Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
PaniczP

Panicz

@Panicz

Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.

Informacje
Posty
212
Tematy
5
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
1
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    1 października, 591 WR

    Jesień w Drusdygg, szczególnie w tej wczesnej, złotej odmianie, była naprawdę przyjemna. Nieznośne upały, które znęcały się nad i tak wiecznie wyschniętą ziemią Doliny, zelżały, a halny znad Pieców wziął spóźniony urlop. Suchość ciągle dawała się we znaki, trzeszcząc zeschniętymi gałązkami krzewów, które obumierały wokół Wrót, ale wrzesień upuścił im nieco z nieba, dając nadzieję. Te, które leżały dalej od rosnącej osady, czy właściwie już miasteczka, mogły skorzystać. Te bliżej, susza czy deszcz, i tak żegnały się już z Doliną, wyniszczone wylewanymi nieczystościami, obsikiwane i wydeptywane przez tych idących kawałek dalej za większą potrzebą.

    Zeschnięte, krzewiaste zakola wokół Wrót były do przeoczenia. Nikt nigdy nie poświęcił im więcej uwagi, niż ciekawscy spod oberży, wyglądający jak słabnące gałęzie krzewów bujają się w rytm miłości porwanych przez wieczór kochanków. Z kolejnymi tygodniami osłona dla kolejnych gnanych żądzami ciała była coraz skromniejsza, więc obserwatorzy wzrastali w liczbie.

    Ta skromna zmiana w krajobrazie nie była jedyna, ale wątła wobec ogromu zmian, które działy się na widoku i tam, gdzie spadały spojrzenia przybyszów, przepadała bez echa. Wiele zmieniało się niezauważenie, gdy uwagę skupiały rzeczy doniosłe i ważne. Istnienie Wrzosin, które jeszcze parę miesięcy temu były domem dla kilkunastu rodzin, kwestionował już sam krajobraz.

    Niektórzy pamiętali, że to mieszkańcy Wrzosin pierwsi przyjęli osadników we Wrotach i pomagali im w pierwszych pracach na Ścieżce. Wielu pamiętało też historię zniknięcia wieśniaków, ale większość traktowała już Wrzosiny tylko jako miejsce pod szaber, skąd zgarniano drewno i cegły dla nowych konstrukcji. Były za blisko by przetrwać i ślad po nich został tylko w wydeptanych ścieżkach, cieniach fundamentów i osamotnionej studni pośrodku – teraz już – niczego.

    Może coś jeszcze z nich zostało, albo mogło o nich przypomnieć, jeśli natrafić ręką na kozikowe rycie w drewnie czy donioślejsze zdobienie wyglądające czasem z drewnianych bali, które stanęły wokół Wrót palisadą. Palisada nie była jeszcze pełna, ale wzrosła od wschodu i południa, rzucając cień Wrzosin na piaski pod samą Ścieżką. Potrzeba bezpieczeństwa szybko znalazła w miasteczku wielu głosicieli i władza nie miała wyboru, trzeba było działać i stawiać ostrokół.

    Duży, jeśli nie powiedzieć, że główny udział w tym przedsięwzięciu miał Marius Utopiec, rzucony z dala od oceanu kapłan bogini Osprem. Chłopak nie przypisywał sobie powstania miasteczkowej bariery za zasługę, bo i swego udziału nie był nawet świadomy. A przynajmniej nie tego, że był wśród podających sobie alarmujące plotki głosem, który rozbrzmiał największym echem.

    Jego sensacyjna opowieść o walce z ettinem, czarodziejskich goblinach, które naginały umysły, podziemnych krasnoludach, które ruszyły by zniewolić ludzi powierzchni i straszydłach z ciemności, które coś zjednoczyło, by polowały w Dolinie na ofiary dla mrocznych bogów... Późniejsze próby zmitygowania niektórych aspektów historii niewiele dały, bo rozpowiadane wieczorami pogłoski rosły od słowa do słowa, jak to cienie i historie potrafią rosnąć przy wieczornym ogniu.

    Niedługo później, gdy oddział wysłany na poszukiwanie chłopów z Pogorzeli wrócił z niczym (za to bez swego przywódcy), czarne, napompowane strachem i gorzałką wieści rozleciały się po okolicy mącąc w głowach nie gorzej od czarodziejskich goblinów. Górnicy nie chcieli zapuszczać się głębiej, drwale ruszać w las bez obstawy, a wszyscy coraz częściej przebąkiwali, że za marny grosz nie warto tu karku nadstawiać i albo ktoś coś z tym zrobi, albo ich przygoda tutaj dobiegnie końca.

    Palisada i zapewnienia o wzmocnieniu straży były tańsze niż podwyżki, więc miasteczko wkrótce zaczęło obrastać palami z resztek Wrzosin i rzednących szybciutko pobliskich lasków. Po solidniejsze drewno trzeba było zapuszczać się wyżej w góry, więc nie opłacało się go marnować na takie byle co i lepszy materiał szedł na kolejne budynki tej czy innej spółki i ich ekspozytur.

    W ramach jednak troski o losy społeczności Wrót, którego ostrokół był wybitnym wyrazem, zainwestowano też w zdrowie. Higiena miała się średnio na jeża, ale wykopanie kolejnych dwóch studni zapewniało przynajmniej wszystkim gwarant stałego dostępu do wody. Dobroczynność starosty Saliny wyraziła się też w inny sposób, z czego skorzystał Seweryn.

    Cyrulik, który przyjmował pracowników swej Kompanii Lazurowej nieodpłatnie, dbając by inwentarz pracodawcy był w dobrym stanie, miał dotąd za swe miejsce rezydowania sporawy namiot polowy. Decyzją Saliny, który tak chciał wyrazić Sewerynowi wdzięczność za zratowanie życia dwóch górników (którym, niech wiedzą potomni, pomagał też Randal i Lara), medyk dostał dla swej służby drewniany lazaret.

    Budynek nie był większy niż szpitalik Żelaznej Kompanii, ale był już stałą, porządną konstrukcją. Taki wrost w głąb ziemi i poczucie stałości cieszyło Seweryna bardziej niż jakikolwiek wzrost wszerz czy wzwyż. Miał swoje miejsce, gdzie mógł leczyć potrzebujących... I sprawdzać, jakie to nowe metody ars medicinae pomagają najskuteczniej.

    W głównej sali miał przestrzeń na osiem łóżek, skromny, zamykany na kłódkę magazynek na leki, salę operacyjną za drzwiami i skromniutki gabinecik za kotarą. Wszystko czego było trzeba ambitnej duszy, by rozwijać troskę o bliźniego wedle najnowszych metod. No, może ograniczonych budżetem i środkami, ale nieskrępowanych niczym więcej.

    Seweryn obił wełną wnętrze sali operacyjnej, by wygłuszyć dźwięki, które mogłyby niepokoić pacjentów i zadbał dla siebie o mentalny komfort niezbędny przy podejmowaniu się lekarskich wyzwań, jakich świat nie znał. Odkąd Nowalijka wspomagała go w bieżącej opiece nad prostszymi przypadkami, medyk mógł poświęcić się studiowaniu tych bardziej złożonych. To, czego doświadczył przez ostatnie dwa miesiące w Drusdygg jasno pokazało mu, że niewiele jeszcze widział i zaostrzyło apetyt na... Pomaganie.

    Kapliczka, którą postawił Pelorowi – również pod auspicjami wspierającego inicjatywę Saliny – dawała oparcie w porannych modłach, gdy Seweryn rozważał słuszność kolejnych planowanych kuracji. I którym pacjentom najlepiej posłużą.

    Inwestycja w zdrowie społeczności nie była tylko maskowaniem problemów, które zrodziła tragedia Pogorzeli, ale i realną koniecznością wobec rozrostu Wrót. Kolejni przybysze ściągali przez Kocioł, przynosząc wieści z wielkiego świata i budując w samotnym Drusdygg niezdrowe przeświadczenie, że oczy wszystkich skupiają się właśnie na nim. Jedni przybywali z wielkimi nadziejami i dziurami w kieszeniach, inni zjeżdżali dla realizacji planów ludzi większych od siebie. Wszystkich zżerała ambicja, która potrafiła trawić człowieka nie gorzej niż febra czy cholera.

    Karawana agentów z Żelaznej Kompanii dotarła tego samego dnia, co większa jeszcze grupa z dalekiego Aerdu, wiedziona przez bladego Edelberta Kesslera. Wylla van Coen nie traciła rezonu wobec wzmocnień konkurencji, każdego niemal dnia kombinując nad wzmocnieniem pozycji własnej Kompanii. Co jakiś czas ktoś zasilał szeregi keolandzkiej spółki, nie dając żadnemu z graczy wysunąć się na prowadzenie.

    Przybycia nowych zwykle przechodziły bez echa. Na prostych robotników czy nawet speców i majstrów nikt nie zwracał uwagi. Przyjeżdżali zrobić swoje i nie szukali tu draki. Na krzywo patrzących obdartusów gotowych dźgać skały kilofem, albo zadźgać kogo im się wskaże, też zwykle nie zwracano uwagi. Dla własnego zdrowia, albo samego znudzenia zabijacką manierą.

    Trafiali się jednak nowi, których miasteczko musiało skomentować. Eutelo Isebrand nie wywołał zalewu toastów w żadnej z (dwóch) lokalnych oberży, ale ci, którzy parali się biznesem wiedzieli kim jest. Wiedzieli, albo chcieli wiedzieć. Wylla nie kryła, że alians Kompanii z rodem Isebrandów jest dla spółki atutem i trzymanie obecności Eutela w tajemnicy nie miało sensu. Dla plebsu był jednym z wielu dobrze ubranych paniczyków, którzy dawali rozkazy brygadzistom i gwarantowali, że pieniądz spływa z góry na dół. Tak jak potrzeba. Dla tych, którzy się liczyli, był już konkretną postacią do rozgryzienia. Dla nich miał imię, nazwisko, rolę i profesję. Dla nich mógł być sojusznikiem, wrogiem i celem.

    Morwen zjawiła się w Dolinie sama, jakby wyszła wprost z lasu, omijając obóz przejściowy w Kotle i wszystkie utarte szlaki. Z początku nikt jej tu nie znał, ale zwracała na siebie uwagę. Miala coś w sposobie, w jaki się poruszała i mówiła, co elektryzowało słuchaczy. Szynkarz, kuchcik, stolarz, który postawił jej drinka czy sklepikarz, u którego kupowała szpargały – wszyscy, którzy wchodzili z nią w rozmowę musieli ją zapamiętać. Niejeden wracał pamięcią do spotkania i nie mógł sobie nawet przypomnieć, co mówił, ale dalej czuł, jakby jej oczy świeciły dla niego.

    Czarodziejka nie afiszowała się ze swą mocą, ale i bez tego mogła narobić sobie problemów. Samotna kobieta w takim miejscu... Samotny ktokolwiek, jeśli nie miał solidnych pleców, wiele tu ryzykował. Gryps, że dziewczyna jest pod opieką Kompanii i zainteresowanie Kaia oszczędziło jej paru niedobrych spotkań.

    We Wrotach można było mieć pecha nie tylko z konkurencją, czy podpitymi górnikami, którym przyszło na awantury. Straż, której przewodził Owain Graft, szukała tylko okazji, by dobrać się do tych poza opieką możnych. Sam Graft nie pochwalał prześladowania, ani męczenia nieboraków, których można było bezkarnie złupić, ale już na patrolach Kurta Curzego, zwanego Kudłaczem, zatrzymania podejrzanych miewały burzliwy przebieg. Wymuszenia od tych, którzy próbowali w Drusdygg szczęścia na własną rękę zdarzały się coraz częściej.

    Ballo Białe Serce również przybył do Wrót sam i nie mógł na początku liczyć na wpływowych protektorów. Mógłby się obawiać, czy ktoś nie ostrzy sobie na niego zębów, bo jego wjazd do miasteczka śledził niemal każdy, kto akurat był w pobliżu. Wjazd czy raczej wejście, bo przybysz wkroczył między zabudowania pieszo, idąc nie wiadomo skąd i jak długo.

    Mimo głębokiej uwagi, jaką sobie zgotował, nikt się jednak Balla nie uczepił. Ani na początku, ani nawet później, kiedy pod wieczór zasiadł w gospodzie, gdzie o tej porze emocje zwyczajowo buzowały już u szukających ostoi w kieliszku. Mówiono o nim i pokazywano go sobie nawet palcami, ale nikt nie zdecydował się na zaczepkę.

    Mnich wystawał głową o parę cali ponad najwyższych dryblasów na miejscu, a zbudowany był jak tur. Nie dziwota, że nie znalazł się koń, który mógłby go przewieźć, bo pewnie pod jego ładunkiem zastękałby i niejeden wóz. Ballo był ogromny i ten ogrom nie był zredukowany tylko do szerokich pleców, czy potężnych mięśni. Białe Serce po prostu stawiał na masę.

    Był wielki i gruby, sylwetką kojarząc się z dobrze wzdętym niedźwiedziem. Tkany, jedwabny pas opinał prostą szarą tunikę narzuconą na masywne cielsko, skrywając wydatny brzuch i niewątpliwie potężne mięśnie, które napinały rękawy przy najdrobniejszych ruchach. Konopny wór, który niósł na ramieniu ważył tyle, że gdy Ballo zrzucił go na stołek, aby przysiąść do posiłku, drewno trzasnęło pod ciężarem i uszczupliło siedziane zasoby "Górniczej Doli".

    Szeptacze po kątach spodziewali się, że ładunek olbrzyma to jakieś groźne żelastwo... I nie byli dalecy od prawdy, choć pierwotne przeznaczenie niespodzianki miało wyłącznie pokrzepiać serca. Ballo samym zewnętrzem budował sobie reputację trzymającą problemy na dystans i dotąd tylko nieliczni we Wrotach mieli okazję poznać go naprawdę.

    A naprawdę Ballo był człowiekiem gołębiego serca i całkowitego oddania wierze. Przybył do Drusdygg jako wysłannik kościołów Rao i Zodala, oferując w ich imieniu wsparcie, jakiego tylko na miejscu będzie potrzeba. Jakiego tylko będzie trzeba, bo Białe Serce nie był tylko potężnym wojownikiem gotowym sprać po pysku wszelkie orcze maszkarony, które zagroziłyby bezbronnym. Przede wszystkim był masażystą i zielarzem, który potrafił czynić cuda korzystając z tradycyjnej medycyny.

    Reprezentanci Kompanii Lazurowej uznali, że wpływowy w regionie Westburn kler Rao może stanowić istotne wsparcie ich interesów. Doinwestowali przytułek prowadzony przez zgromadzenie Ballo, a on miał przyjrzeć się ich działaniom na miejscu (dla samej tylko formalności) i rychło zaraportować, że operacja Wylli van Coen zasługuje na wsparcie kościelnych struktur. Mnich nie należał do takich, którzy obijali się, gdy trafiało się coś do zrobienia, więc jego rola fasadowego łącznika z kościołem szybko przeszła w faktyczne zaangażowanie w sprawy na miejscu – od służby bojowej przy ochronie na Ścieżce po zielarską w lazarecie cyrulika Drachenwulfa.

    Hazar Baraz-Felak także nie narzekał na niesnaski z lokalną łobuzerią. Dotąd mieszkał niedaleko od wioski, w zbudowanych dla górników prostych barakach koło uruchomionej na nowo sztolni i czasem zachodził do "Górniczej Doli". Zwykle przychodził sam, ale nie narobił sobie siatki znajomości.

    Wszyscy kojarzyli czarnego krasnoluda, jak go niekiedy nazywano za plecami. Puszczone w obieg plotki o szarych krasnoludach (które w miasteczkowej mowie szybko stały się czarne, nocne, mroczne, górskie i diabelskie – każde z mian było dla jednych tylko podkręceniem ich groźności, a dla innych właściwą nazwą i nikogo nie obchodziło, jak się to-to naprawdę zwało) nie zrobiły mu renomy. Mimo wszystko, Hazar uniknął konfrontacji z zakapiorami, którzy w zenicie paniki wokół zniknięcia Pogorzeli zaczęli szczuć na krasnoludy.

    Wielu odstraszyłby sam jego wygląd – potężna, zbita sylwetka gladiatora i paskudny, poznaczony bliznami i starymi poparzeniami ryjec do straszenia dzieci. W dobie grozy, która napędzała ludzi do złego, Hazar uniknął jednak kłopotów dzięki wstawiennictwu Owaina Grafta, który napomniał podpitych prowokatorów, że ten krasnolud jest pod jego opieką i pracuje jako specjalista na etacie Kompanii Lazurowej. Jeśli chcecie zachować swoje fuchy, to lepiej zostawcie go w spokoju, interweniował z chłodną głową.

    Poza tym jednym wieczorem, gdy strach rozpuścił w miasteczku rozsądek, Hazar nie miał już choćby śladu kłopotów. Pracował na Ścieżce jako nadzorca górników czyszczących boczne korytarze, czasem z samej nudy biorąc się za kilof, by pokazać im, co to porządna robota. Wylla van Coen, która była kluczową personą w jego organizacji, czasem zapraszała go do siebie, by wysłuchać eksperckiego sprawozdania z pierwszej ręki. Hazar nie należał do wylewnych, ale dobra płaca, szacunek jaki mu wreszcie przyznano i dostęp do Ścieżki, o którym sam marzył, motywowały by czasem ugryźć się w język i opowiedzieć, co trzeba.

    W tym podejściu do sprawy nie był tak daleko od sir Randala Bronsona, jak obaj mogliby sądzić. Randal, paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości, aktualnie zatrudniony przez Kompanię jako śledczy i oficer do spraw bezpieczeństwa, także nie lubił gadać po próżnicy i preferował działanie ponad okrągłe zdania.

    Dał tego jasny dowód, kiedy wraz z Kaiem i doktor Larą Quatermain ruszył na odsiecz porwanym wieśniakom z Pogorzeli, gdy reszta drużyny wybrała powrót. Jego odwaga (czy by prawdziwie istniała czy nie) była w oczach plebsu gwarantowana przez noszoną profesję i rycerską manierę, ale plotki sprzed paru tygodni jeszcze roznieciły junacki wizerunek. Niejeden teraz chciał postawić kolejkę bohaterowi, choć Bronson spojrzeniem trzymał większość na dystans. Niejedna też (a może i niejeden) wodziła za nim wzrokiem pożądliwym i ponętnym, łaknąc by zalec u boku takiego męża.

    Randal, ma się rozumieć, trzymał paladyński rygor i nie pozwalał sobie na żywot niebieskiego ptaka. Rozumiał teraz, co mógł czuć sir Grimley, gdy mu słodzono i kadzono. Przypominał sobie słowa starego rycerza sprzed prawie miesiąca, gdy widzieli się po raz ostatni i hamował dumę, gdy nadto wzbierała, kusząc do sięgnięcia w świecie po to, co mu się należało.

    Grimleya nie widział od jego odesłania przez przełożonych do Kotła, ale brat zakonny dał o sobie jeszcze znać, gdy jakiś czas później do Bronsona dotarła opakowana w zwoje płótna przesyłka. Rycerz w środku znalazł szyszki i śmieci, więc w pierwszej chwili uznał to za szmonces ze strony jakiegoś wioskowego cwaniaczka... Dopiero dokładne wymłócenie zawiniątka ujawniło jego sekret.

    Algernon musiał zaszyć zgarnięte ze Ścieżki klejnoty gdzieś głęboko w zakamarkach szmaty, by nie wpadły w lepkie łapska kuriera, który – widać to było na pierwszy rzut oka – rozsupłał tobołek już wcześniej. Teraz wyniesione poza Ścieżkę kamienie – które przeszły długą drogę, w tym przez wewnętrzne ścieżki Grimleya – były w posiadaniu Randala.

    Paladyn patrzył jak światło igra na ściętych kształtnie rubinach i dumał.

    Znalezione bogactwo mogło zasilić kiesę Zakonu, wspomóc potrzebujących, albo sfinansować aktualne potrzeby samego Randala, który przecież działał w służbie spraw wyższych i nie mógł oszczędzać na skuteczności.

    Rozważał przede wszystkim, czy mały majątek, który do niego trafił mógłby przysłużyć się zaginionym wieśniakom z Pogorzeli. Do dziś, choć od ich porwania upłynął już ponad miesiąc, rycerz nie mógł uspokoić sumienia.

    Ich próba ratunkowa – okupiona śmiercią Migdała – doprowadziła ich na próg czegoś obcego, co głęboko pod ziemią skrywało wnętrze Piekielnych Pieców. W swym pierwszym wypadzie w głąb jaskiń, gdzie zniknęli chłopi, Randal, Lara i Kai zrobili, co mogli. Niewiele brakowało, a odwagę przypłaciliby życiem, zagubieni w ciemnościach, albo zagłodzeni w którejś z górskich kotlin, gdy wydostali się już na powierzchnię, ale brakowało im sił, by wspiąć się z powrotem i błądząc, schodzili po poszarpanych zboczach.

    Pościg za porywaczami, których tożsamość pozostawała tajemnicą, przywiódł ich nad podziemne jezioro, którego nie mogli przebyć. Odsiecz, która nadeszła też nie była przygotowana na takie próby. Varlund obiecywał posłać po łodzie, ale to zżerało czas. Najlepiej było skorzystać z mocy mistrza Wedryka, który przecież mógłby przetransportować oddział pościgowy nad powierzchnią jeziora… Taki macher jak on nie takich przecież cudów musiał dokonywać!

    Mistrz był jednak, wedle swych słów, fizycznie przybity do Czarnych Wrót. Pracował – rzekomo – nad magiczną matrycą bariery Ścieżki, która broniła dostępu na niższe poziomy i proces wymagał jego obecności. Tłumaczył, rozkładając ręce, że on sam służy w rytuale rozbrajania zabezpieczeń za pryzmat, ognisko mocy czy coś tam innego, czego nie można usunąć, bo inaczej wielomiesięczne wysiłki dobrania się do głębin wezmą w łeb.

    Paladyn powątpiewał w tłumaczenie maga, a brakło mu kompetencji, by ocenić rzecz samemu. Kai, który dał się poznać jako lepiej obeznany z wiedzą tajemną, potwierdzał, że to, co gada Wedryk to nie muszą być duby smalone i może być tak faktycznie, ale co to niby zmienia?

    Czarodziej przedkładał dostęp do Ścieżki Slerotina ponad życie porwanych (a właściwie to po prostu szybszy dostęp, bo przecież nawet jeśli jego włamywanie w struktury dawnej magii miało teraz zawieźć i wymagać powtarzania, to on miał tych kolejnych parę miesięcy, których Pogorzel nie miała). Doniosłość i konieczność dobrania się w głąb góry miała widać we Wrotach wiodącą wartość, bo Randal i kompani nie znaleźli w nikim wsparcia, które pomogłoby nakłonić Welda do zmiany decyzji.

    Starosta Salina chciałby bardzo pomóc i świetnie rozumiał tragedię sytuacji, ale i on rozkładał ręce. Wszyscy inwestowali w dostęp do Ścieżki i to był priorytet. On, nawet jeśli by chciał – a chciał, chciał przecież – niewiele mógł zrobić, by wpłynąć na Wedryka. Mag miał postanowione, co miał. Nie dawał się przekonać, a natarczywość kończyła się odcięciem dostępu. Randal myślał nawet, by wziąć po prostu magika za chabety i pociągnąć na miejsce, by rozwiązał problem za nich…

    Gdy myśl w czasie rozmowy z Weldem zaczęła nabierać kształtów, czarodziej spojrzał na rycerza tak zimno, że członki zmartwiały w nim, jakby wetknąć go w bryłę lodu. Paladyn nie wiedział, czy to umysł płatał mu figla, czy może dopadł go strach, z którym tak rzadko się widział, ale pomysł musiał odpuścić. Czarodziej nie powiedział nic wobec słów, które nie padły, ani czynów, do których nie doszło. Pokiwał tylko na Randala palcem i wojownik wiedział, że tu nic już nie wskóra.

    Opóźniona grupa ratunkowa z wystruganymi, lekkimi kanoe i magicznymi miksturami od Wedryka w końcu ruszyła na odsiecz, ale czas zrobił swoje. Poszukiwacze przebyli podziemne jezioro, ale po drugiej stronie nie znaleźli już śladu porwanych. Co więcej, nie znaleźli też żadnych łodzi, których się spodziewali, więc zagadka pozostawała nierozwikłana.

    Niedoszli wybawcy kręcili się trochę po jaskiniach po drugiej stronie wody, ale bezskutecznie. Porwani przepadli bez wieści, a ciemność i groza podziemia skróciły eksplorację do niezbędnego minimum. Varlund – choć sam chętny szukać i brnąć dalej – zadeklarował, że zrobili, co mogli i szkoda teraz narażać ratowników na pogubienie drogi. Randal klął na czym świat stoi, ale musiał przyznać mu rację.

    On, Kai i Lara wiedzieli, że gdyby pomoc przyszła szybciej, może odnaleźliby jeszcze ślady, po których można byłoby pójść. Teraz było już po wszystkim. Pogorzel zapadła w mroki gór i jedynym jej ludzkim śladem na powierzchni pozostał malutki Vuk.

    Sprawa Pogorzeli zeszła ze świecznika (niemożność zrobienia czegokolwiek dla wielu była tożsama z rozgrzeszeniem) i życie wróciło na swoje zwyczajne tory. Uwagę wszystkich szybko zebrały plotki o tym, że za parę dni szykowane jest zejście w nieeksplorowane dotąd zakątki Ścieżki. Ponoć mistrz Wedryk był bliski sforsowania jakiejś bariery…

    Słowo niebawem stało się ciałem i Wylla van Coen wraz ze starostą posłała po wybranych śmiałków, by oznajmić im, że nazajutrz schodzą na Ścieżkę. Większość zebranych znała się już przynajmniej z widzenia, a niektórzy nawet całkiem blisko, złączeni braterstwem broni, albo po prostu współpracą.

    W głównej sali rezydencji starosty, na wtajemniczeniu i odprawie przed jutrem, zebrało się egzotyczne, a doborowe grono. Naukowe ramię ekspedycji mieli stanowić doktor Emil Quolleb i doktor Lara Quatermain, specjaliści od archeologii i dawnych języków.

    Stara Suelia była też konikiem Eutelo Isebranda, ale przybysz z Aerdu występował w drużynie w roli uczestniczącego obserwatora, do czego prawo dawało mu zaangażowanie jego rodziny. Eutelo liczył, że będzie mógł wymienić się myślami z dwojgiem uznanych ekspertów, ale wiedział, że jego rolą tutaj jest pilnowanie interesu Kompanii Lazurowej i Isebrandów, a nie naukowe analizy Ścieżki.

    W podobnej roli co Eutelo, na miejscu był też Kai, ale tym razem bard odmówił uczestnictwa, wymigując się poważnymi sprawami, które wymagają jego obecności gdzie indziej. Wysłuchał briefu przed jutrem, ale na ten dzień potrzebny był już gdzie indziej. Wylla musiała widać znać powód, bo nie wchodziła w temat i nieobecność barda była usprawiedliwiona.

    Jako zbrojne ramię ekspedycji służyć miał sir Randal Bronson, Ballo Białe Serce, sierżant Varlund, otrzaskany już wcześniej w boju Grebo i wracający do siebie po kuracji Seweryna, Bolvar. Drużynę mieli zasilić jeszcze inni zbrojni, ale na odprawę wezwano tylko tych, których można było wtajemniczyć w sprawę przed resztą.

    Tak samo przed resztą, wtajemniczony został Haraz Baraz-Felak, który miał w misji odpowiadać za aspekt górniczo-inżynieryjny. Jego wezwano na spotkanie jako jedynego reprezentanta tej gałęzi ekspedycji, rekomendując by swojej drużynie dał tylko znać, że jutro mają stawić się w umówiony punkt i być gotowi na robotę. Nie było sensu mnożyć potencjalnych plotkarzy.

    Składu grupy dopełniali znany w miasteczku cyrulik Seweryn Drachenwulf oraz służący za magiczną pięść drużyny Marius Utopiec i świeża w Kompanii - Morwen. Medyk dał się już poznać jako człowiek, który nie boi się ubrudzić rąk, kiedy potrzeba, ale przede wszystkim jako świetny lekarz. Można było mieć nadzieję, że Seweryn będzie tym razem mieć na Ścieżce jak najmniej do roboty, ale lepiej przecież dmuchać na zimne.

    Marius i Morwen mieli wykazać się w sprawach Kompanii swymi czarodziejskimi talentami. Utopiec wyrobił sobie już opinię groźnego i nieco szalonego, szarżując wcześniej na olbrzyma i miotając czary za goblinami, ale Morwen była nowym nabytkiem w grupie. Ręczył za nią Kai i rzekomo miała pokazać niebawem, ile jest warta. Ostatnie starcia na Ścieżce wykazały, że bez magicznej osłony ofiary mogą być nie do uniknięcia… Po to zatem była Morwen i Marius.

    Drużyna miała dzień na przygotowanie i nazajutrz, na sygnał mistrza Wedryka, mieli zbliżyć się do wewnętrznej bramy na Ścieżce, stając u progu tajemnic, których nie widziały millenia.

    Rozgrywka

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    2 października, 591 WR

    Wejście na Ścieżkę dla niektórych z nich było pierwszym. Inni wracali w cień Pieców po raz drugi czy trzeci, a tylko trójka w całej drużynie otrzaskała się już z tajemnicami komnat i korytarzy dawnej Suelii. Choć, tak rzec byłoby zdecydowanie nadużyciem...

    Hazar był na Ścieżce już kilka razy i to nie na krótko, na półgodzinny wypad czy szybką przebieżkę wśród sekretów. Nie, bywał wśród górników i robotników, którzy pod okiem inżynierów oraz dmuchającego na zimne (aby niczego nie uszkodzono!) doktor Emila Quolleba odgruzowywali zawalone przejścia, wzmacniali uszkodzone stropy i kolumny, stawiali stemple i ogarniali zastany chaos.

    Krasnolud nie mógł powiedzieć, żeby w tym czasie odkryli coś ciekawego – większość zeksplorowanej dotąd Ścieżki była już doszczętnie splądrowana. To, że gdzieniegdzie pozostały jeszcze zdobienia, marmury czy nawet posągi było zasługą wczesnego terroru sił, które rościły sobie prawo do monopolu na podziemne dobra. Pierwszy okres rozpusty i łupienia był dziki, ale skupiał się na tym, co najwartościowsze i najłatwiejsze do zagarnięcia. Wtedy z komnat zniknęły skarby i zabytki.

    Potem, gdy aromat wielkich szans zaczął płynąć coraz dalej, rozbójnicze bandy musiały zmierzyć się z napływem wyposzczonych poszukiwaczy złota. Odsprzedawanie dóbr kolekcjonerom czy wielkim kompaniom było intratnym biznesem, ale kiedy nie miało się żadnych praw do władania nimi prócz prawa siły...

    Upadek hanzy kapitana Grotte otworzył Ścieżkę dla wszystkich chętnych. Nie oznaczało to, że każdy z chętnych traktował każdego innego jak równoprawnego uczestnika biegu po bogactwo i rywalizował na zasadach fair play. Śmierć kapitana otworzyła Ścieżkę na krótkie interludium, w którym dewastowano i łupiono żarłocznie i łapczywie – byle szybciej, byle więcej, jak tylko się da i póki można, bo zaraz przyjdą inni. Nierzadko przychodzili i lała się krew. Bójki, nożowe rozprawy i pełnoprawne bitwy między bandami rzadko dotyczyły już wtedy cennych kamieni czy złota. Rąbano się i krojono o to, kto zgarnie marmurowe płyty z podłóg i ścian, skuje zdobione kafelki, czy wytoczy białe kolumny i wyłupie zawijany metal krat.

    Starożytność była w cenie, a Ścieżka na ustach wszystkich. Na szczęście, czas dżungli szybko ustał. Na miejsce wkroczyły potężne gildie i spółki, a ich obecności doglądali wysłannicy powołani przez Ligę. Państwo nie mogło dłużej ignorować takiego bezhołowia, a już nie w sytuacji, gdy na miejscu zjawili się aktorzy o sile oddziaływania wykraczającej poza rozbójnicze bandy.

    Od tego czasu, eksploracja poszła do przodu. Skoordynowane wysiłki drużyn górniczych pozwoliły oczyścić niedostępne komnaty, a ostatnią dużą niespodzianką, na którą się natknięto był zawalony magazyn i skarbiec. Do tych dobrano się miesiąc temu i wśród pierwszych, którzy weszli tam i wrócili byli Randal, Seweryn, Lara (znana niektórym z obecnych jako doktor Quatermain) i Kai.

    Oni zobaczyli bogactwa, które wciąż kryły się pod ziemią. I oni zobaczyli, co czeka tych, którzy nieostrożnie się na nie połaszą. Śmierć górników i potworności, które czekały w świeżo odgruzowanym zakątku nie rozniosły się takim echem jak wieści z Pogorzeli, ale Ścieżka przestała być w oczach Wrót skarbonką do rozbicia. Dla jednych stała się dyszącą na Dolinę gardzielą Bestii, która może przynieść ludziom tragedię. Ale dla innych była od teraz twierdzą, której mury tym bardziej trzeba sforsować, by dobrać się do największego skarbu. Nawet, jeśli szturm oznaczał ofiary.

    Większość wkraczających dziś na Ścieżkę stawiała tu jednak swe pierwsze kroki. Od jakiegoś czasu nie było już mowy o wolnym dostępie dla wszystkich chętnych, więc szansy, by poznać się na żywo z sekretami Suelii nie miał dotąd nawet Eutalo Isebrand, który coś niecoś przecież tu znaczył.

    Teraz jednak kroczył przez mocno nadszarpnięty i poobijany majestat Ścieżki, jednocześnie podziwiając i złorzecząc w duchu. Mimo rabunku i dewastacji, nie wspominając już o naturalnym złodzieju, jakim był czas, korytarze wciąż budziły zachwyt u tych, którzy wiedzieli, czego szukać. Eutalo był entuzjastą wszelkiej techniki i żarłokiem wiedzy, więc on wiedział.

    Kiedy patrzył po ścianach i sufitach, widział architektoniczne rozwiązania, które często zaginęły na wiele wieków i "wracały" dopiero teraz jako nowoczesność. Misterne sklepienia, betonowe podpory czy przewiewne szyby, które zapewniały stały dostęp świeżego powietrza budziły inżynieryjne uznanie, a ściany w runach krzyczały, aby je przestudiować.

    Doktor Quatermain i doktor Quolleb, którzy odcyfrowali już część z nich i byli specjalistami od Starej Suelii obiecali Eutelowi opowiedzieć coś więcej o swoich znaleziskach i podzielić się wiedzą z zainteresowanym kolegą historykiem (wprawdzie amatorem, ale nielicho zdolnym i ambitnym).

    Podziw Eutela przeplatał się ze złością, że tyle wiedzy i splendoru dawnej cywilizacji przepadło dla doraźnego zysku. Że słowa, których nie znał już żaden słownik zostały skute ze ścian dla monet, które opłaciły uciechy ciała. Że maestria rzemieślników przeszłości zasiliła kolekcje nuworyszy, u których mottem było im złociej, tym lepiej. Że sprofanowano pamięć historii, plądrując archiwum wiedzy bez żadnego poszanowania dla ksiąg i dokumentów.

    Isebrand chciał skląć ludzi – prostych, głupich, łapczywych i prymitywnych. Przez moment przeszło mu przez myśl, że może ta dzikość leży w lokalnej naturze mieszkańców Ligi, ale zbeształ się za to, przypominając sobie, co działo się po upadku nadkróla Ivida V. Zamieszki i chaos, jakie opanowały cały Aerd, łącznie z Eutalową Rel Astrą, dowiodły że barbarzyństwo drzemie w ludziach ze wszech stron świata.

    Marius też kroczył po marmurach Ścieżki po raz pierwszy. Był już w okolicy od jakiegoś czasu i nie bimbał sobie, ale dotąd żadna z misji nie wciągnęła go w cień góry. Czuł ogromne podekscytowanie, gdy szedł szerokim hallem w głąb Pieców, omiatając wzrokiem żlebione stropy i poodłupywane, ale wciąż imponujące mozaiki na ścianach. Czuł, że ta siła, która szumi mu w uszach też jest podekscytowana.

    Kiedy weszli do okrągłej sali ze zdewastowaną fontanną, szum w uszach zakotłował się sztormem, a błędnik kapłana oszalał. Marius poczuł się jak na statku, gdy kipiel zmywa pokład spod nóg. Padłby, ale schwycił się rękoma marmurowej kolumny, która wspierała strop sali. Zobaczył, że wysoko, jeszcze hen nad gzymsem łączącym podpory, w suficie jaśnieje świetlik wpuszczający na Ścieżkę nieco Drusdygg.

    Utopiec zebrał się w sobie i uspokoił oddech. Falowanie ustało, a oddech zwolnił. Czuł lekkie pulsowanie, gdy spoglądał w lewo, ku prowizorycznym drzwiom zbitym z surowego drewna. Serce biło jednak mocniej dopiero, gdy patrzył przed siebie, w głąb wrót po drugiej stronie sali kolumnowej. Wiedział, że tam czeka prawdziwe ukojenie sztormu, który tłukł się przez jego myśli.

    Morwen też czuła, że tam kryje się prawdziwe wejście na Ścieżkę. Że tam dopiero będzie można poczuć jej duszę i rozsmakować się w magii, która ją przesycała. Dziewczyna ledwo skrywała ekscytację, ale wiedziała, że w powietrzu wisi niebezpieczeństwo. Tu, w tych paru komnatach i korytarzach, które przeszli i które mieszkańcy Wrót na wskroś przekopali, magia wisiała ledwie oparem. Była posmakiem i powidokiem czegoś, co odeszło.

    Owszem, chwytała żywe nici, ale ich było niewiele. Świetlik nad fontanną... Salka zaraz po lewej przy wejściu... Silny prąd magii płynął zza sosnowych desek drzwi, które zawisły na lewo od wiodącego w głąb góry korytarza. Słyszała, że tamten obszar został wydzielony tym z Żelaznych Wrót i reszcie odcięto dostęp. Szkoda, szkoda... Energia, która pulsowała z tamtej części miała w sobie ognistą świeżość i rytm, jakby ktoś wygrywał na werblach wojskowy marsz.

    Ale czym to było wobec tego, co przed nimi! Nim jeszcze dotarli i teraz już, kiedy stali przed ogromną, oszlifowaną ścianą w runach, magia waliła z tego kierunku gradem. A i tak była przytłumiona, bo gruba, ryta skała przed nimi pełniła rolę bariery. I wrót, które trzeba było sforsować.

    To na tych reliefach doktor Quatermain i jej kolega-konkurent, doktor Quolleb zawieszali się całymi godzinami. To ta ściana stanowiła śluzę do wewnętrznej części Ścieżki, która wiodła głęboko pod ziemię... Albo jeszcze gdzie indziej. Nie szło tego odgadnąć, bo jakiekolwiek próby magicznej eksploracji, czy choćby wróżenia wobec tego, co było dalej spełzały na niczym.

    I nie mowa tu o próbach maluczkich, ale dociekaniach i staraniach mistrza Wedryka, który podobno nie szczędził środków, by dojść, co drzemie za barierą, nim padnie sama bariera. Nawet szumiący głos w głowie Mariusa nie wiedział, czego mają się spodziewać po drugiej stronie. Poza tym, że obietnica i groźba głębiny są współistotne.

    Ściana na Ścieżce.png

    - Odsuńcie się, proszę. – Lara skinęła głową na całą grupę, uśmiechając się pod nosem. Widziała jak wszyscy lgną do kamiennej bryły, zrytej zdobieniami od podłogi po wysoki na kilkadziesiąt stóp sufit. Jedni ostrożnie, zachowując dystans, ale nie żałując spojrzeń. Inni śmielej, wręcz łapczywie, szurając dłońmi po skale, jakby dotyk przynosił rozkosz.

    Ballo nie był w żadnej z tych grup, ale i jego kusiła ciekawość. Niełatwo ulegał żądzom czy podszeptom zmysłów, ale potrafił doceniać piękno, majestat czy emocje. Świat był bożym darem i trzeba było go chłonąć, by dotrzeć do sedna sensu. Stoicyzm to nie bezwładność, by dać się w życiu miotać wichrom jak zeschnięty badyl. To spokojne trwanie wobec tego, co zmienne.

    Także jeśli to zmienne nie przychodziło samo, a wyciągało się doń rękę, by dotknąć i wymacać. Olbrzym lekko położył dłoń na orunowanej skale, powoli przymykając oczy. Miał doświadczenie w medytacji i potrafił kontrolować tak ciało, jak i umysł w sposób, który dla innych zdawał się magią. Zastygłego przy ścianie mogliby wziąć za posąg, gdyby ktoś napatoczył się zza węgła i świeżo spojrzał na scenę, ale dla Ballo to była ledwie chwila.

    Mnich czuł twardą, ziemistą fakturę skały z jej drobnymi żyłkowaniami i nierównościami. Czuł zimno kamienia, który nigdy nie zaznał słońca. Czuł powietrze spływające spod niego wąziutką strużką. I czuł chłód, który miał inne źródło. Inne poza powietrzem i cieniem. Zimno, które parzyło w palce, jakby zimą moczyć rękę w przerębli.

    Ballo spokojnie odjął dłoń od skały. Nie widział, aby ktokolwiek doświadczył tego samego. Niektórzy dotykali ściany lekko, ledwie muskając, a inni poświęcali chwilę, jakby spragnieni kontaktu z obiecaną atrakcją. Nikt jednak nie zdawał się tknięty chłodem, bólem czy jakimkolwiek impulsem. Twarz mnicha pozostała niewzruszona jak skała przed nim, ale inni nie mogli być równie twardzi. - Nie poczuli tego...

    Chłód czekał w murach specjalnie na Ballo.

    – Proszę się odsunąć. – Żylasty dryblas w beżowej kamizelce miał suchy i świszczący głos. Jakby miał w zębach piasek. – Słyszycie panią doktor?

    Seweryn odsunął się od ściany, dając archeologom przestrzeń do pracy. Czy też czegokolwiek, co planowali tu robić... Medyk patrzył na mleczny, przymglony kryształ górski w dłoniach Quolleba, jakby spodziewał się czegoś nie po profesorze, a po samym kamieniu. Co było dziwnym, bo kamienia nigdy wcześniej nie widział i nie wyznawał się ani na starożytnej Suelii, ani na samych choćby minerałach.

    – Słychać mnie? - przemówił kamień głosem Wedryka Welda, jakby mag siedział skryty gdzieś za pazuchą Quolleba. Niejeden zastrzygł uszami rozglądając się, kto to i skąd to przemawia. Czy to któryś z kompanów sprawnie aktorzył głosowo, czy może któryś był brzuchomówcą?

    – Wiekopomna chwila, drodzy moi przyjaciele – mówił dalej kamień, a górnicy Hazara dziwowali się, co to za wygłup i patrzyli po sobie niepewnie, czy aby pan doktor Quolleb nie robi sobie z nich jajec. – Za chwilę sforsujemy barierę wieków, a wy będziecie pierwszymi, którzy odbędą tę wyprawę w czasie. Zazdroszczę wam bycia tam na miejscu... Ciałem, bo duchem jestem z wami... Ale spodziewam się, że zaraz możemy mieć tu gigantyczny napływ mocy, który będę musiał odprowadzić żyłami energii poza Dolinę, aby uniknąć eksplozji...

    - Wedryku... - Archeolog zganił czarodzieja, spoglądając na kamień, jakby liczył, że złowi jego spojrzenie, ale nadajnik działał tylko w jedną stronę.

    – Słuchajcie proszę pani doktor Quatermain i pana doktora Quolleba. Pomogli w rozwikłaniu tej szarady i to dzięki nim wkraczamy w głąb szybciej... Teraz, to ich wiedza tam na miejscu będzie nam przewodzić... - Kamień na chwilę zamilkł i oboje badacze kiwnęli sobie głowami, rozchodząc się na przeciwległe krańce ściany.

    – Powodzenia – zadudnił jeszcze po przerwie głos z kryształu aż siwy Quolleb podskoczył i o mało co nie upuścił przedmiotu.

    Archeolog przejechał dłonią po ścianie jakby wybierał książkę z półki i zatrzymał się na niewielkiej dziupli na wysokości piersi. Okrągła luka nie była głęboka, ale spokojnie pomieściła mówiący kamień. Quolleb ruszył dalej, na środek ściany i westchnął ciężko, wypuszczając powietrze nosem ze świstem, jakby coś skrzypiało w warsztacie.

    Spojrzeli po sobie z Larą, która stała dalej, u lewego skraju wrót i na raz wetknęli prawe dłonie w kamienne dziuple. Stary trząsł się lekko, ale Lara stała niewzruszenie, jakby pełniła pałacową wartę. Nie musieli długo znosić grozy, czy choćby niepewności. Kamień zgrzytnął, a w korytarz spłynął chłód poruszonego powietrza. Ściana ruszyła i historycy szybko zabrali dłonie, odsuwając się jak najdalej. Skała rozjeżdżała się na boki, znikając w bocznych nawach i wpuszczając gości w mrok zapomnianego świata.

    Światło rozpalonych w korytarzu pochodni zafalowało pod powiewem zza wrót, ale zapowiedzi złego skończyły się na lekkich podmuchach i zgrzytach. Nic nie wybuchło, nie chlusnęło, ani nie zionęło. Nie wystrzeliło i nie zmroziło. Nie było nawet i tej eksplozji, przed którą ostrzegał Weld.

    Ogień odsłaniał wypolerowany, szary kamień przedsionka. Za ścianą było wysokie pomieszczenie z szerokim granitowym portalem wiodącym naprzód, nie zostawiając wątpliwości, co do roli miejsca. Prosta przestrzeń była pusta poza kamiennymi ławkami u ścian i paroma wysokimi urnami.

    - Poczekalnia. – Pomyślał Isebrand, kojarząc, że przejściowa komnata musiała być miejscem, gdzie czekano na wyjście w Dolinę. Ławki i śmietniki. Albo spluwaczki. Tylko płynny kształt portalu ze zdobioną oczkami archiwoltą sugerował, że szary łącznik nie wiedzie do muzeum nudy.

    – Proszę czynić honory. - ­Quolleb puścił Larę przodem, ale badaczka i tak nie czekałaby na pozwolenie, ani teatrzyk gestów. Pracowała na takie chwile setki wieczorów, więc należało jej się. To ona wydedukowała na bazie doświadczenia z zabezpieczeniem odkrytego wcześniej skarbca, że kluczem do Ścieżki może być suelskość. Doświadczenia Wedryka potwierdziły, że magia rzeczywiście jest zaprogramowana w ten sposób i szybciej niż obalać do końca jej aury i pieczęcie, będzie oszukać system fałszywymi Suelami.

    Starożytne Imperium nie słynęło z międzyrasowej tolerancji, co dziś chętnie naśladowali Szkarłatni Bracia. Choć im dalej od metropolii, tym większa była swoboda i przymykanie oka na odstępstwa od dogmatów, to w obrębie takiego dzieła jak Ścieżka władza musiała podkreślać swe credo. Rasowa czystość. Tak, w głąb góry wkroczyć mogli tylko czystej krwi Suelowie.

    I być może ich goście, na co wchodzący w ciemność mieliby pewnie wielką nadzieję. Gdyby oczywiście wiedzieli, co wykombinował mistrz Wedryk.

    Randal nie wiedział, ale niedawno przeszedł już z Larą i Kaiem pielgrzymkę przez ciemność, która odbiła się na nich dozgonnym piętnem. Po tym doświadczeniu czuł, że trochę obumarł w środku, ale razem z tym zdławił strach, jaki spotykał człowieka. Czuł, że nie godzi mu się nawet lękać, gdy wokół są inni.

    Albo może po prostu okazyjnie nabyta pełna płytówka czyniła go tak pewnym siebie. Majątek, który na nim wisiał czynił rycerza niewrażliwym na większość ciosów. Ale Randal wiedział, że na Ścieżce nie ma co spodziewać się szermierki, więc i za grubym metalem nie będzie bezpieczny, jeśli nie zachowa absolutnego skupienia.

    Paladyn wkroczył przez portal ramię w ramię z Larą, mając w pogotowiu pawęż, by osłonić ich oboje. Stali na tarasie z którego półkoliście z obu stron w mrok schodziły marmurowe stopnie. Na środku, za ażurowymi barierkami wisiała kamienna platforma windy, którą pewnie kiedyś wjeżdżali leniwi, albo wwożono dostawy.

    Większość drużyny zaczęła powoli wchodzić na czarne płyty tarasu, ale ostatnich wstrzymał zgrzyt rozwierającej się ściany za nimi. Brama stanęła w niepełnym otwarciu, zatrzymana przez wciąż tkwiący w luce kryształ. Bariera zgniotłaby go bez najmniejszego problemu, ale była widać zabezpieczona wobec takich przypadków, gdy w pobliżu mógł znaleźć się nieostrożny człowiek, więc zamiast przeć naprzód, zamarła.

    Pochodnie rzucały fantastyczne cienie na kolumny z zielonkawego marmuru i złote poręcze schodów. Lara i Quolleb, a razem z nimi ciekawy tematu Eutalo i przezorny Randal, zbliżyli się do skraju tarasu obok windy. Proste, żłobione w meander kolumienki na wysokości brzucha wyglądały na konsolę mechanizmu. Morwen czuła, że przepływa przez nie strumień magii, ale nie zwracało to szczególnej uwagi, bo wokół magia rozlewała się całą, oplatającą wszystko siecią. Czarownica czuła, że przestrzeń to zamknięty, pulsujący obieg energii i od stropu, podłogi, a dalej pewnie i innych granic, zamyka ją coś twardego i nieprzebytego. - Dweomer – zgadywała w myślach.

    Eutalo czuł, że Ścieżka aż kipi od magii, ale jego uwagę skupiło i ucieszyło teraz to, co znajome. Obie kolumienki miały na sobie wyślizgane, perłowe głownie z runicznym ryciem. Magik odczytał obie na głos w rodowitym oeridyjskim, tłumacząc od razu że starosuelskiego. Winda. Światło.

    - Niezawodnie – doktor Quolleb odpowiedział już po keolsku, zrozumiale dla wszystkich. - Uczynisz honory?

    Eutalo uśmiechnął się i poczuł jak dzieciak, któremu rodzice dają potrzymać lejce u wozu. Klepnął po głowniach, to jedna, to druga i na raz, powietrze w sali przeszedł podmuch gorąca. Pochodnie i kandelabry wiszące na ścianach wzdłuż komnaty rozpaliły się buchającym ogniem, a nagły rozbłysk sprawił, że Seweryn i Hazar, którzy stali najbliżej ściany musieli aż zmrużyć oczy.

    Drugi przycisk był czysto mechaniczny i zwolnił barierkę, która osłaniała windę. Konstrukcja windy wisiała może piętro czy dwa nad ziemią, więc zjazd był kwestią wyboru. Pochodnie na ścianach i zwisające z wysoka żyrandole odsłoniły tak schody, jak i całą resztę, więc nie trzeba już było zgadywać, jak stawiać dalsze kroki.

    Komnata była długim na kilkaset stóp i szerokim na dobrze ponad sto hallem o wysokich, obłych sklepieniach oblepionych ceramiczną mozaiką zieleni. Co jakiś czas z marmurów podłogi wyrastały wspierające sufit kolumny, nadając pomieszczeniu harmonijny kształt długiego prostokąta.

    Przez środek hallu, na który można było zjechać windą, albo zejść schodami czy to z jednej czy drugiej strony, wiódł trakt (bo tak chyba trzeba byłoby to nazwać) – twardy, betonowy szlak wyznaczający centralną oś przestrzeni i zapewne narzędzie transportu, od którego odcinały się po bokach dostojniejsze marmury i terakoty.

    Po bokach hallu rozstawione były w wystudiowanych miejscach ławki i fotele, a co kilkadziesiąt stóp zdarzało się, że ażurowe barierki wokół środkowej osi znikały, dając możliwość skrętu, wyminięcia bocznych przystani i zejścia do pomieszczeń, które rozkładały się symetrycznie z obu stron.

    Wszystko sprawiało wrażenie kunsztu i porządku, który trwał niewzruszony jak zalany żywicą. Czy też sprawiałoby, gdyby nie to, że na całej długości hallu walały się porozrzucane, poroztrzaskiwane i porozbijane skrzynie, paki i kufry. Kawały rozbitego metalu burzyły harmonię, opadając przestrzeń bez żadnego ładu i składu.

    Hazar dojrzał, że w jednym miejscu wykolejone leżały dwa wozy czy wózki, które zderzyły się, rozrzucając wieziony ładunek metalowych sztab i filarów. Chaos zamarły w porządku...

    Ale nie! Seweryn jako pierwszy złowił w oddali ruch, który przeczył całkowitemu zamarciu Ścieżki. Trzysta, może czterysta stóp w głąb hallu, rozrzucony na rozbitym marmurze metal ruszał się. Poruszał się drganiem rozłożonych płytek, jakby coś podrzucało go od spodu.

    Ballo też to dojrzał i jeszcze patrząc ze schodów, widzieli jak ruszają się resztki porozbijanych zbroi i broni. Spojrzenie mogło mylić, ale jeśli potwierdzali je kompani obok, nie mogło być złudą. Co najwyżej, sprawną, celową iluzją.

    Ta zaś pokazywała, że obok podskakujących płytek i blach, wijąc się jak piskorz na trawie, powstać próbują postacie podobne Randalowi – okutane w metal od stóp do głów. Pechowi rycerze motali się z powstaniem, a ich stal dźwięczała na podłodze jak kastaniety, wnosząc na Ścieżkę dźwięki, jakich nie znały milenia. Dudniące pod sam sufit i niosące się dalej, do bocznych pomieszczeń i naprzód, za portal po drugiej stronie hallu. Akustyka była tu prawdziwie koncertowa.

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    Wiosna była ulubioną porą roku Milo Makarego Tuka. Ulubioną porą tego roku, bo jeszcze zeszłego była to jesień, wcześniej zima, a jeszcze wcześniej, co innego. Nikt zresztą Milo z tego nie rozliczał, więc można bezpiecznie przyznać, że ta ulubioność zmieniała się czasem i tego samego roku, a i to nie raz.

    Ptasie gniazda i śpiewy, z podglądaniem lęgów z umoszczonego wygodnie na kocu ornito-stanowiska jednej wiosny. Pomalowane pastelowo ule czekające pszczół w czerwcowym słoneczku, wypolerowane tak, że żaden owad obojętnie by nie przeleciał. Na razie puste, bo sierpień był najlepszym czasem na spław snycerskich stateczków po Ostowym Potoku, łapiących chciwie wicher w haftowane żagielki. Jesień czekała grzybów – tu ktoś mógłby rzec, że będzie z Milo pozytek, bo wstawał o nieboskiej godzinie przed świtem i ruszał z koszami wielkimi niby kufry, szukać i zbierać...

    Ale gdzie tam! Znajdował przeciez prawdziwki i rydze, które w occie i podwędzone pysznie pasują przed podwieczorek, ale zamiast tego się trzymać, wybierał bez ładu i składu. Muchomory, maślanki, czubajeczki, gołębiaki, huby i hełmówki. Niejadalne i te jawnie trujące, których się nawet sam las wystrzegał, wybierał i analizował. Opukiwał i ostukiwał, lupką oglądał, w domu – jakby nie po to dom był, by przyjmować jeno gości, którzy dobrze nam leżą na sercu i żołądku – badał i preparował.

    Ale zaraz była i zima, a to spacery – zdrowotność pono... Choć każdy wie, że przeziębić się można w zimie tylko, nie latem, więc jaka to niby zdrowotność? Milo wiedział swoje i kiedy sąsiedzi z okien łypali znad herbatki, on machał im skostniałymi palcami i parł przez śniegi. Tu złapał go następny bakcyl – szczęśliwie nieprzeziębieniowy, ale tropowy.

    Jakaż to natury zagadka dla hobbita, odgadywać z kroków, kto to szedł miedzą, a kto polem! Gdzie sroka skakała, gdzie raniuszek i kopciuszek przysiadał, a gdzie lis za zającem gonił. Oj, lupa miała używanie, gdy pod osąd wchodziły coraz to kolejne tropy, które fauna Shire zostawiała na bieli.

    Ale teraz była już wiosna. Teraz już pąki na drzewach i krzewach, a z trawy rwały się w górę wzrostem nasiona, które trzeba było odnaleźć i ponazywać. Może we florę wzrastały i takie, których jeszcze nie ochrzczono po tej stronie Wody?

    Ho, Milo Makary Tuk miał na takie chrzciny apetyt równie wielki, jak na wiosenne babki i mazurki. Może zresztą i większy, bo przy rodzinnych spotkaniach jakoś przydługo wysiedzieć nie umiał, nie zrywając się może, bo był przecież hobbitem dobrze wychowanym, ale przeprosiwszy, wychodząc grzecznie nim jeszcze przybyła druga dokładka.

    Milo lubił towarzystwo kuzynostwa, ale nikt jakoś nie umiał zbyt długo potakiwać, albo dopytywać o rzeczy, którymi Tuk bombardował rozmówców. Uchylał zawsze grzecznie kapelusza i nawet w swoich wojażach przez błocko, kiedy późną jesienią liczył po okolicy dziuple i karmniki, ubrany był zawsze przyzwoicie, z guzikami zapiętymi i nogawkami z kantem jak potrzeba. Tym się bronił jeszcze od popukiwań w czoło (bo do wygrażania pięścią to przecież dojść tu nie mogło!), ale od kręcenia głową i krótszych dzień dobry niż kiedyś już się nie uchował.

    Miał sześćdziesiąt lat i dalej był kawalerem. Mieszkał sam – w norze zadbanej, przestronnej i czystej, trzeba to przyznać, ale nienawykłej gościom. Milo przeciw gościom nic nie miał, przeciwnie, dbał o spiżarnię, a woda zawsze była nastawiona w imbryku, ale mało kto chciał zachodzić do takiego szaławiły, który zamiast rozstawiać po domu rodową zastawę, rozkładał na meblach dziwadła, które nanosił a to z tego, a to z tamtego spaceru.

    Zaproszenie od Bilba – którego to przygody i dociekania na ich temat zajęły Milo na niejeden sezon – podniosło nastrój Tuka aż do radosnego gwizdu. Listonosz aż chciał popukać się w makówkę, ale z monetą za fatygę i dobrym życzeniem poszedł dalej, zostawiając płonącego nowym ogniem Makarego jego lekturze.

    Spotkanie u Bilba to była okazja nie tylko, by pomaszerować przez wiośniejące łąki, znajdując może i co nowego do kolekcji, ale by zobaczyć hobbitów ze wszystkich rodzinnych odgałęzień i dalej jeszcze. Trafiając na pewno i takich, którzy chętnie posłuchają czegoś nowego, a może i sami to i owo powiedzą? Przekąszając placki dobrze jest je pochwalić, ale przebóg, czy o nich tylko trzeba prawić, kiedy tyle tematów wokół?

    O, Bilbo wiedział. Bilbo wiedział, a na pewno i nie on sam. Do Bilba lgnęli ciekawscy i gotowi otworzyć się na ciekawość.

    Milo pakował chlebak i kuferek, jakby miał pięć dekad mniej i ruszał z ojcem na pierwszy biwak.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Yeol, pełniej i poprawnie nazywany Republiką Zjednoczonych Prowincji Yeol, najczęściej w ustach mówiących Wspólnym pojawiał się jako Wolna Liga. To była klarowność (sam Yeol odwoływał a to do rzeki, a to do krainy, a to do znowu czegoś tam, co lokalsi znali jak pacierz, ale nikt poza nimi). To był konkret (nie trzeba było mnożyć tych członów, przypadków i zastanawiać się, co to niby ta rebuplika). To była nazwa, którą posługiwano się zagranicą, gdy rozpowiadano o znaleziskach Ścieżki Slerotina i obietnicach, które ofiaruje śmiałkom. I to była nazwa, którą śmiałkowie spotykali już na miejscu, na yeolskiej ziemi, gdy tłumaczono im lokalne zwyczaje.

    My, Wolni, mówili o sobie chłopi i mieszczanie, jesteśmy uparci. Jesteśmy uparci i dumni. Wierzymy, że na tej ziemi każdy może zbudować swoją fortunę. Że wszyscyśmy równi w kołysce, ale po to żywim, by wzrosnąć własną pracą ponad innych. By pokazać, że człek swego losu kowalem.

    Przybysze słyszeli o tym. Czasem dziwowali się trochę, widząc masy tych niewzrośniętych ponad resztę, steranych w halach, manufakturach i na latyfundiach, pełnych wiary, że słuszna ich ścieżka, ale moment wciąż nie ten. Tych wzrośniętych zwykle nie było widać na polach czy ulicach, choć dzielili tę samą wiarę.

    Czasem talent i pracowitość Yeoli zdumiewały, gdy co jedno to narzucone im novum, które nakreślały lokalne rady wprowadzano w domach i na roli, na ulicach i warsztatach, a mało tego jeszcze, bo czasem i w kościołach. Nowinki i ulepszenia służyły ludziom, a każdy chciał dołożyć swoją cegiełkę do powodzenia społeczności. Raz, że lepiej przecie by żyło się wszystkim pełniej i dostatniej, a dwa, że jak można odstawać, gdy inni szli twardo do przodu.

    Wolna Liga wzrosła na ludziach czynu. Takich, którzy w dzikości nowej ojczyzny wykarczowali sobie przestrzeń do życia wprost z chaszczy. Przybywali falami, następne pokolenia w kolejnych stuleciach i dekadach, zbiegając do okolonej górami krainy na uboczu Flanaess. Chłopi umykający spod pańszczyzny, niewolnicy zbiegli z plantacji, dłużnicy kryjący się przed prawem, banici i wyrzutkowie. Ci, którzy nie pasowali sąsiadom i ci, którym nie pasowali sąsiedzi. Tacy, którzy stracili wszystko i musieli zaczynać od nowa i tacy, którzy coś tam uciułali i zaczynać chcieli po swojemu. Tam, gdzie w bród wolnej ziemi i nie trzeba dzielić morgi między siedmiu kuzynów.

    My, Wolni, mówili o sobie ci, którzy mieszkali w Lidze od pokoleń, jesteśmy gościnni. Gość w dom, bóg w dom. Każdy podróżny to przecie może być Fharlanghn.

    Przybysze czuli to, gdy nie raz korzystali z serdeczności gospodarzy śpiąc po ich stodołach, chatach, a bywało, że i mieszkaniach, współdzieląc z nimi wieczerzę.

    Jesteśmy gościnni, mówili tak samo ci, których keolandzki często ciągle dźwięczał od północnego akcentu, bo to kraj, gdzie każdy skądś przybył. Nam też była tu niedawno droga zza gór i poznaliśmy gościnność sąsiadów.

    Nie chcemy tu obcych, mówili ci sami, ci pierwsi i ci drudzy, których dzieliły pokolenia w dolinie. Przychodzą i chcą jeno brać i brać, jakby każdemu się należało. Przybyli kiwali głowami, chłonąc lokalną mowę. Zabierają robotę, a to nie jest taki czas, żeby o innych się martwić, mówili inni i mówili ci sami. Mamy własne problemy, a teraz czasy niepewne. Niedobra to rzecz i lepiej, co by Rada coś z tym zrobiła, bo inaczej nam samym przyjdzie... A chłop tu mocny i na głowę wleźć sobie nie da!

    Przybysze czasem potakiwali, potulni i niechętni scysjom. Czasem wręcz byli zgodni, pewni, że przecież to nie o nich i ich to nie dotyczy. Ale inni parskali, pukając się w czoło. Czy to nie Wy, Wolni, mówili, chwilę temuście mówili, że Ścieżka to taka szansa, jakiej świat jeszcze nie widział? Że z Niebios dana szansa i bogactw tyle, że na Ligę idzie złota era? Że trze'a by świat zainteresował się i popuścił trzosa?

    Spojrzenia kłóciły się w Lidze, ale czasem zlepiały w jeden misz-masz, zależnie od tego, kto zasiadł przy stole i co podano. Wojna w pobliżu granic i spiski Szkarłatnych Braci. Trzeba było uważać, bo czas niepewny. Nie dać wciągnąć się w wojnę i nowym krajanom uważnie patrzeć na ręce. Ale kiedy Bracia, psubracia, ha-tfu!, dokonywali swoich rzezi i bezeceństw, czyli godziło się być obojętnym? Stawiać zasieki zamiast pomagać?

    A sprawa Ścieżki, a Drusdygg, a Czarne Wrota? Miejsca, o których w Yeol dotąd nikt przecie nie słyszał (poza tymi, którzy żyli w samym Drusdygg i u progu dzikiej doliny)... Teraz zjeżały debatę przy stołach od Yatili po Piece. Szansa to, szansa, głosili jedni, a drudzy (albo ci sami, jeśli inaczej wstali) ganili: Nie wolno w głupotę popadać! Przylezą Keole, królewicze, obce, rozbiorą, wydoją!

    Kompanie i spółki ściągały ludzi do Ligi, wkraczając w gospodarczy boom, który wzrósł na razie na samych nadziejach Ścieżki. Za nimi ściągali węszący swej szansy, którzy chcieli podłączyć się pod operacje w Drusdygg. Byli podobni Yeolom, którzy przybywali tu od pokoleń.

    Spragnieni swej szansy, charakterni, odważni, niepokorni i głodni. Dlatego budzili nadzieje u tych, którzy wierzyli w szanse dawane przez Ścieżkę. I w magię wzrostu, który mieli napędzać.

    I z tego samego powodu budzili obawy. U innych i u tych samych. Bywało, że budzili lęk.

    Drusdygg, gdzie strumień przybyszów znajdował ostateczne ujście, czuło to najmocniej. I tu przekonali się już, a mieli przekonać jeszcze dosadniej, że nowi są Ligi prawdziwą szansą.

    I śmiertelnym dlań zagrożeniem.

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    content.png

    Wieści, jak to coś niby rejestrowalnego, ale nienamacalnego, podlegającego fizyce, ale i niepodległego zupełnie, niby tygodniówka w gospodzie w piątkowy wieczór, albo kurz zaraz po uprzątnięciu salonu, rozchodziły się szalenie szybko. W Shire zaś – szybko w dwójnasób.

    Tak też do Milo, odludka z niewyboru, wieści o tym, że zaproszeni do Bilba byli inni Tukowie dotarły prędko. Zrachować łatwo, że i jego zaproszenie nie zostało w tajemnicy. Nie trzeba było lupy, by złowić, że ślady palców listonosza na pergaminie przebierały po nim wielokroć, plamiąc list ciekawością i chłonąc, co się da z wiadomości bez jej otwierania.

    Do zaglądania w korespondencję Almo by się nie posunął. Ta tama paść nie mogła, oparta na wzorowym wychowaniu, które wystawione było na próbę chorobliwej ciekawości. Ale że list od Bilba, że do Tuków i nie tylko... To już można było roznieść i zaraz pytlowanie na miedzy na Tukowej Skarpie, ale potem i przy studni w Białym Źródle, a pewnie i na jarmarku w Rozstajach dostało nowe paliwo.

    Milo niewiele sobie z tego robił. To, że ruszył po nocy, jak włamywacz, nie z tego płynęło. Nie miał w planach kryć się z podróżą, ani myszkować po polach. Po prostu...

    Niedługo już po tym jak wieść dostał, był spakowany, wyekwipowany, oprowiantowany i obładowany, a od czekania tylko noga chodziła na klepce, nie dając spokoju. Nie mitrężąc zatem, zaraz po kolacji (zakładając, że dziś podkurek będzie piknikiem pod gwiazdami), Milo zarzucił podróżną opończę i ruszył. W pozbawieniu się należnego odleżenia po posiłku był bardzo niehobbici, ale usłyszał kiedyś niby, że nic tak nie układa posiłku w środeczku jak spacer.

    Toteż ten zwyczaj niekiedy praktykował, dodając sobie kolejne kroki i tego razu, wyglądany przed nocą już nie przez ciekawskich sąsiadów, a śpiewające słowiki i kosy. Żeby zaś bardziej jeszcze być na bakier z obyczajem, poszedł na przełaj przez pola, oświetlając sobie drogę oliwnym lampionem.

    Taka podróż wymagała więcej ostrożności niż na szlaku, ale dawała szansę naniuchać się wschodzących woni wiosny i poczuć pod stopami przyjemną szorstkość wzruszonej gleby. Milo dbał jednak, by nikogo nie nastraszyć, ani nikomu nie zawadzić swoim rajdem przez wertepy, więc nad rankiem zszedł na miękkie ścieżki wśród pól, gdzie mógł przekąsić coś z chlebaka i ułożyć się na drzemkę.

    Na wieczór kolejnego dnia był w Hobbitonie, na Bag End, już u progu Bagginsowej gościny. Sforsowany i wygłodniały po marszu (mimo pochłonięcia poważnej porcji pudrowych pastylek prawie już pod samym ogrodem Bilba, nie wspominając o spożywanych wcześniej tak jak należy - w odpowiednich porcjach i porach - daniach po-, przed- i o-biadowych), zasiadł przed furtą i zapalił nabitą obifcie fajkę. Lubił palić przed jedzeniem (i po), a wiedział, że uczta tego wieczora będzie nieskromna, więc wyciągnął i skrzyżował nogi przed sobą, oparł się o deseczki i kurzył długo puszczając szare obłoczki.

    Dymił tak przez dłuższą chwilę, ale nie chcąc być pierwszym, który zapuka do drzwi (być zawczasu, gdy gospodarz jeszcze w gorączce gorszym jest niż spóźnienie), wślizgnął się do ogrodu i zaczął rozglądać się pośród roślin. Schylał się nad listkami i łodygami, łypiąc na nie z bliska i tykając z pieszczotą, pochłotnięty mikroświatem, który obrastał Pagórek.

    O bożym świecie przypomniał mu Bilbo, którego zaproszenie usłyszał gdzieś z boku. Gorący impuls poderwał go z kolan na równe nogi i Milo szybko powyklepywał wszystkie partie garderoby, sprawdzając czy wszystko jest na swoim miejscu i leży jak trzeba. Guziki były pozapinane, rękawy spięte w mankietach i szło tylko szybko otrzepać spodnie.

    Kapelusz wypłynął zza ściany zieleni, a za nim Milo, który jął pospiesznie zbliżać się ku gościom, zamiatając nakryciem głowy w dystynkcji przywitania.

    - Wybacz proszę, drogi Bilbo. – Milo uśmiechnął się przepraszająco – Wkroczyłem w twój ogród bez zapytania i pochłonął mnie całkowicie... Piękny, prawdziwie piękny!

    - Dziękuję, Milo. – Baggins skinął głową i gestem zaprosił bliżej, serdecznie ściskając dłoń. - Te rdesty są z nasion od ciebie. Jak sam widzisz – pięknie wzrosły!

    - O, są świetnie poprowadzone... Widzisz to, że dzielą glebę z buzdygankami, to świetne rozwiązanie...

    Bilbo roześmiał się, lekko błyskając zębami i klepnął Tuka po ramieniu, wciągjąc go w próg domu.

    - Chodź kuzynie, niech im się dobrze rośnie, ale i my musimy... A do tego trzeba się przecież pokrzepić!

    ***

    Milo z trudem wysłuchał zarysu przygody do końca. Z trudem, bo korciło go, by przerywać, dogadywać i dopytywać, ale tak jak w progu zdejmuje się kapelusz, tak i opowieści się nie przerywa. Każdy dojrzały hobbit to wiedział, więc kneblując się herbatnikami, Makary wyczekiwał na moment debaty.

    - A gdyby tak po prostu ruszyć do Tukowej Skarpy? ­- Milo przypił do młodego Paladina, dziękując mu gestem za podjęcie głosu po nim. - Część z nas będzie wracać w rodzinne strony – przeto chyba bez niczyich podejrzeń, a wszystkich w drodze mogę przyjąć w swoje progi...

    Milo rozejrzał się po zebranych, uśmiechając niepewnie i miarkując odbiór zaproszenia. Wszyscy pewnie słyszeli o jego zdziwaczeniu, ale gdyby zobaczyli kolekcje agatów i kwarców na żywo, na pewno spojrzeliby nań inaczej.

    ­- A ze Skarpy, można by ruszyć na południe, miedzami przez pola i trochę drogi nadłożyć... Ale teraz taka droga, to sama przyjemność w spacerze...

    Pauzując, chciał skruszyć sobie herbatnika na zamknięcie ust, ale postanowił pociągnąć jeszcze, jeśli by sama przyjemność spaceru przez pola nie skusiła każdego.

    ­- Jeśli tak pójdziemy, zapraszam popróbować mojej spiżarni. Z niej też dla psa, jeśli będzie trzeba, możemy wybrać kiełbas... Nie znam bestii, która by się im mogła oprzeć, więc wyjdzie jeszcze, że psiak będzie nam z ręki jadł i tylko patrzeć jak zamiast warczeć, będzie na nas ogonem machać...

    Herbatnik chrupnął między zębami, gdy Milo postawił kropkę, gdybając teraz, czy nie zbluźnił pomysłem poświęcenia kiełbas dla byle psiska. Czy po czymś takim który hobbit byłby skory jeszcze zjadać od niego mięsiwa i podroby? Albo w ogóle patrzeć na jego spiżarnię poważnie?

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    text alternatywny

    Wątpliwości, którędy mu droga miotały Milem przez całą noc. Ułożony na wygodnym, świeżym posłaniu obracał się z jednej na drugą i co i raz przerzucał poduszkę z ciepłej strony na zimną, aż obie zrobiły się równie ciepłe. Podciągał kołdrę to wyżej, to niżej, a słysząc sapania i pochrapywania kuzynostwa zamierał, niepewny czy aby jego niepokoje nikogo nie wybudzą. Myślał nawet, czy aby nie wstać i nie rozchodzić myśli w ogrodzie, ale obawa, że po ciemku narobi rabanu i pobudzi gości wygrała.

    Rano, gdy było im ruszać, Milo miał nietęgą minę, rozdarty między podróżą kolaską do Tukonu, gdzie mógłby usłużyć krewnym jako gospodarz, a ujmującą wycieczką przez wodę. Zaproszony na wóz przez Lobelię wybąkał przeproszenie i uśmiechnął się rozkładając ręce, zapewniając, że bardzo chciałby im towarzyszyć, ale w drugiej obranej drodze jego umiejętności przydadzą się bardziej.

    – Ma się rozumieć, nie chodzi o mnie, ale o wspomożenie naszej grupy – zapewnił Tuk. – Znam tamte ścieżki, więc zadbam, żeby ta wycieczka była dla nas możliwie najbezpieczniejsza.

    Kiedy Kompania rozdzieliła się już i Milo mógł dreptać po trakcie z podobnymi mu łazikami, zaraz nabrał wigoru i lekkości w krokach. Tak było do czasu aż dotarli nad wodę, gdzie wyszło na Lobeliowe. Rzeka faktycznie wezbrała i panna Bracegirdle miała rację, że trzeba było szukać innego kursu.

    Esmeralda - błogosławiona werwa młodości! - szybko pokazała, że przygodę ma we krwi i przeszkody są do pokonywania, a nie po to by je omijać. Milo spojrzał jednak na sunący żywo nurt rzeczki i zamyślił się.

    – Spróbujmy może wybadać głębokości, dopóki będzie to bezpiecznym - zasugerował, podwijając wysoko spodnie i brodząc przy brzegu, by pokazać o co mu chodzi. – Póki będzie można bezpiecznie przystanąć, wbijmy tam kij czy kołek do oparcia przy przekraczaniu wody.

    – Woda zmyje je pewnikiem - żachnął się Paladin. - To musiałoby być mocne drewno... I dobrze wbite.

    –To prawda - przyznał otwarcie Makary. - Myślałem, że może skorzystamy ze słupków, które są w tym płocie na skraju pola... Nie naruszymy całej konstrukcji, więc nikt nie ucierpi. Zresztą, stary Brody i tak nie trzyma już tu zwierząt... Kiedy wrócimy wystrugam mu nawet nowe, żeby miał przyzwoity parkanik...

    - Ale tam dalej... Będzie głęboko - zafrasowała się Esme.

    – Dlatego masz rację, że lina się przyda - przyznał Milo. - Ale mając i linę i mogąc oprzeć każdy krok o wbity pachołek, będzie nam na pewno łatwiej. Ja też mogę iść na spróbowanie... I tak już się zamoczyłem.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    text alternatywny

    Milo na wizycie w Domu Malthom był spięty jak spinki Gerontiusa (kiedy się już, oczywiście, magicznie spięły). Grzeczność, a i dominująca chyba nad wszelkimi innymi cząsteczkami w jego ciele ciekawość, wzywały, by nasłuchiwać pary kustoszy z uwagą i spacerować przez muzeum wyznaczoną ścieżką. Tuk chciał i próbował, ale stopy klapały mu nerwowo na parkiecie, gdy zezował na mnogość eksponatów i tabliczek z opisami, które pragnął poznawać.

    Milo miał problem ze skupieniem na jednej rzeczy na raz, gdy wokół wołały go dziesiątki ciekawostek, a sama ich obecność łaskotała go po umyśle, nie dając spokoju. Hobbit chciał i lubił poznawać rzeczy po swojemu, na własną rękę i we własnym tempie. Malwa i Bingo wydawali się przemili, a opowiadali na jego uszy ciekawie, więc nie w tym rzecz, że Makary nudził się pod ich przewodnictwem...

    Nie, Milo po prostu znów uginał się pod obyczajem grzecznego, szkolnego wysłuchiwania, gdy serce wyrywało mu się już do przebiegania po korytarzach w pędzie i poznawania wszystkiego z bliska. A potem przysiadania eksponat po eksponacie i notowania, szkicowania, malowania i dłubania w pamięci, co do czego dopasować i co-z czym-o czym.

    Trzymał pion i kurs za resztą drużyny, bo jednak pozycja starszego w gronie gości zobowiązywała podwójnie. Opłaciło się, bo dzięki uprzejmości Prymulki spotkało go nie lada wyróżnienie. Zaszczyt i przygoda sama w sobie... Magiczne spinki Gerontiusa miałyby się spiąć na jego mankietach! Na jego skromnych, acz wykrochmalonych jak trzeba, mankietach!

    Milo stanął przed Bingiem jak zamurowany i szepnął chyba, że to byłby zaszczyt, ale nie miał już pewności, czy aby nie mlasnął tylko czegoś ustami, które także zwolniły wobec emocji. Widząc zachętę ze strony kustosza, Tuk wyprostował ręce i wysunął naprzód nadgarstki. Zreflektował się, że do spięcia mankietów, musi najpierw zdjąć własne spinki, więc nerwowo pozbył się ich z koszuli i raz jeszcze stężał z łapami z przodu. Teraz już w pełni gotów na czary.

    Parę chwil później, kiedy uniesiony pod sufit Milo powoli lądował, na ziemię sprowadziła go konieczność protestu. Kustosz zachęcał do zagadek, a pani Malwa odwodziła od marnotrawienia czasu na takie głupoty. Tuk nie mógł nie stanąć w obronie babrania się w rzeczach nieprzydatnych i szalonych, które mogą prowadzić do mizernych efektów.

    – Jeśli Państwo pozwolą, to dla nas... Dla nas będzie wielkim honorem móc przestudiować te zapiski dla samego tylko obcowania z pamięcią o przodkach, którzy tworzyli nasze Shire jakim jest dziś. – Milo faktycznie czuł, że wzniosła to sprawa i to na tyle, że zbył na razie wspomnienie o konkretniejszych i dających konkretne efekty maślanych bułeczkach. – Jeżeli w ogóle mógłbym-moglibyśmy korzystać z gościny Państwa domu i w kolejnych dniach, by poznać lepiej naszą historię...

    Hobbit zatrzymał się w pół zdania i poczerwieniał, świadomy, że lapsusem może narobić tu nie lada niegrzeczności.

    – Naturalnie, przepraszam najmocniej, chodzi mi o możliwość, aby w czasie, kiedy Dom jest otwarty dla zwiedzających, móc czytać i poznawać eksponaty. – Milo skłonił głowę, jakby kajał się za faktyczne przewinienie. Było-nie było, wpraszać się tak do kogoś byłoby skrajnie obcesowym, a funkcja sfery dóbr publicznych, jaką pełniło muzeum nie była wśród hobbitów oklepaną codziennością. – Nie chodzi, by Państwa nachodzić... Jedynie, gdy można, gdy nie przeszkadza... Zapoznawać się na tyle, na ile się da z tym dziedzictwem naszym hobbicim w spokoju. Wiem... Wiem, że każdy inaczej trochę patrzy, czego innego potrzebuje, inaczej myśli, kiedy tak stoi oko w oko z historią przodków...

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Serwus!

    Dopisałem, co dalej i możecie pisać już i Wy 🙂

    Wprawdzie chciałem Was wrzucić już na Ścieżkę i zacząć z wysokiego C, ale czasu nie starczyło, mapki nie mam i w ogóle zbrakło środków… Dlatego jesteśmy dzień od Waszego wejścia na Ścieżkę i możecie w tym czasie postami wprowadzić Wasze postacie, zbudować interakcje ze światem/NPCami/między sobą i zrobić, to byście chcieli zrobić w takiej sytuacji (może uciec, jeśli strach kogoś obleciał? ;)).

    W razie pytań itd. - wiadomo. Walcie śmiało.

    Przy okazji - dopisek z wczoraj po pierwszym boldzie, a ten z dziś po drugim (jeśli ktoś był na bieżąco). Usunę to potem, ale na razie może się przydać, bo wiem, że wisi ściana tekstu 🙂

    Komentarze

  • U bram raju, epizod 2 - D&D5, Greyhawk
    PaniczP Panicz

    Apdejtując rzecz technicznie, ale też dbając o aspekt marketingowy przy skromnych zasobach wolnych Graczy na Forumku (a zachęta dla Waszego dobra, niepewni i wyczekujący 😏), napiszę kto miałby role dużą czcionką na samym początku:

    1. Rewik jako Seweryn Drachenwulf - oddany posłudze bliźnim w bożym, Pelorowym imieniu cyrulik, który nie boi się rąk ubrudzić. Sprawny w operacjach wszelkiej natury, w tym i takich na sumieniu, Seweryn jest ważną figurą służby medycznej Wrót, a mechanicznie łotrzykiem z doświadczeniem w szpikulcach wszelkiego sortu

    2. Brilchan jako Marius Utopiec - kapłan bogini mórz, Osprem, trafił bardzo daleko od wielkiej wody, ale Kompania nie roztrząsa (przesadnie) motywacji pracowników, gdy do wzięcia jest magik. Magia zaś, którą ochoczo posługuje się Marius, choć wilgotna i szumiąca, ma w sobie coś, co nie w pełni zgrywa się z kapłańską pobożnością. Jeśli zaś byście sami nie zgadli, to powiem Wam, że źródłem czarów Mariusa jest tajemniczy patron, a on sam jako warlock stanowi bojową część ekipy

    3. Pan Elf jako Morwen - świeża przybyszka u wrót ziejącej obietnicami Ścieżki. Morwen pragnie zrozumieć świat poprzez magię - to jej język, narzędzie i pragnienie. Mało jest miejsc, które skrywają tak wiele odpowiedzi jak Ścieżka Slerotina, więc obrała słuszny kierunek. Nim jednak przyjdzie wydrzeć odpowiedzi z ciemności, trzeba jeszcze wiedzieć, o co chce się zapytać (i czy jest się gotowym stanąć wobec zadanego pytania). To być może rozstrzygnie się już w samej grze, gdzie Pan Elf poprowadzi postać czarowniczki znanej też jako Wiedźma Rubieży

    4. Mike jako sir Randal Bronson - paladyn Karzącej Ręki Sprawiedliwości. Twardy, honorowy, szlachetny i zahartowany do trudnych decyzji, które łamałyby cukierkowych rycerzyków. Randal ma interes w patrzeniu na ręce wielkim tego świata, ale bycie człowiekiem własnych zasad nie zawsze pozwala na dobrze rozstrzygnięcia, gdy krępują zbroja i kodeksy. Paladyn, jak to paladyn, nie stroni od pierwszej linii walki i jeśli nie zaleziecie mu za skórę, zbierze na siebie parę ciosów, które mogły paść na Was. Czy Mike jednak będzie kontynuować grę nie wiem - przeniósł się na forum, ale nie miałem dotąd potwierdzenia z jego strony

    5. eTo jako Krasnolud z dala od domu - dla rasy tak mocno wrośniętej w rodzinne i klanowe powinności bycie poza siatką znaczeń, które wyznacza rodzima twierdza jest... trudne. Bywają jednak tacy, którzy wybierają Szlak, a czasem i odwrotnie, to Szlak ściąga ich do siebie, wyrywając z tego, co znane. Czasem brutalnie. Znam już od eTo zarys historii jego bohatera, ale założyłem, że dogramy jeszcze szczegóły, więc damy tu pauzę. Spodziewać można się kogoś ze smykałką do magii, ale raczej bez uczonych ksiąg

    Jest nas tu już zatem paru, ale pozostaję jeszcze w nadziei na zgłoszenia, byśmy razem nasycili ten sesyjny świat naszą aktywnością. Także wiecie, rozumiecie, zostawcie te noworoczne postanowienia już w spokoju, bo już idzie koniec stycznia i zgłaszajcie się do sesji.

    Z uszanowaniem
    Panicz

    Archiwum

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Hazar Baraz-Felak

    Góra drżała. Drżała i dźwięczała pod uderzeniami kilofa, odłuskiwana powolutku w pragnieniu złota. Metal łupał skałę bez zmiłowania, topiąc ją niemal, gdy górnicy wokół wylewali siódme poty, by ledwie zedrzeć kamień ze lśniącej rudy.

    Ale co krasnolud, to krasnolud przecież. Karły znały się z górami od zarania dziejów. Zrodzone ze skał. Wykute z kamienia, w który tknięto życie. Wyplute przed wiekami z samych trzewi ziemi.

    Mitów i dociekań na temat krasnoludzkiego pochodzenia było pełno. Szczególnie tam, gdzie ludzie żyli obok dwur – blisko, ale nie dość blisko, by chcieć prawdziwie ich poznać i zrozumieć. Tam, gdzie krasnoludy budziły podziw i zazdrość, ich odrębność i obecność żywiła plotki i ciekawość, a pogarda i strach szły dopiero potem.

    Nawet jednak tam, gdzie wspólna praca w sztolniach, pot przelany w kuźniach czy wojskowa służba budowały braterstwo między rasami, karły nie bywały specjalnie wylewne w mówieniu o sobie. Zaskarbić sobie ich przyjaźń było ciężko, ale w Wolnej Lidze zdarzały się takie przypadki. Tu, gdzie pracowitość była jedną z głównych cnót, ludzie lepiej dogadywali się z mniejszymi, a szerszymi pobratymcami, którzy obsiedli góry ze wszech stron Yeolu.

    Nie było to doświadczenie Hazara. Nikt z chuderlawców nie zalazł mu za skórę, ale nie zjednali sobie jego sympatii. Odkąd opuścił rodzinne strony pracował z nimi w wielu miejscach, rżnąc skały w kopalniach Jotenów i Małych Wzgórz, a teraz ryjąc za złotem w Drusdygg, gdzie Ścieżka ściągała żarłoczne przygody tłumy.

    Nikt go nie prowokował. Nikt mu nie dogadywał. Nie kpili z niego, ani mu nie jątrzyli. Czasem spoglądali dziwacznie i szeptali, ale nie słyszał, co mówią. Nie musiał. Domyślał się. Wiedział, że większość się boi i nikt nie wejdzie mu w drogę.

    Wiele krasnoludów mogło pochwalić się imponującą jak na ludzkie standardy sylwetką, ale Hazar odstawał dobrze ponad średnią. Z bicepsami jak bochny chleba i plecami jak u wołu, wyglądał na przodku jak pradawna bestia, którą górnicy świeżo wykopali spod ziemi.

    Ale fizjonomia mocarza to było jedno. To zamykało gęby mordochlapom i uwalniało od zakusów szulerów i oszustów. Wśród górników w Drusdygg i szemranego towarzystwa, które trafiało się w Czarnych Wrotach, to mogło być jednak za mało, by nie znalazł się taki, czy tacy, którzy będą chcieli się spróbować. Albo popłyną z żartem za mocno. Szczególnie, gdy w żyłach płynie gorzałka.

    Hazar Baraz-Felak był nie tylko zbity jak górniczy stempel, ale miał do tego gębę paskudną jak listopadowa noc. Łysą łepetynę miał poznaczoną bliznami i śladami oparzeń, okalającymi czaszkę od czoła po potylicę jak pajęczyna. Oszpecony, wyglądał jakby ktoś z zapamiętaniem pracował nad nim raszplą i opalał pochodnią, a przekrwione, ciemne, czerwieniące się, wiecznie przymrużone ślepia nie ocieplały wizerunku. Może i się uśmiechał, ale tego i tak nikt by nie zapamiętał, bo to tak gryzłoby się z obrazem, który budowała cała fizys Hazara, że pewnie i w szatach prałata Veluny wzięto by go za zbira.

    Krasnoluda mogło to boleć, a może miał to głęboko w kieszeni. Nikt w to nie wnikał. Hazar nie był duszą towarzystwa. I dzięki bogom!, myśleli niektórzy. Ale u paru kompanów z oddziału zbudował jakąś sympatię... Czy coś pokrewnego. Swoją siłą i zrozumieniem fachu bił wszystkich na głowę, więc podziw dla jego roboty zjednał mu szacunek w kopalni.

    – Słuchej, Hazar. – Grimbald, z którym kransolud pijał najczęściej, siwy brygadzista, który formalnie karła miał pod sobą, nalał mu kubek wódki. – Wiesz, że my tu ryjemy-ryjemy, ale nagroda je w dole? Że najlepsze łupy na Ścieżce?

    Krasnolud nic nie powiedział tylko niuchnął smród gorzałki. Paskudny, jadący drożdżami bimber, który Kliwasz pędził pod lasem. Hazar uśmiechnął się i pociągnął długiego łyka. Po tym co przeszedł, doceniał nawet to, co proste i podłe.

    – No, słyszałeś, nie? - Majster mógł być nieco zbity z pantałyku, ale znał już trochę rozmówcę, więc nie czekał dłużej na potwierdzenie. – Kompania, Lazurowa zdaje się, szuka tam szpeca od górniczej roboty. Tamój już na samej Ścieżce, gdzie wolno nikogo nie puszczają.

    – No mów, mów. – Krasnolud odstawił kubek i wciągnął powietrze. – Rekrut otwarty?

    – Ano – potwierdził stary, polewając na drugą nogę. – Tyś tu najlepszy, tom o tobie pomyślał.

    Hazar kiwnął, by nie lać do pełna – w obawie, że się wyleje, a nie z troski o gardło czy głowę.

    – Miło – podziękował. – I chcesz mnie rekomendować? Nie siebie?

    Siwy wzruszył ramionami i gulnął z kubeczka. Rzuciło nim aż chwycił się blatu i teraz suszył zęby, uśmiechając się głupio.

    – Mocny diaboł – osądził. – No jako godom, tam trze'a szpeca. A ja szpeca cenię. Jam tutaj majster, ale ty...

    Kierownik poklepał się dłonią w pierś.

    – Tyś tu na pokładzie najlepszy. Jakbyś nie był krasnol, to pewnie ciebie by tu wzięli za majstra.

    – Ale jestem – zauważył krasnol. ­ Tam będzie inaczej?

    - Słuchej... - Grimbald machnął na Młodego, by sunął im tu zakąski, które jedli stolik dalej. – Tego ja nie wiem... Ale ci mówię, że tam jest pensja na szpecu trzy razy taka jak tu, a tyś byś mógł i na sztygara iść przecie, bo robotę to masz we krwi... Znasz przecie wszystko to lepiej niż my, widać to od razu.

    Hazar złapał gzika z podsuniętej tacki i bez słowa wpakował do ust. Tak jak miało być, myślał. Tak jak miało być. I bez forteli, bez mordęgi. Wejdę na Ścieżkę frontem.

    – Dzięki – rzucił po dłuższej chwili milczenia, gdzie ciszę wypełniał mlask w ustach. - Doceniam. I skorzystam.

    - Ano, korzystaj, oby się dało – zgodził się majster. ­- Będzie może fucha, to i się odwdzięczysz tam, nie? Wciągniesz w drużynę?

    - Pewnie – zapewnił od razu krasnolud, myślami będąc już poza barakiem, z dala od bimbru, ziemniaków, spoconych górników i oblazłych pchłami kocy. Myślami był już na Ścieżce.

    I dalej jeszcze. Dalej, ale z powrotem tam, skąd przyszedł. Już z tym, co dała mu Ścieżka.

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    Emocje w Bag End buzowały, zasilane mocną herbatą z podlewanego co i rusz imbryka. Milo westchnął na słowa Prymulki aż nazbyt głośno, trafiony jej obruszeniem w sam splot pragnień i powinności. Skonfundowany wylewnością własnego wzdechu, zajrzał głęboko w kubek, nagle zaintrygowany herbatą, a gdy trzeba było dać jej już spokój, odstawił naczynie i ruszył z operacją poprawiania mankietów. Szacując, że wieczór pozwala, a w ten sposób będzie można wyłączyć się poza niepokoje na dłużej, zaczął podciągać rękawy zwijając je równiutko w prawdziwym pokazie geometrii.

    Przygoda, jak zarysował ją Bilbo, była prawdziwie kusząca, ale Prymulka miała wiele racji (jeśli i nawet nie całą). Makary miewał różne zwariowane pomysły i serce załopotało mu jak kwiczoł, gdy tylko Baggins zaczął snuć swój szelmowski zamysł... Ale młoda Brandybuckówna mówiła szczerze i z serca, w tej przyzwoitości, na którą nie szło się krzywić jako na ciężki od kurzu przeżytek, ani na rozmiłowany w kontroli rygoryzm.

    Milo podniósł z powrotem stygnącą herbatę i pociągnął łyk. Ciepło rozlało się po ciele, a nadzieja bijąca z pogodnej twarzy młodej Esme zalała nią i ducha, który wcześniej na chwilę przygasł, ściśnięty między przygodą a przyzwoitością. Tuk wiedział, że będzie dobrze. Że wyprawa ruszy, plan wypali, a nikt nikogo przy tym nie pokrzywdzi, bo to przecież było Shire (do kroćset!).

    – Prymulka ma rację – wyraził poparcie Milo. – Przygoda, choć wiem, że słowo może niektórych mierzić jak owczy sweter... – A on drapie, wiem, ale który to przyjemniejszy, gdy chłód przychodzi? – Przygoda kusi. Ale w przygodzie nie możemy się zatracić, żeby nikt naszej wycieczce za dobrą sprawą nie zarzucił chuligańskich pobudek.

    – I ja tego pragnę uniknąć – potwierdził Bilbo. – Sam wiesz, kuzynie, jak wielu dobrym sprawom szyki plączą nieporozumienia. I jak czasem trzeba im mimo przeć naprzód...

    – Ano bywa trudno – zgodził się Tuk. – Ale nasza Kompania (część hobbicich brwi podniosła się do góry na takie mianowanie) podoła. I to wcale nie kosztem przygody, bo ruszyć przez Wodę... - Milo uśmiechnął się do Esme, tak uniesiony jej radością na nowe, jak i pewnie ona sama. - To prawdziwie pyszny dla niej początek.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • U bram raju, epizod 2 - D&D5, Greyhawk
    PaniczP Panicz

    Serwus,

    W ramach poniedziałkowej osłody napiszę Wam, że planuję start przedsięwzięcia na przyszły weekend. Jest zatem jeszcze parę dni, by dołączyć do rzuconych na skraj świata śmiałków i wybudować sobie legendę razem z nimi (albo zalec w płytkim grobie).

    Łączę wyrazy szacunku
    Panicz

    Archiwum

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Biel pochwyciła ziemię głębokim chwytem, zasuwając wszelkie próby wydarcia się poza jednolitość kolejnymi stertami białego i poprawiając białym. Dominacji dawał opór tylko nie tak odległy barwnie, szklano-lodowy błękit nieba, który zamykał perspektywę nad horyzontem i linią gór. Gdzie nie spojrzeć, śnieg przytłaczał świat pod sobą, odbierając kolor kształtom i dając je poznać tylko po zarysach. Wzgórza wszędzie dokoła, rosłe świerki, zaspa nad studnią i zaspy w obejściu, kamienny prostokąt wciśnięty w pagórek...

    Rzeczywiście! Jeśli wyrwać się spod hipnozy wyjącego wiatru i monotonii bieli, na zimowym pejzażu trafiała się dymiąca plamka. Kominek i zarys chaty odcinały się spod śniegu, a gdyby był ktoś, kto mógłby łypnąć przez zawieję, dojrzałby, że w środku płonie ogień. Można byłoby to dojrzeć tylko przez wąziutką szparę w okiennicy lub po drzwiami, bo domek był obity na grubo, by wytrzymać wichry i mrozy.

    W środku chudziutka, czarnowłosa dziewczynka pochylała się z wielkimi oczami nad grubym woluminem z czerwonej skóry. Płomienie ze strzelającego dorzuconym drewnem kominka rzucały tańczące cienie na kolorowych, bogato ilustrowanych kartach księgi. Dziecko, bo bardziej to jeszcze był dzieciak niż dziewczę, płynęło wzrokiem po literkach w stanie głębokiej hipnozy, zapadając się w malowane obrazy z rosnącym rozdziawem różanych usteczek.

    Było ciepło, przyjemnie, a robota i trening czekały dopiero wieczora. A może i upiekłoby jej się dziś jeszcze do rana? Do tego wafle z kominka i księga!

    Poobgryzane palce przewróciły kartę grimuaru, ukazując kolejny fantastyczny obraz. Pokraczne, latające chochliki z nietoperzymi skrzydełkami i długimi jak sople nosami wirowały wokół osadzonego w fotelu czarodzieja w klasycznej, spiczastej czapie, jakiej nikt już nie nosił. Stworki rozrabiały ku irytacji magika, a najwięcej frajdy sprawiały im dymiące fajki, z których pociągały i w które dmuchały, buchając gęstym szarym oparem na całą lewą stronę zaczynającą rozdział.

    Dziewczynka uśmiechała się od ucha do ucha, chłonąc bajkowy obraz figlarnych stworków, które w jej głowie prawie zrywały się z kartki i dymiły jej fajką w złote, wyściubione nad księgą oczy.

    ***

    Morwen uśmiechnęła się na widok rozlatanych po hallu mefitów, tłukących skrzydłami niby kołatki i schodzących coraz niżej w ślepym miotaniu się wokół. Dziewczyna sięgnęła do kieszeni po kawałek runa czy filcu, ledwie drobny paproch, a materiał w sekundzie błysnął ognistą iskierką.

    Nie każdy dostrzegł rzecz od razu, bo z pyłem i dymem w powietrzu, sapiącymi rannymi i świszczącymi mefitami, pojawienie się wagonika dymiących lekko drewnianych fajek mogło uciec uwadze rozlatanych dookoła oczu.

    Mefity też nie dostrzegły jej od razu, a przynajmniej nie wszystkie, ale szybko te, które były najbliżej zajazgotały dodając sobie animuszu i spłynęły bliżej nowego zjawiska. Ich ruch nie uszedł uwadze tych, które wcześniej rozleciały się po sali i teraz cała zachodnia zgraja zaczęła z zaciekawieniem zlatywać w stronę, gdzie działo się najwięcej.

    Niektórym górnikom nie trzeba było więcej zachęty, by oddalić się od zagrożenia i kupić w większej ludzkiej gęstwie, która zaczęła wyrastać wokół dochodzącego do siebie Hazara. Gdyby krasnolud był bardziej wylewny, może uśmiechnąłby się nawet na widok rosnącej wokół siebie trzódki, ale na razie łypał tylko w górę za białymi pokurczami, ciekaw czy aby któryś nie spadnie na niego, żeby dokończyć robotę, której nie zrobiła rura.

    Ballo obserwował przylot, a teraz i przelot mefitów ze stoickim spokojem, właściwie nawet zadowolony, że stworki oderwały go od egzekucji golemów, która budziła w nim spore wątpliwości. Mnich nie miał wątpliwości, co do słuszności ścieżki – niewolę należało zwalczać, jak medyk chorobę. Obawę budziło jednak magiczne zaplecze zaczarowanych zbroi – czy rąbnięcie ich po puszkach wyzwoli ducha? Czy duch wyzwolony będzie duchem wolnym, czy może przyjdzie mu tu miotać się dalej, spętanym miejscem, ale już bez ciała? A może dusza musiałaby żyć nawet i w zbroi rozbitej na puch? Eksperci mogli doradzić i pchnąć Brzemię w słusznym kierunku, ale teraz na głowie były istoty nieporównanie żywsze niż metalowe posągi.

    – Dlaczego jesteście tak agresywne? – zapytał Ballo, a w geście tak dobrej woli, jak i gry sprytem, posłał zaraz do najbliższego kłębowiska mefitów zabrany przez siebie kawałek słodkiej bułki. Wypiek posmakował, ale chyba nie docenił żarłoczności małych lotników.

    Pochłonięte pieczywo wywołało ochotę na więcej, więcej, więcej, ale przede wszystkim u dwóch sąsiednich stworów, którym kolega zwędził jedzenie sprzed nosa. Teraz cała trójka skierowała wzrok skośnych oczek na olbrzyma i zaczęła powoli ku niemu dryfować, wypuszczając z pysków gorące, sinoszare obłoczki, jakby faktycznie puszczały fajkowy dymek. Świszczały przy tym rosnąco, co chyba należało poczytywać za groźbę. Masywna figura mnicha budziła respekt, ale bułka była jednak wyborna i możliwe, że przy wsparciu nadlatujących gdzieś od lewej kompanów, głód weźmie u chochlików górę nad rozsądkiem.

    Mefit, który doleciał do wyczarowanych fajek jako pierwszy, zapiał po koguciemu i w tym niby-ptasim pianiu była nuta żywa, żwawa i bardziej złowroga niż wesoła. Białas czy to chuchnął, czy to splunął, dojść nie szło, ale w efekcie zadymił przestrzeń wokół wyczarowanej przez Morwen iluzji. Najpewniej przejrzał wybieg i dawał ujście wściekłości. Mogło też być tak, zaczynała się zastanawiać czarownica, że może jednak dopowiedziała sobie te fajki, że pamięć niosła barwny obrazek z bestiariusza, jakich wiele, ale wspomnienie zmąciło fakty?

    – Pewnie jedno i drugie. – Pomyślała magiczka. Nawet jeśli, to jej iluzja kupiła im czas. Większość mefitów zmierzała w tę stronę, a oni dostali szansę na zbicie się w kupę (może w grupie żywiołaki ich nie ruszą? Nie słynęły przecież z odwagi!)... Albo przeciwnie, mogli rozdzielić się i rozbiec, albo w ogóle skierować kolumną do wyjścia.

    Seweryn, który pozostał na miejscu, gotując się do czegokolwiek, co miałoby nadejść, zaobserwował coś jeszcze. Przypięte przez nich wcześniej żywe pancerze leżały twardo w bezruchu, jak powinny. Z wyjątkiem tego, przy którym pojawiła się fajczana iluzja wabiąca mefity. W bliskiej obecności stworków zbroja zaczęła ledwo zauważalnie drgać, jakby coś wślizgnęło się do niej od dołu. Mefity nie wirowały nad samą ziemią, a automaton był dodatkowo przypięty do kamiennej ławy i skrępowany, ale Drachenwulf czuł, że w martwym-żywym metalu jest coś z drapieżnika, który czeka aż ofiara zbliży się tylko w zasięg paszczy na schrupanie.

    Nie wiedział, skąd niby ma takie przeczucie. Może to drapieżnik poznawał drapieżnika, niezależnie ile dzieliło ich wieków i tkanki?

    – Pozbądźcie się ich stąd. – Zaszumiało w głowie Mariusa, który obserwował całą scenę wokół, jakby przyglądał się okazom w zwierzyńcu. Nieswoja myśl wyrwała z obserwacji. – Złapcie, wygońcie na zewnątrz, zabijcie. Nieważne. Nie dajcie im się rozlecieć po Ścieżce. Pobudzą, czego budzić nie trzeba...

    Randal zwolnił w końcu trzymany kurczowo pawęż i znalazł chwilę, by przetrzeć krew z czoła chusteczką. Spojrzał w bok, w głąb sali, która wypluła im nowe zagrożenie. Uspokoiło się. Rura huczała i syczała, ale teraz już normalnie. Przepływem powietrza i kurzu. Nic nie dudniło i nie leciało na niego jak z procy. Paladyn oparł się o ścianę, osłonięty od wnętrza, skąd napływało powietrze, pospiesznie przetarł znów czoło chustką i naszykował miecz na to, co miało nadejść.

    Porządek inicjatywy

    Grosz (górnik) – 21 (rusza bliżej wyjścia)
    Mefit Dymu #6 – 20 (pieje; komunikuje się z resztą po swojemu)
    Morwen – 19 --> działa teraz jako pierwsza
    Szwar (górnik) – 19
    Hazar – 19
    Mefit Dymu #5 – 18
    Mavir (górnik) - 18
    Randal - 17
    Mefit Dymu #10 – 17
    Ballo - 16
    Mefit Dymu #1 – 16
    Mefit Dymu #8 – 12
    Eutalo - 12
    Seweryn - 11
    Mefit Dymu #9 – 11
    Doktor Quolleb – 8
    Brago (górnik) - 7
    Lara – 5
    Wulbar (górnik) - 5
    Mefit Dymu #2 – 4
    Mefit Dymu #3 – 4
    Mefit Dymu #7 – 4
    Elbir (górnik) - 3
    Marius - 2

    Mapka

    spoiler

    Rozgrywka

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    Przygody, jak to przygody, nie działy się w cichości i szyte liniowym haftem. Zawsze było w nich trochę rabanu, ścieżki kluczyły, a bóle i wątpliwości bohaterów, gdy stali u chwili krytycznej były nieodzowne dla dobrej historii, jak deser po drugim.

    Znać było zatem, że moment stanął krytyczny, bo upadek Droga, huk, jęk, stęk i ogólne wzmożenie wpisywały się w pełny przygodowy rejestr. Oto śliski przypadek rozsupłał wątpliwości spojrzeń i pchnął hobbitów prawie, że już na szlak. Na razie do doktora, na razie na południe w znajome strony, ale czy nie to pierwsze pchnięcie na znajomy skraj gniazda otwiera drogę do lotu?

    Milo kiwnął Prymulce na potwierdzenie, że robi się i chwytając kapelusz z wieszaka (ale bez straty chwili, bo przecież zdrowie kuzyna) wyrwał pędem szukać roślinnych remediów. Długo nie trzeba było szukać, bo Bilbo prowadził swój ogródek bezbłędnie - arnika żółciła się już pierwszymi pąkami, a purpurowe dzwonki żywokostu dyndały na przydomowej grządce. Tuk odciął właściwe fragmenty roślin małym nożykiem (listownym, ale niezgorszym i w chwili takiej potrzeby) i zaraz walił do domku z powrotem, uszykować okłady.

    Na miejscu zgrabiał nieco w ruchach, jakby szybka przebieżka ujęła mu dechu, bo zdał sobie nagle sprawę, że o ile czytał jak przygotować odpowiednie lekarstwa i znał się na ziołach, tak ciągle była to tylko wiedza książkowa, której dotąd w życie nie wcielił. Miał wprawę w pichceniu przydatnych i przydatnych mniej dziwactw z własnego ogródka (i ogrodu Natury), ale tego akurat dotąd nie robił.

    - Za trudne przecież być nie może, pomyślał i uśmiechając się nerwowo, zagaił Bilba o bandaże i moździerz do roztarcia ziółek. - W najgorszym razie... Najwyżej nie pomoże.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    text alternatywny

    Lobelia, ach chorąża Kompanii, Lobelia!

    Przygody przygodami, a bohaterowie bohaterami, ale trzeba było prawdziwej odwagi, by wyrwać się poza protokół i rozporządzać planami wobec towarzystwa z taką swadą, gdy obok czuwał gospodarz i opiekun całego przedsięwzięcia. Milo nie miał wątpliwości, że gdyby na jedną ze swych wycieczek do Dzikich Krajów zebrał ich tu sam Gandalf, rezolutna hobbitka wyłożyłaby mu jak krowie na rowie, gdzie się myli, o czym zapomniał i co można zrobić lepiej. Pomijając oczywiście, że nie omieszkałaby spróbować wybić mu z głowy wciągania porządnych (małych) ludzi w niebezpieczne, czarodziejskie fanaberie.

    Bilbo uśmiechał się i marszczył na przemian, zbity z pantałyku przez damę, która nie dała się zawinąć w przygodę nieswoim przepisem. Właściwie to zdawała się w ogóle niechętna samej koncepcji tej dziwacznej aktywności, przygód, ale Los pchał ich na szlak czy tego chcieli, czy nie chcieli.

    Milo chciał. On był za, całkowicie i w zupełności. Wolałby pewnie ruszyć pieszo, czując, że z Rorimakiem, Esme czy Paddym mógłby odbyć niczego sobie wędrówkę, pokazując im to i owo po drodze, bez obawy, że oprychają go i obejdą z daleka.

    Ale też nie sposób było odmówić Lobelii słuszności w sprawnym zarządzaniu operacją. Jeśli mieli bawić się w pozory, miała słuszność, że jadąc na Tukową Skarpę nie powinni się rozdzielać w podróży.

    – Kuzynko. – Milo skłonił głowę i uśmiechnął się do Lobelii całą swą starokawalerską uprzejmością.
    – Kuzynie. – Tym razem skinął Rorimakowi w balansie między koleżeńskim luzem a poprawnością okazji.

    – Wierzę, że jesteśmy w tej sytuacji, gdzie słuszność może mieć dwoje, bo prawda i spryt brzmią w waszych słowach. Żeby jednak nie okopywać się bez potrzeby, obaczmy może zatem najpierw, co z wozem? – Tuk zagrał na czas. Liczył, że Drogo dostanie pomoc, której mu trzeba, ale też nie obraziłby się, gdyby wozu akurat nie było i konieczna była pielgrzymka. – Wtedy rozsądzimy, kto może jechać, a komu przyjdzie droga piesza? Jeśli przyjdzie nam nie znaleźć dla siebie miejsca na utartym szlaku, zawsze mamy bezpieczną wymówkę by z niego zejść... W polowaniu na króliki. Niejeden przecież hobbit, spóźniony choćby i na obiad - wiem, wiem, wiem jak to brzmi - tłumaczył tak wszelkie wypadki i nieobecności.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    text alternatywny

    Przybycie do Michel Delving, choć nie można powiedzieć, by miejscowość wznosiła się jakoś widocznie ponad okolicę, Milo Makarego Tuka wzniosła na dużo-ludzką wysokość. Zapalony szwendacz dreptał sporo wokół rodzinnej Skarpy, a czasem zapuszczał się i dalej, ale ten wypad zgarniał go nie tylko poza znajomą okolicę, ale i poza znajome obyczaje.

    Intrygi, szpiegowanie, włamania, albo w najlepszym razie negocjacje-kombinacje... To były nieznane ziemie. Milo wkraczał na nie trochę z obawą, słysząc bicie własnego serca i jakoś dziwnie tak kręcąc się i ziewając z nerwów, cały napięty... Ale przy tym pełen werwy i niecierpliwy każdej kolejnej chwili.

    Był już kiedyś w Michel Delving, ale to było lata temu. Miasteczko robiło wrażenie na każdym hobbicie, a że Tuk nie zwykł prychać na to, co niezwykłe i traktować po prostu świat jakim jest, to jego entuzjazm wszyscy widzieli bardzo wyraźnie – od skocznego kroku po rozlatane spojrzenia.

    Na wizytę w Domu Mathom przygotował się starannie. Rezydencja była ostoją hobbiciej historii, więc należał jej się szacunek, jakby okazywać go samym przodkom. Milo uczesał starannie włosy, wyszczotkował stopy, założył najlepszą koszulę i kamizelkę z ulubionymi, rzeźbionymi w małe smoki guzikami. Do podręcznej torby wziął cytrynowe ciasto z marcepanem, które upatrzył w piekarni z samego ranka, przekonany, że choć niby idzie w miejsce publiczne, to jednak wciąż tak jakby do kogoś, więc z pustymi rękoma nie wypada... Wiedząc zaś jeszcze, że posesji pilnuje ogar (tak z budowania planu na później, jak i sympatii dla czworonogów), zakupił dla zwierzaka kawałki polędwicy, żeby i on poczuł, że goście nie wchodzą z niczym.

    Dla siebie miał zaś piórnik pełen naostrzonych ołówków i gruby zeszyt, gdzie planował notować wszystko, co go zaciekawi (wziął najgrubszy, pewny swej ciekawości) i szkicować podobizny interesujących go eksponatów.

    Stojąc przed Malwą (której ogar okazał się naręcznym obrońcą), Milo zdjął kapelusz i ukłonił się dystyngowanie, ale nie chciał ze słowami wyrwać się pierwszy, przekonany, że ta rola przystoi najstarszemu z grona. Widząc jednak, że nikt nie pali się do startu – a trochę odzwyczajony, że to jemu już teraz może przyjść robić za seniora – wystąpił o krok i przedstawił się.

    – Milo Makary Tuk, sługa szanownej pani. – Hobbit cofnął się po przedstawieniu, by oddać pole reszcie Kompanii, ze szczególnym uwzględnieniem niewiast. – Pozwoliłem sobie wyjść przed szereg, bo cały jestem podekscytowany na myśl o obcowaniu z historią naszego Shire... Ale przepraszam i oddaję pola towarzyszkom i towarzyszom, bo są tutaj ze mną przedstawiciele najzacniejszych rodzin tego to Shire!

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • Pytania, problemy i życzenia
    PaniczP Panicz

    Dokładnie to właśnie ;)

    Hmm, wcześniej, jak postowałem, próbowałem parokrotnie i nie działało 😞

    Ale jak sam widzę, wszystko gra. Zatem temat niebyły, dzięki 😉

    Forum księga życzeń

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Uszanowanie,

    Dodałem posta dla Seacha. Jak wcześniej - jeśli coś (w tej mojej intepretacji) nie trafia w Twoją wizję postaci, albo co, to dawaj znać (zmienimy, poprawimy itd.) 🙂

    Powiem Wam, że jakkolwiek miło się pisze, tak dzień w dzień trochę to zjada, więc nie wiem, czy jutro też siądę do posta już ogólnego, czy może zostawię sobie to wyzwanie i przyjemność na weekend 😉

    W międzyczasie, jeśliby były pytanie o lore, pierwszą sesję, osadzenie Waszych postaci, albo cokolwiek, to walcie śmiało.

    Komentarze

  • U bram raju, epizod 2 - D&D5, Greyhawk
    PaniczP Panicz

    Serwus,

    Nowe forum, nowa sesja. Po prawdzie puściłem dorekruta do przygody toczącej się tuż przed wypadkiem LastInn, ale tak moment sesyjny, jak i przejście tutaj (ze stratami w Graczach) sprawiło, że czas na nowe otwarcie.

    Zagramy zatem z częścią obecnych Graczy (na pokładzie Rewik i Brilchan; nie wiem jak Mike; zgłosił się też niedawno eTo) ciąg dalszy przygód po pewnym czasie, a zatem traktując wydarzenia jako epizod drugi. Graliśmy sobie prawie rok, współtworząc świat, więc to i owo się wydarzyło, ale nic co by zmieniało nasze ogólne założenia.

    Wy wchodzicie sobie na świeżo, a świat wygłodniały jest śmiałków. Apetytu starczy mu na 3 do 5 takichże śmiałków i śmiałkiń zaczynających zabawę na poziomie 1.

    Napisałbym soczystego wstępniaka, ale przy okazji tej sesji napisałem ich już mnogo, więc powklejam sam siebie...

    Jeśli chcecie prolog sesyjny, to jako wstępniak na starcie tejże przygody (i robiło za post nr 1) wisiało to.

    Jeśli chcecie zobaczyć wydarzenia bardziej z perspektywy scen akcji, to wklejam jakiś niedawny wyjątek z sesji.

    W krótkiej pigule - co to za sesja?

    Przygodowy misz-masz z quasi-sandboxem: z jednej strony świat średniowiecznej, awanturniczej 'gorączki złota', relacje aktorów wokół tortu do podzielenia i region do napisania historii przez Was, a z drugiej mamy mega-loch pod ręką, który dał asumpt do całej historii i zbudowania scenerii wokół. Magicznie i sceneryjnie bardziej low niż high, acz Wasi bohaterowie nie są spod sztampy i oni wnoszą w świat pierwiastek heroiczny.

    Trochę Sapkowski, trochę Gry o Tron, trochę postmoderny filmowej, trochę stary Bielon. Gramy w miasteczku 'Czarne Wrota', które powstało niedawno z dzikiego obozu, który rozrósł się u odkrytego wejścia na 'Ścieżkę Slerotina', czyli starożytny kompleks pod górami, który kryje bogactwa i tajemnice, ściągając spragnionych złota gołodupców i węszące interes tłuste koty.

    Krótko o karcie

    Potrzebna standardowej karty postaci na 1 poziomie, standardowe klasy i rasy. Odstępstwa do omówienia, ale nie szalejmy. Do tego zaplecze - kimżeś jest, co Cię kręci i co boli, a może i czego byś chciał(a) w przyszłości (i czy Czarne Wrota/Ścieżka Ci to obiecują).

    Nie rozpisuję się tu, bo na koniec posta polecą linki do poprzedniej rekrutacji (która rozpoczęła sesję) i przygotowanych już materiałów.
     

    W razie pytań...

    Piszcie tutaj, a w konkretach czy rzeczach indywidualnych na Discordzie: panicz_maciejak, albo na PW (bo teraz forumek już super pod tym względem :)).

    Myślę, że na większość pytań odpowiedzi udzielą linkowane niżej materiały, ale jeśli ich tam zbraknie, albo czujecie, że chcecie o coś zapytać bezpośrednio, to walcie.
     
     
    Materiały

    Top sprawa --> Zasady i tło sesji (bardziej zwarta forma niż właściwy poprzedni rekrut)
     
    Mapa regionu, gdzie się bawimy

    Zasady domowe sesji (temat otwarty)

    Repozytorium wiedzy o NPC-ach, organizacjach, lokacjach i innych takich (będzie aktualizowane)

    Krótki recap zdarzeń do tej pory

    W Dolinie Drusdygg na perfyeriach Wolnej Ligi, u stóp Piekielnych Pieców, odkryto starożytną Ścieżkę Slerotina – skryty od tysiąleci dostęp do pradawnej cywilizacji z jej bogactwami i sekretami. Wieść się rozniosła i zaraz na miejsce zlecieli się wszelkiej maści węszyciele okazji, a po nich duże organizacje chcące wyciągnąć z okazji jak najwięcej. Dzika kraina zaludniła się zatem ludźmi bezwzględnymi, pomysłowymi i głodnymi złota, obiecując śmierć, przygodę i liche szanse wzbogacenia (w tej kolejności, acz przez skuszonych widzianymi inaczej).

    Nasi bohaterowie trafili do Czarnych Wrót – miasteczka-obozu, które wyrosło u wejścia na Ścieżkę – jako ludzie jednej z potężnych kompanii handlowych, korzystając z tej szansy, by zrealizować różne, właściwe każdemu z nich cele. Tak te oficjalne, jak i inne. Na miejscu mieli szybkie przetarcie na Ścieżce, ale lokalna władza poprosiła ich o wsparcie w sprawie 'znikniętej' wioski w pobliżu (kolejnej w ostatnich miesiącach), a choć nie było to w standardzie ich zatrudnienia, powody polityczne przeważyły.

    Mimo trudności, drużyna natrafiła na ślad porwanych i podążyła za nimi w góry, ale przeszkody po drodze część przypłaciła życiem i grupa się rozdzieliła. Obecnie jednak – m.in. z Waszym wsparciem – zjednoczenie jest możliwe. Ale czy do niego dojdzie oraz gdzie i kto podąży, to już wykaże Wasza historia. W końcu Ścieżka kusi każdego po swojemu.

    Archiwum

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    Kto się pracy nie boi, temu i przygoda nie straszna, myślał Milo. Aforyzm na co dzień nie plątał mu się na języku, ale w razie co pasował, by osłonić się, gdyby szacowni hobbici mieli wziąć pod lupę Milowe niecodzienności. Może i robił, co nie trzeba (i nie wiadomo po co, jak wielu by dodało), ale co trzeba też robił, prowadząc dom i ogród jak należy, nie migając się obowiązków i powinności.

    Tym sobie dodawał otuchy i teraz, gdy mocząc nogi po same uda, w podwiniętych (nadaremnie) spodniach wbijał w dno rzeczki płotowe pachołki. Nie bał się ani wysiłku, sapiąc i pogwizdując przy brnięciu w wodę (trochę dla dodania sobie animuszu, bo jednak nurt rwał, oj rwał!), ani wyzwania. Tego jednak, że zostanie wzięty za wandala i przylgnie doń już nie tyle łatka dziwaka, co jeszcze chuligana, nieco się obawiał. Wynagrodzę co trzeba, sam zbiję i złożę. Płot będzie jak nowy, myślał przy każdym kolejnym kołku, który lądował wbity w dno, wyskubany z ogrodzenia.

    Po jakimś czasie, mokry i zmarznięty, ale nadrabiając miną (bo szkoda było się dąsać, gdy miał taki doping od Esmeraldy i jej sójki-przyjaciółki), hobbit przeprawił się na drugi brzeg. Przejście było możliwe i przedostać mogli się oboje, ale wysiłek okazał się zbędnym, bo oto łodzią nadpłynęli Paladin i Rorimak.

    – O do kroćset - zaklął pod nosem Tuk, smarkając w wierzbowy listek, gdy nikt nie widział. Rozbieranie parkaniku na marne i spadnie mu tu jeszcze odium psuja na darmo! Trzeba będzie Brody'emu wynagrodzić. Postawię i pomaluję ładnie, zapewniał w duchu Milo całe patrzące nań Shire. Pożytek będzie dla kogoś przynajmniej, jak przyjdzie im się przeprawić, usprawiedliwiał się.

    – O panowie, skądeście wytrzasnęli taką linę? – Tuk zasalutował im, jak zdawało mu się, że robią duzi ludzie przy takich okazjach. - Widzisz Esme, czeka Cię nawet i wspinaczka po linie jak w małpim gaju! Tegoś na pewno nie planowała!

    Z Wodą za plecami, z ciepłą ziemią pod stopami, problemy zniknęły z głowy Makarego. Hobbit zapomniał o obawach, zimnie, katarze i mokrych nogawkach. Szedł żywo, ciesząc się wiosną i gdy złapało go słonko, zaczął sobie podśpiewywać, nie czując jak robi to głośniej i głośniej.

    ♫♪Miast kapelusza mi chmura,
    Gdy wiosna mnie słońcem otula,
    Zbędne mi szaty i stroje
    Gdy wiosna otwiera podwoje

    Szlak, ani siennik nie twardy,
    Gdy błękit nade mną otwarty,
    Nie straszny głód, ni pragnienie,
    Gdy prosi lasu schronienie

    Staję za stają wędruję,
    A wcale zmęczenia nie czuję,
    Nie groźne podróży trudy,
    Gdy grają piosenki nuty♪♫*

    - O! - przerwał nagle, ujmując z głowy kapelusz, którego podobno nie było mu trzeba. - Dotarliśmy! Poznaję gospodę! To Postój Wędrownika!

    Nie byli na miejscu pierwsi i nie byli na miejscu w porę, ale dotarli. Pierwsza, mokra robota za nimi.

    text alternatywny

    Milo ucieszył się na gwar i wesoły chaos Wędrownika, obeschły już całkiem i z myślami biegnącymi dalej w kalendarz. Nie myślał o konspiracji, gdy zobaczył Lobelię, Prymulkę i Droga, bo dziwniejszym byłoby chyba, aby hobbit nie zbratał się przy takiej okazji z każdym z kuzynostwa, które napotka (choćby na krótko i choćby kuzynostwo było to najodleglejsze).

    Tuk, czując tak powinność, jak i przyjemność, postawił kolejkę korzennego piwa towarzyszom własnej przeprawy. Gawędzili wesoło i Milo zaśmiewał się, słuchając o dzikich pochrapywaniach Brody'ego, który za zasłoną tataraku był jak i Bestia za Murem. Tak, strach miewał wielkie oczy!

    Milo – w przeciwieństwie do Lobelii, która bujdy o strasznościach traktowała tak jak się powinno, czyli jak bujdy, więc rzecz nie wartą rozmowy – na plotki o rzeczach niestworzonych i dziwacznych miał wielki apetyt. Nie był mąciwodą, ani plociuchem, więc jeśli nawet zasłyszał taką czy inną smakowitą dziwaczność, nie podawał jej bezmyślnie dalej, ani nie potakiwał opowiadaczom na każde ich wydumanie, trzymając raczej grzeczny, ale zaciekawiony dystans. Tam, gdzie Lobelia odpuściła, Makary był gotów podłapać wątek, chłonąc goryczkę piwa, ciepło kominka i iskrę przygody.

    Z rzeczy konkretnych pozostawał jednak nocleg i tu pani Bracegirdle pokazała, że ma głowę na karku, pomyślawszy o wszystkim, nim jeszcze Wodniacy przybyli na miejsce. Milo rzeczywiście mógł pomóc Baldowi – kto wie, jaka to sowa pohukiwała mu pod dachem? Pomóc bliźniemu się wyspać było dobrym uczynkiem, a że przy okazji może dałoby radę podpatrzeć jakiś ciekawy gatunek? Sóweczkę? Włochatkę? Może pójdźkę, albo syczka? O, już mniejsza o sam nocleg, ale okazja na kanapkę przyjemnego w pożytecznym była przednia!

    – Uszanowanie, Baldo – Hobbit zaszedł do stolika dalekiego krewniaka, kiwając głową i dając znak gospodarzowi, by podskoczył z zamówieniem. – Uwagi mej doszło, że Matka Natura uwzięła się na ciebie i noce masz nieprzespane.

    – A szkoda gadać... – Bunce oczy miał podkrążone i chwilę łypał nimi na Tuka, nim wyłapał jego imię z pamięci. - Milo. Szkoda gadać, ptaszysko spać nie daje...

    – Bieda, prawdziwie, drogi Baldo. Ale rzeknij, mógłbym zerknąć w sprawę ze swej perspektywy? - Milo pokiwał mu na zachętę, jakby samo zainteresowanie mogło już być pocieszeniem. - Znam się trochę na zwierzakach, słyszałeś pewnie, co o mnie plotą... Może będę w stanie pomóc przepłoszyć to sówsko...

    Tuk miał nadzieję, że kuzyn nie da się prosić – widać było po worach pod oczami i mętnym wzroku, że za dobry sen zapłaciłby złotem. Makary planował już jak udając jastrzębia albo puchacza zdoła wystraszyć mniejszego ptaka i załatwi strapionemu Baldowi ukojenie... A w najgorszym razie, jeśli to nie pomoże, zgotuje mu ziółka, które przynajmniej dadzą biedakowi się wyspać.

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy