Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
PaniczP

Panicz

@Panicz
Mecenas
Przestań obserwować Obserwuj
Informacje
Posty
313
Tematy
5
Udostępnień
0
Grupy
1
Obserwujący
1
Obserwowani
0

Posty

Ostatnie Najlepsze Kontrowersyjne

  • The Haunting of Harrowstone
    PaniczP Panicz

    Warczące na grobowy pochód stado rozpierzchło się, pogonione nadludzkim głosem kapłana. Przyjemnie było patrzeć, jak ci szubrawcy karleją, cofają się, jak uchodzi z nich gniew, a w ucieczce chcą osłonić się od zwierzecęgo lęku pozorami kultury. Wymówką, pomyłką, niedomówieniem. Przemyśleniem sprawy. Pokracznym ukłonem zapowiadającym zejście ze sceny.

    Vald chłonął to wszystko żarłocznie, przebiegając spojrzeniem po każdym, kto stanął barykadą na ostatniej drodze Profesora. Zapamiętywał twarze, ruchy i szczegóły, jakby miał odmalować każdy detal na obrazie. Gibsa praktycznie rozrysował sobie na planszy notując, jak prowadzi kończyny, jak odgina się w tył przy wzburzeniu, jak gestykuluje dłońmi i bardziej obciąża lewą nogę przy ruchu.

    Obserwował każdy z ruchomych punktów, dopóki nie zniknęły w cmentarnej szarości. W końcu uwolniony z napięcia, wypuścił cicho powietrze i z szacunkiem schylił głowę przed krasnoludem. Pochód mógł trwać i poniesiona na nowo trumna dopłynęła kresu drogi.

    Vald odstąpił od niej powoli, delikatny i należycie stonowany w ruchach. W środku czuł złość i wzbierającą żółć. Złość na bydlaków, którzy znieważyli jego przyjaciela i złość na siebie. Że nie mógł teraz skupić się na deszczowej kontemplacji śmierci, na słowach Kendry, na wspomnieniach i odpowiednio posępnym spojrzeniu przy sypaniu ziemi na trumnę.

    Że zamiast uspokoić myśli i wzrok, cały czas wypatrywał zagrożenia i szukał śladów Gibsowego stada. Że nie ma kontroli, jakiej od siebie wymaga. Że miota się pod emocją, zamiast dostojnie smutnieć i dać Kendrze pokrzepienie jakimś pięknym wspomnieniem o Profesorze. A nieboszczykowi, w zgodzie z tą nekromancją, którą prawdziwie się parał – historią – przedłużyć życie przez pamięć. Dobrą mową czy epitafium zapadając w głowy tych, którzy dzisiaj szli dalej.

    Zły na siebie, pokornie skłonił się nad trumną, sypiąc garść ziemi i odszedł w tłum. Ulżyło mu dopiero, kiedy grabarze ubili ziemię na mogile. Goście zaczęli znikać w deszczu, wzmagając ciszę i pewność, że historia Profesora dobiegła końca.

    – Tyle o ile, Profesorze. – Pomyślał, na krótkie mgnienie uśmiechając się pod nosem.

    Petros Lorrimor był człowiekiem nietuzinkowym. O ile nie lubił zadęcia i pompy, o tyle nie zwykł też traktować rzeczy, które dla innych były ważne czy święte lekko. Nawet, jeśli sam uznawał je za banialuki. Choć wielu dał się poznać jako poważny i oficjalny, nie stronił od groteski i miał poczucie humoru, które brało na rogi sprawy, jakie niektórzy obchodzili z nabożnym lękiem.

    Jakkolwiek Profesor współczułby każdemu znajomemu pogrążonemu w żałobie i składał wymowne kondolencje, zawsze dostojnie dojrzały w obliczu śmierci, tak Vald był przekonany, że w swoim odejściu na pewno widziałby przestrzeń na coś więcej niż lamenty. Pewnie zawczasu nie spodziewałby się, że może to być miejsce na tajemnicę i śledztwo, ale ucieszyłby się.

    Tak przynajmniej sądził jego dawny student, gdy znalazł się już w domu mentora, znów blisko jego pogodnego ducha, a dalej od tych, którzy chcieli go podeptać. Myśli uspokoiły się, a wspomnienia na widok tysiąca ksiąg, których znajome grzbiety Vald widział w szkolnej bibliotece chyba wieki temu zaczęły grzać.

    – Szanowne Panie. – Vald złożył lekki, dzielony na trzy ukłon, w stronę Kendry, niziołki i tajemniczej zakonnicy. – Szanowni Panowie.

    – Wielki to zaszczyt być pod jednym dachem z ludźmi, których Profesor nazywał przyjaciółmi. – Na bladą twarz wpłynął skromny uśmiech. – Jestem Vald Bendic. Przed wieloma laty byłem studentem Profesora. Jednym z wielu, pewnikiem nie wśród jego najwybitniejszych uczniów. Ale Profesor, tak oddany samemu nauczaniu, jak i nauce – co przy uczonym jego formatu mówi niemało – zawsze miał czas i serce dla studentów, których porwały jego pasje.

    – Zaszczepił we mnie zamiłowanie do historii i kultury tych ziem. Choć studiowałem prawo i przez parę lat to był mój zawód... – Vald niemal prychnął na odległość i dziwność wspomnienia, które przez lata stanowiło o jego osobie. – To od wielu lat żyję zupełnie inaczej. Na co dzień z dala od liter i ludzi. Jako myśliwy, można powiedzieć.

    – Profesor był przez te ostatnie dekady moim głosem ze świata i – powiem to z dumą, bo sam tak mnie nazywał – przyjacielem. Korespondowaliśmy, kiedy tylko się dało, co może nie było relacją tak bliską i częstą, jaka może była zaszczytem tu obecnych, ale dla mnie niezwykle cenną.

    – Jestem – Panie, Panowie – do waszych, jako przyjaciół Profesora, usług. Przede wszystkim zaś. – Vald symbolicznie podniósł się na ten fragment przemowy. – Pani, Pani Kendro. Ostatnie listy od Pani Ojca wzbudziły już mój niepokój, więc jeśli jest coś w jego śmierci, co można wyjaśnić, nie pozostawię tego nierozstrzygniętym.

    Dopytania pozostałych jasno stanowiły o tym, że oni też nie chcieli zostawiać sieroty wśród wątpliwości i nie opuszczą sprawy wypadku bez wyjaśnienia. Vald pociągnął łyk wina, pokrzepiony oddaniem przyjaciół Profesora. Tym, że wliczał się w ich grono i że nie stał sam wobec sprawy.

    To, że grono stanowili krasnolud, niziołka i zielonooki czarownik, a on tylko – dawny żak, którego życie rzuciło w dzicz – był zwykłym człowiekiem, nie odbierało śmiałości. Przeciwnie, pasowało do Profesora i jego historii, w której to co z ksiąg, splatało się z tym, co za miedzą.

    Rozgrywka

  • Adventure Path: Carrion Crown — Wątek dyskusyjny sesji
    PaniczP Panicz

    Dożyliśmy prologu 🙂

    Vald pewnie grzecznościowo opowie coś tam o sobie i przeszłości, ale nie będzie szalenie wylewny. Na pewno o wypadek Profesora będzie chciał dopytać. Miał podejrzenia, że coś u niego może być nie tak (bo tak to sobie założyłem światotworzeniowo, ale w sposób fabularnie neutralny, więc nie musi mieć żadnych realnych poszlak).

    Jeśli miałyby być jakieś decyzje czy informacje, to mogę w jakikolwiek sposób się dzielić na czatach i gdzie trzeba, ale mój post najwcześniej w poniedziałek (w robo zagon, w weekend góry).

    Komentarze

  • The Haunting of Harrowstone
    PaniczP Panicz

    Deszcz mżył, siąpił i lał. Intensywność zmieniała się nieznacznie w obrębie pogrzebowego, przygnębiającego spektrum, ale natura nie robiła pauz. Dzień był chłodny i część osób kuliła się, podciągając płaszcze i dodając szalom kolejny zawijas wokół szyi, ale Vald w zaszczycie trumiennego obowiązku trwał niewzruszenie jak królewski gwardzista.

    Raz, że świadomie skostniał pod powagą sytuacji, wydłużając i formalizując ruchy rytualną miarą. Dwa, że nawykły do niedogodności, oswojony z nimi i za pan brat, dzisiejszą pogodę uznawał za zupełnie obojętną. Czuł jej żałobne zgranie z Profesorskim pożegnaniem. Czuł takie rzeczy, nie był na nie głuchy i gdyby było komu być za to wdzięcznym, byłby wdzięczny.

    A że nie było, czy nie czuł, aby było, w milczeniu doceniał po prostu deszczowy akompaniament ostatniej drogi Profesora. Miarowe krople, miarowe kroki pochodu i miarowa, niemal medytacyjna intonacja akolickich pieśni, dawały Valdowi odpowiednią osłonę od reszty żałobników. Łowca wypełniał rolę, oddawał się jej całkowicie i skrywał w niej. Czynił, co pożądane i najświętsze, odcięty od świata wokół i w centrum jego powinności.

    Katatoniczna pielgrzymka przystanęła już na cmentarzu. Już na ostatniej prostej do grobu. Vald milczał i kroczył niby golem, ale wyuczone samodzielności zmysły cały czas rejestrowały świat wokół. Pojawienie się chłopów – właściwie tłuszczy – wyczuł, zanim jeszcze zleźli przed kondukt.

    Miał złe przeczucia, ale czekał. Słowa Gibsa zmroziły go bardziej niż cały dzień wystany na takim deszczu jak dzisiejszy, ale zdławił wzburzenie. Na pewno zmrużył oczy, a czuł, że oblał go i rumieniec, ale nie powiedział ani słowa. Na razie.

    Najchętniej rozgoniłby ten motłoch kijami. Ale nie godziło się, by draką burzyć świętość pogrzebu Profesora. Vald niósł szczątki przyjaciela i nie wybaczyłby sobie, gdyby pozwolił im upaść. I tak samo nie wybaczyłby sobie, gdyby samozwańczą decyzją wyszedł wbrew oczekiwaniom opłakującej ojca Kendry.

    Skinął idącemu obok młodzikowi na apel, by złożyli trumnę. Asekurując ją całym sobą, z namaszczeniem jakby układał niemowlę w kołysce, postawił martwy ciężar na ziemi. Młody elegant wcześniej wydał mu się podejrzany i teraz, krocząc przy nim, Vald nie miał wątpliwości, że człowiek nie jest zwykłym młokosem. Albo i (bo może nie był należało postawić wcześniej) wcale człowiekiem.

    Musiał być jednak przyjacielem Lorrimora, a teraz działali wespół we właściwy sposób. Zwolniony spod trumny, Vald znalazł się obok Kendry.

    – Pani, Ty jesteś w prawie i Ty wiesz, co im należne. Jesteśmy z Tobą, a rzeknij słowo i zrobimy, co zechcesz – cicho zasuflował jej Bendic. – To swołocz... Ale może uda się po dobroci.

    Dziewczyna poświęciła mu krótkie, niepewne spojrzenie. Może chciała coś odpowiedzieć, ale usta miała w pół otwarte, a milczące. Brakło jej chyba zimnej krwi, by uchwywić wszystkie skrawki dziejącej się wokół sceny. A ta powoli zaczynała się rozwijać.

    Pierwszy przeciw tłuszczy wystąpił krasnoludzki kapłan Pharasmy, który dotąd nie odstępował Kendry o krok. Vald widział jego wściekłość i gdzieś w środku, parę zakrętów w głąb, czuł satysfakcję, że ktoś obok współodczuwa jego gniew. Ktoś, kto także musiał być przyjacielem Profesora i kto może równie mocno odczuć bezeceństwo takich oskarżeń.

    Bendic wiedział, że nikt nie jest tu bardziej w prawie, niż kapłan bogini śmierci – to rytuał jego patronki zakłócano i to na świętej ziemi. Jego słowa miały tu największą wagę i one musiały wybrzmieć najmocniej.

    Vald widział jednak chłopów przed sobą. Prostych, spracowanych ludzi. Sól tej ziemi. Widział w ich zmęczonych, poczerwieniałych twarzach, że niejeden pewnie nie miarkuje się z poglądami na to gdzie jest ich zdaniem miejsce nieludzi. Jeśli nie na co dzień, to przynajmniej wśród kolegów, po paru głębszych.

    – Występujecie wbrew prawu, panowie. Prawu boskiemu i ludzkiemu. Wysłuchajcie przeto kapłana i odstąpcie. – Vald mówił prosto, głucho, jakby dobywał głos gdzieś ze studni. – Prosty człek często nie ma posłuchu, a ma prawo być wysłuchanym. Na to jest czas. Na to musi być czas. Ale dać się porwać emocji, podeptać wszelkie prawa, plwać na zmarłego, sierotę i sąsiadów – to jest chwila, gwałt i to zostaje na zawsze.

    – Odstąpcie, panowie. – Vald dudnił, ale to nie były groźby. – Odstąpcie, prosimy was.

    Rozgrywka

  • Adventure Path: Carrion Crown — Wątek dyskusyjny sesji
    PaniczP Panicz

    Czy ten odpis do końca wtorku 19.10 to pomyłka i jest to poniedziałek 19.10, czy może wtorek 20.10? 🙂

    Najprawdopodobniej i tak usiądę jutro po robocie, bo weekendy ostatnio cały czas coś.

    Komentarze

  • Adventure Path: Carrion Crown — Wątek dyskusyjny sesji
    PaniczP Panicz

    @Piołun napisał:

    Wiecie co, ja przyznam, że się trochę wczułem i zacząłem dziergać post jeszcze przed postem MG (jakoś rano jak byłem w pracy), a skończyłem po powrocie do domu, nie zaglądając tutaj w sekcje komentarzy. Widzę, że dostaliśmy tu garść instrukcji. Muszę koniecznie sobie zaobserwować wątek, bo leciutko się wypuściłem przed szereg, a tak powiadomienie by mnie zaalarmowało. Nie do końca nadaje się na face statystykami, ale fabularnie bardzo naturalnym jest by moja postać przemówiła. Mam nadzieje, że okoliczności nieco wpłyną na trudność rzutu. Jeśli nie, bardzo was przepraszam za mało drużynową zagrywkę i brak narady. Nie bijcie 😬

    E, to oburzenie Morgrina chyba naturalne i najpełniejsze z racji, że depczą u niego po wszystkich polach 😉
    Zatem myślę, że dobrze się złożyło 🙂

    A co do mechaniki i podejścia do niej (o czym pisze Mi Raaz) - dla mnie to jest okej, nie wybije mnie to z immersji. Zakładam, że wszyscy wiemy, że tu możemy sobie radzić, co tam mechanicznie działa najlepiej, a postać i tak nie zakłada metagamingowo, że inni czytają jej w myślach, czy że znają jej pełny arsenał. Natomiast taka świadomość, co ktoś planuje może przydać sprawności sesji (czy to planowaniu drużynowemu, czy po prostu w unikaniu zgrzytów/bladości, gdy nie wiedząc zupełnie, jaka jest czyjaś postawa, obchodzimy postać współgracza i wszystko wokół niego o sto mil dookoła 😉 ).

    Komentarze

  • Adventure Path: Carrion Crown — Wątek dyskusyjny sesji
    PaniczP Panicz

    Klimat na dziś wszedł idealnie 😉

    Co do zdarzeń zaś, oczami Valda, a trochę moimi jako Gracza, to...

    Vald jest naturalnie skrajnie oburzony, ale niesie trumnę, więc nie będzie gwałtowny, ani awanturny. Słowa uznaje za kalumnie, ale jest tu obcy, a wyrywanie się przed szereg też uznałby za nietaktowne i grożące potencjalną rozróbą, która do reszty zniszczy uroczystość (co byłoby nie fair wobec Profesora i Kendry).

    Tym samym zapewni krótko Kendrę, że jest z nią/wspiera w akcji, cokolwiek ona zdecyduje.

    Jeżeli Kendra za mocno w szoku i piłka po stronie BG 😉 , to Vald może mówić, apelując o poszanowanie prawa i ogólnie grając od strony prawno-mitygująco-uspokajającej. Jest wściekły, ale trzyma nerwy na wodzy, nie chcąc by emocje doprowadziły do tragedii (bardziej chodzi o popsucie pogrzebu, niż czyjąś krzywdę [tzn. pobicie chłopów]). Nie będzie się jednak do tego rwał jako pierwszy, jeśli ktoś inny czuje się na siłach/ma ochotę (ale może np. wesprzeć).

    Od strony mechanicznej/postaciowej - nie ma problemu z mówieniem i artykułowaniem rzeczy, ale z wyboru jest dość aspołeczny. Ma proficiency w Persuasion, ale niską charyzmę (nie sprawdzi się jako face drużyny).

    Komentarze

  • The Haunting of Harrowstone
    PaniczP Panicz

    Vald opuścił list na pierś, dając mu na powrót zwinąć się w rulon i przymknął oczy. Leżał wyciągnięty na pryczy w domku gościnnym, czy właściwie, nazywając rzeczy po imieniu, gościnnej komórce. Pismo przeczytał przy uchylonych drzwiczkach. Z kamienną twarzą i ściśniętym gardłem.

    Gołębiarz, który przyniósł wieści, czekał przed nim i rozdłubywał obcasem zaskorupiałe błoto. Jeśli nie napiwku, to czekał przynajmniej reakcji. Że usłyszy co to, jakie sprawy, kto to mógł pisać do łowczego na stajniach. Vald skinął mu głową i schował się do szopy, zamykając prześwitujące drzwiczki na skobel.

    Przy pieczęci może jeszcze nie wiedział, ale przy piśmie od razu poznał, co zaszło. Pisał ktoś inny niż on. Skoro ktoś inny, to musiało być o nim. Dokonało się zatem, instynkt nie kłamał. Lorrimor zakończył żywot. Coś tąpnęło w Valdzie. Ciężkie kawały przeszłości osunęły się w głąb, na chwilę zatkały wspomnienia obrazami i zostawiły ziejącą pustkę.

    Przez ułamek w powidoku miał jeszcze literki listu. Potem Lorrimora z młodych lat. Swoich młodych lat, Valdowych. Profesor już wtedy był profesorem. Krzepkim, ale wiekowej dostojności.

    Sale wykładowe, rozmowy, wycieczki w teren i jazda po prowincji. Wizyty w bibliotece po księgi, których próżno szukać w sylabusach i Petrosowe cmokanie nad wyślęczanym tekstem prac. Poprawiane akcentowanie w varizyjskim i naiwnie profesorskie rady na przyszłość, na którą Vald nie czekał. Nie, żeby o niej nie marzył. Po prostu nie była dla niego i to wiedział każdy. Każdy, a mylił się akurat on jeden – Lorrimor, twardy empiryk.

    To miał przed oczami jeszcze przez chwilę, kiedy światło uciekało spod powiek, ale to zaraz odeszło. Ten Lorrimor był prawdziwy, ale jeszcze prawdziwszy był ten, którego Vald znał przez resztę życia. Ten spisany na kartkach i pergaminach, rozbiegany w piśmie, wykursywiony, ale wyraźny. Ten był z nim w prawdziwym życiu. Tym bez antropologii Varizyjczyków i wykopywania pobitych garnków jako świadków historii.

    Ten pokrzepiał i apelował o szukanie swej ścieżki, gdy Vald wertował weksle i maszynowo wyskrobywał kontrakty w gildyjnym kantorku w Caliphas. Tego zabrał ze sobą, kiedy nie miał już kanciapy w mansardzie, ani otwartej drogi na pokoje w rodzinnej posiadłości. Z tym pisał już parę lat później i później, jeszcze przez długie lata, gdy nikt inny nie znał już jego adresu.

    Ten Lorrimor istniał w literkach na zwitkach, które przychodziły do Valda między knieje i do tego Vald mówił i pisał. Pisał, pięknie kaligrafując na pergaminach odpowiedzi na profesorskie rozważania i zapytania, samemu dzieląc się obserwacjami z życia w leśnej głuszy i kontaktów z ludźmi, którzy nie znali państwa, w którym żyją i pana, któremu podlegają.

    A mówił, bo dawny student i prawnik, dziś łowca i traper, nie miał do kogo otworzyć pyska i czasem w ciszy, a czasem zupełnie na głos, prowadził z Lorrimorem dyskusje. Raz planując co do niego napisze, ale bywało, że i od razu sobie odpowiadając. Po Profesorsku.

    Może by nie zwariować, a może dlatego, że rozum miał już jednak... inny niż wcześniej?

    Lorrimor był dla Valda Bendica największym przyjacielem i mentorem. Ale był też kimś, czy może nawet czymś więcej. Był łańcuchem, który spajał Valda z przeszłością i pozwalał mu zachować tożsamość. To głos Profesora, wcześniej częściej ze wspomnień, potem częściej czytany z kart, przypominał łowcy, kim był kiedyś. Dzięki niemu był faktycznie miało znaczenie, bo Vald trwał jako jednostka, która spajała wszystkie rozbieżne etapy życia, które nie miały już styku.

    Vald złożył list do kieszeni, zebrał się z pryczy i wyszedł. Nie pisał do Kendry. Znał ją tylko ze wspomnień Profesora, ale choćby i nie, grzeczność by wymagała napisać. Ale czas nie pozwalał.

    Z Loży Ascanor do Ravengro było pewnie ze sto czterdzieści, sto pięćdziesiąt mil na przełaj. Drżąca Knieja, potem bezdroża Lozeri, na koniec, jeśli się uda, spław rzeką. Nie rachując już, ile czasu list szedł w tę stronę (szczęśliwie przesłany gołębiem pocztowym), Vald i tak nie miał pewności, czy zdąży na ostatnie pożegnanie.

    Kupił od majordoma Loży godne szaty, w których mógł pokazać się między ludźmi i zwędził resztę tego, co potrzebował. Załadowany jak juczne zwierzę, ruszył jeszcze popołudniem, świadomy, że noc zastanie go w sercu Kniei. Śmierć zrywała łańcuch z przeszłością, ale widziany czy pisany, Profesor był dla Valda przyjacielem, którego nie mógł nie pożegnać. Nawet jeśli Valdowi nie po drodze było z bogami i brakło mu przekonania, że w rytuale nad trupem faktycznie jeszcze się kogoś żegna.

    ***

    Vald wyłonił się na uliczkach Ravengro niby zjawa, ale zjawa o doskonałym wyczuciu czasu. Akurat na dzień przed pogrzebem. Na sam wieczór wprawdzie, ale jeszcze z odrobiną zapasu, by doprowadzić się do porządku.

    A było co doprowadzać. Poobijany, pod podróżną tuniką nawet lekko pokrwawiony, zalepiony opatrunkiem na słowo honoru, z piachem we włosach i bujnej brodzie, łowca wyglądał jak siedem nieszczęść. Trochę w zmęczonym kroku i spojrzeniu miał z proszalnego dziada, ale trochę i z wygłodniałego wilka, którego zima wypluła między ludzkie sadyby.

    Czy to drugie nastraszyłoby Zokara z gospody "Pod Rechoczącym Demonem" na tyle, by przymknąć oko na to pierwsze, nie sposób ocenić. Wilczy dziad miał bowiem jeszcze jeden argument, który skłaniał, by po bożemu przyjąć go w swoje progi. Płacił złotem. Tyle starczało, by dostać krzesło przy szynkwasie i zamówić pokój.

    Poza tym "To surowa kraina, to nasze Canterwall. Kto był na szlaku, to wie, jak potrafi poturbować człowieka" – mówił Zokar. Po sylwetce nie szło poznać, by sam zrywał zelówki na gościńcu, ale Vald pokiwał mu głową, choć gospodarz mówił nie do niego, a do łypiących na dziada miejscowych. Musiało trafić, bo wszyscy zostawili Valda w spokoju.

    Łowca czuł, jak szarpie go do gorzałki, ale jeszcze mitygował się w samozniszczeniu. Do pierwszej butelki zjadł ciepły posiłek, a potem poszedł zrzucić bagaż i przyszykować się na jutro. Służba, zgodnie z zamówieniem, przygotowała balię gorącej wody, więc Vald umył się, doprowadził zarost do porządku i ściął bez ceregieli rozchodzące się w nieładzie strąki nieposłusznych włosów. Wypił przy tym pół butelki wódki i zawiesił na drzwiach odzienie, które czekało jutra. Miał nawet nowe buty. Czarne pod czarny surdut, spodnie i halsztuk.

    Wydał konkretną sumę, by nie wyglądać jak obwieś, a jak ten Vald z kiedyś, na którego żaden oberżysta nie spojrzałby inaczej niż służalczo. Odświeżony, zlazł na dół i poprosił o wymianę wody. Miała na niego czekać zimna, na rano. Gospodarz zapewnił, że oczywiście, oczywiście i spojrzał na gościa serdeczniej. Oporządzony nieco, przybysz wreszcie wyglądał jak człowiek i teraz łowił inne spojrzenia. Ciekawskie, zamiast niechętnych.

    Tropiciel zaczął rozmiękać, ale dał sobie jeszcze przyzwolenie na ciepło i przyjemność. Zamówił drugi posiłek, drugą butelkę, znalazł miejsce gdzieś w rogu, gdzie można było się wcisnąć w siedzenie wyłożone skórami i chłonąć ludzkie zapachy. Gotowanej zupy, kaganków, tłuszczu, potu, whisky w oddechach i rozlanej po blatach. Buchającego kominka i suszących się mokrych opończy przy wejściu. Nasłuchiwał gwaru rozmów i komend dobiegających z kuchni, plusku deszczu na szybach i bulgotania kociołków.

    Pod koniec flaszki, lekko już zrumieniały, poczuł, że dobrze jest widzieć ludzi. Że dobrze ich posłuchać. Że tamta dziewka przy kuchni jest wcale urodziwa, a trzech młokosów przy kościach zdaje się świetnie bawić. Weseli, oddani grze. Tacy młodzi, gra o byle miedziaka, a chłoną to całymi sobą. A gospodarz? Miły przecież, dobrze mu z oczu patrzy. Widać, że gębę chce otworzyć do człowieka, serdeczny typ.

    Vald wzdrygnął się i zmiarkował. Zebrał półmisek i flakon, podchodząc do lady.

    – Pora na mnie. – Uśmiechnął się, jakby przepraszająco. – Wziąłbym może... Na górę jeszcze...
    – Tak? – Zaoferował się Zokar, składając dłonie na blacie.
    – Jeszcze butelkę waszej gorzałki, gospodarzu. Bardzo zacna – wytłumaczył się, jakby spodziewał się, że robi komuś kłopot.

    Na górze czekała balia. Zastawił drzwi krzesłem, uchylił okno i zzuł buty. Potem przysiadł na ziemi, oparł się o łóżko i zaczął pić. Słuchał deszczu i, póki się dało, własnych myśli.

    Trochę w nich było Lorrimora, obawy o jutro i ciekawości. Sporo żalu, który starał się odprychiwać od siebie, a im głębiej żłopał, tym więcej pragnienia by zejść na dół jeszcze i przysiąść między ludźmi. Zagaić.

    Zwalczył to. Przyspieszył, zrzucił ciuchy i pociągnął konkretne hausty aż flakon zaświszczał. Przez chwilę miał jeszcze mętlik w głowie, ale w końcu zwalił się na łóżko i wpił się w pościel, pozwalając sobie poczuć przyjemność.

    ***

    Ranek był szary, dżdżysty i zachęcał, by wypić resztkę z butelki, która została po wczorajszej kąpieli. Vald wylał ją za okno i nagi załadował się do balii z wodą. Zanurzał się parokrotnie na coraz dłużej i dłużej, aż w końcu opanował dyskomfort na tyle, że nie było sensu go mnożyć.

    Po wszystkim wyszorował się, podgolił i wyszykował. Na palec włożył rodowy sygnet, którego na co dzień nie nosił. Podciągnął koszulę i sprawnymi ruchami zawiązał halsztuk. Mimo lat, odkąd robił to ostatni raz, ruchy miał ciągle sprawne. Mógł robić to niemal z pamięci, choćby bez lustra.

    Gotowy, zlazł na dół i zamówił śniadanie. Zokar teraz nie miał już wątpliwości, że Vald jest jednym z żałobników przybywającym na pogrzeb Profesora, ale gość grzecznie wymówił się od wchodzenia w szczegóły znajomości z uczonym. Nie mówił z nikim także później, zmierzając do rezydencji Lorrimorów, pierwsze szczere słowa rezerwując dla Kendry.

    Córka Petrosa znała go tylko z opowieści. Ojciec zapewne wspominał o dawnym uczniu, z którym połączyła go zażyłość i wieloletnia korespondencja, ale mimo całej swej wymowności, i tak nie byłby w stanie opisać, jak Vald wygląda dziś.

    Kiedy podszedł do niej wysoki, blady brunet o zmęczonej twarzy, gęstych włosach i brodzie z kępkami siwizny, odziany dostojnie i żałobnie jak należy, ale z odcinającym się od czerni puginałem zwisającym przy boku, nie zgadywała z kim ma do czynienia. Ale gdyby nawet, nie obstawiłaby Valda.

    – Vald Bendic, do usług szanownej pani. – Mężczyzna skłonił nisko głowę i tak kurtuazyjnie, jak i na dowód prawdziwego szacunku, lekko pocałował wyciągniętą dłoń kobiety. – Jest mi niewypowiedzianie przykro z powodu Pani straty. Profesor Lorrimor...

    – Wyrazy najszczerszego współczucia i pozostaję do usług – dokończył szybko po pauzie, której się po sobie nie spodziewał. Kobieta podziękowała – tak słowami, spojrzeniem, jak i uściskiem dłoni, ale Vald nie dał jej szansy na wejście w pełniejszą wymianę zdań. Usunął się w ukłonie i wycofał w dalsze szeregi żałobników.

    Czuł, że nie ma prawa zabierać uwagi córki, ani zawłaszczać przestrzeni wydarzenia dla siebie. Nie był rodziną, nie był przyjacielem, który kiedykolwiek gościłby w domu Profesora. Nie był nawet żadnym z tych miejskich oficjeli czy sąsiadów, którzy znali się z Petrosem i pewnie nie raz w ostatnich latach ściskali jego dłoń.

    Profesor... Profesor był jego przyjacielem, tego był pewien. Ale teraz Profesora już nie było, a dla tych ludzi był obcy. Nie miał prawa rościć sobie przed kimkolwiek pierwszeństwa. Ten rytuał był ich i dla nich. Dla Kendry.

    Vald stał spokojnie, cichy i wyprostowany jeszcze o parę kroków za tymi, którzy dyskretnie wycofali się z pierwszych szeregów. Obserwował i milczał. Przy zaśpiewach udawał, że też intonuje i kiedy wypadało, zamarkował spiralę Pharasmy.

    Na wezwanie do niesienia trumny nie zareagował. Usłyszał je, naturalnie, ale nie drgnął. W pierwszej chwili. Bo zaraz wzdrygnął się, rzucony jakąś zbitką uczuć, której się nie spodziewał.

    Wzdrygnął się i wściekł, widząc, że taki człowiek jak Profesor – CZŁOWIEK TAKIEGO FORMATU – nie ma przy sobie tłumu przyjaciół, który poniósłby go w ostatniej drodze. Że miałby liczyć na akolitów czy opłaconych pachołków, by nieśli go do grobu?

    Vald wypłynął z tłumku przestępujących z nogi na nogę żałobników – czy może gapiów?! - i bez słowa znalazł się przy kapłanie. Nawet teraz nie chciał stawać w pierwszym rzędzie, wyglądając z nadzieją, że ktoś pójdzie przed nim. Unikał spojrzeń pozostałych, ale wszystko rejestrował, gotów zająć pozycję, którą przydzieli mu hierarcha.

    Rozgrywka

  • Adventure Path: Carrion Crown — Wątek dyskusyjny sesji
    PaniczP Panicz

    Uszanowanie wszystkim!

    Cieszę się, że zasiadamy do tej przygody. Ciekaw jej jestem i wygłodniały. Mimo tego zapostować będę mógł dopiero po weekendzie, więc choć i tak bym naszej MG nie popędzał, to z tej racji nie popędzam tym bardziej 😉

    Pytań nie mam, rzucać sam nie będę. Pomotam się jutro jeszcze z przerabianiem zdjęć na grafiki, bo niby łatwo-prosto, a zawsze jakoś zgrzyta (mowa o awatarze postaci) 😉

    Komentarze

  • [D&D 5.5e 2024] Adventure Path: Carrion Crown. The Haunting of Harrowstone
    PaniczP Panicz

    Mam nadzieję, że MG się nie obrazi za wychodzenie przed szereg 😉

    Z tego, co z nią rozmawiałem wczoraj/przedwczoraj, to chyba dotąd tylko ja wysłałem kartę. Wyżej widzę, że jest też od Piołuna 🙂

    To myślę, że warto 😉

    Archiwum

  • [D&D 5.5e 2024] Adventure Path: Carrion Crown. The Haunting of Harrowstone
    PaniczP Panicz

    Podesłałem mechanikę, fabularia poszły wcześniej. Jedno i drugie pewnie do podszlifowania, ale wierzę, że daje podstawy.

    Jest to zmęczony życiem i drugim człowiekiem ranger, któremu ani dobrze nie było w mieście (zanim rangerował), ani wychodzi na to, że dobrze nie jest w lesie. Potrzebować będę tylko awatara, ale to może sięgnę po jakieś polskie, sterane życiem twarze. Swoją mogę nawet wstawić, ale to musiałbym dorobić paintem odpowiedni dziejowo kubrak.

    Liczę, że inni płodnie działają, bo już październik nam zapadł.

    Archiwum

  • Epitafium lastinn czyli atykuł o historii
    PaniczP Panicz

    To prawda. Nawet o tym wyżej napisałem.

    Napisałem też dlaczego szkoda.

    Forum

  • Epitafium lastinn czyli atykuł o historii
    PaniczP Panicz

    Przeczytałem i dzięki za przygotowanie tego materiału. Dowiedziałem się paru ciekawostek i poznałem opinie niektórych, więc na plus.

    Nie przywiązuję do tego materiału jakiejś grubej wagi, więc nie rażą mnie specjalnie te rzeczy wymienione przed przedmówców, choć też sporo z nich wychwyciłem, a przy tym jeszcze nieco innych. Jeżeli założenie było jednak takie, aby to był faktycznie bardzo dopieszczony esej, to redakcja zawiodła.

    Wiem, że opinie były zbierane od tych, którzy się zgłosili, ale jeśli Johan jako autor wziął na siebie obowiązek drążenia w przeszłości, to fajnie byłoby podpytać może też o spojrzenia innych osób - tych ważnych, które zostały już poza forum (jeśli jest do nich kontakt), jak i może tych obecnych, ale bez wypowiedzi (część Obsługi bez opinii; nie ma też wypowiedzi ani jednej kobiety). Kumam, że to dodatkowa robota, ale trochę szkoda, jeśli to faktycznie taka ‚ceremonialna’ okazja na pożegnanie ze starym i początek nowego 🙂

    Forum

  • [D&D 5.5e 2024] Adventure Path: Carrion Crown. The Haunting of Harrowstone
    PaniczP Panicz

    Przesłałem niedawno zgłoszenie. Fabularne (mechanikę dodam po powrocie - będzie to ranger lub jakaś jego wariacja). Jeśli się dostanę, to zagram 😉

    Piszę, bo ruch w temacie to dobry ruch.

    Archiwum

  • [D&D 5E 2014] Witajcie w Stubramiu
    PaniczP Panicz

    Ja mogę powiedzieć, że MG ma zawsze bogato przygotowane sesyjne zaplecze i mistrzowski poziom dopieszczenia szczegółów świata przy jednoczesnej otwartości na dowolne poczynania graczy. Grałem przez krótki czas przy VTT i mogę polecić.

    Tu nie zagram, bo nie mam wolnych slotów.

    Archiwum

  • [D&D 5.5e 2024] Adventure Path: Carrion Crown. The Haunting of Harrowstone
    PaniczP Panicz

    Skuszę się, myślę.

    Archiwum

  • U bram raju - komentarze
    PaniczP Panicz

    Szanowni,
    Może nie pozostawiłem Was w poprzednim poście przed godnym gry paragrafowej pójściem w lewo, albo pójściem w prawo (ewentualnie: poślubieniem/zabiciem smoka/księżniczki), ale zakładałem, że poradzicie sobie z wyciągnięciem wydarzeń, gdzie będziecie chcieli. Choć rozumiem, że dywagacje nad losem Mariusa mogły być dla Was mniej ciekawe 😉

    Wobec Waszej ciszy i tego, że niedługo wyjeżdżam (co anonsowałem wcześniej), postanowiłem zakończyć ten epizod, przejmując kontrolę nad wydarzeniami. Czy Wasze postacie tak by się zachowały czy to powiedziały - nie wiem, ale pozwoliłem sobie na ich zeNPeCowanie, żeby móc postawić jakąkolwiek kropkę.

    Kto dotrwał i będzie chciał grać w ewentualnej kontynuacji - otrzyma swoje PD'ki 🙂

    Na razie obrodziło w rekrutacje, a od 9.09 do końca września mnie nie będzie, więc nie wrzucam swojej (może zrobię jakąś 'sondę' jako ogłoszenie, że coś planuję), ale na jesieni (październik - pewnie koło połowy) spróbowałbym łowów do sesji. Jeśli zbierze się dość chętnych, zobaczymy, co będzie dalej z Czarnymi Wrotami i okolicą. Aby uniknąć bolączki utraty tempa, będę wtedy wymagał (od Graczy i od siebie) regularnego postowania. Opiszę zresztą wówczas, co i jak.

    Panowie - dziękuję bardzo za dotychczasową grę 🙂
    Rozciągnęły się nam tu niemożebnie niektóre sceny, więc mam naukę na przyszłość, ale choć realnie niedużo czasu (i 'lochu') upłynęło in-game, Wasze wybory były ciekawe i nie pozostaną bez wpływu na świat.

    Komentarze

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Marius dryfował. Lekki, z czystą głową i białymi barankami nad sobą, dawał się unosić toni. Nie poruszał członkami. Nie machał choćby dłonią.

    Leżał, a fale podnosiły go same. Miarowo, jakby to babcia kołysała go delikatnie na bujanym fotelu. Umysł miał pusty i cichy. Nie myślał. Nikt mu nie towarzyszył. Był sam w słodkim bezwładzie. Nie słyszał nawet głosu...

    – Cholera.

    Jednak pomyślał. Jestestwo dobiło się uwagi gdzieś na skraju świadomości, zajrzało przez lufcik. A potem było już tylko trudniej i tylko gorzej. Głos na razie nie wrócił. Głos Mistrza.

    Ale Marius już o nim myślał. Już... Spodziewał się zaraz go usłyszeć. Wyglądał go. Oczekiwał. Nie z pragnieniem. Nie z poczuciem braku czy niepokojem.

    Mechanicznie. Mechanicznie czy naturalnie, zwał jak zwał, ale z wrażeniem niepełności świata, w którym brakowało podstawowych składników. Jakby ująć część liter z alfabetu i zacząć dukać to samo bez ładu i składu, albo wyjąć z palety któryś z podstawowych kolorów i nazywać cze... Mhm, ten, hmm, nie ten zielony, nie-niebieski. Jak żółty, ale inny. Nie, nie, inny-inny zupełnie. Wiesz, o którym mówię!

    Mariusowi brakowało głosu dzwoniącego pod czaszką i z samym tylko swoim wewnętrznym narratorem, czuł się dziwnie. Jak człowiek zaskoczony echem we własnym domu, gdy remont wypchnie mu meble na korytarz. To był ten stan docelowy? Ciekawe, że tego już nie pamiętał.

    Ale długo braku znosić nie musiał. Nie był już sam.

    ***

    – Obudził się – Hazar uważnie lustrował wracającego do siebie kapłana.

    Utopiec chciał coś odparsknąć, ale bandaż zdusił słowa. Na machnięcie rękami też nie było przestrzeni. Zero miejsca na protest i bunt Mariusa objawił się w skrępowanym, półleżącym pląsie. Kapłan nie rozumiał, o co chodzi – dlaczego jest związany i zakneblowany. Ale twarze wokół znał. Znał i nie spodziewał się nigdy oglądać ich z dołu, z perspektywy więźnia.

    – Spokojnie – miękko szepnęła Morwen. – Nic ci nie grozi. Musieliśmy cię związać, bo... Pamiętasz?

    Młodzik patrzył na czarownicę, jakby na bieżąco zliczał coś i składał do kupy. Jakby wyostrzał rozbitą mozaikę w ludzki kształt. Trwało to krótką chwilę, ale w końcu skinął jej głową na potwierdzenie. Tak, tak, wiedział, pamiętał.

    – W takim razie sam rozumiesz – wytłumaczyła się magiczka. – Przestraszyłeś nas.

    Oczy kapłana przebiegały od osoby do osoby, rejestrując wszystko, co wyrażały znajome twarze. Utopiec przetoczył się na ziemi i przysiadł z pomocą Randala, dziękując skinieniem. Powiódł wzrokiem po reszcie, a oczy miał przepraszające i smutne.

    – Takie miejsce... Może źle wpływać na niektórych – włączył się milczący od dłuższego czasu doktor Quolleb. – Odpocząć i wzmocnić się będzie rozwagą. Panie Hazar?

    – Ta? - Krasnolud czuł bicie mocy spod każdego kafla Ścieżki. Kusiła go. Ale wiedział też, że z otiakami mieli kupę szczęścia i następny taki hazard mógł być dla nich ostatnim. Domyślał się, czego może chcieć stary.

    – Zabezpieczy pan otwarte korytarze? Wtedy cofniemy się do obozu... – Badacz widział, jak po jego słowach twarze górników zajaśniały nadzieją. – Odsapniemy trochę.

    Hazar się nie sprzeciwiał. Zebrał pomagierów i na początek zastawili wejście przed sobą ciężkimi ławami. Machnął na resztę, by zmajstrowali solidniejszą dokładkę. Górnicy ruszyli stawiać do pionu wywrócone wagoniki i ściągać na wózkach ciężkie, rozrzucone po hallu belki. Wojownik nie zwykł siedzieć na tyłku, gdy inni pracowali, ale Morwen zatrzymała go na miejscu.

    Odeszli na bok z Ballo, Randalem i Larą. Zmarnowany Marius siedział teraz na ławie na środku sali, posadzony przez Bolvara i uspokajany przez cedzącego coś powoli Quolleba. Zbroje – jeszcze przed chwilą żądne krwi golemy – stały teraz w rządku w rogu komnaty i kołysały się miarowo.

    – Wrócił do siebie – powiedziała cicho czarownica. – I dlatego teraz poczułam to wyraźnie. Ktoś mu towarzyszy. Jest... Jakby w środku?

    – To kapłan – Ballo nie miał pojęcia, co to za heca z Mariusem, ale nie chciał by kogokolwiek sądzono bez choćby krztyny wątpliwości przy ocenie. – Jego bogini pewnie jest przy nim.

    – Przed chwilą na pewno nie była – żachnął się Randal. – Władowałby się w ciemno w nieznane i tyle by było z boskości.

    Hazar słuchał i mechanicznie kiwał głową, podpierając się młotem. Nie miał takiej pewności jak Morwen, ale wolał dmuchać na zimne. W robocie nie było miejsca na wariatów.

    – Możesz doprecyzować swoją ocenę? - Lara poczekała na pauzę. – Chodzi mi o rodzaj tej obecności, jeśli potrafisz to zdiagnozować. Nawet tu, w samym Drusdygg, natrafiliśmy na różne przypadki manipulacji umysłem. Może mogą mieć związek.

    Czarodziejka rozłożyła ręce i zaczęła gestykulować, szukając odpowiedniego słowa, by opisać przeczucie, które miała. Przeczucie, nie pewność.

    – Nasz kompan, Kai... Znasz go zresztą. – Lara skorzystała z okazji, by wprowadzić kontekst. – Miesiąc temu natrafiliśmy w lesie za Pogorzelą na gobliny. Sam Marius tłumaczył potem, że był wśród nich przypadek rzadkiego mutanta, który potrafił manipulować umysłami. Kai przez pewien czas zachowywał się wtedy kompletnie irracjonalnie... Czy inaczej – racjonalnie, acz nieświadomie realizował rozkazy goblinów, które chciały wciągnąć nas w pułapkę. Sam zachował świadomość i pamięć wydarzeń, ale bez późniejszej możliwości wyjaśnienia swojego zachowania. Mówił, że w tamtym czasie nie miał cienia wątpliwości, że postępuje właściwie.

    – Pamiętasz, że długo – i z bliska – przyglądał się tamtemu trupowi? - przypomniał Randal.

    – Nie wiem – zabezpieczyła się Morwen. – Nie wiem, czy to może mieć związek. Może? Pewne... No, prawie pewne, że siedzi w nim coś jeszcze, czego być nie powinno.

    Czarownica pomyślała o mistrzu Wedryku, który mógłby to rozstrzygnąć ponad wszelką wątpliwość. Dziewczyna myślała o czarodzieju z szacunkiem i głęboką obawą, nieskora, żeby się do niego zbliżać, albo wywoływać wilka z lasu choćby wspomnieniem. Może starczy tu kapłan?

    – Jak siedzi, to pewnie widzi i słyszy, co mówimy i robimy. Nie ma co... – Randal podrapał się po obolałych plecach. – Wynośmy się stąd i jego wynośmy. Może to on – nie mówię, że specjalnie – wywołał z cienia te mackostwory?

    ***

    Pytań było wiele, ale Morwen nie czuła się na siłach odpowiadać na gdybania. Nie wiedziała, a nie chciała kłamać. Paladyn miał jednak rację – jeśli ktoś kontrolował Mariusa – znał wszystkie ich kroki. Trzeba było się przegrupować, przetasować karty i spróbować jeszcze raz.

    Prowizoryczne bariery zastawiły wejścia do korytarzy odchodzących z hallu, a kompania nie traciła czasu, by sprawdzać ich solidność. Na wyjściu, dla pewności, przywiązano jeszcze ożywione zbroje do kolumn schodowych i ruszono do światła. Rażące słońce na twarzach cieszyło jak pierwsza trawa po zimie.

    Tłum strażników patrzył na mrużących oczy badaczy Ścieżki z podziwem i niepokojem. Wracali żywi i na własnych nogach, choć jednego ze swoich wlekli jak podróżny tobołek. Jednego dnia i jednego popołudnia wpłynęli na losy osady na tyle sposobów, że na rozrysowanie wszystkich scenariuszy wyobraźni nie starczyłoby nawet drobiazgowej i skrupulatnej Larze.

    Teraz mieli odpocząć i basta. Paru osiłków poklepało ich po plecach, gdy przechodzili między nimi, a ktoś z przodu klaskał. Najwyższym dowodem uznania strażniczej braci był jednak fakt, że nikt nawet nie próbował ich obszukać. Ach, gdyby tylko wcześniej skorzystali z okazji!

    Szpaler gwardzistów kończył się przy ustawionych w zaporę wozach. Tam, oddzieleni od wioski już tylko suchą przestrzenią, zdobywcy Ścieżki byli wystawieni na wzrok i ocenę mieszkańców. I tam czekali na nich ich mocodawczyni – Wylla van Coen oraz rozpromieniony, patronujący wyprawie arcymag Wedryk Weld.

    – Brawo, brawo. Doprawdy, czuję się, jakbym był tam z Wami! – Czarodziej uśmiechnął się sfinksem. – Ale zawsze mało mi przyjemności słuchania opowieści z pierwszej ręki, więc doczekać się nie mogę posłuchania.

    – Pewnie nie jest mistrz sam w tym pragnieniu – włączyła się płynnie Wylla. – Dobrostan moich pracowników wymaga jednak, żeby najpierw przeszli ocenę zdrowotną i odpoczęli psychicznie. Pozwolisz zatem, Wedryku, że nim priorytet przejmie poznawanie prawdy, zadbamy o bezpieczeństwo każdego z naszych kolegów.

    Pogodne spojrzenia i ciepłe uśmiechy starły się w serdecznym zwarciu.

    – Pan doktor Quolleb, naturalnie, nie jest zobowiązany do spełniania reguł naszej organizacji. Zachęcam jednak i pana, panie doktorze, aby w pierwszej kolejności zadbać o siebie. Wiedza i Prawda, tak utęsknione, pozwolą na siebie zaczekać.

    Troska o pracowników była naprawdę wyświechtanym frazesem i brzmiała zabawnie, wyciągnięta na pierwszy plan gry pozorów między Wyllą a Wedrykiem. Kompania Lazurowa broniła swoich interesów wszelkimi możliwymi sposobami, a stawką w tym momencie było pierwszeństwo informacji. Nie szło wyłącznie o władzę i poczucie tryumfu. Znaleziska Ścieżki miały wymierną wartość finansową nie tylko w formie wywleczonych spod ziemi złotych sztabek i czarodziejskich artefaktów.

    Kto wiedział pierwszy, wyprzedzał konkurentów w inwestycjach, planach i decyzjach. Kto wiedział pierwszy, nadawał ton narracji o Ścieżce i tych, którzy ją kształtowali. Kto wiedział pierwszy... Mógł zdecydować, co przydarzyło się Mariusowi, co czeka go dalej i jak wpłynie to na codzienność Czarnych Wrót.

    – Bezpieczeństwo przede wszystkim – uśmiechnął się Randal. – Sam mistrz rozumie.

    Paladyn poklepał Mariusa po plecach i pociągnął go ze sobą w stronę budynku Kompanii. Reszta ruszyła za nim. Czuli, że dokonali lepszego wyboru. Ale wyboru, który nie pozostanie bez konsekwencji.

    KONIEC

    CDN

    Rozgrywka

  • Format PBF - zalety (i ewentualne wady)
    PaniczP Panicz

    A jaka to była rekrutka?

    Dyskusje RPG

  • Carrion Crown Adventure Path. The Haunting of Harrowstone — Sonda poglądowa.
    PaniczP Panicz

    Jeżeli będę mieć czas (co uzależniam też od warunków sesji, które pojawią się pewnie dopiero w rekrutacji), okoliczności pozwolą i naturalnie byłbym przyjętym, to pewnie bym zagrał sobie. Zakładam, że zgłębiłbym potrzebną mechanikę, gdyby przyszło co do czego, więc nie głosuję.

    Najsprawniej poszłoby pewnie z DD, albo PF, ale i tak nie wchodziłbym w mechaniczne wygibasy.

    Sondy

  • 'U bram raju' [DD5, Greyhawk] - epizod 2
    PaniczP Panicz

    Ogrom hallu ogrywał numer po numerze, zmieniając jedną dramatyczną nutę na drugą. Rozbujany bieg Mariusa ku ciemności, która przyniosła potwory, był cichszy niż wszystkie sceny dotychczas, ale ściągnął spojrzenia wszystkich widzów.

    Randal zareagował najszybciej. Krzyknął, wyrwał do przodu, zadudnił na stopniach ciężkimi buciorami. Lara wrzasnęła coś z tyłu. Słuch podpowiadał, że za szaleńcem wyrwali Ballo i Hazar. Ciężar obu, gwałtownie rozpędzonych i walących po parę schodów naraz, wbijał się w uszy niby gwoździe. Pod tym dudnieniem, słów Morwen praktycznie nie dało się odtworzyć. Słychać było tylko kęsy. Urwane półsłówka, głoski. Ścinki nie do złożenia w sensowny głos.

    Ale nawet gdyby słyszeć całość, słowa były nie do powtórki. Morwen wyrzuciła je w śpiewnej zbitce sylab, które nie miały sensu. Nie dla laików. Dla świata wokół były kodem.

    Były poleceniem dla sił poza zmysłami, które zakręciły Mariusem w powietrznym wirze, obracając omotanym umysłem i ciałem jak rozpędzona karuzela. Utopiec zaskamlał coś równie bezsensownego dla reszty jak magiczne sylaby czarownicy i padł plackiem u progu komnaty, gdzie pędził.

    Był nieprzytomny. Nieprzytomny, ale zdrów i cały. Przynajmniej na ciele, bo czego można się było od niego spodziewać po ocuceniu, nie wiedział nikt.

    – Dla jego dobra? – Randal był przy Mariusie pierwszy, pokazując reszcie sznur, który zaczął rozwijać. – I dla naszego. Jakby go, powiedzmy, wzięło na czary.

    Hazar przyglądał się kapłanowi z ciekawością, choć przy jego zwyczajowej ekspresji można to było wziąć za coś pomiędzy groźbą a pogardą. Utopiec był dla krasnoluda zagadką. Nie znał go praktycznie wcale, choć coś tam o nim usłyszał. Przyglądał się jego magii i była zupełnie inna niż to, po co sięgał on sam. A jednak... Jednak coś podpowiadało Hazarowi, że obaj mają sporo wspólnego.

    Uśpiony został szybko obwiązany u kostek i w przegubach rąk, a konsensus spojrzeń zezwolił i na lekkie zakneblowanie ust magika bandażami. Marius mógł podziękować Larze, że użyczyła na knebel jedynej czystej materii jak okiem sięgnąć.

    Wiążący szybko ściągnęli pacjenta z dala od nieznanej komnaty, ale jeszcze schylając się do niego, zdążyli złowić coś tam ze środka. Na ile pozwalało światło z zewnątrz, dało się dostrzec rozciągniętą na kaflach podłogi kałużę. Woda była rozlana na środku, długą plamą od strony, z której musiały nadbiec otiaki. Z głębi, z cichej, niezmąconej dźwiękiem przestrzeni, która niknęła w cieniu.

    Oczy krasnala widziały lepiej. On zobaczył jeszcze długie granitowe bloki wzdłuż środka sali, roztrącone resztki krzeseł i przez chwilę skalne półki i wnęki w ścianach zastawione dziesiątkami pudeł, puszek i słojów.

    – Kuchnia, spiżarnia albo coś podobnego – podzielił się z resztą, gdy odeszli nieco na bok. – Albo kantyna.

    Co pociągnęło Mariusa do stołówki – bo zapewne nie był to głód – na razie było poza czyimkolwiek zgadywaniem. Może śpioch wyjaśniłby to po ocuceniu, ale czy dać mu się wypowiedzieć, czy nie, to było już w gestii krępujących go solidnie kompanów.

    Morwen patrzyła, jak młody kapłan oddycha miarowo. Spokój na twarzy i w piersi, jakby nie czuł więzów na sobie. Nie mogła mieć pewności, ale nie czuła, żeby jej urok wślizgnął się w umysł młodzika, zastępując coś innego.

    To nie była reguła, a zaawansowane zaklęcia potrafiły czasem skrywać się w głębi ofiary, ale niekiedy, wpływając na czyjąś jaźń, dawało się poczuć, czy ma już niechcianego lokatora. Morwen nie miała wrażenia, żeby jej sen spadł na Mariusa w miejsce innego uroku czy rozkazu, który nim włada. Nie odczuła, żeby jedna magia ścięła się z inną, aby ją zwalczyć.

    Nie miała pewności i mieć nie mogła. Nie w takim miejscu, gdzie od magii aż kipiało i nie z samej – jakby nie patrzeć – magicznej natury rzeczy. Nie wiedziała, ale odważyła się zgadywać. I zgadywała, że problem nie przyszedł z zewnątrz. Że był już w Mariusie. Lub z Mariusem.

    Jego magia... Każda zostawiała swój stempel w widzianej i niewidzianej rzeczywistości. Jego magiczna sygnatura pachniała żywiołem, głębią i mocą. Przestrzenią i ogromem. Ale to nie był boski ogrom. Morwen nie znała żadnego kapłana Osprem, ale zetknęła się z wieloma innymi sługami bogów. Ich moc – czy dymiąca siarką czy kojąca spokojem – zwykle pachniała inaczej.

    Rozgrywka
  • Zaloguj się

  • Nie masz konta? Zarejestruj się

  • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
Powered by NodeBB Contributors
  • Pierwszy post
    Ostatni post
0
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa