Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
Polowanie w Lwiej Loży
SantorineS
Santorine jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
MekowM
Mekow jako
Zaira
LubeszL
Lubesz jako
Jaithe
slann22S
slann22 jako
Zakareth z Leng
PiołunP
Piołun jako
Kraghul Ośmiooki

Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder 2egolarion
61 Posty 5 Uczestników 1.3k Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PiołunP Niedostępny
    PiołunP Niedostępny
    Piołun jako Kraghul Ośmiooki
    Mecenas
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #41

    Kraghul jeszcze przez chwilę spoglądał w dół, to na nieruchome posągi, to na klatkę i majaczący w niej kształt. Im dłużej na nie patrzył, tym bardziej nie podobała mu się myśl o schodzeniu na oślep. Jeśli rzeczywiście były strażnikami, musiały w jakiś sposób odróżniać gospodarza od intruza. Inaczej Auldegrund i jego ludzie sami ryzykowaliby za każdym razem, gdy schodzili do groty. Logika nakazywała, że muszą w jakiś sposób rozpoznawać swojego Pana. Percepcja podobnych konstruków musiała opierać się na czymś prostym. Z jakiegoś powodu jego pierwsza myśl na temat tch konstruktów oscylowała wokół golemów, nie przemienionych osób jak zasugerowała Jaithe.
    – Muszą rozpoznawać swoich – mruknął. – Pytanie po czym. Głos? Twarz? Rozkaz? Albo...
    Jego umysł wszedł w analityczny tryb, a w myślach przeglądał zestaw potencjalnych rzeczy, które pasowały do jego teorii. Myślami wrócił na moment do czerwonego wosku na zaproszeniu i do wizerunku Alocera, który widzieli przy ołtarzu. Wtedy pieczęć wyglądała jak dziwna postać dosiadająca smoka. Teraz, po tym wszystkim, co odkryli, nie wydawało się już niemożliwe, że był to po prostu uproszczony znak piekielnego księcia. W dodatku budynek do którego weszli miał kształt, budzący nieco grozę. Co jeśli kamienne płaskorzeźby na wejściu zmieniono by zmylić wchodzące do środka ofiary. By nie skojarzyły faktów.
    – ...albo symbol.
    Spojrzał na Jaithe i Zakareth.
    – Jeśli te konstrukty służą Auldegrundowi, możliwe, że reagują na znak jego pana albo coś, co oznacza przynależność. To tylko przypuszczenie, ale wolałbym je sprawdzić, zanim zaczniemy walić w kamień całą magią, jaką mamy.

    Przeniósł wzrok ku dalszej części półki.
    – Ja również jestem za tym, żeby w razie potrzeby zaatakować z góry. Na pewno nie schodziłbym pomiędzy nie, żeby dopiero wtedy sprawdzić, czy ożyją. Mam też zaklęcie, które potrafi naprawdę mocno naruszyć kamień i konstrukty. Jeśli trzeba będzie, użyję go.
    Na chwilę zamilkł, po czym pokręcił głową.
    – Ale nie chcę nim szafować, dopóki nie upewnimy się, że nie ma prostszego rozwiązania. Nie wiemy jeszcze, co siedzi w klatce, nie wiemy, jak reagują posągi i nie wiemy, czy dalej nie znajdziemy czegoś, co pozwoli je ominąć albo wyłączyć. Warto rozejrzeć się zanim sięgniemy po ostateczne rozwiązania

    Kraghul wskazał kosturem w stronę dalszej części jaskini.
    – Proponuję, żebyśmy najpierw poszli jeszcze kawałek dalej i zobaczyli, dokąd prowadzi ta półka. To nie może ciągnąć się bez końca. Jeśli po chwili dotrzemy do ślepego zaułka albo nie znajdziemy niczego, co zmieni sytuację, zawrócimy tutaj i spróbujemy szczęścia z posągami.

    Spojrzał ponownie w dół, na klatkę. Ten moment wybrał na odpowiedzenie Jaithe. Fakt, że nazwała go "orczkiem" nieco wytrącił go z toku myślowego. Niejmniej odpowiedział niezrażony dziwnym zdrobnieniem.
    – Zguba? Wątpie. Ktoś raczej jest uwięziony, może nawet z poprzedniego rzutu ofiar. Stąd strażnicy. Tak zakładam, choć mogę się mylić. Wyczuwam, że tam jest coś co stanowi oś problemu, ale nie wiem jak interpretować ten podryg intuicji. Nie mniej, cokolwiek to jest, nie ucienie. Może poczekać.

    Na koniec przesunął dłonią po kosturze i skinął głową w stronę dalszej drogi.
    – No dobrze. Dajmy sobie jeszcze chwilę na rekonesans. Jeśli ta grota rzeczywiście skrywa serce całej Loży, dowiedzmy się więcej zanim uderzymy w nie tym co mamy.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine jako Mistrz Gry
      napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
      #42

      Podróżnicy - Zaira, Zakareth, Jaithe i Kraghul, wespół z krasnoludem-simulacrum lustrowali przez jakiś czas ów kamienny dół, w którym znajdowała się klatka. Choć obecność klatki sugerowała o jakimś rodzaju więzienia, pozostałości murów, ruiny, wydawały się mieć jakieś inne znaczenie. Być może były to pozostałości po jakiejś kaplicy lub kulcie, który czcił piekielnego księcia? Parę z pozostałości murów nawet miało jakieś reliefy, które z daleka wyglądały na postacie, zatarte przez czas i porośnięte mchem.

      Cóż. Jeśli jeśli tylko mieli wykaraskać się z tego wszystkiego, czasu na spekulacje było dużo.

      Ruszyli zatem wzdłuż skalnej półki. Ostrożnie i z pewnym ociąganiem, jako że Kraghul nadal co pewien czas próbował wybadać obecność pułapek. Stopa po stopie, podróżnicy posuwali się coraz dalej i dalej.

      ~

      Tunel

      Najbardziej wysunięty na południe był tunel, który był nieco niższy i przypominał króliczą norę, jeśli tylko to można było rzec o skalnej dziurze, wokół której formacje skalne sterczały niczym kły otwartej paszczy. Migotliwe światło pochodni-stalaktytów nie sięgało tutaj, jednak nie był to żaden problem: wszyscy zgromadzeni bowiem widzieli w ciemnościach, szczególnie Kraghul, Dorlivin i Zakareth. Oczy orka pozwalały mu jego dziedzictwem widzieć w czerni i bieli, tak samo jak Dorlivinowi, który, pomimo bycia iluzorycznym pomiotem Auldegrunda, jakimś aspektem czaru cienia zachował tą zdolność. Zakareth widziała w ciemnościach zaś za sprawą mutacji jako spaczona przez magię istota.

      Tunel był pusty. Prawie.

      U samego końca tunelu był jakiś zasuszony, stary szkielet, lub też jego pozostałości. Ciężko było powiedzieć, do kogo należał - wydawał się być chyba tak stary, jak sama Lwia Loża, bowiem zasuszona i podobna pergaminowi skóra była żółta i przysypana sporą warstwą kurzu. Było tam coś. Jakiś przedmiot.

      Zaira wślizgnęła się w ciasny tunel. W jednym momencie elfka, choć giętka, poczuła się, jak gdyby spuszczono ją na samo dno grobu. Przesuwając się coraz dalej i dalej do końca tunelu, elfka nagle zauważyła cztery pary otworów, dokładnie pasujące na oczy.

      Spojrzawszy do jednej z tych par Zaira stwierdziła, że otwory ukazywały pokoje gościnne. Ktoś w przemyślny sposób wydrążył otwory, żeby podglądać kogokolwiek, kto znajdował się wewnątrz pokojów. Każde z tych “oczu” kończyło się trofeum - można było włożyć swoją głowę do spreparowanego czerepu i przez fałszywe, szklane oczy widzieć łóżko i biurka.

      Elfka jednak parła dalej - aż do samego końca, aby wreszcie dopaść do zasuszonego, zmurszałego trupa. Zaira podniosła dwie rzeczy, które pozostały tutaj. Z jakiegoś powodu, dwa przedmioty nie wydawały się stare. Ktoś musiał położyć je tutaj niedawno.

      Pierwszym z przedmiotów był długi miecz pokryty srebrem, na którym jakiś mag tudzież kowal naniósł magiczne runy. Drugim zaś była prosta, stalowa tarcza. Rynsztunek wydawał się zrabowany od jakiegoś podróżnika.

      Kraghul i Jaithe zauważyli, że w zakurzonym, starym tunelu znajdowało się parę małych śladów: małych, szponiastych stóp.

      ~

      Sanctum diabolisty

      Pozostało więc wejść w ostatnie drzwi. Prowadzeni przez Dorlivina, czwórka ostrożnie stąpała po śliskiej, lśniącej od wilgoci posadzki.

      ~

      Pomieszczenie, które znajdowało się za drewnianymi dźwierzami zdawało się być salą trofeów i komnatą rytualisty jednocześnie, jednak, istniała spora różnica - wypchane głowy zawieszone na ścianach nie zostały pozyskane z zajadłych bestii z dziczy.

      Byli to ludzie. Wypchane głowy na tarczach trofeum miały otwarte usta, zaś niewidzące oczy gapiły się w przestrzeń, zupełnie jak te, które podróżnicy znaleźli w pokojach.

      Sporej wielkości stół, na którym znajdowały się księgi i papierzyska stał w południowej części tego pomieszczenia. Wielka, drewniana gablota znajdowała się w północnowschodnim wgłębieniu; zdawał się z niej emanować nienaturalny chłód, jeszcze zimniejszy niż naturalny ziąb jaskini, jako że przy brzegach zamkniętych drzwiczek zbierał się lód. Na środku pomieszczenia znajdował się stół, przypominający te medyków - lub wiwisekcyjny…

      Para judaszy w zachodniej ścianie wydawała się stanowić jakiegoś rodzaju punkt obserwacyjny do komnaty obok. Wreszcie, dalej na północ, pentagram szeroki na dziesięć stóp został wyryty na podłodze i dodatkowo wysmarowany krwią, tworząc krąg przywołania. Pentagram został udekorowany kośćmi, czaszkami i krwistoczerwonymi świecami.

