Vald opuścił list na pierś, dając mu na powrót zwinąć się w rulon i przymknął oczy. Leżał wyciągnięty na pryczy w domku gościnnym, czy właściwie, nazywając rzeczy po imieniu, gościnnej komórce. Pismo przeczytał przy uchylonych drzwiczkach. Z kamienną twarzą i ściśniętym gardłem.
Gołębiarz, który przyniósł wieści, czekał przed nim i rozdłubywał obcasem zaskorupiałe błoto. Jeśli nie napiwku, to czekał przynajmniej reakcji. Że usłyszy co to, jakie sprawy, kto to mógł pisać do łowczego na stajniach. Vald skinął mu głową i schował się do szopy, zamykając prześwitujące drzwiczki na skobel.
Przy pieczęci może jeszcze nie wiedział, ale przy piśmie od razu poznał, co zaszło. Pisał ktoś inny niż on. Skoro ktoś inny, to musiało być o nim. Dokonało się zatem, instynkt nie kłamał. Lorrimor zakończył żywot. Coś tąpnęło w Valdzie. Ciężkie kawały przeszłości osunęły się w głąb, na chwilę zatkały wspomnienia obrazami i zostawiły ziejącą pustkę.
Przez ułamek w powidoku miał jeszcze literki listu. Potem Lorrimora z młodych lat. Swoich młodych lat, Valdowych. Profesor już wtedy był profesorem. Krzepkim, ale wiekowej dostojności.
Sale wykładowe, rozmowy, wycieczki w teren i jazda po prowincji. Wizyty w bibliotece po księgi, których próżno szukać w sylabusach i Petrosowe cmokanie nad wyślęczanym tekstem prac. Poprawiane akcentowanie w varizyjskim i naiwnie profesorskie rady na przyszłość, na którą Vald nie czekał. Nie, żeby o niej nie marzył. Po prostu nie była dla niego i to wiedział każdy. Każdy, a mylił się akurat on jeden – Lorrimor, twardy empiryk.
To miał przed oczami jeszcze przez chwilę, kiedy światło uciekało spod powiek, ale to zaraz odeszło. Ten Lorrimor był prawdziwy, ale jeszcze prawdziwszy był ten, którego Vald znał przez resztę życia. Ten spisany na kartkach i pergaminach, rozbiegany w piśmie, wykursywiony, ale wyraźny. Ten był z nim w prawdziwym życiu. Tym bez antropologii Varizyjczyków i wykopywania pobitych garnków jako świadków historii.
Ten pokrzepiał i apelował o szukanie swej ścieżki, gdy Vald wertował weksle i maszynowo wyskrobywał kontrakty w gildyjnym kantorku w Caliphas. Tego zabrał ze sobą, kiedy nie miał już kanciapy w mansardzie, ani otwartej drogi na pokoje w rodzinnej posiadłości. Z tym pisał już parę lat później i później, jeszcze przez długie lata, gdy nikt inny nie znał już jego adresu.
Ten Lorrimor istniał w literkach na zwitkach, które przychodziły do Valda między knieje i do tego Vald mówił i pisał. Pisał, pięknie kaligrafując na pergaminach odpowiedzi na profesorskie rozważania i zapytania, samemu dzieląc się obserwacjami z życia w leśnej głuszy i kontaktów z ludźmi, którzy nie znali państwa, w którym żyją i pana, któremu podlegają.
A mówił, bo dawny student i prawnik, dziś łowca i traper, nie miał do kogo otworzyć pyska i czasem w ciszy, a czasem zupełnie na głos, prowadził z Lorrimorem dyskusje. Raz planując co do niego napisze, ale bywało, że i od razu sobie odpowiadając. Po Profesorsku.
Może by nie zwariować, a może dlatego, że rozum miał już jednak... inny niż wcześniej?
Lorrimor był dla Valda Bendica największym przyjacielem i mentorem. Ale był też kimś, czy może nawet czymś więcej. Był łańcuchem, który spajał Valda z przeszłością i pozwalał mu zachować tożsamość. To głos Profesora, wcześniej częściej ze wspomnień, potem częściej czytany z kart, przypominał łowcy, kim był kiedyś. Dzięki niemu był faktycznie miało znaczenie, bo Vald trwał jako jednostka, która spajała wszystkie rozbieżne etapy życia, które nie miały już styku.
Vald złożył list do kieszeni, zebrał się z pryczy i wyszedł. Nie pisał do Kendry. Znał ją tylko ze wspomnień Profesora, ale choćby i nie, grzeczność by wymagała napisać. Ale czas nie pozwalał.
Z Loży Ascanor do Ravengro było pewnie ze sto czterdzieści, sto pięćdziesiąt mil na przełaj. Drżąca Knieja, potem bezdroża Lozeri, na koniec, jeśli się uda, spław rzeką. Nie rachując już, ile czasu list szedł w tę stronę (szczęśliwie przesłany gołębiem pocztowym), Vald i tak nie miał pewności, czy zdąży na ostatnie pożegnanie.
Kupił od majordoma Loży godne szaty, w których mógł pokazać się między ludźmi i zwędził resztę tego, co potrzebował. Załadowany jak juczne zwierzę, ruszył jeszcze popołudniem, świadomy, że noc zastanie go w sercu Kniei. Śmierć zrywała łańcuch z przeszłością, ale widziany czy pisany, Profesor był dla Valda przyjacielem, którego nie mógł nie pożegnać. Nawet jeśli Valdowi nie po drodze było z bogami i brakło mu przekonania, że w rytuale nad trupem faktycznie jeszcze się kogoś żegna.
***
Vald wyłonił się na uliczkach Ravengro niby zjawa, ale zjawa o doskonałym wyczuciu czasu. Akurat na dzień przed pogrzebem. Na sam wieczór wprawdzie, ale jeszcze z odrobiną zapasu, by doprowadzić się do porządku.
A było co doprowadzać. Poobijany, pod podróżną tuniką nawet lekko pokrwawiony, zalepiony opatrunkiem na słowo honoru, z piachem we włosach i bujnej brodzie, łowca wyglądał jak siedem nieszczęść. Trochę w zmęczonym kroku i spojrzeniu miał z proszalnego dziada, ale trochę i z wygłodniałego wilka, którego zima wypluła między ludzkie sadyby.
Czy to drugie nastraszyłoby Zokara z gospody "Pod Rechoczącym Demonem" na tyle, by przymknąć oko na to pierwsze, nie sposób ocenić. Wilczy dziad miał bowiem jeszcze jeden argument, który skłaniał, by po bożemu przyjąć go w swoje progi. Płacił złotem. Tyle starczało, by dostać krzesło przy szynkwasie i zamówić pokój.
Poza tym "To surowa kraina, to nasze Canterwall. Kto był na szlaku, to wie, jak potrafi poturbować człowieka" – mówił Zokar. Po sylwetce nie szło poznać, by sam zrywał zelówki na gościńcu, ale Vald pokiwał mu głową, choć gospodarz mówił nie do niego, a do łypiących na dziada miejscowych. Musiało trafić, bo wszyscy zostawili Valda w spokoju.
Łowca czuł, jak szarpie go do gorzałki, ale jeszcze mitygował się w samozniszczeniu. Do pierwszej butelki zjadł ciepły posiłek, a potem poszedł zrzucić bagaż i przyszykować się na jutro. Służba, zgodnie z zamówieniem, przygotowała balię gorącej wody, więc Vald umył się, doprowadził zarost do porządku i ściął bez ceregieli rozchodzące się w nieładzie strąki nieposłusznych włosów. Wypił przy tym pół butelki wódki i zawiesił na drzwiach odzienie, które czekało jutra. Miał nawet nowe buty. Czarne pod czarny surdut, spodnie i halsztuk.
Wydał konkretną sumę, by nie wyglądać jak obwieś, a jak ten Vald z kiedyś, na którego żaden oberżysta nie spojrzałby inaczej niż służalczo. Odświeżony, zlazł na dół i poprosił o wymianę wody. Miała na niego czekać zimna, na rano. Gospodarz zapewnił, że oczywiście, oczywiście i spojrzał na gościa serdeczniej. Oporządzony nieco, przybysz wreszcie wyglądał jak człowiek i teraz łowił inne spojrzenia. Ciekawskie, zamiast niechętnych.
Tropiciel zaczął rozmiękać, ale dał sobie jeszcze przyzwolenie na ciepło i przyjemność. Zamówił drugi posiłek, drugą butelkę, znalazł miejsce gdzieś w rogu, gdzie można było się wcisnąć w siedzenie wyłożone skórami i chłonąć ludzkie zapachy. Gotowanej zupy, kaganków, tłuszczu, potu, whisky w oddechach i rozlanej po blatach. Buchającego kominka i suszących się mokrych opończy przy wejściu. Nasłuchiwał gwaru rozmów i komend dobiegających z kuchni, plusku deszczu na szybach i bulgotania kociołków.
Pod koniec flaszki, lekko już zrumieniały, poczuł, że dobrze jest widzieć ludzi. Że dobrze ich posłuchać. Że tamta dziewka przy kuchni jest wcale urodziwa, a trzech młokosów przy kościach zdaje się świetnie bawić. Weseli, oddani grze. Tacy młodzi, gra o byle miedziaka, a chłoną to całymi sobą. A gospodarz? Miły przecież, dobrze mu z oczu patrzy. Widać, że gębę chce otworzyć do człowieka, serdeczny typ.
Vald wzdrygnął się i zmiarkował. Zebrał półmisek i flakon, podchodząc do lady.
– Pora na mnie. – Uśmiechnął się, jakby przepraszająco. – Wziąłbym może... Na górę jeszcze...
– Tak? – Zaoferował się Zokar, składając dłonie na blacie.
– Jeszcze butelkę waszej gorzałki, gospodarzu. Bardzo zacna – wytłumaczył się, jakby spodziewał się, że robi komuś kłopot.
Na górze czekała balia. Zastawił drzwi krzesłem, uchylił okno i zzuł buty. Potem przysiadł na ziemi, oparł się o łóżko i zaczął pić. Słuchał deszczu i, póki się dało, własnych myśli.
Trochę w nich było Lorrimora, obawy o jutro i ciekawości. Sporo żalu, który starał się odprychiwać od siebie, a im głębiej żłopał, tym więcej pragnienia by zejść na dół jeszcze i przysiąść między ludźmi. Zagaić.
Zwalczył to. Przyspieszył, zrzucił ciuchy i pociągnął konkretne hausty aż flakon zaświszczał. Przez chwilę miał jeszcze mętlik w głowie, ale w końcu zwalił się na łóżko i wpił się w pościel, pozwalając sobie poczuć przyjemność.
***
Ranek był szary, dżdżysty i zachęcał, by wypić resztkę z butelki, która została po wczorajszej kąpieli. Vald wylał ją za okno i nagi załadował się do balii z wodą. Zanurzał się parokrotnie na coraz dłużej i dłużej, aż w końcu opanował dyskomfort na tyle, że nie było sensu go mnożyć.
Po wszystkim wyszorował się, podgolił i wyszykował. Na palec włożył rodowy sygnet, którego na co dzień nie nosił. Podciągnął koszulę i sprawnymi ruchami zawiązał halsztuk. Mimo lat, odkąd robił to ostatni raz, ruchy miał ciągle sprawne. Mógł robić to niemal z pamięci, choćby bez lustra.
Gotowy, zlazł na dół i zamówił śniadanie. Zokar teraz nie miał już wątpliwości, że Vald jest jednym z żałobników przybywającym na pogrzeb Profesora, ale gość grzecznie wymówił się od wchodzenia w szczegóły znajomości z uczonym. Nie mówił z nikim także później, zmierzając do rezydencji Lorrimorów, pierwsze szczere słowa rezerwując dla Kendry.
Córka Petrosa znała go tylko z opowieści. Ojciec zapewne wspominał o dawnym uczniu, z którym połączyła go zażyłość i wieloletnia korespondencja, ale mimo całej swej wymowności, i tak nie byłby w stanie opisać, jak Vald wygląda dziś.
Kiedy podszedł do niej wysoki, blady brunet o zmęczonej twarzy, gęstych włosach i brodzie z kępkami siwizny, odziany dostojnie i żałobnie jak należy, ale z odcinającym się od czerni puginałem zwisającym przy boku, nie zgadywała z kim ma do czynienia. Ale gdyby nawet, nie obstawiłaby Valda.
– Vald Bendic, do usług szanownej pani. – Mężczyzna skłonił nisko głowę i tak kurtuazyjnie, jak i na dowód prawdziwego szacunku, lekko pocałował wyciągniętą dłoń kobiety. – Jest mi niewypowiedzianie przykro z powodu Pani straty. Profesor Lorrimor...
– Wyrazy najszczerszego współczucia i pozostaję do usług – dokończył szybko po pauzie, której się po sobie nie spodziewał. Kobieta podziękowała – tak słowami, spojrzeniem, jak i uściskiem dłoni, ale Vald nie dał jej szansy na wejście w pełniejszą wymianę zdań. Usunął się w ukłonie i wycofał w dalsze szeregi żałobników.
Czuł, że nie ma prawa zabierać uwagi córki, ani zawłaszczać przestrzeni wydarzenia dla siebie. Nie był rodziną, nie był przyjacielem, który kiedykolwiek gościłby w domu Profesora. Nie był nawet żadnym z tych miejskich oficjeli czy sąsiadów, którzy znali się z Petrosem i pewnie nie raz w ostatnich latach ściskali jego dłoń.
Profesor... Profesor był jego przyjacielem, tego był pewien. Ale teraz Profesora już nie było, a dla tych ludzi był obcy. Nie miał prawa rościć sobie przed kimkolwiek pierwszeństwa. Ten rytuał był ich i dla nich. Dla Kendry.
Vald stał spokojnie, cichy i wyprostowany jeszcze o parę kroków za tymi, którzy dyskretnie wycofali się z pierwszych szeregów. Obserwował i milczał. Przy zaśpiewach udawał, że też intonuje i kiedy wypadało, zamarkował spiralę Pharasmy.
Na wezwanie do niesienia trumny nie zareagował. Usłyszał je, naturalnie, ale nie drgnął. W pierwszej chwili. Bo zaraz wzdrygnął się, rzucony jakąś zbitką uczuć, której się nie spodziewał.
Wzdrygnął się i wściekł, widząc, że taki człowiek jak Profesor – CZŁOWIEK TAKIEGO FORMATU – nie ma przy sobie tłumu przyjaciół, który poniósłby go w ostatniej drodze. Że miałby liczyć na akolitów czy opłaconych pachołków, by nieśli go do grobu?
Vald wypłynął z tłumku przestępujących z nogi na nogę żałobników – czy może gapiów?! - i bez słowa znalazł się przy kapłanie. Nawet teraz nie chciał stawać w pierwszym rzędzie, wyglądając z nadzieją, że ktoś pójdzie przed nim. Unikał spojrzeń pozostałych, ale wszystko rejestrował, gotów zająć pozycję, którą przydzieli mu hierarcha.