Czarownik to warlock tak? Znaczy, masz już Warlocka na pokładzie (bo myślałem o czymś tego pokroju) lub o wizardzie. Bardzo dobrze wspominam tę przygodę, gdy staliśmy ramię przy ramieniu z paladynem Panicza i przedzieraliśmy się przez śmiercionośne spotkania, śmiercionośne zagadki i śmiercionośne pomyłki...
MiRaaz
Posty
-
[D&D 5e(2024)] Loch Szalonego Maga (1-2 graczy) -
Sharn - Mrocznymi ScieżkamiIskra
Miało być bez walki.
Gdy Varok wpadł do środka, ledwo mieszcząc się w dwuskrzydłowych wrotach, kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Syrrix cisnęła drinkiem o podłogę i dobyła miecza, goblinka wydała z siebie tłumiony wcześniej okrzyk przestrachu, a Reilru, wykazując się najlepszym refleksem, wskazała na alkowę Alestaira.
– On był z nimi! – zaszczekała donośnie.
Taer dopadł lykana pierwszy i powalił go na ziemię.
Żelo uznało negocjacje za zakończone. Z prawej dłoni wysunęło niewielkie pręty. Najpierw przemknęły po nich iskry, a oddech później między stalowymi palcami trzaskały już regularne wyładowania.
Lykan podnosił się właśnie z podłogi, gdy jego ciało zaczęło przemieniać się w bestię.
Żelo nie czekało na rozwój wypadków. Wymierzyło cios, a wokół zatrzeszczały błyskawice. Tarcza bez problemu osłoniła zbrojnokute przed kontrą, a Gundrik dobrze wymierzonym strzałem ostatecznie powalił lykana.
Układ nagrywający rejestrował cywilów opuszczających scenę bitwy.
Opuszczali ją jednak za wolno.
Tymczasem Żelo wiedziało już, dokąd prowadzi iskra.Burza
Żelo weszło na stół.
Mebel zatrzeszczał pod jego ciężarem. Z jakiegoś powodu ruch wywołał zakłócenie równowagi. Wewnętrzne żyroskopy wskazały wychylenie, które nie powinno pozwolić na utrzymanie pionu.
A jednak blok stali z tarczą i burzą w dłoni utrzymał się na nogach.
Poszycie pancerza zmieniło wygląd. Dla postronnego obserwatora czerwień ustąpiła srebru, a matowa czerń zbroi nabrała metalicznego połysku.
Oto powód, dla którego co najmniej kilku członków rodu Cannith chciało rozebrać Żelo na części. Zbrojnokute nie powinny przecież same się modyfikować.
Goblinka uznała najwyraźniej, że dalsze przebywanie na jednym stole z Żelo nie leży w jej interesie. Prześlizgnęła się między szeroko rozstawionymi nogami zbrojnokutego, odbiła od krzesła i chwilę później zniknęła za balustradą.Tymczasem Syrrix uniosła się w powietrze i spróbowała narzucić wszystkim swoją wolę.
Zastraszanie? Kontrola?
Dla Żelo różnica nie miała większego znaczenia.Osłoniło się tarczą, a Gundrik i Borin zdali się jakoś przełamać dziwny efekt. Zbrojnokute było im wdzięczne. Wiedziało też, że nic nie powstrzyma już walki między nimi.
Wskazało Syrrix. Błyskawice zatańczyły po prawej dłoni, po czym naelektryzowana pięść z hukiem uderzyła w tarczę.
Wyzwanie nie wymagało słów.Syrrix zrozumiała.
Odpowiedziała gestem, po czym nagle zaczęła zwiększać swoje rozmiary. Swoje i swojej broni.
Ruszyła w stronę Varoka, ale nie spuszczała wzroku z Żelo. Wyzwanie zostało przyjęte. Po prostu kolejność celów była inna.Grom
„Przekierowano ładunki baterii do układu ruchu.”
Żelo ruszyło niczym taran.