      Powietrze cuchnęło siarką i nieprzyjemnym zapachem, które przywodził na myśl piżmo i zgniliznę.

      ~

      Kiedy tylko drzwi otworzyły się szerzej, wszyscy nagle usłyszeli dźwięk gwałtownie zasysanego powietrza. Zakareth, która znajdowała się zaraz za Dorlivinem, zauważyła, jak ogień świec zmienił swój kolor na czarny, krew na pentagramie natychmiast zaś poczęła się gotować. Odór wzmógł się w dwójnasób, akompaniowany przez nagły ryk. Mulista energia w centrum zawibrowała; wreszcie, nagły wybuch ognia i dymu wyrzygał humanoidalną sylwetkę.

      – STAŃ I WALCZ DLA WATAHY PANA – wrzasnął dzierżący trójząb czart, który natychmiast zaatakował podróżników. – LEKKA ŚMIERĆ BĘDZIE CI DANA…

      I z szyderczym śmiechem, rad z krotochwili, rzucił się na Dorlivina.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      1
      • slann22S Niedostępny
        slann22S Niedostępny
        slann22 jako Zakareth z Leng
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #43

        Zakareth Uśmiechała się do siebie, gdy zobaczyła otwory przez które można było oglądać pokoje, przypominały jej bardziej jakąś krotochwilną opowieść groszową niż normalne świątynię jednego z Arcydiabłów. Zastanawiała się przez jakiś czas, czy ten krasnolud odnalazł tę świątynię, i właściwie Czy próbował ją odinstalować do stanu wyjściowego.
        - Myślicie, że on odszukał to miejsce, czy też może cały jego Klan oddalał siedzibę pradawnego kultu?-
        Gdy znaleźli mieć zasugerowała aby wziął go któryś z jej towarzyszy, najlepiej Elfka…
        Musiała przyznać jednak, że diabła się tutaj nie spodziewała… Niezbyt cieszyła ją perspektywa walki z czymś takim przed pokonaniem tutejszego… Wielkiego kapłana?

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        0
        • SantorineS Niedostępny
          SantorineS Niedostępny
          Santorine jako Mistrz Gry
          napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
          #44

          – GIŃ, POMIOCIE! – diabeł krzyknął i dosadził do Dorlivina, próbując zbić krasnoluda z nóg.
          Krasnolud jednak nie dał się zaskoczyć: zadrobił swymi krótkimi nogami i zbił cios trójzębu swym młotem.
          – Mogę być i fałszywym, bezwartościowym bastardem Auldegrunda! – splunął Dorlivin. – Ale takim jak ty to mordę oklepię za darmo, ha!
          I okręcił się raz jeszcze, unikając ciosów płonącego trójzębu.

          Kraghul zmrużył oczy, próbując przypomnieć sobie, z jakim rodzajem piekielnego pomiotu mieli do czynienia. Rogi, trójząb, smród siarki i sposób, w jaki rzucił się do walki, mogły zdradzać więcej, niż chciał pokazać.
          – Zobaczmy, czym jesteś.
          Nie czekał jednak na pełną odpowiedź własnej pamięci. Zacisnął dłoń na kościanym fetyszu i wymówił kilka niskich, gardłowych słów. Tym razem duchy nie przybrały postaci ostrza. Ciemna, półprzezroczysta smuga wyślizgnęła się spomiędzy jego palców i pomknęła ku Dorlivinowi, oplatając krasnoluda niczym kilka warstw niewidzialnej pajęczyny. W jej wnętrzu pojawiały się na moment niewyraźne sylwetki, pazury, szczęki i migotliwe oczy istot, których już dawno nie było pośród żywych.
          Kraghul, widząc walczących Zakareth i Dorlivina z dziwnym diabłem który zmaterializował się dosłownie znikąd, skupił się przez chwilę. Tak… Słyszał o tym rodzaju istoty, która pochodziła z gorejących Piekieł, dawno temu. Choć pamięć była nieco mglista i w ferworze walki trudno było przypomnieć sobie szczegóły, ork przypomniał sobie słowa jednego ze Starszych plemienia, którzy wprowadzali go w tajniki planów. Było to dawno temu, jeszcze przed śmiercią Nary.
          – “Diabły służą temu, kogo lud ludzki zwie Asmodeusz” – mówił wtedy Starszy. – “Rzadka rzecz, widzieć przeklęty pomiot na tej ziemi. Ale głupi ludzie czasem wywołują je, bo są i ku temu narzędzia… Odporne są na ciosy zwykłej broni, poza srebrną. Moc, którą władają bogowie i boginie, poświęcona energia jest tym, czego się obawiają”.

          Wszyscy usłyszeli łopot błoniastych skrzydeł. Z ciemności - na podobieństwo diabła, z którym walczyli Zakareth i Dorlivin - wychynął pomniejszy diabeł. Zmaterializował się niemalże z powietrza, lub też uprzedniej był niewidzialny. Z syczącym, nienawistnym głosem zaatakował Jaithe! Ta, wzięta z zaskoczenia, nie uniknęła ciosu ogonem, który wydawał się pryskać dziwnym, żółtawym jadem.
          Jaithe zacisnęła zęby. Udało się jej pokonać jad.

          Dorlivin tymczasem z rykiem walił młotem, podwójnie ośmielony zaklęciem, które rzucił na niego Kraghul.
          – Dzięki, bracie! – Dorlivin uderzał z rykiem. – O żesz no, na jaja Toraga, khuurwa! – krasnolud, zirytowany rezultatem soldinych ciosów, sapnął. – Co ma być?
          – Żałosne zabawki – z gardła diabła dobył się pogardliwy chichot. – Dziś wasze łby dołączą do tej ściany!
          I uderzał dalej swym trójzębem.

          Zakareth Uśmiechnęła się widząc karłowatego diabełka, zastanowiła się czym on jest właściwie. A potem spróbowała zaatakować go dwa razy swoim kosturem.

          Zakareth zakręciła swym kosturem i odwróciła się na pięcie. Spaczona przeciskała się przez jej towarzyszy, dalej na południe, aby pomóc Jaithe!
          – Dokąd to? – zakpił diabeł.
          Rogaty chlasnął Zakareth swym trójzębem solidnie, a z trzech ran pociekła krew. Czerwonoskóry o płomiennych oczach zaśmiał się tubalnym basem.
          – Dokąd to, szpetna? Ciebie pierwszą obedrę ze skóry, jak z wami skończę!

          Zakareth jednak, niepomna słów czerwonoskórego kata, pomknęła dalej. Chlasnęła swym kosturem raz i drugi. Trafiła! Potężne uderzenie rozbiło się na czerepie małego demona, ten zaś pisnął z bólu i pogardy, miotając wymyślne klątwy.

          Jaithe tymczasem przestąpiła, żeby znaleźć się w zasięgu rzucenia zaklęcia. Zobaczyła go: diabelski kat wywijał swym trójzębem i syczał, wymieniając ciosy z Dorlivinem. Spaczona magią wzniosła rękę ponad siebie, a czarna emanacja, niby dym, zaanonsowała tchnienie energii grozy.
          Diabeł, choć zacisnął zęby, nie mógł przemóc nienaturalnej grozy, którą wywołała zaklinaczka.
          – Z-zapłacisz za to, suko! – ryknął, rozeźlony.

          Jednak elfia łuczniczka, uprzednio zakasawszy swój łuk na plecy, już nacierała na piekielnego kata! Srebrny miecz, który dzierżyła w swej dłoni, błysnął raz po raz, jednak mniej wprawna we władaniu mieczy elfka chybiała raz po raz.
          – Zabierz to z mojej mordy! – krzyknął diabeł, który spoważniał na widok srebrnej broni.

          Zakareth usłyszała kolejną parę trzepoczących, nietoperzych skrzydeł za sobą. I złośliwy chichot. Kolejny z diablików uderzył na nią z flanki, pozycjonując się za jej plecami. Choć diablik wymacał wreszcie lukę w pancerzu, spaczona magią z łatwością zbiła cios. Trucizna nie wdała się.

          – Zdychaj, pokurczu! – brodaty, czerwonoskóry kat wrzasnął do Dorlivina.
          Dorlivin jednak oparł się kolejnej próbie zbicia go z nóg. Krasnolud niemal z mistrzowskim zacięciem uchylał się od zastawianych haków diabła, który z furią uderzał coraz bardziej i bardziej.
          Wreszcie, diabeł zwinął się i uderzył swym rozszczepionym kopytem, które płonęło żywym ogniem. Dorlivin syknął z bólu, z gniewem wyszczerzył się:
          – Kiedy zarżnę cię, cholerny cieciu, to łeb ci na włócznię nabiję – krasnolud splunął.
          Kiedy tylko to wyrzekł, zaklęcie Kraghula uderzyło: cieniste postacie, które były skupione wokół krasnoluda, uderzyły wespół niczym rój szarańczy. Drasnęły jeno diabła, jednak ten ze złością tupnął na kontratak.

          Orczy szaman wykonał parę gestów i dotknął kościanego fetyszu, który zawibrował. Wirujące duchy, które otaczały Dorlivina zakręciły się, rój szarych postaci wirował wokół ciała fałszywego krasnoluda, który wymieniał ciosy z diabłem.
          Zaraz potem jednak ork krzyknął słowa zaklęcia - ni to słowo, ni to zwierzęce warknięcie. Chmara pająków natychmiast eksplodowała zaraz za diabłem, gryząc, uderzając kłami, próbując wbiec w zakamarki ciała.
          Z chmary jednak wydobył się triumfalny rechot diabła.
          – I to mają być ci, których ten stary dureń miał złożyć w ofierze!? – czerwonoskóry kat o płonących oczach zaśmiał się. – To ma być wszystko!? Alocerze! Popatrz na prawdziwego sługę Piekieł!
          Zdało się, w istocie, że rój pająków wyrządził jeno poślednią szkodę. Draśnięcia i nic więcej.

