Heinz wiedział, aż nadto dobrze, jak bezlitosna była łaska Taala, lub raczej jej brak. jakby nie patrzeć był to dość... krnąbrny bóg i jego uwaga była mocno selektywna. Jak tak o tym myślał, gdy wracał z przemoczonym drwem... to wszyscy bogowie tacy byli. Nieczuli. No, może za wyjątkiem Ranalda. Tego łaska była namacalna. Co prawda, żaden bóg nigdy nie odpowiedział na jego modlitwy i powątpiewał momentami czy to przypadkiem nie ludzkie wymysły... ale prawda była okrutna. Kapłani czynili cuda. Ranald jednak miał to do siebie, że sprzyjał wszystkim. Jednym mniej, innym bardziej, ale jednak. Nawet nie trzeba było się specjalnie modlić... tylko spróbować jeszcze raz i poprosić. Ot, tak po ludzku. Poprosić. Nawet bez wzywania jego imienia.
Miska ciepłej, cienkiej, piwnej polewki którą dobra kobiecina go poczęstowała była miłą odmianą i posłał jej słaby uśmiech przyjmując tą odrobinę nadziei w ludzkość z wdzięcznością. Może jednak była dla nich wszystkich jeszcze nadzieja? Jakaś? Nikła? Dogasająca i targana zmiennymi wiatrami losu, dumą i sknerstwem wielu, ale... jednak jakaś? Trochę żył. Trochę widział. Trochę przeszedł, a jednak... jednak gdzieś na tym podłym świecie byli dobrzy ludzie. Tacy zwykli. Przyziemni. Jak on... bo mi wyżej w hierarchii tym... ehh...
Nie uśmiechało mu się pracować dla Łowcy Czarownic. Ani trochę. Miał z nimi... jakby to powiedzieć delikatnie... nie lubił ich. nie lubił ich praktyk. Nie lubił ich wyniosłości. Nie lubił ich zacietwierzenia i zdecydowanie, ale to zdecydowanie, nie lubił ich za wszystko to co przekonani o swojej "wspaniałości" robili bogu winnym ludziom, bo... ot, tak, chyba. Bo ktoś. Bo coś. Nie mniej, jednak, rozumiał konieczność ich fachu. Nawet to szanował. Na swój... rozczochrany życiowymi turbulencjami sposób. Nie mniej, miał okazję się wyrwać i zarobić dobry grosz. Plus to co uzbierał do tej pory? No, to będzie niemała sumka. Nadal mało by spełniły się jego marzenia i plany, ale... byłby o ten kroczek bliżej.
Droga była żmudna. Ciężka i paskudna. Jak to zima, co nie? Już nawet nie czuł zimna. Ot, od dawna czuł tylko wewnętrzną pustkę i ten jej okrutny chłód tam gdzie kiedyś biło szczęście młodzika którym kiedyś był. On już nie żył. Od długich lat, a każdy kolejny dzień był taki sam. Czasami zastanawiał się co go w ogóle trzyma przy życiu... i jak by świat wyglądał, gdyby nie tamte wydarzenia. Alkohol pomagał tłumić myśli. Rozgrzewał ciało. Pozwalał zapomnieć. Może nie był wytrawnym ochlapusem i jego tolerancja na alkohol nie była jakaś duża... ale nie ufał sobie po alkoholu. Pił tyle, by zapomnieć. Nie tyle by się spić w trupa. Oczywiście, nie miał problemu spijać innych... Sam jednak... nie mógł sobie na to pozwolić.
Zaspa i truchło konia... było dla niego radosną nowiną. Lubił mięso, a te aż się prosiło o to by je zabrać. Co jak co, ale głupi by odmówił, nie? Smaczne, skwierczące, ciepłe mięsko... ahh... co tu więcej chcieć? Psina zareagowała dziwnie. Zbyt dziwnie jak na jego gust. Co to za pies co uszy strzyży i głosu nie daje? Co on, wewerkę zwęszył, czy innego zajeca? Miał przegniłe przeczucie...
- Bierzmy mięso. - powiedział beznamiętnie i po chwili dobywając topór dodał - Sprawdzę co ta psina...
Nie widział nic szczególnego... ale dostrzegł tą jedną rzecz która zmroziła mu krew w żyłach. Guślarskie amulety. Oj, nie, nie, nie, nie... to nie mogło się skończyć dobrze. Nie znał się na nich, ale wiedział o nich jedną, a właściwie dwie, rzeczy. Po pierwsze, mogły chronić miejsce przed złem... co by było miłe... ale druga opcja był dużo bardziej złowroga i bardziej do niego przemawiała. Mogły... zatrzymywać coś by nie wyszło. Co by pasowało, bo koń był ranny... a krwi było tyle co... no właśnie.
Miał wracać, ale o mało nie potknął się o zasypany w śniegu korzeń i dostrzegł to. Hubę. na wpół przemoczoną. Niemalże całą pokrytą śniegiem... Hubę. Sięgnął do cholwy buta i dobył szeroki nóż. Odciął ją i "oprawił". Po krótkim, wprawnym, zabiegu miał trochę palnego materiału. Niewiele i zdecydowanie za mało by poprawić mu humor ruszył w drogę powrotną. Zasłyszając szczepki rozmowy powiedział beznamiętnie i ciszej niż wymagałaby pogoda, czy pora dnia.
- Bierzmy co się da. Juki, czy co tam. Wykrawajmy mięso i spierdalajmy stąd. Byle szybko. - zamilkł na parę kroków jak się zbliżał i dodał ponuro spoglądając na Łowcę
- To przeklęte miejsce. Guślarskie amulety wśród drzew.