Stół pękł pod jego ciężarem. Kolejne stoliki odbijały się od tarczy. Gobliny rozpierzchły się przed szarżą, nie wszystkie dostatecznie szybko. Reilru i ochroniarz Syrrix również znaleźli się na drodze zbrojnokutego.
Żelo ledwo utrzymało się na nogach. Wewnętrzne żyroskopy wskazywały wychylenie, które nie powinno pozwolić na zachowanie równowagi.
A jednak stało.
Kolejny strzał Gundrika zdjął Reilru, wcześniej trafioną przez Żelo.
A potem były już tylko gromy.
Ochroniarz. Syrrix. Cios za ciosem.Pole widzenia zapełnił czerwony ostrzegawczy kolor. Kolejne uderzenia odrywały fragmenty pancerza. I chociaż pięść wciąż siała błyskawice, po następnych ciosach Żelazny Obrońca Mk VII przeszedł już przede wszystkim do obrony. Systemy naprawcze z sykiem pary łatały płyty pancerza na barku tylko po to, by chwilę później odpadły z hukiem po kolejnym celnym ciosie ogromnej przeciwniczki.
„Alestair.”
Rejestrator na skraju pola widzenia wychwycił detektywa.
Pierwsze trafienie.
Drugie.
Upadek za balustradę."Trajektoria. Wysokość. Brak możliwości natychmiastowej pomocy."
Ocena szans na przeżycie dawała wynik, którego Żelo nie chciało analizować ponownie.
Nie miało jednak czasu tego robić.
Syrrix nadal była przed nim. Ochroniarz nadal walczył, a pod stopami Żelo zbierała się tęczowożółta substancja o ostrym zapachu chemikaliów.
Jego „krew”.
W końcu Żelo padło na plecy z hukiem gromu.
„Przerwać nagrywanie?”
Ostatkiem sprawności i wyuczonym ruchem uniosło tarczę. Gdy miecz olbrzymki w nią uderzył, rezonans sprawił, że zadrżała podłoga.
– Tym razem przeżyłeś – usłyszało.
Obraz przeciwniczki się rozmył.
Syrrix zniknęła.
Żelo podniosło się i natychmiast otrzymało cios od ochroniarza. Płyta pancerza na ramieniu opadła, odsłaniając przewody hydrauliczne splątane wokół układu stalowych tłoków osadzonych na drewnianym rdzeniu.
Ot, jakby ktoś zdarł z niego skórę, odsłaniając mięśnie, kości i naczynia krwionośne. Czy też ich odpowiedniki opatentowane przez Cannith.
Pięść otoczona wyładowaniami ruszyła w stronę ochroniarza. Miała to być kończąca walka odpowiedź, ale uszkodzone układy oceny odległości miały inne zdanie. Pięść wielkości młota minęła cel prawie o stopę.
I wtedy, kolejny już raz, Gundrik dokończył coś, co Żelo zaczęło.
Ochroniarz padł.
On padł.
A Żelo stało.Nie minęła nawet minuta. Zapas sprawnych układów malał, część poszycia wisiała luźno, z pęknięć wyciekała „krew”, a kolejne systemy zgłaszały przeciążenie.
Żelo wciąż jednak utrzymywało pion.
Cisza
Cisza przyszła niespodziewanie.
Przez kilka kolejnych sekund Żelo nie składało tarczy. Czerwone punkty udające oczy przesuwały się po pobojowisku, po leżących przeciwnikach, po uciekających i po tych, którzy stracili ochotę do dalszej walki.
Po pustym miejscu, w którym przed chwilą stała Syrrix.
Borin i Gundrik również jej szukali.Nic.
Dopiero gdy stało się jasne, że przeciwniczka opuściła pole walki, Żelo pozwoliło systemom przejść z trybu bojowego.
Wraz z ciszą przyszło coś znacznie mniej użytecznego niż ból.
Brak działania, które mogłoby zmienić to, co już się wydarzyło.„Alestair.”
Pomysły dotyczące kolejnych kroków zaczęły układać się same.
Trzeba było ustalić, co się z nim stało. Trzeba było dostać się do jego biura. Trzeba było dokonać niezbędnych napraw. Problemy można było rozwiązywać. Wystarczyło znaleźć następny krok.Tarcza zwinęła się do lewego przedramienia. Błyskawice zgasły.
-
[V5] PrzysługaRekrutacja trwa podobno do 15 sierpnia.
-
[V5] PrzysługaPotwierdzam: to najprostsza z dotychczasowych edycji wampira.
Jeśli chcesz pomocy, to też chętnie pomogę z mechaniką.
-
[V5] PrzysługaZa kilka dni zaczynam wakacje i wrócę na krótko przed końcem rekrutacji, więc chciałem ruszyć ile się da teraz. Ale spoko. Postać się zarysowała.
-
[V5] PrzysługaNo ale warto omówić rodzaj koterii
-
[V5] PrzysługaOk. Ja będę pracować nad Banu Haquim. Czy już przesądzone, że postaci będą Anarchistami?
-
[V5] PrzysługaOk. Brzmi to logicznie. Jest to pewna wizja świata, która zakłada, że wszystkie klany prowadzą wspólną politykę klanową.
Rozwinę pytanie: Czy Oblivion (dyscyplina wprowadzona razem z Hecata) jest dostępna dla Catiff?
-
[V5] PrzysługaDwie kwestie:
1: Dlaczego Hecata nie?
2: Wczoraj znalazłem coś takiego,
https://progeny.odin-matthias.de/Prosty planer do budowy postaci. Uwzględnia nawet podręczniki, których ja nie mam

-
[V5] PrzysługaZacna ekipa się zebrała. Może też sklecę jakąś postać. Chociaż tak dawno nie grałem, że ilość potencjalnych koncepcji się u mnie rozpycha.
-
Sharn - Mrocznymi ScieżkamiGdy drzwi wyleciały z hukiem Żelo niewiele myśląc aktywowało tarczę, która z dźwiękiem metalu szorującego o metal wysunęła się z lewego przedramienia.
Zbrojnokute były optymalizowane pod walkę. Niektóre miały ostrza zamiast rąk. Żelo miało tarczę, która dla krasnoluda, czy niziołka byłaby pawężą. Teraz Żelo wyglądało równie groźnie jak przybysze.
„Rozpocznij nagrywanie.
Nagrywanie rozpoczęte.Będzie nam potrzebne przy późniejszej analizie błędów. Wokół było sporo osób. Dużo potencjalnych ofiar. Walka nie była optymalnym rozwiązaniem.”
Zrobiło krok w stronę goblinki, która nawet teraz - stojąc na stole musiała patrzeć w górę, żeby patrzeć w czerwone punkty udające oczy.
- Trochę kasy nie jest warte życia - powiedziało spokojnie zbrojnokute, a jego słowa sprawiały, że pancerz wibrował. Tym razem stwierdzenie miało wydźwięk zupełnie inny niż w ustach Alestaira.
- Jest was więcej. Z pewnością sobie z nami poradzą wasi przyjaciele. Albo ich przyjaciele. Ale to nie ma dla was znaczenia. Was zdążę rozerwać zanim tamci przedrą się przez tłum. Chyba, że teraz nas grzecznie ominiecie i rozstaniemy się udając, że nigdy się nie spotkaliśmy. Trochę kasy nie jest warte życia.Czy Alestair był gotów na zastraszanie rzezimieszków? A może wykorzysta to jako sprytne odciągniecie uwagi?
Żelo miało nadzieje, że nie wywiąże się otwarta bitwa. Mogło w niej ucierpieć wielu cywili.
-
Sharn - Mrocznymi ScieżkamiBlondwłosy elf w eleganckim stroju stał z tubą rysunków wciśniętą pod pachę i jedwabną chusteczką przyciśniętą do nosa. Wyglądał tak, jakby sama okolica dopuściła się wobec niego osobistej zniewagi.
