Mając zgodę sierżanta zajął się wspinaniem na wyglądające na najbardziej perspektywiczne pod względem obserwowania murów i okolicy drzewo. Niestety bycie na górze nie pomogło mu dostrzec niczego więcej poza drobnymi szczegółami jak to, że dym pochodził gdzieś z głębi miasta.
Podczas dyskusji co do tego kto powinien iść na rozpoznanie bramy:
-Już tam nie mędrkuj o mojej bohaterszczyźnie elfie- powiedział Jaeger do Duivela gdy ten zaczął swoją odpowiedź na jego propozycję pójścia samemu albo z Wendorfczykiem do bramy, w jego oczach zagrały iskry irytacji, a może rozbawienia - Nie musisz mi przypominać o tym jak ostatnio strugałem bohatera na bagnach… tutaj sytuacja jest inna i uważam że samemu albo w dwóch byłoby lepiej iść…
Spojrzał na Tobiasa i Duivela którzy ewidentnie nie mieli zamiaru ustąpić i dodał wesołym głosem:
-Ale jak macie zamiar się uprzeć to dobrego towarzystwa nie odmówię, tylko do mnie nie przychodźcie po pomoc później jak wam dupska przerobią z tych murów na poduszki do igieł!
Chwilę po tym kiedy już wszystko było gotowe aby ruszać łyknął łyk wody z manierki aby złagodzić narastającą suchość w gardle.
W pełni zgadzał się z Tobiasem co do złych przeczuć, ale starał się nie okazywać tego innym, żeby nie załamywać ich na duchu:
Dobra ruszajmy, tylko Panowie proszę starajmy się wyglądać jak najniewinniej jak się da, nie dawajmy im powodów żeby zacząć strzelać.
Mały podkład dźwiękowy do spacerku w kierunku brany w wykonaniu Stefana https://www.youtube.com/watch?v=I35OQy2AeGs
Po tym ruszył spomiędzy drzew w kierunku bramy. Starał się zająć myśli powtarzaniem sobie w myślach przygotowanej historii którą mieli sprzedać strażnikom bramy, jednocześnie jednak nieprzerwanie lustrował wzrokiem blanki w poszukiwaniu znaków czyjejś obecności. Nic nie widział, co najdelikatniej mówiąc nie polepszało jego nastroju, coraz mocniej zaciskał dłoń na niesionej w lewej ręce włóczni.
-Ktoś tam musi być i nas widzieć, nie wierzę, że zostawili by nam otwartą bramę!
Przebyli połowę drogi do bramy mijając porzucony na drodze wózek, Stefan coraz bardziej zdenerwowany zaczął się pomimo panującego chłodu pocić intensywnie. Zostało sto pięćdziesiąt metrów, Jeager czuł na sobie wzrok strażników, wyobrażał sobie jak podnoszą kuszę do strzału… .
Sto metrów.
Stefan musiał koncentrować całą swoją wolę żeby iść spokojnie i nie zacząć się zasłaniać tarczą przed spodziewanym ostrzałem który jak sądził zasypie ich w każdej chwili.Obserwował mijane spalone zbożą i nie podobało mu się to co widzi ale nie był w stanie skupić się na tyle żeby wyciągnąć głębsze wnioski z tego faktu. Mijane kury przejawiały nad wyraz duży poziom instynktu samozachowawczego uciekając przed nimi, bo biorąc pod uwagę poziom jego zdenerwowania każda która znalazłaby się w zasięgu jego buta dostałaby kopniaka za niewinność w imię rozładowania jego narastającej “frustracji”(w żadnym wypadku nie mylić z ogarniającą go paniką).
Pięćdziesiąt metrów.
- Strzelajcie dranie! A nie się z nami bawicie! - przeklinał gorączkowo w myślach wyimaginowanych strażników na murach pokonując ostatnie metry do bramy. Kiedy już przed nią stanął trochę nie wiedział co zrobić, był pewien że ktoś ich zatrzyma wcześniej albo że zaczną strzelać.
Obejrzał się na resztę po czym w końcu wzruszył ramionami, dał im sygnał żeby na moment się zatrzymali i ruszył naprzód przechodząc przez otwarte wrota coraz szybszym krokiem mając nadzieję, że nie dostanie z góry porcji wrzątku wylanego przez otwory strzeleckie które na pewno znajdowały się tuż nad nim. Starał się poruszać jak najciszej, możliwie ukryć się przed wzrokiem ewentualnych obrońców. Kiedy tylko udało mu się dotrzeć żywym do wewnętrznych wrót rozejrzał się i jako, że nie zauważył niczego niebezpiecznego przywołał resztę. Miał już na oku kolejny cel, drzwi do poszczególnych wież.
Jak tylko Thiemo zaczął swoją gadaninę podniósł dłoń do ust aby nakazać mu ciszę. Musieli pozostać niezauważeni jak najdłużej
Kiedy później o tym myślał następne minuty zbijały mu się w pamięci jako zlepek chaotycznych scen. Podzielili się na dwie grupy i wpadli jednocześnie do obydwu wież które też okaząły się otwarte.
Z niedowierzaniem biegli w górę po schodach wieży przeczesując fortyfikację i przekonująć się że ta jest całkowicie opustoszała i splądrowana. Ale jednocześnie nie wyglądało na to żeby ktoś ją zdobył w walce tylko po prostu pośpiesznie zrabował. Kiedy tylko po dotarciu na szczyt lewej wieży dostał potwierdzenie od reszty że druga wieża też jest pusta, nabrał powietrza i zmusił się od opanowania.
Cały czas spodziewał się podczas wchodzenia na kolejne stopnie, że zaraz ich zaatakują i że obrońcy po prostu chcieli ich wciągnąć za mury żeby reszta nie widziała co się z nimi stało. Teraz musiał w końcu przed sobą przyznać że naprawdę udało im się zająć bramę bez żadnej walki.
-Lepiej weź się w garść, bo zaraz może się okazać że może bramę zdobyliście ale zaraz ją stracicie w kontrataku! - zganił się, po czym cicho ale zdecydowanie rozkazał Wieselom:
- Biegnijcie na dół i zawrzyjcie najpierw wewnętrzne wrota a po tym drzwi do obydwu wież, prawą wieże zabarykadować na stałe! - kiedy mówił jednocześnie podszedł na wieży do blanków spoglądających na zewnątrz i pomachał do reszty oddziału aby zwrócić ich uwagę. Po tym wyciągnął rękę aby pokazać im ustalony znak mający ich poinformować że droga wolna i mogą dołączyć ale w połowie gestu zamarł właśnie uświadamiając sobie, że wezwanie całego oddziału do środka to może być fatalna pomyłka ale jednocześnie potrzebują posiłków do utrzymania bramy… po sekundzie namysłu pokazał znak że droga wolna ale dodał jednoczęśnie ustalony znak żeby przysłali tylko trzech ludzi. Obrócił się na pięcie i zamachał do Duviela i Tobiasa na drugiej wieży.
- Chłopaki zawrą wszystkie wrota i drzwi, proszę obserwujcie z wieży czy nic się nie zbliżą - rzucił do ntowarzysze najciszej jak się dało.
Po tym ruszył biegiem po schodach w dół nie czekając nawet na odpowiedź, do drzwi prowadzących na mury lewej wieży i zawarł je na głucho, jednocześnie prosząc Thiemo żeby zajął się zabarykadowaniem podobnego wyjścia po prawej stronie bramy. Zbiegł na dół, minął zajmujących się barykadowaniem towarzyszy wspominając im że zaraz powinni dostać posiłki, po czym zrzucił z siebie przy wrotach na zewnątrz łuk, plecak i tarczę. Tylko z włócznią w ręku ruszył najszybszym biegiem na jaki mógł się zdobyć w kierunku skraju lasu, z Azurem wesoło biegającym dookoła jako towarzystwo. Droga która pokonywana spacerkiem wcześniej zajęła im kilka minut, teraz sprint trwał tylko chwilę i był już wśród drzew przy sierżancie:
- Nie mogę… w to uwierzyć!... - wyrzucił z siebie ciągle łapiąc powietrze - brama jest pusta!...splądrowana…ale nie jak po walce…barykadujemy się w środku, przybiegłem tutaj bo dopiero…na wieży sobie uświadomiłem…, że chyba najlepiej by było żebyśmy zostawili tu posterunek na skraju lasu, tak z trzech ludzi może? Żeby mogli odpowiednio wcześniej zatrzymać regiment jak nadejdzie i wprowadzić ich w to co wiemy. No i jak byśmy zostali w tej bramie otoczeni to zawsze będą mogli ruszyć do regimentu żeby jak najszybciej sprowadzić odsiecz, Panie sierżancie.