Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
Skórki
  • Light
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Dark
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
  1. Start
  2. Rozgrywka
  3. Kultyści - Lato 2519

Kultyści - Lato 2519

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
import
292 Posty 4 Uczestników 190 Wyświetlenia 4 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • SantorineS Niedostępny
    SantorineS Niedostępny
    Santorine
    Developer
    napisał ostatnio edytowany przez
    #76

    Oryginalny autor: Pipboy79

    Oryginalny tytuł: Tura 22 - 2519.07.08; bzt; ranek - popołudnie (1/2)

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
    Czas: 2519.07.08; Bezahltag; noc
    Warunki: - ; na zewnątrz: noc, pogodnie, łag.wiatr, ziąb

    Wszyscy

    Gdy pierwsze sylwetki wynurzały się z czeluści piwnicy pod zwaloną wieżą była już głęboka noc. Cisza, bezruch i różne odległe odgłosy które niosły się pustymi, mrocznymi kanionami miasta świadczyły o późnej porze. Kultyści rozproszyli się wśród tych ulic i zaołków gdy każdy zmierzał do swoich domów. O ile tacy co sami zarządzali swoim dniem jak Pirora, Joachim czy Heinrich mieli szansę odespać tą zarwaną nockę to lud pracujący jak Otto czy łotrzyce udające skruszone grzesznice to im zapowiadał się bardzo długi i męczący dzień. Ale ten niecodzienny zbór, całkiem nie planowany wcześniej, w środku tygodnia, okazał się bardzo burzliwy ale i owocny. Nie tylko Merga przetłumaczyła zwoje Oster ale i ogłosiła im wszystkim co tam jest. A z jej interpetacji oraz słów Starszego wynikało, że chociaż opracowała to jedna z Sióstr, poświęcona jednemu z patronów to jednak sprawa dotyczy ich wszystkich. No i jest tylko ułamkiem dziedzictwa pozostawionego im w spadku przez mityczne Siostry jakie w końcu dostąpiły demonicznego wywyższenia stając się czymś więcej niż tylko śmiertelniczkami. Zresztą nawet obecność i możliwości Sorii świadczyć się zdawały za taką interpretacją w końcu nawet ona sama nie śmiała się choćby porównywać do swojej legendarnej matki i wyrażała się o niej z najwyższą czcią i szacunkiem.

    Ale wracając z tego zboru, już pojedynczo czy w w duetach każdy chyba miał okazję przemyśleć to wszystko co zostało powiedziane, przedstawione i planowane. Chyba najwięcej emocji wzbudziły te zwoje i to co z nich wynikało. Starszy i Merga przykładali do tego wielką wagę. Pomysł Heinricha o zapłodnieniu nasieniem Oster aktorek jakie miały przybyć w trupie teatralnej z Saltburga na tutejszy turniej czy inne uroczystości spotkał się z wielkim poparciem ze strony liderowego duetu. Niemniej na tą chwilę niezbyt było wiadomo kiedy dokładnie ta trupa miałaby przybyć do miasta i kto dokładnie byłby w jej składzie. Ale informacji jakich udzieliła Pirora wynikało, że tak czy inaczej jakieś aktorki tam będą na pewno. Zapewne jakieś służki także. No ale na razie nie było tego wiadome jak to by miało wyglądać dokładniej. Poproszono Pirorę aby się tego dowiedziała bo w końcu z kultystów to ona zdawała się być najlepiej zaznajomiona w śmietance towarzyskiej miasta oraz sprawach teatru. Chociaż ona sama nie wyglądała aby tyrskała entuzjazjem na takie marnotrastwo utalentowanych dusz jakie tak długo starała się ściągnąć do miasta do świeżo otwartego teatru. Ogólnie dziewczęta poświęcone Wężowi zdawały się być najmniej pozytywnie nastawione do tego całego muszego projektu.

    - Ale te aktorki chociaż to bardzo obiecujący trop to jednak sami wiecie, lepiej mieć wróbla w garści niż gołębia na dachu. Mimo wszystko rozglądajcie się za okazją do pozyskania nosicielek tu na miejscu. I najlepiej jak najprędzej bo jak słyszeliście ten rozwój nieco trwa i jak chcemy mieć gotowe muchy na dzień naszego ataku to musimy zacząć hodowlę jak najwcześniej. - Starszy już pod koniec spotkania zrobił takie podsumowanie tego wszystkiego co omawiali dzisiejszego wieczoru. Po różnych dyskusjach okazało się, że po opuszczeniu kobiecego łona to dalszy rozwój much Oster wydawał się względnie prosty. Paradoksalnie nawet samo zapłodnienie nie było takie trudne. Zabierało parę chwil i jak już się miało przed sobą nagą kobietę to wydawało się całkiem proste. Wystarczyło wsadzić tą krótką rurkę jej tam do środka i wstrzyknąć zawartość. O ile oczywiście zdobycie chętnej do rozebrania się kobiety nie było dla kogoś trudne. Najtrudniejszym etapem właściwie wydawało się te czekanie co dalej. Bo to miało zająć gdzieś od pół tygodnia do tygodnia. Tak mniej więcej. Więc nie działo się tak od razu, tej samej nocy czy dnia co by jeszcze taka nosicielka była w mocy kultystów. Tylko trzeba było czekać.

    To oczywiście nie był kłopot gdy była w mocy kultystów. Silny bez wahania się zaoferował, że pozbieranie jakichś naprutych ladacznic z tawern nie powinno być trudne. A gdyby nawet nie były naprute to wystarczy jakąś znaleźć na ulicy, dać jej w łeb i można było zaciągnąć gdzie trzeba. Nawet jeśli to nie wszystko by poszło tak gładko czy tak prymitywnie jak to mówił khornita to wydawało się oczywiste, że nałapanie nosicielek na mieście nie powinno sprawić im większych trudności. Zwłaszcza jakby użyć siły jaką mieli Silny czy Rune albo wykorzystać jakiś podstęp z dużą ilością wina czy nawet numerkiem z ladacznicami. To wydawało się do zrobienia. Chociaż oczywiście każde takie porwanie niosło ze sobą możliwość wpadki. Jeden kłopotliwy świadek czy nawet pechowe nadzianie się na jakichś innych osiłków, wybawicieli czy straż miejską mogło narobić bigosu. Drugim wąskim gardłem było trzymanie takich branek w niewoli. Do tej pory Sigismundus trzymał je u siebie w piwnicy. Nawet jakby zwolnił z niewoli Loszkę to i tak miał do dyspozycji dwie cele w każdej mógł pomieścić jedną, góra dwie osoby. Rozważano czy nie użyć którejś z kryjówek kultystów. Albo “Starej Adele” albo tej pod zwaloną wieżą. Na razie zostawiono to jako plan rezerwowy bo Starszy wolał aby ich kryjówki pozostały ich kryjówkami. W przyszłości jak podsunął Otto można było wykorzystać do tego celu jaskinię Oster. Ale ona była za miastem. Szło się tam cały dzień. Trzeba by i tak jakoś znaleźć chociaż czasową kryjówkę na mieście dla tych schwytanych branek. A potem je jakoś przetransporotwać za miasto do tej jaskini. Całkiem spore przedsięwzięcie logistyczne. Zwłaszcza jak zauważalna część z nich miała wkrótce odpłynąć z Mergą więc zrobiłoby się ich jeszcze mniej. Starszy co prawda był dobrej myśli ale i tak trzeba było rozważyć jak to wszystko ugryźć.

    - Może moi pobratymcy by mogli pomóc? Do naszej jaskini to tak z pół dnia. Można by u nich się zatrzymać. Z tymi brankami też. Chociaż musiałabym zapytać o to Kopfa i Opal. - zaproponowała Lilly bo w końcu pochodziła z jaskini odmieńców nawet jeśli od zimy mieszkała tutaj w mieście. Wciąż była razem ze Strupasem głównymi łącznikami z mutantami Kopfa. Starszy przychylił się do tej prośby a nawet ucieszył. Obiecał, że napisze list do Kopfa i ogólnie da wytyczne Lilly aby z nimi porozmawiała na ten zaszczytny temat. Więc zanosiło się, że lada dzień dziewczyna o liliowych włosach wyruszy za miasto w las aby zanieść to zapytanie ich mistrza do lidera społeczności odmieńców.

    - No i widzicie drogie dzieci, cały ten ambaras z nosicielkami nam zbywa jeśli trafiłaby się ochotniczka. Wtedy ona dalej sobie żyje i robi co zwykle a jak wyda na świat pomiot Oster to przychodzimy na gotowe i wszystko zostaje bez zbędnych świadków. - westchnął zamaskowany mężczyzna bo to wydawał się przypadek idealny. Gdyby jakaś kobieta zgodziła się na zasianie i na dalszą współpracę to wydawało się, że są spore szanse, że udałoby się zachować sprawę w dyskrecji. A po paru dniach czy tygodniu odebrać wydany na świat owoc. Bez tego całego porywania, zamykania w celach, transportowania przez miasto czy za miasto co na każdym etapie było obarczone jakimś ryzykiem wpadki. Tylko znalezienie ochotniczki na taki numer nie zapowiadało się na łatwe zadanie. No ale należało mieć na uwadze aby znaleźć takie nosicielki, takie lub inne, w ten czy inny sposób.

    Przy okazji planu z trupą aktorską dobrze było zakręcić się przy pannie van Zee bo to właśnie ona była tutaj główną dusza i sercem spraw teatralnych. Poza tym znała się osobiście z częścią aktorów i aktorek jakie w sporej mierze przyjeżdżali tu z jej inicjatywy i na jej zaproszenie. Nawet Pirora nie znała wszystkich detali ani tych aktorów osobiście. Zimą przez Salzburg tylko przejeżdżała zatrzymując się tam na krótki postój dla regneracji zmarzniętych sił i nie miała okazji go zwiedzić czy poznać się z kimś lepiej. Zaś tutejsza śmietanka całkiem regularnie jeździła do operu czy teatru w Saltburgu i w dobrym tonie było się tam pokazać co jakiś czas. Przyjechać z wrażeniami ze sztuki, jak wypadki aktorzy i reżyser no i z jakimiś nowymi ploteczkami ze stolicy. Tutaj nie tylko Kamila van Zee była taka obyta, to raczej Pirorę ominęły takie rozrywki bo była zbyt krótko a sprawy związane z remontem teatru i własnej kamienicy mocno ją absorbowały na miejscu.

    Jak już zbierali się do wyjścia to dawało się zauważyć dużą różnicę w zachowaniu. Sigismundus był radosny jak skowronek. Jak dobry wujaszek jaki był gotów utulić do serca cały świat i swoich kolegów i koleżanki także. Puścić w niepamięć wszystkie złe słowa jakie między nimi stanęły gdy stali u progu tak świetlanej ery. Pirora i Łasica na odwrót. Wychodziły ciche jak pobita strona jakiejś bitwy. Dało się wyczuć, że im ten plany pochodzące z dziedzictwa Oster zdecydowanie nie przypadły do gustu. I o ile tydzień temu gdy sprawa była świeża i niejasna to jeszcze różnie mogło się potoczyć to teraz te wieści ze zwojów i to jak Merga ze Starszym przyklepali ten plan, w tej czy innej wersji ale przyklepali to trudno im było z tym dyskutować. Ale braku akceptacji nie ukrywały i entuzjazjmem nie tryskały.

    - I pamiętajcie o snach. Własnych i cudzych. Wsłuchajcie się w nie, nie lekceważcie ich. Sióstr nie ma jeszcze w naszym świecie i sny są furtką do wsłuchania się w ich głosy. - poprosiła na koniec rogata wiedźma obdarzając ich ciepłym uśmiechem i złotym spojrzeniem.

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
    Czas: 2519.07.08; Bezahltag; południe
    Warunki: mieszkanie Joachima, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanie

    Joachim

    Gdyby astrolog musiał wstawać z samego rana to zapewne by się nie wyspał. Na szczęscie ci byli znani z nocnego wpatrywania się w gwiazdy to nawet chyba nikogo za bardzo nie dziwiło, że potem przesypiają do południa. Tak czy inaczej Joachim wstał jak uznał za stosowne czyli jak się wyspał. Była już z połowa dnia gdy zdecydował się na poważnie otworzyc oczy. Chociaż widok za oknem nie budził zachwytu bo niebo było dość pochmurne. Dobrze, że w nocy dopisało mu szczęście i ładnie było widać gwiazdy. Wrócił prawie w ostatnim momencie. Swoim wprawnym okiem już po wyjściu z piwnic kryjówki pod wieżą zorientował się, że ma mało czasu. Co prawda do poranka było jeszcze parę, dobrych dzwonów ale teraz, w lato, tutaj na północy to przedświt przychodził wcześnie i kradł blade światło gwiazd już między drugim a trzecim dzwonem. A o czwartym to już nieboskłon wyraźnie zaczynał różowieć i blednąć mimo, że na ziemi panowała jeszcze głęboka noc. Dopiero po piątym dzwonie zaszynało tam szarzeć no ale wówczas to astronom już poza księżycami i najjaśniejszymi gwiazdami już niezbyt miał w co wycelować lunetę.

    Zanim się rozstali to obie łotrzyce podziękowały mu za ofertę pomocy. Ale chyba nie wpadły na pomysł jak mogłyby użyć jego niezwykłych talentów. - A nie możesz przechodzić przez ściany? Przez drzwi by wystarczyło. Aby zobaczyć co za nimi jest. Bo jak nie to i tak my byśmy musiały ci otworzyć te zewnętrzne drzwi. A potem te od skarbca właściwie też. - zastanawiały się trochę niepewnie czy dobrze rozumieją opisaną moc. Ale już tak późno w nocy to nic nie wymyśliły jak tego talentu można by użyć. Jak bez ingerencji w świat materialny to chyba nawet dla kawału kopnąć kogoś w tyłek nie było można albo rzucić czymś aby odwrócić uwagę… Joachim mógł im potwierdzić, że nie, takich rzeczy się nie da. W tej bezcielesnej formie astralnego ducha mógł chodzić tam gdzie dałby radę wejść w swojej fizycznej formie więc przenikanie przez materię i jakakolwiek ingerencja z nią nie była możliwa.

    - Wiesz, my byśmy musiały cię zobaczyć jak to wygląda. Czy rzeczywiście cię nie widać. Może coś wtedy byśmy wymyśliły. Bo zwykle obywamy się bez takich numerów bo my zwykłe dziewczyny z ulicy jesteśmy. Ale to miłe, że chcesz nam pomóc. - dodała od siebie Burgund i cmoknęła go w policzek. A Łasica w drugi. Po czym zaśmiały się wesolutko i ruszyły w ciemności nocy. A on w swoją stronę.

    Tej nocy jednak zdołał jeszcze zdążyć do domu a z południowej do zachodniej dzielnicy to miał spory kawałek do przejścia. Ale zdążył na tyle aby złapać za lunetę i poobserwować gwiazdy. I zastanowić się co też one mogą nieść za wróżbę dla barona Wirsberga.

    Co ciekawe to wyraźnie był wyraźny łucznik znany jako Sznur Limnera. To był symbol sprzyjający wenie artystów, precyzji rzemieślników i zamysłom wymagających finezji. Joachim nie był do końca pewny czy można by uznać barona za rzemieślnika czy artystę no chyba, że to miałaby być jakaś metafora. Albo jako śniącego ten swój dziwny, niepokojący sen. W każdym razie Sznur lśnił wczoraj pierwszorzędnie więc ogólnie wydawał się sprzyjać takim różnym finezyjnym i natchnionym projektom lub wymagających precyzji.

    Co więcej dobrze też świecił Wielki Krzyż. Ten z kolei patronował jasności umysłu, podejmowaniu klarownych i właściwych decyzji i takich jakie dawały sznase na przynoszące efekty działania. Jeśli by wziąć pod uwagę, że pytał we wróżbie o barona jaki sprawił na nim wrażenie rozstrzęsionego i skołowanego to paradoksalnie wychodziłoby, że baron jednak jest trzeźwy na umyśle a nawet promienieje jasnością o ile by tak interpetować te skrzyżowane ze sobą gwiazdy z ostatniej nocy.

    W oko wpadał też ciemny, bezgwiezdny obszar zwany przez maluczkich Wielką Pustką, Wielką Dziurą a przez uczonych Vobistem Ulotnym. To zwykle był złowróżbny znak. Podobno gdy był w pełni łowcy czarownic ruszali na łów aby palić heretyków i czarnoksiężników. Z drugiej jednak strony gdy się było takim czarnoksiężnikiem to niekoniecznie mógł to być zły omen. Wręcz przeciwnie, mógł oznaczać, że los mu sprzyja i aby podążał dalej swoją drogą. Chociaż był też symolem chorób psychicznych, majaków i przywidzeń i jeśli tak by potraktować sny barona no to niestety nie było to dla niego zbyt pochlebne.

    Tak czy inaczej umówił się na spotkanie z baronem Wirsbergiem jutro. Czyli właściwie już dzisiaj. No i musiał mu coś powiedzieć. Tak czy inaczej będzie to rozmowa z baronem, przyjacielem państwa van Hansenów no i osobą z towarzystwa jaka całkiem możliwe, że opowie jak się sprawił tutejszy młody astrolog. Co więcej z tego co mówił wczoraj na dzisiaj zaprosił do siebie tą młodą morrytkę bo ona też uchodziła za eksperta od snów. Tylko nie było pewne czy na tą samą porę i czy się spotkają. W każdym razie gdy już za oknami gwiazdy bladły i na wschodzie niebo zaczynało zdradzać pierwsze oznaki przedświtu zdecydował się udać do swojego łóżka na spoczynek. I miał sen.

    Właśnie sen go obudził. Snił znajomy widok. Chociaż w pierwszej chwili nie mógł rozpoznać co w nim znajomego. Dopiero po chwili się zorientował, że jest na ulicy. I jakieś kamienice są… Takie dziwnie wysokie. Jakby był małym dzieckiem i wszystko wydawało się większe… I trochę straszniejsze niż teraz gdy od dawna już był dorosłym mężczyzną. Zorientował się gdy zobaczył mur. Też wydawał się duży i trochę złowieszczy. Ale był kryty dachówką. Jak ten mur jaki okalał Akademię albo świątynie Mananna. Wtedy się zorientował, że to dziwnie przypomina sen jaki mu opowiedział baron Wirsterg… Nie miał pojęcia czy śni ten sam sen czy to jego imaginacja tak sobie zwizualizowała słowa szlachcica. Ale tak jak mu opowiadał usłyszał dzwoneczki. Całe mnóstwo drobnych dzwoneczków. Jeden taki mały łatwo by było przegapić ale musiało być ich wiele. Każdy dzwonił nieco innym tonem przez co trudno było się skupić na jednym i wyłapać jego dźwięk. Ale jako całość to tak, słyszał ich ładny, przyjemny dla ucha odgłos. Jak chór dziecięcych głosików śpiewających piękny psalm pochwalny.

    Sam nie był pewien kiedy się znalazł przy murze. To już na pewno musiał być sen bo z bliska mur wydawał się jeszcze wyższy. Niebotyczny! Ale w snach to często się zdarzało, że rzeczy wydawały się być jakieś wypaczone i zakrzywione, niby podobne do tych co się znało ale jednak jakieś takie inne. I jak stał przed tym ogromnym murem to usłyszał… Właściwie to nie. Właściwie to poczuł bardzo charakterystyczny zapach. Znajomy każdemu żakowi, uczonemu czu chociaż wykształconemu człowiekowi. Zapach księgi. Takiej starej, jak się ją dopiero otworzy pierwszy raz i ten kurz, zapach papieru, zaschniętego inkaustu, wszystko uderza w twarz ze swoją mocą. Nie miał pojęcia skąd dochodził ten zapach. Bo nie widział żadnej księgi w pobliżu. Ale usłyszał coś nowego. Chrobot pazurów po bruku. Biegły! Coś wielkiego, groźnego i drapieżnego jak jakaś straszna bestia zerwana z łańucha. A przypomniał sobie jak baron opowiedział mu, że coś go goniło i rozdeptało pazurzastą łapą! To było w tym momencie tak sugestywne, tak przerażające, że jakaś szponiasta łapa zaraz go rozszarpie i wetrze w ten brudny bruk, że aż się obudził. Na szczęście bez żadnej szponiastej łapy nad głową, w swoim łóżku i sypialni, bez żadnych niespodzianek. I jak spojrzał za okno okazało się, że przespał już z połowę dnia. Ale chociaż mniej więcej się wyspał.


    Potem zjadł śniadanie i mógł się zastanowić co dalej. Najpierw przejrzał na spokojnie swoje notatki jakie zrobił wczoraj z tego drugiego manuskryptu Oster. Razem z aptekarzem je notowali chociaż i Tobias chyba też coś zapisywał. Wczoraj grubas od Nurgla był dobrej myśli i Joachimowi wydawało się, że chyba słusznie. Ale tyle się działo i mówiono dookoła, że nie był do końca tego taki pewien. Dopiero dzisiaj jak usiadł wygodnie u siebie i miał okazję pożądnie się wczytać w swoje zapiski mógł się zapoznać z tym dokładniej.

    Merga na pewno miała rację w tym, że to przypominało książkę kucharską. Parę łyżek tego, pokroić tamto, utrzeć to, dolać jeszcze coś… Tam podgrzać na tyle a tyle czasu, tu zostawić aby się zsiadło czy spleśniało… Nie wydawało się to trudne. Właściwie jak się nie wiedziało jaki ma to mieć efekt i do czego ma służyć to nawet nie brzmiało jakoś strasznie. Może poza fragmentami gdy ewidentnie pisało o larwach, czerwiach albo muchach. A tak to można było wierzyć, że chodzi o jakiś standardowy eliksir czy miksturę. On sam co prawda zielarzem czy alchemikiem nie był ale większa część przepisów wymagała po prostu uwagi i przestrzegania reżimu aby dodać to co trzeba, takie jak trzeba i wtedy kiedy trzeba.

    Przepisów było kilka. Najkrótszy to się mieścił w paru linijkach i nawet nie było pewne czy to nie jest jakiś żart Oster albo Mergi. Bo brzmiał tyleż lapidarnie co brutalnie.

    “Jeśli zależy ci na czasie a nie zależy na nosicielce napchaj do środka tyle świńskiego łajna ile zdołasz i dopilnuj aby tego nie wydłubała. Czerwie będą rosnąć jak na drożdżach ale los nosicielka rzadko bywa do ponownego użytku.”

    Poza tym krótkim wpisem przepisów było kilka. Na przyspieszenie rozwoju czerwi w nosicielce i aby były większe i silniejsze. Na to aby kokony dojrzewały szybciej. Na dodatek do karmy dla dorosłych owadów aby rosły większe. Na to aby dojrzewały szybciej i by szybciej mogły składać kolejne jaja. Na to aby, na afrodyzjak który miał zwabiać dorosłe owady w dane miejsce na wypadek gdyby się rozleciały po okolicy a były potrzebne w tym, jednym miejscu.

    Same przepisy pod względem składników rzeczywiście nie wyglądały jakoś bardzo skomplikowanie. Dwa gatunki pospolitych tutaj grzybów do tego mogły być ich zasuszone wersje, trochę runa leśnego w postaci czerwonych jagód i mchu, pająki razem z pajęczyną, surowe jajko… No nie, nie wyglądało to na coś bardzo trudnego do zdobycia. Pewnie dlatego wczoraj Sigismundus był taki ucieszony. Trochę zachodu było z tym, że niektóre rzeczy trzeba było poczekać aż się sok wyciśnie, aż się pleśń zmaceruje i całość się przegryzie ze sobą. Ale właściwie tą najprostszą wersję eliksiru na przyspieszenie pseudociąży to chyba jakby posłał Gunthera to do wieczora powinien wszystko kupić. A Sigismundus to może nawet miał większość tych rzeczy u siebie w aptece. Pewnie też dlatego tak wczoraj mu się oczka śmiały. Joachim nie miał takiej wprawy w aptekarskim rzemiośle jak tamten ale mimo wszystko opis wydał mu się na tyle prosty, że chyba mógłby i sam spróbować. Bo chyba Oster albo nie była tak skomplikowana w projektowaniu tych mikstur albo cechowała się dużą pragmatycznością w możliwości zdobycia poszczególnych składników do swoich przepisów. Zresztą jak urzędowała w tej okolicy no to tutaj pewnie i dziś były podobne składniki jak i za jej czasów.

    Co więcej przepisy były tak ułożone, że do tych najprostszych wersji wystarczyło dodać kolejne składniki aby uzyskać mocniejszy efekt. Z tymi bardziej zaawansowanymi już nie był taki pewny czy byłoby tak łatwo zdobyć te brakujące elementy. Kwiat zielonego żonkila to chyba rósł na bagnach na wschodzie a te cieszyły się opinią niezbyt przyjemnego i przyjaznego miejsca. Zresztą całkiem zasłużenie. Same okropności miały tam mieszkać. Skrzek salamandry plamistej to chyba też tam. Nie był pewien czy kiedyś ją widział na własne oczy podobnie zresztą jak z tym zielonym żonkilem. Ale chyba jednak oba składniki były dostępne na tych bagnach a były niezbędne do tej bardziej zaawansowanej wersji. Do mistrzowskiej też. Ale jeszcze trzeba by mieć elfi miód. A to chyba było od pszczół jakie były w lesie tutejszych leśnych elfów. Tyle, że one ponoć strzelały do każdego kto im się władował w ich leśny matecznik więc nie zapowiadało się aby szło to łatwo zdobyć. Na takiej nadnaturalnej istocie jaką zapewne już wówczas była Oster to może nie robiło większego wrażenia ale dla zwykłego śmiertelnika to mogło się skończyć kiepsko taka wycieczka w elfie podwórko. No chyba, że jakoś bez tego by udało się dostać ten elfi miód. Potem musiał odłożyć te zapiski i przemyślenia bo zapukał Sven dając znać, że powóz barona przyjechał.

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; ul. Szlachecka; rezudencja von Wirsberga
    Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
    Warunki: salon barona, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnie

    Joachim

    Joachimowi podczas podróży znów towarzyszył ten sam, dystyngowany, nie młody już lokaj barona Wirsberga co wczoraj. Okazywał nienaganne maniery między innymi tym, że sam nie indagował rozmowy jeśli nie miał do zakomunikowania woli swojego pana. Paul razem z Joachimem wysiedli z powozu i lokaj zaprowadził go nieco tym razem gdzie indziej niż wczoraj bowiem do salonu a nie do sypialni.

    - A jesteś mój drogi. Bardzo dobrze, bardzo dobrze. Wczoraj wziąłem na noc te nowe krople na sen i… No może nie spałem jak dziecko ale przynajmniej bez snów. I bardzo dobrze, i bardzo dobrze. No siadaj, siadaj przyjacielu, Paul obsłuż pana. - dzisiaj dla odmiany ze dwa razy starszy od astrologa gospodarz wydawał się być w o wiele lepszym humorze niż wczoraj. No i był ubrany jak do przyjmowania gości a nie w nocnej koszuli jak wczoraj.

    - To papo jak masz gości to ja uciekam. Cieszę się, że już ci lepiej. - młoda kobieta, ubrana jak szlachcianka, cmoknęła ojca w policzek i wyszła z salonu zostawiając ich samych. Po drodze jednak skusiła się posłać zaciekawione spojrzenie gościowi. Ale nie wypadało tej młodej damie zostawać przy rozmowach ojca z gośćmi, do tego innymi mężczyznami. Baron pożegnał córkę ciepło ale nieco w roztargniony sposób ciekaw widocznie jakie wieści przynosi młody astrolog.

    - No i co tam mówią niebiosa? Coś się udało dowiedzieć w mojej sprawie? - zagaił gospodarz po wyjściu córki jakby nie mógł się doczekać tych wieści. Paul stał jak żywy posąg ze dwa kroki za swoim panem i nie ingerował w rozmowę. Aż na zewnątrz dało się słyszeć nadjeżdżający powóz jaki się zatrzymał niedaleko. Wkrótce drzwi salonu się otworzyły, weszła jakaś pokojówka, dygnęła grzecznie gościom i poczekała aż lokaj ją przejmie. Powiedziała coś do niego cicho a ten skinął głową.

    - Jaśnie panie, przyjechała czcigodna Matka Somnium o jaką prosiłeś. - zaanonsował gościa czekając na decyzję swojego pana.

    - O! I bardzo dobrze, bardzo dobrze! Poproś tą zacną kobietę niech nie czeka! - zaśmiał się baron ucieszony takimi wiadomościami. Kamerdyner więc dał znak służącej i ta znów dygnęła wychodząc i zamykając za sobą drzwi. Zaś lokaj już przy nich został skoro niedługo i tak powinna przez nie wejść młoda kapłanka w czerni.

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Metalowa; mieszkanie Heinricha
    Czas: 2519.07.08; Bezahltag; południe
    Warunki: mieszkanie Heinricha, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanie

    Heinrich

    Dobrą stroną posiadania słusznego wieku było to, że nie trzeba było zaczynać dnia o świtaniu. Tylko można było wstać wtedy kiedy się chciało i uznało za stosowne. No albo jak kogoś sen obudził. Tak jak jego dzisiaj. Sam nie miał pojęcia czemu mu się przyśnił. Może to te ostatnie słowa rogatej wiedźmy aby mieli baczenie na swoje i cudze sny? Może to to o czym rozmawiali przez cały wieczór o dziedzictwie Oster i nie tylko? I tym jego pomyśle o aktorkach jaki dwójka liderów ich spaczonej rodziny zaakceptowała praktycznie z miejsca. Ot jedynie zostało ustalić parę praktycznych stron tego pomysłu ale właściwie został zaakceptowany. A Sigismundus to prawie go nosił na rękach za tak genialną myśl. Już na zborze ale i na koniec spotkania to prawie się rozpływał od wdzięczności i wzruszenia.

    - Genialne! Genialne Heinrichu! Taki cudowny użytek z tych rozwydrzonych ladacznic! I w tak szlachetnym i zbożnym celu! Genialne! Gdybyś czegokolwiek potrzebował do tych aktorek czy czego innego to tylko daj znać. Póki będę w mieście to postaram się zrobić co się da! Potem jak pewnie widziałeś przeprowadzę się do tej jaskini ale to nie tak z dnia na dzień, na razie będę mieszkał tu, z wami. - wydawało się, że dzięki swojej śmiałej wizji były łowca czarownic wiele zyskał w oczach aptekarza. Chyba tylko z Otto żegnał się równie wylewnie. Za to zarobił krzywe spojrzenie od Łasicy więc ona chyba nie pochwała tego projektu. No ale to jeszcze było wczoraj w nocy. Zanim ruszył samotnie ku swojej kamienicy i wynajmowanemu mieszkaniu. A potem był sen. Całkiem wyraźny. Też chyba w nawiązaniu do tego co się działo na tym wczorajszym spotkaniu.

    Bo śniły mu się… No chyba te aktorki… Chociaż nie, najpierw ktoś zapowiadał, że będzie wielka sztuka, wielcy artyści, wiele niespodzianek… Te wielkie niespodzianki jakoś wydały mu się szczególnie trafne a i zabawne. Potem to nie był pewny czy coś było jak tak to chyba tego nie zapamiętał po przebudzeniu. W każdym razie w końcu na scenie były one. Dwie aktorki odgrywające swoje role. Publiczność słuchała i oglądała w zachwycie. On właściwie też. Tylko, że wiedział coś czego nie wiedzieli oni. Że one, tam pod ubraniem, pod tymi kolorowymi sukniami i gorsetami ściskającymi szczupłe talie jakie im tak zazdrościły niejedne damy z widowni, one tam jeszcze pod spodem, w środku, miały prawdziwą niespodziankę. Ekscytacja publiczności rosła widząc, że sztuka zbliża się do wielkiego finału a Heinricha rosła jeszcze bardziej bo chociaż znał prawdziwe zakończenie to jednak nadal było przyjemnie na nie czekać i oglądać na własne oczy.

    Wreszcie obie siadły na krzesłach. Każda na swoim i dalej odgrywały swoją rolę do końca. Po czym wolno, nieskończenie wolno zaczęły się schylać i uśmiechać. Sięgały po rąbek swoich spódnic. Heinrich wiedział, że to wywoła zaskoczenie i może nawet zgorszenie. A może i fascynację? W końcu to była wielka sztuka! Z samego Saltburga.

    - Muszę ci powiedzieć, że trochę mi ich szkoda. Ale zawsze mnie trochę irytowały. Zadzierały nosa. No i przecież w każdej wielkiej grze są pionki do zbicia prawda? Tylko nie powinien wiedzieć, że jest pionkiem, lepiej niech myśli, że jest figurą, niech myśli, że jest ważny. Niezastąpiony. Wtedy się łatwiej nimi gra. - gdy spojrzał na mówiącą to stała tuż obok niego. Też jako widz siedzący na krześle tak jak i inni. Tylko pod ścianą a on tak raczej siedział w środku. Nie widział jej twarzy bo cień, bo włosy, bo kaptur. Ale gdy patrzył w bok, z bliska na jej niby płaski, zgrabny brzuch to też wiedział, że ona też to tam ma. To samo co kobiety na scenie jakie lada chwila miały ujawnić swoje splugawienie i sromotę. Ten jej brzuch tak przykuł jego uwagę, że się obudził. Zapamiętał tylko fiolet. Ciemny fiolet. Na jej dłoni. Nie był pewny co to było. Lakier na paznokciach? Rękawiczki? Pierścionek? Jeszcze coś innego? No coś w ciemnym fiolecie na dłoni. Dłoni jaką matczynym ruchem położyła na swoim brzuchu.

    No a potem się obudził i już nie zasnął. Zostało mu zejść z łóżka, przygotować się na nowy dzień, zjeść co przygotowała Ilse no i pomyśleć nad tym wszystkim. Właściwie wczoraj nie było tak źle. Ani go noga nie rwała i jak już poszedł na spotkanie to byli prawie wszyscy. No i okazało się, że mają przełom w tym poszukiwaniu dziedzictwa Czterech Sióstr. Jak przyszedł to Starszy i Merga też go przywitali ciepło jak para dobrych gospodarzy dawno nie widzianego krewnego. Wiedźma pytała o nogę i czy maść pomogła. Bo teraz miała wkrótce odpłynąć do dzikiej, mroźnej północy ale jak maść by działała to mogła przygotować jej zapas przed odjazdem. Albo nawet zostawić przepis Starszemu aby mógł to przygotować samemu gdyby jej zbyt długo nie było. Więc powitali go całkiem rodzinnie. No a potem było to tłumaczenie zwojów przez Mergę i omawianie tego, planu obrabowania świątyni no i różne mniejsze i większe na bliższą i dalsza przyszłość. Jak już się żegnali i rozstawali podszedł do niego Rune.

    - To coś myślisz działać z tym Czerwonym Johanem? Będziesz coś z nim gadał? Ja mam się do niego zgłosić? Mam się powołać na ciebie czy lepiej aby nas nie kojarzył ze sobą? - zagaił go były weteran wojenny bo skoro jednak miał zostać a nie płynąć do Norski to mógł się czymś zająć. Chociaż i tak jakby trzeba było porywać jakieś dzierlatki na rozpoczęcie hodowli czy szykować tą jaskinię za miastem to pewnie i jego by tam przydzielono bo trochę mało ich tu zostawało na miejscu a zadań zdawało się przybywać z każdym dniem.

    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Bursztynowa; kamienica Pirory
    Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
    Warunki: salon Pirory, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnie

    Heinrich

    Bursztynowa to była z punktu widzenia metalowego kuternogi po niewłaściwej stronie miasta. Bo on mieszkał na południe od centrum a ona właściwie w samym centrum, bo Bursztynowa odchodziła na północ od Markplatz. Ale jak się nie musial z nikim ścigać ani spieszyć to dotarł tam kiedy mu było wygodnie.

    Drzwi otworzyła mu zgrabna, młoda brunetka w ubrabiu pokojówki. Chociaż z nieco przykrótką spódnicą. Widać było zakończenie trzewików i kawałek łydek. Co by już podchodziło pod pewną dozę frywolności i dobrze wychowane damy ani tym bardziej ich służba nie powinny zachowywać się tak swobodnie. No ale panna van Dyke jako przybysz z południa Imperium, do tego miłośniczka i mecenas sztuki miała pewną dyspensę na takie detale więc pewnie i służba chociaż u niej w nieco mniej klasycznych sukniach do samej ziemi. Ale zachowywała się jak na służbę przystało.

    - Proszę zaczekać. Sprawdzę czy panienka jest na górze. - poprosiła go ta młoda pokojówka zgodnie z zasadami etykiety. Po czym poszła schodami na górę i przez chwilę słyszał jej odchodzące kroki. Po czym na odwrót, jak się zbliża, schodzi po schodach i zatrzymała się przed nim obwieszczając, że panienka jest, przyjmie go więc prosi aby udał się za nią. Tak wszedł jej śladem na piętro i tu co mogło trochę dziwić w korytarzu już czekała na niego blondwłosa gospodyni.

    - Dziękuję Kristen, sama już się panem zajmę. - powiedziała grzecznie i odprawiła służkę. Ta dygnęła jej na pożegananie, skłoniła się przechodząc obok gościa po czym słychać było jak schodzi po schodach na dół. Pirora nie czekała aż zejdzie do końca tylko od razu zaczęła mówić.

    - Witaj Heinrichu. Muszę cię ostrzec, że Oksana jest u nas. Przywiozła tą suknię co Otto zamówił u nich dla Sorii. Jest śliczna! Soria bosko w niej wygląda! Ale Oksana jest, że tak powiem z sąsiedniej rodziny. Wie o nas i często bawimy się razem. Ona jest ulubioną dominą Fabi. Chociaż mi też robi za prawą rękę jak się bawimy w loszku. Poznałeś już ją? No nic no to teraz poznasz. Nie bój się, obędzie się bez żadnych bezeceństw. Tylko przymierzamy suknię. I wszystkie jesteśmy ubrane. - krótko streściła mu dlaczego do niego wyszła i chciała go uprzedzić kto jeszcze jest dzisiaj z nimi. O samej Oksanie, Hubercie i Fabienne to Heinrich trochę słyszał. Głównie przez plotek o ich konszachtach i romasach z ich wężowymi dziewczętami i spotkania w loszku jaki Pirora miała w piwnicy. No ale sam to tej sąsiedniej rodziny jeszcze nie spotkał. Trochę ich kojarzył z widzenia z porannych mszy jak mu ktoś z rodziny ich pokazał to mniej więcej wiedział czego się spodziewać. Hubert to taki ich lider jak w ich zborze Starszy. Tylko nastawiony na czczenie Księcia Przyjemności. Fabienne była czarnowłosą i bladolicą bretońską szlachcianką jaka wyszła za tutejszego kapitana statku. A Oksana była ich krawcową, projektantką i kochanką. No i ponoć pierwszorzędną dominą w zabawach w loszku czy alkowie. Łatwo ją było rozpoznać po dwukolorowych włosach. Przy skórze były jasno blond i stopniowo ciemniały aż przy końcówkach przechodziły w tak ciemny kasztan, że wydawały się prawie czarne. Końcówkę wypowiedzi Pirora pozwoliła sobie przejść w lekki i żartobliwy ton.

    - Zastanawiałyśmy się właśnie czy by jej nie powiedzieć o tym, że szukamy nosicielek. Ona jest tu dłużej od nas i chwali się, że kogo to ona pod butem i pejczem nie miała. Kobiety też. Zresztą widać po Fabi. Ale nie tylko ją. No i mieliśmy szukać nosicielek. Tylko nie jestem pewna czy gadać z nią o tym czy nie. W ogóle o Siostrach to wiedzą ale to o muchach i reszcie to świeża sprawa to raczej nie. - zagaiła jakby właśnie sama łamała sobie głowę czy wspominać o tych ich poszukiwaniach koleżance i kochance z sąsiedniej rodziny czy lepiej nie. Brzmiało jakby ta miała spore towarzyskie znajomości i to wśród płci pięknej także a i częściowo już i tak wiedziała o Siostrach. No ale jednak bez takich drastycznych detali jakie wczoraj padły na spotkaniu pod zwaloną wieżą. A później zaprosiła gościa aby zrobił te kilka ostatnich kroków do widocznych drzwi do salonu.

    Gdy weszli tam oboje to rzeczywiście wyglądało jak przymierzanie nowej sukni. Soria stała przed dużym a więc pewnie drogim lustrem i oglądała z zaciekawieniem swój własny wizerunek. Zaś obok niej stała młoda kobieta która w ogóle nie kojarzyła się z czymkolwiek dominującym. Miała skromnie upięte włosy, szpilki w ustach i koncentrowała się coś tam poprawiając przy barku klientki i krawędzi sukni. Sama była w o wiele skromniejszej spódnicy. Chociaż… Chociaż była w niej ukryta elegancja. Tam sztuczna róża, tu wyszywany pieczołowicie kwietny wzorek, tu z pozoru skromne wycięcie w boku jakie nie było od razu widoczne aż nie zrobiła szerszy krok aby sięgnąć po nożyczki i wtedy dało się zobaczyć kawałek całkiem zgrabnej nogi odzianej w pończochę. Pończochy były domeną szlachcianek bo to był eksluzywny i drogi towar na jakie zwykłe praczki czy szwaczki nie było stać. Albo krawcowe. No i kurtyzany z wyższej półki to jeszcze używały takich drogich rzeczy. A ta tutaj niby taka zwykła, prosta krawcowa a miała na sobie pończochy. Obie widząc, że mają gości odwróciły się do niego.

    - I jak ci się podoba Heinrichu? - zapytała Soria kokieteryjnym tonem odwracając się do niego frontem i przybierając jeszcze bardziej kokieteryjną pozę. Oksana zwinnie usunęła się w bok aby nie zasłaniać widoku. Zaś modelka w tej krwistej czerwieni prezentowała się śmiało i powabnie. Może nawet nieco zbyt wyzywająco bo na takie śmiałe linie mogła sobie pozwolić tylko nietuzinkowa i pewna swoich pleców dama. Inaczej mogłaby wywołać zgorszenie i liczne plotki tak śmiałym by nie rzec wyuzdanym tonem. Ale przynajmniej na ten moment sama modelka wydawała się cieszyć nową zabawką, podobnie jak projektantka sukni no i gospodyni tego lokalu. Powitanie więc zaczęło się całkiem przyjemnie i w żartobliwej, przyjacielskiej atmosferze.

    - A w ogóle to tak się wczoraj niespodziewanie zjawiłeś, że cię właśnie obgadywałyśmy. Napijesz się czegoś? - zagaiła do niech averlandzka szlachcianka chwilę później nie wychodząc z roli dobrej gospodyni podeszła do stolika z ciastkami i napitkiem.

    - Ciebie interesują sprawy alkowy? Bo jak tak to mam taką, jedną koleżankę. Szlachcianka, wykształcona, oczytana, dobrze wychowana, zafascynowana sztuką i poezją. Znam ją właśnie z kółka poetyckiego u Kamili. Dzisiaj tam zabieram Sorię, niech promienieje i ich olśni swoim blaskiem. - van Dake mówiła dalej odwracając się do gościa i podając mu pełny kielich gdy projektantka i jej modelka znów zaczęły coś gmerać przy czerwonej sukni. Ale sądząc po spojrzeniach i uśmiechach też były filuternie ciekawe tej rozmowy.

    - No i właśnie ta koleżanka ma baardzoo wielką słabość do zmarszczek. Dla niej prawdziwy mężczyzna zaczyna się w okolicach szóstego krzyżyka. Kobieta zresztą też. Chociaż jak dominująca to może być nawet w jej wieku bo w posłuszeństwo też się lubi bawić. No piąty krzyżyk no chociaż czwarty no to może chyba przymknąć oko. No a taki dystyngowany, starszy pan jak ty to myślę, że mógłbyś być w jej guście. No chyba, że cię nie interesują takie sprawy no to nie. Ale jakby coś było na rzeczy to tylko powiedz. Dobrze pójdzie to będzie dziś na wieczorku poetyckim u Kamili to mogłabym jej wspomnieć, że mam dla niej nowego amanta w interesującym ją wieku. Bo czasem pomagam jej zorganizować takie schadzki. A takie młokosy jak nasz Otto czy Joachim to jej w ogóle nie interesują. Może na Tobiasa by raczyła zwrócić uwagę. - powiedziała siadajac wygodnie na ozdobnym krześle i popijając wino ze swojego kieliszka. Czekała z wpatrując się w gościa z zaciekawionym uśmiechem i wyglądało, że mimo to pyta na poważnie i naprawdę zna taką koleżankę co preferuje starszych kochanków. Najlepiej o wiele starszych. No ale gdyby Heinrich nie był zainteresowany takimi zabawami to nie miała zamiaru drążyć tematu.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    0
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine
      Developer
      napisał ostatnio edytowany przez
      #77

      Oryginalny autor: Pipboy79

      Oryginalny tytuł: Tura 22 - 2519.07.08; bzt; ranek - popołudnie (2/2)

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów; mieszkanie Otto
      Czas: 2519.07.08; Bezahltag; ranek
      Warunki: mieszkanie Otto, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, sła.wiatr, umiarkowanie

      Otto

      Trudno było powiedzieć aby wstawał rano wypoczęty. Co nie dziwiło. Wrócił do siebie późno w nocy, pewnie już było z godzina albo dwie po północy. Ale jeszcze było ciemno jak w nocy czyli raczej późno niż wcześnie. Wrócił z tego niezapowiedzianego spotkania całej ich spaczonej rodziny. Plany i ambicje ta rodzina miała wielkie, cele zaszczytne ale i ograniczone środki oraz wielu wrogów i przeciwności. Jednak nawet wczoraj udało się ustalić jakiś konsensus. Najszczęśliwszy z wczorajszego spotkania to wychodził chyba Sigismundus. Grubas prawie leciał na skrzydłach tej szczęśliwości aby jak najprędzej zasiać nasienie Oster w łonach dwóch nosicielek jakie trzymał w piwnicy. Ale wcześniej zwłaszcza z Heinrichem i Otto żegnał się bardzo wylewnie, wręcz wydawał się być wzruszony jak bardzo obaj przysłużyli się sprawie Oster. Do jednookiego mnicha miał jednak pewną sprawę gdy tak na chwilę rozmawiali sami.

      - Słyszałeś co mówiła Onyx? Mówiła, że ona tam ma w robocie jakąś co lubi z robakami. Gadałem z nią teraz mówi, że niczego nie obiecuje ale może jej powiedzieć i przyprowadzić aby obejrzała te robaki. Tylko ja się boję, że znów mnie poniesie. Jak tydzień temu z naszymi dziewczynami. I ją spłoszę. Może ty byś z nią pogadał? Tobie to lepiej wychodzi. Z tobą jakoś normalnie gadają. Bo jakby się zgodziła i dała sobie wstrzyknąć no to… Nooo! To by było! Chociaż jeden miot w końcu to tylko parę dni, może tydzień. Umówiłbym was jakoś, ona by ją przyprowadziła jak ci tam pasuje na który dzień i byś z nią pogadał co? - poprosił go przed rozstaniem aptekarz. Wcześniej na naradzie Onyx rzeczywiście coś wspomniała o jakiejś koleżance z pracy co ma takie pokrewne zainteresowania no i widocznie to grubas wyłapał. Ale sam sobie nie dowierzał, że w gorączce emocji w ostatniej chwili nie spłoszy ladacznicy swoją zamaszystością i ekspresywnością. Bo jeszcze Lilly coś mówiła podobnego no ale tamta miała być tam u nich w jaskini za miastem a ta od Onyx to prawie pod ręką bo tutaj na miejscu, w mieście a jak jeszcze pracowała razem z Onyx to pewnie widywały się co noc albo prawie.

      A potem jeszcze ostatnie pożegnanie, uścisk i czas było wracać do domu. Przez te bezpańskie, skryte w nocnym cieniu ulice. Gdzie po omacku łatwo było wdepnąć w coś paskudnego czy kopnąć coś zbyt twardego aby to kopać. W końcu wrócił do siebie, zamknął drzwi, poszedł do łóżka i zasnął. I śnił.

      Śnił taki sen, że gdyby wciąż był w zakonie to powinien natychmiast biec do spowiednika albo sam wybrać sobie pokutę za taki nieprzyzwoity a wręcz plugawy sen! Żaden prawy obywatel by nie mógł przejść spokojnie na takie obrzydliwe obrazy!

      Śniło mu się bowiem kobiece łono. Całkowicie nagie. Nawet bez żadnego włoska nie mówiąc już o bieliźnie. Widział je jak na dłoni bo było gościnnie zaprezentowane tuż przed nim. Kobieta musiała leżeć na plecach. Jej blady srom pulsował w podobnym rytmie jak szybki oddech jej brzucha. Zaś uda były szeroko i zapraszająco rozchylone. Jakby jakaś wyuzdana ladacznica czekała na przyjęcie kochanka. Albo kobieta szykowała się do poczęcia nowego życia. Tylko wtedy brzuch powinna mieć brzemienny a ten na taki nie wyglądał. Jednak to był poród. Widział jak brzuch kobiety zaczyna przyspieszać, jak ona sama jęczy i sapie coraz częściej. A coś tam przepycha się z jej wnętrza na zewnątrz. Chociaż tego nie widział to wiedział, że tak właśnie jest. Coś wijącego i żwawego co torowało sobie drogę na zewnątrz. Już wydawało się, że coś zaczyna być widać ale wtedy właśnie się obudził. Ujrzał blade szczeliny wbijające się do środka przez szpary w okiennicach i zorientował się, że ma niewiele czasu aby zdążyć do hospicjum na swoją zmianę. Prawie zaspał co po takiej zarwanej nocy nie było dziwne. Ale musiał się pospieszyć jak nie chciał się spóźnić na całego.

      Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
      Czas: 2519.07.08; Bezahltag; popołudnie
      Warunki: hospicjum, jasno, ciepło, cicho; na zewnątrz: jasno, pogodnie, powiew, nieprzyjemnie

      Otto

      Dzień w hospicjum się dłużył. Dawno nie musiał przychodzić z samego rana po tak kiepsko przespanej nocy. Na pocieszenie miał wspomnienia z wieczornego spotkania gdzie przecież zapowiadało się na spory postęp w ich zaszczytnej sprawie. Ale póki co musiał się zmagać z prozą życia. Z samego rana przeora nie było. Załatwiał jakieś sprawy w ratuszu. Więc Otto musiał zająć się swoimi zwyczajowymi obowiązkami. Z czwórki ulubionych pacjentów to oględziny wyszły mu różnie.

      Thorn nadal patrzył na niego spod byka. Co prawda już się nie rzucał na drzwi i nie darł się na jego widok, że go dorwie i tak dalej ale spojrzenie nadal nie wróżyło mnichowi nic dobrego gdyby nie dzieliły ich drzwi i ściany.

      U Anniki właściwie było bez zmian czyli bez sensacji. Promieniała niemą obojętnością z domieszką pogardy dla świata. Poza tym jednak nie sprawiała kłopotu i jak to miała w zwyczaju nie kwapiła się do rozpoczęcia samej rozmowy.

      Właściwie chyba tylko z Mariką i Georgiem dało się jakoś normalnie porozmawiać. A zastał ich razem na stołówce. Ona jaka ta “prawie normalna” bo na tle różnych stadiów, różnych chorób na jakie cierpieli pacjenci hospicjum rzeczywiście była prawie normalna. Jakby nie ten jej wyskok z zeszłego tygodnia to by można ją wziać nawet za jakaś pracownicę hospicjum. I dziś miała szorować gary. Jak Otto wszedł do odremontowanej stołówki to już obok niej stało kilka z nich całkiem ładnie wypucowanych. Braciszkowie przydzielili jej dzisiaj nieco lżejsze zadanie. Może z powodu plotek o tym, że ma szanse stąd wyjść i to na służbę do wielkiej pani. Szorowanie garów może niekoniecznie było lżejszym zadaniem niż szorowanie podłóg, schodów czy wielogodzinne pranie. Ale na pewno trwało krócej.

      Drugim zadaniem Mariki miało być pilnowanie Georga. Ten dzisiaj miał już dużo mniejszy bandaż na głowie więc rany musiały się goić. Siedział niedaleko koleżanki z zawziętością małego chłopca układał na stole piramidę z klocków. Swoim zwyczajem zdawał się nie zauważać mnicha nawet jak ten przywitał się z nimi. Klocki zdawały się pochłaniać całą jego uwagę co wyglądało dość zabawnie z racji tego, że był to już rodosły mężczyzna gdzieś na pograniczu młodego i średniego wieku. Ale nie licząc powitania to właśnie on odezwał się pierwszy.

      - Mówiłem, ci że przyszedł. - powiedział chyba do Mariki chociaż sam dokładał właśnie kolejny klocek. Na oko mnicha to wcześniejszy rząd był ułożony “na styk” co nie wróżyło tej konstrukcji zbyt dobrze zwłaszcza jak się dokładało kolejne klocki.

      - Phi! Mówiłeś też, że nie mam majtek. - skwitowała to wesoło dziewczyna jakby oświadczenie kolegi nie robiło na niej większego wrażenia.

      - Bo nie masz. Albo nie… Nie miałaś? Miałaś? Aaa… Albo to jutro będzie… Chyba tak… Ciężkie to miesza mi się… Chyba jutro nie będziesz miała. W przyszłości, tak. No chyba, że to było i wcześniej ściągałaś… - chłopiec w ciele mężczyzny znieruchomiał swoją dłoń z klockiem jaki już miał dostawić na szczyt piramidy gdy rozmowa z koleżanką go pochłonęła do reszty. Wydawał się być w pełni skoncentrowany właśnie na tym.

      - E tam, do dupy te twoje wróżby! Co to za wiedza jak mogę ściągać te majtki wczoraj, dzisiaj albo jutro? - roześmiała się wesoło dziewczyna i chlapnęła Georga wodą ze swoich mokrych dłoni. Krople poleciały w jego stronę i niektóre spadły na niego, część na stół, podłogę albo klocki. Jedna na ten klocek jaki trzymał wciąż z nieruchomej dłoni.

      - Widzisz? - zapytał wskazując wzrokiem na kroplę jaka powoli ściekała w dół klocka a gdy doszła do krawędzi zaczęła się na niej chybotać.

      - Co? - zapytała dziewczyna niezbyt chyba wiedząc na co ma patrzeć i co chce jej pokazać. Spojrzała pytająco na jednookiego mnicha ale ten też widział tylko drgającą na krańcu klocka kroplę wody. Chyba, że chodziło o sam klocek. Albo piramidę. Ale to na kropli chyba koncentrowała sie uwaga tego dużego chłopca.

      - Nici. Pajęcze nici. Idą do ciebie. Będziesz cała w niciach. W kokonie. W pajęczym kokonie. - powiedział poważnie pokazując palcem nic. Ale tak jakby od tej kropli biegła ta pajęcza nić o jakiej mówił wprost do siedzącej obok koleżanki. Marika zamrugała oczami i chyba nie wiedziała co ma na to powiedzieć. Znów podniosła głowę i spojrzała pytająco na Otto.

      - Tak on z nimi rozmawiał. Szuka ich. I innych rzeczy. Tak, oni tego szukają. Mają coraz więcej nici. Muszą je łapać i iść po nich. Duży mętlik, dużo osób wczoraj było. Skomplikowane. Głowa mnie boli. - poskarżył się duży chłopiec jakby osiągnął jakiś swój limit i miał już dość. Odłożył klocek obok piramidy i wyglądał na zgaszonego.

      - Może idź się połóż do łóżka? Jak chcesz to przyniosę ci obiad. - zaproponowała koleżanka całkiem siostrzanym tonem. Ale George nie odpowiedział. Wpatrywał się gdzieś w przestrzeń jakby już go tu nie było.

      - A tak, już wiem… Bo ty zabrałeś Thornowi kobietę. Dlatego tak cię teraz nie lubi. No tak, tak… Ale to nic. Dasz mu nową to się uspokoi. On nie chce ciebie tylko kobietę. Dawno żadnej nie miał. A ty mu ją zabrałeś sprzed nosa. Ale jak mu jakąś dasz to mu przejdzie. Chce kobiety a nie ciebie. Sprzątałem dzisiaj u niego. Nic mi nie zrobił. Ale słyszałem go. Co ma w głowie i sercu. Dużo miejsca mu zajmujesz. I ta ładna pani z czarnymi włosami. Aha i Annika. Jest brudna. Śmierdzi. Chce się wykąpać. Nie wychodziła z celi od zeszłego tygodnia. Nie dają jej wody do mycia. Czuje się brudna, lepka. I myśli o tej ładnej pani z wężami. Zaczarowała ją chyba. Tak myśli. Chce to zmyć. Bo jest lepka, brudna i śmierdzi. Ale sama nie poprosi. Nikogo o nic nie prosi. Nikt jej nigdy niczego nie dał. To nie prosi. I bracia ci zazdroszczą. Bo oprowadzałeś ładne, bogate panie. A oni nie. I teraz dały duży datek to przeor cię lubi. Rozmawia z tobą. Wcześniej nie zwracał na ciebie uwagi a teraz traktuje jak ulubieńca. I patrzą się na Marikę jak podwija habit. Albo jak szoruje podłogi na czworakach. To patrzą się na nią. - George zaczął mówić sennie jakby właśnie był w jakimś śnie albo transie. Mówił wpatrzony gdzieś w nie wiadomo gdzie jakby słuchał jakiejś rozmowy, widział jakieś obrazy, czytał książkę czy oglądał jakąś sztukę. Albo wszystko to na raz albo coś jeszcze innego. W każdym razie skóra mogła scierpnąć jak się słyszało te słowa jakie mówiły o rzeczach jakich taki idiota chyba nie powinien móc wiedzieć. Kto co myśli? Kto co powiedział jak go przy tym nie było? Jakie kto ma potrzeby? Dziwnie to wszystko brzmiało.

      - Dobrze, będę zmęczony i zaśpię na obiad ale dziękuję, że mi przyniosłaś obiad to bardzo miłe z twojej strony. Jesteś dla mnie bardzo miła. Daruję ci, że uważasz mnie za dziwnego i trochę się mnie boisz. - powiedział przyjaźnie niczym mały chłopiec zwracając się do dziewczyny która znów chyba nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Bo w końcu tylko się uśmiechnęła nieco sztucznie i nie protestowała kiedy ten zbierał się do wyjścia ze stołówki.


      Potem było już niewiele czasu do obiadu. I zaczął się sam obiad. Z przeorem bo zdążył widocznie wrócić z miasta. Wszyscy zasiedli do wspólnej wieczerzy, odmówili modlitwę dziękczynną i zjedli całkiem nie tak skromny posiłek. Nawet jakieś kawałki ryby i kiełbasy były dzisiaj na talerzach czyli całkiem bogato. Po obiedzie przeor sam wezwał Otto do swojego gabinetu.

      - Jesteś chłopcze. Bardzo dobrze. Mam dla ciebie dobre wieści. Właściwie dla Frau von Mannlieb. Annikę można przenieść. Już napisałem list do naszej dobrodziejki. Zaniesiesz jej. Tu na kopercie masz adres, to w Północnej Dzielnicy oczywiście. - powiedział na wstępie podnosząc zalakowaną kopertę jaka po złamaniu pieczęci była jednocześnie listem. Przeor wydawał się w dobrym humorze. Obrzucił podwładnego spojrzeniem jakby się zastanawiał czy będzie się prezentował odpowiednio godnie na szlacheckich salonach.

      - Mam nadzieję, że nasza szlachetna pani się nie rozmyśliła. Z tymi bogaczami to nie wiadomo. Raz wiatr zawieje tak to oni tak a jak w inną to oni też w inną. Oby tym razem to było coś stabilniejszego. - przywódca hospicjum wzniósł ręce do nieba na znak jak zmienni potrafią być humory i łaska tych sławnych i bogatych.

      - Ale uważaj Otto. Musisz działać z wyczuciem mój chłopcze. Zgaduję, że je masz skoro najpierw sprowadziłeś je tutaj a potem namówiłeś na te datki. Oby tak dalej! Tym razem jednak postaraj się wyczuć, że Frau chce tą Annikę. Jak zmieniła zdanie no to trudno. Lepiej tak niż potem by miało się roznieść, że wciskamy albo sprzedajemy naszych pacjentów! No ale dobrze jakby jednak ją wzięła. Już zainwestowałem większość ich datków na spłaecenie naszych długów i w weksle żywnościowe na przyszłość. Widziałeś obiad? Mamy kiełbasę i ryby! Na raz! To właśnie ze szczodrości naszych dobrodziejek więc wyszłoby nieco niezręcznie jakby prosiły z powrotem o jałmużnę. To by się nie godziło tak zabierać od ust ubogim. Ale łaska wielmożów na pstrym koniu jeździ. No ale to tyle. Weź ten list i udaj się do tych von Mannliebów i grzecznie poproś o odpowiedź. Jakby trzeba było to jutro, jak się uprze to właściwie nawet dziś, mogłaby po nią przyjechać. Ale lepiej jutro. - przeor skończył omawiać sprawę dla jakiej wezwał młodszego mnicha. Ten na kopercie zobaczył adres von Mannliebów. Co prawda nigdy tam nie był ale kojarzył mniej więcej tą zacną okolicę bogaczy to wiedział, że trafi.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • SantorineS Niedostępny
        SantorineS Niedostępny
        Santorine
        Developer
        napisał ostatnio edytowany przez
        #78

        Oryginalny autor: Seachmall

        Bezahltag; popołudnie; hospicjum

        Otto spojrzał dość ciepło na dwójkę swoich podopiecznych jak tylko ich zobaczył.
        Marika i George, nie sądził, aby głos Soren i Vesty mógł zbliżyć ich, ale musiał sobie przypomnieć, że te dzieci są niewtajemniczone i znają rozmiarów wielkiej gry, w której są jedynie pionkami pionków.

        - Pozwól mu mówić, Mariko. Jego sny wypełniają go myślami, których nie może zatrzymać dla siebie. Dawno nie interpretowałem przepowiedni, aby dobrze odgadnąć, ale… - uśmiechnął się do kobiety - Podejrzewam, że kiedy pójdziesz pod opiekę przepięknej Sorii, zaopiekuje się tobą. Będziesz jak w pięknym kokonie z jedwabnych pajęczych nici. - poklepał po ramieniu Georga - Być może za kilka dni przyprowadzę znajomego do ciebie George. Czarodzieja, który spogląda w gwiazdy, może pomoże ci znaleźć drogę w tym mętliku.

        - Nie no… Niech sobie mówi… - dziewczyna myjąca gary i przy okazji sprawująca opiekę nad pacjentem jaki sprawiał dość zdziecinniałe wrażenie, wzruszyła ramionami sama chyba nie będąc pewna co o tym wszystkim myśleć. Popatrzyła niepewnie to na kolegę - pacjenta to na młodego mnicha jaki ich właśnie odwiedził na krótko przed obiadem. W końcu uśmiechnęła się całkiem ciepło i przyjacielsko do tego drugiego.

        - Myślisz, że pójdę do Sorii? Bardzo bym chciała! Zwłaszcza jak ona jest od Pajęczej Królowej. Pająki i sieci też mi się śniły ale nie kokony. I to takie duże, że to ja bym się miała w nich zmieścić. Ale myślałam, że lady Fabienne mnie weźmie. Tak mówiła jak tu była ostatnio. - odparła nieco wyjaśniając rozmówcy swój punkt widzenia i dało się wyczuć, że chociaż zapewne dwie pozostałe młode szlachcianki zrobiły na niej pozytywne wrażenie i chętnie by się stąd wyrwała na służbę u którejś z nich to jednak pajęcza milady była na samym szczycie jej hierarchii. Wię zapewne najchętniej służyłaby osobiście właśnie jej i u niej.

        - Aha, czarodzieja, tak, tak. Wiedziałem, że tak będzie. To oczywiste. Tak, będzie mówił i pytał, tak. To przeor się zgodzi tylko trzeba z nim dobrze pomówić. Wszystko jest zapisane w księgach. Księgi wiedzą różne rzeczy. To o was też. - George dla odmiany wcale nie wydawał się być zmieszany czy zaskoczony słowami mnicha. Wręcz przeciwnie mówił tak jakby owa wizyta była od dawna ustawiona w jego grafiku i teraz Otto tylko przyszedł ją potwierdzić. Marika znów popatrzyła na niego z powątpiewaniem ale komentarze zatrzymała dla siebie.

        - Dzięki za radę i za sugestię co do Anniki. - uśmiechnął się mnich i zerknął na Marikę - Nie mów tego nikomu, ale lady Fabianne jest podwładną Sorii. Jeżeli będziesz u pani von Mannlieb, to Soria nie będzie daleko. Jeszcze nie znam czasu, kiedy do niej cię zabierzemy, ale podejrzewam, że jest to bliżej niż dalej. Dobrze wykonuj swoje czynności, a nic nie przedłuży ci czekania. - zerknął na budynek Hospicjum i westchnął - Nie będę wam przeszkadzał, mnie teraz czeka trochę pracy. Miłego dnia. - skinął dwójce głową i ruszył do przybytku. Postanowił najpierw odwiedzić Annikę. Zapukał do drzwi izolatki kobiety.
        - Anniko, tu Otto. Mogę wejść?

        Otto żegnał się z dwójką pacjentów ze stołówki w dość pogodnych nastrojach. George wydawał się być w swoim dziecinno - beztroskim nastroju zaś Marika ucieszona swoją służbą u ładnych szlachcianek i obietnicą kontaktu z córką Pajęczej Królowej obiecała nie sprawiać kłopotów i jakoś wytrzymać tą końcówkę swojego pobytu w tym charytatywnym przybytku. Po czym udał się do sektora izolatek gdzie w jednej z nich przebywała milcząca pacjentka. Jak do niej zapukał usłyszał krótkie “Właź” po czym jak otworzył drzwi zastał ją tak jak i wcześniej. Czyli leżącą biernie w samej koszuli i kalesonach na rozłożonej pryczy z ręką pod głową i wpatrzoną obojętnie w sufit. Tylko na moment skierowała na niego milczące, ponure spojrzenie ale nie odezwała się ani słowem.

        - Miło, że jesteś w dobrym humorze…- zaczął - Mam pomysł, który może go poprawić. Co powiesz na ciepłą kąpiel? Spędziłaś tu dużo czasu, sama, trochę swieżego powietrza ci się przyda. No i zmyła byś z siebie pot, zmęczenie i niepożądane myśli?

        W pierwszej chwili się nie odezwała. Tylko posyłała mu uważne spojrzenie szukając w jego twarzy… No właściwie nie wiedział czego. Tak samo jak tego czy znalazła czy nie.

        - Dobra. Bo już zaczęłam śmierdzieć. - powiedziała krótko i wstała bez ostrzeżenia. Stanęła na środku swojej celi, tak samo niewielkiej jak tą w jakiej bytował Thorne i czekała aż mnich ją zaprowadzi do łaźni.

        Otto spokojnie wyszedł i poczekał na kobietę, zamykając za nią drzwi. Po czym bez ceregieli zaprowadził ją do łaźni. Rozejrzał się czy pomieszczenie jest nie zajęte, po czym wprowadził kobietę.

        - Spędź tu, tak długo jak zechcesz. Ja będę czekał za drzwiami, jeżeli będziesz czegoś potrzebować. - odwrócił się, aby wyjść i zostawić Annikę, aby zajęła się swoimi potrzebami.

        Znów się niewiele odzywała. Zarówno gdy szli przez hospicjum jak i w samej łaźni. Ta akurat okazała się pusta, zbliżała się pora głównego posiłku więc nikt w tą porę raczej nie brał kąpieli. Te urządzano zwykle rano albo na wieczór. Widok balii z czystą i ciepłą wodą jednak zdawał się przyciągać wzrok pacjentki. Poczekała aż wyjdzie i zamknie drzwi. I po chwili zza nich usłyszał odgłos plusku wody gdy pewnie weszła do środka. A potem dalsze, gdy się zaczęła kąpać. I nawet zaskakująco miłe dla ucha przyjemne, kobiece nucenie gdy tak sobie uprzyjemniała tą kąpiel. W końcu pluski ustały zakończone jakimś większym ociekającym odgłosem gdy pewnie wyszła z balii. Jeszcze trochę cichszych odgłosów kroków bosych stóp na posadzce i innych gdy pewnie sie wycierała i ubierała. W końcu otworzyła drzwi i jeszcze z mokrymi włosami wyszła znów ubrana w koszulę i jakieś spodnie. Chociaż takie czste a nie te co miała na sobie poprzednio.

        - Już. - odparła krótko ale chyba pierwszy raz od dawna widział uśmiech zadowolenia na jej surowej zazwyczaj twarzy. - I dziękuję. - dodała jakby przez chwilę walczyła ze sobą aby nie uznać tego za oznakę słabości czy podporządkowania. Zaczął jednak bić gong wzywający wszystkich na obiad.

        Mnich chwilę się zastanowił, wsłuchując się w gong i patrząc na Annikę.

        - Obiecujesz, że zachowasz się dobrze i nie dasz sprowokować? - jego wzrok był poważny - Będę przy tobie, więc nie masz się co martwić. Jednak chce twojego słowa, to pójdziemy zjeść z wszystkimi.

        Uśmiech szybko zszedł z jej twarzy i znów wróciła ta ponura i obojętna na wszystko i wszystkich mina. Przez chwilę trawiła jego słowa w milczeniu. W końcu swoim zwyczajem obojętnie wzruszyła ramionami.

        - Nie zależy mi aby jeść z nimi. Wszystko mi jedno. Jak chcesz to mogę zjeść na stołówce jak nie to u siebie w celi. Wszystko mi jedno. Ale nikomu nie dam sobą pomiatać. Nikomu. - odparła tym ponurym tonem jakim zwykle od niej ostatnio słyszał.

        - A chciałabyś zjeść na zewnątrz? Albo gdzieś indziej niż w celi? - zaczął mnich - Sporo przeszłaś przez ostatnie dni i sądzę, że zasłużyłaś na taki dzień dla siebie. - uśmiechnął się do kobiety - Natomiast moje "czy dasz słowo", miało bardziej na celu… zbadania twojego nastawienia. Nawet jeśli dałabyś mi słowo, nie powstrzymałbym cię przed upodobnieniem Thorna do mnie, gdybyś chciała. - popukał się przy tym w opaskę na pustym oczodole - Zważając co nasz ogier najwyraźniej o tobie myśli.

        - Zwisa mi co myśli ten wypierdek. Jak go dorwę to wtedy zobaczymy jaki jest twardy. Tutaj zawsze ktoś mi przeszkadza. - prychnęła z irytacją i pogardą wobec swojego sąsiada zajmującego cele ileś tam drzwi dalej od jej własnej. Ale uwaga o tym jaka jest groźna chyba sprawiła jej przyjemność bo w oczach pojawił się jakiś krótki błysk.

        - Może być w ogrodzie. Dawno tam nie byłam. - odparła gdy propozycja wyjścia na świeże powietrze chyba przypadła jej do gustu.

        - Wiem, że zaprzątasz mu głowę. Ty, Marika i kilka innych kobiet, ale to pewnie, że ostatnim razem jak jakaś u niego była, zabrałem ją zanim zdołał zamoczyć. Trochę ciepło mi na sercu, że chłopaka swędzą jaja od tamtej chwili. - trochę zaśmiał się mnich i ruszył z kobietą zabrać jej posiłek i wyjść do ogrodu.

        Przez korytarz przeszedł dźwięczny, kobiecy i jawnie złośliwy śmiech gdy Annika dowiedziała się o cierpieniach kolegi z celi. Widocznie nie pałała do niego sympatią i takie wieści był miłe jej sercu.

        - Oh, Marika to na pewno zaprząta głowę i jaja nie tylko Thorna. Taka śliczna dziewuszka co tak chętnie podwija kiecę zawsze przykuwa uwagę. - rzuciła zadowolonym tonem gdy szli przez korytarz. Umilkła gdy zza zakrętu wyszedł jakiś mnich i z pewnym zdziwieniem spojrzał na nich. Zwłaszcza na pacjentkę z izolatki jaka szła obok kolegi. Ale nic nie powiedział. W końcu dotarli do stołówki gdzie było już dość gwarno i ludzi się już trochę uzbierało. Był to główny posiłek dnia a w hospicjum zwykle się nie przelewało. Wśród pacjentów Otto wyłowił spojrzeniem Marikę jaka znów pełniła rolę pomocnika. Tym razem stojąc przy tym samym garze jaki wcześniej myła. Tylko teraz był napełniony kompotem jaki nalewała pacjentom i obsłudze do prostych, glinianych kubków uśmiechając się przy tym do nich ciepło. Aż można było odnieść wrażenie, że jest jakimś sympatycznym, ciepłym okruchem z innego świata, jakąś bogobojną mieszczką co pełni zaszczytną i potrzebną służbę na spotkaniu po mszy czy coś takiego. Georga nie wypatrzył. A Thorne pewnie siedział w swojej celi. Annika zaś zgodziła się poczekać przy wejściu do stołówki i jak na razie grzecznie tam stała bez zainteresowania rozglądając się po tym zwyczajowym, rozgardiaszu przy obiedzie. Dzisiaj był chyba nieco większy i radośniejszy bo okazało się, że podano zupę nie tylko z kawałkami ryby jakie były najczęściej spożywanym rodzajem mięsa nie tylko tutaj ale i w całym mieście. Najpospolitsze i najtańsze świeże mięso, podobnie popularne jak sery czy jajka. Ale także były kawałki kiełbasy co już nie było codziennością więc bardzo podnosiło na duchu i poprawiało humory.

        - Dwie porcje moja droga. - powiedział do Mariki - Idziemy z Anniką do ogrodu. Nie chcę kusić losu, ale… może do nas dołączysz jak skończysz tu? - mnich zwrócił uwagę Anniki co do podwijania sukni przez przyszłą podopieczną Sorii. Być może część szeptów, czempionki Slaanesh ciągle kręciły się po głowie drugiej pacjentki. Kiedy odebrał posiłek wrócił do stojącej przy drzwiach kobiety i oboje ruszyli od ogrodu. Na miejscu mnich wybrał wygodne miejsce na słońcu, aby usiedli i rozpoczął posiłek w towarzystwie pacjentki.
        - Z ciekawości. Jest ktokolwiek w tym hospicjum, kto nie wywołuje wrzenia w twojej krwi?

        Zasiedli oboje przy prostym, drewnianym stole, jedynym z kilku jaki był rozstawiony w ogrodzie na takie albo inne okazje. Teraz jak letnie popołudnie okazło się pogodne to było tu całkiem przyjemnie. Trawa była zielona, winorośle oplatały mury i filary a gdzieniegdzie kwitły ozdobne kwiaty. No i ciepły posiłek, wyjątkowo bogaty dzisiejszego dnia też mógł nastrajać nie mniej pogodnie. Annika usiadła przy stole i zaczęła jeść swój obiad zastanawiając się przez kilka łyżek nad słowami jednookiego mnicha.

        - Jak jestem wkurzona to wszyscy mnie wkurzają. A jak nie to najwyżej Thorne albo jakieś durne polecenia twoich braciszków. - powiedziała znów wzruszając ramionami. Nieco wcześniej jak jeszcze byli na stołówce to jakoś nie sprawiała kłopotów. Chociaż jej milcząca i naburmuszona sylwetka z mokrymi jeszcze włosami wzbudzała zaciekawione spojrzenia. Sama Marika też spojrzała w jej stronę gdy Otto o niej wspomniał i obiecała, że jak tylko nie dadzą jej jakiejś nowej roboty to chętnie do nich dołączy.

        - A te co tu były ostatnio? Po co? Ta jedna mówiła, że mnie stąd zabierze. To prawda? Czy to jakieś durne gadanie bogatych damulek co chcą się pośmiać z maluczkich? - zapytała gdy widocznie myślała o wizycie trójki szlachcianek jakie tu ostatnio widziała.

        Otto chwilę się zastanowił. Jak dużo mógł jej ujawnić, nie jest wtajemniczona w istnienie kultu, czy nawet prostsze prawdy Chaosu. Jest zwykła agresywną kobietą, której chybotliwa kontrola nad emocjami stała się bramą dla Norry, aby przesłać swą wolę. W wielkiej grze byłaby jedynie narzędziem ku większej chwale jak Loszka Sigismundusa. Jednak w jego głowie pojawiły się słowa Sorii, że dziewczyna jest samotna i poszukuje zainteresowania.

        - Te trzy kobiety, które nas odwiedziły? To szlachcianki z miasta, oficjalnie, śmierć Księżnej przypomniał im o ich własnej śmiertelności i postanowiły zaplusować u bogów, dobrym uczynkiem. - jego wyraz był dość zniesmaczony gdy to mówił, spojrzał po chwili jednak dość konspiracyjnie na Annikę - Jest jednak druga prawda. Chciałabyś ją poznać? Taka mała, duża tajemnica między nami?

        - No jak mam iść do nich na służbę to tak. - odparła po przełknięciu kolejnej łyżki całkiem smacznej dzisiaj zupy. I chyba mimo pozorów zwyczajowej obojętności była tymi słowami chociaż trochę zaintrygowana. Może nawet zaniepokojona.

        - Źle się dzieje w mieście. Bogata szlachta zaczyna tracić w oczach ludu. Zakłamanie, zepsucie i wszystko to co my wiemy o takich jak oni, wychodzi na jaw. - mnich wzruszył ramionami - Strach u dupy, więc zaczynają szukać ochrony jak tylko mogą. Silna jesteś, na pewno odstraszysz niejednego chłopa, co sądzi, że widły to dobra broń. Do tego jesteś ładna, więc mogą zrzucić, że wzięły cię ze względu na wygląd. - nie było to do końca kłamstwo, chociaż trochę pokolorował sprawę motywacji Fabienne i Pirory - Znam się z tymi szlachciankami… dość blisko, więc jak usłyszały o tobie, od razu chciały cię u siebie.

        - Nie obchodzi mnie ani szlachta ani prosty lud. - burknęła zanurzając łyżkę w kolejnej porcji zupy. Nad dalszymi słowami myślała jednak trochę dłużej.

        - Czyli one chcą mnie jako ochroniarza? - zapytała gdy przetrawiła to wszystko. Posłała przez stół pytające spojrzenie dla rozmówcy. - A ta czarna to mówiła, że będziemy się kąpać razem. I chyba coś poknociła bo to mówiła jakby to ona miała być moją łaziebną. Ale to pewnie się pomyliła albo takie gadanie tylko. - powiedziała sądując go spojrzeniem gdy wspomniała swoją rozmową z trójką szlachcianek jakie wizytowały między innymi jej celę. A Otto może wszystkiego nie słyszał wówczas ale całkiem sporo aby wiedzieć, że Fabienne mówiła coś podobnego.

        - I jak to “znasz się z nimi dość blisko”? Macie romans czy co? - zapytała jakby tym była już naprawdę zaciekawiona i zaskoczona. Bo na pozór trudno było połączyć nicią więzi i zależności skromnego mnicha z hospicjum i trójkę bogatych dam z wyższych sfer.

        Mnich westchnął rozmarzony.

        - Żeby tylko… - delikatnie się zaśmiał - Jeszcze nie miałem tej przyjemności, ale pracuję nad tym. Chcą cię jako ochroniarza swego dobytku, przynajmniej taką rolę oficjalnie będziesz spełniać. Co do wspólnej kąpieli… - mnich zastanowił się jak najlepiej ubrać swoje słowa - Szlachcice mają gusta i guściki. Tak jak romans mnicha z wysoką panią sprawiłby, że ja bym zawisnął, a ona musiałaby unikać balów przez rok, tak prywatne igraszki z ładną ochroniarką, przejdą bez echa. - spojrzał na swoją zupę zanim wziął kolejną łyżkę - Jest jeszcze jedna sprawa, która je i mnie zainteresowała. Zanim trafiłaś do izolatki, mówiłaś, że musisz kogoś znaleźć. Zrozumiem jeżeli, nie będziesz chciała się podzielić, ale twoje przyszłe pracodawczynie, chcą być po twojej dobrej stronie i pomóc ci we wszelkich prywatnych zemstach czy poszukiwaniach. Więc, kogóż tak chcesz odnaleźć?

        - Ha! Wiedziałam! Wy chłopy to zawsze się przechwalacie. Jaką to kto rybę nie złowił, jak kogoś w konia nie zrobił, jaki to nie był groźny i cwany. No albo jak to jakiej ślicznotki nie zaliczył a im ładniejsza i bardziej znana to tym lepiej bo robi większe wrażenie. “Pracuję nad tym”. Akurat. - rozmówczyni prychnęła rozbawiona ale chyba niezbyt jej się chciało wierzyć, że skromny mnich jaki tutaj przed nią siedział i codziennie pracował w charytatywnym hospicjum miałby mieć romans z którąś z tych eleganckich, bogatych dam jakie wizytowały to hospicjum parę dni temu. To wydawało się jak wątek z jakiegoś romansu czy opowieści przygodowej a nie z prozy życia jaką tu mieli w celach czy ulicach. Niemniej chyba nawet jej to poprawiło humor bo znów zanurzyła łyżkę w swojej rybnej zupie z kiełbasianym dodatkiem.

        - A jak ta czarna będzie moją łaziebną to mogę się zgodzić być jej ochroniarzem i na resztę tego jej romansu. - powiedziała jakby w tą część też nie do końca wierzyła ale właściwie była gotowa ją przyjąć chociaż na tą wspólną chwilę. Po czym wróciła do jedzenia na kilka łyżek. Z twarzy zszedł jej lekki i rozbawiony uśmiech zastąpiony skupieniem.

        - A te szukanie to nic. Znaczy żadna zemsta ani nic. Czuję zew. Kamienia. Głazu. Wielki i straszny. Ale wzywa mnie. Muszę tam iść. I stoczyć swoją walkę. Zabić. I uciąć łeb przeciwnikowi. Wszyscy mnie tu wkurzają bo mnie cały czas zatrzymują jak już powinnam być tam. Idioci. W końcu stąd się wyrwę. No ale jak te twoje szlachcianki mnie mogą wydostać to mogę poczekać. Potem tam pójdę. - odparła z ponurą determinacją jakby nawet zbawę ze szlachciankami traktowała jako krok do zrealizowania tego krwawego celu. Spojrzała gdzieś w bok i okazało się, że Marisa do nich zmierza ze swoją miską, kubkiem i łyżką uśmiechając się do nich ciepło i radośnie.

        - Oho. Idzie ta co chętnie zadziera kiece ku radości połowy hospicjum. - mruknęła cicho Annika znów się nieco rozpogadzając.

        - Poproś ładnie, może zrobi to dla ciebie, lub podwiń ją jej sama, chętnie popatrzę. - odparł cicho mnich. Miał teraz trop i będzie musiał za nim podążyć. Trzeba będzie urządzić spotkanie z Silnym i innymi sługami Khorna. Być może uda się zebrać większą grupę, przed wyjazdem Mergi. Otto pomachał do Marisy, zapraszając ją, aby usiadła przy nich - I jak tam, spokój w jadalni?

        - Tak, wszyscy grzeczni. I przeor wrócił bo go chyba cały dzień nie było. - odparła Marisa stawiając obok koleżanki swoje naczynia. W przeciwieństwie do nich miała je jeszcze pełne. Za to pacjentka z izolatki zerkała najpierw na mnicha siedzącego naprzeciwko potem na nią jak jeszcze podchodzi bujając w palcach swoją łyżkę jakby zastanawiała się czy wrzucić ją do swojej miski czy nie.

        - Pokaż co tam masz. Pod spódnicą. - powiedziała niespodziewanie Annika wskazując łyżką na podołek koleżanki. Ta jeszcze nie zdążyła usiąść i spojrzała na nią zdziwiona. Potem na Otto, też zdziwionym spojrzeniem. I niespodziewanie uśmiechnęła się promiennie jakoś wcale nie sprawiając wrażenia zgorszonej.

        - Powiedziałeś jej? - zapytała mnicha ale właściwie nie czekała na odpowiedź. Rozejrzała się po krużgankach czy nikt nie idzie ale chwilowo pewnie większość była na stołówce. Więc Marika skorzystała z okazji, stanęła okrakiem nad ławą i bez skrupułów podwinęła swoją szorstką włosiennice. Ukazały się całkiem zgrabne dla oka kobiece nogi, najpierw łydki, potem kolana i wreszcie zgrabne uda. A te zwieńczone były delikatnym, finezyjnie koronkowym kawałkiem materiału z wyszytymi inicjałami jakie zapewne niepiśmiennym nic nie mówiły. Ale już powtarzający się motyw wyszytych lilli jakie były popularnym, bretońskim herbem ale też i powszechnym elementem zdobniczym mogły już sugerować pochodzenie. Annika rzeczywiście wyglądała na zaskoczoną tylko trochę nie było wiadomo czym. Czy tym, że Marika tak ochoczo spełniła jej prośbę czy tym co znajdowało się pod włosiennicą. Bo tak finezyjna bielizna wydawała się być poza zasięgiem pacjentek charytatywnego hospicjum.

        - Skąd to masz? - Annika wydawała się być autentycznie zdumiona. Sięgnęła dłonią aby pogłaskać delikatny materiał. I skórę właścicielki w tej okolicy.

        - Dostałam od Frau von Mannlieb. To jedna z tych szlachcianek co tu ostatnio u nas były. Powiedziała abym miała na pamiątkę no i tak do pocieszenia póki nie pójdę do niej na służbę. Zdjęła swoje i mi je dała! - Marika aż promieniała szczęściem mogąc się pochwalić takim cennym podarkiem. I jakoś dłoń koleżanki jaka go dotykała wcale zdawała się jej nie przeszkadzać. Ta zaś wydawała się nim zafascynowana.

        - A mi nie dała. Ale to ciebie też chce? Bo mi też mówiła, że mnie weźmie. - zapytała trochę chyba z żalem, że jej przyszła pani tak nie obdarowała jak koleżanki. Chociaż z pamięci Otto wynikało, że zaprowadził koleżanki z kulty najpierw do Mariki.

        - O! Naprawdę? To byśmy służyły razem! Tak się cieszę! - dziewczyna z powołaniem Soren uściskała swoją przyszłą koleżankę z pracy i w końcu usiadła obok niej.

        - No Marikę spotkaliśmy jako pierwszą, więc przy tobie, już za bardzo nie miała co z siebie zrzucać. - Otto uniósł dłonie w obronnym geście - Ale tak, zarówno ty jak i Marika zostałyście zaproszone, na służbę do lady Fabianne. Thorn chyba znajdzie zatrudnienie pani Pirory, więc nie będzie cię wkurzał… często. - to zostawia Georga, ale biednego chłopaka nie wyciągnie stąd tak łatwo. - W sumie, jak odprowadzę cię do pokoju - tu zwrócił się do Anniki - to odwiedzę, Przeora. Może już coś się ruszyło z waszym wypuszczeniem.

        - No jakby coś się ruszyło to ja bym się bardzo ucieszyła. Już nie mogę się doczekać aż stąd wyjdę i będę mogła służyć moim nowym paniom! Zwłaszcza lady Sorii! - Marika jawnie poparła pomysł mnicha wcale nie ukrywając, że od paru dni bardzo dłuży jej się w tych murach jak dostała tak słodką obietnicę szybkiej wolności i to w tak wybornym towarzystwie.

        - Podciągnij habit. - poprosiła ją koleżanka i dłonie Mariki na chwilę oderwały się od stołu i łyżki znikając pod spodem. Sama się nachyliła zapewne aby spełnić prośbę drugiej pacjentki. Ta już bowiem prawie skończyła swoją zupę.

        - I ta czarna taka hojna i tak chętnie się rozbiera? Jej… No to może jednak coś będzie z tej łaziebnej. - powiedziała Annika jakby przemyślała jeszcze raz słowa Otto w zestawieniu z nowymi informacjami o Frau von Mannlieb i jej koleżankach no i wyszło jej, że może pierwsze wrażenie miała nieco mylne. Zaś na razie wolna dłoń zniknęła jej pod stołem lądując zapewne gdzieś między udami koleżanki.

        - Mam nadzieję. Wszystkie trzy są bardzo ładne, bogate i bym chciała im służyć. Ale najbardziel lady Sorii. - wyznała Marika z zadowoleniem przyjmując słowa i dłoń koleżanki. Sama wznowiła jedzenie swojego obiadu.

        - No dobra to nie będę wybrzydzać na tego wypierdka. Niech tam służy tym szlachciankom. Może coś w końcu uda mu się zamoczyć. - Annika machnęła dłonią jakby w przypływie dobrego humoru nawet wyjście Thorna na wolność aż tak jej nie przeszkadzało skoro nie będą pod jednym dachem.

        - Och, jestem pewny, że znajdą dla niego zastosowanie. Z tego co wiem o naszych hojnych gościach, preferują ładne, ponad duże. I tu nie ma konkurencji przy was. - mnich skomplementował delikatnie obie kobiety - George nie sprawiał problemów Mariko? Martwię czasem o tego chłopaka.

        - Nie. Znaczy chyba nie. Nie wiem. Tak jak mówił przed obiadem, poszedł do swojej celi i nie przyszedł na obiad. No chyba, że teraz jak jestem z wami. Po obiedzie mu coś zaniosę. - Marika pokręciła głową na znak, że nic nie wie o kłopotach wywołanych przez Georga i zapewne tak jak to zapowiadał wcześniej, poszedł do swojej celi aby odpocząć.

        - A z tą naszą panią i jej koleżankami no może nie będzie tak źle. Jeszcze taka ładna i bogata pani to mi nie usługiwała. Hmm… Chciałabym aby mi usługiwała na oczach Thorna… Aby go do reszty cholera wzięła… - Annika dalej gościła się między udami sąsiadki i chyba obu im to bardzo pasowało. Zaś co do kolegi za jakim nie przepadała to pojawił się w jej głosie złośliwy ton i uśmieszek.

        - Teraz to chyba ciężko. Pewnie już do nas nie przyjadą. To już prędzej po nas prędzej poślą. - Marika pokiwała ze zrozumieniem głową ale taki rozwój wypadków nie wydawał jej się zbyt prawdopodobny.

        - No szkoda. Ale by było. No trudno, nie można mieć wszystkiego. Może kiedyś jak stąd wyjdziemy. - Annika przyjęła to tłumaczenie dość spokojnie i jak na swój standard to wydawała się mieć wyjątkowo ugodowy i zadowolony humor.

        - Jak tylko spotkam lady Fabianne przekaże jej twój pomysł. Jestem pewny, że jej też przypadnie do gustu. - rozmawiali jeszcze chwilę, mnich pozwolił kobietom cieszyć się sobą nawzajem. W końcu jednak trzeba było wrócić na ziemię i zakończyć sielankę. Odprowadził Annikę do celi, pożegnawszy się wcześniej z Mariką - Jak tylko czegoś się dowiem, o twoim wypuszczeniu, dam ci znać. - obiecał przyszłej służce von Mannlieb, po czym ruszył do przeora.

        Obie pacjentki co miały nadzieję wkrótce się stąd wyrwać i zostać w służbie pięknej, bretońskiej pani jakoś nie sprawiły jednookiemu kłopotów. Marisa dokończyła swój obiad w sielskiej atmosferze, pogodnego, letniego ogrodu i chętnie dając się badać dłoniom Anniki jaka zdawała się być zafascynowana tym, że ma taki swobodny i łatwy dostęp do najładniejszej pacjentki w hospicjum. Możliwość zabawy z nią na co chyba jak obie uważały nie tylko ona miała ochotę, sprawiała jej mnóstwo satysfakcji. Więc rozstali się przy stołówce gdy Marika dalej odgrywając pokorną pokutnicę wzięła ich naczynia aby zanieść do mycia zaś Otto i Annika przeszli dalej do izolatek. Tam Annika bez kłopotów dała się zamknąć chociaż sapnęła zniechęcona gdy znów znalazła się w miejscu swojego karnego odposobnienia. Zaś jednooki mnich poszedł do gabinetu przeora, zresztą jak się okazało ten i tak go wezwał do siebie.

        - Dobrze, że już jesteś Otto. Siadaj. - zaprosił go przeor po czym wprowadził go w sprawę. Wynikało z niej, że uzyskał zgodę a przynajmniej brak sprzeciwu aby dalszy pobyt Anniki przenieść na służbę Frau von Mannlieb. Przeor dał mu nawet zalakowany list do czarnowłosej kapitanowej i instrukcje jak powinien się zachować i na co zwracać uwagę. Zaś na kopercie był adres. Oczywiście w tej najlepszej, najdroższej, Północnej Dzielnicy więc trochę do przejścia z centrum miał ale nie były to jakieś straszne odległości jak się nie miało kłopotów z nogami. Sam pod tym adresem u von Mannliebów nigdy nie był ale kojarzył mniej więcej gdzie jest ta ulica podana w adresie koperty a dalej to najwyżej sam poszuka albo popyta.

        Mnich spojrzał na list trochę jak na relikwię. Pierwsza z jego podopiecznych dozna wolności, aby służyć Wielkiej Czwórce, no w tym przypadku, Krwawemu Bogu.
        Wziął kopertę z biurka przełożonego i bezpiecznie schował.

        - Natychmiast ruszę dostarczyć list. Nie wiadomo, ile potrwa dokończenie formalności z Thronem i Mariką? Lady Fabianne na pewno o to zapyta.

        - Zapewne. - pokiwał głową przeor też się licząc z takim pytaniem. Wzruszył jednak ramionami. - Trudno jednak powiedzieć. Ja wysłałem listy z zapytaniem i teraz czekam na odpowiedź. Mogą przyjść w każdej chwili, może dziś, może jutro, może za tydzień. Spodziewam się pozytywnych odpowiedzi no ale póki nie przyjdą to jednak nadal czekamy. - wyjaśnił młodszemu mnichowi jak to wygląda. Proces był widocznie już uruchomiony i pozostawało czekać na to aż koła zrobią pełen obrót i wyplują oczekiwana odpowiedź.

        - Rozumiem. No cóż, przynajmniej Annika się ucieszy. Udało mi się z nią dziś porozmawiać i przekonać do… nawet pozytywnego nastawienie, co do tej zmiany w jej życiu. Wątpię, aby sprawiała kłopoty. - Mnich się chwilę zastanowił - A właśnie, spotkałem ostatnio na mieście Magistra. Kolegium Niebios, jeżeli dobrze nazwę pamiętam. Jak usłyszał, że pracuje w hospicjum, powiedział mi mniej więcej to samo co Matka Somnium. Zastanawiam się, czy nie pozwolić mu na odwie dzenie przybytku. Być może, mógłby nam dokładniej nakreślić jakąś datę? Przy okazji, może też by zerknął na pacjentów, kto wie co ci magowie potrafią, może komuś pomoże. Do tego, pewnie posiada jakieś własne fundusze.

        - Magister? Znaczy mag? Nie przepadam za nimi. Niby ci licencjonowani są po naszej stronie i ktoś ich tam kontroluje ale zaburzają oni porządek rzeczy. Dla mnie ich wszystkich powinno się traktować jak wynaturzenia. - starszy mnich skrzywił się z niesmakiem na myśl, że miałby mieć do czynienia z jakimś magiem. Ci jednak nie tylko wśród ludzi wykształconych czy duchownych często budzili niechęć i podejrzliwość. W końcu w Imperium usankcjonwano to dopiero za czasów Magnusa Pobożnego a wcześniej to były dzikie czasy w jakich ludzie doznali wiele krzywd od strony piekielnych demonologów czy plugawych nekromantów to i tradycyjne podejście nie było magom zbyt przychylne. Mimo to przeor zastanawiał się chwilę nad propozycją jaką właśnie usłyszał.

        - Tak, słyszałem o nim. Że jest. Jakiś astrolog czy astronom. - pokiwał głową na znak, że w ogóle to jednak coś mu jest wiadome na temat tego magistra. Całkiem możliwe, że jedynego jaki przebywał od paru miesięcy w ich portowym mieście.

        - No dobra, niech przyjdzie. Może powie coś mądrego. Coś pożytecznego. Umów go jakoś. - w końcu chociaż niechętnie to się zgodził na wizytę owego astromanty o jakim mówił jego podwładny.

        - Dziękuję. - Otto kiwnął głową przełożonemu - W liście jest informacja o metodzie dostarczenia Anniki, czy mam to ustalać z Frau von Mannlieb?

        - Nie, nie, tam napisałem tylko o tym, że można ją odberać jeśli szlachetna pani się nie rozmyśliła. Może już jutro. Ale te detale to już mniej istotne, możesz to z nią ustalić. Jutro, pojutrze, po Festag, nawet dzisiaj jakby się uparła. Chociaż dzisiaj no może lepiej nie, od jutra najlepiej się z nią umawiaj gdyby nadal chciała ją mieć u siebie. A gdyby nie to nie nalegaj, nie ma co do siebie zrażać tak hojnych dam. - przeor zastanowił się chwilę nad pytaniem ale dał dość szybką i jasną odpowiedź. Skoro bowiem w jego mniemaniu Annika była gotowa do oddania to bogata pani mogła sobie ją zabrać kiedy miała na to ochotę.

        - Oczywiście. Jutro zaraportuje co ustaliliśmy. - upewniając się, że nie zapomniał listu mnich opuścił pomieszczenie przeora. Zanim opuścił hospicjum zawitał do izolatki Anniki, zapukał do drzwi celi - Anniko, jest już zgoda na wypuszczenie cię. Właśnie idę do Frau von Mannlieb, jeżeli wszystko pójdzie dobrze, jutro już będziesz wolna.

        - O! Naprawdę? Wyjdę stąd!? Nareszcie! - na twarzy pacjentki pojawiło się niedowierzanie szybko zastąpione wybuchem radości. Jak ptak któremu zapowiedziano, że wkrótce znów będzie mógł latać w przestworzach.

        - No to idź i wracaj jak najprędzej z moją piękną i hojną panią. - roześmiała się radośnie dając mu jakby swoje błogosławieństwo na drogę w tej zaszczytnej dla niej misji.

        Nie czekając mnich ruszył na miasto, miał nadzieję, że Fabianne jest u siebie a nie w loszku Pirory. Nie chciał niepotrzebnie nadkładać drogi.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Niedostępny
          SantorineS Niedostępny
          Santorine
          Developer
          napisał ostatnio edytowany przez
          #79

          Oryginalny autor: Seachmall

          Bezahltag; popołudnie; rezydencja von Mannliebów

          Jednookiemu mnichowi trochę zajęło, ale w końcu znalazł rezydencję Von Mannlieb. Zastanawiało go co nakazuje etykieta? Podejść do głównych drzwi i wytłumaczyć cel swego przybycia? Zapukać do drzwi dla służby? Wejść przez okno do sypialni Fabianne? To ostatnie pewnie by jej nie przeszkadzało. Postanowił, spróbować szczęścia w głównym wejściem. Wyciągnął list i podszedł do drzwi domostwa, pukając w miarę głośno. Bogowie wiedzą, że pewnie nie każdy ma czas siedzieć przy drzwiach i czekać, aż ktoś ich odwiedzi.

          Mimo, że drzwi okazały się furtą do bramy rezydencji okolonej solidnym murem i żeliwnymi prętami to dzwonek zadziałał jak trzeba i otworzył mu jakiś sługa pytając kim i po co jest. Jak się przedstawił prosił aby poczekać i furta znów się zamknęła. Potem znów otwarła ale tym razem ten sam służący poprosił aby wszedł do środka. Zamknął za nim furtę i przejął rolę przewodnika. Zaprowadził go do głównych drzwi jakie modnie wznosiły się po szerokich acz dość krótkich schodach wywyższając parter do poziomu półpiętra. Tam otworzył dwustronne drzwi i niejako przekazał go czekającej kobiecie. Oczywiście rozpoznał ją od razu i chyba ona jego też. Zdecydowanie Kristen, pokojówka Pirory jaka mu ostatnio otwierała drzwi i pełniła podobną rolę była zdecydowanie młodsza i przyjemniejsza dla oka niż Gertruda jaka była stałą przyzwoitką swojej mężatej pani. Starsza kobieta obrzuciła go uważnym aby nie rzec krytycznym spojrzeniem zanim się odezwała.

          - W jakiej jesteś sprawie? - zapytała pełniąc widocznie też rolę majordoma co zarządza posiadłością państwa. No i oczywiście była oczami i uszami swojego pana jaka dbała aby cześć i cnota jego zacnej i o wiele młodszej małżonki pozostała nieskalana podczas jego częstych rejsów poza miasto.

          - Brat Otto z hospicjum. - przedstawił się w delikatnym ukłonie, starszej kobiecie - Mam dostarczyć list Frau von Mannlieb od Przeora. Mam również ustalić drobniejsze szczegóły transferu.

          - Dobrze. Proszę poczekać. - odparła starsza pani z godnością pasującą do jej wieku i funkcji po czym wyszła z tego przedsionka. Zaś Otto został w towarzystwie tego odźwiernego jaki mu otworzył furtę. Ten był odziany schludnie i porządnie ale raczej za mało aby uznać to za liberię. Chociaż miał broszę wpiętą w pierś z rodowym herbem von Mannliebów. Nie indagował on jednak gościa i raczej zerkał na widoki za oknem. Po chwili dały się słyszeć kroki, drzwi się otwarły i szacowna matrona wróciła na scenę.

          - Proszę za mną. Frau zgodziła się cię przyjąć. - oznajmiła mu tym samym chłodnym i nieskazitelnym tonem. Po czym przejęła rolę przewodnika. Szedł za nią a ona prowadziła go przez korytarz wyłożony marmurowymi kaflami układający się w regularny wzór a na ścianach widać było portrety zapewne przodków Herr von Manlieba. Minęli tak jedne drzwi przechodząc do kolejnej części korytarza i tam majordom je otworzyła. Tym razem jednak odwróciła się ku gościowi aby gestem go zaprosić do środka. W środku czekała już o wiele młodsza i przyjemniejsza dla oka gospodyni. Kontrast między żałobną czernią sukni jaka w czasach żałoby była najczęstszym elementem kobiecych ubiorów, czernią jej ufryzowanych włosów a jasną, mleczną karnacją skóry wydawał się uderzający.

          - Dziękuję Gertrudo. Już się sama rozmówię z Otto. - Fabienne von Mannlieb też znała się na sztuce manier i etykiety więc elegancko podziękowała swojej przyzwoitce ta zaś skinęła jej głową i zamknęła za sobą drzwi zostawiając ich samych w salonie. Bo tak to wyglądało, jak salon do przyjmowania gości.

          - To cóż, kawalerze, słyszałam, że masz dla mnie jakiś interesujący list i wieści. - powiedziała Fabienne zgodnie z protokołem chociaż ton był nieco rozbawiony i uszczypliwy a na ustach kłębił się wesoły półuśmiech.

          Mnich wręczył szlachciance list.

          - Annika jest gotowa do wypuszczenia. Nawet jutro. Na Thorna i Marikę trzeba będzie trochę poczekać. List ma informacje, że dziewczyna jest agresywna i nie ponosimy odpowiedzialności za wszelkie szkody, bla, bla, bla. - mnich westchnął - Krycie tyłów przed prawem. Rozmawiałem dziś z Anniką, jest bardzo zainteresowana pracą dla ciebie. Szczególnie zważając jak szczodra byłaś dla Mariki.

          - O, naprawdę? - Otto trochę nie był pewny do czego gospodyni w tej chwili piła bo przyjęła list, rozerwała lak na kopercie i zaczęła ją czytać po rozłożeniu. Kiwała przy tym swoją czarną głową słuchając też tego co jej mówił.

          - No rzeczywiście, wasz przeor pisze właśnie o niej… - powiedziała jakby mimochodem gdy zapoznawała się, ze słowami przełożonego jednookiego mnicha. - Aha, no, że bywa krnąbrna… Pewnie to o czym mówisz… - pokiwała głową ale w końcu wskazała na ozdobny stolik z ciemnego drewna i dla kontrastu z pozłacanymi wykończeniami. Stała na nim patera z owocami i butelka jakiegoś trunku razem z drogimi bo misternie rzeźbionymi kielichami z grubego szkła.

          - Usiądź i poczęstuj się jeśli masz ochotę. - wskazała i sama zresztą też podeszła do niego tylko do drugiego krzesła aby mogła w spokoju skończyć list.

          - Aha. Czyli się zgodził! No i dobrze! To szkoda, że Mariki jeszcze nie, bardzo mi się spodobała. No ale dobrze, że chociaż Annikę udało się tak szybko załatwić. Już nie mogę się doczekać aż tutaj będzie! Jutro mówisz? Jutro jestem umówiona u Pirory na szkolenie językowe. Ale to może już bym pojechała z Anniką? Niech dziewczyna zobaczy kawałek świata poza tymi waszymi murami! - zawołała odkładając przeczytaną kopertę na blat stołu a sama zdawała się byc całkiem podekscytowana wiadomościami.

          Otto uraczył się trunkiem. Rzadko miał okazję wypić coś konkretniejszego nad tanie wino czy piwo, więc większą pieszczotę dla zmysłów chętnie przyjął.

          - Właśnie, jak chcesz ją przetransportować? Wyślesz jakiegoś sługę, sama pojedziesz? Po prostu chce wiedzieć, co powiedzieć jutro Przeorowi. Ah…- mnich spojrzał na szlachciankę - Jedna ważna sprawa. Rodzina, - zaznaczył to słowo, aby wiadomo było o kogo chodzi - ma projekt, dla którego ta dziewczyna jest kluczowa. Będziemy ją więc potrzebować na dzień czy dwa.

          - Projekt? Jaki projekt? Ale no Otto, jak my w rodzinie to musimy sobie pomagać. Jak dacie znać na kiedy wam by była potrzebna to pewnie jakoś się dogadamy w tej sprawie. A to jakiś nieprzyzwoity projekt? - Bretonka siedziała po drugiej stronie, niewielkiego, ozdobnego stolika i wydawała się skora do współpracy jeśli chodziło o użyczenie jej nowej służki. O ile oczywiście się to w porę z nią uzgodni co, jak i kiedy. Nie mogła jednak powstrzymać swojej kosmatej natury aby nie spróbować dopatrzyć się w tym czegoś co by można skonsumować w alkowie.

          - A po Annikę mogę wysłać powóz. Zabierze ją tutaj. Może nawet sama pojadę. Jeszcze nie wiem. A czemu pytasz? To ma jakieś znaczenie? - w sprawie transportu postawiła na najprostsze rozwiązanie i spojrzała czy tutaj powinna spełnić jakieś szczególne wymagania, że mnich o to pyta.

          - Bardziej dla mnie. Wiesz, niby ja zacząłem całą sprawę z waszą wizytą, odprowadzałem was i dopilnowałem hojny dar dla hospicjum, więc przełożony chce, abym wszystkiego dopilnował. Zrobisz jak ci wygodnie, nikt szlachcie niczego nie będzie kazać. - mnich chwilę się zastanowił nad pytaniem co do projektu - Dość nieprzyzwoity, ale nie w twoim guście obawiam się. Annika słyszy podszepty z Tronu Czaszek, więc nie twoje klimaty. Nie martw się jednak, nie zmieni się w gburowatą, rządną krwi tempą siepaczkę. Jest nawet bardzo zainteresowana twoją propozycją łaźni.

          - O, naprawdę?! Spodobało się jej? No to świetnie, świetnie, możesz jej przekazać, że jak tylko tu przyjedzie to kąpiel i jej osobista łaziebna będzie na nią czekać. - bretońska szlachcianka roześmiała się wesoło jakby ta ostatnia wiadomość sprawiła jej przyjemność i satysfakcję. Wydawała się cieszyć na przybycie nowych służących podobnie jak niedawno przy obiedzie cieszyły się, że się wyrwą z hospicjum i będą mogły służyć i mieszkać z nią.

          - I ona słyszy zew… Jak się nazywała ta Siostra od krwi? No ale właśnie ją? Ojej jaka szkoda… Taka ładna dziewczyna… Zmarnuje się tylko jak ją ktoś posieka i pokroi… - uwaga o preferencjach pacjentki jednak nieco zmartwiła gospodynię. Wolałaby pewnie aby ta nie zdradzała takich niebezpiecznych zachowań aby mogły się sobą nawzajem cieszyć.

          - Ale może uda się ją przekonwertować? Widziałeś jak ją Soria rozbudziła? W parę chwil! To było niesamowite! Jej, żeby mną raczyła tak się zająć. Na to troszkę liczę jak jutro do nich pojadę. Ona naprawdę jest niesamowita. Wróżę jej, że dziś wieczorem u Kamili będzie gwiazdą pierwszej wielkości. - Bretonka mówiła szybko i zdradzając podekscytowanie omawianymi tematami. I nadzieję, że jednak Annikę jakoś udałoby się zachować przy sobie w całości. Co do Herolda Soren to jednak wydawała się nią tak samo zachwycona jak Marika, Pirora i właściwie chyba wszystkie dziewczyny spod patronatu Węża jakie miały z nią kontakt. Wydawało się, że jakoś płynnie i samoistnie traktują wężową syrenę w ludzkiej skórze jako swoją władczynię i panią.

          - No nic to chyba jutro sama do was pojadę aby ją zabrać i przywitać w moich skromnych progach. Aha, coś bym musiała wymyślić na takie powitanie w nowym domu… Nie wiesz co ona lubi? - zaczynała się zastanawiać nad jutrzejszym przyjęciem Anniki na swoją służbę jakby planowała powitać jakąś szlachetnie urodzoną koleżankę. Pewnie nie tak oficjalnie choćby ze względu na wścibską Gertrudę i resztę służby ale i tak wyglądało, że chciała aby nowa pracownica poczuła się w nowym domu jak najlepiej już od samego początku.

          Mnich chwilę się zastanowił.

          - Potraktuj ją miło. Dziewczyna spędziła ostatnie dni zamknięta w izolatce, wcześniej w lazarecie i wszyscy boją się jej agresji. Podejrzewam, że na początek ta kąpiel, ciepły posiłek, który nie jest rybą i wygodne posłanie będzie dla niej jak dar od samych bogów. - Otto uśmiechnął się widząc energię Slaaneshytki - Co do przechrzczenia jej na twego patrona, możesz próbować. Dziś trochę świntuszyła Mariką, więc nie jest zatracona w wizji krwi i czaszek.

          - O! Naprawdę!? Moje dziewczynki tak się niegrzecznie bawiły ze sobą? Jak miło! Chociaż mam nadzieje, że jak już będą u mnie to nie zapomną o swojej pani. Nareszcie będę miała pod własnym dachem kogoś przed kim będzie można majtki zdejmować albo się dobierać do czyichś! - Bretonka roześmiała się przyciszonym głosem ale wydawała się niezwykle rada z takich wieści. Sama też chyba tą służbę nowych pracownic traktowała jako poprawę swojego losu i komfortu z jakąś przyjazdną duszą we własnym domu.

          - Bo powiem ci Otto, że ja tutaj to trochę jak w więzieniu albo oblężonej twierdzy. Wszyscy pracują dla mojego męża. Większość to jeszcze przed naszym ślubem i zanim ja tu przypłynęłam. Wszyscy mnie tu szpiegują, nie mam nikogo zaufanego. Dopiero jak wyjeżdżam stąd, zwłaszcza do mojego Huberta albo Pirory to dopiero wtedy mogę odetchnąć a nawet się zabawić. - powiedziała ściszonym głosem nachylając się nieco nad stołem aby lepiej mógł ją usłyszeć.

          - No i masz rację, to może jeszcze jest dla mojej dzielnej Anniki nadzieja. Ale ma dobry gust, do Mariki też bym się chętnie dobrała. Zresztą do niej też. Dobrze, to jak tak mówisz to przyjadę jutro do was. Powiedzmy… W południe? Albo nie, może trochę wcześniej. W południe to jestem umówione z Pirorą… Chyba, żebym to nieco przesunęła na późnieaaaa! Właśnie! - zaczęła tak snuć i planować jutrzejsze spotkania zdradzając, że już nie może się doczekać zabawy ze swoimi nowymi służkami. Ale jak tak omawiała swoje jutrzejsze plany coś jej się widocznie przypomniało.

          - Aha bo widzisz, rano dostałam liścik od Pirory abym zaprosiła tego mojego bretońskiego kolegę do niej na wernisaż czy co. Bo sam rozumiesz, że jako mężatce mi nie wypada zapraszać obcego kawalera pod nieobecność mojego męża. No to wysłałam już mu zaproszenie. I zobaczymy. Może odpisze. Wieczorem będę się widzieć z Pirorą u Kamili no ale jakbyś ją widział wcześniej niż ja to jej proszę to przekaż. - wyjaśniła co jeszcze się jej przydarzyło, tym razem dzisiaj. Więc widocznie Averlandka dotrzymała słowa i tak jak mówiła na wczorajszym, wieczornym spotkaniu wysłała ów liścik do swojej bretońskiej kochanki w sprawie owego oficera morrytów.

          - Oczywiście, chociaż nie wiem czy coś mnie zagoni w jej strony. Chciałem jeszcze dzisiaj złapać Łasicę jeżeli się uda, może ona przekaże wiadomość. - Otto wziął nieśmiale jeden owoc ze stołu - Powiedz mi Frau Fabianne. Czy rozważałaś może, przyłączenie się, oficjalnie do naszej rodziny?

          - To jakbyś widział się z Łasicą to ją pozdrów i uściskaj ode mnie. Też ją bardzo lubię. Zwłaszcza jak mamy ze sobą przyjemność. - rzuciła wesoło gospodyni gdy padło imię ich wspólnej znajomej łotrzycy. Po czym popatrzyła na niego z łagodnym uśmiechem gdy zadał kolejne pytanie. Sama też wzięła jabłko i się w nie delikatnie wgryzła.

          - Przyłączyć? No wydawało mi się, że już jesteśmy połączeni. Tylko ja to najczęściej spotykam się z Hubertem. Chociaż ostatnio nie tak często jakbym chciała. Sam rozumiesz, ileż można jeździć do tego samego sklepu z ubraniami? Już nawet na Oksanę Gertruda coraz krzywiej patrzy bo czasem ją zamawiam tutaj. Na szczęscie w teatrze mamy nieco swobody. Ale przecież działamy razem prawda? Jesteśmy rodziną tylko tak jakby kuzynostwo. Tak to chyba można by nazwać. - powiedziała przegryzająs słodki i soczysty kęs. Wydawało się niewiarygodne, że ta ubrana w żałobną czerń elegancka młoda dama i żona morskiego kapitana o solidnym nazwisku miałaby robić jakieś niestosowne rzeczy, romanse czy inne ekscesy. W tej chwili wydawała się ucieleśnieniem godnej szlachcianki w sam raz do portretu z jabłkiem.

          - Oczywiście, jesteśmy połączeni w służbie jedynym, którym warto służyć. Pytam po prostu czy Hubert zaspokaja twój głód? Nie chcę mu umniejszać, ale on jest dość małą rybką w oceanie rozkoszy, który Starszy chce wypuścić na to miasto. Fakt, że Soria sprzymierzyła się z nami, a Grubsona najpewniej będzie uważać jako kolejnego sługę, powinno powiedzieć ci, że przy nim… będziesz najpewniej spełniać jedynie jego zachcianki.

          - Spokojnie, nie obraziłam się. Daruję ci tą frywolność wypowiedzi bowiem od razu widać, że nie usługiwałeś mojemu Hubercikowi i jego pejczowi. A ja tak i bardzo sobie chwalę. - Bretonka zaczęła niby ostrym tonem jakby jej gość popełnił jakieś głupstwo jakie jednak w swojej łaskawości była skłonna mu wybaczyć. Tylko, że tam temat rozmowy był zgoła nieprzyzwoity i wulgarny skoro rozmawiali o jej kochankach. Niemniej wyglądało, że Fabienne chwali sobie swojego grubego kochanka i nawet odczuwa pewien niedosyt spotkań z nim gdy względy przyzwoitości wymagały ich ograniczenie.

          - Chociaż nie powiem aby z Pirorą i dziewczynami się nudziła. Co to to nie. Uwielbiam tam je odwiedzać, zwłaszcza jak mamy okazję zejść do jej loszku i jest nas troszkę więcej. Szkoda, że ja sama nie mogę sobie urządzić takiego przybytku rozkoszy. - uśmiechnęła się ciepło gdy wypowiadała się o swoich kochankach ze zboru Starszego więc ten paromiesięczny zbiorowy romans też widocznie miał gorące miejsce w jej zdeprawowanym serduszku. Nawet jeśli pełniła w nim bardzo uległą i służalczą rolę. A może właśnie dlatego.

          - Ale sama lady Soria no to ojej… Nie mogę się doczekać aż mnie zaszczyci swoją uwagą i pozwoli mi się wielbić. - rozmarzyła się kompletnie gdy widocznie żywiła podobne uwielbienie dla wężowej syreny jak jej kochanki które miały z nią częściej do czynienia. - Mam nadzieję, że to będzie jutro. Albo chociaż troszkę dzisiaj u Kamili. - westchnęła z rozmarzeniem jakby prosiła o to w modlitwie do swojego zakazanego patrona.

          - Ale jak to Starszy chce wypuścić jakiś ocean rozkoszy na miasto? Opowiedz o tym proszę coś więcej. - odgryzła kolejny kawałek jabłka jakby na sam koniec prawie przegapiła drobną wzmiankę jaką Otto wplótł w swoją wypowiedź. Spojrzała na niego z zaciekawieniem czekając na te ekscytujące wieści.

          - Najpewniej słyszałaś Legendę Czterech Sióstr? - Bretonka zapytała wcześniej o Norrę, ale wolał się upewnić - Rodzina pracuje nad sprowadzeniem ich z powrotem w rodzinne strony. Soren, Norra, Oster i Vesta, szepczą do nas domen swych patronów. Kiedy nam się uda, a uda się nam. Ich błogosławieństwa spłyną na to miasto i pochłoną je plagami, mutacjami i krwią, ale też utopią wszystkich w czystej ekstazie. Pomagasz nam i tak, niezmiernie wręcz, zabierając moich pacjentów z hospicjum. Marika słyszy szepty Soren, natomiast Norra przemawia do Anniki. Vesta podsyła wizję innemu z moich pacjentów, ale jego raczej nie wypuszczą. Biedak jest dzieckiem w ciele dorosłego. Herold Oster powiedział nam co mógł, ale dary Ojczulka, okazały się zbyt silne dla niego. - trochę dużo wyjawiał, wątpił jednak aby Fabianne była zagrożeniem z tą wiedzą. Trochę obawiał się, że szlachcianka może być zwykła próżną kobietą, która postanowiłą dodać swemu życiu trochę pikanterii. Nawet jednak i takie okazy mogą mieć zastosowanie - Więc, tak wygląda sprawa, Rodzina pracuje nad sprowadzeniem wielkich rzeczy na miasto.

          - Aha… - czarna ufryzowana głowa skinęła twierdząco i tym razem zagościł na niej wyraz skupienia. - Znaczy o tych Siostrach to wiem. I, że szukacie ich dziedzictwa. To jak byliśmy z Hubertem i Oksaną na waszym zborze w zimie to Starszy o tym mówił. Obiecaliśmy sobie pomagać. Tylko nie wiedziałam, że te moje służki to część tej sprawy. - dodała wyjaśniając co z tego co wspomniał rozmówca wiedziała już wcześniej. Chyba chociaż ogólny zarys bo parę miesięcy temu to jeszcze wiele rzeczy związanych z Siostrami nie było wiadome. Jak choćby Soria wciąż była nieznaną nikomu syreną jaka grasuje po wybrzeżu i topi rybaków po jakich zostawały tylko puste łodzie.

          - A czegoś szukacie teraz? Zwłaszcza od Soren bo ona mi się podoba najbardziej. Mogę wam jakoś pomóc? Bo ta krew i mutacje to raczej mnie nie interesują. Ale ta ekstaza to brzmi bardzo interesująco. - zapytała proponując swoją pomoc w tym zaszczytnym celu.

          - Jest jedna rzecz. Siostra Soren, Oster, twierdziła, że wybranka Węża posiada "Jaskinię Pożądania". O ile aktywnie nie poszukujemy tego miejsca, to odnalezienie go na pewno byłoby wielkim plusem. - mnich chwilę się zastanowił nad innymi opcjami, ale tylko to mu przychodziło do głowy.

          - Jaskinia Pożądania? Brzmi ekscytująco! Chętnie bym odwiedziła takie miejsce. Zwłaszcza jakby była okazja celebrować to pożądanie. - czarnowłosa gospodyni uśmiechnęła się na myśl jakie to ciekawe musiałoby być miejsce, na pewno warte odwiedzenia.

          - Ale niestety obawiam się, że nie słyszałam o takiej jaskini. Ale będę miała na uwadze. Gdyby mi się trafiło coś związanego z tą ciekawą jaskinią to na pewno dam wam znać. - obiecała, że nawet jeśli pierwszy raz spotyka się z taką interesującą nazwą to gdyby trafiła na jakiś ślad to się nim podzieli.

          - Ale wybacz moją ciekawość Otto ale jak aktywnie jej nie szukacie to nie wiem dlaczego, ja bym nadała tej sprawie najwyższy priorytet. Niestety pierwszy raz słyszę tą nazwę to nawet nie wiem od czego zacząć. No ale jak aktywnie jej nie szukacie to właściwie czego szukacie? Coś już w ogóle udało wam się znaleźć od tych Sióstr? - zagaiła Bretonka wyłapując w wypowiedzi rozmówcy pewną nieścisłość. Pewnie odebrała to tak, że skoro kultyści z sąsiedniego zboru nie szukają Jaskini Pożądania to zapewne koncentrują swoją uwagę na czym innym.

          Mnicha zastanawiało, czy jest Fabianne jest świadoma prawdziwej natury Sorii. Cóż, można zarzucić sieci.

          - No cóż, Soria jest jakby jednym z naszych znalezisk. Jest córką Soren, znaleźliśmy również jej ołtarz, który obecnie jest pod opieką Mergi. Znaleźliśmy również laboratorium Oster i jej dar, którym obecnie opiekuje się Sigismundus. Miejski aptekarz i akolita Nurgla. Więc teraz bardziej koncentrujemy się na ołtarzu Norry, którego zew słyszy Annika i darach od Vesty. O tych ostatnich dużo informacji nie posiadam, ale podejrzewam, że Inkwizycja może wiedzieć coś więcej. - mnich chwilę się zastanowił - "Jaskinia Pożądania" to tytuł tego miejsca jaki nadała mu Oster i raczej nie w pochlebnym znaczeniu. Więc może to nawet nie być jaskinia.

          - Jak to nie pochlebnym znaczeniu? Bardzo pochlebnym! Przecież to aż od razu by się chciało pójść, odwiedzić taką jaskinię i zobaczyć co tam jest! No i celebrować to pożądanie oczywiście. - rozmówczyni zaczęła od końcówki wypowiedzi mnicha. Przyjęła nieco mentorski ton jakby strofowała ucznia jaki wyciągnął niewłaściwe wnioski z właśnie zakończonej lekcji. Chociaż to wszystko raczej w takim żartobliwym wydaniu bo na koniec uśmiechnęła się ciepło. - A przynajmniej ja bym chciała. A macie jakieś wskazówki gdzie by mogła być ta jaskinia? Zastanawiam się od czego by można zacząć jej szukać. - zapytała jakby nabrała ochoty aby odnaleźć taką wyjątkową jaskinię, do tego miejsce związaną z jedną z Sióstr jaka poświęciła się temu samemu patronowi co czarnowłosa szlachcianka.

          - I Soria ma tak wspaniałe pochodzenie? A to dlatego jest taka wyjątkowa. Od poczatku to czułam. Ale nie spodziewałam się czegoś takiego. Co prawda Piora sugerowała coś takiego jak mnie z nią przedstawiała no ale to chyba mój umysł był zbyt zaślepiony urodą naszej Sorii aby to właściwie zrozumieć. Bo mówiła, że milady ma wyjątkowe talenty i pochodzenie, nawet lepsze i znamienitsze niż Lilly a przecież ona nosi ślady błogosławieństwa naszego patrona. I ją zresztą też bardzo lubię. - czarnowłosa dama wydawała się być jeszcze bardziej zachwycona Sorią niż do tej pory gdy mimo wszystko brała ją chyba za egzotycznej urody śmietelniczkę z dalekich krain i tego nadnaturalnego pochodzenia się nie spodziewała.

          - Oh to tym bardziej mam nadzieję, że jutro jak będę u Pirory to się poznamy lepiej! A dziś u Kamilki to trudno mi będzie usiedzieć spokojnie przebywając z jednym miejscu z kimś tak wyjątkowym. - rozmarzyła się myślą na te najbliższe spotkania z tak wyjątkową istotą jakie miała zaplanowane na dzisiejszy wieczór i dzień jutrzejszy.

          - I od Oster też coś znaleźliście? No to chyba dobrze. Chociaż przyznam, że choroby to nie jest coś co mnie bawi i nie wydaje mi się zbyt interesujące. Ale to jakaś część dziedzictwa Czterech Sióstr więc pewnie dobrze, że to znaleźliście. Martwię się tą Norrą. Zwłaszcza chodzi mi o Annikę. Nie chciałabym aby coś jej się stało. To byłoby okropne jakby ją ktoś zabił albo okaleczył. Straszne. Przecież u mnie byłoby jej lepiej. - chyba nie powinno za bardzo dziwić, że bretonka największe zainteresowanie okazała Siostrze z jaką dzieliła przekonania i patrona. Pozostałym okazała mniej uwagi chociaż starała się niejako wyjść poza własną otoczkę przekonać na tyle aby zdać sobie sprawę, że nie wszyscy podzielają jej i jej koleżanek zapatrywania na patronów. Więc może inni maja inne priorytety niż one. Była w stanie to zrozumieć i zaakceptować chociaż krwawy zew jaki zdawała się odczuwać jej nowa służka albo paskudne i zabójcze plagi zesłane na ten świat niezbyt wydawały jej się pociągające a nawet ją zdawały się niepokoić.

          - Nie martw się o Annikę. Nie puścimy jej samej w ciemny las. - przynajmniej mnich miał taką nadzieję - Do tego, sama jest przekonana o swym zwycięstwie, a nie mam powodu, aby w nią wątpić. - Otto chwilę się zastanowił - Soria jest naprawdę niebywałą istotą i mówiła, że czuje coś niezwykłego w tobie, więc wierzę, że wasze spotkanie będzie wyjątkowe. Do tego, okaleczenie nie oznacza niczego złego - powiedział jednooki mnich z lekką nutą urazy - Jest furtką na nowe doznania, o ile nie polecam okaleczania siebie… no chyba, że to cię kręci. Jednak przyjemność i ból są siostrami, czasem trzeba zadać jeden, aby poczuć drugi.

          - Całkowicie się z tobą zgadzam Otto. Ból i przyjemność, poniżenie i wywyższenie, władcy i niewolnicy. Tak, jak najbardziej się z tobą zgadzam i jestem za tym całym sercem. Bardzo żałuję, że nie możemy tego robić jawnie i wszystko to trzeba ukrywać jak jakąś plugawą sromotę. No ale jakoś sobie radzimy, ja mam swojego Huberta, Oksanę, Pirorę i jej sekretny loszek no to jakoś sobie z tym radzimy. Chociaż nie lubię się ograniczać i chętnie lubię poznawać nowych ludzi, doznania i smaki. Dlatego tak strasznie jestem podekscytowana na to nasze małe, wieczorne spotkanie w najbliższą pełnię. To już za parę dni! Jeszcze nigdy nie robiłam z tego z kimś tak innym. Co prawda Lilly to też taka trochę inna ale ona jest milutka i słodziutka i taka kochana, że nie da jej się nie lubić, służyć jej to prawdziwa przyjemność. - Bretonka wyrzuciła z siebie jednym tchem coś co wydawało się być esencją jej wiary i poglądów. Chociaż były całkiem odmienne od tego co głoszono z ambon czy rodzice nauczali swoje dzieci. Bez skrupułów mówiła o swoich małżeńskich zdradach oraz spółkowaniu z odmieńcami i zwierzoludźmi za co gdyby to się wydało to groziły tortuty i stos w oczyszczającym ogniu jaki miał wypalić takie herezje.

          - Ale jednak o Annikę to się jednak troszkę martwię. Jakby wróciła w glorii zwycięstwa, cała i zdrowa to oczywiście cudownie. Z przyjemnością będę służyć takiemu zwycięzcy. No ale jak wróci bez ręki czy nogi, albo jakiś kadłubek? Albo w ogóle tylko biedaczka zginie mi gdzieś tam marnie? - mimo wszystko co do Anniki to Fabienne nie miała przekonania. Martwiła się o jej los i dobro jak dobra pani albo matka o swoją podopieczną.

          - Obiecuję, że postaram się, aby do tego nie doszło. - mnich uniósł rękę składając przysięgę - Natomiast, jeżeli Starszemu i reszcie rodziny się uda, nie będziecie się musieli już chować. Każda żądza, każda chęć, każdy mężczyzna, kobieta, dziecko czy zwierzę będą wasze do zaspokojenia wszelkich ciągotów. Ku temu pracujemy.

          - No oby! No może oprócz dzieci bo te mnie w ogóle nie pociągają. Ale co do reszty to tak, bardzo bym chciała aby to było możliwe. W ogóle nie rozumiem co jest złego w tym aby ktoś miał swój osobisty harem nałożnic albo, żeby małżeństwo mogło się zabawiać tylko same ze sobą. To taka strata! Czyste marnotrawstwo! No ale póki mamy wolną wolę i trochę pomyślunku to można to jakoś obejść. W każdym razie ja jestem jak najbardziej “za” taką wizją więc jakbym mogła wam jakoś pomóc to bardzo chętnie. No ale prywatnie chociaż bardzo bym chciała aby Hubert, Pirora albo Soria na przykład wyprowadziły mnie na ulicę na smyczy to jednak sam rozumiesz, że to jednak na razie musimy zachować pozory. Więc bieganie nago po ulicach na razie odpada. Niestety. Ale poza tym w miarę moich skromnych możliwości jakbym mogła jakoś przyczynić się do tego zaszczytnego celu no to bardzo chętnie. - zadeklarowała się do pomocy w tych spiskowych knowaniach. I chociaż sama miała takie preferencje a nie inne to jednak zdawała sobie sprawę, że otwarcie ich ujawnić nie mogą bo w zależności od tego czym by się zdradziła to albo by owocowało to towarzyskim ostracyzmem albo karą brutalnej i pewnie publicznej egzekucji. W tych ramach co jej pozostawały jednak była gotowa pomóc braciom i siostrom z sąsiedniego zboru.

          - No cóż, nie jestem w pozycji, aby składać jakieś prośby, ale przekażę Starszemu twoje chęci. - zerknął na Frau von Mannlieb - Na smyczy, nago po ulicy? Doprawdy? - mnich zachichotał - No cóż… a może doprowadziłybym cię tak na wasze małe nocne spotkanie z dzikimi?

          - O, zrobiłbyś to? To będziesz z nami na tym intymnym spotkaniu? No to bardzo chętnie, byłoby mi bardzo miło i przyjemnie! Poza tym to by było bardzo ekscytujące. - Frau von Mannlieb otworzyła oczy nieco zaskoczona takim pytaniem ale było to zdecydowanie przyjemne zaskoczenie bo zaszczebiotała w odpowiedzi na taką podniecającą propozycję. Wcale nie ukrywała, że jest ona bardzo bliska jej rogatej duszy i popiera je całym zdeprawowanym sercem.

          - Spróbuję, o ile wątpię, aby nasi kopytni przyjaciele zadowolili się moim kuperkiem. Zawsze, ktoś pewnie będzie musiał was zebrać z ziemi kiedy z wami skończą. Zwierzoludzie potrafią być… ostrzy. Możesz mieć kłopoty z staniem przez kilka dni, lub siedzeniem. - mnich uśmiechnął się odrobinę łobuzersko.

          - Tak myślisz? - jak miał zamiar nastraszyć czy zniechęcić rozmówczynię to udało mu się osiągnąć raczej przeciwny efekt. Bo wydawało się, że odbiera to jako zachętę a nie coś przeciwnego. - No mam nadzieję! Liczę na jakieś niezapomniane przeżycia! Oczywiście udostępnie im to na co by mieli ochotę, nie mam zamiaru zgrywać jakiejś cnotki. Mam nadzieję, że zabawimy się na całego, w końcu do następnej pełni jest caałyy dłuugii miesiąc. Poza tym to już będzie koniec lata i początek jesieni a tutaj to niestety nie jest moja rodzinna Bretonia, że jeszcze można by liczyć na ładną pogodę. No i to byłby zaszczyt i przyjemność tak służyć i zabawić się z pierwszymi dziećmi Chaosu i gościć ich w sobie. To słyszałam kiedyś jak mi Pirora mówiła co Starszy wam mówił. Że te zwierzoludzie to pierwsi przemienieni jaka w końcu stała się odrębną rasą. No i jeszcze nie miałam z nimi przyjemności to jestem bardzo ciekawa. Bo Łasica i Burgund to mi tak opowiadały o tym pierwszym spotkaniu wtedy nad tą zatoką, że wiedziałam, że ja też muszę tego spróbować! No tylko mnie się trudniej wyrwać z miasta na takie zabawy. Ale już to obmyśliłam i jestem dobrej myśli. - mówiła szybko i z podekscytowaniem jakby omawiała detale jakiegoś eleganckiego balu czy przyjęcia z wyższych sfer. A nie orgii ze zwierzoludźmi za miastem. Niemniej wydawała się podobnie zaangażowana i oddana całym sercem tej sprawie aktywnie działając aby móc dołączyć do tej wyjątkowej orgii. I mimochodem wydawało się, że Pirora i łotrzyce skutecznie narobiły jej smaku na to spotkanie pikantnymi szczegółami tego pierwszego na jakie popłynęły z Sorią i Joachimem.

          - Moja praca, przed tym jak skończyłem tutaj, nie miała zbytniego kontaktu ze zwierzoludźmi… czy oni w ogóle potrafią pisać? Z tego co wiem jednak, to bardziej nie przemienieni, a zrodzeni. Chaos wydał na świat własne, śmiertelne potomstwo w postaci tych Zwierzoludzi, chociaż, chyba każdy może wydać takie na świat. Niektóre regiony Imperium mają chyba większe szanse. - Otto nie pamiętał kiedy ostatnio czytał coś o tym konkretnym odszczepie sług Chaosu. Chyba nigdy nie byli centrum żadnej przepowiedni czy konkretnego ataku, więc nie byli ważnym elementem jego badań.

          - No ja niestety nie wiem o nich zbyt wiele. U nas w Bretonii to utrapieniem są raczej orki niż zwierzoludzie. Nawet byłam trochę zdziwiona jak przypłynęłam tutaj, że tu macie tyle tych zwierzoludzi bo też myślałam, że z tych różnych potwornych ras to, że orki tu są dominujące. Sama żadnego zwierzoludzia z bliska nie widziałam. Chociaż w jednej z karczm widziałam czaszkę zwierzoludzia przybitą jako trofeum. Dla mnie wyglądała jak zwykła czaszka jakiegoś kozła albo barana. Tylko zmutowanego. I trochę krótsza była. Ale czy potrafią pisać to nie wiem. Ponoć niektórzy używają plugawej magii. Ich szamani. Ale orki też mają swoich szamanów. No ale orki są brutalne i nudne. A zwierzoludzie są pobłogosławione przez Mroczne Potęgi od zarania dziejów. I mam nadzieję, że cieszą się niespożytą jurnością i witalnością bo dziewczyny tak mi to właśnie opowiadały. Lilly zresztą mówiła, że tak to z nimi bywa, że po części to mają takie zwyczaje zwierząt. Będę musiała ją zaprosić albo spotkać się u Pirory i coś porozmawiać z nią przed tą pełnią. Niech coś o nich opowie. - czarnowłosa dama przyznała, że z nacją zwierzoludzi do tej pory nie miała wiele wspólnego. I chyba nawet za bardzo się nią nie interesowała. W Bretonii wedle jej słów to miała być rzadkość. A tutaj, za murami miasta, też najczęściej pojawiali się jako lokalne utrapienie na traktach, wioskach i pastwiskach nie różniąc się za bardzo podobnymi pogłoskami o ludzkich bandytach, orczych czy goblińskich. Dopiero wieści koleżanek z pierwszego spotkania z tą kopytną rasą pobudziły ciekawość i żądze Frau von Mannlieb na tyle, że teraz była gorącą zwolenniczką aby ich poznać, skosztować i ugościć w swoich eleganckich wdziękach.

          - Tak daleko na północy jak my jesteśmy, wpływ Wielkiej Czwórki jest silniejszy. Co do wyglądu… jako dosłowne dzieci Choasu ich wygląd jest chaotyczny. Jest kilka konstantów; zwierzęce głowy, rogi, kopyta. Jednak jakie zwierze, to już różnie, chociaż głównie kozy, byki i tym podobne. Wiem, że uważają cały koncept cywilizacji za odrażający, więc polecam dobre maniery pozostawić po tej stronie murów. - Otto naprawdę musiał sięgać do głębi swej pamięci, aby wyciągać te małe fakty - Chyba i to duże chyba, posiadają samice, ale w o wiele niższej ilości niż samców. Może zdołam popytać na spotkaniu.

          - Nie mają zbyt wielu samic? To dobrze! To może dlatego nami się tak interesują! Chociaż dziewczyny mi mówiły, że była jedna podobna do Lilly, taka właśnie samica, nawet kobieta, nawet ciekawa dla oka. Oczywiście z samicami też bym się chętnie zapoznała, nie mam nic przeciwko. Ale może jak są tacy wyposzczeni to nami się bardziej zainteresują. - zaśmiała się gdy z lubością zagłębiła się w te detale planowanego spotkania. To co mówił Otto wcale jej nie zniechęcało.

          - Jestem bardzo ich ciekawa. Chętnie ich sobie obejrzę i spróbuję z każdej możliwej strony. Mam nadzieję, że oni też się odwzajemnią tym samym. Dawno nie brałam udziału w takiej zabawie z przeważającą ilością samców. Bo na Pirorę czy Oksanę oczywiście nie narzekam i to są bardzo kochane dziewczyny, uwielbiam się z nimi spotykać. No ale niestety tam zwykle są same kobiety albo w przeważającej liczbie a panów to niestety jak na lekarstwo. To może chociaż podczas tej pełni sobie odbiję i to z nawiązką na nadchodzące tygodnie. Bo przez tą żałobe to niestety nawet takie zwyczajne spotkania są utrudnione a to przecież daje podstawę do jakichś dwuznacznych sytuacji i schadzek albo poznawania nowych osób. A przecież co chwila do portu zawija jakiś statek a i na turniej, nawet jak teraz jest odwołany, to przyjechało już sporo gości i część z nich na pewno warto poznać. Widziałeś jaką ładną kapłankę przysłali z Saltburga? Aż się dziwiłam. Myślałam, że ci morryci to same stare dziady. A tu taka niespodzianka. Albo ta pancerna urlykanka. Też ciekawa. Albo paru zacnych rycerzy. Też chętnie bym ich poznała bliżej. A tu nie wypada bo żałoba. - gospodyni znów mówiła szybko zdradzając akcentem swoje bretońskie pochodzenie. Szybko przeskakiwała z tematu na temat ale jednak trend towarzyski, zwłaszcza taki jaki mógł zaowocować ciekawymi spotkaniami, zakazanymi doznaniami i zaspokojeniem wyuzdanych żądz był dość stabilny. Wydawało się, że Frau von Mannlieb w takiej prywatnej rozmowie ocenia sytuacje i osoby właśnie przez pryzmat ich spotkań w alkowie. Niekoniecznie dosłownie. I im bardziej to zapowiadało się perwersyjnie i niecodziennie tym bardziej wydawało jej się to pociągające.

          - No Łasica i Burgund udają ostatnimi czasy, że chcą się odkupić w świątyni. Próbują przyciągnąć dwóch strażników Morra, ale nic im nie wychodzi. Niestety, ślepa wiara, potrafi zabić nawet podstawowe cechy człowieczeństwa. Co do matki Somnium, faktycznie młoda i to mnie martwi. - mnich westchnął - Za głęboko siedziałem w księgach szukając konspiracji, aby widok "młodej, pięknej bladolicej Wysokiej Kapłanki Morra", nie wywołał w moim ciele... dwóch sprzecznych odruchów. - Jednooki kultysta zachichotał - Chciałem się jej bardziej przyjrzeć, ale też nie łatwo ją złapać. Wysoki kler nie ma czasu dla takich maluczkich jak ja.

          - No tak, urodziwa jest. Takim zimnym, cichym pięknem. Też bym chętnie ją poznała z bliska i sprawdziła co ma pod ubraniem. A jakby lubiła pokorne grzesznice to oczywiście ja jestem tym bardziej chętna. - roześmiała się radośnie gdy to powiedziała więc wyglądało na to, że Matka Somnium wpadła u niej w szufladkę tych osób jakie najchętniej spotkałaby w swojej alkowie. I nie po to aby grzecznie spać do rana.

          - Ale wydaje się chłodna, godna i niedostępna. Może ją jednak zaproszę na jakieś spotkanie. Tylko musiałabym coś wymyślić. Zobaczę. Dzisiaj będę widziała się z Pirorą i resztą dziewczyn z kółka poetyckiego to może coś wymyślimy. - przyznała już poważniejszym tonem.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine
            Developer
            napisał ostatnio edytowany przez
            #80

            Oryginalny autor: Seachmall

            - Pozdrów je proszę ode mnie. I przekaż dobre nowiny, co do Anniki. Nie będę ci już zawracał głowy, musisz się pewnie zacząć przygotowywać do wyjścia, do tego nie uchodzi, abyś tak długi czas spędziła sama w pokoju, z obcym mężczyzną.

            - No tak, trochę się zagadałam. - pokiwała głową i spojrzała w stronę drzwi na korytarz. Jabłko skończyło jako ogryzek położony na małym, ładnie malowanym talerzyku a w kieliszkach zrobiło się znacznie mniej wina niż na początku rozmowy. Szlachcianka spojrzała na rozciętą kopertę i wzięła ją do ręki jakby próbując przypomnieć sobie od czego się zaczęła ta rozmowa.

            - Ah, Annika, tak. To jutro w południe po nią przyjadę zabrać ją na kąpiel z osobistą i chętną łaziebną w mojej skromnej osobie. A potem zabiorę ją na spotkanie z Pirorą i Sorią. I tak już zdążyła je poznać to myślę, że powinna się ucieszyć. Więc przekaż proszę Annice, że niech wytrzyma jeszcze jeden dzień i jutro się nią bardzo chętnie zajmę. Trochę mi szkoda, że Mariki nie mogę od razu zabrać. Może coś jej przywiozę jutro aby osłodzić jej czekanie. Nie wiesz z czego by się mogła ucieszyć? Nawet Thorna mogłabym zabrać no ale on ma trafić do Pirory bo mnie to nie wypada najmować takich dobrze zbudowanych mężczyzn do osobistej służby. Szkoda. Czuję, że byśmy znaleźli wspólny język. - pokiwała głową jeszcze raz i odłożyła list od przeora na ten mały, ozdobny stolik z ciemnego drewna i złoconymi wykończeniami. Wydawała się powoli wracać myślą od tych planowanych rozkosznych orgii i romansów do tego co czekało na nią dzisiaj i jutro. Chociaż to też miało sporo wspólnego z romansami.

            - Niestety, jeszcze nie ma zgody na wypuszczanie Thorna, do tego Annika za nim nie przepada. Chociaż chętnie by wzięła udział w scenie, gdzie ty usługujesz jej, na jego oczach. Pewnie związanego i bez możliwości wzięcia udziału. - mnich uśmiechnął się do szlachcianki - Pomyśl o tym. Co do czegoś co by jej się spodobało… owoce? Hospicjum nie posiada bogatego jadłospisu, więc cokolwiek nad to czego doświadczyła do tej pory, na pewno będzie wielkim plusem.

            - Scenka gdzie ja usługuję moim dziewczynkom? Ależ to jest wyborny pomysł! I to jeszcze przed widownią! Cudowny pomysł. Tylko nie jestem pewna kiedy go uda się zrealizować skoro tylko Annika ze mną będzie wychodzić. Chyba, żeby jakoś tam u was się dało. Ale tak, pomysł mi się podoba więc bardzo chętnie go zrealizuję z moimi dziewczynkami. Mam nadzieję, że Thorne nie będzie miał mi tego za złe. Potem mu się najwyżej zrewanżuję. Ale przedstawienie tak, lubię przedstawienia, zwłaszcza takie podniecające. - pokiwała głową i pomysł z miejsca zdobył jej uznanie. - A Marice coś wezmę, może te owoce, jakieś wino, kiełbasę, pieczeń… Niech coś bidulka ma na osłodę tej niewoli póki jej stamtąd nie zabiorę. - zgodziła się z taką sugestią.

            - Jestem pewny, że się ucieszy. - skłonił się szlachciance - Życzę miłego dnia i wspaniałych przygód.


            Otto opuścił domostwo von Mannlieb w dobrym humorze, nie tylko spełnił swoją powinność, przybliżył również Fabianne do wielkiego projektu kultu.
            Została mu już tylko jedna rzecz do załatwienia i mógł spokojnie zakończyć dzień.
            Udał się do "Wesołej Mewy", ale Łasica i Burgund jeszcze nie wróciły z świątyni, więc mnich spokojnie zamówił sobie coś konkretniejszego do jedzenia i picia, aby umilić czekanie.
            W międzyczasie napisał list do Starszego.

            Annika, Herold Norry, zostanie jutro wypuszczona (Konistag).
            Dziewczyna czuje zew ołtarza ofiarnego Norry.
            Zamierza go odnaleźć, stoczyć walkę i poświęcić czaszkę na ołtarzu.
            Proszę o spotkanie, aby ustalić dalsze kroki.
            PS. Fabianne von Mannlieb zgłosiła chęć konkretniejszej pomocy w przedsięwzięciach kultu. Zasoby von Mannlieb mogą okazać się przydatne.
            Pozostawiam decyzję w twojej gestii.

            Czekanie trochę zajęło, ale mnich nie narzekał. Miał szansę odpocząć i rozmyślić kolejny dzień.
            Rano oczywiście odwiedzi świątynie, sprawdzi jak idzie Łasicy i Burgund, ale też zobaczy czy uda mu się spotkać Matkę Somnium. Musiał odnaleźć Joachima i poinformować go, że może odwiedzić hospicjum, więc to byłoby następne jeżeli wyrobiłby się przed swoją zmianą.
            No i oczywiście następnie hospicjum. Być może uda mu się pożegnać z Anniką zanim Fabianne ją zabierze.
            Kiedy Łasica i Burgund wróciły do karczmy mnich je wyściskał i popytał jak minął ich dzień. Wręczył ciemnowłosej ladacznicy list z prośbą o przekazanie głowie kultu. Pozwolił dziewczynom odpocząć po dniu,a sam wrócił do swojego pokoju udać się na spoczynek.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • SantorineS Niedostępny
              SantorineS Niedostępny
              Santorine
              Developer
              napisał ostatnio edytowany przez
              #81

              Oryginalny autor: Lord Melkor


              Joachim po intensywnym dniu, wieczorze i nocy był zmęczony, ale przynajmniej dano mu się wyspać. Miał znowu sporo tematów do zastanowienia się.

              W kwestii wykorzystania magii do pomocy łotrzycom czarodziej nie był zadowolony z rezultatów. Musiał opracować jakieś lepsze zastosowanie jego niemałych przecież mocy dla spraw Zboru. Zaproponował natomiast, że zawsze może wykorzystać postać astralną do stania na czatach, bo w tej formie przynajmniej nie jest widoczny.

              Co dzieci Oster i planów Zboru w tym zakresie, to rozumiał w pewnym stopniu obawy wyznawczyń Węża, jemu też wydawało się to trochę obrzydliwe, ale jako mag i człowiek poszukujący wiedzy nie powinien zważać na takie kwestie za bardzo. Wszelka wiedza i moc są przecież przydatne w oczach Pana Przemian, czyż nie? Szczegółowo sprawdził listę składników do mikstur wspierających proces hodowli tych stworzeń, dzieląc je według łatwości ich zdobycia - na te które można by kupić w sklepie i na takie, który wymagały większych wysiłków. Co do tych pierwszych, mógł po prostu wysłać swojego sługę Gunthera, finansowo powinno go było przecież być na to stać. Miał zamiar zorganizować też spotkanie z Sigmindusem, Tobiasem i Aaronem żeby podzielić się kto jakie składniki może zdobyć. Zauważył, że kilka wymagało wyprawienia się na bagna. Nie miał zamiaru udawać się tam sam, planował sprawdzić czy byłyby one mniej więcej po drodze jak się wyprawią na kolejne spotkanie ze zwierzoludźmi z plemienia Gnaaka. Jeśli, nie to chciałby mieć przy sobie przynajmniej swojego ochroniarza, ale dwie osoby to mogło być za mało w nieznanym terenie. Może ktoś z ludzi Silnego byłby dostępny?


              Na spotkaniu z Baronem tak jak za 1 razem starał się zachowywać zgodnie z wymogami etykiety i sprawiać wrażenie profesjonalisty który wie o czym mówi, miał przecież teraz wróżbę którą mógł się podeprzeć zgodnie z jego specjalistyczną wiedzą. Nieco rozbiła go jednak okoliczność, że miał podobny sen do snu Barona, ale czy wspomnienie o tym coś da? Nie chciał, żeby ta kapłanka Morra dowiedziała się czegoś co mogłoby ją zaprowadzić na trop sióstr... Poza tym następnego dnia był umówiony na wizytę w Akademii w poszukiwaniu artefaktu Vesty, może tutaj też był jakiś związek?

              Powtórzył więc to co mówił poprzedniego dnia, że niepokojący sen to nie jest jeszcze powód do paniki. Zapytał się, czy Baron mając więcej czasu przypomniał sobie może coś co miałoby związek z tematyką snu, na przykład tymi dzwoneczkami. Gwiazdy wskazywały, że warunki mogą być sprzyjające finezyjnym przedsięwzięciom i że ważny będzie spokój i zachowanie klarowności, trzeźwości umysłu. Z drugiej strony jeden z gwiazdozbiorów wskazywał na możliwe działanie jakieś zwodniczej i mrocznej siły. Dlatego jeśli Baron coś planował, to trzeba byłoby podejść do tego przedsięwzięcia w sposób przemyślany i subtelny, zachowując wszelką ostrożność. A jeśli nie, to może jakaś okazja się zaraz pojawi dla takie przedsięwzięcia, które byłoby ryzykowne, lecz w przypadku powodzenia mogłoby wiele przynieść.....

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              0
              • SantorineS Niedostępny
                SantorineS Niedostępny
                Santorine
                Developer
                napisał ostatnio edytowany przez
                #82

                Oryginalny autor: Zell

                Bezahltag; południe; mieszkanie Heinricha

                Starszy mężczyzna leżał na łóżku wpatrzony w sufit. Wspomnienia dnia poprzedniego l, a raczej nocy zboru, były żywsze niż zakładałby. Sen dopiero co wypuścił Heinricha ze swoich szponów, ale von Achterberg nie mógł pozbyć się wrażenia, że to nie był taki typowy wytwór wyobraźni. Mógł nie być w kulcie długo, ale miał wystarczający staż jako ten, który zwalczał Chaos, aby osoby ze snami jak on, wydawać na oczyszczenie ogniem.

                Oczyszczenie...

                Czy on w ogóle kiedykolwiek naprawdę wierzył w sprawę, za jaką wysyłał na śmierć? Niekoniecznie. Czy śmierć i ból sprowadzał tylko na winnych? Bynajmniej.

                Pionki i figury... Tak, kobieta ze snu miała całkowitą rację w swoich słowach. Normalnie warto by było pozostawić te aktorki w dobrym zdrowiu, przez nie i teatr wykorzystywać sztukę dla celów kultu... ale ich prawdziwa przydatność wymagała ofiary z nich. Zamęt, jaki zostanie wywołany będzie wart poświęcenia talentu, rezygnacji z poprzednich planów. Nie było pewne, że wszyscy wrogowie pogonią do Saltzburga, gdzie sami wywołają ognisty chaos, ale ktokolwiek by został, będzie pozbawiony wsparcia, pozostanie sam wśród knowań kultu.

                Maść od Mergi była niezastąpiona. Tylko ona mogła pomóc byłemu Łowcy, gdy nadchodził ból. Heinrich wiedział, że czyni to go zależnym od łaski Wyroczni, niczym narkomana od swojego dostawcy narkotyku. Póki będzie miał czym płacić, póty nie przestanie płynąć. To mógł być sposób na upewnienie się, że lojalność byłego Łowcy Czarownic pozostanie na stronie kultu, jednak na to Heinrich był przygotowany odkąd pierwszy raz wpuszczono go na spotkanie ze Starszym i Mergą. Tego oczekiwał, kiedy mutacja zapieczętowała wyrok.
                Że dojdzie do zależności prędzej czy później.

                Nie wahając się przyjął ofertę od Wyroczni, by ta przygotowała mu zapas maści na czas nieobecności. Pozostawienie receptury ze Starszym było jednak także konieczne, jako że nieprzewidziane zmiany w czasie powrotu mogły mieć opłakane skutki dla byłego Łowcy Czarownic.

                Rune przekazał, że na razie może się wstrzymać z podchodzeniem do Czerwonego Johana. Należy też nie wyjawiać znajomości między nimi dwoma, ale możliwie będzie okazja do współpracy, czemu Heinrich zostawiał otwarte okno. W chwili potrzeby miał skontaktować się z weteranem.


                Bezahltag; południe; kamienica Pirory

                - Nie sądzę, aby należało na razie wtajemniczać. - Heinrich oparł się mocniej na prostej lasce z ciemnego drewna, okutej metalowymi zdobieniami - Dopiero pewien czas po występie można skierować uwagę na jej znajomości, a na razie ich zaniechajmy. Zgłosimy się, gdy... zostanie zaprezentowany efekt. Na początku i tak przedstawienie wywoła burzę w kotle pełnym wrzątku, więc unikajmy zachlapania. Świetna sugestia tak czy inaczej, popieram całym sercem na przyszłość. Pozostawmy to jako... niespodziankę dla kuzynostwa. - stwierdził z uśmiechem.

                - Tak mówisz? - zapytała cicho gospodyni. Starała się mówić przyciszonym głosem pewnie aby w salonie za zamkniętymi drzwiami ich nie słyszano albo chociaż nie na tyle aby zrozumieć o czym rozmawiają. Spojrzała nawet na te drzwi jakby to pomagało jej skoncentrować myśli.

                - Być może… Ale sam wczoraj słyszałeś co mówili Merga i Starszy. Że mamy się rozglądać za nosicielkami. I dzisiaj jak Oksana przyszła z tą suknią to pomyślałam o niej. Właściwie o jej kochankach. Na pewno ma jakieś. Ona i Hubert zawsze się przechwalają kogo to nie mają pod pejczem czy butem w tym mieście. Brzmi jakby chędożyli z połowę śmietanki towarzyskiej miasta. Właściwie nigdy jakoś nie miałam okazji tego zweryfikować. Od nich znam tylko Fabi i mam szczerą nadzieję, że uda nam się przekierować ją do nas. A zwłaszcza do mnie. To irytujące, że tak hołubi tego grubasa a nie mnie. Irytujące. - blond szlachcianka z dalekiego Averlandu cichym głosem wyłuszczyła dlaczego przyszła jej do głowy Oksana i to aby ją wtajemniczyć w rolę nosicielek. A przy okazji przyszła jej na myśl ich wspólna, bretońska znajoma i kochanka i Pirora wydawała się być zirytowana myślą, że nie jest u niej na pierwszym miejscu na liście w alkowie.

                - W każdym razie widziałam ją w akcji. Oksanę. I w alkowie jak może zaszaleć to naprawdę potrafi wziąć kogoś pod but i z nim robić co zechce. Czy tam z nią. Przyszło mi do głowy, że jak ma takie talenty i wpływ to może ma jakąś taką co by się jej dało zasiać te jaja od Oster. Bo mnie to właściwie na tym nie zależy. Uważam, że to obrzydliwe. Ale nie chciałabym aby było, że ignoruje polecenia mistrza i wyroczni. I jak Oksana przyszła to pomyślałam, że można by ją wtajemniczyć w sprawę. O Siostrach i tego, że szukamy ich dziedzictwa też wie. Tylko bez tych much i tak dalej. A sam słyszałeś, te muchy ileś tam czasu potrzebują aby się rozwinąć. Pewnie można by i po festynie no ale wtedy to nam nie pomoże w samym ataku bo chodzi o to aby mieć tych much jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Ale mówię, mi w sumie na tym nie zależy więc jak mówisz, żeby jej nic na razie nie mówić to mogę nie mówić. - wyjaśniła kolejny powód dla którego przyszedł jej pomysł aby wtajemniczyć młodą krawcową w tą tajniejszą część spisku. Chociaż sama od wczoraj zdradzała żywą antypatię do tego planu więc nie wyglądała na taką co by się upierała aby powiedzieć krawcowej coś więcej niż już wie.

                - Nie chcę byś wyrobiła sobie mylne wrażenie jakobym uważał muszą sztukę za podniecający obraz. - odparł równie cicho co kobieta, przybliżając się lekko ku niej dla łatwiejszej komunikacji - Jednak ta sztuka stanowi idealne pole do wykorzystania dla kultu, możliwe zapewnienie sobie oddechu z dala od oczu Łowcy Czarownic i Kościoła. Każdy środek jest warty przedsięwzięcia, kiedy prowadzi do celu. Żal nie wykorzystać sytuacji jaka rzutem losu się nadarza. Żałuję, że talent ucierpi przy tym, ale czasem trzeba babrać w ścieku by osiągnąć cele. - wytłumaczył swoje zapatrywanie - Starszego i Wyroczni nie miałbym czelności ignorować, ale przy stracie jaka zajdzie na festynie wolę nie skazywać szlachetnej części na podobny los. Oksana pewnie w tych kręgach ma kochanków, nie w niskich poziomach społecznych, które mogłyby się przysłużyć niezależnie od chęci.

                - Ojej Heinrich, ja to rozumiem. Nie masz mnie chyba za jakiejś rozkapryszonej damulki co? - Pirora przewróciła oczami jakby sądziła, że starszy kolega ze zboru sądzi o niej jakieś nie wiadomo co.

                - Ja to rozumiem. Będzie wielkie zamieszanie, skandal, muchy rzucą się na ludzi, kogoś spalą pewnie za to na stosie, część kobiet zdradzi się jako robaczywe, władze zostaną skompromitowane i będą w wielkich opałach, komuś może wyrośnie jakaś macka czy inne rogi, no ja to wszystko rozumiem i popieram sianie tego chaosu aby na ich zgliszczach wybudować własną domenę. No i cudnie. Jestem całym sercem “za” i też chcę mieć w tym swój współudział. Ale ja to rozumiem o tutaj. - streściła na szybko jak to pewnie by wyglądał ogólny zarys numeru jaki planowali wykonać w nadchodzących tygodniach. Jakby się udał chociaż w ogólnym zarysie to miasto rzeczywiście mogło stanąć na krawędzi zamieszek i porachunków. Na koniec popukała się w skroń dając znać, że popiera tą cześć tak na swój rozum i logikę.

                - Ale tutaj, z tymi muchami i nosicielkami to jestem przeciwna. To ohydne. - pokazała na swoje serce na znak, że moralnie i emocjonalnie to rozprzestrzenianie dziedzictwa Oster budzi w niej wewnętrzną odrazę.

                - No ale może jakby się trafiła jakaś landara jakiej nie lubię to nawet bym się ucieszyła jakby została nosicielką. Albo chociaż jakaś jakiej nie znam, nie mam z nią planów i mi na niej nie zależy. No to jakoś bym to przełknęła. I właśnie dlatego przyszła mi do głowy Oksana i jej niewolnice. Na pewno ma jakieś i jakby prawdę mówiła to może nawet znam którąś. To by nawet ciekawe było bo jakoś żadna mi się nie przyznała, że uczęszcza na prywatne spotkania z jakąś dominą. No ale nic, tyle myślę bym mogła dać od siebie w tej sprawie. Przynajmniej na razie. A jak potrzeba czasu no to myślałam, że nie ma co zwlekać. Ale na festynie to już będzie za późno aby coś zdziałać na samym festynie. Wtedy już będziemy mogli użyć tylko coś co już będziemy mieli gotowe w zanadrzu. Więc nawet jak wtedy uderzymy do Oksany czy kogoś jeszcze no to już będzie po ptokach. Może w przyszłości będzie z tego jakiś pożytek ale nie na tą akcję co planujemy na festyn. Bo to ma być jakoś pod koniec tego miesiąca albo na początku kolejnego. Wcale nie tak długo czasu na przygotowania. - Pirora dalej tłumaczyła dlaczego przyszła jej na myśl właśnie krawcowa jaka była teraz za ścianą. I chodziło jej głównie aby mogła przyczynić się swoją cegiełką do tego muru jaki budowała reszta rodziny. Nawet jeśli sama osobiście raczej nie popierała tego akurat projektu.

                Przez cały czas były Łowca Czarownic słuchał uważnie Pirory, myśląc dokładnie nad jej słowami. Na koniec lekko się uśmiechnął.

                - Wskazałaś trafne punkty. Dziękuję. - skłonił się szlachecko kobiecie - Gdyby się udało wybrać tylko te, które są ci solą w oku byłoby idealnie, ale zawsze trzeba się na zamiennik przygotować. Tak, biorąc pod rozwagę twoje uwagi wtajemniczenie jest dobrym ruchem. Co do rozkapryszonej damulki... - spojrzał rozbawiony - ...taka nie jest godna dłuższego spojrzenia, co mówić o prowadzeniu takich rozmów z nią.

                - Oh dziękuję za słowa uznania Herr von Achterberg. - gospodyni uśmiechnęła się sympatycznie i dygnęła przyjmując wdzięcznie ten komplement co na chwilę pozwoliło odsunąć te poważniejsze tematy na bok.

                - A z tymi moimi koleżankami to myślałam. Mimo wszystko. Ale jakoś żadnej nie życzyłabym losu nosicielki. I jakoś żadna nie sprawia mi wrażenia, że mogłaby się zgodzić na taki numer. Nawet jak czasem się zabawiamy razem u mnie w loszku albo gdzie indziej. Więc z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że żadna nie przychodzi mi do głowy. Przynajmniej teraz. - powiedziała nieco z wolniej jakby przeszukiwała swoją pamięć czy ma wśród koleżanek jakiegoś wroga którego by mogła poświęcić dla sprawy albo namówić na takie nosicielstwo. Złapała gościa pod rękę stojąc u jego boku i nakierowując w stronę wciąż zamkniętych drzwi do salonu.

                - A Oksana i Hubert to działają tu od dawna. Ten ich romans z Fabi to też już trwa zanim ja jeszcze tu przyjechałam zeszłej zimy. I tak się przechwalają, że mają tylu kochanków, że jakby to ich na pęczki mieli. Czy ze szlachty to nie wiem. Sądząc jednak po tym jak sobie zniewolili i podporządkowali Fabi, i to przecież mężatkę, to może i mają kogoś u szlachty. Chociaż tam do nich do sklepu to raczej mieszczanie przychodzą, ci z wyższej półki. Szlachta też chociaż na moje oko to od czasu jak go uczyniłam głównym dostawcą kostiumów do naszego teatru to i więcej błękitnokrwistych się o nim dowiedziało i tam uczęszcza. Bo co by nie mówić Oksana to świetna projektantka i krawcowa, ona naprawdę mogłaby zrobić karierę jako jakaś osobista dwórka od spraw mody na jakimś dworze. Właściwie ją też bym chętnie odbiła Hubertowi. Dobra, chyba nie ma co tu tak stać i gadać, chodźmy do środka bo jeszcze będzie, że romans mamy albo je obgadujemy. - gospodyni wyrzuciła z siebie swoje przemyślenia patrząc gdzieś w dal korytarza. Ale w końcu uśmiechnęła się, pacnęła dłonią w ramię mężczyzny i dała znać, że jest gotowa dołączyć do swoich gości w salonie.

                Nauczony za młodu szlacheckiego obycia, Heinrich pozwolił kobiecie wesprzeć rękę o swoje ramię.

                - Romans nie byłby taki zły, ale posądzenia o obgadywanie... - złożył krótki pocałunek na dłoni Priory - …wolałbym uniknąć

                Stwierdził nim za chęcią kobiety ruszył do pokoju.

                - Romans mówisz, nie byłby taki zły? - niższa i drobniejsza od niego blondyna zadarła nieco głowę aby obdarzyć go psotnym uśmiechem i filuternym spojrzeniem.

                - To się dobrze składa mój drogi Heinrichu. Bo widzisz ja uwielbiam flirty, schadzki i romanse. A ten mój skromny przybytek to istna jaskinia takich schadzek i romansów. I pełna złaknionych niecnych przygód kobiet. - powiedziała wesoło prowadząc go w stronę drzwi do salonu i zdawała się całkiem dobrze bawić tą rozmową. Ale też zdecydowała, że w końcu czas dołączyć do jej koleżanek w salonie.


                Heinrich spojrzał na Sorię, gdy już Pirora odsunęła od niego rękę, aby tą nagłą zmianą uwagi nie spowodować smutku drugiej kobiecie.

                - Wyglądasz oszałamiająco pięknie, droga pani. - odpowiedział trzymając dłoń na sercu - A ta przepiękna kreacja podkreśla naturę.

                Mężczyzna usiadł na wolnym miejscu, laskę opierając o ścianę obok siebie. Zagrywki slaaneshytek zawsze go bawiły, a teraz tym bardziej, gdy dopiero dwa dni temu zakończył się istny maraton koszmarów... czy wręcz głosów i wizji wydarzeń z przeszłości, które to odsunęły go od spraw kultu na tydzień. Relacja z tymi kobietami była w tym momencie jak miód na poranioną duszę przez swoje jawne i niejawne słowa i gesty. Miłe.

                - Obgadywałyście mnie? Czuję się wywyższony, że moja nieobecność uhonorowała mnie zapomnianymi towarzyskimi konwenansami. - z chęcią przystał na ofertę alkoholu - Tematy poruszane za poprzedniej kariery były... nudne, tak szczerze. Monotonne i trzymane w jak najściślejszej tajemnicy przed tobą.

                Spojrzał na zaciekawione kobiety jego działaniami w alkowie. Spodziewał się tego, a zainteresowanie jakie wzbudził temat związany z jego osobą wydał mu się uroczy.

                - Odprężyć się, dać ponieść chwili... - spojrzał ku górze znad półprzymkniętych powiek, jakby smakował uczucie - Bronić się, nigdy nie broniłem szczególnie. - wrócił wzrokiem w dół, przesuwając go po zgromadzonych - Ta oferta byłaby niesamowita - odezwał się spokojnie do van Dake, która jak i on miała kieliszek wina - ale niestety nie dla każdego byłaby możliwa. - dodał ze smutkiem, wdychając aromat wina - Moja noga potrafi doskwierać niektórym, jacy wzdrygną się przed każdym... nieoczekiwanym wyglądem.

                Spokojny, przyjemny w obyciu i opanowany Heinrich nie do końca pasował do ogólnego wyobrażenia fanatyka z lubością skazującego heretyków na ogień, czy parającego się torturą winnych... lub nie.

                Soria niczym prawdziwa dama z wyższych sfer umiała elegancko przyjmować komplementy i odwdzięczyć się pochlebcy ciepłym, dystyngowanym spojrzeniem i obiecującym uśmiechem. Po czym cała trójka z ciekawością wysłuchała odpowiedzi kolegi ze zboru.

                - Ah, no tak, ta twoja noga… - Pirora pokiwała ze zrozumieniem swoją ufryzowaną blond głową jakby wcześniej nie wzięła tego pod uwagę. - A to bardzo widać? Nie można by udać, że to jakaś proteza czy coś takiego? - zapytała jakby zastanawiała się czy da się to jakoś obejść.

                - Takie rzeczy są do zrobienia. - odezwała się Oksana odchodząc od swojej modeli na parę kroków aby mieć lepszą perspektywę całej jej sylwetki i tego jak ta krwistoczerwona suknia się na niej układa.

                - Tylko trzeba by Petrę namówić aby zgodziła się na numerek z zawiązanymi oczami. Założy się jej jakąś przepaskę na oczy. Co prawda dalej trzeba by się pilnować ale już można by ją zamknąć w dyby, uwiązać gdzieś czy po prostu kazać się wypiąć i można by się nią wtedy pobawić. Oczywiście zawsze jest ryzyko wpadki, bo jej się ręka ześlizgnie na tą twoją nogę czy co. Właściwie ręce też można by jej skrępować. No ale to wszystko jest do zrobienia. Czasem tak robimy z Lilly aby mogła się pobawić jakąś ładną panią a one myślą, że to jakiś dziarski młodzieniec się nimi zajmuje. - Oksana odezwała się jako kochanka mająca spore doświadczenie w takich zabawach i mówiła tak jakby uważała, że taka schadzka wymagała by pewnego lawirowania i zachowania zasad no i byłaby by obarczona pewnym ryzykiem ale jak się weźmie to pod uwagę to powinna być do zrealizowania.

                - A swoją drogą to też myślałam aby ją wprowadzić do rodziny. Jak ma takie ciekawe preferencje i fascynacje. Poza tym też jest zaangażowana w sprawy teatru i kółka poetyckiego więc oprócz mnie i Fabi byśmy miały tam kogoś jeszcze. A poza tym lubię ją. - młoda dama o jakiej rozmawiali widocznie była obu kobietom dobrze znana i budziła w nich pozytywne skojarzenia bo wypowiadały się o niej ciepło. No i rozważały sprawę jej werbunku do rodziny, przynajmniej tak ogólnie.

                - Niestety, to nie obejdzie za protezę stworzoną naturalną umiejętnością. - zaczął tłumaczyć Pirorze - To jest... po prostu jakby moja skóra, jeszcze nie zastępująca każdego kawałka nogi, choć poniżej kolana to istna zbroja. - wzruszył ramionami - Czcigodna Merga mówi, że to tylko kwestia czasu nim objęta zostanie całość kończyny.

                - Czy teraz o wtajemniczeniu Petry mówicie? - dopytał - Trudzenie się tym utrzymywaniem tajemnicy może być zniechęcające do alkowy dla mnie. Wiek, w którym bym miał inne zapatrywanie minął dawniej, Joachim czy Otto bardziej by się nadali.

                - Być może. Ale dla niej to oni pewnie by byli mało interesujące młokosy. Woli bardziej dojrzałe owoce, że tak powiem a nie takie świeżutkie co niedawno puściły pęki. - odparła gospodyni z łagodnym uśmiechem dając znać, że akurat właśnie najstarszy z ich kolegów świetnie wpasowywał się w preferencje jej koleżanki.

                - No ale to tylko taka luźna propozycja, nie czuj się nijak zobowiązany do czegoś. Ot zebrałyśmy się razem to sobie plotkujemy o mniej lub bardziej znajomych. Akurat jak się wczoraj zjawiłeś po dość długiej nieobecności i rozmawiałyśmy o tych wszystkich schadzkach i romansach to nam przyszło do głowy, że pewnie byś pasował do naszej słodkiej Petry. Ale to tylko takie plotki, nic poważnego. - blondynka z Averlandu machnęła na to ręką i jeśli kolega nie był zainteresowany takimi schadzkami to nie zamierzała nalegać.

                - A w ogóle co cię właściwie do nas sprowadza? Bo tak cię zagadałam od samego początku, że nawet nie zdążyłam zapytać. Wybacz płochość i natarczywość. - Pirora zagaiła o coś co widocznie wcześniej jej wyleciało z głowy pod wpływem sytuacji no i dość nieoczekiwanego pojawienia się starszego kolegi ze zboru.

                - Wykryłaś moje intencje, a już myślałem, że zdołam ukryć. - westchnął teatralnie - Ale skoro trzeba do sedna przejść... W sumie to dwa powody... nie, trzy miałem. - poprawił się - Jeden jest prośbą. Jestem z wami, jak i ogólnie w mieście, od niedawna. Jakiekolwiek kiedyś miałbym społeczne znajomości i możliwości, zostało to pogrzebane. Jestem w kropce z ich utworzeniem, jako że na dawne powołać się nie mogę, a i nie mam zamiaru na razie zwracać uwagi dawnych sojuszników. - zastanawiające było, że Heinrich użył słowa "na razie" w tym zdaniu tak bez zastanowienia - Zważając, że wy macie nawet większe doświadczenie w społeczeństwie miasta... Może mogłybyście doradzić jakie kroki powinienem powziąć, a jakich nie w tym środowisku?

                Z dwóch dobrze ubranych szlachcianek, jedną o jasnych i drugą o ciemnych włosach i do tego dwukolorową krawcową odezwała się ta pierwsza. Zresztą Soria na nią wskazała jako pewnie ta co ma większe doświadczenie w tutejszych kontaktach towarzyskich od niej. W końcu sama egzotyczna milady z dalekich stron dopiero co raz się pokazała na porannej mszy w ostatni Festag a dziś była zaproszona na kółko poetyckie dobrze urodzonych dam jakim patronowała Kamila van Zee. Więc też trudno było mówić, że ma doświadczenie w tutejszej śmietance towarzyskiej chociaż sprawiała wrażenie lwicy salonowej co czuje się pewnie w takich sferach. Pirora jeszcze spojrzała na Oksanę. Ta z kolei była z nich wszystkich tutaj najdłużej, zanim ktokolwiek z pozostałej trójki kultystów zjawił się w tym mieście. No ale nie była szlachcianką czyli dla nich była z plebsu. Była tylko krawcową i projektantką ich ubrań za jakie jej płacili. I czasem tajną kochanką o dominujących skłonnościach. Krawcowa wzruszyła jednak ramionami na razie oddając pałeczkę blondynce.

                - Ale właściwie czego oczekujesz Heinrichu? Bo jeśli chcesz aby cię wprowadzić na salony to powinno być to dość proste do zrobienia. Chociaż teraz trudniej bo żałoba zablokowała wszystkie wernisaże, bale i tak dalej. Wcześniej po prostu byś przyszedł na jedno z przyjęć jakie urządzam i bym cię poznała z towarzystwem. Teraz to trochę trudniejsze ale wciąż do zrobienia ale raczej w mniejszych grupkach. Ot byś był u mnie jak kogoś zaproszę albo bym cię zabrała ze sobą jak ktoś mnie zaprosi jako osobę towarzyszącą. - averlandzka szlachcianka zaproponowała starszemu koledze takie proste rozwiązanie. Ale mówiła nieco niepewna czy to właśnie o takie coś mu chodzi. Soria i Oksana też na razie nie zabierały głosu czekając na to co się wypowie.

                - Zdaję sobie sprawę, że szczególnie teraz byłoby ciężej przy tej żałobie, więc i nie spieszno mi z takimi relacjami, ale dobrze słyszeć, że byłyby zawsze możliwe. Zastanawiam się nad kontaktami wśród tych o mniejszym statusie, jednak mogę wpaść w niechcianą sytuację, gdy nie wiem, jakich osób unikać. Nie znam zbytnio sieci powiązań niższych sfer. - wzruszył ramionami - Kiedyś inni zajmowali się tą sferą za mnie.

                - No my to raczej się zajmujemy wyższymi sferami. I to najchętniej takimi jakie są rozrywkowe i warto z nimi kończyć tą zabawę w alkowie. - powiedziała gospodyni uśmiechając się nieco z zadowolenia.

                - A niższe warstwy to musiałbyś z tym uderzyć do dziewczyn. Zwłaszcza do Łasicy i Burgund. One znają ten brud miasta na wylot. Może do Vasilija jeśli jeszcze zdążysz. On i jego ojciec od dawna przemycają różne rzeczy z i do miasta to też może być zorientowany w sytuacji. Może nawet Strupas bo w końcu to żebrak. Ma znajomości wśród innych żebraków. Kurt u rybaków i marynarzy. Chociaż on też chyba ma wyjechać razem z Mergą. - Pirora przebiegła oczami po ścianie naprzeciwko niej jakby porównywała kogo mają w ich tajnej, spaczonej rodzinie i kto mógłby mieć jakieś informacje czy uwagi o jakie pytał Heinrich.

                - A szukasz kogoś albo czegoś do czegoś konkretnego? Do jakiejś szczególnej roboty? - zapytała milcząca do tej pory krawcowa.

                Heinrich zdawał się chwilę zastanawiać ile chciałby wyłożyć od siebie, co mogło kłócić się z przyzwyczajeniami byłego Łowcy Czarownic.

                - Powiem wprost. - zdecydował po chwili - Czuję się tutaj ślepy, a tego znieść się nie da na dłuższy czas. Chciałbym ogarnąć osoby, które by umiały się wpleść w niekoniecznie bezpieczne sytuacje i być na tyle kompetentne, aby z nich wyjść w gadającym kawałku. Kompetentne, ale jednocześnie nie będące powiązane tak, aby za nimi żałobę robić, jeżeli się zużyją. - powiedział ten zimny fakt bez przejęcia - Osoby, które za monety nie zawahają się wejść nawet do pokoju Hertza i zabrać jego kapelusz.

                - Włamać się do pokoju Hertza? Grubo. - powiedziała krawcowa kiwając do tego głową z uznaniem dla śmiałka który byłby w stanie tego dokonać.

                - Chyba takie rzeczy to nasze łotrzyce by były najlepiej zorientowane. Trudno mi tu coś doradzić. Przynajmniej w tej chwili. - Pirora znów przeszukiwała wzrokiem ścianę bo próg wydał się i jej bardzo wysoki a ona raczej nie miała znajomych o takim profilu umiejętności. W końcu najczęściej obracała się wśród szlachty i artystów.

                - Bo gdyby nie chodziło o kogoś z zewnątrz to bym ci poleciła nasze dziewczyny. Wiesz, że kiedyś Łasica włamała się do mnie w środku nocy po to aby się ze mną kochać? Jak jeszcze mieszkałam w wynajmowanym pokoju w karczmie. A to było na pierwszym piętrze i z zamkniętymi okiennicami! - blondynka przypomniała sobie z rozbawieniem o pewnym wyskoku swojej koleżanki ze zboru jaka była zdolna do takich niecodziennych numerów i niespodzianek. Ale poza nimi jakoś chyba tak od ręki nie przychodził jej nikt inny do głowy kto by dysponował podobnymi umiejętnościami a był spoza rodziny.

                Były Łowca Czarownic zastanawiał się nim odpowiedział.

                - Zgłoszę się więc do Łasicy i spółki z tą kwestią. - zgodził się - I rozumiem, że w razie potrzeb mogę liczyć także na wasze możliwości kontaktu z możnymi? - zapytał dla pewności - I czy wasze kontakty ograniczają się do szlachty i tych u kasy, czy też dotyczą policyjnych, kościelnych i stricte politycznych osób?

                - Nasze możliwości towarzyskie koncentrują się wokół teatru, sztuki, wernisaży, wystaw i najwięcej przychodzi właśnie osób ze śmietanki towarzyskiej miasta. Większość to błękitnokrwiści ale nie tylko. To ludzie ze świecznika, pewnie każdy obywatel miasta o nich słyszał chociaż albo i kojarzy z porannych mszy. Ale też jest miejsce dla całej obsługi dlatego całkiem często udaje mi się nasze dziewczyny dołączyć jako kelnerki czy kogoś takiego. I tak jak mówiłam, jak będziesz miał ochotę ich poznać to daj znać, zaproszę cię na takie przedstawienie czy wystawę to sam ich poznasz. No tylko bym musiała wiedzieć kogo mam przedstawić bo zapewne nie jako byłego łowcę czarownic z blaszaną nogą. - blond gospodyni ogólnie zarysowała kogo można się spodziewać na jej wystawach i przyjęciach albo takich na jakich ona bywa. Brzmiało to jakby przelewała się przez nie śmietanka towarzyska tego miasta, ci wszyscy rozpoznawalni możni i bogaci z ważnymi nazwiskami ale chociaż jakiś ogólny zarys można było określić, że dominowała szeroko pojęta szlachta to też było wiele detali. W zależności kto i co organizował i zapraszał, kto się z kim lubił czy nie, był też element napływowy w postaci kadry oficerskiej z statków jakie akurat były w porcie więc gdzie by oko nie przyłożyć tam można było spotkać nieco inny zestaw osobowy na tych przyjęciach. No i van Dake była gotowa wprowadzić kolegę na salony ale musiałaby wiedzieć kogo.

                Heinrich wyglądał na zadowolonego.

                - W takim razie ta kwestia załatwiona. - mężczyzna wsparł łokcie dłoni na kolanach, lekko się wychylając ku kobietom - Następna kwestia jest w sumie powiązana z pierwszą. Ciężko współpracować, nawet w jednej organizacji, gdy nie zawiąże się wewnętrznych dobrych relacji. Jestem, jakby to powiedzieć, nieprzywykły do klimatu kultu... będąc w nim, a nie przeciw niemu.

                - Ostatni powód mojego przybycia jest w sumie potwornie samolubny. - uśmiechnął się na poły z rozkoszą sytuacją, na poły z samozadowoleniem - Po tygodniu gorączki i majak w samotności choć sekunda bycia wśród takiej piękności jest nie do pogardzenia.

                - Oh, to było bardzo miłe z twojej strony Heinrichu. Wiedz, że na pewno jesteś tu bardzo mile widziany. A gdyby któraś z nas mogła zadbać o twoje prywatne potrzeby to myślę, że to też dałoby się załatwić. Mam nadzieję, że nie szarogęszę się za bardzo mówiąc w imieniu koleżanek. - Pirora obdarzyła starszego kolegę uroczym uśmiechem i zapewniła o swojej i zapewne koleżanek gościnności. Tak tej oficjalnej jak i prywatnej.

                - Mam wrażenie, że nasze koleżanki bardzo lubią poszerzać swoje znajomości. Zwłaszcza w twoim loszku. - powiedziała z uśmiechem Oksana pokazując palcem w dół gdzie pod podłogą i kolejnym poziomem była piwnica przerobiona na miejsce do dekadenckich zabaw.

                - A te relacje Heinrichu no cóż, same się nie zrobią. Byś musiał ruszyć się, ze swojego wygodnego gniazdka i poznać się z tym czy tamtą. Pójść na piwo, na obiad, bal no albo akcje. Jak słyszałeś wczoraj to dziewczyny są w samym centrum akcji obrabiania skarbca świątynnego. Rano wysłałam list do Fabi aby jakoś zwabiła tego swojego bretońskiego kolegę do mnie albo na jakiś inny przyjazny teren. Mam nadzieję, że zależy jej na paru dodatkowych razach szpicrutą i się postara to zorganizować. W każdym razie jeśli o mnie chodzi to jesteś tu mile widziany ale za resztę nie będę się deklarować. - Pirora znów przejęła pałeczkę rozmowy i jej zdaniem sporo z tym poznawaniem się i budowaniem relacji musiał wykonać sam zainteresowany. Albo przez towarzyskie kontakty albo służbowe czyli te różne akcje jakie urządzali na mieście.

                - Aha i Joachim oraz Tobias coś próbują odnaleźć w tej Akademii. Też pewnie by nie narzekali na pomoc w tej sprawie chociaż nie jestem zorientowana jak to u nich dokładnie jest z tą Akademią. - na koniec przypomniała sobie jeszcze co wczoraj mówiono o innych poszukiwaniach dziedzictwa Sióstr. W końcu było parę tych wątków, w każdy był zaangażowany ktoś z kultu i pewnie pomoc kogoś jeszcze byłaby mile widziana.

                - Joachim... tak. Niedługo mam zamiar go odwiedzić. Zakładam, że sam nie może się doczekać. - choć ton starszego mężczyzny mógł zdawać się neutralny, to w tym głosie czaiła się nuta ironicznego... rozbawienia?

                - To chyba wiesz gdzie mieszka? W takiej wieży, w Zachodniej Dzielnicy, blisko zewnętrznych murów. - Pirora podpytała czy kolega wie gdzie mieszka ich wspólny, uzdolniony magicznie kamrat ze zboru.

                - A jak byś potrzebował jakichś eleganckich ubrań to się zgłoś. Ale u nas może szef zgodzi się na zniżkę ale jednak będziesz musiał zapłacić. Jak jakieś fikuśne wdzianka do zabaw w alkowie albo tutaj w loszku u Pirory to też możemy ci zrobić tylko powiedz jakie. - dodała od siebie Oksana dając znać, że może użyczyć swoich krawieckich talentów i warsztatu. Chociaż nie za darmo bo w końcu prowadzili interes jakim zarządzał Hubert.

                - Jestem przekonana, że jak tak wyglądają wszystkie twoje dzieła jak ta suknia to na pewno masz mnóstwo zachwyconych klientów. Obiecuję ci, że dzisiaj na spotkaniu u panny van Zee na pewno nie omieszkam wspomnieć kto zaprojektował i zrobił tą piekną suknię. I w innych przypadkach również. - lady Soria dodała coś od siebie ciepłym tonem i uśmiechem głaszcząc skraj sukni w jaką była odziana. Co wyraźnie przypadło mistrzyni igły do gustu.

                - Byłabym zobowiązana. I bardzo dziękuję milady za twą łaskę. - Oksana dygnęła grzecznie przed czerwoną damą i ten komplement musiał sprawić jej przyjemność. - Przyznam, że odkąd otworzyliśmy teatr to więcej u nas szlachty wśród klientów. Ale chyba nadal nie tak wiele jakbyśmy chcieli. Czasem mam wrażenie, że więcej z nich poznałam prywatnie na naszych tajnych spotkaniach bez świadków niż jest naszymi stałymi klientami. A przecież najwięcej grosza jest właśnie ze stałych klientów. - krawcowa przyznała, że żywi nadzieję, że rozbuduje swoje kontakty i zawodowe i prywatne także u tej najbogatszej i najznamienitszej klienteli.


                Bezahltag; wieczór; mieszkanie Heinricha

                Heinrich z zadowoleniem odłożył do szafy zdobioną laskę i sprawnie podszedł do biurka, z którego wyciągnął stojące duże lusterko, które postawił na blacie. Zasiadł na krześle i przyjrzał się swojemu odbiciu, żeby po chwili przysunąć miskę z wodą do usunięcia z twarzy dzisiejszej charakteryzacji. Jutro miał zamiar spotkać się z Łasicą, by przez nią zacząć zdobywać znajomości. Czemu nie chciał tego w całości powierzyć kultystom? Bo wymagałoby to zaufania, którego nie posiadał do innych, gdy chodziło o interesy własne. Musiał trzymać rękę na gardle podwładnych, mieć całkowitą kontrolę, a im bardziej się pozwoli innym wejść w plany...

                Pozostawało także nawiedzenie Joachima w jego miejscu, a sama myśl o tym spowodowała uśmieszek rozbawienia na twarzy Heinricha. Och, biedaku. Aż tak boli wspomnienie przeszłości?
                To w sumie zabawne, magu.

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Niedostępny
                  SantorineS Niedostępny
                  Santorine
                  Developer
                  napisał ostatnio edytowany przez
                  #83

                  Oryginalny autor: Pipboy79

                  Oryginalny tytuł: Tura 23 - 2519.07.09; knt; ranek - popołudnie (1/2)

                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Świątynna, świątynia Mananna
                  Czas: 2519.07.09; Konigtag; ranek
                  Warunki: dzwonnica; schody; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, burza, powiew, umiarkowanie

                  Otto

                  Tym razem nic zwykłego albo niezwykłego mu się nie śniło. Zgarnął więc z twarzy resztki snu i wstał ze swojego łóżka zaczynając kolejny dzień. Grzmiało. A gdy otwarło się okiennice czy wyszło na zewnątrz okazało się, że na zewnątrz jest ciemno z powodu burzy. Na niebie ciemniały prawie czarne chmury, grzmiały i błyskały gniewnie zalewając ziemski i morski padół potkami deszczu. Szkoda było wychodzić z suchego pomieszczenia. Ale jak trzeba to trzeba. Zwłaszcza jak się chciało przed własną, poranną zmianą odwiedzić świątynie Mananna.

                  Mimo wczesnej pory zastał tam już pierwszych wiernych chcących przypodobać się bogom na początku nowego dnia podczas odprawianej jutrzni. Chociaż oczywiście nie było porównania z tłumami jakie przychodziły na poranną mszę w Festag. Zastał też dwie skruszone grzesznice w schludnych czepkach i skromnych spódnicach do samej ziemi. Zamiatały i szorowały schody dzwonnicy. Ostatni raz widzieli się wczoraj wieczorem w “Wesołej mewie” gdy przyszedł tam aby im przekazać list dla ich lidera. Wówczas wyglądały całkiem inaczej niż teraz. Wczoraj ich wizerunek bardziej pasował do portowej tawerny jaką była “Mewa”. Pełno było tam żeglarzy i morskiej braci wymieszkanej skutecznie z tutejszym elementem jakiego niekoniecznie zdawało się rozsądnym zaczepiać pierwszemu. Ale obie łotrzyce czuły się tam jak ryba w wodzie i traktowały jak swoje własne podwórko.

                  - Aha, liścik masz do szefa? Jej no to jeszcze trzeba będzie poszurać dzisiaj do niego bo od rana znów zasuwamy ze szkotkami i szmatami. Ciężka, uczciwa praca! Straszne! To skandal jak oni nas traktują! Hańba i sromota na nas przyszła na stare lata a kiedyś to z Burgund takie numery, żeśmy wywijały, że w całym mieście oczy bielały a teraz tylko wiadro i szmata to mycia… - biadoliła wczoraj Łasica przy jednym ze stołów. Chociaż w dość zabawny sposób i zapewne celowo. Ta ucziciwa i ciężka praca jaką od paru dni sumiennie wykonywały przez większość roboczego dnia bardzo działała im na nerwy oraz zwyczajnie nudziła i ciążyła. Jednak starały się zachować wymagane do swojej roli pozory. Ostatecznie Łasica wzięła list i obiecała go dostarczyć.

                  - No właśnie. Jeszcze, żeby chociaż umieli wykorzystywać personel gdzieś na zapleczu jak nikt nie patrzy. Po co mieć służbę, i to tak ładną i gorącą jak my, i jej nie wykorzystywać w niecny sposób? - Burgund poparła koleżankę w tym utyskiwaniu na nieznośne warunki pracy. Obie musiały sobie tym żartobliwym gderaniem odbić te całe dnie posuchy i ciężkiej, fizycznej pracy za miskę zupy czy dwie. A dziś rano znów się spotykali.

                  - Serwus Otto. Co tam na naszym pięknym mieście słychać? Tylko nie mów, że jakieś wyuzdane orgie albo lubieżnicy i ladacznice biegają po mieście chcąc się chędożyć z kim popadnie bo mnie zaraz szlag trafi. - zagadnęła go Łasica przebrana za bogobojną mieszczkę. Chwilowo na tych schodach byli sami bo na górze dzwonnicy chyba nikogo nie było a z dołu to otwierane drzwi powinny uprzedzić, że ktoś wchodzi. Zresztą większość i tak była na nieszporach. W każdym razie Łasica zaniosła wczoraj jego list do Starszego. A raczej zostawiła go w umówionym miejscu. Więc nie widziała się z nim o tej już dość późnej porze a potem poszła do siebie. Dziś zaś od rana urzędowały z Burgund tutaj odgrywając swoją bogobojną rolę. Więc na razie żadnych wieści od ich lidera nie miały. Nawet jak coś im przysłał do “Mewy” to będą wiedzieć dopiero jak wrócą ze świątyni. Całkiem możliwe, że wysłałby odpowiedź prosto do Otto więc też niech się tego spodziewa. Rano jednak nikt do drzwi młodego mnicha nie zapukał a potem ruszył w miasto. Obu łotrzycom ranek zaczął się dość standardowo czyli od pokutnej modlitwy na klęczkach przed ołtarzem boga mórz. Po czym Absalon przydzielił im zadania. Dziś miały doprowadzić do porządku dzwonnicę. W rozpoznaniu podziemi postępów raczej nie było. Obie czekały co wyjdzie z tym odbijaniem klucza co miały im pomóc Pirora i Fabienne albo dać znać, że nic z tego. Pokazały mu okno w dzwonnicy przez jakie zamierzały wejść tu w nocy i zostawić je uchylone co by im pomogło w takiej eskapadzie. Ale na razie czekały umilając sobie czas podpatrywaniem bogobojnych obywateli rozmodlonych co mszę i obgadywaniem ich. Oczywiście były wyczulone na atrakcyjnych ludzi z jakimi by można zawrzeć znajomość. Ale zasuwając z wiadrami, szczotkami i szmatami nie zawsze miały okazję coś spróbować.

                  Nie zastał też Matki Somnium. No ale ona była morrytką więc jak już to pewnie urzędowała w świątyni Morra. Widocznie tylko z okazji symbolicznego pogrzebu księżnej - matki, odprawiała część mszy i obrzędów pogrzebowych w największej, najbogatszej i najpopularniejszej świątyni w mieście. Zwykle jednak obrządek prowadzili tutejsi kapłani. Dzisiaj znów z ambony głosił kazanie surowy i rosły kapłan Absalon. A jak nie chciał się spóźnić na swoją zmianę w hospicjum to nie miał już tyle czasu aby w tą burzę zasuwać do kolejnej świątyni. Bo wciąż grzmiało, błyskało i lało na całego.

                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
                  Czas: 2519.07.09; Konigtag; przedpołudnie
                  Warunki: korytarze i cele; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, łag.wiatr, umiarkowanie

                  Otto

                  Poranek w hospicjum zaczął się dla Otto dość rutynowo. Pomóż w kuchni, posprzątaj celę bo pacjent zapaskudził, porąb drewno na opał, pomóż cerować habity. Ot, dzień jak co dzień. Dopiero przyjazd wielkiej pani zakłócił tą rutynę. Podobnie zresztą jak przybycie trzech dam na początku tygodnia nie przeszło niezauważone i w tej codziennej rutynie to był temat do rozmów na następne kilka dni. Dziś się zapowiadało podobnie mimo, że przyjechała tylko jedna bogata pani. Ale już się rozeszło po tej niezbyt licznej społeczności, że zabierze ze sobą Annikę. Wszyscy się dziwili, czemu wybrała akurat ją bo przecież wszyscy wiedzieli jak szalona i agresywna potrafi być Annika. Nawet jak ktoś jej wbił łyżkę brzuch. I zdziwili się, że przyjechała osobiście bo raczej oczekiwali, że co najwyżej przyśle powóz albo nawet służącego aby zaprowadził nową służkę do rezydencji. Lub po prostu mnichom każe sobie ją podstawić pod drzwi. A tu, nie, Frau von Mannlieb przyjechała osobiście, w swojej blado - czarnej krasie. Sam przeor wyszedł ją powitać.

                  - Pochwalony, pochwalony, mości dobrodziejko! Witamy w naszych skromnych progach! - zawołał od progu uśmiechając się promiennie do wysiadającej z powozu szlachcianki. Ta przyjęła te komplementy z dumą a za nią jak cień wysiadła Gertruda. Bretońska piękność dała się oprowadzać przeorowi i sprytnie poprosiła go aby wskazał jej starej przyzwoitce gdzie ma zabrać rzeczy nowej służącej dzięki czemu chociaż chwilowo jej się pozbyła.

                  - A i tu nasza Annika. Oczekiwała na panią. - przeor przedstawił swoją podopieczną pani jaka miała ją stąd zabrać i być jej nową opiekunką. I dzisiaj, jak ją przygotowano, uczesano, wykąpano i ubrano jak na standardy hospicjum to w całkiem dobre ciuchy na to spotkanie to nawet ponura i charakterna Annika wydawała się jakaś pogodniejsza, cieplejsza i bardziej uśmiechnięta.

                  https://i.imgur.com/3G2CCWy.jpg

                  - Cudowna! Wszyscy tu jesteście cudowni i robicie świetną robotę jakiej nie chce wykonywać nikt inny. Aż mi wstyd, że tak późno was odwiedziłam i cieszę się, że mogłam was chociaż odrobinkę wesprzeć w tym zbożnym dziele. - Frau von Mannlieb, ze swoim eleganckim urokiem i bretońskim akcentem jaki często uważano za uroczy, romantyczny a nawet godny naśladowania potrafiła zrobić odpowiednie wrażenie.

                  Na oko Otto to chyba sporo zasługi w tym dobrym wyglądzie i humorze Anniki było Marissy. Bo obie sporo ze sobą przebywały już od śniadania ćwierkając ze sobą radośnie jak dwa skowronki. Zresztą i o niej wielka i bogata pani nie zapomniała. Przywiozła jej prowiantu na dwa wielkie kosze.

                  - To dla mnie?! Wszystko? Ale wałówa! - pisnęła zachwycona pensjonariuszka jak wniesiono i postawiono przed nią kosze z jedzeniem. A czego tam nie było! Owoce, pieczeń, kiełbasy, świeży chleb a nawet bułki, także takie słodkie, jeszcze sery, mleko, nawet butelka wina i w ogóle można było dostać oczopląsku od tych smakołyków. W hospicjum się nie przelewało i może część z takich rzeczy smakowali co jakiś czas ale na pewno nie wszystko na raz a już nie dla jednej osoby. Chyba nawet przeor tak nie jadał bo przecież najczęściej jadł razem z nimi na stołówce i to co inny. Marissa była tak zachwycona, że pocałowała dłoń dobrodziejki a w końcu nawet ją uściskała i objęła z tej radości. Aż jej przeor musiał zwrócić uwagę aby się opamiętała i nie robiła wstydu. Pomogło na tyle, że się przyszła służka odkleiła od swojej przyszłej pani.

                  - A jak z moją Mariską? Coś wiadomo? - bretońska szlachcianka skorzystała z okazji aby zapytać o swoją drugą kandydatkę na służącą. Przeor jednaj odpowiedział podobnie jak wczoraj Otto czyli, że nadał list z zapytaniem i czeka na odpowiedź ale jest dobrej myśli. Nie chciał jednak niczego obiecywać skoro decyzja nie zależała od niego. Te rozmowy jeszcze chwilę trwały ale w końcu bretońska milady poprosiła czy mogłaby się jeszcze rozejrzeć i chciała dać okazję pożegnać się Annice z kolegami i koleżankami, podziękować za dotychczasową opiekę. Więc przeor pożegnał się, z dobrodziejką i dał znać, że gdyby milady czegoś potrzebowała to wystarczy powiedzieć Otto i ten pójdzie po niego.

                  - No wreszcie sami. Chociaż na chwilę. - ucieszyła się Fabienne i obdarzając młodego mnicha i swoje dwie służki ciepłym uśmiechem. - Co do ciebie ślicznotko mam mnóstwo planów. I we wszystkich grasz główną rolę i są bardzo nieprzyzwoite. Na początek po powrocie weźmiemy kąpiel aby zmyć z ciebie to całe hospicjum. I uważaj, bo zamierzam to zrobić bardzo dokładnie i sprawdzić każdy zakamarek. - szlachcianka oznajmiła swojej nowej służącej pozwalając sobie na nieco dwuznaczny i frywolny ton. Co wywołało uśmiech zadowolenia na twarzy służki.

                  - Bardzo bym chciała. Wziąć pożądną kąpiel. A mogę taką z bąbelkami? Słyszałam, że szlachta albo w lukszamtuzach to takie robią. I są ładne kafelki z obrazkami i w ogóle. - Annika chętnie przystała na taką propozycję tylko jeszcze chciała się upewnić czy rozmawiają o tym samym.

                  - Oczywiście kochanie. Sama zobaczysz te kafelki i są na nich scenki, specjalnie uprosiłam męża aby mi ściągnął takie z mojej rodzinnej Bretonii. I czeka już na ciebie balia i tyle bąbelków ile będziesz chciała. No i moja niegodna twych wdzięków osoba w roli posłusznej łaziebnej gotowej spełniać twoje zachcianki i życzenia. I liczę, że będą bardzo nieprzywoite. Jestem wyposzczona. Od Wellentag muszę zaspokajać się sama bo nikt nie dba o moje potrzeby. - wielka i bogata pani przytaknęła ochoczo i zapewniła, że nowa służka się nie myli w swoich oczekiwaniach a nawet dorzuciła coś jeszcze. Co mimo wszystko zrobiło na obu pensjonariuszkach hospicjum ogromne wrażenie bo jednak teraz słyszały to od niej bezpośrednio gdy już jedna z nich właśnie zaczynała u niej służbę a sprawa drugiej była w toku.

                  - Oojeejjj. Ja też bym tak chciała! Ale mi będzie się tu dłużyć przez te nadchodzące dni! I to teraz jak Annika stąd odejdzie i zostanę tu sama. - Marissa jawnie zazdrościła koleżance takiego losu. Zwłaszcza jak od wczorajszego wspólnego obiadu w ogrodzie obie zdawały się być na dobrej drodze aby się zaprzyjaźnić.

                  - Oj wiem, bidulko, wiem, mnie też do ciebie tęksno bo wyglądasz strasznie uroczo i apetycznie. Myśl że będziemy razem hasać w balii i łożnicy ogrzewa moje serce. I uda. Serce mi się kraje, że muszę cię tu zatrzymać ale wytrzymaj jeszcze te parę dni. Obiecuję, że jak już będziemy razem wszystko ci wynagrodzę. - Fabienne wydawała się nie mniej zasmucona tym, że tą co miała opinię najładniejszej pacjentki hospicjum musi tutaj zostawić. Nawet Annice chyba było przykro z tego powodu bo złapała za dłoń koleżanki jakby chciała jej dodać otuchy.

                  - Dobrze, ja rozumiem, ja poczekam. Obiecuję być grzeczna i nie sprawiać kłopotów. - Marisa pokiwała ze zrozumieniem głową, że rozumie czemu jest tak a nie inaczej. Starała się nawet uśmiechnąć aby dać im znak, że to nic takiego te parę dni tutaj.

                  - Otto a nie da się coś zrobić? Może jakoś wypożyczyć Mariskę do mnie? Albo nająć ją jakoś? Jak to kwestia pieniędzy to ja zapłacę. Albo chociaż załatwić jej kogoś do zabawy aby się tu tak nie męczyła sama i tylko ze swoimi paluszkami. No szkoda dziewczyny tu tak samą zostawiać. - Fabienne na wszelki wypadek zapytała młodego mnicha czy może jednak udałoby się znaleźć jakiś sposób aby przyspieszyć wyjście drugiej jej służącej. Zapewne sporo miałby tu do powiedzenia przeor bo to do niego należały takie decyzje.

                  Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Północna; Ulica Akademii; Akademia Morska
                  Czas: 2519.07.09; Konigtag; południe
                  Warunki: magazyny i piwnice; światła lamp; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, łag.wiatr, chłodno

                  Joachim

                  Dzisiaj jakoś młodemu astrologowi nie śniło się nic wyjątkoweo. Chyba w ogóle. W każdym razie jak wstał, wcale nie aż tak rano, to jakoś nie pamiętał nic nadzwyczajnego. Za toza oknami jeszcze grzmiało i błyskało. Widocznie była burza ale chyba właśnie się kończyła. Cóż, i tak na zewnątrz było pochmurno i dość nieprzyjemnie. Dobrze, że zrobił wcześniej w nocy tą wróżbę dla barona Wirsberga bo jak taka pogoda bybyła jak teraz to nici z ogladania gwiazd.

                  No i mógł się przygotować z tą listą składników do mikstur wspomagających muszy chów. Było to o tyle łatwe, że spora ich część wydawała się być dość pospolita. A te parę składników co miały być na bagnach to jak ich by się nie znalazło gdzieś na mieście po sklepach i straganach zielarzy i aptekarzy to pewnie trzeba by się tam wybrać. Nomen omen owe bagna rozciągały się na całą połać wybrzeża na wschodzie i właściwie przyczółki to miały już po sąsiedzku z Wrakowiskiem gdzie spotkali Sorię, jeszcze jako wężową syrenę. Już tam to wozem jechali z pół dnia po plaży. Może nieco mniej bo razem z figlami z Sorią to im zajęło większą część dnia ale prawie cały. Jechali najpierw na północ, okrążając zachodni skraj zatoki a potem na zachód, wzdłuż wybrzeża morskiego aż do wrakowiska. Tam był wschodni skraj bagien. I właściwie to nie wiedział jak daleko się ciągnęły ale słyszał za młodu, że są spore i straszne i zamglone. Generalnie nieprzyjemne a nawet niebezpieczne. Dlatego raczej mało kto się tam wybierał dobrowolnie. Chociaż właśnie czasem zielarze czy myśliwi jacy poszukiwali zdobyczy jakiej nie było w morskiej tonii czy leśnej głuszy wybierali się właśnie tam. Zapowiadało się więc na dłuższą podróż bo sama podróż na ich skraj i z powrotem to by też zeszło pewnie większość dnia. A jeszcze trzeba było połazić po tych bagnach i poszukać tych zielonych żonkili, skrzeku niebieskiej salamandry i tam paru jeszcze takich składników wypisz wymaluj jak składniki czarów albo do pracowni alchemicznej. Przynajmniej patrząc po stereotypach.

                  W każdym razie wysłał wczoraj służącego aby zaniósł propozycję spotkania. Najprędzej odpowiedź dał mu Sigismundus bo od razu odpowiedział posłańcowi, że jak najbardziej jest chętny na spotkanie i rozmowę ale u siebie w aptece. Bo musi pilnować interesu. I hodowli a Strupas biega po mieście załatwiając różne sprawunki więc nie miałby nikogo zaufanego aby zostawić. Więc wychodziło, że jak Joachim czy inni chcą się z nim spotkać to w aptece. Na odpowiedź Thobiasa też właściwie nie musiał długo czekać. Bo chociaż służacy go nie zastał to wieczorem pewnie jak kultysta wrócił do siebie to odesłał mu odpowiedź. Był chętny na spotkanie no ale nie w dzień gdy prowadził zajęcia i korepetycję. Po południu, bliżej zmierzchu albo wieczorem mógł się spotkać. Zaś od Aarona nie było żadnej odpowiedzi. Służący włożył mu bilecik od Joachima pod drzwi i tyle. Wieczorem nie było żadnego odzewu i dziś rano na razie też nie. Wszystko więc wskazywało na to, że spotkają się po południu lub o zmierzchu w aptece Sigismundusa.


                  Jeszcze wcześniej, właściwie to wczoraj w dzień, podczas wizyty u barona WWirsberga spotkał Matkę Somnium. Przywitała się z nim oszczędnym, chłodnym uśmiechem i delikatnym skinieniem głowy. W końcu morrytom nie wypadało być zbyt żwawymi skoro służyli patronowi umarłych.

                  - Witaj Joachimie. Znów się spotykamy jak widzę. Tym razem służbowo. - zagaiła młoda, bladolica kapłanka odziana w swoją firmową, żałobną czerń. Po czym zaczęła rozmowę z baronem. W sporej części pytała o to samo co astrolog i słyszała podobne odpowiedzi. I im obu baron powiedział coś nowego.

                  Był na bagnach. Niechcący. Na polowaniu był i postrzelił jelonka. Ten jednak umknął no i wiadomo, w końcu by się wykrwawił i padł. Na polowaniu to norma. Więc chociaż krwawy trop zaczął prowadzić w coraz bardziej zabagnione okolice to baron wytrwale jechał za nim. Zaczął już się niepokoić bo koń zapadał się już po pęciny i zastanawiał się czy warto. Ale ostatecznie uznał, że spróbuje jeszcze kawałek bo nie chciał wracać z pustymi rękoma. Ba! Chciał pokazać tym przybyłym na turniej pyszałkom, że stary wilk ma jeszcze kły i może nimi kąsać! Więc to byłby towarzyski blamaż gdyby wrócił z pustymi rękami.

                  - Aż tu w tej mgle słyszę jakiś kwik. Myślę sobie “To mój jelonek!”. Tylko czemu tak kwiczy? Coś się do niego dobiera myślę. Więc zsiadłem z konia, ale tam błoto, od razu do połowy uda! No i ciągnę konia za uzdę i idziemy kawałek po kawałku. A tam coś chlasta i chrupie. Uwiązałem więc uzdę do jakiegoś kikuta, wziąłem flintę w ręce, łuk na plecy bo wiadomo, taka wilgoć to niezbyt służy na proch, no i idę. I podchodzę poczwarę. I wtedy słyszę te kroki. Ogromne! Wielkie! Biegnie! Przez chwilę nie wiedziałem co robić ale wycelowałem flintę w mgłę i czekam. Myślę sobie, że co jak co ale prędzej strzelę niż ucieknę! - baron opowiadał to wczoraj z takim przejęciem jakby znów żywo przeżywał te wydarzenia na bagnach sprzed paru dni. W końcu okazało się, że tam rzeczywiście była jakaś poczwara we mgle. I rzeczywiście biegła czy co, musiała być wielka bo chociaż baron sam jej nie widział to słyszał, że to coś co w jego mniemaniu na pewno było o wiele większe od człowieka. Nawet większe od konnego. Zresztą potem jak znalazł truchło jelonka to i widział wielkie ślady w jego pobliżu. W jego ocenie to musiało być coś wielkości niedźwiedzia, trolla czy ogra. Tylko poruszało się chyba na czterech łapach albo się akurat przyczaiło na uciekającego jelenia. W każdym razie oczywiście nie był na tyle niemądry aby iść ich śladem tylko zabrał truchło, powlókł je do konia, przywiązał, wsiadł na siodło i odjechał.

                  - Tylko tam był dziwny zapach. Myślałem, że to od tej bestii ale nie. Aż zacząłem kichać i oczy mi zaszły łzami. A potem czułem ten zapach po drodze. Wydaje mi się, że to od tego jelenia. Koń też był nerwowy całą drogę. A wcześniej nie. A to bojowy koń, na polowania go zabieram aby nie zrobił się rozlazły. Myślałem, że to może od tych bagien ale potem jak wyjechaliśmy z nich i przez las a to przecież spory kawał drogi do domku myśliwskiego. I cały czas robił chrapami i strzygł uszami jakby był zdenerwowany. Aż się odwracałem co jakiś czas czy ta poczwara albo inne plugastwo nie idzie za nami ale nic nie widziałem. Potem jak już dojechaliśmy to kazałem oporządzić tego jelenia i podać na kolację. Ale dobrze go zrobili bo jak jadłem to nic nie było czuć tego zapachu. Pewnie to w coś wlazł tej jeleń na bagnach albo się otarł i na sierści zostało. Ale potem przy oporządzaniu to skórę się zdejmuje, patroszy zwierza i tak dalej to musiało pomóc. - wywnioskował baron po swojej bagiennej przygodzie sprzed paru dni. Wydawał się nie przywiązywać do tego wielkiej wagi ale jak najpierw astrolog a potem kapłanka pytali o jakieś niezwykle wydarzenia to nic innego nie przyszło mu do głowy. Ot, często jeździł na polowania tylko tym razem sam z paroma psami i pomocnikami pojechał aby nie złamać żałoby. Zresztą w Festag rozmawiał o tym z kapłanem Absalonem czy wypada i ten mu dał znak, że można byle nie robić z tego zbiegowiska i zabawy co najwyżej samemu, jak przystało dawnym, mysliwym. Więc baron wziął to sobie do serca i chociaż wolałby pełne polowanie w towarzystwie i z porządną nagonką to jednak dostosował się do wymogów dobrych obyczajów i oddania hołdu zmarłej księżnej i na polowanie ruszył sam, konno i z jednym posokowcem. A, że na bagnach lęgnie się różne tałatajstwo to wszyscy wiedzieli od dawna. Dlatego nikt rozsądny się tam nie zapuszczał a naszczęscie nie były zbyt blisko miasta. Starszy wiekiem baron też normalnie by się tam nie zapuszczał no ale ten postrzałek go tam zaprowadził.

                  - Następnym razem mości panie gdybyś miał jakieś wątpliwości względem żałoby to sugeruję zapytać kogoś z nas o zdanie. - kapłanka nie omieszkała dyplomatycznie zwrócić uwagę, że Absalon, niczego mu nie ujmując, służy bogowi mórz i oceanów. Zaś sprawy żałoby i pogrzebów podlegały jej patronowi. Ale widocznie nie chciała robić z tego sprawy i czynić szlachcicowi większych zarzutów. Ten zresztą też pokornie przyjął jej słowa przyznając jej rację.

                  - Całe to zdarzenie mogło wpłynąć lub nawet wywołać ten straszny sen jaki mi opowiedziałeś panie. Ciekawi mnie ten mur jaki rozpoznałeś. Sugerowałby, że albo Akademia albo świątynia Mananna może mieć tu jakiś związek. Sam sen ma wydźwięk mocno niepokojący. Brzmi jak ostrzeżenie. Zaś te kroki jakie słyszałeś we śnie mogą być imaginacją tych kroków bestii z bagien jakie tam słyszałeś. To trochę dziwne, że bestia ze snu cię rozdeptała panie i poszła w stronę murów. Zwykle w snach jak już taki potwór dopada śniącego to albo ten się budzi tuż przed albo tuż po rozszarpaniu. A u ciebie rozdeptał cię jakbyś był za przeproszeniem, niewiele znaczącą przeszkodą i poszedł dalek ku tym dzwoneczkom i murom. To nietypowe. Jakby go ściągały te mury lub to co jest za nimi. - wydedukowała bladolica kapłanka gdy już wysłuchała wszystkich snów i relacji barona Wirstberga. Poradziła mu wypoczywać, darować sobie polowania i wycieczki na bagna a gdyby znów śniło mu się coś tak strasznego czy wyjątkowego to po nią posłać. Bo nawet zdawała się być zaintrygowana tym snem.


                  Ale w końcu zaczęło się południe. I czas było wybrać się do Akademii na obiecaną kontrolę piwnic i magazynów jakie wedle ostrzeżeń astrologa miały być zagrożone. Czekał na niego rektor Vogel ale nie tylko. Wraz z nimi te podziemia i magazyny zacnej uczelni mieli zwiedzić mistrz ślusarski Bartolomeo jaki miał sprawdzić zabezpiecznia drzwi, zamków i zawiasów. Był pucułowatym mężczyzną w eleganckim żakiecie i koszuli z falbanami chociaż wydawał się nie być nawykły do takiego dostojnego stroju. Do tego miał ze sobą torbę jaka już wyglądała mało elegancko za to bardzo służbowo. W trakcie wizyty rzeczywiście do niej sięgał a to by wyjąć szkło powiększające, a to miarkę, a to poziomice i wydawał się znać na swoim slusarskim fachu.

                  Drugi gościem była postać zdecydowanie bardziej złowieszcza. A mianowicie Hetrwig. Lub Hetzwig. Niejako etatowy łowca nagród ratusza, ten który najczęściej dostawał najlepsze zlecenia ale i mógł się pochwalić wieloma sukcesami w schwytaniu zbiegów, dezerterów i badnytów.

                  - Jak widzisz panie kolego, potraktowałem sprawę poważnie. I wezwałem ekspertów od bezpieczeństwa aby przyjrzeli się temu wszystkiemu swoim fachowym okiem. I jeśli znajdą jakieś niedociągnięcia to liczę, że zwrócą nam na to uwagę abyśmy mogli je naprawić. Jak mawiam zawsze i moim kolegom i studentom “Bezpieczeństwo przede wszystkim!”. - wyjaśnił mu jowialnie rektor uczelni po czym gdy byli już w komplecie ruszyli na wycieczkę z przewodnikiem. Towarzyszył im jeszcze jakiś klucznik który właśnie miał cały pęk kluczy jakimi otwierał przed nimi różne drzwi.

                  Przez cały czas Bartolomeo okazywał profesjonalny entuzjazm. Czyli oglądał chyba każde drzwi przez jakie przechodzili. Stukał, pukał, sprawdzał zawiasy, klamki no i zamki. Po czym dość luźnym tonem mówił, że tu może być, tu by się przydały nowe drzwi, tam zawiasy trzeba by dobić mocniej albo naoliwić. Podobnie kraty w oknach, te zwykle przechodziły pozytywnie kontrolę jego jakości. Przy okazji mówił też kosztorys ile by kosztowało zrobienie zwykłych drzwi, ile grubszych, ile za obicie blachą, ile za jaki rodzaj zamków i pogubić się w tym można było. Ale i tak dało się zrozumieć, że oferuje spory zakres usług, od najprostszych, pospolitych modeli po takie wzmacniane jak do skarbców. Podobie duża rozpętość była z cenami. Jak się mówiło o jednych czy dwóch drzwiach to jeszcze nie brzmiało to jakoś strasznie ale jak tu na uczelni było ich mnóstwo to suma takich napraw czy robienia na zamówienie nowych rosła astronomicznie z progu do progu. Ostatecznie mistrz ślusarski dał znać, że rozumie i tylko prosi o ogolne wytyczne jakie drzwi, ile, z czym mają być a on już przygotuje na dniach dokładniejszy kosztorys.

                  Co mogło dziwić mimo swojej reputacji Hertwig się wiele nie odzywał. Raczej obserwował wszystko i wszystkich. A jak już pytał to o ludzi. Czyli kto tu bywa, kto tu ma dostęp, w jakich godzinach, kto tu przebywa w nocy i tak dalej. Bo jakby miał ustalać tu warty i patrole swoich ludzi to musiał wiedzieć o takich rzeczach. Przeor mu chętnie odpowiadał ale brzmiało to dość naturalnie. Do magazynach w piwnicach i tych wolnostojacych wokół i za placem zwykle mieli dostep magazynierzy albo nauczyciele jacy się zajmowali daną materią. Ot jak linoznawca miał zajęcia z robienia węzłów to szedł do magazynu linowego aby pobrać ich ilość dla swoich studentów lub prosił o to magazyniera aby mu je przygotował. Nocami cała Akademia była raczej pusta bo nikt tu nie mieszkał na stałe. Nauczyciele i studenci mieszkali na mieście lub w akademiku ale ten nie był na terenie uczelni. Nocą powinni tu być jedynie nocni stróże. Trzech co mieli swoją kanciapę obok recepcji aby w razie czego blisko było do głównej bramy. Robili regularne obchody w nocy a poza tym spuszczali psy. Psy ich znały to na nich nie szczekały ale na każdego obcego już tak. A mur zabezpieczał przed tym aby nie wybiegły gdzieś na miasto.

                  - A nabrzeże? Przy nabrzeżu nie ma muru. - zauważył Hetzwig wskazując bokiem głowy na tą część terenu uczelni jaka przylegała bezpośrednio do wód zatoki. Tutaj rzeczywiście nie było muru. Co najwyżej dość zwykły płot z bali jaki często używano też do cumowania różnych łodzi.

                  - No tak, tu muru nie ma. Ale nocą palimy tu lampy, psy nie wskakują do wody za to jakby ktoś nawet tam przybił to podniosą larum. - odparł mu rektor Vogel po krótkiej refleksji. Łowca nagród pokiwał głową i nie ciągnął dalej tego tematu.

                  I tak przechodzili od magazynu do magazynu, od piwnicy do piwnica oglądając ten zgromadzony w trzewiach Akademii inwentarz. A było co oglądać. Cały magazyn lin, drewna ciesielskiego, desek, bali. Oraz narzędzia do ich obróbki. Większość drewna pochodziła z tutejszych lasów ale niektóre przywożono aż z Kisleva a ta najrzadsze, na te najcenniejsze, ozdobne elementy wyposażenia czy mebli nawet z dalekich, południowych krain. Poza tym był magazyn różnych rud metali i ich półproduktów. Także warsztat ludwisarzy gdzie odlewano dzwony ale i lufy armat. Magazyn różnych broni. I bosaki, i tasaki, czy szable do walki bezpośredniej, łuki i kusze do walki zasięgowej ale też osobne magazyny na broń palną, proch oraz artylerię. Do tego cała masa różnych mebli, stołów, szaf, regałów, biórek jakie po prostu zużywały się podczas pracy edukacyjnej i trzeba było mieć je w zapasie. A częściowo stolarska część studentów wykonywała je w ramach zajęć więc raczej ich nigdy nie brakowało a rektor Vogel pochwalił się, że nawet zdarza się robić im takie rzeczy na zamówienie z miasta. W ogóle zachowywał się jak dumny właściciel oprowadzający gości po swojej medalowej stadninie. Jednak wydawało się, że całkiem słusznie bo Akademia miała liczne swoje zakamarki i pomniejsze grupy czy kierunki a wszystko grało ze sobą całkiem harmonijnie.

                  Co do nadprzyrodzonych zmysłów magistra to raczej nie zachowywały się jakoś nadzwyczajnie. Widział swoim niewidzialnym okiem, że eter przenika przez ten skrawej materialnego świata jak to zwykle bywało. Czasem zawirował tam czy tu ale to mógł być efekt zwyczajowych zawirowań zmiennych w końcu wiatrów magii albo jakiś detal mógł je wywoływać. Albo echo dawno rzuconego czaru lub obecności magicznego przedmiotu. Albo nawet taki co jeszcze tu był ale miał dość nikłe właściwości. Tak było przez większość wycieczki aż zeszli pod główny budynek Akademii, do jej piwnic. Tam też część pomieszczeń pełniła rolę magazynów. Dopiero jak doszli do pozornie niczym nie wyróżniających się drzwi chociaż całkiem solidnych to wiedźmi wzrok magistra ożywił się rejestrując pomimo ścian, że coś tam mocno zaburza swobodny przepływ wiatrów magii.

                  - Tu widzę, solidna robota. Trudno się do czegoś przyczepić. No może ja bym maznął troszkę oliwy w zamek i nawiasy. Blachą można by jeszcze obić. Albo nawet drugie drzwi lub kraty zamontować. Bo przejście grube to jest miejsce na podwójne drzwi. - odezwał się Bartolomeo jak zwykle zabierając się za ocenę drzwi i wejścia. Zrobiło na nim pozytywne wrażenie jako solidna ochrona. Ale jednak nie byłby mistrzem w swoim fachu jakby nie znalazł czegoś co by można mimo to ulepszyć.

                  - A co tu w ogóle jest? - zapytał łowca nagród bez większego zainteresowania. Wnętrze bowiem nie imponowało. Nie było okien więc panowała ciemnica rozświetlana tylko lampami jakie przynieśli. A wyglądało jak graciarnia. Jakieś regały zastawione licznym, zakurzonymi baniakami, skrzyneczkami, workami i bliżej niezidentyfikowanymi gratami.

                  - A to… To jest nasz magazynek na różne rzeczy niejasnego lub kłopotliwego pochodzenia. - przyznał rektor z pewnym wahaniem. Hetrzwig spojrzał na niego nagle całkiem bystro. Cała senność ruchów jakoś znikła z jego twarzy.

                  - Znaczy heretyckie? - zapytał lekko się uśmiechając. Mało przyjemnym uśmiechem.

                  - Jeśli zostaną uznane za heretyckie to zawiadamiamy o tym władze ratusza. Twoich przełożonych. Oraz kapłanów. Komisyjnie orzekają wtedy co z danym fantem czynić. Jeśli uznają, że jest bezpieczny i wiadomo co to jest i jak tego używać wówczas korzystamy z tego jako pomoce dydaktyczne lub tak jak mogą nam się przydać. Jeśli są heretyckie czy niebezpiecznie wówczas przekazujemy je władzom które robią z nimo porządek, najczęściej je niszczą z tego co wiem. A jak ani to ani to to, albo sprawa budzi nadzieję na pozytywne rozwiązanie czy też może to być do czegoś potrzebne w przyszłości wówczas ląduje tutaj. - rektor Vogel chyba spodziewał się tego pytania z ust łowcy czarownic bo udzielił pełnej i wyczerpującej odpowiedzi jakby omawiał kolejny, dobrze działajacy mechanizm. Hetzwig nieco przygasł jakby rybka co miał już na haczyku znów wyślizgnęła mu się do wody ale nie drążył dalej tematu.

                  Ta rozmowa jednak pozwoliła Joachimowi rzucić okiem na wnętrze piwnicznego magazynu. Nie tylko tymi własnymi oczami jakie miała większość śmiertelników. I o ile w reszcie uczelni Eter działał tak jak zwykle w mieście i okolicy, te drobne zawirowania mogły być efektem jakichś eterycznych kaprysów pogody to tutaj, w tej piwniczce wiatry aż skręcało gdy coś tutaj je mocno wypaczało. Wyczuwał zapach stęchlizny i zgnilizny. Nie był pewny czy inni też to wyczuwają i do pewnego stopnia było to naturalne w piwnicy do jakiej od dawna się nie zagląda. Ale wyczuwał swoim trzecim okiem jakiego fizycznie nie miał, że jest tu coś co wypacza wiatry. Gdzieś zwłaszcza tam w głębi, pod ścianą. Chociaż tu musiało być więcej czynników jakie wpływały na przepływ Eteru to tam pod ścianą było najsilniejsze źródło. W końcu wydawało mu się, że je zlokalizował. Wielka, pancerna, okręcona łańcuchem skrzynia.

                  https://i.imgur.com/VSXFCWl.jpg

                  Cokolwiek w niej było wpływało na rzeczywistość. Wydawało mu się, że w pobliżu skrzyni powietrze faluje jak wtedy gdy w upalny dzień rozgrzewa się od słonecznego blasku. Mimo, że tu nie było żadnego okna i poza wizytami kogoś z lampą panowały tu całkowite ciemności. Wcale też nie było tu ciepło, raczej chłodno takim nieprzyjemnym, wilgotnym, piwnicznym chłodem. Dhar jednak emanowała spod tej skrzyni i to pomimo, że na jej powierzchni dostrzegł glify ochronne z Kolegium Światła jakie specjalizowało się w walce z demonami i innymi pomiotami ciemności. Glify tworzyły niewidzialną barierę próbującą zniewolić i stłamsić te dzwoneczki. Jak podszedł blisko wydawało mu się, że je słyszy. Tak samo jak we śnie. Delikatny szum, kojący i wabiący, tysiąca dzwoneczków jakie układały się w ledwo słyszalną melodię.

                  - No i? To to? - zagaił go Hetzwig który też wszedł do środka i rozglądał się po tym wszystkich rupieciach. W końcu spojrzał chytrze na magistra. - Podobno czarodzieje widzą rzeczy jakich normalni ludzie nie mogą dostrzec. To co magu? Dostrzegłeś coś niezwykłego? Bo rektor mówi, że zostawił tą wisienkę na koniec i wiele do oglądania już nie ma. - odezwał się ponownie patrząc na niego z kpiącym uśmiechem. Przy drzwiach rektor spojrzał na nich ale raczej rozmawiał z Bartolomeo o tym wstawianiu nowych drzwi i krat, jak to by wyglądało, ile zajęło, ile kosztowało i tak dalej.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  0
                  • SantorineS Niedostępny
                    SantorineS Niedostępny
                    Santorine
                    Developer
                    napisał ostatnio edytowany przez
                    #84

                    Oryginalny autor: Pipboy79

                    Oryginalny tytuł: Tura 23 - 2519.07.09; knt; ranek - popołudnie (2/2)

                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Gnojna; apteka Sigismundusa
                    Czas: 2519.07.09; Konigtag; popołudnie
                    Warunki: zaplecze apteki; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, łag.wiatr, ziąb

                    Joachim

                    Po swojej wizycie w morskiej uczelni było w sam raz aby udać się na przeciwległy koniec miasta, na Gnojną gdzie Sigismundus miał swoją aptekę. To łażenie po różnych zakamarkach Akademii zajęło całkiem sporo czasu. Gdy młody magister opuszczał bramę to było już popołudnie i z pochmurnego dotąd nieba zaczęło nieprzyjemnie mżyć.

                    Gdy później wraz z brzdęknięciem dzwonka uderzonego przez drzwi, wszedł do apteki przywitał go gruby gospodarz. Uśmiechnął się jowialnie jakby zobaczył starego przyjaciela.

                    - Ah któż to zawitał w moje skromne progi? Sam nasz młody i obiecujący uczony i to w takiej zaszczytnej sprawie! - Sigismundus powitał go bardzo serdecznie. Rozpostarł szeroko swoje mięsiste ramiona i otworzył blat aby kolega mógł wejść za ladę.

                    - Wejdź, wejdź, jesteś pierwszy. - zaprosił go na zaplecze gdzie miał coś w rodzaju biura i jadalni. W każdym razie przeciętna rodzina by się tu zmieściła przy jednym, prostokątnym i solidnym chociaż dość prosto wyglądającym stole. Gospodarz otworzył barek i zaprezentował mu całą baterię różnych nalewek.

                    - Sam robiłem! Wiesz jaka z igieł wychodzi dobra nalewka? Kto by się spodziewał? Pewien przemytnik dał mi kiedyś przepis jak pomogłem w połogu jego żonie. - powiedział ustawiając parę butelek oraz kilka prostych kubków. Pozwolił gościowi wybrać na co ma ochotę.

                    - I co? Przejrzałeś te przepisy? Niektóre są takie proste! To niesamowite! Ależ ta Oster musiała być genialna aby zrobić takie wyjątkowe coś z tak pospolitego czegoś! Te najprostsze to już zacząłem robić. Znaczy przygotowywac bo nie wszystkie składniki mam. Prawie wszystkie mam u siebie. Ale nie wszystkie. Po te co brakują posłałem Strupasa. Do wieczora powinien wrócić. Jednak na te bardziej zaawansowane to jednak już więcej wysiłku. Szkoda. Są efektywniejsze. Ale cóż, bez pracy nie ma kołaczy, jak chce się mieć wyjątkowe efekty to trzeba będzie sobie trochę pochodzić i pobrudzić rączki no nie? - powiedział wypijając pierwszy toast za zdrowie gościa i nie mogąc się powstrzymać aby nie zacząć rozmowy od dominujacym ostatnio u niego temacie. Ale ledwo zaczęli rozmawiać o tym a usłyszeli odgłos dzwonka u drzwi. Grubas więc przeprosił na chwilę i wyszedł sprawdzić kto przyszedł. Po chwili dały się słyszeć kroki dwóch osób i do środka wrócił gospodarz razem z Thobiasem.

                    - A witaj kolego. Dawno się nie widzieliśmy. Dobrze cię widzieć w dobrym zdrowiu. - przywitał się guwernant dystyngowanym tonem i rozejrzał się gdzie by tu można spocząć. Na czymś w miarę czystym i schludnym. W końcu coś znalazł i położył mokrą torbę w jakiej nosił pomoce dydaktyczne i notatki obok siebie. Po mokrym ubraniu dało się poznać, że nadal mży.

                    - Siadaj, siadaj. Napij się na co masz ochotę. Miło, że wpadliście chłoaki, już myślałem, że tylko Otto zna do mnie adres. No i Strupas. - aptekarz chyba szczerze cieszył się z ich wizyty i w ogóle wydawał się być w dobrym humorze.

                    - Pewnie byś wolał aby nasze koleżanki częściej cię odwiedzały co? - zagaił go nauczyciel biorąc do ręki jedną z butelek i oglądając ją oraz czytając etykietę.

                    - A tak! A tak! Bardzo chętnie! Najlepiej aby przyszły, zdjęły majtki, rozłożyły nogi i dały sobie wstrzyknąć dar Oster! Przecież sami słyszeliście Mergę! Od tego się nie umiera! Nie wiem czego się boją. Przecież to co one tam dają sobie wsadzać to na pewno nie byłoby dla nich nic strasznego ani wyjątkowego. W pół pacierza obrobiłbym je wszystkie! Wiecie jakie to proste? Prostrze niż myślałem jak to Merga opisywała. Już to zrobiłem na tych dwóch co mam w piwnicy. I wiecie co? Nic! Dalej żyją i nic im nie jest! Nawet brzuch im nie urósł! A! A ta z traktu już wydała pierwszą wylinkę! Chcecie zobaczyć? - aptekarz nie mógł sobie darować, że ich ladacznice ze zboru odmówiły współpracy w tak zaszczytnym celu jakim było oddanie hołdu dziedzictwu Czterech Sióstr. Ale jednocześnie już osiągnięte suckesy bardzo go ożywiały i dodawały mnóstwo zapału i pozytywnej energii. Nawet był gotów pokazać kolegom efekt swojej pracy.

                    - No pokaż. Tak z naukowej oczywiście ciekawości. Popieram ten projekt tak w ogólnych założeniach ale nie powiem abym chicał przykładać do niego ręki, że tak powiem osobiście. Oczywiście dla nas wszystkich jako zboru to jak najbardziej zacny projekt, przyjemnie będzie patrzeć jak to zepsute miasto, zwłaszcza te pyszałkowate, nadęte elity będzie padać pod naporem narzędzi Chaosu. - Thobias jak zwykle lubił podkreślić swoją wyższość intelektualną nad rozmówcami i nie omieszkal tego uczynić teraz. Ale gospodarz nie zwracał na to większej uwagi niesiony na skrzydłach swojej wiary. Dał im znać aby podążali za nim i ruszyli po schodach w dół do piwnicy.

                    - Dobrze powiedziane. Szkoda, że te nasze ladacznice nie chcą poświęcić się dla sprawy. Razem byśmy mieli pół tuzina nosicielek! A nie dwie. A przecież od tego się nie umiera i nawet można wyjść z tego bez krzywdy i brzucha co by przynosił sromotę. - po drodze aptekarz musiał się zatrzymać aby otworzyć jednym z kluczy kolejne drzwi. I znów wrócił do niewdzięcznych koleżanek ze zboru.

                    - A nie rozmawiałeś o tym ze Starszym? Aby je jakoś nakłonił? - zaciekawił się nauczyciel czekajac aż drzwi staną otworem.

                    - Rozmawiałem. Prosiłem i tłumaczyłem. Powiedział tylko tyle, że to nasze siostry więc jak któraś się zgłosi to tak bardzo chętnie. Ale jak nie to mam zakaz aby ich porywać czy wstrzykiwać coś im bez zgody i wiedzy. Skąd on wiedział? Własnie rozmawialiśmy wcześniej ze Strupasem, że jak one tak balują, coś by im można dolać do wina, poszłyby spać do rana a my byśmy się zakradli, obdarowali je prezentem i byłoby już po sprawie. Przecież jakby już miały ten dar w sobie to po ptokach. Co by zrobiły? Poszły na steaż miejską? Do łowców czarownic? No ale nie. Zabronił. Tylko jakby się same zgłosiły i zgodziły. Jeszcze pytałem o tą ich Bretonkę co tam się z nimi zabawia. W końcu ona nie jest z naszej rodziny nie? A każda sztuka jest ważna i to jak najwcześniej. No tutaj to samo. Powiedział, że Pirora i reszta ją lubią, mają co do niej swoje plany, że może w przyszłości przystanie do nas więc no też nie. Chyba, że sama by się zgodziła. - aptekarz wyraźnie się zafrasował gdy to najbardziej oczywiste źródło nosicielek czyli ich koleżanki ze zboru co i tak były wtajemniczone w sprawę odpadało. I na razie nie tylko żadna się nie zgłosiła do tej roli ale też były dość solidarnie odmowne. Ale tak do końca jeszcze Sigismundus nie tracił nadziei, że może którąś z nich uda się pozyskać dla sprawy.

                    - No może jak będzie po pierwszych miotach i zobaczą, że od tego się nie umiera i da sie przeżyć to któraś nabierze rozumu do głowy i pojmie jaka to ważna rzecz. Zresztą. Sami zobaczcie chłopaki. Czy one wyglądają na takie co im się dzieje jakaś krzywda? - powiedział markotnie otwierając ostatnie drzwi i wchodząc do większej piwnicy. Ta była podzielona na cztery cele z których dwie zajmowały młode kobiety. Jedna chyba nie do końca była wieźniem bo drzwi do celi byly otwarte a ona sama wstała z posłania swobodnie. Druga dla odmiany nie wyglądała na taką co jest tu z własnej woli bo była przywiązana do obręczy wmurowanej w ścianę i wyglądała na senną.

                    - Ah i to nasze dwie utalentowane nosicielki. To jest Loszka. Moja ulubienica. No chodź, chodź Loszka, przywitaj się z kolegami. - aptekarz zaprezentował swoje dość skromne liczebnie stado hodowlane wskazując na obie kobiety za kratami. Ta o czarnych włosach, nieco skołtunionych, wyszła z celi uśmiechając się nieco niepewnie a nieco głupkowato. Ją właśnie Sigismundus przedstawił jako Loszkę. Wydawało się, że jej rozum rozpłynął się już dawno w jakimś szaleństwie.

                    - No Loszka, pokaż brzuszek kolegom. Pokaż co tam masz. No? Pokaż. - Sigismundus zwracał się do niej jak do małego dziecka i to takiego niezbyt rozumnego. Albo do jakiejś tresowanej małpki. Dziewczyna spojrzała na niego niepewnie a gdy zaczął podwijać jej koszulę domyśliła się chyba o co chodzi bo ją uniosła. Ukazał się raczej płaski brzuch, bynajmniej nie ciążowy. Za to było widać trzy kołowe znamię Nurgla, jakby wypalone albo wytrawione kwasem na jej brzuchu.

                    - To prezent z jaskini Oster. Została wynagrodzona i pobłogosławiona za swoją służbę. - pochwalił siebie i ją Sigismundus. - Widzicie? Płaska jest. Nic nie wystaje. Nic jej nie jest. Cała i zdrowa. Na nic się nie skarży. - pokazał im ją jak swojego pacjenta aby zademonstrować kolegom i to tym bardziej uczonym z ich zboru, że nic jej nie dolega. Thobias pokiwał głową przyglądając jej się chłodno po czym wskazał na tą drugą co była zamknięta w celi.

                    - A ta? Ona nie wygląda zbyt zdrowo. - zapytał o drugą pacjentkę co leżała przywiązana do swojej pryczy i poruszała się jak przez niespokojny sen.

                    - A to ta idiotka co ją zgarnęliśmy z chłopakami z traktu. A te podziemne zwierzoludy drugą. Teraz żałuję, żeśmy nie zgarnęli obu dla siebie. Przydalaby się. Strupas u nich był nidawno aby może dało się ją wytargować ale nic z tego. Nie był pewny ale oni sami by chętnie dostali jeszcze parę samic. Tak samo jak zimą. Po co im samice? Będą się rozmnażać? Z naszymi samicami? To możliwe? Dziwne jak dla mnie. No ale chociaż są namolni na te nowe samice to nie wiem czy możemy na nich liczyć przy zdobywaniu kolejnych. Ja tam sam nie pójdę, zresztą nie wiem gdzie to jest a Starszy zabronił tam chodzić Strupasowi samemu. To nieco utrudnia jakies kontakty nawet jakby coś dało się z nimi załatwić z tymi samicami. - aptekarz znów westchnął gdy kolejny trop jaki miał nadzieję przybliżyć go do kolejnych nosicielek okazał się mocno wyboisty.

                    - Ale czemu ona taka chora? - Thobias przypomniał mu czemu pytał o tą niezbyt przytomną więżniarkę.

                    - A nie, nie ona nie jest chora, jest całkiem zdrowa. Tylko się bez przerwy drze, płacze, wyrywa, szarpie, gryzie i pluje więc musimy jej podawać ziółka na uspokojenie no i wiązać. Ale sami zobaczcie na jej brzuch i resztę. Widzicie? Plaska. Zdrowa i nic jej nie jest. - otworzył jej celę jak to mówił wszedł do środka i zadarł koszulę nosicielki. I tam też widać było wolno poruszający się brzuch ale żadnych zmian chorobowych na nim nie było. Ani tego co tam ma w środku brzucha. Twarz i skóra była spocona a z bliska dało się wyczuć niezbyt przyjemny zapach dawno nie mytego ciała. To jednak nie musiało być związane z tym stanem pseudociąży.

                    - Ale na razie to dość wczesny etap. Ile to minęło? Drugi dzień? - Thobias musiał mieć naturę uczonego bo wszystko to przyjmował z pewnym chłodnym profesjonalizma ale też i nutką naukowej ciekawości.

                    - Tak, drugi dzień. I mam już pierwsze wylinki! Dokładnie tak jak mówiła Merga! Chodźcie, pokażę wam! - oznajmił radośnie gospodarz i znów szybko wyszedł z celi i zaprowadził ich do stołu. Na nim były jakieś papiery, notatki, kalendarz oraz opisane pojemniczki. Zupełnie jak przystało na porządnego uczonego dokumentującego swoje badania.

                    - O, widzicie? To z tej idiotki. Z wczoraj. Dzisiaj miała o te tutaj. To już druga wylinka. Szybko rosną maluchy! Jeśli to co Merga mówiła jest prawdą to jutro będzie miała trzecią wylinkę. I kto wie? Może w Festag już będzie pierwszy miot! - pokazał kolegom coś co wyglądało jak witkie nie wiadomo co. Jak łupina cebuli albo czosnku. Takie cienkie, półprzyzroczyste, delikatne coś. I tłumaczył czym to coś jest i jakie wiąże z tym nadzieje.

                    - A to od Loszki. Dopiero dzisiaj miała. Ale jest większe. Pewnie więc będzie miała te większe. Na pewno! Jest przecież taka zdolna i pobłogosławiona znamieniem Oster! No to by za tydzień miała rozwiązanie. Jakoś w Marktag. Dzień przed, dzień po ale jakoś tak. Ale jeszcze będę czekał na kolejne wylinki. - radował się jak ojciec jaki spodziewa się narodzin wyczekiwanego dziecka. I znów wydawało się, że ta bezmózga dziewczyna jest jego faworytą i ulubienicą z jaką wiąże wielkie nadzieje.

                    - No cóż, życzę ci powodzenia Sigismundusie. Ale z tego co wiem to mieliśmy dzisiaj omawiać nieco inne sprawy. Przejrzałem tą listę składnikow jakie podała nam Merga. Myślę, że lwią część powinieneś mieć w swojej oczywiście świetnie zaopatrzonej aptece a jak nie powinny być dość łatwo dostępne w innych przybytkach. Jest jednak kilka składników jakie budzi moje zastanowienie. - nauczyciel wrócił do swojego mentorskiego tonu jakby już tutaj się naoglądał wystarczająco i teraz miał ochotę zająć się sprawą jaka ich tu sprowadziła.

                    - A tak, oczywiście. To chodźcie, na górę, ja wszystko tu zamknę i już do was idę. - grubas pokiwał swoją byczą głową ale jak już się pochwalił swoimi osiągnięciami to był gotów do dalszej, owocnej współpracy. Wrócili na górę do tego gabinetu a Joachim mógł wspomieć a propos ich rodzinnych ladacznic na jakie tak narzekał aptekarz, że zgodziły się na jego udział w roli niewidzialnej czujki tylko chciały najpierw sprawdzić jak to wygląda w praktyce. Bo jeśli w tej astralnej formie nie mógł otwierać drzwi ani okien to niezbyt to mogło pomóc w ich sforsowaniu. Ale jako ktoś na czatach to mógł się przydać. Na razie jednak czekały na to co wyjdzie ich szlachetnie urodzonym koleżankom w sprawie odbitki klucza do świątynnego skarbca. W końcu zanim zaczęli na poważnie rozmawiać przy stole znów zadzwonił dzwonek i po chwili gospodarz wrócił w mocno rozczochranym i woniejącym winem Aaronem co wyglądał jakby prawie zaspał na to spotkanie.

                    Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Aleja Mew; tawerna “Wesoła mewa”
                    Czas: 2519.07.09; Konigtag; popołudnie
                    Warunki: zaplecze apteki; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, łag.wiatr, ziąb

                    Heinrich

                    https://i.pinimg.com/originals/00/55...ab3b3a2dc2.jpg

                    - A to jest Cori, nasza ulubiona kelnerka w tej dziurze. - Łasica przedstawiła Heinrichowi blondwłosą dziewczynę jaka przyniosła im kufle i resztę zamówienia. Rzeczywiście było na co popatrzeć.

                    - Miło mi cię poznać. Cori jestem, właściwie Corette bo moja mama była Bretonką, ale wszyscy tutaj mi mówią Cori. - przedstawiła się uroczo urocza blondynka. Zresztą jak zdążył zauważyć Heinrich przykuwała uwagę nie tylko obu łotrzyc. Zresztą ona tutaj była ich punktem kontaktowym, zwykle jak ktoś ze zobru miał przekazać którejś z nich a ich tu nie zastał to trzeba było przekazać wieści czy list albo coś innego właśnie Cori.

                    - Cori nawet nie wiesz jaką harówą się ostatnio zajmujemy. Kompletnie wysiadają mi kolana i stopy. Koniecznie musisz mi zrobić ten swój ożywczy masaż. - biadoliła Burgund jakby jej ktoś wyrządził niebywałą krzywdę w pracy.

                    - Naprawdę? - zaciekawiła się blondynka chyba mając na tyle wprawy w relacjach z nimi, że rozpoznała, że to ubrawiają i przesadzają ale jeszcze nie była wiadomo jak bardzo.

                    - Dokładnie tak jak ta ruda małpa mówi. Wyobraź sobie cały dzień na kolanach. Albo na czworkach. Przy pucowaniu gały. I to w ubraniu! I nie tak fajnie jak lubimy tylko ciężka, codzienna harówa od rana do wieczora! - Łasica też dołączyła się do użalania się nad swoim ciężkim losem gdy musiała się wbrew swojej łotrzykowej naturze skalać ciężką, uczciwą pracą. Do tego nudną i mozolną.

                    - No dobrze. Zrobię wam ten masaż. - uśmiechnęła się ładnie kelnerka i dostała w zamian podobnie wdzięczne uśmiechy. Po czym pisnęła gdy Łasica na odchodne trzepnęła ją w tyłek co wywołało parę rozbawionych uśmiechów u sąsiadów przy innych stołach.

                    - Co się śmiejecie nicponie?! Klepanie w tyłek kelnerki przynosi jej szczęście! - zawołała do nich łotrzyca w swoich skórzanych spodniach. Obie chyba zdążyły się przebrać po tej świątynnej harówie na jaką z takim talentem utyskiwały bo zwłaszcza Łasica w tych skórzanych spodniach to wyglądała na zabijakę i awanturnicę a nie skruszoną grzesznicę.

                    - Oj tak, kupa roboty w tej świątyni. A nasz czcigodny kapłan Absalon dalej ciska na nas błyskawice w oczach. Gdyby mógł to by pewnie nas przepędził albo utopił. Ale jest postęp. Właśnie Cori nam powiedziała, że Pirora przysłała wieści, że ten oficer od morrytów, ten z kluczem, “powiedział tak” naszej Fabi więc jutro mają spotkanie u Pirory. Dobrze. Może uda nam się pożyczyć klucz aby zrobić odbitkę. To byśmy były wtedy już jedną nogą w skarbcu. Jak się uda to aż chyba w podziękowaniu dobiorę się do tego jej bladolicego, bretońskiego kuperka i pojadę ją na ostro tak jak lubi. - Łasica już ciszej streściła Heinrichowi najświeższe wieści służbowe. Wyglądało, że ten proces zdobywania klucza zaczęty parę dni temu i policzony na ileś tam etapów i osób w końcu zaczyna iść we właściwym kierunku.

                    - Dzisiaj to ona pewnie jest u Pirory. W Konigstag mają lekcje języków obcych. Więc pewnie Soria i Pirora ją dziś obrabia. A wczoraj miały być u Kamili na tym kółku poetyckim. Ciekawe jak im poszło. - rudowłosa łotrzyca zastanawiała się na głos gdzie i co mogły porabiać ich zdeprawowane i szlachetnie urodzone koleżanki. I wydawały się dość dobrze zorientowane w swoich grafikach, przynajmniej w tych stałych wydarzeniach albo te o jakich rozmawiały ze sobą ostatnim razem.

                    - No a co tam w wielkim mieście, poza świątynnymi murami? Bo my to dopiero zaczynamy dzień i wracamy do życia. - niebieskowłosa łotrzyca zagaiła do Heinricha co go tutaj sprowadza bo raczej nie był stałym bywalcem tej tawerny.

                    - Może byłeś w okolicy jak mżyć zaczęło i nie było już innego suchego dachu w okolicy co by wejść i się ogrzać. - zaśmiała się cicho Burgund chyba nie spodziewając się, że odwiedził je w celach towarzyskich.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    0
                    • SantorineS Niedostępny
                      SantorineS Niedostępny
                      Santorine
                      Developer
                      napisał ostatnio edytowany przez
                      #85

                      Oryginalny autor: Zell

                      Popołudnie, tawerna “Wesoła mewa”

                      Heinrich na okazję pobytu tutaj porzucił wytworne ubranie i nieskazitelność skóry. Przyczernił nierówno włosy, jako komuś kto wygląda starzej niż jest naprawdę. Charakteryzował swój wygląd, aby jego twarz wydawała się umęczona nie wiekiem, ale życiem.

                      - Chciałem zobaczyć was po przemianie w cnotliwe dziewice. - odparł nachylając się bliżej do dziewczyn - Przecież może ta atmosfera działać po pracach, w tle. - przesunął wzrokiem po twarzy Burgund - Czy ta harówa wygładziła wam skórę dłoni, gdy myłyście te podłogi? - czule przesunął kosmyk włosów Burgund opadający na twarz - Czyżby taka cnota też wygładziła wam skórę twarzy, czy tak miałyście zawsze, a mój wzrok za stary? - zapytał szeptem patrząc kobiecie w oczy.

                      - To taka gładsza jestem jak się z bliska patrzy? - zaciekawiła się filuternie Burgund wcale się nie odsuwając od kolegi ze zboru. Nawet podparła sobie dłonią twarz przesuwając tą drugą po włosach mężczyzny w całkiem pieszczotliwym geście.

                      - No to może Heinrichu powinieneś częściej patrzeć z bliska. Ona ma tak z bliska całkiem ciekawe miejsca do oglądania. Takie gładkie i w ogóle. - Łasica bez skrępowania zajrzała w ładnie wyeksponowany dekolt koleżanki gdy ta się tak ładnie pochyliła nad stołem odpowiadając na ruch Heinricha.

                      - Ale z tą harówą to mamy dość. Gdyby nie to, że jesteśmy na robocie dawno byśmy rzuciły tą męczarnie. - dorzuciła liderka wężowych dziewczyn ze zboru dając znać, że udawanie cnotliwej niewiasty pokutującej całymi dniami w największej świątyni w mieście jakoś nie leży w gestii jej zainteresowań. Jednak skoro to był tylko bilet wstępu do zdobycia zasobów jakie wzmocnią zbór to była gotowa się poświęcić.

                      - Nieludzka mordęga. Poświęcacie się dla sprawy, godne pochwały. - mężczyzna pokiwał głową z aprobatą - Nie wierzę, że gromadka świątynna nie zwraca na was należytej uwagi. - uśmiechnął się do Burgund - Może powinna pokazywać bardziej te gładkie i tajemne miejsca? - zwrócił się do Łasicy - Wiecie. Całkowicie niewinnie, przypadkiem.

                      - Ależ my bardzo chętnie! Zwłaszcza w ramach pokuty my bardzo chętnie byśmy pokazywały co sobie kto życzy i z najgłębszą pokorą i gorliwością wypełniały wszelkie pokutne polecenia jakie by ktoś miał dla niegodnych ladacznic! - zapewniła Łasica tak żarliwie jak to by jakaś biczowniczka wyznająca kanon wiary nie powstydziła. I do tego jakby odkryła pokrewieństwo dusz i zainteresowań z rozmówcą.

                      - A gdyby ten ktoś kazał nam odsłonić wszystko, nawet nie przypadkiem aby obnażyć naszą sromotę to naturalnie nie ośmieliłybyśmy się protestować tylko starały się sprostać tym wymaganiom i życzeniom. - Burgund wdzięcznie przejęła pałeczkę tej rozmowy co tylko potwierdzało jak obie się świetnie rozumieją i uzupełniają nawet bez przygotowania.

                      - No ale niestety nie na robocie. - westchnela z wyraźnym żalem Łasica zupełnie jakby za szyba cukierni widziała smakowity tort ale nie mogła po niego sięgnąć.

                      - No. Nie możemy ryzykować. Absalon to i tak krzywo na nas patrzy jakby tylko czekał na pretekst aby nas wywalić. A to by nam wszystko utrudniło. - Burgund też smutno westchnęła jakby całkiem lubiła zabawę w cierpienia młodej pokutnicy.

                      - Bo jak jesteśmy hostessami w teatrze albo kelnerkami na przyjęciu u Pirory to co innego. To bardzo chętnie i Pirora też to na rękę. No ale teraz to poważna sprawa to lepiej nie ryzykować. - liderka slaaneshytek pokiwała smutnie głową, że nawet jak prywatnie ma inne zamiłowania i preferencje to "na robocie" chociaż z żalem to jest w stanie je okiełznać.

                      - Ale ja i tak pogadałam trochę ze Stanem. To rybak. Młody. Ma jakieś majaki i sny dokąd chyba usłyszał syreni śpiew. Jak tak na szybko liczyłam to całkiem możliwe, że słyszał naszą Sorię jak jeszcze buszowała jako syrena. Ala matka go przyprowadziła no i nie mogłam za bardzo z nim gadać. Może jakby któregoś dnia sam przyszedł to wtedy. Bo go nie znam. Młody jakiś. - rudowłosa podzieliła się wiadomością, że jednak nie wszystko było takie szare, trudne i smutne podczas dzisiejszej harówy.

                      - Aha. A mnie się udało służyć pięknej pani w okropnie ubłoconych trzewikach. Strasznie je próbowała wyczyścić przed wejściem więc oczywiście pokornie zaproponowałam swoje plugawe ręce. Podobało mi się jak przed nią klęczałam i miałam jej stopę na swoich udach. Szkoda, że obie byłyśmy w ubraniach i przy świadkach. Ona też patrzyła na mnie z góry tak aprobująco jakby lubiła kleczace przed sobą służki. Oby! Przynajmniej coś pożytecznego by z tego wyszło. Ale też jej nie znam. Może to jedna z tych co przyjechała na turniej. - niebieskowłosa w skórzanych spodniach też podzieliła się z kolegą że przeżyła podczas dnia w świątyni jakoś przyjemne momenty.

                      - Im wyższa głowa, tym większa szansa na smak w uległych służkach. - stwierdził Heinrich - Może temu Absalon tak bardzo chciałby się was pozbyć? Żeby sama wasza obecność nie rozbudzała grzesznych myśli podwładnych? - uśmiechnął się półgębkiem - Albo nawet takich myśli w nim samym. Nie byłbym bardzo zdziwiony takim obrotem spraw. Może by dało się takowe wywołać?

                      - Może. - odparła po chwili zwłoki niebieskowłosa łotrzyca w skórzanych spodniach po tym jak naradziła się spojrzeniem ze swoją partnerką.

                      - Ale na mnie robi wrażenie kogoś kto naprawdę nie lubi i pogardza kobietami. Poza tym ta przykrywką jest na spalenie. Po Festag zapewne zrobimy skok i Johana z Barbarą z Salzburga zniknął. - dała znać, jak widzi sprawę.

                      - Nawet trochę szkoda. Taki silny i stanowczy mężczyzna. Mogłoby być ciekawie. - Burgund wyraziła swój żal na myśl, że zapewne nie będzie im dane spróbować się z mocarnym i stanowczym kapłanem.

                      - Ale kto wie? Może tak jak mówisz, wiara tamtej trzódki Absalona może wcale nie jest tak mocna jakby chciał. Przynajmniej nie u wszystkich. - dodała dziewczyna w spodniach z wesołym uśmiechem.

                      - Ale jeśli ktoś nie da się zaciągnąć na szybki numerek w jakimś zakamarku to raczej tego nie sprawdzimy. - Burgund zdawała się być sceptyczna co do szans na uwiedzenie kogoś w ciągu kilku nadchodzących dni gdy miały odgrywać swoją pokorną rolę.

                      - No tak, szkoda ryzykować jak jesteśmy na robocie. - koleżanka zgodziła się z jej wnioskiem.

                      - Cóż, zawsze z taką możliwością można po akcji pomyśleć, a przynajmniej takie rozważania umiliły by wam przetrwanie tych mordęg. - pogłaskał Burgund po policzku nim odparł się na krześle - Choć ja do was i w innym typie romansu przychodzę. Pomocy mi trzeba w ogarnięciu własnych interesów... a dokładniej to zależy mi na podwładnych poza nas. Jakby to rzec... Nieobarczonych ciężarem innym niż pieniądz. A do tego możliwi do poświęcenia w razie potrzeb, bez uronienia łezki. - dodał powoli lekko chrapliwym głosem.

                      Obie łotrzyce uśmiechnęły się ładnie do tych życzeń pomyślności w planach ale przestały się uśmiechać jak się okazało po co kolega ich tu odwiedził. Popatrzyły po sobie chwilę się namyślając po czym jak zwykle pierwsza odezwała się Łasica.

                      - A to różnie. Zależy kogo szukasz. Do jakiej roboty. Na kiedy i tak dalej. - dała znać, że takie ogólne zagadnienie jest zbyt ogólne aby mogły kogoś od ręki polecić.

                      - Na ten moment konkretnego zadania nie mam, a tylko chęć nawiązania współpracy... długoterminowej. Takiej co za odpowiedni pieniądz podejmie się wszystkiego. Zależy mi na posiadaniu dostępu do informacji niższego miasta. - spojrzał na Łasicę - Moje plany mogą rodzić się niespodziewanie i ulegać zmianom... - pstryknął palcami w powietrze -... bez ostrzeżenia, wedle potrzeb. Temu nie mogę tylko na waszych umiejętnościach i znajomościach z innymi polegać. Potrzebuję być w pewnym sensie samodzielny. Za poprzedniego życia było trochę łatwiej w tej kwestii, choć swoich ludzi też miałem. Sądzę, że łatwiej jednak szukać niż unikać. Więcej widocznych zagrożeń.

                      - Ale masz wymagania… - zaśmiała się Łasica chociaż krótko i bez wesołości. Obie łotrzyce popatrzyły na siebie z zastanowieniem.

                      - Zwykle się kogoś szuka na konkretną robotę albo jakiś typ. Wiesz, co innego jest szukać zabójcy, co innego szajki do obrabiania kogoś w ciemnych zaułkach a co innego bandę co komuś wybije zęby czy okna. Raczej mało kto jest na tyle uniwersalny aby mieć kogoś na każdą okazję. - Burgund odparła aby nakreślić koledze jak to się zwykle u nich w ferajnie zaczyna od szukania odpowiednich ludzi.

                      - No i jak za pieniądz to nie licz na jakąś lojalność do grobowej deski. Przynajmniej na początku. Za pierwszym razem to zwykle obie strony zakładają, że lepiej nie mieć do tej drugiej zbyt wielkiego zaufania. A to przychodzi z czasem. Jak się okazuje, że ta druga strona nie robi cię w wała. - dorzuciła Łasica dając znać, że tak na początek to wielkiej miłości między wynajmującym a najmitami to też raczej nie będzie.

                      - Musisz się na coś zdecydować. Kogo szukasz. Bo ludzie z ferajny zwykle się specjalizują w jakimś typie zleceń. I mają określone powiązania no i opinię na mieście. Co ma dobre i złe strony. Goście spoza miasta są bardziej płynni. Głównie ci z załóg statków albo co niedawno przybyli do miasta. Nie mają powiązań albo słabe, więc po nich za bardzo nikt by zapewne nie płakał ale też i słabo znają miasto no i nie mają powiązań. Więc to zależy kogo szukaz. - Łasica znów wróciła do punktu w jakim pewnie i mogłaby kogoś polecić no ale właśnie potrzebowała znać więcej detali kogo właściwie szuka Heinrich do tej współpracy.

                      - Kogoś, kto zajmowałby się pozyskiwaniem informacji z miasta, nie ze sfer wyższych. Kogoś, kto w razie potrzeby nastawiałby ucha, nawet jeżeli własnym by ryzykował. - spojrzał zaciekawiony na Łasicę i nagle dodał - Naprawdę włamujesz się do pokoi naszych sprzymierzeńców by nocą się z nimi kochać?

                      Obie łotrzyce w skupieniu marszczyły brwi i powoli kiwały głowami przyswajając te dokładniejsze wytyczne kogo szukał Heinrich więc jego ostatnie pytanie nieco je zaskoczyło. Ale i wywołało radosne i bezczelne uśmiechy.

                      - Dziewczyny ci powiedziały? Pewnie Pirora co? - domyśliła się liderka łotrzyc i wyznawczyń Węża szczerząc się do niego radośnie. I chyba wzmianka o tamtym numerze ją ucieszyła.

                      - A tak, zdarzyło mi się. Włamałam się do pokoju Pirory jak jeszcze w zimie mieszkała w karczmie i zanim się przeprowadziła tam na Bursztynową do siebie. Włamałam się a potem się kochałyśmy całą noc! Było fantastycznie! - roześmiała się wesoło więc chyba tamtą zimową i nocną przygodę wspomniała równie ciepło i miło jak jej blondwłosa i błękitnokrwista partnerka.

                      - A z tymi uszami no to jest parę osób. - dorzuciła po chwili i zaczęły się we dwie na głos zastanawiać kto by mógł tu być odpowiedni. Parę imion czy ksyw jakie heinrichowi nic nie mówiły przewinęło się i z przyczyn różnych koleżankom nie wydały się w końcu odpowiednie. Ale ostatecznie parę “twarzy” mu podpowiedziały, łącznie z tym jak ich znaleźć i się z nimi skontaktować.

                      No więc do ciężkich zadań to był dobry Łamigłówka. Chłopak z ferajny. Taki odpowiednik Silnego. Chyba nawet znali się między sobą chociaż z widzenia. Rosły, silny i brutalny. W sam raz aby komuś połamać szczękę czy żebra, wejść “na rympał” czym wyraźnie obie łotrzyce gardziły i same uważały się za elitę tutejszych włamywaczy, oszustów i naciągaczy zaś przemocą fizyczną wyraźnie gardziły. No ale czasem i taka była potrzebna. Łamigłówka mokrą robotą raczej się nie zajmował tak świadomie i celowo ale, że miał ciężką rękę i pałę - stąd właśnie jego ksywa - to i zdarzało się, że nie wszystkie ofiary jego napaści dożywały kolejnego dnia.

                      Był też Lipka. Bardziej podobny fachem do obu łotrzyc. Kieszonkowiec i włamywacza jednak koleżanki po fachu dały wyraźnie poznać, że może i ma ten fach w ręku, ale obie uważają się za lepsze od niego. Niemniej to był typowy miejski rzezimieszek, w sam raz aby gdzieś się zakraść czy coś zwędzić.

                      Był Stukacz. Bo stukał swoimi drewnianymi podestami co mu zostały po dawnych nogach. Był wcześniej marynarzem póki ułamany maszt nie strzaskał mu obu nóg tak bardzo, że trzeba było je obciąć. Teraz był zawodowym żebrakiem. Za parę groszy mógł być niewidzialny w miejscach skąd nie przeganiano żebraków.

                      Była Lisa Kuperek. Ladacznica pełną gębą. Ale prawie zawsze z jakimś syfem lub leczyła się po jakimś czy też ktoś ją znów zbrzuchacił. Więc raczej nie miała co liczyć na zatrudnienie w karczmach, tawernach czy burdelach nie mówiąc już o zamtuzach i lokalach z wyższej półki. Jako pospolita, portowa dziwka pracowała na ulicy, zwykle w portowych rejonach. Więc nie była zbyt wybredna co do klientów a i właśnie ksywa o tym świadczyła. Mimo wszystko głupia nie była więc może i coś by załatwić umiała o ile oczywiście ladacznica pasowałaby do takiego miejsca i zadania.

                      Była też Czerwony Kubraczek. Ksywa od czerwonego ubrania w jakim często chodziła. Dawniej miała zadatki na herszta jakiegoś pomniejszego gangu, może nawet by z czasem awansowali na poważniejszych graczy bo śmiałości, odwagi i mocnych pięści jej nie brakowało a do tego miała głowę na karku. Niestety za bardzo lubiła zagraniczne używki dla jakich d straciła głowę a w końcu swój gang i pozycję. Obecnie wciąż miewała porywy dawnej świetności ale jednak chwilowe i nałóg wciąż ją zżerał. Jej lojalność była mocno chwiejna bo zwykle należała do tego kto mógł jej zaoferować woreczek z pożądaną substancją a jak wszyscy w ferajnie o tym wiedzieli no to nikt nie najmował jej do poważnych zadań. Ale czasem frajerzy w porcie dawali się nabrać na jej wygląd i gadkę bo jak chciała to potrafiła być bardzo przekonywująca a nawet czarująca tak jak dawniej.

                      No jeszcze był Bercik. Niziołek co miał sklepik z gruchotami. Ale wszyscy wiedzieli, że to także paser. Za to brał prawie wszystko chociaż oczywiście za podłą cenę, 20% wartości to chyba był jego górny limit no ale jak ktoś, coś zwędził i chciał upłynnić, zwłaszcza jak zależało mu na czasie no to szedł do Bercika. Była plotka, że sprzedawał też plotki i można było się od niego różnych rzeczy dowiedzieć, zwłaszcza właśnie takich od swoich klientów, tych lewych. Było też nieprzyjemne podejrzenie, że być może rozmawiał równie chętnie ze strażą miejską lub innymi takimi łowcami nagród więc nad jego głową zbierały się ciemne chmury. Ferajna strasznie nie lubiła kapusiów i zwykle potem znajdowano ich trupy w Zaułku Topielców. Widocznie na razie albo go na niczym nie złapano za rękę albo to było takie gadanie bo jakoś dalej prosperował i nikt mu drugiego uśmiechu na gardle nie dorobił.

                      - No to masz tu parę osób. Rób co uważasz. Po żadnej z nich za bardzo byśmy nie płakały i raczej nie znają się z nami inaczej niż z widzenia. Ale jak dla mnie drogi na skróty nie ma i jak chcesz sobie założyć siatkę szpiegowską to po prostu musisz założyć siatkę szpiegowską. Gotowej nikt ci nie da i jak zaczynasz od zera to musisz ją budować kawałek po kawałku. - zakończyła swój wywód Łasica dając znać, że może zostawić z tym kolegę i dać mu działać po swojemu. Ale, że wątpi aby ot tak udało mu się sklecić sprawny mechanizm bez poświęcania czasu i własnego zaangażowania.

                      Heinrich uśmiechnął się z zadowoleniem i skinął głową.

                      - Taki zaczątek mi wystarczy. Hmm... A gdybym chciał komuś włamać się do pokoju by zmolestować to do ciebie walić? - zapytał żartobliwie Łasicy.

                      - Oczywiście! Zwłaszcza jak to byłby ktoś przystojny albo jakaś ślicznotka. Jak jeszcze by lubił taki ktoś zabawy z nocnymi włamywaczkami to już w ogóle z uśmiechem na ustach i pocałowaniem w rękę! A co? Masz kogoś takiego? - Łasica znów się roześmiała widząc, że Heinrich wrócił do jednego z jej ulubionych tematów i okazała pełen entuzjazm dla takiej inicjatywy. Burgund zresztą też pokiwała głową dając wyraz swojego poparcia i zainteresowania.

                      - Na razie nie mam innego... tylko siebie. Ale to opcja jedynie dla chętnych na bardzo ostre traktowanie. - zaśmiał się... niepewne czy mówił poważnie - No i dzieciaka, Joachima się znaczy, bo biedak coś spięty.

                      - Chętnych na bardzo ostre traktowanie? - Łasica spojrzała porozumiewawczo na swoją rudowłosą partnerkę jak kot co usłyszał buszującą po podłodze mysz. Na obu twarzach wykwitły wesołe uśmieszki.

                      - No to może i by się dało coś zrobić. Jakby jakaś dziura w oknie albo rysy przy zamku to nie był powód do jakiejś wielkiej afery. - powiedziała liderka slaaneshytek jakby podchodziła do negocjacji poważnej transakcji handlowej. Tylko takiej jaka sprawia jej dużo przyjemności, a i przedmiot obrotu też jest przez nią lubiany.

                      - A Joachim taki spięty? Za dużo pracuje i za mało chodzi po tawernach. Sam widzisz jakie fajne dziewczyny można tam spotkać. A są jeszcze i inne rozrywki. - Burgund dołączyła do koleżanki w tej rozmowie wymownie zataczając dłonią na resztę tej hałaśliwej pstrokacizny jaka siedziała, stała, chodziła, kłóciła się, rozmawiała czy rżnęła w karty w tej portowej tawernie. Także ich trójka wydawała się tylko kolejną grupką w tej hałaśliwej i barwnej mieszance.

                      - Na wieczór jestem poza domem, ale w nocy zostaję w domu. - spojrzał uważnie po kobietach - Tylko czy naprawdę jesteście pewne wyboru? Nie przyjmuję reklamacji.

                      - Naprawdę? Dla mnie brzmi jak zaproszenie. A właściwie to masz jakieś doświadczenie w tej materii drogi panie? - Łasica spojrzała znów na rudowłosą koleżankę, ale sama wzięła gliniany kufel i upiła z niego łyk wracając spojrzeniem do swojego rozmówcy siedzącego po drugiej stronie stołu. Tym razem uderzyła w bardziej kokietujący ton niż przed chwilą.

                      - No właśnie. Na co by takie dwie nocne włamywaczki mogły liczyć? - zapytała Burgund też ciekawa tego umawiania się na niezapowiedzianą nocną wizytę.

                      - Doświadczenie inkwizycyjnej przeszłości może być nagięte na ukaranie bezczelnych kobiet, które wejdą w coś, z czego tak łatwo się nie wyplączą. - złożył pocałunek na policzku Łasicy, po czym uniósł się z siedzenia - Zostawię was na razie splątane wyobraźnią. Na razie.

                      - No to my cię też zostawim+y. Na razie. - odparła wesoło i całkiem obiecująco Łasica nie mając nic przeciwko takiemu cmoknięciu w policzek. Burgund też mu posłała całusa po czym tak je zostawił obie przy stole.

                      - To do jutra. Pewnie będziemy na tym rodzinnym spotkaniu. - rzuciła mu Łasica na pożegnanie.

                      Wieczór, kamienica Joachima

                      Były Inkwizytor miał dobry nastrój, gdy zbliżał się do miejsca, w którym mieszkał mag-kultysta. Zapowiadało się dość ironiczne spotkanie między nieposłusznym Sigmarowi magiem a człowiekiem, który większość swojego dorosłego życia spędził na łowieniu takich i zabijaniu ich... niekoniecznie bez ofiar osób trzecich.
                      Z delikatnym samozadowoleniem, ruszył do drzwi młodego maga, ubrany w skórzaną kurtę podróżną pod podróżnym płaszczem. Zapukał do tych "wrót" twardą drewnianą laską i w oczekiwaniu przybrał poważny wzrok profesjonalisty.

                      Drzwi otworzył ponuro wyglądający zbrojny z opaską na oku, którego Heinrich mógł rozpoznać jako ochroniarza Joachima, Gunthera, od niedawna też członka zboru. Zmierzył on inkwizytora badawczym spojrzeniem.

                      - Szukacie mistrza Joachima?

                      Heinrich spojrzał na Gunthera i skinął głową.

                      - W rzeczy samej. Mamy do przedyskutowania sprawy.


                      Po chwili Heinrich został zaproszony do salonu, gdzie czarodziej, kończący właśnie popijanie jakiś ziół, wstał z fotela.

                      - Heinrichu, co cię do mnie sprowadza? - zmrużył nieco oczy.

                      Były Łowca Czarownic obserwował reakcję Joachima.

                      - Czyżby był jakiś problem? - zapytał wprost, jakby przechodził do przesłuchania - Przeszkodziłem w czymś? Wyglądasz na spiętego.

                      - Intensywny dzień miałem… - czarodziej wbił spojrzenie w Inkwizytora. Jako członkowie Zboru powinni wykazywać do siebie minimum zaufania, ale w końcu Heinrich był wcześniej łowcą czarownic.
                      - To chyba nie jest przesłuchanie? Jesteśmy po tej samej stronie, prawda?

                      - Jeszcze kilka miesięcy temu to była opcja byśmy byli wrogami. - Heinrich odparł naturalne, bez cienia winy - Ciężko uwolnić się od przeszłości, prawda? - dodał retorycznie i kontynuował - A do tego twoje mieszkanie byłoby słabym miejscem na takową rozmowę z przymusu, i to jeszcze jak masz ochronę. - przeniósł ciężar na trzymaną laskę - Nie obawiaj się starego bezzębnego psa z metalem w szczęce. - chrapliwie zaśmiał się - Przychodzę by pomoc zaoferować. Z Akademią.

                      - Z Akademią? - błysk pojawił się w oku Joachima.
                      - Byłem tam dzisiaj z rektorem i łowcą nagród Hetzwigiem. Artefakt Vesty znajduje się podziemiach zapięczętowany w skrzyni, która chyba tłumi jego moc, ale ja ją i tak wyczułem…. problem polega na tym, że żeby tam się dostać opowiedziałem o zagrożeniu i że ktoś może chcieć wykraść coś cennego z Akademii. Dlatego planują wzmocnić zabezpieczenia…

                      Heinrich lekko uśmiechnął się.

                      - Jakiś czas temu rozmawiałem z Czerwonym Johanem. - odezwał się po wysłuchaniu całej opowieści maga o tym, co wydarzyło się w Akademii - Jest możliwość bym zagadał go ponownie, aby właśnie dostać przydział jako ochrona w Akademii, cenne ładunki... Możliwie nawet Rune miałby z tym łatwiej by się wkręcić lub kogoś innego. - wyjaśnił.

                      - Dobry pomysł… wtedy uderzymy w nocy, weźmiemy artefakt i uciekniemy z nim… tylko wtedy osoby zaangażowane w ochronę będą podejrzane… dobrze byłoby np. jakieś rany udać… - zauważył Joachim.

                      - A twoje umiejętności w magicznych iluzjach? - dopytał były inkwizytor.

                      -To nie jest moja specjalność, jestem Astromantą - westchnął czarodziej - mogę w pewnym zakresie przewidzieć przyszłość, zmienić los, wędrować jako postać astralna…

                      - Zawsze możemy po prostu jednego z ochrony ubić by samemu nie musieć dużo oberwać. - zaproponował.

                      - Jutro jest spotkanie Zboru, możemy dopracować szczegóły…. pytanie czy lepiej zaangażować w to dziewczyny Łasicy czy grupę Silnego?
                      - Sądzę, że Silny to lepszy wybór. - zastanowił się - Choć... Daj mi czas, przemyślę i podam na Zborze. Dziewczyny są w świątyni zaangażowane, a i tak wielu nie chce do Akademii wciskać. - spojrzał w oczy maga - A jak w sumie było z Hetzwigiem?

                      - Całkiem w porządku, był ciekaw moich zdolności wróżbiarskich i pytał się gdzie mieszkam. - Raczej nie wyglądało by mnie o coś podejrzewał, albo przynajmniej dobrze to maskował... - Joachim wzruszył ramionami.

                      - Hmm... - Heinrich przymknął oczy - Możliwe, że pomysł się stworzył, ale dopiero jutro zobaczę czy wszystkie kawałki się złożą. - otworzył oczy - Pamiętasz, kiedy Merga odpływa?

                      - Chyba po Festag, miała zabrać ze sobą do Norski zrabowane mienie ze świątyni…a czemu ma to znaczenie dla tej sprawy?

                      - Qui pro quo, Joachimie. - von Achterberg zmrużył oczy i powtórzył powoli niepokojącym okrutnym tonem - Qui pro quo.


                      Opuszczając dom Joachima były inkwizytor zastanawiał się nad kolejnym dniem. Na pewno będzie musiał spotkać się z Rune, najlepiej jeszcze przed zborem. Resztę spraw będzie mógł załatwić podczas zgromadzenia.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • SantorineS Niedostępny
                        SantorineS Niedostępny
                        Santorine
                        Developer
                        napisał ostatnio edytowany przez
                        #86

                        Oryginalny autor: Seachmall

                        Konigtag; ranek; świątynia Mananna

                        Mnich westchnął, siostry nie uznały go na razie za godnego herolda ich przybycia. Vigo, George, Annika i Marissa będą musieli na razie wystarczyć. Przygotował się do kolejnego dnia w służbie lepszym od siebie i ruszył na miasto, najpierw do świątyni.

                        Przywitał Łasicę delikatnym uśmiechem.

                        - Och, ten deszcz został pobłogosławiony przez Węża. Każdemu na kogo nie okrytą skórę spadnie kropla wyrasta członek albo dziura. Teraz wszyscy tam eksperymentują. - pogłaskał czule kobietę po policzku - A ty musisz pozostać tu i udawać pokutnicę. Och, biedactwo.

                        - To by było nawet ciekawe. Chociaż trudne do ukrycia. Ale mieć tyle przyrodzeń albo otworków do penetracji i zabawy no to musiałoby być ciekawe. Chociaż nie wiem czy sama bym tak chciała. - Łasicy chyba spodobała się taka wizja odmalowana przez kolegę bo zadumała się nad nią przez chwilę i jakoś nic nie miała przeciwko takiej pieszczocie policzka jaką jej zaserwował.

                        - Po co ci więcej otworków czy przyrodzeń? Z tymi co masz to trudno obrobić bo jesteś taka pazerna. Zresztą jak to by było takie widoczne to byś od razu na stos trafiła. - Burgund pokręciła swoją miedzianą głową ale raczej z rozbawienia niż prawdziwej negacji słów koleżanki.

                        - Tak czy inaczej na razie zostajemy tutaj i z tym. - Łasica miała tak dopasowany bogobojny czepek, że nie było widać jej charakterystycznych, granatowo - niebieskich włosów. Ale i tak wskazała smętnym gestem na wiadro, szmaty i miotły z jakimi musiały się zmagać aby doprowadzić tą wieżę dzwonną do porządku.

                        - W sumie miałem do was sprawę. Mówiłyście, że macie jakąś koleżankę, która poznałaby drogi Ojczulka. Sigismundus poprosił mnie, abym z nią porozmawiał. Jest dobrym naukowcem, ale brak mu obycia z piękniejszą płcią. Możemy ustalić jakieś spotkanie?

                        - Tak? Tak mówiłyśmy? - Łasica zamrugała oczami jakby niezbyt kojarzyła takie swoje słowa. Ale Burgund trzepnęła ją lekko w ramię aby zwrócić na siebie jej uwagę.

                        - To pewnie mu chodzi o tą co Onyx mówiła. Że mają tam w robocie tą Laurę czy jakoś tak. - przypomniała jej rudowłosa w białym czepku co ostatnio mówiła ich wężowa koleżanka. Teraz i Łasica pokiwała głową, że już sobie coś przypomina.

                        - A racja, było coś… - przyznała i zastanowiła się chwilę. - Czasem coś Onyx o niej wspominała jak sie wymieniałyśmy plotkami z pracy ale my to raczej jej nie znamy. To trzeba by się z Onyx ugadywać, ona ją zna. W końcu pracują razem. My to możemy najwyżej przekazać jej wiadomość. Ale dopiero po tej tutaj harówie na szmacie. Wieczorem pewnie. To może jutro sam będziesz ją prędzej widział jak przyjdzie na spotkanie. - liderka slaaneshytek zgodziła się przekazać wieści koleżance no ale, że była z Burgund póki co uwiązana do roboty tutaj to możliwe, że zanim się skontaktują z Onyx to prędzej jutro wieczorem Otto sam ją spotka na zborze. *


                        Konigtag; przedpołudnie; hospicjum

                        Przybycie Fabianne Otto przyjął z ulgą. Każdy dzień był dla niego nerwowy odkąd usłyszał przepowiednię Somnium. Musiał przestać pokładać taką wagę na słowa służki Morra.
                        Spojrzał na szlachciankę słysząc jej pytanie co do Herolda Soren.

                        - Niestety Marissa, jak Annika nie jest tu z naszej woli czy chęci. Musimy dostać zezwolenie na wypuszczenie jej, jeżeli postąpimy wbrew ich zaleceniom, mogą odmówić wpuszczenia jej w ogóle. Trochę cierpliwości Frau von Mannlieb. - uśmiechnął się - Naciesz się na razie swoim nowym nabytkiem, a martwieniem się o Marissę i Thorna pozwól zająć się mi. Jednak, jeżeli mogę. Czy byłabyś chętna zainwestować trochę w Annikę? Dziewczyna ma wielką podróż przed sobą, niedługą, ale istotną. I trzeba by ją była odpowiednio odziać i wyekwipować. Zabrałbym ją do płatnerza, niech dziecię nacieszy swoją rządzę krwi czymś ostrym.

                        - Do płatnerza? - tego bretońska szlachcianka chyba się nie spodziewała. Bo spojrzała z zastanowieniem najpierw na rozmówcę a potem na rzeczoną już właściwie byłą pacjentkę hospicjum. I jej kasztanowłosa koleżankę. Te spojrzały też nieco zaskoczone na Otto ale czekały na przebieg rozmowy.

                        - Właściwie mogę. Ale się kompletnie na tym nie znam. Na ubraniach i strojach to tak no i jeszcze zwykle Oksana mi doradza. Ale na broni i zbrojach to w ogóle. Ale pojechać możemy. Tylko już nie dzisiaj bo jesteśmy umówione u Pirory i Sorii. Może jutro albo w nowym tygodniu. - ostatecznie chociaż materia o jakiej mówił mnich była raczej mało znana szlachciance to jednak zgodziła się tam zabrać swoją nową służącą.

                        - Och, oczywiście nie dzisiaj. Masz na pewno dużo na głowie, a Annika chce pewnie zaznać trochę przyjemności przed obowiązkami. Przekaż jej po prostu moją ofertę, na pewno się ucieszy. Mnie też się przyda wyekwipować na jej podróż. - skłonił się szlachciance - Proszę pozdrów ode mnie czcigodną Sorię i Pirorę.

                        - Dobrze, przekażę im pozdrowienia od ciebie. A z Anniką to możemy się umówić na któryś dzień. Dobrze aby był z nami ktoś kto się na tym wszystkim zna bo ja to w ogóle. Jak już mam wydać na coś pieniądze to bym wolała na coś skutecznego i pożytecznego. - czarnowłosa i bladolica szlachcianka zgodziła się na taką propozycję. Chociaż w tej militarnej sprawie nie czuła się orłem sądząc po tonie i wyrazie twarzy.

                        - A przyjemności no to oczywiście, moja łaźnia już czeka na jej przybycie. - uśmiechnęła się do przyjemniejszych i bardziej znajomych tematów zerkając w stronę gdzie na chwilę odeszły obie pensjonariuszki hospicjum.

                        - Powodzenia zatem chętnie bym się przyłączył, ale mam inne obowiązki tutaj. Oczekuję jednak dokładnych relacji, jak zobaczymy się następnym razem. - Otto uśmiechnął się do szlachcianki i skłonił na pożegnanie.

                        - Oh, Otto, bardzo chętnie bym cię ugościła tak jak ostatnio Pirora no ale byłeś u mnie i sam widziałeś w jakich okropnych warunkach muszę żyć i nie mogę się nawet we własnym domu czuć tak swobodnie jakbym chciała. Takie wizyty w salonie to górna granica na co mogę sobie pozwolić. - czarnowłosa szlachcianka o mleczno białej cerze obleczonej w elegancką, czarną, żałobną suknię westchnęła przejmująco skarżąc się młodemu mnichowi na swój ciężki los. I zapewne nie chodziło jej o warunki materialne bo tak na oko Otto to rezydencji von Mannliebów niczego nie zbywało co zapewne powinna mieć rezydencja pełnomorskiego kapitana i jego młodej żony. Ale mimo, że owa młoda żona mówiła nieco na wyrost to żal na ten brak swobody działania wydawał się autentyczny. W końcu w przeciwieństwie do jej blondwłosej przyjaciółki z Averlandu nie mogła sobie pozwolić aby urządzić sobie prywatny loch w piwnicy do pikantnych zabaw jakie obie lubiły.

                        - No ale w tych skromnych progach będziesz oczywiście zawsze mile widziany. I oczywiście opowiem ci wszystko ze szczegółami no i może nawet wyślę Annikę bo niech chociaż dziewczyna trochę poużywa życia skoro jej pani tak nie może jakby chciała. - dodała zerkając na drzwi przez jakie właśnie wracały obie młode pensjonariuszki hospicjum. Ich pani zdawała się im zazdrościć, że dzięki swojej anonimowości mogą sobie pozwolić na znacznie więcej niż ona co była rozpoznawalna w towarzystwie a pewnie nie tylko.

                        Reszta dnia minęła Otto bez większych wydarzeń. Wracając do domu zaplanował sobie następny dzień. Rano odwiedzi świątyni Morra, nawet jeżeli nie znajdzie Matki Somnium, ma kilku zmarłych za których chciałby się pomodlić. Później oczywiście jego powinność w Hospicjum, ale nie podejrzewał, aby dużo się działo. Zastanawiało go czy uda mu się odwiedzić Fabianne i Annikę przed zborem i zabrać je na małe zakupy dla Herolda Norry.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        0
                        • SantorineS Niedostępny
                          SantorineS Niedostępny
                          Santorine
                          Developer
                          napisał ostatnio edytowany przez
                          #87

                          Oryginalny autor: Lord Melkor

                          Podczas wizyty u Barona Joachima zaskoczyła informacja o wizycie tamtego na bagnach. Ale starał się z tego jakoś gładko wybrnąć.
                          Stwierdził, że to tłumaczy obecność potwora w snach. Sen mógł być wywołany albo niepokojem związanym z tym wydarzeniem, albo być ostrzeżeniem od wyższych sił.
                          Zapytał się, czy ludzie z miasta często zapuszczają się na bagna, jeśli tak, to trzeba było ich ostrzec. Albo i zorganizować wyprawę żeby się zajęła tym potworem.
                          Również polecił Baronowi odpoczynek, chociaż wróżba którą miał sugerowała, że czas sprzyjał wyrafinowanym przedsięwzięciom, więc jeśli Baron coś planował, to nie należało się z tego wycofywać, tylko zachować większą czujność i ostrożność.

                          Kiedy wychodzili, zagadnął kapłankę Morra, mówić, że może z tą jej wzmianką że mury we śnie przypominały mury Akademii jest coś na rzeczy, bo sam miał wróżby wskazujące że coś złego może się tam wydarzyć. I to łączyło się też z niepokojącymi wróżbami o których wcześniej opowiadał kiedy spotkali się u Van Hansenów. Miał nawet mieć spotkanie z rektorem w tej sprawie.

                          Miał nadzieję, że w tej sposób nieco odsunie od siebie podejrzenia jeśli artefakt Vesty rzeczywiście zostanie wykradziony z Akademii, bo przecież czemu złodziej miałby ostrzegać sam przed sobą?

                          Południe, wizyta w Akademii

                          “- No i? To to? - zagaił go Hetzwig który też wszedł do środka i rozglądał się po tym wszystkich rupieciach. W końcu spojrzał chytrze na magistra. - Podobno czarodzieje widzą rzeczy jakich normalni ludzie nie mogą dostrzec. To co magu? Dostrzegłeś coś niezwykłego? Bo rektor mówi, że zostawił tą wisienkę na koniec i wiele do oglądania już nie ma. - odezwał się ponownie patrząc na niego z kpiącym uśmiechem. Przy drzwiach rektor spojrzał na nich ale raczej rozmawiał z Bartolomeo o tym wstawianiu nowych drzwi i krat, jak to by wyglądało, ile zajęło, ile kosztowało i tak dalej.”

                          Joachim zawahał się. Czuł wabiący go ze skrzyni odgłos dzwoneczków i wiedział, że to było to czego szukał. Tylko niestety przez strategię która przyjął doszło do wzmocnienia ochrony tego miejsca i nie łatwo będzie teraz wykraść artefakt…. ale przynajmniej spróbuje go zobaczyć.

                          - Tak, wyczuwam moc płynącą z tej skrzyni. Ale żeby więcej się dowiedzieć musimy ją otworzyć…

                          Łowca nagród skinął głową i spojrzał w stronę drzwi. Tam rektor już kończył umawiać się z Bartolomeo na te szacunki i kosztorysy co do drzwi i obaj podeszli do dwóch gości.

                          - Joachim mówi, że to może być to czego szukamy. Można otworzyć i rzucić okiem? - Hetzwig skinął kciukiem w stronę stojącej pod ścianą wielkiej i niezbyt urodziwej skrzyni. Za to sprawiała całkiem solidne wrażenie, nawet jak się patrzyło tylko zwykłymi oczami.

                          - Obawiam się, że to nie będzie teraz możliwe. - odparł grzecznie ale stanowczo profesor Vogel. Widząc pytające spojrzenia szybko wyjaśnił. - Procedura wymaga aby to robić wyłącznie w obecności wymaganej komisji. W tym wypadku chodzi o mnie, naszego głównego magazyniera oraz przedstawiciela ratusza, kapitanatu oraz upoważnionych kapłanów. Łącznie to jak widzicie pięć szacownych osób. Zresztą jak koledzy widzicie jest kłódka i dwa zamki, łącznie jest potrzeba trzy klucze. Z czego my mamy tutaj tylko jeden. Drugi jest w świątyni Mananna a trzeci w kapitanacie portu. - rektor jak i poprzednio wydawał się skłonny do współpracy i zależało mu na przekonaniu gości i to tak aby nie odnieśli wrażenia, że coś ukrywa lub mataczy. Procedura brzmiała jednak dość skomplikowanie jakby ktoś chciał się zabezpieczyć, że jedna, nawet uprawniona osoba z kluczem nie powinna dobrać się do zawartości skrzyni.

                          Joachim uważnie słuchał słów profesora, które, podobnie jak wygląd skrzyni, sugerowały, że ktokolwiek umieścił tutaj artefakt, zdawał sobie sprawę że jest to coś o wielkim znaczeniu lub bardzo niebezpieczne.

                          - Oczywiście, szanujemy procedury…. wiesz może Profesorze, od jak dawna ta skrzynia się tutaj znajduje?

                          - Niezbyt długo. Jakoś to trafiło do nas pod koniec jesieni. Jeszcze zanim zima zaczęła się na dobre. - rektor zmarszczył brwi aby odświeżyć sobie pamięć ale nie brzmiało jakby ta skrzynia stała tu od początków budowy tego miasta i uczelni.

                          - A w jakich okolicznościach trafiła? - Joachim kontynuował pytania. Wszelka wiedza na ten temat była cenna.

                          - W dość dramatycznych. I potrzeba było odpowiednie miejsce do bezpiecznego składowania aż się postanowi co z tym robić dalej no i na razie tak to zostało jak widzisz. A czemu cię tak zainteresowała ta skrzynia? Uważasz, że ma jakiś związek z twoją wróżbą? Może coś ci się wyjaśniło podczas tej naszej małej wycieczki o co chodzi z tym zagrożeniem? - rektor widocznie nie był skłonny zdradzać zbyt wiele o tej skrzyni a może to też stanowiło część systemu bezpieczeństwa. Łowca nagród i mistrz ślusarski na razie się przysłuchiwali zerkając ciekawie to na rozmówców to na skrzynię jaka stała się głównym tematem rozmowy. Zaś profesor Vogel był ciekaw czy jak już właściwie obeszli całą uczelnię to czy magister jaki przybył tu przedwczoraj z ostrzeżeniem może już wyjaśnić coś więcej niż wtedy.

                          - Tak, sądzę że moje wróżby dotyczyły w szczególności zawartości tej skrzyni. Ważne jest, żeby nie wpadła w niepowołane ręce, wiązałoby się z tym zagrożenie, choć nie znam wszystkich szczegółów, moje metody dają wskazówki o bardziej kierunkowym charakterze niż bardziej szczegółowe rozwiązania. Na szczęście jako rezydent Kolegiów jestem właściwą osobą żeby zająć się tą sprawą, ale chciałbym się dowiedzieć więcej - czarodziej odparł pewnym siebie tonem, starając się przekonać rozmówcom że jako ekspert od takich magicznych tematów powinien wiedzieć jak najwięcej.

                          - Rozumiem i doceniam ale jak już mówiłem decyzja nie zależy tylko ode mnie. Jestem tu, że tak powiem, kustoszem tego magazynu ale ta rzecz nie należy do mnie. Przekażę twoją prośbę komisji. - Vogel skłonił głowę ale w kulturalny sposób odmówił podejmowania pochopnych decyzji jeszcze raz podkreślając, że nie jest tu jedynowładcą.

                          - No jak to już wszystko to ja już pójdę. W najbliższym czasie przyślę kosztorys zamówionych zabezpieczeń i omówimy wszystko jeszcze raz na spokojnie. - mistrz ślusarski zabrał głos uznając, że skoro to było ostatnie pomieszczenie do oglądania to jest gotów zabrać się do pracy.

                          - A gdzie cię spotkać magistrze? Na wypadek gdybyś znów miał jakieś uczulające na niebezpieczeństwo wróżby? - zagaił do Joachima łowca czarownic.

                          Joachim podał adres swojej kamienicy

                          - Regularnie patrzę w gwiazdy, więc nie wykluczam że pojawią się jakieś nowe znaki, choć mam nadzieję na lepsze wieści.

                          - A o jakiej komisji mówić Rektorze? Należącej do Akademii? - czarodziej postanowił przynajmniej tego się dowiedzieć.

                          - Nie, nie. Znaczy tylko częściowo. Akademię ja reprezentuję. A reszta to ci co wspomniałem. Ktoś z ratusza, kapłanów i kapitanatu. Będę musiał ich powiadomić o tej sprawie. I jeśli byś był zainteresowany otwarciem tej skrzyni to przedstawię im twój wniosek po czym zostanie czekać na odpowiedź. - rektor Vogel chętnie wyjaśnił te wątpliwości przypominając ten skład komisji o jakim mówił wcześniej więc widocznie chodziło o tą samą.

                          - No i trzeba się tak na wszelki wypadek przygotować na wścibskich gości skoro nasz magister mówi, że mogą się skusić na zawartość tej skrzyni. - dorzucił Hetzwig wskazując brodą na spory kufer wielkości małej szafy.

                          Popołudnie, rozmowa w Aptece Sigmindusa

                          - A tak, oczywiście. To chodźcie, na górę, ja wszystko tu zamknę i już do was idę. - grubas pokiwał swoją byczą głową ale jak już się pochwalił swoimi osiągnięciami to był gotów do dalszej, owocnej współpracy. Wrócili na górę do tego gabinetu a Joachim mógł wspomieć a propos ich rodzinnych ladacznic na jakie tak narzekał aptekarz, że zgodziły się na jego udział w roli niewidzialnej czujki tylko chciały najpierw sprawdzić jak to wygląda w praktyce. Bo jeśli w tej astralnej formie nie mógł otwierać drzwi ani okien to niezbyt to mogło pomóc w ich sforsowaniu. Ale jako ktoś na czatach to mógł się przydać. Na razie jednak czekały na to co wyjdzie ich szlachetnie urodzonym koleżankom w sprawie odbitki klucza do świątynnego skarbca. W końcu zanim zaczęli na poważnie rozmawiać przy stole znów zadzwonił dzwonek i po chwili gospodarz wrócił w mocno rozczochranym i woniejącym winem Aaronem co wyglądał jakby prawie zaspał na to spotkanie.

                          - Dobrze cię widzieć bracie - Joachim uśmiechnął się do Aarona, starając żeby to nie wygłądało to jak kpina. Nawet trochę go polubił, choć oczywiście przykre, że taki zdolny czarodziej pozwalał by nałóg niszczył jego potencjał.

                          - Rozmawialiśmy właśnie o imponującym przedsięwzięciu którym kieruje Sigismundus i o tym jak możemy je wesprzeć. Co do składników na mikstury, te dostępne do kupienia proponuje podzielić pomiędzy nas żeby nie kupować tego samego w nadmiernych ilościach, ja mogę dość sporo zakupić.

                          - Kilka bardziej egzotycznych składników znajduje się na okolicznych bagnach i tam myślę, że lepiej nie wyprawić się w pojedynkę, tylko większą grupą. Tym bardziej, że jak się dzisiaj dowiedziałem, podczas polowania na tych właśnie bagnach jeden z mieszkańców miasta trafił tam na ślad jakiegoś potwora dużo większego od człowieka, chociaż szczegółów nie znam bo nie widział go z bliska.

                          Przez chwilę nauczyciel i aptekarz patrzyli na Aarona z powątpiewaniem. Bo ten wpatrywał się w nich niezbyt bystro i marszczył brwi jakby przez alkoholowe opary walczył z własną pamięcią usiłując skojarzyć o czym rozmawiają.

                          - Aaa… Te muchy… I czerwie w łonach… Tak, tak, już kojarzę… Aha i co z tym? - wreszcie wydawało się, że coś się odektało we właściwym miejscu bo rozczochraniec pokiwał głową, że coś jednak pamięta z tego co było mówione. Co obaj jego koledzy przyjęli z ulgą i uśmiechami zadowolenia.

                          - No i właśnie dyskutujemy o miksturach wspomagających tą hodowlę. - wyjaśnił mu Tobias jakby mówił do ucznia jakiego nie było na ostatniej lekcji i teraz trzeba mu na szybko streścić o co chodzi w tej nowej.

                          - Dobrze koledzy może ja to wszystko uproszczę. Z tymi najprostszymi to ja sobie poradzę. Już wysłałem Strupasa by zdobył resztę. Przypuszczam, że do zmroku powinien wrócić. Więc wieczorem pewnie byśmy mogli zacząć produkcję. Sądząc po opisie przepisów dzień czy dwa i powinny być gotowe. Więc myślę, że na Wellentag, może Aubentag tak z zapasem, powinny być gotowe. Co prawda ta z traktu już do tego czasu ma szansę wydać miot ale jeszcze Loszce można dopomóc a tej drugiej przyda się na następny raz. Te najprostsze wedle opisów przyspieszają wzrost i czas dorastania maleństw w łonie o 10 do 20%. Więc może nie powala no ale to zawsze dzień czy dwa wcześniej niż bez tego. A przypominam, że jak te muchy mają być gotowe do użycia na przełomie miesiąca to okienko czasowe do zapłodnienia ladacznic mamy dość niewielkie. Potem oczywiście też można ale są coraz mniejsze szanse, że osiągnie się dorosłe osobniki na moment ataku. - gospodarz szybko nakreślił jak widzi sprawę zbierania tych składników. Wyglądało na to, że w podstawowej wersji jest szansa, że sam to da radę załatwić chociaż pomoc kolegów byłaby mu na rękę.

                          - Tak, ale te bardziej zaawansowane są skuteczniejsze ale też wymagają trudniejszych do zdobycia składników. Przyznam, że niezbyt mi się wyprawa na Diabelskie Bagna. Mają złą opinię. Rzeczywiście masz rację Joachimie, przydałoby się tam wysłać solidny zespół. Zwłaszcza jak tam taka mgła i jakieś potowory. Mamy właściwie kogoś kto zna się na bagnach i potworach? - guwernant przyznał mu rację ale też zauważył, że wyprawa na okryte złą sławą Teufelsumpf zapowiada się na dość trudną. Zwłaszcza jak tam miały jakieś potwory wchodzić w grę.

                          - Ja też wolałbym sam tam się nie udawać. Wziąłbym co najmniej mojego ochroniarza Gunthera i może kogoś z ludzi Silnego. Vasilij albo Norma chyba się trochę znają na wyprawach w plener? Moglibyśmy też poprosić o pomoc kogoś z plemienia Lily… - czarodziej wyliczał możliwe osoby przydatne w takie wyprawie.

                          - Lilly to miała iść do tych swoich jaskiniowców dziś lub jutro. Nie wiem czy jeszcze jest w mieście. A Vasilij i Norma mieli towarzyszyć Merdze to już tak trochę mieliśmy ich oszczędzać. Trzeba by dostać zgodę Starszego czy można by ich użyć. - Thobias skinął powoli głową bo coś ich zbór miał zdecydowanie miejski charakter i za bardzo ludzi z lasów, wiosek czy bagien to jakoś nie mieli. Norma przybyła ostatniej zimy z dzikiej i mroźnej Norski a Vasilij był hersztem lokalnych przemytników to była nadzieja, że może by mieli jakieś talenty w tej materii.

                          - No, to ktoś ma czas żeby się dzisiaj albo jutro Starszego o to zapytać? Ja mam trochę teraz rzeczy na głowie, jak sprawa artefaktu Vesty, ale tutaj chyba musimy Tobiasie, Aaronie porozmawiać na osobności? - czarodziej spojrzał na współwyznawców, wzdychając. Za dużo było naraz do planowania, ale w końcu jego Patron władał losem i intrygami.

                          - Ja tu jestem jak w lochu. Nie mogę się stąd ruszyć, muszę wszystkiego dopilnować. Może wieczorem jak Strupas wróci to go mogę poprosić aby wysłał wiadomość. - gospodarz odezwał się pierwszy zgłaszając te same trudności o jakich mówił jeszcze służącemu Joachima jakiego do niego posłał z prośbą o spotkanie.

                          - Ja jak będę wracał to mogę zostawić mistrzowi wiadomość. Coś mam mu od was przekazać? - guwernant odezwał się z dostojeństwem i otworzył swoją torbę wyjmując z niej przybory do pisania i kartki aby napisać ową wiadomość dla Starszego.

                          - No mnie to by się ktoś do pomocy przydał. Bo we dwóch ze Strupasem to ledwo wiążemy koniec z końcem. Sami widzicie, jeden z nas zawsze musi być tutaj to na wszystko inne zostaje ten drugi. Nie wiem jak to będzie jak się stąd wyprowadzę. W tej jaskini Oster to też musiałbym kogoś mieć do pomocy. Przecież ktoś hodowli musi przypilnować, pewnie trzeba będzie jakieś cele czy inne klatki dla nich pobudować. Na początek mogę zabrać Strupasa no ale to wtedy żadnego z nas tu w mieście nie będzie. I co by nie mówić to jednak lubię tą aptekę i nie chciałbym aby mi tu wszystko rozkradli czy spalili. I jeszcze nie wiem co z hodowlą bo jak wam pokazywałem właśnie zacząłem. Ta z traktu to może wydać miot może jutro, może pojutrze, może w Wellentag najpóźniej. Przynajmniej wedle zapisków Mergi. A Loszka to parę dni później, jakoś w okolicach Marktag by wypadał termin. Jednak dzień w jedną czy drugą stronę może się to różnić. W Marktag też chciałem poszukać wozu z budą do transportu do tej jaskini. Bo tak w środku tygodnia to trochę nie wiadomo gdzie szukać. W dzień targowy najłatwiej. - grubas wylał z siebie całą listę komplikacji i potrzeb jakie ostatnio odkrył głównie w związku zaczętą hodowlą muszego nasienia Oster i planowanymi przenosinami do jej jaskini. Z tego co mówili wyglądało, że to cały dzień drogi na wschód więc niezbyt daleko z perspektywy miasta i okolicy ale też i nie tak blisko aby w pół dnia dało się wyskoczyć za miasto i wrócić.

                          - Dobrze, zapiszę to. Ale jutro i tak mamy zbór więc pewnie sam będziesz mógł porozmawiać z mistrzem. - Thobias zamoczył pióro w przenośnym kałamażu i zaczął nim pisać na papierze. Jak się można było spodziewać po wykształconej osobie, do tego nauczycielu i wychowawcy miał bardzo ładne i staranne pismo.

                          - A faktycznie jutro jest zbór - westchnął Joachim.
                          - Ostatnio jestem taki zapracowany, że czas szybko leci. Czarodziej rozumiał skargi aptekarza, ale nie miał zamiaru zostać pomagierem każdego potrzebującego pomocy w zborze, uważał że i tak teraz miał sporo na głowie a dobrze przecież było tez mieć czas na lektury i badania.

                          - Może ktoś z plemienia Lily mógły na stałe pomagać w jaskini? - zaproponował.
                          - No i dobrze że jutro jest spotkanie, bo zlokalizowałem artefakt Vesty w Akademii. Niestety nie będzie łatwo go wydostać.

                          - Może. Ale to by trzeba z nią pogadać a rzeczywiście ostatnio Starszy mówił, że miała udać się tam do swoich to może jej już nie być w mieście. Ciekawe czy zdąży do jutra wrócić. - aptekarz zadumał się nad propozycją młodszego i szczuplejszego kolegi. Jednak zgodnie z ustaleniami z wcześniejszego spotkania jakie odbyło się ledwo parę dni temu rzeczywiście była mowa, że mutantka miała udać się do swojej rodzimej jaskini za miastem aby omówić z nimi parę spraw więc mogło już jej nie być w mieście. Chyba, żeby coś opóźniło jej wymarsz z miasta.

                          - Zlokalizowałeś artefakt Vesty? I jak wygląda? Co to jest? Gdzie jest? - Thobias nie ukrywał swojego zaciekawienia nowym tropem jaki wiódł do tej z Sióstr jaka poświęciła się temu samemu patronowi co on więc nią był najbardziej zainteresowany.

                          - Jest ukryty w zapieczętowanej skrzyni w podziemiach Akademii. Słyszałem od niego wezwanie, niczym brzmienie dzwonków. Niestety, rektor jest bardzo ostrożny w tej sprawie i nawet nie pozwolił na otwarcie skrzyni… nie będzie też łatwo się tam dostać… - wyjaśnił Joachim.

                          - Czyli wiesz gdzie to jest? Trafiłbyś tam ponownie? Szkoda, że nie pozwolił otworzyć. Dalej nie wiemy co to jest. Ale jak słyszałeś zew Vesty to pewnie to to czego szukamy. - Tobias swoim analitycznym umysłem próbował przyswoić to co powiedział kolega.

                          - Ale jak jest gdzieś tam w środku Akademii to rzeczywiście nie będzie łatwo tego wydobyć. A duża ta skrzynia? Tak coś aby wynieść w plecaku czy torbie? - zaciekawił się grzecznie gospodarz. Nie widział skrzyni więc pytanie było zrozumiałe. Ale skrzynia była spora, pewnie dwóch ludzi by musiało ją przenosić. Do tego prowadził tam korytarz piwniczny i zamykane drzwi do piwnicy i jeszcze te do samego magazynu. A rektor rozmawiał z Bartolomeo o wstawieniu nowych zabezpieczeń.

                          - Trafić trafiłbym ale trzeba się przynajmniej by było przez dwoje drzwi przedostać. A skrzynię musiałoby dwoje ludzi przenieść. Mimo wszystko powinniśmy działać pewnie szybko, bo planują dodatkowo wzmocnić zabezpieczenia - zadumał się Joachim.

                          - Czyli dość spora. W kieszeni się tego nie wyniesie. Trudno będzie to załatwić dyskretnie. - zadumał się guwernant i wychowawca gdy usłyszał te wieści.

                          - Od dyskretnych spraw to mamy Burgund i Łasicę. Ich można by zapytać. - zaproponował Aaron widząc chwilę ciszy przy stole.

                          - Znowu one? Przecież jak im się uda to znów przypiszą sobie sukces. A już teraz jest ich najwięcej i się panoszą. A trzeba się liczyć, że na ten ich słodki miód ktoś znów się skusi i będzie ich jeszcze więcej. Myślę nad jakimś fortelem aby wydobyć tą skrzynię. Już prędzej wolałbym poprosić o pomoc chłopaków Silnego. Od zimy ich pozycja też spadła tak jak i nasza. - Tobias skrzywił się na myśl, że frakcja slaaneshytek miałaby znów przypisać sobie jakiś sukces w szukaniu dziedzictwa Sióstr.

                          - Już przy tej świątyni znów grają pierwsze skrzypce. Jak im się uda znów będą na piedestale. Ja też się zgłosiłem no ale właśnie po to aby nie było, że one te wszystkie sukcesy osiągają same. A zasiać się nie chcą. A to taka ważna dla nas wszystkich sprawa. - aptekarz też wydawał się nie być zwolennikiem wzrostu znaczenia koleżanek spod znaku Węża. No i wyraźnie miał do nich żal, że nie chcą dać się zasiać nasieniem Oster.

                          - To jak ich nie chcecie to nie. Ale wtedy trzeba wymyślić jak wydobyć stamtąd tą skrzynie. Ja mógłbym tam skoczyć jakbym wiedział jakie to drzwi ale sam to i tak jej nie wyskoczę. - mruknął Aaron odkorkowując sobie butelkę i chyba niezbyt przejmując się kto tu kogo lubi bardziej czy mniej w ich sekretnej, spaczonej rodzinie.

                          - Co masz na myśli mówiąc “skoczyć” - spytał się Joachim, na razie pomijając kwestię współpracy ze slaaneshytkami. To nie było dla niego kluczowe, tylko rezultat, nie miał teraz czasu na intrygi.

                          - No skoczyć. Najpierw tu a potem skok tam. Czasem. Czasem mi się udaje. Przez ścianę do środka albo na odwrót. Tylko nie wiadomo co tam jest to jednak ryzyko jest. I nie zawsze się udaje. Właściwie to czasem. - wymamrotał Aaron napełniając sobie kubek nową porcją wina prosto z butelki nie kłopocząc się z jego rozcieńczaniem wodą. Dwaj ich koledzy zmrużyli oczy niezbyt wiedząc jak traktować mamrotanie kolegi.

                          To się może okazać przydatne, jak działa to zaklęcie? - zainteresował się Joachim.

                          - Może dopracujemy plan jutro na zborze? Ale obawiam się, że czas nie działa na naszą korzyść więc trzeba by zrobić akcję w ciągu najbliższych kilku dni…

                          - To nie jest zaklęcie. Chyba… Chyba nie… Nic nie mówię ani nie robię gestów… Ot pomyślę sobie, że chcę tam skoczyć i już. Samo tak… Właściwie nie wiem jak to dokładnie działa. Taki wrodzony talent. Tak to nazywali. W Kolegium. Niektórzy tak mają. Rodzą się z tym. Albo tamtym. - wymamrotał Aaron nieco rozkojarzonym tonem. Sigismundus i Thobias przysłuchiwali się temu z zainteresowaniem bo rozczochrany i zaniedbany magister raczej nie kojarzył się z czymś innym niż kimś na wiecznym kacu lub popijającym coś w kącie. Jak teraz. Duszkiem wypił chyba z pół kubka i siąpił nosem więc raczej nie wyglądał jak jakiś godny zaufania uczony nie mówiąc już o magistrze sztuk mistycznych.

                          - No tak, jutro zbór. Ha! A może i poród! Z tej pielgrzymki powinny wyjść te małe to patrząc po wylinkach jakie miała do tej pory to może już jutro,albo pojutrze, albo jeszcze dzień potem. Trzymajcie proszę kciuki aby wszystko poszło jak najlepiej! Nawet za tą idiotkę bo co jak co ale na razie z nosicielkami to jest skąpo to nawet taką durną babę trzeba oszczędzać. - gospodarz pokiwał mądrze głową ale skoro mowa była o jutrzejszym, razem tradycyjnym terminie spotkania to i wrócił do tego tematu.

                          - No rzeczywiście. Powodzenia w hodowli, no i innych sprawach. Ale na mnie już czas. Jeszcze będę musiał wysłać tą wiadomość. - guwernant skinął głową i zaczął wkładać swoje papierzyska z powrotem do swojej torby.


                          Joachim zmęczył się dużą ilością spotkań i planów. Była kwestia pomocy w planach mnożenia się pomiotu Oster i potencjalnej wyprawy na bagna po składniki, choć tam widziano jakiegoś potwora, który nawiedzał też ludzi w snach... czy ten stwór był związany z Vestą? Miał też udać się na kolejne spotkanie ze zwierzoludźmi Gnaaka i zastanawiał się czy jakoś tych dwóch kwestii nie połączyć. No ale stwierdził że najważniejsza jednak była sprawa dziedzictwa Vesty. Ono go wzywało. Dlatego też temu chciał nadać najwyższy priorytet.

                          Wieczorem jeszcze odwiedził go były inkwizytor Heinrich. Pomimo niechęci do tej profesji wizyta wcale nie zakończyła się źle, ponieważ tamten zaoferował pomoc w sprawie artefaktu zamkniętego w skrzyni.

                          Przed snem zdecydował się postawić wróżbę na temat zdobycia artefaktu Vesty. Skłaniał się ku temu by jak najszybciej zorganizować kradzież, zanim obrona Akademii zostanie wzmocniona. I chciał postawić wróżbę czy to dobry pomysł i czy lepiej wziąć do pomocy Silnego czy Łasicę.

                          Następnego dnia planował się wyspać i trochę rano odpocząć, potem może jeszcze przed Zborem mógłby pogadać z Silnym czy ten byłby skłonny pomóc w napaści na Akademię. Dobrze też byłoby dowiedzieć się czegoś o tej komisji o której wspomniał rektor, w sumie mógł się przejść do ratusza i złożyć doniesienie o tym potworze na bagnach, a przy okazji spytać się o tą komisję. No i był Zbór, gdzie można było ich plany dopracować...

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine
                            Developer
                            napisał ostatnio edytowany przez
                            #88

                            Oryginalny autor: Pipboy79

                            Oryginalny tytuł: Tura 24 - 2519.07.10; agt; ranek - południe (1/2)

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Południowa; ul. Garncarzy, mieszkanie Heinricha
                            Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
                            Warunki: sypialnia Heinricha; półmrok; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodno

                            Heinrich

                            Tym razem gdy stary inkwizytorski ogar z przetrąconą nogą otworzył oczy okazało się, że jest całkiem wcześnie. Przez szczeliny zamkniętych okiennic widział jasne szpary co oznaczało, że na zewnątrz jest już dzień. Chociaż jeszcze nie zorientował się jak bardzo zaawansowany. Sądząc na słuch to nie działo się na zewnątrz nic wyjątkowego no ale ulica Garncarzy na jakiej zamieszkał kilka tygodni temu nie była najruchliwszą ulicą miasta. Jak się dowiedział od Ilse co przychodziła mu gotować i sprzątać to kiedyś to zapewne był plan aby tutaj skupić cały cech garncarzy z całego miasta i mieli w swoich warsztatach produkować nie tylko na potrzeby mieszkańców ale też na eksport. Na południe do stolicy, do Salzburga no i na statki jakie mogły zawieźć te produkty do Erengardu czy Marienburga a może i jeszcze dalej. Jako przybysz spoza miasta co chwilę mógł natrafić na takie resztki dawnej świetności jaka była w planach a nigdy nie nadeszła. Wyjątkową cechą miasta było to, że porażająca większość warsztatów, tawern, kamienic stała pusta lub prawie pusta podczas gdy w każdym innym mieście do jakiego zawitał miejsce mieszkalne było bardzo cenne i ludzie tłoczyli się w nich jak śledzie w beczce. Zawsze było więcej chętnych do mieszkania niż wolnego miejsca. A ewenementem Neus Emskrank było to, że było tu dokładnie na odwrót. Ale miasto wybudowano niejako sztucznie, mniej niż sto lat temu gdy rządził trend otwarcia się Imperium na morze. I ten port tutaj miał stanowić takie okno na świat. Ale jak to sam miał okazję się przekonać chodząc ulicami tego miasta raczej niewiele z tego projektu wyszło. Choćby na Garncarskiej na jakiej zamieszkał to większość kamienic i warsztatów stała pusta. Stąd nie było kłopotów w tym mieście ze znalezieniem miejsca dla siebie. Chociaż taki pustostan zwykle wymagał remontu. A obecnie słabe odgłosy od ulicy nie dziwiły bo zwykle było tu dość cicho i spokojnie. Trzeba było otworzyć okno aby uslyszeć jak obracają się koła garncarskie podczas nadawania ubłoconymi gliną dłońmi porządanego kształtu. Albo jak czasem przy wypalaniu jakieś naczynie nie wytrzymywało i pękało w piecu czy też ktoś jakieś upuścił. No i raz w tygodniu, rano w Marktag, tych paru rzemieślników obojga płci ładowało swoje wyroby na wózki i jechało z nimi na Plac Targowy do centrum miasta aby próbować coś z nich sprzedać. Wtedy te naczynia stukały o siebie i czyniły pewien hałas no ale to było w poranki dnia handlowego a dziś był Agnestag więc było spokojnie.

                            W sypialni przy zamkniętych okiennicach panował półmrok i cisza. Co pozwoliło Heinrichowi spróbować złapać resztki snu. Bo tym razem coś mu się śniło. Ale był to dość chaotyczny sen. Mozaika różnych postaci, obrazów i scen porozrzucana bez ładu i składu.

                            Jak ta scena z widownią. Znów tam ni to stał ni siedział wśród tej widowni, nieco w głębi i z całkiem dobrym widokiem na scenę. Chociaż na tyle daleko, że nie widział wszystkich szczegółów. Tym razem nie był sam. Łasica i Burgund obramowały go chętnie przyklejając się wdzięcznie do jego boków jakby był ich ulubionym aktorem czy diwą. Były w swoich białych czepkach i twarzach pokornych grzesznic. Ale poniżej miały gorsety, bieliznę, pończochy i całą resztę nadającą im wyglądu drapieżnych, wyuzadnych kurtyzan. Ale mimo tak wyzywającego stroju nikt z widowni zdawał się nie zwracać na nich uwagi. Wszyscy byli wpatrzeni w przedstawienie na scenie.

                            Na scenie zaś ktoś ostro się kotłował na łóżku. Naga kochanka leżała na plecach wysoko unosząc swoje biodra i stając tylko na palcach stóp aby napędzana podnieceniem jakie udzielało się i widowni ułatwić zadanie swojemu kochankowi. A tak jak ona była młoda, piękna i gładka tak on był paskudny. Kobieta zdawała się tego nie zauważać albo było jej wszystko jedno. Wydawał z siebie chrapliwe, zwierzęce odgłosy i właściwie Heinrich nie był pewien czy to przypadkiem nie jest coś innego niż człowiek. Nie był też pewny kim jest ta kobieta bo nie widział jej twarzy zatopionej w obfitych poduszkach albo przysypaną własnymi włosami lub też jej dziki kochanek pochylał się nad nią tak, że ją zasłaniał. Chciał zapytać swoich koleżanek ale zorientował się, że ich nie ma. Nie zauważył gdzie je wywiało chociaż przed chwilą tak czule go obejmowały. Jak o nich pomyślał to nagle wydało mu się, że tam na tej estradzie to może być któraś z nich. Łasica? Burgund? Pirora? Soria? Fabienne? Onyks? Oksana? Właściwie o której z nich nie pomyślał to nie był pewny czy to nie któraś z nich. A może to któraś z tych aktorek co miały przyjechać do miasta? Albo jeszcze ktoś inny? Z daleka nie miał na tyle dobrego miejsca aby dostrzec jakiś szczegół jaki pomógłby ją zidentyfikować. Zresztą jej kochanka też nie. Miał wrażenie, że to mógł być każdy a kontrast między jasnym, gładkim kobiecym ciałem a chropawym, ciemnym i męskim był uderzający. Gwałtowność aktu i ta odmienność pasowała do gwałtu ale przeczyły temu jęki rozkoszy jakie oboje wydawali.

                            A chociaż nie widział detali to podobnie jak w poprzednim śnie wiedział, że kobieta skrywa w swym brzuchu dar Oster. Nawet jak o tym pomyślał to wydało mu się, że jej brzuch napęczniał jak przy zaawansowanej ciąży. Ale gdy zamrugał oczami to znów wracał do normy. Właściwie to nie była scena tylko trawa. Trawa na jakieś leśnej polanie. I tym razem to już chyba rzeczywiście była któraś z dziewczyn ze zboru jaka jęczała pod atakami któregoś z ungorów i oboje zdawali się nie zwracać uwagi na otoczenie. A jak się rozejrzał to na tej polanie podobnych par i innych konfiguracji było więcej. Odwrócił się gdy usłyszał ostry, alarmujący trzask łamanych gałęzi. Coś tam było! Coś zbliżało się bezpardownowo łamiąc krzaki i pomniejsze gałęzie. Zdecydowane coś potężniejszego i większego od człowieka. Bo to na bagnach było. Stał po kolana w grząskim bagnie przeklinajac swoją metalową nogę jaka jeszcze bardziej utrudniała mu wydostanie się z matni. A tam, we mgle słyszał jak coś pędziło rozchlapując bagno jakie Heinricha tak skutecznie zastopowało. Próbował się czegoś złapać aby się wydostać ale sięgnął tylko do bagiennej trawy. Po chwili trzymał w dłoniach jej wyrwane kępki a bagno sięgało już mu ponad połowy ud. Tonął!

                            Uwagę zwróciło mu łagodne, ciepłe światło. Gdy podniósł głowę przestając się szamotać ujrzał światło. Jakby gwiazdę z nieba. Albo zapaloną latarnię. Tylko bez latarni. I zawieszoną w powietrzu. Jak jeden z tych bagiennych ogników jakie ponoć mamiły podróżnych na bagnach. Ale miał dziwne wrażenie, że to światło oberwuje go tak samo jak on to światło. Ale to coś co pędziło z taką mocą, tu musiało być coś wielkiego. Widział już zarys tej wielkiej, pokracznej sylwetki we mgle jaka zdawała się pędzić dokładnie tutaj! Bagna zdawały się nie zatrzymywać potwora tak jak jego co już utonął w nich do pasa i nie mógł sie wydostać! W pewnym momencie szamocząc się usłyszał nowy odgłos. Jakby odległa muzyka, świergot ptaków, muzykę fletów czy dzwoneczków, zniekształcony chór śpiewający jakieś pieśni albo psalmy. Ale uwięziony w bagnie nie dał rady się odwrócić aby się rozejrzeć.

                            - Tak, to wymagało od nas dużo pracy. - powiedziała Oksana nagle podchodząc do niego, biorąc go pod ramię jakby byli gdzieś na ulicy czy karczmie i prowadząc przez te bagna jakby w ogóle ich tu nie było. - To miłe znów zobaczyć takie namiętne spotkanie przy tych kamieniach. - powiedziała wesoło uśmiechając się przyjemnie i wskazując gdzieś w bok. Gdy też tam spojrzał ujrzał polanę, te wielkie, prastare głazy, ognisko i orgię ze zwierzoludźmi jaką chyba przed chwilą obserwował z bliska.

                            - To było dobre Heinrichu. Z tymi aktorkami. Naprawdę dobrę. Tylko musimy to dobrze rozegrać. Omotać je siecią powiązań, zależności no i żądzy. Cokolwiek co by zadziałało. Ale tak, sam pomysł jest dobry. Trzeba się tylko do niego odpowiednio zabrać a niestety nie mamy zbyt wiele czasu. Czas nie gra na naszą korzyść. Oczywiście na wszystko jest sposób. Na zdobycie większej ilości czasu także. - powiedział Starszy bo nagle okazało się, że lider zboru w swojej todze czy habicie no i tej wysokiej masce idzie obok niego.

                            - A ja nie jestem zadowolona. Od pół roku pracowałam ciężko na to aby otworzyć i rozpropagować ten nasz nowy teatr. A teraz jak to wyjdzie z tymi muchami to wszystko szlag trafi. - Pirora odezwała się z drugiej strony i szła w swojej kolorowej sukni jakby to bagno jej się nie imało.

                            - Oh, kochanie, musimy coś poświęcić. Lepiej kogoś obcego niż kogoś z nas. Na pewno będziesz jeszcze miała swój teatr i wielkie, ekscytujące sztuki, wspaniałych aktorów i scenariusze napisane tak, że widownia będzie je oglądać z zapartym tchem. - Merga odezwała się jakby chciała ukoić żal i rozgoryczenie blondwłosej szlachcianki. Pirora pokiwała głową ale raczej tak jak dorastająca panienka co słyszy od rodziców, że dziś to nie ale jutro to na pewno coś tam jej pozwolą, przywiozą czy podarują gdy w gruncie rzeczy nie wierzyła, że tak się stanie.

                            - No właśnie. Dobra robota. Jakbyś czegoś potrzebował to daj znać. Dobrze, że rozumiesz, że potrzebujemy więcej nosicielek. A nie jak coniektórzy. - aptekarz poklepał go przyjaźnie w ramię i spojrzał na niego z uśmiechem. Za to dwóm mijanym łotrzycom jakie wciąż ubrane w te białe czepki i wyuzdane gorsety patrzyły na nich obrażonym wzrokiem gdy je mijali.

                            - Tylko nie wiem gdzie idziemy. Loszka coś się zepsuła. - powiedział gdy szli we dwóch ale jakoś okazało się, że trzyma na smyczy jakąs młodą kobietę jaką prowadzi jak psa na smyczy. Czy też raczej ona miała go prowadzić.

                            - Ona ma inne powołanie. Wyczuwa inne drogi. Potrzebujemy innego przewodnika. Kogoś dotkniętego przez Vestę. Kogoś kto słyszy jej zew wyraźniej od nas. Lub ma w sobie jej nasienie jakie będzie szeptać i prowadzić. - Merga wciąż szła tuż za Heinrichem przez to bagno trzymając dłoń na jego ramieniu. Reszta gdzieś zniknęła. Właściwie to jak to w snach, Heinrich na raz widział jedną, może dwie osoby i jakoś nie rejestrował gdzie one znikają czy się pojawiają. Jakby wszyscy bez trudu mogli go odnaleźć gdziekolwiek akurat nie przebywał. Teraz wyrocznia wskazała na kobietę jaka szła obok. Na jej brzuch. Płaski i zdrowo wyglądający ale matczyny gest dłoni sugerował stan błogosławiony. Kobieta wskazała na kierunek w tych bagnach jaki wydawał się taki sam jak wszystkie inne dookoła.

                            - Chyba rozumiesz, że tak wyjątkowa istota jak Vesta nie zostawiłaby sobie swojego dziedzictwa bez opieki? Tam się nie trafi ot, tak. Trafią wybrańcy. Ci co mają tam trafić. Ci których da się rozpoznać jako tych wybranych. A inni… No cóż… - głos Mergi dobiegał zza jego pleców a jej dłoń poklepała go po barku. Usłyszał dziki, zwierzęcy ryk. A potem ten zdawałoby się zgubiony wcześniej potwór znów biegł przez te bagna jakby odnalazł intruza i biegł go zniszczyć. I w tym ostatnim momencie Merga klepnęła go jeszcze raz i wskazała na światło. To unoszące się w powietrzu światło rozproszone przez mgłę. Właściwie zorientował się, że chyba przez cały czas je widział. Teraz światło przyśpieszyło i oddalało się w kierunku czegoś co było ledwo widoczne we mgle. Coś większego nieco nad powierzchnią topieliska, co przez moment to lewitujące światło oświetliło i widział jakieś misternej roboty łańcuszki jakie dygotały na wietrze jakiego nie było wydając cichutki, melodyjny dźwięk. Ale zza jego pleców dobiegały te straszne kroki potwora jaki wydawało się, że biegł wprost na niego. Merga i reszta gdzieś znikła. Został sam i znów zaczął tonąć w bagnie. Krzyknął z rozpaczy gdy miał wybór utonąć w bagnie albo zostać rozszarpany przez potwora jaki już zdawał się pokonywać ostatnie krzaki. I ten krzyk go obudził. Leżał w swoim łóżku, w swojej sypialni. Nie w żadnym teatrze, bagnie czy polanie. Tylko u siebie. Było cicho, sucho i wygodnie. A za zamkniętymi okiennicami wstawał chyba nowy dzień.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”
                            Czas: 2519.07.10; Anistag; południe
                            Warunki : główna sala; jasno; karczemny gwar; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, umi.wiatr; chłodno

                            Heinrich

                            Właściwie to nie był wcześniej umówiony z byłym żołnierzem. Ale los mu sprzyjał. Starszy wymagał aby każdy członek zboru zostawiał jakieś adres kontaktowy. Tak aby można było tym piśmiennym zostawić list z wiadomością a pozostałym ustnie wybranym kontaktom albo jakąś paczkę czy też wreszcie spotkać się osobiście. Rune właśnie miał kontakt w “Starym kotle”, portowej tawernie o niezbyt dobrej reputacji. Ale dla kogoś o mocnych pięściach i twardym karku to raczej nie była wada. Dla kogoś kto już nie był taki młody za to wyraźnie kuśtykał i nie wyglądał na sprawnego a do tego był obcy to już było o wiele mniej przyjazne miejsce.

                            Heinrich odczuł to od razu jak tylko otworzył niezbyt wysokie drzwi i wszedł do środka. Co prawda to było dość normalne, że ci co byli w środku odwracali głowy aby sprawdzić kto akurat wszedł do środka. Wszędzie tak się działo. Jak choćby wczoraj w “Mewie” gdzie część gości też obrzuciła go krótszymi lub dłuższymi spojrzeniami gdy wszedł do środka. Ale “Mewa” przy tym czym spotkał się w “Kotle” to była oaza luksusu, miłości do bliźniego i przyjaźni wszelakiej. Dziś w “Kotle” prawie zderzył się z niewidzialną falą podejrzliwości, niechęci i nieufności. Co gorsza nie trwało to tylko na chwilę jaka potrzebna była aby sprawdzić kto przyszedł. Ale wyczuwał spojrzenia różnej maści zbirów jacy wydawali się szacować nową tuszę na haku u rzeżnika. A Rune wśród nich coś nie było widać.

                            Podszedł do szynkwasu gdzie powitała go zaskakująco sympatycznie wygladająca kelnerka a obok o wiele bardziej pasujący do tego punurego miejsca karczmarz jaki pewnie mógłby być jej ojcem.

                            - Coś podać? - uśmiechnęło się do niego dziewczę. Całkiem przyjemnie. Pokazała na tablicę na jakie narysowane były schematy różnych dań i ceny. Zapewne w tym towarzystwie zbyt wielu gości nie było piśmiennych to nie było się co silić na pisane menu.

                            - Te. Czego tu szukasz? - zagaił do niego jakiś zarośnięty typ co siedział przy sąsiednym stole. Był niższy od Heinricha i chyba drobniejszy. Siedział z dwoma kolegami chyba kończyli obiad. Żaden nie wyglądał na takiego na którego by się chciało spotkać gdzieś w samotnym zaułku.

                            - Oh, Jean, bądż miły dla moich gości. - poprosiła uroczo ta urocza kelnerka zza szynkwasu. Popatrzyła na obwiesia sympatycznie i prosząco. Ten skrzywił się jakby mu popsuła dobrze zapowiadającą się zabawę.

                            - Tylko pytam czego tu chce nie? Nic takiego. Nie znam go. Obcy rzadko tu przychodzą. To pytam nie? Na razie grzecznie pytam nie? - Jean mówił z nieco obcym akcentem ale wydawał się być wtopiony w tą tawernę i środowisko, że był jego jednolitą częścią.

                            - Mówiłam wam, że dzisiaj przyjdzie tu ktoś wyjątkowy. Miałam sen. Poza tym przerywacie w zamówieniu. To na co byś miał ochotę przystojniaku? - kelnerka płynnie przeszła od delikatnej prośby do swoich zawadiaków do prawie jawnego kokietowania nowego gościa. Zajęła mu na tyle dużo czasu i uwagi, że drzwi się znów otworzyły i towarzystwo jak na zamówienie spojrzało w ich stronę aby sprawdzić kto przyszedł. Tym razem straciło zainteresowanie dużo szybciej. Rune zaś pewnie podszedł do szynkwasu i pozdrowił kiwnięciem starszego kolegę ze zboru. Na pierwszy rzut oka różnili się chyba pod każdym względem. Młody i krzepki oraz starszy i kuśtukający. Niemniej Rune stanął obok niego i przywitał się z nim i kelnerką.

                            - Serwus Yvonne. Daj mi coś dobrego na obiad. Nic nie jadłem od rana to głodny jestem jak wilk. - przywitał się i złożył zamówienie. Kelnerka pokiwała głową i chwilę rozmawiali co mogłaby mu dzisiaj zaserwować. W końcu jak to ustalili to wyszła na zaplecze pewnie aby przekazać zamówienie. Starszy karczmarz pozezował na nich ale nie wtrącał się w rozmowę.

                            - To domyślam się, że masz do mnie sprawę dziadku. No to chodź do stołu, Yvonne zaraz przyniesie zamówienie. - powiedział młodszy z mężczyzn wskazując na jeden z wolnych stołów. Jak się można było spodziewać po lokalu tej klasy była to dość prosta, wręcz toporna ale solidna konstrukcja z drewna z dostawionymi ławami w podobnej stylistyce.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Kazamatów; mieszkanie Otto
                            Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
                            Warunki: sypialnia Otto; półmrok; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodno

                            Otto

                            Jednooki mnich obudził się tam gdzie się spodziewał. W swoim łóżku i w swojej sypialni. W cichym półmroku jaki wpadał przez zamknięte okna i okiennice z zewnątrz. Letni dzień już musiał wstać. Ale w lato to wstawał dość wcześnie. Miał chyba jeszcze trochę czasu zanim go zacznie. Na tyle aby spróbować przypomnieć sobie resztki swojego snu. Tym razem coś mu się śniło. Na tyle wyraziście by nie rzecz intensywnie, że pamiętał to po przebudzeniu.

                            Śnili mu się “jego” pacjenci z hospicjum. Ci co zdawali się być podatni na zew Sióstr, nawet jeśli każde na jedną z nich. Chyba zaczęło się od dziewczyn. Widział Marissę tak jakby stał w drzwiach jej celi. Ona zaś leżała w wulgarnej pozie z zadartym habitem pod jakim nic nie miała i prezentując bezwstydnie swoje kobiece wdzięki. Zabawiała się sama ze sobą używając jednej ze świec, że aż przyjemnie było popatrzeć i posłuchać. W pewnym momencie roześmiała się radośnie, wzięła coś ze swojej pryczy, coś czarnego i rozwinęła.

                            - Widzisz jakie śliczne? - zawołała zachwycone prezentując koronkowe, misternej roboty majtki. Te jakie dostała od swojej nowej pani a może jakieś inne. Aż wstała aby się nimi pochwalić.

                            - Rzeczywiście. Skąd je masz? - zapytała Annika jaka nie wiadomo skąd się wzięła w tej celi. Podeszła do koleżanki i z zachwytem oraz zazdrością oglądała ten kawałek czarnej bielizny z wyszytymi inicjałami poprzedniej właścicielki.

                            - Nasza zniewolona pani mi podarowała! Obiecała, że jak już będziemy razem to da mi o wiele więcej! A teraz ty! Opowiadaj jak było w kąpieli! - odparła Marissa wesołym tonem i jakby dwie koleżanki zebrały się aby wymienić ze sobą ekscytujące wieści.

                            - Cudownie! Naprawdę to zrobiła! Do końca nie wierzyłam, myślałam, że to tylko takie gadanie znudzonej paniusi ale naprawdę to zrobiła! - Annika roześmiała się radośnie jakby opowiadała o jakimś przyjemnym wydarzeniu na jakie mimo wszystko do końca nie wierzyła, że się wydarzy. A jednak! I pokazała ręką na jakąś ładną, bogato urządzoną łaźnię, z wielką balią i bąbielkami pod ścianą. I jak ona sama siedzi w królewskiej pozie w tej balii, sądząc z kielicha jakieś wino zaś jej pani sięga po jej stopę i zaczyna ją myć. A potem całować.

                            - Do kroćset! Jak mogłeś mi to zrobić! Zobaczysz gnoju jak cię tylko dorwę! Myślałem, że jesteś inny ale jesteś takim samym gnojem jak wszyscy inni! - krzyknął rozjuszony Thorne ze złością łapiąc za krawędzie małego okienka w drzwiach swojej celi. A gdy Otto tam zajrzał widział jak stoi nagi na środku celi gromiąc go wzrokiem. Ale przyrodzenie i dół zasłaniała mu czerń sukni bladolicej szlachcianki.

                            - No ja też miałam na to ochotę. Ale już ja się nim zajmę. - bretońska szlachcianka odwróciła się na chwilę w stronę korytarza aby spojrzeć na niego z lekkim wyrzutem. Ale już przyrodzenie Thorna bardziej ją zajęło więc po chwili było widać jej poruszającą się rytmicznie czarną, elegancko ufryzowaną głowę i mlecznobiały kark oraz rozeszły się charakterystyczne, mlaszczące odgłosy.

                            - Zawsze musi być w centrum uwagi. - westchnęła Pirora stojąca gdzieś pod ścianą jak wtedy gdy przyszły we trzy do hospicjum spotkać tych obiecujących pensjonariuszy. Soria uśmiechnęła się chyba nieźle rozbawiona.

                            - No ale przynajmniej jest na co popatrzeć. Przyznasz, że daje niezłe przedstawienie nieprawdaż? - odparła rozbawiona. Właściwie Otto nie był pewien czy mówią do siebie nawzajem czy do niego.

                            - No ja im mówiłem. Tylko ja wtedy miałem już kłopoty z mówieniem. Teraz to myślę, że mogło to wyjść troszkę niewyraźnie. Ale powiedzieli ci? Tak chyba tak. O tej królewskiej krwi, błogosławionym łonie i reszcie? Sam się zdziwiłem. Bo skąd tu wziąć królewską krew? Ja to myślałem, że chodzi o jakąś szlachciankę. Bo brzmi podobnie jak “błękitna krew” no nie? No ale tak zrozumiałem to tak im mówiłem. Ale ten wyjątkowy owoc brzmiał dobrze. Jestem pewien, że to by było coś wyjątkowego. - Vigo pokiwał głową i ruszył z Otto korytarzami hospicjum. Wyglądał lepiej niż gdy go ostatnio jeszcze za życia widział młody mnich. Ale nadal dość mizernie. Przynajmniej mówił dość wyraźnie. Mówił jakby wcześniej nie mógł z powodu swojej ciężkiej choroby a teraz już wracał do zdrowia to mógł wreszcie mówić swobodniej. Weszli obaj do stołówki gdzie chłopiec w ciele mężczyzny układał swoje klocki. Okazując przy tym typowo, dziecięce skupienie i determinację. Z początku wydawał się nie zauważać swoich gości.

                            - No tak, tak jak mówiłem. Ta bez majtek jest przeznaczona Pajęczej Królowej. Będzie pierwszą z jej nałożnic i haremu. Wyda na świat jej błogosławiony miot. Ale będzie tylko pierwszą z wielu. Przecież ci mówiłem, że będzie w kokonie. - ze skupieniem układał swoje klocki gdy w końcu się odezwał cichym, nieco zamyślonym głosem. Ale na koniec spojrzał z wyrzutem na młodego mnicha jakby ten nie dowierzał jego słowom. I pokazał na jeden ze swoich klocków. A gdy i Otto tam zajrzał ujrzał Marissę. Nagą i oplecioną pajęczymi nićmi. Jęczącą cicho jakby coś jej się śniło. Z ciężarnym brzuchem w jakim coś się właśnie poruszyło. Chłopiec w ciele mężczyzny zamyślił się i poruszył głową jakby czegoś nasłuchiwał co zwróciło uwagę mnicha na tyle, że spojrzał na niego. A klocki znów stały się zwykłymi, drewnianymi klockami dla dzieci.

                            - One są połączone. Mogą wrócić do nas tylko razem. Musicie mieć komplet aby wróciły. Uszczknęliście tortu ale większość jest jeszcze nie ruszona. Musicie pracować dalej. Nie da się sprowadzić tylko jednej czy dwóch z nich. Ich przeznaczeniem jest rządzić tym miastem. Tu kiedyś był ich plac zabaw i chcą go dla siebie z powrotem. - dziecięcy prorok dalej siedział w kucki na stole nad swoimi drewnianymi klockami. I mówił z pełnym przekonaniem.

                            - No ja im mówiłem. Przecież wam mówiłem. Że trzeba odnaleźć i zarobaczyć to błogosławione łono. Wtedy to pójdzie dalej. Do następnego kroku. - Vigo podszedł do stołu i machinalnie zaczął przesuwać klocki na stole. Pod jego wpływem jeden z nich zmienił swoje ścianki na scenę jaką Otto pamiętał sprzed paru dni. Gdy to młode, kobiece łono właśnie wydawało na świat ten błogosławiony miot.

                            - Nie ruszaj. To moje klocki. - poprosił siedzący na stole mężczyzna o umyśle zdziecinniałego chłopca. Vigo spojrzał na niego i chwilę mierzyli się spojrzeniami. W końcu wzruszył ramionami i ruszył do wyjścia ze stołówki.

                            - Mnie tu i tak już nie ma. - rzucił przechodząc obok stojącego mnicha. Obserwowali go obaj jak wychodzi i zamyka za sobą drzwi.

                            - No właśnie. Nie ma go. Ale ty jeszcze jesteś. Patrz na wskazówki. Siostry przemawiają. Nie tylko do ciebie. Do was. Do wszystkich. Nie tylko w tym mieście. Ich moc jest potężna. I rośnie. One chcą wrócić. I wielce wynagrodzą tych jacy im w tym pomogą. A ukażą nieudaczników i wrogów. To wszystko co tu widzisz należy do nich. Podzielą to między siebie. Zbiorą wierne sługi i zastępy. I będą rządzić. I kto wie co zrobią potem. Ale najpierw muszą wrócić. Najpierw trzeba skompletować ich dziedzictwo. Każdy kawałek prowadzi do następnego. Nie zatrzymujcie się. Nie spoczywajcie na laurach. Odrzućcie hamującą moralność i obyczaje. Aby osiągnąć wielkie i wyjątkowe cele trzeba sięgnąć po wielkie i wyjątkowe środki. Inaczej nie wyjdzie się poza codzienny marazm i miałkość. Tylko wyjątkowi i zdeterminowani osiągnął sukces. I będą wybrańcami Sióstr na tym świecie. Ich osobistymi gwardzistami, sługami, kochankami i wysłannikami. Zaniosą ich wolę dalej. Ale najpierw trzeba skompletować ich dziedzictwo aby je sprowadzić. - chłopiec w ciele mężczyzny tłumaczył kiwając się lekko jakby zapadł w jakiś trans na jawie. Mówił też dość monotonnym, nieco sennym głosem. I machinalnie bawił się swoimi drewnianymi klockami. Zanim Otto zdążył go o coś zapytać czy zrobić rozległ się gong wzywający na posiłek. Tak wyrazisty, że się obudził. We własnym łóżku i sypialni. W półmroku zamkniętych okiennic poranka. Ale rzeczywiście jak chciał coś załatwić przed wizytą w hospicjum to czas było wstawać.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Krucza; świątynia Morra
                            Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
                            Warunki: główna nawa; jasno; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodno

                            Otto

                            Gdy wyszedł na zewnątrz okazało się, że jest pochmurnie i dość chłodno. Zwłaszcza dało się to wyczuć na twarzy, szyi czy sandałach. Te ostatnie tym bardziej, że wędrówka przez mokre błocko i gnój jaki tradycyjnie zalegał na ulicach tylko wzmagało uczucie chłodu. Na jego szczęście jednak nic nie padało a świątynia Morra była nie tak daleko i też w centrum miasta.

                            Sama świątynia nie była tak wielka i bogata jak ta poświęcona Manannowi jaką powszechnie uważano w portowym mieście za najważniejszą, największą, najbogatszą i najpiękniejszą. Ale skoro miasto należało do jego morskiej domeny to dziwne nie było. Morr jednak był dość uniwersalnym bogiem w całym Starym Świecie. I z zajęć teologicznych Otto pamiętał, że jego kult jest stabilnie rozpowszechniony po całym kontynencie. Ponieważ jednak Morr nie zajmował się żywymi i ich sprawami więc raczej nie miał szans na zdobycie takiej popularności jak jego boscy bracia i siostry. Za to każdy żywy w końcu umierał i powszechnie życzono sobie aby trafić do jego opiekuńczych Ogrodów i nie dać pokalać swoich szczątków, zwłąszcza jakimś plugawym nekromantom. Nie było więc dziwne, że tutejsza świątynia boga umarłych nie była tak okazała jak ta jakiej patronował władca mórz i oceanów. Była też surowa, oszczędna w ozdoby i królowała w niej żałobna czerń i ciemne, przytłumione barwy dostosowane do nastroju ostatniego pożegnania. Przed wejściem rosły krzaki charakterystycznych, tak ciemnych róż, że wydawały się czarne. Specjalna, żałobna odmiana kwiatów poświęconych Morrowi i żałobie po zmarłych. Jedyna ozdobna roślina jaka wydawała się odpowiednia do takiego miejsca.

                            Nie dziwiło też, że tak wczesnym rankiem, tuż przed dniem świątynnym, świątynia właściwie była pusta. Wewnątrz było ledwo parę osób, że pewnie dałoby się to policzyć na palcach jednej ręki i jeszcze by palców zostało. To też nie dziwiło bo zwykle świątynie Morra wypełniały się podczas pogrzebów. A widocznie żadnego teraz nie odprawiano.

                            Ta grobowa cisza i bezruch bez trudu pozwoliły mu zlokalizować odzianą w czerń młodą kruczycę. Siedziała obok jakiejś starszej pani w ławce i rozmawiały cicho ze sobą. Ponieważ siedziały w jednej z pierwszych ławek Otto nie miał zbyt wygodnego miejsca aby spojrzeć na nie od przodu. Widział jednak spory kontrast między czernią jednej z rozmówczyń a bielą drugiej. Za nimi siedziała jakaś młodsza kobieta, oddziana w biały habit lub togę. Dopiero jak ta starsza pani wstała ukazał się jej habit Białej Gołębicy. Pożegnała się cicho z o wiele młodszą od siebie kapłanką Morra i ta młodsza gołębica podała jej swoje ramię. Obie ruszyły do wyjścia ze świątyni zaś Matka Somnium wróciła na swoje miejsce. I albo zamyśliła się nad czymś albo modliła się. Niestety jej czarny ubiór zakrywał ją w sporej mierze więc nawet gdyby któraś z łotrzyc też tu była z Otto to nadal musiałyby obejść się smakiem na to co ona tam może skrywać pod spodem. Poza bladą twarzą, szyją i dłońmi niewiele było widać.

                            Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Biała, hospicjum
                            Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
                            Warunki: wnętrze hospicjum; jasno; głośno; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodno

                            Otto

                            Po wizycie w świątyni Morra musiał się bardzo spieszyć aby przejść z centrum miasta do jej zachodnich sektorów gdzie ulokowano hospicjum. Pogoda wciąż była raczej chłodna, wilgotna i mało przyjemna. Za to w środku atmosfera była o wiele gorętsza. Już na recepcji kolega powitał go i z ulgą i ponagleniem jednocześnie. Zaś harmider z trzewi hospicjum świadczył, że coś tam się dzieje.

                            - Dobrze, że jesteś! Dawaj do środka! Prędko! Znów dom wariatów, całkiem powariowali! - krzyknął gorączkowo kolega dając gestem znak aby Otto nie zwlekał z niesieniem pomocy. Gdy młody mnich wbiegł do środka dojrzał kolejnego kolegę z obsługi.

                            - Dawaj do biblioteki! Trzeba ją jakoś ściągnąć! - krzyknął zasapany kolega pokazując ze dwa czy trzy koce jakie trzymał. Częściowo wlokły się po podłodze i tak we dwóch wpadli do biblioteki. Tam już było paru innych mnichów w tym przeor. On właśnie próbował negocjacji z szaloną naguską. Marissa bowiem jakoś wlazła na szczyt regałów i teraz na nich patrzyła z góry. Miała na sobie tylko te koronkowe majtki jakie dostała od Fabienne. A poza tym nic. Co część mnichów zdawało się gorszyć i peszyć a prawie wszyscy się rumienili nie wiedząc czy zerkać na jej nagość czy dostojniej byłoby odwrócić wzrok.

                            - Marisso. Bardzo cię proszę. Bądź rozsądna. Zejdź na dół. - prosił przeor stojąc na dole i próbując negocjacji z roznegliżowaną wariatką.

                            - Nie! Nie dostaniecie mnie! Ja czekam na Pajęczą Królową! Ona mnie kocha i pragnie! Wzywa mnie! Będę jej służyć i będziemy razem! Nie będziecie mnie dłużej więzić! - krzyczała w euforii Marissa a gdy jeden z młodszych mnichów próbował wejść na jej poziom regału cisnęła go książką. Mnich krzyknął i odpadł z regału.

                            - Oszalała, całkiem oszalała… - mamrotał z przejęciem któryś ze stojących obok mnichów.

                            - Marisso proszę uspokój się. Nie wariuj tak bo zaraz ten regał się przewróci i zrobisz sobie krzywdę. - przeor spróbował innej metody aby nakłonić młodą pacjentkę do współpracy. Regał pod wpływem jej gwałtownych ruchów chybotał się i było całkiem realne, że może się przewrócić.

                            - Nic mi nie będzie! Ja mam błogosławieństwo pająka i nic mi się nie stanie! - zawołała buńczucznie prawie naga brunetka wyzywająco kładąc dłonie na swoich biodrach i kołysząc się w wyuzdany sposób co wywołało jeszcze większe drżenie mebla ale na razie jeszcze się nie przewrócił.

                            - Ojcze! Ojcze! Dym! Czuć dym! W zachodnim skrzydle! - do biblioteki wpadł któryś z mnichów ze strasznymi wieściami. Braca aż jęknęli ze zgrozy bo pożar to było realne zagrożenie dla wszystkich.

                            - Otto uspokój ją! A ty moja panno jak się nie uspkoisz to nie pójdziesz do żadnej bogatej pani na służbę tylko zostaniesz tutaj! - przeor zorganizował się dość szybko. Krzyknął pogróżkę do niesfornej pacjentki po czym oprócz Otto i jednego czy dwóch mnichów porwał ze sobą resztę aby ugasić to zarzewie ognia.

                            - To ona będzie mi służyć! Tak obiecała! - krzyknęła triumfująco Marissa do ich uciekających pleców. Ale nie było pewne czy już ją usłyszeli mając na uwadze pożar jaki mógł tu wybuchnąć lada chwila. Ten kolega co tu przybiegł z kocami miął je w dłoniach patrząc to na nie to na zbuntowaną pacjentkę to jeszcze na Otto i drugiego mnicha jacy tu zostali.

                            - Dobrze, że to nie Thorne albo Annika. - powiedział jakby chciał znaleźć coś pozytywnego w tej szalonej sytuacji.

                            - A tu jesteś! Tak mi się zdawało, że cię tu widziałem! Teraz cię gnoju dorwę! - niespodziewanie do biblioteki przez otwarte drzwi wszedł Thorne. I zignorował dwóch pozostałych mnichów obierając za cel Otto. Szedł powoli w jego kierunku z mściwym wyrazem twarzy i zaciśniętymi pięściami w wyraźnie mało przyjaznych zamiarach.

                            - Serwus Thorne! Widziałeś jakie mam śliczne majtki!? A u siebie mam wino! Dostałam od mojej pięknej i dobrej pani! - zawołała Marissa ze swoich wysokości radośnie witając się z kolegą jakby w ogóle nie zauważała w jakim jest nastroju. Ten spojrzał w jej stronę jakby dopiero teraz ją dojrzał. I chyba trochę się zdziwił całą tą sceną. Ale jak na razie to nadal dzieliło go ledwo parę kroków od Otto. Dwaj jego koledzy mieli minę jakby najchętniej się stąd zmyli i nie mieli ochoty stawać na drodze rozjuszonego byka jakim teraz jawił się Thorne. Ale też w poczuciu solidarności nie chcieli zostawić Otto samego. Więc na razie stali tak niezdecydowani niezdolni do podjęcia jakiejś akcji czy decyzji.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • SantorineS Niedostępny
                              SantorineS Niedostępny
                              Santorine
                              Developer
                              napisał ostatnio edytowany przez
                              #89

                              Oryginalny autor: Pipboy79

                              Oryginalny tytuł: Tura 24 - 2519.07.10; agt; ranek - południe (2/2)

                              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Zachodnia; ul. Kołodziejów; kamienica Joachima
                              Czas: 2519.07.10; Anistag; ranek
                              Warunki: sypialnia Joachima; półmrok; cicho; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, zachmurzenie, powiew; chłodno

                              Joachim

                              Po tym jak Heinrich go pożegnał i pokuśtykał na zewnątrz młody magister mógł zacząć wreszcie zakończyć ten dzień. Niestety niebiosa mu początkowo nie sprzyjały. Był już późny wieczór ale jeszcze przed północą. Nocne niebo jednak było w większości zachmurzone. Czekał szykując się już do snu gdy niedługo po północy jak wyjrzał za okno okazało się, że się przejaśniło. I zrobiła się całkiem pogodna noc. W sam raz aby wyjść na balkon, złapać za lunetę i popatrzeć w gwiazdy. Chociaż musiał się ubrać w coś cieplejszego bo nocami to w tych północnych rejonach Imperium było dość chłodno. A to badanie gwiazd też zajmowało nieco czasu. Jednak gdy parę pacierzy później, już w głębokiej ciszy i ciemności jakie panowały nad uśpionym miastem kończył wcale nie był pewny jak należy interpretować wyniki.

                              Bardzo mocno świeciła Gwiazda Wieczorna. A symbolizowała tajemnicę, spiski, iluzję, ułudę. Więc gdy wróżył o tajną i spiskową akcję wydawało się to raczej pozytywnym omenem. Jednak w oko wpadł mu też Draconis. Ten znak gwiezdny zwykle patronował śmiałym, odważnym działaniom więc wydawał się też być korzystnym znakiem. Mógł też symbolizować Silnego i jego chłopaków bo w końcu odwagi, śmiałości i brutalności nie można im było odmówić. Ale jakby dla równowagi widoczny był też Łucznik. Ten zwykle symbolizował precyzyjną, mistrzowską robotę jak choćby właśnie mistrzowskie umieszczanie strzał w celu. Ale w szerszym znaczeniu właśnie oznaczał koncentrację i misterną robotę. Jeśli by uznać go za dominujący to Silny słabo się z tym kojarzył za to Łasica i Burgund już tak. W końcu szyczyciły się swoimi śmiałymi numerami jak choćby wydobyciem Mergi z kazamat ostatniej zimy. Chociaż wtedy główne skrzypce paradkoskalnie odegrali Łasica i Egon. Oboje z przeciwnych patronów i praktyk. Wtedy w połączeniu z Draconisem może chodziło o śmiałą, precyzyjną robotę? Wtedy pasowało do obu łotrzyc bo chociaż nie lubiły bójki i prymitywnej przemocy to śmiałości podczas ich numerów nie można było im odmówić. A może chodziło jednak o Silnego? W końcu też był chłopakiem z ferajny i w razie potrzeby potrafił okiełznać swoje krwiożercze instynkty. Przecież zimą to on udawał woźnicę jaki co tydzień wjeżdżał z zapsami do kazamat i znacznie pomógł w poleceniu Egona na strażnika i potem podczas samej akcji. Więc chociaż ostatniej nocy znaki wydawały się raczej zdecydowanie sprzyjające to jednak interpretacja wydawała się mocno dwuznaczna.

                              Poszedł więc spać już sporo po północy. A wstał tym razem sam z siebie. Nikt nie zastukał w drzwi aby mu przerwać sen ale jak otworzył oczy zdał sobie sprawę, że już dnieje. Tak naprawdę to jednak obudził go sen.

                              Najwcześniej co pamiętał to Gnaka. Ten zwierzoludź o dość ludzkim wyglądzie miał dwa rogi na czole wielkości może małych palców dorosłego co zapewniało mu wysoki status w jego plemieniu bo większość ungorów miała dość symboliczne poroże albo ledwo zarysowane kostne guzy zamiast rogów. Więc chociaż te rogi Gnaka były mniejsze od choćby tych jakie miały gospodarskie kozły czy barany to jednak były powodem do jego dumy i zazdrości pobratymców. Herszt tej bandy szedł naprzeciw stojącego magistra przez jakiś ciemny las. Potem go minął tuż obok jakby go nie zauważył. A wraz z nim jego stado. Gdy Joachim odwrócił się za nimi ujrzał polanę z płonącymi ogniskami i wielkimi głazami. Oraz orgię jego ludzkich kobiet z plemieniem Gnaka. Miał wrażenie, że przynajmniej część z nich rozpoznaje jako koleżanki ze zboru. A może nie? Właściwie nie był do końca pewny i jedną czy dwie to jakie zdążył się przyjrzeć to nawet wydała mu się całkiem obca. Zanim się przypatrzył poczuł klepniecie w ramię.

                              - Widzisz? Co za ladacznice! No sam zobacz jak się wypinają i się nadstawiają! Żenujące. Żałosne. Tak się dać poniżyć tym prymitywom. Mówiłem ci, że one się nadają tylko do roli pionków w naszych planach. Sam zobacz. Jak tu je można traktować poważnie? - Thobias przybrał zdegustowany wyraz twarzy na widok tej orgii jaką zdawał się jawnie pogardzać. Tak samo jak jej uczestnikami.

                              - Tak, tak, pozwalają sobie wsadzać co kto chce a moimi maleństwami to gardzą. A tu zobacz, z jakimiś psami i kozłami się chędożą. Co za strata. A mogłyby przynieść na świat nowe życie i być częścią nowego, wspaniałego planu. A sama Merga mówiła, że ryzyko jest dość niewielkie to czego się tu bać? - obok stanął gruby aptekarz i wydawał się być zasmucony i rozgniewany, że koleżanki tak bardzo nie chcą współpracować w tym zaszczytnym celu jakiego się podjęli.

                              - No trudno. Może coś się uda ugrać potem. Albo wykorzystać te wyuzdane kozy aby pokierować tymi ich koziołkami. Może to się jakoś przyda. - mruknął Thobias patrząc spomiędzy drzew na tą rozdygotaną i skłębioną ze sobą kotłowaninę ciał.

                              - Dobrze, że chociaż na was chłopaki można liczyć. - Sigismundus poklepał każdego z kolegów po ramieniu i uśmiechnął się do nich przyjacielskim chociaż nieco przygaszonym uśmiechem ciesząc się, że chociaż na tym innym polu może liczyć na jakąś pomoc od członków zboru. Obaj odeszli gdzieś w mrok lasu albo jakoś inaczej zniknęli z pola widzenia czarodzieja. Jego samego zaabsorbował komar jaki złośliwie latał mu koło twarzy. Próbował go odgonić a gdy się mu to w końcu udało zorientował się, że jest nie w lesie tylko na jakimś bagnie. Same mokre kępy bagiennej trawy, grzęzawisko, jakieś rachityczne zarośla i powykręcane drzewa. No i mgła. Jaka nie pozwalała złapać głębi krajobrazu. W ogóle nie miał pojęcia gdzie jest ani jak się tu znalazł. Wszystkie kierunki wydawały się podobnie nijakie i czuł zagubienie oraz dezorientację. Do tego zaczął tonąć w bagnie. Wciągało go coraz bardziej i głębiej a nie miał się czego złapać aby się wydostać.

                              - No tu jesteś. Nie histeryzyj. Zaraz cię wyciągnę. - powiedział jakiś uzbrojony mężczyzna jaki niespodziewanie znalazł się nad nim. A Joachimowi wydawał się strasznie wysoki. Pewnie dlatego, że zdołał się już zapaść do pasa w tym bagnie. A gdy zadzierał głowę to widział tylko ciemny kontur tamtego a nie jego twarz więc nie mógł go rozpoznać. Ale go uratował. Wyszarpał go z tego bagna i po chwili Joachim stał obok niego próbując sie oczyścić z nadmiaru tej wilgoci i błota. Mógł wreszcie dojrzeć twarz swojego wybawcy. Hetzwig zaś pokazał palec na usta aby zachować ciszę. Po czym schylił się, wydobył pistolet zza szerokiego pasa i dał znak aby młody magister podążył za nim.

                              - Słyszysz? Jest tutaj. Nie możemy go spłoszyć. Zaczaimy się. Dobrze, że nas ostrzegłeś. Dorwiemy ich jak leszcze z sieci. - powiedział cicho uśmiechając się złośliwie. A tam przez te trzciny i przez jakie się skradali cicho chlupocząc bagienną wodą było coś słychać. Jakieś wielkie i ciężkie kroki. Zwierzęce pochrapywania. W pewnym momencie Joachim zorientował się, że myśliwych jest więcej a nie tylko Hetzwig. Nie widział ich ani nie słyszał ale jakoś jak to we śnie, wiedział, że tam są. I też zastawiają pułapkę na przeciwnika.

                              - No to nieźle się wkopałeś. Jesteś pewien, że kontrolujesz sytuację? Dasz radę się z tego wyplątać? - Joachim usłyszał za sobą jakiś głos. Trochę jakby Mergi. A trochę jakby nie. Jak się odwrócił to nikogo nie dostrzegł. Zupełnie jakby się przesłyszał. W tym czasie Hetzwig dał znak aby się zatrzymać i sam też czegoś intensywnie nasłuchiwał i wypatrywał.

                              - Widzisz? To zawodowy ogar. Jak złapie trop to będzie nim podążał. Jeszcze cię chyba nie podejrzewa. Ale mam takie dziwne wrażenie, że nie przepada za magami. - znów ten sam dziwny głos zza jego pleców. Jak się znów odwrócił to tym razem ujrzał Mergę. Lewitowała sobie tak, że musiałby pewnie wysunąć dłoń aby dotknąć jej butów. Aż było dziwne, że Hetzwig jej jeszcze nie zauważył.

                              - Jest. Teraz poczekamy aż się rybki złapią w sieć. Tylko się nie wygadaj. Niech myślą, że wszystko jest jak było. - powiedział cicho Hetzwig z radosną gorączką łowcy obserwuwjącego jak zwierzyna już wychodzi na strzał. Pokazał cos w głębi trzcin. Ale lewitującej Mergi zdawał się nie dostrzegać. Gdy Joachim spojrzał tam gdzie łowca pokazywał dojrzał, że trzciny w tym miejscu nieco prześwitują przez co było widać ich skraj. I jakieś rozchlapane wrzosowisko jakie się tam zaczynało. Nic niezwykłego na bagnach. Ale w pewnym momencie coś tam śmignęło. Jak jakieś wielkie nogi czegoś dużego. Jakiejś niekształtnej sylwetki. Ale tylko fragment i zbyt szybko aby dało się dojrzeć co to mogło być. Ale coś sporego bo słychać było te potężne kroki i chlupot jaki wydają.

                              - No to raczej nam nie ułatwia roboty. - Łasica skrzywiła się i pogardliwie splunęła w bagno gdy okazało się, że pochyla się obok Joachima aby rzucić okiem na to co tam się dzieje za trzcinami. Była ubrana w bardzo wyuzdany sposób jakby dopiero co wyszła albo zaraz szła na jakąś orgię w loszku Pirory.

                              - Odsuń się, wy jesteście do niczego! Tylko do rozkładania nóg się nadajecie! - warknął Silny brutalnie odpychając włamywaczkę i nie kryjąc swojej pogardy dla niej. Ta krzyknęła protestująco i wpadla w to bagno co wywołało złośliwy rechot jej oponenta.

                              - Tylko jeden? Pfff! Pałą przez łeb i po krzyku! - łysol spojrzał na czającego się Hetzwiga z nie mniejszą pogardą. Gdy ten klęczał obserwując polanę rzeczywiście wydawał się podatny na jakikolwiek atak. Zwłaszcza jak Silny ze swoją pałką stał tuż za nim.

                              - Głupek z ciebie jak sądzisz, że on da ci się tak podejść. - prychnęła Burgund ubrana czy raczej rozebrana podobnie jak jej partnerka. - To trzeba z finezją i fantazją, podstępem i fortele… - zaczęła mówić ale Silny jej przerwał bezceremonialnie popychając ją tak, że też wpadła w błoto tuż obok swojej partnerki.

                              - Nie słuchaj ich. Tylko rozkładać nogi to umieją. Na resztę to zwykłe panikary. Może i nam się o tak nie wystawi ale wszystko da się obejść. A potem pałą w łeb i teren będzie nasz. Wyniesiemy z tej budy co będziemy chcieli. - Silny nadal wydawał się być pewny swego i starał się przekonać Joachima do swoich racji no i metod.

                              - Zostaw go i chodź do nas. Zabawimy się! - Łasica uśmiechnęła się kusząco leżąc w tym błocie w jakie wpadła a podobnie ubłocona Burgund leżała już na niej. Obie spojrzały w stronę magistra zapraszającym i zalotnym spojrzeniem.

                              - My teraz jesteśmy na robocie. Ale już niedługo. I możemy się trochę zabawić. Zresztą nasze najlepsze numery co nam wychodzą to zawsze też jest nieco zabawy. Tylko byś musiał te drzwi znaleźć i dokładniejszy adres tak jak ci ostatnio mówiłyśmy. - Burgund zrobiła kuszący ślad zostawiony w błocie pokrywającym jędrności koleżanki a ta zrewanżowała się łapiąc ją mocniej za pośladki i przyciągając władczo do siebie. Obie wyglądały bardzo kusicielsko.

                              - Ja myślę, że potrzebujemy przewodnika. Kogoś kto tam trafi. Ktoś do kogo przemawiają Siostry. Albo ma w sobie ich nasienie. Wtedy te szepty mogą nas zaprowadzić do celu. - powiedziała Lilly jaka niespodziewanie wyszła z trzcin i popatrzyła na tą całą scenę jaka się tu rozgrywała na bezimiennym trzęsawisku.

                              - O nie, ja na pewno nie dam sobie zasiać żadnego nasienia! Wybijcie to sobie z głowy! - Łasica fuknęła na nią i na całą resztę niezmiennie obstając przy tym co mówiła od początku.

                              - Nie mówię, że ty. Ale ktoś inny. Ktoś kto dzięki temu stanie się naczyniem głosu Vesty albo innej z Sióstr. Takie poświecenie wzmacnia połaczenie z Siostrami. - Lilly wydała się nieco urażona takim napastliwym tonem koleżanki. Ta wciąż przytulając do swoich ubłoconych piersi nie mniej ubłoconą Burgund wyciągnęła do mutantki dłoń i ciepły uśmiech na zgodę. Ta ucieszyła się i do nich dołączyła.

                              - Gadają głupoty. Wszystko da się załatwić pałą czy toporem. Tylko trzeba wiedzieć gdzie uderzyć. A ty wiesz gdzie ta skrzynka to i resztę się załatwi. Taki fajfus to krwawi i zycha tak samo jak każdy inny. A jak będziemy mieli skrzynkę to i pewnie coś z tego wyjdzie. - Silny wydawał się być zirytowany, że koleżanki tak absorbują uwagę Joachima. Kopnął błoto tak, że jego fala zalała je ponownie tak skutecznie, że całkiem pod nim zniknęły. Sam zaś starał się skupić uwagę magistra na przyczajonym łowcy czarownic. Ten w końcu odwrócił się ku nim i popatrzył uważnie.

                              - No na co tak stoisz? I z kim rozmawiasz? - zapytał go obserwując czujnie. Gdy Joachim rozejrzał się nie dostrzegł nikogo. Tylko bagno, komary i trzciny. Szumiały. A gdzieś z oddali słyszał cieniutki, wzywający dźwięk muzyki. Jakby odległy, dziecięcy chór śpiewający pieśni i psalmy. Albo ledwo słyszalny dźwięk malutkich dzwoneczków.

                              - Uważaj. Jesteś magiem czyli z założenia podejrzanym elementem podatnym na pokusę mrocznych sił. Niedawno przyjechałeś do miasta, nikt cię tu nie zna więc nie wiadomo co robiłeś wcześniej. To nie brzmi jak papiery bogobojnego piekarza czy karzmarza. No ale mówisz, że coś się zaczyna dziać. No dobrze. Sprawdzimy to. Zobaczymy jak się spiszesz. A teraz cicho. Zbliżają się. Zobaczymy kto się złapie nam w sieć tym razem. - powiedział Hetzwig swobodnym tonem jakby dzielił się swoimi przemyśleniami na temat tej całej sprawy. Jakby magister należał do jednej z najbardziej kontrowersyjnych i podejrzanych profesji ale łowca nie był fanatykiem aby go szykanować, palić, więzić czy torturować tylko za to. Wolał dać mu szansę się wykazać ale miał baczenie na jego słowa, zachowanie i poczynania.


                              I taki to był sen. Jak Joachim obudził się we własnym łóżku zdał sobie sprawę, że z jednej strony każdy czyn i słowo jakie uczyni aby zwiększyć bezpieczeństwo skrzyni zamkniętej w tajnym schowku Akademii zapewne zwiększy jego wiarygodność w oczach Hetzwiga i zapewne reszty władz. Ale też raczej utrudni wydobycie tej skrzyni z tego magazynu. Obie ekspertki od włamań jakie mieli w zborze były na razie zaangażowane w sprawę obrabiania skarbca świątynnego i tam spędzały większość dnia i wysiłku. Chociaż w razie potrzeby to wcześniej obiecały mu pomoc przy Akademii tylko miał zdobyć dokładniejszy adres no i opis szukanego artefaktu. To akurat ostatnio udało mu się zdobyć. Tylko kosztem zaalarmowania rektora oraz władz. Tak czy inaczej obie spryciary zapewne będą dziś w nocy na zborze. Nie był pewien jaki obecnie mają etap przygotowań do skoku na świątynie ale chyba nie lada dzień skoro zgłosił się na niewidzialną czujkę a na razie żadnego powiadomienia nie dostał. Chyba, że dziś wieczorem na zborze. Na razie jednak był ranek. Chyba nie tak wczesny jak ostatnio się budził albo ktoś go budził ale jednak początek a nie środek dnia.

                              Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Centralna; ul. Dokerów, tawerna “Stary kocioł”
                              Czas: 2519.07.10; Anistag; południe
                              Warunki: główna sala; jasno; karczemny gwar; umiarkowanie ; na zewnątrz: jasno, mżawka, umi.wiatr; chłodno

                              Joachim

                              Młody astrolog musiał spłukać z siebie resztki nocnych snów, zjeść śniadanie i doprowadzić się do porządku. Zanim więc zdecydował opuścić swój dom to zbliżał się środek letniego dnia. Akurat zaczęło mżyć i było dość chłodno. Do wieczornego zboru miał jeszcze dobre pół dnia na działanie. Z wszystkich rozważanych adresów najbliżej mu chyba było do “Kociołka” gdzie punkt kontaktowy miał Silny. Nie umawiał się z nim co prawda wcześniej to nie był pewny, że go tam zastanie. Ostatecznie gdyby nie to zawsze mógł mu zostawić wiadomość albo poczekać do wieczora bo Silny zwykle bywał na zborach.

                              - Serwus chudzielcu. - usłyszał za sobą chropawy głos łysego mięśniaka gdy już widział front tawerny. Gdy się odwrócił ujrzał oczywiście Silnego odzianego w płaszcz z kapturem i zwisającą u pasa pałkę jaka była w sam raz do połamania komuś kości. Kaptur nadawał mu złowrogiego wyglądu. Jak zbirowi jakiego lepiej nie spotkać samemu w ciemnym zaułku. Zresztą całkiem słusznie bo takimi rozbojami Silny zajmował się na długo zanim wstąpił do zboru Starszego i chyba nadal od nich nie stronił. Przy nim młody mag rzeczywiście wyglądał dość wątło.

                              - Co cię przywiało? - zagaił dość przyjacielsko gdy się z nim zrównał. Pasowali do siebie jak pięść do nosa. - Ha! Nie uwierzysz co mi się dzisiaj śniło! Bitwa! Wielka bitwa! I ja byłem w pierwszym szeregu! A naszym wodzem był jakiś gigant na karym koniu i w czarnej zbroi! Dał znak i ruszyliśmy do ataku! I sam też popędził na czele a my za nim! A potem tylko wielkie “Trach!” jak się zderzyliśmy z tamtymi! Ale była bitwa! Ale walka! Ale rzeź! Spuściliśmy niezły łomot tym miernotom! - zawołał niespodziewanie radośnie gdy chciał się podzielić z kolegą swoim nadspodziewanie klarownym snem. Bo raczej nie sprawiał wrażenia kogoś uduchowionego kto byłby podatny na jakieś wzdychania i inne poetyckie czy metafizyczne. Ale jak już się wygadał to znów zapytał w jakiej sprawie Joachim przychodzi.

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              0
                              • SantorineS Niedostępny
                                SantorineS Niedostępny
                                Santorine
                                Developer
                                napisał ostatnio edytowany przez
                                #90

                                Oryginalny autor: Seachmall

                                Angestag; rano; świątynia Morra

                                Otto chwilę zastanawiał się jak podejść do sytuacji. Nie chciał, aby jego intruzja była zbyt oczywista, ale chciał jednak doprowadzić do rozmowy z Wysoką Morrytką. Postanowił szczerze podejść do sprawy, przynajmniej tak szczerze jak mógł Chaosyta w świątyni Morra. Podszedł do bladolicej kobiety, delikatnie się skłaniają gdy ją "zobaczył".

                                - Pochwalony, Matko Somnium. Można? - wskazał na miejsce obok kobiety.

                                - Pochwalony Otto. Tak, proszę. - bladolica kapłanka spojrzała w bok na to kto do niej podszedł i widocznie rozpoznała kto. Skłoniła lekko swoją czarną głowę na powitanie i zachęciła mnicha aby usiadł obok niej.

                                - Dziękuję. - mnich usiadł obok kapłanki i ułożył dłonie do modlitwy. Morr na liście bogów południa Otta, miał dość specyficzne miejsce. Uważał go trochę za podnóżka Nurgla, bóg śmierci był ewidentnie jedynie cieniem Boga śmierci i odrodzenia, ale Morr spełnia powinność przewoźnika do zaświatów.

                                Otto oddał wewnętrzną modlitwę za Vigo, miał nadzieję, że Herold Oster dojrzał jako ohydny owoc w ogrodzie Ojczulka. Modlił się również za swoich poległych braci z Zakonu Zamkniętego Oka, tak jak on, ich oczy otworzyły się na Prawdę i zaczęli we własny sposób oddawać cześć Wielkiej Czwórce. Nie wiedział jaki los i spotkał po śmierci, ale życzył im jak najlepiej.
                                Zakończywszy spotkał na Matkę Somnium.

                                - Przepraszam, dawno nie modliłem się za dusze, tych którzy już przeminęli. Chciałem podziękować za ostrzeżenie w sprawie naszych podopiecznych. Mam nadzieję, że mimo wszystko atak nie będzie drogą do tragedii.

                                - Tak, to takie częste. Jesteśmy żywi, zajęci sprawami żywych i nie zawsze mamy czas przystanąć i zadumać się nad tymi co odeszli lub pomodlić się za nich. Ale to miejsce jest do tego odpowiednie. - powiedziała ze zrozumieniem wolno kiwając głową. Nie przerywała mu modlitwy i chyba była pogrążona we własnych dopiero jak się odezwał to zwróciła się do niego.

                                - A ostrzeżenie mam nadzieję, że się przyda chociaż wolałabym nie mieć racji. Niestety ciemne chmury jakie nadciągnęły nad to miasto nie chcą się rozproszyć więc obawiam się, że sytuacja nie ulegnie poprawie. Miałam dzisiaj wyjątkowy sen i niestety nie był zbyt przyjemny. - westchnęła pocierając machinalnie krawędź leżącego na ławce przed nią psałterza.

                                - Rozumiem, sam się borykam z dziwnymi snami ostatnimi czasu. Słyszałem też o podobnych sytuacjach wśród mieszkańców. Masowe koszmary… nie oznacza to niczego dobrego. - zobaczymy, jak dużo ta młodzianka wie.

                                - To też coś ci się dzisiaj śniło? Coś niepokojącego? Masz wyraźnie zaburzoną aurę. O tak wczesnej porze to zwykle jest efekt niespokojnych snów lub innych podobnych przeżyć. - zapytała go jakby domyślała się, że też nie miał spokojnej nocy.

                                - Dwa sny. - zaczął mnich - Jeden był wczoraj. Przyjmowałem poród, chociaż brzemię kobiety było znikome, a owoc… był nienaturalny. Coś się w niej wiło. - Mnich potrząsnął głową jakby chciał odgonić wspomnienie - Dzisiejszy, naprawdę mnie zmartwił. Moi pacjenci najwyraźniej w ataku szaleństwa. Dwie kobiety spółkowały ze sobą, mężczyzna chciał mnie zaatakować, na końcu dwóch pacjentów… w tym Vigo, pacjent, które Matka pomogła nam pożegnać, majaczyli coś… nie jestem w stanie przypomnieć sobie co. - mnich westchnął - Obawiam się, że twoja przepowiednia stanie się prawdą szybciej, niż później.

                                - To rzeczywiście niepokojące sny. I nietypowe. - odparła bladolica morrytka po chwili zastanowienia.

                                - To szaleństwo z hospicjum brzmi podobnie jak mi to opisywał wasz przeor. Przynajmniej tak to odebrałam. Spolkujace ze sobą kobiety? Jacyś bandyci co biją obsługę? Kompletne szaleństwo. Sugeruję byście zwiększyli poziom kontroli. I zbadali sprawę co jest przyczyną. Porozmawiajcie z tymi najbardziej agresywnymi. Coś musi powodować te napady agresji. Chociaż obawiam się, że nie tylko u was. Sprawa może mieć szerszy zasięg i być może będę musiała dać o tym znać moim przełożonym. Przyznam się, że jak tu przyjeżdżałam to nie spodziewałam się czegoś innego niż symboliczny pogrzeb naszej czcigodnej pani. - odezwała się raznoiej i bardziej zdecydowanie niż na początku.

                                - A ten pierwszy sen to w ogóle dziwny. Połóg to zwykle typowo kobieca domena. Mężczyźni raczej w nim nie uczestniczą. Jesteś akuszerem? Znałeś tą kobietę ze snu? I płaski brzuch mówisz? To też się nie zgadza. Przecież przy połogu to ma się taki brzuch, że nie da się tego ukryć. A jak jest tak wcześnie, że brzucha nie widać to nie ma połogu. Za wcześnie. Zdarza się, że kobieta nie donosi ciąży no ale wtedy nie ma porodu. No i ta nienaturalność jest niepokojącą. Mam nadzieję, że nie muszę Ci przypominać, że wypaczenie fizyczne jest oznaką zepsucia duszy i to w zaawansowanym stopniu. Więc nie kieruj się fałszywą litością. Takie zjawiska trzeba tępić i wypalić bez skrupułów. Jeśli spotkasz coś takiego niezwłocznie zgłoś to przełożonemu, kapłanom albo władzom. Może jeśli chodzi o coś wypaczonego to tłumaczyłoby tak nietypowy poród. Być może to ostrzeżenie. Miej na uwadze gdybyś został wezwany do takiego podejrzanego porodu. Zrób co konieczne a potem zawiadom władze. - poradziła mu w sprawie pierwszego snu i chyba poruszył ją nawet bardziej niż ten z ostatniej nocy. A z tego co Otto wyniósł z zajęć w swoim starym klasztorze to wiedział, że pogląd o tym, że fizyczne Mutacje są oznaką spaczenia duszy był dość powszechny. Dla takiego heretyka na tym świecie nie było już nadziei ale gdy żałował za grzechy, wyraził skruchę to niszcząc jego zepsute ciało można było liczyć, że ocali się jeszcze jego nieśmiertelną duszę.

                                Otto zerknął na Matkę.

                                - Ale jednak była możliwość, że to będzie coś więcej? Wybacz dociekliwość, ale martwię się o pacjentów. - miał nadzieję, że właśnie nie włożył kija w mrowisko, ale mógł wyciągnąć z tego coś więcej - Jeżeli natomiast przydarzy mi się odebrać taki poród… chociaż mam szczerą nadzieję, że mnie to ominie, oczywiście wezwę odpowiednie osoby. Chociaż… sądzę, że przyjmowałem ten poród, we śnie z powodu mojego upozycjonowania. - mnich poruszył się delikatnie, udając niezręczność - Kobieta miała rozłożone nogi przed moją twarzą, więc sądzę, że chodzi o poród. Inkwizycja z tego co wiem, ma swojego agenta w mieście, więc wiem do kogo to zgłosić.

                                - Tak, łowca Hertz. Zostaliśmy sobie przedstawieni. Zrobił na mnie dobre wrażenie. Cieszę się, że ktoś taki jest tutaj na posterunku. - jej blada twarz okrasiła się cieniem uśmiechu jakby łowca czarownic rzeczywiście zrobił na niej dobre wrażenie. - Tak, jeśli natrafisz na ślady takiego spaczenia to on jest dobrą osobą aby go powiadomić. - pokiwała głową polecając mu tego łowce heretyków na takie nietuzinkowe przypadki.

                                - A ja modlę się aby to wszystko był tylko zbieg okoliczności. Albo potrzeba ludzi aby porozmawiać z wielką kapłanką że stolicy i zająć jej uwagę. Oby. Niestety wszystko wskazuje na to, że niepokojąco wiele osób skarży się na kłopoty ze snem lub dziwne sny. Czasem nawet osoby spoza miasta. Już nie nadążam tego zapisywać. Chyba będę musiała założyć osobny brulion i jakoś to posegregować. - Powiedziała cicho i w zamyśleniu. Na koniec otwarła małą książeczkę jaka leżała przed nią i okazało się, że to nie psalterz tylko chyba dziennik bo widać było ręcznie zapisane stronice. I coś w rodzaju nagłówków jakby dzienne daty. Zamknęła z powrotem tą książeczkę i uśmiechnęła się blado.

                                - Na razie jednak jestem tu dość krótko. Trudno mi jeszcze złapać skalę i właściwy punkt widzenia. Może to tylko takie pierwsze wrażenie. Szkoda, że mój mistrz nie mógł przyjechać on jest o wiele bardziej doświadczony w takich sprawach. - dodała nieco weselej jakby nie chciała kończyć na jakimś przygnębiającym akapicie.

                                - Aha. A ten zmarły pacjent, Vigo. Zmarli zwykle nawiedzają żywych, także w snach jak coś ich niepokoi albo mają niedokończone sprawy. Być może uważa, że możesz mi w tym pomóc. Zwykle przestają nawiedzać ten padół jeśli ich niepokój i sprawy zostaną załatwione po ich myśli. - dorzuciła jeszcze jakby jej się przypomniało coś z jej zawodowej domeny.

                                Otto przyjrzał się Morrytce.

                                - Jesteś przecież Wysoką Matką, jestem pewny, że doświadczeniem przewyższasz nie jednego ze swoich rówieśników. Chociaż przyznam, twój wiek i status zaskakuje wielu, ale osobiście uważałem, że to oznacza niebywały talent. - nawet bladolica służka pana Śmierci może się skusić na mały kąsek pochlebstwa.

                                - Tak, zauważyłam. Zapewne sporo osób spodziewało się kogoś innego z mojego zakonu no a tu przybyłam ja. - uśmiechnęła się nieco chyba ubawiona tym wrażeniem jakie wywołała po swoim przyjeździe. Albo takie starała się wywołać wrażenie bo uśmiech był dość oszczędny.

                                - I dziękuję za twoje słowa, to miłe z twojej strony. Niestety nie jestem tak doświadczona jakbym mogła albo jakbym chciała. Są w mojej świątyni osoby jakie na pewno lepiej sprostałyby tutejszej sytuacji. - rzekła skromnie chociaż pochlebstwo sprawiło jej przynajmniej drobną przyjemność.

                                - Rezolutna osoba wykorzystuje wszelkie narzędzia w swojej dyspozycji. - mnich chwilę się zastanowił - Cóż, ja jestem tutejszy. A przynajmniej spędziłem tu dość czasu, że czuję się zaklimatyzowany. Być może, ja ujrzę jakąś ukrytą prawdę w twoim śnie? Nie chcę się narzucać oczywiście.

                                - Oh nie chciałabym cię zamęczać. To nie był przyjemny sen. Raczej niepokojący. Ale dziękuję, że zapytałeś. - kapłanka chwilę ważyła propozycję młodego mnicha w swojej czarnej głowie ale mimo tej chwili wahania zdecydowała się grzecznie podziękować i odmówić.

                                - A co do ciebie i waszego hospicjum to proszę trzymajcie rękę na pulsie. Tych objawów nie można bagatelizować. Jeśli to możliwe sugeruję robić notatki. Może coś się z nich wyjaśni jeśli się je zbierze do kupy. - zaproponowała sama od siebie jak mogą sobie nawzajem pomóc w sprawie tych niepokojów jakimi ostatnio cechował się pobyt w hospicjum.

                                - No cóż, jeśli zmienisz zdanie, chętnie cię wysłucham. - mnich się uśmiechnął - I proszę mi uwierzyć. Od czasu twego ostrzeżenia, bacznie obserwuje wszystkich. - nie z powodów, których by się spodziewała, ale jednak - Nie będę ci już zajmował czasu, Najwyższa Matko. Muszę teraz swojej powinności dotrzymać. Spokojnego dnia życzę. - skłonił się kobiecie i ruszył do wyjścia. Trochę informacji udało mu się wyciągnąć, ale nic konkretnego. Zastanawiało go… czy może siostry przemawiają i do Morrytki. Będzie musiał obgadać to i kilka innych spraw podczas zboru.

                                Angestag; rano; hospicjum

                                Mnich westchnął widząc co się dzieje, przepowiednia Morrytki stała się rzeczywistością, a Otto zostało sprzątanie tego bajzlu. Nie miał nic przeciwko wyskokom Heroldów, jednak wolałby, aby nie stawały na drodze większej misji.
                                Spojrzał na Marissę, cieszyło go, że dar od Fabianne przypodobał się dziewczynie.

                                - Marriso, proszę zostań tam. Nawet błogosławieństwa nie uchronią cię przed sobą samą. Proszę zejdź do mnie, a… - w tym momencie zobaczył i usłyszał Thorna. Zaklął delikatnie pod nosem, rozjuszony buhaj nie był pewnie w nastroju na rozmowy czy lekcje o kontroli gniewu. Mnich rozpiął habit i zsunął go na ziemię, kiedy większy mężczyzna był skupiony na nudystce bibliotecznej. Jego nagi korpus pokryty był bliznami po cięciach i poparzeniach, było też kilka blizn gdzie kości najwyraźniej przebiły skórę. Zdjął również maskę, odsłaniając pusty oczodół - Nie interweniujcie. - powiedział do dwóch kolegów, wolał nie pogarszać sytuacji dla Thorna niż właśnie miała się stać. Po czym ruszył do Thorna.

                                - Thorne, impotencie! Naprawdę sądzisz, że dasz mi radę? To dawaj! - nie czekając na reakcję mężczyzny mich wymierzył cios w roślejszego oponenta.

                                Wejście Thorna przerwało pertraktacje z pacjentką odzianą jedynie w koronkowe majtki. Za to wesoło i triumfująco patrzyła spod sufitu na scenę na dole najpierw witając się z kolegą pacjentem a potem na te zmagania na poziomie podłogi.

                                Thorna może widok naguski na regale nieco zaskoczył jakby tego nie przewidział gdy tu wchodził. Co go rozproszyło na moment jaki mnich rozwiązywał swój sznur a potem zdejmował habit. I chyba też nie spodziewał się, że jednooki przyjmie wyzwanie. Zresztą dwaj jego braciszkowie też mieli miny jakby sytuacja ich przerastała i niezbyt wiedzieli co teraz począć czy powiedzieć. Marissa jakoś nie zamierzała schodzić ze swojej pozycji wysokiej widowni a siłowo było ją trudno stamtąd ściągnąć. A tu jeszcze pojawił się rozjuszony mięśniak jaki zabierał się do bitki z ich kolegą a ten też wyglądał jakby zamierzał wziąć się z nim za bary. Może w hospicjum przytrafiały się różne niespodziewane sytuacje i zachowania ale taka kumulacja jak teraz w bibliotece nie trafiała się codziennie. A potem Thorne ruszył z impetem na Otto co skutecznie przerwało wszelkie dyskusje i rozważania mo bójki zwykle skutecznie absorbowały uwagę nie tylko uczestników. Gdzieś jednym uchem Otto zarejestrował jeszcze pisk uciechy gdzieś spod sufitu gdy Thorne na niego naparł. Miał za sobą przewagę rozpędu i raczej masy więc obaj runęli do tyłu przewalając się na podłogę. Ale potem sytuacja bardziej się wyrównała.

                                Otto zorientował się, dość szybko, że reputacja Thorna jako awanturnika i łobuza nie jest przesadzona. Umiał się bić a do tego teraz ewidentnie działał w afekcie co dodawało mu sił i zapału. Walka jednak okazała się bardzo wyrównana. Praktycznie szedł cios za cios i co chwila czyjaś pięść trafiała tego drugiego. Obaj ciężko dyszeli przyjmując kolejne ciosy i zadając własne i młody mnich miał spore trudności aby spacyfikować w pojedynkę rozjuszonego pacjenta. Ale i temu nie było tak łatwo rozgnieść mnicha tak łatwo jak się chyba spodziewał. Ostatecznie jednak to Otto był tym który zadał ostatni cios po jakim jego przeciwnik już nie miał siły albo ochoty zadać swojego. Ale sporo go to kosztowało.

                                Po ostatnim ciosie mnicha Thorn wylądował na plecach na podłodze, przytomny, ale ewidentnie już nie chętny do bójki. Sam Otto miał kilka widocznych krwiaków, rozbitą wargę i opuchnięty policzek.
                                Otto splunął obok mężczyzny krwią z rozbitej wargi i przykucnął do mężczyzny chwytając go za gardło, nie dusząc, ale dając jasno do zrozumienia, że jest to opcja. Następnie przemówił do niego na tyle cicho, aby tylko leżący oponent usłyszał.

                                - Teraz posłuchaj mnie, uważnie. Jesteś idiotą o niewyparzonej mordzie. Jeżeli pozwoliłbym ci na baraszkowanie ze szlachcianką w twojej celi, nie zamknął byś się o tym przez dni. Sądzisz, że przeor wypuściłby cię gdyby dowiedział się, że szlachta robi sobie z hospicjum burdel? Weź na wstrzymanie, a jak już trafisz do nich, będziesz mógł z nimi zrobić co tylko zechcesz, one naprawdę to lubią. - po czym puścił oponenta i wrócił do swojego habitu. Trochę chwiejnym krokiem. Spojrzał na swoich braci.
                                - Zabierzcie go do celi… - spojrzał w stronę Thorna i następne słowa wypowiedział głośniej - Jeżeli będzie się stawiał, połamie mu nogi. - spojrzał w stronę nudystki - I jak tam Marisso? Podobało się widowisko?

                                Thorne wyglądał na pobitego i pokonanego. Ale chyba większe wrażenie niż całkiem skuteczny opór młodego mnicha zrobiły na nim jego słowa na koniec. Tego spodziewał się chyba jeszcze mniej niż widoku nagiej koleżanki stojącej na szczycie regału jak tu wszedł. Bo zamrugał puchnącym okiem i chyba niezbyt wiedział co powiedzieć.

                                - Przecież… Przecież byliśmy sami w celi… Nikt by nie widział… A ja bym nic nie powiedział! - wystękał wciąż ciężko dysząc. Ale ten ciężki łomot jaki mu Otto sprawił i obietnica jaką mu właśnie złożył chyba skłoniły go do przemyślenia całej sprawy. Bo więcej nie sprawiał kłopotu. Wstał podpierając się o półkę regału i chwiejąc się poszedł w stronę wyjścia. Jeden z mnichów chciał go złapać za ramię aby go wyprowadzić ale ten brutalnie je odtrącił. - Zostaw mnie! Sam pójdę. - warknął na niego ostro. I wyszedł na korytarz ale dwaj braciszkowie popatrzyli na siebie niepewnie.

                                - I tak go lepiej zamknąć w celi. Chodź. - powiedział jeden do drugiego po czym obaj wyszli za krnąbrnym pacjentem.

                                - Oh tak! To było takie ekscytujące! Naprawdę się pobiliście! Było na co popatrzeć! - brunetka na szczycie regału wydawała się zachwycona całym widowiskiem jakby było najlepszą rozrywką jaką dzisiaj miała okazję oglądać. A może i nie tylko dzisiaj. Obdarzyła zwycięzcę słodkim uśmiechem i wyglądała na bardzo ucieszoną tym wszystkim.

                                - Zejdź stamtąd, proszę. Jeszcze sobie coś uszkodzisz i nie będziesz taka ładna dla Pajęczej Królowej, nie mówiąc o pani co podarowała ci ten cudowny prezent. - tu wskazał na jedyne odzienie kobiety - Do tego przeor ma rację, Lady Fabianne zażyczyła sobie ciebie, ale to on musi się na to zgodzić.

                                - No dobrze, już schodzę. - odparła grzecznie brunetka, kucnęła i całkiem zwinnie zeskoczyła z dachu regału na podłogę. Tym razem bez żadnych oporów. Po chwili stała obok jednookiego mnicha.

                                - Bardzo za nią tęsknię. Za lady Fabienne. Za Anniką. Szkoda, że wcześniej nie wiedziałam, że ona lubi takie rzeczy. Częściej bym ją odwiedzała. I za lady Sorią też bardzo tęsknię. Ona jest taka piękna! I niesamowita! Ale najbardziej tęsknię za Pajęczą Królową. Śniła mi się dzisiaj. Oddałam jej hołd a ona go przyjęła. Dotykała mnie, całowała i zaczęłyśmy się kochać. A potem napełniła mnie swoim nasieniem i zawiesiła w pajęczynie abym mogła wydać jej potomstwo. Ah, tak bym chciała aby już tu była z nami! - młoda naguska wyznała swoje plany, nadzieje i marzenia. Oraz co jej się śniło niedawno zakończonej nocy. Z bliska było widać, że natura nie poskąpiła jej wdzięków i atutów, że aż przyjemnie było zawiesić na niej oko.

                                Mnich się uśmiechnął i objął dziewczynę jedną ręką, pozwalając na delikatny dotyk ciała do ciała.

                                - Pracujemy nad sprowadzeniem jej tu, ja i moi przyjaciele. Pieczołowicie staramy się, aby Pajęcza Królowa i jej siostry przybyły na te ziemie. - Otto się chwilę zastanowił - Śniłaś mi się dzisiaj, ty, Annika, Thorne, George i Vigo. Ty konkretnie miałaś niebywałą rolę w moim śnie. Tak jak mówiłaś, byłaś opleciona pajęczyną i nosiłaś w brzuchu dziecię Pajęczej Królowej. George mówił, że będziesz pierwszą z jej nałożnic i matek jej potomstwa. Czyż to nie brzmi cudownie?

                                - Będę jej pierwszą nałożnicą!? I matką jej potomstwa!? Oh to cudownie! Bardzo bym chciała! Nie mogę się doczekać! - Marissa zapiszczała z radości jakby obwieścił jej wspaniałą nowinę i uradowała ją to tak bardzo, że objęła, uściskała i nawet pocałowała mnicha. A ten przy okazji mógł się nacieszyć przyjemnym, miękkim i ciepłym dotykiem jej krągłości i jej samej. Zwłaszcza jak go nadal obejmowała i coś nie kwapiła się aby puścić.

                                - I ja ci się też śniłam? A co robiłam? I inni też? Nawet Vigo? Przecież on umarł. Dziwne. Mnie się śniła tylko jakaś jaskinia. I moja królowa. Zaszła mnie od tyłu. Nie widziałam jej dokładnie. Ale wiem, że to była ona. I były tam pająki. Takie duże. Jak kraby z zatoki. Może nawet trochę większe. No i pajęczyny. Ale takie ładne a nie takie brzydkie jak w zaniedbanych domach. - Prawie naga brunetka mówiła i pytała jednocześnie ciekawa jego snów i chętnie mówiąca o swoim.

                                - Popisywałaś się swoim darem przed Anniką, a ona pokazała ci gdzie teraz mieszka i gdzie razem spędzicie czas. - mnich pogłaskał delikatnie policzek kobiety - Jestem pewny, że ty i Annika, oraz George będziecie kluczowi w powrocie Królowej i jej sióstr.

                                - O tak! Sam zobacz! - słysząc to brunetka puściła Otto, odeszła na krok czy dwa aby dać mu lepszą perspektywę swojej figury. A tą rzeczywiście miała niczego sobie. I wskazała na swoją czarną bieliznę na biodrach. Perfekcyjnej, koronkowej roboty w zdobne roślinne motywy oraz inicjały poprzedniej właścicielki “FvM” wyszyte ozdobnymi literami wpasowującymi się dyskretnie w całość. I na takiej zgrabnej modelce jak Marissa prezentowały się bardzo elegancko i powabnie.

                                - Widzisz? Są takie śliczne! Frau von Mannlieb wrzuciła mi dwie pary do koszyka, nawet nie wiedziałam jak mi dawała dopiero potem znalazłam jak pojechała i sprawdzałam co tam jest. - zawołała dumnie i radośnie chwaląc się tym prezentem od swojej nowej pani więc musiał jej sprawić mnóstwo radości.

                                - Taka wielka, bogata pani a taka miła i sympatyczna. I piękna! I elegancka. Już się nie mogę doczekać aż mnie stąd zabierze. - wydawało się, że bretońska milady zrobiła tymi podarkami i dobrocią ogromne wrażenie na brunetce i wydawała się jej ucieleśnieniem dobroci i wizerunku idealnego, szczodrego władcy.

                                - A Annikę też polubiłam ostatnio. Cieszę się, że będziemy razem u naszej pani. A George? Wtedy jak na stołówce mówił o tej pajęczynie to nie wiedziałam o co mu chodzi. Dopiero dzisiaj jak mi się śniła ta moja Pajęcza Królowa to zrozumiałam. On miał rację! Już wtedy! Ale teraz już wiem. A w tym śnie to jeszcze byłam z innymi. Chyba z kobietami. Stałyśmy przed wejściem do jaskini. Jedna to miała czarne włosy to nie wiem czy to nie moja dobra pani. Albo Annika? Ona też ma czarne. Ale do środka to weszłam z piękną Sorią. Ona mnie wprowadziła. A reszta chyba też albo potem weszły. Chyba się kochałam z nimi też… Albo z kimś… Trochę to słabiej pamiętam bo najbardziej to mi się spodobało to z królową. - mówiła z początku szybko o swoich nadziejach i pragnieniach ale zwalniała w miarę jak brnęła w te kawałki ostatniego snu jakie widocznie słabiej zapamiętała.

                                - No cóż, masz być pierwszą z jej nałożnic i haremu. Będziesz miała wiele koleżanek… i może kolegów. Jednak najpierw musimy cię stąd wydostać, a to oznacza sprawianie jak najmniej problemów. - wręczył kobiecie górę swojego habitu - Wróć proszę grzecznie do swojego pokoju. Ja muszę zobaczyć o co chodzi z tym ogniem. Później wrócę, bo niestety ja też muszę trzymać pozory, ale mam nadzieję, że moje ubranie przesiąknie zapachem twego piękna i miłości. - Otto ruszył w kierunku w którym udał się przeor. Miał nadzieję, że źródłem ognia nie był George.

                                - No dobrze. I przepraszam za kłopoty. Ale jak ją słyszę to jest taka radość i euforia, że nie mogę się powstrzymać. Nie panuję nad tym. - powiedziała przepraszająco po czym bez skrupułów sięgnęła po podany habit i zaczęła go ubierać. Uśmiechnęła się ładnie na słowa jednookiego po czym pocałowała go w policzek. - Dobrze, nie zdradzę cię. Jakbyś miał ochotę to wpadnij do mnie. Moja dobra pani dała mi wino i inne smakołyki. - powiedziała zapraszająco i bez większych przeszkód ruszyła w stronę swojej celi. Zresztą w tym samym rejonie co cela Thorna i do wczoraj Anniki. Tam trzymano tych co sprawiali kłopoty lub z innych powodów odbywali karę izolacji.

                                Sam Otto zaś nie miał większych kłopotów ze znalezieniem większej grupy swoich braci. Wiedział gdzie jest zachodnie skrzydło co już mu pomogło a tam natrafił na istny rwetest. Rzeczywiście było czuć zapach spalenizny. Nawet dym się unosił chociaż dość rozrzedzony. Braciszkowie biegali i krzyczeli do siebie, czasem z wiadrami, czasem z kocami. Ale gdy dotarł do największego zbiegowiska ujrzał tam przeora. Doglądał zniszczeń gdzie chyba ktoś rozpalił ogień z połamanego krzesła ale na szczęście dostrzeżono to i ugaszono zanim sytuacja zrobiła się poważna. Niemniej przy ścianie unosił się spalony ślad a sama ściana i sufit były mocno okopcone. No i ten smród spalenizny. Na Otto na razie nikt chyba nie zwrócił większej uwagi gdy wszyscy wydawali się być zaaferowani tym niedoszłym pożarem i szacowaniem szkód.

                                Otto podszedł do przeora. Przy okazji rozglądając się za jakimiś poszkodowanymi, dym mógł zawsze kogoś podduśić.

                                - Thorne i Marissa są już pod kontrolą. Co się tutaj stało?

                                - Niklas rozpalił ogień. Chciał nas spalić czy co? Wariactwo! Kazałem go zamknąć w izolatce. - przeor zwrócił uwagę na Otto dopiero jak ten do niego podszedł i się odezwał. Rozmawiał z bratem Denisem jaki był u nich głównym rzemieślnikiem i zwykle on podejmował się najtrudniejszych napraw. Przynajmniej tych jakie mogli dokonać bez angażowania a więc i zapłaty komuś z zewnątrz.

                                - I udało ci się wysłać Marissę do izolatki? Całe szczęście! Kompletnie oszlała! Co ta dziewczyna sobie myślała tak biegając nago! I to już drugi raz! Aż się boję pomyśleć co by się stało jakby zrobiła coś takiego u Frau von Mannlieb! Przecież wybuchłby skandal! Co by ludzie pomyśleli? Że kogo my tu trzymamy? Jakichś dewiantów i wariatów? Przecież to by się odbiło na nas wszystkich! - przeor z początku był dość rozkojarzony gdy dopiero co rozmawiał o zniszczeniach wywołanych niedoszłym pożarem a teraz o kłopotliwej pacjentce. I to takiej jaką upatrzyła sobie bogata szlachcianka z koneksjami towarzyskimi w śmietance tego miasta na swoją służącą.

                                - I Thorne też? To dobrze. Słyszałem, że uciekł ale nie mieliśmy czasu go szukać. - przetarł grabiastą ręką swoje rzednące włosy. Zastanawiał się chwilę nad czymś.

                                - A z tą Marisą to nie wiem czy taki dobry pomysł aby ją posyłać do tej Bretonki. Sam widziałeś co dziś narobiła w bibliotece. - przyznał gdy myśli znów mu wróciły do biegającej w samej bieliźnie brunetki gorszącej otoczenie swoim zachowaniem.

                                - Nie lepszy niż odmówienie jej w tej chwili. Zważając, że zabrała już Annikę i powiedzieliśmy jej, że pracujemy nad Marissą. Do tego jest sprawa Matki Somnium, rozmawiałem z nią dzisiaj. Rozważa, że te ataki mogą mieć… niepokojące źródła i wezwać odpowiednie osoby, aby się temu przyjrzały. A, posłałem Marissę do jej celi, Thorne wrócił do swojej… po drobnym przekonaniu. - to mówiąc delikatnie otarł jeden z siniaków na swoim ciele - Nie powinni sprawiać na razie problemów. Sądzę, że oddanie Marissy, Frau von Mannlieb może mieć lepsze skutki, niż uważasz. Dziewczyna ma… potrzeby, a żaden z nas nie ma w naturze zaspokajania ich z pacjentkami. Być może na wolności, gdzie będzie miała dostęp do kogoś, kto się nią zaopiekuje, uspokoi się.

                                - Ona ma swoje potrzeby?! Zachowywała się jak wyuzdana ladacznica! Co ja mówię! Gorzej! Wyuzdane ladacznice nie biegają nago po ulicy! - prychnął z oburzeniem przeor jaki widocznie nie mógł znieść tak skandalicznego zachowania się podopiecznej. Aż paru mnichów spojrzało na niego ni to z żalem ni to pytająco. Wetchnął więc dla uspokojenia po czym złapał za ramię jednookiego i ruszył z nim na korytarz. Szli tak przez chwilę i wygladało, że starszy z mężczyzn próbuje zebrać myśli.

                                - I jeszcze ta morrycka młódka… No tak, jeszcze tylko jakiejś komisji mi tu do szczęścia brakowało… - jęknął na myśl, że taka komisja miałaby ich wizytować. Biorąc pod uwagę obecny chaos jaki tu panował raczej nie wypadliby zbyt dobrze.

                                - Ale z tą von Mannlieb też niedobrze. Ani jej dać tej łotrzycy ani nie dać. Trudna sprawa. Annikę już wzięła to prawda. Co tu robić, co tu robić? - zastanawiał się dalej gdy wyszli z zachodniego skrzydła i szli ku centrum.

                                - Chodźmy do ogrodu. Muszę to przemyśleć. - powiedział pokazując kierunek i kilka drzwi później znaleźli się w kwadratowym, małym ogrodzie otoczonym krużgankami gdzie niedawno Otto razem z Anniką i Marissą jedli ostatni wspólny posiłek.

                                - Widzisz synu ta Marissa to nie jest taki byle kto jak Annika czy Thorne. No żadna wielka persona oczywiście ani szlachcianka. Ale też nie taka byle jaka z ulicy. Dlatego musiałem posłać zapytanie do Salzburga. I wciąż czekam na odpowiedź. Wysłałem list na początku tygodnia więc z tydzień zejdzie zanim coś tu przyślą. I to przy założeniu, że nie będą zwlekać z odpowiedzią. Do tego czasu musimy ją jakoś przetrzymać tutaj. - wyznał przeor dzieląc się częścią frasunku na temat swojej kłopotliwej podopiecznej.

                                - Myślę, że mimo wszystko trzeba by uprzedzić Frau von Mannlieb o wyskokach tej łobuzicy. Lepiej aby wiedziała to zawczasu. Może list jej napiszę… Albo poproszę o spotkanie… - zastanawiał się na głos jak powinien postąpić w tej skomplikowanej sytuacji.

                                - Odwiedzę ją jak skończę dziś. - powiedział Otto - Zna mnie, jako pośrednika w całej tej sytuacji, więc zaufa mojej opinii. Do tego… jeżeli Somnium ma rację, że coś więcej się dzieje z tymi napadami szaleństwa, przyda się zerknąć czy Annika czegoś nie nawywijała. Nawet z tym listem chroniącym nas legalnie, głos się rozniesie, jeżeli wypuściliśmy kogoś kto zrobił coś… nieodpowiedniego. - Otto miał nadzieję, że Herold Norry w opiece Slaaneshytki była spokojniejsza i nie zrobiła nikomu nieodwracalnej krzywdy.

                                - Oh! Na Shallyę! Annika! O matko… Jak ona… O matko! Przecież to szlachcianka i żona kapitana! Oh! Otto! Ruszaj do von Mannliebów natychmiast! O matko aby jej nic nie zrobiła! Koniecznie leć wybadaj czy coś Annika nie nawywijała! Tylko z głową! Bo jak nie to nie ma co straszyć dobrodziejki. I jak już tam będziesz… - słowa młodego mnicha sprawiły piorunujące wrażenie na przeorze. Oczy mu się otworzyły ze strachu jakby uzmysłowił sobie coś strasznego. I natychmiast wydał nowe dyspozycje dla jednookiego mnicha. Chociaż w pewnym momencie się zatrzymał gdy coś nowego mu przyszło do głowy.

                                - Właściwie jak masz takie dobre relacje z tą szlachcianką i tak umiesz z nią rozmawiać… To postaraj się ją wybadać z tą Marissą. W razie czego umów nas na spotkanie albo obiecaj, że wyślę jej list z wyjaśnieniami. Lepiej aby nie miała potem pretensji, że sprzedaliśmy jej wściekłą bestię w worku. - powiedział po tej chwili zastanowienia licząc na finezję i dyskrecję młodszego z mnichów.

                                - Aha. I ubierz się. Gdzie ty masz swój habit? I może jednak najpierw pójdź do lazaretu. Niech cię tam przemyją i w ogóle. Nie ma co straszyć naszej dobrodziejki. - jakby dopiero teraz zorientował się, że młodszy z braci ma niezbyt kompletny ubiór i wygląd.

                                - Oczywiście. Miejmy nadzieję, że już dzisiaj nic więcej się nie stanie. - skłonił się przełożonemu i ruszył do lazaretu, po drodzę rozważając dzisiejszy dzień. Oczywiście kolejnego "ataku szaleństwa", jak to określił przeor i Somnium, spodziewał się, chociaż miał nadzieję, że wydostanie z hospicjum więcej niż jedną osobę do tego czasu. Dochodził do wniosku, że Thorne najpewniej nie jest żadnym Heroldem, jak zaczął określać Annikę, Marissę, Vigo i George'a, a jedynie zwykłym oprychem być może słyszącym szepty sióstr. Czyniło to z niego jedynie pionka, ale zawsze takiego, którego można zmienić w coś lepszego.

                                Zastanawiało go, jak zachował się George danego dnia, ale tego może dowiedzieć się później.
                                Pozostaje sprawa Niklasa. Będzie jutro musiał porozmawiać z niedoszłym piromanem, być może z odejściem Vigo, Oster znalazła nowe ucho, do którego może szeptać. Chociaż ogień i Nurgle to kiepska mieszanka.
                                W lazarecie Otto pozwolił się obmyć i doprowadzić do względnego porządku i ruszył szybko do celi Marissy. Zapukał spokojnie do jej drzwi i wszedł do środka.

                                - Witaj moja droga, przybyłem po mój habit. Muszę pójść zobaczyć co z Anniką.

                                Po tym jak usłyszał krótkie “Proszę!” zza drzwi zastał lokatorkę w środku. Miała już na sobie swój habit i wcale nie wyglądała jak ta nawiedzona naguska biegająca po meblach biblioteki jak to miało miejsce wcale niedawno. Uśmiechnęła się do niego i skinęła głową. Podeszła do taboretu na jakim złożyła jego habit i mu go podała.

                                - Do Anniki? Ale przecież wczoraj pani ją zabrała. To chyba jest u niej. A dlaczego do niej idziesz? - zapytała niezbyt rozumiejąc cel takiej wizyty i w głosie wkradł się lekki ton niepokoju o los koleżanki.

                                Otto przerzucił przez siebie habit.

                                - Tak jak ty słyszysz głos Pajęczej Królowej, Annika słyszy głos jej krwawej siostry, Norry. Norra chce, aby Annika wyruszyła znaleźć jej ołtarz i stoczyła walkę z silnym przeciwnikiem. Kiedy ty słyszysz Królową, czujesz radość, euphorie. Annika czuje zew i kiedy ktoś jej zabrania na niego odpowiedzieć, czuje gniew i wywołuje to agresję. Muszę sprawdzić, czy wszystko w porządku, z nią, albo z jej otoczeniem. - Otto westchnął - Mam cichą nadzieję, że pod opieką Frau von Mannlieb, Annika jest trochę bardziej opanowana, ale nigdy nie wiadomo.

                                - Oh! Ojej! Mam nadzieję, że nic jej się nie stało! Znaczy naszej dobrej pani też! Oj to tak, to lepiej idź i sprawdź czy nic im nie jest bardzo bym się zmartwiła gdyby coś im się przydarzyło przykrego. - Marissa wydawała się szczerze zaniepokojona losem swojej niedawnej koleżanki z celi jak i dobrodziejki jaka obiecała także i ją przygarnąć pod swój dach. I okazała zrozumienie dlaczego młody mnich musi tam do nich iść i sprawdzić.

                                Otto kiwnął głową i opuścił celę niedoszłej nudystki i niemalże biegiem ruszył do rezydencji von Mannlieb. Miał nadzieję, że nie zastanie tam pożaru i ciał nabitych na ostre rzeczy.

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • SantorineS Niedostępny
                                  SantorineS Niedostępny
                                  Santorine
                                  Developer
                                  napisał ostatnio edytowany przez
                                  #91

                                  Oryginalny autor: Seachmall

                                  Angestag; południe; rezydencja Von Mannlieb

                                  Otto zbliżył się do rezydencji nie wiedząc, czego się spodziewać, więc spodziewał się najgorszego. Ognia, krzyków, masy trupów i Annikę z głową Fabienne u pasa.

                                  Z hospicjum Otto musiał przejść parę kwartałów ulic aby dotrzeć do Północnej Dzielnicy gdzie mieściła się większość rezydencji szlachty i bogaczy. Właśnie tu jak się należało do śmietanki towarzyskiej miasta wypadało mieć swoją rezydencję. I jakiś “domek za miastem” oczywiście. Więc zgrzał się nieźle nim dotarł do metalowych prętów ogrodzenia von Mannliebów. Pierwsze wrażenie nie było aż takie tragiczne. Nie było żadnych zrewoltowanych czy przerażonych tłumów, w oknach nie było widać dymu pożaru ani krwawych smug na ścianach czy schodach. Właściwie wyglądało dość podobnie jak był tu pierwszy raz ledwo parę dni temu. Też musiał zadzwonić do furty, otworzył mu ten sam odźwierny co poprzednio i też wprowadził go po schodach do holu. Tu kazał poczekać i przez chwilę jednooki mnich został sam. Też podobnie jak poprzednio. Wreszcie zjawiła się stara guwernantka von Mannlieb czyli Gertruda. Zachowywała dostojny spokój i obdarzyła go surowym, chłodnym spojrzeniem. Też jak poprzednio. Zapytała po co przyszedł i jak usłyszała odpowiedź zniknęła za drzwiami prosząc aby poczekał. Znów został sam ale podobnie jak poprzednio stara służąca pojawiła się z powrotem mówiąc aby udał się za nią i pani zgodziła się go przyjąć.

                                  - Tylko będziesz musiał poczekać. Bo pani jest w negliżu. - rzekła oschle guwernantka i wprowadziła go do tego samego salonu co poprzednio. Tylko tym razem nie czekała na niego młoda gospodyni. I tutaj w ramach gościny zaproponowała mu wino i szarlotkę jaka stała na małym, ozdobnym stoliku przy którym ostatnio rozmawiali z Frau von Mannlieb. Czekali niezbyt długo gdy drzwi bezceremonialnie się otworzyły i do środka weszła sama gospodyni.

                                  - Witaj Otto. Gertrudo proszę cię no gościa mamy. Weź proszę przynieść porządne talerzyki i to drugie ciasto. I jakieś owoce. Masz ochotę na owoce Otto? Oczywiście, że tak, głupie pytanie. Aha i przynieś może brandy. Mam ochotę na coś mocniejszego. - Fabienne szybko rozdysponowała swoją starą guwernantkę tonem nawykłym do wydawania poleceń służbie. Ta przyjęła to z tym swoim chłodnym spokojem, skinęła głową i wyszła. No a gość mógł zostać z samą milady jaka była znów w czarnej sukni ale innej niż poprzednio. I jak podeszła bliżej zauważył, że wciąż ma mokre końcówki włosów a te były spięte w zwykły, koński ogon kompletnie nie pasujący do tak bogatej i wyrafinowanej milady.

                                  - Otto, Annika uciekła! Próbowałam ją zatrzymać ale mi się nie udało! - pokazała na swoją rozbitą wargę jaka nieco już zdążyła spuchnąć. - Wpadła w jakiś amok! Nie wiem co się jej stało! Krzyczała coś i w końcu wybiegła. Kazałem jej szukać. Ale jeszcze z nią nie wrócili! Oh, żeby tylko jej się nic nie stało! Mam nadzieję, że ją znajdą. Ja muszę się szykować do Pirory. Na to spotkanie z kawalerem de Bois. I spróbujemy z tym kluczem. Dlatego nie mogę tu zostać, właśnie się szykuję. W ogóle nie wiem co robić! - Frau von Mannlieb mówiła szybko i z determinacją ale też wydawała się trochę roztrzęsiona. I chyba starała się powiedzieć jak najwięcej zanim jej stara służąca tutaj wróci.

                                  Otto westchnął. Mogło być gorzej, ale ta sytuacja też nie była najlepsza.

                                  - Tak jak mówiłem, Annika słyszy zew Norry, jednej z Czterech Sióstr, która oddała się Bogowi Krwi. Też zacznę jej szukać, wiem czego ona szuka, ale w przeciwieństwie do niej nie znam kierunku. Nie wiesz, w którą stronę więcej się udała?

                                  - Byłbyś tak miły? To świetny pomysł. Ona cię zna a ty ją. A moja służba to miała tylko jeden dzień aby się z nią zapoznać. Pewnie tylko Gertruda by ją rozpoznała bez trudności no ale już niezbyt jest taka sprawna ze względu na swój wiek no i lepiej aby została tutaj. A Annika wybiegła na zewnątrz, przez frontową furtę. A potem na ulicę. Moi słudzy pobiegli za nią jak im kazałam ale jeszcze żaden nie wrócił. Nie wiem czy nie posłać kogoś do straży miejskiej. Tak na wszelki wypadek. Może ją złapali? Sama nie wiem czy to dobrze czy źle. Chciałabym aby wróciła cała i zdrowa. - wielka, czarnowłosa pani o bladolicej cerze tak modnej i cenionej wśród błękitnokrwistych wydawała się szczerze zmartwiona o los swojej nowej służącej. I chętnie przyjęła pomoc młodego mnicha w tych poszukiwaniach.

                                  - Poszukuje kamiennego ołtarza ofiarnego… - Otto chwilę się zastanowił - Być może mającego jakiś związek, ze zwierzoludźmi. Ostatnio ponoć robili się agresywniejsi. Wspominałaś, że udajesz się z innymi kultystami węża na nocne igraszki z nimi. Pamiętasz, gdzie to miało być? - to spore ryzyko, ale Otto nie miał lepszych poszlak.

                                  - A to… Myślisz, że to tam poszła? - bretońska szlachcianka zamrugała oczami jakby taki pomysł ją nieco zaskoczył i zdziwił. Widocznie nie przyszedł jej do głowy. - To przy starych kamieniach. Na zachód od miasta. Byłam tam kiedyś z mężem ale tylko raz. A teraz z Pirorą i dziewczynami mamy tam pojechać. Już w ten Aubentag! Jestem strasznie podekscytowana! Znaczy oficjalnie to jedziemy malować w plener i potem chyba dołączymy do reszty ale to właśnie dzisiaj też jeszcze będę rozmawiać z Pirorą jak to mamy zorganizować. Bo nie mogę nie zabrać Gertrudy no ale liczę, że na tą najważniejszą noc jakoś się jej pozbędziemy. - rzuciła szybko i zmiana tematu na znacznie przyjemniejszy wywołała pierwszy jej uśmiech na bladej twarzy podczas dzisiejszego spotkania.

                                  - A dzisiaj Annika coś krzyczała, że głaz ją wzywa. W lesie. Ale chyba jeden a nie kilka. Bo tam co jestem umówiona z dziewczynami to taki trochę jakby krąg. Kilka ich jest a nie jeden. Ale Otto to i tak by musiała przejść przez którąś z bram aby wyjść z miasta. To pewnie tam trzeba by pytać. Nie pomyślałam o tym wcześniej ale myślałam, że moi słudzy ją złapią gdzieś tu w pobliżu. - czarnowłosa żona morskiego kapitana mówiła szybko i przyciszonym głosem jakby obawiając się podsłuchania. I szybko przeskakiwała po kolejny wątkach jakie mogłyby pomóc odnaleźć jej zbiegłą służącą.

                                  - Lepszego pomysłu nie mam. - przyznał mnich - Zachód, tak? Dobrze, życz mi szczęścia. I tego samego życzę tobie w dzisiejszym spotkaniu. Ah, jeżeli uda nam się ją bezpiecznie sprowadzić, przekonaj jakoś służbę, aby o tym nie gadali. Nie chcę, aby przeor o tym usłyszał, to może spowolnić proces z Marissą. Mogę poprosić o wodę? Czeka mnie drugi dziś bieg, po ładnej bójce.

                                  - Oh, no tak, Marissa… - Bretonka o kontrastowo czarnych włosach do swojej bladej twarzy przytaknęła powoli głową gdy rozmówca przypomniał jej o drugiej służącej jaka wciąż była w hospicjum. - A jej nic nie jest? Może ja po nią przyjadę i poproszę waszego przeora aby mi ją wydał? Przecież jak z nim ostatnio rozmawiałam to wydawał się całkiem miły i skory do współpracy. Tylko czekał na odpowiedź na list co wysłał. - zaczęła się zastanawiać na głos jak mogłaby ściągnąć do siebie drugą służącą.

                                  - Oczywiście, że nic nie będę się skarżyć na Annikę przeorowi. Tylko mam nadzieję, że ją odnajdziecie całą i zdrową. Tak się o nią martwię! I przekażę służbie, zresztą nie sądzę aby mieli kontakt z waszym przeorem, przecież tylko stangred i Gertruda ze mną jeździ. A strangred zostaje przy powozie. - powiedziała podchodząc do stolika i biorąc do ręki butelkę wina. Podała gościowi aby mógł ją wziąć. - Weź. To wino lepiej gasi pragnienie niż woda. - powiedziała wręczając mu ten prezent.

                                  - Nic z tego, jeżeli idzie o Marissę. Najwyraźniej ma wpływową rodzinę w stolicy i przeor nie może jej od tak wydać. Do tego dziś usłyszała głos Pajęczej Królowej. Głośniej niż zwykle i w napływie euphorii zaczęła biegać nago po hospicjum. Przeor nie był zadowolony z tego i boi się, że opinia hospicjum ucierpi, jeżeli zrobi coś takiego w służbie u ciebie. Na razie uzbrójmy się w cierpliwość.- Otto przyjął wino od szlachcianki i wypił dość szybko - Och… lepiej. Dziękuję.

                                  - Biegała nago po hospicjum? - wypielęgnowane brwi podskoczyły ze zdziwienia do góry. Po czym szlachcianka zaśmiała się cicho z rozbawienia. - Musiała niesamowicie wyglądać! Bo nawet w tym zwykłym habicie wyglądała bardzo atrakcyjnie. U mnie by mogła biegać nago codziennie. Albo w czymś ciekawszym niż habit. I ja też bym tak chciała. - westchnęła z rozmarzeniem do takiej pięknej wizji. - No ale niestety nie mieszkam tu sama z moimi pięknymi służkami. To rzeczywiście mogłoby zrobić nieco zamieszania. Jednak obiecuję ci Otto, że zrobiłabym co w mojej mocy aby zatuszować taką sprawę. Niestety nago to byśmy mogły być tylko w łazience, może w sypialni jakby się udało jakoś tam spotkać. Albo inne tajne schadzki we własnym domu. Na pewno bym była na to chętna. Jednak tak całkiem swobodnie to nie możemy się tu czuć. - przyznała z nieukrywanym żalem, że nawet w tym domu swojego męża nie może robić w pełni tego na co by miała ochotę. Jednak jako szlachcianka i bogata pani nadal miała pewne możliwości aby kryć chociaż niektóre wyskoki swoich nowych służących.

                                  - No cóż Pajęcza Królowa wyzwoli cię od tych ograniczeń społeczeństwa, ale teraz naprawdę muszę pogonić za Anniką, zanim ona zrobi coś czego wszyscy będziemy żałować. - Otto skłonił się Bretonce i pośpiesznie opuścił rezydencję von Mannlieb ruszając w stronę zachodniej bramy. Miał nadzieję, że dobrze zgadł kierunek Herolda Norry.

                                  - Życzę ci powodzenia i jak tylko ją znajdziesz to przyprowadź ją proszę tutaj. Niech się nic nie obawia, nic jej nie zrobię, może nawet znów weźmiemy razem kąpiel. - powiedziała na pożegnanie szlachcianka życząc mu powodzenia. Jak wyszedł na korytarz minął się z Gertrudą i jakąś niezbyt urodziwą służącą jaka niosła tacę zamówioną przez panią. Widząc, że wychodzi stara guwernantka zawróciła i odprowadziła go do wyjścia.

                                  W końcu znalazł się na zadbanej ulicy i zaczął kierować się ku zachodniej bramie. W środku dnia ulice były pełne ludzi ale nie aż tak aby robić tłok. Zaginiona jednak jakoś nie wpadła mu w oko. Dotarł zdyszany do zachodniej wieży bramnej. Przy niej stało dwóch, raczej znudzonych strażników z halabardami a otwarte drzwi do ich straży pokazywały jeszcze jednego czy dwóch. Na szczycie wieży stało jeszcze dwóch w pozach wskazujących, że nic ciekawego nie widać i nie słychać.

                                  Mnich odetchnął, po czym zaczął łapać oddech. Mógł zostawić habit u Fabienne i poprosić o jakąś koszulę. Podszedł do jednego ze strażników.

                                  - Pochwalony, widzieliście być może kobietę… - Otto rozpoczął opisywać wygląd Anniki - To służka z rezydencji Von Mannlieb. Zaginęła i poszukujemy jej.

                                  Z początku strażnicy nie okazali mu większego zainteresowania niż jakimś innym rutynowym zapytaniem. Dopiero jak zaczął opisywać zaginioną, młodą kobietę to się ożywili. A gdy usłyszeli, że w grę wchodzi jakieś szlacheckie nazwisko to nawet jakby się przejęli sprawą. Tych dwóch z zewnątrz rzuciło pytanie do kolegów wewnątrz straży, wyszedł nawet ich sierżant przepasany dla poznaki szarfą zdradzającą jego rangę i wysłuchał ich oraz młodego mnicha. Ale wyglądało na to, że chociaż bardzo by chcieli pomóc w odnalezieniu służki szlachcianki to jednak nikogo takiego nie natrafili dzisiaj.

                                  - Ale jeśli taka się trafi to oczywiście natychmiast powiadomimy Frau von Mannlieb. - zapewnił go sierżant o swojej gotowości do współpracy.

                                  Mnich ponownie odetchnął. Więc nie opuściła miasta, przynajmniej nie tą bramą.

                                  - Dziękuję, gdybyście jakoś dali radę puścić informację do innych bram byłoby cudownie. Może być rozkojarzona, zagubiona lub nawet trochę agresywna. Ostatnio męczyły ją koszmary… nie tylko ją i biedactwo mogło po prostu nie wytrzymać stresu. Jeszcze raz dziękuję. - skłonił się sierżantowi i ruszył z powrotem na miasto, rozglądając się i pytając przechodnich o Annikę. Postanowił poszerzyć trochę obszar poszukiwań, może najpierw kobieta w napływie rozsądku postanowiła chociaż znaleźć jakąś broń.

                                  - Ależ oczywiście, możemy wysłać zapytanie do południowej bramy. I do ratusza. Do wschodniej to nie wiem czy jest sens bo by musiała jakoś przejść przez rzekę. - sierżant pokiwał głową jakby brał młodego mnicha niekoniecznie za młodego mnicha a raczej za wysłannika jakiejś bogatej szlachcianki. A dla zwykłego sierżanta straży to był autorytet jaki lepiej było mieć po swojej stronie a nie przeciwko. Od ręki zawołał któregoś ze smyków jacy pewnie nie przypadkiem buszowali po pobliskim zaułku i kazał mu zanieść to zapytanie do ratusza a drugiemu do południowej bramy. Ze wschodnią miał o tyle racji, że rzeka Salt przedzielała miasto prawie równo na pół. Właściwie zachodnia część była nawet większa i położona na płaskich nizinach. Wschodnia na odwrót. Stała na wysokich klifach więc zwykle przeprawiano się wiszącym mostem spinającym oba brzegi. Albo łodzią. Tylko wtedy tak czy inaczej trzeba było potem wspiąć się mało wygodną ścieżką z licznymi schodami na ten wschodni klif dlatego większość wolała przechodzić przez ten wiszący most. Chociaż w wietrzne dni to było nie lada przeżycie a nawet mogło być niebezpieczne.

                                  Od zachodniej bramy do południowej to jednooki miał spory kawałek do przejścia. Zbliżał się środek dnia więc ruch na ulicach, przynajmniej tych bardziej zaludnionych był spory. No i jak co jakiś czas zatrzymywał się aby zapytać o kogoś pasującego do opisu Anniki to jeszcze wydłużało mu tą pieszą podróż. Wszędzie jednak słyszał odpowiedź odmowną. Nikt opisywanej dziewczyny nie widział. Dopiero jak dotarł z dobre parę pacierzy później do głównej ulicy prowadzącej do południowej bramy natrafił na jakiś ślad.

                                  - No rano to widziałam jakąś dziewczynę. Czarne włosy miała tak jak mówisz. Właśnie zamiatałam swój podest to ją widziałam. Dziwnie wyglądała. Takie nawiedzone spojrzenie miała. Szła szybko, prawie biegła. Potrącała ludzi jakby ich nie widziała albo nie zwracała uwagi. Widziałam jak potrąciła jakąś kobietę. Mąż zaczął za nią krzyczeć ale nie zwracała na niego uwagi. To pobiegł za nią i dogodnił. Złapał ją za ramię i odwrócił i chyba chciał na nią nakrzyczeć. Ale ona go trzasnęła w twarz! Pięścią! Biedak zalał się krwią. A ona poszła dalej. O tam, poszła w stronę południowej bramy. Straż wołali i ci w końcu przyszli. Potem też poszli w stronę połduniowej bramy ale nie wiem czy ją złapali. Na moje oko to jakaś nawiedzona była ta dziewczyna. Albo wariatka. - powiedziała mu jakaś pani w średnim wieku jaką zapytał o to samo co poprzednich po drodze. Wydawała się przejęta tym zdarzeniem jakby to było wydarzenie jej dnia burząc jej zwykły rytm miejskiego życia. I na koniec wskazała w stronę już widocznej dwie czy trzy przecznice dalej południowej wieży jaka prowadziła droga na zewnątrz miasta.

                                  - Dziękuję i obawiam się, że takie sytuację mogą zacząć dziać się częściej. Ciemne chmury zawisły nad miastem. - wręczył kobiecie dwa srebrniki za informacje i ruszył do południowej bramy. Cóż albo jego przeczucie o miejscu ołtarza Norry był błędny, albo Annika pomyliła kierunki. Szczerze podejrzewał to pierwsze. Miał nadzieję, że dziewczyna nie spowoduje nieodwracalnych szkód.

                                  Dotarcie do granicznej wieży zajęło mu jeszcze trochę czasu. Ale gdy się tam znalazł ujrzał dość znajomy widok. Czyli dwóch znudzonych halabardników co bez większego zainteresowania obserwowali przechodniów. Akurat nikt z nich nie kierował się do lub z bramy aby mieli co robić. Też były otwarte drzwi do traży i jeden czy dwóch strażników na szczycie wieży. Wyglądało to więc dość sielankowo i podobnie jak to widział niedawno na zachodnim posterunku.

                                  Otto odetchnął z ulgą… już chyba czwarty raz tego dnia. Podszedł do najbliższego ze strażników i powtórzył pytanie jakie zadał na poprzednim posterunku, nadmieniając sytuację, którą opisała mu kobieta wcześniej.

                                  - Aha. No tak, była tu. Ale się stawiała to ją musieliśmy postawić do pionu. Właściwie do poziomu. A jak się stawiała! Jakaś szalona była, w jakimś amoku czy co. Haidrichowi zęby wybiła i nos złamała. Dobrze, że chłopcy z patrolu za nią przyszli bo rozrabiała już po drodze. No to ją wzięliśmy w sznury i zawlekli ją do ratusza. W lochu wieży może wróci jej rozsądek. - tym razem okazało się, że trop był właściwy. I z bliska to ten czy tamten strażnik nawet miał jakieś zaczerwienienie, podbite oko czy inną opuchliznę z niedawnej bójki. Ale, że to już dzwon czy dwa minęło to zdążyli ochłonąć i wróciła rutyna. Zaś awanturnicę koledzy z patrolu mieli odstawić tam gdzie większość takich kłopotliwych czyli do lochu w ratuszu.

                                  Otto miał ciąg myśli idący w tą i spowrotem.
                                  Znalazł Annikę, to było dobre. Była w lochu, to było złe. Nie opuściła miasta, to było dobre. Będzie musiał poinformować Fabienne, że będzie musiała wydać pewnie trochę grosza, aby ją uwolnić, to było złe. Dziś jest zbór, to było dobre. Będzie musiał przyznać, że pozwolił na uwięzienie herolda Norry, to było złe.
                                  Podziękował strażnikom za informację i podziękował za przykładną służbę, po czym wrócił do rezydencji von Mannlieb. Przywitał się z Gertrudą i poprosił o ponowną audiencje z Frau Fabienne.

                                  Okazało się, że zanim wrócił do rezydencji położonej w północnych rejonach miasta z południowej wieży to się zrobiła druga połowa dnia. Rozpogodziło się i skończyła się przelotna mżawka. Zaś Frau von Mannlieb, razem z Gertrudą, zdążyły wrócić z wizyty u blondwłosej miłośniczki sztuki i teatru z Averlandu. Stara majordom była dla niego poważna, oschła i dystyngowana jak zwykle. Przyjęła jego powrót ze spokojem oraz prosiła aby poczekał. Ale gospodyni zgodziła się go przyjąć więc po tradycyjnym już czekaniu w holu pomaszerował stukając sandałami po ozdobnych kaflach posadzki za swoją starą przewodniczką. A czarnowłosa Bretonka powitała go w tym samym salonie w jakim rozmawiali późnym rankiem i parę dni temu.

                                  - Dziękuję ci Gertrudo. Poproś aby przyniesiono te brandy i ciasto. Nie wiem czemu je stąd zabrano po wyjściu Otto. Przecież biedak w ogóle nie zdążył ich spróbować. A teraz zobacz jaki jest przemoczony. Musimy go poczęstować czymś na rozgrzewkę. - powiedziała nieco nadąsanym tonem do swojej starej guwernantki. Mówiła w reikspiel całkiem płynnie ale wciąż z charakterystycznym akcentem jaki od razu zdradzał jej bretońskie pochodzenie. Gertruda przyjęła te słowa z niezmąconym spokojem po czym skłoniła się swojej pani i wyszła z salonu. Otto zaś chociaż na chwilę został sam na sam z elegancką panią odzianą w czerń. I z ładnie ufryzowanymi czarnymi lokami a nie jak miała rano tylko zwykły, czarny ogon.

                                  - Znalazłem Annikę, jest zdrowa i jak sądzę bezpieczna. - zaczął Otto kiedy majordomo opuściła dwójkę - Jednak nabroiła, wdała się w bójkę z strażnikami przy południowej bramie i teraz znajduje się w miejskim lochu. - mnich wyglądał na całkowicie załamanego takim przebiegiem zdarzeń - Nie wiem, czy chcę cię mieszać w takie brudne sprawy. Nie wiem, czy i jak by ucierpiała twoja opinia, gdyby się dowiedziano co twoja służka powyczyniała. Dziś mam rodzinne spotkanie, więc możemy obgadać mniej legalne metody jej wyzwolenia.

                                  - Oh! - przez chwilę szlachcianka tylko głośno westchnęła i przysłoniła z wrażenia usta dłonią. I tak trwała chwilę po czym szybko spojrzała na drzwi przez jakie niedawno wyszła jej guwernantka i przyzwoitka jednocześnie. I zapewne wkrótce powinna nimi wrócić.

                                  - W lochu? To pewnie jeszcze jej nie sądzili. To dobrze. Otto bardzo cię proszę, idź po nią. W moim imieniu. Dam ci pieniądze. I spróbuj sprowadzić ją z powrotem. Jak ja po nią pojadę to będę musiała zabrać Gertrudę a jak ją zabiorę to ona wszystko opowie mojemu mężowi jak ten wróci. A ten pewnie każe ją odprawić. A tak to jeszcze coś wymyślę. Że zabłądziła w nowym mieście czy coś takiego. A jak wyjdzie, że trzeba było ją z lochu odbierać no to sam rozumiesz, że to wygląda o wiele gorzej. No i nie mów nic przeorowi ani tam w hospicjum. Wymyśl coś proszę czemu cię tyle nie było. Ja cię poprę jakby trzeba było. - powiedziała cicho i szybko starając się zapewne załatwić jak najwięcej póki nieprzychylny świadek nie wróci. Szybko sięgnęła do niewielkiej sakiewki u pasa i wysypała z niego garść monet. Przeliczyła chyba na oko bo zbyt szybko aby je dokładnie zliczyć po czym znów wsypała je do środka i podała ozdobną sakiewkę młodemu mnichowi.

                                  Mnich ukrył sakwę pod habitem, aby przyzwoitka Fabienne nie zauważyła daru.

                                  - Nie mamy chyba czasu, abyś dała mi jakiś dokument, aby udowodnić, że jestem twoim wysłannikiem... sygnet może? Coś z symbolem domu? - więc do tego został zredukowany. Z mnicha wertującego zapiski mrocznych sił, przez ewangelistę słowa Chaosu, do chłopca na posyłki Slaaneshyckiej Brettoniki. No cóż, wszystko dla dobra rodziny. Do tego czuł się odpowiedzialny z Annikę.

                                  - Na sakiewce masz moje inicjały. - powiedziała szybki i podeszła do tego niedużego, ozdobnego stolika. Wyjęła z niego jakąś kartkę, pióro, atrament chwilę się zastanawiała po czym coś zaczęła szybko pisać. Zajęło jej to ze dwie czy trzy linijki po czym walnęła zamaszysty podpis. I po chwili wahania umoczyła pierścień w atramencie aby odcisnąć jego herb na papierze.

                                  - Nie mam tu wosku. Później go oczyszczę. Napisałam, że proszę o pomoc i jesteś moim wysłannikiem. - powiedziała wręczając mu tą zapisaną jednym, dłuższym zdaniem kartkę. Z zewnątrz było już słychać powracające kroki więc gospodyni szybko zamknęła szufladę stolika i starała się wyglądać, że nic takiego się tu nie działo.

                                  - Oczywiście. Chyba dziś się nie zjem tego ciasta. - delikatnie się uśmiechnął - Przyprowadzę ją od razu tutaj. Porozmawiam z nią po drodze, postaram się upewnić, że taka sytuacja już nie nastanie. - mnich schował list Fabienne i ponownie opuścił rezydencję von Mannlieb. Pożegnał jeszcze raz Gertrude, przepraszając za niewygodę jego przychodzenia i wychodzenia. Ostrzegł, że zjawi się jeszcze raz i tym razem zje kawałek ciasta, aby nieszczęsna kobieta nie musiała go nosić w tą i z powrotem bez celu.

                                  Następnie ruszył w stronę wieży z lochem, starał się przemieszczać szybciej, nie zostało mu dużo czasu przed zborem.

                                  - Każę ci to przygotować jak wrócisz. I bardzo ci dziękuję Otto, jak jutro będziesz u Pirory to chętnie ci to wynagrodzę. - obiecała szlachcianka zanim drzwi się otworzyły i wróciła jej stara służąca. Po czym po kolejnej dawce zamieszania i pożegnania młody mnich znów musiał opuścić rezydencję von Mannliebów i podążyć na południe. Chociaż do ratusza miał znacznie bliżej niż do południowej bramy bo ten zbudowano w centrum. Gdy tam dotarł była już druga połowa dnia i w samym ratuszu było sporo ludzi. Albo petenci, albo jacyś posłańcy, albo pracownicy. Gdy dopchał się do swojej kolejki skierowano go do sierżanta straży miejskiej jaki miał pieczę nad aresztantami ledwo nakreślił zmęczonemu urzędnikowi po co tu przyszedł. Dopiero w kanciapie strażników miał okazję wyłuszczyć po co tu przyszedł. Strażnik z przewieszoną szarfą oznaczającą sierżanta wysłuchał go i pokiwał głową na znak, że rozumie albo, że wie o co chodzi.

                                  - A ta… Z południowej bramy. No tak, chłopcy ją dzisiaj przyprowadzili. Jest w lochu. Czeka na proces. Dziś już było za późno, pewnie jutro ją wezwą. - powiedział drapiąc się po zarośniętej szczeciną twarzy raczej po to aby pozbierać myśli. Brzmiało na razie jak rutynowy przypadek zatrzymania łobuza więc sprawy sądowej jeszcze nie było.

                                  - Rozumiem. - Otto wziął oddech - Jestem posłańcem od Frau Fabienne von Mannlieb, żony Bertolda von Mannlieb. Dziewczyna, o której mowa ma na imię Annika i jest na usługach u lady Fabienne. - mnich wręczył list od Bretonki sierżantowi - I lady von Mannlieb chciałaby, aby… wypuszczono dziewczynę bez procesowania. - przybliżył się do sierżanta i wyciągnął sakwę od Fabienne - Oczywiście, frau Fabienne jest gotowa… wesprzeć straż.

                                  - Aaa… - taka kumulacja wiadomości nieco chyba przytłoczyła sierżanta. Jak się ruszył okazało się, że ma drewnianą nogę co dało się poznać po pewnej niezdarności ruchów i drewnianym stukocie jaki Otto zdążył się naoglądać choćby u Kurta. Nie był pewny czy strażnik rozpoznał nazwisko von Mannliebów czy też nie i chodziło o to, że ktoś ze szlachty jest w to zamieszany ale spojrzał okiem na krótki list od szlachcianki. Nowy, ładny papier i eleganckie pismo Bretonki wydawało się jeszcze delikatniejsze w jego chropowatych i niezbyt czystych dłoniach. Machinalnie przesunął palcem po odbitym w atramencie herbie i całkiem możliwe, że nie był piśmienny ale między innymi na takie okazje pisma od szlachty czy urzędowe zaopatrywano w herby jakie były dużo łatwiejsze do rozpoznania od samych literek. Strażnik uśmiechnął się dopiero gdy ujrzał podarowaną sakiewkę. Obejrzał ją, zważył w dłoni, przyjrzał się chwilę dłużej wyszytym inicjałom i schował ją do zewnętrznej kieszeni pasa. Tak aby jego koledzy tego nie widzieli.

                                  - No to tak, myślę, że skoro to chodzi o takie nieporozumienie no to możemy tak zrobić. - pokiwał głową mówiąc nieco głośniej i obaj wrócili do straży. Zabrał pęk kluczy wiszący na kołku i dał znak dwóm kolegom aby poszli z nimi.

                                  - Sprawa się wyjaśniła chłopcy. Ta biedna dziewczyna się zgubiła i trochę spanikowała. Już się tutaj braciszek po nią zgłosił jak widzicie. - rzucił do nich i kazał jednookiemu poczekać. Sami we trzech poszli gdzieś w głąb korytarza gdzie potem słychać było zgrzyt otwieranych drzwi, chrobot kluczy, potem kroki na dół. Dwóch strażników co zostało na posterunku zerkało z zaciekawieniem na mnicha. Chwilę tak czekali we trzech raczej w milczeniu. Nim nie dało się słyszeć powracających kroków. Wrócili jednak we czwórkę. Annika wyglądała okropnie. Brudna, zakrwawiona i w podartym ubraniu. Te ładnie umyte i uczesane wczoraj włosy dzisiaj miała skołtunione przez co z resztą niechlujnego wyglądu miała mocno dziki wygląd. Reszty dopełniały opuchnięte wargi i widocznie siniaki. Ale szła mniej więcej prosto trochę tylko kulejąc i nie odzywała się.

                                  - No to tu jest ta nasza koleżanka. To pozdrów panią od nas i przekaż, że my zawsze chętni jesteśmy do pomocy. - sierżant przekazał aresztantkę mnichowi i mówił jakby wracał do jakiejś wcześniejszej rozmowy z korytarza. Annika podeszła te dwa kroki, spojrzała przelotnie na Otto ale znów spuściła martwe spojrzenie gdzieś w dal i zachowywała się biernie.

                                  - Oczywiście przekażę i jestem pewny, że spojrzy przychylnym okiem na was w przyszłości. - Otto wyprowadził Annikę na zewnątrz i zaczął prowadzić z powrotem do rezydencji - Znowu usłyszałaś zew. - było to bardziej stwierdzenie niż pytanie - Przykro mi, że nie udało ci się odnaleźć jeszcze ołtarza. - miał nadzieję, że będzie sam gadał całą drogę do Fabienne.

                                  - Znajdę go. W końcu go znajdę. Wiem, że w końcu tam trafię. Nikt mnie nie zatrzyma. Ani nic. - burknęła zawzięcie przez rozbite i spuchnięte wargi. W porównaniu do dnia wczorajszego gdy Otto ją widział ostatni raz gdy lady zabierała ją z hospicjum to wczoraj wyglądała jak księżniczka. No a przynajmniej jak jakaś dorodna córka kupca czy sklepikarza. A dziś to jakby ją ktoś napadł, pobił i przeciągnął po bruku. Kontrast wydawał się uderzający. I znów wróciła ta jej milcząca, zawzięta postawa jaką cechowała się przez większość pobytu w hospicjum.

                                  - Jestem pewny, pytanie jednak mam. Czy nie chciałabyś pomocy? Ja i kilku moich przyjaciół też poszukujemy tego ołtarza, ale nie słyszymy jego zewu. Chętnie wyruszymy z tobą na poszukiwania. Nawet chciałem zabrać ciebie i Fabienne na małe zakupy. Jakaś zbroja i coś ostrego, aby wygodnie leżało w ręce. Brzmi dobrze? - Otto spojrzał na Annikę - Do tego uderzyłaś swoją dobrodziejkę. Chyba przyda się ją jakoś przeprosić, nie uważasz?

                                  Była pacjentka hospicjum skrzywiła się brzydko gdy tak słuchała słów swojego rozmówcy w habicie. Znów kierowali się na północ w kierunku luksusowych rezydencji szlachty i innych bogaczy. Czarnowłosa milczała dłuższą chwilę nim się odezwała.

                                  - No tak… Chyba tak… Chyba ją uderzyłam… Bo mnie złapała i nie chciała puścić… Szarpałyśmy się… To chyba mogłam ją trochę uderzyć… Nie chciałam! Ale nie chciała mnie puścić, mówiłam jej przecież, żeby mnie puściła to nie słuchała! Ehh… Teraz mnie pewnie wyrzuci… Albo odeśle do hospicjum… - przez chwilę się ożywiła gdy wspominała poranne wydarzenia ale na koniec znów przygasła gdy widocznie dotarło do niej jakie mogą być konsekwencje ataku na szlachetnie urodzoną dobrodziejkę.

                                  - Och, nie. Na pewno będzie chciała, abyś została. Po to wysłała mnie, aby nikt nie wiedział o twoich działaniach. Co do niesłuchania… - mnich westchnął - Ona nie słyszy zewu ołtarza. Tak jak ślepego nie nauczysz kolorów, nie wytłumaczysz jej jakie to uczucie. Jednak jak widzisz… sama nie jesteś w stanie nawet opuścić miasta. Chciałabyś spotkać kogoś, kto mógłby ci pomóc odnaleźć ołtarz?

                                  - Po co? Sama go znajdę. I ja zostanę jego strażniczką. Tylko będe musiała zabić poprzedniego strażnika. Ale go zabiję. I ja zostanę strażniczką. - odparła nieco obruszonym tonem jakby chciała podkreślić, że nie potrzebuje w tym zadaniu pomocy. Po czym jednak dopowiedziała coś jeszcze.

                                  - I tam jeszcze będzie czarny rycerz. Na koniu. Wspaniały. I groźny. On będzie naszym wodzem. Poprowadzi nas. Poprowadzi naszą armię. A ja będę u jego boku. Tylko najpierw muszę odnaleźć głaz. I zabić poprzedniego strażnika. Jakiś zwierzoludź. Pokonam go. I utnę mu łeb i będę pić jego krew. - powiedziała znów tym zawziętym i zdeterminowanym tonem jakby do głowy nie brała żadnego, innego scenariusza. Przerwała bo jakiś wóz im przejechał drogę i musieli się na chwilę zatrzymać i poczekać aż przejedzie. To ją jakby wybiło z rytmu.

                                  - Milady mnie przyjmie z powrotem? Na służbę? Tam do siebie? Do rezydencji? Nie odeśle mnie? - zapytała jakby teraz wróciło do niej co mówił wcześniej i widocznie mocno ją to zdumiało.

                                  - Oczywiście, ale sądzę, że będziesz musiała ją przeprosić. Nie słowami, ale jestem pewny, że twoje usta i język będą musiały popracować. - szturchnął figlarnie kobietę - Nikt, nie będzie chciał odebrać ci pozycję strażnika ołtarza. Jesteś Heroldem Norry, takie jest twoje przeznaczenie. Jednak zwierzoludzie trzymają się w stadach, ja i moi przyjaciele zajmiemy niegodne kozły, a ty zamordujesz samozwańczego strażnika.

                                  - Nie, nie, nie. - Annika pokręciła głową jakby świetnie znała temat i od razu coś ją uderzyło w słowach młodego mnicha. - To będzie rytualny pojedynek. Nikt nie będzie się wtrącał. Kto wygra to zostanie nowym strażnikiem. Stado to zaakceptuje. Takie są reguły. - powiedziała stanowczo jakby już nie raz toczyła takie pojedynki i miała w tym liczną i bogatą praktykę.

                                  - A kto to jest ta Norra? - zapytała towarzysza gdy widocznie obce imię nic jej nie mówiło. A już na końcu ulicy było widać pierwsze rezydencje więc do von Mannliebów nie mieli już tak daleko.

                                  - Oh i oczywiście, że przeproszę moją panią. Słowami a jak trzeba będzie to i ustami. - zaśmiała się jakby przypomniał jej się przyjemniejszy i lżejszy temat. - To taka dobra pani! Aż się nie spodziewałam. Myślałam, że tak tylko gada wtedy w hospicjum. Co najwyżej każe mnie umyć albo da jakąś balię dla służby i się skończy dzień dobroci. Ale nie. Naprawdę to zrobiła. Poszłyśmy do łazienki. Takiej ładnej. Z ładnymi kafelkami i w ogóle. I z porcelanową wanną. I ona mówi, żebym się tam władowała. Tylko tak ładnie to powiedziała. No to się rozbieram, ładuje się do środka. A ona też. Jest bardzo ładna. I zgrabna. I potem pokazała mi tacę obok. A tam owoce, ciasto, wino. I mówi, że to dla mnie. A potem zaczęła mnie myć. Rozumiesz? Ona, wielka i bogata pani, zaczęła mnie myć jakby to ona była moją łaziebną. Ale to było! No ja słyszałam, że w tych bogatych zamtuzach, tych luks, co tam są te drogie ladacznice z wyższej półki to tak jest. Że przychodzisz, płacisz i cię takie księżniczki obsługują, że hej! Ale mnie nigdy nie było stać. A tu ona tak sama… A przecież ja nic jej nie zapłaciłam. No i rano też już szykowałyśmy się na nowa kąpiel… No ale wtedy ujrzałam ten głaz, czułam jak mnie wzywa. Czeka na mnie. I ten strażnik też. On wie, że nadejdę. I też jest gotów walczyć ze mną. - czarnowłosa pierwszy raz się uśmiechnęła odkąd ją dzisiaj Otto spotkał. Gdy nie mogła się nadziwić jak wyglądał jej pierwszy dzień służby u nowej pani. I ta musiała na niej zrobić ogromne wrażenie na nieufnej dziewczynie z ulicy. I cały czas jak o tym opowiadała to ciepło się o niej wyrażała. Dopiero jak płynnie przeszła do wydarzeń z dzisiejszego poranka uśmiech zgasł z jej twarzy i wróciła zaduma.

                                  Otto się uśmiechnął, chętnie wytłumaczy kobiecie jej rolę w świecie, ale postanowił przemilczeć sprawę Mrocznych Potęg. Południowcy mogą przestraszyć się tego kto pociąga ich sznurki.

                                  - Norra jest legendarną wojowniczką, która mieszkała na tych terenach. To jej ołtarza szukasz i to najpewniej jej głos słyszysz kiedy widzisz w snach ołtarz. To jej armią ty i czarny rycerz będziecie dowodzić. Ja i moi przyjaciele pracujemy nad sprowadzeniem jej i jej sióstr z powrotem w rodzinne strony. Jeżeli słuchałaś Marissy w hospicjum, to może kilka razy wspomniała o "Pajęczej Królowej"? To Soren, siostra Norry, która zamiast walką zajęła się uwodzeniem. - Mnich się chwilę zastanowił - A pozowoliłabyś nam ci towarzyszyć i doświadczyć twojego zwycięstwa? Taki mały oddział fanów? - Otto spojrzał na kobietę, kiedy tak zaczęła opisywać swoje relację z Fabienne - Frau von Mannlieb jest wyjątkową kobietą. Postanowiła poświęcić swoje życie i duszę przyjemnościom cielesnym. Ma kilka koleżanek, które dzielą jej zamiłowania, w tym ta kobieta, która ci szeptała do ucha, kiedy cię odwiedziliśmy w hospicjum. Obiecała jednak, że jej potrzeby nie staną na drodzę twojemu przeznaczeniu zostania strażnikiem ołtarza. - mnich poklepał delikatnie kobietę po plecach - To co powiesz, na te zakupy… jutro, albo pojutrze? Załatwimy ci zbroję i ostrze, aby oddzielić kozi łeb od ciała?

                                  - Zbroje i ostrze? Nie no coś ty Otto, nie żartuj. Przecież to dużo kosztuje. - zaśmiała się cicho jakby mogła mu darować, że opowiada takie miłe bajki ale chciała dać znać, że nie da się na to nabrać.

                                  - A moja milady jak chce się poświęcić cielesnym przyjemnościom to muszę po wczorajszym dniu przyznać, że naprawdę się na tym zna. - pozwoliła sobie na pełny uśmiech na tych obitych i zeszpeconych opuchnięciami i rozcięciami wargach. Jednak Fabienne musiała jej po wczorajszym dniu bardzo ciepło i pozytywnie zapaść w pamięć.

                                  - Marissa też była bardzo miła. Też się nie spodziewałam. Myślałam, że to tylko zwykła ladacznica co się chędoży z kim popadnie w tym hospicjum. I o tej jej Pajęczej Królowej to pamiętam. Coś mówiła. Tylko właśnie dlatego zastanawiałam się czy ona jakaś głupia nie jest. Bo mówiła, że będzie z nią miała dzieci. No głupia nie? Przecież jak? Kobieta z kobietą? No nie da się. Można się zabawić tak jak ja wczoraj z moją lady no ale dzieci z tego nie będzie. Chyba miała mnie za głupią jak myślała, że w to uwierzę. No ale była miła. I widziałam jak inni na nas patrzyli jak ze mną rozmawiała. Bo przecież, że nie na mnie. I ta Norra to siostra tej jej królowej? No to jak? Jak ma swój głaz i w ogóle? - czarnowłosa dała znak, że sporo tu sprzeczności w tych wątkach o jakich usłyszała teraz od mnicha a wcześniej od swojej koleżanki z Białej.

                                  - I możesz iść ze mną. Czy tam kogo tam masz. Ale to ja będę walczyć ze strażnikiem. To ja go zabiję. Utnę mu łeb i wypiję jego krew. I ja zostanę nowym strażnikiem. Tylko jeszcze nie jestem pewna co z tym czarnym rycerzem. Bo widziałam go ale nie jestem pewna co tam robił. Ale jak będzie chciał ze mną walczyć to też mogę. - dodała obojętnym tonem jakby była gotowa toczyć pojedynek za pojedynkiem o ten głaz z kimkolwiek kto by chciał jej go odebrać.

                                  Mnich się chwilę zastanowił, sięgnął trochę pamięcią do setek legend, opowieści i bajek, które czytał.

                                  - Być może on śpi pod kamieniem. Zaklęty, aby czekać na swoją armię, władczynię i godnego strażnika. - tu spojrzał na Annikę - To miałby dla mnie największy sens. - postanowił przemilczeć, możliwość wydania na świat potomstwa Soren. Niektóre, prawdy lepiej, aby pozostały ukryte - A co do zbroi i ostrza… no ja jestem jedynie mnichem, ale Lady Fabienne nie chce, aby stała ci się krzywda więc jest gotowa zainwestować w twój ekwipunek. Do tego nie widzę cię w ciężkim kawale metalu, od stóp do głów w głupim hełmie z piórkiem. Może napierśnik i skórzane spodnie? Wolałabyś topór, miecz, długi sztylet?

                                  - Oh… Moja pani by mi kupiła takie rzeczy? - Annika znów spojrzała na sąsiada idącego obok z dużą dozą niedowierzania. Obracała to w myślach kilka kroków i się chyba wzruszyła bo aż symbolicznie załamała ręcę. - Ojej, ona jest taka cudowna! Naprawdę będę musiała o nią zadbać. I przeprosić. - westchnęła jakby chciała jakoś bladolicej szlachciance odwdzięczyć się za tą dobroć.

                                  - A jak już coś naprawdę by mi była gotowa kupić to nie będę wybrzydzać. Wezmę co mi kupi. - powiedziała szybko jakby nie chciała sprawiać swojej dobrodziejce dodatkowych kłopotów. A już mieli niedaleko bo widać było ulicę i ogrodzenie z prętów jakie otaczało posiadłość von Mannliebów.

                                  - No cóż, popytam kolegów, którzy bardziej się znają czy by ci mogli doradzić. Jak na razie przygotuj się na składanie przeprosin. I jakby Gertruda pytała, zaatakowała cię banda oprychów. - mnich na chwilę zamilkł coś sobie przypominając - Sprałem dzisiaj Thorne'a. Leżał jak długi na ziemi, kiedy z nim skończyłem. - pochwalił się mnich - Sądziłem, że trochę poprawi ci to humor. - Otto wprowadził dziewczynę do posiadłości i oczekiwał albo Fabienne, albo Gertrudy.

                                  - Tak? To dobrze! Należało mu się. Jeszcze go kiedyś dorwę. Wszyscy myślą, że on taki groźny bo bandyta i silny i krzepki. Ale już mu dokopałam i mogę zrobić to jeszcze raz. Wykończyłabym go wtedy na stołówce tylko mnie zaskoczył jak mi wbił tą łyżkę w brzuch. Kiedyś mu flaki wypruję. - wiadomość o jej rywalu znacznie ucieszyła czarnowłosą i przyjęła to z mściwą satysfakcją. Ale, że już wchodzili wpuszczeni przez odźwiernego do środka to zamilkła. Gdy znów przywitała ich Gertruda też milczała zdając się na swojego rozmówcę. Stara guwernantka zaś jak zwykle przyjęła ich z chłodnymi, dystyngowanymi manierami i zniknęła im z oczu idąc zawiadomić swoją panią. Ta okazała się znacznie wylewniejsza i przyjemniejsza w obyciu.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  0
                                  • SantorineS Niedostępny
                                    SantorineS Niedostępny
                                    Santorine
                                    Developer
                                    napisał ostatnio edytowany przez
                                    #92

                                    Oryginalny autor: Seachmall

                                    - Oh jesteś ptaszyno! O matko, jak ty wyglądasz? Co ci sie stało? Ktoś cię napadł? Gertrudo zobacz jak ona wygląda. Przecież trzeba ją doprowadzić do porządku. Idź proszę, powiedz aby przygotowano kąpiel. Aha i tą paczke dla Otto. Niech wreszcie coś zje aby cały dzień nie biegał w służbie von Mannliebów na głodnego. Źle by to wyglądało nieprawdaż? - Frau von Mannlieb znów całkiem sprawnie zapędziła starą służącą do pracy przy okazji chociaż na chwilę się jej pozbywając. Więc w tym holu zostali chociaż na chwilę sami. Wtedy szlachcianka ujęła głowę służącej i z bliska przyjrzała się rozbitej, zaczerwienione i spuchniętej twarzy.

                                    - Oh biedactwo! Co oni ci zrobili! Ale już się nie martw, już jesteś w domu. A i weźmiemy kąpiel. Też mi się przyda. - powiedziała jak dobra ciocia do jakiejś swojej siostrzenicy. Na co czarnowłosa głowa, do tej pory dość oszczędna w słowach i mimice uśmiechnęła się i pokiwała twierdząco.

                                    - I jak poszło Otto w ratuszu? Były jakieś trudności? Starczyło ci pieniędzy? I strasznie ci dziękuję sam widzisz w jakiej ja tu jestem trudnej sytuacji, na nikim tak naprawdę nie mogę polegać, wszyscy mnie szpiegują dla mojego męża. - szybko wyrzuciła z siebie i zapytania i podziękowania jakby wreszcie kamień spadł jej z serca jak jej nowa służka wróciła wreszcie do domu.

                                    - Problemów, nie było. Straż dziękuje ci za hojny datek. I nie musisz dziękować, Annika jak i pozostali wybrani przez siostry są moim osobistym obowiązkiem. I proszę nie dziw się ostrożności męża, sam chętnie bym cię szpiegował, nawet za darmo. - mnich uśmiechnął się trochę łobuzersko - Anniko, mogę mieć do ciebie prośbę? Jeżeli poczujesz znowu Zew Kamienia, powiedz o tym Lady Fabienne. Frau Mannlieb, jeżeli mogłabyś wtedy udać się z nią do Pirory i poprosić o kontakt ze mną i naszymi… wojownikami, to byłbym naprawdę wdzięczny. Zapewnimy jej bezpieczeństwo i wsparcie moralne.

                                    - Ale to jest takie nagłe. Jak czuję ten zew, jak widzę ten głaz to po prostu muszę tam ruszać. Nie panuję nad tym. Po prostu muszę. - czarnowłosa odparła po chwili zastanowienia i spojrzała na niego przepraszająco. Po czym skierowała wzrok na drugą czarnowłosą tylko znacznie lepiej odzianą i ufryzowaną. - A za to co się stało rano bardzo przepraszam. Nie chciałam. To było silniejsze ode mnie. Strasznie mi się ta wczorajsza kąpiel podobała i bardzo chciałam dzisiaj rano ponownie. Ale usłyszałam ten zew no i… - spojrzała kwaśno na swoją dobrodziejkę jakby naprawdę było jej przykro. Z bliska było widać, że pomada i zabiegi kosmetycznie nie do końca były w stanie ukryć rozbitą wargę Bretonki.

                                    - Oh to nic, ważne, że jesteś z powrotem. A kąpiel już się szykuję to tam sobie porozmawiamy bez świadków. - pogłaskała ją delikatnie po spuchniętym policzku. Po czym spojrzała na swojego gościa. Tym razem całkiem filuternie. - No chyba, że jakiś szpieg by się tam zakradł. Albo gdzie indziej. Przyznam, że jakby to był taki utalentowany w szpicrutach i kneblach szpieg to to by mogło być całkiem ekscytujące. - powiedziała już jawnie kokietując swojego gościa. - Ah! I z tego wszystkiego zapomniałam. Ale jak byłyśmy u Pirory to udało mi się z tym kluczem. - dorzuciła na koniec z triumfującym uśmiechem.

                                    Otto podziękował Fabienne za ciasto i napitek, oraz musiał niestety odmówić szpiegowania tego dnia. Sprawy rodzinne wzywają. Opuścił rezydencję Von Mannlieb i ruszył na zbór.
                                    Mógł zjawić się trochę wcześniej i odpocząć po dzisiejszym dniu i przemyśleć co musiał przekazać reszcie kultu.
                                    Opisać swój sen i wiadomość, że wszystkie Siostry muszą zostać przyzwane razem.
                                    Powiedzieć o kolejnym ataku snów w hospicjum. Oczywiście poprosić o ekipę do eskortowania Anniki do ołtarza, plus powiedzieć o Czarnym Rycerzu. Oczywiście została jeszcze sprawa Matki Somnium

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    0
                                    • SantorineS Niedostępny
                                      SantorineS Niedostępny
                                      Santorine
                                      Developer
                                      napisał ostatnio edytowany przez
                                      #93

                                      Oryginalny autor: Zell

                                      Anistag; ranek; Dzielnica Południowa; mieszkanie Heinricha

                                      Stary łowca ciężko siedział na łóżku, przywołując skołatane myśli do porządku. Wydawało mu się, że sny obciążały go bardziej i bardziej odkąd postawił pierwsze kroki w mieście. Jawiły się inne od tych, które cierpiał przez miesiące zamknięcia po tragicznej przegranej, zostając na łasce osoby, która jej mu nie zamierzała okazać i pozostawiła blizny na psychice i ciele. Niemniej i te teraz powodowały opór tego, co zostało z czystości dawnego życia, a ta walka męczyła każdej nocy niezależnie od chęci Heinricha. Tak samo jak ciało umierało w upartej męczarni, tak i umysł opierał się potędze sił, z którymi nie miał szans jeszcze nim ta walka się zaczęła.
                                      Nigdy nie widział się osobą bardzo uduchowioną, a wręcz im bardziej się starzał, tym mniej dawał wiarę tym wyniosłym celom. Najwyraźniej jakaś cząstka duszy musiała szeptać słowa sprzeciwu, skoro teraz odczuwał ten ból.

                                      Mężczyzna przetarł twarz dłonią w nadziei, że ten gest odsunie od niego zmęczenie i nada sensu tej mozaice snów jakie go przed chwilą opuściły. Początkowo nie mógł skupić myśli na niczym, co zostało mu przedstawione, jednak te chwile spokoju zdawały się koić jego umysł. Wydarzenia sennego doznania mieszały się z przeżyciami dnia poprzedniego, tym co mówił Joachim, czego dowiedział się na ostatnim Zborze. Nieświadomie zatopił się w pojawiających się połączeniach między snem a jawą. Począł analizować, jak i robił to tropiąc heretyków. Musiał tylko spojrzeć z innej perspektywy...

                                      Heinrich uniósł spojrzenie, jakie wcześniej skupione na dłoniach przesunęło się po nogach spuszczonych na podłogę. Na chwilę zatrzymał wzrok na ukrytej pod bandażami konsekwencji porażki, aby nagle ujrzeć połączenia, jakie mu unikały. Dużo połączeń. Wszystkich spraw...

                                      Nie było za późno. Zbyt mało czasu można wydłużyć.
                                      A błędy można zmienić na sukces.

                                      Zmierzch; Dzielnica Portowa; koga “Stara Adele”

                                      Zdawał sobie sprawę, że to, co zaproponuje zaangażuje cały kult w akcje, a niektórych wręcz postawi przed sporym osobistym ryzykiem. Czasy wpływów i posłuchu minęły, gdy bezpowrotnie przestał być Inkwizytorem. Niektórzy z kultu mogli być nieufni wobec niego, jak i Joachim posiadał takie zaufanie, jakie posiadasz podchodząc do nieznanego głodnego zwierzęcia.

                                      Potrzebował więc zapewnić sobie wstawiennictwo Starszego i Mergi, jako że tylko ich zdanie mogło przeważyć za sukcesem czy porażką wpłynięcia na członków kultu, aby nie widziano jego planów jako groźnych dla nich. Dodatkowo nieautoryzowana próba przejęcia kontroli mogła nawet zirytować Starszego, jeżeli uzna to za chęć podkopania jego władzy.
                                      Kiedyś nie potrzebowałby patronatu. Dziś szukał pozwolenia.

                                      Ale najpierw do tego samego musiał przekonać samych przełożonych kultu jeszcze przed dzisiejszym Zborem, dlatego po przesłaniu wiadomości o potrzebie wcześniejszego spotkania na miejscu w jakim mają się zebrać, o zmierzchu pojawił się na Adele.

                                      Gdy Heinrich zastukał laską w burtę starej łajby był jeszcze dzień. Do szarówki zmroku pozostało jeszcze ze trzy czy cztery dzwony. Chociaż chmurzyło się tylko w tym portowym mieście równie dobrze mogło się tak chmurzyć cały dzień i nic nie padać a równie dobrze zaraz mógł zacząć lunąć deszcz. Po chwili czekania usłyszał skrzypienie otwieranych zawiasów i kroki na pokładzie. Płynne i sprawne a nie takie kuśtykające i drewniane jakie wydawał Kurt który zwykle był gospodarzem na tym starym holku. Sprawa się wyjaśniła gdy przez reling wyjrzała głowa Normy z licznymi, warkoczykami myszatego koloru i podgolonych na norsmeńską modłę bokach. Skinęła mu głową i podobnie jak Kurt zestawiła na dół drabinę po jakiej można było wejść do środka. Poczekała aż wejdzie i z powrotem zabrała ją na pokład. Dała znak gestem aby ruszał do środka a sama weszła za nim. Tak zeszli przez drewnianą i krętą klatkę schodową statku a potem korytarzem przez środek zabudowanej ładowni. Wreszcie niskie drzwi do większego pomieszczenia w jakim odbywały się zbory. Czuł jak pokład i ściany delikatnie się kołyszą. Dziś wiatr i fale były dość słabe więc było to tylko drobne wrażenie. Ostatnio zbory najczęściej odbywały się w Południowej Dzielnicy, w kryjówce Mergi pod zwaloną wieżą no ale dzisiaj wrócono do tego pierwotnego miejsca spotkań. Półmrok rozświetlanych świecami i lampami piwnic pełnych wilgotnego zaduchu stojącego powietrza typowego dla takich podziemi zastąpił morski zapach znad zatoki, z dodatkiem woni rym i wodorostów. Gdy otworzył te ostatnie drzwi powitał go stojący pod ścianą alabastrowy posąg Pajęczej Królowej oraz poświęconej jej orgii różnorakich istot. Był spory więc nie szło go przegapić. Aż dziwne jak się go zwykłą łodzią udało przewieźć aż tutaj.

                                      - Poczekaj tu. Powiadomię ich, że już jesteś. - powiedziała Norma. Wcześniej Heinrich nie znał tej Norsmenki ale z relacji tych co ją znali od zeszłej zimy wiedział, że jej reikspiel znacznie się poprawił przez te pół roku. I w takich krótkich i często używanych zdaniach szło jej już całkiem nieźle. Chociaż gdy chciała powiedzieć coś więcej albo szybko czy w nerwowej sytuacji to nadal wrzucała kislevskie albo norsmeńskie słówka, zwroty lub po prostu przechodziła na któryś z tych języków. Przez chwilę został sam. Ale nie było to dziwne, przyszedł sporo wcześniej przed zwyczajową porą zboru. Więc reszty jeszcze nie było. Po chwili usłyszał kroki od strony dziobu skąd zwykle nadchodziła starszyzna zboru. Chociaż drzwi otworzyły się ciut wcześniej ale kroków Normy nie usłyszał póki nie otwarła drzwi. Zamaskowany lider zboru a za nim rogata wiedźma weszli do pomieszczenia a jej gwardzistka zamknęła za nimi drzwi.

                                      - Witaj mój synu. Cieszę się, że cię widzę. W dobrym zdrowiu mam nadzieję. Czemuż zawdzięczamy twoje wcześniejsze przybycie? - lider zwrócił się do gościa uprzejmie i ciepło wskazując gestem aby usiadł przy stole przy jakim zwykle biesiadowali przy wspólnej kolacji jaka zaczynała spotkanie zanim zaczynały się poważniejsze rozmowy. Zresztą podczas nich większość też siedziała nadal przy obu stołach. Oboje usiedli przy nich a Norma wyszła przynieść coś aby nie siedzieli przy pustym stole.

                                      - Jak widzisz Norma dzisiaj zastępuje Kurta. Niestety ona i on to nasze jedyne wilki morskie. Kurt więc podjął się zadania potrenować z Vasilijem i jego ludźmi żeglarstwo na pełnym morzu. Zwłaszcza nocne bo podróż do rodzinnych stron Mergi będzie zapewne zaczynać się w nocy. Dlatego raczej ich nie będzie na dzisiejszym spotkaniu. - lider w masce wyjaśnił czemu brakuje starego bosmana który był tutaj stałym gospodarzem. Zaś Vasilij i jego przemytnicy mieli stanowić obsadę łodzi jaka popłynie do Norski z Mergą.

                                      - Zdrowie moje nie nastręcza problemów. - odparł były Inkwizytor - To sprawy kultu, jego aktualne potrzeby mnie tu skierowały. Wczoraj spotkałem się z Joachimem, jaki był zmuszony zainteresować Hertza skrzynią możliwie skrywającą artefakt Vesty, by zyskać możliwość przyjrzenia się miejscu z bliska. Nie wiedząc jeszcze tego miałem inną myśl na dobranie się do artefaktu, ale zmuszony zostałem przekreślić ją. - spojrzał z delikatnym uśmieszkiem - Ale mimo brzmienia tej wiadomości... wcale nie jest to taka fatalna nowina dla nas. - położył ręce na stole, gdy kontynuował - Sen, jaki mnie ogarnął w nocy wydawał się mi niezrozumiały po przebudzeniu, ale gdy zaczął się rozjaśniać, począłem też zauważać połączenia, które dnia poprzedniego mi uciekły. - lekko gestykulował dłonią, gdy wyjaśniał sytuację - Zrozumiałem, że świątynia Mananna, artefakt w Akademii, problem Inkwizytora, a nawet zbyt krótki czas na poród much... Rozwiązania ich wszystkich są połączone, choć nie widać tego na pierwszy rzut oka i wymagają bardzo dokładnego wykonania każdego ruchu w określonym czasie i określonej formie.

                                      Splótł dłonie przed twarzą.

                                      - Nie będę tego polewał słodkim syropem: całe przedsięwzięcie nie jest pozbawione zagrożeń. Niektórzy będą się musieli wykazać większą przenikliwością w trakcie wykonywania roli, a dla częsci to będzie wręcz niebezpieczne. Opracowanie każdego szczegółu i wykonanie go dokładnie będzie najważniejsze. Każde odstępstwo może spowodować, że nasze działania zboczą z drogi, jaka prowadzi do celu. A za nią może być przepaść. Nie zakładam, że każdy element nie może zostać doprecyzowany, czy że nie brakuje mi kawałka układanki, jakiego dowiem się dopiero od innych, ale ten kawałek musi się znaleźć już dziś na Zborze, aby klocki mogły jeszcze być ustawione, a nie zawalić się podczas akcji. Nie mamy czasu na wahanie.

                                      Skupił wzrok na liderach, przechodząc do sedna.

                                      - Reakcja Joachima na moje przybycie do niego przypomniała mi, że moja pozycja w kulcie jest bardzo krótka, a osoba niegodna ślepego zaufania i to całkowicie zrozumiałe. Na jego miejscu też podchodziłbym ostrożnie. Niemniej, gdy cały ten plan wymaga więcej, niż sam mogę zrobić, to zakładanie że cały kult pójdzie za moim słowem i wykona wszystko w określony sposób nie patrząc na niesnaski własne, jest naiwne. Szczególnie gdy dodajemy ryzyko.
                                      - Akcja jest skomplikowana i niebezpieczna, a to ledwo co poznany były Inkwizytor miałby ruszyć wszystch z kultu? I dla mnie wyglądałoby to jak nieśmieszny żart. Co innego było zaproponować muchy, co innego złożony i skomplikowany splot wydarzeń.

                                      - Nie chcę też zaraz wchodzić i rządzić się na nie swoim terenie. - spojrzał na zamaskowanego - A do tego mogłaby się wydawać sprowadzać. Inkwizytor szukający władzy. - pokręcił głową - Wiem, że bez waszego wsparcia mogę nie podołać i wyjdę z niczym. - rozłożył bezradnie ręce - Jeżeli zechcecie przedstawię wam wszystko już teraz, oczywiście.

                                      - Mówisz tajemnicze słowa Heinrichu. Ale jeśli masz jakiś pomysł na następne kroki to proszę. Jesteśmy gotowi go wysłuchać. - oboje liderów zboru słuchało w milczeniu słów byłego łowcy czarownic. W międzyczasie Norma wróciła do tej głównej części dawnej ładowni ze świeżo usmażoną rybą, pajdami chleba, dzbanem wina i kubkami. Po czym usiadła nieco dalej nie wtrącając się w dyskusje. Chyba zszywała jakieś ubranie. Zaś Merga i Starszy po tym jak Heinrich skończył mówić spojrzeli po sobie ale dali mu znać aby przedstawił swój pomysł.

                                      Heinrich skinął wdzięcznie głową.

                                      - Moje plany w większości zbudowane są na inkwizytorskim doświadczeniu, jakie wykorzystywałam do tropienia osób, jaką sam się stałem. Teraz ta wiedza jest szczególnie przydatna, gdy trzeba za wszelką cenę unikać zwrócenia uwagi Łowców Czarownic, kościoła czy innych organizacji i osób, których nie można po prostu uciszyć. - rzekł lekko zachrypniętym głosem - Plany opierają się twardo na zasadzie wykorzystywania sposobów jak najdalszych od tych, za którymi węszą nam wrodzy. Niech widzą wszystko tak, jak my chcemy. Konsekwencje zwykłej ludzkiej chciwości.

                                      - Obrabowanie świątyni jest tym mniejszym z problemów. - rozpoczął wyjaśnienia - I w niej przydałyby się umiejętności Sigismundusa do wykonania odpowiedniej substancji, której opary wywołają utratę świadomości w najlepszym wypadku, w większej dawce zatrzymanie serca. Tak, śmierć w świątyni jest pożądana. Sigismundus nie może tylko wykorzystać niczego, co miałoby chaosowe ślady, więc będzie miał zadanie wyprodukować truciznę, a jednocześnie chroniące przed nią antidotum, które nasi zażyją. - opisał bez emocji - Dziewczyny zaaplikują je, mieszając z kadzidłami, które rozprowadzane są po sali głównej podczas ceremonii, w tym wieczornych modłów, na których się zjawi całość kapłaństwa. Reszta zostanie wtarta w podłogi w formie płynnej, gdy będą je szorować przy naszych dwóch strażnikach. Im trzeba największej dawki, dla pewności. - przesunął palcami po krawędzi kubka, niby bezwiednie. - Dawka, to ważne. Dawka do kadzidła powinna dawać możliwość, że ktoś nie zemrze, ale to nie jest ważne teraz, później omówimy. Nawet jeżeli nie uda się wcześniej zdobyć klucza to zawsze zostanie ten Absaloma lub w najgorszej opcji - siła. Silny by się udał pomóc wynosić, gdy już wszystkich się wyeliminuje. Czemu zależy mi na śmierci w świątyni?

                                      Uśmiechnął się pod nosem.

                                      - Bo taka nagła śmierć w świętym miejscu przysłuży się odepchnięciu dalej festynu. Otto może Morrytkę przekonać, by chciała odprawić czynności żałobne, nasze szlacheckie damy wpłynąć na władzę. Kto by się bawił, gdy taka tragedia się rozpęta? - Heinrich zapytał retorycznie - Kradzież została przygotowana przez złych, chciwych ludzi, nasze kozły ofiarne z przestępczego półświatka. Śmierć była przypadkowa. Za duża dawka. Nieszczęście. - wzruszył ramionami

                                      Spojrzał na liderów, czekając czy oni sami chcą coś dodać do tej części.

                                      - No cóż Heinrichu, przyznam, że to o czym mówisz to operacja na znacznie większą skalę. - powiedział zamaskowany lider zboru gdy chwilę trawił te pomysły. Stukał palcami po blacie stołu gdy to obrabiał w swojej zamaskowanej głowie.

                                      - Plan akcji znacznie większy ale też zapewne trzeba by więcej zaangażowania i przygotowań. Na razie daliśmy dziewczętom okazję aby spróbowały zdobyć ten klucz więc czekamy na to co z tego wyjdzie. Dzisiaj wieczorem może już coś będzie wiadomo jak przyjdą czy coś z tego wyszło czy dalej próbują. Zwracam jednak uwagę, że mój rejs do Norski jest uzależniony od zdobycia tego skarbu ze świątyni. Bo na miejscu na pewno będę miała lepsze argumenty jako pani z hojnymi darami i wysłanniczka potężnich sojuszników niż jako uboga żebraczka co występuje po prośbie. A im później odpłynę stąd tym później wrócę. Tak w ogólnych zarysach oczywiście. - wyrocznia przypomniała dlaczego już wcześniej postanowiła pozostać na miejscu i opóźnić swój wyjazd do swojej północnej ojczyzny czekając właśnie na te bogate łupy z obrabowanej świątyni jakie by pomogły w negocjacjach z jej pobratymcami.

                                      - No cóż Heinrichu tak sobie myślę, że jak dzisiaj zapewne przyjdzie Sigismundus można by go zapytać o szczegóły tych mikstru jakie może sporządzić. Jestem prawie pewien, że coś usypiającego jest w stanie sporządzić. Coś co zabija także. Ale czy to by pasowało do tego co mówisz to lepiej aby on się wypowiedział. Myślę, że miałby z nas wszystkich najlepsze kwalifikacje aby ocenić co jest w stanie wykonać. Zapewne jednak by to wymagało przygotowań tak dla niego jak i od naszych pokutnic w świątyni. - przyznał po tej dłuższej chwili namysłu lider ich zboru.

                                      - Rzadko się zdarza aby coś, jakaś trucizna czy inna taka mikstura była bezwonna albo niewidoczna. Zwłaszcza w większej skali. A mówisz o czymś do wcierania podłóg i kadzideł. Do tego zapewne powinno zadziałać w jednym, konkretnym momencie na przykład podczas mszy. To może nie być takie proste. Są też raczej małe szanse aby powaliło wszystkich i to w jednym momencie. Zapewne gdy pierwsze osoby zaczęłyby padać to ktoś próbowałby podnieść larum a gdy nadal by padały kolejne zapewne by próbowali uciec. Naprawdę trzeba by wszystko bardzo mocno skoncentrować, łącznie ze sprzyjającym losem aby to udało się na taką dużą skalę. Co innego mniejsza skala bo w takiej przeciętnej izbie czy korytarzu skala jest mniejsza i jest łatwiejsza do kontrolowania. Na tak dużą skalę i przy nagłym efekcie prędzej bym się spodziewała, że jakiś czar lub rytuał mógłby osiągnąć taki nagły i masowy efekt. Chociaż w większej skali i przy tak dużej liczbie osób trzeba się liczyć, że nawet wtedy ktoś okaże się odporny. - Merga wypowiedziała się zarówno jako zielarka jak i czarownica ale temat wydawał się chyba ciekawy bo omawiała go z ożywieniem i zainteresowaniem. Jak jakiś akademicki dylemat do rozprawy naukowej.

                                      - Sam pomysł całkiem przedni Heinrichu. Ale jest tu wiele zmiennych i niewiadomych. Trzeba by jak widzisz je dopracować i to w większym gronie aby nasi specjaliści z danej dziedziny mogli się wypowiedzieć. - Starszy uśmiechnął się co było słychać pomimo maski nawet jak nie było widać. Pokiwał z uznaniem głową dla rozmachu takiej akcji proponowanej przez byłego łowcę czarownic ale widocznie uznał, że sprawa jest zbyt skomplikowana aby podjąć decyzję od ręki. Zwłaszcza jak by zgodnie z przewidywaniami autora była w nią zaangażowana całkiem spora część ich tajnej rodziny.

                                      - Nie spodziewam się zrobienia całości bez reszty, problemy oczekiwane, gdy mało czasu. - spojrzał na Mergę - Ponoć wpływać trochę na los potrafi Joachim. A co do twojej podróży, pani... Też ją wziąłem pod rozwagę. Mnie samemu zależy na czasie, który ważny też w równoległej akcji... Artefaktu Vesty. - wziął butelkę wina i nalał go do kubka rogatej - Hertz chce wzmocnić zabezpieczenia i im więcej czasu ma, tym mniej my. - zwrócił wzrok na Starszego - Nie szukam poparcia planu już teraz. Zakładam modyfikację na Zborze, ale wolę nie być oskarżany o próbę wytrucia kultu rękami Sigismundusa. - lekko się zaśmiał - Akcja w świątyni nie może czekać ze względu na Wielebną, ale także artefakt, gdzie będzie nam też to zamieszanie potrzebne, aby choć chwilę nie patrzyły oczy na Akademię.

                                      - To jest wiele szczegółów jakie trzeba by omówić i dopracować mój synu. Sam widzisz, że na ten moment nie braliśmy takich wariantów pod uwagę więc nie jesteśmy na to przygotowani. Co więcej ostatnio jak widzisz mamy coraz większe kłopoty osobowe. Coraz jest więcej ścieżek i tropów jakimi należałoby albo chociaż wypadałoby podążyć a coraz mniej mamy ludzi. Zwłaszcza jak część z nas odpłynie wkrótce wraz z naszą czcigodną wyrocznią. A tu jeszcze ta jaskinia Oster do zasiedlenia, te szukanie nosicielek do hodowli, ta sprawa z Akademią, akcja w świątyni, w hospicjum i tak dalej. Ale dobrze, że z tym przyszedłeś teraz bo i tak mieliśmy zamiar na dzisiejszym spotkaniu omówić te wszystkie sprawy. Spodziewam się, że nasze zdolne łotrzyce będą mówić o przygotowaniach w świątyni a Sigismundus o początkach swojej hodowli. Sam więc widzisz, że nasza rodzina zaczyna pękać w szwach od nadmiaru tych zadań. - przyznał Starszy, że krucho tutaj jest rozdzielić te parę osób do tej czy tamtej akcji czy miejsca. Zwłaszcza, że cały czas wszyscy mieli zapewne z tyłu głowy to, że Merga i jej towarzysze wkrótce mieli opuścić to miasto i to zapewne na parę tygodni.

                                      - Dlatego rozważaliśmy czy nie wprowadzić w nasze sprawy Huberta i jego zbór. Po prostu mamy zbyt wiele sroczych ogonków do złapania albo za małe garści. Za dużo się tego robi. A oni niejako są już i tak częściowo uświadomieni o choćby moim uwolnieniu z kazamat zimą czy o szukaniu dziedzictwa Sióstr. Zresztą z tego co wiem to już wiedzą o Sorii i jej nadnaturalnym pochodzeniu. - odezwała się wyrocznia przyznając o wątku który widocznie mieli porszyć przy wszystkich na dzisiejszym spotkaniu.

                                      - A z tym wytruciem to nie lękaj się, myślę, że i tak nie dałoby się tego zataić przed naszymi dziewczętami skoro zapewne to one by miały własnoręcznie spory udział w tym procederze a jak będą wiedziały na czym to ma polegać i wyrażą zgodę to chyba nie powinno być później niesnasek na tym polu. - Starszy znów się uśmiechnął tym razem aby dodać otuchy starszemu mężczyźnie co do konsekwencji jego planów tu, w rodzinnym gronie.

                                      - Ja mam wrażenie, że wkrótce przybędzie nam jakiś sojusznik spoza miasta. Tak wnioskuje po moim dzisiejszym śnie. Ale wizja była zbyt mętna aby traktować to jako coś więcej niż obietnicę lub wskazówkę. Na razie musimy sobie poradzić tym czym mamy no chyba, że niespodziewanie uda nam się kogoś zwerbować lub pozyskać do współpracy. W ten czy inny sposób. Są jeszcze ci zwierzoludzie Gnaka co to nasze dziewczęta się szykują na spotkanie z nimi ale wątpie aby dało ich się użyć w mieście. A dogadanie współpracy też zapewne będzie wymagać czasu i jakichś targów. Niemniej te ich spotkanie przy głazach to dobry początek, powinno dać to niezłe podstawy do takich negocjacji. - Merga przytaknęła mistrzowi a sama też dodała coś od siebie i wyglądało, że mają pewne opcje co do wsparcia swoich planów i zamiarów ale niekoniecznie tak od razu.

                                      - Pirora pewnie powie Oksanie o muchach. - stwierdził były łowca czarownic - Jeżeli mój sen by się sprawdził, to nasze dziewczyny z tymi zwierzoludźmi przy głazach byłyby zachwycone. - wzruszył ramionami.

                                      - No cóż, te muchy Oster to jeden z kluczowych elementów naszych planów i dziedzictwa Sióstr. Więc tego raczej nie da się uniknąć. A z tą zakazaną miłością naszych dziewcząt to tak, dało się zauważyć, że są bardzo podekscytowane. No cóż, młode są, niech się bawią i próbują a przy okazji wyrobią nam dobry początek do negocjacji ze zwierzoludźmi. Przynajmniej taką mam nadzieję. Ale dobrze, że Soria z nimi będzie a i chyba niektórzy nasi panowie z nimi pojadą. Zresztą to już wkrótce po Festag to pewnie też dzisiaj będziemy ustalać szczegóły. - przez maskę dało się usłyszeć rozbawiony i wyrozumiały ton lidera ich zboru jaki widocznie widział zdecydowane korzyści z tych wyuzdanych zainteresowań swoich podopiecznych. Może nawet go to trochę bawiło ale nie zamierzał im tego zabraniać. Merga też się uśmiechnęła całkiem ciepło.

                                      - U nas to jest to znacznie powszechniejsze. Nie zamierzałam brać w tym udziału bo myślałam, że już będę w drodze do domu. Ale jeśli nie to może jednak tam pojadę z nimi. Myślę, że moje rogi i autorytet powinien pomóc w takich negocjacjach. - przyznała wyrocznia gdy wszystko wskazywało na to, że są spore szanse iż w najbliższą pełnię wciąż będzie po tej stronie Morza Szponów a nie tej co planowała już któryś tydzień z rzędu.

                                      - Określiłem obrabowanie świątyni jako mniejszy problem. - kontynuował wcześniejszą myśl - W porównaniu z dostaniem się do Akademii to jest mniejszy problem, nawet mając na myśli brak ludzi. - spojrzał na Mergę i Starszego - Cała akcja wymaga jeszcze bardziej skomplikowanego podejścia i podjęcia większego ryzyka. - zwrócił wzrok na rogatą wieszczkę - Sprawy nie poprawia, że Joachim wywołał zainteresowanie Hertwiga, choć o tym później. Nie jestem magiem, choć magię wyczuwam, jak i każdy wyczuwa zapach nosem czy kolory wzrokiem. Nie oznacza to, że dokładnie wiem o niej wystarczająco, a to bardziej zgadywanie z mojej strony. Widziałem, Czcigodna, że swój wygląd możesz zmienić. Ale czy jest też możliwość takiej zmiany innej osoby czy osób? - zapytał Mergę - I ile ona by się trzymała?

                                      - Zbytnie komplikowanie spraw to proszenie się o kłopoty gdy któryś z kroków czy elementów nie pójdzie zgodnie z planem. - zauważył krótko Starszy ale spojrzał na niebieskoskórą wyrocznię o nietuzinkowych, płonących wewnętrznym złotem oczach. Ta uśmiechnęła się lekko kiwając swoją rogatą głową jaka robiła takie wrażenie na Lilly.

                                      - Tak, mogę zmienić swój wygląd. Tak między innymi dzisiaj tu przyszłam bo nawet po pół roku zdarzało mi się widzieć listy gończe ze zbiegłą, rogatą wiedźmą. - powiedziała z nutką ironii i wyższości swoich mocy i umiejętności nad tymi zwykłymi metodami poszukiwania zbiegów. Po czym zademonstrowała to na sobie i przy trójce świadków. Powiedziała cicho jakieś słowo i wszystko w niej jakby zafalowało. Sterczące, prawie pionowe rogi opadły, ułożyły się w dwa warkocze jakie teraz leżały spokojnie wzdłuż pleców. Do tego zmieniły kolor na stonowany kasztan. Cera jakby zadrgała, przeistoczyła się zmieniając kolor na dość pospolitą karnację mieszczki czy chłopki, nieco dziobatą, tak pospolitą, że nie wartą drugiego spojrzenia. Nie była już fioletowo - niebieska jak zazwyczaj co od razu zdradzało nienaturalne pochodzenie. Z oczu też zniknął ten złoty blask i zmieniły się w zwykłe, piwne oczy kolejnej mieszczki. Podobnie suknia ozdobiona symbolem Oka Tzeentcha zmieniła się w szaroburą suknię zwykłej robotnicy z warsztatów czy innego sklepu. W parę chwil z dumnej i nietuzinkowej urody wyroczni z Norski na jej miejscu siedziała zwykła robotnica jakich pełno chodziło po mieście więc nie warto było zwracać na nią uwagi. Chociaż jak się znało oryginalną twarz Mergi i wiedziało się o tej przemianie można było dostrzec pewne podobieństwo rysów twarzy.

                                      - Mój kostur może podobne rzeczy. W zimie tak nam się udało przemycić Egona z jednego miejsca do drugiego chociaż jak widziałeś łatwo wpada w oko przez swoją brodę i posturę. Tylko nie można puścić kostura bo czar pryska. No i jak zauważyłeś ktoś wyczulony na moc raczej odkryje nietuzinkowe zawirowania Eteru jakie wywołuje magia. A osoby o silnej woli, zwłaszcza doświadczone w tej materii i jeśli ktoś taki wzbudzi ich podejrzenia lub wiedzą kogo szukać mają szansę przejrzeć tą iluzję. Znaczy z kosturem. Bo ja to naprawdę zmieniam swój wygląd fizycznie a magia mi to tylko wspomaga. Kostur zabieram ze sobą ale przygotowałam wam coś podobnego. Też to miałam zamiar ogłosić dzisiaj na spotkaniu. - wyjaśniła Merga jak to działa z tym jej kosturem. Poprosiła Normę aby jej go podała. Norsmeńska wojowniczka wstała od szycia, podeszła do miejsca gdzie leżał kostur wiedźmy i podała go jej. Ta coś powiedziała i poprosiła ją aby toporniczka go wzięła ponownie. Gdy tak uczyniła przemiana zaczęła się od jej dłoni trzymającą magiczny kij. I po chwili zamiast cichej wojowniczki z kosturem w ręku stała jakaś starsza kobieta podpierająca się laską.

                                      - Póki jestem mogę do pewnego stopnia wpływać na pożądany wizerunek. Beze mnie takie przedmioty modyfikują wygląd właściciela dość mocno ale dalej da się dostrzec pewne podobieństwa. Zwłaszcza jak się zna tą osobę i się spodziewa takiego efektu. - wyjaśniła czarownica i rzeczywiście. Chociaż przemieniona Norma była na pierwszy rzut całkiem inną osobą to jednak jak się ją znało to wyglądała jak swoja matka czy ktoś z dalekiej rodziny lub trochę podobny do toporniczki.

                                      Heinrich przyglądał się z zainteresowaniem tej prezentacji.

                                      - Taka opcja... oferuje dodatkowe możliwości. - uśmiechnął się - Czy w sumie byłabyś w stanie wykonać... hmm... jak to powiedzieć... - zastanowił się nad słowem - Naładować magią chaosu, nie konkretną, która po pewnym czasie spowodowałaby wybuch magiczny? Bombę z opóźnionym zapłonem, ale magia chaosu potrzebna, najlepiej jak wykona swój wybuch... z dość widowiskowym efektem. - zapytał, patrząc uważnie na Mergę.

                                      - Hmm… - czarownica zastanowiła się na dłużej. Dała znak Normie, że może zostawić kostur i wrócić do swoich zajęć. I gdy ta odłożyła ten wyjątkowy przedmiot znów stała się młodą, wojowniczką z dwoma toporami wetkniętymi za pas i myszatymi warkoczykami na szczycie głowy.

                                      - Sam wybuch spowodowany czarami myślę, że byłby dla mnie do zrobienia. Ale raczej od ręki i tu na miejscu. Tak jak wystrzał z waszych pistoletów. Ale czy by dało się to zakląć w przedmiot gotów do użycia… Oj nie wiem… Nie jestem pewna… Właściwie to nie jestem pewna czy byłabym to w stanie zrobić w posiadanym czasie i produktach. - przyznała po tej chwili zwłoki gdy rozważała ten naukowy dylemat z tematu sztuki tajemnej. Musiał być mało typowy bo nie miała gotowej odpowiedzi jak choćby gdy mówiła o kosturze czy swoich talentach. Znów wróciła do swojej oryginalnej, rogatej postaci.

                                      - Może będzie nam łatwiej coś powiedzieć jakbyś dał znać mój synu do czego ci to potrzebne. - zasugerował Starszy co też wydawał się zaciekawiony tym wszystkim.

                                      - Pamiętacie, jak twierdziłem, że wszystko może się łączyć? - zaczął Heinrich wyjaśniać - To ma posłużyć za przedstawienie dla Hertza. Jeżeli Hertwig potrzebował Joachima, to sam nie widzi działania magii. Wiemy, że w skrzyni jest artefakt Vesty dający mocną aurę, tylko ta skrzynia nie była otwierana, więc nikt nie powie, czy to ta rzecz ze środka wybuchnie, czy podłożona podróbka. Niezależnie jak chaosowa aura by pozostała, to łowca czarownic się nie zdziwi. Wie, że w środku jest coś niebezpiecznego, chaosowego pewnie. Możliwość nieplanowanej nagłej reakcji, która dokona zniszczeń pomieszczenia, w tym samego przedmiotu jest do wyobrażenia. Joachim ostrzegał, że ktoś może chcieć ukraść... ale przecież niekoniecznie podejść ze zrozumieniem i zginąć w wybuchu. Oczywiście oryginał zabierzemy wcześniej niż nastąpi odpalenie. - wyjaśnił.

                                      - Co do zmiany... Jeżeli część podszyje się pod daną osobę czy osoby strażnicze, to w nocy ciężko rozróżnić szczegółów. Musielibyśmy oczywiście ogarnąć jakiś... strażników od Czerwonego Johana, spacyfikować nim sami byśmy się za nich podali. Mogą nam zrobić za kozły ofiarne później, jeżeli byśmy ich w miejscu wybuchu ustawili... lub po prostu ich osobami zainteresowali prowadzącego dochodzenie Hertza. Co do świątyni... po zabezpieczeniu fantów można panikę wywołać, kierując kogoś do owej świątyni by zobaczył zatrute grono świątynne. Gdy będzie zamieszanie w mieście tym spowodowane, będzie czas na wybuch w Akademii. - uśmiechnął się ironicznie - Łowcy Czarownic nie lubią tego, czego nie mogą kontrolować, a zamęt jest jedną z takich rzeczy, których ot tak nie ogarniesz. Potrzebujemy przekonać o prozie życia, jak by doprowadziła do tych spraw.

                                      - No, no Heinrichu… Ciekawy rozmach z tymi planami. - przyznał z uznaniem Starszy ale, że sprawa w sporej mierze miała być z użyciem magii to czekał co się wypowie czarownica z północy. Ta zaś znów pokiwała swoją rogatą głową i musiała przemyśleć sprawę.

                                      - Tak, rozumiem ideę. Taka magiczna eksplozja mogłaby sugerować zniszczenie artefaktu no i śmierć złodziei. Ale musiałabym to przemyśleć. Coś sprawdzić i porobić obliczenia. Od ręki to raczej nie mam gotowego rozwiązania. Myślę, że być może coś by mi się udało ale prędzej ogień. Jakiś pożar. Magiczny. Czy wybuch to nie jestem pewna. Ale prawie na pewno bym musiała przy tym być. Wątpie aby się udało coś przygotować co by wybuchało na żądanie i to silnie. A jeszcze trzeba by to właściwie użyć. Z was to tylko Joachim jest przeszkolony w magii. No może do pewnego stopnia Aaron. Musiałabym to przemyśleć. - uczona z Norski na razie nie chciała się jednoznacznie wypowiadać w tak skomplikowanej sprawie. I mówiła wolno oraz z wyraźnym zastanowieniem szukając czegoś niewidzącym spojrzeniem na suficie starej ładowni.

                                      - Trzeba by i tak zorganizować te jedno a najlepiej dwa trupy jakie trzeba by tam zostawić. Tak czy inaczej. Bez ciał to mogą nie uwierzyć w tą mistyfikację. - rzucił Starszy kiwając głową i wypowiadając się na temat w miarę uniwersalny. - Ale aby zgrać dwie akcje na jedną noc to nie wiem czy się uda. Zwłaszcza, że obie by wymagały sporych naszych sił. - pokręcił swoją maską i w głosie dało się wyczuć zwątpienie czy mają aż takie siły aby przeprowadzić dwie skomplikowane operacje w ciągu jednej nocy.

                                      - Musimy je zgrać. - odparł wprost Heinrich - Myślałem czy mamy wystarczająco osób i wniosek był jeden: tak, na styk. Przy odpowiedniemu rozlokowaniu naszych mocy. Skoro już teraz Czcigodna nie odpływa, to mamy dwie dodatkowe osoby. - wyjaśnił - Plany skomplikowane, ale niewymagające wielkiego nakładu osób na raz, najwięcej do wyniesienia skarbów. - zatrzymał gestem dłoni Starszego nim ten się odezwie w sprawie - Ale sprawy osobowe za chwilę. Plany muszą być dopracowane dziś na Zborze i muszą zostać wykonane na raz, by móc wrobić jedną grupę złodziei w oba napady. Zostaje problem Łowcy Czarownic, który bez dwóch zdań obstawił już, bądź obstawi okolice Akademii. Nie będzie czekał, aż inni coś zrobią, sam zadziała. Żałuję, że go nie znam bardziej, więc jedynie wyrażam opinię, jakby on posiadał cechy najlepszych specjalistów, ale nie sądzę, że powinniśmy ryzykować w tej materii. - upił łyk wina na zmoczenie gardła.

                                      - Obawiam się, że w tej sytuacji Joachim będzie musiał trzymać się z dala akcji, co nie znaczy, że bez zadania. Uważam, że jego może być najryzykowniejsze i wymagać będzie bystrości umysłu w nerwowych sytuacjach. Hartwig może i wydawać się niepodejrzliwy wobec niego, ale to pewno fasada. Wobec magów żaden szanujący się Łowca nie będzie pozbawiony podejrzenia lub przynajmniej ostrożności. Joachim jest spalony, ale możemy sytuację wykorzystać w przyszłości. Teraz mógłby być... zajmowaczem uwagi, chociażby na jakimś przyjęciu, czy spiotkaniu z możnymi. Pirora by mogła to ogarniać, by zagonić Inkwizytora w kontrolowane środowisko. Obserwacją okolic Akademii może zająć się Strupas, i jacyś khornici. To bardzo płynna na razie kwestia. - zastanowił się.

                                      - Wiem, że skomplikowanie zwiększa szansę na porażkę. Tak, ale nie w momencie, gdy przygotuje się wszystko jak najlepiej. - patrzył na Starszego - Do środka Akademii nie potrzeba nam wielu osób, trzy maksimum sądzę. W kościele od 4 do 6 nawet, zależnie od wagi skarbu. - spojrzał po obu rozmówcach - Mówiłem na początku, że to będzie wymagało zapewne wszystkich członków kultu, zależnie od ich możliwości. Ważne jest, aby magia była obecna tylko w Akademii. Zważając na skomplikowanie... wolałem wpierw was wtajemniczyć i od was usłyszeć opinie nim przekażę wszystko na Zborze.

                                      - No rzeczywiście trzeba będzie to omówić na zborze. Nie jestem taki pewien czy tak skomplikowane akcje nas nie przerastają, i to dwie naraz. Skromnie tylko wspomnę, że do tej pory nasza czcigodna wyrocznia miała czekać w porcie, w łodzi na łupy ze świątyni po czym mieli odpłynąć jeszcze tej samej nocy, zaraz po przeładowaniu łupów z wozu. A jeszcze wypadałoby kogoś do zabezpieczenia terenu samej świątyni no i portu przy przeładunku. Nie wiem czy to nie zadużo na nasze możliwości. - Starszy podchodził do sprawy z ostrożnym sceptycyzmem. Zwłaszcza, że pierwszy raz o niej słyszał no i do tej pory ani on ani nikt inny w zborze nie planowali dwóch akcji na raz i to z takim rozmachem.

                                      - Ja się mogę wypowiedzieć jako magiczka ale sprawy organizacyjne zostawiam wam. Za słabo znam to miasto aby coś wam doradzać. Dostosuję się do decyzji mistrza takich czy innych. - Merga dała znać, że chociaż ona sama od zakończenia zimy pełniła drugą część duetu jaki zarządzał zborem to jednak w sprawach lokalnych zawsze zdawała się na decyzję Starszego. Sama za to zwykle przodowała w szukaniu dziedzictwa Sióstr albo sztukach mistycznych i snach.

                                      - W sprawie świątyni to obecnie najbardziej zaangażowane są nasze dziewczęta. Więc one zapewne są najlepiej zorientowane w sytuacji. Poza tym to doświadczone włamywaczki więc na pewno będzie warto ich wysłuchać. Ale na ostatnim spotkaniu odniosłem wrażenie, że czekają głównie na ten klucz. I gdy go zdobędą albo nie to już będą mogły przystąpić do finalnych przygotowań. A ten twój plan Heinrichu wymagałby znacznych modyfikacji i kolejnych przygotowań. Do tego jeszcze rozpracowania Akademii w podobny sposób. Wszystko to zajęłoby pewnie dodatkowy czas i tak jak mówisz zaangażowałoby większość z nas do tych akcji kosztem innych. A to znów opóźniłoby odpłynięcie czcigdnej a więc i jej powrót z Norski a nie ukrywam, że wolałbym aby była z powrotem z nami gdybyśmy mieli przystąpić do naszej głównej akcji z atakiem na śmietankę towarzyską miasta i z spoza miasta jaka powinna zjechać się z okazji festynu. - zauważył zamaskowany lider zboru, że jeden krok prowadzi do następnego i wywołuje kolejne konsekwencje. Więc wolał to rozważyć bo się zanosiło, że dzisiejsze decyzje mogą wpływać na działania zboru w kolejnych tygodniach.

                                      - To prawda. Sama podróż nie powinna być zbyt długa, może dzień czy dwa żeglugi. Najpierw w jedną a potem w drugą stronę. Ale jednak będe musiała negocjować z wodzami i wojownikami aby ich przekonać do przyjazdu tutaj. Trzeba będzie rozesłać wici no i poczekać aż to wszystko zadziała. Zakładam, że dwa tygodnie to minimum aby przyniosło to jakiś efekt a może i więcej. Na pewno to złoto ze świątyni by mi pomogło w negocjacjach. Nie chcę tego dla siebie tylko jako argument i zachętę w przetargach. Łatwiej mi będzie mówić, że czekają tutaj na nich solidni i mocni sojusznicy a nie jakieś żebrzące o łaskę gołodupce. - Merga pokiwała głową mówiąc po co jej ten świątynny skabr i dlaczego tak cierpliwie na niego czeka chociaż miała odpłynąć tuż po poprzednim Festag a tu już następny miał być jutro. A wciąż była gotowa na niego poczekać. Ale też oznaczało to opóźnienie przybycia i rozpoczęcie rozmów z jej krajanami. I brzmiało to jak zapoczątkowanie procesu a nie sprawa na jeden czy dwa dni. Co z kolei znów wpływało na czas jej powrotu a dni w kalendarzu uciekały bo na razie termin odroczonego festynu i turnieju rycerskiego odłożono na początek następnego miesiąca. Co dawało jakieś trzy tygodnie od jutrzejszego dnia świątynnego. A więc już “na styk” zaś wszelkie opóźnienia skracały te terminy jeszcze bardziej.

                                      - Kaplica pomoże nam zdobyć czas, odciągnąć festyn, aby wszystko móc ustalić z muszą sztuką i dać czas na powrót z Norski. Jak dziewczyny zdobędą wcześniej klucz to tym łatwiej. - spojrzał po obojgu - Na wszystko jest sposób. Na zdobycie większej ilości czasu także... - prawie bezwiednie powtórzył słowa ze snu.

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • SantorineS Niedostępny
                                        SantorineS Niedostępny
                                        Santorine
                                        Developer
                                        napisał ostatnio edytowany przez
                                        #94

                                        Oryginalny autor: Lord Melkor

                                        Heinrich już chciał odpowiedzieć Rune, gdy Joachim pojawił się na miejscu i ruszył w kierunku Silnego.

                                        - Ja może i jestem stary, ale to on nigdy nie poznał wojska. - wskazał na maga - On by się załamałpod ciężarem najlżejszej zbroi. Taki chuderlawy... - podśmiał się - Może przyszedł prosić Silnego o trening? - zapytał Rune - Chodźmy obadajmy, sprawę wam wszystkim mogę nakreślić.

                                        - No tak. Na wojownika to on raczej nie wygląda. - zgodził się Rune gdy też spojrzał za okno i dojrzał dwie, znajome sylwetki. Obaj wyszli na zewnątrz i zastali rozmawiającego łysego mięśniaka ze znacznie od niego szczuplejszym magistrem.

                                        - Serwus chłopaki. - rzucił do nich Rune aby się przywitać i zwrócić uwagę. Silny spojrzał w ich stronę i też się podobnie przywitał. Po chwili już stali pod karczmą we czterech.

                                        - Dzień dobry, mam nadzieję że dobrze się miewacie, ostatnio dużo się dzieje w naszym Zborze, prawda? - uśmiechnął się czarodziej.

                                        - Ano trochę. - zgodził się Silny co jak zwykle o ile nie wybuchał gniewem to raczej nie był zbyt wylewny.

                                        Heinrich zachowywał milczenie, dając Joachimowi pierwszemu przedstawić sprawę, nim sam zdecyduje się zabrać głos.

                                        - Zlokalizowałem artefakt Vesty, jest on w skrzyni w podziemiach Akademii. Zastanawiałem się czy moglibyście pomóc mi go dostać? Na włamaniach znają się też dziewczyny Łasicy, ale ona jest teraz zajęta akcją w Świątyni.

                                        - To nie ma co tu o tym gadać na ulicy. Chodźcie do środka. - Silny z ich czwórki był najdłużej w kulcie no i miał najwyższą w nim pozycję. Do momentu wynagrodzenia Łasicy za kluczową rolę w uwolnieniu Mergi ostatniej zimy to mieli oboje podobny status. Co jeszcze tylko zaogniło niechęć łysego khornity do liderki slaaneshytek.

                                        Więc Rune i Heinrich wrócili z powrotem do wnętrza “Kociołka” a Silny i Joachim tam dopiero weszli. Ten drugi też raczej nie miał okazji tu bywać ale tym razem jak weszli z dwoma mięśniakami jacy widocznie byli uznawani za tutejszych to nikt ich nie zaczepiał. Silny nawet wymienił pozdrowienia z kilkoma z nich. Też zamówił obiad, raczej mało wyszukany i oczywiście z rybą w roli głównej po czym we czterech usiedli przy jednym ze stołów. Póki kelnerka nie przyniesie zamówienia to mogli porozmawiać.

                                        - Vesta no to ona nie jest od nas. Jakbyś coś od naszej Norry znalazł no to co innego. No ale znalazłeś od tej swojej Siostry to znalazłeś. - Silny nie ukrywał, że podążanie ścieżką patronki władcy magii niezbyt go interesuje. Ale skoro to chodziło o część dziedzictwa jednej z Sióstr, nawet nie tej jaka była jego ulubioną, to mógł wysłuchać o co chodzi.

                                        - A o co chodzi z tym włamaniem? - zapytał Rune jaki nie miał tak negatywnych doświadczeń i relacji obiema łotrzycami z ich zboru.

                                        - Może i nie jest od was, ale to wzmocni naszą grupę. Na pewno ja i pozostali się odwdzięczymy, pewnie Merga też - Joachim uśmiechnął się do Silnego.

                                        Następnie opisał co wiedział o artefakcie i jego położeniu, oraz o zabezpieczeniach Akademii.

                                        - Myślicie że w kilka osób dalibyśmy radę pokonać zabezpieczenia, ewentualną ochronę i uciec?

                                        - Może. - wzruszył swoimi mocarnymi łapami łysy przywódca khornystów. - To zależy. Z tego co pamiętam to ten mur nie jest jakiś szczególnie wysoki. Do przeskoczenia. Ale przewalić przez niego jakiś duży kufer może być ciężko. Chyba, żeby łodzią podpłynąć do nabrzeża. Wtedy ten mur nie jest istotny. Tylko jak taka duża ta skrzynia to dwóch do niesienia potrzeba. No i same drzwi. Jak ma być po cichu to trzeba zdobyć klucz. Bez klucza to trzeba będzie wyłamywać albo piłować a to jest głośne. Chyba, żeby wcześniej pozbyć się stróżów. I psów. Bo tam zawsze jakieś luzem biegają. Właściwie trzeba by zacząć od pozbycia się psów bo zaalarmują całą resztę. To robota na parę osób. No i ten klucz do tych drzwi trzeba by mieć. Albo kogoś kto się zna na zamkach. - Silny wyraził swoją wstępną opinię na ten temat. Niczego jeszcze to nie przesądzało i nawet w tak krótkim szkicu było widać sporo zmiennych.

                                        - Wolałbym nie wchodzić "na siłę". - odezwał się były łowca czarownic - Na Zborze więcej poruszę, ale myślałem o wprowadzeniu kogoś jako strażnika. Przez Czerwonego Johana. - spojrzał na Rune - Właśnie temu ci o nim mówiłem. Mógłbyś się przy okazji wywiedzieć jakie osoby są przydzielone do ochrony w Akademii, oczywiście bez naciskania, a jedynie mimochodem w rozmowie zahaczyć, nic co jest potrzebne na już. - postukał palcami o blat - Łowca Czarownic zbiera każdy skrawek z miejsca zbrodni oraz wyciska wszystko z osób powiązanych i później na tym bazuje, na kogo spadnie oskarżenie. Dziś porozmawiam Mergą. Dopiero wtedy będę mieć więcej informacji.

                                        - No to po co mamy tam kogoś umieszczać jak po rabunku będą niuchać wszędzie i każdego kogo dorwą? - zapytał Silny po chwili zastanowienia. - Ja to mówię, jak wiadomo w które drzwi trzeba uderzać i którą skrzynię brać to zrobić skok w środku nocy, zabrać co trzeba, może coś przy okazji i niech szukają sobie potem wiatru w polu. - łysy lider khornitów widocznie stawiał na proste a najlepiej szybkie rozwiązania. Zwłaszcza jak nie chodziło o błahostkę tylko należało się spodziewać sporych konsekwencji takiego rabunku.

                                        Heinrich uśmiechnął się.

                                        - Jeżeli będzie szansa na wykorzystanie fortelu... Na razie osobiście nie mogę całej pewności dać, dopiero na Zborze. Niemniej, czy możemy na waszą pomoc liczyć, nawet jeżeli plan byłby sam w sobie niebezpieczny? - zapytał, chcąc upewnić się co do gotowości podjęcia ryzyka.

                                        - Na jakieś przebieranki to nie mam ochoty. Nie chcę się w coś długiego pakować jak w zimie z tymi kazamatami. Ale jakiś nocny skok tak, coś prostego to tak, możemy to zrobić. Nocą to tam nikogo nie powinno być. Psy i może paru nocnych stróżów. Do zrobienia. Chyba, że jest tam coś jeszcze. Jak nie to Joachim na przewodnika, idziemy gdzie mamy iść, no te drzwi trzeba będzie jakoś sforsować a potem bierzemy skrzynię i z powrotem na łódź i jazda. I potem niech sobie robią te śledztwa. - Silny spojrzał na Rune ale z ich dwóch to on miał pozycję lidera wojowników a do tego był z tego miasta zaś brodacz to przybył tutaj w podobnym czasie jak Heinrich. Niemniej na jakiś nocny skok byli chętni zwłaszcza, że Joachim mógł ich doprowadzić pod właściwe drzwi i skrzynię zaś sama ochrona Akademii nie wydawała im się jakaś szczególnie mocna.

                                        - Prosty ten plan, ale może byłby skuteczny…. - czarodziej wahał się. Jego Patron sprzyjał z tego co wiedział bardziej złożonym intrygom. Z drugiej strony im więcej zmiennych, tym więcej rzeczy mogło pójść nie tak, prawda? Pamiętał także swój sen, który wydawał się być ostrzeżeniem że wpłątuje się w dużo spraw, z których niekoniecznie będzie się łatwo wyplątać.

                                        - Możemy pójść w tym kierunku, ale porozmawiajmy jeszcze na Zborze ze Starszym i Mergą. Dziękuje Silny, że mogę na ciebie liczyć.

                                        - Wszystko wyklaruje się dziś. - zgodził się Heinrich, po czym spojrzał na Joachima i położył mu rękę na ramieniu.
                                        - Dobrze, że się tu razem zjawiliśmy, bo mam i konkretnie do ciebie sprawę.

                                        -Tak? - czarodziej nieco się wzdrygnął pod nagłym dotknięciem Henricha, ale potem pozwolił sobie na lekki uśmiech. W końcu tamten chciał mu pomóc.


                                        - Nie kojarzę bym cię kiedyś skrzywdził. - Heinrich odezwał się do maga, gdy zostali pozostawieni sami sobie po wspólnym wyjściu z karczmy - Czy zapracowałem jakoś inaczej na niechęć? - zapytał przychylony do młodego maga.

                                        - Mam złe doświadczenie z osobami.. twojego pokroju..- Joachim przypomniał sobie co spotkało jego rodziców.
                                        - Ale do ciebie osobiście nic nie mam- wyjaśnił po chwili.

                                        Heinrich skinął głową.

                                        - Przed Zborem idę do Starszego i Mergi. - zaczął - Na samym Zborze mamy dużo do ustalenia. - spojrzał w oczy maga - Nim dotrze do tego publicznie... Chcę byś się przygotował. - powiedział powoli kładąc dłoń znowu na ramieniu maga jakby dla oparcia nim dodał karcąco - Na konsekwencje swojego utrudnienia akcji z Akademią.

                                        - Utrudnienia? Zlokalizowałem nasz cel i wprowadziłem dodatkowy element chaosu do sytuacji, prawda? - czarodziej nie chciał by tak jednostronnie przedstawiano rezultat jego działań.

                                        - Nie martw się zbytnio. Utrudniło nam, bo zainteresowało Hetzwiga. Wymagało to dodania dodatkowych obliczeń do działania, ale... może to w ogólnym rozrachunku wyjdzie w końcu na dobre. Tylko... Będzie od ciebie wymagać podjęcia się niebezpiecznego zadania. - urwał na chwilę - I trzymania się z dala Akademii w zadaniu.

                                        - Trzymania się z dala od Akademii, czyli uważasz, że nie powinienem brać udziału w tej akcji? - czarodziej mrugnął, nieco skonfundowany.

                                        - Nie brać udziału w tym, co się rozegra w Akademii, ale miałbyś istotną rolę. - odparł - Choć pewnie cię ona nie pocieszy. Ktoś musi zajmować Hertza, który ciebie zdążył już poznać... a znajomość z Hertzwigiem może w przyszłości się przysłużyć. - spojrzał oceniająco na Joachima, trochę jak nauczyciel - Rozumiesz? Jesteś spalony i będziesz na pierwszym ogniu podejrzeń po spełnieniu się twojej przepowiedni. A od podejrzeń do przesłuchania i wyroku... nie ma aż tak długiej drogi, jak droga zarządzana przez Łowcę Czarownic. Szczególnie, gdy chodzi o maga. Jeżeli główny łowca nagród wie, to nasz Łowca Czarownic tym bardziej.

                                        -Zastanowię się, porozmawiamy na Zborze, może Starszy i Merge coś nam doradzą. Odparł czarodziej nieco niepewnie, zmierzając do zakończenia rozmowy.


                                        Kiedy szykował się do Zboru, próbował to sobie wszystko ułożyć w głowie. Czy Henrich miał rację, że w tej sytuacji nie powinien uczestniczyć w akcji w Akademii by nie przyciągać do siebie podejrzeń? Te dzwonki go wzywały, więc wydawało mu się właściwe by to on zdobył dziedzictwo Vesty. No ale na pewno będzie w Zborze 1 kandydatem do badania tego artefaktu, jako nie tylko czarodziej ale i podążający ścieżką Pana Przemian? Szczególnie, że Merga ma wyjechać i nie będzie miała na to czasu. No i było też te sny, jakby widział sceny z przyszłości... dzisiejszy zdawał się zawierać ostrzeżenia. Sugerowały, że będzie miał do czynienia z Hetzwigiem i pojawi się na tych bagnach, gdzie czaiła się jakaś bestia i były do zebrania składniki dla Sigiminudusa. Czy tę bestię z bagien łączyło coś z Vestą, we wcześniejszym śnie pojawiła się wraz z dźwiękiem dzwoneczków. No i padły tam słowa, czy naprawdę kontroluje sytuację, czy nie zaplątał się w sieć.......pocieszało go trochę to, że jego Patron podobno lubił chaos i skomplikowane zmieniające się plany, tylko jak nad tym wszystkich dobrze zapanować? Liczył że coś się jeszcze rozjaśni na Zborze, Starszy i Merga zawsze potrafili coś mądrego doradzić. Na pewno musiał uważać, by nie zostać spalonym w tym mieście, zbyt wiele było jeszcze do osiągnięcia.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        0
                                        • SantorineS Niedostępny
                                          SantorineS Niedostępny
                                          Santorine
                                          Developer
                                          napisał ostatnio edytowany przez
                                          #95

                                          Oryginalny autor: Pipboy79

                                          Oryginalny tytuł: Tura 25 - 2519.07.10; agt; zmierzch - wieczór (1/2)

                                          Miejsce: Nordland; Neues Emskrank; Dzielnica Portowa; Stare Nabrzeże; koga “Stara Adele”
                                          Czas: 2519.07.10; Anistag; zmierzch - wieczór
                                          Warunki: wnętrze ładowni; jasno; gwar rozmów; umiarkowanie ; na zewnątrz: zmierzch, zachmurzenie - ulewa, umi.wiatr; ziąb

                                          Wszyscy

                                          Nad głowami słychać było monotonny, cichy łomot kropel ulewy jaka zaczęła się wraz ze zmierzchem. Więc zmoczyła tych jacy musieli przejść przez miasto aby dotrzeć do portowego nabrzeża przy jakim zacumowana była na stałe stara koga obecnie robiąca za holk. A nieoficjalnie za kryjówke kultystów i ich spotkania. Pozornie stara łajba z od dawna zrefowanymi żaglami nie wyróżniała się jakoś szczególnie na tle innych zacumowanych jednostek. Dzisiaj wiatr był dość słaby więc podczas spotkania pokład bujał się dość symbolicznie. Ale w tle słychać było skrzypienie starego, spracowanego drewna wciąż poddawanemu wiecznym naprężeniom podczas ruchu morskiego żywiołu. Nawet jeśli ten w głębi zatoki nad jaką wybudowano to miasto był mocno ograniczony w porównaniu do otwartego morza.

                                          Jak zwykle podczas zaplanowanych spotkań członkowie zboru stopniowo schodzili się na wyznaczone miejsce. Tym razem Heinrich jako, że poza dwójką liderów i Normą co z jednej strony była osobistą gwardzistką wyroczni a dzisiaj też zastępowała Kurta w roli gospodarza. Kuternoga jak się okazało jako jedyny prawdziwy wilk morski i dawny bosman popłynął na nocny kurs aby morskie żółtodzioby Vasilija nabrały nieco wprawy w pełnomorskich rejsach. Dzisiaj więc to toporniczka wychodziła na pokład gdy usłyszała stukanie w burte wyznaczonym sygnałem oznaczającym, że przybył kolejny wtajemniczony w spisek. Dla większoścy była to niespodzianka bo najczęściej właśnie Kuternoga pełnił rolę gospodarza jaki po wyjściu opuszczał na nabrzeże drabinę aby można było się po niej wspiąć na pokład i był pierwszą znajomą twarzą spotykaną podczas tych spotkań na “Starej Adele”. Ale okazało się, że Norma to Axe też sobie świetnie radzi w tej roli. Chociaż nie była tak rozmowna i życzliwa jak stary bosman.

                                          Heinrich jak rzadko kiedy miał okazję być świadkiem tego procesu pojawiania się kolejnyczh spiskowców. Bo było to dość mocno rozłożone w czasie. Najpierw przyszła Lilly z nową koleżanką z jaskini. Potem obie łotrzyce bo się okazało, że dziś kapłan Absalon zwolnił je nieco wcześniej niż zwykle. Potem Otto, Onyx i później to już dość często Norma musiała wychodzić na pokład aby kogoś wpuścić. Ale zanim uzbierał się komplet to na zewnątrz nawet ten długi, letni dzień miał się ku końcowi no i z zachmurzonego nieba lunął silny deszcz. Dlatego w środku ci których zmoczył rozwieszali swoje płaszcze przy kominku aby wyschły. W końcu jednak jak zwykle wspólna wieczerza była wstępem do właściwego zebrania. Okazją aby coś zjeść z towarzyszami, podzielić się luźniejszymi plotkami czy sprawami i pomagało to nawiązać lub poszerzyć znajomości czy dowiedzieć się co się u kogoś działo od ostatniego spotkania. Te zaś ostatnio zdarzały się coraz częściej i nawet z tego trochę żartowano bo jak do tej pory większe zbory organizowano raz w tygodniu, właśnie w Angestag. A ostatnio prawie codziennie ktoś miał jakieś spotkania tu czy tam, w tej czy innej sprawie, w tym czy innym towarzystwie. Obie łotrzyce przyszły z uplecionymi wiankami jakie założyły na alabastrową głowę Pajęczej Królowej oraz niektórych postaci z tego pomnika. Po jednym zostawiły dla siebie a po jednym obdarowały Lilly i jej koleżankę z jaskini. Spora część osób pierwszy raz miała okazję poznać Loszkę z jaką przyszedł Sigismundus. Ale ona nie mówiła ani słowa, nawet jak się ją zagadywało o coś. Ponieważ nowa koleżanka Lilly w naturalny sposób budziła ciekawość to jak się już większość zebrała Starszy wstał i poprosił je obie aby też wstały by lepiej je można było widzieć.

                                          - Moje dzieci. Jak pewnie już sami zauważyliście nasza rodzina się rozrasta. Poznajcie proszę naszą nową siostrę. Oto jest Dorna. Przywitajcie się z nią i bądżcie dla niej mili. Dorna zgodziła się wspomóc nasze wielkie plany. - oznajmił lider w długiej szacie i wysokiej masce jaka dodatkowo sprawiała, że wydawał się wyższy od pozostałych. Objął mutantkę w ramiona, uściskał i przytulił jak nowego członka rodziny. Ta wydawała się być cicha i nieśmiała. A bliskość koleżanki z plemienia dodawać jej musiała otuchy przy tylu nowych dla niej twarzach i osobach. Pozwoliła się uściskać mistrzowi i gdy ją puścił stanęła między nim a Lilly. Dziewczyna o liliowych włosach dla dodania otuchy położyła jej dłoń na barku w opiekuńczym geście. I chociaż obie były odmieńcami to od razu widać było spory kontrast między nimi. Lilly miała to szczęście, że jej błogosławieństwa nie były widoczne na pierwszy czy drugi rzut oka. Na tyle, że dość śmiało chodziła po ulicy. Właściwie póki ktoś jej nie zajrzał pod długą spódnicę to nie powinno być widać jej sromoty. A nawet wtedy miała jeszcze szansę ujść za jakąś kalekę z amputowanymi stopami bo za radą obu łotrzyc owijała golenie grubą warstwą onucy jakie maskowały jej różowe, delikatne w dotyku futro na łydkach i miały szansę rozmyć te nieco zwierzęcy kształt łydek. Zaś pod bieliznę to nawet strażnikom raczej nie wypadało zaglądać więc miała szansę ukryć swoją dwupłciowość. Poza tym jednak wyglądała jak kolejna młoda mieszczka. Nawet całkiem ładna i zgrabna. A jak przez te parę miesięcy pod okiem obu łotrzyc i Pirory z jakimi przestawała najczęściej nauczyła się miasta to ostatnio całkiem często występowała w roli kuriera, zwłaszcza wiadomości od Mergi. Z Dorną jednak było inaczej.

                                          Póki siedziała w obszernym płaszczu i z nasuniętym kapturem można ją było wziąć za człowieka. Z bliska jednak widać było ziemistą, niezbyt zdrowo wyglądającą cerę. Ale już na niej na policzkach widać było zmiany skórne. Gdy zaś zsunęła kaptur zmiany były od razu widoczne.

                                          https://i.imgur.com/95dL3uO.jpg

                                          Miała krótko ostrzyżone i nijakie włosy. W jakich często tworzyły się zgrubienia jakie w końcu zrastały się w krótkie, ostre kolce. Niektóre drobne kolce wyrastały rzędem nawet z jej policzków i jak podwinęła rękawy to widać było, że ma ich trochę także na ramionach. Cera zaś okazała się mieć ziemistą i szarą co nadawało jej niezbyt zdrowego wyglądu. Z tym niezbyt ładnym widokiem jakby dla kontrastu miała całkiem ładne, kobiece usta oraz łagodne, spojrzenie błękitnych oczu. Starszy bowiem ją poprosił i zachęcił aby się pokazała swojej nowej rodzinie.

                                          Jak się okazało w rozmowach przy stole Dorna urodziła się w plemieniu Kopfa. Znaczy wtedy to mieli jeszcze poprzedniego wodza. Ale tamta jaskinia odmieńców to był jej dom, jedyny jaki miała. W przeciwieństwie do Lilly jaka trafiła tam w wieku pacholęcym gdy uciekła ze swojej wioski po tym jak z przerażeniem odkryła, że nie tylko piersi i biodra jej rosną jak innym rówieśniczkom i zdała sobie sprawę, że jak ktoś odkryje jej odmienność to będzie to jej zguba. Dorna nie miała takich przygód. Od dziecka wychowywała się wśród odmieńców więc traktowała to jako swoje naturalne plemię. Ale zdawała sobie, że poza jaskinią są inne rasy i stworzenia, w tym ludzie zamieszkujący wioski i pobliskie miasto czyli Neus Emskrank.

                                          - A Strupasa nie ma? - zapytała rozglądając się za brzydkim garbusem. Nie było to dziwne pytanie bo póki Lilly właściwie nie uciekła do miasta to on najczęściej bywał w jaskini odmieńców. A więc znał ich z kultystów najlepiej a oni jego. Ale od zimy to całkiem często Lilly go wymieniała w tych podróżach czy wymianach między jaskinią a kultystami z miasta.

                                          - Nie ma. Został u mnie w aptece. Pilnuje hodowli i obejścia. - powiedział aptekarz wyjaśniając nieobecność kolegi z jakim najczęściej współpracował.

                                          - Dorna między innymi jest tutaj w tej sprawie Sigismundusie. Zgodziła się zostać nosicielką Oster i pomóc w hodowli. - zamaskowany mistrz oznajmił aptekarzowi. Po czym zrobił się całkiem spory rwetes przy stole. Zaczął aptekarz który prawie z wrażenia i szczęścia nie spadł z ławy ograniczając się do zduszonego jęku radości i wypuszczenia widelca na podłogę.

                                          - Oh dziecinko! Oh kochanie! Skarbie! - grubasowi aż łzy wzruszenia stanęły w oczach i prawie się popłakał ze szczęścia. Za to slaaneshytki wydawały się w nie mniejszym szoku chociaż miał on całkiem inną naturę.

                                          - Ale… Jesteś pewna? Nie wiem czy wiesz co oznacza to zasianie. To trzeba… eee… dać sobie wstrzyknąć… eee… nasienie Oster… Znaczy jaja… - powiedziała jej Burgund wciąż patrząc na nią z niedowierzaniem. Zaś Łasica przyjęła na siebie gniewne spojrzenie aptekarza jaki już ochłonął i teraz jakby przestraszył się, że takie bezpośrednie postawienie sprawy może spłoszyć mutantkę.

                                          - Tak, wiem. Lilly mi powiedziała. A teraz mistrz i wyrocznia. Rozumiem. Zgadzam się. To wielki zaszczyt być częścią takiego planu i być nosicielką tak pradawnego dziedzictwa jednej z Sióstr. No i w nocy mi się śniło, że będę brzemienna. Nareszcie! Nigdy mi się nie udało donosić. Nawet jak próbowałam z Lilly. A ona przecież jest taka płodna. Dużo naszych koleżanek zbrzuchaciła. Mnie też. Ale nie udało mi się donosić. - Dorna pokiwała swoją krótkoostrzyżoną głową przetykaną krótkimi cierniami. I nawet się na koniec łagodnie uśmiechnęła. Obie łotrzyce popatrzyły na siebie, na Pirorę, na Sorię, Onyx i resztę i w takiej sytuacji chyba niezbyt wiedziały co by można jeszcze powiedzieć.

                                          - No cóż… No to powodzenia… - mruknęła Łasica uśmiechając się trochę krzywo i wydawała się zmieszana i zaskoczona taką odpowiedzią. Sama wraz z koleżankami niezbyt zdradzała ochotę na zostanie nosicielką.

                                          - Aha! Widzicie!? I to jest prawdziwa wiara! Prawdziwe poświęcenie! - zawołał triumfująco aptekarz. Obie znów mu pokazały ten uliczny, obraźliwy gest mówiący aby spływał albo się przymknął. Nie wyglądało na to aby się tym przejął za to obdarzał Dornę spojrzeniem jak ojciec jaki odnalazł dawno zaginioną córkę.

                                          - No dobrze, to widzę, że już po wieczerzy. To chyba możemy zacząć. - Starszy posłał mu krytyczne spojrzenie spod szczelin maski dając znać, że nie życzy sobie kolejnej scysji na zborze. Tym razem jednak do tego nie doszło. Sigismundus wydawał się być tak szczęśliwy i pełen miłości do bliźnich, że nie szukał zwady a Łasica i koleżanki wydawały się dość zaskoczone decyzją Dorny i skoro ta sama się zgadzała to niezbyt chyba wiedziały co mogłyby z tym fantem zrobić. Na razie jednak Merga też wstała od stołu i stanęła obok lidera ich stadka jak to od zimy praktykowali podczas spotkań.

                                          - Moje dzieci. Już z częścią z was się spotykałem w tygodniu i rozmawialiśmy na różne tematy i plany. Ale skoro jesteśmy w tak licznym gronie to jednak mamy okazję ustalić parę rzeczy dotyczące nas wszystkich. I proszę was o aktywność i współpracę bo wchodzimy w decydującą fazę naszych działań. Te wymagają czasu liczonego tu na tydzień, tam na dwa czy trzy albo więcej. A nie możemy się zająć wszystkimi na raz albo się one wykluczają. Zasoby zaś mamy ograniczone. Dlatego musimy dzisiaj ustalić plan nie tylko na kolejny tydzień ale i na resztę miesiąca albo i po. Chociaż na tyle by wiedzieć czym mamy się zająć w pierwszej i drugiej kolejności. - Starszy przybrał uroczysty ton i zaczął od wstępu jaki sugerował, że nie będzie to taki zwykły zbór jak co tydzień. Jego dzieci, tak bardzo różne od siebie ale wszyscy będący w tym spisku za jakiego w razie odkrycia przez władze zapłaciliby głową popatrzyli na niego, na Mergę i na siebie nawzajem.

                                          - Mamy mnóstwo ścieżek, tropów, planów, zajęć i działań. Więcej niż rączek aby łapać te nitki. Ale to dobrze! To znaczy, że sprawy idą do przodu i we właściwym kierunku. Myślcie o tym jak o wyzwaniu gdzie na końcu jest wspaniała nagroda. Chaos w tym mieście. A nie jak o ciężkiej, niewdzięcznej pracy. Więcej wątków to więcej możliwości, większe możliwości to większa szansa na zabłyśnięcie i przychylne spojrzenie naszych patronów. - mówił z wprawą zawodowego mówcy, kaznodziei czy sędziego. I potrafił skupić na sobie uwagę i zyskać sobie chociaż pobieżną przychylność słuchaczy. Ci zaś zdradzali podekscytowanie tymi słowami. Ponieważ te różne wątki i sprawy o jakich mówił narastały od paru tygodni więc większość z nich znali nawet jeśli nie każdy i nie każdą nitkę znał osobiście.

                                          - Ale tych spraw jest dużo i rodzą kolejne sprawy. Zaś nasze możliwości są ograniczone. Zwłaszcza osobowe. Co powoduje liczne wąskie gardła. Dlatego aby zwiększyć nasze możliwości w tej materii postanowiliśmy z Mergą zaprosić grupę Grubsona do pełnej współpracy. - oświadczył Starszy pierwszą nową wiadomość tego wieczoru. Rozległ się szmer głosów i mistrz na to pozwolił. Po czym kontynuował dalej.

                                          - Jak wiecie od zeszłej zimy zawarliśmy z nimi sojusz. I ogólnie wiedzą o tym, że to my uwolniśmu Mergę oraz o tym, że szukamy dziedzictwa Czterech Sióstr. Raczej jednak nie wiedzą o naszych najświeższych postępach. O odnalezieniu ołtarza Soren, jaskini Oster i tak dalej. Postanowiliśmy ich w to wprowadzić. Wiemy, że jest ich przynajmniej trójka. Służbowo i tak współpracują na przykład z naszą mecenas sztuki Pirorą w teatrze. Więc nasze losy i tak się przeplatają z ich losami. Na dłuższą metę właściwie trudno byłoby ich wykluczyć z naszych planów. A tak, na co liczę, mogą nas w nich wesprzeć. Dlatego w najbliższym czasie będę o tym rozmawiał z Hubertem. Zobaczymy co z tego wyjdzie ale jestem raczej dobrej myśli. Zresztą z tego co wiem chociaż część z was ma z nimi całkiem dobre relacje i bez tego. - Starszy wyłuszczył jak to sobie wyobraża tą współpracę z drugim zborem. I dlaczego się na to z Mergą zdecydowali. Slaaneshytki co do tej pory najczęściej miały do czynienia z tym drugim zborem poświęconym właśnie temu patronowi dyskutowały szybko między sobą ale wydawały się całkiem zadowolone z takiej decyzji. Silny i jego poplecznicy przyjęli to ze spokojem lub raczej z dość enigmatyczną miną. Rune to nawet wydawał się zadowolony. Thobias także ale nachylił się ku Sigismundusowi i Joachimowi i cicho szepnął.

                                          - Widzicie? Będzie ich jeszcze więcej. Jak nic nie zrobimy to całkiem przejmą władzę. - szepnął do nich jakby właśnie ziszczała się jego wizja gdy to jeden z patronów stanie się dominujący w ich zborze. I to nie chodziło o żadnego z ich patronów.

                                          - A czy u Huberta są jakieś kobiety jakie mogłyby być nosicielkami? - Sigismundus zapytał od razu o temat jaki go najbardziej interesował.

                                          - Nie ma. Wybij to sobie z głowy. Nie będę chodzić do łóżka z kobietą jaka ma w sobie robaki. - warknęła głucho Łasica chcąc od razu uciąć temat. Już wcześniejsza postawa Dorny chyba ją nieco zbiła z pantałyku ale teraz od razu zaatakowała taki pomysł.

                                          - To nie chodź. - prychnął Silny jak zwykle znajdując okazję aby wbić szpilę swojej tradycyjnej rywalce. Jaka od zakończenia zimy zyskała w oczach szefostwa wyraźną przewagę nad nim w hierarchii ich rodziny. Co prawda było to w ramach podziękowania i wdzięczności za jej kluczową rolę podczas uwalniania Mergi z kazamat no ale Silny i tak krzywo patrzył na taki ruch.

                                          - Skąd wiesz? Może są wśród nich kobiety prawdziwej wiary? Może któraś by się zgodziła? Co nam szkodzi zapytać? - Sigismundus nie dał się sprowokować do kłótni albo był w tak dobrym nastroju, że nawet warczącej na niego Łasicy odpowiedział łagodnie i przyjaźnie.

                                          - Jak to sobie wyobrażasz? - Pirora zabrała głos i popatrzyła na niego krytycznie. - “Witaj Fabi. Dobrze, że jesteś. Możesz ściągnąć majtki? Dlaczego? Chciałabym ci wstrzyknąć larwy much. Po co? Bo chcemy założyć hodowlę a tylko na ludziach można. Nie, nie, sama nie jestem tak głupia aby dać sobie to wstrzyknąć. No ale ty to weź tu ściągaj majtki i rozchyl nogi. Aha a jak za parę dni zaczną wychodzić z ciebie robaki to nie panikuj tylko przynieść je na do mnie albo do teatru.” - blondynka z Averlandu przyjęła jawnie ironiczny, wręcz szyderczy ton zapewne aby zademonstrować jak w jej oczach niedorzenie brzmiałaby taka rozmowa. Aptekarz chwilę to rozważał, chyba nawet na poważnie po czym rozłożył swoje pulchne ramiona.

                                          - No. To zapytaj. Myślisz, że się zgodzi? Jakby się zgodziła to byłoby cudownie. Może przynieść miot do mnie do apteki, mogę napisać ci adres. - grubas pokiwał swoją byczą głową na znak, że dla niego brzmi to świetnie. Jak plan gotów do realizacji zwłaszcza jak Pirora tak dobrze się zna z Fabienne i resztą drugiego zboru.

                                          - Rany nie słyszysz jak to durnie brzmi?! - wybuchnęła zirytowana Łasica która widocznie od razu rozpoznała intencje przyjaciółki. Sigismundus jednak pokręcił głową, że dla niego to nadal brzmi całkiem rozsądnie.

                                          - Drogie dzieci, za chwilę dojdziemy do sprawy dziedzictwa Oster ale na razie nasza czcigodna Merga ma nam jeszcze coś do zakomunikowania. - Starszy zainterweniował widząc, że tym razem jednak kłótnia może wybuchnąć. Zwrócił uwagę wszystkich na rogatą prorokini i szamankę z dalekiej, mroźnej północy.

                                          - Dziękuję mistrzu. - ta skinęła mu głową po czym zwróciła się do postaci siedzących przy stole. - Miałam sen ostatniej nocy. Z tego co już z częścią z was rozmawiałam wy pewnie też. To zew Sióstr. Nasila się. Myślę, że częściowo przez nasze działania. - wskazała swoją błękitną dłonią na alabastrowy posąg ozdobiony świeżymi wiankami polnych kwiatów jakie zawiesiły tam obie jego wyznawczynie.

                                          - Śniłam o tym mieście. Gdy zostanie podzielone na domenę każdej z Sióstr. Gdy będzie nasze. A my, ci którzy się wyróżnią podczas pracy nad ich powrotem, będą u ich boku. Widziałam arenę krwawych walk na cześć Norry. Gdzie krew i czaszki nurzają się w piachu i skanduje się jej imię jako żywy awatar Krwawego Ogara. A domy i ulice są ozdbionone kolcami i totemami z obdartymi skórami, zwisającymi skalpami a zapach krwi, śmierci, walki i strachu jest wszechobecny. Widziałam ogrody błogosławionego życia wszelakiego Norry. Gdzie codziennie wykluwać się będzie nowe życie. Tak pogardzane dzisiaj jak robaki, muchy i szczury a tak ukochane przez Ojczulka. Gdzie ściany gniją, mury pęcznieją od wszelkich narośli a miasto rozpada się w nieskończoność ale nigdy nie rozpadnie się do końca. Widziałam pałac pełen wyuzdanych, dekadenckich uciech i zakazanych rozkoszy Pajęczej Królowej. Miejsce gdzie wszelkie fantazje i perwersje są po to aby je realizować dla siebie lub innych. I ulice oplecione pajęczą siecią, kokony z ciałami zwisające z dachów. Widziałam groteskowe rzeźby lewitujące w powietrzu, brzęczące zerwanymi łańcuchami, biblioteki pełne nieskończonej wiedzy jaką zebrała Vesta. Niezliczone rzędy pergaminów, ksiąg, manuskryptów, tabliczek wiedzy zbyt licznej aby posiadł ją jakikolwiek śmiertelnik. Ulice pełne półprzezroczystych ścian, lewitujących obiektów i płynnych chodników jakie nie powinny istnieć w naszym świecie. To wszystko jest nasza przyszłość. Nasza nagroda. Tego chcą Wielkie Siostry, to miejsce należy do nich. A my będziemy ich wyznawcami, gwardzistami, kochankami i akolitami. Tylko najpierw musimy doprowadzić do ich powrotu. - Merga zwykle mówiła jak uczona. Spokojnym, rzeczowym tonem gdy coś wyjaśniała, tłumaczyła lub omawiała. Ale tym razem, gdy mówiła o swoim śnie z ostatniej nocy wzrok jej jaśniał a głos miała wzniosły. Jakby ją samą taka wspaniała wizja uskrzydlała. Ale i chociaż na części twarzy jej słuchaczy było widać, że i do nich to przemawia. Zapewne ta część z jaką najbardziej się utożsamiali. Ktoś zaklaskał i po chwili inni dołączyli. Zebrani zaczęli się śmiać, radować i dyskutować o tak świetlanej przyszłości. Sigismundus spekulował jakie to cudowne eksperymenty będzie mógł przeprowadzać w takim błogosławionym ogrodzie Oster. Thobias cicho wzdychał to tych licznych skarbów zakazanej na razie wiedzy jakie mógłby wreszcie poznać. Silny z kolegami śmiali się na myśl o takiej wspaniałej arenie i możliwości toczenia pojedynków a może i większych walk? Zaś dwórki Sorii zastanawiały się jak to by było z Pajęczą Królową no i kto jeszcze prócz nich byłby w takim wspaniałym pałacu. Merga i Starszy dali im się wszystkim wyszumieć i wygadać nim podjęli ciąg dalszy tego zebrania.


                                          - A wy mieliście jakieś sny zeszłej nocy? Jakieś wyjątkowe? - zapytała w końcu wyrocznia gdy się sytuacja trochę uspokoiło. I okazało się, że większość tak. Dało się rozróżnić, że chyba każda z patronek szeptała do swoich zwolenników inną pieśń jak to poetycko nazwała Merga. Ci od Norry śnili o jakimś czarnym rycerzu na czarnym koniu jaki poprowadzi ich do bitwy. Był tam też czarno - czerwony menhir i zwierzoludzie i to chyba z nimi walczyli. Ci od Oster śnili o ciężarnych kobietach wydających na świat jej plon. I dole z trupami. Wielkim, ciemnym, dole z wieloma trupami, starymi trupami jak z masowej mogiły. I szczury, dużo szczurów tam było. Ci od Soren śnili o pająkach, pajęczynach i jaskini. Widzieli wejście do tej jaskini i słyszeli miłosny zew ze środka. I tam częstym motywem były pająki, węże albo macki no i pajęczyny. Zaś ci od Vesty o moczarach i mgle. O zagubieniu i brzęczącym odgłosie dzwoneczków. Albo łańcuchów. I coś tam było. Coś dużego jak troll czy niedźwiedź. Zawsze było w ruchu jakby szukało czegoś lub kogoś.

                                          - Sami widzicie. Siostry przemawiają w snach. Ale to jest jak kamień wrzucony w wodę. Fala uderza w każdy punkt brzegu, prędzej lub później, słabiej lub mocniej. Tak samo musimy się liczyć, że nie tylko tacy jak my mamy takie wyjątkowe sny. My możemy być bardziej wyczuleni, bardziej podatni na taki zew. Ale ten się nasila więc inni, w tym także osoby nam nieżyczliwe lub wręcz nasi wrogowie, też mogą go usłyszeć. Większość z nich powinna być mniej wyczulona, będą pamiętać tylko mętne skrawki albo po prostu kiepsko spać nie znając przyczyny. Albo będą myśleć, że to jakaś głupota która tylko im się śni. Ale nie wszyscy. W odpowiednio dużej grupie zawsze się trafi ktoś podatny, ktoś kto odbiera mniej zniekształcony przekaz. Co więcej rozmawiałam wcześniej z Lilly i Dorną, u nich w jaskini też są takie wyjątkowe sny i często chodzą do Opal. Ich szamanki. Zapewne podobnie jest z ludźmi w okolicznych wioskach. Prawie na pewno odbierają je też zwierzoludzie. To pierwotne dzieci Chaosu jakie przetrwały do dzisiaj. Są dzicy i nieokrzesani a więc i pierwotni. Mogą być bardziej wyczuleni od nas na taki zew. Zwłaszcza ich szamani lub ci dotknięci mocą. Sprawa więc nie dotyczy tylko nas. Zatacza coraz szersze kręgi. Dlatego musimy się spieszyć zanim nasi wrogowie zorientują się co się dzieje i przedsięwziął kroki jakie mogą nam utrudnić wykonanie zadania. - Merga nie pierwszy raz prosiła aby zwracali uwagę na swoje i nie tylko swoje sny. I uczulała, że to powinno być powszechne zjawisko. Nawet jeśli osoby spoza kultu lub nie związane z Chaosem mogłyby mieć trudności ze zrozumieniem z czym naprawdę mają do czynienia. To jednak z racji tego, że było to zjawisko masowe to i tego nie można było wykluczyć. Zaczęła się ta dyskusja o snach. Zwłaszcza o snach innych. Thobias przypomniał sobie, że dwójka jego studentów była ostatnio nieco rozkojarzona a gdy zapytał o powód powiedzieli, że to przez niewyspanie. Ale wtedy tego nie skojarzył no i o sny nie pytał a sami nie mówili. Nie był więc pewny czy to coś związanego z zewem czy tylko zwykłe niewyspanie. Pirora rozważała podobną sprawę w teatrze i wśród koleżanek z kółka poetyckiego. Aptekarz przypomniał sobie, że właściwie to do apteki przyszło mu parę osób z prośbą o coś na spokojniejszy sen. Znaczy inni niż ci co zazwyczaj po to przychodzili. Obie łotrzyce i Onyx też miały kilka takich wzmianek od klientów tawern czy zamtuzów w jakich bywały. Tylko teraz jak tak o tym rozmawiali to się to mocno zlewało z codzienną rutyną i nie było pewne czy to ma coś ze sobą wspólnego czy nie.

                                          - Bądźcie proszę na to wyczuleni. Całkiem możliwe, że szukających i błądzących jest więcej. Może mają jakieś wizje albo urywki tych znów z zewem Sióstr ale brak im klarowności. Brak im przewodnika. Ale kto wie? Może są też i wyznawcy tacy jak my? Może nasi sąsiedzi? Może ci co przyjechali na ten odwołany turniej? Może dopiero kierują się do miasta za tym zewem? Miałam wizję, że ktoś taki może tu przybyć wkrótce albo już przybył. Nie mówiłabym o tym bo to nie było dla mnie zbyt wyraźne i zrozumiałe. Ale, że jak wiecie już któryś raz z rzędu się z wami żegnam i szykuję do drogi no to wolę wspomnieć. Wypatrujcie tych szukających i błądzących. Całkiem możliwe, że nie jesteśmy tak całkiem sami. - powiedziała z łagodnym uśmiechem jakby ta wzmianka miała pokrzepić ich serca i dodać otuchy. Chociaż jeśli ten zew miał tak dużą skalę jak to nakreśliła to nie można było wykluczyć, że inni kultyści czy tutejsi czy spoza miasta też mogą usłyszeć ten zew.

                                          - No właśnie moje dzieci. Nie zamykajmy się na innych. W końcu nas też kiedyś ktoś zwerbował do rodziny prawda? - mimo maski dało się wyczuć, że lider zboru się uśmiechnął. Część zboru również, pokiwali głowami i przytaknęli mniej lub bardziej.

                                          - Właśnie dlatego zamierzamy też rozszerzyć współpracę ze zwierzoludźmi. Z tego co wiem część z was też ma co do nich plany na najbliższe dni. - lider spojrzał w stronę dziewczęcej grupy skoncentrowanej wokół milady w czerwonej, uszytej przez Oksanę sukni.

                                          - O tak, mamy i to całkiem sporo! W różnych pozycjach i kompozycjach! W najbliższą pełnię więc już za pare dni! - zawołała wesoło Łasica a dziewczęce towarzystwo roześmiało się rozradowane na tą okoliczność.

                                          - Bardzo dobrze i oby tak dalej. Zaprzyjaźnijcie się z nimi. Ale też dobrze byłoby ustalić warunki ściślejszej współpracy. Co prawda wątpie aby zgodzili się na jakieś akcje w mieście. Ale kto wie? Ponoć lubią niszczyć kopytami wszelkie ślady cywilizacji. W każdym razie na razie to wiemy tyle, że banda Gnaka to jakieś pół tuzina. Ale są tylko częścią plemienia z Wielkiej Doliny. Postarajcie sie wybadać jakie mają możliwości, na co możemy liczyć, czego potrzebują. Tak jak zimą pomogliśmy z dostarczaniem prowiantu pobratymcom Lilly no i widzicie, że się zwraca ta inwestycja a i wzmacnia naszych sojuszników. Więc życzę wam udanej zabawy w tą pełnie ale miejcie na uwadze moje słowa. - Starszy przesunął się po twarzach łotrzyc i szlachcianek a potem po pozostałych dając znać, że nie ma nic przeciwko takim spotkaniom z kopytnymi ale to też okazja aby można było załatwić coś jeszcze. Jak to miał w zwyczaju nie chciał im wiązać rąk precyzyjnymi poleceniami więc tylko wydał ogólne wytyczne co do kierunku w jakim powinni działać.

                                          - Ja się nie zamierzam z nimi pokładać. Ktoś tam musi zachować trzeźwe spojrzenie. Mogę spróbować z nimi porozmawiać tylko, że u nas to chyba tylko Lilly z nimi gada. A i oni mogą być no cóż… Troszkę zajęci. - Pirora zaznaczyła jakie ma plany co do spotkania przy prastarych kamieniach za kilka dni.

                                          - Ja znam ich mowę. I mam wrażenie, że powinno udać mi się przykuć ich uwagę. - odparła skromnie milady w krwistej czerwieni niejako przypominając o swoim nadnaturalnym pochodzeniu i możliwościach.

                                          - No właśnie. Jak już o tym mowa. To jesteście wszyscy zaproszeni. Tylko chyba wiadomo po co tam jedziemy. Więc lepiej aby nikt nie zgrywał świętoszka czy cnotkę. Ja tam byłam ostatnio nad urokliwym zakątkiem i mnie się podobało. Teraz też zamierzam sobie poużywać ile wlezie. Jak komuś to się nie podoba to niech nie jedzie. - Łasica skorzystała z okazji i zaprosiła całą rodzinę na to spotkanie chociaż wydawało się, że nie wszyscy są zainteresowani takimi zabawami.

                                          - Tak, my zabieramy się wozem w południe z “Mewy”. Kto chce to niech wpada to się zabierze z nami. Albo niech sam dotrze przed wieczorem do kamieni. Ale na piechotę to ze dwa, trzy dzwony marszu od zachodniej bramy. Więc jak chcecie. - Burgund zwykle zadowalała się tym co Łasica mówi ale tym razem dodała coś od siebie.

                                          - A my z miasta wyjeżdżamy rano. Znaczy ja, lady Soria i Fabienne. I parę naszych koleżanek. I jedziemy do rezydencji Rose de la Vega, Będziemy tam robić malowanie pleneru. Przez cały dzień. Tylko po zmierzchu nasza trójka postara się wymknąć i dołączyć do was. Ale dlatego będziemy później. Pewnie koło północy. Trochę zależy jak to się ułoży u Rose, jak dziewczyny i służba pójdą spać. Może jakoś im w tym pomożemy. - Pirora dorzuciła swoją cegiełke planu na to spotkanie ze zwierzoludźmi. Niestety jako szlachcianki, zwłaszcza ze względu na Fabienne i jej starą przyzwoitkę, nie mogły ruszyć bezpośrednio z miasta razem z łotrzycami i resztą. Z tego samego powodu musiałyby wracać przed świtem zanim rano służba się pobudzi i zacznie dzień. Co przy jak szacowały dwóch dzwonach drogi wozem przez leśne drogi to będą mieć mniej czasu na zabawę niż reszta. Łotrzycom bowiem na powrocie rano do miasta nie zależało to równie dobrze mogły tam wrócić i w południe albo i później ale szlachcianki to jednak nie mogły sobie na to pozwolić.

                                          Znów zaczęła się dyskusja kto by chciał, mógł, nie mógł pojechać. Właściwie to tylko Sigismundus dał od ręki odpowiedź odmowną. Nie interesowały go takie rzeczy. A i musiał zostać na miejscu aby przypilnować apteki oraz hodowli Oster. No chyba, żeby była okazja zasiać jakąś nosicielkę. To wtedy… No nie rozdwoił się no ale mógł przekazać napełnione strzykwy gdyby trafiła się taka okazja. Zaś Silny był na nie skoro miała brać w tym udział Łasica. I Egon się skrzywił, że na kopytnych to nie ma ochoty chociaż zabawy z dziewczynami z kultu miło wspominał no ale jednak miał być w tej części załogi jaka miała być w pogotowiu przy łodzi jaka miała popłynąć z Mergą do Norski. Thobias zaś podziękował uprzejmie ale nie zanosiło się na to aby miał przyjąć zaproszenie miał się jednak jeszcze zastanowić. Reszta na razie nie dała jakichś zobowiązujących odpowiedzi. Nie licząc slaaneshytek które chyba miały zamiar stawić się tam w komplecie.


                                          - A teraz zajmijmy się sprawami dziedzictwa Oster. Sigismundusie, mogę cię prosić? Chyba jesteś najlepiej z nas zorientowany w sytuacji. - Starszy cofnął się nieco pod ścianę dziobową a sam zrobił miejsce dla aptekarza. Ten wyrwał do przodu z taką energią jakby znów miał szesnaście wiosen i ze dwa razy szczuplejsze ciało. Przy okazji złapał za rękę Loszkę i pociągnął tą ciemnowłosą za sobą.

                                          - Dziękuję mistrzu! A więc kochani… Zaczęło się! Tamtej nocy po ostatnim spotkaniu pod wieżą zasiałem Loszkę oraz tamtą idiotkę z traktu… I proszę! Oto rezultat! No kochanie, podciągnij koszulę i pokaż nam swój brzuch. Koszulę, podciągnij. Tak, koszulę. Do góry, tak do góry. Jeszcze troszkę… O tak właśnie, bardzo dobrze. Widzicie?! Tak to wygląda! - aptekarz postawił na stole kilka przedmiotów ale skupił się na swojej milczącej asystentce. Poprosił ją o zadarcie koszuli aby mogła zademonstrować swój brzuch ale chwilę to trwało. Nie sprawiała wrażenia zbyt bystrej. I raczej to przypominało rozmowę z tresowanym zwierzęciem. No i odkąd tu przyszła nie odezwała się ani słowem jakby jej umysł już od dawna strawiło szaleństwo i niewiele z niego zostało.

                                          - To ma od tych robali? Ta druga też? - Łasica się wzdrygnęła widząc trzy, duże koła i strzałki ułożone w symbol Nurgla na brzuchu młodej kobiety.

                                          - Nie, nie. To jest dar od Nagero. Strażnika jaskini Oster. Pobłogosławił ją już wtedy. Ta druga to zwykła wywłoka, nie ma tego świętego znaku. Ale spójrzcie na brzuch? Widzicie? Widzicie coś? - Sigismundus jakby się zirytował na myśl, że znamię jego patrona mogłoby być ot tak rozdawane na prawo i lewo. Traktował to jak błogosławieństwo, dar i wyraz uznania. A sądząc po minie Łasicy to ta miała inne zdanie na ten temat ale się nie odzywała.

                                          - Nic nie widać. Brzuch jak brzuch? A w cyckach coś ma? Hej mała! Pokaż cycki! - Silny wzruszył ramionami ale miał tyle racji, że poza tym widocznym znamieniem Nurgrla to nawet z bliska brzuch wydawał się dość zwyczajny. Znudzony tym łysol chciał się rozerwać i zachęcił Loszkę do pokazania piersi ale ta obdarzyła go niepewnym spojrzeniem i chyba nie zrozumiała o czym mówi. Zresztą aptekarz skarcił go spojrzeniem za te wygłupy.

                                          - No właśnie! Widzicie? Nic nie widać! A to już mniej więcej połowa tej pseudociąży. Dałem jej dwie strzykwy. Chciałem jedną na początek. Albo trzy bo czcigodna mówiła, że trzy to taka w miarę bezpieczna granica. No to ostatecznie dałem jej dwie. Znaczy tej drugiej też. Ale ta druga ma chyba te małe. Miała już trzy wylinki. Więc dzisiaj w nocy, może jutro, ostatecznie pojutrze powinna mieć miot! Gdyby nie to spotkanie dzisiaj to na pewno nie opuściłbym apteki! Pierwszy od czasów Oster miot jej błogosławionego potomstwa! - aptekarz nie ukrywał swojego podekscytowania przebiegiem dotychczasowego eksperymentu. I chętnie się z nim podzielił z resztą rodziny. Z radością demonstrował kolejne kreski narysowane na papierze jakie demonstrowały kalendarz i oczekiwane terminy wydania miotu. Ta co została w aptece to już dosłownie lada dzień i nawet jowialnie zapraszał chętnych w odwiedziny na ten przełomowy moment. A Loszka była mniej więcej w połowie drogi więc przewidywał termin na okolice Marktag. Dzień przed lub po.

                                          Zademonstrował też coś co wyglądało na łupiny od czosnku. Takie jasne, wiotkie, półprzezroczyste coś. Jak się okazało to było wylinki jakie zostawiało po sobie to nowe życie i wydalało na zewnątrz. A także martwy okaz który był wielkości małego palca ale poza tym nie wyróżniał się czymś od tych jakie można było spotkać w gnoju na ulicy czy przy jakiejś padlinie.

                                          - Więc jak widzicie hodowla już się zaczęła. I chociaż pewne straty są do jestem dobrej myśli. Z jednej strzykwy można uzyskać około ćwierć tuzina tych wiekszych i pół tych mniejszych. Stosując się granic bezpieczeństwa można z łona jednej nosicielki uzyskać około pół tuzina większych i tuzina mniejszych w ciągu około pół tygodnia i tygodnia. Minus straty. Jeszcze nie wiem jakie z zapisków Oster wynika, że większość powinna przeżyć. Ale do końca miesiąca i początku kolejnego jest dwa, trzy tygodnie. Jak liczyć. A jeszcze maleństwa z miotu muszą mieć czas zrobić kokony i dojrzeć. To znów zajmuje tydzień czy dwa. Więc jak widzicie jest mało czasu jak mamy być gotowi na przełom miesiąca. I każda nosicielka jest bezcenna. - powiedział starannie jakby dawał wykład przed kolegami uczonymi. Z przedstawionych planów hodowli jakiegoś ciekawego gatunku stworzenia. Wnioski były całkiem czytelne, szacunki matematyki oraz kalendarza wskazywały na dość wąskie okienko w jakim można było liczyć na rozwój do dorosłych okazów stworzeń Oster. Te dwie nosicielki jakimi dysponował w tej chwili raczej powinny zdążyć z tymi terminami ale każdy kolejny dzień zwiększał szansę, że nawet jak się znajdzie jakąś to nie będą mieć czasu na wyhodwanie okazów do dorosłej postaci. Na tą chwilę rokowania były na łącznie tuzin okazów tych małych i dużych. I dlatego wnioskował o choćby jak najszybsze ściągnięcie tu tych aktorek co miały być nosicielkami bo nie tylko trzeba było je zasiać bo to tylko pierwszy krok ale jeszcze były kolejne.

                                          - Pragnę też poinformować, że obie nosicielki czują się świetnie i nie zdradzają żadnych nieporządanych objawów. - dodał na koniec zerkając na koleżanki ze zboru jakby to je przede wszystkim chciał przekonać. W końcu razem było ich prawie pół tuzina. Łasica w ich imieniu znów mu pokazała obraźliwy gest pokazujący aby spadał. Westchnął więc smutno i zastanawiał się chwilę.

                                          - Zaczęliśmy ze Strupasem te mikstury wspomagające. To kolejna sprawa dla jakiej mam kłopot z opuszczaniem apteki. Tak jak rozmawiałem już z kolegami. Te najrpostrze wersje to już mam komplet składników i zaczęliśmy je robić ale te bardziej zaawansowane to trzeba będzie się przejść na bagna. Bo niektóre składniki to chyba tylko tam. No może jeszcze u jakichś zielarzy ale Strupas chodził i pytał a też się na tym trochę zna no i żaden nie miał. A dałem mu pieniądze aby dobrą cenę dawał. - dokończył jeszcze swój raport, popatrzył na swoje zapiski i w końcu złożył kartkę i położył ją na stół. Przez chwilę panowała cisza gdy wszyscy trawili jego słowa.

                                          - W sprawie tych nosicielek dobrze abyście mieli to na uwadze moje dzieci. Sami widzicie, że to dość ciasne czasowe ramy. Więc jakby jakaś kandydatka się wam trafiła to nie omieszkajcie dać znać mnie, Merdze albo do apteki. Tutaj bardzo bym chciał podziękować Lilly i Dornie za pomoc w tym szczytnym dziele. A wam przypominam, że to projekt Oster ale też działa na korzyść nas wszystkich i pozostałych Sióstr. Dorosłe istoty zaatakują naszych wspólnych wrogów. A ich obcość i odraza jaką będą budzić spotęguje efekt terroru i przerażenia. Oczywiście większe wrażenie zrobi atak kilkunastu niż kilku a kilkudziesięciu niż kilkunastu. Sami rozumiecie jak to działa. - Starszy zaapelował po swoich dzieciach do tego aby chociaż spróbowali jakoś wspomóc ten projekt, zwłaszcza przy szukaniu nosicielek co wydawało się kluczowe przy takiej hodowli.

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy