Sigmar chronił przed spaczeniem, ale to Ranald chronił przed krzywdą. Było jedyną myślą Heinricha podczas całej bitwy, a kiedy padł ostatni wilk schował dagę i norsmeński topór. Musiał przyznać, może i ten cały topór nie był jakimś wielkim osiągnięciem piękna, ale by, aż nadto, praktyczny. Nadawał się do ścinania i oporządzania drzew, rozłupywania drzwi, czy czaszek. Gdyby miał jakieś większe doświadczenie w materii to i dom, czy łódź można było zbudować jak to ludy północy miały w zwyczaju. Przyznać musiał, ale nie wyrażał tej myśli na głos, mieli łeb i to doceniał. Choć częściej niż rzadziej chcieli ich, południowców, krwi, bogactw i kobiet... ale to był szczegół jak ich wiele.
Obszedł truchła, trącał butem i po zniesieniu ostatniego bliżej ognia rzekł do Łowcy Czarownic.
- Herr Sneider, pozwolenie na ściągnięcie skór i pozyskanie mięsa." - bardziej stwierdził, czy wyraził potrzebę niemalże po żołniersku
- Te zwykłe możesz sobie oprawić, jeśli masz ochotę babrać się we flakach po nocy biedny głupcze – odpowiedział. – Choć ja bym nie ufał niczemu, co przyszło tu razem z tamtym ścierwem.
Nie odpowiedział, bo nie miał co. Swoje w życiu widział, a krew i flaki nie były niczym nadzwyczajnym. Trochę się upierdoli, dłonie znaczy się, prawda, ale co z tego? To tylko krew. Czy Sneider myślał, że był jakimś śmierdzącym mieszczuchem? Dał ostrożne błogosławieństwo, ale jednak, i to się liczyło.
Spojrzał pustym wzrokiem na truchła oceniając szybko wartość skór, oraz zasobność odżywczych substancji. Ich wagę i przybliżoną zdatność do spożycia. Po czym wytypował trzy wilki które były... "jego".
Spojrzał na Tomasimo. Temu zysk ze skór był całkowicie nie potrzebny. Patrząc po tym jak się nosił, charakterem, opancerzeniem, ubiorem, jasno krzyczało, że ma forsy jak lodu w środku zimy. Skoro deklarował się brać watahę...
- Oprawię parę sztuk, potem idę spać. Mięso z nich możecie wziąć, nie krępujcie się.
Powiódł wzrokiem po wszystkich. Bronie ręczne, dystansowe, jakieś zbroje... a on, gołodupiec. Jednak właśnie bycie tym gołodupcem nie raz nie dwa uratowało mu skórę, w końcu... w jego fachu nie obnosiło się bogactwem. Jakimkolwiek. Niepotrzebna uwaga to w najlepszym wypadku guz na łbie i braki w sakiewce i sprzęcie. W najgorszym? Cóż, jeśli śpieszno komuś do Morra...
Choć tęsknił za swoją kurtą skórzaną, którą musiał przehandlować. Marna strata, ale nadal bolesna. Nie mniej, skóra skórą, była bezpiecznym i nie krzyczącym za dużo elementem ochrony. Ćwieki były problematyczne... ale jeszcze uchodziły. Wiedział, aż nadto boleśnie jak bardzo Kurt by się przydał w tej chwili... Choć Kraus nie raz mu pomagał... to jednak właśnie "Kurdupel" Kurt był specem od wszelkiej zwierzyny. On jako jedyny znał się jak fachura na wszystkim co tyczyło dziczy i chyba jako jedyny potrafił rozpoznać czy zwierz był dotknięty palcem Chaosu czy nie...
Miał kilka sztuk do oprawienia... tym bardziej, że walka go obudziła. W ciemnych zaułkach duszy Heinz ubolewał nad brakami w specjalistycznym sprzęcie, ale co zrobić. Miał wybór między dagą, a szerokim nożem... daga zdecydowanie miała zbyt długie ostrze. Padło na nóż... i już się zabierał za ściąganie skór.
Mróz powoli wkradał się w kości, kiedy niestrudzenie pracował. Technika była prosta... w teorii, bo praktyka była co najmniej złośliwa. O ile ściągnął prawilnie dwie skóry i czyszczenie ich przebiegło bez zgrzytów... na tyle, że wiedział, że nadawały się na handel w mieście... w mieście! Tak ta trzecia...
Palce miał zmarznięte, zmęczenie wkradało się w kości, mięśnie i myśl... Nie raz nie dwa nóż mu się ślizgnął przy ściąganiu. Później zdecydowanie za późno zorientował się, że czyścił skórę pod złym kątem ostrza co sprawiło, że zostały chropowate ślady... Trzecia skóra była z braku lepszego słowa tragedią. Może, ale to może, uda mu się na coś wymienić w jakiejś wsi czy gospodarstwie, bo sztuka jak sztuka... Jedyne co mu przychodziło do głowy to związać rozcięcia gęsto dratwą i obszyć płótnem by zrobić ciepły koc, ale...
Siedział nad pucharem wrzątku, który już zdążył się ochłodzić podziwiając swoje dzieło spod zmęczonych powiek. Ostatni krok był za nim. Czytać, trzeci punkt. Jeden, ściągnąć skóry. Dwa, oczyścić z resztek tkanek. Trzy? Obmyć ciepłym roztworem szarego mydła pozbawiając wszelkich śladów krwi, innego tałatajstwa, oraz wstępnie "przygotować" skórę pod dalszą konserwację...
Uśmiechnął się sam do siebie na wspomnienia dawnych dni które nigdy nie miały wrócić. No bo jak? Nie zawrócisz rzeki kijem... Na wyłożonej śniegiem rozłożonej derce w głębi jamy leżały produkty uboczne. Mięso, w sporej ilości. Wilczyzna nie była zła. Może trochę... żylasta, ale mięso było mięsem. Czy potrzebowali mięsa? Tak, zawsze, a skoro myślał o mięsie...
- Myślisz, że mięso dobre? - zapytał po dłuższej chwili niziołka, który niedawno temu objął wachtę.
- Tych wilków? Verena jedna wie, ale ja bym tego kijem nie tknął. - Widziałeś przywódcę stada? Gnił za życia, plugawa zielonkawa ślina ciekła mu z pyska... - urwał nagle, wspomnienie woni basiora odebrało mu na chwilę radość z przeżuwanego suchego mięsa.
- To co go trawiło, może trawić i resztę. Jak z chorobami, wieloma możesz zarazić się na długo zanim wystąpią objawy. - dodał by zabrzmieć mądrzej i przekonać Heinricha do zmiany swoich planów, jakie by nie miał, wobec tych skór i mięsa.
- ...psina to taki wilk, ale nasz wilk. - powiedział w namyśle patrząc, gdzieś w dal, w mrok - Ta Twoja kumata? Wyczuła by zarazę?
- Nie wiem i nie zamierzam sprawdzać, Verena sprzyja rozważnym - Ton Tomasimo wyraźnie zmienił się na poważniejszy, pomysł robienia z Tyciego testera chorego, a może i przeklętego mięsa, wyraźnie go obruszył - To może być ten typ zarazy od którego specem jest nasz zleceniodawca, może jemu zaproponuj kęs i zobacz jak zareaguje - skwitował
- Już dał swoją opinię. - rudzielec uśmiechnął się ponuro - Dla mnie to jak z toksyną... nic się nie dzieje, aż przyjmiesz za dużo.
Człowiek wzruszył ramionami jakby od niechcenia.
- Jest zima. Jedzenia ni ma.
- Nie bądź głupcem Heinrich - przestrzegł rozmówcę - konia w lesie wilki nie tknęły a śladów choroby czy mutacji nie miał, alfa wygląda jak żywy trup, chory na jakieś plugastwo albo i zmieniony tfu - splunął - czarną magią, w lesie jakieś amulety. Życie Ci chyba niemiłe. - Jutro będziemy już w wiosce, na co Ci te skóry i mięso? - zapytał retorycznie, dla Tomasimo chciwość to też forma choroby - Jak Ci bardzo zależy, zrób test, rozłóż połacie mięsa po lesie, zobaczysz czy do rana cokolwiek je tknie. Jak nie to zacznij się modlić, bo masz całe dłonie ubabrane w ich krwi.
-Ikke bare fra ulveblod... - mruknął cicho, gorzko, do siebie Heinz i spojrzał na nizołka. Uśmiechnął się, choć nie był to uśmiech nadziei
- Na nas wszystkich czeka koniec i to Bogowie decydują. Sigmar decyduje, Verena spisuje, a Morr nas zabiera gdy wybije nasza godzina. Nic nie zrobisz.
- Ikke co? Po jakiemu to? - zaciekawił się niziołek. - Masz dziwne podejście do życia, szczerze mówiąc, zawsze lepiej umrzeć ze starości niż z głupoty. - Kaplanem nie jestem by się na tym co po śmierci wyznawać, ale nie jestem pewien czy tylko Morr może nas zabrać. Gdyby tak było nie składano by ofiar nikomu innemu - zauważył dość filozoficznie Tomasimo.
Kraus patrzył na Tomasimo pustym spojrzeniem dłuższą chwilę. Patrzył na niego wzrokiem w którym nie było nic, a nawet błysk ognia zdawał się tracić swoje kolory.
- Jeśli zawiodłem Bogów... słuszna kara sięgnie mnie najpewniej już z rana. - powiedział w końcu, wychylił ostatnie krople z pucharu i wstał od paleniska.
- Ufaj Sigmarowi i szanuj Bogów, a Zło się Tobą nie zainteresuje. Sigmar będzie Ciebie chronił przed Ich spojrzeniem.
Opróżnił puchar ostatnim łykiem. Większość wolała w swojej lekkomyślności toporne kufle. Heinz patrzał na to inaczej. Metalowy puchar potrafił zmieścić tyle co kufel... a zawsze można było go włożyć w ognisko i zagotować śnieg czy lód... bez żadnego problemu zdejmując z ognia improwizowanym z kawałka drewna chwytakiem...
Położył skóry na skalistej podłodze i położył na nie pałatkę. Następnie zawinął się po całości w koc i... niedługo później ogarnął go sen. Rano nie miał planów poza wyspaniem się. Zjedzeniem części podróżnej racji i napiciem się czegoś ciepłego. Proste potrzeby. proste zmartwienia...