          Tymczasem Zakareth i małe diabły walczyły zażarcie. Kapłanka starego bóstwa zdawała się uchylać przed ciosami małego diabła, który w międzyczasie dotknął swą szponiastą dłonią ranę wyrządzoną przez nią i zabliźnił część ran. Ze złośliwym grymasem atakował kolczastym ogonem, jednak Zakareth ledwie odczuła rany.

          Krasnolud tymczasem zmienił taktykę.
          – Dalej, ty kupo łajna z Piekieł! – wrzasnął. – AAUGH!
          Uderzając, krasnolud trafił tak pechowo, że sam stracił grunt pod nogami. Diabeł natychmiast wykorzystał lukę w obronie i pchnął swym trójzębem, aż jucha Dorlivina zbryzgała stół. Liżąc krew z trójzębu, śmiech diabła dobywał się zza jego długich kłów.
          Natychmiast jednak dusze, które osłaniały Dorlivina uderzyły diabła: tuziny małych dłoni i szponów rozorały ciało diabła, a czerwona skóra pociekła posoką.
          Dorlivin powstał jednak.
          – Spróbuj tego, gnido! ZA TORAGA!!!
          Dorlivin uderzył w goleń diabła, ten zachwiał się, poślizgnął i wreszcie upadł na kamienną posadzkę z rumorem i wrzaskiem, które potoczyły się echem w jaskini.
          – ZAPŁACISZ ZA TO, PRZEKLĘTY KARLEEE – wrzeszczał.
          Kapłanka Pełzającego chaosu postanowiła odsunąć się od przeciwników tak aby ich stać pomiędzy nimi i zaatakowała pomiot piekieł dwukrotnie swoim kijem…

          Jaithe popatrzyłą w stronę stwora, na razie bylo trzechna jednego więc ufała, że sobie w miarę poradzą. Dlatego skoncentrowała się na pomiotach pomocnikach. Wystawiłam rekę, atakując mackami z rąk w pomiot.

          Kapłanka zakręciła swą laską bitewną, aż wizgnęło powietrze. Łeb małego diabła eksplodował niby dojrzałe jabłko przeszyte bełtem kuszy, zaś korpus zatrzepał skrzydłami i runął na posadzkę groty, rzygając krwią, która poczęła wylewać się całymi kałużami. Zakareth odwróciła się raz jeszcze i wyprowadziła parę uderzeń, jednak czerwonoskóry bachor wymykał się przed sztychami i smagnięciami.

          Feeria mrocznych macek eksplodowała z ręki Jaithe. Oślizłe, pokryte szlamem, potężne macki zwarły się wokół karku drugiego z diablików. Chrupnęło nieprzyjemnie, a drugi z małych czartów runął w dół, w przepaść pod podróżnikami, aby wreszcie plasnąć w wodzie w na pół zalanej posadzce. Nie żył. Cieniste macki, na podobieństwo dymu, rozwiały się, kiedy zaklęcie Jaithe dokonało swego dzieła.

          Zaira pojedynczym susem doskoczyła do prawej ręki Dorlivina. Krasnolud odbijał raz po raz ataki diabła, który z sekundy na sekundę zdawał się być coraz bardziej rozwścieczony. Zwłaszcza po tym jak został powalony na posadzkę. Skorzystawszy z okazji, elfka wypatrzyła moment nieuwagi czarta i uderzyła na odlew swym srebrnym mieczem.
          Trafiła! Ryk bolesnej furii wydarł się z gardła diabła. Tym razem, ostrze pokryte srebrem uderzyło głęboko w czarcią skórę, nie to, co uderzenia Dorlivina, którego młot, choć pokryty runami jego klanu, nie mógł przemóc naturalnej odporności. Zairze przemknęło przez myśli, że jego broń może być śniegową kopią, ale ważniejsze że trafiła przeciwnika i polała się krew demona - tudzież diabła, potwora - czymkolwiek był.

          Kraghul nie próbował tym razem przełamywać odporności diabła kolejnym zaklęciem. Widział już, jak niewiele zrobił rój duchowych pająków, a srebrne ostrze Zairy weszło w czarcią skórę znacznie głębiej. Lepiej było pomóc tym, którzy mieli w rękach właściwe narzędzia.
          Zacisnął palce na fetyszu i ponownie poruszył dłonią w stronę Dorlivina. Krążące wokół krasnoluda duchy zgęstniały, zacieśniając swój wir niczym stado cierpliwie czekające na kolejne uderzenie.

          Srebrne ostrze które dzierżyła Zaira, działało jak należy i elfka ani przez chwilę nie miała zamiaru odpuszczać.
          – Z całej siły – odpowiedziała Kraghulowi, nie spuszczając oczu z demona. Już podczas powstawania z podłogi zbierała impet aby mocniej uderzyć przeciwnika, który zdecydowanie za dużo gadał. Mocniej, z kucków używając mięśni rąk i nóg, oraz oczywiście celnie. Broń miała to do siebie, że służyła też do parowania ciosów i zwykle trzeba było brać na to poprawkę, Zaira czuła jednak taką pewność siebie, że tym razem skupiła się wyłącznie na celu, aby ciąć bestię głęboko i wręcz wbić ostrze w ciało przeciwnika.

          Widzałam jak padają małe diabełki, przez co mój uśmiech zdobił moją twarz. Spojrzałam w stronę głownego przeciwnika, próbując ogarnąć jak im idzie. Nie było źle, ale nie wiedziałam czy wykorzystywać całą moc na tę walkę. Wolałam nie.

          Orczy szaman podtrzymał zaklęcie i szepnął słowo. Chmara szarych postaci wirowała nadal przy krasnoludzie. Ork, trzymając przygotowany wcześniej zwój zaklęcia Grozy, zaintonował żałobny kawałek pieśni. Zwój natychmiast stanął w płomieniach, zaś pojedynczy glif, który został nań naniesiony wygiął się w przestrzeni i zalśnił kolorem ciemnej krwi. Runa grozy eksplodowała głośnym rykiem, zaś wokół Kraghula pojawiły się dwie, trzy, cztery cieniste sylwetki, które pomknęły prosto do diabła!
          Efekt był piorunujący: pewny uśmieszek czarta natychmiast zamienił się w grymas przerażenia, jak gdyby ork skrzywił jego umysł i pokazał mu najgorszą z katusz lub też najboleśniejszą z tortur. Wrzeszcząc z przerażenia, już gotował się do ucieczki!
          Zwój wypalił się całkowicie, pozostawiając po sobie tylko tlące się popioły.

          – A, zara, przestań się drzeć, ladaco…
          Dorlivin dał susa w bok i ustawił się naprzeciw Zairy. Krasnolud huknął swym młotem raz jeszcze po goleniach diabła, który w panice nie wydawał się panować nad sobą. Runął po raz drugi na ziemię, Dorlivin zaś zwinął się i poprawił ciosem młota bojowego po żebrach, aż zatrzeszczało.
          – Zdychaj, kreaturo! – krasnolud splunął z pogardą.

          Spaczona kapłanka Nyarlathotepa biegła już z południowej strony jaskini: minęła Kraghula i Jaithe i wpadła wreszcie do komnaty diabolisty. Jej kostur zapłonął czarnym, niemal smolistym płomieniem, jednak drący się czart w ostatniej chwili przeturlał się obok, potężne uderzenie zaś z prawdziwym gromem uderzyło obok jego czerepu. Tak niewiele brakowało!

          Zaklinaczka Jaithe pobieżyła za Zakareth i chlasnęła swoimi pokaźnymi szponami po ciele diabła. Niestety, na nic! Gruby pancerz i skóra zaabsorbowały impet ostrych niczym żylety szponów spaczonej przez magię, która nijak nie mogła dostać się w krwawiące rany!

          Elfia łuczniczka tymczasem powstała. Diabeł, ostatkiem sił, chciał dźgnąć Zairę swym trójzębem, jednak ta okazała się zbyt szybka. Pewnie odskoczyła obok, aby wreszcie skorzystać z siły impetu i z całej siły uderzyć srebrnym mieczem. Klinga wgryzła się głęboko w pierś czerwonoskórego czarta - elfka pchnęła jednak dalej, brutalnie patrosząc stwora z piekieł.

          – ALOCERZE!! – wrzasnął po raz ostatni czart. – WSPOMÓÓÓŻ!!!

          Świece pentagramu zapłonęły migotliwym światłem, we wnętrzu zawirowała ciemna energia. Gdzieś tam, po drugiej stronie, rozległ się przeraźliwy, nieludzki wizg, czart zaś, ranion przez Zairę wreszcie znieruchomiał. Ohydny krzyk zastygł w jego gardle, a ciemny wiatr, który powiał od strony zamykającego się portalu tchnął obrzydliwym zapachem siarki i śmierci. Czart w parę chwil postarzał się, jego skóra naciągnęła się na szkielet. Wreszcie, energia w środku pentagramu zawibrowała złowrogo i huknęła trzaskiem. Nastała cisza.

          To było wszystko. Po wierzgającym, wrzeszczącym czarcie pozostały tylko szkieletowe pozostałości. Jakikolwiek był rytuał lub zaklęcie, które go spętały, zdało się, że dopełniły się właśnie.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          0
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine jako Mistrz Gry
            napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
            #45

            Kiedy tylko dźwięki, trzaski, wyładowania i groźne brzęczenie wzburzonej energii w środku pentagramu ustało, echa bitwy ucichły i ponownie nastała złowroga cisza. Podróżnicy, Kraghul, Zaira, Jaithe i Zakareth, odnieśli całkiem solidne rany i trzeba było przyznać, że gdyby nie Dorlivin, cała rzecz z czartem mogła pójść zupełnie inaczej. Teraz jednak martwe czarty leżały na dnie jaskini, zaś zasuszony trup był jedynym, co przypominało o wielkim, rogatym diable, który jeszcze chwile temu miotał klątwy i uderzał raz po raz swym trójzębem.

            Oględziny otoczenia wkrótce wykazały, że znalazło się tutaj parę przydatnych łupów. Zaira w szufladzie odnalazła trzy mieszaniny o zielonkawym kolorze, które zidentyfikowała jako wariant mikstury leczniczej.

            Z wnętrza kredensu w północno-zachodnim kącie emanował ziąb, który przejmował do szpiku kości. Wewnątrz jednak, poza lodem i śniegiem, nie było w zasadzie nic. Kraghul doszedł do oczywistego wniosku, że kredens musiał być w jakiś sposób zaklęty, jako że nie było obok niego żadnego mechanizmu, który powodowałby ustawiczny chłód, zaś Jaithe stwierdziła, że emanowała z niego całkiem silna aura magiczna. Zapewne, po tym wszystkim, byłby warty nieco grosza, jeśli by tylko wynieść go stąd i zaprezentować jakiemuś kramarzowi w Korvosie?

            Za biurkiem znajdującym się na południu komnaty rytualisty znajdował się skrzętnie złożony śpiwór, podróżnicy odnaleźli flaszę mocnego trunku, na której znajdował się symbol Księcia Piekieł.

            Pentagram zaś i ołtarz przed nim, choć skrzętnie przygotowane do odprawienia kolejnego rytuału przewołania, okazały się najmniej interesujące. Ołtarz był całkowicie pusty, zaś pentagram wyrysowany krwią i świece były najzwyklejszymi na świecie krwią i świecami. Magia, której dokonywał tu Auldegrund, wyczerpała się wraz ze śmiercią diabła.

            ~

            Ciekawsze okazało się sprawdzanie biurka.

            Księgi, zwoje i powyrywane stronice wydawały się wskazywać na oczywiste zainteresowanie tematem przywoływania istot spoza tego wymiaru - była tutaj Hierarchia Dziewięciu autorstwa Paralictora Hendricka Thrune, nudny, acz efektowny traktat diabolistyczny, który zestawiał hierarchie w sztywnej, legalistycznej manierze rodem starego Cheliax.

            Była tutaj też kopia Czarnego Katalogu spisanego przez Siostrę Vennerę z Egorian, czyli spis znanych diabolistów, ich kultów i relikwi. Kraghul i Jaithe rozpoznali ten tom jako ten, który ongiś został spisany w celu zwalczania diabolizmu. Ironią losu jednak okazało się, że pisany z żelazną konsekwencją wolumen i jego faktologia z czasem były wykorzystywane przez samych przywoływaczy Piekieł.

            Poza tym, sporo kopii i odpisów z klasyki kultów planu Piekieł: Siedem Wrót Avernusa pióra Caldris Vane, O Przymierzu Płomienia (anonim) i inne, z których wyróżniał się Czerwony Konkordat sygnowany pieczęcią Dekarium - długi, acz niepozbawiony wyobraźni teologiczny traktat przekonujący, że rządy Avistanu powinny naśladować hierarchie Stygii.

            Między zwojami znajdowały się zaklęcia omamiające umysł i przywołujące nieumarłych. Były tutaj także znacznie dłuższe zwoje, które zostały zwinięte w rulony i owinięte wokół hebanowego drewna naśladującego berła. Te zwoje - jak zauważył Kraghul - były długimi rytuałami, dzięki którym można było wytworzyć simulacrum i ożywić przedmioty. Zdawać się jednak mogło, że magia ta była zawiła i wymagała całych godzin na odczynienie.

            W drugiej z szuflad Zaira znalazła pierścień, który dawał odporność na ogień. Obok niego znajdował się symbol, który Auldegrund mógł uważać za święty. Podróżnicy, znając już zapędy mistrza Lwiej Loży, bez trudu zidentyfikowali symbol jako ten, który przedstawiał Alocera. Był tutaj też też mała sakwa ze złotem, ponad sto sztuk.

            We wgłębieniu za biurkiem podróżnicy znaleźli, skrzętnie zawinięty w płótno, pancerz, a obok niego korbacz i tarczę wykonaną z drewna i skórzni. Zakareth dojrzała, że na wewnętrznej stronie pancerza znajdowało się pojedyncze, dość prymitywnie wyryte w metalu imię brzmiące “Rathor”.

            Zakareth, badając biurko, odszukała oprawiony w skórę dziennik. Bez wątpliwości, należał on do Auldegrunda i mogła go przeczytać tylko Jaithe, jako jedyna z grupy, która władała językiem Piekieł. Potrzeba było jednak paru godzin, żeby odcyfrować chwiejny, niemalże maniakalne pismo mistrza tego miejsca.

