Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
PaniczP

Panicz

@Panicz
Informacje
Posty
233
Tematy
5
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
1
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Znów wyszedł filler, ale tak wyszło.

    Mam nadzieję, że jutro/pojutrze uda mi się już właściwie poprowadzić akcję w Waszym bezpośrednim otoczeniu.

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Chmura kurzu i pyłu wzbiła się nad wydeptany plac rozładunkowy, otaczając miotającego się mefita naturalną osłoną. Wiszący wysoko nad nim kamraci hałasowali coś po swojemu, ni to w mowie, ni to w ptasim jazgocie. Może obawiali się zlecieć w zasięg kusz i łuków. Może liczyli, że kompan jakoś wykaraska się z tarapatów. Może skreślili go już, przekonani, że zestrzelony na ziemię nie ma szans.

    Mefici obłok wydłużał cień góry, kołysząc się na wietrze. Widzieli jak łysy biegnie do dymiącego niebożęcia, a za nim kolejni, zamieniający kusze na drągi i dyszle od wozów. Diablik w dole próbował wzlecieć w ostatnim desperackim podskoku, ale zawisł nisko nad ziemią i opadł w piach.

    Łysol zamachnął się sękatą pałą, ale stwór miał jeszcze dla niego niespodziankę. Żrący ukrop buchnął po rękach i twarzy zbrojnego. Odwagę przypłacił bólem, który zgiął go do ziemi i wyrwał mu z gardła jęk, który aż zatrząsł doliną. Jęk, a później syczący stek przekleństw.

    – Łapajta go! – ryknął Kurze zwany Kudłaczem, ale o siatkach i sznurach nikt nie pomyślał. Chłopy sięgnęły po oręż do okładania i tłuczenia. Mefit odskakiwał pokracznie od powalonego wąsacza, który tarzał się w piachu, ale nie miał gdzie umknąć. Uderzenia spadły na niego serią.

    Żelazny pachołek rozbił mu czaszkę jak gliniany dzbanek, drewniana laga przybiła ciało do ziemi, potłukła żebra, złamała kości. Ktoś wskoczył na gasnącego stworka oboma nogami, spadając na cherlaka ciężarem prawie dwóch cetnarów.

    Wrzask. Pisk. Jazgot. Nietoperzy obłok na niebie zaszumiał i zadymił, zaczynając wirować wokół niewidocznego punktu niby karuzela. Mefity rozpędziły się i runęły w dół, spluwając z góry żrącą, smolistą wydzieliną. Ale ich hałas nie był najgłośniejszy.

    Skupieni wokół ubijanego mefita poczuli jak powietrze pod nimi na raz robi się niebezpiecznie gorące i suche, ale tylko ci stojący dalej, którym nie dane bylo posmakować obijania stworka zdołali uskoczyć. Trójka zebranych najbliżej poczuła pęd, gorąco, nieludzki huk, a po wszystkim, po tych zbitych w sekwencję chaosu ułamkach sekund, rwący ból.

    Mefit wybuchnął, tak jak przewidywała Morwen i jej książka, rozerwany pośmiertną eksplozją, która poniosła ciepłą krew, lepkie szczątki i bulgoczącą czarną maź na kilkadziesiąt stóp wokół.

    Ranni obrońcy Ścieżki gramolili się z ziemi, dysząc i klnąc. Dwaj byli boleśnie poparzeni, ale oberwali 'płytko', ledwie po fragmentach odkrytej skóry. Trzeci, chłop wielki jak tur, wił się wśród pyłu, rycząc niby dziki zwierz. Przy morderczym skoku wystawił się na wybuch, który epicentrum miał w okolicach jego krocza.

    Meficia zemsta spadała teraz z góry seriami bombardowań, ale zbrojni pochowali się przed wyziewami stworków pod wozami. Żywiołakom brakowało celności, a niektórym odwagi, by zlecieć dość nisko i wymierzyć, bo paru strażników – w tym poparzony wcześniej łysol od drożdżówki – złapało za łuki i szyło byle szybciej za dymiącymi diabłami.

    – Łapać je... - Kudłacz zreflektował się, że pomysł był głupkowato niepraktyczny i szybko poprawił. – Gonić je, przegonić! Byle z dala od wioski!

    Tu sierżant mówił już bardziej z sensem, bo diabliki rzeczywiście były żądne zemsty za śmierć druha, ale i tchórzliwe, stroniły od bezpośredniej konfrontacji, więc za nowy kierunek obrały zabudowania Czarnych Wrót. Na początku wzbiły się wysoko, uciekając przed pościgiem strzał, ale potem zniżyły lot nad dachy i klepiska pośród budynków. Jazgotały, wyły i czasem – widać ograniczone w swej mocy – pluły na to, co akurat przelatywało pod spodem.

    Strażnicza brać ruszyła za ulatującymi rozbójnikami, strzelając chyba bardziej dla postrachu niż realnej próby ustrzelenia czegokolwiek. Pogoń miała sens, gdy goniony uciekał, a tutaj porządek póki co działał. Mefity nie czmychnęły za górę, ani na wschodnie wydmy, rozbijając się po wiosce chaotycznym korowodem, ale korowodem, który starał się trzymać jak najdalej od pościgu.

    Gdzie zaś kota nie ma, myszy harcują. Wzbierający za barierkami broniącymi wejścia na Ścieżkę tłumek obserwatorów w końcu doczekał swojej chwili. Byli w nim różni ludzie. Tacy, którzy lubią patrzeć, ciekawić się i gadać. Byli tacy, którzy sami nie garną się do akcji, ale dać im tylko otuchy rykiem tłumu i lichą prowokacją, a pomkną i w przepaść. A byli i ci – sprawcy historii i nieszczęść – którzy działali, kiedy tylko się dało. Albo i czasem, gdy nie wolno i nie można.

    Ci nie martwili się, co będzie potem.

    Rozgrywka

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Przyjąłem, spoko. Ja chciałem dziś odpisać pełniej, ale pod koniec już była walka z powiekami. Musiałem dać za wygraną i poszedł post częściowy. Będę na dniach uzupełniał.

    Oczywiście ci, którzy są na pokładzie i mogą pisać - mogą pisać 😉

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Eksploratorzy Ścieżki wreszcie mieli spokojną chwilę, by nachłonąć się jej uroków. Oświetlany falującymi jęzorami pochodni lazaret nie robił może takiego wrażenia, jak główna hala czy przedsionek, gdzie skala i majestat przytłaczały, ale dla otwartych umysłów był kopalnią wrażeń.

    Seweryn i Lara z podziwem i ciekawością przypatrywali się zapomnianym rozwiązaniom medycyny – rozerwanym przez czas i gubiącym znaczenie, ale ciągle praktycznym i zmuszającym do pokory wobec własnej niewiedzy. Dla Lary każdy krok na Ścieżce był przeżyciem sam w sobie, więc kiedy dwie życiowe pasje zbiegały się w jedną, jak tu, gdzie archeologia wchodziła w wymiar medyczny, zachwyt był nie do ukrycia. Młoda pani doktor zwykle trzymała rezon i mimo pogodnego usposobienia, zwykle nie dawała po sobie poznać głębokich emocji. Tu jednak rozanieliła się zupełnie i widać było, że oczy jej płoną, czyniąc jej jasne lica jeszcze jaśniejszymi od wewnętrznego blasku spełnienia i radości.

    Eutalo i doktor Quolleb sami też nie stronili od zachwytów, choć w ich wypadku miały one wymiar raczej mruczany, gdy obaj odczytywali reliefy na ścianach, studiowali pudełka po lekach i przeglądali rebusy zatartych przez czas kart pacjentów. Radość obu przeszła z pomruków w jawne, ekspresyjne i pełnozdaniowe zachwyty, gdy pod zmarniałym, skórzanym pudłem robiącym za ochronę od kurzu, znaleziono skromną biblioteczkę z paroma księgami.

    Woluminy zainteresowały wielu, ale tym łasym na magię, nadzieje odebrała doktor Quatermain.

    – To klasyki, ale bardzo powszechne. "Chorób i dewiacyi opisanie" w trzech tomach, zbiorowa praca ze schyłku Imperium. Jest sporo kopii, które dotarły za Piece jeszcze przed zagładą Suelii.

    – Jest i inny klasyk. – Doktor Quolleb nałożył na dłonie skórzane, pachnące świeżością rękawiczki. – "Magia w służbie życia" Siostry Yallindy. Wiele przepisań okrążyło już świat, ale oryginalnych edycji zachowało się pewnie tylko kilka.

    – To jest coś, czego nie widziałam nigdy wcześniej... – Lara złożyła oręż na posłaniu jednego ze szpitalnych łóżek i z bliska, jakby pochylała się nad dziecięciem, wodziła wzrokiem po każdym detalu obwoluty ostatniej z ksiąg. – "Anestetyka operacyjna w praktyce"... Och Lydio, co za znalezisko!

    Seweryn chłonął nazwy ksiąg jak religijne hymny, upragniony wiedzy, którą skrywały. Zżymał się na nieznajomość języka dającego takie możliwości, ale nie gasił ducha. W pościgu za doskonaleniem był gotów nauczyć się choćby i meficiego świergotu czy bulgotania Mariusa, więc jak będzie trzeba, da sobie radę i z antycznym suelskim.

    Wiedział, że starożytnym księgom należy się wyjątkowa opieka i szacunek, więc dał historykom je zabezpieczyć, a sam zrobił staranny obchód sali. Razem z Ballo spotkali się przy ostatnim niesprawdzonym jeszcze posłaniu i obaj zdziwili się, kiedy ściągnięcie płachty z łóżka odsłoniło jedynego w lazarecie trupa.

    – Nie pomogła i dawna magia. – Mnich szybko zlustrował leżący szkielet, znajdując źródła jego szkieletowości. – Spójrz jak potężnie oberwał. Kości żeber pogruchotane, nawet miednica naruszona. Ciekawe skąd taki uraz...

    – Z polowania – stwierdził bez cienia wątpliwości Seweryn. Złamania pasowały do starcia ze zwierzem, ale mogły być i czym innym. To torba z rzeczami pacjenta złożona na szafce obok dawała medykowi tę pewność. – Myśliwy. Spójrz...

    Drachenwulf wydobył z brązowej haftowanej torby niedużą myśliwską kuszę z misternym odgórnym naciągiem i celownikiem, długi – posrebrzany i pordzewiały – nóż do oprawiania mięsa i dwie srebrne kulawki w kształcie głów dzika.

    – To pewnie dzik go tak urządził – skonstatował cyrulik. – Ale ciekawe, że leży tu jako jedyny... Reszta stanowisk wygląda na w miarę ułożone... Nikt chyba nie uciekał stąd na ostatni moment, zanim rozpętało seię piekło. A on...

    – Albo nie dożył i nie mieli już kiedy go zgarnąć, gdy sami się stąd zbierali... – Ballo podłapał wątek Seweryna i czuł, że rozumie do czego zmierza medykus. – Albo odeszli i umierał tu już sam. Bez nikogo.

    – A propos sam czy z kimś... - Randal syknął głośno i pokazał całej grupie palcem na ustach, żeby ściszyła rozmowy. – Słyszycie? Ktoś się zbliża.

    Rozgrywka

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    ***

    Trzepot skrzydeł niósł się po korytarzach Ścieżki, wybrzmiewając trochę po ptasiemu, a trochę jakby owadzim bzykiem. Mefity, które wcześniej rozleciały się na wszystkie strony jak niesforne dzieci puszczone na łąkę, teraz zbiły się w rozwrzeszczane, buzujące kłębowisko. Sunęły naprzód jak rój szerszeni, bucząc miarowo i osnuwając kolejne komnaty gęstym dymem.

    Droga na zewnątrz nie była długa, jeśli tylko gnać żwawo i nie zbaczać z trasy. Światło przedpołudnia było już coraz lepiej widoczne przed sunącą pod dachem dymiącą chmurą.

    ***

    Kąśliwości wymieniane wśród kompanów nie bolały prawdziwie, a na realne zranienia balsamy i bandaże mieli Seweryn i Lara. Nie było co jątrzyć, gdy temat uleciał, a należało grzebać w tym, co przed sobą. Marius grał tu pierwsze skrzypce, przepatrując każdą kupkę gruzu, bandażowy zwitek i rozbitą szkatułkę na podłodze lazaretu. Wyprzedzał w tym nawet ostrożniejszego nieco Seweryna, który do eksploracji królestwa swych pradawnych ziomków palił się przecież najmocniej.

    Ci dwaj zapuścili się w głąb medycznej komnaty jako pierwsi, wychodząc przed Hazara, który dał sygnał bezpieczeństwa. Wyglądało na to, że tutaj jest pusto. Strop był w paru miejscach spękany: tu i ówdzie leżały kupki gruzu, albo odłupanych z sufitu płytek, ale nie widać było żadnego architektonicznego zagrożenia. Ogólny chaos sali zdawał się raczej dziełem ludzkiego chaosu niż echem naturalnej czy nawet magicznej katastrofy. Porozrzucane skrzynki i paczki stanowiły ślad szabrowania, albo może gorączkowego przetrząsania przestrzeni. Parę łóżek było poodsuwanych od pierwotnych pozycji, a wnęki w ścianach z kolbami i dzbaneczkami były pełne rozbitego szkła.

    – Szukali lekarstw – ocenił szybko Seweryn. Medyk, choć nie znał języka i run na zaległych w chaosie puzderkach, skrzynkach i szkatułach, widział, że wybierano z apteczek konkretne przedmioty. Masa, zwykle niezdatnych już do niczego, utensyliów została na swych pierwotnych miejscach, ale zwykle brakowało fiolek i bukłaków. – Mikstury leczące pewnie mieli powszechne jak u nas alkohol do odkażania ran.

    Cyrulik rzucił uwagę półtonem, może jako pytanie, które miał rozstrzygnąć Quolleb, Lara czy może Eutalo i szybko dostał potwierdzenie od całej trójki.

    – Magia była wtedy na porządku dziennym – potwierdził młody Oeridyjczyk. – Często leczenie odbywało się z jej użyciem, ale bez kapłanów i tego rodzaju magii. Suelowie mieli własne podejście... Dimensio energiae positivae.

    – Tak, ich stosunek do magii był złożony. Z jednej strony była bardzo hołubiona, a z drugiej – mocno utylitarna – dołączyła z wyjaśnieniem Lara. – Nie znam tego od strony arkanów, ale czytałam, że sama magiczna energia była dla nich narzędziem: czy to do leczenia i regeneracji, czy do wycinania tkanek. Jak dziś skalpel.

    ***

    – Jasny pierunie!

    Potężny dryblas w szarej przeszywanicy otworzył gębę tak, że mógłby mu mefit wlecieć.

    – Diabły! Bogowie kochani! – Drugi, niewiele mniejszy, zrobił wielkie oczy i przeżegnał się po pelorycku, chwytając złożonej na ławie kuszy. – Diabły normalne!

    – Strzelajta chłopy, strzelajta! - rzucił łysy wąsacz stojący dalej, za barykadą z ław i opłotków. Sam był nie tylko od gadania i słów na wiatr nie rzucał. Upuścił w piach drożdżówkę, którą zajadał i od razu porwał się za krótki cisowy łuk, łapiąc za strzałę znad ramienia.

    – Bijta, kurwa! - warknął, spuszczając pocisk z cięciwy i przełykając kawałek budyniowego ciastka.

    – Co do jasnej...!

    Kudłacz odwrócił się na wzmagający się nietoperzy trzepot z ciemności i teraz biegł w stronę wrót na Ścieżkę, widząc jak z mroku wypływają dymiące diabelstwa. Stwory leciały gęstą chmarą i zawodziły piekielnie, jakby stado poparzonych gęsi.

    Diabliki były szybkie i zaraz na wylocie wzbiły się w górę, ale strzelcy zdołali dosięgnąć dwóch z nich. Jeden oberwał bełtem w skrzydło i zniżył lot. Zniżył lot nad kordonem strażników i wściekły, splunął na nich dymiącą, smolistą mazią. Nieduży, nie większy niż makak, przy otwarciu pyska okazał się pojemny jak pelikan, wylewając gryzącą ciecz niby z wielkiej chochli czy gara.

    Wrzątek buchnął na gwardzistów, parząc skórę i wyrywając z gardeł wściekłe ryki i przekleństwa. Sprawca bólu nie spadł mimo trafienia i po gorejącej ripoście, zadowolony widać, zrobił powietrznego fikołka i wyrwał wysoko ponad klif, żegnany chybionymi strzałami.

    Inny jednak – i jedyny spośród całego stada, które szybko oddalało się poza zasięg – dostał grotem po gardle, zwalając się z pełnym impetem na zaparkowany kawałek od wejścia wóz pełen siana. Choć lądowanie miał miękkie, oberwał mocno i wykolebał się stamtąd w piach, na czyste pośród strażników. Uskakiwał pokracznie i próbował wzlecieć, ale uderzenie namąciło mu widać z błędnikiem, bo łapy plątały się i wiły jak zrzucany z cedzaka makaron.

    ***

    Przepatrywanie z początku było zajęciem ostrożnym i delikatnym, ale w miarę jak Marius wkraczał głębiej w komnatę, a nic nie kąsało go, nie dźgało, ani nie raziło magią, reszta drużyny nabrała smaka na włączenie się w wykopaliska. Eutalo zadbał o magiczne światło, a górnicy odpalili tradycyjne pochodnie, obchodząc całą, długą, prostokątną salę lazaretu.

    Sufit przedstawiał ceramiczne płytki z rajskimi scenkami, które widać miały – zgodnie z intuicją Seweryna – sprzyjać rekonwalescencji chorych, a ściany miały przyjemny brzoskwiniowy kolor. Wyblakły i może bardziej teraz ochrowy, ale ciągle kojący dla oka. Lazaret miał dwadzieścia łóżek po obu stronach, a między tym wszystkim parę przystani na gromadzenie medykamentów w szafo-sejfach i ściennych wnękach. Nic nie było już zamknięte, ani skryte – większość rzeczy leżała na wyciągnięcie ręki.

    Sęk w tym, że fiolki medykamentów były porozbijane, puste lub zwietrzałe. Narzędzia przerdzewiały lub były niekompletne, a bandaże, gazy i opatrunki nie nadawały się do niczego.

    Dla Lary, Eutalo i doktora Quolleba to było rozczarowanie, ale z tych bezbolesnych. Sam obraz starożytnej służby zdrowia i to ile można było wynieść z pobytu na miejscu starczyło, by zbudować tu solidną monografię, albo dwie. Dla reszty – może z wyjątkiem szczerze zainteresowanego wszystkim Seweryna – komnata była póki co bezpiecznym przystankiem przed tym, co czeka dalej.

    – O, coś tu mam! – Marius dotąd znajdował różne szpargały, ale oko doktora Quolleba rangowało je jako bezużyteczne dla potomności i pożytku wyprawy. Teraz jednak, pod złachmaniałym kawałkiem dawnej szaty, trafił szkatułkę. Nadpróchniałe drewno z naderwanym wiekiem, ale środek nie był pusty. Wbite w miękkim, zbutwiałym pluszu czekały cztery pełne fiolki mlecznobiałej, opalizującej mocno cieczy. Dwie pozostałe były puste, a całego kolejnego rządka brakowało. W rachunku puste-pełne cokolwiek było jednak warte znacznie więcej niż nic.

    – Magiczne. Czuć, ale wystarczy spojrzeć – Morwen opuściła opiekę Ballo, uznając, że ciekawość zwykle jest warta ryzyka. – Bije energią. Jakby tu światło zamknąć w butli. Albo piorun.

    – To owa energia positiva – wyjaśnił Eutalo. – Wydestylowana energia żywiołu życia, czy po prostu: energia o pozytywnym biegunie. A najprościej – czysta moc, która napędza każde żywe stworzenie.

    – Czyli mikstury leczące, czy mamy jakiś haczyk? – włączył się Randal, którego przezorność nie raz była wybawieniem dla lekkoduchów.

    – Jak przyjrzę się moment, to z prawdopodobieństwem... - Oeridyjczyk spojrzał na paladyna i przerwał. – Spojrzę moment i będę wiedział na 100%, co to jest. Teraz jestem prawie pewny, że można to traktować jako leczący eliksir, ale na ile rozumiem naturę tej energii, nie można z tym przesadzić.

    – Można to przedawkować? – zaciekawił się Seweryn.

    – Jeśli ktoś jest ranny, wyczerpany, umęczony – mikstura powinna przywrócić siły i nasycić tkanki energią. Może też zregenerować rany. – Eutalo cieszył się rolą eksperta i z uśmiechem tłumaczył specyfikę, w której to on odnalazł się jako kluczowa figura. – Nasze organizmy, nawet w pełni mocy, mają zawsze trochę zapasu. Są chłonne jak gąbka. Ale jeżeli ktoś rzeczywiście byłby zdrów jak ryba, a wypiłby taki eliksir... Albo może dwa... Jeśli ciało nie ma jak zmagazynować takiej energii... Może wybuchnąć.

    – Oho – Randal uśmiechnął się cierpko i odsunął mieczem szmatkę z kolejnej porzuconej szkatuły. Ta jednak okazała się pusta. – Za łatwo być nie może. Czyli... To zarówno lekarstwo, jak i broń?

    – Może nie tak jednoznacznie... Odrobina nikomu nie zaszkodzi, ale jeśli ktoś zdrów faktycznie wypiłby ze dwie fiolki... Szacuję, że dwie, bo nie wiem, jakie jest stęzenie energii... Mogłoby być... Ciekawie. – Mężczyzna uśmiechnął się lekko, ale zaraz spoważniał, widząc niepewność i niezrozumienie na twarzach niektórych. – Za to jest to jednoznacznie pewna broń na nieumarłych... Gdybyśmy oczywiście jakichś spotkali.

    ***

    Chmura mefitów zawisła wysoko nad skałą, w której wyrąbano wejście na Ścieżkę. Były wysoko, dobre kilka pięter nad koniuszkiem portalu. Bzyczały i dymiły, obserwując.

    Ludzie na dole, kilkunastu rosłych drabów, z których większość łapała się właśnie za kusze lub łuki, odbiegli od wlotu w głąb góry, dookoła obchodząc ustrzelonego na piachu stwora. Diablik miotał się w pyle i kurzu, przydając sobie dodatkowej osłony ponad swe zwyczajowe dymienie. Oczy zbrojnych wodziły to za nim, to za wiszącym w górze stadem, to zaś jeszcze za gromadzącymi się w okolicy gapiami.

    Tych już wcześniej było kilku, odseparowanych od okolicy Ścieżki zwalonymi ławami i zdjętymi z pastwisk płotami, które robiły za barierki odgradzające. Teraz, zawołani przez lampiących się na całą sytuację pijaczków, bywalcy Górniczej Doli ruszyli na ogrodzenia, opierając się i łypiąc cóż-to-za-dziwactwa! wyleciały z ciemności.

    Odnaleziono 4 Mikstury Pozytywnej Energii - przywracają 2k6+4 PW [przy pewnych ograniczeniach i obostrzeniach]

    Rozgrywka

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Uff, puszczam parę jak mefity i lżej oddycham. Wierzę, że teraz będzie trochę lepiej i będę mieć więcej czasu.
    Na razie wrzucam coś małego, żeby dać znak-sygnał, ale będziemy szli do przodu razem z Wami.

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Smętno-gniewne spojrzenie Randala powlokło się za mefitami, zawisając krótko na ciemności korytarza, w którym zniknęły niby dym, jaki za sobą roztaczały. Rozwiał się jednak tak dym, jak i uwaga rycerza, który zaklął coś pod nosem i machnął ręką. Choć różne zwykło się mawiać rzeczy o rycerzach, to Bronson nie należał do tych szczególnie ciętych na wiatraki i wolał twardo stąpać po ziemi. Nie, aby umniejszało to jego oddaniu Wielkim Ideom, ale lubił wprowadzać je w codzienność efektywnie i bez fanfar.

    Paladyn puścił złośliwości Morwen mimo uszu i ruszył zebrać oszczepy z ziemi. Kiedy on zbierał oręż, górnicy zbierali się w sobie, dochodząc grubymi haustami powietrza do spokoju, który wypaliło pojawienie się mefitów. Teraz było już po wszystkim...

    W tej jednej kwestii. Jednej i na samym początku. A to znaczyło tyle, że przeprawa na Ścieżce będzie cholernie ciężka i trzeba by prawdziwie dziecięcej naiwności, by dać sobie wmówić, że najgorsze za nami i nie ma się czego bać. Górnicy naiwni nie byli i skoro na starcie szło im napotkać dymiące, rzygające smołą diabły-nietoperze to wiedzieli, że dalej będzie tylko gorzej.

    Grupa utrzymała morale, bo krewcy kopacze pokazali się z mocnej strony, ale niepokój – i tak przecież zasiany samym zejściem w pradawne korytarze pulsujące od magii – pozostał. I skryty pod hardymi minami, pęczniał. Szwar, poparzony przez meficie wyziewy, robił dobrą minę do złej gry. Lara obłożyła go bandażami z balsamem, ale przeżarta skóra skutecznie ostudziła w nim agresję na resztę wycieczki.

    Hazar upewnił się, że cała grupa na powrót jest na chodzie i na skinienie doktora Quolleba, zbliżył się zeksplorować komnatę, skąd wcześniej wyleciały diabliki. Była spora, ale ewidentnie utylitarnej natury. Tu działała jakaś magiczna pompa-filtr, która zasysała powietrze gdzieś z zewnątrz, roznosząc je po szybach Ścieżki. Na ziemi leżał gruz, metal, porozbijane kawałki ceramiki i resztki jakiejś organicznej materii, które wcześniej musiały krążyć w powietrznym obiegu mechanizmu.

    Eutalo miał oczy wielkie jak dukaty, chwaląc złożoność konstrukcji i jej wybitność, ale większość uznała, że niebezpieczeństw wokół jest zbyt dużo, by poddać się zachwytom, nim oczyszczą najbliższą okolicę.

    Krasnolud sam chętnie pogapiłby się na suelskie rozwiązania, które utrzymywały napowietrzonym tak ogromny podziemny kompleks, ale umiał nadawać sprawom należyty porządek. Teraz szli dalej, zabezpieczać przestrzeń, skąd mogło przyjść zagrożenie.

    Kolejna sala po prawej miała nad sobą reliefy przedstawiające odpoczywających mężczyzn i kobiety na misternie zdobionych otomanach. Pozycje figur wyglądały wypoczynkowo i rekreacyjnie, jednak doktor Quolleb odszyfrował naturę przestrzeni jako lazaret czy też obszar triażu. Środek był długim, niższym niż inne komnaty prostokątem, gdzie pod ścianami rozstawiono metalowe parawany, oddzielające łóżka pacjentów.

    W środku pachniało pyłem, kurzem i mimo wieków, gryzącym zapachem eteru i alkoholu. Lampiony, ani pochodnie nie zapaliły się tu po wejściu, więc sala tonęła w mroku, widoczna ledwie na tyle, na ile światło wpadało tu z ogólnego hallu.

    Rozgrywka

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Serwus,
    Wybaczcie, że ostatnio cisza z mojej strony i ogólnie tempo jest wolne...

    Mefity uciekają. Z racji szybkości nie lza ich za bardzo dogonić, ale Randal może próbować (jeśli chce).
    Jeżeli planujecie eksplorować dalej sale po kolei, to postaram się opisać może naprzód, co w następnej (chyba, że teraz macie inne plany itd.).

    Do końca przyszłego tygodnia pewnie będę miał niską responsywność, ale postaram się coś jeszcze wysłać.

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Mefity świergotały po swojemu, górnicy klęli pod nosem w lokalnej gwarze, a zlepiona z wszech stron drużyna wymieniała się półsłówkami. Tylko Marius był łącznikiem tych światów i idąc za głosem spoza świata (tak tego mefitowego, jak i tego wokół i na powierzchni), postanowił, że najlepszym pozbyciem się mefitów będzie ich wygonienie na zewnątrz.

    Część wolała je wypuścić, ale Seweryn i Randal ostrzegali, że żywioł na wolności może narobić wiele szkód i odbije się to wszystkim czkawką.

    Decyzja była po stronie Utopca i to on miał w ręku wszystkie karty. Chwilowo grał na czas, widząc, że drużynowy medyk składa jednego ze stworków tak jak umie. Anatomia chochlików była dalece inna od tej, którą Seweryn widywał u ssaków i ptaków, ale na najbardziej podstawowym poziomie podobieństwa istniały. Krew dawało się zatamować, a tkanki zszyć.

    Drachenwulf niepewnie gładził dziwacznego stworka po skrzydle, najpierw przydając mu ulgi w zranieniu lekkim anestetykiem i maźnięciami chłodzącego balsamu, a potem raz-dwa szyjąc lekkie rozdarcie. Medyk spieszył się, ale już przy tym zrobił wielkie oczy, widząc że tkanka na skrajach ran cały czas jest w ruchu i pewnie szybko zasklepiłaby się i bez jego interwencji.

    Stworki były ze wszech miar fizyczne – dało je się pogłaskać i dało je się zdzielić po łbie, a przede wszystkim schwytać i zamknąć. Mimo tego, gdzieś na głębokim poziomie natura ich ulotnego żywiołu wchodziła w ich ciało, nadając dymnej budowie mefitów stałą płynność. Nie było tego widać z daleka, ale przy bliskim wglądzie w ich tkankę – czy to przy zranieniu, czy nawet przy obserwacji samej skóry, ruch w ich ciałach nie ustawał.

    Seweryn podchodził do zajęcia z fascynacją, bo pewnie nawet doktor Lara na swoim prestiżowym Szarym Koledżu nie miała kolegów, którzy mogliby pochwalić się takim doświadczeniem, jakie teraz przypadło w udziale prostemu cyrulikowi. Tyle ile fascynacji, było jednak w tym i obawy. Chociaż ranne mefity przy wtórze swych dziwnych świstów w końcu zleciały ku medykowi, prowadzone wznoszącym się na wyżyny charyzmy i lingwistyki Mariusowi, to w ruchach były niepewne i napięte jak żmija przed uderzeniem.

    Drachenwulf obawiał się, że jeśli któryś stwór buchnie na niego swoim parzącym wyziewem, to jego wznosząca się fala kariery urwie się tu i teraz. Przy przeglądzie anatomii pacjentów medyk nie omieszkał poszukać organu, który miałby odpowiadać za ich słynne wybuchanie. Poniżej długiej szyi dostrzegł jakąś pulsującą arterię, która pod dotykiem biła niespotykanym gorącem. Organ wzbierał przy głębszych oddechach stworków, sprawiając pod palcami wrażenie, jakby coś w środku przelewało się i bulgotało.

    Seweryn obstawiał, że stały ruch w ciałach mefitów zasilał tę dziwną komorę (nie inaczej niż ludzkie serce, choć właściwe serca stworków biły głębiej) i jego przerwanie musi dać ujście zebranemu w ciele napięciu, które w homeostazie utrzymuje tylko nieustanny przepływ. Odcięcie odpływu dla wzbierającej energii oznaczałoby... Tak, oznaczałoby wielkie bum, ale cyrulik nadal zastanawiał się, co naprawdę musi krążyć po żyłach stworków, że (wielce prawdopodobny) wybuch w ich przypadku jest tak potężny.

    Tego – tym razem – medyk postanowił nie zgłębiać i zakończywszy swą prostą operację, odsunął się w tył najbardziej pokojowo jak potrafił. Marius przestrzegł mefity, że operacja jest ukończona i że teraz...

    – Wydostaniecie się stąd tą drogą za schodami. Musicie lecieć prosto. Cały czas prosto! – Utopiec zastanowił się przez chwilę, co może wydarzyć się po drodze. Widział jak impy rozlatują się na wszystkie strony, ale widział przede wszytkim, jak spadają na pilnujących wejścia na Ścieżkę strażników. – Prosto, prosto, prosto! Nie skręcać! Prosto, az dolecicie do światła! I nie zatrzymujcie się! Nie atakujcie nikogo, lećcie-lećcie-lećcie! Najszybciej jak się da do światła!

    Szwargot żywiołaków był nagły, głośny i intensywny, podobny porannemu chórowi wielkiej szpaczej kolonii. Mefity zasypały się nawzajem mnogością krótkich komunikatów, z których Marius wyłapywał ledwie sylaby. Zaraz zaś, a właściwie jeszcze w trakcie, pierwsze zerwały się do lotu, waląc naprzód ku wyjściu.

    – Dzięki, nielocie – rzucił ledwie jeden ze stada, który widać był najstarszy i może przez to najmniej narwany. – Nie można nas tu zatrzymać... Musimy widzieć niebo!

    Gwałtowny trzepot skrzydeł poniósł się po hali echem. Szwar i Grosz przykulili się, gdy mefity przelatywały nad nimi, a doktor Quolleb przypadł dla bezpieczeństwa do zasłony z tralek. Ballo uśmiechał się, machając stworkom na pożegnanie, a Morwen śledziła ich gorączkowy lot bezpiecznie zza jego pleców. Seweryn kręcił głową, pewny tarapatów, jakich narobi im meficia banda, ale został na miejscu, nie bawiąc się nawet w mierzenie do uciekinierów z Kruszynki.

    – Coś im powiedział? – Rozeźlił się Randal, nie czekając na dalszy rozwój spraw i łapiąc za oszczep. – Narobią tam bardachy! Spalą wioskę, albo i gorzej!

    Paladyn wziął szybki zamach i posłał pocisk za jednym z dymiących bażantów, którego sobie upatrzył, ale chybił o łokieć czy pół. Nie czekał i porwał się za następny oszczep.

    – Lara! No strzelaj, trzeba je zatrzymać! – zawołał.

    Doktor Quatermain pokręciła jednak głową. Może w swych kalkulacjach widziała już i to, co Randal, ale utylitarny odstrzał czy mniejsze zło nie wchodziły u niej w rachubę. Paladyn rozpędził się i posłał następny oszczep...

    Może brak wsparcia w kompanach, a może szybka rejterada mefitów ujęły siły jego ramieniu, bo tym razem pocisk opadł znacznie niżej i wcześniej, nie zagrażając żadnemu z chochlików. Rycerz spojrzał po hali, opuszczonej już przez nagłych przybyszy. Ostatni wylatywał właśnie przez korytarz, znikając w przedsionku, którym drużyna kilkanaście minut temu wchodziła w czeluście Ścieżki.

    Rozgrywka

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Tak, jednostronna.

    Brilu - drużynowa jak drużynowa. Większość była za wypuszczeniem (Marius, Hazar, Morwen, Bałło), ale były głosy opozycji (Seweryn, Randal). Daj znać, co Twoja postać im przekaże (inni nie będą wiedzieć in-game co powiedziałeś).

    Komentarze

  • [Jedyny Pierscień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - KOMENTARZE
    PaniczP Panicz

    A to w takim razie dorzucam. Jak mogę, to pewnie!

    Komentarze sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    text alternatywny

    Objawienie mapy i gra w zagadki całkiem odsłaniały już spod osłony ogień przygody, buchając z całą mocą, aż Milo zrobił się czerwony i otworzył usta, jakby brakło mu tlenu. Miarkując się w nieprzystojności takiego rozdziawiania, Tuk zatrzasnął jadaczkę i trzymał ją długo zwartą, obserwując mapę bardzo dokładnie, ale zza pleców innych i bez słowa.

    Nasłuchiwał wypowiedzi każdego i mielił je w głowie, zaprawiając własnymi strzałami i przypuszczeniami. Czując lekki 'upust' przy mapie, zbliżył się, oglądając ją z bliska przez lupę. Szkiełko wodziło nad mapą od jednego końca do drugiego, nie pomijając żadnego detalu. Milo mógłby przeciągać wzrok po dokumencie, jakby każde spojrzenie było dziergane na drutach, ale Bingo wezwał na bułeczki i herbatę.

    Słusznie. Mózg potrzebował posilenia, żeby pracować. A maślane bułeczki Złotogłówki? Czy same w sobie nie były skarbem, do którego mapę warto byłoby ukrywać i szyfrować?

    – Stary Gerontius mógł sobie z nas podkpiwać swoim rozumieniem spraw, ale zakładając, że zagadkę należałoby czytać dosłownie... – Milo wzniósł oczy do góry, patrząc pod sufit, jakby czegoś tam szukał. – Oba wierszyki zdają się pasować do siebie, jakby były przerwaną całością. Pierwszy prowadzi do mapy, więc drugi chyba... Kontynuuje poszukiwanie na mapie?

    - Prymulka może mieć rację z młynem - w młynach są koła, a przy nich czasem osły, czyli nieposłuszne konie – Tuk uśmiechnął się, na to wspomnienie kiwając po koleżeńsku Lobelii. – Myślę, że trop warty sprawdzenia. Ale gdyby czytać tak dosłownie... To chyba chodzi o zobaczenia konia 'tam', czyli na mapie. A że ważne, 'kto dostrzeże', to pewnie nie jest po prostu namalowany, tylko jest czym innym, coś go skrywa... Może trzeba obrócić mapę, albo może ją zgiąć? Albo...

    Milo zawstydził się nieco, ale przecież nie było głupich pomysłów!

    – Nie wiem, jak dla Was Kochani, ale dla mnie las między Zielonym Pogórzem a Moczarami wygląda całkiem-całkiem jak końska głowa. Jest na mapie niedaleko koła miniatury w lewej dolnej części mapy... A jeśli miałbym jeszcze szukać innych kół, to Rzeka Graniczna pod tym końskim lasem zawija się koliście, prawie zamykając obwód na pagórku. – Hobbit rozglądał się po twarzach zebranych, śledząc jak odbierają jego wrażenia-wynurzenia. Faktycznie, nie walił kawy na ławy, a przy impresjach zamiast jasnych rozwikłań, czasem można było namotać jeszcze bardziej. – Może to w tym 'Końskim Lesie' powinniśmy rozpalić ogień?

    – Inne naturalne koła to wyspy lub stawy... Albo same te okrągłe obszary na mapie - może trzeba czegoś podobnego koniom wyglądać na ich skraju? – Milo nie wiedział, czy przypadkiem nie sprowadza wszystkich na manowce i ścieżka nie jest dużo konkretniejsza (albo przeciwnie - znacznie mniej dosłowna). – Tam na mapie, przy jednym z kół kicały zające... One skaczą niemal jak konie. A jeśli szukać by przy tych stawach czy wyspach... I żaby skaczą jak konie... Oczywiście jak to w porównaniu z dziecięcej zagadki, nie dosłownie przecież, nie dosłownie.

    Makary wgryzł się w bułeczkę, niepewny reakcji reszty i niechętny już, by ciągnąc swe gdybania dalej.

    Jakie jeszcze głuche konie można było napotkać? Posągi, koniki szachowe... Pasikoniki? Konie na biegunach? Trzeba by przyjrzeć się jeszcze mapie, czy aby nie przy pierwszym przejrzeniu nie pominęli żadnego detalu...

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    No to daj znać, jaka decyzja Mariusa - może być na PW/Disco, ja opiszę kolej rzeczy już w poście, kiedy siądę 🙂

    Komentarze

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Oczy mi się kleją, więc musiałem przerwać posta... Ale generalnie trochę rzucałem, jak i opisałem i sprawa wygląda tak:

    • Zachowanie Ballo wspomogło testy Mariusa (Advantage)

    • Jeden z mefitów jest gotów poddać się 'opiece medycznej' Seweryna (jeśli do tego dojdzie, rzucę na test Medycyny) - zakładam, że uleczenie może znacząco wspomóc ewentualne negocjacje. Mefity raczej nie będą 'Friendly', ale już nie 'Hostile' [tu mam na myśli głównie negocjacje dotyczące bardziej złożonych kwestii niż po prostu 'wylotka' na zewnątrz - tego pragną od razu; jednocześnie Marius stoi przed własnym dylematem odnośnie dopuszczalności opcji innych niż wypuszczenie/zabicie, czyli patrz punkt ostatni tego posta]

    • Swoje postawy opisaliście powyżej, więc już nie powtarzam

    • Eutalo jest za tym, by ich nie wypuszczać (i za walką, jak będzie trzeba). Lara jest zdania, że lepiej je wypuścić niż walczyć

    • Test 'Insight' nie pozwala Mariusowi odgadnąć, czy stworki dałyby się posłusznie zaprowadzić do Wedryka (pomijając ocenę tego, osiągalność itd.), ani w ogóle odleciały z miasteczka bez robienia szkód, gdyby im to polecono. Na pewno zależy im na wolności, więc nie chcą wyjść po to, by kogoś zaatakować, ale nie wiadomo, co zrobią na zewnątrz

    • Patron Mariusa (tak jak wcześniej) ostrzega go przed pozwoleniem mefitom rozłazić się po Ścieżce. Mogą być wypuszczone, mogą być zabite. Decyzja po stronie Utopca 🙂

    @Brilchan możesz zdecydować w poście, albo napisać mi, co przekażesz mefitom (i co zrobisz). Zobaczymy wtedy reakcje kompanów (i samych mefitów), a ja postaram się już rozstrzygnąć tę sytuację

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Niewielka zmiana perspektywy niekiedy wystarczała, by znaleźć sens w bezsensie i porządek w przypadku. Muzykę w szumie morza, historię życia w zmarszczkach na skórze i głęboką świadomość w zwierzęcym miotaniu. Im dłużej przybysze z powierzchni przyglądali się mefitom, tym bardziej było to dla nich jasne.

    Latające stworki wprawdzie rozumiał tylko Marius, ale przy jego tłumaczeniach, oczy wyostrzyły spojrzenia, a mózgi zmieniły systemy klasyfikacji. Te same ruchy i miotania, te same świsty i piski, które wcześniej były chaosem i gniewem, furią do okiełznania i rozedrganiem przed wybuchem, teraz obrastały w nowe znaczenia. Każdy oczywiście interpretował je po swojemu – może celnie, a może nie – ale świadomość rozumu za diablikowymi oczami wiele zmieniała. Ludzie chcieli widzieć sens w ruchach, które obserwowali i szukali dowodów głębi we wszystkich niejasnych gestach.

    Nie znaczyło to jeszcze, że każdy patrzył na mefity z sympatią czy nawet nadzieją porozumienia. Niemniej, nikt już nie patrzył na ich ruchy jak na przypadkowe drgania czy dzikie instynkty, dopowiadając sobie z każdej obserwacji to, czego prosta translacja Mariusa nie dostarczała.

    Ballo dokarmiał stworki, spoglądając na nie z niezgłębioną miną, ale ciepłem w oczach i otwartą postawą. Morwen, która wyglądała zza niego nie paliła się do walki. Może nie czuła się pewnie po uśpieniu zaklęciem ledwie jednego z czeredy stworów, a może na swój sposób współczuła istotom, które stały się igraszką pierwotnej magii i wpadły wbrew woli w obcy sobie świat bez wyjścia.

    Hazar nie współczuł potworkom. Patrzył na nie bardziej z irytacją, niż zaciekawieniem, widząc w nich szkodniki, które stawały na drodze spokojnej eksploracji. Krasnolud nie bał się walki, ale czuł odpowiedzialność za swoich ludzi. Marnotrawić ich żywoty w walce ze skrzydlatymi wyziewami byłoby po prostu głupim, a w to, że wszyscy wyjdą z awantury bez szwanku Hazar po prostu nie wierzył.

    – Możemy was uleczyć... Pokazać-pokazać wam, że mamy czyste intencje! – Utopiec zreferował mefitom słowa Seweryna na tyle, na ile potrafił. – Możemy sobie pomóc... Być przyjaciele!

    Stworki podgwizdały odpowiedź wielogłosem.

    – Jak leczyć? Kto uleczy? Pokaż!
    – Dajcie wyjść, to uwierzymy!
    – Pomożemy sobie jak nas puścicie!

    Marius zaszumiał im coś w odpowiedzi, pokazując na Seweryna. To on miał opatrzyć rannych, przynosząc mefitom gałązkę oliwną. Chochliki gwizdały coś długo między sobą, nie dając kapłanowi szansy, by doszumiał się między nie swoją gwarą. Doktor Quolleb, który wcześniej był już prawie na tarasie ponad schodami, teraz cofnął się bliżej drużyny, gdzie obok doktor Quatermain z jej nieodzowną fuzją poczuł się nieco bezpieczniejszy.

    – Można spróbować namówić je, by udały się do mistrza Wedryka – zasugerował historyk. – On już zrobi z nimi porządek, a może i skorzysta na takich cudakach... Tylko czy dopilnujemy, żeby nie uciekły po drodze?

    Słowa mężczyzny sugerujące wciągnięcie mefitów w pułapkę były dla przedmiotów rozmowy zupełnie niezrozumiałe, więc atmosfera wrogości powoli topniała. Jeden z tych ranionych, trafiony wcześniej przez Szwara i Randala, podleciał niepewnie bliżej Seweryna, który zaczął bardzo powoli wydobywać swoją apteczkę. Drachenwulf uśmiechał się zachęcająco (choć w jego wypadku to niekoniecznie zdawało egzamin u każdego) i metodycznymi ruchami rozwijał bandaże, pokazując zainteresowanemu pacjentowi, że płótno jest na kuku.

    – Wstrzymałbym się przed słaniem ich na powierzchnię – ostrzegł Randal. – Rozlecą się po okolicy, podpalą coś, puszczą z dymem. Lepiej je tu zatrzymać, niż ryzykować życiem postronnych. To nie oznacza jeszcze walki, może uda się nam dogadać... Ale jeśli nie – nie dam im stąd wylecieć.

    Marius potwierdził, że rozumie słowa paladyna i widzi w nich sens, ale co przekazał mefitom wiedział tylko on.

    ~ Zabić, wypuścić – zdecyduj jak chcesz. – Zaszumiało mu w głowie gdzieś z największych głębin. – Byle szybko, byle ten plankton nie rozpłynął się po komnatach...

    Rozgrywka

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Byłem na wyjeździe przez weekend, ale jutro - jak się uda - siadłbym i popchnął rzecz naprzód. Mam nadzieję, że dojdziecie do wówczas do porozumienia 😉

    Marius ostatecznie może przekazać im, co chce, a Wy nie, ale pytanie czy jak by chciał je puszczać, to pojawi się konflikt wewnętrzny 😉

    Komentarze

  • Rozmowy o zbiórce na forum
    PaniczP Panicz

    Zapłacę, pewnie. Weźmy co lepsze, jak jest wybór, zbierzemy pewnie bez problemu 🙂

    Forum

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Hehe 😉

    Decydujcie, drodzy moi. Mnie nie ma od jutra do poniedziałku (tzn. mogę podglądać, ale nie zapostuję w sesji). Jeśli chcecie mefity do czegoś innego przekonać, dajcie znać, to mogę rzucić 😉

    Komentarze

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    To Wy jesteście zbrojnymi nie-NPCami 😉
    Ale Hazar spoko zarządza, więc wszystko bardzo fajnie - żywe postacie, więc i nie myślą tylko o expie 😉

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    – Kakofonia też może być harmonią, jeśli tylko potrafi się słuchać – pomyślał Ballo na widok Mariusa bulgoczącego do szczebioczących diablików. Myśl może i zapachniała mu tanią, kadzidlaną egzaltacją, ale jakby się przed tym nie bronić, tutaj się sprawdzała.

    Utopiec wydawał z siebie śmieszne, a to parskające, a to syczące, a to znów bulgoczące dźwięki, a potem zaraz przechodził na swój wyraźnie akcentowany keolandzki, w którym zdawał szybko sprawę, co usłyszał od mefitów. Marius miał talent do języków, więc i nie dziwne, że często paplał szybko, dużo i bywało, że nie w porę. Nadrabiał lingwistyczną pojętnością i charyzmą.

    – Jeszcze przed chwilą lataliśmy nad chmurami Ss'aiveth, a teraz jesteśmy tutaj! Co to? Co to znaczy? - wyśpiewał jeden z chochlików.

    – Tak! Jasno-jasno, jasność niebios, a zaraz ciemno-ciemność i potem trach! Trach!

    – Jak nie wy nas wezwaliście, to kto? - zasyczał trzeci, ten, który wcześniej zionął smolistym dechem.

    Marius spojrzał po kompanach i błyskawicznie zreferował im co usłyszał. Zaraz zaś zwrócił się z powrotem do mefitów.

    – Nie wiem, kto was tu wezwał... To starożytne miejsce... Bardzo stare. Pełne magii. – Kapłan zastanowił się nad doborem dalszych słów. – My weszli-weszli-my tu... Weszliśmy tu dopiero co. Nie wiemy więcej... My nie wiedzieć...

    Magik czuł, że plącze się w językowych zawijasach, ale im dłużej mówił, tym bardziej zaczynał rozumieć, co powinien zmienić i poprawić. Jego prymordialny nabierał harmonii.

    – Czemu nas atakowali? - zapytał ten, którego pierwszego dopadł Szwar.
    – Takie coś boli! - zajęczał drugi, który nadlatywał od lewej. – Poobijało nas to! To nie żadna zabawa!
    – Nie igrajcie z nami, bo popamiętacie! - zasyczał jeszcze inny, który dotąd zajęty był okruszkami od Ballo.

    Marius ponownie rozejrzał się po towarzyszach, zdając im sprawę z przebiegu rozmowy. I oni nie palili się do krwawej rozprawy z mefitami – czy byli bardziej krewcy w usposobieniu, jak grożący Szwarowi za niesubordynację Hazar (oj, górnik aż skulił się w sobie na tę naganę!), czy pokojowi jak Ballo czy Lara.

    Morwen jasno dała znać, że nie pomoże z odesłaniem mefitów, zasłaniając się czasem i komponentami. Po prawdzie, nie znała odpowiednich zaklęć i nie wiedziała nawet, od czego by tu zacząć, ale jeśli by nawet znalazła się w odpowiednim miejscu mocy, wątpiła, czy potrafiłaby odesłać mefity tam, gdzie potrzeba. Teleportacja zwykle wymagała przynajmniej częściowej znajomości czy choćby pojęcia o miejscu, do którego chcemy się przedrzeć, a pochodzenie mefitów...

    Czarownica zgadywała, że są z któregoś Planu Żywiołów, zapewne Powietrznego, choć pasowałby i Ognisty. Ale na temat tego, jak owe przestrzenie wyglądają miała tylko mętne pojęcie, oparte w dużej mierze na ilustracjach z ksiąg, które czytała jeszcze jako dziewczynka.

    – Spróbuję... Spróbujemy... Spróbujmy się do-dogadać? - Marius zagulgotał się w próbach przejścia do sedna. – Nie my was wezwaliśmy, nie wiemy jak was odesłać, ani skąd jesteście. Nie chcemy was atakować. Tamten... Przestraszył się, wystraszył. Przepraszamy.

    - Głupiec!
    – Kłamca!
    – Xornowy chwost z niego!

    Mefity były poirytowane i syczały wściekle, złe, że nie dostają od razu czego chciały. Nie słynęły z cierpliwości, ale siła drużyny trzymała je w ryzach.

    – Możecie... Możecie nas puścić do nieba! - Zaszumiał jeden, który zdał się Mariusowi najspokojnieszy w przemowie. – Pokażcie nam niebo, my znajdziemy drogę!
    – Tak, dajcie nam niebo!
    – Dajcie nam lecieć, dajcie latać!
    – Nie da się tu oddychać! Gdzie Ss'aiveth, gdzie Arssath? Gdzie Ssatlis?

    Randal wyczekiwał z bronią w pogotowiu, ale i wielką nadzieją, że szykuje ją na marne. Seweryn kuszę też miał już naszykowaną, niepewny w którą stronę pójdą negocjacje Utopca.

    – Chce-chcecie wyjść na niebo... To znaczy: na zewnątrz? - Marius miał problem z rozróżnieniem słów, które w języku żywiołów brzmiały całkiem podobnie. – Co... Co jeśli was puścimy?

    – Zróbcie to! Zróbcie! - ucieszył się ten stateczny.
    – Tak, tak! - zagwizdał wesoło inny. - Wolność, wolność!
    - Dymić w chmury! - zadźwięczał ten, który miał wcześniej chrapkę na doktora Quolleba. - Chcemy dymić!

    Marius przełknął ślinę i pokiwał mefitom głową w uniwersalnym geście zrozumienia. Następnie przeszedł na keolandzki.

    – Nie wiem, skąd tutaj są, ale nie wygląda na to, żeby były tu od dawna... Coś je tu wezwało, albo wessało. Chcą się uwolnić. Powiedziałem, że nie możemy ich odesłać. – Kapłan kiwnął na Morwen, żeby potwierdzić, że przyjął do wiadomości jej słowa. – Chcą wydostać się na zewnątrz. Możliwe, że pod niebem po prostu odlecą... Zachowują się jak zwierzak, który wpadnie w sidła i chce po prostu się uwolnić.

    – Co tam mówisz? Co mówisz? - zaaferowały się mefity.
    – Puśćcie nas, albo was spopielimy!
    – Mów do nas, mów bulgotku!

    Marius patrzył po złośliwych pyskach stworów i wewnętrznie dumał. Czy dało się je tu utrzymać? Albo namówić na coś innego? Intuicja podpowiadała mu, że może być trudno, choć dokarmianie przez Ballo pokazywało, że mefity są podatne na wszelkie przekupstwa.

    Istniała duża szansa, że żywiołaki rzucą się do ucieczki, jeśli walka potrwa dłuższą chwilę i będzie kosztować życie któregoś z nich, ale z czystej złośliwości nie odmówią sobie przedtem obkadzenia każdego palącymi wyziewami.

    Najbezpieczniej po prostu byłoby wskazać im drogę na zewnątrz i pomóc im się wydostać, bo pod kopułami Ścieżki zdawały się zagubione jak ptak w kościelnych murach. Czy jednak mefity nie dostaną na zewnątrz zupełnego pierdolca i nie spopielą wioski najeźdźców? Znaczy się – Czarnych Wrót...

    Marius wątpił w tak skrajny bieg wypadków, ale nie wykluczał, że stworki narobią w okolicy sporego bałaganu. Teraz chciały tylko wolności, ale potem będą szukały żarcia...

    – Może mistrz Weld będzie potrafił je odesłać? – włączył się Hazar, który zaczynał się niecierpliwić.

    Morwen musiała wewnętrznie przyznać, że Weld pewnie nie miałby większych problemów z wysłaniem mefitów na rodzimy plan, ale darzyła czarodzieja głęboką nieufnością. Obstawiała, że równie dobrze, co odesłać, mógł mefity zdezintegrować (cóż, to też rozwiązałoby problem...), albo co gorsza, pochwycić do jakichś swoich paskudnych wiwisekcji.

    – To co, to co? Jak będzie?
    – Puścicie nas, albo pożałujecie!
    – Nieba! Dajcie nam nieba!

    Dźwięczenie mefitów i trzepot ich skrzydeł niósł się po hali w narastającej niecierpliwości. Tylko Marius mógł odczytać jej słowa, ale napięcie udzielało się wszystkim. Nawet górnikom, którzy rozumieli jedynie prosty, codzienny keolandzki, w którym wyrastali.

    Rozgrywka
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa