Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto wsłuchiwał się w rozmowy podczas zboru, ale ,coś co zdarzało się rzadko, nie udzielał się. Nawet podczas kłótni Sigismundusa i Łasicy, chociaż często pełnił rolę rozjemcy podczas zboru.
Najwyraźniej coś zaprzątało jego umysł, co jakiś czas spoglądał na Mergę i Sorię. W końcu kiedy rozmowy odsunęły się planów podszedł do rogatej kapłanki i przywódcy kultu.- Starszy, Wyrocznio, jeżeli mogę. Mam zamiar spędzić trochę więcej czasu w hospicjum. Chodzi o tych specjalnych pacjentów, o których ostatnio rozmawialiśmy Pani. - spojrzał na Mergę - "Rysunek" jednego z nich był bardzo prostą lub prymitywną wizualizacją strażnika Oster. Sądzę, że mógłbym wyciągnąć więcej informacji na temat pozostałych strażników lub ołtarzy. Jest też możliwość, że mogliby być… czymś jakby "różdżką' na wpływ Bogów. Co do mojego udziału podczas balu. Jeżeli nie uda mi się załatwić oficjalnego zaproszenia, to najlepiej, abym był gdzieś na zapleczu. Jestem zbyt rozpoznawalny. Poczekajmy jednak co przyszłość przyniesie. Życzę ci spokojnej drogi Czcigodna… jeżeli mogę jeszcze tylko dodać. Sądzę, że po dary Khorna będziemy musieli poczekać na twój powrót, jeżeli taka ilość naszych walecznych członków opuszcza miasto, nie ryzykowałbym kontaktu z zwierzoludźmi pod wpływem Norry. - mnich pstryknął palcami coś sobie przypominając - Wspominając zwierzoludzi, spotkaliśmy grupę podczas powrotu od ołtarza Oster. Tych podziemnych, z którymi zbór miał kontakt w zimę. Pomogliśmy im zebrać kilka niewolnic, więc może udałoby się zaciągnąć ich pomoc.
Otto wrócił do domu bardziej zmęczony niż zwykle, szybko się wymył w balii wody, pozwalając, aby zmęczenie spłynęło z niego razem z brudem podróży.
Następnego dnia planował najpierw udać się na poranne kazania świątynne, po czym wrócić do hospicjum. Musiał zobaczyć w jakim stanie jest Vigo, Marisa, Torn i Annika. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 15 - 2519.07.03; fst; przedpołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; świątynia Mananna
Czas: 2519.07.03; fst; popołudnie
Warunki: wnętrzne świątyni, jasno, chłodno, gwar głosów ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, chłodnoWszyscy
Kolejny dzień był Festag czyli dniem świąntynnym gdy oddawano cześć dobrym bogom jacy patronowali tej krainie. Ale jednak już jak tylko ktokolwiek wyszedł na ulicę mógł poznać, że ten Festag różni się od większości. Od paru dni w oknach i na ubraniach przypinano sobie czarne kokardy na znak żałoby wspólnej żałoby po śmierci Księżnej Matki. To był pierwszy Festag po jej śmierci więc tym bardziej była okazja aby wszyscy wierni z miasta pożegnali się ze swoją patronką która wydała na świat obecnego elektora, Wielkiego Barona, Teodoryka Gussera. Poranna masza w największej świątyni w mieście czyli tej poświęconej Manannowi była szczególnie uroczysta i podniosła. W końcu pogrzeby zacnych i zasłużonych zdarzały się co jakiś czas ale jednak śmierć wielkiej księżnej to było wydarzenie na skalę całego Nordlandu.
I tego oznaką było to, że co prawda główny kapłan Mananna jak zwykle rozpoczął mszę ale dość szybko oddał jej prowadzenie swojemu koledze, ojcu Gotrykowi, jaki przewodził miejskiemu kultowi Morra i zwykle on żegnał na ostatniej drodze śmiertelnych jacy udawali się w podróż do Bram Morra. I większość społeczności poczytywała sobie za zaszczyt i prestiż aby to właśnie on odprawiał te rytuały a nie któryś z młodszych w hierarchii kapłanów Pana Wiecznego Snu. Nie było więc dziwne, że on przejął pałeczkę po kapłanie Manaana. A jak się okazało pewną niespodzianką mając parę dni do dyspozycji na zaproszenie z Saltzburga przyjechała czcigodna Matka Somnium jaka była służka Pana Kruków. Ona właśnie przeszła przez sam środek głównej nawy świątyni niosąc z czcią na poduszkę urnę z symbolicznymi prochami księżnej aby dokonać ceremonialnego pochówku. Wiadomo było, że doczesne szczątki wielkiej księżnej spoczywają w stolicy prowincji ale tradycją był taki symboliczny pochówek jakichś dostojników spoza miasta. Właśnie jak szła tak dumnie i czcigodnie tą główną nawą eskortowana przez Kruczą Gwardię olśniewała mrocznym milczącym, dostojeństwem.

https://cdna.artstation.com/p/assets...jpg?1576220055
Szła odziana w żałobną czerń i czaszki jakie były znakiem rozpoznawczym jej patrona. W czarne włosy miała wpięte czarne róże a te ozdobione niegasnącą świecą, symbolem łaski Morra nad powierzonymi mu duszami. Niemniejsze wrażenie robili odziani w stal, czaszki i czerń wielkie miecze. Sławni ze swoich zasług w walce z plugawymi nekromantami i wampirami. Teraz szli w milczeniu grzechocząc swoimi wypolerowanymi pancerzami cisi i groźni jak sama śmierć. Aż cała grupka dotarła do głównego ołtarza. Tam gwardziści utworzyli pancerny, milczący szereg ustawiony twarzą do wiernych. Zaś kapłanka Morra podeszła do Gotryka i złożyła na ołtarzu urnę z symbolicznymi prochami wielkiej księżnej. I zaczęła prowadzić mszę swoim dostojnym, czystym głosem.
Sama msza miała obrządek pogrzebowy więc pewne schematy mimo doniosłej chwili się powtarzały. Ale z uwagi na rangę wydarzenia wypadało aby były dłuższe. Wierni akceptowali to w pełni zdając sobie z tego sprawę i chyba nawet tego oczekując. Podobnie jak żałoba była dłuższa niż w przypadku śmierci zwykłego kapłana czy szlachcica tak i msza pogrzebowa wypadało aby była dłuższa.
A kogóż tam nie było na tej mszy! Świąntynia pękała w szwach od wiernych jacy przybyli aby oddać ostatnie pożegnanie wielkiej księżnej i matce obecnego elektora. Był i burmistrz, i rajcy miejscy, i kapłani innych kultów, i notable, i te wszystkie znane tuzy miasta. Oraz wielu gości jacy zdążyli przyjechać na turniej rycerski który normalnie to dzisiaj by się już kończył. Stąd w wielu początkowych ławach było wielu odzianych w dostojne stroje możnych. W sporej części rycerzy i ich orszakach jakich żałoba i symboliczny chociaż pogrzeb zastał właśnie tutaj. W końcu zjeżdżali się już od ostatniego Festag a z każdym dniem ich przybywało coraz więcej. A jak gruchnęła wieść o śmierci księżnej to ci co już i tak byli blisko miasta to raczej woleli do niego dotrzeć niż znów wracać nie wiadomo ile dni albo koczować gdzieś w przydrożnych karczmach. Zaś ci co zdążyli przyjechać to zwykle zostawiali czekając na jakieś decyzje władz w sprawie turnieju. Poza tym tradycja wymagała aby oddać cześć dostojnikowi w ostatniej drodze. Czyli na dzisiejszym pogrzebie.
Kultyści jacy zdecydowali się przyjść na poranną mszę mieli spore trudności aby znaleźć dla siebie miejsce. Ale to chyba dzisiaj można było powiedzieć o każdym innym wiernym jaki tutaj przyszedł. Joachim miał na tyle wysoką pozycję w towarzystwie tego miasta, że zwykle mógł siadać w pierwszych rzędach za tymi najznamienitszymi ale nadal tymi co byli na świeczniku. Dzisiaj te miejsca były zajęte przez znamienitszych od niego przybyszy więc znalazł miejsce dobre kilka rzędów dalej. Otto jakiego trudno było zaliczyć do śmietanki towarzyskiej załapał się gdzieś w połowie długości świątyni. Ale i tak jak przez tą długą mszę się rozglądali to rozpoznali całkiem sporo osób.
Z kultystów to chyba nie było dziwne, że najbliżej ołtarza znalazła się Pirora van Dake. Te pół roku wyrabiania sobie nazwiska z pannami z kółka poetyckiego a potem będąc jedną z twarzy nowo otwartego teatru no jednak się opłaciło. Dziś też siedziała prawie po sąsiedzku tam gdzie siedzieli van Hansenowie z ich najcenniejszą blond panną na wydaniu a Herr van Zee z jego ciemnoskórą córką o egzotycznej urodzie jaka też uchodziła za kolejną drogocenną partię do ożenku. A takie turnieje jakie ściągały przede wszystkim możnych i potężnych były częstą dobrą okazją do swatania młodych. Do tej elity zaliczali się także państwo von Mannlieb. Dzisiaj reprezentowaną jedynie przez okrytą czernią bretońską żonę kapitana, Fabienne von Mannlieba jaki obecnie nie przebywał w mieście. Dumnie reprezentowała ona swojego męża na tej uroczystości. Dało się rozpoznać parę dziewcząt z którymi Pirora się zdążyła zaprzyjaźnić na kółku towarzyskim czy teatrze. Wszystkie były w towarzystwie swoich rodziców, mężów lub narzeczonych. Widać też było znamienitych przedstawicieli prastarej rasy elfów jacy mieli swoją niewielką enklawę na terenie miasta. Ich smukłe i eleganckie sylwetki odziane w charakterystyczne, elfie szaty i ozdoby wyróżniały ich nawet na tle szlachty. Przybyli zapewne aby okazać solidarność z ludzką większością tego miasta.
Gdzieś między środkiem a frontem złapała się zwalista sylwetka kupca Grubsona i jego równie grubej małżonki. Był od pół roku głównym dostawcą kostiumów i materiałowych dekoracji do teatru miejskiego. W końcu jak na kupca to powodziło mu się całkiem nieźle a na tym interesie z teatrem jego popularność i rozpoznawalność znacznie wzrosła. No ale szlachcicem nie był więc nie miał się co równać statusem ze szlachetnie urodzonymi zajmującymi frontowe rzędy ławek. Zajmował podobne rzędy co Joachim. W końcu astrolog też szlachcicem nie był i w miejskiej społeczności mieli podobny status. Podobnie jak Tobias który złapał się parę razy spojrzeniem z Joachimem i pozdrowił go niemo oszczędnym uśmiechem i dyskretnym skinieniem głowy. Za daleko byli aby ze sobą rozmawiać. A guwernant i nauczyciel złotej młodzieży miejskiej chociaż jako zawód całkiem szacowny to jednak nie miał na tyle mocnej pozycji aby równać się ze szlachtą nawet jeśli na co dzień pracował z ich pociechami. Dostrzegł też recepcjonistę z Morskiej Akademii, Philippe’a jaki był dość drobnym trybikiem w tej zacnej uczelni aby zajmować miejsca bliżej ołtarza głównego. Trudniej im było rozglądać się wstecz w tak zapełnionej świątyni. Więc na przykład Otto było łatwiej dojrzeć ich niż im jego.
Jednooki dojrzał też grubego Sigismundusa jaki może i by mógł walczyć gdzies o miejsce w środkowych rzędach ale widocznie mu na tym nie zależało. Ale był na tyle rozpoznawalną postacią, że sąsiedzi czy klienci mogliby zacząć zadawać kłopotliwe pytania gdyby nie zjawił się na tak wyjątkowej uroczystości. Zauważył jeszcze Oksanę. Jako krawcowa też nie miała wiekszych szans na miejsce w czołówce i załapała się gdzieś na środkowe rzędy i to tak bliżej końca świątyni niż początku. Była odziana w czarną suknię i niewielki, gustowny kapelusik z czarną woalką. Jednak jej cieniowane, dwukolorowe włosy były dość charakterystyczne. Z pewnym zaskoczeniem dostrzegł, że jakaś młoda i sporej urody dziewczyna spojrzała wprost na niego i niespodziewanie puściła mu oczko i uśmiech. I to takie psotne. A także szturchnęła sąsiadkę i ta też posłała Jednokiemu delikatny uśmiech i skinienie głową. Dopiero wtedy rozpoznał, że to Łasica i Burgund. W tych całkiem eleganckich sukniach wygladały jak dorodne córki jakichś kupców a nie jakieś złodziejki i łotrzyce. Nawet coś zrobiły z włosami bo Łasica nie była niebieska a Burgund burgundowa. Reszta kultystów oficjalnie miała zbyt niską rangę aby nie zajmować innego miejsca niż gdzieś w tyle świątyni albo nawet na zewnątrz. A na zewnątrz od rana wiał silny wiatr jaki zrywał czapki, treny, woalki i kapelusze. Było to dość męczące stać tam tak długo i ci wewnątrz mogli czuć się wyróżnieni w jakiś sposób.
Ale chyba wszyscy zorientowali się, że obok Pirory miejsce zajmuje niezwykła piękność. Soria była ubrana w jakąś ciemną suknię bo ta zamówiona u Grubsona to miała być gotowa dopiero pod koniec przyszłego tygodnia. Siedziała w ciszy i pokorze jakby to nie była dla niej pierwsza taka uroczystość. Wyglądała na pobożną i pogrążoną w żałobie. A, że obie siedziały mocno z przodu to tylko jak się rozglądała z rzadka gdzieś w bok to dało się rozpoznać, że to ona, herold Slaanesha na honorowych ławach świątyni Pana Mórz i Oceanów.
Oczywiście jak na każdej mszy zbierano datki. Jak się można było spodziewać dzisiaj szczególnie wypadało rzucić coś wyjątkowego. I ci sławni, bogaci i znamienici nie szczędzili datków. Widać było, że van Hansenowie wrzucili spory trzosik, i van Zee, i van Dake, i Soria, i von Mannlieb ale oczywiście im było bliżej końca świątyni to towarzystwo nie mogło się równać z taką elitą także pod względem zasobności sakiewki. Więc datki było coraz skromniejsze. Ale nawet obie przebrane łotrzyce wrzuciły coś jako datek. Byłoby dość niestosowne aby nic nie wrzucić w tak wyjątkowy dzień.
W końcu jednak ta dostojna, znamienita i msza dobiegła końca. Kapłani przewodzili procesji wychodząc z symboliczną urną na dziedziniec. Tam okazało się, że ten silny wiatr zdążył znacznie osłabnąć do znośnych warunków. Zaś za trójką najważniejszych dzisiaj kapłanów wylał się przez odrzwia cały tłum wiernych. I wspólnie zbliżyli się do stalowoszarych wód zatoki bo jak każda świątynia morskich odmętów i ta była położona tak blisko jego domeny jak się dało. Tam Matka Somnium, ojciec Gotryk i kapłani Mananna weszli w tą wodę a najgorliwski wierni postępowali parę kroków za nimi. Chociaż większość zatrzymała się na brzegu. Tam zanurzeni po pas w słonej i raczej chłodnej wodzie kapłani uroczyście sfinalizowali tą mszę wysypując prochy księżnej do morza. I nastąpiły ostatnie uroczyste psalmy. Kapłani zawrócili w stronę brzegu i wyszli na suchy ląd ociekając morską wodą ze swoich szat. Tam ostatni raz pobłogosławili wiernych a ci wspólnie z nimi odmówili ostatni psalm przypominający o marności doczesności i wiecznej potędze Ogrodów Morra. I oficjalna część mszy pogrzebowej dobiegła końca.
Dość szybko tłum wiernych rozsypał się, przemieszał i nastąpił tradycyjny harmider gdy można było przywitać się ze znajomymi i wymienić plotkami czy informacjami. Czasem to było pierwsze spotkanie od zeszłej mszy. Dzisiaj oczywiście dominował temat śmierci i pogrzebu wielkiej księżnej. Ale i dalszych losów żałoby i turnieju. Była też okazja pooglądać z bliska tych sławnych i bogatych. Zwłaszcza tych przyjezdnych bo do tych “swoich” to jakoś każdy się chyba przyzwyczaił. Ale i tak nie omieszkano komentować strojów, zachowania i wydawało się, że czujne, złośliwe i zazdrosne oczy są w stanie wyłapać każde uchybienie.
Ciekawość wzbudzała Matka Somnium. Co chyba pierwszy raz zawitała do ich miasta. A ku powszechnemu zdziwieniu okazała się młoda. Chyba raczej wszyscy po kapłanach Morra spodziewali się raczej mężczyzn no i w szacowniejszym wieku. Trochę nie bardzo wiedziano jak potraktować przysłanie z Saltburga kogoś tak młodego i to jeszcze kobiety. Zapewne ci najważniejsi kapłani byli potrzebni na miejscu, podczas prawdziwego pogrzebu wielkiej księżnej no ale mimo wszystko widok tak młodej kapłanki dla wielu był zaskoczeniem.
Jak zwykle komentowano ubiór, zwłaszcza tych ze śmietanki towarzyskiej. Tutaj oczywiście niezawodnie wzięto na języki zarówno pannę van Zee jak i van Hansen. Bo te dwie już nieco tradycyjnie porównywano ze sobą pod każdym możliwym względem. Obie były pannami na wydaniu ze znamienitych rodów i każda z nich miała grono wielbicieli jakie właśnie tą jedną uważali za najpiekniejsza.
Wymieniano też plotki o przybyszach głównie tych co przyjechali na niespodziewanie odwołany turniej rycerski. Uwagę zwracała młoda blondynka w pancerzu. To zdaje się miała być kapłana Ulryka jaka właśnie przyjechała na turniej bo już parę dni temu. Widać było jak na pięknym napierśniku pyszniły się symbole Pana Wilków. Jego kult w tym mieście jednak nie był zbyt wielki bo portowe miasto oddawało głównie cześć Manannowi jako władcy morskich odmętów oraz Taalowi jako patronowi leśnej głuszy jaka otaczała miasto od strony lądu. Opancerzona, młoda kobieta i to z kulty zdominowanego przez mężczyzn wzbudzała zaciekawione spojrzenia podczas mszy. A i po. Nie było chyba dziwne, że panna van Hansen chciała z nią zamienić parę słów gdy trafiła się okazja.
Nie próżnowały też obie ucharakteryzowane nie do poznania łotrzyce. Omamiły jakiegoś młodzieńca gdy Burugnd koncentrowała na sobie jego uwagę. - Oh to takie smutne. Ona zawsze była dla mnie wzorem do naśladowania. Teraz się czuję jakbym straciła rodzoną matkę. - mówiła zza woalki rozżalonym tonem. Młody mężczyzna wyglądał na jakiegoś kupca, może kogoś ze świty któregoś z możnych. Wydawał się być pod wrażeniem tego żalu i pobożności okazywanej przez młodą mieszczkę.
- To prawda. Ale został nam jeszcze nasz miłościwie nam panujący elektor który jest nam wszystkim ojcem. - starał się jakoś pocieszyć tą młodą i atrkacyjną mieszczkę. I jej koleżankę czyli Łasicę co stała obok niej. Złapał ją za dłoń jakby chciał jej dodać otuchy.
- Oh, bardzo ci dziękuję! Masz całkowitą rację! Tak się postaram o tym myślec, przecież to nie koniec świata! - zawołała rozczulona Burgund i sama objęła swojego wrażliwego na jej wątpliwości wybawcę. Potrzymali się tak chwilę w ramionach. Akurat jak Łasica prawie niezauważalnym ruchem urżnęła mu mieszek przy pasie pod pretekstem poklepania go po ramieniu i szybko schowała zdobycz w zakamarki swojej sukni. Zaś partnerka odkleiła się od młodzieńca dziękując mu jeszcze raz za to moralne wsparcie gdy “kuzynka” zobaczyła akurat kogoś i chciała się z tym kimś przywitać więc ruszyła w tamtą stronę więc i ona musiała się już pożegnać z uroczym młodzieńcem.
- No i może nie odwołali turnieju. Ale tak go przełożyli jakby go w ogóle miało nie być. Ani to teraz siedzieć tu tak długo ani wyjeżdżać i potem znów wracać. - zauważył kwaśno jakiś kawaler wyglądający na szlachcica i rycerza. Nawet jak był bez pancerza i miecza a jedynie z gustownym kordzikiem jaki potwierdzał jego status. Rozmawiał z paroma sobie podobnymi. Faktycznie kapłani ogłosili koniec żałoby dopiero pod koniec miesiąca. I turniej miał się odbyć początkach przyszłego miesiąca czyli za równe cztery tygodnie.
- Ciekawe kiedy wyrocznia przetłumaczy te zwoje. Oby jak najprędzej skoro chce wracać do siebie w nowym tygodniu. - Sigismundusa nie opuszczała ani na chwilę myśl o zdobyczach z jaskini Oster. I jak tylko na dziedzińcu znalazł okazję aby chociaż na chwilę porozmawiać z kimś ze zboru to od razu dał znać co zajmuje jego myśli. I nie miał za bardzo ochoty zostawać tu dłużej. Głowił się czy nie odwiedzić Mergi aby o to zapytać ale sam też zauważał, że od wczorajszego wieczornego spotkania na zborze to pewnie dziś rano wiele się nie zmieniło w tej materii co zdawało się poddawać katuszom jego cierpliwość. Więc skłaniał się do opcji aby wrócić do swojej apteki jaką zostawił pod opieką śmierdzącego garbusa.
Wczoraj w pełni potwierdził słowa Otto o spotkaniu podziemnych zwierzoludzi. - Spotkaliście ich na powierzchni? I za miastem? Ciekawe. - mistrz zboru wydawał się być zaskoczony i zaintrygowany tymi wieściami. Co prawda zimą kultyści prawie przez przypadek nawiązali z nimi jakieś kontakty ale chodziło głównie o kryjówkę dla Egona, Silnego i reszty zbiegów poszukiwanych w mieście zamkniętym na czas obławy. Dopiero wiosną jak port znów uruchomiono to spiskowcy opuścili te podziemne, zatęchłe nory i przenieśli się najpierw do jaskini odmieńców z jakiej pochodziła Lilly a niedawno wrócili do miasta. Stąd od wiosny te kontakty z dziwną rasą podziemnych zwierzoludzi właściwie ustały.
- A ci zwierzoludzie to zbierali niewolnice? Czyli interesują się kobietami? A są przyjaźni? Tak jak Gnak i jego banda? Bo może z nimi też by się udało zaprzyjaźnić jakoś bardziej? - Łasicę też zainteresowała ta wzmianka. Chociaż widocznie z całkiem innego powodu i celu. A przygodny z ungorami w leśnej głuszy widocznie miło wspominały skoro żadna z kultystek zdawała się nie mieć nic przeciwko umówionemu spotkaniu w najbliższą pełnię Mannlieba. Zaś mistrz i wyrocznia nie widzieli przeszkód aby Otto spędzał czas w hospicjum. Zwłaszcza jak oficjalnie tam właśnie pracował. Mistrz mu nawet podpowiedział, że może udałoby mu się dostać na taki bal jako ktoś zbierający datki charytatywne na to hospicjum właśnie. Albo jako ktoś z obsługi. Pomysł aby przyjrzeć się tym pacjentom o jakim im opowiadał ostatnio wydał im się ciekawy i wart zbadania.
- Same wielkie tuzy dzisiaj. Dawno takich tłumów nie było. - mruknął dzisiaj Tobias rozglądając się ciekawie po tym hałaśliwym i pstrokatym tłumie. Chociaż bogato odzianym w oficjalną, żałobną czerń poświęconą Morrowi, żałobie i pogrzebom. Każdy jednak ubrał się odświętnie i starał się ubrać w coś czarnego lub chociaż ciemnego i stonowanego. Oraz mieć czarną wstążkę w widocznym miejscu. Guwernant i nauczyciel szlachty też dostosował się do tradycyjnych wymogów na takie uroczystości.
- Widzieliście ile dzisiaj skarbów spłynęło na tacę? I to wszystko tam jest! Rany! - Łasica aż gotowała się na myśl o bogactwie jakie dzisiaj udało się zebrać podczas datków. Jej natura dziewczyny z ulicy, włamywaczki i złodziejki dawała o sobie znać. I trudno jej było przejść koło tego faktu obojętnie.
- O Fabi jest. Chociaż z tą Gertrudą. Pójdziemy się nad nią poznęcać naszymi przygodami? Pęknie z zazdrochy. Oho. Chyba idzie do Pirory i Sorii. - Burgund w pełni zgodziła się z koleżanką ale wypatrzyła coś nowego. Czyli czarnowłosą Bretonkę odzianą w żałobną, czarną suknię i jej starą, służkę która zwykle jej towarzyszyła w wyjściach z domu robiąc jednocześnie za przyzwoitkę Frau von Mannlieb. A obie łotrzyce widocznie od powrotu z leśnej głuszy aż paliły się aby nie pochwalić się przed koleżanką swoimi wyuzdanymi przygodami. Zaś Bretonka chyba faktycznie zobaczyła swoją dobrą kamratkę Pirorę i zmierzała w jej kierunku. Albo Sorii bo obie stały razem rozmawiając z jakimiś dwoma mężczyznami.
- No to zaistniałaś w naszym wietrznym mieście madam. Teraz trzeba kuć żelazo póki gorące. Zaraz się pewnie nie odpędzimy od towarzystwa. - mruknęła cicho Pirora do Sorii. Bo taka okazja jak dzisiaj która ściągnęła tu pewnie większość miasta, zwłaszcza tą znamenitszą część, była idealna na debiut nowej piękności z dalekich, południowych krain. Pomimo drobnego kapelusika z czarną woalką Soria prezentowała się dumnie i dostojnie. Oraz było w niej coś elektryzującego co zdawało się, że trudno ją było przeoczyć i sama wpadała w oko nawet w takiej ludzkiej formie.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Podczas uroczystości w świątyni Joachim obserwował uważnie obecnych. Byli tu wszyscy liczący się ludzie w mieście i wielu przybyszy, z czego kilku wzbudzało zainteresowanie, jak ta kapłanka Ulryka. No i Soria, interesujące jak taka syrena wydawała sobie tak dobrze radzić z udawaniem szlachcianki. Pirora, Burgund, Łasica i pozostali też się całkiem dobrze wpasowywali się do otoczenia bobogojnych mieszczan i szlachiców.
To też sprawiało, że zastanawiał się także nad swoim miejscem w tym wszystkim. Jego status w miasteczku był wystarczający by mógł się zajmować w spokoju swoimi badaniami i poświęcać zgłębianiu sekretów magii. Co się stanie jak plany Kultu się ziszczą? Mógł sobie wyobrazić, jak jego nowi bracia i siostry w sekrecie kontrolują to miasto, bo raczej nie będą mogli robić tego otwarcie, nie tak długo jak całe Imperium nie padnie na kolana.... dobrze byłoby żeby cele Zboru i jego samego pokrywały się ze sobą jak najbardziej, póki co chyba szło to całkiem dobrze. Szczególnie cenił sobie lekcje pobierane u Mergi i nie do końca był zadowolony z jej planowanego wyjazdu.
Po mszy wrzucił parę sztuk złota na ofiarę a następnie przeszedł się dookoła, zagadując znajome osoby. Pogratulował Pirorze i Sorii wrażenia jakie zrobiły i spytał się o ich plany na najbliższe dni. Zagadnął również Państwo von Hansen.
- Dotknęła nas wszystkich tragedia, ale myślę że dobrze, że turniej nie został odwołany, wielu gości już przybyło, no i te wszystkie wspaniałe przygotowania poszłyby na marne. Mam nadzieję, że czas przykrych niespodzianek się już skończył, ale będę obserwować gwiazdy by być pewnym. Od jakiegoś czasu skończyły się też zaginięcia marynarzy, myślę że moje poszukiwanie syreny mogło ją przepłoszyć. - Powiedział połprawdę, by nie wyszło że porzucił swoją misję którą rozpoczął zimą.
Doszedł też do Philipp'a, dziękując za ostatnie zorganizowanie zwiedzania Akademii i proponując żeby spotkali się znowu. Miał zamiar podpytać pracownika Akademii o te podziemia, o których wspominał Tobias.
Joachima zaskoczyło istnienie jakich nieznanych zwierzoludzi w podziemiach, rozbudziło to jego ciekawość.
- Czy dobrze rozumiem, że udało się z nimi porozumieć? Jeśli będziemy organizować dalsze spotkania, chętnie wezmę w nich udział. Dobrze byłoby poznać ich cele i na ile są zbieżne z naszymi.
- A my Tobiasie mamy też naszą wspólną sprawę, prawda? Pozostańmy w kontakcie- miał oczywiście na myśli poszukiwanie artefaktu poświęconego Panu Przemian, ale w tym miejscu starał się być ostrożny. Może jak w nocy nie będzie zbyt wielu chmur to będzie mógł postawić wróżbę dotyczącą miejsca ukrycia artefaktu.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto przybył na maszę ubrany w swoją starą szatę mnicha, upewnił się jednak, że jest czysta. Na znak szacunku i żałoby miał czarną opaskę na czole i ramieniu. Cieszyło go, że duża część zboru ciągle stara się zachować pozory i również się stawiła oddać szacunek nieboszce. Po procesji podszedł do głowy kościoła Mannana.i Morra, pogratulował im pięknej procesjii jak zawsze zaoferował swe usługi w każdej przyszłej uroczystości.
Zmartwiła go obecność rycerzy Morra. Więcej religijnych sił zbrojnych stawia kult w nie lada zagrożeniu. Będą musieli grać bezpiecznie w najbliższych dniach, jeżeli nie tygodniach.
Pobieżnie tylko słuchał dywagacji kultystów, chociaż delikatnie westchnął jak usłyszał myśli Łasicy co do "zaprzyjaźnienia się" ze zwierzoludźmi, których spotkali z Sigismundusem.
- Uważaj, Łasiczko. Przyjście na świat dziecka tak dotkniętego przez bogów, rzadko jest bezpieczne dla matki, a zakładam, że w tym celu nasi nowi przyjaciele poszukiwali kobiet. - kiwnął zgrupowaniu głową na porzegnanie - Wybaczcie, ale mam kilka spraw do załatwienia. Zobaczymy się, wkrótce.
Otto wrócił do Hospicjum. W jego głowie pojawiały się setki możliwych scenariuszy. Kogo zagadać, od kogo zacząć, jak przeprowadzić rozmowy.
Upewnił się, że wszystkie jego owieczki wracają do zdrowia. Zastanawiało go, czy uda mu się przekonać ordynatora, na jednoosobowe wycieczki pod opieką Otta. Mógłby zabrać Marisę, na spotkanie z Sorią. Zastanawiało go jak kobieta by zareagował na służkę Slaanesh.
Najpierw jednak postanowił odwiedzić Vigo. Rysunek mężczyzny, używał tego słowa litościwie, był ewidentnie wizualizacją strażnika ołtarza Nurgla. Zastanawiało go co obłąkany jeszcze widział.
Otto wszedł do celi mężczyzny, zdjął opaskę zasłaniającą pusty oczodół.- Witaj, Vigo. Jak się dziś czujesz? Możemy porozmawiać?
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 16 - 2519.07.03; fst; południe
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa
Czas: 2519.07.03; fst; popołudnie
Warunki: wnętrze kamienicy Pirory, jasno, ciepło, gwar głosów ; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, umiarkowanieJoachim
Przez ostatnie pół roku Joachimowi zdarzało się bywać w salonie Pirory gdzie zwykle przyjmowała swoich gości. Chociaż pewnie ze swoimi koleżankami z klubu poetyckiego, teatru, śmietanki towarzyskiej czy kultu spotykała się tutaj i nie tylko tutaj o wiele częściej. Dzisiaj po mszy też postanowiły się spotkać. I to akurat jak Joachim do nich podszedł porozmawiać na chwilę pytając o ich plany. Podszedł do Pirory i Sorii ale wkrótce podeszła do nich Fabienne zaintrygowana nową znajomą Averlandki z jaką się przyjaźniła. A jeszcze potem dołączyła Łasica i Burgund. Koniec końców skończyło się na tym, że Pirora zaprosiła ich wszystkich do siebie “na herbatkę”.
Już po drodze było gwarno i wesoło gdy spotkało się stado młodych i lubiących się dziewcząt jakby na pohybel ponurej i poważnej atmosferze po pogrzebie wielkiej księżnej. Ale jeszcze nie można było sobie pozwolić na pełnię swobody i trzeba było zachować pozory. W końcu za przednią ścianą powozu na koźle siedział stangret i Gertruda, stara pokojówka i tradycyjna przyzwoitka Frau von Mannlieb. Rozmawiali więc głównie o Sorii która ewidentnie wzbudzała wielkie zainteresowanie bretońskiej żony imperialnego kapitana. A poza tym o pogrzebie i gościach, wydawało się, że bystrym kobiecym oczom nie umknęło wszelkie stroje, postawy i zachowania reprezntowane przez przedstawicieli władz świeckich, duchowych i co znamienitszych gości. Na przykład powszechną uwagę przykuła kapłanka Morra jaka przyjechała z Saltburga. Raz, że była jedyną nową duchowną na mszy, dwa, że przyjechała ze stolicy prowincji a trzy, że okazała się zaskakująco młoda.
Swobodniej jednak można było się poczuć dopiero w salonie Pirory. Gdy Gertruda została gdzieś na dole a szóstka kultystów mogło swobodnie rozmawiać nie tylko na powszechnie akceptowalne tematy.
- I też jesteś jedną z nas? To cudownie! Jest piękniej niż sądziłam! To ty musisz być tą szlachcianką z daleka jaka zamówiła suknię u Huberta! Opowiadali mi o tym. - Bretonka mówiła ze swoim charakterystycznym, bretońskim akcentem i gdy Pirora zdradziła jej, że piękna nieznajoma jest nie tylko jej gościem z dalekich stron to czarnowłosa kultystka wydawała się być pełna szczęścia.

https://i.pinimg.com/564x/fd/f7/97/f...476ff9d946.jpg
- Wybaczcie ale strasznie mnie zmęczyło to suche powietrze na dworze. Pójdę się odświeżyć. Może Fabi dokończyłybyśmy rozmowę w łazience? - Soria przez wiekszość spotkania nie mówiła wiele pozwalając Pirorze być gospodynią w powozie allbo w jej kamienicy. Do tego obie łotrzyce nieźle ją wspierały bo chociaż oficjalnie to nie umywały się statusem do żadnej ze szlachcianek to jednak prywatnie i wewnątrz zboru mogły sobie pozwolić na pewną poufałość. Zwłaszcza względem Fabienne jaka znana była z uległego charakteru i obie łotrzyce uwielbiały to podkreślać w rozmowach. Ale gdy herold Slaanesha już się odzywała dało się poznać, że nie ma kłopotów z dworską etykietą i rozmawia jak na szlachciankę i wielką damę przystało. Nie inaczej było teraz.
- Naturalnie! Przepraszam was najmocniej, obiecuję potem wam wszystko wynagrodzić. Sami widzicie, pani wzywa, służka musi. - zaszczebiotała czarnowłosa i obie pożegnały się z towarzystwem i wyszły z salonu.
- Ah, żeby Fabi za mną tak szalała i była na każde skinienie. Właściwie to jest. No ale dla Huberta też. A chciałabym abym to ja była u niej na pierwszym miejscu. - westchnęła cicho Pirora odwracając wzrok od zamkniętych już drzwi na korytarz. Chyba mówiła nieco żartobliwie no ale nie do końca. Wiadomym kultystom było, że dziewczęta zgrały się w ciągu ostatnich paru miesięcy całkiem nieźle. Ale też Fabienne należała nadal do grupy Grubsona i jego traktowała jako swojego głównego mistrza i kochanka. Co chyba nieco działało Pirorze na nerwach i ambicji.
- Mój papa przed odjazdem poradził mi abym jej zaserwowała rozkosz jakiej nie da jej Hubert. Wtedy może zmienią jej się priorytety. Niestety on jej daje całkiem sporo rozkoszy i satysfakcji. Samymi wizytami w moim loszku mogę z nim nie wygrać. Potrzebuję czegoś jeszcze aby go przebić w jej oczach. - cmoknęła nieco niezadowolona. Może to nie była jakaś pilna sprawa i ogromnej wagi. Raczej prywatna zachcianka jaką blondynka nie mogła tak łatwo zaspokoić i to ją nieco drażniło. Koleżanki poradziły aby zabrać Fabienne na to spotkanie z Gnakiem i jego stadem ale Averlandka już sądowała sprawę i może nawet Bretonka by się zgodziła no ale szanse, że urwie się na całą noc z domu poza miasto i to bez Gertrudy i to tak aby nie wzbudzić podejrzeń i pytań to były dość niewielkie. Dyskutowały o tym przez chwilę co by tutaj takiego nietypowego wymyślić aby w pełni ich kochanka przeszła na ich stronę skoro fizyczne zorganizowanie Fabienne schadzki z Gnakiem nie zapowiadało się tak lekko. Nawet wciągnęły w to Joachima pytając czy nie ma jakiegoś sposobu albo pomysłu jak tu dostarczyć jej tak egzotycznej rozrywki. Był z tym niezły ambaras gdy szlachcianka miała wyraźną trudność aby urwać się na całonocną schadzkę za miastem a zwierzoludzie znani byli ze swojej nienawiści do miast i cywilizacji więc watpliwe bylo aby zgodzili się przyjść tutaj.
Poza tym Joachim miał też do rozważenia albo i rozmówienia parę innych spraw. Jak choćby to o czym po mszy rozmawiał z Tobiasem. Uczony i nauczyciel z tego samego co on patrona powiedział mu, że za dwa dni, w Aubentag, będzie w Akademii pożyczyć pomoce naukowe. Sekstans, busolę, mapy do nauki kartografii, nawigacji i geografii. Chociaż wątpił aby to dało mu pretekst do choćby zbliżenia się do ukrytego magazynu a takie pomocy to na uczelni może nie leżały gdzie popadnie ale były w miarę pod ręką. A w razie potrzeby był gotów spotkać się jutro aby to omówić. Też się zastanawiał czy nie poprosić “tych ladacznic” o których widocznie nie miał zbyt wysokiego mniemania i odczuwał nad nimi wyższość człowieka wykształconego ponad niepiśmienny motłoch. Ale jednak w sprawie takiego “rozejrzenia się” mogły się przydać.
- To może odwiedzisz nas w Marktag na obiedzie i wszystko opowiesz? To na pewno było bardzo ekscytujące z tym polowaniem na tą straszna syrenę. - zaproponowała milady von Hansen gdy do nich podszedł po mszy. Jej mąż Mikael dołożył się do zaproszenia. Przyznał, że ostatnio nie słyszał o znalezionych pustych rybackich łodziach ale trochę mu to umknęło z uwagi bo też przygotowywał się do turnieju i przyjęcia gości. Następnie wróciła z rozmów ze starymi i nowymi znajomymi ich córka Froya jaka przywitała się grzecznie choć krótko z astromantą. I widocznie tylko na nią rodzice czekali bo wkrótce pożegnali się z nim i ruszyli w stronę bramy w murze świątyni.
Zaś rozmowa z Philippem przyniosła mu jego zgodę na spotkanie w Marktag. W Dzień Handlowy było na uczelni trochę luźniej z tego powodu więc liczył, że uda mu się skończyć nieco szybciej więc będzie mógł się spotkać w porze nieszporów na kolacji. Skromnej oczywiście bo pościł aby oddać hołd zmarłej księżnej. Poza tym był codziennie w Akademii więc tam mógł go zastać Joachim i właściwie każdy kto przyszedł do recepcji.
- Mnie kusi to wszystko co dzisiaj zebrali na datkach w świątyni. Ale byśmy się obłowili! - Joachim zresztą też widział jak dziś tace uginały się od datków. Każdy chciał się pokazać jak od najlepszej strony no i też udowodnić swoją lojalność wobec Imperium i jego władz. Więc nawet jak każde z nich widziało tylko ułamek tego co duchownym udało się dziś zebrać to pewne było, że zbiór był obfity na pewno o wiele lepszy niż w przeciętny Festag jak choćby tydzień temu. I teraz obie łotrzyce zmieniły temat i zaczęły główkować jak się do tego dobrać.
- Ale byłby numer jakby przy tylu gościach spoza miasta obrobić im świątynie! A my jaki byśmy miały łup! Jej! Toż nawet jak każda z nas by wzięła po jutowym worze to pewnie i tak byśmy musiały zostawić tam mnóstwo fantów! - Burgund zapaliła się do tego pomysłu. Zastanawiały się gdzie duchowni mogli trzymać te fanty. Pewnie gdzieś na miejscu, w świątyni. Pewnie gdzieś w piwnicach albo na zachrystii. Albo w biurze? W każdym razie były gotowe powęszyć wokół sprawy. A taki zuchwały skok faktycznie mógłby mocno uderzyć w autorytet władz. Ale też uparcie szukano by sprawców tak zuchwałego napadu.
- Tylko trudno byłoby te fanty opchnąć na mieście. Trzeba by gdzieś na statek jaki wypływa a w zamian wziąć złoto czy co. - Łasica zastanawiała się nad dalszymi krokami gdyby kradzież się powiodła. Rozmawiali jeszcze chwilę o tym gdy dało się słyszeć kroki na korytarzu, wesołe, kobiece głosy i do środka wróciła Soria i Fabienne. Obie zadowolone i uśmiechnięte oraz z mokrymi włosami.
- Właśnie Fabi, słyszałam, że masz kłopot aby pójść z nami na nocne spotkanie z Gnakiem. - zagaiła niewinnie Łasica puszczając reszcie dyskretne oczko.
- Ojej no tak! No Priora mi opowiadała trochę. Ale wy macie niesamowite przygody! A mnie to tyle omija. No strasznie bym chciała pójść z wami, ze zwierzoludźmi jeszcze tego nie robiłam a zawsze byłam ciekawa jak to z nimi jest. No ale na całą noc? Poza miasto? Nie mam pojęcia co to by musiało być abym mogła się wyrwać. - Bretonka tak jak to przypuszczały koleżanki była bardzo chętna na taką zbiorowa schadzkę z ungorami Gnaka ale ramy dobrego wychowania i przyzwoitości utrudniały jej dość mocno taki wypad. I to jeszcze tak aby odbyło się bez wścibskich pytań Gertrudy albo nawet jej męża gdyby wrócił do miasta akurat wtedy. Przy nim musiała odgrywać bogobojną i dobrą żonę. Przed Gertrudą i resztą miasta też. Więc była mocno nieszczęśliwa i zazdrościła koleżankom swobody w tym zakresie.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; hospicjum
Czas: 2519.07.03; fst; popołudnie
Warunki: wnętrze hospicjum, jasno, umiarkowanie, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, umiarkowanieOtto
Były mnich szedł w swojej szarej szacie przez letnie miasto. Pogoda się rozpogodziła i zrobiło się całkiem słonecznie chociaż niekoniecznie ciepło. Na pewno przyjemniej niż rano przed albo tuż po mszy. Szedł razem ze stopniowo rzednącym tłumie wiernych jacy wracali ze świątyni i stopniowo rozchodzili się w ulicach i drzwiach miasta. Miał więc okazję aby przemyśleć to i owo, powspominać czy poplanować.
- Oh, tak się o nas troszczysz Otto? To bardzo miłe z twojej strony! - zaszczebiotała wczoraj na zborze Łasica jak użył przyjaznego zdrobnienia jej imienia no i to tak w ramach troski. Uśmiechnęła się do niego pogodnie i cmokneła go w policzek w podziękowaniu za tą troskę. Ale jego słowa wywołały nieco konsternacji u niej i u koleżanek.
- Myślisz, że używaja ich do rozpłodu? Z tego coś by wyszło? - zapytała Onyx bo jak się okazało za bardzo wcześniej chyba nikt się nie zastanawiał po co podziemnym istotom niewolnicy a zwłaszcza młode, zdrowe niewolnice. Sądząc ze słów dziewcząt chyba po prostu założyły, że to “normalne niewolnice” miały być. Do sprzatania, gotowania, prania i tak dalej. Nie był pewien czy jego słowa wybiły im z głów chęć zaprzyjaźnienia się z tymi podziemnymi zwierzoludźmi skoro tak na świeżo miały miłe wspomnienia ze spotkania z Gnakiem i jego stadem. I chyba czegoś podobnego oczekiwały po ewentualnym spotkaniu z tymi co żyli pod ziemią. To, że jakoś da się z nimi jakoś porozumieć świadczyły zimowe wydarzenia. No i choćby obecne Otto i Sigismundusa. Ale chyba jednak przynajmniej dał im do myślenia, że niekoniecznie musi się schemat powtórzyć jak z Gnakiem.
A już dzisiaj, tylko po mszy, podszedł do trójki kapłanów jacy ją prowadzili. Bo nie tylko on wpadł na pomysł aby z nimi porozmawiać. A ci stali jeszcze na dziedzińcu wokół świątyni rozmawiając z wiernymi. Z nich wszystkich najlepiej znał ojca Martina bo to zwykle ten solidnej postury mężczyzna w sile wieku prowadził cotygodniowe msze i był głową kleru poświęconemu Władcy Mórz. On więc pełnił rolę gospodarza dla pozstałej dwójki. Ojca Gotryka też znał z widzenia ale, że pogrzeby nie były jego domeną to znał go tylko pobieżnie. Zaś najmłodsza z nich i jedyna kobieta w tym gronie czyli dzisiejsza niespodzianka i gość honorowy, Matka Somnium to ją w ogóle widział pierwszy raz na oczy. Z bliska wydawała się nadal młoda kobietą odzianą w czerń kapłańskich szat.
- Dziękujemy ci Otto. Każda pomoc na pewno się przyda. Będziemy organizować nieszpory ku czci naszej zmarłej księżnej. Będziesz mile widziany bo spodziewamy się wielu wiernych. Zapewne zorganizujemy to u nas bo w kapliczce u ojca Gotryka może zabraknąć miejsca. - kapłan z dostojną brodą wskazał na stojącego obok kapłana w czerni. Zwykle uroczystości pogrzebowe i żałobne przede wszystkim odbywały się w kapliczce Morra. Ale ta w porównaniu do nowej świątyni Mananna prezentowała się skromnie. Mógł być kłopot pomieścić wielu wiernych a jak pokazał dzisiejszy poranek miasto okazało należytą cześć swojej zmarłej księżnej więc i na tradycyjnych modłach o zmierzchu za duszę zmarłej osoby mogło być sporo gości. I ojciec Martin był gotów wesprzeć te uroczystości organizując je “na swoim podwórku” czyli tutaj właśnie, w największej i najdostojniejszej świątyni w tym mieście. Zapewne więc przydałaby się pomoc wolnotariuszy aby przygotować te dodatkowe msze o tej skali. Nieszpory zaś były dobra i tradycyjną porą bo większość mieszkańców kończyła już dzień pracy właśnie o zmierzchu więc mogła się udać do świątyni na modły za swoją panią i patronkę.
Gdy zaś w końcu dotarł do hospicjum mógł się tam rozejrzeć. Był Festag a do tego z powodu uroczystości pogrzebowych księżnej całej prowincji było jeszcze mniej osób obsługi niż zwykle. Więc koledzy powitali jego przybycie bardzo ciepło i chętnie.
- Dobrze, że jesteś! Aż nie wiem w co ręce włożyć i gdzie cię posłać!? Chodź ze mną! - powitał go szybko Andreas który dzisiaj był szefem zmiany. Był z dekadę starszy od Otto i cieszył się zasłużoną opinią i estymą wśród pracowników zakładu. Samego szefa dzisiaj nie było no ale w Festag a jeszcze tak wyjątkowy, to nie było nic dziwnego. Mężczyzna zastanawiał się przez chwilę co tu począć z tak jednoosobowymi posiłkami w postaci Jednookiego. Ale dość szybko się zdecydował dając znak aby szedł za nim a po drodze wprowadził go w sytuację. Widać było, że się spieszył i wyglądało jakby przypadkiem przechodził przez recepcję zmierzając gdzie indziej gdy Otto wszedł właśnie na tą recepcję.
- To jakieś szaleństwo! Myślałem, że tydzień temu to jakiś jednorazowy wyskok! A dziś znów to samo! I to u wszystkich na raz! - mówił zdenerwowany truchtając szybko korytarzem jaki prowadził do pomieszczeń zajmowanych przez pacjentów. Trzymał w dłoni zwoje liny jakich używano do krępowania krnąbrnych pacjentów. W miarę jak się zbliżali słychać było coraz większy rumor i harmider. Gdzieś przed nimi przebiegła postać w habicie więc i Andreas przyspieszył.
- Powariowali! Wszyscy powariowali! - krzyknął bo jak już byli tuż przed drzwiami to faktycznie za nimi musiała być jakaś gruba awantura. A gdy otworzyli drzwi za jakimi była stołówka rzeczywiście wyglądało to jak dom wariatów jakich niewielka obsługa w habitach starała się jakoś zagnać, ukierunkować, uspokoić ale widać było, że to trudne zadanie.

https://upload.wikimedia.org/wikiped...a_de_locos.jpg
- Zabiję cię! Poderżnę ci gardło platfusie! Wszystkim wam poderżnę gardła! - wyła rozśwcieczona Annika. I widać było, że dwóch mnichów zdołało ją wspólnie przyszpilić do stołu ale ta wpadła w jakąś furię i ledwo ją mogli tam utrzymać. Brakowało im kogoś trzeciego kto by im pomógł ją spacyfikować a ta wyrywała się z zawziętością godną norsmeńskiego berserkera. Nawet niezbyt było wiadomo do i do kogo krzyczała.
- Uspokój się! Kobieto uspokój się! - krzyczał do niej jeden z mnichów obiema rekami przyciskając jej ramię do stołu albo jedno a drugim jakoś próbował przyszpilić jej wierzgający korpus do stołu.
- Puszczaj! To nie jest moje miejsce! On mnie wzywa! Muszę do niego iść! - krzyczała rozwścieczona kobieta.
- Oj nie, nie. On jest zły. Będzie tego szukał. Tak, będzie szukał. Ale kula mu pomoże. Kula go wezwie i wskaże drogę. To niedaleko. Jaka ona piękna! I taka świe… - Greg widocznie doszedł do siebie po tym jak tydzień temu oberwał od Anniki tak, że wylądował w lazarecie. Właściwie nadal spod luźnej koszuli widać mu było opatrunki, także na głowie jaką tydzień temu Annika mu o mało nie rozbiła o podłogę. Stał na stole spokojnie i wyglądał jakby nie zauważał szalejącej dookoła wrzawy. Do momentu w jakim trafił go jakiś rzucony stołek. Trudno było powiedzieć czy ktoś go rzucił celowo czy po prosty oberwał przypadkiem. W każdym razie zakończył swoją deklamację upadając na stół i zwijając się w kulkę chlipiąc i coś mamrocząc pod nosem.
- Rozwalę was! Rozwalę was wszystkich! Zgniotę was jak robaki! - ryczał rozjuszony Thorn jaki złapał za ławę i skutecznie nią odganiał się od tych co go chcieli dorwać czy to inni pacjenci czy też mnisi w habitach. Próbowali coś tłumaczyć łagodnie ale do Thorna chyba to nie docierało albo niewiele go to obchodziło. Trafił krańcem ławy w plecy jednego z mnichów jaki chyba pomagał wydostać się z tego chaosu jednemu z pacjentów. Trzymał go za ramię i tak szli obaj a widać było, że pacjent ledwo powłóczy nogami, musiał być w ciężkim stanie. Gdy ława trafiła jego żywą podpore obaj upadli na podłogę.
- Tak, tak… Robaki… To wszystko przez robaki… Zacznie się od robaków. Wyjdą z pięknego i pięknie zarobaczywego łona… Miasto zacznie gnić od środka… Ladacznice oddadzą swoje łona w słusznej sprawie… A potem muchy… Muchy spadną na miasto… Będą ucztować na żywych i umarłych… Na bogatych i biednych… Nikt nie umknie przed błogosław… - co prawda po samych plecach koszuli to Otto nie wiedział kogo tam kolega próbował wynieść zanim nie oberwał ławą Thorna ale po głosie poznał majaczący, rozgorączkowany głos Vigo. Ciężko dyszał więc już wcześniej musiał być w kiepskim stanie. Musiało mu się pogorszyć od ostatniej wizyty Otto.
- Królowa powróci! Pajęcza królowa powróci! Oplecie pajęczyną to miasto! Obrodzi kokonami a z nich wyjdą jej straszne i cudowne dzieci! Wychędożą, zabiją i zjedzą każdego kto nie będzie im służył! Ale ja będę pierwsza w ich służbie! Oddam im się z rozkoszą! Jestem gotowa im służyć już teraz! Ona nadchodzi! Wzywa mnie! Słyszę jej głos! Jest taka piękna! - skądeś wypadła Marisa. Całkiem nago dorzucając swoje krzyki do całej reszty. Patrzyła wzrokiem szaleńca po tym wszystkim jakby też niekoniecznie to widziała. W ogóle nie przypominała tej zahukanej, przestraszonej dziewczyny w celi jaka była przerażona swoim lubieżnym postępowaniem podczas kąpieli i pokornie znosiła karę izolacji w celi. Ta jej się miała skończyć wczoraj albo dzisiaj. W każdym razie teraz poruszała się swobodnie i w ogóle bez ubrania. I chyba nie zwracała na to uwagi albo jej to w ogóle nie obchodziło.
- Do kroćset dziewko ubierz się! - krzyknął zgorszony Andreas bo jak tak razem z Otto ogarnął wzrokiem co tu się dzieje to aż nie było wiadomo w co ręce włożyć. Wszędzie ktoś rozrabiał, krzyczał, walczył albo już odczuł tego skutki i potrzebował pomocy albo chociaż aby wydostać go z tej awantury. Sytuacja wydawała się być na skraju szans na opanowanie przy tak skromnej obsłudze. Bo w normalny dzień jakby było ich więcej to rokowania byłyby o wiele lepsze. W końcu Andreas pobiegł do tych dwóch co zmagali się z szalejącą Anniką aby pomóc im ją okiełznać i mieć chociaż jednego wariata z głowy.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
- Mój papa przed odjazdem poradził mi abym jej zaserwowała rozkosz jakiej nie da jej Hubert. Wtedy może zmienią jej się priorytety. Niestety on jej daje całkiem sporo rozkoszy i satysfakcji. Samymi wizytami w moim loszku mogę z nim nie wygrać. Potrzebuję czegoś jeszcze aby go przebić w jej oczach. - cmoknęła nieco niezadowolona. Może to nie była jakaś pilna sprawa i ogromnej wagi. Raczej prywatna zachcianka jaką blondynka nie mogła tak łatwo zaspokoić i to ją nieco drażniło.
Joachim z trudem powstrzymał rozbawienie, zazdrość Pirory wydawała mu się niemal dziecinna ale nie chciał jednak urazić swojej sojuszniczki.
- Pytanie co takiego daje jej ten Hubert czego ty dać nie możesz, w końcu niewielu jest w stanie ci się oprzeć - uśmiechnął się do blondwłosej kultyski.
- Może spotkanie z Sorią sprawiłoby że przeszłaby na twoją stronę? W końcu Soria trzyma z nami a nie z Grubsonem. Poza tym dobrze byłoby wykorzystać urok Sorii by przeciągnąć na naszą stronę kolejne znaczące osoby w tym mieście. Takie jak na przykład Froya von Hansen.- No taką mam nadzieję. Froya niby zdradza pewne tendencje ku takim preferencjom jak nasze ale jednak jakoś nie chce się temu poświęcić w pełni. Traktuje to raczej jako ciekawostkę i rozrywkę. A sensem życia dalej pozostają dla niej te pojedynki, treningi i te inne męskie sprawy. Może Soria by coś tu zmieniła. Froya mi się wydaje bardziej zainteresowana bronią i tak dalej. Widzieliście jak po mszy podeszła do tej kapłanki Urlyka? A do nas nie. - blondynka cicho westchnęła na znak, że ta druga blond piękność ma większość zainteresowań całkiem odmiennych od jej własnych przez co nie jest tak podatna na wpływy jakby sobie tego życzyła. Ale panna van Hansen znana była ze swoich męskich czy wręcz rycerskich zainteresowań.
- Mnie by wystarczyło abym mogła jej służyć. Zwłaszcza w łaźni albo alkowie. Chociaż czasami jest arogancka i irytująca. Ten typ rozpuszczonych damulek i kawalerów co od dziecka mieli wszystko na każde zawołanie. Czasami jest irytująca. Jakby chodziło o jakąś inną paniusię to pewnie już dawno wytarłabym twarzą jakiś bruk aby nauczyć ją moresu. No ale mam słabość do dominujących ślicznotek to mogę jej wybaczyć pewne niedoskonałości. - Łasica wciąż w swojej całkiem ładnej i solidnej sukni w jakiej mogła uchodzić za córkę jakiegoś kupca czy bogatszego rzemieślnika machnęła dłonią aby dać znac, że też dostrzega pewne mankamenty charakteru panny van Hansen. Aczkolwiek nada w jej oczach szlachcianka miała o wiele więcej plusów niż minusów.
- No tak, ona to raczej woli takie męskie rozrywki. Pojedynki, polowania i takie tam. Ale Kamila? W zimie całkiem straciła głowę dla Rose de la Vega. Z pół roku po jej wyjeździe się z tego leczyła. Dalej ją wspomina. Kto wie? Może taka egzotyczna piękność jak Soria też jej zawróci w głowie? Ona wydaje się bardziej pasować do nas charakterem niż Froya. Froya to by się bardziej na jakiegoś rycerza albo i pułkownika pasowała. - Pirora wróciła myślami do blondwłosej koleżanki jakiej tu dzisiaj nie było z nimi i odruchowo zaczęła ją porównywać z jej konkurentką o tytuł najpiękniejszej i najcenniejszej panny na wydaniu.
- Z tego co widziałam co Soria potrafi tam nad tym uroczym zakątkiem to myślę, że potrafi zrobić wrażenie i przykuć uwagę. Chociaż tutaj raczej nie będzie mogła zmieniać swojej formy. - Burgund mniej więcej zgodziła się z wnioskami koleżanek. Nawet bez metamorfozy córka Soren wydawała się mieć dar do robienia wrażenia i ściągania na siebie atencji otoczenia.
- A Fabi zobaczymy. Bardzo chętnie poszła z Sorią. Ale pewnie chętnie by poszła z każdym nowym. Jakby tu któryś z tych waszych zwierzoludzi był to z nim pewnie też by poszła. No właśnie z tym problem. Od pół roku próbuję ją sobie podporządkować i rozkochać na tyle aby przedkładała mnie nad Huberta. Hubert to nasz sojusznik i także mój partner w interesach a do tego wie o naszym zborze więc nie życzę mu źle. Ale jednak irytuje mnie, że ona wciąż się słucha go bardziej niż mnie. Właśnie dlatego szukam dla niej czegoś nietuzinkowego. Coś czego on jej nie dał. Może Soria. Może Gnak. Może coś właśnie tak skandalicznego co na pewno żadna, szanująca się szlachcianka by się nie zgodziła a nawet strzeliła w pysk za taką propozycję. No może coś takiego wreszcie by wywyższyło w jej oczach mnie nad Huberta. - Averlandka snuła na głos swoje rozważania. Chyba zdawała sobie sprawę, że to jej osobista zachcianka i ambicja. Ale jednak traktowała to jak taką irytującą rzecz co uwiera i kole jak tylko się zwróci na nią uwagę albo pomyśli. A trudno było jej nie zwracać uwagi na Bretonkę z jaką widywała się pewnie częściej niż raz w tygodniu. Zwykle raz w tygodniu spotykały się na wieczorkach poetyckich u Kamili van Zee a i często odwiedziały się nawzajem, czy obie spotykały się w teatrze bo były zaangażowane w jego działalność.
- Tak, Kamila chyba bardziej nadaje się na zrekrutowanie waszymi metodami niż Froya, zabierzcie Sorię na wasze wieczorki poetyckie i zobaczymy co z tego wyniknie - zamyślił się Joachim. Pozyskanie córki jednego z dwóch najważniejszych rodów w mieście wzmocniłoby mocno ich zbór, choć wyznawcy Slaanesha tym bardziej wysunęli by się na czoło.
- A co do Fabii to może za bardzo się starasz i przez to osiągasz przeciwstawny efekt? Jakbyś na moment odpuściła to może dało by jej to do myślenia - zaproponował Pirorze.
- Może. Sama już nie wiem. Muszę spróbować czegoś innego niż do tej pory. Widocznie samymi zabawami w loszku tak jak do tej pory to będzie miło i sympatycznie i będziemy się z nią lubić i pomagać ale Huberta w jej oczach nie zdetronizuję. - Averlandka westchnęła niezbyt rada, że sprawa miłą i chętną Bretonką wcale nie jest tak prosta i oczywista jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.
- Ale z Sorią to tak, to oczywiste, że ją zaproszę na te spotkania poetyckie. To będzie dla niej dobre wejście w towarzystwo. Fabi pewnie też tam będzie bo zwykle co tydzień jest. - przerzuciła się na kolejną myśl co do roli herolda Slaanesha w jej ludzkiej formie jako szlachcianki z dalekich, południowych krain. Widocznie miały w planie aby odwiedzić ów klub artystyczny dla dam z towarzystwa.
Koleżanki poradziły aby zabrać Fabienne na to spotkanie z Gnakiem i jego stadem ale Averlandka już sądowała sprawę i może nawet Bretonka by się zgodziła no ale szanse, że urwie się na całą noc z domu poza miasto i to bez Gertrudy i to tak aby nie wzbudzić podejrzeń i pytań to były dość niewielkie. Dyskutowały o tym przez chwilę co by tutaj takiego nietypowego wymyślić aby w pełni ich kochanka przeszła na ich stronę skoro fizyczne zorganizowanie Fabienne schadzki z Gnakiem nie zapowiadało się tak lekko. Nawet wciągnęły w to Joachima pytając czy nie ma jakiegoś sposobu albo pomysłu jak tu dostarczyć jej tak egzotycznej rozrywki. Był z tym niezły ambaras gdy szlachcianka miała wyraźną trudność aby urwać się na całonocną schadzkę za miastem a zwierzoludzie znani byli ze swojej nienawiści do miast i cywilizacji więc watpliwe bylo aby zgodzili się przyjść tutaj.
- A co jeśliby np. Pirora zaprosiła by ją na polowanie poza miastem? To chyba godne szlachcianki? - zaproponował Joachim.
- No można by spróbować. Chociaż ja raczej nie organizuję polowań. Już prędzej Froya no ale jej nie może być na orgii ze zwierzoludźmi. Aż tak dobrze to się nie znamy. Hmm… - Pirora zamyśliła się nad tą propozycją. Sama raczej nie słynęła jako organizatorka i miłośniczka polowań chociaż zdarzało jej się bywać osobą zaproszoną na takie rozrywki.
- Trzeba by mieć gdzie nocować. Jakieś miejsce. Znaczy tak oficjalnie. I to nie jakiś pasterski szałas. I ona to by pewnie była z tą Gertrudą bo ta stara rura wszędzie za nią łazi. - zauważyła Burgund na razie luźno rozważając taki pomysł jaki dałby czarnowłosej Bretonce pretekst do nocowania poza miastem.
- No tak, ktoś swój musiałby nam dać przykrywkę. Bo na razie Pirora nie ma swojego domku myśliwskiego. A to by musiało być gdzieś w miarę blisko tych kamieni ofiarnych aby zdążyć wieczorem a potem nad ranem wrócić. - Łasica dorzuciła swoje trzy grosze. Niestety jak na razie Averlandka poświęciła większość czasu, uwagi i pieniędzy w swoją kamienicę w jakiej właśnie byli, mini galerię sztuki jaka też tu była no i otwierany teatr więc nie dorobiła się własnego domku myśliwskiego.
- Mogłabym kogoś ze znajomych poprosić o użyczenie. Chociaż to by pewnie trzeba zorganizować też jakieś trofea. Ale to chyba można by kupić. Poza tym żadna z nas nie poluje. - Pirora obracała na głos ten pomysł w swojej blond głowie. Trochę dziwne by się mogło wydawać jakby grupka panienek z dobrych domów nagle zapałała chęcią do łowiectwa. A jakby zorganizować prawdziwe polowanie to trzeba by zaprosić więcej osób. I nie było gdzie skoro panna van Dake nie miała własnego domku myśliwskiego. Musiałaby się z kimś dogadać w tej sprawie.
- Właściwie Rose kupiła sobie posiadłość w lesie. Ale nie tak blisko do kamieni. Jeszcze nie wróciła do miasta ale może z jej dziewczynami udałoby się jakoś dogadać. Przecież całkiem dobrze nam się z nimi układało. - przypomniała sobie Łasica. W końcu nim estalijska kapitan skończyła zimować w tym porcie to zdążyła za przywiezione z Saltburga srebrne precjoza kupić sobie jedną z posiadłości w leśnej głuszy.
- No to Rose stanowiłaby na pewno punkt zaczepienia - podsumował Joachim. - Można by też skłamać, że któryś z gości nie mieszkających na stałe w mieście organizuje to polowanie, tego się tak łatwo nie sprawdzi… - wtrącił Joachim.
- Jak bardzo ona nam jest przyjazna?- Kto? Rose? No nam była bardzo przyjazna ale jak wypłynęła w rejs na wiosnę to od tamtej pory nie wróciła. Może znów wróci dopiero na zimowanie. - gospodyni nie była pewna o kogo kolega pyta ale widocznie założyła, że o estalijską, morska kapitan.
- A z polowaniami szlachty to zwykle cała heca. Sprasza się gości, naganiaczy, bierze się psy, sokoły i tak dalej. Ja nie mam tego wszystkiego. A potem się w towarzystwie modni panie i panowie spotykają i opowiadają sobie najświeższe plotki. Więc szybko by wyszło, że robiłam z koleżankami jakieś polowanie na które nikogo nie zaprosiłam, nie wiadomo w sumie co upolowałam i tak dalej. Zapewne nikt ambarasu by mi nie robił z tego powodu ale by się plotki rozeszły, że jakieś dziwne te moje polowania bez nagonki, zdobyczy i gości z towarzystwa. Właściwie to chyba z jakimś pretekstem na wycieczkę do lasu byłoby chyba mniej do roboty. Co by tylko parę koleżanek zaprosić. I bez mężczyzn aby niczego kto sobie nie pomyślał, że w jakichś zdrożnych celach. - jak się nad tym Pirora zaczęła zastanawiać to wychodziło coraz więcej utrudnień ze zorganizowaniem takiego polowania. Zwłaszcza, że sama nie miała takich tradycji ani zaplecza a takie wypady w dzicz były naturalną rozrywką i okazją do spotkań w większym gronie i to raczej kobiety były tam osobami towarzyszącymi. Może z wyjątkiem panny van Hansen co od dawna zdradzała męskie zainteresowania ale jak nie była wtajemniczona w sprawy zboru to trudno było ją zapraszać na takie niecne spotkanie z Gnakiem i jego bandą jakie dziewczęta ze zboru miały w planie.
Joachim zastanawiał się dalej, plan z polowaniem faktycznie miał sporo dziur.
- A może po prostu jakaś podróż żeby oddalić się z miasta. Na przykład do stolicy prowincji żeby oddać hołd zmarłej Księżnej? - rzucił kolejny pomysł.
- Jakbym miał czas, mógłbym nawet udać się z wami, chciałbym jak najwięcej informacji zgromadzić na temat zwierzoludzi - dodał.- Podróż do Saltburga? Ale to by kilka dni w jedną stronę było. Faktycznie można by w ten sposób urwać jedną czy dwie noce. Tylko, że i tak trzeba by tam pojechać. Razem to by z tydzień mogło zająć. - Łasica zmrużyła oczy próbując sobie wyobrazić jak by to miało wyglądać. Wydawało się być korzystne aby wyjechać z rodzimego miasta na parę dni i nawet młoda Bretonka mogłaby zyskać pretekst aby pojechać z koleżankami.
- W okolicach najbliższej pełni to już będzie po pogrzebie. Jednak jakaś pielgrzymka do grobu księżnej mogłaby dobrze wyglądać. Ale rzeczywiście z tydzień pewnie by to zajęło pojechać tam, pobyć chociaż dzień czy dwa albo trzy a potem wrócić. - Pirora też obracała ten pomyśl w myślach. Wydawała się wahać co o tym jeszcze sądzić i taki wariant widocznie dziewczynom nie przyszedł wcześniej do głowy.
- Szkoda, że Gnaka i reszty nie można sprosić tutaj. Jak już by byli na przykład na dole w loszku to wystarczyłoby Pirorę odwiedzić i byłoby załatwione. - westchnęła Burgund żałując, że kopytni zdradzali tak ogromną niechęć do cywilizacji a zwłaszcza miast.
- Albo jakiś piknik. Malowanie w plenerze czy co tam by nie wyglądało podejrzanie w towarzystwie. I tak pewnie Fabi będzie z tą Gertrudą to z nią jeszcze trzeba by coś zrobić aby nasza czarnulka mogła się z nami bawić. - Łasica popatrzyła pytająco na blondynkę bardziej zorientowaną w manierach szlachetnie urodzonych gdy rzuciła swoim luźnym pomysłem.
- Zawsze możemy jej nie brać. My możemy się spotkać z Gnakiem i jego bandą bez żadnych komplikacji. No ale jak Fabi tak zależy a Pirorze zależy na niej to dobrze by było załatwić jej jakąś ekstrawagancką rozrywkę. - Burgund przypomniała reszcie, że właściwie we własnym gronie to nie mają tak kłopotliwej sytuacji jak pani von Manlieb aby się spotkać z kimś za miastem. Jednak rozumiała, że taka nietuzinkowa zabawa może da blondynce ten przełom w relacjach z bretońską żoną imperialnego kapitana statku.
- To myślę że ten pomysł z pielgrzymką może być łatwiejszy do zrealizowania niż z polowaniem - wtrącił Joachim, zadowolony, że jego pomysły mogą się okazać użyteczne dla jego sojuszniczek. Umacniało to jego pozycję.
- Tak jak wspominałem, chętnie wybrałbym się z wami, jeśli tylko to nie będzie kolidować z moimi obowiązkami.
- Ale byłby numer jakby przy tylu gościach spoza miasta obrobić im świątynie! A my jaki byśmy miały łup! Jej! Toż nawet jak każda z nas by wzięła po jutowym worze to pewnie i tak byśmy musiały zostawić tam mnóstwo fantów! - Burgund zapaliła się do tego pomysłu. Zastanawiały się gdzie duchowni mogli trzymać te fanty. Pewnie gdzieś na miejscu, w świątyni. Pewnie gdzieś w piwnicach albo na zachrystii. Albo w biurze? W każdym razie były gotowe powęszyć wokół sprawy. A taki zuchwały skok faktycznie mógłby mocno uderzyć w autorytet władz. Ale też uparcie szukano by sprawców tak zuchwałego napadu.
- Ciekawy pomysł, fundusze by się nam przydały. Myślę, że kosztowności najpewniej trzymają w podziemiach. Tylko radziłbym wpierw uzyskać zgodę Starszego na takie działania.
- Przy okazji, poszukuje kolejnego artefaktu w Akademii Morskiej, prawdopodobnie jest w magazynie. Jeszcze badam tę sprawę, ale jeśli chodzi o włamania, to nie znam nikogo kto mógłby wam dorównać i waszym zręcznym palcom - uśmiechnął się do Łasicy i Burgund. Jego słowa o zręcznych palcach mogły zostać zrozumiane w dwojaki sposób ale wcale mu to nie przeszkadzało.
- Może być i w podziemiach. Niewielka różnica. Zależy jakie by mieli tam drzwi i zamki. - Łasica machnęła swoją zręczną dłonią w nieco pogardliwym geście na znak, że nie obawia się spróbować takiego numeru z obrobieniem największej świątyni w mieście.
- Trzeba by się tam jakoś rozejrzeć. Ale w dzień bo na noc zamykają świątynie. - Burgund pokiwała szybko głową podłapując myśl koleżanki. W końcu odkąd zimą się pogodziły to często współpracowały ze sobą w duecie. Jak choćby dzisiaj po mszy na dziedzińcu świątyni.
- A z Akademią Joachimie nie przejmuj się. Pomogłeś nam z Sorią i ołtarzem to i my ci pomożemy. - niebieskowłosa jakby przypomniała sobie co jeszcze mówił kolega i obdarzyła go ciepłym uśmiechem na znak, że pamięta o jego pomocy w ich kultystycznych sprawach to nie omieszka się odwzajemnić.
- Tylko Akademia to całkiem sporo budynków. Musiałbyś jakoś to ograniczyć do jednego pomieszczenia, albo chociaż jednego budynku, piętra i tak dalej. Wiesz, im dokładniejszy adres tym lepiej. Bo niezbyt nam przeszukiwać cały kompleks. Jak idziemy na robotę to na dokładny adres. No i wiemy czego się spodziewać. Co może być za łup. Właściwie to czego tam szukasz? - Burgund doprecyzowała co jest im jako włamywaczkom i oszustkom potrzebne “na robocie”. Tylko jak nie chodziło o mieszki z monetami czy kosztowne precjoza jakie jumały zazwyczaj to wolały wiedzieć czego by miały szukać.
- Dziękuje, wiedziałem że mogę na was liczyć. Raczej nie będzie to zwykły przedmiot - odparł czarodziej, trochę zawstydzony że sam nie do końca wiedział jak wygląda poszukiwany artefakt. Prawdopodobnie jest w magazynie, ale potrzebuje jeszcze trochę czasu by wybadać sprawę. Albo wskaże wam dokładne miejsce i cel, albo wybralibyśmy się razem, bo ja raczej to wyczuje gdy będę dość blisko - skinął głową, bawiąc się zawieszonym na szyi amuletem.
- Ale to nawet jakbyśmy poszli razem to przecież nie możemy łazić od drzwi do drzwi, piętro po piętrze. Musiałbyś coś mieć aby, że tak powiem wiedzieć w które drzwi zapukać. Wtedy można coś podziałać. A takie szukanie igły w stogu siana to kiepski pomysł. - Łasica pokręciła swoją rudą głową na znak, że ogólnie mogą być chętne aby wspomóc kolegę w takim zaszczytnym celu ale praktyka włamywaczek podpowiadała im, że jednak wcześniej trzeba by mocno zawęzić obszar poszukiwań takiego artefaktu.
- Dokładnie, pracuje nad zawężeniem miejsca poszukiwania, dużą cześć Akademii już wyeliminowałem… myślę, że za parę dni będę miał już solidny ślad. A i może z tego coś cennego by się znalazło dla was - przytaknął mag, jednocześnie zauważając, że pozostałe dziewczyny już wracają. Ciekawe, czy planują dzisiaj jedną z tych swoich orgii?
- No to jakbyś coś miał to daj znać. Jakieś pomieszczenie, może kilka obok siebie można sprawdzić ale całe piętro czy budynek to za dużo. - Łasica rzuciła jeszcze szybko obiecując swoją pomoc o ile będzie jakiś dokładniejszy ślad ale też już dała znać pozostałym aby się uciszyli. Chyba wszyscy byli ciekawi co wyszło z tej wspólnej kąpieli obu ich koleżanek. Słychać było zbliżające się kobiece głosy i śmiechy. Więc chyba poszło dość dobrze. Po chwili drzwi otwarły się i do środka weszły Soria grzecznie i szarmancko przepuszczona w drzwiach przez Fabienne a po niej sama Bretonka.
- Muszę wam powiedzieć moi drodzy, że z Fabi to pierwszorzędna służka i łaziebna. Naprawdę mogę wam ją polecić z czystym sumieniem. - powiedziała Soria wracając na swoje miejsce. Tonem jakby dawała referencje co do usług czy wyrobu jakie sama miała okazję sprawdzić i przypadły jej do gustu.
- Oh, to była czysta przyjemność. Polecam się na przyszłość. - bladolica Bretonka też wróciła na swoje miejsce ale słowa herolda widocznie sprawiły jej sporą przyjemność. Wyglądały na odświeżone i w wyśmienitych humorach. Ale tak jak wcześniej, w tych samych sukniach. Tylko włosy jeszcze były ciemne od wilgoci co zdradzało, że brały kąpiel albo chociaż myły samą głowę. O ile dla Sorii nie była to żadna przeszkoda to jednak żona morskiego kapitana bardziej musiała dbać o pozory. Ich przyjazny i wesoły nastrój udzielił się towarzystwu bo dziewczęta też zareagowały podobnie.
- Ominęło nas coś ciekawego? - zapytała Soria wodząc swoim przyciągającym uwagę wzrokiem po reszcie towarzystwa.
Joachim przyglądał się dziewczynom z zainteresowaniem, to co się tutaj działo albo mogło się dziać mogło być......interesujące. Próbował wyczuć sytuację, czy był nadal mile widziany.
W nocy miał zamiar spróbować trochę poobserwować gwiazdy, ostatnio nie miał ku temu czasu. Może odczyta jakieś wskazówki na temat artefaktu w Akademii i tego na ile powinien wciągać w tę sprawę inne osoby. Następnie miał się spotkać z Tobiasem i Philippem, więc dobrze było opracować strategię w tym zakresie.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto ledwo powstrzymał się przed śmiechem zadowolenia. Te cudowne istoty wiedziały co nadchodzi, czuły postęp kultu. Musieli jednak poczekać, pora na ich wyzwolenie przyjdzie, kiedy zbiorą wszystkie artefakty.
Postanowił zająć się Mariką, najlepiej pozbyć się jej z tego miejsca nim stanie jej się krzywda.- Dzień dobry, Mariko. Podoba mi się twój nowy wystrój. Proszę, dziecko udaj się do swego pokoju. W nagrodę zabiorę cię do córy Pajęczej Królowej. - mówił w miarę cicho, na tyle, aby jedynie kobieta go słyszała - Jest w mieście, ma piękny długi ogon i ręce, które dostarczą ci wszystkich przyjemności, których byś zapragnęła. Udaj się do pokoju, a przedstawię cię jej na dniach.
- Tak? - naga pacjentka prezentowała się całkiem ciekawie dla kogoś kto lubił młode, kobiece wdzięki. A sama zdawała się nie zważać albo nie dostrzegać swojej nagości. Za to słowa jednookiego zaciekawiły ją. Bo przez chwilę po prostu stała i obserwowała go z zaciekawieniem w ogóle nie zważając na ten harmider i awanturę jaka się rozgrywała ledwo parę kroków dalej.
- Nie lubię tego starego stroju. Drapie i jest brzydki. Chciałabym coś ładnego i kolorowego. - powiedziała bez sprzeciwów przechodząc przez pogrążoną chaosem stołówkę i kierując się do wyjścia. Mówiła jakby rozmawiała z kolegą z jakim właśnie można porozmawiać. Gdy wyszli na korytarz zrobiło się dużo ciszej a z każdym kolejnym krokiem harmider cichną za ich plecami. Słychać było klaskanie bosych stóp pacjentki po posadzce. A ona sama mówiła dalej.
- Znasz Pajęczą Królową? Słyszysz ją? Bo ja nie zawsze. Ale jak czasem mi się śni. I jest taka piękna! Chciałabym ją poznać i jej służyć! I kochać się z nią! - westchnęła z rozmarzeniem jakby opowiadała jakiś cudowny i najpiękniejszy sen który miała nadzieję, że się może ziścić.
- I znasz jej córę? Możesz mnie do niej zaprowadzić? Oj tak! Tak bym chciała! Proszę Otto zaprowadź mnie do niej! Ona na pewno zna naszą królową i może nas do niej zaprowadzić! I ma ogon? O to ciekawe. Takie siostry z ogonami, rogami, piersiami, łuskami też mi się śniły. Pajęcza Królowa je lubi i one jej służą i pomagają. - Marika nie stawiała oporu a nawet można było powiedzieć, że poszła na pełną współpracę. Wydawało się, że rozmowa pochłonęła ją na tyle, że przestała zwracać uwagę na resztę. Nawet jak któryś z mnichów przebiegł ze zwojem liny mijając ich korytarzem i wybałuszył oczy ze zgrozy i zdumienia na widok kroczącej środkiem korytarza naguski. Przeżegnał się i minął ich biegnąc w stronę stołówki. Zaś dwójka rozmówców doszła do cel w jakich ostatnio przebywała Marika jako rezultat kary za ostatnie lubieżne zachowanie w zeszłym tygodniu.
- Nie lubię tego miejsca. Nikt mnie nie odwiedza. Jestem tu sama. Nie mam nic do zabawy. I te głupie, brzydkie, drapiące ubranie. Nie lubię go. - humor pacjentki się skwasił gdy dojrzała gdzie się znaleźli i widocznie nie przepadała za tym miejscem.
- Wiem, też za nim nie przepadam. Uwierz mi, nie będziesz tu zawsze. Ja i moi przyjaciele pracujemy, aby zapewnić tobie i innym tu bezpieczne miejsce w mieście. Tylko ciiii… - zasłonił usta jednym palcem - To niespodzianka. Nowego ubrania, nie mogę ci dostarczyć, ale nie widzę problemu, abyś tak siedziała w swym pokoju. Mnisi po prostu dawno nie widzieli kobiety tak pięknej jak ty, więc nie wiedzą co ze sobą zrobić. A co do gości… - uśmiechnął się - Chcę, abyś zapamiętała dla mnie imię, dobrze? Soria. To córka Pajęczej Królowej. Jeżeli uda mi się, zaprowadzę cię do niej. W pięknej sukni. A teraz czekaj tu grzecznie i śnij o pięknej Sorii i cudownych, niegrzecznych rzeczach, które razem zrobicie. - Otto zamknął celę kobiety i ruszył z powrotem do jadalni.
- No dobrze, tak zrobię. Soria? Ładne imię. Tajemnicze. I mogę zostać bez ubrania? To cudownie! Nie lubię tych szarych szmat! I dobrze, jak dla Sorii to poczekam dla niej! I dziękuję ci Otto, jesteś najmilszy z nich wszystkich! - młoda pacjentka rozpogodziła się jakby uważała, że te niedogodności to już tylko chwilowo i wkrótce czeka ją lepsze życie z Sorią, Pajęczą Królową i całą resztą wspaniałości. Na koniec uściskała swojego wybawcę, pocałowała go w policzek i sama weszła do swojej celi machając mu jeszcze na pożegnanie przez małe okienko w drzwiach celi. I chyba faktycznie nie zamierzała się w nic ubierać. W każdym razie tak ją zostawił w tej celi.
Otto westchnął i wrócił do jadalni starając się ocenić szkody i gdzie jego pomoc się jeszcze przyda.
W stołówce sytuacja się zasadniczo nie zmieniła. Co zapowiadał już harmider słyszalny na korytarzu jeszcze zanim otworzył drzwi. Zaraz za nimi natknął się na grupkę z Anniką w roli głównej. Jego kolegom udało się jakoś związać jej nadgarstki z przodu. Ale resztę ciała dziewczyna miała swobodną i korzystała z tego bez skrupułów walcząc jak pojmana lwica. Dwóch mnichów z trudem ją przytrzymywało za ramiona siłując się z nią i powoli zdobywali teren w postaci wleczenia jej w kierunku drzwi na korytarz. Po to aby ją pewnie zamknąć w odosobnionej celi tam gdzie Otto dość gładko udało się umieścić Marikę. Andreas zaś był tym trzecim w komplecie jaki się z zmagał z upartą pacjentką. Akurat jak wszedł Otto to dostał od niej kopniaka w brzuch więc poleciał do tyłu ze dwa kroki zanim wyłożył się na podłodze jak długi.
Za tą grupką George dalej leżał zwinięty w kłębek na stole i chyba tu się niewiele zmieniło odkąd młody pomocnik z jednym okiem wyszedł ze stołówki z Mariką. Zaś Torn siał spustoszenie jak rozjuszony buhaj młócąc bez opamiętania zarówno pacjentów jak i obsługę, kto mu tam podpadł pod pięści i kopniaki. Zza zasłony stołów nie widać było co się dzieje z Vigo i tym mnichem jaki tam upadł razem z nim po oberwaniu ławą Thorna.
Otto westchnął. Z Anniką dadzą sobie już chyba radę, zostało więc "obłaskawienie" Thorna.
Podszedł do rozjuszonego mężczyzny, zrzucając szatę, pozostając w samych spodniach. Jego ciało było pokryte dość przykrymi bliznami, nie licząc oczywistej na twarzy. Wziął głębszy oddech.- THORN! - zbliżył się do wściekłego mężczyzny bez strachu - Uspokój się, albo wsadzę ci ławę tak głęboko w zad, że będziesz kaszlał drzazgami! - spokojne podejście nie miało sensu, Thorn jest tak pochłonięty rządzą krwi, że trzeba albo mu ją fizycznie wybić z łba, albo pokazać, że jest się straszniejszym od niego.
Otto minął szamoczącą się ze sobą czwórkę. Słyszał jak rozjuszona Annika szarpie się i zduszonym głosem przeklina ich wszystkich obiecując, że ich dorwie i poderżnie im gardła. Stopniowo jednak przewaga liczebna robiła swoje i cała grupa była coraz bliżej drzwi na korytarz. Co tam dalej się działo to młodzian zostawił za swoimi plecami przechodząc przez stołówkę i zbliżając się do Thorna jaki był właśnie zajęty punktowaniem twarzy jednego z pacjentów. Spojrzał na niego spod byka wciąż nie puszczając swojej ofiary i chwilę mierzyli się wzrokiem.
- My tu sobie tylko rozmawiamy grzecznie. Nie wtrącaj się. - warknął do niego pacjent gdy już oszacował wzrokowo z kim ma do czynienia. Otto nie był tak postawny jak koledzy ze zboru jak choćby Silny czy Egon. Ale do ułomków też nie należał. Thorn wydawał się nieco masywniejszy od niego ale nadal wydawali się mieć dość zbliżone do siebie rozmiary co było istotne gdyby doszło do bitki. Wydawało mu się, że na chwilę Thorn się zawahał zanim odpowiedział ale widocznie nie na tyle aby zaprzestać swojego zajęcia.
Otto chwycił nadgarstek mężczyzny, kiedy ten przymierzał się do kolejnego ciosu. Tym razem nie krzyczał, jego głos był spokojny i zimny.
- Thorn, jesteś pacjentem. Więc, nie mogę cię skrzywdzić… nieodwracalnie. - to mówiąc ścisnął mocnej nadgarstek mężczyzny - Rozumiesz?
Przez chwilę wydawało się, że Thorn po prostu go trzaśnie. Spojrzał w dół na trzymany nadgarstek i z bliska Otto widział jego rozdymane wściekłością nozdrza i przekrwione oczy przepełnione rządzą krwi, zniszczenia i mordu. Mierzyli się spojrzeniami jakby pacjent liczył na to, że opiekun zmięknie i odpuści. Gdy ten przetrwał ten pierwszy moment przez chwilę nie było widać żadnej zauważalnej reakcji. Ale wreszcie coś się zaczęło dziać.
- To tylko zwykły kanciarz. Obiecał mi kasę a nic mi nie dał. No to mu się należy łomot nie? Co będzie oszukiwał porządnych ludzi nie? - odezwał się dalej trzymając w garści pobitego pacjenta. Ten akurat był dość porywczy w gadaniu i gadał co mu ślina na język przyniesie. A, że czasem gadał zbyt niestworzone albo niecne rzeczy to podejrzewano podszepty złego więc umieszczono go w hospicjum na obserwację. Raczej nie bywał agresywny i nie sprawiał kłopotów no ale być może jak się rozpędził to mógł coś obiecać czy naopowiadać Thornowi a może i nie. Obecnie Thorn nie wyglądał aby potrzebował jakiegoś dużego pretekstu aby przylać komukolwiek.
- Naprawdę? A wiesz, jak mało mnie to obchodzi? Puść go teraz i do lazaretu, będzie musiała pójść jedna osoba mniej. - Otto, nadal nie puszczał nadgarstka Thorna. Będzie musiał później porozmawiać z nim i z Anniką - Puszczaj! - to ostatnie brzmiało jak komenda do psa.
Przez chwilę Thorn mierzył go złym spojrzeniem jakie nie obiecywało nic dobrego. Ale w końcu wzruszył ramionami i puścił drugiego pacjenta. - Dobra, dobra, tylko rozmawialiśmy. Taka przyjacielska rozmowa nie? - powiedział kopiąc na pożegnanie puszczonego kolegę w żebra. Ten załkał boleśnie ugodzony ale widocznie był zbyt zmęczony aby zrobić coś więcej.
- Dobrze, teraz udasz się do swojego pokoju i poczekasz tam na mnie. Chcę cię czegoś nauczyć. Nie martw się, spodoba ci się. - podniósł swoją szatę i wrócił do Andreasa sprawdzić jak idzie jemu i reszcie z Anniką.
- Dobra co mi tam i tak mi się tu zaczynało nudzić. - Thorn wzruszył ramionami i obojętnie ruszył w kierunku wyjścia na korytarz. A Andreasa i Anniki już nie było widać. Więc musieli wydostać oporną pacjentkę na korytarz. Przez co zrobiło się na stołówce nieco spokojniej jak dwa ogniska największego zamieszania znalazły się za drzwiami.
Otto kiwnął głową i podszedł do Georga, sprawdzić jak czy nie potrzebuje bardziej naglącej pomocy.
- George? Jak się trzymasz?
Pacjent wyglądał dość mizernie. Leżał zwinięty w kulkę na stole tak jak upadł przez co już wydawał się być bezbronny i słaby. Do tego obwiązana opatrunkami głowa, inne wystające spod koszuli jakie założono mu po zeszłotygodniowej bójce też nie poprawiały mu wizerunku. Podobnie jak gorączkowe ni to łkanie ni mamrotanie pod nosem. George wydawał się nie zwracać uwagi ani na Otto ani na całą resztę awantury w stołówce. Ale chyba jakiś umierający to nie był, w każdym razie na koszuli czy stole nie było widać świeżej krwi z nowych ran. To grzmotnięcie w plecy rzuconym stołkiem jednak mogło go w jakiś sposób uszkodzić.
- Spokojnie, będzie lepiej. - delikatnie pogłaskał pacjenta po głowie i ruszył na poszukiwania Vigo. Jeżeli jego stan zdrowotny jest tak słaby, może uda się przekonać nadzorców na wypuszczenie go do zbadania przez Sigismundusa.
Vigo i jego opiekuna znalazł pod ścianą. Widocznie tam zdołał kolega odciągnąć pacjenta. Widząc zbliżającego się Otto machnął do niego dłonią.
- Ale mnie trzasnął. Oh! Moje plecy… - wyjęczał boleśnie trafiony przez Thorna pielęgniarz. Chyba mimo to dał radę odciągnąć Vigo poza zasięg spustoszenia jakie przed chwilą siał Thorn ale tu jego siły się wyczerpały. Leżał obok swojego pacjenta. Ten zaś dyszał ciężko i chrapliwie. Wpatrywał się w sufit niewidzącymi oczami. Czoło miał rozpalone a pot błyszczał mu niezdrowo na skórze. Wydawał się być o krok przed Bramami Morra.
- Nie wygląda dobrze. - skomentował Otto - Ty też miałeś lepsze dni. Słuchaj zajmijcie się wszystkim tutaj, Thorn i Marika są już chyba w swoich celach. George jest ogłuszony na stole. Vigo potrzebuje opieki, a ty nie jesteś zbytnio przy zdrowiu, aby mu konkretniej pomóc. Zabiorę go do Sigismundusa w mieście, znamy się. Wyjaśnie co się stało i postaramy się mu pomóc. Jakby co biorę wszystko na siebie. - Otto spróbował podnieść Vigo i ruszyć z chorym.
- Dobra, dobra… - kolega machnął ręką ale Otto nie był pewien czy zrozumiał co do niego mówił. Wyglądał na mocno obolałego. Sam Vigo nie stawiał oporu. Ale był to jednak spory balast do dźwigania bo był kompletnie bezwładny. Otto zdał sobie sprawę, że długo go tak nie da rady nieść samodzielnie. Przydałby się ktoś do pomocy albo jakieś nosze czy inny środek transportu. Na razie jednak dał radę wywlec Vigo z ogarniętej chaosem stołówki hospicjum na korytarz. Jak chciał z nim wyjść na zewnątrz to musiał minąć te cele z pacjentami a potem recepcję na jakiej ktoś powinien chyba siedzieć.
Otto westchnął, będzie musiał poprosić kogoś, aby zawiózł jego i Vigo do miasta. Podniósł chorego i ruszył z nim dalej. Gdy dotarli do recepcji zaczął się rozglądać za pomocą.
Na recepcji zastał Marcusa, jaki wydawał się zabiegany i roztargniony. W końcu nawet tutaj docierały odgłosy awantury jakiej sercem była stołówka ale objęła ona też chyba sporą część hospicjum. Słychać było krzyki, tupot nóg, odgłosy szamotaniny i dzikie wrzaski. Nawet jeśli nieco wytłumione przez ściany i korytarze. Kolega spojrzał na wychodzącego z korytarza kolegę dźwigającego gorączkującego i chwiejącego się pacjenta.
- Po co go tu przyprowadziłeś!? Zabierz go do celi albo lazaretu, ale nie tutaj! - krzyknął roztargnionym tonem Marcus niezbyt rozumiejąc po co aż tutaj Otto przywlókł tego pacjenta.
- Jego stan się pogarsza, a nasz aptekarz zarwał ławą. Zabieram go do Sigismundusa. Będziesz w stanie załatwić nam wóz? - Otto posadził Vigo na posadzce - Sytuacja w jadalni już zarzegnana.
Kolega z recepcji spojrzał na niego z powątpiewaniem. Zawahał się na chwilę. Spojrzał znów na korytarz jakim przyszli i chyba sprawdzając czy ktoś jeszcze tam nie idzie albo jak tam to po prostu wygląda. Ale akurat nikogo więcej nie było w zasięgu wzroku i słuchu. Poza nieco zniekształconymi dźwiękami awantury w głębi budynku.
- Nie mamy wozu. Jeszcze w Festag i to taki? Wątpię. I nie mam kogo posłać. Normalnie to na końcu ulicy stoją jakieś dorożki to tam spróbuj, może ktoś będzie tam stał. - poradził w końcu Otto. W taki dzień jak dziś faktycznie mogło być krucho z dorożkami ale jak już to na placyku przy końcu ulicy może jakaś by stała. A przy tak skromnej obsadzie hospicjum jak dzisiaj to nie bardzo było kogo jeszcze posłać poza mury jak większość obsługi zmagała się z niesfornymi pacjentami.
- Jasne, przypilnuj go. Raczej nigdzie się nie wybiera, ale nie wiadomo. - Otto ruszył szukać dorożek. Miał nadzieję, że uda mu się kogoś wynająć do transportu.
Vigo jęknął boleśnie po czym rozkaszlał się nieprzyjemnie gdy Otto zmienił jego pozycję kładąc go obok recepcji. Po czym jednooki wyszedł na zewnątrz. Dojrzał dość szybko miejsce gdzie zwykle stały i miał na tyle szczęścia, że dwie z nich zajmowały swoje standardowe miejsce postojowe. Dorożkarz zgodził się na nowy kurs bardzo chętnie. Otto wrócił więc pod główne drzwi hospicjum na tylnej ławie pojazdu po czym znów znalazł się przy recepcji.
- Chodź Vigo idziemy do doktora. - Otto wciągnął chorego na swoje ramie - Mam nadzieję, że nie narzygasz w dorożce. Nie chce płacić więcej. - spojrzał na recepcjonistę - Wrócę, jak upewnię się, że jest stabilny. To, albo jutro. Zależy co przyjdzie pierwsze. - mnich zabrał Vigo do dorożki i usadził go delikatnie na siedzisku.
- Dobra, powiem Andriejowi. - skinął kolega za bardzo chyba nie mając ochoty na spoufalanie się z rozgorączkowanym i kiepsko wyglądającym pacjentem. Zwłaszcza jak od dłuższego czasu wiadomo było, że jego stan się tylko pogarsza i chyba wszyscy spodziewali się, że powinien wkrótce kopnąć w kalendarz.
- A ten co? Pijany czy chory? - zagaił dorożkarz gdy zorientował się, że klient nie wrócił sam do dorożki. Też za bardzo chyba nie miał ochoty wozić kogoś tak ciężko chorego. I pewnie dlatego został na swoim koźle. A jak Otto zajął swoje miejsce to zapytał dokąd ma ich zawieźć po czym ruszył przed siebie przez ogarnięte popogrzebową żałobą miasto.
- Jesteśmy w hospicjum, jak sądzisz? - Otto spojrzał na Vigo i westchnął, pokierował dorożkarza, aby ruszył do przybytku Sigismundusa. Zostawi tam Vigo, jak upewni się, że ich cyrulik będzie w stanie ustabilizować chorego. Następnie będzie musiał udać się do Priory, będzie musiał ustalić kilka rzeczy z Sorią, poszuka też Łasicy (znając tą rozpustnice znajdzie ją między nogami Sorii)., aby przekazała Starszemu i Merdze, że chce się z nimi spotkać. Sytuacja w hospicjum może przerodzić się w kłopoty dla zboru. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 17 - 2519.07.04; wlt; popołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa
Czas: 2519.07.03; fst; popołudnie
Warunki: loszek Pirory, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, łag.wiatr, chłodnoJoachim
Wyglądało na to, że żeńska część zboru spod wężowego patronatu nie jest koledze nieprzychylna co co dalszej jego gościny. A jak się okazało humory dziewczętom dopisywały więc miały ochotę w pełni wykorzystać to spotkanie i zabawić się tak jak lubiły najbardziej. No a Joachim jak miał ochotę to mógł do nich dołączyć.
- Dziś możemy zabawić nieco dłużej bo spotkałyśmy się odprawiać modły żałobne na cześć naszej ukochanej księżnej - matki. Ale i tak nie możemy za bardzo zwlekać. - wyjaśniła mu Pirora gdy się towarzystwo w dobrych humorach zbierało z salonu i drugą klatką przeznaczoną dla służby zeszły na dół na parter. A następnie do piwnicy gdzie gospodyni miała urządzony swój prywatny loszek do ekskluzywnych i wyuzdanych zabaw.
- Sorio czy zechcesz nam patronować i władać podczas tych zabaw? - zapytała Averlandka pozornie zwykłej, młodej, śmiertelniczki. Ale jak to widział na własne oczy przy urokliwym zakątku albo nawet na plaży przy wrakowisku to na pewno nie była taka zwykła istota.
- Dobrze. Zgadzam się byście mi służyli. - zgodziła się Soria z dumą i godnością jakby chodziło o jakiś charytatywny patronat wielkiej pani nad jakimś szlachetnym przedsięwzięciem. Co dziewczęta przywitały z niekłamaną radością. Ale aby się nie zapomnieć Pirora ustawiła klepsydrę o długości jednego dzwonu aby zaznaczyć czas jaki mają na te zabawy. Później aby zachować pozoru musiały się jeszcze doprowadzić do porządku, wrócić do Gertrudy a potem rozejść jak na damy z towarzystwa przystało.
Wiedząc, że czas na przyjemnościach mija znacznie szybciej niż jakikolwiek inny dziewczęta zaczęły się pośpiesznie rozbierać i przebierać nie bacząc na obecność mężczyzny w swoim gronie. Poza Sorią która zasiadła na tronie jaki dominował pod jedną ze ścian i z lubością obserwowała widowisko na swoją cześć. Pirora przebrała się w gorset i pończochy oraz wzięła szpicrutę w dłoń. Pozostała trójka rozebrała się ze wszystkiego i z lubością założyły niewolnicze obroże na szyję. A potem zaczęła się zabawa na całego. Fabienne okazała się bardzo bezwstydna i bardzo uległa. Bez wahania spełniała wszelkie polecenia i zachcianki reszty towarzystwa albo z pokorą znosiła karę chłosty i poniżanie na jakie nie powinna się zgodzić żadna szlachcianka. A wydawało się, że jest w niej coś co prowokuje koleżanki aby ją poniewierać bez oporu.
- I jak Joachimie? Masz ochotę na troszkę bretońszczyzny? - zapytała wesoło Łasica gdy w pewnym momencie przyprowadziła mu na smyczy panią van Mannlieb posłusznie czworaczącą przy jej nogach. I mimo całkiem różnych ról każda z nich wydawała się być jednakowo podniecona i usatsyfakcjonowana.
Zabawa już rozgrzała się na dobre gdy przyszła jedna ze służek gospodyni i coś jej powiedziała na ucho. - Niech tu przyjdzie jak się nie wstydzi. A jak wstydzi to niech poczeka w korytarzu. - odparła rozbawiona blondynka. Służka skinęła głową i wyszła z loszku. - Otto przyszedł. - oznajmiła koledze i koleżanką. Spojrzała na klepsydrę i minęła już z połowa czasu przeznaczonego na zabawę.
Otto
Jednooki bez większych przeszkód zawiózł Vigo do apteki Sigismudnusa. Tam już sam aptekarz i Strupas pomogli mu go zdjąć z tej dorożki i przenieść na zaplecze apteki. Właściwie to do piwnicy, do jednej z cel w których gospodarz trzymał swoje obiekty do badań.
- Zobacz Loszka kto nas odwiedził. Poznajesz go? To Otto, nasz przyjaciel. Był z nami w tej cudownej jaskini gdzie znaleźliśmy błogosławione dary od naszej patronki. - Sigismundus jak chciał to potrafił być bardzo jowialnym i kochanym wujaszkiem. A zwracał się do ciemnowłosej kobiety jak do małej dziewczynki. Jednak jej umysł zdawał się być w strzępach i odkąd Otto ją poznał wydawała się być nie do końca świadoma tego co się dookoła niej dzieje i co to właściwie znaczy. Ale wyszła ze swojej celi zaciekawiona zbiegowiskiem i głosami. Zmrużyła oczy jakby próbowała się skoncentrować na słowach aptekarza lub przypomnieć czy zna skądś byłego mnicha. Czy do czegoś doszła to ten nie był pewny ale uśmiechnęła się łagodnym choć niezbyt rozumnym uśmiechem.
- Loszka robi postępy. Już nie ucieka ani nic. Dumnie podjęła się swojej zaszczytnej roli. Widzisz? Już nie musimy jej zamykać ani przykuwać. A też nie ucieka. Oh! Żeby Merga już przetłumaczyła te zwoje! Oby nie zapomniała. Jak mówiła, że za parę dni ma wracać do Norsci. - następnie gospodarz pochwalił się jej postępami zupełnie jak rodzic swoją utalentowaną córką czy nauczyciel uczennicą. Ale cierpiał katusze niecierpliwości związane ze zwojami jakie dostarczył rogatej wyroczni. Jednak dopiero wczoraj wieczorem więc raczej nie było co liczyć na szybkie postępy.
- Nie to co tamta. Zobacz! Ugryzła mnie dziś rano! - garbus śmierdział z bliska jak zwykle. Ale poskarżył się na drugą kobietę w sąsiedniej celi pokazując ślady pewnie jej zębów na swoim nadgarstku. Za kratami widać było niewielką celę, z rozłożoną pryczą a na niej młodą kobietę. Leżała prawie bezwładnie a do obręczy wmurowanej w ścianie biegła lina uwiązana do jej szyi.
- No. I się darła. Musieliśmy jej dać ziółka aby ją uśpić i nie robiła kłopotów. Żadnej wdzięczności. A przecież stanie się krokiem milowym w dziejach tego miasta. Jak tylko Merga przetłumaczy zwoje. Wtedy napełnimy ją nasieniem Oster. I będzie mogła dać nowe, cudowne, błogosławione życie. - aptekarz popatrzył zniesmaczony na ledwo przytomną kobietę na pryczy. I wydawał się zdegustowany jej oporem i protestami. W końcu to była ta sama dziewczyna jaką niedawno przy pomocy podziemnych zwierzoludzi pojmali z obozu bogobojnych pielgrzymów.
- No a tego tu po co przywiozłeś? Piękny okaz. Dojrzały. Ale dogorywa. Może paść w każdej chwili. Jutro czy pojutrzo pewnie kopnie w kalendarz. Nie sądzę aby dotrwał do Marktag. - machnął na to ręką i zapytał o Vigo jakiego we trzech przenieśli z dorożki do piwnicy apteki. Na parterze niezbyt było gdzie go zostawić bo tam były te oficjalne magazyny i komórki aptekarza jakich nie musiał się wstydzić ani obawiać.
A potem wsiadł do tej samej dorożki i pojechał na Plac Targowy a następnie wjechał w Bursztynową i tam zatrzymał się przed 17-ką. Wysiadł, otworzyła mu jedna z młodych służek Pirory. Ale nie widywał jej na zborach. Zaprosiła go do środka i tam zastał starszą kobietę o surowym wyglądzie. Oraz wesołego mężczyznę w jego wieku. Oboje zdawkowo się z nim przywitali gdy Kristen poprosiła aby tu zaczekał a sama wyszła z małego pokoju na parterze. Więc Otto mógł przez chwilę posłuchać tej przerwanej opowieści mężczyzny. Ten należał do służby gospodyni i miał niesamowity dar opowiadania. Właśnie barwnie i ze swadą opisywał jak to służył jako strażnik świątynny w jakiejś świątyni w Reiklandzie i brzmiało to równie niesamowicie jak niedorzecznie. Jakby strażnicy świątynni mieli najbarwniejsze i najciekawsze przygody na świecie. A ten na pewno. Ale słuchało się tego jak przedniej opowieści, miał chłop dar do snucia wspaniałych opowieści aż szkoda było przerywać. Ale wróciła Kristen.
- Panienka prosiła abyś zabrał tą paczkę co przygotowała. - poleciła mu jakby był jakimś sługą kogoś zamożniejszego od siebie albo kurierem. O żadnej paczce z Pirora nie rozmawiał ale zapewne nie o to wcale chodziło. Dało mu pretekst aby wyszedł z kuchni i poszedł za służką na zaplecze parteru.
- Panienka ma gości. Na dole w loszku. Prosiła aby przekazać, że jak ci to nie przeszkadza to zaprasza na dół do zabawy. Ale jeśli wolisz to możesz poczekać tutaj aż skończą. - poinformowała go służka co zdecydowała jej pani.
Jak się zdecydował aby jednak odwiedzić koleżanki ze zboru podczas ich zabaw to miał okazję naocznie się przekonać jak to wygląda. Kristen przyprowadziła go na dół i tam zastał całkiem sporo znajomych.
- Witaj Otto. Co cię sprowadza w moje skromne progi? Właśnie odprawiamy modły żałobne i pokorne na cześć naszej księżnej-matki. - zagaiła nieco zdyszana i rozgrzana zabawą młoda Averlandka. Była ubrana w sam gorset, wysokie buty a w dłoni miała spicrutę. I właściwie niewiele więcej miała na sobie. Poza nią był jeszcze Joachim. Zaś na tronie pod ścianą królowała Soria. W bardzo lubieżnej i wyuzdanej pozie. Zaś między jej udami faktycznie uwijała się ta ladacznica Łasica. Widział głównie jej nagie tylne wdzięki a na nich mieniący się w oczach symbol jej patrona jaki ponoć obdarował ją zimą za uwolnienie Mergi. Poza tym jak dobrze widział to łotrzyca chyba miała na sobie tylko obrożę jakiej smycz władczo trzymała Soria. Zresztą właściwe bez potrzeby bo liderka wężowego kultu okazywała pełne zaangażowanie i współpracę podczas tej zabawy. Ale odwróciła się na chwilę w jego stronę aby zobaczyć kto przyszedł i pozdrowić go krótkim skinieniem niebieskiej głowy i psotnym uśmiechem.
A z drugiej strony widział panią von Mannlieb. Wyglądała całkiem inaczej niż rano jak ją na chwilę widział po mszy. Wtedy ubrana była jak na żałobniczkę przystało. W długą do samej ziemi, żałobną, czarną suknię i czarny kapelusik z czarną woalką. Idealna wdowa czy żałobniczka. Teraz niewiele z tego zostało. Właściwie poza niewolniczą obrożą nic więcej na sobie nie miała. Za to wisiała podpięta za nadgarstki pod sam sufit tak, że ledwo sięgała palcami stóp podłogi. Knebel blokował jej krzyki a sądząc po szpicrutach w dłoniach Pirory i Burgund oraz czerwonych pręgach na ciele skrępowanej to chyba właśnie we trzy oddawały się tej bolesnej przyjemności.
- Już niedługo kończymy. Musimy się jeszcze ogarnąć zanim się pokażemy reszcie świata. Ale jeśli masz na coś ochotę to zapraszam. - Pirora jak przystało na gospodynię zaprosiła kolegę do zabawy. Ale wskazała na klepsydrę. Jeśli zabawa miała trwać tyle co do jej końca to zostały jeszcze jakieś dwa pacierze.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Pączkowa; karczma “Pod jabłonią”
Czas: 2519.07.04; wlt; popołudnie
Warunki: główna sala, jasno, ciepło, gwarno ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, nieprzyjemnieJoachim
- A tu jesteś. - Tobias uśmiechnął się gdy dojrzał kolegę przy jednym ze stołów i podszedł do niego. Po czym zdjął swój barwny i finezyjny beret z piórkiem, odwiesił go na kołek i sam usiadł naprzeciwko niego. W tym lokalu dominowały niziołki w obsłudze więc dania były takie, że palce lizać. Któryś z przedstawicieli tego niskiego ludku podszedł do nich aby zebrać zamówienie więc jak poszedł mogli się przywitać.
- To byłeś wczoraj na mszy? Widziałeś jakie zbiegowisko? Mam wrażenie, że nasza czcigodna zmarła księżna ma teraz więcej przyjaciół i zwolenników po śmierci niż za życia. - zaśmiał się ironicznie guwernant dorastających latorośli z dobrych domów. Przerwał bo niziołek który robił tu za kelnera przyniósł tacę ze smakowitymi pysznościami. Tobias jak należało na wzór dobrego wychowania podziękował mu serdecznie i poczekał aż się oddali.
- A jak ci wczoraj dzień zleciał? Mnie udało się porozmawiać z Kunzem. To instruktor strzelców i ogólnie prochu. Ćwiczy milicję, marynarzy i żołnierzy okrętowych w strzelaniu z takiej broni. Także kadetów na oficerów albo indywidualnie. Starał się go jakoś nakierować na wiadome ci tory. Ale nie do końca mi sie to udało. Albo nie wiedział albo nie zrozumiał aluzji prostak jeden. W gruncie rzeczy to prostak chociaż ma już swoje lata to ma maniery zwykłego bosmana czy sierżanta. Wino, dziewczynki i spanie. - Tobias dał znak, że nie ma o owym instruktorze zbyt dużego mniemania. Z drugiej strony Joachimowi trochę trudno było sobie przypomnieć aby o kimś wychowawca i nauczyciel miał dobre mniemanie.
- Jednakże dowiedziałem się, że proch trzymają w magazynie przy rzece na północ od placu apelowego a broń strzelecką na południe. A jeszcze jakieś magazyny są pod głównym budynkiem, pod biurami skrybów, nauczycieli i administracji. No to nie wiem czy to to czego szukamy ale zawsze jest coś od czego można zacząć. Pewnie gdzieś w piwnicach. - guwernant zdradził koledze czego się wczoraj po mszy dowiedział podczas rozmowy z owym instruktorem strzeleckim z akademii. Przyznawał uczciwie, że nie jest pewny czy to to czego szukają no ale na razie z innymi tropami było trudno.
Sam Joachim miał wczoraj wieczorem niezbyt łatwe zadanie z tymi wróżbami. Niebo było tak w kratkę. Kłęby chmur na przemian zasłaniały niebo to wiatr je zwiewał i gwiazdy z księżycami znów były widoczne ale nie jako całość. Tylko jak dziury w chmurach przez jakie było widać nieboskłon. Później znów się te chmury przemieszczały więc było to dość uciążliwe do obserwacji.
Wyniki zaś nie były jednoznaczne. Ale zastanawiające. Silnie świeciła Gwiazda Uroku. Zwykle symbolizowała magię i tajemnicę ale też odwagę i śmiałość. Dobrze była też widoczna czarna pustka Vobisa Ulotnego, bezgwiezdny obszar emanujący ciemnością. Ten znak symbolizował ciemność i niepewność. Uważano go za oznakę szaleństwa a dzieci urodzone pod tym znakiem miały być nerwowa i podatne na podszepty złego. A gdy chmury nie zasłaniały to także silnie świeciła Gwiazda Wieczorna. Ona z kolei patronowała iluzji i tajemnicy. Wszystkie znaki były powiązane z czymś magicznym, niepewnym, tajemniczym lub zwodniczym. Raczej więc nie uznawano tego zwykle za pomyślne znaki co do jakichś przedsięwzięć. A przynajmniej zwiastujące mocno niepewny wynik. Z drugiej jednak chodziło o artefakt związany ze Zmieniającym Drogi, znanym ze swojej zwodniczej i zmiennej natury a także patronującemu wiedzy i magii.
- No w każdym razie ja jutro będę w Akademii po te pomoce naukowe do nawigacji. To raczej będę w tym głównym budynku ale nie wiem czy znajdę pretekst czy okazję aby sobie tam pozwiedzać. - przyznał guwernant zajadając się apetycznym rogalikiem na słodko. Czekał czy kolega ma coś do powiedzenia w tej sprawie. W końcu obaj poświęcili się temu samemu patronowi jaki nie był najpopularniejszym w ich zborze. Zwłaszcza jak Merga miała w najbliższych dniach ich opuścić i wrócić do Norsci. A rogata, fioletowoskóra wyrocznia też obrała sobie za patrona tego co i oni. No i miała autorytet porównywalny ze Starszym.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; kryjówka Mergi
Czas: 2519.07.04; wlt; popołudnie
Warunki: główna sala, jasno, ciepło, gwarno ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, nieprzyjemnieOtto
Wczoraj o tyle szczęscie mu dopisało, że u Pirory zastał nie tylko ją samą oraz Sorię ale nawet obie Łotrzyce. Co mu znacznie pomogło omówić parę spraw na raz. Zwłaszcza jak zastał je w trakcie zabawy pod pretekstem modłów żałobnych za księżną - matkę więc wszystkie były w dobrych nastrojach i pogodnie nastawione. Spotkać się ze Starszym i Mergą? Czemu nie! Z wyrocznią było to o tyle proste, że najczęściej przebywała w swojej kryjówce pod zrujnowaną wieżą. No ze Starszym poza zborami to już było nieco trudniej ale Łasica obiecała, że się postara. Bo też miała do mistrza zboru sprawę. Ale też i do Otto.
- No widziałam po mszy, że ty się nieźle dogadujesz z tymi klechami co? A możesz nam tam załatwić jakąś wejściówkę? Chciałybyśmy się tam rozejrzeć. Najlepiej to bez świadków no albo z tobą jako przyzwoitką. Ale jak się nie da to trudno, coś będziemy myśleć jak już tam będziemy. - zagaiła go wczoraj niebieskowłosa łotrzyca z chytrym uśmieszkiem jakby planowała jeden ze swoich niecnych numerów.
Dziś od rana czekał go jednak pracowity dzień w hospicjum. Co było do przewidzenia bo dzi już był zwyczajny dzień więc wróciła standardowa liczba pracowników. I zastali po wczorajszym niezły bajzel. Mistrz Otokar chodził zniesmaczony tymi zniszczeniami i relacjami Adrewa i wczorajszej obsługi co tu się działo. Zaś większość pracowników, łącznie z Otto musiała sprzątać ten bałagan. Poustawiać z powrotem te wszystkie przewrócone stoły i ławy, pozmywać krew, wymiociny i całą resztę tego rabanu. Nawet zagoniono do pracy tych mniej chorych czy uszkodzonych pacjentów.
- Co za barbarzyńcy! Prymitywy! Kto za to wszystko zapłaci? Czy oni myślą, że to wszystko spada nam z nieba? Przecież to wszystko teraz trzeba naprawiać albo skądeś kupić. - mruczał niezadowolony szef tego przybytku. W sporej mierze fundusze hospicjum czerpano z dobrowolnych składek i charytatywnych darów więc na pewno się tu nie przelewało od majątku. Stąd też co się dało mnisi i pracownicy starali się naprawić lub wytworzyć własnoręcznie aby jakoś załatać ten mocno dziurawy budżet. Więc taka nagła potrzeba kupna nowych stołów, ław czy krzeseł, wyłamanych drzwi i takich podobnych uszkodzeń jakie powstały podczas wczorajszej rozróby na pewno uderzy po kieszeni. Albo trzeba było zrobić jak zwykle czyli co się da wykonać samemu lub poszukać jakiegoś dobrotliwego sponsora co użyczy takich rzeczy albo funduszy by to jakoś wyjść na prostą.
- Otto o co wczoraj chodziło z tym Vigo? Gdzie i czemu go wywiozłeś? - Mistrz Otokar jak dojrzał jednookiego mnicha wezwał go do siebie aby się dowiedzieć jak to było wczoraj z tym wywiezieniem jednego z bardziej schorowanych pacjentów. Od razu było widać, że z powodu tej wczorajszej awantury i strat jakie wywołała nie jest w wesołym nastroju. Na razie chyba nie miał żadnych podejrzeń co do zamiarów młodego mnicha ot chciał wiedzieć co, jak, i dlaczego zrobił wczoraj z Vigo.
Co do reszty pacjentów to było różnie. Thorn dalej był zamknięty w swojej celi. Dzisiaj wydawał się spokojny jak na niego. Z drugiej strony odkąd Otto zaczął tu pracować to zawsze były z nim jakieś kłopoty. Miał wybuchowy charakter i często wszczynał albo pakował się w jakieś awantury. Typ herszta bandy rozbójników. Więc dzisiaj wydawał się być spokojniejszy ale może dlatego, że zamknięty w pojedynczej celi niezbyt miał kogo zaczepiać czy wyładowywać swoją agresję.
Annika była cichsza i spokojniejsza. Głównie dlatego, że dziś głównie odsypiała wczorajsze pobicie i awanturę. Nos miała rozbity to jej mocno spuchł, wargi tak samo, napuchłe siniaki zniekształcały jej całkiem niebrzydką twarz. Ogólnie wydawała się czerpieć na osłabienie i wczorajszą szarpaniną oraz skutkami pobicia. Więc dziś głównie spała to przynajmniej nie sprawiała nikomu kłopotu.
Greg snuł się jak lunatyk. Był osłabiony jeszcze po bójce w zeszłym tygodniu. Dzisiaj więc było z nim tak średnio. Nie było z nim trudności ot jak sie go posadziło to siedział, podało jedzenie to jadł, zaprowadziło do celi to szedł i tak dalej. Jak go parę razy dziś widział Otto tu czy tam to jakoś nie wygłaszał płomiennych mów tak jak wczoraj gdy stał na stole i krzyczał póki nie oberwał w plecy stołkiem.
Najmniej poszkodowana z wczorajszej awantury wyszła Marisa. Jeśli gdzieś oberwała to niezbyt mocno. Więc dzisiaj mnisi zagnali ją do roboty. Do tego za swoje karygodne i lubieżne zachowanie z wczorajszego dnia musiała chodzić nie tyle w zwykłej koszuli czy habicie ale włośnicy. Co było bardzo nieprzyjemne i uciążliwe zwłaszcza jak się chodziło w niej cały dzień. Dzisiejsza Marisa wcale nie przypominała tej wczorajszej. Pokornie wykonywała wszystkie polecenia czyli głównie szorowała podłogi i schody będąc na kolanach, czworkach albo kuckach i szorując szczotką ten cały bałagan. Gdyby tą skromną, cichą, dziewczynę w włośnicy dzisiaj ktoś ujrzał zapewne trudno by mu było uwierzyć, że to ta sama lubieżnica co wczoraj zdarła z siebie ubranie i biegała nago krzycząc o pajęczej królowej. Chociaż jak w pewnym momencie ich oczy spotkały się to delikatnie się do niego uśmiechnęła.
Więc dzisiaj to się sporo napracował w hospicjum. I jak wracał przez miasto wciąż pogrążone w żałobie to czuł to w nogach i ramionach. Wczoraj bowiem Łasica poradziła mu aby po robocie przyszedł pod zrujnowaną wieżę. Merga powinna być. A Starszy no to się zobaczy. Jak tam dotarł, zszedł do dawnej piwnicy, odwalił ukrywą klape, zszedł po schodach do niewielkiego ciemnego przedsionka to tam przeszedł przez dwie zasłony jakie miały odcinać resztki światła z wnętrza przed kimś kto by tu wchodził. I po załomie korytarza znalazł się w dość zatęchłej i wilgotnej piwnicy. W tej największej przestrzeni kryjówki gdzie zwykle odbywały się zbory i inne spotkanie takie jak dziś. Tam zastał Myszkę która jak zwykle krzątała się przy piecu i kuchni. I Lilly co jej pomagała.
- Jesteś głodny Otto? Zaraz coś podam. Właśnie mieliśmy wołać na obiad. - mutantka póki była w ubraniu wyglądała jak każda inna młoda kobieta. Lilly zaś poszła zawiadomić resztę o jego przybyciu. Wkrótce wróciła z Łasicą, Mergą i Starszym.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Festsag; Piwnica Pirory - przed przybyciem Otta
- W sumie nie próbowałem jeszcze takich rzeczy - Joachim wydawał się nieco zagubiony. Tego typu rozrywki były dla niego czymś nowym ale otoczenie tylu całkiem atrakcyjnych i niezbyt ubranych kobiet jednak na niego oddziaływało - czyli mogę się tym zabawić? - wziął do ręki szpicrutę i spojrzał na zniewoloną Bretonkę, powtarzając sobie w myślach że robi to w celach naukowych.
- Ależ naturalnie. Fabi na pewno będzie zachwycona jak się z nią pobawisz tą zabaweczką. - Łasica rozpromieniła sie i mówiła jak nauczycielka czy matka jaka oddaje swoją podopieczną komuś pod opiekę. Zresztą będąca u jej stóp pani von Mannlieb zadzierała do góry swoją bladą, okoloną czarnymi lokami twarz aby na nich spojrzeć i uśmiechała się zachęcająco. Z powodu knebla w ustach mówić raczej nie mogła jednak jakoś nie wydawała się nieszczęśliwa w swojej uległej i zniewolonej roli i pozie.
Joachim przyjrzał się szpicrucie, a następnie wymierzył kilka lekkich ciosów w plecy Pani von Mannlieb, obserwując jej reakcję.
Na bladych plecach pojawiły się nowe czerwone pręgi od szpicruty dołączając do tych jakie małżonka imperialnego kapitana marynarki już miała. A jej reakcja była całkiem przyjemna dla oka i ucha. Każde smagnięcie narzędziem chłosty wywoływało u niej dreszcz jaki przeszywał jej nagie ciało i stłumiony kneblem jęk. Uderzenia musiały powodować u niej ból ale ten musiał sprawiać jej przyjemność.
Czarodziej obserwował Fabienne, sama przemoc chyba nie była dla niego podniecająca, ale jej reakcje i ruchy obnażonego i ładnego ciała już tak. Więc jak już zaczął, stwierdził że jeszcze może się nieco pobawić.
-Jesteś dobrą niewolnicą, zasługujesz na nagrodę. - wyjął jej z ust knebel i pocałował. Robiło się naprawdę interesująco...
Wellentag; karczma “Pod jabłonią”; Rozmowa z Tobiasem
Tak byłem na mszy - mogłeś mnie widzieć w jednym ze środkowych rzędów, ty chyba byłeś gdzieś z tyłu. - czarodziej pozwolił sobie na subtelny przytyk pod adresem przemądrzałego guwernera.
- Całkiem sporo przybyszów, zauważyłem też że nasze slaaneshytki mają coraz więcej znajomych w wyższych kręgach miasta, co jest chyba dobrą wieścią, chociaż my którym patronuje Pan Przemian też powinniśmy wykazać się jakimś sukcesem. Choć przyznam, że mi jakoś najłatwiej współpracować jak nie z wyznawcami naszego Patrona, to właśnie z nimi. Niskie potrzeby estetyczne i cielesne to jednak coś co pozwala manipulować ludźmi. Niestety niewielu ceni sobie wiedzę tak jak ty i ja. Natomiast wyznawców Nurgla nie za bardzo rozumiem, a do Pana Czaszek jest mi daleko.
- Nie da się nie zauważyć przyjacielu, że towarzystwo naszych ślicznotek jest ci bardzo miłe. I cieszy mnie, że mimo to najłatwiej ci współpracować z wyznawcami naszego patrona. - Tobias odgryzł się nieco cierpko, nieco ironicznie a nieco kwaśnym tonem. W końcu w z zborze co do zwolenników poszczególnych patronów mniej więcej panowała liczebna równowaga. O ile nie liczyć właśnie dziewcząt oddanych Księciu Deprawacji i Przyjemności. O ile jeszcze zimą wszystkich było mniej więcej po równo to przez ostatnie pół roku właśnie głównie dzięki działaniom Versany, Pirory i Łasicy ich kręgi powiększyły się o nowe koleżanki i teraz stanowiły największą liczebnie grupkę. Do tego ze względu na zimowe zasługi ich liderka, Łasica, znacznie zyskała w oczach i autorytecie Starszego i Mergi do pewnego stopnia zastępując Karlika który jakoś nie zdradzał swoich preferencji co do patrona albo ich nie miał więc wydawał się dość neutralny pod tym względem. W przeciwieństwie do niebieskowłosej łotrzycy jaka od początku otwarcie głosiła służbę jednej z czterech Mrocznych Potęg. Więc jej wywyższenie po zimie niejako przełożyło się w naturalny sposób na wzmocnienie stronnictwa jakie reprezentowała. Zaś co do Pana Przemian to właściwie byli we dwóch. Tobias i Joachim. Niby Aaron jeszcze też ale on często bywał w stanie wskazującym więc raczej rzadko powierzano mu odpowiedzialne zadania. Była też Merga która cieszyła się szacunkiem w całej grupie i dorównywała autorytetem Starszemu od zimy niejako współdzieląc z nim władzę na partnerskich zasadach. Ale siłą rzeczy niejako była u szczytu władzy więc była wyłączona z tego dzielenia tortu pomiędzy zwykłych członków zboru no i sama niezbyt obnosiła się ze swoją wiarą starając się zachować neutralność. A niedługo w ogóle miała ich opuścić aby wrócić do swojej górskiej ojczyzny na północy i spróbować pozyskać sojuszników. Całkiem możliwe, że już w tym tygodniu. Więc pośród członków zboru do patronatu Tzeentcha mogli się zaliczyć we dwóch.
- I właśnie dlatego my należymy do ludzi wyrafinowanych i na poziomie. To niestety jest dość rzadkie więc nie tak łatwo o nowych członków. Bo powiedzmy sobie prawdę. Jakieś wyperfumowane ślicznotki co chętnie wpuszczają gości pod swoją spódnicę zawsze będą modne i znajdą chętnych na swoje wdzięki. Krwawy Ogar? To samo. Zawsze znajdą się jakieś prymitywy rozkoszujące się siłą, przemocą i krwawą dominacją nad innymi. Albo po prostu lubiących zwykłe mordobicie. Władca Much? No tutaj może nie takie częste ale jak tylko ulice i domy napełniają się kaszlącymi i owrzodzonymi to Sigismudnusowi i Strupasowi, chociaż są odrażający i godni pogardy, na pewno będzie łatwo znaleźć desperatów jacy złapią się każdej okazji aby ocalić swoje nędzne zdrowie i życie. Więc tylko my możemy potrzebować ludzi na poziomie. I tak, przydałby się jakiś sukces. Bo nie chcę ci wypominać ale ty pomogłeś tym ladacznicom najpierw sprowadzić Sorię a chociaż wydaje się bardzo nietuzinkową istotą to jednak nie jest od naszego patrona i jeszcze bardziej wzmacnia resztę tej ich dekadenckiej bandy. To jeszcze pomogłeś przywlec tu ten ich ordynarny artefakt. Otto zaś pomógł brudasom w sprowadzeniu ich artefaktu. No jeszcze chłopcy Silnego zostali z pustymi rękami. No i my. A przyznasz, że chyba stać nas na nieco więcej niż tych tępych osiłków? - Tobias widocznie chciał się wygadać i chociaż nie tracił swojego dobrze wychowanego tonu i języka to skoro rozmawiali bez reszty zboru to mógł dać upust swojej irytacji na wzmocnienie pozostałych frakcji w ich zborze ich ostatnimi sukcesami. A nawet go to nieco niepokoiło. Zwłaszcza jak chyba uważał, że ich patron w przeciwieństwie do trzech pozostałych sprzyja ludziom wyrafinowanym i na odpowiednim poziomie co jednak nie sprzyjało masowości i nie było łatwo o nowych członków.
- Pomagaj tym ladacznicom tak dalej a niedługo zaczną nam wydawać polecenia. Joachimie idź tam, Tobiasie przynieść to. Mam nadzieję, że Starszy zachowa głowę na karku i nie da im się omotać. Chociaż teraz jak Soria jest z nimi to nie wiem. Dobra, mniejsza z tym. Po prostu musimy wreszcie też uzyskać jakiś wymierny sukces aby nie zostać z tyłu. - westchnął po raz ostatni i chyba właśnie frakcję oddaną Wężowi uważał za największe zagrożenie dla ich wpływów.
Joachim starał się nie okazywać nadmierniej irytacji słowami Tobiasa, który jego zdaniem deprecjonował jego sukcesy. Odchrząknął.
- Rozumiem twoją frustrację, że wyznawcom Węża wiedzie się tak dobrze, ale chciałbym zwrócić uwagę, że oni nie są naszymi wrogami. Naszym wrogiem jest Imperium, jego pogrążone w hipokryzji elity i inkwizytorzy którzy na nas polują. Powinniśmy w mojej opinii na to patrzeć również w kategoriach wzmocnienia Zboru, a nie tylko rywalizacji pomiędzy wyznawcami poszczególnych Potęg.
- Dołączyłem do Zboru przed tobą i ja również pomogłem w uwolnieniu Mergi. I to ja zacząłem badać sprawę syreny zanim się okazało że to istota od Węży. Uważam że duża cześć chwały ze sprowadzenia Sorii i odnalezienia ołtarza spada jednak na mnie, myślę że zarówno Starszy jak i pozostali członkowie Zboru powinni zdawać sobie z tego sprawę. Więc nie jest tak że nie mamy do tej pory żadnych sukcesów…. - przewiercił rozmówcę spojrzeniem. Jeśli Mergi miało tu jakiś czas nie być, to chyba oczywiste że to on jest najznacznieszym spośród wyznawców Pana Przemian, a nie jakiś nauczyciel ani pijak Aaron. To on był w końcu tym, który władał esencją Magii i pierwotnych mocy, prawda?- Tak? To jak twoje zasługi kolega są takie wielkie to czemu ta zwykła dziewka z ulicy została prawą ręką Starszego? A im ich jest więcej tym silniejsze mają wpływy i pozycję. I oczywiście, że nie są dla nas wrogami, na pewno nie takimi jak straż miejska czy łowcy czarownic, to naturalne. Jesteśmy swoimi sojusznikami i zmierzamy do wspólnego celu. Jednak i wśród sojuszników są równi i równiejsi. Mnie by interesowało abyśmy to my byli na szczycie. A na razie trudno o takie wrażenie. - guwernant wydawał się być sceptycznie nastawiony co do uwag kolegi oraz roli ich mniejszości w zborze. Zdawał sobie sprawę, że Łasica z koleżankami nie są dla nich zagrożeniem ale też odczytywał ich sukcesy jako zachwianie względnej równowagi jaka miała miejsce na początku roku.
- Łasica jest w zborze dużo dłużej niż ja i ty…. nasz Patron sprzyja cierpliwym i patrzącym naprzód w przyszłość, działajmy a nasza pozycja się poprawi. - Czarodziej w sumie chciałby tego samego co Tobias, ale wiedział że to tak szybko nie przyjdzie.
- Poza tym, jeśli slaneshyci będą przyciągać najwięcej uwagi, to w przypadku problemów oni też poniosą największe porażki. A jeśli dopuszczają mnie do części swoich planów, to może będziemy mogli też to wykorzystać, prawda? - Uśmiechnął się lekko. Tak naprawdę to wcale nie lubił póki co Tobiasa bardziej niż Burgund czy Pirory, ale bardziej przyda mu się jako sojusznik czy wróg.
- Otóż to mój drogi. Ale samo się nie zrobi. Musimy zacząć odnosić jakieś realne sukcesy. I rozejrzeć się za potencjalnymi sojusznikami. Najlepiej oczywiście jakby to był ktoś kogo jawnie możemy zwerbować do naszego zboru i sprawy. Ale niekoniecznie. Przecież równie dobrze może oddać nam usługi ktoś z zewnątrz. Rozejrzyj się w swoim otoczeniu, może nawet za pomocą swoich gwiezdnych talentów czy nie byłoby kogoś wartościowego. - Tobias wydawał się być zainteresowany wzrostem znaczenia potęgi ich komórki Pana Przemian zarówno pod względem osiągniętych sukcesów jak i liczby członków. Liczebnie bowiem pozostali na pierwotnym poziomie.
- Miejmy więc oczy otwarte - kto wie, może ktoś związany z Akademią się nada… zamyślił się Joachim i zajął się skończeniem reszty jedzenia.
- Zaś co do naszej sprawy… - ja już zwiedzałem główny budynek w zeszłym tygodniu, jak chyba wspominałem nie znalazłem tam mistycznej aury którą mógłbym powiązać z potężnym artefaktem naszego Pana. Dziwne też byłoby, żeby trzymali takie coś w stajni - zastanawiał się, obracając w dłoni łyżkę z gulaszem.
- Więc najbardziej logicznym celem byłby ten magazyn pod budynkiem, chyba że ktoś próbuje jakoś bardzo sprytnie ukryć artefakt. Rozmawiałem wstępnie z Łasicą i Burgund, że pomogłyby nam w ewentualnym włamaniu, ale wolałyby wcześniej mieć bardziej precyzyjnie dobrany cel - przedstawił opcję pomocy złodziejek.
- Jutro mam spotkanie z moim znajomym, pracownikiem Akademii Philippem, tylko myślę jak coś wydobyć od niego albo uzyskać dostęp do magazynu bez większych podejrzeń. W sumie jako członek Kolegium mogę powiedzieć, że mam informację o śladach magii które chce zbadać dla bezpieczeństwa Akademii i jej członków, szczególnie że w mieście działają kultyści. Choć wtedy jak coś zginie, to mogę być podejrzany.
- No tak… W końcu oficjalnie jesteś magistrem i astrologiem… - Thobias zmrużył oczy, zaczął skubać swoją wargę i zamyślił się nad tym co proponował kolega.
- Właściwie to masz rację… Możesz spróbować coś mówić o jakiejś wróżbie co wywróżyłeś z gwiazd… Może cię wpuszczą. Szkoda, że właściwie nie wiemy czego szukamy. Jednak jeśli to artefakt od naszego patrona no to może twoje umiejętności jakoś to rozpoznają jak będziesz odpowiednio blisko… - zadumał się nad ta propozycja i uznał, że chyba warto spróbować.
- Ten Phillip to płotka. Co on może? Posegregwoać papiery w tej czy innej szufladzie? Ale możesz od niego zacząć. Pewnie i tak będzie musiał komuś o tym powiedzieć albo ciebie do tego kogoś zaprowadzić. Jakby się udało to by ci pozwolili ci się tam rozejrzeć. Zapewne pod strażą i nie samemu no ale chodzi właśnie aby sprawdzić co tam jest i czy jest to czego szukamy. Nawet jakby było to już to nam wystarczy na początek. Pomyślimy co z tym zrobić. A jak nie to też, będziemy wiedzieć, że trzeba szukać gdzie indziej. - Thobias widocznie uważał, że najważniejsze to rozpoznać ów magazyn. A resztą się zajmą później.
- Masz rację, mogę się powołać na wróżby i że wykryłem jakieś zagrożenie dla zasobów Akademii. Naprawdę zrobiłem wróżbę, ale jest ona niejasna i wskazuje na działanie zwodniczych sił. Choć tak jak wspomniałem jest to ryzykowne, bo to ja jestem tym zagrożeniem… - zrobił pauzę, podkreślając że to on tutaj bierze na siebie największe ryzyko póki co.
- Działanie zwodniczych sił? No to chyba by pasowało do naszego patrona. - wykształcony guwernant zastanawiał się chwilę nad słowami kolegi. - No ale zdaję się tutaj na ciebie, ty masz w tej materii większe doświadczenie. - uśmiechnął się lekko do siedzącego naprzeciwko kolegi i pozdrowił go ruchem swojego kielicha. Upił łyk i odstawił go na stół.
- I mój drogi Joachimie nie obawiaj się. Co ci mogą zrobić? Jak przyjdziesz jako szanowany astrolog bywający w towarzystwie i powiesz, że masz jakieś nadnaturalne ostrzeżenie z gwiazd? Jak to zignorują a coś się stanie to masz podkładkę a nawet możesz ich o coś oskarżyć. A jak nie zignorują to cię powinni wziąć abyś to sprawdził. I póki nic stamtąd nie zgonie a nie posądzam cię o jakieś kleptomańskie zapędy jak te dwie nasze największe ladacznice no to pójdziesz, obejrzysz i wrócisz. Co w tym strasznego? Dopiero jakby coś zginęło no to będą szukać sprawców. I nasza w tym głowa abyśmy mieli na ten moment alibi i na przykład byli całkiem gdzie indziej, w publicznym miejscu dajmy na to. A jak te dwie ladacznice są gotowe pomóc to niech pomagają. Przysłużą się wreszcie zaszczytnej sprawie. Czyli nam. Na tym to polega Joachimie. Trzeba zachować chłodny umysł, nie ulegać emocjom i korzystać z okazji jakie się nadażają. To oczywiście na razie tylko luźne rozważania. Coś więcej można będzie pomyśleć jak już się czegoś dowiemy. Niemniej nie martwiłbym się na zapas. I niestety obawiam się, że zbyt dużego wyboru nie mamy. Albo ty albo Aaron. A tego pijaka obawiałbym się posłać na targ po ryby nie mówiąc już o takim odpowiedzialnym zadaniu. I tylko wspomnę, że im większa odpowiedzialność i większy nasz udział tym większy splendor na nas spadnie jak nam się uda. - zadbany i elegancki nauczyciel złotej młodzieży wydawał się widzieć w tym rozpoznaniu lochów pod Akademią same zalety a ryzyko jego zdaniem było dość minimalne. Zwłaszcza jakby się udało Joachimowi załatwić całkiem legalny powód odwiedzin w tamtym miejscu. Zaś pomoc obu łotrzyc mógł przyjąć ale traktował ja dość narzędziowo. Zaś całą akcję traktował jako okazję do zdobycia punktów w oczach Starszego i reszty zboru.
Czarodziej zamyślił się, ale nie widział oczywistych luk w słowach Tobiasa, który w sumie rozwinął jego własny pomysł.
- Zgadzam się, no to chyba mamy plan działania. A przy okazji, chętnie bym cię lepiej poznał. Jesteś z tych okolic czy przybyłeś tutaj by dołączyć do Zboru?
- Oh nie, nie jestem stąd. Pochodzę z Saltburga i tam odebrałem gruntowne wykształcenie i maniery. Tutaj zwabiła mnie obietnica ciepłej i bezpiecznej osady. Wcale nie ma tu zbyt wiele osób jakie mogą dać młodzieży odpowiedni poziom wykształcenia przygotowujący ich na studia w Akademii, służby morskiej, dworskiej czy politycznej. I muszę przyznać, że sprawdziło mi się to bo mam więcej chętnych z zacnych domów niż możliwości aby się nimi zajmować. - przyznał nie wstydząc się swoich osiągnięć i brzmiało jakby co najmniej miał podobny krąg dobrze urodzonych znajomych jak Pirora. Chociaż z braku szlachectwa oczywiście sprawiał, że ci możni nie traktowali go jak równego sobie jak to było w przypadku młodziutkiej szlachcianki z Averlandu.
- Zawsze jednak pasjonowały mnie zamknięte drzwi. Co jest za nimi. Zwłaszcza jeśli chodziło i wiedzę i tajemnice. A niestety mimo moich umiejętności, talentów i znajomości wielokrotnie natykałem się na zamknięte drzwi z napisem “to nie dla ciebie” czy “to nie twoja sprawa” i tak dalej. Bo spaczenie, bo tajemnica, bo czystość duszy i tak dalej. W końcu więc postanowiłem coś z tym zrobić i w końcu trafiłem pod ten sam adres co ty i reszta. - wyjaśnił z lekkim uśmiechem. W końcu odkąd parę miesięcy temu przystąpił do zboru zawsze wydawał się być wykształconym i oczytanym człowiekiem posiadającym nietuzinkową wiedzę w tej materii. Chociaż jego nieco przemądrzały tryb życia sprawiał, że zdawał się nie być najpopularniejszą osobą w zborze. Z drugiej strony z nikim nie miał takiej zwady jak choćby Łasica z Silnym czy też nie był tak ciężkostrawny jak nurglici.
- Rozumiem, podążyłeś słuszną drogą, w poszukiwaniu prawdy - uśmiechnął się Joachim.
- Imperium rządzone jest przez hipokrytów którzy boją się prawdy. Nawet magowie tacy jak ja, którzy poznali sekrety pierwotnych energii tworzących nasz świat, zwanych też wiatrami magii, są otoczeni niechęcią i brakiem zaufania. A przecież w czym jesteśmy gorsi od tej całej szlachty, prawda? - dodał z błyskiem w oku, dzieląc się swoimi prawdziwymi przemyśleniami.- Tym, że nie mamy rodowodów sięgających wstecz samego Sigmara czy któregoś z Trzech Imperatorów. Nie wiem co zasługi przodków wpływają na umiejętności czy wartość ich odległych potomków. Co nie przeszkadza im się puszyć tymi rodowodami. A w tym mieście to po prostu jakaś parodia. 80 lat temu tu była tylko jakaś zapyziała wioska rybacka gdy postanowiono zbudować tu port. Więc i wszelkie rody to tu nie mają dłuższej historii niż to miasto. Naturalnie mogą mieć całe setki lat rodowodu z Nordlandu czy nawet dalszych stron no ale nie z tego miasta. - Tobias prychnął wytykając szlachetnie urodzonym ich postępowanie. Nawet jeśli na co dzień z nimi i dla nich pracował to widocznie niezbyt zgadzał się z ich filozofią patrzenia na świat. Nawet jeśli oficjalnie nie było zbyt mądrze o tym mówić głośno.
- Potrzebne są zmiany. I rewolucja co obali ten skostniały, zdegenrowany system. I wyniesie nowe władze i możnych. Dlatego popieram Starszego. I Mergę. Zaimponowało mi jak się dowiedziałem, że to oni stoją za tym numerem z kazamatami w zimie. Tak, takie śmiałe działania mogą przynieść jakieś zmiany. Od samego gadania na kanapie rewolucji nie będzie. Dlatego też popieram wyjazd Mergi do swoich stron po wsparcie i posiłki. Bo nas w stosunku do całego miasta to jednak jest dość mało. Za mało aby stanąć do otwartej rewolucji. Chociaż zamieszania już narobić możemy aby podpuścić tłum przeciwko naszym wrogom. Każde takie zamieszki osłabiają ich a nie nas. Myślałem też o tych kopytnych. Chociaż oni w mieście nie są zbyt użyteczni. Ale jednak można się z nimi sprzymierzyć. Zwłaszcza jakby byli tam jacyś zwolennicy naszego patrona. A nie tylko ci co chcą się chędożyć z tymi ladacznicami. Chociaż z drugiej strony czego się spodziewać po takich prymitywach i barbarzyńcach? Ale też może właśnie dlatego potrzeba im kogoś kto im wskaże cel. Jeszcze tylko kwestia komunikacji. Bo niestety u nas chyba tylko Lilly umie ich język. A ona niestety jest zwolenniczką tych ladacznic. - nauczyciel rozwinął swoje wizje, plany, przemyślenia i zapatrywania. I widocznie nie ograniczały się tylko do tego co tu i teraz. Chociaż po raz kolejny wyszła na jaw szczupłość ich sił i środków, tak jako całego zboru w szerszych zakresie jak i ugrupowania zwolenników Pana Przemian.
- Zwierzoludzie są zróżnicowaną grupą, dzielą się na wiele plemion. Mam zamiar dalej ich badać, myślę że znajdziemy tam więcej sojuszników, w tym plemieniu z którego pochodzi Lily nie wszyscy służą Wężowi - skomentował Joachim, który wcześniej kiwał głową na przemowę Tobiasa, z którą się zasadniczo zgadzał.
- No cóż więc wygląda na to, że wszystkie drogi prowadzące do porozumienia z kopytnymi prowadzą przez pannę o liliowych włosach. Dobrze by było porozmawiać z nią o tym zanim całkiem da się pochłonąć swojej chuci. Jak już chcą się pokładać z tymi prymitywami no to niech się pokładają ale dobrze aby przekuło się to na jakieś korzyści dla nas. - Tobias wyraźnie nie miał o koleżankach od wężowego patrona zbyt dobrego mniemania. I patrzył na nie z góry przez pryzmat swojego wykształcenia i dobrego wychowania w jakim raczej nie mogły mu dorównać. Dało się wyczuć, że nie przepada za ich orgiami chociaż doceniał w tym możliwość zbliżenia z innymi grupami, choćby ze zwierzoludźmi.
-Dokładnie, dlatego właśnie planuje wybrać się z dziewczynami na kolejną wyprawę. Niech on zaspokajął swoje chucie, a ja będę zbierał informację - podsumował Joachim, zastanawiając się czy Tobias będzie chciał dołączyć.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Festag; Apteka Sigismundusa
Otto pomagał wciągnąć nowego pacjenta do przybytku Sigismundusa. Po drodze skinął głową Loszce i tylko pobieżnie zwrócił uwagę na nowy nabytek Nurglitów.
- To Vigo, jeden z moich pacjentów w hospicjum. Jak widzisz, jego stan jest nieciekawy i chciałbym, abyś utrzymał go przy życiu jak najdłużej. Jego wygoda to rzecz drugorzędna. Zanim wyruszyliśmy w poszukiwaniu ołtarza Oster, nabazgrał gównem prosty rysunek strażnika. Dziś majaczył o darze Oster, który zabraliśmy ze sobą. On i kilku innych pacjentów reaguje na nasze postępy… a to niedobrze, jak mamy inkwizycję w mieście. Sądziłem, że jeżeli go nie uratujesz, to zdołasz wyciągnąć z jego wizji co się, może zareaguje na Loszkę w pozytywny sposób. Tak jak strażnik.
- Ooo… Mówił coś o Oster? A to ciekawe… - grubas uniósł brwi dając znać, że teraz rozumie i docenia czemu kolega przywiózł tutaj tego ledwo dychającego zdechlaka. I spojrzał w głąb celi z nowym zainteresowaniem. A nawet wrócił do niej aby z bliska obejrzeć jeszcze raz, tym razem dokładniej, stan nowego pacjenta. Ten jednak nadal wyglądał na kiepski. Spocone czoło, mokre zlepione włosy opadające na to czoło, pierś unosząca się powoli i szybko wydychająca chrapliwym oddechem niemrawy charkot. Właściwie to trochę to wyglądało jakby każdy kolejny oddech Vigo mógł być jego ostatnim. Apterkarz jednak mimo to obserwował go dłuższą chwilę coś obracając w myślach.
- A właściwie co mówił? Dało się coś zrozumieć? Strupas! Dawaj tu Loszkę. Zobaczyczymy czy coś się stanie. - zapytał Jednookiego ale też krzyknął do garbatego pomocnika aby sprawdzić teorię kolegi w praktyce. Słychać było jak śmierdziel nakłania oszalałą kobietę aby przyszła do tej celi z nowym pacjentem.
- Robaki wyjdą z zarobaczonego łona, ladacznice oddadzą się w słusznej sprawie, a potem muchy spadną na miasto. Brzmi jak to co widzieliśmy na zwojach. - Otto oparł się o ścianę - Będę musiał pomówić z Mergą i Starszym. Piątka pacjentów jest ewidentnie pod wpływem sił naszych patronów.
- Ooo! Robaki? Wyjdą z zarobaczonego łona? I ladacznice co się oddadzą słusznej sprawie? I jeszcze muchy! Ooo! Muchy! Co spadną na miasto! O tak! Tak, tak, tak! Oh, ty mój złoty chłopcze! Mój wspaniały, złoty chłopcze! - aptekarz aż się zachłysnął z radości i wzruszenia jak usłyszał relację kolegi. Nagle spojrzał na umierającego mężczyznę jak ojciec co odkrywa swojego od dawna nie widzianego syna marnotrawnego co na koniec powrócił na ojcowiznę. Pogłaskał go czule po chropawym policzku z prawdziwie, ojcowską czułością. W międzyczasie przyszli garbus z bezrozumną kobietą i oboje patrzyli z zaciekawieniem na to wszystko.
- Tak, to musi być ten dar od Oster. Widzieliście obrazki jak wam pokazywałem? Tam też były muchy i czerwie i kobiece łona. To musi być to. Oh Merga! Czemu mnie tak dręczysz czekaniem! Znaczy… No rozumiem, to zajmuje czas… No i lepiej aby to przetłumaczyła jak należy bo to jak z receptą, jak coś niedokładnie zważyszy czy wymieszasz… I wychodzi całkiem co innego… Ale jakże już chciałbym to mieć i wiedzieć! - aptekarz na przemian popadał w wyżyny egzaltacji i zachwytu to popadał w odmęty niecierpliwości i cierpienia z nim związanego. Niecierpliwość go zżerała od środka jak robak gdy czekał i czekał kiedy rogata wiedźma przetłumaczy te bezcenne zwoje jakie przywieźli jej z jaskini jednej z Sióstr.
- Strupas przynieść wody… Albo nie. Przynieś wina, zobaczymy, może coś powie. Mów, mój złoty chłopcze, mów… Tatuś czuwa i słucha tylko zdradź mi swoje tajemnice, podziel się wiedzą… - usiadł na brzegu pryczy i znów troskliwym ruchem otarł włosy spadające na rozpaloną i spoconą twarz Vigo.
- Próbowałeś z nim gadać? Od tamtej pory coś gadał? - zapytał Otto gdy garbus pobiegł przynieść owo wino.
- Mamrotał bez sił, a tak to musiałem uspokoić dziewkę słyszącą Soren i rozszalałego sługę Norry… jeżeli dobrze zgaduję co się tam dzieje. - Otto westchnął - Nie jest jeszcze pora, na takie napady oddania u niezrzeszonych.
- No nie wiem… Znaczy rozumiem, tak masz rację, to ściąga niepotrzebną uwagę. Więc dobrze, że go tu przyprowadziłeś. Jak już ma coś gadać to do swoich. Ale Starszy i właściwie Merga też, ostrzegali o tym, że śmiertelnicy mogą słyszeć zew Sióstr w swoich snach. I aby zwracać uwagę na sny i jak inni o nich mówią. Bo może właśnie przez sny ktoś słyszy zew którejś z Sióstr. - aptekarz pokiwał swoją byczą głową ale przypomniał co mistrz oraz wyrocznia co jakiś czas wspominali na zborach o wartościowej roli snów. I te miały nawiedzać całą okolicę ale trudno było złapać skalę jak i rozpoznać kto może mieć takie sny. W międzyczasie wrócił garbus z butelką i kubkiem wina. Podał je gospodarzowi a ten nalał do kubka. Po czym troskliwie uniósł głowę chorego i deklatnie zaczął go poić winem. Vigo zachłysnął się ale coś zaczął w końcu przełykać.
- To zagadaj do niego tak jak wtedy gdy coś mówił. - rzucił cicho gospodarz do Jednookiego mnicha chcąc chyba zobaczyć czy jakoś uda się skłonić chorego do mówienia. Bo wydawał się być świadomy chociaż na tyle aby przełknąć podany mu napój.
- Sęk w tym, że nie gadałem do niego. Sam zaczął to z siebie wyrzucać gdy… - Otto spojrzał na chorego podopiecznego aptekarza - Vigo, opowiedz mi więcej o robakach? Pamiętasz je? Pamiętasz piękne łono i jak pięknie było zarobaczone?
W małej celi zrobiło się nieco tłoczno. Gospodarz siedział na brzegu rozłożonej pryczy troskliwie trzymając głowę dogorywającego pacjenta na swoich wielkich, pulchnych udach. Ten leżał na wznak na tej pryczy. Nad nim pochylał się Otto. A przy nogach na to wszystko z ciekawością obserwowali to wszystko Strupas i Loszka.
Chory zaś przełknął kolejny łyk rozcieńczonego wina i zaczął kiwać głową. Chociaż nie otwierał oczu. Chrypiał ciężkim oddechem schorowanego człowieka co jest w ostatnim stadium przed udaniem się do bram Morra.
- Robaki… Tak, tak… Robaki… Wyjdą z łona… Takie piękne, takie ponętne… A w środku robaki… I one wyjdą… A potem będą z tego muchy… Wielkie… Jak ptaki… I spadną na miasto… - Vigo wybełkotał ciężko chrypiąc w gorączce a wszyscy pozostali słuchali z przejęciem i ciszy.
Otto pokiwał głową.
- To samo mówił wtedy. - mnich spojrzał na aptekarza - Raczej oczywisty przekaz.
- Wspaniale! Wspaniale! I ty mój złoty chłopcze, też jesteś wspaniały. Wy obaj. - aptekarz słuchał tego z wielkim zainteresowaniem a gdy świszczący i chrypiący przekaz się skończył nie omieszkał okazać swojej radości. Polecił Strupasowi aby przyniósł mokre ręczniki dla schłodzenia czoła schorowanego Vigo a rechoczący i mamrocząc coś pod nosem garbus wyszedł z celi więc zrobiło się nieco luźniej.
- Jaka szkoda mój złoty chłopcze, że spotykamy się tak późno, u kresu twojej drogi. Ale obiecuję ci, że zrobię co w mojej mocy aby twoje odejście do naszego patrona było jak najmniej bolesne. - niczym ojciec pogłaskał czule mokre od potu, szczeciniaste policzki swojego nowego pacjenta i wydawał się być dla niego ucieleśnieniem dobroci i czułej opieki. Vigo przełknął ciężko ślinę i dalej głośno i ciężko chrypiał.
- A więc to prawda. Dar od Oster pobłogosławi to miasto. I wreszcie będzie okazja pokazać potęgę naszego patrona. Zobaczysz mój chłopcze. Jak muchy opanują to miasto, czyraki, gorączka i wymioty będą szaleć po domach i ulicach to całe rzesze znajdą się do szukania błogosławieństwa naszego patrona. - grubas machinalnie głaskał czoło pacjenta ale już myślami widocznie był przy jakże pięknej i urzekającej wizji jaką ten przedstawił.
- Tylko z tymi ladacznicami to trochę mało. Mamy tylko dwie. Loszkę no i tą za ścianą. Nie wiem czy to wystarczy. - zreflektował się gdy widocznie jego umysł trafił na ten szkopuł. Wskazał na stojącą obok bezrozumną dziewczynę jaka biernie uśmiechała się łagodnie zapewne niezbyt orientując się co się dookoła niej dzieje.
Otto chwilę się zastanawił, tak żeby Strupas i Sigismundus chodzili i porywali ladacznice, to też szybko ludzie zauważą. Skupił się trochę na słowach Vigo, po czym trochę zachichotał.
- Wybaczcie, ale perfidna myśl mi przyszła do głowy. Nie jestem ekspertem, przyznam muchy i inne pasożyty nie były nigdy priorytetem moich nauk, ale czy nie istnieje takie coś jak "pośredni nosiciel"? Osobnik, który dostarcza jaja, lub larwy do właściwego nosiciela, w którym mają dojrzeć? "Łona chętnie oddane"?
- No właśnie! Widzę, że ty to jesteś inteligentny i rozumiesz o co tu chodzi! - uśmiechnął się grubas jakby to nagle Otto a nie Vigo stał się jego ulubionym synem. Aż go pogłaskał czule po ramieniu. I zaraz się skwasił.
- Ale widziałeś co było ostatnio na spotkaniu? Ja czułem! Ja czułem, że to właśnie o to chodzi! Widziałeś te obrazki na zwojach? No przecież tam wszystko było widać! Ale nie! Słyszałeś jak ta wredota mi pyskowała? W ogóle nie chcą współpracować! A wreszcie mogłyby się do czegoś przydać! Ahhh! Poniosło mnie wtedy! Trzeba było łagodnie, poprosić, jak małe dzieci może by się zgodziły. Teraz to chyba za późno. Na pewno się nie zgodzą. Zwłaszcza Łasica, to wszystko przez nią. Ona tam wodzi mir u nich. - aptekarz znów miał ataki swoich bardzo odmiennych humorów. Jak dopiero co zachwycał się nad przenikliwością jednookiego mnicha tak, zaraz potem rozzłościł się na krótkowzroczność kultystek Węża oraz swoją własność gdy dał się ponieść emocjom i wdał się w ostrą kłótnię z Łasicą.
- Łona naszych sióstr są oddane Slaanesh, Sigismundusie. O ile rozumiem i szanuje, twoje oddanie Ojczulkowi, nie sądzisz, abyśmy wymagali od ciebie, abyś się umył, pozbawił wszelkich pasożytów i wziął udział w masowej orgii, z równie czystymi i zdrowymi kobietami? - słowa Otta miały w sobie nutkę dezaprobaty - I nie to miałem na myśli. Jeżeli te dziewki ulicy mają oddać swoje łona chętnie, oznacza to po prostu transakcję. Czy byłoby możliwe uczynić jakiegoś mężczyznę takim pośrednim nosicielem? Wstrzyknąć mu może larwy tam gdzie trzeba i zafundować kilka dziewczyn?
- Weź mi nic nie mów o myciu! Rano musiałem się umyć na tą cholerną mszę. Za duży tłum, za dużo świadków. Musiałem się poświęcić. - grubas prychnął z niezadowolenia na wspomnienie o prawie przymusowej kąpieli jaką musiał sobie zrobić dziś rano dla zachowania pozorów przed tak licznymi wiernymi w świątyni podczas mszy.
- A one co z tego? Liczy się sztuka. Mogłyby się wreszcie na coś przydać. - aptekarz machnął obojętnie swoją pulchnął dłonią na znak, że koleżanki ze zboru traktuje dość podmiotowo gdy chodziło o realizację swoich planów i eksperymentów.
- I dziewki z ulicy mówisz… - za to zamyślił się nad kolejną rzeczą o jaką zagaił go młodszy i szczuplejszy mężczyzna. - Tak. Myślałem o tym. Chociaż o jakichś pijanych albo takie co dadzą się upić. Znów pomoc tych naszych ladacznic mogłaby się przydać. Tylko nie wiem czy to by się dało utrzymać pod kontrolą i w sekrecie. No chyba, że jakąś mógłbym zamknąć tutaj w celi tak jak tą nową. Sam widzisz, jedną czy dwie w każdej celi można by tu trzymać. - grubas chyba rzeczywiście coś już rozmyślał na ten temat i sprawa wydawała mu się warta rozważenia. Cele w jakich byli nie były zbyt wielkie i jedna, może dwie osoby mogły tu przebywać jak było ich cztery to parę osób by tutaj mógł Sigismundus pomieścić.
- A to z mężczyzną… No tak, tak… Ciekawe, ciekawe… No ciekawe… Chociaż nie wiem czy by to wyszło. Nie wiem co było napisane w tych zwojach a na ilustracjach to żadnego mężczyzny nie widziałem. Chyba, że coś przegapiłem. Dlatego tak czekam aż Merga skończy je tłumaczyć. - sam pomysł przedstawiony przez młodzieńca zaintrygował i zainteresował gospodarza. Jednak z braku wiedzy nie potrafił tego ocenić czy taki wariant byłby możliwy do zrealizowania. Przynajmniej póki wyrocznia nie przetłumaczyła tych materiałów zdobytych w jaskini Oster.
- Luźna myśl i oczywiście, trzeba będzie skonsultować z Wyrocznią. Jednak Sigismundusie, domeną Ojczulka, Oster i twoją, jest eksperymentowanie. To, że Oster nie przewidziała takiej aplikacji swego daru, nie znaczy, że ty nie możesz jej zastosować. Udoskonalić, doskonałe dzieło. - Otto uśmiechnął się i poklepał Nurglitę po ramieniu.
- Oczywiście, że tak! Nie ucz aptekarza jak mikstury sporządzać! - gospodarz udał oburzenie taką impertynencją ale raczej na pokaz i dla żartu. Wydawało się, że myśli już podążają mu torem nowych, ekscytujących eksperymentów.
- No mężczyzna tak… Jakby tak się trafił… Zwłaszcza jakiś chutliwy jak te nasze ladanicze… To tak, mógłby sporo zasiać… Albo Lilly… Ona też tam na dole jest jak mężczyzna… Częściowo… Chociaż… Te jajeczka są dość duże… Jak groch albo fasola… To może być trochę trudne… Chyba, żeby jakoś ręką to umieszczał im tam w środku… Jak zgasić światło czy co… - aptekarz mamrotał sam do siebie skacząc na kolejne skojarzenia nad tym nowym torem zaproponowanym przez młodszego kolegę. W międzyczasie wrócił garbu z mokrymi ręcznikami i zaczął nimi okładać spocone i rozgrzane czoło Vigo aby mu ulżyć w cierpieniu na końcu ziemskiej drogi do jakiego się coraz widoczniej zbliżał.
- Daj mi znać, kiedy Vigo odejdzie. Będę musiał przekazać to swemu przełożonemu. - Otto pogłaskał Vigo - Porozmawiaj też z Mergą, może przetłumaczyła resztę zwoju. - po tym Otto opuścił przybytek Sigismundus i ruszył do domu Pirory.
Festag; Kamienica Pirory
Mnich słuchał opowieści byłego strażnika świątynnego. Kojarzył podobnych w swoim starym klasztorze, ci jako pierwsi padli pod wpływ Slaanesh albo Khorna. Pozwalał mu jednak rozpamiętywać "dawne dobre czasy".
Joachim, który otoczony przez tyle atrakcyjnych kobiet zdecydował się jednak dołączyć do zabawy i w większośc rozebrany stał nad Panną von Mannlieb ze szpicrutą w dłoni speszył się nieco widząc Otto. Zastanawiał się, czy tamten też dołączy do ich nieprzyzwoitych rozrywek, w sumie to niewiele o nim wiedział.*
Obecność Łasicy wśród zgromadzonych w loszku Pirory było miłą niespodzianką. Skłonił się przed Sorią, jak przystało na okazanie szacunku władcy.
- Wybacz wtargnięcie, chciałem porozmawiać z czcigodną Sorią i Łasicą skoro tu jest. - spojrzał na ladacznice i jej władczynie - Jednak nie będę im teraz przeszkadzał. - zerknął na Pirorę, kiedy ta zaproponowała mu wziąć udział w zabawie, po czym chwycił ją mocno za włosy, wymusił na niej głęboki pocałunek, zabierając jej szpicrutę, po czym szybko obrócił ją i wymierzył jej silne smagnięcie w pośladek - Prowadź zatem, pani.
Młoda Averlandka uśmiechała się przyjaźnie do gościa i kiwała lekko głową na znak, że słucha go i się z nim zgadza. Ale gdy niespodziewanie ją tak zaatakował to to musiało ją zaskoczyć. Krzyknęła krótko z bólu i zaskoczenia gdy szpicruta sieknęła ją w pośladek zostawiając na niej czerwoną pręgę. A jej usta okazały się w pierwszym momencie przyjemnie miękkie ale też dość bierne w wyniku tego zaskoczenia. Gdy jednak Otto ją puścił odwróciła się do niego i posłała mu zalotny uśmiech.
- Otto! Ty łobuzie! Nie znałam cię od tej strony! - roześmiała się wesoło coś chyba nie mając mu za złe tego ataku. - No może powinieneś odwiedzać nas częściej. Przydałaby nam się taka zdecydowana, męska ręka. Pomógłbyś mi zarządzać tymi ladacznicami. - powiedziała nadal wesoło wskazując brodą na koleżanki obok. A tam ten krótki pokaz też skutecznie przykuł uwagę i rudowłosej Burgund co pomachała do niego wesoło rączką i uwiązanej do sufitu Bretonki. Ta miała mniejszą swobodę ruchu to tylko chętnie pokiwała swoją czarnowłosą głową na znak zgody. Ale Pirora już zaprowadziła go nieco w głąb swojego loszku do władczyni tego zgromadzenia i jej głównej służki.
- Serwus Otto! To umiesz bawić się szpicrutą? No to na pewno ci się przyda w życiu! Przynajmniej tutaj. - Łasica też chyba się nieco nie spodziewała, że kolega ze zboru zachowa się tak śmiało ale podobnie jak koleżanki raczej było to dla niej pozytywne zaskoczenie. Soria milczała bezczelnie siedząc na swoim tronie i obserwowała wszystko z dostojną ciekawością.
- Otto chciał z wami pogadać. - Pirora zapowiedziała po co kolega ich odwiedził i Łasica jak i Soria popatrzyły na niego wyczekująco.
Otto zrobił trochę smutną minę.
- Myślałem, że będę miał jeszczę okazję z tego skorzystać. - pomachał szpicrutą - A ty od razu do interesów Piroro. - westchnął i spojrzał na Łasicę - Potrzebuję spotkać się z Mergą i Starszym. W jak najbliższym terminie, sytuacja w hospicjum wygląda niebezpiecznie ciekawie. - po tym ponownie skłonił się przed Sorią - Najcudowniejsza, jeżeli zezwolisz na impertynencję. Jedna z moich pacjentek reaguje na nasze poczynania i jej umysł słyszy… podejrzewam, że szepty Soren, jeżeli twa matka nosi tytuł Pajęczej Królowej. Obawiam się, że trzeba ją uciszyć, ale nie chcę jej robić krzywdy, chciałbym więc ci ją przedstawić. Być może twa obecność uspokoi jej huć i zamknie usta, aby nie sprowadzać na nas niepożądane spojrzenia.
- O… Pajęcza Królowa? Tak powiedziała? - brwi Sorii powędrowały do góry i było widać, że ta wzmianka ją żywo zainteresowała. A także niebieskowłosa u jej stóp jak i blondynka stojąca obok też popatrzyły z zaciekawieniem.
- Tak, to jedno z imion Soren. Chyba widzieliście ołtarz? To właśnie Soren jako Pajęcza Królowa, Władczyni i Matka Bestii. To jej jest poświęcony ołtarz. - Soria wyjaśniła swoim podopiecznym przypominając wygląd alabastrowego ołtarza jaki niedawno rzeczno - lądowa wyprawa przywiozła z jakiegoś starorzecza. I na jego szczycie rzeczywiście dominowała postać pięknej i władczej kobiety jaka od torsu przechodziła w pajęczy tułów czy coś podobnego. No i skotłowaną orgię stworzeń wszelakich jakie zajmowały się sobą na jej cześć.
- Jeżeli wspomniała Pajęczą Królową to rzeczywiście może słyszeć zew Soren. Więc tak, chętnie się z nią spotkam. Możecie mi to zorganizować? - Soria skinęła swoją głową zwieńczoną granatowymi warkoczami jakie nawet w takiej formie nieco kojarzyły się z wężowymi splotami.
Joachim starał się wyglądać na zajętego zabawą ze skrępowaną Bretonką, którą na przemian całował i smagał szpicrutą po różnych częściach ciała, ale był też ciekaw o czym rozmawia Otto z Sorią.
- Raczej tak. Jestem teraz rozpoznawalna a ty jesteś moim honorowym gościem. Więc raczej wizyta dwóch szlachcianek w hospicjum będzie mile widziana. Jeszcze jak się wymyśli jakiś charytatywny powód czy coś takiego to już w ogóle. Tylko Otto musiałby nas jakoś poprowadzić do właściwej osoby bo tam chyba sporo tych pacjentów macie. - Pirora pokiwała głową na znak, że hospicjum to zwłaszcza dla bogatych darczyńców nie powinna być jakaś niedostępna twierdza.
- A jakby takie dwie piękne i bogate szlachcianki potrzebowały jakiejś służki na taką wizytę to ja bardzo chętnie. - Łasica zamachała wesoło rączką zgłaszając się od razu na taką ciekawą wyprawę. - A spotkanie z Mergą to powinna być u siebie. Ale do Starszego to bym musiała uderzyć. Zobaczę wieczorem. Na dziś to chyba nie, zobaczę co powie, może na jutro się uda. Na jutro u Mergi możemy się umówić, Starszy będzie to będzie a nie to nie ale Merga to pewnie będzie. - wyjaśniła naga łotrzyca mówiąc lekko ale raczej pewna chyba było jak by to wyszło z tym spotkaniem. Nie przeszkadzało jej to jednak prowokująco poruszać kuperkiem w kierunku kolegi ze szpicrutą.
Otto pokręcił tylko głową i w nagrodę smagnął łotrzycę po pośladku.
- Zachowaj ten piękny kuperek na zwierzoludzi. - spojrzał na Pirorę i Sorię - Jak zjawicie się w hospicjum, wspomnijcie, że zauważyłyście mnie podczas procesji żałobnej. Jednooki mnich, pomagający innym chorym… brzmi jak osoba pełna współczucia i zrozumienia, która pokaże wam najbardziej potrzebujących. - uśmiechnął się i na znak swych słów ponownie smagnął Łasicę - Więc, rozumiem, że modły mają jeszcze chwilę potrwać, komu mogę pomóc odnaleźć religijność i duchowieństwo Księcia Rozkoszy?
Otto odkrył, że Łasicę na pewno warto smagać po tym ślicznym i ślicznie wypiętym kuperku. Bo za każdym razem reagowała rozkosznie kuszącym jękiem. Aż się chciało z miejsca powtórzyć operację. Zwłaszcza jak się ją widziało z góry, całą nagą poza obrożą i smyczą i w tej pokornej pozie u stóp Sorii. Zresztą chyba i reszta kultystek chętnie by dostąpiła tak bolesnej przyjemności. Pirora patrzyła na to z zainteresowaniem i przygryzła wargę zaś Burgund i Fabienne także tylko kawałek dalej.
- Znaczy… No tak, możemy się umówić. Kiedy tam by pasowało aby was odwiedzić? Jutro? Pojutrze? Jak przyjadą dwie, piękne i bogate szlachcianki to drzwi stanął przed nami otworem. I jakiś datek no tak, można powiedzieć, że przyszłyśmy dać jakiś datek no i może obejrzeć to hospicjum. A jak się ona nazywa? Ta co mówiła o Pajęczej Królowej? - Pirora chrząknęła aby się lepiej skoncentrować ale próbowała coś zorganizować póki jeszcze umysł nie utonął w morzu grzesznych przyjemności.
- Ależ Piroro, moja droga gospodyni. - Soria zabrała głos z godnością prawdziwej władczyni od razu przykuwając uwagę blondynki. Zresztą niebieskowłosej u jej stóp też.
- Otto ma ochotę się rozerwać i zabawić. Sama wiesz, że nie odwiedza nas tak często. Aż szkoda. A o interesach będzie można porozmawiać już na górze jak będziemy wszyscy w ubraniach i tak dalej. - herold Soren zwróciła uwagę swojej blondwłosej gospodyni a ta pacnęła się w czoło i szybko zaczęła kiwać głową na znak zgody i uniosła dłonie w pokojowym geście przeprosin.
- Mój drogi Otto, jak widzisz dziewczęta są bardzo chętne i oddane sprawie. I jestem pewna, że każda z przyjemnością dostąpi zaszczytu obcowania z tobą. Więc jeśli masz jakieś życzenia dziewczęta na pewno dadzą z siebie wszystko aby je spełnić. - Soria niczym prawdziwa władczyni bez zmrużenia okiem rozdysponowała swoimi podwładnymi. Zresztą te i tak wydawały się być już wcześniej nieźle rozochocone na takie wyuzdane zabawy. A ich wesołe i zachęcające uśmiechy tylko to potwierdzały.
Otto uśmiechnął się łobuzersko.
- Doprawdy? Dobrze więc dziewczyny. W rządeczku przede mną. - pozwolił kobietom ustawić się - Pokażecie teraz mi jak kochacie siebie nawzajem, a przez to kochacie i naszą cudowną władczynię… - ponownie skłonił się Sorii - Jej matkę i jej patrona. - nakazał kobietom ustawić się jedna na drugiej. Łasica na spodzie, na klęczkach jej kuperek cudownie wystawiony, na niej obejmując ją Pirora, na samej górze stojąc na palcach dosiadła Averlandkę Burgund. Otto zaczął otaczać kobiety, co jakiś czas delikatnie dotykając jednej z nich szpicrutą, zanim nie zadał solidnego smagnię Pirorze. Następnie wrócił do okrążania, pozwalając, aby niepewność i oczekiwanie zaczynały się w nie wgryźć, po czym smagnął Łasicę. Kolejne krążenie, kolejne delikatne dotykanie i kolejne smagnięcie w Pirorę. Otto chciał zobaczyć niecierpliwość w oczach Burgund.
Tak jak to wspomniała Soria a i jak jej służki sprawiały wrażenie cała trójka dziewcząt okazała się całkiem chętna na taką współpracę i zabawę. I dało się poznać, że są zaciekawione tym co Otto wymyślił. Bez oporów ustawiły się tak jak sobie życzył. Frontem do swojej władczyni. Ta zaś oparła dłoń o policzek i z zainteresowaniem oglądała to przedstawienie. Zaś aktorki bardzo chętnie w nim brały udział. Dało sie wyczuć to mieszaninę ekscytacji, oczekiwania, ciekawości i podniecenia. Co jakiś czas nicowaną pomrukiem zadowolenia gdy czubek szpicruty delikatnie pieścił gładkie ciało. Albo urwanym okrzykiem bólu jaki następował po szybkim świśnięciu tego narzędzia. Jednak żadna z koleżanek coś nie zdradzała chęci do zakończenia tej pikantnej zabawy. Wręcz przeciwnie, wydawało się, że apetyt im rośnie w miarę jedzenia. Burgund rzeczywiście zerkała z zaciekawieniem w stronę okrążającego ich mnicha jakby sprawdzała czy o niej nie zapomniał.
- I mówisz Otto, że życzysz sobie abym trzymała ten kuperek dla zwierzoludzi? Dobrze, zrobię jak sobie życzysz. A pójdziesz z nami? Jesteśmy umówione na kolejną pełnię. Za miastem przy starych kamieniach rytualnych. - z dołu, spod nagich ciał obu koleżanek doszło go pytanie Łasicy. Brzmiało jak uległe zaproszenie do kolejnych zabaw i teraz i później.
Gdzieś nieco z boku doszło ich smutne westchnienie uwiązanej pod sufitem Fabienne jaką zostawiły koleżanki. Jedynie Joachim został z nią ciesząc ich oboje grzeszną przyjemnością z poniżania i bycia poniżaną. Co widocznie pani von Mannlieb sprawiało mnóstwo przyjemności i satysfakcji. Ale i tak obserwowanie co porabia Otto z jej przyjaciółkami przykuło jej uwagę nawet jeśli zakneblowana i uwiązana pod sufitem nie mogła do nich dołączyć. Obserwowała chciwie całe to widowisko. A wspomnienie o umawianej orgii ze zwierzoludźmi tylko jej przypomniało, że one już jedną mają na koncie, umówione są na kolejną a dla niej ta zakazana i potępiana przyjemność jeszcze nie jest taka oczywista chociaż mocno miała na nią ochotę.
- Mam niestety inne obligacje, moja droga. I niegrzecznie mówić, nie proszonym. - ponownie smagnął Łasicę. Spojrzał na Burgund - A ty kochana… czy też jesteś niegrzeczna?
Po raz kolejny okazało się, że Łasica jest bardzo utalentowana w takich zabawach. I jest bardzo wdzięcznym obiektem do takich smagnięć. Gdy szpicruta świsnęła i zatrzymała się dopiero na jej nagim, wypiętym kuperki właścicielka jęknęła boleśnie i słodko jednocześnie co zdradzało, że jej taka zabawa też sprawia bolesną przyjemność. A Otto zdawało się, że ten brokat wężowego błogosławieństwa na jej pośladku jakby rozjaśniał trochę bardziej wyraźniej układając się w znamię jej patrona. Zresztą jej dwie koleżanki jakie były nad nią też wydawały się równie podekscytowane taką zabawą. Rudowłosa co siedziała okrakiem na drobnej, nieco piegowatej blondynce przez moment jakby wahała się co odpowiedzieć na zadane pytanie. W jej oczach dostrzegł jednak psotny błysk ale ona sama jako zawodowa oszustka i naciągaczka bez zająknięcia zaczęła mówić pokornym tonem skruszonej grzesznicy.
- Obawiam się, że tak mój ojcze. Wczoraj w nocy zgrzeszyłam kochając się z dwoma kobietami na raz. Mimo, że nie połączył nas święty związek małżeński. A dziś podczas mszy nad naszą czcigodną zmarłą księżną miałam bardzo nieczyste myśli i plany. A już tutaj podniosłam rękę na szlachetnie urodzoną jaśnie panią i mocno ją sponiewierałam. - rudzielec mówiła skruszonym tonem jak kapłanowi na spowiedzi. I zapewne gdyby to była prawdziwa spowiedź to byłyby to wszystko grzechy co nie lada. Wszystko znamionujące oznaki wyuzdanego zachowania w przypadku “rękoczynów” czyli sponiewierania bretońskiej szlachcianki to nawet można było poczytać za próbę obalania prawowitego porządku rzeczy bo w końcu stan szlachecki był po to aby bronić i rządzić maluczkimi w zamian należała mu się odpowiednia cześć i szacunek.
- Och… cóż za cudowne czyny moje dziecko. - Otto zachichotał trochę prześmiewczo - Doprawdy, rozumiesz na czym świat stoi. Nie to co ta tutaj. - ponownie smagnął Łasicę - Samolubnie usługując naszej przepięknej władczyni, a wam pozostawiając tamtą szlachciankę. Niegrzeczna! - ponowne smagnięcie - Lub nasza cudowna Pirora. Nigdy mnie nawet nie zaprosiła, chociaż to ja opowiedziałem jej o pięknie Sorii - tym razem smagnął Averlandkę - Niegrzeczna! - zerknął na Burgund - Więc, czemu miałbym zapoznać ciebie z tym narzędziem? Chyba, że uważasz, że źle z niego korzystam?
Trzy splecione ze sobą naguski i mężczyzna ze szpicrutą w dłoni byli niejako w centrum tej sceny. Ale na dwóch przeciwnych krańcach mieli dwuosobową widownię. Z jednej strony naga Soria siedziała na swoim tronie obserwując to całe widowisko z wyraźnym zainteresowaniem i przyjemnością. Z drugiej bretońska szlachcianka, też naga ale nadal uwiązana do sufitu i poznaczona czerwonymi pręgami po uderzanich szpicruty. Obie jednak drgnęły zdradzając zaciekawienie gdy Otto o nich wspomniał.
- Oh ja bardzo przepraszam! Oczywiście jeśli ktoś ma ochotę to ja nie ośmielę się blokować dostępu do naszej czcigodnej pani! Bardzo chętnie będę służyć w ramach pokuty i przeprosin! - Łasica zawołała przygnieciona przez koleżanki do podłogi i w mig podejmując podobny ton skruchy do swojej rudowłosej partnerki z jaką tak często współpracowała czy to zawodowo czy dla przyjemności.
- Oh Otto ale nic nie mówiłeś, że interesują cię takie rzeczy. Trzeba było powiedzieć. Ale jak interesują to oczywiście zawsze będziesz tu mile widziany. Tylko no te pozory, sam rozumiesz, że musimy o nie dbać aby się to wszystko nie wydało. No i bardzo ci dziękuję za poznanie z Sorią. Możesz przyjść także do teatru albo na ten wieczorek poetycki u Kamili. Zresztą obie tam będziemy z Sorią. No i Fabi tylko ona przybędzie osobno. - blondynka też potrafiła wdzięcznie przyjmować te smagnięcia, że aż miło było popatrzeć i posłuchać. Ale mówiła trochę z przejęciem jakby naprawdę sądziła, że kolega mógł się jakoś poczuć urażony.
