Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
PaniczP

Panicz

@Panicz
Informacje
Posty
244
Tematy
5
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
1
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    Wiosna była ulubioną porą roku Milo Makarego Tuka. Ulubioną porą tego roku, bo jeszcze zeszłego była to jesień, wcześniej zima, a jeszcze wcześniej, co innego. Nikt zresztą Milo z tego nie rozliczał, więc można bezpiecznie przyznać, że ta ulubioność zmieniała się czasem i tego samego roku, a i to nie raz.

    Ptasie gniazda i śpiewy, z podglądaniem lęgów z umoszczonego wygodnie na kocu ornito-stanowiska jednej wiosny. Pomalowane pastelowo ule czekające pszczół w czerwcowym słoneczku, wypolerowane tak, że żaden owad obojętnie by nie przeleciał. Na razie puste, bo sierpień był najlepszym czasem na spław snycerskich stateczków po Ostowym Potoku, łapiących chciwie wicher w haftowane żagielki. Jesień czekała grzybów – tu ktoś mógłby rzec, że będzie z Milo pozytek, bo wstawał o nieboskiej godzinie przed świtem i ruszał z koszami wielkimi niby kufry, szukać i zbierać...

    Ale gdzie tam! Znajdował przeciez prawdziwki i rydze, które w occie i podwędzone pysznie pasują przed podwieczorek, ale zamiast tego się trzymać, wybierał bez ładu i składu. Muchomory, maślanki, czubajeczki, gołębiaki, huby i hełmówki. Niejadalne i te jawnie trujące, których się nawet sam las wystrzegał, wybierał i analizował. Opukiwał i ostukiwał, lupką oglądał, w domu – jakby nie po to dom był, by przyjmować jeno gości, którzy dobrze nam leżą na sercu i żołądku – badał i preparował.

    Ale zaraz była i zima, a to spacery – zdrowotność pono... Choć każdy wie, że przeziębić się można w zimie tylko, nie latem, więc jaka to niby zdrowotność? Milo wiedział swoje i kiedy sąsiedzi z okien łypali znad herbatki, on machał im skostniałymi palcami i parł przez śniegi. Tu złapał go następny bakcyl – szczęśliwie nieprzeziębieniowy, ale tropowy.

    Jakaż to natury zagadka dla hobbita, odgadywać z kroków, kto to szedł miedzą, a kto polem! Gdzie sroka skakała, gdzie raniuszek i kopciuszek przysiadał, a gdzie lis za zającem gonił. Oj, lupa miała używanie, gdy pod osąd wchodziły coraz to kolejne tropy, które fauna Shire zostawiała na bieli.

    Ale teraz była już wiosna. Teraz już pąki na drzewach i krzewach, a z trawy rwały się w górę wzrostem nasiona, które trzeba było odnaleźć i ponazywać. Może we florę wzrastały i takie, których jeszcze nie ochrzczono po tej stronie Wody?

    Ho, Milo Makary Tuk miał na takie chrzciny apetyt równie wielki, jak na wiosenne babki i mazurki. Może zresztą i większy, bo przy rodzinnych spotkaniach jakoś przydługo wysiedzieć nie umiał, nie zrywając się może, bo był przecież hobbitem dobrze wychowanym, ale przeprosiwszy, wychodząc grzecznie nim jeszcze przybyła druga dokładka.

    Milo lubił towarzystwo kuzynostwa, ale nikt jakoś nie umiał zbyt długo potakiwać, albo dopytywać o rzeczy, którymi Tuk bombardował rozmówców. Uchylał zawsze grzecznie kapelusza i nawet w swoich wojażach przez błocko, kiedy późną jesienią liczył po okolicy dziuple i karmniki, ubrany był zawsze przyzwoicie, z guzikami zapiętymi i nogawkami z kantem jak potrzeba. Tym się bronił jeszcze od popukiwań w czoło (bo do wygrażania pięścią to przecież dojść tu nie mogło!), ale od kręcenia głową i krótszych dzień dobry niż kiedyś już się nie uchował.

    Miał sześćdziesiąt lat i dalej był kawalerem. Mieszkał sam – w norze zadbanej, przestronnej i czystej, trzeba to przyznać, ale nienawykłej gościom. Milo przeciw gościom nic nie miał, przeciwnie, dbał o spiżarnię, a woda zawsze była nastawiona w imbryku, ale mało kto chciał zachodzić do takiego szaławiły, który zamiast rozstawiać po domu rodową zastawę, rozkładał na meblach dziwadła, które nanosił a to z tego, a to z tamtego spaceru.

    Zaproszenie od Bilba – którego to przygody i dociekania na ich temat zajęły Milo na niejeden sezon – podniosło nastrój Tuka aż do radosnego gwizdu. Listonosz aż chciał popukać się w makówkę, ale z monetą za fatygę i dobrym życzeniem poszedł dalej, zostawiając płonącego nowym ogniem Makarego jego lekturze.

    Spotkanie u Bilba to była okazja nie tylko, by pomaszerować przez wiośniejące łąki, znajdując może i co nowego do kolekcji, ale by zobaczyć hobbitów ze wszystkich rodzinnych odgałęzień i dalej jeszcze. Trafiając na pewno i takich, którzy chętnie posłuchają czegoś nowego, a może i sami to i owo powiedzą? Przekąszając placki dobrze jest je pochwalić, ale przebóg, czy o nich tylko trzeba prawić, kiedy tyle tematów wokół?

    O, Bilbo wiedział. Bilbo wiedział, a na pewno i nie on sam. Do Bilba lgnęli ciekawscy i gotowi otworzyć się na ciekawość.

    Milo pakował chlebak i kuferek, jakby miał pięć dekad mniej i ruszał z ojcem na pierwszy biwak.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    content.png

    Wieści, jak to coś niby rejestrowalnego, ale nienamacalnego, podlegającego fizyce, ale i niepodległego zupełnie, niby tygodniówka w gospodzie w piątkowy wieczór, albo kurz zaraz po uprzątnięciu salonu, rozchodziły się szalenie szybko. W Shire zaś – szybko w dwójnasób.

    Tak też do Milo, odludka z niewyboru, wieści o tym, że zaproszeni do Bilba byli inni Tukowie dotarły prędko. Zrachować łatwo, że i jego zaproszenie nie zostało w tajemnicy. Nie trzeba było lupy, by złowić, że ślady palców listonosza na pergaminie przebierały po nim wielokroć, plamiąc list ciekawością i chłonąc, co się da z wiadomości bez jej otwierania.

    Do zaglądania w korespondencję Almo by się nie posunął. Ta tama paść nie mogła, oparta na wzorowym wychowaniu, które wystawione było na próbę chorobliwej ciekawości. Ale że list od Bilba, że do Tuków i nie tylko... To już można było roznieść i zaraz pytlowanie na miedzy na Tukowej Skarpie, ale potem i przy studni w Białym Źródle, a pewnie i na jarmarku w Rozstajach dostało nowe paliwo.

    Milo niewiele sobie z tego robił. To, że ruszył po nocy, jak włamywacz, nie z tego płynęło. Nie miał w planach kryć się z podróżą, ani myszkować po polach. Po prostu...

    Niedługo już po tym jak wieść dostał, był spakowany, wyekwipowany, oprowiantowany i obładowany, a od czekania tylko noga chodziła na klepce, nie dając spokoju. Nie mitrężąc zatem, zaraz po kolacji (zakładając, że dziś podkurek będzie piknikiem pod gwiazdami), Milo zarzucił podróżną opończę i ruszył. W pozbawieniu się należnego odleżenia po posiłku był bardzo niehobbici, ale usłyszał kiedyś niby, że nic tak nie układa posiłku w środeczku jak spacer.

    Toteż ten zwyczaj niekiedy praktykował, dodając sobie kolejne kroki i tego razu, wyglądany przed nocą już nie przez ciekawskich sąsiadów, a śpiewające słowiki i kosy. Żeby zaś bardziej jeszcze być na bakier z obyczajem, poszedł na przełaj przez pola, oświetlając sobie drogę oliwnym lampionem.

    Taka podróż wymagała więcej ostrożności niż na szlaku, ale dawała szansę naniuchać się wschodzących woni wiosny i poczuć pod stopami przyjemną szorstkość wzruszonej gleby. Milo dbał jednak, by nikogo nie nastraszyć, ani nikomu nie zawadzić swoim rajdem przez wertepy, więc nad rankiem zszedł na miękkie ścieżki wśród pól, gdzie mógł przekąsić coś z chlebaka i ułożyć się na drzemkę.

    Na wieczór kolejnego dnia był w Hobbitonie, na Bag End, już u progu Bagginsowej gościny. Sforsowany i wygłodniały po marszu (mimo pochłonięcia poważnej porcji pudrowych pastylek prawie już pod samym ogrodem Bilba, nie wspominając o spożywanych wcześniej tak jak należy - w odpowiednich porcjach i porach - daniach po-, przed- i o-biadowych), zasiadł przed furtą i zapalił nabitą obifcie fajkę. Lubił palić przed jedzeniem (i po), a wiedział, że uczta tego wieczora będzie nieskromna, więc wyciągnął i skrzyżował nogi przed sobą, oparł się o deseczki i kurzył długo puszczając szare obłoczki.

    Dymił tak przez dłuższą chwilę, ale nie chcąc być pierwszym, który zapuka do drzwi (być zawczasu, gdy gospodarz jeszcze w gorączce gorszym jest niż spóźnienie), wślizgnął się do ogrodu i zaczął rozglądać się pośród roślin. Schylał się nad listkami i łodygami, łypiąc na nie z bliska i tykając z pieszczotą, pochłotnięty mikroświatem, który obrastał Pagórek.

    O bożym świecie przypomniał mu Bilbo, którego zaproszenie usłyszał gdzieś z boku. Gorący impuls poderwał go z kolan na równe nogi i Milo szybko powyklepywał wszystkie partie garderoby, sprawdzając czy wszystko jest na swoim miejscu i leży jak trzeba. Guziki były pozapinane, rękawy spięte w mankietach i szło tylko szybko otrzepać spodnie.

    Kapelusz wypłynął zza ściany zieleni, a za nim Milo, który jął pospiesznie zbliżać się ku gościom, zamiatając nakryciem głowy w dystynkcji przywitania.

    - Wybacz proszę, drogi Bilbo. – Milo uśmiechnął się przepraszająco – Wkroczyłem w twój ogród bez zapytania i pochłonął mnie całkowicie... Piękny, prawdziwie piękny!

    - Dziękuję, Milo. – Baggins skinął głową i gestem zaprosił bliżej, serdecznie ściskając dłoń. - Te rdesty są z nasion od ciebie. Jak sam widzisz – pięknie wzrosły!

    - O, są świetnie poprowadzone... Widzisz to, że dzielą glebę z buzdygankami, to świetne rozwiązanie...

    Bilbo roześmiał się, lekko błyskając zębami i klepnął Tuka po ramieniu, wciągjąc go w próg domu.

    - Chodź kuzynie, niech im się dobrze rośnie, ale i my musimy... A do tego trzeba się przecież pokrzepić!

    ***

    Milo z trudem wysłuchał zarysu przygody do końca. Z trudem, bo korciło go, by przerywać, dogadywać i dopytywać, ale tak jak w progu zdejmuje się kapelusz, tak i opowieści się nie przerywa. Każdy dojrzały hobbit to wiedział, więc kneblując się herbatnikami, Makary wyczekiwał na moment debaty.

    - A gdyby tak po prostu ruszyć do Tukowej Skarpy? ­- Milo przypił do młodego Paladina, dziękując mu gestem za podjęcie głosu po nim. - Część z nas będzie wracać w rodzinne strony – przeto chyba bez niczyich podejrzeń, a wszystkich w drodze mogę przyjąć w swoje progi...

    Milo rozejrzał się po zebranych, uśmiechając niepewnie i miarkując odbiór zaproszenia. Wszyscy pewnie słyszeli o jego zdziwaczeniu, ale gdyby zobaczyli kolekcje agatów i kwarców na żywo, na pewno spojrzeliby nań inaczej.

    ­- A ze Skarpy, można by ruszyć na południe, miedzami przez pola i trochę drogi nadłożyć... Ale teraz taka droga, to sama przyjemność w spacerze...

    Pauzując, chciał skruszyć sobie herbatnika na zamknięcie ust, ale postanowił pociągnąć jeszcze, jeśli by sama przyjemność spaceru przez pola nie skusiła każdego.

    ­- Jeśli tak pójdziemy, zapraszam popróbować mojej spiżarni. Z niej też dla psa, jeśli będzie trzeba, możemy wybrać kiełbas... Nie znam bestii, która by się im mogła oprzeć, więc wyjdzie jeszcze, że psiak będzie nam z ręki jadł i tylko patrzeć jak zamiast warczeć, będzie na nas ogonem machać...

    Herbatnik chrupnął między zębami, gdy Milo postawił kropkę, gdybając teraz, czy nie zbluźnił pomysłem poświęcenia kiełbas dla byle psiska. Czy po czymś takim który hobbit byłby skory jeszcze zjadać od niego mięsiwa i podroby? Albo w ogóle patrzeć na jego spiżarnię poważnie?

