Wieś sprawiała wrażenie wymarłej. Jedynie dym z dogasających stosów snuł się nisko pomiędzy dachami i wciskał w nozdrza. Heinrich zaświecił latarnię i ruszył od jednego domu do drugiego Było już ciemno i jedynie światło latarni oświetlało mu drogę. Nikły promyk nadziei pośród ciężkiego, ponurego mroku. Był wściekły. Tak bardzo, że nie dało się tego opisać słowami. Był wściekły i bez nadziei na lepsze. Wiedział, co trzeba uczynić i nawet? Zgadzał się. Choć nie podobało mu się to w najmniejszej kropli. Ni ksztynę! Uśmiechnął się ponuro i słabo do Mannslieba na lekko pochmurnym niebie, a chłód nocy pieścił jego ciało bezlitośnie. Coś, co jak zdawał sobie ponad wszelką miarę sprawę było dla niego dobre.
Chłód nocy pozwalał wystudzić krew. Pozwalał zebrać myśli. Okiełznać emocje, spojrzeć z boku na sprawę. Gdyby został w karczmie? Wolał nawet o tym nie myśleć. A tak szedł w dół wsi wiedząc, że kiedy wszystko jest niepewne… trzeba powrócić do tego co jest znane. Czuł żal z powodu śmierci garbarza… może mutant, ale dobry człowiek… więc kto był tu winien i jak bardzo znajomość może rzucić na wybranie mniejszego, ale słusznego zła? Przerażająca myśl… nagle okazuje się, że być człowiekiem oznaczało być człowieczym i aby zwalczać Chaos trzeba wyrzec się swojego człowieczeństwa… Jakby nie patrzeć…
Najpierw dotarł do chaty Albrechta czując przypływ nostalgii. W środku pachniało skórą, łojem i dymem. Warsztat wyglądał tak, jakby jego właściciel miał za chwilę wrócić do pracy. Narzędzia wisiały równo na ścianie, każde na swoim miejscu. Na stole znajdowały się szydła, igły, mocne nici, metalowe klamry i dwa porządne noże do skórowania. W kącie leżała duża, dobrze wyprawiona skóra jelenia, dwie mniejsze skóry kozie oraz rulon grubego futra nadającego się na podbicie zimowego odzienia. Na oparciu krzesła wisiała niedokończona kurta. Albrecht zdążył wykroić najważniejsze części i nanieść poprawki po porannych pomiarach. Na jednym z rękawów wciąż pozostawały kredowe oznaczenia, a przy kołnierzu tkwił skrawek pergaminu z krótką uwagą dotyczącą szerokości ramion. Obok warsztatu stała niewielka skrzynia, w której znajdowała się skórzana sakiewka z jedenastoma szylingami i ośmioma pensami, którą to dodał do swoich Oceniał skóry, oceniał futro… wszystko to był solidny towar warty swojej ceny. Niestety, miał ograniczone możliwości. Zabrał narzędzia. Ponad je i monety, nic więcej.
Chata Marty wyglądała zupełnie inaczej. Panował w niej nieład, który dla samej zielarki zapewne miał własny porządek. Półki uginały się pod ciężarem słojów, glinianych naczyń, zawiniątek i buteleczek. Pod sufitem suszyły się pęki roślin, a na stole stały moździerze, drewniane łyżeczki, niewielka waga oraz kilka pustych fiolek. Część preparatów opisano czytelnie, inne oznaczono jedynie kreskami i symbolami. Pośród gotowych środków znajdowały się trzy mikstury. Lek na Wszelkie Zło, Sokole Oko oraz pojedyncza porcja mikstury leczniczej. W niewielkiej skrzynce odsuniętej na tył półki przechowywano trzy trucizny. Każde naczynie opatrzono nazwą i prostym znakiem ostrzegawczym. Były to lubczyk, tojad oraz wilcza jagoda. Tłumacz brał to co znał, choć był pod niemałym wrażeniem zgromadzonych przez kobietę zapasów. Jakby nie patrzeć, chaos rządził w jej chacie niepodzielnie, a on nie miał czasu, ani cierpliwości na głębsze badania.
Ostatnia była chata Bruna. Pomieszczenie pachniało mięsem i tłuszczem, Narzędzia rzeźnicze przechowywano starannie. Na ścianie wisiał ciężki tasak oraz dwa długie noże do rozbioru mięsa. Pod stołem znajdowała się piła do kości, osełka i zestaw drobniejszych narzędzi do ostrzenia oraz naprawy rękojeści. Obok leżał hak rzeźnicki z krótkim łańcuchem i gruby skórzany fartuch. W niewielkiej skrzynce znajdowało się siedem szylingów oraz ukryta butelka mocnej gorzałki. Zabrał narzędzia i monetę. Nie mniej, nie więcej było mu potrzebne. Było „jego”.
Kiedy płomień latarni przesunął się po wnętrzu izby, w oknie naprzeciwko poruszyła się zasłona. Po drugiej stronie ulicy, w jednej z sąsiednich chat, stała kobieta. Za nią można było dostrzec dwie mniejsze sylwetki, zapewne dzieci. Cała trójka patrzyła w stronę domu rzeźnika. Odsunęli się gdy złapali kontakt wzorkowy z Henrichem, a po chwili zasłona opadła. W innym oknie mignęła czyjaś twarz. Gdzieś dalej zgasło światło. Jedna z okiennic poruszyła się lekko, choć na ulicy nie było prawie żadnego wiatru. Mieszkańcy może i zamknęli się w domach, ale część nich spozierała do sąsiadów i na ulice, jakby starając uwierzyć, że Łowca naprawdę dotrzyma słowa i zostawi ich w spokoju. Jeśli komuś nie podobały się praktyki Heinza, nikt z mieszkańców nie wyszedł, by mu przeszkodzić.
Kraus zachował kamienną twarz. Wszelki żal i wątpliwość powoli w nim dogasała kiedy robił to co niektórzy nazwaliby kradzieżą. On nie kradł. Był ponad to. Choć był Tłumaczem… to jak jeden plebs nazwałby go pogardliwie Hieną Cmentarną. Właściciele tych domostw byli martwi, a ich domy były ich grobowcami… w pewnym sensie, przynajmniej. Miał żelazną zasadę, że nie brał od żywych. Żywym to nawet był w stanie odstąpić część tego co ma, ale brać siłą, czy podstępem? Nigdy. Ostatecznie… wszyscy chcieli tylko przetrwać, a ta wieś… Jeśli Sigmar, albo Ranald widzieli w tych ludziach niewinnych to miał nadzieję, że dadzą jakiś znak. Patrząc po krukach jednak… dali jawny sygnał co to za miejsce. Jedyna myśl, która ledwo co usypiała jego roztargane sumienie.
Wracał do karczmy. Wiedział, że martwi nie będą mieli mu za złe. Sam by się nie pogniewał, gdyby ktoś zabrał z jego zimnych palców ostatniego pensa. Byleby tylko dwie monety umieścił pod językiem na ostatnią drogę. Ogień jednak był, ponad wszelkim poznaniem, najwyższym zaszczytem ze wszystkich możliwych pochówków. Spopielone ciało nie ulegało plugawej magii. Nie rozkładało się niosąc woń zepsucia, a czysta, wolna od łańcuchów ciała dusza ulatywała bezpośrednio ku bogom…
Teraz jednak, potrzebował spać. Choć świecę, choć dwie… spije się w trupa gdy dotrze do Hargig spieniężyć i zdeponować kruszec. Miał plany. Miał nadzieje… ale wszystko to kosztownym było. I nie było co ukrywać, każdy krok bliżej wolności był na wagę…! To jest, jeśli przeżyje… Jeśli przeżyje…