Jak tylko Kraus wyszedł z karczmy wiedział, że było źle. Trupy, ranni… spojrzał na garbarza… Może i był mutantem, ale czy to czyniło go złym człowiekiem? Pewność dawnych przekonań została poddana wątpliwości. Rozmawiał z nim i był zwykłym, zwyczajnym staruszkiem. Był ludzki… tak bardzo ludzki i przyziemny… miał tylko dodatkowe uszy, ale nie. To wystarczyło by wydać na niego wyrok śmierci… jedna drobna mutacja nie z Twojej winy i dla Imperium byłeś nie tylko martwy, ale i wrogiem numer jeden…
Heinz zdał pierścień. To była jedyna logiczna droga. Dużo za wysoko ponad jego wypłatę, można rzec. To była jedna z tych drobnostek, które go przerastały, a jak coś Ciebie przerastało, szedłeś do tych wyżej. Z każdym dało się dogadać, ale nie z Khornitami. Lekcja którą jego grupa dość szczodrze i boleśnie odebrała w przeszłości…
– Trzymał pan to gołą dłonią?
Heinrich spojrzał na pierścień, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, co właściwie zrobił. Był blady jak ściana. Czy spaczenie mogło emanować od zwykłego pierścienia? A może nie tak zwykłego? Nie przyszło mu wcześniej do głowy, że samo dotknięcie przedmiotu może być niebezpieczne. Wydawało się, że trzeba by takie założyć, by mogło mu zagrażać. Nigdy nie miał do czynienia z podobnymi rzeczami i zwyczajnie nie wiedział, czego powinien się obawiać. Dokładnie ten rodzaj niewiedzy mógł przynieść na niego zgubę….
Sneider obrócił sygnet, przyjrzał się jego wewnętrznej stronie, a następnie ponownie zbadał znak na tarczy.
– To najprawdopodobniej jedynie ozdoba noszona przez głupca, który chciał poczuć się groźnie – powiedział. – Khorne gardzi czarami i tymi, którzy się nimi posługują, ale nie znaczy to, że wszystko oznaczone jego znamieniem jest bezpieczne. Wręcz przeciwnie. Niektóre przedmioty przesiąkają spaczeniem w inny sposób.
Spojrzał na Heinricha z mieszaniną irytacji i szczerego niepokoju.
– Mam nadzieję, Herr Kraus, że ma pan dużo szczęścia. Nigdy nie bierze się do ręki przedmiotu noszącego znak Mrocznych Bogów. Nie bez rękawic, szczypiec albo choćby kawałka skóry. Proszę natychmiast oczyścić dłonie. Gorącą wodą, popiołem, gorzałką i solą, jeśli znajdzie pan takową w gospodzie. Potem proszę się pomodlić. To może pomóc najbardziej. Żarliwa wiara w Sigmara Protektora najlepiej przeciwdziała spaczeniu. Będę miał na pana oko do końca naszej podróży, ale sądzę, że nic panu nie będzie. Dziękuję, że podzielił się pan znaleziskiem, lecz nalegam na większą ostrożność w przyszłości.
Jak Sneider zrobił, tak poczynił. Kwadrans. Kwadrans pieczołowicie czyścił dłonie. Może nawet nie kwadrans, a dwa? Nie wiedział, ale czuł, że aż skóra mu schodzi. Czy to od czyszczenia dłoni, czy spaczenia? Ciężko powiedziać. Jedno było pewne. Fizycznie skóra nie schodziła i nigdy nie miał tak czystych dłoni.
Byli z powrotem w karczmie. Pięciu dobrych ludzi spłonęło. Pięciu ludzi którzy mieli pech nabawić się mutacji. Czy taki był los Imperium? Zabić tych co choć trochę się różnią? Z każdą ulotną, przemijającą chwilą będąc pogrążonym w myślach Kraus dochodził do coraz to mroczniejszych wniosków… Westchnął, zdjął czapkę i przeczesał dłonią włosy. Spojrzał w stronę Łowcy.
– Wieś trzeba spalić. Wspominałem już o tym planie Herr Ashfieldowi, ale teraz mówię także wam.
Wypowiedział te słowa równie spokojnie, jak wcześniej wydawał rozkaz związania skazanych. Przez chwilę jedynym dźwiękiem w izbie było trzaskanie drewna w palenisku. Słowa zawisły pomiędzy nimi i nie chciały opaść. Jeszcze kilka godzin wcześniej część z nich mogła przekonywać samych siebie, że chodzi jedynie o kilku winnych, kilku skażonych, których trzeba poświęcić dla bezpieczeństwa reszty. Teraz Sneider mówił o całej wsi, a to oznaczało spalenie naprawdę wielu ludzi. Wszystko tylko po to, by mieć pewność, że skaza nie przetrwa.
Czym była skaza i kto był winien?
– Nie możemy ryzykować. Splugawionych jest więcej i widać to jak na dłoni. Ten teatrzyk sprzed chwili miał jedynie uśpić ich czujność. W piwnicy Kappel trzyma zapas oleju wystarczający do oblania większości domów. W starej rozlewni widziałem deski i liny, zapewne pozostałości po pracy bednarzy. Wykorzystamy je do zablokowania drzwi. Ludzie muszą pozostać w środku, gdy zacznie się pożar.
Mówił o tym jak o pracy, którą należało dobrze rozplanować. Wyliczał, ile oleju może wystarczyć na jeden dom i jak rozdzielić zapasy, by nie marnować ani kropli. Drzwi otwierające się na zewnątrz zamierzał zablokować deskami ustawionymi pod kątem, te zaś, które otwierały się do środka, uwiązać za klamki. Trzeba było działać cicho, by nikogo nie zbudzić, dlatego okna mieli pozostawić w spokoju. Jeśli ktoś wydostanie się przez nie na zewnątrz, będzie trzeba go dobić, lecz zdaniem Sneidera większość nawet nie spróbuje. Człowiek podczas pożaru biegnie najpierw ku drzwiom, bo przez nie codziennie wchodzi i wychodzi, a dym odbiera siły szybciej niż najjadowitsza trucizna, tłumaczył. Nie było w jego głosie satysfakcji, ale nie było też wahania. To właśnie czyniło jego słowa jeszcze gorszymi.
Cóż, ten… człowiek miał plan. Łatwość z jaką mu on przychodził była wręcz niepokojąca. Sneider, aby na pewno był sługą Imperium? Łowca…
Spojrzał kolejno na Pietera, Moriza, Tomasimo i Heinricha. Każdemu poświęcił tyle samo czasu, jakby oceniał nie ich sumienia, lecz wytrzymałość poszczególnych ogniw jednego łańcucha.
– Teraz najważniejsze jest, by nikt się nie wyłamał. Macie pilnować siebie nawzajem. Jeśli pośród nas znajduje się słabe ogniwo, wszyscy odpowiecie za niepowodzenie planu. Nie będzie miało znaczenia, kto ostrzegł mieszkańców albo pozostawił otwarte drzwi. Odpowiedzialność spadnie na całą grupę.
Nie pytał ich o zdanie. Nie interesowało go, czy któryś z nich chciał zaprotestować. Przedstawiał decyzję już podjętą, a sposób, w jaki mówił o wzajemnym pilnowaniu, nie pozostawiał żadnych wątpliwości. Od tej chwili każdy miał być nie tylko wykonawcą planu, ale również strażnikiem pozostałych.
Heinrich chciał parsknąć. Wszystko wina niziołka… zawsze to była wina nizołka. Małe wredne, spaczone na umyśle i duszy od urodzenia. Dążące do przejęcia władzy nad światem gładkimi słówkami i udawaniem, że są nieszkodliwe. Niziołcza zaraza…
W izbie zrobiło się jeszcze ciszej. Za oknami ktoś przechodził ulicą. Dało się usłyszeć skrzypienie śniegu pod butami, potem cichy płacz i głos kobiety próbującej uspokoić dziecko. Po chwili wszystko ponownie zamarło.
– Odpoczywajcie. Będziecie potrzebowali sił.
Kraus patrzał w ogień zbierając myśli i tłumiąc uczucia, a Klaus udał się do pokoju. To wykraczało daleko poza ich umowę z Łowcą, ale rozumiał jego zamiar. Teraz mieli sami się pilnować, albo wszyscy zginą. Ot, tak po prostu. Rozumiał zamysł. Łowca chciał ich złamać by do niego przyłączyli. Tutaj jednak był drobny szczegół…
Heinz już dawno został złamany przez życie. Czy można złamać coś dwa razy? Złamać bardziej? Myśl ulotna powędrowała do dziecka którym kiedyś był… nie odnajdując go. Stracił niemalże wszystkie wspomnienia sprzed tamtego jednego dnia. Dnia kiedy umarł po raz pierwszy i zapowiadało się, że nie ostatni. Łowcy… tak zadufani w swojej racji, że niewinnego zabiją jeśli tylko dostaną trop. Tamtego dnia umarł, a światło jego oczu odeszło… W ponurej realizacji przeszłości zdawał sobie całkowicie sprawę z jednego faktu. Faktu który tłumił usilnie i im bardziej go tłumił tym bardziej był zmęczony…
Chciał by cały świat krwawił jak on. By cierpiał jak on. Gdyby tylko mógł… spaliłby cały świat w swojej żałobie.
Przez mgłę pamiętał to co stało się po tamtym dniu. Puste zapewnienia. Żałosne pocieszanie. Zapewnienie nic nie wnoszących modlitw. Obietnica, że czas goi rany… ale wszystko to była bezlitosna tortura niczym oliwa na jego skórze gotowa zająć się ogniem. Był wściekły na nich wszystkich. Tak wściekły… a teraz?
Teraz jego towarzysze wymieniali się uprzejmościami, które go nie interesowały, a im bardziej szumiały w tle tym wyższą odrazę czuł. Do siebie, do nich, do Łowcy i do świata. Świata, który nigdy nie słuchał. Świata, który prędzej odwróci wzrok i uda, że nic się nie dzieje. Tak, jak całkiem niedawno mieszkańcy tej wioski. Jak na górze, tak na dole. Stara prawda, a jak realna...