I wleciała do środka wraku. Teraz oprócz huku fal jakie rozbijały się o wraki i skały, klekotu krabich sczypiec doszło także bzyczenie insektów. Norsmeńskiego korsarza to jednak nie powstrzymało. Pierwszy wylądował na wskazanym wraku.
- Za krew i złoto! - Krzyknął w euforii. Dobył topór, zdjął tarczę z plecow i ruszył na kraby. Niektóre bowiem łaziły po i wokół wraku. Tak jak mówiła Soria były wielkości psa, ich płaskie tułowia sięgały może kolan dorosłych osób. I zaatakowały intruza który dotarł pierwszy na ten przyczółek. Lars z impetem rozwalił swoim toporem pierwszego napastnika i zaśmiał się serdecznie. - Wcale nie są takie straszne! - Zawołał i cisnął truchłem precz bo z miejsca zastąpił go kolejny krab.
Trochę później wylądowały tam Astrid i Helga. Niewolnica nie miała broni z prawdziwego zdarzenia i nawet wedle planu nie miała walczyć. - Zostań tu! Bierz złoto i skarby jak oczyścimy drogę! - Poleciła jej córka jarla. Sama zaś dobyła miecza i ruszyła w stronę okrążonego krabami towarzysza. - Za orgie i złoto na orgie! - Krzyknęła i dołączyła do Larsa. Helga stała za ich plecami i starała się nie przeszkadzać. Widać było, że korsarz jest sprawniejszym wojownikiem niż blondynka z mieczem ale przeciwnik nie był zbyt wymagający. Za to liczny. Więc nawet niezbyt wprawny wojownik mógł powstrzymać napór krabiej fali i dbać aby nie zalała ona towarzysza.
Wtedy Egonowi udało się doskoczyć na ten wrak. Złapał się ramionami za fragment mokrej i śliskiej burty. Helga wyciągnęła dłonie aby pomóc mu się po nich wspiąć. Gdy to zrobił widział plecy pierwszej dwójki walczących. Dobył topora i ruszył ku nim. We trójkę młócili tą krabią hordę na tyle skutecznie, że wreszcie zaczęli zdobywać teren. Mozolnie i krok po kroku ale zbliżali się do pękniętego kadłuba częsciowo zalanego przez morską wodę.
Wtedy nad ich ramionami świsnęła pierwsza strzała. To Zog dołączył do walki. Jego strzały były celne nawet do tych względnie niewielkich obiektów. To trafiało niektóre z nich zanim zdążyły dobiec do trójki walczących. Już widzieli jak wewnątrz kraby są atakowane przez muchy wielkości wróbli. Toczyła się tam walka i na falach kołysały się ciała obu stron.
Wreszcie dotarł do nich Bjorn. Wcześniej prawie wpadł do kipieli gdy fragment relingu jakiego się złapał okazał się bardziej przegniły niż się wydawało. I razem z nim zsunął się do wody. Zdążył się złapać czegoś w ostatniej chwili aby nie pochłonęły go żarłoczne fale. Ale nogi miał całkiem przemoczne. To go spowolniło na tyle, że dotarł na pole walki jako ostatni. Jego furia jednak dała o sobie znać gdy ze zwierzęcym rykiem rzucił się na krabią hordę i miażdżył je swoim toporem. Wspólnym wysiłkiem przedostali się do wnętrza pękniętego wraku. Tu walczyło się trudniej bo pokład był przechylony a i morskiej wody było po kolana, po pas albo pierś. Zależy czy się było po tej bardziej czy mniej pogrążonej w wodzie miejscu.
- Tam są jakieś skrzynie! Helga! Zobacz czy to te skarby! - Krzyknął Lars wskazując na jakieś kanciaste kształty częściowo wystające z wody. Całkiem możliwe, że to były jakieś kufry i skrzynie. Niewolnica słysząc rozkaz wbiegła do środka w ich kierunku. Próbowała otworzyć ale widocznie nie dała rady. Złapała za kawałek pływającego drewna i starała się podważyć albo rozbić te pakunki. Właśnie ona zaalarmowała walczących w zalanej wodą ładowni wojowników.
- Za wami! - Krzyknęła wskazując z przestrachem na coś za ich plecami. Gdy się odwrócili ujrzeli krabie monstrum.

link: https://i.imgur.com/ROj3Ls7.jpeg
- Mamuśka wcześniej wróciła do domu! Musiała ominąć Sorię albo te małe ją wezwały! - Krzyknął Lars ale wciąż jeszcze walczyli z małymi krabami. Chociaż większość już leżała martwa na dnie przegniłego pokładu albo dała dyla poza pokład.
Hopsanie po wrakowisku (ZRĘ)
rzut: https://orokos.com/roll/1038808 5d100=47, 99, 12, 39, 22
mod
pomocny skill +10 (wszyscy)
kładka +10 (wszyscy)
lina +10 (wszyscy oprócz Astrid)Egon 40+10+10+10=70-47=23 > ma.suk > dociera nieco spóźniony
Bjorn 45+10+10+10=75-99=-24 > ma.por > ledwo dociera, b.spóźniony
Lars 40+10+10+10=70-12=58 > du.suk > dociera w dobrym tempie
Astrid 50+10+10=70-39=31 > śr.suk > dociera w średnim tempie
Helga 35+10+10+10=65-22=43 > śr.suk > dociera w średnim tempieWalka z rojem krabów (200/200 HP)
Tura 01 (1 walczący mod -15)
Lars 50-15=35-35=0 (17/17 ŻYW)
Tura 02 (2 walczących mod -10)
Lars 50-10=40-35=5 > (200-5=195/200)
Astrid 35-10=25-35=-10 > -2 ŻYW (15-2=13/15)Tura 03 (4 walczących mod 0)
Lars 50-0=50-35=15 (195-15=180/200)
Astrid 35-0=35-35=0
Egon 70-0=70-35=35 (180-35=145/200)
Zog 10 (łuk) (145-10=135/200)Tura 04 (5 walczących mod +5)
Lars 50+5=55-35=20 (135-20=110/200)
Astrid 35+5=40-35=5 (110-5=105/200)
Egon 70+5=75-35=40 (105-40=65/200)
Zog 10 (łuk) (65-10=55/200)
Bjorn 50+5=55-35=20 (55-20=35/200)Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów 12; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzch
Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Otto
Jednooki mnich zdążył wrócić do swojego mieszkania jeszcze zanim dzień się skończył. Silny pożegnał go niewyraźnym mruknięciem i machnięciem dłoni czyli jak na jego standardy to całkiem wylewnie. Mnich miał sporo planów na jutro jak i kolejne dni. Tyle, że aż trudno było to wszystko pomieścić w nadchodzący grafik. Siedział właśnie nad swoją tajną księgą podziwiając swoje dzieło gdy usłyszał pukanie do drzwi jak jeszcze było jasno na zewnątrz. Chociaż cienie robiły się juz długie zwiastują, że wkrótce zacznie się zmierzch. Pukanie jednak było sygnałem, że odwiedził go ktoś z jego sekretnej, mrocznej rodziny. Gdy podszedł do drzwi i otworzył okazało się, że to stary, łowca heretyków który jakiś czas temu odkrył nowe powołanie.
- Dzień dobry Otto. - Henri przywitał się z wdziękiem starego dżentelmena. Gdy gospodarz go zaprosił wszedł nieco kulejąc i dla równowagi podpierając się laską. - Ah, starość nie radość. Ostatnio mnie zmogło i nieco wypadłem z obiegu mój młody przyjacielu. Ale już mi lepiej. - Wszedł za gospodarzem i poczekał gdzie ten mu wskaże miejsce dla gościa. Dopiero wtedy usiadł. Pod względem wieku rzeczywiście był jednym ze starszych członków zboru.
- Dobrze, że ta maść od Mergi działa. Nie wiem co bym bez niej zrobił. - Rzekł z ulgą i wyprostował swoją chromą nogę. Chwile odpoczywał nim zaczął mówic dalej.
- Rozmijamy się cały dzień młodzieńcze. Byłem w aptece Sigismundusa ale zastałem tylko Dornę. Ale nie żałuję. Pokazała mi hodowlę. Dorodna. Już trochę ich mamy. A część i tak Strupas z Sigismundusem zabrali do jaskini. Opowiedziała mi o eksperymencie jaki przeprowadziliście. Nie wiem czy dobrze to zrozumiałem ale Dorna była bardzo podekscytowana. - Starszy pan mówił towarzyskim tonem jakby rozmawiali o pogodzie. Ale wydawał się być pełen uznania dla pasji badawczej młodszego kolegi.
- Słyszałem, że Tobias też tam był. Ale jego też nie spotkałem. Bo widzisz też chciałem się coś poradzić Sigismundusa. W sprawie dziedzictwa Oster. Wydaje mi się godnym uczniem Mergi w tej materii. Ale skoro go nie zastałem i nie wiadomo kiedy wróci to postanowiłem przyjść do ciebie. Bo też wydajesz się być zaangażowany w ten projekt. No i masz podejście do kobiet. - Zaczął się zbliżać do sprawy jaka na sam koniec dnia przygnała go do tej niepozornej kamienicy. Zbierał jednak przez chwilę myśli nad tym co teraz powiedzieć.
- Jak leżałem na łożu boleści miałem sen. A sam wiesz, że Siostry przemawiają do nas przez sny. - Zaczął i od razu przerwał aby posłać młodszemu kultyście porozumiewawczy uśmieszek.
- Śniła mi się kobieta. Młoda. Chyba naga jeśli nie liczyć ubłocnego gliną fartucha. Bo to garncarka. Widziałem ją z bliska, jakbym stał w jej warsztacie. Nie wiem czy naprawdę tam byłem czy tylko duchem. Sam wiesz jak to w snach, to nie zawsze da się poznać. I ona tam siedziała przy tym kole garncarskim i kręciła nim. Ta mokra glina wyciekała jej między palcami. Czasem ocierała pot z czoła zostawiając na nim roztarte błoto. Było goraco i pociła się. I wiesz co ulepiła z tej gliny? - Henri zaczął opowiadać koledze swój sen. Wydawał się przeżywać go na nowo. Ale gdy zadał pytanie spojrzał prosto na gospodarza uśmiechając się do niego zagadkowo.
- Robaka. Glistę. Takiego czerwia jak widziałem dziś w aptece. Przyjrzałem im się gdy Dorna mnie tam zaprowadziła. Taki sam. Tylko tam u naszych nurglitów są żywe a ten co ulepiła ta garncarka był z gliny. Brązowy i błyszczący. Ale jak kręciła kołem to poruszał się jak żywy. I wiesz co Otto? On był żywy. Albo ożył. Bo zaczął pełzać jej po ramieniu. Zostawiał błotny ślad od tej mokrej gliny. A ona lepiła dalej jakby w ogóle tego nie zauważała. Ten robak w końcu doszedł do szelek jej fartucha a potem wślizgnął się między jej piersi. A ona lepiła kolejnego jakby nic nie czuła ani nie widziała. I z kolejnym to samo. Też ożył i po ręcę zaczął po niej pełzać a ona nic. Widziałem, że miała już całe ciało poznaczone tymi śladami po tych czerwiach gdy się obudziłem. Dlatego chciałem porozmawiać z Sigismundusem. No ale jak wyszło to już wiesz. - Zakończył opowiadać mu swój sen jaki tak go poruszył, że postanowił się podzielić z zaufanymi braćmi w wierze. Zwłaszcza jak mieli coś wspólnego z dziedzictwem Oster.
- A wiesz co sobie uświadomiłem jak wyszedłem z domu? - Zagadną go kolejną ciekawostką. I po tym jak się zagadkowo uśmiechnął powiedział dalej. - Że prawie naprzeciwko mojej kamienicy rzeczywiście jest warsztat garncarski. Często z okna słyszę szum obracającego się koła. I tam faktycznie pracuje młoda garncarka. Ale z bliska jej nie widziałem. Nie byłem tam w środku. Nigdy jakoś nie potrzebowałem nowego dzbanka czy talerza. Ale tak teraz myślę, że może chodzić o nią. Nie znam żadnej innej młodej garncarki. Jej właściwie też nie ale chociaż czasem ją widziałem z ulicy jak się tam kręciła u siebie. Tylko w ogóle nie wiem co z tym dalej robić. Młode dziewczęta to raczej nie moja specjalność. Więc pomyślałem o tobie. Może coś doradzisz? Coś pomożesz? Albo poszedłbyś tam do niej i zobaczył czy coś jest na rzeczy z tym snem? - Poprosił go o pomoc. Otto czasem bywał u Henriego i kojarzył, że obok niego faktycznie jest warsztat garncarski. Ale czy pracuje tam jakaś młoda garncarka to nie miał pojęcia. Też nigdy nie miał żadnego interesu aby tam zajść.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; ??; opuszczona kamienica
Czas: 2519.07.21; Aubentag; popołudnie
Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Rosalia
Najemniczka słuchała z zanteresowaniem słów Rosali ale nie wyglądała na przejętą. Raczej starała się wychwycić wszelkie detale z jej opowieści. Wciąż leniwymi ruchami dłoni bawiła się kubkiem. Była pewna siebie ale w końcu to ona była wolna a porwana wciąż przywiązana do krzesła. Na dotyk to kelnerka wyczuła, że nadgarstki ma związane całkiem solidnie. Nie wyczuwała szans na uwolnienie się. Krzesło wyglądało na równie stare jak reszta zdezelowanej kuchni to może jakby nim poszarpać, postukać, trzasnąć o coś to by się rozpadło. Tyle, że nie było szans aby to zrobić dyskretnie na oczach tej obcej kobiety.
- Czyli znalazłaś posąg syreny jaką ożywia dotyk. - Podsumowała łowczyni nagród. Upiła łyk ze swojego kubka i zastanawiała się dalej. Nagle parsknęła rozbawiona i posłała związanej kpiący uśmieszek.
- Skąd wiesz co się Helmutowi śni albo nie? Lub mnie? Albo komuś innemu? To, że ktoś mówi o snach nie znaczy, że je ma. Ktoś kto nie mówi o swoich snach nie znaczy, że ich nie ma. - Zwróciła jej uwagę, że niekoniecznie Helmut musiał “siksie” mówić o wszystkim. Tak samo jak ona przecież nie powiedziała mu o swoich snach. Nieznajoma nie ciągnęła jednak dalej tego tematu.
- I nie wiem czy jesteś bardziej zabawna czy bezczelna. - Uśmiechnęła się znowu gdy podjęła kolejną myśl. Popatrzyła wesoło na przywiązaną do krzesła kelnerkę. - Próbujesz mi złożyć moją ofertę współpracy jako swoją? - Uniosła brew w rozbawionym grymasie. - To ja ci przedstawiam propozycję udowodnienia swojej użyteczności. Bo łapanie tamten niebieskiej jest dla mnie bardziej opłacalne niż łapanie ciebie. To ja ci daję szansę wygrzebać się z tarapatów. I to ty jesteś w moich więzach a nie ja w twoich. - Rosalia wyczuła, że pod wierzchnią warstwą rozbawienia tamta jest nieco zirytowana taką próbą manipulacji. Chociaż nie na tyle aby to jawnie okazać.
- Szłam twoim tropem więc wiem, że jesteś dość krótko w mieście. Ale dam ci się wykazać. Jeśli dzięki tobie schwytam tą niebieską to chyba nie będzie mi się chciało jechać taki kawał z dwiema związanymi kobietami. Zaś nagroda jest do odebrania daleko stąd a za ładną buzię nie zamierzam ci płacić z własnej sakiewki. Chyba, że zasłużysz. - Wyjaśniła jak sobie wyobraża współpracę w schwytaniu uczonej jaka była jej głównym celem za jakim tu przyjechała. Mówiła dobitnym tonem ale nie wydawała się być wrogo nastawiona do swojej schwytanej ofiary. Próby flirtu chyba nieco ją bawiły ale przynajmniej na razie nie dała znać, że jest tym zainteresowana.
- A dlaczego uważam, że tu jest? Dlatego, że jechałam jej śladem aż tutaj. Ale miała kilka dni przewagi. Więc osobiście jej nie widziałam. Tylko mam jej rysopis od tych co z nią rozmawiali albo widzieli. Wpada w oko swoim zachowaniem i wyglądem. Nie tak często się spotyka niebieskie czy fioletowe suknie ze śmiałym dekoltem i kosturem z jakimś kamieniem na zwieńczeniu. Też niebieski albo fioletowy. I jeszcze dziwny diadem na głowie. Dlatego podejrzewam, że to uczona lub mag. I jeszcze rozpytuje o sny. Chętnie ich słucha. Od każdego, nieważne czy z plebsu, kapłaństwa, rycerstwa czy uczonych. Zwłaszcza jakieś nietuzinkowe ją interesowały. Na biedną nie wygląda, jak miała wybór to nie zatrzymywała się w podrzędnych tawernach tylko brała te z górnej półki. Ale jak nie miała to mogła nocować i w karczmie przy trakcie. Za kimś takim masz się rozglądać. - Podała całkiem dokładny rysopis kobiety jakiej szukała. Razem z zaobserwowanymi zainteresowaniami i zwyczajami. Rzeczywiście opis był nietuzinkowy. Zapewne gdyby kogoś takiego spotkać w tawernie czy na ulicy wart byłby chociaż drugiego spojrzenia. Stąd Rosalia była pewna, że kogoś o takim rysopisie, nie spotkała ani w tym mieście ani w ogóle. Najemniczka zastanawiała się jeszcze chwilę w ciszy. Po czym dopiła wino z kubka, strząchnęła nim aby pozbyć się resztek napoju i wstała od stołu. Bez pośpiechu schowała naczynie do przyczepianej do pasa kieszeni. I wyjęła nóż. Podeszła z tym nożem do związanej i zatrzymała się przed nią. Przez chwilę patrzyła na nią z góry z zagadkowym wyrazem twarzy.
- Rozwiążę cię. I lepiej bądź rozsądna. Chyba widzisz, że mi nie znikniesz i cię znajdę. A próbe ucieczki potraktuję jako zerwanie współpracy. Wtedy wkurzysz mnie i wydam cię tutejszym władzom. A jak widzisz obie możemy sobie pomóc na tej współpracy. - Mówiła rzeczowym tonem jakby chciała aby do związanej dotarły zalety takiej współpracy. Nachyliła się ku niej tak, że znalazły się twarzą w twarz. Jakby chciała coś szepnąć do Rosalii albo ją pocałować. Przetrzymała ją tak chwilę w niepewności obdarzając figlarnym spojrzeniem.
- A kto wie? Może się nawet zaprzyjaźnimy podczas tej współpracy? - Powiedziała cicho jakby jednak było jakieś pole na flirty między nimi. Ale zaraz zwinnie przesunęła się obok krzesła i znalazła się za Rosalią. Kelnerka poczuła jak nóż pracuje przy węzłach i po chwili liny puściły. Mogła rozetrzeć zaczerwienione od liny nadgarskti co przyniosło jej ulgę. Najemniczka zaś znów obeszła krzesło aby znaleźć się przodem do uwolnionej kobiety.
- Zaprowadź mnie do posągu tej syreny co o niej mówiłaś. Chcę go zobaczyć. No i bądź mi przewodniczką. Opowiedz mi o tym mieście. Zwłaszcza o miejscach w których ta niebieska mogła się zatrzymać. - Powiedziała chowając nóż do pochwy u pasa. Pistolet też tam był. I jeszcze jakaś długa broń z rękojeścią jak miecz lub szabla. Ale gestem dała jej znać, że może wstać i skierować się do wyjścia. Najwidoczniej zamierzała iść razem z nią. Zaś z miejsc jakie Rosalia zdążyła jakoś poznać lepiej do głowy przychodziły jej “Kwarta” i “Mewa”. Pierwsza była gospodą w jakiej lubowali się wszelcy najemnicy, łowcy nagród i strażnicy. W drugiej głównie marynarze i typy spod ciemnej gwiazdy. Słyszała jeszcze o “Skrzyżowanych kluczach” że to lokal dla szlachty i tutejszych elit. Ale sama tam jeszcze nie była. Ceny na pewno nie były robione z myślą dla zwykłej kelnerki.
Miejsce: Nordland; pd od Neues Emskrank; droga Dahlem - Neus Emskrank; zajazd “Pod podkową”; główna izba
Czas: 2519.07.21; Aubentag; zmierzche
Warunki: jasno, chłodno; dość cicho na zewnątrz: dzień, zachmurzenie, powiew; ziąb (0)Joachim
Na dotyk wyczuwał kształt demonicznej figurki w swojej torbie. Zresztą to samo podpowiadały mu jego nadnaturalne zmysły. Zdawał sobie sprawę, że podobnie będzie reagował każdy kto dysponuje podobnym darem i trzymanie figurki w torbie niewiele pomoże. Solidny ołowiany pojemnik mógłby wytłumić tą emanację. A jak nie to chociaż coś podobnego o solidnych ściankach. Działałoby pewnie słabiej niż ołów. Na szczęście ludzie wyczuleni na moc nie zdarzali się zbyt często.
- Niedługo zacznie się zmierzch. Teraz to nawet konno i drogą nie zdążylibyście do miasta. - Darcy wzruszyła ramionami jakby napawała się chwilą, że tak wiele od niej zależy. Gunther pokiwał twierdząco głową.
- Wiele nam czasu zeszło w tej oberży panie. A ona jest prawie pół dnia marszu od miasta. Nie zdążymy przed zmierzchem. Ale zostać tu nie możemy bo ci strażnicy pewnie zaraz zorientują się co się wydarzyło w gospodzie. - Ochroniarz maga potwierdził, że w jego opinii nie mają szans wrócić do miasta przed nocą. Więc musieli znaleźć jakieś miejsce na nocleg. I umknąć potencjalnej pogoni. Marlene milczała i wstydliwie zasłaniała swoje wdzięki dłonią.
- Ja zamierzam wrócić do naszej kryjówki. Ale uprzedzam, że urzęduję tam z moim plemieniem. Nie wiem jak was przyjmą. - Blondynka w bieli i błekicie popatrzyła na nich po kolei. Zatrzymała się na prawe nagiej kucharce.
- Plemieniem? - Gunther wydawał się być zdziwiony słowem jakiego użyła. Spojrzał pytająco na swojego pana czy też to zauważył.
- Ty masz szansę. Jesteś teraz błogosławiona. I jesteś ładna. Pewnie płodna. Tak, masz spore szanse. Chłopcy się ucieszą. Ja też. Widzisz? Będziemy miały okazję poznać się lepiej. - Darcy mówiła bezpardonow jakby bawiło ją nieszczęście odmienionej kobiety. Zdawała się w ogóle jej nie współczuć a mutacje uważała za błogosławieństwo. W końcu jednak była kultystką ze zboru Fenka a w zborze Starszego podobnie do tego podchodzono.
- A ty dysponujesz mocą. No to może zrobisz odpowiednie wrażenie. Chłopcy czują respekt przed takimi rzeczami. Tylko nie przesadź. Bo nie wiem czy dasz radę obronić się przed tuzinem włóczni w trzewiach. - Kobieta powiedziała do Joachima. I brzmiało trochę jak dobra rada chociaż powiedziane dość nonszalanckim tonem który graniczył z bezczelnością.
- Twoi chłopcy? - Zapytała niepewnie Marlene. Odważyła się wreszcie zabrać głos.
- Tak. Moi chłopcy. Zaraz sami ich poznacie. Chodźcie. - Zachęciła ich machnięciem dłoni aby poszli za nią. Przeszli może z pół pacierza może cały. Gdy w mrocznej okolicy coś zdawało się przemykać pomiędzy drzewami. Gunther do dostrzegł, Marlene też. Ale ich przewodniczka mówiła aby się nie przejmować.
- Oni zapewniają nam bezpieczeństwo idiotko. Nawet jeśli strażnicy ruszą za nami to moi chłopcy ich przegonią. - Fuknęła na prawie nagą służącą gdy ta zwróciła jej uwagę, że ktoś tu chyba jest. W końcu kształty zbliżyły się na tyle, że dało się rozpoznać z kim mają do czynienia.

link: https://i.imgur.com/LBYojcU.jpeg
Zwierzoludzie. Te prawdziwe zwierzoludzie ze zwierzęcymi głowami. Głównie baranów i kozłów. A nie jak Gnak i jego banda co ich głowy zazwyczaj wciąż przypominały ludzkie. Te były większe i przez brak ludzkich rysów twarzy wydawały się bardziej obce. Co więcej było ich przynajmniej z pół tuzina. Tyle ich zbliżyło się na tyle aby dało się zauważyć. Szli bez pośpiechu pewni, że zwierzyna im się już nie wymknie.
- Już po nas! - Zakwiliła cicho przerażona Marlene. Gunther popatrzył pytająco i nerwowo na Joachima. Nie było wiadomo ile obie kobiety są warte w walce ale nie wyglądały zbyt bojowo. A zwierzoludzi było wyraźnie po kilku na każdego z nich. Tylko Darcy z całej trójki zachowała spokój a nawet dobry humor. Z uśmiechem ruszyła na spotkanie z leśnymi dzikusami.
Lekko pochyliła głowę w geście szacunku i powiedziała coś cicho do tego który pewnie był przywódcą. Miał najwięcej ozdób z kłów, kości i ludzkiej biżuterii. U pasa zwisał ludzki czerep i niedawno odcięta głowa. Za pasem miał topór, chyba ludzkiej roboty. A w dłoni włówcznię której używał jak kostura. Wysłuchał ludzkiej kobiety i warknął coś do niej rozkazująco. Ona zaś jeszcze raz skinęła mu głową niczym pokorna służka i wróciła do czekającej trójki.
- To jest Gormul Rozpruwacz Wnętrzności. Dowodzi tą bandą. Pokłońcie się mu aby okazać szacunek. Jak was przyjmie udzielimy wam schronienia w naszym leżu. - Blond kultystka przetłumaczyła czego od nich oczekuje herszt tej bandy zwierzoludzi. Z tego co wiedział Joachim to kopytni nienawidzili ludzi i ich cywilizacji. Chętnie niszczyli jedno i drugie. Ale jeszcze w czasach nauki w Kolegium wiedział, że różni spiskowcy i heretycy często zdradzają rasę ludzką pakując ze zwierzoludźmi. Czego doświadczył osobiście na orgiach swojego zboru z bandą Gnaka. Zresztą postawa Darcy też pokazywała, że jest możliwa współpraca między ludźmi a kopytnymi. Kultystka zdawała się być częścią plemienia Gormula.