— Postaram się mówić powoli — powiedział, rzeczywiście niemal sylabizując do rudowłosego półorka. — Gdzie jest główny inżynier?
Półork podrapał się po głowie z miną kogoś, kto rozumie każde słowo osobno, ale odmawia współpracy przy układaniu ich w sensowną całość. Impas trwał już od kilku minut.
— Pan Vii — dodał elf.
— Wii? — powtórzył półork, marszcząc czoło.
— Tak mam w dokumentach.
Elf na moment zapomniał się i odsunął chusteczkę od nosa. Przez jego twarz przemknął grymas obrzydzenia. Szybko znów osłonił twarz, po czym sięgnął za pazuchę koronkowo wykończonej marynarki i wyjął kilka kartek.
— Wedle informacji przekazanej przez Radę Dzielnicy Tryby budowę nadzoruje niejaki pan Że-lo Vii.
— Ach, Żelo. — Półork klasnął w dłonie. Najwyraźniej, podobnie jak jego rozmówca, odniósł wrażenie, że rozmawia z przygłupem. — Żelo to żaden pan. Jak mu tak wypalisz, to ci jebnie.
Ktoś z tyłu znacząco odkaszlnął.
Półork klepnął się w czoło.
— Dzie moje maniery. Panu jebnie.
Elf spojrzał skołowany na grupę robotników, wśród których półork pełnił najwyraźniej funkcję przywódcy, rzecznika i lokalnego autorytetu od gróźb.
— Jestem tu z polecenia Rady Dzielnicy i Gildii Architektów — oznajmił, próbując odzyskać godność, którą okolica systematycznie obdzierała z jedwabiu. — Chodzi o waszą inwestycję. Tę kolejkę niebłyskawicową. Te… tory.
Półork patrzył na niego z uwagą.
— Gildia Architektów nie zatwierdziła tej samowoli budowlanej — wypalił elf. — Ona może być niebezpieczna. Jestem tu, żeby sprawdzić obliczenia, projekty i rysunki. Mam też przesłuchać pana Vii.
— Gildia Architektów nie zatwierdziła też tamtego sracza. — Półork wskazał niewielką budkę zbitą z desek, z której korzystali robotnicy z pobliskiej huty. — Zechce pan sprawdzić, czy szerokość odpływu jest zadowalająca?
— Eee… — Elf wydał z siebie dźwięk zawieszony gdzieś między zaskoczeniem a rezygnacją.
— Nalegam.
Półork zbliżył się o krok. Elf cofnął się odruchowo, lecz niezbyt daleko, bo pozostali robotnicy zdążyli już utworzyć wokół niego krąg.
— Pan napisze w protokole, że pan Żelo był dziś niedostępny — powiedział półork. — Wpadnie pan za kwartał. Umówimy spotkanie.
— Ale…
Elf spróbował zaprotestować, lecz półork wskazał znacząco pobliską latrynę. Gest ten dość szybko ugasił zapał młodego inspektora z Gildii Architektów.
Kiedy blond elf oddalił się szybkim, sztywnym krokiem, półork odprowadził go wzrokiem, a potem odwrócił się do towarzyszy.
— Dobra. Kto widział Żelo?
— Rano montowało tory na kładce da Varr — odezwał się niski mężczyzna z twarzą umazaną sadzą.
— I czemu mu nie pomogliście?
— Kładka się zerwała.
Półork otworzył szeroko oczy.
Najpierw rozległa się wesoła muzyka. Chwilę później dołączył do niej głos barda śpiewającego skoczną, wyjątkowo głupią piosenkę o księżniczkach, wieżyczkach, zaklęciach i decyzjach życiowych, które powinny zostać objęte nadzorem medycznym.
Melodia była przyjemna, rytm prosty, tekst pozbawiony większych ambicji. Całość wypełniała głowę Żelo z natrętną pogodą jarmarcznej kapeli.
— Osiągnięto osiemdziesiąt dziewięć procent integracji. Procedura naprawcza kontynuowana — oznajmił zimny, metaliczny głos, na moment zagłuszając muzykę.
Bard wrócił po chwili z refrenem, w którym świat dzielił się na kwiaty, półświatki i rzeczy niewarte dłuższej uwagi.
Żelo uruchomiło sensory wizualne.
Leżało na dachu jakiegoś zabudowania. Wokół panowała ciemność. Gdzieś wysoko, ponad poszarpaną linią murów i kominów, migotała czerwonawa poświata wiecznych latarni.
— Wycisz muzykę. Co się stało?
— Wygaszenie funkcji ruchowych na skutek rozległych uszkodzeń.
Wielkie metalowe ciało podniosło się ze zgrzytem. Obok leżały kawałki mostu, belki, kamień i powyginane szyny. Żelo potrzebowało kilku sekund, żeby odtworzyć ciąg zdarzeń. Kładka. Tor. Pęknięcie. Spadanie.
— Zakończono proces naprawy — zakomunikował głos.
Osłona na udzie maszyny odsunęła się z sykiem i wypluła dwa puste pojemniki, z których unosiła się para.
— Konieczność uzupełnienia systemów naprawczych.
Osłona zamknęła się.
— Przypominam o dzisiejszym spotkaniu.
— Ile leżałom?
— Kilka godzin. Prawdopodobnie około czterech.
— Dziękuję. Starczy odpoczynku. Puść muzykę od początku.
Grupa robotników zebrała się z latarniami wokół osuwiska. Fragment torowiska wraz z mostem faktycznie runął w dół, zostawiając po sobie wyrwę, z której bił chłód i zapach mokrego kamienia.
— I nikt z was nie wpadł na pomysł, żeby po niego iść? — zapytał półork.
Był najwyraźniej nie tylko najbardziej rozgarnięty w grupie, lecz także najwyżej postawiony. Nieszczęścia budowlane miały tę zaletę, że szybko ujawniały hierarchię.
— Tak hukło, że nie mógł przeżyć — powiedział jeden z robotników. — Połamał się na pewno.
— Przecież on nie ma kości. W zasadzie nie wiem, co on tam ma, ale za wiele słyszałem, żeby uwierzyć, że upadek kilka pięter w dół go zabije. Podobno kiedyś tak go poturbowali, że został z niego sam kadłubek, a i tak przeżył. I to podobno dopiero po tamtym wszystkim słuch po nim zaginął.
— No ale z takiej wysokości? — Wytatuowany na twarzy człowiek poświecił latarnią w otchłań, jakby chciał nadać swoim słowom odpowiednią głębię.
— Trzeba odbudować kładkę — rozległ się niski głos.
Dobiegał z ciemności. Brzmiał, jakby ktoś mówił z głębi zbroi, a każde słowo ocierało się po drodze o stal.
— Żelo! — Półork odwrócił się i uśmiechnął szczerze. — Jak dobrze cię widzieć.
Ruszył w stronę potężnego konstrukta. Pozostali robotnicy nagle zaczęli wyglądać, jakby próbowali zmniejszyć się o kilka rozmiarów.
— Przed dalszą pracą weźcie uprzęże do pracy na wysokości — powiedziało Żelo. — W nowej kładce dodajcie więcej zbrojenia. Szacuję, że odbudowa opóźni prace o kilkanaście dni. Nikt nie będzie zadowolony. Rif, przejmiesz moje obowiązki. Muszę udać się na spotkanie.
Półork zatrzymał się w pół kroku.
— Spotkanie z Gildią Architektów?
— Nie. Skąd ten pomysł?
— Był tu dzisiaj jakiś elf. Gadał coś o samowoli budowlanej.
— Pogoniłeś go, Rif?
— Tak.
— I tak trzymać. Dziękuję. Mam nadzieję wrócić przed wieczorem.
Żelo ruszyło dalej.
— Jeszcze jedno — powiedział Rif.
Konstrukt zatrzymał się.
— Masz na nazwisko Wii?
— Vii — odpowiedziało echo z wnętrza stalowej konstrukcji. — Siódmy. VII.
Rif uniósł brwi.
— Jesteś szlachcicem?
— Nie. Jestem siódmą wersją. A coś trzeba było wpisać w rubryce „nazwisko”. Bez nazwiska traktowano mnie jak rzecz.
— Aaa — powiedział Rif.
Odpowiedź wyraźnie nie rozjaśniła mu wiele.
Żelo rzadko opuszczało Niską Durę. Deszczu nie doświadczyło od miesięcy. Teraz szło powoli, choć wiedziało, że już się spóźniło. Mżawka zmieniała pył osiadły na pancerzu w ciemne smugi. Nie zdążyło wrócić, żeby się oczyścić, ale nie zakładało też kilku godzin leżenia na gruzach oberwanej kładki. W planie dnia brakowało punktu „upadek z wysokości”. To niedopatrzenie należało kiedyś naprawić.
Czuło na sobie spojrzenia nielicznych przechodniów. W Shran żyły tysiące takich jak Żelo: wojną wykutych maszyn bojowych, którym po wszystkim kazano nauczyć się codzienności. Niby wojna dawno się skończyła. Niby mogły prowadzić własne życie, bez rozkazów i przemocy. Ale każdy znał kogoś, kto znał kogoś, kto podobno widział konstrukta mordującego ludzi na ulicy z zimną krwią.
Żelo nigdy nie poznało żadnego takiego konstrukta.
Gdybym było zlepkiem mięsa i posoki, pewnie też bałobym się niestworzonych historii, pomyślało. Ludzie są krusi. Krasnoludy, elfy, nawet półorki są kruche. Pył na wietrze historii, tylko głośniejszy i bardziej przekonany o własnym znaczeniu.
Większość konstruktów w Shran próbowała upodobnić się do ludzi. Nosiły płaszcze, kapelusze, rękawice. Ukrywały sztuczne twarze pod kapturami. Żelo nie widziało w tym sensu. Było dumne z tego, czym jest. Poza tym miało siedem stóp wzrostu i ważyło siedemset pięćdziesiąt funtów. Takie parametry ograniczały zarówno dobór ubrań, jak i możliwości dyskretnego wmieszania się w tłum.
Sam tłum zresztą rozstępował się przed nim bez zachęty.
Żelo oglądało okolicę. Wiedziało, gdzie patrzeć. Szybko zauważało runy utrzymujące zaklęcia w ścianach budynków. Czasem było ich zbyt dużo, nakładanych chaotycznie jedna na drugą, aż kamień drżał od nadmiaru cudzych poprawek. Innym razem budynek przechylał się, bo arkaniczny znak został uszkodzony i nikt nie uznał tego za pilne, dopóki dach nie postanowił poznać chodnika.
Sharan było miastem prowizorki. Wszyscy to wiedzieli. Nieliczni tylko potrafili policzyć, kiedy prowizorka zmieni się w katastrofę.
Gdy Żelo dotarło do karczmy „Król Ognia”, mżawka zmyła już prawie cały pył z jego pancerza. Pchnęło drzwi i weszło do środka.
Wewnątrz panował zgiełk typowy dla takich lokali: rozmowy, śmiech, brzęk naczyń, trzask drewna w palenisku i zapach piwa rozlanego dawniej niż większość obecnych chciałaby przyznać.
— Nie ma muzyki — mruknęło Żelo.
— Dopasowuję utwór z dotychczasowych nagrań — odpowiedział głos w jego głowie.
Po chwili wewnętrzną ciszę wypełnił śpiew elfki i jej kapeli: taneczny, pewny siebie, natrętnie błyszczący. Piosenka była o wejściu do sali tak efektownym, że wszystkie spojrzenia musiały się poddać.
Goście karczmy zaczęli się rozstępować.
W głowie Żelo bęben wybijał rytm. Elfka przeciągnęła refren z satysfakcją osoby, która nigdy nie musiała przejmować się nośnością podłogi.
Żelo zatrzymało się kilka kroków od wejścia.
Jedynym ubraniem, jakie miało na sobie, był szeroki pas okalający biodra. Wbrew temu, czego można było spodziewać się po maszynie stworzonej do zabijania, przy pasie nie wisiała żadna broń. Był za to sporej wielkości klucz nastawny, który amator mógłby pomylić z bronią obuchową. Profesjonalista dostrzegłby raczej jego nieporęczność. Profesjonalista, rzecz jasna, musiałby najpierw przestać się bać.
Ciało Żelo trudno było odróżnić od zbroi. Stanowiły jedną całość: czarną, mokrą od deszczu, przeciętą czerwonymi elementami malowania. Czerwień miała kiedyś nadawać pancerzowi groźniejszy wygląd. Projektant zapewne był zadowolony z siebie przez kilka ostatnich sekund przed pierwszą bitwą.
Na napierśniku widniał wyraźnie wytarty napis. Dało się odczytać tylko kilka liter.
Żel...
O...
Dopełnieniem całości była twarz, a raczej jej brak. Bardziej hełm niż oblicze. Bez ust, bez nosa, bez mimiki. Tylko trzy czerwone punkty, które sprawiały wrażenie oczu. Teraz powoli lustrowały pomieszczenie, podczas gdy pomieszczenie równie dokładnie lustrowało Żelo.
Wewnętrzny refren trwał dalej, wyjątkowo dobrze dopasowany do sytuacji.
Żelo dostrzegło w końcu stół na podwyższeniu. Duży, solidny, okolony dymem i grupą osób, które z pewnością uważały, że okolony dymem stół dodaje im powagi.
Osobnicy różnych biologicznych konfiguracji wydzielają toksyczny dym w zamkniętej przestrzeni, jednocześnie próbując sprawiać wrażenie, że kontrolują sytuację. Ludzie są fascynująco nieefektywni.
Podeszło do stołu i skinęło głową na powitanie.
Żadne z krzeseł nie wyglądało tak, jakby było gotowe na jego przybycie. Żelo oceniło ich konstrukcję, nośność i przewidywany czas istnienia pod jego ciężarem. Wynik nie uzasadniał eksperymentu. Zdecydowało się stanąć obok drugiego obecnego konstrukta.
Cieszyło się, że nie jest ostatnie.
Przy stole nadal pozostawało wiele wolnych miejsc.Jeden z mężczyzn przy stole ukłonił się lekko i przedstawił, a potem zapytał giganta ze stali:
— Jesteś rzeczą, czy osobą?
— Jestem osobą. Moje imię to Żelo. A ty jesteś rzeczą czy osobą?
Po tonie konstrukta trudno było poznać czy stara się odwzajemnić uszczypliwość, czy też jest szczerze zainteresowany.
— Z perspektywy wieków jestem rzeczą, z introspekcji uważam się za osobę. Bekhesh. Miło poznać. -
Daggerheart: Serce Wieczności - komentarzeTak, nie będę się wyrywać.
Rozłożyło mnie przeziębienie... potrzebuje ze 3-4 dni, więc anie czekajcie na post Khari -
Daggerheart: Serce Wieczności - komentarzeDla mnie super.
z 2 hope skaczę na 3 hope, co pozwoli mi użyć moją klasową umiejkę.Co zaś do treści utworu... wydaje mi się, że niebieskoskóra olbrzmyka jeśli się zaczerwieni, to będzie fioletowa... tak by wychodziło z tego co wiem o mieszaniu kolorów.
-
Daggerheart: Serce Wieczności - komentarzeJa nie dowierzam, że mają dość mięsa…
-
Daggerheart: Serce Wieczności - komentarzeGrzebień bojowy? Naprawdę? Nawet nie umiem opisać uczuć Khari na ten widok…
Btw: Khari zamówi kaszę, kotlety z kaszy i kaszę w sosie. Z kaszą. Trzy porcje.
-
Daggerheart: Serce Wieczności - komentarzeJak słodko.
No jakby nie bylo Khari jeszcze z niczego nie zasłynęła. W zasadzie jest młoda i odkąd mogła coś robić... to stała na warcie przy mostach linowych. Aż w końcu ją wysłali, żeby zdobyła chwałę... no to tego ten... no... jest w trakcie
-
Sharn - Mrocznymi ScieżkamiDzień dobry wszystkim. Czuję się mocno spóźniony na te naukowe dysputy. Muszę przyznać, że Sfery przygniotły mnie mnogością wyboru i tworzenie postaci zajęło mi naprawdę dużo czasu. I nie... nie palę. Poza tym również nie jem i nie śpię. Nie mówię gdy nie muszę mówić. A na tle waszych elegantów to wyglądam jak wielki metalowy kloc.

Praktycznie nie wychylam się poza Tryby i Niską Durę. Kiedyś pracowałem w lokalnej Straży. W Wielkiej Wojnie walczyłem po stronie Cyre.
Magia? Tak... I cast fist.
-
Daggerheart: Serce Wieczności - komentarzeJuż jest odpowiedź. Zakładam, że Baron nie będzie wszczynać bójki, bo to w niczyim interesie, ale Khari jest gotowa.
Przepraszam Was za obsuwę. Czy wiecie może jak ustawić powiadomienia na maila z obserwowanych tematów?
EDIT: O w komentarzach też jest avatar z sesji. Fajne.
-
Daggerheart: Serce WiecznościKhari przecisnęła się do stolika. Krzesła były proste i zapewne wygodne. Dla kogoś rozmiaru jej towarzyszy. Odsunęła swoje, uklękłą i opadła siadając na piętach. Następnie ułożyła swój dwuręczny topór pod stolikiem. Nie spodziewała sie tu walki, ale gdyby faktycznie przyszło się z kimś mierzyć, to najpewniej sięgając po topór wywróci stolik wraz z zawartością. Ale… kto chciałby się bić w karczmie?
- To ja poproszę zupę koperkową i chłodnik z buraczków. Maszli coś więcej do jedzenia, czy w tym przybytku się jeno pije? A jak się pije, to znajdzie się gdzie beczułka piwa? Niewielka, dziesięcio galonowa? - mówiąc to ręce ułożyła jakby chcąc pokazać o jaką wielkość jej chodzi. I choć odległość pomiędzy dłońmi olbrzymki nie wydawała się duża, to beczka tej wielkości mogłaby zapewnić sporą ucztę dla całej drużyny.
Inna sprawa, że wino nie było jej mocną stroną. Choćby dlatego, że większość tych z którymi się spotkała podawano w kieliszkach wielkości naparstków i trudno było wyłapać jego smak.
Historia o domowym smoku była zacna. Do tego dnia nie wiedziała, że są domowe smoki. Na moment się rozmarzyła.
- Chciałabym smoka - wymsknęło się jej, podczas gdy wzrok powędrował na drużynę łowców przygód. - Czy oni nie powinni przyjść oddać wam czci wasza przewielebność? - zapytała ściszonym gosem Barona.
- Mam iść im powiedzieć, że nie umieją się zachować? Ten z krótkim mieczem wygląda jakby coś sobą reprezentował, ale nie sądzę, żeby reszta choćby wiedziała którą stroną trzyma się włócznie. Jedno słowo wasza świątobliwość…
Gdy na stole pojawiały się zupy dotarło do niej, że najpewniej stół jednak wywinie fikołka gdy będzie musiała pochwycić topór. Miała tylko nadzieję, że gdy zacznie nim machać, to nie zetnie kolumn trzymających sufit. Wprawdzie wyglądały solidnie… niczym miejska brama.