Blondwłosy elf w eleganckim stroju stał z tubą rysunków wciśniętą pod pachę i jedwabną chusteczką przyciśniętą do nosa. Wyglądał tak, jakby sama okolica dopuściła się wobec niego osobistej zniewagi.
— Postaram się mówić powoli — powiedział, rzeczywiście niemal sylabizując do rudowłosego półorka. — Gdzie jest główny inżynier?
Półork podrapał się po głowie z miną kogoś, kto rozumie każde słowo osobno, ale odmawia współpracy przy układaniu ich w sensowną całość. Impas trwał już od kilku minut.
— Pan Vii — dodał elf.
— Wii? — powtórzył półork, marszcząc czoło.
— Tak mam w dokumentach.
Elf na moment zapomniał się i odsunął chusteczkę od nosa. Przez jego twarz przemknął grymas obrzydzenia. Szybko znów osłonił twarz, po czym sięgnął za pazuchę koronkowo wykończonej marynarki i wyjął kilka kartek.
— Wedle informacji przekazanej przez Radę Dzielnicy Tryby budowę nadzoruje niejaki pan Że-lo Vii.
— Ach, Żelo. — Półork klasnął w dłonie. Najwyraźniej, podobnie jak jego rozmówca, odniósł wrażenie, że rozmawia z przygłupem. — Żelo to żaden pan. Jak mu tak wypalisz, to ci jebnie.
Ktoś z tyłu znacząco odkaszlnął.
Półork klepnął się w czoło.
— Dzie moje maniery. Panu jebnie.
Elf spojrzał skołowany na grupę robotników, wśród których półork pełnił najwyraźniej funkcję przywódcy, rzecznika i lokalnego autorytetu od gróźb.
— Jestem tu z polecenia Rady Dzielnicy i Gildii Architektów — oznajmił, próbując odzyskać godność, którą okolica systematycznie obdzierała z jedwabiu. — Chodzi o waszą inwestycję. Tę kolejkę niebłyskawicową. Te… tory.
Półork patrzył na niego z uwagą.
— Gildia Architektów nie zatwierdziła tej samowoli budowlanej — wypalił elf. — Ona może być niebezpieczna. Jestem tu, żeby sprawdzić obliczenia, projekty i rysunki. Mam też przesłuchać pana Vii.
— Gildia Architektów nie zatwierdziła też tamtego sracza. — Półork wskazał niewielką budkę zbitą z desek, z której korzystali robotnicy z pobliskiej huty. — Zechce pan sprawdzić, czy szerokość odpływu jest zadowalająca?
— Eee… — Elf wydał z siebie dźwięk zawieszony gdzieś między zaskoczeniem a rezygnacją.
— Nalegam.
Półork zbliżył się o krok. Elf cofnął się odruchowo, lecz niezbyt daleko, bo pozostali robotnicy zdążyli już utworzyć wokół niego krąg.
— Pan napisze w protokole, że pan Żelo był dziś niedostępny — powiedział półork. — Wpadnie pan za kwartał. Umówimy spotkanie.
— Ale…
Elf spróbował zaprotestować, lecz półork wskazał znacząco pobliską latrynę. Gest ten dość szybko ugasił zapał młodego inspektora z Gildii Architektów.
Kiedy blond elf oddalił się szybkim, sztywnym krokiem, półork odprowadził go wzrokiem, a potem odwrócił się do towarzyszy.
— Dobra. Kto widział Żelo?
— Rano montowało tory na kładce da Varr — odezwał się niski mężczyzna z twarzą umazaną sadzą.
— I czemu mu nie pomogliście?
— Kładka się zerwała.
Półork otworzył szeroko oczy.
Najpierw rozległa się wesoła muzyka. Chwilę później dołączył do niej głos barda śpiewającego skoczną, wyjątkowo głupią piosenkę o księżniczkach, wieżyczkach, zaklęciach i decyzjach życiowych, które powinny zostać objęte nadzorem medycznym.
Melodia była przyjemna, rytm prosty, tekst pozbawiony większych ambicji. Całość wypełniała głowę Żelo z natrętną pogodą jarmarcznej kapeli.
— Osiągnięto osiemdziesiąt dziewięć procent integracji. Procedura naprawcza kontynuowana — oznajmił zimny, metaliczny głos, na moment zagłuszając muzykę.
Bard wrócił po chwili z refrenem, w którym świat dzielił się na kwiaty, półświatki i rzeczy niewarte dłuższej uwagi.
Żelo uruchomiło sensory wizualne.
Leżało na dachu jakiegoś zabudowania. Wokół panowała ciemność. Gdzieś wysoko, ponad poszarpaną linią murów i kominów, migotała czerwonawa poświata wiecznych latarni.
— Wycisz muzykę. Co się stało?
— Wygaszenie funkcji ruchowych na skutek rozległych uszkodzeń.
Wielkie metalowe ciało podniosło się ze zgrzytem. Obok leżały kawałki mostu, belki, kamień i powyginane szyny. Żelo potrzebowało kilku sekund, żeby odtworzyć ciąg zdarzeń. Kładka. Tor. Pęknięcie. Spadanie.
— Zakończono proces naprawy — zakomunikował głos.
Osłona na udzie maszyny odsunęła się z sykiem i wypluła dwa puste pojemniki, z których unosiła się para.
— Konieczność uzupełnienia systemów naprawczych.
Osłona zamknęła się.
— Przypominam o dzisiejszym spotkaniu.
— Ile leżałom?
— Kilka godzin. Prawdopodobnie około czterech.
— Dziękuję. Starczy odpoczynku. Puść muzykę od początku.
Grupa robotników zebrała się z latarniami wokół osuwiska. Fragment torowiska wraz z mostem faktycznie runął w dół, zostawiając po sobie wyrwę, z której bił chłód i zapach mokrego kamienia.
— I nikt z was nie wpadł na pomysł, żeby po niego iść? — zapytał półork.
Był najwyraźniej nie tylko najbardziej rozgarnięty w grupie, lecz także najwyżej postawiony. Nieszczęścia budowlane miały tę zaletę, że szybko ujawniały hierarchię.
— Tak hukło, że nie mógł przeżyć — powiedział jeden z robotników. — Połamał się na pewno.
— Przecież on nie ma kości. W zasadzie nie wiem, co on tam ma, ale za wiele słyszałem, żeby uwierzyć, że upadek kilka pięter w dół go zabije. Podobno kiedyś tak go poturbowali, że został z niego sam kadłubek, a i tak przeżył. I to podobno dopiero po tamtym wszystkim słuch po nim zaginął.
— No ale z takiej wysokości? — Wytatuowany na twarzy człowiek poświecił latarnią w otchłań, jakby chciał nadać swoim słowom odpowiednią głębię.
— Trzeba odbudować kładkę — rozległ się niski głos.
Dobiegał z ciemności. Brzmiał, jakby ktoś mówił z głębi zbroi, a każde słowo ocierało się po drodze o stal.
— Żelo! — Półork odwrócił się i uśmiechnął szczerze. — Jak dobrze cię widzieć.
Ruszył w stronę potężnego konstrukta. Pozostali robotnicy nagle zaczęli wyglądać, jakby próbowali zmniejszyć się o kilka rozmiarów.
— Przed dalszą pracą weźcie uprzęże do pracy na wysokości — powiedziało Żelo. — W nowej kładce dodajcie więcej zbrojenia. Szacuję, że odbudowa opóźni prace o kilkanaście dni. Nikt nie będzie zadowolony. Rif, przejmiesz moje obowiązki. Muszę udać się na spotkanie.
Półork zatrzymał się w pół kroku.
— Spotkanie z Gildią Architektów?
— Nie. Skąd ten pomysł?
— Był tu dzisiaj jakiś elf. Gadał coś o samowoli budowlanej.
— Pogoniłeś go, Rif?
— Tak.
— I tak trzymać. Dziękuję. Mam nadzieję wrócić przed wieczorem.
Żelo ruszyło dalej.
— Jeszcze jedno — powiedział Rif.
Konstrukt zatrzymał się.
— Masz na nazwisko Wii?
— Vii — odpowiedziało echo z wnętrza stalowej konstrukcji. — Siódmy. VII.
Rif uniósł brwi.
— Jesteś szlachcicem?
— Nie. Jestem siódmą wersją. A coś trzeba było wpisać w rubryce „nazwisko”. Bez nazwiska traktowano mnie jak rzecz.
— Aaa — powiedział Rif.
Odpowiedź wyraźnie nie rozjaśniła mu wiele.
Żelo rzadko opuszczało Niską Durę. Deszczu nie doświadczyło od miesięcy. Teraz szło powoli, choć wiedziało, że już się spóźniło. Mżawka zmieniała pył osiadły na pancerzu w ciemne smugi. Nie zdążyło wrócić, żeby się oczyścić, ale nie zakładało też kilku godzin leżenia na gruzach oberwanej kładki. W planie dnia brakowało punktu „upadek z wysokości”. To niedopatrzenie należało kiedyś naprawić.
Czuło na sobie spojrzenia nielicznych przechodniów. W Shran żyły tysiące takich jak Żelo: wojną wykutych maszyn bojowych, którym po wszystkim kazano nauczyć się codzienności. Niby wojna dawno się skończyła. Niby mogły prowadzić własne życie, bez rozkazów i przemocy. Ale każdy znał kogoś, kto znał kogoś, kto podobno widział konstrukta mordującego ludzi na ulicy z zimną krwią.
Żelo nigdy nie poznało żadnego takiego konstrukta.
Gdybym było zlepkiem mięsa i posoki, pewnie też bałobym się niestworzonych historii, pomyślało. Ludzie są krusi. Krasnoludy, elfy, nawet półorki są kruche. Pył na wietrze historii, tylko głośniejszy i bardziej przekonany o własnym znaczeniu.
Większość konstruktów w Shran próbowała upodobnić się do ludzi. Nosiły płaszcze, kapelusze, rękawice. Ukrywały sztuczne twarze pod kapturami. Żelo nie widziało w tym sensu. Było dumne z tego, czym jest. Poza tym miało siedem stóp wzrostu i ważyło siedemset pięćdziesiąt funtów. Takie parametry ograniczały zarówno dobór ubrań, jak i możliwości dyskretnego wmieszania się w tłum.
Sam tłum zresztą rozstępował się przed nim bez zachęty.
Żelo oglądało okolicę. Wiedziało, gdzie patrzeć. Szybko zauważało runy utrzymujące zaklęcia w ścianach budynków. Czasem było ich zbyt dużo, nakładanych chaotycznie jedna na drugą, aż kamień drżał od nadmiaru cudzych poprawek. Innym razem budynek przechylał się, bo arkaniczny znak został uszkodzony i nikt nie uznał tego za pilne, dopóki dach nie postanowił poznać chodnika.
Sharan było miastem prowizorki. Wszyscy to wiedzieli. Nieliczni tylko potrafili policzyć, kiedy prowizorka zmieni się w katastrofę.
Gdy Żelo dotarło do karczmy „Król Ognia”, mżawka zmyła już prawie cały pył z jego pancerza. Pchnęło drzwi i weszło do środka.
Wewnątrz panował zgiełk typowy dla takich lokali: rozmowy, śmiech, brzęk naczyń, trzask drewna w palenisku i zapach piwa rozlanego dawniej niż większość obecnych chciałaby przyznać.
— Nie ma muzyki — mruknęło Żelo.
— Dopasowuję utwór z dotychczasowych nagrań — odpowiedział głos w jego głowie.
Po chwili wewnętrzną ciszę wypełnił śpiew elfki i jej kapeli: taneczny, pewny siebie, natrętnie błyszczący. Piosenka była o wejściu do sali tak efektownym, że wszystkie spojrzenia musiały się poddać.
Goście karczmy zaczęli się rozstępować.
W głowie Żelo bęben wybijał rytm. Elfka przeciągnęła refren z satysfakcją osoby, która nigdy nie musiała przejmować się nośnością podłogi.
Żelo zatrzymało się kilka kroków od wejścia.
Jedynym ubraniem, jakie miało na sobie, był szeroki pas okalający biodra. Wbrew temu, czego można było spodziewać się po maszynie stworzonej do zabijania, przy pasie nie wisiała żadna broń. Był za to sporej wielkości klucz nastawny, który amator mógłby pomylić z bronią obuchową. Profesjonalista dostrzegłby raczej jego nieporęczność. Profesjonalista, rzecz jasna, musiałby najpierw przestać się bać.
Ciało Żelo trudno było odróżnić od zbroi. Stanowiły jedną całość: czarną, mokrą od deszczu, przeciętą czerwonymi elementami malowania. Czerwień miała kiedyś nadawać pancerzowi groźniejszy wygląd. Projektant zapewne był zadowolony z siebie przez kilka ostatnich sekund przed pierwszą bitwą.
Na napierśniku widniał wyraźnie wytarty napis. Dało się odczytać tylko kilka liter.
Żel...
O...
Dopełnieniem całości była twarz, a raczej jej brak. Bardziej hełm niż oblicze. Bez ust, bez nosa, bez mimiki. Tylko trzy czerwone punkty, które sprawiały wrażenie oczu. Teraz powoli lustrowały pomieszczenie, podczas gdy pomieszczenie równie dokładnie lustrowało Żelo.
Wewnętrzny refren trwał dalej, wyjątkowo dobrze dopasowany do sytuacji.
Żelo dostrzegło w końcu stół na podwyższeniu. Duży, solidny, okolony dymem i grupą osób, które z pewnością uważały, że okolony dymem stół dodaje im powagi.
Osobnicy różnych biologicznych konfiguracji wydzielają toksyczny dym w zamkniętej przestrzeni, jednocześnie próbując sprawiać wrażenie, że kontrolują sytuację. Ludzie są fascynująco nieefektywni.
Podeszło do stołu i skinęło głową na powitanie.
Żadne z krzeseł nie wyglądało tak, jakby było gotowe na jego przybycie. Żelo oceniło ich konstrukcję, nośność i przewidywany czas istnienia pod jego ciężarem. Wynik nie uzasadniał eksperymentu. Zdecydowało się stanąć obok drugiego obecnego konstrukta.
Cieszyło się, że nie jest ostatnie.
Przy stole nadal pozostawało wiele wolnych miejsc.
Jeden z mężczyzn przy stole ukłonił się lekko i przedstawił, a potem zapytał giganta ze stali:
— Jesteś rzeczą, czy osobą?
— Jestem osobą. Moje imię to Żelo. A ty jesteś rzeczą czy osobą?
Po tonie konstrukta trudno było poznać czy stara się odwzajemnić uszczypliwość, czy też jest szczerze zainteresowany.
— Z perspektywy wieków jestem rzeczą, z introspekcji uważam się za osobę. Bekhesh. Miło poznać.


i chyba jestem w nie tej grze...