Wrócił z Nirmathas do swojego niewielkiego mieszkania w Lepidstadt i znalazł list wsunięty pod drzwiami. Przebiegł go wzrokiem. Sprawdził daty. Musiał o krok minąć się z kurierem. Nie rozpakował się. Zamiast tego wrócił z całym swoim dobytkiem do konia i ruszył na południe.

Było przed południem. Na koniu powoli przemieszczała się postać. Nic nadzwyczajnego. Dwie wrony szarpały się o kawałek jakiejś zdobyczy i wcale nie przejmowały się zbliżającym się człowiekiem. Wędrowiec jechał powoli, jakby obawiając się o wierzchowca na drodze, która była mieszaniną rozjeżdżonego błota i mokrych kamieni.
I wtedy jedna z wron pękła, obryzgując krwią swoją towarzyszkę. Druga, ze zdobycznym kawałkiem padliny w dziobie, nie zdawała sobie sprawy, co się stało, lecz instynkt kazał jej natychmiast poderwać się do lotu.
W miejscu drugiej wrony zmaterializował się znikąd zielony kształt, którego trudno byłoby przypisać czemukolwiek znanemu. Dziób, motyle skrzydła, ciernie i pazury ostre jak noże wskazywały jednoznacznie, że nie ma tu mowy o niczym naturalnym. Przez moment istota śledziła odlatującą wronę, lecz nie zaatakowała. Zamiast tego zaczęła rozrywać ciało już zabitej. Dziób patroszył, a szpony rozcinały je na małe kawałki.
Koń z wielką niechęcią zbliżał się do miejsca mordu.
— No już, już, uspokój się.
Rumak jednak stanął jak wryty.
— Kończ już, Szepcie. Baron się boi.
Szept uniósł okrwawiony dziób, chwycił krwawiący korpus wrony pozbawiony już skrzydeł i poderwał się do lotu.
Jeździec pochylił się i pogłaskał konia po grzywie. Szepnął mu do ucha:
— Baronie, ruszajmy. Szept Cierni nic ci nie zrobi.
Koń potrzebował jeszcze długiej chwili, zanim w końcu się przemógł i ruszył.

Pod Rechoczącym Demonem mężczyzna zsiadł z konia. Nikt nie przybiegł. Zazwyczaj, gdziekolwiek się zatrzymywał, jakiś chłopak zjawiał się od razu, oferując opiekę nad zwierzęciem. Ravengro widocznie miało swoje własne zwyczaje. Podróżnik wszedł do karczmy, zapłacił z góry za pokój na tydzień, dopłacił za jedzenie i stajnię, a potem udał się do skromnego pokoju, by się przebrać.
Był wysokim, chudym młodzieńcem. Gdy się rozebrał, zagryzł na moment zęby. Dłonie miał delikatne, jak u artysty. Nie nosiły śladów ciężkiej pracy. Kończyny zdawały się nieprzywykłe do dźwigania broni. Nie musiał się golić — jego ciało nie zarastało jak u dorosłego mężczyzny.
Zacisnął pięść i uderzył w siennik. To ciało było przekleństwem. Jednym z wielu, jakimi został obdarzony. Gdy zamknął oczy, widział siebie wywijającego młyńcem ognistym dwuręcznym mieczem. Westchnął ciężko. Teraz nawet nie uniósłby takiego oręża, by swobodnie nim walczyć. Oddychał głęboko. Układał wszystko w głowie, a to tylko pogarszało sprawę. Kiedyś biegle władał kilkunastoma językami. W pamięci wykonywał operacje na czterocyfrowych liczbach. Teraz miał kłopot z przypomnieniem sobie, ile lat minęło, odkąd poznał profesora.
Zawsze tak bywało w okresach ciszy. Gdy nie miała dla niego zadań, Iramir miał czas myśleć o swoich słabościach. Widział to niejednokrotnie w czasie swoich podróży. Ludzie rodzili się, dorastali, w końcu starzeli się. Na starość ani ciała nie były już tak silne, ani umysły tak giętkie.
Z drugiej strony lepsze to niż nagła wiadomość, że ma jechać na drugi koniec świata i przez dwa lata przekopywać piaski Qadiry w poszukiwaniu zakopanego sarkofagu. Mógł spokojnie oddać hołd przyjacielowi.
Tak, nie miał wątpliwości, że Petros był jego przyjacielem.
Minęło… dużo. Za dużo, żeby to policzyć. Czasami wydawało mu się, że ostatni raz widział Petrosa zaledwie kilka lat temu. Innym razem wspomnienia były tak odległe, jakby należały do kogoś innego.
Pamiętał jednak, że przez jakiś czas byli blisko. A potem zostały już tylko listy. To Petros wyjaśnił mu, w jak kiepskiej sytuacji się znalazł. To pod wpływem naukowca pewne rzeczy w Iramirze pękły. Pakt nie był już kwestią honoru. Pakt stał się przykrym obowiązkiem.
W końcu ciemnowłosy mężczyzna o wyrazistych rysach ubrał się w elegancki strój. Potargane włosy mimo starań nie chciały się ułożyć, więc odpuścił walkę z grzebieniem. Zapiął czarny dublet ze złotym haftem. Zarzucił płaszcz z elementami zieleni.
Poprawił przy pasie ozdobną puszkę z kryształem skupiającym magię. Naciągnął czapkę, a następnie założył zdobione okulary o ciemnych szkłach. Prawie niespotykane w Ustalav, lecz popularne w krajach o długich zimach. Ostatni bastion chroniący oczy przed śnieżną ślepotą. A tutaj — ostatni bastion chroniący Iramira przed szeregiem pytań o nienaturalne spojrzenie.

Jeszcze raz sięgnął po list od Kendry, chcąc upewnić się, że trafi pod właściwy adres. Nigdy nie odwiedzał profesora w domu.
„W powietrzu rośnie coś złego.”
Nie był pewien, czy to jego własna myśl, czy uczucie, które mentalnie przekazał mu Szept Cierni.

Dom był taki, jak go sobie wyobrażał. Kendra zaś… cóż, nigdy wcześniej nie wyobrażał sobie córki Lorrimora. Minął ludzi zbierających się przed domem, zdjął zdobioną czapkę, delikatnie uścisnął dłoń pani domu, a potem ucałował ją, jak nakazywał obyczaj.
— Bardzo mi przykro z powodu śmierci Petrosa. Świat bezpowrotnie coś utracił. Coś bezcennego. Dziękuję, że pamiętała panienka, by mnie powiadomić. Dużo dla mnie znaczy, że jestem tu dzisiaj. Jestem Iramir.
Czekał na reakcję.
Iramir, jakiego poznał Petros, był jego rówieśnikiem. W tym czasie, gdy profesor osiwiał, zestarzał się i zgarbiał pod ciężarem lat, Iramir nie zmienił się ani odrobinę. Pozostał młodzieńcem w kwiecie wieku. Teraz praktycznie rówieśnikiem Kendry. Z pewnością córka profesora nie tego się spodziewała. W końcu uśmiechnął się lekko.
Gdy wszedł do domu, poprawił okulary. Potoczył wzrokiem skrytym za ciemnymi szkłami po zebranych i skłonił się z szacunkiem każdemu, z kim skrzyżował spojrzenie.
Zwłaszcza gdy dostrzegł rudowłosą niziołkę — wtedy rozpromienił się, a uśmiech zagościł na jego twarzy. Nie umiał jeszcze dobrze nazwać tego uczucia, lecz było w niej coś odległego. Coś… jak powrót do utęsknionego domu.
W końcu podszedł do trumny. Położył prawą dłoń na wieku i zamarł. Umysł krążył wokół zdarzeń sprzed wielu lat. Twarz zdradzała głębokie poruszenie. Z jednej strony kąciki ust drżały, chcąc się unieść w uśmiechu na wspomnienie minionej rozmowy. Z drugiej — gardło ściskał ból straty. Ból zupełnie nieuzasadniony. W końcu ludzie mieli swoje nieśmiertelne dusze.
Pochylił się i wyszeptał coś do wieka trumny, po czym odszedł. Wyszedł ponownie przed dom. Półmrok wnętrza zdawał się mu nie pasować. Być może przez okulary, a być może przez obecność kapłanów. A może w głębi serca nie chciał przyznać przed sobą, że strata potencjalnego powiernika tajemnicy boli tak bardzo.
Gdy padło pytanie, kto poniesie trumnę, Iramir przez chwilę walczył ze sobą. Nie chciał się wyróżniać. Nie chciał niczego robić na pokaz. A jednak wbijał paznokcie w dłoń, gdy zaciskał pięści. Nie pożegnał się tak, jak powinien. Zawsze… zawsze był jeszcze czas. A teraz czuł, że jest coś jeszcze winien profesorowi.
— Ja… — powiedział cicho i uniósł dłoń. — Chciałbym pomóc z trumną, jeśli wolno.
Jak powiedział, tak zrobił.