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    text alternatywny

    Wątpliwości, którędy mu droga miotały Milem przez całą noc. Ułożony na wygodnym, świeżym posłaniu obracał się z jednej na drugą i co i raz przerzucał poduszkę z ciepłej strony na zimną, aż obie zrobiły się równie ciepłe. Podciągał kołdrę to wyżej, to niżej, a słysząc sapania i pochrapywania kuzynostwa zamierał, niepewny czy aby jego niepokoje nikogo nie wybudzą. Myślał nawet, czy aby nie wstać i nie rozchodzić myśli w ogrodzie, ale obawa, że po ciemku narobi rabanu i pobudzi gości wygrała.

    Rano, gdy było im ruszać, Milo miał nietęgą minę, rozdarty między podróżą kolaską do Tukonu, gdzie mógłby usłużyć krewnym jako gospodarz, a ujmującą wycieczką przez wodę. Zaproszony na wóz przez Lobelię wybąkał przeproszenie i uśmiechnął się rozkładając ręce, zapewniając, że bardzo chciałby im towarzyszyć, ale w drugiej obranej drodze jego umiejętności przydadzą się bardziej.

    – Ma się rozumieć, nie chodzi o mnie, ale o wspomożenie naszej grupy – zapewnił Tuk. – Znam tamte ścieżki, więc zadbam, żeby ta wycieczka była dla nas możliwie najbezpieczniejsza.

    Kiedy Kompania rozdzieliła się już i Milo mógł dreptać po trakcie z podobnymi mu łazikami, zaraz nabrał wigoru i lekkości w krokach. Tak było do czasu aż dotarli nad wodę, gdzie wyszło na Lobeliowe. Rzeka faktycznie wezbrała i panna Bracegirdle miała rację, że trzeba było szukać innego kursu.

    Esmeralda - błogosławiona werwa młodości! - szybko pokazała, że przygodę ma we krwi i przeszkody są do pokonywania, a nie po to by je omijać. Milo spojrzał jednak na sunący żywo nurt rzeczki i zamyślił się.

    – Spróbujmy może wybadać głębokości, dopóki będzie to bezpiecznym - zasugerował, podwijając wysoko spodnie i brodząc przy brzegu, by pokazać o co mu chodzi. – Póki będzie można bezpiecznie przystanąć, wbijmy tam kij czy kołek do oparcia przy przekraczaniu wody.

    – Woda zmyje je pewnikiem - żachnął się Paladin. - To musiałoby być mocne drewno... I dobrze wbite.

    –To prawda - przyznał otwarcie Makary. - Myślałem, że może skorzystamy ze słupków, które są w tym płocie na skraju pola... Nie naruszymy całej konstrukcji, więc nikt nie ucierpi. Zresztą, stary Brody i tak nie trzyma już tu zwierząt... Kiedy wrócimy wystrugam mu nawet nowe, żeby miał przyzwoity parkanik...

    - Ale tam dalej... Będzie głęboko - zafrasowała się Esme.

    – Dlatego masz rację, że lina się przyda - przyznał Milo. - Ale mając i linę i mogąc oprzeć każdy krok o wbity pachołek, będzie nam na pewno łatwiej. Ja też mogę iść na spróbowanie... I tak już się zamoczyłem.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • U bram raju, epizod 2 - D&D5, Greyhawk
    PaniczP Panicz

    Apdejtując rzecz technicznie, ale też dbając o aspekt marketingowy przy skromnych zasobach wolnych Graczy na Forumku (a zachęta dla Waszego dobra, niepewni i wyczekujący 😏), napiszę kto miałby role dużą czcionką na samym początku:

    1. Rewik jako Seweryn Drachenwulf - oddany posłudze bliźnim w bożym, Pelorowym imieniu cyrulik, który nie boi się rąk ubrudzić. Sprawny w operacjach wszelkiej natury, w tym i takich na sumieniu, Seweryn jest ważną figurą służby medycznej Wrót, a mechanicznie łotrzykiem z doświadczeniem w szpikulcach wszelkiego sortu

    2. Brilchan jako Marius Utopiec - kapłan bogini mórz, Osprem, trafił bardzo daleko od wielkiej wody, ale Kompania nie roztrząsa (przesadnie) motywacji pracowników, gdy do wzięcia jest magik. Magia zaś, którą ochoczo posługuje się Marius, choć wilgotna i szumiąca, ma w sobie coś, co nie w pełni zgrywa się z kapłańską pobożnością. Jeśli zaś byście sami nie zgadli, to powiem Wam, że źródłem czarów Mariusa jest tajemniczy patron, a on sam jako warlock stanowi bojową część ekipy

    3. Pan Elf jako Morwen - świeża przybyszka u wrót ziejącej obietnicami Ścieżki. Morwen pragnie zrozumieć świat poprzez magię - to jej język, narzędzie i pragnienie. Mało jest miejsc, które skrywają tak wiele odpowiedzi jak Ścieżka Slerotina, więc obrała słuszny kierunek. Nim jednak przyjdzie wydrzeć odpowiedzi z ciemności, trzeba jeszcze wiedzieć, o co chce się zapytać (i czy jest się gotowym stanąć wobec zadanego pytania). To być może rozstrzygnie się już w samej grze, gdzie Pan Elf poprowadzi postać czarowniczki znanej też jako Wiedźma Rubieży

    4. Mike jako sir Randal Bronson - paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości. Twardy, honorowy, szlachetny i zahartowany do trudnych decyzji, które łamałyby cukierkowych rycerzyków. Randal ma interes w patrzeniu na ręce wielkim tego świata, ale bycie człowiekiem własnych zasad nie zawsze pozwala na dobrze rozstrzygnięcia, gdy krępują zbroja i kodeksy. Paladyn, jak to paladyn, nie stroni od pierwszej linii walki i jeśli nie zaleziecie mu za skórę, zbierze na siebie parę ciosów, które mogły paść na Was. Czy Mike jednak będzie kontynuować grę nie wiem - przeniósł się na forum, ale nie miałem dotąd potwierdzenia z jego strony

    5. eTo jako Krasnolud z dala od domu - dla rasy tak mocno wrośniętej w rodzinne i klanowe powinności bycie poza siatką znaczeń, które wyznacza rodzima twierdza jest... trudne. Bywają jednak tacy, którzy wybierają Szlak, a czasem i odwrotnie, to Szlak ściąga ich do siebie, wyrywając z tego, co znane. Czasem brutalnie. Znam już od eTo zarys historii jego bohatera, ale założyłem, że dogramy jeszcze szczegóły, więc damy tu pauzę. Spodziewać można się kogoś ze smykałką do magii, ale raczej bez uczonych ksiąg

    Jest nas tu już zatem paru, ale pozostaję jeszcze w nadziei na zgłoszenia, byśmy razem nasycili ten sesyjny świat naszą aktywnością. Także wiecie, rozumiecie, zostawcie te noworoczne postanowienia już w spokoju, bo już idzie koniec stycznia i zgłaszajcie się do sesji.

    Z uszanowaniem
    Panicz

    Rekrutacje

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Yeol, pełniej i poprawnie nazywany Republiką Zjednoczonych Prowincji Yeol, najczęściej w ustach mówiących Wspólnym pojawiał się jako Wolna Liga. To była klarowność (sam Yeol odwoływał a to do rzeki, a to do krainy, a to do znowu czegoś tam, co lokalsi znali jak pacierz, ale nikt poza nimi). To był konkret (nie trzeba było mnożyć tych członów, przypadków i zastanawiać się, co to niby ta rebuplika). To była nazwa, którą posługiwano się zagranicą, gdy rozpowiadano o znaleziskach Ścieżki Slerotina i obietnicach, które ofiaruje śmiałkom. I to była nazwa, którą śmiałkowie spotykali już na miejscu, na yeolskiej ziemi, gdy tłumaczono im lokalne zwyczaje.

    My, Wolni, mówili o sobie chłopi i mieszczanie, jesteśmy uparci. Jesteśmy uparci i dumni. Wierzymy, że na tej ziemi każdy może zbudować swoją fortunę. Że wszyscyśmy równi w kołysce, ale po to żywim, by wzrosnąć własną pracą ponad innych. By pokazać, że człek swego losu kowalem.

    Przybysze słyszeli o tym. Czasem dziwowali się trochę, widząc masy tych niewzrośniętych ponad resztę, steranych w halach, manufakturach i na latyfundiach, pełnych wiary, że słuszna ich ścieżka, ale moment wciąż nie ten. Tych wzrośniętych zwykle nie było widać na polach czy ulicach, choć dzielili tę samą wiarę.

    Czasem talent i pracowitość Yeoli zdumiewały, gdy co jedno to narzucone im novum, które nakreślały lokalne rady wprowadzano w domach i na roli, na ulicach i warsztatach, a mało tego jeszcze, bo czasem i w kościołach. Nowinki i ulepszenia służyły ludziom, a każdy chciał dołożyć swoją cegiełkę do powodzenia społeczności. Raz, że lepiej przecie by żyło się wszystkim pełniej i dostatniej, a dwa, że jak można odstawać, gdy inni szli twardo do przodu.

    Wolna Liga wzrosła na ludziach czynu. Takich, którzy w dzikości nowej ojczyzny wykarczowali sobie przestrzeń do życia wprost z chaszczy. Przybywali falami, następne pokolenia w kolejnych stuleciach i dekadach, zbiegając do okolonej górami krainy na uboczu Flanaess. Chłopi umykający spod pańszczyzny, niewolnicy zbiegli z plantacji, dłużnicy kryjący się przed prawem, banici i wyrzutkowie. Ci, którzy nie pasowali sąsiadom i ci, którym nie pasowali sąsiedzi. Tacy, którzy stracili wszystko i musieli zaczynać od nowa i tacy, którzy coś tam uciułali i zaczynać chcieli po swojemu. Tam, gdzie w bród wolnej ziemi i nie trzeba dzielić morgi między siedmiu kuzynów.

    My, Wolni, mówili o sobie ci, którzy mieszkali w Lidze od pokoleń, jesteśmy gościnni. Gość w dom, bóg w dom. Każdy podróżny to przecie może być Fharlanghn.

    Przybysze czuli to, gdy nie raz korzystali z serdeczności gospodarzy śpiąc po ich stodołach, chatach, a bywało, że i mieszkaniach, współdzieląc z nimi wieczerzę.

    Jesteśmy gościnni, mówili tak samo ci, których keolandzki często ciągle dźwięczał od północnego akcentu, bo to kraj, gdzie każdy skądś przybył. Nam też była tu niedawno droga zza gór i poznaliśmy gościnność sąsiadów.

    Nie chcemy tu obcych, mówili ci sami, ci pierwsi i ci drudzy, których dzieliły pokolenia w dolinie. Przychodzą i chcą jeno brać i brać, jakby każdemu się należało. Przybyli kiwali głowami, chłonąc lokalną mowę. Zabierają robotę, a to nie jest taki czas, żeby o innych się martwić, mówili inni i mówili ci sami. Mamy własne problemy, a teraz czasy niepewne. Niedobra to rzecz i lepiej, co by Rada coś z tym zrobiła, bo inaczej nam samym przyjdzie... A chłop tu mocny i na głowę wleźć sobie nie da!

    Przybysze czasem potakiwali, potulni i niechętni scysjom. Czasem wręcz byli zgodni, pewni, że przecież to nie o nich i ich to nie dotyczy. Ale inni parskali, pukając się w czoło. Czy to nie Wy, Wolni, mówili, chwilę temuście mówili, że Ścieżka to taka szansa, jakiej świat jeszcze nie widział? Że z Niebios dana szansa i bogactw tyle, że na Ligę idzie złota era? Że trze'a by świat zainteresował się i popuścił trzosa?

    Spojrzenia kłóciły się w Lidze, ale czasem zlepiały w jeden misz-masz, zależnie od tego, kto zasiadł przy stole i co podano. Wojna w pobliżu granic i spiski Szkarłatnych Braci. Trzeba było uważać, bo czas niepewny. Nie dać wciągnąć się w wojnę i nowym krajanom uważnie patrzeć na ręce. Ale kiedy Bracia, psubracia, ha-tfu!, dokonywali swoich rzezi i bezeceństw, czyli godziło się być obojętnym? Stawiać zasieki zamiast pomagać?

    A sprawa Ścieżki, a Drusdygg, a Czarne Wrota? Miejsca, o których w Yeol dotąd nikt przecie nie słyszał (poza tymi, którzy żyli w samym Drusdygg i u progu dzikiej doliny)... Teraz zjeżały debatę przy stołach od Yatili po Piece. Szansa to, szansa, głosili jedni, a drudzy (albo ci sami, jeśli inaczej wstali) ganili: Nie wolno w głupotę popadać! Przylezą Keole, królewicze, obce, rozbiorą, wydoją!

    Kompanie i spółki ściągały ludzi do Ligi, wkraczając w gospodarczy boom, który wzrósł na razie na samych nadziejach Ścieżki. Za nimi ściągali węszący swej szansy, którzy chcieli podłączyć się pod operacje w Drusdygg. Byli podobni Yeolom, którzy przybywali tu od pokoleń.

    Spragnieni swej szansy, charakterni, odważni, niepokorni i głodni. Dlatego budzili nadzieje u tych, którzy wierzyli w szanse dawane przez Ścieżkę. I w magię wzrostu, który mieli napędzać.

    I z tego samego powodu budzili obawy. U innych i u tych samych. Bywało, że budzili lęk.

    Drusdygg, gdzie strumień przybyszów znajdował ostateczne ujście, czuło to najmocniej. I tu przekonali się już, a mieli przekonać jeszcze dosadniej, że nowi są Ligi prawdziwą szansą.

    I śmiertelnym dlań zagrożeniem.

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    Emocje w Bag End buzowały, zasilane mocną herbatą z podlewanego co i rusz imbryka. Milo westchnął na słowa Prymulki aż nazbyt głośno, trafiony jej obruszeniem w sam splot pragnień i powinności. Skonfundowany wylewnością własnego wzdechu, zajrzał głęboko w kubek, nagle zaintrygowany herbatą, a gdy trzeba było dać jej już spokój, odstawił naczynie i ruszył z operacją poprawiania mankietów. Szacując, że wieczór pozwala, a w ten sposób będzie można wyłączyć się poza niepokoje na dłużej, zaczął podciągać rękawy zwijając je równiutko w prawdziwym pokazie geometrii.

    Przygoda, jak zarysował ją Bilbo, była prawdziwie kusząca, ale Prymulka miała wiele racji (jeśli i nawet nie całą). Makary miewał różne zwariowane pomysły i serce załopotało mu jak kwiczoł, gdy tylko Baggins zaczął snuć swój szelmowski zamysł... Ale młoda Brandybuckówna mówiła szczerze i z serca, w tej przyzwoitości, na którą nie szło się krzywić jako na ciężki od kurzu przeżytek, ani na rozmiłowany w kontroli rygoryzm.

    Milo podniósł z powrotem stygnącą herbatę i pociągnął łyk. Ciepło rozlało się po ciele, a nadzieja bijąca z pogodnej twarzy młodej Esme zalała nią i ducha, który wcześniej na chwilę przygasł, ściśnięty między przygodą a przyzwoitością. Tuk wiedział, że będzie dobrze. Że wyprawa ruszy, plan wypali, a nikt nikogo przy tym nie pokrzywdzi, bo to przecież było Shire (do kroćset!).

    – Prymulka ma rację – wyraził poparcie Milo. – Przygoda, choć wiem, że słowo może niektórych mierzić jak owczy sweter... – A on drapie, wiem, ale który to przyjemniejszy, gdy chłód przychodzi? – Przygoda kusi. Ale w przygodzie nie możemy się zatracić, żeby nikt naszej wycieczce za dobrą sprawą nie zarzucił chuligańskich pobudek.

    – I ja tego pragnę uniknąć – potwierdził Bilbo. – Sam wiesz, kuzynie, jak wielu dobrym sprawom szyki plączą nieporozumienia. I jak czasem trzeba im mimo przeć naprzód...

    – Ano bywa trudno – zgodził się Tuk. – Ale nasza Kompania (część hobbicich brwi podniosła się do góry na takie mianowanie) podoła. I to wcale nie kosztem przygody, bo ruszyć przez Wodę... - Milo uśmiechnął się do Esme, tak uniesiony jej radością na nowe, jak i pewnie ona sama. - To prawdziwie pyszny dla niej początek.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • U bram raju, epizod 2 - D&D5, Greyhawk
    PaniczP Panicz

    Serwus,

    W ramach poniedziałkowej osłody napiszę Wam, że planuję start przedsięwzięcia na przyszły weekend. Jest zatem jeszcze parę dni, by dołączyć do rzuconych na skraj świata śmiałków i wybudować sobie legendę razem z nimi (albo zalec w płytkim grobie).

    Łączę wyrazy szacunku
    Panicz

    Rekrutacje

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Morwen

    Dym okalał góry z niska i z wysoka. Kłębił się nad szczytami, bijąc w niebo z gorejących sosen i czarnymi, wężowymi zawijasami spływał w dół, niosąc zapach pożogi w dolinę. Morwen przymknęła orzechowe oczy i zaciągnęła się głęboko. Dym niósł zapach i swąd, ciepło i ogień. Łaskotał zmysły i boleśnie drapał w gardło. Dziewczyna wypuściła powietrze nosem i rozkasłała się.

    Zadowolona, z półuśmieszkiem na trójkątnej twarzy, zasiadła przy ognisku na skraju zbocza. Ogień szalał za nią, zżerając leśne ostępy wśród Pieców. Nie był daleko. Ale ona znała dzicz. Rozumiała naturę i jej porządek, świadoma czego i kiedy się po niej spodziewać. Tu była bezpieczna.

    W rozchełstanej koszuli i zsuniętych butach, wygrzewała się swobodnie przy wieczornym ognisku. Taki sam ogień szalał o staję dalej, łamiąc drzewa i spopielając wszystko na swojej drodze. Jej służył do relaksu i podpieczenia ziemniaczków w mundurkach. Przebierała w nich leniwie patykiem, przerzucając ze strony na stronę.

    Zmierzchało, ale ognista łuna za nią wstrzymywała ciemność. Widok na blaknące Drusdygg w dole przydawał kolacji dodatkowego uroku. Tam też jaśniały kropeczki ognisk, a blednące światło pozwalało jeszcze rozróżnić co większe kształty budynków. Czarne Wrota.

    Morwen wygrzebała ziemniaki na drewniany półmisek i skubała je w zamyśleniu. Zwykle to sama podróż była jej celem. Ale teraz droga zamarła pod stopami. Zaprzestała rozwidleń, zakrętów i kuszenia tym, co za rogiem. Teraz droga legła u jej stóp jak pies, zapraszając by spocząć u jej kresu.

    Kres był tutaj. Czarne Wrota i Ścieżka Slerotina. Tu ściągnął ją wewnętrzny kompas i na to miejsce zamieniła rubieże, które zwała domem. A przynajmniej miała zamienić. Na chwilę, na dłużej? Pewnikiem nie na stałe! Mimo obietnic Ścieżki nie wyobrażała sobie, żeby zalec w tym ludzkim roju, obskubującym truchło pradawnej Magii z jej tajemnic aż nic nie zostanie.

    Na dobrą sprawę... Na dobrą sprawę nie wiedziała, co czeka ją dalej, choć miała już plan. Chciała dobrać się do tego, co kryją misteria Slerotina zanim chciwi ludzie wywleką wszystko i rozprzedadzą po targowiskach. Chciała dostąpić tajemnic, które skrywały się pod skorupą Ścieżki zanim zagarną je inni.

    Nie marzyła o władzy, potędze, czy bogactwach, po które przybyli inni. O, nie wykluczała skorzystać, jeśli coś wpadnie, ale to nie doczesność – nawet i ta magiczna – skusiła ją do Doliny.

    Ścieżka kusiła ją sama sobą. Nęciła jak upojny aromat wygłodniałego rozbitka, odzywając się jaskrawymi obrazami w snach i impulsami na jawie. Morwen czuła zew Ścieżki niemal fizycznie, niby ukłucia od spodu, albo drgania na skórze.

    Wiedziała, że za Wrotami drzemie potężna magia. Relikt Imperium Suelii. Czasów, gdy magowie potrafili odmieniać całe krainy – jednym rytuałem ożywiać pustynie i jednym zamieniać miasta w gorejące szczątki. Inni też to wiedzieli. Pewnie nie każdy znał skalę, potrafił to nazwać i zrozumieć, ale poza hordą łasych na starożytne świecidełka, miejsce kusiło i tych, którzy znali jego rolę.

    Nie było ich wielu. Dla większości świadomych, zrozumienie kończyło się na historycznej doniosłości, epokowych technologiach czy odcyfrowywaniu zapomnianej wiedzy. Na nauce, a może i magii, ale ujętych w karby współczesnego rozumienia i chęci wplecenia tajemnic Ścieżki w służbę współczesnych potrzeb.

    Morwen wiedziała, że byli tam tacy – musieli być! - którzy widzieli w powietrzu sploty magii Slerotina i w runach wśród ścian, mimo woli, odczytywali sylaby zaklęć. Ale mało kto mógł czuć to jak ona. Mało kogo tajemnice z głębin Piekielnych Pieców nęciły niemal cieleśnie, przedzierając się przez eter i lgnąc do adresatki na spojeniu woli i zmysłów.

    Czarownica wiedziała, że w tym jest wyjątkowa. Że jej rozumienie magii będzie ogromnym atutem, o który kładący łapę na Ścieżce będą się bili. I wiedziała też, że lepiej skryć niektóre szczegóły swej mocy, bo jej źródło i to jak przez nią przepływa, nie zgrają się z ich spojrzeniem na czary. Czary, które miały być narzędziami w służbie bieżących potrzeb.

    Morwen chciała zanurzyć się w magii, by ją zrozumieć. Dojść do istoty Ścieżki i tego, co niosła ze sobą, wyzwolona od twórców i współczesnych interpretatorów, samoistna jak żywa manifestacja mocy.

    A że gdzieś trzeba było zacząć, spróbowała zareklamować się jako magiczna konsultantka i ogniowe wsparcie w eksploracji dla tych, którzy mieli schodzić w głębiny. Miasteczko puchło od ludzi pracy i hardych zakapiorów, ale magia zawsze była w wysokiej cenie. Ten dar nie powszedniał nikomu, więc kiedy Morwen ujawniła się potencjalnym pracodawcom jako czarodziejka-nowicjuszka, mogła być pewna, że kiedy obiecywali, że się odezwą, to bankowo tak będzie.

    Lazurowa Kompania trafiła ją pierwsza. Jej historię o byciu w dużej mierze samoukiem, ale z historią terminowania u Lady Beltrany Molag z Hochoch w Geoffie można było traktować... Jak kto chciał. Morwen umiała oczarować i zakręcić (nie sięgając po magię), a w głosie miała pewność i zdecydowanie, jakby słowa skapywały jej od razu na papier, więc Wylla van Coen dała jej szansę.

    Wielu pewnie uwierzyłoby od razu po krótkich popisach czarodziejki i jej pełnym detali, drobiazgowym i szczerym opisie nauki u mentorki z Północy. Niektórzy tylko, bardziej światowi lub skrupulatni, zwróciliby uwagę, że zniszczony przez najazd gigantów Geoff to dobre miejsce, by osadzać swoją nieweryfikowalną przeszłość. W kraju pod jarzmem nieludzi, z miastami zrujnowanymi i populacją wybitą lub zniewoloną, każdy mógł być przed wojną każdym. Jak dzisiaj to sprawdzić?

    – Pięknie opowiadasz – pochwalił ją półełf. Kai. Śniadoskóry, smagłolicy młodzik na służbie Kompanii. – Widziałem też wczoraj, co potrafisz.

    – Dziękuję. - Morwen skłoniła grzecznie głowę i odgarnęła z czoła czarne kosmyki, które zleciały w oczy na jej kiwnięcie. – Wierzę, że przydam się W... naszej... No teraz już naszej, wspólnej sprawie.

    Chłopak zaśmiał się dźwięcznie i pokazał bielutkie zęby. Czarownica wiedziała, że nie przypadkiem to jego posłano do niej na spytki i to on, pospołu z Wyllą, doglądał jej zgłoszenia. Na początku ledwie to czuła, a może miała tylko wrażenie, czy wręcz tę ułudę zwaną intuicją, którą zawsze po fakcie wyjaśnia się na własną korzyść... Ale im dłużej z nim przebywała, tym była pewniejsza, że Kai rozumie się na magii. Że zna się na niej nie tylko jako teoretyk, ale jako praktyk. I że jego magia ma w sobie coś zbliżonego do jej własnej... Nutę niestałości i fantazji.

    – Ścieżka to niebezpieczne miejsce. – Kai patrzył jej w oczy z zaciekawieniem, które w innych okolicznościach mogłaby wziąć za flirt, ale tutaj trafnie odczytywała jako próbę przejrzenia jej osoby. Chyba trafnie... – Przed zejściem tam trzeba przetarcia. Musimy wiedzieć, że nasza ekspertka od zabezpieczenia magicznego daje grupie prawdziwy gwarant ochrony.

    – Rozumiem i pozostaję do usług – odpowiedziała ciepło, zapijając zdanie łykiem wina. Nie podobały jej się te ceregiele, ale rozumiała ich ostrożność. Kai musiał być kimś ważniejszym, niż sugerowałaby jego frymuśna osoba, dziwaczne szaty i wieczorne pobrzękiwanie w gospodach. Słyszała plotki, ale musiała jeszcze wgryźć się w serce miasteczka, by zrozumieć do końca, kto jest kim i co tutaj znaczy. - Jeśli pojawi się jakaś możliwość, bym dowiodła swojej wartości, zgłoszę się z wielką ochotą. Nawet jeszcze przed kontraktem zatrudnienia.

    - Powiedz Morwen. – Chłopak pomachał komuś, kto wchodził akurat do oberży i korzystając z pauzy machnął na służkę, by doniosła im jeszcze wina. Widać było po geście, że się znają i lubią, a oczy wielu osób przejeżdżały po półelfie w taki sposób, w jaki spogląda się na kogoś, kto wrasta już w krajobraz i nie wymaga uników. Kto nie budzi strachu, ani niechęci. - Co sądzisz o Wedryku Weldzie... Czy tam mistrzu Wedryku, jeśli wolisz.

    Czarownica zastanowiła się przez chwilę, co miało ten atut, że było spodziewanym gestem. Miała się zastanowić... I prawdziwie się zastanawiała, ale nie nad tym, co powiedzieć, ale co stoi za pytaniem. Wedryk Weld był magiem, który stanowił w miasteczku i pewnie całym regionie najpoważniejszy czarodziejski autorytet. Był renomowanym mistrzem transmutacji i klasycznym dziwakiem. Dziwakiem wedle plebejskich standardów, ale nie według zwyczajów arkanistów.

    Weld zdawał się magiem tradycyjnym w swym ujęciu magii – książkowym, eksperymentalnym i naukowym. Bez cienia wątpliwości arcypotężnym, bo nić jego mocy Morwen czuła jeszcze kilka tygodni temu, gdy obozowała w górach, spoglądając na miasteczko znad ogniska. Był zaufanym człowiekiem starosty Saliny, który sprawował opiekę nad Wrotami i z tego, co zrozumiała, głównym magicznym narzędziem operacji na Ścieżce, w które nie wtajemniczano maluczkich.

    – To wielki specjalista w swojej dziedzinie – przyznała uczciwie kobieta. – Słyszałam opinie, że najwybitniejszy czarodziej w Wolnej Lidze, a przynajmniej w zakresie magii transmutacji... To znaczy tego rodzaju zaklęć, które...

    - Ach, wiem, wiem! - Kai przerwał jej, ale był w tym na tyle wdzięczny, że nie mogła nawet udać urazy. - Często służy nam tu – potrzebną, ale, khe-khe, nie zawsze – kuratelą w sprawach arkanów... Na pewno jeszcze się poznacie. Dla czarodziejki... Czy nowicjuszki, to musi być pewnie całkiem ekscytujące.

    Sprawdzał ją. Czuła, że sprawdzał ją, albo już odczytał i ulokował źródło jej mocy, gdzie indziej niż książkowe termina u lady Molag. Stąd było to maglowanie i pytanie o stosunek do Wedryka. Tamten przejrzałby ją pewnie raz-dwa, gdyby przyszło im stanąć oko w oko.

    Morwen bąknęła coś by wyrazić sugerowany entuzjazm, ale półelf na raz zluzował spojrzenie i kiwnął na nią kieliszkiem.

    ­- Dosyć o robocie. Byłbym bezecnym, gdybym u progu wieczora zamęczał cię jeszcze rozmowami o pracy. – Kai zakręcił naczyniem w dłoniach, dopił resztkę i zebrał się od stolika. – Lada dzień sprawdzimy, jak sobie poradzisz. A na razie wyluzuj się, odpocznij. Napij na mój koszt, zapraszam.

    Bard rozsupłał pokrowiec wokół lutni i ruszył ku podwyższeniu w rogu sali, które służyło za scenę.

    - I posłuchaj jak gram, bo zaraz wchodzę. Powiesz potem, co myślisz. Liczę z twojej strony na... szczerość.

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    Przygody, jak to przygody, nie działy się w cichości i szyte liniowym haftem. Zawsze było w nich trochę rabanu, ścieżki kluczyły, a bóle i wątpliwości bohaterów, gdy stali u chwili krytycznej były nieodzowne dla dobrej historii, jak deser po drugim.

    Znać było zatem, że moment stanął krytyczny, bo upadek Droga, huk, jęk, stęk i ogólne wzmożenie wpisywały się w pełny przygodowy rejestr. Oto śliski przypadek rozsupłał wątpliwości spojrzeń i pchnął hobbitów prawie, że już na szlak. Na razie do doktora, na razie na południe w znajome strony, ale czy nie to pierwsze pchnięcie na znajomy skraj gniazda otwiera drogę do lotu?

    Milo kiwnął Prymulce na potwierdzenie, że robi się i chwytając kapelusz z wieszaka (ale bez straty chwili, bo przecież zdrowie kuzyna) wyrwał pędem szukać roślinnych remediów. Długo nie trzeba było szukać, bo Bilbo prowadził swój ogródek bezbłędnie - arnika żółciła się już pierwszymi pąkami, a purpurowe dzwonki żywokostu dyndały na przydomowej grządce. Tuk odciął właściwe fragmenty roślin małym nożykiem (listownym, ale niezgorszym i w chwili takiej potrzeby) i zaraz walił do domku z powrotem, uszykować okłady.

    Na miejscu zgrabiał nieco w ruchach, jakby szybka przebieżka ujęła mu dechu, bo zdał sobie nagle sprawę, że o ile czytał jak przygotować odpowiednie lekarstwa i znał się na ziołach, tak ciągle była to tylko wiedza książkowa, której dotąd w życie nie wcielił. Miał wprawę w pichceniu przydatnych i przydatnych mniej dziwactw z własnego ogródka (i ogrodu Natury), ale tego akurat dotąd nie robił.

    - Za trudne przecież być nie może, pomyślał i uśmiechając się nerwowo, zagaił Bilba o bandaże i moździerz do roztarcia ziółek. - W najgorszym razie... Najwyżej nie pomoże.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    1 października, 591 WR

    Jesień w Drusdygg, szczególnie w tej wczesnej, złotej odmianie, była naprawdę przyjemna. Nieznośne upały, które znęcały się nad i tak wiecznie wyschniętą ziemią Doliny, zelżały, a halny znad Pieców wziął spóźniony urlop. Suchość ciągle dawała się we znaki, trzeszcząc zeschniętymi gałązkami krzewów, które obumierały wokół Wrót, ale wrzesień upuścił im nieco z nieba, dając nadzieję. Te, które leżały dalej od rosnącej osady, czy właściwie już miasteczka, mogły skorzystać. Te bliżej, susza czy deszcz, i tak żegnały się już z Doliną, wyniszczone wylewanymi nieczystościami, obsikiwane i wydeptywane przez tych idących kawałek dalej za większą potrzebą.

    Zeschnięte, krzewiaste zakola wokół Wrót były do przeoczenia. Nikt nigdy nie poświęcił im więcej uwagi, niż ciekawscy spod oberży, wyglądający jak słabnące gałęzie krzewów bujają się w rytm miłości porwanych przez wieczór kochanków. Z kolejnymi tygodniami osłona dla kolejnych gnanych żądzami ciała była coraz skromniejsza, więc obserwatorzy wzrastali w liczbie.

    Ta skromna zmiana w krajobrazie nie była jedyna, ale wątła wobec ogromu zmian, które działy się na widoku i tam, gdzie spadały spojrzenia przybyszów, przepadała bez echa. Wiele zmieniało się niezauważenie, gdy uwagę skupiały rzeczy doniosłe i ważne. Istnienie Wrzosin, które jeszcze parę miesięcy temu były domem dla kilkunastu rodzin, kwestionował już sam krajobraz.

    Niektórzy pamiętali, że to mieszkańcy Wrzosin pierwsi przyjęli osadników we Wrotach i pomagali im w pierwszych pracach na Ścieżce. Wielu pamiętało też historię zniknięcia wieśniaków, ale większość traktowała już Wrzosiny tylko jako miejsce pod szaber, skąd zgarniano drewno i cegły dla nowych konstrukcji. Były za blisko by przetrwać i ślad po nich został tylko w wydeptanych ścieżkach, cieniach fundamentów i osamotnionej studni pośrodku – teraz już – niczego.

    Może coś jeszcze z nich zostało, albo mogło o nich przypomnieć, jeśli natrafić ręką na kozikowe rycie w drewnie czy donioślejsze zdobienie wyglądające czasem z drewnianych bali, które stanęły wokół Wrót palisadą. Palisada nie była jeszcze pełna, ale wzrosła od wschodu i południa, rzucając cień Wrzosin na piaski pod samą Ścieżką. Potrzeba bezpieczeństwa szybko znalazła w miasteczku wielu głosicieli i władza nie miała wyboru, trzeba było działać i stawiać ostrokół.

    Duży, jeśli nie powiedzieć, że główny udział w tym przedsięwzięciu miał Marius Utopiec, rzucony z dala od oceanu kapłan bogini Osprem. Chłopak nie przypisywał sobie powstania miasteczkowej bariery za zasługę, bo i swego udziału nie był nawet świadomy. A przynajmniej nie tego, że był wśród podających sobie alarmujące plotki głosem, który rozbrzmiał największym echem.

    Jego sensacyjna opowieść o walce z ettinem, czarodziejskich goblinach, które naginały umysły, podziemnych krasnoludach, które ruszyły by zniewolić ludzi powierzchni i straszydłach z ciemności, które coś zjednoczyło, by polowały w Dolinie na ofiary dla mrocznych bogów... Późniejsze próby zmitygowania niektórych aspektów historii niewiele dały, bo rozpowiadane wieczorami pogłoski rosły od słowa do słowa, jak to cienie i historie potrafią rosnąć przy wieczornym ogniu.

    Niedługo później, gdy oddział wysłany na poszukiwanie chłopów z Pogorzeli wrócił z niczym (za to bez swego przywódcy), czarne, napompowane strachem i gorzałką wieści rozleciały się po okolicy mącąc w głowach nie gorzej od czarodziejskich goblinów. Górnicy nie chcieli zapuszczać się głębiej, drwale ruszać w las bez obstawy, a wszyscy coraz częściej przebąkiwali, że za marny grosz nie warto tu karku nadstawiać i albo ktoś coś z tym zrobi, albo ich przygoda tutaj dobiegnie końca.

    Palisada i zapewnienia o wzmocnieniu straży były tańsze niż podwyżki, więc miasteczko wkrótce zaczęło obrastać palami z resztek Wrzosin i rzednących szybciutko pobliskich lasków. Po solidniejsze drewno trzeba było zapuszczać się wyżej w góry, więc nie opłacało się go marnować na takie byle co i lepszy materiał szedł na kolejne budynki tej czy innej spółki i ich ekspozytur.

    W ramach jednak troski o losy społeczności Wrót, którego ostrokół był wybitnym wyrazem, zainwestowano też w zdrowie. Higiena miała się średnio na jeża, ale wykopanie kolejnych dwóch studni zapewniało przynajmniej wszystkim gwarant stałego dostępu do wody. Dobroczynność starosty Saliny wyraziła się też w inny sposób, z czego skorzystał Seweryn.

    Cyrulik, który przyjmował pracowników swej Kompanii Lazurowej nieodpłatnie, dbając by inwentarz pracodawcy był w dobrym stanie, miał dotąd za swe miejsce rezydowania sporawy namiot polowy. Decyzją Saliny, który tak chciał wyrazić Sewerynowi wdzięczność za zratowanie życia dwóch górników (którym, niech wiedzą potomni, pomagał też Randal i Lara), medyk dostał dla swej służby drewniany lazaret.

    Budynek nie był większy niż szpitalik Żelaznej Kompanii, ale był już stałą, porządną konstrukcją. Taki wrost w głąb ziemi i poczucie stałości cieszyło Seweryna bardziej niż jakikolwiek wzrost wszerz czy wzwyż. Miał swoje miejsce, gdzie mógł leczyć potrzebujących... I sprawdzać, jakie to nowe metody ars medicinae pomagają najskuteczniej.

    W głównej sali miał przestrzeń na osiem łóżek, skromny, zamykany na kłódkę magazynek na leki, salę operacyjną za drzwiami i skromniutki gabinecik za kotarą. Wszystko czego było trzeba ambitnej duszy, by rozwijać troskę o bliźniego wedle najnowszych metod. No, może ograniczonych budżetem i środkami, ale nieskrępowanych niczym więcej.

    Seweryn obił wełną wnętrze sali operacyjnej, by wygłuszyć dźwięki, które mogłyby niepokoić pacjentów i zadbał dla siebie o mentalny komfort niezbędny przy podejmowaniu się lekarskich wyzwań, jakich świat nie znał. Odkąd Nowalijka wspomagała go w bieżącej opiece nad prostszymi przypadkami, medyk mógł poświęcić się studiowaniu tych bardziej złożonych. To, czego doświadczył przez ostatnie dwa miesiące w Drusdygg jasno pokazało mu, że niewiele jeszcze widział i zaostrzyło apetyt na... Pomaganie.

    Kapliczka, którą postawił Pelorowi – również pod auspicjami wspierającego inicjatywę Saliny – dawała oparcie w porannych modłach, gdy Seweryn rozważał słuszność kolejnych planowanych kuracji. I którym pacjentom najlepiej posłużą.

    Inwestycja w zdrowie społeczności nie była tylko maskowaniem problemów, które zrodziła tragedia Pogorzeli, ale i realną koniecznością wobec rozrostu Wrót. Kolejni przybysze ściągali przez Kocioł, przynosząc wieści z wielkiego świata i budując w samotnym Drusdygg niezdrowe przeświadczenie, że oczy wszystkich skupiają się właśnie na nim. Jedni przybywali z wielkimi nadziejami i dziurami w kieszeniach, inni zjeżdżali dla realizacji planów ludzi większych od siebie. Wszystkich zżerała ambicja, która potrafiła trawić człowieka nie gorzej niż febra czy cholera.

    Karawana agentów z Żelaznej Kompanii dotarła tego samego dnia, co większa jeszcze grupa z dalekiego Aerdu, wiedziona przez bladego Edelberta Kesslera. Wylla van Coen nie traciła rezonu wobec wzmocnień konkurencji, każdego niemal dnia kombinując nad wzmocnieniem pozycji własnej Kompanii. Co jakiś czas ktoś zasilał szeregi keolandzkiej spółki, nie dając żadnemu z graczy wysunąć się na prowadzenie.

    Przybycia nowych zwykle przechodziły bez echa. Na prostych robotników czy nawet speców i majstrów nikt nie zwracał uwagi. Przyjeżdżali zrobić swoje i nie szukali tu draki. Na krzywo patrzących obdartusów gotowych dźgać skały kilofem, albo zadźgać kogo im się wskaże, też zwykle nie zwracano uwagi. Dla własnego zdrowia, albo samego znudzenia zabijacką manierą.

    Trafiali się jednak nowi, których miasteczko musiało skomentować. Eutelo Isebrand nie wywołał zalewu toastów w żadnej z (dwóch) lokalnych oberży, ale ci, którzy parali się biznesem wiedzieli kim jest. Wiedzieli, albo chcieli wiedzieć. Wylla nie kryła, że alians Kompanii z rodem Isebrandów jest dla spółki atutem i trzymanie obecności Eutela w tajemnicy nie miało sensu. Dla plebsu był jednym z wielu dobrze ubranych paniczyków, którzy dawali rozkazy brygadzistom i gwarantowali, że pieniądz spływa z góry na dół. Tak jak potrzeba. Dla tych, którzy się liczyli, był już konkretną postacią do rozgryzienia. Dla nich miał imię, nazwisko, rolę i profesję. Dla nich mógł być sojusznikiem, wrogiem i celem.

    Morwen zjawiła się w Dolinie sama, jakby wyszła wprost z lasu, omijając obóz przejściowy w Kotle i wszystkie utarte szlaki. Z początku nikt jej tu nie znał, ale zwracała na siebie uwagę. Miala coś w sposobie, w jaki się poruszała i mówiła, co elektryzowało słuchaczy. Szynkarz, kuchcik, stolarz, który postawił jej drinka czy sklepikarz, u którego kupowała szpargały – wszyscy, którzy wchodzili z nią w rozmowę musieli ją zapamiętać. Niejeden wracał pamięcią do spotkania i nie mógł sobie nawet przypomnieć, co mówił, ale dalej czuł, jakby jej oczy świeciły dla niego.

    Czarodziejka nie afiszowała się ze swą mocą, ale i bez tego mogła narobić sobie problemów. Samotna kobieta w takim miejscu... Samotny ktokolwiek, jeśli nie miał solidnych pleców, wiele tu ryzykował. Gryps, że dziewczyna jest pod opieką Kompanii i zainteresowanie Kaia oszczędziło jej paru niedobrych spotkań.

    We Wrotach można było mieć pecha nie tylko z konkurencją, czy podpitymi górnikami, którym przyszło na awantury. Straż, której przewodził Owain Graft, szukała tylko okazji, by dobrać się do tych poza opieką możnych. Sam Graft nie pochwalał prześladowania, ani męczenia nieboraków, których można było bezkarnie złupić, ale już na patrolach Kurta Curzego, zwanego Kudłaczem, zatrzymania podejrzanych miewały burzliwy przebieg. Wymuszenia od tych, którzy próbowali w Drusdygg szczęścia na własną rękę zdarzały się coraz częściej.

    Ballo Białe Serce również przybył do Wrót sam i nie mógł na początku liczyć na wpływowych protektorów. Mógłby się obawiać, czy ktoś nie ostrzy sobie na niego zębów, bo jego wjazd do miasteczka śledził niemal każdy, kto akurat był w pobliżu. Wjazd czy raczej wejście, bo przybysz wkroczył między zabudowania pieszo, idąc nie wiadomo skąd i jak długo.

    Mimo głębokiej uwagi, jaką sobie zgotował, nikt się jednak Balla nie uczepił. Ani na początku, ani nawet później, kiedy pod wieczór zasiadł w gospodzie, gdzie o tej porze emocje zwyczajowo buzowały już u szukających ostoi w kieliszku. Mówiono o nim i pokazywano go sobie nawet palcami, ale nikt nie zdecydował się na zaczepkę.

    Mnich wystawał głową o parę cali ponad najwyższych dryblasów na miejscu, a zbudowany był jak tur. Nie dziwota, że nie znalazł się koń, który mógłby go przewieźć, bo pewnie pod jego ładunkiem zastękałby i niejeden wóz. Ballo był ogromny i ten ogrom nie był zredukowany tylko do szerokich pleców, czy potężnych mięśni. Białe Serce po prostu stawiał na masę.

    Był wielki i gruby, sylwetką kojarząc się z dobrze wzdętym niedźwiedziem. Tkany, jedwabny pas opinał prostą szarą tunikę narzuconą na masywne cielsko, skrywając wydatny brzuch i niewątpliwie potężne mięśnie, które napinały rękawy przy najdrobniejszych ruchach. Konopny wór, który niósł na ramieniu ważył tyle, że gdy Ballo zrzucił go na stołek, aby przysiąść do posiłku, drewno trzasnęło pod ciężarem i uszczupliło siedziane zasoby "Górniczej Doli".

    Szeptacze po kątach spodziewali się, że ładunek olbrzyma to jakieś groźne żelastwo... I nie byli dalecy od prawdy, choć pierwotne przeznaczenie niespodzianki miało wyłącznie pokrzepiać serca. Ballo samym zewnętrzem budował sobie reputację trzymającą problemy na dystans i dotąd tylko nieliczni we Wrotach mieli okazję poznać go naprawdę.

    A naprawdę Ballo był człowiekiem gołębiego serca i całkowitego oddania wierze. Przybył do Drusdygg jako wysłannik kościołów Rao i Zodala, oferując w ich imieniu wsparcie, jakiego tylko na miejscu będzie potrzeba. Jakiego tylko będzie trzeba, bo Białe Serce nie był tylko potężnym wojownikiem gotowym sprać po pysku wszelkie orcze maszkarony, które zagroziłyby bezbronnym. Przede wszystkim był masażystą i zielarzem, który potrafił czynić cuda korzystając z tradycyjnej medycyny.

    Reprezentanci Kompanii Lazurowej uznali, że wpływowy w regionie Westburn kler Rao może stanowić istotne wsparcie ich interesów. Doinwestowali przytułek prowadzony przez zgromadzenie Ballo, a on miał przyjrzeć się ich działaniom na miejscu (dla samej tylko formalności) i rychło zaraportować, że operacja Wylli van Coen zasługuje na wsparcie kościelnych struktur. Mnich nie należał do takich, którzy obijali się, gdy trafiało się coś do zrobienia, więc jego rola fasadowego łącznika z kościołem szybko przeszła w faktyczne zaangażowanie w sprawy na miejscu – od służby bojowej przy ochronie na Ścieżce po zielarską w lazarecie cyrulika Drachenwulfa.

    Hazar Baraz-Felak także nie narzekał na niesnaski z lokalną łobuzerią. Dotąd mieszkał niedaleko od wioski, w zbudowanych dla górników prostych barakach koło uruchomionej na nowo sztolni i czasem zachodził do "Górniczej Doli". Zwykle przychodził sam, ale nie narobił sobie siatki znajomości.

    Wszyscy kojarzyli czarnego krasnoluda, jak go niekiedy nazywano za plecami. Puszczone w obieg plotki o szarych krasnoludach (które w miasteczkowej mowie szybko stały się czarne, nocne, mroczne, górskie i diabelskie – każde z mian było dla jednych tylko podkręceniem ich groźności, a dla innych właściwą nazwą i nikogo nie obchodziło, jak się to-to naprawdę zwało) nie zrobiły mu renomy. Mimo wszystko, Hazar uniknął konfrontacji z zakapiorami, którzy w zenicie paniki wokół zniknięcia Pogorzeli zaczęli szczuć na krasnoludy.

    Wielu odstraszyłby sam jego wygląd – potężna, zbita sylwetka gladiatora i paskudny, poznaczony bliznami i starymi poparzeniami ryjec do straszenia dzieci. W dobie grozy, która napędzała ludzi do złego, Hazar uniknął jednak kłopotów dzięki wstawiennictwu Owaina Grafta, który napomniał podpitych prowokatorów, że ten krasnolud jest pod jego opieką i pracuje jako specjalista na etacie Kompanii Lazurowej. Jeśli chcecie zachować swoje fuchy, to lepiej zostawcie go w spokoju, interweniował z chłodną głową.

    Poza tym jednym wieczorem, gdy strach rozpuścił w miasteczku rozsądek, Hazar nie miał już choćby śladu kłopotów. Pracował na Ścieżce jako nadzorca górników czyszczących boczne korytarze, czasem z samej nudy biorąc się za kilof, by pokazać im, co to porządna robota. Wylla van Coen, która była kluczową personą w jego organizacji, czasem zapraszała go do siebie, by wysłuchać eksperckiego sprawozdania z pierwszej ręki. Hazar nie należał do wylewnych, ale dobra płaca, szacunek jaki mu wreszcie przyznano i dostęp do Ścieżki, o którym sam marzył, motywowały by czasem ugryźć się w język i opowiedzieć, co trzeba.

    W tym podejściu do sprawy nie był tak daleko od sir Randala Bronsona, jak obaj mogliby sądzić. Randal, paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości, aktualnie zatrudniony przez Kompanię jako śledczy i oficer do spraw bezpieczeństwa, także nie lubił gadać po próżnicy i preferował działanie ponad okrągłe zdania.

    Dał tego jasny dowód, kiedy wraz z Kaiem i doktor Larą Quatermain ruszył na odsiecz porwanym wieśniakom z Pogorzeli, gdy reszta drużyna wybrała powrót. Jego odwaga (czy by prawdziwie istniała czy nie) była w oczach plebsu gwarantowana przez noszoną profesję i rycerską manierę, ale plotki sprzed paru tygodni jeszcze roznieciły junacki wizerunek. Niejeden teraz chciał postawić kolejkę bohaterowi, choć Bronson spojrzeniem trzymał większość na dystans. Niejedna też (a może i niejeden) wodziła za nim wzrokiem pożądliwym i ponętnym, łaknąc by zalec u boku takiego męża.

    Randal, ma się rozumieć, trzymał paladyński rygor i nie pozwalał sobie na żywot niebieskiego ptaka. Rozumiał teraz, co mógł czuć sir Grimley, gdy mu słodzono i kadzono. Przypominał sobie słowa starego rycerza sprzed prawie miesiąca, gdy widzieli się po raz ostatni i hamował dumę, gdy nadto wzbierała, kusząc do sięgnięcia w świecie po to, co mu się należało.

    Grimleya nie widział od jego odesłania przez przełożonych do Kotła, ale brat zakonny dał o sobie jeszcze znać, gdy jakiś czas później do Bronsona dotarła opakowana w zwoje płótna przesyłka. Rycerz w środku znalazł szyszki i śmieci, więc w pierwszej chwili uznał to za szmonces ze strony jakiegoś wioskowego cwaniaczka... Dopiero dokładne wymłócenie zawiniątka ujawniło jego sekret.

    Algernon musiał zaszyć zgarnięte ze Ścieżki klejnoty gdzieś głęboko w zakamarkach szmaty, by nie wpadły w lepkie łapska kuriera, który – widać to było na pierwszy rzut oka – rozsupłał tobołek już wcześniej. Teraz wyniesione poza Ścieżkę kamienie – które przeszły długą drogę, w tym przez wewnętrzne ścieżki Grimleya – były w posiadaniu Randala.

    Paladyn patrzył jak światło igra na ściętych kształtnie rubinach i dumał.

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    text alternatywny

    Lobelia, ach chorąża Kompanii, Lobelia!

    Przygody przygodami, a bohaterowie bohaterami, ale trzeba było prawdziwej odwagi, by wyrwać się poza protokół i rozporządzać planami wobec towarzystwa z taką swadą, gdy obok czuwał gospodarz i opiekun całego przedsięwzięcia. Milo nie miał wątpliwości, że gdyby na jedną ze swych wycieczek do Dzikich Krajów zebrał ich tu sam Gandalf, rezolutna hobbitka wyłożyłaby mu jak krowie na rowie, gdzie się myli, o czym zapomniał i co można zrobić lepiej. Pomijając oczywiście, że nie omieszkałaby spróbować wybić mu z głowy wciągania porządnych (małych) ludzi w niebezpieczne, czarodziejskie fanaberie.

    Bilbo uśmiechał się i marszczył na przemian, zbity z pantałyku przez damę, która nie dała się zawinąć w przygodę nieswoim przepisem. Właściwie to zdawała się w ogóle niechętna samej koncepcji tej dziwacznej aktywności, przygód, ale Los pchał ich na szlak czy tego chcieli, czy nie chcieli.

    Milo chciał. On był za, całkowicie i w zupełności. Wolałby pewnie ruszyć pieszo, czując, że z Rorimakiem, Esme czy Paddym mógłby odbyć niczego sobie wędrówkę, pokazując im to i owo po drodze, bez obawy, że oprychają go i obejdą z daleka.

    Ale też nie sposób było odmówić Lobelii słuszności w sprawnym zarządzaniu operacją. Jeśli mieli bawić się w pozory, miała słuszność, że jadąc na Tukową Skarpę nie powinni się rozdzielać w podróży.

    – Kuzynko. – Milo skłonił głowę i uśmiechnął się do Lobelii całą swą starokawalerską uprzejmością.
    – Kuzynie. – Tym razem skinął Rorimakowi w balansie między koleżeńskim luzem a poprawnością okazji.

    – Wierzę, że jesteśmy w tej sytuacji, gdzie słuszność może mieć dwoje, bo prawda i spryt brzmią w waszych słowach. Żeby jednak nie okopywać się bez potrzeby, obaczmy może zatem najpierw, co z wozem? – Tuk zagrał na czas. Liczył, że Drogo dostanie pomoc, której mu trzeba, ale też nie obraziłby się, gdyby wozu akurat nie było i konieczna była pielgrzymka. – Wtedy rozsądzimy, kto może jechać, a komu przyjdzie droga piesza? Jeśli przyjdzie nam nie znaleźć dla siebie miejsca na utartym szlaku, zawsze mamy bezpieczną wymówkę by z niego zejść... W polowaniu na króliki. Niejeden przecież hobbit, spóźniony choćby i na obiad - wiem, wiem, wiem jak to brzmi - tłumaczył tak wszelkie wypadki i nieobecności.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • Pytania, problemy i życzenia
    PaniczP Panicz

    Dokładnie to właśnie ;)

    Hmm, wcześniej, jak postowałem, próbowałem parokrotnie i nie działało 😞

    Ale jak sam widzę, wszystko gra. Zatem temat niebyły, dzięki 😉

    Forum księga życzeń

  • U bram raju, epizod 2 - D&D5, Greyhawk
    PaniczP Panicz

    Serwus,

    Nowe forum, nowa sesja. Po prawdzie puściłem dorekruta do przygody toczącej się tuż przed wypadkiem LastInn, ale tak moment sesyjny, jak i przejście tutaj (ze stratami w Graczach) sprawiło, że czas na nowe otwarcie.

    Zagramy zatem z częścią obecnych Graczy (na pokładzie Rewik i Brilchan; nie wiem jak Mike; zgłosił się też niedawno eTo) ciąg dalszy przygód po pewnym czasie, a zatem traktując wydarzenia jako epizod drugi. Graliśmy sobie prawie rok, współtworząc świat, więc to i owo się wydarzyło, ale nic co by zmieniało nasze ogólne założenia.

    Wy wchodzicie sobie na świeżo, a świat wygłodniały jest śmiałków. Apetytu starczy mu na 3 do 5 takichże śmiałków i śmiałkiń zaczynających zabawę na poziomie 1.

    Napisałbym soczystego wstępniaka, ale przy okazji tej sesji napisałem ich już mnogo, więc powklejam sam siebie...

    Jeśli chcecie prolog sesyjny, to jako wstępniak na starcie tejże przygody (i robiło za post nr 1) wisiało to.

    Jeśli chcecie zobaczyć wydarzenia bardziej z perspektywy scen akcji, to wklejam jakiś niedawny wyjątek z sesji.

    W krótkiej pigule - co to za sesja?

    Przygodowy misz-masz z quasi-sandboxem: z jednej strony świat średniowiecznej, awanturniczej 'gorączki złota', relacje aktorów wokół tortu do podzielenia i region do napisania historii przez Was, a z drugiej mamy mega-loch pod ręką, który dał asumpt do całej historii i zbudowania scenerii wokół. Magicznie i sceneryjnie bardziej low niż high, acz Wasi bohaterowie nie są spod sztampy i oni wnoszą w świat pierwiastek heroiczny.

    Trochę Sapkowski, trochę Gry o Tron, trochę postmoderny filmowej, trochę stary Bielon. Gramy w miasteczku 'Czarne Wrota', które powstało niedawno z dzikiego obozu, który rozrósł się u odkrytego wejścia na 'Ścieżkę Slerotina', czyli starożytny kompleks pod górami, który kryje bogactwa i tajemnice, ściągając spragnionych złota gołodupców i węszące interes tłuste koty.

    Krótko o karcie

    Potrzebna standardowej karty postaci na 1 poziomie, standardowe klasy i rasy. Odstępstwa do omówienia, ale nie szalejmy. Do tego zaplecze - kimżeś jest, co Cię kręci i co boli, a może i czego byś chciał(a) w przyszłości (i czy Czarne Wrota/Ścieżka Ci to obiecują).

    Nie rozpisuję się tu, bo na koniec posta polecą linki do poprzedniej rekrutacji (która rozpoczęła sesję) i przygotowanych już materiałów.
     

    W razie pytań...

    Piszcie tutaj, a w konkretach czy rzeczach indywidualnych na Discordzie: panicz_maciejak, albo na PW (bo teraz forumek już super pod tym względem :)).

    Myślę, że na większość pytań odpowiedzi udzielą linkowane niżej materiały, ale jeśli ich tam zbraknie, albo czujecie, że chcecie o coś zapytać bezpośrednio, to walcie.
     
     
    Materiały

    Top sprawa --> Zasady i tło sesji (bardziej zwarta forma niż właściwy poprzedni rekrut)
     
    Mapa regionu, gdzie się bawimy

    Zasady domowe sesji (temat otwarty)

    Repozytorium wiedzy o NPC-ach, organizacjach, lokacjach i innych takich (będzie aktualizowane)

    Krótki recap zdarzeń do tej pory

    W Dolinie Drusdygg na perfyeriach Wolnej Ligi, u stóp Piekielnych Pieców, odkryto starożytną Ścieżkę Slerotina – skryty od tysiąleci dostęp do pradawnej cywilizacji z jej bogactwami i sekretami. Wieść się rozniosła i zaraz na miejsce zlecieli się wszelkiej maści węszyciele okazji, a po nich duże organizacje chcące wyciągnąć z okazji jak najwięcej. Dzika kraina zaludniła się zatem ludźmi bezwzględnymi, pomysłowymi i głodnymi złota, obiecując śmierć, przygodę i liche szanse wzbogacenia (w tej kolejności, acz przez skuszonych widzianymi inaczej).

    Nasi bohaterowie trafili do Czarnych Wrót – miasteczka-obozu, które wyrosło u wejścia na Ścieżkę – jako ludzie jednej z potężnych kompanii handlowych, korzystając z tej szansy, by zrealizować różne, właściwe każdemu z nich cele. Tak te oficjalne, jak i inne. Na miejscu mieli szybkie przetarcie na Ścieżce, ale lokalna władza poprosiła ich o wsparcie w sprawie 'znikniętej' wioski w pobliżu (kolejnej w ostatnich miesiącach), a choć nie było to w standardzie ich zatrudnienia, powody polityczne przeważyły.

    Mimo trudności, drużyna natrafiła na ślad porwanych i podążyła za nimi w góry, ale przeszkody po drodze część przypłaciła życiem i grupa się rozdzieliła. Obecnie jednak – m.in. z Waszym wsparciem – zjednoczenie jest możliwe. Ale czy do niego dojdzie oraz gdzie i kto podąży, to już wykaże Wasza historia. W końcu Ścieżka kusi każdego po swojemu.

    Rekrutacje

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Hazar Baraz-Felak

    Góra drżała. Drżała i dźwięczała pod uderzeniami kilofa, odłuskiwana powolutku w pragnieniu złota. Metal łupał skałę bez zmiłowania, topiąc ją niemal, gdy górnicy wokół wylewali siódme poty, by ledwie zedrzeć kamień ze lśniącej rudy.

    Ale co krasnolud, to krasnolud przecież. Karły znały się z górami od zarania dziejów. Zrodzone ze skał. Wykute z kamienia, w który tknięto życie. Wyplute przed wiekami z samych trzewi ziemi.

    Mitów i dociekań na temat krasnoludzkiego pochodzenia było pełno. Szczególnie tam, gdzie ludzie żyli obok dwur – blisko, ale nie dość blisko, by chcieć prawdziwie ich poznać i zrozumieć. Tam, gdzie krasnoludy budziły podziw i zazdrość, ich odrębność i obecność żywiła plotki i ciekawość, a pogarda i strach szły dopiero potem.

    Nawet jednak tam, gdzie wspólna praca w sztolniach, pot przelany w kuźniach czy wojskowa służba budowały braterstwo między rasami, karły nie bywały specjalnie wylewne w mówieniu o sobie. Zaskarbić sobie ich przyjaźń było ciężko, ale w Wolnej Lidze zdarzały się takie przypadki. Tu, gdzie pracowitość była jedną z głównych cnót, ludzie lepiej dogadywali się z mniejszymi, a szerszymi pobratymcami, którzy obsiedli góry ze wszech stron Yeolu.

    Nie było to doświadczenie Hazara. Nikt z chuderlawców nie zalazł mu za skórę, ale nie zjednali sobie jego sympatii. Odkąd opuścił rodzinne strony pracował z nimi w wielu miejscach, rżnąc skały w kopalniach Jotenów i Małych Wzgórz, a teraz ryjąc za złotem w Drusdygg, gdzie Ścieżka ściągała żarłoczne przygody tłumy.

    Nikt go nie prowokował. Nikt mu nie dogadywał. Nie kpili z niego, ani mu nie jątrzyli. Czasem spoglądali dziwacznie i szeptali, ale nie słyszał, co mówią. Nie musiał. Domyślał się. Wiedział, że większość się boi i nikt nie wejdzie mu w drogę.

    Wiele krasnoludów mogło pochwalić się imponującą jak na ludzkie standardy sylwetką, ale Hazar odstawał dobrze ponad średnią. Z bicepsami jak bochny chleba i plecami jak u wołu, wyglądał na przodku jak pradawna bestia, którą górnicy świeżo wykopali spod ziemi.

    Ale fizjonomia mocarza to było jedno. To zamykało gęby mordochlapom i uwalniało od zakusów szulerów i oszustów. Wśród górników w Drusdygg i szemranego towarzystwa, które trafiało się w Czarnych Wrotach, to mogło być jednak za mało, by nie znalazł się taki, czy tacy, którzy będą chcieli się spróbować. Albo popłyną z żartem za mocno. Szczególnie, gdy w żyłach płynie gorzałka.

    Hazar Baraz-Felak był nie tylko zbity jak górniczy stempel, ale miał do tego gębę paskudną jak listopadowa noc. Łysą łepetynę miał poznaczoną bliznami i śladami oparzeń, okalającymi czaszkę od czoła po potylicę jak pajęczyna. Oszpecony, wyglądał jakby ktoś z zapamiętaniem pracował nad nim raszplą i opalał pochodnią, a przekrwione, ciemne, czerwieniące się, wiecznie przymrużone ślepia nie ocieplały wizerunku. Może i się uśmiechał, ale tego i tak nikt by nie zapamiętał, bo to tak gryzłoby się z obrazem, który budowała cała fizys Hazara, że pewnie i w szatach prałata Veluny wzięto by go za zbira.

    Krasnoluda mogło to boleć, a może miał to głęboko w kieszeni. Nikt w to nie wnikał. Hazar nie był duszą towarzystwa. I dzięki bogom!, myśleli niektórzy. Ale u paru kompanów z oddziału zbudował jakąś sympatię... Czy coś pokrewnego. Swoją siłą i zrozumieniem fachu bił wszystkich na głowę, więc podziw dla jego roboty zjednał mu szacunek w kopalni.

    – Słuchej, Hazar. – Grimbald, z którym kransolud pijał najczęściej, siwy brygadzista, który formalnie karła miał pod sobą, nalał mu kubek wódki. – Wiesz, że my tu ryjemy-ryjemy, ale nagroda je w dole? Że najlepsze łupy na Ścieżce?

    Krasnolud nic nie powiedział tylko niuchnął smród gorzałki. Paskudny, jadący drożdżami bimber, który Kliwasz pędził pod lasem. Hazar uśmiechnął się i pociągnął długiego łyka. Po tym co przeszedł, doceniał nawet to, co proste i podłe.

    – No, słyszałeś, nie? - Majster mógł być nieco zbity z pantałyku, ale znał już trochę rozmówcę, więc nie czekał dłużej na potwierdzenie. – Kompania, Lazurowa zdaje się, szuka tam szpeca od górniczej roboty. Tamój już na samej Ścieżce, gdzie wolno nikogo nie puszczają.

    – No mów, mów. – Krasnolud odstawił kubek i wciągnął powietrze. – Rekrut otwarty?

    – Ano – potwierdził stary, polewając na drugą nogę. – Tyś tu najlepszy, tom o tobie pomyślał.

    Hazar kiwnął, by nie lać do pełna – w obawie, że się wyleje, a nie z troski o gardło czy głowę.

    – Miło – podziękował. – I chcesz mnie rekomendować? Nie siebie?

    Siwy wzruszył ramionami i gulnął z kubeczka. Rzuciło nim aż chwycił się blatu i teraz suszył zęby, uśmiechając się głupio.

    – Mocny diaboł – osądził. – No jako godom, tam trze'a szpeca. A ja szpeca cenię. Jam tutaj majster, ale ty...

    Kierownik poklepał się dłonią w pierś.

    – Tyś tu na pokładzie najlepszy. Jakbyś nie był krasnol, to pewnie ciebie by tu wzięli za majstra.

    – Ale jestem – zauważył krasnol. ­ Tam będzie inaczej?

    - Słuchej... - Grimbald machnął na Młodego, by sunął im tu zakąski, które jedli stolik dalej. – Tego ja nie wiem... Ale ci mówię, że tam jest pensja na szpecu trzy razy taka jak tu, a tyś byś mógł i na sztygara iść przecie, bo robotę to masz we krwi... Znasz przecie wszystko to lepiej niż my, widać to od razu.

    Hazar złapał gzika z podsuniętej tacki i bez słowa wpakował do ust. Tak jak miało być, myślał. Tak jak miało być. I bez forteli, bez mordęgi. Wejdę na Ścieżkę frontem.

    – Dzięki – rzucił po dłuższej chwili milczenia, gdzie ciszę wypełniał mlask w ustach. - Doceniam. I skorzystam.

    - Ano, korzystaj, oby się dało – zgodził się majster. ­- Będzie może fucha, to i się odwdzięczysz tam, nie? Wciągniesz w drużynę?

    - Pewnie – zapewnił od razu krasnolud, myślami będąc już poza barakiem, z dala od bimbru, ziemniaków, spoconych górników i oblazłych pchłami kocy. Myślami był już na Ścieżce.

    I dalej jeszcze. Dalej, ale z powrotem tam, skąd przyszedł. Już z tym, co dała mu Ścieżka.

    Rozgrywka

  • U bram raju, epizod 2 - D&D5, Greyhawk
    PaniczP Panicz

    To jeszcze dla uczczenia piątku spis naszych Bohaterów (jeśli takowymi się okażą):

    Dramatis personae

    1. Rewik jako Seweryn Drachenwulf
    2. Brilchan jako Marius Utopiec
    3. Pan Elf jako Morwen(a) (bo to ona)
    4. Mike jako sir Randal Bronson
    5. eTo jako Hazar Baraz-Felak
    6. Seach jako Eutelo Isebrand

    Jeśli nic na drodze nie stanie (a rzeczy lubią stawać na drogach), to wystartujemy w niedzielę. Jak nie, to przynajmniej do końca weekendu dam jakieś częściowe wprowadzenie i będę doklejał cząstki, by zrobić start w tygodniu.

    Jeżeli kogoś naszła refleksja, że błądził dotąd nie zgłaszając się, to jest to słuszna refleksja. Mógłbym rozważyć jeszcze jedno miejsce gdzieś na wysokiej pryczy, jeśli ktoś dostarczy wszystko, co trzeba do niedzieli... le czy się z tego wywiążemy - Wy oraz ja - to inna sprawa.

    Karaluchy pod poduchy i ogólnie wypoczynku życzę przed naszą podróżą.

    Rekrutacje

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Eutelo Isebrand

    Wieści, jeśli tylko były odpowiednio doniosłe (ewentualnie wyjątkowo paskudne, albo akurat takie, żeby pokrzyżować nam plany i żeby wszystko wzięło w łeb), niosły się po świecie bardzo szybko. I tak, nie minęły nawet trzy miesiące, a wieść o odkryciu Ścieżki Slerotina dotarła do Greyhawk.

    Z pierwszej ręki galopem do Westburn, stamtąd pocztowymi do Loftwick i dalej już na gołębich skrzydłach do Longspear i dalej na wschód, aż po Gradsul nad Lazurowym Morzem. W Gradsulu wieść trochę pożyła swoim życiem i zaczęła wyciekać do ciekawskich, więc nim jeszcze nadeszły kolejne informacje, które miały pchnąć temat oficjalnie, dobrze poinformowani sprzedawali wiedzę dalej.

    Marynarze na stałym kursie z Keolandii do Żelaznych Wrót niezawodnie nieśli świeże plotki i syfilis, a uszy i oczy Greyhawk wyłapywały wszystko w promieniu całego Morza Gearnata. Siatki szpiegów i informatorów cedziły stały strumień bzdur, które napływały do portów z całego świata, wyłuskując złoto spośród farmazonu. Ich raporty trafiały wyżej, a tam obrotni faktorzy i zarządcy szacowali potencjał zebranych wieści, rachując co warto pogłębiać i gdzie drzemie biznes.

    Stamtąd do Rel Astry, gdzie rezydował Eutelo Isebrand był już praktycznie kawałek i wystarczył ledwie miesiąc, by plik informacji trafił na jego biurko. Komunikacja nie byłaby na pewno tak efektywna, gdyby nie stała magiczna linia korespondencji między Żelaznymi Wrotami, a Nyrondem. Tam trzeba było już tylko odpowiedniego nasłuchania przez agentów Aerdyjskiej Grupy Rozwojowej, by wiadomość trafiła z najwyższym priorytetem do siedziby głównej spółki w metropoliach dawnego Wielkiego Królestwa.

    Eutelo nie był też pierwszym w Rel Astrze, którego dopadły wieści, ale odstęp między biurkiem hochmistrza Azelbruma, a jego własnym był ledwie jednodniowy. Kiedy zapadła decyzja o bezzwłocznym wyjeździe, by reprezentant spółki objął lokalne kierownictwo nad operacją, Czarne Wrota były już nie obozem, a prężnie rozwijającym się miasteczkiem, gdzie gildie dzieliły między siebie dostęp do Ścieżki i ucha sprawującego lokalny zarząd starosty Saliny.

    Szczęśliwie dla Aerdyjskiej Grupy Rozwojowej, gdy wiadomości o Ścieżce, jej potencjale i zainteresowaniu nią ze strony konkurencji (która to wiedza dawała najlepsze wskazanie, że tematu nie można odpuścić) wpadły w jej sieć, sprytni agenci nadawali komunikat już w dwie strony. Zarówno do siedziby głównej na wschodzie, jak i do lokalnych oddziałów na zachodzie, gdzie reprezentanci organizacji mieli podejmować działania jak najszybciej, by zawczasu zbudować na miejscu przyczółek pod przyszłe inwestycje.

    Przybycie plenipotenta Grupy z Rel Astry miało nadać sprawom szybszy bieg i pod instrukcjami przyniesionymi z samej góry, wnieść projekt na wyższy poziom. Wybór do tej roli był na równi przygodą, co nobilitacją. Był wyzwaniem i spełnieniem ambicji każdego liczącego na poważną przyszłość oficjela gildii.

    Dlatego Edelbert Kessler, gdy tylko dotarł na miejsce, zaraz raportował do Rel Astry z wyrazami wdzięczności. I zapewnieniami o oddaniu i zaangażowaniu Sprawie, którymi nie pogardziliby fanatycy Szkarłatnego Bractwa. Jego sukces był kompletny.

    I gdyby nie młody jeszcze wiek, przyprawiłby Eutela Isebranda o atak apopleksji. Jakim prawem i jakim cudem panicz Isebrand został pominięty w tej misji? Czemu odebrano mu szansę, która była skrojona dokładnie pod niego i na którą przez lata ciężko (i uczciwie!) pracował?

    Victoria głaskała przybitego Eutela po głowie, przytulając się do jego pleców, gdy zasępiony chylił się nad stosem rozwalonych na biurku papierów w domowym gabinecie. Była przy nim, gdy piął się po szczeblach gildyjnej kariery. Wspierała w niepowodzeniach i rozterkach. Dzieliła z nim nawet toast, gdy oblewał już pewny jak w solnorskim banku awans, by nadzorować operację w Yeolu. I była z nim teraz, gdy plan rozmył się bez śladu, a na placówkę pojechał kto inny.

    Przecież był już nawet spakowany! Miał już zakupiony osprzęt, naszykowane torby i kufry. Wybrał z biblioteki właściwe na drogę lektury, a w Greyhawk, przy przesiadce, planował nawet zajść do Szarego Koledżu zrobić notatki z ksiąg odnoszących się do Slerotina i suelskiej magii. Wiedział nawet, jakich ksiąg szukać, znał autorów i tytuły!

    Imperium Suelskie to był jego konik i nie mogło chyba trafić na nikogo w całej Rel Astrze, kto na wieść o odkopaniu takiej starożytności ucieszyłby się bardziej! Był uczonym, ekspertem i skutecznym realizatorem każdego gildyjnego zlecenia. Nie było nikogo, kto pasowałby bardziej!

    Eutelo nie jawił się kolegom jako temperamentny, ani kłótliwy. Przełożeni nie oceniali go jako wybuchowego czy niespokojnego. Victoria ceniła jego stabilność i porządek, a rodzina doceniała posłuszeństwo i szacunek z jakim wypełniał rodowe powinności. Jeśli pominięcie w tej misji prawdziwie go rozsierdziło, dając upchniętym pod korek emocjom ujście, to znak, że cios był naprawdę bolesny.

    – To polityka. Ale wiedzieli też, że to twoja pasja. – Matka, z którą rozmawiał następnego wieczora zachowała spokój i głos nawet jej nie drgnął, ale Eutelo czuł, że i pod jej zmęczoną maską czai się gniew. – Miało dodatkowo zaboleć i pogłębić afront wobec nas. Szubrawcy, jeśli wierzą, że popchną rzecz choćby o cal, posuną się nawet do takiej małości.

    - Jest jako rzeczesz, matko. Wybór Kesslera do tej roli nie ma merytorycznego uzasadnienia. – Szlachcic skrzywił się na samo nazwisko rywala. Kessler był z pośledniego rodu, ale Eutelo nawet go lubił. Pomagał mu, gdy trzeba było wdrożyć go w jego tematy i nie spotkał się z niewdzięcznością. Nominacja konkurenta nie była owocem jego zdrady, czy knowań, ale ruchów, które działy się ponad nimi. Teraz to było jasne. – Czy mam to wiązać z ostatnią deklaracją Baura o poparciu dla Ahlissy w arbitrażu szlakowym?

    – To tylko część układanki, ale największa. - Matka zasiadła głębiej w obitym wiśniową skórą fotelu, przejeżdżając długimi palcami po mahoniowych oparciach. – Liczą, że wypadniesz z obiegu Grupy, a tym samym osłabnie pozycja Aurelia i Baura w planach rozmiękczania obecnej koalicji w Radzie pod następne kadencje. Twój przyszły awans jako gwarant dostępu do obligacji dla popleczników staje pod znakiem zapytania, gdy rynek może odczytać twoje pominięcie jako niekompetencję.

    – Nikt się na to nie nabierze... A przynajmniej nikt poważny nie powinien. - Eutelo westchnął ciężko i przysiadł naprzeciw matki, przybity własną obserwacją. – Wierzę, że naprawdę mógłbym wiele tam zmienić. Mój talent do magii i potencjał możliwości, jakie daje Ścieżka to byłoby idealne połączenie... Dla Grupy i dla nas. Ale... Tak poza wszystkim – pozwól Matko na moment, że wyjdę przed szereg – prawdziwie szkoda, że nie dane mi tam być, bo tam dzieje się Historia i z samego do niej szacunku, powinien tam być ktoś, kto umie ją zrozumieć i docenić. A nie byle liczykrupa i potakiwacz.

    Kobieta uśmiechnęła się lekko, co w jej wypadku było skrzywieniem kącika ust w tę dobrą stronę.

    - Wiem o tym, synu. I choć to nie jest dla nas moment sukcesu, to wiem, że ucieszy cię decyzja, którą podjęłam. Pojedziesz do Zjednoczonych Prowincji i wkroczysz na tę Ścieżkę, o której tyle opowiadałeś.

    Eutelo podniósł lekko brwi i skrzywił głowę, ale nie dał ekspresji się rozszaleć. Co matka mogła mieć na myśli?

    – Sfinansujemy nasz udział w tej operacji, a ty będziesz doglądał inwestycji na miejscu. Porażka Grupy odbije się na zaufaniu do Azelbruma i pozwoli przepchnąć plan włączenia Egzekutywy Gildii pełniej w realne nią zarządzanie.

    – Będziemy w stanie zagwarantować sobie dostęp do Ścieżki? Z raportów wynika, że lokalna władza wydziela pozwolenia i koncesje tylko kilku spółkom, które działają tam od jakiegoś czasu.

    Seniorka rodu uśmiechnęła się nawet pełniej, wsparta spojrzeniami poprzedników z wiszących jej za plecami obrazów.

    – Zrealizujemy ciekawy gambit: nasza inwestycja wesprze Kompanię Lazurową i to pod jej auspicjami będziesz działać na miejscu. Uzyskamy uzgodnioną z nimi procentową stopę zwrotu z inwestycji, a jednocześnie będziesz mieć oko na działanie Grupy Aerdyjskiej. To, co tu zaraportują, możemy zweryfikować i zderzyć z tym, co ty przekażesz. A jeśli powinie im się noga, będziemy wiedzieli jak szybko to wykorzystać tu na miejscu.

    Szlachcic pochylił głowę przed matką, dumny z tego, jak szybko wykuwała nowe sojusze i jak planowała kolejne ruchy. Cenił polityczne szachy, ale najbardziej pragnął po prostu zanurzyć się w tajemnicach Ścieżki, by zaspokoić ciekawość, która odkąd o niej usłyszał wzbierała w jego pytającym sercu.

    – Pozwolisz tylko, droga matko, że pożegnam się z Victorią i bezzwłocznie wznowię przygotowania. Byłem już w trakcie, nim nominacja Kesslera spadła na nas splunięciem.

    - Pożegnaj się synu i nie kłopocz logistyką. Cleto już o to zadbał. Statek wyrusza jutro.

    Eutelo teraz nie trzymał już gardy. Ucieszony, prawdziwie uśmiechnął się, a nawet zaśmiał, gdy wypędzona wcześniej radość na nowo wróciła do serca. Magia i historia, którymi się parał wzywały go do siebie.

    Nie raz jeszcze nim jego okręt zawinął do zachodnich portów miał zatęsknić za ukochaną Victorią i Rel Astrą, ale czuł, że jest na dobrej drodze. Przygoda, powinność i pasja doprawdy rzadko stapiały się w jedno.

    Rozgrywka

  • U bram raju, epizod 2 - D&D5, Greyhawk
    PaniczP Panicz

    No dorba, to zamknąłem sesję pierwszą takim oto postem: https://forum.rolltelling.pl/topic/14/u-bram-raju-dd5-greyhawk/195?_=1770490607083 (dla tych, którzy chcą wiedzieć, gdzie była kropka pierwszego epizodu)

    Jutro zacznę majstrować dla Was posty, ale już widzę, że się rozciągnie, więc będzie stopniowe wejście w temat.

    Rekrutacje

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Ballo Białe Serce

    Czarna granitowa ściana wznosiła się wysoko w górę, ziejąc spomiędzy dwóch ogromnych kolumn bladym, migającym światłem korytarza. Wryty w górze hall był szeroki jak niejeden miejski plac, a samo zbocze nad nim rosło ponad najwyższe drzewa. Szczyty powyżej ścinały światło, ale Ballo widział bardzo dobrze. Stał na piachu wysoki, bosymi stopami, pewny, że jeśli wyciągnie w górę rękę, sięgnie zdobień tympanonu nad wejściem.

    Z górskiego korytarza wiało ciepłem jak od hutniczego pieca. Pot spływał po masywnej sylwetce mnicha i trzeba było rozejrzeć się za cieniem, albo chociaż czymś, by obetrzeć wilgoć. Ballo odwrócił się do wioski.

    Przysiągłby, że jeszcze kiedy tu wkraczał idąc po piachu, wokół były ledwie kozy, a teraz bijący od góry podmuch usypał kształty, które ludzie obsiedli jak mrówki, ryjąc je i uklepując z pyłu i gliny po swojemu. Tworząc domy, gospody, magazyny, warsztaty i świątynie.

    Ballo podrapał się po karku i ruszył naprzód. Mimo piachu i kamieni szedł, jakby sunął po aksamitnym dywanie, a im bliżej był korytarza przed sobą, tym mniejsza zdawała się góra. Szedł naprzód, ale nie szedł sam. Ludzie z wioski pędzili wokół w pośpiechu, a w ich krokach był wysiłek i zaciekłość. Niektórzy potykali się i padali, ale próbowali iść dalej. Czasem wstając, czasem czołgając się, a czasem pełznąc jak robaki.

    Mnich zatrzymał się i pochylił. Chciał wciągnąć w górę mężczyznę o wychudzonej, szczurzej twarzy, który upadł. Pomóc mu wstać i utrzymać w pionie wśród wzbierającego tłumu. Tłumu, bo ludzie gęstnieli w mrowie. Ballo był pośród nich skałą, o którą się rozbijali, uchodząc na boki i potykając w gorączkowej gonitwie w głąb góry.

    Szare, spracowane dłonie dźwignęły chudego za kapotę, wyniosły go ponad ludzki gon. Ballo znał te dłonie. To były jego dłonie, to on dźwigał mężczynę do góry. Ale nie wyglądały jak jego. Jego były większe, masywniejsze, z palcami grubymi jak serdelki i mięsistym uściskiem wnętrza.

    Chudy spojrzał na Ballo zalęknionym wzrokiem. Miał szczury pysk, wątły wąs i wielkie, załzawione, wyłupiaste oczy. Mnich chciał odstawić go gdzieś na bok, ale ludzie zlali się w istną lawę. Ich sylwetki zbiegały się w wymachach rąk i nóg, zatracając indywidualne kształty. Nie było gdzie go odstawić, by go nie zadeptali...

    Słońca musiało być już mniej niż wcześniej, albo to góra wzrosła. Góra musiała urosnąć, bo Ballo nie sięgał już tak wysoko. Cały ten opływający go potok zaczął mu ciążyć, nie rozbijał się już o nieruchomą kotwicę, ale napierał i siekał. Strach... Strach, że go tu zwalą i zdepczą zadrgał szybkim impulsem. Rzuć go, szepnął rozsądek.

    Mnich zerknął z ukosa na wzniesionego chudzielca. Przejrzał się w jego oczach i wzdrygnął. Szczurzy syknął na niego i dziabnął go w dłoń aż do krwi. Zaraza!, jęknął Ballo i mimo woli cisnął człowiekiem. Szara kapota porwała się, sypiąc między rozbełtany tłum szczury i karaluchy.

    Nie było już ciepło. Potężne, półnagie ciało wojownika dalej było mokre od potu, ale to nie była już gorąca wilgoć od pieca. Fala wokół była coraz wyższa, a ponad górą Ballo nie widział już nieba. Dłonie były znów jego i musiały ciężko pracować, by utrzymał się w pionie. Odpychał i uderzał, prąc desperacko do skały wznoszącej się gdzieś z boku, z dala od tumultu rąk, nóg i łapsk. Czupryny zlewały się w futra i pióra, a robactwo obłaziło poszarzałe postacie bez twarzy. Nogi zaczęły mu się ślizgać i zjeżdżać ze szlaku. Nie-nie-nie.

    Góra drżała, ogromna jak ocean, zakrywająca niebo jakby zgięła się i wzrosła na firmamencie kopułą. Światło, które wcześniej w niej było teraz jeszcze przygasło i zbielało. Widać było teraz, że robactwo wypływa ze środka. Ze środka i z gór, obłażąc obłe, ledwie już humanoidalne kształty falującego tłumu. Ballo chciał otrzepać się z karaluchów, które zaczęły, go obłazić, ale ręce ugrzęzły mu w ludzko-zwierzęcej zalewie, z którą płynął.

    Nad głową dojrzał cień. Czarny, atramentowy i rozciągnięty w ruchu jak kometa. Ballo przymknął oczy, widząc już jak czerń spada na niego całunem. Czerń spadła, ale obok. Bijąc chłodem, który wymrażał i skruszał pełzające robactwo, a razem z nim ofiary, które oblazło.

    Mnich uspokoił oddech i wreszcie uwolniony, wziął w tył zwrot i ruszył ku wiosce. Wioska wyła, a budynki chwiały się oblezione czarnymi kropkami robactwa, ale dalej horyzont był świeży. Świeży i zielony, wolny.

    Białe Serce przystanął. Cień, który spadał na wylew plagi wokół uderzał z góry jak sokół, ale grzązł. Wznosił się, ale coraz bardziej lepki i blednący, schodzący w dym. Zalew, który pod nim krzepł i rozpadał się, dając ujście do wioski i dalej, poza Dolinę, rzedł. Nie było czasu.

    Ten szczurzy, chudy, płynął bezładnie gdzieś w głąb góry, zasmarkany, zapłakany i zapluty. Jego twarz odcięła się na moment spod całej robaczej zupy, która wchłaniała wszystko po drodze, teraz falą odboju zaciągając co wzięła do siebie. W korytarz, który dmuchał gorącą wilgocią i plugawstwem.

    Ballo poczuł dreszcz, jakby członki schwyciły mu imadła. Chciał ruszyć, ale czuł, że wsiąka w ziemię. Zacisnął dłonie z całych sił aż poczuł jak spod palców wypływa ciepło i na ziemię sączy się krew. Ściskał mocniej aż lepki nalot puścił spojone usta i gardło zawyło wściekle. Mnich zerwał się z miejsca i wzniósł w górę pięści, roztrącając wszystko przed sobą.

    Dłonie miał wielkie, chłopskie, szare i spracowane. Znów nieswoje. I własne. Widział, że z korytarza bije białe światło. Wiedział, że jest plugawe, że zieje morem i zgnilizną. Że wylewa na zewnątrz śmierć i niewolę. Szedł w tamtą stronę i nawet się nie zawahał.

    Szczurzy tonął w robactwie, ale Ballo przepływał przez wszystko jak skalpel przez tkankę. Słyszał dzwony bijące na trwogę, ale on był dzwonem nadziei. Złapał chudego z palącej, gryzącej zmory robactwa i nie przystanął, niosąc go w opiece wielkiej, zszarzałej dłoni, zaległego w jej wnętrzu jak puszek. Mnich parł naprzód, a jego śpiew wzniósł się ponad dzwony trwogi, wzbierając wraz z tym, jak wzbierało drżenie góry. Gnijąca biel Ścieżki ziała śmiercią, ale Białe Serce był sługą bożym. Kroczył do środka góry i fetor, groza, ani ból nie imały się jego woli. Służba nie znała oporu.

    ***

    - I ile to razy się powtarzało, bracie?

    – Trzy już razy, ojcze Relt. Nie zawsze dokładnie tak samo, ale... – Ballo zastanowił się przez chwilę, pochylając oczy ku ziemi wobec pytającego spojrzenia opata. – Sens był zawsze ten sam. Wierzę, że Zodal pragnie bym-byśmy...By nasza pomoc była obecna na Ścieżce.

    – Gdzie nocowałeś w ostatnich dniach, drogi bracie? - Opat był siwy jak gołąbek, niski i wątły, o twarzy okrągłej jak maska Rao, która zdobiła co drugi kościelny witraż. Przy Ballo był jednak całkiem jak dzieciaczek, albo jako niziołek. Młodszy mnich był ogromny. Miał pewnie bliżej siedmiu niż sześciu stóp wzrostu, a ważyć musiał pewnie z cztery cetnary, jak nie więcej. Ale posłuszeństwo Ballo wobec starego było absolutne.

    – Pomagałem w przytułku na Pobrzeżu, ojcze Relt. Spałem na ziemi, tam na sali, gdzieśmy udzielali pomocy...

    – Bracie Ballo, kochany mój, myślisz prawdziwie, że pytam cię, bo wątpię w twą wiarę i oddanie?

    – Jeśli wątpisz, ojcze, słusznie, bowiem momenty, gdy słabnę prawdziwie są liczne. Upraszam modlitwy...

    – Dobrze, dobrze – uspokoił go stary. – Nie chodzi o to, ani o spytki. W czym innym sprawa, a właściwie w twym właśnie śnie... Czy słyszałeś, że bajlif był tu u nas i wypytywał o wsparcie... Dla Ścieżki?

    Oczy Ballo zalśniły na moment, ale mnich zaraz tylko spuścił głowę i zaprzeczył.

    – Prawdziwie głęboki to omen, któregoś doświadczył bracie, a zaproszenie, które śle nam władza świecka, byśmy służyli wsparciem w Czarnych Wrotach, tylko dodaje prawdziwości temu auspicjum. - Opat wziął olbrzyma za rękę i dał mu znak, by ten poprowadził go po schodkach na zewnątrz. – Niezależnie, co skrywa Ścieżka Slerotina, to dusze ludzkie, które trawi desperacja, głód, pragnienie, gniew i pycha same tylko są powodem, by ruszać na miejsce dawać im ukojenie i osłonić od grzechu. To miejsce ściąga wielu takich, którzy potrzebują dobroci i otuchy. Niewielu takich, którzy je docenią, to prawda, ale wielu prawdziwie trawionych taką potrzebą.

    – Służyć tam, byłoby darem – przyznał Białe Serce, jak czasem nazywano olbrzyma.

    – Wierzę, że przyniesiesz nam tam wielką chlubę, bracie Ballo. – Stary podziękował uściskiem dłoni i puścił się mnicha, gdy przeszli już schodkami na ganek. – I co ważniejsze, wielu tam na miejscu przyniesiesz ukojenie, ulgę i wolność. Czy twoja wizja miałaby się spełnić czy nie, wiem, że spełnisz to, co z niej najważniejsze. Uczyć ludzi dostrzegać w sobie nawzajem człowieka to sens naszej wiary.

    - Służba będzie nagrodą - podziękował pokornie mnich.

    Rozgrywka

  • Fantasfera - kameralne spotkania planszowe i RPG - Gdynia
    PaniczP Panicz

    Ja nie z Gdyni, acz Gdynię bardzo lubię, więc jeśli się w marcu zdarzy wbić z wizytą w termin, to chętnie bym skorzystał 🙂

    Wydarzenia

  • [Jedyny Pierscień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - KOMENTARZE
    PaniczP Panicz

    Milo poprze ścieżkę wskazaną przez Bilba, bo kupuje go radość, jaką wodna przeprawa wzbudza w Esme 🙂

    Jednocześnie faktycznie będzie optował, żeby zrobić to wg 'zasad dobrego wychowania' (to - tzn. gwizdnięcie mapy) jak mówi Prymulka, ale pewnie na miejscu uda mu się podejście do sprawy jakoś uelastycznić (np. zostawić kartkę, że się pożyczyło ;)). Ale co będzie, kiedy będzie i jeśli będzie, to zobaczymy 🙂

    Komentarze sprzysiężenie czerwonej księgi
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy