Kultyści - Lato 2519
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 21 - 2519.07.07; bkt; wieczór (1/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Halabard; kryjówka Mergi
Czas: 2519.07.07; Backertag; wieczór
Warunki: piwniczna wilgoć, światła lamp i świec, ciepło, gwar rozmów; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, chłodnoWszyscy
W podziemnej jadalni jaka najczęściej była miejscem zborów odkąd pod koniec zimy zamieszkała tu Merga stopniowo robiło się gwarno i tłoczno. W miarę jak się schodzili poszczególni kultyści. To spotkanie było dość niezapowiedziane ale ostatnich mieli ich całkiem sporo. Prawie codziennie. Wydawało się, że im bliżej jest termin odpłynięcia rogatej wyroczni do jej mroźnej i dzikiej ojczyzny tym więcej spraw jest do załatwienia. A większość braci i sióstr tej wypaczonej rodziny została powiadomiona dzisiaj w dzień przez Lilly jaka z kolei ostatnio często była kurierem do przekazywania wieści od czcigodnej, wyroczni o niesamowicie złotych oczach. Przez ostatnie pół roku kopytna kultystka nieźle wprzęgła się w miasto, sprawy zboru i najczęściej mieszkała pod zwaloną wieżą jaka była kryjówką wieszczki z północy więc nieźle się sprawdzała w roli posłańca.
Dzisiaj pierwsze chyba były obie łotrzyce i Onyx. Bo przyszły od razu po swojej pokornej i bogobojnej pracy w głównej świątyni tego miasta a po drodze zgarnęły rudowłosą hedonistkę jaka pracowała w zamtuzie. W końcu one zdążyły rozmówić się z Mergą i wysłać w Lilly w roli kuriera. Pod wieczór dotarła Soria, Pirora i Lilly jaka już po wyjściu Otto widocznie została na Bursztynowej. I jak się okazało panienka van Dake przyłożyła się do roboty bo Lilly była odstawiona jak nigdy. Ciemnofioletowa suknia zapewne należała właśnie do blondynki z Averlandu. I pasowała do tak pomalowanych paznokci. Do tego w ciemności mogła uchodzić za czarną lub ciemną co nie gryzło się za bardzo z wymogami żałoby po księżnej. Do tego jeszcze mutantka miała ufryzowane włosy, jakąś kolię, bransoletki, kolczyki więc wyglądała jak jakaś błękitnokrwista koleżanka averlandzkiej szlachcianki. Zresztą milady herold także ale ta wyglądała i czuła się w towarzystwie jak ryba w wodzie. Ta odmiana tej ubranej zwykle jak jakaś szwaczka czy inna robotnica koleżanki nie przeszła niezauważona w towarzystwie. Chociaż każdy reagował na swój sposób. Najgoręcej i najgłośniej to chyba obie łotrzyce.
- Oh ale cóż za piękna dama raczyła nas odwiedzić! Na kolana ladacznice! Wielka pani nas odwiedziła! - Łasica i Burgund w tych swoich ubraniach stylizowanych na bogobojne mieszczki przy trójce szlachcianek wyglądały szaro, smutno i mizernie. Ale nie przeszkadzało im to cieszyć oka i uśmiechu nowym wizerunkiem Lilly. Łasica oczywiście wykorzystała okazję i szarpnęła za ramię rudowłosą koleżankę. Burgund chętnie wykonała to polecenie a i Onyx w mig poszła w jej ślady. No i ich liderka też. Dało się wyczuć, że to wszystko trochę przesadzone, na pokaz i aby sprawić Lilly przyjemność. Bo ta aż rzeczywiście się zarumieniła, cieszyła się na całego i chyba nie wiedziała za bardzo co powiedzieć.
- Nie wiem czy wiecie. Ale liliowy i fioletowy to ulubione barwy naszego patrona. I symbol przyjemności i płodności. - powiedziała Soria łagodnym tonem mentorki na co łotrzyce pokiwały ohoczo głowami. Zaś Lilly wyciągnęła ku nim swoje pomalowane na ciemny fiolet dłonie. Zresztą Soria i Pirora także.
- Pokaż im tam na dole Lilly. - podpowiedziała Averlandka i mutantka nieco zadarła spódnicę. I ukazały się jej kopyta, zniekształcone na zwierzęcy sposób łydki porośnięte zaskakująco delikatnym różowym futrem. I te kopyta miała pomalowane jedne na fioletowo drugie na różowo. Zrobiła się niezła wrzawa bo cała grupka wężowych kultystek i tych stojących i tych klęczących wyglądała na zachwycone i to tak bardzo, że ten zachwyt, przyjemność i płodność najchętniej by pewnie skonsumowały na miejscu. No ale nie po to się tu wszyscy zebrali. Poza tym akurat wszedł Sigismundus.
On od ostatniego zboru z pół tygodnia temu miał z nimi na pieńku, zwłaszcza z Łasicą. Więc obrzucili się niezbyt przyjemnymi spojrzeniami ale żadne nic nie powiedziało. Aptakarz minimalnie skinął głową ale chyba raczej Sorii i reszcie dostało się odpryskiem tego zdawkowego powitania. Sam zaś powędrował z dumna minął w głąb kryjówki gdzie były pomieszczenia sypialne, małe magazyny z żywnością, cela Gustawa no i najlepsza komnata jaką zajmowała wyrocznia. Wrócił jakiś czas bez niej i z triumfalnym uśmieszkiem na twarzy.
Zjawil się też Rune razem z tradycyjnym oponentem Łasicy czyli Silnym. Były żołnierz pozdrowił ich zdawkowym skinieniem i nawet nieco się uśmiechnął półgębkiem. Silny za to zachowywał obojętność na moment tylko krzyżując z liderką łotrzyc wyzywające spojrzenia. Ale na tym się skończyło. Przybył też Thobias i on dla odmiany przywitał się z uprzejmym “Dobry wieczór” na co większość mu nie odpowiedziała. Jego wywyższony i wykształcony ton zdawał się drażnić sporą część spaczonej rodziny. On sam też potrafił dać w subtelny sposób jak bardzo czuje się lepszy od większości niżej urodzonych i gorzej wykształconych kultystów. Nawet jeśli nie przybierało to skrajnych form jak między Łasicą a Silnym to jakoś trudno mu było nawiązać język z kimkolwiek. Właściwie poza Pirorą, Otto i Joachimem czyli tych oczytanych i wykształconych na resztę zdawał się nie zwracać większej uwagi. Zaś ci wykształceni, dla takich wychowanków ulic i rynsztoków jak obie łotrzyce czy Silny też trudno było o większy kredyt zaufania. Chociaż hedonistki Węża między sobą dogadywały się całkiem dobrze, bez względu na oficjalny stan czy status.
Plotkowali ze sobą, wymieniali się uwagami, żartowali, opowiadali co się komu wydarzyło i czy tych których nie ma to się zjawią czy nie. Silny był zdania, że Vasilij to nie. On i jego ludzie szykowali łódź jaka miała zabrać Mergę do Norski. Egon tam został jako dodatkowa obstawa. Właściwie on i Rune też ostatnio często tam byli dlatego na mieście pokazywali się dość rzadko. Ale jak Lilly przyszła dzisiaj aby dać znać, że jakieś spotkanie no to przyszli. Sigismundus wypowiedział się za Strupasa aby dumnym tonem dać znać, że garbus pilnuje ich wspólnego majątku i właśnie wrócił z ważnej misji. W tym czasie Myszka podała im kolację złożoną głównie z rozcieńczonego wina, zupy i ryb więc zrobiło się to trochę jak to zwykle bywało na początku zboru. Nawet jeśli dzisiaj był środek tygodnia czyli mało tradycyjna pora na spotkanie. Łotrzyce dały znać, że mają sprawę do omówienia ale aby się nie powtarzać to będą już mówić przy wszystkich, jak będzie Merga i Starszy. Ci rzeczywiście się zjawili niczym para dostojnych kapłanów. Ona w szatach do samej posadzki i ze złotą mądrością promieniującą z oczu oraz dumnymi, wysokimi rogami jakie tak niezmiennie robiły wrażenie na Lilly. A on w długiej, prostej szacie, ze swoim kosturem mędrca i podłużną maską zasłaniającą jego tożsamość. Gdy przyszli wiadomo było, że właściwe spotkanie się rozpoczęło.
- Witajcie moje dzieci. Witajcie bracia i siostry. Dziękuję wam za tak sprawne przybycie nawet w tak niesprzyjających okolicznościach. To dowód wiary i zaangażowania. - przywitał się z nimi mistrz dziękując za przybycie. Ale mimo dość krótkiego czasu zapowiedzi tego nietypowego spotkania faktycznie była większość zboru.
- Zapewne wiecie już od Lilly co jest powodem. Nasza czcigodna Merga zdołała przetłumaczyć zwoje Oster. A nasze sprytne i zuchwałe koleżanki mają do omówienia parę detali odnośnie skarbca pod świątynią. A przydałby nam się ten skarb bardziej niż im. Nie dla naszej próżności i pychy tylko jako argument w negocjacjach w Norsce. Takie błyskotki mogą zwiększyć siłę argumentów Mergi podczas werbowania ich ku naszej sprawie. - wstęp zapewne nie był dla nikogo zaskoczeniem bo już w dzień Lilly mówiła coś podobnego jak przekazywała wiadomość od wyroczni. Ale mistrz zboru umiał to zrobić znacznie dostojniej.
- No właśnie się zastanawialiśmy od której sprawy zacząć… - powiedział zamaskowany mężczyzna zerkając pytająco na rogatą kobietę.
- Od jaj Oster! - krzyknął z entuzjazmem aptekarz. Łasica trąciła koleżankę w ramię pokazując brodą na niego. Ten siedział niczym wzorowy uczeń, jak najbliżej duetu liderów zboru, przed sobą miał notes, pióro, atrament i czekał zniecierpliwiony jam studen na ulubiony przedmiot i nauczyciela. Co wywołało parę złośliwych uśmiechów i komentarzy ale po chwili i Tobias na ile mógł dyskretnie to wyjął coś aby robić notatki.
- No dobrze, niech będzie, że zwoje Oster. Bo nam zaraz Sigismundus pęknie z wrażenia. - przez maskę dał się słyszeć nieco rozbawiony i dobrotliwy uśmiech mistrza. Co reszta też przyjęła z lekkim rozbawieniem.
- A żebyś wiedział mistrzu! Tyle czekałem! Zaraz chyba naprawdę pęknę jakbym miał jeszcze dłużej czekać! - zawołał udręczonym tonem jakby cierpiał prawdziwe katusze niepewności na myśl, że ten bezcenny skarb jaki zdobyli z takim trudem znów mógłby mu się wyślizgnąć z jego tłustych rąk. To już wywołało trochę mniej śmiechów i uśmiechów. Łasica jawnie się skrzywiła z niechęcią ale nic nie powiedziała. Starszy cofnął się trochę w stronę sektora kuchni zaś Merga pokiwała swoimi rogami, postawiła na skraju stołu jakieś papierzyska i zaczęła je przeglądać. I chociaż poza aptekarzem więcej wiernych Ojczulka tu chyba nie mieli to jednak ciekawość zaczynała być widoczna na wielu twarzach. Jakby obserwowali przygotowania magika czy kuglarza do występu i w miarę tego oczekiwania rosły.
- To może zacznę od początku. - wyrocznia ujęła jakąś kartkę papieru i obrzuciła ich krótkim spojrzeniem i uśmiechem. Pismo jednak znów przykuło jej uwagę dość szybko.
- Po pierwsze mam dobre wieści. Udało mi się odczytać te zwoje. Są zapisane w naszym języku szamańskim. Tylko w bardzo starej wersji. Nie wszędzie jestem pewna tłumaczenia i dlatego czasem są podane dwie wersje wyrazu albo zwrotu. A czasem są po prostu zanieczyszczenia czy ubytki, zwłaszcza w trzecim zwoju jaki uległ największym uszkodzeniom. Aha i zwoje zostaną tutaj. Starszy się nimi zajął. Ja tu mam tłumaczenia. Zresztą nie sądze aby komuś zapiski norskich szamanów sprzed mileniów coś powiedziały. - rogata wiedźma zapowiedziała wstęp tego swojego wykładu. Słuchacze nieznacznie pokiwali głowami. Chyba nie mieli tu nikogo kto by znał tak rzadki język. I chyba nawet w Norsce nie był on zbyt popularny. Dla Joachima brzmiało to jak u nich w altdorfskim kolegium traktowano język magiczny czy klasyczny jakie służyły głównie do zapisków naukowych i raczej nie były to języki mówione do swobodnej komunikacji. Być może podobnie było z tym szamańskim jakim poza rytuałami się nie posługiwano. Jedynie Sigismundus wyglądał jakby miał ochotę się zerwać i wyrwać te papiery aby je wreszcie samemu zobaczyć.
- Dlatego uważam, że zwoje są oryginalne. Zapisała je Oster. Dwa pierwsze są podpisane, trzeci jak mówiłam jest w najgorszym stanie i tam ten dół i parę innych miejsc się nie zachowały do naszych czasów. Poza tym tam czy tu Oster wspomina z imienia swoje siostry więc to też przemawia za oryginalnością zapisków. - zaczęła od dobrych wieści. I chyba wszyscy się ucieszyli na myśl, że to żaden falsyfikat czy coś złożone tam później i przez kogoś innego. Tylko coś co własnoręcznie napisała jedna z czterech tak potężnych i mitycznych sióstr jakie w legendach do dziś przetrwały w pamięci Norsów.
- Dodam też, że o tym Oster się nie rozpisywała. Ale inne siostry też miały podobne projekty. Więc ta część legend, że konkurowały ze sobą aby udowodnić swoją wyższość nad pozostałymi chyba ma rację bytu. Niestety niezbyt się rozpisała o tym co szykowały jej siostry. Albo w trakcie samego pisania jeszcze tego nie wiedziała. Skoro jednak znalazł się tu tak cenny projekt jednej z nich to są przesłanki aby twierdzić, że zgodnie z legendą pozostałe też gdzieś tu mogą być. Co więcej Oster zapisała, że składała modły swojemu patronowi w miejscu jemu miłym. Brzmi jak świątynia czy kapliczka. Niestety nie opisała co to ani gdzie to. Być może będzie trzeba wrócić do tej jaskini i poszukać jakichś wskazówek. A ten głaz co znaleźliście te zwoje to jej ołtarz ofiarny zaś ten niby koń to napęd tego ołtarza. Gdy przyjdzie odpowiedni moment trzeba go zaprząc i ruszyć w splendorze zgniłej chwały na pohybel wrogom. Ten bies nazywa się Nagero. To powinno wam pomóc w komunikacji z nim. Tak samo jak nosicielki z jajami lub inne oznaki błogosławieństw Oster czy jej patrona. - przy okazji widać w tych zwojach było coś więcej niż sam “przepis na ciasto” bo Merga zdradziła kilka dotąd nieznanych szczegółów. Pióro aptekarza skrzypiało jak szalone a na jego twarzy było widać uśmiech szczęścia jakby jego wyśniony i wyczekiwany sen wreszcie zaczynał się realizować. Mamrotał coś pod nosem chyba nie do końca tego świadomy i śmiał się cicho pod nosem. Ale Tobias chociaż zachowywał więcej powagi i dostojeństwa też robił notatki.
- A przepraszam, że przerwę czcigodna. A coś jest o pozostałych siostrach? Zwłaszcza o Veście? - zapytał grzecznie jak żak na wykładzie jakiegoś znamienitego profesora.
- Niezbyt. Oster skupiała się na dość technicznych przepisach. I rzadko robiła jakieś wzmianki na inny temat. Ale mam wrażenie, także dzięki moim wizjom i szeptom bogów, że każda z nich dysponowała tu podobnym potencjałem i zostawiła zbliżone dziedzictwo. To, że na początek natrafiliśmy na pozostałości tych dwóch a nie tamtych dwóch jeszcze nic nie definiuje. Trzeba szukać dalej. Wiem, że Soria posiadała coś co Oster nazywała “Jaskinią Pożądania”. Pisała dość z przekąsem więc nie mam pojęcia czy to rzeczywiście jaskinia i czy pożądania. Ale chyba trochę i z zazdrością pod względem możliwości komponowania różnych gatunków ze sobą. Vesna zaprojektowała coś związanego z wiedzą. Ona zdaje się najlepiej opanowała Moc i była największą mistyczką z całej czwórki. No i każda z nich miała dać część do czegoś wspólnego. Chyba chodzi o jakiś potężny artefakt albo rytuał. To już jednak jak się zachowało do naszych czasów to gdzie indziej a nie w tych zwojach. - do pewnego stopnia potwierdziła domysły uczonego zafascynowanego zakazaną i tajemną wiedzą. Na co ten ochoczo pokiwał głową. Zrobiło się małe zamieszanie bo kultystki z kolei były ciekawe o co chodzi z tą jaskinią ich patronki, zwłaszcza jak się tak interesująco nazywała.
- Wierzę w taką możliwość. Moja matka miała wielki talent i zamiłowanie do krzyżowania się z innymi gatunkami. Nie na darmo nazywano ją Matką Potworów. Chociaż “ojciec” też by pasował. - bynajmniej Soria widocznie nie uznawała tego za wadę czy obrazę ale jako powód do dumy i wzór do naśladowania. Zaś jej piękne ale śmiertelne dwórki wydawały się podzielać jej zdanie sądząc po podobnych uśmiechach i spojrzeniach.
- A wracając do zwojów. - wyrocznia dała im się chwile wygadać nim w dłoń nie ujęła jakąś zapisaną kartkę i nie podniosła jej do góry zapowiadając, że ma zamiar przystąpić do omawiania zasadniczej treści zapisków sławnej siostry.
- Pierwszy zwój omawia hodowlę much. I zaznaczę to już na początku. Cały pomysł i wykonanie Oster dumnie przypisuje sobie. Niemniej jednak w jakiejś mierze było to uzgodnione z pozostałymi siostrami. A one też dorzuciły swoją iskrę do tego projektu. Więc forma jest stworzona przez Oster ale efekt końcowy jest dość mieszany. Z iskry każdej z sióstr jest inny. Więc już w tym jednym projekcie jest niejako po trochu dziedzictwa każdej z nich. Nawet jeśli zaprojektowała to jedna z nich w swojej ulubionej dla swojego patrona stworzeniu. Czyli muchom. - co prawda niektórzy co byli na spotkaniu z Mergą kilka dni temu już wtedy słyszeli coś podobnego ale teraz zaczęła o tym mówić dokładniej no i prawie wszystkim zebranym kultystom. Widać było, że aptekarza tak to zaskoczyło, że aż przestał notować gapiąc się na nią zdumiony.
- Jak to? To to nie są muchy zarazy? - zapytał z trudem panując nad swoim rozczarowaniem.
- Po części są po części nie. Zaraz to wyjaśnię. Cierpliwości. - poprosiła wyrocznia uśmiechając się ciepło. Kultysta wahał się jeszcze chwilę po czym skinął głową dając znać, że jest gotów wrócić do notowania i słuchania wykładu.
- A więc muchy. Oster ich jakiś za bardzo nie nazwała więc ja roboczo je nazwałam Muchami Oster aby oddać jej należną cześć. Te muchy mogą żerować na tych rodzajach istot w jakich się rozwijają. Czyli jak się je umieści w świniach to będą żerować na świniach, jak w koniach, krowach, kozach to tak samo. No a jak w ludziach to na ludziach. Oster zależało na tych ostatnich więc inne warianty tylko wspomniała dla formalności. - zaczęła patrzeć częściej na trzymaną kartkę ale widocznie wiedziała co tam sama napisała bo służyła jej głównie jako pomoc dla skupienia myśli i nie czytała z niej. Pozostali skinęli głowami i czekali na ciąg dalszy.
- Dokładniej omówię ten pierwszy etap umieszczania jaj i ich rozwoju bo zapewne jest najbardziej kontrowersyjny. Zasadniczo cykl życia tych stworzeń nie różni się od zwykłych much. Tylko wszystko jest w większej skali. Czyli najpierw jest jajo, potem czerw, kokon i owad dorosły. Po tym jak czerwie opuszczą ciało nosiciela to szukają spokojnego miejsca, wytwarzają kokon i tak dalej. To omówię później. Domyślam się, że największą trudność może sprawić ten pierwszy etap. - znów na chwilę przerwała i rozejrzała się po tak różnorodnym towarzystwie zebranym przy kilku, złączonych stołach. Łasica energicznie pokiwała głową prychając coś cicho pod nosem o tych “kontrowersjach”. Tylko w bardziej dosadnej i ulicznej formie. Ale pod spojrzeniem Starszego uciszyła się. Za to Sigismundus na odwrót. Wyglądał jak wzorowy prymus co jest gotów spijać słowa z ust swojej ulubionej profesor.
- Dlatego prosiłam aby Sigismundus przyniósł to. - powiedziała wyrocznia i podniosła ze stołu coś co wyglądało jak brązowa, dość krótka, rurka. Miała może dwie dłonie długości i była gruba na może dwa palce. Z tłokiem z jednej strony i zakorkowanym otworem z drugiej. Mówczyni podniosła to aby wszystkim pokazać a potem puściła w obieg aby wszyscy mogli się przyjrzeć osobiście. Przedmiot był lekki i pusty w środku. Wyglądał jakby służył do wstrzykiwania czegoś gdzieś.
- To jest strzykwa. Można wyjąć tłok i załadować tam coś co ma być wstrzyknięte. Oster używała takich mieszków jak do robienia polewy i lukru na ciasta. Ale sama napisała, że jak ktoś nie ma wprawy to się potrafi giąć i sprawiać trudność. Zaś taką strzykwę wystarczy napełnić zawartością, wsunąć gdzie trzeba i wpuścić do środka. Prościzna. Dziecko by dało radę. - czekając aż strzykwa wróci do niej tłumaczyła dalej jaką ma pełnić rolę. Na wielu twarzach pojawiło się zaskoczenie, że to mogłoby być tak proste.
- Tak, tak, bardzo proste, ja to wielokrotnie robiłem podczas zabiegów! Tak jak mistrzyni mówi, wystarczy wsunąć, wcisnąć i gotowe! Lewatywę tak się właśnie robi! - nagle okazało się, że aptekarz potrafi być całkiem miły, życzliwy, jowialny i zdradzać ciepłe uczucia dla swojej rodziny, kolegów i koleżanek. Jakby w każdej chwili był gotowy służyć pomocą słowem i czynem w szerzeniu tak łatwego błogosławieństwa. Łasica obdarzyła go cierpkim spojrzeniem.
- Ale zapewne aby tam wsadzić i wstrzyknąć to najpierw trzeba wyswobodzić jakąś pannę z majtek. I to zapewne najlepiej tak aby nie stawiała czynnego oporu. - zauważyła łotrzyca na ten “drobny” detal jaki mógł tak wiele zmienić. Bo ani Sigismundus ani Strupas jakoś nie były znani z sukcesów na tym polu. Aptekarz już miał coś jej odpowiedzieć ale wtrącił się Starszy.
- Moje dzieci. Dajcie wszystko wyjaśnić naszej czcigodnej wyroczni. Aby wszystko było jasne. A detalami zajmiemy się później. Wierzcie mi jest wiele obiecujących i zaskakujących rzeczy w tych manuskryptach. - lider zboru zwrócił się do nich ojcowskim tonem i chociaż niebieskowłosa oszustka pomamrotała coś pod nosem, że na pewno nic nie da sobie wstrzyknąć to w końcu umilkła. Zaś teraz aptekarz obdarzył ją triumfującym uśmiechem ale też oszczędził sobie komentarzy.
- No właśnie. A z tym wstrzykiwaniem to niekoniecznie pannie. Mężczyznom też można. - rogata wiedźma zaskoczyła chyba wszystkich tą uwagą. Najbardziej chyba aptekarza i łotrzycę. Bo oboje sapnęli ze zdziwienia w prawie tym samym momencie.
- Aha! A jednak! No to Sigi, zasuwaj do Strupasa i bieraj się za jajca waszej siostrzyczki! - zawołała triumfalnie Łasica jakby akurat ta część tłumaczenia bardzo przypadła jej do gustu. Za to aptekarz wciąż wydawał się być skonfundowany. Zresztą reszta kolegów też coś miała dość niewyraźne miny.
- Może i tak zrobię. Wiara wymaga poświęceń. A nie tylko rozkładania nóg. Zresztą akurat tym razem to by się nam mogło przydać. - powiedział grubas nieco się jąkając wciąż wyraźnie zbity z pantałyku. Na co łotrzyca roześmiała się pokazując mu uliczny gest powszechnie uważany za obraźliwy.
- Ale… Ale czcigodna… Ja widziałem te ilustracje jak wracaliśmy do miasta… Pokazywałem kolegom, oni też widzieli! - zaczął zmieszany aptekarz i szybko wskazał na Otto. Bo Vasilija i Strupasa co im też wtedy pokazywał te zwoje przy ognisku dzisiaj na spotkaniu nie było. - I na tych ilustracjach były kobiece łona. - powiedział nadal niepewnie jakby prosił pokornym tonem o jakieś wyjaśnienie.
- Tak. Bo jak to potwierdziła eksperymentalnie Oster kobiece łona są najefektywniejsze. Mają najmniej strat. Większość czerwi przeżywa, zdecydowana większość. W przypadku tego tylnego wejścia straty są dużo większe, jak przeżyje połowa to dobry wynik. Jeśli chodzi o usta to tu jest pogrom. Niewiele z nich dochodzi do stadium takiego aby wyjść. Mają tam gorsze warunki, wychodzą mniejsze i mizerniejsze. Do tego mogą powodować bóle brzucha i podobne niedogodności. A wydalane martwe okazy mogą zwrócić niepotrzebną uwagę. Dlatego najlepsze wyniki dają kobiece łona i na nich skupiła się Oster. Ale ostatecznie pozostałe dwie drogi też są możliwe. To takie zapasowe możliwości gdyby był kłopot z dostępnością tej głównej. - rogata wyjaśniła skąd ta pozorna niezgodność. I chyba nie tylko Sigismundus odetchnął z ulgą. Za to Łasica się skrzywiła jakby w tej nagle pięknej wizji pojawiła się brzydka rysa. Coś zaczęła mówić, że nurglici to mają wyraźnie kłopoty z dostępnością do kobiet ale Soria poprosiła ją aby się uciszyła i wysłuchali uczonej z Norski do końca. Ta odwzajemniła jej się podziękowaniem kiwając jej głową. Poczekała aż strzykwa co akurat skończyła rundkę chętnych do oglądania wróciła do niej i znów ją zademonstrowała publiczności.
- To jest podstawowa dawka. Co prawda Oster wszystko podawała w łyżkach a nie do końca jestem pewna jakich używała łyżek. Ale posiłkując się opisami, obliczeniami i ilustracjami myślę, że jedna taka strzywka to podstawowa dawka obliczeniowa. Powinna dać efekt podobny do jednego lub dwóch miesięcy ciąży. Maksymalny względnie bezpieczny limit to cztery do pięciu. To już powinno dać brzuch jak w zaawansowanej ciąży. Jedna, dwa powinny być dość dyskretne, może trzy. - powiedziała trzymając w górze krótką, glinianą rurkę strzywky i zaglądając w swoje notatki.
- A musimy tą dyskrecję mieć na uwadze. O ile nie możemy mieć takiej nosicelki w kontrolowanych warunkach albo ochotniczki to taki nagle rosnący z dnia na dzień ciążowy brzuch byłby trudny do ukrycia w domu, w pracy i tam wszędzie gdzie się dobrze znają z taką osobą. Dlatego lepiej nie przedobrzać, zwłaszcza wobec tych którzy by mieli chodzić swobodnie po mieście. To by mogło zwrócić niepotrzebną uwagę na mało naturalne zjawisko. A uwaga, zwłaszcza władz, kapłanów czy łowców czarownic jak wiecie nie jest nam na rękę. Poza tym jak rozmawiałem z czcigodną to im większa dawka tym większe ryzyko dla nosicielki. Albo nosiciela. A jeśli trzymać się bezpiecznego progu to są spore szanse, że ktoś taki to przeżyje i nawet może wyjść z tego bez większego szwanku. - Starszy wtrącił się więc zapewne już miał okazję porozmawiać z wyrocznią o tych manuskryptach zanim się tu spotkali. I uzupełnił to co ona już zdążyła powiedzieć. Jej rogata głowa kiwała się twierdząco dając znak swojej aprobaty dla jego słów.
- To to da się przeżyć? Wyjść z takiego robaczego stanu bez szwanku? - pierwszy raz odezwała się Soria i ta wiadomość mocno ją zdziwiła. Albo wydawała się mało prawdopodobna. Jakby spodziewała się, że taki numer to jazda tylko w jedną stronę. Albo z jakimiś strasznymi konsekwencjami.
- Nie jest to całkowicie pewne. Zawsze jest ryzyko powikłań. W krytycznych sytuacjach nawet krwotoku i śmierci. Im większa dawka jaj tym szanse na takie przykre zdarzenia są większe. Przy tej jednej, dwóch dawkach ryzyko wydaje się być dla Oster na akceptowalnym poziomie. Przy trzech jeszcze też ale już mniej. Niemniej zaprojektowała to wszystko pod długofalową hodowlę. A przy takiej dobrze jest aby nosiciel nie był jednorazowego użytku. Opisała przypadek gdy jedna z nosicielek wyszła bez większego szwanku przez 10 porodów z rzędu przy podawaniu podwójnej dawki. Ale przy czterech czy pięciu to już szanse wyraźnie spadają, przejście przez trzy czy cztery porody uważała wówczas za sukces. Ale oczywiście im większa dawka tym większy miot. - rogata wiedźma chętnie wyjaśniła jaka to jest zależność. I ona sama też wydawała się być zafascynowana tymi badaniami i ich praktycznym zastosowaniem. Starszy znów się wtrącił mówiąc coś o ciąży i to jej przypomniało o czymś.
- A tak, racja. Te jaja nie wywołują prawdziwej ciąży. Jak to zwykle jest między mężczyzną i kobietą. Więc nosicielkami mogą być nawet kobiety brzemienne albo bezpłodne. Chodzi o to aby umieścić jaja w ich łonie. Reszta właściwie robi się sama. Wystarczy potem zebrać plon jaki z tego wyjdzie i umieścić je w spokojnym miejscu aby mogły się rozwijać. Technicznie więc to dość prosta hodowla o ile pominąć efekt kto jest nosicielem. Wystarczy wpuścić jaja do środka, poczekać aż się rozwiną i wyjdą na zewnątrz, zebrać, zapewnić schronienie, wystarczy zwykła piwnica, jaskinia czy jakaś zagroda po czym one zwijają się w kokon a w końcu wykuwają się dorosłe owady. Po jakimś czasie osiągają dojrzałość i mogą się parzyć między sobą i składać kolejne jaja. - Merga dopowiedziała ten aspekt hodowli. I brzmiało jakby spora jej część to czekanie na efekt.
- A duży taki miot? Te muszki to jakie duże z tego będą? - zaciekawił się ich gruby prymus jaki słuchał tego wszystkiego jak przepisu na najsmaczniejsze ciasto świata. Wodził po Merdze i zebranych spojrzeniem i uśmiechem pełnym dobroci, życzliwości i miłości do bliźniego.
- A to zależy. - Norsmenka uśmiechnęła się tajemniczo. - Im większe okazy tym jest ich mniej w miocie i dłużej dojrzewają. A te mniejsze to wychodzą mniejsze, potem mają mniejsze poczwarki i jako dorosłe też są mniejsze i słabsze, mają mniej jadu i jest on mniej złośliwy. Albo po prostu wpuszczają go mniej za jednym ukąszeniem. A jak większe to na odwrót. Są większe, cięższe, mocniej żądlą i tak dalej. Dorosły owad jest mniej więcej dwa razy większy niż czerw jaki wychodzi z nosiciela. Te najmniejsze są gdzieś takie jak dwie złączone pięści. Z jednej strzykwy powinno ich być w miocie około pół tuzina. Te większe są ze dwa razy większe ale powinno być ich ze dwa razy mniej. A jeśli chodzi o terminy tej pseudo ciąży to oscyluje to wokół wielokrotności trójek. Te małe mają każdy etap który powinien trwać mniej więcej po trzy dni. Trzy dni w łonie, trzy dni poczwarki, trzy dni dojrzewania. I padają po trzech tygodniach. Te większe mają te cykle po sześć dni. Oczywiście tak orientacyjnie, może się to różnić w praktyce o dzień czy dwa. Póki są w łonie stadia da się poznać po wylinkach. Mają po trzy wylinki więc te małe mniej więcej każdego dnia jedną te większe co dwa dni. Wylinki powinny być wydalane razem z moczem na zewnątrz. Chyba, że padną już na bardzo wczesnym etapie rozwoju to może po prostu nie dojść do tych etapów. - Merga mówiła wpatrzona w swoje notatki i tym razem chyba je czytała aby czegoś nie pominąć. Sigismudnus znów zaś wszystko cierpliwie notował aby nie uronić żadnego słowa. Kiwał swoją byczą głową i mamrotał coś, że to jest niesamowite czy coś takiego.
- Całość cyklu od wstrzyknięcia do dojrzałości godowej u tych małych powinno zająć około tygodnia, półtorej. U tych większych około dwóch, trzech tygodni. Oczywiście muchy są, że tak powiem, gotowe do użycia prawie od razu po wyjściu z kokonu. Po prostu jeśli chcecie założyć hodowlę no to trzeba pozwolić im dojrzeć do etapu rozmnażania. - uzupełniła swoją wypowiedź i popatrzyła po zebranych. Tym razem odezwał się o dziwo Tobias jakby jego naukowy umysł dostrzegł jakąś interesującą korelację.
- Do końca miesiąca jest około trzech tygodni. Trzech i pół. A ten turniej i związane z nim przyjęcia znamienitych gości jak go znów nie odwołają albo nie przesunął to właśnie jakoś w tych terminach powinien być. - zwrócił uwagę jak te cykle rozwojowe planowanej hodowli mają się do kalendarza ich planowanej akcji przeciwko tutejszym i nie tutejszym szychom. Przynajmniej tak to wyglądało w pierwotnych założeniach jak jeszcze nie mieli żadnego konkretnego śladu po mitycznych siostrach.
- No właśnie. Nie ma co zwłóczyć jak chcemy się wyrobić. Ja wstrzyknę jaja Loszce i tej drugiej jeszcze dzisiaj, jak tylko stąd wrócę. - aptekarz okazał się gorliwością godną prymusa i spojrzał usłużenie na duet liderów ich zboru. A pouczająco na grupkę właścicielek kobiecych łon. Wydawało się, że właśnie tak je głównie postrzega jako nośniki daru Oster jakiego można użyć przeciwko temu miastu i ku chwale Ojczulka. Łasica znów mu pokazała obraźliwy gest i wcale nie wydawała się ani gorliwa ani zadowolona z tego co słyszy.
- Takie śliczne i duże urosną… To będą jak wrony albo mewy. Albo nawet jakieś dorodne kruki. Te to potrafią być wielkie. Jak kury! Tylko, że czarne no i latają. - mamrotał z zachwytem i w powietrzu próbował palcami nakreślić wspomniane przez Mergę rozmiary. Jasnym było, że byłyby widoczne gołym okiem a nie tylko jako szybko poruszające się, bzyczące punkty jak zwykłe muchy.
- Zdarzają się jeszcze większe. Ale sama Oster wspominała to niejako jako korzystny wypadek przy pracy jaki zdarza się dość rzadko. Wtedy dorosłe owady mogą dojść nawet do metra długości. Tylko to rzadkość więc raczej nie róbcie sobie zbyt wielkich nadziei. Najczęściej trafiają się te średniaki co mówiłam, od ćwierć do pół metra tak mniej więcej. - wyrocznia dorzuciła istną wisienkę na torcie i aptekarz wydawał się wręcz rozpływać ze szczęścia słysząc takie cudowne wieści.
- No tak, to trzeba zacząć tą hodowlę jak najszybciej… Potrzebujemy jak najwięcej ladacznic… - mamrotał jak nawiedzony pośpiesznie coś zapisując w swoim notesie.
- Co za problem? Idziesz po północy, dajesz jakiejś dziwce w łeb, zaciągasz gdzie trzeba, jak się stawia to jeszcze raz w łeb. I można by tak ich zebrać całkiem sporo. - prychnął Silny z wyraźną wyższością nad tym, że takie siłowe rozwiązanie może komuś sprawiać kłopot.
- Tak, tak ale to trzeba by je jeszcze potem gdzieś trzymać. Ja mam miejsce na jeszcze jedną, może dwie. Bo Loszki właściwie już nie muszę trzymać w celi. A złapałbyś mi jakąś? Albo dwie czy no ile się da. Sam widzisz, że to na zaszczytny cel. Posłałem dzisiaj Strupasa do podziemi. Tam gdzie kiblowaliście w zimie u tych podziemnych zwierzoludzi. Nawet ich znalazł. Ale się nie dogadali. On im mówił, że chce kobiety, samicy jak to oni mówią a oni też. Sam bym się przeszedł ale to głęboko i daleko. Nie byłem tam wcześniej. Nie znam drogi. A jeden z nas musi pilnować Loszki, tej drugiej no i interesu. W końcu tak na co dzień to jestem aptekarzem. - Sigismundus mówił szybko, jedno zdanie za drugim streszczając swoją prośbę oraz jak to jednak postanowił zrealizować ten pomysł o jakim dzisiaj rozmawiał z Otto w południe jak ten przyjechał po ciało Vigo.
I zrobiło się spore zamieszanie bo Onyx wspomniała, że u nich w zamtuzie jest taka jedna co za grube karliki zabawia się z różnymi szczurami, wężami, pająkami i robactwem. Ale chyba nie tylko dla kasy to robi. Lilly przypomniała o tej chorowitej koleżance od nich z jaskini co obrała sobie za patrona Ojczulka to by mogła ją zapytać. Tylko musiałaby wrócić do jaskini. A to z pół dnia w jedną stronę. Starszy obsztorcował Sigismundusa, że robi sobie takie wycieczki i kontakty z innymi plemionami bez jego zgody i wiedzy. Poza tym to było mało rozsądne puszczać tam garbusa samego, nawet jak ten tam poszedł całkiem chętnie. Aptekarz kajał się gorąco ale prosił o wybaczenie bo już go strasznie ta niepewność i zniecierpliwienie cisnęło. Lilly wspomniała, że tamte zwierzoludzie byli pod wrażeniem wspaniałych i władczych rogów Mergi i to ona w zimie pierwsza się z nimi dogadała. Zresztą dodała, że Gnak i inni rogacze też pewnie byliby zazdrośni o takie dumne i piękne poroże i zrobiło to na nich wrażenie. Merga zaś podziękowała ale nie była pewna ile jeszcze zostanie w mieście bo to było też związane z akcją w świątyni. I to w końcu sprawiło, że mistrz zastukał kosturem w podłogę i zarządził przerwę. To dało czas na uspokojenie głów no a Merga przypomniała, że są jeszcze dwa inne zwoje od Oster.
- Drugiego zwoju nie będę teraz omawiać. To jest jak przepisy w książce kucharskiej. Lista składników, co się z czym miesza, gotuje i tak dalej. A przygotowuje się z tego mikstury jakie wspomagają proces hodowli much. Aby szybciej rosły, aby były większe, aby szybciej dojrzewały i tak dalej. Wystarczy mieć te składniki i wykonywać wszystko wedle przepisu. A potem stosować się do zaleceń. Gotowe mikstury te do odżywiania czerwi trzeba aplikować pod odpowiedni adres tym czerwiom, preparat na rozwój poczwarek trzeba spryskiwać lub nawilżać te poczwarki a dorosłym osobnikom dodać tego płynu do pokarmu. To wszystko dość proste i intuicyjne. Wystarczy być uważnym i trzymać się przepisów. Przejrzyjcie je póki jestem z wami w mieście i póki możecie mnie o coś zapytać. - drugi zwój omówiła dość szybko. Pokazała nawet kartkę i rzeczywiście wyglądało to na jakieś zapiski kucharskie. Sigismundus znów się ożywił.
- Ja bardzo chętnie się tym zajmę! Znam się na tym i mam potrzebną aparaturę! - zgłosił się na ochotnika jakby bał się, że ktoś może mu tą fuchę odebrać.
- Bardzo dobrze synu. Ale jakby jeszcze ktoś miał ochotę pomóc w tym zaszczytnym zajęciu to na pewno znajdzie się miejsce i okazja. - Starszy pokiwał głową z uznaniem i pochwałą dla takiej postawy. Ale końcówkę o tej pomocy to chyba niezbyt przypadła aptekarzowi do gustu bo minę miał niechętną dzielić się z kimś tymi cennymi sekretami.
- A jakieś trudne do dostania te składniki? - zapytał Tobias znów okazując się przytomnością umysłu i naukowym podejściem.
- Nie, raczej nie. Mam wrażenie, że Oster używała podobnych składników jakie można znaleźć albo dostać także i dzisiaj. W każdym sklepie zielarskim albo aptece można dostać większość z nich. Przynajmniej pod te najprostsze eliksiry. Później będziecie sami mogli popatrzeć na tą listę i sobie przepisać jeśli chcecie. - wydawało się, że mistrz uważa, że przynajmniej te prostsze mikstury wspomagające powinny być w ich zasięgu. Przynajmniej tej wyspecjalizowanej w takich zadaniach części rodziny. Aptekarz poczuł się wyraźnie połechtany, że może okazać się taki przydatny w tej części zadania.
- Oczywiście mistrzu. A wy koledzy jak macie ochotę to oczywiście możemy nawiązać współpracę. - powiedział życzliwym tonem zwracając się właśnie do tej bardziej wykształconych członków zboru. Znów wydawał się być ucieleśnieniem życzliwości i rodzinnej miłości.
- Trzeci zwój zaś był w najgorszym stanie. I nad nim siedziałam najdłużej. - Merga widząc, że zanosi się na pokojowe rozwiązanie sięgnęła po ostatni zestaw kartek. I znów przykuła uwagę pozostałych.
- To jest niejako proces będący drugą stroną medalu tej hodowli much. A mianowicie tam chodzi o żeńskie łono a tutaj o męskie. A dokładniej o męskie jądra. - powiedziała spokojnie znów uzyskując efekt sporego zaskoczenia. Wszyscy spojrzeli po sobie zdziwieni ale szybko wrócili do jej błękitnej twarzy.
- Te największe jajeczka. Te co wyglądają jak fasolki. To nie są jajeczka. Tylko jądra. - powiedział sięgając do jakiejś miseczki i z niej wyjęła coś co wyglądało jak jakaś zielonkawa fasolka. Tylko oblana czymś lepkim i kleistym, że aż zaczęło to ściekać po błękitnych palcach.
- To są jądra? Widziałem, że tam jest dwa czy trzy rodzaje! Ale myślałem, że to od leżenia w wilgoci tak napęczniały. Jak ziarno w wodzie. Myślałem, że to te jajeczka jak reszta. - aptekarz wydawał się być nie mniej zdziwiony niż inni. Chociaż ten depozyt Oster przechowywał u siebie więc miał najwięcej okazji aby się na nie napatrzeć.
- Szczerze mówiąc póki nie odczytałam tego zwoju to ja też. No ale to są jądra. Jak się je wszyje tam gdzie są te zwykłe to po paru dniach, do tygodnia, powinny się rozbudzić i zacząć produkować własne nasienie. Oster zalecała zaszyć jedno do trzech czy czterech. Ale aby nie wzbudzić podejrzeń partnerki no to najlepiej aby było to zbliżone do oryginalnego zestawu. Nasienie zasiewa kobiece łono podobnie jak te jaja. Więc płodność kobiety nie ma tu znaczenia. Potem rozwijają się z tego jakieś stworzenia, każda z sióstr znów dała swoją iskrę więc każdej jest poświęcone inne stworzenie. Niestety dalej zwój był zbyt zniszczony aby odczytać jakie. Wygląda na to, że efekt końcowy chyba powinien być zbliżony do tych z muchami tylko umieszczenie nasienia odbywa się przez mężczyznę. Każde ze stworzeń, podobnie jak muchy, po ukąszeniu daje inny efekt, odpowiedni dla swojej patronki. Czyli od Norry to berserkeski szał i agresję, od Oster jad, zatrucie i chorobę, od Soren niekontrolowaną gorączkę pożądania a od Vesty skrajnie różne humory, napady paniki, szaleństwa albo mutacje. Tu z kolei u nosiciela tych wszczepionych jąder mogą wystąpić powikłania i tknięcie bogów. Czyli jak to mawiają południowcy - spaczenie. Nie od razu ale trzeba się z tym liczyć. Podobnie jak z dawką jaj w kobiecym łonie, im więcej, im częściej, im dłużej tym większa szansa, że coś pójdzie nie tak. Ale jak mówię ten zwój był w najgorszym stanie więc tego tłumaczenia jestem najmniej pewna. - ostatni ze zwojów też wiedźma omówiła dość szybka. Ale zapewne dlatego, że miała dużo mniej pewnych danych niż w dwóch poprzednich jakie zachowały się lepiej. Jednak i tak dłuższą chwilę wszyscy to trawili tego się nie spodziewając. Bo coś o muchach to było już wiadomo tydzień temu, na poprzednim zborze. Ale to o “fasolkach” to padło po raz pierwszy.
- Dobrze to jak są pytania to jest okazja. Przemyślcie to wszystko na spokojnie. Bo jak sami wiecie mamy jeszcze sprawę ze świątynią do omówienia a już pewnie połowa wieczoru jest za nami. Na razie zróbmy sobie przerwę dla złapania oddechu. - zaproponował Starszy widząc, że przerwa chyba wszystkim by się przydała. Albo, żeby zebrać myśli albo porozmawiać z kim się miało ochotę. Bo jak już w dzień zapowiadała kurierka z liliowymi włosami była jeszcze ta sprawa jaką zajmowały się obie łotrzyce. A też rzutowała na wyjazd Mergi z miasta.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 21 - 2519.07.07; bkt; wieczór/noc (2/2)
- Dobra, to sprawa wygląda tak. Robimy domek. I ten domek jest do zrobienia. Ale musicie nam pomóc. - obie łotrzyce, wciąż ubrane w skromne i pokutne mieszczki. Chociaż już bez tych zacnych, białych czepków jakie miały na sobie wczoraj rano. Wyszły na środek, a Merga teraz usiadła przy stole. I one przejęły pałeczkę w tej naradzie.
- Obejrzałyśmy sobie ten domek wczoraj i dziś. Jest do zrobienia. Prawie na pewno trzymają skarby w piwnicy, za wzmocnionymi drzwiami. Bo tylko przed nimi stoi dwóch kołków jacy kompletnie nie widzą do czego służą pokorne i uległe dziewczęta. - Łasica zaczęła omawiać jak to im zeszły ostatnie dwa dni na udawaniu skruszonych ladacznic z Salzenburga. Część z tego Otto słyszał już dziś rano od Burgund ale większość to wiedziała tyle, że coś tam miały sprawdzić w tej świątyni. Łotrzyca nie omieszkała puścić pod adresem czarnych strażników kąśliwej uwagi za ten brak widocznego zainteresowania jej wdziękami i talentami. Chociaż chyba nieco się droczyła bo brzmiało jakby jednak nie wychodziły ze swojej cnotliwej roli skoro były “na robocie”.
- W tych drzwiach są dwa zamki. Ale póki te kołki tam stoją nie możemy się do nich dobrać. A w nocy też stoją. Nie wiemy czy dokładnie pod drzwiami ale dowiedziałyśmy się, że mają jakąś nocną zmianę. A w nocy widziałyśmy światło na zapleczu. Jak tacy cnotliwi to całkiem możliwe, że nie śpią na nocnej warcie. - łotrzyca sprawnie i bez wahania mówiła co i jak jest w tej świątyni.
- Do świątyni, nawet w nocy, powinno nam się udać dostać. Dzisiaj tak pucowałyśmy drzwi, że je podlałyśmy oliwą aż się świeciły. Aby mniej skrzypiały. Może się przydać. Z tymi zewnętrznymi drzwiami poradzimy sobie z zamkiem. Chyba, że zamknął od środka na zasuwę. Od zewnątrz nie da się zdjąć takiej zasuwy. Trzeba by drzwi wyłamywać a to jest za głośne. - Burgund dołączyła do rozmowy i mimo, że wydawało się, że z nich obu takie ladaco do rozkładania nóg i niczego więcej to z każdym zdaniem okazywało się, że nieźle przygotowały grunt pod płaszczykiem pokornej pokuty dobrym bogom.
- Pary w łapach nie macie. Jak trzeba ja z chłopakami możemy się zająć tymi drzwiami. Tylko poproś. - Silny prychnął z lekceważeniem dla czegoś co uważał za błahostkę. Teraz jemu Łasica zaserwowała obraźliwy gest.
- Wtedy wejdziemy oknem. Albo dzwonnicą. - żachnęła się jakby nie zamierzała komentować takiego braku finezji po zwolenniku Krwawego Ogara. Okna świątyni były dość wysoko a dzwonnica jeszcze wyżej. Ale mimo to łotrzyca wydawała się być pewna swoich możliwości w tej materii tak samo jak Silny z wyłamywaniem tych drzwi. Łysol prychnął tylko i dał sobie spokój z ciągnięciem rozmowy.
- Bo myślałyśmy jeszcze, że można by w nocy zapukać i poczekać aż nam otworzą. Wtedy może coś byśmy im dosypały do wina. Jakiegoś usypiacza. A może nawet bez szefów na karku i w środku nocy może przestaliby być takimi cnotkami? Ale jak nie to jeszcze i tak byśmy mogły przekraść się do piwnicy. Bo w nocy nie widziałyśmy tam świateł. To może tylko w dzień tam stoją. To jakbyśmy tam już były mogłybyśmy dobrać się do tych zamków. - Burgund uzupełniła ten zrąb planu jaki uszyła ze swoją kamratką wczoraj i dziś.
- No właśnie. Tylko wyglądają na mocne drzwi i zamki. Może być trudno z wytrychami. I tutaj właśnie pomyślałam o naszej zniewolonej pani. Znaczy Fabi. Bo ich oficer to też Bretończyk. Ale ostatecznie Onyx albo my też byśmy mogły. Bo trzeba ich oficera dorwać i zagadać albo zająć, najlepiej aby zdjął ubranie albo chociaż pas i spodnie. Wtedy wystarczy nam chwila aby zrobić odbitkę klucza. I jakbyśmy miały taki klucz to otwarcie drzwi skarbca to formalność. - Łasica żywo tłumaczyła plan akcji dalej i widać też się zapaliła do tego wyzwania nie mniej niż niedawno Sigismundus do projektu hodowli much.
- Tylko, że samo otwarcie skarbca niewiele nam da. Znaczy będziemy mogły zajrzeć co jest w środku. Dopiero wtedy się przekonamy czy skarb tam jest czy nie. Strażnicy stojący tam cały dzień to powinien ale pewności nie ma. - Burgund przejęła pałeczkę w tych tłumaczeniach i też to zdanie musiało sprawiać jej przyjemność.
- To jakby się udało i tam skarbu nie było to kicha. Trzeba by się wycofać, najlepiej po cichu i pomyśleć gdzie by go mogli wsadzić. Albo się dowiedzieć. No chyba, że wy macie jakieś sposoby aby się dowiedzieć albo sprawdzić gdzie trzymają ten skarb. Tylko dyskretnie. Bo jak go zwiniemy to będą go szukać i pytać każdego kto się nim interesował. - Łasica pierwszy raz wspomniała gdzie by się mogła im przydać pomoc koleżanek i kolegów z reszty rodziny. Przesunęła się krótko spojrzeniem po twarzach sprawdzając czy ktoś tu by ich mógł wspomóc.
- Jak tam jest ten skarb to też kicha. Tyle, że mniejsza. Bo same we dwie i na cicho to wiele nie wyniesiemy. - rudowłosa łotrzyca rozłożyła ramiona na boki i nawet się uśmiechnęła rozbawiona, że otwarcie drzwi i pełny skarbiec to też jeszcze nie oznacza sukcesu.
- Dlatego myślimy czy na pierwszy raz nie pójść się rozejrzeć. Chyba, że byłoby pewne, że tam są te fanty z tac. To byśmy szły na pewniaka. Ale mimo wszystko we dwie to możemy tam wejść, pootwierać te czy tamte drzwi no ale same skarbu nie wyniesiemy. Przecież to pewnie w workach i skrzyniach stoi. Pamiętacie ile tego było w ostatni Festag jak ludzie to garściami rzucali na tacie? - Łasica gładko mówiła dalej tłumacząc jakie znalazły przeszkody i trudności w realizacji planu.
- I tu też przydałaby się wasza pomoc. Bo te worki i resztę trzeba by wynieść na górę a potem na wóz. Wóz i konia możemy załatwić. Ale trzeba nam ludzi aby przenieść te fanty w środku nocy na ten wóz. I jeszcze tacy którzy by potrafili wyłączyć z gry strażników. Bo my na cicho i po ciemku to jakoś się prześlizniemi. Jakby nas wpuscili i udało nam się ich uśpić to też w porządku. Ale jednak to by hałas był z tymi drzwiami do skarbca i workami więc tak czy inaczej coś by trzeba zrobić z tymi strażnikami. - poinformowała ich Burgund gdzie znów występuje kłopotliwy punkt jaki trzeba jakoś rozwiązać.
- Jak będą ululani to nożykiem po gardle i po sprawie. A jak nie to ja wezmę chłopaków i też damy radę. Tylko nas wpuście do środka. - Silny znów się odezwał i znów gdy była możliwość jakichś krwawych i siłowych rozwiązań.
- Lepiej bez bijatyki. To zawsze ryzyko. Czasem strażnicy mają jakiś gong czy dzwon. Wystarczy, że jeden z nich by w taki walnął i może narobić rabanu. A to jednak nie są jakieś kołki z tawerny tylko ci co przyjechali z tą bladziutką młódką na czarno. - Łasica zastanowiła się, nie wykluczyła takiej oferty swojego adwersarza no ale zwróciła uwagę, że gwałtowna akcja niesie ze sobą pewne ryzyko, nawet jeśli samo zdławienie oporu strażników poszłoby gładko jak to łysol zapowiadał.
- Chodzi o tą bladziudką? - zapytała grzecznym i psotnym tonem siedząca przy krawędzi długiego stołu Merga. Po czym szepnęła coś i z niej zaczął jakby sączyć się barwny dym. Tłoczył się wokół niej, jej ciało zaczęło się zmieniać, rogi opadły gdzieś w tył głowy, cera pojaśniała, ubranie pociemniało i po chwili siedziała na jej miejscu bladolica morrytka. Wszyscy sapnęli ze zdziwienia i podziwu. Po chwili jednak Joachim i Otto co mieli okazję widzieć kapłankę z bliska dostrzegli jednak, że to nie tyle ona co jakaś podobna do niej morrytka.
- Nie widziałam jej z bliska aby ją dokładnie odtworzyć. I nie słyszałam jej głosu. Więc musiałabym mieć na to okazję gdybym miała ją podrobić. Chociaż w środku nocy to chyba by można spróbować. - Merga uśmiechnęła się jeszcze raz nową bladolicą twarzą po czym znów owiał ją ten barwny dym tylko teraz proces był odwrotny i wiedźma wróciła do swojej prawdziwej formy fioletowej, rogatej i złotookiej.
- Ależ czcigodna… Ty jesteś dla nas niezastąpiona. Nie możemy bez potrzeby ryzykować twoim zdrowiem. Przecież wszystko żeśmy ustawili tak abyś czekała w zatoce, w łodzi. Jak tylko by dojechał wóz ze skarbem, przeładujemy go i odpływacie. - Starszy wydawał się żywić na tyle szacunku do rogatej, że mówił jakby chciał ją przekonać po dobroci. Bo chociaż zapewne doceniał ten ciekawy trik to wolał nie ryzykować jej życia gdy to właśnie ona była chyba jedyną osobą z odpowiednim autorytetem, wiedzą i doświadczeniem aby popłynąć do Norski i pełnić tam rolę ambasadora ich sprawy no i werbownika.
- Oczywiście mistrzu. Dostosuję się do twojej woli. To była tylko luźna propozycja. I to bardzo miłe z twojej strony, że tak dbasz o moje bezpieczeństwo. - wyrocznia skłoniła się przewodnikowi zboru z szacunkiem i gładko przyjęła jego słowa nie chcąc mu stawać okoniem.
- Dziękuję czcigodna. Potraktujmy to jako plan rezerwowy. Dobrze wiedzieć, że mamy kogoś takiego pod ręką. Jestem pewien, że nasze drogie i utalentowane dzieci coś wymyślą jak się dobrać do tego skarbca. - mężczyźnie w podłużnej, wysokiej masce chyba ulżyło, że rogata kobieta tak szybko się z nim zgodziła. Ale dał znać, że wolałby aby czekała bezpiecznie na pokładzie statku a nie brała udział w nocnym rabunku. Obie łotrzyce już nieźle rozpoznały teren przez te dwa dni ale do samej akcji zapowiadało się, że trzeba będzie zmobilizować wspólne siły. Nawet jeśli one we dwie, dyskretnie dostaną się w nocy do środka i otworzą świątynie dla reszty to zapewne jakoś trzeba będzie uporać się ze strażnikami w ten czy inny sposób. O ile te fanty są w tym skarbcu gdzie się go spodziewały Burgund i Łasica. Potem sprawnie przeładować go na wóz i przejechać do portu a tam znów przeładować tyle, że na statek. A jeszcze parkujący w środku nocy pod świątynią wóz mógł zwrócić uwagę nocnej straży. Właściwie każdy ruchomy wóz w nocy zwracał uwagę. Jazda też była trudna bo ani w oknach nie paliły się światła a i kanionach kamienic było jeszcze ciemniej. Jak zauważyły włamywaczki nawet samo podstawienie wozu pod ogrodzenie świątyni mogło zaalarmować strażników w środku. No chyba, żeby już spali. Takim lub innym snem. Więc było jeszcze sporo etapów i detali jakie wymagały dopracowania, obsadzenia rolami i rozwiązania.
Pirora dała znać, że sama to raczej nie ale może podesłać swojego ochroniarza do pomocy. Albo coś pomóc wcześniej z tymi kluczami na przykład zapewnić alibi na schadzkę Fabi albo koleżanek z tym bretońskim oficerem. Sigismundus zaoferował usypiacze albo dowolne inne trutki. Sam był ociężały ale silny. Mógł ładować albo powozić. A gdyby było trzeba to i coś jeszcze byle nic z bieganiem bo niezdarny i powolny był. Albo podesłać Strupasa. W końcu to miejski żebrak i ulicznik, na pewno też mógłby się przydać. No ale jeden z nich bo drugi musiał pilnować obejścia w aptece. Lilly i Onyx zgłosiły swoje chęci i gotowość, zwłaszcza jak to ich wężowe kamratki miały grać pierwsze skrzypce w tym nocnym koncercie. Onyx mogła powozić a Lilly umiała się skradać. Tylko musiałaby obwiazać szmatami kopyta aby nie stukały jak obcasy. Silny i Rune zgłaszali się do każdej fizycznej fuchy, zwłaszcza jakby była połączona z jakimś mordobiciem. Thobias niezbyt widział się w takiej akcji ale gdyby był jednak gdzieś potrzebny czy coś mógł pomóc to był gotów. Po prostu jako guwernant i nauczyciel niezbyt znał się na nocnych włamach, mordobiciach i jazdy z trefnym towarem przez zaciemnione miasto. Poza tym zdawał się nie lubić przemocy. Soria za to podobnie jak koleżanki, traktowała to jako nocną, podniecającą przygodę i była chętna na wystąpienie w każdej roli. Może poza ujawnieniem swojej prawdziwej formy bo chociaż była pewna, że by rozchalapała krwawo tych strażników to jednak wolała bez takich sztuczek. Zresztą obie łotrzyce też chciały aby to wyglądało na zuchwały ale jednak standardowy napad jakiejś szajki spoza miasta. Wyglądało więc, że w godzinie próby większość rodziny wyraziła swoją chęć pomocy i udziału w takim szlachetnym zrywie. Trzeba było tylko zastanowić się jaki plan da się z tego uszyć.
Rozmowy trwały dość długo. Po tym jak omówili te dwie najważniejsze sprawy jakie ich tu ściągnęły rozmowy rozpadły się na różne drobniejsze grupy i tematy. Często jednak wracano i do tłumaczenia starożytnych zwojów napisanych przez jedną z sióstr jak i do planowanej akcji rabunkowej. Ale nie tylko.
Joachimowi wpadł w oko Aaron który skądś sie wynurzył z zakamarków podziemnej kryjówki. To mu przypomniało ich poranne spotkanie. Wtedy drugi z magistrów zwrócił mu uwagę, że czyjaś krew w jakimś rytuale nie jest równoznaczna ze śmiercią dawcy. Całkiem często wystarczyło parę kropel. Nierzadko czar czy rytuał wymagał krwi maga jaki nacinał sobie dłoń aby dodać swoja krew do składników magicznych. Więc gdyby tym razem chodziło o coś takiego to wystarczyłoby te parę kropel krwi panny van Hansen. No chyba, że trzeba by więcej. Tego nie wiedział skoro sen nie był na tyle klarowny aby mógł się zorientować o jaki rytuał albo czar może chodzić. Ale to jeszcze rano tak mówił. Bo jak już był późny wieczór czy nawet północ to zdawał się niezbyt kojarzyć czegoś z porannej rozmowy.
A pierwszą połowę dnia spędził na jeździe powozem do Dzielnicy Północnej gdzie jedną z rezydencji zajmował baron von Wirsberg. Okazał się być ze dwa razy starszym mężczyzną niż Otto. Ten po drodze niewiele sie dowiedział od jego służącego. Albo ten sam nie znał odpowiedzi na jego pytania albo nie chciał czy nie mógł ich udzielić. Dał znać, że niemoc dopadła jego pana w nocy i spał bardzo niespokojnie. Więc w gruncie rzeczy Joachim musiał dowiedzieć się wszystkiego na miejscu.
Zastał pana w eleganckiej koszuli nocnej i w łóżku. A o tej porze to już raczej wypadało być na nogach. Jednak od razu rzucało się w oczy bladość barona i zaczerwienione, oraz zapuchnięte oczy. Rzeczywiście wygladał jakby kiepsko spał tej nocy. Paul zapowiedział Joachima jako znamienitego magistra i astrologa polecanego przez hrabinę von Hansen co chyba mocno ucieszyło barona. Nawet podniósł się do pozycji siedzącej, uścisnął obiema dłońmi rękę astromanty i kazał usiąść na co Paul płynnie podsunął krzesło gościowi aby ten mógł swobodnie rozmawiać z jego panem.
- Miałem sen… Straszny! Niepokojący! O mało mnie nie zabił! - zaczął baron jakby wreszcie mógł wyrzucić siebie to co go dręczyło.
- Kazałem posłać po ciebie magistrze bo ostatnio jak rozmawiałem z hrabiną strasznie cię polecała. Nie sądziłem, że będę tego potrzebował bom człek poważny i bynajmniej nie płochy. Ale ostatnio mnie te sny straszliwie męczą… Te obrazy, i szepty z ciemności… Straszne! Posłałem też po tą młodą kapłankę Morra co raczyła do nas przyjechać na pogrzeb księżnej… A właśnie Paul! Co z nią? - baron mówił szybko i nieco chaotycznie. Ale z ożywieniem jakby wreszcie mógł to z siebie wyrzucić. Wzmianka o drugim ekspercie od snów jednak przerwała ten potok i spojrzał pytająco na swojego sługę.
- Prosiła o wybaczenie panie ale dzisiaj odprwawiała pogrzeb. Będzie też modlić się za zmarłego. Obiecała, że odwiedzi pana jak tylko będzie mogła, postara się jutro. - uprzejmie wyjaśnił służący skinąwszy wcześniej głową. Zapytanie o kapłana Morra nie musiało dziwić skoro on był patronem nie tylko snu wiecznego ale i tych zwykłych oraz wizji i proroctw jakie objawiały się przez mary senne. A zwykle ludzie jakoś mieli większe zaufanie do kapłanów niż magów. Niemniej jednak baron wydawał się kontent z rekomendacji hrabiny von Hansen oraz szybkim zjawieniem się młodego magistra.
- Dobrze… No nic to, najwyżej jutro będę z nią rozmawiał… A co do ciebie magistrze… Sen, sen straszny! A ty się znasz na snach, wizjach i znakach prawda? Moja droga Martina tak mi o tobie mówiła… Więc tłumacz to co mi się śniło, przynieś udrękę mojej biednej duszy! - baron wydawał się być umęczony tymi snami i szukał ulgi oraz zrozumienia. A sen rzeczywiście był intrygujący.
Zaczął się na ulicy. Nawet chyba tutejszej bo wodę zatoki było widać, zapach ryb. Ale to dźwięk dzwoneczków zwróciły uwagę barona. Zaczął iść w ich stronę ale zgubił się. Błąkał się między tymi kamienicami jakie wydawały się coraz wyższe, ciemniejsze, zaczynały rosnąć i szumieć. Dzwonki mamiły go i zwodziły echami, nie mógł się zorientować skąd właściwie dochodzą. Jakby szydziły z jego bezsilności. Ilekroć skręcał w jakiś narożnik to zawsze było nie tam. Zaczął biec i krzyczeć i miał wrażenie, że coś go ściga, goni, zaraz dopadnie i rozszarpie. Ale widział już mur! Taki kryty dachówkami na szczycie jak u nas ten jaki okala świątynie Mananna albo Akademię. Tylko ten we śnie był wyższy i straszniejszy, sięgał prawie chmur! I to chyba stamtąd jęczały te dzwoneczki aby je uwolnić. Wzywały i jęczały żałośnie i prosząco, tak słodko ale i to coś co goniło barona też było coraz bliżej. Krzyknął z przerażenia gdy usłyszał dudnienie cielska i chrobot łap na bruku. Jego nogi ugrzęzły w jakimś mlaskającym błocie i wtedy krzyknął tak przerażająco, że się obudził.
- To mnie rozdeptało! Biegło tuż za mną i już następny krok i ta szponiasta łapa by mnie rozgniotła! Na pewno! To było tak przerażające, że się obudziłem i nie mogłem już zasnąć! - baron był tym snem szczerze przerażony. Aż bał się znów zasnąć. I prosił o pomoc. O wyjaśnienie tego snu i najlepiej przegnanie go precz, aby znów nie wrócił. Joachim nie był do końca pewien co to by mogło znaczyć. Całkiem często w snach ludziom śniły się miejsca jakie znali więc to, że baron we śnie widział jakieś znajome zakątki to nie było aż takie dziwne. Często też nie były one tak wiernie odwzorowane tylko pomieszane ze sobą albo zniekształcone. To jeszcze też dałoby sie wytłumaczyć. Ale ten ścigający potwór no to już nieco wypadał ze standardu. Samo ściganie przez coś czy kogoś nie było takie rzadkie. Ale niezbyt często było coś tak przerażającego jak to opisywał baron. Co to nie było wiadomo bo cały czas goniło barona a ten bał się odwrócić. No i te dzwoneczki trudno było do czegoś przypasować czy porównać. Mało typowe. No ale musiał jakoś z tego wybrnąć aby baron i widocznie dobry znajomy hrabiny von Hansen nie pomyślał, że go lekceważy i zbywa.
Rozmowa z rektorem Vogelem poszła mu chyba nie tak źle. Profesor potraktował sprawę poważnie ale był ciekaw co to za znaki naprowadziła astrologa właśnie na ten trop powiązań między ich magazynami a jakąś podejrzaną szajką z zeszłej zimy. I czy wie o jaki przedmiot może tu chodzić. Ostatecznie zaprosił go na Konigstag w południe czyli za jakieś dwa… No teraz jak pewnie już była północ albo i po to za półtorej dnia na zwiedzanie magazynów licząc, że może uda mu się swoimi mistycznymi mocami zidentyfikować przedmiot.
- Bezpieczeństwo przede wszystkim jak zwykłem powtarzać swoim studentom. - powiedział z łagodnym uśmiechem i obiecał przygotować wszystko na tą konigstagową wizytę młodego astrologa.
A póki co przeplatały się jeszcze na końcówce tego spotkania różne tematy. Merga poprosiła Joachima aby ją odwiedził, najlepiej jutro bo chciała mu coś przekazać zanim wyjedzie. Zwoje do pogłębiana demonologicznej wiedzy ale dzisiaj już była zbyt zmęczona aby udzielić mu odpowiednich instrukcji. Przy okazji pytała go o poranną rozmowę z Aaronem o pannie van Hansen bo ten co prawda wtoczył się do nich gdzieś w połowie dnia ale pomamrotał coś tylko, że był u Joachima i jakaś sprawa z krwią blond laluni i tyle dało się zrozumieć zanim poszedł spać. Więc rogata wiedźma liczyła, że może jak jeszcze był u kolegi to mniej bełkotał no i może od niego dowie się o co chodziło.
Sigismundus rozważał różne kandydatki na nosicielki. Przypomniał sobie, że zimą Strupas złożył obietnicę swojemu patronowi ofiarowania kapłanki Shallyi. Tylko jakoś nie było okazji. A to byłaby w sam raz ofiara dla Ojczulka w tak szczytnym projekcie. I chyba trochę liczył, że koledzy i koleżanki też rozejrzął się albo nawet wskaża odpowiednie kandydatki. I dopytywał Onyx i Lilly o te dwie o jakich wcześniej wspomniały. Oraz chciał wrócić do jaskini Oster aby tam poszukać więcej darów i wskazówek. Tym razem jednak musiałby się obyć bez Vasilija i jego ludzi bo ci mieli stanowić obsadę statku jaki miał wywieźć stąd Mergę.
Starszy zaś dał znać, że te ślady i dary jakie do tej pory odnaleźli lub mieli trop to tylko początek. Z tego co dowiedziała się ich wyrocznia to nie byłoby dziwne gdyby każda z sióstr pozostawiła po sobie taki ołtarz, świątynie oraz projekt. Ot, na początek natrafili na dziedzictwo dwóch z nich ale tego powinno być gdzieś tutaj więcej. Bo skoro Oster i Soren zostawiły swoje ołtarze i heroldów to pozostałe siostry pewnie też. A jak Oster robiła ten projekt opisany w manuskryptach w pewnym współdziałaniu z pozostałą trójką i niejako jako konkurencję dla nich to i inne mogły coś przygotować. I jeszcze Oster wspominała o świątyni w jakiej się modliła i szukała natchnienie od swojego patrona i to było gdzieś nad morzem ale pod ziemią. Jednak nie w tej jaskini w jakiej pracowała bo traktowała to jako małą pielgrzymkę i drogę oczyszczenia ciała, duszy i serca aby wrócić tam znów do pracy. Więc to musiało być inne miejsce i też zapewne gdzieś w tej okolicy. Ta jaskinia pożądania jaką wspomniała w manuskrypcie to też mógł być jakiś przybytek pozostawiony przez Soren. Więc znów i inne siostry mogły pozostawić coś podobnego.
W końcu rozmowy zaczęły się rwać i zapętlać. Ta tajna, pstrokata rodzina zaczęła wstawać, żegnać się, umawiać się na to czy na tamto i ruszać ku korytarzu wejściowemu aby tam, za kotarami, wejść po ciemku po trzeszczącej drabinie i wyjść w ciemnej piwnicy jaka ostała się po zwalonej wieży. A następnie wyjść z niej na zaciemnione i ciche ulice. Było już sporo po północy więc jak ktoś musiał zacząć jutrzejszy dzień z rana to zapowiadało się, że się zbyt dobrze nie wyśpi.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Backertag; przedpołudnie; rozmowa z Baronem
Joachim spokojnie wysłuchał słów Barona. Interesujące, że więcej niż jednej osobie śniło się dzisiaj coś ciekawego. Niestety, nie był wielkim znawcą dziedziny interpretacji snów, miała ona pewne powiązania z astrologią, ale medodologia była różna. No, ale musiał w tej sytuacji coś powiedzieć, żeby nie było że przyszedł tu na marne. W pierwszej kolejności skupił swoje zmysły, szukając jakichokolwiej śladów magii w pomieszczeniu.
- Interpretacja słów to złożona dziedzina. Przede wszystkim nie ma powodu aby Wielmożny Pan tak bardzo panikował. Ja jestem specjalistą od astrologii, więc najbliższej nocy postawię wróżbę w tej dziedzinie. Widzę kilka możliwości: albo Pana intuicja ostrzega przed zagrożeniem którego umknęło świadomości; jakieś dawne przeżycie wywołało ten koszmar, albo też jest to ostrzeżenie od wyższych sił. Nawet jeśli uznalibyśmy to za ostrzeżenie, raczej ma ono charakter metafory, więc chyba nie musi Pan obawiać się jakiegoś strasznego potwora - pozwolił sobie na uspokajający uśmiech.
- Moje pierwsze wrażenie jest takie, że może chodzić o jakieś ukryte zagrożenie, a jednocześnie dzwoneczki sugerują pokusę lub dystrakcję, odciągającą uwagę od ukrytego zagrożenia. Czy planował Baron ostatnio jakieś istotne przedsięwzięcie?
- Mój drogi panie magistrze tu nikt nie panikuje. Jestem po prostu zaniepokojony takimi snami. Nie miałem nigdy wcześniej kłopotów ze snem. Całe życie spędziłem w siodle albo na pokładzie statku. Sztormy, burze, mgły, grad, ulewy i nigdy nie miałem kłopotów ze snem i takim sennymi majakami. Aż do teraz. - sapnął nieco zirytowany baron na myśl, że mógłby zostać odebrany jako panikarz. Ale szybko podążając za tym wątkiem sam zaczął mówić o pokrewnych sprawach na dowód, że to nie jest dla niego stan naturalny.
- Ale tak, jak możesz zrobić wróżbę to poproszę. Zapłacę ile się należy. - dodał spokojniejszym tonem przesuwając roztargonionym gestem nieco rozczochrane, rzedniejące już włosy.
- I oby to nie chodziło o jakąś prawdziwą maszkarę. Ta we śnie prawie mnie rozgniotła. Ale miałem wrażenie, że biegnie do czegoś przede mną. A ja tylko stałem jej na drodze. Ha! Mogłem uskoczyć! Gdyby to się działo naprawdę to bym próbował! Tak jak niegdyś jak uskoczyłem przed łapą trolla! To były czasy! Ale byłem wtedy pewnie tak młody jak ty teraz. Ale nic to! Dziś też bym próbował! No ale wiesz jak to z tymi snami, niby człowiek tam jest ale to tak raczej do oglądania tylko, niewiele można zrobić. - starszy mężczyzna szybko przeskakiwał z tematu na temat jakby myśli biegły mu w podobnie szybkim tempie między przeszłością a teraźniejszością.
- I ukryte zagrożenie powiadasz? Na bogów! Mam nadzieję, że nikt nie planuje podesłać mi takiej maszkary! - starszy szlachcic co chwila wracał do słów magistra i zastanawiał się nad ich znaczeniem. Był jednak nieco rozkojarzony, zapewne w skutek tych strasznych, nocnych koszmarów więc nie szło mu to łatwo.
- Potencjalnie tak, ten sen mógłby wskazywać na jakieś nieoczywiste zagrożenie, ale tak jak mówiłem wątpię by należałoby go interpretować aż tak dosłownie… - czarodziej westchnął, mając wrażenie, że Baron jest nieco zbyt roztrzęsiony i nie wszystko do niego dociera. Poza tym odczuwał lekki zawirowania wiatrów magii, ale tak na granicy wykrywalności. Więc raczej nie było to kwestia tego, że jego gospodarz był pod wpływem jakiegoś groźnego uroku.
- Proponuje by spotkać się jutro - ja w nocy postaram się postawić wróżbę, a Baron przez ten czas dojdzie do siebie, rekomenduje tutaj napary ziołowe, i zastanowi się czy ten sen nie kojarzy się z jakimś niedawnym przeżyciem.- No dobrze, możemy tak zrobić. - odparł baron Wirsberg po chwili zastanowienia. Zaproponował jutrzejsze południe mając nadzieję, że uda się mu umówić z dwójką ekspertów od snów na ten sam termin chociaż nie miał jeszcze odpowiedzi od morrytki. Po czym jego lokaj dał znać, że może odprowadzić gościa do wyjścia.
Backertag; wieczór; rozmowy na Zborze
Przeszli do omawiania planu Łasicy by włamać się do Świątyni Mananna. Tutaj nie za bardzo podobała mu się kwestia ewentualnej kolizji z jego planami w Akademii, więc nie był entuzjastycznie nastawiony.
- Wydaje mi się, że nasze śliczne Panie dobrze rozpracowały cel. Z tego co słyszę, to ze wsparciem grupy Silnego powinno się udać - chrząknął.
- Wygląda na to, że mamy dużo projektów do zrobienia. Przesztrzegałbym przed angażowaniem wszystkich członków Zboru w jedną sprawę w takiej sytuacji. Ja i Tobias, jak wcześniej mówiliśmy, jesteśmy na tropie skarbu Vesty. Uważamy, że może on znajdować się w magazynie pod Akademią i w pojutrze będę go zwiedzać by ustalić szczegóły. Rozmawiałem z Łasicą i Burgund, że mogłyby one pomóc gdyby była potrzeba włamania. Pytanie, czy to nie koliduje z akcją w Świątyni?
- Rozumiem to Joachimie. Ale jednak uważam, że plan rabunku dóbr świątynnych ma priorytet nad innymi. Dobrze by było go zrealizować jak najszybciej. Bo wtedy nasza czcigodna i obdarzona łaską bogów wyrocznia będzie mogła wrócić do ojczyzny bogatsza o fundusze które mogą zachęcić jej pobratymców do udziału w naszych zaszczytnych zamiarach. - Starszy skinął raz swoją maską ale dał znać, że ma dość sprecyzowany pogląd jaka powinna być kolejność wykonywanych zadań.
- To prawda. Poza tym zapewne negocjacje z jarlami i czarownikami potrwają trochę. Tak samo jak rozesłanie wieści w głąb lądu. I czekanie na to co z tego wyniknie. Im szybciej się tam znajdę tym więcej będę miała czasu na to wszystko i być może szybciej uda mi się tu wrócić. A chciałabym tu wrócić jak zaczną się tu rozgrywać te dramatyczne wydarzenia. Wciąż mam wrażenie, że ten turniej w końcu się odbędzie i przyniesie ze sobą wielką niespodziankę. Całkiem możliwe, że korzystną dla nas. Dlatego wolałabym tu być no ale nie sama tylko z jak największą ilością sojuszników a wielu z nich łatwiej mi będzie przekonać złotem niż pięknymi słowami ale pustymi dłońmi. - Merga poparła słowa Starszego przypominając dlaczego tak zależy im na czasie. Gdyby nie ta akcja w świątyni to zapewne już by mogło jej tu nie być. Ale jak parę dni temu, po ostatnim Festag Łasica z Burgnud zaczęły węszyć wokół tej świątyni i teraz okazało się, że zdobycie bogatego łupu jest całkiem realne to i wyrocznia była gotowa poczekać na wynik.
- Właśnie. A poza tym Joachimie póki my działamy w domu bożym to nie działamy gdzie indziej. A ty miałeś jakoś rozeznać się w tej Akademii i powiedzieć co to jest, gdzie i tak dalej. Bo jak ci mówiłam, bez tego to szukanie igły w stogu siana i proszenie się o kłopoty. - Łasica też dorzuciła swoje trzy grosze i na tą chwile wydawała się i tak zaabsorbowana robotą w największej świątyni miasta i przygotowaniami do jej zuchwałego obrobienia. Zaś wcześniej na pomoc w razie włamania do Akademii mu obiecała ale on miał zawęzić obszar poszukiwań no i dowiedzieć się czego właściwie miałyby szukać.
Joachim, widzące podejście Starszego do sytuacji stwierdził, że spieranie się o tą kwestię nie ma sensu.
- Oczywiście, rozumiem w takim razie co jest priorytetem dla Zbioru. W sprawie tej Akademii wrócę jak zlokalizuje artefakt Vesty i oczywiście nie będę angażował naszych dziewczyn póki akcja w Świątyni nie będzie pod kontrolą - spojrzał na Łasicę, mając nadzieję, że nie musi przypominać że to on pierwszy wpadł na trop Sorii, jeszcze zeszłej zimy, więc dość znacząco pomógł wyznawczyniom Węża.
Otto wysłuchał planów rabunku świątyni Mananna.
- Nie mogę wziąć udziału w samym rabunku. Już i tak głęboko siedzę w tym procederze.
- No cóż, to nie zanosi się w takim razie aby udało się zrobić ten domek w tym tygodniu. - fioletowowłosa łotrzyca wzruszyła ramionami gdy przemyślała to wszystko. Popatrzyła na Mergę i Starszego bo w końcu akcja ze zdobywaniem dodatkowych argumentów w zamorskich negocjacjach była mocno powiązania z odjazdem wyroczni z ich miasta.
- Nawet jak jutro w dzień Pirora powiadomi Fabienne o co chodzi i ta zrobi co trzeba to nie wiadomo na kiedy uda się umówić z tym Bretończykiem. Pewnie najprędzej w Konistag. Ale równie dobrze może być Agnestag albo Festag. Do tego czasu będziemy bez klucza do skarbca. - odparła Burgund potwierdzając słowa swojej partnerki w kamratki. Teraz ona pokiwała twierdząco do słów rudowłosej.
- Można by mu spóbować buchnąć klucz na mieście. Ale wtedy nawet jak się uda to się zorientuje w końcu, że go nie ma. - dorzuciła Łasica ale widocznie nie uważała tego rozwiązania za tak skuteczne jak dyskretne zrobienie odbitki.
- A zrobienie klucza to też pewnie na drugi dzień jak przyniesiemy odbitkę. Więc zapewne zanim uda się to wszystko złożyć do kupy to by już początek nowego tygodnia był. Ale równie dobrze może się to wszystko przedłużyć bo mówimy o tym jakby wszystko poszło dobrze. - łotrzyca o włosach barwy ciemnej miedzi uzupełniła jak to wyglądają szacunki przy obecnych deklaracjach. A wiadomo było, że pierwotnie Merga miała zamiar opuśić ich miasto w tym tygodniu. Ale wtedy jeszcze nie było mowy o rabowaniu świąntynnych fantów.
- Moim zdaniem lepiej upewnić się, że wszystkie elementy są na miejscu, niż popełnić jakiś zgubny błąd spiesząc się… - zaproponował Joachim.
- A czy udając pielgrzymki nie możecie się dostać na tyle blisko skarbca by móc pobrać wymiary zamka i dorobić klucz? - zastanowił się, w sumie nie znał się na takich rzeczach.- Nie sądzę. - odparła łotrzyca kręcąc przecząco głową. - Tam do piwnic tak oficjalnie trudno o pretekst aby tam złazić to raz. Modlić się można w głównej części świątyni i nie ma po co złazić na dół. Dwa to te kołki cały czas tam stoją. Wczoraj i dzisiaj jak tam szalałyśmy ze szmatami i miotłami to cały czas stali. Póki stoją nie da się swobodnie popatrzeć na te zamki. I nie ma na miejscu też klucza. Jeden zestaw ma ich oficer, właśnie ten ziomek Fabienne, a drugi któryś z kapłanów. Chyba ten ojczulek Absalon ale nie jestem pewna. Może ojciec Benedykt. W każdym razie właśnie ten Bretończyk powinien mieć klucze przy sobie a ostatnio po mszy tak sobie słodko ćwierkali po swojemu z Fabi, że jesteśmy przy nadziei, że jakby szacowna pani kapitanowa go zaprosiła to by nie odmówił. - wyglądało na to, że Łasica nie ma zbyt wielkich nadziei na to, że pod obecną przykrywką udałoby im sie ugrać coś więcej z tymi zamkami, drzwiami i skarbcem.
- Łasica by mogła spróbować z wytrychami. Ale to też bez nich. W nocy można by spróbować. Bo widziałyśmy, że w nocy tam w piwnicach się nie pali światło. A chyba po ciemku by tam nie stali całą noc to chyba nawet oni wracają na zaplecze świątyni i tam siedzą. Więc jakby się zakraść przez świątynie, przemknąć do piwnic można by spróbować. Tylko to jednak ryzyko. Jakby nas zdybali w korytarzu to kaplica. Tam nie ma gdzie się ukryć, goły korytarz. No i z wytrychami to różnie bywa. Po ciemku by trzeba wszystko robić. A jak byśmy miały klucz to prawie na pewniaka by się szło. Każdy głupi by mógł otworzyć kluczem. Tylko wciąż nie wiemy co jest za tymi drzwiami. Zdagujemy, że to tam trzymaja fanty skoro tam stoi straż no ale tak naprawdę pewności nie ma. - Burgund dorzuciła swoje uwagi do tego co mówiła jej partnerka. Wydawało się, że są całkiem pewne tego co mówią chociaż same nie wiedziały wszystkiego a w tym planach wciąż było kilka zmiennych i niewiadomych jakie mogły w krytycznej chwili całkiem inaczej rozłożyć punkty ciężkości.
- Hmm… - zamyślił się Joachim - znam zaklęcie projekcji astralnej, ale nie jest ono proste do użycia. Główny problem jest taki że w tej postaci byłbym niewidoczny i niepodatny na fizyczne interakcje ale nie moge np. otwierać drzwi ani przenikać przez ściany… czyli zamknięte drzwi będą przeszkodą.
- Umiesz takie rzeczy? - zaciekawiły się obie łotrzyce ubrane nadal niczym bogobojne mieszczki. Przez chwilę oczka im wesoło skakały tu i tam jakby zastanawiały się co z tym fantem można by zrobić.
- Nam by się takie coś przydało na robocie. Chociaż jak nie można niczego dotknąć to nic byśmy nie mogły otworzyć ani nigdzie wejść… - Burgund zastanawiała się chwilę jak to by mogło wyglądać jakby one same miały takie możliwości.
- Ale jak nie dasz rady otworzyć albo zajrzeć za drzwi to wracamy do tego co mamy teraz. Czyli zdobyć klucz albo próbować wytrychem. No nic, Pirora, będziesz musiała pogonić Fabi aby wzięła się do roboty z tym swoim bretońskim amantem. Możemy wam pomóc oczywiście w razie czego. Zresztą i tak chociaż jedna z nas musiałaby tam z wami być aby odbić klucz. - Łasica westchnęła trochę z żalem, że nie da się tak łatwo pójść na skróty i wróciła do planowania tego w bardziej standardowy sposób.
- Będe ją pewnie widzieć jutro wieczorem u Kamili. Ale to trochę późno no to wyślę jej w dzień bilecik to może ona też zdąży temu oficerowi wysłać coś jeszcze tego samego dnia. I chyba umówimy się u mnie bo i jej i wam pewnie będzie najlepiej przyjść. W Konigstag i tak będzie u mnie na lekcji języka. Umawiamy się w Wellentag i Konigstag, ja ją uczę estalijskiego a ona mnie bretońskiego. No ale przy okazji można też porobić inne rzeczy. - Averlandka skinęła blond głową na znak, że rozumie i co może to pomoże w tych przygotowaniach. W końcu Frau von Mannlieb nie wypadało się spotykać bez męża z obcymi mężczyznami. Ale wizyta u koleżanki - szlachcianki co cieszyła się już należytą opinią w towarzystwie to co innego.
- A jeżeli byśmy mogli przeniknąć do tych strażników? - odezwał się stary Łowca.
- Ale jak? Oni wszyscy są eskortą tej czarnuli i razem z nią przyjechali z Saltburga. A wyglądają na dość obowiązkowych. No drugi dzień się tam wypinałyśmy i uśmiechały do nich a oni nic. - Łasica spojrzała z zaciekawieniem na Heinricha ale jej widocznie niezbyt przychodziło do głowy jak można by się sfraternizować z tak oziębłymi i odpornymi na ich wdzięki strażnikami.
Heinrich spojrzał na Łasicę.
- Wyraźnie zapłacono im wystarczająco wiele, aby na supeł się zawiązali. - powiedział dobitnie - Ale... W takim razie należy szybko i cicho ich położyć, co raczej problemem dla naszych pań nie będzie. Nyślę żeby ich na tyle móc wybić z rytmu, aby dało się pojedyńczo wybić. - były łowca czarownic mocno się zastanawiał - Będzie ciemno, więc i bez magii są szanse zmylić strażników z kim mają do czynienia. - spojrzał na Otto - Obecność mnisiego towarzysza wraz z bladą morrytką może być wystarczająco prawdziwą możliwością, aby ochroniarze zaraz nie stali się z daleka ostrożni. Nasze piękne pokutnice także nie będą problemem, jako że już sprzątały wcześniej, więc i mogłyby tam w okolicy się kręcić. Sytuacja wymaga pewnej charakteryzacji i aktorstwa, ale... Tak, to byłoby do zrobienia. Szczególnie gdybyśmy wiedzieli, że prawdziwa blada się nie pojawi.
Otto przysłuchiwał się pomysłowi byłego agenta kościoła.
- Ma to potencjał. Jednak strażnicy Morra to nie jakieś moczymordy, których powali solidniejszy wiatr. Trzeba będzie mieć pewność, że jeżeli się na nich rzucimy, to rozłożymy ich od razu.
Obie przebrane za bogobojne mieszczki łotrzyce wysłuchały ich obu z zainteresowaniem, ale też pewną domieszką konsternacji. Popatrzyły na nich a potem na siebie i jak zwykle pierwsza odezwała się liderka slaaneshytek.
- Ale poczekajcie to teraz o czym mówicie? Bo my to na razie utknęłyśmy na tych drzwiach skarbca. W dzień się do niego trudno będzie dobrać jak oni tam wciąż stoją. Dlatego myślałyśmy o nocy. Znaczy jakby już przez Fabi i Pirorę udało się załatwić odbitkę klucza. To z kluczem to by była formalność otworzyć te drzwi tylko właśnie do końca nie wiadomo co jest za tymi drzwiami. Tak pilnują to pewnie coś ważnego ale czy skarb to jeszcze nie wiemy. - Łasica przypmniała jaki obecnie mają stan przygotowań co do akcji obrobienia skarbca największej i najważniejszej świątyni w mieście.
- A ci czarni to wyglądają poważnie. Znaczy kolczugi mają, na to te czarne tuniki. Hełmy też ale ich nie noszą jak stoją na warcie tylko na zakrystii trzymają. I miecze mają u pasa i jakieś buzdygany. No ja bym wolała się nie bić z kimś takim. - Burgund opisała jak są uzbrojeni ci strażnicy niejako potwierdzając słowa Otto, że nie wyglądają na cherlaków. Zresztą jak to ci sami co stanowili gwardię honorową podczas pogrzebu księżnej w ostatni Festag to na oko byłego mnicha i łowcy czarownic to wyglądali na Kruczą Gwardię, zakon poświęcony wojennej służbie Morrowi, głównie w walce z nieumarłymi i temu typu tałatajstwu. Ale widocznie obecnie przysłano ich z Saltburga jako eskortę morryckiej wieszczki no i gwardię honorową na pogrzebie księżnej.
- Oczywiście rozumiemy sytuację. Obawiam się jednak, że lepiej będzie wywołać konfrontację. Nie wiadomo kiedy i czy Pirorze i Fabianne uda się załatwić dla nas kopię klucza. A podejrzewam, że takową ci strażnicy mogą posiadać. Jeżeli, ktoś jakoś, magią, sprytem, czy przypadkiem się dostał do środka pomijąjąc drzwi, no to chłopaki by byli w nie lada sytuacji, nie mogąc się tam dostać, dopóki osoba z kluczem się nie zjawi. W międzyczasie mogliby tylko krzyczeć "Niczego nie dotykajcie! To własność świątyni!".
Nawet jeżeli by nie mieli klucza, wyłączenie ich dałoby nam większe okno czasu na włam i ucieczkę.
- No ja nie wiem czy oni myśleli o kimś z magią czy nie ale nie widziałyśmy u nich żadnego pęku z kluczami. A jak się trochę podpytałyśmy to jeden ma ich oficer a drugi Absalon, ten kapłan. Do otwarcia drzwi wystarczy jeden z nich. Do Absalona trudno by nam było się jakoś dobrać no ale ten ich oficer co jest Bretończykiem i tak miło sobie po mszy ćwierkał z naszą Fabi no to daje większe nadzieje na to, że uda się mu zabrać i podrobić klucz. Jakby się zgodził na spotkanie to może w Konistag, może w Aubentag albo Festag. Następnego dnia mogłybyśmy mieć już wtedy swój klucz. - Łasica pokiwała głową na znak, że rozumie ale jednak sprawę klucza do skarbca jakoś udało im się chociaż częściowo rozwikłać. Na pewno właściwie oceniły kapłana Maanana bo ten był znany ze swojej nieprzychylnej postawy do kobiet jako całości. Więc ten oficer już samo przez to, że nie był Absalonem wydawał się łatwiejszym orzechem do zgryzienia a jak jeszcze zdawał się tak miło rozmawiać ze swoją tutejsza krajanką to dawało dziewczynom nadzieję, że jakoś mogłoby się udać z podmianą tego jego klucza.
- Poza tym jakby wejść na rympał to pewnie, można nawet jutro w nocy. Tylko wtedy byśmy szli w ciemno. Nie wiem co jest za tymi drzwiami. A bez klucza to trzeba by jakoś wytrychami próbować jak się uda to uda jak nie to wyłamywać drzwi a to by było głośne i długie bo drzwi wyglądają na mocne. Chyba, że wy macie jakieś sposoby aby potwierdzić, że skarb jest właśnie za tymi albo innymi drzwiami to można by oszczędzić sobie tej rozpoznawczej nocki. Ale klucz i tak by nam ułatwił robotę, z kluczem to by się szło na pewniaka. - Burgund szybko dorzuciła swoje trzy grosze do słów partnerki nie wykluczając siłowego rozwiązania aczkolwiek wydawało się, że ocenia je jako dość ryzykowne.
Otto rozumiał obawy Slaaneshytek. To duże przedsięwzięcie z wielką nagrodą jeżeli wszystko pójdzie dobrze, ale też nie lada katastrofą jeśli pójdzie źle.
- Mają rację, Heinrichu. Mamy jeszcze czas, aby to rozplanować. Postaram się bardziej pokręcić po świątyni i wywęszyć o co chodzi z tymi drzwiami. Smutno by było, że cały nasz trud zaprowadzi nas tylko do krypty jakiegoś "świętego".
- No właśnie. No chyba, żeby tam tak pilnowali jakiejś izby pokutnej z ciekawym wyposażeniem. No to wtedy może nawet zaczęłabym regularnie chodzić do świątyni na te pokuty. - powiedziała Łasica niby poważnym tonem ale za bardzo jej się przy tym oczka śmiały aby traktować to inaczej niż żart. Zresztą Burgund też się roześmiała i pokiwała głową na znak pełnej zgody.
- Czyli ty albo jak ktoś da radę to też, wywiecie się co dacie radę z tymi drzwiami. Tylko tak subtelnie bo jak zrobimy ten numer to pewnie będą wypytywać kto się ciekawił tą sprawą. Pewnie połapią się, że włamywacze musieli zrobić jakieś rozpoznanie. Nas obu i tak będą szukać. Znaczy tych idiotek jakie udajemy. No ale lepiej aby nikim więcej od nas się nie interesowali. A póki co to Pirora da znać Fabi z tym liścikiem do oficera a my będziemy dalej tam szorować schody i podłogi i może coś wypatrzymy ciekawego. - Burgund popatrzyła na pozostałych czy na tym punkcie wszyscy się zgadzają co do robienia tego skosku na świątynny skarbiec czy mają jeszcze coś do ustalenia.
Joachim nadal nie był entuzjastycznie nastawiony do osobistego udziału w skoku, natomiast opowiedział jak szczegółowo działa zaklęcie projekcji astralnej, jeśli dziewczyny miałyby pomysł by je wykorzystać. No ale drzwi musiałby ktoś mu fizycznie otworzyć.
Rozmowa z Mergą
Tak, Aaron był dzisiaj rano u mnie w sprawie tego jego dziwnego snu na temat Froyi i jej krwi. Spisaliśmy go - wyjął z kieszeni szaty kawałek pergaminu ze spisaniem tego co udało się wyciągnąć od jego kolegi.
- Tylko nie wiem o jaki rytuał może chodzić i dlaczego akurat Froya jest ważna. Może ten rytuał ma coś wspólnego z dziedzictwem Sióstr które badamy? - był ciekaw zdania Mergi na ten temat.
- Być może. - odparła jego mistrzyni i na razie zajęła się odczytywaniem tego co mu się udało zapisać z porannych, nieco bełkotliwych wypowiedzi szarego magistra. Zajęło jej to chwilę po czym odłożyła kartkę i zastanawiała się chwilę.
- No ciekawe… Krew jest całkiem częstym składnikiem czarów i rytuałów… Hmm… Chociaż nie pisze nic o podrzynaniu gardła czy wyrywaniu serca więc raczej chodzi o dość symboliczną ilość. Jeśli to prawda to powinno wystarczyć parę kropel… Ciekawe czemu akurat ona mu się przyśniła… Nie sądziłam, że ich może coś łączyć. - wiedźma mówiła dość wolno zastanawiając się o co mogło chodzić z tym snem Aarona. Jeszcze raz uniosła kartkę i zaczęła ją czytać od nowa.
- Kielich krwi, świecie, glify, rytuał… Sprawdzić krew… I coś wtedy wyjdzie… - właściwie niewiele było konkretów z tego co rano mówił skacowany magister zbudzony tym wyjątkowym snem zbyt Bo widzę że głównie jest przydatne do śledzenia kogoś w otwartej przesztrzeniowicie złotych oczach wzruszyła ramionami na znak, że ona sama nie zna owej blondwłosej szlachcianki i tutaj jedynie bazuje na tym co od nich sama usłyszała na ten temat. Więc skoncnetrowała się na omówieniu samego potencjalnego rytuału bez wnikania kto, skąd i jak miałby zdobyć tą krew Froyi do tego rytuału.
Jednooki mnich pozwolił rozmówić się Joachimowi z Wyrocznią zanim do nich podszedł.
- Joachimie, Wyrocznio, jeżeli mogę. Niepokojące wieści mam dotyczące Matki Somnium. Odwiedziła dziś Hospicjum w sprawie śmierci pacjenta dotkniętego przez Oster, ale też ostrzec nas przed kolejnymi napadami szaleństwa. Najwyraźniej doznała wizji tego. O ile nie lękam się jednej kapłanki, nawet wyższego stanu. Wizja oznacza wkład bóstw południa…
Duet liderów zboru popatrzył na siebie z zastanowieniem po usłyszeniu wieści od jednookiego brata. Pierwsza zabrała głos wyrocznia jaka miała z nich wszystkich chyba największe doświadczenie w sztukach mistycznych.
- Być może. Chociaż niekoniecznie. Domyślam się, że takie miejsca mogą emanować swoistą aurą jaka jest wyczuwalna zwłaszcza przez osoby wrażliwe na Moc. Być może jeśli ta kapłanka ma umiejętności i talenty wyprofilowane pod takim kątem to może wyczuć takie rzeczy. Ale oczywiście może to być jakiś szept jej patrona. Nie tylko ja jestem obdarzona takim talentem. - odparła wyrocznia nie przesądzając jeszcze niczego ale też nie wykluczając, że może być tak jak obawiał się tego Otto.
- To nie byłoby takie dziwne. Moc Sióstr jest tak wielka, że przemawia w całej okolicy. Zwłaszcza w snach. Przemawia nawet to zwykłych śmiertelników bez żadnych nadnaturalnych talentów, wiedzy i wyszkolenia. Dlatego prosiłem was abyście zwracali uwagę na własne i cudze sny. Tam mogą kryć się wskazówki od naszych patronek. Więc całkiem możliwe, że czarna wieszczka wyspecjalizowana w czytaniu wizjonerskich snów też odbiera te szepty. - Starszy zza swojej maski zdradził jak on widzi tą sprawę. I zainteresowanie kapłanki bynajmniej go nie zdziwiło chociaż wzbudziło jego czujność.
- Rzeczywiście, zauważyłem że wielu osobom coś się niepokojącego się ostatnio śni. Nawet wezwał mnie do siebie Baron Wirsberg który miał koszmar o prześladującym go potworze, staram się wyciągnąć z tego korzyść. Czyli to nie są wcale odosobnione przypadki - Joachim wtrącił swoje spostrzeżenia.
- Zdecydowanie nie. Już od paru miesięcy te objawy się nasilają w całej okolicy. Zapewne tam gdzie niegdyś działały siostry. Różni ludzie mogą być różnie wrażliwy na te szepty, zapewne też każdy na akurat jednej z nich. A te zjawisko się nasila. Co razem z mistrzynią interpertujemy jako stopniowy wzrost wpływu Sióstr. Zapowiedź ich przebudzenia i powrotu. Dlatego te sny będą się coraz częściej śnić różnym ludziom, nie tylko tym oddanym naszej sprawie. Co zapewne też może postawić w stan gotowości także naszych nieprzyjaciół. - mistrz pokiwał głową i powaznie podszedł do tej sprawy. Już od dawna prosił aby zwracać uwagę na te sny, zwłaszcza takie nienaturalne i dziwne. Teraz zdawało się to tylko potwierdzać.
- Ludzie szaleni, balansujacy na krawędzi, jak ci z hospicjum, są szczególnie podatni na takie rzeczy. Co zresztą z tego co słyszałam w hospicjum objawiło się ostatnio w pełni. Tym co są oddani którejś z sióstr, podatni akurat na jej szept, mogą ją słyszeć wyraźniej niż inne. Ale zapewne bez wiedzy o nich będą to tylko mętne majaki z jakich trudno będzie coś wyciągnąć. Mam nadzieję, że podobnie będzie z naszymi przeciwnikami. Nie sądzę aby znali pradawną legendę z Norski o Czterch Siostrach. A bez tego chyba trudno by było złapać im kontekst. Niemniej nasilające się zjawisko oraz jego skala może postawić ich w stan gotowości i mogą zacząć węszyć. Z tym musimy się liczyć. - Merga też nie lekceważyła tego tematu i nawet jeśli uważała, że to ich strona ma atuty w ręku nie oznaczało to jeszcze, że przeciwnicy ze swoimi blotkami nie spóbują im namieszać w grze. Też mieli w końcu swoich boskich patronów oraz cały aparat władzy i wielu, oddanych obywateli.
- A co temu baronowi się śniło z tym potworem? - zapytał lider zboru zaciekawiony tym wątkiem.
Joachim kiwał głową, uważnie słuchając słów swojej Mistrzyni. Podzielał jej wezwanie do ostrożności i zwracania uwagi na kwestię słów.
- Baronowi śniło się, że był na ulicy, chyba naszego miasta. Błąkał się między kamienicami jakie wydawały się coraz wyższe, ciemniejsze, zaczynały rosnąć i szumieć. Jakieś dzwonki mamiły go i zwodziły echami, nie mógł się zorientować skąd właściwie dochodzą. Jakby szydziły z jego bezsilności. Ilekroć skręcał w jakiś narożnik to zawsze było nie tam. Zaczął biec i krzyczeć i miał wrażenie, że coś go ściga, goni, zaraz dopadnie i rozszarpie. Ale widział już mur! Taki kryty dachówkami na szczycie jak u nas ten jaki okala świątynie Mananna albo Akademię. Tylko ten we śnie był wyższy i straszniejszy, sięgał prawie chmur! I to chyba stamtąd jęczały te dzwoneczki aby je uwolnić. Wzywały i jęczały żałośnie i prosząco, tak słodko ale i to coś co goniło barona też było coraz bliżej. Krzyknął z przerażenia gdy usłyszał dudnienie cielska i chrobot łap na bruku. Jego nogi ugrzęzły w jakimś mlaskającym błocie i wtedy krzyknął tak przerażająco, że się obudził. Był przekonany, że ściga go jakiś straszliwy potwór - czarodziej opowiedział sen dość wiernie, na szczęście robił notatki.
- Zresztą mi też się coś śniło wczoraj. Szedłem do przodu a za mną wyczuwałem jakieś mroczne, złowrogie kształty kłębiące się w ciemności. Takie widoczne ledwo kątem oka. A gdy się tam spojrzało nic nie było widać. Jednak gdy wznawiałem marsz to znowu miałem wrażenie że tam są. Ale kiedy się odwracałem to nic nie było. Za każdym razem jednak gdy wznawiałem marsz to miałem wrażenie że to coś jest coraz bliżej. Miałem wrażenie że coś zaraz się rzuci mi na plecy ale się obudziłem - Joachim w zamyśleniu zaczął obracać swój amulet w dłoni. Skoro już zagłębili się w tematykę snów to równie dobrze mógł podzielić się swoim.
- No to obu wam śniło się coś podobnego. Przynajmniej z tym zagubieniem w mieście i, że coś was goniło. - zauważyła Merga gdy w myślach pewnie porównała oba opisy snów. I znów zamyśliła się na dłuższą chwilę.
- U ciebie to wygląda jakbyś był pod obserwacją. Może jakieś nieznane jeszcze niebezpieczeństwo. Może ostrzeżenie przed czymś co dopiero nadejdzie. Jeszcze zbyt mdłe aby nabrało konkretnych kształtów. Być może przykułeś czyjąś uwagę. Kogoś nietuzinkowego. Albo dopiero przykujesz. I skoro to coś się jednak zbliżało a nie trzymało cały czas dystans to zapewne nabierało pewności aby skrócić dystans. Sen z tego co słyszę był dość mroczny ale dość mglisty, bez szczegółów. Więc nie przejmowałabym się tym na twoim miejscu, że lada chwila coś cię capnie. Ale otarłeś się o coś, czy kogoś nietuzinkowego kto zwrócił na ciebie uwagę. Być może to być ktoś niebezpieczny albo z dużymi możliwościami. Nie parałeś się jeszcze demonologią więc to nie powinien być ktoś z niezrodzonych. Chociaż kto wie? Niektóre dość swobodnie traktują czas i przestrzeń to może z jakimś zadrzesz w przyszłości? Tak to bywa gdy się obcuje z takimi bytami z innej rzeczywistości. - zaczęła anamizować jego sen ale chyba uznała, że nie ma w nim zbyt wielu punktów zaczepienia aby wyciągnąć jakieś dokładniejsze wnioski. Końcowa uwaga chyba ją rozbawiła gdy chciała zwrócić uwagę swojemu uczniowi jakie nieprzewidywalne konsekwencje może przynieść paktowanie z demonami.
- W każdym razie uważaj na siebie. Może to powiew przyszłości, jakieś ostrzeżenie. Nie wydaje mi się na tą chwilę zbyt niepokojące albo z takich by zaraz za rogiem miała na ciebie czyhać jakaś hydra czy inna potwora. Niemniej może też być jakieś pokłosie twoich kolegialnych umiejętności albo szept którejś z sióstr. Miej to na uwadze. Sny, dziwne, niespokojne, niewytłumaczalne zapewne będą zdarzać się w tej okolicy to jedna z form w jakich echo szeptu sióstr może się objawić w ten sposób. - dodała jakby chciała go nieco uspokoić ale też ostrzec aby nie bagatelizował sprawy. I był wyczulony na takie znaki jakie mogły pochodzić z różnych źródeł ale w tym także od potężnych bytów zwanych Czterema Siostrami.
- A sen tego szlachcica no tutaj bym powiedziała, że jest więcej detali. Jak rozpoznał ten kawałek muru to dobrze. To częste, że się w snach widzi coś znajomego. Być może myślał przed snem o tym miejscu albo zaprzątały mu one głowę. To zagubienie jakie opisuje też jest całkiem częste w snach. Zwykle oznacza dezorientację i niepewność przy spotkaniu z czymś nieznanym albo trudność przy podjęciu jakiejś decyzji gdy obawiamy się konsekwencji. Chociaż niezbyt często osiąga to taką dramatyczną formę jak ci to opisał. - wiedźma zajęła się teraz omawianem snu barona Wirsberga. Wahała się często albo się nad nim zastanawiała. W końcu to nie był jej sen czy wizja tylko czyjś i to opowiedziany jeszcze przez kogoś innego.
- Te dzwoneczki mnie zastanawiają. To coś niezbyt typowego. Zapytaj go jak go będziesz widział czy jest w jakiś sposób związany z jakimiś dzwonkami. Może coś o nich ostatnio czytał albo słyszał czy rozmawiał o nich. To by mogło wyjaśnić te dzwoneczki. Ciekawe, że go tak wabiły. Może tą bestię też jak tak biegła w tym samym kierunku co on. Też co jakiś czas miałam wizję z odgłosem dzwoneczków albo podobnych szumiących dźwięków. Miałam wrażenie, że to coś związanego z siostrami. Być może Vestą. Ale było zbyt mętne i wyrywkowe abym coś z tego wywnioskowała. Jeśli to coś od nich to być może Herr baron jest podatny na szept jednej z nich albo jakoś powiązany, lub otarł się jakoś o dziedzictwo którejś z nich. Trudno powiedzieć. W każdym razie postaraj się utrzymać z nim kontakt i miej na uwadze na wypadek gdyby te sny miały mu się powtarzać. - doradziła mu na koniec co jej zdaniem powinien zrobić. I jaka jest jej opinia na temat snu szlachetnie urodzonego starszego pana.
Otto przysłuchiwał się rozmowie magistra z głowami kultu, kiedy coś przyszło mu do głowy.
- Joachimie, przyznam nie znam się na organizacji i misteriach Imperialnych Magistrów, ale czy twoja odnoga, Magowie Niebios, zajmują się wieszczeniem? Lub właśnie interpretacją snów? Pytam, bo to może być droga, aby wprowadzić cię do hospicjum.
Czarodziej podziękował Merdze za poradę co do niełatwej sztuki interpretacji snów, a następnie obrócił się co do Otta.
- Tak, można by rzec, że zajmuje się wieszczeniem, chociaż przede wszystkim tym opartym na układach gwiezdnych bytów, sny nie są moją specjalnością. Ale pewne założenia i metodologia mają punkty styczne. Myślę, że na potrzeby laików możemy założyć, że się na tym znam, jeśli mamy odnieść z tego jakąś korzyść, tak jak z Baronem - uśmiechnął się do Otta.
- A do hospicjum chętnie wejdę jakby udało się to załatwić, interesuje mnie ten człowiek dotknięty przez Vestę.- Więc jutro zarzucę sieć. Przygotuj się, że będą pewnie chcieli, abyś sypnął groszem. - zaczął Otto - Co do Georga, jego kontakt z Vestą zsyła na niego sny, które najwyraźniej ujawniają rąbek prawdy co do czyjejś natury.
Joachim był zmęczony wracając do domu późnym wieczorem ze spotkania na Zborze, rozmowy trwały długo, było dużo do zastanowienia się a i wiele do zrobienia. Niestety nie mógł tak od razu pójść spać bo obiecał przecież Baronowi Wirsbergowi że postawi wróżbę na temat tego czy jego sen miał jakieś znaczenie.
Co do następnego dnia planował porządnie się wyspać a potem był umówiony u Barona. Planował też pomóc w kupieniu odpowiedników składników do mikstur Sigmindusa, tych które miały wspomóc proces tworzenia pomiotu Oster. Miał środki ku temu, a czarodziej kupujący różne składniki nie powinien przecież wzbudzać podejrzeń. Chociaż tutaj mógł go może wyręczyć jego sługa Gunther.
Co do planu okradzenia Świątyni, nie miał ochoty uczestniczyć w nim osobiście, natomiast zaoferował swoje usługi z zaklęciem astralnej projekcji, dzięki któremu mógłby działać niezauważony. Czekał też, czy Ottowi uda się załatwić mu wejście do hospicjum.
-
Oryginalny autor: Zell
Backertag; wieczór; rozmowy na Zborze
Joachim z ciekawością słuchał informacji o sposobie przygotowania wylęgu much od Oster. Było to z jednej strony interesujące, z drugiej nieco obrzydliwe. Nie odzywał się zbyt wiele, nie chcąc wchodzić w spór pomiędzy Sigismundusem a służkami Węża. Z tymi ostatnimi współpracowało mu się całkiem nieźle, ale po ostatniej rozmowie z Tobiasem chciał być ostrożny jeśli chodzi o równowagę sił w Zborze.
- To skomplikowany projekt, ale może wydać owoce. Ja mam teraz trochę spraw na głowie, ale mogę pomóc ze zbieraniem składników do mikstur, mam nieco środków i miejsce na na takie rzeczy u siebie - podsumował.
- Bardzo dobrze Joachimie. Musimy sobie pomagać. Jak się we dwóch za to zabierzecie albo ktoś jeszcze wam pomoże powinno być szybciej jak się podzielicie zadaniami. Zwłaszcza, że jak widać nasz brat Sigismundus ma nieco ograniczone możliwości wycieczek na miasto i za miasto. A niektóre z tych składników nie są takie proste do zdobycia jak reszta. Wierzę jednak, że tacy rezolutni młodzieńcy jak wy coś wymyślą. To jeśli macie ochotę to przepiszcie te zwoje dla siebie bo te oryginały czcigodnej to jednak wolałbym aby pozostały w bezpiecznym miejscu. - Starszy uśmiechnął się pogodnie i z zadowoleniem co dało się poznać pomimo noszonej maski. Widocznie był rad ze współpracy pomiędzy swoimi przybranymi dziećmi zwłaszcza jak obrali inne ścieżki wiodące ku innym patronom.
- O tak, ja to bardzo chętnie. Rzeczywiście ostatnio to cały czas jak nie ja to Strupas musimy pilnować naszego obejścia to nieco trudno nam się ruszyć. - aptekarz też pokiwał głową z zadowoleniem i spojrzał zachęcająco na młodego astrologa zapraszając go gestem na miejsce obok gdzie już sam siedział i zaczął przepisywać ten drugi manuskrypt Mergi gdzie miały być różne mikstury jakie powinny wspomóc hodowlę owoców Oster.
Otto dokładnie wysłuchał informacji o projekcie Oster i coś mu nie dawało spokoju. W końcu dotarł do centrum jego zdziwienia.
- Wybacz Wyrocznio, pytanie. Czy Oster stwierdza, że nosiciele muszą być żywi? Nauki Ojczulka stwierdzają, że śmierć istnieje jako pastwisko dla nowego życia. O ile nie kwestionuję geniuszu Oster, ograniczanie się do żywych dawców wydaje się… marnotrawstwem.
- Ależ tu chodzi o zasianie nowego życia Otto. - odparła Merga łagodnie się uśmiechając. - Ale rozumiem co masz na myśli. W tym jednak projekcie zdecydowanie chodziło o żywe nosicielki. I to tak aby w optymalnym wariancie pozostały żywe po wydaniu na świat nowego życia i można je było użyć do tego celu ponownie. Przypominam, że Oster to robiła między innymi jako coś co powinno zrobić wrażenie na jej siostrach i przebić to co one proponowały. A robienie much z padliny to raczej nie jest coś niesamowitego i to na nikim nie robi większego wrażenia. I bez niczyjej pomoc one to robią. - dodała i wydawała się być pewna tego co mówi. Gruby aptekarz pokiwał głową uśmiechając się ze zrozumieniem i mówiąc pod nosem coś, że sam też próbował czy chciał ale z padliny to wychodzą tylko takie zwykłe muchy.
Były Łowca Czarownic pojawił się jako jeden z ostatnich, nie spiesząc się bardzo. Mógłby ktoś uznać, że okazuje tak pogardę lub zastanawiać się czemu na tak długo zniknął, jednak dość szybko doszłoby do osoby oskarżającej go o ową pogardę, że brak pośpiechu, jak i ostatnia nieobecność musiała mieć inne podłoże. Heinrich wyglądał na osobę, którą musiała doświadczyć jakaś choroba i choć nie widać było fizycznych ubytków nią spowodowanych, to samo spojrzenie i wyczerpany wyraz mogły świadczyć o ciężkim uszczerbku na psychice. Starszy mężczyzna mógł w tym momencie wydawać się umęczony, co bladość skóry potwierdzała wraz z opuchnięciami pod oczami.
Mimo stanu umysł Heinricha najwyraźniej od razu wszczepił się w cały wykład Mergi, jakkolwiek sugerujący nieprzyjemne obrazy. Co pewien czas były Łowca niby wyłączał się z lektury, aby znów powrócić.Nagłe podekscytowanie nurglity wywołało niewielką reakcję u Heinricha. Warte było zapamiętania, iż i on był podatny na relatywnie ludzkie odruchy, zakrawające na przyjacielskie i ciepłe... Choćby i były może tak samo ciepłe jak ciepłe były zgromadzone nieczystości w szambie.
- Prócz osób nieświadomych tego "zapłodnienia" czy kilku wybranych do badań - odezwał się zaskakująco silnym głosem kontrastującym ze zmęczeniem wymalowanym na twarzy - sugeruję także wykorzystać wiedzę jaką zapisała Oster na wybranych okazach. Oczywiście należałoby dobrze wyliczyć potrzebny czas, aby zostało wszystko idealnie rozplanowane. - nie skupiał wzroku na nikim konkretnym, gdy o tym mówił - Zakładam, że na Festynie będzie lepsza okazja złapać konkretne sztuki. - uśmiechnął się do siebie samego - Muchy i jaja mają wielki potencjał także psychologiczny. Należałoby odciągnąć uwagę Łowców czy zbyt religijnego motłochu, mogącego przekazać informacje dalej, ale aktorki wydające na świat trochę tego błogosławieństwa to byłby cudowny pokaz.
- Z tym mógłby być kłopot… - zaczął Otto - O ile przyznam, wizja takiego spektaklu wydaje się obrazem przepięknym. Podejrzewam, że "ciąża" będzie wyglądać w miarę autentycznie. Trudno będzie sprzedać szlachcie przedstawienie "Sztuka Teatralna, gdzie wszystkie aktorki są w ciąży", wątpię, aby uwierzyli, że istnieje jakieś królestwo gdzie to norma. Natomiast służki?
- Ja na pewno bym poszedł na takie przedstawienie! Dużo bym nawet gotów był zapłacić! A macie takie aktorki? - grubas mimo swojej tuszy i niekoniecznie miłej aparycji jak chciał i mu na czymś zależało to potrafił się wykazać zarówno wielką życzliwością przechodzącą momentami w wujaszkowatą jowialność jak i refleksem. Jak teraz, gdy pomysł Heinricha od razu przypadł mu do gustu i poparł go bez zastanowienia obdarzając go pełnym życzliwości uśmiechem i spojrzeniem.
- To na pewno byłoby prawdziwe dzieło sztuki godne naszych wspaniałych przodkiń. - uśmiechnęła się Merga, ale zaczęła omawiać stronę bardziej praktyczną takiego pomysłu.
- Pominę na chwilę to jak by miało dojść do zasiania tego daru od Oster u tych aktorek czy ich służek to myślę, że niekoniecznie by musiały zdradzać stan brzemienny. To w sporej mierze zależy od dawki. Przypuszczam, że jedna, może dwie takie strzykwy powinny dać niezauważalny stan albo bardzo niewielki. Taki jak na wczesnych etapach ciąży gdzie jest to słabo zauważalne zwłaszcza jak się nie zna takiej kobiety. Dopiero przy większych dawkach co prawda miot byłby większy ale też i brzuch także. Niestety opisy i ilustracje jakie zostawiła Oster nie są w tej materii zbyt precyzyjne. To już byście musieli sprawdzić sami. - wyrocznia zwróciła uwagę na tą zależność co do wielkości brzucha, dawki i miotu. Brzmiało jakby przy odpowiednim zestawie mógł wyjść z tego w miarę dyskretny komplet. Przynajmniej w teorii zapisanej na pradawnych zwojach.
- No i nie do końca wiadomo ile by mogła trwać ta pseudo ciąża. Bo wahania są od pół tygodnia do tygodnia. Plus minus parę dni. O ile indywidualnie to nie byłby chyba jakiś problem to, aby uzyskać efekt masowego porodu to może być różnie. Te wylinki mogą sugerować oczekiwany czas wydania miotu. Chociaż zgaduję, że przy odpowiednio dużej próbie i zasiania w tym samym czasie są większe szanse na to, że więcej niż jedna kobieta wyda na świat miot w podobnym czasie. - dorzuciła jeszcze kolejne wyjaśnienie chociaż sam pomysł wydawała się akceptować. Raczej mówiła o tym jakby omawiała jakieś zagadnienie naukowe dość abstrakcyjne jakie próbowali obecnie wypróbować w praktyce. Pierwszy raz od mileniów.
Oczy Heinricha jakby zabłysły w tym momencie, a Heinrich aż wstał z miejsca.
- Przedstawienie mogłoby być bardziej na nasz smak, gdyby uderzyło nie tylko w osoby z miasta, ale także poniekąd naszych wrogów. Na bank prędzej czy później muszy poród na scenie, powiedzmy dwóch aktorek zwróci uwagę nieprzychylnych, ale im bardziej pozornie jedynymi, od których to wyjdzie będą aktorzy z Salzburga, tym większa możliwość, że oni poniosą wszelkie konsekwencje, jak ten, który ich wysłał. Możliwe, że stos czy kilka zapłonie, a także może jacyś z naszych wrogów będą zmuszeni do opuszczenia miasta by szukać spaczenia Chaosem w Salzburgu, zostawiając nasze poletko w spokoju, gdy pogonią za nieistniejącym zagrożeniem. Łowcy Czarownic będą trzymać się najmniejszej poszlaki, nawet jeżeli zaprowadzi ich na manowce, a jedynie pozostawi na drodze swąd trupów. - spojrzał przepraszająco na Sigismundusa - Musielibyśmy oczywiście poświęcić miot, aby samemu nie dać się złapać, ale wiele innych dzięki temu by mogło powstać w lepszych dlań warunkach. Bezpieczniejszych.
Otto kiwał głową słysząc propozycję Heinricha, plan miał sens oraz więcej niż jeden benefit dla kultu, a jednak oznaczał jedno.
- Obawiam się jednak Sigismundusie, że będziesz musiał ograniczyć szerzenie daru Oster do koniecznego minimum, aby wyszkolić u siebie metodę aplikacji i hodowli. Nagła plaga ludziożernych much, przykuję uwagę i sprawi, że nasze drogie miasto będzie uważane za źródło, a nie Salzburg.
Sigismundus aż zaniemówił na to wszystko. I to chyba kilka razy pod rząd. Jeszcze nie otrząsnął się z rozmarzenia na myśl o tej pięknej wizji muszego porodu na scenie jaką mogłyby sprezentować jakieś tam aktorki co wreszcie by się przydały w jakimś zbożnym celu a nie tylko dla tandetnej rozrywki gawiedzi. Potem ponownie ale już mniej przyjemnie jak dotarło do niego, jakie zagrożenie to może nieść i dla tak utalentowanych nosicielek a zwłaszcza ukochanego miotu jakiego chyba już czuł się ojcem chrzestnym. I jeszcze na słowa Otto z którym do tej pory współpraca układała mu się całkiem nieźle.
- Wcale, że nie! - zaprotestował głośno aptekarz. I to tak żywiołowo jakby właśnie chodziło o obronę jego własnych, ukochanych dzieci. - Przecież musimy mieć ich jak najwięcej prawda? Aby uzyskać jak najlepszy efekt jak już je wypuścimy. Ale można je hodować u nas w jakimś zaciszu. Wcale nie musimy ich od razu wypuszczać. Jakieś wygodne, dyskretne miejsce się znajdzie. Trzeba by tylko jakaś cela albo dwie aby zamknąć te ladacznice. No chyba, że by się któraś sama zgodziła no to nie. Ale można założyć hodowlę gdzieś z dala od wścibskich oczu. A wypuścić je gdy będzie to wygodne. - aptekarz szybko połączył te różne punkty w jego zdaniem logiczną całość a był przy tym tak żywiołowy, że wtrącił się nawet Merdze i Starszemu co mieli właśnie coś powiedzieć. Ci jednak dali mu się wygadać i dopiero jak skończył zabrali głos.
- Wyborny pomysł Heinrichu. Podoba mi się. Gdyby taki poród nastąpił przy świadkach to trudno by to było zatuszować. Co prawda musielibyśmy tak jak to Otto mówi, wstrzymać się z wcześniejszymi akcjami z użyciem much czy innych potomków Sióstr, ale myślę, że efekt mógłby być interesujący. Rzeczywiście mogłoby powstać wrażenie, że tą muszą plagę ściągnęła ta aktorska trupa. Pewnie by poszli, że tak powiem, na pierwszy ogień w przesłuchaniach i szukaniu winnych. - Starszy pokiwał swoją wydłużoną maską i dało się słyszeć w głosie pochwałę i aprobatę za pomysł jaki im sprezentował były łowca czarownic.
- Chociaż ja nie do końca jestem pewna czy udałoby się to zgrać do jakiegoś występu. To by praktycznie musiało być jak poród na zamówienie. To może być trudne. Do pewnego stopnia można to regulować tymi miksturami z drugiego manuskryptu. One głównie powodują większy wzrost albo szybszy rozwój. W połączeniu z wylinkami może dałoby się to jakoś oszacować co do dnia, ale czy godziny to nie jestem pewna. Może jakbym zdążyła wrócić z Norski to bym coś pomogła, ale nie wiem czy się wyrobię. W razie czego działajcie beze mnie. - wiedźma z rogami też wydawała się być zadowolona z takiego planu. I nawet ją zaciekawił chociaż jak zwykle bardziej zajmowała się techniczną stroną problemu.
- A mnie trochę ich szkoda. Wreszcie jakiś teatr z prawdziwymi aktorami by do nas przyjechał. Miałam co do nich spore plany. I te związane ze zborem i te oficjalne. - westchnęła nieco z żalem młoda Averlandka która z całego zboru najbardziej była zaangażowana w sprawy teatru oraz zaproszenia dla grupy aktorów z Saltzmundu jacy mieli uświetnić swoimi wystepami tegoroczny turniej. Ale jak go odwołano to na razie to wszystko uległo zawieszeniu.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Otto chwilę się zastanawiał, rozważając możliwości. Spojrzał na Sigismundusa, po czym na Starszego.
- Starszy, z jakimi funduszami bylibyśmy w stanie się rozstać, aby wybudować niewielki system kładek w klifowym terenie w okolicach morza?
- System kładek? Co masz na myśli? - zamaskowany lider zboru widocznie niezbyt wiedział o co chodzi młodszemu kultyście więc wolał aby ten doprecyzował swój zamiar zanim mu odpowie.
- Wybacz, za bardzo przyszłościowo myślę. - zaczął jednooki mnich - Jaskinia Oster byłaby idealnym miejscem, na przeprowadzenie tego eksperymentu. Ma już strażnika w postaci tego "konia". Jest na odludnym miejscu. Poświęcone Nurglowi, więc hodowla może być bardziej udana. Kładki byłyby potrzebne, bo dojście jest dość, uciążliwe, o czym Sigismundus może poświadczyć.
- Genialne! - krzyknął znów rozradowany aptekarz obdarzając Otto takim samym zachwyconym i wdzięcznym spojrzeniem jak przed chwilą Heinricha i jego pomysł z publicznym porodem. - I tak, tam jest woda morska z zatoki, głęboko wchodzi do jaskini, ciężko przejść. Jakieś kładki mogłyby pomóc. - szybko poparł ten pomysł zaświadczając, że młody mnich nie mija się z prawdą.
- Hmm… Tak, myślę, że to dałoby się zorganizować. Chociaż nasza największa brygada robotnicza odpływa wraz z Vasilijem jako obsada łodzi Mergi. No ale sam pomysł tak, myślę, że to drobne niedogodności i jakieś ścieżki damy radę tam urządzić. - Starszy też wydawał się skłonny poprzeć taki pomysł chociaż brał pod uwagę, że wkrótce ich zbór znacznie zubożeje pod względem ilości i jakości. Z ich małej, spaczonej rodziny ubytek członków będzie odczuwalny a jak jeszcze mieli sporo zadań na mieście to i wysłać kogoś o dzień drogi stąd nie było tak prosto. Ale lider zdawał się to traktować jako drobnostki do przezwyciężenia.
- Tylko to cały dzień drogi, albo półtorej stąd. Właściwie to ktoś z nas musiałby tam się przenieść aby czuwać nad wszystkim, doglądać nosicielek i miotu a potem hodowli… - aptekarz zreflektował się, że to by jednak oznaczało kolejne rozbicie się na mniejsze grupki i to tak raczej w dłuższej perspektywie. - Ale ja się chętnie podejmę tego zadania! Cóż znaczy jakaś tam apteka wobec możliwości eksperymentowania i obcowania z darami Oster! - zawołał radośnie jakby jemu jeszcze mniej przeszkadzało takie oddalenie w zamian za możliwość swobodnej hodowli. Chociaż w ich miejskiej społeczności ubyłoby im wtedy aptekarza.
Otto kiwnął głową.
- Więc mamy plan działa w tym kierunku. - mnich uśmiechnął się - Mamy również Sorię i plan z nią związany, aby zadowolić Mrocznego Księcia. Czy ktoś może ma jakieś informacje dotyczące pozostałych darów?
- Jaki plan? - zapytała rogata wiedźma zerkając to na jednookiego mnicha to na ciemnowłosą kobietę w eleganckiej sukni otoczonej wianuszkiem swoich zgrabnych dwórek.
- A jeśli chodzi o dziedzictwo innych Sióstr to może i dwie z nich najszybciej do nas przemówiły ale nie lekceważmy pozostałych. Tylko głupiec by sobie lekko traktował tak potężne istoty. W końcu nasza czcigodna Soria może dać temu niezły przykład a jest córką jedną z nich a nie nią samą. - Starszy też poparł pytanie jednookiego mnicha zerkając ciekawie po pozostałych. Merga co prawda wcześniej wspomniała, że jest w okolicy jakaś “jaskinia miłości” po Soren no ale nie dało się poznać detali z tych zapisków jej siostry.
Otto uśmiechnął się.
- Zaprezentowaliśmy Sorię jako szlachciankę z obcych stron, przyjętą jako gość przez Pirorę i lady Fabianne. Plan, przynajmniej ten, który ja miałem w głowie, zakładał, aby zaprezentować naszą czcigodną córę Soren podczas festynu. Jej egzotyczna uroda, obce pochodzenia i "dziwne zwyczaje" jak pewnie by sądzili o niej krótkowzroczni szlachcice, byłaby przynętą. Na własne oczy widziałem jak cudowne szepty Czempiona Węża rozbudziły tajne, wstydliwe żądze w kobiecie, podejrzewam nie zainteresowanej we własnej płci, ale również obecnie będącej pod wpływem Norry. Obraz masowej orgii seksu i okrucieństwa, kiedy na scenie aktorki wydają na świat owoce miłości Nurgla wydaje mi się paradoksalnie komiczny.
- Ah takk… Orgia seksu i okrucieństwa, strachu i podniecenia, wywyższenia i poniżenia, bólu i przyjemności… - na twarzy Sorii wykwitł uśmiech jakby już w myślach smakowała jakiś wyrafinowany deser jaki był jej ulubionym. Jej dziewczęta symbolicznie zastrzygły uszami wyczuwając żądzę i podniecenie kryjące się tuż pod skórem swojego herolda. Zresztą nie tylko one.
- No może i dla tych miotów Oster znalazłoby się miejsce. To ohydne i obrzydliwe. Ale może być też pociągające. - mówiła jakby rozważała na głos składniki jakiegoś ciasta jakie zamierzała skosztować na planowanym przyjęciu.
- Oczywiście nie mogłybyśmy tego zrobić tego tak publicznie jak te nieszczęsne aktorki jakim planujecie zgotować ten straszny los, bo niestety moglibyśmy stanąć na tych palach wbitych w stos obok nich. Ale kto wie? Może się trafi taka czy inna okazja na takie rozkoszne zabawy. Tu czy tam. Wtedy lub kiedy idzień. W takim lub innym gronie. - Soria uśmiechnęła się leniwie i lubieżnie jakby takie zakazane i bluźniercze zabawy były bardzo miłe jej rogatej duszy i sercu. Nawet jej dwórki były chyba pod wrażeniem i tego się nie do końca spodziewały, bo zamilkły i popatrzyły na nią i na siebie nawzajem nieco skonsternowane.
- Ale przecież mówiłaś, że pojedziesz z nami do Kamili. Jutro na to spotkanie poetyckie. I Fabi pewnie też będzie. - przypomniała jej Averlandka chyba niepewna czy słowa jej mistrzyni oznaczają jakąś zmianę planów na kolejny dzień.
- No to pojedziemy. Spodobała mi się ta słodka Kamilka. Zobaczymy jakie tam macie sztuki do złowienia na tych spotkaniach. Mówisz, że Kamilka ma słabość do śmiałych, awanturniczek z odległych stron? - Soria uśmiechnęła się, tym razem wesoło i beztrosko jakby jutro wieczorem doświadczona kocica miała wpaść w stado tłuściutkich myszy. Pirora uśmiechnęła się także i pokiwała głową.
- Tak. Przynajmniej Rose to jej zimą tak zawróciła w głowie, że z pół roku po niej płakała. - zaśmiała się Averlandka.
- No to zobaczymy jutro. I jeszcze ta wasza Froya mnie interesuje. Przydałaby mi się do kompletu. Myślę, że obie by ładnie mi się tutaj prezentowały. - powiedziała pewnym siebie tonem unosząc swoją zgrabną nogę i pokazując na trzewik gdzie widziała miejsca dla obu młodych szlachcianek uchodzących za najlepsze panny do zamążpójścia w tym mieście. Dziewczęta zaśmiały się wesoło jakby szykowała się niezła zabawa.
- A ta moc Sorii to tak, ja też to widziałam! To było w hospicjum jak Otto nam pokazywał swoich pacjentów. Fabi też tam była i widziała. A ta Annika to to taka była “na nie” jak żeśmy weszli do niej a jak wychodziłyśmy to miała takie tęskne spojrzenie za Sorią, że na pewno o niej myśli i tęskni. - zaśmiała się Pirora streszczając ten epizod wspólnej wizyty w hospicjum.
- Zresztą Fabi tak samo. Aż przebiera nóżkami aby znów się spotkać z naszą milady. - zaśmiała się na wspomnienie o uległej Bretonce.
- Ah, tak, ta Fabi… Nie poświęciłam jej ostatnio zbyt wiele uwagi. Kiedy nas odwiedzi? W Konistag? Na te wasze lekcje wyuzdanego języka? Dobrze. Będę jej się musiała przyjrzeć uważniej. Domyślam się, że nie będzie miała nic przeciwko. - wspomnienie o bretońskiej szlachciance przypomniało herold, że miała co do niej osobne plany.
- A właśnie Otto jak tam te nasze nowe zabaweczki? Coś wiadomo kiedy możemy się ich spodziewać? - zagaiła Pirora przypominając sobie, że nadal czekają na decyzję przeora w tej sprawie. Ten jednak dzisiaj nic na ten temat nie mówił a pewnie wezwałby Otto gdyby coś było wiadomo. No ale jutro też był dzień.
Mnich jedynie smutno wzruszył ramionami. Nie lubił sprawiać zawodu członkiniom zboru.
- Niestety jeszcze cisza, jutro zagadam do przeora. Może coś się uda.
- No oby. Mam nadzieję, że się nie rozmyśli. W końcu datki wziął i ode mnie i od Fabi. Jakby coś tam trzeba było to daj znać, w razie czego możemy znów was tam odwiedzić no ale nie chciałabym być zbyt nachalna. Mam nadzieję, że jakoś to się uda w miarę szybko załatwić. - Pirora przyjęła to do wiadomości całkiem spokojnie i na razie widocznie była gotowa pozwolić sprawie “nabierać mocy urzędowej” i toczyć się swoim trybem jednak zainteresowania trójką zabaweczek jednak nie zmieniała.
Otto kiwnął głową. Miał nadzieję wypchnąć trójkę pacjentów z hospicjum jak najszybciej. Przed zapowiedzianym przez Morrytkę następnym atakiem szaleństwa.
- A ci aktorzy to kiedy mają przyjechać? Przyjadą w ogóle jak ten turniej odwołany albo przełożony na “później”? Są tam w ogóle jakieś aktorki, że tak śmiało planujemy ich użycie? - zagaił milczący do tej pory Tobias.
- Co do Froyi to nie byłabym taka pewna czy wam ulegnie. To wielka, dumna wojowniczka. Jakby się urodziła u nas. Szkoda, że się nie urodziła. Wtedy byłaby naszym wodzem i walczylibyśmy ramię w ramię. - odezwała się Norma która rzadko zabierała głos w takich dyskusjach ograniczając się do roli gwardzistki rogatej wyroczni. Ale zimą akurat nawiązała cieplejsze relacje z młodą szlachcianką bo okazało się, że mają wspólne zainteresowania co do polowań i wojaczki. Zdecydowanie mniej ją interesowały sprawy jej alkowy. Młoda van Hansen jednak musiała zrobić na niej dobre wrażenie skoro teraz wypowiadała się o niej z takim uznaniem.
Heinrich zwrócił spojrzenie na Tobiasa.
- Cała trupa aktorska, aktorki też będą. Wielki festiwal i mieliby odpuścić ci z Salzburga? Szlachta by nie pozwoliła na stratę choć grosza, bo jakieś grajki nie przyjadą. To wydarzenie to duża sprawa, jedna martwa baba nie pogrąży im interesu. - odparł wprost - Czerwony Johan zbierał ochroniarzy właśnie dla tej grupy. Mieli pojawić się kilka dni przed wydarzeniem, a wyjechać nawet po kilku tygodniach. - odwrócił się i wyłowił wzrokiem jednego z khornitów - Rune, mówiłeś że zakręcisz się przy nim. Coś z tego wyszło?
- No miałem ale właściwie nie poszedłem. Mieliśmy tutaj sporo roboty a jeszcze nie było pewne kto z nas popłynie z wyrocznią to nie chciałem zaczynać coś nowego. Ale jak teraz wiadomo, że popłynie Egon no to właściwie mógłbym się tam przejść. Tylko wtedy jak o tym rozmawialismy to chyba jeszcze było przed pogrzebem. Nie wiadomo jak to z tym werbunkiem jest teraz. - Rune przyznał, że odpuścił tą niezbyt pirorytetową dla siebie sprawę. W końcu miała być okazją do jakiegoś dodatkowego zarobku z nowej fuchy. Jednak rzeczywiście jeszcze do niedawna niezbyt było pewne kto by miał popłynąć z Mergą do Norski. Dopiero na dniach się to wykrystalizowało, że między innymi kronitów reprezentowałby były, brodaty gladiator.
- A z tej trupy to tak, aktorki też będą. Cała trupa. Mężczyźni, kobiety i ci wszyscy pomocnicy. Kamila to nawet niektórych widziała na operach czy teatrze w Saltzburgu i ona ma najlepsze dojścia z nimi. Ja to ich nie spotkałam, wiem tyle co od niej. Ale mają opinię najlepszej trupy w Nordlandzie. I to z takimi egzotycznymi elementami jak dwoje czy troje z nich jest tak ciemnoskórych jak ona to ona ich uwielbia i strasznie chce ich zobaczyć na żywo tutaj. Nawet mają jedną czy dwie muzyczki albo tancerki z dalekiego Cathayu. Takie z migdałowymi oczami. W ogóle to one chyba są z Marienburga bo tam jest ich enklawa i to Kamila też pamięta jeszcze jak była dzieckiem i tam mieszkali. No w ogóle całkiem spora i barwna grupa ma przyjechać. Miał być najświetniejszy pokaz i otwarcie naszego nowego teatru. - Pirora odezwała się jako ta co była w ich spiskowej rodzinie pewnie najlepiej zorientowana w sprawach teatru i wyższej sztuki. I tej jaką organizowała z koleżankami w nowo otwartym teatrze jak i tych gościach z Saltburga co mieli uświetnić swoimi występami zarówno otwarcie tego nowego przybytku kultury w ich leśno - morskiej prowincji jak i coroczny, letni turniej. Sama Averlandka wydawała się przygaszona i przygnębiona losem jaki miał ich tutaj spotkać oraz konsekwencjami na przyszłość.
Joachim nieco się zgubił w tych wszystkich dyskusjach o trupach teatralnych, miał inne rzeczy na głowie. Ale na wzmiankę o Froyi zareagował.
- Aaron miał dzisiaj dziwny sen, co do którego nie wykluczamy że był znakiem od Vesty albo od innej z sióstr. Dotyczył on tego, że powinniśmy zdobyć jej krew do jakiegoś ważnego rytuału. Myślicie dziewczyny, że byłoby to bardzo trudne?
- Krew? Jej? - zapytała Łasica jakby się upewniała czy rozmawiają o tym samym. Po czym spojrzała na swoją partnerkę w zbrodni oraz resztę koleżanek. W końcu to one zdawały się być w całkiem dobrej komitywie z blondwłosą szlachcianką.
- Łatwiej by było na odwrót. Wystarczyłoby ją zaprosić i dać jej szpicrutę albo pejcz do ręki. - uśmiechnęła się Burgund co wywołało uśmiechy na pozostałych twarzach, nie tylko jej koleżanek.
- No ja ją mogę zaprosić do siebie. Albo spróbować się z nią umówić. Z tego co pamiętam to niestety Łasica jest jej ulubioną służką to może się na nią skusi jak z nią przyjdę albo u mnie ją zobaczy. - Pirora zaoferowała swoją pomoc bo jako szlachciance było jej najłatwiej umawiać się z innymi szlachciankami. Westchnęła nieco jakby miała za złe Froyi, że preferuje nie tą służkę co powinna ale nic nie mogła na to poradzić. Za to łotrzyca ubrana jak na bogobojną mieszczkę przystało uśmiechnęła się rezolutnie.
- Moja piękna milady wciąż o mnie myśli i pamięta? No spójrzcie jaka kochana! - uśmiechnęła się jakby ją rozczuliło takie stwierdzenie i chętnie była gotowa służyć van Hansen w takich prywatnych spotkaniach.
- Dobra, zaproś ją. I nas jakoś umów. Albo chociaż mnie. Oczywiście będę wam służyć jak zwykle a w międzyczasie gdzieś tam się ją dziabnie czy co. - powiedziała wesoło machając niedbale dłonią i klepiąc udo averlandzkiej szlachcianki aby dać jej zielone światło na takie umawianie z wielką panią.
- Tylko nie w Aubentag bo to pełnia to już jesteśmy umówione. - przypomniała Burgund na wszelki wypadek, że w końcu mają w planach małe spotkanie ze zwierzoludźmi przy starym, kamiennym kręgu za miastem. A to już było na początku przyszłego tygodnia.
Po zebraniu Otto wrócił do domu.
Następnego dnia miał zamiar odwiedzić świątynie, dowiedzieć się trochę o nowej kapłance Morra. Tej nocy miał zamiar przyjrzeć się swoim snom, może zobaczy coś godnego uwagi.
Potem oczywiście hospicjum, trzeba zobaczyć jak idzie transfer pacjentów, no i rozpocząć proces wprowadzenia Joachima. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 22 - 2519.07.08; bzt; ranek - popołudnie (1/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.08; Bezahltag; noc
Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, łag.wiatr, ziąbWszyscy
Gdy pierwsze sylwetki wynurzały się z czeluści piwnicy pod zwaloną wieżą była już głęboka noc. Cisza, bezruch i różne odległe odgłosy które niosły się pustymi, mrocznymi kanionami miasta świadczyły o późnej porze. Kultyści rozproszyli się wśród tych ulic i zaołków gdy każdy zmierzał do swoich domów. O ile tacy co sami zarządzali swoim dniem jak Pirora, Joachim czy Heinrich mieli szansę odespać tą zarwaną nockę to lud pracujący jak Otto czy łotrzyce udające skruszone grzesznice to im zapowiadał się bardzo długi i męczący dzień. Ale ten niecodzienny zbór, całkiem nie planowany wcześniej, w środku tygodnia, okazał się bardzo burzliwy ale i owocny. Nie tylko Merga przetłumaczyła zwoje Oster ale i ogłosiła im wszystkim co tam jest. A z jej interpetacji oraz słów Starszego wynikało, że chociaż opracowała to jedna z Sióstr, poświęcona jednemu z patronów to jednak sprawa dotyczy ich wszystkich. No i jest tylko ułamkiem dziedzictwa pozostawionego im w spadku przez mityczne Siostry jakie w końcu dostąpiły demonicznego wywyższenia stając się czymś więcej niż tylko śmiertelniczkami. Zresztą nawet obecność i możliwości Sorii świadczyć się zdawały za taką interpretacją w końcu nawet ona sama nie śmiała się choćby porównywać do swojej legendarnej matki i wyrażała się o niej z najwyższą czcią i szacunkiem.
Ale wracając z tego zboru, już pojedynczo czy w w duetach każdy chyba miał okazję przemyśleć to wszystko co zostało powiedziane, przedstawione i planowane. Chyba najwięcej emocji wzbudziły te zwoje i to co z nich wynikało. Starszy i Merga przykładali do tego wielką wagę. Pomysł Heinricha o zapłodnieniu nasieniem Oster aktorek jakie miały przybyć w trupie teatralnej z Saltburga na tutejszy turniej czy inne uroczystości spotkał się z wielkim poparciem ze strony liderowego duetu. Niemniej na tą chwilę niezbyt było wiadomo kiedy dokładnie ta trupa miałaby przybyć do miasta i kto dokładnie byłby w jej składzie. Ale informacji jakich udzieliła Pirora wynikało, że tak czy inaczej jakieś aktorki tam będą na pewno. Zapewne jakieś służki także. No ale na razie nie było tego wiadome jak to by miało wyglądać dokładniej. Poproszono Pirorę aby się tego dowiedziała bo w końcu z kultystów to ona zdawała się być najlepiej zaznajomiona w śmietance towarzyskiej miasta oraz sprawach teatru. Chociaż ona sama nie wyglądała aby tyrskała entuzjazjem na takie marnotrastwo utalentowanych dusz jakie tak długo starała się ściągnąć do miasta do świeżo otwartego teatru. Ogólnie dziewczęta poświęcone Wężowi zdawały się być najmniej pozytywnie nastawione do tego całego muszego projektu.
- Ale te aktorki chociaż to bardzo obiecujący trop to jednak sami wiecie, lepiej mieć wróbla w garści niż gołębia na dachu. Mimo wszystko rozglądajcie się za okazją do pozyskania nosicielek tu na miejscu. I najlepiej jak najprędzej bo jak słyszeliście ten rozwój nieco trwa i jak chcemy mieć gotowe muchy na dzień naszego ataku to musimy zacząć hodowlę jak najwcześniej. - Starszy już pod koniec spotkania zrobił takie podsumowanie tego wszystkiego co omawiali dzisiejszego wieczoru. Po różnych dyskusjach okazało się, że po opuszczeniu kobiecego łona to dalszy rozwój much Oster wydawał się względnie prosty. Paradoksalnie nawet samo zapłodnienie nie było takie trudne. Zabierało parę chwil i jak już się miało przed sobą nagą kobietę to wydawało się całkiem proste. Wystarczyło wsadzić tą krótką rurkę jej tam do środka i wstrzyknąć zawartość. O ile oczywiście zdobycie chętnej do rozebrania się kobiety nie było dla kogoś trudne. Najtrudniejszym etapem właściwie wydawało się te czekanie co dalej. Bo to miało zająć gdzieś od pół tygodnia do tygodnia. Tak mniej więcej. Więc nie działo się tak od razu, tej samej nocy czy dnia co by jeszcze taka nosicielka była w mocy kultystów. Tylko trzeba było czekać.
To oczywiście nie był kłopot gdy była w mocy kultystów. Silny bez wahania się zaoferował, że pozbieranie jakichś naprutych ladacznic z tawern nie powinno być trudne. A gdyby nawet nie były naprute to wystarczy jakąś znaleźć na ulicy, dać jej w łeb i można było zaciągnąć gdzie trzeba. Nawet jeśli to nie wszystko by poszło tak gładko czy tak prymitywnie jak to mówił khornita to wydawało się oczywiste, że nałapanie nosicielek na mieście nie powinno sprawić im większych trudności. Zwłaszcza jakby użyć siły jaką mieli Silny czy Rune albo wykorzystać jakiś podstęp z dużą ilością wina czy nawet numerkiem z ladacznicami. To wydawało się do zrobienia. Chociaż oczywiście każde takie porwanie niosło ze sobą możliwość wpadki. Jeden kłopotliwy świadek czy nawet pechowe nadzianie się na jakichś innych osiłków, wybawicieli czy straż miejską mogło narobić bigosu. Drugim wąskim gardłem było trzymanie takich branek w niewoli. Do tej pory Sigismundus trzymał je u siebie w piwnicy. Nawet jakby zwolnił z niewoli Loszkę to i tak miał do dyspozycji dwie cele w każdej mógł pomieścić jedną, góra dwie osoby. Rozważano czy nie użyć którejś z kryjówek kultystów. Albo “Starej Adele” albo tej pod zwaloną wieżą. Na razie zostawiono to jako plan rezerwowy bo Starszy wolał aby ich kryjówki pozostały ich kryjówkami. W przyszłości jak podsunął Otto można było wykorzystać do tego celu jaskinię Oster. Ale ona była za miastem. Szło się tam cały dzień. Trzeba by i tak jakoś znaleźć chociaż czasową kryjówkę na mieście dla tych schwytanych branek. A potem je jakoś przetransporotwać za miasto do tej jaskini. Całkiem spore przedsięwzięcie logistyczne. Zwłaszcza jak zauważalna część z nich miała wkrótce odpłynąć z Mergą więc zrobiłoby się ich jeszcze mniej. Starszy co prawda był dobrej myśli ale i tak trzeba było rozważyć jak to wszystko ugryźć.
- Może moi pobratymcy by mogli pomóc? Do naszej jaskini to tak z pół dnia. Można by u nich się zatrzymać. Z tymi brankami też. Chociaż musiałabym zapytać o to Kopfa i Opal. - zaproponowała Lilly bo w końcu pochodziła z jaskini odmieńców nawet jeśli od zimy mieszkała tutaj w mieście. Wciąż była razem ze Strupasem głównymi łącznikami z mutantami Kopfa. Starszy przychylił się do tej prośby a nawet ucieszył. Obiecał, że napisze list do Kopfa i ogólnie da wytyczne Lilly aby z nimi porozmawiała na ten zaszczytny temat. Więc zanosiło się, że lada dzień dziewczyna o liliowych włosach wyruszy za miasto w las aby zanieść to zapytanie ich mistrza do lidera społeczności odmieńców.
- No i widzicie drogie dzieci, cały ten ambaras z nosicielkami nam zbywa jeśli trafiłaby się ochotniczka. Wtedy ona dalej sobie żyje i robi co zwykle a jak wyda na świat pomiot Oster to przychodzimy na gotowe i wszystko zostaje bez zbędnych świadków. - westchnął zamaskowany mężczyzna bo to wydawał się przypadek idealny. Gdyby jakaś kobieta zgodziła się na zasianie i na dalszą współpracę to wydawało się, że są spore szanse, że udałoby się zachować sprawę w dyskrecji. A po paru dniach czy tygodniu odebrać wydany na świat owoc. Bez tego całego porywania, zamykania w celach, transportowania przez miasto czy za miasto co na każdym etapie było obarczone jakimś ryzykiem wpadki. Tylko znalezienie ochotniczki na taki numer nie zapowiadało się na łatwe zadanie. No ale należało mieć na uwadze aby znaleźć takie nosicielki, takie lub inne, w ten czy inny sposób.
Przy okazji planu z trupą aktorską dobrze było zakręcić się przy pannie van Zee bo to właśnie ona była tutaj główną dusza i sercem spraw teatralnych. Poza tym znała się osobiście z częścią aktorów i aktorek jakie w sporej mierze przyjeżdżali tu z jej inicjatywy i na jej zaproszenie. Nawet Pirora nie znała wszystkich detali ani tych aktorów osobiście. Zimą przez Salzburg tylko przejeżdżała zatrzymując się tam na krótki postój dla regneracji zmarzniętych sił i nie miała okazji go zwiedzić czy poznać się z kimś lepiej. Zaś tutejsza śmietanka całkiem regularnie jeździła do operu czy teatru w Saltburgu i w dobrym tonie było się tam pokazać co jakiś czas. Przyjechać z wrażeniami ze sztuki, jak wypadki aktorzy i reżyser no i z jakimiś nowymi ploteczkami ze stolicy. Tutaj nie tylko Kamila van Zee była taka obyta, to raczej Pirorę ominęły takie rozrywki bo była zbyt krótko a sprawy związane z remontem teatru i własnej kamienicy mocno ją absorbowały na miejscu.
Jak już zbierali się do wyjścia to dawało się zauważyć dużą różnicę w zachowaniu. Sigismundus był radosny jak skowronek. Jak dobry wujaszek jaki był gotów utulić do serca cały świat i swoich kolegów i koleżanki także. Puścić w niepamięć wszystkie złe słowa jakie między nimi stanęły gdy stali u progu tak świetlanej ery. Pirora i Łasica na odwrót. Wychodziły ciche jak pobita strona jakiejś bitwy. Dało się wyczuć, że im ten plany pochodzące z dziedzictwa Oster zdecydowanie nie przypadły do gustu. I o ile tydzień temu gdy sprawa była świeża i niejasna to jeszcze różnie mogło się potoczyć to teraz te wieści ze zwojów i to jak Merga ze Starszym przyklepali ten plan, w tej czy innej wersji ale przyklepali to trudno im było z tym dyskutować. Ale braku akceptacji nie ukrywały i entuzjazjmem nie tryskały.
- I pamiętajcie o snach. Własnych i cudzych. Wsłuchajcie się w nie, nie lekceważcie ich. Sióstr nie ma jeszcze w naszym świecie i sny są furtką do wsłuchania się w ich głosy. - poprosiła na koniec rogata wiedźma obdarzając ich ciepłym uśmiechem i złotym spojrzeniem.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.08; Bezahltag; południe
Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanieJoachim
Gdyby astrolog musiał wstawać z samego rana to zapewne by się nie wyspał. Na szczęscie ci byli znani z nocnego wpatrywania się w gwiazdy to nawet chyba nikogo za bardzo nie dziwiło, że potem przesypiają do południa. Tak czy inaczej Joachim wstał jak uznał za stosowne czyli jak się wyspał. Była już z połowa dnia gdy zdecydował się na poważnie otworzyc oczy. Chociaż widok za oknem nie budził zachwytu bo niebo było dość pochmurne. Dobrze, że w nocy dopisało mu szczęście i ładnie było widać gwiazdy. Wrócił prawie w ostatnim momencie. Swoim wprawnym okiem już po wyjściu z piwnic kryjówki pod wieżą zorientował się, że ma mało czasu. Co prawda do poranka było jeszcze parę, dobrych dzwonów ale teraz, w lato, tutaj na północy to przedświt przychodził wcześnie i kradł blade światło gwiazd już między drugim a trzecim dzwonem. A o czwartym to już nieboskłon wyraźnie zaczynał różowieć i blednąć mimo, że na ziemi panowała jeszcze głęboka noc. Dopiero po piątym dzwonie zaszynało tam szarzeć no ale wówczas to astronom już poza księżycami i najjaśniejszymi gwiazdami już niezbyt miał w co wycelować lunetę.
Zanim się rozstali to obie łotrzyce podziękowały mu za ofertę pomocy. Ale chyba nie wpadły na pomysł jak mogłyby użyć jego niezwykłych talentów. - A nie możesz przechodzić przez ściany? Przez drzwi by wystarczyło. Aby zobaczyć co za nimi jest. Bo jak nie to i tak my byśmy musiały ci otworzyć te zewnętrzne drzwi. A potem te od skarbca właściwie też. - zastanawiały się trochę niepewnie czy dobrze rozumieją opisaną moc. Ale już tak późno w nocy to nic nie wymyśliły jak tego talentu można by użyć. Jak bez ingerencji w świat materialny to chyba nawet dla kawału kopnąć kogoś w tyłek nie było można albo rzucić czymś aby odwrócić uwagę… Joachim mógł im potwierdzić, że nie, takich rzeczy się nie da. W tej bezcielesnej formie astralnego ducha mógł chodzić tam gdzie dałby radę wejść w swojej fizycznej formie więc przenikanie przez materię i jakakolwiek ingerencja z nią nie była możliwa.
- Wiesz, my byśmy musiały cię zobaczyć jak to wygląda. Czy rzeczywiście cię nie widać. Może coś wtedy byśmy wymyśliły. Bo zwykle obywamy się bez takich numerów bo my zwykłe dziewczyny z ulicy jesteśmy. Ale to miłe, że chcesz nam pomóc. - dodała od siebie Burgund i cmoknęła go w policzek. A Łasica w drugi. Po czym zaśmiały się wesolutko i ruszyły w ciemności nocy. A on w swoją stronę.
Tej nocy jednak zdołał jeszcze zdążyć do domu a z południowej do zachodniej dzielnicy to miał spory kawałek do przejścia. Ale zdążył na tyle aby złapać za lunetę i poobserwować gwiazdy. I zastanowić się co też one mogą nieść za wróżbę dla barona Wirsberga.
Co ciekawe to wyraźnie był wyraźny łucznik znany jako Sznur Limnera. To był symbol sprzyjający wenie artystów, precyzji rzemieślników i zamysłom wymagających finezji. Joachim nie był do końca pewny czy można by uznać barona za rzemieślnika czy artystę no chyba, że to miałaby być jakaś metafora. Albo jako śniącego ten swój dziwny, niepokojący sen. W każdym razie Sznur lśnił wczoraj pierwszorzędnie więc ogólnie wydawał się sprzyjać takim różnym finezyjnym i natchnionym projektom lub wymagających precyzji.
Co więcej dobrze też świecił Wielki Krzyż. Ten z kolei patronował jasności umysłu, podejmowaniu klarownych i właściwych decyzji i takich jakie dawały sznase na przynoszące efekty działania. Jeśli by wziąć pod uwagę, że pytał we wróżbie o barona jaki sprawił na nim wrażenie rozstrzęsionego i skołowanego to paradoksalnie wychodziłoby, że baron jednak jest trzeźwy na umyśle a nawet promienieje jasnością o ile by tak interpetować te skrzyżowane ze sobą gwiazdy z ostatniej nocy.
W oko wpadał też ciemny, bezgwiezdny obszar zwany przez maluczkich Wielką Pustką, Wielką Dziurą a przez uczonych Vobistem Ulotnym. To zwykle był złowróżbny znak. Podobno gdy był w pełni łowcy czarownic ruszali na łów aby palić heretyków i czarnoksiężników. Z drugiej jednak strony gdy się było takim czarnoksiężnikiem to niekoniecznie mógł to być zły omen. Wręcz przeciwnie, mógł oznaczać, że los mu sprzyja i aby podążał dalej swoją drogą. Chociaż był też symolem chorób psychicznych, majaków i przywidzeń i jeśli tak by potraktować sny barona no to niestety nie było to dla niego zbyt pochlebne.
Tak czy inaczej umówił się na spotkanie z baronem Wirsbergiem jutro. Czyli właściwie już dzisiaj. No i musiał mu coś powiedzieć. Tak czy inaczej będzie to rozmowa z baronem, przyjacielem państwa van Hansenów no i osobą z towarzystwa jaka całkiem możliwe, że opowie jak się sprawił tutejszy młody astrolog. Co więcej z tego co mówił wczoraj na dzisiaj zaprosił do siebie tą młodą morrytkę bo ona też uchodziła za eksperta od snów. Tylko nie było pewne czy na tą samą porę i czy się spotkają. W każdym razie gdy już za oknami gwiazdy bladły i na wschodzie niebo zaczynało zdradzać pierwsze oznaki przedświtu zdecydował się udać do swojego łóżka na spoczynek. I miał sen.
Właśnie sen go obudził. Snił znajomy widok. Chociaż w pierwszej chwili nie mógł rozpoznać co w nim znajomego. Dopiero po chwili się zorientował, że jest na ulicy. I jakieś kamienice są… Takie dziwnie wysokie. Jakby był małym dzieckiem i wszystko wydawało się większe… I trochę straszniejsze niż teraz gdy od dawna już był dorosłym mężczyzną. Zorientował się gdy zobaczył mur. Też wydawał się duży i trochę złowieszczy. Ale był kryty dachówką. Jak ten mur jaki okalał Akademię albo świątynie Mananna. Wtedy się zorientował, że to dziwnie przypomina sen jaki mu opowiedział baron Wirsterg… Nie miał pojęcia czy śni ten sam sen czy to jego imaginacja tak sobie zwizualizowała słowa szlachcica. Ale tak jak mu opowiadał usłyszał dzwoneczki. Całe mnóstwo drobnych dzwoneczków. Jeden taki mały łatwo by było przegapić ale musiało być ich wiele. Każdy dzwonił nieco innym tonem przez co trudno było się skupić na jednym i wyłapać jego dźwięk. Ale jako całość to tak, słyszał ich ładny, przyjemny dla ucha odgłos. Jak chór dziecięcych głosików śpiewających piękny psalm pochwalny.
Sam nie był pewien kiedy się znalazł przy murze. To już na pewno musiał być sen bo z bliska mur wydawał się jeszcze wyższy. Niebotyczny! Ale w snach to często się zdarzało, że rzeczy wydawały się być jakieś wypaczone i zakrzywione, niby podobne do tych co się znało ale jednak jakieś takie inne. I jak stał przed tym ogromnym murem to usłyszał… Właściwie to nie. Właściwie to poczuł bardzo charakterystyczny zapach. Znajomy każdemu żakowi, uczonemu czu chociaż wykształconemu człowiekowi. Zapach księgi. Takiej starej, jak się ją dopiero otworzy pierwszy raz i ten kurz, zapach papieru, zaschniętego inkaustu, wszystko uderza w twarz ze swoją mocą. Nie miał pojęcia skąd dochodził ten zapach. Bo nie widział żadnej księgi w pobliżu. Ale usłyszał coś nowego. Chrobot pazurów po bruku. Biegły! Coś wielkiego, groźnego i drapieżnego jak jakaś straszna bestia zerwana z łańucha. A przypomniał sobie jak baron opowiedział mu, że coś go goniło i rozdeptało pazurzastą łapą! To było w tym momencie tak sugestywne, tak przerażające, że jakaś szponiasta łapa zaraz go rozszarpie i wetrze w ten brudny bruk, że aż się obudził. Na szczęście bez żadnej szponiastej łapy nad głową, w swoim łóżku i sypialni, bez żadnych niespodzianek. I jak spojrzał za okno okazało się, że przespał już z połowę dnia. Ale chociaż mniej więcej się wyspał.
Potem zjadł śniadanie i mógł się zastanowić co dalej. Najpierw przejrzał na spokojnie swoje notatki jakie zrobił wczoraj z tego drugiego manuskryptu Oster. Razem z aptekarzem je notowali chociaż i Tobias chyba też coś zapisywał. Wczoraj grubas od Nurgla był dobrej myśli i Joachimowi wydawało się, że chyba słusznie. Ale tyle się działo i mówiono dookoła, że nie był do końca tego taki pewien. Dopiero dzisiaj jak usiadł wygodnie u siebie i miał okazję pożądnie się wczytać w swoje zapiski mógł się zapoznać z tym dokładniej.
Merga na pewno miała rację w tym, że to przypominało książkę kucharską. Parę łyżek tego, pokroić tamto, utrzeć to, dolać jeszcze coś… Tam podgrzać na tyle a tyle czasu, tu zostawić aby się zsiadło czy spleśniało… Nie wydawało się to trudne. Właściwie jak się nie wiedziało jaki ma to mieć efekt i do czego ma służyć to nawet nie brzmiało jakoś strasznie. Może poza fragmentami gdy ewidentnie pisało o larwach, czerwiach albo muchach. A tak to można było wierzyć, że chodzi o jakiś standardowy eliksir czy miksturę. On sam co prawda zielarzem czy alchemikiem nie był ale większa część przepisów wymagała po prostu uwagi i przestrzegania reżimu aby dodać to co trzeba, takie jak trzeba i wtedy kiedy trzeba.
Przepisów było kilka. Najkrótszy to się mieścił w paru linijkach i nawet nie było pewne czy to nie jest jakiś żart Oster albo Mergi. Bo brzmiał tyleż lapidarnie co brutalnie.
“Jeśli zależy ci na czasie a nie zależy na nosicielce napchaj do środka tyle świńskiego łajna ile zdołasz i dopilnuj aby tego nie wydłubała. Czerwie będą rosnąć jak na drożdżach ale los nosicielka rzadko bywa do ponownego użytku.”
Poza tym krótkim wpisem przepisów było kilka. Na przyspieszenie rozwoju czerwi w nosicielce i aby były większe i silniejsze. Na to aby kokony dojrzewały szybciej. Na dodatek do karmy dla dorosłych owadów aby rosły większe. Na to aby dojrzewały szybciej i by szybciej mogły składać kolejne jaja. Na to aby, na afrodyzjak który miał zwabiać dorosłe owady w dane miejsce na wypadek gdyby się rozleciały po okolicy a były potrzebne w tym, jednym miejscu.
Same przepisy pod względem składników rzeczywiście nie wyglądały jakoś bardzo skomplikowanie. Dwa gatunki pospolitych tutaj grzybów do tego mogły być ich zasuszone wersje, trochę runa leśnego w postaci czerwonych jagód i mchu, pająki razem z pajęczyną, surowe jajko… No nie, nie wyglądało to na coś bardzo trudnego do zdobycia. Pewnie dlatego wczoraj Sigismundus był taki ucieszony. Trochę zachodu było z tym, że niektóre rzeczy trzeba było poczekać aż się sok wyciśnie, aż się pleśń zmaceruje i całość się przegryzie ze sobą. Ale właściwie tą najprostszą wersję eliksiru na przyspieszenie pseudociąży to chyba jakby posłał Gunthera to do wieczora powinien wszystko kupić. A Sigismundus to może nawet miał większość tych rzeczy u siebie w aptece. Pewnie też dlatego tak wczoraj mu się oczka śmiały. Joachim nie miał takiej wprawy w aptekarskim rzemiośle jak tamten ale mimo wszystko opis wydał mu się na tyle prosty, że chyba mógłby i sam spróbować. Bo chyba Oster albo nie była tak skomplikowana w projektowaniu tych mikstur albo cechowała się dużą pragmatycznością w możliwości zdobycia poszczególnych składników do swoich przepisów. Zresztą jak urzędowała w tej okolicy no to tutaj pewnie i dziś były podobne składniki jak i za jej czasów.
Co więcej przepisy były tak ułożone, że do tych najprostszych wersji wystarczyło dodać kolejne składniki aby uzyskać mocniejszy efekt. Z tymi bardziej zaawansowanymi już nie był taki pewny czy byłoby tak łatwo zdobyć te brakujące elementy. Kwiat zielonego żonkila to chyba rósł na bagnach na wschodzie a te cieszyły się opinią niezbyt przyjemnego i przyjaznego miejsca. Zresztą całkiem zasłużenie. Same okropności miały tam mieszkać. Skrzek salamandry plamistej to chyba też tam. Nie był pewien czy kiedyś ją widział na własne oczy podobnie zresztą jak z tym zielonym żonkilem. Ale chyba jednak oba składniki były dostępne na tych bagnach a były niezbędne do tej bardziej zaawansowanej wersji. Do mistrzowskiej też. Ale jeszcze trzeba by mieć elfi miód. A to chyba było od pszczół jakie były w lesie tutejszych leśnych elfów. Tyle, że one ponoć strzelały do każdego kto im się władował w ich leśny matecznik więc nie zapowiadało się aby szło to łatwo zdobyć. Na takiej nadnaturalnej istocie jaką zapewne już wówczas była Oster to może nie robiło większego wrażenia ale dla zwykłego śmiertelnika to mogło się skończyć kiepsko taka wycieczka w elfie podwórko. No chyba, że jakoś bez tego by udało się dostać ten elfi miód. Potem musiał odłożyć te zapiski i przemyślenia bo zapukał Sven dając znać, że powóz barona przyjechał.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Szlachecka; rezudencja von Wirsberga
Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
Warunki: salon barona, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnieJoachim
Joachimowi podczas podróży znów towarzyszył ten sam, dystyngowany, nie młody już lokaj barona Wirsberga co wczoraj. Okazywał nienaganne maniery między innymi tym, że sam nie indagował rozmowy jeśli nie miał do zakomunikowania woli swojego pana. Paul razem z Joachimem wysiedli z powozu i lokaj zaprowadził go nieco tym razem gdzie indziej niż wczoraj bowiem do salonu a nie do sypialni.
- A jesteś mój drogi. Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Wczoraj wziąłem na noc te nowe krople na sen i… No może nie spałem jak dziecko ale przynajmniej bez snów. I bardzo dobrze, i bardzo dobrze. No siadaj, siadaj przyjacielu, Paul obsłuż pana. - dzisiaj dla odmiany ze dwa razy starszy od astrologa gospodarz wydawał się być w o wiele lepszym humorze niż wczoraj. No i był ubrany jak do przyjmowania gości a nie w nocnej koszuli jak wczoraj.
- To papo jak masz gości to ja uciekam. Cieszę się, że już ci lepiej. - młoda kobieta, ubrana jak szlachcianka, cmoknęła ojca w policzek i wyszła z salonu zostawiając ich samych. Po drodze jednak skusiła się posłać zaciekawione spojrzenie gościowi. Ale nie wypadało tej młodej damie zostawać przy rozmowach ojca z gośćmi, do tego innymi mężczyznami. Baron pożegnał córkę ciepło ale nieco w roztargniony sposób ciekaw widocznie jakie wieści przynosi młody astrolog.
- No i co tam mówią niebiosa? Coś się udało dowiedzieć w mojej sprawie? - zagaił gospodarz po wyjściu córki jakby nie mógł się doczekać tych wieści. Paul stał jak żywy posąg ze dwa kroki za swoim panem i nie ingerował w rozmowę. Aż na zewnątrz dało się słyszeć nadjeżdżający powóz jaki się zatrzymał niedaleko. Wkrótce drzwi salonu się otworzyły, weszła jakaś pokojówka, dygnęła grzecznie gościom i poczekała aż lokaj ją przejmie. Powiedziała coś do niego cicho a ten skinął głową.
- Jaśnie panie, przyjechała czcigodna Matka Somnium o jaką prosiłeś. - zaanonsował gościa czekając na decyzję swojego pana.
- O! I bardzo dobrze, bardzo dobrze! Poproś tą zacną kobietę niech nie czeka! - zaśmiał się baron ucieszony takimi wiadomościami. Kamerdyner więc dał znak służącej i ta znów dygnęła wychodząc i zamykając za sobą drzwi. Zaś lokaj już przy nich został skoro niedługo i tak powinna przez nie wejść młoda kapłanka w czerni.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Metalowa; mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.08; Bezahltag; południe
Warunki: mieszkanie Heinricha, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanieHeinrich
Dobrą stroną posiadania słusznego wieku było to, że nie trzeba było zaczynać dnia o świtaniu. Tylko można było wstać wtedy kiedy się chciało i uznało za stosowne. No albo jak kogoś sen obudził. Tak jak jego dzisiaj. Sam nie miał pojęcia czemu mu się przyśnił. Może to te ostatnie słowa rogatej wiedźmy aby mieli baczenie na swoje i cudze sny? Może to to o czym rozmawiali przez cały wieczór o dziedzictwie Oster i nie tylko? I tym jego pomyśle o aktorkach jaki dwójka liderów ich spaczonej rodziny zaakceptowała praktycznie z miejsca. Ot jedynie zostało ustalić parę praktycznych stron tego pomysłu ale właściwie został zaakceptowany. A Sigismundus to prawie go nosił na rękach za tak genialną myśl. Już na zborze ale i na koniec spotkania to prawie się rozpływał od wdzięczności i wzruszenia.
- Genialne! Genialne Heinrichu! Taki cudowny użytek z tych rozwydrzonych ladacznic! I w tak szlachetnym i zbożnym celu! Genialne! Gdybyś czegokolwiek potrzebował do tych aktorek czy czego innego to tylko daj znać. Póki będę w mieście to postaram się zrobić co się da! Potem jak pewnie widziałeś przeprowadzę się do tej jaskini ale to nie tak z dnia na dzień, na razie będę mieszkał tu, z wami. - wydawało się, że dzięki swojej śmiałej wizji były łowca czarownic wiele zyskał w oczach aptekarza. Chyba tylko z Otto żegnał się równie wylewnie. Za to zarobił krzywe spojrzenie od Łasicy więc ona chyba nie pochwała tego projektu. No ale to jeszcze było wczoraj w nocy. Zanim ruszył samotnie ku swojej kamienicy i wynajmowanemu mieszkaniu. A potem był sen. Całkiem wyraźny. Też chyba w nawiązaniu do tego co się działo na tym wczorajszym spotkaniu.
Bo śniły mu się… No chyba te aktorki… Chociaż nie, najpierw ktoś zapowiadał, że będzie wielka sztuka, wielcy artyści, wiele niespodzianek… Te wielkie niespodzianki jakoś wydały mu się szczególnie trafne a i zabawne. Potem to nie był pewny czy coś było jak tak to chyba tego nie zapamiętał po przebudzeniu. W każdym razie w końcu na scenie były one. Dwie aktorki odgrywające swoje role. Publiczność słuchała i oglądała w zachwycie. On właściwie też. Tylko, że wiedział coś czego nie wiedzieli oni. Że one, tam pod ubraniem, pod tymi kolorowymi sukniami i gorsetami ściskającymi szczupłe talie jakie im tak zazdrościły niejedne damy z widowni, one tam jeszcze pod spodem, w środku, miały prawdziwą niespodziankę. Ekscytacja publiczności rosła widząc, że sztuka zbliża się do wielkiego finału a Heinricha rosła jeszcze bardziej bo chociaż znał prawdziwe zakończenie to jednak nadal było przyjemnie na nie czekać i oglądać na własne oczy.
Wreszcie obie siadły na krzesłach. Każda na swoim i dalej odgrywały swoją rolę do końca. Po czym wolno, nieskończenie wolno zaczęły się schylać i uśmiechać. Sięgały po rąbek swoich spódnic. Heinrich wiedział, że to wywoła zaskoczenie i może nawet zgorszenie. A może i fascynację? W końcu to była wielka sztuka! Z samego Saltburga.
- Muszę ci powiedzieć, że trochę mi ich szkoda. Ale zawsze mnie trochę irytowały. Zadzierały nosa. No i przecież w każdej wielkiej grze są pionki do zbicia prawda? Tylko nie powinien wiedzieć, że jest pionkiem, lepiej niech myśli, że jest figurą, niech myśli, że jest ważny. Niezastąpiony. Wtedy się łatwiej nimi gra. - gdy spojrzał na mówiącą to stała tuż obok niego. Też jako widz siedzący na krześle tak jak i inni. Tylko pod ścianą a on tak raczej siedział w środku. Nie widział jej twarzy bo cień, bo włosy, bo kaptur. Ale gdy patrzył w bok, z bliska na jej niby płaski, zgrabny brzuch to też wiedział, że ona też to tam ma. To samo co kobiety na scenie jakie lada chwila miały ujawnić swoje splugawienie i sromotę. Ten jej brzuch tak przykuł jego uwagę, że się obudził. Zapamiętał tylko fiolet. Ciemny fiolet. Na jej dłoni. Nie był pewny co to było. Lakier na paznokciach? Rękawiczki? Pierścionek? Jeszcze coś innego? No coś w ciemnym fiolecie na dłoni. Dłoni jaką matczynym ruchem położyła na swoim brzuchu.
No a potem się obudził i już nie zasnął. Zostało mu zejść z łóżka, przygotować się na nowy dzień, zjeść co przygotowała Ilse no i pomyśleć nad tym wszystkim. Właściwie wczoraj nie było tak źle. Ani go noga nie rwała i jak już poszedł na spotkanie to byli prawie wszyscy. No i okazało się, że mają przełom w tym poszukiwaniu dziedzictwa Czterech Sióstr. Jak przyszedł to Starszy i Merga też go przywitali ciepło jak para dobrych gospodarzy dawno nie widzianego krewnego. Wiedźma pytała o nogę i czy maść pomogła. Bo teraz miała wkrótce odpłynąć do dzikiej, mroźnej północy ale jak maść by działała to mogła przygotować jej zapas przed odjazdem. Albo nawet zostawić przepis Starszemu aby mógł to przygotować samemu gdyby jej zbyt długo nie było. Więc powitali go całkiem rodzinnie. No a potem było to tłumaczenie zwojów przez Mergę i omawianie tego, planu obrabowania świątyni no i różne mniejsze i większe na bliższą i dalsza przyszłość. Jak już się żegnali i rozstawali podszedł do niego Rune.
- To coś myślisz działać z tym Czerwonym Johanem? Będziesz coś z nim gadał? Ja mam się do niego zgłosić? Mam się powołać na ciebie czy lepiej aby nas nie kojarzył ze sobą? - zagaił go były weteran wojenny bo skoro jednak miał zostać a nie płynąć do Norski to mógł się czymś zająć. Chociaż i tak jakby trzeba było porywać jakieś dzierlatki na rozpoczęcie hodowli czy szykować tą jaskinię za miastem to pewnie i jego by tam przydzielono bo trochę mało ich tu zostawało na miejscu a zadań zdawało się przybywać z każdym dniem.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
Warunki: salon Pirory, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnieHeinrich
Bursztynowa to była z punktu widzenia metalowego kuternogi po niewłaściwej stronie miasta. Bo on mieszkał na południe od centrum a ona właściwie w samym centrum, bo Bursztynowa odchodziła na północ od Markplatz. Ale jak się nie musial z nikim ścigać ani spieszyć to dotarł tam kiedy mu było wygodnie.
Drzwi otworzyła mu zgrabna, młoda brunetka w ubrabiu pokojówki. Chociaż z nieco przykrótką spódnicą. Widać było zakończenie trzewików i kawałek łydek. Co by już podchodziło pod pewną dozę frywolności i dobrze wychowane damy ani tym bardziej ich służba nie powinny zachowywać się tak swobodnie. No ale panna van Dyke jako przybysz z południa Imperium, do tego miłośniczka i mecenas sztuki miała pewną dyspensę na takie detale więc pewnie i służba chociaż u niej w nieco mniej klasycznych sukniach do samej ziemi. Ale zachowywała się jak na służbę przystało.
- Proszę zaczekać. Sprawdzę czy panienka jest na górze. - poprosiła go ta młoda pokojówka zgodnie z zasadami etykiety. Po czym poszła schodami na górę i przez chwilę słyszał jej odchodzące kroki. Po czym na odwrót, jak się zbliża, schodzi po schodach i zatrzymała się przed nim obwieszczając, że panienka jest, przyjmie go więc prosi aby udał się za nią. Tak wszedł jej śladem na piętro i tu co mogło trochę dziwić w korytarzu już czekała na niego blondwłosa gospodyni.
- Dziękuję Kristen, sama już się panem zajmę. - powiedziała grzecznie i odprawiła służkę. Ta dygnęła jej na pożegananie, skłoniła się przechodząc obok gościa po czym słychać było jak schodzi po schodach na dół. Pirora nie czekała aż zejdzie do końca tylko od razu zaczęła mówić.
- Witaj Heinrichu. Muszę cię ostrzec, że Oksana jest u nas. Przywiozła tą suknię co Otto zamówił u nich dla Sorii. Jest śliczna! Soria bosko w niej wygląda! Ale Oksana jest, że tak powiem z sąsiedniej rodziny. Wie o nas i często bawimy się razem. Ona jest ulubioną dominą Fabi. Chociaż mi też robi za prawą rękę jak się bawimy w loszku. Poznałeś już ją? No nic no to teraz poznasz. Nie bój się, obędzie się bez żadnych bezeceństw. Tylko przymierzamy suknię. I wszystkie jesteśmy ubrane. - krótko streściła mu dlaczego do niego wyszła i chciała go uprzedzić kto jeszcze jest dzisiaj z nimi. O samej Oksanie, Hubercie i Fabienne to Heinrich trochę słyszał. Głównie przez plotek o ich konszachtach i romasach z ich wężowymi dziewczętami i spotkania w loszku jaki Pirora miała w piwnicy. No ale sam to tej sąsiedniej rodziny jeszcze nie spotkał. Trochę ich kojarzył z widzenia z porannych mszy jak mu ktoś z rodziny ich pokazał to mniej więcej wiedział czego się spodziewać. Hubert to taki ich lider jak w ich zborze Starszy. Tylko nastawiony na czczenie Księcia Przyjemności. Fabienne była czarnowłosą i bladolicą bretońską szlachcianką jaka wyszła za tutejszego kapitana statku. A Oksana była ich krawcową, projektantką i kochanką. No i ponoć pierwszorzędną dominą w zabawach w loszku czy alkowie. Łatwo ją było rozpoznać po dwukolorowych włosach. Przy skórze były jasno blond i stopniowo ciemniały aż przy końcówkach przechodziły w tak ciemny kasztan, że wydawały się prawie czarne. Końcówkę wypowiedzi Pirora pozwoliła sobie przejść w lekki i żartobliwy ton.
- Zastanawiałyśmy się właśnie czy by jej nie powiedzieć o tym, że szukamy nosicielek. Ona jest tu dłużej od nas i chwali się, że kogo to ona pod butem i pejczem nie miała. Kobiety też. Zresztą widać po Fabi. Ale nie tylko ją. No i mieliśmy szukać nosicielek. Tylko nie jestem pewna czy gadać z nią o tym czy nie. W ogóle o Siostrach to wiedzą ale to o muchach i reszcie to świeża sprawa to raczej nie. - zagaiła jakby właśnie sama łamała sobie głowę czy wspominać o tych ich poszukiwaniach koleżance i kochance z sąsiedniej rodziny czy lepiej nie. Brzmiało jakby ta miała spore towarzyskie znajomości i to wśród płci pięknej także a i częściowo już i tak wiedziała o Siostrach. No ale jednak bez takich drastycznych detali jakie wczoraj padły na spotkaniu pod zwaloną wieżą. A później zaprosiła gościa aby zrobił te kilka ostatnich kroków do widocznych drzwi do salonu.
Gdy weszli tam oboje to rzeczywiście wyglądało jak przymierzanie nowej sukni. Soria stała przed dużym a więc pewnie drogim lustrem i oglądała z zaciekawieniem swój własny wizerunek. Zaś obok niej stała młoda kobieta która w ogóle nie kojarzyła się z czymkolwiek dominującym. Miała skromnie upięte włosy, szpilki w ustach i koncentrowała się coś tam poprawiając przy barku klientki i krawędzi sukni. Sama była w o wiele skromniejszej spódnicy. Chociaż… Chociaż była w niej ukryta elegancja. Tam sztuczna róża, tu wyszywany pieczołowicie kwietny wzorek, tu z pozoru skromne wycięcie w boku jakie nie było od razu widoczne aż nie zrobiła szerszy krok aby sięgnąć po nożyczki i wtedy dało się zobaczyć kawałek całkiem zgrabnej nogi odzianej w pończochę. Pończochy były domeną szlachcianek bo to był eksluzywny i drogi towar na jakie zwykłe praczki czy szwaczki nie było stać. Albo krawcowe. No i kurtyzany z wyższej półki to jeszcze używały takich drogich rzeczy. A ta tutaj niby taka zwykła, prosta krawcowa a miała na sobie pończochy. Obie widząc, że mają gości odwróciły się do niego.
- I jak ci się podoba Heinrichu? - zapytała Soria kokieteryjnym tonem odwracając się do niego frontem i przybierając jeszcze bardziej kokieteryjną pozę. Oksana zwinnie usunęła się w bok aby nie zasłaniać widoku. Zaś modelka w tej krwistej czerwieni prezentowała się śmiało i powabnie. Może nawet nieco zbyt wyzywająco bo na takie śmiałe linie mogła sobie pozwolić tylko nietuzinkowa i pewna swoich pleców dama. Inaczej mogłaby wywołać zgorszenie i liczne plotki tak śmiałym by nie rzec wyuzdanym tonem. Ale przynajmniej na ten moment sama modelka wydawała się cieszyć nową zabawką, podobnie jak projektantka sukni no i gospodyni tego lokalu. Powitanie więc zaczęło się całkiem przyjemnie i w żartobliwej, przyjacielskiej atmosferze.
- A w ogóle to tak się wczoraj niespodziewanie zjawiłeś, że cię właśnie obgadywałyśmy. Napijesz się czegoś? - zagaiła do niech averlandzka szlachcianka chwilę później nie wychodząc z roli dobrej gospodyni podeszła do stolika z ciastkami i napitkiem.
- Ciebie interesują sprawy alkowy? Bo jak tak to mam taką, jedną koleżankę. Szlachcianka, wykształcona, oczytana, dobrze wychowana, zafascynowana sztuką i poezją. Znam ją właśnie z kółka poetyckiego u Kamili. Dzisiaj tam zabieram Sorię, niech promienieje i ich olśni swoim blaskiem. - van Dake mówiła dalej odwracając się do gościa i podając mu pełny kielich gdy projektantka i jej modelka znów zaczęły coś gmerać przy czerwonej sukni. Ale sądząc po spojrzeniach i uśmiechach też były filuternie ciekawe tej rozmowy.
- No i właśnie ta koleżanka ma baardzoo wielką słabość do zmarszczek. Dla niej prawdziwy mężczyzna zaczyna się w okolicach szóstego krzyżyka. Kobieta zresztą też. Chociaż jak dominująca to może być nawet w jej wieku bo w posłuszeństwo też się lubi bawić. No piąty krzyżyk no chociaż czwarty no to może chyba przymknąć oko. No a taki dystyngowany, starszy pan jak ty to myślę, że mógłbyś być w jej guście. No chyba, że cię nie interesują takie sprawy no to nie. Ale jakby coś było na rzeczy to tylko powiedz. Dobrze pójdzie to będzie dziś na wieczorku poetyckim u Kamili to mogłabym jej wspomnieć, że mam dla niej nowego amanta w interesującym ją wieku. Bo czasem pomagam jej zorganizować takie schadzki. A takie młokosy jak nasz Otto czy Joachim to jej w ogóle nie interesują. Może na Tobiasa by raczyła zwrócić uwagę. - powiedziała siadajac wygodnie na ozdobnym krześle i popijając wino ze swojego kieliszka. Czekała z wpatrując się w gościa z zaciekawionym uśmiechem i wyglądało, że mimo to pyta na poważnie i naprawdę zna taką koleżankę co preferuje starszych kochanków. Najlepiej o wiele starszych. No ale gdyby Heinrich nie był zainteresowany takimi zabawami to nie miała zamiaru drążyć tematu.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 22 - 2519.07.08; bzt; ranek - popołudnie (2/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.08; Bezahltag; ranek
Warunki: mieszkanie Otto, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanieOtto
Trudno było powiedzieć aby wstawał rano wypoczęty. Co nie dziwiło. Wrócił do siebie późno w nocy, pewnie już było z godzina albo dwie po północy. Ale jeszcze było ciemno jak w nocy czyli raczej późno niż wcześnie. Wrócił z tego niezapowiedzianego spotkania całej ich spaczonej rodziny. Plany i ambicje ta rodzina miała wielkie, cele zaszczytne ale i ograniczone środki oraz wielu wrogów i przeciwności. Jednak nawet wczoraj udało się ustalić jakiś konsensus. Najszczęśliwszy z wczorajszego spotkania to wychodził chyba Sigismundus. Grubas prawie leciał na skrzydłach tej szczęśliwości aby jak najprędzej zasiać nasienie Oster w łonach dwóch nosicielek jakie trzymał w piwnicy. Ale wcześniej zwłaszcza z Heinrichem i Otto żegnał się bardzo wylewnie, wręcz wydawał się być wzruszony jak bardzo obaj przysłużyli się sprawie Oster. Do jednookiego mnicha miał jednak pewną sprawę gdy tak na chwilę rozmawiali sami.
- Słyszałeś co mówiła Onyx? Mówiła, że ona tam ma w robocie jakąś co lubi z robakami. Gadałem z nią teraz mówi, że niczego nie obiecuje ale może jej powiedzieć i przyprowadzić aby obejrzała te robaki. Tylko ja się boję, że znów mnie poniesie. Jak tydzień temu z naszymi dziewczynami. I ją spłoszę. Może ty byś z nią pogadał? Tobie to lepiej wychodzi. Z tobą jakoś normalnie gadają. Bo jakby się zgodziła i dała sobie wstrzyknąć no to… Nooo! To by było! Chociaż jeden miot w końcu to tylko parę dni, może tydzień. Umówiłbym was jakoś, ona by ją przyprowadziła jak ci tam pasuje na który dzień i byś z nią pogadał co? - poprosił go przed rozstaniem aptekarz. Wcześniej na naradzie Onyx rzeczywiście coś wspomniała o jakiejś koleżance z pracy co ma takie pokrewne zainteresowania no i widocznie to grubas wyłapał. Ale sam sobie nie dowierzał, że w gorączce emocji w ostatniej chwili nie spłoszy ladacznicy swoją zamaszystością i ekspresywnością. Bo jeszcze Lilly coś mówiła podobnego no ale tamta miała być tam u nich w jaskini za miastem a ta od Onyx to prawie pod ręką bo tutaj na miejscu, w mieście a jak jeszcze pracowała razem z Onyx to pewnie widywały się co noc albo prawie.
A potem jeszcze ostatnie pożegnanie, uścisk i czas było wracać do domu. Przez te bezpańskie, skryte w nocnym cieniu ulice. Gdzie po omacku łatwo było wdepnąć w coś paskudnego czy kopnąć coś zbyt twardego aby to kopać. W końcu wrócił do siebie, zamknął drzwi, poszedł do łóżka i zasnął. I śnił.
Śnił taki sen, że gdyby wciąż był w zakonie to powinien natychmiast biec do spowiednika albo sam wybrać sobie pokutę za taki nieprzyzwoity a wręcz plugawy sen! Żaden prawy obywatel by nie mógł przejść spokojnie na takie obrzydliwe obrazy!
Śniło mu się bowiem kobiece łono. Całkowicie nagie. Nawet bez żadnego włoska nie mówiąc już o bieliźnie. Widział je jak na dłoni bo było gościnnie zaprezentowane tuż przed nim. Kobieta musiała leżeć na plecach. Jej blady srom pulsował w podobnym rytmie jak szybki oddech jej brzucha. Zaś uda były szeroko i zapraszająco rozchylone. Jakby jakaś wyuzdana ladacznica czekała na przyjęcie kochanka. Albo kobieta szykowała się do poczęcia nowego życia. Tylko wtedy brzuch powinna mieć brzemienny a ten na taki nie wyglądał. Jednak to był poród. Widział jak brzuch kobiety zaczyna przyspieszać, jak ona sama jęczy i sapie coraz częściej. A coś tam przepycha się z jej wnętrza na zewnątrz. Chociaż tego nie widział to wiedział, że tak właśnie jest. Coś wijącego i żwawego co torowało sobie drogę na zewnątrz. Już wydawało się, że coś zaczyna być widać ale wtedy właśnie się obudził. Ujrzał blade szczeliny wbijające się do środka przez szpary w okiennicach i zorientował się, że ma niewiele czasu aby zdążyć do hospicjum na swoją zmianę. Prawie zaspał co po takiej zarwanej nocy nie było dziwne. Ale musiał się pospieszyć jak nie chciał się spóźnić na całego.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
Warunki: hospicjum, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnieOtto
Dzień w hospicjum się dłużył. Dawno nie musiał przychodzić z samego rana po tak kiepsko przespanej nocy. Na pocieszenie miał wspomnienia z wieczornego spotkania gdzie przecież zapowiadało się na spory postęp w ich zaszczytnej sprawie. Ale póki co musiał się zmagać z prozą życia. Z samego rana przeora nie było. Załatwiał jakieś sprawy w ratuszu. Więc Otto musiał zająć się swoimi zwyczajowymi obowiązkami. Z czwórki ulubionych pacjentów to oględziny wyszły mu różnie.
Thorn nadal patrzył na niego spod byka. Co prawda już się nie rzucał na drzwi i nie darł się na jego widok, że go dorwie i tak dalej ale spojrzenie nadal nie wróżyło mnichowi nic dobrego gdyby nie dzieliły ich drzwi i ściany.
U Anniki właściwie było bez zmian czyli bez sensacji. Promieniała niemą obojętnością z domieszką pogardy dla świata. Poza tym jednak nie sprawiała kłopotu i jak to miała w zwyczaju nie kwapiła się do rozpoczęcia samej rozmowy.
Właściwie chyba tylko z Mariką i Georgiem dało się jakoś normalnie porozmawiać. A zastał ich razem na stołówce. Ona jaka ta “prawie normalna” bo na tle różnych stadiów, różnych chorób na jakie cierpieli pacjenci hospicjum rzeczywiście była prawie normalna. Jakby nie ten jej wyskok z zeszłego tygodnia to by można ją wziać nawet za jakaś pracownicę hospicjum. I dziś miała szorować gary. Jak Otto wszedł do odremontowanej stołówki to już obok niej stało kilka z nich całkiem ładnie wypucowanych. Braciszkowie przydzielili jej dzisiaj nieco lżejsze zadanie. Może z powodu plotek o tym, że ma szanse stąd wyjść i to na służbę do wielkiej pani. Szorowanie garów może niekoniecznie było lżejszym zadaniem niż szorowanie podłóg, schodów czy wielogodzinne pranie. Ale na pewno trwało krócej.
Drugim zadaniem Mariki miało być pilnowanie Georga. Ten dzisiaj miał już dużo mniejszy bandaż na głowie więc rany musiały się goić. Siedział niedaleko koleżanki z zawziętością małego chłopca układał na stole piramidę z klocków. Swoim zwyczajem zdawał się nie zauważać mnicha nawet jak ten przywitał się z nimi. Klocki zdawały się pochłaniać całą jego uwagę co wyglądało dość zabawnie z racji tego, że był to już rodosły mężczyzna gdzieś na pograniczu młodego i średniego wieku. Ale nie licząc powitania to właśnie on odezwał się pierwszy.
- Mówiłem, ci że przyszedł. - powiedział chyba do Mariki chociaż sam dokładał właśnie kolejny klocek. Na oko mnicha to wcześniejszy rząd był ułożony “na styk” co nie wróżyło tej konstrukcji zbyt dobrze zwłaszcza jak się dokładało kolejne klocki.
- Phi! Mówiłeś też, że nie mam majtek. - skwitowała to wesoło dziewczyna jakby oświadczenie kolegi nie robiło na niej większego wrażenia.
- Bo nie masz. Albo nie… Nie miałaś? Miałaś? Aaa… Albo to jutro będzie… Chyba tak… Ciężkie to miesza mi się… Chyba jutro nie będziesz miała. W przyszłości, tak. No chyba, że to było i wcześniej ściągałaś… - chłopiec w ciele mężczyzny znieruchomiał swoją dłoń z klockiem jaki już miał dostawić na szczyt piramidy gdy rozmowa z koleżanką go pochłonęła do reszty. Wydawał się być w pełni skoncentrowany właśnie na tym.
- E tam, do dupy te twoje wróżby! Co to za wiedza jak mogę ściągać te majtki wczoraj, dzisiaj albo jutro? - roześmiała się wesoło dziewczyna i chlapnęła Georga wodą ze swoich mokrych dłoni. Krople poleciały w jego stronę i niektóre spadły na niego, część na stół, podłogę albo klocki. Jedna na ten klocek jaki trzymał wciąż z nieruchomej dłoni.
- Widzisz? - zapytał wskazując wzrokiem na kroplę jaka powoli ściekała w dół klocka a gdy doszła do krawędzi zaczęła się na niej chybotać.
- Co? - zapytała dziewczyna niezbyt chyba wiedząc na co ma patrzeć i co chce jej pokazać. Spojrzała pytająco na jednookiego mnicha ale ten też widział tylko drgającą na krańcu klocka kroplę wody. Chyba, że chodziło o sam klocek. Albo piramidę. Ale to na kropli chyba koncentrowała sie uwaga tego dużego chłopca.
- Nici. Pajęcze nici. Idą do ciebie. Będziesz cała w niciach. W kokonie. W pajęczym kokonie. - powiedział poważnie pokazując palcem nic. Ale tak jakby od tej kropli biegła ta pajęcza nić o jakiej mówił wprost do siedzącej obok koleżanki. Marika zamrugała oczami i chyba nie wiedziała co ma na to powiedzieć. Znów podniosła głowę i spojrzała pytająco na Otto.
- Tak on z nimi rozmawiał. Szuka ich. I innych rzeczy. Tak, oni tego szukają. Mają coraz więcej nici. Muszą je łapać i iść po nich. Duży mętlik, dużo osób wczoraj było. Skomplikowane. Głowa mnie boli. - poskarżył się duży chłopiec jakby osiągnął jakiś swój limit i miał już dość. Odłożył klocek obok piramidy i wyglądał na zgaszonego.
- Może idź się połóż do łóżka? Jak chcesz to przyniosę ci obiad. - zaproponowała koleżanka całkiem siostrzanym tonem. Ale George nie odpowiedział. Wpatrywał się gdzieś w przestrzeń jakby już go tu nie było.
- A tak, już wiem… Bo ty zabrałeś Thornowi kobietę. Dlatego tak cię teraz nie lubi. No tak, tak… Ale to nic. Dasz mu nową to się uspokoi. On nie chce ciebie tylko kobietę. Dawno żadnej nie miał. A ty mu ją zabrałeś sprzed nosa. Ale jak mu jakąś dasz to mu przejdzie. Chce kobiety a nie ciebie. Sprzątałem dzisiaj u niego. Nic mi nie zrobił. Ale słyszałem go. Co ma w głowie i sercu. Dużo miejsca mu zajmujesz. I ta ładna pani z czarnymi włosami. Aha i Annika. Jest brudna. Śmierdzi. Chce się wykąpać. Nie wychodziła z celi od zeszłego tygodnia. Nie dają jej wody do mycia. Czuje się brudna, lepka. I myśli o tej ładnej pani z wężami. Zaczarowała ją chyba. Tak myśli. Chce to zmyć. Bo jest lepka, brudna i śmierdzi. Ale sama nie poprosi. Nikogo o nic nie prosi. Nikt jej nigdy niczego nie dał. To nie prosi. I bracia ci zazdroszczą. Bo oprowadzałeś ładne, bogate panie. A oni nie. I teraz dały duży datek to przeor cię lubi. Rozmawia z tobą. Wcześniej nie zwracał na ciebie uwagi a teraz traktuje jak ulubieńca. I patrzą się na Marikę jak podwija habit. Albo jak szoruje podłogi na czworakach. To patrzą się na nią. - George zaczął mówić sennie jakby właśnie był w jakimś śnie albo transie. Mówił wpatrzony gdzieś w nie wiadomo gdzie jakby słuchał jakiejś rozmowy, widział jakieś obrazy, czytał książkę czy oglądał jakąś sztukę. Albo wszystko to na raz albo coś jeszcze innego. W każdym razie skóra mogła scierpnąć jak się słyszało te słowa jakie mówiły o rzeczach jakich taki idiota chyba nie powinien móc wiedzieć. Kto co myśli? Kto co powiedział jak go przy tym nie było? Jakie kto ma potrzeby? Dziwnie to wszystko brzmiało.
- Dobrze, będę zmęczony i zaśpię na obiad ale dziękuję, że mi przyniosłaś obiad to bardzo miłe z twojej strony. Jesteś dla mnie bardzo miła. Daruję ci, że uważasz mnie za dziwnego i trochę się mnie boisz. - powiedział przyjaźnie niczym mały chłopiec zwracając się do dziewczyny która znów chyba nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Bo w końcu tylko się uśmiechnęła nieco sztucznie i nie protestowała kiedy ten zbierał się do wyjścia ze stołówki.
Potem było już niewiele czasu do obiadu. I zaczął się sam obiad. Z przeorem bo zdążył widocznie wrócić z miasta. Wszyscy zasiedli do wspólnej wieczerzy, odmówili modlitwę dziękczynną i zjedli całkiem nie tak skromny posiłek. Nawet jakieś kawałki ryby i kiełbasy były dzisiaj na talerzach czyli całkiem bogato. Po obiedzie przeor sam wezwał Otto do swojego gabinetu.
- Jesteś chłopcze. Bardzo dobrze. Mam dla ciebie dobre wieści. Właściwie dla Frau von Mannlieb. Annikę można przenieść. Już napisałem list do naszej dobrodziejki. Zaniesiesz jej. Tu na kopercie masz adres, to w Północnej Dzielnicy oczywiście. - powiedział na wstępie podnosząc zalakowaną kopertę jaka po złamaniu pieczęci była jednocześnie listem. Przeor wydawał się w dobrym humorze. Obrzucił podwładnego spojrzeniem jakby się zastanawiał czy będzie się prezentował odpowiednio godnie na szlacheckich salonach.
- Mam nadzieję, że nasza szlachetna pani się nie rozmyśliła. Z tymi bogaczami to nie wiadomo. Raz wiatr zawieje tak to oni tak a jak w inną to oni też w inną. Oby tym razem to było coś stabilniejszego. - przywódca hospicjum wzniósł ręce do nieba na znak jak zmienni potrafią być humory i łaska tych sławnych i bogatych.
- Ale uważaj Otto. Musisz działać z wyczuciem mój chłopcze. Zgaduję, że je masz skoro najpierw sprowadziłeś je tutaj a potem namówiłeś na te datki. Oby tak dalej! Tym razem jednak postaraj się wyczuć, że Frau chce tą Annikę. Jak zmieniła zdanie no to trudno. Lepiej tak niż potem by miało się roznieść, że wciskamy albo sprzedajemy naszych pacjentów! No ale dobrze jakby jednak ją wzięła. Już zainwestowałem większość ich datków na spłaecenie naszych długów i w weksle żywnościowe na przyszłość. Widziałeś obiad? Mamy kiełbasę i ryby! Na raz! To właśnie ze szczodrości naszych dobrodziejek więc wyszłoby nieco niezręcznie jakby prosiły z powrotem o jałmużnę. To by się nie godziło tak zabierać od ust ubogim. Ale łaska wielmożów na pstrym koniu jeździ. No ale to tyle. Weź ten list i udaj się do tych von Mannliebów i grzecznie poproś o odpowiedź. Jakby trzeba było to jutro, jak się uprze to właściwie nawet dziś, mogłaby po nią przyjechać. Ale lepiej jutro. - przeor skończył omawiać sprawę dla jakiej wezwał młodszego mnicha. Ten na kopercie zobaczył adres von Mannliebów. Co prawda nigdy tam nie był ale kojarzył mniej więcej tą zacną okolicę bogaczy to wiedział, że trafi.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Bezahltag; popołudnie; hospicjum
Otto spojrzał dość ciepło na dwójkę swoich podopiecznych jak tylko ich zobaczył.
Marika i George, nie sądził, aby głos Soren i Vesty mógł zbliżyć ich, ale musiał sobie przypomnieć, że te dzieci są niewtajemniczone i znają rozmiarów wielkiej gry, w której są jedynie pionkami pionków.- Pozwól mu mówić, Mariko. Jego sny wypełniają go myślami, których nie może zatrzymać dla siebie. Dawno nie interpretowałem przepowiedni, aby dobrze odgadnąć, ale… - uśmiechnął się do kobiety - Podejrzewam, że kiedy pójdziesz pod opiekę przepięknej Sorii, zaopiekuje się tobą. Będziesz jak w pięknym kokonie z jedwabnych pajęczych nici. - poklepał po ramieniu Georga - Być może za kilka dni przyprowadzę znajomego do ciebie George. Czarodzieja, który spogląda w gwiazdy, może pomoże ci znaleźć drogę w tym mętliku.
- Nie no… Niech sobie mówi… - dziewczyna myjąca gary i przy okazji sprawująca opiekę nad pacjentem jaki sprawiał dość zdziecinniałe wrażenie, wzruszyła ramionami sama chyba nie będąc pewna co o tym wszystkim myśleć. Popatrzyła niepewnie to na kolegę - pacjenta to na młodego mnicha jaki ich właśnie odwiedził na krótko przed obiadem. W końcu uśmiechnęła się całkiem ciepło i przyjacielsko do tego drugiego.
- Myślisz, że pójdę do Sorii? Bardzo bym chciała! Zwłaszcza jak ona jest od Pajęczej Królowej. Pająki i sieci też mi się śniły ale nie kokony. I to takie duże, że to ja bym się miała w nich zmieścić. Ale myślałam, że lady Fabienne mnie weźmie. Tak mówiła jak tu była ostatnio. - odparła nieco wyjaśniając rozmówcy swój punkt widzenia i dało się wyczuć, że chociaż zapewne dwie pozostałe młode szlachcianki zrobiły na niej pozytywne wrażenie i chętnie by się stąd wyrwała na służbę u którejś z nich to jednak pajęcza milady była na samym szczycie jej hierarchii. Wię zapewne najchętniej służyłaby osobiście właśnie jej i u niej.
- Aha, czarodzieja, tak, tak. Wiedziałem, że tak będzie. To oczywiste. Tak, będzie mówił i pytał, tak. To przeor się zgodzi tylko trzeba z nim dobrze pomówić. Wszystko jest zapisane w księgach. Księgi wiedzą różne rzeczy. To o was też. - George dla odmiany wcale nie wydawał się być zmieszany czy zaskoczony słowami mnicha. Wręcz przeciwnie mówił tak jakby owa wizyta była od dawna ustawiona w jego grafiku i teraz Otto tylko przyszedł ją potwierdzić. Marika znów popatrzyła na niego z powątpiewaniem ale komentarze zatrzymała dla siebie.
- Dzięki za radę i za sugestię co do Anniki. - uśmiechnął się mnich i zerknął na Marikę - Nie mów tego nikomu, ale lady Fabianne jest podwładną Sorii. Jeżeli będziesz u pani von Mannlieb, to Soria nie będzie daleko. Jeszcze nie znam czasu, kiedy do niej cię zabierzemy, ale podejrzewam, że jest to bliżej niż dalej. Dobrze wykonuj swoje czynności, a nic nie przedłuży ci czekania. - zerknął na budynek Hospicjum i westchnął - Nie będę wam przeszkadzał, mnie teraz czeka trochę pracy. Miłego dnia. - skinął dwójce głową i ruszył do przybytku. Postanowił najpierw odwiedzić Annikę. Zapukał do drzwi izolatki kobiety.
- Anniko, tu Otto. Mogę wejść?Otto żegnał się z dwójką pacjentów ze stołówki w dość pogodnych nastrojach. George wydawał się być w swoim dziecinno - beztroskim nastroju zaś Marika ucieszona swoją służbą u ładnych szlachcianek i obietnicą kontaktu z córką Pajęczej Królowej obiecała nie sprawiać kłopotów i jakoś wytrzymać tą końcówkę swojego pobytu w tym charytatywnym przybytku. Po czym udał się do sektora izolatek gdzie w jednej z nich przebywała milcząca pacjentka. Jak do niej zapukał usłyszał krótkie “Właź” po czym jak otworzył drzwi zastał ją tak jak i wcześniej. Czyli leżącą biernie w samej koszuli i kalesonach na rozłożonej pryczy z ręką pod głową i wpatrzoną obojętnie w sufit. Tylko na moment skierowała na niego milczące, ponure spojrzenie ale nie odezwała się ani słowem.
- Miło, że jesteś w dobrym humorze…- zaczął - Mam pomysł, który może go poprawić. Co powiesz na ciepłą kąpiel? Spędziłaś tu dużo czasu, sama, trochę swieżego powietrza ci się przyda. No i zmyła byś z siebie pot, zmęczenie i niepożądane myśli?
W pierwszej chwili się nie odezwała. Tylko posyłała mu uważne spojrzenie szukając w jego twarzy… No właściwie nie wiedział czego. Tak samo jak tego czy znalazła czy nie.
- Dobra. Bo już zaczęłam śmierdzieć. - powiedziała krótko i wstała bez ostrzeżenia. Stanęła na środku swojej celi, tak samo niewielkiej jak tą w jakiej bytował Thorne i czekała aż mnich ją zaprowadzi do łaźni.
Otto spokojnie wyszedł i poczekał na kobietę, zamykając za nią drzwi. Po czym bez ceregieli zaprowadził ją do łaźni. Rozejrzał się czy pomieszczenie jest nie zajęte, po czym wprowadził kobietę.
- Spędź tu, tak długo jak zechcesz. Ja będę czekał za drzwiami, jeżeli będziesz czegoś potrzebować. - odwrócił się, aby wyjść i zostawić Annikę, aby zajęła się swoimi potrzebami.
Znów się niewiele odzywała. Zarówno gdy szli przez hospicjum jak i w samej łaźni. Ta akurat okazała się pusta, zbliżała się pora głównego posiłku więc nikt w tą porę raczej nie brał kąpieli. Te urządzano zwykle rano albo na wieczór. Widok balii z czystą i ciepłą wodą jednak zdawał się przyciągać wzrok pacjentki. Poczekała aż wyjdzie i zamknie drzwi. I po chwili zza nich usłyszał odgłos plusku wody gdy pewnie weszła do środka. A potem dalsze, gdy się zaczęła kąpać. I nawet zaskakująco miłe dla ucha przyjemne, kobiece nucenie gdy tak sobie uprzyjemniała tą kąpiel. W końcu pluski ustały zakończone jakimś większym ociekającym odgłosem gdy pewnie wyszła z balii. Jeszcze trochę cichszych odgłosów kroków bosych stóp na posadzce i innych gdy pewnie sie wycierała i ubierała. W końcu otworzyła drzwi i jeszcze z mokrymi włosami wyszła znów ubrana w koszulę i jakieś spodnie. Chociaż takie czste a nie te co miała na sobie poprzednio.
- Już. - odparła krótko ale chyba pierwszy raz od dawna widział uśmiech zadowolenia na jej surowej zazwyczaj twarzy. - I dziękuję. - dodała jakby przez chwilę walczyła ze sobą aby nie uznać tego za oznakę słabości czy podporządkowania. Zaczął jednak bić gong wzywający wszystkich na obiad.
Mnich chwilę się zastanowił, wsłuchując się w gong i patrząc na Annikę.
- Obiecujesz, że zachowasz się dobrze i nie dasz sprowokować? - jego wzrok był poważny - Będę przy tobie, więc nie masz się co martwić. Jednak chce twojego słowa, to pójdziemy zjeść z wszystkimi.
Uśmiech szybko zszedł z jej twarzy i znów wróciła ta ponura i obojętna na wszystko i wszystkich mina. Przez chwilę trawiła jego słowa w milczeniu. W końcu swoim zwyczajem obojętnie wzruszyła ramionami.
- Nie zależy mi aby jeść z nimi. Wszystko mi jedno. Jak chcesz to mogę zjeść na stołówce jak nie to u siebie w celi. Wszystko mi jedno. Ale nikomu nie dam sobą pomiatać. Nikomu. - odparła tym ponurym tonem jakim zwykle od niej ostatnio słyszał.
- A chciałabyś zjeść na zewnątrz? Albo gdzieś indziej niż w celi? - zaczął mnich - Sporo przeszłaś przez ostatnie dni i sądzę, że zasłużyłaś na taki dzień dla siebie. - uśmiechnął się do kobiety - Natomiast moje "czy dasz słowo", miało bardziej na celu… zbadania twojego nastawienia. Nawet jeśli dałabyś mi słowo, nie powstrzymałbym cię przed upodobnieniem Thorna do mnie, gdybyś chciała. - popukał się przy tym w opaskę na pustym oczodole - Zważając co nasz ogier najwyraźniej o tobie myśli.
- Zwisa mi co myśli ten wypierdek. Jak go dorwę to wtedy zobaczymy jaki jest twardy. Tutaj zawsze ktoś mi przeszkadza. - prychnęła z irytacją i pogardą wobec swojego sąsiada zajmującego cele ileś tam drzwi dalej od jej własnej. Ale uwaga o tym jaka jest groźna chyba sprawiła jej przyjemność bo w oczach pojawił się jakiś krótki błysk.
- Może być w ogrodzie. Dawno tam nie byłam. - odparła gdy propozycja wyjścia na świeże powietrze chyba przypadła jej do gustu.
- Wiem, że zaprzątasz mu głowę. Ty, Marika i kilka innych kobiet, ale to pewnie, że ostatnim razem jak jakaś u niego była, zabrałem ją zanim zdołał zamoczyć. Trochę ciepło mi na sercu, że chłopaka swędzą jaja od tamtej chwili. - trochę zaśmiał się mnich i ruszył z kobietą zabrać jej posiłek i wyjść do ogrodu.
Przez korytarz przeszedł dźwięczny, kobiecy i jawnie złośliwy śmiech gdy Annika dowiedziała się o cierpieniach kolegi z celi. Widocznie nie pałała do niego sympatią i takie wieści był miłe jej sercu.
- Oh, Marika to na pewno zaprząta głowę i jaja nie tylko Thorna. Taka śliczna dziewuszka co tak chętnie podwija kiecę zawsze przykuwa uwagę. - rzuciła zadowolonym tonem gdy szli przez korytarz. Umilkła gdy zza zakrętu wyszedł jakiś mnich i z pewnym zdziwieniem spojrzał na nich. Zwłaszcza na pacjentkę z izolatki jaka szła obok kolegi. Ale nic nie powiedział. W końcu dotarli do stołówki gdzie było już dość gwarno i ludzi się już trochę uzbierało. Był to główny posiłek dnia a w hospicjum zwykle się nie przelewało. Wśród pacjentów Otto wyłowił spojrzeniem Marikę jaka znów pełniła rolę pomocnika. Tym razem stojąc przy tym samym garze jaki wcześniej myła. Tylko teraz był napełniony kompotem jaki nalewała pacjentom i obsłudze do prostych, glinianych kubków uśmiechając się przy tym do nich ciepło. Aż można było odnieść wrażenie, że jest jakimś sympatycznym, ciepłym okruchem z innego świata, jakąś bogobojną mieszczką co pełni zaszczytną i potrzebną służbę na spotkaniu po mszy czy coś takiego. Georga nie wypatrzył. A Thorne pewnie siedział w swojej celi. Annika zaś zgodziła się poczekać przy wejściu do stołówki i jak na razie grzecznie tam stała bez zainteresowania rozglądając się po tym zwyczajowym, rozgardiaszu przy obiedzie. Dzisiaj był chyba nieco większy i radośniejszy bo okazało się, że podano zupę nie tylko z kawałkami ryby jakie były najczęściej spożywanym rodzajem mięsa nie tylko tutaj ale i w całym mieście. Najpospolitsze i najtańsze świeże mięso, podobnie popularne jak sery czy jajka. Ale także były kawałki kiełbasy co już nie było codziennością więc bardzo podnosiło na duchu i poprawiało humory.
- Dwie porcje moja droga. - powiedział do Mariki - Idziemy z Anniką do ogrodu. Nie chcę kusić losu, ale… może do nas dołączysz jak skończysz tu? - mnich zwrócił uwagę Anniki co do podwijania sukni przez przyszłą podopieczną Sorii. Być może część szeptów, czempionki Slaanesh ciągle kręciły się po głowie drugiej pacjentki. Kiedy odebrał posiłek wrócił do stojącej przy drzwiach kobiety i oboje ruszyli od ogrodu. Na miejscu mnich wybrał wygodne miejsce na słońcu, aby usiedli i rozpoczął posiłek w towarzystwie pacjentki.
- Z ciekawości. Jest ktokolwiek w tym hospicjum, kto nie wywołuje wrzenia w twojej krwi?Zasiedli oboje przy prostym, drewnianym stole, jedynym z kilku jaki był rozstawiony w ogrodzie na takie albo inne okazje. Teraz jak letnie popołudnie okazło się pogodne to było tu całkiem przyjemnie. Trawa była zielona, winorośle oplatały mury i filary a gdzieniegdzie kwitły ozdobne kwiaty. No i ciepły posiłek, wyjątkowo bogaty dzisiejszego dnia też mógł nastrajać nie mniej pogodnie. Annika usiadła przy stole i zaczęła jeść swój obiad zastanawiając się przez kilka łyżek nad słowami jednookiego mnicha.
- Jak jestem wkurzona to wszyscy mnie wkurzają. A jak nie to najwyżej Thorne albo jakieś durne polecenia twoich braciszków. - powiedziała znów wzruszając ramionami. Nieco wcześniej jak jeszcze byli na stołówce to jakoś nie sprawiała kłopotów. Chociaż jej milcząca i naburmuszona sylwetka z mokrymi jeszcze włosami wzbudzała zaciekawione spojrzenia. Sama Marika też spojrzała w jej stronę gdy Otto o niej wspomniał i obiecała, że jak tylko nie dadzą jej jakiejś nowej roboty to chętnie do nich dołączy.
- A te co tu były ostatnio? Po co? Ta jedna mówiła, że mnie stąd zabierze. To prawda? Czy to jakieś durne gadanie bogatych damulek co chcą się pośmiać z maluczkich? - zapytała gdy widocznie myślała o wizycie trójki szlachcianek jakie tu ostatnio widziała.
Otto chwilę się zastanowił. Jak dużo mógł jej ujawnić, nie jest wtajemniczona w istnienie kultu, czy nawet prostsze prawdy Chaosu. Jest zwykła agresywną kobietą, której chybotliwa kontrola nad emocjami stała się bramą dla Norry, aby przesłać swą wolę. W wielkiej grze byłaby jedynie narzędziem ku większej chwale jak Loszka Sigismundusa. Jednak w jego głowie pojawiły się słowa Sorii, że dziewczyna jest samotna i poszukuje zainteresowania.
- Te trzy kobiety, które nas odwiedziły? To szlachcianki z miasta, oficjalnie, śmierć Księżnej przypomniał im o ich własnej śmiertelności i postanowiły zaplusować u bogów, dobrym uczynkiem. - jego wyraz był dość zniesmaczony gdy to mówił, spojrzał po chwili jednak dość konspiracyjnie na Annikę - Jest jednak druga prawda. Chciałabyś ją poznać? Taka mała, duża tajemnica między nami?
- No jak mam iść do nich na służbę to tak. - odparła po przełknięciu kolejnej łyżki całkiem smacznej dzisiaj zupy. I chyba mimo pozorów zwyczajowej obojętności była tymi słowami chociaż trochę zaintrygowana. Może nawet zaniepokojona.
- Źle się dzieje w mieście. Bogata szlachta zaczyna tracić w oczach ludu. Zakłamanie, zepsucie i wszystko to co my wiemy o takich jak oni, wychodzi na jaw. - mnich wzruszył ramionami - Strach u dupy, więc zaczynają szukać ochrony jak tylko mogą. Silna jesteś, na pewno odstraszysz niejednego chłopa, co sądzi, że widły to dobra broń. Do tego jesteś ładna, więc mogą zrzucić, że wzięły cię ze względu na wygląd. - nie było to do końca kłamstwo, chociaż trochę pokolorował sprawę motywacji Fabienne i Pirory - Znam się z tymi szlachciankami… dość blisko, więc jak usłyszały o tobie, od razu chciały cię u siebie.
- Nie obchodzi mnie ani szlachta ani prosty lud. - burknęła zanurzając łyżkę w kolejnej porcji zupy. Nad dalszymi słowami myślała jednak trochę dłużej.
- Czyli one chcą mnie jako ochroniarza? - zapytała gdy przetrawiła to wszystko. Posłała przez stół pytające spojrzenie dla rozmówcy. - A ta czarna to mówiła, że będziemy się kąpać razem. I chyba coś poknociła bo to mówiła jakby to ona miała być moją łaziebną. Ale to pewnie się pomyliła albo takie gadanie tylko. - powiedziała sądując go spojrzeniem gdy wspomniała swoją rozmową z trójką szlachcianek jakie wizytowały między innymi jej celę. A Otto może wszystkiego nie słyszał wówczas ale całkiem sporo aby wiedzieć, że Fabienne mówiła coś podobnego.
- I jak to “znasz się z nimi dość blisko”? Macie romans czy co? - zapytała jakby tym była już naprawdę zaciekawiona i zaskoczona. Bo na pozór trudno było połączyć nicią więzi i zależności skromnego mnicha z hospicjum i trójkę bogatych dam z wyższych sfer.
Mnich westchnął rozmarzony.
- Żeby tylko… - delikatnie się zaśmiał - Jeszcze nie miałem tej przyjemności, ale pracuję nad tym. Chcą cię jako ochroniarza swego dobytku, przynajmniej taką rolę oficjalnie będziesz spełniać. Co do wspólnej kąpieli… - mnich zastanowił się jak najlepiej ubrać swoje słowa - Szlachcice mają gusta i guściki. Tak jak romans mnicha z wysoką panią sprawiłby, że ja bym zawisnął, a ona musiałaby unikać balów przez rok, tak prywatne igraszki z ładną ochroniarką, przejdą bez echa. - spojrzał na swoją zupę zanim wziął kolejną łyżkę - Jest jeszcze jedna sprawa, która je i mnie zainteresowała. Zanim trafiłaś do izolatki, mówiłaś, że musisz kogoś znaleźć. Zrozumiem jeżeli, nie będziesz chciała się podzielić, ale twoje przyszłe pracodawczynie, chcą być po twojej dobrej stronie i pomóc ci we wszelkich prywatnych zemstach czy poszukiwaniach. Więc, kogóż tak chcesz odnaleźć?
- Ha! Wiedziałam! Wy chłopy to zawsze się przechwalacie. Jaką to kto rybę nie złowił, jak kogoś w konia nie zrobił, jaki to nie był groźny i cwany. No albo jak to jakiej ślicznotki nie zaliczył a im ładniejsza i bardziej znana to tym lepiej bo robi większe wrażenie. “Pracuję nad tym”. Akurat. - rozmówczyni prychnęła rozbawiona ale chyba niezbyt jej się chciało wierzyć, że skromny mnich jaki tutaj przed nią siedział i codziennie pracował w charytatywnym hospicjum miałby mieć romans z którąś z tych eleganckich, bogatych dam jakie wizytowały to hospicjum parę dni temu. To wydawało się jak wątek z jakiegoś romansu czy opowieści przygodowej a nie z prozy życia jaką tu mieli w celach czy ulicach. Niemniej chyba nawet jej to poprawiło humor bo znów zanurzyła łyżkę w swojej rybnej zupie z kiełbasianym dodatkiem.
- A jak ta czarna będzie moją łaziebną to mogę się zgodzić być jej ochroniarzem i na resztę tego jej romansu. - powiedziała jakby w tą część też nie do końca wierzyła ale właściwie była gotowa ją przyjąć chociaż na tą wspólną chwilę. Po czym wróciła do jedzenia na kilka łyżek. Z twarzy zszedł jej lekki i rozbawiony uśmiech zastąpiony skupieniem.
- A te szukanie to nic. Znaczy żadna zemsta ani nic. Czuję zew. Kamienia. Głazu. Wielki i straszny. Ale wzywa mnie. Muszę tam iść. I stoczyć swoją walkę. Zabić. I uciąć łeb przeciwnikowi. Wszyscy mnie tu wkurzają bo mnie cały czas zatrzymują jak już powinnam być tam. Idioci. W końcu stąd się wyrwę. No ale jak te twoje szlachcianki mnie mogą wydostać to mogę poczekać. Potem tam pójdę. - odparła z ponurą determinacją jakby nawet zbawę ze szlachciankami traktowała jako krok do zrealizowania tego krwawego celu. Spojrzała gdzieś w bok i okazało się, że Marisa do nich zmierza ze swoją miską, kubkiem i łyżką uśmiechając się do nich ciepło i radośnie.
- Oho. Idzie ta co chętnie zadziera kiece ku radości połowy hospicjum. - mruknęła cicho Annika znów się nieco rozpogadzając.
- Poproś ładnie, może zrobi to dla ciebie, lub podwiń ją jej sama, chętnie popatrzę. - odparł cicho mnich. Miał teraz trop i będzie musiał za nim podążyć. Trzeba będzie urządzić spotkanie z Silnym i innymi sługami Khorna. Być może uda się zebrać większą grupę, przed wyjazdem Mergi. Otto pomachał do Marisy, zapraszając ją, aby usiadła przy nich - I jak tam, spokój w jadalni?
- Tak, wszyscy grzeczni. I przeor wrócił bo go chyba cały dzień nie było. - odparła Marisa stawiając obok koleżanki swoje naczynia. W przeciwieństwie do nich miała je jeszcze pełne. Za to pacjentka z izolatki zerkała najpierw na mnicha siedzącego naprzeciwko potem na nią jak jeszcze podchodzi bujając w palcach swoją łyżkę jakby zastanawiała się czy wrzucić ją do swojej miski czy nie.
- Pokaż co tam masz. Pod spódnicą. - powiedziała niespodziewanie Annika wskazując łyżką na podołek koleżanki. Ta jeszcze nie zdążyła usiąść i spojrzała na nią zdziwiona. Potem na Otto, też zdziwionym spojrzeniem. I niespodziewanie uśmiechnęła się promiennie jakoś wcale nie sprawiając wrażenia zgorszonej.
- Powiedziałeś jej? - zapytała mnicha ale właściwie nie czekała na odpowiedź. Rozejrzała się po krużgankach czy nikt nie idzie ale chwilowo pewnie większość była na stołówce. Więc Marika skorzystała z okazji, stanęła okrakiem nad ławą i bez skrupułów podwinęła swoją szorstką włosiennice. Ukazały się całkiem zgrabne dla oka kobiece nogi, najpierw łydki, potem kolana i wreszcie zgrabne uda. A te zwieńczone były delikatnym, finezyjnie koronkowym kawałkiem materiału z wyszytymi inicjałami jakie zapewne niepiśmiennym nic nie mówiły. Ale już powtarzający się motyw wyszytych lilli jakie były popularnym, bretońskim herbem ale też i powszechnym elementem zdobniczym mogły już sugerować pochodzenie. Annika rzeczywiście wyglądała na zaskoczoną tylko trochę nie było wiadomo czym. Czy tym, że Marika tak ochoczo spełniła jej prośbę czy tym co znajdowało się pod włosiennicą. Bo tak finezyjna bielizna wydawała się być poza zasięgiem pacjentek charytatywnego hospicjum.
- Skąd to masz? - Annika wydawała się być autentycznie zdumiona. Sięgnęła dłonią aby pogłaskać delikatny materiał. I skórę właścicielki w tej okolicy.
- Dostałam od Frau von Mannlieb. To jedna z tych szlachcianek co tu ostatnio u nas były. Powiedziała abym miała na pamiątkę no i tak do pocieszenia póki nie pójdę do niej na służbę. Zdjęła swoje i mi je dała! - Marika aż promieniała szczęściem mogąc się pochwalić takim cennym podarkiem. I jakoś dłoń koleżanki jaka go dotykała wcale zdawała się jej nie przeszkadzać. Ta zaś wydawała się nim zafascynowana.
- A mi nie dała. Ale to ciebie też chce? Bo mi też mówiła, że mnie weźmie. - zapytała trochę chyba z żalem, że jej przyszła pani tak nie obdarowała jak koleżanki. Chociaż z pamięci Otto wynikało, że zaprowadził koleżanki z kulty najpierw do Mariki.
- O! Naprawdę? To byśmy służyły razem! Tak się cieszę! - dziewczyna z powołaniem Soren uściskała swoją przyszłą koleżankę z pracy i w końcu usiadła obok niej.
- No Marikę spotkaliśmy jako pierwszą, więc przy tobie, już za bardzo nie miała co z siebie zrzucać. - Otto uniósł dłonie w obronnym geście - Ale tak, zarówno ty jak i Marika zostałyście zaproszone, na służbę do lady Fabianne. Thorn chyba znajdzie zatrudnienie pani Pirory, więc nie będzie cię wkurzał… często. - to zostawia Georga, ale biednego chłopaka nie wyciągnie stąd tak łatwo. - W sumie, jak odprowadzę cię do pokoju - tu zwrócił się do Anniki - to odwiedzę, Przeora. Może już coś się ruszyło z waszym wypuszczeniem.
- No jakby coś się ruszyło to ja bym się bardzo ucieszyła. Już nie mogę się doczekać aż stąd wyjdę i będę mogła służyć moim nowym paniom! Zwłaszcza lady Sorii! - Marika jawnie poparła pomysł mnicha wcale nie ukrywając, że od paru dni bardzo dłuży jej się w tych murach jak dostała tak słodką obietnicę szybkiej wolności i to w tak wybornym towarzystwie.
- Podciągnij habit. - poprosiła ją koleżanka i dłonie Mariki na chwilę oderwały się od stołu i łyżki znikając pod spodem. Sama się nachyliła zapewne aby spełnić prośbę drugiej pacjentki. Ta już bowiem prawie skończyła swoją zupę.
- I ta czarna taka hojna i tak chętnie się rozbiera? Jej… No to może jednak coś będzie z tej łaziebnej. - powiedziała Annika jakby przemyślała jeszcze raz słowa Otto w zestawieniu z nowymi informacjami o Frau von Mannlieb i jej koleżankach no i wyszło jej, że może pierwsze wrażenie miała nieco mylne. Zaś na razie wolna dłoń zniknęła jej pod stołem lądując zapewne gdzieś między udami koleżanki.
- Mam nadzieję. Wszystkie trzy są bardzo ładne, bogate i bym chciała im służyć. Ale najbardziel lady Sorii. - wyznała Marika z zadowoleniem przyjmując słowa i dłoń koleżanki. Sama wznowiła jedzenie swojego obiadu.
- No dobra to nie będę wybrzydzać na tego wypierdka. Niech tam służy tym szlachciankom. Może coś w końcu uda mu się zamoczyć. - Annika machnęła dłonią jakby w przypływie dobrego humoru nawet wyjście Thorna na wolność aż tak jej nie przeszkadzało skoro nie będą pod jednym dachem.
- Och, jestem pewny, że znajdą dla niego zastosowanie. Z tego co wiem o naszych hojnych gościach, preferują ładne, ponad duże. I tu nie ma konkurencji przy was. - mnich skomplementował delikatnie obie kobiety - George nie sprawiał problemów Mariko? Martwię czasem o tego chłopaka.
- Nie. Znaczy chyba nie. Nie wiem. Tak jak mówił przed obiadem, poszedł do swojej celi i nie przyszedł na obiad. No chyba, że teraz jak jestem z wami. Po obiedzie mu coś zaniosę. - Marika pokręciła głową na znak, że nic nie wie o kłopotach wywołanych przez Georga i zapewne tak jak to zapowiadał wcześniej, poszedł do swojej celi aby odpocząć.
- A z tą naszą panią i jej koleżankami no może nie będzie tak źle. Jeszcze taka ładna i bogata pani to mi nie usługiwała. Hmm… Chciałabym aby mi usługiwała na oczach Thorna… Aby go do reszty cholera wzięła… - Annika dalej gościła się między udami sąsiadki i chyba obu im to bardzo pasowało. Zaś co do kolegi za jakim nie przepadała to pojawił się w jej głosie złośliwy ton i uśmieszek.
- Teraz to chyba ciężko. Pewnie już do nas nie przyjadą. To już prędzej po nas prędzej poślą. - Marika pokiwała ze zrozumieniem głową ale taki rozwój wypadków nie wydawał jej się zbyt prawdopodobny.
- No szkoda. Ale by było. No trudno, nie można mieć wszystkiego. Może kiedyś jak stąd wyjdziemy. - Annika przyjęła to tłumaczenie dość spokojnie i jak na swój standard to wydawała się mieć wyjątkowo ugodowy i zadowolony humor.
- Jak tylko spotkam lady Fabianne przekaże jej twój pomysł. Jestem pewny, że jej też przypadnie do gustu. - rozmawiali jeszcze chwilę, mnich pozwolił kobietom cieszyć się sobą nawzajem. W końcu jednak trzeba było wrócić na ziemię i zakończyć sielankę. Odprowadził Annikę do celi, pożegnawszy się wcześniej z Mariką - Jak tylko czegoś się dowiem, o twoim wypuszczeniu, dam ci znać. - obiecał przyszłej służce von Mannlieb, po czym ruszył do przeora.
Obie pacjentki co miały nadzieję wkrótce się stąd wyrwać i zostać w służbie pięknej, bretońskiej pani jakoś nie sprawiły jednookiemu kłopotów. Marisa dokończyła swój obiad w sielskiej atmosferze, pogodnego, letniego ogrodu i chętnie dając się badać dłoniom Anniki jaka zdawała się być zafascynowana tym, że ma taki swobodny i łatwy dostęp do najładniejszej pacjentki w hospicjum. Możliwość zabawy z nią na co chyba jak obie uważały nie tylko ona miała ochotę, sprawiała jej mnóstwo satysfakcji. Więc rozstali się przy stołówce gdy Marika dalej odgrywając pokorną pokutnicę wzięła ich naczynia aby zanieść do mycia zaś Otto i Annika przeszli dalej do izolatek. Tam Annika bez kłopotów dała się zamknąć chociaż sapnęła zniechęcona gdy znów znalazła się w miejscu swojego karnego odposobnienia. Zaś jednooki mnich poszedł do gabinetu przeora, zresztą jak się okazało ten i tak go wezwał do siebie.
- Dobrze, że już jesteś Otto. Siadaj. - zaprosił go przeor po czym wprowadził go w sprawę. Wynikało z niej, że uzyskał zgodę a przynajmniej brak sprzeciwu aby dalszy pobyt Anniki przenieść na służbę Frau von Mannlieb. Przeor dał mu nawet zalakowany list do czarnowłosej kapitanowej i instrukcje jak powinien się zachować i na co zwracać uwagę. Zaś na kopercie był adres. Oczywiście w tej najlepszej, najdroższej, Północnej Dzielnicy więc trochę do przejścia z centrum miał ale nie były to jakieś straszne odległości jak się nie miało kłopotów z nogami. Sam pod tym adresem u von Mannliebów nigdy nie był ale kojarzył mniej więcej gdzie jest ta ulica podana w adresie koperty a dalej to najwyżej sam poszuka albo popyta.
Mnich spojrzał na list trochę jak na relikwię. Pierwsza z jego podopiecznych dozna wolności, aby służyć Wielkiej Czwórce, no w tym przypadku, Krwawemu Bogu.
Wziął kopertę z biurka przełożonego i bezpiecznie schował.- Natychmiast ruszę dostarczyć list. Nie wiadomo, ile potrwa dokończenie formalności z Thronem i Mariką? Lady Fabianne na pewno o to zapyta.
- Zapewne. - pokiwał głową przeor też się licząc z takim pytaniem. Wzruszył jednak ramionami. - Trudno jednak powiedzieć. Ja wysłałem listy z zapytaniem i teraz czekam na odpowiedź. Mogą przyjść w każdej chwili, może dziś, może jutro, może za tydzień. Spodziewam się pozytywnych odpowiedzi no ale póki nie przyjdą to jednak nadal czekamy. - wyjaśnił młodszemu mnichowi jak to wygląda. Proces był widocznie już uruchomiony i pozostawało czekać na to aż koła zrobią pełen obrót i wyplują oczekiwana odpowiedź.
- Rozumiem. No cóż, przynajmniej Annika się ucieszy. Udało mi się z nią dziś porozmawiać i przekonać do… nawet pozytywnego nastawienie, co do tej zmiany w jej życiu. Wątpię, aby sprawiała kłopoty. - Mnich się chwilę zastanowił - A właśnie, spotkałem ostatnio na mieście Magistra. Kolegium Niebios, jeżeli dobrze nazwę pamiętam. Jak usłyszał, że pracuje w hospicjum, powiedział mi mniej więcej to samo co Matka Somnium. Zastanawiam się, czy nie pozwolić mu na odwie dzenie przybytku. Być może, mógłby nam dokładniej nakreślić jakąś datę? Przy okazji, może też by zerknął na pacjentów, kto wie co ci magowie potrafią, może komuś pomoże. Do tego, pewnie posiada jakieś własne fundusze.
- Magister? Znaczy mag? Nie przepadam za nimi. Niby ci licencjonowani są po naszej stronie i ktoś ich tam kontroluje ale zaburzają oni porządek rzeczy. Dla mnie ich wszystkich powinno się traktować jak wynaturzenia. - starszy mnich skrzywił się z niesmakiem na myśl, że miałby mieć do czynienia z jakimś magiem. Ci jednak nie tylko wśród ludzi wykształconych czy duchownych często budzili niechęć i podejrzliwość. W końcu w Imperium usankcjonwano to dopiero za czasów Magnusa Pobożnego a wcześniej to były dzikie czasy w jakich ludzie doznali wiele krzywd od strony piekielnych demonologów czy plugawych nekromantów to i tradycyjne podejście nie było magom zbyt przychylne. Mimo to przeor zastanawiał się chwilę nad propozycją jaką właśnie usłyszał.
- Tak, słyszałem o nim. Że jest. Jakiś astrolog czy astronom. - pokiwał głową na znak, że w ogóle to jednak coś mu jest wiadome na temat tego magistra. Całkiem możliwe, że jedynego jaki przebywał od paru miesięcy w ich portowym mieście.
- No dobra, niech przyjdzie. Może powie coś mądrego. Coś pożytecznego. Umów go jakoś. - w końcu chociaż niechętnie to się zgodził na wizytę owego astromanty o jakim mówił jego podwładny.
- Dziękuję. - Otto kiwnął głową przełożonemu - W liście jest informacja o metodzie dostarczenia Anniki, czy mam to ustalać z Frau von Mannlieb?
- Nie, nie, tam napisałem tylko o tym, że można ją odberać jeśli szlachetna pani się nie rozmyśliła. Może już jutro. Ale te detale to już mniej istotne, możesz to z nią ustalić. Jutro, pojutrze, po Festag, nawet dzisiaj jakby się uparła. Chociaż dzisiaj no może lepiej nie, od jutra najlepiej się z nią umawiaj gdyby nadal chciała ją mieć u siebie. A gdyby nie to nie nalegaj, nie ma co do siebie zrażać tak hojnych dam. - przeor zastanowił się chwilę nad pytaniem ale dał dość szybką i jasną odpowiedź. Skoro bowiem w jego mniemaniu Annika była gotowa do oddania to bogata pani mogła sobie ją zabrać kiedy miała na to ochotę.
- Oczywiście. Jutro zaraportuje co ustaliliśmy. - upewniając się, że nie zapomniał listu mnich opuścił pomieszczenie przeora. Zanim opuścił hospicjum zawitał do izolatki Anniki, zapukał do drzwi celi - Anniko, jest już zgoda na wypuszczenie cię. Właśnie idę do Frau von Mannlieb, jeżeli wszystko pójdzie dobrze, jutro już będziesz wolna.
- O! Naprawdę? Wyjdę stąd!? Nareszcie! - na twarzy pacjentki pojawiło się niedowierzanie szybko zastąpione wybuchem radości. Jak ptak któremu zapowiedziano, że wkrótce znów będzie mógł latać w przestworzach.
- No to idź i wracaj jak najprędzej z moją piękną i hojną panią. - roześmiała się radośnie dając mu jakby swoje błogosławieństwo na drogę w tej zaszczytnej dla niej misji.
Nie czekając mnich ruszył na miasto, miał nadzieję, że Fabianne jest u siebie a nie w loszku Pirory. Nie chciał niepotrzebnie nadkładać drogi.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Bezahltag; popołudnie; rezydencja von Mannliebów
Jednookiemu mnichowi trochę zajęło, ale w końcu znalazł rezydencję Von Mannlieb. Zastanawiało go co nakazuje etykieta? Podejść do głównych drzwi i wytłumaczyć cel swego przybycia? Zapukać do drzwi dla służby? Wejść przez okno do sypialni Fabianne? To ostatnie pewnie by jej nie przeszkadzało. Postanowił, spróbować szczęścia w głównym wejściem. Wyciągnął list i podszedł do drzwi domostwa, pukając w miarę głośno. Bogowie wiedzą, że pewnie nie każdy ma czas siedzieć przy drzwiach i czekać, aż ktoś ich odwiedzi.
Mimo, że drzwi okazały się furtą do bramy rezydencji okolonej solidnym murem i żeliwnymi prętami to dzwonek zadziałał jak trzeba i otworzył mu jakiś sługa pytając kim i po co jest. Jak się przedstawił prosił aby poczekać i furta znów się zamknęła. Potem znów otwarła ale tym razem ten sam służący poprosił aby wszedł do środka. Zamknął za nim furtę i przejął rolę przewodnika. Zaprowadził go do głównych drzwi jakie modnie wznosiły się po szerokich acz dość krótkich schodach wywyższając parter do poziomu półpiętra. Tam otworzył dwustronne drzwi i niejako przekazał go czekającej kobiecie. Oczywiście rozpoznał ją od razu i chyba ona jego też. Zdecydowanie Kristen, pokojówka Pirory jaka mu ostatnio otwierała drzwi i pełniła podobną rolę była zdecydowanie młodsza i przyjemniejsza dla oka niż Gertruda jaka była stałą przyzwoitką swojej mężatej pani. Starsza kobieta obrzuciła go uważnym aby nie rzec krytycznym spojrzeniem zanim się odezwała.
- W jakiej jesteś sprawie? - zapytała pełniąc widocznie też rolę majordoma co zarządza posiadłością państwa. No i oczywiście była oczami i uszami swojego pana jaka dbała aby cześć i cnota jego zacnej i o wiele młodszej małżonki pozostała nieskalana podczas jego częstych rejsów poza miasto.
- Brat Otto z hospicjum. - przedstawił się w delikatnym ukłonie, starszej kobiecie - Mam dostarczyć list Frau von Mannlieb od Przeora. Mam również ustalić drobniejsze szczegóły transferu.
- Dobrze. Proszę poczekać. - odparła starsza pani z godnością pasującą do jej wieku i funkcji po czym wyszła z tego przedsionka. Zaś Otto został w towarzystwie tego odźwiernego jaki mu otworzył furtę. Ten był odziany schludnie i porządnie ale raczej za mało aby uznać to za liberię. Chociaż miał broszę wpiętą w pierś z rodowym herbem von Mannliebów. Nie indagował on jednak gościa i raczej zerkał na widoki za oknem. Po chwili dały się słyszeć kroki, drzwi się otwarły i szacowna matrona wróciła na scenę.
- Proszę za mną. Frau zgodziła się cię przyjąć. - oznajmiła mu tym samym chłodnym i nieskazitelnym tonem. Po czym przejęła rolę przewodnika. Szedł za nią a ona prowadziła go przez korytarz wyłożony marmurowymi kaflami układający się w regularny wzór a na ścianach widać było portrety zapewne przodków Herr von Manlieba. Minęli tak jedne drzwi przechodząc do kolejnej części korytarza i tam majordom je otworzyła. Tym razem jednak odwróciła się ku gościowi aby gestem go zaprosić do środka. W środku czekała już o wiele młodsza i przyjemniejsza dla oka gospodyni. Kontrast między żałobną czernią sukni jaka w czasach żałoby była najczęstszym elementem kobiecych ubiorów, czernią jej ufryzowanych włosów a jasną, mleczną karnacją skóry wydawał się uderzający.
- Dziękuję Gertrudo. Już się sama rozmówię z Otto. - Fabienne von Mannlieb też znała się na sztuce manier i etykiety więc elegancko podziękowała swojej przyzwoitce ta zaś skinęła jej głową i zamknęła za sobą drzwi zostawiając ich samych w salonie. Bo tak to wyglądało, jak salon do przyjmowania gości.
- To cóż, kawalerze, słyszałam, że masz dla mnie jakiś interesujący list i wieści. - powiedziała Fabienne zgodnie z protokołem chociaż ton był nieco rozbawiony i uszczypliwy a na ustach kłębił się wesoły półuśmiech.
Mnich wręczył szlachciance list.
- Annika jest gotowa do wypuszczenia. Nawet jutro. Na Thorna i Marikę trzeba będzie trochę poczekać. List ma informacje, że dziewczyna jest agresywna i nie ponosimy odpowiedzialności za wszelkie szkody, bla, bla, bla. - mnich westchnął - Krycie tyłów przed prawem. Rozmawiałem dziś z Anniką, jest bardzo zainteresowana pracą dla ciebie. Szczególnie zważając jak szczodra byłaś dla Mariki.
- O, naprawdę? - Otto trochę nie był pewny do czego gospodyni w tej chwili piła bo przyjęła list, rozerwała lak na kopercie i zaczęła ją czytać po rozłożeniu. Kiwała przy tym swoją czarną głową słuchając też tego co jej mówił.
- No rzeczywiście, wasz przeor pisze właśnie o niej… - powiedziała jakby mimochodem gdy zapoznawała się, ze słowami przełożonego jednookiego mnicha. - Aha, no, że bywa krnąbrna… Pewnie to o czym mówisz… - pokiwała głową ale w końcu wskazała na ozdobny stolik z ciemnego drewna i dla kontrastu z pozłacanymi wykończeniami. Stała na nim patera z owocami i butelka jakiegoś trunku razem z drogimi bo misternie rzeźbionymi kielichami z grubego szkła.
- Usiądź i poczęstuj się jeśli masz ochotę. - wskazała i sama zresztą też podeszła do niego tylko do drugiego krzesła aby mogła w spokoju skończyć list.
- Aha. Czyli się zgodził! No i dobrze! To szkoda, że Mariki jeszcze nie, bardzo mi się spodobała. No ale dobrze, że chociaż Annikę udało się tak szybko załatwić. Już nie mogę się doczekać aż tutaj będzie! Jutro mówisz? Jutro jestem umówiona u Pirory na szkolenie językowe. Ale to może już bym pojechała z Anniką? Niech dziewczyna zobaczy kawałek świata poza tymi waszymi murami! - zawołała odkładając przeczytaną kopertę na blat stołu a sama zdawała się byc całkiem podekscytowana wiadomościami.
Otto uraczył się trunkiem. Rzadko miał okazję wypić coś konkretniejszego nad tanie wino czy piwo, więc większą pieszczotę dla zmysłów chętnie przyjął.
- Właśnie, jak chcesz ją przetransportować? Wyślesz jakiegoś sługę, sama pojedziesz? Po prostu chce wiedzieć, co powiedzieć jutro Przeorowi. Ah…- mnich spojrzał na szlachciankę - Jedna ważna sprawa. Rodzina, - zaznaczył to słowo, aby wiadomo było o kogo chodzi - ma projekt, dla którego ta dziewczyna jest kluczowa. Będziemy ją więc potrzebować na dzień czy dwa.
- Projekt? Jaki projekt? Ale no Otto, jak my w rodzinie to musimy sobie pomagać. Jak dacie znać na kiedy wam by była potrzebna to pewnie jakoś się dogadamy w tej sprawie. A to jakiś nieprzyzwoity projekt? - Bretonka siedziała po drugiej stronie, niewielkiego, ozdobnego stolika i wydawała się skora do współpracy jeśli chodziło o użyczenie jej nowej służki. O ile oczywiście się to w porę z nią uzgodni co, jak i kiedy. Nie mogła jednak powstrzymać swojej kosmatej natury aby nie spróbować dopatrzyć się w tym czegoś co by można skonsumować w alkowie.
- A po Annikę mogę wysłać powóz. Zabierze ją tutaj. Może nawet sama pojadę. Jeszcze nie wiem. A czemu pytasz? To ma jakieś znaczenie? - w sprawie transportu postawiła na najprostsze rozwiązanie i spojrzała czy tutaj powinna spełnić jakieś szczególne wymagania, że mnich o to pyta.
- Bardziej dla mnie. Wiesz, niby ja zacząłem całą sprawę z waszą wizytą, odprowadzałem was i dopilnowałem hojny dar dla hospicjum, więc przełożony chce, abym wszystkiego dopilnował. Zrobisz jak ci wygodnie, nikt szlachcie niczego nie będzie kazać. - mnich chwilę się zastanowił nad pytaniem co do projektu - Dość nieprzyzwoity, ale nie w twoim guście obawiam się. Annika słyszy podszepty z Tronu Czaszek, więc nie twoje klimaty. Nie martw się jednak, nie zmieni się w gburowatą, rządną krwi tempą siepaczkę. Jest nawet bardzo zainteresowana twoją propozycją łaźni.
- O, naprawdę?! Spodobało się jej? No to świetnie, świetnie, możesz jej przekazać, że jak tylko tu przyjedzie to kąpiel i jej osobista łaziebna będzie na nią czekać. - bretońska szlachcianka roześmiała się wesoło jakby ta ostatnia wiadomość sprawiła jej przyjemność i satysfakcję. Wydawała się cieszyć na przybycie nowych służących podobnie jak niedawno przy obiedzie cieszyły się, że się wyrwą z hospicjum i będą mogły służyć i mieszkać z nią.
- I ona słyszy zew… Jak się nazywała ta Siostra od krwi? No ale właśnie ją? Ojej jaka szkoda… Taka ładna dziewczyna… Zmarnuje się tylko jak ją ktoś posieka i pokroi… - uwaga o preferencjach pacjentki jednak nieco zmartwiła gospodynię. Wolałaby pewnie aby ta nie zdradzała takich niebezpiecznych zachowań aby mogły się sobą nawzajem cieszyć.
- Ale może uda się ją przekonwertować? Widziałeś jak ją Soria rozbudziła? W parę chwil! To było niesamowite! Jej, żeby mną raczyła tak się zająć. Na to troszkę liczę jak jutro do nich pojadę. Ona naprawdę jest niesamowita. Wróżę jej, że dziś wieczorem u Kamili będzie gwiazdą pierwszej wielkości. - Bretonka mówiła szybko i zdradzając podekscytowanie omawianymi tematami. I nadzieję, że jednak Annikę jakoś udałoby się zachować przy sobie w całości. Co do Herolda Soren to jednak wydawała się nią tak samo zachwycona jak Marika, Pirora i właściwie chyba wszystkie dziewczyny spod patronatu Węża jakie miały z nią kontakt. Wydawało się, że jakoś płynnie i samoistnie traktują wężową syrenę w ludzkiej skórze jako swoją władczynię i panią.
- No nic to chyba jutro sama do was pojadę aby ją zabrać i przywitać w moich skromnych progach. Aha, coś bym musiała wymyślić na takie powitanie w nowym domu… Nie wiesz co ona lubi? - zaczynała się zastanawiać nad jutrzejszym przyjęciem Anniki na swoją służbę jakby planowała powitać jakąś szlachetnie urodzoną koleżankę. Pewnie nie tak oficjalnie choćby ze względu na wścibską Gertrudę i resztę służby ale i tak wyglądało, że chciała aby nowa pracownica poczuła się w nowym domu jak najlepiej już od samego początku.
Mnich chwilę się zastanowił.
- Potraktuj ją miło. Dziewczyna spędziła ostatnie dni zamknięta w izolatce, wcześniej w lazarecie i wszyscy boją się jej agresji. Podejrzewam, że na początek ta kąpiel, ciepły posiłek, który nie jest rybą i wygodne posłanie będzie dla niej jak dar od samych bogów. - Otto uśmiechnął się widząc energię Slaaneshytki - Co do przechrzczenia jej na twego patrona, możesz próbować. Dziś trochę świntuszyła Mariką, więc nie jest zatracona w wizji krwi i czaszek.
- O! Naprawdę!? Moje dziewczynki tak się niegrzecznie bawiły ze sobą? Jak miło! Chociaż mam nadzieje, że jak już będą u mnie to nie zapomną o swojej pani. Nareszcie będę miała pod własnym dachem kogoś przed kim będzie można majtki zdejmować albo się dobierać do czyichś! - Bretonka roześmiała się przyciszonym głosem ale wydawała się niezwykle rada z takich wieści. Sama też chyba tą służbę nowych pracownic traktowała jako poprawę swojego losu i komfortu z jakąś przyjazdną duszą we własnym domu.
- Bo powiem ci Otto, że ja tutaj to trochę jak w więzieniu albo oblężonej twierdzy. Wszyscy pracują dla mojego męża. Większość to jeszcze przed naszym ślubem i zanim ja tu przypłynęłam. Wszyscy mnie tu szpiegują, nie mam nikogo zaufanego. Dopiero jak wyjeżdżam stąd, zwłaszcza do mojego Huberta albo Pirory to dopiero wtedy mogę odetchnąć a nawet się zabawić. - powiedziała ściszonym głosem nachylając się nieco nad stołem aby lepiej mógł ją usłyszeć.
- No i masz rację, to może jeszcze jest dla mojej dzielnej Anniki nadzieja. Ale ma dobry gust, do Mariki też bym się chętnie dobrała. Zresztą do niej też. Dobrze, to jak tak mówisz to przyjadę jutro do was. Powiedzmy… W południe? Albo nie, może trochę wcześniej. W południe to jestem umówione z Pirorą… Chyba, żebym to nieco przesunęła na późnieaaaa! Właśnie! - zaczęła tak snuć i planować jutrzejsze spotkania zdradzając, że już nie może się doczekać zabawy ze swoimi nowymi służkami. Ale jak tak omawiała swoje jutrzejsze plany coś jej się widocznie przypomniało.
- Aha bo widzisz, rano dostałam liścik od Pirory abym zaprosiła tego mojego bretońskiego kolegę do niej na wernisaż czy co. Bo sam rozumiesz, że jako mężatce mi nie wypada zapraszać obcego kawalera pod nieobecność mojego męża. No to wysłałam już mu zaproszenie. I zobaczymy. Może odpisze. Wieczorem będę się widzieć z Pirorą u Kamili no ale jakbyś ją widział wcześniej niż ja to jej proszę to przekaż. - wyjaśniła co jeszcze się jej przydarzyło, tym razem dzisiaj. Więc widocznie Averlandka dotrzymała słowa i tak jak mówiła na wczorajszym, wieczornym spotkaniu wysłała ów liścik do swojej bretońskiej kochanki w sprawie owego oficera morrytów.
- Oczywiście, chociaż nie wiem czy coś mnie zagoni w jej strony. Chciałem jeszcze dzisiaj złapać Łasicę jeżeli się uda, może ona przekaże wiadomość. - Otto wziął nieśmiale jeden owoc ze stołu - Powiedz mi Frau Fabianne. Czy rozważałaś może, przyłączenie się, oficjalnie do naszej rodziny?
- To jakbyś widział się z Łasicą to ją pozdrów i uściskaj ode mnie. Też ją bardzo lubię. Zwłaszcza jak mamy ze sobą przyjemność. - rzuciła wesoło gospodyni gdy padło imię ich wspólnej znajomej łotrzycy. Po czym popatrzyła na niego z łagodnym uśmiechem gdy zadał kolejne pytanie. Sama też wzięła jabłko i się w nie delikatnie wgryzła.
- Przyłączyć? No wydawało mi się, że już jesteśmy połączeni. Tylko ja to najczęściej spotykam się z Hubertem. Chociaż ostatnio nie tak często jakbym chciała. Sam rozumiesz, ileż można jeździć do tego samego sklepu z ubraniami? Już nawet na Oksanę Gertruda coraz krzywiej patrzy bo czasem ją zamawiam tutaj. Na szczęscie w teatrze mamy nieco swobody. Ale przecież działamy razem prawda? Jesteśmy rodziną tylko tak jakby kuzynostwo. Tak to chyba można by nazwać. - powiedziała przegryzająs słodki i soczysty kęs. Wydawało się niewiarygodne, że ta ubrana w żałobną czerń elegancka młoda dama i żona morskiego kapitana o solidnym nazwisku miałaby robić jakieś niestosowne rzeczy, romanse czy inne ekscesy. W tej chwili wydawała się ucieleśnieniem godnej szlachcianki w sam raz do portretu z jabłkiem.
- Oczywiście, jesteśmy połączeni w służbie jedynym, którym warto służyć. Pytam po prostu czy Hubert zaspokaja twój głód? Nie chcę mu umniejszać, ale on jest dość małą rybką w oceanie rozkoszy, który Starszy chce wypuścić na to miasto. Fakt, że Soria sprzymierzyła się z nami, a Grubsona najpewniej będzie uważać jako kolejnego sługę, powinno powiedzieć ci, że przy nim… będziesz najpewniej spełniać jedynie jego zachcianki.
- Spokojnie, nie obraziłam się. Daruję ci tą frywolność wypowiedzi bowiem od razu widać, że nie usługiwałeś mojemu Hubercikowi i jego pejczowi. A ja tak i bardzo sobie chwalę. - Bretonka zaczęła niby ostrym tonem jakby jej gość popełnił jakieś głupstwo jakie jednak w swojej łaskawości była skłonna mu wybaczyć. Tylko, że tam temat rozmowy był zgoła nieprzyzwoity i wulgarny skoro rozmawiali o jej kochankach. Niemniej wyglądało, że Fabienne chwali sobie swojego grubego kochanka i nawet odczuwa pewien niedosyt spotkań z nim gdy względy przyzwoitości wymagały ich ograniczenie.
- Chociaż nie powiem aby z Pirorą i dziewczynami się nudziła. Co to to nie. Uwielbiam tam je odwiedzać, zwłaszcza jak mamy okazję zejść do jej loszku i jest nas troszkę więcej. Szkoda, że ja sama nie mogę sobie urządzić takiego przybytku rozkoszy. - uśmiechnęła się ciepło gdy wypowiadała się o swoich kochankach ze zboru Starszego więc ten paromiesięczny zbiorowy romans też widocznie miał gorące miejsce w jej zdeprawowanym serduszku. Nawet jeśli pełniła w nim bardzo uległą i służalczą rolę. A może właśnie dlatego.
- Ale sama lady Soria no to ojej… Nie mogę się doczekać aż mnie zaszczyci swoją uwagą i pozwoli mi się wielbić. - rozmarzyła się kompletnie gdy widocznie żywiła podobne uwielbienie dla wężowej syreny jak jej kochanki które miały z nią częściej do czynienia. - Mam nadzieję, że to będzie jutro. Albo chociaż troszkę dzisiaj u Kamili. - westchnęła z rozmarzeniem jakby prosiła o to w modlitwie do swojego zakazanego patrona.
- Ale jak to Starszy chce wypuścić jakiś ocean rozkoszy na miasto? Opowiedz o tym proszę coś więcej. - odgryzła kolejny kawałek jabłka jakby na sam koniec prawie przegapiła drobną wzmiankę jaką Otto wplótł w swoją wypowiedź. Spojrzała na niego z zaciekawieniem czekając na te ekscytujące wieści.
- Najpewniej słyszałaś Legendę Czterech Sióstr? - Bretonka zapytała wcześniej o Norrę, ale wolał się upewnić - Rodzina pracuje nad sprowadzeniem ich z powrotem w rodzinne strony. Soren, Norra, Oster i Vesta, szepczą do nas domen swych patronów. Kiedy nam się uda, a uda się nam. Ich błogosławieństwa spłyną na to miasto i pochłoną je plagami, mutacjami i krwią, ale też utopią wszystkich w czystej ekstazie. Pomagasz nam i tak, niezmiernie wręcz, zabierając moich pacjentów z hospicjum. Marika słyszy szepty Soren, natomiast Norra przemawia do Anniki. Vesta podsyła wizję innemu z moich pacjentów, ale jego raczej nie wypuszczą. Biedak jest dzieckiem w ciele dorosłego. Herold Oster powiedział nam co mógł, ale dary Ojczulka, okazały się zbyt silne dla niego. - trochę dużo wyjawiał, wątpił jednak aby Fabianne była zagrożeniem z tą wiedzą. Trochę obawiał się, że szlachcianka może być zwykła próżną kobietą, która postanowiłą dodać swemu życiu trochę pikanterii. Nawet jednak i takie okazy mogą mieć zastosowanie - Więc, tak wygląda sprawa, Rodzina pracuje nad sprowadzeniem wielkich rzeczy na miasto.
- Aha… - czarna ufryzowana głowa skinęła twierdząco i tym razem zagościł na niej wyraz skupienia. - Znaczy o tych Siostrach to wiem. I, że szukacie ich dziedzictwa. To jak byliśmy z Hubertem i Oksaną na waszym zborze w zimie to Starszy o tym mówił. Obiecaliśmy sobie pomagać. Tylko nie wiedziałam, że te moje służki to część tej sprawy. - dodała wyjaśniając co z tego co wspomniał rozmówca wiedziała już wcześniej. Chyba chociaż ogólny zarys bo parę miesięcy temu to jeszcze wiele rzeczy związanych z Siostrami nie było wiadome. Jak choćby Soria wciąż była nieznaną nikomu syreną jaka grasuje po wybrzeżu i topi rybaków po jakich zostawały tylko puste łodzie.
- A czegoś szukacie teraz? Zwłaszcza od Soren bo ona mi się podoba najbardziej. Mogę wam jakoś pomóc? Bo ta krew i mutacje to raczej mnie nie interesują. Ale ta ekstaza to brzmi bardzo interesująco. - zapytała proponując swoją pomoc w tym zaszczytnym celu.
- Jest jedna rzecz. Siostra Soren, Oster, twierdziła, że wybranka Węża posiada "Jaskinię Pożądania". O ile aktywnie nie poszukujemy tego miejsca, to odnalezienie go na pewno byłoby wielkim plusem. - mnich chwilę się zastanowił nad innymi opcjami, ale tylko to mu przychodziło do głowy.
- Jaskinia Pożądania? Brzmi ekscytująco! Chętnie bym odwiedziła takie miejsce. Zwłaszcza jakby była okazja celebrować to pożądanie. - czarnowłosa gospodyni uśmiechnęła się na myśl jakie to ciekawe musiałoby być miejsce, na pewno warte odwiedzenia.
- Ale niestety obawiam się, że nie słyszałam o takiej jaskini. Ale będę miała na uwadze. Gdyby mi się trafiło coś związanego z tą ciekawą jaskinią to na pewno dam wam znać. - obiecała, że nawet jeśli pierwszy raz spotyka się z taką interesującą nazwą to gdyby trafiła na jakiś ślad to się nim podzieli.
- Ale wybacz moją ciekawość Otto ale jak aktywnie jej nie szukacie to nie wiem dlaczego, ja bym nadała tej sprawie najwyższy priorytet. Niestety pierwszy raz słyszę tą nazwę to nawet nie wiem od czego zacząć. No ale jak aktywnie jej nie szukacie to właściwie czego szukacie? Coś już w ogóle udało wam się znaleźć od tych Sióstr? - zagaiła Bretonka wyłapując w wypowiedzi rozmówcy pewną nieścisłość. Pewnie odebrała to tak, że skoro kultyści z sąsiedniego zboru nie szukają Jaskini Pożądania to zapewne koncentrują swoją uwagę na czym innym.
Mnicha zastanawiało, czy jest Fabianne jest świadoma prawdziwej natury Sorii. Cóż, można zarzucić sieci.
- No cóż, Soria jest jakby jednym z naszych znalezisk. Jest córką Soren, znaleźliśmy również jej ołtarz, który obecnie jest pod opieką Mergi. Znaleźliśmy również laboratorium Oster i jej dar, którym obecnie opiekuje się Sigismundus. Miejski aptekarz i akolita Nurgla. Więc teraz bardziej koncentrujemy się na ołtarzu Norry, którego zew słyszy Annika i darach od Vesty. O tych ostatnich dużo informacji nie posiadam, ale podejrzewam, że Inkwizycja może wiedzieć coś więcej. - mnich chwilę się zastanowił - "Jaskinia Pożądania" to tytuł tego miejsca jaki nadała mu Oster i raczej nie w pochlebnym znaczeniu. Więc może to nawet nie być jaskinia.
- Jak to nie pochlebnym znaczeniu? Bardzo pochlebnym! Przecież to aż od razu by się chciało pójść, odwiedzić taką jaskinię i zobaczyć co tam jest! No i celebrować to pożądanie oczywiście. - rozmówczyni zaczęła od końcówki wypowiedzi mnicha. Przyjęła nieco mentorski ton jakby strofowała ucznia jaki wyciągnął niewłaściwe wnioski z właśnie zakończonej lekcji. Chociaż to wszystko raczej w takim żartobliwym wydaniu bo na koniec uśmiechnęła się ciepło. - A przynajmniej ja bym chciała. A macie jakieś wskazówki gdzie by mogła być ta jaskinia? Zastanawiam się od czego by można zacząć jej szukać. - zapytała jakby nabrała ochoty aby odnaleźć taką wyjątkową jaskinię, do tego miejsce związaną z jedną z Sióstr jaka poświęciła się temu samemu patronowi co czarnowłosa szlachcianka.
- I Soria ma tak wspaniałe pochodzenie? A to dlatego jest taka wyjątkowa. Od poczatku to czułam. Ale nie spodziewałam się czegoś takiego. Co prawda Piora sugerowała coś takiego jak mnie z nią przedstawiała no ale to chyba mój umysł był zbyt zaślepiony urodą naszej Sorii aby to właściwie zrozumieć. Bo mówiła, że milady ma wyjątkowe talenty i pochodzenie, nawet lepsze i znamienitsze niż Lilly a przecież ona nosi ślady błogosławieństwa naszego patrona. I ją zresztą też bardzo lubię. - czarnowłosa dama wydawała się być jeszcze bardziej zachwycona Sorią niż do tej pory gdy mimo wszystko brała ją chyba za egzotycznej urody śmietelniczkę z dalekich krain i tego nadnaturalnego pochodzenia się nie spodziewała.
- Oh to tym bardziej mam nadzieję, że jutro jak będę u Pirory to się poznamy lepiej! A dziś u Kamilki to trudno mi będzie usiedzieć spokojnie przebywając z jednym miejscu z kimś tak wyjątkowym. - rozmarzyła się myślą na te najbliższe spotkania z tak wyjątkową istotą jakie miała zaplanowane na dzisiejszy wieczór i dzień jutrzejszy.
- I od Oster też coś znaleźliście? No to chyba dobrze. Chociaż przyznam, że choroby to nie jest coś co mnie bawi i nie wydaje mi się zbyt interesujące. Ale to jakaś część dziedzictwa Czterech Sióstr więc pewnie dobrze, że to znaleźliście. Martwię się tą Norrą. Zwłaszcza chodzi mi o Annikę. Nie chciałabym aby coś jej się stało. To byłoby okropne jakby ją ktoś zabił albo okaleczył. Straszne. Przecież u mnie byłoby jej lepiej. - chyba nie powinno za bardzo dziwić, że bretonka największe zainteresowanie okazała Siostrze z jaką dzieliła przekonania i patrona. Pozostałym okazała mniej uwagi chociaż starała się niejako wyjść poza własną otoczkę przekonać na tyle aby zdać sobie sprawę, że nie wszyscy podzielają jej i jej koleżanek zapatrywania na patronów. Więc może inni maja inne priorytety niż one. Była w stanie to zrozumieć i zaakceptować chociaż krwawy zew jaki zdawała się odczuwać jej nowa służka albo paskudne i zabójcze plagi zesłane na ten świat niezbyt wydawały jej się pociągające a nawet ją zdawały się niepokoić.
- Nie martw się o Annikę. Nie puścimy jej samej w ciemny las. - przynajmniej mnich miał taką nadzieję - Do tego, sama jest przekonana o swym zwycięstwie, a nie mam powodu, aby w nią wątpić. - Otto chwilę się zastanowił - Soria jest naprawdę niebywałą istotą i mówiła, że czuje coś niezwykłego w tobie, więc wierzę, że wasze spotkanie będzie wyjątkowe. Do tego, okaleczenie nie oznacza niczego złego - powiedział jednooki mnich z lekką nutą urazy - Jest furtką na nowe doznania, o ile nie polecam okaleczania siebie… no chyba, że to cię kręci. Jednak przyjemność i ból są siostrami, czasem trzeba zadać jeden, aby poczuć drugi.
- Całkowicie się z tobą zgadzam Otto. Ból i przyjemność, poniżenie i wywyższenie, władcy i niewolnicy. Tak, jak najbardziej się z tobą zgadzam i jestem za tym całym sercem. Bardzo żałuję, że nie możemy tego robić jawnie i wszystko to trzeba ukrywać jak jakąś plugawą sromotę. No ale jakoś sobie radzimy, ja mam swojego Huberta, Oksanę, Pirorę i jej sekretny loszek no to jakoś sobie z tym radzimy. Chociaż nie lubię się ograniczać i chętnie lubię poznawać nowych ludzi, doznania i smaki. Dlatego tak strasznie jestem podekscytowana na to nasze małe, wieczorne spotkanie w najbliższą pełnię. To już za parę dni! Jeszcze nigdy nie robiłam z tego z kimś tak innym. Co prawda Lilly to też taka trochę inna ale ona jest milutka i słodziutka i taka kochana, że nie da jej się nie lubić, służyć jej to prawdziwa przyjemność. - Bretonka wyrzuciła z siebie jednym tchem coś co wydawało się być esencją jej wiary i poglądów. Chociaż były całkiem odmienne od tego co głoszono z ambon czy rodzice nauczali swoje dzieci. Bez skrupułów mówiła o swoich małżeńskich zdradach oraz spółkowaniu z odmieńcami i zwierzoludźmi za co gdyby to się wydało to groziły tortuty i stos w oczyszczającym ogniu jaki miał wypalić takie herezje.
- Ale jednak o Annikę to się jednak troszkę martwię. Jakby wróciła w glorii zwycięstwa, cała i zdrowa to oczywiście cudownie. Z przyjemnością będę służyć takiemu zwycięzcy. No ale jak wróci bez ręki czy nogi, albo jakiś kadłubek? Albo w ogóle tylko biedaczka zginie mi gdzieś tam marnie? - mimo wszystko co do Anniki to Fabienne nie miała przekonania. Martwiła się o jej los i dobro jak dobra pani albo matka o swoją podopieczną.
- Obiecuję, że postaram się, aby do tego nie doszło. - mnich uniósł rękę składając przysięgę - Natomiast, jeżeli Starszemu i reszcie rodziny się uda, nie będziecie się musieli już chować. Każda żądza, każda chęć, każdy mężczyzna, kobieta, dziecko czy zwierzę będą wasze do zaspokojenia wszelkich ciągotów. Ku temu pracujemy.
- No oby! No może oprócz dzieci bo te mnie w ogóle nie pociągają. Ale co do reszty to tak, bardzo bym chciała aby to było możliwe. W ogóle nie rozumiem co jest złego w tym aby ktoś miał swój osobisty harem nałożnic albo, żeby małżeństwo mogło się zabawiać tylko same ze sobą. To taka strata! Czyste marnotrawstwo! No ale póki mamy wolną wolę i trochę pomyślunku to można to jakoś obejść. W każdym razie ja jestem jak najbardziej “za” taką wizją więc jakbym mogła wam jakoś pomóc to bardzo chętnie. No ale prywatnie chociaż bardzo bym chciała aby Hubert, Pirora albo Soria na przykład wyprowadziły mnie na ulicę na smyczy to jednak sam rozumiesz, że to jednak na razie musimy zachować pozory. Więc bieganie nago po ulicach na razie odpada. Niestety. Ale poza tym w miarę moich skromnych możliwości jakbym mogła jakoś przyczynić się do tego zaszczytnego celu no to bardzo chętnie. - zadeklarowała się do pomocy w tych spiskowych knowaniach. I chociaż sama miała takie preferencje a nie inne to jednak zdawała sobie sprawę, że otwarcie ich ujawnić nie mogą bo w zależności od tego czym by się zdradziła to albo by owocowało to towarzyskim ostracyzmem albo karą brutalnej i pewnie publicznej egzekucji. W tych ramach co jej pozostawały jednak była gotowa pomóc braciom i siostrom z sąsiedniego zboru.
- No cóż, nie jestem w pozycji, aby składać jakieś prośby, ale przekażę Starszemu twoje chęci. - zerknął na Frau von Mannlieb - Na smyczy, nago po ulicy? Doprawdy? - mnich zachichotał - No cóż… a może doprowadziłybym cię tak na wasze małe nocne spotkanie z dzikimi?
- O, zrobiłbyś to? To będziesz z nami na tym intymnym spotkaniu? No to bardzo chętnie, byłoby mi bardzo miło i przyjemnie! Poza tym to by było bardzo ekscytujące. - Frau von Mannlieb otworzyła oczy nieco zaskoczona takim pytaniem ale było to zdecydowanie przyjemne zaskoczenie bo zaszczebiotała w odpowiedzi na taką podniecającą propozycję. Wcale nie ukrywała, że jest ona bardzo bliska jej rogatej duszy i popiera je całym zdeprawowanym sercem.
- Spróbuję, o ile wątpię, aby nasi kopytni przyjaciele zadowolili się moim kuperkiem. Zawsze, ktoś pewnie będzie musiał was zebrać z ziemi kiedy z wami skończą. Zwierzoludzie potrafią być… ostrzy. Możesz mieć kłopoty z staniem przez kilka dni, lub siedzeniem. - mnich uśmiechnął się odrobinę łobuzersko.
- Tak myślisz? - jak miał zamiar nastraszyć czy zniechęcić rozmówczynię to udało mu się osiągnąć raczej przeciwny efekt. Bo wydawało się, że odbiera to jako zachętę a nie coś przeciwnego. - No mam nadzieję! Liczę na jakieś niezapomniane przeżycia! Oczywiście udostępnie im to na co by mieli ochotę, nie mam zamiaru zgrywać jakiejś cnotki. Mam nadzieję, że zabawimy się na całego, w końcu do następnej pełni jest caałyy dłuugii miesiąc. Poza tym to już będzie koniec lata i początek jesieni a tutaj to niestety nie jest moja rodzinna Bretonia, że jeszcze można by liczyć na ładną pogodę. No i to byłby zaszczyt i przyjemność tak służyć i zabawić się z pierwszymi dziećmi Chaosu i gościć ich w sobie. To słyszałam kiedyś jak mi Pirora mówiła co Starszy wam mówił. Że te zwierzoludzie to pierwsi przemienieni jaka w końcu stała się odrębną rasą. No i jeszcze nie miałam z nimi przyjemności to jestem bardzo ciekawa. Bo Łasica i Burgund to mi tak opowiadały o tym pierwszym spotkaniu wtedy nad tą zatoką, że wiedziałam, że ja też muszę tego spróbować! No tylko mnie się trudniej wyrwać z miasta na takie zabawy. Ale już to obmyśliłam i jestem dobrej myśli. - mówiła szybko i z podekscytowaniem jakby omawiała detale jakiegoś eleganckiego balu czy przyjęcia z wyższych sfer. A nie orgii ze zwierzoludźmi za miastem. Niemniej wydawała się podobnie zaangażowana i oddana całym sercem tej sprawie aktywnie działając aby móc dołączyć do tej wyjątkowej orgii. I mimochodem wydawało się, że Pirora i łotrzyce skutecznie narobiły jej smaku na to spotkanie pikantnymi szczegółami tego pierwszego na jakie popłynęły z Sorią i Joachimem.
- Moja praca, przed tym jak skończyłem tutaj, nie miała zbytniego kontaktu ze zwierzoludźmi… czy oni w ogóle potrafią pisać? Z tego co wiem jednak, to bardziej nie przemienieni, a zrodzeni. Chaos wydał na świat własne, śmiertelne potomstwo w postaci tych Zwierzoludzi, chociaż, chyba każdy może wydać takie na świat. Niektóre regiony Imperium mają chyba większe szanse. - Otto nie pamiętał kiedy ostatnio czytał coś o tym konkretnym odszczepie sług Chaosu. Chyba nigdy nie byli centrum żadnej przepowiedni czy konkretnego ataku, więc nie byli ważnym elementem jego badań.
- No ja niestety nie wiem o nich zbyt wiele. U nas w Bretonii to utrapieniem są raczej orki niż zwierzoludzie. Nawet byłam trochę zdziwiona jak przypłynęłam tutaj, że tu macie tyle tych zwierzoludzi bo też myślałam, że z tych różnych potwornych ras to, że orki tu są dominujące. Sama żadnego zwierzoludzia z bliska nie widziałam. Chociaż w jednej z karczm widziałam czaszkę zwierzoludzia przybitą jako trofeum. Dla mnie wyglądała jak zwykła czaszka jakiegoś kozła albo barana. Tylko zmutowanego. I trochę krótsza była. Ale czy potrafią pisać to nie wiem. Ponoć niektórzy używają plugawej magii. Ich szamani. Ale orki też mają swoich szamanów. No ale orki są brutalne i nudne. A zwierzoludzie są pobłogosławione przez Mroczne Potęgi od zarania dziejów. I mam nadzieję, że cieszą się niespożytą jurnością i witalnością bo dziewczyny tak mi to właśnie opowiadały. Lilly zresztą mówiła, że tak to z nimi bywa, że po części to mają takie zwyczaje zwierząt. Będę musiała ją zaprosić albo spotkać się u Pirory i coś porozmawiać z nią przed tą pełnią. Niech coś o nich opowie. - czarnowłosa dama przyznała, że z nacją zwierzoludzi do tej pory nie miała wiele wspólnego. I chyba nawet za bardzo się nią nie interesowała. W Bretonii wedle jej słów to miała być rzadkość. A tutaj, za murami miasta, też najczęściej pojawiali się jako lokalne utrapienie na traktach, wioskach i pastwiskach nie różniąc się za bardzo podobnymi pogłoskami o ludzkich bandytach, orczych czy goblińskich. Dopiero wieści koleżanek z pierwszego spotkania z tą kopytną rasą pobudziły ciekawość i żądze Frau von Mannlieb na tyle, że teraz była gorącą zwolenniczką aby ich poznać, skosztować i ugościć w swoich eleganckich wdziękach.
- Tak daleko na północy jak my jesteśmy, wpływ Wielkiej Czwórki jest silniejszy. Co do wyglądu… jako dosłowne dzieci Choasu ich wygląd jest chaotyczny. Jest kilka konstantów; zwierzęce głowy, rogi, kopyta. Jednak jakie zwierze, to już różnie, chociaż głównie kozy, byki i tym podobne. Wiem, że uważają cały koncept cywilizacji za odrażający, więc polecam dobre maniery pozostawić po tej stronie murów. - Otto naprawdę musiał sięgać do głębi swej pamięci, aby wyciągać te małe fakty - Chyba i to duże chyba, posiadają samice, ale w o wiele niższej ilości niż samców. Może zdołam popytać na spotkaniu.
- Nie mają zbyt wielu samic? To dobrze! To może dlatego nami się tak interesują! Chociaż dziewczyny mi mówiły, że była jedna podobna do Lilly, taka właśnie samica, nawet kobieta, nawet ciekawa dla oka. Oczywiście z samicami też bym się chętnie zapoznała, nie mam nic przeciwko. Ale może jak są tacy wyposzczeni to nami się bardziej zainteresują. - zaśmiała się gdy z lubością zagłębiła się w te detale planowanego spotkania. To co mówił Otto wcale jej nie zniechęcało.
- Jestem bardzo ich ciekawa. Chętnie ich sobie obejrzę i spróbuję z każdej możliwej strony. Mam nadzieję, że oni też się odwzajemnią tym samym. Dawno nie brałam udziału w takiej zabawie z przeważającą ilością samców. Bo na Pirorę czy Oksanę oczywiście nie narzekam i to są bardzo kochane dziewczyny, uwielbiam się z nimi spotykać. No ale niestety tam zwykle są same kobiety albo w przeważającej liczbie a panów to niestety jak na lekarstwo. To może chociaż podczas tej pełni sobie odbiję i to z nawiązką na nadchodzące tygodnie. Bo przez tą żałobe to niestety nawet takie zwyczajne spotkania są utrudnione a to przecież daje podstawę do jakichś dwuznacznych sytuacji i schadzek albo poznawania nowych osób. A przecież co chwila do portu zawija jakiś statek a i na turniej, nawet jak teraz jest odwołany, to przyjechało już sporo gości i część z nich na pewno warto poznać. Widziałeś jaką ładną kapłankę przysłali z Saltburga? Aż się dziwiłam. Myślałam, że ci morryci to same stare dziady. A tu taka niespodzianka. Albo ta pancerna urlykanka. Też ciekawa. Albo paru zacnych rycerzy. Też chętnie bym ich poznała bliżej. A tu nie wypada bo żałoba. - gospodyni znów mówiła szybko zdradzając akcentem swoje bretońskie pochodzenie. Szybko przeskakiwała z tematu na temat ale jednak trend towarzyski, zwłaszcza taki jaki mógł zaowocować ciekawymi spotkaniami, zakazanymi doznaniami i zaspokojeniem wyuzdanych żądz był dość stabilny. Wydawało się, że Frau von Mannlieb w takiej prywatnej rozmowie ocenia sytuacje i osoby właśnie przez pryzmat ich spotkań w alkowie. Niekoniecznie dosłownie. I im bardziej to zapowiadało się perwersyjnie i niecodziennie tym bardziej wydawało jej się to pociągające.
- No Łasica i Burgund udają ostatnimi czasy, że chcą się odkupić w świątyni. Próbują przyciągnąć dwóch strażników Morra, ale nic im nie wychodzi. Niestety, ślepa wiara, potrafi zabić nawet podstawowe cechy człowieczeństwa. Co do matki Somnium, faktycznie młoda i to mnie martwi. - mnich westchnął - Za głęboko siedziałem w księgach szukając konspiracji, aby widok "młodej, pięknej bladolicej Wysokiej Kapłanki Morra", nie wywołał w moim ciele... dwóch sprzecznych odruchów. - Jednooki kultysta zachichotał - Chciałem się jej bardziej przyjrzeć, ale też nie łatwo ją złapać. Wysoki kler nie ma czasu dla takich maluczkich jak ja.
- No tak, urodziwa jest. Takim zimnym, cichym pięknem. Też bym chętnie ją poznała z bliska i sprawdziła co ma pod ubraniem. A jakby lubiła pokorne grzesznice to oczywiście ja jestem tym bardziej chętna. - roześmiała się radośnie gdy to powiedziała więc wyglądało na to, że Matka Somnium wpadła u niej w szufladkę tych osób jakie najchętniej spotkałaby w swojej alkowie. I nie po to aby grzecznie spać do rana.
- Ale wydaje się chłodna, godna i niedostępna. Może ją jednak zaproszę na jakieś spotkanie. Tylko musiałabym coś wymyślić. Zobaczę. Dzisiaj będę widziała się z Pirorą i resztą dziewczyn z kółka poetyckiego to może coś wymyślimy. - przyznała już poważniejszym tonem.
-
Oryginalny autor: Seachmall
- Pozdrów je proszę ode mnie. I przekaż dobre nowiny, co do Anniki. Nie będę ci już zawracał głowy, musisz się pewnie zacząć przygotowywać do wyjścia, do tego nie uchodzi, abyś tak długi czas spędziła sama w pokoju, z obcym mężczyzną.
- No tak, trochę się zagadałam. - pokiwała głową i spojrzała w stronę drzwi na korytarz. Jabłko skończyło jako ogryzek położony na małym, ładnie malowanym talerzyku a w kieliszkach zrobiło się znacznie mniej wina niż na początku rozmowy. Szlachcianka spojrzała na rozciętą kopertę i wzięła ją do ręki jakby próbując przypomnieć sobie od czego się zaczęła ta rozmowa.
- Ah, Annika, tak. To jutro w południe po nią przyjadę zabrać ją na kąpiel z osobistą i chętną łaziebną w mojej skromnej osobie. A potem zabiorę ją na spotkanie z Pirorą i Sorią. I tak już zdążyła je poznać to myślę, że powinna się ucieszyć. Więc przekaż proszę Annice, że niech wytrzyma jeszcze jeden dzień i jutro się nią bardzo chętnie zajmę. Trochę mi szkoda, że Mariki nie mogę od razu zabrać. Może coś jej przywiozę jutro aby osłodzić jej czekanie. Nie wiesz z czego by się mogła ucieszyć? Nawet Thorna mogłabym zabrać no ale on ma trafić do Pirory bo mnie to nie wypada najmować takich dobrze zbudowanych mężczyzn do osobistej służby. Szkoda. Czuję, że byśmy znaleźli wspólny język. - pokiwała głową jeszcze raz i odłożyła list od przeora na ten mały, ozdobny stolik z ciemnego drewna i złoconymi wykończeniami. Wydawała się powoli wracać myślą od tych planowanych rozkosznych orgii i romansów do tego co czekało na nią dzisiaj i jutro. Chociaż to też miało sporo wspólnego z romansami.
- Niestety, jeszcze nie ma zgody na wypuszczanie Thorna, do tego Annika za nim nie przepada. Chociaż chętnie by wzięła udział w scenie, gdzie ty usługujesz jej, na jego oczach. Pewnie związanego i bez możliwości wzięcia udziału. - mnich uśmiechnął się do szlachcianki - Pomyśl o tym. Co do czegoś co by jej się spodobało… owoce? Hospicjum nie posiada bogatego jadłospisu, więc cokolwiek nad to czego doświadczyła do tej pory, na pewno będzie wielkim plusem.
- Scenka gdzie ja usługuję moim dziewczynkom? Ależ to jest wyborny pomysł! I to jeszcze przed widownią! Cudowny pomysł. Tylko nie jestem pewna kiedy go uda się zrealizować skoro tylko Annika ze mną będzie wychodzić. Chyba, żeby jakoś tam u was się dało. Ale tak, pomysł mi się podoba więc bardzo chętnie go zrealizuję z moimi dziewczynkami. Mam nadzieję, że Thorne nie będzie miał mi tego za złe. Potem mu się najwyżej zrewanżuję. Ale przedstawienie tak, lubię przedstawienia, zwłaszcza takie podniecające. - pokiwała głową i pomysł z miejsca zdobył jej uznanie. - A Marice coś wezmę, może te owoce, jakieś wino, kiełbasę, pieczeń… Niech coś bidulka ma na osłodę tej niewoli póki jej stamtąd nie zabiorę. - zgodziła się z taką sugestią.
- Jestem pewny, że się ucieszy. - skłonił się szlachciance - Życzę miłego dnia i wspaniałych przygód.
Otto opuścił domostwo von Mannlieb w dobrym humorze, nie tylko spełnił swoją powinność, przybliżył również Fabianne do wielkiego projektu kultu.
Została mu już tylko jedna rzecz do załatwienia i mógł spokojnie zakończyć dzień.
Udał się do "Wesołej Mewy", ale Łasica i Burgund jeszcze nie wróciły z świątyni, więc mnich spokojnie zamówił sobie coś konkretniejszego do jedzenia i picia, aby umilić czekanie.
W międzyczasie napisał list do Starszego.Annika, Herold Norry, zostanie jutro wypuszczona (Konistag).
Dziewczyna czuje zew ołtarza ofiarnego Norry.
Zamierza go odnaleźć, stoczyć walkę i poświęcić czaszkę na ołtarzu.
Proszę o spotkanie, aby ustalić dalsze kroki.
PS. Fabianne von Mannlieb zgłosiła chęć konkretniejszej pomocy w przedsięwzięciach kultu. Zasoby von Mannlieb mogą okazać się przydatne.
Pozostawiam decyzję w twojej gestii.Czekanie trochę zajęło, ale mnich nie narzekał. Miał szansę odpocząć i rozmyślić kolejny dzień.
Rano oczywiście odwiedzi świątynie, sprawdzi jak idzie Łasicy i Burgund, ale też zobaczy czy uda mu się spotkać Matkę Somnium. Musiał odnaleźć Joachima i poinformować go, że może odwiedzić hospicjum, więc to byłoby następne jeżeli wyrobiłby się przed swoją zmianą.
No i oczywiście następnie hospicjum. Być może uda mu się pożegnać z Anniką zanim Fabianne ją zabierze.
Kiedy Łasica i Burgund wróciły do karczmy mnich je wyściskał i popytał jak minął ich dzień. Wręczył ciemnowłosej ladacznicy list z prośbą o przekazanie głowie kultu. Pozwolił dziewczynom odpocząć po dniu,a sam wrócił do swojego pokoju udać się na spoczynek. -
Oryginalny autor: Lord Melkor
Joachim po intensywnym dniu, wieczorze i nocy był zmęczony, ale przynajmniej dano mu się wyspać. Miał znowu sporo tematów do zastanowienia się.
W kwestii wykorzystania magii do pomocy łotrzycom czarodziej nie był zadowolony z rezultatów. Musiał opracować jakieś lepsze zastosowanie jego niemałych przecież mocy dla spraw Zboru. Zaproponował natomiast, że zawsze może wykorzystać postać astralną do stania na czatach, bo w tej formie przynajmniej nie jest widoczny.
Co dzieci Oster i planów Zboru w tym zakresie, to rozumiał w pewnym stopniu obawy wyznawczyń Węża, jemu też wydawało się to trochę obrzydliwe, ale jako mag i człowiek poszukujący wiedzy nie powinien zważać na takie kwestie za bardzo. Wszelka wiedza i moc są przecież przydatne w oczach Pana Przemian, czyż nie? Szczegółowo sprawdził listę składników do mikstur wspierających proces hodowli tych stworzeń, dzieląc je według łatwości ich zdobycia - na te które można by kupić w sklepie i na takie, który wymagały większych wysiłków. Co do tych pierwszych, mógł po prostu wysłać swojego sługę Gunthera, finansowo powinno go było przecież być na to stać. Miał zamiar zorganizować też spotkanie z Sigmindusem, Tobiasem i Aaronem żeby podzielić się kto jakie składniki może zdobyć. Zauważył, że kilka wymagało wyprawienia się na bagna. Nie miał zamiaru udawać się tam sam, planował sprawdzić czy byłyby one mniej więcej po drodze jak się wyprawią na kolejne spotkanie ze zwierzoludźmi z plemienia Gnaaka. Jeśli, nie to chciałby mieć przy sobie przynajmniej swojego ochroniarza, ale dwie osoby to mogło być za mało w nieznanym terenie. Może ktoś z ludzi Silnego byłby dostępny?
Na spotkaniu z Baronem tak jak za 1 razem starał się zachowywać zgodnie z wymogami etykiety i sprawiać wrażenie profesjonalisty który wie o czym mówi, miał przecież teraz wróżbę którą mógł się podeprzeć zgodnie z jego specjalistyczną wiedzą. Nieco rozbiła go jednak okoliczność, że miał podobny sen do snu Barona, ale czy wspomnienie o tym coś da? Nie chciał, żeby ta kapłanka Morra dowiedziała się czegoś co mogłoby ją zaprowadzić na trop sióstr... Poza tym następnego dnia był umówiony na wizytę w Akademii w poszukiwaniu artefaktu Vesty, może tutaj też był jakiś związek?
Powtórzył więc to co mówił poprzedniego dnia, że niepokojący sen to nie jest jeszcze powód do paniki. Zapytał się, czy Baron mając więcej czasu przypomniał sobie może coś co miałoby związek z tematyką snu, na przykład tymi dzwoneczkami. Gwiazdy wskazywały, że warunki mogą być sprzyjające finezyjnym przedsięwzięciom i że ważny będzie spokój i zachowanie klarowności, trzeźwości umysłu. Z drugiej strony jeden z gwiazdozbiorów wskazywał na możliwe działanie jakieś zwodniczej i mrocznej siły. Dlatego jeśli Baron coś planował, to trzeba byłoby podejść do tego przedsięwzięcia w sposób przemyślany i subtelny, zachowując wszelką ostrożność. A jeśli nie, to może jakaś okazja się zaraz pojawi dla takie przedsięwzięcia, które byłoby ryzykowne, lecz w przypadku powodzenia mogłoby wiele przynieść.....
-
Oryginalny autor: Zell
Bezahltag; południe; mieszkanie Heinricha
Starszy mężczyzna leżał na łóżku wpatrzony w sufit. Wspomnienia dnia poprzedniego l, a raczej nocy zboru, były żywsze niż zakładałby. Sen dopiero co wypuścił Heinricha ze swoich szponów, ale von Achterberg nie mógł pozbyć się wrażenia, że to nie był taki typowy wytwór wyobraźni. Mógł nie być w kulcie długo, ale miał wystarczający staż jako ten, który zwalczał Chaos, aby osoby ze snami jak on, wydawać na oczyszczenie ogniem.
Oczyszczenie...
Czy on w ogóle kiedykolwiek naprawdę wierzył w sprawę, za jaką wysyłał na śmierć? Niekoniecznie. Czy śmierć i ból sprowadzał tylko na winnych? Bynajmniej.
Pionki i figury... Tak, kobieta ze snu miała całkowitą rację w swoich słowach. Normalnie warto by było pozostawić te aktorki w dobrym zdrowiu, przez nie i teatr wykorzystywać sztukę dla celów kultu... ale ich prawdziwa przydatność wymagała ofiary z nich. Zamęt, jaki zostanie wywołany będzie wart poświęcenia talentu, rezygnacji z poprzednich planów. Nie było pewne, że wszyscy wrogowie pogonią do Saltzburga, gdzie sami wywołają ognisty chaos, ale ktokolwiek by został, będzie pozbawiony wsparcia, pozostanie sam wśród knowań kultu.
Maść od Mergi była niezastąpiona. Tylko ona mogła pomóc byłemu Łowcy, gdy nadchodził ból. Heinrich wiedział, że czyni to go zależnym od łaski Wyroczni, niczym narkomana od swojego dostawcy narkotyku. Póki będzie miał czym płacić, póty nie przestanie płynąć. To mógł być sposób na upewnienie się, że lojalność byłego Łowcy Czarownic pozostanie na stronie kultu, jednak na to Heinrich był przygotowany odkąd pierwszy raz wpuszczono go na spotkanie ze Starszym i Mergą. Tego oczekiwał, kiedy mutacja zapieczętowała wyrok.
Że dojdzie do zależności prędzej czy później.Nie wahając się przyjął ofertę od Wyroczni, by ta przygotowała mu zapas maści na czas nieobecności. Pozostawienie receptury ze Starszym było jednak także konieczne, jako że nieprzewidziane zmiany w czasie powrotu mogły mieć opłakane skutki dla byłego Łowcy Czarownic.
Rune przekazał, że na razie może się wstrzymać z podchodzeniem do Czerwonego Johana. Należy też nie wyjawiać znajomości między nimi dwoma, ale możliwie będzie okazja do współpracy, czemu Heinrich zostawiał otwarte okno. W chwili potrzeby miał skontaktować się z weteranem.
Bezahltag; południe; kamienica Pirory
- Nie sądzę, aby należało na razie wtajemniczać. - Heinrich oparł się mocniej na prostej lasce z ciemnego drewna, okutej metalowymi zdobieniami - Dopiero pewien czas po występie można skierować uwagę na jej znajomości, a na razie ich zaniechajmy. Zgłosimy się, gdy... zostanie zaprezentowany efekt. Na początku i tak przedstawienie wywoła burzę w kotle pełnym wrzątku, więc unikajmy zachlapania. Świetna sugestia tak czy inaczej, popieram całym sercem na przyszłość. Pozostawmy to jako... niespodziankę dla kuzynostwa. - stwierdził z uśmiechem.
- Tak mówisz? - zapytała cicho gospodyni. Starała się mówić przyciszonym głosem pewnie aby w salonie za zamkniętymi drzwiami ich nie słyszano albo chociaż nie na tyle aby zrozumieć o czym rozmawiają. Spojrzała nawet na te drzwi jakby to pomagało jej skoncentrować myśli.
- Być może… Ale sam wczoraj słyszałeś co mówili Merga i Starszy. Że mamy się rozglądać za nosicielkami. I dzisiaj jak Oksana przyszła z tą suknią to pomyślałam o niej. Właściwie o jej kochankach. Na pewno ma jakieś. Ona i Hubert zawsze się przechwalają kogo to nie mają pod pejczem czy butem w tym mieście. Brzmi jakby chędożyli z połowę śmietanki towarzyskiej miasta. Właściwie nigdy jakoś nie miałam okazji tego zweryfikować. Od nich znam tylko Fabi i mam szczerą nadzieję, że uda nam się przekierować ją do nas. A zwłaszcza do mnie. To irytujące, że tak hołubi tego grubasa a nie mnie. Irytujące. - blond szlachcianka z dalekiego Averlandu cichym głosem wyłuszczyła dlaczego przyszła jej do głowy Oksana i to aby ją wtajemniczyć w rolę nosicielek. A przy okazji przyszła jej na myśl ich wspólna, bretońska znajoma i kochanka i Pirora wydawała się być zirytowana myślą, że nie jest u niej na pierwszym miejscu na liście w alkowie.
- W każdym razie widziałam ją w akcji. Oksanę. I w alkowie jak może zaszaleć to naprawdę potrafi wziąć kogoś pod but i z nim robić co zechce. Czy tam z nią. Przyszło mi do głowy, że jak ma takie talenty i wpływ to może ma jakąś taką co by się jej dało zasiać te jaja od Oster. Bo mnie to właściwie na tym nie zależy. Uważam, że to obrzydliwe. Ale nie chciałabym aby było, że ignoruje polecenia mistrza i wyroczni. I jak Oksana przyszła to pomyślałam, że można by ją wtajemniczyć w sprawę. O Siostrach i tego, że szukamy ich dziedzictwa też wie. Tylko bez tych much i tak dalej. A sam słyszałeś, te muchy ileś tam czasu potrzebują aby się rozwinąć. Pewnie można by i po festynie no ale wtedy to nam nie pomoże w samym ataku bo chodzi o to aby mieć tych much jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Ale mówię, mi w sumie na tym nie zależy więc jak mówisz, żeby jej nic na razie nie mówić to mogę nie mówić. - wyjaśniła kolejny powód dla którego przyszedł jej pomysł aby wtajemniczyć młodą krawcową w tą tajniejszą część spisku. Chociaż sama od wczoraj zdradzała żywą antypatię do tego planu więc nie wyglądała na taką co by się upierała aby powiedzieć krawcowej coś więcej niż już wie.
- Nie chcę byś wyrobiła sobie mylne wrażenie jakobym uważał muszą sztukę za podniecający obraz. - odparł równie cicho co kobieta, przybliżając się lekko ku niej dla łatwiejszej komunikacji - Jednak ta sztuka stanowi idealne pole do wykorzystania dla kultu, możliwe zapewnienie sobie oddechu z dala od oczu Łowcy Czarownic i Kościoła. Każdy środek jest warty przedsięwzięcia, kiedy prowadzi do celu. Żal nie wykorzystać sytuacji jaka rzutem losu się nadarza. Żałuję, że talent ucierpi przy tym, ale czasem trzeba babrać w ścieku by osiągnąć cele. - wytłumaczył swoje zapatrywanie - Starszego i Wyroczni nie miałbym czelności ignorować, ale przy stracie jaka zajdzie na festynie wolę nie skazywać szlachetnej części na podobny los. Oksana pewnie w tych kręgach ma kochanków, nie w niskich poziomach społecznych, które mogłyby się przysłużyć niezależnie od chęci.
- Ojej Heinrich, ja to rozumiem. Nie masz mnie chyba za jakiejś rozkapryszonej damulki co? - Pirora przewróciła oczami jakby sądziła, że starszy kolega ze zboru sądzi o niej jakieś nie wiadomo co.
- Ja to rozumiem. Będzie wielkie zamieszanie, skandal, muchy rzucą się na ludzi, kogoś spalą pewnie za to na stosie, część kobiet zdradzi się jako robaczywe, władze zostaną skompromitowane i będą w wielkich opałach, komuś może wyrośnie jakaś macka czy inne rogi, no ja to wszystko rozumiem i popieram sianie tego chaosu aby na ich zgliszczach wybudować własną domenę. No i cudnie. Jestem całym sercem “za” i też chcę mieć w tym swój współudział. Ale ja to rozumiem o tutaj. - streściła na szybko jak to pewnie by wyglądał ogólny zarys numeru jaki planowali wykonać w nadchodzących tygodniach. Jakby się udał chociaż w ogólnym zarysie to miasto rzeczywiście mogło stanąć na krawędzi zamieszek i porachunków. Na koniec popukała się w skroń dając znać, że popiera tą cześć tak na swój rozum i logikę.
- Ale tutaj, z tymi muchami i nosicielkami to jestem przeciwna. To ohydne. - pokazała na swoje serce na znak, że moralnie i emocjonalnie to rozprzestrzenianie dziedzictwa Oster budzi w niej wewnętrzną odrazę.
- No ale może jakby się trafiła jakaś landara jakiej nie lubię to nawet bym się ucieszyła jakby została nosicielką. Albo chociaż jakaś jakiej nie znam, nie mam z nią planów i mi na niej nie zależy. No to jakoś bym to przełknęła. I właśnie dlatego przyszła mi do głowy Oksana i jej niewolnice. Na pewno ma jakieś i jakby prawdę mówiła to może nawet znam którąś. To by nawet ciekawe było bo jakoś żadna mi się nie przyznała, że uczęszcza na prywatne spotkania z jakąś dominą. No ale nic, tyle myślę bym mogła dać od siebie w tej sprawie. Przynajmniej na razie. A jak potrzeba czasu no to myślałam, że nie ma co zwlekać. Ale na festynie to już będzie za późno aby coś zdziałać na samym festynie. Wtedy już będziemy mogli użyć tylko coś co już będziemy mieli gotowe w zanadrzu. Więc nawet jak wtedy uderzymy do Oksany czy kogoś jeszcze no to już będzie po ptokach. Może w przyszłości będzie z tego jakiś pożytek ale nie na tą akcję co planujemy na festyn. Bo to ma być jakoś pod koniec tego miesiąca albo na początku kolejnego. Wcale nie tak długo czasu na przygotowania. - Pirora dalej tłumaczyła dlaczego przyszła jej na myśl właśnie krawcowa jaka była teraz za ścianą. I chodziło jej głównie aby mogła przyczynić się swoją cegiełką do tego muru jaki budowała reszta rodziny. Nawet jeśli sama osobiście raczej nie popierała tego akurat projektu.
Przez cały czas były Łowca Czarownic słuchał uważnie Pirory, myśląc dokładnie nad jej słowami. Na koniec lekko się uśmiechnął.
- Wskazałaś trafne punkty. Dziękuję. - skłonił się szlachecko kobiecie - Gdyby się udało wybrać tylko te, które są ci solą w oku byłoby idealnie, ale zawsze trzeba się na zamiennik przygotować. Tak, biorąc pod rozwagę twoje uwagi wtajemniczenie jest dobrym ruchem. Co do rozkapryszonej damulki... - spojrzał rozbawiony - ...taka nie jest godna dłuższego spojrzenia, co mówić o prowadzeniu takich rozmów z nią.
- Oh dziękuję za słowa uznania Herr von Achterberg. - gospodyni uśmiechnęła się sympatycznie i dygnęła przyjmując wdzięcznie ten komplement co na chwilę pozwoliło odsunąć te poważniejsze tematy na bok.
- A z tymi moimi koleżankami to myślałam. Mimo wszystko. Ale jakoś żadnej nie życzyłabym losu nosicielki. I jakoś żadna nie sprawia mi wrażenia, że mogłaby się zgodzić na taki numer. Nawet jak czasem się zabawiamy razem u mnie w loszku albo gdzie indziej. Więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że żadna nie przychodzi mi do głowy. Przynajmniej teraz. - powiedziała nieco z wolniej jakby przeszukiwała swoją pamięć czy ma wśród koleżanek jakiegoś wroga którego by mogła poświęcić dla sprawy albo namówić na takie nosicielstwo. Złapała gościa pod rękę stojąc u jego boku i nakierowując w stronę wciąż zamkniętych drzwi do salonu.
- A Oksana i Hubert to działają tu od dawna. Ten ich romans z Fabi to też już trwa zanim ja jeszcze tu przyjechałam zeszłej zimy. I tak się przechwalają, że mają tylu kochanków, że jakby to ich na pęczki mieli. Czy ze szlachty to nie wiem. Sądząc jednak po tym jak sobie zniewolili i podporządkowali Fabi, i to przecież mężatkę, to może i mają kogoś u szlachty. Chociaż tam do nich do sklepu to raczej mieszczanie przychodzą, ci z wyższej półki. Szlachta też chociaż na moje oko to od czasu jak go uczyniłam głównym dostawcą kostiumów do naszego teatru to i więcej błękitnokrwistych się o nim dowiedziało i tam uczęszcza. Bo co by nie mówić Oksana to świetna projektantka i krawcowa, ona naprawdę mogłaby zrobić karierę jako jakaś osobista dwórka od spraw mody na jakimś dworze. Właściwie ją też bym chętnie odbiła Hubertowi. Dobra, chyba nie ma co tu tak stać i gadać, chodźmy do środka bo jeszcze będzie, że romans mamy albo je obgadujemy. - gospodyni wyrzuciła z siebie swoje przemyślenia patrząc gdzieś w dal korytarza. Ale w końcu uśmiechnęła się, pacnęła dłonią w ramię mężczyzny i dała znać, że jest gotowa dołączyć do swoich gości w salonie.
Nauczony za młodu szlacheckiego obycia, Heinrich pozwolił kobiecie wesprzeć rękę o swoje ramię.
- Romans nie byłby taki zły, ale posądzenia o obgadywanie... - złożył krótki pocałunek na dłoni Priory - …wolałbym uniknąć
Stwierdził nim za chęcią kobiety ruszył do pokoju.
- Romans mówisz, nie byłby taki zły? - niższa i drobniejsza od niego blondyna zadarła nieco głowę aby obdarzyć go psotnym uśmiechem i filuternym spojrzeniem.
- To się dobrze składa mój drogi Heinrichu. Bo widzisz ja uwielbiam flirty, schadzki i romanse. A ten mój skromny przybytek to istna jaskinia takich schadzek i romansów. I pełna złaknionych niecnych przygód kobiet. - powiedziała wesoło prowadząc go w stronę drzwi do salonu i zdawała się całkiem dobrze bawić tą rozmową. Ale też zdecydowała, że w końcu czas dołączyć do jej koleżanek w salonie.
Heinrich spojrzał na Sorię, gdy już Pirora odsunęła od niego rękę, aby tą nagłą zmianą uwagi nie spowodować smutku drugiej kobiecie.
- Wyglądasz oszałamiająco pięknie, droga pani. - odpowiedział trzymając dłoń na sercu - A ta przepiękna kreacja podkreśla naturę.
Mężczyzna usiadł na wolnym miejscu, laskę opierając o ścianę obok siebie. Zagrywki slaaneshytek zawsze go bawiły, a teraz tym bardziej, gdy dopiero dwa dni temu zakończył się istny maraton koszmarów... czy wręcz głosów i wizji wydarzeń z przeszłości, które to odsunęły go od spraw kultu na tydzień. Relacja z tymi kobietami była w tym momencie jak miód na poranioną duszę przez swoje jawne i niejawne słowa i gesty. Miłe.
- Obgadywałyście mnie? Czuję się wywyższony, że moja nieobecność uhonorowała mnie zapomnianymi towarzyskimi konwenansami. - z chęcią przystał na ofertę alkoholu - Tematy poruszane za poprzedniej kariery były... nudne, tak szczerze. Monotonne i trzymane w jak najściślejszej tajemnicy przed tobą.
Spojrzał na zaciekawione kobiety jego działaniami w alkowie. Spodziewał się tego, a zainteresowanie jakie wzbudził temat związany z jego osobą wydał mu się uroczy.
- Odprężyć się, dać ponieść chwili... - spojrzał ku górze znad półprzymkniętych powiek, jakby smakował uczucie - Bronić się, nigdy nie broniłem szczególnie. - wrócił wzrokiem w dół, przesuwając go po zgromadzonych - Ta oferta byłaby niesamowita - odezwał się spokojnie do van Dake, która jak i on miała kieliszek wina - ale niestety nie dla każdego byłaby możliwa. - dodał ze smutkiem, wdychając aromat wina - Moja noga potrafi doskwierać niektórym, jacy wzdrygną się przed każdym... nieoczekiwanym wyglądem.
Spokojny, przyjemny w obyciu i opanowany Heinrich nie do końca pasował do ogólnego wyobrażenia fanatyka z lubością skazującego heretyków na ogień, czy parającego się torturą winnych... lub nie.
Soria niczym prawdziwa dama z wyższych sfer umiała elegancko przyjmować komplementy i odwdzięczyć się pochlebcy ciepłym, dystyngowanym spojrzeniem i obiecującym uśmiechem. Po czym cała trójka z ciekawością wysłuchała odpowiedzi kolegi ze zboru.
- Ah, no tak, ta twoja noga… - Pirora pokiwała ze zrozumieniem swoją ufryzowaną blond głową jakby wcześniej nie wzięła tego pod uwagę. - A to bardzo widać? Nie można by udać, że to jakaś proteza czy coś takiego? - zapytała jakby zastanawiała się czy da się to jakoś obejść.
- Takie rzeczy są do zrobienia. - odezwała się Oksana odchodząc od swojej modeli na parę kroków aby mieć lepszą perspektywę całej jej sylwetki i tego jak ta krwistoczerwona suknia się na niej układa.
- Tylko trzeba by Petrę namówić aby zgodziła się na numerek z zawiązanymi oczami. Założy się jej jakąś przepaskę na oczy. Co prawda dalej trzeba by się pilnować ale już można by ją zamknąć w dyby, uwiązać gdzieś czy po prostu kazać się wypiąć i można by się nią wtedy pobawić. Oczywiście zawsze jest ryzyko wpadki, bo jej się ręka ześlizgnie na tą twoją nogę czy co. Właściwie ręce też można by jej skrępować. No ale to wszystko jest do zrobienia. Czasem tak robimy z Lilly aby mogła się pobawić jakąś ładną panią a one myślą, że to jakiś dziarski młodzieniec się nimi zajmuje. - Oksana odezwała się jako kochanka mająca spore doświadczenie w takich zabawach i mówiła tak jakby uważała, że taka schadzka wymagała by pewnego lawirowania i zachowania zasad no i byłaby by obarczona pewnym ryzykiem ale jak się weźmie to pod uwagę to powinna być do zrealizowania.
- A swoją drogą to też myślałam aby ją wprowadzić do rodziny. Jak ma takie ciekawe preferencje i fascynacje. Poza tym też jest zaangażowana w sprawy teatru i kółka poetyckiego więc oprócz mnie i Fabi byśmy miały tam kogoś jeszcze. A poza tym lubię ją. - młoda dama o jakiej rozmawiali widocznie była obu kobietom dobrze znana i budziła w nich pozytywne skojarzenia bo wypowiadały się o niej ciepło. No i rozważały sprawę jej werbunku do rodziny, przynajmniej tak ogólnie.
- Niestety, to nie obejdzie za protezę stworzoną naturalną umiejętnością. - zaczął tłumaczyć Pirorze - To jest... po prostu jakby moja skóra, jeszcze nie zastępująca każdego kawałka nogi, choć poniżej kolana to istna zbroja. - wzruszył ramionami - Czcigodna Merga mówi, że to tylko kwestia czasu nim objęta zostanie całość kończyny.
- Czy teraz o wtajemniczeniu Petry mówicie? - dopytał - Trudzenie się tym utrzymywaniem tajemnicy może być zniechęcające do alkowy dla mnie. Wiek, w którym bym miał inne zapatrywanie minął dawniej, Joachim czy Otto bardziej by się nadali.
- Być może. Ale dla niej to oni pewnie by byli mało interesujące młokosy. Woli bardziej dojrzałe owoce, że tak powiem a nie takie świeżutkie co niedawno puściły pęki. - odparła gospodyni z łagodnym uśmiechem dając znać, że akurat właśnie najstarszy z ich kolegów świetnie wpasowywał się w preferencje jej koleżanki.
- No ale to tylko taka luźna propozycja, nie czuj się nijak zobowiązany do czegoś. Ot zebrałyśmy się razem to sobie plotkujemy o mniej lub bardziej znajomych. Akurat jak się wczoraj zjawiłeś po dość długiej nieobecności i rozmawiałyśmy o tych wszystkich schadzkach i romansach to nam przyszło do głowy, że pewnie byś pasował do naszej słodkiej Petry. Ale to tylko takie plotki, nic poważnego. - blondynka z Averlandu machnęła na to ręką i jeśli kolega nie był zainteresowany takimi schadzkami to nie zamierzała nalegać.
- A w ogóle co cię właściwie do nas sprowadza? Bo tak cię zagadałam od samego początku, że nawet nie zdążyłam zapytać. Wybacz płochość i natarczywość. - Pirora zagaiła o coś co widocznie wcześniej jej wyleciało z głowy pod wpływem sytuacji no i dość nieoczekiwanego pojawienia się starszego kolegi ze zboru.
- Wykryłaś moje intencje, a już myślałem, że zdołam ukryć. - westchnął teatralnie - Ale skoro trzeba do sedna przejść... W sumie to dwa powody... nie, trzy miałem. - poprawił się - Jeden jest prośbą. Jestem z wami, jak i ogólnie w mieście, od niedawna. Jakiekolwiek kiedyś miałbym społeczne znajomości i możliwości, zostało to pogrzebane. Jestem w kropce z ich utworzeniem, jako że na dawne powołać się nie mogę, a i nie mam zamiaru na razie zwracać uwagi dawnych sojuszników. - zastanawiające było, że Heinrich użył słowa "na razie" w tym zdaniu tak bez zastanowienia - Zważając, że wy macie nawet większe doświadczenie w społeczeństwie miasta... Może mogłybyście doradzić jakie kroki powinienem powziąć, a jakich nie w tym środowisku?
Z dwóch dobrze ubranych szlachcianek, jedną o jasnych i drugą o ciemnych włosach i do tego dwukolorową krawcową odezwała się ta pierwsza. Zresztą Soria na nią wskazała jako pewnie ta co ma większe doświadczenie w tutejszych kontaktach towarzyskich od niej. W końcu sama egzotyczna milady z dalekich stron dopiero co raz się pokazała na porannej mszy w ostatni Festag a dziś była zaproszona na kółko poetyckie dobrze urodzonych dam jakim patronowała Kamila van Zee. Więc też trudno było mówić, że ma doświadczenie w tutejszej śmietance towarzyskiej chociaż sprawiała wrażenie lwicy salonowej co czuje się pewnie w takich sferach. Pirora jeszcze spojrzała na Oksanę. Ta z kolei była z nich wszystkich tutaj najdłużej, zanim ktokolwiek z pozostałej trójki kultystów zjawił się w tym mieście. No ale nie była szlachcianką czyli dla nich była z plebsu. Była tylko krawcową i projektantką ich ubrań za jakie jej płacili. I czasem tajną kochanką o dominujących skłonnościach. Krawcowa wzruszyła jednak ramionami na razie oddając pałeczkę blondynce.
- Ale właściwie czego oczekujesz Heinrichu? Bo jeśli chcesz aby cię wprowadzić na salony to powinno być to dość proste do zrobienia. Chociaż teraz trudniej bo żałoba zablokowała wszystkie wernisaże, bale i tak dalej. Wcześniej po prostu byś przyszedł na jedno z przyjęć jakie urządzam i bym cię poznała z towarzystwem. Teraz to trochę trudniejsze ale wciąż do zrobienia ale raczej w mniejszych grupkach. Ot byś był u mnie jak kogoś zaproszę albo bym cię zabrała ze sobą jak ktoś mnie zaprosi jako osobę towarzyszącą. - averlandzka szlachcianka zaproponowała starszemu koledze takie proste rozwiązanie. Ale mówiła nieco niepewna czy to właśnie o takie coś mu chodzi. Soria i Oksana też na razie nie zabierały głosu czekając na to co się wypowie.
- Zdaję sobie sprawę, że szczególnie teraz byłoby ciężej przy tej żałobie, więc i nie spieszno mi z takimi relacjami, ale dobrze słyszeć, że byłyby zawsze możliwe. Zastanawiam się nad kontaktami wśród tych o mniejszym statusie, jednak mogę wpaść w niechcianą sytuację, gdy nie wiem, jakich osób unikać. Nie znam zbytnio sieci powiązań niższych sfer. - wzruszył ramionami - Kiedyś inni zajmowali się tą sferą za mnie.
- No my to raczej się zajmujemy wyższymi sferami. I to najchętniej takimi jakie są rozrywkowe i warto z nimi kończyć tą zabawę w alkowie. - powiedziała gospodyni uśmiechając się nieco z zadowolenia.
- A niższe warstwy to musiałbyś z tym uderzyć do dziewczyn. Zwłaszcza do Łasicy i Burgund. One znają ten brud miasta na wylot. Może do Vasilija jeśli jeszcze zdążysz. On i jego ojciec od dawna przemycają różne rzeczy z i do miasta to też może być zorientowany w sytuacji. Może nawet Strupas bo w końcu to żebrak. Ma znajomości wśród innych żebraków. Kurt u rybaków i marynarzy. Chociaż on też chyba ma wyjechać razem z Mergą. - Pirora przebiegła oczami po ścianie naprzeciwko niej jakby porównywała kogo mają w ich tajnej, spaczonej rodzinie i kto mógłby mieć jakieś informacje czy uwagi o jakie pytał Heinrich.
- A szukasz kogoś albo czegoś do czegoś konkretnego? Do jakiejś szczególnej roboty? - zapytała milcząca do tej pory krawcowa.
Heinrich zdawał się chwilę zastanawiać ile chciałby wyłożyć od siebie, co mogło kłócić się z przyzwyczajeniami byłego Łowcy Czarownic.
- Powiem wprost. - zdecydował po chwili - Czuję się tutaj ślepy, a tego znieść się nie da na dłuższy czas. Chciałbym ogarnąć osoby, które by umiały się wpleść w niekoniecznie bezpieczne sytuacje i być na tyle kompetentne, aby z nich wyjść w gadającym kawałku. Kompetentne, ale jednocześnie nie będące powiązane tak, aby za nimi żałobę robić, jeżeli się zużyją. - powiedział ten zimny fakt bez przejęcia - Osoby, które za monety nie zawahają się wejść nawet do pokoju Hertza i zabrać jego kapelusz.
- Włamać się do pokoju Hertza? Grubo. - powiedziała krawcowa kiwając do tego głową z uznaniem dla śmiałka który byłby w stanie tego dokonać.
- Chyba takie rzeczy to nasze łotrzyce by były najlepiej zorientowane. Trudno mi tu coś doradzić. Przynajmniej w tej chwili. - Pirora znów przeszukiwała wzrokiem ścianę bo próg wydał się i jej bardzo wysoki a ona raczej nie miała znajomych o takim profilu umiejętności. W końcu najczęściej obracała się wśród szlachty i artystów.
- Bo gdyby nie chodziło o kogoś z zewnątrz to bym ci poleciła nasze dziewczyny. Wiesz, że kiedyś Łasica włamała się do mnie w środku nocy po to aby się ze mną kochać? Jak jeszcze mieszkałam w wynajmowanym pokoju w karczmie. A to było na pierwszym piętrze i z zamkniętymi okiennicami! - blondynka przypomniała sobie z rozbawieniem o pewnym wyskoku swojej koleżanki ze zboru jaka była zdolna do takich niecodziennych numerów i niespodzianek. Ale poza nimi jakoś chyba tak od ręki nie przychodził jej nikt inny do głowy kto by dysponował podobnymi umiejętnościami a był spoza rodziny.
Były Łowca Czarownic zastanawiał się nim odpowiedział.
- Zgłoszę się więc do Łasicy i spółki z tą kwestią. - zgodził się - I rozumiem, że w razie potrzeb mogę liczyć także na wasze możliwości kontaktu z możnymi? - zapytał dla pewności - I czy wasze kontakty ograniczają się do szlachty i tych u kasy, czy też dotyczą policyjnych, kościelnych i stricte politycznych osób?
- Nasze możliwości towarzyskie koncentrują się wokół teatru, sztuki, wernisaży, wystaw i najwięcej przychodzi właśnie osób ze śmietanki towarzyskiej miasta. Większość to błękitnokrwiści ale nie tylko. To ludzie ze świecznika, pewnie każdy obywatel miasta o nich słyszał chociaż albo i kojarzy z porannych mszy. Ale też jest miejsce dla całej obsługi dlatego całkiem często udaje mi się nasze dziewczyny dołączyć jako kelnerki czy kogoś takiego. I tak jak mówiłam, jak będziesz miał ochotę ich poznać to daj znać, zaproszę cię na takie przedstawienie czy wystawę to sam ich poznasz. No tylko bym musiała wiedzieć kogo mam przedstawić bo zapewne nie jako byłego łowcę czarownic z blaszaną nogą. - blond gospodyni ogólnie zarysowała kogo można się spodziewać na jej wystawach i przyjęciach albo takich na jakich ona bywa. Brzmiało to jakby przelewała się przez nie śmietanka towarzyska tego miasta, ci wszyscy rozpoznawalni możni i bogaci z ważnymi nazwiskami ale chociaż jakiś ogólny zarys można było określić, że dominowała szeroko pojęta szlachta to też było wiele detali. W zależności kto i co organizował i zapraszał, kto się z kim lubił czy nie, był też element napływowy w postaci kadry oficerskiej z statków jakie akurat były w porcie więc gdzie by oko nie przyłożyć tam można było spotkać nieco inny zestaw osobowy na tych przyjęciach. No i van Dake była gotowa wprowadzić kolegę na salony ale musiałaby wiedzieć kogo.
Heinrich wyglądał na zadowolonego.
- W takim razie ta kwestia załatwiona. - mężczyzna wsparł łokcie dłoni na kolanach, lekko się wychylając ku kobietom - Następna kwestia jest w sumie powiązana z pierwszą. Ciężko współpracować, nawet w jednej organizacji, gdy nie zawiąże się wewnętrznych dobrych relacji. Jestem, jakby to powiedzieć, nieprzywykły do klimatu kultu... będąc w nim, a nie przeciw niemu.
- Ostatni powód mojego przybycia jest w sumie potwornie samolubny. - uśmiechnął się na poły z rozkoszą sytuacją, na poły z samozadowoleniem - Po tygodniu gorączki i majak w samotności choć sekunda bycia wśród takiej piękności jest nie do pogardzenia.
- Oh, to było bardzo miłe z twojej strony Heinrichu. Wiedz, że na pewno jesteś tu bardzo mile widziany. A gdyby któraś z nas mogła zadbać o twoje prywatne potrzeby to myślę, że to też dałoby się załatwić. Mam nadzieję, że nie szarogęszę się za bardzo mówiąc w imieniu koleżanek. - Pirora obdarzyła starszego kolegę uroczym uśmiechem i zapewniła o swojej i zapewne koleżanek gościnności. Tak tej oficjalnej jak i prywatnej.
- Mam wrażenie, że nasze koleżanki bardzo lubią poszerzać swoje znajomości. Zwłaszcza w twoim loszku. - powiedziała z uśmiechem Oksana pokazując palcem w dół gdzie pod podłogą i kolejnym poziomem była piwnica przerobiona na miejsce do dekadenckich zabaw.
- A te relacje Heinrichu no cóż, same się nie zrobią. Byś musiał ruszyć się, ze swojego wygodnego gniazdka i poznać się z tym czy tamtą. Pójść na piwo, na obiad, bal no albo akcje. Jak słyszałeś wczoraj to dziewczyny są w samym centrum akcji obrabiania skarbca świątynnego. Rano wysłałam list do Fabi aby jakoś zwabiła tego swojego bretońskiego kolegę do mnie albo na jakiś inny przyjazny teren. Mam nadzieję, że zależy jej na paru dodatkowych razach szpicrutą i się postara to zorganizować. W każdym razie jeśli o mnie chodzi to jesteś tu mile widziany ale za resztę nie będę się deklarować. - Pirora znów przejęła pałeczkę rozmowy i jej zdaniem sporo z tym poznawaniem się i budowaniem relacji musiał wykonać sam zainteresowany. Albo przez towarzyskie kontakty albo służbowe czyli te różne akcje jakie urządzali na mieście.
- Aha i Joachim oraz Tobias coś próbują odnaleźć w tej Akademii. Też pewnie by nie narzekali na pomoc w tej sprawie chociaż nie jestem zorientowana jak to u nich dokładnie jest z tą Akademią. - na koniec przypomniała sobie jeszcze co wczoraj mówiono o innych poszukiwaniach dziedzictwa Sióstr. W końcu było parę tych wątków, w każdy był zaangażowany ktoś z kultu i pewnie pomoc kogoś jeszcze byłaby mile widziana.
- Joachim... tak. Niedługo mam zamiar go odwiedzić. Zakładam, że sam nie może się doczekać. - choć ton starszego mężczyzny mógł zdawać się neutralny, to w tym głosie czaiła się nuta ironicznego... rozbawienia?
- To chyba wiesz gdzie mieszka? W takiej wieży, w Zachodniej Dzielnicy, blisko zewnętrznych murów. - Pirora podpytała czy kolega wie gdzie mieszka ich wspólny, uzdolniony magicznie kamrat ze zboru.
- A jak byś potrzebował jakichś eleganckich ubrań to się zgłoś. Ale u nas może szef zgodzi się na zniżkę ale jednak będziesz musiał zapłacić. Jak jakieś fikuśne wdzianka do zabaw w alkowie albo tutaj w loszku u Pirory to też możemy ci zrobić tylko powiedz jakie. - dodała od siebie Oksana dając znać, że może użyczyć swoich krawieckich talentów i warsztatu. Chociaż nie za darmo bo w końcu prowadzili interes jakim zarządzał Hubert.
- Jestem przekonana, że jak tak wyglądają wszystkie twoje dzieła jak ta suknia to na pewno masz mnóstwo zachwyconych klientów. Obiecuję ci, że dzisiaj na spotkaniu u panny van Zee na pewno nie omieszkam wspomnieć kto zaprojektował i zrobił tą piekną suknię. I w innych przypadkach również. - lady Soria dodała coś od siebie ciepłym tonem i uśmiechem głaszcząc skraj sukni w jaką była odziana. Co wyraźnie przypadło mistrzyni igły do gustu.
- Byłabym zobowiązana. I bardzo dziękuję milady za twą łaskę. - Oksana dygnęła grzecznie przed czerwoną damą i ten komplement musiał sprawić jej przyjemność. - Przyznam, że odkąd otworzyliśmy teatr to więcej u nas szlachty wśród klientów. Ale chyba nadal nie tak wiele jakbyśmy chcieli. Czasem mam wrażenie, że więcej z nich poznałam prywatnie na naszych tajnych spotkaniach bez świadków niż jest naszymi stałymi klientami. A przecież najwięcej grosza jest właśnie ze stałych klientów. - krawcowa przyznała, że żywi nadzieję, że rozbuduje swoje kontakty i zawodowe i prywatne także u tej najbogatszej i najznamienitszej klienteli.
Bezahltag; wieczór; mieszkanie Heinricha
Heinrich z zadowoleniem odłożył do szafy zdobioną laskę i sprawnie podszedł do biurka, z którego wyciągnął stojące duże lusterko, które postawił na blacie. Zasiadł na krześle i przyjrzał się swojemu odbiciu, żeby po chwili przysunąć miskę z wodą do usunięcia z twarzy dzisiejszej charakteryzacji. Jutro miał zamiar spotkać się z Łasicą, by przez nią zacząć zdobywać znajomości. Czemu nie chciał tego w całości powierzyć kultystom? Bo wymagałoby to zaufania, którego nie posiadał do innych, gdy chodziło o interesy własne. Musiał trzymać rękę na gardle podwładnych, mieć całkowitą kontrolę, a im bardziej się pozwoli innym wejść w plany...
Pozostawało także nawiedzenie Joachima w jego miejscu, a sama myśl o tym spowodowała uśmieszek rozbawienia na twarzy Heinricha. Och, biedaku. Aż tak boli wspomnienie przeszłości?
To w sumie zabawne, magu. -
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 23 - 2519.07.09; knt; ranek - popołudnie (1/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
Czas: 2519.07.09; Konigtag; ranek
Warunki: dzwonnica; schody; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, burza, powiew, umiarkowanieOtto
Tym razem nic zwykłego albo niezwykłego mu się nie śniło. Zgarnął więc z twarzy resztki snu i wstał ze swojego łóżka zaczynając kolejny dzień. Grzmiało. A gdy otwarło się okiennice czy wyszło na zewnątrz okazało się, że na zewnątrz jest ciemno z powodu burzy. Na niebie ciemniały prawie czarne chmury, grzmiały i błyskały gniewnie zalewając ziemski i morski padół potkami deszczu. Szkoda było wychodzić z suchego pomieszczenia. Ale jak trzeba to trzeba. Zwłaszcza jak się chciało przed własną, poranną zmianą odwiedzić świątynie Mananna.
Mimo wczesnej pory zastał tam już pierwszych wiernych chcących przypodobać się bogom na początku nowego dnia podczas odprawianej jutrzni. Chociaż oczywiście nie było porównania z tłumami jakie przychodziły na poranną mszę w Festag. Zastał też dwie skruszone grzesznice w schludnych czepkach i skromnych spódnicach do samej ziemi. Zamiatały i szorowały schody dzwonnicy. Ostatni raz widzieli się wczoraj wieczorem w “Wesołej mewie” gdy przyszedł tam aby im przekazać list dla ich lidera. Wówczas wyglądały całkiem inaczej niż teraz. Wczoraj ich wizerunek bardziej pasował do portowej tawerny jaką była “Mewa”. Pełno było tam żeglarzy i morskiej braci wymieszkanej skutecznie z tutejszym elementem jakiego niekoniecznie zdawało się rozsądnym zaczepiać pierwszemu. Ale obie łotrzyce czuły się tam jak ryba w wodzie i traktowały jak swoje własne podwórko.
- Aha, liścik masz do szefa? Jej no to jeszcze trzeba będzie poszurać dzisiaj do niego bo od rana znów zasuwamy ze szkotkami i szmatami. Ciężka, uczciwa praca! Straszne! To skandal jak oni nas traktują! Hańba i sromota na nas przyszła na stare lata a kiedyś to z Burgund takie numery, żeśmy wywijały, że w całym mieście oczy bielały a teraz tylko wiadro i szmata to mycia… - biadoliła wczoraj Łasica przy jednym ze stołów. Chociaż w dość zabawny sposób i zapewne celowo. Ta ucziciwa i ciężka praca jaką od paru dni sumiennie wykonywały przez większość roboczego dnia bardzo działała im na nerwy oraz zwyczajnie nudziła i ciążyła. Jednak starały się zachować wymagane do swojej roli pozory. Ostatecznie Łasica wzięła list i obiecała go dostarczyć.
- No właśnie. Jeszcze, żeby chociaż umieli wykorzystywać personel gdzieś na zapleczu jak nikt nie patrzy. Po co mieć służbę, i to tak ładną i gorącą jak my, i jej nie wykorzystywać w niecny sposób? - Burgund poparła koleżankę w tym utyskiwaniu na nieznośne warunki pracy. Obie musiały sobie tym żartobliwym gderaniem odbić te całe dnie posuchy i ciężkiej, fizycznej pracy za miskę zupy czy dwie. A dziś rano znów się spotykali.
- Serwus Otto. Co tam na naszym pięknym mieście słychać? Tylko nie mów, że jakieś wyuzdane orgie albo lubieżnicy i ladacznice biegają po mieście chcąc się chędożyć z kim popadnie bo mnie zaraz szlag trafi. - zagadnęła go Łasica przebrana za bogobojną mieszczkę. Chwilowo na tych schodach byli sami bo na górze dzwonnicy chyba nikogo nie było a z dołu to otwierane drzwi powinny uprzedzić, że ktoś wchodzi. Zresztą większość i tak była na nieszporach. W każdym razie Łasica zaniosła wczoraj jego list do Starszego. A raczej zostawiła go w umówionym miejscu. Więc nie widziała się z nim o tej już dość późnej porze a potem poszła do siebie. Dziś zaś od rana urzędowały z Burgund tutaj odgrywając swoją bogobojną rolę. Więc na razie żadnych wieści od ich lidera nie miały. Nawet jak coś im przysłał do “Mewy” to będą wiedzieć dopiero jak wrócą ze świątyni. Całkiem możliwe, że wysłałby odpowiedź prosto do Otto więc też niech się tego spodziewa. Rano jednak nikt do drzwi młodego mnicha nie zapukał a potem ruszył w miasto. Obu łotrzycom ranek zaczął się dość standardowo czyli od pokutnej modlitwy na klęczkach przed ołtarzem boga mórz. Po czym Absalon przydzielił im zadania. Dziś miały doprowadzić do porządku dzwonnicę. W rozpoznaniu podziemi postępów raczej nie było. Obie czekały co wyjdzie z tym odbijaniem klucza co miały im pomóc Pirora i Fabienne albo dać znać, że nic z tego. Pokazały mu okno w dzwonnicy przez jakie zamierzały wejść tu w nocy i zostawić je uchylone co by im pomogło w takiej eskapadzie. Ale na razie czekały umilając sobie czas podpatrywaniem bogobojnych obywateli rozmodlonych co mszę i obgadywaniem ich. Oczywiście były wyczulone na atrakcyjnych ludzi z jakimi by można zawrzeć znajomość. Ale zasuwając z wiadrami, szczotkami i szmatami nie zawsze miały okazję coś spróbować.
Nie zastał też Matki Somnium. No ale ona była morrytką więc jak już to pewnie urzędowała w świątyni Morra. Widocznie tylko z okazji symbolicznego pogrzebu księżnej - matki, odprawiała część mszy i obrzędów pogrzebowych w największej, najbogatszej i najpopularniejszej świątyni w mieście. Zwykle jednak obrządek prowadzili tutejsi kapłani. Dzisiaj znów z ambony głosił kazanie surowy i rosły kapłan Absalon. A jak nie chciał się spóźnić na swoją zmianę w hospicjum to nie miał już tyle czasu aby w tą burzę zasuwać do kolejnej świątyni. Bo wciąż grzmiało, błyskało i lało na całego.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
Czas: 2519.07.09; Konigtag; przedpołudnie
Warunki: korytarze i cele; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, łag.wiatr, umiarkowanieOtto
Poranek w hospicjum zaczął się dla Otto dość rutynowo. Pomóż w kuchni, posprzątaj celę bo pacjent zapaskudził, porąb drewno na opał, pomóż cerować habity. Ot, dzień jak co dzień. Dopiero przyjazd wielkiej pani zakłócił tą rutynę. Podobnie zresztą jak przybycie trzech dam na początku tygodnia nie przeszło niezauważone i w tej codziennej rutynie to był temat do rozmów na następne kilka dni. Dziś się zapowiadało podobnie mimo, że przyjechała tylko jedna bogata pani. Ale już się rozeszło po tej niezbyt licznej społeczności, że zabierze ze sobą Annikę. Wszyscy się dziwili, czemu wybrała akurat ją bo przecież wszyscy wiedzieli jak szalona i agresywna potrafi być Annika. Nawet jak ktoś jej wbił łyżkę brzuch. I zdziwili się, że przyjechała osobiście bo raczej oczekiwali, że co najwyżej przyśle powóz albo nawet służącego aby zaprowadził nową służkę do rezydencji. Lub po prostu mnichom każe sobie ją podstawić pod drzwi. A tu, nie, Frau von Mannlieb przyjechała osobiście, w swojej blado - czarnej krasie. Sam przeor wyszedł ją powitać.
- Pochwalony, pochwalony, mości dobrodziejko! Witamy w naszych skromnych progach! - zawołał od progu uśmiechając się promiennie do wysiadającej z powozu szlachcianki. Ta przyjęła te komplementy z dumą a za nią jak cień wysiadła Gertruda. Bretońska piękność dała się oprowadzać przeorowi i sprytnie poprosiła go aby wskazał jej starej przyzwoitce gdzie ma zabrać rzeczy nowej służącej dzięki czemu chociaż chwilowo jej się pozbyła.
- A i tu nasza Annika. Oczekiwała na panią. - przeor przedstawił swoją podopieczną pani jaka miała ją stąd zabrać i być jej nową opiekunką. I dzisiaj, jak ją przygotowano, uczesano, wykąpano i ubrano jak na standardy hospicjum to w całkiem dobre ciuchy na to spotkanie to nawet ponura i charakterna Annika wydawała się jakaś pogodniejsza, cieplejsza i bardziej uśmiechnięta.

https://i.imgur.com/3G2CCWy.jpg
- Cudowna! Wszyscy tu jesteście cudowni i robicie świetną robotę jakiej nie chce wykonywać nikt inny. Aż mi wstyd, że tak późno was odwiedziłam i cieszę się, że mogłam was chociaż odrobinkę wesprzeć w tym zbożnym dziele. - Frau von Mannlieb, ze swoim eleganckim urokiem i bretońskim akcentem jaki często uważano za uroczy, romantyczny a nawet godny naśladowania potrafiła zrobić odpowiednie wrażenie.
Na oko Otto to chyba sporo zasługi w tym dobrym wyglądzie i humorze Anniki było Marissy. Bo obie sporo ze sobą przebywały już od śniadania ćwierkając ze sobą radośnie jak dwa skowronki. Zresztą i o niej wielka i bogata pani nie zapomniała. Przywiozła jej prowiantu na dwa wielkie kosze.
- To dla mnie?! Wszystko? Ale wałówa! - pisnęła zachwycona pensjonariuszka jak wniesiono i postawiono przed nią kosze z jedzeniem. A czego tam nie było! Owoce, pieczeń, kiełbasy, świeży chleb a nawet bułki, także takie słodkie, jeszcze sery, mleko, nawet butelka wina i w ogóle można było dostać oczopląsku od tych smakołyków. W hospicjum się nie przelewało i może część z takich rzeczy smakowali co jakiś czas ale na pewno nie wszystko na raz a już nie dla jednej osoby. Chyba nawet przeor tak nie jadał bo przecież najczęściej jadł razem z nimi na stołówce i to co inny. Marissa była tak zachwycona, że pocałowała dłoń dobrodziejki a w końcu nawet ją uściskała i objęła z tej radości. Aż jej przeor musiał zwrócić uwagę aby się opamiętała i nie robiła wstydu. Pomogło na tyle, że się przyszła służka odkleiła od swojej przyszłej pani.
- A jak z moją Mariską? Coś wiadomo? - bretońska szlachcianka skorzystała z okazji aby zapytać o swoją drugą kandydatkę na służącą. Przeor jednaj odpowiedział podobnie jak wczoraj Otto czyli, że nadał list z zapytaniem i czeka na odpowiedź ale jest dobrej myśli. Nie chciał jednak niczego obiecywać skoro decyzja nie zależała od niego. Te rozmowy jeszcze chwilę trwały ale w końcu bretońska milady poprosiła czy mogłaby się jeszcze rozejrzeć i chciała dać okazję pożegnać się Annice z kolegami i koleżankami, podziękować za dotychczasową opiekę. Więc przeor pożegnał się, z dobrodziejką i dał znać, że gdyby milady czegoś potrzebowała to wystarczy powiedzieć Otto i ten pójdzie po niego.
- No wreszcie sami. Chociaż na chwilę. - ucieszyła się Fabienne i obdarzając młodego mnicha i swoje dwie służki ciepłym uśmiechem. - Co do ciebie ślicznotko mam mnóstwo planów. I we wszystkich grasz główną rolę i są bardzo nieprzyzwoite. Na początek po powrocie weźmiemy kąpiel aby zmyć z ciebie to całe hospicjum. I uważaj, bo zamierzam to zrobić bardzo dokładnie i sprawdzić każdy zakamarek. - szlachcianka oznajmiła swojej nowej służącej pozwalając sobie na nieco dwuznaczny i frywolny ton. Co wywołało uśmiech zadowolenia na twarzy służki.
- Bardzo bym chciała. Wziąć pożądną kąpiel. A mogę taką z bąbelkami? Słyszałam, że szlachta albo w lukszamtuzach to takie robią. I są ładne kafelki z obrazkami i w ogóle. - Annika chętnie przystała na taką propozycję tylko jeszcze chciała się upewnić czy rozmawiają o tym samym.
- Oczywiście kochanie. Sama zobaczysz te kafelki i są na nich scenki, specjalnie uprosiłam męża aby mi ściągnął takie z mojej rodzinnej Bretonii. I czeka już na ciebie balia i tyle bąbelków ile będziesz chciała. No i moja niegodna twych wdzięków osoba w roli posłusznej łaziebnej gotowej spełniać twoje zachcianki i życzenia. I liczę, że będą bardzo nieprzywoite. Jestem wyposzczona. Od Wellentag muszę zaspokajać się sama bo nikt nie dba o moje potrzeby. - wielka i bogata pani przytaknęła ochoczo i zapewniła, że nowa służka się nie myli w swoich oczekiwaniach a nawet dorzuciła coś jeszcze. Co mimo wszystko zrobiło na obu pensjonariuszkach hospicjum ogromne wrażenie bo jednak teraz słyszały to od niej bezpośrednio gdy już jedna z nich właśnie zaczynała u niej służbę a sprawa drugiej była w toku.
- Oojeejjj. Ja też bym tak chciała! Ale mi będzie się tu dłużyć przez te nadchodzące dni! I to teraz jak Annika stąd odejdzie i zostanę tu sama. - Marissa jawnie zazdrościła koleżance takiego losu. Zwłaszcza jak od wczorajszego wspólnego obiadu w ogrodzie obie zdawały się być na dobrej drodze aby się zaprzyjaźnić.
- Oj wiem, bidulko, wiem, mnie też do ciebie tęksno bo wyglądasz strasznie uroczo i apetycznie. Myśl że będziemy razem hasać w balii i łożnicy ogrzewa moje serce. I uda. Serce mi się kraje, że muszę cię tu zatrzymać ale wytrzymaj jeszcze te parę dni. Obiecuję, że jak już będziemy razem wszystko ci wynagrodzę. - Fabienne wydawała się nie mniej zasmucona tym, że tą co miała opinię najładniejszej pacjentki hospicjum musi tutaj zostawić. Nawet Annice chyba było przykro z tego powodu bo złapała za dłoń koleżanki jakby chciała jej dodać otuchy.
- Dobrze, ja rozumiem, ja poczekam. Obiecuję być grzeczna i nie sprawiać kłopotów. - Marisa pokiwała ze zrozumieniem głową, że rozumie czemu jest tak a nie inaczej. Starała się nawet uśmiechnąć aby dać im znak, że to nic takiego te parę dni tutaj.
- Otto a nie da się coś zrobić? Może jakoś wypożyczyć Mariskę do mnie? Albo nająć ją jakoś? Jak to kwestia pieniędzy to ja zapłacę. Albo chociaż załatwić jej kogoś do zabawy aby się tu tak nie męczyła sama i tylko ze swoimi paluszkami. No szkoda dziewczyny tu tak samą zostawiać. - Fabienne na wszelki wypadek zapytała młodego mnicha czy może jednak udałoby się znaleźć jakiś sposób aby przyspieszyć wyjście drugiej jej służącej. Zapewne sporo miałby tu do powiedzenia przeor bo to do niego należały takie decyzje.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; Ulica Akademii; Akademia Morska
Czas: 2519.07.09; Konigtag; południe
Warunki: magazyny i piwnice; światła lamp; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, łag.wiatr, chłodnoJoachim
Dzisiaj jakoś młodemu astrologowi nie śniło się nic wyjątkoweo. Chyba w ogóle. W każdym razie jak wstał, wcale nie aż tak rano, to jakoś nie pamiętał nic nadzwyczajnego. Za toza oknami jeszcze grzmiało i błyskało. Widocznie była burza ale chyba właśnie się kończyła. Cóż, i tak na zewnątrz było pochmurno i dość nieprzyjemnie. Dobrze, że zrobił wcześniej w nocy tą wróżbę dla barona Wirsberga bo jak taka pogoda bybyła jak teraz to nici z ogladania gwiazd.
No i mógł się przygotować z tą listą składników do mikstur wspomagających muszy chów. Było to o tyle łatwe, że spora ich część wydawała się być dość pospolita. A te parę składników co miały być na bagnach to jak ich by się nie znalazło gdzieś na mieście po sklepach i straganach zielarzy i aptekarzy to pewnie trzeba by się tam wybrać. Nomen omen owe bagna rozciągały się na całą połać wybrzeża na wschodzie i właściwie przyczółki to miały już po sąsiedzku z Wrakowiskiem gdzie spotkali Sorię, jeszcze jako wężową syrenę. Już tam to wozem jechali z pół dnia po plaży. Może nieco mniej bo razem z figlami z Sorią to im zajęło większą część dnia ale prawie cały. Jechali najpierw na północ, okrążając zachodni skraj zatoki a potem na zachód, wzdłuż wybrzeża morskiego aż do wrakowiska. Tam był wschodni skraj bagien. I właściwie to nie wiedział jak daleko się ciągnęły ale słyszał za młodu, że są spore i straszne i zamglone. Generalnie nieprzyjemne a nawet niebezpieczne. Dlatego raczej mało kto się tam wybierał dobrowolnie. Chociaż właśnie czasem zielarze czy myśliwi jacy poszukiwali zdobyczy jakiej nie było w morskiej tonii czy leśnej głuszy wybierali się właśnie tam. Zapowiadało się więc na dłuższą podróż bo sama podróż na ich skraj i z powrotem to by też zeszło pewnie większość dnia. A jeszcze trzeba było połazić po tych bagnach i poszukać tych zielonych żonkili, skrzeku niebieskiej salamandry i tam paru jeszcze takich składników wypisz wymaluj jak składniki czarów albo do pracowni alchemicznej. Przynajmniej patrząc po stereotypach.
W każdym razie wysłał wczoraj służącego aby zaniósł propozycję spotkania. Najprędzej odpowiedź dał mu Sigismundus bo od razu odpowiedział posłańcowi, że jak najbardziej jest chętny na spotkanie i rozmowę ale u siebie w aptece. Bo musi pilnować interesu. I hodowli a Strupas biega po mieście załatwiając różne sprawunki więc nie miałby nikogo zaufanego aby zostawić. Więc wychodziło, że jak Joachim czy inni chcą się z nim spotkać to w aptece. Na odpowiedź Thobiasa też właściwie nie musiał długo czekać. Bo chociaż służacy go nie zastał to wieczorem pewnie jak kultysta wrócił do siebie to odesłał mu odpowiedź. Był chętny na spotkanie no ale nie w dzień gdy prowadził zajęcia i korepetycję. Po południu, bliżej zmierzchu albo wieczorem mógł się spotkać. Zaś od Aarona nie było żadnej odpowiedzi. Służący włożył mu bilecik od Joachima pod drzwi i tyle. Wieczorem nie było żadnego odzewu i dziś rano na razie też nie. Wszystko więc wskazywało na to, że spotkają się po południu lub o zmierzchu w aptece Sigismundusa.
Jeszcze wcześniej, właściwie to wczoraj w dzień, podczas wizyty u barona WWirsberga spotkał Matkę Somnium. Przywitała się z nim oszczędnym, chłodnym uśmiechem i delikatnym skinieniem głowy. W końcu morrytom nie wypadało być zbyt żwawymi skoro służyli patronowi umarłych.
- Witaj Joachimie. Znów się spotykamy jak widzę. Tym razem służbowo. - zagaiła młoda, bladolica kapłanka odziana w swoją firmową, żałobną czerń. Po czym zaczęła rozmowę z baronem. W sporej części pytała o to samo co astrolog i słyszała podobne odpowiedzi. I im obu baron powiedział coś nowego.
Był na bagnach. Niechcący. Na polowaniu był i postrzelił jelonka. Ten jednak umknął no i wiadomo, w końcu by się wykrwawił i padł. Na polowaniu to norma. Więc chociaż krwawy trop zaczął prowadzić w coraz bardziej zabagnione okolice to baron wytrwale jechał za nim. Zaczął już się niepokoić bo koń zapadał się już po pęciny i zastanawiał się czy warto. Ale ostatecznie uznał, że spróbuje jeszcze kawałek bo nie chciał wracać z pustymi rękoma. Ba! Chciał pokazać tym przybyłym na turniej pyszałkom, że stary wilk ma jeszcze kły i może nimi kąsać! Więc to byłby towarzyski blamaż gdyby wrócił z pustymi rękami.
- Aż tu w tej mgle słyszę jakiś kwik. Myślę sobie “To mój jelonek!”. Tylko czemu tak kwiczy? Coś się do niego dobiera myślę. Więc zsiadłem z konia, ale tam błoto, od razu do połowy uda! No i ciągnę konia za uzdę i idziemy kawałek po kawałku. A tam coś chlasta i chrupie. Uwiązałem więc uzdę do jakiegoś kikuta, wziąłem flintę w ręce, łuk na plecy bo wiadomo, taka wilgoć to niezbyt służy na proch, no i idę. I podchodzę poczwarę. I wtedy słyszę te kroki. Ogromne! Wielkie! Biegnie! Przez chwilę nie wiedziałem co robić ale wycelowałem flintę w mgłę i czekam. Myślę sobie, że co jak co ale prędzej strzelę niż ucieknę! - baron opowiadał to wczoraj z takim przejęciem jakby znów żywo przeżywał te wydarzenia na bagnach sprzed paru dni. W końcu okazało się, że tam rzeczywiście była jakaś poczwara we mgle. I rzeczywiście biegła czy co, musiała być wielka bo chociaż baron sam jej nie widział to słyszał, że to coś co w jego mniemaniu na pewno było o wiele większe od człowieka. Nawet większe od konnego. Zresztą potem jak znalazł truchło jelonka to i widział wielkie ślady w jego pobliżu. W jego ocenie to musiało być coś wielkości niedźwiedzia, trolla czy ogra. Tylko poruszało się chyba na czterech łapach albo się akurat przyczaiło na uciekającego jelenia. W każdym razie oczywiście nie był na tyle niemądry aby iść ich śladem tylko zabrał truchło, powlókł je do konia, przywiązał, wsiadł na siodło i odjechał.
- Tylko tam był dziwny zapach. Myślałem, że to od tej bestii ale nie. Aż zacząłem kichać i oczy mi zaszły łzami. A potem czułem ten zapach po drodze. Wydaje mi się, że to od tego jelenia. Koń też był nerwowy całą drogę. A wcześniej nie. A to bojowy koń, na polowania go zabieram aby nie zrobił się rozlazły. Myślałem, że to może od tych bagien ale potem jak wyjechaliśmy z nich i przez las a to przecież spory kawał drogi do domku myśliwskiego. I cały czas robił chrapami i strzygł uszami jakby był zdenerwowany. Aż się odwracałem co jakiś czas czy ta poczwara albo inne plugastwo nie idzie za nami ale nic nie widziałem. Potem jak już dojechaliśmy to kazałem oporządzić tego jelenia i podać na kolację. Ale dobrze go zrobili bo jak jadłem to nic nie było czuć tego zapachu. Pewnie to w coś wlazł tej jeleń na bagnach albo się otarł i na sierści zostało. Ale potem przy oporządzaniu to skórę się zdejmuje, patroszy zwierza i tak dalej to musiało pomóc. - wywnioskował baron po swojej bagiennej przygodzie sprzed paru dni. Wydawał się nie przywiązywać do tego wielkiej wagi ale jak najpierw astrolog a potem kapłanka pytali o jakieś niezwykle wydarzenia to nic innego nie przyszło mu do głowy. Ot, często jeździł na polowania tylko tym razem sam z paroma psami i pomocnikami pojechał aby nie złamać żałoby. Zresztą w Festag rozmawiał o tym z kapłanem Absalonem czy wypada i ten mu dał znak, że można byle nie robić z tego zbiegowiska i zabawy co najwyżej samemu, jak przystało dawnym, mysliwym. Więc baron wziął to sobie do serca i chociaż wolałby pełne polowanie w towarzystwie i z porządną nagonką to jednak dostosował się do wymogów dobrych obyczajów i oddania hołdu zmarłej księżnej i na polowanie ruszył sam, konno i z jednym posokowcem. A, że na bagnach lęgnie się różne tałatajstwo to wszyscy wiedzieli od dawna. Dlatego nikt rozsądny się tam nie zapuszczał a naszczęscie nie były zbyt blisko miasta. Starszy wiekiem baron też normalnie by się tam nie zapuszczał no ale ten postrzałek go tam zaprowadził.
- Następnym razem mości panie gdybyś miał jakieś wątpliwości względem żałoby to sugeruję zapytać kogoś z nas o zdanie. - kapłanka nie omieszkała dyplomatycznie zwrócić uwagę, że Absalon, niczego mu nie ujmując, służy bogowi mórz i oceanów. Zaś sprawy żałoby i pogrzebów podlegały jej patronowi. Ale widocznie nie chciała robić z tego sprawy i czynić szlachcicowi większych zarzutów. Ten zresztą też pokornie przyjął jej słowa przyznając jej rację.
- Całe to zdarzenie mogło wpłynąć lub nawet wywołać ten straszny sen jaki mi opowiedziałeś panie. Ciekawi mnie ten mur jaki rozpoznałeś. Sugerowałby, że albo Akademia albo świątynia Mananna może mieć tu jakiś związek. Sam sen ma wydźwięk mocno niepokojący. Brzmi jak ostrzeżenie. Zaś te kroki jakie słyszałeś we śnie mogą być imaginacją tych kroków bestii z bagien jakie tam słyszałeś. To trochę dziwne, że bestia ze snu cię rozdeptała panie i poszła w stronę murów. Zwykle w snach jak już taki potwór dopada śniącego to albo ten się budzi tuż przed albo tuż po rozszarpaniu. A u ciebie rozdeptał cię jakbyś był za przeproszeniem, niewiele znaczącą przeszkodą i poszedł dalek ku tym dzwoneczkom i murom. To nietypowe. Jakby go ściągały te mury lub to co jest za nimi. - wydedukowała bladolica kapłanka gdy już wysłuchała wszystkich snów i relacji barona Wirstberga. Poradziła mu wypoczywać, darować sobie polowania i wycieczki na bagna a gdyby znów śniło mu się coś tak strasznego czy wyjątkowego to po nią posłać. Bo nawet zdawała się być zaintrygowana tym snem.
Ale w końcu zaczęło się południe. I czas było wybrać się do Akademii na obiecaną kontrolę piwnic i magazynów jakie wedle ostrzeżeń astrologa miały być zagrożone. Czekał na niego rektor Vogel ale nie tylko. Wraz z nimi te podziemia i magazyny zacnej uczelni mieli zwiedzić mistrz ślusarski Bartolomeo jaki miał sprawdzić zabezpiecznia drzwi, zamków i zawiasów. Był pucułowatym mężczyzną w eleganckim żakiecie i koszuli z falbanami chociaż wydawał się nie być nawykły do takiego dostojnego stroju. Do tego miał ze sobą torbę jaka już wyglądała mało elegancko za to bardzo służbowo. W trakcie wizyty rzeczywiście do niej sięgał a to by wyjąć szkło powiększające, a to miarkę, a to poziomice i wydawał się znać na swoim slusarskim fachu.
Drugi gościem była postać zdecydowanie bardziej złowieszcza. A mianowicie Hetrwig. Lub Hetzwig. Niejako etatowy łowca nagród ratusza, ten który najczęściej dostawał najlepsze zlecenia ale i mógł się pochwalić wieloma sukcesami w schwytaniu zbiegów, dezerterów i badnytów.
- Jak widzisz panie kolego, potraktowałem sprawę poważnie. I wezwałem ekspertów od bezpieczeństwa aby przyjrzeli się temu wszystkiemu swoim fachowym okiem. I jeśli znajdą jakieś niedociągnięcia to liczę, że zwrócą nam na to uwagę abyśmy mogli je naprawić. Jak mawiam zawsze i moim kolegom i studentom “Bezpieczeństwo przede wszystkim!”. - wyjaśnił mu jowialnie rektor uczelni po czym gdy byli już w komplecie ruszyli na wycieczkę z przewodnikiem. Towarzyszył im jeszcze jakiś klucznik który właśnie miał cały pęk kluczy jakimi otwierał przed nimi różne drzwi.
Przez cały czas Bartolomeo okazywał profesjonalny entuzjazm. Czyli oglądał chyba każde drzwi przez jakie przechodzili. Stukał, pukał, sprawdzał zawiasy, klamki no i zamki. Po czym dość luźnym tonem mówił, że tu może być, tu by się przydały nowe drzwi, tam zawiasy trzeba by dobić mocniej albo naoliwić. Podobnie kraty w oknach, te zwykle przechodziły pozytywnie kontrolę jego jakości. Przy okazji mówił też kosztorys ile by kosztowało zrobienie zwykłych drzwi, ile grubszych, ile za obicie blachą, ile za jaki rodzaj zamków i pogubić się w tym można było. Ale i tak dało się zrozumieć, że oferuje spory zakres usług, od najprostszych, pospolitych modeli po takie wzmacniane jak do skarbców. Podobie duża rozpętość była z cenami. Jak się mówiło o jednych czy dwóch drzwiach to jeszcze nie brzmiało to jakoś strasznie ale jak tu na uczelni było ich mnóstwo to suma takich napraw czy robienia na zamówienie nowych rosła astronomicznie z progu do progu. Ostatecznie mistrz ślusarski dał znać, że rozumie i tylko prosi o ogolne wytyczne jakie drzwi, ile, z czym mają być a on już przygotuje na dniach dokładniejszy kosztorys.
Co mogło dziwić mimo swojej reputacji Hertwig się wiele nie odzywał. Raczej obserwował wszystko i wszystkich. A jak już pytał to o ludzi. Czyli kto tu bywa, kto tu ma dostęp, w jakich godzinach, kto tu przebywa w nocy i tak dalej. Bo jakby miał ustalać tu warty i patrole swoich ludzi to musiał wiedzieć o takich rzeczach. Przeor mu chętnie odpowiadał ale brzmiało to dość naturalnie. Do magazynach w piwnicach i tych wolnostojacych wokół i za placem zwykle mieli dostep magazynierzy albo nauczyciele jacy się zajmowali daną materią. Ot jak linoznawca miał zajęcia z robienia węzłów to szedł do magazynu linowego aby pobrać ich ilość dla swoich studentów lub prosił o to magazyniera aby mu je przygotował. Nocami cała Akademia była raczej pusta bo nikt tu nie mieszkał na stałe. Nauczyciele i studenci mieszkali na mieście lub w akademiku ale ten nie był na terenie uczelni. Nocą powinni tu być jedynie nocni stróże. Trzech co mieli swoją kanciapę obok recepcji aby w razie czego blisko było do głównej bramy. Robili regularne obchody w nocy a poza tym spuszczali psy. Psy ich znały to na nich nie szczekały ale na każdego obcego już tak. A mur zabezpieczał przed tym aby nie wybiegły gdzieś na miasto.
- A nabrzeże? Przy nabrzeżu nie ma muru. - zauważył Hetzwig wskazując bokiem głowy na tą część terenu uczelni jaka przylegała bezpośrednio do wód zatoki. Tutaj rzeczywiście nie było muru. Co najwyżej dość zwykły płot z bali jaki często używano też do cumowania różnych łodzi.
- No tak, tu muru nie ma. Ale nocą palimy tu lampy, psy nie wskakują do wody za to jakby ktoś nawet tam przybił to podniosą larum. - odparł mu rektor Vogel po krótkiej refleksji. Łowca nagród pokiwał głową i nie ciągnął dalej tego tematu.
I tak przechodzili od magazynu do magazynu, od piwnicy do piwnica oglądając ten zgromadzony w trzewiach Akademii inwentarz. A było co oglądać. Cały magazyn lin, drewna ciesielskiego, desek, bali. Oraz narzędzia do ich obróbki. Większość drewna pochodziła z tutejszych lasów ale niektóre przywożono aż z Kisleva a ta najrzadsze, na te najcenniejsze, ozdobne elementy wyposażenia czy mebli nawet z dalekich, południowych krain. Poza tym był magazyn różnych rud metali i ich półproduktów. Także warsztat ludwisarzy gdzie odlewano dzwony ale i lufy armat. Magazyn różnych broni. I bosaki, i tasaki, czy szable do walki bezpośredniej, łuki i kusze do walki zasięgowej ale też osobne magazyny na broń palną, proch oraz artylerię. Do tego cała masa różnych mebli, stołów, szaf, regałów, biórek jakie po prostu zużywały się podczas pracy edukacyjnej i trzeba było mieć je w zapasie. A częściowo stolarska część studentów wykonywała je w ramach zajęć więc raczej ich nigdy nie brakowało a rektor Vogel pochwalił się, że nawet zdarza się robić im takie rzeczy na zamówienie z miasta. W ogóle zachowywał się jak dumny właściciel oprowadzający gości po swojej medalowej stadninie. Jednak wydawało się, że całkiem słusznie bo Akademia miała liczne swoje zakamarki i pomniejsze grupy czy kierunki a wszystko grało ze sobą całkiem harmonijnie.
Co do nadprzyrodzonych zmysłów magistra to raczej nie zachowywały się jakoś nadzwyczajnie. Widział swoim niewidzialnym okiem, że eter przenika przez ten skrawej materialnego świata jak to zwykle bywało. Czasem zawirował tam czy tu ale to mógł być efekt zwyczajowych zawirowań zmiennych w końcu wiatrów magii albo jakiś detal mógł je wywoływać. Albo echo dawno rzuconego czaru lub obecności magicznego przedmiotu. Albo nawet taki co jeszcze tu był ale miał dość nikłe właściwości. Tak było przez większość wycieczki aż zeszli pod główny budynek Akademii, do jej piwnic. Tam też część pomieszczeń pełniła rolę magazynów. Dopiero jak doszli do pozornie niczym nie wyróżniających się drzwi chociaż całkiem solidnych to wiedźmi wzrok magistra ożywił się rejestrując pomimo ścian, że coś tam mocno zaburza swobodny przepływ wiatrów magii.
- Tu widzę, solidna robota. Trudno się do czegoś przyczepić. No może ja bym maznął troszkę oliwy w zamek i nawiasy. Blachą można by jeszcze obić. Albo nawet drugie drzwi lub kraty zamontować. Bo przejście grube to jest miejsce na podwójne drzwi. - odezwał się Bartolomeo jak zwykle zabierając się za ocenę drzwi i wejścia. Zrobiło na nim pozytywne wrażenie jako solidna ochrona. Ale jednak nie byłby mistrzem w swoim fachu jakby nie znalazł czegoś co by można mimo to ulepszyć.
- A co tu w ogóle jest? - zapytał łowca nagród bez większego zainteresowania. Wnętrze bowiem nie imponowało. Nie było okien więc panowała ciemnica rozświetlana tylko lampami jakie przynieśli. A wyglądało jak graciarnia. Jakieś regały zastawione licznym, zakurzonymi baniakami, skrzyneczkami, workami i bliżej niezidentyfikowanymi gratami.
- A to… To jest nasz magazynek na różne rzeczy niejasnego lub kłopotliwego pochodzenia. - przyznał rektor z pewnym wahaniem. Hetrzwig spojrzał na niego nagle całkiem bystro. Cała senność ruchów jakoś znikła z jego twarzy.
- Znaczy heretyckie? - zapytał lekko się uśmiechając. Mało przyjemnym uśmiechem.
- Jeśli zostaną uznane za heretyckie to zawiadamiamy o tym władze ratusza. Twoich przełożonych. Oraz kapłanów. Komisyjnie orzekają wtedy co z danym fantem czynić. Jeśli uznają, że jest bezpieczny i wiadomo co to jest i jak tego używać wówczas korzystamy z tego jako pomoce dydaktyczne lub tak jak mogą nam się przydać. Jeśli są heretyckie czy niebezpiecznie wówczas przekazujemy je władzom które robią z nimo porządek, najczęściej je niszczą z tego co wiem. A jak ani to ani to to, albo sprawa budzi nadzieję na pozytywne rozwiązanie czy też może to być do czegoś potrzebne w przyszłości wówczas ląduje tutaj. - rektor Vogel chyba spodziewał się tego pytania z ust łowcy czarownic bo udzielił pełnej i wyczerpującej odpowiedzi jakby omawiał kolejny, dobrze działajacy mechanizm. Hetzwig nieco przygasł jakby rybka co miał już na haczyku znów wyślizgnęła mu się do wody ale nie drążył dalej tematu.
Ta rozmowa jednak pozwoliła Joachimowi rzucić okiem na wnętrze piwnicznego magazynu. Nie tylko tymi własnymi oczami jakie miała większość śmiertelników. I o ile w reszcie uczelni Eter działał tak jak zwykle w mieście i okolicy, te drobne zawirowania mogły być efektem jakichś eterycznych kaprysów pogody to tutaj, w tej piwniczce wiatry aż skręcało gdy coś tutaj je mocno wypaczało. Wyczuwał zapach stęchlizny i zgnilizny. Nie był pewny czy inni też to wyczuwają i do pewnego stopnia było to naturalne w piwnicy do jakiej od dawna się nie zagląda. Ale wyczuwał swoim trzecim okiem jakiego fizycznie nie miał, że jest tu coś co wypacza wiatry. Gdzieś zwłaszcza tam w głębi, pod ścianą. Chociaż tu musiało być więcej czynników jakie wpływały na przepływ Eteru to tam pod ścianą było najsilniejsze źródło. W końcu wydawało mu się, że je zlokalizował. Wielka, pancerna, okręcona łańcuchem skrzynia.

https://i.imgur.com/VSXFCWl.jpg
Cokolwiek w niej było wpływało na rzeczywistość. Wydawało mu się, że w pobliżu skrzyni powietrze faluje jak wtedy gdy w upalny dzień rozgrzewa się od słonecznego blasku. Mimo, że tu nie było żadnego okna i poza wizytami kogoś z lampą panowały tu całkowite ciemności. Wcale też nie było tu ciepło, raczej chłodno takim nieprzyjemnym, wilgotnym, piwnicznym chłodem. Dhar jednak emanowała spod tej skrzyni i to pomimo, że na jej powierzchni dostrzegł glify ochronne z Kolegium Światła jakie specjalizowało się w walce z demonami i innymi pomiotami ciemności. Glify tworzyły niewidzialną barierę próbującą zniewolić i stłamsić te dzwoneczki. Jak podszedł blisko wydawało mu się, że je słyszy. Tak samo jak we śnie. Delikatny szum, kojący i wabiący, tysiąca dzwoneczków jakie układały się w ledwo słyszalną melodię.
- No i? To to? - zagaił go Hetzwig który też wszedł do środka i rozglądał się po tym wszystkich rupieciach. W końcu spojrzał chytrze na magistra. - Podobno czarodzieje widzą rzeczy jakich normalni ludzie nie mogą dostrzec. To co magu? Dostrzegłeś coś niezwykłego? Bo rektor mówi, że zostawił tą wisienkę na koniec i wiele do oglądania już nie ma. - odezwał się ponownie patrząc na niego z kpiącym uśmiechem. Przy drzwiach rektor spojrzał na nich ale raczej rozmawiał z Bartolomeo o tym wstawianiu nowych drzwi i krat, jak to by wyglądało, ile zajęło, ile kosztowało i tak dalej.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 23 - 2519.07.09; knt; ranek - popołudnie (2/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
Czas: 2519.07.09; Konigtag; popołudnie
Warunki: zaplecze apteki; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, łag.wiatr, ziąbJoachim
Po swojej wizycie w morskiej uczelni było w sam raz aby udać się na przeciwległy koniec miasta, na Gnojną gdzie Sigismundus miał swoją aptekę. To łażenie po różnych zakamarkach Akademii zajęło całkiem sporo czasu. Gdy młody magister opuszczał bramę to było już popołudnie i z pochmurnego dotąd nieba zaczęło nieprzyjemnie mżyć.
Gdy później wraz z brzdęknięciem dzwonka uderzonego przez drzwi, wszedł do apteki przywitał go gruby gospodarz. Uśmiechnął się jowialnie jakby zobaczył starego przyjaciela.
- Ah któż to zawitał w moje skromne progi? Sam nasz młody i obiecujący uczony i to w takiej zaszczytnej sprawie! - Sigismundus powitał go bardzo serdecznie. Rozpostarł szeroko swoje mięsiste ramiona i otworzył blat aby kolega mógł wejść za ladę.
- Wejdź, wejdź, jesteś pierwszy. - zaprosił go na zaplecze gdzie miał coś w rodzaju biura i jadalni. W każdym razie przeciętna rodzina by się tu zmieściła przy jednym, prostokątnym i solidnym chociaż dość prosto wyglądającym stole. Gospodarz otworzył barek i zaprezentował mu całą baterię różnych nalewek.
- Sam robiłem! Wiesz jaka z igieł wychodzi dobra nalewka? Kto by się spodziewał? Pewien przemytnik dał mi kiedyś przepis jak pomogłem w połogu jego żonie. - powiedział ustawiając parę butelek oraz kilka prostych kubków. Pozwolił gościowi wybrać na co ma ochotę.
- I co? Przejrzałeś te przepisy? Niektóre są takie proste! To niesamowite! Ależ ta Oster musiała być genialna aby zrobić takie wyjątkowe coś z tak pospolitego czegoś! Te najprostsze to już zacząłem robić. Znaczy przygotowywac bo nie wszystkie składniki mam. Prawie wszystkie mam u siebie. Ale nie wszystkie. Po te co brakują posłałem Strupasa. Do wieczora powinien wrócić. Jednak na te bardziej zaawansowane to jednak już więcej wysiłku. Szkoda. Są efektywniejsze. Ale cóż, bez pracy nie ma kołaczy, jak chce się mieć wyjątkowe efekty to trzeba będzie sobie trochę pochodzić i pobrudzić rączki no nie? - powiedział wypijając pierwszy toast za zdrowie gościa i nie mogąc się powstrzymać aby nie zacząć rozmowy od dominujacym ostatnio u niego temacie. Ale ledwo zaczęli rozmawiać o tym a usłyszeli odgłos dzwonka u drzwi. Grubas więc przeprosił na chwilę i wyszedł sprawdzić kto przyszedł. Po chwili dały się słyszeć kroki dwóch osób i do środka wrócił gospodarz razem z Thobiasem.
- A witaj kolego. Dawno się nie widzieliśmy. Dobrze cię widzieć w dobrym zdrowiu. - przywitał się guwernant dystyngowanym tonem i rozejrzał się gdzie by tu można spocząć. Na czymś w miarę czystym i schludnym. W końcu coś znalazł i położył mokrą torbę w jakiej nosił pomoce dydaktyczne i notatki obok siebie. Po mokrym ubraniu dało się poznać, że nadal mży.
- Siadaj, siadaj. Napij się na co masz ochotę. Miło, że wpadliście chłoaki, już myślałem, że tylko Otto zna do mnie adres. No i Strupas. - aptekarz chyba szczerze cieszył się z ich wizyty i w ogóle wydawał się być w dobrym humorze.
- Pewnie byś wolał aby nasze koleżanki częściej cię odwiedzały co? - zagaił go nauczyciel biorąc do ręki jedną z butelek i oglądając ją oraz czytając etykietę.
- A tak! A tak! Bardzo chętnie! Najlepiej aby przyszły, zdjęły majtki, rozłożyły nogi i dały sobie wstrzyknąć dar Oster! Przecież sami słyszeliście Mergę! Od tego się nie umiera! Nie wiem czego się boją. Przecież to co one tam dają sobie wsadzać to na pewno nie byłoby dla nich nic strasznego ani wyjątkowego. W pół pacierza obrobiłbym je wszystkie! Wiecie jakie to proste? Prostrze niż myślałem jak to Merga opisywała. Już to zrobiłem na tych dwóch co mam w piwnicy. I wiecie co? Nic! Dalej żyją i nic im nie jest! Nawet brzuch im nie urósł! A! A ta z traktu już wydała pierwszą wylinkę! Chcecie zobaczyć? - aptekarz nie mógł sobie darować, że ich ladacznice ze zboru odmówiły współpracy w tak zaszczytnym celu jakim było oddanie hołdu dziedzictwu Czterech Sióstr. Ale jednocześnie już osiągnięte suckesy bardzo go ożywiały i dodawały mnóstwo zapału i pozytywnej energii. Nawet był gotów pokazać kolegom efekt swojej pracy.
- No pokaż. Tak z naukowej oczywiście ciekawości. Popieram ten projekt tak w ogólnych założeniach ale nie powiem abym chicał przykładać do niego ręki, że tak powiem osobiście. Oczywiście dla nas wszystkich jako zboru to jak najbardziej zacny projekt, przyjemnie będzie patrzeć jak to zepsute miasto, zwłaszcza te pyszałkowate, nadęte elity będzie padać pod naporem narzędzi Chaosu. - Thobias jak zwykle lubił podkreślić swoją wyższość intelektualną nad rozmówcami i nie omieszkal tego uczynić teraz. Ale gospodarz nie zwracał na to większej uwagi niesiony na skrzydłach swojej wiary. Dał im znać aby podążali za nim i ruszyli po schodach w dół do piwnicy.
- Dobrze powiedziane. Szkoda, że te nasze ladacznice nie chcą poświęcić się dla sprawy. Razem byśmy mieli pół tuzina nosicielek! A nie dwie. A przecież od tego się nie umiera i nawet można wyjść z tego bez krzywdy i brzucha co by przynosił sromotę. - po drodze aptekarz musiał się zatrzymać aby otworzyć jednym z kluczy kolejne drzwi. I znów wrócił do niewdzięcznych koleżanek ze zboru.
- A nie rozmawiałeś o tym ze Starszym? Aby je jakoś nakłonił? - zaciekawił się nauczyciel czekajac aż drzwi staną otworem.
- Rozmawiałem. Prosiłem i tłumaczyłem. Powiedział tylko tyle, że to nasze siostry więc jak któraś się zgłosi to tak bardzo chętnie. Ale jak nie to mam zakaz aby ich porywać czy wstrzykiwać coś im bez zgody i wiedzy. Skąd on wiedział? Własnie rozmawialiśmy wcześniej ze Strupasem, że jak one tak balują, coś by im można dolać do wina, poszłyby spać do rana a my byśmy się zakradli, obdarowali je prezentem i byłoby już po sprawie. Przecież jakby już miały ten dar w sobie to po ptokach. Co by zrobiły? Poszły na steaż miejską? Do łowców czarownic? No ale nie. Zabronił. Tylko jakby się same zgłosiły i zgodziły. Jeszcze pytałem o tą ich Bretonkę co tam się z nimi zabawia. W końcu ona nie jest z naszej rodziny nie? A każda sztuka jest ważna i to jak najwcześniej. No tutaj to samo. Powiedział, że Pirora i reszta ją lubią, mają co do niej swoje plany, że może w przyszłości przystanie do nas więc no też nie. Chyba, że sama by się zgodziła. - aptekarz wyraźnie się zafrasował gdy to najbardziej oczywiste źródło nosicielek czyli ich koleżanki ze zboru co i tak były wtajemniczone w sprawę odpadało. I na razie nie tylko żadna się nie zgłosiła do tej roli ale też były dość solidarnie odmowne. Ale tak do końca jeszcze Sigismundus nie tracił nadziei, że może którąś z nich uda się pozyskać dla sprawy.
- No może jak będzie po pierwszych miotach i zobaczą, że od tego się nie umiera i da sie przeżyć to któraś nabierze rozumu do głowy i pojmie jaka to ważna rzecz. Zresztą. Sami zobaczcie chłopaki. Czy one wyglądają na takie co im się dzieje jakaś krzywda? - powiedział markotnie otwierając ostatnie drzwi i wchodząc do większej piwnicy. Ta była podzielona na cztery cele z których dwie zajmowały młode kobiety. Jedna chyba nie do końca była wieźniem bo drzwi do celi byly otwarte a ona sama wstała z posłania swobodnie. Druga dla odmiany nie wyglądała na taką co jest tu z własnej woli bo była przywiązana do obręczy wmurowanej w ścianę i wyglądała na senną.
- Ah i to nasze dwie utalentowane nosicielki. To jest Loszka. Moja ulubienica. No chodź, chodź Loszka, przywitaj się z kolegami. - aptekarz zaprezentował swoje dość skromne liczebnie stado hodowlane wskazując na obie kobiety za kratami. Ta o czarnych włosach, nieco skołtunionych, wyszła z celi uśmiechając się nieco niepewnie a nieco głupkowato. Ją właśnie Sigismundus przedstawił jako Loszkę. Wydawało się, że jej rozum rozpłynął się już dawno w jakimś szaleństwie.
- No Loszka, pokaż brzuszek kolegom. Pokaż co tam masz. No? Pokaż. - Sigismundus zwracał się do niej jak do małego dziecka i to takiego niezbyt rozumnego. Albo do jakiejś tresowanej małpki. Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie a gdy zaczął podwijać jej koszulę domyśliła się chyba o co chodzi bo ją uniosła. Ukazał się raczej płaski brzuch, bynajmniej nie ciążowy. Za to było widać trzy kołowe znamię Nurgla, jakby wypalone albo wytrawione kwasem na jej brzuchu.
- To prezent z jaskini Oster. Została wynagrodzona i pobłogosławiona za swoją służbę. - pochwalił siebie i ją Sigismundus. - Widzicie? Płaska jest. Nic nie wystaje. Nic jej nie jest. Cała i zdrowa. Na nic się nie skarży. - pokazał im ją jak swojego pacjenta aby zademonstrować kolegom i to tym bardziej uczonym z ich zboru, że nic jej nie dolega. Thobias pokiwał głową przyglądając jej się chłodno po czym wskazał na tą drugą co była zamknięta w celi.
- A ta? Ona nie wygląda zbyt zdrowo. - zapytał o drugą pacjentkę co leżała przywiązana do swojej pryczy i poruszała się jak przez niespokojny sen.
- A to ta idiotka co ją zgarnęliśmy z chłopakami z traktu. A te podziemne zwierzoludy drugą. Teraz żałuję, żeśmy nie zgarnęli obu dla siebie. Przydalaby się. Strupas u nich był nidawno aby może dało się ją wytargować ale nic z tego. Nie był pewny ale oni sami by chętnie dostali jeszcze parę samic. Tak samo jak zimą. Po co im samice? Będą się rozmnażać? Z naszymi samicami? To możliwe? Dziwne jak dla mnie. No ale chociaż są namolni na te nowe samice to nie wiem czy możemy na nich liczyć przy zdobywaniu kolejnych. Ja tam sam nie pójdę, zresztą nie wiem gdzie to jest a Starszy zabronił tam chodzić Strupasowi samemu. To nieco utrudnia jakies kontakty nawet jakby coś dało się z nimi załatwić z tymi samicami. - aptekarz znów westchnął gdy kolejny trop jaki miał nadzieję przybliżyć go do kolejnych nosicielek okazał się mocno wyboisty.
- Ale czemu ona taka chora? - Thobias przypomniał mu czemu pytał o tą niezbyt przytomną więżniarkę.
- A nie, nie ona nie jest chora, jest całkiem zdrowa. Tylko się bez przerwy drze, płacze, wyrywa, szarpie, gryzie i pluje więc musimy jej podawać ziółka na uspokojenie no i wiązać. Ale sami zobaczcie na jej brzuch i resztę. Widzicie? Plaska. Zdrowa i nic jej nie jest. - otworzył jej celę jak to mówił wszedł do środka i zadarł koszulę nosicielki. I tam też widać było wolno poruszający się brzuch ale żadnych zmian chorobowych na nim nie było. Ani tego co tam ma w środku brzucha. Twarz i skóra była spocona a z bliska dało się wyczuć niezbyt przyjemny zapach dawno nie mytego ciała. To jednak nie musiało być związane z tym stanem pseudociąży.
- Ale na razie to dość wczesny etap. Ile to minęło? Drugi dzień? - Thobias musiał mieć naturę uczonego bo wszystko to przyjmował z pewnym chłodnym profesjonalizma ale też i nutką naukowej ciekawości.
- Tak, drugi dzień. I mam już pierwsze wylinki! Dokładnie tak jak mówiła Merga! Chodźcie, pokażę wam! - oznajmił radośnie gospodarz i znów szybko wyszedł z celi i zaprowadził ich do stołu. Na nim były jakieś papiery, notatki, kalendarz oraz opisane pojemniczki. Zupełnie jak przystało na porządnego uczonego dokumentującego swoje badania.
- O, widzicie? To z tej idiotki. Z wczoraj. Dzisiaj miała o te tutaj. To już druga wylinka. Szybko rosną maluchy! Jeśli to co Merga mówiła jest prawdą to jutro będzie miała trzecią wylinkę. I kto wie? Może w Festag już będzie pierwszy miot! - pokazał kolegom coś co wyglądało jak witkie nie wiadomo co. Jak łupina cebuli albo czosnku. Takie cienkie, półprzyzroczyste, delikatne coś. I tłumaczył czym to coś jest i jakie wiąże z tym nadzieje.
- A to od Loszki. Dopiero dzisiaj miała. Ale jest większe. Pewnie więc będzie miała te większe. Na pewno! Jest przecież taka zdolna i pobłogosławiona znamieniem Oster! No to by za tydzień miała rozwiązanie. Jakoś w Marktag. Dzień przed, dzień po ale jakoś tak. Ale jeszcze będę czekał na kolejne wylinki. - radował się jak ojciec jaki spodziewa się narodzin wyczekiwanego dziecka. I znów wydawało się, że ta bezmózga dziewczyna jest jego faworytą i ulubienicą z jaką wiąże wielkie nadzieje.
- No cóż, życzę ci powodzenia Sigismundusie. Ale z tego co wiem to mieliśmy dzisiaj omawiać nieco inne sprawy. Przejrzałem tą listę składnikow jakie podała nam Merga. Myślę, że lwią część powinieneś mieć w swojej oczywiście świetnie zaopatrzonej aptece a jak nie powinny być dość łatwo dostępne w innych przybytkach. Jest jednak kilka składników jakie budzi moje zastanowienie. - nauczyciel wrócił do swojego mentorskiego tonu jakby już tutaj się naoglądał wystarczająco i teraz miał ochotę zająć się sprawą jaka ich tu sprowadziła.
- A tak, oczywiście. To chodźcie, na górę, ja wszystko tu zamknę i już do was idę. - grubas pokiwał swoją byczą głową ale jak już się pochwalił swoimi osiągnięciami to był gotów do dalszej, owocnej współpracy. Wrócili na górę do tego gabinetu a Joachim mógł wspomieć a propos ich rodzinnych ladacznic na jakie tak narzekał aptekarz, że zgodziły się na jego udział w roli niewidzialnej czujki tylko chciały najpierw sprawdzić jak to wygląda w praktyce. Bo jeśli w tej astralnej formie nie mógł otwierać drzwi ani okien to niezbyt to mogło pomóc w ich sforsowaniu. Ale jako ktoś na czatach to mógł się przydać. Na razie jednak czekały na to co wyjdzie ich szlachetnie urodzonym koleżankom w sprawie odbitki klucza do świątynnego skarbca. W końcu zanim zaczęli na poważnie rozmawiać przy stole znów zadzwonił dzwonek i po chwili gospodarz wrócił w mocno rozczochranym i woniejącym winem Aaronem co wyglądał jakby prawie zaspał na to spotkanie.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
Czas: 2519.07.09; Konigtag; popołudnie
Warunki: zaplecze apteki; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, łag.wiatr, ziąbHeinrich

https://i.pinimg.com/originals/00/55...ab3b3a2dc2.jpg
- A to jest Cori, nasza ulubiona kelnerka w tej dziurze. - Łasica przedstawiła Heinrichowi blondwłosą dziewczynę jaka przyniosła im kufle i resztę zamówienia. Rzeczywiście było na co popatrzeć.
- Miło mi cię poznać. Cori jestem, właściwie Corette bo moja mama była Bretonką, ale wszyscy tutaj mi mówią Cori. - przedstawiła się uroczo urocza blondynka. Zresztą jak zdążył zauważyć Heinrich przykuwała uwagę nie tylko obu łotrzyc. Zresztą ona tutaj była ich punktem kontaktowym, zwykle jak ktoś ze zobru miał przekazać którejś z nich a ich tu nie zastał to trzeba było przekazać wieści czy list albo coś innego właśnie Cori.
- Cori nawet nie wiesz jaką harówą się ostatnio zajmujemy. Kompletnie wysiadają mi kolana i stopy. Koniecznie musisz mi zrobić ten swój ożywczy masaż. - biadoliła Burgund jakby jej ktoś wyrządził niebywałą krzywdę w pracy.
- Naprawdę? - zaciekawiła się blondynka chyba mając na tyle wprawy w relacjach z nimi, że rozpoznała, że to ubrawiają i przesadzają ale jeszcze nie była wiadomo jak bardzo.
- Dokładnie tak jak ta ruda małpa mówi. Wyobraź sobie cały dzień na kolanach. Albo na czworkach. Przy pucowaniu gały. I to w ubraniu! I nie tak fajnie jak lubimy tylko ciężka, codzienna harówa od rana do wieczora! - Łasica też dołączyła się do użalania się nad swoim ciężkim losem gdy musiała się wbrew swojej łotrzykowej naturze skalać ciężką, uczciwą pracą. Do tego nudną i mozolną.
- No dobrze. Zrobię wam ten masaż. - uśmiechnęła się ładnie kelnerka i dostała w zamian podobnie wdzięczne uśmiechy. Po czym pisnęła gdy Łasica na odchodne trzepnęła ją w tyłek co wywołało parę rozbawionych uśmiechów u sąsiadów przy innych stołach.
- Co się śmiejecie nicponie?! Klepanie w tyłek kelnerki przynosi jej szczęście! - zawołała do nich łotrzyca w swoich skórzanych spodniach. Obie chyba zdążyły się przebrać po tej świątynnej harówie na jaką z takim talentem utyskiwały bo zwłaszcza Łasica w tych skórzanych spodniach to wyglądała na zabijakę i awanturnicę a nie skruszoną grzesznicę.
- Oj tak, kupa roboty w tej świątyni. A nasz czcigodny kapłan Absalon dalej ciska na nas błyskawice w oczach. Gdyby mógł to by pewnie nas przepędził albo utopił. Ale jest postęp. Właśnie Cori nam powiedziała, że Pirora przysłała wieści, że ten oficer od morrytów, ten z kluczem, “powiedział tak” naszej Fabi więc jutro mają spotkanie u Pirory. Dobrze. Może uda nam się pożyczyć klucz aby zrobić odbitkę. To byśmy były wtedy już jedną nogą w skarbcu. Jak się uda to aż chyba w podziękowaniu dobiorę się do tego jej bladolicego, bretońskiego kuperka i pojadę ją na ostro tak jak lubi. - Łasica już ciszej streściła Heinrichowi najświeższe wieści służbowe. Wyglądało, że ten proces zdobywania klucza zaczęty parę dni temu i policzony na ileś tam etapów i osób w końcu zaczyna iść we właściwym kierunku.
- Dzisiaj to ona pewnie jest u Pirory. W Konigstag mają lekcje języków obcych. Więc pewnie Soria i Pirora ją dziś obrabia. A wczoraj miały być u Kamili na tym kółku poetyckim. Ciekawe jak im poszło. - rudowłosa łotrzyca zastanawiała się na głos gdzie i co mogły porabiać ich zdeprawowane i szlachetnie urodzone koleżanki. I wydawały się dość dobrze zorientowane w swoich grafikach, przynajmniej w tych stałych wydarzeniach albo te o jakich rozmawiały ze sobą ostatnim razem.
- No a co tam w wielkim mieście, poza świątynnymi murami? Bo my to dopiero zaczynamy dzień i wracamy do życia. - niebieskowłosa łotrzyca zagaiła do Heinricha co go tutaj sprowadza bo raczej nie był stałym bywalcem tej tawerny.
- Może byłeś w okolicy jak mżyć zaczęło i nie było już innego suchego dachu w okolicy co by wejść i się ogrzać. - zaśmiała się cicho Burgund chyba nie spodziewając się, że odwiedził je w celach towarzyskich.
-
Oryginalny autor: Zell
Popołudnie, tawerna “Wesoła mewa”
Heinrich na okazję pobytu tutaj porzucił wytworne ubranie i nieskazitelność skóry. Przyczernił nierówno włosy, jako komuś kto wygląda starzej niż jest naprawdę. Charakteryzował swój wygląd, aby jego twarz wydawała się umęczona nie wiekiem, ale życiem.
- Chciałem zobaczyć was po przemianie w cnotliwe dziewice. - odparł nachylając się bliżej do dziewczyn - Przecież może ta atmosfera działać po pracach, w tle. - przesunął wzrokiem po twarzy Burgund - Czy ta harówa wygładziła wam skórę dłoni, gdy myłyście te podłogi? - czule przesunął kosmyk włosów Burgund opadający na twarz - Czyżby taka cnota też wygładziła wam skórę twarzy, czy tak miałyście zawsze, a mój wzrok za stary? - zapytał szeptem patrząc kobiecie w oczy.
- To taka gładsza jestem jak się z bliska patrzy? - zaciekawiła się filuternie Burgund wcale się nie odsuwając od kolegi ze zboru. Nawet podparła sobie dłonią twarz przesuwając tą drugą po włosach mężczyzny w całkiem pieszczotliwym geście.
- No to może Heinrichu powinieneś częściej patrzeć z bliska. Ona ma tak z bliska całkiem ciekawe miejsca do oglądania. Takie gładkie i w ogóle. - Łasica bez skrępowania zajrzała w ładnie wyeksponowany dekolt koleżanki gdy ta się tak ładnie pochyliła nad stołem odpowiadając na ruch Heinricha.
- Ale z tą harówą to mamy dość. Gdyby nie to, że jesteśmy na robocie dawno byśmy rzuciły tą męczarnie. - dorzuciła liderka wężowych dziewczyn ze zboru dając znać, że udawanie cnotliwej niewiasty pokutującej całymi dniami w największej świątyni w mieście jakoś nie leży w gestii jej zainteresowań. Jednak skoro to był tylko bilet wstępu do zdobycia zasobów jakie wzmocnią zbór to była gotowa się poświęcić.
- Nieludzka mordęga. Poświęcacie się dla sprawy, godne pochwały. - mężczyzna pokiwał głową z aprobatą - Nie wierzę, że gromadka świątynna nie zwraca na was należytej uwagi. - uśmiechnął się do Burgund - Może powinna pokazywać bardziej te gładkie i tajemne miejsca? - zwrócił się do Łasicy - Wiecie. Całkowicie niewinnie, przypadkiem.
- Ależ my bardzo chętnie! Zwłaszcza w ramach pokuty my bardzo chętnie byśmy pokazywały co sobie kto życzy i z najgłębszą pokorą i gorliwością wypełniały wszelkie pokutne polecenia jakie by ktoś miał dla niegodnych ladacznic! - zapewniła Łasica tak żarliwie jak to by jakaś biczowniczka wyznająca kanon wiary nie powstydziła. I do tego jakby odkryła pokrewieństwo dusz i zainteresowań z rozmówcą.
- A gdyby ten ktoś kazał nam odsłonić wszystko, nawet nie przypadkiem aby obnażyć naszą sromotę to naturalnie nie ośmieliłybyśmy się protestować tylko starały się sprostać tym wymaganiom i życzeniom. - Burgund wdzięcznie przejęła pałeczkę tej rozmowy co tylko potwierdzało jak obie się świetnie rozumieją i uzupełniają nawet bez przygotowania.
- No ale niestety nie na robocie. - westchnela z wyraźnym żalem Łasica zupełnie jakby za szyba cukierni widziała smakowity tort ale nie mogła po niego sięgnąć.
- No. Nie możemy ryzykować. Absalon to i tak krzywo na nas patrzy jakby tylko czekał na pretekst aby nas wywalić. A to by nam wszystko utrudniło. - Burgund też smutno westchnęła jakby całkiem lubiła zabawę w cierpienia młodej pokutnicy.
- Bo jak jesteśmy hostessami w teatrze albo kelnerkami na przyjęciu u Pirory to co innego. To bardzo chętnie i Pirora też to na rękę. No ale teraz to poważna sprawa to lepiej nie ryzykować. - liderka slaaneshytek pokiwała smutnie głową, że nawet jak prywatnie ma inne zamiłowania i preferencje to "na robocie" chociaż z żalem to jest w stanie je okiełznać.
- Ale ja i tak pogadałam trochę ze Stanem. To rybak. Młody. Ma jakieś majaki i sny dokąd chyba usłyszał syreni śpiew. Jak tak na szybko liczyłam to całkiem możliwe, że słyszał naszą Sorię jak jeszcze buszowała jako syrena. Ala matka go przyprowadziła no i nie mogłam za bardzo z nim gadać. Może jakby któregoś dnia sam przyszedł to wtedy. Bo go nie znam. Młody jakiś. - rudowłosa podzieliła się wiadomością, że jednak nie wszystko było takie szare, trudne i smutne podczas dzisiejszej harówy.
- Aha. A mnie się udało służyć pięknej pani w okropnie ubłoconych trzewikach. Strasznie je próbowała wyczyścić przed wejściem więc oczywiście pokornie zaproponowałam swoje plugawe ręce. Podobało mi się jak przed nią klęczałam i miałam jej stopę na swoich udach. Szkoda, że obie byłyśmy w ubraniach i przy świadkach. Ona też patrzyła na mnie z góry tak aprobująco jakby lubiła kleczace przed sobą służki. Oby! Przynajmniej coś pożytecznego by z tego wyszło. Ale też jej nie znam. Może to jedna z tych co przyjechała na turniej. - niebieskowłosa w skórzanych spodniach też podzieliła się z kolegą że przeżyła podczas dnia w świątyni jakoś przyjemne momenty.
- Im wyższa głowa, tym większa szansa na smak w uległych służkach. - stwierdził Heinrich - Może temu Absalon tak bardzo chciałby się was pozbyć? Żeby sama wasza obecność nie rozbudzała grzesznych myśli podwładnych? - uśmiechnął się półgębkiem - Albo nawet takich myśli w nim samym. Nie byłbym bardzo zdziwiony takim obrotem spraw. Może by dało się takowe wywołać?
- Może. - odparła po chwili zwłoki niebieskowłosa łotrzyca w skórzanych spodniach po tym jak naradziła się spojrzeniem ze swoją partnerką.
- Ale na mnie robi wrażenie kogoś kto naprawdę nie lubi i pogardza kobietami. Poza tym ta przykrywką jest na spalenie. Po Festag zapewne zrobimy skok i Johana z Barbarą z Salzburga zniknął. - dała znać, jak widzi sprawę.
- Nawet trochę szkoda. Taki silny i stanowczy mężczyzna. Mogłoby być ciekawie. - Burgund wyraziła swój żal na myśl, że zapewne nie będzie im dane spróbować się z mocarnym i stanowczym kapłanem.
- Ale kto wie? Może tak jak mówisz, wiara tamtej trzódki Absalona może wcale nie jest tak mocna jakby chciał. Przynajmniej nie u wszystkich. - dodała dziewczyna w spodniach z wesołym uśmiechem.
- Ale jeśli ktoś nie da się zaciągnąć na szybki numerek w jakimś zakamarku to raczej tego nie sprawdzimy. - Burgund zdawała się być sceptyczna co do szans na uwiedzenie kogoś w ciągu kilku nadchodzących dni gdy miały odgrywać swoją pokorną rolę.
- No tak, szkoda ryzykować jak jesteśmy na robocie. - koleżanka zgodziła się z jej wnioskiem.
- Cóż, zawsze z taką możliwością można po akcji pomyśleć, a przynajmniej takie rozważania umiliły by wam przetrwanie tych mordęg. - pogłaskał Burgund po policzku nim odparł się na krześle - Choć ja do was i w innym typie romansu przychodzę. Pomocy mi trzeba w ogarnięciu własnych interesów... a dokładniej to zależy mi na podwładnych poza nas. Jakby to rzec... Nieobarczonych ciężarem innym niż pieniądz. A do tego możliwi do poświęcenia w razie potrzeb, bez uronienia łezki. - dodał powoli lekko chrapliwym głosem.
Obie łotrzyce uśmiechnęły się ładnie do tych życzeń pomyślności w planach ale przestały się uśmiechać jak się okazało po co kolega ich tu odwiedził. Popatrzyły po sobie chwilę się namyślając po czym jak zwykle pierwsza odezwała się Łasica.
- A to różnie. Zależy kogo szukasz. Do jakiej roboty. Na kiedy i tak dalej. - dała znać, że takie ogólne zagadnienie jest zbyt ogólne aby mogły kogoś od ręki polecić.
- Na ten moment konkretnego zadania nie mam, a tylko chęć nawiązania współpracy... długoterminowej. Takiej co za odpowiedni pieniądz podejmie się wszystkiego. Zależy mi na posiadaniu dostępu do informacji niższego miasta. - spojrzał na Łasicę - Moje plany mogą rodzić się niespodziewanie i ulegać zmianom... - pstryknął palcami w powietrze -... bez ostrzeżenia, wedle potrzeb. Temu nie mogę tylko na waszych umiejętnościach i znajomościach z innymi polegać. Potrzebuję być w pewnym sensie samodzielny. Za poprzedniego życia było trochę łatwiej w tej kwestii, choć swoich ludzi też miałem. Sądzę, że łatwiej jednak szukać niż unikać. Więcej widocznych zagrożeń.
- Ale masz wymagania… - zaśmiała się Łasica chociaż krótko i bez wesołości. Obie łotrzyce popatrzyły na siebie z zastanowieniem.
- Zwykle się kogoś szuka na konkretną robotę albo jakiś typ. Wiesz, co innego jest szukać zabójcy, co innego szajki do obrabiania kogoś w ciemnych zaułkach a co innego bandę co komuś wybije zęby czy okna. Raczej mało kto jest na tyle uniwersalny aby mieć kogoś na każdą okazję. - Burgund odparła aby nakreślić koledze jak to się zwykle u nich w ferajnie zaczyna od szukania odpowiednich ludzi.
- No i jak za pieniądz to nie licz na jakąś lojalność do grobowej deski. Przynajmniej na początku. Za pierwszym razem to zwykle obie strony zakładają, że lepiej nie mieć do tej drugiej zbyt wielkiego zaufania. A to przychodzi z czasem. Jak się okazuje, że ta druga strona nie robi cię w wała. - dorzuciła Łasica dając znać, że tak na początek to wielkiej miłości między wynajmującym a najmitami to też raczej nie będzie.
- Musisz się na coś zdecydować. Kogo szukasz. Bo ludzie z ferajny zwykle się specjalizują w jakimś typie zleceń. I mają określone powiązania no i opinię na mieście. Co ma dobre i złe strony. Goście spoza miasta są bardziej płynni. Głównie ci z załóg statków albo co niedawno przybyli do miasta. Nie mają powiązań albo słabe, więc po nich za bardzo nikt by zapewne nie płakał ale też i słabo znają miasto no i nie mają powiązań. Więc to zależy kogo szukaz. - Łasica znów wróciła do punktu w jakim pewnie i mogłaby kogoś polecić no ale właśnie potrzebowała znać więcej detali kogo właściwie szuka Heinrich do tej współpracy.
- Kogoś, kto zajmowałby się pozyskiwaniem informacji z miasta, nie ze sfer wyższych. Kogoś, kto w razie potrzeby nastawiałby ucha, nawet jeżeli własnym by ryzykował. - spojrzał zaciekawiony na Łasicę i nagle dodał - Naprawdę włamujesz się do pokoi naszych sprzymierzeńców by nocą się z nimi kochać?
Obie łotrzyce w skupieniu marszczyły brwi i powoli kiwały głowami przyswajając te dokładniejsze wytyczne kogo szukał Heinrich więc jego ostatnie pytanie nieco je zaskoczyło. Ale i wywołało radosne i bezczelne uśmiechy.
- Dziewczyny ci powiedziały? Pewnie Pirora co? - domyśliła się liderka łotrzyc i wyznawczyń Węża szczerząc się do niego radośnie. I chyba wzmianka o tamtym numerze ją ucieszyła.
- A tak, zdarzyło mi się. Włamałam się do pokoju Pirory jak jeszcze w zimie mieszkała w karczmie i zanim się przeprowadziła tam na Bursztynową do siebie. Włamałam się a potem się kochałyśmy całą noc! Było fantastycznie! - roześmiała się wesoło więc chyba tamtą zimową i nocną przygodę wspomniała równie ciepło i miło jak jej blondwłosa i błękitnokrwista partnerka.
- A z tymi uszami no to jest parę osób. - dorzuciła po chwili i zaczęły się we dwie na głos zastanawiać kto by mógł tu być odpowiedni. Parę imion czy ksyw jakie heinrichowi nic nie mówiły przewinęło się i z przyczyn różnych koleżankom nie wydały się w końcu odpowiednie. Ale ostatecznie parę “twarzy” mu podpowiedziały, łącznie z tym jak ich znaleźć i się z nimi skontaktować.
No więc do ciężkich zadań to był dobry Łamigłówka. Chłopak z ferajny. Taki odpowiednik Silnego. Chyba nawet znali się między sobą chociaż z widzenia. Rosły, silny i brutalny. W sam raz aby komuś połamać szczękę czy żebra, wejść “na rympał” czym wyraźnie obie łotrzyce gardziły i same uważały się za elitę tutejszych włamywaczy, oszustów i naciągaczy zaś przemocą fizyczną wyraźnie gardziły. No ale czasem i taka była potrzebna. Łamigłówka mokrą robotą raczej się nie zajmował tak świadomie i celowo ale, że miał ciężką rękę i pałę - stąd właśnie jego ksywa - to i zdarzało się, że nie wszystkie ofiary jego napaści dożywały kolejnego dnia.
Był też Lipka. Bardziej podobny fachem do obu łotrzyc. Kieszonkowiec i włamywacza jednak koleżanki po fachu dały wyraźnie poznać, że może i ma ten fach w ręku, ale obie uważają się za lepsze od niego. Niemniej to był typowy miejski rzezimieszek, w sam raz aby gdzieś się zakraść czy coś zwędzić.
Był Stukacz. Bo stukał swoimi drewnianymi podestami co mu zostały po dawnych nogach. Był wcześniej marynarzem póki ułamany maszt nie strzaskał mu obu nóg tak bardzo, że trzeba było je obciąć. Teraz był zawodowym żebrakiem. Za parę groszy mógł być niewidzialny w miejscach skąd nie przeganiano żebraków.
Była Lisa Kuperek. Ladacznica pełną gębą. Ale prawie zawsze z jakimś syfem lub leczyła się po jakimś czy też ktoś ją znów zbrzuchacił. Więc raczej nie miała co liczyć na zatrudnienie w karczmach, tawernach czy burdelach nie mówiąc już o zamtuzach i lokalach z wyższej półki. Jako pospolita, portowa dziwka pracowała na ulicy, zwykle w portowych rejonach. Więc nie była zbyt wybredna co do klientów a i właśnie ksywa o tym świadczyła. Mimo wszystko głupia nie była więc może i coś by załatwić umiała o ile oczywiście ladacznica pasowałaby do takiego miejsca i zadania.
Była też Czerwony Kubraczek. Ksywa od czerwonego ubrania w jakim często chodziła. Dawniej miała zadatki na herszta jakiegoś pomniejszego gangu, może nawet by z czasem awansowali na poważniejszych graczy bo śmiałości, odwagi i mocnych pięści jej nie brakowało a do tego miała głowę na karku. Niestety za bardzo lubiła zagraniczne używki dla jakich d straciła głowę a w końcu swój gang i pozycję. Obecnie wciąż miewała porywy dawnej świetności ale jednak chwilowe i nałóg wciąż ją zżerał. Jej lojalność była mocno chwiejna bo zwykle należała do tego kto mógł jej zaoferować woreczek z pożądaną substancją a jak wszyscy w ferajnie o tym wiedzieli no to nikt nie najmował jej do poważnych zadań. Ale czasem frajerzy w porcie dawali się nabrać na jej wygląd i gadkę bo jak chciała to potrafiła być bardzo przekonywująca a nawet czarująca tak jak dawniej.
No jeszcze był Bercik. Niziołek co miał sklepik z gruchotami. Ale wszyscy wiedzieli, że to także paser. Za to brał prawie wszystko chociaż oczywiście za podłą cenę, 20% wartości to chyba był jego górny limit no ale jak ktoś, coś zwędził i chciał upłynnić, zwłaszcza jak zależało mu na czasie no to szedł do Bercika. Była plotka, że sprzedawał też plotki i można było się od niego różnych rzeczy dowiedzieć, zwłaszcza właśnie takich od swoich klientów, tych lewych. Było też nieprzyjemne podejrzenie, że być może rozmawiał równie chętnie ze strażą miejską lub innymi takimi łowcami nagród więc nad jego głową zbierały się ciemne chmury. Ferajna strasznie nie lubiła kapusiów i zwykle potem znajdowano ich trupy w Zaułku Topielców. Widocznie na razie albo go na niczym nie złapano za rękę albo to było takie gadanie bo jakoś dalej prosperował i nikt mu drugiego uśmiechu na gardle nie dorobił.
- No to masz tu parę osób. Rób co uważasz. Po żadnej z nich za bardzo byśmy nie płakały i raczej nie znają się z nami inaczej niż z widzenia. Ale jak dla mnie drogi na skróty nie ma i jak chcesz sobie założyć siatkę szpiegowską to po prostu musisz założyć siatkę szpiegowską. Gotowej nikt ci nie da i jak zaczynasz od zera to musisz ją budować kawałek po kawałku. - zakończyła swój wywód Łasica dając znać, że może zostawić z tym kolegę i dać mu działać po swojemu. Ale, że wątpi aby ot tak udało mu się sklecić sprawny mechanizm bez poświęcania czasu i własnego zaangażowania.
Heinrich uśmiechnął się z zadowoleniem i skinął głową.
- Taki zaczątek mi wystarczy. Hmm... A gdybym chciał komuś włamać się do pokoju by zmolestować to do ciebie walić? - zapytał żartobliwie Łasicy.
- Oczywiście! Zwłaszcza jak to byłby ktoś przystojny albo jakaś ślicznotka. Jak jeszcze by lubił taki ktoś zabawy z nocnymi włamywaczkami to już w ogóle z uśmiechem na ustach i pocałowaniem w rękę! A co? Masz kogoś takiego? - Łasica znów się roześmiała widząc, że Heinrich wrócił do jednego z jej ulubionych tematów i okazała pełen entuzjazm dla takiej inicjatywy. Burgund zresztą też pokiwała głową dając wyraz swojego poparcia i zainteresowania.
- Na razie nie mam innego... tylko siebie. Ale to opcja jedynie dla chętnych na bardzo ostre traktowanie. - zaśmiał się... niepewne czy mówił poważnie - No i dzieciaka, Joachima się znaczy, bo biedak coś spięty.
- Chętnych na bardzo ostre traktowanie? - Łasica spojrzała porozumiewawczo na swoją rudowłosą partnerkę jak kot co usłyszał buszującą po podłodze mysz. Na obu twarzach wykwitły wesołe uśmieszki.
- No to może i by się dało coś zrobić. Jakby jakaś dziura w oknie albo rysy przy zamku to nie był powód do jakiejś wielkiej afery. - powiedziała liderka slaaneshytek jakby podchodziła do negocjacji poważnej transakcji handlowej. Tylko takiej jaka sprawia jej dużo przyjemności, a i przedmiot obrotu też jest przez nią lubiany.
- A Joachim taki spięty? Za dużo pracuje i za mało chodzi po tawernach. Sam widzisz jakie fajne dziewczyny można tam spotkać. A są jeszcze i inne rozrywki. - Burgund dołączyła do koleżanki w tej rozmowie wymownie zataczając dłonią na resztę tej hałaśliwej pstrokacizny jaka siedziała, stała, chodziła, kłóciła się, rozmawiała czy rżnęła w karty w tej portowej tawernie. Także ich trójka wydawała się tylko kolejną grupką w tej hałaśliwej i barwnej mieszance.
- Na wieczór jestem poza domem, ale w nocy zostaję w domu. - spojrzał uważnie po kobietach - Tylko czy naprawdę jesteście pewne wyboru? Nie przyjmuję reklamacji.
- Naprawdę? Dla mnie brzmi jak zaproszenie. A właściwie to masz jakieś doświadczenie w tej materii drogi panie? - Łasica spojrzała znów na rudowłosą koleżankę, ale sama wzięła gliniany kufel i upiła z niego łyk wracając spojrzeniem do swojego rozmówcy siedzącego po drugiej stronie stołu. Tym razem uderzyła w bardziej kokietujący ton niż przed chwilą.
- No właśnie. Na co by takie dwie nocne włamywaczki mogły liczyć? - zapytała Burgund też ciekawa tego umawiania się na niezapowiedzianą nocną wizytę.
- Doświadczenie inkwizycyjnej przeszłości może być nagięte na ukaranie bezczelnych kobiet, które wejdą w coś, z czego tak łatwo się nie wyplączą. - złożył pocałunek na policzku Łasicy, po czym uniósł się z siedzenia - Zostawię was na razie splątane wyobraźnią. Na razie.
- No to my cię też zostawim+y. Na razie. - odparła wesoło i całkiem obiecująco Łasica nie mając nic przeciwko takiemu cmoknięciu w policzek. Burgund też mu posłała całusa po czym tak je zostawił obie przy stole.
- To do jutra. Pewnie będziemy na tym rodzinnym spotkaniu. - rzuciła mu Łasica na pożegnanie.
Wieczór, kamienica Joachima
Były Inkwizytor miał dobry nastrój, gdy zbliżał się do miejsca, w którym mieszkał mag-kultysta. Zapowiadało się dość ironiczne spotkanie między nieposłusznym Sigmarowi magiem a człowiekiem, który większość swojego dorosłego życia spędził na łowieniu takich i zabijaniu ich... niekoniecznie bez ofiar osób trzecich.
Z delikatnym samozadowoleniem, ruszył do drzwi młodego maga, ubrany w skórzaną kurtę podróżną pod podróżnym płaszczem. Zapukał do tych "wrót" twardą drewnianą laską i w oczekiwaniu przybrał poważny wzrok profesjonalisty.Drzwi otworzył ponuro wyglądający zbrojny z opaską na oku, którego Heinrich mógł rozpoznać jako ochroniarza Joachima, Gunthera, od niedawna też członka zboru. Zmierzył on inkwizytora badawczym spojrzeniem.
- Szukacie mistrza Joachima?
Heinrich spojrzał na Gunthera i skinął głową.
- W rzeczy samej. Mamy do przedyskutowania sprawy.
Po chwili Heinrich został zaproszony do salonu, gdzie czarodziej, kończący właśnie popijanie jakiś ziół, wstał z fotela.
- Heinrichu, co cię do mnie sprowadza? - zmrużył nieco oczy.
Były Łowca Czarownic obserwował reakcję Joachima.
- Czyżby był jakiś problem? - zapytał wprost, jakby przechodził do przesłuchania - Przeszkodziłem w czymś? Wyglądasz na spiętego.
- Intensywny dzień miałem… - czarodziej wbił spojrzenie w Inkwizytora. Jako członkowie Zboru powinni wykazywać do siebie minimum zaufania, ale w końcu Heinrich był wcześniej łowcą czarownic.
- To chyba nie jest przesłuchanie? Jesteśmy po tej samej stronie, prawda?- Jeszcze kilka miesięcy temu to była opcja byśmy byli wrogami. - Heinrich odparł naturalne, bez cienia winy - Ciężko uwolnić się od przeszłości, prawda? - dodał retorycznie i kontynuował - A do tego twoje mieszkanie byłoby słabym miejscem na takową rozmowę z przymusu, i to jeszcze jak masz ochronę. - przeniósł ciężar na trzymaną laskę - Nie obawiaj się starego bezzębnego psa z metalem w szczęce. - chrapliwie zaśmiał się - Przychodzę by pomoc zaoferować. Z Akademią.
- Z Akademią? - błysk pojawił się w oku Joachima.
- Byłem tam dzisiaj z rektorem i łowcą nagród Hetzwigiem. Artefakt Vesty znajduje się podziemiach zapięczętowany w skrzyni, która chyba tłumi jego moc, ale ja ją i tak wyczułem…. problem polega na tym, że żeby tam się dostać opowiedziałem o zagrożeniu i że ktoś może chcieć wykraść coś cennego z Akademii. Dlatego planują wzmocnić zabezpieczenia…Heinrich lekko uśmiechnął się.
- Jakiś czas temu rozmawiałem z Czerwonym Johanem. - odezwał się po wysłuchaniu całej opowieści maga o tym, co wydarzyło się w Akademii - Jest możliwość bym zagadał go ponownie, aby właśnie dostać przydział jako ochrona w Akademii, cenne ładunki... Możliwie nawet Rune miałby z tym łatwiej by się wkręcić lub kogoś innego. - wyjaśnił.
- Dobry pomysł… wtedy uderzymy w nocy, weźmiemy artefakt i uciekniemy z nim… tylko wtedy osoby zaangażowane w ochronę będą podejrzane… dobrze byłoby np. jakieś rany udać… - zauważył Joachim.
- A twoje umiejętności w magicznych iluzjach? - dopytał były inkwizytor.
-To nie jest moja specjalność, jestem Astromantą - westchnął czarodziej - mogę w pewnym zakresie przewidzieć przyszłość, zmienić los, wędrować jako postać astralna…
- Zawsze możemy po prostu jednego z ochrony ubić by samemu nie musieć dużo oberwać. - zaproponował.
- Jutro jest spotkanie Zboru, możemy dopracować szczegóły…. pytanie czy lepiej zaangażować w to dziewczyny Łasicy czy grupę Silnego?
- Sądzę, że Silny to lepszy wybór. - zastanowił się - Choć... Daj mi czas, przemyślę i podam na Zborze. Dziewczyny są w świątyni zaangażowane, a i tak wielu nie chce do Akademii wciskać. - spojrzał w oczy maga - A jak w sumie było z Hetzwigiem?- Całkiem w porządku, był ciekaw moich zdolności wróżbiarskich i pytał się gdzie mieszkam. - Raczej nie wyglądało by mnie o coś podejrzewał, albo przynajmniej dobrze to maskował... - Joachim wzruszył ramionami.
- Hmm... - Heinrich przymknął oczy - Możliwe, że pomysł się stworzył, ale dopiero jutro zobaczę czy wszystkie kawałki się złożą. - otworzył oczy - Pamiętasz, kiedy Merga odpływa?
- Chyba po Festag, miała zabrać ze sobą do Norski zrabowane mienie ze świątyni…a czemu ma to znaczenie dla tej sprawy?
- Qui pro quo, Joachimie. - von Achterberg zmrużył oczy i powtórzył powoli niepokojącym okrutnym tonem - Qui pro quo.
Opuszczając dom Joachima były inkwizytor zastanawiał się nad kolejnym dniem. Na pewno będzie musiał spotkać się z Rune, najlepiej jeszcze przed zborem. Resztę spraw będzie mógł załatwić podczas zgromadzenia.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Konigtag; ranek; świątynia Mananna
Mnich westchnął, siostry nie uznały go na razie za godnego herolda ich przybycia. Vigo, George, Annika i Marissa będą musieli na razie wystarczyć. Przygotował się do kolejnego dnia w służbie lepszym od siebie i ruszył na miasto, najpierw do świątyni.
Przywitał Łasicę delikatnym uśmiechem.
- Och, ten deszcz został pobłogosławiony przez Węża. Każdemu na kogo nie okrytą skórę spadnie kropla wyrasta członek albo dziura. Teraz wszyscy tam eksperymentują. - pogłaskał czule kobietę po policzku - A ty musisz pozostać tu i udawać pokutnicę. Och, biedactwo.
- To by było nawet ciekawe. Chociaż trudne do ukrycia. Ale mieć tyle przyrodzeń albo otworków do penetracji i zabawy no to musiałoby być ciekawe. Chociaż nie wiem czy sama bym tak chciała. - Łasicy chyba spodobała się taka wizja odmalowana przez kolegę bo zadumała się nad nią przez chwilę i jakoś nic nie miała przeciwko takiej pieszczocie policzka jaką jej zaserwował.
- Po co ci więcej otworków czy przyrodzeń? Z tymi co masz to trudno obrobić bo jesteś taka pazerna. Zresztą jak to by było takie widoczne to byś od razu na stos trafiła. - Burgund pokręciła swoją miedzianą głową ale raczej z rozbawienia niż prawdziwej negacji słów koleżanki.
- Tak czy inaczej na razie zostajemy tutaj i z tym. - Łasica miała tak dopasowany bogobojny czepek, że nie było widać jej charakterystycznych, granatowo - niebieskich włosów. Ale i tak wskazała smętnym gestem na wiadro, szmaty i miotły z jakimi musiały się zmagać aby doprowadzić tą wieżę dzwonną do porządku.
- W sumie miałem do was sprawę. Mówiłyście, że macie jakąś koleżankę, która poznałaby drogi Ojczulka. Sigismundus poprosił mnie, abym z nią porozmawiał. Jest dobrym naukowcem, ale brak mu obycia z piękniejszą płcią. Możemy ustalić jakieś spotkanie?
- Tak? Tak mówiłyśmy? - Łasica zamrugała oczami jakby niezbyt kojarzyła takie swoje słowa. Ale Burgund trzepnęła ją lekko w ramię aby zwrócić na siebie jej uwagę.
- To pewnie mu chodzi o tą co Onyx mówiła. Że mają tam w robocie tą Laurę czy jakoś tak. - przypomniała jej rudowłosa w białym czepku co ostatnio mówiła ich wężowa koleżanka. Teraz i Łasica pokiwała głową, że już sobie coś przypomina.
- A racja, było coś… - przyznała i zastanowiła się chwilę. - Czasem coś Onyx o niej wspominała jak sie wymieniałyśmy plotkami z pracy ale my to raczej jej nie znamy. To trzeba by się z Onyx ugadywać, ona ją zna. W końcu pracują razem. My to możemy najwyżej przekazać jej wiadomość. Ale dopiero po tej tutaj harówie na szmacie. Wieczorem pewnie. To może jutro sam będziesz ją prędzej widział jak przyjdzie na spotkanie. - liderka slaaneshytek zgodziła się przekazać wieści koleżance no ale, że była z Burgund póki co uwiązana do roboty tutaj to możliwe, że zanim się skontaktują z Onyx to prędzej jutro wieczorem Otto sam ją spotka na zborze. *
Konigtag; przedpołudnie; hospicjum
Przybycie Fabianne Otto przyjął z ulgą. Każdy dzień był dla niego nerwowy odkąd usłyszał przepowiednię Somnium. Musiał przestać pokładać taką wagę na słowa służki Morra.
Spojrzał na szlachciankę słysząc jej pytanie co do Herolda Soren.- Niestety Marissa, jak Annika nie jest tu z naszej woli czy chęci. Musimy dostać zezwolenie na wypuszczenie jej, jeżeli postąpimy wbrew ich zaleceniom, mogą odmówić wpuszczenia jej w ogóle. Trochę cierpliwości Frau von Mannlieb. - uśmiechnął się - Naciesz się na razie swoim nowym nabytkiem, a martwieniem się o Marissę i Thorna pozwól zająć się mi. Jednak, jeżeli mogę. Czy byłabyś chętna zainwestować trochę w Annikę? Dziewczyna ma wielką podróż przed sobą, niedługą, ale istotną. I trzeba by ją była odpowiednio odziać i wyekwipować. Zabrałbym ją do płatnerza, niech dziecię nacieszy swoją rządzę krwi czymś ostrym.
- Do płatnerza? - tego bretońska szlachcianka chyba się nie spodziewała. Bo spojrzała z zastanowieniem najpierw na rozmówcę a potem na rzeczoną już właściwie byłą pacjentkę hospicjum. I jej kasztanowłosa koleżankę. Te spojrzały też nieco zaskoczone na Otto ale czekały na przebieg rozmowy.
- Właściwie mogę. Ale się kompletnie na tym nie znam. Na ubraniach i strojach to tak no i jeszcze zwykle Oksana mi doradza. Ale na broni i zbrojach to w ogóle. Ale pojechać możemy. Tylko już nie dzisiaj bo jesteśmy umówione u Pirory i Sorii. Może jutro albo w nowym tygodniu. - ostatecznie chociaż materia o jakiej mówił mnich była raczej mało znana szlachciance to jednak zgodziła się tam zabrać swoją nową służącą.
- Och, oczywiście nie dzisiaj. Masz na pewno dużo na głowie, a Annika chce pewnie zaznać trochę przyjemności przed obowiązkami. Przekaż jej po prostu moją ofertę, na pewno się ucieszy. Mnie też się przyda wyekwipować na jej podróż. - skłonił się szlachciance - Proszę pozdrów ode mnie czcigodną Sorię i Pirorę.
- Dobrze, przekażę im pozdrowienia od ciebie. A z Anniką to możemy się umówić na któryś dzień. Dobrze aby był z nami ktoś kto się na tym wszystkim zna bo ja to w ogóle. Jak już mam wydać na coś pieniądze to bym wolała na coś skutecznego i pożytecznego. - czarnowłosa i bladolica szlachcianka zgodziła się na taką propozycję. Chociaż w tej militarnej sprawie nie czuła się orłem sądząc po tonie i wyrazie twarzy.
- A przyjemności no to oczywiście, moja łaźnia już czeka na jej przybycie. - uśmiechnęła się do przyjemniejszych i bardziej znajomych tematów zerkając w stronę gdzie na chwilę odeszły obie pensjonariuszki hospicjum.
- Powodzenia zatem chętnie bym się przyłączył, ale mam inne obowiązki tutaj. Oczekuję jednak dokładnych relacji, jak zobaczymy się następnym razem. - Otto uśmiechnął się do szlachcianki i skłonił na pożegnanie.
- Oh, Otto, bardzo chętnie bym cię ugościła tak jak ostatnio Pirora no ale byłeś u mnie i sam widziałeś w jakich okropnych warunkach muszę żyć i nie mogę się nawet we własnym domu czuć tak swobodnie jakbym chciała. Takie wizyty w salonie to górna granica na co mogę sobie pozwolić. - czarnowłosa szlachcianka o mleczno białej cerze obleczonej w elegancką, czarną, żałobną suknię westchnęła przejmująco skarżąc się młodemu mnichowi na swój ciężki los. I zapewne nie chodziło jej o warunki materialne bo tak na oko Otto to rezydencji von Mannliebów niczego nie zbywało co zapewne powinna mieć rezydencja pełnomorskiego kapitana i jego młodej żony. Ale mimo, że owa młoda żona mówiła nieco na wyrost to żal na ten brak swobody działania wydawał się autentyczny. W końcu w przeciwieństwie do jej blondwłosej przyjaciółki z Averlandu nie mogła sobie pozwolić aby urządzić sobie prywatny loch w piwnicy do pikantnych zabaw jakie obie lubiły.
- No ale w tych skromnych progach będziesz oczywiście zawsze mile widziany. I oczywiście opowiem ci wszystko ze szczegółami no i może nawet wyślę Annikę bo niech chociaż dziewczyna trochę poużywa życia skoro jej pani tak nie może jakby chciała. - dodała zerkając na drzwi przez jakie właśnie wracały obie młode pensjonariuszki hospicjum. Ich pani zdawała się im zazdrościć, że dzięki swojej anonimowości mogą sobie pozwolić na znacznie więcej niż ona co była rozpoznawalna w towarzystwie a pewnie nie tylko.
Reszta dnia minęła Otto bez większych wydarzeń. Wracając do domu zaplanował sobie następny dzień. Rano odwiedzi świątyni Morra, nawet jeżeli nie znajdzie Matki Somnium, ma kilku zmarłych za których chciałby się pomodlić. Później oczywiście jego powinność w Hospicjum, ale nie podejrzewał, aby dużo się działo. Zastanawiało go czy uda mu się odwiedzić Fabianne i Annikę przed zborem i zabrać je na małe zakupy dla Herolda Norry.
-
Oryginalny autor: Lord Melkor
Podczas wizyty u Barona Joachima zaskoczyła informacja o wizycie tamtego na bagnach. Ale starał się z tego jakoś gładko wybrnąć.
Stwierdził, że to tłumaczy obecność potwora w snach. Sen mógł być wywołany albo niepokojem związanym z tym wydarzeniem, albo być ostrzeżeniem od wyższych sił.
Zapytał się, czy ludzie z miasta często zapuszczają się na bagna, jeśli tak, to trzeba było ich ostrzec. Albo i zorganizować wyprawę żeby się zajęła tym potworem.
Również polecił Baronowi odpoczynek, chociaż wróżba którą miał sugerowała, że czas sprzyjał wyrafinowanym przedsięwzięciom, więc jeśli Baron coś planował, to nie należało się z tego wycofywać, tylko zachować większą czujność i ostrożność.Kiedy wychodzili, zagadnął kapłankę Morra, mówić, że może z tą jej wzmianką że mury we śnie przypominały mury Akademii jest coś na rzeczy, bo sam miał wróżby wskazujące że coś złego może się tam wydarzyć. I to łączyło się też z niepokojącymi wróżbami o których wcześniej opowiadał kiedy spotkali się u Van Hansenów. Miał nawet mieć spotkanie z rektorem w tej sprawie.
Miał nadzieję, że w tej sposób nieco odsunie od siebie podejrzenia jeśli artefakt Vesty rzeczywiście zostanie wykradziony z Akademii, bo przecież czemu złodziej miałby ostrzegać sam przed sobą?
Południe, wizyta w Akademii
“- No i? To to? - zagaił go Hetzwig który też wszedł do środka i rozglądał się po tym wszystkich rupieciach. W końcu spojrzał chytrze na magistra. - Podobno czarodzieje widzą rzeczy jakich normalni ludzie nie mogą dostrzec. To co magu? Dostrzegłeś coś niezwykłego? Bo rektor mówi, że zostawił tą wisienkę na koniec i wiele do oglądania już nie ma. - odezwał się ponownie patrząc na niego z kpiącym uśmiechem. Przy drzwiach rektor spojrzał na nich ale raczej rozmawiał z Bartolomeo o tym wstawianiu nowych drzwi i krat, jak to by wyglądało, ile zajęło, ile kosztowało i tak dalej.”
Joachim zawahał się. Czuł wabiący go ze skrzyni odgłos dzwoneczków i wiedział, że to było to czego szukał. Tylko niestety przez strategię która przyjął doszło do wzmocnienia ochrony tego miejsca i nie łatwo będzie teraz wykraść artefakt…. ale przynajmniej spróbuje go zobaczyć.
- Tak, wyczuwam moc płynącą z tej skrzyni. Ale żeby więcej się dowiedzieć musimy ją otworzyć…
Łowca nagród skinął głową i spojrzał w stronę drzwi. Tam rektor już kończył umawiać się z Bartolomeo na te szacunki i kosztorysy co do drzwi i obaj podeszli do dwóch gości.
- Joachim mówi, że to może być to czego szukamy. Można otworzyć i rzucić okiem? - Hetzwig skinął kciukiem w stronę stojącej pod ścianą wielkiej i niezbyt urodziwej skrzyni. Za to sprawiała całkiem solidne wrażenie, nawet jak się patrzyło tylko zwykłymi oczami.
- Obawiam się, że to nie będzie teraz możliwe. - odparł grzecznie ale stanowczo profesor Vogel. Widząc pytające spojrzenia szybko wyjaśnił. - Procedura wymaga aby to robić wyłącznie w obecności wymaganej komisji. W tym wypadku chodzi o mnie, naszego głównego magazyniera oraz przedstawiciela ratusza, kapitanatu oraz upoważnionych kapłanów. Łącznie to jak widzicie pięć szacownych osób. Zresztą jak koledzy widzicie jest kłódka i dwa zamki, łącznie jest potrzeba trzy klucze. Z czego my mamy tutaj tylko jeden. Drugi jest w świątyni Mananna a trzeci w kapitanacie portu. - rektor jak i poprzednio wydawał się skłonny do współpracy i zależało mu na przekonaniu gości i to tak aby nie odnieśli wrażenia, że coś ukrywa lub mataczy. Procedura brzmiała jednak dość skomplikowanie jakby ktoś chciał się zabezpieczyć, że jedna, nawet uprawniona osoba z kluczem nie powinna dobrać się do zawartości skrzyni.
Joachim uważnie słuchał słów profesora, które, podobnie jak wygląd skrzyni, sugerowały, że ktokolwiek umieścił tutaj artefakt, zdawał sobie sprawę że jest to coś o wielkim znaczeniu lub bardzo niebezpieczne.
- Oczywiście, szanujemy procedury…. wiesz może Profesorze, od jak dawna ta skrzynia się tutaj znajduje?
- Niezbyt długo. Jakoś to trafiło do nas pod koniec jesieni. Jeszcze zanim zima zaczęła się na dobre. - rektor zmarszczył brwi aby odświeżyć sobie pamięć ale nie brzmiało jakby ta skrzynia stała tu od początków budowy tego miasta i uczelni.
- A w jakich okolicznościach trafiła? - Joachim kontynuował pytania. Wszelka wiedza na ten temat była cenna.
- W dość dramatycznych. I potrzeba było odpowiednie miejsce do bezpiecznego składowania aż się postanowi co z tym robić dalej no i na razie tak to zostało jak widzisz. A czemu cię tak zainteresowała ta skrzynia? Uważasz, że ma jakiś związek z twoją wróżbą? Może coś ci się wyjaśniło podczas tej naszej małej wycieczki o co chodzi z tym zagrożeniem? - rektor widocznie nie był skłonny zdradzać zbyt wiele o tej skrzyni a może to też stanowiło część systemu bezpieczeństwa. Łowca nagród i mistrz ślusarski na razie się przysłuchiwali zerkając ciekawie to na rozmówców to na skrzynię jaka stała się głównym tematem rozmowy. Zaś profesor Vogel był ciekaw czy jak już właściwie obeszli całą uczelnię to czy magister jaki przybył tu przedwczoraj z ostrzeżeniem może już wyjaśnić coś więcej niż wtedy.
- Tak, sądzę że moje wróżby dotyczyły w szczególności zawartości tej skrzyni. Ważne jest, żeby nie wpadła w niepowołane ręce, wiązałoby się z tym zagrożenie, choć nie znam wszystkich szczegółów, moje metody dają wskazówki o bardziej kierunkowym charakterze niż bardziej szczegółowe rozwiązania. Na szczęście jako rezydent Kolegiów jestem właściwą osobą żeby zająć się tą sprawą, ale chciałbym się dowiedzieć więcej - czarodziej odparł pewnym siebie tonem, starając się przekonać rozmówcom że jako ekspert od takich magicznych tematów powinien wiedzieć jak najwięcej.
- Rozumiem i doceniam ale jak już mówiłem decyzja nie zależy tylko ode mnie. Jestem tu, że tak powiem, kustoszem tego magazynu ale ta rzecz nie należy do mnie. Przekażę twoją prośbę komisji. - Vogel skłonił głowę ale w kulturalny sposób odmówił podejmowania pochopnych decyzji jeszcze raz podkreślając, że nie jest tu jedynowładcą.
- No jak to już wszystko to ja już pójdę. W najbliższym czasie przyślę kosztorys zamówionych zabezpieczeń i omówimy wszystko jeszcze raz na spokojnie. - mistrz ślusarski zabrał głos uznając, że skoro to było ostatnie pomieszczenie do oglądania to jest gotów zabrać się do pracy.
- A gdzie cię spotkać magistrze? Na wypadek gdybyś znów miał jakieś uczulające na niebezpieczeństwo wróżby? - zagaił do Joachima łowca czarownic.
Joachim podał adres swojej kamienicy
- Regularnie patrzę w gwiazdy, więc nie wykluczam że pojawią się jakieś nowe znaki, choć mam nadzieję na lepsze wieści.
- A o jakiej komisji mówić Rektorze? Należącej do Akademii? - czarodziej postanowił przynajmniej tego się dowiedzieć.
- Nie, nie. Znaczy tylko częściowo. Akademię ja reprezentuję. A reszta to ci co wspomniałem. Ktoś z ratusza, kapłanów i kapitanatu. Będę musiał ich powiadomić o tej sprawie. I jeśli byś był zainteresowany otwarciem tej skrzyni to przedstawię im twój wniosek po czym zostanie czekać na odpowiedź. - rektor Vogel chętnie wyjaśnił te wątpliwości przypominając ten skład komisji o jakim mówił wcześniej więc widocznie chodziło o tą samą.
- No i trzeba się tak na wszelki wypadek przygotować na wścibskich gości skoro nasz magister mówi, że mogą się skusić na zawartość tej skrzyni. - dorzucił Hetzwig wskazując brodą na spory kufer wielkości małej szafy.
Popołudnie, rozmowa w Aptece Sigmindusa
- A tak, oczywiście. To chodźcie, na górę, ja wszystko tu zamknę i już do was idę. - grubas pokiwał swoją byczą głową ale jak już się pochwalił swoimi osiągnięciami to był gotów do dalszej, owocnej współpracy. Wrócili na górę do tego gabinetu a Joachim mógł wspomieć a propos ich rodzinnych ladacznic na jakie tak narzekał aptekarz, że zgodziły się na jego udział w roli niewidzialnej czujki tylko chciały najpierw sprawdzić jak to wygląda w praktyce. Bo jeśli w tej astralnej formie nie mógł otwierać drzwi ani okien to niezbyt to mogło pomóc w ich sforsowaniu. Ale jako ktoś na czatach to mógł się przydać. Na razie jednak czekały na to co wyjdzie ich szlachetnie urodzonym koleżankom w sprawie odbitki klucza do świątynnego skarbca. W końcu zanim zaczęli na poważnie rozmawiać przy stole znów zadzwonił dzwonek i po chwili gospodarz wrócił w mocno rozczochranym i woniejącym winem Aaronem co wyglądał jakby prawie zaspał na to spotkanie.
- Dobrze cię widzieć bracie - Joachim uśmiechnął się do Aarona, starając żeby to nie wygłądało to jak kpina. Nawet trochę go polubił, choć oczywiście przykre, że taki zdolny czarodziej pozwalał by nałóg niszczył jego potencjał.
- Rozmawialiśmy właśnie o imponującym przedsięwzięciu którym kieruje Sigismundus i o tym jak możemy je wesprzeć. Co do składników na mikstury, te dostępne do kupienia proponuje podzielić pomiędzy nas żeby nie kupować tego samego w nadmiernych ilościach, ja mogę dość sporo zakupić.
- Kilka bardziej egzotycznych składników znajduje się na okolicznych bagnach i tam myślę, że lepiej nie wyprawić się w pojedynkę, tylko większą grupą. Tym bardziej, że jak się dzisiaj dowiedziałem, podczas polowania na tych właśnie bagnach jeden z mieszkańców miasta trafił tam na ślad jakiegoś potwora dużo większego od człowieka, chociaż szczegółów nie znam bo nie widział go z bliska.
Przez chwilę nauczyciel i aptekarz patrzyli na Aarona z powątpiewaniem. Bo ten wpatrywał się w nich niezbyt bystro i marszczył brwi jakby przez alkoholowe opary walczył z własną pamięcią usiłując skojarzyć o czym rozmawiają.
- Aaa… Te muchy… I czerwie w łonach… Tak, tak, już kojarzę… Aha i co z tym? - wreszcie wydawało się, że coś się odektało we właściwym miejscu bo rozczochraniec pokiwał głową, że coś jednak pamięta z tego co było mówione. Co obaj jego koledzy przyjęli z ulgą i uśmiechami zadowolenia.
- No i właśnie dyskutujemy o miksturach wspomagających tą hodowlę. - wyjaśnił mu Tobias jakby mówił do ucznia jakiego nie było na ostatniej lekcji i teraz trzeba mu na szybko streścić o co chodzi w tej nowej.
- Dobrze koledzy może ja to wszystko uproszczę. Z tymi najprostszymi to ja sobie poradzę. Już wysłałem Strupasa by zdobył resztę. Przypuszczam, że do zmroku powinien wrócić. Więc wieczorem pewnie byśmy mogli zacząć produkcję. Sądząc po opisie przepisów dzień czy dwa i powinny być gotowe. Więc myślę, że na Wellentag, może Aubentag tak z zapasem, powinny być gotowe. Co prawda ta z traktu już do tego czasu ma szansę wydać miot ale jeszcze Loszce można dopomóc a tej drugiej przyda się na następny raz. Te najprostsze wedle opisów przyspieszają wzrost i czas dorastania maleństw w łonie o 10 do 20%. Więc może nie powala no ale to zawsze dzień czy dwa wcześniej niż bez tego. A przypominam, że jak te muchy mają być gotowe do użycia na przełomie miesiąca to okienko czasowe do zapłodnienia ladacznic mamy dość niewielkie. Potem oczywiście też można ale są coraz mniejsze szanse, że osiągnie się dorosłe osobniki na moment ataku. - gospodarz szybko nakreślił jak widzi sprawę zbierania tych składników. Wyglądało na to, że w podstawowej wersji jest szansa, że sam to da radę załatwić chociaż pomoc kolegów byłaby mu na rękę.
- Tak, ale te bardziej zaawansowane są skuteczniejsze ale też wymagają trudniejszych do zdobycia składników. Przyznam, że niezbyt mi się wyprawa na Diabelskie Bagna. Mają złą opinię. Rzeczywiście masz rację Joachimie, przydałoby się tam wysłać solidny zespół. Zwłaszcza jak tam taka mgła i jakieś potowory. Mamy właściwie kogoś kto zna się na bagnach i potworach? - guwernant przyznał mu rację ale też zauważył, że wyprawa na okryte złą sławą Teufelsumpf zapowiada się na dość trudną. Zwłaszcza jak tam miały jakieś potwory wchodzić w grę.
- Ja też wolałbym sam tam się nie udawać. Wziąłbym co najmniej mojego ochroniarza Gunthera i może kogoś z ludzi Silnego. Vasilij albo Norma chyba się trochę znają na wyprawach w plener? Moglibyśmy też poprosić o pomoc kogoś z plemienia Lily… - czarodziej wyliczał możliwe osoby przydatne w takie wyprawie.
- Lilly to miała iść do tych swoich jaskiniowców dziś lub jutro. Nie wiem czy jeszcze jest w mieście. A Vasilij i Norma mieli towarzyszyć Merdze to już tak trochę mieliśmy ich oszczędzać. Trzeba by dostać zgodę Starszego czy można by ich użyć. - Thobias skinął powoli głową bo coś ich zbór miał zdecydowanie miejski charakter i za bardzo ludzi z lasów, wiosek czy bagien to jakoś nie mieli. Norma przybyła ostatniej zimy z dzikiej i mroźnej Norski a Vasilij był hersztem lokalnych przemytników to była nadzieja, że może by mieli jakieś talenty w tej materii.
- No, to ktoś ma czas żeby się dzisiaj albo jutro Starszego o to zapytać? Ja mam trochę teraz rzeczy na głowie, jak sprawa artefaktu Vesty, ale tutaj chyba musimy Tobiasie, Aaronie porozmawiać na osobności? - czarodziej spojrzał na współwyznawców, wzdychając. Za dużo było naraz do planowania, ale w końcu jego Patron władał losem i intrygami.
- Ja tu jestem jak w lochu. Nie mogę się stąd ruszyć, muszę wszystkiego dopilnować. Może wieczorem jak Strupas wróci to go mogę poprosić aby wysłał wiadomość. - gospodarz odezwał się pierwszy zgłaszając te same trudności o jakich mówił jeszcze służącemu Joachima jakiego do niego posłał z prośbą o spotkanie.
- Ja jak będę wracał to mogę zostawić mistrzowi wiadomość. Coś mam mu od was przekazać? - guwernant odezwał się z dostojeństwem i otworzył swoją torbę wyjmując z niej przybory do pisania i kartki aby napisać ową wiadomość dla Starszego.
- No mnie to by się ktoś do pomocy przydał. Bo we dwóch ze Strupasem to ledwo wiążemy koniec z końcem. Sami widzicie, jeden z nas zawsze musi być tutaj to na wszystko inne zostaje ten drugi. Nie wiem jak to będzie jak się stąd wyprowadzę. W tej jaskini Oster to też musiałbym kogoś mieć do pomocy. Przecież ktoś hodowli musi przypilnować, pewnie trzeba będzie jakieś cele czy inne klatki dla nich pobudować. Na początek mogę zabrać Strupasa no ale to wtedy żadnego z nas tu w mieście nie będzie. I co by nie mówić to jednak lubię tą aptekę i nie chciałbym aby mi tu wszystko rozkradli czy spalili. I jeszcze nie wiem co z hodowlą bo jak wam pokazywałem właśnie zacząłem. Ta z traktu to może wydać miot może jutro, może pojutrze, może w Wellentag najpóźniej. Przynajmniej wedle zapisków Mergi. A Loszka to parę dni później, jakoś w okolicach Marktag by wypadał termin. Jednak dzień w jedną czy drugą stronę może się to różnić. W Marktag też chciałem poszukać wozu z budą do transportu do tej jaskini. Bo tak w środku tygodnia to trochę nie wiadomo gdzie szukać. W dzień targowy najłatwiej. - grubas wylał z siebie całą listę komplikacji i potrzeb jakie ostatnio odkrył głównie w związku zaczętą hodowlą muszego nasienia Oster i planowanymi przenosinami do jej jaskini. Z tego co mówili wyglądało, że to cały dzień drogi na wschód więc niezbyt daleko z perspektywy miasta i okolicy ale też i nie tak blisko aby w pół dnia dało się wyskoczyć za miasto i wrócić.
- Dobrze, zapiszę to. Ale jutro i tak mamy zbór więc pewnie sam będziesz mógł porozmawiać z mistrzem. - Thobias zamoczył pióro w przenośnym kałamażu i zaczął nim pisać na papierze. Jak się można było spodziewać po wykształconej osobie, do tego nauczycielu i wychowawcy miał bardzo ładne i staranne pismo.
- A faktycznie jutro jest zbór - westchnął Joachim.
- Ostatnio jestem taki zapracowany, że czas szybko leci. Czarodziej rozumiał skargi aptekarza, ale nie miał zamiaru zostać pomagierem każdego potrzebującego pomocy w zborze, uważał że i tak teraz miał sporo na głowie a dobrze przecież było tez mieć czas na lektury i badania.- Może ktoś z plemienia Lily mógły na stałe pomagać w jaskini? - zaproponował.
- No i dobrze że jutro jest spotkanie, bo zlokalizowałem artefakt Vesty w Akademii. Niestety nie będzie łatwo go wydostać.- Może. Ale to by trzeba z nią pogadać a rzeczywiście ostatnio Starszy mówił, że miała udać się tam do swoich to może jej już nie być w mieście. Ciekawe czy zdąży do jutra wrócić. - aptekarz zadumał się nad propozycją młodszego i szczuplejszego kolegi. Jednak zgodnie z ustaleniami z wcześniejszego spotkania jakie odbyło się ledwo parę dni temu rzeczywiście była mowa, że mutantka miała udać się do swojej rodzimej jaskini za miastem aby omówić z nimi parę spraw więc mogło już jej nie być w mieście. Chyba, żeby coś opóźniło jej wymarsz z miasta.
- Zlokalizowałeś artefakt Vesty? I jak wygląda? Co to jest? Gdzie jest? - Thobias nie ukrywał swojego zaciekawienia nowym tropem jaki wiódł do tej z Sióstr jaka poświęciła się temu samemu patronowi co on więc nią był najbardziej zainteresowany.
- Jest ukryty w zapieczętowanej skrzyni w podziemiach Akademii. Słyszałem od niego wezwanie, niczym brzmienie dzwonków. Niestety, rektor jest bardzo ostrożny w tej sprawie i nawet nie pozwolił na otwarcie skrzyni… nie będzie też łatwo się tam dostać… - wyjaśnił Joachim.
- Czyli wiesz gdzie to jest? Trafiłbyś tam ponownie? Szkoda, że nie pozwolił otworzyć. Dalej nie wiemy co to jest. Ale jak słyszałeś zew Vesty to pewnie to to czego szukamy. - Tobias swoim analitycznym umysłem próbował przyswoić to co powiedział kolega.
- Ale jak jest gdzieś tam w środku Akademii to rzeczywiście nie będzie łatwo tego wydobyć. A duża ta skrzynia? Tak coś aby wynieść w plecaku czy torbie? - zaciekawił się grzecznie gospodarz. Nie widział skrzyni więc pytanie było zrozumiałe. Ale skrzynia była spora, pewnie dwóch ludzi by musiało ją przenosić. Do tego prowadził tam korytarz piwniczny i zamykane drzwi do piwnicy i jeszcze te do samego magazynu. A rektor rozmawiał z Bartolomeo o wstawieniu nowych zabezpieczeń.
- Trafić trafiłbym ale trzeba się przynajmniej by było przez dwoje drzwi przedostać. A skrzynię musiałoby dwoje ludzi przenieść. Mimo wszystko powinniśmy działać pewnie szybko, bo planują dodatkowo wzmocnić zabezpieczenia - zadumał się Joachim.
- Czyli dość spora. W kieszeni się tego nie wyniesie. Trudno będzie to załatwić dyskretnie. - zadumał się guwernant i wychowawca gdy usłyszał te wieści.
- Od dyskretnych spraw to mamy Burgund i Łasicę. Ich można by zapytać. - zaproponował Aaron widząc chwilę ciszy przy stole.
- Znowu one? Przecież jak im się uda to znów przypiszą sobie sukces. A już teraz jest ich najwięcej i się panoszą. A trzeba się liczyć, że na ten ich słodki miód ktoś znów się skusi i będzie ich jeszcze więcej. Myślę nad jakimś fortelem aby wydobyć tą skrzynię. Już prędzej wolałbym poprosić o pomoc chłopaków Silnego. Od zimy ich pozycja też spadła tak jak i nasza. - Tobias skrzywił się na myśl, że frakcja slaaneshytek miałaby znów przypisać sobie jakiś sukces w szukaniu dziedzictwa Sióstr.
- Już przy tej świątyni znów grają pierwsze skrzypce. Jak im się uda znów będą na piedestale. Ja też się zgłosiłem no ale właśnie po to aby nie było, że one te wszystkie sukcesy osiągają same. A zasiać się nie chcą. A to taka ważna dla nas wszystkich sprawa. - aptekarz też wydawał się nie być zwolennikiem wzrostu znaczenia koleżanek spod znaku Węża. No i wyraźnie miał do nich żal, że nie chcą dać się zasiać nasieniem Oster.
- To jak ich nie chcecie to nie. Ale wtedy trzeba wymyślić jak wydobyć stamtąd tą skrzynie. Ja mógłbym tam skoczyć jakbym wiedział jakie to drzwi ale sam to i tak jej nie wyskoczę. - mruknął Aaron odkorkowując sobie butelkę i chyba niezbyt przejmując się kto tu kogo lubi bardziej czy mniej w ich sekretnej, spaczonej rodzinie.
- Co masz na myśli mówiąc “skoczyć” - spytał się Joachim, na razie pomijając kwestię współpracy ze slaaneshytkami. To nie było dla niego kluczowe, tylko rezultat, nie miał teraz czasu na intrygi.
- No skoczyć. Najpierw tu a potem skok tam. Czasem. Czasem mi się udaje. Przez ścianę do środka albo na odwrót. Tylko nie wiadomo co tam jest to jednak ryzyko jest. I nie zawsze się udaje. Właściwie to czasem. - wymamrotał Aaron napełniając sobie kubek nową porcją wina prosto z butelki nie kłopocząc się z jego rozcieńczaniem wodą. Dwaj ich koledzy zmrużyli oczy niezbyt wiedząc jak traktować mamrotanie kolegi.
To się może okazać przydatne, jak działa to zaklęcie? - zainteresował się Joachim.
- Może dopracujemy plan jutro na zborze? Ale obawiam się, że czas nie działa na naszą korzyść więc trzeba by zrobić akcję w ciągu najbliższych kilku dni…
- To nie jest zaklęcie. Chyba… Chyba nie… Nic nie mówię ani nie robię gestów… Ot pomyślę sobie, że chcę tam skoczyć i już. Samo tak… Właściwie nie wiem jak to dokładnie działa. Taki wrodzony talent. Tak to nazywali. W Kolegium. Niektórzy tak mają. Rodzą się z tym. Albo tamtym. - wymamrotał Aaron nieco rozkojarzonym tonem. Sigismundus i Thobias przysłuchiwali się temu z zainteresowaniem bo rozczochrany i zaniedbany magister raczej nie kojarzył się z czymś innym niż kimś na wiecznym kacu lub popijającym coś w kącie. Jak teraz. Duszkiem wypił chyba z pół kubka i siąpił nosem więc raczej nie wyglądał jak jakiś godny zaufania uczony nie mówiąc już o magistrze sztuk mistycznych.
- No tak, jutro zbór. Ha! A może i poród! Z tej pielgrzymki powinny wyjść te małe to patrząc po wylinkach jakie miała do tej pory to może już jutro,albo pojutrze, albo jeszcze dzień potem. Trzymajcie proszę kciuki aby wszystko poszło jak najlepiej! Nawet za tą idiotkę bo co jak co ale na razie z nosicielkami to jest skąpo to nawet taką durną babę trzeba oszczędzać. - gospodarz pokiwał mądrze głową ale skoro mowa była o jutrzejszym, razem tradycyjnym terminie spotkania to i wrócił do tego tematu.
- No rzeczywiście. Powodzenia w hodowli, no i innych sprawach. Ale na mnie już czas. Jeszcze będę musiał wysłać tą wiadomość. - guwernant skinął głową i zaczął wkładać swoje papierzyska z powrotem do swojej torby.
Joachim zmęczył się dużą ilością spotkań i planów. Była kwestia pomocy w planach mnożenia się pomiotu Oster i potencjalnej wyprawy na bagna po składniki, choć tam widziano jakiegoś potwora, który nawiedzał też ludzi w snach... czy ten stwór był związany z Vestą? Miał też udać się na kolejne spotkanie ze zwierzoludźmi Gnaaka i zastanawiał się czy jakoś tych dwóch kwestii nie połączyć. No ale stwierdził że najważniejsza jednak była sprawa dziedzictwa Vesty. Ono go wzywało. Dlatego też temu chciał nadać najwyższy priorytet.
Wieczorem jeszcze odwiedził go były inkwizytor Heinrich. Pomimo niechęci do tej profesji wizyta wcale nie zakończyła się źle, ponieważ tamten zaoferował pomoc w sprawie artefaktu zamkniętego w skrzyni.
Przed snem zdecydował się postawić wróżbę na temat zdobycia artefaktu Vesty. Skłaniał się ku temu by jak najszybciej zorganizować kradzież, zanim obrona Akademii zostanie wzmocniona. I chciał postawić wróżbę czy to dobry pomysł i czy lepiej wziąć do pomocy Silnego czy Łasicę.
Następnego dnia planował się wyspać i trochę rano odpocząć, potem może jeszcze przed Zborem mógłby pogadać z Silnym czy ten byłby skłonny pomóc w napaści na Akademię. Dobrze też byłoby dowiedzieć się czegoś o tej komisji o której wspomniał rektor, w sumie mógł się przejść do ratusza i złożyć doniesienie o tym potworze na bagnach, a przy okazji spytać się o tą komisję. No i był Zbór, gdzie można było ich plany dopracować...
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 24 - 2519.07.10; agt; ranek - południe (1/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
Warunki: sypialnia Heinricha; półmrok; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodnoHeinrich
Tym razem gdy stary inkwizytorski ogar z przetrąconą nogą otworzył oczy okazało się, że jest całkiem wcześnie. Przez szczeliny zamkniętych okiennic widział jasne szpary co oznaczało, że na zewnątrz jest już dzień. Chociaż jeszcze nie zorientował się jak bardzo zaawansowany. Sądząc na słuch to nie działo się na zewnątrz nic wyjątkowego no ale ulica Garncarzy na jakiej zamieszkał kilka tygodni temu nie była najruchliwszą ulicą miasta. Jak się dowiedział od Ilse co przychodziła mu gotować i sprzątać to kiedyś to zapewne był plan aby tutaj skupić cały cech garncarzy z całego miasta i mieli w swoich warsztatach produkować nie tylko na potrzeby mieszkańców ale też na eksport. Na południe do stolicy, do Salzburga no i na statki jakie mogły zawieźć te produkty do Erengardu czy Marienburga a może i jeszcze dalej. Jako przybysz spoza miasta co chwilę mógł natrafić na takie resztki dawnej świetności jaka była w planach a nigdy nie nadeszła. Wyjątkową cechą miasta było to, że porażająca większość warsztatów, tawern, kamienic stała pusta lub prawie pusta podczas gdy w każdym innym mieście do jakiego zawitał miejsce mieszkalne było bardzo cenne i ludzie tłoczyli się w nich jak śledzie w beczce. Zawsze było więcej chętnych do mieszkania niż wolnego miejsca. A ewenementem Neus Emskrank było to, że było tu dokładnie na odwrót. Ale miasto wybudowano niejako sztucznie, mniej niż sto lat temu gdy rządził trend otwarcia się Imperium na morze. I ten port tutaj miał stanowić takie okno na świat. Ale jak to sam miał okazję się przekonać chodząc ulicami tego miasta raczej niewiele z tego projektu wyszło. Choćby na Garncarskiej na jakiej zamieszkał to większość kamienic i warsztatów stała pusta. Stąd nie było kłopotów w tym mieście ze znalezieniem miejsca dla siebie. Chociaż taki pustostan zwykle wymagał remontu. A obecnie słabe odgłosy od ulicy nie dziwiły bo zwykle było tu dość cicho i spokojnie. Trzeba było otworzyć okno aby uslyszeć jak obracają się koła garncarskie podczas nadawania ubłoconymi gliną dłońmi porządanego kształtu. Albo jak czasem przy wypalaniu jakieś naczynie nie wytrzymywało i pękało w piecu czy też ktoś jakieś upuścił. No i raz w tygodniu, rano w Marktag, tych paru rzemieślników obojga płci ładowało swoje wyroby na wózki i jechało z nimi na Plac Targowy do centrum miasta aby próbować coś z nich sprzedać. Wtedy te naczynia stukały o siebie i czyniły pewien hałas no ale to było w poranki dnia handlowego a dziś był Agnestag więc było spokojnie.
W sypialni przy zamkniętych okiennicach panował półmrok i cisza. Co pozwoliło Heinrichowi spróbować złapać resztki snu. Bo tym razem coś mu się śniło. Ale był to dość chaotyczny sen. Mozaika różnych postaci, obrazów i scen porozrzucana bez ładu i składu.
Jak ta scena z widownią. Znów tam ni to stał ni siedział wśród tej widowni, nieco w głębi i z całkiem dobrym widokiem na scenę. Chociaż na tyle daleko, że nie widział wszystkich szczegółów. Tym razem nie był sam. Łasica i Burgund obramowały go chętnie przyklejając się wdzięcznie do jego boków jakby był ich ulubionym aktorem czy diwą. Były w swoich białych czepkach i twarzach pokornych grzesznic. Ale poniżej miały gorsety, bieliznę, pończochy i całą resztę nadającą im wyglądu drapieżnych, wyuzadnych kurtyzan. Ale mimo tak wyzywającego stroju nikt z widowni zdawał się nie zwracać na nich uwagi. Wszyscy byli wpatrzeni w przedstawienie na scenie.
Na scenie zaś ktoś ostro się kotłował na łóżku. Naga kochanka leżała na plecach wysoko unosząc swoje biodra i stając tylko na palcach stóp aby napędzana podnieceniem jakie udzielało się i widowni ułatwić zadanie swojemu kochankowi. A tak jak ona była młoda, piękna i gładka tak on był paskudny. Kobieta zdawała się tego nie zauważać albo było jej wszystko jedno. Wydawał z siebie chrapliwe, zwierzęce odgłosy i właściwie Heinrich nie był pewien czy to przypadkiem nie jest coś innego niż człowiek. Nie był też pewny kim jest ta kobieta bo nie widział jej twarzy zatopionej w obfitych poduszkach albo przysypaną własnymi włosami lub też jej dziki kochanek pochylał się nad nią tak, że ją zasłaniał. Chciał zapytać swoich koleżanek ale zorientował się, że ich nie ma. Nie zauważył gdzie je wywiało chociaż przed chwilą tak czule go obejmowały. Jak o nich pomyślał to nagle wydało mu się, że tam na tej estradzie to może być któraś z nich. Łasica? Burgund? Pirora? Soria? Fabienne? Onyks? Oksana? Właściwie o której z nich nie pomyślał to nie był pewny czy to nie któraś z nich. A może to któraś z tych aktorek co miały przyjechać do miasta? Albo jeszcze ktoś inny? Z daleka nie miał na tyle dobrego miejsca aby dostrzec jakiś szczegół jaki pomógłby ją zidentyfikować. Zresztą jej kochanka też nie. Miał wrażenie, że to mógł być każdy a kontrast między jasnym, gładkim kobiecym ciałem a chropawym, ciemnym i męskim był uderzający. Gwałtowność aktu i ta odmienność pasowała do gwałtu ale przeczyły temu jęki rozkoszy jakie oboje wydawali.
A chociaż nie widział detali to podobnie jak w poprzednim śnie wiedział, że kobieta skrywa w swym brzuchu dar Oster. Nawet jak o tym pomyślał to wydało mu się, że jej brzuch napęczniał jak przy zaawansowanej ciąży. Ale gdy zamrugał oczami to znów wracał do normy. Właściwie to nie była scena tylko trawa. Trawa na jakieś leśnej polanie. I tym razem to już chyba rzeczywiście była któraś z dziewczyn ze zboru jaka jęczała pod atakami któregoś z ungorów i oboje zdawali się nie zwracać uwagi na otoczenie. A jak się rozejrzał to na tej polanie podobnych par i innych konfiguracji było więcej. Odwrócił się gdy usłyszał ostry, alarmujący trzask łamanych gałęzi. Coś tam było! Coś zbliżało się bezpardownowo łamiąc krzaki i pomniejsze gałęzie. Zdecydowane coś potężniejszego i większego od człowieka. Bo to na bagnach było. Stał po kolana w grząskim bagnie przeklinajac swoją metalową nogę jaka jeszcze bardziej utrudniała mu wydostanie się z matni. A tam, we mgle słyszał jak coś pędziło rozchlapując bagno jakie Heinricha tak skutecznie zastopowało. Próbował się czegoś złapać aby się wydostać ale sięgnął tylko do bagiennej trawy. Po chwili trzymał w dłoniach jej wyrwane kępki a bagno sięgało już mu ponad połowy ud. Tonął!
Uwagę zwróciło mu łagodne, ciepłe światło. Gdy podniósł głowę przestając się szamotać ujrzał światło. Jakby gwiazdę z nieba. Albo zapaloną latarnię. Tylko bez latarni. I zawieszoną w powietrzu. Jak jeden z tych bagiennych ogników jakie ponoć mamiły podróżnych na bagnach. Ale miał dziwne wrażenie, że to światło oberwuje go tak samo jak on to światło. Ale to coś co pędziło z taką mocą, tu musiało być coś wielkiego. Widział już zarys tej wielkiej, pokracznej sylwetki we mgle jaka zdawała się pędzić dokładnie tutaj! Bagna zdawały się nie zatrzymywać potwora tak jak jego co już utonął w nich do pasa i nie mógł sie wydostać! W pewnym momencie szamocząc się usłyszał nowy odgłos. Jakby odległa muzyka, świergot ptaków, muzykę fletów czy dzwoneczków, zniekształcony chór śpiewający jakieś pieśni albo psalmy. Ale uwięziony w bagnie nie dał rady się odwrócić aby się rozejrzeć.
- Tak, to wymagało od nas dużo pracy. - powiedziała Oksana nagle podchodząc do niego, biorąc go pod ramię jakby byli gdzieś na ulicy czy karczmie i prowadząc przez te bagna jakby w ogóle ich tu nie było. - To miłe znów zobaczyć takie namiętne spotkanie przy tych kamieniach. - powiedziała wesoło uśmiechając się przyjemnie i wskazując gdzieś w bok. Gdy też tam spojrzał ujrzał polanę, te wielkie, prastare głazy, ognisko i orgię ze zwierzoludźmi jaką chyba przed chwilą obserwował z bliska.
- To było dobre Heinrichu. Z tymi aktorkami. Naprawdę dobrę. Tylko musimy to dobrze rozegrać. Omotać je siecią powiązań, zależności no i żądzy. Cokolwiek co by zadziałało. Ale tak, sam pomysł jest dobry. Trzeba się tylko do niego odpowiednio zabrać a niestety nie mamy zbyt wiele czasu. Czas nie gra na naszą korzyść. Oczywiście na wszystko jest sposób. Na zdobycie większej ilości czasu także. - powiedział Starszy bo nagle okazało się, że lider zboru w swojej todze czy habicie no i tej wysokiej masce idzie obok niego.
- A ja nie jestem zadowolona. Od pół roku pracowałam ciężko na to aby otworzyć i rozpropagować ten nasz nowy teatr. A teraz jak to wyjdzie z tymi muchami to wszystko szlag trafi. - Pirora odezwała się z drugiej strony i szła w swojej kolorowej sukni jakby to bagno jej się nie imało.
- Oh, kochanie, musimy coś poświęcić. Lepiej kogoś obcego niż kogoś z nas. Na pewno będziesz jeszcze miała swój teatr i wielkie, ekscytujące sztuki, wspaniałych aktorów i scenariusze napisane tak, że widownia będzie je oglądać z zapartym tchem. - Merga odezwała się jakby chciała ukoić żal i rozgoryczenie blondwłosej szlachcianki. Pirora pokiwała głową ale raczej tak jak dorastająca panienka co słyszy od rodziców, że dziś to nie ale jutro to na pewno coś tam jej pozwolą, przywiozą czy podarują gdy w gruncie rzeczy nie wierzyła, że tak się stanie.
- No właśnie. Dobra robota. Jakbyś czegoś potrzebował to daj znać. Dobrze, że rozumiesz, że potrzebujemy więcej nosicielek. A nie jak coniektórzy. - aptekarz poklepał go przyjaźnie w ramię i spojrzał na niego z uśmiechem. Za to dwóm mijanym łotrzycom jakie wciąż ubrane w te białe czepki i wyuzdane gorsety patrzyły na nich obrażonym wzrokiem gdy je mijali.
- Tylko nie wiem gdzie idziemy. Loszka coś się zepsuła. - powiedział gdy szli we dwóch ale jakoś okazało się, że trzyma na smyczy jakąs młodą kobietę jaką prowadzi jak psa na smyczy. Czy też raczej ona miała go prowadzić.
- Ona ma inne powołanie. Wyczuwa inne drogi. Potrzebujemy innego przewodnika. Kogoś dotkniętego przez Vestę. Kogoś kto słyszy jej zew wyraźniej od nas. Lub ma w sobie jej nasienie jakie będzie szeptać i prowadzić. - Merga wciąż szła tuż za Heinrichem przez to bagno trzymając dłoń na jego ramieniu. Reszta gdzieś zniknęła. Właściwie to jak to w snach, Heinrich na raz widział jedną, może dwie osoby i jakoś nie rejestrował gdzie one znikają czy się pojawiają. Jakby wszyscy bez trudu mogli go odnaleźć gdziekolwiek akurat nie przebywał. Teraz wyrocznia wskazała na kobietę jaka szła obok. Na jej brzuch. Płaski i zdrowo wyglądający ale matczyny gest dłoni sugerował stan błogosławiony. Kobieta wskazała na kierunek w tych bagnach jaki wydawał się taki sam jak wszystkie inne dookoła.
- Chyba rozumiesz, że tak wyjątkowa istota jak Vesta nie zostawiłaby sobie swojego dziedzictwa bez opieki? Tam się nie trafi ot, tak. Trafią wybrańcy. Ci co mają tam trafić. Ci których da się rozpoznać jako tych wybranych. A inni… No cóż… - głos Mergi dobiegał zza jego pleców a jej dłoń poklepała go po barku. Usłyszał dziki, zwierzęcy ryk. A potem ten zdawałoby się zgubiony wcześniej potwór znów biegł przez te bagna jakby odnalazł intruza i biegł go zniszczyć. I w tym ostatnim momencie Merga klepnęła go jeszcze raz i wskazała na światło. To unoszące się w powietrzu światło rozproszone przez mgłę. Właściwie zorientował się, że chyba przez cały czas je widział. Teraz światło przyśpieszyło i oddalało się w kierunku czegoś co było ledwo widoczne we mgle. Coś większego nieco nad powierzchnią topieliska, co przez moment to lewitujące światło oświetliło i widział jakieś misternej roboty łańcuszki jakie dygotały na wietrze jakiego nie było wydając cichutki, melodyjny dźwięk. Ale zza jego pleców dobiegały te straszne kroki potwora jaki wydawało się, że biegł wprost na niego. Merga i reszta gdzieś znikła. Został sam i znów zaczął tonąć w bagnie. Krzyknął z rozpaczy gdy miał wybór utonąć w bagnie albo zostać rozszarpany przez potwora jaki już zdawał się pokonywać ostatnie krzaki. I ten krzyk go obudził. Leżał w swoim łóżku, w swojej sypialni. Nie w żadnym teatrze, bagnie czy polanie. Tylko u siebie. Było cicho, sucho i wygodnie. A za zamkniętymi okiennicami wstawał chyba nowy dzień.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”
Czas: 2519.07.10; Anistag; południe
Warunki : główna sala; jasno; karczemny gwar; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, umi.wiatr; chłodnoHeinrich
Właściwie to nie był wcześniej umówiony z byłym żołnierzem. Ale los mu sprzyjał. Starszy wymagał aby każdy członek zboru zostawiał jakieś adres kontaktowy. Tak aby można było tym piśmiennym zostawić list z wiadomością a pozostałym ustnie wybranym kontaktom albo jakąś paczkę czy też wreszcie spotkać się osobiście. Rune właśnie miał kontakt w “Starym kotle”, portowej tawernie o niezbyt dobrej reputacji. Ale dla kogoś o mocnych pięściach i twardym karku to raczej nie była wada. Dla kogoś kto już nie był taki młody za to wyraźnie kuśtykał i nie wyglądał na sprawnego a do tego był obcy to już było o wiele mniej przyjazne miejsce.
Heinrich odczuł to od razu jak tylko otworzył niezbyt wysokie drzwi i wszedł do środka. Co prawda to było dość normalne, że ci co byli w środku odwracali głowy aby sprawdzić kto akurat wszedł do środka. Wszędzie tak się działo. Jak choćby wczoraj w “Mewie” gdzie część gości też obrzuciła go krótszymi lub dłuższymi spojrzeniami gdy wszedł do środka. Ale “Mewa” przy tym czym spotkał się w “Kotle” to była oaza luksusu, miłości do bliźniego i przyjaźni wszelakiej. Dziś w “Kotle” prawie zderzył się z niewidzialną falą podejrzliwości, niechęci i nieufności. Co gorsza nie trwało to tylko na chwilę jaka potrzebna była aby sprawdzić kto przyszedł. Ale wyczuwał spojrzenia różnej maści zbirów jacy wydawali się szacować nową tuszę na haku u rzeżnika. A Rune wśród nich coś nie było widać.
Podszedł do szynkwasu gdzie powitała go zaskakująco sympatycznie wygladająca kelnerka a obok o wiele bardziej pasujący do tego punurego miejsca karczmarz jaki pewnie mógłby być jej ojcem.
- Coś podać? - uśmiechnęło się do niego dziewczę. Całkiem przyjemnie. Pokazała na tablicę na jakie narysowane były schematy różnych dań i ceny. Zapewne w tym towarzystwie zbyt wielu gości nie było piśmiennych to nie było się co silić na pisane menu.
- Te. Czego tu szukasz? - zagaił do niego jakiś zarośnięty typ co siedział przy sąsiednym stole. Był niższy od Heinricha i chyba drobniejszy. Siedział z dwoma kolegami chyba kończyli obiad. Żaden nie wyglądał na takiego na którego by się chciało spotkać gdzieś w samotnym zaułku.
- Oh, Jean, bądż miły dla moich gości. - poprosiła uroczo ta urocza kelnerka zza szynkwasu. Popatrzyła na obwiesia sympatycznie i prosząco. Ten skrzywił się jakby mu popsuła dobrze zapowiadającą się zabawę.
- Tylko pytam czego tu chce nie? Nic takiego. Nie znam go. Obcy rzadko tu przychodzą. To pytam nie? Na razie grzecznie pytam nie? - Jean mówił z nieco obcym akcentem ale wydawał się być wtopiony w tą tawernę i środowisko, że był jego jednolitą częścią.
- Mówiłam wam, że dzisiaj przyjdzie tu ktoś wyjątkowy. Miałam sen. Poza tym przerywacie w zamówieniu. To na co byś miał ochotę przystojniaku? - kelnerka płynnie przeszła od delikatnej prośby do swoich zawadiaków do prawie jawnego kokietowania nowego gościa. Zajęła mu na tyle dużo czasu i uwagi, że drzwi się znów otworzyły i towarzystwo jak na zamówienie spojrzało w ich stronę aby sprawdzić kto przyszedł. Tym razem straciło zainteresowanie dużo szybciej. Rune zaś pewnie podszedł do szynkwasu i pozdrowił kiwnięciem starszego kolegę ze zboru. Na pierwszy rzut oka różnili się chyba pod każdym względem. Młody i krzepki oraz starszy i kuśtukający. Niemniej Rune stanął obok niego i przywitał się z nim i kelnerką.
- Serwus Yvonne. Daj mi coś dobrego na obiad. Nic nie jadłem od rana to głodny jestem jak wilk. - przywitał się i złożył zamówienie. Kelnerka pokiwała głową i chwilę rozmawiali co mogłaby mu dzisiaj zaserwować. W końcu jak to ustalili to wyszła na zaplecze pewnie aby przekazać zamówienie. Starszy karczmarz pozezował na nich ale nie wtrącał się w rozmowę.
- To domyślam się, że masz do mnie sprawę dziadku. No to chodź do stołu, Yvonne zaraz przyniesie zamówienie. - powiedział młodszy z mężczyzn wskazując na jeden z wolnych stołów. Jak się można było spodziewać po lokalu tej klasy była to dość prosta, wręcz toporna ale solidna konstrukcja z drewna z dostawionymi ławami w podobnej stylistyce.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów; mieszkanie Otto
Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
Warunki: sypialnia Otto; półmrok; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodnoOtto
Jednooki mnich obudził się tam gdzie się spodziewał. W swoim łóżku i w swojej sypialni. W cichym półmroku jaki wpadał przez zamknięte okna i okiennice z zewnątrz. Letni dzień już musiał wstać. Ale w lato to wstawał dość wcześnie. Miał chyba jeszcze trochę czasu zanim go zacznie. Na tyle aby spróbować przypomnieć sobie resztki swojego snu. Tym razem coś mu się śniło. Na tyle wyraziście by nie rzecz intensywnie, że pamiętał to po przebudzeniu.
Śnili mu się “jego” pacjenci z hospicjum. Ci co zdawali się być podatni na zew Sióstr, nawet jeśli każde na jedną z nich. Chyba zaczęło się od dziewczyn. Widział Marissę tak jakby stał w drzwiach jej celi. Ona zaś leżała w wulgarnej pozie z zadartym habitem pod jakim nic nie miała i prezentując bezwstydnie swoje kobiece wdzięki. Zabawiała się sama ze sobą używając jednej ze świec, że aż przyjemnie było popatrzeć i posłuchać. W pewnym momencie roześmiała się radośnie, wzięła coś ze swojej pryczy, coś czarnego i rozwinęła.
- Widzisz jakie śliczne? - zawołała zachwycone prezentując koronkowe, misternej roboty majtki. Te jakie dostała od swojej nowej pani a może jakieś inne. Aż wstała aby się nimi pochwalić.
- Rzeczywiście. Skąd je masz? - zapytała Annika jaka nie wiadomo skąd się wzięła w tej celi. Podeszła do koleżanki i z zachwytem oraz zazdrością oglądała ten kawałek czarnej bielizny z wyszytymi inicjałami poprzedniej właścicielki.
- Nasza zniewolona pani mi podarowała! Obiecała, że jak już będziemy razem to da mi o wiele więcej! A teraz ty! Opowiadaj jak było w kąpieli! - odparła Marissa wesołym tonem i jakby dwie koleżanki zebrały się aby wymienić ze sobą ekscytujące wieści.
- Cudownie! Naprawdę to zrobiła! Do końca nie wierzyłam, myślałam, że to tylko takie gadanie znudzonej paniusi ale naprawdę to zrobiła! - Annika roześmiała się radośnie jakby opowiadała o jakimś przyjemnym wydarzeniu na jakie mimo wszystko do końca nie wierzyła, że się wydarzy. A jednak! I pokazała ręką na jakąś ładną, bogato urządzoną łaźnię, z wielką balią i bąbielkami pod ścianą. I jak ona sama siedzi w królewskiej pozie w tej balii, sądząc z kielicha jakieś wino zaś jej pani sięga po jej stopę i zaczyna ją myć. A potem całować.
- Do kroćset! Jak mogłeś mi to zrobić! Zobaczysz gnoju jak cię tylko dorwę! Myślałem, że jesteś inny ale jesteś takim samym gnojem jak wszyscy inni! - krzyknął rozjuszony Thorne ze złością łapiąc za krawędzie małego okienka w drzwiach swojej celi. A gdy Otto tam zajrzał widział jak stoi nagi na środku celi gromiąc go wzrokiem. Ale przyrodzenie i dół zasłaniała mu czerń sukni bladolicej szlachcianki.
- No ja też miałam na to ochotę. Ale już ja się nim zajmę. - bretońska szlachcianka odwróciła się na chwilę w stronę korytarza aby spojrzeć na niego z lekkim wyrzutem. Ale już przyrodzenie Thorna bardziej ją zajęło więc po chwili było widać jej poruszającą się rytmicznie czarną, elegancko ufryzowaną głowę i mlecznobiały kark oraz rozeszły się charakterystyczne, mlaszczące odgłosy.
- Zawsze musi być w centrum uwagi. - westchnęła Pirora stojąca gdzieś pod ścianą jak wtedy gdy przyszły we trzy do hospicjum spotkać tych obiecujących pensjonariuszy. Soria uśmiechnęła się chyba nieźle rozbawiona.
- No ale przynajmniej jest na co popatrzeć. Przyznasz, że daje niezłe przedstawienie nieprawdaż? - odparła rozbawiona. Właściwie Otto nie był pewien czy mówią do siebie nawzajem czy do niego.
- No ja im mówiłem. Tylko ja wtedy miałem już kłopoty z mówieniem. Teraz to myślę, że mogło to wyjść troszkę niewyraźnie. Ale powiedzieli ci? Tak chyba tak. O tej królewskiej krwi, błogosławionym łonie i reszcie? Sam się zdziwiłem. Bo skąd tu wziąć królewską krew? Ja to myślałem, że chodzi o jakąś szlachciankę. Bo brzmi podobnie jak “błękitna krew” no nie? No ale tak zrozumiałem to tak im mówiłem. Ale ten wyjątkowy owoc brzmiał dobrze. Jestem pewien, że to by było coś wyjątkowego. - Vigo pokiwał głową i ruszył z Otto korytarzami hospicjum. Wyglądał lepiej niż gdy go ostatnio jeszcze za życia widział młody mnich. Ale nadal dość mizernie. Przynajmniej mówił dość wyraźnie. Mówił jakby wcześniej nie mógł z powodu swojej ciężkiej choroby a teraz już wracał do zdrowia to mógł wreszcie mówić swobodniej. Weszli obaj do stołówki gdzie chłopiec w ciele mężczyzny układał swoje klocki. Okazując przy tym typowo, dziecięce skupienie i determinację. Z początku wydawał się nie zauważać swoich gości.
- No tak, tak jak mówiłem. Ta bez majtek jest przeznaczona Pajęczej Królowej. Będzie pierwszą z jej nałożnic i haremu. Wyda na świat jej błogosławiony miot. Ale będzie tylko pierwszą z wielu. Przecież ci mówiłem, że będzie w kokonie. - ze skupieniem układał swoje klocki gdy w końcu się odezwał cichym, nieco zamyślonym głosem. Ale na koniec spojrzał z wyrzutem na młodego mnicha jakby ten nie dowierzał jego słowom. I pokazał na jeden ze swoich klocków. A gdy i Otto tam zajrzał ujrzał Marissę. Nagą i oplecioną pajęczymi nićmi. Jęczącą cicho jakby coś jej się śniło. Z ciężarnym brzuchem w jakim coś się właśnie poruszyło. Chłopiec w ciele mężczyzny zamyślił się i poruszył głową jakby czegoś nasłuchiwał co zwróciło uwagę mnicha na tyle, że spojrzał na niego. A klocki znów stały się zwykłymi, drewnianymi klockami dla dzieci.
- One są połączone. Mogą wrócić do nas tylko razem. Musicie mieć komplet aby wróciły. Uszczknęliście tortu ale większość jest jeszcze nie ruszona. Musicie pracować dalej. Nie da się sprowadzić tylko jednej czy dwóch z nich. Ich przeznaczeniem jest rządzić tym miastem. Tu kiedyś był ich plac zabaw i chcą go dla siebie z powrotem. - dziecięcy prorok dalej siedział w kucki na stole nad swoimi drewnianymi klockami. I mówił z pełnym przekonaniem.
- No ja im mówiłem. Przecież wam mówiłem. Że trzeba odnaleźć i zarobaczyć to błogosławione łono. Wtedy to pójdzie dalej. Do następnego kroku. - Vigo podszedł do stołu i machinalnie zaczął przesuwać klocki na stole. Pod jego wpływem jeden z nich zmienił swoje ścianki na scenę jaką Otto pamiętał sprzed paru dni. Gdy to młode, kobiece łono właśnie wydawało na świat ten błogosławiony miot.
- Nie ruszaj. To moje klocki. - poprosił siedzący na stole mężczyzna o umyśle zdziecinniałego chłopca. Vigo spojrzał na niego i chwilę mierzyli się spojrzeniami. W końcu wzruszył ramionami i ruszył do wyjścia ze stołówki.
- Mnie tu i tak już nie ma. - rzucił przechodząc obok stojącego mnicha. Obserwowali go obaj jak wychodzi i zamyka za sobą drzwi.
- No właśnie. Nie ma go. Ale ty jeszcze jesteś. Patrz na wskazówki. Siostry przemawiają. Nie tylko do ciebie. Do was. Do wszystkich. Nie tylko w tym mieście. Ich moc jest potężna. I rośnie. One chcą wrócić. I wielce wynagrodzą tych jacy im w tym pomogą. A ukażą nieudaczników i wrogów. To wszystko co tu widzisz należy do nich. Podzielą to między siebie. Zbiorą wierne sługi i zastępy. I będą rządzić. I kto wie co zrobią potem. Ale najpierw muszą wrócić. Najpierw trzeba skompletować ich dziedzictwo. Każdy kawałek prowadzi do następnego. Nie zatrzymujcie się. Nie spoczywajcie na laurach. Odrzućcie hamującą moralność i obyczaje. Aby osiągnąć wielkie i wyjątkowe cele trzeba sięgnąć po wielkie i wyjątkowe środki. Inaczej nie wyjdzie się poza codzienny marazm i miałkość. Tylko wyjątkowi i zdeterminowani osiągnął sukces. I będą wybrańcami Sióstr na tym świecie. Ich osobistymi gwardzistami, sługami, kochankami i wysłannikami. Zaniosą ich wolę dalej. Ale najpierw trzeba skompletować ich dziedzictwo aby je sprowadzić. - chłopiec w ciele mężczyzny tłumaczył kiwając się lekko jakby zapadł w jakiś trans na jawie. Mówił też dość monotonnym, nieco sennym głosem. I machinalnie bawił się swoimi drewnianymi klockami. Zanim Otto zdążył go o coś zapytać czy zrobić rozległ się gong wzywający na posiłek. Tak wyrazisty, że się obudził. We własnym łóżku i sypialni. W półmroku zamkniętych okiennic poranka. Ale rzeczywiście jak chciał coś załatwić przed wizytą w hospicjum to czas było wstawać.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Krucza; świątynia Morra
Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
Warunki: główna nawa; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodnoOtto
Gdy wyszedł na zewnątrz okazało się, że jest pochmurnie i dość chłodno. Zwłaszcza dało się to wyczuć na twarzy, szyi czy sandałach. Te ostatnie tym bardziej, że wędrówka przez mokre błocko i gnój jaki tradycyjnie zalegał na ulicach tylko wzmagało uczucie chłodu. Na jego szczęście jednak nic nie padało a świątynia Morra była nie tak daleko i też w centrum miasta.
Sama świątynia nie była tak wielka i bogata jak ta poświęcona Manannowi jaką powszechnie uważano w portowym mieście za najważniejszą, największą, najbogatszą i najpiękniejszą. Ale skoro miasto należało do jego morskiej domeny to dziwne nie było. Morr jednak był dość uniwersalnym bogiem w całym Starym Świecie. I z zajęć teologicznych Otto pamiętał, że jego kult jest stabilnie rozpowszechniony po całym kontynencie. Ponieważ jednak Morr nie zajmował się żywymi i ich sprawami więc raczej nie miał szans na zdobycie takiej popularności jak jego boscy bracia i siostry. Za to każdy żywy w końcu umierał i powszechnie życzono sobie aby trafić do jego opiekuńczych Ogrodów i nie dać pokalać swoich szczątków, zwłąszcza jakimś plugawym nekromantom. Nie było więc dziwne, że tutejsza świątynia boga umarłych nie była tak okazała jak ta jakiej patronował władca mórz i oceanów. Była też surowa, oszczędna w ozdoby i królowała w niej żałobna czerń i ciemne, przytłumione barwy dostosowane do nastroju ostatniego pożegnania. Przed wejściem rosły krzaki charakterystycznych, tak ciemnych róż, że wydawały się czarne. Specjalna, żałobna odmiana kwiatów poświęconych Morrowi i żałobie po zmarłych. Jedyna ozdobna roślina jaka wydawała się odpowiednia do takiego miejsca.
Nie dziwiło też, że tak wczesnym rankiem, tuż przed dniem świątynnym, świątynia właściwie była pusta. Wewnątrz było ledwo parę osób, że pewnie dałoby się to policzyć na palcach jednej ręki i jeszcze by palców zostało. To też nie dziwiło bo zwykle świątynie Morra wypełniały się podczas pogrzebów. A widocznie żadnego teraz nie odprawiano.
Ta grobowa cisza i bezruch bez trudu pozwoliły mu zlokalizować odzianą w czerń młodą kruczycę. Siedziała obok jakiejś starszej pani w ławce i rozmawiały cicho ze sobą. Ponieważ siedziały w jednej z pierwszych ławek Otto nie miał zbyt wygodnego miejsca aby spojrzeć na nie od przodu. Widział jednak spory kontrast między czernią jednej z rozmówczyń a bielą drugiej. Za nimi siedziała jakaś młodsza kobieta, oddziana w biały habit lub togę. Dopiero jak ta starsza pani wstała ukazał się jej habit Białej Gołębicy. Pożegnała się cicho z o wiele młodszą od siebie kapłanką Morra i ta młodsza gołębica podała jej swoje ramię. Obie ruszyły do wyjścia ze świątyni zaś Matka Somnium wróciła na swoje miejsce. I albo zamyśliła się nad czymś albo modliła się. Niestety jej czarny ubiór zakrywał ją w sporej mierze więc nawet gdyby któraś z łotrzyc też tu była z Otto to nadal musiałyby obejść się smakiem na to co ona tam może skrywać pod spodem. Poza bladą twarzą, szyją i dłońmi niewiele było widać.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
Warunki: wnętrze hospicjum; jasno; głośno; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodnoOtto
Po wizycie w świątyni Morra musiał się bardzo spieszyć aby przejść z centrum miasta do jej zachodnich sektorów gdzie ulokowano hospicjum. Pogoda wciąż była raczej chłodna, wilgotna i mało przyjemna. Za to w środku atmosfera była o wiele gorętsza. Już na recepcji kolega powitał go i z ulgą i ponagleniem jednocześnie. Zaś harmider z trzewi hospicjum świadczył, że coś tam się dzieje.
- Dobrze, że jesteś! Dawaj do środka! Prędko! Znów dom wariatów, całkiem powariowali! - krzyknął gorączkowo kolega dając gestem znak aby Otto nie zwlekał z niesieniem pomocy. Gdy młody mnich wbiegł do środka dojrzał kolejnego kolegę z obsługi.
- Dawaj do biblioteki! Trzeba ją jakoś ściągnąć! - krzyknął zasapany kolega pokazując ze dwa czy trzy koce jakie trzymał. Częściowo wlokły się po podłodze i tak we dwóch wpadli do biblioteki. Tam już było paru innych mnichów w tym przeor. On właśnie próbował negocjacji z szaloną naguską. Marissa bowiem jakoś wlazła na szczyt regałów i teraz na nich patrzyła z góry. Miała na sobie tylko te koronkowe majtki jakie dostała od Fabienne. A poza tym nic. Co część mnichów zdawało się gorszyć i peszyć a prawie wszyscy się rumienili nie wiedząc czy zerkać na jej nagość czy dostojniej byłoby odwrócić wzrok.
- Marisso. Bardzo cię proszę. Bądź rozsądna. Zejdź na dół. - prosił przeor stojąc na dole i próbując negocjacji z roznegliżowaną wariatką.
- Nie! Nie dostaniecie mnie! Ja czekam na Pajęczą Królową! Ona mnie kocha i pragnie! Wzywa mnie! Będę jej służyć i będziemy razem! Nie będziecie mnie dłużej więzić! - krzyczała w euforii Marissa a gdy jeden z młodszych mnichów próbował wejść na jej poziom regału cisnęła go książką. Mnich krzyknął i odpadł z regału.
- Oszalała, całkiem oszalała… - mamrotał z przejęciem któryś ze stojących obok mnichów.
- Marisso proszę uspokój się. Nie wariuj tak bo zaraz ten regał się przewróci i zrobisz sobie krzywdę. - przeor spróbował innej metody aby nakłonić młodą pacjentkę do współpracy. Regał pod wpływem jej gwałtownych ruchów chybotał się i było całkiem realne, że może się przewrócić.
- Nic mi nie będzie! Ja mam błogosławieństwo pająka i nic mi się nie stanie! - zawołała buńczucznie prawie naga brunetka wyzywająco kładąc dłonie na swoich biodrach i kołysząc się w wyuzdany sposób co wywołało jeszcze większe drżenie mebla ale na razie jeszcze się nie przewrócił.
- Ojcze! Ojcze! Dym! Czuć dym! W zachodnim skrzydle! - do biblioteki wpadł któryś z mnichów ze strasznymi wieściami. Braca aż jęknęli ze zgrozy bo pożar to było realne zagrożenie dla wszystkich.
- Otto uspokój ją! A ty moja panno jak się nie uspkoisz to nie pójdziesz do żadnej bogatej pani na służbę tylko zostaniesz tutaj! - przeor zorganizował się dość szybko. Krzyknął pogróżkę do niesfornej pacjentki po czym oprócz Otto i jednego czy dwóch mnichów porwał ze sobą resztę aby ugasić to zarzewie ognia.
- To ona będzie mi służyć! Tak obiecała! - krzyknęła triumfująco Marissa do ich uciekających pleców. Ale nie było pewne czy już ją usłyszeli mając na uwadze pożar jaki mógł tu wybuchnąć lada chwila. Ten kolega co tu przybiegł z kocami miął je w dłoniach patrząc to na nie to na zbuntowaną pacjentkę to jeszcze na Otto i drugiego mnicha jacy tu zostali.
- Dobrze, że to nie Thorne albo Annika. - powiedział jakby chciał znaleźć coś pozytywnego w tej szalonej sytuacji.
- A tu jesteś! Tak mi się zdawało, że cię tu widziałem! Teraz cię gnoju dorwę! - niespodziewanie do biblioteki przez otwarte drzwi wszedł Thorne. I zignorował dwóch pozostałych mnichów obierając za cel Otto. Szedł powoli w jego kierunku z mściwym wyrazem twarzy i zaciśniętymi pięściami w wyraźnie mało przyjaznych zamiarach.
- Serwus Thorne! Widziałeś jakie mam śliczne majtki!? A u siebie mam wino! Dostałam od mojej pięknej i dobrej pani! - zawołała Marissa ze swoich wysokości radośnie witając się z kolegą jakby w ogóle nie zauważała w jakim jest nastroju. Ten spojrzał w jej stronę jakby dopiero teraz ją dojrzał. I chyba trochę się zdziwił całą tą sceną. Ale jak na razie to nadal dzieliło go ledwo parę kroków od Otto. Dwaj jego koledzy mieli minę jakby najchętniej się stąd zmyli i nie mieli ochoty stawać na drodze rozjuszonego byka jakim teraz jawił się Thorne. Ale też w poczuciu solidarności nie chcieli zostawić Otto samego. Więc na razie stali tak niezdecydowani niezdolni do podjęcia jakiejś akcji czy decyzji.
-
Oryginalny autor: Pipboy79
Oryginalny tytuł: Tura 24 - 2519.07.10; agt; ranek - południe (2/2)
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
Warunki: sypialnia Joachima; półmrok; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodnoJoachim
Po tym jak Heinrich go pożegnał i pokuśtykał na zewnątrz młody magister mógł zacząć wreszcie zakończyć ten dzień. Niestety niebiosa mu początkowo nie sprzyjały. Był już późny wieczór ale jeszcze przed północą. Nocne niebo jednak było w większości zachmurzone. Czekał szykując się już do snu gdy niedługo po północy jak wyjrzał za okno okazało się, że się przejaśniło. I zrobiła się całkiem pogodna noc. W sam raz aby wyjść na balkon, złapać za lunetę i popatrzeć w gwiazdy. Chociaż musiał się ubrać w coś cieplejszego bo nocami to w tych północnych rejonach Imperium było dość chłodno. A to badanie gwiazd też zajmowało nieco czasu. Jednak gdy parę pacierzy później, już w głębokiej ciszy i ciemności jakie panowały nad uśpionym miastem kończył wcale nie był pewny jak należy interpretować wyniki.
Bardzo mocno świeciła Gwiazda Wieczorna. A symbolizowała tajemnicę, spiski, iluzję, ułudę. Więc gdy wróżył o tajną i spiskową akcję wydawało się to raczej pozytywnym omenem. Jednak w oko wpadł mu też Draconis. Ten znak gwiezdny zwykle patronował śmiałym, odważnym działaniom więc wydawał się też być korzystnym znakiem. Mógł też symbolizować Silnego i jego chłopaków bo w końcu odwagi, śmiałości i brutalności nie można im było odmówić. Ale jakby dla równowagi widoczny był też Łucznik. Ten zwykle symbolizował precyzyjną, mistrzowską robotę jak choćby właśnie mistrzowskie umieszczanie strzał w celu. Ale w szerszym znaczeniu właśnie oznaczał koncentrację i misterną robotę. Jeśli by uznać go za dominujący to Silny słabo się z tym kojarzył za to Łasica i Burgund już tak. W końcu szyczyciły się swoimi śmiałymi numerami jak choćby wydobyciem Mergi z kazamat ostatniej zimy. Chociaż wtedy główne skrzypce paradkoskalnie odegrali Łasica i Egon. Oboje z przeciwnych patronów i praktyk. Wtedy w połączeniu z Draconisem może chodziło o śmiałą, precyzyjną robotę? Wtedy pasowało do obu łotrzyc bo chociaż nie lubiły bójki i prymitywnej przemocy to śmiałości podczas ich numerów nie można było im odmówić. A może chodziło jednak o Silnego? W końcu też był chłopakiem z ferajny i w razie potrzeby potrafił okiełznać swoje krwiożercze instynkty. Przecież zimą to on udawał woźnicę jaki co tydzień wjeżdżał z zapsami do kazamat i znacznie pomógł w poleceniu Egona na strażnika i potem podczas samej akcji. Więc chociaż ostatniej nocy znaki wydawały się raczej zdecydowanie sprzyjające to jednak interpretacja wydawała się mocno dwuznaczna.
Poszedł więc spać już sporo po północy. A wstał tym razem sam z siebie. Nikt nie zastukał w drzwi aby mu przerwać sen ale jak otworzył oczy zdał sobie sprawę, że już dnieje. Tak naprawdę to jednak obudził go sen.
Najwcześniej co pamiętał to Gnaka. Ten zwierzoludź o dość ludzkim wyglądzie miał dwa rogi na czole wielkości może małych palców dorosłego co zapewniało mu wysoki status w jego plemieniu bo większość ungorów miała dość symboliczne poroże albo ledwo zarysowane kostne guzy zamiast rogów. Więc chociaż te rogi Gnaka były mniejsze od choćby tych jakie miały gospodarskie kozły czy barany to jednak były powodem do jego dumy i zazdrości pobratymców. Herszt tej bandy szedł naprzeciw stojącego magistra przez jakiś ciemny las. Potem go minął tuż obok jakby go nie zauważył. A wraz z nim jego stado. Gdy Joachim odwrócił się za nimi ujrzał polanę z płonącymi ogniskami i wielkimi głazami. Oraz orgię jego ludzkich kobiet z plemieniem Gnaka. Miał wrażenie, że przynajmniej część z nich rozpoznaje jako koleżanki ze zboru. A może nie? Właściwie nie był do końca pewny i jedną czy dwie to jakie zdążył się przyjrzeć to nawet wydała mu się całkiem obca. Zanim się przypatrzył poczuł klepniecie w ramię.
- Widzisz? Co za ladacznice! No sam zobacz jak się wypinają i się nadstawiają! Żenujące. Żałosne. Tak się dać poniżyć tym prymitywom. Mówiłem ci, że one się nadają tylko do roli pionków w naszych planach. Sam zobacz. Jak tu je można traktować poważnie? - Thobias przybrał zdegustowany wyraz twarzy na widok tej orgii jaką zdawał się jawnie pogardzać. Tak samo jak jej uczestnikami.
- Tak, tak, pozwalają sobie wsadzać co kto chce a moimi maleństwami to gardzą. A tu zobacz, z jakimiś psami i kozłami się chędożą. Co za strata. A mogłyby przynieść na świat nowe życie i być częścią nowego, wspaniałego planu. A sama Merga mówiła, że ryzyko jest dość niewielkie to czego się tu bać? - obok stanął gruby aptekarz i wydawał się być zasmucony i rozgniewany, że koleżanki tak bardzo nie chcą współpracować w tym zaszczytnym celu jakiego się podjęli.
- No trudno. Może coś się uda ugrać potem. Albo wykorzystać te wyuzdane kozy aby pokierować tymi ich koziołkami. Może to się jakoś przyda. - mruknął Thobias patrząc spomiędzy drzew na tą rozdygotaną i skłębioną ze sobą kotłowaninę ciał.
- Dobrze, że chociaż na was chłopaki można liczyć. - Sigismundus poklepał każdego z kolegów po ramieniu i uśmiechnął się do nich przyjacielskim chociaż nieco przygaszonym uśmiechem ciesząc się, że chociaż na tym innym polu może liczyć na jakąś pomoc od członków zboru. Obaj odeszli gdzieś w mrok lasu albo jakoś inaczej zniknęli z pola widzenia czarodzieja. Jego samego zaabsorbował komar jaki złośliwie latał mu koło twarzy. Próbował go odgonić a gdy się mu to w końcu udało zorientował się, że jest nie w lesie tylko na jakimś bagnie. Same mokre kępy bagiennej trawy, grzęzawisko, jakieś rachityczne zarośla i powykręcane drzewa. No i mgła. Jaka nie pozwalała złapać głębi krajobrazu. W ogóle nie miał pojęcia gdzie jest ani jak się tu znalazł. Wszystkie kierunki wydawały się podobnie nijakie i czuł zagubienie oraz dezorientację. Do tego zaczął tonąć w bagnie. Wciągało go coraz bardziej i głębiej a nie miał się czego złapać aby się wydostać.
- No tu jesteś. Nie histeryzyj. Zaraz cię wyciągnę. - powiedział jakiś uzbrojony mężczyzna jaki niespodziewanie znalazł się nad nim. A Joachimowi wydawał się strasznie wysoki. Pewnie dlatego, że zdołał się już zapaść do pasa w tym bagnie. A gdy zadzierał głowę to widział tylko ciemny kontur tamtego a nie jego twarz więc nie mógł go rozpoznać. Ale go uratował. Wyszarpał go z tego bagna i po chwili Joachim stał obok niego próbując sie oczyścić z nadmiaru tej wilgoci i błota. Mógł wreszcie dojrzeć twarz swojego wybawcy. Hetzwig zaś pokazał palec na usta aby zachować ciszę. Po czym schylił się, wydobył pistolet zza szerokiego pasa i dał znak aby młody magister podążył za nim.
- Słyszysz? Jest tutaj. Nie możemy go spłoszyć. Zaczaimy się. Dobrze, że nas ostrzegłeś. Dorwiemy ich jak leszcze z sieci. - powiedział cicho uśmiechając się złośliwie. A tam przez te trzciny i przez jakie się skradali cicho chlupocząc bagienną wodą było coś słychać. Jakieś wielkie i ciężkie kroki. Zwierzęce pochrapywania. W pewnym momencie Joachim zorientował się, że myśliwych jest więcej a nie tylko Hetzwig. Nie widział ich ani nie słyszał ale jakoś jak to we śnie, wiedział, że tam są. I też zastawiają pułapkę na przeciwnika.
- No to nieźle się wkopałeś. Jesteś pewien, że kontrolujesz sytuację? Dasz radę się z tego wyplątać? - Joachim usłyszał za sobą jakiś głos. Trochę jakby Mergi. A trochę jakby nie. Jak się odwrócił to nikogo nie dostrzegł. Zupełnie jakby się przesłyszał. W tym czasie Hetzwig dał znak aby się zatrzymać i sam też czegoś intensywnie nasłuchiwał i wypatrywał.
- Widzisz? To zawodowy ogar. Jak złapie trop to będzie nim podążał. Jeszcze cię chyba nie podejrzewa. Ale mam takie dziwne wrażenie, że nie przepada za magami. - znów ten sam dziwny głos zza jego pleców. Jak się znów odwrócił to tym razem ujrzał Mergę. Lewitowała sobie tak, że musiałby pewnie wysunąć dłoń aby dotknąć jej butów. Aż było dziwne, że Hetzwig jej jeszcze nie zauważył.
- Jest. Teraz poczekamy aż się rybki złapią w sieć. Tylko się nie wygadaj. Niech myślą, że wszystko jest jak było. - powiedział cicho Hetzwig z radosną gorączką łowcy obserwuwjącego jak zwierzyna już wychodzi na strzał. Pokazał cos w głębi trzcin. Ale lewitującej Mergi zdawał się nie dostrzegać. Gdy Joachim spojrzał tam gdzie łowca pokazywał dojrzał, że trzciny w tym miejscu nieco prześwitują przez co było widać ich skraj. I jakieś rozchlapane wrzosowisko jakie się tam zaczynało. Nic niezwykłego na bagnach. Ale w pewnym momencie coś tam śmignęło. Jak jakieś wielkie nogi czegoś dużego. Jakiejś niekształtnej sylwetki. Ale tylko fragment i zbyt szybko aby dało się dojrzeć co to mogło być. Ale coś sporego bo słychać było te potężne kroki i chlupot jaki wydają.
- No to raczej nam nie ułatwia roboty. - Łasica skrzywiła się i pogardliwie splunęła w bagno gdy okazało się, że pochyla się obok Joachima aby rzucić okiem na to co tam się dzieje za trzcinami. Była ubrana w bardzo wyuzdany sposób jakby dopiero co wyszła albo zaraz szła na jakąś orgię w loszku Pirory.
- Odsuń się, wy jesteście do niczego! Tylko do rozkładania nóg się nadajecie! - warknął Silny brutalnie odpychając włamywaczkę i nie kryjąc swojej pogardy dla niej. Ta krzyknęła protestująco i wpadla w to bagno co wywołało złośliwy rechot jej oponenta.
- Tylko jeden? Pfff! Pałą przez łeb i po krzyku! - łysol spojrzał na czającego się Hetzwiga z nie mniejszą pogardą. Gdy ten klęczał obserwując polanę rzeczywiście wydawał się podatny na jakikolwiek atak. Zwłaszcza jak Silny ze swoją pałką stał tuż za nim.
- Głupek z ciebie jak sądzisz, że on da ci się tak podejść. - prychnęła Burgund ubrana czy raczej rozebrana podobnie jak jej partnerka. - To trzeba z finezją i fantazją, podstępem i fortele… - zaczęła mówić ale Silny jej przerwał bezceremonialnie popychając ją tak, że też wpadła w błoto tuż obok swojej partnerki.
- Nie słuchaj ich. Tylko rozkładać nogi to umieją. Na resztę to zwykłe panikary. Może i nam się o tak nie wystawi ale wszystko da się obejść. A potem pałą w łeb i teren będzie nasz. Wyniesiemy z tej budy co będziemy chcieli. - Silny nadal wydawał się być pewny swego i starał się przekonać Joachima do swoich racji no i metod.
- Zostaw go i chodź do nas. Zabawimy się! - Łasica uśmiechnęła się kusząco leżąc w tym błocie w jakie wpadła a podobnie ubłocona Burgund leżała już na niej. Obie spojrzały w stronę magistra zapraszającym i zalotnym spojrzeniem.
- My teraz jesteśmy na robocie. Ale już niedługo. I możemy się trochę zabawić. Zresztą nasze najlepsze numery co nam wychodzą to zawsze też jest nieco zabawy. Tylko byś musiał te drzwi znaleźć i dokładniejszy adres tak jak ci ostatnio mówiłyśmy. - Burgund zrobiła kuszący ślad zostawiony w błocie pokrywającym jędrności koleżanki a ta zrewanżowała się łapiąc ją mocniej za pośladki i przyciągając władczo do siebie. Obie wyglądały bardzo kusicielsko.
- Ja myślę, że potrzebujemy przewodnika. Kogoś kto tam trafi. Ktoś do kogo przemawiają Siostry. Albo ma w sobie ich nasienie. Wtedy te szepty mogą nas zaprowadzić do celu. - powiedziała Lilly jaka niespodziewanie wyszła z trzcin i popatrzyła na tą całą scenę jaka się tu rozgrywała na bezimiennym trzęsawisku.
- O nie, ja na pewno nie dam sobie zasiać żadnego nasienia! Wybijcie to sobie z głowy! - Łasica fuknęła na nią i na całą resztę niezmiennie obstając przy tym co mówiła od początku.
- Nie mówię, że ty. Ale ktoś inny. Ktoś kto dzięki temu stanie się naczyniem głosu Vesty albo innej z Sióstr. Takie poświecenie wzmacnia połaczenie z Siostrami. - Lilly wydała się nieco urażona takim napastliwym tonem koleżanki. Ta wciąż przytulając do swoich ubłoconych piersi nie mniej ubłoconą Burgund wyciągnęła do mutantki dłoń i ciepły uśmiech na zgodę. Ta ucieszyła się i do nich dołączyła.
- Gadają głupoty. Wszystko da się załatwić pałą czy toporem. Tylko trzeba wiedzieć gdzie uderzyć. A ty wiesz gdzie ta skrzynka to i resztę się załatwi. Taki fajfus to krwawi i zycha tak samo jak każdy inny. A jak będziemy mieli skrzynkę to i pewnie coś z tego wyjdzie. - Silny wydawał się być zirytowany, że koleżanki tak absorbują uwagę Joachima. Kopnął błoto tak, że jego fala zalała je ponownie tak skutecznie, że całkiem pod nim zniknęły. Sam zaś starał się skupić uwagę magistra na przyczajonym łowcy czarownic. Ten w końcu odwrócił się ku nim i popatrzył uważnie.
- No na co tak stoisz? I z kim rozmawiasz? - zapytał go obserwując czujnie. Gdy Joachim rozejrzał się nie dostrzegł nikogo. Tylko bagno, komary i trzciny. Szumiały. A gdzieś z oddali słyszał cieniutki, wzywający dźwięk muzyki. Jakby odległy, dziecięcy chór śpiewający pieśni i psalmy. Albo ledwo słyszalny dźwięk malutkich dzwoneczków.
- Uważaj. Jesteś magiem czyli z założenia podejrzanym elementem podatnym na pokusę mrocznych sił. Niedawno przyjechałeś do miasta, nikt cię tu nie zna więc nie wiadomo co robiłeś wcześniej. To nie brzmi jak papiery bogobojnego piekarza czy karzmarza. No ale mówisz, że coś się zaczyna dziać. No dobrze. Sprawdzimy to. Zobaczymy jak się spiszesz. A teraz cicho. Zbliżają się. Zobaczymy kto się złapie nam w sieć tym razem. - powiedział Hetzwig swobodnym tonem jakby dzielił się swoimi przemyśleniami na temat tej całej sprawy. Jakby magister należał do jednej z najbardziej kontrowersyjnych i podejrzanych profesji ale łowca nie był fanatykiem aby go szykanować, palić, więzić czy torturować tylko za to. Wolał dać mu szansę się wykazać ale miał baczenie na jego słowa, zachowanie i poczynania.
I taki to był sen. Jak Joachim obudził się we własnym łóżku zdał sobie sprawę, że z jednej strony każdy czyn i słowo jakie uczyni aby zwiększyć bezpieczeństwo skrzyni zamkniętej w tajnym schowku Akademii zapewne zwiększy jego wiarygodność w oczach Hetzwiga i zapewne reszty władz. Ale też raczej utrudni wydobycie tej skrzyni z tego magazynu. Obie ekspertki od włamań jakie mieli w zborze były na razie zaangażowane w sprawę obrabiania skarbca świątynnego i tam spędzały większość dnia i wysiłku. Chociaż w razie potrzeby to wcześniej obiecały mu pomoc przy Akademii tylko miał zdobyć dokładniejszy adres no i opis szukanego artefaktu. To akurat ostatnio udało mu się zdobyć. Tylko kosztem zaalarmowania rektora oraz władz. Tak czy inaczej obie spryciary zapewne będą dziś w nocy na zborze. Nie był pewien jaki obecnie mają etap przygotowań do skoku na świątynie ale chyba nie lada dzień skoro zgłosił się na niewidzialną czujkę a na razie żadnego powiadomienia nie dostał. Chyba, że dziś wieczorem na zborze. Na razie jednak był ranek. Chyba nie tak wczesny jak ostatnio się budził albo ktoś go budził ale jednak początek a nie środek dnia.
Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”
Czas: 2519.07.10; Anistag; południe
Warunki: główna sala; jasno; karczemny gwar; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, umi.wiatr; chłodnoJoachim
Młody astrolog musiał spłukać z siebie resztki nocnych snów, zjeść śniadanie i doprowadzić się do porządku. Zanim więc zdecydował opuścić swój dom to zbliżał się środek letniego dnia. Akurat zaczęło mżyć i było dość chłodno. Do wieczornego zboru miał jeszcze dobre pół dnia na działanie. Z wszystkich rozważanych adresów najbliżej mu chyba było do “Kociołka” gdzie punkt kontaktowy miał Silny. Nie umawiał się z nim co prawda wcześniej to nie był pewny, że go tam zastanie. Ostatecznie gdyby nie to zawsze mógł mu zostawić wiadomość albo poczekać do wieczora bo Silny zwykle bywał na zborach.
- Serwus chudzielcu. - usłyszał za sobą chropawy głos łysego mięśniaka gdy już widział front tawerny. Gdy się odwrócił ujrzał oczywiście Silnego odzianego w płaszcz z kapturem i zwisającą u pasa pałkę jaka była w sam raz do połamania komuś kości. Kaptur nadawał mu złowrogiego wyglądu. Jak zbirowi jakiego lepiej nie spotkać samemu w ciemnym zaułku. Zresztą całkiem słusznie bo takimi rozbojami Silny zajmował się na długo zanim wstąpił do zboru Starszego i chyba nadal od nich nie stronił. Przy nim młody mag rzeczywiście wyglądał dość wątło.
- Co cię przywiało? - zagaił dość przyjacielsko gdy się z nim zrównał. Pasowali do siebie jak pięść do nosa. - Ha! Nie uwierzysz co mi się dzisiaj śniło! Bitwa! Wielka bitwa! I ja byłem w pierwszym szeregu! A naszym wodzem był jakiś gigant na karym koniu i w czarnej zbroi! Dał znak i ruszyliśmy do ataku! I sam też popędził na czele a my za nim! A potem tylko wielkie “Trach!” jak się zderzyliśmy z tamtymi! Ale była bitwa! Ale walka! Ale rzeź! Spuściliśmy niezły łomot tym miernotom! - zawołał niespodziewanie radośnie gdy chciał się podzielić z kolegą swoim nadspodziewanie klarownym snem. Bo raczej nie sprawiał wrażenia kogoś uduchowionego kto byłby podatny na jakieś wzdychania i inne poetyckie czy metafizyczne. Ale jak już się wygadał to znów zapytał w jakiej sprawie Joachim przychodzi.
-
Oryginalny autor: Seachmall
Angestag; rano; świątynia Morra
Otto chwilę zastanawiał się jak podejść do sytuacji. Nie chciał, aby jego intruzja była zbyt oczywista, ale chciał jednak doprowadzić do rozmowy z Wysoką Morrytką. Postanowił szczerze podejść do sprawy, przynajmniej tak szczerze jak mógł Chaosyta w świątyni Morra. Podszedł do bladolicej kobiety, delikatnie się skłaniają gdy ją "zobaczył".
- Pochwalony, Matko Somnium. Można? - wskazał na miejsce obok kobiety.
- Pochwalony Otto. Tak, proszę. - bladolica kapłanka spojrzała w bok na to kto do niej podszedł i widocznie rozpoznała kto. Skłoniła lekko swoją czarną głowę na powitanie i zachęciła mnicha aby usiadł obok niej.
- Dziękuję. - mnich usiadł obok kapłanki i ułożył dłonie do modlitwy. Morr na liście bogów południa Otta, miał dość specyficzne miejsce. Uważał go trochę za podnóżka Nurgla, bóg śmierci był ewidentnie jedynie cieniem Boga śmierci i odrodzenia, ale Morr spełnia powinność przewoźnika do zaświatów.
Otto oddał wewnętrzną modlitwę za Vigo, miał nadzieję, że Herold Oster dojrzał jako ohydny owoc w ogrodzie Ojczulka. Modlił się również za swoich poległych braci z Zakonu Zamkniętego Oka, tak jak on, ich oczy otworzyły się na Prawdę i zaczęli we własny sposób oddawać cześć Wielkiej Czwórce. Nie wiedział jaki los i spotkał po śmierci, ale życzył im jak najlepiej.
Zakończywszy spotkał na Matkę Somnium.- Przepraszam, dawno nie modliłem się za dusze, tych którzy już przeminęli. Chciałem podziękować za ostrzeżenie w sprawie naszych podopiecznych. Mam nadzieję, że mimo wszystko atak nie będzie drogą do tragedii.
- Tak, to takie częste. Jesteśmy żywi, zajęci sprawami żywych i nie zawsze mamy czas przystanąć i zadumać się nad tymi co odeszli lub pomodlić się za nich. Ale to miejsce jest do tego odpowiednie. - powiedziała ze zrozumieniem wolno kiwając głową. Nie przerywała mu modlitwy i chyba była pogrążona we własnych dopiero jak się odezwał to zwróciła się do niego.
- A ostrzeżenie mam nadzieję, że się przyda chociaż wolałabym nie mieć racji. Niestety ciemne chmury jakie nadciągnęły nad to miasto nie chcą się rozproszyć więc obawiam się, że sytuacja nie ulegnie poprawie. Miałam dzisiaj wyjątkowy sen i niestety nie był zbyt przyjemny. - westchnęła pocierając machinalnie krawędź leżącego na ławce przed nią psałterza.
- Rozumiem, sam się borykam z dziwnymi snami ostatnimi czasu. Słyszałem też o podobnych sytuacjach wśród mieszkańców. Masowe koszmary… nie oznacza to niczego dobrego. - zobaczymy, jak dużo ta młodzianka wie.
- To też coś ci się dzisiaj śniło? Coś niepokojącego? Masz wyraźnie zaburzoną aurę. O tak wczesnej porze to zwykle jest efekt niespokojnych snów lub innych podobnych przeżyć. - zapytała go jakby domyślała się, że też nie miał spokojnej nocy.
- Dwa sny. - zaczął mnich - Jeden był wczoraj. Przyjmowałem poród, chociaż brzemię kobiety było znikome, a owoc… był nienaturalny. Coś się w niej wiło. - Mnich potrząsnął głową jakby chciał odgonić wspomnienie - Dzisiejszy, naprawdę mnie zmartwił. Moi pacjenci najwyraźniej w ataku szaleństwa. Dwie kobiety spółkowały ze sobą, mężczyzna chciał mnie zaatakować, na końcu dwóch pacjentów… w tym Vigo, pacjent, które Matka pomogła nam pożegnać, majaczyli coś… nie jestem w stanie przypomnieć sobie co. - mnich westchnął - Obawiam się, że twoja przepowiednia stanie się prawdą szybciej, niż później.
- To rzeczywiście niepokojące sny. I nietypowe. - odparła bladolica morrytka po chwili zastanowienia.
- To szaleństwo z hospicjum brzmi podobnie jak mi to opisywał wasz przeor. Przynajmniej tak to odebrałam. Spolkujace ze sobą kobiety? Jacyś bandyci co biją obsługę? Kompletne szaleństwo. Sugeruję byście zwiększyli poziom kontroli. I zbadali sprawę co jest przyczyną. Porozmawiajcie z tymi najbardziej agresywnymi. Coś musi powodować te napady agresji. Chociaż obawiam się, że nie tylko u was. Sprawa może mieć szerszy zasięg i być może będę musiała dać o tym znać moim przełożonym. Przyznam się, że jak tu przyjeżdżałam to nie spodziewałam się czegoś innego niż symboliczny pogrzeb naszej czcigodnej pani. - odezwała się raznoiej i bardziej zdecydowanie niż na początku.
- A ten pierwszy sen to w ogóle dziwny. Połóg to zwykle typowo kobieca domena. Mężczyźni raczej w nim nie uczestniczą. Jesteś akuszerem? Znałeś tą kobietę ze snu? I płaski brzuch mówisz? To też się nie zgadza. Przecież przy połogu to ma się taki brzuch, że nie da się tego ukryć. A jak jest tak wcześnie, że brzucha nie widać to nie ma połogu. Za wcześnie. Zdarza się, że kobieta nie donosi ciąży no ale wtedy nie ma porodu. No i ta nienaturalność jest niepokojącą. Mam nadzieję, że nie muszę Ci przypominać, że wypaczenie fizyczne jest oznaką zepsucia duszy i to w zaawansowanym stopniu. Więc nie kieruj się fałszywą litością. Takie zjawiska trzeba tępić i wypalić bez skrupułów. Jeśli spotkasz coś takiego niezwłocznie zgłoś to przełożonemu, kapłanom albo władzom. Może jeśli chodzi o coś wypaczonego to tłumaczyłoby tak nietypowy poród. Być może to ostrzeżenie. Miej na uwadze gdybyś został wezwany do takiego podejrzanego porodu. Zrób co konieczne a potem zawiadom władze. - poradziła mu w sprawie pierwszego snu i chyba poruszył ją nawet bardziej niż ten z ostatniej nocy. A z tego co Otto wyniósł z zajęć w swoim starym klasztorze to wiedział, że pogląd o tym, że fizyczne Mutacje są oznaką spaczenia duszy był dość powszechny. Dla takiego heretyka na tym świecie nie było już nadziei ale gdy żałował za grzechy, wyraził skruchę to niszcząc jego zepsute ciało można było liczyć, że ocali się jeszcze jego nieśmiertelną duszę.
Otto zerknął na Matkę.
- Ale jednak była możliwość, że to będzie coś więcej? Wybacz dociekliwość, ale martwię się o pacjentów. - miał nadzieję, że właśnie nie włożył kija w mrowisko, ale mógł wyciągnąć z tego coś więcej - Jeżeli natomiast przydarzy mi się odebrać taki poród… chociaż mam szczerą nadzieję, że mnie to ominie, oczywiście wezwę odpowiednie osoby. Chociaż… sądzę, że przyjmowałem ten poród, we śnie z powodu mojego upozycjonowania. - mnich poruszył się delikatnie, udając niezręczność - Kobieta miała rozłożone nogi przed moją twarzą, więc sądzę, że chodzi o poród. Inkwizycja z tego co wiem, ma swojego agenta w mieście, więc wiem do kogo to zgłosić.
- Tak, łowca Hertz. Zostaliśmy sobie przedstawieni. Zrobił na mnie dobre wrażenie. Cieszę się, że ktoś taki jest tutaj na posterunku. - jej blada twarz okrasiła się cieniem uśmiechu jakby łowca czarownic rzeczywiście zrobił na niej dobre wrażenie. - Tak, jeśli natrafisz na ślady takiego spaczenia to on jest dobrą osobą aby go powiadomić. - pokiwała głową polecając mu tego łowce heretyków na takie nietuzinkowe przypadki.
- A ja modlę się aby to wszystko był tylko zbieg okoliczności. Albo potrzeba ludzi aby porozmawiać z wielką kapłanką że stolicy i zająć jej uwagę. Oby. Niestety wszystko wskazuje na to, że niepokojąco wiele osób skarży się na kłopoty ze snem lub dziwne sny. Czasem nawet osoby spoza miasta. Już nie nadążam tego zapisywać. Chyba będę musiała założyć osobny brulion i jakoś to posegregować. - Powiedziała cicho i w zamyśleniu. Na koniec otwarła małą książeczkę jaka leżała przed nią i okazało się, że to nie psalterz tylko chyba dziennik bo widać było ręcznie zapisane stronice. I coś w rodzaju nagłówków jakby dzienne daty. Zamknęła z powrotem tą książeczkę i uśmiechnęła się blado.
- Na razie jednak jestem tu dość krótko. Trudno mi jeszcze złapać skalę i właściwy punkt widzenia. Może to tylko takie pierwsze wrażenie. Szkoda, że mój mistrz nie mógł przyjechać on jest o wiele bardziej doświadczony w takich sprawach. - dodała nieco weselej jakby nie chciała kończyć na jakimś przygnębiającym akapicie.
- Aha. A ten zmarły pacjent, Vigo. Zmarli zwykle nawiedzają żywych, także w snach jak coś ich niepokoi albo mają niedokończone sprawy. Być może uważa, że możesz mi w tym pomóc. Zwykle przestają nawiedzać ten padół jeśli ich niepokój i sprawy zostaną załatwione po ich myśli. - dorzuciła jeszcze jakby jej się przypomniało coś z jej zawodowej domeny.
Otto przyjrzał się Morrytce.
- Jesteś przecież Wysoką Matką, jestem pewny, że doświadczeniem przewyższasz nie jednego ze swoich rówieśników. Chociaż przyznam, twój wiek i status zaskakuje wielu, ale osobiście uważałem, że to oznacza niebywały talent. - nawet bladolica służka pana Śmierci może się skusić na mały kąsek pochlebstwa.
- Tak, zauważyłam. Zapewne sporo osób spodziewało się kogoś innego z mojego zakonu no a tu przybyłam ja. - uśmiechnęła się nieco chyba ubawiona tym wrażeniem jakie wywołała po swoim przyjeździe. Albo takie starała się wywołać wrażenie bo uśmiech był dość oszczędny.
- I dziękuję za twoje słowa, to miłe z twojej strony. Niestety nie jestem tak doświadczona jakbym mogła albo jakbym chciała. Są w mojej świątyni osoby jakie na pewno lepiej sprostałyby tutejszej sytuacji. - rzekła skromnie chociaż pochlebstwo sprawiło jej przynajmniej drobną przyjemność.
- Rezolutna osoba wykorzystuje wszelkie narzędzia w swojej dyspozycji. - mnich chwilę się zastanowił - Cóż, ja jestem tutejszy. A przynajmniej spędziłem tu dość czasu, że czuję się zaklimatyzowany. Być może, ja ujrzę jakąś ukrytą prawdę w twoim śnie? Nie chcę się narzucać oczywiście.
- Oh nie chciałabym cię zamęczać. To nie był przyjemny sen. Raczej niepokojący. Ale dziękuję, że zapytałeś. - kapłanka chwilę ważyła propozycję młodego mnicha w swojej czarnej głowie ale mimo tej chwili wahania zdecydowała się grzecznie podziękować i odmówić.
- A co do ciebie i waszego hospicjum to proszę trzymajcie rękę na pulsie. Tych objawów nie można bagatelizować. Jeśli to możliwe sugeruję robić notatki. Może coś się z nich wyjaśni jeśli się je zbierze do kupy. - zaproponowała sama od siebie jak mogą sobie nawzajem pomóc w sprawie tych niepokojów jakimi ostatnio cechował się pobyt w hospicjum.
- No cóż, jeśli zmienisz zdanie, chętnie cię wysłucham. - mnich się uśmiechnął - I proszę mi uwierzyć. Od czasu twego ostrzeżenia, bacznie obserwuje wszystkich. - nie z powodów, których by się spodziewała, ale jednak - Nie będę ci już zajmował czasu, Najwyższa Matko. Muszę teraz swojej powinności dotrzymać. Spokojnego dnia życzę. - skłonił się kobiecie i ruszył do wyjścia. Trochę informacji udało mu się wyciągnąć, ale nic konkretnego. Zastanawiało go… czy może siostry przemawiają i do Morrytki. Będzie musiał obgadać to i kilka innych spraw podczas zboru.
Angestag; rano; hospicjum
Mnich westchnął widząc co się dzieje, przepowiednia Morrytki stała się rzeczywistością, a Otto zostało sprzątanie tego bajzlu. Nie miał nic przeciwko wyskokom Heroldów, jednak wolałby, aby nie stawały na drodze większej misji.
Spojrzał na Marissę, cieszyło go, że dar od Fabianne przypodobał się dziewczynie.- Marriso, proszę zostań tam. Nawet błogosławieństwa nie uchronią cię przed sobą samą. Proszę zejdź do mnie, a… - w tym momencie zobaczył i usłyszał Thorna. Zaklął delikatnie pod nosem, rozjuszony buhaj nie był pewnie w nastroju na rozmowy czy lekcje o kontroli gniewu. Mnich rozpiął habit i zsunął go na ziemię, kiedy większy mężczyzna był skupiony na nudystce bibliotecznej. Jego nagi korpus pokryty był bliznami po cięciach i poparzeniach, było też kilka blizn gdzie kości najwyraźniej przebiły skórę. Zdjął również maskę, odsłaniając pusty oczodół - Nie interweniujcie. - powiedział do dwóch kolegów, wolał nie pogarszać sytuacji dla Thorna niż właśnie miała się stać. Po czym ruszył do Thorna.
- Thorne, impotencie! Naprawdę sądzisz, że dasz mi radę? To dawaj! - nie czekając na reakcję mężczyzny mich wymierzył cios w roślejszego oponenta.
Wejście Thorna przerwało pertraktacje z pacjentką odzianą jedynie w koronkowe majtki. Za to wesoło i triumfująco patrzyła spod sufitu na scenę na dole najpierw witając się z kolegą pacjentem a potem na te zmagania na poziomie podłogi.
Thorna może widok naguski na regale nieco zaskoczył jakby tego nie przewidział gdy tu wchodził. Co go rozproszyło na moment jaki mnich rozwiązywał swój sznur a potem zdejmował habit. I chyba też nie spodziewał się, że jednooki przyjmie wyzwanie. Zresztą dwaj jego braciszkowie też mieli miny jakby sytuacja ich przerastała i niezbyt wiedzieli co teraz począć czy powiedzieć. Marissa jakoś nie zamierzała schodzić ze swojej pozycji wysokiej widowni a siłowo było ją trudno stamtąd ściągnąć. A tu jeszcze pojawił się rozjuszony mięśniak jaki zabierał się do bitki z ich kolegą a ten też wyglądał jakby zamierzał wziąć się z nim za bary. Może w hospicjum przytrafiały się różne niespodziewane sytuacje i zachowania ale taka kumulacja jak teraz w bibliotece nie trafiała się codziennie. A potem Thorne ruszył z impetem na Otto co skutecznie przerwało wszelkie dyskusje i rozważania mo bójki zwykle skutecznie absorbowały uwagę nie tylko uczestników. Gdzieś jednym uchem Otto zarejestrował jeszcze pisk uciechy gdzieś spod sufitu gdy Thorne na niego naparł. Miał za sobą przewagę rozpędu i raczej masy więc obaj runęli do tyłu przewalając się na podłogę. Ale potem sytuacja bardziej się wyrównała.
Otto zorientował się, dość szybko, że reputacja Thorna jako awanturnika i łobuza nie jest przesadzona. Umiał się bić a do tego teraz ewidentnie działał w afekcie co dodawało mu sił i zapału. Walka jednak okazała się bardzo wyrównana. Praktycznie szedł cios za cios i co chwila czyjaś pięść trafiała tego drugiego. Obaj ciężko dyszeli przyjmując kolejne ciosy i zadając własne i młody mnich miał spore trudności aby spacyfikować w pojedynkę rozjuszonego pacjenta. Ale i temu nie było tak łatwo rozgnieść mnicha tak łatwo jak się chyba spodziewał. Ostatecznie jednak to Otto był tym który zadał ostatni cios po jakim jego przeciwnik już nie miał siły albo ochoty zadać swojego. Ale sporo go to kosztowało.
Po ostatnim ciosie mnicha Thorn wylądował na plecach na podłodze, przytomny, ale ewidentnie już nie chętny do bójki. Sam Otto miał kilka widocznych krwiaków, rozbitą wargę i opuchnięty policzek.
Otto splunął obok mężczyzny krwią z rozbitej wargi i przykucnął do mężczyzny chwytając go za gardło, nie dusząc, ale dając jasno do zrozumienia, że jest to opcja. Następnie przemówił do niego na tyle cicho, aby tylko leżący oponent usłyszał.- Teraz posłuchaj mnie, uważnie. Jesteś idiotą o niewyparzonej mordzie. Jeżeli pozwoliłbym ci na baraszkowanie ze szlachcianką w twojej celi, nie zamknął byś się o tym przez dni. Sądzisz, że przeor wypuściłby cię gdyby dowiedział się, że szlachta robi sobie z hospicjum burdel? Weź na wstrzymanie, a jak już trafisz do nich, będziesz mógł z nimi zrobić co tylko zechcesz, one naprawdę to lubią. - po czym puścił oponenta i wrócił do swojego habitu. Trochę chwiejnym krokiem. Spojrzał na swoich braci.
- Zabierzcie go do celi… - spojrzał w stronę Thorna i następne słowa wypowiedział głośniej - Jeżeli będzie się stawiał, połamie mu nogi. - spojrzał w stronę nudystki - I jak tam Marisso? Podobało się widowisko?Thorne wyglądał na pobitego i pokonanego. Ale chyba większe wrażenie niż całkiem skuteczny opór młodego mnicha zrobiły na nim jego słowa na koniec. Tego spodziewał się chyba jeszcze mniej niż widoku nagiej koleżanki stojącej na szczycie regału jak tu wszedł. Bo zamrugał puchnącym okiem i chyba niezbyt wiedział co powiedzieć.
- Przecież… Przecież byliśmy sami w celi… Nikt by nie widział… A ja bym nic nie powiedział! - wystękał wciąż ciężko dysząc. Ale ten ciężki łomot jaki mu Otto sprawił i obietnica jaką mu właśnie złożył chyba skłoniły go do przemyślenia całej sprawy. Bo więcej nie sprawiał kłopotu. Wstał podpierając się o półkę regału i chwiejąc się poszedł w stronę wyjścia. Jeden z mnichów chciał go złapać za ramię aby go wyprowadzić ale ten brutalnie je odtrącił. - Zostaw mnie! Sam pójdę. - warknął na niego ostro. I wyszedł na korytarz ale dwaj braciszkowie popatrzyli na siebie niepewnie.
- I tak go lepiej zamknąć w celi. Chodź. - powiedział jeden do drugiego po czym obaj wyszli za krnąbrnym pacjentem.
- Oh tak! To było takie ekscytujące! Naprawdę się pobiliście! Było na co popatrzeć! - brunetka na szczycie regału wydawała się zachwycona całym widowiskiem jakby było najlepszą rozrywką jaką dzisiaj miała okazję oglądać. A może i nie tylko dzisiaj. Obdarzyła zwycięzcę słodkim uśmiechem i wyglądała na bardzo ucieszoną tym wszystkim.
- Zejdź stamtąd, proszę. Jeszcze sobie coś uszkodzisz i nie będziesz taka ładna dla Pajęczej Królowej, nie mówiąc o pani co podarowała ci ten cudowny prezent. - tu wskazał na jedyne odzienie kobiety - Do tego przeor ma rację, Lady Fabianne zażyczyła sobie ciebie, ale to on musi się na to zgodzić.
- No dobrze, już schodzę. - odparła grzecznie brunetka, kucnęła i całkiem zwinnie zeskoczyła z dachu regału na podłogę. Tym razem bez żadnych oporów. Po chwili stała obok jednookiego mnicha.
- Bardzo za nią tęsknię. Za lady Fabienne. Za Anniką. Szkoda, że wcześniej nie wiedziałam, że ona lubi takie rzeczy. Częściej bym ją odwiedzała. I za lady Sorią też bardzo tęsknię. Ona jest taka piękna! I niesamowita! Ale najbardziej tęsknię za Pajęczą Królową. Śniła mi się dzisiaj. Oddałam jej hołd a ona go przyjęła. Dotykała mnie, całowała i zaczęłyśmy się kochać. A potem napełniła mnie swoim nasieniem i zawiesiła w pajęczynie abym mogła wydać jej potomstwo. Ah, tak bym chciała aby już tu była z nami! - młoda naguska wyznała swoje plany, nadzieje i marzenia. Oraz co jej się śniło niedawno zakończonej nocy. Z bliska było widać, że natura nie poskąpiła jej wdzięków i atutów, że aż przyjemnie było zawiesić na niej oko.
Mnich się uśmiechnął i objął dziewczynę jedną ręką, pozwalając na delikatny dotyk ciała do ciała.
- Pracujemy nad sprowadzeniem jej tu, ja i moi przyjaciele. Pieczołowicie staramy się, aby Pajęcza Królowa i jej siostry przybyły na te ziemie. - Otto się chwilę zastanowił - Śniłaś mi się dzisiaj, ty, Annika, Thorne, George i Vigo. Ty konkretnie miałaś niebywałą rolę w moim śnie. Tak jak mówiłaś, byłaś opleciona pajęczyną i nosiłaś w brzuchu dziecię Pajęczej Królowej. George mówił, że będziesz pierwszą z jej nałożnic i matek jej potomstwa. Czyż to nie brzmi cudownie?
- Będę jej pierwszą nałożnicą!? I matką jej potomstwa!? Oh to cudownie! Bardzo bym chciała! Nie mogę się doczekać! - Marissa zapiszczała z radości jakby obwieścił jej wspaniałą nowinę i uradowała ją to tak bardzo, że objęła, uściskała i nawet pocałowała mnicha. A ten przy okazji mógł się nacieszyć przyjemnym, miękkim i ciepłym dotykiem jej krągłości i jej samej. Zwłaszcza jak go nadal obejmowała i coś nie kwapiła się aby puścić.
- I ja ci się też śniłam? A co robiłam? I inni też? Nawet Vigo? Przecież on umarł. Dziwne. Mnie się śniła tylko jakaś jaskinia. I moja królowa. Zaszła mnie od tyłu. Nie widziałam jej dokładnie. Ale wiem, że to była ona. I były tam pająki. Takie duże. Jak kraby z zatoki. Może nawet trochę większe. No i pajęczyny. Ale takie ładne a nie takie brzydkie jak w zaniedbanych domach. - Prawie naga brunetka mówiła i pytała jednocześnie ciekawa jego snów i chętnie mówiąca o swoim.
- Popisywałaś się swoim darem przed Anniką, a ona pokazała ci gdzie teraz mieszka i gdzie razem spędzicie czas. - mnich pogłaskał delikatnie policzek kobiety - Jestem pewny, że ty i Annika, oraz George będziecie kluczowi w powrocie Królowej i jej sióstr.
- O tak! Sam zobacz! - słysząc to brunetka puściła Otto, odeszła na krok czy dwa aby dać mu lepszą perspektywę swojej figury. A tą rzeczywiście miała niczego sobie. I wskazała na swoją czarną bieliznę na biodrach. Perfekcyjnej, koronkowej roboty w zdobne roślinne motywy oraz inicjały poprzedniej właścicielki “FvM” wyszyte ozdobnymi literami wpasowującymi się dyskretnie w całość. I na takiej zgrabnej modelce jak Marissa prezentowały się bardzo elegancko i powabnie.
- Widzisz? Są takie śliczne! Frau von Mannlieb wrzuciła mi dwie pary do koszyka, nawet nie wiedziałam jak mi dawała dopiero potem znalazłam jak pojechała i sprawdzałam co tam jest. - zawołała dumnie i radośnie chwaląc się tym prezentem od swojej nowej pani więc musiał jej sprawić mnóstwo radości.
- Taka wielka, bogata pani a taka miła i sympatyczna. I piękna! I elegancka. Już się nie mogę doczekać aż mnie stąd zabierze. - wydawało się, że bretońska milady zrobiła tymi podarkami i dobrocią ogromne wrażenie na brunetce i wydawała się jej ucieleśnieniem dobroci i wizerunku idealnego, szczodrego władcy.
- A Annikę też polubiłam ostatnio. Cieszę się, że będziemy razem u naszej pani. A George? Wtedy jak na stołówce mówił o tej pajęczynie to nie wiedziałam o co mu chodzi. Dopiero dzisiaj jak mi się śniła ta moja Pajęcza Królowa to zrozumiałam. On miał rację! Już wtedy! Ale teraz już wiem. A w tym śnie to jeszcze byłam z innymi. Chyba z kobietami. Stałyśmy przed wejściem do jaskini. Jedna to miała czarne włosy to nie wiem czy to nie moja dobra pani. Albo Annika? Ona też ma czarne. Ale do środka to weszłam z piękną Sorią. Ona mnie wprowadziła. A reszta chyba też albo potem weszły. Chyba się kochałam z nimi też… Albo z kimś… Trochę to słabiej pamiętam bo najbardziej to mi się spodobało to z królową. - mówiła z początku szybko o swoich nadziejach i pragnieniach ale zwalniała w miarę jak brnęła w te kawałki ostatniego snu jakie widocznie słabiej zapamiętała.
- No cóż, masz być pierwszą z jej nałożnic i haremu. Będziesz miała wiele koleżanek… i może kolegów. Jednak najpierw musimy cię stąd wydostać, a to oznacza sprawianie jak najmniej problemów. - wręczył kobiecie górę swojego habitu - Wróć proszę grzecznie do swojego pokoju. Ja muszę zobaczyć o co chodzi z tym ogniem. Później wrócę, bo niestety ja też muszę trzymać pozory, ale mam nadzieję, że moje ubranie przesiąknie zapachem twego piękna i miłości. - Otto ruszył w kierunku w którym udał się przeor. Miał nadzieję, że źródłem ognia nie był George.
- No dobrze. I przepraszam za kłopoty. Ale jak ją słyszę to jest taka radość i euforia, że nie mogę się powstrzymać. Nie panuję nad tym. - powiedziała przepraszająco po czym bez skrupułów sięgnęła po podany habit i zaczęła go ubierać. Uśmiechnęła się ładnie na słowa jednookiego po czym pocałowała go w policzek. - Dobrze, nie zdradzę cię. Jakbyś miał ochotę to wpadnij do mnie. Moja dobra pani dała mi wino i inne smakołyki. - powiedziała zapraszająco i bez większych przeszkód ruszyła w stronę swojej celi. Zresztą w tym samym rejonie co cela Thorna i do wczoraj Anniki. Tam trzymano tych co sprawiali kłopoty lub z innych powodów odbywali karę izolacji.
Sam Otto zaś nie miał większych kłopotów ze znalezieniem większej grupy swoich braci. Wiedział gdzie jest zachodnie skrzydło co już mu pomogło a tam natrafił na istny rwetest. Rzeczywiście było czuć zapach spalenizny. Nawet dym się unosił chociaż dość rozrzedzony. Braciszkowie biegali i krzyczeli do siebie, czasem z wiadrami, czasem z kocami. Ale gdy dotarł do największego zbiegowiska ujrzał tam przeora. Doglądał zniszczeń gdzie chyba ktoś rozpalił ogień z połamanego krzesła ale na szczęście dostrzeżono to i ugaszono zanim sytuacja zrobiła się poważna. Niemniej przy ścianie unosił się spalony ślad a sama ściana i sufit były mocno okopcone. No i ten smród spalenizny. Na Otto na razie nikt chyba nie zwrócił większej uwagi gdy wszyscy wydawali się być zaaferowani tym niedoszłym pożarem i szacowaniem szkód.
Otto podszedł do przeora. Przy okazji rozglądając się za jakimiś poszkodowanymi, dym mógł zawsze kogoś podduśić.
- Thorne i Marissa są już pod kontrolą. Co się tutaj stało?
- Niklas rozpalił ogień. Chciał nas spalić czy co? Wariactwo! Kazałem go zamknąć w izolatce. - przeor zwrócił uwagę na Otto dopiero jak ten do niego podszedł i się odezwał. Rozmawiał z bratem Denisem jaki był u nich głównym rzemieślnikiem i zwykle on podejmował się najtrudniejszych napraw. Przynajmniej tych jakie mogli dokonać bez angażowania a więc i zapłaty komuś z zewnątrz.
- I udało ci się wysłać Marissę do izolatki? Całe szczęście! Kompletnie oszlała! Co ta dziewczyna sobie myślała tak biegając nago! I to już drugi raz! Aż się boję pomyśleć co by się stało jakby zrobiła coś takiego u Frau von Mannlieb! Przecież wybuchłby skandal! Co by ludzie pomyśleli? Że kogo my tu trzymamy? Jakichś dewiantów i wariatów? Przecież to by się odbiło na nas wszystkich! - przeor z początku był dość rozkojarzony gdy dopiero co rozmawiał o zniszczeniach wywołanych niedoszłym pożarem a teraz o kłopotliwej pacjentce. I to takiej jaką upatrzyła sobie bogata szlachcianka z koneksjami towarzyskimi w śmietance tego miasta na swoją służącą.
- I Thorne też? To dobrze. Słyszałem, że uciekł ale nie mieliśmy czasu go szukać. - przetarł grabiastą ręką swoje rzednące włosy. Zastanawiał się chwilę nad czymś.
- A z tą Marisą to nie wiem czy taki dobry pomysł aby ją posyłać do tej Bretonki. Sam widziałeś co dziś narobiła w bibliotece. - przyznał gdy myśli znów mu wróciły do biegającej w samej bieliźnie brunetki gorszącej otoczenie swoim zachowaniem.
- Nie lepszy niż odmówienie jej w tej chwili. Zważając, że zabrała już Annikę i powiedzieliśmy jej, że pracujemy nad Marissą. Do tego jest sprawa Matki Somnium, rozmawiałem z nią dzisiaj. Rozważa, że te ataki mogą mieć… niepokojące źródła i wezwać odpowiednie osoby, aby się temu przyjrzały. A, posłałem Marissę do jej celi, Thorne wrócił do swojej… po drobnym przekonaniu. - to mówiąc delikatnie otarł jeden z siniaków na swoim ciele - Nie powinni sprawiać na razie problemów. Sądzę, że oddanie Marissy, Frau von Mannlieb może mieć lepsze skutki, niż uważasz. Dziewczyna ma… potrzeby, a żaden z nas nie ma w naturze zaspokajania ich z pacjentkami. Być może na wolności, gdzie będzie miała dostęp do kogoś, kto się nią zaopiekuje, uspokoi się.
- Ona ma swoje potrzeby?! Zachowywała się jak wyuzdana ladacznica! Co ja mówię! Gorzej! Wyuzdane ladacznice nie biegają nago po ulicy! - prychnął z oburzeniem przeor jaki widocznie nie mógł znieść tak skandalicznego zachowania się podopiecznej. Aż paru mnichów spojrzało na niego ni to z żalem ni to pytająco. Wetchnął więc dla uspokojenia po czym złapał za ramię jednookiego i ruszył z nim na korytarz. Szli tak przez chwilę i wygladało, że starszy z mężczyzn próbuje zebrać myśli.
- I jeszcze ta morrycka młódka… No tak, jeszcze tylko jakiejś komisji mi tu do szczęścia brakowało… - jęknął na myśl, że taka komisja miałaby ich wizytować. Biorąc pod uwagę obecny chaos jaki tu panował raczej nie wypadliby zbyt dobrze.
- Ale z tą von Mannlieb też niedobrze. Ani jej dać tej łotrzycy ani nie dać. Trudna sprawa. Annikę już wzięła to prawda. Co tu robić, co tu robić? - zastanawiał się dalej gdy wyszli z zachodniego skrzydła i szli ku centrum.
- Chodźmy do ogrodu. Muszę to przemyśleć. - powiedział pokazując kierunek i kilka drzwi później znaleźli się w kwadratowym, małym ogrodzie otoczonym krużgankami gdzie niedawno Otto razem z Anniką i Marissą jedli ostatni wspólny posiłek.
- Widzisz synu ta Marissa to nie jest taki byle kto jak Annika czy Thorne. No żadna wielka persona oczywiście ani szlachcianka. Ale też nie taka byle jaka z ulicy. Dlatego musiałem posłać zapytanie do Salzburga. I wciąż czekam na odpowiedź. Wysłałem list na początku tygodnia więc z tydzień zejdzie zanim coś tu przyślą. I to przy założeniu, że nie będą zwlekać z odpowiedzią. Do tego czasu musimy ją jakoś przetrzymać tutaj. - wyznał przeor dzieląc się częścią frasunku na temat swojej kłopotliwej podopiecznej.
- Myślę, że mimo wszystko trzeba by uprzedzić Frau von Mannlieb o wyskokach tej łobuzicy. Lepiej aby wiedziała to zawczasu. Może list jej napiszę… Albo poproszę o spotkanie… - zastanawiał się na głos jak powinien postąpić w tej skomplikowanej sytuacji.
- Odwiedzę ją jak skończę dziś. - powiedział Otto - Zna mnie, jako pośrednika w całej tej sytuacji, więc zaufa mojej opinii. Do tego… jeżeli Somnium ma rację, że coś więcej się dzieje z tymi napadami szaleństwa, przyda się zerknąć czy Annika czegoś nie nawywijała. Nawet z tym listem chroniącym nas legalnie, głos się rozniesie, jeżeli wypuściliśmy kogoś kto zrobił coś… nieodpowiedniego. - Otto miał nadzieję, że Herold Norry w opiece Slaaneshytki była spokojniejsza i nie zrobiła nikomu nieodwracalnej krzywdy.
- Oh! Na Shallyę! Annika! O matko… Jak ona… O matko! Przecież to szlachcianka i żona kapitana! Oh! Otto! Ruszaj do von Mannliebów natychmiast! O matko aby jej nic nie zrobiła! Koniecznie leć wybadaj czy coś Annika nie nawywijała! Tylko z głową! Bo jak nie to nie ma co straszyć dobrodziejki. I jak już tam będziesz… - słowa młodego mnicha sprawiły piorunujące wrażenie na przeorze. Oczy mu się otworzyły ze strachu jakby uzmysłowił sobie coś strasznego. I natychmiast wydał nowe dyspozycje dla jednookiego mnicha. Chociaż w pewnym momencie się zatrzymał gdy coś nowego mu przyszło do głowy.
- Właściwie jak masz takie dobre relacje z tą szlachcianką i tak umiesz z nią rozmawiać… To postaraj się ją wybadać z tą Marissą. W razie czego umów nas na spotkanie albo obiecaj, że wyślę jej list z wyjaśnieniami. Lepiej aby nie miała potem pretensji, że sprzedaliśmy jej wściekłą bestię w worku. - powiedział po tej chwili zastanowienia licząc na finezję i dyskrecję młodszego z mnichów.
- Aha. I ubierz się. Gdzie ty masz swój habit? I może jednak najpierw pójdź do lazaretu. Niech cię tam przemyją i w ogóle. Nie ma co straszyć naszej dobrodziejki. - jakby dopiero teraz zorientował się, że młodszy z braci ma niezbyt kompletny ubiór i wygląd.
- Oczywiście. Miejmy nadzieję, że już dzisiaj nic więcej się nie stanie. - skłonił się przełożonemu i ruszył do lazaretu, po drodzę rozważając dzisiejszy dzień. Oczywiście kolejnego "ataku szaleństwa", jak to określił przeor i Somnium, spodziewał się, chociaż miał nadzieję, że wydostanie z hospicjum więcej niż jedną osobę do tego czasu. Dochodził do wniosku, że Thorne najpewniej nie jest żadnym Heroldem, jak zaczął określać Annikę, Marissę, Vigo i George'a, a jedynie zwykłym oprychem być może słyszącym szepty sióstr. Czyniło to z niego jedynie pionka, ale zawsze takiego, którego można zmienić w coś lepszego.
Zastanawiało go, jak zachował się George danego dnia, ale tego może dowiedzieć się później.
Pozostaje sprawa Niklasa. Będzie jutro musiał porozmawiać z niedoszłym piromanem, być może z odejściem Vigo, Oster znalazła nowe ucho, do którego może szeptać. Chociaż ogień i Nurgle to kiepska mieszanka.
W lazarecie Otto pozwolił się obmyć i doprowadzić do względnego porządku i ruszył szybko do celi Marissy. Zapukał spokojnie do jej drzwi i wszedł do środka.- Witaj moja droga, przybyłem po mój habit. Muszę pójść zobaczyć co z Anniką.
Po tym jak usłyszał krótkie “Proszę!” zza drzwi zastał lokatorkę w środku. Miała już na sobie swój habit i wcale nie wyglądała jak ta nawiedzona naguska biegająca po meblach biblioteki jak to miało miejsce wcale niedawno. Uśmiechnęła się do niego i skinęła głową. Podeszła do taboretu na jakim złożyła jego habit i mu go podała.
- Do Anniki? Ale przecież wczoraj pani ją zabrała. To chyba jest u niej. A dlaczego do niej idziesz? - zapytała niezbyt rozumiejąc cel takiej wizyty i w głosie wkradł się lekki ton niepokoju o los koleżanki.
Otto przerzucił przez siebie habit.
- Tak jak ty słyszysz głos Pajęczej Królowej, Annika słyszy głos jej krwawej siostry, Norry. Norra chce, aby Annika wyruszyła znaleźć jej ołtarz i stoczyła walkę z silnym przeciwnikiem. Kiedy ty słyszysz Królową, czujesz radość, euphorie. Annika czuje zew i kiedy ktoś jej zabrania na niego odpowiedzieć, czuje gniew i wywołuje to agresję. Muszę sprawdzić, czy wszystko w porządku, z nią, albo z jej otoczeniem. - Otto westchnął - Mam cichą nadzieję, że pod opieką Frau von Mannlieb, Annika jest trochę bardziej opanowana, ale nigdy nie wiadomo.
- Oh! Ojej! Mam nadzieję, że nic jej się nie stało! Znaczy naszej dobrej pani też! Oj to tak, to lepiej idź i sprawdź czy nic im nie jest bardzo bym się zmartwiła gdyby coś im się przydarzyło przykrego. - Marissa wydawała się szczerze zaniepokojona losem swojej niedawnej koleżanki z celi jak i dobrodziejki jaka obiecała także i ją przygarnąć pod swój dach. I okazała zrozumienie dlaczego młody mnich musi tam do nich iść i sprawdzić.
Otto kiwnął głową i opuścił celę niedoszłej nudystki i niemalże biegiem ruszył do rezydencji von Mannlieb. Miał nadzieję, że nie zastanie tam pożaru i ciał nabitych na ostre rzeczy.