Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.
Stille Nacht
-
Zygfryd nie mógł pozbyć się wrażenia, że nie poszło nawet powiedz jak dobrze jak miał nadzieję. Powinien bardziej cieszyć się, że przeklęta wiedźma okazała się krwawić jak każdy inny śmiertelnik. Powinien składać modły ku niebu, iż najwyraźniej siła Szatana nie była w stanie obronić kobiety przed słabościami ciała człowieka. Powinien... a jednak...
Słowa Zygfryda nie miały takiej mocy, jaką posiadały jeszcze przed chwilą. Najwyraźniej obraz, jaki rozpościerał się na ich oczach mocniej poruszył ducha co młodszych rycerzy, jacy jeszcze nie zostali zaprawieni w boju. Nie było co dziwić się tym słabościom, gdy za wroga miało się diabelskie moce.
Niemniej sama postawa młodego Rohrbracha najwyraźniej przywróciła chart boskim wojownikom (a może bardziej zaważył na tym wstyd?), ponieważ ruszyli oni prowadzeni przez Zygfryda ku bezbożnej kobiecie.Gdyby tylko zdawali sobie sprawę...
Do uszu Zygfryda dotarło dźwięknięcie metalu pancerza, gdy ostatni z rycerzy powalon został na ziemię przez cielsko wilczej bestii, które jakby od niechcenia zatopiła kły w zbroi bezbronnego.
Jednak to była tylko zapowiedź koszmaru, jakiego zniszczenia się obawiał.
Z okalających i chaszczy po słyszeli charczenia psów... nie, wilków, napomniał się Zygfryd. Był to zdany już im dźwięk.
- Panie Niebiański...
Rohrbach nie miał czasu spojrzeć na rycerza wzywającego Boga. Sam już chodził oczami po wychodzących z gęstwin bestiach i te same słowa ugrzęzły mu w gardle. Wcześniej mógł zastanawiać się czy wiedźma posiada jedynie te trzy bestie na swojej uwięzi, ale teraz otrzymał odpowiedź. Tamte miały za zadanie odciąć im drogę ucieczki w razie dalszej walki...
I te nie czekały z atakiem. Rzuciły się z kłami i pazurami jak tylko zobaczyły swoje ofiary. Waleczne krzyki nie brzmiały już tak dostojnie i rycersko, jak nierówna walka rozpętała się na dobre. Zygfryd nie rozumiał Czemu jego własny miecz nie tnie tak dobrze diabelskiego nasienia, które do tego zdaje się nie odczuwać siły obrażeń. Choć udało się odciąć łapy jednego z potworów to zdawał się nie przykładać wagi do obrażeń, gdy kikutem stawał nierówno na okaleczonej łapie, jaka zmniejszyła jego możliwości ruchu, ale w żadnym stopniu zapalczywości ataku.Zygfryd usłyszał przeraźliwy wrzask swojego kamrata, który poważnie ranion został powalony przez dwie bestie, jakie rzuciły się by pożywić na odsłonionej jego skórze.
Pożerając go żywcem. -

Zygfryd musiał zawierzyć wsparciu Bożemu i jego archaniołów, by nie stracić nadziei w tej przerażającej sytuacji. Ta wiedźma najwyraźniej władała całym stadem wilczych bestii z piekła rodem. Widok druha pożeranego przez te potwory był najstraszliwszym, jakim kiedykolwiek widział. Nie mógł na nim się jednak skupiać, musiał znaleźć dalej w sobie ducha do walki.
- Boże dopomóź swoim wiernym rycerzom! Skupcie się wokół mnie bracia! - Zawołał, zbierając w sobie ostatek sił. Wściekle ciął rannego już wilka, któremu odciął drugą z łap, lecz tamten nie ustawał w zajadłości, próbując dosięgnąć jego gardła kłami. Zadawał ciosy dalej, aż w końcu stał sobie sprawę, że zbryzgane krwią truchło przestało się ruszać. Zaczął szukać wzrokiem wiedźmy...czy jej ubicie mogło jakoś powstrzymać stado? I co ze Svajone?
-

ANNO DOMINI MCCIX, puszcza na granicy Litwy z KurlandiąUderzenie w plecy niczym młotem wyrwało z Zygfryda ostatki powietrza z płuc. Cielsko wygłodzonej bestii ważyło więcej niż przypuszczałby młody mężczyzna, który upadł twarzą na ziemię wraz z odgłosem miażdżonych kości pod diabelskim ciężarem. Rohrbach wrzasnął jak jego plecy poddały się ciężarowi, w momencie gdy pazury bestii przebiły się przez zbroję i wbiły w kręgosłup pokonanego rycerza.
Dalsze wydarzenia były jak na wpół jawie.
Słyszał trzask metalu zbroi zgniatanej zębiskami.
Czuł ciepło wypływającej z ran gęstej krwi.
Widział jak jest pożerany żywcem.
Ale nie czuł swoich nóg.Przynajmniej dopóki stwór się nimi nie zajął.
Wrzeszczał, chciał umrzeć. Jego skołatany umysł nawet nie był w stanie wyciągnąć z pamięci podstawowej modlitwy...
Pół świadom z cierpienia uniósł wzrok ku niebu zasłoniętemu czerwienią jego własnej krwi, gdy ziemia na której leżał skąpana była w żelaznym zapachu posoki cnych rycerzy Boga.Zygfryda omył podmuch wiatru niosący ze sobą jedno słowo.
- Dość.
Młody Rohrbach był już zbyt głęboko w objęciach nadchodzącej śmierci, aby zarejestrować coś innego poza bólem, choć i on począł odchodzić.
Nawet, jak uniosły go ręce rycerza, jaki wcześniej odszedł wraz z dowódcą.
Nawet, gdy połamany pancerz wbijał swe kły w ciało.
Nawet, kiedy dosłyszał szloch ciągniętej obok Svajone.Wiedział tylko, że umiera.
Wiedział, gdy położono go na twardej ziemi.
Wiedział, kiedy przez krew ujrzał górującą nad nim sylwetkę Deotheriego.Ból odszedł nagłą ulgą i zaczął przygotowywać się do wstąpienia do Królestwa Niebieskiego.
Ale inne królestwo było mu pisane...
Omył go spokój. Poczucie bezpieczeństwa, jakie doświadcza dziecko w objęciach rodzica. Czuł troskę i czystą miłość.

A później znalazł się w Piekle.
Nigdy wcześniej nie zaznał takiego bólu. Nigdy nic nie dostawało choć do połowy cierpienia, jakie doświadczał. Nie byłby też w stanie opisać uczuć nim targających podczas tego czasu. Były jak wichura emocji, w której pioruny uderzały w ziemię rozszczepiając ją niczym niesione boskim gniewem. Wierzgał na ziemi, drapał ją w jakiejś wściekłości, pierwotnej furii żywiołów przebijającej wściekłość diabelnych bestii, jakie jadły go żywcem.
Czuł ból nie tylko ciała. Z bólem ciała umiał sobie poradzić.Czuł...
GŁÓD
Czerwień krwi na oczach, metaliczny zapach rozrywanego mięsa.Wrzask ofiary.
Smak ciepłej krwi na języku spływającej po brodzie. Błaganie.ZYGFRYD! BŁAGAM!
Dłonie w kałuży krwi na ziemi z jakiej chłeptał zachłannie obok jednego z rycerzy jakiego gardło rozszarpał.
- Nie możemy tu zostać dłużej. - głos Deotheriego przebił się przez krwawą mgiełkę.
Uniósł wzrok do góry, aby zobaczyć wciąż przyglądającego z odległości się scenie poganina.

-

Zygryd nie rozumiał. Przez chwilę czuł błogośc raju. Zaakceptował swój los, tak jak ojciec i inni przodkowie poległ walcząc w imię Boże, z poganami a nawet bestiami prosto z piekielnych czulości. Nikt mu nie mógł odmówić, że stawał dzielnie przeciwko mocy, której człowiek najwyraźniej sprostać nie mógł.
A potem... piekło? Ale dlaczego, czym sobie zasłużył? Bół i pragnienie które były nie do zniesienia, nie mógł myśleć, mógł tylko..pić? W miarę jak pił, to cierpienie...głód?... powoli ustępowało. Próbował coś zrozumieć z tego co się z nim działo, był w kałuży krwi...krwi Bertholda, jednego z rycerzy z jego oddziału. Jak w jakimś najgorszym koszmarze, zaczął rozumieć że rozszarpał gardło i pił jego krew. To krwi pożądał i ona dawała ukojenie.
- Co się stało?! Co ze mną zrobiłeś?! - Syknął wściekle, obracając się w stronę Deotheriego.
-
Krew skapywała z brody młodego Rohrbacha malując na ziemi odcisk jego zwierzęcej zbrodni... niczym znacząc ziemię Świętą Pieczęcią zamykająca go za wrotami Piekieł.
Deotheri powoli skierował spojrzenie na Zygfryda chwiejącego się na nogach zdających się być martwym mięsem bez mięśni. Nie wykonał żadnego ruchu w jego stronę ni nie skrzywił żadnego cala twarzy. Wyciągnął dłoń w bok w oczekiwaniu na włożenia czegoś w nią.
- Nie planowałem tego tak. - odezwał się von der Recke przyszpilając spojrzeniem Zygfryda - Wiem, że jesteś głodny.Ruch po boku młodego rycerza pozwolił mu ujrzeć kątem wzroku jednego z rycerzy jaki wiernie towarzyszył dowódcy. Uklękł przed mężczyzną unosząc nad głowę prostą drewnianą miskę, w której jeszcze tego ranka jedli owsiankę wokół ogniska.
- Wybacz te urągające warunki. - odezwał się Deotheri przyjmując miskę, z której dobywał się taki nęcący zapach....
Miska została przysunięta do Zygfryda, który wręcz siebie nie mógł powstrzymać przed rzuceniem się by dobrać do jej karmazynowej, ciepłej zawartości.Chłeptał ją niczym wygłodniały pies. Czuł taką przyjemność rozchodzącą się po jego ciele... Krzyki, jęki i błagania braci broni nie docierały uszu Rohrbacha zbyt skupionego na tym i teraz. Nie pamiętał czy wyrwał miskę z rąk dowódcy, czy on mu ją podał. Nie obchodziło go, że teraz liże drewno miski w poszukiwaniu resztek krwi...
Obok niego upadła pchnięta na ziemię Svajone, jakiej suknię plamiła brudna od krwi błotnista ziemia. Głód lekko zdążył ustąpić, ale...
- Jest twoja.
Usłyszał słowa dowódcy przyglądającego się scenie. Svajone zakwiliła, gdy zobaczyła wzrok Zygfryda. Wzrok bestii. Zaczęła czołgać się po ziemi byle odsunąć. Drżała na całym ciele wyciągając dłonie w obronnym geście.
A Deotheri patrzył na tle odgłosów śmierci.
-

Zygfryd nie miał czasu by przemyśleć słowa Deotheriego na temat "urągających warunków". Wciąć przenikał go głód, jakiego nigdy nie czuł i niczym zwierzę, a nie rycerz ze szlachetnego przecież rodu, wychłeptał cudowną ciecz z miski, a czerwone niczym ognie piekieł krople spływały po jego twarzy. Na szczęście nie mógł teraz sam zobaczyć swojego splugawionego oblicza.
A potem Svajone została rzucona do jego stóp niczym zdobyczna branka. Którą właściwie była...chociaż czy ta tajemnicza poganka nie próbowała go ostrzec? Wraz z zaspokajaniem głodu w jego głowie pojawił się natłok myśli, ale nie był w stanie jeszcze tego zrozumieć, czym się właściwie stał?
Ale na widok czołgającej się niewiasty głód powrócił i odmieniony Rohrbach doskoczył do niej, przyszpilając do ziemi ciężarem ciała. Coś krzyczało do niego żeby zaspokił pragnienie zupełnie i wbił się w jej szyję. To go przeraziło.....przecież przybył tutaj by nawracać pogan, dając im światło Prawdziwej Wiary.
Nie! - wydał z siebie okrzyk i wytężył całą swoję wolę by puścić Svajone.
- Nie chce jej krzywdzić, zabierz ją ode mnie! - zawył do rycerza służącemu Deotheriemu.
-
W pierwszej reakcji rycerz służący Deotheriemu odwrócił głowę w stronę dowódcy nim choćby drgnął, wyraźnie oczekując wpierw od niego rozkazu. Zdesperowany Zygfryd czuł jakby jaka bestia chciała wyrwać się z jego piersi i rozszarpać bezbronną Svajone, jaka zakrywała oczy oczekując śmierci.
Nie trwało długo nim rycerz nie pochwycił poganki za ramiona i nie odsunął ją dalej od wygłodniałego Zygfryda. Gdyby młody mężczyzna nie był ciągłe w oszalałym stanie mógłby zastanowić się dłużej czemu nagle kobieta uspokoiła się, gdy napotkała wzrok Deotheriego, jednak sam zapach wszechobecnej krwi kamratów buzował coś w nim, czego opanować nie mógł.- Pożyw się więc na nich. - Deotheri gestem dłoni wskazał na leżące na ziemi ciała niektórych Kawalerów Mieczowych i ponownie zwrócił się rozmawiać z rycerzami na swoich usługach.
-
"Pożyw się więc na nich". Skołowany Zygfryd nie mógł zrozumieć dlaczego przywódca Kawalerów Mieczowych, rycerzy służących Bożej sprawie, wydał taką plugawę komendę.... jak przez zalewającą go zewsząd czerwoną mgłę przypomniał sobie słowa Svajone: "Mogiły które chodzą nocami...." Czy Deotheri był jakimś demonem, który właśnie uczynił go podobnym sobie? Nie mógł jednak myśleć jasno, ten potworny głód uderzył go ponownie niczym rozrywający na strzępy huragan. Wciaż nie chcąc odebrać życia Svajone, skoczył ku jednemu ze swoich ciężko rannych braci, który chyba i tak dogorywał, tłumiąc uczucie palącego wstydu. Musiał zaspokoić głód żeby móc zrozumieć co się stało...nie spocznie póki Deotheri mu tego nie wyjaśni! Musiał mu odzielić odpowiedzi.
-
Nie mógł też zrozumieć dlaczego niczym zdziczały pies wgryza się w ciało jednego ze wciąż żyjących Kawalerów Mieczowych jakby było ono jedynie darmowym posiłkiem z ciała bezbronnego człowieka. Nie mógł zrozumieć czemu krew jest taka słodka na jego języku, a jej ciepło tak pożądane. Widział gasnące życie w oczach człowieka, z jakim służył, jaki był mu bratem...
I nie był nawet pewien czy czuje tak wielki wstyd jaki czuć powinien.
Czy naprawdę czuł jakikolwiek...
W jakimś osłupieniu patrzył na swoje dłonie, na krew jaka brudziła karmazynem zieleń i ściółkę leśną. Nie rozumiał co się stało i jednocześnie rozumiał doskonale kto był przyczyną krwi upuszczonej z bladego już ciała zmarłego towarzysza broni. Nawet nie mógł sobie przypomnieć jego imienia!
Chciał krzyczeć, chciał błagać Boga o przebaczenie... jednak jednocześnie...
Nie chciał.Bo wszechobecna krew była nagrodą za wszystko.
Był taki pełny.
Zadowolony.Tylko te oczy...
- Jesteś już gotowy, młody panie? - zapytał go jeden z rycerzy służący Deotheriemu.
To zastygłe spojrzenie kompana jakiego dobił ten nienaturalny głód...
- Musimy odejść nim świt będzie zbyt blisko. - w słowach przybocznego Deotheriego była jakaś skrywana obawa... Czy bardziej ponaglenie.
Pełne poczucia zdrady.
-
Próbował zrozumieć...... teraz kiedy już zaspokoił już to potępieńcze pragnienie. Lecz twarz zmarłego kompana wypełniła jego świat, wraz z poczuciem spełnienia, które przyniosła krew. Czym on był i co się stalo z jego nieśmiertelną duszą?
Syknął gniewnie na przybocznego Deotheriego, odsłaniając kły.
- Odejść gdzie?! I kim ty jesteś?Nie miał zamiaru podążąc za Deotherim jeśli nie pozna jakiś odpowiedzi. Dlaczego miałby ufać jemu i jego sługom, po tym co się stało? Czy byli oni lepsi od tych pogańskich demonów, które wymordowały właśnie jego braci?
-
Człowiek jakiego poznał jedynie jako przybocznego Deotheriego nie cofnął się czy nie drgnął w przestrachu na złość Zygfryda, a jednak zachowywał jakąś uległą postawę wobec młodszego rycerza.
- Skryć się. - wyjaśnił spokojnym głosem - Przed słońcem, młody panie. Powrócić do obozu. - spojrzał w stronę dowódcy wciąż zajętego rozmową nim ponownie odezwał się do Zygfryda, zginając przed nim kark - Nie moje miejsce tłumaczyć tych zawiłości. Jestem jedynie sługą mojego pana i nie roszczę sobie możliwości wejścia w buty Twego nauczyciela. -
- Przed słońcem?! Czyli ono nam zagraża? - Zygfryda ogarnęła zgroza gdy zaczęły do niego docierać implikacje tego co własnie usłyszał, szczególnie że mógł już próbować myśleć o czymś innym niż o tym wszechorganiającym uczuciu głodu.... i nie były to myśli mogące przynieść jakikolwiek spokój. Czy miał teraz uciekać przed światłem dnia jak te pogańskie upiory z którymi się starli?
W złości odepchnał przybocznego Deotheriego i rozejrzał się za jego Panem. Chciał też sprawdzić co się stało ze Svajone.
-
Zygfryd odepchnął przybocznego z nieoczekiwaną łatwością, jakby ten nic nie ważył i nie stawiał oporu. Mógłby nad tym dumać dłużej, gdyby nieoczekiwana sytuacja w jakiej się znalazł nie zajmowała tak jego umysłu. Szybko też wypatrzył Svajone stojącą posłusznie nieopodal Deotheriego , jaki tłumaczył coś swoim podkomendnym.
Zwróciła się na Zygfryda jej przyglądającego i wtedy Rohrbach zobaczył, że w wejrzeniu poganki kryje się czysty strach, jaki widzialny nie był w samych ruchach ciała zamrożonych jak w kamieniu; krył się głęboko w spojrzeniu oczu.
-
Zygrfyd czuł gniew i obrzydzenie do tego w co się przemienił, do tego co właśnie zrobił, wysysając resztkę życia z tego, którego nazywał bratem z zakonu. Zakonu, gdzie miał udowodnić swą wartość jako rycerz w bożej sprawie, nie stać się jakimś potworem. A ponieważ rozumiał że cokolwiek się z nim stało, uczynił mu to Deotheri to skierował sie więc prosto ku niemu. W pierwszym odruchu chciał nawet rzucić mu się do gardła ale coś, jakby głos w środku, go przed tym powstrzymał. Nie znał tego głosu.
- Co mi uczyniłeś?! Nie prosiłem cię o to! - syknął znad odsłoniętych kłów.
-
Deotheri gestem ręki odprawił swojego rozmówcę by stanąć oko w oko z Zygfrydem.
- Dziecię. - odezwał się spokojnym głosem - To wszystko stało się zbyt szybko i nieoczekiwanie. Nie planowałem tego tak. Na pewno nie teraz. - z tonu mężczyzny dało się wyłapać podźwięk prawdziwego żalu na sytuację - Ale innego sposobu nie było. Albo teraz, albo nigdy.
Zirytowanemu Zygfrydowi głos Detheriego wydał się w pewnym sensie przyjemny i taki... troskliwy? Ojcowski prawie. Mimo złości nie potrafił w sobie wytworzyć furii na dowódcę. Irytacja była nawet ciężka do utrzymania.
- Wszystko ci wytłumaczę, nie pozostaniesz bez wiedzy o tym co się stało i jak teraz będzie wyglądać twoje istnienie. Rozumiem, że jesteś skołowany. Rozumiem, że masz wiele pytań, ale muszą one poczekać do jutrzejszej nocy w obozie.Zygfryd zobaczył, że wciąż żywi przyboczni Deotheriego zbierają się do powrotu.
- Nadciąga świt, Zygfrydzie. -
Zygfryd słuchał kojącego głosu Deotheriego w milczeniu. Nie rozumiał....gdzie się podział czerwony gniew który przed chwilą odczuwał?
W końcu skinął głową lekko i niepewnie, bezradny niczym zagubione dziecko, już nie dumny rycerz zakonny
- Dobrze...wracajmy więc do obozu. Czy ponieśliśmy tutaj klęskę? - spojrzał się dookoła po zmasakrowanych ciałach.
Zastanawial się jakie znaczenie miał teraz wynik tego starcia. Czy była ta walka sług bożych z pogańskim pomiotem, czy coś jeszcze, biorąc pod uwagę czym on się stał i kim mógł być Deotheri? Ale jego przywódca miał rację, musieli wracać... -
- Próbowaliśmy ugryźć za dużo niż powinniśmy. - w głosie Deotheriego była ukryta irytacja lecz na siebie samego - Nie zobaczyłem w porę ostrzeżeń, nie zrozumiałem... Bitwa nie tyle co została przegrana, co ponieśliśmy straty lecz udało się zapobiec całkowitej klęsce.
Słowa dowódcy mogły brzmieć dziwnie, jako że wokół leżeli martwi towarzysze broni, a przyboczni Deotheriego by być pewnymi przebijali każdemu leżącemu gardło.
- Czy zależy ci na tej pogance? - odezwał się do Zygfryda - Czy widzisz dla niej zastosowanie w przyszłości?
-
Zygfryd rozejrzał się dookoła zamglonym spojrzeniem, słowa Deotheriego były dla niego kojące ale to co się działo dookoła nie miało sensu.
-Svajone? - rozejrzał się za nią. Nie, nie zasłużyła na śmierć, wiele wycierpiała a przecież próbowała mu pomóc.
-Próbowała ostrzec mnie przed zasadzką choć ma wszelkie powody by nienawidzić nasz Zakon.. myślę że możemy się od niej czegoś więcej dowiedzieć. I jakbyśmy chcieli rozmawiać z miejscowymi to przyda się nam ktoś kto zna ich język i zwyczaje...-z jego ust powoli wylewały się słowa kiedy zwrócił spojrzenie z powrotem ku Deotheriemu. -
Deotheri skinął powoli głową i odwrócił się w stronę wciąż zamrożonej strachem Svajone, która nie próbowała nawet wykonać najmniejszego ruchu z miejsca, w jakim została pozostawiona.
- Podążasz za nami, trzymaj się blisko Zygfryda. Jemu życie zawdzięczasz.Następnie uniósł głos i władczo wydał rozkaz odejścia z powrotem do obozu.
Zygfryd zobaczył jak poganka zbliżyła się do niego mimo strachu malującego się na twarzy. Szeptała pod nosem jakąś modlitwę, pewnie do któregoś ze swoich bożków, a gdy znalazła się po boku młodego Rohrbacha usłyszał on wypowiedziane szeptem przeprosiny skierowane w jego stronę...