Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
PaniczP

Panicz

@Panicz

Panel sesji wdrożony.Proszę zapoznać się z tym tematem.

Informacje
Posty
212
Tematy
5
Udostępnień
0
Grupy
0
Obserwujący
1
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    W głównej sali rezydencji starosty, na wtajemniczeniu i odprawie przed jutrem, zebrało się egzotyczne, a doborowe grono. Naukowe ramię ekspedycji mieli stanowić doktor Emil Quolleb i doktor Lara Quatermain, specjaliści od archeologii i dawnych języków.

    Stara Suelia była też konikiem Eutelo Isebranda, ale przybysz z Aerdu występował w drużynie w roli uczestniczącego obserwatora, do czego prawo dawało mu zaangażowanie jego rodziny. Eutelo liczył, że będzie mógł wymienić się myślami z dwojgiem uznanych ekspertów, ale wiedział, że jego rolą tutaj jest pilnowanie interesu Kompanii Lazurowej i Isebrandów, a nie naukowe analizy Ścieżki.

    W podobnej roli co Eutelo, na miejscu był też Kai, ale tym razem bard odmówił uczestnictwa, wymigując się poważnymi sprawami, które wymagają jego obecności gdzie indziej. Wysłuchał briefu przed jutrem, ale na ten dzień potrzebny był już gdzie indziej. Wylla musiała widać znać powód, bo nie wchodziła w temat i nieobecność barda była usprawiedliwiona.

    Jako zbrojne ramię ekspedycji służyć miał sir Randal Bronson, Ballo Białe Serce, sierżant Varlund, otrzaskany już wcześniej w boju Grebo i wracający do siebie po kuracji Seweryna, Bolvar. Drużynę mieli zasilić jeszcze inni zbrojni, ale na odprawę wezwano tylko tych, których można było wtajemniczyć w sprawę przed resztą.

    Tak samo przed resztą, wtajemniczony został Haraz Baraz-Felak, który miał w misji odpowiadać za aspekt górniczo-inżynieryjny. Jego wezwano na spotkanie jako jedynego reprezentanta tej gałęzi ekspedycji, rekomendując by swojej drużynie dał tylko znać, że jutro mają stawić się w umówiony punkt i być gotowi na robotę. Nie było sensu mnożyć potencjalnych plotkarzy.

    Składu grupy dopełniali znany w miasteczku cyrulik Seweryn Drachenwulf oraz służący za magiczną pięść drużyny Marius Utopiec i świeża w Kompanii - Morwen. Medyk dał się już poznać jako człowiek, który nie boi się ubrudzić rąk, kiedy potrzeba, ale przede wszystkim jako świetny lekarz. Można było mieć nadzieję, że Seweryn będzie tym razem mieć na Ścieżce jak najmniej do roboty, ale lepiej przecież dmuchać na zimne.

    Marius i Morwen mieli wykazać się w sprawach Kompanii swymi czarodziejskimi talentami. Utopiec wyrobił sobie już opinię groźnego i nieco szalonego, szarżując wcześniej na olbrzyma i miotając czary za goblinami, ale Morwen była nowym nabytkiem w grupie. Ręczył za nią Kai i rzekomo miała pokazać niebawem, ile jest warta. Ostatnie starcia na Ścieżce wykazały, że bez magicznej osłony ofiary mogą być nie do uniknięcia… Po to zatem była Morwen i Marius.

    Drużyna miała dzień na przygotowanie i nazajutrz, na sygnał mistrza Wedryka, mieli zbliżyć się do wewnętrznej bramy na Ścieżce, stając u progu tajemnic, których nie widziały millenia.

    W spoilerze fragment z posta, gdzie opisywałem to pełniej 🙂
    Drużynę organizuje Wam Kompania w osobie Wylli van Coen, ale inicjatywa była we współpracy z 'władzą lokalną', stąd mag i doktor Quolleb (który jest niby zatrudniony u konkurencji, ale jest na miejscu ekspertem od archeologii i Ścieżki).

    Komentarze

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Quolleb nie. Górnicy - do ustalenia zostawiam eTo (Hazar mógł dobrać wg swojego uznania).

    Komentarze

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    No tak Brilu, nie zaktualizowałeś karty i wychodzi nauka, że co masz zrobić jutro, zrób... Nigdy, bo może lepiej na tym wyjdziesz 😉

    Uznajmy, że znasz ten Primordial (tak jak patrzyłem w karcie; biorąc pod uwagę Twojego patrona i cały klimat, to dość naturalny kierunek), ale Celestial będzie do wymianki.

    A co następuje w sesji? Otóż... Przemawiaj/przemawiajcie (poprzez Mariusa), mefity się uspokajają powoli i wychodzi, że nie są tu z własnej woli, są oszołomione i nie palą się do walki, jeżeli uda się tego uniknąć. Uda się szybko ustalić, że 'trafiły tu z nieba', co Marius jest w stanie odcyfrować jako naturalne określenie przestrzeni bytowej dla żywiołaków powietrza. O resztę pytajcie : )

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Rozpętująca się zawierucha wzmagała się podlana dymem i adrenaliną, gotowa przejść w totalny chaos, gdy padną wszelkie wątpliwości, a gniew stłumi pozostałe odczucia. Awantura miała zapach popiołu i grała wysokimi, piskliwymi nutami mefitów, które w swym kakofonicznym wzmożeniu przebijały wszystkich i nadawały scenie własny ton. Ton świszcząco-szczebiotliwie-szumiący.

    Nikt nie spodziewał się, że w wysokie nuty wpłynie dudniący, chlupiący nieskładnie sylabami głos Mariusa. Utopiec... Ciężko było to określić, bo powiedzieć, że wydarł się nie pasowało do bulgotliwych dźwięków, które wypadły z jego ust w imitacji bądź to mowy, bądź odgłosów nurkowania. Marius wybił się jednak na chwilę ponad ogólny gwar, co kosztowało go stracony dech i pokaźne rumieńce. Zagulgotał coś bardzo głośno, jakby dmuchał w rurę, a dziwaczność dźwięku stawiało go gdzieś między naśladowaniem mowy, a naśladowaniem natury.

    Gulgot zaskoczył wszystkich, ale najmocniej chyba same mefity, które jakby stężały w locie, zmieniając coś nieznacznie w sposobie, w jakim wymachiwały skrzydełkami. Teraz wisiały w powietrzu nieco inaczej, bardziej... Nasłuchująco?

    Grosz, który obrał już kierunek wyjściowy, jak i niektórzy inni członkowie drużyny, których ciała były już w ruchu, zwolnili kroku. Marius wybulgotał swoje, a dla wzmocnienia efektu, kapnął na koniec kroplą magii, wyczarowując spod ziemi wielgachną mackę, która zaczęła pełzać wśród metalowych resztek.

    Mefity zdawały się zwolnić trzepot jeszcze bardziej. Chochlicze, złośliwe i trzpiotowate pyski stworków zmieniły się. Oczy żywiołaków rozszerzyły się ponad zwyczajowe szparki, a uszy stanęły wysoko w pionie.

    – Czego chcecie? – zaświszczał jeden z potworków. Ten, który wcześniej zionął na Szwara i pechowców stojących za nim. – Czemu tu jesteśmy?

    Dla słuchaczy wokół sytuacja była niezrozumiała, a słowa mefita już zupełnie. Dla nikogo zresztą poza Mariusem słowami nie były, a tylko kolejnymi gwizdami dzikiego stworzenia.

    Odmianę w postawie mefitów dostrzegli jednak wszyscy i czy wiązali to z bulgotaniem Mariusa, wyczarowaną spod ziemi macką, czy po prostu pierwszą przelaną krwią, zrozumieli, że sytuację można jeszcze odwrócić.

    – Czego chcecie?

    – Bulgoczesz wodniku, ale nie służymy tobie!

    – Czemu nas wezwaliście?

    – Skąd... Skąd my-wy tu-tutaj?

    – Niech was przewieje na wszystkie strony, smrodliwcy!

    Marius skupił uwagę na dźwiękach wysyłanych przez mefity, teraz bezbłędnie już odgadując każdą nutę ich słów. Przebijały się jeden przez drugiego, ale ich wzmożenie ewidentnie zelżało. Wodziły wzrokiem to za Utopcem, to za ślizgającą się na marmurze macką, która nadała wezwaniu kapłana dodatkowej powagi. Nie mogły przestać dogadywać i świszczeć, ale było jasne, że na ile mogą, skupiają uwagę na tym, co będą mogły zaraz usłyszeć.


    Marius - używa Grasp of the Deep.

    Komunikacja z mefitami:
    Perswazja --> 15 i 20 na kości (advantage za użycie 'dodatkowego straszaka'; krytyczny sukces).
    20 = sukces -> mefity (chwilowo) wstrzymują ataki/kontrataki, zarzucają Mariusa pytaniami i chcą wysłuchać, co ma do powiedzenia.

    Rozgrywka

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    No dobra, udało się dokonać tej tury. Zobaczymy teraz, co zarządzi Utopiec, bo on zamyka turę... I on też zdaje sobie sprawę, że może spróbować komunikować się z mefitami w primordial, który ma na liście języków.

    Komentarze

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Wrzuciłem taki skromny post nie z racji, że tak ma być, ale z tej racji, że czacha dziś boli i robię kurs na spanie. Nie jest to kolejka, ani nic - jutro (daj Bóg!) rozwinę tego posta do właściwego kształtu, gdzie opiszę, co więcej następuje.

    EDIT: I trochę rozwinąłem, ale jednak do końca nie dałem rady, bo znów zmęczenie dopadło (może muszę zacząć pić kawę na stare lata?)... Uznajmy, że dawkuję Wam dla emocji, a jutro dokończę.

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Mephitis nazwę swą biorą od trujących wyziewów, które większość z ich gatunków nieustannie roznosi, ziejąc nimi gdzie popadnie dla własnej uciechy i na szkodę wszech istot. Stworzenia są to złośliwe i niecne, skore do szkodzenia i krzywdzenia, jeśli tylko je to zabawia. Choć dają się spętać magią i przymusić do służby, to stanowią sługi krnąbrne i mało pojętne w nauce. Płochliwe i choleryczne, nie radzą sobie wobec bardziej złożonych zadań, skore oszukać mistrza, jeśli tylko oszczędzi im to wysiłku.

    Bynajmniej jednak nie są całkiem głupie i to nie tylko w pojęciu zwierzęcego sprytu, którego im nie brak. Mają inteligencję przeciętną, przewyższającą niekiedy zacofane chłopstwo Keolandii, ale nie robią z niej właściwego użytku, co pośrednio może wypływać z ich zaburzonej percepcji czasu.
     
    Mephitis zdają się funkcjonować we wszelkości swych zachowań, ruchów i myśli w swoistym przyspieszeniu, rzadko zdolne skupić się na czymś na dłużej. Najpewniej jest to odbiciem ich krótkiego żywota, w którym za jedyny cel stawiają sobie doraźne zaspokajanie potrzeb, gromadząc przyjemności nim niewielka klepsydra ich czasu przesypie się dla nich.
     
    Mówią językami odpowiednimi dla sfery żywiołów, która je zrodziła, ale wszystkie rozumieją żywiołaczą lingua oeridea, jaką stanowi mowa prymordialna. Ich wokabularz jest ubogi, za to pełno w nim onomatopei i ogólnego hałasu.
     
    Czarodziejom, którzy chcą w służbie Sztuki eksperymentować na stworzeniach, które mają rozwinięte struktury umysły i przez to nadają się do praktyki ars fascinationis, mefity poleca się jako tani i plastyczny materiał prac. Ostrzega się jednak o ostrożności przy skupianiu ich w większej liczbie i nadmiernym zużyciu – przy śmierci eksplodują, co przy dużej kolonii może prowadzić do reakcji łańcuchowej. Zaleca się odpowiednie wzmocnienie konstrukcji, w których są przetrzymywane, by uniknąć ich uszkodzenia przy niekontrolowanych wybuchach

     
    Mistrz Zielonej Wieży, Sztuka Magiczna w Codziennej Praktyce. Rozwiązania i Porady (Przede Wszystkim) Utylitarne

    Zaklęcia szkoły uroków miały właśnie szybki test praktyczny. Morwen skupiła wiedźmi wzrok na aurach mefitów, chuchnęła, dmuchnęła i złoty pył spadł na skłębione skupisko dymiących stworków. Liczyła pewnie, że mgiełka otuli całą skrzydlatą rodzinę, ale ich stałe trzepotanie i wzloty z miejsca na miejsce dały czarowi odpór. Jeden tylko, ten rozpiany wcześniej w ostrzeżeniu wobec reszty, dał się pochwycić urokiem i opadł na ziemię jak liść strącony nagłym podmuchem.

    Zasnął, ale to nie wystraszyło pozostałych. Może gdyby zaklęcie położyło większą liczbę, reszta potworków zaczęłaby zmykać. Teraz jednak, skonfrontowane z drużyną poprzez coś więcej niż okruszki od Ballo, poirytowały się i zaczęły gniewnie bzyczeć.

    Górnicy zerkali niepewnie w stronę dymiących, świszczących diabelstw i widać było, że nie czytali Mistrza Zielonej Wieży, bo czuli wobec stworów pokaźny respekt. Z pierwszej łapanki jednak tu nie przyszli, co najdobitniej chciał pokazać Szwar.

    Zwykle małomówny, ale pierwszy do mordobicia, uznawał, że w obawie i niepewności należy ostro skonfrontować się z jej źródłem. Metoda co do zasady warta uwagi, ale wymagająca elastycznego stosowania. Tym razem chłop nie oglądał się na niuanse i podpunkty i pognał z rykiem naprzód, przeskakując przez ławkę, wymijając Mariusa i biorąc dziki zamach kilofem na zlatującego do okruszków mefita.

    Trafił mocno, waląc latacza po gargulcowym nosie aż świst poszedł, a w ślad za tym wrząca jucha i wściekły jazgot potworka. Hazar krzyknął coś z tyłu poirytowany zachowaniem narwańca, ale nie mógł już nic zaradzić. Rąbnięty mefit wciągnął powietrze jakby miał zaraz dmuchać świeczki i dmuchnął faktycznie, ale dymiącą falą żrącego popiołu, jakby wysypywał na głowy rozgrzane węgla z głębi kominka.

    Szwar jęknął i zakrył twarz, a powietrze przeszedł charakterystyczny swąd palonej skóry. Górnik przyjął na siebie większość parującego wyziewu mefita, ale zionięcie – jak na tak liche stworzenie – rozniosło się dużo dalej gorącym stożkiem, który sięgnął aż po stojących wyraźnie dalej Morwen, Larę i Eutalo. Opar owionął też Mariusa i Ballo – ten pierwszy poczuł gryzienie w nozdrzach i pieczenie oczu, które odruchowo zacisnął, co sił. Mnich zasłonił twarz potężną łapą i nawet nie poczuł bólu, a jedynie lekko parzące mrowienie, jak przy wyławianiu czegoś na szybko z wrzątku.

    Morwen, Lara i Eutalo mieli dość przestrzeni, by osłonić ślepia, więc jedynymi, którzy krzywili się i przecierali oczy byli Marius i Szwar, choć prawdziwy ból dotknął tylko krewkiego górnika.

    Randal przetarł skrawione czoło i rozejrzał się po sytuacji. Widział parzący podmuch mefita, widział jak Mavir biegnie w stronę kompanii, a Ballo próbuje udobruchać mefity rzucając im jedzenie. Z początku były głodne i ciekawskie, ale teraz zjeżyły się na drużynę, choć mnich – tak pewnie przez swoją potężną sylwetkę, jak i rzuconą stworkom jałmużnę – wypracował sobie neutralny status i był przez nie omijany.

    Zamiast tego dwa rzuciły się na Szwara, machając pazurami jak rozeźlone koty. Jeden zdawał się w tym śmiesznie nieporadny i chyba niewiele zrobił przykulonemu górnikowi, ale drugi dziabnął go już poważnie aż pawiment zalał się krwią. Randal nie palił się do rozbijania diablich stworków, choć może to i byłoby po paladyńsku, ale do roboty zmusiła konieczność. Rycerz wyskoczył naprzód, by odegnać żywiołaki od oślepionego górnika i ciął tego, który już wcześniej oberwał, rozdzierając mu kawał skrzydła. Rana nie była śmiertelna, ani nawet dość mocna, by przygwoździć wijącego się lotnika.

    Spojrzenie w tył pokazało, że chyba trzeba będzie bić mocniej, bo mefity rozzuchwaliły się i dwa podleciały bliżej wyjścia. Jeden był w zasadzie obok Braga, ale zwolnił w ostatniej chwili przed atakiem i górnik zdążył odskoczyć. Drugi zaczaił się na doktora Quolleba, który nie potrzebował większej zachęty i podjął kierunek ewakuacyjny. Eutalo spróbował strzelić w natręta, który przegonił historyka, ale chybił o spory dystans.

    Swojej szansy nie zmarnował za to Seweryn, który ze swoją misterną kuszynką, reagował na wydarzenia, jakby każde kolejne prowadziło do pułapki, którą zawczasu nastawił. Mefici atak na dotkora sporo kosztował żywiołaka, bo posłany precyzyjnie pocisk trafił prosto w środek jego skrzaciego ciałka, zraszając płytki dymiącą juchą. Stwór zajazgotał i chyba stracił serce do psot.

    Ten, który zamachnął się na Brago też chyba stracił rezon, bo górnik odwinął mu się potężnie, waląc kilofem, jakby rozbijał skałę. Mefit nie dał się rozbić na szczapy, ale przeorana łapa musiała naprawdę go boleć, bo trafiony zagwizdał wściekle aż z uszu poszła mu para. Wulbar biegł już kompanowi na pomoc, gotów poprawić z drugiej strony, a Elbir cofał się niepewnie, wodząc wzrokiem za Hazarem i czekając, co zdecyduje krasnolud.

    Mefity, które dotąd były rozleciane w dalekich zakątkach hali, teraz zlatywały bliżej wydarzeń, ale przestrzeń była ogromna, więc nawet na nietoperzych skrzydłach nie dało się dolecieć z jednego końca na drugi tak raz-dwa. Lara miała strzelbę w pogotowiu i mogła swym bystrym okiem złowić diabliki w locie niczym kaczki, ale to nie zgrywało się z jej podejściem do sięgania po oręż. Nie lubiła zabijać, a już absolutnie wystrzegała się tego, gdy nie było całkiem pewności, czy aby wróg na pewno jest wrogiem i na ile może być zabójczy...

    Przy rozumnych istotach, które nie wykazały w pierwszych odruchach jednoznacznej agresji, doktor Quatermain miała skrępowane ręce. Nie chciała na razie sięgać ani po kule, ani po bułat, licząc że mefity może uda się odstraszyć, albo przegonić. Zastanawiała się, czy aby najlepszego efektu, by usadzić lataczy na tyłkach nie zrobi niesiony echem strzał z jej fuzji... Z drugiej strony wiedziała, że usłyszą go wszyscy, którzy (jeszcze) żyli na Ścieżce, a tego rozgłosu nie chciała.

    – Häipykää täältä! – krzyknęła w końcu, przekonana, że może stwory znają starosuelski, skoro znalazły się w ruinach imperium. – Lähde nyt ja elä tai jää ja kuole!

    Jej wezwanie, by chochliki wyniosły się gdzie pieprz rośnie i postawiona im groźba pewnikiem zadziałałyby świetnie, gdyby tylko mefity cokolwiek tu zrozumiały. Suelski był im jednak kompletnie obcy, więc wokalizacje Lary znaczyły dla nich tyle samo, co charknięcia i warknięcia pozostałych.

    Marius słyszał, że potworki nic z tego nie rozumieją i ogólnie zdają się zupełnie skonfundowane, niepewne kim są ludzie, których napotkali i własnej roli w tym miejscu. Gwizdy, świsty, piski, jazgoty, plumkania i wizgi to była przedziwna kakofonia, bliska wyjącemu w mroźny dzień wichrowi, który wpada w zakamarek zagrać na czym popadnie.

    Wiatr niczego jednak nie mówił, nawet jeśli zawodził i tylko zdawało się, że niesie prawdziwe słowa, tak jak ślimacza muszla szumiała morsko, ale nie niosła odgłosów morza.

    Ale... Czy... Czy na pewno? Marius znów miał wrażenie, że słyszy coś w parujących gwizdach mefitów... Coś jakby wyseplenione, syczące i świszczące słowa... Słowa języka, który znał.

    - Tak! – Ucieszył się kapłan, kiedy udało mu się w końcu skoncentrować na tyle, by z nieustannej, meficiej kakofonii wyłuskać dźwięki, które przypominały słowa. Tak, to były słowa. Nie miał teraz już wątpliwości. Mefity syczały swoim dymnym, powietrznym dialektem, ale część dźwięków dawała się zidentyfikować.

    Język prymordialny, albo mowa żywiołów... Mało kto spośród śmiertelników władał językiem, który niósł się szeroko przez Plany, ale burzliwa historia Utopca dała mu ten przywilej.

    - Wróg... Uciekać?! Pyszne! Pluć-pluć ich! Duży! Rura bić, rura!

    Marius wytężał uszy i słuchał, nie zawsze składając kawałki w sens, ale z każdą chwilą radząc sobie w tym coraz lepiej. Sprawy nie ułatwiało, że co jeden mefit, to inny komunikat, a specyfika wokalna czyniła głos każdego stworka absolutnie unikalnym...

    Ale jeśli on w miarę je rozumiał, to może i one zrozumiałyby jego wodnisty, szumiący morsko prymordialny?

    spoiler

    Kolejność zdarzeń:
    Grosz (górnik) – 21 (rusza bliżej wyjścia)
    Mefit Dymu #6 – 20 (pieje; komunikuje się z resztą po swojemu; zostaje uśpiony)
    Morwen – 19 (usypia mefita #6)
    Szwar (górnik) – 19 – atakuje Mefita #5; najpierw lekko ranny w ataku, później ciężej (jest bliski upadku)
    Hazar – 19 (defensywa)
    Mefit Dymu #5 – raniony poważnie przez Szwara i Randala, ale nie na skraju śmierci
    Mavir (górnik) – 18 (biegnie bliżej reszty)
    Randal – 17 (trafia mocno mefita #5)
    Mefit Dymu #10 – 17 (pudło w Szwara)
    Ballo – 16 (karmi mefity)
    Mefit Dymu #1 – 16 (atak na Brago – pudło; Brago odpowiada mocnym atakiem)
    Mefit Dymu #8 – 12 (atak na dr. Quolleba – pudło)
    Eutalo – 12 (pudło)
    Seweryn – 11 (trafienie krytyczne – mocne uderzenie w mefita #8, który jednak nie jest jeszcze półmartwy)
    Mefit Dymu #9 – 11 (ruch w stronę skupiska ludzi)
    Doktor Quolleb – 8 (kierunek: wyjście)
    Brago (górnik) – 7 (atakuje mefita #1 i mocno trafia)
    Lara – 5 (próbuje odstraszyć mefity w starosuelskim)
    Wulbar (górnik) – 5 (rusza pomóc Brago)
    Mefit Dymu #2 – 4 (rusza bliżej)
    Mefit Dymu #3 – 4 (rusza bliżej)
    Mefit Dymu #7 – 4 (rusza bliżej)
    Elbir (górnik) – 3 (defensywa)
    Marius - 2 (?)

    Rozgrywka

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Jutro machnę posta, żeby nie mitrężyć.

    Komentarze

  • [Jedyny Pierscień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - KOMENTARZE
    PaniczP Panicz

    Jak nie święta, to robota 😉

    Odpisałem z opóźnieniem, ale Milo na przetestowanie czarodziejskich spinek, do których został nominowany (dziękuję! 🙌) cieszy się jak dzieciak.

    Potem zaś chciałby nakłonić, by dano im tu dość swobodny dostęp do studiowania eksponatów - tak tych zapisków Starego Tuka, jak i wszystkiego, co niby Muzeum zwiedzającym udostępnia (niechże się hobbici zadomowią i poznają tak historię, jak i Mathom z jego mocnymi i słabymi stronami).

    Komentarze sprzysiężenie czerwonej księgi

  • [Jedyny Pierścień II ed.] Sprzysiężenie Czerwonej Księgi - Rozdział I
    PaniczP Panicz

    Milo Makary Tuk

    text alternatywny

    Milo na wizycie w Domu Malthom był spięty jak spinki Gerontiusa (kiedy się już, oczywiście, magicznie spięły). Grzeczność, a i dominująca chyba nad wszelkimi innymi cząsteczkami w jego ciele ciekawość, wzywały, by nasłuchiwać pary kustoszy z uwagą i spacerować przez muzeum wyznaczoną ścieżką. Tuk chciał i próbował, ale stopy klapały mu nerwowo na parkiecie, gdy zezował na mnogość eksponatów i tabliczek z opisami, które pragnął poznawać.

    Milo miał problem ze skupieniem na jednej rzeczy na raz, gdy wokół wołały go dziesiątki ciekawostek, a sama ich obecność łaskotała go po umyśle, nie dając spokoju. Hobbit chciał i lubił poznawać rzeczy po swojemu, na własną rękę i we własnym tempie. Malwa i Bingo wydawali się przemili, a opowiadali na jego uszy ciekawie, więc nie w tym rzecz, że Makary nudził się pod ich przewodnictwem...

    Nie, Milo po prostu znów uginał się pod obyczajem grzecznego, szkolnego wysłuchiwania, gdy serce wyrywało mu się już do przebiegania po korytarzach w pędzie i poznawania wszystkiego z bliska. A potem przysiadania eksponat po eksponacie i notowania, szkicowania, malowania i dłubania w pamięci, co do czego dopasować i co-z czym-o czym.

    Trzymał pion i kurs za resztą drużyny, bo jednak pozycja starszego w gronie gości zobowiązywała podwójnie. Opłaciło się, bo dzięki uprzejmości Prymulki spotkało go nie lada wyróżnienie. Zaszczyt i przygoda sama w sobie... Magiczne spinki Gerontiusa miałyby się spiąć na jego mankietach! Na jego skromnych, acz wykrochmalonych jak trzeba, mankietach!

    Milo stanął przed Bingiem jak zamurowany i szepnął chyba, że to byłby zaszczyt, ale nie miał już pewności, czy aby nie mlasnął tylko czegoś ustami, które także zwolniły wobec emocji. Widząc zachętę ze strony kustosza, Tuk wyprostował ręce i wysunął naprzód nadgarstki. Zreflektował się, że do spięcia mankietów, musi najpierw zdjąć własne spinki, więc nerwowo pozbył się ich z koszuli i raz jeszcze stężał z łapami z przodu. Teraz już w pełni gotów na czary.

    Parę chwil później, kiedy uniesiony pod sufit Milo powoli lądował, na ziemię sprowadziła go konieczność protestu. Kustosz zachęcał do zagadek, a pani Malwa odwodziła od marnotrawienia czasu na takie głupoty. Tuk nie mógł nie stanąć w obronie babrania się w rzeczach nieprzydatnych i szalonych, które mogą prowadzić do mizernych efektów.

    – Jeśli Państwo pozwolą, to dla nas... Dla nas będzie wielkim honorem móc przestudiować te zapiski dla samego tylko obcowania z pamięcią o przodkach, którzy tworzyli nasze Shire jakim jest dziś. – Milo faktycznie czuł, że wzniosła to sprawa i to na tyle, że zbył na razie wspomnienie o konkretniejszych i dających konkretne efekty maślanych bułeczkach. – Jeżeli w ogóle mógłbym-moglibyśmy korzystać z gościny Państwa domu i w kolejnych dniach, by poznać lepiej naszą historię...

    Hobbit zatrzymał się w pół zdania i poczerwieniał, świadomy, że lapsusem może narobić tu nie lada niegrzeczności.

    – Naturalnie, przepraszam najmocniej, chodzi mi o możliwość, aby w czasie, kiedy Dom jest otwarty dla zwiedzających, móc czytać i poznawać eksponaty. – Milo skłonił głowę, jakby kajał się za faktyczne przewinienie. Było-nie było, wpraszać się tak do kogoś byłoby skrajnie obcesowym, a funkcja sfery dóbr publicznych, jaką pełniło muzeum nie była wśród hobbitów oklepaną codziennością. – Nie chodzi, by Państwa nachodzić... Jedynie, gdy można, gdy nie przeszkadza... Zapoznawać się na tyle, na ile się da z tym dziedzictwem naszym hobbicim w spokoju. Wiem... Wiem, że każdy inaczej trochę patrzy, czego innego potrzebuje, inaczej myśli, kiedy tak stoi oko w oko z historią przodków...

    Rozgrywka sprzysiężenie czerwonej księgi

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Iluzja zadziałała, by zaciekawić mefity. Część najbliżej niej zbliżyła się na miejsce, te najodleglejsze wzięły kurs na całe zamieszanie. Jednocześnie wygląda na to, że 'iluzja przejrzana' (a i może wcale te fajki aż tak nie ciekawe, jak sam fakt, że pojawiło się coś nowego-magicznego w pobliżu ;)). Nie znaczy to, że musi dojść do walki oczywiście.

    Rozpisałem w spoilerach postu sesyjnego porządek inicjatywy oraz wrzuciłem mapkę (nie dodawałem opisów górnikom, żeby było czytelnie, ale wiem, który jest który ;)). Poprzednia 'runda' była trochę niemechaniczna i poza porządkiem, ale teraz działajmy wg tego układu, tj. pierwsza będzie Morwen.

    Jak coś pominąłem, to mnie przywołajcie do porządku i napiszcie, bo znów tryb nocny wjechał 😉

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Biel pochwyciła ziemię głębokim chwytem, zasuwając wszelkie próby wydarcia się poza jednolitość kolejnymi stertami białego i poprawiając białym. Dominacji dawał opór tylko nie tak odległy barwnie, szklano-lodowy błękit nieba, który zamykał perspektywę nad horyzontem i linią gór. Gdzie nie spojrzeć, śnieg przytłaczał świat pod sobą, odbierając kolor kształtom i dając je poznać tylko po zarysach. Wzgórza wszędzie dokoła, rosłe świerki, zaspa nad studnią i zaspy w obejściu, kamienny prostokąt wciśnięty w pagórek...

    Rzeczywiście! Jeśli wyrwać się spod hipnozy wyjącego wiatru i monotonii bieli, na zimowym pejzażu trafiała się dymiąca plamka. Kominek i zarys chaty odcinały się spod śniegu, a gdyby był ktoś, kto mógłby łypnąć przez zawieję, dojrzałby, że w środku płonie ogień. Można byłoby to dojrzeć tylko przez wąziutką szparę w okiennicy lub po drzwiami, bo domek był obity na grubo, by wytrzymać wichry i mrozy.

    W środku chudziutka, czarnowłosa dziewczynka pochylała się z wielkimi oczami nad grubym woluminem z czerwonej skóry. Płomienie ze strzelającego dorzuconym drewnem kominka rzucały tańczące cienie na kolorowych, bogato ilustrowanych kartach księgi. Dziecko, bo bardziej to jeszcze był dzieciak niż dziewczę, płynęło wzrokiem po literkach w stanie głębokiej hipnozy, zapadając się w malowane obrazy z rosnącym rozdziawem różanych usteczek.

    Było ciepło, przyjemnie, a robota i trening czekały dopiero wieczora. A może i upiekłoby jej się dziś jeszcze do rana? Do tego wafle z kominka i księga!

    Poobgryzane palce przewróciły kartę grimuaru, ukazując kolejny fantastyczny obraz. Pokraczne, latające chochliki z nietoperzymi skrzydełkami i długimi jak sople nosami wirowały wokół osadzonego w fotelu czarodzieja w klasycznej, spiczastej czapie, jakiej nikt już nie nosił. Stworki rozrabiały ku irytacji magika, a najwięcej frajdy sprawiały im dymiące fajki, z których pociągały i w które dmuchały, buchając gęstym szarym oparem na całą lewą stronę zaczynającą rozdział.

    Dziewczynka uśmiechała się od ucha do ucha, chłonąc bajkowy obraz figlarnych stworków, które w jej głowie prawie zrywały się z kartki i dymiły jej fajką w złote, wyściubione nad księgą oczy.

    ***

    Morwen uśmiechnęła się na widok rozlatanych po hallu mefitów, tłukących skrzydłami niby kołatki i schodzących coraz niżej w ślepym miotaniu się wokół. Dziewczyna sięgnęła do kieszeni po kawałek runa czy filcu, ledwie drobny paproch, a materiał w sekundzie błysnął ognistą iskierką.

    Nie każdy dostrzegł rzecz od razu, bo z pyłem i dymem w powietrzu, sapiącymi rannymi i świszczącymi mefitami, pojawienie się wagonika dymiących lekko drewnianych fajek mogło uciec uwadze rozlatanych dookoła oczu.

    Mefity też nie dostrzegły jej od razu, a przynajmniej nie wszystkie, ale szybko te, które były najbliżej zajazgotały dodając sobie animuszu i spłynęły bliżej nowego zjawiska. Ich ruch nie uszedł uwadze tych, które wcześniej rozleciały się po sali i teraz cała zachodnia zgraja zaczęła z zaciekawieniem zlatywać w stronę, gdzie działo się najwięcej.

    Niektórym górnikom nie trzeba było więcej zachęty, by oddalić się od zagrożenia i kupić w większej ludzkiej gęstwie, która zaczęła wyrastać wokół dochodzącego do siebie Hazara. Gdyby krasnolud był bardziej wylewny, może uśmiechnąłby się nawet na widok rosnącej wokół siebie trzódki, ale na razie łypał tylko w górę za białymi pokurczami, ciekaw czy aby któryś nie spadnie na niego, żeby dokończyć robotę, której nie zrobiła rura.

    Ballo obserwował przylot, a teraz i przelot mefitów ze stoickim spokojem, właściwie nawet zadowolony, że stworki oderwały go od egzekucji golemów, która budziła w nim spore wątpliwości. Mnich nie miał wątpliwości, co do słuszności ścieżki – niewolę należało zwalczać, jak medyk chorobę. Obawę budziło jednak magiczne zaplecze zaczarowanych zbroi – czy rąbnięcie ich po puszkach wyzwoli ducha? Czy duch wyzwolony będzie duchem wolnym, czy może przyjdzie mu tu miotać się dalej, spętanym miejscem, ale już bez ciała? A może dusza musiałaby żyć nawet i w zbroi rozbitej na puch? Eksperci mogli doradzić i pchnąć Brzemię w słusznym kierunku, ale teraz na głowie były istoty nieporównanie żywsze niż metalowe posągi.

    – Dlaczego jesteście tak agresywne? – zapytał Ballo, a w geście tak dobrej woli, jak i gry sprytem, posłał zaraz do najbliższego kłębowiska mefitów zabrany przez siebie kawałek słodkiej bułki. Wypiek posmakował, ale chyba nie docenił żarłoczności małych lotników.

    Pochłonięte pieczywo wywołało ochotę na więcej, więcej, więcej, ale przede wszystkim u dwóch sąsiednich stworów, którym kolega zwędził jedzenie sprzed nosa. Teraz cała trójka skierowała wzrok skośnych oczek na olbrzyma i zaczęła powoli ku niemu dryfować, wypuszczając z pysków gorące, sinoszare obłoczki, jakby faktycznie puszczały fajkowy dymek. Świszczały przy tym rosnąco, co chyba należało poczytywać za groźbę. Masywna figura mnicha budziła respekt, ale bułka była jednak wyborna i możliwe, że przy wsparciu nadlatujących gdzieś od lewej kompanów, głód weźmie u chochlików górę nad rozsądkiem.

    Mefit, który doleciał do wyczarowanych fajek jako pierwszy, zapiał po koguciemu i w tym niby-ptasim pianiu była nuta żywa, żwawa i bardziej złowroga niż wesoła. Białas czy to chuchnął, czy to splunął, dojść nie szło, ale w efekcie zadymił przestrzeń wokół wyczarowanej przez Morwen iluzji. Najpewniej przejrzał wybieg i dawał ujście wściekłości. Mogło też być tak, zaczynała się zastanawiać czarownica, że może jednak dopowiedziała sobie te fajki, że pamięć niosła barwny obrazek z bestiariusza, jakich wiele, ale wspomnienie zmąciło fakty?

    – Pewnie jedno i drugie. – Pomyślała magiczka. Nawet jeśli, to jej iluzja kupiła im czas. Większość mefitów zmierzała w tę stronę, a oni dostali szansę na zbicie się w kupę (może w grupie żywiołaki ich nie ruszą? Nie słynęły przecież z odwagi!)... Albo przeciwnie, mogli rozdzielić się i rozbiec, albo w ogóle skierować kolumną do wyjścia.

    Seweryn, który pozostał na miejscu, gotując się do czegokolwiek, co miałoby nadejść, zaobserwował coś jeszcze. Przypięte przez nich wcześniej żywe pancerze leżały twardo w bezruchu, jak powinny. Z wyjątkiem tego, przy którym pojawiła się fajczana iluzja wabiąca mefity. W bliskiej obecności stworków zbroja zaczęła ledwo zauważalnie drgać, jakby coś wślizgnęło się do niej od dołu. Mefity nie wirowały nad samą ziemią, a automaton był dodatkowo przypięty do kamiennej ławy i skrępowany, ale Drachenwulf czuł, że w martwym-żywym metalu jest coś z drapieżnika, który czeka aż ofiara zbliży się tylko w zasięg paszczy na schrupanie.

    Nie wiedział, skąd niby ma takie przeczucie. Może to drapieżnik poznawał drapieżnika, niezależnie ile dzieliło ich wieków i tkanki?

    – Pozbądźcie się ich stąd. – Zaszumiało w głowie Mariusa, który obserwował całą scenę wokół, jakby przyglądał się okazom w zwierzyńcu. Nieswoja myśl wyrwała z obserwacji. – Złapcie, wygońcie na zewnątrz, zabijcie. Nieważne. Nie dajcie im się rozlecieć po Ścieżce. Pobudzą, czego budzić nie trzeba...

    Randal zwolnił w końcu trzymany kurczowo pawęż i znalazł chwilę, by przetrzeć krew z czoła chusteczką. Spojrzał w bok, w głąb sali, która wypluła im nowe zagrożenie. Uspokoiło się. Rura huczała i syczała, ale teraz już normalnie. Przepływem powietrza i kurzu. Nic nie dudniło i nie leciało na niego jak z procy. Paladyn oparł się o ścianę, osłonięty od wnętrza, skąd napływało powietrze, pospiesznie przetarł znów czoło chustką i naszykował miecz na to, co miało nadejść.

    Porządek inicjatywy

    Grosz (górnik) – 21 (rusza bliżej wyjścia)
    Mefit Dymu #6 – 20 (pieje; komunikuje się z resztą po swojemu)
    Morwen – 19 --> działa teraz jako pierwsza
    Szwar (górnik) – 19
    Hazar – 19
    Mefit Dymu #5 – 18
    Mavir (górnik) - 18
    Randal - 17
    Mefit Dymu #10 – 17
    Ballo - 16
    Mefit Dymu #1 – 16
    Mefit Dymu #8 – 12
    Eutalo - 12
    Seweryn - 11
    Mefit Dymu #9 – 11
    Doktor Quolleb – 8
    Brago (górnik) - 7
    Lara – 5
    Wulbar (górnik) - 5
    Mefit Dymu #2 – 4
    Mefit Dymu #3 – 4
    Mefit Dymu #7 – 4
    Elbir (górnik) - 3
    Marius - 2

    Mapka

    spoiler

    Rozgrywka

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Spox, jak nikt inny nie wystąpi (hula wiatr ;)), to napisz mi co dokładnie planujesz wyczarować (może być PW), to opiszę Ci efekty, gdybyś chciał zawrzeć od razu u siebie.

    Komentarze

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    To w ramach update'u - mapka: text alternatywny

    Hall w domyśle pewnie byłby większy niż wynikałoby to z siatki, ale uznajmy na potrzeby mechaniczne, że komórka w siatce to 1,5 metra. Niekiedy mefity (jak choćby obok Hazara) są bliziutko, ale żaden z tej dwójki obok Hazara nie jest tuż nad ziemią (są pewnie z 2-3 metry nad ziemią).

    Panie Elfie, daj znać, czy Morwen rzuca czar 🙂
    No i co na to reszta 🙂

    Komentarze

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    A zatem tak:
    Hazar oberwał za 11 (- 11 PW).
    Randal -4 PW.
    Morwen -2 PW.
    Ballo -3 PW.

    Ogólna nota na przyszłość dla tych, którzy ze mną jeszcze nie grali: część opisów dla ubarwienia będzie sięgać po różne formy zilustrowania Waszych bolączek. Stąd Hazar krwią pluje, zasapany, umęczony i poobijany trzęsie się i zatacza, a Randal ma rozcięcie na czole i dzwoni mu w uszach. Nie znaczy to jednak, że wpływa to na mechaniczny aspekt, tj. Wasze postacie straciły tylko tyle PW, ale mogą normalnie działać i nie mają żadnych minusów do testów itd.
    Gdyby wydarzenia miały wpłynąć na aspekt mechaniczny (np. utykanie, upuszczenie broni itd.), wyszczególnię to w dedykowanym opisie na końcu posta, albo w komentarzach. To tak na przyszłość 🙂

    Co do mefitów:
    Jest ich 10 (porobiłem wszystkim Wam tokeny, wieczorem może wrzucę na mapę; albo jutro). Nie rzucałem jeszcze na inicjatywę, bo na razie nikt nic. Stworzenia są skonfundowane, więc pewnie trochę jak Wy. Ale co się niebawem stanie, to zależy tak od nich, jak i od Was.

    Zdane testy wiedzowe pozwalają określić stworzenia jako mefity Morwen i Sewerynowi (zna je też NPC Lara).
    Pozostali BG, jak i NPCs mogą kojarzyć gorzej lub lepiej, ale nikt ich nie określi jako mefity (i de facto nie wie, co potrafią).

    Morwen i Seweryn wiedzą, że mefity zwykle plują czy zieją czymś nieprzyjemnym (nie inaczej pewnie z tymi...), a przy śmierci wybuchają, zadając obrażenia wszystkim w pobliżu. Wiedzą też, że to stworzenia zwykle psotne, złośliwe i strachliwe.

    Komentarze

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Napisałem - aspekt mechaniczny sprawy jutro przybliżę, ale chętni mogą już działać 😉

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Szli szeroko, obchodząc rozrzucone na ziemi sztabki żelaza, kawałki węgla i metalowe szpargały. Śruby, wkręty, nasady i gwinty walały się po marmurze, wywalone przed wiekami i pozostawione w przypadkowej krzyżówce. Dla większości były śmieciem niewartym uwagi, ale Eutalo – sapiąc przy zgięciach – pochylał się, co krok i przyglądał im z bliska, podziwiając precyzję roboty.

    Nikt nie miał mu za złe, że pakował stalową drobnicę po kieszeniach, bo i nikt specjalnie nie krzywił się na górników, którzy przebierali oczami po całej hali, łypiąc za szansą na coś cenniejszego. Doktor Quolleb miał robić za przyzwoitkę wyprawy, ale rezerwował swe interwencje dla poważniejszych spraw niż zgarnięta z ziemi stara moneta. Wiedział, że wszyscy tu ryzykują i wiedział, że skarby, jakie skrywa góra są poza skalą, jaką znano we Wrotach, więc rugać kogokolwiek za uszczknięcie czegoś niedużego...

    Brago uśmiechnął się po szelmowsku przy złowionym z podłogi groszu, pewny, że nikt nie zobaczył jego zdobyczy. Widzieli. Widzieli, ale to jeszcze nie był czas, by komukolwiek żałować. Jeszcze nie czas, by ciąć się między sobą. To czekało głębiej, gdy oczy zalśnią przy prawdziwych skarbach.

    Randal puścił krasnoluda przodem, by obejrzał portal po lewej, pierwszy po wejściu na dolny poziom. Wysoki na dwadzieścia stóp i szeroki na piętnaście, boczny korytarz obramowany był szarymi, bazaltowymi pilastrami pożyłkowanymi zastygłym w nich minerałem – może złotym piaskiem, ale pewnie bardziej pirytem. Górę zwieńczał trójkątny fronton, na którym wyrzeźbiono postacie dmących w trąby zbrojnych. Wśród zdobień były motywy ptasie, anielskie i ogółem skrzydlate, a od drzwi bił lekki podmuch, więc Hazar zaczął przypuszczać, że może to oznaczenie ciągu wentylacyjnego. Niektóre krasnoludzkie cytadele, które schodziły głęboko pod ziemię korzystały z rozwiązań zaawansowanej pneumatyki i hydrauliki, dbając, by mieszkańcy nie podusili się w swych nie znających światła dziennego domach.

    – Wielki Dech – odszyfrowała runy z portalu Lara. – Zapewne przestrzeń odpowiadająca za kontrolę przepływu świeżego powietrza... Może tam jest dostęp do tuneli, które rozgałęziają się po Ścieżce?

    – Zapewne – potwierdził Hazar. – Wygląda solidnie, sprawdźmy...

    Dotknięte zgrubiałymi palcami krasnoluda drzwi z cienkiego metalu rozstąpiły się, jakby górnik odrzucał z przejścia lekką kotarę. Na raz powiew wzmógł się, a oczom stojących ukazała się okrągła komnata z kopulastym, żelaznym piecem w środku... Czy też cokolwiek to było. Masywny metalowy stop w środku wyglądał trochę jak bunkier z którego odchodziły grube rury prowadzące to w górę, to w dół, to znów na boki... Jedna rura, rozerwana kawałem oderwanego stropu, kaszlała się i krztusiła na wprost od wejścia, sypiąc pyłem i...

    – O kurwa!

    Magia, czy nie magia, a może mechaniczne zaburzenie magicznego ekwilibrium utrzymującego przepływ powietrza pod kontrolą... Nagle zassane powietrze świsnęło do środka komnaty, ale zanim ktokolwiek zdążył zrobić krok, rozerwana rura rzygnęła zapchanym przepływem, bombardując przestrzeń gruzem, pyłem, kurzem, pajęczyną i zbitym w wilgotne kulki śmieciem.

    Kawały gruzy poszły ze spustu jak z katapulty, waląc na ścianę zza której zerkał Hazar i ekipa. Krasnolud zakotłował się gorączkowo, ale nic więcej nie zrobił, wywalony spomiędzy framug portalu kawałem wapienia, który poniósł go kawał przez salę. Randal zareagował może o mgnienie szybciej i zdążył zasłonić się tarczą, ale uderzenie zgięło mu ręce, przybijając osłonę pawęży do czoła aż zadzwoniło. Metal zgiął się w dolnej części, a góra palnęła rycerza w głowę, waląc juchą na posadzkę w ujściu korytarza.

    Lara i Eutalo, którzy też byli blisko centrum zdarzeń mieli może te pół metra więcej do tyłu, ale zrobili z niego dobry użytek. Oboje odskoczyli, jakby ktokolwiek mógł się spodziewać, co może gości czekać na pierwszym przystanku Ścieżki. Czy aby o tym nie przeczytali w znanych sobie suelskich runach na wejściu? Hm, jeśli tak, to ostrzeżeniem nie podzielili się z nikim.

    Morwen, która była zaraz za nimi oberwałaby chyba najpaskudniej, ale z asystą przyszedł nastawiony, by chronić Ballo. Mnich nie popisał się gracją, spadając na dziewczynę ściętym ciężarem ciała, ale choć poturbowani świszczącymi odłamkami, oboje uniknęli losu posłanego w powietrze Hazara.

    Rura krztusiła się jeszcze chwilę, wypluwając odłamki i śmieci, które dudniły o ścianę wewnątrz pomieszczenia Wielkiego Dechu, ale czasem wylatywały i w główny hol, świszcząc i gwiżdżąc. W przestrzeń spadały głównie kamienie ze skruszonych w kataklizmie kolumn, stropów i ścian, ale przez halę pofrunęło też trochę żelastwa, kawał roztrzaskanego mebla, coś co wyglądało jak pająk...

    – Kościogryz – rozpoznał bezbłędnie Seweryn, który z dystansu mógł analizować sprawę z zimowym chłodem. – Dobrze, że wyleciał już w kawałkach...

    W konwulsjach przewiewu na zewnątrz zaczęło wypływać coraz więcej ciepłego i w końcu gorącego powietrza, a wytłok wyrzucił też jakiś (najpewniej) ludzki zewłok. Trwało to dłuższą chwilę, w której górnicy dopadli do rzuconego dobrych kilkanaście stóp w tył Hazara.

    – Barzûl! - wycharczał krasnolud, gramoląc się z powrotem na nogi przy wsparciu Brago i roztrzęsionego Elbira. Z ust wypluł krew i rozkasłał się, a jucha leciała dalej. Westchnął w końcu i zgramolił się na nogi.

    Przynajmniej nie wyleciały zęby... Za to klatka pod pancerzem piekła, jakby obracali go na ruszcie. Ale żył, był cały i mógł normalnie chodzić. Wprawdzie nie bez bólu, który tłumił, wypuszczając powietrze nosem, ale jednak w pełnym spektrum ruchowym.

    Akurat, żeby móc ruszyć do komnaty, kiedy było już po wszystkim. Albo prawie...

    Rura przestała wypluwać gruz i nic już nie waliła o ściany, ale zwolniony przepływ syczał jeszcze. Przeszła może minuta, gdy przestał sypać pyłem, ale wtedy znów rozkasłał się, buchając kłębami pary.

    – Może lepiej będzie odczekać na zewnątrz aż mechanizm wróci do ekwilibrium? - rzucił w przestrzeń doktor Quolleb, który propozycję podawał już ze schodów, przykucnięty na nich, niby to poprawiając buta.

    – Coś teraz będzie – zawibrował głos pod czaszką Mariusa.

    – Garn... - jęknął Hazar, który też to poczuł. Świst z rury wzmógł się, skłębiając parę, a coś jeszcze ewidentnie trzeszczało, upchnięte przed wylotem. – Na ziemię wszyscy!

    Tym razem nikt nie dał się już zaskoczyć – większość przypadła do ściany, daleko od wejścia w komnatę, skąd napływał powiew gorąca, a górnicy, którzy zgarniali Hazara zalegli na ziemi, chowając głowy pod splotem dłoni.

    – Dobry Pelorze! - zajęczał Elbir. – Diabły!
    Wydmuch pary wyrzucił w hol wielki podmuch gorącej wilgoci, opadając na wyrzucone wcześniej kamienie szybko stygnącymi plamami. W oparze wznosiły się zaś bardzo konkretne, skrzydlate kształty. Nie takie wprawdzie, jakich można było się spodziewać po rzeźbieniach frontonu, ale bądź co bądź latające.

    – Mefity – powiedziała cicho Morwen, oblizując usta i wielkimi oczami obserwując ich przelot po sali.

    W hallu para szybko opadała, więc dało się zrachować liczbę skrzydlatych diabłów kształt po kształcie. Parę wzleciało wysoko, prawie pod sam sufit, a inne rozleciały się po pomieszczeniu, jakby nie miały kontroli nad lotem. Razem było ich dziesięć.

    A obok, blisko Hazara, były dwa jeszcze, którym szło lepiej się przyjrzeć... Bladobiałe, wychudzone zębate chochliki z nietoperzymi skrzydłami obciągniętymi skórzastą błoną. Miały czaszki... Nieco może podobne goblinom, ale z długimi nosami, niby nosale hełmów. Niektóre też, pewnikiem te, które Elbirowi zdały się najbardziej diabelskie, miały rogate wyrostki na łbach, ale widać było, że mimo podobieństwa, każdy jeden miał coś swojego i tylko niektóre straszyły wyrastającymi kośćmi, naroślami czy rogami. Były nieduże – niewiększe pewnie od niziołka, ale inaczej niż puszyste niziołki, stwory były kostropate i chudo-podłużne niby jakieś odlewy z soli, podobne stalaktytom.

    Potworki latały wte i we wte – widać było, że w chaosie, gwiżdżąc jak nastawione na ogniu czajniki i trzepiąc desperacko poszarpanymi skrzydłami. Ciężko było zrachować, czy w tych gargulcowych łbach są jakieś myśli, ale możliwe, że jeśli tak, to kipiało tam tyle samo przestrachu, złości, co i bólu.

    Rozgrywka

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Wkleiłem część docelowego posta, bo chcę Was wysłać tam, gdzie pisaliście i uwzględnić to, co robicie... Ale na wieczór sił mi już zbrakło, więc wklejam coś-tam, żebyście wiedzieli, że myślę o Was cieplutko, a całość mojego opisu pewnie jutro/pojutrze.

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Oczywistości były oczywiste, ale niekiedy musiały wybrzmieć, by krok nabrał pewności, a spojrzenie światła. Hazar i Randal zdecydowali, że najpierw trzeba zabezpieczyć flanki, a przed dalszą eksploracją kuszących głębin zostawić czyste korytarze za sobą i zastawione alarmy.

    Nie byli w tej myśli pewnie odosobnieni, ani oryginalni, choć krasnolud widział po niektórych swoich górnikach, że ich ręce już świerzbiły i palili się do tego, by leźć dalej, pakując po kieszeniach co się trafi. Któryś już, chyba Grosz, odbił na środek hallu i pokazywał kolegom rozbity w oddali składzik ze świecącym kryształem i kupę złotych sztabek na drugim końcu komnaty. Nim Hazar dojrzał jego wybryk wycofał się między kompanów, ale chłopaki myślami byli już przy zarobku.

    – Ufać nie ma co – odparł Randal na pytanie krasnoluda o konstrukty. – Rozumne czy nierozumne, robią tu za pułapki, a z wilczym dołem czy zapadnią nie będziem się układać. Wiążemy.

    – Ja mogę to zrobić – zaoferował się Eutalo, który może nie czuł ryzyka, a może był na nie gotów, byle tylko być bliżej antycznej maszynerii, która biła od magii. – Dajcie łańcuchy, albo sznury...

    Drużyna była przygotowana, więc znalazły się nie tylko grube konopne liny, ale na początek nawet łańcuchy o stalowych ogniwach. Ustalono, że najlepiej będzie obwiązać zaklętych rycerzy przy kostkach sznurami, a do tego przypiąć każdego do jednej z kamiennych ław.

    – No dobrze... – Oeridyjczyk zbliżył się do pierwszego celu. Pancerz leżał nieruchomo, ale kiedy historyk schylił się nad nim, drgnął jakby tknął go impuls, gdy ktoś zachodzi nas z tyłu. Hazar ruszył naprzód, ale Eutalo powstrzymał go dłonią. – Pysy maassa. Älä liiku. Palvele minua.

    Zbroja zamarła, a badacz nawinął na dłoń pęto sznura i kucnął. Sprawne palce szybko uszykowały pętlę i lina zawisła na metalowej łydce... Która skoczyła wraz z całym pancerzem jak bagaż wyrzucony z wozu na wybojach!

    Kopniak rąbnął Eutalo w pierś jak młot, wywracając biedaka na plecy aż nakrył się nogami. Hazar i Randal naparli na konstrukt tarczami, ale ich uderzenia odbiły się od porwanej spazmem zbroi jak gradowe kulki.

    – Pysykää aloillanne. Älkää hyökätkö! - wypaliła pospiesznie Lara.

    Słowa jak zaklęcie zadziałały natychmiast. Metalowi rycerze wyłączyli się, zamierając jakby nigdy nie byli niczym ponad zakurzoną ozdobą korytarza. Nie zareagowali nawet na prewencyjny już w tym momencie cios Hazara, który zadudnił na płytach pancerza aż echo poszło.

    – Nie rozumiem... - wydusił dochodząc do siebie Eutalo. Posadzony na tyłku przez Ballo i doglądany już przez Seweryna, który chciał szybko ocenić stan poszkodowanego, Oeridyjczyk dyszał ciężko, trzymając się za pierś. Medyk rozpiął kamizelkę pacjenta i obejrzał poczerwieniały ślad. Szykował się dorodny siniak... Ale kości nie były złamane i wyglądało, że wszystko jest na swoim miejscu.

    Oszołomiony Eutalo obserwował jak Hazar, Ballo i Randal uwiązują konstrukty przy ławkach, więzami krępując im nogi. Żaden z metalowych rycerzy nawet nie drgnął.

    – Skoro jesteśmy już po prawej, to zmierzajmy do prawej – zasugerowała Morwen, gdy problem potencjalnych przeciwników został rozwiązany. – Tam też czuję magię... Jest jakiś przewiew, świeżość...

    Rozgrywka

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Trochę to trwało, ale jest.

    Post to w dużej mierze rozbudowane zapytanie, gdzie chcecie zmierzać 😉
    Żeby zaś nie robić głosowania, decyzja w tym momencie przypada w udziale Hazarowi i Randalowi (z uzasadnienia merytorycznego in-game).

    Niech ci, którzy poczuli, że poświęciłem im w tym poście zbyt mało przestrzeni wybaczą. Będą okazje, by każdy pobłyszczał 🙂

    Jednocześnie jak chcecie oglądać, obszukiwać, przeszukiwać, domniemywać itd. - dajcie znać.

    Komentarze
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy