Szli szeroko, obchodząc rozrzucone na ziemi sztabki żelaza, kawałki węgla i metalowe szpargały. Śruby, wkręty, nasady i gwinty walały się po marmurze, wywalone przed wiekami i pozostawione w przypadkowej krzyżówce. Dla większości były śmieciem niewartym uwagi, ale Eutalo – sapiąc przy zgięciach – pochylał się, co krok i przyglądał im z bliska, podziwiając precyzję roboty.
Nikt nie miał mu za złe, że pakował stalową drobnicę po kieszeniach, bo i nikt specjalnie nie krzywił się na górników, którzy przebierali oczami po całej hali, łypiąc za szansą na coś cenniejszego. Doktor Quolleb miał robić za przyzwoitkę wyprawy, ale rezerwował swe interwencje dla poważniejszych spraw niż zgarnięta z ziemi stara moneta. Wiedział, że wszyscy tu ryzykują i wiedział, że skarby, jakie skrywa góra są poza skalą, jaką znano we Wrotach, więc rugać kogokolwiek za uszczknięcie czegoś niedużego...
Brago uśmiechnął się po szelmowsku przy złowionym z podłogi groszu, pewny, że nikt nie zobaczył jego zdobyczy. Widzieli. Widzieli, ale to jeszcze nie był czas, by komukolwiek żałować. Jeszcze nie czas, by ciąć się między sobą. To czekało głębiej, gdy oczy zalśnią przy prawdziwych skarbach.
Randal puścił krasnoluda przodem, by obejrzał portal po lewej, pierwszy po wejściu na dolny poziom. Wysoki na dwadzieścia stóp i szeroki na piętnaście, boczny korytarz obramowany był szarymi, bazaltowymi pilastrami pożyłkowanymi zastygłym w nich minerałem – może złotym piaskiem, ale pewnie bardziej pirytem. Górę zwieńczał trójkątny fronton, na którym wyrzeźbiono postacie dmących w trąby zbrojnych. Wśród zdobień były motywy ptasie, anielskie i ogółem skrzydlate, a od drzwi bił lekki podmuch, więc Hazar zaczął przypuszczać, że może to oznaczenie ciągu wentylacyjnego. Niektóre krasnoludzkie cytadele, które schodziły głęboko pod ziemię korzystały z rozwiązań zaawansowanej pneumatyki i hydrauliki, dbając, by mieszkańcy nie podusili się w swych nie znających światła dziennego domach.
– Wielki Dech – odszyfrowała runy z portalu Lara. – Zapewne przestrzeń odpowiadająca za kontrolę przepływu świeżego powietrza... Może tam jest dostęp do tuneli, które rozgałęziają się po Ścieżce?
– Zapewne – potwierdził Hazar. – Wygląda solidnie, sprawdźmy...
Dotknięte zgrubiałymi palcami krasnoluda drzwi z cienkiego metalu rozstąpiły się, jakby górnik odrzucał z przejścia lekką kotarę. Na raz powiew wzmógł się, a oczom stojących ukazała się okrągła komnata z kopulastym, żelaznym piecem w środku... Czy też cokolwiek to było. Masywny metalowy stop w środku wyglądał trochę jak bunkier z którego odchodziły grube rury prowadzące to w górę, to w dół, to znów na boki... Jedna rura, rozerwana kawałem oderwanego stropu, kaszlała się i krztusiła na wprost od wejścia, sypiąc pyłem i...
– O kurwa!
Magia, czy nie magia, a może mechaniczne zaburzenie magicznego ekwilibrium utrzymującego przepływ powietrza pod kontrolą... Nagle zassane powietrze świsnęło do środka komnaty, ale zanim ktokolwiek zdążył zrobić krok, rozerwana rura rzygnęła zapchanym przepływem, bombardując przestrzeń gruzem, pyłem, kurzem, pajęczyną i zbitym w wilgotne kulki śmieciem.
Kawały gruzy poszły ze spustu jak z katapulty, waląc na ścianę zza której zerkał Hazar i ekipa. Krasnolud zakotłował się gorączkowo, ale nic więcej nie zrobił, wywalony spomiędzy framug portalu kawałem wapienia, który poniósł go kawał przez salę. Randal zareagował może o mgnienie szybciej i zdążył zasłonić się tarczą, ale uderzenie zgięło mu ręce, przybijając osłonę pawęży do czoła aż zadzwoniło. Metal zgiął się w dolnej części, a góra palnęła rycerza w głowę, waląc juchą na posadzkę w ujściu korytarza.
Lara i Eutalo, którzy też byli blisko centrum zdarzeń mieli może te pół metra więcej do tyłu, ale zrobili z niego dobry użytek. Oboje odskoczyli, jakby ktokolwiek mógł się spodziewać, co może gości czekać na pierwszym przystanku Ścieżki. Czy aby o tym nie przeczytali w znanych sobie suelskich runach na wejściu? Hm, jeśli tak, to ostrzeżeniem nie podzielili się z nikim.
Morwen, która była zaraz za nimi oberwałaby chyba najpaskudniej, ale z asystą przyszedł nastawiony, by chronić Ballo. Mnich nie popisał się gracją, spadając na dziewczynę ściętym ciężarem ciała, ale choć poturbowani świszczącymi odłamkami, oboje uniknęli losu posłanego w powietrze Hazara.
Rura krztusiła się jeszcze chwilę, wypluwając odłamki i śmieci, które dudniły o ścianę wewnątrz pomieszczenia Wielkiego Dechu, ale czasem wylatywały i w główny hol, świszcząc i gwiżdżąc. W przestrzeń spadały głównie kamienie ze skruszonych w kataklizmie kolumn, stropów i ścian, ale przez halę pofrunęło też trochę żelastwa, kawał roztrzaskanego mebla, coś co wyglądało jak pająk...
– Kościogryz – rozpoznał bezbłędnie Seweryn, który z dystansu mógł analizować sprawę z zimowym chłodem. – Dobrze, że wyleciał już w kawałkach...
W konwulsjach przewiewu na zewnątrz zaczęło wypływać coraz więcej ciepłego i w końcu gorącego powietrza, a wytłok wyrzucił też jakiś (najpewniej) ludzki zewłok. Trwało to dłuższą chwilę, w której górnicy dopadli do rzuconego dobrych kilkanaście stóp w tył Hazara.
– Barzûl! - wycharczał krasnolud, gramoląc się z powrotem na nogi przy wsparciu Brago i roztrzęsionego Elbira. Z ust wypluł krew i rozkasłał się, a jucha leciała dalej. Westchnął w końcu i zgramolił się na nogi.
Przynajmniej nie wyleciały zęby... Za to klatka pod pancerzem piekła, jakby obracali go na ruszcie. Ale żył, był cały i mógł normalnie chodzić. Wprawdzie nie bez bólu, który tłumił, wypuszczając powietrze nosem, ale jednak w pełnym spektrum ruchowym.
Akurat, żeby móc ruszyć do komnaty, kiedy było już po wszystkim. Albo prawie...
Rura przestała wypluwać gruz i nic już nie waliła o ściany, ale zwolniony przepływ syczał jeszcze. Przeszła może minuta, gdy przestał sypać pyłem, ale wtedy znów rozkasłał się, buchając kłębami pary.
– Może lepiej będzie odczekać na zewnątrz aż mechanizm wróci do ekwilibrium? - rzucił w przestrzeń doktor Quolleb, który propozycję podawał już ze schodów, przykucnięty na nich, niby to poprawiając buta.
– Coś teraz będzie – zawibrował głos pod czaszką Mariusa.
– Garn... - jęknął Hazar, który też to poczuł. Świst z rury wzmógł się, skłębiając parę, a coś jeszcze ewidentnie trzeszczało, upchnięte przed wylotem. – Na ziemię wszyscy!
Tym razem nikt nie dał się już zaskoczyć – większość przypadła do ściany, daleko od wejścia w komnatę, skąd napływał powiew gorąca, a górnicy, którzy zgarniali Hazara zalegli na ziemi, chowając głowy pod splotem dłoni.
– Dobry Pelorze! - zajęczał Elbir. – Diabły!
Wydmuch pary wyrzucił w hol wielki podmuch gorącej wilgoci, opadając na wyrzucone wcześniej kamienie szybko stygnącymi plamami. W oparze wznosiły się zaś bardzo konkretne, skrzydlate kształty. Nie takie wprawdzie, jakich można było się spodziewać po rzeźbieniach frontonu, ale bądź co bądź latające.
– Mefity – powiedziała cicho Morwen, oblizując usta i wielkimi oczami obserwując ich przelot po sali.
W hallu para szybko opadała, więc dało się zrachować liczbę skrzydlatych diabłów kształt po kształcie. Parę wzleciało wysoko, prawie pod sam sufit, a inne rozleciały się po pomieszczeniu, jakby nie miały kontroli nad lotem. Razem było ich dziesięć.
A obok, blisko Hazara, były dwa jeszcze, którym szło lepiej się przyjrzeć... Bladobiałe, wychudzone zębate chochliki z nietoperzymi skrzydłami obciągniętymi skórzastą błoną. Miały czaszki... Nieco może podobne goblinom, ale z długimi nosami, niby nosale hełmów. Niektóre też, pewnikiem te, które Elbirowi zdały się najbardziej diabelskie, miały rogate wyrostki na łbach, ale widać było, że mimo podobieństwa, każdy jeden miał coś swojego i tylko niektóre straszyły wyrastającymi kośćmi, naroślami czy rogami. Były nieduże – niewiększe pewnie od niziołka, ale inaczej niż puszyste niziołki, stwory były kostropate i chudo-podłużne niby jakieś odlewy z soli, podobne stalaktytom.
Potworki latały wte i we wte – widać było, że w chaosie, gwiżdżąc jak nastawione na ogniu czajniki i trzepiąc desperacko poszarpanymi skrzydłami. Ciężko było zrachować, czy w tych gargulcowych łbach są jakieś myśli, ale możliwe, że jeśli tak, to kipiało tam tyle samo przestrachu, złości, co i bólu.