Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Podczas wizyty u Barona Joachima zaskoczyła informacja o wizycie tamtego na bagnach. Ale starał się z tego jakoś gładko wybrnąć.
Stwierdził, że to tłumaczy obecność potwora w snach. Sen mógł być wywołany albo niepokojem związanym z tym wydarzeniem, albo być ostrzeżeniem od wyższych sił.
Zapytał się, czy ludzie z miasta często zapuszczają się na bagna, jeśli tak, to trzeba było ich ostrzec. Albo i zorganizować wyprawę żeby się zajęła tym potworem.
Również polecił Baronowi odpoczynek, chociaż wróżba którą miał sugerowała, że czas sprzyjał wyrafinowanym przedsięwzięciom, więc jeśli Baron coś planował, to nie należało się z tego wycofywać, tylko zachować większą czujność i ostrożność.Kiedy wychodzili, zagadnął kapłankę Morra, mówić, że może z tą jej wzmianką że mury we śnie przypominały mury Akademii jest coś na rzeczy, bo sam miał wróżby wskazujące że coś złego może się tam wydarzyć. I to łączyło się też z niepokojącymi wróżbami o których wcześniej opowiadał kiedy spotkali się u Van Hansenów. Miał nawet mieć spotkanie z rektorem w tej sprawie.
Miał nadzieję, że w tej sposób nieco odsunie od siebie podejrzenia jeśli artefakt Vesty rzeczywiście zostanie wykradziony z Akademii, bo przecież czemu złodziej miałby ostrzegać sam przed sobą?
Południe, wizyta w Akademii
“- No i? To to? - zagaił go Hetzwig który też wszedł do środka i rozglądał się po tym wszystkich rupieciach. W końcu spojrzał chytrze na magistra. - Podobno czarodzieje widzą rzeczy jakich normalni ludzie nie mogą dostrzec. To co magu? Dostrzegłeś coś niezwykłego? Bo rektor mówi, że zostawił tą wisienkę na koniec i wiele do oglądania już nie ma. - odezwał się ponownie patrząc na niego z kpiącym uśmiechem. Przy drzwiach rektor spojrzał na nich ale raczej rozmawiał z Bartolomeo o tym wstawianiu nowych drzwi i krat, jak to by wyglądało, ile zajęło, ile kosztowało i tak dalej.”
Joachim zawahał się. Czuł wabiący go ze skrzyni odgłos dzwoneczków i wiedział, że to było to czego szukał. Tylko niestety przez strategię która przyjął doszło do wzmocnienia ochrony tego miejsca i nie łatwo będzie teraz wykraść artefakt…. ale przynajmniej spróbuje go zobaczyć.
- Tak, wyczuwam moc płynącą z tej skrzyni. Ale żeby więcej się dowiedzieć musimy ją otworzyć…
Łowca nagród skinął głową i spojrzał w stronę drzwi. Tam rektor już kończył umawiać się z Bartolomeo na te szacunki i kosztorysy co do drzwi i obaj podeszli do dwóch gości.
- Joachim mówi, że to może być to czego szukamy. Można otworzyć i rzucić okiem? - Hetzwig skinął kciukiem w stronę stojącej pod ścianą wielkiej i niezbyt urodziwej skrzyni. Za to sprawiała całkiem solidne wrażenie, nawet jak się patrzyło tylko zwykłymi oczami.
- Obawiam się, że to nie będzie teraz możliwe. - odparł grzecznie ale stanowczo profesor Vogel. Widząc pytające spojrzenia szybko wyjaśnił. - Procedura wymaga aby to robić wyłącznie w obecności wymaganej komisji. W tym wypadku chodzi o mnie, naszego głównego magazyniera oraz przedstawiciela ratusza, kapitanatu oraz upoważnionych kapłanów. Łącznie to jak widzicie pięć szacownych osób. Zresztą jak koledzy widzicie jest kłódka i dwa zamki, łącznie jest potrzeba trzy klucze. Z czego my mamy tutaj tylko jeden. Drugi jest w świątyni Mananna a trzeci w kapitanacie portu. - rektor jak i poprzednio wydawał się skłonny do współpracy i zależało mu na przekonaniu gości i to tak aby nie odnieśli wrażenia, że coś ukrywa lub mataczy. Procedura brzmiała jednak dość skomplikowanie jakby ktoś chciał się zabezpieczyć, że jedna, nawet uprawniona osoba z kluczem nie powinna dobrać się do zawartości skrzyni.
Joachim uważnie słuchał słów profesora, które, podobnie jak wygląd skrzyni, sugerowały, że ktokolwiek umieścił tutaj artefakt, zdawał sobie sprawę że jest to coś o wielkim znaczeniu lub bardzo niebezpieczne.
- Oczywiście, szanujemy procedury…. wiesz może Profesorze, od jak dawna ta skrzynia się tutaj znajduje?
- Niezbyt długo. Jakoś to trafiło do nas pod koniec jesieni. Jeszcze zanim zima zaczęła się na dobre. - rektor zmarszczył brwi aby odświeżyć sobie pamięć ale nie brzmiało jakby ta skrzynia stała tu od początków budowy tego miasta i uczelni.
- A w jakich okolicznościach trafiła? - Joachim kontynuował pytania. Wszelka wiedza na ten temat była cenna.
- W dość dramatycznych. I potrzeba było odpowiednie miejsce do bezpiecznego składowania aż się postanowi co z tym robić dalej no i na razie tak to zostało jak widzisz. A czemu cię tak zainteresowała ta skrzynia? Uważasz, że ma jakiś związek z twoją wróżbą? Może coś ci się wyjaśniło podczas tej naszej małej wycieczki o co chodzi z tym zagrożeniem? - rektor widocznie nie był skłonny zdradzać zbyt wiele o tej skrzyni a może to też stanowiło część systemu bezpieczeństwa. Łowca nagród i mistrz ślusarski na razie się przysłuchiwali zerkając ciekawie to na rozmówców to na skrzynię jaka stała się głównym tematem rozmowy. Zaś profesor Vogel był ciekaw czy jak już właściwie obeszli całą uczelnię to czy magister jaki przybył tu przedwczoraj z ostrzeżeniem może już wyjaśnić coś więcej niż wtedy.
- Tak, sądzę że moje wróżby dotyczyły w szczególności zawartości tej skrzyni. Ważne jest, żeby nie wpadła w niepowołane ręce, wiązałoby się z tym zagrożenie, choć nie znam wszystkich szczegółów, moje metody dają wskazówki o bardziej kierunkowym charakterze niż bardziej szczegółowe rozwiązania. Na szczęście jako rezydent Kolegiów jestem właściwą osobą żeby zająć się tą sprawą, ale chciałbym się dowiedzieć więcej - czarodziej odparł pewnym siebie tonem, starając się przekonać rozmówcom że jako ekspert od takich magicznych tematów powinien wiedzieć jak najwięcej.
- Rozumiem i doceniam ale jak już mówiłem decyzja nie zależy tylko ode mnie. Jestem tu, że tak powiem, kustoszem tego magazynu ale ta rzecz nie należy do mnie. Przekażę twoją prośbę komisji. - Vogel skłonił głowę ale w kulturalny sposób odmówił podejmowania pochopnych decyzji jeszcze raz podkreślając, że nie jest tu jedynowładcą.
- No jak to już wszystko to ja już pójdę. W najbliższym czasie przyślę kosztorys zamówionych zabezpieczeń i omówimy wszystko jeszcze raz na spokojnie. - mistrz ślusarski zabrał głos uznając, że skoro to było ostatnie pomieszczenie do oglądania to jest gotów zabrać się do pracy.
- A gdzie cię spotkać magistrze? Na wypadek gdybyś znów miał jakieś uczulające na niebezpieczeństwo wróżby? - zagaił do Joachima łowca czarownic.
Joachim podał adres swojej kamienicy
- Regularnie patrzę w gwiazdy, więc nie wykluczam że pojawią się jakieś nowe znaki, choć mam nadzieję na lepsze wieści.
- A o jakiej komisji mówić Rektorze? Należącej do Akademii? - czarodziej postanowił przynajmniej tego się dowiedzieć.
- Nie, nie. Znaczy tylko częściowo. Akademię ja reprezentuję. A reszta to ci co wspomniałem. Ktoś z ratusza, kapłanów i kapitanatu. Będę musiał ich powiadomić o tej sprawie. I jeśli byś był zainteresowany otwarciem tej skrzyni to przedstawię im twój wniosek po czym zostanie czekać na odpowiedź. - rektor Vogel chętnie wyjaśnił te wątpliwości przypominając ten skład komisji o jakim mówił wcześniej więc widocznie chodziło o tą samą.
- No i trzeba się tak na wszelki wypadek przygotować na wścibskich gości skoro nasz magister mówi, że mogą się skusić na zawartość tej skrzyni. - dorzucił Hetzwig wskazując brodą na spory kufer wielkości małej szafy.
Popołudnie, rozmowa w Aptece Sigmindusa
- A tak, oczywiście. To chodźcie, na górę, ja wszystko tu zamknę i już do was idę. - grubas pokiwał swoją byczą głową ale jak już się pochwalił swoimi osiągnięciami to był gotów do dalszej, owocnej współpracy. Wrócili na górę do tego gabinetu a Joachim mógł wspomieć a propos ich rodzinnych ladacznic na jakie tak narzekał aptekarz, że zgodziły się na jego udział w roli niewidzialnej czujki tylko chciały najpierw sprawdzić jak to wygląda w praktyce. Bo jeśli w tej astralnej formie nie mógł otwierać drzwi ani okien to niezbyt to mogło pomóc w ich sforsowaniu. Ale jako ktoś na czatach to mógł się przydać. Na razie jednak czekały na to co wyjdzie ich szlachetnie urodzonym koleżankom w sprawie odbitki klucza do świątynnego skarbca. W końcu zanim zaczęli na poważnie rozmawiać przy stole znów zadzwonił dzwonek i po chwili gospodarz wrócił w mocno rozczochranym i woniejącym winem Aaronem co wyglądał jakby prawie zaspał na to spotkanie.
- Dobrze cię widzieć bracie - Joachim uśmiechnął się do Aarona, starając żeby to nie wygłądało to jak kpina. Nawet trochę go polubił, choć oczywiście przykre, że taki zdolny czarodziej pozwalał by nałóg niszczył jego potencjał.
- Rozmawialiśmy właśnie o imponującym przedsięwzięciu którym kieruje Sigismundus i o tym jak możemy je wesprzeć. Co do składników na mikstury, te dostępne do kupienia proponuje podzielić pomiędzy nas żeby nie kupować tego samego w nadmiernych ilościach, ja mogę dość sporo zakupić.
- Kilka bardziej egzotycznych składników znajduje się na okolicznych bagnach i tam myślę, że lepiej nie wyprawić się w pojedynkę, tylko większą grupą. Tym bardziej, że jak się dzisiaj dowiedziałem, podczas polowania na tych właśnie bagnach jeden z mieszkańców miasta trafił tam na ślad jakiegoś potwora dużo większego od człowieka, chociaż szczegółów nie znam bo nie widział go z bliska.
Przez chwilę nauczyciel i aptekarz patrzyli na Aarona z powątpiewaniem. Bo ten wpatrywał się w nich niezbyt bystro i marszczył brwi jakby przez alkoholowe opary walczył z własną pamięcią usiłując skojarzyć o czym rozmawiają.
- Aaa… Te muchy… I czerwie w łonach… Tak, tak, już kojarzę… Aha i co z tym? - wreszcie wydawało się, że coś się odektało we właściwym miejscu bo rozczochraniec pokiwał głową, że coś jednak pamięta z tego co było mówione. Co obaj jego koledzy przyjęli z ulgą i uśmiechami zadowolenia.
- No i właśnie dyskutujemy o miksturach wspomagających tą hodowlę. - wyjaśnił mu Tobias jakby mówił do ucznia jakiego nie było na ostatniej lekcji i teraz trzeba mu na szybko streścić o co chodzi w tej nowej.
- Dobrze koledzy może ja to wszystko uproszczę. Z tymi najprostszymi to ja sobie poradzę. Już wysłałem Strupasa by zdobył resztę. Przypuszczam, że do zmroku powinien wrócić. Więc wieczorem pewnie byśmy mogli zacząć produkcję. Sądząc po opisie przepisów dzień czy dwa i powinny być gotowe. Więc myślę, że na Wellentag, może Aubentag tak z zapasem, powinny być gotowe. Co prawda ta z traktu już do tego czasu ma szansę wydać miot ale jeszcze Loszce można dopomóc a tej drugiej przyda się na następny raz. Te najprostsze wedle opisów przyspieszają wzrost i czas dorastania maleństw w łonie o 10 do 20%. Więc może nie powala no ale to zawsze dzień czy dwa wcześniej niż bez tego. A przypominam, że jak te muchy mają być gotowe do użycia na przełomie miesiąca to okienko czasowe do zapłodnienia ladacznic mamy dość niewielkie. Potem oczywiście też można ale są coraz mniejsze szanse, że osiągnie się dorosłe osobniki na moment ataku. - gospodarz szybko nakreślił jak widzi sprawę zbierania tych składników. Wyglądało na to, że w podstawowej wersji jest szansa, że sam to da radę załatwić chociaż pomoc kolegów byłaby mu na rękę.
- Tak, ale te bardziej zaawansowane są skuteczniejsze ale też wymagają trudniejszych do zdobycia składników. Przyznam, że niezbyt mi się wyprawa na Diabelskie Bagna. Mają złą opinię. Rzeczywiście masz rację Joachimie, przydałoby się tam wysłać solidny zespół. Zwłaszcza jak tam taka mgła i jakieś potowory. Mamy właściwie kogoś kto zna się na bagnach i potworach? - guwernant przyznał mu rację ale też zauważył, że wyprawa na okryte złą sławą Teufelsumpf zapowiada się na dość trudną. Zwłaszcza jak tam miały jakieś potwory wchodzić w grę.
- Ja też wolałbym sam tam się nie udawać. Wziąłbym co najmniej mojego ochroniarza Gunthera i może kogoś z ludzi Silnego. Vasilij albo Norma chyba się trochę znają na wyprawach w plener? Moglibyśmy też poprosić o pomoc kogoś z plemienia Lily… - czarodziej wyliczał możliwe osoby przydatne w takie wyprawie.
- Lilly to miała iść do tych swoich jaskiniowców dziś lub jutro. Nie wiem czy jeszcze jest w mieście. A Vasilij i Norma mieli towarzyszyć Merdze to już tak trochę mieliśmy ich oszczędzać. Trzeba by dostać zgodę Starszego czy można by ich użyć. - Thobias skinął powoli głową bo coś ich zbór miał zdecydowanie miejski charakter i za bardzo ludzi z lasów, wiosek czy bagien to jakoś nie mieli. Norma przybyła ostatniej zimy z dzikiej i mroźnej Norski a Vasilij był hersztem lokalnych przemytników to była nadzieja, że może by mieli jakieś talenty w tej materii.
- No, to ktoś ma czas żeby się dzisiaj albo jutro Starszego o to zapytać? Ja mam trochę teraz rzeczy na głowie, jak sprawa artefaktu Vesty, ale tutaj chyba musimy Tobiasie, Aaronie porozmawiać na osobności? - czarodziej spojrzał na współwyznawców, wzdychając. Za dużo było naraz do planowania, ale w końcu jego Patron władał losem i intrygami.
- Ja tu jestem jak w lochu. Nie mogę się stąd ruszyć, muszę wszystkiego dopilnować. Może wieczorem jak Strupas wróci to go mogę poprosić aby wysłał wiadomość. - gospodarz odezwał się pierwszy zgłaszając te same trudności o jakich mówił jeszcze służącemu Joachima jakiego do niego posłał z prośbą o spotkanie.
- Ja jak będę wracał to mogę zostawić mistrzowi wiadomość. Coś mam mu od was przekazać? - guwernant odezwał się z dostojeństwem i otworzył swoją torbę wyjmując z niej przybory do pisania i kartki aby napisać ową wiadomość dla Starszego.
- No mnie to by się ktoś do pomocy przydał. Bo we dwóch ze Strupasem to ledwo wiążemy koniec z końcem. Sami widzicie, jeden z nas zawsze musi być tutaj to na wszystko inne zostaje ten drugi. Nie wiem jak to będzie jak się stąd wyprowadzę. W tej jaskini Oster to też musiałbym kogoś mieć do pomocy. Przecież ktoś hodowli musi przypilnować, pewnie trzeba będzie jakieś cele czy inne klatki dla nich pobudować. Na początek mogę zabrać Strupasa no ale to wtedy żadnego z nas tu w mieście nie będzie. I co by nie mówić to jednak lubię tą aptekę i nie chciałbym aby mi tu wszystko rozkradli czy spalili. I jeszcze nie wiem co z hodowlą bo jak wam pokazywałem właśnie zacząłem. Ta z traktu to może wydać miot może jutro, może pojutrze, może w Wellentag najpóźniej. Przynajmniej wedle zapisków Mergi. A Loszka to parę dni później, jakoś w okolicach Marktag by wypadał termin. Jednak dzień w jedną czy drugą stronę może się to różnić. W Marktag też chciałem poszukać wozu z budą do transportu do tej jaskini. Bo tak w środku tygodnia to trochę nie wiadomo gdzie szukać. W dzień targowy najłatwiej. - grubas wylał z siebie całą listę komplikacji i potrzeb jakie ostatnio odkrył głównie w związku zaczętą hodowlą muszego nasienia Oster i planowanymi przenosinami do jej jaskini. Z tego co mówili wyglądało, że to cały dzień drogi na wschód więc niezbyt daleko z perspektywy miasta i okolicy ale też i nie tak blisko aby w pół dnia dało się wyskoczyć za miasto i wrócić.
- Dobrze, zapiszę to. Ale jutro i tak mamy zbór więc pewnie sam będziesz mógł porozmawiać z mistrzem. - Thobias zamoczył pióro w przenośnym kałamażu i zaczął nim pisać na papierze. Jak się można było spodziewać po wykształconej osobie, do tego nauczycielu i wychowawcy miał bardzo ładne i staranne pismo.
- A faktycznie jutro jest zbór - westchnął Joachim.
- Ostatnio jestem taki zapracowany, że czas szybko leci. Czarodziej rozumiał skargi aptekarza, ale nie miał zamiaru zostać pomagierem każdego potrzebującego pomocy w zborze, uważał że i tak teraz miał sporo na głowie a dobrze przecież było tez mieć czas na lektury i badania.- Może ktoś z plemienia Lily mógły na stałe pomagać w jaskini? - zaproponował.
- No i dobrze że jutro jest spotkanie, bo zlokalizowałem artefakt Vesty w Akademii. Niestety nie będzie łatwo go wydostać.- Może. Ale to by trzeba z nią pogadać a rzeczywiście ostatnio Starszy mówił, że miała udać się tam do swoich to może jej już nie być w mieście. Ciekawe czy zdąży do jutra wrócić. - aptekarz zadumał się nad propozycją młodszego i szczuplejszego kolegi. Jednak zgodnie z ustaleniami z wcześniejszego spotkania jakie odbyło się ledwo parę dni temu rzeczywiście była mowa, że mutantka miała udać się do swojej rodzimej jaskini za miastem aby omówić z nimi parę spraw więc mogło już jej nie być w mieście. Chyba, żeby coś opóźniło jej wymarsz z miasta.
- Zlokalizowałeś artefakt Vesty? I jak wygląda? Co to jest? Gdzie jest? - Thobias nie ukrywał swojego zaciekawienia nowym tropem jaki wiódł do tej z Sióstr jaka poświęciła się temu samemu patronowi co on więc nią był najbardziej zainteresowany.
- Jest ukryty w zapieczętowanej skrzyni w podziemiach Akademii. Słyszałem od niego wezwanie, niczym brzmienie dzwonków. Niestety, rektor jest bardzo ostrożny w tej sprawie i nawet nie pozwolił na otwarcie skrzyni… nie będzie też łatwo się tam dostać… - wyjaśnił Joachim.
- Czyli wiesz gdzie to jest? Trafiłbyś tam ponownie? Szkoda, że nie pozwolił otworzyć. Dalej nie wiemy co to jest. Ale jak słyszałeś zew Vesty to pewnie to to czego szukamy. - Tobias swoim analitycznym umysłem próbował przyswoić to co powiedział kolega.
- Ale jak jest gdzieś tam w środku Akademii to rzeczywiście nie będzie łatwo tego wydobyć. A duża ta skrzynia? Tak coś aby wynieść w plecaku czy torbie? - zaciekawił się grzecznie gospodarz. Nie widział skrzyni więc pytanie było zrozumiałe. Ale skrzynia była spora, pewnie dwóch ludzi by musiało ją przenosić. Do tego prowadził tam korytarz piwniczny i zamykane drzwi do piwnicy i jeszcze te do samego magazynu. A rektor rozmawiał z Bartolomeo o wstawieniu nowych zabezpieczeń.
- Trafić trafiłbym ale trzeba się przynajmniej by było przez dwoje drzwi przedostać. A skrzynię musiałoby dwoje ludzi przenieść. Mimo wszystko powinniśmy działać pewnie szybko, bo planują dodatkowo wzmocnić zabezpieczenia - zadumał się Joachim.
- Czyli dość spora. W kieszeni się tego nie wyniesie. Trudno będzie to załatwić dyskretnie. - zadumał się guwernant i wychowawca gdy usłyszał te wieści.
- Od dyskretnych spraw to mamy Burgund i Łasicę. Ich można by zapytać. - zaproponował Aaron widząc chwilę ciszy przy stole.
- Znowu one? Przecież jak im się uda to znów przypiszą sobie sukces. A już teraz jest ich najwięcej i się panoszą. A trzeba się liczyć, że na ten ich słodki miód ktoś znów się skusi i będzie ich jeszcze więcej. Myślę nad jakimś fortelem aby wydobyć tą skrzynię. Już prędzej wolałbym poprosić o pomoc chłopaków Silnego. Od zimy ich pozycja też spadła tak jak i nasza. - Tobias skrzywił się na myśl, że frakcja slaaneshytek miałaby znów przypisać sobie jakiś sukces w szukaniu dziedzictwa Sióstr.
- Już przy tej świątyni znów grają pierwsze skrzypce. Jak im się uda znów będą na piedestale. Ja też się zgłosiłem no ale właśnie po to aby nie było, że one te wszystkie sukcesy osiągają same. A zasiać się nie chcą. A to taka ważna dla nas wszystkich sprawa. - aptekarz też wydawał się nie być zwolennikiem wzrostu znaczenia koleżanek spod znaku Węża. No i wyraźnie miał do nich żal, że nie chcą dać się zasiać nasieniem Oster.
- To jak ich nie chcecie to nie. Ale wtedy trzeba wymyślić jak wydobyć stamtąd tą skrzynie. Ja mógłbym tam skoczyć jakbym wiedział jakie to drzwi ale sam to i tak jej nie wyskoczę. - mruknął Aaron odkorkowując sobie butelkę i chyba niezbyt przejmując się kto tu kogo lubi bardziej czy mniej w ich sekretnej, spaczonej rodzinie.
- Co masz na myśli mówiąc “skoczyć” - spytał się Joachim, na razie pomijając kwestię współpracy ze slaaneshytkami. To nie było dla niego kluczowe, tylko rezultat, nie miał teraz czasu na intrygi.
- No skoczyć. Najpierw tu a potem skok tam. Czasem. Czasem mi się udaje. Przez ścianę do środka albo na odwrót. Tylko nie wiadomo co tam jest to jednak ryzyko jest. I nie zawsze się udaje. Właściwie to czasem. - wymamrotał Aaron napełniając sobie kubek nową porcją wina prosto z butelki nie kłopocząc się z jego rozcieńczaniem wodą. Dwaj ich koledzy zmrużyli oczy niezbyt wiedząc jak traktować mamrotanie kolegi.
To się może okazać przydatne, jak działa to zaklęcie? - zainteresował się Joachim.
- Może dopracujemy plan jutro na zborze? Ale obawiam się, że czas nie działa na naszą korzyść więc trzeba by zrobić akcję w ciągu najbliższych kilku dni…
- To nie jest zaklęcie. Chyba… Chyba nie… Nic nie mówię ani nie robię gestów… Ot pomyślę sobie, że chcę tam skoczyć i już. Samo tak… Właściwie nie wiem jak to dokładnie działa. Taki wrodzony talent. Tak to nazywali. W Kolegium. Niektórzy tak mają. Rodzą się z tym. Albo tamtym. - wymamrotał Aaron nieco rozkojarzonym tonem. Sigismundus i Thobias przysłuchiwali się temu z zainteresowaniem bo rozczochrany i zaniedbany magister raczej nie kojarzył się z czymś innym niż kimś na wiecznym kacu lub popijającym coś w kącie. Jak teraz. Duszkiem wypił chyba z pół kubka i siąpił nosem więc raczej nie wyglądał jak jakiś godny zaufania uczony nie mówiąc już o magistrze sztuk mistycznych.
- No tak, jutro zbór. Ha! A może i poród! Z tej pielgrzymki powinny wyjść te małe to patrząc po wylinkach jakie miała do tej pory to może już jutro,albo pojutrze, albo jeszcze dzień potem. Trzymajcie proszę kciuki aby wszystko poszło jak najlepiej! Nawet za tą idiotkę bo co jak co ale na razie z nosicielkami to jest skąpo to nawet taką durną babę trzeba oszczędzać. - gospodarz pokiwał mądrze głową ale skoro mowa była o jutrzejszym, razem tradycyjnym terminie spotkania to i wrócił do tego tematu.
- No rzeczywiście. Powodzenia w hodowli, no i innych sprawach. Ale na mnie już czas. Jeszcze będę musiał wysłać tą wiadomość. - guwernant skinął głową i zaczął wkładać swoje papierzyska z powrotem do swojej torby.
Joachim zmęczył się dużą ilością spotkań i planów. Była kwestia pomocy w planach mnożenia się pomiotu Oster i potencjalnej wyprawy na bagna po składniki, choć tam widziano jakiegoś potwora, który nawiedzał też ludzi w snach... czy ten stwór był związany z Vestą? Miał też udać się na kolejne spotkanie ze zwierzoludźmi Gnaaka i zastanawiał się czy jakoś tych dwóch kwestii nie połączyć. No ale stwierdził że najważniejsza jednak była sprawa dziedzictwa Vesty. Ono go wzywało. Dlatego też temu chciał nadać najwyższy priorytet.
Wieczorem jeszcze odwiedził go były inkwizytor Heinrich. Pomimo niechęci do tej profesji wizyta wcale nie zakończyła się źle, ponieważ tamten zaoferował pomoc w sprawie artefaktu zamkniętego w skrzyni.
Przed snem zdecydował się postawić wróżbę na temat zdobycia artefaktu Vesty. Skłaniał się ku temu by jak najszybciej zorganizować kradzież, zanim obrona Akademii zostanie wzmocniona. I chciał postawić wróżbę czy to dobry pomysł i czy lepiej wziąć do pomocy Silnego czy Łasicę.
Następnego dnia planował się wyspać i trochę rano odpocząć, potem może jeszcze przed Zborem mógłby pogadać z Silnym czy ten byłby skłonny pomóc w napaści na Akademię. Dobrze też byłoby dowiedzieć się czegoś o tej komisji o której wspomniał rektor, w sumie mógł się przejść do ratusza i złożyć doniesienie o tym potworze na bagnach, a przy okazji spytać się o tą komisję. No i był Zbór, gdzie można było ich plany dopracować...
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 24 - 2519.07.10; agt; ranek - południe (1/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
Warunki: sypialnia Heinricha; półmrok; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodnoHeinrich
Tym razem gdy stary inkwizytorski ogar z przetrąconą nogą otworzył oczy okazało się, że jest całkiem wcześnie. Przez szczeliny zamkniętych okiennic widział jasne szpary co oznaczało, że na zewnątrz jest już dzień. Chociaż jeszcze nie zorientował się jak bardzo zaawansowany. Sądząc na słuch to nie działo się na zewnątrz nic wyjątkowego no ale ulica Garncarzy na jakiej zamieszkał kilka tygodni temu nie była najruchliwszą ulicą miasta. Jak się dowiedział od Ilse co przychodziła mu gotować i sprzątać to kiedyś to zapewne był plan aby tutaj skupić cały cech garncarzy z całego miasta i mieli w swoich warsztatach produkować nie tylko na potrzeby mieszkańców ale też na eksport. Na południe do stolicy, do Salzburga no i na statki jakie mogły zawieźć te produkty do Erengardu czy Marienburga a może i jeszcze dalej. Jako przybysz spoza miasta co chwilę mógł natrafić na takie resztki dawnej świetności jaka była w planach a nigdy nie nadeszła. Wyjątkową cechą miasta było to, że porażająca większość warsztatów, tawern, kamienic stała pusta lub prawie pusta podczas gdy w każdym innym mieście do jakiego zawitał miejsce mieszkalne było bardzo cenne i ludzie tłoczyli się w nich jak śledzie w beczce. Zawsze było więcej chętnych do mieszkania niż wolnego miejsca. A ewenementem Neus Emskrank było to, że było tu dokładnie na odwrót. Ale miasto wybudowano niejako sztucznie, mniej niż sto lat temu gdy rządził trend otwarcia się Imperium na morze. I ten port tutaj miał stanowić takie okno na świat. Ale jak to sam miał okazję się przekonać chodząc ulicami tego miasta raczej niewiele z tego projektu wyszło. Choćby na Garncarskiej na jakiej zamieszkał to większość kamienic i warsztatów stała pusta. Stąd nie było kłopotów w tym mieście ze znalezieniem miejsca dla siebie. Chociaż taki pustostan zwykle wymagał remontu. A obecnie słabe odgłosy od ulicy nie dziwiły bo zwykle było tu dość cicho i spokojnie. Trzeba było otworzyć okno aby uslyszeć jak obracają się koła garncarskie podczas nadawania ubłoconymi gliną dłońmi porządanego kształtu. Albo jak czasem przy wypalaniu jakieś naczynie nie wytrzymywało i pękało w piecu czy też ktoś jakieś upuścił. No i raz w tygodniu, rano w Marktag, tych paru rzemieślników obojga płci ładowało swoje wyroby na wózki i jechało z nimi na Plac Targowy do centrum miasta aby próbować coś z nich sprzedać. Wtedy te naczynia stukały o siebie i czyniły pewien hałas no ale to było w poranki dnia handlowego a dziś był Agnestag więc było spokojnie.
W sypialni przy zamkniętych okiennicach panował półmrok i cisza. Co pozwoliło Heinrichowi spróbować złapać resztki snu. Bo tym razem coś mu się śniło. Ale był to dość chaotyczny sen. Mozaika różnych postaci, obrazów i scen porozrzucana bez ładu i składu.
Jak ta scena z widownią. Znów tam ni to stał ni siedział wśród tej widowni, nieco w głębi i z całkiem dobrym widokiem na scenę. Chociaż na tyle daleko, że nie widział wszystkich szczegółów. Tym razem nie był sam. Łasica i Burgund obramowały go chętnie przyklejając się wdzięcznie do jego boków jakby był ich ulubionym aktorem czy diwą. Były w swoich białych czepkach i twarzach pokornych grzesznic. Ale poniżej miały gorsety, bieliznę, pończochy i całą resztę nadającą im wyglądu drapieżnych, wyuzadnych kurtyzan. Ale mimo tak wyzywającego stroju nikt z widowni zdawał się nie zwracać na nich uwagi. Wszyscy byli wpatrzeni w przedstawienie na scenie.
Na scenie zaś ktoś ostro się kotłował na łóżku. Naga kochanka leżała na plecach wysoko unosząc swoje biodra i stając tylko na palcach stóp aby napędzana podnieceniem jakie udzielało się i widowni ułatwić zadanie swojemu kochankowi. A tak jak ona była młoda, piękna i gładka tak on był paskudny. Kobieta zdawała się tego nie zauważać albo było jej wszystko jedno. Wydawał z siebie chrapliwe, zwierzęce odgłosy i właściwie Heinrich nie był pewien czy to przypadkiem nie jest coś innego niż człowiek. Nie był też pewny kim jest ta kobieta bo nie widział jej twarzy zatopionej w obfitych poduszkach albo przysypaną własnymi włosami lub też jej dziki kochanek pochylał się nad nią tak, że ją zasłaniał. Chciał zapytać swoich koleżanek ale zorientował się, że ich nie ma. Nie zauważył gdzie je wywiało chociaż przed chwilą tak czule go obejmowały. Jak o nich pomyślał to nagle wydało mu się, że tam na tej estradzie to może być któraś z nich. Łasica? Burgund? Pirora? Soria? Fabienne? Onyks? Oksana? Właściwie o której z nich nie pomyślał to nie był pewny czy to nie któraś z nich. A może to któraś z tych aktorek co miały przyjechać do miasta? Albo jeszcze ktoś inny? Z daleka nie miał na tyle dobrego miejsca aby dostrzec jakiś szczegół jaki pomógłby ją zidentyfikować. Zresztą jej kochanka też nie. Miał wrażenie, że to mógł być każdy a kontrast między jasnym, gładkim kobiecym ciałem a chropawym, ciemnym i męskim był uderzający. Gwałtowność aktu i ta odmienność pasowała do gwałtu ale przeczyły temu jęki rozkoszy jakie oboje wydawali.
A chociaż nie widział detali to podobnie jak w poprzednim śnie wiedział, że kobieta skrywa w swym brzuchu dar Oster. Nawet jak o tym pomyślał to wydało mu się, że jej brzuch napęczniał jak przy zaawansowanej ciąży. Ale gdy zamrugał oczami to znów wracał do normy. Właściwie to nie była scena tylko trawa. Trawa na jakieś leśnej polanie. I tym razem to już chyba rzeczywiście była któraś z dziewczyn ze zboru jaka jęczała pod atakami któregoś z ungorów i oboje zdawali się nie zwracać uwagi na otoczenie. A jak się rozejrzał to na tej polanie podobnych par i innych konfiguracji było więcej. Odwrócił się gdy usłyszał ostry, alarmujący trzask łamanych gałęzi. Coś tam było! Coś zbliżało się bezpardownowo łamiąc krzaki i pomniejsze gałęzie. Zdecydowane coś potężniejszego i większego od człowieka. Bo to na bagnach było. Stał po kolana w grząskim bagnie przeklinajac swoją metalową nogę jaka jeszcze bardziej utrudniała mu wydostanie się z matni. A tam, we mgle słyszał jak coś pędziło rozchlapując bagno jakie Heinricha tak skutecznie zastopowało. Próbował się czegoś złapać aby się wydostać ale sięgnął tylko do bagiennej trawy. Po chwili trzymał w dłoniach jej wyrwane kępki a bagno sięgało już mu ponad połowy ud. Tonął!
Uwagę zwróciło mu łagodne, ciepłe światło. Gdy podniósł głowę przestając się szamotać ujrzał światło. Jakby gwiazdę z nieba. Albo zapaloną latarnię. Tylko bez latarni. I zawieszoną w powietrzu. Jak jeden z tych bagiennych ogników jakie ponoć mamiły podróżnych na bagnach. Ale miał dziwne wrażenie, że to światło oberwuje go tak samo jak on to światło. Ale to coś co pędziło z taką mocą, tu musiało być coś wielkiego. Widział już zarys tej wielkiej, pokracznej sylwetki we mgle jaka zdawała się pędzić dokładnie tutaj! Bagna zdawały się nie zatrzymywać potwora tak jak jego co już utonął w nich do pasa i nie mógł sie wydostać! W pewnym momencie szamocząc się usłyszał nowy odgłos. Jakby odległa muzyka, świergot ptaków, muzykę fletów czy dzwoneczków, zniekształcony chór śpiewający jakieś pieśni albo psalmy. Ale uwięziony w bagnie nie dał rady się odwrócić aby się rozejrzeć.
- Tak, to wymagało od nas dużo pracy. - powiedziała Oksana nagle podchodząc do niego, biorąc go pod ramię jakby byli gdzieś na ulicy czy karczmie i prowadząc przez te bagna jakby w ogóle ich tu nie było. - To miłe znów zobaczyć takie namiętne spotkanie przy tych kamieniach. - powiedziała wesoło uśmiechając się przyjemnie i wskazując gdzieś w bok. Gdy też tam spojrzał ujrzał polanę, te wielkie, prastare głazy, ognisko i orgię ze zwierzoludźmi jaką chyba przed chwilą obserwował z bliska.
- To było dobre Heinrichu. Z tymi aktorkami. Naprawdę dobrę. Tylko musimy to dobrze rozegrać. Omotać je siecią powiązań, zależności no i żądzy. Cokolwiek co by zadziałało. Ale tak, sam pomysł jest dobry. Trzeba się tylko do niego odpowiednio zabrać a niestety nie mamy zbyt wiele czasu. Czas nie gra na naszą korzyść. Oczywiście na wszystko jest sposób. Na zdobycie większej ilości czasu także. - powiedział Starszy bo nagle okazało się, że lider zboru w swojej todze czy habicie no i tej wysokiej masce idzie obok niego.
- A ja nie jestem zadowolona. Od pół roku pracowałam ciężko na to aby otworzyć i rozpropagować ten nasz nowy teatr. A teraz jak to wyjdzie z tymi muchami to wszystko szlag trafi. - Pirora odezwała się z drugiej strony i szła w swojej kolorowej sukni jakby to bagno jej się nie imało.
- Oh, kochanie, musimy coś poświęcić. Lepiej kogoś obcego niż kogoś z nas. Na pewno będziesz jeszcze miała swój teatr i wielkie, ekscytujące sztuki, wspaniałych aktorów i scenariusze napisane tak, że widownia będzie je oglądać z zapartym tchem. - Merga odezwała się jakby chciała ukoić żal i rozgoryczenie blondwłosej szlachcianki. Pirora pokiwała głową ale raczej tak jak dorastająca panienka co słyszy od rodziców, że dziś to nie ale jutro to na pewno coś tam jej pozwolą, przywiozą czy podarują gdy w gruncie rzeczy nie wierzyła, że tak się stanie.
- No właśnie. Dobra robota. Jakbyś czegoś potrzebował to daj znać. Dobrze, że rozumiesz, że potrzebujemy więcej nosicielek. A nie jak coniektórzy. - aptekarz poklepał go przyjaźnie w ramię i spojrzał na niego z uśmiechem. Za to dwóm mijanym łotrzycom jakie wciąż ubrane w te białe czepki i wyuzdane gorsety patrzyły na nich obrażonym wzrokiem gdy je mijali.
- Tylko nie wiem gdzie idziemy. Loszka coś się zepsuła. - powiedział gdy szli we dwóch ale jakoś okazało się, że trzyma na smyczy jakąs młodą kobietę jaką prowadzi jak psa na smyczy. Czy też raczej ona miała go prowadzić.
- Ona ma inne powołanie. Wyczuwa inne drogi. Potrzebujemy innego przewodnika. Kogoś dotkniętego przez Vestę. Kogoś kto słyszy jej zew wyraźniej od nas. Lub ma w sobie jej nasienie jakie będzie szeptać i prowadzić. - Merga wciąż szła tuż za Heinrichem przez to bagno trzymając dłoń na jego ramieniu. Reszta gdzieś zniknęła. Właściwie to jak to w snach, Heinrich na raz widział jedną, może dwie osoby i jakoś nie rejestrował gdzie one znikają czy się pojawiają. Jakby wszyscy bez trudu mogli go odnaleźć gdziekolwiek akurat nie przebywał. Teraz wyrocznia wskazała na kobietę jaka szła obok. Na jej brzuch. Płaski i zdrowo wyglądający ale matczyny gest dłoni sugerował stan błogosławiony. Kobieta wskazała na kierunek w tych bagnach jaki wydawał się taki sam jak wszystkie inne dookoła.
- Chyba rozumiesz, że tak wyjątkowa istota jak Vesta nie zostawiłaby sobie swojego dziedzictwa bez opieki? Tam się nie trafi ot, tak. Trafią wybrańcy. Ci co mają tam trafić. Ci których da się rozpoznać jako tych wybranych. A inni… No cóż… - głos Mergi dobiegał zza jego pleców a jej dłoń poklepała go po barku. Usłyszał dziki, zwierzęcy ryk. A potem ten zdawałoby się zgubiony wcześniej potwór znów biegł przez te bagna jakby odnalazł intruza i biegł go zniszczyć. I w tym ostatnim momencie Merga klepnęła go jeszcze raz i wskazała na światło. To unoszące się w powietrzu światło rozproszone przez mgłę. Właściwie zorientował się, że chyba przez cały czas je widział. Teraz światło przyśpieszyło i oddalało się w kierunku czegoś co było ledwo widoczne we mgle. Coś większego nieco nad powierzchnią topieliska, co przez moment to lewitujące światło oświetliło i widział jakieś misternej roboty łańcuszki jakie dygotały na wietrze jakiego nie było wydając cichutki, melodyjny dźwięk. Ale zza jego pleców dobiegały te straszne kroki potwora jaki wydawało się, że biegł wprost na niego. Merga i reszta gdzieś znikła. Został sam i znów zaczął tonąć w bagnie. Krzyknął z rozpaczy gdy miał wybór utonąć w bagnie albo zostać rozszarpany przez potwora jaki już zdawał się pokonywać ostatnie krzaki. I ten krzyk go obudził. Leżał w swoim łóżku, w swojej sypialni. Nie w żadnym teatrze, bagnie czy polanie. Tylko u siebie. Było cicho, sucho i wygodnie. A za zamkniętymi okiennicami wstawał chyba nowy dzień.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”
Czas: 2519.07.10; Anistag; południe
Warunki : główna sala; jasno; karczemny gwar; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, umi.wiatr; chłodnoHeinrich
Właściwie to nie był wcześniej umówiony z byłym żołnierzem. Ale los mu sprzyjał. Starszy wymagał aby każdy członek zboru zostawiał jakieś adres kontaktowy. Tak aby można było tym piśmiennym zostawić list z wiadomością a pozostałym ustnie wybranym kontaktom albo jakąś paczkę czy też wreszcie spotkać się osobiście. Rune właśnie miał kontakt w “Starym kotle”, portowej tawernie o niezbyt dobrej reputacji. Ale dla kogoś o mocnych pięściach i twardym karku to raczej nie była wada. Dla kogoś kto już nie był taki młody za to wyraźnie kuśtykał i nie wyglądał na sprawnego a do tego był obcy to już było o wiele mniej przyjazne miejsce.
Heinrich odczuł to od razu jak tylko otworzył niezbyt wysokie drzwi i wszedł do środka. Co prawda to było dość normalne, że ci co byli w środku odwracali głowy aby sprawdzić kto akurat wszedł do środka. Wszędzie tak się działo. Jak choćby wczoraj w “Mewie” gdzie część gości też obrzuciła go krótszymi lub dłuższymi spojrzeniami gdy wszedł do środka. Ale “Mewa” przy tym czym spotkał się w “Kotle” to była oaza luksusu, miłości do bliźniego i przyjaźni wszelakiej. Dziś w “Kotle” prawie zderzył się z niewidzialną falą podejrzliwości, niechęci i nieufności. Co gorsza nie trwało to tylko na chwilę jaka potrzebna była aby sprawdzić kto przyszedł. Ale wyczuwał spojrzenia różnej maści zbirów jacy wydawali się szacować nową tuszę na haku u rzeżnika. A Rune wśród nich coś nie było widać.
Podszedł do szynkwasu gdzie powitała go zaskakująco sympatycznie wygladająca kelnerka a obok o wiele bardziej pasujący do tego punurego miejsca karczmarz jaki pewnie mógłby być jej ojcem.
- Coś podać? - uśmiechnęło się do niego dziewczę. Całkiem przyjemnie. Pokazała na tablicę na jakie narysowane były schematy różnych dań i ceny. Zapewne w tym towarzystwie zbyt wielu gości nie było piśmiennych to nie było się co silić na pisane menu.
- Te. Czego tu szukasz? - zagaił do niego jakiś zarośnięty typ co siedział przy sąsiednym stole. Był niższy od Heinricha i chyba drobniejszy. Siedział z dwoma kolegami chyba kończyli obiad. Żaden nie wyglądał na takiego na którego by się chciało spotkać gdzieś w samotnym zaułku.
- Oh, Jean, bądż miły dla moich gości. - poprosiła uroczo ta urocza kelnerka zza szynkwasu. Popatrzyła na obwiesia sympatycznie i prosząco. Ten skrzywił się jakby mu popsuła dobrze zapowiadającą się zabawę.
- Tylko pytam czego tu chce nie? Nic takiego. Nie znam go. Obcy rzadko tu przychodzą. To pytam nie? Na razie grzecznie pytam nie? - Jean mówił z nieco obcym akcentem ale wydawał się być wtopiony w tą tawernę i środowisko, że był jego jednolitą częścią.
- Mówiłam wam, że dzisiaj przyjdzie tu ktoś wyjątkowy. Miałam sen. Poza tym przerywacie w zamówieniu. To na co byś miał ochotę przystojniaku? - kelnerka płynnie przeszła od delikatnej prośby do swoich zawadiaków do prawie jawnego kokietowania nowego gościa. Zajęła mu na tyle dużo czasu i uwagi, że drzwi się znów otworzyły i towarzystwo jak na zamówienie spojrzało w ich stronę aby sprawdzić kto przyszedł. Tym razem straciło zainteresowanie dużo szybciej. Rune zaś pewnie podszedł do szynkwasu i pozdrowił kiwnięciem starszego kolegę ze zboru. Na pierwszy rzut oka różnili się chyba pod każdym względem. Młody i krzepki oraz starszy i kuśtukający. Niemniej Rune stanął obok niego i przywitał się z nim i kelnerką.
- Serwus Yvonne. Daj mi coś dobrego na obiad. Nic nie jadłem od rana to głodny jestem jak wilk. - przywitał się i złożył zamówienie. Kelnerka pokiwała głową i chwilę rozmawiali co mogłaby mu dzisiaj zaserwować. W końcu jak to ustalili to wyszła na zaplecze pewnie aby przekazać zamówienie. Starszy karczmarz pozezował na nich ale nie wtrącał się w rozmowę.
- To domyślam się, że masz do mnie sprawę dziadku. No to chodź do stołu, Yvonne zaraz przyniesie zamówienie. - powiedział młodszy z mężczyzn wskazując na jeden z wolnych stołów. Jak się można było spodziewać po lokalu tej klasy była to dość prosta, wręcz toporna ale solidna konstrukcja z drewna z dostawionymi ławami w podobnej stylistyce.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
Warunki: sypialnia Otto; półmrok; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodnoOtto
Jednooki mnich obudził się tam gdzie się spodziewał. W swoim łóżku i w swojej sypialni. W cichym półmroku jaki wpadał przez zamknięte okna i okiennice z zewnątrz. Letni dzień już musiał wstać. Ale w lato to wstawał dość wcześnie. Miał chyba jeszcze trochę czasu zanim go zacznie. Na tyle aby spróbować przypomnieć sobie resztki swojego snu. Tym razem coś mu się śniło. Na tyle wyraziście by nie rzecz intensywnie, że pamiętał to po przebudzeniu.
Śnili mu się “jego” pacjenci z hospicjum. Ci co zdawali się być podatni na zew Sióstr, nawet jeśli każde na jedną z nich. Chyba zaczęło się od dziewczyn. Widział Marissę tak jakby stał w drzwiach jej celi. Ona zaś leżała w wulgarnej pozie z zadartym habitem pod jakim nic nie miała i prezentując bezwstydnie swoje kobiece wdzięki. Zabawiała się sama ze sobą używając jednej ze świec, że aż przyjemnie było popatrzeć i posłuchać. W pewnym momencie roześmiała się radośnie, wzięła coś ze swojej pryczy, coś czarnego i rozwinęła.
- Widzisz jakie śliczne? - zawołała zachwycone prezentując koronkowe, misternej roboty majtki. Te jakie dostała od swojej nowej pani a może jakieś inne. Aż wstała aby się nimi pochwalić.
- Rzeczywiście. Skąd je masz? - zapytała Annika jaka nie wiadomo skąd się wzięła w tej celi. Podeszła do koleżanki i z zachwytem oraz zazdrością oglądała ten kawałek czarnej bielizny z wyszytymi inicjałami poprzedniej właścicielki.
- Nasza zniewolona pani mi podarowała! Obiecała, że jak już będziemy razem to da mi o wiele więcej! A teraz ty! Opowiadaj jak było w kąpieli! - odparła Marissa wesołym tonem i jakby dwie koleżanki zebrały się aby wymienić ze sobą ekscytujące wieści.
- Cudownie! Naprawdę to zrobiła! Do końca nie wierzyłam, myślałam, że to tylko takie gadanie znudzonej paniusi ale naprawdę to zrobiła! - Annika roześmiała się radośnie jakby opowiadała o jakimś przyjemnym wydarzeniu na jakie mimo wszystko do końca nie wierzyła, że się wydarzy. A jednak! I pokazała ręką na jakąś ładną, bogato urządzoną łaźnię, z wielką balią i bąbielkami pod ścianą. I jak ona sama siedzi w królewskiej pozie w tej balii, sądząc z kielicha jakieś wino zaś jej pani sięga po jej stopę i zaczyna ją myć. A potem całować.
- Do kroćset! Jak mogłeś mi to zrobić! Zobaczysz gnoju jak cię tylko dorwę! Myślałem, że jesteś inny ale jesteś takim samym gnojem jak wszyscy inni! - krzyknął rozjuszony Thorne ze złością łapiąc za krawędzie małego okienka w drzwiach swojej celi. A gdy Otto tam zajrzał widział jak stoi nagi na środku celi gromiąc go wzrokiem. Ale przyrodzenie i dół zasłaniała mu czerń sukni bladolicej szlachcianki.
- No ja też miałam na to ochotę. Ale już ja się nim zajmę. - bretońska szlachcianka odwróciła się na chwilę w stronę korytarza aby spojrzeć na niego z lekkim wyrzutem. Ale już przyrodzenie Thorna bardziej ją zajęło więc po chwili było widać jej poruszającą się rytmicznie czarną, elegancko ufryzowaną głowę i mlecznobiały kark oraz rozeszły się charakterystyczne, mlaszczące odgłosy.
- Zawsze musi być w centrum uwagi. - westchnęła Pirora stojąca gdzieś pod ścianą jak wtedy gdy przyszły we trzy do hospicjum spotkać tych obiecujących pensjonariuszy. Soria uśmiechnęła się chyba nieźle rozbawiona.
- No ale przynajmniej jest na co popatrzeć. Przyznasz, że daje niezłe przedstawienie nieprawdaż? - odparła rozbawiona. Właściwie Otto nie był pewien czy mówią do siebie nawzajem czy do niego.
- No ja im mówiłem. Tylko ja wtedy miałem już kłopoty z mówieniem. Teraz to myślę, że mogło to wyjść troszkę niewyraźnie. Ale powiedzieli ci? Tak chyba tak. O tej królewskiej krwi, błogosławionym łonie i reszcie? Sam się zdziwiłem. Bo skąd tu wziąć królewską krew? Ja to myślałem, że chodzi o jakąś szlachciankę. Bo brzmi podobnie jak “błękitna krew” no nie? No ale tak zrozumiałem to tak im mówiłem. Ale ten wyjątkowy owoc brzmiał dobrze. Jestem pewien, że to by było coś wyjątkowego. - Vigo pokiwał głową i ruszył z Otto korytarzami hospicjum. Wyglądał lepiej niż gdy go ostatnio jeszcze za życia widział młody mnich. Ale nadal dość mizernie. Przynajmniej mówił dość wyraźnie. Mówił jakby wcześniej nie mógł z powodu swojej ciężkiej choroby a teraz już wracał do zdrowia to mógł wreszcie mówić swobodniej. Weszli obaj do stołówki gdzie chłopiec w ciele mężczyzny układał swoje klocki. Okazując przy tym typowo, dziecięce skupienie i determinację. Z początku wydawał się nie zauważać swoich gości.
- No tak, tak jak mówiłem. Ta bez majtek jest przeznaczona Pajęczej Królowej. Będzie pierwszą z jej nałożnic i haremu. Wyda na świat jej błogosławiony miot. Ale będzie tylko pierwszą z wielu. Przecież ci mówiłem, że będzie w kokonie. - ze skupieniem układał swoje klocki gdy w końcu się odezwał cichym, nieco zamyślonym głosem. Ale na koniec spojrzał z wyrzutem na młodego mnicha jakby ten nie dowierzał jego słowom. I pokazał na jeden ze swoich klocków. A gdy i Otto tam zajrzał ujrzał Marissę. Nagą i oplecioną pajęczymi nićmi. Jęczącą cicho jakby coś jej się śniło. Z ciężarnym brzuchem w jakim coś się właśnie poruszyło. Chłopiec w ciele mężczyzny zamyślił się i poruszył głową jakby czegoś nasłuchiwał co zwróciło uwagę mnicha na tyle, że spojrzał na niego. A klocki znów stały się zwykłymi, drewnianymi klockami dla dzieci.
- One są połączone. Mogą wrócić do nas tylko razem. Musicie mieć komplet aby wróciły. Uszczknęliście tortu ale większość jest jeszcze nie ruszona. Musicie pracować dalej. Nie da się sprowadzić tylko jednej czy dwóch z nich. Ich przeznaczeniem jest rządzić tym miastem. Tu kiedyś był ich plac zabaw i chcą go dla siebie z powrotem. - dziecięcy prorok dalej siedział w kucki na stole nad swoimi drewnianymi klockami. I mówił z pełnym przekonaniem.
- No ja im mówiłem. Przecież wam mówiłem. Że trzeba odnaleźć i zarobaczyć to błogosławione łono. Wtedy to pójdzie dalej. Do następnego kroku. - Vigo podszedł do stołu i machinalnie zaczął przesuwać klocki na stole. Pod jego wpływem jeden z nich zmienił swoje ścianki na scenę jaką Otto pamiętał sprzed paru dni. Gdy to młode, kobiece łono właśnie wydawało na świat ten błogosławiony miot.
- Nie ruszaj. To moje klocki. - poprosił siedzący na stole mężczyzna o umyśle zdziecinniałego chłopca. Vigo spojrzał na niego i chwilę mierzyli się spojrzeniami. W końcu wzruszył ramionami i ruszył do wyjścia ze stołówki.
- Mnie tu i tak już nie ma. - rzucił przechodząc obok stojącego mnicha. Obserwowali go obaj jak wychodzi i zamyka za sobą drzwi.
- No właśnie. Nie ma go. Ale ty jeszcze jesteś. Patrz na wskazówki. Siostry przemawiają. Nie tylko do ciebie. Do was. Do wszystkich. Nie tylko w tym mieście. Ich moc jest potężna. I rośnie. One chcą wrócić. I wielce wynagrodzą tych jacy im w tym pomogą. A ukażą nieudaczników i wrogów. To wszystko co tu widzisz należy do nich. Podzielą to między siebie. Zbiorą wierne sługi i zastępy. I będą rządzić. I kto wie co zrobią potem. Ale najpierw muszą wrócić. Najpierw trzeba skompletować ich dziedzictwo. Każdy kawałek prowadzi do następnego. Nie zatrzymujcie się. Nie spoczywajcie na laurach. Odrzućcie hamującą moralność i obyczaje. Aby osiągnąć wielkie i wyjątkowe cele trzeba sięgnąć po wielkie i wyjątkowe środki. Inaczej nie wyjdzie się poza codzienny marazm i miałkość. Tylko wyjątkowi i zdeterminowani osiągnął sukces. I będą wybrańcami Sióstr na tym świecie. Ich osobistymi gwardzistami, sługami, kochankami i wysłannikami. Zaniosą ich wolę dalej. Ale najpierw trzeba skompletować ich dziedzictwo aby je sprowadzić. - chłopiec w ciele mężczyzny tłumaczył kiwając się lekko jakby zapadł w jakiś trans na jawie. Mówił też dość monotonnym, nieco sennym głosem. I machinalnie bawił się swoimi drewnianymi klockami. Zanim Otto zdążył go o coś zapytać czy zrobić rozległ się gong wzywający na posiłek. Tak wyrazisty, że się obudził. We własnym łóżku i sypialni. W półmroku zamkniętych okiennic poranka. Ale rzeczywiście jak chciał coś załatwić przed wizytą w hospicjum to czas było wstawać.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Krucza; świątynia Morra
Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
Warunki: główna nawa; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodnoOtto
Gdy wyszedł na zewnątrz okazało się, że jest pochmurnie i dość chłodno. Zwłaszcza dało się to wyczuć na twarzy, szyi czy sandałach. Te ostatnie tym bardziej, że wędrówka przez mokre błocko i gnój jaki tradycyjnie zalegał na ulicach tylko wzmagało uczucie chłodu. Na jego szczęście jednak nic nie padało a świątynia Morra była nie tak daleko i też w centrum miasta.
Sama świątynia nie była tak wielka i bogata jak ta poświęcona Manannowi jaką powszechnie uważano w portowym mieście za najważniejszą, największą, najbogatszą i najpiękniejszą. Ale skoro miasto należało do jego morskiej domeny to dziwne nie było. Morr jednak był dość uniwersalnym bogiem w całym Starym Świecie. I z zajęć teologicznych Otto pamiętał, że jego kult jest stabilnie rozpowszechniony po całym kontynencie. Ponieważ jednak Morr nie zajmował się żywymi i ich sprawami więc raczej nie miał szans na zdobycie takiej popularności jak jego boscy bracia i siostry. Za to każdy żywy w końcu umierał i powszechnie życzono sobie aby trafić do jego opiekuńczych Ogrodów i nie dać pokalać swoich szczątków, zwłąszcza jakimś plugawym nekromantom. Nie było więc dziwne, że tutejsza świątynia boga umarłych nie była tak okazała jak ta jakiej patronował władca mórz i oceanów. Była też surowa, oszczędna w ozdoby i królowała w niej żałobna czerń i ciemne, przytłumione barwy dostosowane do nastroju ostatniego pożegnania. Przed wejściem rosły krzaki charakterystycznych, tak ciemnych róż, że wydawały się czarne. Specjalna, żałobna odmiana kwiatów poświęconych Morrowi i żałobie po zmarłych. Jedyna ozdobna roślina jaka wydawała się odpowiednia do takiego miejsca.
Nie dziwiło też, że tak wczesnym rankiem, tuż przed dniem świątynnym, świątynia właściwie była pusta. Wewnątrz było ledwo parę osób, że pewnie dałoby się to policzyć na palcach jednej ręki i jeszcze by palców zostało. To też nie dziwiło bo zwykle świątynie Morra wypełniały się podczas pogrzebów. A widocznie żadnego teraz nie odprawiano.
Ta grobowa cisza i bezruch bez trudu pozwoliły mu zlokalizować odzianą w czerń młodą kruczycę. Siedziała obok jakiejś starszej pani w ławce i rozmawiały cicho ze sobą. Ponieważ siedziały w jednej z pierwszych ławek Otto nie miał zbyt wygodnego miejsca aby spojrzeć na nie od przodu. Widział jednak spory kontrast między czernią jednej z rozmówczyń a bielą drugiej. Za nimi siedziała jakaś młodsza kobieta, oddziana w biały habit lub togę. Dopiero jak ta starsza pani wstała ukazał się jej habit Białej Gołębicy. Pożegnała się cicho z o wiele młodszą od siebie kapłanką Morra i ta młodsza gołębica podała jej swoje ramię. Obie ruszyły do wyjścia ze świątyni zaś Matka Somnium wróciła na swoje miejsce. I albo zamyśliła się nad czymś albo modliła się. Niestety jej czarny ubiór zakrywał ją w sporej mierze więc nawet gdyby któraś z łotrzyc też tu była z Otto to nadal musiałyby obejść się smakiem na to co ona tam może skrywać pod spodem. Poza bladą twarzą, szyją i dłońmi niewiele było widać.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
Warunki: wnętrze hospicjum; jasno; głośno; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodnoOtto
Po wizycie w świątyni Morra musiał się bardzo spieszyć aby przejść z centrum miasta do jej zachodnich sektorów gdzie ulokowano hospicjum. Pogoda wciąż była raczej chłodna, wilgotna i mało przyjemna. Za to w środku atmosfera była o wiele gorętsza. Już na recepcji kolega powitał go i z ulgą i ponagleniem jednocześnie. Zaś harmider z trzewi hospicjum świadczył, że coś tam się dzieje.
- Dobrze, że jesteś! Dawaj do środka! Prędko! Znów dom wariatów, całkiem powariowali! - krzyknął gorączkowo kolega dając gestem znak aby Otto nie zwlekał z niesieniem pomocy. Gdy młody mnich wbiegł do środka dojrzał kolejnego kolegę z obsługi.
- Dawaj do biblioteki! Trzeba ją jakoś ściągnąć! - krzyknął zasapany kolega pokazując ze dwa czy trzy koce jakie trzymał. Częściowo wlokły się po podłodze i tak we dwóch wpadli do biblioteki. Tam już było paru innych mnichów w tym przeor. On właśnie próbował negocjacji z szaloną naguską. Marissa bowiem jakoś wlazła na szczyt regałów i teraz na nich patrzyła z góry. Miała na sobie tylko te koronkowe majtki jakie dostała od Fabienne. A poza tym nic. Co część mnichów zdawało się gorszyć i peszyć a prawie wszyscy się rumienili nie wiedząc czy zerkać na jej nagość czy dostojniej byłoby odwrócić wzrok.
- Marisso. Bardzo cię proszę. Bądź rozsądna. Zejdź na dół. - prosił przeor stojąc na dole i próbując negocjacji z roznegliżowaną wariatką.
- Nie! Nie dostaniecie mnie! Ja czekam na Pajęczą Królową! Ona mnie kocha i pragnie! Wzywa mnie! Będę jej służyć i będziemy razem! Nie będziecie mnie dłużej więzić! - krzyczała w euforii Marissa a gdy jeden z młodszych mnichów próbował wejść na jej poziom regału cisnęła go książką. Mnich krzyknął i odpadł z regału.
- Oszalała, całkiem oszalała… - mamrotał z przejęciem któryś ze stojących obok mnichów.
- Marisso proszę uspokój się. Nie wariuj tak bo zaraz ten regał się przewróci i zrobisz sobie krzywdę. - przeor spróbował innej metody aby nakłonić młodą pacjentkę do współpracy. Regał pod wpływem jej gwałtownych ruchów chybotał się i było całkiem realne, że może się przewrócić.
- Nic mi nie będzie! Ja mam błogosławieństwo pająka i nic mi się nie stanie! - zawołała buńczucznie prawie naga brunetka wyzywająco kładąc dłonie na swoich biodrach i kołysząc się w wyuzdany sposób co wywołało jeszcze większe drżenie mebla ale na razie jeszcze się nie przewrócił.
- Ojcze! Ojcze! Dym! Czuć dym! W zachodnim skrzydle! - do biblioteki wpadł któryś z mnichów ze strasznymi wieściami. Braca aż jęknęli ze zgrozy bo pożar to było realne zagrożenie dla wszystkich.
- Otto uspokój ją! A ty moja panno jak się nie uspkoisz to nie pójdziesz do żadnej bogatej pani na służbę tylko zostaniesz tutaj! - przeor zorganizował się dość szybko. Krzyknął pogróżkę do niesfornej pacjentki po czym oprócz Otto i jednego czy dwóch mnichów porwał ze sobą resztę aby ugasić to zarzewie ognia.
- To ona będzie mi służyć! Tak obiecała! - krzyknęła triumfująco Marissa do ich uciekających pleców. Ale nie było pewne czy już ją usłyszeli mając na uwadze pożar jaki mógł tu wybuchnąć lada chwila. Ten kolega co tu przybiegł z kocami miął je w dłoniach patrząc to na nie to na zbuntowaną pacjentkę to jeszcze na Otto i drugiego mnicha jacy tu zostali.
- Dobrze, że to nie Thorne albo Annika. - powiedział jakby chciał znaleźć coś pozytywnego w tej szalonej sytuacji.
- A tu jesteś! Tak mi się zdawało, że cię tu widziałem! Teraz cię gnoju dorwę! - niespodziewanie do biblioteki przez otwarte drzwi wszedł Thorne. I zignorował dwóch pozostałych mnichów obierając za cel Otto. Szedł powoli w jego kierunku z mściwym wyrazem twarzy i zaciśniętymi pięściami w wyraźnie mało przyjaznych zamiarach.
- Serwus Thorne! Widziałeś jakie mam śliczne majtki!? A u siebie mam wino! Dostałam od mojej pięknej i dobrej pani! - zawołała Marissa ze swoich wysokości radośnie witając się z kolegą jakby w ogóle nie zauważała w jakim jest nastroju. Ten spojrzał w jej stronę jakby dopiero teraz ją dojrzał. I chyba trochę się zdziwił całą tą sceną. Ale jak na razie to nadal dzieliło go ledwo parę kroków od Otto. Dwaj jego koledzy mieli minę jakby najchętniej się stąd zmyli i nie mieli ochoty stawać na drodze rozjuszonego byka jakim teraz jawił się Thorne. Ale też w poczuciu solidarności nie chcieli zostawić Otto samego. Więc na razie stali tak niezdecydowani niezdolni do podjęcia jakiejś akcji czy decyzji.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 24 - 2519.07.10; agt; ranek - południe (2/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
Warunki: sypialnia Joachima; półmrok; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodnoJoachim
Po tym jak Heinrich go pożegnał i pokuśtykał na zewnątrz młody magister mógł zacząć wreszcie zakończyć ten dzień. Niestety niebiosa mu początkowo nie sprzyjały. Był już późny wieczór ale jeszcze przed północą. Nocne niebo jednak było w większości zachmurzone. Czekał szykując się już do snu gdy niedługo po północy jak wyjrzał za okno okazało się, że się przejaśniło. I zrobiła się całkiem pogodna noc. W sam raz aby wyjść na balkon, złapać za lunetę i popatrzeć w gwiazdy. Chociaż musiał się ubrać w coś cieplejszego bo nocami to w tych północnych rejonach Imperium było dość chłodno. A to badanie gwiazd też zajmowało nieco czasu. Jednak gdy parę pacierzy później, już w głębokiej ciszy i ciemności jakie panowały nad uśpionym miastem kończył wcale nie był pewny jak należy interpretować wyniki.
Bardzo mocno świeciła Gwiazda Wieczorna. A symbolizowała tajemnicę, spiski, iluzję, ułudę. Więc gdy wróżył o tajną i spiskową akcję wydawało się to raczej pozytywnym omenem. Jednak w oko wpadł mu też Draconis. Ten znak gwiezdny zwykle patronował śmiałym, odważnym działaniom więc wydawał się też być korzystnym znakiem. Mógł też symbolizować Silnego i jego chłopaków bo w końcu odwagi, śmiałości i brutalności nie można im było odmówić. Ale jakby dla równowagi widoczny był też Łucznik. Ten zwykle symbolizował precyzyjną, mistrzowską robotę jak choćby właśnie mistrzowskie umieszczanie strzał w celu. Ale w szerszym znaczeniu właśnie oznaczał koncentrację i misterną robotę. Jeśli by uznać go za dominujący to Silny słabo się z tym kojarzył za to Łasica i Burgund już tak. W końcu szyczyciły się swoimi śmiałymi numerami jak choćby wydobyciem Mergi z kazamat ostatniej zimy. Chociaż wtedy główne skrzypce paradkoskalnie odegrali Łasica i Egon. Oboje z przeciwnych patronów i praktyk. Wtedy w połączeniu z Draconisem może chodziło o śmiałą, precyzyjną robotę? Wtedy pasowało do obu łotrzyc bo chociaż nie lubiły bójki i prymitywnej przemocy to śmiałości podczas ich numerów nie można było im odmówić. A może chodziło jednak o Silnego? W końcu też był chłopakiem z ferajny i w razie potrzeby potrafił okiełznać swoje krwiożercze instynkty. Przecież zimą to on udawał woźnicę jaki co tydzień wjeżdżał z zapsami do kazamat i znacznie pomógł w poleceniu Egona na strażnika i potem podczas samej akcji. Więc chociaż ostatniej nocy znaki wydawały się raczej zdecydowanie sprzyjające to jednak interpretacja wydawała się mocno dwuznaczna.
Poszedł więc spać już sporo po północy. A wstał tym razem sam z siebie. Nikt nie zastukał w drzwi aby mu przerwać sen ale jak otworzył oczy zdał sobie sprawę, że już dnieje. Tak naprawdę to jednak obudził go sen.
Najwcześniej co pamiętał to Gnaka. Ten zwierzoludź o dość ludzkim wyglądzie miał dwa rogi na czole wielkości może małych palców dorosłego co zapewniało mu wysoki status w jego plemieniu bo większość ungorów miała dość symboliczne poroże albo ledwo zarysowane kostne guzy zamiast rogów. Więc chociaż te rogi Gnaka były mniejsze od choćby tych jakie miały gospodarskie kozły czy barany to jednak były powodem do jego dumy i zazdrości pobratymców. Herszt tej bandy szedł naprzeciw stojącego magistra przez jakiś ciemny las. Potem go minął tuż obok jakby go nie zauważył. A wraz z nim jego stado. Gdy Joachim odwrócił się za nimi ujrzał polanę z płonącymi ogniskami i wielkimi głazami. Oraz orgię jego ludzkich kobiet z plemieniem Gnaka. Miał wrażenie, że przynajmniej część z nich rozpoznaje jako koleżanki ze zboru. A może nie? Właściwie nie był do końca pewny i jedną czy dwie to jakie zdążył się przyjrzeć to nawet wydała mu się całkiem obca. Zanim się przypatrzył poczuł klepniecie w ramię.
- Widzisz? Co za ladacznice! No sam zobacz jak się wypinają i się nadstawiają! Żenujące. Żałosne. Tak się dać poniżyć tym prymitywom. Mówiłem ci, że one się nadają tylko do roli pionków w naszych planach. Sam zobacz. Jak tu je można traktować poważnie? - Thobias przybrał zdegustowany wyraz twarzy na widok tej orgii jaką zdawał się jawnie pogardzać. Tak samo jak jej uczestnikami.
- Tak, tak, pozwalają sobie wsadzać co kto chce a moimi maleństwami to gardzą. A tu zobacz, z jakimiś psami i kozłami się chędożą. Co za strata. A mogłyby przynieść na świat nowe życie i być częścią nowego, wspaniałego planu. A sama Merga mówiła, że ryzyko jest dość niewielkie to czego się tu bać? - obok stanął gruby aptekarz i wydawał się być zasmucony i rozgniewany, że koleżanki tak bardzo nie chcą współpracować w tym zaszczytnym celu jakiego się podjęli.
- No trudno. Może coś się uda ugrać potem. Albo wykorzystać te wyuzdane kozy aby pokierować tymi ich koziołkami. Może to się jakoś przyda. - mruknął Thobias patrząc spomiędzy drzew na tą rozdygotaną i skłębioną ze sobą kotłowaninę ciał.
- Dobrze, że chociaż na was chłopaki można liczyć. - Sigismundus poklepał każdego z kolegów po ramieniu i uśmiechnął się do nich przyjacielskim chociaż nieco przygaszonym uśmiechem ciesząc się, że chociaż na tym innym polu może liczyć na jakąś pomoc od członków zboru. Obaj odeszli gdzieś w mrok lasu albo jakoś inaczej zniknęli z pola widzenia czarodzieja. Jego samego zaabsorbował komar jaki złośliwie latał mu koło twarzy. Próbował go odgonić a gdy się mu to w końcu udało zorientował się, że jest nie w lesie tylko na jakimś bagnie. Same mokre kępy bagiennej trawy, grzęzawisko, jakieś rachityczne zarośla i powykręcane drzewa. No i mgła. Jaka nie pozwalała złapać głębi krajobrazu. W ogóle nie miał pojęcia gdzie jest ani jak się tu znalazł. Wszystkie kierunki wydawały się podobnie nijakie i czuł zagubienie oraz dezorientację. Do tego zaczął tonąć w bagnie. Wciągało go coraz bardziej i głębiej a nie miał się czego złapać aby się wydostać.
- No tu jesteś. Nie histeryzyj. Zaraz cię wyciągnę. - powiedział jakiś uzbrojony mężczyzna jaki niespodziewanie znalazł się nad nim. A Joachimowi wydawał się strasznie wysoki. Pewnie dlatego, że zdołał się już zapaść do pasa w tym bagnie. A gdy zadzierał głowę to widział tylko ciemny kontur tamtego a nie jego twarz więc nie mógł go rozpoznać. Ale go uratował. Wyszarpał go z tego bagna i po chwili Joachim stał obok niego próbując sie oczyścić z nadmiaru tej wilgoci i błota. Mógł wreszcie dojrzeć twarz swojego wybawcy. Hetzwig zaś pokazał palec na usta aby zachować ciszę. Po czym schylił się, wydobył pistolet zza szerokiego pasa i dał znak aby młody magister podążył za nim.
- Słyszysz? Jest tutaj. Nie możemy go spłoszyć. Zaczaimy się. Dobrze, że nas ostrzegłeś. Dorwiemy ich jak leszcze z sieci. - powiedział cicho uśmiechając się złośliwie. A tam przez te trzciny i przez jakie się skradali cicho chlupocząc bagienną wodą było coś słychać. Jakieś wielkie i ciężkie kroki. Zwierzęce pochrapywania. W pewnym momencie Joachim zorientował się, że myśliwych jest więcej a nie tylko Hetzwig. Nie widział ich ani nie słyszał ale jakoś jak to we śnie, wiedział, że tam są. I też zastawiają pułapkę na przeciwnika.
- No to nieźle się wkopałeś. Jesteś pewien, że kontrolujesz sytuację? Dasz radę się z tego wyplątać? - Joachim usłyszał za sobą jakiś głos. Trochę jakby Mergi. A trochę jakby nie. Jak się odwrócił to nikogo nie dostrzegł. Zupełnie jakby się przesłyszał. W tym czasie Hetzwig dał znak aby się zatrzymać i sam też czegoś intensywnie nasłuchiwał i wypatrywał.
- Widzisz? To zawodowy ogar. Jak złapie trop to będzie nim podążał. Jeszcze cię chyba nie podejrzewa. Ale mam takie dziwne wrażenie, że nie przepada za magami. - znów ten sam dziwny głos zza jego pleców. Jak się znów odwrócił to tym razem ujrzał Mergę. Lewitowała sobie tak, że musiałby pewnie wysunąć dłoń aby dotknąć jej butów. Aż było dziwne, że Hetzwig jej jeszcze nie zauważył.
- Jest. Teraz poczekamy aż się rybki złapią w sieć. Tylko się nie wygadaj. Niech myślą, że wszystko jest jak było. - powiedział cicho Hetzwig z radosną gorączką łowcy obserwuwjącego jak zwierzyna już wychodzi na strzał. Pokazał cos w głębi trzcin. Ale lewitującej Mergi zdawał się nie dostrzegać. Gdy Joachim spojrzał tam gdzie łowca pokazywał dojrzał, że trzciny w tym miejscu nieco prześwitują przez co było widać ich skraj. I jakieś rozchlapane wrzosowisko jakie się tam zaczynało. Nic niezwykłego na bagnach. Ale w pewnym momencie coś tam śmignęło. Jak jakieś wielkie nogi czegoś dużego. Jakiejś niekształtnej sylwetki. Ale tylko fragment i zbyt szybko aby dało się dojrzeć co to mogło być. Ale coś sporego bo słychać było te potężne kroki i chlupot jaki wydają.
- No to raczej nam nie ułatwia roboty. - Łasica skrzywiła się i pogardliwie splunęła w bagno gdy okazało się, że pochyla się obok Joachima aby rzucić okiem na to co tam się dzieje za trzcinami. Była ubrana w bardzo wyuzdany sposób jakby dopiero co wyszła albo zaraz szła na jakąś orgię w loszku Pirory.
- Odsuń się, wy jesteście do niczego! Tylko do rozkładania nóg się nadajecie! - warknął Silny brutalnie odpychając włamywaczkę i nie kryjąc swojej pogardy dla niej. Ta krzyknęła protestująco i wpadla w to bagno co wywołało złośliwy rechot jej oponenta.
- Tylko jeden? Pfff! Pałą przez łeb i po krzyku! - łysol spojrzał na czającego się Hetzwiga z nie mniejszą pogardą. Gdy ten klęczał obserwując polanę rzeczywiście wydawał się podatny na jakikolwiek atak. Zwłaszcza jak Silny ze swoją pałką stał tuż za nim.
- Głupek z ciebie jak sądzisz, że on da ci się tak podejść. - prychnęła Burgund ubrana czy raczej rozebrana podobnie jak jej partnerka. - To trzeba z finezją i fantazją, podstępem i fortele… - zaczęła mówić ale Silny jej przerwał bezceremonialnie popychając ją tak, że też wpadła w błoto tuż obok swojej partnerki.
- Nie słuchaj ich. Tylko rozkładać nogi to umieją. Na resztę to zwykłe panikary. Może i nam się o tak nie wystawi ale wszystko da się obejść. A potem pałą w łeb i teren będzie nasz. Wyniesiemy z tej budy co będziemy chcieli. - Silny nadal wydawał się być pewny swego i starał się przekonać Joachima do swoich racji no i metod.
- Zostaw go i chodź do nas. Zabawimy się! - Łasica uśmiechnęła się kusząco leżąc w tym błocie w jakie wpadła a podobnie ubłocona Burgund leżała już na niej. Obie spojrzały w stronę magistra zapraszającym i zalotnym spojrzeniem.
- My teraz jesteśmy na robocie. Ale już niedługo. I możemy się trochę zabawić. Zresztą nasze najlepsze numery co nam wychodzą to zawsze też jest nieco zabawy. Tylko byś musiał te drzwi znaleźć i dokładniejszy adres tak jak ci ostatnio mówiłyśmy. - Burgund zrobiła kuszący ślad zostawiony w błocie pokrywającym jędrności koleżanki a ta zrewanżowała się łapiąc ją mocniej za pośladki i przyciągając władczo do siebie. Obie wyglądały bardzo kusicielsko.
- Ja myślę, że potrzebujemy przewodnika. Kogoś kto tam trafi. Ktoś do kogo przemawiają Siostry. Albo ma w sobie ich nasienie. Wtedy te szepty mogą nas zaprowadzić do celu. - powiedziała Lilly jaka niespodziewanie wyszła z trzcin i popatrzyła na tą całą scenę jaka się tu rozgrywała na bezimiennym trzęsawisku.
- O nie, ja na pewno nie dam sobie zasiać żadnego nasienia! Wybijcie to sobie z głowy! - Łasica fuknęła na nią i na całą resztę niezmiennie obstając przy tym co mówiła od początku.
- Nie mówię, że ty. Ale ktoś inny. Ktoś kto dzięki temu stanie się naczyniem głosu Vesty albo innej z Sióstr. Takie poświecenie wzmacnia połaczenie z Siostrami. - Lilly wydała się nieco urażona takim napastliwym tonem koleżanki. Ta wciąż przytulając do swoich ubłoconych piersi nie mniej ubłoconą Burgund wyciągnęła do mutantki dłoń i ciepły uśmiech na zgodę. Ta ucieszyła się i do nich dołączyła.
- Gadają głupoty. Wszystko da się załatwić pałą czy toporem. Tylko trzeba wiedzieć gdzie uderzyć. A ty wiesz gdzie ta skrzynka to i resztę się załatwi. Taki fajfus to krwawi i zycha tak samo jak każdy inny. A jak będziemy mieli skrzynkę to i pewnie coś z tego wyjdzie. - Silny wydawał się być zirytowany, że koleżanki tak absorbują uwagę Joachima. Kopnął błoto tak, że jego fala zalała je ponownie tak skutecznie, że całkiem pod nim zniknęły. Sam zaś starał się skupić uwagę magistra na przyczajonym łowcy czarownic. Ten w końcu odwrócił się ku nim i popatrzył uważnie.
- No na co tak stoisz? I z kim rozmawiasz? - zapytał go obserwując czujnie. Gdy Joachim rozejrzał się nie dostrzegł nikogo. Tylko bagno, komary i trzciny. Szumiały. A gdzieś z oddali słyszał cieniutki, wzywający dźwięk muzyki. Jakby odległy, dziecięcy chór śpiewający pieśni i psalmy. Albo ledwo słyszalny dźwięk malutkich dzwoneczków.
- Uważaj. Jesteś magiem czyli z założenia podejrzanym elementem podatnym na pokusę mrocznych sił. Niedawno przyjechałeś do miasta, nikt cię tu nie zna więc nie wiadomo co robiłeś wcześniej. To nie brzmi jak papiery bogobojnego piekarza czy karzmarza. No ale mówisz, że coś się zaczyna dziać. No dobrze. Sprawdzimy to. Zobaczymy jak się spiszesz. A teraz cicho. Zbliżają się. Zobaczymy kto się złapie nam w sieć tym razem. - powiedział Hetzwig swobodnym tonem jakby dzielił się swoimi przemyśleniami na temat tej całej sprawy. Jakby magister należał do jednej z najbardziej kontrowersyjnych i podejrzanych profesji ale łowca nie był fanatykiem aby go szykanować, palić, więzić czy torturować tylko za to. Wolał dać mu szansę się wykazać ale miał baczenie na jego słowa, zachowanie i poczynania.
I taki to był sen. Jak Joachim obudził się we własnym łóżku zdał sobie sprawę, że z jednej strony każdy czyn i słowo jakie uczyni aby zwiększyć bezpieczeństwo skrzyni zamkniętej w tajnym schowku Akademii zapewne zwiększy jego wiarygodność w oczach Hetzwiga i zapewne reszty władz. Ale też raczej utrudni wydobycie tej skrzyni z tego magazynu. Obie ekspertki od włamań jakie mieli w zborze były na razie zaangażowane w sprawę obrabiania skarbca świątynnego i tam spędzały większość dnia i wysiłku. Chociaż w razie potrzeby to wcześniej obiecały mu pomoc przy Akademii tylko miał zdobyć dokładniejszy adres no i opis szukanego artefaktu. To akurat ostatnio udało mu się zdobyć. Tylko kosztem zaalarmowania rektora oraz władz. Tak czy inaczej obie spryciary zapewne będą dziś w nocy na zborze. Nie był pewien jaki obecnie mają etap przygotowań do skoku na świątynie ale chyba nie lada dzień skoro zgłosił się na niewidzialną czujkę a na razie żadnego powiadomienia nie dostał. Chyba, że dziś wieczorem na zborze. Na razie jednak był ranek. Chyba nie tak wczesny jak ostatnio się budził albo ktoś go budził ale jednak początek a nie środek dnia.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”
Czas: 2519.07.10; Anistag; południe
Warunki: główna sala; jasno; karczemny gwar; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, umi.wiatr; chłodnoJoachim
Młody astrolog musiał spłukać z siebie resztki nocnych snów, zjeść śniadanie i doprowadzić się do porządku. Zanim więc zdecydował opuścić swój dom to zbliżał się środek letniego dnia. Akurat zaczęło mżyć i było dość chłodno. Do wieczornego zboru miał jeszcze dobre pół dnia na działanie. Z wszystkich rozważanych adresów najbliżej mu chyba było do “Kociołka” gdzie punkt kontaktowy miał Silny. Nie umawiał się z nim co prawda wcześniej to nie był pewny, że go tam zastanie. Ostatecznie gdyby nie to zawsze mógł mu zostawić wiadomość albo poczekać do wieczora bo Silny zwykle bywał na zborach.
- Serwus chudzielcu. - usłyszał za sobą chropawy głos łysego mięśniaka gdy już widział front tawerny. Gdy się odwrócił ujrzał oczywiście Silnego odzianego w płaszcz z kapturem i zwisającą u pasa pałkę jaka była w sam raz do połamania komuś kości. Kaptur nadawał mu złowrogiego wyglądu. Jak zbirowi jakiego lepiej nie spotkać samemu w ciemnym zaułku. Zresztą całkiem słusznie bo takimi rozbojami Silny zajmował się na długo zanim wstąpił do zboru Starszego i chyba nadal od nich nie stronił. Przy nim młody mag rzeczywiście wyglądał dość wątło.
- Co cię przywiało? - zagaił dość przyjacielsko gdy się z nim zrównał. Pasowali do siebie jak pięść do nosa. - Ha! Nie uwierzysz co mi się dzisiaj śniło! Bitwa! Wielka bitwa! I ja byłem w pierwszym szeregu! A naszym wodzem był jakiś gigant na karym koniu i w czarnej zbroi! Dał znak i ruszyliśmy do ataku! I sam też popędził na czele a my za nim! A potem tylko wielkie “Trach!” jak się zderzyliśmy z tamtymi! Ale była bitwa! Ale walka! Ale rzeź! Spuściliśmy niezły łomot tym miernotom! - zawołał niespodziewanie radośnie gdy chciał się podzielić z kolegą swoim nadspodziewanie klarownym snem. Bo raczej nie sprawiał wrażenia kogoś uduchowionego kto byłby podatny na jakieś wzdychania i inne poetyckie czy metafizyczne. Ale jak już się wygadał to znów zapytał w jakiej sprawie Joachim przychodzi.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Angestag; rano; świątynia Morra
Otto chwilę zastanawiał się jak podejść do sytuacji. Nie chciał, aby jego intruzja była zbyt oczywista, ale chciał jednak doprowadzić do rozmowy z Wysoką Morrytką. Postanowił szczerze podejść do sprawy, przynajmniej tak szczerze jak mógł Chaosyta w świątyni Morra. Podszedł do bladolicej kobiety, delikatnie się skłaniają gdy ją "zobaczył".
- Pochwalony, Matko Somnium. Można? - wskazał na miejsce obok kobiety.
- Pochwalony Otto. Tak, proszę. - bladolica kapłanka spojrzała w bok na to kto do niej podszedł i widocznie rozpoznała kto. Skłoniła lekko swoją czarną głowę na powitanie i zachęciła mnicha aby usiadł obok niej.
- Dziękuję. - mnich usiadł obok kapłanki i ułożył dłonie do modlitwy. Morr na liście bogów południa Otta, miał dość specyficzne miejsce. Uważał go trochę za podnóżka Nurgla, bóg śmierci był ewidentnie jedynie cieniem Boga śmierci i odrodzenia, ale Morr spełnia powinność przewoźnika do zaświatów.
Otto oddał wewnętrzną modlitwę za Vigo, miał nadzieję, że Herold Oster dojrzał jako ohydny owoc w ogrodzie Ojczulka. Modlił się również za swoich poległych braci z Zakonu Zamkniętego Oka, tak jak on, ich oczy otworzyły się na Prawdę i zaczęli we własny sposób oddawać cześć Wielkiej Czwórce. Nie wiedział jaki los i spotkał po śmierci, ale życzył im jak najlepiej.
Zakończywszy spotkał na Matkę Somnium.- Przepraszam, dawno nie modliłem się za dusze, tych którzy już przeminęli. Chciałem podziękować za ostrzeżenie w sprawie naszych podopiecznych. Mam nadzieję, że mimo wszystko atak nie będzie drogą do tragedii.
- Tak, to takie częste. Jesteśmy żywi, zajęci sprawami żywych i nie zawsze mamy czas przystanąć i zadumać się nad tymi co odeszli lub pomodlić się za nich. Ale to miejsce jest do tego odpowiednie. - powiedziała ze zrozumieniem wolno kiwając głową. Nie przerywała mu modlitwy i chyba była pogrążona we własnych dopiero jak się odezwał to zwróciła się do niego.
- A ostrzeżenie mam nadzieję, że się przyda chociaż wolałabym nie mieć racji. Niestety ciemne chmury jakie nadciągnęły nad to miasto nie chcą się rozproszyć więc obawiam się, że sytuacja nie ulegnie poprawie. Miałam dzisiaj wyjątkowy sen i niestety nie był zbyt przyjemny. - westchnęła pocierając machinalnie krawędź leżącego na ławce przed nią psałterza.
- Rozumiem, sam się borykam z dziwnymi snami ostatnimi czasu. Słyszałem też o podobnych sytuacjach wśród mieszkańców. Masowe koszmary… nie oznacza to niczego dobrego. - zobaczymy, jak dużo ta młodzianka wie.
- To też coś ci się dzisiaj śniło? Coś niepokojącego? Masz wyraźnie zaburzoną aurę. O tak wczesnej porze to zwykle jest efekt niespokojnych snów lub innych podobnych przeżyć. - zapytała go jakby domyślała się, że też nie miał spokojnej nocy.
- Dwa sny. - zaczął mnich - Jeden był wczoraj. Przyjmowałem poród, chociaż brzemię kobiety było znikome, a owoc… był nienaturalny. Coś się w niej wiło. - Mnich potrząsnął głową jakby chciał odgonić wspomnienie - Dzisiejszy, naprawdę mnie zmartwił. Moi pacjenci najwyraźniej w ataku szaleństwa. Dwie kobiety spółkowały ze sobą, mężczyzna chciał mnie zaatakować, na końcu dwóch pacjentów… w tym Vigo, pacjent, które Matka pomogła nam pożegnać, majaczyli coś… nie jestem w stanie przypomnieć sobie co. - mnich westchnął - Obawiam się, że twoja przepowiednia stanie się prawdą szybciej, niż później.
- To rzeczywiście niepokojące sny. I nietypowe. - odparła bladolica morrytka po chwili zastanowienia.
- To szaleństwo z hospicjum brzmi podobnie jak mi to opisywał wasz przeor. Przynajmniej tak to odebrałam. Spolkujace ze sobą kobiety? Jacyś bandyci co biją obsługę? Kompletne szaleństwo. Sugeruję byście zwiększyli poziom kontroli. I zbadali sprawę co jest przyczyną. Porozmawiajcie z tymi najbardziej agresywnymi. Coś musi powodować te napady agresji. Chociaż obawiam się, że nie tylko u was. Sprawa może mieć szerszy zasięg i być może będę musiała dać o tym znać moim przełożonym. Przyznam się, że jak tu przyjeżdżałam to nie spodziewałam się czegoś innego niż symboliczny pogrzeb naszej czcigodnej pani. - odezwała się raznoiej i bardziej zdecydowanie niż na początku.
- A ten pierwszy sen to w ogóle dziwny. Połóg to zwykle typowo kobieca domena. Mężczyźni raczej w nim nie uczestniczą. Jesteś akuszerem? Znałeś tą kobietę ze snu? I płaski brzuch mówisz? To też się nie zgadza. Przecież przy połogu to ma się taki brzuch, że nie da się tego ukryć. A jak jest tak wcześnie, że brzucha nie widać to nie ma połogu. Za wcześnie. Zdarza się, że kobieta nie donosi ciąży no ale wtedy nie ma porodu. No i ta nienaturalność jest niepokojącą. Mam nadzieję, że nie muszę Ci przypominać, że wypaczenie fizyczne jest oznaką zepsucia duszy i to w zaawansowanym stopniu. Więc nie kieruj się fałszywą litością. Takie zjawiska trzeba tępić i wypalić bez skrupułów. Jeśli spotkasz coś takiego niezwłocznie zgłoś to przełożonemu, kapłanom albo władzom. Może jeśli chodzi o coś wypaczonego to tłumaczyłoby tak nietypowy poród. Być może to ostrzeżenie. Miej na uwadze gdybyś został wezwany do takiego podejrzanego porodu. Zrób co konieczne a potem zawiadom władze. - poradziła mu w sprawie pierwszego snu i chyba poruszył ją nawet bardziej niż ten z ostatniej nocy. A z tego co Otto wyniósł z zajęć w swoim starym klasztorze to wiedział, że pogląd o tym, że fizyczne Mutacje są oznaką spaczenia duszy był dość powszechny. Dla takiego heretyka na tym świecie nie było już nadziei ale gdy żałował za grzechy, wyraził skruchę to niszcząc jego zepsute ciało można było liczyć, że ocali się jeszcze jego nieśmiertelną duszę.
Otto zerknął na Matkę.
- Ale jednak była możliwość, że to będzie coś więcej? Wybacz dociekliwość, ale martwię się o pacjentów. - miał nadzieję, że właśnie nie włożył kija w mrowisko, ale mógł wyciągnąć z tego coś więcej - Jeżeli natomiast przydarzy mi się odebrać taki poród… chociaż mam szczerą nadzieję, że mnie to ominie, oczywiście wezwę odpowiednie osoby. Chociaż… sądzę, że przyjmowałem ten poród, we śnie z powodu mojego upozycjonowania. - mnich poruszył się delikatnie, udając niezręczność - Kobieta miała rozłożone nogi przed moją twarzą, więc sądzę, że chodzi o poród. Inkwizycja z tego co wiem, ma swojego agenta w mieście, więc wiem do kogo to zgłosić.
- Tak, łowca Hertz. Zostaliśmy sobie przedstawieni. Zrobił na mnie dobre wrażenie. Cieszę się, że ktoś taki jest tutaj na posterunku. - jej blada twarz okrasiła się cieniem uśmiechu jakby łowca czarownic rzeczywiście zrobił na niej dobre wrażenie. - Tak, jeśli natrafisz na ślady takiego spaczenia to on jest dobrą osobą aby go powiadomić. - pokiwała głową polecając mu tego łowce heretyków na takie nietuzinkowe przypadki.
- A ja modlę się aby to wszystko był tylko zbieg okoliczności. Albo potrzeba ludzi aby porozmawiać z wielką kapłanką że stolicy i zająć jej uwagę. Oby. Niestety wszystko wskazuje na to, że niepokojąco wiele osób skarży się na kłopoty ze snem lub dziwne sny. Czasem nawet osoby spoza miasta. Już nie nadążam tego zapisywać. Chyba będę musiała założyć osobny brulion i jakoś to posegregować. - Powiedziała cicho i w zamyśleniu. Na koniec otwarła małą książeczkę jaka leżała przed nią i okazało się, że to nie psalterz tylko chyba dziennik bo widać było ręcznie zapisane stronice. I coś w rodzaju nagłówków jakby dzienne daty. Zamknęła z powrotem tą książeczkę i uśmiechnęła się blado.
- Na razie jednak jestem tu dość krótko. Trudno mi jeszcze złapać skalę i właściwy punkt widzenia. Może to tylko takie pierwsze wrażenie. Szkoda, że mój mistrz nie mógł przyjechać on jest o wiele bardziej doświadczony w takich sprawach. - dodała nieco weselej jakby nie chciała kończyć na jakimś przygnębiającym akapicie.
- Aha. A ten zmarły pacjent, Vigo. Zmarli zwykle nawiedzają żywych, także w snach jak coś ich niepokoi albo mają niedokończone sprawy. Być może uważa, że możesz mi w tym pomóc. Zwykle przestają nawiedzać ten padół jeśli ich niepokój i sprawy zostaną załatwione po ich myśli. - dorzuciła jeszcze jakby jej się przypomniało coś z jej zawodowej domeny.
Otto przyjrzał się Morrytce.
- Jesteś przecież Wysoką Matką, jestem pewny, że doświadczeniem przewyższasz nie jednego ze swoich rówieśników. Chociaż przyznam, twój wiek i status zaskakuje wielu, ale osobiście uważałem, że to oznacza niebywały talent. - nawet bladolica służka pana Śmierci może się skusić na mały kąsek pochlebstwa.
- Tak, zauważyłam. Zapewne sporo osób spodziewało się kogoś innego z mojego zakonu no a tu przybyłam ja. - uśmiechnęła się nieco chyba ubawiona tym wrażeniem jakie wywołała po swoim przyjeździe. Albo takie starała się wywołać wrażenie bo uśmiech był dość oszczędny.
- I dziękuję za twoje słowa, to miłe z twojej strony. Niestety nie jestem tak doświadczona jakbym mogła albo jakbym chciała. Są w mojej świątyni osoby jakie na pewno lepiej sprostałyby tutejszej sytuacji. - rzekła skromnie chociaż pochlebstwo sprawiło jej przynajmniej drobną przyjemność.
- Rezolutna osoba wykorzystuje wszelkie narzędzia w swojej dyspozycji. - mnich chwilę się zastanowił - Cóż, ja jestem tutejszy. A przynajmniej spędziłem tu dość czasu, że czuję się zaklimatyzowany. Być może, ja ujrzę jakąś ukrytą prawdę w twoim śnie? Nie chcę się narzucać oczywiście.
- Oh nie chciałabym cię zamęczać. To nie był przyjemny sen. Raczej niepokojący. Ale dziękuję, że zapytałeś. - kapłanka chwilę ważyła propozycję młodego mnicha w swojej czarnej głowie ale mimo tej chwili wahania zdecydowała się grzecznie podziękować i odmówić.
- A co do ciebie i waszego hospicjum to proszę trzymajcie rękę na pulsie. Tych objawów nie można bagatelizować. Jeśli to możliwe sugeruję robić notatki. Może coś się z nich wyjaśni jeśli się je zbierze do kupy. - zaproponowała sama od siebie jak mogą sobie nawzajem pomóc w sprawie tych niepokojów jakimi ostatnio cechował się pobyt w hospicjum.
- No cóż, jeśli zmienisz zdanie, chętnie cię wysłucham. - mnich się uśmiechnął - I proszę mi uwierzyć. Od czasu twego ostrzeżenia, bacznie obserwuje wszystkich. - nie z powodów, których by się spodziewała, ale jednak - Nie będę ci już zajmował czasu, Najwyższa Matko. Muszę teraz swojej powinności dotrzymać. Spokojnego dnia życzę. - skłonił się kobiecie i ruszył do wyjścia. Trochę informacji udało mu się wyciągnąć, ale nic konkretnego. Zastanawiało go… czy może siostry przemawiają i do Morrytki. Będzie musiał obgadać to i kilka innych spraw podczas zboru.
Angestag; rano; hospicjum
Mnich westchnął widząc co się dzieje, przepowiednia Morrytki stała się rzeczywistością, a Otto zostało sprzątanie tego bajzlu. Nie miał nic przeciwko wyskokom Heroldów, jednak wolałby, aby nie stawały na drodze większej misji.
Spojrzał na Marissę, cieszyło go, że dar od Fabianne przypodobał się dziewczynie.- Marriso, proszę zostań tam. Nawet błogosławieństwa nie uchronią cię przed sobą samą. Proszę zejdź do mnie, a… - w tym momencie zobaczył i usłyszał Thorna. Zaklął delikatnie pod nosem, rozjuszony buhaj nie był pewnie w nastroju na rozmowy czy lekcje o kontroli gniewu. Mnich rozpiął habit i zsunął go na ziemię, kiedy większy mężczyzna był skupiony na nudystce bibliotecznej. Jego nagi korpus pokryty był bliznami po cięciach i poparzeniach, było też kilka blizn gdzie kości najwyraźniej przebiły skórę. Zdjął również maskę, odsłaniając pusty oczodół - Nie interweniujcie. - powiedział do dwóch kolegów, wolał nie pogarszać sytuacji dla Thorna niż właśnie miała się stać. Po czym ruszył do Thorna.
- Thorne, impotencie! Naprawdę sądzisz, że dasz mi radę? To dawaj! - nie czekając na reakcję mężczyzny mich wymierzył cios w roślejszego oponenta.
Wejście Thorna przerwało pertraktacje z pacjentką odzianą jedynie w koronkowe majtki. Za to wesoło i triumfująco patrzyła spod sufitu na scenę na dole najpierw witając się z kolegą pacjentem a potem na te zmagania na poziomie podłogi.
Thorna może widok naguski na regale nieco zaskoczył jakby tego nie przewidział gdy tu wchodził. Co go rozproszyło na moment jaki mnich rozwiązywał swój sznur a potem zdejmował habit. I chyba też nie spodziewał się, że jednooki przyjmie wyzwanie. Zresztą dwaj jego braciszkowie też mieli miny jakby sytuacja ich przerastała i niezbyt wiedzieli co teraz począć czy powiedzieć. Marissa jakoś nie zamierzała schodzić ze swojej pozycji wysokiej widowni a siłowo było ją trudno stamtąd ściągnąć. A tu jeszcze pojawił się rozjuszony mięśniak jaki zabierał się do bitki z ich kolegą a ten też wyglądał jakby zamierzał wziąć się z nim za bary. Może w hospicjum przytrafiały się różne niespodziewane sytuacje i zachowania ale taka kumulacja jak teraz w bibliotece nie trafiała się codziennie. A potem Thorne ruszył z impetem na Otto co skutecznie przerwało wszelkie dyskusje i rozważania mo bójki zwykle skutecznie absorbowały uwagę nie tylko uczestników. Gdzieś jednym uchem Otto zarejestrował jeszcze pisk uciechy gdzieś spod sufitu gdy Thorne na niego naparł. Miał za sobą przewagę rozpędu i raczej masy więc obaj runęli do tyłu przewalając się na podłogę. Ale potem sytuacja bardziej się wyrównała.
Otto zorientował się, dość szybko, że reputacja Thorna jako awanturnika i łobuza nie jest przesadzona. Umiał się bić a do tego teraz ewidentnie działał w afekcie co dodawało mu sił i zapału. Walka jednak okazała się bardzo wyrównana. Praktycznie szedł cios za cios i co chwila czyjaś pięść trafiała tego drugiego. Obaj ciężko dyszeli przyjmując kolejne ciosy i zadając własne i młody mnich miał spore trudności aby spacyfikować w pojedynkę rozjuszonego pacjenta. Ale i temu nie było tak łatwo rozgnieść mnicha tak łatwo jak się chyba spodziewał. Ostatecznie jednak to Otto był tym który zadał ostatni cios po jakim jego przeciwnik już nie miał siły albo ochoty zadać swojego. Ale sporo go to kosztowało.
Po ostatnim ciosie mnicha Thorn wylądował na plecach na podłodze, przytomny, ale ewidentnie już nie chętny do bójki. Sam Otto miał kilka widocznych krwiaków, rozbitą wargę i opuchnięty policzek.
Otto splunął obok mężczyzny krwią z rozbitej wargi i przykucnął do mężczyzny chwytając go za gardło, nie dusząc, ale dając jasno do zrozumienia, że jest to opcja. Następnie przemówił do niego na tyle cicho, aby tylko leżący oponent usłyszał.- Teraz posłuchaj mnie, uważnie. Jesteś idiotą o niewyparzonej mordzie. Jeżeli pozwoliłbym ci na baraszkowanie ze szlachcianką w twojej celi, nie zamknął byś się o tym przez dni. Sądzisz, że przeor wypuściłby cię gdyby dowiedział się, że szlachta robi sobie z hospicjum burdel? Weź na wstrzymanie, a jak już trafisz do nich, będziesz mógł z nimi zrobić co tylko zechcesz, one naprawdę to lubią. - po czym puścił oponenta i wrócił do swojego habitu. Trochę chwiejnym krokiem. Spojrzał na swoich braci.
- Zabierzcie go do celi… - spojrzał w stronę Thorna i następne słowa wypowiedział głośniej - Jeżeli będzie się stawiał, połamie mu nogi. - spojrzał w stronę nudystki - I jak tam Marisso? Podobało się widowisko?Thorne wyglądał na pobitego i pokonanego. Ale chyba większe wrażenie niż całkiem skuteczny opór młodego mnicha zrobiły na nim jego słowa na koniec. Tego spodziewał się chyba jeszcze mniej niż widoku nagiej koleżanki stojącej na szczycie regału jak tu wszedł. Bo zamrugał puchnącym okiem i chyba niezbyt wiedział co powiedzieć.
- Przecież… Przecież byliśmy sami w celi… Nikt by nie widział… A ja bym nic nie powiedział! - wystękał wciąż ciężko dysząc. Ale ten ciężki łomot jaki mu Otto sprawił i obietnica jaką mu właśnie złożył chyba skłoniły go do przemyślenia całej sprawy. Bo więcej nie sprawiał kłopotu. Wstał podpierając się o półkę regału i chwiejąc się poszedł w stronę wyjścia. Jeden z mnichów chciał go złapać za ramię aby go wyprowadzić ale ten brutalnie je odtrącił. - Zostaw mnie! Sam pójdę. - warknął na niego ostro. I wyszedł na korytarz ale dwaj braciszkowie popatrzyli na siebie niepewnie.
- I tak go lepiej zamknąć w celi. Chodź. - powiedział jeden do drugiego po czym obaj wyszli za krnąbrnym pacjentem.
- Oh tak! To było takie ekscytujące! Naprawdę się pobiliście! Było na co popatrzeć! - brunetka na szczycie regału wydawała się zachwycona całym widowiskiem jakby było najlepszą rozrywką jaką dzisiaj miała okazję oglądać. A może i nie tylko dzisiaj. Obdarzyła zwycięzcę słodkim uśmiechem i wyglądała na bardzo ucieszoną tym wszystkim.
- Zejdź stamtąd, proszę. Jeszcze sobie coś uszkodzisz i nie będziesz taka ładna dla Pajęczej Królowej, nie mówiąc o pani co podarowała ci ten cudowny prezent. - tu wskazał na jedyne odzienie kobiety - Do tego przeor ma rację, Lady Fabianne zażyczyła sobie ciebie, ale to on musi się na to zgodzić.
- No dobrze, już schodzę. - odparła grzecznie brunetka, kucnęła i całkiem zwinnie zeskoczyła z dachu regału na podłogę. Tym razem bez żadnych oporów. Po chwili stała obok jednookiego mnicha.
- Bardzo za nią tęsknię. Za lady Fabienne. Za Anniką. Szkoda, że wcześniej nie wiedziałam, że ona lubi takie rzeczy. Częściej bym ją odwiedzała. I za lady Sorią też bardzo tęsknię. Ona jest taka piękna! I niesamowita! Ale najbardziej tęsknię za Pajęczą Królową. Śniła mi się dzisiaj. Oddałam jej hołd a ona go przyjęła. Dotykała mnie, całowała i zaczęłyśmy się kochać. A potem napełniła mnie swoim nasieniem i zawiesiła w pajęczynie abym mogła wydać jej potomstwo. Ah, tak bym chciała aby już tu była z nami! - młoda naguska wyznała swoje plany, nadzieje i marzenia. Oraz co jej się śniło niedawno zakończonej nocy. Z bliska było widać, że natura nie poskąpiła jej wdzięków i atutów, że aż przyjemnie było zawiesić na niej oko.
Mnich się uśmiechnął i objął dziewczynę jedną ręką, pozwalając na delikatny dotyk ciała do ciała.
- Pracujemy nad sprowadzeniem jej tu, ja i moi przyjaciele. Pieczołowicie staramy się, aby Pajęcza Królowa i jej siostry przybyły na te ziemie. - Otto się chwilę zastanowił - Śniłaś mi się dzisiaj, ty, Annika, Thorne, George i Vigo. Ty konkretnie miałaś niebywałą rolę w moim śnie. Tak jak mówiłaś, byłaś opleciona pajęczyną i nosiłaś w brzuchu dziecię Pajęczej Królowej. George mówił, że będziesz pierwszą z jej nałożnic i matek jej potomstwa. Czyż to nie brzmi cudownie?
- Będę jej pierwszą nałożnicą!? I matką jej potomstwa!? Oh to cudownie! Bardzo bym chciała! Nie mogę się doczekać! - Marissa zapiszczała z radości jakby obwieścił jej wspaniałą nowinę i uradowała ją to tak bardzo, że objęła, uściskała i nawet pocałowała mnicha. A ten przy okazji mógł się nacieszyć przyjemnym, miękkim i ciepłym dotykiem jej krągłości i jej samej. Zwłaszcza jak go nadal obejmowała i coś nie kwapiła się aby puścić.
- I ja ci się też śniłam? A co robiłam? I inni też? Nawet Vigo? Przecież on umarł. Dziwne. Mnie się śniła tylko jakaś jaskinia. I moja królowa. Zaszła mnie od tyłu. Nie widziałam jej dokładnie. Ale wiem, że to była ona. I były tam pająki. Takie duże. Jak kraby z zatoki. Może nawet trochę większe. No i pajęczyny. Ale takie ładne a nie takie brzydkie jak w zaniedbanych domach. - Prawie naga brunetka mówiła i pytała jednocześnie ciekawa jego snów i chętnie mówiąca o swoim.
- Popisywałaś się swoim darem przed Anniką, a ona pokazała ci gdzie teraz mieszka i gdzie razem spędzicie czas. - mnich pogłaskał delikatnie policzek kobiety - Jestem pewny, że ty i Annika, oraz George będziecie kluczowi w powrocie Królowej i jej sióstr.
- O tak! Sam zobacz! - słysząc to brunetka puściła Otto, odeszła na krok czy dwa aby dać mu lepszą perspektywę swojej figury. A tą rzeczywiście miała niczego sobie. I wskazała na swoją czarną bieliznę na biodrach. Perfekcyjnej, koronkowej roboty w zdobne roślinne motywy oraz inicjały poprzedniej właścicielki “FvM” wyszyte ozdobnymi literami wpasowującymi się dyskretnie w całość. I na takiej zgrabnej modelce jak Marissa prezentowały się bardzo elegancko i powabnie.
- Widzisz? Są takie śliczne! Frau von Mannlieb wrzuciła mi dwie pary do koszyka, nawet nie wiedziałam jak mi dawała dopiero potem znalazłam jak pojechała i sprawdzałam co tam jest. - zawołała dumnie i radośnie chwaląc się tym prezentem od swojej nowej pani więc musiał jej sprawić mnóstwo radości.
- Taka wielka, bogata pani a taka miła i sympatyczna. I piękna! I elegancka. Już się nie mogę doczekać aż mnie stąd zabierze. - wydawało się, że bretońska milady zrobiła tymi podarkami i dobrocią ogromne wrażenie na brunetce i wydawała się jej ucieleśnieniem dobroci i wizerunku idealnego, szczodrego władcy.
- A Annikę też polubiłam ostatnio. Cieszę się, że będziemy razem u naszej pani. A George? Wtedy jak na stołówce mówił o tej pajęczynie to nie wiedziałam o co mu chodzi. Dopiero dzisiaj jak mi się śniła ta moja Pajęcza Królowa to zrozumiałam. On miał rację! Już wtedy! Ale teraz już wiem. A w tym śnie to jeszcze byłam z innymi. Chyba z kobietami. Stałyśmy przed wejściem do jaskini. Jedna to miała czarne włosy to nie wiem czy to nie moja dobra pani. Albo Annika? Ona też ma czarne. Ale do środka to weszłam z piękną Sorią. Ona mnie wprowadziła. A reszta chyba też albo potem weszły. Chyba się kochałam z nimi też… Albo z kimś… Trochę to słabiej pamiętam bo najbardziej to mi się spodobało to z królową. - mówiła z początku szybko o swoich nadziejach i pragnieniach ale zwalniała w miarę jak brnęła w te kawałki ostatniego snu jakie widocznie słabiej zapamiętała.
- No cóż, masz być pierwszą z jej nałożnic i haremu. Będziesz miała wiele koleżanek… i może kolegów. Jednak najpierw musimy cię stąd wydostać, a to oznacza sprawianie jak najmniej problemów. - wręczył kobiecie górę swojego habitu - Wróć proszę grzecznie do swojego pokoju. Ja muszę zobaczyć o co chodzi z tym ogniem. Później wrócę, bo niestety ja też muszę trzymać pozory, ale mam nadzieję, że moje ubranie przesiąknie zapachem twego piękna i miłości. - Otto ruszył w kierunku w którym udał się przeor. Miał nadzieję, że źródłem ognia nie był George.
- No dobrze. I przepraszam za kłopoty. Ale jak ją słyszę to jest taka radość i euforia, że nie mogę się powstrzymać. Nie panuję nad tym. - powiedziała przepraszająco po czym bez skrupułów sięgnęła po podany habit i zaczęła go ubierać. Uśmiechnęła się ładnie na słowa jednookiego po czym pocałowała go w policzek. - Dobrze, nie zdradzę cię. Jakbyś miał ochotę to wpadnij do mnie. Moja dobra pani dała mi wino i inne smakołyki. - powiedziała zapraszająco i bez większych przeszkód ruszyła w stronę swojej celi. Zresztą w tym samym rejonie co cela Thorna i do wczoraj Anniki. Tam trzymano tych co sprawiali kłopoty lub z innych powodów odbywali karę izolacji.
Sam Otto zaś nie miał większych kłopotów ze znalezieniem większej grupy swoich braci. Wiedział gdzie jest zachodnie skrzydło co już mu pomogło a tam natrafił na istny rwetest. Rzeczywiście było czuć zapach spalenizny. Nawet dym się unosił chociaż dość rozrzedzony. Braciszkowie biegali i krzyczeli do siebie, czasem z wiadrami, czasem z kocami. Ale gdy dotarł do największego zbiegowiska ujrzał tam przeora. Doglądał zniszczeń gdzie chyba ktoś rozpalił ogień z połamanego krzesła ale na szczęście dostrzeżono to i ugaszono zanim sytuacja zrobiła się poważna. Niemniej przy ścianie unosił się spalony ślad a sama ściana i sufit były mocno okopcone. No i ten smród spalenizny. Na Otto na razie nikt chyba nie zwrócił większej uwagi gdy wszyscy wydawali się być zaaferowani tym niedoszłym pożarem i szacowaniem szkód.
Otto podszedł do przeora. Przy okazji rozglądając się za jakimiś poszkodowanymi, dym mógł zawsze kogoś podduśić.
- Thorne i Marissa są już pod kontrolą. Co się tutaj stało?
- Niklas rozpalił ogień. Chciał nas spalić czy co? Wariactwo! Kazałem go zamknąć w izolatce. - przeor zwrócił uwagę na Otto dopiero jak ten do niego podszedł i się odezwał. Rozmawiał z bratem Denisem jaki był u nich głównym rzemieślnikiem i zwykle on podejmował się najtrudniejszych napraw. Przynajmniej tych jakie mogli dokonać bez angażowania a więc i zapłaty komuś z zewnątrz.
- I udało ci się wysłać Marissę do izolatki? Całe szczęście! Kompletnie oszlała! Co ta dziewczyna sobie myślała tak biegając nago! I to już drugi raz! Aż się boję pomyśleć co by się stało jakby zrobiła coś takiego u Frau von Mannlieb! Przecież wybuchłby skandal! Co by ludzie pomyśleli? Że kogo my tu trzymamy? Jakichś dewiantów i wariatów? Przecież to by się odbiło na nas wszystkich! - przeor z początku był dość rozkojarzony gdy dopiero co rozmawiał o zniszczeniach wywołanych niedoszłym pożarem a teraz o kłopotliwej pacjentce. I to takiej jaką upatrzyła sobie bogata szlachcianka z koneksjami towarzyskimi w śmietance tego miasta na swoją służącą.
- I Thorne też? To dobrze. Słyszałem, że uciekł ale nie mieliśmy czasu go szukać. - przetarł grabiastą ręką swoje rzednące włosy. Zastanawiał się chwilę nad czymś.
- A z tą Marisą to nie wiem czy taki dobry pomysł aby ją posyłać do tej Bretonki. Sam widziałeś co dziś narobiła w bibliotece. - przyznał gdy myśli znów mu wróciły do biegającej w samej bieliźnie brunetki gorszącej otoczenie swoim zachowaniem.
- Nie lepszy niż odmówienie jej w tej chwili. Zważając, że zabrała już Annikę i powiedzieliśmy jej, że pracujemy nad Marissą. Do tego jest sprawa Matki Somnium, rozmawiałem z nią dzisiaj. Rozważa, że te ataki mogą mieć… niepokojące źródła i wezwać odpowiednie osoby, aby się temu przyjrzały. A, posłałem Marissę do jej celi, Thorne wrócił do swojej… po drobnym przekonaniu. - to mówiąc delikatnie otarł jeden z siniaków na swoim ciele - Nie powinni sprawiać na razie problemów. Sądzę, że oddanie Marissy, Frau von Mannlieb może mieć lepsze skutki, niż uważasz. Dziewczyna ma… potrzeby, a żaden z nas nie ma w naturze zaspokajania ich z pacjentkami. Być może na wolności, gdzie będzie miała dostęp do kogoś, kto się nią zaopiekuje, uspokoi się.
- Ona ma swoje potrzeby?! Zachowywała się jak wyuzdana ladacznica! Co ja mówię! Gorzej! Wyuzdane ladacznice nie biegają nago po ulicy! - prychnął z oburzeniem przeor jaki widocznie nie mógł znieść tak skandalicznego zachowania się podopiecznej. Aż paru mnichów spojrzało na niego ni to z żalem ni to pytająco. Wetchnął więc dla uspokojenia po czym złapał za ramię jednookiego i ruszył z nim na korytarz. Szli tak przez chwilę i wygladało, że starszy z mężczyzn próbuje zebrać myśli.
- I jeszcze ta morrycka młódka… No tak, jeszcze tylko jakiejś komisji mi tu do szczęścia brakowało… - jęknął na myśl, że taka komisja miałaby ich wizytować. Biorąc pod uwagę obecny chaos jaki tu panował raczej nie wypadliby zbyt dobrze.
- Ale z tą von Mannlieb też niedobrze. Ani jej dać tej łotrzycy ani nie dać. Trudna sprawa. Annikę już wzięła to prawda. Co tu robić, co tu robić? - zastanawiał się dalej gdy wyszli z zachodniego skrzydła i szli ku centrum.
- Chodźmy do ogrodu. Muszę to przemyśleć. - powiedział pokazując kierunek i kilka drzwi później znaleźli się w kwadratowym, małym ogrodzie otoczonym krużgankami gdzie niedawno Otto razem z Anniką i Marissą jedli ostatni wspólny posiłek.
- Widzisz synu ta Marissa to nie jest taki byle kto jak Annika czy Thorne. No żadna wielka persona oczywiście ani szlachcianka. Ale też nie taka byle jaka z ulicy. Dlatego musiałem posłać zapytanie do Salzburga. I wciąż czekam na odpowiedź. Wysłałem list na początku tygodnia więc z tydzień zejdzie zanim coś tu przyślą. I to przy założeniu, że nie będą zwlekać z odpowiedzią. Do tego czasu musimy ją jakoś przetrzymać tutaj. - wyznał przeor dzieląc się częścią frasunku na temat swojej kłopotliwej podopiecznej.
- Myślę, że mimo wszystko trzeba by uprzedzić Frau von Mannlieb o wyskokach tej łobuzicy. Lepiej aby wiedziała to zawczasu. Może list jej napiszę… Albo poproszę o spotkanie… - zastanawiał się na głos jak powinien postąpić w tej skomplikowanej sytuacji.
- Odwiedzę ją jak skończę dziś. - powiedział Otto - Zna mnie, jako pośrednika w całej tej sytuacji, więc zaufa mojej opinii. Do tego… jeżeli Somnium ma rację, że coś więcej się dzieje z tymi napadami szaleństwa, przyda się zerknąć czy Annika czegoś nie nawywijała. Nawet z tym listem chroniącym nas legalnie, głos się rozniesie, jeżeli wypuściliśmy kogoś kto zrobił coś… nieodpowiedniego. - Otto miał nadzieję, że Herold Norry w opiece Slaaneshytki była spokojniejsza i nie zrobiła nikomu nieodwracalnej krzywdy.
- Oh! Na Shallyę! Annika! O matko… Jak ona… O matko! Przecież to szlachcianka i żona kapitana! Oh! Otto! Ruszaj do von Mannliebów natychmiast! O matko aby jej nic nie zrobiła! Koniecznie leć wybadaj czy coś Annika nie nawywijała! Tylko z głową! Bo jak nie to nie ma co straszyć dobrodziejki. I jak już tam będziesz… - słowa młodego mnicha sprawiły piorunujące wrażenie na przeorze. Oczy mu się otworzyły ze strachu jakby uzmysłowił sobie coś strasznego. I natychmiast wydał nowe dyspozycje dla jednookiego mnicha. Chociaż w pewnym momencie się zatrzymał gdy coś nowego mu przyszło do głowy.
- Właściwie jak masz takie dobre relacje z tą szlachcianką i tak umiesz z nią rozmawiać… To postaraj się ją wybadać z tą Marissą. W razie czego umów nas na spotkanie albo obiecaj, że wyślę jej list z wyjaśnieniami. Lepiej aby nie miała potem pretensji, że sprzedaliśmy jej wściekłą bestię w worku. - powiedział po tej chwili zastanowienia licząc na finezję i dyskrecję młodszego z mnichów.
- Aha. I ubierz się. Gdzie ty masz swój habit? I może jednak najpierw pójdź do lazaretu. Niech cię tam przemyją i w ogóle. Nie ma co straszyć naszej dobrodziejki. - jakby dopiero teraz zorientował się, że młodszy z braci ma niezbyt kompletny ubiór i wygląd.
- Oczywiście. Miejmy nadzieję, że już dzisiaj nic więcej się nie stanie. - skłonił się przełożonemu i ruszył do lazaretu, po drodzę rozważając dzisiejszy dzień. Oczywiście kolejnego "ataku szaleństwa", jak to określił przeor i Somnium, spodziewał się, chociaż miał nadzieję, że wydostanie z hospicjum więcej niż jedną osobę do tego czasu. Dochodził do wniosku, że Thorne najpewniej nie jest żadnym Heroldem, jak zaczął określać Annikę, Marissę, Vigo i George'a, a jedynie zwykłym oprychem być może słyszącym szepty sióstr. Czyniło to z niego jedynie pionka, ale zawsze takiego, którego można zmienić w coś lepszego.
Zastanawiało go, jak zachował się George danego dnia, ale tego może dowiedzieć się później.
Pozostaje sprawa Niklasa. Będzie jutro musiał porozmawiać z niedoszłym piromanem, być może z odejściem Vigo, Oster znalazła nowe ucho, do którego może szeptać. Chociaż ogień i Nurgle to kiepska mieszanka.
W lazarecie Otto pozwolił się obmyć i doprowadzić do względnego porządku i ruszył szybko do celi Marissy. Zapukał spokojnie do jej drzwi i wszedł do środka.- Witaj moja droga, przybyłem po mój habit. Muszę pójść zobaczyć co z Anniką.
Po tym jak usłyszał krótkie “Proszę!” zza drzwi zastał lokatorkę w środku. Miała już na sobie swój habit i wcale nie wyglądała jak ta nawiedzona naguska biegająca po meblach biblioteki jak to miało miejsce wcale niedawno. Uśmiechnęła się do niego i skinęła głową. Podeszła do taboretu na jakim złożyła jego habit i mu go podała.
- Do Anniki? Ale przecież wczoraj pani ją zabrała. To chyba jest u niej. A dlaczego do niej idziesz? - zapytała niezbyt rozumiejąc cel takiej wizyty i w głosie wkradł się lekki ton niepokoju o los koleżanki.
Otto przerzucił przez siebie habit.
- Tak jak ty słyszysz głos Pajęczej Królowej, Annika słyszy głos jej krwawej siostry, Norry. Norra chce, aby Annika wyruszyła znaleźć jej ołtarz i stoczyła walkę z silnym przeciwnikiem. Kiedy ty słyszysz Królową, czujesz radość, euphorie. Annika czuje zew i kiedy ktoś jej zabrania na niego odpowiedzieć, czuje gniew i wywołuje to agresję. Muszę sprawdzić, czy wszystko w porządku, z nią, albo z jej otoczeniem. - Otto westchnął - Mam cichą nadzieję, że pod opieką Frau von Mannlieb, Annika jest trochę bardziej opanowana, ale nigdy nie wiadomo.
- Oh! Ojej! Mam nadzieję, że nic jej się nie stało! Znaczy naszej dobrej pani też! Oj to tak, to lepiej idź i sprawdź czy nic im nie jest bardzo bym się zmartwiła gdyby coś im się przydarzyło przykrego. - Marissa wydawała się szczerze zaniepokojona losem swojej niedawnej koleżanki z celi jak i dobrodziejki jaka obiecała także i ją przygarnąć pod swój dach. I okazała zrozumienie dlaczego młody mnich musi tam do nich iść i sprawdzić.
Otto kiwnął głową i opuścił celę niedoszłej nudystki i niemalże biegiem ruszył do rezydencji von Mannlieb. Miał nadzieję, że nie zastanie tam pożaru i ciał nabitych na ostre rzeczy.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Angestag; południe; rezydencja Von Mannlieb
Otto zbliżył się do rezydencji nie wiedząc, czego się spodziewać, więc spodziewał się najgorszego. Ognia, krzyków, masy trupów i Annikę z głową Fabienne u pasa.
Z hospicjum Otto musiał przejść parę kwartałów ulic aby dotrzeć do Północnej Dzielnicy gdzie mieściła się większość rezydencji szlachty i bogaczy. Właśnie tu jak się należało do śmietanki towarzyskiej miasta wypadało mieć swoją rezydencję. I jakiś “domek za miastem” oczywiście. Więc zgrzał się nieźle nim dotarł do metalowych prętów ogrodzenia von Mannliebów. Pierwsze wrażenie nie było aż takie tragiczne. Nie było żadnych zrewoltowanych czy przerażonych tłumów, w oknach nie było widać dymu pożaru ani krwawych smug na ścianach czy schodach. Właściwie wyglądało dość podobnie jak był tu pierwszy raz ledwo parę dni temu. Też musiał zadzwonić do furty, otworzył mu ten sam odźwierny co poprzednio i też wprowadził go po schodach do holu. Tu kazał poczekać i przez chwilę jednooki mnich został sam. Też podobnie jak poprzednio. Wreszcie zjawiła się stara guwernantka von Mannlieb czyli Gertruda. Zachowywała dostojny spokój i obdarzyła go surowym, chłodnym spojrzeniem. Też jak poprzednio. Zapytała po co przyszedł i jak usłyszała odpowiedź zniknęła za drzwiami prosząc aby poczekał. Znów został sam ale podobnie jak poprzednio stara służąca pojawiła się z powrotem mówiąc aby udał się za nią i pani zgodziła się go przyjąć.
- Tylko będziesz musiał poczekać. Bo pani jest w negliżu. - rzekła oschle guwernantka i wprowadziła go do tego samego salonu co poprzednio. Tylko tym razem nie czekała na niego młoda gospodyni. I tutaj w ramach gościny zaproponowała mu wino i szarlotkę jaka stała na małym, ozdobnym stoliku przy którym ostatnio rozmawiali z Frau von Mannlieb. Czekali niezbyt długo gdy drzwi bezceremonialnie się otworzyły i do środka weszła sama gospodyni.
- Witaj Otto. Gertrudo proszę cię no gościa mamy. Weź proszę przynieść porządne talerzyki i to drugie ciasto. I jakieś owoce. Masz ochotę na owoce Otto? Oczywiście, że tak, głupie pytanie. Aha i przynieś może brandy. Mam ochotę na coś mocniejszego. - Fabienne szybko rozdysponowała swoją starą guwernantkę tonem nawykłym do wydawania poleceń służbie. Ta przyjęła to z tym swoim chłodnym spokojem, skinęła głową i wyszła. No a gość mógł zostać z samą milady jaka była znów w czarnej sukni ale innej niż poprzednio. I jak podeszła bliżej zauważył, że wciąż ma mokre końcówki włosów a te były spięte w zwykły, koński ogon kompletnie nie pasujący do tak bogatej i wyrafinowanej milady.
- Otto, Annika uciekła! Próbowałam ją zatrzymać ale mi się nie udało! - pokazała na swoją rozbitą wargę jaka nieco już zdążyła spuchnąć. - Wpadła w jakiś amok! Nie wiem co się jej stało! Krzyczała coś i w końcu wybiegła. Kazałem jej szukać. Ale jeszcze z nią nie wrócili! Oh, żeby tylko jej się nic nie stało! Mam nadzieję, że ją znajdą. Ja muszę się szykować do Pirory. Na to spotkanie z kawalerem de Bois. I spróbujemy z tym kluczem. Dlatego nie mogę tu zostać, właśnie się szykuję. W ogóle nie wiem co robić! - Frau von Mannlieb mówiła szybko i z determinacją ale też wydawała się trochę roztrzęsiona. I chyba starała się powiedzieć jak najwięcej zanim jej stara służąca tutaj wróci.
Otto westchnął. Mogło być gorzej, ale ta sytuacja też nie była najlepsza.
- Tak jak mówiłem, Annika słyszy zew Norry, jednej z Czterech Sióstr, która oddała się Bogowi Krwi. Też zacznę jej szukać, wiem czego ona szuka, ale w przeciwieństwie do niej nie znam kierunku. Nie wiesz, w którą stronę więcej się udała?
- Byłbyś tak miły? To świetny pomysł. Ona cię zna a ty ją. A moja służba to miała tylko jeden dzień aby się z nią zapoznać. Pewnie tylko Gertruda by ją rozpoznała bez trudności no ale już niezbyt jest taka sprawna ze względu na swój wiek no i lepiej aby została tutaj. A Annika wybiegła na zewnątrz, przez frontową furtę. A potem na ulicę. Moi słudzy pobiegli za nią jak im kazałam ale jeszcze żaden nie wrócił. Nie wiem czy nie posłać kogoś do straży miejskiej. Tak na wszelki wypadek. Może ją złapali? Sama nie wiem czy to dobrze czy źle. Chciałabym aby wróciła cała i zdrowa. - wielka, czarnowłosa pani o bladolicej cerze tak modnej i cenionej wśród błękitnokrwistych wydawała się szczerze zmartwiona o los swojej nowej służącej. I chętnie przyjęła pomoc młodego mnicha w tych poszukiwaniach.
- Poszukuje kamiennego ołtarza ofiarnego… - Otto chwilę się zastanowił - Być może mającego jakiś związek, ze zwierzoludźmi. Ostatnio ponoć robili się agresywniejsi. Wspominałaś, że udajesz się z innymi kultystami węża na nocne igraszki z nimi. Pamiętasz, gdzie to miało być? - to spore ryzyko, ale Otto nie miał lepszych poszlak.
- A to… Myślisz, że to tam poszła? - bretońska szlachcianka zamrugała oczami jakby taki pomysł ją nieco zaskoczył i zdziwił. Widocznie nie przyszedł jej do głowy. - To przy starych kamieniach. Na zachód od miasta. Byłam tam kiedyś z mężem ale tylko raz. A teraz z Pirorą i dziewczynami mamy tam pojechać. Już w ten Aubentag! Jestem strasznie podekscytowana! Znaczy oficjalnie to jedziemy malować w plener i potem chyba dołączymy do reszty ale to właśnie dzisiaj też jeszcze będę rozmawiać z Pirorą jak to mamy zorganizować. Bo nie mogę nie zabrać Gertrudy no ale liczę, że na tą najważniejszą noc jakoś się jej pozbędziemy. - rzuciła szybko i zmiana tematu na znacznie przyjemniejszy wywołała pierwszy jej uśmiech na bladej twarzy podczas dzisiejszego spotkania.
- A dzisiaj Annika coś krzyczała, że głaz ją wzywa. W lesie. Ale chyba jeden a nie kilka. Bo tam co jestem umówiona z dziewczynami to taki trochę jakby krąg. Kilka ich jest a nie jeden. Ale Otto to i tak by musiała przejść przez którąś z bram aby wyjść z miasta. To pewnie tam trzeba by pytać. Nie pomyślałam o tym wcześniej ale myślałam, że moi słudzy ją złapią gdzieś tu w pobliżu. - czarnowłosa żona morskiego kapitana mówiła szybko i przyciszonym głosem jakby obawiając się podsłuchania. I szybko przeskakiwała po kolejny wątkach jakie mogłyby pomóc odnaleźć jej zbiegłą służącą.
- Lepszego pomysłu nie mam. - przyznał mnich - Zachód, tak? Dobrze, życz mi szczęścia. I tego samego życzę tobie w dzisiejszym spotkaniu. Ah, jeżeli uda nam się ją bezpiecznie sprowadzić, przekonaj jakoś służbę, aby o tym nie gadali. Nie chcę, aby przeor o tym usłyszał, to może spowolnić proces z Marissą. Mogę poprosić o wodę? Czeka mnie drugi dziś bieg, po ładnej bójce.
- Oh, no tak, Marissa… - Bretonka o kontrastowo czarnych włosach do swojej bladej twarzy przytaknęła powoli głową gdy rozmówca przypomniał jej o drugiej służącej jaka wciąż była w hospicjum. - A jej nic nie jest? Może ja po nią przyjadę i poproszę waszego przeora aby mi ją wydał? Przecież jak z nim ostatnio rozmawiałam to wydawał się całkiem miły i skory do współpracy. Tylko czekał na odpowiedź na list co wysłał. - zaczęła się zastanawiać na głos jak mogłaby ściągnąć do siebie drugą służącą.
- Oczywiście, że nic nie będę się skarżyć na Annikę przeorowi. Tylko mam nadzieję, że ją odnajdziecie całą i zdrową. Tak się o nią martwię! I przekażę służbie, zresztą nie sądzę aby mieli kontakt z waszym przeorem, przecież tylko stangred i Gertruda ze mną jeździ. A strangred zostaje przy powozie. - powiedziała podchodząc do stolika i biorąc do ręki butelkę wina. Podała gościowi aby mógł ją wziąć. - Weź. To wino lepiej gasi pragnienie niż woda. - powiedziała wręczając mu ten prezent.
- Nic z tego, jeżeli idzie o Marissę. Najwyraźniej ma wpływową rodzinę w stolicy i przeor nie może jej od tak wydać. Do tego dziś usłyszała głos Pajęczej Królowej. Głośniej niż zwykle i w napływie euphorii zaczęła biegać nago po hospicjum. Przeor nie był zadowolony z tego i boi się, że opinia hospicjum ucierpi, jeżeli zrobi coś takiego w służbie u ciebie. Na razie uzbrójmy się w cierpliwość.- Otto przyjął wino od szlachcianki i wypił dość szybko - Och… lepiej. Dziękuję.
- Biegała nago po hospicjum? - wypielęgnowane brwi podskoczyły ze zdziwienia do góry. Po czym szlachcianka zaśmiała się cicho z rozbawienia. - Musiała niesamowicie wyglądać! Bo nawet w tym zwykłym habicie wyglądała bardzo atrakcyjnie. U mnie by mogła biegać nago codziennie. Albo w czymś ciekawszym niż habit. I ja też bym tak chciała. - westchnęła z rozmarzeniem do takiej pięknej wizji. - No ale niestety nie mieszkam tu sama z moimi pięknymi służkami. To rzeczywiście mogłoby zrobić nieco zamieszania. Jednak obiecuję ci Otto, że zrobiłabym co w mojej mocy aby zatuszować taką sprawę. Niestety nago to byśmy mogły być tylko w łazience, może w sypialni jakby się udało jakoś tam spotkać. Albo inne tajne schadzki we własnym domu. Na pewno bym była na to chętna. Jednak tak całkiem swobodnie to nie możemy się tu czuć. - przyznała z nieukrywanym żalem, że nawet w tym domu swojego męża nie może robić w pełni tego na co by miała ochotę. Jednak jako szlachcianka i bogata pani nadal miała pewne możliwości aby kryć chociaż niektóre wyskoki swoich nowych służących.
- No cóż Pajęcza Królowa wyzwoli cię od tych ograniczeń społeczeństwa, ale teraz naprawdę muszę pogonić za Anniką, zanim ona zrobi coś czego wszyscy będziemy żałować. - Otto skłonił się Bretonce i pośpiesznie opuścił rezydencję von Mannlieb ruszając w stronę zachodniej bramy. Miał nadzieję, że dobrze zgadł kierunek Herolda Norry.
- Życzę ci powodzenia i jak tylko ją znajdziesz to przyprowadź ją proszę tutaj. Niech się nic nie obawia, nic jej nie zrobię, może nawet znów weźmiemy razem kąpiel. - powiedziała na pożegnanie szlachcianka życząc mu powodzenia. Jak wyszedł na korytarz minął się z Gertrudą i jakąś niezbyt urodziwą służącą jaka niosła tacę zamówioną przez panią. Widząc, że wychodzi stara guwernantka zawróciła i odprowadziła go do wyjścia.
W końcu znalazł się na zadbanej ulicy i zaczął kierować się ku zachodniej bramie. W środku dnia ulice były pełne ludzi ale nie aż tak aby robić tłok. Zaginiona jednak jakoś nie wpadła mu w oko. Dotarł zdyszany do zachodniej wieży bramnej. Przy niej stało dwóch, raczej znudzonych strażników z halabardami a otwarte drzwi do ich straży pokazywały jeszcze jednego czy dwóch. Na szczycie wieży stało jeszcze dwóch w pozach wskazujących, że nic ciekawego nie widać i nie słychać.
Mnich odetchnął, po czym zaczął łapać oddech. Mógł zostawić habit u Fabienne i poprosić o jakąś koszulę. Podszedł do jednego ze strażników.
- Pochwalony, widzieliście być może kobietę… - Otto rozpoczął opisywać wygląd Anniki - To służka z rezydencji Von Mannlieb. Zaginęła i poszukujemy jej.
Z początku strażnicy nie okazali mu większego zainteresowania niż jakimś innym rutynowym zapytaniem. Dopiero jak zaczął opisywać zaginioną, młodą kobietę to się ożywili. A gdy usłyszeli, że w grę wchodzi jakieś szlacheckie nazwisko to nawet jakby się przejęli sprawą. Tych dwóch z zewnątrz rzuciło pytanie do kolegów wewnątrz straży, wyszedł nawet ich sierżant przepasany dla poznaki szarfą zdradzającą jego rangę i wysłuchał ich oraz młodego mnicha. Ale wyglądało na to, że chociaż bardzo by chcieli pomóc w odnalezieniu służki szlachcianki to jednak nikogo takiego nie natrafili dzisiaj.
- Ale jeśli taka się trafi to oczywiście natychmiast powiadomimy Frau von Mannlieb. - zapewnił go sierżant o swojej gotowości do współpracy.
Mnich ponownie odetchnął. Więc nie opuściła miasta, przynajmniej nie tą bramą.
- Dziękuję, gdybyście jakoś dali radę puścić informację do innych bram byłoby cudownie. Może być rozkojarzona, zagubiona lub nawet trochę agresywna. Ostatnio męczyły ją koszmary… nie tylko ją i biedactwo mogło po prostu nie wytrzymać stresu. Jeszcze raz dziękuję. - skłonił się sierżantowi i ruszył z powrotem na miasto, rozglądając się i pytając przechodnich o Annikę. Postanowił poszerzyć trochę obszar poszukiwań, może najpierw kobieta w napływie rozsądku postanowiła chociaż znaleźć jakąś broń.
- Ależ oczywiście, możemy wysłać zapytanie do południowej bramy. I do ratusza. Do wschodniej to nie wiem czy jest sens bo by musiała jakoś przejść przez rzekę. - sierżant pokiwał głową jakby brał młodego mnicha niekoniecznie za młodego mnicha a raczej za wysłannika jakiejś bogatej szlachcianki. A dla zwykłego sierżanta straży to był autorytet jaki lepiej było mieć po swojej stronie a nie przeciwko. Od ręki zawołał któregoś ze smyków jacy pewnie nie przypadkiem buszowali po pobliskim zaułku i kazał mu zanieść to zapytanie do ratusza a drugiemu do południowej bramy. Ze wschodnią miał o tyle racji, że rzeka Salt przedzielała miasto prawie równo na pół. Właściwie zachodnia część była nawet większa i położona na płaskich nizinach. Wschodnia na odwrót. Stała na wysokich klifach więc zwykle przeprawiano się wiszącym mostem spinającym oba brzegi. Albo łodzią. Tylko wtedy tak czy inaczej trzeba było potem wspiąć się mało wygodną ścieżką z licznymi schodami na ten wschodni klif dlatego większość wolała przechodzić przez ten wiszący most. Chociaż w wietrzne dni to było nie lada przeżycie a nawet mogło być niebezpieczne.
Od zachodniej bramy do południowej to jednooki miał spory kawałek do przejścia. Zbliżał się środek dnia więc ruch na ulicach, przynajmniej tych bardziej zaludnionych był spory. No i jak co jakiś czas zatrzymywał się aby zapytać o kogoś pasującego do opisu Anniki to jeszcze wydłużało mu tą pieszą podróż. Wszędzie jednak słyszał odpowiedź odmowną. Nikt opisywanej dziewczyny nie widział. Dopiero jak dotarł z dobre parę pacierzy później do głównej ulicy prowadzącej do południowej bramy natrafił na jakiś ślad.
- No rano to widziałam jakąś dziewczynę. Czarne włosy miała tak jak mówisz. Właśnie zamiatałam swój podest to ją widziałam. Dziwnie wyglądała. Takie nawiedzone spojrzenie miała. Szła szybko, prawie biegła. Potrącała ludzi jakby ich nie widziała albo nie zwracała uwagi. Widziałam jak potrąciła jakąś kobietę. Mąż zaczął za nią krzyczeć ale nie zwracała na niego uwagi. To pobiegł za nią i dogodnił. Złapał ją za ramię i odwrócił i chyba chciał na nią nakrzyczeć. Ale ona go trzasnęła w twarz! Pięścią! Biedak zalał się krwią. A ona poszła dalej. O tam, poszła w stronę południowej bramy. Straż wołali i ci w końcu przyszli. Potem też poszli w stronę połduniowej bramy ale nie wiem czy ją złapali. Na moje oko to jakaś nawiedzona była ta dziewczyna. Albo wariatka. - powiedziała mu jakaś pani w średnim wieku jaką zapytał o to samo co poprzednich po drodze. Wydawała się przejęta tym zdarzeniem jakby to było wydarzenie jej dnia burząc jej zwykły rytm miejskiego życia. I na koniec wskazała w stronę już widocznej dwie czy trzy przecznice dalej południowej wieży jaka prowadziła droga na zewnątrz miasta.
- Dziękuję i obawiam się, że takie sytuację mogą zacząć dziać się częściej. Ciemne chmury zawisły nad miastem. - wręczył kobiecie dwa srebrniki za informacje i ruszył do południowej bramy. Cóż albo jego przeczucie o miejscu ołtarza Norry był błędny, albo Annika pomyliła kierunki. Szczerze podejrzewał to pierwsze. Miał nadzieję, że dziewczyna nie spowoduje nieodwracalnych szkód.
Dotarcie do granicznej wieży zajęło mu jeszcze trochę czasu. Ale gdy się tam znalazł ujrzał dość znajomy widok. Czyli dwóch znudzonych halabardników co bez większego zainteresowania obserwowali przechodniów. Akurat nikt z nich nie kierował się do lub z bramy aby mieli co robić. Też były otwarte drzwi do traży i jeden czy dwóch strażników na szczycie wieży. Wyglądało to więc dość sielankowo i podobnie jak to widział niedawno na zachodnim posterunku.
Otto odetchnął z ulgą… już chyba czwarty raz tego dnia. Podszedł do najbliższego ze strażników i powtórzył pytanie jakie zadał na poprzednim posterunku, nadmieniając sytuację, którą opisała mu kobieta wcześniej.
- Aha. No tak, była tu. Ale się stawiała to ją musieliśmy postawić do pionu. Właściwie do poziomu. A jak się stawiała! Jakaś szalona była, w jakimś amoku czy co. Haidrichowi zęby wybiła i nos złamała. Dobrze, że chłopcy z patrolu za nią przyszli bo rozrabiała już po drodze. No to ją wzięliśmy w sznury i zawlekli ją do ratusza. W lochu wieży może wróci jej rozsądek. - tym razem okazało się, że trop był właściwy. I z bliska to ten czy tamten strażnik nawet miał jakieś zaczerwienienie, podbite oko czy inną opuchliznę z niedawnej bójki. Ale, że to już dzwon czy dwa minęło to zdążyli ochłonąć i wróciła rutyna. Zaś awanturnicę koledzy z patrolu mieli odstawić tam gdzie większość takich kłopotliwych czyli do lochu w ratuszu.
Otto miał ciąg myśli idący w tą i spowrotem.
Znalazł Annikę, to było dobre. Była w lochu, to było złe. Nie opuściła miasta, to było dobre. Będzie musiał poinformować Fabienne, że będzie musiała wydać pewnie trochę grosza, aby ją uwolnić, to było złe. Dziś jest zbór, to było dobre. Będzie musiał przyznać, że pozwolił na uwięzienie herolda Norry, to było złe.
Podziękował strażnikom za informację i podziękował za przykładną służbę, po czym wrócił do rezydencji von Mannlieb. Przywitał się z Gertrudą i poprosił o ponowną audiencje z Frau Fabienne.Okazało się, że zanim wrócił do rezydencji położonej w północnych rejonach miasta z południowej wieży to się zrobiła druga połowa dnia. Rozpogodziło się i skończyła się przelotna mżawka. Zaś Frau von Mannlieb, razem z Gertrudą, zdążyły wrócić z wizyty u blondwłosej miłośniczki sztuki i teatru z Averlandu. Stara majordom była dla niego poważna, oschła i dystyngowana jak zwykle. Przyjęła jego powrót ze spokojem oraz prosiła aby poczekał. Ale gospodyni zgodziła się go przyjąć więc po tradycyjnym już czekaniu w holu pomaszerował stukając sandałami po ozdobnych kaflach posadzki za swoją starą przewodniczką. A czarnowłosa Bretonka powitała go w tym samym salonie w jakim rozmawiali późnym rankiem i parę dni temu.
- Dziękuję ci Gertrudo. Poproś aby przyniesiono te brandy i ciasto. Nie wiem czemu je stąd zabrano po wyjściu Otto. Przecież biedak w ogóle nie zdążył ich spróbować. A teraz zobacz jaki jest przemoczony. Musimy go poczęstować czymś na rozgrzewkę. - powiedziała nieco nadąsanym tonem do swojej starej guwernantki. Mówiła w reikspiel całkiem płynnie ale wciąż z charakterystycznym akcentem jaki od razu zdradzał jej bretońskie pochodzenie. Gertruda przyjęła te słowa z niezmąconym spokojem po czym skłoniła się swojej pani i wyszła z salonu. Otto zaś chociaż na chwilę został sam na sam z elegancką panią odzianą w czerń. I z ładnie ufryzowanymi czarnymi lokami a nie jak miała rano tylko zwykły, czarny ogon.
- Znalazłem Annikę, jest zdrowa i jak sądzę bezpieczna. - zaczął Otto kiedy majordomo opuściła dwójkę - Jednak nabroiła, wdała się w bójkę z strażnikami przy południowej bramie i teraz znajduje się w miejskim lochu. - mnich wyglądał na całkowicie załamanego takim przebiegiem zdarzeń - Nie wiem, czy chcę cię mieszać w takie brudne sprawy. Nie wiem, czy i jak by ucierpiała twoja opinia, gdyby się dowiedziano co twoja służka powyczyniała. Dziś mam rodzinne spotkanie, więc możemy obgadać mniej legalne metody jej wyzwolenia.
- Oh! - przez chwilę szlachcianka tylko głośno westchnęła i przysłoniła z wrażenia usta dłonią. I tak trwała chwilę po czym szybko spojrzała na drzwi przez jakie niedawno wyszła jej guwernantka i przyzwoitka jednocześnie. I zapewne wkrótce powinna nimi wrócić.
- W lochu? To pewnie jeszcze jej nie sądzili. To dobrze. Otto bardzo cię proszę, idź po nią. W moim imieniu. Dam ci pieniądze. I spróbuj sprowadzić ją z powrotem. Jak ja po nią pojadę to będę musiała zabrać Gertrudę a jak ją zabiorę to ona wszystko opowie mojemu mężowi jak ten wróci. A ten pewnie każe ją odprawić. A tak to jeszcze coś wymyślę. Że zabłądziła w nowym mieście czy coś takiego. A jak wyjdzie, że trzeba było ją z lochu odbierać no to sam rozumiesz, że to wygląda o wiele gorzej. No i nie mów nic przeorowi ani tam w hospicjum. Wymyśl coś proszę czemu cię tyle nie było. Ja cię poprę jakby trzeba było. - powiedziała cicho i szybko starając się zapewne załatwić jak najwięcej póki nieprzychylny świadek nie wróci. Szybko sięgnęła do niewielkiej sakiewki u pasa i wysypała z niego garść monet. Przeliczyła chyba na oko bo zbyt szybko aby je dokładnie zliczyć po czym znów wsypała je do środka i podała ozdobną sakiewkę młodemu mnichowi.
Mnich ukrył sakwę pod habitem, aby przyzwoitka Fabienne nie zauważyła daru.
- Nie mamy chyba czasu, abyś dała mi jakiś dokument, aby udowodnić, że jestem twoim wysłannikiem... sygnet może? Coś z symbolem domu? - więc do tego został zredukowany. Z mnicha wertującego zapiski mrocznych sił, przez ewangelistę słowa Chaosu, do chłopca na posyłki Slaaneshyckiej Brettoniki. No cóż, wszystko dla dobra rodziny. Do tego czuł się odpowiedzialny z Annikę.
- Na sakiewce masz moje inicjały. - powiedziała szybki i podeszła do tego niedużego, ozdobnego stolika. Wyjęła z niego jakąś kartkę, pióro, atrament chwilę się zastanawiała po czym coś zaczęła szybko pisać. Zajęło jej to ze dwie czy trzy linijki po czym walnęła zamaszysty podpis. I po chwili wahania umoczyła pierścień w atramencie aby odcisnąć jego herb na papierze.
- Nie mam tu wosku. Później go oczyszczę. Napisałam, że proszę o pomoc i jesteś moim wysłannikiem. - powiedziała wręczając mu tą zapisaną jednym, dłuższym zdaniem kartkę. Z zewnątrz było już słychać powracające kroki więc gospodyni szybko zamknęła szufladę stolika i starała się wyglądać, że nic takiego się tu nie działo.
- Oczywiście. Chyba dziś się nie zjem tego ciasta. - delikatnie się uśmiechnął - Przyprowadzę ją od razu tutaj. Porozmawiam z nią po drodze, postaram się upewnić, że taka sytuacja już nie nastanie. - mnich schował list Fabienne i ponownie opuścił rezydencję von Mannlieb. Pożegnał jeszcze raz Gertrude, przepraszając za niewygodę jego przychodzenia i wychodzenia. Ostrzegł, że zjawi się jeszcze raz i tym razem zje kawałek ciasta, aby nieszczęsna kobieta nie musiała go nosić w tą i z powrotem bez celu.
Następnie ruszył w stronę wieży z lochem, starał się przemieszczać szybciej, nie zostało mu dużo czasu przed zborem.
- Każę ci to przygotować jak wrócisz. I bardzo ci dziękuję Otto, jak jutro będziesz u Pirory to chętnie ci to wynagrodzę. - obiecała szlachcianka zanim drzwi się otworzyły i wróciła jej stara służąca. Po czym po kolejnej dawce zamieszania i pożegnania młody mnich znów musiał opuścić rezydencję von Mannliebów i podążyć na południe. Chociaż do ratusza miał znacznie bliżej niż do południowej bramy bo ten zbudowano w centrum. Gdy tam dotarł była już druga połowa dnia i w samym ratuszu było sporo ludzi. Albo petenci, albo jacyś posłańcy, albo pracownicy. Gdy dopchał się do swojej kolejki skierowano go do sierżanta straży miejskiej jaki miał pieczę nad aresztantami ledwo nakreślił zmęczonemu urzędnikowi po co tu przyszedł. Dopiero w kanciapie strażników miał okazję wyłuszczyć po co tu przyszedł. Strażnik z przewieszoną szarfą oznaczającą sierżanta wysłuchał go i pokiwał głową na znak, że rozumie albo, że wie o co chodzi.
- A ta… Z południowej bramy. No tak, chłopcy ją dzisiaj przyprowadzili. Jest w lochu. Czeka na proces. Dziś już było za późno, pewnie jutro ją wezwą. - powiedział drapiąc się po zarośniętej szczeciną twarzy raczej po to aby pozbierać myśli. Brzmiało na razie jak rutynowy przypadek zatrzymania łobuza więc sprawy sądowej jeszcze nie było.
- Rozumiem. - Otto wziął oddech - Jestem posłańcem od Frau Fabienne von Mannlieb, żony Bertolda von Mannlieb. Dziewczyna, o której mowa ma na imię Annika i jest na usługach u lady Fabienne. - mnich wręczył list od Bretonki sierżantowi - I lady von Mannlieb chciałaby, aby… wypuszczono dziewczynę bez procesowania. - przybliżył się do sierżanta i wyciągnął sakwę od Fabienne - Oczywiście, frau Fabienne jest gotowa… wesprzeć straż.
- Aaa… - taka kumulacja wiadomości nieco chyba przytłoczyła sierżanta. Jak się ruszył okazało się, że ma drewnianą nogę co dało się poznać po pewnej niezdarności ruchów i drewnianym stukocie jaki Otto zdążył się naoglądać choćby u Kurta. Nie był pewny czy strażnik rozpoznał nazwisko von Mannliebów czy też nie i chodziło o to, że ktoś ze szlachty jest w to zamieszany ale spojrzał okiem na krótki list od szlachcianki. Nowy, ładny papier i eleganckie pismo Bretonki wydawało się jeszcze delikatniejsze w jego chropowatych i niezbyt czystych dłoniach. Machinalnie przesunął palcem po odbitym w atramencie herbie i całkiem możliwe, że nie był piśmienny ale między innymi na takie okazje pisma od szlachty czy urzędowe zaopatrywano w herby jakie były dużo łatwiejsze do rozpoznania od samych literek. Strażnik uśmiechnął się dopiero gdy ujrzał podarowaną sakiewkę. Obejrzał ją, zważył w dłoni, przyjrzał się chwilę dłużej wyszytym inicjałom i schował ją do zewnętrznej kieszeni pasa. Tak aby jego koledzy tego nie widzieli.
- No to tak, myślę, że skoro to chodzi o takie nieporozumienie no to możemy tak zrobić. - pokiwał głową mówiąc nieco głośniej i obaj wrócili do straży. Zabrał pęk kluczy wiszący na kołku i dał znak dwóm kolegom aby poszli z nimi.
- Sprawa się wyjaśniła chłopcy. Ta biedna dziewczyna się zgubiła i trochę spanikowała. Już się tutaj braciszek po nią zgłosił jak widzicie. - rzucił do nich i kazał jednookiemu poczekać. Sami we trzech poszli gdzieś w głąb korytarza gdzie potem słychać było zgrzyt otwieranych drzwi, chrobot kluczy, potem kroki na dół. Dwóch strażników co zostało na posterunku zerkało z zaciekawieniem na mnicha. Chwilę tak czekali we trzech raczej w milczeniu. Nim nie dało się słyszeć powracających kroków. Wrócili jednak we czwórkę. Annika wyglądała okropnie. Brudna, zakrwawiona i w podartym ubraniu. Te ładnie umyte i uczesane wczoraj włosy dzisiaj miała skołtunione przez co z resztą niechlujnego wyglądu miała mocno dziki wygląd. Reszty dopełniały opuchnięte wargi i widocznie siniaki. Ale szła mniej więcej prosto trochę tylko kulejąc i nie odzywała się.
- No to tu jest ta nasza koleżanka. To pozdrów panią od nas i przekaż, że my zawsze chętni jesteśmy do pomocy. - sierżant przekazał aresztantkę mnichowi i mówił jakby wracał do jakiejś wcześniejszej rozmowy z korytarza. Annika podeszła te dwa kroki, spojrzała przelotnie na Otto ale znów spuściła martwe spojrzenie gdzieś w dal i zachowywała się biernie.
- Oczywiście przekażę i jestem pewny, że spojrzy przychylnym okiem na was w przyszłości. - Otto wyprowadził Annikę na zewnątrz i zaczął prowadzić z powrotem do rezydencji - Znowu usłyszałaś zew. - było to bardziej stwierdzenie niż pytanie - Przykro mi, że nie udało ci się odnaleźć jeszcze ołtarza. - miał nadzieję, że będzie sam gadał całą drogę do Fabienne.
- Znajdę go. W końcu go znajdę. Wiem, że w końcu tam trafię. Nikt mnie nie zatrzyma. Ani nic. - burknęła zawzięcie przez rozbite i spuchnięte wargi. W porównaniu do dnia wczorajszego gdy Otto ją widział ostatni raz gdy lady zabierała ją z hospicjum to wczoraj wyglądała jak księżniczka. No a przynajmniej jak jakaś dorodna córka kupca czy sklepikarza. A dziś to jakby ją ktoś napadł, pobił i przeciągnął po bruku. Kontrast wydawał się uderzający. I znów wróciła ta jej milcząca, zawzięta postawa jaką cechowała się przez większość pobytu w hospicjum.
- Jestem pewny, pytanie jednak mam. Czy nie chciałabyś pomocy? Ja i kilku moich przyjaciół też poszukujemy tego ołtarza, ale nie słyszymy jego zewu. Chętnie wyruszymy z tobą na poszukiwania. Nawet chciałem zabrać ciebie i Fabienne na małe zakupy. Jakaś zbroja i coś ostrego, aby wygodnie leżało w ręce. Brzmi dobrze? - Otto spojrzał na Annikę - Do tego uderzyłaś swoją dobrodziejkę. Chyba przyda się ją jakoś przeprosić, nie uważasz?
Była pacjentka hospicjum skrzywiła się brzydko gdy tak słuchała słów swojego rozmówcy w habicie. Znów kierowali się na północ w kierunku luksusowych rezydencji szlachty i innych bogaczy. Czarnowłosa milczała dłuższą chwilę nim się odezwała.
- No tak… Chyba tak… Chyba ją uderzyłam… Bo mnie złapała i nie chciała puścić… Szarpałyśmy się… To chyba mogłam ją trochę uderzyć… Nie chciałam! Ale nie chciała mnie puścić, mówiłam jej przecież, żeby mnie puściła to nie słuchała! Ehh… Teraz mnie pewnie wyrzuci… Albo odeśle do hospicjum… - przez chwilę się ożywiła gdy wspominała poranne wydarzenia ale na koniec znów przygasła gdy widocznie dotarło do niej jakie mogą być konsekwencje ataku na szlachetnie urodzoną dobrodziejkę.
- Och, nie. Na pewno będzie chciała, abyś została. Po to wysłała mnie, aby nikt nie wiedział o twoich działaniach. Co do niesłuchania… - mnich westchnął - Ona nie słyszy zewu ołtarza. Tak jak ślepego nie nauczysz kolorów, nie wytłumaczysz jej jakie to uczucie. Jednak jak widzisz… sama nie jesteś w stanie nawet opuścić miasta. Chciałabyś spotkać kogoś, kto mógłby ci pomóc odnaleźć ołtarz?
- Po co? Sama go znajdę. I ja zostanę jego strażniczką. Tylko będe musiała zabić poprzedniego strażnika. Ale go zabiję. I ja zostanę strażniczką. - odparła nieco obruszonym tonem jakby chciała podkreślić, że nie potrzebuje w tym zadaniu pomocy. Po czym jednak dopowiedziała coś jeszcze.
- I tam jeszcze będzie czarny rycerz. Na koniu. Wspaniały. I groźny. On będzie naszym wodzem. Poprowadzi nas. Poprowadzi naszą armię. A ja będę u jego boku. Tylko najpierw muszę odnaleźć głaz. I zabić poprzedniego strażnika. Jakiś zwierzoludź. Pokonam go. I utnę mu łeb i będę pić jego krew. - powiedziała znów tym zawziętym i zdeterminowanym tonem jakby do głowy nie brała żadnego, innego scenariusza. Przerwała bo jakiś wóz im przejechał drogę i musieli się na chwilę zatrzymać i poczekać aż przejedzie. To ją jakby wybiło z rytmu.
- Milady mnie przyjmie z powrotem? Na służbę? Tam do siebie? Do rezydencji? Nie odeśle mnie? - zapytała jakby teraz wróciło do niej co mówił wcześniej i widocznie mocno ją to zdumiało.
- Oczywiście, ale sądzę, że będziesz musiała ją przeprosić. Nie słowami, ale jestem pewny, że twoje usta i język będą musiały popracować. - szturchnął figlarnie kobietę - Nikt, nie będzie chciał odebrać ci pozycję strażnika ołtarza. Jesteś Heroldem Norry, takie jest twoje przeznaczenie. Jednak zwierzoludzie trzymają się w stadach, ja i moi przyjaciele zajmiemy niegodne kozły, a ty zamordujesz samozwańczego strażnika.
- Nie, nie, nie. - Annika pokręciła głową jakby świetnie znała temat i od razu coś ją uderzyło w słowach młodego mnicha. - To będzie rytualny pojedynek. Nikt nie będzie się wtrącał. Kto wygra to zostanie nowym strażnikiem. Stado to zaakceptuje. Takie są reguły. - powiedziała stanowczo jakby już nie raz toczyła takie pojedynki i miała w tym liczną i bogatą praktykę.
- A kto to jest ta Norra? - zapytała towarzysza gdy widocznie obce imię nic jej nie mówiło. A już na końcu ulicy było widać pierwsze rezydencje więc do von Mannliebów nie mieli już tak daleko.
- Oh i oczywiście, że przeproszę moją panią. Słowami a jak trzeba będzie to i ustami. - zaśmiała się jakby przypomniał jej się przyjemniejszy i lżejszy temat. - To taka dobra pani! Aż się nie spodziewałam. Myślałam, że tak tylko gada wtedy w hospicjum. Co najwyżej każe mnie umyć albo da jakąś balię dla służby i się skończy dzień dobroci. Ale nie. Naprawdę to zrobiła. Poszłyśmy do łazienki. Takiej ładnej. Z ładnymi kafelkami i w ogóle. I z porcelanową wanną. I ona mówi, żebym się tam władowała. Tylko tak ładnie to powiedziała. No to się rozbieram, ładuje się do środka. A ona też. Jest bardzo ładna. I zgrabna. I potem pokazała mi tacę obok. A tam owoce, ciasto, wino. I mówi, że to dla mnie. A potem zaczęła mnie myć. Rozumiesz? Ona, wielka i bogata pani, zaczęła mnie myć jakby to ona była moją łaziebną. Ale to było! No ja słyszałam, że w tych bogatych zamtuzach, tych luks, co tam są te drogie ladacznice z wyższej półki to tak jest. Że przychodzisz, płacisz i cię takie księżniczki obsługują, że hej! Ale mnie nigdy nie było stać. A tu ona tak sama… A przecież ja nic jej nie zapłaciłam. No i rano też już szykowałyśmy się na nowa kąpiel… No ale wtedy ujrzałam ten głaz, czułam jak mnie wzywa. Czeka na mnie. I ten strażnik też. On wie, że nadejdę. I też jest gotów walczyć ze mną. - czarnowłosa pierwszy raz się uśmiechnęła odkąd ją dzisiaj Otto spotkał. Gdy nie mogła się nadziwić jak wyglądał jej pierwszy dzień służby u nowej pani. I ta musiała na niej zrobić ogromne wrażenie na nieufnej dziewczynie z ulicy. I cały czas jak o tym opowiadała to ciepło się o niej wyrażała. Dopiero jak płynnie przeszła do wydarzeń z dzisiejszego poranka uśmiech zgasł z jej twarzy i wróciła zaduma.
Otto się uśmiechnął, chętnie wytłumaczy kobiecie jej rolę w świecie, ale postanowił przemilczeć sprawę Mrocznych Potęg. Południowcy mogą przestraszyć się tego kto pociąga ich sznurki.
- Norra jest legendarną wojowniczką, która mieszkała na tych terenach. To jej ołtarza szukasz i to najpewniej jej głos słyszysz kiedy widzisz w snach ołtarz. To jej armią ty i czarny rycerz będziecie dowodzić. Ja i moi przyjaciele pracujemy nad sprowadzeniem jej i jej sióstr z powrotem w rodzinne strony. Jeżeli słuchałaś Marissy w hospicjum, to może kilka razy wspomniała o "Pajęczej Królowej"? To Soren, siostra Norry, która zamiast walką zajęła się uwodzeniem. - Mnich się chwilę zastanowił - A pozowoliłabyś nam ci towarzyszyć i doświadczyć twojego zwycięstwa? Taki mały oddział fanów? - Otto spojrzał na kobietę, kiedy tak zaczęła opisywać swoje relację z Fabienne - Frau von Mannlieb jest wyjątkową kobietą. Postanowiła poświęcić swoje życie i duszę przyjemnościom cielesnym. Ma kilka koleżanek, które dzielą jej zamiłowania, w tym ta kobieta, która ci szeptała do ucha, kiedy cię odwiedziliśmy w hospicjum. Obiecała jednak, że jej potrzeby nie staną na drodzę twojemu przeznaczeniu zostania strażnikiem ołtarza. - mnich poklepał delikatnie kobietę po plecach - To co powiesz, na te zakupy… jutro, albo pojutrze? Załatwimy ci zbroję i ostrze, aby oddzielić kozi łeb od ciała?
- Zbroje i ostrze? Nie no coś ty Otto, nie żartuj. Przecież to dużo kosztuje. - zaśmiała się cicho jakby mogła mu darować, że opowiada takie miłe bajki ale chciała dać znać, że nie da się na to nabrać.
- A moja milady jak chce się poświęcić cielesnym przyjemnościom to muszę po wczorajszym dniu przyznać, że naprawdę się na tym zna. - pozwoliła sobie na pełny uśmiech na tych obitych i zeszpeconych opuchnięciami i rozcięciami wargach. Jednak Fabienne musiała jej po wczorajszym dniu bardzo ciepło i pozytywnie zapaść w pamięć.
- Marissa też była bardzo miła. Też się nie spodziewałam. Myślałam, że to tylko zwykła ladacznica co się chędoży z kim popadnie w tym hospicjum. I o tej jej Pajęczej Królowej to pamiętam. Coś mówiła. Tylko właśnie dlatego zastanawiałam się czy ona jakaś głupia nie jest. Bo mówiła, że będzie z nią miała dzieci. No głupia nie? Przecież jak? Kobieta z kobietą? No nie da się. Można się zabawić tak jak ja wczoraj z moją lady no ale dzieci z tego nie będzie. Chyba miała mnie za głupią jak myślała, że w to uwierzę. No ale była miła. I widziałam jak inni na nas patrzyli jak ze mną rozmawiała. Bo przecież, że nie na mnie. I ta Norra to siostra tej jej królowej? No to jak? Jak ma swój głaz i w ogóle? - czarnowłosa dała znak, że sporo tu sprzeczności w tych wątkach o jakich usłyszała teraz od mnicha a wcześniej od swojej koleżanki z Białej.
- I możesz iść ze mną. Czy tam kogo tam masz. Ale to ja będę walczyć ze strażnikiem. To ja go zabiję. Utnę mu łeb i wypiję jego krew. I ja zostanę nowym strażnikiem. Tylko jeszcze nie jestem pewna co z tym czarnym rycerzem. Bo widziałam go ale nie jestem pewna co tam robił. Ale jak będzie chciał ze mną walczyć to też mogę. - dodała obojętnym tonem jakby była gotowa toczyć pojedynek za pojedynkiem o ten głaz z kimkolwiek kto by chciał jej go odebrać.
Mnich się chwilę zastanowił, sięgnął trochę pamięcią do setek legend, opowieści i bajek, które czytał.
- Być może on śpi pod kamieniem. Zaklęty, aby czekać na swoją armię, władczynię i godnego strażnika. - tu spojrzał na Annikę - To miałby dla mnie największy sens. - postanowił przemilczeć, możliwość wydania na świat potomstwa Soren. Niektóre, prawdy lepiej, aby pozostały ukryte - A co do zbroi i ostrza… no ja jestem jedynie mnichem, ale Lady Fabienne nie chce, aby stała ci się krzywda więc jest gotowa zainwestować w twój ekwipunek. Do tego nie widzę cię w ciężkim kawale metalu, od stóp do głów w głupim hełmie z piórkiem. Może napierśnik i skórzane spodnie? Wolałabyś topór, miecz, długi sztylet?
- Oh… Moja pani by mi kupiła takie rzeczy? - Annika znów spojrzała na sąsiada idącego obok z dużą dozą niedowierzania. Obracała to w myślach kilka kroków i się chyba wzruszyła bo aż symbolicznie załamała ręcę. - Ojej, ona jest taka cudowna! Naprawdę będę musiała o nią zadbać. I przeprosić. - westchnęła jakby chciała jakoś bladolicej szlachciance odwdzięczyć się za tą dobroć.
- A jak już coś naprawdę by mi była gotowa kupić to nie będę wybrzydzać. Wezmę co mi kupi. - powiedziała szybko jakby nie chciała sprawiać swojej dobrodziejce dodatkowych kłopotów. A już mieli niedaleko bo widać było ulicę i ogrodzenie z prętów jakie otaczało posiadłość von Mannliebów.
- No cóż, popytam kolegów, którzy bardziej się znają czy by ci mogli doradzić. Jak na razie przygotuj się na składanie przeprosin. I jakby Gertruda pytała, zaatakowała cię banda oprychów. - mnich na chwilę zamilkł coś sobie przypominając - Sprałem dzisiaj Thorne'a. Leżał jak długi na ziemi, kiedy z nim skończyłem. - pochwalił się mnich - Sądziłem, że trochę poprawi ci to humor. - Otto wprowadził dziewczynę do posiadłości i oczekiwał albo Fabienne, albo Gertrudy.
- Tak? To dobrze! Należało mu się. Jeszcze go kiedyś dorwę. Wszyscy myślą, że on taki groźny bo bandyta i silny i krzepki. Ale już mu dokopałam i mogę zrobić to jeszcze raz. Wykończyłabym go wtedy na stołówce tylko mnie zaskoczył jak mi wbił tą łyżkę w brzuch. Kiedyś mu flaki wypruję. - wiadomość o jej rywalu znacznie ucieszyła czarnowłosą i przyjęła to z mściwą satysfakcją. Ale, że już wchodzili wpuszczeni przez odźwiernego do środka to zamilkła. Gdy znów przywitała ich Gertruda też milczała zdając się na swojego rozmówcę. Stara guwernantka zaś jak zwykle przyjęła ich z chłodnymi, dystyngowanymi manierami i zniknęła im z oczu idąc zawiadomić swoją panią. Ta okazała się znacznie wylewniejsza i przyjemniejsza w obyciu.
-
Oryginalny autor: Seachmall
- Oh jesteś ptaszyno! O matko, jak ty wyglądasz? Co ci sie stało? Ktoś cię napadł? Gertrudo zobacz jak ona wygląda. Przecież trzeba ją doprowadzić do porządku. Idź proszę, powiedz aby przygotowano kąpiel. Aha i tą paczke dla Otto. Niech wreszcie coś zje aby cały dzień nie biegał w służbie von Mannliebów na głodnego. Źle by to wyglądało nieprawdaż? - Frau von Mannlieb znów całkiem sprawnie zapędziła starą służącą do pracy przy okazji chociaż na chwilę się jej pozbywając. Więc w tym holu zostali chociaż na chwilę sami. Wtedy szlachcianka ujęła głowę służącej i z bliska przyjrzała się rozbitej, zaczerwienione i spuchniętej twarzy.
- Oh biedactwo! Co oni ci zrobili! Ale już się nie martw, już jesteś w domu. A i weźmiemy kąpiel. Też mi się przyda. - powiedziała jak dobra ciocia do jakiejś swojej siostrzenicy. Na co czarnowłosa głowa, do tej pory dość oszczędna w słowach i mimice uśmiechnęła się i pokiwała twierdząco.
- I jak poszło Otto w ratuszu? Były jakieś trudności? Starczyło ci pieniędzy? I strasznie ci dziękuję sam widzisz w jakiej ja tu jestem trudnej sytuacji, na nikim tak naprawdę nie mogę polegać, wszyscy mnie szpiegują dla mojego męża. - szybko wyrzuciła z siebie i zapytania i podziękowania jakby wreszcie kamień spadł jej z serca jak jej nowa służka wróciła wreszcie do domu.
- Problemów, nie było. Straż dziękuje ci za hojny datek. I nie musisz dziękować, Annika jak i pozostali wybrani przez siostry są moim osobistym obowiązkiem. I proszę nie dziw się ostrożności męża, sam chętnie bym cię szpiegował, nawet za darmo. - mnich uśmiechnął się trochę łobuzersko - Anniko, mogę mieć do ciebie prośbę? Jeżeli poczujesz znowu Zew Kamienia, powiedz o tym Lady Fabienne. Frau Mannlieb, jeżeli mogłabyś wtedy udać się z nią do Pirory i poprosić o kontakt ze mną i naszymi… wojownikami, to byłbym naprawdę wdzięczny. Zapewnimy jej bezpieczeństwo i wsparcie moralne.
- Ale to jest takie nagłe. Jak czuję ten zew, jak widzę ten głaz to po prostu muszę tam ruszać. Nie panuję nad tym. Po prostu muszę. - czarnowłosa odparła po chwili zastanowienia i spojrzała na niego przepraszająco. Po czym skierowała wzrok na drugą czarnowłosą tylko znacznie lepiej odzianą i ufryzowaną. - A za to co się stało rano bardzo przepraszam. Nie chciałam. To było silniejsze ode mnie. Strasznie mi się ta wczorajsza kąpiel podobała i bardzo chciałam dzisiaj rano ponownie. Ale usłyszałam ten zew no i… - spojrzała kwaśno na swoją dobrodziejkę jakby naprawdę było jej przykro. Z bliska było widać, że pomada i zabiegi kosmetycznie nie do końca były w stanie ukryć rozbitą wargę Bretonki.
- Oh to nic, ważne, że jesteś z powrotem. A kąpiel już się szykuję to tam sobie porozmawiamy bez świadków. - pogłaskała ją delikatnie po spuchniętym policzku. Po czym spojrzała na swojego gościa. Tym razem całkiem filuternie. - No chyba, że jakiś szpieg by się tam zakradł. Albo gdzie indziej. Przyznam, że jakby to był taki utalentowany w szpicrutach i kneblach szpieg to to by mogło być całkiem ekscytujące. - powiedziała już jawnie kokietując swojego gościa. - Ah! I z tego wszystkiego zapomniałam. Ale jak byłyśmy u Pirory to udało mi się z tym kluczem. - dorzuciła na koniec z triumfującym uśmiechem.
Otto podziękował Fabienne za ciasto i napitek, oraz musiał niestety odmówić szpiegowania tego dnia. Sprawy rodzinne wzywają. Opuścił rezydencję Von Mannlieb i ruszył na zbór.
Mógł zjawić się trochę wcześniej i odpocząć po dzisiejszym dniu i przemyśleć co musiał przekazać reszcie kultu.
Opisać swój sen i wiadomość, że wszystkie Siostry muszą zostać przyzwane razem.
Powiedzieć o kolejnym ataku snów w hospicjum. Oczywiście poprosić o ekipę do eskortowania Anniki do ołtarza, plus powiedzieć o Czarnym Rycerzu. Oczywiście została jeszcze sprawa Matki Somnium -
Oryginalny autor: Zell
Anistag; ranek; Dzielnica Południowa; mieszkanie Heinricha
Stary łowca ciężko siedział na łóżku, przywołując skołatane myśli do porządku. Wydawało mu się, że sny obciążały go bardziej i bardziej odkąd postawił pierwsze kroki w mieście. Jawiły się inne od tych, które cierpiał przez miesiące zamknięcia po tragicznej przegranej, zostając na łasce osoby, która jej mu nie zamierzała okazać i pozostawiła blizny na psychice i ciele. Niemniej i te teraz powodowały opór tego, co zostało z czystości dawnego życia, a ta walka męczyła każdej nocy niezależnie od chęci Heinricha. Tak samo jak ciało umierało w upartej męczarni, tak i umysł opierał się potędze sił, z którymi nie miał szans jeszcze nim ta walka się zaczęła.
Nigdy nie widział się osobą bardzo uduchowioną, a wręcz im bardziej się starzał, tym mniej dawał wiarę tym wyniosłym celom. Najwyraźniej jakaś cząstka duszy musiała szeptać słowa sprzeciwu, skoro teraz odczuwał ten ból.Mężczyzna przetarł twarz dłonią w nadziei, że ten gest odsunie od niego zmęczenie i nada sensu tej mozaice snów jakie go przed chwilą opuściły. Początkowo nie mógł skupić myśli na niczym, co zostało mu przedstawione, jednak te chwile spokoju zdawały się koić jego umysł. Wydarzenia sennego doznania mieszały się z przeżyciami dnia poprzedniego, tym co mówił Joachim, czego dowiedział się na ostatnim Zborze. Nieświadomie zatopił się w pojawiających się połączeniach między snem a jawą. Począł analizować, jak i robił to tropiąc heretyków. Musiał tylko spojrzeć z innej perspektywy...
Heinrich uniósł spojrzenie, jakie wcześniej skupione na dłoniach przesunęło się po nogach spuszczonych na podłogę. Na chwilę zatrzymał wzrok na ukrytej pod bandażami konsekwencji porażki, aby nagle ujrzeć połączenia, jakie mu unikały. Dużo połączeń. Wszystkich spraw...
Nie było za późno. Zbyt mało czasu można wydłużyć.
A błędy można zmienić na sukces.Zmierzch; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”
Zdawał sobie sprawę, że to, co zaproponuje zaangażuje cały kult w akcje, a niektórych wręcz postawi przed sporym osobistym ryzykiem. Czasy wpływów i posłuchu minęły, gdy bezpowrotnie przestał być Inkwizytorem. Niektórzy z kultu mogli być nieufni wobec niego, jak i Joachim posiadał takie zaufanie, jakie posiadasz podchodząc do nieznanego głodnego zwierzęcia.
Potrzebował więc zapewnić sobie wstawiennictwo Starszego i Mergi, jako że tylko ich zdanie mogło przeważyć za sukcesem czy porażką wpłynięcia na członków kultu, aby nie widziano jego planów jako groźnych dla nich. Dodatkowo nieautoryzowana próba przejęcia kontroli mogła nawet zirytować Starszego, jeżeli uzna to za chęć podkopania jego władzy.
Kiedyś nie potrzebowałby patronatu. Dziś szukał pozwolenia.Ale najpierw do tego samego musiał przekonać samych przełożonych kultu jeszcze przed dzisiejszym Zborem, dlatego po przesłaniu wiadomości o potrzebie wcześniejszego spotkania na miejscu w jakim mają się zebrać, o zmierzchu pojawił się na Adele.
Gdy Heinrich zastukał laską w burtę starej łajby był jeszcze dzień. Do szarówki zmroku pozostało jeszcze ze trzy czy cztery dzwony. Chociaż chmurzyło się tylko w tym portowym mieście równie dobrze mogło się tak chmurzyć cały dzień i nic nie padać a równie dobrze zaraz mógł zacząć lunąć deszcz. Po chwili czekania usłyszał skrzypienie otwieranych zawiasów i kroki na pokładzie. Płynne i sprawne a nie takie kuśtykające i drewniane jakie wydawał Kurt który zwykle był gospodarzem na tym starym holku. Sprawa się wyjaśniła gdy przez reling wyjrzała głowa Normy z licznymi, warkoczykami myszatego koloru i podgolonych na norsmeńską modłę bokach. Skinęła mu głową i podobnie jak Kurt zestawiła na dół drabinę po jakiej można było wejść do środka. Poczekała aż wejdzie i z powrotem zabrała ją na pokład. Dała znak gestem aby ruszał do środka a sama weszła za nim. Tak zeszli przez drewnianą i krętą klatkę schodową statku a potem korytarzem przez środek zabudowanej ładowni. Wreszcie niskie drzwi do większego pomieszczenia w jakim odbywały się zbory. Czuł jak pokład i ściany delikatnie się kołyszą. Dziś wiatr i fale były dość słabe więc było to tylko drobne wrażenie. Ostatnio zbory najczęściej odbywały się w Południowej Dzielnicy, w kryjówce Mergi pod zwaloną wieżą no ale dzisiaj wrócono do tego pierwotnego miejsca spotkań. Półmrok rozświetlanych świecami i lampami piwnic pełnych wilgotnego zaduchu stojącego powietrza typowego dla takich podziemi zastąpił morski zapach znad zatoki, z dodatkiem woni rym i wodorostów. Gdy otworzył te ostatnie drzwi powitał go stojący pod ścianą alabastrowy posąg Pajęczej Królowej oraz poświęconej jej orgii różnorakich istot. Był spory więc nie szło go przegapić. Aż dziwne jak się go zwykłą łodzią udało przewieźć aż tutaj.
- Poczekaj tu. Powiadomię ich, że już jesteś. - powiedziała Norma. Wcześniej Heinrich nie znał tej Norsmenki ale z relacji tych co ją znali od zeszłej zimy wiedział, że jej reikspiel znacznie się poprawił przez te pół roku. I w takich krótkich i często używanych zdaniach szło jej już całkiem nieźle. Chociaż gdy chciała powiedzieć coś więcej albo szybko czy w nerwowej sytuacji to nadal wrzucała kislevskie albo norsmeńskie słówka, zwroty lub po prostu przechodziła na któryś z tych języków. Przez chwilę został sam. Ale nie było to dziwne, przyszedł sporo wcześniej przed zwyczajową porą zboru. Więc reszty jeszcze nie było. Po chwili usłyszał kroki od strony dziobu skąd zwykle nadchodziła starszyzna zboru. Chociaż drzwi otworzyły się ciut wcześniej ale kroków Normy nie usłyszał póki nie otwarła drzwi. Zamaskowany lider zboru a za nim rogata wiedźma weszli do pomieszczenia a jej gwardzistka zamknęła za nimi drzwi.
- Witaj mój synu. Cieszę się, że cię widzę. W dobrym zdrowiu mam nadzieję. Czemuż zawdzięczamy twoje wcześniejsze przybycie? - lider zwrócił się do gościa uprzejmie i ciepło wskazując gestem aby usiadł przy stole przy jakim zwykle biesiadowali przy wspólnej kolacji jaka zaczynała spotkanie zanim zaczynały się poważniejsze rozmowy. Zresztą podczas nich większość też siedziała nadal przy obu stołach. Oboje usiedli przy nich a Norma wyszła przynieść coś aby nie siedzieli przy pustym stole.
- Jak widzisz Norma dzisiaj zastępuje Kurta. Niestety ona i on to nasze jedyne wilki morskie. Kurt więc podjął się zadania potrenować z Vasilijem i jego ludźmi żeglarstwo na pełnym morzu. Zwłaszcza nocne bo podróż do rodzinnych stron Mergi będzie zapewne zaczynać się w nocy. Dlatego raczej ich nie będzie na dzisiejszym spotkaniu. - lider w masce wyjaśnił czemu brakuje starego bosmana który był tutaj stałym gospodarzem. Zaś Vasilij i jego przemytnicy mieli stanowić obsadę łodzi jaka popłynie do Norski z Mergą.
- Zdrowie moje nie nastręcza problemów. - odparł były Inkwizytor - To sprawy kultu, jego aktualne potrzeby mnie tu skierowały. Wczoraj spotkałem się z Joachimem, jaki był zmuszony zainteresować Hertza skrzynią możliwie skrywającą artefakt Vesty, by zyskać możliwość przyjrzenia się miejscu z bliska. Nie wiedząc jeszcze tego miałem inną myśl na dobranie się do artefaktu, ale zmuszony zostałem przekreślić ją. - spojrzał z delikatnym uśmieszkiem - Ale mimo brzmienia tej wiadomości... wcale nie jest to taka fatalna nowina dla nas. - położył ręce na stole, gdy kontynuował - Sen, jaki mnie ogarnął w nocy wydawał się mi niezrozumiały po przebudzeniu, ale gdy zaczął się rozjaśniać, począłem też zauważać połączenia, które dnia poprzedniego mi uciekły. - lekko gestykulował dłonią, gdy wyjaśniał sytuację - Zrozumiałem, że świątynia Mananna, artefakt w Akademii, problem Inkwizytora, a nawet zbyt krótki czas na poród much... Rozwiązania ich wszystkich są połączone, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka i wymagają bardzo dokładnego wykonania każdego ruchu w określonym czasie i określonej formie.
Splótł dłonie przed twarzą.
- Nie będę tego polewał słodkim syropem: całe przedsięwzięcie nie jest pozbawione zagrożeń. Niektórzy będą się musieli wykazać większą przenikliwością w trakcie wykonywania roli, a dla częsci to będzie wręcz niebezpieczne. Opracowanie każdego szczegółu i wykonanie go dokładnie będzie najważniejsze. Każde odstępstwo może spowodować, że nasze działania zboczą z drogi, jaka prowadzi do celu. A za nią może być przepaść. Nie zakładam, że każdy element nie może zostać doprecyzowany, czy że nie brakuje mi kawałka układanki, jakiego dowiem się dopiero od innych, ale ten kawałek musi się znaleźć już dziś na Zborze, aby klocki mogły jeszcze być ustawione, a nie zawalić się podczas akcji. Nie mamy czasu na wahanie.
Skupił wzrok na liderach, przechodząc do sedna.
- Reakcja Joachima na moje przybycie do niego przypomniała mi, że moja pozycja w kulcie jest bardzo krótka, a osoba niegodna ślepego zaufania i to całkowicie zrozumiałe. Na jego miejscu też podchodziłbym ostrożnie. Niemniej, gdy cały ten plan wymaga więcej, niż sam mogę zrobić, to zakładanie że cały kult pójdzie za moim słowem i wykona wszystko w określony sposób nie patrząc na niesnaski własne, jest naiwne. Szczególnie gdy dodajemy ryzyko.
- Akcja jest skomplikowana i niebezpieczna, a to ledwo co poznany były Inkwizytor miałby ruszyć wszystch z kultu? I dla mnie wyglądałoby to jak nieśmieszny żart. Co innego było zaproponować muchy, co innego złożony i skomplikowany splot wydarzeń.- Nie chcę też zaraz wchodzić i rządzić się na nie swoim terenie. - spojrzał na zamaskowanego - A do tego mogłaby się wydawać sprowadzać. Inkwizytor szukający władzy. - pokręcił głową - Wiem, że bez waszego wsparcia mogę nie podołać i wyjdę z niczym. - rozłożył bezradnie ręce - Jeżeli zechcecie przedstawię wam wszystko już teraz, oczywiście.
- Mówisz tajemnicze słowa Heinrichu. Ale jeśli masz jakiś pomysł na następne kroki to proszę. Jesteśmy gotowi go wysłuchać. - oboje liderów zboru słuchało w milczeniu słów byłego łowcy czarownic. W międzyczasie Norma wróciła do tej głównej części dawnej ładowni ze świeżo usmażoną rybą, pajdami chleba, dzbanem wina i kubkami. Po czym usiadła nieco dalej nie wtrącając się w dyskusje. Chyba zszywała jakieś ubranie. Zaś Merga i Starszy po tym jak Heinrich skończył mówić spojrzeli po sobie ale dali mu znać aby przedstawił swój pomysł.
Heinrich skinął wdzięcznie głową.
- Moje plany w większości zbudowane są na inkwizytorskim doświadczeniu, jakie wykorzystywałam do tropienia osób, jaką sam się stałem. Teraz ta wiedza jest szczególnie przydatna, gdy trzeba za wszelką cenę unikać zwrócenia uwagi Łowców Czarownic, kościoła czy innych organizacji i osób, których nie można po prostu uciszyć. - rzekł lekko zachrypniętym głosem - Plany opierają się twardo na zasadzie wykorzystywania sposobów jak najdalszych od tych, za którymi węszą nam wrodzy. Niech widzą wszystko tak, jak my chcemy. Konsekwencje zwykłej ludzkiej chciwości.
- Obrabowanie świątyni jest tym mniejszym z problemów. - rozpoczął wyjaśnienia - I w niej przydałyby się umiejętności Sigismundusa do wykonania odpowiedniej substancji, której opary wywołają utratę świadomości w najlepszym wypadku, w większej dawce zatrzymanie serca. Tak, śmierć w świątyni jest pożądana. Sigismundus nie może tylko wykorzystać niczego, co miałoby chaosowe ślady, więc będzie miał zadanie wyprodukować truciznę, a jednocześnie chroniące przed nią antidotum, które nasi zażyją. - opisał bez emocji - Dziewczyny zaaplikują je, mieszając z kadzidłami, które rozprowadzane są po sali głównej podczas ceremonii, w tym wieczornych modłów, na których się zjawi całość kapłaństwa. Reszta zostanie wtarta w podłogi w formie płynnej, gdy będą je szorować przy naszych dwóch strażnikach. Im trzeba największej dawki, dla pewności. - przesunął palcami po krawędzi kubka, niby bezwiednie. - Dawka, to ważne. Dawka do kadzidła powinna dawać możliwość, że ktoś nie zemrze, ale to nie jest ważne teraz, później omówimy. Nawet jeżeli nie uda się wcześniej zdobyć klucza to zawsze zostanie ten Absaloma lub w najgorszej opcji - siła. Silny by się udał pomóc wynosić, gdy już wszystkich się wyeliminuje. Czemu zależy mi na śmierci w świątyni?
Uśmiechnął się pod nosem.
- Bo taka nagła śmierć w świętym miejscu przysłuży się odepchnięciu dalej festynu. Otto może Morrytkę przekonać, by chciała odprawić czynności żałobne, nasze szlacheckie damy wpłynąć na władzę. Kto by się bawił, gdy taka tragedia się rozpęta? - Heinrich zapytał retorycznie - Kradzież została przygotowana przez złych, chciwych ludzi, nasze kozły ofiarne z przestępczego półświatka. Śmierć była przypadkowa. Za duża dawka. Nieszczęście. - wzruszył ramionami
Spojrzał na liderów, czekając czy oni sami chcą coś dodać do tej części.
- No cóż Heinrichu, przyznam, że to o czym mówisz to operacja na znacznie większą skalę. - powiedział zamaskowany lider zboru gdy chwilę trawił te pomysły. Stukał palcami po blacie stołu gdy to obrabiał w swojej zamaskowanej głowie.
- Plan akcji znacznie większy ale też zapewne trzeba by więcej zaangażowania i przygotowań. Na razie daliśmy dziewczętom okazję aby spróbowały zdobyć ten klucz więc czekamy na to co z tego wyjdzie. Dzisiaj wieczorem może już coś będzie wiadomo jak przyjdą czy coś z tego wyszło czy dalej próbują. Zwracam jednak uwagę, że mój rejs do Norski jest uzależniony od zdobycia tego skarbu ze świątyni. Bo na miejscu na pewno będę miała lepsze argumenty jako pani z hojnymi darami i wysłanniczka potężnich sojuszników niż jako uboga żebraczka co występuje po prośbie. A im później odpłynę stąd tym później wrócę. Tak w ogólnych zarysach oczywiście. - wyrocznia przypomniała dlaczego już wcześniej postanowiła pozostać na miejscu i opóźnić swój wyjazd do swojej północnej ojczyzny czekając właśnie na te bogate łupy z obrabowanej świątyni jakie by pomogły w negocjacjach z jej pobratymcami.
- No cóż Heinrichu tak sobie myślę, że jak dzisiaj zapewne przyjdzie Sigismundus można by go zapytać o szczegóły tych mikstru jakie może sporządzić. Jestem prawie pewien, że coś usypiającego jest w stanie sporządzić. Coś co zabija także. Ale czy to by pasowało do tego co mówisz to lepiej aby on się wypowiedział. Myślę, że miałby z nas wszystkich najlepsze kwalifikacje aby ocenić co jest w stanie wykonać. Zapewne jednak by to wymagało przygotowań tak dla niego jak i od naszych pokutnic w świątyni. - przyznał po tej dłuższej chwili namysłu lider ich zboru.
- Rzadko się zdarza aby coś, jakaś trucizna czy inna taka mikstura była bezwonna albo niewidoczna. Zwłaszcza w większej skali. A mówisz o czymś do wcierania podłóg i kadzideł. Do tego zapewne powinno zadziałać w jednym, konkretnym momencie na przykład podczas mszy. To może nie być takie proste. Są też raczej małe szanse aby powaliło wszystkich i to w jednym momencie. Zapewne gdy pierwsze osoby zaczęłyby padać to ktoś próbowałby podnieść larum a gdy nadal by padały kolejne zapewne by próbowali uciec. Naprawdę trzeba by wszystko bardzo mocno skoncentrować, łącznie ze sprzyjającym losem aby to udało się na taką dużą skalę. Co innego mniejsza skala bo w takiej przeciętnej izbie czy korytarzu skala jest mniejsza i jest łatwiejsza do kontrolowania. Na tak dużą skalę i przy nagłym efekcie prędzej bym się spodziewała, że jakiś czar lub rytuał mógłby osiągnąć taki nagły i masowy efekt. Chociaż w większej skali i przy tak dużej liczbie osób trzeba się liczyć, że nawet wtedy ktoś okaże się odporny. - Merga wypowiedziała się zarówno jako zielarka jak i czarownica ale temat wydawał się chyba ciekawy bo omawiała go z ożywieniem i zainteresowaniem. Jak jakiś akademicki dylemat do rozprawy naukowej.
- Sam pomysł całkiem przedni Heinrichu. Ale jest tu wiele zmiennych i niewiadomych. Trzeba by jak widzisz je dopracować i to w większym gronie aby nasi specjaliści z danej dziedziny mogli się wypowiedzieć. - Starszy uśmiechnął się co było słychać pomimo maski nawet jak nie było widać. Pokiwał z uznaniem głową dla rozmachu takiej akcji proponowanej przez byłego łowcę czarownic ale widocznie uznał, że sprawa jest zbyt skomplikowana aby podjąć decyzję od ręki. Zwłaszcza jak by zgodnie z przewidywaniami autora była w nią zaangażowana całkiem spora część ich tajnej rodziny.
- Nie spodziewam się zrobienia całości bez reszty, problemy oczekiwane, gdy mało czasu. - spojrzał na Mergę - Ponoć wpływać trochę na los potrafi Joachim. A co do twojej podróży, pani... Też ją wziąłem pod rozwagę. Mnie samemu zależy na czasie, który ważny też w równoległej akcji... Artefaktu Vesty. - wziął butelkę wina i nalał go do kubka rogatej - Hertz chce wzmocnić zabezpieczenia i im więcej czasu ma, tym mniej my. - zwrócił wzrok na Starszego - Nie szukam poparcia planu już teraz. Zakładam modyfikację na Zborze, ale wolę nie być oskarżany o próbę wytrucia kultu rękami Sigismundusa. - lekko się zaśmiał - Akcja w świątyni nie może czekać ze względu na Wielebną, ale także artefakt, gdzie będzie nam też to zamieszanie potrzebne, aby choć chwilę nie patrzyły oczy na Akademię.
- To jest wiele szczegółów jakie trzeba by omówić i dopracować mój synu. Sam widzisz, że na ten moment nie braliśmy takich wariantów pod uwagę więc nie jesteśmy na to przygotowani. Co więcej ostatnio jak widzisz mamy coraz większe kłopoty osobowe. Coraz jest więcej ścieżek i tropów jakimi należałoby albo chociaż wypadałoby podążyć a coraz mniej mamy ludzi. Zwłaszcza jak część z nas odpłynie wkrótce wraz z naszą czcigodną wyrocznią. A tu jeszcze ta jaskinia Oster do zasiedlenia, te szukanie nosicielek do hodowli, ta sprawa z Akademią, akcja w świątyni, w hospicjum i tak dalej. Ale dobrze, że z tym przyszedłeś teraz bo i tak mieliśmy zamiar na dzisiejszym spotkaniu omówić te wszystkie sprawy. Spodziewam się, że nasze zdolne łotrzyce będą mówić o przygotowaniach w świątyni a Sigismundus o początkach swojej hodowli. Sam więc widzisz, że nasza rodzina zaczyna pękać w szwach od nadmiaru tych zadań. - przyznał Starszy, że krucho tutaj jest rozdzielić te parę osób do tej czy tamtej akcji czy miejsca. Zwłaszcza, że cały czas wszyscy mieli zapewne z tyłu głowy to, że Merga i jej towarzysze wkrótce mieli opuścić to miasto i to zapewne na parę tygodni.
- Dlatego rozważaliśmy czy nie wprowadzić w nasze sprawy Huberta i jego zbór. Po prostu mamy zbyt wiele sroczych ogonków do złapania albo za małe garści. Za dużo się tego robi. A oni niejako są już i tak częściowo uświadomieni o choćby moim uwolnieniu z kazamat zimą czy o szukaniu dziedzictwa Sióstr. Zresztą z tego co wiem to już wiedzą o Sorii i jej nadnaturalnym pochodzeniu. - odezwała się wyrocznia przyznając o wątku który widocznie mieli porszyć przy wszystkich na dzisiejszym spotkaniu.
- A z tym wytruciem to nie lękaj się, myślę, że i tak nie dałoby się tego zataić przed naszymi dziewczętami skoro zapewne to one by miały własnoręcznie spory udział w tym procederze a jak będą wiedziały na czym to ma polegać i wyrażą zgodę to chyba nie powinno być później niesnasek na tym polu. - Starszy znów się uśmiechnął tym razem aby dodać otuchy starszemu mężczyźnie co do konsekwencji jego planów tu, w rodzinnym gronie.
- Ja mam wrażenie, że wkrótce przybędzie nam jakiś sojusznik spoza miasta. Tak wnioskuje po moim dzisiejszym śnie. Ale wizja była zbyt mętna aby traktować to jako coś więcej niż obietnicę lub wskazówkę. Na razie musimy sobie poradzić tym czym mamy no chyba, że niespodziewanie uda nam się kogoś zwerbować lub pozyskać do współpracy. W ten czy inny sposób. Są jeszcze ci zwierzoludzie Gnaka co to nasze dziewczęta się szykują na spotkanie z nimi ale wątpie aby dało ich się użyć w mieście. A dogadanie współpracy też zapewne będzie wymagać czasu i jakichś targów. Niemniej te ich spotkanie przy głazach to dobry początek, powinno dać to niezłe podstawy do takich negocjacji. - Merga przytaknęła mistrzowi a sama też dodała coś od siebie i wyglądało, że mają pewne opcje co do wsparcia swoich planów i zamiarów ale niekoniecznie tak od razu.
- Pirora pewnie powie Oksanie o muchach. - stwierdził były łowca czarownic - Jeżeli mój sen by się sprawdził, to nasze dziewczyny z tymi zwierzoludźmi przy głazach byłyby zachwycone. - wzruszył ramionami.
- No cóż, te muchy Oster to jeden z kluczowych elementów naszych planów i dziedzictwa Sióstr. Więc tego raczej nie da się uniknąć. A z tą zakazaną miłością naszych dziewcząt to tak, dało się zauważyć, że są bardzo podekscytowane. No cóż, młode są, niech się bawią i próbują a przy okazji wyrobią nam dobry początek do negocjacji ze zwierzoludźmi. Przynajmniej taką mam nadzieję. Ale dobrze, że Soria z nimi będzie a i chyba niektórzy nasi panowie z nimi pojadą. Zresztą to już wkrótce po Festag to pewnie też dzisiaj będziemy ustalać szczegóły. - przez maskę dało się usłyszeć rozbawiony i wyrozumiały ton lidera ich zboru jaki widocznie widział zdecydowane korzyści z tych wyuzdanych zainteresowań swoich podopiecznych. Może nawet go to trochę bawiło ale nie zamierzał im tego zabraniać. Merga też się uśmiechnęła całkiem ciepło.
- U nas to jest to znacznie powszechniejsze. Nie zamierzałam brać w tym udziału bo myślałam, że już będę w drodze do domu. Ale jeśli nie to może jednak tam pojadę z nimi. Myślę, że moje rogi i autorytet powinien pomóc w takich negocjacjach. - przyznała wyrocznia gdy wszystko wskazywało na to, że są spore szanse iż w najbliższą pełnię wciąż będzie po tej stronie Morza Szponów a nie tej co planowała już któryś tydzień z rzędu.
- Określiłem obrabowanie świątyni jako mniejszy problem. - kontynuował wcześniejszą myśl - W porównaniu z dostaniem się do Akademii to jest mniejszy problem, nawet mając na myśli brak ludzi. - spojrzał na Mergę i Starszego - Cała akcja wymaga jeszcze bardziej skomplikowanego podejścia i podjęcia większego ryzyka. - zwrócił wzrok na rogatą wieszczkę - Sprawy nie poprawia, że Joachim wywołał zainteresowanie Hertwiga, choć o tym później. Nie jestem magiem, choć magię wyczuwam, jak i każdy wyczuwa zapach nosem czy kolory wzrokiem. Nie oznacza to, że dokładnie wiem o niej wystarczająco, a to bardziej zgadywanie z mojej strony. Widziałem, Czcigodna, że swój wygląd możesz zmienić. Ale czy jest też możliwość takiej zmiany innej osoby czy osób? - zapytał Mergę - I ile ona by się trzymała?
- Zbytnie komplikowanie spraw to proszenie się o kłopoty gdy któryś z kroków czy elementów nie pójdzie zgodnie z planem. - zauważył krótko Starszy ale spojrzał na niebieskoskórą wyrocznię o nietuzinkowych, płonących wewnętrznym złotem oczach. Ta uśmiechnęła się lekko kiwając swoją rogatą głową jaka robiła takie wrażenie na Lilly.
- Tak, mogę zmienić swój wygląd. Tak między innymi dzisiaj tu przyszłam bo nawet po pół roku zdarzało mi się widzieć listy gończe ze zbiegłą, rogatą wiedźmą. - powiedziała z nutką ironii i wyższości swoich mocy i umiejętności nad tymi zwykłymi metodami poszukiwania zbiegów. Po czym zademonstrowała to na sobie i przy trójce świadków. Powiedziała cicho jakieś słowo i wszystko w niej jakby zafalowało. Sterczące, prawie pionowe rogi opadły, ułożyły się w dwa warkocze jakie teraz leżały spokojnie wzdłuż pleców. Do tego zmieniły kolor na stonowany kasztan. Cera jakby zadrgała, przeistoczyła się zmieniając kolor na dość pospolitą karnację mieszczki czy chłopki, nieco dziobatą, tak pospolitą, że nie wartą drugiego spojrzenia. Nie była już fioletowo - niebieska jak zazwyczaj co od razu zdradzało nienaturalne pochodzenie. Z oczu też zniknął ten złoty blask i zmieniły się w zwykłe, piwne oczy kolejnej mieszczki. Podobnie suknia ozdobiona symbolem Oka Tzeentcha zmieniła się w szaroburą suknię zwykłej robotnicy z warsztatów czy innego sklepu. W parę chwil z dumnej i nietuzinkowej urody wyroczni z Norski na jej miejscu siedziała zwykła robotnica jakich pełno chodziło po mieście więc nie warto było zwracać na nią uwagi. Chociaż jak się znało oryginalną twarz Mergi i wiedziało się o tej przemianie można było dostrzec pewne podobieństwo rysów twarzy.
- Mój kostur może podobne rzeczy. W zimie tak nam się udało przemycić Egona z jednego miejsca do drugiego chociaż jak widziałeś łatwo wpada w oko przez swoją brodę i posturę. Tylko nie można puścić kostura bo czar pryska. No i jak zauważyłeś ktoś wyczulony na moc raczej odkryje nietuzinkowe zawirowania Eteru jakie wywołuje magia. A osoby o silnej woli, zwłaszcza doświadczone w tej materii i jeśli ktoś taki wzbudzi ich podejrzenia lub wiedzą kogo szukać mają szansę przejrzeć tą iluzję. Znaczy z kosturem. Bo ja to naprawdę zmieniam swój wygląd fizycznie a magia mi to tylko wspomaga. Kostur zabieram ze sobą ale przygotowałam wam coś podobnego. Też to miałam zamiar ogłosić dzisiaj na spotkaniu. - wyjaśniła Merga jak to działa z tym jej kosturem. Poprosiła Normę aby jej go podała. Norsmeńska wojowniczka wstała od szycia, podeszła do miejsca gdzie leżał kostur wiedźmy i podała go jej. Ta coś powiedziała i poprosiła ją aby toporniczka go wzięła ponownie. Gdy tak uczyniła przemiana zaczęła się od jej dłoni trzymającą magiczny kij. I po chwili zamiast cichej wojowniczki z kosturem w ręku stała jakaś starsza kobieta podpierająca się laską.
- Póki jestem mogę do pewnego stopnia wpływać na pożądany wizerunek. Beze mnie takie przedmioty modyfikują wygląd właściciela dość mocno ale dalej da się dostrzec pewne podobieństwa. Zwłaszcza jak się zna tą osobę i się spodziewa takiego efektu. - wyjaśniła czarownica i rzeczywiście. Chociaż przemieniona Norma była na pierwszy rzut całkiem inną osobą to jednak jak się ją znało to wyglądała jak swoja matka czy ktoś z dalekiej rodziny lub trochę podobny do toporniczki.
Heinrich przyglądał się z zainteresowaniem tej prezentacji.
- Taka opcja... oferuje dodatkowe możliwości. - uśmiechnął się - Czy w sumie byłabyś w stanie wykonać... hmm... jak to powiedzieć... - zastanowił się nad słowem - Naładować magią chaosu, nie konkretną, która po pewnym czasie spowodowałaby wybuch magiczny? Bombę z opóźnionym zapłonem, ale magia chaosu potrzebna, najlepiej jak wykona swój wybuch... z dość widowiskowym efektem. - zapytał, patrząc uważnie na Mergę.
- Hmm… - czarownica zastanowiła się na dłużej. Dała znak Normie, że może zostawić kostur i wrócić do swoich zajęć. I gdy ta odłożyła ten wyjątkowy przedmiot znów stała się młodą, wojowniczką z dwoma toporami wetkniętymi za pas i myszatymi warkoczykami na szczycie głowy.
- Sam wybuch spowodowany czarami myślę, że byłby dla mnie do zrobienia. Ale raczej od ręki i tu na miejscu. Tak jak wystrzał z waszych pistoletów. Ale czy by dało się to zakląć w przedmiot gotów do użycia… Oj nie wiem… Nie jestem pewna… Właściwie to nie jestem pewna czy byłabym to w stanie zrobić w posiadanym czasie i produktach. - przyznała po tej chwili zwłoki gdy rozważała ten naukowy dylemat z tematu sztuki tajemnej. Musiał być mało typowy bo nie miała gotowej odpowiedzi jak choćby gdy mówiła o kosturze czy swoich talentach. Znów wróciła do swojej oryginalnej, rogatej postaci.
- Może będzie nam łatwiej coś powiedzieć jakbyś dał znać mój synu do czego ci to potrzebne. - zasugerował Starszy co też wydawał się zaciekawiony tym wszystkim.
- Pamiętacie, jak twierdziłem, że wszystko może się łączyć? - zaczął Heinrich wyjaśniać - To ma posłużyć za przedstawienie dla Hertza. Jeżeli Hertwig potrzebował Joachima, to sam nie widzi działania magii. Wiemy, że w skrzyni jest artefakt Vesty dający mocną aurę, tylko ta skrzynia nie była otwierana, więc nikt nie powie, czy to ta rzecz ze środka wybuchnie, czy podłożona podróbka. Niezależnie jak chaosowa aura by pozostała, to łowca czarownic się nie zdziwi. Wie, że w środku jest coś niebezpiecznego, chaosowego pewnie. Możliwość nieplanowanej nagłej reakcji, która dokona zniszczeń pomieszczenia, w tym samego przedmiotu jest do wyobrażenia. Joachim ostrzegał, że ktoś może chcieć ukraść... ale przecież niekoniecznie podejść ze zrozumieniem i zginąć w wybuchu. Oczywiście oryginał zabierzemy wcześniej niż nastąpi odpalenie. - wyjaśnił.
- Co do zmiany... Jeżeli część podszyje się pod daną osobę czy osoby strażnicze, to w nocy ciężko rozróżnić szczegółów. Musielibyśmy oczywiście ogarnąć jakiś... strażników od Czerwonego Johana, spacyfikować nim sami byśmy się za nich podali. Mogą nam zrobić za kozły ofiarne później, jeżeli byśmy ich w miejscu wybuchu ustawili... lub po prostu ich osobami zainteresowali prowadzącego dochodzenie Hertza. Co do świątyni... po zabezpieczeniu fantów można panikę wywołać, kierując kogoś do owej świątyni by zobaczył zatrute grono świątynne. Gdy będzie zamieszanie w mieście tym spowodowane, będzie czas na wybuch w Akademii. - uśmiechnął się ironicznie - Łowcy Czarownic nie lubią tego, czego nie mogą kontrolować, a zamęt jest jedną z takich rzeczy, których ot tak nie ogarniesz. Potrzebujemy przekonać o prozie życia, jak by doprowadziła do tych spraw.
- No, no Heinrichu… Ciekawy rozmach z tymi planami. - przyznał z uznaniem Starszy ale, że sprawa w sporej mierze miała być z użyciem magii to czekał co się wypowie czarownica z północy. Ta zaś znów pokiwała swoją rogatą głową i musiała przemyśleć sprawę.
- Tak, rozumiem ideę. Taka magiczna eksplozja mogłaby sugerować zniszczenie artefaktu no i śmierć złodziei. Ale musiałabym to przemyśleć. Coś sprawdzić i porobić obliczenia. Od ręki to raczej nie mam gotowego rozwiązania. Myślę, że być może coś by mi się udało ale prędzej ogień. Jakiś pożar. Magiczny. Czy wybuch to nie jestem pewna. Ale prawie na pewno bym musiała przy tym być. Wątpie aby się udało coś przygotować co by wybuchało na żądanie i to silnie. A jeszcze trzeba by to właściwie użyć. Z was to tylko Joachim jest przeszkolony w magii. No może do pewnego stopnia Aaron. Musiałabym to przemyśleć. - uczona z Norski na razie nie chciała się jednoznacznie wypowiadać w tak skomplikowanej sprawie. I mówiła wolno oraz z wyraźnym zastanowieniem szukając czegoś niewidzącym spojrzeniem na suficie starej ładowni.
- Trzeba by i tak zorganizować te jedno a najlepiej dwa trupy jakie trzeba by tam zostawić. Tak czy inaczej. Bez ciał to mogą nie uwierzyć w tą mistyfikację. - rzucił Starszy kiwając głową i wypowiadając się na temat w miarę uniwersalny. - Ale aby zgrać dwie akcje na jedną noc to nie wiem czy się uda. Zwłaszcza, że obie by wymagały sporych naszych sił. - pokręcił swoją maską i w głosie dało się wyczuć zwątpienie czy mają aż takie siły aby przeprowadzić dwie skomplikowane operacje w ciągu jednej nocy.
- Musimy je zgrać. - odparł wprost Heinrich - Myślałem czy mamy wystarczająco osób i wniosek był jeden: tak, na styk. Przy odpowiedniemu rozlokowaniu naszych mocy. Skoro już teraz Czcigodna nie odpływa, to mamy dwie dodatkowe osoby. - wyjaśnił - Plany skomplikowane, ale niewymagające wielkiego nakładu osób na raz, najwięcej do wyniesienia skarbów. - zatrzymał gestem dłoni Starszego nim ten się odezwie w sprawie - Ale sprawy osobowe za chwilę. Plany muszą być dopracowane dziś na Zborze i muszą zostać wykonane na raz, by móc wrobić jedną grupę złodziei w oba napady. Zostaje problem Łowcy Czarownic, który bez dwóch zdań obstawił już, bądź obstawi okolice Akademii. Nie będzie czekał, aż inni coś zrobią, sam zadziała. Żałuję, że go nie znam bardziej, więc jedynie wyrażam opinię, jakby on posiadał cechy najlepszych specjalistów, ale nie sądzę, że powinniśmy ryzykować w tej materii. - upił łyk wina na zmoczenie gardła.
- Obawiam się, że w tej sytuacji Joachim będzie musiał trzymać się z dala akcji, co nie znaczy, że bez zadania. Uważam, że jego może być najryzykowniejsze i wymagać będzie bystrości umysłu w nerwowych sytuacjach. Hartwig może i wydawać się niepodejrzliwy wobec niego, ale to pewno fasada. Wobec magów żaden szanujący się Łowca nie będzie pozbawiony podejrzenia lub przynajmniej ostrożności. Joachim jest spalony, ale możemy sytuację wykorzystać w przyszłości. Teraz mógłby być... zajmowaczem uwagi, chociażby na jakimś przyjęciu, czy spiotkaniu z możnymi. Pirora by mogła to ogarniać, by zagonić Inkwizytora w kontrolowane środowisko. Obserwacją okolic Akademii może zająć się Strupas, i jacyś khornici. To bardzo płynna na razie kwestia. - zastanowił się.
- Wiem, że skomplikowanie zwiększa szansę na porażkę. Tak, ale nie w momencie, gdy przygotuje się wszystko jak najlepiej. - patrzył na Starszego - Do środka Akademii nie potrzeba nam wielu osób, trzy maksimum sądzę. W kościele od 4 do 6 nawet, zależnie od wagi skarbu. - spojrzał po obu rozmówcach - Mówiłem na początku, że to będzie wymagało zapewne wszystkich członków kultu, zależnie od ich możliwości. Ważne jest, aby magia była obecna tylko w Akademii. Zważając na skomplikowanie... wolałem wpierw was wtajemniczyć i od was usłyszeć opinie nim przekażę wszystko na Zborze.
- No rzeczywiście trzeba będzie to omówić na zborze. Nie jestem taki pewien czy tak skomplikowane akcje nas nie przerastają, i to dwie naraz. Skromnie tylko wspomnę, że do tej pory nasza czcigodna wyrocznia miała czekać w porcie, w łodzi na łupy ze świątyni po czym mieli odpłynąć jeszcze tej samej nocy, zaraz po przeładowaniu łupów z wozu. A jeszcze wypadałoby kogoś do zabezpieczenia terenu samej świątyni no i portu przy przeładunku. Nie wiem czy to nie zadużo na nasze możliwości. - Starszy podchodził do sprawy z ostrożnym sceptycyzmem. Zwłaszcza, że pierwszy raz o niej słyszał no i do tej pory ani on ani nikt inny w zborze nie planowali dwóch akcji na raz i to z takim rozmachem.
- Ja się mogę wypowiedzieć jako magiczka ale sprawy organizacyjne zostawiam wam. Za słabo znam to miasto aby coś wam doradzać. Dostosuję się do decyzji mistrza takich czy innych. - Merga dała znać, że chociaż ona sama od zakończenia zimy pełniła drugą część duetu jaki zarządzał zborem to jednak w sprawach lokalnych zawsze zdawała się na decyzję Starszego. Sama za to zwykle przodowała w szukaniu dziedzictwa Sióstr albo sztukach mistycznych i snach.
- W sprawie świątyni to obecnie najbardziej zaangażowane są nasze dziewczęta. Więc one zapewne są najlepiej zorientowane w sytuacji. Poza tym to doświadczone włamywaczki więc na pewno będzie warto ich wysłuchać. Ale na ostatnim spotkaniu odniosłem wrażenie, że czekają głównie na ten klucz. I gdy go zdobędą albo nie to już będą mogły przystąpić do finalnych przygotowań. A ten twój plan Heinrichu wymagałby znacznych modyfikacji i kolejnych przygotowań. Do tego jeszcze rozpracowania Akademii w podobny sposób. Wszystko to zajęłoby pewnie dodatkowy czas i tak jak mówisz zaangażowałoby większość z nas do tych akcji kosztem innych. A to znów opóźniłoby odpłynięcie czcigdnej a więc i jej powrót z Norski a nie ukrywam, że wolałbym aby była z powrotem z nami gdybyśmy mieli przystąpić do naszej głównej akcji z atakiem na śmietankę towarzyską miasta i z spoza miasta jaka powinna zjechać się z okazji festynu. - zauważył zamaskowany lider zboru, że jeden krok prowadzi do następnego i wywołuje kolejne konsekwencje. Więc wolał to rozważyć bo się zanosiło, że dzisiejsze decyzje mogą wpływać na działania zboru w kolejnych tygodniach.
- To prawda. Sama podróż nie powinna być zbyt długa, może dzień czy dwa żeglugi. Najpierw w jedną a potem w drugą stronę. Ale jednak będe musiała negocjować z wodzami i wojownikami aby ich przekonać do przyjazdu tutaj. Trzeba będzie rozesłać wici no i poczekać aż to wszystko zadziała. Zakładam, że dwa tygodnie to minimum aby przyniosło to jakiś efekt a może i więcej. Na pewno to złoto ze świątyni by mi pomogło w negocjacjach. Nie chcę tego dla siebie tylko jako argument i zachętę w przetargach. Łatwiej mi będzie mówić, że czekają tutaj na nich solidni i mocni sojusznicy a nie jakieś żebrzące o łaskę gołodupce. - Merga pokiwała głową mówiąc po co jej ten świątynny skabr i dlaczego tak cierpliwie na niego czeka chociaż miała odpłynąć tuż po poprzednim Festag a tu już następny miał być jutro. A wciąż była gotowa na niego poczekać. Ale też oznaczało to opóźnienie przybycia i rozpoczęcie rozmów z jej krajanami. I brzmiało to jak zapoczątkowanie procesu a nie sprawa na jeden czy dwa dni. Co z kolei znów wpływało na czas jej powrotu a dni w kalendarzu uciekały bo na razie termin odroczonego festynu i turnieju rycerskiego odłożono na początek następnego miesiąca. Co dawało jakieś trzy tygodnie od jutrzejszego dnia świątynnego. A więc już “na styk” zaś wszelkie opóźnienia skracały te terminy jeszcze bardziej.
- Kaplica pomoże nam zdobyć czas, odciągnąć festyn, aby wszystko móc ustalić z muszą sztuką i dać czas na powrót z Norski. Jak dziewczyny zdobędą wcześniej klucz to tym łatwiej. - spojrzał po obojgu - Na wszystko jest sposób. Na zdobycie większej ilości czasu także... - prawie bezwiednie powtórzył słowa ze snu.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Heinrich już chciał odpowiedzieć Rune, gdy Joachim pojawił się na miejscu i ruszył w kierunku Silnego.
- Ja może i jestem stary, ale to on nigdy nie poznał wojska. - wskazał na maga - On by się załamałpod ciężarem najlżejszej zbroi. Taki chuderlawy... - podśmiał się - Może przyszedł prosić Silnego o trening? - zapytał Rune - Chodźmy obadajmy, sprawę wam wszystkim mogę nakreślić.
- No tak. Na wojownika to on raczej nie wygląda. - zgodził się Rune gdy też spojrzał za okno i dojrzał dwie, znajome sylwetki. Obaj wyszli na zewnątrz i zastali rozmawiającego łysego mięśniaka ze znacznie od niego szczuplejszym magistrem.
- Serwus chłopaki. - rzucił do nich Rune aby się przywitać i zwrócić uwagę. Silny spojrzał w ich stronę i też się podobnie przywitał. Po chwili już stali pod karczmą we czterech.
- Dzień dobry, mam nadzieję że dobrze się miewacie, ostatnio dużo się dzieje w naszym Zborze, prawda? - uśmiechnął się czarodziej.
- Ano trochę. - zgodził się Silny co jak zwykle o ile nie wybuchał gniewem to raczej nie był zbyt wylewny.
Heinrich zachowywał milczenie, dając Joachimowi pierwszemu przedstawić sprawę, nim sam zdecyduje się zabrać głos.
- Zlokalizowałem artefakt Vesty, jest on w skrzyni w podziemiach Akademii. Zastanawiałem się czy moglibyście pomóc mi go dostać? Na włamaniach znają się też dziewczyny Łasicy, ale ona jest teraz zajęta akcją w Świątyni.
- To nie ma co tu o tym gadać na ulicy. Chodźcie do środka. - Silny z ich czwórki był najdłużej w kulcie no i miał najwyższą w nim pozycję. Do momentu wynagrodzenia Łasicy za kluczową rolę w uwolnieniu Mergi ostatniej zimy to mieli oboje podobny status. Co jeszcze tylko zaogniło niechęć łysego khornity do liderki slaaneshytek.
Więc Rune i Heinrich wrócili z powrotem do wnętrza “Kociołka” a Silny i Joachim tam dopiero weszli. Ten drugi też raczej nie miał okazji tu bywać ale tym razem jak weszli z dwoma mięśniakami jacy widocznie byli uznawani za tutejszych to nikt ich nie zaczepiał. Silny nawet wymienił pozdrowienia z kilkoma z nich. Też zamówił obiad, raczej mało wyszukany i oczywiście z rybą w roli głównej po czym we czterech usiedli przy jednym ze stołów. Póki kelnerka nie przyniesie zamówienia to mogli porozmawiać.
- Vesta no to ona nie jest od nas. Jakbyś coś od naszej Norry znalazł no to co innego. No ale znalazłeś od tej swojej Siostry to znalazłeś. - Silny nie ukrywał, że podążanie ścieżką patronki władcy magii niezbyt go interesuje. Ale skoro to chodziło o część dziedzictwa jednej z Sióstr, nawet nie tej jaka była jego ulubioną, to mógł wysłuchać o co chodzi.
- A o co chodzi z tym włamaniem? - zapytał Rune jaki nie miał tak negatywnych doświadczeń i relacji obiema łotrzycami z ich zboru.
- Może i nie jest od was, ale to wzmocni naszą grupę. Na pewno ja i pozostali się odwdzięczymy, pewnie Merga też - Joachim uśmiechnął się do Silnego.
Następnie opisał co wiedział o artefakcie i jego położeniu, oraz o zabezpieczeniach Akademii.
- Myślicie że w kilka osób dalibyśmy radę pokonać zabezpieczenia, ewentualną ochronę i uciec?
- Może. - wzruszył swoimi mocarnymi łapami łysy przywódca khornystów. - To zależy. Z tego co pamiętam to ten mur nie jest jakiś szczególnie wysoki. Do przeskoczenia. Ale przewalić przez niego jakiś duży kufer może być ciężko. Chyba, żeby łodzią podpłynąć do nabrzeża. Wtedy ten mur nie jest istotny. Tylko jak taka duża ta skrzynia to dwóch do niesienia potrzeba. No i same drzwi. Jak ma być po cichu to trzeba zdobyć klucz. Bez klucza to trzeba będzie wyłamywać albo piłować a to jest głośne. Chyba, żeby wcześniej pozbyć się stróżów. I psów. Bo tam zawsze jakieś luzem biegają. Właściwie trzeba by zacząć od pozbycia się psów bo zaalarmują całą resztę. To robota na parę osób. No i ten klucz do tych drzwi trzeba by mieć. Albo kogoś kto się zna na zamkach. - Silny wyraził swoją wstępną opinię na ten temat. Niczego jeszcze to nie przesądzało i nawet w tak krótkim szkicu było widać sporo zmiennych.
- Wolałbym nie wchodzić "na siłę". - odezwał się były łowca czarownic - Na Zborze więcej poruszę, ale myślałem o wprowadzeniu kogoś jako strażnika. Przez Czerwonego Johana. - spojrzał na Rune - Właśnie temu ci o nim mówiłem. Mógłbyś się przy okazji wywiedzieć jakie osoby są przydzielone do ochrony w Akademii, oczywiście bez naciskania, a jedynie mimochodem w rozmowie zahaczyć, nic co jest potrzebne na już. - postukał palcami o blat - Łowca Czarownic zbiera każdy skrawek z miejsca zbrodni oraz wyciska wszystko z osób powiązanych i później na tym bazuje, na kogo spadnie oskarżenie. Dziś porozmawiam Mergą. Dopiero wtedy będę mieć więcej informacji.
- No to po co mamy tam kogoś umieszczać jak po rabunku będą niuchać wszędzie i każdego kogo dorwą? - zapytał Silny po chwili zastanowienia. - Ja to mówię, jak wiadomo w które drzwi trzeba uderzać i którą skrzynię brać to zrobić skok w środku nocy, zabrać co trzeba, może coś przy okazji i niech szukają sobie potem wiatru w polu. - łysy lider khornitów widocznie stawiał na proste a najlepiej szybkie rozwiązania. Zwłaszcza jak nie chodziło o błahostkę tylko należało się spodziewać sporych konsekwencji takiego rabunku.
Heinrich uśmiechnął się.
- Jeżeli będzie szansa na wykorzystanie fortelu... Na razie osobiście nie mogę całej pewności dać, dopiero na Zborze. Niemniej, czy możemy na waszą pomoc liczyć, nawet jeżeli plan byłby sam w sobie niebezpieczny? - zapytał, chcąc upewnić się co do gotowości podjęcia ryzyka.
- Na jakieś przebieranki to nie mam ochoty. Nie chcę się w coś długiego pakować jak w zimie z tymi kazamatami. Ale jakiś nocny skok tak, coś prostego to tak, możemy to zrobić. Nocą to tam nikogo nie powinno być. Psy i może paru nocnych stróżów. Do zrobienia. Chyba, że jest tam coś jeszcze. Jak nie to Joachim na przewodnika, idziemy gdzie mamy iść, no te drzwi trzeba będzie jakoś sforsować a potem bierzemy skrzynię i z powrotem na łódź i jazda. I potem niech sobie robią te śledztwa. - Silny spojrzał na Rune ale z ich dwóch to on miał pozycję lidera wojowników a do tego był z tego miasta zaś brodacz to przybył tutaj w podobnym czasie jak Heinrich. Niemniej na jakiś nocny skok byli chętni zwłaszcza, że Joachim mógł ich doprowadzić pod właściwe drzwi i skrzynię zaś sama ochrona Akademii nie wydawała im się jakaś szczególnie mocna.
- Prosty ten plan, ale może byłby skuteczny…. - czarodziej wahał się. Jego Patron sprzyjał z tego co wiedział bardziej złożonym intrygom. Z drugiej strony im więcej zmiennych, tym więcej rzeczy mogło pójść nie tak, prawda? Pamiętał także swój sen, który wydawał się być ostrzeżeniem że wpłątuje się w dużo spraw, z których niekoniecznie będzie się łatwo wyplątać.
- Możemy pójść w tym kierunku, ale porozmawiajmy jeszcze na Zborze ze Starszym i Mergą. Dziękuje Silny, że mogę na ciebie liczyć.
- Wszystko wyklaruje się dziś. - zgodził się Heinrich, po czym spojrzał na Joachima i położył mu rękę na ramieniu.
- Dobrze, że się tu razem zjawiliśmy, bo mam i konkretnie do ciebie sprawę.-Tak? - czarodziej nieco się wzdrygnął pod nagłym dotknięciem Henricha, ale potem pozwolił sobie na lekki uśmiech. W końcu tamten chciał mu pomóc.
- Nie kojarzę bym cię kiedyś skrzywdził. - Heinrich odezwał się do maga, gdy zostali pozostawieni sami sobie po wspólnym wyjściu z karczmy - Czy zapracowałem jakoś inaczej na niechęć? - zapytał przychylony do młodego maga.
- Mam złe doświadczenie z osobami.. twojego pokroju..- Joachim przypomniał sobie co spotkało jego rodziców.
- Ale do ciebie osobiście nic nie mam- wyjaśnił po chwili.Heinrich skinął głową.
- Przed Zborem idę do Starszego i Mergi. - zaczął - Na samym Zborze mamy dużo do ustalenia. - spojrzał w oczy maga - Nim dotrze do tego publicznie... Chcę byś się przygotował. - powiedział powoli kładąc dłoń znowu na ramieniu maga jakby dla oparcia nim dodał karcąco - Na konsekwencje swojego utrudnienia akcji z Akademią.
- Utrudnienia? Zlokalizowałem nasz cel i wprowadziłem dodatkowy element chaosu do sytuacji, prawda? - czarodziej nie chciał by tak jednostronnie przedstawiano rezultat jego działań.
- Nie martw się zbytnio. Utrudniło nam, bo zainteresowało Hetzwiga. Wymagało to dodania dodatkowych obliczeń do działania, ale... może to w ogólnym rozrachunku wyjdzie w końcu na dobre. Tylko... Będzie od ciebie wymagać podjęcia się niebezpiecznego zadania. - urwał na chwilę - I trzymania się z dala Akademii w zadaniu.
- Trzymania się z dala od Akademii, czyli uważasz, że nie powinienem brać udziału w tej akcji? - czarodziej mrugnął, nieco skonfundowany.
- Nie brać udziału w tym, co się rozegra w Akademii, ale miałbyś istotną rolę. - odparł - Choć pewnie cię ona nie pocieszy. Ktoś musi zajmować Hertza, który ciebie zdążył już poznać... a znajomość z Hertzwigiem może w przyszłości się przysłużyć. - spojrzał oceniająco na Joachima, trochę jak nauczyciel - Rozumiesz? Jesteś spalony i będziesz na pierwszym ogniu podejrzeń po spełnieniu się twojej przepowiedni. A od podejrzeń do przesłuchania i wyroku... nie ma aż tak długiej drogi, jak droga zarządzana przez Łowcę Czarownic. Szczególnie, gdy chodzi o maga. Jeżeli główny łowca nagród wie, to nasz Łowca Czarownic tym bardziej.
-Zastanowię się, porozmawiamy na Zborze, może Starszy i Merge coś nam doradzą. Odparł czarodziej nieco niepewnie, zmierzając do zakończenia rozmowy.
Kiedy szykował się do Zboru, próbował to sobie wszystko ułożyć w głowie. Czy Henrich miał rację, że w tej sytuacji nie powinien uczestniczyć w akcji w Akademii by nie przyciągać do siebie podejrzeń? Te dzwonki go wzywały, więc wydawało mu się właściwe by to on zdobył dziedzictwo Vesty. No ale na pewno będzie w Zborze 1 kandydatem do badania tego artefaktu, jako nie tylko czarodziej ale i podążający ścieżką Pana Przemian? Szczególnie, że Merga ma wyjechać i nie będzie miała na to czasu. No i było też te sny, jakby widział sceny z przyszłości... dzisiejszy zdawał się zawierać ostrzeżenia. Sugerowały, że będzie miał do czynienia z Hetzwigiem i pojawi się na tych bagnach, gdzie czaiła się jakaś bestia i były do zebrania składniki dla Sigiminudusa. Czy tę bestię z bagien łączyło coś z Vestą, we wcześniejszym śnie pojawiła się wraz z dźwiękiem dzwoneczków. No i padły tam słowa, czy naprawdę kontroluje sytuację, czy nie zaplątał się w sieć.......pocieszało go trochę to, że jego Patron podobno lubił chaos i skomplikowane zmieniające się plany, tylko jak nad tym wszystkich dobrze zapanować? Liczył że coś się jeszcze rozjaśni na Zborze, Starszy i Merga zawsze potrafili coś mądrego doradzić. Na pewno musiał uważać, by nie zostać spalonym w tym mieście, zbyt wiele było jeszcze do osiągnięcia.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 25 - 2519.07.10; agt; zmierzch - wieczór (1/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Stare Nabrzeże; koga “Stara Adele”
Czas: 2519.07.10; Anistag; zmierzch - wieczór
Warunki: wnętrze ładowni; jasno; gwar rozmów; umiarkowanie ; na zewnątrz: zmierzch, zachmurzenie - ulewa, umi.wiatr; ziąbWszyscy
Nad głowami słychać było monotonny, cichy łomot kropel ulewy jaka zaczęła się wraz ze zmierzchem. Więc zmoczyła tych jacy musieli przejść przez miasto aby dotrzeć do portowego nabrzeża przy jakim zacumowana była na stałe stara koga obecnie robiąca za holk. A nieoficjalnie za kryjówke kultystów i ich spotkania. Pozornie stara łajba z od dawna zrefowanymi żaglami nie wyróżniała się jakoś szczególnie na tle innych zacumowanych jednostek. Dzisiaj wiatr był dość słaby więc podczas spotkania pokład bujał się dość symbolicznie. Ale w tle słychać było skrzypienie starego, spracowanego drewna wciąż poddawanemu wiecznym naprężeniom podczas ruchu morskiego żywiołu. Nawet jeśli ten w głębi zatoki nad jaką wybudowano to miasto był mocno ograniczony w porównaniu do otwartego morza.
Jak zwykle podczas zaplanowanych spotkań członkowie zboru stopniowo schodzili się na wyznaczone miejsce. Tym razem Heinrich jako, że poza dwójką liderów i Normą co z jednej strony była osobistą gwardzistką wyroczni a dzisiaj też zastępowała Kurta w roli gospodarza. Kuternoga jak się okazało jako jedyny prawdziwy wilk morski i dawny bosman popłynął na nocny kurs aby morskie żółtodzioby Vasilija nabrały nieco wprawy w pełnomorskich rejsach. Dzisiaj więc to toporniczka wychodziła na pokład gdy usłyszała stukanie w burte wyznaczonym sygnałem oznaczającym, że przybył kolejny wtajemniczony w spisek. Dla większoścy była to niespodzianka bo najczęściej właśnie Kuternoga pełnił rolę gospodarza jaki po wyjściu opuszczał na nabrzeże drabinę aby można było się po niej wspiąć na pokład i był pierwszą znajomą twarzą spotykaną podczas tych spotkań na “Starej Adele”. Ale okazało się, że Norma to Axe też sobie świetnie radzi w tej roli. Chociaż nie była tak rozmowna i życzliwa jak stary bosman.
Heinrich jak rzadko kiedy miał okazję być świadkiem tego procesu pojawiania się kolejnyczh spiskowców. Bo było to dość mocno rozłożone w czasie. Najpierw przyszła Lilly z nową koleżanką z jaskini. Potem obie łotrzyce bo się okazało, że dziś kapłan Absalon zwolnił je nieco wcześniej niż zwykle. Potem Otto, Onyx i później to już dość często Norma musiała wychodzić na pokład aby kogoś wpuścić. Ale zanim uzbierał się komplet to na zewnątrz nawet ten długi, letni dzień miał się ku końcowi no i z zachmurzonego nieba lunął silny deszcz. Dlatego w środku ci których zmoczył rozwieszali swoje płaszcze przy kominku aby wyschły. W końcu jednak jak zwykle wspólna wieczerza była wstępem do właściwego zebrania. Okazją aby coś zjeść z towarzyszami, podzielić się luźniejszymi plotkami czy sprawami i pomagało to nawiązać lub poszerzyć znajomości czy dowiedzieć się co się u kogoś działo od ostatniego spotkania. Te zaś ostatnio zdarzały się coraz częściej i nawet z tego trochę żartowano bo jak do tej pory większe zbory organizowano raz w tygodniu, właśnie w Angestag. A ostatnio prawie codziennie ktoś miał jakieś spotkania tu czy tam, w tej czy innej sprawie, w tym czy innym towarzystwie. Obie łotrzyce przyszły z uplecionymi wiankami jakie założyły na alabastrową głowę Pajęczej Królowej oraz niektórych postaci z tego pomnika. Po jednym zostawiły dla siebie a po jednym obdarowały Lilly i jej koleżankę z jaskini. Spora część osób pierwszy raz miała okazję poznać Loszkę z jaką przyszedł Sigismundus. Ale ona nie mówiła ani słowa, nawet jak się ją zagadywało o coś. Ponieważ nowa koleżanka Lilly w naturalny sposób budziła ciekawość to jak się już większość zebrała Starszy wstał i poprosił je obie aby też wstały by lepiej je można było widzieć.
- Moje dzieci. Jak pewnie już sami zauważyliście nasza rodzina się rozrasta. Poznajcie proszę naszą nową siostrę. Oto jest Dorna. Przywitajcie się z nią i bądżcie dla niej mili. Dorna zgodziła się wspomóc nasze wielkie plany. - oznajmił lider w długiej szacie i wysokiej masce jaka dodatkowo sprawiała, że wydawał się wyższy od pozostałych. Objął mutantkę w ramiona, uściskał i przytulił jak nowego członka rodziny. Ta wydawała się być cicha i nieśmiała. A bliskość koleżanki z plemienia dodawać jej musiała otuchy przy tylu nowych dla niej twarzach i osobach. Pozwoliła się uściskać mistrzowi i gdy ją puścił stanęła między nim a Lilly. Dziewczyna o liliowych włosach dla dodania otuchy położyła jej dłoń na barku w opiekuńczym geście. I chociaż obie były odmieńcami to od razu widać było spory kontrast między nimi. Lilly miała to szczęście, że jej błogosławieństwa nie były widoczne na pierwszy czy drugi rzut oka. Na tyle, że dość śmiało chodziła po ulicy. Właściwie póki ktoś jej nie zajrzał pod długą spódnicę to nie powinno być widać jej sromoty. A nawet wtedy miała jeszcze szansę ujść za jakąś kalekę z amputowanymi stopami bo za radą obu łotrzyc owijała golenie grubą warstwą onucy jakie maskowały jej różowe, delikatne w dotyku futro na łydkach i miały szansę rozmyć te nieco zwierzęcy kształt łydek. Zaś pod bieliznę to nawet strażnikom raczej nie wypadało zaglądać więc miała szansę ukryć swoją dwupłciowość. Poza tym jednak wyglądała jak kolejna młoda mieszczka. Nawet całkiem ładna i zgrabna. A jak przez te parę miesięcy pod okiem obu łotrzyc i Pirory z jakimi przestawała najczęściej nauczyła się miasta to ostatnio całkiem często występowała w roli kuriera, zwłaszcza wiadomości od Mergi. Z Dorną jednak było inaczej.
Póki siedziała w obszernym płaszczu i z nasuniętym kapturem można ją było wziąć za człowieka. Z bliska jednak widać było ziemistą, niezbyt zdrowo wyglądającą cerę. Ale już na niej na policzkach widać było zmiany skórne. Gdy zaś zsunęła kaptur zmiany były od razu widoczne.

https://i.imgur.com/95dL3uO.jpg
Miała krótko ostrzyżone i nijakie włosy. W jakich często tworzyły się zgrubienia jakie w końcu zrastały się w krótkie, ostre kolce. Niektóre drobne kolce wyrastały rzędem nawet z jej policzków i jak podwinęła rękawy to widać było, że ma ich trochę także na ramionach. Cera zaś okazała się mieć ziemistą i szarą co nadawało jej niezbyt zdrowego wyglądu. Z tym niezbyt ładnym widokiem jakby dla kontrastu miała całkiem ładne, kobiece usta oraz łagodne, spojrzenie błękitnych oczu. Starszy bowiem ją poprosił i zachęcił aby się pokazała swojej nowej rodzinie.
Jak się okazało w rozmowach przy stole Dorna urodziła się w plemieniu Kopfa. Znaczy wtedy to mieli jeszcze poprzedniego wodza. Ale tamta jaskinia odmieńców to był jej dom, jedyny jaki miała. W przeciwieństwie do Lilly jaka trafiła tam w wieku pacholęcym gdy uciekła ze swojej wioski po tym jak z przerażeniem odkryła, że nie tylko piersi i biodra jej rosną jak innym rówieśniczkom i zdała sobie sprawę, że jak ktoś odkryje jej odmienność to będzie to jej zguba. Dorna nie miała takich przygód. Od dziecka wychowywała się wśród odmieńców więc traktowała to jako swoje naturalne plemię. Ale zdawała sobie, że poza jaskinią są inne rasy i stworzenia, w tym ludzie zamieszkujący wioski i pobliskie miasto czyli Neus Emskrank.
- A Strupasa nie ma? - zapytała rozglądając się za brzydkim garbusem. Nie było to dziwne pytanie bo póki Lilly właściwie nie uciekła do miasta to on najczęściej bywał w jaskini odmieńców. A więc znał ich z kultystów najlepiej a oni jego. Ale od zimy to całkiem często Lilly go wymieniała w tych podróżach czy wymianach między jaskinią a kultystami z miasta.
- Nie ma. Został u mnie w aptece. Pilnuje hodowli i obejścia. - powiedział aptekarz wyjaśniając nieobecność kolegi z jakim najczęściej współpracował.
- Dorna między innymi jest tutaj w tej sprawie Sigismundusie. Zgodziła się zostać nosicielką Oster i pomóc w hodowli. - zamaskowany mistrz oznajmił aptekarzowi. Po czym zrobił się całkiem spory rwetes przy stole. Zaczął aptekarz który prawie z wrażenia i szczęścia nie spadł z ławy ograniczając się do zduszonego jęku radości i wypuszczenia widelca na podłogę.
- Oh dziecinko! Oh kochanie! Skarbie! - grubasowi aż łzy wzruszenia stanęły w oczach i prawie się popłakał ze szczęścia. Za to slaaneshytki wydawały się w nie mniejszym szoku chociaż miał on całkiem inną naturę.
- Ale… Jesteś pewna? Nie wiem czy wiesz co oznacza to zasianie. To trzeba… eee… dać sobie wstrzyknąć… eee… nasienie Oster… Znaczy jaja… - powiedziała jej Burgund wciąż patrząc na nią z niedowierzaniem. Zaś Łasica przyjęła na siebie gniewne spojrzenie aptekarza jaki już ochłonął i teraz jakby przestraszył się, że takie bezpośrednie postawienie sprawy może spłoszyć mutantkę.
- Tak, wiem. Lilly mi powiedziała. A teraz mistrz i wyrocznia. Rozumiem. Zgadzam się. To wielki zaszczyt być częścią takiego planu i być nosicielką tak pradawnego dziedzictwa jednej z Sióstr. No i w nocy mi się śniło, że będę brzemienna. Nareszcie! Nigdy mi się nie udało donosić. Nawet jak próbowałam z Lilly. A ona przecież jest taka płodna. Dużo naszych koleżanek zbrzuchaciła. Mnie też. Ale nie udało mi się donosić. - Dorna pokiwała swoją krótkoostrzyżoną głową przetykaną krótkimi cierniami. I nawet się na koniec łagodnie uśmiechnęła. Obie łotrzyce popatrzyły na siebie, na Pirorę, na Sorię, Onyx i resztę i w takiej sytuacji chyba niezbyt wiedziały co by można jeszcze powiedzieć.
- No cóż… No to powodzenia… - mruknęła Łasica uśmiechając się trochę krzywo i wydawała się zmieszana i zaskoczona taką odpowiedzią. Sama wraz z koleżankami niezbyt zdradzała ochotę na zostanie nosicielką.
- Aha! Widzicie!? I to jest prawdziwa wiara! Prawdziwe poświęcenie! - zawołał triumfująco aptekarz. Obie znów mu pokazały ten uliczny, obraźliwy gest mówiący aby spływał albo się przymknął. Nie wyglądało na to aby się tym przejął za to obdarzał Dornę spojrzeniem jak ojciec jaki odnalazł dawno zaginioną córkę.
- No dobrze, to widzę, że już po wieczerzy. To chyba możemy zacząć. - Starszy posłał mu krytyczne spojrzenie spod szczelin maski dając znać, że nie życzy sobie kolejnej scysji na zborze. Tym razem jednak do tego nie doszło. Sigismundus wydawał się być tak szczęśliwy i pełen miłości do bliźnich, że nie szukał zwady a Łasica i koleżanki wydawały się dość zaskoczone decyzją Dorny i skoro ta sama się zgadzała to niezbyt chyba wiedziały co mogłyby z tym fantem zrobić. Na razie jednak Merga też wstała od stołu i stanęła obok lidera ich stadka jak to od zimy praktykowali podczas spotkań.
- Moje dzieci. Już z częścią z was się spotykałem w tygodniu i rozmawialiśmy na różne tematy i plany. Ale skoro jesteśmy w tak licznym gronie to jednak mamy okazję ustalić parę rzeczy dotyczące nas wszystkich. I proszę was o aktywność i współpracę bo wchodzimy w decydującą fazę naszych działań. Te wymagają czasu liczonego tu na tydzień, tam na dwa czy trzy albo więcej. A nie możemy się zająć wszystkimi na raz albo się one wykluczają. Zasoby zaś mamy ograniczone. Dlatego musimy dzisiaj ustalić plan nie tylko na kolejny tydzień ale i na resztę miesiąca albo i po. Chociaż na tyle by wiedzieć czym mamy się zająć w pierwszej i drugiej kolejności. - Starszy przybrał uroczysty ton i zaczął od wstępu jaki sugerował, że nie będzie to taki zwykły zbór jak co tydzień. Jego dzieci, tak bardzo różne od siebie ale wszyscy będący w tym spisku za jakiego w razie odkrycia przez władze zapłaciliby głową popatrzyli na niego, na Mergę i na siebie nawzajem.
- Mamy mnóstwo ścieżek, tropów, planów, zajęć i działań. Więcej niż rączek aby łapać te nitki. Ale to dobrze! To znaczy, że sprawy idą do przodu i we właściwym kierunku. Myślcie o tym jak o wyzwaniu gdzie na końcu jest wspaniała nagroda. Chaos w tym mieście. A nie jak o ciężkiej, niewdzięcznej pracy. Więcej wątków to więcej możliwości, większe możliwości to większa szansa na zabłyśnięcie i przychylne spojrzenie naszych patronów. - mówił z wprawą zawodowego mówcy, kaznodziei czy sędziego. I potrafił skupić na sobie uwagę i zyskać sobie chociaż pobieżną przychylność słuchaczy. Ci zaś zdradzali podekscytowanie tymi słowami. Ponieważ te różne wątki i sprawy o jakich mówił narastały od paru tygodni więc większość z nich znali nawet jeśli nie każdy i nie każdą nitkę znał osobiście.
- Ale tych spraw jest dużo i rodzą kolejne sprawy. Zaś nasze możliwości są ograniczone. Zwłaszcza osobowe. Co powoduje liczne wąskie gardła. Dlatego aby zwiększyć nasze możliwości w tej materii postanowiliśmy z Mergą zaprosić grupę Grubsona do pełnej współpracy. - oświadczył Starszy pierwszą nową wiadomość tego wieczoru. Rozległ się szmer głosów i mistrz na to pozwolił. Po czym kontynuował dalej.
- Jak wiecie od zeszłej zimy zawarliśmy z nimi sojusz. I ogólnie wiedzą o tym, że to my uwolniśmu Mergę oraz o tym, że szukamy dziedzictwa Czterech Sióstr. Raczej jednak nie wiedzą o naszych najświeższych postępach. O odnalezieniu ołtarza Soren, jaskini Oster i tak dalej. Postanowiliśmy ich w to wprowadzić. Wiemy, że jest ich przynajmniej trójka. Służbowo i tak współpracują na przykład z naszą mecenas sztuki Pirorą w teatrze. Więc nasze losy i tak się przeplatają z ich losami. Na dłuższą metę właściwie trudno byłoby ich wykluczyć z naszych planów. A tak, na co liczę, mogą nas w nich wesprzeć. Dlatego w najbliższym czasie będę o tym rozmawiał z Hubertem. Zobaczymy co z tego wyjdzie ale jestem raczej dobrej myśli. Zresztą z tego co wiem chociaż część z was ma z nimi całkiem dobre relacje i bez tego. - Starszy wyłuszczył jak to sobie wyobraża tą współpracę z drugim zborem. I dlaczego się na to z Mergą zdecydowali. Slaaneshytki co do tej pory najczęściej miały do czynienia z tym drugim zborem poświęconym właśnie temu patronowi dyskutowały szybko między sobą ale wydawały się całkiem zadowolone z takiej decyzji. Silny i jego poplecznicy przyjęli to ze spokojem lub raczej z dość enigmatyczną miną. Rune to nawet wydawał się zadowolony. Thobias także ale nachylił się ku Sigismundusowi i Joachimowi i cicho szepnął.
- Widzicie? Będzie ich jeszcze więcej. Jak nic nie zrobimy to całkiem przejmą władzę. - szepnął do nich jakby właśnie ziszczała się jego wizja gdy to jeden z patronów stanie się dominujący w ich zborze. I to nie chodziło o żadnego z ich patronów.
- A czy u Huberta są jakieś kobiety jakie mogłyby być nosicielkami? - Sigismundus zapytał od razu o temat jaki go najbardziej interesował.
- Nie ma. Wybij to sobie z głowy. Nie będę chodzić do łóżka z kobietą jaka ma w sobie robaki. - warknęła głucho Łasica chcąc od razu uciąć temat. Już wcześniejsza postawa Dorny chyba ją nieco zbiła z pantałyku ale teraz od razu zaatakowała taki pomysł.
- To nie chodź. - prychnął Silny jak zwykle znajdując okazję aby wbić szpilę swojej tradycyjnej rywalce. Jaka od zakończenia zimy zyskała w oczach szefostwa wyraźną przewagę nad nim w hierarchii ich rodziny. Co prawda było to w ramach podziękowania i wdzięczności za jej kluczową rolę podczas uwalniania Mergi z kazamat no ale Silny i tak krzywo patrzył na taki ruch.
- Skąd wiesz? Może są wśród nich kobiety prawdziwej wiary? Może któraś by się zgodziła? Co nam szkodzi zapytać? - Sigismundus nie dał się sprowokować do kłótni albo był w tak dobrym nastroju, że nawet warczącej na niego Łasicy odpowiedział łagodnie i przyjaźnie.
- Jak to sobie wyobrażasz? - Pirora zabrała głos i popatrzyła na niego krytycznie. - “Witaj Fabi. Dobrze, że jesteś. Możesz ściągnąć majtki? Dlaczego? Chciałabym ci wstrzyknąć larwy much. Po co? Bo chcemy założyć hodowlę a tylko na ludziach można. Nie, nie, sama nie jestem tak głupia aby dać sobie to wstrzyknąć. No ale ty to weź tu ściągaj majtki i rozchyl nogi. Aha a jak za parę dni zaczną wychodzić z ciebie robaki to nie panikuj tylko przynieść je na do mnie albo do teatru.” - blondynka z Averlandu przyjęła jawnie ironiczny, wręcz szyderczy ton zapewne aby zademonstrować jak w jej oczach niedorzenie brzmiałaby taka rozmowa. Aptekarz chwilę to rozważał, chyba nawet na poważnie po czym rozłożył swoje pulchne ramiona.
- No. To zapytaj. Myślisz, że się zgodzi? Jakby się zgodziła to byłoby cudownie. Może przynieść miot do mnie do apteki, mogę napisać ci adres. - grubas pokiwał swoją byczą głową na znak, że dla niego brzmi to świetnie. Jak plan gotów do realizacji zwłaszcza jak Pirora tak dobrze się zna z Fabienne i resztą drugiego zboru.
- Rany nie słyszysz jak to durnie brzmi?! - wybuchnęła zirytowana Łasica która widocznie od razu rozpoznała intencje przyjaciółki. Sigismundus jednak pokręcił głową, że dla niego to nadal brzmi całkiem rozsądnie.
- Drogie dzieci, za chwilę dojdziemy do sprawy dziedzictwa Oster ale na razie nasza czcigodna Merga ma nam jeszcze coś do zakomunikowania. - Starszy zainterweniował widząc, że tym razem jednak kłótnia może wybuchnąć. Zwrócił uwagę wszystkich na rogatą prorokini i szamankę z dalekiej, mroźnej północy.
- Dziękuję mistrzu. - ta skinęła mu głową po czym zwróciła się do postaci siedzących przy stole. - Miałam sen ostatniej nocy. Z tego co już z częścią z was rozmawiałam wy pewnie też. To zew Sióstr. Nasila się. Myślę, że częściowo przez nasze działania. - wskazała swoją błękitną dłonią na alabastrowy posąg ozdobiony świeżymi wiankami polnych kwiatów jakie zawiesiły tam obie jego wyznawczynie.
- Śniłam o tym mieście. Gdy zostanie podzielone na domenę każdej z Sióstr. Gdy będzie nasze. A my, ci którzy się wyróżnią podczas pracy nad ich powrotem, będą u ich boku. Widziałam arenę krwawych walk na cześć Norry. Gdzie krew i czaszki nurzają się w piachu i skanduje się jej imię jako żywy awatar Krwawego Ogara. A domy i ulice są ozdbionone kolcami i totemami z obdartymi skórami, zwisającymi skalpami a zapach krwi, śmierci, walki i strachu jest wszechobecny. Widziałam ogrody błogosławionego życia wszelakiego Norry. Gdzie codziennie wykluwać się będzie nowe życie. Tak pogardzane dzisiaj jak robaki, muchy i szczury a tak ukochane przez Ojczulka. Gdzie ściany gniją, mury pęcznieją od wszelkich narośli a miasto rozpada się w nieskończoność ale nigdy nie rozpadnie się do końca. Widziałam pałac pełen wyuzdanych, dekadenckich uciech i zakazanych rozkoszy Pajęczej Królowej. Miejsce gdzie wszelkie fantazje i perwersje są po to aby je realizować dla siebie lub innych. I ulice oplecione pajęczą siecią, kokony z ciałami zwisające z dachów. Widziałam groteskowe rzeźby lewitujące w powietrzu, brzęczące zerwanymi łańcuchami, biblioteki pełne nieskończonej wiedzy jaką zebrała Vesta. Niezliczone rzędy pergaminów, ksiąg, manuskryptów, tabliczek wiedzy zbyt licznej aby posiadł ją jakikolwiek śmiertelnik. Ulice pełne półprzezroczystych ścian, lewitujących obiektów i płynnych chodników jakie nie powinny istnieć w naszym świecie. To wszystko jest nasza przyszłość. Nasza nagroda. Tego chcą Wielkie Siostry, to miejsce należy do nich. A my będziemy ich wyznawcami, gwardzistami, kochankami i akolitami. Tylko najpierw musimy doprowadzić do ich powrotu. - Merga zwykle mówiła jak uczona. Spokojnym, rzeczowym tonem gdy coś wyjaśniała, tłumaczyła lub omawiała. Ale tym razem, gdy mówiła o swoim śnie z ostatniej nocy wzrok jej jaśniał a głos miała wzniosły. Jakby ją samą taka wspaniała wizja uskrzydlała. Ale i chociaż na części twarzy jej słuchaczy było widać, że i do nich to przemawia. Zapewne ta część z jaką najbardziej się utożsamiali. Ktoś zaklaskał i po chwili inni dołączyli. Zebrani zaczęli się śmiać, radować i dyskutować o tak świetlanej przyszłości. Sigismundus spekulował jakie to cudowne eksperymenty będzie mógł przeprowadzać w takim błogosławionym ogrodzie Oster. Thobias cicho wzdychał to tych licznych skarbów zakazanej na razie wiedzy jakie mógłby wreszcie poznać. Silny z kolegami śmiali się na myśl o takiej wspaniałej arenie i możliwości toczenia pojedynków a może i większych walk? Zaś dwórki Sorii zastanawiały się jak to by było z Pajęczą Królową no i kto jeszcze prócz nich byłby w takim wspaniałym pałacu. Merga i Starszy dali im się wszystkim wyszumieć i wygadać nim podjęli ciąg dalszy tego zebrania.
- A wy mieliście jakieś sny zeszłej nocy? Jakieś wyjątkowe? - zapytała w końcu wyrocznia gdy się sytuacja trochę uspokoiło. I okazało się, że większość tak. Dało się rozróżnić, że chyba każda z patronek szeptała do swoich zwolenników inną pieśń jak to poetycko nazwała Merga. Ci od Norry śnili o jakimś czarnym rycerzu na czarnym koniu jaki poprowadzi ich do bitwy. Był tam też czarno - czerwony menhir i zwierzoludzie i to chyba z nimi walczyli. Ci od Oster śnili o ciężarnych kobietach wydających na świat jej plon. I dole z trupami. Wielkim, ciemnym, dole z wieloma trupami, starymi trupami jak z masowej mogiły. I szczury, dużo szczurów tam było. Ci od Soren śnili o pająkach, pajęczynach i jaskini. Widzieli wejście do tej jaskini i słyszeli miłosny zew ze środka. I tam częstym motywem były pająki, węże albo macki no i pajęczyny. Zaś ci od Vesty o moczarach i mgle. O zagubieniu i brzęczącym odgłosie dzwoneczków. Albo łańcuchów. I coś tam było. Coś dużego jak troll czy niedźwiedź. Zawsze było w ruchu jakby szukało czegoś lub kogoś.
- Sami widzicie. Siostry przemawiają w snach. Ale to jest jak kamień wrzucony w wodę. Fala uderza w każdy punkt brzegu, prędzej lub później, słabiej lub mocniej. Tak samo musimy się liczyć, że nie tylko tacy jak my mamy takie wyjątkowe sny. My możemy być bardziej wyczuleni, bardziej podatni na taki zew. Ale ten się nasila więc inni, w tym także osoby nam nieżyczliwe lub wręcz nasi wrogowie, też mogą go usłyszeć. Większość z nich powinna być mniej wyczulona, będą pamiętać tylko mętne skrawki albo po prostu kiepsko spać nie znając przyczyny. Albo będą myśleć, że to jakaś głupota która tylko im się śni. Ale nie wszyscy. W odpowiednio dużej grupie zawsze się trafi ktoś podatny, ktoś kto odbiera mniej zniekształcony przekaz. Co więcej rozmawiałam wcześniej z Lilly i Dorną, u nich w jaskini też są takie wyjątkowe sny i często chodzą do Opal. Ich szamanki. Zapewne podobnie jest z ludźmi w okolicznych wioskach. Prawie na pewno odbierają je też zwierzoludzie. To pierwotne dzieci Chaosu jakie przetrwały do dzisiaj. Są dzicy i nieokrzesani a więc i pierwotni. Mogą być bardziej wyczuleni od nas na taki zew. Zwłaszcza ich szamani lub ci dotknięci mocą. Sprawa więc nie dotyczy tylko nas. Zatacza coraz szersze kręgi. Dlatego musimy się spieszyć zanim nasi wrogowie zorientują się co się dzieje i przedsięwziął kroki jakie mogą nam utrudnić wykonanie zadania. - Merga nie pierwszy raz prosiła aby zwracali uwagę na swoje i nie tylko swoje sny. I uczulała, że to powinno być powszechne zjawisko. Nawet jeśli osoby spoza kultu lub nie związane z Chaosem mogłyby mieć trudności ze zrozumieniem z czym naprawdę mają do czynienia. To jednak z racji tego, że było to zjawisko masowe to i tego nie można było wykluczyć. Zaczęła się ta dyskusja o snach. Zwłaszcza o snach innych. Thobias przypomniał sobie, że dwójka jego studentów była ostatnio nieco rozkojarzona a gdy zapytał o powód powiedzieli, że to przez niewyspanie. Ale wtedy tego nie skojarzył no i o sny nie pytał a sami nie mówili. Nie był więc pewny czy to coś związanego z zewem czy tylko zwykłe niewyspanie. Pirora rozważała podobną sprawę w teatrze i wśród koleżanek z kółka poetyckiego. Aptekarz przypomniał sobie, że właściwie to do apteki przyszło mu parę osób z prośbą o coś na spokojniejszy sen. Znaczy inni niż ci co zazwyczaj po to przychodzili. Obie łotrzyce i Onyx też miały kilka takich wzmianek od klientów tawern czy zamtuzów w jakich bywały. Tylko teraz jak tak o tym rozmawiali to się to mocno zlewało z codzienną rutyną i nie było pewne czy to ma coś ze sobą wspólnego czy nie.
- Bądźcie proszę na to wyczuleni. Całkiem możliwe, że szukających i błądzących jest więcej. Może mają jakieś wizje albo urywki tych znów z zewem Sióstr ale brak im klarowności. Brak im przewodnika. Ale kto wie? Może są też i wyznawcy tacy jak my? Może nasi sąsiedzi? Może ci co przyjechali na ten odwołany turniej? Może dopiero kierują się do miasta za tym zewem? Miałam wizję, że ktoś taki może tu przybyć wkrótce albo już przybył. Nie mówiłabym o tym bo to nie było dla mnie zbyt wyraźne i zrozumiałe. Ale, że jak wiecie już któryś raz z rzędu się z wami żegnam i szykuję do drogi no to wolę wspomnieć. Wypatrujcie tych szukających i błądzących. Całkiem możliwe, że nie jesteśmy tak całkiem sami. - powiedziała z łagodnym uśmiechem jakby ta wzmianka miała pokrzepić ich serca i dodać otuchy. Chociaż jeśli ten zew miał tak dużą skalę jak to nakreśliła to nie można było wykluczyć, że inni kultyści czy tutejsi czy spoza miasta też mogą usłyszeć ten zew.
- No właśnie moje dzieci. Nie zamykajmy się na innych. W końcu nas też kiedyś ktoś zwerbował do rodziny prawda? - mimo maski dało się wyczuć, że lider zboru się uśmiechnął. Część zboru również, pokiwali głowami i przytaknęli mniej lub bardziej.
- Właśnie dlatego zamierzamy też rozszerzyć współpracę ze zwierzoludźmi. Z tego co wiem część z was też ma co do nich plany na najbliższe dni. - lider spojrzał w stronę dziewczęcej grupy skoncentrowanej wokół milady w czerwonej, uszytej przez Oksanę sukni.
- O tak, mamy i to całkiem sporo! W różnych pozycjach i kompozycjach! W najbliższą pełnię więc już za pare dni! - zawołała wesoło Łasica a dziewczęce towarzystwo roześmiało się rozradowane na tą okoliczność.
- Bardzo dobrze i oby tak dalej. Zaprzyjaźnijcie się z nimi. Ale też dobrze byłoby ustalić warunki ściślejszej współpracy. Co prawda wątpie aby zgodzili się na jakieś akcje w mieście. Ale kto wie? Ponoć lubią niszczyć kopytami wszelkie ślady cywilizacji. W każdym razie na razie to wiemy tyle, że banda Gnaka to jakieś pół tuzina. Ale są tylko częścią plemienia z Wielkiej Doliny. Postarajcie sie wybadać jakie mają możliwości, na co możemy liczyć, czego potrzebują. Tak jak zimą pomogliśmy z dostarczaniem prowiantu pobratymcom Lilly no i widzicie, że się zwraca ta inwestycja a i wzmacnia naszych sojuszników. Więc życzę wam udanej zabawy w tą pełnie ale miejcie na uwadze moje słowa. - Starszy przesunął się po twarzach łotrzyc i szlachcianek a potem po pozostałych dając znać, że nie ma nic przeciwko takim spotkaniom z kopytnymi ale to też okazja aby można było załatwić coś jeszcze. Jak to miał w zwyczaju nie chciał im wiązać rąk precyzyjnymi poleceniami więc tylko wydał ogólne wytyczne co do kierunku w jakim powinni działać.
- Ja się nie zamierzam z nimi pokładać. Ktoś tam musi zachować trzeźwe spojrzenie. Mogę spróbować z nimi porozmawiać tylko, że u nas to chyba tylko Lilly z nimi gada. A i oni mogą być no cóż… Troszkę zajęci. - Pirora zaznaczyła jakie ma plany co do spotkania przy prastarych kamieniach za kilka dni.
- Ja znam ich mowę. I mam wrażenie, że powinno udać mi się przykuć ich uwagę. - odparła skromnie milady w krwistej czerwieni niejako przypominając o swoim nadnaturalnym pochodzeniu i możliwościach.
- No właśnie. Jak już o tym mowa. To jesteście wszyscy zaproszeni. Tylko chyba wiadomo po co tam jedziemy. Więc lepiej aby nikt nie zgrywał świętoszka czy cnotkę. Ja tam byłam ostatnio nad urokliwym zakątkiem i mnie się podobało. Teraz też zamierzam sobie poużywać ile wlezie. Jak komuś to się nie podoba to niech nie jedzie. - Łasica skorzystała z okazji i zaprosiła całą rodzinę na to spotkanie chociaż wydawało się, że nie wszyscy są zainteresowani takimi zabawami.
- Tak, my zabieramy się wozem w południe z “Mewy”. Kto chce to niech wpada to się zabierze z nami. Albo niech sam dotrze przed wieczorem do kamieni. Ale na piechotę to ze dwa, trzy dzwony marszu od zachodniej bramy. Więc jak chcecie. - Burgund zwykle zadowalała się tym co Łasica mówi ale tym razem dodała coś od siebie.
- A my z miasta wyjeżdżamy rano. Znaczy ja, lady Soria i Fabienne. I parę naszych koleżanek. I jedziemy do rezydencji Rose de la Vega, Będziemy tam robić malowanie pleneru. Przez cały dzień. Tylko po zmierzchu nasza trójka postara się wymknąć i dołączyć do was. Ale dlatego będziemy później. Pewnie koło północy. Trochę zależy jak to się ułoży u Rose, jak dziewczyny i służba pójdą spać. Może jakoś im w tym pomożemy. - Pirora dorzuciła swoją cegiełke planu na to spotkanie ze zwierzoludźmi. Niestety jako szlachcianki, zwłaszcza ze względu na Fabienne i jej starą przyzwoitkę, nie mogły ruszyć bezpośrednio z miasta razem z łotrzycami i resztą. Z tego samego powodu musiałyby wracać przed świtem zanim rano służba się pobudzi i zacznie dzień. Co przy jak szacowały dwóch dzwonach drogi wozem przez leśne drogi to będą mieć mniej czasu na zabawę niż reszta. Łotrzycom bowiem na powrocie rano do miasta nie zależało to równie dobrze mogły tam wrócić i w południe albo i później ale szlachcianki to jednak nie mogły sobie na to pozwolić.
Znów zaczęła się dyskusja kto by chciał, mógł, nie mógł pojechać. Właściwie to tylko Sigismundus dał od ręki odpowiedź odmowną. Nie interesowały go takie rzeczy. A i musiał zostać na miejscu aby przypilnować apteki oraz hodowli Oster. No chyba, żeby była okazja zasiać jakąś nosicielkę. To wtedy… No nie rozdwoił się no ale mógł przekazać napełnione strzykwy gdyby trafiła się taka okazja. Zaś Silny był na nie skoro miała brać w tym udział Łasica. I Egon się skrzywił, że na kopytnych to nie ma ochoty chociaż zabawy z dziewczynami z kultu miło wspominał no ale jednak miał być w tej części załogi jaka miała być w pogotowiu przy łodzi jaka miała popłynąć z Mergą do Norski. Thobias zaś podziękował uprzejmie ale nie zanosiło się na to aby miał przyjąć zaproszenie miał się jednak jeszcze zastanowić. Reszta na razie nie dała jakichś zobowiązujących odpowiedzi. Nie licząc slaaneshytek które chyba miały zamiar stawić się tam w komplecie.
- A teraz zajmijmy się sprawami dziedzictwa Oster. Sigismundusie, mogę cię prosić? Chyba jesteś najlepiej z nas zorientowany w sytuacji. - Starszy cofnął się nieco pod ścianę dziobową a sam zrobił miejsce dla aptekarza. Ten wyrwał do przodu z taką energią jakby znów miał szesnaście wiosen i ze dwa razy szczuplejsze ciało. Przy okazji złapał za rękę Loszkę i pociągnął tą ciemnowłosą za sobą.
- Dziękuję mistrzu! A więc kochani… Zaczęło się! Tamtej nocy po ostatnim spotkaniu pod wieżą zasiałem Loszkę oraz tamtą idiotkę z traktu… I proszę! Oto rezultat! No kochanie, podciągnij koszulę i pokaż nam swój brzuch. Koszulę, podciągnij. Tak, koszulę. Do góry, tak do góry. Jeszcze troszkę… O tak właśnie, bardzo dobrze. Widzicie?! Tak to wygląda! - aptekarz postawił na stole kilka przedmiotów ale skupił się na swojej milczącej asystentce. Poprosił ją o zadarcie koszuli aby mogła zademonstrować swój brzuch ale chwilę to trwało. Nie sprawiała wrażenia zbyt bystrej. I raczej to przypominało rozmowę z tresowanym zwierzęciem. No i odkąd tu przyszła nie odezwała się ani słowem jakby jej umysł już od dawna strawiło szaleństwo i niewiele z niego zostało.
- To ma od tych robali? Ta druga też? - Łasica się wzdrygnęła widząc trzy, duże koła i strzałki ułożone w symbol Nurgla na brzuchu młodej kobiety.
- Nie, nie. To jest dar od Nagero. Strażnika jaskini Oster. Pobłogosławił ją już wtedy. Ta druga to zwykła wywłoka, nie ma tego świętego znaku. Ale spójrzcie na brzuch? Widzicie? Widzicie coś? - Sigismundus jakby się zirytował na myśl, że znamię jego patrona mogłoby być ot tak rozdawane na prawo i lewo. Traktował to jak błogosławieństwo, dar i wyraz uznania. A sądząc po minie Łasicy to ta miała inne zdanie na ten temat ale się nie odzywała.
- Nic nie widać. Brzuch jak brzuch? A w cyckach coś ma? Hej mała! Pokaż cycki! - Silny wzruszył ramionami ale miał tyle racji, że poza tym widocznym znamieniem Nurgrla to nawet z bliska brzuch wydawał się dość zwyczajny. Znudzony tym łysol chciał się rozerwać i zachęcił Loszkę do pokazania piersi ale ta obdarzyła go niepewnym spojrzeniem i chyba nie zrozumiała o czym mówi. Zresztą aptekarz skarcił go spojrzeniem za te wygłupy.
- No właśnie! Widzicie? Nic nie widać! A to już mniej więcej połowa tej pseudociąży. Dałem jej dwie strzykwy. Chciałem jedną na początek. Albo trzy bo czcigodna mówiła, że trzy to taka w miarę bezpieczna granica. No to ostatecznie dałem jej dwie. Znaczy tej drugiej też. Ale ta druga ma chyba te małe. Miała już trzy wylinki. Więc dzisiaj w nocy, może jutro, ostatecznie pojutrze powinna mieć miot! Gdyby nie to spotkanie dzisiaj to na pewno nie opuściłbym apteki! Pierwszy od czasów Oster miot jej błogosławionego potomstwa! - aptekarz nie ukrywał swojego podekscytowania przebiegiem dotychczasowego eksperymentu. I chętnie się z nim podzielił z resztą rodziny. Z radością demonstrował kolejne kreski narysowane na papierze jakie demonstrowały kalendarz i oczekiwane terminy wydania miotu. Ta co została w aptece to już dosłownie lada dzień i nawet jowialnie zapraszał chętnych w odwiedziny na ten przełomowy moment. A Loszka była mniej więcej w połowie drogi więc przewidywał termin na okolice Marktag. Dzień przed lub po.
Zademonstrował też coś co wyglądało na łupiny od czosnku. Takie jasne, wiotkie, półprzezroczyste coś. Jak się okazało to było wylinki jakie zostawiało po sobie to nowe życie i wydalało na zewnątrz. A także martwy okaz który był wielkości małego palca ale poza tym nie wyróżniał się czymś od tych jakie można było spotkać w gnoju na ulicy czy przy jakiejś padlinie.
- Więc jak widzicie hodowla już się zaczęła. I chociaż pewne straty są do jestem dobrej myśli. Z jednej strzykwy można uzyskać około ćwierć tuzina tych wiekszych i pół tych mniejszych. Stosując się granic bezpieczeństwa można z łona jednej nosicielki uzyskać około pół tuzina większych i tuzina mniejszych w ciągu około pół tygodnia i tygodnia. Minus straty. Jeszcze nie wiem jakie z zapisków Oster wynika, że większość powinna przeżyć. Ale do końca miesiąca i początku kolejnego jest dwa, trzy tygodnie. Jak liczyć. A jeszcze maleństwa z miotu muszą mieć czas zrobić kokony i dojrzeć. To znów zajmuje tydzień czy dwa. Więc jak widzicie jest mało czasu jak mamy być gotowi na przełom miesiąca. I każda nosicielka jest bezcenna. - powiedział starannie jakby dawał wykład przed kolegami uczonymi. Z przedstawionych planów hodowli jakiegoś ciekawego gatunku stworzenia. Wnioski były całkiem czytelne, szacunki matematyki oraz kalendarza wskazywały na dość wąskie okienko w jakim można było liczyć na rozwój do dorosłych okazów stworzeń Oster. Te dwie nosicielki jakimi dysponował w tej chwili raczej powinny zdążyć z tymi terminami ale każdy kolejny dzień zwiększał szansę, że nawet jak się znajdzie jakąś to nie będą mieć czasu na wyhodwanie okazów do dorosłej postaci. Na tą chwilę rokowania były na łącznie tuzin okazów tych małych i dużych. I dlatego wnioskował o choćby jak najszybsze ściągnięcie tu tych aktorek co miały być nosicielkami bo nie tylko trzeba było je zasiać bo to tylko pierwszy krok ale jeszcze były kolejne.
- Pragnę też poinformować, że obie nosicielki czują się świetnie i nie zdradzają żadnych nieporządanych objawów. - dodał na koniec zerkając na koleżanki ze zboru jakby to je przede wszystkim chciał przekonać. W końcu razem było ich prawie pół tuzina. Łasica w ich imieniu znów mu pokazała obraźliwy gest pokazujący aby spadał. Westchnął więc smutno i zastanawiał się chwilę.
- Zaczęliśmy ze Strupasem te mikstury wspomagające. To kolejna sprawa dla jakiej mam kłopot z opuszczaniem apteki. Tak jak rozmawiałem już z kolegami. Te najrpostrze wersje to już mam komplet składników i zaczęliśmy je robić ale te bardziej zaawansowane to trzeba będzie się przejść na bagna. Bo niektóre składniki to chyba tylko tam. No może jeszcze u jakichś zielarzy ale Strupas chodził i pytał a też się na tym trochę zna no i żaden nie miał. A dałem mu pieniądze aby dobrą cenę dawał. - dokończył jeszcze swój raport, popatrzył na swoje zapiski i w końcu złożył kartkę i położył ją na stół. Przez chwilę panowała cisza gdy wszyscy trawili jego słowa.
- W sprawie tych nosicielek dobrze abyście mieli to na uwadze moje dzieci. Sami widzicie, że to dość ciasne czasowe ramy. Więc jakby jakaś kandydatka się wam trafiła to nie omieszkajcie dać znać mnie, Merdze albo do apteki. Tutaj bardzo bym chciał podziękować Lilly i Dornie za pomoc w tym szczytnym dziele. A wam przypominam, że to projekt Oster ale też działa na korzyść nas wszystkich i pozostałych Sióstr. Dorosłe istoty zaatakują naszych wspólnych wrogów. A ich obcość i odraza jaką będą budzić spotęguje efekt terroru i przerażenia. Oczywiście większe wrażenie zrobi atak kilkunastu niż kilku a kilkudziesięciu niż kilkunastu. Sami rozumiecie jak to działa. - Starszy zaapelował po swoich dzieciach do tego aby chociaż spróbowali jakoś wspomóc ten projekt, zwłaszcza przy szukaniu nosicielek co wydawało się kluczowe przy takiej hodowli.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 25 - 2519.07.10; agt; zmierzch - wieczór (2/2)
Po Sigismundusie na środek wyszły obie łotrzyce. I referowały jak to sprawy się mają w świątyni. Bo od zeszłego zboru było wiadomo, że mają chrapkę na kosztowności w skarbcu a okazało się, że ich złodziejskie oko może się przydać zdobyć Merdze fundusze na zwerbowanie dodatkowych sił jakie postara się ściągnąć tutaj do pomocy.
- Udało nam sie z tym kluczem! - obwieściła radośnie dziewczyna o niebieskich włosach i uniosła w górę dość zwyczajnie wyglądający klucz.
- Fabi zwabiła swojego bretońśkiego krajna do Pirory na dzisiaj. Zagadały go a my się dobrałyśmy do jego spodni. Chociaż nie do końca tak jak na to zasługiwał i jak byśmy miały ochotę. Ale tak czy inaczej mamy klucz więc teraz możemy iść do tego skabrca na pewniaka. Aż jutro chyba w nagrodę wychędożymy Fabi we wszystko co ma tak się spisała. - Łasica wesoło i dość łobuzersko opowiadała jak wspólnymi siłami udało im się zdobyć odbitkę klucza do skarbca i to tak, że kawaler de Bois chyba nawet się nie zorientował. Co nie było dziwne bo zwinęły mu jego klucz tylko na moment zrobienia odbitki i od razu go odłożyły z powrotem. Potem szybko do zaklepanego ślusarza i na wieczór już wracały z gotową odbitką.
- Plan jest taki. Bierzemy wóz na fanty i podjeżdżamy pod ulicę niedaleko świątyni. Ale nie na samą świątynie. W nocy mało kto chodzi a jeszcze mniej jeździ więc jadący wóz zwraca na siebie uwagę. Dlatego zatrzymamy go nieco dalej. My możemy nim podjechać ale potrzebny jest ktoś kto potem nas zastąpi. - łotrzyca szybko tłumaczyła jak ma wyglądać plan tego włamania i rabunku największej świątyni w mieście.
- Potem my we dwie zasuwamy przez mur. Reszta niech robi za czujki wokół muru. W nocy strażnicy chodzą z lampami to widać ich z daleka. Ale inni mogą łazić po ciemku. Tak samo jak strażnicy gdy coś zwęszą. - włamywaczka instruowała ich dalej co powinni robić i czego się spodziewać. To, że w na nocnych ulicach bez światła jest ciemno to wszyscy wiedzieli ale jak ktoś nie nawykł do nocnej zmiany to zdawał się tym czasem być zdziwiony jak bardzo nocą na dnie miejskich kanionów zawalonych błotem, gnojem i nawozem może być ciemno.
- Zostawimy sobie dzień wcześniej uchylone okno w dzwonnicy. Ja się wespnę na dach, po dachu do tej dzwonnicy i do tego okna. Nawet jak jakaś łachudra je zamknie no to tylki mnie to spowolni ale nie zatrzyma. Tak czy inaczej otwieram okno i wchodzę do środka. Potem po schodach na dół. Zawiasy w drzwiach naoliwiłyśmy bo skrzypiały. Trochę i tak skrzypią bo szorują po podłodze ale to już trudno. - Łasica opowiadała ochoczo i z werwą jakby była w swoim żywiole. Albo jak zwykle ludzie opowiadają o swoich życiowych pasjach.
- Po ciemku przekradnę się do drzwi wejściowych i je otworzę. Ten zamek jest prosty, poradzę sobie wytrychami. Do tego czasu Silny albo kto się tam czuje też musi sforsować mur bo furta czy brama w murze są za głośne. Pół placu będzie słyszeć, że się je otwiera. Musicie przeskoczyć. Burgund was zaprowadzi pod odpowiednie drzwi. A potem po ciemku trzeba się zakraść do pomieszczenia za ołtarzem. Tam powinni być strażnicy. Trzech lub czterech. Trzeba ich wyłączyć z gry. Ostatecznie zabarykadować ale to pewnie będą się darli. Mogą też wyjść oknem. Więc nie ma rady, trzeba ich wyłączyć z gry. - powiedziała równie szybko płynnie przechodząc do następnego kroku. Spojrzała na łysego mięśniaka jakby na tak ważnej robocie była gotowa chociaż na chwilę odłożyc ich wzajemne animozje. Ten jednak wydawał się całkiem chętny na udział w takiej akcji.
- Potem idziemy, przynajmniej ja i Burgund, do podziemi. Do tych drzwi co pilnowali. I za jakimi dalej nie mamy pojęcia co jest. Mam nadzieję, że nie wstydliwa bielizna i lektury ojca Absalona tylko te skarby z tacy. Przecież gdzieś je muszą trzymać a tylko tych drzwi pilnowali. No i jak mamy dzięki Fabi i Pirorze klucz do tych drzwi no to je powinno się po prostu otworzyć. Jeśli nie… No to ja mogę jeszcze spróbować wytrychami ale niczego nie obiecuje bo zamek i drzwi wyglądają na mocne. Mam nadzieję, że jest tam skabr to wtedy każdy bierze co może i do bramy. Wtedy już trzeba będzie ją otworzyć a wóz powinien podjechać pod nią. No i nosimy to co tam będzie aż skarbiec będzie pusty albo aż nas nakryją. Wtedy zwijamy tyłki i do wozu albo gdzie kto może. Ale wóz ma pojechać do portu i tam znów trzeba ten złom przepakować na łódź. I łódź odpływa z portu, czcigodna nam daje po całusie na drogę i spływamy. Wóz będzie kradziony więc nam go nie szkoda. Jest lato więc świt jest o świcie ale granat nieba to już jest dwa, trzy dzwony po północy. A szarówka się robi z godzinę później. Zaś te jazdy po mieście wozem, podchody, sam numer w świątyni to też pewnie zajmie więcej niż by się chciało. No i chodzą tam patrole strażników. Jak zobaczą wóz przy bramie świątyni w środku nocy no to zdziwiłabym się gdyby ich to nie zdziwiło. Więc trzeba się liczyć z tym, że nas w którymś momencie nakryją. Jak tak to narobia larum na całego. Ale zanim się reszta zleci to trochę czasu powinno minąć. - Łasica skończyła przedstawiać zarys planu jaki sobie wymyśliły z Burgund podczas ostatniego tygodnia udawania skruszonych grzesznic chcących odpokutować za swoje wcześniejsze czyny.
- Więc potrzebujemy kogoś do sprawnej obsługi wozu, kogoś do uciszenia strażników no i do noszenia. To biżteria i monety oraz inne fanty czyli metal więc będzie ciężkie. I kawałek spory bo z lochów, przez całą świątynie, podwórze, do wozu i z powrotem. Przy słabym świetle bo zapali się tu jakaś lampę czy tam ale raczej nie będziemy oświetlać całej drogi bo to widac będzie przez okna. - podsumowała na jakie wsparcie liczy ze strony zboru aby ten numer miał szanse powodzenia.
- I byśmy chciały to zrobić w jutrzejszą noc, z Festag na Wellentag albo kolejnej. Jutro może jeszcze nie jakby jakieś przygotowania były potrzebne ale jakbyśmy mieli komplet to możemy zaczynać. Albo kolejnej czyli z Wellentag na Aubentag. W kolejnej nie bo to już pełnia i jesteśmy już umówione z Gnakiem i jego stadem. - Burgund dorzuciła coś od siebie względem grafiku. Skoro miały klucz a obiekt był rozpoznany były gotowe uderzyć tak szybko jak się da. Ale jeszcze mogły poczekać dzień czy dwa gdyby kogoś miało nie być. No i była okazja ustalić kto miałby wziąć udział w tej nocnej eskapadzie.
- Ja się mogę zająć strażnikami. Ale musielibyście mnie z nimi zamknąć albo pilnować aby żaden nie uciekł. No i będzie walka więc i hałas. Wierzę, że sobie z nimi poradzę ale będą musieli zginąć aby się nie wydało kto ich napadł. No i niestety gdybym została ranna a ktoś się na tym znał to mógłby wyczuć w mojej krwi coś nieludzkiego. Oczywiście chętnie przyjmę pomoc bo jak nie będę sama no to walka powinna być krótsza. - Soria zgłosiła się pierwsza do udziału w tym przedsięwzięciu i zarobiła krytyczne i niedowierzające spojrzenie Silnego. Bo w swojej eleganckiej, nieco wyzywającej czerwonej sukni wyglądała jak szlachetnie urodzona koleżanka Pirory a nie jakaś wojowniczka.
- Dasz radę? Sama? Trzem lub czterem strażnikom? - zapytał wątpiąco Silny. Zapewne słyszał już o nadnaturalnym pochodzeniu córki Soren ale jednak odkąd przybyła do miasta to jakoś nie zdradzała się wojowniczą naturą czy nietypowymi talentami.
- No ale słyszałam, że Heinrich ma jakiś plan co do tej naszej roboty. - Łasica na koniec spojrzała na starego inkwizytora więc pewnie coś musiała usłyszeć od liderów o ich wcześniejszej rozmowie no ale, że nie rozmawiali zbyt długo to pewnie nie zdradzili jej zbyt wielu szczegółów.
Po tych dwóch głównych tematach jakie przewijały się od zeszłego tygodnia była okazja porozmawiać na inne. I tak Soria trochę zaskoczyła wszystkich bo wyszła na środek a zwykle zadowalała się rolą obserwatorki i czasem tylko coś komentowała lub odpowiadała na pytania.
- Mam dla was dwie dobre wiadomości. - powiedziała stając przed nimi w czerwonej sukni z nieco zbyt śmiałymi wycięciami jakie odsłaniały nieco zbyt wiele.
- Po pierwsze. Miałam wczoraj przyjemność skosztować Fabienne. Naprawdę polecam, palce lizać. - oznajmiła z lekkim i całkiem rozbawionym uśmiechem co też wywołało sporo śmiechów i uśmiechów na twarzach zebranych.
- I tak, teraz jestem pewna. Ona jest potomkiem Soren. Oczywiście nie tak bezpośrednio jak ja. Tylko to wszystko jest bardzo rozwodnione przez niezliczone pokolenia śmiertelników. Ale tak, ona pochodzi od Soren. W pewnym sensie więc to moja śmiertelna kuzynka chociaż bardzo rozwodniona przez czas i przestrzeń. Ale bardzo aktywna. Albo to w niej krew Soren się uaktywniła bardziej niż sugerowałoby pokolenie albo to wpływ bliskości Sióstr i ich zewu na terenie na jakim niegdyś działały. Myślę, że to może tłumaczyć przynajmniej część jej nienasycenie oraz skłonność do wszelkich perwersji, zwiększoną przyswajalność bólu i zmęczenia, atrakcyjny wygląd. I próbowania nowych a najlepiej zakazanych rzeczy. To takie same dziedzictwo mojej matki jak dar flirtu i płodności. Ja i wszystkie jej córki jesteśmy takie same. Aha bo nie wiem czy mówiłam. Ale mój dar lub przekleństwo jest taki, że rodzę i daję życie tylko córkom. - Soria podzieliła się swoimi doświadczeniami i przypuszczeniami jakie żywiła względem niedawno poznanej bretońskiej szlachcianki. I chyba nawet swoim dwórkom zrobiła niespodziankę bo miały zdziwione miny.
- A to my nie jesteśmy potomkami Soren? - zapytała Łasica ledwo ukrywając nutkę rozczarowania. - Przecież my też mamy wieczne nienasycenie i skłonności do wszelakich perwersji! - zawołała prosząco aby podkreślić swoją kandydaturę. Trochę żartem ale chyba nie do końca.
- Naturalnie kochanie ale nawet ja nie mogę wybrać sobie rodziców. Na szczęście mogę wybierać sobie kochanków i przyjaciół i zapewniam was, że bardzo mi tu z wami dobrze, całkiem ciekawe to miasto, gotowe do rozdziewiczenia i omotania go słodką siecią Soren. - czerwona milady łatwo dała radę ugłaskać Łasicę i zarówno ona jak i jej koleżanki znów były uradowane słowami i bliskością swojej pani.
- A druga wiadomość? - Pirora zapytała po chwili tego ciepłego zamieszania jakie powstało po pierwszej wiadomości.
- Myślę, że miałaś rację w sprawie Kamili van Zee moja droga. Chyba naprawdę ma słabość do pięknych i odważnych awanturniczek z dalekich stron. - powiedziała córka Soren z oszczędnym, nonszalanckim uśmiechem. Co wywołało kolejną falę różnycy emocji.
- Tak myślałam jak do niej pojechałaś wczoraj! A wróciłaś dziś rano! - zawołała Pirora śmiejąc się serdecznie.
- Nie wypadało odmówić, sama mnie zaprosiła na wieczorku poetyckim. W końcu zgodziłam się zapozować jej do szkicu portretu. I jakoś się zasiedziałyśmy w jej pracowni, że już szkoda było jej mnie wyganiać na tą nocną ciemnicę więc zaproponowała mi nocleg. Oczywiście znów nie wypadało mi odmówić. No to już zostałam do śniadania. I tak, tą pokojówkę też ma ładną. Zajmę się nią później. Na razie pomyślałam, że mogłabym ją zaprosić do ciebie. Na jakieś warsztaty malarskie czy wspólne pozowanie. Chociaż myślę, że na takie wspólne malowanie jak jutro u ciebie podczas psalmów żałobnych po śmierci naszej czcigodnej księżnej-matki to jeszcze za wcześnie. Ale to już później o tym porozmawiamy. - ciemnowłosa milady mówiła tak jakby chodziło o rutynowe sprawy z wyższych sfer. Umawianie się na podwieczorek, wspólny wypad do teatru, omawianie kostiumów na najbliższy bal i tak dalej. Ale pod tym oszczędnym uśmiechem kryło sie tyle dwuznaczności, że chyba raczej nikt nie wierzył, że tylko sobie z panienką van Zee malują obrazy.
-
Oryginalny autor: Zell
Angestag; wieczór; koga “Stara Adele”
Heinrich, Rune, SilnyByły Łowca Czarownic przysunął się do Rune przed wieczerzą, aby jeszcze przed rozpoczęciem głównych rozmów na Zborze wybadać możliwości, jakie ten może zaoferować.
- Potrzebowałbym rodzinnej przysługi od ciebie czy którychkolwiek z twoich braci. - odezwał się do Rune stając obok niego, jakby tylko od niechcenia wspierając się na lasce.
- Ta? A jakiej? - Rune spojrzał na niego z zaciekawieniem i dał mu znać aby rozpoczął sprawę bo na razie niezbyt wiedział o co może chodzić.
- Potrzebuję... płatnerza. Jednego z nas. - stwierdził - Czy ktoś taki przychodzi ci do głowy?
- To nie do mnie. Znaczy u nas w rodzinie to raczej chyba nikt nie jest płatnerzem. A po co ci płatnerz? Chcesz zamówić pancerz? Z Silnym byłem parę razy w takim sklepie i raz u jednego kowala ale to tam chodziło o drobnostkę płatów czy kolczugi to nie wiem czy zrobi. Silny to lepiej zna to miasto. Ja to jestem niewiele dłużej od ciebie. Pewnie dziewczyny też znają takie miejsca no ale sam wiesz jak Silny jest na nie cięty. Zwłaszcza Łasicę. - brodaty wojownik skinął głową i zamyślił się chwilę przeszukując pamięć. Coś widocznie mu przyszło do głowy ale jako przybysz spoza miasta polecał tych członków zboru co się tu urodzili a nawet byli z ferajny jak właśnie lider krwawych ogarów albo obie łotrzyce.
- Byłoby dobrze, gdyby ktoś wykonał dla mnie zakrywający nogę niczym prawdziwe usztywnienie, które nie różniłoby się od realnego. Sam pancerz też zawsze w cenie, nie powiem. - zastanowił się - Ale ciężko coś skombinować bez przymiarki, a bym wolał nie musieć liczyć, że trafię na kogoś kto nie będzie zbyt bystrym, aby nie zaczął gadać o zabawnej protezie.
- Aha. To o nogę chodzi? Bo myślałem, że pancerz jak pytałeś o płatnerza. - Rune schylił głowę jakby sobie przypomniał, że tam w nogawce starszego kolegi nie wszystko wygląda tak jak u większości populacji. I nie dla lepszego wyglądu nosi ze sobą tą laskę.
- To lepiej pogadaj z Silnym albo dziewczynami. Ja aż tak jeszcze nie orientuję się kto jest kto w tym mieście. - przyznał się do swojej dość słabej orientacji w terenie jeśli chodziło o takich specjalistów w rzemiośle jakim można było zaufać z taką robotą.
Heinrich zgodził się z Rune i wpierw wybrał porozmawiać z Silnym. Miał w sumie wrażenie, że Łasica i reszta slaaneshytek chętnie by wykorzystała jego mutację do... innej aktywności, co go nie zachęcało, temu wolał zacząć od khornity. Plusem było, że przynajmniej były Łowca nie był magiem, a kimś kto magów tępił za wcześniejszego życia.
Stając wsparty na lasce wytłumaczył Silnemu swój problem, jak i wcześniej Rune.- Rozumiesz, że nie mogę do każdego lepszego mieszkańca pójść i liczyć na łut szczęścia. - skończył, z przyzwyczajenia przenosząc ciężar na kij.
- O to chodzi… Tak, tak, rozumiem… - Silny podrapał się po swojej łysej głowie gdy się zastanawiał. Nie szło mu lekko bo mruczał jakieś imiona czy ksywy albo chyba nazwy sklepów, ulic czy warsztatów jakie niezbyt coś byłemu łowcy czarownic mówiły.
- No mam takiego jednego. Taki trochę majster od wszystkiego. Ma fach w rękach i robi różne roboty. Nie wiem czy takie coś na twoją nogę by zrobił. Chyba tak. Ale może nie. Trzeba by z nim pogadać. Nie słyszałem aby wcześniej robił coś takiego no ale dość zręczny jest i różne rzeczy już robił. No i dość strachliwy. I wisi mi przysługę. To w razie czego powinno pomóc trzymać mu gębę na kłódkę. - powiedział w końcu gdy ktoś chyba jednak przyszedł mu do tej łysej głowy kto mógłby im pomóc i mogli liczyć na dyskrecję.
- No i jest jeszcze taki jeden od Theo. Tego impresario walk gladiatorskich. Niziołek. Nie wiem czy go znasz. No to to tylko słyszałem, sam nigdy nie gadałem z tym majstrem. Ale ponoć jak się mu odpowiednio dużo zapłaci to robi swoje i nie zadaje pytań. Bo ponoć na tych walkach nie wszyscy są w pełni ludźmi chociaż ja tam całkiem często bywam i jakoś wiele dziwów nie widziałem. Może jakieś spaczone ogary czy coś takiego. Ale słyszałem plotki, że kiedyś to i ork czy zwierzoczłowiek albo jawny mutant się trafił. Ale sam to nie widziałem tam takich rzeczy. No i ten majster ponoć obsługuje te walki jak coś trzeba zbudować czy ekwipunek dorobić. To może. Jak się zapłaci odpowiednio. Ale to właśnie tak o nim tylko słyszałem, sam nic od niego nie potrzebowałem to nie próbowałem z nim nic załatwiać. - Silny dał znak o jeszcze jednym kandydacie chociaż tutaj wydawał się być mniej pewien swego. Opis brzmiał jakby pod względem fachu uważał go za pewniejszego no ale nie miał na niego takiego wpływu jak na tego swojego znajomka co wspomniał go pierwej.
- Zależy czy strachliwość tego pierwszego to plus dla nas czy minus... - zastanowił się - Wszystko zależy od tego, czy ktoś inny nie wygeneruje w nim większego strachu. - wyraźnie nad tym rozmyślał - Ale warto spróbować. - zdecydował po chwili.
- Otóż to, otóż to… Ale zwykle da się go kontrolować. I nie powinien polecieć do straży miejskiej bo bym go ścignął. - pokiwał swoją łysą głową zdając sobie sprawę, że ta opcja nie jest w pełni doskonała i niesie ze sobą pewne ryzyko.
- Przy odpowiednim podejściu da się nawet świętego przekonać by został heretykiem. A później go za to spalić na stosie. - skrzywił się w uśmiechu - Dzięki za pomoc.
-
Oryginalny autor: Zell
Angestag; wieczór; koga “Stara Adele”
Romans Rogatej Wiedźmy i Łowcy CzarownicGdy jeszcze przed ucztą Merga została sama, były Łowca Czarownic zjawił się u jej boku i nim ta pierwsza zabrałaby głos sam mężczyzna odezwał się do niej cicho.
- Chciałbym poruszyć pewną nieprzyjemna dla ciebie kwestię, która raczej nie powinna od tak odnaleźć uszu innych. Wątpię byś tego chciała. - powiedział zaskakująco troskliwym tonem.
- No, no. Brzmi poważnie. Ale słucham. - wyrocznia uśmiechnęła się półgębkiem ale zachęciła słowem i gestem aby Heinrich przedstawił co go tak trapi.
- Pamiętam jak silne emocje wywołała w tobie sugestia poniechania teraz zajęcia się naszymi wrogami. - patrzył na kobietę uważnie - Opowiedz mi o swoim czasie uwięzienia w kazamatach, proszę.
- To nie było dla mnie nic przyjemnego. I gdyby nie Starszy i akcja ratunkowa jaką zorganizował to by mnie spalili na stosie na wiosennym festynie. Nic przyjemnego. A dlaczego o to pytasz. - brwi złotookiej nieco podskoczyły do góry gdy chyba nie spodziewała się takiego pytania. Ogólnie zaznaczyła, że to nie była laba, ale była ciekawa skąd ciekawość Heinricha na ten już zamknięty rozdział.
- Och, przypuszczam że przyjemne nie było. - stwierdził ze spokojną pewnością - Twoje wspomnienie może zaoferować mi interesujący i potrzebny rys psychologiczny Hertza... bo nie każdy z Łowców Czarownic jest taki sam w końcu. Taka wiedza może się przydać w przyszłości. - w pewnym sensie wspomnienia Mergi byłyby jak księga dla byłego Łowcy.
- Ah o to ci chodzi… - zadumała się na chwilę kiwając głową. Sięgnęła po dzban i nalała sobie do prostego, glinianego kubka wina. Upiła łyk i chwilę bawiła się nim kręcąc nim w swojej szczupłej, niebieskiej dłoni.
- Hertz, Oleg Hertz. Tak to on był głównym śledczym i oskarżycielem. Zawzięty i zażarty wróg każdego z nas. A, że mnie złapali jak byłam na w pół zamarznięta to moja “sromota” była nie do ukrycia. Czyli byłam winna i wyrok mógł być tylko jeden. - westchnęła i zaczęła opowiadać jak to było z jej pojmaniem. Wskazała dłonią na swoją nietypową skórę, oczy i dumne, potężne rogi. Taki wygląd z daleka obwieszczał, że jest przeklętym zaprzańcem i odmieńcem jakiego należy spalić na stosie.
- Do tego kostur, mój strój, ozdoby sprawiały, że domyślili się, że mogę korzystać z mocy. Stąd mnie kneblowali i wiązali abym nie mogła jej używać. I poza przesłuchaniami podawali mi zioła nasenne, abym nie sprawiała kłopotów. Muszę przyznać całkiem skuteczne połączenie, niewiele mogłam zdziałać. Ale udało mi się nawiązać mentalny kontakt ze Starszym i obiecał mi pomóc. Więc czekałam. Nawet nie wiesz jak się ucieszyłam gdy pierwszy raz do mojej celi weszła Łasica. Oczywiście, nie mogłam się tym zdradzić, że wiem kim ona jest ani ona, że jest kimś innym niż tylko głupią, łatwą Katią z kuchni. Ale bardzo mnie to podniosło na duchu. Zaczęłam wierzyć, że naprawdę mam szansę się stamtąd wyrwać. - mówiła szybko, ale chociaż się kontrolowała to jednak dały się wyczuć skrajne emocje. Strachu, poniżenia, bezradności oraz radości i pobudzonej nadziei gdy ratunek zmaterializował się w postaci przebranej slaaneshytki.
- A sam Hertz… Inteligentny, opanowany, wyrachowany, przebiegły. To na pewno nie jest ślepy wariat i fanatyk co by tylko każdego wroga od razu palił na stosie. W przeciwieństwie do tej Kruger. Taka blondyna z wielkim młotem. Nawet chyba nasze dziewczęta ją zdołały poznać przelotnie od prywatnej strony z tego co wiem. Ona to pewnie od ręki rozwaliłaby mi głowę tym swoim młotem albo rzuciła pochodnię na mój stos. Ale Hertz miał inne plany. Chciał wiedzieć po co przybyłam i co miałam osiągnąć. Czy jestem szpiegiem, jakie mam kontakty, z kim byłam umówiona, kto mnie miał odebrać i tak dalej. Najśmieszniejsze, że wtedy przypłynęłam tu w ciemno i nie znałam nikogo. Kierowałam się tylko wizjami od Sióstr a wtedy były znacznie mniej wyraźne niż teraz a ja też wiedziałam o nich o wiele mniej. Więc Hertz tak, Hertz jest groźnym przeciwnikiem, nie można go lekceważyć. Na szczęście mnie nie znał i nie znał pełni moich możliwości. W końcu chyba uznał, że nic więcej ze mnie nie wyciągnie bo przesłuchania się skończyły. Czekałam już tylko ogłupiona tymi nasennymi nalewkami na stos. Dopiero odzyskałam większość moich zmysłów jak Łasica przestała mi dodawać tych ziół do wina. - pokiwała głową na znak, że miała okazję poznać lidera śledczych oraz jego zespół od tej najgorszej strony i wcale tego miło nie wspomina. Niemniej pozostawił on po sobie wrażenie groźnego i sprytnego przeciwnika jaki do tego miał posłuch u swoich ludzi a zapewne nie tylko skoro władze pozwoliły mu prowadzić przesłuchania takiej groźnej wiedźmy.
Heinrich słuchał uważnie każdego słowa nim odezwał się sam.
- Jak wyglądały jego przesłuchania? Jakie metody stosował? - zapytał wprost.
- Rozmowa. Ciąg pytań. A gdy nie słyszał odpowiedzi bicie. Takie aby sprawić ból ale nie zabić. Jego ludzie się tym zajmowali. On siedział, patrzył i pytał. Bardzo pewny siebie, nigdy nie tracił panowania nad sobą. Pilnował aby mnie nie zatłukli i bym nadawała się do mówienia. Miał w tym widoczną wprawę. - odparła szybko i bez wahania. Ale niechętnie. Widać temat nie był jej przyjemny. - A po co ci to wszystko o nim wiedzieć? Coś zamierzasz? - sama zadała swoje pytanie zerkając na rozmówcę.
- Czasem czekam, aż los pierwszy wykona ruch. Jednak nigdy nie chcę czekać bez jakiejkolwiek ochrony. - powiedział powoli - Rozważałem różne opcje, w jakich kierunku może się to potoczyć. Nazwij to ćwiczeniem mentalnym starego człowieka. - ton nagle przybrał zamyślony wydźwięk - Czyli posługiwał się tylko fizyczną torturą, gdy zwykła rozmowa nie przyniosła skutku?
- Oh nie powiem aby tylko moje ciało czuło pewną dozę dyskomfortu podczas tych naszych romantycznych pogawędek w sali przesłuchań. - uśmiechnęła się z przekąsem wiedźma dając do zrozumienia, że nie tylko jej ciało ucierpiało podczas tamtych rozmów z łowcami.
- A w takim razie co zamierzasz w sprawie tego Hertza? - zagaiła po chwili.
- Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, moje słowa o zaniechaniu próbowania skrzywdzenia wroga w tej chwili, nie były kierowane strachem, a stwierdzenie, że czas nastanie to nie była próba udobruchania cię. To była szczerość. - skrzywił się w uśmiechu - Muszę go poznać jak najlepiej. Jego i menagerie mu podwładnych. Nie wiem czy słyszał kiedyś o mnie, ale na pewno niektórzy uważali moje metody za zbyt... radykalne. Choć skuteczne w perspektywie. - wzruszył ramionami - Chcę doprowadzić Hertza do momentu, w którym będzie samotnym Łowcą Czarownic na otwartym polu nim zada się cios. - spojrzał Merdze w oczy - A co dalej? Zależy od potrzeb, ale nie martw się o jedno: nie pozostawiłbym ciebie bez szansy na dokonanie zemsty na nim.
- Nie wiem na ile dosłownie to traktujesz Heinrichu ale aby doprowadzić Hertrza do upadku to czeka cię nie lada wyzwanie. Nie wiem dokładnie co on porabia teraz ale w zimie to wyglądało, że ma mocne poparcie, autorytet i zaufanie władz. Jeśli nie wybuchł od tamtej pory żaden skandal z nim związany to zapewne się to nie zmieniło. I nie obraź się ale ty jesteś dość nowy w mieście, bez kontaktów, siatki informatorów, autorytetu i wsparcia władz. I w stanie spoczynku. Miałabym być kimś z zewnątrz co obstawia zakłady postawiłabym na niego bo ma lepsze rokowania. - powiedziała po chwili namysłu a jak już zaczęła mówić to mówiła szybko i zdecydowanie. Nawet jeśli miałoby to zadziałać jak kubeł zimnej wody na innego członka ich spiskowej grupy.
- Ale dziękuję ci za troskę i chęć pomocy. Jeśli to tylko ze względu na mnie to nie musisz się kłopotać. Ja wkrótce opuszczę to miasto chociaż zamierzam tu wrócić i to nie sama. Na Hertzu jednak mi nie zależy. Oczywiście nie płakałabym po nim gdyby znaleziono go zasztyletowanego w jakimś zaułku ale nie zależy mi aby ktoś na nim robił jakieś akcje odwetowe. A i tak mamy więcej zadań niż możemy na raz złapać. Hodowla Oster, przeprowadzka do jej jaskini, szukanie artefaktów, sprawa z Akademią, obronienie świątyni, mój wyjazd i tak dalej. Wszędzie nam potrzeba czasu, ludzi i zasobów. - pokręciła rogatą głową na znak, że Hertz i zemsta na nim jest dość nisko na liście jej priorytetów. Uśmiechnęła się jednak ciepło do Heinricha dziękując mu za zainteresowanie i troskę. Wolała jednak aby on i reszta rodziny skoncentrowali się na tych celach jakie obiorą, angażowanie się w załatwienia łowcy czarownic do nich nie należało. Przynajmniej nie w czołówce.
- Ow, to zabolało Wyrocznio. - Heinrich położył dłoń na sercu - To naprawdę smuci, że tak o mnie myślisz, jakobym miał zamiar rzucić wszystko i zająć się tylko Hertzem. I to w tej sekundzie... - westchnął jakby mówił na poważnie - Jakkolwiek bym chciał stanąć z nim oko w oko, to na pewno nie teraz, bez długich przygotowań, na które nie mam czasu i głowy. Nauczono mnie, że kierowanie się dumą potrafi być najgorszym wyborem w rozrachunku. - zerknął krótko na innych - A można być pewnym, że o dobro kultu i jego interesów będę dbał jak o siebie, bo stały się tym samym.
- Bardzo się cieszę, że to rozumiesz Heinrichu. I dziękuję. - Merga uśmiechnęła się ciepło do niego i położyła mu dłoń na ramieniu. Wyglądała jakby naprawdę odczuwała ulgę, że nie zamierza od zaraz brać sobie na barki kolejnego zadania jakie nie rokowało szans na szybkie rozwiązanie a całkiem możliwe, że skierować by trzeba do niego i kogoś jeszcze ze zboru.
- Osobiście mi na nim nie zależy. Chociaż rozumiem, że jako przeciwnik i zawalidroga może być groźny dla naszych działań i planów. Zapewne nie byłoby źle aby się go pozbyć ale nie mamy na to czasu ani zasobów. - dodała jakby zdawała sobie sprawę, że lider łowców czarownic może być groźny ale na tą chwilę nie działał bezpośrednio przeciwko nim.
- Stanie się bardziej groźnym, jeżeli będziemy działać nieprzemyślanie czy zbyt szybko chcąc ugryźć cel. - skończył myśl nim zapytał wprost o coś, co siedziało mu mocno w myślach podczas rozmowy - Zapomniałaś już o wszystkim, co cię w kazamatach spotkało? Porzuciłaś wspomnienia o strachu, bólu, poniżeniu?
- Nie. Ale staram się to traktować jak zamknięty rozdział i skoncentrować się na tym co mamy teraz i co chcemy osiągnąć wkrótce lub w dalszej przyszłości a nie tracić czas i energię na zbędne vendetty jakie będą odciągać nasz czas, zasoby i uwagę od głównych celów. Do tego zwrócą na nas uwagę władz, że coś się dzieje. Po zimie chcieliśmy osiągnąć wrażenie, że ci co dokonali napadu na kazamaty ulotnili się z miasta. Dlatego nie ingerowaliśmy w jego życie koncentrując się na innych zadaniach. Ten plan aby zaatakować ten bal z okazji turnieju był pierwszym przejawem naszej aktywności od zeszłej zimy jaki może dać im znać, że wciąż tu ktoś taki jak my działa. - tym razem Merga się nie uśmiechnęła a za to odpowiedziała szybko i zdecydowanie mając na uwadze plany całego zboru i swoją misję odnalezienia dziedzictwa Sióstr a nie jakieś osobiste urazy.
Heinrich pokiwał głową.
- Tak... Skupienie się na planach i większych sprawach naprawdę pomaga, to prawda. Odkąd pojawiają się tak wyraźne wizje od Sióstr, to inne sny zazwyczaj nie męczą. Choć... - urwał i spojrzał zmęczonym wzrokiem - Sądzisz, że uda się kiedyś od wspomnień całkowicie wyzwolić?
- Nie wiem Heinrichu. To bardzo różnie z tym bywa. Jeśli cię męczy przeszłość postaraj się o niej nie rozmyślać. Nie dręczyć się tym. Skupić się na tym co teraz. Na tym co mamy do zrobienia. Tyle chyba bym ci mogła doradzić. - głos i twarz znów jej złagodniały i postarała się to powiedzieć miłym i ciepłym głosem chcąc mu dodać otuchy i nadziei w lepsze jutro.
- Tamten czas nieobecności po prostu sny nie chciały mnie zostawić dnie i noce. - mruknął - Wolę wizje od Sióstr, one oferują ulgę. Nawet jeżeli kończą się sennym przerażeniem. - zatopił spojrzenie w oczach Mergi - Naprawdę myślisz, że mogę zostać przyjęty jako jeden z was mimo przeszłości, w której byłem wam zażartym wrogiem? - mężczyzna wyraźnie ciągle miał wątpliwości co do swoich szans w tym otoczeniu - Nie wiem czemu Tzeentch miałby chcieć okazać łaskę temu, kto niszczył jemu wiernych magów, skoro nie okazał jej i Sigmar. - Heinrich miał problem z ułożeniem sobie tego wszystkiego.
- Już zostałeś pobłogosławiony. - Merga wskazała wzrokiem w dół na nogawkę pod jaką skrywał swój metalowy sekret. - Przeszłość to przeszłość Heinrichu. To tylko etap do dzisiaj a dziś do jutra. I niezmierzone są plany naszych patronów. Nie nam je osądzać. Całkiem możliwe, że od dawna jesteśmy częścią jakiejś większej układanki, planu, jaki dopiero na nas czeka, jaki dopiero przed nami zostanie odkryty nawet jak dziś jeszcze o nim nie wiemy. I to nie aż tak rzadkie aby ktoś kto nas zażarcie zwalczał w pewnym momencie przekroczył granicę o jeden krok za dużo i już nie było dla niego powrotu. Albo i sam nie chciał. Cieszę się, że do nas dołączyłeś Heinrichu. Jak mam nadzieję widzisz, jest tu dla ciebie miejsce i sporo do roboty. - odparła Merga z początku nieco filozoficznie ale w końcu jej ton stał się cieplejszy i przyjemniejszy pod koniec. Wskazała gestem rozkładanych dłoni na resztę ich rodziny. Każda z osób wydawała się być kolejnym, przypadkowym elementem zebranym z ulicy i nie pasowała do pozostałych. Mieli różne charaktery, nawyki, pozycję społeczną. A mimo to przynajmniej raz w tygodniu spotykali się aby spiskować przeciwko swoim pracodawcom, władzom, sąsiadom i reszcie mieszkańców tego miasta. A wszystkim w razie wpadki groziły za to tortury, brutalne przesłuchanie i wreszcie śmierć na stosie.
Heinrich chwilę patrzył na zgromadzonych, którzy byli jak on - herezją, odszczepieńcami, odrzuconymi przez wszystkich. Zwierzyną dla kościoła.
- Czy to, że wciąż obawiam się mutacji - zaczął pytanie wracając wzrokiem do Mergi - nie widzę jej jako błogosławieństwa, a zły los, karę czy plugastwo... To oznacza, że popełniam grzech?
- Nie. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że pochodzisz z tej strony Morza Szponów gdzie mutacje odbiera się jako przekleństwo, objaw zepsucia duszy i wypaczenie ciała. Brzmi na tyle groźnie, że jest się czego obawiać. Ale my na północy traktujemy to jak dotyk i łaskę bogów. Jak przebudzenie ze snu. Nogę masz już taką a nie inną i nic się z tym nie poradzi. Trzeba to zaakceptować i żyć dalej. No i w tym kraju to oczywiście nie można się z tym obnosić. - powiedziała z lekkim i dodającym otuchy uśmiechem.
- Czy jest szansa, że mutacja nie zatrzyma się tej nodze? - zapytał z obawą w głosie - nawet magia nie może tego cofnąć?
- Cofnąć błogosławieństwo bogów? Heinrichu, ty bluźnierco! - rogata popatrzyła na niego z przekąsem jakby rozbawił ją tym pytaniem.
- A postępuje ta mutacja? Jeśli tak to zapewne będzie nadal. Jeśli nie to się musiała zatrzymać. Przynajmniej na razie. A czy są sposoby aby to cofnąć? Tak, są. Można próbować przynajmniej. Ale to zawsze efekt jest niepewny i niesie ze sobą pewne ryzyko. Można też modlić się do bogów lub potężnych istot. Jak choćby Siostry. Jeśli się zwróci ich uwagę, co wcale nie jest takie oczywiste, i jak te kapryśne istoty uznają w tym jakiś interes być może raczą wynagrodzić śmiertelnika z ktrego są zadowolone bo na przykład im wiernie służy czy ofiarowuje wspaniały dar. - dodała już poważniej gdy jednak znała jakiś sposób na zatrzymanie czy nawet pozbycie się mutacji chociaż żaden nie brzmiał jak coś prostego do zrobienia.
- Jeszcze całej kończyny nie zajęło... temu ciągle używam twojej maści... - mruknął trochę apatycznym tonem, który co jakiś czas wybijał się w jego głosie, jak i zachrypnięcie.
Zawiesił wzrok na zakrytej mutacji, wyraźnie zastanawiając się nad słowami Mergi. Początkowo dałby wszystko, aby zabrać od niego mutację, ale teraz... nie był tego aż taki pewien.
- Jeszcze, gdy pierwszy raz zobaczyłem się z tobą i Starszym - zaczął tym tonem pozbawionym ciepła emocji - szczerze nienawidziłem ogarniającej mnie mutacji. Nie chciałem być kimś, kim miałem gardzić, nienawidzić i zwalczyć ogniem. Teraz... - spojrzał na swoją dłoń - nie czuję tej pożogi w duszy. Czuję... - zamilkł zastanawiając się nad określeniem - Częściową obawę, że moje ciało podda się w cierpieniu i mutacja zabierze za dużo, bym pozostał... sobą. Ale zaczynam coraz częściej odczuwać... - spojrzał w oczy Mergi - Nic.
- No to szczerze mówiąc nie wiem czy powinnam być zaniepokojona czy ucieszona. - odparła z przekąsem Merga gdy chwilę trawiła słowa byłego wroga heretyków, odmieńców i czarownic.
- Ta obawa czy nawet odraza przed mutacją jest dość zrozumiała. Nie pochodzisz z ludu gdzie takie zjawisko jest codziennością i na pewno nie jest akceptowalne a nawet może doprowadzić do śmierci właściciela z rąk jego pobratymców. U nas jest inaczej ale też nie wszyscy przyjmują swój los spokojnie. No i nie pochodzisz od nas. - okazała zrozumienie dla obaw i wątpliwości człowieka z metalową nogą chcąc chyba też go nieco uspokoić.
- Jeśli bym miała ci coś doradzić to spróbuj zaakceptować swój los. Jakikolwiej by on miał nie być. Choćby właśnie z tą nogą. Wszyscy jesteśmy pionkami w grze bogów. Mamy jakieś zadanie do wykonania i przeznaczenie do spełnienia. Sam chyba dostrzegasz, że po całym żywocie gdzie indziej i całkiem odmiennym od obecnego wreszcie trafiłeś tutaj, do tego miasteczka na krańcu waszej cywilizacji i odnalazłeś swoje miejsce w nowym mieście i nowej rodzinie. Z tego co widzę to raczej możecie na siebie liczyć pomimo różnic jakie was dzielą. Zwłaszcza jak Starszy jest w pobliżu, ma niesamowity talent i autorytet niezbędny do godzenia tak różnych osób, charakterów i potrzeb. - rogata popatrzyła na niego swoimi nietuzinkowymi, płonącymi wewnętrznym ogniem mocy oczami. I wskazała mu także na resztę pogrążonych w innych rozmowach przy stole członków zboru. Nawet na pierwszy rzut oka wyglądali jak przypadkowa zbieranina osób z ulicy jakich nic ze sobą nie łączy. Eleganckie damy jak Pirora czy Soria a obok zwykłe mieszczki jak ubierała się reszta slaaneshytek. Gruby i kupiec o nieco niechlujnym wyglądzie za jakiego mógł uchodzić aptekarz a niedaleko dostojny pan w średnim wieku, w sam raz pasujący do wykładowcy czy nauczyciela. Thobias bowiem sporą wagę przywiązywał do swojego starannego i godnego wyglądu ale niejako z zawody wymagano tego od niego. Do tego jeszcze dwóch krwawych ogarów z czego Silny miał całkiem trafny do charakteru i preferencji wygląd czyli jak ktoś kogo lepiej nie spotkać samemu w jakimś podejrzanym zaułku. A obok Rune który mimo wszystko coś zachował w sobie z dawnego żołnierza i wyglądał bardziej jak jakiś najemnik, ochroniarz czy wykidajło. No i jeszcze jednooki mnich w prostym habicie i astrolog z szatami zdradzającymi jego profesję. Kompletny misz masz typów i charakterów, nie tylko na pierwszy rzut oka.
Były wróg Chaosu patrzył w ciszy na to zgromadzenie. Nie wiedział kiedy zaczął ich widzieć inaczej, niż wrogów, wynaturzenia jakich należy się pozbyć ze świata.
- Kiedy przybyłem do miasta... szczerze nie wiedziałem czego szukam. - odwrócił spojrzenie do Mergi - Gdy skierowano mnie do ciebie i Starszego... nadal nie wiedziałem. Nie wiedziałem czego chcę, czy naprawdę mam zamiar zrobić ten krok. - zerknął na zgromadzenie - Ale zrobiłem. Mimo że nie otrzymałem wyleczenia, cofnięcia czasu. Bo chyba na to liczyłem. - wrócił wzrokiem do Mergi - Postanowiłem zostać, choć zostałem wychowany by takich niszczyć. Tylko... czuję się dobrze. Nie odrzucony przez zaistnienie czegoś, na co nie miałem wpływu. - w głosie Heinricha powróciły emocje... Złość. Zgorzknienie - Zdradzono. - przymknął oczy - A to co miało być wrogiem... jest tym, czym nie było Imperium. - dodał cieplej - Rodziną.
- No i tego się trzymajmy. Wszyscy jesteśmy tutaj odszczepieńcami jakich za nasze zainteresowania, upodobania, myśli i czyny najchętniej spalono by nas na stosie. To miejsce, ci mieszkańcy są nam wrogie. Gdyby tylko mogli zabiliby nas od razu za to co w ich oczach i umysłach uchodzi za zaprzaństwo. Nie robią tego tylko dlatego, że nie wiedzą o nas i choćby o takich naszych rodzinnych spotkaniach jak to teraz. Tak naprawdę tylko na siebie możemy liczyć. - powiedziała też przesuwając się spojrzeniem swoich złotych oczu po tych różnorodnych i odmiennych od siebie sylwetkach jakie siedziały przy stole, czasem ktoś wstał, podszedł gdzieś i wydawało się to dość sielankowe. Można by to uznać za jakiś wycinek przygodnej tawerny czy gospody. Gdyby nie alabastrowy posąg Pajęczej Królowej obdarzony kwietnymi wieńcami jaki stał w rogu czy widok kolczastej Dorny jaka siedziała na ławie przy stole, rozmawiając z Lilly jakby nikt nie dostrzegał jej sromoty.
Heinrichowi zaczął się udzielać melancholijny nastrój, gdy patrzył na innych słuchając słów Mergi.
- Hertz jest ślepy, jak i ja byłem. Nie wiem, czy ślepy z własnej woli nie pozostanie nieważne jakie wydarzenia go spotkają. Może też za późno zobaczy za jakie kłamstwo walczy. Jak łatwo możesz zostać tym, jakich sam torturowałeś i zabijałeś bez litości. Sam po wypuszczeniu myślałem o oddaniu się na śmierć, tylko... - pokręcił głową - Jaka byłaby szansa na to, że nie spalą mnie na stosie na oczach tłumu? Jaka szansa, że nie wezmą mnie na przesłuchanie i tortury przed śmiercią? - zgorzknienie przebijało się w słowach mężczyzny - Czy powinienem zaufać tym, co mnie pozostawili? Dać wiarę, że Sigmar przyjmie moją duszę, choć wcześniej nawet nie chciał wysłuchać moich błagań o śmierć? - warknął - Wmawiają ci jego opiekę, dobroć. Wykonujesz jego wolę, niszczysz wrogów, twoja wiara nie różni się od wiary wielu innych. A on nawet nie raczy ci dać ulgi nim jego wrogowie cię zniszczą.
- Kto wie? Może Hertz też jest częścią jakiegoś większego planu? Czyimś pionkiem na jakiejś planszy? - odparła filozoficznie wiedźma z wysokimi na pół ramienia rogami.
- A rozczarowanie o jakim mówisz jest chyba powszechniejsze w waszym świecie niż można sądzić na pierwszy rzut oka. Daleko nie szukać spójrz na Lilly. Urodziła się i dorastała jak wiele innych dziewczynek. Nie paktowała z jakimiś plugawymi duszami i piekielnymi bytami. A i tak się zaczęła zmieniać. Cóż komuś zawiniła taka dorastająca dziewczynka? Ale widać była w czyimś planie i jak na dzień dzisiejszy to wylądowała u nas. Tak samo jak ty. - powiedziała wskazując na mutantkę o liliowych włosach jaka od pół roku była z nimi w zborze. I wydawała się mieć dość pogodną i niewinną naturę. O ile nie chodziło o folgowanie sobie swojej chuci. Momentami wydawała się wręcz dziecięco naiwna i nie sprawiała wrażenie aby świadomie mogła komuś uczynić krzywdę czy być dla kogoś zagrożeniem. A gdyby wyszło na jaw, że zamiast stóp ma kopyta a nogi porasta zwierzęce futro to czekałby ją taki sam marny los jaki zamierzano zimą zgotować Merdze albo Heinrichowi gdyby odkryto jego przemianę.
- Czy to nie tak, że wszyscy jesteśmy częścią gry bogów? - zapytał patrząc na Lilly - Hertz pewnie widzi siebie jako figurę, coś istotnego, nie do zastąpienia nieważne jaki ruch wykona gracz. A jest pionkiem, którego można poświęcić choć nie tego uczą ludzi. Szczególnie nie tym się widzą Łowcy Czarownic.
- Oh, bycie pionkiem nie jest takie złe. Zwłaszcza jak się o tym wie. - zaśmiała się cicho rogata wyrocznia z północy też obdarzając Lilly i Dornę nieco zamyślonym spojrzeniem. Aż w końcu liliowłosa zorientowała się, że się jej przyglądają bo posłała im pytające spojrzenie. Merga jednak tylko pozdrowiła ją skinieniem głowy dając znać, że nic od niej nie chce.
- Bycie figurą na pewno brzmi dumnie i dodaje prestiżu. Ale tak naprawdę przenosi wiele niedogodności z niższych poziomów. Jesteś uczniem szewca to szefc to dla ciebie figura a mistrz cechu to ktoś kogoś widujesz od święta. Zwykły szewc może cię gnębić ale dla żebraka będziesz figurą i będzie ci się kłaniał liczac na jałmużnę. Jak jesteś szewcem to możesz się puszyć przed uczniem i pracownikami, że jesteś figura, patrząc na nich z góry i pomiatać nimi. Ale mistrz gildii to dla ciebie figura i to on cię może rugać i nie wiadomo co. A jak jesteś mistrzem gildii szewców i myślisz, że jesteś u szczytu kariery okazuje się, że musisz się przepychać między innymi mistrzami gildii i skamleć o swoje w ratuszu albo u jakiegoś wielkiego pana. I tak to najczęściej wygląda. Wszędzie. - podzieliła się z nim swoimi spostrzeżeniami na temat otaczającego ich świata.
- Poza tym jak ktoś jest figurą to jest na świeczniku. Ma swoją działkę władzy i możliwości ale i oczekiwań. I tych na dole na jakich wpływa, i tych obok i tych na górze. Ma się więcej władzy i możliwości ale i potężniejszych konkurentów czy wręcz wrogów. Sam zobacz na nas i tego Hertrza. Gdyby to był jakiś tam zwykły strażnik miejski to nawet byśmy go teraz nie wspominali. Jakby był jednym z łowców czarownic to może by zasłużył na jakąś wzmiankę czy dwie. Ale jak jest ich liderem to przykuwa całkiem sporą uwagę w naszych planach i rozważaniach prawda? A na pewno nie tylko naszą. Na ten moment mamy inne priorytety ale to taki stan na dzień dzisiejszy. Co przyniesie jutro? A co o nim myślą czy planują inni? Tego nie wiemy. - Merga wydawała się dostrzegać zarówno blaski jak i ciebie bycia osobą u władzy, takiej rozpoznawalnej, na świeczniku i z wpływami. - Nawet zobacz na naszą słodką Fabienne. Wszędzie musi jeździć z przyzwoitką. Jak to wiele jej rzeczy utrudnia. A nasze dziewczęta? Chodzą gdzie, kiedy i z kim chcą. No ale jak ktoś by pytał to ta bretońska żona Herr Kapitana jest wielka dama i pani a one to takie tam dziewczęta z portowej tawerny. Więc są plusy i minusy. - z uśmiechem dodała znów przykład o osobach jakie oboje znali. Wskazała wzrokiem na łotrzyce rozprawiające o czymś wesoło z koleżankami. Bretońskiej szlachcianki z nimi nie było. Zapewne w sporej mierze dlatego, że małżonce kapitana i damie ze śmietanki towarzyskiej nie wypadało się o tej porze włóczyć po porcie. I to samej, bez swojego męża.
- Masz rację. - stary łowca się zamyślił - Jest zawsze możliwość, że sam mój majątek przyciągnie uwagę, jak poszukać.Jestem w końcu szlachcicem, co był niedawno jeszcze Łowcą Czarownic, jaki głównie polował na magów. Pewnie to też nie uspokaja Joachima, ale szansa, że ktoś się mną zainteresuje istnieje, szczególnie jeżeli był mi był dawnej kolegą lub zwierzyną. Moja Świta poległa, więc przynajmniej oni już nic nie powiedzą.
- Z tego co mi wiadomo to Neues Emskrank to chyba nie jest twoje rodzime podwórko? Więc szanse na to, że spotkasz kogoś znajomego z dawnego życia powinny być dość niewielkie. Tak samo jak to, że ktoś słyszał o twojej poprzedniej karierze. Myślę, że właśnie o to chodzi we wszelkich ucieczkach od przeszłości i ukrywaniu się przed nią. Spójrz na naszą piękną i słodką Pirore. Pirora van Dake z odległego Averlandu. A coś nie widać tu jej znajomych z dawnego sąsiedztwa albo kolegów i koleżanek z balów i przyjęć. Gdyby wiosna jej ojciec nie przyjechał to byśmy mieli tylko jej słowa na potwierdzenie jej słów. No i dzieła sztuki jakie nam podarowała na wstępie. No i list jej ojca do Starszego. Ale chyba dostrzegasz analogię do swojej sytuacji. Raczej nie spodziewałabym się, że lada chwila ktoś rozpozna cie na ulicy jako dawnego kolegę z pracy czy oprawce. To nie jest niemożliwe ale raczej mało prawdopodobne. Jak to było z tą twoją metalowa sromotą? Bo chyba twoi dawni koledzy i przełożeni o niej nie wiedzą skoro zdołałeś dotrzeć do nas. Domyslam się, że gdyby wiedzieli to skończyłbyś na stosie. Więc myślę, że szanse, że twoja Przeszłość cie tu dogoni są dość niewielkie. Z tego samego powodu lepiej nie wywoływać wilka z lasu i się na nią nie powoływać. Bo gdyby dajmy na to taki Oleg Hertz, coś go podkusiło i wysłałby list do twoich dawnych kompanów, że tu jesteś i zadał im parę pytań o ciebie. To jak myślisz co by się stało? Dlatego bym ci sugerowała odciąć się od przeszłości i się na nią nie powoływać i nie liczyć. Dawnego Heinricha już nie ma. Zniknął. I niech tak zostanie. Masz szansę napisać nowy rozdział, w nowym domu, z nową rodzina. - Merga pozwoliła sobie na dłuższą odpowiedź. I chyba zależało jej aby zmusić rozmówcę do spojrzenia na swoją przeszłość i obecną sytuację w określony sposób.
- Gdyby wysłał to by się dowiedział, że oficjalnie uznano mnie za zmarłego lub w najgorszym wypadku zaginionego podczas łowów i wciąż żywego. - Heinrich uśmiechnął się ironicznie - Miłości mi nie okazywano wokół Altdorfu, więc raczej nie płakali za mną. Po miesiącu nieobecności, może dwóch, nie myśleliby o mnie bardzo, a po pół roku? - zaśmiał się chrapliwie - Gdy mnie wtedy wypuszczono już na pewno nie spodziewaliby się mojego przybycia. Mogli co najwyżej mi na tyle dobrze życzyć, że mieli nadzieję, iż zginąłem szybko. - z tonu Heinricha wynikała wątpliwość w taką nadzieję innych - Widzisz, niektórzy mnie wręcz widzieli jako radykała, za bardzo przybliżającego się do wroga, aby tego nie pożałował. Ci to raczej by uznali, że w końcu moje metody obróciły się przeciwko mnie i dobrze mi tak. Tchórzliwe dupki. - dodał określenie, nie mogąc się powstrzymać - Mówię, że szansa jest zawsze, jeżeli ktoś będzie kopał, a po ostatniej pewnej sytuacji... - popukał w metal pod materiałem spodni - ...dość poważnie podchodzę do tych niemożliwych szans. - spojrzał w sufit - Moi dawni przyjaciele są mi wrogami, ale nie wszyscy wrogowie... zostali moimi przyjaciółmi. I nie sądzę by kiedyś wrogami być przestali. - spojrzał na Mergę - Nawet jeżeli stoją po tej samej stronie co nowa rodzina.
- To czyli taki ktoś stąd co by wysłał zapytanie tam to dostałby jakąś odpowiedź na twój temat? - brwi wiedźmy uniósły się do góry jakby właśnie usłyszała to na co liczyła.
-
Oryginalny autor: Zell
- To powiedz mi Heinrichu co ci podpowiada twój doświadczony umysł śledczego w takiej sytuacji? Przychodzi do ciebie zapytanie o kolegę po fachu za którym nie przepadałes, za jakim mało kto przepadał ale jakiś czas temu zniknął w podejrzanych okolicznościach. A tu przychodzi list z drugiego krańca Imperium, że on tam sobie żyje i grzeje swoje stare kości. A u was zniknął bez słowa. Jak wpadł w tarapaty i się z nich wykaraskal to widocznie nie raczył was o tym powiadomić ani nawet wrócić do swoich obowiązków czy chociaż przejść w stan spoczynku aby tutaj grzać swoje stare kości a nie tam, nad morzem, gdzie udał się bez słowa wyjaśnienia. No? Co by sobie mógł pomyśleć taki łowca czarownic o takim zachowaniu nielubianego kolegi? - zapytała tak jakby chciała nakłonić go do spojrzenia na sprawę z tej drugiej strony. I dała mu chwilę do namysłu. Ale krótką bo ciągnęła dalej.
- I tu nie chodziło mi o samą reakcję
Byłeś częsta imperialnej bezpieki Heinrichu. Tam wszystko jest tajne i skryte w cieniu. A tu sobie wypływa jak korek na drugim krańcu Imperium ktoś kto siedział w tym całkiem głęboko. Ale tego gdybania co by było gdyby można uniknąć. Jeśli nie będziesz prowokować swoją przeszłością. Czyli jak nie będziesz się puszył dookoła, że byłeś radykalnym łowcą czarownic z południa. Tylko będziesz starszym panem co sobie przyjechał nad morze dożyć w spokoju swoich dni. Bo każdy dotyk przeszłości może ściągnąć na ciebie kłopoty. Takie z państwowym aparatem ścigania w roli głównej. A jak na ciebie to i na nas. Dlatego myślę, że lepiej abyś nie wspominał naokoło o tym, że w ogóle byłeś łowca czarownic. A szanse, że ktoś z tamtych ludzi przyjedzie akurat do nas i jeszcze trafi akurat na ciebie są ale dość niewielkie. Zwłaszcza jak nie będzie żadnych wskazówek, że dawny Heinrich łowca czarownic przybył akurat do tego miasta. Ale nie ma co się stopować nad tym, że w każdej chwili przydybie cie jakiś dawny kolega po fachu bo nic nie osiągniesz. Będziesz się ciągle obracać przez ramię czy cie dawny kamrat nie śledzi. Radzę ci tego wszystkiego się wyzbyć i odciąć się od przeszłości. - wiedźma o złotych oczach mówiła dość długo ale jasno wynikało, że nie jest zwolenniczka tego aby Heinrich powoływał się co chwila na swoją przeszłość jakby lada chwila miała go capnac za kark albo przynieść jakieś korzyści. Wolała aby odciął się od dawnej kariery i życiorysu.
Początkowo Heinrich chciał chyba przerwać Merdze czy zaprotestować. Podważyć jej słowa, nie zgodzić się z nią! Ale nie wtrącił się, choć cichutki głosik dawnego życia chciał go pchnąć w tamtym kierunku... tylko był zbyt słaby, zbyt przybity przez wydarzenia, jakie go tutaj zaciągnęły. Nie mógł wpłynąć na mężczyznę, jaki działał wedle jego słów, nie był w stanie przywrócić go do dawnych zmysłów i zawrócić z tej drogi, jaka doprowadzi do oddania duszy Mrocznym Potęgom. W Heinrichu wciąż istniał przygaszony, ledwo tlący się żarek, a którego nie zagasił. Czemu?
Bo się wciąż bał. W duszy obawiał się wypowiedzieć słów odpowiedzi.Heinrich spojrzał umęczonym wzrokiem na Mergę, wizję tego, co zwalczał całe życie. Powinien nią pogardzać, chcieć jej zniszczenia, ale była mu w tym momencie bliższa niż ktokolwiek był dawniej.
I teraz już nie umiał jej nienawidzić.- Pomóż mi... - odezwał się z błagalną nutą, lekko uginając się przed nią by zdawać się mniejszym od niej, jak zlękniony uczeń szukający wsparcia mentora - Pomóż mi się zmienić, całkowicie uwolnić od dawnego ja…
- Chodź, chodź do mnie Heinrichu. Chodź do mnie moje dziecko. - rogata wiedźma o niesamowitych, złotych oczach wyciągnęła ku byłemu wrogowi Chaosu swoje fioletowe ramiona jak witająca kochanego syna matka. Głos też miała kojący i matczyny jakby chciała ukoić rozterki i wątpliwości swojego dziecka.
Światło zasiane w duszy Heinricha już dawno zagasło, teraz tylko kryło się po kątach świadomości wpierw zaduszone cierpieniem, strachem i uczuciem porzucenia. Teraz jego mierny poblask ginął zakryty płachtą nieprawdziwej troski, przygarnięcia do tych, przed którymi ostrzegał rozum, jaki ostrzegałby dalej, gdyby nie uciszyła go beznadzieja i niekończące się katusze.
Heinrich zrobił krok bliżej Mergi, pozostawiwszy laskę opartą o ścianę. Chwiał się lekko, gdy uczucie było inne, obce, ale mimo wszystko podszedł.
Uchwycił dłonie kobiety i złączywszy je delikatnie, ucałował ich skórę z szacunkiem pochylając głowę, której czoło wsparł o te dłonie.- Już dobrze Heinrichu, już dobrze. Wszystko się jakoś ułoży. Zostań z nami, ze swoją nową rodzina. I wytrwaj. Pomóż nam a my pomożemy tobie. Mało nas i otaczają nas wrogowie. Tylko sami na siebie możemy liczyć. Zostań z nami a jakoś wszystko się ułoży. - szeptała cicho i miała kojący głos jak matka nucaca kołysankę swojemu dziecku. Z bliska czuł jej delikatny dotyk pocieszycielki. Ciepło jej żywego ciała i ziołowy zapach płynący chyba z jej włosów.
Heinrich zamknął oczy pozwalając uczuciom bezpieczeństwa i troski zalać rozdygotaną psychikę. Nie chciał nawet sobie tego na głos powiedzieć, ale bał się tego zagrożenia, a jakie został wepchnięty. Teraz jednak... Merga zdawała się swoimi słowami odsuwać obawy i koić duszę. Nie był sam. Imperium mogło go odrzucić jak obrzydliwy odpadek, jednak Heinrich zyskał prawdziwe zrozumienie, rodzinę.
- Nie jestem już jednym z nich. - szepnął zdartym od krzyku głosem - Ale mam ciągle wiedzę. - z zadowoleniem wdychał ten ziołowy zapach rozchodzący się od kobiety, kojący nerwy.
Uniósł wzrok na jej twarz w oczach ukazując swoje podstawowe uczucia - żalu za stratą wszystkiego, czym karmił ambicję mając władzę nad innymi jako jeden z Łowców Czarownic i bycia prawie nietykalnym w strukturach Imperium. Tęsknoty za uczuciem, jakie to oferowało, a jednocześnie poczucia przynależności i posiadania celu. Bez tego czuł się pusty, bezbronny.
- Nie mam magii, jedynie mogę ją zobaczyć. - szepnął z pogłosem jakiegoś braku spełnienia - Ale i tak mógłbym dzięki doświadczeniu i wiedzy walczyć z wrogiem, odciągać rodzinę przed wyrządzeniem sobie szkód. Wydaniem siebie na widok Łowców. Zrobieniem tego jednego kroku za daleko, na jaki oni czekają.
- Oh, wierz mi Heinrichu, nie wszystko da się załatwić magią. Czasem mnie samą to zaskakuje. Jest całkiem sporo aspektów życia codziennego w otaczającym nas świecie jakie da się załatwić bez niej a nawet to lepiej wtedy wychodzi i zwykle jest mniej skomplikowane. - wiedźma zaśmiała się cicho, nieco chyba rozbawiona jakby znów nie otaczał ich tak doskonały i magiczny świat jakby sobie życzyła. Pogłaskała jeszcze rozmówce po policzku patrząc z bliska swoimi oczami w jakich płonął wewnętrzny ogień mocy.
- Ale właśnie ty i twoje doświadczenie jest dla nas cenne. Właśnie jego możesz użyć jako swojego atutu. Na naszą korzyść. My wiemy, czym się trudniłeś więc przed nami nie musisz tego ukrywać. W przeciwieństwie do reszty świata. Dla nich lepiej dla ciebie i dla nas abyś był jakimś tam starszym panem co chce tylko żyć w spokoju i z jakimiś zakonami i tajnymi organizacjami nie ma nic wspólnego. - pokiwała głową głaszcząc go jeszcze chwilę ale pochwaliła właśnie taki konstruktywny kierunek myślenia. Prosiła aby nie zwracał uwagę otoczenia na to kim był w przeszłości aby nie wyszło z tego coś kłopotliwego. W końcu były łowca heretyków, obecnie kuternoga, właściwie samotny i bez wsparcia możnych i władz tego miasta, bez kontaktów i zaplecza mógł kogoś skusić aby mu dopiec w mniej lub bardziej dosadny sposób. Zapewne nie tylko Heinrich niegdyś zalazł za skórę wielu osobom podczas pełnienia swoich obowiązków nawet jeśli to było w innej części Imperium. I ktoś z tutejszych czy przyjezdnych mógł się chcieć odegrać na starym łowcy wiedźm i heretyków nawet jeśli to nie do niego miał żal.
Stary były Łowca stracił na chwilę głos. Nigdy wcześniej żadna kobieta nie umiała wpłynąć na niego jak Merga. Patrzył w jej piękne oczy i tonął w głębi ich mocy. Dusza słabo chciała by nie wchodził w to, nie poddawał się. Przecież wiedział, że to niebezpieczeństwo, sam był uczony o takich sztuczkach... ale czy to jeszcze miało jakiekolwiek znaczenie? Ogień chaosu był zgubny, był zdradliwy... ale był też tak cholerne przyjemny, a Heinrich... przecież i tak w nim już brodził.
- Czasem ciężko uwolnić się... - z przyjemnością przyjmował dotyk Mergi na policzku - Ciężko zapomnieć o tym, kim byłeś. Jak wiele zyskałeś. Kiedy jeszcze miałeś wyraźny cel. - sycił się ciepłem skóry kobiety o oczach pełnych potęgi - Porzucić posiadaną... - urwał, jakby walczył sam ze swoim wstydem, kiedy musiał odkryć przed sobą prawdę - ...władzę.
- Oh tak, to prawda. Nie jest łatwo zrzucić skórę nawyków i przyzwyczajeń. Opuścić już tak dobrze ułożone gniazdko w jakim mamy wszystko poukładane. Wbrew pozorom człowiek nie wąż aby bez przeszkód i konsekwencji mógł zrzucić skórę i żyć dalej. - powiedziała z łagodnym uśmiechem zrozumienia i posłała nieco rozbawione spojrzenie ku wyznawczyniom Węża. Ale te w tej chwili nie zwracały na nich uwagi pogrążone rozmową ze sobą nawzajem.
- A im jest się wyżej, ma się większą władzę i możliwości, tym trudniej wejść w skórę szarej myszki. - dodała nadal kiwając głową na znak, że może zrozumieć taki punkt widzenia. - Ale gdy mamy nóż na gardle to trzeba. Trzeba odrzucić te nawyki i wygodę i zacząć nowe życie.Ubrać nową skórę i maski. Zacząć żyć od nowa. Jako ktoś inny. Dajmy na to taka stara mysz co przybyła nad morze dożyć w spokoju swoich dni grzejąc swoje stare kości nadmorskim słońcem. - powiedziała przeczesując mu włosy palcami jakby był małym chłopcem a ona jego matką, babcią czy opiekunką.
- Ale na szczęście nie jesteś tu sam. Jak widzisz masz od czego zacząć. I jestem przekonana, że rodzina ci pomoże co da radę. Wbrew pozorom to chociaż tak często wszystko trzeszczy w szwach na tych naszych rodzinnych spotkaniach to jak widzisz jakoś udaje nam się wspierać się nawzajem i nawet zmierzać ku wspólnemu celowi. - znów posłała spojrzenie po siedzących przy złączonych stołach sylwetkach, tak różnych i przypadkowych, że wydawali się na pozór nie mieć ze sobą nic wspólnego. Może by się udało jakoś dopasować Rune do Silnego, Thobiasa do Sigismundusa, dwie czy trzy łotrzyce do siebie albo dwie eleganckie szlachcianki. Ale jako całość? Zdecydowanie nie. Każde wydawało się być wyrwane z innych dzielnic miasta. A jednak było tu na nich miejsce. Merga wskazała mu głową na Łasicę i Silnego którzy byli swoimi tradycyjnymi adwersarzami i prawie nie zdarzało się aby w czymś byli zgodni. Silny nie raz nie ukrywał, że najchętniej by dorwał łotrzycę i spuścił jej solidny łomot a ona, że najchętniej wywinęłaby mu jakiś bardziej finezyjny numer co wcale nie oznaczało, że mniej wredny. Ale jakoś się znosili, zwłaszcza jak Starszy był w pobliżu i miał na nich wpływ. No albo sama Merga.
Wzrok Heinricha na chwilę spoczął na zgromadzeniu.
- Brakuje mi zrozumienia ich. Wiedzy o ich głębszych pragnieniach. - wrócił do twarzy mutantki - Bo to co widać... jest bardzo proste. A może nie zauważam jeszcze nic poza powierzchnią. - przesunął dłoń do twarzy Mergi i przesunął palcami po policzku pod okiem kobiety - To irytuje, gdy jesteś świadomy jak wiele ci wiedzy brakuje o świecie, w którym żyjesz.
- Sztukę poznawania innych, siebie, tajników magii, wiedzy, zakazanych sekretów to jest doświadczenie jakie każdy z nas musi zgłębić sam Heinrichu. Oczywiście dobrze jest mieć kogoś kto nas wspiera, kieruje, pomaga, jest naszym mentorem i drogowskazem. Zwłaszcza jak właśnie taki kierunek nas interesuje. Ale ostatecznie każdy z nas kluczowe kroki musi zrobić sam, osobiście. To jak z jazdą na koniu czy pływaniem. Nie nauczysz się jeździć konno tylko oglądając konie, rozmawiając o nich czy obserwując jak inni jeżdżą. Trzeba wsiąść na grzbiet i zobaczyć co z tego wyjdzie. Tak samo tutaj z twoją… Właściwie naszą, nową rodziną. Ja też nie jestem tu z nimi od początku a przez te pół roku bardzo się z nimi zżyłam. To samo z tobą. Nie zrozumiesz ich tylko stojąc z boku i obserwując. Jeśli nie zrobisz kroku aby ich poznać na zawsze pozostaniesz kimś z boku. Tyle ci mogę poradzić w tej sprawie. - wiedźma z dalekiej, skalistej i mroźnej północy dała się pogłaskać po twarzy byłemu łowcy czarownic z południa Imperium. Co wcześniej poświęcił całe lata na ściganiu takich jak ona i sylwetki jakie ich otaczały. A ona zapewne też nie raz wchodziła w konflikty z takimi jak on. Ale teraz stali tu razem, w tej pękatej ładowni starej kogi co się lekko bujała na łagodnych dziś falach i rozmawiali ze sobą o przeszłości, teraźniejszości i przyszłości.
- Musisz się w to zanurzyć Heinrichu. Inaczej zawsze będziesz kimś z zewnątrz. Kimś kto jest wśród nas tylko jedną nogą. I boi się zrobić ten ostatni, integracyjny krok. Niepotrzebnie. Odrzuć przeszłość, odrzuć wahania. One tylko cię blokują. Jak cię sługusy władz odnajdą i tak zginiesz w walce albo podczas kaźni w lochu czy potem na stosie. Już nie ma dla ciebie innego życia niż to z nami. - szeptała cicho patrząc mu w twarz swoimi niesamowicie złotymi oczami i strzepując mu jakiś niewidzialny paproch spod kołnierza.
Były Łowca Czarownic patrzył w oczy Mergi jak zahipnotyzowany. Kiwał głową na jej słowa, ale też wyraźnie nie paliło mu się zaprzestać obserwacji.
- Za same twoje oczy, mimo że piękne, skazałbym na śmierć. - uśmiechnął się na sytuację - Ta ironia... A byłoby tak inaczej, tak niedawno. - dodał cicho.
- Oh, dziękuję za komplement Heinrichu, to bardzo miłe z twojej strony. - odparła rogata wiedźma uśmiechając się z rozbawienia lub zadowolenia. Skróciła dystans jeszcze bardziej i delikatnie pocałowała jego usta. Odsunęła się trochę i pacnęła go palcem w policzek. - Ale otrząśnij się i przestań żyć przeszłością. Nie jesteś już stróżem prawa i nie masz władzy skazywać kogokolwiek. To minęło Heinrichu. - dodała tonem delikatnego upomnienia. I odsunęła się już tak jak nakazywała damie powszechnie pojęta przyzwoitość. - Czy jest jeszcze coś co chciałbyś ze mną omówić? - zapytała wskazując wzrokiem, że jeszcze parę innych osób też zerka w ich stronę i nie był jedynym jaki miał ochotę i potrzebę porozmawiać z wyrocznią.
- To wszystko, dziękuję. - Heinrich skłonił się szlachecko. Z jego wzroku można było odczytać, że w sumie nie wie czy powinien tak być zadowolony z tej sytuacji z Mergą... ale w sumie...
Był zadowolony bez śladu poczucia winy.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Angestag; wieczór; koga “Stara Adele”
Zbór
Otto był zmęczony dzisiejszym dniem, a jeszcze się nie skończył. Czekało go jeszcze przedstawienie sytuacji z Heroldami, ale na razie pozwolił rodzinie przedstawić swoje sprawy. Skinął na przywitanie Dornie, z krótkim "Witaj Siostro", kiedy ta została przedstawiona rodzinie. Spojrzał z delikatnym smutkiem na przepychanki między Sigismundusem a Pirorą.
- Kult Grubsona jest oddany Slaanesh, Sigismundusie. W całości, o ile możesz spróbować sprzedać hodowlę jako nowe doświadczenie… obawiam się, że ich wiara jest dość… płytka. - wiedział, że pewnie rozgniewa kilka osób, ale zauważył to samo u służek Węża w ich rodzinie.
Wysłuchał opisu snu Mergi, zamykając oko, pozwalając pustemu oczodołowi zobaczyć obrazy, które malowały słowa wyroczni. Piękny świat, pełen pięknych rzeczy.
Otto uniósł dłoń, kiedy padło pytanie o ich sny.- Widziałem moich pacjentów, tych którzy słyszą zew Sióstr, ich Heroldzi. Poinformowali mnie, że Siostry muszą zostać przyzwane jednocześnie. albo inaczej, nie ma innej opcji niż przyzwać je wszystkie jednocześnie. - o przesłaniu Vigo postanowił poczekać, aż zaczną mówić o dziedzictwie Oster. Podniósł jednak głowę kiedy padła informacja o szukaniu nowych rekrutów.
- Jeżeli mogę Starszy. - Otto podniósł i spojrzał na swoją rodzinę, zatrzymując wzrok na Silnym i innych Khornitach - Annika, Herold Norry, jest wolna i bezpieczna pod opieką Fabienne von Mannlieb. Słyszy zew ołtarza ofiarnego Norry, którego pilnuje jakiś zwierzoludź. Herold odwiedzi ten kamień, wyzwie strażnika na pojedynek, wygra i stanie się nowym stróżem. - mnich przedstawił to wszystko jakby już widział jak to się dzieje. Najwyraźniej wierzył w wizję Anniki tak bardzo jak ona - Herold widziała wielką armię Norry dowodzoną przez Czarnego Rycerza. Podejrzewam, że może być powiązany z ołtarzem. Wszyscy słudzy Boga Krwi są zaproszeni, aby zobaczyć pojedynek. - uśmiechnął się do Khornitów - Ale obawiam się, że będziecie musieli zadowolić się jedynie widowiskiem.- Wszystkie Siostry muszą zostać przyzwane jednocześnie? - Mergę widocznie zainteresowało to stwierdzenie. Zastanawiała się nad tym chwilę co wykorzystał Sigismundus. Nachylił się do Otto i rzekł do niego cicho.
- Właściwie nie jestem wybredny gdzie i jak one rozkładają nogi. Obojętnie mi to. Byle dały się zasiać. A potem przyniosły plon. Właściwie jak dadzą znać to już kogoś po ten plon się pośle. Byle dały się zasiać i wydały plon. - aptekarz pokiwał ze zrozumieniem swoją byczą głową jakby o wyznawczyniach Węża, chyba nie tylko tych z ich zboru, nie miał najlepszego zdania. I rozpatrywał je tylko pod kątem użyteczności jako nosicielek w nowej hodowli.
- A co to za Annika? Umie się bić? Dlaczego siedzi u tej Bretonki? Da się ją jakoś wyciągnąć na miasto? Spotkać się? - Silny widząc, że wyrocznia chyba nad czymś rozmyśla skorzystał z okazji aby wyrazić swoje zaciekawienie ową dziewczyną o jakiej Otto tak dobrze mówił.
- Ciekawe. Nie brałam tego pod uwagę. Być może. Nie wiem na ile tak dosłownie trzeba traktować to wspólne sprowadzanie. I tak potężne istoty jak Siostry powinny móc funkcjonować same z siebie, bez pozostałych Sióstr. Ale kto wie? Może zawarły jakiś pakt o jakim nie wiem. Może wspólnie są stabilniejsze w naszej rzeczywistości. Albo potężniejsze. W każdym razie dobrze, że o tym mówisz Otto, będę musiała to sprawdzić. - wyrocznia przetrawiła chyba te informacje bo odezwała się znów jak uczona jaka rozważa jakiś interesujący projekt.
- Tak przemówiły do mnie we śnie, ustami moich pacjentów. I najwyraźniej wszystkie przemawiają do nas, niezależnie od naszych własnych patronów. Być może, nie chodzi tylko o jakiś pakt, ale ich relacje mogły być trwalsze niż rywalizacja Wielkiej Czwórki. - Otto westchnął najwyraźniej zmęczony - Annika jest jedną z moich pacjentek, czy umie się bić… nie widziałem, ale wiem, że umie przegrywać. Została dźgnięta łyżką i trafiła do lazaretu, a dziś pogoniła na południe pod wpływem zewu ołtarza i złamała nos oraz wybiła zęby jednemu strażnikowi. Pokonali ją w kilku, ale jednak. Jest u Fabienne ponieważ ona była jedynym bezpiecznym sposobem, na wyciągnięcie jej. Co do spotkania, chciałem się z tobą umówić. Fabienne chętnie zasponsoruje jej broń i zbroje, ale ani ona, ani ja się na tym nie znamy. Mam nadzieję, że ty będziesz mógł bardziej pomóc. Jeśli zniesiesz obecność Slaaneshytki.
- To jest u tej Bretonki? - Silny trawił to przez chwilę wskazując na czerwoną milady jaka niedawno o niej mówiła. - Dobra, może być. To umów nas z nią. Zobaczymy co to za jedna. A sklep z bronią no tak, znam jakiś. Możemy tam pojechać. - łysy mięśniak zgodził się z na taką wstępną propozycję i chyba był ciekaw tej kobiety jaka zmagała się dzisiaj ze strażą miejską.
- A ten czarny rycerz, ciekawe kto to jest. Też mi się śnił. Prowadził nas do bitwy. Ona go zna? Wie kto to jest? No nieważne, zapytam ją jak się spotkamy. To na kiedy możesz nas umówić z nią? - lider krwawych ogarów był podekscytowany tymi dobrymi wieściami jakimi podzieliła się z nimi Merga, Otto i reszta. Wydawało się, że wreszcie i do nich bogowie się uśmiechnęli obdarzając ich swoją wspaniałomyślną łaską.
- Napij się wina złoty chłopcze. To cię wzmocni. Bo wyglądasz na zmęczonego. Coś ci się przydarzyło przykrego dzisiaj? - Sigismundus w międzyczasie niczym jowialny wujek podał kubek wina swojemu jednookiemu siostrzeńcowi. I zdradzał troskę jego oznakami zmęczenia.
Były łowca czarownic przysłuchiwał się rozmowom prowadzonych po sprawie dziedzictwa Oster. To, co Otto powiedział o snach było... interesujące.
- Potrzeba nam też wybranego Vesty. - odezwał się w końcu - Bez takiej osoby nie mamy szans znaleźć dziedzictwa... a na pewno wyjść żywym po odnalezieniu. - spojrzał po zgromadzonych - Możliwe, że artefakt w Akademii to tylko klucz, jaki pomoże w znalezieniu, może nawet i tym nie jest. Niemniej i do jej dziedzictwa potrzebujemy kogoś konkretnego.
- Możliwe. Niestety póki jest zamknięty w Akademii trudno coś o nim powiedzieć. No chyba, że udało się wam coś dowiedzieć od naszego ostatniego spotkania. - Starszy skinął głową Heinrichowi ale wolał najpierw sprawdzić czy mają jakieś nowe informacje w tej sprawie.
- Zapewne każdy z tych artefaktów od Sióstr jest potężny. I każdy może wyglądać inaczej i mieć inne właściwości. Jak choćby ten alabastrowy posąg Pajęczej Królowej jaki tu mamy i to co chłopcy opisywali w Jaskini Oster. Więc zapewne to co jest zamknięte w tamtej skrzyni to też jeszcze coś innego. Jednak każdy kolejny zdobyty artefakt czy strzępek wiedzy o Siostrach zbliża nas do sprowadzenia ich z powrotem na ten świat. - Merga też się odezwała dorzucając swoje uwagi na ten temat.
- Ja tam nie widzę większego kłopotu skoro Joachim mówi, że wie gdzie ta skrzynia jest. Już o tym dzisiaj gadaliśmy. Te drzwi jakoś trzeba sforsować a reszta to zwykłe przeniesienie skrzyni do łodzi. No wcześniej te psy co tam biegają trzeba będzie uciszyć i tak dalej ale robota do zrobienia. - Silny spojrzał na Rune, Joachima i Heinricha z jakimi spotkał się wcześniej w “Kociołku”. Jak na swoje standardy to był w dobrym i pogodnym nastroju po usłyszeniu tych wszystkich wieści od początku spotkania. To i robota z włamaniem się i rabunkiem Akademii wydawała mu się do zrobienia.
Heinrich pokręcił głową na słowa Silnego.
- To nie może zostać tak przeprowadzone. Nie, jeżeli nie chcemy mieć zaraz na karku naszego miejskiego Łowcy Czarownic. - mężczyzna spojrzał na Joachima - Nie mówiłem ci tego wszystkiego po wyjściu, aby konkretnie tylko ciebie ochronić. Mówiłem, że musisz się trzymać z dala, aby chronić cały kult.
- Łowcy czarownic? Tego Hertza? A co on ma do tego? Też tam był? - Silny zmarszczył brwi niezbyt widząc dlaczego Heinrich przytoczył tutaj argument łowcy heretyków co od paru lat działał w ich mieście. Reszta też wyglądała na zainteresowanych tym wątkiem.
Heinrich uśmiechnął się półgębkiem.
- Z tego co wiem to wtedy nie. - ogarnął wszystkim wzrokiem - Ale jeżeli ktoś sądzi, że ten pies jest nieświadomy całej przepowiedni Joachima, jakiś silnych, nieznanych artefaktów w skrzyni, na które ktoś ma chrapkę... To chyba nie chcecie doceniać go. - zwrócił głowę do Silnego - Tak, on krwawi i zdechnie jak każdy... Ale Łowcy Czarownic nie mają być silni solo. Tacy jak ja byłem o tym wiedzą, nawet jeżeli się nie przyznają lub chcą zaprzeczać. Nie są nieśmiertelni, więc wystawią się tylko w ostateczności lub pewnej wygranej. W innej opcji... przeliczą się i zginą. - spojrzał na Joachima, który był w Akademii, oczekując na jego słowa.
- Rozumiem twoje obawy Heinrichu, i dziękuje za wsparcie - odparł ostrożnie Joachim.
- Myślę, że akcję w Akademii trzeba zrobić w ciągu najbliższych dni, bo przez moje ostrzeżenie są w trakcie zwiększania zabezpieczeń. Natomiast niekoniecznie chyba jako osoba która udzieliła ostrzeżenia będę w kręgu podejrzanych, prawda? Chociaż w śnie który miałem dzisiaj, słyszałem głos zalecający żebym uważał i czy się nie zapętliłem w sieć. I coś wiąże ten artefakt Vesty z jakimś potworem na bagnach - pokrótce opisał ten fragment snu. - Starszy, Mergo, co o tym myślicie? Na bagna i tak się wybierałem poszukać składników do mikstur Sigmindusa.- No właśnie, bo rozważaliśmy tą wyprawę na bagna bo tam jest kilka istotnych składników do tych bardziej zaawansowanych składników tych mikstur wspomagających hodowlę. Tych bardziej zaawansowanych. Bo te proste są dość proste. Te już zaczęliśmy ze Strupasem produkować. Za kilka dni powinny być gotowe. Ale zapewne już będzie za późno na wsparcie pierwszych miotów Loszki i tej Pielgrzymki no ale będą gotowe na później. Jednak ja raczej nie mogę opuścić apteki, Strupasa też mi ciężko puścić no ale ostatecznie może któryś z nas by dołączył do wyprawy na bagna. Ale przydałby się ktoś jeszcze aby nasz kochany i dzielny Joachim nie szedł tam sam. - aptekarz żywo pokiwał swoją byczą głową i rozejrzał się po zebranych twarzach aby sprawdzić kto jeszcze byłby chętny na taką wyprawę. Bo z powodów braku personalnych dwuosobowemu zespołowi nurglitów ciężko było wyasygnować jakieś siły na wyprawę za miasto. A jeszcze mieli w planie przeprowadzkę do Jaskini Oster co była w przeciwnym kierunku a też to jakoś trzeba było przygotwać.
- No ja bym mógł spróbować ale szczerze mówiąc jestem dość wątłego zdrowia no i niezbyt znam się na łażeniu po mokradłach. Zaraz bym się zgubił albo coś by mnie zjadło. - Thobias podobnie jak wcześniej na spotkaniu w aptece zgłosił się ale raczej na rezerwowego członka. Rzeczywiście wykształcony i elegancki guwernant, nauczyciel niezbyt pasował do stereotypu wycieczki na bagna.
- Ja na pewno nie będę się taplać w jakichś bagnach. Mam zresztą mnóstwo spraw na miejscu. Teatr, tych aktorów co mają przyjechać i całą resztę. Zresztą też nie znam się na łażeniu po bagnach. - zaznaczyła Pirora od razu, że wcale nie ma ochoty na tego typu wycieczki pełne komarów, błota i robactwa.
- Ah, co do tej Jaskini Oster. - Starszy uniósł palec jakby coś mu się przypomniało. Więc zwłaszcza Sigismundus spojrzał na niego z zainteresowaniem. - Rozmawiałem z Kurtem. On zaproponował, że można by tam wpływać łodzią do tej jaskini. Tylko albo trzeba by wziąć jakąś stąd i tam przepłynąć. Albo kupić jakąś w pobliskich wioskach rybackich. Tylko Kurta tam nie było to nie jest pewny czy tam przybój nie jest na tyle silny aby było możliwe wpłynięcie i użycie łodzi. - zamaskowany lider zboru przekazał im słowa jednonogiego wilka morskiego i nawet nie było chyba aż tak dziwne, że zaproponował wodny transport do wnętrza jaskini zamiast budować jakieś kładki czy poręcze.
- Nie, nie! Woda tam spokojna! Znaczy… Wewnątrz jaskini, im głębiej tym spokojniejsza. Tam całkiem w głębi to prawie stoi w miejscu. I ją pokrywa tak cudownie dojrzały korzuch. Ale na zewnątrz to tak, trochę rzuca. Nie mieliśmy wtedy łodzi to nie wiem czy by się udało przepłynąć do wnętrza. To by dobrze jakby ktoś kto się zna na tych łodziach tam wpłynął. Jakbyśmy zostawili łódź przy wejściu jaskini to potem by można nią pływać w głąb i z powrotem. - aptekarz zapalił się do takiego pomysłu. Ale, że nie był zawodowoym wioślarzem, rybakiem ani żeglarzem to nie do końca był pewien czy łódź dałaby radę sforsować te fale przyboju.
- No szkoda, że wtedy z wami Kurta nie było. Teraz nie wiem czy zdąży wrócić i załatwić tą sprawę z łodzią. - Starszy pokiwał głową żałując, że mają tak skromny element morski w ich składzie. Jeszcze chwilę o tym dyskutowali bo poza Kurtem jeszcze Norma znała się na żeglarstwie ale ona też była przewidziana do opuszczenia miasta razem z Mergą. Więc jej użycie w tej roli też nie było takie pewne.
- A w sprawie tego włamania do Akademii to właściwie jak sprawy stoją? Co udało wam się ustalić? Bo słyszę, że Joachimie widziałeś tą skrzynię i wiesz gdzie ona jest. Ale też jakieś zabezpieczenia mają montować. Możesz to jakoś wyjaśnić? Może dziewczęta coś doradzą. Znają się na takich sprawach. - Starszy co sam w końcu nie był w Akademii i znał tą sprawę jedynie z relacji swoich podwładnych poprosił aby astromanta bardziej naświetlił sprawę. I niejako poprosił o opinię obu łotrzyc co w ich tajnej rodzinie miały największe doświadczenie jako włamywaczki. Na to Silny prychnął z niezadowolenia ale skoro takie było życzenie mistrza to więcej się nie odezwał.
- No to mówcie co wam się udało ustalić. My Akademii nie znamy. Nie miałyśmy tam spraw do załatwienia. To nie bardzo wiemy co jest w środku. - Łasica skinęła głową gotowa wysłuchać jak się sprawy mają z tym włamaniem do morskiej uczelni.
Heinrich wstał z miejsca i niespiesznie podszedł do Joachima, za którym się zatrzymał.
- Młodość... - mruknął patrząc w sufit - Przemawia przez ciebie bardziej zabójcza wada wieku, młody magu.
Nachylił się bliżej Joachima, aby powiedzieć mu na tyle wyraźnie, aby jego słowo usłyszeli też inni.
- Naiwność. - wyprostował się trzymając dłoń na plecach Joachima, ale zwracając się do ogółu - Kradzież w Akademii możemy połączyć z kradzieżą w Światyni. Dwie grupy, prawie w jednym czasie.
Były Łowca zwrócił się do Łasicy.
- Dziewczyny mogłyby dodać pułapkę do kadzideł. Truciznę. Bardzo konkretną, bardzo zwyczajną, bez grama chaosu w niej. - spojrzał po tym na Sigismundusa.
‐ Potrzebowalibyśmy twoich talentów w sporządzeniu owej trucizny. - zwrócił się do nurglity - Aby rozprowadzona w powietrzu spowodowała paraliż mięśni, głównie serca. By od razu nie została wykryta w powietrzu. By mniejsza dawka nie doprowadzała do końca, ale większą i tak użyjemy. Byłbyś w stanie opracować?
- Trucizna? Taka rozpylana w powietrzu? Hmm… - aptekarz zaciekawił się tą prośbą i zaczął się zastanawiać. Korzystając z tego obie łotrzyce włączyły się do dyskusji.
- Ale jaka trucizna? Jakie kadzidła? My chcemy to załatwić w nocy. W nocy świątynia jest zamknięta i nikogo tam nie będzie. Oprócz tych czarnych strażników co jej pilnują. To ich chcesz jakoś potruć? Ale jak w powietrzu to przecież my też tam będziemy. - Łasica zmrużyła oczy nie bardzo wiedząc jak to pytanie o kadzidła i trucizny ma dopasować do tego planu jaki przedstawiła wcześniej.
- Przedstawiony plan nie wywoła dodatkowego efektu. I nie przyczyni się do odsuniecia w czasie festynu. Śmierć w świątyni daje na to szanse. - spojrzał na Sigismundusa - Także trzeba stworzyć odtrutkę, coś by ochroniło dziewczyny. - po tych słowach zwrócił się do wszystkich - Nie będzie zamieszania, po cichu to zrobimy... Zamieszanie później powstanie. A kapłanka Morra raczej nie będzie za zabawą po tragedii.
- Skąd wiesz, jaki to będzie miało efekt na festyn? I czy w ogóle? Jak dla mnie to rabunek głównego skarbca największej świątyni w mieście wywoła całkiem spore zamieszanie. Może takie jak zimą po kazamatach? Nie wiem. Ale na pewno spore. Jak bandyci obrobią podróżnych na trakcie pod miastem to jest plotka dnia, jak jakiś bogaty sklep czy złotnika to na następne parę dni albo tydzień. A tu chodzi o świątynie do jakiej wszyscy chodzą. No i datki jakie wrzucali. No i w mieście mimo wszystko wciąż jest sporo znamienitych gości co przyjechali na ten odwołany festyn. Jak dla mnie to wybuchnie całkiem spore zamieszanie. Będą szukać skarbu no i rabusiów. - Łasica wydawała się niezbyt przekonana do modyfikacji swojego planu. A zamieszanie jakie przewidywała miało być spore ale trudne do oszacowania zbyt dokładnie.
- A jak chcesz śmierci w świątyni to można załatwić tych strażników. To są gwardziści tej morrytki więc nie jakieś obszczymury z odpustu. W nocy jest ich tam trzech czy czterech. Tylu zwykle tam jest jak przychodzimy tam rano więc to nocna zmiana. Siedzą tam na zapleczu a na dole, w lochach raczej nie bo ciemno tam w nocy jest a chyba nawet oni nie staliby tam po ciemku przez całą noc. - Burgund dodała coś od siebie tym razem odzywając się ale wydawała się podobnie oceniać sytuację jak koleżanka.
- No w powietrzu to trochę nietypowe. - odparł po namyśle aptekarz włączając się ponownie do dyskusji. - Zwykle to takie mocne rzeczy dodaje się do jedzenia albo picia. Rzadko są całkowicie niewykrywalne. Albo zmieniają smak albo zapach czy kolor. A nawet jak nie to potem zostaje jakiś osad. No i trzeba uważać na jadeity. Jadeity wykrywają truciznę. Więc często się je umieszcza w kielichach lub podobnie. Oczywiście tych których stać na jadeit. Dlatego jak już się kogoś truje to zwykle gdy biesiada już trwa, wszyscy są podpici, mniej uważni no a przynajmniej to są znacznie bardziej sprzyjające okoliczności niż tak gdy wszyscy są trzeźwi i w pełni się kontrolują. A jak już są nieufni czy podejrzliwi to już w ogóle wszystko mocno utrudnia. No ale właśnie dlatego te trucizny to zwykle jakis proszek albo płyn co się podaje do jedzenia. - grubas zaczął z zapałem tłumaczyć różne aspekty trucicielstwa w jakim najwyraźniej też się wyznawał. I okazało się, że to nie tylko sprawa samej trucizny ale też okoliczności jej podania sporo mogła zmienić.
- A w powietrzu to trudniej. Dużo trudniej. Po pierwsze powietrze jest w ruchu. Im większe pomieszczenie tym bardziej się wszystko rusza i rozprasza. A ta główna nawa w świątyni jest ogromna. Strasznie długo trzeba by ją truć aby uzyskać jakiś efekt a każde otwarcie drzwi czy okien robi przeciąg jaki wszystko albo sporo rozwiewa. To całe dnie takiego kadzenia trzeba by poświęcić, gdzieś umieścić te kadzielnice na stałe czy jakoś tak aby sączyły tą truciznę a efekt nadal myślę byłby mocno niepewny. Bo to duża przestrzeń. Co innego jak mniejsza. Jakaś izba, korytarz albo podobnie. Im mniejsze pomieszczenie tym łatwiej uzyskać większe stężenie czegoś w powietrzu aby to miało pożądany efekt. No i stojące powietrze, szczelne to by musiało być, bez przeciągów, wiatru i tak dalej. Bo to też utrudnia. To podobnie jak z dymem. Pewnie wiecie jak jest, na dworze to wystarczy odejść od ogniska czy stanąc po zawietrznej a jak w izbie się komin zapcha to trudno wytrzymać jeśli ogień dalej buzuje i cały dym leci do wewnątrz. Ale jak się otworzy drzwi i okna no to już lepiej się robi prawda? - aptekarz zabrał się najpierw za sam rozmiar pomieszczenia świątyni i jego zdaniem było z powodu rozmiarów bardzo trudne do zadymienia odpowiednią substancją. Z mniejszymi komnatami i korytarzami to powinno być łatwiejsze do osiągnięcia.
- A teraz jeszcze co. Najbardziej to by się nadawało… Hmm… Właściwie wszystko co się pali. Tylko to daje dym i zapach jakie są wyczuwalne i widoczne gołym okiem. Im więcej, im dłużej, tym łatwiejsze do zauważenia. Można oczywiście zmniejszyć dawkę no ale wtedy efekt z założenia będzie słabszy. Myślę, że by sie nadawały zwykłe zioła nasenne. Chociaż aby ktoś zasnął na stałe to by naprawdę długa ekspozycja musiała by być. Ospałość, senność, są bardziej prawdopodobne. No i zapach ziół nasennych jest dość rozpoznawalny to chyba nie powinien się kojarzyć zbyt groźnie. Są też bardziej zjadliwe rzeczy na bazie siarki i popiołu. Łzy lecą, kaszel, plucie i takie tam atrakcje. No ale to drażni od pierwszego wdechu. Więc raczej jest nie do przegapienia. Zapwene by otworzyli drzwi i okna aby wywietrzyć zanim by się coś zaczęło dziać. Są też różne trujące mizamaty jakie mogą wywoływać błogosławieństwa Ojczulka. Ale to nie działa od razu i nie na wszystkich, może by się objawiło po tygodniu, po dwóch, po trzech to nie wszyscy by to musieli z czymś co się działo w świątyni kojarzyć po tak długim czasie. Jedyne co mi przychodzi teraz do głowy aby skutecznie kogoś zatruć przez powietrze to albo jakieś małe pomieszczenie albo w jakiś sposb zablokować całą świątynie z wszystkimi ludźmi w środku. Nawet wtedy to duże pomieszczenie jest więc te najbardziej zjadliwe środki by potrzebowały czasu aby powalić sporą część. Łatwiej już pewnie by było podpalić świątynie. - aptekarz chociaż sam pomysł wydawał mu się ciekawy do rozpatrzenia to raczej pozostawał sceptyczny czy udałoby się na zamówienie, potruć większą ilość ludzi przez powietrze w tak dużym pomieszczeniu jak nawa główna największej świątyni w mieście. Do tego uznał to miejsce za bardzo niesprzyjające takim planom. A efekt aby zrobić to dyskretnie był jeszcze trudniejszy do osiągnięcia bo większość tych bardziej zabójczych trutek które można by się pokusić o podpalenie czy inne rozpylenie w powietrzu była dość łatwo wykrywalna zapachem czy w postaci dymu. No i przy pierwszych objawach zatrucia trzeba by liczyć się z kontrakcją wiernych w postaci ucieczki czy otwarcia okien i drzwi co od razu by rozwiało największe stężenie trucizny.
Mnich wsłuchiwał się w plan Heinricha i widział w nim potencjał. Rozumiał jakie kłopoty mieli z nim pozostali więc postanowił się udzielić.
- Łasico, o ile wiem, że nawet cały cmentarz świeżych zgonów nie powstrzymałby cię przed świętowaniem, za to cię kochamy. To zwykły rabunek świątyni nie odwlecze festynu. Natomiast masowa śmierć, podczas mszy, w świątyni Mannana w portowym mieście? To na pewno odwróci uwagę wszystkich istotnych od jakiejkolwiek imprezy. Zawsze możemy to zrobić podczas wieczornej mszy. Sigismundus ma rację, że przez powietrze nie zadziała dostatecznie szybko, jeżeli chcemy być z tym skryci. Gdyby w obrządkach Mananna brało udział wino, czy nie wiem, woda morska, można by zatruć to. Słyszałem o istotach… muchach Ojczulka, która potrafią roznieść plagę w przeciągu godziny, ale na to nie ma co liczyć. Hm… - spojrzał ponownie na Łasicę - A woda do podłogi? Gdyby zmieszać wodę, którą dziewczyny myją podłogę świątynną z jakimś mocnym środkiem, który ulotnił się razem z wodą?
Joachim westchnął. Trochę za dużo tych planów było na raz, trudno było mu się skupić. Musiał chyba bardziej docenić element chaosu w tym wszystkim.
- Co do Akademii, artefakt znajduje się w jednej z głębszych piwnic, za solidnie okutymi drzwiami. Mają jeszcze zamontować teraz dodatkowe mechanizmy bezpieczeństwa i poprawić zamki. Wiem, że od nabrzeża Akademia nie jest chroniona murem, ale pilnują tam psy…. -zamyślił się.
- To może jakby tego samego dnia zaatakować Akademię i świątynie, i z Akademii ukraść więcej rzeczy, to trudniej byłoby władzom dojść prawdy? Jak myślicie?
- No to drzwi zamontować to dzień czy dwa samej roboty. To framugi trzeba dorobić i wszystko zrobić jak trzeba. No ale trzeba mieć drzwi. Jak mają gotowe to po prawdzie jutro… No jutro nie bo to dzień świątynny. To w Wellentag mogliby zacząć robotę. Ale całkiem możliwe, że nie mają. Takie drzwi to się robi pod zamówienie i pod wymiar. To może dopiero zacznął robić te drzwi to im z parę dni, może tydzień zejdzie. Plus montaż. - Łasica wyceniła jak na jej oko może wyjść z samą robotą montowania dodatkowych drzwi.
- Jak na moje oko to całkiem sporo osób będzie zaangażowanych w robotę przy świątyni. My załatwimy wejście. Ale trzeba jeszcze załatwić strażników, przenieść fanty na wóz, potem rozładować wóz na łódź, parę osób przydałoby się na żurawia aby filować kiedy straż nadejdzie albo kto inny i tak dalej. A ta robota w Akademii to też mi wygląda na taką co potrzeba pełny etat. Gdzie wam się tak z nią spieszy? Jeść woła ta skrzynia? Tyle tam leżała to i nic jej się nie stanie jak poleży jeszcze trochę. A po zrobieniu domku w świątyni to zrobi się niezły bajzel. Wszyscy będą szukać zuchwalców co się poważyli na takie świętokradztwo. Dodatkowe drzwi to nie problem jak się ma do nich klucz. A tu widzę Joachim tam sobie chadza jak chce. Thobias pewnie też i kto wie czy nam by się jakoś nie udało tam dostać. Ale po robocie w świątyni bo sie nie rozdwoimy. - Łasica była wyraźnie niechętna dodatkowym komplikacjom i zmianom w planie jaki już w sporej mierze opracowała tak, że zostawało obsadzić rolę, zdobyć wóz i można było zaczynać choćby jutrzejszej czy kolejnej nocy.
- Woda w wiadrze no pewnie. Można. Tylko, że to najwięcej one się jej nawdychają i pierwsze padną zanim cokolwiek kogokolwiek innego coś ruszy. Będą najbliżej źródła no i najdłużej. Dostaną największą dawkę. A cała reszta to jest mocno niepewna i łatwo wykrywalna i do uniknięcia zatrucia. To działa najlepiej jak ktoś wypije albo zje trutkę. Albo jak przez powietrze to jak działa długo na przykład podczas snu w nocy. No albo jak ktoś jest zamknięty i nie może uciec od takiego zatrutego powietrza. Im mniejsze pomieszczenie tym to jest łatwiejsze do osiągnięcia, no przecież wam to mówiłem już. - Sigismundus odezwał się jako ekspert od trucicelstwa i dalej mówił jakby słabo rokował w powodzenie takiego planu zatrucia przez powietrze tak dużego pomieszczenia jak główna nawa świątynna o jakiej rozmawiali. Było sporo elementów z których wystarczyło aby jeden przerwać i cały plan się sypał.
- Takie masowe morderstwo może całkowicie odwołać festyn. Zresztą taka kradzież skarbca także. Nie wiemy co zdecydują władze świeckie i kościelne. Żałobę na razie ogłosili do końca miesiąca więc do tego czasu żadnych festynów i turniejów nie będzie. Jak jednak wyjdzie taka grubsza sprawa z kradzieżą na taką skalę no to mogą odwołać. Nie nazwałbym jej zwykłą. Zwykła to można ukraść jakiś medalik czy parę monet z puszki świątynnej. A tu mówimy o rabunku na wielką skalę. Całkiem możliwe, że będzie rwetes jak zimą po uwolnieniu czcigodnej z kazamat. - Thobias się odezwał jako uczony i znawca dobrych obyczajów i tradycji. Starał się przestrzec, że po jakiejś większej akcji turniej i festyn w ogóle mogą być odwołane. A też spodziewał się, że chaos obejmie miasto nawet po tym udanym wykonaniu planu Łasicy.
- Może faktycznie lepiej nie zabijać podczas kradzieży, chcemy żeby wyglądało to na działanie zwykłych złodziei, prawda? - zadumał się Joachim.
- A co do Akademii, ryzyko jest takie, że wzmocnią ochronę, natomiast jeśli nie mamy środków na tę akcję teraz, to możemy podjąć trop na bagnach, moje sny sugerują że tam jest jakiś potwór lub demon w jakiś sposób powiązany z artefaktem w Akademii… można by się tam udać przy okazji wyprawy do zwierzoludzi?- My nie idziemy do żadnych zwierzoludzi Joachimie. Spotykamy się z nimi przy kamieniach. To od murów miasta może nie rzut beretem ale dość blisko. Tyle, że w lesie. A do bagien to jeszcze jest stamtąd całkiem spory kawałek. Przez las to pewnie z pół dnia marszu, może nawet więcej jak będzie kiepska pogoda. I to w jedna stronę. - Łasica zaznaczyła, że z jej punktu widzenia do tych bagien wcale nie jest tak blisko. I to do ich wschodniego krańca jaki leżał najbliżej miasta. A nie wiadomo było jak daleko trzeba będzie wejść w te bagna. No i do tej pory miały zamiar zorganizować nocną orgię ze zwierzoludźmi a nad ranem albo na drugi dzień wracać do miasta. O żadnych dalszych podróżach do tej pory nie było mowy.
- Jak koniecznie chcecie mieć trupy w świątyni to możecie zadźgać strażników podczas tego włamania. Może nie będzie to jakoś strasznie ich wielu no ale to czarni gwardziści tej bladolicej ślicznotki. No i tak jak Joachim mówi. Jak zrobimy włam tak jak mówię to myślę, że powinna być szansa, że uznają to za włam jakiejś zawodowej grupy rabusiów. Na przykład z Saltburga bo tak się przedstawiałyśmy w świątyni. A jakieś kadzidła, wody z trucizną, masowe zatrucia to tak żaden włamywacz nie robi. Nawet takie mięśniaki jak Silny to by prędzej wpadli z łomami i poszli na rympał. Zresztą jak by się zrobiło zamieszanie z tymi trutkami to kiedy chcecie zwędzić ten skarb? Przecież tam będzie pełno ludzi, hałas będzie, na zewnątrz też przecież zawsze ktoś jest podczas mszy, na ulicy zawsze ktoś chodzi, przy powozach wielkich państwa czekają ich woźnice i kogo tam ze służby wzięli. Tylko nocą tam nikogo nie ma i jest ciemno i pusto. A w dzień to zawsze ktoś tam się kręci. - Łasica dorzuciła kolejne argumenty dla jakich nie podoba jej się taki pomysł. Uważała go za mało realny do zrobienia. Zbyt wiele osób w świątyni i dookoła, zbyt wielu przypadkowych przechodniów i świadków. Całkowite przeciwieństwo nocnej akcji o jakiej mówiła do tej pory. I jeszcze jej zdaniem zwinięcie skarbu na jaki przecież od tylu dni czekała wyrocznia też stawało pod bardzo dużym znakiem zapytania.
- Jak jutro będziecie na mszy to się rozejrzyjcie po świątyni. Ile ma okien, ile jest otwartych, ile ma drzwi, jak czuć przeciąg, ile jest ludzi, ilu ludzi stoi na zewnątrz, ile woźniców czeka przy powozach i tak dalej. Wiadomo, jutro jest Festag i po porannej mszy będzie najwięcej ludzi. Ale w inne dni to wygląda podobnie tylko jest tego wszystkiego mniej. - Burgund dodała coś od siebie proponując aby każdy kto na poważnie myśli o tym planie z truciznami i kadzidłami sam jutro na własne oczy obejrzał sobie świątynie pod kątem takiej akcji. Chociaż i we wcześniejsze Festagi większość z nich bywała na porannej mszy to wiedzieli jak to mniej więcej wygląda.
-
Oryginalny autor: Zell
Heinrich nachylił się zza Joachima, któremu nadal naruszał strefę komfortu, zupełnie jakby pilnował maga.
- Nie będzie trzeba nic dodatkowo zabierać. Jak wszystko przez głupich złodziei wyleci w powietrze, gdy chaosowym przedmiotem się pobawią. - odparł lekko - Tak, bomba magiczna by zamazała ślady. Nawet kawałek dowodu by nie zostało. Nie będzie nam Łowca Czarownic po mieście biegał za tym artefaktem, jak nie damy podstaw do podejrzewania, że takowy przetrwał. A co do potwora i bagien, dzwonków... - uśmiechnął się półgębkiem - Sami do niczego nie dojdziemy. Chyba, że do czegoś, co nas ubije. Potrzeba wybranego by prowadził do dziedzictwa Vesty.
- Tak jak mówiłem, George jest pod moją opieką. Jeżeli jednak chcemy go mniej legalnie stamtąd zabrać, mogę poprosić o dwie rzeczy. Aby do tego doszło po tym jak wyciągniemy Marissę i Thorne'a, oraz aby przy okazji wypuścić kilka innych duszyczek. Niech se swawolą. - Otto spojrzał na Heinricha - Ktoś mógłby dojrzeć jakiś schematów w wypuszczonych pacjentach.
- Więc zatrzyjmy ślady przez zamieszanie. Chaos w ucieczce pacjentów. - powiedział Heinrich.
- Zważając ostatni napad szaleństwa jaki nastał? Czemu nie. Jednak Fabienne miała adoptować Marissę, coś czego ta bardzo chce. A Pirora zatrudnić Thorne'a. Trzeba będzie schować nasze zbiegłe owieczki. - mnich wzruszył ramionami - I to może pchnąć Matkę Somnium do wysłania listu do swych przełożonych "Grupa szaleńców sezonowo ucieka z lokalnego hospicjum".
Joachim zrobił krok do tyłu i spojrzał nieco zdziwiony na Heinricha, jakby nie był w stanie go rozgryźć.
- To taki masz plan? Wysadzić Akademię w powietrze?
- Nie całą. - odparł beztrosko, nie odsuwając się od maga, a tylko wychylając się ku niemu, gdy ten się odsunął - Na pewno miejsce z artefaktem i cokolwiek więcej wybuch ogarnie. - niepokojący uśmiech zawitał na jego twarzy - Sprawdzi się twoja przepowiednia. I rozmyje możliwą magię pod chaosowym... zanieczyszczeniem odczytu. Jeżeli chcesz tam być... to trenuj ucieczkę. - wyszeptał ostatnie słowa do niego.
- Chwila, chwila, jaki wybuch? Coś było i tym, że mamy tam wpaść i zabrać kufer. Jakieś ciała podrzucić, no z tymi drzwiami albo psami coś je jakoś załatwić. Ale wybuch? A co? Masz jakąś bombę? - Silny nie odzywał się dłuższy czas przysłuchując się wymianie pomysłów przez kolegów i koleżanki ale w końcu zabrał głos gdy uznał, że ten plan, zaczyna sporo odbiegać od pierwotnego o jakim mówili wcześniej.
- Magiczny, oczywiście. Magią też możemy przybrać wygląd nieszczęsnych strażników, którymi się zajmiemy wcześniej, ale wybuch... To byłaby kulminacja tego szaleństwa. I Hertz czy Hartwig by nie doszli prawdy. Szczególnie jak martwych podrzucimy. - Heinrich spojrzał na Mergę - Wielebna? - człowiek zachęcił kobietę, która mogła teraz od siebie dać opinie.
Sądząc po minie łysego bandziora to nie wsmak mu były jakieś wybuchy a zwłaszcza magiczne wybuchy. Ale skoro padło imię rogatej zlotookiej to spojrzał na nią pytająco. Zresztą inni także.
- Wybuch magiczny mogłabym sprokurować ale musiałabym być na miejscu. Być może udałoby mi się przyzwać pomniejszego biesa aby wywołał taki efekt ale tego już jestem znacznie mniej pewna. Musiałabym to zbadać. Taki czart jakby się dał namowic do współpracy to może by wywołał efekt demonicznego wybuchu. Tylko znów musiałabym być na miejscu aby to sfinalizować. No i każdy kapłan czy mag mógłby potem wyczuć silne stężenie Dhar. Czyli mrocznej magii. - wyrocznia dała znak, że może i byłoby to w zasięgu jej możliwości ale sama do końca nie jest pewna efektu.
- Nie no, zaraz, zaraz. Wyrocznia to miała czekać na nas w lodzi razem z Egonem, Vasilijem i resztą. Aż przeładujemy fanty ze świątyni. A potem odpłynąć. - tym razem Łasica dostrzegła niezgodność w porównaniu do planu rabunku świątynnego skarbca jaki omawiała na początku spotkania. W nim Merga miała czekać na te fanty na lodzi aby niezwłocznie z nimi odpłynąć zanim władze własną na pomysł zablokowania portu czy inne takie reakcje na tak zuchwale świętokradztwo.
- Ja tylko dodam, że Versana w zimie mówiła coś o wybuchających głowach. Podobno jakieś ładunki niesli do piwnic akademii i któremuś wybuchła głowa. Tylko nie wiedziała czy to prawda. No ale jak mówicie o wybuchach w Akademii to mi się przypomniało. - dodała Pirora jakby jej się właśnie tamta luźna plotka sprzed pół roku przypomniała.
- To, co "oficjalnie" wybuchnie samo w sobie... jasne nie będzie. Wiadomo, że w skrzyni jest coś nieczystego, chaosowego, więc zdziwienia nie będzie, jak coś wyczują. - były Łowca Czarownic spojrzał na Mergę - Czy kogoś innego nie mogłabyś zrobić przewodnikiem dla swojej magii?
- O ile ktoś z was nie jest doświadczonym czarnoksiężnikiem z obyciem z precyzyjnym obrabianiem immaterium wyrwanego z Eteru lub paktowaniem z demonami to raczej nie. - odparła wyrocznia z lekkim uśmiechem bo na zaawansowanych w czarnej magii magistrów to zbór raczej nie był w nich zasobny. Mieli co prawda Joachima i Aarona ale byli na początku tej drogi oświecenia w sztuce czarnej magii.
- No cóż, może to być dobry test na siłę naszej wiary. - uśmiechnął się Otto - Plan Heinricha mi się podoba. Uzyskamy artefakt, inkwizycja będzie przekonana, że zginął bezpowrotnie i będzie potencjał "splugawienia" akademii.
,
- No to fajnie. Akademia mnie ni grzeje ni ziębi. Wysadzajcie ją sobie w cholerę albo spalcie. Obojętne mi to. Tylko jak tam ma brać udział czcigodna to nie będzie jej w łodzi przy nabrzeżu gdzie będziemy rozładowywać wóz z fantami. A jak będzie w łodzi przy nabrzeżu to nie będzie jej w Akademii. Tak tylko cichutko zauważam z poziomu dziewczyny z ulicy co by wam wielkim piśmiennym głowom i planom nie umklo. Skoro mnie i mój plan jak widzę macie w poważaniu. - zauważyła cierpko Łasica i wyglądała na porządnie zirytowana tym, że rozmowa się toczy jakby koleżanki i koledzy wyrzucili tydzień ich przygotowań i rozpoznawania świątyni w błoto i kompletnie nie biorą go pod uwagę w swoich rozważaniach. Zwłaszcza, że dała znać, że prawie wszystko jest już gotowe i jutro lub pojutrze można by się pokusić o wykonanie tego śmiałego numeru a to wiązało się z odpłynięciem rogatej wyroczni do jej północnej ojczyzny.
Otto spojrzał smutno na Łasicę.
- Masowy mord możemy też zrobić akademii. - zauważył mnich - Jeżeli wysadzimy cały budynek, to raczej też nikt nie będzie chciał imprezować. Rozumiem jak dużo pracy i wyrzeczeń musiałaś włożyć w to moja droga i nie chciałbym, aby to było bez rezultatów. - spojrzał na Heinricha - Co sądzisz? Zrobić tą bombkę tak o kilka pokoi silniejszą?
- No to sobie róbcie w tej Akademii co tam uważacie. Wysadzajcie, podpalajcie, mordujcie. Nic mi do tego. Ale niech to nie wpływa na naszą akcje w świątyni. Od tygodnia w niej z Burgund siedzimy a jak jeszcze dzisiaj Fabienne i Pirora zdobyły klucz to już w ogóle wszystko jest gotowe do akcji. No i Merga ma po niej odpłynąć z Kurtem i Vasilijem do Norski. Więc na moje oko to ta wasza akcja w Akademii będzie już bez Mergi bo będzie wtedy w Norsce albo do niej płynąć. Dlatego nie rozumiem czemu rozważacie jej udział. A jeśli ona by po naszej akcji miała zostać w mieście to cała akcja jest bez sensu bo przecież chodzi o to aby Merga mogła stąd odpłynąć wraz z funduszami na nową armię i resztę szpeja. - Łasica dalej wyglądała na zirytowana jakby tydzień jej roboty rozpoznawczej miał pójść w błoto. Zresztą nie tylko ona była w to zaangażowana. Podobnie Burgund a w mniejszym ale nie mniej kluczowym momencie także Averlandka i Bretonka. No i mowa o akcji w Akademii niejako wywracała ten ustalony wcześniej porządek i hierarchię celów.
Joachim ożywił się na słowa Mergi o możliwości użycia demona w akcji w Akademii i postanowił kontynuować ten wątek.
- Mistrzyni, pewne podstawy demonologii już opanowałem. Myślisz że wraz z Aaronem nie bylibyśmy w stanie kontrolować przyzwanego przez ciebie wcześniej demona?
- A co wybrańca Vesty to jak rozumiem Otto zlokalizował jednego w Hospicjum. Czy widzisz możliwość wyciągnięcia go stamtąd?
- A przypomnij mi mój uczniu. Ile przyzwań demonów masz na swoim koncie? - zapytała czarownica z północ z lekkim uniesieniem brwi.
- Gdyby chodziło o jakąś drobnostkę w komfortowych, kontrolowanych warunkach to wtedy by początkujący demonolog mógł się tego podjąć. Ale chodzi o akcje w warunkach mało komfortowych i taka jaka wymaga dodatkowego skupienia i doświadczenia. W praktyce i tak bym musiała być w pobliżu aby przejąć pałeczkę gdyby była potrzeba. No a skoro i tak bym miała tam być to dalej mamy ten konflikt między napadem na świątynię i uczelnie. I wybacz mi Joachimie ale tu chodzi o akcję gdzie nie ma miejsca na amatorów w danym fachu. To tak jakby początkującego włamywacza dać do otwarcia pod presją czasu i akcji kluczowych drzwi. To nie jest czas aby uczyć się fachu. - Merga pokręciła głową na znak, że na tak ważny numer jaki planują to potrzebni są pewni w swoim zawodzie ludzie.
- Jednakże nie jestem teraz pewna czy sprowadzenie biesa jest właściwym rozwiązaniem. To złośliwe i krnąbrne stworzenia. Jak tylko będą mogły to na pewno zrobią coś na opak. Teraz mi przyszło do głowy coś innego. Można by sprowadzić surową esencję Eteru. Zakląć ją w odpowiedni sposób. I w odpowiednim momencie uruchomić. W praktyce powstałaby bomba ze spaczonej energii. I tu byś mi się Joachimie mógł przydać bo takie bomby uruchomiałoby odpowiednie zaklęcie mocy. To byś mógł zabrać te artefakty i je uruchomić. No ale najpierw ja bym musiała to zrobić a to by mi zajęło czas. Nie wiem czy do Wellentag bym się z tym wyrobiła. No ale jakby mi się udało mielibyście magiczny wybuch bez mojej obecności. - wyglądało jakby podczas tej dyskusji w głowie wyroczni wykrystalizował się nowy pomysł. I go mniej więcej omówiła tak aby i dla pozostałych był on zrozumiały.
Joachim westchnął, kiedy Merga zgasiła jego pomysł by spróbował kontrolować demona. Chyba trochę się z tym pospieszył….
- Oczywiście mistrzyni, masz rację, że z demonami należy postępować ostrożnie, chociaż kiedyś też trzeba zacząć… - nie miał wielkiego wyboru, trzeba było jakoś z twarzą wycofać się z tego pomysłu.
- A co do tego zaklęcia Eteru, ciekawy pomysł i z chęcią tutaj pomogę jeśli byłabyś oczywiście w stanie znaleźć na to czas - stuknął swoją laską o podłogę dla podkreślenia tych słów.- Zastanawiam się tylko, czy lepiej atak na Akademię zrobić równocześnie z atakiem na Świątynię, co by oznaczało rozdzielenie naszych sił, czy też poczekać na bardziej dogodny moment? - zastanawiał się na głos.
- Czy ludzie Silnego będą potrzebni w akcji w Świątyni?- No raczej. Przecież tam będzie trzech czy czterech strażników. I to tych czarnych gwardzistów tej bladolicej kruczycy. A nie jakieś niedołężne dziadki. No ja z Burgund na pewno nie damy im rady. A póki się ich jakoś nie usunie nie ma co zabierać się za skarbiec. Lady Soria mówi, że może się z nimi spróbować no ale chyba rozumiecie, że lepiej aby nie była sama? Zresztą walka to zawsze jest hałas i krzyki. Rzadko kto odwala kitę grzecznie i cichutko. Znaczy podczas walki. I dlatego trzeba ich załatwić jak w pobliżu nie będzie miejskich strażników. Znaczy lamp bo oni chodzą w nocy z lampami. Trzeba wypatrywać czy jakieś lampy się nie zbliżają. To duży plac i główne drogi i największa i najważniejsza świątynia w mieście więc na pewno będa tamtędy co jakiś czas chodzić. Dlatego trzeba wybrać moment jak przejdą i załatwić sprawę jak najszybciej i najciszej. A potem jeszcze poznosić te fanty na wóz. Jak ktoś z nas oberwie na tyle, że nie będzie nadawał się do noszenia to też nam odpadnie jedna osoba i wszystko wydłuży. Dlatego trzeba mieć jak najwięcej tych silnych do załatwienia strażników. - tym razem Łasica mówiła szybko, sprawnie i bez wahania gdy rozmowa wróciła na tory akcji jaką z Burgund rozpracowywały od zeszłego Festag i miały już prawie wszystko zapięte na ostatni guzik.
- No właśnie. Bo gdyby chodziło o jakichś najemników, cieci, czy innych takich to my byśmy mogły spróbować ich obezwładnić podczas zabawy. Tak jak zimą Łasica w kazamatach robiła. No ale z nimi się tak nie da. Cholerni służbiści. Może w nocy, bez oficerów to by byli bardziej chętni no ale nie możemy ryzykować, że nas przegnają. Już to rozważałyśmy. Trzeba tam wejść i jakoś ich wyłączyć z działania. My uważamy, że trzeba im dać w łeb i pewnie zadźgać no ale trudno. Nie ma chyba innej rady. Chyba, że ktoś ma to niech się udziela. - Burgund wsparła kamratkę w omawianiu ich planu jak to sobie wymyśliły na te najbliższe noce. Soria potwierdziła, że chętnie wesprze tą akcję swoim udziałem ale czy nawet we trzy dadzą radę powalić jak najszybciej trzech czy czterech gwardzistów to nie było takie pewne. Gołym okiem było widać, że w tym punkcie planu przydałoby im się wsparcie.
- Ja już mówiłem. Mogę powozić. Do młócki to raczej nie. W razie czego Strupas to samo. Bo jak mamy teraz Dornę to moglibyśmy ją zostawić w aptece. I nawet we dwóch moglibyśmy coś pomóc. I jakieś ziółka czy co jak by potrzeba to też. Ale do młócki to raczej nie, raczej nie nasza branża. - aptekarz podtrzymał swoją deklarację sprzed paru dni, że on i garbus są gotowi wesprzeć ten napad na świątynie. Wskazał tutaj z wdzięcznością na kolczastogłową mutantkę która była istnym darem Papy bo zwalniała ich dwuosobowe dotąd zasoby na jakąś akcję poza apteką.
- Na moje oko to nie mamy tylu ludzi aby zrobić dwie grube akcje tej samej nocy. Zwłaszcza jak to by miało być teraz, w ciągu paru dni. Zresztą nie wiem po co się spieszyć z tą Akademią. Zrobimy świątynie, pojedziemy sobie na romantyczne spotkanie z Gnakiem przy najbliższej pełni, wrócimy i zobaczymy jak to będzie wyglądało. Zrobi się pewnie taki magiel jak zimą po kazamatach. Wszyscy będa szukać sprawców świętokradztwa. Więc Akademia powinna być mniej pilnowana. Wstawienie drzwi na wymiar to jak wam mówiłam, nie tak, że w jeden dzień się to zrobi. I żadne drzwi nie są problemem jak ma się klucz. Więc jak ktoś tam ma dostęp do Akademii to niech się zorientuje gdzie oni mają klucze. Może by się udało zrobić taki myk jak dzisiaj z Fabi u Pirory z tym bretońskim oficerem. - Łasica gdy chodziło o sprawy włamu wydawała się zaskakująco zdecydowana i konkretna gdy mówiła o swoich życiowym fachu. Niekoniecznie pasowało to do tego jak się lubiła zachowywać całkiem często na prywatnych spotkaniach czyli jak wesoła trzpiotka o niezbyt lotnym umyśle co tylko ciąglę myśli o jednym. I to zapewne czymś nieprzyzwoitym.
- A ja dodam, że za pomoc Joachimie dziękuję. Postaram się zacząć ten proces jak najszybciej. Pewnie już jutro. Tam u mnie pod zwaloną wieżą. Ale w ogóle nie byłam przygotowana do takiego zadania więc mi to pewnie parę dni zajmie. Jak masz ochotę to zajrzyj do mnie. - wyrocznia zwróciła się jeszcze do swojego młodego ucznia dając mu znak, że może do niej dołączyć podczas przygotowań owego magicznego rytuału. A potem oddała głos pozostałym.
Dziękuje mistrzyni - Joachim skłonił się w geście szacunku, zadowolony że pozna nowe sekrety mistycznej sztuki… - oczywiście pojawię się. Następnie spojrzał w zadumie na pozostałych.
- W takim razie wygląda na to, że wpierw świątynia, a później Akademia, dobrze…. - nie wydawał się tym zachwycony ale najwyraźniej brakowało zborowi środków i ludzi na kilka dużych akcji w tym samym momencie…
- Ja też planowałem udać się do Gnaka, natomiast pytanie czy równocześnie moglibyśmy o bagna zahaczyć?- Jak chcesz to sobie zahaczaj. Ale po tej zabawie z Gnakiem i jego stadem my wracamy do miasta. Już ci mówiłam, że od kamieni do skraju bagna to z pół dnia marszu. Jak to sobie wyobrażasz? Po całej nocy zabawy mamy zasuwać pół dnia przez las po to aby wleźć i topić się w jakichś bagnach? Jak coś jest na tych bagnach to trzeba to porządnie zorganizować bo to pewnie ze dwa dni conajmniej by zajęło. A nie w dzień po porządnej orgii. Przecież my się nie zamierzamy oszczędzać to nie będziemy się do niczego nadawać. - Łasica spojrzała na kolegę z dezaprobatą. Ale starała się utrzymać chociaż neutralny ton. Jej zdaniem jednak nie było sensu aby łączyć te dwa punkty w jeden. Koleżanki pokiwały głowami, że się z nią zgadzają w tej materii.
- No…. myślałem, żeby się ewentualni9e od was odłączyć, ale to raczej by nie miałoby sensu jakbym bym sam… - czarodziej rozważał różne opcje.
- Może zapytam się zwierzoludzi czy coś wiedzą na ten temat albo czy mieliby jakiegoś przewodnika.
- Tobiasie, Aaronie, Heinrichu, ktoryś z was chciałby też wybrać się na bagna? Mamy dwa powody by się tam wybrać - ślady dziedzictwa Vesty oraz poszukiwanie składników dla mikstur Sigmindusa, prawda? Jeśli z powodu braku środków odsuwamy w czasie akcję w Akademii, to możemy wpierw tam się wybrać.- Jak mówiłem niedawno ja niezbyt znam się na chodzeniu po bagnach ale skoro chodzi o tak zaszczytny cel to gotów bym był się podjąć. Tylko przydałby się ktoś w tym obeznany. Skoro ty i koleżanki zamierzacie celebrować najbliższą pełnię a chyba tą świątynię jak rozumiem mamy robić przed to raczej zostaje druga połowa tygodnia. Mnie to nawet pasuje bo bym musiał uprzedzić moich studentów i ich rodziców, że mnie nie będzie. Jednak pragnę zwrócić uwagę, że jeśli to byłoby po obrabowaniu świątyni to zapewne nie tylko naszej czcigodnej wyroczni już nie będzie w mieście ale też Normy i Vasilija. A wśród nas to chyba oni by się na tej materii znali najlepiej. - Thobias jak się odezwał to jak zwykle starannie dobierając słowa jak na człowieka wykształconego przystało. Zwrócił jednak uwagę, że tydzień, także ten nadchodzący ma tylko 8 dni a grafik już teraz robi się coraz bardziej zapełniony. Do tego chronologia wiązała ze sobą poszczególne akcje więc rzeczywiście gdyby obrabować świątynię to nie było już większego sensu aby Merga i gorący, zrabowany towar siedzieli dalej w mieście. A wraz z nimi miała odpłynąć ta dwójka jaka się najbardziej na tym znała.
- Ja też mogę wziąć udział. Albo Strupas. Ale tak jak mówiłem wcześniej, ktoś z nas dwóch musi zostać dopilnować apteki i hodowli. - aptekarz pokiwał głową na znak zgody ale prosił aby wziąć pod uwagę jego ograniczenia. No i gdyby brał udział w jakiejś wyprawie na zachód to opóźniłoby to jego wyprawę na wschód, do jaskini Oster aby tam założyć nową hodowlę, z dala od wścibskich oczu.
- My się trochę znamy. Chociaż bardziej na lesie niż bagnach. I na tych diabelskich bagnach to wcześniej nie byłyśmy. - zgłosiła się Lilly nieco niepewnie wskazując na siebie i Dornę. Ta pokiwała swoją kolczastą głową ale na razie się nie odzywała.
- No to i ja bym mogła się przejść. A zapewne miasto po rabunku świątyni zrobi się dla co niektórych moich dwórek zbyt gorące to mam wrażenie, że przydałoby mi się jakieś towarzystwo abym się nie nudziła. - dorzuciła skromnie czerwona milady nieco zaskakując wszystkich bo w tej czerwonej sukni jaką zamówił Otto u Huberta a wykonała ją Oksana to bardziej pasowała do sali balowej niż na jakieś mokradła.
- No dobra ale to dzień albo dwa po pełni bo musimy po tych figlach dojść do siebie. - powiedziała Łasica nadal biorąc pod uwagę, że uważa za mało realne aby po intensywnie spędzonej nocy do czegoś się nadawały innego niż odsypianie i regeneracja sił.
- Mógłbym pójść... - odezwał się Heinrich do Joachima - Choć poszukiwanie dziedzictwa Vesty bez... herolda, jak go Otto nazywa, byłoby płonne. Tylko on może nas doprowadzić. I przejść przez strażnika w jednym kawałku. - dodał wyjaśniając
Mnich się chwilę zastanowił.
- Po pierwsze nie wiemy jaki to strażnik, gdzie jest to dziedzictwo i czy George będzie w stanie na niego wpłynąć. Ze strażnikiem Oster bo był szczęśliwy traf, nie zakładajmy, że tak samo będzie w przypadku Vesty.
- Zakładam tylko to, co w śnie widziałem i słyszałem. - były wróg chaosu wzruszył ramionami - Dziedzictwo jest chronione i tylko wybrany do niego trafi, nikt inny. Na każdego innego... nic miłego nie czeka.
- Więc tym bardziej musimy Georga wydostać z hospicjum. Na razie dobrze będzie go odwiedzić. Kto wie, może najpierw potrzebny będzie artefakt z akademii. - mnich westchnął.
W międzyczasie opowiedział Sigismundusowi swój dzień. Wizytę w świątyni Morra, atak szaleństwa w hospicjum, bójkę z Thornem i w końcu pogoń za Anniką. Przysłuchiwał się rozmowie Heinricha z resztą zboru.
- Herold Vesty jest również w hospicjum, ale wyzwolenie jego będzie cięższą sprawą. Jego umysł zatrzymał się na etapie dziecięcym. Miałem zamiar zapoznać go z Joachimem, jest już zgoda od przeora na wpuszczenie magistra na teren hospicjum.
- Już ci mówiłam. Te zamki co tam macie w hospicjum to śmiech na sali. Jakby trzeba było to włamać się tam jest bardzo proste. Tylko my to teraz ugrzęzłyśmy w tej świątyni to najwyżej potem. - Łasica co w końcu raz była wewnątrz hospicjum i widocznie skorzystała z okazji aby obejrzeć swoim okiem włamywacza mijane drzwi i zamki nie miała o nich zbyt dobrego mniemania. Na tyle, że dla niej jako zawodowej włamywaczki nie wydawało się trudne ich sforsowanie. W przeciwieństwie na przykład do drzwi w lochach świątyni Mananna jakie zrobiły na niej wrażenie na tyle, że wolała zdobyć do nich oryginalny klucz lub jego kopię co się ostatecznie dzisiaj udało.
Ale nie tylko ona i Sigismundus przysłuchiwali się opowieści Otto relacjonującego swój dzisiejszy dzień. Bo miał co opowiadać i trochę to trwało zanim streścił co dziś przeżył odkąd wyszedł z domu. Najpierw mówił do aptekarza no ale, że to nie było dwa zdania to siłą rzeczy skupił na sobie uwagę większości osób przy stole.
- Ciekawe są te ataki szaleństwa u was. I to nie tylko u tych heroldów. Może mają słabszego ducha ci wasi pacjenci przez co są podatniejsi na zew Sióstr. Może to to miejsce. Może po prostu od dawna mają jakieś tendencje jakie mogłyby nam sprzyjać. Dobrze, że zwróciłeś na to uwagę Otto. Ale musimy się liczyć, że i w innych miejscach mogą zdarzać się podobne wypadki. Jak nie obecnie to w miarę jak zew będzie się nasilał. Albo po prostu trwał a im dłuższe działanie na tak dużym obszarze to też może pobudzić więcej osób. Jak z falami przyboju. Pierwszą można ustać, drugą i dziesiątą też. Ale jak stoisz odpowiednio długo to któraś tam cię w końcu przewróci. - Merga wydawała się zainteresowana opisem wydarzeń z hospicjum. Inni też, mniej lub bardziej, z powodów zapewne różnych ale niekoniecznie pozwolili sobie na jakiś komentarz do tego.
- A tak, ta morrytka może nam narobić kłopotów. Skoro ma podobne umiejętności i wrażliwość do naszej czcigodnej mistrzyni. Lepiej mieć ją na oku. - Starszy pokiwał zamaskowaną głową przyjmując te wieści o bladolicej kapłance patrona snów, wizji i wiecznego spoczynku. Na razie jednak nie powziął decyzji co z tym fantem zrobić.
- Ha! To biłeś się z tym Thornem? No! Zuch chłopak! Tak trzeba! A nie tylko pytlowanie ozorem po próżnicy. Jak się strzeli takiego tu czy tam to od razu chodzi jak trzeba i wie kto tu rządzi. - Silny zaśmiał się chrapliwie i najbardziej spodobała mu się ta najbardziej znajoma dla niego część czyli opis bójki z Thornem w bibliotece hospicjum. Wyglądało jakby nie spodziewał się tego po młodym mnichu i ten zyskał nieco w jego oczach.
- A ta Annika to ładna? I ta Marissa? - zaciekawiła się Łasica która co prawda była parę dni temu w przybytku na Białej no ale została jako przyzwoitka przyzwoitki Fabienne więc nie miała okazji poznać pacjentów jacy najbardziej interesowali Otto.
- A w ogóle to mam ci coś do powiedzenia. Drobiazg ale to potem pogadamy. - Sigismundus nachylił się do Otto i rzekł mu cicho nie chcąc zapewne, żeby inni go usłyszeli.
- Dziękuje Otto, to ważne czego dokonałeś w Hospicjum… To kiedy mógłbym spotkać się z tym heroldem Vesty? - zapytał się astromant.
- Możesz nawet jutro. Zapytaj przy wejściu o mnie a ja cię zaprowadzę. Radzę uzbroić się w cierpliwość. George jest dzieckiem w ciele dorosłego, wydobycie z niego co byś chciał może zająć. - mnich zamyślił się na chwilę - W sumie się zastanawiałem, czy mógłbyś jakoś zakręcić prawdę, że wizję Georga to symptom kontaktu z wiatrami magii? Że mógłbyś lub nawet musiałbyś go wziąć na ucznia?
- To nie jest taka prosta droga. - w iście inkwizytorskiej manierze Heinrich pojawił się tuż obok Joachima - Artykuł trzynasty o Magii Imperialnej nakłada na Magistra obowiązek poszukiwania nieusankcjonowanych użytkowników magii, ale nie kończy się to wedle gustu Magistra, o nie. - patrzył na obu mężczyzn jakby ich oceniał - Taki Magister musi zgłosić znalezisko do swojego Kolegium lub Zakonu Templariuszy czy najbliższego Łowcy Czarownic. Im starszy użytkownik magii, tym mniejsza szansa, że zostanie usankcjonowany, a problemy psychiczne skreślają z zasady. Joachim może, a wręcz musi, zbadać kogoś, kogo podejrzewa, ale patrząc na przypadek Georga... Żyw pacjent nie skończy. A Łowcy Czarownic nawet będą woleli osobiście proces nadzorować, nie wierzyć magowi na słowo. - mówił powoli, zupełnie jak ktoś mierzący każde słowo lub badający reakcję słuchaczy... czy nadający tak mocy przekazowi.
Mnich zerknął na nowo przybyłego Heinricha.
- Zadziwiająco cicho się poruszasz, jak na człowieka z metalową nogą. - mina Otto jednak zrzedła - Szczerze "Prawo Imperialne" jakoś nigdy nie było w książkach, które czytałem. Więc dziękuję za uwagę. Pozostaje więc zdać się na talenty Łasicy. Chociaż… wybuch w Akademii, rabunek w świątyni i potem ucieczka z hospicjum. Obawiam się, że Hertz mógłby dostać kolegów jeżeli przesadzimy z ciekawymi zdarzeniami z tym mieście.
- Znaczy jakich moich talentów? Bo już się pogubiłam. Ja na razie to się nie dotykam do tej Akademii póki nie skończymy numeru ze świątynią. Ale tak, jak skończymy to ja spodziewam się, że wybuchnie chryja na dwadzieścia fajerek. Będzie grubo. No ale to może odciągnąć uwagę od Akademii. Ale rzeczywiście mogą kogoś przysłać do rozwiązania sprawy czy wziąć kogoś z tych co już przyjechali na turniej. Trudno powiedzieć ale taka burza nieźle zakołysze tą balią, tego jestem pewna. - Łasica zmrużyła oczy niezbyt wiedząc do czego pije Otto. Ale dalej wyraziła swoje zdanie na temat efektu jaki powinien wywołać rabunek świątynnego skarbca.
- Och, mi chodzi o wyzwolenie kolejnego pacjenta, lub pacjentów z hospicjum. Sama mówiłaś, że zamkni są słabe. Sam się na tym nie znam i pewnie miałbym większe szanse wyrwać drzwi niż otworzyć zamek. - mnich uśmiechnął się do łotrzycy - No chyba, że swoimi talentami uwodzidzielskimi tak zakręcisz przeora, że wypuści Georga bez niczego.
- Jak już to bym wolała się zakręcić wokół Marisski. Bo mi dziewczyny mówiły, że całkiem niczego sobie. I jest taka jak my. Albo ten Thorne. Też podobno niezły byczek i całkiem obiecujący. - Łasica nie omieszkała delikatnie wypomnieć, że podczas wizyty w hospicjum na początku tego tygodnia Otto, z koleżankami nieco ją wykolegowali i nie miała okazji poznać tych obiecujących pacjentów.
- Ale cóż, nie przed takimi się w zamtuzie uda rozkładało. Może być i przeor. Tylko pewnie wiesz, że nie wszyscy są chętni na skruszone grzesznice czy inne dziewczęta. Ten przeor to trochę go kojarzę z mszy. Już nie młody. Właściwie mogłabym się z nim spróbować ale to w tym ambaras aby obie strony chciały na raz. - właściwie łotrzyca nie wykluczyła możliwości prywatnego spotkania z przeorem ale chyba za bardzo nie robił on na niej wrażenia bawidamka i dziwkarza aby poleciał na byle chętną spódniczkę. Zresztą miała świeże doświadczenia ze świątyni Mananna gdzie ani kapłani ani czarni templariusze coś nie zdradzali zainteresowania aby poznać bliżej dwie, miłe dziewoje jakim przecież niczego nie brakowało a i miło się do nich uśmiechały pokornie wypełniając wszelkie polecenia. I nic z tego nie wyszło.
- A te zamki tak. Ale to tak samo jak wcześniej mówiłam do Joachima z tą Akademią. Jak ja mam iść na robotę to muszę wiedzieć dokładnie w które drzwi uderzyć. Czyli byś mi musiał powiedzieć jaka to cela tego Georga. W nocy to bym mogła to załatwić od ręki.Tylko,żeby on wiedział co i jak i aby nie robił scen, że ktoś mu się włamuje. Może nawet w dzień by było łatwiej jak ty tam jesteś. Tam chyba jakieś wolnotariuszki czasem przychodzą. No albo w nocy ale to musiałbyś ustawić tak aby ten George był gotowy do zabrania. - włamywaczka szybko mówiła gdy szybko obracała wstępne warunki do takiego zabrania Georga z hospicjum. Sądząc po tym jak lekko o tym mówiła to swoją cześć roboty uwazała za całkiem prostą. Hospicjum w przeciwieństwie do skarbca świątynnego nie zrobiło na niej wrażenia pancernej twierdzy.
- A z tym przeorem i zgodą to może jakby on nie leciał na młode, chętne spódniczki to może na coś innego? Jakaś dama z towarzystwa może by go mogła uprosić o coś? Może ten George by mógł gdzieś pracować na zewnątrz abo ktoś by go mógł wziąć całkiem legalnie pod opiekę? Tak jak dziewczyny wzięły te dwie nowe służki i tego Thorna. Całkiem legalnie przecież. - Burgund podpowiedziała coś od siebie z nieco innej strony. Wskazała na Pirorę jaka siedziała obok no a na bretońską koleżankę nie mogła skoro jej tu teraz nie było ale wiadomo było, że o niej właśnie mówi.
- Dziękuje za propozycję pomocy Łasico, może się przyda, ale może uda się też wydostać stamtąd Georga bez tego…. - spojrzał nieco łyso na Heinricha, temat inkwizycji nie był mu zbyt miły, no ale trzeba było brać pod uwagę jego słowa.
- Myślę, że zacząłbym od spotkania z nim jutro, może uda się sprawę rozwiązać jakoś bardziej polubownie niż włamaniem… nasze dziewczyny są bardzo zdolne, ale nie mogą być chyba w kilku miejscach na raz, prawda? - uśmiechnął się do Łasicy i Burgund.Dziewczęta odwzajemniły mu się miłym uśmiechem pełnym wdzięczności za jego troskę ale tym razem pierwsza odezwała się ich blond koleżanka szlachetnego rodu.
- Nie wiem czy jutro co się uda. Jutro jest Festag. Dzień świątynny, wolny od pracy, nie załatwia się żadnych spraw. Możesz polować na przeora jutro po mszy ale zdziwię się jak zgodzi się coś załatwić od razu. Zapewne umówi cię na jakiś termin spotkania. - Pirora zwróciła uwagę, że w dzień świątynny to powszechnie był wolny aby śmiertelnicy mieli dzień odpoczynku na kontemplację i pochwałę dobrych bogów. Najlepiej w jakiejś poświęconej im świątyni. Tego dnia raczej nie załatwiało się innych spraw a poza tawernami, karczmami i innymi lokalami rozrywkowymi to reszta miasta była zamknięta. Tak zresztą było i w Altdorfie i w innych miastach Imperium a wieści nosiły, że i w reszcie Starego Świata.
- Naprawdę chcecie w to mieszać magię? To zawsze wzbudza niezdrowe zainteresowanie. Jak jeszcze Hertz albo kapłani się w to włączą to w ogóle będzie zbiegowisko nad tym Georgem. Wszyscy zaczną się nim interesować. Ja wam mówię, załatwcie to jak ktoś z ferajny. Po cichu i dyskretnie. Bez zbędnego kombinowania. Jest jakiś George w hospicjum, ktoś tam chce go przygarnąć i się dogadajcie. A jak nie wyjdzie no to my już możemy mu pomóc uciec. A jak Hertz i inni zaczną koło niego węszyć to nie wiadomo co wywęszą. Ja tam wam odradzam z tą magią ale róbcie jak chcecie. Potem mi nie płaczcie, że Hertz komuś siedzi na ogonie albo postanowił profilaktycznie posłać kogoś na stos. - Łasica uniosła obie dłonie na znak, że umywa od tego ręce ale jednak swoje powiedziała co jej podpowiada instynkt i doświadczenie łotrzyka aby nie zwracać na siebie uwagi gdy chce się coś zachachmęcić. Burgund pokiwała głową na zgodę i poparcie ale na razie obie zamilkły.
- Hmm…. jak zawsze myślisz praktycznie Łasico… Joachim rozważył jej słowa, zwracanie uwagi inkwizycji wcale mu się nie uśmiechało.
- Jak myślisz Otto, dałoby się wydostać Georga z hospicjum w taki sposób jak tę dziewczynę wcześniej? To pewnie przyciągnełoby mniej uwagi niż moja ingerencja.- Nie wydaje mi się. Umysł Georga jest… zacofany. I to nie jest tylko decyzja przeora. Musi wysłać zapytanie do osób, które umieściły pacjenta w hospicjum i zapytać o zezwolenie na wypuszczenie pacjenta. Nie wiem, z czyjej siły George jest w hospicjum i czy mielibyśmy odpowiednie argumenty na jego wypuszczenie.
- Raczej nie wystarczy, że tak zapewni mu się zdrową atmosferę na świeżym powietrzu? - parsknął Heinrich - Przydałoby się wiedzieć kto go tam umieścił. Szczerze, nie sądzę by tęsknili z czystej dobroci serca. Bardziej działania na korzyść swojego imienia.
Mnich się chwilę zastanowił.
- Imersja? - powiedział do siebie - Powiedzieć przeorowi, że można pokazać George'owi fałsz jego wizji, zabierając go w miejsce, które rzekomo "widział"?
- Nie zdziwię się jakby przeor chętnie pozbył się dodatkowej gęby do wykarmienia. Te wasze hospicjum to z bogactwa i wystawnych uczt coś nie słynie. Ale pewnie też musi mieć jakąś podkładkę pod takie ruchy więc te pozwolenie od kogoś to raz a dwa to dobrze by było aby taki pacjent miał trafić w jakieś dobre ręce. Do kogoś o nieposzlakowanej opinii. Jak nasze dziewczyny. Czy ktoś podobny. To pewnie by działało na plus. Bo jak do kogoś podejrzanego czy obcego to potem wasz przeor może się obawiać, że jakaś heca z tego będzie. - Onyx powiedziała swoją opinię dołączając do dyskusji. Reszta też się przysłuchiwała i zastanawiała nad tym wszystkim.
- Mnie to już by nie było tak łatwo. Dałam spory datek na Thorna. A Fabi na dziewczyny. Nie wiem czy jeszcze by miała na kogoś ale u niej to kasę mąż trzyma a ona to ma na takie swoje głupotki aby wstydu nie było w towarzystwie i tyle. Jutro ją zapytam jak u mnie będzie. Zresztą wy też możecie. Albo trzeba by znaleźć kogoś jeszcze. Tak aby wyglądało, że George mógłby trafić w dobre ręce. - Pirora dopowiedziała coś od siebie zastanawiając się nad tą sytuacją. Już wcześniej zaznaczała, że wcześniejsze wydatki na remont kamienicy i teatru ją sporo kosztowały więc wcale nie ma tak wesoło w sakiewce jak można by się spodziewać po jej eleganckim wyglądzie. U Fabienne zapewne mogło to wyglądać podobnie chociaż z innych przyczyn. Obie jednak uchodziły w towarzystwie za damy godne zaufania i nie skalane jakimiś skandalami czy innymi takimi ujmami na honorze.
- Może niech nasz Tobias adoptuje. - uśmiechnął się w kierunku człowieka - Nauczyciel co zaopiekuje się biedakiem. I pouczy, i zadba.
Propozycja Heinricha nieco zaskoczyła towarzystwo bo większość głów skierowała się najpierw na niego a potem na eleganckiego guwernanta o jakim mówił. Sam Thobias też wydawał się nie być gotowy na taki pomysł. Zastanawiał się chwilę nad tym.
- Właściwie to jak już bym miał brać ucznia czy wychowanka to wolałbym kogoś bardziej rozgarniętego. Bo z tego co o nim mówicie jak on jest na poziomie bawienia się klockami to no cóż… dyskusja nie mówiąc o nauczaniu i wychowaniu może być trudna. - uśmiechnął się raczej kwaśno aby zaznaczyć, że gdyby miał wybór to wolałby sam dobierać sobie uczniów.
- Ale rozumiem sytuację. No i jak sądzę chodzi o kogoś kto słyszy podszepty Vesty wyraźniej od nas. To może być nawet interesujące doświadczenie. Więc dobrze, zgadzam się. Mogę się nim zainteresować. - dodał już z nieco łagodniejszym i cieplejszym uśmiechem kiwając do tego ciemnowłosa głową, że jest gotów przysłużyć się rodzinie i ją wspomóc w tym zadaniu. Albo chociaż spróbować.
- To jak będę odbierać Thorna to mogę cię polecić. Albo jutro powiem Fabi bo nie wiem która z nas pierwsza by odebrała swojego służącego. Albo napiszę bilecik do przeora, że cię polecam. - Pirora zapaliła się do tego pomysłu i ochoczo zaczęła rozważać jakby mogła go wesprzeć. Nawet jak nie osobiście czy finansowo to chociaż dobrym słowem i referencjami.
Heinrich był zadowolony z takiego wyniku. Będzie ciekawie zobaczyć efekty tej adopcji w wykonaniu Tobiasa. Może pójść idealnie, a może przyprawić guwernanta o ból głowy.
- Z Marissą może to jeszcze zająć. Dziewczyna ma najwyraźniej wpływową rodzinę w Saltzburgu. Pomysł jednak z próbą wykształcenia George'a może się udać, szczególnie jeżeli z polecenia. - mnich przytaknął temu pomysłowi - Porozmawiam przy najbliższej okazji z Georgem o tym.
- No dobrze. Będę musiał zrobić małe przemeblowanie jeśli miałby się do mnie wprowadzić. - przyznał nauczyciel jakby już zastanawiał się jakie kroki powinien podjąć z powodu przyjęcia pod dach dodatkowego dorosłego co miał ponoć umysł małego chłopca.
- Ja to czekam na tą naszą Marisskę. Strasznie bym chciała aby już była z nami. Aż szkoda, że tyle musimy czekać. Ale jakby się tam jej dłużyło bidulce samej to Otto coś tam pomyśl o jakiejś wizycie jednej czy dwóch wolnotariuszek co? - skoro rozmawiali o pacjentach co wciąż byli w hospicjum to i Łasica się udzieliła bezwstydnie zdradzając swoje zainteresowania kto jest jej faworytą w tej puli. Nawet poprosiła kolegę z jednym okiem aby w razie potrzeby coś podziałał w materii szybszego spotkania się z nią.
- Przeor to chyba powinien być jutro na mszy. Tylko nie wiadomo czy udałoby się go złapać. No i może nie chcieć rozmawiać na jakieś poważne tematy ale coś zagadać można. - Burgund odezwała się po dłuższej chwili milczenia. Mogło tak być bo w końcu poranne msze w Festag gromadziły w świątyni Mananna sporą część populacji miasta. Zwłaszcza tą co się miała za prawą, bogobojną i na świeczniku.
Joachim ucieszył się że pojawiło się jakieś rozwiązanie kwestii Georga.
- Dziękuje Tobiasie, myślę że jak ty wyrazisz chęć zajęcia się tym chłopakiem to będzie faktycznie mniej podejrzane niż jak zajmie się tym czarodziej - ze swojej strony mogę natomiast wesprzeć ciebie finansowo.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto podszedł do Starszego i Mergi, kiedy rozmowy zaczęły schodzić na bardziej przyziemne sprawy.
- Wyrocznio, Czcigodny, mógłbym poprosić o chwilę. - skłonił się dwójce przewodzącej kultowi - Odwiedziłem dziś świątynię Morra i udało mi się porozmawiać z Matką Somnium. Najwyraźniej ona też słyszy szepty Sióstr, co jednocześnie rodzi kłopoty i potencjalne zyski. Jeżeli Siostrom udałoby się przeciągnąć Somnium ku właściwej stronie, byłaby potężnym sojusznikiem. Jednak jest na razie sługą Przewoźnika i zaznajomiła się z Inkwizytorem, co mogłoby nam przysporzyć kłopotów. Oczywiście decyzję w tej sprawie pozostawiam wam, mam inną sprawę, którą chciałbym obgadać. - Otto chwilę zastanowił się, dokładnie ubierając swoje myśli w słowa - Czy byłoby możliwym, przy pomocy magii, rytuałów, ziół, grzybów, czegokolwiek, doprowadzić się do stanu świadomego snu? Być w kontroli, kiedy twój umysł i dusza sięgają do Świata Chaosu i w ten sposób nawiązać kontakt z Siostrami? Nie żeby prosić o wskazówki, czy coś takiego, sprowadzenie ich to nasz test. Jednak moglibyśmy im wskazać osoby, którymi mogłyby się zainteresować.
Skoro późnym wieczorem, gdy o pokład nad ich głowami wciąż z uporem uderzały krople ulewy rozmowy podzieliły się na mniejsze grupki i strony to i dwójka liderów nie miała nic przeciwko aby porozmawiać z jednym ze swoich podopiecznych. Z uwagą wysłuchali słów jednookiego mnicha i zasępili się na chwilę. Przynajmniej Merga bo przez maskę mistrza zboru niewiele było widać z jego mimiko.
- No tak… Ona jest z tego odłamu morrytów co się zajmuje snami, wizjami i przepowiedniami… No tak, to może być bardziej podatna na zew Sióstr… Albo nawet jej patron w jakiś sposób ją ostrzega… - Starszy zadumał się nad słowami mnicha. Popatrzył na wyrocznię bo ta też zabrała głos.
- Liczyliśmy się z tym od dawna. Tak uwrażliwione osoby mogą odbierać zew podobnie do nas. My, że tak powiem mamy uprzywilejowaną pozycję w tym słuchowisku ale do innych też może coś dotrzeć. No ale to kapłanka do tego nie jakaś nowicjuszka tylko ze stolicy. Może mieć posłuch u swoich. - wyrocznia też uważała, że to jest możliwe z tym odbieraniem ostrzeżeń przez bladolicą kapłankę. No a, że była kapłanką to niejako z miejsca stawiało ją na piedestale w oczach jej pobratymców. Kapłani zwykle cieszyli się uznaniem i byli lokalnymi autorytetami wśród zwykłych ludzi.
- Nie wiem czy udałoby się ją przeciągnąć na naszą stronę. Widziałem, że wpadła w oko naszym dziewczętom. Ale w ogóle jej nie znam. Pierwszy raz do nas przyjechała. Nic dziwnego jak taka młoda. Powinniśmy zachować ostrożność w jej względzie. Byłoby cudownie gdyby dziewczętom albo komuś z nas udało ją się zbałamucić ale kapłani zwykle mają lepsze wykształcenie, silniejszą wolę i doświadczenie w działaniu przeciwko takim dysydentom jak my. Więc lepiej będzie zachować ostrożność. Ale też dobrze mieć ją na oku aby chociaż wiedzieć co porabia i czego może się domyślać. Tak, masz rację Otto, trzeba ją wziąć pod uwagę. Dobrze, że o niej powiedziałeś. - lider chyba obrabiał ten temat na bieżąco bo mówił dość szybko ale w głosie dało się poznać zastanowienie. Widocznie nie miał gotowego rozwiązania co tu teraz począć z tą bladolicą kapłanką. Zwłaszcza jak była pierwszy raz w mieście i nie miał o niej wyrobionego zdania.
- A co do tego kontaktu z Siostrami… - Merga wróciła do tego o co jeszcze pytał młody mnich. - One są u siebie. W Domenie Chaosu. W Domenie Demonów. To nie jest takie łatwe aby skontaktować się właśnie z nimi. Trzeba by odprawić rytuał. I mieć doświadczenie w takich sprawach. To raczej nie jest rozwiązanie dla amatorów. Ja mam pewne takie praktyki na koncie ale to zawsze jest ryzykowna sprawa. Sam rozumiesz, nie wszyscy wielcy państwo lubią jak jakieś obdartusy kołaczą do ich bram wykrzykując ich imię. - powiedziała z namysłem jakby rzecz o jaką Otto zapytał może i była w zasięgu jej możliwości ale uważała to za mocno ryzykowną sprawę. Na koniec pozwoliła sobie na nieco ironicznie rozbawioną uwagę.
- Ale właściwie po co chciałbyś się z nimi skontaktować? Bo nie do końca rozumiem jaki masz w tym zamiar. - Starszy poprosił aby mnich dokładniej opowiedział jak sobie wyobraża ten kontakt nawet gdyby Merdze udało się go przeprowadzić.
- Siostry są świadome nie tylko naszego istnienia, ale poczynań i postępów. Wysyłają do nas spersonalizowane wiadomości, przyjmując formy, które rozpoznamy i przekazując informacje, które zrozumiemy. O ile nie umniejszałbym tak cudownym istotom, zastanawiałem się nad potencjałem zamienienia faktu, że całe miasto słyszy Siostry w swoich snach, w narzędzie przyspieszenia ich przybycia. Norra zsyłające sny na straż miejską, sprawiając, że są agresywniejsi i bardziej morderczy. Oster wypełniająca umysły chorych plagą szaleństwa. Vesta zmieniająca szlachtę w bandę paranoicznych, wbijających sobie noże w plecy konspiratorów. - Otto westchnął - Teraz jak to powiedziałem, czuję się trochę jak bluźnierca. Wymagać od naszych cudownych Sióstr, aby zniżyły się do działania na naszą korzyść. Może trochę samolubny powód wychylił swój łeb. Prawda, która otworzyła mnie i moich braci na służbę Mrocznym Siłom ciągle mi umyka, a jednak jestem przekonany, że jest ona prawdziwa. Chyba szukam wszelkich możliwości, aby do niej sięgnąć.
- Wspaniała wizja Otto. Takie coś na pewno by nam pomogło i opanować to miasto i sprowadzić Siostry do ich matecznika. - wiedźma pokiwała swoją rogatą głową uśmiechając się ciepło do takiej wizji. Po czym uśmiech stał się dość melancholijny i westchnęła krótko.
- Ale obawiam się, że sprawy są znacznie bardziej skomplikowane. - powiedziała jakby nie miała do przekazania zbyt dobrych wieści. - Takie potężne istoty jak nasze wspaniałe Siostry… Hmm… Myślę, że są dla nas tak samo obce, niezrozumiałe i tajemnicze jak my dla nich. One nie myślą i nie planują takimi samymi kategoriami jak my. Już samo pojęcie czasoprzestrzeni tak jak my ją odczuwamy dla nich nie jest takie oczywiste. Stąd sto czy tysiąc lat dla nas to bardzo długo dla nich to abstrakcyjne coś z naszej rzeczywistości. Dlatego wydarzenia z odległej przeszłości czy przyszłości nie muszą ale mogą być dla nich dostępne jak dla nas zaglądanie do którejś z licznych butelek na stosie takich butelek. To znacznie utrudnia wzajemną komunikację. Żeby w ogóle złapać coś wspólnego aby do niej doszło. Z tego powodu nie sądzę aby Siostry czy podobne im byty postrzegały akurat ten fragment rzeczywistości w którym akurat my istniejemy teraz tak jak my. - powiedziała żwawo i całkiem chętnie jak to ludzie z pasją gdy mogą o niej z kimś porozmawiać. Starszy też zdawał się słuchać tego z wielkim zainteresowaniem.
- Więc myślę, że one jakoś namierzyły ten kawałek naszego czasu i świata. I nadają swoje pragnienia, plany i wizje, do nas śmiertelników jacy są akurat tu i teraz. Ale to jest jak deszcz. Moczy wszystkich. Nie jestem też pewna czy nas rozróżniają. Poszczególnych śmiertelników. Być może dostrzegają tylko artefakty i miejsca mocy. Stąd przy ich artefaktach, ołtarzach ich zew powinien być silniejszy. I być może będą starały się przemówić, nakłonić, skusić, zastraszyć kogoś kto jest w pobliżu. Ale raczej takie działanie, dość wybiórcze, o jakim mówisz nie sądzę aby to udało się aż tak skanalizować. Zapewne mogłabym spróbować wywołać którąś z nich ale to nie jest igraszka. Na razie tego nie robiłam i na tą chwilę wolałabym tego uniknąć. To nie chodzi o jakiegoś żałosnego impa czy biesa tylko potężne istoty z jakimi nie ma żartów. Co mogę zasugerować to te sny. Bez względu na ich dziedzictwo śmiertelnicy którzy są bardziej podatni na podszepty Chaosu, zwłaszcza od któregoś z Wielkiej Czwórki powinni słyszeć właśnie zew swojej patronki. Co zresztą mam wrażenie obserwujemy. Silny nie śni o orgiach z Pajęczą Królową a Łasica o bitwach pod wodzą o czarnym rycerzu. - powiedziała kręcąc powoli głową jakby uznała, że to raczej nie tak działa jak to sobie wyobraża jej rozmówca. A wszystko to jest znacznie bardziej skomplikowane. Mimo wszystko chociaż była wyznawczynią Czterech Sióstr nie zdradzała ochoty, że miałaby ochotę je przedwcześnie niepokoić wywołując je do rozmowy z ich piekielnej domeny.
- Rozumiem. Przepraszam, jeszcze jedno pytanie. Czy mamy… plan na ich przyzwanie? Czy zbierzemy wszystkie ołtarze, artefakty, heroldów i czempionów w jedno miejsce i odprawimy jakiś rytuał? Czy jest to bardziej subtelne i wymagające mniejszej ilości składników? Czy może same się pojawią kiedy zbierzemy ostatni artefakt? - to pytanie kręciło się w głowie Otto od dzisiejszego ranka, podejrzewał, że Merga jest w stanie przyzwać Niezrodzonych z Domeny Chaosu, pewnie byłaby też w stanie przyzwać istoty tak potężne jak Siostry. Skoro jednak wszystkie na raz muszą się tu pojawić, może to oznaczać bardziej skomplikowany proces.
- Czy mamy plan na ich przyzwanie? Nie. Na tą chwilę nie. Nasza wiedza jest zbyt szczątkowa. I wciąż w sporej mierze poruszamy się po omacku. Po cichu zakładam, że w miarę zdobywania kolejnych elementów ich dziedzictwa coraz więcej spraw powinno się wyjaśnić. Być może aby je sprowadzić trzeba mieć jakiś komplet. - Merga przyznała szybko i bez ogródek, że na tą chwilę nie mają co liczyć na sprowadzenie Sióstr do tego świata. Widocznie nawet dla tak doświadczonej wieszczki i wiedźmy zbyt wiele było niewiadomych.
- I szczerze mówiąc liczę na to, że coś się wyjaśni. A ta wieść, że miałyby być przyzwane cztery na raz szczerze mówiąc mocno mnie zaniepokoiła. Paktowanie z jedną tak potężną istotą, nawet gdy powinno się mieć wszystkie atuty w ręku nadal jest śmiertelnie niebezpieczne i ryzykowne. Wolałabym nie ryzykować takiego kroku póki nie będzie dobrych omenów świadczących o ich łaskawości. A sprowadzenie czterech na raz to wszystko to jeszcze bardziej zwiększa ryzyko. Być może to “na raz” to niekoniecznie tak dosłownie. Mówiłam ci, że takie istoty inaczej postrzegają czas i przestrzeń więc ich “na raz” nie musi być tożsame z naszym. - wyrocznia z pięknymi, długimi rogami jakie niezmiennie tak zachwycały Lilly chętnie podjęła ten temat dzieląc się z nimi oboma swoimi spostrzeżeniami na ten temat.
- To jest kolejna rzecz jaką mam nadzieję załatwić w Norsce. Tam, że tak powiem, łatwiej o fachowców z takich tajemnych dziedzin. Być może uda mi się kogoś takiego pozyskać do współpracy bo ta sprawa z Siostrami to nie przelewki i przydałoby mi się każde wsparcie doświadczonego czarnoksiężnika. Na to zapewne też przydadzą się te skarby ze świątyni. I jaja Oster. Taki namacalny dowód na ich łaskę i ślady dziedzictwa tutaj. Zamierzam zabrać ich próbkę ze sobą. I te małe, alabastrowe syrenki z pomnika Soren. Jak do czasu wyjazdu znajdziecie jeszcze jakiś artefakt co dałoby się zabrać to też chętnie bym go zabrała na dowód łaski Sióstr. To powinno zainteresować moich braci i siostry po fachu. - rogata podzieliła się też swoimi planami jakie miała na tą podróż. Okazało się, że liczy nie tylko na zwerbowanie morskich rozbójników ale i na kogoś jeszcze. I wszelkie odłamki dziedzictwa sióstr na równi ze zdobytymi skarbami powinny ją wspomóc w tym zadaniu.
- I nie masz za co przepraszać Otto. Od tego tu jestem aby wam służyć radą póki jeszcze jestem z wami. Twoj pomysł był ciekawy, bardzo mi się spodobał, chciałabym aby to było możliwe. Ale raczej to tak nie działa. Niech cię to jednak nie zniechęcia ani do zadawania pytań ani do szukania odpowiedzi. - na koniec uśmiechnęła się ciepło do młodego mnicha obdarzając go spojrzeniem swoich płonących wewnętrznym ogniem złotych oczu i położyła mu rękę na barku aby dodać mu otuchy.
- No rzeczywiście szkoda. To by mogło pomóc nam bez alarmowania pozostałych. Z drugiej strony bez tych wizji i omenów dalej nic byśmy nie wiedzieli o tych Siostrach i, że ich dziedzictwo jest wokół nas, że stąpamy po tej samej ziemi jaką niegdyś przemierzały one czyniąc swoje cuda i wspaniałą sztukę jaka jest wzorem dla nas. - Starszy chyba też się uśmiechnął ale starał się znaleźć i dobrą część takiego wpływania Sióstr na ich rzeczywistość.
- Jeżeli chodzi o Niezrodzonych. Można polegać na ich przewidywalności, jeżeli to ma sens. Nie mogą postąpić poza rygory swej natury. Siostry są jednak ludźmi, wywyższonymi, ale ludźmi. Mamy jednak wgląd w ich plany, jak już tu powrócą. Soren najwyraźniej chce udowodnić swój tytuł Matki Potworów, gdyż ma mieć cały harem, wśród nich Marisse, jej Herolda. Norra najwyraźniej chce sprowadzić armię, na której czele ma stanąć ten Czarny Rycerz. Podejrzewam, że Nueus Emskrank może stać się punktem początkowym inwazji Imperium.
- To nie jest wykluczone. Ale póki ich tu nie ma albo nie prześlą nam swoich życzeń w bardziej zrozumiały sposób to możemy to tylko zgadywać. Pierwszym etapem będzie sprowadzenie ich tutaj, na ten świat. Zapewne w tym mieście albo okolicy. Przybycie takiej potężnej istoty na pewno nie pozostanie niezauważne. Sam widzisz jaki mają na nas wpływ gdy jeszcze ich tu nie ma i nie działają z pełną mocą. - wiedźma uśmiechnęła się łagodnie wskazując wolną dłonią na resztę zboru. Większość z nich miała ostatniej nocy jakieś wyjątkowe sny z których chyba wszystkie były mniej lub bardziej wyraźnie powiązane z zewem Sióstr.
- Ale ile potrwa ten pierwszy etap trudno powiedzieć. Zależy w sporej mierze od nas samych i naszych poczynań w kompletowaniu wiedzy i dziedzictwa Sióstr. Więc na razie przynajmniej ja, daruję sobie zastanawianie się co będzie dalej. Zapewne staniemy do walki o to miasto. - pokiwała głową ponownie gdy patrzyła gdzieś w dal albo próbowała wyobrazić sobie jak może wyglądać przyszłość.
- Ale absolutnie nie ma co traktować Sióstr lub podobnych im istot tak jak nas. Nawet jeśli urodzili się jako śmiertelnicy to wywyższenie skutecznie odziera ich z tej ludzkiej powłoki, mentalności, charakteru. Stają się czymś innym. Czymś potężniejszym. Stają się jednym z potężnych bytów Eteru razem z innymi a nasz świat, nasza rzeczywistość, staje się dla nich tak samo obca jak dla nas ich rzeczywistość. Ale skoro wolą Sióstr jest powrót tutaj skąd zaczęły i skończyły wędrówki po tym świecie to daje nam szanse, że będą nam udzielać jakichś wskazówek jak doprowadzić do ich powrotu. - uśmiechnęła się łagodnie kręcąc swoją rogatą głową na znak, że akurat nie może się zgodzić aby Sióstr traktować jak śmiertelników nawet jeśli kiedyś takimi były. Nie traciła jednak nadziei, że mimo tych wszystkich przeszkód i różnic skoro mają wspólny cel to uda się jakoś dojść do porozumienia.
- Och, nie miałem na myśli, aby traktować ich jak jednych z nas. Jedynie spostrzegałem, że tak jak można się spodziewać po Demonie Khorna, że będzie żądny krwi, a pomysł kopulacji będzie dla nich obcy jak dla nas oddychanie płynnym żelazem. Tak po wywyższonych śmiertelnikach można się spodziewać… szerszej palety emocjonalnej i możliwości upodobań. Czyni ich to bardziej nieprzewidywalnymi i niebezpiecznymi. - mnich chwilę się zastanowił - Legenda, którą nam przedstawiliście, mówi o siostrach z punktu widzenia… no naszego. Ale legendy zawsze mają dwie twarze, czy istnieje "Imperialna Wersja" legendy czterech sióstr? Jakaś lokalna opowieść o Czterech Świętych Kobietach czy coś takiego?
- Nie sądzę. - odparła Merga po tym jak przez chwilę marszczyła brwi. - Siostry pochodziły od nas, z Norski i to z naszych okolic. Traktujemy je jako jedne z naszych znamienitych przodków i… hmm… błogosławione dusze… Tak to chyba by się u was mogło nazywać. U nas to już jest legenda z odległych czasów. Nawet w Norsce, w reszcie krainy, nie wszyscy o niej słyszeli. Ale za to mają inne. Prawie każde miasto, osada, świątynia, jaskinia czy pustelnia ma podobną historię. Do tego to działo się dawno temu. Nasze sagi nie podają dokładnych dat ale przypuszczam, że przybyły tutaj albo w początkach waszego Imperium albo i przed. Potem znikły z tego świata dostępując wywyższenia. Chociaż czasem obdarzały kogoś z nas swoją łaską. Zwykle któraś z Sióstr swojego championa. Tak też raczyły zwrócić uwagę na mnie zeszłej zimy. Tym razem wszystkie co było wyjątkowe. Dlatego od razu wiedziałam, że to coś niecodziennego czego nie można zignorować. Więc kierując się ich szeptami wsiadłam na statek i przypłynęłam tutaj. Dalej to pewnie słyszałeś, statek się rozbił, ledwo dopłynęłam do brzegu, tam prawie zamarzłam ale w końcu mnie znaleźli miejscowi i jako wiedźmę i mutanta wsadzili do kazamat. Dopiero Starszy i jego zbór mnie uwolnił. No ale wracając do twojego pytania to Siostry działały tu tak dawno temu, że wątpie aby wśród południowców przetrwały jakieś legendy. Być może. Ale Siostry wędrowały całe lata przez ten świat, Oster na przykład dotarła aż do Cathayu, Soren do południowych krain porośniętych dżunglą. Więc być może gdzieś przetrwały jakieś opowieści i legendy ale zapewne o którejś z nich. Obe się rozdzieliły gdzieś tutaj, w tej okolicy. Potem każda poszła swoją drogą. Dopiero jak uznały, “że to już” ponownie się tutaj spotkały. - Merga dość chętnie i całkiem sporo opowiedziała więcej detali z tych sag o Czterech Siostrach. Ale nie spodziewała się, że po tej stronie Morza Szponów z tak zamierzchłej przeszłości przetrwały jakieś legendy po ich działalności.
- Można poszukać pamiątek po nich. Jak ta Jaskinia Oster czy ta jaką zapwene gdzieś tu miała Soren. Dwie pozostałe też pewnie coś takiego miały. Może w nich zostały jakieś runy czy glify ale nie wiem czy dacie radę je odczytać. Może zwierzoludzie? Są dość pierwotni. Chociaż to od ich czasów jakieś plemię musiałoby tu przebywać. Lub w jakiś sposób przekazywać sobie takie legendy. Ale u twoich pobratymców wątpię aby coś przetrwało do naszych czasów. Zwłaszcza z ich zamiłowaniem do niszczenia tego typu artefaktów i heretyków jacy im sprzyjają. - pokręciła głową gdy znów wątpiła aby imperialni zdołali przechować tak im obce i wrogie legendy. Ale chyba uznała, że jest cień szansy, że zwierzoludzie mogli coś ocalić od zapomnienia bo w końcu też byli dziećmi Chaosu. Dla nich Siostry to też byłyby jak święte i potężne istoty błogosławione przez bogów.
- No cóż… nasze Slaaneshytki zacieśniają więzy z jednym plemieniem. Może udam się z nimi i popytam. Sądzę, że można sięgnąć mimo wszystko do lokalnych legend. Przejście tak potężnych istot musiało zostawić swoje piętno, korupcję jak ładnie by to nazwali Sigmaryci. Wszelkie wzmianki o potworach mogą odnosić się do potomstwa Soren, a to przybliżyć nam lokalizację jej "Jaskini Pożądania". Żałuję, że nigdy nie poznałem Mrocznego Języka… w klasztorze nauczyli nas rozpoznawać tylko słowa klucze, aby bardziej niebezpieczna wiedza nie weszła nam do głów. - prychnął na te słowa - Cóż, zabawne, że księga która "zgubiła" cały zakon była napisana w czystym Imperialnym.
- Oh tak, myślę, że nasze dziewczęta wybrały całkiem dobrą drogę do nawiązania porozumienia z kopytnymi. Dlatego życzę im jak najlepiej. Już o tym rozmawialiśmy z mistrzem. Zapewne będzie z tego dekadencka orgia za jaką tutaj powinny spłonąć na stosie ale jednak daje to podstawy do załatwienia z kopytnymi innych spraw. Kto wie co dzięki temu uda nam się dowiedzieć albo uzyskać. W końcu oni mieszkają w lesie i znają tamten teren jaki dla nas jest obcy. Za to my znamy miasto. - rogata pokiwała swoją głową i uśmiechnęła się z aprobatą dla planowanej zabawy przy najbliższej pełni Mannlieba. Widocznie traktowała to jako możliwość nawiązania szerszej współpracy z rogatym plemieniem ungorów.
- Ale co to tych śladów to tak, masz rację. Całkiem możliwe, że jakieś opowieści o potworach jakie być może pochodzą od Soren, plagi jakie nawiedzały okolicę a mogą być dziełem Oster i tak dalej, to coś mogły się przechować. Legendy o nawiedzonych miejscach, zagajnikach gdzie spotykali się kultyści i czarownice, pradawnych kamieniach, miejscach dziwnych zjawisk i tym podobnych to wszystko mogą być ślady po naszych Siostrach. Nawet jeśli tutejsi nie mają o tym pojęcia. Mogą też być w ogóle z nimi nie związane ale i tak zwykle w takich opowieściach coś jest. To może nas naprowadzić na jakiś ciekawy ślad, nawet jeśli nie jest bezpośrednio związany z Czterema Siostrami. Spójrz na ten uroczy zakątek nad rzeką w jakim Joachim i dziewczęta odnaleźli ołtarz Soren. Zwierzoludzie zaś traktowali to miejsce jako sprzyjające płodności i po to tam wtedy przyszli. Więc coś jest w tych opowieściach. - za to w tym kolejnym punkcie wiedźma przyznała rację młodemu mnichowi prosząc go aby zwracali uwagę na takie tajemnicze i przeklęte zjawiska czy miejsca. Jako te w jakich mogła być skryta część dziedzictwa Czterech Sióstr.
- A co to była za książka o jakiej mówisz? - zaciekawiła się na koniec detalem o jakim wspomniał na końcu.
- Z początku wyglądała jak zwykła księga prawiąca o bogach. I to nawet nie Wielkiej Czwórce czy innych mniejszych siłach, tylko o bogach Imperium, Elfów i Krasnoludów. Imiona, tytuły, domeny i relacje. Jednak… w relacjach ktoś z Wielkiej Czwórki był wspomniany. Na przykład…- mnich najwyraźniej zaczynał poważnie walczyć z własnymi wspomnieniami - Na przykład! Na przykład Morr miał powiązania z Nurglem… powiązania… powiązania… pan? Tak! Władca.. to było słowo. Nurgle władca Morra! - głos Otto uniósł się w odrobinie niemalże ekstazy - I byli tam też inni! I był Sigmar i on… i on… - twarz Otto zapadła się w smutku - Uciekło. Nigdy nie pamiętam całości. - mnich westchnął - Nie rozumiem czemu informacja, która w każdym innym Imperialnym wywołałyby typowe "bluźnierstwo", sprawiła, że cały mój zakon i rycerze, którzy nas pilnowali zrozumieli Prawdę. Co tam jeszcze było?
- Ciekawe… Skoro księga tak wpływała nie tylko na ciebie to zapewne był to potężny artefakt obdarzony mocą. Być może nawet był w niej zaklęty demon. Ale tego nie wiem bez jej zbadania. Zdarzają się jednak takie rzeczy. Nawet opętania. To jedna z metod aby ustabilizować demona w naszym świecie. Musi opętać jakieś ciało jakie będzie dla niego kotwicą. Z czasem wypacza takie ciało obdarzając je błogosławieństwami. Właśnie coś takiego przydarzyło się naszemu Gustawowi. Ale i z przedmiotami to się zdarza, zwłaszcza jak ktoś spęta i uwięzi w nich demona. Te raczej nie są z tego powodu szczęśliwe ale rzadko są gdy zjawiają się w naszej rzeczywistości. Coś takiego mogło być z tą księgą. Co się z nią stało? - Mergę zaciekawił ten temat i podzieliła się swoimi przypuszczeniami. I była ciekawa co było dalej z tą księgą i braćmi do jakich wtedy należał Otto.
- Pewności nie mam, ale bezpiecznie będzie zakładać, że spłonęła razem z klasztorem i moimi braćmi. Wiem, i to nie jest "uważam" czy "wierzę". WIEM, że informacje, które były w niej zawarte ciągle są we mnie. To jest Prawda, o której czasami mówię. Coś najwyraźniej tak silnego, że wryło się w moją duszę. Niestety nie potrafię jej przywołać na wierzch. - mnich ponownie westchnął - I nie, nie wiem jak przetrwałem atak inkwizycji na mój klasztor. Pamiętam, że broniliśmy się w Głównej Bibliotece. Setki, tysiące ksiąg, zwoi, pamiętników, kamiennych tablic pełnych "heretyckiej wiedzy" i smród dymu dochodzący do nas zza głównych drzwi… wyważyli je. Inkwizycja, regularne wojsko i tyle. Następne co pamiętam to leże na trakcie sto kilometrów na północ, dwa tygodnie później, bez jednego oka. - mnich wzruszył ramionami - Fakt, że niewiele pamiętam też po tym jak zakon doznał oświecenia. Spora część z nas popadła w obłęd. Ja… chyba kontrolowałem się, pamiętam, że myślałem gorzej o moich braciach, którzy poświęcili się jednemu patronowi. Pycha, jak sądzę.1
- Ciekawe… Bardzo ciekawe… Być może otarłeś się o coś niesamowitego. Być może ocalałeś przypadkiem. A być może już wtedy byłeś przewidziany jako część dalszego planu. - Merga spoglądała na niego z zainteresowaniem czy nawet fascynacją. Musiała to chwilę przemyśleć.
- Jeśli dane ci jest być nośnikiem cennej wiedzy to kiedyś to wypłynie. W odpowiednim momencie. No albo tak ci się tylko wydaje z tą wiedzą. Tak czy inaczej brzmi to ciekawie. I nie jest wykluczone, że ktoś jeszcze przeżył z twoich braci. Skoro niezbyt pamiętasz jak to się skończyło. - raczej chyba myślała na głos chcąc podsumować to co usłyszała niż pytała go o coś.
- I ciekawe jest to, że uważałeś się za lepszego od innych co się poświęcili jednemu patronowi. Zwykle jest na odwrót. Ci co obierają jedną ze ścieżek uważają pozostałych za mniej zdolnych, pięknych, inteligentnych i tym podobne. W sporej mierze widać to nawet tutaj u was. Ja jestem zdania, że tak bardziej ogólnie to dla wszystkich dróg jest miejsce. Ot, w danej sytuacji czy miejscu któraś z potęg może wydawać się silniejsza czy lepsza ale w większej skali to się dość wyrównuje. - podzieliła się swoimi poglądami na ten temat obdarzając go ciepłym i pogodnym uśmiechem.
- Obecnie dzielę twój pogląd. - przyznał mnich - Żadna z mocy nie jest silniejsza na długo. Pomimo swej nazwy, chaos jest dość statyczny. Status quo utrzymuje się bez interwencji z zewnątrz, dlatego nasz świat jest takim kąskiem dla Wielkiej Czwórki. Dusze obdarzone wolną wolą, które wybierają jednego z nich nad pozostałych oznacza nowego pionka, którego przeciwnicy nie posiadają. - mnich potrząsnął głową, jakby starał się odgonić obce myśli - Wtedy jednak, chyba uważałem, że jestem bystrzejszy od nich. Od moich braci, którzy poświęcili się jednemu patronowi. Jakby oni nie zrozumieli pełni Prawdy. Tak jak powiedziałem, pycha. Pewnie sam jej nie rozumiałem, a sądziłem przeciwnie.
- Wszystko ma swoją cenę Otto. Owszem gdy się wybiera jednego patrona jest szansa, że ten obdarzy nas łaską. Na to każdy z nas liczy. Na boską łaskę, uwagę i dary. Nasi patroni mocno różnią się od siebie ale zwykle sporo z nas może się dopasować czy utożsamiać z jednym z nich. I łatwiej jest uzbierać względy jednego z patronów czy choćby jego sług jakimi są choćby Siostry. Dla nas istoty jakże potężne. No ale ceną za to jest nieufność lub wręcz wrogość od pozostałych trzech stron. Można więc próbować lawirować pomiędzy nimi służąc po trochu każdemu ale nie obierając żadnego z nich za patrona. Można. Tylko wtedy może nie ma się wrogich relacji ot tak, za samą przynależność. Ale też wszędzie jest się obcym jakiemu się nie ufa i wiadomo, że to nikt ze swoich. Wasz zbór jest o tyle wyjątkowy, że zwykle takie grupy obierają sobie jednego z patronów. A wy ty macie misz masz. Po trochu każdego. Jak plemię. Podobnie jest w tej jaskini odmieńców z jakiej pochodzi Lilly. Tam też jest to wymieszane. Ale zawsze jest coś za coś Otto, zawsze trzeba dokonać wyboru. Zawsze za to trzeba w końcu zapłacić. - powiedziała szybko i z przekonaniem dzieląc się z nim swoimi przekonaniami. Brzmiało jakby te dylematy i rozterki były jej całkiem dobrze znane jak nie jej własne to z innymi z jakimi stykała się wcześniej.
- Nie chcę urazić, Czcigodna. Jednak twoje słowa brzmią, jakbyś wyznawała bogów, w celu pozyskania czegoś. Tak jak powiedziałaś, łaska, uwaga, dary. Brzmisz jakby te… przyziemne zyski były powodem, dla którego wierzysz w Wielką Czwórkę, lub w twoim przypadku oddajesz się Panu Zmian. - mnich dobierał słowa, starając się brzmieć jak najmniej oskarżycielsko - Być może usłyszałaś, jak określiłem wiarę kultu Grubsona jako płytką. Uważam tak, ponieważ oddają się jedynie przyjemnościom cielesnym. Nie chcą zgłębić prawd Węża. Pomimo, że ich wiare jest płytka, jest jednak.. czysta. Prawdziwa. Oni oddają się przyjemnościom swych ciał, oddając w ten sposób cześć Slaanesh i nie oczekując w zamian nic, ponad więcej przyjemności. Wiara, dla wiary. Taka jest moja. Wielka Czwórka są jedynymi, PRAWDZIWYMI Bogami - nasilił brzmienie swojego głosu, dając nacisk na "Prawdziwi". Najwyraźniej dla mnicha określanie bogów Imperium fałszywymi sięga poza ich słabość, czy bezsilność w porównaniu do Mrocznych Sił - i dlatego w nich wierzę. Dlatego oddaję im swoje ciało, przyszłość i duszę. Ponieważ zrobienie inaczej, dla mnie, nie ma sensu.
- Bardzo bym chciała aby było tak jak mówisz i być może w jakimś wariancie rzeczywistości tak jest, że istnieje tylko Wielka Czwórka prawdziwych bogów ale obawiam się, że my w niej nie jesteśmy. - pokręciła głową na znak, że chociaż wizja malowana przez mnicha jej się podoba i wydaje kusząca to jednak nie może się z nią zgodzić.
- Bogowie południowców istnieją. Istnieją, działają i wspierają swoich kapłanów i wyznawców. To niezaprzeczalny fakt. Zapewne sam nie raz widziałeś uzdrawiające moce kapłanek Shallyi czy różne cuda czynione przez kapłanów. A oni nie są magami i nie robią tego sami z siebie tylko są przekaźnikami mocy ich patronów. Traktowanie ich jak podrzędne istoty byłoby mało odpowiedzialne i niedocenieniem przeciwnika. Aby daleko nie szukać spójrz na tą morrytkę o jakiej dzisiaj rozmawialiśmy. Ona zapewne ma jakieś sygnały płynące poprzez wizje od swojego kruczego patrona. A nie od naszych Sióstr czy patronów. A póki oni mają swoich bogów a my swoich to jesteśmy skazani na walkę między sobą. My, śmiertelnicy i wyznawcy. My jakich przekonują czynione cuda i dary przekazywane najczęściej przez sługi boże i różne błogosławione dusze. Spójrz na mnie. Czy byłabym tak przekonywująca gdybym nie miała tych rogów, świecących ogniem oczu? Tego stroju i kostura? Gdybym wyglądała jak zwykła dziewczyna z ludu? Gdybym nie miała tej wiedzy i mocy jaką zdobyłam dzięki opatrzoności i łasce moich patronów? Wrescie gdybym nie słyszała szeptu istot wywyższonych przez naszych patronów. Uwierzyłbyś mi wtedy bardziej? Gdzie wówczas byłyby oznaki mojej wiary i oddania? - zadała serię pytań wskazując na samą siebie. I widocznie uznawała, że jej nietuzinkowy wygląd jaki zimą sprowadził na nią tyle kłopotów to dzieło boskiej łaski. Podobnie jak wiedza i moce jakimi władała czy wizje zsyłane przez Siostry lub patronów.
- Tym właśnie obdarowali mnie bogowie. Zwykle w ten sposób nas nagradzają. Gdy mają na to ochotę i ktoś zwróci na siebie ich uwagę. Lub potężnych bytów takich jak nasze Siostry. Na to wielu z nas liczy, mniej lub bardziej, przyznając się do tego przed innymi lub nawet samym sobą albo nie. Ale większość z nas robi swoje. Tak po prostu. Tak samo jak ja rzuciłam wszystko aby podążyć tutaj za moimi wizjami nie mając pojęcia co tutaj zastanę. Czy liczyłam na nagrodę? Niekoniecznie. Byłam zaciekawiona. I wierzyłam, że w ten sposób powinnam służyć potężniejszym od siebie. A Łasica? Pomogła mi w zimie. Z przyczyn różnych. I została nagrodzona piętnem swojego patrona. Nie sądzę aby to planowała a jak pamiętam to znamię bardzo ją zaskoczyło i ucieszyło. Wątpię aby to było jej motywacją gdy zimą codziennie przychodziła pracować w kazamatach gdzie każdego dnia mogli ją zdemaskować, pojmać, poddać torturom i stracić razem ze mną. A Lilly? Poza resztą błogosławieństw też ma znamię swojego patrona oznaczającego jego łaskę. A nie sprawia na mnie wrażenia zbyt wyrachowanej i interesownej. - pokręciła głową podając parę przykładów z ich własnego zboru, łącznie z sobą samą gdzie można było zauważyć wpływ czynników nadprzyrodzonych na życie, ciało i działania zwykłych śmiertelników.
- Zaś Herberta Grubsona widziałam raz czy dwa gdy wizytował nas zimą po moim uwolnieniu. Więc nie czuję się ekspertem aby go osądzać. Sporo jednak o nim słyszałam od naszych dziewcząt. Podobnie jak o Fabienne i Oksanie. Ich wiara wydaje ci się zbyt płytka? Dlaczego? Oddawanie czci Wężowi objawia się zwykle nie przez klęczenie, leżenie krzyżem, posty i modły tylko przez folgowanie swoim żądzom, ciekawości i zachciankom. Nieumiarkowaniu w jedzeniu i piciu, próbowaniu nowych potraw, nowych zabawek, nowych kochanków i pozycji w alkowie. Pod tym względem to z tego co słyszałam niczego im nie brakuje i są bardzo religijni a wiara ich jest szczera i głęboka. Nie wszyscy muszą się z tym zgadzać czy aprobować, sam zapewne widziałeś sarkania Thobiasa czy Sigismundusa na to co wyczyniają nasze dziewczęta. Ale tak się właśnie najczęściej objawia wiara w Węża. Także w zamiłowaniu do piękna, estetyki, poezji, sztuki i artystów. Czasem, dużo rzadziej, do pewnego rodzaju naukowej ciekawości co już nieco graniczy z zainteresowaniami wobec mojego patrona. Ale nie, jeśli Grubson robi to co robi i jest w tym oddany podobnie jak nasze dziewczęta to moim zdaniem jak najbardziej jest wierny swoim ideałom i ma spore szanse na łaskawość swojego patrona. Dziewczęta też bo taka wyuzdana i perwersyjna orgia jaką planują w najbliższą pełnię to jest właśnie odpowiednik żarliwej mszy jaką ostatnio choćby widzieliśmy na pogrzebie księżnej - matki. To jest właśnie religijne oddanie sprawie. Zaspokojenie swoich ządz, perwersji, próbowanie czegoś nowego, to tak, właśnie tak się najczęściej objawia wiara w Węża. - dodała jeszcze, że inaczej niż Otto ocenia wiarę grubego kupca czy nawet ich dziewcząt ze zboru. Brzmiało jakby takie bezeceństwa jakie odprawiali uważała za świadectwo oddania się swojej wierze i patronowi.
Otto pokręcił głową.
- Mnie nie chodzi, że bogowie Imperium, czy Elfów, czy innych ras nie są bogami. Definitywnie są istotami o boskiej mocy i możliwościach. Jednak jest znacząca różnica między nimi a Wielką Czwórką. Poprosiłbym cię o opisanie Morra, czy Shallyi, czy Sigmara. Jak wyglądają? Jak wyobrażają sobie ich śmiertelnicy? Blady, ciemnowłosy mężczyzna. Jasna kobieta, w białym habicie. Potężny mężczyzna z wielkim młotem. Tak samo z bogami elfów i krasnoludów. - Otto spojrzał na wyrocznię - A teraz opisz mi, proszę kogoś z Wielkiej Czwórki. Tu zaczynają się schody, nie jesteś naprawdę w stanie ubrać ich w słowa. Najbliższe co można powiedzieć to "Jak ich najpotężniejsze demony, tylko bardziej". - Otto delikatnie się uśmiechnął - Krasnoludy same twierdzą, że ich bogowie są ich przodkami. Sigmar jest śmiertelnikiem, który dostąpił "boskości". Są pretendentami, uzurpatorami do prawdziwych bogów, którzy są obcy temu światu, tak jak powinni być. - mnich westchnął - Ale to dywagacje teologiczne. I oczywiście mogę się mylić, ale wierzę, w co wierzę. Co do Grubsona i jego gromadki. Ponownie, nie uważam ich wiarę za niegodną, a płytką. Ponieważ Slaanesh ma o wiele więcej do zaoferowania niż zaspokajanie żądz i pragnień. Tworzenie sztuki ohydnej i pięknej na raz. Kuszenie innych, "czystych" dusz oferując rzeczy, których pragną, nie tylko cielesnych, ale materialnych, czy intelektualnych w zamian za przysługi, dary czy nawet czyny, które zbliżą ich w objęcia Slaanesh. Zaspokojenia chuci wydaje mi się płytkie, kiedy istnieje cały ocean możliwości innych niż to. Jako Slaaneshyta nie musisz być tylko dewiantem, możesz też być kusicielem, a wiele rzeczy na tym świecie może być pokusą. - mnich zamknął oko, starając się uspokoić emocje - Mogę nie być długo w gronie wyznawców Chaosu. Czytałem jednak o ich metodach i działaniach całe moje życie, uczyłem się czytania na raportach z bitew przeciwko marauderom Khorna. - Otto spojrzał na rogi Tzeentchianki - No cóż, nie umniejszając ci pani. Dobry demagog sprzeda ci most na pustyni.
- Zapewne tak właśnie jest Otto. - rogata wiedźma o fioletowej skórze i złotych oczach uśmiechnęła się łagodnie i skinęła głową. - A co do kuszenia, no powiedzmy Grubsona w roli kusiciela, to jak myślisz. Kto mu podarował ten cały harem pięknych i bogatych dam jakim się tak chwali przed naszymi dziewczętami? Nie sądzę aby go odziedziczył w spadku razem z nazwiskiem. Więc zapewne jakoś sam je nakłonił do tych wszystkich bezeceństw o jakich czasem mówią nasze dziewczęta. Czyli je skusił. A z tego co pamiętam to nie wygląda na amanta. Nie ma szlacheckiego nazwiska. Nie mieszka w rezydencji w drogiej dzielnicy. A już nie raz słyszałam od Pirory, że Fabienne czy Oksana szaleją za nim. A w końcu nasza Averlandka to bardzo piękna dziewczyna, ze swoją kamienicą, renomą miłośniczki sztuki, dobrym nazwiskiem, mile widziana w towarzystwie która całkiem dobrze dogaduje się i z Fabienne i Oksaną. Co mamy po drugiej stronie? Zwykły, gruby kupiec w średnim wieku. A coś nasza piękna Pirora ma kłopot aby być o jego kochanek na pierwszym miejscu. Czy to ci nie wygląda na oczarowanie czystej wody? Na kusicielstwo w czystej postaci? - Merga uśmiechnęła się zwracając uwagę na nieco inne aspekty grubego kupca niż Otto. I przytaczając tutaj przykład osób jakie oboje dość dobrze znali.
-
Oryginalny autor: Seachmall
- A czy czciciele Slaanesha czy Khorna czy nawet bogów południowców są różni. Realizują się i swoje cele, marzenia, plany w różny sposób. Bo właściwie dlaczego to całe Imperium nie otrząśnie się i nie dokona inwazji na Norskę aby zgnieść raz na zawsze plugawych wyznawców Chaosu z północy? Albo dlaczego Norsmeni nie ruszą na południe aby zdobyć chociaż jedno miasto Kisleva, Imperium czy Bretonii? A bliżej naszego podwórka, nasze dziewczęta? Powinny się chędożyć codziennie z kim tylko się da. Sigismundus i Strupas? Codziennie powinni pełni wiary rozsiewać zarazy. Thobias? Już dawno powinien włamać się do Akademii czy gdzie indziej aby zdobyć wiedzę której tak poząda. Silny z chłopcami zaś powinni wyjść na ulicę i zacząć rzeź. No i wreszcie ja. Powinnam też iść razem z nimi i użyć swoich mocy aby siać strach i zniszczenie. Ale to jest mało praktyczne Otto. Rzadko są ku temu sprzyjające okoliczności. Prawie zawsze takie jawne okazywanie swojej wiary, czy to u nas czy u południowców ściąga na nas kłopoty a często jest wręcz samobójcze. Jesteśmy związani tym światem, cywilizacją, moralnością, tym co wypada a co nie. Musimy działać, myśleć i poruszać się zgodnie z tymi ograniczeniami. Zwłaszcza tacy jak my, co działają na wrogim terenie. Otwarte działania byłyby pierwszym krokiem do naszej klęski i zguby. Tylko co jakiś czas możemy pozwolić sobie na jakieś uderzenie. Paradoksalnie ci południowcy mają podobnie. Sam zobacz jak rzadko trafiają się błogosławione dusze lub ci co poświęcają wszystko w imię wiary i swoich patronów. Nawet jeśli budzą podziw i uwielbienie, mało kto decyduje się ich w pełni naśladować. Wiara też jest częścią naszego życia i naszego świata. Ale nie jest od niego oderwana. Musimy się liczyć z naszym otoczeniem albo po prostu coś jeść i mieć się gdzie ogrzać. Tak działa nasz świat. I tu na południu i u nas na północy. Pomimo masy różnic oczywiście to jednak się nie zmienia. - Merga pokręciła na koniec głową gdy pozwoliła sobie na dłuższą wypowiedź. Znów przytaczając dla przykładu osoby jakie oboje znali.
Otto pokiwał głową na słowa Mergi dotyczących przewodzącego kultem Slaanesh.
- Masz rację, oczywiście. Być może moje wychowanie się pokazało. - mnich delikatnie zachichotał - Aby chronić nas przed zakusami Chaosu, starsi zakonu krzewili nas wiarę, że jesteśmy lepsi od tych, którzy oddali się Mrocznym Siłom. "Bogowie Zła mają władzę na północy, ponieważ tam żyją brudne, prymitywne, barbarzyńskie dzikusy, którzy chętniej by rozłupali sobie czaszki, dla przywileju wychędożenia nowo nabytej kozy, niż stworzyli coś co poprawi ich byt". Więc cały zakon uważał, że wiara w Wielką Czwórką jest czymś, co jest poniżej nas. - Otto pokręcił głową na absurd takiej myśli - Pamiętam, dostaliśmy w swoje ręce dzieło… "Pikantne noce Nuln" autorstwa Gerta Fliska, jak się okazało kultysty Slaanesh. Nawet dziś jestem w stanie przyznać, fabuła ledwo trzymała się kupy, postaci były jednowymiarowe, ale chłopak miał wyobraźnię i kunszt opisywania scen erotycznych. Jego opisy architektury i rurociągów inżynierskich sprawiały, że nikt nie spojrzał już w ten sam sposób na rusznicę. - mnich ponownie zachichotał - Mimo wszystko co sobie mówiliśmy? "To prymitywne i poniżej nas". Po czym odkładaliśmy książkę i braliśmy coś na uspokojenie krwi. Notatniki Nurglitów zawsze dobrze działały. - mnich westchnął - Więc masz rację i muszę najwyraźniej przeanalizować swoje podejść do moich braci w wierze. - uniósł brew na pytanie wyroczni o podobieństwo między Khornitami, a Slaaneshytami
- Założe się o 5 złotych koron, że nie powiesz tego w twarz Silnemu. I masz rację, otwarta wojna wszystkich na wszystkich jest nie praktyczna. Zważając, że ciągły trud jakim jest istnienie dla Imperium, jest cudownym źródłem dla Wielkiej Czwórki. - pokiwał głową - Mogę zadać osobiste pytanie zatem. Kiedy nam się uda, sprowadzimy tu Siostry i skończy się to dla nas, mniej więcej pozytywnie. Co zamierzasz wtedy Wyrocznio? Zostaniesz z nimi i podążysz za ich przewodnictwem? Ruszysz do domu ogłaszając zwycięstwo? Czy może spróbujesz stworzyć własną legendę i ruszysz w świat?- Gdy Siostry już będą pośród nas nam pozostanie dostosować się do ich życzeń i woli. - odparła filozoficznie na ostatnie pytanie. Wcześniejsza część wspomnień mnicha z jego pierwotnego klasztoru chyba ją szczerze rozbawiła bo parsknęła wesoło.
- Myślę, że oczernianie przeciwnika jest tak stare jak ludzkość i równie powszechne. U nas w Norsce czy w innych krainach jakie odwiedziłam wygląda to podobnie. - powiedziała nieco melancholijnym tonem zerkając gdzieś w zakamarki swojej pamięci.
- Och, a jakie to jeszcze miejsca odwiedziłaś, czcigodna? Bretonnia? Kislev? Lustria? - Otto zaciekawił ten aspekt Mergi. Sam nigdy nie opuścił swego klasztoru i pomysł o obcych ziemiach wydawał mu się egzotycznie piękny.
- Zwiedziłam całą Norskę. Widziałam cuda północnych krain ocierających się już o inną rzeczywistość. Oko Bogów. Tak na to mówimy. Brałam udział w wojnach i misjach dyplomatycznych czy zwykłym handlu z północnymi wieżami Mrocznych Elfów. Penetrowałam plugawe nory potworów z Krainy Trolli. Szukałam artefaktów dawnych herosów w zbudowanym na nowo Praag w Kislevie. Przeprawiałam się przez północne krańce Gór Krańca Świata umykając patrolom brodaczy i wiecznemu zimnu jakie tam panuje. Wędrowałam przez nieskończony ocean stepu i konne narody skośnookich barbarzyńców jacy są naszymi sojusznikami ale nie znaczy, że nie poderżną ci gardła przy pierwszym spotkaniu i nie wyhędożą twoich zwłok. Nurkowałam w pradawne kurhany królów gdzie wędrują ich zapomniane widma a kościani strażnicy stoją tam na wiecznej straży. Zmagałam się z wampirami jakie szukały tajemnej wiedzy i artefaktów tak jak ja. Nocowałam w wielkim cmentarzysku kości dawnych smoków oglądając ich zjawy na tle krystalicznie, czystego nieba. Głodowałam i medytowałam w pradawnych kamieniach mocy o jakich zaginął już wszelki ślad w pamięci i zapiskach śmiertelnych. Dotarłam do krasnoludzkich zigguratów poświęconych byczym demonom aby pertraktować wspaniałą broń i pancerze dla mego ludu. Podróżowałam na naszych statkach umykając ścigłym okrętom morskich elfów i plądrowałam z mym ludem spalone słońcem nieskończone piaski Arabii i krain południa. Widziałam tam wielkie piramidy i skorpiony wielkie jak stodoły. Bawiłam się w najdroższych zamtuzach i najpodlejszych tawernach Startossy. Ale na końcu zawsze wracałam do domu. - Merga uśmiechnęła się do swoich wspomnień i całkiem chętnie zarysowała te wszystkie krainy jakie udało jej się zwiedzić, rasy, nacje i potwory jakie miała okazję spotkać, walczyć, uciekać czy pokonać. Żywe, nieumarłe i demoniczne byty jakie spotkała. Aż na koniec westchnęła do tego wszystkiego znów spoglądając na swojego rozmówcę.
Mnich gwizdnął słysząc tak imponujące opowieści.
- Bogowie naprawdę ci sprzyjają. Nie uwierzyłbym, że ktoś może żyć tak długo, aby dokonać tego co ty. A do tego wyglądasz jakbyś była gotowa przywitać dopiero swoją trzecią dekadę. - mnich się uśmiechnął - Doprawdy imponujące. Czy kiedyś rozważałaś… nie wrócić? Czy jakieś miejsce kusiło cię tak bardzo, że rozważałaś odwrócić się od domu i od bogów? Nie oceniam, ale Imperium to wszystko co znam, ciekawi mnie co tam jeszcze jest.
- W pierwszej chwili być może. To jest kuszące. Poznać to nowe miejsce. Ludzi, i nie tylko ludzi. Ich tajemnice i sekrety. Paktować z nimi, handlować, rozmawiać, kochać się, walczyć, mamić, oszukiwać. Nie wszystkie te miejsca wspominam miło. Nie wszędzie znalazłam się z własnej woli. Nie wszędzie byłam dobrze traktowana. Nie wszystkich ja dobrze traktowałam. Ale jednak jak teraz na to patrzę w każdym z tych miejsc się czegoś nauczyłam. Dowiedziałam się czegoś o innych. O samej sobie. Czegoś o moich wrogach i przyjaciołach. Tak, myślę, że dopiero z takiej dalszej perspektywy mogę powiedzieć, że mocno mnie ukształtowały. Bez nich nie byłabym tym kim jestem teraz. - powiedziała nieco zadumanym tonem ale wciąż z tym łagodnym uśmiechem pod jej złotymi oczami. Zaśmiała się cicho i wesoło jakby coś jej się przypomniało zabawnego.
- I dziękuję ci za twe miłe słowa. Muszę przyznać, że ty też wyglądasz jakbyś miał dopiero przed sobą trzecią dekadę na karku. - zrewanżowała mu się komplementem chociaż nieco kpiącym ale humor chyba jej dopisywał.
- Bo tak jest. - przyznał mnich - Chociaż gratuluję odgadnięcia, zważając, że połowa mojej twarzy znajduje się gdzie indziej. - uśmiechnął się mnich - Może, jeżeli się uda, to kiedyś udamy się razem w jakieś obce strony? Słyszałem, że na dalekim wschodzie posiadają magię i bogów, absolutnie różnych od tego co my znamy.
- Może. Tam jeszcze nie byłam. Ale cóż z planami śmiertelników wobec woli bogów. Więc zobaczymy. - odparła zadumanym i nieco nostalgicznym tonem uśmiechając się gdzieś do przeszłości albo przyszłości.
- Trzymam cię za słowo. - uśmiechnął się mnich - Dziękuję, że poświęciłaś mi trochę swojego czasu i otworzyłaś trochę serce. Nie będę już zawracał głowy i tak mam jeszcze kilka spraw do omówienia z kilkoma członkami zboru. - skłonił się wyroczni i ruszył do Sigismundusa.
- No dobrze, mój drogi. Opowiadaj co tam się wydarzyło. Aż zżera mnie ciekawość. - mnich przywitał aptekarza uściskiem i usiadł obok nurglity.
- Oh, to może nic takiego. - odparł aptekarz gdy mnich się do niego dosiadł. - I właściwie nie wiem czy to ma sens skoro te nasze ladacznice są takie oporne na dary Oster. - spojrzał nieco zasmuconym wzrokiem na grupkę młodych kobiet jakie siedziały przy stole trochę dalej skoncentrowane wokół swojej gwiazdy centralnej czyli czerwonej milady o czarno - granatowych włosach zaplecionych w liczne warkoczyki.
- Ale wtedy jak mi któregoś razu powiedziałeś, że co ja niby robię dla nich, że oczekuję, że się dadzą zasiać no to wziąłem to sobie do serca. I jak to robiłem swoje rzeczy gdzieś mi się to tłukło po głowie. No i chyba coś mam. - powiedział jakby już się chociaż częściowo pogodził, że ich koleżanki “są na nie” nawet jeśli go to bardzo denrwowało i zasmucało. W końcu w jego oczach zbór by zyskał z pół tuzina noscieielek gdyby się zgodziły wszystkie. No albo chociaż część z nich. I niezmiennie bardzo nad tym bolał odkąd wrócili do miasta z Jaskini Oster.
- No to mam różne specyfiki. Na zwiększenie szans na ciążę, na zapobieganie, na zbicie ciąży, na zwiększenie albo zmniejszenie libido, ziółka nasenne i tak dalej więc jakby coś potrzebowały to mogę im to zrobić. Tobie zresztą też. Albo innym. Chociaż ostatnio to mnie te nowe mikstury i hodowla zajmuje no ale i dla koleżanek czy kolegów to jakoś ten czas wygospodaruje. No ale to ja nie o tym. - dał znak, że podtrzymuje swoją ofertę służenia pomocą różnymi miksturami dla pozostałych członków zboru. Ale widocznie zaznaczył to tylko mimochodem w nawiązaniu do rozmowy sprzed paru dni.
- No to mi się przypomniało, że kiedyś… No chyba rok… Albo dwa lata temu. A może już trzy? No jeszcze nie byłem z wami w każdym razie. No to dostałem wezwanie do sprawy w domu. Raczej nie chodzę na wizyty bo ja nie cyrulik ani medyk. Ale prosili, mówili, że sprawa pilna, że panna w potrzebie no i, że jak trzeba to dopłacą. No to poszedłem. - zaczął relacjonować swoje zdarzenie w jakim uczestniczył już jakiś czas temu. No i okazało się, że tam na miejscu zastał ową pannę w potrzebie. Zakleszczoną z koziołkiem. Co strasznie wszystkich zawstydzało więc prosili o dyskrecję. Sigismundus pomógł im w potrzebie. Przyjął pieniądze. I się nasłuchał mnóstwo próśb i tłumaczeń.
- Hehe a rozumiesz Otto, okazało się, że ten koziołek to taki medalowy był i rozpłodowy, główne źródło utrzymania i dumy rodziny. I chyba starszy bardziej się o niego i jego hehe narzędzie pracy martwili niż o tą pannicę. Bo to jakaś bratanica ich była czy coś takiego. Z tej wsi co tam w lesie stoi. No i właściwie to ci mówiłem, mnie takie rzeczy nie interesują. Wyszedłem i właściwie zapomniałem o sprawie. Czasem tą młódkę widywałem na targu. Na stoisku z hehe kozami. I mi się przypomniało właśnie bo ją niedawno widziałem na targu. Skłoniliśmy się sobie i tyle. Ona zawsze czerwienieje jak mnie widzi. To nawet nie podchodziłem. Ale jak tak ostatnio pytałeś co mógłbym zaoferować tym naszym ladacznicom to tak mi się to wszystko przypomniało. Im to chyba żadna różnica czy koziołek na dwóch czy czterech nogach nie? Sam widziałeś jak przebierają nóżkami na tą orgię przy kamieniach. To pomyślałem, że mogłoby to je zainteresować. Ale teraz to sam nie wiem. Chciałem je jakoś zachęcić aby któraś się zgodziła, chociaż jedna na zasianie. Albo potargorać. Albo niech jakąś inną załatwią. Przecież Onyx o jakiejś mówiła ostatnio. Ale teraz to sam nie wiem co z tym zrobić. Przydałoby się więcej nosicielek, no przydało. Algebra i kalendarz mówią, że z tych dwóch co teraz mamy to na koniec miesiąca będzie może półtorej tuzina, może dwa, może trochę więcej. No coś jest na początek ale cóż to jest w skali całego miasta? Ja to planuję wypuścić całe hordy, jak szarańczę. Ale na taką ilość to na pewno nie na teraz. Może za parę miesięcy. Ale nie teraz. - aptekarz póki opowiadał owe zdarzenie sprzed roku czy dwóch to dość zabawnie. Chyba traktował to jako zabawną anegdotkę. W miarę jednak jak schodził na tematy dla niego ważne czyli hodowlę no to spoważniał i wydawał się coraz bardziej strapiony. Bo ta chociaż zaczęła się dość dobrze i mógł już się pochwalić pierwszymi sukcesami to jednak w relacji do planowanej akcji nie rokowała na zbyt wielkie sukcesy przy dwóch nosicielkach jakimi w tej chwili dysponował.
Mnich przyklasnął aptekarzowi słysząc jego sugestię.
- Brawo, bracie. Wiedziałem, że coś wymyślisz. Więcej much złapiesz na miód i tak dalej. - mnich spojrzał na zgromadzenie Slaaneshytek - O ile nasze drogie siostry mogą się lękać, aby użyczyć Ci swoich łon, to może pomogą Ci pozyskać jakieś bardziej chętne. A właśnie. - miną mnicha delikatnie posmutniała - We śnie odwiedził mnie Vigo, niech robaki Nurgla grzeją jego duszę. Chciał przeprosić, że choroba, gorączka i kaszel nie pozwoliły mu dobrze przekazać wiadomości. Nie potrzebujemy "królewskiego" łona, ale takiego o błękitnej krwi, wiięc szlachta. Jest to najwyraźniej kluczowe w sprowadzeniu Oster. - mnich się nieco dłużej zastanowił nad opowieścią o koziołku - Za jaką ceną sprzedają takiego koziołka?
- A nie wiem. Nigdy mi do niczego nie był potrzebny to nie szukałem pewnie na targu będzie jakiś wnastwpnym tygodniu. Pewnie tańszy od konia czy krowy. - grubas wzeuszyl swoimi krzepkimi ramionami na znak, że handel kozami jest mu dość obcy.
- Nie potrzebujemy królewskiego łona? Dziwne. Bo Strupas mi właśnie o nim mówił jak słuchał Vigo ostatniej nocy gdy tutaj był. Jakoś tak, że potrzebne jest blogoslswione łono królewskiej krwi aby wydało na świat wyjątkowy owoc. No i ja myślałem, że chodzi o ten miot Oster. Jak się trafi jakaś nosicielka co jest królewskiej krwi i tak dalej. Tylko właśnie dlatego mi się to wydało ciężkie do zrobienia. Bo skąd tu taką wziąć? Nawet jakby Pirora się zgodziła no to nie umniejszając jej to ona nie jest królewskiej krwi. Przynajmniej nic takiego nie słyszałem aby mówiła. Chociaż gdyby chodziło o szlachcianki to by łatwiej było. Bo my mamy Pirore, u Grubsona jest ta Btetonka, no i w ogóle tej szlachty to w mieście trochę jest. To by było łatwiej niż z jakąś królewna czy księżniczką. Tylko wtedy mi nie pasuje do tego to gadanie o królewskiej krwi. Mógł powiedzieć, że o szlacheckiej albo błękitnej no to by było wiadomo o co chodzi. - Sigismundus zastanawiał się obracając nowy pomysł mnicha w głowie na różne strony gdy powoli go omawiał. Wydawał się być nieco zmieszany tymi różnymi interpretacjami słów posłańca Oster.
- A koziołki tak, ja bym chętnie ich użył aby któraś się zgodziła i nawet jak nie one to właśnie by mogły jakąś inną dać. Liczy się sztuka. Zwłaszcza, że mamy mało czasu to nie ma co wybrzydzac. Dobrze, że Lilly tą Dorne zaprosiła i namówiła. To byśmy trzy nosicielki mieli. A te królewskie czy błękitne łono to ja bardzo chętnie ale ważne jest aby mieć jak najwięcej nosicielek w ciągu powiedzmy następnego tygodnia. Potem to już może być za późno aby dar Oster zdążył się rozwinąć na czas turnieju. Chyba, że znów przesuną turniej to znów zyskamy na czasie. Ale na tą chwilę to kolejne dni i tydzień będą kluczowe dla hodowli. - aptekarz wydawał się być zmartwiony tym jak mają mało nosicielek w porównaniu do planów ich użycia. Żel, że okienko gdy można było je zasiac aby zdążyć na termin turnieju zmniejszał się z każdym dniem. Potem nawet jakby się to z jakąś udało to bardzo możliwe, że nie zdążą się one rozwinąć do stadia dorosłych owadów jakie miały zaatakować znamienitych gości.
- Być może jak źle rozumiem jego dzisiejszą wiadomość. Sny zawsze się rozwiewają tak szybko. - Otto głęboko się zastanowił - Pytał, czy mi mówiliście o królewskiej krwi, błogosławionym łonie i owocu. Że sam myślał, że chodzi o szlachciankę, bo królewska i błękitna krew brzmią podobnie. - mnic zmartwił się - Być może, zła interpretacja z mojej strony. - mnich się poważnie zastanowił - Może nie chodzi o dosłownie "królewską" krew? Metaforycznie? Ciekawe, czy któraś niewiasta ma odgrywać rolę królowej na festynie? Albo, któraś z tych aktorek podczas sztuki?
- Rolę królowej? A nie wiem. One chyba jeszcze nie przyjechały. To Pirora najwięcej wie o tym teatrze. Ale tak! Heinrich to świetnie wymyślił z tymi aktorkami i przedstawieniem! Genialne! - aptekarz kiwał głową do słów mlodszego kolegi i sam się nad tym zastanawiał. Ale gdy przypomniał sobie o pomyśle zasiania aktorek jaki przedstawił Heinrich to aż prawie podskoczył z radości i odszukał go spojrzeniem obdarzając pełnym wdzięczności uśmiechem. Po czym wrócił do rozmowy z Otto.
- Tylko one musiałyby być tutaj a nie tam w stolicy. Tam się di nich nie dobierzemy. Dopiero tutaj. No i mówiłem ci, czas zasiania gra kluczową rolę więc dla nas najlepiej aby przyjechały jak najprędzej. A jak się dobrać do ich majtek aby je zasiac no to już inna sprawa. Jak widzisz że mnie żaden amant i kiepsko mi to wychodzi. - uśmiechnął się nieco smutno gdy mówił o swoich mniej doskonałych stronach. Za to miał sprecyzowany pogląd na to jak można by użyć samych aktorek gdy już będą tu na miejscu. Pomijając chwilowo taki detal jak samo ich zasilanie.
- Aha. No i to trudne do oszacowania kiedy czerwie wyjdą na zewnątrz. Bo te małe to szybciej a duże dłużej. Ale które są które to da się poznać dopiero po wylinkach. A trzeba by mieć do nich dostęp. Bez tego trudno by było zaplanować moment wyjścia tak jak to Heinrich opisywał. - mając naturę uczonego Sigismundus dość sprawnie brał na warsztat kolejne aspekty tego eksperymentu w ogóle nie zwracając uwagi na ich moralny aspekt. Zdawał się go obchodzić tylko wydajność, wielkość i precyzja hodowli, los nosicielek wydawał mu się być obojętny o ile nie wadziło to w hodowle.
- Ale z tą królewska krwią to zamieszał. Ja w pierwszej chwili myślałem, że chodzi o jakąś księżniczkę. Bo kto inny może być królewskiej krwi? No same zmamienite rody są zawsze blisko tronu. A nie słyszałem aby ktoś taki był u nas w mieście. Może w Saltburgu? Bo jest parę znamienitych rodów jak ci van Zee ale oni są z Marienburga. Van Hansen ale chociaż to wyższa półka to nie wiem czy są spokrewnieni odpowiednio wysoko. No i jeszcze inni ale to to samo, w genealogię im nie zaglądałem. Terazjest ich więcej no część przyjechała na turniej ale czy jest wśród nich jakaś ladacznica królewskiej krwi to nie wiem. Dlatego mnie to tak zmieszało jak mi Strupas przekazał co mówił Vigo o tej królewskiej krwi. A. jeszcze miało być błogosławione. Z tym błogosławieństwem to w ogóle nie wiem o co chodzi. Szkoda, że to od Vigo a nie od Mergi albo zapisków. To by można popytać albo poczytać. Może jeszcze raz siądę do tych zwojów. Może mi coś umknęło. Albo Mergi się zapytam. - zagadnienie królewskiej krwi i wyjątkowego owocu jakie miało wydać frapowało aptekarza ale na razie miał trudność jak rozwikłać tą przepowiednie umierającego herolda Oster.
- Dobry pomysł. - minch westchnął - Dziś jeden z moich pacjentów rozpoczął pożar w bibliotece. Zastanawiam się, czy nowy herold Oster się ujawnił, skoro stary rośnie teraz w ogrodzie Ojczulka.
- Pożar? Ee… To jeszcze nic nie znaczy. Ale może, może… Kto wie. Ja jak na razie mam masę planów i roboty. No i hodowli. A tu widzisz nie wiadomo już gdzie ręce włożyć. Tyle potrzeb a tak mało rąk do pracy, tyle pytań a tak mało odpowiedzi. - aptekarz pokręcił głową i westchnął nieco markotnie gdy omawiał ten ogrom prac i planów do swoich skromnych możliwości.
- To co? Pogadasz z tymi naszymi ladacznicami aby się któraś zgodziła? Albo chociaz znalazła zastępstwo? Mi to obojętne która, liczy się sztuka. No oby tylko była płodna w zdrowy miot. Reszta to mi nie zależy. Sam widzisz mam kontakt na dorodnego koziołka z rodowodem i ladacznice co się lubi z nim bawić to pewnie by się dogadały. Ale ja potrzebuje nosicielek. Jak najwięcej i jak najszybciej. Nie ma co wybrzydzać. Każda sztuka i dzień są ważne i straty będą nie do nadrobienia. - poprosił młodego mnicha o wsparcie na tym krytycznym dla hodowli polu. Są wydawał się obłożony zadaniami ale był na tyle zaangażowany i oddany sprawie, że był gotów się z nimi zmierzyć.
- Oczywiście i tak mam do nich kilka spraw, między innymi ta znajoma Onyks. Ty może porozmawiaj z Mergą. Wyrocznia widzi rzeczy, na które my nawet nie wiemy, że jesteśmy ślepi. Może wskaże ci to błogosławione królewskie łono. - Otto poklepał aptekarza po ramieniu i zostawił go z rozważaniami. Postanowił podejść najpierw do Onyks, już jakiś czas inne rzeczy zajmowały mu powinność wobec przyszłej Nurglitki.
- Onyx, mogę zająć ci sekundkę, kochanie?- Oby. Bo niezbyt mam pomysł jak należy czytać te słowa Vigo. Brzmią ciekawie i jakby coś z tego wyszło to by było cudownie. Taki owoc królewskiej krwi musiałby być bardzo majestaryczny. - aptekarz pokiwał swoją bycza głową zgadzając się z pomysłem kolegi ale przyznając, że słowa proroctwa Vigo są dla niego zagadką. Nie zatrzymywał dłużej Otto i klepnął go po przyjacielsku na drogę. Po chwili młody mnich siedział już w narożniku stołu zajętym przez wyznawczynie Księcia Przyjemności. Onyx spojrzała na niego wzruszyła ramionami, wstała z ławy i odeszła z mnichem kilka kroków czekając na to co ten powie.
- Chodzi o tą twoją koleżankę, która rozważa przyjęcie Dziadunia jako swego patrona. Sigismundus poprosił mnie, abym porozmawiał z nią jako reprezentant wiary. - mnich delikatnie wzruszył ramionami - Wiesz jaki on jest, od razu pewnie chciałby jej robale włożyć, więc chciał, abym ją delikatniej wprowadził w tajniki. Mogłabyś zorganizować dla nas spotkanie?
- No nie wiem czy Laura jest gotowa na nauki Dziadunia. Ale akurat różne robale, szczury, pająki i inne takie obrzydlistwa to lubi. Jak się ktoś trafi co chce ją oglądać jak się tak zabawia to płaci sporą sumkę i ogląda albo nawet się przyłącza. Najgorzej jak chce dwie dziewczyny do zabawy to wtedy któraś z nas musi dołączyć do Larwy. Tak ja nazywamy. Laura Larwa. Albo Lala. Ale, że tacy klienci nie trafiają się zbyt często to zwykle Laura pracuje tak jak i my. Ale trzyma w jednym z pokojów to całe obrzydliwe talatajstwo na wypadek gdyby się ktoś taki trafił. Więc jakimiś nowymi robalami mogła by być zainteresowana. Ale nie sądzę aby była zainteresowana zdobyciem kurzajek, pryszczy, krwawej biegunki czy innego chłamu. - Onyx trochę się zdziwiła słysząc jak Otto zinterpretował jej wcześniejsze słowa o koleżance z pracy. Szybko to jednak wyjaśniła dokładniej jak to z nią jest i dlaczego przyszła jej do głowy jako kandydatka do zasiania.
- Ah, wybacz. Pomyliło mi się z naszą najnowszą siostrą, zabiegany ostatnio byłem. Tak czy inaczej chętnie się z nią spotkam. O ile Sigismundus chętnie by ją dodał do hodowli, to może przekonam go, aby na razie ją przyjął jako pomoc przy niej. - mnich się uśmiechnął - A teraz chodź do swoich sióstr w wierze, mam propozycję od naszego aptekarza i nie martw się, na pewno się wam spodoba. - mnich wrócił do ławy gdzie siedział część rodziny oddana Slaanesh.
- Moje drogie, wyglądacie tak pięknie zebrane razem, że trudno się powstrzymać. - uśmiechnął się łobuzersko - Sigismundus chciał przeprosić za swoje słowa, dotyczące was. Jego oddanie Ojczulkowi i chęć uiszczenia dzieła Oster sprawiły, że zapomniał o dobrych manierach. Chciał przekazać dla was ofertę. Wśród swoich specyfików posiada wiele ziół i środków alchemicznych, które znajdą zastosowanie w łóżku i poza nim. Maści na wysypki, tabletki na stanie kuśki, czy też środki na wpływające na ciążę. Bardzo chętnie je wam zaoferuje, bez opłat oczywiście. I o ile byłby zaszczycony mogąc dołączyć was do swojej małej menażerii lęgowej, rozumie że chcecie oddać swoje łona innym celom. Byłby za to wdzięczny, gdybyście mogły wypatrywać potencjalnych matek dla jaj Oster. Chętnych lub mniej. Samotne kobiety, jakieś przejezdne, które mogą z przykrością zniknąć w nocy.Sądząc po minie Onyx to zdradzała spory sceptycyzm czy Sigismundus jest w stanie zaoferować jej i koleżankom coś interesującego. W sprawie Laury obiecała, że z nią porozmawia. Większość wieczorów miały pracujące a poranki odsypiały tą pracę. Więc pewnie najłatwiej się umawiać w środku dnia albo przed pracą. Juro wieczorem też idzie do zamtuza i Laura powinna tam być to z nią pogada. Nie spodziewała się aby była chętna na zmianę swojej lubianej i dochodowej pracy na rzecz pomagania przy hodowli robali ale kto wie? Zapytać można. Raczej Onyx spodziewała się po koleżance, że ta by chciała kupić lub dostać takie nowe dla niej okazy. Ale tego też nie chciała za nią obiecywać i obiecała, że ją jutro zapyta.
A jak wrócili do czerwonej lady i jej wianuszka dworek to dziewczęta wysłuchały go z zaciekawieniem. Potem popatrzyły po sobie i jak zwykle pierwsza głos zabrała ich liderka czyli Łasica.
- No to podziękuj mu za tą chojna ofertę. Jak za darmo to dobra cena. Ale nie chciałabym być w jego skórze jak tam dosypie jakiegoś świństwa. Rodzina nie rodzina, policzymy się z nim. - odparła włamywaczka i jednocześnie dziewczyna z ferajny zdradzając przy okazji, że nie w pełni ufa aptekarzowi i jego specyfikom. Chyba podejrzewała, że mógłby czegoś tam dodać na cześć i chwałę swojego patrona. Zresztą koleżanki też bo poparly ją kiwaniem głów.
- A z tą "hodowlą" to kompletna porażka. Nie dość, że chodzi o to aby dać sobie wstrzyknąć jakieś robale to jeszcze to takie zimne. W ogóle nie zna się na robieniu bajery. Jak tak to będzie sprzedawał to chyba mu zostanie Silny aby mu jakichś frajerek nałapał. Nie wierzę, że któraś może być na tyle głupia aby zgodzić się zostać częścią hodowli robali w sobie. - włamywaczka pokręciła głową dając znać, że jej zdaniem już samo podejście aptekarza nie rokuje mu szans na znalezienie zbyt wielu ochotniczek.
- To prawda. Ja na pewno się nie zgodzę. Ale jakby nawet Fabi to zaproponować a ona lubi być posłuszna, uległa i być podmiotowo traktowana podczas zabaw to nie sądzę aby ona się zgodziła. A naprawdę rzadko czemus odmawia. Łasica ma rację, to cud będzie jak złapiecie na ten haczyk kogokolwiek z miasta. Haczyk musi mieć przynętę. - Pirora też zabrała głos dołączając się do tej krytyki metod Sigismundusa. I na przykład wzięła bretonska koleżankę jaką wszyscy tutaj zdołali poznać chociaż pobieżnie jako bardzo pokorną i posłuszną niewolnicę wykonującą wszelkie polecenia swoich koleżanek i kolegów. Ale nawet z nią Averlandka wątpiła aby się to udało uzyskać jej zgodę na świadome zasianie.
- Ale moje dziewczęta. Mimo wszystko chodzi o nasz wspólny cel. O zadanie ciosów naszym wrogom. A z tego co widzę to przynosicie chlubę mojej matce i naszemu patronowi bo macie najwięcej znajomych jakim możecie się dobrać do majtek i tego co jest pod spodem. Może same nie musimy poświęcać się w ten sposób dla nowych doświadczeń i doznań ale jednak szkoda by było jakby potem mam wypominano, że w ogóle nic nie zrobiłyśmy w tej zaszczytnej sprawie. W końcu to cel do jakiego nasza Soria też dorzuciła nieco swoich płynów ustrojowych to i chyba my możemy pochylić się nad tym projektem. - niespodziewanie Soren zabrała głos pozwalając aby jej drogie i eleganckie buty spoczęły między udami Łasicy wciskając się tam coraz bardziej aż ta jęknęła cicho. Dłonią zaś pogłaskała nieco piegowaty policzek Pirory skutecznie przykuwając ich uwagę. No i zaskakując.
- No ja już mówiłam o tej Laurze. Właśnie o tym rozmawiałam z Otto. - zaznaczyła od razu Onyx wskazując na stojącego obok kolegę. Dziewczęta zaś wydawały się nieco zbite z pantalyku.
- Rozumiem waszą niepewność, ale nie wierzę, że Sigismundus zniżyłby się do takiego zagrania. Zważając, że mogłoby się to bardzo szybko zwrócić przeciwko niemu. Jeżeli mam nazwać rzeczy po imieniu, on chce po prostu kupić waszą współpracę. - mnich wzruszył ramionami - Po prostu prosi o pomoc w znalezieniu potencjalnych nosicielek. Przy okazji, wskazał mi potencjalną rekrutkę dla was. Kilka lat temu, udzielał pomocy młodej dziewczynie, która znalazła się w bardzo… wstydliwej sytuacji z rozrodczym czempionem, koziołkiem, w roli głównej. Jeżeli dziewczyna ma takie smaczki, mogą ją też ciągnąć inne przygody. - mich się chwile się zastanowił - Czy w sumie… To jego pomysł, tak przy okazji. Też nie chciałybyście takiego koziołka?
- Koziołka? - sądząc po minach i łotrzyc i szlachcianek to ostatnio ich relace z grubym aptekarzem pogorszyły się na tyle, że były mocno mu nieufne i nieprzychylne. I pierwszą reakcją na jego osobę albo coś co od niego pochodziło było to, że “są na nie”. Pod tym względem Sigismundus chyba dobrze to wyczuł, że poprosił Otto jako pośrednika bo jak z nim slaaneshytki miały ostatnio cieplejsze relacje to na odwrót niż z nim. No i chociaż były skłonne wysłuchać młodego mnicha co w przypadku aptekarza wcale nie było takie pewne. Teraz jak im przedstawił sprawę o jaką go poprosił grubas z apteki to znów widział, że w pierwszej chwili na ładnych twarzyczkach pojawia się sceptycyzm i niedowierzanie. Chyba wcale nie były takie pewne czy by im czegoś nie dosypał od siebie do tych oferowanych specyfików. Jednak wcześniejsza uwaga Sorii nieco je zbyła z pantałyku a dalsza część tego co mówił Otto chyba je zainteresowała.
- Ja to raczej nie. Chyba, że dla Fabi. Ale musiałabym ją zapytać. - Pirora odparła pierwsza z delikatnym powątpiewaniem aby dać znać, że osobiście nie jest zainteresowana takimi atrakcjami. Pozostałe dziewczęta jakby się zawahały.
- I on zna takie wesołe dziewuszki? No popatrz, kto by pomyślał… - Łasica prychnęła i posłała przez stół spojrzenie aptekarzowi ale ten nie zwracał na nią uwagi zajęty rozmową z rogatą wiedźmą.
- No cóż… Jakby się dało to właściwie mogłybyśmy poznać tą wesołą dziewuszkę. I zobaczyć jakie to miewa przygody z tymi koziołkami. - liderka wężowych dziewcząt ostatecznie wydawała się być zainteresowana poznaniem owej pechowej pacjentki Sigismundusa sprzed sezonu czy dwóch. Chociaż na razie niczego więcej nie obiecywała.
- No dobra i niech wam będzie. Poszukamy jakiś dziewczyn na nosicielki. Zresztą Onyx to już znalazła tą Laurę to chyba coś już się przyczyniłyśmy nie? - niebieskowłosa w końcu westchnęła zwalczając własną niechęć to tego projektu i zgodziła się chociaż spróbować rozejrzeć za jakimiś kandydatkami do tej hodowli jaj Oster.
Mnich odetchnął. Cieszyło go, że udało się chociaż odrobinę przekonać dziewczyny do współpracy z Nurglową częścią rodziny.
- Cała rodzina będzie wam wdzięczna. Och, Piroro, najdroższa. Jeżeli będziesz widziała się jutro z Fabienne, przekaż jej proszę, że najpewniej pojutrze odwiedzę ją z Silnym. Trzeba przygotować, naszego Herolda Norry. - uśmiechnął się - Och i kiedy planujecie wycieczkę do Zwierzoludzi? Miałem nadzieję porozmawiać z którymś… mam nadzieję, że zostawicie jakiegoś na tyle przytomnego.
- Dobrze, przekażę jej. Ale lepiej zostaw Silnego gdzieś na zewnątrz. Albo się z nim jakoś umów na mieście. Bo chyba wiesz jaki rzep z tej Gertrudy. A Silny to nie jest osoba jaka wzbudza zaufanie swoim wyglądem. - Pirora pokiwała swoją jasnoblond głową obdarzając kolegę ciepłym uśmiechem. Na co Łasica prawie weszła jej w słowo.
- W ogóle nie znacie się na bajerowaniu i kombinowaniu. - zaśmiała się dobrodusznie jak starsza siostra obserwująca poczynania młodszego. - A po co wam Fabi jak macie romans do Anniki? - zapytała raczej retorycznie patrząc na nich oboje. Bo zaraz zaczęła dalej. - Tam gdzie jest Fabi tam i Gertruda. Zwłaszcza jak wyjeżdżają z rezydencji. Tylko do Pirory się jakoś przyzwyczaiła na tyle, że stara rura siedzi ze służbą. I na jakichś przyjęciach i balach co to wielcy państwo nie życzą sobie oglądać jakichś starych rur i innej służby. No chyba, że takie ładne i gorące kelnerki jak my. I ta ruda małpa. - łotrzyca zaśmiała się wesoło wskazując na swoją partnerkę. Ta sprzedała jej kuksańca za tą “rudą małpę” i obie zachichotały.
- Annika to służąca Fabienne. Przynajmniej tak oficjalnie. Niech ta ją pośle po coś do miasta i tam się z nią umówcie. Albo nawet ty Otto tam się umów aby ją zabrać to pójdziecie we dwoje. I już z Silnym czy nie to już tam się jakoś umówcie. - dziewczyna z ferajny gładko wyjaśniła jak sobie wyobraża spotkanie z Anniką na dogodnych warunkach.
- Aha i jak będziesz się z nimi widział, to daj im znać, że my tą Annikę bardzo chętnie poznamy. Zresztą tą Marisskę też bo brzmi bardzo apetycznie. No i Fabienne też, żeśmy dawno nie poniewierały, na pewno się stęskniła. Chociaż to jutro u Pirory powinna być na psalmach żałobnych. - Burgund dorzuciła coś szybko od siebie ale w ostatniej chwili przypomniała sobie, że jutro jest Festag to zapewne znów się spotkają w komplecie w loszku Pirory po porannej mszy.
- A na tego Gnaka to sobie wsiądziemy w pełnię. Pełnia jest w Aubentag na Marktag. My jedziemy już w dzień, zająć miejsce, przygotować i tak dalej. Startujemy w południe z “Mewy” ale jak nie zdążysz to sam dojdź. To przy kamieniach od zachodniej bramy. Tylko damulki będą musiały kombinować i pewnie jak będą to dopiero przy północy bo muszą swoje ładne koleżanki pospać. - Łasica dalej nawijała gładko i ze swadą ochoczo rozmawiając o tej orgii ze zwierzoludźmi na jaką szykowały się już od zeszłego miesiąca.
- No cóż, zasugeruję to Annice. Ostrzegam, dziewczyna lubi, jak się jej usługuje. - mnich się uśmiechnął - Fabienne byłaby nie aż tak potrzebna, jak jej sakwa. Może was to zdziwić, ale nie płacą mi dużo za moją służbę w hospicjum. - Otto się zastanowił. Południe z "Mewy"? Postaram się z wami udać, wasi partnerzy spodziewają się gromadki pięknych kobiet. Pewnie by sądzili, że jednooki mnich popsuje atmosferę i nabiliby mnie na coś długiego, zanim bym dotarł do kamieni.
- Lubi jak jej się usługuje? - obie łotrzyce zbystrzały jak harty które wyczuły obiecujący trop. - No popatrz jaka wspaniała, mądra dziewczynka! To ją zapewnij, że my jej będziemy usługiwać bardzo chętnie! Cokolwiek sobie zażyczy. Zwłaszcza jakby miało być bez ubrań i coś mocno nieprzyzwoitego! - zapewniła go gorąco Łasica a Burgund ochoczo jej zawtórowała.
- A z tą sakiewką Fabi no to nie moja sakiewka to niczego ci nie będę za nią obiecywać. Chociaż… Pewnie jutro się z nią spotkamy u Pirory… To się z nią pogada o tej Annice. Na tyrana to nasza Fabi nie wygląda to myślę, że powinna dać się uprosić aby dała wam pieniądze na zakupy. Zresztą na pierwszy raz to pewnie i tak pójdziecie tylko oglądać i przymierzać a pół dnia albo cały i tak zejdzie. To jak z kupowaniem ubrań. Zanim cię zmierzą, zważą i tak dalej to czas ucieka. - niebieskowłosa rozważała tą myśl o tych zakupach dla Anniki jakie powinna zasponsorować jej pani ale raczej wydawała się być dobre myśli.
- I oczywiście, że cię zapraszamy na to spotkanie w pełnię. Przecież wszystkich was już zapraszałyśmy. I chyba Joachim jeszcze będzie. No nasze panny od Grubsona. A reszta to nie wiem, jeszcze się nie deklarowali. - liderka slaaneshytek popatrzyła po tej lekko chwiejącej się na łagodnych falach ładowni jakby liczyła kto dał jaką odpowiedź na to zaproszenie do kameni za miastem na spotkanie towarzyskie ze zwierzoludźmi.
- I nie bój się. Ja nie wiem czy oni gustują tylko w kobietach ale ostatnio była Genda a ona jest bardzo podobna do naszej Lilly tam poniżej pasa. No i jak będzie miło to kto wie? No zawsze Lilly możesz poprosić, ona lubi takie zabawy. I możemy zapytać… Hmm… Właściwie to Lilly musiałaby zapytać. W każdym razie no jak pojedziesz z nami to się raczej nudził nie będziesz. Śpiew, wino, muzyka, chętne, nagie kobiety no i zwierzoludzie. Mam nadzieję, że też chętni i nadzy. - Łasica poklepała go przyjacielsku po ramieniu zachęcając aby z nimi pojechał na tą schadzkę w najbliższą pełnię. Niezbyt chciała coś obiecywać za zwierzoludzi jakich teraz tu nie było przy rozmowie ale tutaj też wydawała się być dobrej myśli.
-
Oryginalny autor: Seachmall
- Hm… Fabi w sumie jest mi winna… przysługę za odnalezienie dziś Anniki. Może znowu odwiedzę twój loszek Piroro. Jeżeli oczywiście mnie przyjmiesz. - uśmiechnął się - Jeżeli, któryś będzie chciał mnie przerzucić przez pieniek to chętnie skorzystam, a tak… nie wyobrażam sobie makabrycznie piękniejszej sceny niż banda hedonistek w łasce zwierzoludzi. Być może uda mi się uwiecznić na papierze.
- To zapraszam cię serdecznie Otto. Jutro po mszy spotykamy się u mnie z obowiązkową wizytą w moim loszku oczywiście. Fabi nic mi dzisiaj nie mówiła, że nie ma inne plany więc liczę, że do nas dołączy to zapewne będzie do naszej całkowitej dyspozycji. I zgaduję, że będzie chciała się pochwalić nową służącą to zapewne z nią przyjedzie. - Pirora jako jutrzejsza gospodyni bardzo ciepło i chętnie zaprosiła kolegę na jutrzejsze odprawianie psalmów żałobnych na cześć zmarłej księżnej. Pełne pokuty i kary za grzechy. Chociaż stroje i nastroje zapewne nie będą tak całkiem żałobne sądząc po tym jak to wyglądało w zeszłym tygodniu.
- A banda hedonistek na łasce zwierzoludzi… Tak, to rzeczywiście jest dobry materiał na jakiś obraz. Oczywiście nie taki co by można pokazywać szerszej publiczności no ale na własne potrzeby i w naszym rodzinnym gronie to mogłoby być ciekawie. - Averlandka pochwaliła pomysł Otto a, że sama była nie tylko miłośniczką sztuki i jej mecenasem ale też i aktywną malarką to pomysł od razu jej się spodobał. Zwłaszcza, że jak zaznaczyła sama nie planowała się pokładać z ungorami jacy mieli przybyć pod te kamienie za zachodnią bramą. Dziewczętom zresztą także bo znów zapanowała radosna wrzawa gdy zaczęły rozmawiać jak to by mogło wyglądać.
- Teraz to nas będzie trochę więcej. Bo oprócz nas to jeszcze powinna być Fabi i Oksana. Chociaż z Oksaną jeszcze o tym nie rozmawiałam. No i wy, znaczy ty i chyba Joachim bo wcześniej mówił, że by chciał. Może Fabi by zabrała tą nową służkę. Albo dwie. I jeszcze mówisz Otto Sigismundus zna jakąś pannę od koziołków co? Jej. To nie wiem czy nam wystarczy tych chłopców Gnaka. Może trzeba będzie ustawić jakąś kolejkę i się zmieniać. - Łasica wesoło próbowała policzyć kogo by można się spodziewać z ich strony na tą orgię przy kamieniach jaka miała się zacząć już za parę dni. I nawet w takich luźnych rachunkach zapowiadało się, że będzie wyraźnie większa grupa niż wtedy za pierwszym razem, miesiąc temu przy urokliwym zakątku. Wtedy to wszystko wyszło tak nieco przypadkiem i niechcący. Żadna ze stron nie spodziewała się na miejscu tej drugiej. Ale teraz miało być inaczej, teraz już byli od dłuższego czasu umówieni i na razie większość przygotowań zdawała się być ukończona.
- Hm… czy mogę sobie pozwolić na jeden dzień poza hospicjum. Czemu nie? Oczywiście się zjawię po mszy. Mam przynieść coś, aby dodać smaku naszemu spotkaniu?
- Siebie przynieś. A resztę gościńca to mam nadzieję, że wam posmakuje. A co tam już będzie z kim wyczyniał i w jakich kombinacjach to już jutro na miejscu się wszystko okaże. - szlachcianka o przyprószonych piegami mlecznej karnacji machnęła ręką aby nie przejmować się drobiazgami o ile jest wola na wspólne zabawy jutro po porannej mszy.
- No tak, nas też dawno u ciebie nie było. Chyba od zeszłego Festag. Przez tą robotę w świątyni. Nie mamy czasu na nic innego jak choćby odwiedziny do koleżanki. - Łasica też wydawała się zadowolona z takich warunków i chyba wszystkie dziewczęta uważały podobnie.
Mnich na chwilę zatrzymał wzrok na Sorii.
- Wybacz, czcigodna, coś przyszło mi na myśl. Jako istota błogosławiona przez Slaanesh jestem pewny, że masz niebywały wpływ na śmiertelników. Twój głos gotuje krew, twój zapach zmiękcza nogi… jaki wpływ miałaby twoja krew?- oko Otto było skupione, młody Chaosyta miał najwyraźniej jakiś plan formujący się w głębiach swego umysłu.
- Krew? Moja krew? - chyba nie tylko córka Soren była zaskoczona nagłą zmianą tematu. Uniosła brwi a jej śmiertelne dwórki popatrzyły to na nią to na siedzącego na ławie obok kolegę. Też wydawały się zaciekawione odpowiedzią.
- A o taki. - Soria lekko uśmiechnęła się i wyciągnęła swój nadgarstek ozdobiony barwnymi bransoletami. Jej starannie przycięty i zaokrąglony paznokiećpociągnięty liliową barwą wydłużył się zmieniając się bardziej w pazur niż paznokieć eleganckiej damy. Zaraz później naciął skórę aż pojawiło się krwista struga dobrze widoczna na bladej skórze kobiety. Po czy znów zwykłym palcem umoczyła go we włanej krwi i wyciągnęła przed siebie. Łasica co siedziała najbliżej z zaciekawieniem powąchała te czerwone krople.
- O! Ale ładnie pachnie! - odkryła zaskoczona i po chwili chętnie oblizała tą krew z palca swojej milady. Może nawet więcej niż trzeba była bo w końcu zaczęła go ssać nawet jak już żadnej czerwieni poza lakierem paznokcia nie było widać. Ale i do pozostałych co siedzieli w pobliżu, także do Otto, dotarł nowy, bardzo przyjemny zapach. Taki jaki pobudzał, że aż stawały włoski na karku i budziły się lędźwie.
- Przydaje się podczas zabaw. Albo podczas walki. - odparła Soria obserwując z zadowoleniem jakie wrażenie robi na śmiertelnikach. Bo jej służki, bez względu na to czy łotrzyce wychowane w tawernach i rynsztokach czy dobrze urodzone bogate szlachcianki co nigdy nie zaznały głodu i poniewierki miały miny jakby miały ochotę na jeszcze tej krwistej ambrozji. Ale i młody mnich też odczuwał taką pokusę.
Otto westchnął tęsknie kiedy zapach krwi Wybranki Slaanesh natarł na jego nozdrza, jego oko nie mogło oderwać się od Łasicy kiedy ta ujęła ustami palec Sorii. Jego szczęka się otworzyła, oddech przyspieszył a strużka śliny zaczęła umykać z kącika ust - Też chcę… - słowa mimowolnie opuściły jego gardło i wyfrunęły w świat. Starał się przypomnieć po co zapytał o działanie krwi córki Soren, ale w tej chwili nie mógł myśleć o niczym innym tylko o zazdrości wobec łotrzycy, która doznała przywileju odczucia smaku tego błogosławionego nektaru.
Wydawało się, że krótka wypowiedź Otto wywołała podobne jękliwe prośby u reszty dwórek Sorii. Zresztą także i Łasicy jaka też najwidoczniej miała ochotę na powtórkę. Córka Soren zaśmiała się wesoło widząc jakie wrażenie wywołała.
- No dobrze. Jestem z was zadowolona, bawicie mnie, dostarczacie rozrywki i ekscytujących wrażeń więc dobrze. - oznajmiła im tonem wielkiej władczyni jaka jest skłonna wynagrodzić swoich wiernych poddanych. Umoczyła palec w rozciętym nadgarstku i wyciągała kolejnu ku każdemu z nich. Do swoich dwórek ale też i do Otto jakiego też poczęstowała. Gdy miał okazję tego spróbować to wcześniejsze wrażenie jakie wywołał tylko aromat jej krwi tylko się wzmogło.Teraz mógł poczuć ten smak na języku. I to jak pobudza jego ciało. Jak zaczyna odczuwać podniecenie. Jak włoski stają na karku i czuje jakby niewidzialną rękę jaka przyjemnie go tam pieści. Podobnie ożywienie spływało w dół ciała i kumulowało się w lędźwiach dając znać, że jest gotowy do działania. Zresztą sądząc po błyszczących spojrzeniach dziewcząt i przyspieszonych oddechach, tego jak chętnie szukały czyjegoś dotyku i bliskości i same go dawały to musiało z nimi być podobnie. Wszyscy zdawali się być podatni na tą ambrozję zaklętą w krwi bezpośredniego potomka Soren.
Ręka Otto odruchowo wylądowała na najbliższym mu udzie, kiedy reszta ciała napawała się doświadczeniem jakim był smak krwi Sorii. Sama dłoń jednak zaczęła wędrować dalej w kierunku krocza jego nowej partnerki, chociaż sam mnich nawet nie zwracał uwagi kogo dotyka.
Raczej nie było to udo Łasicy bo ta przyszła w swoich ulubionych, skórzanych spodniach. Dłoń Otto wyczuła materiał spódnicy, całkiem sporo tego materiału ale i sama właścicielkamusiała mu pomóc podwijając ją aby miał do niej łatwiejszy dostęp. Wtedy wyczuł kolano okryte pończochą a potem gładkie, i ciepłe uda, bardzo przyjemne w dotyku. Wreszcie dotarł do ich zwieńczenia zakrytego rozgrzanym od ciepła ciała koronkowym materiałem. A i wtey usłyszał gdzieś nad sobą i za sobą znaczące chrząknięcie. Cała zabawa zamarła gdy jego towarzyszki równie rozochocone jak on też z pewnym zdziwieniem odkryły, że są wciąż w starej ładowni, i wokół reszty towarzyszy i towarzyszek a nad nimi stoi zamaskowany mężczyzna w długiej todze.
- Myślę, że to nie czas i miejsce na takie zabawy. - odparł z lekkim uśmiechem ale ton wypowiedzi był stanowczy. Wiadomo było, że mistrz traktuje zbór i jego czas jako teren neutralny oraz do zbudowania więzi rodzinnych między poszczególnymi członkami ich grupy, podzielenie się swoimi potrzebami, problemami i zmartwieniami gdzie można było porozmawiać o tym z kimś kto dzieli wspólną tajemnicę spisku.
- Oh wybacz mistrzu. To moja wina. Troszeczkę mnie poniosło w tej małej prezentacji. Dziewczęta proszę was abyście zachowywały się odpowiednio do tego miejsca. - Soria wzięła tą winę na siebie i poprosiła swoje dwórki aby się uspokoiły. Bo jak się zorientował Otto to właśnie zaczynał się dobierać do majtek Pirory na co ta wcale nie była przeciwna. Łasica i Burgund już sprawdzały sobie nawzajem jędrność biustu a Onyx sprawdzała co Lilly ma pod spódnicą jakby dawno już tego nie robiła. Wszystkie więc wydawały się nieco speszone i zaskoczone jak niewiele trzeba było aby zacząć zabawę na całego. Ale był zbór i Starszy był dość stanowczy co do tego jak należy się zachowywać podczas niego. Więc po chwili nieco nerwowych i łotrzykowych uśmieszków, poprawiania ubrań sytuacja zaczęła wracać do normy.
Mnich odchrząknął starając się przywrócić myśli i pozwolić krwi znowu płynąć, aby opuściła mniej kluczowe miejsca.
- Więc… niewiarygodne. Podejrzewałem, że twoja… krew… pani. - potrząsnął głową odganiając myśli - Miałaby silny wpływ na śmiertelników, ale żeby aż taki. Chciałem zasugerować, aby dodać kilka kropel do napitku podczas jednej z imprez Pirory, albo Fabienne.
- Tak. Można by tak zrobić. Ale chyba widzisz, że efekt byłby dość widoczny. Więc nie wiem czy tego właśnie byście chcieli. - czerwona milady uśmiechnęła się dostojnie jakby świetnie się bawiła w tym momencie tymi rozszerzonymi źrenicami, przyspieszonymi oddechami i rumieńcami na licach otaczających ją śmiertelników.
- Ah… No tak… Jak tak jak u zaufanych osób jak jutro u mnie w loszku to ja bardzo chętnie. Ale na jakimś balu czy przyjęciu… Oj to by się dopiero skandal zrobił jakby goście zaczęli się obnażać i rzucać się na siebie! - Pirora rozgryzła o co pytała jej pani i chociaż wizja okazała się kusząca i taka apetyczna to jednak rozsądek podpowiadał, że nie zawsze i wszędzie możnaby zastosować tak silny afrodyzjak.
- Nie, nie, tak to nie. Znaczy na pewno nie róbcie tego u siebie. Ani ty ani Fabi. Jak już to gdzieś gdzie nie będziecie gospodarzami bo tych by się od razu podejrzewało, że coś dosypane do wina albo co. Tylko gdzieś indziej. Gdzie będziecie jednymi z wielu gości albo nawet tak aby was nie było. Albo na odwrót. W kameralnej atmosferze i z kimś z kim jest nadzieja, że będzie chętny czy chętna na takie zabawy. Bo potem jak wytrzeźwieje to może narobić niezłej hecy jak to będzie wbrew upodobaniom albo będą świadkowie i trzeba będzie się jakoś tłumaczyć. To zawsze lepiej zwalić na kogoś niż wziąć winę na siebie. - Łasica chciwie zerkała na dłoń i nadgarstek swojej pani ale zajęła się takim numerem o jakim rozmawiali jako oszustka i włamywaczka oraz była pracownica zamtuza co miała doświadczenia jakie mogłyby być konsekwencje gdyby przypadkowym osobom z towarzystwa podać taki silny środek. Sam pomysł jej się spodobał ale namawiała aby go zastosować w odpowiedni sposób jaki nie ściągnie na nich kłopotów.
Mnich się chwilę zastanowił.
- To miałoby sens, oczywiście. Chociaż, lepiej będzie to zrobić… no z jakimś odstępem od kradzieży ze świątyni i misją w akademii. Jak się zrobi zbyt ciekawie, kościół może wezwać większą inkwizycję, aby zakończyć zabawę.
- No. Na przykład na tą akcję z balem, muchami i całą resztą. Na pewno by to podkręciło atmosferę i zrobiło większe zamieszanie. Ale wcześniej gdzieś też można tylko właśnie aby to z głową zrobić. Albo jak jesteśmy sami swoi. No i nie na zborze. - Łasica ochoczo przytaknęła Otto na jego pomysł. I dodała coś od siebie. Ale widać było, że najchętniej spróbowałaby krwi swojej milady jak najprędzej.
-
Oryginalny autor: Zell
Po północy, mieszkanie Heinricha
Heinrich był tym dniem jakoś niespodziewanie wyczerpany. Ciężko usiadł na łóżku, zastanawiając się czy w ogóle ma ochotę dziś się przebierać do snu, a nie wpaść w jego objęcia tak, jak wrócił. To była naprawdę kusząca perspektywa...
Mimo chęci buntu przeciw nocnym konwenansom, stary Łowca Czarownic... BYŁY Łowca Czarownic, zaczął zdejmować uliczne ubranie. Jak zawsze jego wzrok spoczął na skrytej pod bandażami mutacji, która codziennie przypominała mu kim się stał.
Zsunął bandaż, dotykając metalu skóry, z jakimś zamyśleniem przyglądając się temu obawowi chaosu, który na sobie nosił.
A może błogosławieństwu?Mężczyzna przymrużył oczy i nie umiał się nie uśmiechnąć. Przed oczami widział te złote oczy pełne magii. Wydawało mu się, że wciąż czuje ziołowy zapach, miękkość ust...
Zaśmiał się.
Och, ta przeklęta wiedźma i jej sztuczki! Heinrich przecież znał ich smak, wiedział czemu powinien takich unikać. Merga była cwanym graczem i zdeprawowanym bytem, jakich uczono go unikać... co i sam mógł uczyć. Musiał z nią uważać, ale...
To było tak cholernie kuszące i przyjemne.
Ponownie skrył mutację pod porządnie zawiązanym bandażem nim ułożył się do snu. Jutro wyśle Silnemu wiadomość, by z nim nawiedzić biedaka, który położy metal na jego metalowej skórze. Po tym... trzeba będzie zająć się sprawą teatru... ale dbałość o pozory najpierw, prawda?
Pamiętaj, że nie jesteś już Łowcą Czarownic, staruszku.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Angestag; po północy; po zborze
Otto wracał do domu w stanie większego spięcia i zmęczenia niż kiedy się na niego wybierał.
Ciągle czuł palenie lędźwi, nawet kiedy krew Sorii już straciła na sile w jego ciele on ciągle czuł jej słodki zapach.
Do tego przepychanki między indywidualnymi planami członków zboru były na prawdę męczące.
Coś jednak było innego tego dnia, dostrzedł kawałka Prawdy i w końcu mógł coś z nim zrobić.
Zanim położył się spać otworzył swoją księgę. Prosty tom oprawiony skórą z czystymi stronami. Zaczął wertować strona po stronie, aż w końcu coś go tknęło, miejsce, które czuł, że może uzupełnić. Namoczył piuro w kałamarzu i zaczął pisać.Morr
Tytuły:Domeny:
Kulty:Symbole:
Relacje:
Odetchnął kiedy zakończył ostatnią segment. Po czym napisał "Nurgle (Władca)". Sprawiło to w nim nie małą radość, w końcu od ponad pół roku począł kroki w odrestaurowaniu księgi, która ujawniła Prawdę jemu i jego braciom.
Zostało mu rozplanowanie kolejnego dnia. O dziwo następny dzień będzie dość spokojny w planowaniu.
Poranna msza i loszek Pirory. Być może to palenie w jego lędźwiach tak ograniczyło jego plany, ale w chwilo obecnej nie miał ochoty robić jutro nic więcej. Może umówi się z Fabienne na spotkanie Silnego i Anniki no i później odwiedzi Joachima, aby ustalić spotkanie w hospicjum.Położył się na łóżku, ciągle jednak czując napięcie. Jego ciała płakało za ulgą, ale Otto postanowił odmówić tej przyjemności. Nie okaże braku szacunku swoim siotrom w wierze Węża sprawiając sobie przyjemność jedynie wspomnieniami o nich. Postanowił jednak skupić się na małym eksperymencie.
Zamknął oczy i do czasu, aż w końcu sen go nie przejął powtarzał sobie w myślach.
"Czy możecie pomóc mi w przywróceniu Prawdy?"
Kto wie, może ostatnia myśl jaką miał na jawie, przejdzie też do świata snów.
Nic nie świadomy mnich nie zauważył jednak czegoś, kiedy zamykał swoją księgę. Słowa "Nurgle (Władca)" zaczęły się delikatnie przemieszczać, przyjmująć inną pozycję w liście relacji boga śmierci.