- Mój panie uważam, że znakomicie korzystasz z tego narzędzia. I będę zaszczycona jak mnie z nim zapoznasz. Ale gdybyś miał zachciankę aby mieć pokorną i posłuszną asystentkę to oczywiście bedę zaszczycona taką służbą. - Burgund roześmiała się samymi oczami ale tak odpowiedziała jakby swobodnie się czuła po obu stronach pejcza czy szpicruty.
- Doprawdy? - smagnął Burgund - Dobrze, więc, pokaż mi co potrafisz. Niech nasza pani oceni, czy zasługujesz na zaszczyt, aby wychować te dwie ladacznice, jak być grzecznym. - zdjął kobietę ze swej Averlandzkiej przyjaciółki i wręczył jej pejczyk - Lepiej, abyś ją zadowoliła, inaczej zawiśniesz zapomniana obok Fabianne.
Rudzielec radośnie zeszła z grzbietu averlandzkiej szlachcianki, przyjęła podany pejczyk i popatrzyła pytająco na Sorię. Ta dumnym i pańskim gestem dała jej znak, że może zaczynać swój pokaz. Potem w przeciwną stronę, na unieruchomione, wyprężone jak struna ciało bretońskiej szlachcianki.
- Każdy wyrok przyjmę z pełną pokorą i zrozumieniem. - obiecała Burgund której wizja zawiśnięcia i unieruchomienia pod sufitem chyba nie wydawała się aż tak straszna. Ale sama znów spojrzała w dół na nagie, wypięte kuperki koleżanek. Po czym zaśmiała się i świsnęła batem w powietrze. A potem dała próbkę swoich możliwości gdy bez litości smagała pejczem wypięte pośladki koleżanek przy wtórze ich bolesnych ale i podnieconych jęków. Cała trójka zapamiętała sie w tej zabawie. Rudowłosa naguska w pewnym momencie złapała brutalnie za blond włosy szlachcianki i cisnęła ją na podłogę. Następnie nie szczędziła nagan i poganiania dwóch brudnych i leniwych ulicznic jakie uwijały się u jej stóp aby spełnić jej surowe wymagania. Ale to było trudne więc częściej nowa pani okazywała im swoją pogardę i niezadowolenie bezlitośnie z nich lżąc i karząc. Wyglądałoby to zapewne jak maltretowanie i poniżanie służby przez jakąś wyrodną okrutnicę ale jednak się się w to szło wsłuchać i popatrzeć to chyba każda z tej trójki czerpała mnóstwo zabawy i satysfakcji z tego wszystkiego.
- Czy jest pan zadowolony? - zapytała w pewnym momencie Burgund mając u swych stóp dwie brudne, spocone i sponiewierane niewolnice. Które jednak też ciekawie podniosły z dołu głowy czekając na jego decyzje.
- To nie mojej opinii, powinnaś być ciekawa. - podszedł do siedzącej na tronie Sorii, przyklęknął i wyciągnął do niej rękę - Pani, czy uraczysz nas i spojrzysz na dzieło mojej podopiecznej z bliska i ocenisz, czy jest zadowalajaca?
- Dobrze kawalerze, mogę rzucić na to okiem. - zgodziła się wspaniałomyślnie naga władczyni i z dworską wprawą chwyciła dłoń mężczyzny po czym dała mu się poprowadzić do czekającej z ekscytacją kobiecej trójki. Tam przesuęła się spojrzeniem po zdyszanej dominie z pejczem i w samej obroży. Po czym w dół na jej dzieło. Pirorę zastała z wypiętym kuperkiem poznaczonym czerwonymi pręgami od pejcza i szpicruty w podobnej pozie w jakiej Otto na początku ustawił Łasicę. Ta zaś leżała na wznak gdzie także jej front nosił czerwone pręgi po otrzymanych razach. Władczyni z uwagą i zainteresowaniem obserwowała to spocone i zdyszane pobojowisko.
- No tak, tak… Nie najgorzej… - oceniła przyciskając stopą twarz Pirory do podłogi. Po czym przeszła obok do leżącej łotrzycy o niebieskich włosach.
- Tak, tutaj no tak, mogłoby być… - dorzuciła swoją ocenę w przypadku tej niewolnicy. Jej bez skrupułów przesunęła stopą od brzucha, przez piersi aż do twarzy. Czego ta raczej nie odebrała tego poniżającego gestu jako kary.
- Ale tutaj widzisz zostawiłaś. - pokazała palcem gdzieś na wypięty kuperek averlandzkiej szlachcianki. Burgund spojrzała tam i chyba nie do końca wiedziała o co chodzi.
- Takie uchybienia nie będą tolerowane wśród mojego orszaku. - odparła chłodno władczyni do nieco zaskoczonej łotrzycy z pejczem w dłoni. - Pokażę ci. - odparła Soria i niespodziewanie jej dłoń wyskoczyła do przodu, złapała za miedziane włosi i ściągnęła służkę do parteru prawie wbijając ją w wystawione tyły Pirory.
- A ty co się tak wylegujesz leniwa wywłoko? Do roboty! - podobnie złapała Łasicę za włosy i też ją potraktowała podobnie tylko z kolei zmuszając aby ta zajęła się kuperkiem Burgund. Po chwili podziwiała swoją bardzo zaangażowaną sobą kompozycję jaka klęczała, leżała i dogadzała sobie nawzajem na podłodze.
- Ale wiele czasu już nam nie zostało. Więc sprawcie się dobrze. W końcu chodzi o oddanie należytej czci naszem księżnej. - przypomniała im mentorskim tonem w parodii dostojnego celu dla jakiego oficjalnie się tu zebrały dzisiaj po mszy.
Otto westchnął tęsknie spoglądając na podwładne Sorii.
- Moja pani, jeśli zezwolisz, muszę udać się na spoczynek. Dzisiejszy dzień był pełen fascynujących wydarzeń. Jednych przyjemnych, innych mniej, ale nic nie przebije przebywania w twej obecności. Jutro najpewniej czeka mnie niemało roboty w hospicjum. Ach, wasza wizyta. Sądzę, że najlepiej będzie jak zjawicie się pojutrze. Jutro pewnie jeszcze będziemy sprzątać.
- Pojutrze. - pani powtórzyła zaproponowany termin i spojrzała w dół na swój nagi i zajęty sobą orszak służek. Dziewczęta na chwilę przerwały zabawę, popatrzyły na siebie, naradziły się i w końcu blondynka dała znak, że Aubentag im pasuje na wizytę w hospicjum.
- Przyjedziemy w dzień, pewnie w południe. Zobaczymy się z tą dziewką od pajęczej królowej no i jak tam macie kogoś albo coś ciekawego do oglądania i poznania to też nas tam zaprowadź jak dasz radę. W każdym razie no ty tam wiesz co i jak to my przyjedziemy, śliczne i bogate a ty rób nam za wodzireja tego cyrku. - zaproponowała szlachcianka z Averlandu ubrana w same wysokie buty i gorset. Jej przyjaciółki miały na sobie jeszcze mniej ale też się uśmiechnęły przyjaźnie.
- No to będziesz już leciał? No szkoda. Ale mam nadzieję, że to nie ostatni raz co nas odwiedzasz. - Łasica wstała z klęczek i widząc, że klepsydra i tak już się prawie przesypała zaczęła się żegnać z kolegą.
- No tak, musimy już kończyć. Jeszcze się trzeba ubrać, doprowadzić do porządku i udawać, że się skończyło modły żałobne. - Burgund pokiwała głową na znak zgody.
- Tylko wyjdź tyłem. Dziwne by wyglądało jakbyś tyle czasu jakąś paczkę odbierał. Kristin cię wypuści. No chyba, że wolisz przez kanały to tamtędy. - Pirora dołączyła do pożegnań koleżanek i poprosiła aby kolega trzymał się tego co powiedział na wejściu do jej kamienicy. Na koniec nieco raczej żartobliwie wskazała gdzieś w kąt swojego prywatnego loszku jak mówiła o tym wyjściu do kanałów. *
- Może umówimy się na jakieś spotkanie w najbliższym czasie? - zaproponował Joachim jednookiemu, kiedy obaj się ubierali i zbierali do wyjścia.
- Oczywiście. W jakimś konkretnym celu, czy tak socjalnie? - Otto przyjrzał się koledze.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Wellentag; Hospicjum
Otto cieszyło, że hospicjum nie rozpadło się pod jego nieobecność, ani, że Inkwizycja nie zwróciła na nich uwagę.
- Wybacz za samowolkę. Stan Vigo był poważny, a po wczorajszych wybrykach lazaret byłby już pełny. Zabrałem go do Sigismundusa, znam się z aptekarzem i wiem, że możemy mu zaufać. Nie miał dobrych rokowań co do Vigo, obawia się, że nie dotrwa Marktagu. - Otto westchnął - Poprosiłem go, żeby zrobił co mógł, nawet jeżeli oznacza to na sprawieniu, aby ostatnie chwile Vigo nie były pełne bólu.
- Ah tak… - mistrz hospicjum zamyślił się i pokiwał głową ale popatrzył jeszcze na Andrewa który mu towarzyszył.
- No właściwie to trochę się dziwie, że jeszcze dycha. Źle z nim. Nie sądzę aby z tego wyszedł. Wolałem go izolować na wypadek gdyby to co złapał było zaraźliwe. Od dawna jego stan się pogarszał. Wątpię aby dożył do następnego Festag. W poprzednim to jeszcze trochę siedział ale potem pogorszyło mu się i raczej nie rokował na poprawę. - zastępca szefa tej placówki niejako potwierdził diagnozę Sigismundusa. Mówił szybko i pewnie siebie ale właściwie pewnie dla nikogo kto się zajmował Vigo jego stan nie był tajemnicą.
- Ah tak… - mistrz pokiwał głową znów zastanawiając się przez chwilę. - Dobrze, to niech tam zostanie u tego Sigismundusa. Daj znać jak umrze. Trzeba będzie wystawić akt zgonu. No i w ogóle zrobić z nim porządek. Aha to jak już nie będzie wracał to posprzątaj Otto jego cele. Może trafić się ktoś nowy to lepiej aby była gotowa. - w takim obrazie sytuacji szef szybko podjął decyzję i nawet chyba było mu na rękę, ze ten beznadziejny przypadek odpadł mu ze składu.
- Oczywiście. Spojrzę jeszcze na Thorna… obiecałem mu rozmowę, po jego wczorajszym wyskoku. - Mnich kiwnął głową przełożonemu i ruszył w stronę celi Thorna. Wolał nie śmierdzieć kiedy z nim zacznie.
- Dobrze idź. Słyszałem, że udało ci się go wczoraj spacyfikować. Dobrze. Dobra robota. Dobrze, że ktoś ma na niego taki wpływ. Zawsze był z niego kawał hultaja no ale ostatnio to skaranie boskie z nim. - Ottokar zgodził się na odejście podwładnego i nie omieszkał go pochwalić za wczorajszy wyczyn więc widocznie coś musiało do niego już dotrzeć od pozostałych mnichów na ten temat.
Samego Thorna zaś Otto zastał tam gdzie się można było spodziewać. Czyli w małej celi gdzie zwykle zamykano krnąbrnych pacjentów. Niedaleko swoją celę miała Marisa no ale teraz pewnie gdzieś szorowała schody albo podłogi. Sam awanturnik spojrzał w stronę drzwi na swojego gościa. Miał opuchniety i chyba rozbity łuk brwiowy więc ta część twarzy wydawała się nieco zdeformowana i zaczerwieniona. Ale mężczyzna siedział w niedbałej pozie na swojej rozłożonej pryczy. Prychnął ironicznie na widok Otto ale nic nie powiedział. Widocznie czekał aż ten zacznie rozmowę.
- Thorn, miło cię znowu widzieć. Możemy porozmawiać o wczorajszym dniu? - Otto zamknął za sobą drzwi - O tym jak straciłeś wczoraj kontrolę nad sobą?
- Nie straciłem nad sobą kontroli. Po prostu wszystko i wszyscy mnie tu wpieniają. To dostali nauczkę. Niech mi nie włażą w drogę. - Thorn wzruszył obojętnie ramionami ale nie wyglądał ani na skruszonego ani na żałującego za swoje wczorajsze zachowanie. W przeciwieństwie do Marisy która chociaż na pierwsze wrażenie wyglądała jakby żałowała za to co wyprawiała wczoraj.
- Thorn. Straciłeś nad sobą kontrolę. Wiesz, skąd wiem? Ponieważ ja byłem w stanie ją przejąć. Nie chodzi o to, że byłeś wściekły i dałeś w ryj jednemu z pacjentów, przywaliłeś Georgowi ławą, czy, że groziłeś mnichom. Chodzi o to, że byłem w stanie cię uspokoić. - Otto poklepał mężczyznę po ramieniu - Gdybyś naprawdę był pod kontrolą, ja i każdy mnich w tym hospicjum pewnie bylibyśmy teraz w lazarecie, a ty byś spokojnie sobie hasał na wolności. Gniew, nienawiść, żądza krwi to narzędzia, a tobie brak kontroli i skupienia, aby z nich skorzystać. Chcesz, abym cię nauczył trochę o tym?
- Zobaczysz, pewnego dnia stąd zwieję. Nikt mnie nie powstrzyma. Ani te drzwi, ani kraty, ani ty ani reszta tych przygłupów. - Thorn skrzywił się i strzyknął pogardliwie strużką flegmy jaka poleciała gdzieś na podłogę.
- I wcale nie potrzebuję żadnych nauk. Robię co chcę. Zawsze robiłem. Tylko te wszystkie ciamajdy dookoła mnie spowalniają. - burknął kolejny raz niezadowolony chyba, że dał się wczoraj nakłonić do współpracy i pójść do celi.
Otto prychnął.
- Szczerze wątpię, jeżeli twoja siła będzie skupiona na czymś innym niż ucieczka. Dlatego chcę ci pokazać jak pozostać w danej chwili. - mnich podszedł do ściany na długość wyciągniętej ręki - Jeżeli jesteś zainteresowany, to podejdź.
Przez chwilę Thorn nie ruszał się z miejsca. Obserwował jednookiego mnicha jakby się zastanawiał o co temu chodzi i po co to wszystko. Jego oczy przeszukały jego sylwetkę szukając nie wiadomo czego. I nie ruszył się z miejsca. Dalej na w pół leżał, na w pół siedział w poprzek swojej pryczy. W końcu jednak wzruszył ramionami, wstał, stanął naprzeciwko Otto obserwując go podejrzliwie i nieufnie.
- No? - zapytał zaczepnie dając znać, że mnich ma okazję coś sobą zaprezentować.
- Ćwiczenie jest dość proste, jeżeli wykonujesz je należycie. - Otto wyprostował rękę, przytykając otwartą dłoń do ściany, po czym powoli ją cofnął - Pomyśl o rzeczy, która cię rozwściecza. Strażnik miejski, jakiś szlachcic, ja… - wykonał szybki cios w ścianę - I pozwól, aby gniew pokierował twoją rękę. Żadne pierdolenie "poczuj jak przechodzi z twej ręki na ścianę i opuszcza ciało", to gówno prawda. Poczuj, jak dzięki temu, że jesteś zły, ręka mniej boli, a ściana jakby mocniej obrywa. Skupiaj się na tym co czyni cię gniewnym, pozwól, aby gniew dał ci siłę i wytrwałość. I rozwal tą ścianę, za to, że stoi między tobą, a wolnością.
Na twarzy Thorna widać było jak początkowy sceptycyzm zmienia się w zainteresowanie. Może nawet z domieszką niedowierzania. Patrzył to na mnicha, to na jego dłoń i pięść, w końcu na ścianę na jaką ten pokazywał. Trawił to wszystko przez chwilę w milczeniu.
- Próbowałeś tego? - zapytał w końcu jakby sprawdzał czy Otto ma jakieś doświadczenia w metodzie jaką mu sam proponuje.
- Kiedyś i nie w sposób, który ci teraz pokazuje. Kiedy mnie pokazano tą sztuczkę, faktycznie miało to na celu uspokoić mnie. Dać mi metodę na "wyżycie złych impulsów". Po jakimś tygodniu zacząłem, robić to co teraz. - ponownie uderzył w ścianę - Wyobrażając sobie twarze mych przełożonych, którzy zamykali mnie w celi za "złe zachowanie", jakby to była moja wina, że ten idiota wylał na mnie pomyje. Zasłużył sobie, abym rozwalił mu głowę wiadrem! - kolejny cios - Albo kobiety, które przychodziły pomagać, chichocząc coś do siebie, podwijając suknie. Co mam niby zrobić, jak nie podwinąć ich dalej!? - kolejny cios - Nigdy, nie wyrzekaj się tego co cię rozwściecza Thorn. NIGDY! Świat jest niesprawiedliwy, dla zwykłych ludzi jak ty, jak ja, jak inni. - kolejny cios - Jedyne co nam zostaje to nasz gniew i co z nim zrobimy. - tym razem zatrzymał cios tuż przed ścianą - Jednak, jeżeli pozwolimy, aby gniew nam mówił co mamy robić, a nie na odwrót.. Kończymy w celi i walimy w ścianę.
- A to też byłeś w czymś takim? - Otto miał wrażenie, że chyba przekonał pacjenta tą osobistą przemową chociaż trochę. Na pewno bardziej niż jakiś losowy przykład co brzmiał jak jakieś mądrobrzmiące wyssane z palca bujdy. W głosie i spojrzeniu Thorna pojawiła się życzliwość i zrozumienia. Jakby odkrył w tym jednookim mnichu bratnią duszę.
- Szkoda, że tutaj nie ma takich co podwijają suknie. Przydałaby się. Chociaż jedna. - zaśmiał się rubasznie bo w hospicjum w obsłudze dominowali mężczyźni i kobiet tu prawie nie było. A już na pewno nie takich atrakcyjnych którym by się chciało dostać pod spódnicę. Na razie jednak Thorn ustawił się frontem do ściany. Chwilę się koncentrował, szykował do ciosu. Wreszcie wyprowadził ten pierwszy. Mocne, solidne uderzenie. Chociaż przy dłuższej próbie groziło uszkodzeniami ręki.
- Och, nie. Bycie mnichem, oznacza, że masz o wiele mniej wolności niż nie jeden więzień. A zdziwiłbyś się, co mają na sercu pracujący tu ojczulkowie. Pewnie niejednego byś wywalił z bandy, za brak moralności. - Otto westchnął - Co do podwijające sukienki… Marisa wydaje się być ostatnio odważniejsza. Do tego… w najbliższych dniach mają się zjawić dwie szlachcianki w celach "charytatywnych". Zagraj dobrze, a może zobaczysz więcej niż tylko kostki.
- Marisa? No tak, ona jest niczego sobie… - Thorne zaśmiał się chrapliwie gdy koleżanka co ostatnio też często karnie lądowała w izolatce jak i on musiała mu się wydać całkiem interesująca jako kobieta.
- Ale szlachcianki? No co ty… Przecież to szlachcianki. Te wyperfumowane damulki i ich piczki nie przejmują się takimi jak my. - myśl o wizycie jakichś ładnych szlachcianek chyba pacjentowi wydała się przyjemna i miła dla serca a pewnie i lędźwi. Ale raczej nie uważał za zbyt realne to co mnich sugerował. Zresztą całkiem słusznie. Przynajmniej gdyby chodziło o jakieś praworządne damy z towarzystwa i z dobrymi nazwiskami.
- Och, szlachcianki potrafią być znudzone tym co mają na co dzień. Tak czy inaczej, potrenuj co dziś ci pokazałem i nie przesadzaj. Nie chcę cię zobaczyć w lazarecie ze złamaną ręką. - po tym Otto zamknął za sobą drzwi do celi Thorna i ruszył do starego pokoju Vigo. Czekało go mało miłe czyszczenie.
Na odchodne to Otto odniósł wrażenie, że wzrok Thorna ocieka sceptycyzmem co do tej obiecanej wizyty szlachcianek. Zwłaszcza jakby miały być takie znudzone i chętnie zadzierające spódnice. Ale na głos jednak tego nie wypowiedział.
Przeszedł w inną, mieszkalną część hospicjum gdzie pacjenci mieli swoje sale i pokoje. Zwykle albo ci co mieli możnych protektorów mieli własne pokoje albo ci co już dogorywali i obsługa chciała im zapewnić ostatnie dni w spokoju. Większość bowiem spała we wspólnych salach i pokojach po kilka łóżek. Vigo ze względu na swój chorobliwy i beznadziejny stan od jakiegoś czasu przebywał właśnie w jednym z takich odosobnionych pokojów. Jednak wyposażenie było nader skromne. Nawet w przeciętnym pokoju w gospodzie co się wynajmowało w podróży na jedną noc było tego więcej. Jak tylko młody mnich otworzył drzwi do tego pomieszczenia uderzył go nieprzyjemny zaduch nie wietrzonego pomieszczenia od razu kojarzący się z gorączką i chorobą.
Właściwie z umeblowania to było zwykłe, skrzynkowe łóżko, stół z dwoma krzesłami, jeden taboret i szafa na ubrania. Więc niewiele. Za to chyba nikt tu nie zdążył posprzątać bo na podłodze leżała wywrócona miska na wymioty. A te zmieniły się w zaschniętą, rozbrygniętą na podłodzę plamę. Ściana poprzednio “ozdobiona” rysunkiem wykonanym przez pacjenta teraz była pusta. Więc nie zrobił kolejnego. Ubrań w szafie też było niewiele a te co były Vigo otrzymał już tutaj. Były to więc tanie elementy kupowane za skromne oszczędności z budżetu. Parę rzeczy osobistych jak miski, kubki, drewniane sztućce, wszystko też z wyposażenia hospicjum.
Nieco dziwnie i niepokojąco wyglądały rysy na deskach podłogi. Wyglądały jak ślady po paznokciach. Zupełnie jakby ktoś w tych deskach próbował kopać jak w ziemi. Co oczywiście nie mogło dać żadnych sensownych rezultatów. Ale jak tu sprzątał poprzednim razem to tych rys jeszcze nie było. Znalazł też ślady szczurzych łapek pod jedną ze ścian no i dziurę pewnie też od gryzoni. Ktoś musiał tu już podziałać w tej sprawie bo na podłodze była rozłożona trutka. Ale jeśli któryś z małych szkodników złapał się na nią to skipiał nie w pokoju.
Wellentag; Kryjówka Mergi
Mnich kiwnął głową Lilly kiedy ją zobaczył.
- Bardzo chętnie moja droga, dziękuję. - Otto przysiadł się do stołu, ale wstał kiedy do pokoju wkroczyli Starszy i Merga.
- Starszy, Wyrocznio, dziękuję, że chcieliście się ze mną spotkać. - spojrzał na Łasicę - I dziękuje ci, że pomogłaś mi zorganizować to spotkanie.- Nie ma sprawy, ja też tu miałam coś do załatwienia. To może możemy sobie nawzajem pomóc. - Łasica odparła z wesołą nonszalancją ale, że Lilly i Myszka zaczęły podawać do stołu to przez chwilę wszystkich zajęły pełne miski. Danie nie było za bardzo wyszukane, dominowała kasza z kawałkami ryb i suszonymi śliwkami. Przez chwilę panowało to braterskie poczucie wspólnoty gdy jak to od wieków ludzie jednoczyli się i bratali przy wspólnym stole. Tylko Starszy nie jadł ograniczając się do glinianego kubka z winem bo jak zaznaczył zdążył zjeść obiad przed przyjściem tutaj. Pozostali jednak chętnie zasiedli do wspólnego posiłku.
- To co cię właściwie sprowadza Otto? Jaka to sprawa? - zapytała rogata wyrocznia patrząc pytająco na siedzącego naprzeciwko jednookiego.
- Najpierw chciałem zapytać, czy legenda czterech sióstr opowiada co się z nimi ostatecznie stało? Czy doczekały wywyższenia, aby dołączyć do grona niezrodzonych?
- Legendy mówią, że spotkały się w tym samym miejscu w jakim się rozstały. Czyli gdzieś tutaj, w tej okolicy. I tam każda jedna chciała przyćmić chwałą i wyczynami pozostałe więc poddawały się różnym próbom, pokazywały sobie różne trofea ale ogólnie każda z nich wróciła potężna, wspaniała i dostojna dlatego żadna nie mogła zdobyć wyraźnej przewagi w tej rywalizacji. Ale właśnie z tego okresu pochodzą wszelkie artefakty i pamiątki po nich. I w tych zapiskach co chłopcy przynieśliście z jaskini Oster też po części jest to oddane. To chyba był jeden z projektów Oster jaki robiła w ramach tej rywalizacji bo już zdążyłam przetłumaczyć wstęp. W każdym razie po wszystkim widząc, że między sobą tego sporu nie rozstrzygnął wszystkie udały się na północ, na Pustkowia Chaosu. I wedle legendy tam dostąpiły wywyższenia, każda z rąk swojego patrona. To przykład dla nas wszystkich, że nasi patroni są wspaniałomyślni i doceniają wierną służbę oraz poświęcenie. A dlaczego o to pytasz? - Merga całkiem chętnie udzieliła wypowiedzi na temat legendy jaka sprowadziła ją tutaj aż z Norsci. Miała miły i przekonywujący głos więc przyjemnie się słuchało jej opowieści. Na koniec jednak była ciekawa dlaczego młodzieniec pyta właśnie o ten detal.
- Wczoraj w hospicjum sytuacja wymknęła się mnichom spod kontroli. Dwóch pacjentów, pod wpływem jak sądzę Norry, wdało się w walkę ze sobą, z minchami, innymi pacjentami, oraz najbliższymi meblami. Kobieta gadała, że musi kogoś odnaleźć. Jeden chory mamrotał o darze Oster, zabrałem go do Sigismundusa i teraz jest pod jego opieką. Inny, drogą eliminacji słyszący Vestę, mówił iż, "Ktoś jest zły, czegoś szuka i kula go wezwie i wskaże mu drogę". - Otto wzruszył trochę ramionami na tą wiadomość, najwyraźniej nie potrafi rozgryźć jej znaczenia - Ostatnia, od Soren, mówiła, że "Pajęcza Królowa" powróci, Soria potwierdziła, że to jeden z tytułów Soren. Oznacza to, że szepty jakie ona słyszy nie są od Slaanesh czy jakiegoś losowego sługi Mrocznego Księcia. Tylko właśnie od Soren. Mówię o tym… ponieważ ja natychmiast rozpoznałem oczywiste oznaki, ale jeżeli jakiś inny mnich też zauważy wzorzec… nie chcę myśleć co Inkwizycja by zrobiła z taką wiedzą.
- O popatrz mój synu, to są bardzo ważne wieści. - mistrz był pod wrażeniem tych słów. Dało się to poznać pomimo maski na twarzy. Merga także wydawała się tym nieco zaskoczona. Łasica siedziała obok niej i na razie obserwowała to wszystko z ciekawością. Myszka i Lilly siadły nieco dalej i jadły swój posiłek nie wtrącając się póki co w rozmowę.
- Tak, jestem prawie pewna, że wszyscy jak już będą słyszeć jakiś zew to będzie to zew od którejś z sióstr. Co prawda nie można do końca wykluczyć innych niezrodoznych jednak to teren tych Sióstr. Ich zew powinien być najsilniejszy. One wołają przez eony czasu i przestrzeni a my, niektórzy z nas, mogą do odbierać jako sny, głosy lub wizje. Bardzo możliwe, że to będzie się nasilać, zwłaszcza jak kolejne artefakty będą odnajdywane i w naszym posiadaniu. Siostry chcą powrócić aby objąć należne im dziedzictwo, hołd i chwałę. - w sprawie Sióstr Merga była ich ekspertem więc i ona zabrała głos w tej sprawie. Mówiła szybko i zdecydowanie więc pewnie była tego pewna.
- Ale to niezłą plejadę macie w tym hospicjum. Od każdej z sióstr ktoś by tam był. No ciekawe. To może dać nam jakieś wskazówki co do planów Sióstr, ich woli abo arteaktów jakie nam pozostawiły. - Starszy pokiwał swoją maską ale też wydawał się dostrzegać ważkość tych argumentów oraz ich potencjał.
- No to dobrze by ich było stamtąd zabrać i przenieść gdzieś do nas. Jak Otto i tak jednego z nich już stamtąd zabrał. A wczoraj gadaliśmy o tej od Soren. Ja tam chętnie bym ją poznała i może nawet byśmy się polubiły jak ona też by się okazała jedną z nas. - Łasica włączyła się do rozmowy przypominając nieco o czym wczoraj rozmawiali u Pirory.
- I ta kobieta od Norry krzyczała, że ma kogoś odnaleźć? No spróbuj się dowiedzieć o kogo chodziło. Chociaż trzeba się liczyć z tyn, że po ataku szaleństwa to oni mogą mieć kłopot pamiętać co robili i mówili podczas jego trwania. Ale to mogą być jakieś strzępy wiedzy czy wskazówek przekazywanych przez którąś z Sióstr. - rogata wyrocznia zaczęła dokładniej analizować wieści jakie przyniósł jednooki kolega.
- Z Oster to może chodzić o te jaja i zapiski co przynieśliście z jaskini. Ona jest jej poświęcona. Ten kamień co na nim stała ta skrzynka ze zwojami i ten jednorogi strażnik to też część jej dziedzictwa. Nie zdążyłam jeszcze przetłumaczyć tych zwojów ale chodzi o muchy co będą żerować na żywych i roznośić błogosławieństwo Papy Nurgla. I sądząc po obrazkach to chyba istotną rolę w tym ma kobiece łono. Ale do tego jeszcze nie doszłam. - rogata wiedźma wspomniała jak jej idą prace nad tłumaczeniem zwojów z jaskini i jak to się ma do jej przypuszczeń na temat dziedzictwa akurat tej Siostry.
- Ale wizję od Vesty i świecącej kuli też miałam. Lewitowała nad zamglonym terenem, może nad bagnami ale nie jestem pewna. I tam coś poruszało się ku niej jak za przewodnikiem. Może ten wasz pacjent widział coś podobnego. Jak się zbierze odpowiednio dużo takich relacji może ułoży się z tego jakąś wskazówkę co do kolejnych darów. - sama wyrocznia oddała się patronatowi Zmieniacza Dróg i Tkacza Losu ale zazwyczaj tym nie emanowała zdając sobie sprawę z wieloetniczności zboru Starszego. Dlatego zwykle ograniczała się do roli jego prawej ręki, doradcy i eksperta od spraw mistycznych. No i Czterech Sióstr.
- A ja też wczoraj to słyszałam i Soria też mówiła, że jak ktoś gada o Pajęczej Królowej to może słyszeć głos Soren. Przecież ona sama nawet nie używała wcześniej tego imienia. - Łasica znów sie wtrąciła i potwierdziła słowa kolegi z wczorajszego spotkania. A widząc, że dwójka starszych stażem i w hierarchii obmyśla coś kontynuowała dalej ale zaczynając nowy wątek.
- Aha, bo nie wiem czy wiesz Otto. Ale jest pomysł aby pożyczyć sobie tych datków z wczorajszej tacy. My na pewno lepiej spożytkujemy te dobra. A Merga mówi, że mogłaby to zabrać do Norsci jako dar, na łapówki i tak dalej no i to by dobrze wyglądało, że tu nie same biedaki i lebiego co żebrzą o łaskę i pomoc wojowników z północy. A poza tym tutaj to byłby bardzo trefny towar. I tak by go trzeba opylić gdzieś poza miastem bo tutaj to zbyt duże ryzyko. No ale to jak wiesz jakoś na dniach trzeba by zorganizować skoro wkrótce Merga ma wkróce odpłynąć. To jak? Jakoś byś nas tam wkręcił? Mnie i Burgund. Musiałybyśmy tam powęszyć i rozejrzeć się co jest co. Czy w ogóle gra jest warta świeczki i do zrobienia czy też nie ma co się nakręcać jak Fabi na orgie ze zwierzętami. - zagaiła wesoło, szybko i nieco chaotycznie zdradzając co jeszcze ją tu dzisiaj sprowadza. Starszy ogólnie pokiwał swoją maską na znak, że właśnie o tym też rozmawiali jak Otto dzisiaj tu przyszedł.
- Jeżeli będzie w stanie utrzymać wasze ubrania na sobie. - zaczął Otto - Będę mógł was wprowadzić jako ladacznice chcące odkupienia i oczyszczenia. - Otto spojrzał na Mergę - Co do daru Oster, mówił o jajach, które przynieśliśmy. Najwyraźniej będą musiały być umieszczone w łonach kobiet i najwyraźniej lokalne ladacznice zostaną poświęcone w tej misji. - mnich zerknął na Łasicę - Spokojnie moja droga, upewnię się, że twoje łono będzie oszczędzone.
- Ladacznice co chcą odkupienia i oczyszczenia ale mają pozostać w ubraniach? Ależ to takie marnotrawstwo! Bez ubrań jest znacznie ciekawiej! No bo przecież obroże i kajdany to nie ubrania. - Łasica zrobiła wielkie oczy i przybrała nieco infantylny ton niezbyt rozgarniętej trzpiotki. Akurat jak przyszła Norma i dosiadła się do obiadu zerkając na nich z zaciekawieniem. Pozdrowiła Otto skinieniem głowy ale nie wtrącała się w rozmowę. Zaś włamywaczka roześmiała się radośnie i machnęła dłonią.
- Nie no nie przejmuj się Otto. Jesteśmy profesjonalistkami. Jak się bawimy to się bawimy ale jak jesteśmy na robocie to jesteśmy na robocie. Zrobimy co będzie trzeba. Jak trzeba będzie odegrać jakąś żałosną płaczkę czy skruszoną grzesznicę to damy radę. - wyjaśniła Łasica dając znać, że chociaż lubi się bawić w mało standardowy sposób to jednak potrafi to oddzielić od swoich zawodowych zajęć.
- Zastanawiałam się z Burgund czy nie zabrać Fabi. Ona tam się dogadała z jednym z oficerów, że on jest w połowie Bretończyk no i w ogóle “ochy i achy” nad Bretonią. Ino przegrał z Sorią bo jak tylko Fabi ją zobaczyła z Pirorą po mszy to od razu do nich poleciała. No ale jak on by gdzieś tam się kręcił na zmianie to może by jakoś go zagadała czy co. - rzuciła luźną ciekawostką jeszcze na razie dopiero przymierzając się do tego świątynnego zadania i sondując temat. Jak skończyła odezwała się rogata wyrocznia.
- A z tymi kobiecymi łonami to tak. Właśnie na tym to polega. Wczoraj zdążyłam przetłumaczyć pierwszy zwój. A dziś mam nadzieję skończyć drugi. Pierwszy opisuje sam proces. Ten drugi różne mikstury przydatne lub wspomagające to wszystko. Zaś trzeci to jeszcze nie wiem, chyba coś innego. Może jutro mi się uda za to zabrać. - Merga niejako potwierdziła domysły Sigismundusa no i słowa Otto jakie mieli co do owych zdobyczy z jaskini Oster.
- Właściwie wygląda na to, że sam proces jest zaskakująco łatwy do przeprowadzenia jak już ma się jaja. Wystarczy umieścić te nasienie Oster w kobiecym łonie. Tak naprawdę w pozostałych dwóch otworkach też można ale tam sa mniej korzystne warunki i straty są o wiele większy. Łono pod tym względem powinno być najefektywniejsze. I jak się tam umieści te jaja to właściwie koniec roboty. Po pół tygodniu do tygodnia, plus minus dzień czy dwa na zewnątrz, też łonem, wydostają się larwy. A następnie to jak u zwykłych much. Czyli poczwarka a potem owad dorosły. Tylko to wszystko jest większe no i dłużej trwa niż u zwykłych much. - czarownica o niesamowicie złotych oczach i fioletowej skórze streściła w największym skrócie czego się dowiedziała z przyniesionych jej w ostatni Angestag zwojów.
- Jednakże to całość zaprojektowała Oster. Ale każda z Sióstr dołożyła tam swoją cząstkę. Przekazała swoją krew dlatego insekty też będą zdradzać to pochodzenie. Te od Norry powinny wzbudzać berserkerski szał, chyba, że ktoś zdoła się opanować. Te od Oster zatrucie i chorobę. Od Soren napad nieokiełznanej żądzy. A od Vesty wizje od jej patrona co może wywołać atak szaleństwa albo i fizyczną przemianę. No i są jeszcze same insekty które mogą latać, kąsać a gdy będą odpowiednio dorosłe także rozmnażać się. Więc to raczej jakiś ich wspólny projekt nawet jeśli Oster go zrealizowała i to chyba po części po to aby pokazać siostrom swoją wyższość i, że może podołać nawet tak skomplikowanemu zadaniu. - Merga dopowiedziała co jeszcze dowiedziała się ze zwojów nad jakimi ostatnio pracowała.
- Ah! Jak je wypuścimy na miasto będzie tak pięknie! Wyobrażacie sobie jaki nastąpi chaos jak nadleci taki rój i zacznie kąsać i wywoływać takie efekty jak mówi wyrocznia? - zaśmiał się zamaskowany lider zboru gdy taka wizja bardzo przemawiała do jego wyobraźni i bardzo mu odpowiadała.
- Sgismundus na pewno się ucieszy. A Ojczulek i Oster pewnie też, będą uradowani zwieńczeniem tak cudownego dzieła. Zastanawia mnie jednak… - Otto spojrzał na Wyrocznię - Działamy, aby sprowadzić wszystkie siostry, prawda? Lepiej by chyba było, poczekać na wypuszczenie much, kiedy będziemy mieli pozostałe artefakty. Jeżeli rywalizacja między siostrami była tak zacięta, jeżeli jedna postawi nogę na rodzimej ziemi przed pozostałymi… może zacząć, próbować przeszkodzić nam w przyznaniu reszty.
- Oj nie obawiaj się. Na razie nie zanosi się abyśmy mieli sprowadzenie którejkolwiek z nich w zasięgu ręki. - Starszy westchnął z rozżaleniem ale był realistą na tyle aby nie oszukiwać w tej materii sam siebie ani swoich podopiecznych.
- A te muchy to trzeba jak najszybciej. Bo to jak z każdą inną hodowlą. Zanim dorosną, zanim zbierze się plon to jakiś czas mija. A sam proces nie jest zbyt wydajny. Może pół tuzina, może tuzin z jednego łona. Można to nieco zwielokrotnić dając większe dawki lub korzystając z wszystkich naturalnych otworów ale to już ryzyko rośnie. Oster raczej zaplanowała to jako stopniowa hodowlę właśnie. Więc aby uzyskać efekt roju to potrzeba jak najwięcej nosicielek. I kilka tygodni przynajmniej. Ogólnie to jak z każdą hodowlą im większe stado tym większy zbiór. - Merga zwróciła uwagę na nieco inny aspekt tego zagadnienia. I podchodziła do tego niczym hodowca rozmawiający o swoim stadzie z innym hodowcą.
- No właśnie. A pewnie słyszałeś co wczoraj mówili? Za miesiąc ma być jednak ten festyn. A w naszym mieście wciąż gości wielu znamienitych gości. Więc może późną jesienią czy w zimie byśmy zdążyli uzbierać to stado no ale wtedy będą w mieście ci co zwykle. A zaraz po żniwach, jak się żałoba po księżnej skończy i zrobią jednak ten turniej to wciąż powinno byc tu wielu wspaniałych gości. To da nam niesamowitą siłę rażenia no i skalę przy takim ataku. W połączeniu z tym planem o uczcie co już i tak mieliśmy zamiar go zrealizować to może dać niesamowite efekty. A czkawką się to odbije na obecnych władzach no i rozniesie się po całej prowincji. - Starszy mówił z entuzjazmem bo to byłby dodatkowo niszczący cios do tego planu jaki mieli już uzgodniony wcześniej z potruciem znamienitych gości podczas balu jaki tradycujnie odbywał się na koniec turnieju rycerskiego.
- Miesiąc? To daje nam też czas na odnalezienie ołtarza Norry i Vesty, razem z ich darami. - Otto delikatnie się uśmiechnął na myśl o tarapatach w jakie wpadną lokalne władze - Och, gdyby udało nam się jakoś zrzucić podejrzenia na naszych możnych.
- Myślę, że jak jakiś szacowny pan zatłucze w szale jakąś szacowną panią, tam się ktoś obnaży i zacznie się niestosownie zachowywać a jeszcze tu czy tam ktoś oszaleje albo mu coś wyrośnie no to wpędzimy ich już tylko tym w niezły ambaras. - zaśmiał się cicho mistrz zboru dając znać, że gdyby te oba ataki doszły do skutku to tak czy inaczej możni tego miasta i ich znamienici goście mocno ucierpią. Jak nie na wizerunku to dosłownie.
- I oczywiście te muchy to swoją drogą. Domyślam się, że Sigismundus chętnie się tym zajmie. Część z nas, Egon, Versana, Aaron, może Silny odpłynie razem z naszą czcigodną wyrocznią jako jej świta. Więc zrobi nas się mniej. Ale mimo to nie należy ustawać w wysiłku nad zdobyciem kolejnych artefaktów. - mistrz zwrócił uwagę na to, że wkrótce nie tylko Merga ich opuści ale i część kolegów i koleżanek ze zboru. Ale chyba nie uważał, że to zwalnia ich od obowiązku poszukiwań pamiątek po Siostrach.
- I na samych gości też zwracajcie uwagę. Całkiem możliwe, że wśród nich też są podatni na zew którejś z Sióstr. - dorzuciła Merga nie ograniczając tego zewu tylko do mieszkańców lokalnej okolicy.
- Będziemy tęsknić. - zwrócił się mnich do Mergi - Plotki też mogą być dobrym źródłem na potencjalnych rekrutów. Wracając do moich pacjentów. Soria i Pirora w najbliższym czasie odwiedzą hospicjum zapoznać się z dziewczyną od Soren. Podjąłem kroki, aby przynajmniej jeden z sług Norry spróbował samoczynnie zbiec z przybytku. Pozostaje wieszcz od Vesty, ostatnio jak go widziałem był nieźle obity, więc najpewniej trzeba go będzie jakoś wydostać.
Wyrocznia skłoniła uroczo głową w podziękowaniu za te wyrazy tęsknoty. Ale jak zwykle gdy sprawy zeszły na lokalne warunki to pierwszeństwo w dyskusji oddała Starszemu. Ale jeszcze wtrąciła się Łasica.
- Jak się uda to ja też tam będę. W końcu co to za jakieś szlachcianki bez żadnej służki prawda? I jestem ciekawa tej dziewczyny od Soren. - łotrzyca zgłosiła swój udział w tej ekspedycji charytatywnej spod patronatu obu szlachcianek.
- A to są jacyś znaczni ci twoi ulubieńcy? Bo może jak się posmaruje gdzie trzeba to przeor zgodzi się ich wykupić. Jakiś słodki pretekst się wymyśli i gotowe. Tylko na to karlikami pewnie by trzeba sypnąć. Fabienne można by dorzucić, niech się też sypnie groszem. Pirora mi ostatnio płakała ile ten remont kamienicy i teatru ją zeżarł. A z dochodami z teatru słabo. Właśnie wielka premiera miała być z tymi aktorami z Saltburga na ten turniej ale odwołali. No chyba, że to jacyś znaczni co mają jakichś protektorów co by mogli o nich pytać to wtedy no mogą się nie zgodzić. - łotrzyca okazała się złodziejskim sprytem i ulicznym cwaniactwem w tym kombinowaniu z wydostaniem kogoś z hospicjum. Nawet nie tak całkiem nielegalnym. I wydawała się być też nieźle zorientowana w indywidualnych sprawach swoich dziewcząt.
- Wykupić? No cóż to by mogło się udać. W końcu nie stracilibyśmy nic prócz pieniędzy. A takie szlachetne damy jak mówicie to by chyba miały odpowiednie nazwiska i pozycję do takich negocjacji. - mężczyzna w masce skinął nią na znak, że uznaje to za całkiem interesujący pomysł.
- To też sposób… może być problem jednak z nimi, zważając, że sprawiali "problemy". Chociaż, może przez to będą chcieli się ich bardziej pozbyć. - Otto zastanowił się - Porozmawiam z interesującymi okazami, zanim zjawią się nasi szanowni goście.
- To porozmawiaj. Umieją coś? Bo jakiś pretekst dobrze by było wymyślić dlaczego jaśnie panna van Dyke albo czcigodna pani van Mannlieb chcieliby wykupić dla jakiejś charytatywnej idei tego czy tamtego. Z tą dziewczyną to łatwiej bo zawsze mogą chcieć po prostu służkę czy pokojówkę. Chociaż z mężczyznami też gdzieś do stajni czy teatru. No ale ładniej wygląda jak to ma ręce i nogi. - Łasica jako zawodowa włamywaczka i oszustka podpowiedziała co mógłby kolega ustalić z tymi pacjentami hospicjum zanim się jutro tam zjawi gromadka młodych szlachcianek.
- I się nie ma co przejmować. Jak nie będą chcieli albo mogli ich wykupić to się wymyśli co innego. Nie sądzę aby tam u was mieli lepsze zamki niż w kazamatach. A jeszcze jak ty tam łazisz codziennie to w ogóle dziecinada z takim włamem. - łotrzyca o niebieskich włosach machnęła lekceważąco ręką na znak, że gdyby trzeba było inaczej niż pieniężnie uwolnić pacjentów hospicjum to też raczej uważała do za formalność.
- Ale to tak po szybkości bym wolała załatwic bo jak widzisz ten skarbczyk świątyni by nam sie przydał albo Merdze na nową drogę życia. To pomyśl też coś na tą okazję. - przypomniała jeszcze o tym pomyśle na jaki wpadły z Burgund wczoraj po mszy widząc jak się świątynia spasła na tych obfitych datkach. A jak Merga miała zamiar odpłynąć na dniach z portu to czasu było nie tak dużo.
- Jeśli dzień czy dwa coś zmieni to mogę poczekać. Nawet parę dni. Myślę, że takie obfite dary jakie bym zawiozła do moich pobratymców bardzo by pomogły mi w przekonywaniu do swoich racji. Ale jeśli to ma się przedłużyć w tygodnie to wolałabym nie czekać po próżnicy. Sami rozumiecie, im szybciej tam popłynę tym większa szansa, że szybciej wrócę. A też chciałabym wrócić na ten festyn co ma być za miesiąc. - wyrocznia wtrąciła się ze swoją uwagą, że jej odejście może sobie nieco pofolgować z terminem ale nie dalej niż kilka kolejnych dni. Też nad nią wisiała presja czasu tylko w nieco szerszej perspektywie.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 18 - 2519.07.05; abt; ranek - południe
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Złota; rezydencja van Hansenów
Czas: 2519.07.05; abt; południe
Warunki: sala obiadowa, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, deszcz, sła.wiatr, umiarkowanieJoachim
Jak młody astrolog zjawił się w znakomitej rezydencji na ulicy Złotej to przekonał się, że nie tylko on jest gościem gospodarzy na dzisiejszym obiedzie. Rodzina van Hansenów jak nakazywał zwyczaj usiadła przy jednym z krańców bogato zastawionego stołu. Z czego głowa rodu usiadła na samym szczycie stołu, jego małżonka po prawicy zaś dorosła córka po lewicy. Obok niej usiadła inna blondynka w skromnej tunice i podejrzanie prostej fryzurze związanej w jeden, gruby warkocz. Zwykle panny nosiły jeden warkocz a mężatki jak już to dwa albo nie puszczały go luzem aby podkreślić swój zamężny stan. A przynajmniej te którym zależało na opinii dobrej i szanującej się i swojego męża żony. Z drugiej strony to choćby Frau von Mannlieb też stosowała się do tych wymogów zwyczajowych i moralności a jakoś nie przeszkadzało jej to odwiedzać loszek Pirory na wyuzdane orgie i zabawy. Obca blondynka miała sporą, srebrną broszę z wizerunkiem biegnącego wilka jaki zwykle był symbolem Urlyka. To podkreślało, że nie jest to jakaś uboga wieśniaczka czy mieszczka. Zresztą z bliska było widać, że ta tunika w jakiej przyszła to też nie jest jakiś prosty habit tylko coś ze znasznie solidniejszego i starannie wykończonego materiału.
Tą kobietę gospodarze przedstawili jako przeoryszę zakonu Urlyka, Katherine von Siert. Wtedy Joachim uzmysłowił sobie, że już ją widział w Festag na mszy i po. Tylko wtedy było to przelotnie poza tym była w pełnej zbroi i miała twarz zasłoniętą symboliczną, czarną woalką. Więc nie miał za bardzo okazji jej się przyjrzeć zbyt długo ani zbyt bliska. A i ona była odziana całkiem inaczej niż teraz. Zaś teraz siedzieli prawie naprzeciwko siebie.
Kolejnym gościem była młoda, czarnowłosa kapłanka Morra. Owa tajemnicza i zaskakująco młoda Matka Somnium co przybyła niedawno z Saltburga z okazji symbolicznego pogrzebu księżnej jaki odbywał się także w Neus Emskrank. A pewnie i wielu innych miastach, miasteczkach i wsiach Nordlandu jaki żegnał swoją księżną - matkę i oddawał jej ostatnią cześć i szacunek. Obie miały podobną sobie rolę i miejsce w hierarchii cywilnej i duchownej więc aby to oddać obie usiadły obok pani i panny van Hansen. Obie grzecznie ustąpiły miejsca tej drugiej nie chcąc impertynencko się wpychać bo tak nakazywało dobre wychowanie ale wtrąciła się w to Froya wesoło i raźno zapraszając drugą blondynkę aby usiadła obok niej. Wydawało się, że są w dobrej komitywie ze sobą. Ale córka dostała od matki karcące spojrzenie za tą ujmę na ich gościnności. W końcu kapłanka Morra jakby chciała mogła by to odebrać jako afront i faworyzowanie tej drugiej kapłanki. Ale uśmiechnęła się lekko i dała znać, że nic nie szkodzi i chyba rzeczywiście tak było. Przynajmniej tak się zachowywała.
Naprzeciwko pana domu zasiadł Ferdynand von Glitz ubrany w niebiesko - czarny kubrak czyli barwy ich nordlandzkiej prowincji. Zaś przy sercu miał broszę ze swoim herbem. To był jeden z tych rycerzy jacy przyjechali na turniej jaki w ostatniej chwili odwołano. Pochodził z Grafenrich co jak chętnie tłumaczył było nieco na południe ale nadal o dzień drogi od stolicy prowincji. Wydawał się być rycerzem o znacznej pozycji i gdy obie kapłanki już miały swoje miejsce przy stole to jemu jako nazjamienitszemu przypadło honorowe miejsce na drugim końcu stołu. Rzeczywiście prezentował się całkiem elegancko i okazale, musiał być z dekadę starszy od Joachima a do tego zachowywał się godnie rycerza.
Niejako siłą rzeczy samemu astrologowi przypadło miejsce pomiędzy nim a morrytką. Zaś naprzeciwko niego usiadła Frau von Richter. Z okazji żałoby też w czarnej sukni zamiast tej krwistej czerwieni w jakiej ją ostatnio widział Joachim. Chociaż pozwoliła sobie na nutkę ekstrawagancji zakładając czerwoną apaszkę na nadgarstek. No i po swoim boku miała blond kapłankę.
Z nich wszystkich Joachim najlepiej się poznał z rodziną gospodarzy. W końcu przez ostatnie parę miesięcy mieszkał tutaj a nawet potem zdarzało mu się tu wizytować. Co jakiś czas spotykał Frau von Richter co zdawała się świetnie dogadywać z Froyą a obie miały podobną pozycję w śmietance towarzyskiej. Tyle, że jedna była już mężatką a druga jeszcze panną. Ale obie kapłanki jak i zacnego rycerza to spotykał po raz pierwszy. Nie było to takie dziwne jak cała trójka była spoza miasta. Matka Somnium i Fryderykiem z Saltburga lub okolic a zakonna matka urlykowców a klasztoru Sudfast koło morskiego portu Dietershafen położonego parę dni drogi na zachód od Neus Emskrank. A sama szlachcianka pochodziła z odległego Altdorfu.
Atmosfera przy stole była wesoła i towarzyska. Nawet zwykle chłodna i opanowana dorodna córka gospodarzy wydawała się ćwierkać jak skowronek. Zwłaszcza do Ferdynanda i Katherine którymi wydawała się być żywo zainteresowana. A zbrojną przeoryszą wręcz zafascynowana. Rzadko spotykała kobietę dorównującą jej pozycją społeczną i do tego potrafiącą chodzić w pancerzu i władać bronią. A i dzielny i zbrojny mąż robił na niej wrażenie.
- Słyszeliście? A u Kathy przyjmują kobiety do zakonu i dają im broń. A nawet się w niej ćwiczą. - panna van Hansen spojrzała po gościach ale mówiła głównie do swoich rodziców. Jakby wreszcie trafiła na kogoś kto był jej krewną duszą gdy z takim mozołem walczyła aby nie wpasować się w stereotypy młodej szlachcianki ze swoimi zainteresowaniami jakie uchodziły za typowo męskie i rycerskie. Bo urlykanka mówiła właśnie, że ich klasztor przyjmuje wyłącznie kobiety ale poza tym panują te same zasady jak i w męskich zakonach spod tego patrona. A powszechnie uchodziły one za bardzo wojownicze no i tylko dla mężczyzn.
- Słyszeliśmy kochanie. Ale jak widzisz do Zakonu Klepsydry też przyjmują kobiety. - ojciec skinął głową i nieco z przekąsem wskazał nią na siedzacą naprzeciwko blondynek czarnowłosą kruczycę. Ta jak to było typowe dla jej patrona nie mówiła za wiele i zachowywała grobową powściągliwość. Froya spojrzała na cichą kapłankę odzianą w żałobną czerń przesuwając się szybko po jej widocznej sylwetce.
- A Matka to jest z jakiegoś zbrojnego zakonu? - zapytała jakby chciała udobruchać rodziców.
- Niestety nie Froyo. Chociaż Czarni Gwardziści jacy są moją eskortą są takim zakonem. - wyjaśniła skromnie czarna kapłanka. Panna van Hansen była ciekawa czy przyjmują do niego kobiety i usłyszała, że nie ma przeciwskazań aby kobiety nie mogły służyć. Na pytanie dlaczego widziała w Festag albo na mieście samych mężczyzn usłyszała, że tak się akurat złożyło i mężczyźni rzeczywiście stanowią zdecydowaną większość zakonu Czarnej Straży ale i kobiety się tam zdarzają. Ot, jest ich po prostu o wiele mniej dlatego można przez całe lata żadnej nie spotkać. Sama reguła jednak nie zabrania kobietom wstępowania do tego zakonu. Co też potwierdziła von Siert której wykształcenie teologiczne obejmowały też reguły i ogólne zasady nie tylko własnego zakonu i patrona. Co nieco zaskoczyło Froyę i chyba nie tylko ją bo chyba wszyscy spodziewali się, że morryckie zakony zbrojne to tylko mężczyźni.
- A Matka to z jakiego jest zakonu jeśli można zapytać? - zagadnęła Frau van Hansen siedzącą obok niej czarnowłosą sąsiadkę.
- Ja jestem z Czarnowidzów. Patronuje nam Morr Śniący, jako patron snów, widzeń i proroctw. - przyznała skromna kapłanka. To zainteresowało panią Martinę jaka lubiła takie tematy. Wspomniała, że Joachim zajmuje się czymś podobnym.
- Ale domyślam się, że raczej stosujemy inne metody. - uśmiechnęła się koniuszkiem ust mroczna kapłanka.
- A właściwie czym się różni astrologia od astronomii? Zawsze mi się myli. - zagaił Ferdynand siedzącego przy jego narożniku Joachima.
Obiad trwał jeszcze trochę. Potem jeszcze były ciasta i desery. A potem kieliszek wina, brandy i już luźniejsze rozmowy. Wreszcie goście zaczęli wstawać od stołu ale rozmawiali jeszcze w mniejszych grupach na różne tematy. W końcu skończyła na tym, że panna van Hansen zaprosiła wszystkich na dół, do piwnicy gdzie miała swój własny pokój z trofeami jakie upolowała osobiście i chciała się nimi przed gośćmi pochwalić.
- To już może zaprowadź naszych gości moja droga. Obawiam się, że zbyt się objadłem i tyle schodów na dół mogłoby być dla mnie zbyt wielką przeszkodą. - odparł z uśmiechem Herr Mikael do swojej córki. Ta dygnęła przed nim grzecznie i spojrzała zachęcająco na swoich gości. W końcu większość z nich była raczej w jej wieku niż jej rodziców. No może Ferdynand był gdzieś tak w połowie drogi. Matka von Siert i Herr von Glitz chętnie wyrazili zgodę na taką wizytę, Matka Somnium i Frau von Richter jakby się zawahały czy iść czy zostać.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
Czas: 2519.07.05; abt; południe
Warunki: korytarz hospicjum, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, deszcz, sła.wiatr, umiarkowanieOtto
Otto jak chciał załatwić coś jeszcze przed swoim porannym przyjściem na swoją zmianę do hospicjum to musiał wstać naprawdę wcześnie. Jak dopiero szarówka się na dworze robiło a wewnątrz jego izby było jeszcze ciemniej. Do tego na zewnątrz monotonnie łomotał o szyby i resztę miasta deszcz. Wierzchnie okrycie mu zmokło nim dotarł do świątyni Mananna. Wierzeje jednak były otwarte gdyż była to pora jutrzni otwierającą każdego poranka nowy, liturgiczny dzień. O tak wczesnej porze wiernych było niewiele. Ale chyba i tak więcej niż podczas zwykłego dnia, zapewne w związku z żałobą po śmierci księżnej - matki. W porównaniu jednak do porannej mszy w ostatni Festag to jednak można było powiedzieć, że jest ich skromna ilość. Zdążył tuż przed rozpoczęciem mszy. Na zapleczu spotkał ojca Absalona który już kończył przygotowania do jutrzni i chyba go złapał w ostatniej chwili.
Ojciec Absalon był w kwiecie wieku. Pewnie z dekadę, może i dwie starszy od Otto. Postury godnej rycerza czy wojownika. Bez trudu można było go sobie wyobrazić w kolczudze, hełmie, tarczą i bronią w dłoni. Zresztą przewodził on zbrojnemu ramieniu kościoła boga mórz zwanego Bractwem Mananna. I nawet na wiosnę skutecznie zablokował możliwość wstępowania tam kobiet bo w jego definicji bractwo to bractwo, czyli wyłącznie dla mężów a nie niewiast. Znany był ze swojej surowości i wojowniczości, często go nie było w mieście gdy mustrował się jako kapłan pokładowy na jakimś statku. Gdy usłyszał pytanie o dwie skruszone grzesznice zmarszczył brwi nieco zdziwiony.
- Niech przyjdą. To dom boży. Otwarty dla każdego. Każdy może przyjść się pomodlić i pokajać. Nawet skruszone grzesznice. - powiedział jakby próbował się domyślić skąd to pytanie. W końcu świątynie w swojej publicznej części były powszechnie dostępne dla wszystkich wiernych. Niestety w tej części zapewne nie było skarbczyka z fantami z zebranymi na ostatniej mszy. A na tym obu łotrzycom najbardziej zależały. Jakby Otto mógł im załatwić jakiś pretekst aby powęszyć po piwnicach, lochach i ogólnie jakimś świątynnym zapleczu bo zapewne tam przetrzymywano takie cenne precjoza a nie gdzieś na wierzchu. No ale o tym ojciec Absalon nie wiedział oczywiście.
- Tylko! - uniósł surowo paluch do góry i spojrzenie mu stwardniało. - Niech się ubiorą i zachowują jak skruszone. A nie jak grzesznice. Zwłaszcza, że mamy żałobę. - kapłan ledwo maskował swoją niechęć go grzesznic. Zresztą często dawał mniej lub bardziej wyraźnie, że niewiasty uważa za słabszą, płochą i bardziej podatną na podszepty złego odmianę człowieka. A jakieś tam grzesznice tylko utwierdzały go pewnie w tym przekonaniu. Ale skoro zależało im na odkupieniu win zgodził się nawet tak podłym istotom przybyć do największej, najwspanialszej i najbogatszej świątyni w mieście aby się mogły pomodlić, żałować za grzechy i odbyć pokutę przed jego patronem.
Potem musiał mocno przebierać nogami. Wciąż w mokrym okryciu chociaż z wolna przestawało padać. A gdy zapukał do drzwi apteki to już zaczynało się rozpogadzać. Czekał chwilę gdy usłyszał ciężkie kroki ze środka i po chwili gospodarz odryglował drzwi.
- O. Otto. Witaj. Wejdź. Wcześnie dzisiaj jesteś. Stało się coś? O! Masz zwoje?! Przetłumaczyła je wreszcie? - grubas przywitał go nieco zaskoczony jego wczesnym zjawieniem się. Ale od razu się podniecił na myśl, że młodszy kolega może przyszedł z przetłumaczonymi zwojami od Mergi. W końcu wczoraj wieczorem miał się z nią widzieć. Na spotkaniu jednak wyrocznia przyznała, że przetłumaczyła jeden, prawie skończyła drugi i jakby ten trzeci był w podobnym stanie jak dwa pozostałe to może jutro by się udało jej skończyć ten trzeci. No i dzisiaj było to jutro. Ale dopiero wczesne rano. Zapewne jak wczoraj spędzili czas na rozmowach i planowaniu to od wieczora rogata wiedźma wiele postępów nie zrobiła.
Widząc, że jednooki nie kwapi się z wyciągnięciem gotowych zwojów aptekarz pokiwał smutnie głową na znak, że rozumie. I zastanawiał się czy może Merga w ogóle potrafi przetłumaczyć te pisma. Może tylko ich zwodzi? Ile czasu można siedzieć nad trzema zwojami?! Może trzeba znaleźć kogoś innego? Może grubas sam nie do końca wierzył w te swoje podejrzenia ale widać było, że cierpi katusze niecierpliwości aby rozpocząć swoje upragnione eksperymenty z darami od Oster.
- Aha, Vigo? No tak, jeszcze dycha. Ale wątpię aby długo. Ha! Zobaczymy jutro. Kiedyś Starszy mówił, że ulubiona liczba naszego patrona to trzy. A jutro jest trzeci dzień tygodnia. Ja stawiam, że padnie do jutra albo jutro. Ale kto wie? Może nasz patron ma wobec niego jeszcze jakieś plany? - gdy Otto wyjawił po co się zjawił gospodarz machnął swoja pulchną łapą aby szedł za nim na zaplecze a potem do piwnicy. Tam zastali śpiącego w barłogu garbusa. Jaki jednak nie spał lub głosy go obudziły.
- A jak padnie? - zagaił go zaciekawiony śmierdziel słysząc widocznie chociaż końcówkę rozmowy. W tym czasie obaj jego koledzy stanęli przed celą z ledwo dyszącym pacjentem hospicjum. Drzwi do celi były otwarte. Sąsiednie, do tej porwanej pielgrzymki zamknięte a jeszcze dalsze znów otwarte. Tam zdaje się sypiała Loszka. Widać cieszyła się już takim zaufaniem nurglistów, że jej nie zamykali. Gospodarz zamyślił się chwilę nad pytaniem garbusa.
- To padnie. Widocznie wykonał już swoje zadanie w wielkim planie. A! Bo właśnie! On gadał w nocy! Strupas! Powtórz Otto co on tam gadał. - aptekarz wzruszył ramionami widocznie niezbyt przejmując się losem Vigo na jakiego już od początku postawił krzyżyk. Ale w ostatniej chwili przypomniało mu się coś bo ożywił się i zwrócił się do kolegi.
- A tak! Bo ja tu z nimi siedziałem całą noc! Musiałem tej idiotce dać w łeb bo wrzeszczała i hałasy robiła. No i ten zaczął coś dyszeć, ledwo go rozumiałem. Zwłaszcza, że to gadał coś, potem chrypiał i nic, ja prawie znów zasypiałem i budzę się bo ten znów coś mamrocze. - garbus widocznie pełnił tu nocny dyżur i wskazał na porwaną dziewczynę w środkowej celi. Ta rzeczywiście była przytomna ale przywiązana za nadgarstki do koła wmurowanego w ścianę i z kneblem w ustach. Patrzyła na nich trwożliwie ale przytomnie zza krat.
- Dobra, gadaj co mówił! O robakach i zarobaczonych łonach! - Sigismundus ponaglił kolegę słowem i gestem bo choć pewnie już zdążył to usłyszeć od brata w wierze to chętnie to by usłyszał jeszcze raz. No i pochwalił się przed byłym mnichem. A robaczy temat niezmiennie budził jego uśmiech pełen ekscytacji nadziei w lepszą przyszłość.
- A tak… To było… - garbus zmrużył oczy próbując przypomnieć sobie nocne i pokawałkowane słuchania gorączkującego pacjenta jaki wydawał się jeszcze bliższy tamtego świata niż tego w porównaniu do tego gdy go Otto widział ostatnio.
- Blade łono płodności… A nie… Pobłogosławione płodnością blade łono… królewskiej krwi… wyda piękny, dorodny, królewski owoc… Jakoś tak… Tyle zrozumiałem. Niewyraźnie mamłał i to jeszcze po trochu przez całą noc. - garbus skupił się aby powtórzyć na ile zdołał to co usłyszał w nocy od Vigo. W końcu wzruszył swoimi krzywymi ramionami dając znać, że więcej nie pamięta.
- No właśnie. Jakąś bladolicą to może byśmy znaleźli. Sam znam parę. Jakby była płodna to pewnie też. Przecież większość jest. Ale królewskiego rodu? - zamyślił się grubas. Pokręcił głową i po chwili rozłożył ręcę w geście bezradności, że trudno mu to połączyć w sensowną całość. Ludzie o bladych twarzach zwykle należeli do błękitnokrwistych. Poza nimi niewiele osób mogło sobie pozwolić na regularne pudrowanie twarzy aby zachować modną, elegancką bladość. Ale nawet jakby nie liczyć twarzy tylko jasną skórę to też kojarzoną ją głównie ze szlachetnie urodzonymi. Bo ludzie pracujący na roli czy pod żaglami zwykle byli ogorzali od słońca, wiatru, mrozu i deszczu. Chociaż i wśród nich trafiali się ludzie o jasnej karnacji. Większość kobiet rzeczywiście była zdolna do rodzenia dzieci więc można było je uznać za płodne. No ale ten trzeci element o królewskiej krwi trudno było obu kolegom Otto przypasować do dwóch wcześniejszych.
- Może to jakaś przenośnia… Czy jak to tam się mówi… - mruknął niepewnie garbus też chyba mając kłopot jak to zinterpretować słowa konającego.
- Nie wiem. Po prostu nie wiem. Może po prostu bredził? Chyba, że ty Otto masz jakiś pomysł. Jesteś uczony w mowie i piśmie to może to jakoś rozwikłasz. A! Ale jeszcze mówił o muchach! Gadaj mu o muchach Strupasku! - gospodarz westchnął nie mogąc samemu znaleźć rozwiązania tej zagadki. Klepnął w ramię jednookiego kolegę dając znać, że jak ten ma jakiś pomysł to chętnie go wysłucha. Ale to znów mu przypomniało coś jeszcze bo przypomniał o tym garbusowi.
- A tak! Gadał jeszcze o jednej z nas. Że przybędzie aby się do nas przyłączyć. I będzie ją zwiastować muchy, aromat zgnilizny i zepsucia no i larwy. Ludzie na ulicy będą odwracać wzrok i nosy z obrzydzeniem ale oni są ślepi a ona jest oświecona. I przyłączy się do nas. - powiedział w zachwycie i z rozmarzonym tonem garbus jakby opisywał wymarzoną kobietę swoich marzeń. W końcu skończyło się na tym, że ochota na sen mu odeszła i napędzany wiarą ruszył na zawalone gnojem i błotem ulice aby poszukać tej jaką miała zwiastować woń zgnilizny, muchy i obrzydzenie na twarzach jeszcze nie oświeconych.
Potem zaś musiał znów szybko przebierać nogami w ten już nie tak wczesny i chłodny poranek aby zdążyć do zachodnich ulic miasta gdzie było jego hospicjum. Poranek się rozgościł na dobre i rozpogodził słonecznym, letnim blaskiem gdy nieco spóźniony przekroczył drzwi i mógł zająć się swoimi obowiązkami. Jeszcze tylko musiał porozmawiać z przeorem o spodziewanych, zacnych gościach na dzisiaj. Ten wysłuchał go uważnie i nieco się zdziwił. Nawet jeśli zauważył spóźnienie mnicha to nowy temat przykuł jego uwagę bardziej.
- Rozmawiałeś z nimi i mają nas odwiedzić? Dobrze. Bardzo dobrze Otto. Sam widzisz co się dzieje. Szaleństwo! To już drugi czy trzeci atak takiej zbiorowej histerii! A ile szkód! Pobicia, siniaki, wybite zęby, połamane meble! Oni myślą, że my to wszystko dostajemy za darmo! No. I dobrze, niech przyjdą te szlachcianki i się rozejrzą. Oprowadzisz je skoro już z nimi rozmawiałeś. I tak zagadaj aby otworzyły przed nami swoje sakiewki. Mam nadzieję, że to nie są jakieś skąpiradła tylko porządnie szczodre i wrażliwe na niedolę bliźnich białogłowe. - przeor szybko przyswoił tą wreszcie dobrą informację tego dnia. I widać było, że wiązał nadzieję, że owe zacne i szlachetne a przede wszystkim bogate damy nie będą tylko chodzić, oglądać i może modlić się ale wesprą ten przybytek jakimś datkiem. W końcu większość działalności tej placówki opierało się właśnie na takich datkach charytatywnych wiernych. Zwłaszcza tych z zamożniejszej warstwy jakich było stać na takie datki.
Po rozmowie z przeorem Otto wrócił do swoich standardowych zajęć. Większość chaosu jaki spowodowała festagowa awantura już została uprzątnięta. Ale i tak niosły się echem młotki stukające w drewno czy szorujące piły gdy bracia i wolnotariusze próbowali a to naprawić uszkodzone meble albo zrobić nowe. Ze swoich ulubionych pacjentów pojedynczo wyłuskał wszystkich. Najłatwiej było z Thornem bo wciąż siedział w tej samej izolatce.
- I co? Coś nie widać tych twoich damulek co tak chętnie zadzierają kiece. - przywitał go szyderczą uwagą jakby sam chciał nadrobić poprzednią rozmowę gdy chyba przez chwilę uwierzył albo chciał uwierzyć, że zjawią się tu jakieś rozkoszne ślicznotki i to jeszcze takie z wyższych sfer. Już nie mówiąc, że miałyby cokolwiek zadzierać, zwłaszcza suknie i zwłaszcza w jego celi. Pewnie miał na to przez chwilę nadzieję no ale czas spędzony w celi przywrócił mu właściwy, nieufny do świata pogląd na stan rzeczy. W sumie nie było się co dziwić bo hospicjum to nie było raczej na szczycie listy odwiedzin dla młodych panien z dobrymi nazwiskami.
Annika leżała na swojej pryczy i sufitowała albo spała. Wciąż miała zabandażowany brzuch i zdarte dłonie. Ledwo spojrzała w jego stronę gdy do niej zajrzał i nie zamierzała się pierwsza odzywać. Jak tak leżała w samych kalesonach i koszuli, bosa i nieruchoma to nie sprawiała wrażenia agresywnej. Chociaż w suchym spojrzeniu było coś zaczepnego i odpychającego, że pewnie sporo osób wolałoby sobie poszukać innego zajęcia niż podchodzić bliżej.
Georga zastał przy pracy braci stolarzy. A raczej tych co się na tym znali i zbijali na nowo te krzesła, ławy, stoły, deski do drzwi aby się znów do czegoś nadawały. Pomoc Georga ograniczała się chyba do nieprzeszkadzania. Ot tutaj bracia mieli go na oku jak nie do końca władz umysłowych dziecko jakie lepiej mieć na oku. Pacjent wciąż miał zabandażowaną głowę ale już się poruszał samodzielnie. Siedział na ławce i albo podawał pracującym gwoździe, młotek, hebel czy to co tam akurat potrzebowali. Gdy Otto tam wszedł przywitał się z nim grzecznie w czym jeszcze bardziej przypominał opóźnione w rozwoju dziecko.
- Pochwalony bracie. - skinął mu obandażowaną głową gdy i bracia przywitali się z kolegą. Mówili, że jest grzeczny i pomagał im rano powylewać nocniki. A teraz przy pracy tutaj. Pacjent aż pęczniał z dumy słysząc te pochwały pod swoim adresem.
Marisa zaś miała robić pranie w pralni. Zastał ją właśnie tam. Siedziała na zydlu w ciężkim, drapiącym habicie jaki wciąż miała nosić jako część pokuty za swoje skandaliczne zachowanie z ostatniego Festag. Chociaż jak siedziała na tym zydlu do go wysoko podwinęła tak, że kontrastowały z tym włochatym, ciemnym habitem jej gładkie, kobiece łydki, kolana i kawałek ud. Których wcale nie zakryła gdy do łaźni wszedł mężczyzna. Podobnie podwinięte miała rękawy. Bo siedziała na tym zydlu przy bali z mokrymi ubraniami. Na przemian trzeba było je ucierać na tarze i tłuc kijanką a gdy były w sam raz przejść obok i rozwiesić w suszarni do wyschnięcia. Na dłuższą metę ciężka, fizyczna, niewdzięczna i męcząca praca. Marisa musiała ją wykonywać sama. Ciekawe czy przypadkiem nie dlatego aby znów nie próbowała kogoś wychędożyć albo biegać nago jak to miało miejsce w ostatni Festag.
- Pochwalony bracie. - przywitała się z nim grzecznie i pokornie łapiąc na chwilę oddech i ocierając czoło nadgarstkiem. Wcale nie wyglądała jak tamta wrzeszcząca naguska co tu biegała po stołówce i korytarzach nie chcąc założyć swoich ubrań. Ale przy tym grzecznym i pokornym tonie na jej pełnych ustach wykwitł psotny, porozumiewawczy uśmiech.
I tak leciał ten kolejny dzień w hospicjum. W środku dnia znów się rozpadało. Otto w większości musiał pełnić swoje obowiązki na sprzątaniu cel i korytarzy, pomaganiu w kuchni czy potem ściąganiu zdolnych do chodzenia pacjentów do stołówki albo rozwożenia strawy tym co byli w swoich celach. Było już po obiedzie gdy trzeba było odstawić pacjentów do cel lub gdzie indziej gdy kolega podszedł do niego raźnym krokiem i z błyskiem oku.
- Otto idź do przeora. Jakieś babki przyszły obejrzeć hospicjum. Mówił, że ci mówił. Masz je oprowadzić i najlepiej tak aby rzuciły co łaska na tacę. - streścił mu polecenie przeora tego przybytku. Po czym obaj pospieszyli do gabinetu szefa.
- O, Otto, dobrze, że już jesteś. Oprowadzisz naszych szacownych gości prawda? - przeor uśmiechnął się jowialnie wskazując na grupkę pięciu kobiet. Z czego tylko jedna, ta najstarsza i najmniej urodziwa nie należała do kultystów. Pozostałą czwórkę znał całkiem dobrze a po ostatniej wizycie w loszku panny van Dake to nawet zdołał sobie obejrzeć je całkiem dobrze gdy niewiele ubrań miały na sobie. Ale dzisiaj cała czwórka była odziana. Z czego Łasica odróżniała się skromnniejszą, szaro burą suknią w sam raz do niezbyt zasobnej mieszczki albo służącej bogatej pani. Bez makijażu, ze skromnym uczesaniem przykrytym prostym czepkiem i nieśmiałym spojrzeniem zdawała się być nędznym dodatkiem do trójki wspanialszych kobiet i w ogólne nie przypominała wyuzdanej kultystki w samej obroży czy śmiałej łotrzycy w skórzanych spodniach. Soria, Pirora i Fabienne były w dostojnych, czarnych sukniach aby podkreślić swoją żałobę po zmarłej księżnej. No i była jeszcze ta niechciana ale konieczna przyzwoitka Frau von Mannlieb czyli Gertruda. Ostatnio Otto ją przez chwilę widział jak za Kristen przechodził przez parter przed spotkaniem z koleżankami z kultu jakie odprawiały modły żałobne na swój własny, perwersyjny sposób. Ona też go obdarzyła czujnym spojrzeniem i miał wrażenie, że go rozpoznała. W końcu młodzian w habicie i z jednym okiem to mógł jej się rzucić w oczy. A może tylko tak mu się wydawało?
- Bardzo dziękujemy ojcze. Postaramy się nie zaburzyć rytmu waszego dnia i nie zająć zbyt wiele czasu. - Pirora odwzajemniła przeorowi jego galanterię i cała grupka ruszyła za swoim młodym przewodnikiem. A nawet dwoma. Bo jak się okazało widocznie umówili się z przeorem, że kolega zajmie się służkami czyli Olgą jak widocznie nazywała się ta maska Łasicy i Gertrudą zaś Otto miał zająć się tymi znamienitszymi gośćmi. Złapał jeszcze porozumiewawcze spojrzenie szefa który pewnie chciał mu przypomnieć aby nakłonił szlachcianki do złożenia odpowiedniego datku albo chociaż jakiegokolwiek. Gdy kolega zabrał młodą i starą służkę idąc korytarzem Otto został sam z trzema szlachciankami. Czyli chociaż przez chwilę byli w swoim prywatnym, kultystycznym gronie.
- Nie mogłyśmy zabrać Łasicy, znaczy Olgi bez zabierania Gertrudy. Bo by to dziwnie wyglądało. Ale mamy plan aby połazić trochę a potem ja sobie “przypomnę” coś i ją wezwę. To do nas dołączy. Możesz wtedy po nią pójść? Albo posłać kogoś? - dziewczęta widocznie mimo pewnych trudności w postaci starej przyzwoitki młodej bretońskiej małżonki morskiego kapitana znalazły sposób aby ją obejść na tyle aby łotrzyca mogła do nich dołączyć. Nawet jeśli nie była z nimi od początku wizyty. A na razie były ciekawe tych pacjentów i pacjentek o jakich tak ciekawie im wcześniej opowiadał kolega.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
“Słyszeliśmy kochanie. Ale jak widzisz do Zakonu Klepsydry też przyjmują kobiety. - ojciec skinął głową i nieco z przekąsem wskazał nią na siedzacą naprzeciwko blondynek czarnowłosą kruczycę. Ta jak to było typowe dla jej patrona nie mówiła za wiele i zachowywała grobową powściągliwość. Froya spojrzała na cichą kapłankę odzianą w żałobną czerń przesuwając się szybko po jej widocznej sylwetce.”
- Do Kolegiów Magii w Altdorfie też przyjmujemy niewiasty…. - uśmiechnął się Joachim. - może nie jest to w tym momencie większość ale np. przełożoną Kolegium Jadeitu jest kobieta. Nasze społeczeństwo robi się chyba coraz bardziej otwarte pod tym względem, prawda?
- No nasze tutejsze to jednak chyba niezbyt. - panna van Hansen skrzywiła swój ładny, szlachetnie zarysowany nosek i usta na tą uwagę dając wyraz swojemu niezadowoleniu. - Aczkolwiek mnisi habit czy toga uczonego to raczej nie dla mnie. Mnie się marzą pas i ostrogi. - westchnęła grzebiąc niemrawo widelcem po swoim talerzu na jaki pewnie przeciętny mieszkaniec tego miasta dostałby bezdechu. Tak na widok samego ozdobnego naczynia, srebrnych eleganckich sztućców czy tego co na nim podano. Dorosła córka gospodarzy jednak zdawała się tego nie zauważać wspominając, że ma ambicje dostania się do stanu rycerskiego. Komuś z jej pozycją, zainteresowaniami i umiejętnościami to raczej nie byłoby przeszkodą. O ile ten ktoś byłby mężczyzną.
- Ale jak nie świeckie ostrogi to może chociaż duchowne. - westchnęła spoglądając w bok na siedzącą obok urlykankę jaka zdawała się być dla niej wzorem, nadzieją i dowodem, że jest jakaś furtka przez jaką kobieta może przywdziać zbroję, ostrogi i inni traktują ją jak każdego innego męża a nie niewiastę z niestosownymi aspiracjami i fanaberiami.
- Oj córciu, przecież już o tym rozmawialiśmy tyle razy. - dla odmiany teraz westchnęła Frau van Hansen zapewne dając echo podobnych rozmów jakie miały miejsce niezliczoną ilość razy.
Joachim zawahał się, nie chciał stawać w tym sporze pomiędzy matką a córką. W końcu postanowił odezwać się możliwie neutralnie.
- Nie wątpię że znajdziecie rozwiązanie zarazem satysfakcjonujące Froyę jak i korzystne dla całej rodziny. Zawsze mogę też sprawdzić układ gwiazd w ten intencji.
- Oh, nie ma się co kłopotać kawalerze. - ojciec dorosłej córki pokręcił głową na znak, że nie widzi takiej potrzeby fatygowania się młodego astrologa.
- No ja jestem pewna, że jakieś rozwiązanie się znajdzie. - uśmiechnęła się półgębkiem jego córka i odkroiła kawałek porcji na swoim talerzu po czym włożyła go sobie do ust.
- Zawsze możesz wstąpić do nas. Chętnie powitam młodą, silną i wyszkoloną akolitkę w swoich szeregach. A część naszych obowiązków to patrole okolicy lub zbrojne interwencje jeśli zajdzie taka potrzeba. - rzuciła siedzącą obok Froyi blondynka dając jej do zrozumienia, że w szeregach jej zakonu mogłaby jawnie występować zbrojnie.
- Tak z tego co wiem, patrole takich zacnych wojowników w naszym rejonie się przydają. Słyszałem nieco o potworach jak trolle czy zwierzoludzie. Napotykacie je może, Matko? - Czarodziej spytał się Przeoryszy.
- Tak, zwierzoludzie, orki, bandyci ale mamy sytuację pod kontrolą. Z tego co słyszałam to chyba prawie wszędzie w głębi boru, jakiejś jaskini, rozpadlinie czy bagnie lęgnie się jakieś paskudne tałatajstwo. - blondwłosa urlykanka przytaknęła widocznie uznając sytuację w okolicy swojego klasztoru jak i tutejszą za w miarę standardową. W końcu tego typu plotki o jakichś bandach czy napadach były dość powszechne.
- U nas w głębi lasu są zwierzoludzie ale niestety trudno ich wytropić tak aby wziąć ich na czubek kopii czy rohatyny. Ale za to jest mnóstwo innej zwierzyny do upolowania. - Froya przytaknęła chociaż zdawała się patrzeć na tą samą rzecz jak na szansę na jakieś interesujące polowanie.
- Mam nadzieję dziecko, że nie myślisz o zorganizowaniu czegoś takiego i pamiętasz, że powinniśmy okazać szacunek naszej niedawno zmarłej księżnej. - matka zwróciła jej uwagę chcąc zapewne pohamować jej zapędy na tym punkcie z jakich młoda dama była szeroko znana w mieście i okolicy.
- No tak, pamiętam. Szkoda. Tylu znamienitych gości się zjechało na turniej a tu ani turnieju, ani balów, ani polowań, no nic nie można organizować. - westchnęła z żalem blondwłosa szlachcianka.
- Przykro mi, że nasze tradycje pokrzyżowały ci plany. - odparła krótko Matka Somnium zwracając uwagę na niestosowność komentarza. Rodzice ostro spojrzeli na córkę a ta żachnęła się zdając sobie sprawę, że nieco się zagalopowała.
- Przepraszam, oczywiście dostosuję się do wymogów żałoby. Ot, po prostu zwykle jak jest tylu gości spoza miasta to coś organizujemy z tej okazji. - panna van Hansen przeprosiła kapłankę boga śmierci i snów dodając krótkie wyjaśnienie. Ta dostojnie skinęła głową przyjmując te przeprosiny.
- Pytanie, czy jeśli celem takiej wyprawy nie jest rozrywka uczestników a oczyszczenie okolicy z niebezpiecznych bestii i pomiotu chaosu, to czy takie działanie wciąż jest naruszeniem żałoby? - zadumał się Joachim, podchodząc do problemu w bardziej naukowy sposób.
- Myślę, że trzeba by zasięgnąć opinii i zgody kapłanów, może postarać się o odpowiednią dyspensę. O ile rzeczywiście by było to coś nie cierpiącego zwłoki bo na razie to nie doszły mnie słuchy o jakichś zagrożeniach na większą skalę. - tym razem głos zabrał Mikael ale pytanie chyba zastanowiło wszystkich. On jednak miał wśród zebranych przy stole największy autorytet ze względu na wiek, doświadczenie i pozycję.
- Tak, jakby zagrożenie było jakieś większe można by się zapewne ubiegać o dyspensę. Ja nie czuję się na siłach a i jestem tu, że tak powiem w gościach, nie chciałabym wchodzić tutejszym kolegom i koleżankom w podwórko. - von Siert pokiwała głową do słów gospodarza zgadzając się z jego wykładnią.
- Trzeba by zbadać sprawę. Ale na razie to jak widzę pytanie teoretyczne. Wiele zależałoby od sytuacji i okoliczności. U nas sprawę by zapewne rozpatrywali moi starsi i bardziej doświadczeni koledzy. - morrytka też się zaciekawiła tym tematem niejako służbowo bo kwestie żałoby po zmarłych też podpadały pod jej patrona. Ale scedowała taką teoretyczną decyzję na tutejszych kapłanów jacy zarządzali tutejszą trzódką wiernych. Ona mimo wszystko też była tu gościem i tak nie znała tutejszych realiów.
“- Ja jestem z Czarnowidzów. Patronuje nam Morr Śniący, jako patron snów, widzeń i proroctw. - przyznała skromna kapłanka. To zainteresowało panią Martinę jaka lubiła takie tematy. Wspomniała, że Joachim zajmuje się czymś podobnym.
- Ale domyślam się, że raczej stosujemy inne metody. - uśmiechnęła się koniuszkiem ust mroczna kapłanka.
- A właściwie czym się różni astrologia od astronomii? Zawsze mi się myli. - zagaił Ferdynand siedzącego przy jego narożniku Joachima.”
Młody magister odłożył na bok kieliszek przedniej jakości wina i skinął do rycerza.
- Astronomia to nauka o ciałach niebieskich, ich naturze i poruszaniu się. Odgrywa ona bardzo dużą rolę chociażby przy nawigacji morskiej. Ja oczywiście studiowałem te kwestie w swoim Kolegium - odparł z nutą dumy - natomiast to co robię jako członek Niebiańskiego Zakonu bliższe jest Astrologii, czyli nauce o tym jak niebiańskie obiekty mogą odzwierciedlać naszą ziemską sferę i wpływać na nasz los. Ja wspieram się tutaj też moim zmysłem i wiedzą o Wietrze Magii Azyr, powiązanym właśnie z ruchem gwiazd i innych niebiańskich obiektów jak komety. Wiele można w nich wyczytać chociaż nie zawsze dokładnie tego co mamy nadzieję znaleźć… zrobił dramatyczną pauzę.
Następnie spojrzał na Czarnowidzkę, której sztuka była faktycznie pod wieloma względami bliska jego, choć opierała się przecież na innym instrumentarium. Ciekawe czy mogła coś zobaczyć co mogło zagrozić sprawom Zboru?
- Czytałem nieco o Morze Śniącym Matko, jest to mniej znany ludziom aspekt tego boga, choć dla mnie interesujący, gdyż jak słusznie zauważył Pan Ferdynand nasze sztuki nie są od siebie odległe co do zastosowania, choć dzieli ich źródło. Jak rozumiem Czarnowidzowie polegają na proroczych snach i obecnych w nich wizjach?
- Tak. Próbujemy wyczytać wolę naszego patrona ze snów i czasem wizji. Nasz patron kojarzy się zwykle z końcem doczesnego żywota i początkiem snu wiecznego ale przecież też jest patronem zwykłych i mniej zwykłych snów. - odparła skromnie czarna kapłanka potwierdzając domysły astrologa.
- Oh moi drodzy, tak się cieszę, że oboje tu jesteście, to takie fascynujące i tajemnicze te wszystkie gwiazdy, sny i przepowiednie. - Frau Martina westchnęła z zadowolenia bo od dawna z całej trójki van Hansenów jaką Joachim miał okazję poznać ona wydawała się zdradzać największe zainteresowanie takimi ezoterycznymi tematami.
- A to potrzebujecie czegoś do takiego wróżenia? Możecie to zrobić w każdej chwili i z każdą osobą? - zaciekawił się zacny rycerz von Glitz.
- No ja muszę spać i śnić. Więc najczęsciej robię to w nocy. - odparła bladolica kapłanka z lekkim uśmiechem.
- Ja również pracuje głównie w nocy, obserwując gwiazdy, więc to również nas łączy - Joachim odpowiedział również z uśmiechem. Następnie nieco spoważniał.
- Ostatnio muszę przyznać że widziałem parę niepokojących znaków, które mogą sugerować działanie mrocznych i zwodzicielskich sił. Przypomina mi to, że chyba nigdy nie odnaleziono łotrów którzy zeszłej zimy włamali się do więzienia i uwolnili wiedźmę. Czy te wiadomości może do was dotarły, wielebne? - spojrzał na kapłanki Ulryka oraz Morra. Może była to niebezpieczna gra, ale chciał wybadać czy coś wiedzą.
- Zdarzyło mi się coś słyszeć na ten temat ale nie przywiązywałam do tego większej wagi. Przyjechałam na turniej no a tu bogowie postanowili poddać nas próbie. - cmoknęła matka von Siert z nieco krzywym uśmiechem. Nie sprawiała zbyt zainteresowanej zimowymi wydarzeniami tylko kogoś kto przyjechał właśnie na turniej jaki prawie w ostatniej chwili odwołano z powodu żałoby po księżnej jaką ogłoszono w całej prowincji.
- Ja też o tym słyszałem. Przykra sprawa. Nie chciałbym być niemiły ale takie rzeczy nie powinny się zdarzać. Wystawiają władze na pośmiewisko. Zwłaszcza jak przez pół roku nie mogą ująć tej hołoty. - Frederick pokręcił głową na znak, że on z kolei coś musiał słyszeć o owej ucieczce z tutejszych kazamat i zdecydowanie nie uznał tego za dobrą wiadomość.
- Teraz to pewnie już dawno wsiedli na jakiś statek i odpłynęli albo czmychnęli gdzieś w gęstwiny dzikich lasów. - Mikael przyznał mu rację ale wydawał się wątpić aby po tak długim czasie ktoś ze spiskowców jeszcze przebywał w mieście.
- A jakiego rodzaju było to ostrzegawcze proroctwo Joachimie? - zapytała morrytka zainteresowana doświadczeniami nowego znajomego w podobnej tematyce jaką i ona się zajmowała.
- Tak, mi też się wydaje że tych szubrawców nie ma już w mieście - Joachim zgodził się z Mikaelem. - Mogli zbiec do lasu, w szczególności jeśli mają sprzymierzeńców pośród zwierzoludzi.
- Co do ostrzeżenia zaś…. ostatnio silnie świeci Gwiazda Uroku. Symbolizuje ona magię i tajemnicę ale też odwagę i śmiałość. Dobrze była też widoczna czarna pustka Vobisa Ulotnego, która wiąże się z ciemnością i niepewnością. No i Gwiazda Wieczorna, patron iluzji i tajemnicy. To wszystko może sugerować, że jakieś złowrogie siły działają w okolicy lub planują jakiś spisek - odpowiedziałem morrytce na jej pytanie, odwołując się do rezultatów swojej ostatniej obserwacji gwiazd.
- Oh, to fascynujące! Ale i trochę niepokojące. Czy powinniśmy się czegoś obawiać? Czy możesz jakoś powiedzieć czego właściwie powinniśmy się spodziewać? - jak zwykle matka Froyi zdradzała spore zainteresowanie takimi ezoterycznymi tematami.
- Brzmi nieco niepokojąco to prawda. Ale przyznam, że nie specjalizuje się w astrologii i astronomii bo my działamy innymi metodami. Więc trudno mi coś o tej przepowiedni powiedzieć. Ale porozmawiam z moimi gospodarzami o twojej wróżbie może coś poradzą. A jeśli niepokojące sygnały będą się powtarzać sugeruję udać się do władz albo łowców czarownic. - morrytka przyznała, że metody z jaką posługują się magistrowie niebiańskiego kolegium nie są jej zbyt bliskie i znane niemniej skoro brzmiały tak ostrzegawczo to sugerowała aby młody astrolog nie trzymał ich tylko dla siebie.
- Muszę przyznać, że jeszcze badam znaczenie tych niepokojących aczkolwiek też i dwuznacznych znaków, mogą sugerować one jakiś spisek podstępnych i złowieszczych osobników, stąd przypomniał mi się zuchwały napad na więzienie. Będę dalej badał te sprawy, ale trochę czujności na pewno nie zaszkodzi. Choć oczywiście nie wątpię, że zarówno władze jak i łówcy czarownic robią co w swojej mocy by nas chronić….. akurat nie miałem okazji poznać naszych łówców jeszcze, może kiedyś to nastąpi - spojrzał na pozostałych, ciekawy czy ktoś z tego towarzystwa miał jakiś kontakt z łowcami. Dodatkowe źródła informacji o tym temacie na pewno byłyby przydatne…
- Chyba mało kto by chciał mieć z nimi dobrowolnie do czynienia. - uśmiechnęła się kpiąco Froya ale uspokoiła się pod karcącym spojrzeniem rodzicielki.
- Jeśli jednak oznaki są niepokojące to jednak dobrze by porozmawiać o nich z kimś jeszcze. Mogą być łowcy, albo ktoś ze straży miejskiej czy ratusza. Skoro w grę wchodzą takie poważne sprawy Joachimie o jakich mówisz to nie powinieneś ich ignorować. Może to się jakoś zazębi z czymś co już wiedzą albo wkrótce się dowiedzą? Wszyscy powinniśmy sobie pomagać w miarę naszych możliwości skoro mamy wspólny cel. - ojciec popularnej w mieście młodej szlachcianki zwrócił uwagę astrologowi, że jego zdaniem powinien jednak z kimś z władz porozmawiać o swoich wróżbach.
- To prawda. Odkąd tu przyjechałam też nie sypiam zbyt dobrze. Mam wrażenie, że mój patron coś chce mi przekazać. Ale nie jestem pewna co. - Czarnowidzka przytaknęła krótko temu pomysłowi a i sama dodała nieco od siebie.
- To brzmi strasznie o tych złowieszczych osobnikach. A żyjemy w takich niebezpiecznych czasach. Zresztą ostatnia zima to pokazała dobitnie. Ostatnio rozmawialiśmy z Mikaelem czy nie zatrudnić kogoś jeszcze do ochrony. Ciężkie czasy, oj ciężkie. - Martina westchnęła jakby chodziło o kolejny element ponurej układanki z jakiego składało się ich życie.
- Nie frapujmy się na zapas! Wznieśmy toast na pohybel naszym wrogom, złośliwcom i spiskowcom! - zawołał Fryderyk łapiąc za swój kielich i wznosząc wesoły toast aby zmienić te dość złowieszczo brzmiące tematy. Udało mu się przynajmniej chwilowo bo pozostali też chwycili za swoje kielichy, uśmiechnęli się i dołączyli do toastu.
“- To już może zaprowadź naszych gości moja droga. Obawiam się, że zbyt się objadłem i tyle schodów na dół mogłoby być dla mnie zbyt wielką przeszkodą. - odparł z uśmiechem Herr Mikael do swojej córki. Ta dygnęła przed nim grzecznie i spojrzała zachęcająco na swoich gości. W końcu większość z nich była raczej w jej wieku niż jej rodziców. No może Ferdynand był gdzieś tak w połowie drogi. Matka von Siert i Herr von Glitz chętnie wyrazili zgodę na taką wizytę, Matka Somnium i Frau von Richter jakby się zawahały czy iść czy zostać.”
-Chętnie zobaczę kolekcję Panny Freyi, brałem już udział z nią w jednym polowaniu podczas zimy i wiem że niewielu dorównuje jej umiejętnościami - Czarodziej pokusił się o pochlebstwo.
Gospodyni odwdzięczyła mu się krótkim skinieniem głowy i życzliwym uśmiechem po czym przejęła obowiązki przewodniczki wyprowadzając gości z jadalni na korytarz. Poza Joachimem ruszyli także rycerz von Glitz i siostra von Siert. Frau von Ritter zdecydowała się dotrzymać towarzystwa rodzicom i matce Somnium tłumacząc się, że już widziała te trofea swojej przyjaciółki nie raz a nie chce tam robić tłoku na dole. Więc ostatecznie zeszli schodami na dół do piwnicy we czwórkę. I tam blondwłosa szlachcianka w czarnej, żałobnej sukni powiodła ich do pokoju z trofeami.
- To tutaj. - odparła otwierając drzwi i przepuszczając gości przodem. A gdy ci weszli do środka mogli przekonać się co tam jest. Wyglądało tak jak się można było spodziewać po nazwie. Całe ściany pełne czaszek jeleni czy czegoś podobnego z porożami albo same poroża. Łby wilków z wystrzeżonymi pyskami, turów i łosi z masywnymi porożami, ze dwa łby niedźwiedzi, kilka czaszek jakie Joachim nie bardzo mógł rozpoznać. Ale nad kominkiem było duże, paskudne trofeum.
- To król mojej kolekcji. Udało nam się we trójkę go upolować i ubić w ostatnią zimę. - wskazała z dumą na odcięty łeb trolla. Całkiem możliwe, że tego o jakim zimą mówili Egon i Norma. Od tamtej pory Froya weszła z całkiem niezłą komitywę z norsmeńską wojowniczką ale z Egonem to raczej nie bardzo i ich drogi się rozeszły.
- Wspaniałe! Jestem pod wielkim wrażeniem. Składam honory przed tak wspaniałym myśliwym. - zawołał z emfazą Fryderyk i rzeczywiście oddał ukłon przed szczupłą blondynką w czarnej sukni. Zapewne łatwiej by było przyjąć do wiadomości, że to pokój trofeów jej ojca czy kogoś z męskich członków drużyny ale świadomość, że ta młoda i szczupła kobieta w czarnej sukni mogła własnoręcznie ubić te wszystkie poczwary robiła na rycerzu wrażenie swoją nietypowością.
- Ja również. Obawiam się, że nie mam szans ci dorównać w łowiectwie moja droga bo sama niezbyt się tym zajmuję. A odkąd zostałam przeoryszą to już prawie w ogóle nie mam czasu na takie zabawy. - przyznała Katherine von Siert też podziwiając te wszystkie łby, kły, poroża i łapy zebrane dookoła. Te komplementy wyraźnie przypadły do gustu gospodyni bo się rozpromieniła na całego.
- Robi wrażenie, prawda? - Czarodziej przyglądał się trollowemu łbu.
- Polowania to raczej nie mój świat, chociaż parę miesięcy temu polowałem na zwodzącą marynarzy w okolicy syrenę w okolicy Wrakowiska. Niestety nie udało mi się jej pojmać, ale ostatnio marynarze przestali znikać, więc może opuściła te okolice.- Syrena? Macie tu syreny? - urlykanka była wyraźnie zdziwiona i pytała jakby nie była pewna czy mówią o owych na w pół mitycznych stworzeniach z morskich legend czy to jakiś tutejszy folklor.
- Tak, takie plotki przynajmniej chodziły po mieście. Że rybacy znikają, że znajduje się ich puste łodzie i, że to syrena ich porywa i topi. Pospólstwo lubi takie opowiastki. - Froya potwierdziła słowa astrologa ale sama zdawała się do owych opowieści o znikaniu ludzi z niskiego stanu nie zwracać za bardzo uwagi ani się nie przejmować czy to prawda czy nie.
- Szkoda, że nikt jej nie upolował. Jestem ciekaw jak by wyglądała. Bo słyszałem, że one są albo bardzo piękne i ponętne albo jakieś straszne, obślizgłe maszkary. No i pewnie dobrze by wyglądało takie trofeum na ścianie. - Fryderyk nieco się skrzywił na znak, że jako ktoś z morskiej prowincji coś o syrenach słyszał ale sprzeczne wieści no i sam widocznie żadnej nigdy nie spotkał.
- Ja natrafiłem na tę istotę przy Wrakowisku, mignęła mi tylko jej sylwetka, rzeczywiście przypominała ona w górnej połowie kobietę a w dolnej jakieś morskie stworzenie. Niestety, swoim zwodniczym śpiewem opętała załogę mojej łodzi i prawie wpadliśmy w wir. Za drugim razem gdy ją zobaczyłem w tej okolicy rzuciłem w jej stronę gromowym zaklęciem, domniemywam że to ją zraniło bo potem się już nie pokazywała - odparł Joachim, starając się zmieszać prawdę z kłamstwem by jego słowa były jak najbardziej wiarygodne.
- No szkoda, że jej szlag nie trafił trochę bardziej. Byłoby co oglądać. - rycerz wydawał się lubić trofea nie mniej niż młoda gospodyni więc chociaż zdawał się rozumieć, że na wodzie to nie do końca to samo co na lądzie to jednak nieco zdawał się, żałować, że polowanie Joachima nie zakończyło się jakimś zdobycznym trofeum jakie można było potem pokazać i oglądać. Zwłaszcza tak niezbyt powszechnego stworzenia jakim była syrena.
- Dobrze, że chociaż odpłynęła i przestała nękać tutejszych rybaków. - rzekła luźno blondwłosa von Siert dodając to ugodowym tonem. Czym pozostali też przytaknęli kiwaniem głowami.
- Ja bym chętnie zorganizowała jakieś polowanie. No ale niestety, żałoba. - van Hansen za to przesunęła się tęsknym wzrokiem po ścianach ozdobionych jej trofeami najwyraźniej chętnie by zdobyła kolejne. Ale polowanie uznawano za zbędną rozrywkę czyli coś bez czego można się obejść podczas żałoby ogłoszonej w całej prowincji.
- No cóż, żałoba to wyjątkowa sytuacja, na pewno jeszcze będą okazje, a poza tym dyskutowaliśmy przy stole o pewnej możliwości - Joachim przypomniał, że wpadł wcześniej na możliwe rozwiązanie. Jeśli van Hansenowie i pozostali członkowie miejscowej elity uznają, że jest przydatny, to tym lepiej dla niego, czyż nie?
Po powrocie do domu postanowił nieco odpocząć po tych wszystkich spotkaniach i rozmowach. Pilnowanie się i maskowanie prawdy o sobie było jednak nieco męczące. Chyba dobrze mu poszło, choć nieco zaryzykował mówiąc o możliwych zagrożeniach dla ładu w mieście. Chociaż po tym jak Zbór wykona kolejny większy ruch będzie to wyglądało jakby ich ostrzegał.
W każdym razie priorytetem na najbliższe dni byłoby spotkanie się z Philippem i może jeszcze z kimś z władz Akademii żeby uzyskać dostęp do podziemnego składu i realizować plan ustalony z Tobiasem. Poza tym, może ktoś z tego uczonego grona nada się do zwerbowania do Zboru. Nie ze wszystkim zgadzał się z nadętym nauczycielem, ale co do tego że mogliby w ten sposób wzmocnić pozycję w Zborze miał akurat chyba rację.
Wieczór spędził na lekturach. Miał w ręku traktat "O chaotycznej naturze magii" który choć aktualnie nie znajdował się na powszechnej liście ksiąg zakazanych, budził duże kontrowersje z powodu akcentowania chaotycznych źródeł magicznych mocy. W świetle nauk, które otrzymał od Mergi miał nadzieje dostrzec nowe powiązania i połączenia pomiędzy używaniem mocy jego wiatru magii a bardziej zbliżoną do czystego chaosu mocą Dhar. Szukał też czegoś do czytania o historii regionu i lokalnych rodów szlacheckich, zawsze pozwoli to lepiej porozumieć się z tym towarzystwem, niezależnie od tego, że większością z nich gardził......
-
Oryginalny autor: Seachmall
Apteka
- Spokojnie Sigismundusie, jestem pewny, że nasza Wyrocznia, przetłumacz dla ciebie zwoje już wkrótce. Uzbrój się w cierpliwość. - zastanowił się dłużej nad "wiadomością" Vigo - Zastanawiam się… makabryczny pomysł, ale… co jeże "błogosławione płodnością" oznacza ciężarne? Larwy muszą coś jeść zanim dojrzeją, co nie?
- Oo… - oczka aptekarza znieruchomiały i gdyby ludzie mieli uszy jak psy to pewnie właśnie w tej chwili by je postawił w sztorc. Jak pies który usłyszał podejrzany lub interesujący dźwięk. Czy węsząc za obiecującym tropem. Bo dopiero co póki rozmwiali o zwojach i ich tłumaczeniach to zachowywał się jak jakiś romantyk z niecierpliwością oczekujący listu od ukochanej i zamęczający wszystkich kogo się dało właśnie tym tematem. Ostatni raz taką mieszaninę pożądania i zniecierpliwienia w spojrzeniu Otto widział w ostatni Festag na twarzy zawieszonej pod sufitem bretońskiej szlachcianki gdy zaczął zabawiać się z jej koleżankami a ona została tam sama. Przynajmniej póki Joachim się nią nie zajął. Teraz grubas zdawał się cierpieć podobne katusze chociaż jego pożądanie i zniecierpliwienie było całkiem innego rodzaju i miało całkiem inne źródło.
- No… Może… Kto wie… - zastanawiał się nad słowami kolegi myśląc nad nimi intensywnie i wpatrując się gdzieś ponad jego głową. - No może. W końcu takie zwykłe czerwie przecież też coś jedzą. Znaczy padlinę. To te od Oster… Kto wie… - trop wydawał mu się na tyle ciekawy, że chętnie nim podążył.
- Znaczy gdyby tak było to oczywiście dla moich robaczków, muszek i dziedzictwa Oster to wszystko co najlepsze! Cóż znaczy bękart jakiejś ulicznicy wobec planów naszego szacownego patrona i jego proroka naszej wspaniałej Oster! - zadeklarował jowialnie i chyba naprawdę nawet by mu powieka nie drgnęła gdyby trzeba było zrealizować taki projekt dla ich planów.
- Tylko nie pamiętam aby na tych ilustracjach było jakieś łono w ciąży. Pamiętam, wkładanie tam jaj a potem czerwie jakie tam się lęgną. Więc jestem prawie pewien, że od tego trzeba zacząć. Tylko nie wiem co potem. Zapewne one jakoś wychodzą na zewnątrz a potem poczwarka i dorosła mucha. Podobnie jak u zwykłych. Tyle, zrozumiałem z tych obrazków. Tylko nie znam detali. Ile czasu, jak dużo, ile tego będzie no i całej reszty. To powinno być opisane tekstem no ale Merga tyle się z tym grzebie… - przyznał co do swoich przypuszczeń na ten temat. Niestety z braku materiału źródłowego był skazany tylko na swoje przypuszczenia a miał do czynienia z takim projektem po raz pierwszy więc trudno było mu się na czymś oprzeć.
Hospicjum
Otto kiwnął przeorowi.
- Jestem pewny, że będą szczodre, wydają się również dość… empatyczne na uczucia innych. - mnich uśmiechnął się - Oczywiście, oprowadzę je. Być może pokręcimy się przy ostatnich mąciwodach. Kto wie, może zabiorą kilku z naszych rąk? Dla ich i naszego dobra oczywiście.
- Empatyczne? Dobrze! To dobrze, to bardzo dobrze! Właśnie takie najchętniej pomagają sierotom i innym takim. To może i nam pomogą. Jak zwykle mamy więcej potrzeb niż zasobów, każdy datek się przyda. A mąciwody… No tak, pooprowadzaj je. O! Zabierz je do lazaretu i cel. Niech same zobaczą te siniaki, bandaże i resztę. Może to je przekona dodatkowo, że tu nie przelewki i jak ciężką służbe tu pełnimy. - przeor zastanowił się chwilę ale potrafił być bardzo elastycznym człowiekiem jeśli chodziło o zapewnienie bytu placówki jaką prowadził. Potrafił wykorzystać okazję aby coś dla niej zdobyć. Bo ich głównym źródłem finansowania były właśnie takie charytatywne datki od tej bogatszej części społeczeństwa. Czasem jakiś cech coś ofiarował, zwykle jakiś swój wyrób, sami mnisi wykonywali różne dewocjonalia próbując je sprzedać pod świątyniami czy sprzedawcom no ale jednak głównym źródłem dochodów były datki charytatywne możnych. A zapowiedziane kobiety zdawały się do nich należeć więc przeor wiązał z nimi spore nadzieje.
- Zrobię co w mojej mocy. - zapewnił w mnich - Zrobię teraz szybki obchód. Zobaczę, kto będzie najbardziej reprezentatywny.
- No dobrze, to wracaj do swoich prac. A jeśli te zacne panienki nas raczą odwiedzić to oprowadź je i pokaż co tam uznasz za stosowne. Tylko z wyczuciem i bez nachalności z tymi datkami. No liczę, że wiesz jak się do tego zabrać. Kto wie? Może jak na nich zrobi się odpowiednie wrażenie to zyskamy stałego sponsora? - przeor zgodził się aby Otto rozegrał tą wizytę po swojemu byle był z tego jakiś zysk dla ich małej społeczności. Najlepiej wymierny zysk w postaci jakiegoś trzosiku z datkiem.
Otto kiwnął głową Thornowi.
- Och, zjawią się. Dziś lub jutro i uwierz mi, że przedstawię cię im, jak tylko się pojawią. Tylko musisz się zachować, to nie są przeciętne bladolice. Każde złe zachowanie może zostać ukarane i tu nie chodzi o mnie, czy innych mnichów.
- Heh. Zjawią się? Jakieś wyperfumowane, bogate damulki? I to jeszcze takie co lubią podwijać kiecę? - Thorn obdarzył go takim spojrzeniem jak dorosły na dziecko które próbuje mu wcisnąć jakieś grubymi nićmi szyte dziecięce kłamstewko co w jego mniemaniu jest bardzo sprytne i zmyślne ale niekoniecznie dorosły by musiał podzielać takie zdanie.
- Ha! Jak się zjawią i będą podwijać kiecę i tak dalej to obiecuję być dla nich szczodry, wspaniałomyślny i wykorzystać to podwijanie kiecy skoro jaśnie panny mają takie potrzeby. - obiecał z szyderczo uroczystym tonem nawet się kłaniając w parodii dworskiego ukłonu ale chyba dalej nie wierzył w taką możliwość. Chociaż nuka gorzkiego spojrzenia mówiła, że taka wizja byłaby całkiem miła jego sercu. No ale był za stary aby wierzyć w takie mrzonki.
- Nie spodziewaj się, że od tak podwiną kiecę przy tobie. - zaczął mnich - Mogą być chętniejsze niż zwykle, ale mają standardy. - jednooki zlustrował Thorna od dołu do góry - Duży, silny, nie za bystry, z mordy widziałem gorszych. Może przypadniesz, którejś do gustu. - poklepał mężczyznę po ramieniu - Rób swoje i jeżeli się z nimi zjawie… postaraj się zachować odpowiednio.
- To co mi po tym jak będą podwijać kiecę gdzie indziej? Przed kim innym? - prychnął pacjent dając znać, że wtedy on sam i tak by nie miał z tego żadnego pożytku. Ale słowa mnicha z jednym okiem chyba na nowo nieco rozbudziły jego nadzieje i lędźwie.
- Ale dobra, jak by tu jednak przyszły to się nie bój. Nie zacznę od próby ich zamordowania czy coś takiego. Zwłaszcza jakby okazały się miłe i niczego sobie. - zaśmiał się chrapliwie jakby rozmawiał ze wspólnikiem w jakimś niecnym zamiarze i mogli sobie pozwolić na pewną poufałość.
- Szczodrze z twojej strony. - zapewnił mnich - Próbowałeś tego ćwiczenia, które ci pokazałem?
- Nie. Nie było takiej potrzeby. Nic mi nie jest. Jak mnie ktoś nie wkurza jak ostatnio to nic mi nie jest. - prychnął wzruszając ramionami jakby nie uważał, że od wczoraj okoliczności zmusiły go do zastosowania ćwiczenia polegającego na uderzaniu pięścią w ścianę jaką mu wczoraj zademonstrował mnich. Słowa zaś sugerowały, że to innych wini za swoje ostatnie wyskoki.
- No cóż, jeżeli ktoś cię kiedyś wkurzy, wiesz co zrobić, aby nie wpaść w kłopoty… i może zyskać trochę kontroli. - z tym Otto zostawił zbira.
Otto wszedł do pomieszczenia Anniki i spojrzał na kobietę.
- Dzień dobry, Anniko. Możemy porozmawiać?
W odpowiedzi bosa kobieta w samej koszuli i kalesonach otworzyła oczy. Podniosła nieco głowę aby obdarzyć go spojrzeniem. Bynajmniej nie życzliwym. I krótko wzruszyła ramionami jakby było jej to doskonale obojętne.
Otto westchnął.
- Chodzi o ostatnie wybryki, twoje i innych. Pamiętasz co się działo przez ostatnie kilka dni?
- Działo to działo. Co z tego? - burknęła niezadowolonym tonem leżąca na pryczy kobieta. Znów wzruszyła ramionami i raczej poruszony temat nie sprawiał wrażenia jej ulubionego. Jakby spodziewała się, że zaraz zacznie się jakaś pogadanka czy inne takie nudne i zbędne ględzenie.
- Po prostu chcę usłyszeć twoją stronę tego co się stało. Kto zaczął, czemu, co widziałaś i czułaś. Nie będę ci bredził, że "nie powinnaś" i tym podobne bzdety. Jesteś duża, silna i sprytna. Wiesz, że zabijanie ludzi nie jest "dobre". Chce natomiast wiedzieć, co cię zmotywowało do agresji.
Tym razem poświęciła mu dłuższe spojrzenie. Obserwowała jego twarz szukając w niej nie wiadomo czego. I pewnie obracając w myślach jego słowa. Wydawała się nieco nimi zaskoczona.
- Nic się nie stało. Thorne mnie wkurzył. Powiedział, że jestem słabsza od niego. Ten dureń George mnie wkurzył bo zaczął drzeć ryja. Kazałam mu się zamknąć to darł się jescze głośniej. Poszłam dać mu w japę to Thorn powiedział, że uciekam bo się boję. No to mu przylałam. Niech nie myśli, że się go boję. Wcale nie jest taki twardy jak to wszyscy sądzą. Ta kretynka z łaźni też mnie wkurzyła. Też się darła. Załatwiłabym ją ale nie zdążyłam. Potem chyba biegała nago jak idiotka. I ci twoi durnie też mnie wkurzyli bo nie dali mi dokończyć. Tylko mnie zamknęli tutaj. Wszyscy mnie wkurzacie. - powiedziała cicho, głucho i nieprzyjemnie. Jakby przez to całe zamieszanie w ostatni Festag nie zdążyła dokończyć swoich porachunków z całą masą osób jakie tutaj miała.
Otto pokiwał głową.
- Rozumiem, rozumiem. Ciągle masz ochotę przyłożyć komuś prawda?
Znów się nie odezwała przez dłuższą chwilę. Zastanawiała się nad jego słowami albo myślała kto wie o czym. W końcu znów wzruszyła ramionami.
- Nie. Wcale nie. To przez tych idiotów wtedy było. Nic mi nie jest. Chcę tylko stąd wyjść. - odparła sucho wpatrując się w sufit nad sobą. Czyli niezbyt wysoko bo cele były nieco wyższe niż drzwi jakie do nich prowadziły.
- Tak jak Thorn. - zaczął Otto - To nie twoja wina, to inni. Jeżeli naprawdę nie jesteś nie powinnaś się bronić, tak oczywistym kłamstwem.
- Thorne to zwykły gnojek. Któregoś dnia go załatwię. - syknęła gdy tylko mnich wspomniał jego imię. Tak jakby nie zdążyła zapanować nad sobą. Po czym zacisnęła mocniej zęby jakby zdała sobie z tego sprawę. I znów przez chwilę milczała.
- A co cię to w ogóle obchodzi? Dla kogo zbierasz tą gadkę? Komu doniesiesz? Nie zgrywaj takiego przyjaciela. Jesteś taki sam jak reszta. Ta sama banda ojczulków skryta pod płaszczykiem dobrotliwości i fałszywej skromności. Słyszałam jak z połowa z was ślini się do tej idiotki. Wcale nie jesteście tacy święci jakich udajecie. - nagle spojrzała wprost na mnicha i wyrzuciła z siebie pełne złości słowa. Widocznie uznała go za kolejnego mnicha takiego samego jak wszyscy inni jego koledzy którzy tu pracowali.
- Poważnie, ślinili się do Marisy? A ja sądziłem, że celibat sprawił, że kiełbaski już im zeschły. - zaczął Otto - Nic nikomu, nie powiem, mogę tu pracować, ale pomagam wam ponieważ chcę, ponieważ wiem przez co przechodzicie. Nie chodzi mi o "Och, biedactwa, boli ich główka, gadają brednie i widzą, złe rzeczy w ciemności". Znam twój gniew, może nie z tego samego powodu, ale czułem podobny gniew i wiem co robi z człowiekiem.
Annika popatrzyła na niego uważnie i podejrzliwie. Zapewne zastanawiała się czy mówi prawdę czy tylko chce jej namieszać w głowie. W końcu prychnęła pogardliwie.
- Zakłamane świętoszki. A ta idiotka tylko ich podpuszcza. Wszystkich podpuszcza. Mnie to nie bierze ale chciałabym ją mieć aby im wszystkim utrzeć nosa i zdobyć coś czego oni wszyscy pożądają. Zresztą może to zrobię jak stąd wyjdę. Odwiedzę tą sukę i każe jej się obsłużyć. Jak dziwce z burdelu. I tak to przecież proponowała na lewo i prawo to powinna być zachwycona, że z niej skorzystam. A potem pójdę dać w mordę Thornowi. Przed nie bo znów mnie zamkną. - powiedziała nieco lżejszym tonem jakby sobie planowała następne wydarzenia. Albo tylko fantazjowała. Brzmiało to ni w pięć ni w dziewięć a o Marisy wypowiadała się jak o trofeum do zdobycia. Cenne dlatego, że inni też chcą je zdobyć. A niekoniecznie dlatego, że dla niej samej było to cenne albo ważne. Od tego gadania chyba nawet na chwilę humor jej się poprawił bo się złośliwie uśmiechnęła kącikiem ust. *
- Pochwalony. - odpowiedział mnich - Mam nadzieję, że dziś wszystko w porządku? - wewnętrznie trochę zasmuciła Otta sytuacja, że dziś George najwyraźniej jest spokojniejszy dzień. Pływy spaczni najwyraźniej się cofnęły, być może obecności Sorri coś poruszy.
- Tak. Pomagam braciom. Będę przycinał nogi aby były równe. - George odparł prawie z dziecięcą ufnością i niefrasobliwością pokazując dumnie na kilka nóg jakie zapewne uzbierano z rozwalonych zydli. I teraz koledzy Otto próbowali użyć ich aby chociaż z kilku sklecić jeden zdatny do ponownego uzytku. Trzeba było je wbić w dziury zydla i potem przypiłować aby były równej długości i potem mebel stał prosto i nie chybotał się na boki. Koledzy zaś pokiwali głowami chyba zadowoleni, że chociaż dzisiaj podopieczny nie sprawia żadnych kłopotów.
- To dobrze. - mnich pokiwał głową - Pracujcie dalej. - na razie George może być martwym punktem.
- No pracujemy, pracujemy. George też. Ty Otto też się za robotę weź bo jeszcze nam tu zgnuśniejesz i leniwych nawyków sobie narobisz. - zaśmiał się nieco żartobliwie jeden z kolegów podając pacjentowi jedną z połamanych nóg taboretu aby przygotować go do włożenia tych odzyskanych.
- Muszę zrobić obchód. Ktoś tu musi uważać na ogólne dobro naszych pacjentów.
Mamy do tego przyjąć szlachetnych gości, więc nie spieszcie się z naprawami. Niech zobaczą z czym musimy pracować. - wskazał na zniszczone meble.
- Szlachetnych gości? Ciekawe kogo. Ale dobrze, niech przyjdą. Może rzucą coś na tacę. Przydałoby się. - pokiwali głową też chyba mając nadzieję, że takie znamienite osoby mogłyby jakoś wymiernie wspomóc ich placówkę. Co w jakimś mierze by pomogło im wszystkim.
- Georga możesz im pokazać. Zobacz jak pomaga. To by dobrze wyglądalo, że możemy ich czegoś nauczyć i mogą być pożyteczni. - drugi z nich wskazał na pacjenta z obandażowaną głową jaki w skupieniu usiłował wepchnąć nową nogę w spód starego zydla.
- Będę je oprowadzał po hospicjum, to zahaczymy też tutaj. - Otto puścił mimo uszu wypowiedź kolegi. Ich pacjenci nie są zwierzętami, są śmiertelnikami, którzy zobaczyli, czego śmiertelnicy nie powinni. Ich umysł też by się złamał i złamie się kiedy przyjdzie czas.
- “Je”? To jakieś “one”? No ciekawe. Ale dobra, przyprowadzaj je, niech zobaczą maluczkie mróweczki przy mozolnej pracy może to poruszy ich bogate serduszka. - odparł rozbawionym tonem jego kolega chociaż wieść sugerująca, że owymi gośćmi mają być kobiety nieco ich chyba zaskoczyła.
- Dwie lokalne szlachcianki i gość z obcych stron. - zapewnił Otto.
Zdziwili się. Ale pokiwali głowami przyjmując to do wiadomości. I wydawało się, że to tyle. Na koniec tylko jeden z nich wspomniał, że może im pokazać rysunek jaki George odstawił u siebie na podłodze celi. No szkoda, że na podłodze bo to się zaraz zetrze ta kreda no ale to jest okazja teraz jakby to komuś pokazać. Bo może uznają, że mają tu jakiegoś utalentowanego malarza czy co tam. Raczej gryzmoły właściwie no ale przeca takie rzeczy od ułomnych czasem robią duże wrażenie na postronnych. Nawet jeśli to zwykłe bazgroły.
- Witaj Mariso. Dziś wszystko w porządku? Mam nadzieję, że ubranie nie doskwiera ci za bardzo? - Zastanawiał się, czy młodej kobiety jako pierwszej nie przedstawić wybrance Slaanesh, pewnie lepiej będzie zrobić to dość organicznie, kto się nawinie tego przedstawi.
Dziewczyna obdarzyła go ciepłym spojrzeniem i uśmiechem. Otarła czoło ramieniem i spojrzała w dół na swoją włośnicę. Na pewno nie było jej w tym wygodnie bo prawie nikt nie nosił tak drapiącego ubrania dobrowolnie. Może tylko najwytrwalsi eremici, mnisi i ludzie bardzo oddani wierze i swoim patronom. Dużo częściej używano włośnic jako narzędzia pokuty, dobrowolnej albo tak jak u Marisy przymusowej.
- Tak bracie, wszystko w porządku. Nie uskarżam się i bardzo żałuję za swoje ostatnie zachowanie. Z pokorą przyjmę każdą karę. - odparła dziewczyna tak jak w takiej sytuacji bogobojna i żałująca za swoje czyny służka dobrych bogów i prawa obywatelka powinna. Ale pomimo słów spojrzenie miała podejrzanie wesolutkie a uśmieszek filuterny. Co nadawało jej słowom dość dwuznacznej wymowy.
Otto postanowił zarzucić sieć na dwuznaczność wypowiedzi kobiety.
- Uważaj na słowa, moja droga. Możemy mieć wkrótce znamienitych gości, którzy mogą skorzystać z twojej oferty. - delikatnie się uśmiechnął - I wśród nich, może być bardzo specjalna osoba, która będzie mogła chcieć ciebie spotkać.
- O. Będziemy mieć jakichś gości? I to bardzo znamienitych? Ciekawe kogo. Nie mamy raczej zbyt wielu gości. - Marisa zadarła głowę nieco do góry jakby usłyszała bardzo ciekawe wieści. Przez chwilę to obrabiała w myślach nim się znów uśmiechnęła.
- I jakaś specjalna osoba by chciała mnie spotkać? A to ciekawe. A co to za osoba? Mam się do niej jakoś szczególnie zwracać? Bo ubrać to inaczej raczej się nie mogę aby uczcić taką znamienitą osobę. - zapytała zaciekawionym tonem na koniec wskazując na swój bury, szorstki habit przewiązany w pasie zwykłym sznurem.
- Och, jestem pewny, że piękna Soria pokocha cię taką jaka jesteś. - uśmiechnął się mnich - Przygotuj się tak, jak ci serce podpowie.
- Soria? - brwi pacjentki uniosły się a na twarzy pojawił się wyraz zastanowienia. Chwilę to trwało nim wyraz twarzy się gwałtownie zmienił.
- Oh! To ta od… - zaczęła entuzjastycznie ale nagle urwała i ściszyła głos. - To ta od niej? Od tej co ci mówiłam? - zapytała cicho ale z twarzy i głosu nie znikał wyraz ekscytacji.
Otto nie odpowiedział, tylko się uśmiechnął i spokojnie wyszedł z pralni. Był pewny, że dziewczyna tam zostanie i będzie bardziej podatna na głos Sorii.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto chwilę się zastanowił.
- Mam dwójkę pacjentów, z którymi mógłbym was zostawić bez lęku. Marisa jest dziewczyną, która słyszała głos twej matki czcigodna. - skinął głową Soren - Drugi to Thorn, jeden z ostatnio agresywnych, ale obiecałem mu wizytę… odważnych szlachcianek.
- O. “Odważnych szlachcianek”? No to ładnie nas zapowiedziałeś. Całkiem interesująco. - Pirora uśmiechnęła się z rozbawienia słysząc słowa kolegi ze zboru.
- A coś mu obiecywałeś z tymi odważnymi szlachciankami? - zaciekawiła się Fabienne pytając ze swoim charakterystycznym, bretońskim akcentem.
- Jeśli ta Marisa o jakiej mówisz rzeczywiście słyszała głos Pajęczej Królowej to myślę, że już jest prawie nasza. Chętnie ją poznam aby dowiedzieć się więcej szczegółów. Ale Otto zdajemy się na ciebie, w końcu dzisiaj ty jesteś tu naszym gospodarzem i przewodnikiem. I mam nadzieję, że nie będzie to nudna wycieczka. - Soria przytaknęła słowom całej trójki i wydawała się zaciekawiona i rozluźniona. Była gotowa zdać się na wyczucie Otto ciekawa co z tego wyjdzie. Obie szlachcianki też pokiwały zgodnie głowami bez sprzeciwu przyjmując jej punkt widzenia.
Otto uniósł dłonie w obronnym geście.
- Przepiękne panie, nic mu nie obiecałem. Jedynie opowiedziałem mu, że istnieją na świecie szlachcianki, które potrafią zainteresować się osobami z niższego poziomu społecznego. Nie moja wina, że uważa iż odwiedzą go szlachcianki, chętne do podwijania spódnic. - mnich uśmiechnął się - Postaram się, poprowadzić was do najbardziej obiecujących osobników, ale dziś wydają się spokojniejsi. Mam nadzieję, że twoja obecność Czcigodna to zmieni. Na razie ruszmy, sądzę, że Marisa będzie dobrym miejscem, aby zacząć. Jest obecnie w pralni, więc będziecie mogły zobaczyć jak utrzymujemy to miejsce w czystości. - mnich ruszył "oprowadzając" szlachcianki po hospicjum.
- O! Szlachcianki jakie są chętnie do podwijania spódnic? I to przed osobami niższego stanu? O Fabi, to chyba coś w sam raz dla ciebie. - Pirora i Fabienne wydawały się całkiem rozbawione tymi słowami kolegi. A ich pikanteria tylko dodawała im uroku.
- No rozbudziłeś moją ciekawość Otto. Prowadź nas jak najprędzej do tych swoich rozrabiaków. - bretońska żona imperialnego kapitana podobnie jak jej towarzyszki wydawała się bardzo chętna na poznanie bliżej tych podopiecznych hospicjum o jakich mówił ich jednooki kolega.
Ale na razie rozmowy ucichły gdy przeszli korytarzami do pralni. Tam zaś nie było niespodzianek i od porannej wizyty sytuacja się za bardzo nie zmieniła. Marisa kończyła pranie bo stała przy misce w jaką składała mokre rzeczy aby je pewnie wkrótce przenieść do sąsiedniej izby gdzie była suszarnia. Stała więc odziana w tą burą włośnicę i sandały. Spojrzała z zaciekawieniem sprawdzając kto ją odwiedził. Zaś szlachcianki przyprowadzone przez mnicha obdarzyły ją nie mniej zaciekawionym spojrzeniem.
- Pochwalony. - podopieczna dygnęła grzecznie jak to wypadało przed osobami wyższego stanu na co one aprobująco skinęły głowami z ufryzowanymi włosami jak to szlachciankom też wypadało na chwilę chociaż zauważyć kogoś z plebsu. Ale obie strony widocznie czekały aż mnich je sobie przedstawi.
Otto dalej odgrywał rolę przewodnika, na wypadek, gdyby pacjentka rozmawiała z innymi mnichami.
- Więc, to jest nasza pralnia, a tu mam okazję przedstawić jedną naszych podopiecznych. Mariso, przedstawiam ci szlachetne Fabianne von Mannlieb, Pirora van Dake i oczywiście Soria. Opowiadałem ci o niej.
- Witam szlachetne panie. To zaszczyt móc was poznać. I służyć. - Marissa dygnęła grzecznie jeszcze raz nie wychodząc z roli dobrze wychowanej dziewki służebnej jaka wie jak należy się zwracać z szacunkiem do ludzi wyższego stanu. Trzy kobiety zaś weszły do pralni i Soria jaka była ostatnia zamknęła drzwi na korytarz. Więc przynajmniej na chwilę zostali sami bez zbędnych świadków.
- Witaj Mariso. Otto nam wspomniał o tobie. W bardzo pozytywny sposób. Podobno jesteś bardzo utalentowana i obiecująca. - herold Slaanesha zajęła pozycję w centrum grupki a dwie szlachcianki stanowiły jej orszak przyboczny. Odezwała się łagodnym i ciepłym tonem jak wielka pani co jest skłonna dać szansę skromnej dziewce dzięki rekomendacjom jakie o niej usłyszała.
- Tak? Naprawdę dziękuję. Nie wiem co powiedzieć. - Marisa zarumieniła się i obdarzyła jednookiego pełnym wdzięczności spojrzeniem. Ale chyba naprawdę nie była pewna co teraz powinna zrobić czy powiedzieć.
- Nie musisz się wstydzić moja droga, jesteś wśród przyjaciół. Proszę opowiedz pięknej Sorii to co mówiłaś mi. Opowiedz jej o Pajęczej Królowej. - zaczął Otto i odsunął się opierając się o drzwi. Chciał mieć pewność, że usłyszy, czy ktoś nadchodzi i chciał mieć dokładny widok, na to co się zaraz pewnie stanie.
- Tak? - Marisa miała jeszcze dość niepewną minę. Przeniosła wzrok od jednookiego mnicha na kobietę w centrum grupy a potem jej również ubrane w żałobną czerń towarzyszki. Ta w środku uśmiechnęła się do niej zachęcająco, wyszła do przodu podchodząc do niepewnej siebie pacjentki.
- Tak kochanie. Bardzo prosimy. Opowiedz nam o tym co ci pajęczymi nićmi szepcze nasza władczyni. - powiedziała do niej cicho, aksamitnym, ponętnym szeptem jaki poruszyłby chyba każdego. Do tego pogłaskała czule dłonią policzek pacjentki co ta przywitała z ulgą i przyjemnością.
- Tak? Wy wszystkie? Ona jest waszą władczynią? - zapytała z prawie dziecięcą ekscytacją zerkając z bliska na twarz herolda a potem na jej szlachetnie urodzone przyboczne w czarnych, bogatych sukniach. Wszystkie trzy pokiwały głowami twierdząco i uśmiechnęły się zachęcająco.
- A Fabi to nawet szuka nowej służącej, pokojówki i łaziebnej. Co by nie być zdaną tylko na starą Gertrudę. Może by mogła coś zrobić w tej sprawie. - Pirora wskazała na czarnowłosą Bretonkę dodając dodatkową zachętę a ta pokiwała znów twierdząco głową.
- Naprawdę?! Byście mnie stąd wyciągnęli? - zawołała ucieszona pacjentka patrząc z nadzieją po nich wszystkich.
- Oczywiście kochanie. My córki Pajęczej Królowej musimy trzymać się razem. Pomagać sobie. Ale powiesz kochanie. Co ci szeprała nasza władczyni. - Soria znów przejęła pałęczkę rozmowy i zbliżyła się jeszcze bardziej. Właściwie stanęła tuż za plecami Marisy i głaskała ją delikatnie po szyi i ramionach zbliżając usta do jej ucha. Ta zdawała się bardzo podatna na takie zabiegi bo jęknęła cicho z tłumionej przyjemności.
- Bo mi się śniła. A trochę jakby mówiła. Mówiła, że powróci. Że chce wrócić. Że będę jej służką a ona mnie wynagrodzi za moją służbę. Powiedziała, że złoży tutaj swój miot i to miasto będzie należeć do niej. I wszyscy co się przed nią ukorzą i przysięgną jej służyć to będą dzielić władzę i wspaniałości razem z nią. Że będą spać w atłasach i jadać w złocie. Będą mieć zastępy służby i niewolników. I będziemy się bawić i kochać po wsze czasy. Więc ja jej chętnie przysięgłam służbę i bardzo chętnie wydam jej miot i będę robić co ona zechce. Bo widziałam ją. I ona jest taka piękna! - Marisa jak już zaczęła mówić o swoich snach i wizjach to nie mogła przestać. Mówiła jakby bała się, że ktoś jej przerwie i chciała powiedzieć jak najwięcej zanim to się stanie. Soria zaś zachęcająco głaskała ją czule aby zachęcić ją do tych wyznań.
- No kochanie, widzę, że naprawdę słyszałaś głos naszej władczyni. - pogłaskała ją jeszcze raz po policzku jakby chciała ją nagrodzić za te zwierzenia. - Tak, to w stylu mojej matki. Myślę, że Marisa będzie nam mogła jeszcze opowiedzieć mnóstwo ciekawych rzeczy. - zwróciła się do pozostałych kultystów jakby uznała, że pacjentka jest warta aby w nią zainwestować i mieć ją do swobodnej dyspozycji.
Otto postanowił poprowadzić dalej interakcje w ciekawe tereny.
- No cóż… była dziś grzeczna. Fabi, szukasz nowej służki… powinnaś sprawdzić towar czyż nie?
- O. Bardzo dobry pomysł. Nasza Fabi jest bardzo utalentowana a Wąż jest w niej bardzo silny. I z tego co słyszałam jeszcze dzisiaj z nikim nie miała przyjemności. - Soria podchwyciła pomysł Otto i spojrzała to na obejmowaną młodą kobietę odzianą we włośnicę to na stojącą kilka kroków dalej dostojną, młodą, bladolica szlachciankę ubraną w elegancką, suknię żałobną. Pirora też wyczuła, że szykuje się jakieś widowisko a Fabienne i Marisa spojrzały na siebie z nową porcją zaciekawienia.
- No to ja faktycznie jakbym mogła to bym nie chciała kupować kota w worku. - Bretonka wydawała się całkiem ucieszona tym całym pomysłem i swoją rolą bo spojrzała zachęcająco na praczkę w ciężkim habicie.
- Oczywiście! I tak nienawidzę w tym chodzić! Cały czas i wszędzie drapie! Chciałabym mieć ładne i kolorowe ubrania! I takie ładne suknie jak wy! - powiedziała wesoło Marisa jakby wreszcie miała okazję wyzwolić się z więzów powinności i dobrego wychowania zdradzając swoją prawdziwą naturę. Bez wahania rozwiązała sznur, rzuciła go precz a potem bez skrupułów ściągnęła przez głowę szorstki habit. I też go cisnęła precz. Została w samych, zgrzebnych majtkach i prostych sandałach więc prezentowała się całkiem interesująco. Zresztą po spojrzeniach kultystek też można było odnieść wrażenie, że podoba im się to co widzą. W końcu patrzyły na całkiem ładnie i proporcjonalnie zbudowaną młodą kobietę która mogłaby być modelką do jakiejś rzeźby czy obrazu z kobiecym aktem w roli głównej.
- Oj biedactwo. Każą ci chodzić w tych brudnych szmatach? Jak będziesz u mnie na służbie to ci zorganizuję coś o wiele ładniejszego. - Bretonka wyraziła zrozumienie i współczucie dla potrzeb pacjentki. Podeszła bliżej i objęła nagie ramiona kandydatki na nową służkę. - A jak zostaniemy same… We własnym, rodzinnym gronie… - teraz wyglądało jakby ona przejęła rolę kusicielki od Sorii bo zniżyła głos do szeptu i skróciła dystans swoich ust do ucha Marisy. - To będziemy mogli ubierać się w coś znacznie ciekawszego. Zobaczysz jakie Pirora ma ciekawe rzeczy u siebie. A ja mam koleżankę krawcową. Ona szyje niesamowite rzeczy. Zobaczysz, pójdziemy do niej, weźmie z ciebie miarę i uszyje ci co sobie tylko zażyczysz. Teraz robi suknie dla czcigodnej ale dla mnie też uszyła już mnóstwo rzeczy. - powiedziała czule głaszcząc ją coraz niżej i niżej. Aż dłoń wsunęła się za proste, zwykłe majtki jakie miała na sobie pacjentka.
- Musisz chodzić w tym? Oh, pozwól, że naprawię te urągające warunki w twoim odzieniu. - powiedziała nagle Bretonka jakby oburzona, że nowa znajoma musi chodzić w tak zgrzebnym i prymitywnym ubraniu. Marisa słuchała tego jak oczarowana i było widać, że jak najbardziej jest chętna na to wszystko. Ale zamrugała z niedowierzania jak szlachcianka podwinęła swoją długą, czarną spódnicę na chwilę pokazując swoje zgrabne nogi odziane w drogie, jedwabne pończochy po czym zsunęła przez nie swoje koronkowe majtki i uroczyście podała pacjentce.
- No wiem, że używane no ale nie byłam gotowa na takie cudo jakie tu zastanę. Obiecuję, że następnym razem dostaniesz nowe. A gdybyś kiedyś miała ochotę na używane to tylko powiedz. Zrobię co w mojej mocy aby cię zaspokoić. - powiedziała obiecująco wręczając jej ten czarny, koronkowy prezent. A Marisa wzięła go ostrożnie i chyba nie mogła w to wszystko uwierzyć. Przytuliła do twarzy ten czarny, koronkowy material wdychając go chciwie. I patrzyła na nich wszystkich jakby bała się, że jak się poruszy czy odezwie to cały czar pryśnie.
- Schowaj dokładnie, jeszcze któryś mnich zabierze dla siebie. - rzucił Otto - Rozumiem, że Marisa cieszy się akceptacją moich cudownych gości?
- Oj, tak, zdecydowanie tak. Aż nie mogę się doczekać kiedy będziemy mogły się sobą nacieszyć. - bladolica, czarnowłosa Bretonka pogłaskała czule gładki policzek pacjentki a ta pozwolila sobie czułym gestem przytrzymać tą dłoń przy swojej twarzy a nawet ją pocałować.
- A te majtki to schowam w najlepszym, możliwym miejscu. - zaśmiała się Marisa po czym schyliła się i śmiało nałożyła je na siebie. Jeszcze z ekscytacją patrzyła jak się ładnie na niej układają i o wiele lepiej podkreślają jej atrakcyjne kształty niż te zgrzebne galoty jakie miała na sobie do tej pory.
- Jakie śliczne! Jeszcze takich ślicznych i drogich nie miałam! - ucieszyła się radośnie głaszcząc je i nie mogąc się nacieszyć z tego podarku.
- Mam u siebie tego więcej. Jak będziesz już u mnie na służbie to ci pokażę. - obiecała bretońska szlachcianka też czerpiąc przyjemność z ofiarowania prezentu oraz reakcji obdarowanej. Aż miło było na to popatrzeć i posłuchać.
- Więc wkrótce Mariso dołączysz do mojego orszaku i poopowiadasz nam co ci na twoje śliczne uszko szepcze nasza władczyni. - Soria uśmiechnęła się dostojnie i niejako przyklepała decyzję swojej bretońskiej dwórki.
- Ale na razie to Mariso ubierz się ponownie. Nie sprawiaj tu kłopotów, słuchaj się Otto to nam powinno ułatwić aby cię stąd wyciągnąć jak najszybciej. - poprosiła pensjonariuszkę hospicjum a ta dygnęła przed nią grzecznie bez sprzeciwu przyjmując takie wytyczne.
- Dobrze milady. Zrobię co sobie życzysz. Jak trzeba to jeszcze tu trochę wytrzymam. - powiedziała dziewczyna podchodząc do ciśniętego wcześniej szorstkiego habitu i ubierając go ponownie. Jej młode i jędrne ciało szybko zniknęło pod burym, grubym materiałem włosiennicy.
Otto kiwnął głową.
- Dobrze, wróć do pracy Mariso. Ja muszę jeszcze pokazać znamienitym paniom jeszcze kilka miejsc. Moje drogie..? - mnich otworzył i dał znak, aby przepuścić kobiety przodem.
Następnie Otto zaprowadził kultystki do celi Thorna.
- Thorn, jeżeli dobrze pamiętam był szefem bandy zbójów. Początkowo podejrzewałem go o zmierzanie w kierunku Khorna… heh. - mnich delikatnie się zaśmiał na podobieństwo imion - Ale teraz uważam, że po prostu otwiera się na Chaos. - Jednooki zapukał w drzwi celi - Thorn! Stań proszę pod ścianą. Wchodzę z gośćmi.
Po wyjściu z pralni trzy kultystki ćwierkały radośnie jak skowronki. Widać było, że Marisa zrobiła na nich jak najlepsze wrażenie i ten mały pokaz jej umiejętności i chęci był bardzo obiecujący. Do tego dzięki podszeptom Pajęczej Królowej była gotowa, chętna i otwarta na przyjęcie do służby i stania się jedną z dwórek orszaku Sorii. I na razie uzgodniły, że spróbują ją wykupić i Fabienne przyjmie ją na swoją służbę. Nie ukrywała, że taka młoda, jędrnie i skora do zabaw służka była jej o wiele bardziej na rękę niż stara, pruderyjna Gertruda która prawie jawnie otwarcie była przedłużeniem oczu i uszu Herr von Mannlieba co miała przypilnować czci i cnoty jego o wiele młodszej małżonki. Słowa jednookiego mnicha jednak przykuły ich uwagę do następnego pacjenta.
- Jakiś rozbójnik? Mam nadzieję, że nie taki tępy trep jak Silny i będzie z nim chociaż trochę zabawy. - rzekła cicho Pirora jaka może nie miała takiej kosy z ich mięśniakiem jak Łasica ale też trudno było powiedzieć, że przepadają za sobą. Fabienne pokiwała wesoło głową. Soria obdarzyła ich enigmatycznym uśmiechem i czekały na to co czeka ich za drzwiami. A gdy te Otto otworzył ujrzeli niewielką, pojedynczą celę z sufitem niewiele wyższym od stojącego naprzeciwko drzwi pacjenta. Dzieliła ich długość tej celi i przez nią obie strony obserwowały się z ciekawością. Trzy eleganckie, odziane w żałobe suknie damy patrzyły na rosłego draba stojącego pod ścianą a on im odwzajemniał się tym samym. Chociaż na jego twarzy malowało się też spore zaskoczenie. Chyba naprawdę nie sądził, że te wczorajsze i dzisiejsze obietnice młodego mnicha to coś więcej niż zwykłe mamienie więc widok trzech młodych kobiet jakie z nim przyszły musiał być dla niego mocno zaskakujący.
- Thorn, przedstawiam ci Fabianne von Mannlieb, Pirora van Dake i Lady Sorię. Tak jak mówiłem, to szlachcianki, które chcą wesprzeć nasze hospicjum i zobaczyć, komu pomoże ich dotacja. Więc… przedstaw się i opowiedz o sobie. - Otto delikatnie się uśmiechnął i zamknął za nimi drzwi.
Trzy damy weszły do celi stając przy ścianie z drzwiami więc razem z mnichem zrobiło się tam dość tłoczno. Te małe pomieszczenia zdecydowanie nie były pomyślane na taką ilość osób. Ale chyba póki co nikomu to nie przeszkadzało. Trzy milady uśmiechały się łagodnie i dystyngowanie, spoglądając na stojącego pacjenta z zaciekawieniem ale na razie nie odzywały się. Każda lekko skinęła głową gdy kolega ze zboru je przedstawiał. Za to Thorn wydawał się być całkiem zbity z pantałyku tym nagłym najściem i taką klasą gości. Zapewne też to co mu wcześniej sugerował Otto też mogło mieć na to wpływ. Bo gdy one stały tam na końcu celi w tych swoich drogich i eleganckich sukniach, wymalowane, ufryzowane, wyperfumowane a on stał ledwo kilka kroków od nich w zwykłej koszuli i portkach to różnica w statusie społecznym raziła po oczach mocno. Wcześniejsze sugestie młodego mnicha wydawały się w przy takiej skali różnice po prostu nonsensem. Ale w końcu Thorn odzyskał mowę i zaczął coś mówić.
- No to jestem Thorn. Wszyscy mi tak mówią. I siedzę tu przez pomyłkę. Robiłem swoje i raz, jeden byłem zbyt wolny i mnie złapali. Ale, że wiedziałem to i owo o paru osobach i powiedziałem, że ich wydam to mnie umieścili tutaj a nie w kazamatach. Bo wcześniej to nieźle nam szło. Miałem swoją bandę i robiliśmy niezłe numery. W mieście albo na traktach. Hej, działo się, że hej! - chociaż z początku pacjent wyraźnie dukał z trudem onieśmielony takim bliskim majestatem szlachcianek to jednak w miarę jak mówił, zwłaszcza o czasach swojej świetności i działalności na swobodzie to się rozkręcał i bezczelna nuta śmiałości wracała do jego twarzy i głosu. Zwłaszcza jak na twarzach trójki kobiet nie znikało zachęcające zainteresowanie więc wyglądało, że podoba im się to co słyszą.
- Jego opowieść się nigdy nie zmienia. - zaczął Otto - Jednak szaleńcy czasem, potrafią utrzymać się w tej samej iluzji. Thorn, panie poszukują również nowej… pomocy do swych posiadłości. Taki silny i rosły chłop jak ty, na pewno się przyda. Zdejmij koszulę i pokaż naszym gościom, co masz do zaoferowania.
- O tak, zdejmij. Jak to mawia Fabi, nie chcemy kupować kota w worku. - Pirora chętnie podchwyciła pomysł prawie dosłownie cytując bretońską koleżankę z poprzedniej wizyty w łaźni.
- O tak, to byłoby nie profesjonalne. A wydaje się, że może się nam trafić coś obiecującego. - bretońska szlachcianka chętnie jej przytaknęła i od siebie też zachęciła pacjenta do obnażenia swojej piersi. Soria swoim zwyczajem ograniczyła się do tajemniczego, lekkiego uśmiechu i obserwowania rozwoju wydarzeń na razie nie ingerując w scenę.
- Tak? No dobra. Jak panie tak chcą. - ten zachęcający ton, spojrzenia i uśmiechy pomogły rozluźnić się Thornowi i całkiem chętnie zdjął swoją koszulę i rzucił ją na pryczę. Teraz złapał się za biodra i patrzył na kobiecą grupkę już całkiem pewnym siebie spojrzeniem. A tors i ramiona rzeczywiście miał takie, że jakby rzeźbiarz czy malarz potrzebował męskiego modela o prawidłowej muskulaturze i sylwetce wojownika to Thorn powinien mu podpasować. Było na czym zawiesić oko. Może nie był takim gigantem jak Silny czy Egon ale nadal widać było, że to żadne chuchro czy lebiega i parę w łapach ma. Do tego tors miał upstrzony dość prymitywnymi tatuażami i blizną na żebrach jak po jakimś dawnym, głębokim cięciu. Wszystko to zrobiło dobre wrażenie na szlachciankach bo pokiwały z uznaniem głową na znak, że podoba im się to co widzą. Ale skoro oddały pałeczkę przedstawienie jednookiemu to czekały na jego ruch.
Otto pokiwał głową.
- Tak jak mówiłem, rosły z niego chłopak i na pewno zadowoli, wasze potrzeby w tym zadaniu. Teraz, obróć się, mięśnie pleców są również ważne. Następnie, zdejmij spodnie i nie odwracaj się dopóki ci nie powiem.
- Otto, ja cię chyba u siebie w teatrze zatrudnię. Na jakieś takie prywatne pokazy dla zaufanej publiczności. Mam wrażenie, że przynajmniej chętnych aktorek nam nie zabraknie. - mruknęła cicho szlachcianka z Averlandu i sądząc po minie bawiła się przednie z tego przedstawienia. Zresztą i bretońska koleżanka chyżo pokiwała głową na znak pełnej aprobaty.
- Świetny pomysł. Chociaż ja bym była rozdarta czy bardziej bym wolała być w roli aktorki czy widza. - szepnęła Fabienne też uśmiechając się wesoło. A tymczasem mężczyzna po drugiej stronie celi nie wiadomo czy to usłyszał czy nie. Ale na polecenie mnicha uśmiechnął się już jawnie bezczelnie jakby ta agresywna buta i pewność siebie wróciły do niego już w pełni. Po czym zaczął rozwiązywać sznurki spodni i odwrócił się do nich plecami. Ściągnął z siebie spodnie i stał już całkiem nagi tyle, że plecami do nich. Od tyłu też prezentował całkiem solidną, męską rzeźbę ciała. Na łopatce miał wytatuowany jakiś statek i kotwicę co się kojarzyło z jakimiś morskimi klimatami. Widać było część tej grubej blizny na żebrach więc nieźle coś mu musiało się tu kiedyś wbić. O krnąbrności charakteru świadczyły też stare blizny w poprzek pleców oznaczające jakąś porządną chłostę. To była dość częsta kara za drobniejsze przestępstwa albo dyscyplinująca w załogach statków. Widząc, że pacjent ich w tej chwili nie widzi blondynka z Averlandu pokiwała z uznaniem głową a czarnowłosa bladolica Bretonka pokazała gestem palców, że jak dla niej to Thorn też spełnia przynajmniej powierzchowne wymagania.
Otto tylko delikatnie się skłonił na słowa aprobaty Pirory i kontynuował przedstawienie.
- Jak widzicie, jest dość krnąbrny, ale przez to zahartowany. Ból nie jest mu obcym uczuciem i na pewno będzie w stanie znieść nie lada, aby was zadowolić. Do tego jego solidne mięśnie lędźwiowe zapewniają siłę gdzie trzeba, - Otto spojrzał na Thorna, podejrzewał, że mężczyzna starać się napiąć jak najbardziej, aby zaimponować kobietom - No dobrze Thorn, nie każmy już naszym paniom czekać. Pokaż czym obdarzyli cię bogowie.
- O tak, pokaż nam. - powiedziała chętnie Frau von Mannlieb wcale nie ukrywając swojego zainteresowania i zniecierpliwienia. Zresztą i Pirora i Soria wydawały się być podobnie ciekawe. Thorn zresztą i tym razem nie dał się prosić. Bez wahania odwrócił się do nich ponownie frontem. I teraz już bez dolnej części ubrania też nie zawiódł swojej widowni. To co mu sterczało i trochę podrygiwało pomiędzy nogami skutecznie przykuło uwagę trójki kobiet.
- Oj rzeczywiście szkoda aby się nam tu takie cudo marnowało. - rzekła zachwycona Bretonka kiwając z uznaniem głową.
- No to prawda, wygląda nawet nie tak najgorzej. - przyznała Averlandka zachowując nieco więcej powściągliwości. Soria milczała dalej ale sądząc po uśmiechu i spojrzeniu bawiła się przednie w roli widza tego małego, zamknietego widowiska. Sam Thorn zresztą też wydawał się pęcznieć z dumy na wrażenie jakie zrobił na tych eleganckich, wyperfumowanych damulkach.
Otto też delikatnie westchnął na widok Thorna, ale szybko potrząsnął głową.
- Jak widzicie, cała paczka jest warta więcej niż słowa są w stanie powiedzieć. Mam nadzieję, że jesteście zadowolone z tego co możemy zaoferować. - spojrzał jeszcze raz na nagiego mężczyznę - Jednak widzicie, jego dumę i zadowolenie z siebie… sądzicie, że moglibyście jakoś mu wynagrodzić to widowisko?
- Tak, chyba tak. A jak myślisz Otto, co by mogło mu wynagrodzić to widowisko? - zapytała Pirora całkiem chętnie podejmując tą grę. Chociaż dało się wyczuć, że przynajmniej ona i Fabienne to najchętniej zaczęłyby się poznawać i próbować możliwości pacjenta jak najszybciej i jak dogłębniej. No ale skoro były dobrze urodzonymi damami to wypadało im zachować pozory. Jedynie co sądziła Soria trudno było zgadnąć poza tym zadowolonym z siebie uśmieszkiem jakby wszystko szło po jej myśli i podobało jej się to co się tu dzieje. A i sam Thorne miał minę jakby z trudem się powstrzymywał aby zachować respekt przed szlachetnie urodzonymi damami bo chuć też skłaniała go do bardziej bezpardonowych zachowań.
Otto chwilę się zastanowił.
- Pamiętacie co mu powiedziałem, o niektórych szlachciankach? Gbur mi nie wierzy, udowodnicie mu, że nie jestem kłamcą w tych sprawach? Ale moja droga Fabianne… ty jako ostatnia.
- Mam podwijać spódnicę przed jakimś plebsem? - zapytała Pirora tonem rozkapryszonej panienki jaka jest oburzona taką propozycję. Fabienne nieco się zdziwiła unosząc swoje czarne brwi do góry bo sama miała minę jakby bardzo chętnie spełniła taką prośbę. Ale blondynka z Averlandu widocznie miała ochotę jeszcze się trochę podroczyć i nie chciała tanio sprzedać swojej skóry. Co własnie wywołało konsternację u jej bladolicej koleżanki a także u stojącego Thorna. Który właśnie wydawał się być na etapie uwierzenia, że to co mu wcześniej opowiadał Otto jednak wbrew pozorom może jednak być prawdą.
- Jeśli to ci pomoże moja dwórko możesz podwinąć spódnicę dla mojej ciekawości. Dawno nie widziałam co tam skrywasz. - odparła dostojnie Soria demonstrując swoją elegancką władzę nad swoimi szlachetnie urodzonymi służkami. Na te słowa blondyka dygnęła przed nią grzecznie, stanęła trochę bokiem tak, że obie strony celi mogły ją widzieć z profilu po czym schyliła się i uniosła skraj swojej długiej, czarnej sukni podwijając ją do góry. Ukazały się jej ładne trzewiczki na jakie nie mogłaby sobie pozwolić jakaś chłopka, dziewka służebna czy nawet córka kupca. Potem łydki i uda odziane w jedwabne pończochy zakończone ściągaczami. Wreszcie ich zwieńczenie zakryte drogą, koronkową bielizną na jakie mogły sobie pozwolić tylko szlachetnie urodzone damy albo profesjonalne kurtyzany z wyższej półki. Widzac to wszystko Thorn sapnął z wrażenia i zrobił krok do przodu. Oczy mu się rozbłysły od żądzy i chciwości, przełknął głośno ślinę jakby nie mógł się doczekać aż się tam znajdzie między tymi szlachetnymi wdziękami.
Widząc jakie wrażenie zrobiła na pacjencie Pirora zaśmiała się cicho i triumfalnie. Soria z aprobatką skinęła głową i zachęcająco skinęła na bretońską podwładną. Ta uśmiechnęła się szeroko i powtórzyła manewry koleżanki. I po chwili obie stały z zadartymi, czarnymi spódnicami prezentując Thornowi to co do tej pory skrywały.
- Nie masz majtek!? - sapnął zdumiony Thorn gdy się zorientował, że bretońska nie ma tego krytycznego elementu garderobu i świeci tam zachęcająco wyglądającą golizną w tym najtajniejszym i najcenniejszym kobiecym miejscu. Na co właścicielka zaśmiała się cicho i wzruszyła ramionami.
- Chyba gdzieś mi się zawieruszyły proszę pana. - odparła psotnym tonem jakoś wcale nie speszona całą tą sceną.
Otto spojrzał trochę smutno na Soren.
- Droga pani, miałem nadzieję, że też dołączysz do nagrody. Chociaż, obawiam się, że nie byłbym w stanie zatrzymać wtedy Thorna. - mnich prychnął - Jak widzisz Thorn, te drogie panie będą chciały skorzystać z twoich usług w przyszłości… może nawet bliższej niż sądzisz. Będziesz chętny jak sądzę?
- No pewnie! Jak panienkom trzeba służyć porządnym rżnięciem to ja bardzo chętnie! - Thorn rzeczywiście wydawał się być na granicy panowania nad sobą bo okazywał jawny, nieskrępowany entuzjazm co do takiej przyszłej współpracy z zacnymi damami. Zwłaszcza takiej gdzie w grę wchodziły zadarte spódnice i ściągnięte majtki.
- Ojej, jaki nieokrzesany. - zaśmiała się cicho Pirora chociaż w tej chwili nie brzmiało to jak zarzut. Właściwie cała trójka sprawiała wrażenie mocno zainteresowaniem wzajemną fraternizacją. Jedynie Soria trzymała emocje na wodzy nie zamierzając uczestniczyć w aktywnej części przedstawienia ale chętnie obserwując wszystko i wszystkich.
- To nie jest odpowiednie miejsce i pora mój drogi Otto. Zresztą nie chciałabym odbierać radości i przyjemności młodym i ochoczym. Chyba widzisz, że aż przebierają nóżkami aby się ze sobą poznać. - Soria bawiła się świetnie patrząc na swoje podekscytowane służki oraz nie mniej podekscytowanego lokatora tej celi.
- No, no, nie wyciągajmy pochopnych wniosków. Ja tam wcale niczym nie przebieram. Ten mięśniak wcale nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. - Pirora mimo wszystko chciała zaznaczyć swoją niezależność oraz własną wolę nie chcąc tak łatwo opuścić gardy. Ale brzmiało to raczej jak droczenie się i żartobliwe targowanie bo wyglądała jakby miała jak najbardziej sprawdzić możliwości pacjenta.
- A ja przebieram i jestem pod wrażeniem. - odparła rezolutnie Bretonka bezwstydnie przyznając się do swoich chutliwych popędów. Thorn za to obdarzył ją ciepłym uśmiechem zaś na Pirorę nieco zmarszczył brwi jakby jej słowa nie pasowały mu do jej zachowania jakie było widać.
Otto spojrzał na trójkę rozochoconych bezwstydników, ale wydał z siebie tylko smutne westchnienie, chociaż na jego twarzy widniał uśmiech okrucieństwa.
- Niestety, obawiam się, że nie mamy czasu, do tego hałas na pewno by zwrócił uwagę innych mnichów. Więc, chyba trzeba będzie zakończyć tą wizytę. Thorn, spisałeś się na medal i na pewno, nasze panie cię kiedyś z tą zabiorą. Moje drogie. - Otto otworzył drzwi do celi i pozwolił kobietom wyjść najpierw.
- Nie? Na pewno? - Pirora zapytała mimo wszystko nieco zaskoczona jakby w gruncie rzeczy przygotowała się na chociaż pobieżną próbkę możliwości Thorna. Fabienne jęknęła rozdzierająco smutno jakby jednooki zabrał jej posiłek jaki już miała przed sobą podany na porcelanowym talerzu. Soria popatrzyła na to wszystko z zagadkowym spojrzeniem ale się nie odzywała. Thorn zaś zamrugał oczami jakby nie mógł uwierzyć, że po tym wszystkim ot, tak po prostu wyjdą i zostawią go znów samego.
- Oj bardzo mi przykro proszę pana. Bardzo chętnie bym się panem zajęła i postarała się sprostać pana życzeniom i wymaganiom. Ale niestety na razie nam się nie składa. - zasmucona bretońska szlachcianka zamiast wyjść na korytarz podeszła do Thorna, obiecująco trąciła palcami jego drgającą męskość i spróbowała tego smaku wsadzając sobie palce do ust. A on wydawał się być jak rozpalony buhaj jaki ma w swoim zasięgu jędrną jałówkę podczas rui. Ta obietnica albo go na chwilę uspokoiła albo nakręciła tak bardzo, że na moment zdezorientowała go. Na tyle, że bretońska bladolica wyszła z celi, za nią Soria i Otto. Ledwo odeszli kilka kroków gdy usłyszeli jak pacjent z furią natarł na drzwi jakby chciał je wyłamać.
- O. Jaki energiczny i żywiołowy. Zapowida się bardzo obiecująco. - zaśmiała się Frau von Mannlieb słysząc jaki zapał okazuje pozostawiony w celi mężczyzna przy szturmowaniu drzwi. - No ale niestety ja go nie mogę przyjąć na służbę. Taki rosły rozbójnik? Nie to by nie przeszło ani z Gertrudą ani z moim mężem. Albo by go wysłali gdzieś tak, że i tak bym nie miała z niego żadnego pożytku. Marisa albo w ogóle kobiety to co innego. Oni chyba nie podejrzewają, że kobiety między sobą mogłyby robić coś nieprzyzwoitego tak jak zwykle z mężczyną. - Fabienne westchnęła kalkulując od razu jak to by wdrożyć Thorna na służbę ale widocznie z nim i w ogóle z mężczyznami miała większy kłopot niż z kobietami.
- Nie szkodzi. Ja myślę, że gdzieś go wcisnę u siebie albo do teatru. Na ochroniarza, odźwiernego czy kogoś tam. Coś się wymyśli. - tym razem averlandzka szlachcianka wydawała się być dobrej myśli, że tego pacjenta też jakoś powinny móc zagospodarować o ile tylko przeor by się zgodził na ich wykupienie.
- To co dalej Otto? Masz tu jeszcze jakieś ciekawe okazy do zwiedzenia? - zapytała Soria zerkając ciekawie na młodego mnicha. Dwie szlachcianki także. Ale na chwilę musieli umilknąć gdy korytarzem z przeciwka szedł któryś z mnichów. Posłał ich grupce zaciekawione spojrzenie bo w końcu nie co dzień mieli tu tak znamienitych gości a do tego same, młode szlachcianki. Ale minął ich a oni przeszli przez kolejne drzwi.
- Jest Annika. Dziewczyna słyszy Norrę, więc wątpię, aby wasze wdzięki na nią działały, szczególnie, że bardziej frywolne kobiety, najwyraźniej ją irytują. Może im zazdrości. Jest też George, on słyszał Vestę, albo jej artefakt. Ale dziś jest spokojny. Pomaga naprawić meble w jadalni. Więc, jeśli was któreś interesuje to mogę was przedstawić. - Otto zerknął w stronę drzwi do celi Thorna, będzie musiał unikać mężczyzny, bo ten pewnie mu będzie chciał urwać głowę.
Obie szlachcianki czekały co zdecyduje Soria. Ta zaś zastanawiała się chwilę zanim zabrała głos. - Każdy kto słyszy szept którejś z Sióstr jest dla nas cenny i może okazać się sprzymierzeńcem. Ale gdyby wpadł w niepowołane ręce to zagrożeniem. Słyszeliście co mówiła Marisa? A gdyby tak wyglądała to przed jakimiś mnichami czy łowcami czarownic? Na nasze szczęście panuje nad sobą chociaż na tyle aby trzymać te swoje śliczne usta na kłódkę. Dlatego dla nas najlepiej abyśmy zgromadzili wszystkich słyszących pod naszą opieką. Nieważne od której są Siostry. - poinformowała ich jakie jest jej zdanie na ten temat. Obie kultystki popatrzyły na siebie i pokiwały zgodnie głowami.
- Zgadzam się milady. Ale możemy mieć trudność aby wszystkich dopasować i pomieścić w naszych skromnych progach. Ta Marika, Thorne, może jeszcze parę osób. Ale chyba rozumiesz, że mamy swoje limity możliwości. Na przykład Fabi ma kłopot z lokowaniem u siebie mężczyzn. Zwłaszcza takich krzepkich i jurnych. - Averlandka zgodziła się z myślą herolda Slaanesha ale zwróciła uwagę na pewne dość przyziemne ograniczenie.
- Nie jesteśmy same moje drogie. Mamy przecież nasze obrotne Łasicę i Burgund. I resztę naszej rodziny. Na pewno jak się pomyśli to gdzieś się miejsce i rola znajdzie. - Soria pokiwała głową ale nadal wydawała się być dobrej myśli.
- Oh! Łasica! Jej zapomniałam o niej. Miałam po nią posłać. - Pirora trzepnęła się w głowę gdy przypomniała sobie o przyjaciółce jaka dzisiaj odgrywała jej służkę na potrzeby tej wizyty w hospicjum.
- To może zaprowadź nas do Anniki Otto. Może nada się na służkę pewnej słodkiej, bretońskiej milady. Przynajmniej tak na dzisiaj aby ją stąd wydostać. A potem się pomyśli co dalej. - zdecydowała Soria co dalej powinni robić. Zaś bretońska szlachcianka skinęła wesoło głową, że drugą służkę też by mogła jakoś wpuścić w koszta i swoje obejście.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Jak kazano tak zrobił. Otto zaprowadził kobiety do celi rannej kobiety, która na szczęście nie była daleko.
- Anniko, wchodzą z trójką gości. Stań proszę pod ścianą. - mnich dał kobiecie chwilę, po czym wpuścił trójkę Slaaneshytek do środka, po czym sam wszedł i zamknął za nimi drzwi, po czym zaczął kolejne przedstawienie.
- Oto Annika… jedna z naszych… odważniejszych podopiecznych. Anniko przedstaw się proszę naszym gościom i opowiedz o sobie.Tym razem zaczęło się inaczej niż przy wizycie w łaźni zajętej przez Marisę czy w celi Thorna. Chociaż pacjentka była ubrana podobnie jak jej kolega czyli boso, w samych kalesonach i koszuli to zachowywała się całkiem inaczej. O ile Marisa od początku była jawnie przyjazna i filuterna, Thorn po początkowym zaskoczeniu okazał się całkiem gorącokrwistym buhajem przez co zrobił jak najlepsze wrażenie na szlachciankach to Annika zachowywała się całkiem inaczej.
Na głos mnicha stanęła co prawda pod przeciwną do drzwi ścianą celi ale to tyle. Podobnie jak podczas porannej wizyty nie zdradzała ani cienia respektu czy zainteresowania. Ani mnich, ani trójka elegancko odzianych dam zdawały się nie robić na niej wrażenia i nie były w stanie przebić się przez opończę jej obojętności. Bez żenady przesunęła się spojrzeniem po sylwetkach trójki kobiet ale było to zimne, nijakie spojrzenie. Bez tego zainteresowania i pożądania jakie było znać w spojrzeniach Marisy czy Thorna.
- Annika jestem. I tyle. - rzekła chłodno pacjentka z widocznymi ponad rękawami koszuli opatrunkami na nadgarstkach, knykciach i dłoniach. Wcale nie wydawała się być zaciekawiona tą wizytą. Zaś trójka szlachcianek obrzuciła ją zaintrygowanymi spojrzeniami.
- Sprawiasz wrażenie odważnej. I silnej. - zagaiła ją Fabienne wskazując brodą na widoczne opatrunki. Na co pacjentka obojętnie wzruszyła ramionami. Pirora wydawała się być nieco skonsternowana i na razie przyjęła postawę wyczekującą.
- Jesteś za bardzo spięta kochanie. Nie jesteśmy tu aby cię skrzywdzić. Szukamy młodych, energicznych ludzi, o niecodziennych talentach którzy mogliby nam się przydać w różnych zadaniach. - Soria tym razem postanowiła zabrać głos widząc pewnie tą chłodną aurę obojętności jaka emanowała z pacjentki. Ta zareagowała uniesieniem brwi ale spojrzała na chwilę na nią.
- Przestań mi tu słodzić paniusiu. Nie będę waszą małpą co skacze jak zagracie. Robię co chcę. Wydostanę się stąd tak czy inaczej. - prychnęła pogardliwie Annika dając znać, że ich status błękitnokrwistych nie robi na niej większego wrażenia. No i chyba niezbyt wierzyła w ich zacne i szlachetne intencje jakie brała za puste obietnice mające ją skłonić do posłuszeństwa i współpracy.
Otto gwizdnął.
- Mówiłem, że odważna. Anniko… - Otto rozważał swoje następne słowa uważnie - Pamiętasz o czym rozmawialiśmy? Nie chodzi mi o agresje, o bójki. Chodzi mi o słowa, które wypowiedziałaś podczas furii. Zakładam, że nie znasz ich znaczenia?
- Znam nie znam. Co ci do tego? - prychnęła nieufnie dziewczyna nie chcąc jakoś się uzewnętrzniać przed nim i obcymi.
- Może to, że jak zrobisz na nas dobre wrażenie to będziemy cię mogły stąd wyciągnąć. Fabienne szuka nowych służek. I taka harda mogłaby jej przypaść do gustu. Ale nie jakaś rozkapryszona wariatka. - Pirora też prychnęła dając wyraz swojemu niezadowoleniu z zachowania pacjentki. Wskazała na bladolicą koleżankę jaka na razie się nie odzywała ale pokiwała głową na słowa o tym, że szuka nowego personelu.
- Tak, to prawda. Mamy już paru kandydatów i spróbujemy ich stąd wydostać. Służba u mnie może nie jest najznamienitszym zawodem świata bo byś miała tylko zwykły pokój, łóżko no i trzy posiłki dziennie. No i kąpiel codziennie bo chyba rozumiesz, że na salonach to jednak trzeba jakoś odpowiednio wyglądać i pachnieć. Może nawet znalazłaby się jakaś służka co by ci mogła w tym wszystkim pomóc. - Fabienne dołączyła ze swoimi argumentami aby przełamać się przez tą niechęć okazywaną przez krnąbrną pacjentkę.
- Nie będę waszą małpą. - burknęła Annika ale na twarzy pojawił się wyraz zastanowienia i kalkulacji.
Otto westchnął.
- Co mi do tego? Wiem, że nie byłaś długo na zewnątrz.. ale mamy inkwizycję w mieście. Słowa takie jak twoje, sprawiają, że inkwizycja zaczyna ostrzyć noże i podpalać pochodnie. Wierzysz, że ktokolwiek w tym hospicjum będzie stawiał opór, jeżeli przyjdą po ciebie?
- To niech przyjdą. Zobaczymy ilu z nich padnie zanim mnie załatwią. Nie dam wziąć się żywcem. - usta Anniki zacisnęły się w wąską, zawziętą linię żywej determinacji. Uniosła zaciśniętą pięść w geście pogróżki dając znać, że się nie obawia nawet śmiertelnej dla siebie konfrotnacji.
- Ależ kochanie, po co to wszystko? - Soria odezwała się słodko łagodnym, matczynym gestem, postąpiła do przodu i stanęła obok zbuntowanej pacjentki. Położyła jej dłoń na barku w uspokajającym geście. - Mówiłam ci. Nie chcemy twojej krzywdy. Chcemy ci pomóc. Tutaj na nic nam się nie przydasz. Ale na zewnątrz? Przecież to, że będziesz gościć w puchowych pierzynach i jedwabiach sypialni Fabienne to może zostać między wami. A my też mamy swoje sprawy na mieście i poza nim. Mamy wielkie plany kochanie. I ty możesz być częścią nich. Jesteśmy po tej samej stronie. Jednak musimy zachować jakieś pozory. Dla maluczkich. - herold wężowej siostry zaczęła mówić cichym, przyjemnie lepkim szeptem i stopniowo przechodziła za plecy Anniki. Wrażenie węża oplątującego swoimi zwojami mysz było całkiem silne. Do tego było coś takiego w głosie i spojrzeniu herolda, że aż włoski stawały na karku i coś ożywczego zaczęło kumulować się w lędźwiach. Obie szlachcianki też zdawały się to odczuwać. Nawet zbuntowana Annika przełknęła ślinę i zamrugała oczami jakby miała problemy z koncentracją. Zresztą Otto czuł to samo. Trudno mu było oderwać wzrok i uwagę od szepczącej tak słodko i powanie córy Pajęczej Królowej.
- Akurat… Przecież mówiła, że pokój dla służby i tak dalej… A nie jej sypialnia i jedwabie… I kim wy właściwie jesteście? - Annika prychnęła znów buntowniczo ale trochę na siłę. Jakby z trudem zachowywała swoje postanowienie jakie miała odkąd weszli do celi lazaretu.
- No mówiłam bo przecież tak jak milady mówi, musimy zachować pozory. A to co za zamkniętymi drzwiami to już nasza sprawa. Jak chcesz to ja będę twoją łaziebną. Ale gdy zostaniemy same bo mam pełno służby jaka jest wierna mojemu mężowi a nie mnie. - teraz prychnęła bretońska czarnowłosa szlachcianka jakby uznała, że Annika ją wcześniej żle zrozumiała. Nawet się nieco roześmiała. Nieco nerwowo jakby też miała problemy z koncentracją i nie mogła oderwać wzroku od Sorii jaka już stała za plecami Anniki i pieszczotliwie głaskała ją po ramionach szepcząc tuż do ucha.
- Twój bunt daje ci uroku Anniko, ale zrozum, że nasze drogie panie chcą cię stąd zabrać, nie abyś czyściła stoły i gotowała jedzenie. Czasem, nawet szlachcic musi komuś rozwalić łeb. Widzisz siebie w czymś takim? - mnich podejrzewał, że będą kłopoty z tą kobietą, miał nadzieję, że będą w stanie ją przekonać do siebie.
- Rozwalić komuś łeb? Tak, mogę wziąć taką robotę. Ha! Mogę zacząć od Thorna! - powiedziała coraz szybciej oddychająca pacjentka jaka stopniowo zdawała się ulegać podszeptom Sorii. Jej dłonie poczynały sobie coraz śmielej po jej szyi i karku. A nawet zaczynały już sięgać na boki i nasadę jej piersi na co Annika zdawała się nie zwracać uwagi. A przynajmniej nie protestowała. Na wzmiankę o Thornie obie szlachcianki spojrzały na siebie zaskoczone tym objawem niechęci pacjentki do kolegi z samotnej celi jaki na nich zrobił całkiem obiecujące wrażenie.
- To chyba nie będzie potrzebne. Ja raczej nie mam wrogów. Chyba. No ale nie wiadomo, taka kobieta - ochroniarz to by mi się bardzo przydał. Wiadomo, mężczyźnie to nie wszędzie wypada wejść razem z mężatką. A druga kobieta to co innego. - Bretonka chyba chciała ułagodzić jakoś Annikę i przekierować uwagę w innym kierunku.
- Ochroniarz? A będę mogła nosić broń? Prawdziwą broń? Do rozwalania czerepów. - zapytała chrapliwie pacjentka jakby taki wątek ewentualnej służby nawet ją zaciekawił.
- Oczywiście! Ale mam nadzieję, że nie sprawisz mi przez to kłopotu. Bo byśmy bywały w różnych rezydencjach, w teatrze, na różnych balach i tak dalej. Nie chciałbym się za ciebie wstydzić. - szlachcianka też zaczęła ustalać te warunki potencjalnej współpracy. Soria zaś pracowicie zaczęła przez koszulę ugniatać piersi Anniki i to wywoływało całkiem interesujący efekt.
- Dobra. Może być. Ale ja mam swoje sprawy. W lesie. Muszę tam się udać. I załatwić. - powiedziała już mniej składnie pacjentka coraz bardziej ulegając korupcyjnemu wpływowi Sorii i jej pieszczot.
- Obgadamy to jak cię stąd wydostaniemy. My też mamy coś do zrobienia w lesie, więc może nasze misje są powiązane. - Otto kiwnął głową - Cieszę się, że udało się nam dojść do jakiegoś układu. Dziewczyny, pozostawimy już moją podopieczną?
- Tak, myślę, że tak. Myślę, że mamy urobiony grunt pod przyszłą współpracę. - powiedziała słodkim szeptem wyraźnie usatysfakcjonowana Soria wyjmując swoją dłoń z pomiędzy ud Anniki. Ta już jawnie zdradzała oznaki podniecenia i nawet trochę zamrugała tęsknie oczami gdy milady w czerni odeszła od niej zostawiając na karku krótki pocałunek.
- Więc bardzo cię proszę Anniko, bądź grzeczna to nam pomożesz cię stąd wyciągnąć. Słuchaj Otto no i nie rób kłopotów. To potem łaźnia, sypialnia, jedwabie i tak dalej jak mówiłam. - Fabienne uśmiechnęła się promiennie do swojej kolejnej kandydatki na służkę, podeszła do niej, uścisnęła ją jak siostrę i sapnęła zaskoczona gdy Annika skorzystała z okazji i niespodziewanie trzepnęła ją w szlachecki tyłek. Czym rozbawiła i Pirorę i Sorię. A także i bladolicą szlachciankę.
- No właśnie, takie rzeczy. Ale to jak będziemy same, na zewnątrz, albo w naszym rodzinnym gronie. - zaśmiała się kokietująco Bretonka i odsunęła się w stronę drzwi. Koleżanki też były skłonne już wyjść z tej celi lazaretu i zakończyć tą mimo wszystko obiecującą wizytę.
Otto zamknął celę za nimi i spojrzał na kobiety.
- Dobry dzień jak sądzę. Trzy duszyczki na korzyść zboru. - Otto spojrzał na niebo - Ale chyba tylko tyle na dziś zdołamy nabroić. Odprowadzę was do Łasicy i Gertrudy i przekaże przeorowi, że jesteście zainteresowane tą trójką. Ah… jakbyście były wstanie sypnąć trochę szczodrzej groszem, to dobrze bym wypadł przed przełożonym. - zachęcił delikatnie mnich i odprowadził szlachcianki, do swych towarzyszek. Miał nadzieję, że dwie ladacznice, nie zdołały zrobić niczego… nieodwracalnego, kiedy zostały samopas.
Następnie udał się do przeora, zapukał delikatnie do jego drzwi i wszedł spokojnie.
- Skończyłem oprowadzać naszych gości. Są zainteresowane zabraniem Anniki, Thorna i Marisy.
Przeor słuchał z zadowoleniem i dobrotliwym wyrazem twarzy wieści od swojego młodego pracownika. A jeszcze milej treli trójki zachwyconych i gorliwych dobrych obywatelek jakie były skłonne przejąć na swój koszt trójkę wspomnianych podopiecznych. A nawet w podziękowaniu za trud wniesiony w opiekę nad nimi i reszty pacjentów obie szlachcianki rzuciły “skromny datek” za dobrotliwość przeora i jego dzielnych pracowników. A sądząc po ciężarze brzdęków obu sakiewek to chyba nie tak dosłownie był to “skromny datek”. Co już w ogóle ociepliło atmosferę i przeor nawet zaproponował nalewkę jaką robili jego braciszkowie. Zrobiło się miło i rodzinnie. Cała grupka żegnała się z ciepłymi uśmiechami, wręcz wylewnie. Przeor wyszedł na korytarz aby pożegnać te dobrotliwe, szczodre młode damy i długo machał im na pożegnanie. Zaś na razie tylko pokazał wystawiony w górę kciuk do Otto na znak, że świetnie się spisał z tym naciąganiem szlachcianek na datki. Na razie więcej jednak nie mógł mówić bo ten jeszcze musiał odprowadzić panny do wyjścia, powozu no i przy okazji wezwać ich czekające służące. Skończyło się na obietnicy, że przeor zrobi co się da aby jak najszybciej załatwić wszelkie formalności związane z przeniesieniem trójki podopiecznych do nowych domów ale to jeszcze trochę musiało zająć bo musiał napisać i wysłać odpowiednie listy i czekać na odpowiedź. Ale sam z siebie bardzo chętnie wyraził zgodę na takie roszady.
Kiedy Otto zakończył pracę w hospicjum udał się z powrotem do miasta. Kiedy żegnał się z grupą kultystek, przekazał Łasicy, aby przygotwała siebie i Burgund na jutrzejszy dzień, gdyż miał zamiar zapoznać je z trzewiami świątyni.
Otto zostało rozplanowanie następnego dnia. Musiał zaprowadzić Łasicę i Burgund do świątyni, to pewnie będzie nie lada zabawa. Skoro trójka z jego podopiecznych będzie już bezpieczna pozostanie mu jedyny Georg do obserwacji, a i jeszcze Vigo. Najpewniej uda się do Sigismundusa jutro, kiedy zakończy pracę w hospicjum. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 19 - 2519.07.06; mkt; rano - popołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Piekarzy; karczma “Pod jabłonią”
Czas: 2519.07.06; Marktag; popołudnie
Warunki: główna sala, jasno, ciepło, gwar rozmów ; na zewnątrz: jasno, pogodnie, sła.wiatr, chłodnoJoachim
- Proszę pączusiu, i smacznego. - gdy Joachim odbierał swoje pierwsze zamówienie w tej karczmie to jakoś tak go powitała pulchna, niziołkowa gospodyni o dobrodusznym, życzliwym uśmiechu. Chyba był w “Jabłoni” pierwszy raz ale można było zrozumieć dlaczego Philippe wybrał i zdawał się lubić ten lokal. Był zdominowany przez niziołki więc kuchnia była pierwszorzędna. Do tego te życzliwe istoty były bardzo gościnne aż ta przyjacielska, domowa atmosfera zdawała się udzielać także i gościom.
- Nie przejmuj się, Cioteczka Helga do każdego mówi “pączusiu”. Jak chcesz możesz jej mówić “cioteczko”. Będzie zachwycona. - wyjaśnił mu młody skryba jaki też odberał swoje zamówienie i się rozglądał za miejscem do siedzenia. Było dość tłoczno bo w końcu o tej porze kończyło pracę sporo osób tych jacy mieli na ranną zmianę. Chociaż i tak wielu pracowało w sklepach i warsztatach póki starczało światła dnia. Na szczęście praca skryby z Akademii tego nie wymagała więc tym dość chłodnym chociaż słonecznym popołudniem mógł się wybrać na zwyczajowy obiad. A, że był umówiony z Bertrandem no to właściwie zaprosił go przy okazji właśnie do tej gościnnej karczmy prowadzonej przez niziołki. Co prawda Joachim był już w tym lokalu i to nie tak dawno temu. Tylko wtedy siedział przy innym stole i nie z Philippem tylko ze swoim uczonym kolegą ze zboru.
Philippe zamarł na chwilę zmawiając tradycyjną modlitwę dziękczynną przed posiłkiem jaki mu dane było spożyć. Po czym otworzył oczy i z chęcią zabrał się za pałaszowanie posiłku. Ten nie był zbyt wyszukany i drogi ale, że należał do niziołkowej kuchni to było w tym nieco powabu egzotyki. Nie mogło zabraknąć słynnych niziołkowych pasztecików, na słono z rybą jak i na słodko z jabłkami. Podobnie polane śmietaną naleśniki w słonym i słodkim smaku wyglądały apetycznie. Philippe przez chwilę zachwalał Joachimowi te wszystkie walory smakowe i zdawał się być w nich zakochany.
- Cały dzień na głodniaka ale po robocie wreszcie jak tu przyjdę to mogę się najeść. - przyznał z uśmiechem wgryzając się w kolejnego pasztecika. Zaś Joachim, zanim przyszedł na to spotkanie i musiał się przejść z Zachodniej Dzielnicy tutaj, na pogranicze Centralnej i Północnej miał całkiem sporo czasu na przemyślenia. I podziwianie pogodnego nieba, mimo, że dzień okazał się być raczej chłodny. Dobrze było zarzucić coś dłuższego na grzbiet bo w samej koszuli to mogło być chłodno. Tu w środku jednak było znacznie cieplej i przyjemniej.
Co sobie kto z zacnych gości państwa van Hansen o nim pomyślało tego nie wiedział. Ale całe towarzystwo pożegnało się w przyjaznej atmosferze, gospodyni zapraszała do kolejnych odwiedzin a potem nie wpadli do niego ani łowcy czarownic z pochodniami ani straż miejska z halabardami to chyba nie poszło mu tak źle. Ale czy dobrze to nie wiedział. Odniósł wrażenie, że panienka van Hansen zdradzała sporo atencji siostrze von Siert oraz kawalerowi von Glitz. Zapewne dlatego, że byli w dość oczywisty sposób związani z wojennym zajęciem, bronią, walka i polowaniami co wszystko młodą szlachciankę bardzo fascynowało. Bladolicej, czarnowłosej Matce Somnium zdawała się poświęcać o wiele mniej uwagi ot tyle aby nie wypadało nie wyjść na niegrzeczną. Zresztą co do jego skromnej osoby zachowywała się podobnie. Pod tym względem jej matka zafascynowana ezoteryką i astrologią zdawała się być dla niego o wiele życzliwsza.
Gdy się żegnali to właśnie kapłanka Morra poprosiła go jeszcze raz aby porozmawiał z kimś z władz albo łowców czarownic o swoich niepokojących wizjach. Może to im jakoś pomoże namierzyć jakichś spiskowców? Więc widocznie zapamiętała co mówił przy obiedzie na ten temat. Skryta za poważną i oszczędną mimiką była trudna do odgadnięcia jej myśli. Pod tym względem rycerz Frederik i kapłanka Urlyka o słonecznych włosach i uśmiechy wydawali się być przeciwieństwem bladolicej i oszczędnej w słowach morrytki.
Wieczór zaś przeszedł mu spokojnie chociaż niezbyt owocnie. Nie dało się czytać trzech ksiąg na raz. Może coś sprawdzić czy przepisać w materiale jaki już się znało ale przyswajanie wiedzy w tak chaotyczny sposób nie było zbyt efektywne. Czytając parę stron z księgi o naturze magii ponownie musiał przyznać, że te same słowa nabierały innego kontekstu gdy przez ostatnie miesiące dowiedział się sporo nowych rzeczy głównie od przeklętej mutantki i rogatej wyroczni jaką była Merga. Czasem jakieś wyjaśnienie czy komentarz zamaskowanego mistrza też bywało pomocne ale najwięcej nauczył się właśnie od tej jaka przybyła z dalekiej północy. W końcu tutaj, w Imperium, Norsca i jej mieszkańcy mieli reputację dzikusów i barbarzyńców, piratów i morskich łupieżców. Czasem ledwo ich tolerowano w roli najemników, kupców czy odkrywców. Merga zdawała się być całkowitym zaprzeczeniem takich stereotypów. Nie był pewny gdzie sięga jej wiedza ale na pewno zdradziła mu przez te pół roku więcej tajników zakazanych zakątkach Eteru i demonologii niż ktokolwiek przed nią. Nawet jak teraz otwierał tą książkę co już ją kiedyś czytał to odkrywał coś nowego jak się patrzyło przez pryzmat tak zdobytej wiedzy. No ale to już ostatnie chwile bo wyrocznia już parę tygodni temu zapowiedziała swój powrót do Norsci, na ostatnim zborze dała już przybliżony termin na ten właśnie tydzień więc mogła wypłynąć w rejs na północ lada dzień.
W sprawie tutejszych rodów i lokalnej historii odkrył, że właściwie księgi jakie posiada nie są zbyt pomocne. Albo mówiły ogólnie o Imperium czy Nordlandzie nie skupiając się w ogóle na Neus Emskrank albo były rodzajem sagi czy powieści historycznej co trudno było coś z tego wyłuskać. Musiałby zdobyć jakąś księgę co by dokładniej opisywała lokalną scenę.
Ale na razie był przy jednym ze stołów dość zatłoczonej “Jabłoni” siedząc naprzeciwko Philippa jaki zajadał się ze smakiem swoją porcją naleśników i pasztecików. A te rzeczywiście były bardzo smaczne. Widocznie ta niziołkowa kuchnia miała ze wszech miar zasłużoną reputację.
- To co tam się dzieje u nadwornego astrologa wielkich i możnych? - zagaił wesoło skryba któremu dobre jedzenie poprawiło humor. Joachim raczej nie mógł mu powiedzieć, że krótko przed wyjściem odwiedziła go kopytna, dwupłciowa mutantka o liliowych włosach z wieściami, że zbiegła zeszłej zimy z kazamat rogata wiedżma skończyła tłumaczyć zakazane relikty plugawej wiedzy napisane ręką pradawnej champion Chaosu. Ale ta chciała to ogłosić na zebraniu i najlepiej jak by już mieli skarb świątyni aby mogła jeszcze tej samej nocy czy dnia wypłynąć do tej przeklętej i barbarzyńskiej Norsci jaka była jej ojczyzną.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
Czas: 2519.07.06; mkt; ranek
Warunki: ; na zewnątrz: brama świątynna, jasno, pogodnie, powiew, chłodnoOtto
Otto musiał przyznać, że chociaż Tobias a ostatnio zwłaszcza Sigismundus uwielbiali narzekać, złorzeczyć i marudzić na “bezużyteczne ladacznice” spod znaku Węża to przynajmniej obie łotrzyce jak chciały to potrafiły zmienić skórę jak wąż i płynnie przedzierzgnąć się w wybraną rolę. Jak podeszły do niego czekającego przy świątynnej bramie to zwrócił na nie uwagę bo się stopniowo zbliżały do niego dwie, szczupłe niewiasty a jak się zbliżyły jeszcze dostrzegł, że obie są młode a w końcu umówił się wczoraj z Łasicą na tutaj, dzisiaj rano przed swoją pracą. A jak się zatrzymały przed nim i dygnęły grzecznie jak dobrze wyhowane panienki to poznał je od razu. Ale jednak musiał przyznać, że wyglądały całkiem inaczej. Miał przed sobą dwie, skromnie ubrane panny, w szaroburych, wręcz zgrzebnych sukniach prawie do samej ziemi, z czepkami wstydliwie przykrywającymi włosy, że ich właściwie nie było widać. Co zwykle uznawano za oznakę pobożności i przeciwieństwo wyuzdania jakim miały być niesfornie rozpuszczone włosy. Do tego coś zrobiły z rysami twarzy. Znał je to mimo to je rozpoznał. Ale i tak wydawały się być nieco inne niż się do nich przyzwyczaił. Pewnie jakiś makijaż ale tak sprytnie zrobiony, że wydawały się w ogóle bez makijażu. Jak na przyzwoite, bogobojne panny przystało. No i jeszcze to dygnięcie i skromnie spuszczony wzrok już całkiem dopełniał maskarady. Pozwoliły mu się obejrzeć nim chociaż na chwilę wyszły z maski wracając do swojej łotrowskiej natury.
- Jak mogłeś na to pozwolić Otto. Te wypacykowane, wyuzdane małpy zabawiały się z biednymi pacjentami a ja musiałam siedzieć z tą starą rurą. - Łasica powtórzyła coś czym go uraczyła wczoraj na wejściu jak się spotkali wieczorem po hospicjum. Tylko wczoraj rzuciła mu to w twarz oskarżycielskim tonem, z pełnym impetem. A dzisiaj cicho tak aby tylko ich trójka mogła to usłyszeć. Ale jak się ją słyszało wczoraj łatwo było sobie imaginować co pod tą spokojna maską czuła łotrzyca. Albo to mu chciała dać do zrozumienia. Widocznie nie mogła przeboleć tych wszystkich atrakcji jakie się działy z udziałem jego i jej koleżanek w hospicjum bez jej udziału. Gdy ona musiała towarzyszyć starej, przyzwoitce Fabienne co nie było ani wesołe, ani pouczające, ani tym bardziej przyjemne. No i się Łasica “nieco” poczuła wysadzona z siodła. Zwłaszcza jak odstawiły z powozu Fabienne i Gertrudę do ich rezydencji i już w swoim kultystycznym gronie mogły rozmawiać swobodnie. Zapewne koleżanki chętnie opowiedziały łotrzycy co i jak się działo. Może nawet nieco podkoloryzowały aby narobić jej smaku. Bo Łasica mówiła jakby uważała, że tam się zabawy działy po całości i po kolei z każdym wybranym pacjentym i pacjentką.
- I naprawdę Fabi wracała do domu bez majtek? - zapytała Burgund też zainteresowana tym co się tam działo wczoraj. Też była ciekawa bo w końcu wczoraj w ogóle jej nie było w hospicjum. A wieczorem w “Mewie” Otto też jej nie zastał no ale udało mu się spotkać z Łasicą.
- No nieważne. Potem się z tymi zołzami policzę. Zacznę od Fabi i słodkich opowieści jak kopytni potrafią kobiecie zrobić dobrze. Niech się ślini. Górą i dołem. - fuknęła jeszcze przebrana Łasica jakby planowała jakąś zemstę na koleżankach. No ale ona często tak sie wypowiadała, że nie do końca było wiadomo kiedy mówi na poważnie a kiedy żartuje.
- A tak, bo jeszcze nie wiadomo czy z nami pojedzie. Taka wielka z niej pani a nie ma wychodne kiedy chce tak jak my. - zaśmiała się cicho Burgund dość złośliwym uśmieszkiem. Jednak trzeba było przyznać, że mężatkom było z reguły trudniej urwać sobie jakąś schadzkę na chwileczkę zapomnienia nie mówiąc już o całej nocy za miastem jak to sobie koleżanki Sorii wymyśliły spotkanie z ungorami Gnaka.
- Chociaż Soria mówiła wczoraj, że w Fabi jest coś dziwnie znajomego. Znaczy jak już obie z tą starą rurą wysiadły z powozu. No i, że będzie musiała jej się lepiej przyjrzeć. - łotrzyca jaka miała pozycję głównej żmiji w ich dziewczęcej części zboru przypomniała sobie słowa herolda gdy wracały już we własnym gronie na Bursztynową 17. Burgund na nią spojrzała zdziwiona ale ta machnęła ręką i potrząsnęła głową w skromnym czepku aby wrócić do tego co tu i teraz.
- Dobra, mniejsza z tym. To co z robotą? Na co nas właściwie umówiłeś? Kim mamy być? Najlepiej na jakieś sprzątanie czy w ogóle jakąś robotę w piwnicach. Nie wiem co oni tam mają, nie byłam tam nigdy. Tak abyśmy mogły się tam rozejrzeć, najlepiej bez świadków. A jak się nie da to trudno, będziemy coś kombinować. - Łasica w końcu chociaż na razie przebolała tą wczorajaszą stratę oralną i moralną jakiej doznała w hospicjum oraz planowanie słodkiej zemsty na koleżankach i wróciła do poważniejszych i służbowych tematów. Czyli chciała wiedzieć jakie mają pole manewru na robocie i co im kolega przygotował.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; apteka Sigismundusa
Czas: 2519.07.06; mkt; popołudnie
Warunki: wnętrze apteki, jasno, umiarkowanie, cicho ; na zewnątrz: jasno, pogodnie, sła.wiatr, chłodnoOtto
Dzień przeszedł w hospicjum dość pracowicie. Nadal było sporo prac remontowych ale już wyraźnie zmierzały ku końcowi. To co dało się ponownie pozbijać, sklecić z kilku połamanych mebli jeden sprawny, wstawić wyrwane klamki i takie tam prace to już w większości zrobiono. Ale niektórych strat nie dało się tak zaimprowizować i po prostu trzeba było kupić albo zamówić nowe. A tego przeor zwykle unikał jak ognia bo budżet był zawsze zbyt skromy do potrzeb jakie mieli. No i przor właśnie wezwał go do siebie z samego rana.
- Ah Otto! Świetna, świetna robota. Nie wiem co im naopowiadałeś ale oby tak dalej. Właśnie takich szczodrych gości nam potrzeba. Gdyby te świątobliwe, szczodre damy miały kiedykolwiek ochotę na kolejną wizytę to z miejsca możesz je zapewnić o naszej gościnności i woli współpracy. I mam nadzieję, że nie przyjda z pustymi sakiewkami. Ładnymi spojrzeniami i współczującymi słowami nie nakarmimy naszych podopiecznych. - wreszcie przeor miał okazję aby się rozmówić ze swoim młodym mnichem. I mu podziękować i wlać otuchy w serce za wczorajszy wyczyn. Więc wyglądało na to, że obie szlachcianki rzuciły na stół więcej niż się spodziewał. Co w jego oczach na pewno przemawiało na ich korzyść.
- Chociaż tak między nami mówiąc to dość dziwny wybór. Mówiłeś im, że ostatnio Marisa biegała bez ubrań i coś wrzeszczała o pająkach? Albo ten Thorn i Annika. Przecież to kompletni awanturnicy! Annikę ostatnio ktoś prawie zadźgał łyżką! A Thorn miotał dookoła ławą. Sam nie wiem Otto czy to dobry pomysł. Wczoraj tak myślałem ale dzisiaj się waham. A jak te niecnoty znów coś zmalują podobnego? Tym razem nie u nas w celi czy na stołówce ale w jakiejś rezydencji z dobrymi nazwiskami. Ta Bretonka to jej nie znam ale kojarzę nazwisko. Van Mannlieb. Jej mąż jest kapitanem statku. Pływa od Marienburga do Erengardu. Ta van Dake to ostatnio wypłynęła. Przy tych młodych van Zee i van Hansen. Ale widziałem ją pierwszy raz. Tej trzeciej nie znam. No ale to są zacne nazwiska jak coś się stanie? Oby dobrzy bogowie sprawili, że tylko by ich odesłali. Ale jak coś się stanie poważnego? Oj takie grube ryby to wiele mogą. Nie wiem czy to jest taki dobry pomysł. - przeor wydawał się mieć poważne wątpliwości jakby rozsądek i rozważanie konsekwencji takiego kroku wziął nad nim górę poza radością z wysokich datków młodych szlachcianek. A i wybór akurat tej kłopotliwej trójki pacjentów też wydał mu się dziwny. Przecież mieli tylu innych co nie sprawiali takich kłopotów! Nie były to czcze niepokoje bo gdyby Marisa zaczęła się publicznie obnażać w jakimś zacnym towarzystwie albo któreś z dwójki awanturników straciło panowanie nad sobą i jeszcze uszczerbku by doznał jakiś błekitnokrwisty to konsekwencje mogły być poważne.
Mimo tych wątpliwości ogólnie przeor był zadowolony z postawy młodego mnicha i tego jak udało mu się urobić te szlachcianki aby rzuciły taki duży datek. Oby tak dalej! Może nawet to Otto będzie teraz reprezentował hospicjum na jakichś uroczystościach gdzie możni państwo mogli sypnąć jakimś datkiem skoro tak dobrze mu idzie nakłanianie ich do tego.
Potem był standardowy znój codziennej pracy. Raczej nie odbiegało to od normy. Może poza trójką wybranych pacjentów. Najmniej kłopotów miał z Marisą. Właściwie żadnych. Pokornie chodziła w grubej, niewygodnej i drapiącej włosiennicy posłusznie piorąc, gotując, obierając i sprzątając jak na skromną mniszkę przystało. Aż trudno było pomyśleć, że w tak posłusznej i cichej myszcze mogło się kryć coś niestosownego. Chociaż za każdym razem jak się spotkali spojrzeniami puszczała mu porozumiewawcze mrugnięcie.
Z Anniką właściwie też nie było porblemów. Dalej siedziała w osobnej celi lazaretu. Ale znachor dał znać, że chyba dziś albo jutro ją wypuszczą. Tak naprawdę to dał do zrozumienia, że fizycznie to już można by ją wypuścić bo te rany co jej zostały to drobiazg. No ale ani on ani reszta braci nie byli pewni czy znów dziewczę nie wpadnie w jakiś morderczy amok. Ale i tak w ramach kary, podobnie jak Marika, była skazana na izlolatkę do kolejnego Festag więc jej nie wypuszczano. Za to gdy ją odwiedził znów leżała na wznak, z ręką podłożoną pod głową i sufitowała. Gdy spojrzała kto ją odwiedził popatrzyła na niego obojętnie.
- Kto to był? Ta z wakroczykami. To jakaś wiedźma. Rzuciła na mnie jakiś urok. Wcale mi się nie podobała! - rzuciła mu serię szybkich, cierpkich pytań. Bo chociaż wczoraj gdy on i kultystki ją zostawiali samą w tej celi i spoglądała tęsknie za Sorią jakby miała ochotę poznać ją jak najbliżej to dzisiaj roztaczała wokół siebie swoją zwyczajową chłodną, niemą groźbę. Jakby w każdej chwili była gotowa zerwać się i dać komuś w zęby. No ale w porównaniu do Thorna to i tak była oazą spokoju i opanowania. Tak jak wczoraj przypuszczał Otto osiłek mu tak łatwo nie zapomniał i zachowywał się jak rozjuszony buhaj jakiemu spod kopyt zabrano chętną i już ustawioną jałówkę.
- Czekaj! Tylko cię dorwę gnoju! Już ją miałem! Już prawie klękała do berła! Dotknęła mnie! A ty gnoju mi ją zabrałeś! Rozwalę cię za to jak cię tylko dorwę! - wył rozjuszonym tonem i szarpał się z drzwiami jakby naprawdę chciał się przez nie przebić albo wyrwać. Wyglądało na to, że tak łatwo nie zamierzał mu tego zapomnieć.
Reszta dnia jakoś zeszła w miarę standardowo. Aż po południu skończył swoją ranną zmianę wychodząc na pogodny chociaż chłodny dzień. Gruby habit chronił go jednak przed tym chłodem całkiem dobrze. Skierował się ku aptece Sigismundusa. Ten przywitał go za ladą swoją wielką, byczą głową.
- O jesteś. Chodź na zaplecze. - powiedział grubas uśmiechając się wesoło i znacząco. Ale poczekał z wieściami aż wyjdą z publicznej częsci apteki. Wtedy dopiero zaczął mówić.
- Była u mnie Lilly. Przyniosła wieści od Mergi. Skończyła! Przetłumaczyła! Nareszcie! - grubas wreszcie mógł eksplodować radością i nawet o Lilly zapomniał powiedzieć coś przykrego chociaż ona też była wyznawczynią Węża tak jak jej koleżanki. Te przełomowe wieści jednak przebiły widocznie wszystko inne. Ale tak jak nagle aptekarz wybuchł radością tak równie nagle zamarł.
- Ale nie chce mi tego dać! - zawył zrozpaczony jakby upragnione tłumaczenie woli Oster wyślizgnęło mu się z dłoni po raz kolejny. I to w momencie gdy zdawał się już czuć papier zwojów na swoich pulchnych palcach.
- Powiedziała, znaczy Merga, że to sprawa dotycząca nas wszystkich i ogłosi to na zebraniu. Pewnie jak ukradniecie ten cholerny skarb ze świątyni. Albo na kolejnym zborze. Co za złośliwa jędza! Jak ona mogła mi to zrobić! - wybuchnął znowy, tym razem skargą niesprawiedliwości oraz złości na wolę rogatej wyroczni.
- Aha i ten twój zdechlak w końcu padł. Dziś rano. Mówiłem ci. Trzeci dzień. Trójka to magiczna liczba dla Ojczulka. Widocznie wykonał już swoje zadanie. Chcesz go zabrać czy co? - dodał równie nagle całkiem normalnym tonem jakby przypomniał sobie o Vigo jakiego mu w ostatni Festag przywiózł kolega. Jego los się wreszcie dopełnił ale spodziewali się tego już i w hospicjum i tutaj aptekarz tak to szacował ledwo go zobaczył.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Rozmowa z Lily
- Dziękuje, że przekazałaś mi wiadomość - czarodziej uśmiechnął do kopytnej mutantki, którą podczas odbywanej na cześć Sorii orgii poznał w całej okazałości.
- Na pewno to co odkryła nasza mistrzyni da nam wiele możliwości. Miło mi też było poznać twoje plemię, mam nadzieję że to co tutaj robimy w mieście im też pomoże.
- Tak, na pewno. Te dostawy żywności, zwłaszcza zimą, były bardzo pomocne. No i u nas, nie wszystko możemy wytworzyć a kupić czy wymienić się w wiosce czy mieście nie bardzo możemy. - przytaknęła liliowowłosa dziewczyna z delikatnym uśmiechem na twarzy. Jej szczęściem chociaż miała sporo zmian na ciele to były w na tyle dyskretnych miejscach, że jak była okryta wierzchnim ubraniem tak jak dzisiaj to bez trudu mugła ukryć swoje mutacje i uchodzić za młodą, szczupłą mieszczkę.
- Merga mówiła, że chciałaby wyruszyć na dniach. Ale czeka na to czy coś wyjdzie z tym skarbem świątyni. Gdyby go mogła zabrać na pewno by wzmocniło to jej pozycję w negocjacjach z wodzami aby zachęcić wojowników do przybycia tutaj. - wróciła do rogatej wiedźmy jaka ją wysłała z wiadomością. To, że ta zamierzała opuścić to miasto i wrócić do swojej barbarzyńskiej ojczyzny nie było niczym nowym ale teraz jak przetłumaczyła dziedzictwo Oster to zdawała się już czekać tylko na ten numer jaki Łasica z Burgund wymyśliły natchnione hojnymi datkami na ostatniej mszy w Festag.
- Może zanim Merga nas opuści, zdołamy zdobyć artefakt jeszcze jednej z Potęg? - dodał Joachim z wyrazem ekscytacji na twarzy. Był niezwykle ciekawy rezultatów odnalezienia kolejnych skarbów.
- I ile dobrze pamiętam to będziesz brać udział w kolejnym spotkaniu z plemieniem zwierzoludzi Gnaaka, prawda? Ja też się chętnie wybiorę, chciałbym jak najwięcej się od nich dowiedzieć. Może nawet poznać trochę ich języka… dodał, zastanawiając się na ile język zwierzoludzi jest podobny do demonicznego…- Tak, byłoby wspaniale gdyby nam się udało odnaleźć coś jeszcze z tych świętych przedmiotów. Jestem zachwycona, że udało nam się spotkać Sorię i, że do nas dołączyła. Jest taka wyjątkowa! Jeszcze nigdy nie spotkałam nikogo takiego jak ona. A przecież ona mówi, że jest tylko córką i heroldem Soren. Jak by się udało spotkać kogoś jeszcze od nich albo znaleźć jakiś artefekt to byłoby cudownie! Ale rozumiem, że u nas nie wszyscy są od tego samego patrona no i że są jeszcze inne Siostry. To wszystko jest bardzo… No niesamowite. Szkoda, że nasza czcigodna nas niedługo opuszcza. Ona ma takie wspaniałe i śliczne rogi! No i jest bardzo mądra. Ale musi sprowadzić więcej pomocy z północy. I obiecała, że do nas wróci. - Lilly rozgadała się całkiem sporo na temat związanych z Czterema Siostrami i pamiątkami po nich. Widać było, że ją to bardzo ekscytuje i fascynuje. A rogatą wiedźmę i herolda Soren zdaje się traktować jak żywe święte i mędrców jednocześnie.
- A spotkanie z Gnakiem tak, w najbliższą pełnię. To już niedługo, w przyszłym tygodniu. To miło, że z nami pojedziesz. Mam nadzieję, że będzie nas jak najwięcej. Rozmawiałam z dziewczynami i też są bardzo ucieszone na to spotkanie. Chcą Fabienne zaprosić bo dla niej to by było pierwszy raz i bardzo by chciała ale ona ma tą wredną służącą co zawsze i wszędzie z nią łazi. Ja tam bardzo ją lubię. Jak się spotykałyśmy u Pirory to była dla mnie zawsze bardzo miła. Ale dziewczyny mówią, że nie wiadomo czy jej się uda wyrwać z miasta. A język kopytnych różni się od naszego. Ale nie taki trudny. Sporo można odczytać z ich powarkiwań i jak się ruszają. - na drugi temat też mówiła całkiem chętnie i sporo. Widać było, że chyba nie tylko ona traktuje owo spotkanie przy pradawnych głazach jako coś wyjątkowego na co warto czekać.
Joachim nie mógł się powstrzymać od uśmiechu, słuchając tego nieco dziecinnego choć też uroczego gderania Lily.
- To miłe, że cieszysz się na to spotkanie. Zwierzoludzie mogą się okazać użytecznymi przyjaciółmi i pomóc nam w naszych planach. A w wolnych chwilach może mógłbym się od ciebie uczyć waszej mowy?
- A co do Fabienne podałem Łasicy i Burgund pewien pomysł jak ją wyciągnąć.- Tak? No to dobrze. Mam nadzieję, że się uda. To miło jakbyśmy mogli wszyscy pojechać. - pokiwała swoją liliową głową na znak, że miła jest jej myśl o tym aby mogli ze sobą zabrać czarnowłosą szlachciankę a także jak najwięcej chętnych z miasta.
- A zwierzęcej mowy pewnie, to nie takie trudne. Po trochu można się nauczyć. - zgodziła się także na propozycję kolegi w sprawie nauki odmiennego od ludzkiej mowy.
- Dziękuje za pomoc Liliy… - Joachim skinał głową z aprobatą… - A przy okazji, rozumiem, że jesteś ostrożna wędrujac po mieście?
- Staram się jak mogę. Dużo chodziłam z dziewczynami to lepiej znam miasto niż na początku. No i teraz tak nie sprawdzają jak w zimie po ucieczce Mergi. Chociaż ostatnio to najwięcej siedzę i pomagam Myszce pod wieżą. Trzeba pomagać wyroczni, gotować jedzenie, karmić Gustawa, sprzątać tam no i przenosić wiadomości jak Merga coś komuś chce przesłać tak jak teraz. No jeszcze muszę pójść i powiedzieć to samo dziewczynom w “Mewie” i do apteki Sigismundusa, i do Tobiasa. - liliowowłosa pokiwała głową na znak, że miasto już jej tak nie przeraża jak to było na początku jej przyjazdu gdy w momencie paniki zwiała z sań Strupasa i trzeba było jej potem szukać. Wyglądało na to, że po pół roku całkiem przyzwoicie się w nim porusza. Ale póki ktoś nie zajrzałby jej pod spódnicę to raczej pewnie by zwrócił uwagę tyle co na całkiem urodziwą i zgrabną mieszczkę i jej odmienność nie rzucała się tak od razu w oczu. Już pewnie brzydota i smród garbatego członka zboru bardziej przykuwały oko i nozdrza. Na razie jednak Lilly zwróciła uwagę, że Joachim nie jest ostatni na liście w jej roli posłańca wiadomości od rogatej wyroczni.
Rozmowa z Philippem
Młody czarodziej przegryzł porcję naleśnika, po czym skinał Philppowi głową.
- Faktycznie, smaczne, stereotypy o niziołczej kuchni po raz kolejny się sprawdziły.
- A co do wielkich i możnych to niewiele nowego. Aktualnie przejmują się tym, jak bardzo żałoba po śmierci księżnej opóźni turniej i że nie wypada w tej chwili organizować polowań. Jakby nie było żadnych innych problemów - uśmiechnął się ironicznie. Chciał wybadać nastawienie Philippa do szlachty i elity. Kto wie, może mógłby on z czasem przeciągnąć na stronę wyznawców Pana Przemian?- Polowania? No nie, nie wypada. Tak samo jak balów, uczt, wesel i tak dalej. - skryba zmrużył oczy, pokiwał swoja wygoloną na tonsurę głową i uśmiechnął się łagodnie. - A turniej też odwołany do odwołania. Może za miesiąc będzie a może jeszcze później albo w ogóle w tym roku nie będzie. Kto to wie. Ale odwołali w ostatniej chwili to wielu gości się zdążyło już zjechać do miasta. Inni byli w drodze to jak mieli bliżej niż dalej to też już woleli przyjechać. I z tego jedni zostali póki co a inni wrócili do siebie. - pokiwał głową zdając sobie sprawę, że nagła śmierć księżnej - matki zaskoczyła chyba wszystkich i wielu pokrzyżowała plany. Jak choćby takie związane z dorocznym turniejem w środku lata.
- A żałobę uczcić trzeba. Nawet jeśli komuś to ciąży. Może więc na gadaniu i gderaniu się skończy. Ważne aby zachowywać się przyzwoicie. - dorzucił jakby nie do końca wiedział jak to tam było z tymi możnymi co znajomy wspomniał ale doradzał być dobrej myśli i wierzyć, że zachowają umiar w tak trudnej chwili.
- No myślę że pozory i etykieta powinny zatriumfować - dodał nieco ironicznie Joachim.
- Dziękuje raz jeszcze za oprowadzenie po Akademii, myślę że będę tam częstym gościem. A tobie jak się w niej pracuje, długo jesteś związany z tym miejscem? Ciekaw też jestem jak wygląda struktura zarządzania - Joachim postanowił pociągnąć Philippa za język co do kierownictwa Akademii Morskiej i pozycji w niej swojego rozmówcy.- A nie narzekam. Już parę latek zleciało. Lubię tą pracę. Wiesz ta atmosfera uczonych i nauki. Trochę jak w bibliotece tylko inaczej. No i każdy bogacz ma jakąś większą bibliotekę a Akademia jest tylko jedna. Można spotkać bardzo różnych ludzi, z całego świata. Nieludzi zresztą też. - młodzieniec wydawał się mówić szczerze i chwalił sobie pracę na swoim stanowisku.
- A struktura zarządzania? Nie no bez przesady. To nie jest jakieś wojsko czy załoga statku. - zaśmiał się pod nosem gdy usłyszał kolejne pytanie. Chwilę przeżuwał kolejny kęs pasztecików i popił je czerwonym barszczem z kubka.
- Rektorem całej uczelni jest profesor Vogel. Mathias von Vogel. Jest rektorem od dobrych paru lat, jeszcze zanim ja tu zacząłem pracować. On jest najważniejszy. A poza tym każdy wydział ma swojego dyrektora. Wiesz, nawigacja, linoznastwo, magazyny, archiwa, studenci i tak dalej. A każdy wydział ma jeszcze swoich nauczycieli danego fachu no i takich biednych skrybów jak ja. Cały spory zespół jakby tak zebrać do kupy. A jak doliczyć jeszcze wszystkich studentów to jeszcze więcej. Jak jest początek i koniec roku studenckiego albo jakieś święto to cały plac apelowy jest zapełniony. Nawet jak są jakieś festyny i wystawiamy swoją drużynę to już znacznie mniej ale i tak jak ktoś z przyjezdnych widzi to pierwszy raz to myśli, że to jakieś wojsko idzie. - odpowiedział wesołym i zadowolonym z siebie tonem i opowiadając jakie to można mieć pierwsze i drugie wrażenie o Akademii.
Czarodziej zanotował w pamięci, że magazyny mają osobnego dyrektora, korzystając z tego że Philp się rozgadał, skończył jeść swojego naleśnika.
- Widzę tutaj trochę podobieństw do Kolegium w którym ja się uczyłem. Następnie nieco spoważniał.
- Chętnie poznałbym rektora albo któregoś z dyrektorów. Mam pewną sprawą dość delikatnej wagi…. - zrobił dramatyczną pauzę, zastanawiając się ile powiedzieć Philippowi.- Ah tak? - Philippe uniósł znad swojego talerza wzrok jakby próbował wybadać o co może astrologowi chodzić.
- A w jakiej sprawie? Bo ja to siedzę w recepcji ale mogę podrzucić twój list do rektora albo któregoś dyrektora. Bo spotkać się z nimi to nie obiecuje. Ja jestem tylko skromnym skrybą z recepcji. - obiecał swoją pomoc w takiej próbie kontaktu chociaż na dość ograniczoną skalę za jaką odpowiadał.
- Oh, nie bądź taki skromny. Wiem dobrze, że na każdej uczelni recepcjonista jest jedną z najważniejszych osób - Joachim postanowił połechtać ego swojego rozmówcy.
Chodzi o pewne potencjalne zagrożenie dla Akademii, odczytałem w tym zakresie niepokojące znaki. Może to mieć coś wspólnego z magazynami jeśli moja ocena jest słuszna.
- Znaczy… Jakieś wróżby? I coś z magazynami? - skryba uśmiechnął się delikatnie jakby komplement przypadł mu do gustu. Ale gdy Joachim powiedział na czym rzecz polega przestał się uśmiechać i musiał chwilę pomyśleć.
- Od magazynów jest inżynier Eberhart. Powiem mu jutro jak go spotkam. Ale jak chcesz to możesz napisać list to mu go przekażę. - zaproponował od siebie pomoc w tym kontakcie.
- To delikatna sprawa, wolałbym spotkać się z mistrzem Eberhartem osobiście, myślisz że dałoby się to jutro zorganizować? - Czarodziej nie był przekonany czy to dobry pomysł z tym listem…
- Nie wiem. - odparł krótko skryba wcierając kawałkiem naleśnika słodki sos aby nim nasiąkł. - Dziś wracam już do domu. Jutro rano wracam do Akademii. Postaram się przekazać twoją prośbę mistrzowi Eberhartowi ale nie wiem co odpowie. - przyznał uczciwie skryba na znak, że do roli posłańca tej prośby to jeszcze się poczuwa ale za reakcję drugiej strony to już nie odpowiada. - Zapewne zapyta co to masz do niego za sprawę. Ale jak tyle, że “delikatną” to nie wiem jak zareaguje. Mam nadzieję, że to nic z romansami i skandalami bo nie wiem czy by profesor miał ochotę się w to mieszać. A trochę tak to brzmi. - odparł z lekkim uśmiechem dając subtelnie znać, że taka oględna i ogólna prośba astrologa to jest trudna do zinterpretowania tak dla niego jak i zapewne przez resztę personelu Akademii.
- Dziękuje, zapewniam, że nie chodzi tutaj o kwestię błahą….. mam powody sądzić, że ktoś może chcieć coś wykraść ze skarbów Akademii.
Przez resztę posiłku starał się z powrotem skierować rozmowę na bardziej przyjemne tory takie jak codzienne życie w Neues Emskrank. No i zapłacił za posiłek.
Następnego dnia miał zamiar spróbować spotkać się w Akademii z dyrektorem i udać się tam niezależnie od tego z czym wróci Philip. No i liczył że Otto załatwi mu widzenie z tym chorym z hospicjum który podobno był związany z Vestą. Takiej okazji nie mógł sobie odpuścić...
-
Oryginalny autor: Seachmall
Marktag, ranek, świątynia Mananna
- Wybacz moja droga, ale nie było czasu po ciebie iść. Do tego musiałem trzymać na smyczy trzy rozpustnice, aby nie zamieniły hospicjum w swój loszek pieszczot, ciebie mi tam jeszcze brakowało. - mnich delikatnie się uśmiechnął - Co do naszego planu, jesteście dwójką brudnych, niewychowanych, lubieżnych dziwek. Więc łatwiej będzie, abyście tego nie zmieniały i po prostu udawały, że zobaczyłyście światło bogów i poszukujecie odkupienia. - uśmiech Otto zrobił się trochę psotny na to delikatne dźgnięcie w kultystki - Więc grzecznie, cicho i ze skruchą w sercu. Mamy żałobę, pamiętacie? I jeżeli, macie zamiar zapożyczyć z tac ofiarnych, to poczekajcie może trochę. Będziecie oczywistymi podejrzanymi, a mnie się dostanie po uszach za sprowadzenie was.
- No co ty Otto… Jestesmy profesjonalistkami… Nie skusimy się na drobniaki jak jesteśmy na robocie… - Łasica przekrzywiła swoją pobożnie w czepek ubraną głowę jakby była nieco urazona, że kolega posadzą je o taką amatorszczyznę. Burgund też ją wsparła twierdzącym kiwaniem swoim czepkiem. Po czym znów przybrały weselszy ton chociaż nadal starały się nie tracić pobożnej pozy dopasowanej do ich obecnego wyglądu.
- I mówisz brudne, niewychowane, lubieżne dziwki? - powtórzyła określenia użyte przez mnicha z jednym okiem jakby je smakowała albo mielila w myślach.
- Bardzo chętnie. Miło, że ktoś nas wreszcie docenił. A przecież tak się staramy aby zdobyć i utrzymać właściwą reputację. - przyznała prawie z rozczuleniem obdarzając Otto ciepłym spojrzeniem i uśmiechem.
- Tylko mamy na to teraz nieodpowiednie stroje. No ale jesteśmy na robocie. - Burgund wsparła ją ponownie w tej rozmowie w pełni się z nią zgadzając.
- No niestety to prawda. Ale mówię wam, że jak następnym razem dorwe Fabi to jej wsadzę co tylko znajdę największego tak głęboko jak tylko dam radę. Dobra Burgund to zbieraj swój zgrabny kuper w troki i mów co widziałaś wczoraj. - liderka wężowych kultystek powoli kończyła te przyjemnie lubieżne tematy i szykowała się na bardziej służbowe.
- Byłam tu wczoraj na oku. Widziałam zmianę warty. Ci czarni rycerze od Morra. Dwóch przyszło do środka a dwóch innych wyszło. Więc myślę, że czegoś pilnują, pewnie tego skarbu. - Druga z łotrzyc też wróciła tematem do tego zadania jakie czekało na nich wewnątrz świątyni i wspomniała jak jej wczoraj poszło rozpoznanie obiektu przed akcją. Popatrzyły pytająco na kolegę czy jest gotów już ruszać do środka.
- Lub zwłok kogoś istotnego. Tak czy inaczej warto zajrzeć. - Otto rozejrzał się - Więc, jesteście gotowe wrócić na prawowitą drogę jasności i odkupienia? Odrzucić doczesne przyjemności i wejść w życie pełne modlitw, nudy i niewygodnych ubrań?
- Nikt istotny ostatnio chyba nie umarł. Ogłaszaliby w Festag na mszy a jak kopnął by w kalendarz po to biliby w dzwony, ogłaszali i takie tam. Poza tym katafalk stoi za głównym budynkiem. - Burgund chyba nie do końca wykluczała alternatywy o jakiej mówił kolega ale zachowała sporą dozę sceptycyzmu.
- Odrzucić doczesne przyjemności, klęczeć w modlitwie a nie dla ciekawszych rzeczy i jeszcze nosić nudne, niewygodne ubrania? - Łasica wymieniła to jednym tchem upewniając się, że mówią o tym samym. Po czym cierpiętniczo wzniosła głowę ku porannemu niebu.
- Nie kracz Otto. Widzisz jak my się poświęcamy dla sprawy i rodziny? Przez co musimy przechodzić? Jak się nas tu traktuje? - zapytała zbolałym tonem skargi. Chociaż pod tym dało się wyczuć sporą dawkę świadomej autoironii.
- Dobra chodźmy już. Otto musi zasuwać do swojej roboty i nie ma całego dnia. A my im szybciej się wyrobimy tym szybciej będziemy mogły z kimś poswawolić. - Burgund uśmiechnęła się pod nosem, trzepnęła w ramię kamratki i dała znać aby ruszać do świątyni. Obie złożyły skromnie dłonie na podołkach i przyjęły skruszone miny żałujących za grzechy pokutnic.
- I tak będzie lepiej, rodzina zabiera trójkę bardziej kłopotliwych, czwarty dogorywa u Sigismundusa, a ostatni jest na razie dość spokojny. - Otto zaczął prowadzić dziewoje do Ojca Absaloma. Kiedy znalazł wysokiego kapłana.
- Bądź pochwalony, czcigodny ojcze. - skłonił głowę oddając szacunek starszemu kapłanowi - Te, oto dwie niewiasty, są tymi, o których mówiłem. Są gotowe oddać się pod twoją opiekę i opiekę świątyni. - kto wie, może te dwie obudzą w kapłanie głody, których dawno nie czuł.Obie kultystki pokiwały zgodnie głowami na wieści o trójce nowych kandydatów to ich zboru. Łasica wspomniała cicho po drodze przez dziedziniec świątynny, że Soria i Pirora zapowiadały tą wczorajszą trójkę bardzo obiecująco no to była ich ciekawa. No i Burgund widocznie też. Ale już wchodzili do domu bożego to trzeba było zachować pozory. Jeszcze bardziej gdy stanęli na zapleczu świątyni przed surowym, obliczem rosłego kapłana.
Ten zaś odparł na ich przywitanie, wysłuchał Otto i mierzył uważnym spojrzeniem obie grzesznice. Te pokornie spuściły wzrok, skromnie złożyły dłonie na podołku i w milczeniu czekały na decyzję i słowa kapłana. On jednak nie sprawiał wrażenia, że obudziły w nim jakiś głód. Raczej jakby stanęły przed nim istoty wyraźnie gorszego gatunku. Paskudy jakie z trudem znosił w swojej obecności. A gdy już się przyjrzał odezwał się wreszcie nie tracąc swojego surowego tonu i spojrzenia.
- Jak się nazywacie? - zaczął od czegoś oczywistego.
- Ja jestem Martina a to jest Pola. - odparła szybko Łasica przyjmując pokorny, gotowy do współpracy ton.
- Jesteście ladacznicami? - zapytał kapłan pomny co mu wczoraj młody mnich mówił. Obie spojrzały na siebie jakby zastanawiając się nad odpowiedzią, Burgund lekko pokiwała głową i Łasica zwróciła się do ojca twierdząco kiwając głową. Temu usta zacisnęły się w wąską kreskę i miał minę jakby zastanawiał się czy już je stąd przegnać czy jeszcze dać im szanse. Ostatecznie zdecydował się na to drugie.
- Od dawna? - zapytał i po chwili ciszy znów ujrzał dwa potwierdzające kiwnięcia głowami w prostych, skromnych czepkach.
- Kiedy ostatni raz byłyście w świątyni? Tej lub innej? - zapytał robiąc palcem krąg dookoła komnaty.
- W zeszły Festag czcigodny ojcze. Na pogrzebie naszej księżnej - matki. - odparła szybko Łasica co akurat było zgodne z prawdą bo sam je wtedy Otto widział na mszy i po.
- A wcześniej? - kapłan kontynuował to przesłuchanie nie zmieniając wyrazu twarzy. Nastała dłuższa chwila milczenia jakby obie musiały sobie przypomnieć.
- Dawno… Ale jeszcze w tym roku… - wyszeptała Łasica jakby z obawą przed taką odpowiedzią. Kapłan zasznurował usta i milczał chwilę.
- A u spowiedzi? - zapytał jeszcze o coś podobnego.
- Na początku roku ojcze. - odparła cicho skruszona grzesznica. Kapłan pokręcił głową aby dać znać, że nie podoba mu się to co słyszy.
- To raz na pański rok przychodzicie do domu bożego to co się nagle stało, że teraz wam się droga przypomniała? - zapytał cierpkim tonem nie ukrywając, że nieco trudno mu tak po prostu uwierzyć w nagłe nawrócenie obu grzesznic.- To przez naszą księżną - matkę. Znaczy chciałam powiedzieć dzięki niej! Bo ona była niegdyś naszą patronką i wzorem do naśladowania. Ale potem zbłądziłyśmy i zaczęłyśmy się łajda… eee… znaczy zeszłyśmy na złą drogę. Jak jednak dowiedziałyśmy się o jej śmierci to tak jakby nasza opiekunka umarła. Płakałyśmy rzewnymi łzami. I ja mówię do Poli, że trzeba z tym skończyć bo nasza patronka by tego chciała. I poszłyśmy w Festag oddać jej ostatni hołd. A tam tyle ludzi! I ci wszyscy dobre ludzie też przyszli ostatni raz pokłonić się swojej pani. To mówię do Poli, że taka jest kolej rzeczy. Widocznie księżna była dobra dla tych wszystkich ludzi. Więc my chciałyśmy jej służyć, oddać cześć i jakoś odwdzięczyć się za jej dobroć. Podziękować ojcu i wszystkim braciom i siostrom za ten trud i opiekę skoro już naszej patronce nie możemy. I widziałyśmy urnę w Festag to przyszłyśmy tutaj bo mi się wydawało, że to będzie najodpowiedniejsze aby być tutaj gdzie były jej prochy. - Łasica pozwoliła sobie na dłuższą wypowiedź i mówiła tym razem z przejęciem i pełnym przekonaniem. Podobnie jak to pewnie się by mogła wypowiadać niepiśmienna dziewczyna z ulicy która na nowo odkryła wiarę i powołanie. Wszystko to sprawiło, że i kapłan pokiwał głową ale minę dalej miał marsową.
- Dobrze. Ja zaraz zaczynam mszę. Jeśli chcecie odpokutować za swoje niegodne, łajdackie życie to zapraszam ma mszę. I do spowiedzi po niej. - odpowiedział podejmując decyzję. Po czym wymownym spojrzeniem sięgnął po togę liturgiczną. Obie skruszone grzesznice wymamrotały grzeczne podziękowanie za tą łaskę, dygnęły jak przed wielkim panem po czym drobiąc kroczkami wyszły na korytarz. Gdy Absalon został sam z Otto zwrócił się do niego ubierając ową togę kapłańską.
- Nie wierzę w takie nagłe nawrócenia. Słomiany zapał albo inny powód. Ale kto wie? Niech zostaną na mszy. Zobaczymy na ile im wystarczy wiary i zapału. Dobrze, że je tu skierowałeś. Nawet takie ladaco zasługuje na drugą szansę. - skomentował swoje wnioski z tej rozmowy z obiema młodszymi od siebie kobietami.
- Dziękuję, że dajesz im szansę ojcze. Tak jak powiedziałeś, każdy zasługuje na kolejną szansę na drodze życia. Obawiam się, że nie mogą pozostać na mszy, w hospicjum dużo się działo ostatnio i ciągle potrzebna jest każda para rąk. - mnich ponownie się skłonił kapłanowi i opuścił zaplecze, na zewnątrz zobaczył obie kultystki - I jak? Cieszycie się z tej szansy?
- Jak nie mogą poświęcić czasu na modlitwę i pokorę w świątyni to kiepska ta ich skrucha. - odparł oschle kapłan Absalon ale nie wstrzymywał młodszego jednookiego ani nie czynił mu wymówek. Ten zostawił go na przygotowaniach do odprawienia jutrzni. Zaś na zewnątrz spotkał obie koleżanki. Te dalej nie wychodziły z roli bogobojnych niewiast ale oczka śmiały im się wesoło.
- Oczywiście bracie. Bardzo dziękujemy za tą wspaniałą szansę. Bardzo chętnię bym przyjęła każdą pokutę od takiego rosłego i krzepkiego kapłana. Zwłaszcza jak wygląda na stanowczego i surowego. I nie śmiałabym mu czegokolwiek odmówić. No ale nie wiem czy czcigodny byłby zainteresowany takimi grzesznymi rzeczami. - Łasica szepnęła cicho i wyraźnie kpiąco jakby dostrzegła w rosłym kapłanie całkiem obiecujący potencjał. Ale taki na ich własną modłę. Bo ten nie zachowywał się jakby był zainteresowany “takimi rzeczami”.
- No ja też. Ale na razie to jesteśmy na robocie to nie możemy wychodzić z roli. Trzeba poklęczeć tak na nudno, w ubraniach i bez niczego ciepłego w ustach albo pejcza na plecach. Szkoda. Ale trudno. Robota to robota. - Burgund nieco rozżalona poparła siostrę ale obie liczyły się z tym, że nie wszystko, nie zawsze i nie ze wszystkimi może być takie przyjemne jak to one by chciały.
- Powodzenia, uważajcie jednak, nie podejrzewa was, ale na pewno w pełni wam też nie wierzy. Ja idę do hospicjum, może kolejnego kolegę uda się wyciągnąć. - Otto uściskał obie kobiety i ruszył do miejsca pracy.
- Dobrze, idź. Jakbyś tam potrzebował jakiejś pomocy z zamkami albo szukał chętnych grzesznic na oprowadzane wycieczki to daj znać. Nie tylko jakieś tam damulki z wyższych sfer umieją ściągać majtki i się ładnie bawić. - szepnęła mu na ucho Łasica gdy się żegnali. Burgund pokiwała głową w rezolutny sposób no i obie ruszyły bogobojnie w kierunku nawy aby wziąć udział w pierwszej tego dnia mszy.Hospicjum.
Otto nawet cieszył postęp napraw w hospicjum. To miejsce okazało się o wiele, lepszym źródłem wiedzy niż się spodziewał.
Przywitał przeora kiedy go zobaczył.- Witaj, witaj. Nie ma o czym mówić, szlachcianki na prawdę się napaliły na taką nową służbę. Mam nadzieję, że nie będą nich nadużywać. - mnich pokręcił głową - Empatia czasem jest tylko na pokaz.
- Nadużywać mówisz? - starszy mężczyzna zastanowił się nad słowami młodszego. Złożył dłonie i oparł na nich brodę. - No nie wiem kto tam miałby kogo nadużywać. Thorn to zwykły bandzior. Prostak. Aż się dziwię, że się na niego zdecydowały. Ale raczej to on by mógł im zrobić krzywdę a nie na odwrót. Annika to samo. A Marisa może łagodna. Zazwyczaj. Ale sam widziałeś co wyrabiała w ostatni Festag. - przeor nadal wydawał się mieć wątpliwości. Znów chwilę bębnił kciukami o swoją brodę trawiąc to w myślach.
- A znasz jakoś te szlachcianki? Myślisz, że to chwilowa zachcianka? Czy to tak na dłużej by wzięły kogoś na służbę. - zastanowił się nad czym innym z tego co mówił jednooki.
- Jestem jedynie zwykłym, prostym mnichem. Gdzie mnie do tak znamienitych kobiet. Spotkałem je podczas i po mszy pożegnalnej księżnej. Rozpoznały, że jestem z hospicjum i zagadały do mnie. Może nagłe przypomnienie o ich śmiertelności ruszyło ich sumienia. - Otto wzruszył ramionami - Można mieć nadzieję, że to dłuższa inwestycja.
- Ah tak… No trochę szkoda, że nie masz jakichś większych znajomości z takimi jak one. Jak widzisz przydają się. - westchnął nieco z żalem jakby przez chwilę miał nadzieję, że może by się otworzyła jakaś furtka do stabilniejszego kontaktu i datków od możnych tego miasta.
- Ale dobrze, że chociaż te zwróciły na ciebie uwagę i je skierowałeś do nas. Dobra robota. Jakby jeszcze coś chciały albo ktoś tam od nich z pękatym mieszkiem to też zapraszaj śmiało do nas. Nic nie tracimy, najwyżej pochodzi, poogląda, powspółczuje i nic nie zostawi. Ale jak już przyjdą to zawsze coś zostawiają chociaż symbolicznie bo nie wypada odejść i nic nie dać na jałmużnę. - pokiwał znów głową na znak, że jest całkiem zadowolony z wczorajszej wizyty błękitnokrwistych panienek. Zwłaszcza takiej zakończonej tak szczodrymi datkami.
- I po mszy mówisz? To tam kręć się po następnej. Przypomnij się. Może cię komuś przedstawią i jakoś się to rozkręci. Zobaczymy. Przydałoby nam się więcej takich sponsorów. Sam widzisz jak na wszystkim musimy oszczędzać. - rozłożył ręce ogarniając swój gabinet ale pewnie mu chodziło o cały przybytek.
- I oby naszym szczodrym dobrodziejkom nie przeszedł ten chwilowy kaprys tak prędko. Mielibyśmy trzy owieczki mniej do pilnowania i karmienia. Spełnili dobry uczynek. Tylko gdyby chodziło o kogoś spokojniejszego to bym się nie wahał. Ale akurat z tą trójką to sam wiesz jak jest. Przydałoby się jakoś zabezpieczyć gdyby wyszła z tego jakaś afera. - przeor ogólnie wydawał się być zadowolony, że może zmniejszyć swoją trzódkę o trzy owieczki ale jednak chodziło o trzy czarne owce i to na salonach z dobrymi i drogimi nazwiskami to wciąż się obawiał czy nie będą z tego jakieś kłopoty.
- Jestem pewny, że będą w stanie zająć się sobą. Do tego nie wciskaliśmy im ich na siłę, a każdy wie jakiego typu pacjentów mamy. Postaram się nam poszukać nowych sponsorów. - zapewnił Otto - Zrobię obchód i zobaczę, gdzie najbardziej się przydam.
- No tak, tak… To prawda… W końcu same do nas przyjechały. Nikt im nie kazał. - przeor pokiwał głowa i rozmyślał na te mało proste tematy szukając natchnienia w suficie.
- Dobrze, napiszę im list. Opis. Zalecenia. Tak, tak właśnie zrobię. Na wszelki wypadek. Gdyby te nasze ladaco odstawiły jakiś nieprzyjemny numer i ktoś do nas przyjechał z pretensjami… - zdecydował w końcu i to go chyba uspokoiło bo znów wrócił do znacznie szybszego sposobu mówienia.
- A ty im powiedz, że gdyby im się ich kaprys znudził to zawsze mogą je do nas odstawić. Ludzie zwykle są nieco mniej nerwowi i pretensjonalni gdy mają jakieś rezerwowe wyjście. Aha i tych nicponi upomnij. Że mają się zachowywać jak należy i dobrym panienkom nie sprawiać kłopotów bo jak je zdenerwują to znów wrócą do nas. A ja już ich tu przywitam jak należy w podziękowaniu za kłopoty jakie na nas ściągnęli. A jak bardzo napsocą to mogą już trafić przed oblicze sądu a nie do nas. Wtedy to już nie będzie nasza sprawa. Oby. Mogą nas wtedy jednak wezwać mimo wszystko. - pokręcił głową jakby nie do końca był przekonany czy wszystko pójdzie gładko i bez kłopotów z tą wymianą ale ostatecznie zdecydował się spróbować. Dał znać młodemu mnichowi, że może odejść.
Otto skinął głową przełożonemu i ruszył na obchód. Cieszyło go, że dzisiaj był nawet spokojnie. Cieszyło go bardziej, że Thorn był dokładnie zamknięy w celi.
- Kiedyś mi podziękujesz! - rzucił do niego kiedy mijał jego celę i został obrzucony każdą możliwą groźbą pod niebiem. Ciekawił go stan Georga tego dnia, to ostatni z pacjentów, który słyszał siostry i ciągle pozostanie w hospicjum, więc musi mu się przypatrzeć.
George wydawał się być przeciwieństwem Thorna. Dzisiejszego, targowego dnia było to zwłaszcza widoczne. Bo tego pierwszego to chyba tylko solidne drzwi jednoosobowej celi powstrzymywały przed zrobieniem krzywdy jednookiemu mnichowi. A ten drugi przywitał go łagodnym uśmiechem nieszkodliwego idioty. Bracia powiedzieli mu, że jest na stołówce. Rzeczywiście tak było. Zastał go z miotłą i wiadrem jak zmywał podłogę. Większość szkód od ostatniego Festag udało się naprawić lub chociaż sprawić aby aż tak nie rzucały się w oczy. Kuchnia sądząc po zapachach i odgłosach pracowała nad sporządzeniem głównego posiłku dnia. I co jakiś czas widać było któregoś z braci jak zerkał na stołówkę i zapewne też na pacjenta z obandażowaną głową. Ten widocznie wciąż nosił ślady po ostatniej awanturze skoro miał ten bandaż na głowie. Ale sam wydawał się nie zwracać na to większej uwagi. Chociaż na bandażu była plama, akurat na środku czoła pacjenta. On sam przywitał się z mnichem pogodnie i łagodnie po czym bez pośpiechu wodził owiniętą mokrą szmatą miotłą po podłodze. W tym tempie to raczej postęp prac był dość symboliczny i raczej nie było z niego takiego pożytku jak z Mariki która naprawdę potrafiła zrobić pranie czy wysprzątać schody albo korytarz. No ale miał jakieś zajęcie, coś jednak pomagał chociaż tyle co małe dziecko dorosłym no i nie był tak agresywny jak Annika czy Thorne.
Mnich uśmiechnął się do pacjenta.
- Jak się dziś czujesz George?
- Dobrze. Głowa mnie trochę boli. Ale jak nie ruszam się szybko to jest dobrze. I trochę zmęczony jestem. Nie spałem zbyt dobrze. Często ostatnio nie śpię zbyt dobrze. Ale staram się pomagać. Tak jak Marika. Poprosiła mnie abym pomógł jej rozwiesić pranie to jej pomogłem. Jest bardzo miła. Nie wiem dlaczego brat Albert mówił, że to wredna suka. Dla mnie była bardzo miła. A potem brat Albert powiedział, żebym posprzątał tutaj. To sprzątam. - George zachowywał się spokojnie i mówił bez większego zastanowienia. Zupełnie jak małe dziecko jak się je o coś zapyta a ono plecie co mu ślina na język przyniesie. Na koniec wskazał na swoje wiadro i miotłe jakich używał do zmywania i na dowód na to, że pomaga znów zamoczył miotłę i zaczął bez pośpiechu zamiatać kolejny fragment podłogi.- To dobrze. Wiesz, chyba trzeba zmienić ci opatrunek. Poczekaj tu chwilę. - Otto ruszył zabrać nowy bandaż. Miał cichą myśl z tyłu głowy, ale miał nadzieję, że się mylił. Jeżeli będzie miał rację, będzie musiał wyciągnąć go z tąd szybciej niż uważał. Wrócił po chwili i posadził Georga spokojnie na jednym z krzeseł i delikatnie zaczął zdejmować mu opatrunek.
W przeciwieństwie do Thorna jaki dzisiaj był w humorze jakby najchętniej zamordował jednookiego mnicha albo chociaż spuścił mu solidny łomot to George był łagodny jak baranek. I pełen dobrej woli do współpracy. Jak go Otto zostawił w stołówce przy zmywaniu a potem wrócił to ten nadal ją zmywał swoim flegmatycznym tempem. Może stół czy dwa dalej. Więc na miano najwydajniejszego pracownika z miotłą to pewnie by nie zasłużył. Ale chociaż nie sprawiał kłopotów. Jak go Otto poprosił to ten usiadł na ławie, dał sobie zdjąć stary opatrunek.
Pod nim ukazało się czoło, z jednej strony nadal posiniaczone. I pod włosami, na potylicy tam gdzie w Festag ktoś go rzucił taboretem, też było widać i czuć spory krwiak. Wcześniej opatrywał go kto inny to jednooki nie był pewien czy to teraz jest lepiej czy niekoniecznie. No i jeszcze na czole pacjenta było widoczne zadrapanie. Niezbyt poważne. Ale siniak dookoła układał się w okrągłą plamę wielkości kciuka czy dwóch. I nieco sączyła się z tego krew jaka musiała wcześniej przesiąknąć przez bandaż powodując ową plamę jaką zauważył wcześniej na starym opatrunku.
Otto delikatnie odetchnął. Jeżeli pacjenci zaczynają być dotknięci przez siostry, mutacje mogłyby się pojawiać. Na szczęście George nie został jeszcze uraczony darem od Tzeentcha. Mnich delikatnie przemył ranę pacjenta i zaczął na nowo nakładać świeży opatrunek i bandaż.
- Myślę, że Marisa jest bardzo ładna. Powiedziała, że lubi pająki. I, że kiedyś będzie mieć własne tylko takie duże. Nie wiedziałem, że są takie duże. Ale znalazłem jednego i jej dałem. Bardzo się ucieszyła. I słyszałem, że brat Otto chodzi z trzema szlachciankami. Też podobno bardzo ładne. Ja widziałem ich przez chwilę ale nie zwracałem uwagi bo musiałem naprawić stołek. Trudno mi było dopasować nogę bo tam otwór był trochę inny. Ale brat Maurycy mi pomógł i zeszlifował trochę tą nogę to potem weszła. - podczas tych zabiegów chyba nieco znudzony George znów zaczął paplać w swoim nieco dziecięcym stylu. W końcu mnichowi udało się założyć opatrunek więc znów pacjent wyglądał jakby miał solidną, grubą, białą krechę na górnej połowie głowy.
- Wybacz, że nie zapoznałem cię z naszymi gośćmi. Panie, chciały bardzo spotkać Marisę, do tego jeszcze zobaczyły Annikę i Thorna. - ujął spokojnie mężczyznę i pomógł mu wstać, upewniając się, że opatrunek się nie zsuwa - Ta trójka, wkrótce opuści hospicjum. Szlachetne panie znajdą dla nich zajęcie w swoich domach.
- No tak, to oczywiste. - odparł George z pełną powagą na jaką czasem zdarzało się zdobywać dzieciom gdy wydawało im się, że mówią o śmiertelnie poważnych rzeczach. Ale słuchający ich dorośli nie zawsze podzielali to zdanie i często wówczas dochodziło do komicznych słów jakie stawały się potem zarzewiem zabawnych anegdotek.
- Ta pani z warkoczykami też lubi pająki i jest opleciona ich nićmi. A ta czarna wyda na świat niezwykły owoc. Tak mi się śniło ostatniej nocy. I Marisa bardzo je lubi. Mówiła, że były dla niej bardzo miłe i dobre. Dały jej bardzo ładny prezent ale mówiła, że przy braciach nie może mi pokazać. Powiedziałem, jej, że to nie szkodzi. A Thorne dzisiaj był bardzo zły. Chyba jest samotny i tęskni za jakąś panią. Zwyzywał mnie. Przestraszyłem się. A potem sprzątałem w lazarecie. Widziałem Annika. Ona jest zimna. Zimno patrzy. Chyba, że jest gorąca. Ale wtedy wszystkich bije i głośno krzyczy. Bo ona szuka kamienia. Takiego dużego. W lesie. Ale tu go nie znajdzie bo jest tutaj. Powiedziała, że wkrótce stąd wyjdzie i będzie robić co chciała bo teraz będzie mieć zniewoloną panią. Znaczy nie słowami tak powiedziała ale ja to wiem. Wiem różne rzeczy. Tylko mi się mieszają i mylą. Męczą mnie. Wolałbym tego wszystkiego nie wiedzieć i nie słyszeć, nie śnić, w dzień i w nocy. To skomplikowane. Za trudne. Dużo rzeczy. Zwariować można. To ja wracam do sprzątania bo obiecałem, że posprzątam podłogę. - jak się raz ulało z tą paplaniną no George gadał i gadał bez zająknięcia i zastanowienia. Co mu ślina na język przyniosła. Skakał po tych tematach i osobach bez ładu i składu, że trudno było się w tym wszystkim połapać co usłyszał, co widział, co mu się zdawało, co jest jego przemyśleniami albo mu się przyśniło czy zwyczajnie fantazjował.
- Też chciałbyś opuścić to miejsce, George? - postanowił trochę potrącać jego dziecięcą paplaninę. Jego wgląd w duszę innych była ciekawym aspektem szaleństwa.
- Mnie tu dobrze. Ale i tak opuszczę to miejsce. Gdy będzie do tego odpowiedni czas i światło mnie wezwie do siebie. - odparł z łagodnym uśmiechem i wziął ponownie trzonek miotły w swoje ręce i zaczął zmywać podłogę.Otto kiwnął głową, postanowił pozostawić na tym sprawę.
- Oczywiście, nie będę ci przeszkadzał. Miłej pracy. - mnich opuścił pacjenta i ruszył na dalszy obchód.
*** Apteka Sigismundusa***
Po pracy w hospicjum Otto odwiedził Nurglitów.
Cieszyło go, że Wyrocznia przetłumaczyła na reszcie zwój, jednak kiedy zobaczył roszczeniowość aptekarza spojrzał na niego srogo.- Pohamuj się, bracie. Dar Oster jest częścią planu Sióstr i naszych Patronów. Nie twoim prywatnym projektem, jak Loszka. Jeżeli Merga uważa, że musi pokazać całemu zborowi zawartość zwoju, to musi być coś istotnego. - mnich wypuścił powoli powietrze, aby się uspokoić - Jeżeli chcesz, mam informacje, które mogą cię zainteresować. Jeden z moich pacjentów, chyba wskazał potencjalną dawczynie łona, dla tych przepięknych jaj.
Aptekarz skrzwyił się, kręcił na boki główą, mamrotał, że wie i tak dalej, wszystkie te argumenty jakimi zarzucił go młodszy kolega znał i zapewne gdzieś do jego światłej logiki trafiały one do przekonania ale jego żądza wiedzy i wiary gnała go naprzód i bardzo żywiołowo reagował na wszelkie przeszkody i opóźnienia. Nawet jeśli pochodziły od wyroczni ze złotymi oczami i fioletowymi rogami jakie tak wielkie wrażenie robiły na Lilly a i sama Merga cieszyła się uznanym autorytetem w zborze jaką do tej pory miał tylko Starszy. Więc Sigismundus chociaż przyjął jej wolę do wiadomości i ją mimo wszystko zaakceptował to jednak z widoczną niechęcią i trudem. Dopiero ostatnia wiadomość młodzieńca wyrwała go z tej otchłani zniecierpliwienia, goryczy i przygnębienia. Zbystrzał jak hart który niespodziewanie tuż obok wyczuł świeżą krew łownego zwierza.
- O! Taakk? Masz ją? O! A kto to? Znasz ją? Bo ten twój zdechlak to mamrotał coś, że ma być bladolica i królewskiej krwi czy coś takiego. No mówiłem ci przecież, bladolice no to jeszcze jakąś bym znalazł ale z tą krwią to no chyba coś pomieszał.- zawołał podekscytowany grubas aż mu się oczka zaświeciły ale i tak zdążył wyrzucić z siebie szybko swoje wcześniejsze wątpliwości co do majaków Vigo. Strupas też przyszedł zwabiony głosami, pozdrowił Otto skinieniem swojej brzydkiej głowy ale stanął obok i ciekawie przysłuchiwał się rozmowie.
- Jeżeli dobrze go interpretuje. Fabienne von Mannlieb. Wczoraj Pirora, Fabienne i Lady Soria odwiedziły hospicjum. Pacjent dotknięty przez Vestę, jest najwyraźniej w stanie spojrzeć w duszę i los tego kogo widzi. Określił, że "Ta czarna", Fabienne ma czarne włosy "wyda na świat niezwykły owoc". Brzmi obiecująco.
- Aha… Ciekawe, ciekawe… A kto to do cholery jest Fabienne von Mannlieb? - aptekarz słuchał chciwie słów młodego mnicha i kiwał swoją byczą głową. Wydawało się, że połyka te słowa w całości. Ale na sam koniec zapytał o nazwisko które widocznie nie było mu znane.
- To ta od tego grubasa Pirory. Tego kupca sukiennego co im dostarcza stroje do teatru. Byli u nas na zborze raz czy dwa. Pod koniec zimy jak uwolniliśmy Mergę. On taki grubas jak nasz Karlik, ta jego krawcowa miała takie dwukolorowe włosy a ta druga czarne. Ona jest Bretonką, tylko się odezwie to od razu słychać. - tym razem ożywił się garbus i szybko przypomniał koledze gdzie i kiedy mógł ją widzieć. Ten w miarę jak słuchał zaczynał wolniej kiwać głową na znak, że zaczyna kojarzyć o kogo chodzi.
- A tak… Teraz sobie przypominam… No tak, byli… Tylko mieli maski. No i niezbyt mi sie wydali ciekawi. Przekładają się tylko z ladacznicami Łasicy to niezbyt mnie interesowali… Ale no tak, tak, teraz pamiętam, była jedna czarna. A ona jest bladolica? I królewskiej krwi? - aptekarz w miarę jak sobie uzmysławiał o kogo chodzi to i wracała mu pewność siebie. Popatrzył pytająco na kolegów.
- No bladolica to nie wiem… One to się pudrują to trudno powiedzieć. Ale jest szlachcianką no to nie wystarczy? - tym razem garbus co też raczej i w wzajemnością nie przepadał za grupą kultystek Węża też stracił rezon nie będąc tego taki pewny. Więc obaj popatrzyli pytająco na Otto.
- Powiedziałbym, że pasuje z bladolicością. Co do królewskości… to Bretonka, nie wiem jak wygląda bliskość ich szlachty z rodem, królewskim, ale pewnie ktoś, kiedyś, gdzieś się wymieszał. Może wystarczyć. Trzeba będzie przedstawić sytuację na zborze. Fabianne nie jest częścią naszej rodziny, ona i ten Grubson to nie zrzeszeni Slaaneshyci. Jest jednak obecnie, zabawką Sorii, córki Soren i chempionki Slaanesh więc, jej będzie musieli sprzedać pomysł zaaplikowania jej własności robali Nurgla.
- Ale po co pytać? Na pewno się nie zgodzi. Tak jak Łasica. One wszystkie są oporne. Ale sam słyszałeś, wola bogów. Nie ma co z tym dyskutować. Z tą Fabienne trzeba się rozmówić i to tak aby się zgodziła. A reszcie nic do tego. Zresztą! I tak szukamy łon do zarobaczenia to nawet jakby się nie okazała wyjątkowa to też będziemy do przodu. - aptekarz uśmiechnął się jowialnie do młodego mnicha ale widocznie po swoich kłótniach z Łasicą na ostatnim zborze na ten temat jego wiara w namówienie koleżanek do współpracy mocno podupadła. Ale owa Fabienne należała do grupy Grubsona a nie ich więc niejako była trochę z sąsiedniej bajki. Nawet jeśli prywatnie sporo i regularnie przystawała z ich kultystkami. Miłośnik eksperymentów więc wolał porozmawiać z samą zainteresowaną skoro chodziło o jej łono i nie mieszać w to jej koleżanek czy reszty zboru.
Otto pokręcił głową w dezaprobacie.
- Nie gramy tu w Wielką Grę, Sigismundusie Naszą misją, jest doprowadznie do powrotu sióstr. Cały zbór, Wojownicy Boga Krwi, Mędrcy Pana Zmian, Dewianci Węża i Nosiciele Chorób Ojczulka, musi działać razem, a nie przeciwko sobie. - mnich westchnął - Jeżeli jednak, to cię nie przekonuje. Soria jest córką jednej z czterech sióstr, wywyższonym championem. Sądzisz, że przeżyjesz jej gniew?
Wiara Sigismundusa musiała być wielka albo niezbyt sobie cenił Sorię jaka co prawda była piękną i elegancką damą ale wydawała się pozornie kolejną kultystką Węża pokroju Pirory. Ot, kolejna szlachcianka o hedonistycznym charakterze, zblazowana i znudzona jaką bawią tylko kolejne intrygi, bale, stroje i romanse. Ale można było to zrozumieć bo na zborach i spotkaniach w jakich uczestniczyła Herold Soren nie zdradzała jakichś nadzwyczajnych umiejętności jak choćby wówczas przy Wrakowisku gdzie bez trudy przybrała swoją dziewczęcą formę przechodząc z wężowej syreny. Więc zapewne nie wydawała się Sigismudusowi jakoś bardzo groźną przeciwniczką.
- Ja słyszałem, że ona umie się zmieniać w coś większego. Podsłuchałem ja te ladacznice mówiły jak wróciły z tym ich ołtarzem. No i podobno nie jest człowiekiem. Nie tak jak my. - Strupas za to jako urodzony żebrak i bezdomny wychowany na ulicy też nie był świadkiem tego wszystkiego ale miał sporą dozę instynktu samozachowawczego i jakimś pradawnym istotom wolał się nie narażać. Nawet jeśli pozornie wyglądały na kolejne, nudne hedonistki zajęte tylko przyjemnościami alkowy. Po namyśle aptekarz pokiwał wolno głową.
- No dobra. Niech ci będzie. Uważam, że to strata czasu bo wystarczyłoby ją zapłodnić i poczekać co z tego wyjdzie. Ale dobra, niech ci będzie. Ich jest więcej to zobaczysz, że zaczną się drzeć, narobią larum, strzelą fochem, poruszą cyckami i kuprami i będzie tak jak one chcą. Wszyscy się na to nabierają i im ustępują. Dlatego się tak panoszą i rozrastają jak czyrak. - aptekarz ostatecznie zgodził się poczekać z wszelkimi manewrami względem bladolicej Bretonki do spotkania ze zborem. Albo chociaż Sorią i Starszym. Wyglądało jednak na to, że niezbyt wierzy w ich zgodę na użycie Fabienne do takiego szlachetnego eksperymentu jaki chętnie by przeprowadził.
- Jak same nie chcą to by mogły chociaż jakieś zastępstwo znaleźć. Przecież my nie robimy tego dla siebie. Tylko dla całego miasta i zboru. Sam mistrz mówił, że to mamy wypuścić na balu czy czymś takim, żeby rozlać błogosławieństwa po tych tłustych, bogatych, nażartych ryjach jakie się pasą na naszym głodzie i krzywdzie. - garbus był mniej stanowczy ale widocznie też miał żal do koleżanek, że nijak nie wspierają ich w tym wysiłku roznoszenia błogosławieństwa Oster.
- No koledzy, a jak wy się przykładacie do szerzenia prawd Soren? Nie widziałem, abyście chodzili i rozlewali krew ku uciesze Khorna. Nie spodziewajcie się od innych, czego sami nie robicie. - mnich ponownie westchnął - Biedny Vigo, odszedł nie mogąc zobaczyć własnymi oczami piękna, które przepowiedział. Moglibyśmy przygotować go do pochówku… zastanawiam się, czy jeżeli jego ciało ciągle jest legowiskiem dla chorób Ojczulka, to czy pochowanie go w mało… szczelny sposób, mogłoby zakazić ziemię, ale wody gruntowe.
- Nas nie interesują takie wyuzdane zabawy jak one to robią non stop. - Strupas pozwolił sobie na okazanie intelektualnej wyższości nad grupą hedonistycznych kultystek.
- I tym razem chodzi o część planu z balem i tak dalej jaki nam zadał mistrz. A nie o coś co robimy dla tylko swojej przyjemności. - westchnął aptekarz nadal czując się pokrzywdzonym w tej sprawie, zwłaszcza przez ładniejsze i gładsze koleżanki.
- A ciało no mamy wciąż w piwnicy. Myślałem, że będziesz chciał je zabrać do hospicjum aby im pokazać czy coś takiego. - gospodarz machnął ręką jakby stracił nadzieję, że chociaż Otto przekona do swoich racji i zaczął omawiać sprawę pochówku pacjenta jakiego parę dni temu im przywiózł.
- Wody gruntowe to głęboko by kopać. To chyba jeszcze pod kanałami. Można by odkroić coś i wrzucić do którejś studni. Może ktoś coś złapie za błogosławieństwo zanim się zorientują, że woda zatruta. - zaproponował żebrak coś podobnego ale wymagającego o wiele mniejszego wysiłku.
- No ale to zależy od tego czy chcesz zabrać ciało czy nie. Jak trzeba jakiś kwit złożyć to lepiej zabierz aby się ciebie nie czepiali. - dodał życzliwie aptekarz aby kolega z powodu dobrych chęci nie miał jakichś kłopotów.
- Jak wygląda? Jeżeli jego stan mógłby stwierdzić na działania Ojczulka… będziecie musieli go oczyścić. - Otto westchnął - Przyjadę jutro z wozem, aby go przetransportować. - mnich wyglądał na zmęczonego - Pomyślcie o tym w ten sposób, znoszenie tych niedogodności, też jest metodą czczenia Ojczulka. Tak samo jak Nurgle jest panem Plag, Śmierci i Odrodzin. Jest też bogiem przeciwstawiania się trudnościom życia.
- No tak, tak, oczywiście masz rację Otto. Ot po prostu czasem chciałbym aby nasza rodzina patrzyła i traktowała nas nieco łaskawszym okiem. Sam widzisz, te ladacznice co chwila się przechwalają z kim nie skończyły w łóżku a jak trzeba jedną czy dwie skołować na eksperymenty to nagle woda w usta i nie ma tematu. No nic to. Może się uda jakieś skołować na mieście. Albo się odwiedzi naszych podziemnych przyjaciół? Też wzięli jedną tam do siebie nie? Może by się wymienili na coś? Zobaczymy. To nas nie powstrzyma, najwyżej trochę opóźni. Mam nadzieję, że Merga pójdzie po rozum do swojej ślicznie rogatej głowy i nie będzie tych przepisów trzymać w nieskończoność u siebie. - aptekarz machnął ręką zrezygnowany i nieco przygnębiony. Ale wziął się w garść i spróbował spojrzeć na to z jaśniejszej strony, jakby nawet przy braku wsparcia ze strony ladacznic też miał jakieś pomysły jak to obejść.
- A ten Vigo wygląda teraz lepiej niż kiedykolwiek! - zaśmiał się Strupas ze złośliwej uciechy jakby też chciał zmienić temat na jakiś przyjemniejszy. - Bardzo dojrzały! I tchnie słodką wonią rozkładu! Ale jeszcze jak to świeży zdechlak. Na dole chłodno to jeszcze nie zaczął się rozkładać na całego. Możesz go zabrać bez żadnych kłopotów, raczej jak widzieli w jakim jest stanie ci twoi ojczulkowie to nie powinni być zdziwieni. - powiedział radośnie na znak, że jemu samemu taki stan truposza odpowiada no ale rozumiał, że społeczeństwo ma odmienne od niego standardy piękna. I jego zdaniem spokojnie jutro kolega mógł go zabrać i bez wstydu pokazać braciom z hospicjum.
- Dziękuję chłopaki. Pracujcie dalej, a owoce waszych trudów będą dorodniejsze niż sobie wyobrażacie. - Pozostawił dwóch Nurglitów ich pracom i zaczął iść do karczmy na spotkanie z Joachimem. Przy okazji planował następny dzień. Rano będzie musiał zawieść Vigo do hospicjum i załatwić sprawę aktu zgonu. Potem dalsza obserwacja pacjentów, szczególnie Georga. Dar Tzeentcha może okazać się niebywałym źródłem wiedzy. Odwiedzi chyba jeszcze raz Pirorę i Lady Sorię, o ile nie chce działać za plecami Sigismundusa i Strupasa, ale podejrzewał, że może być bardziej dyplomatyczny niż dwójka sług Nurgla. Spojrzał w niebo, przypominając sobie powód przybycia do tego miasta. Tom Prawd, który otworzył oczy jemu i jego braciom, spłonął razem z jego dawnym klasztorem. Jednak jego treści są ciągle gdzieś w mnichu. W jego krwi, kościach, duszy… chociaż nawet pod czułym dotykiem najlepszego kata, nie byłby w stanie ich przywołać. Musiał znaleźć sposób, aby przypomnieć sobie te prawdy i przelać je na papier.
Karczma "Czarny Kogut"
Otto wkroczył wieczorem do karczmy, rozglądając się za Joachimem. Umówili się na spotkanie, więc najwyższa pora do niego doprowadzić. Usiadł naprzeciwko magistra z dwoma kuflami piwa.
- Bracie, miło cię znowu widzieć.
- Dziękuję, mi również, bracie - Joachim postawił przed sobą jeden z kuflów ale na razie nie pił.
- Ostatnio dużo się u nas dzieje, prawda? Byliśmy obaj na…- zawahał się na chwilę, odrobinę speszony - imprezie u Pirory, ale nie mieliśmy okazji porozmawiać. Ja pomogłem odnaleźć Sorię i ołtarz, a tym czym się ostatnio zajmujesz?- Wiem, że nie partycypowałem za bardzo podczas waszych igraszek na plaży, ale też byłem przy znalezieniu Sorii, bracie. A tak… - Otto wziął głębszy oddech - Pomogłem Sigismundusowi odnaleźć ołtarz Oster razem z jego strażnikiem, darami i zwojami zawierającymi tajną wiedzę, zainicjowałem plan, aby wmieszać Sorie w populację miasta, rozpoznałem piątkę potencjalnych nowych kultystów w hospicjum i razem z Pirorą, Sorią i Fabienne wydostaniemy wkrótce trójkę z nich. - Otto nie przechwalał się tą listą, bardziej starał się wymienić wszystko, żeby nie zanudzać niepotrzebnie rozmowy - A co do imprezy u Pirory… nie sądziłem, że masz tego typu ciągoty.
Joachim rozszerzył oczy, zaskoczony. Wyglądało na to, że Otto ma osiągnięcia nie gorsze od niego, jeśli nie lepsze.
- No to gratulacje, mamy już w takim razie dwa ołtarze z 4, ja teraz zajmuje się odnalezieniem tego mi najbliższego. I mówisz że odnalazłeś aż 3 potencjalnych rekrutów w tym hospicjum? A wiesz, czy mają skłonności do konkretnych z naszych patronów?
Zaś co do moich ciągot….- zawahał się na chwilę, nieco zawstydzony.
- Przyjemności cielesne nie są dla mnie najważniejsze, ale to nie oznacza, że nie mają swoich zastosowań, byłem ciekaw tych praktyk.
- Dobrze jest poszerzać horyzonty. - zapewnił mnich - Co do skłonności. Jedna jest powiązana z Soren. Więc, Pirora i Soria ją przygarną. Druga ewidentnie słyszy Norrę, więc zobaczymy co z nią wyjdzie. Trzeci… może być po prostu zwykłym rozbójnikiem z kłopotami kontroli. Był jeszcze jeden, ale niestety nie żyje, umarł u Sigismundusa. Ten słyszał Oster. Mam jeszcze jednego, od Vesty, ale on ciągle jest w hospicjum. Obserwuje go bo ostatnio miał spokojny dzień.
- Hm, Vesty powiadasz? Chętnie bym się dowiedział o nim coś więcej w takim razie, może nawet spotkał. I jak trudno jest ich wydostać? - Joachim ewidentnie zainteresował się pozyskaniem ewentualnego współwyznawcy.
- Nie, jeżeli sakwę masz większą niż rozsądek. - rzucił Otto - Natomiast wciągać tam magistra… może, by się udało. Musiałbym ustalić to z przeorem.
- Spróbuj namówić przeora bym mnie tam wpuścił, docenię to - odparł dobitnie czarodziej, nie chcąc odpuścić tego tematu.
- Sądzisz, że twoja magia, byłaby w stanie zgłębić umysł dotkniętych szaleństwem? Potrzebuje powodu ponad, "Spotkałem maga, chce poszturchać Georga laską. Płaci". - zaczął Otto - To jest miejsce leczenie, więc muszę go przekonać, że twoja obecność pomoże.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 20 - 2519.07.07; bkt; rano - popołudnie
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.07; Backertag; ranek
Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pada deszcz, powiew, ziąbJoachim
Dzień zaczął się dla Joachima bardzo wcześnie. Spał niespokojnie. Coś mu się śniło. Jak go obudziło pukanie do drzwi to przerwało. Ale może lepiej? To chyba nie był zbyt przyjemny sen. Jakieś mroczne, złowrogie kształty kłębiące się w ciemności. Takie widoczne ledwo kątem oka. A gdy się tam spojrzało nic nie było widać. Jednak gdy wznawiał marsz to znów je wyczuwał. Gdy się znów odwracał to nadal nic nie dostrzegał. Za każdym razem jednak gdy wznawiał marsz to coś było coraz bliżej. Miał wrażenie, że już jest na ostatni skok za nim, tuż przed wybiciem się do skoku aby rzucić mu się na plecy i mu je rozpruć gdy wybudziło go te pukanie. Jak rzucił okiem na okiennice to jeszcze była szarówka przedświtu. Jako, że miał wolny zawód a nie dajmy na to taka regularną pracę jak Otto to mógł sobie pozwolić na większą swobodę w rozpoczynaniu nowego dnia. Dlatego tak wcześnie to raczej nie wstawał. Pukanie ponowiło się. W końcu jak zezwolił to wszedł Gunther.
- Aaron przyszedł. Troche od niego zalatuje. Chyba ma kaca. - oznajmił mu ochroniarz w ramach powitania. Po tym jak się gospodarz przygotował na to spotkanie to rzeczywiście okazało się, że to były szary magister. Chyba rozczochrany bardziej niż zwykle.
- O jesteś. Dobrze. Szukałem cię. - powiedział nieco roztargnionym tonem ale szybko chwycił za kubek podany przez Svena i wypił go duszkiem. W spojrzeniu służacego było sporo sceptycyzmu co do widoku postaci jaka wyglądała niewiele lepiej jak jakiś żebrak. Mniej śmierdziała ale jednak zalatywało od niej winem i w całości nie wyglądała zbyt świeżo. Aaron jednak dał znać, że chce pogadać i poczekał aż Joachim załatwi im warunki do dyskretnej rozmowy. Wtedy dopiero jak zostali sami zaczął mówić.
- Ale miałem sen. Aż z łóżka spadłem. Naprawdę. A tam cholera była butelka i zobacz, rozciąłem sobie rękę. - powiedział pokazując świeże rozciecie na dłoni. Nie było zbyt poważne ale pewnie też nie był to najprzyjemniejszy sposób na rozpoczęcie nowego dnia.
- Froya mi się śniła. Wiesz ta ładniusia laleczka co to pół miasta się do niej ślini. Jej krew jest ważna. Potrzebna. Jakiś rytuał trzeba z jej krwią zrobić. Zdobyć jej krew i zrobić rytuał. Trzeba sprawdzić jej krew. Coś wtedy wyjdzie. Coś ważnego. Widziałem kielich z kroplami jej krwi, i świece, magiczne glify i wzory. No magiczny rytuał pełną gębą. Ale nie pamiętam co tam było. Tylko, że trzeba mieć jej krew i zrobić jakiś rytuał. To pomyślałem, że ci powiem zanim znów się nawalę i zapomnę. Wiesz jak to ze snami, najlepiej się pamięta na świeżo. Potem ulatują i pamięta się jeszcze mniej. Ja też czuję jak mi już uleciała część. Miałem iść do Mergi bo ona jest dobra w takie klocki. No ale do ciebie miałem bliżej. Może odsapnę, złapię oddech i do niej pójdę. Zanim resztę zapomnę. Ona jeszcze jest w mieście? Bo miała wypłynąć. No dobra jest w takie rzeczy. Może jej też coś się śniło? A tobie? Śniło ci się coś? A w ogóle masz jakieś wino? Zobacz co ten twój mi nalał. Już puste. I butelkę zabrał. Cham jeden. Co on myśli, że jakiś żebrak albo pijus jestem? Skołujesz coś do picia? Suszy mnie. - Aaron mówił szybko i bez większego ładu czy składu. Wydawało się jednak, że sen go na tyle poruszył, że mimo kaca którego zdawał się mieć, zmusił się do wyjścia o tak wczesnej porze i podzielenia się z kimś swoim snem. A do kryjówki Mergi pod zwaloną wieżą to rzeczywiście był jeszcze spory kawałek bo Joachim mieszkał w Zachodniej Dzielnicy i to prawie przy samych murach a jej kryjówka była w Południowej, dobre pacierz albo i dwa marszu. A ze snami szary magister miał rację z tym, że najlepiej je było pamiętać od razu po przebudzeniu. Potem zaczynała się proza codziennego życia jaka skutecznie rozpraszała te senne wrażenia zostawiając tylko niektóre, najbardziej trwałe momenty albo tylko ogólne wrażenie o co chodziło.
Po wizycie kolegi ze zboru to już była taka pora, że niekoniecznie było sens kłaść się znowu spać. Zrobił się ranek. Dość pochmurny. I z tych chmur zaczął padać deszcz. Więc nie było zbyt przyjemnie. Krople zbierały się w końcu na samym dnie miasta. Czyli na kamiennych łbach bruku i w rynsztokach. A tam gdzie nie było tych oznak cywilizacji to na śliskich od wilgoci i błota deskach położonych jako kładku lub po prostu w gnoju i błocie ulicy. Zanim zdążył się wybrać do Akademii pod front budynku przyjechała dorożka. A z niego wyszedł ktoś odziany w kaptur i zaraz potem dał się słyszeć dzwonek u drzwi. Po chwili wszedł jakiś jak się okazało służący w liberii.
- Dzień dobry. Nazywam się Paul i jestem sługą czcigodnego barona von Wirsberg. Jaśnie pan zaniemógł z powodu nocnej niemocy. A hrabina van Hansen polecała pana magistra jako astrologa więc pan baron po pana posłał. - służący przedstawił się z namaszczeniem a także swojego wielkiego pana jakiego reprezentował. Bo skoro ktoś był baronem to stał o oczko czy dwa wyżej od zwykłej szlachty. Brzmiało jakby chodziło o jakieś senne sprawy skoro posłano po astrologa a nie cyrulika. No i widocznie pan baron znał się z hrabiną van Hansen a więc pewnie i z resztą jej rodziny. Ale to właśnie lady van Hansen była zafascynowana astrologią i metafizyką. Więc kurtuazja podpowiadała, że nie wypada odmówić pomocy takiemu wezwaniu. Zapewne pan baron wspomni hrabinie jak się sprawił polecany przez nią astrolog.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ulica Akademii; Akademia Morska
Czas: 2519.07.07; Backertag; południe
Warunki: gabinet rektora, jasno, ciepło, cicho ; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, umiarkowanieJoachim
Jak w końcu Joachim dotarł do północnych dzielnic gdzie znajdowała się Akademia to był już środek dnia. Poranny deszcz pozostawił po sobie błocko i kałuże ale na niebie świeciło pogodne słoneczko i skrzeczały mewy. Gdy znalazł się blisko nabrzeża dało się wyczuć morski, wilgotny zapach jaki zagłuszał ten z gnoju i błota jakim wypełnione były ulice. Chociaż to akurat i w samym Altdorfie aż tak się nie różniło. Gdy magister przeszedł przez frontową bramę znów znalazł się na recepcji i spotkał tam znajomego już skrybę. Phillippe przywitał go ciepłym uśmiechem więc widocznie nie zapamiętał wczorajszego wspólnego posiłku “Pod jabłonią” jako czegoś nieprzyjemnego.
- Pochwalony Joachimie. Jednak pofatygowałeś się osobiście? - zagaił go przyjaznym tonem. Poczekał aż podejdzie do jego biurka aby swobodnie rozmawiać.
- Mam dla ciebie dobre wieści. Poszedłem dzisiaj rano do naszego rektora i powiedziałem mu co wczoraj mówiłeś o tych magazynach i tak dalej. Profesor von Vogel potraktował to poważnie i poprosił posłać po ciebie. - poinformował go skryba i widocznie jak rektor posłał wiadomość do niego to być może się rozminęli. Ale skoro już tu był to na jedno właściwie wyszło. Phillippe powiedział mu jak to ma dojść do odpowiedniego budynku, piętra i gabinetu. Ale tam okazało się, że Joachim musi poczekać bo w tej chwili profesor prowadził zajęcia. Asystentka rektora zadbała jednak o jego wygodę proponując ciasteczka i coś do picia gościowi. Sama też wyglądała całkiem interesująco chociaż zachowywała się z umiarem stosownym do jej stanowiska i miejsca w jakim się znajdowali. Zaproponowała, że może się przejść na spacer jeśli ma ochotę bo rektor i tak musi dokończyć zajęcia dla studentów. Rzeczywiście sam profesor pokazał się ze dwa pacierze później. Szedł energicznie, mimo, że na oko to był pewnie ze dwa razy starszy od Joachima. Odziany w ciemną togę, niby prostą i bez ozdbó ale z bliska widać było, dyskretną elegancję wykonania. Jedyną ozdobą była złota brosza z bursztynem z logiem Akademii. Mężczyzna nieco łysiał ale energii mu widocznie nie brakowało. Asystentka przedstawiła gościa gospodarzowi a ten uśmiechnął się i podał mu rękę zapraszając do swojego gabinetu.

https://i.imgur.com/cSNTv27.jpg
- Kolega wybaczy, że musiał czekać. Służba edukacji wymaga poświęceń. Prosiłem aby posłali po kolegę i świetnie, że udało ci się tak szybko dotrzeć. - powiedział odkładajac jakieś księgi na regał obok jego biurka i kładąc torbę jaką niósł na ramieniu gdzies obok wygodnego krzesła. Zresztą samo biurko też wyglądało na takie jakiego w banku, dworku szlacheckim, czy na altdorfskiej uczelni też by się nie było czego wstydzić. I jak było widać dominowała tematyka morska co biorac pod uwagę profil miasta i uczelni nie powinno dziwić.
- Coś do picia? Mam nadzieję, że Angelica zadbała o twoje wygody? - zaproponował gospodarz wskazując na barek wypełniony sporą ilością butelek. - Polecam kislevski miód o jabłkowym posmaku. Palce lizać, ostatnio go dostałem i bardzo mi posmakował. Ale oczywiście co tam kolega sobie życzy. - zagaił jak wypadało dobremu gospodarzowi. Poczekał aż się na coś zdecyduje nim nie wręczył mu ozdobnego w malowane statki kubka a sam z podobnym zajął miejsce naprzeciwko.
- Dzieło naszych studentów. Częścią kursów, zwłaszcza dla cieśli i kowali jest wytwarzanie potrzebnych na statku narzędzi, mechanizmów i bibelotów. Między innymi takich kubków. A niektórzy naprawdę mają do tego smykałkę. Jak kolega widzi kubki w środku są okrągłe ale na zewnątrz kanciaste. Na morzu jak się przewrócą to się nie turlają po całym pokładzie jak takie okrągłe. - wyjaśnił pokrótce dlaczego te kanciaste, ośmiokątne kubki są drewniane i mają tak nietypowy kształt. Upił ze swojego kubka po czym spojrzał na swojego gościa z ciekawością. Właściwie to wcześniej Joachim już go widział tam czy tu na jakimś balu u van Hansenów, u van Zee czy nawet na jakiejś wystawie u Pirory i nawet chyba ktoś ich sobie już raz czy dwa przedstawiał. Ale po prawdzie na spokojnie to rozmawiali pierwszy raz.
- To co tam kolega ma za wieści? Bo to co mi rano powiedział Philipp no brzmiało powiedzmy, że zastanawiająco. Dlatego chciałem się rozmówić z kolegą osobiście. O co właściwie chodzi z tymi magazynami? - zagaił gdy przystąpił do właściwej rozmowy. Wydawał się być ostrożnie zaciekawiony ale chciał pozwolić gościowi aby przedstawił sprawę po swojemu.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.07; Backertag; popołudnie
Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, nieprzyjemnieJoachim
Po powrocie z Akademii do siebie młody astrolog znów miał gościa. I tak jak wczoraj znów była to Lilly. Służący ją wpuścił a wesoła dziewczyna o liliowych włosach i ciut infantylnym ale za to wesołym charakterze mutantka weszła do pomieszczenia.
- Mam wieści. Od Mergi i od Starszego. - zaczęła gdy poczekała aż zostaną sami. Po czym szybko streściła co miała do powiedzenia. Dziewczynom nieźle poszło rozpoznanie świątyni Mananna i uznały, że sprawa jest do załatwienia. Więc potrzebowały pomocy reszty zboru w zorganiozwaniu akcji. Dziś wieczorem w kryjówce pod wieżą miało być spotkanie. Trzeba było obgadać szczegóły jak się zabrać do tego świątynnego skarbu.
- A poza tym Starszy dzisiaj do nas przyszedł. I oboje uznali, że z tymi zwojami Oster to jednak trzeba rozmówić się na spokojnie. Bo jak już świątynia będzie zrobiona to znów się całe miasto zagotuje to może nie być czasu na jakieś wykłady. To lepiej teraz. I zobaczymy kto przyjdzie bo to trochę niespodziewanie ale i tak sporo osób powinno przyjść bo dziewczyny chcą omówić jak zrobić ten domek. Znaczy świątynie. Ale jakby nie to jutro też można. Merdze i Starszemu zależy aby to usłyszał cały zbór to jakby się sprawa przeciągnęła do Angestag to może Merga te zwoje omówi wtedy. Ale to częściowo zależy własnie jak sprawa pójdzie z tą świątynią. Jak będzie sporo osób to może i dzisiaj to czcigodna omówi. - Lilly przekazała mu wieści od najwazniejszej dwójki w ich zborze. Wyglądało na to, że będzie wieczorem o czym rozmawiać skoro chodziło i o rabunek skabrca świątynnego i o omówienie dziedzictwa Oster. Ale też zależało to od tego kto i ilu przybędzie dzisiaj bo trochę to mało czasu było na przygotowania i zapewne nie wszyscy by mogli przybyć tak nagle. Prawie na koniec dodała trochę chyba rozbawiona, że jeszcze zanim mistrz przyszedł do ich podziemi to przyczłapał się Aaron. Ale był tak nawalony, że jego mamrotania nie dało się zbyt wiele zrozumieć. Tylko, że coś o Froyi, i krwi, i że już to wyjaśniał Joachimowi i ten wszystko wie. A potem się ululał. Więc no Merga wywnioskowała, że pewnie rozmawiał wcześniej z drugim z ich magistrów to też prosiła aby ten przybył i to jakoś rozjaśnił. Bo potem co prawda szary czarodziej wstał ale pamiętał jeszcze mniej niż rano.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
Czas: 2519.07.07; Backertag; ranek
Warunki: hospicjum, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pada deszcz, powiew, ziąbOtto
Ranek zaczął się dla jednookiego nieco mniej wcześniej niż ostatnio. Bo tym razem nie miał żadnych spraw do załatwienia przed swoją poranną zmianą w hospicjum. Za to mimo deszczu miał całkiem miłą niespodziankę z rana.
- Pochwalony ojcze. Proszę umiłuj się nad skruszoną ladacznicą i wyznacz jej surową pokutę aby mogła konteplować swoje grzechy. - rzekła mu słodko uwodzicielskim tonem stojąca w drzwiach Burgund. Znów była ubrana w ten biały czepek i szaroburą suknię po same kostki, że wyglądała jak młoda, pokorna dewotka. Nawet jej słowa pasowały do jej ubioru. Tylko ton był jawnie kpiący i kokieteryjny co w połączeniu z bezczelnym uśmieszkiem łotrzycy jawnie wypaczało sens tych pokornych słów. Ale jak się okazało kamratka Łasicy nie przyszła dla przyjemności tak wczesną porą. Okazało się, że tak jak wczoraj była na robocie.
- Łasica już poszła na jutrznię. Ja też zaraz idę ale się spóźnię. Do zrobienia ten domek. Sprzątałyśmy wczoraj także piwnicę i widziałyśmy tych dwóch cieci od morrytów. Stoją tam jak kołki i tylko się gapią. Trochę ich zagadywałyśmy, pokręciłyśmy kuperkami, no Łasica to tak im się ślicznie wypinała jak na czworakach zmywała podłogę, że nic tylko zadrzeć jej spódnicę i brać aż wióry by leciały. I to przez cały korytarz! Coraz bliżej do nich bo od schodów zaczęła. A ci nic. No szkoda. Byłoby może nieco zabawy. Ale nic to. Widziałyśmy te drzwi, z paru kroków ale jednak. Solidne, mocne zamki ale chyba byśmy dały radę. Zwłąszcza jakbyśmy miały klucze. Ale te kołki nie mają. Pewnie przeor ma albo dowódca straży. A coś mi chyba świta, że on Bretończyk i sobie ostatnio po mszy poćeirkali co nieco z naszą Fabi w swoim języku. Będziemy musiały z nią pogadać czy coś by się dało ugrać z nią z tymi kluczami. Nam by chwila wystarczyła, żeby je zdjąć i zrobić odbitkę. Niech się na coś przyda ta landara jak ma przyjemność bycia naszą niewolnicą prawda? Przecież nam się też coś należy za to, że ją ciągle biczujemy, kneblujemy, poniewieramy i pozwalamy całować się po stopach prawda? - Burgund całkiem szybko streściła mnichowi jak to wczoraj im obu poszło to buszowanie po świątyni. I jej ekscytacja świadczyła, że uważają za sprawę do zrobienia. Chociaż było jeszcze parę przeszkód do pokonania. I nieco ironicznie podchodziła do uległych preferencji bretońśkiek szlachcianki chociaż w gruncie rzeczy brzmiało jakby też czerpały sporo satysfakcji z takich z nią zabaw.
- No i tutaj też prośba do ciebie. Dałbyś radę z tego swojego hospicjum wynieść coś nasennego? Bo jak tych kołków poczęstowałyśmy wczoraj posiłkiem i winem to wzięli i jedli. Jakby im dodać czegoś na zdrowy sen to by nam ułatwiło całą robotę. Tylko takie coś co nie zmienia smaku, zapachu, nie zostawia żadnego nalotu i tak dalej. Nie musi być na dzisiaj no ale jak najprędzej. Pewnie można by pójść do Sigismundusa bo na pewno ma coś takiego ale nie ufamy mu, że czegoś nie dosypia aby chwalić swojego Ojczulka a poza tym jest obleśny. Znaczy jak chcesz to możesz iść do niego no ale nam się nie bardzo chciało. - wyjaśniła wreszcie jakiej pomocy oczekuje od Otto. Ten zaś wiedział, że apteka i umiejętności ich nurglowatego kolegi prawie na pewno mają coś czego by potrzebowały dziewczęta na tą akcję. Ale widocznie niechęć była u obu stron dość odwzajemniona. Zaś w hospicjum oczywiście mieli rózne ziółka i wywary, także do uspokajania pacjentów. Chociaz jakby zawęzić do tego aby nie pozostawiało śladów to znacznie mniej. Zapewne musiałby udać się do herbarium i sprawdzić co by mieli na stanie. I to zapewne tak aby nie natrafić na jakiegoś podejrzliwego brata. A akurat najczęściej urzędował tam brat Theofil który traktował ziołolecznictwo jako sztukę iście królewską i najważniejszą ze wszystkich w ich hospicjum a herbarium jak swój prywatny skarbczyk. Zapewne by trzeba jakoś to załatwić jak go akurat tam nie będzie albo podać mu sensowny powód dla jakiego by potrzebował takich nasennych ziół w większej ilości. W każdym razie Burgund spieszyła się aby dołączyć do Łasicy i dalej pod przykrywką skruszonych grzesznic prowadzić rozpoznanie pod planowaną akcję. Nie była pewna kiedy skończą, wczoraj ich Absalon zwolnił dopiero pod koniec dnia, ale potem zamierzały się udać do kryjówki Mergi bo już pewnie trzeba by zacząć jakieś planowanie.
W samym zaś hospicjum wieści o śmierci Vigo przyjęto ze spokojem. Jego śmierć nie była zaskoczeniem biorąc pod uwagę w jakim był kiepskim stanie. Więc braciszkowie chyba podobnie oceniali jego szanse jak Sigismundus po tym jak Otto mu go przywiózł. Przeor pokiwał głową ze zrozumieniem i kazał oporządzić wóz, osiołka i pojechać młodemu mnichowi po ciało. To mu zabrało większość poranka jazda w jedną i drugą stronę. No a w międzyczasie widział się ze swoimi kolegami nurglitami.
- Wiesz Otto. Mnie może wczoraj trochę poniosło. Ja to jakbym mógł to bym zaczął z tymi jajami Oster od razu. Strasznie mi się dłuży. To mogę się czasem zapomnieć. Ale ty jesteś swój chłop. Weź tam pogadaj z Mergą, Starszym, nawet z tymi ladacznicami. O tej Fabienne, muchach i reszcie. Ty jesteś spokojniejszy. Ja też jestem ale nie jak mi na czymś zależy. A na tym zależy mi, że już wysiedzieć nie mogę. Nie śpię po nocach i o tym myślę. A teraz jak mówisz, że znalazłeś taką obiecującą nosicielkę no to już w ogóle. A się tam z nimi dogadujesz to weź tam z nimi o tym pogadaj co? - poprosił go dzisiaj rano aptekarz gdy widocznie przemyślał wczorajszą rozmowę. I nawet się zrobił dosć ugodowy gdy mógł złapać do sprawy nieco dystansu. Chociaż sam zdawał sobie sprawę, że ta gorączka wiedzy i wiary jaka go napędza gdy weźmie nad nim górę to robi się porywczy i prędki w słowach. Jak tydzień temu gdy się podczas zboru starł z Łasicą i szybko zaczęły lecieć grube słowa i wzajemne oskarżenia. Ale póki co pomógł Otto w załadowaniu ciała Vigo aby ten mógł wrócić do hospicjum.
Po powrocie było ostatnie namaszczenie. Wezwano kapłanów Morra i zapanowała lekka konsternacja gdy przybyła kapłanka a nie kapłan. Do tego całkiem młoda. I pewnie większość braci ją rozpoznała jako Matkę Somnium. Tą jaka przyjechała z Salzenmundu na symboliczny pogrzeb księżnej. Kapłanka roztaczała wokół siebie chłód godny jej kapłańskiego stanu i patrona. Odprawiła ostatnią mszę za zmarłego. Miała silny ale przyjemny głos. Głos lidera i dyrygenta chóru. Dawało to spory kontrast do jej młodej twarzy. Zwłaszcza jeśli poza mszą prawie się nie odzywała więc trudno było usłyszeć jak mówi w zwykłej rozmowie. Po mszy przeor rozmawiał dłuższą chwilę z tak znamienitym i niecodziennym gościem. Bo zapewne wszyscy się spodziewali, że przybędzie któryś z lokalnych kapłanów i pojawienie się młodej kapłanki wszystkich mocno zaskoczyło. Chociaż podczas ostatniego Festag jej obecność i udział w uroczystościach pogrzebowych były nie do przegapienia. W pewnym momencie przoer wezwał do siebie Otto.
- To właśnie jest Otto. To on zawiózł Vigo w ostatni Festag do znajomego aptekarza. Niestety ten też nie był w stanie mu pomóc. - przedstawił kapłance młodego mnicha a ta obrzuciła go uważnym, inteligentnym spojrzeniem swoich orzechowych oczu.
- Miło mi cię poznać Otto. Troska o pacjenta godna pochwały. Wasz przeor mówił mi o zamieszaniu jakie tu mieliście w ostatni Festag. - morrytka pochwaliła skromnymi słowy działanie jednookiego mnicha. Okazało się, że gdy mówiła tak zwyczajnie miała całkiem przyjemny, dziewczęcy głos. Całkiem inny niż gdy śpiewała psalmy żałobne czy głosiła kazanie.
- Matka przyjechała nas ostrzec, że taka nieprzyjemna sytuacja jak w zeszły Festag może się niestety powtórzyć. Wkrótce. - przeor powtórzył coś co widocznie właśnie rozmawiał z kapłanką i widać było, że to nie są dla niego radosne wieści. Przecież dopiero co kończyli remont po ostatniej rozróbie! Niektórzy pacjenci jak Annika czy Thorne wciąż byli w izolatkach a Marika chodziła w karnej włosiennicy. A tu przyjeżdża ta kapłanka i mówi takie coś… Ale część morrytów była też uzdolnionymi wieszczami, w końcu ich patron był także odpowiedzialny za sny, także te prorocze.
- No niestety. Chciałabym mieć lepsze wieści ale… No są jakie są. Pomyślałam, że lepiej abyście byli uprzedzeni. - młoda morrytka przyznała z żalem ale chociaż nie były to radosne wieści to jednak chciała się z nimi podzielić z przeorem.
Później jednak ciało Vigo załadowano na wóz i ubrana na czarno kapłanka ruszyła pierwsza jako skromny kondukt żałobny dla byłego pacjenta hospicjum w jego ostatnią drogę do ogrodów Morra. Zaś życie w przybytku dla ciężko chorych i obłąkanych wróciło do względnej normy.
Thorn się uspokoił na tyle, że ograniczył się do patrzenia spode łba jak Otto do niego zajrzał. Ale to spojrzenie i tak było warte więcej niż setka słów. Na tyle charakterystyczne, że zapewne nie byłoby zbyt rozsądne dla jednookiego mnicha aby znalazł się w zasięgu pięści osiłka. Annika prawie nie istniała poza swoją celą. Posłała mu obojętne spojrzenie i na więcej się nie pofatygowała. Nadal nie sprawiała żadnych kłopotów ale karę izolacji miała tygodniową czyli dopiero w Festag miała opuścić tą celę. Podobnie zresztą jak Thorne. Marika wydawała się zaś ucieleśnieniem pracowitości i pokory. Bez słowa skargi chodziła w swojej ocierającej ciało włosiennicy i wykonywała wszelkie prace na terenie hospicjum. Głównie takie ciężkie i niewdzięczne jak zmywanie garów, mycie i szorowanie schodów i podłóg, pranie ciuchów i tego typu prace jakich minisi się nią chętnie wyręczali. Grzecznie przywitała się z młodym mnichem uśmiechając się do niego dość zalotnie. Ale póki nie reagował to nie wychodziła ze swojej roli pracowitej robotnicy. No i był jeszcze ten dziecięcy przygłup George jaki wydawał się być nieszkodliwym idiotą. Dzisiaj bawił się klockami jakie któryś z braci mu zrobił z odciętych kawałków taborecich nóg. Powstały mniej więcej równe kostki jakie George z mozołem i fascynacją układał jak klocki. Też przywitał się z mnichem ale poza tym nie wydawał się być nim bardziej zainteresowany niż swoimi, drewnianymi kostkami. Ciągle je przestawiał, układał, stawiał jedne na drugich jakby to całkowicie pochłaniało jego uwagę.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.07; Backertag; popołudnie
Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, nieprzyjemnieOtto
Poranna zmiana w hospicjum kończyła się pod koniec dnia. Nieco krócej niż były otwarte większość sklepów i warsztatów bo te pracowały póki starczyło światła dnia. Otto nie miał tak daleko od siebie na Bursztynową bo ta dochodziła do Marktplatz w centrum miasta. A zimą właśnie tam udało się młodej Averlandzce kupić kamienicę po naprawdę dobrej cenie bo miała opinię nawiedzonej i przeklętej.
Dzisiaj drzwi jak zwykle otworzyła mu ładna i zgrabna pokojówka panny van Dyke czyli Kristeen. Przywitała go jak należy, zaprowadziła do przedsionka i tradycyjnie poprosiła aby poczekał. Potem poszła na piętro do swojej pani zapewne powiedzieć kto przyszedł. Szybko wróciła i z pogodnym uśmiechem poprosiła aby udał się za nią. Tam, w salonie gdzie gospodyni zwykle przyjmowała gości zastał je obie. I jeszcze Lilly która ostatnio często robiła za kuriera Mergi skoro z nią mieszkała w podziemnej i nieco zatęchłej kryjówce pod zwaloną wieżą. Pokojówka wyszła a trójka kultystów została sama. Obie damy zajmowały się właśnie sobą. Dokładniej to gospodyni starannie malowała paznokcie stóp swojej milady. Na ciemny fiolet. Lilly przyglądała się temu z jawną fascynacją. Ale jak wszedł pomachała mu wesoło rączką na przywitanie.
- Witaj Otto. Jak ci zleciał dzień? Jak się sprawują nasi wybrańcy? - zagaiła Soria pogodnym i wesołym tonem zdradzającym, że jest w dobrym humorze. I zachowywała się nonszalancko i swobodnie jakby to ona była tu władczynią i wszystko oraz wszyscy tutaj należeli do niej.
- No. Opowiadaj. I co cię do nas sprowadza? - blondynka podniosła głowę i też obdarzyła go zaciekawionym spojrzeniem i ciepłym uśmiechem. Obie wydawały się być zaciekawione losem trójki wybranych do adopcji pacjentów.
- Lilly poczęstuj Otto. Na pewno mu zaschło w gardle od tego kurzu. - zaproponowała Soria znów zachowując się jak pani na włościach i swojej rezydencji. Ale jakoś żadna z pozostałych kultystek nawet się nad tym nie zająknęła. Kopytna odmieniec skinęła posłusznie głową i ruszyła do niewielkiego, eleganckiego stolika z butelkami aby zaproponować coś gościowi na zwilżenie gardła.
- Aha i Lilly ma wieści od Mergi i Starszego. Dziś wieczór zebranie. Łasica i Burgund są przy nadziei, że uda się zrobić ten domek Mananna. Właśnie poszły do Mergi a ona wysłała Lilly. Wieczorem jest zebranie tam pod wieżą. Trzeba obgadać co kto może z tym numerem. - Averlandka mówiła dość wolno aby znów mogła się skupić na precyzyjnym malowaniu paznokci swojej milady. Ta pomagała jej w tym nie ruszając się, zwłaszcza nogami.
- I Starszy jednak przekonał Mergę, że jeśli będzie okazja czyli jak większość z nas się stawi to jednak wyjaśni nam o co chodzi z tymi papirusami od Oster. Bo jak w mieście po tej robótce dziewczyn w domu bożym zrobi się głośno to może nie być okazji na jakieś dłuższe pogaduchy tylko trzeba się będzie pakować na statek i jazda do Norsci. - Soria dorzuciła swoje wieści jakie widocznie im przyniosła kopytna dziewczyna z liliowymi włosami. Ta nimi potrząsnęła na potwierdzenie i podeszła do Otto z eleganckim szkłem wypełnionym trunkiem jaki sobie życzył.
- Przyszła też wiadomość od Grubsona. - Averlandka zanim namoczyła pędzelek barwnikiem wskazała na otwartą kopertę leżącą na stole. - Na jutro zaprasza na przymierzanie tej zamówionej sukni. Dobrze. W sam raz. Jakby Soria była z niej zadowolona mogłaby ją ubrać na wieczór u Kamili. Będziemy ją czarować. Może znów dla niej straci głowę jak dla Rose skoro ma słabość do wyjątkowych kobiet z dalekich stron i dzielnych awanturniczek. Już rozmawiałam z Fabi i obiecała pomóc robić to wrażenie. - wyjaśniła jakby przypomniała sobie o ich planach na jutro. Słysząc to dama z ciemnymi, grubymi warkoczami jaka była dość nietypową fryzurą zaśmiała się cicho.
- Oh ja jak chcę to na każdym mogę zrobić wrażenie tak, że tracą dla mnie głowy. Rzadko ktoś mi się potrafi oprzeć. I rzadko ktoś próbuje. Widziałaś wczoraj Annikę? A taka twarda i zła, zbuntowana była i zimna i w ogóle. A tylko ją musnęłam. No ale ma to jednak swoje ograniczenia i jak mamy się obyć bez skandalu to lepiej aby Kamilka dała się złapać na lep po dobroci. To by wszystko bardzo ułatwiło. Skoro jednak z tą Rose było tak jak mówisz to jestem dobrej myśli. - Herold Pajęczej Królowej pozwoliła sobie na okazanie nieco próżności ale wydawała się być pewna siebie i swojego zwycięstwa nad ciemnoskórą szlachcianką do jakiej były zaproszone na jutro wieczór. Lilly uśmiechnęła się na te słowa ale Pirora już całkiem śmiało i szczerze. W końcu ona towarzyszyła wczoraj milady podczas wizyty w hospicjum więc była świadkiem tego co tam się działo.
- I chyba wreszcie wymyśliłam jak skusić Fabi na właściwą stronę. Lilly mnie natchnęła jak opowiadała o tej opiece nad Gustawem. Taki duży chłopiec a tak się tam sam marnuje w ogóle nie używany w tych podziemiach. A jak Fabi tak lubi egzotykę, poznawać nowe smaki i aż przebiera nóżkami aby poznać Gnaka i jego kolegów, jakoś nie raziło jej jak w żartach zaproponowałam jej spróbowanie się z jakimś pieskiem czy koziołkiem, to myślę, że i z Gustawem nie powinna wybrzydzać. Troszkę się zastanawiałyśmy czy to bezpieczne bo trzeba by go kanałami przemieścić do mnie do loszku tym dolnym wejściem. To jest trochę roboty. No i trzeba by poczekać aż mu te ziółka uspokajające zejdą aby był w pełni sił. A trochę nie wiadomo co może wtedy zrobić. I czy mu tam wszystko działa jak należy po tak długim czasie. I czy zrozumie czego od niego oczekujemy. No ale milady mówi, że ma na to sposoby i w razie czego pomoże i obroni. Więc chyba mamy plan na niespodziankę dla Fabi. Nie wiem czy w ten Konistag się wyrobimy ale jak nie to w Festag albo Wellentag. Bo w Aubentag to już pełnia, w dzień byśmy wyjeżdzały z miasta. A jak się z Gustawem nie wyrobimy to zostanie na później, może po tej pełni. - Pirora pochwaliła się koledze jaki ma plan na niespodziankę dla swojej uległej, bretońskiej koleżanki. Soria pokiwała głową na znak, że to akceptuje i w razie czego pomoże.
- Tylko jeszcze czekamy na nasze urocze łotrzyce bo szkoda aby je ominęła taka zabawa. Ale oczywiście ty też byś był mile widziany gdybyś uraczył nas swoją gościną i atencją. - dodała od siebie milady bo wyglądało to na tak świeży pomysł, że jeszcze nie zdążyły go obgadać nawet z obiema ulicznicami nie mówiąc już o innych.