            Wreszcie, ostatnią rzeczą, którą odnaleźli podróżnicy był pojedynczy, mosiężny klucz, którego zwieńczenie było udekorowane głową czarta.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            1
            • PiołunP Niedostępny
              PiołunP Niedostępny
              Piołun jako Kraghul Ośmiooki
              Mecenas
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #46

              Kiedy ostatnie wyładowania wzburzonej magii wygasły, Kraghul jeszcze przez chwilę stał w miejscu, wsłuchując się w ciszę, która powoli przejmowała na powrót władzę nad jaskinią. Po bitewnym harmidrze wydawała się niemal nienaturalna. Zostało tylko kapanie wody gdzieś pośród skał, cięższe oddechy rannych i ciche skwierczenie czegoś, co dopalało się przy pentagramie. Powietrze było gęste od siarki, krwi i kwaśnego odoru czarciej posoki. Z każdym oddechem smak tego miejsca osiadał na języku.

              Kher poruszył się niespokojnie na jego ramieniu. Drobne odnóża przebiegły po skórze, jakby pająk nadal wyczuwał w kamiennym podłożu echo czegoś, co nie chciało odejść. Kraghul przesunął palcem po jego niematerialnym grzbiecie, uspokajając go krótkim, niemal odruchowym gestem. Dopiero wtedy podszedł do biurka. Pozwolił, by jego animistyczne zmysły chłonęły przestrzeń. Zapach w tym miejscu był inny. Czuł woń starego pergaminu, skóry oprawionych ksiąg, kurzu, wosku i atramentu, zmieszanych z wyraźną nutą krwi. Ork przesuwał dłonią nad księgami i zwojami, czasem zatrzymując palce ledwie włos nad ich powierzchnią, jakby próbował nie tyle przeczytać zapisane słowa, ile usłyszeć ślad myśli po człowieku, który je studiował.

              Rytuał tworzenia simulacrum zatrzymał go najdłużej. Zapis był trudny, pełen drobnych zależności i znaków, ale jego sens pozostawał wystarczająco czytelny. Kraghul powoli uniósł wzrok znad pergaminu i spojrzał na Dorlivina.
              – A jednak.
              Nie triumfował. Znalezienie uzasadnienia dla własnych obaw nigdy nie było powodem do triumfu. Dobrze jednak było znaleźć potwierdzenie czegoś, czego już wcześniej się domyślał. Drugi z obszernych zapisów opisujących praktykowane w tym miejscu rytuały dotyczył ożywiania przedmiotów. Tym razem spojrzenie szamana niemal odruchowo powędrowało ku wyjściu z komnaty, w stronę pozostawionych wcześniej kamiennych strażników.
              – Więc pewnie i tam mieliśmy rację.

              Mimo ciekawości nie zamierzał jednak próbować rozplątywać wszystkich implikacji wynikających ze znalezionych materiałów tutaj, na miejscu. Wystarczało jedno spojrzenie, by wiedzieć, że podobne dzieło wymagało czasu, spokoju i cierpliwości. Kraghul zwinął oba długie rulony z powrotem wokół hebanowych drzewców i odłożył je osobno od reszty papierów. Nie zamierzał ich zostawiać. Podczas krótkiego odpoczynku chciał przynajmniej przejrzeć fragmenty dotyczące sposobu wydawania rozkazów, warunków przebudzenia i tego, jak ożywiony strażnik rozpoznawał tego, komu miał służyć.

              Między prostszymi zwojami znalazł dwa, które po krótkim namyśle odłożył osobno, z zamiarem zabrania ich ze sobą. Pierwszy zawierał zaklęcie przywołujące nieumarłych. Drugi był bardziej odpychający w swej naturze. Opisywał magię zdolną wzbudzić w żywym ciele głód właściwy ghulom, wypaczyć pragnienie i obrócić je przeciw temu, kto nieszczęśliwie znalazł się w jej zasięgu. Kraghul przesunął kciukiem po krawędzi pergaminu i przez chwilę milczał. Natura zaklęć zapisanych na zwojach poniekąd kłóciła się z wartościami, które wyznawał. Wiedział jednak, że bywają rzeczy paskudne, plugawe i niebezpieczne, ale sam ich zapis nie ma jeszcze intencji. Intencję nadaje dopiero ręka, która po nie sięga.
              – Wezmę je. W godzinie próby przyda się coś, co przeważy szalę na naszą korzyść – powiedział z silną, niemal irracjonalną potrzebą wytłumaczenia się, po czym zwinął oba zwoje starannie i wsunął między własne rzeczy.

              Żelazny symbol Alocera stanowił zupełnie inną kwestię. Kraghul zatrzymał go w dłoni i przez kilka chwil jedynie obracał między palcami. Metal był chłodny, matowy i nieprzyjemnie ciężki jak na tak niewielki przedmiot. Nie wyglądał jak ozdoba ani jak coś noszonego dla próżności, a przynajmniej tak chciał myśleć o tym znalezisku. Myślami kolejny już raz wrócił do kamiennych strażników. Jeżeli rzeczywiście zostały ożywione przez Auldegrunda, musiały w jakiś sposób odróżniać intruzów od tych, których miały przepuszczać. Sama magia nie mogła przecież bez końca rzucać się na każdego, kto zbliżył się do strzeżonego miejsca. Musiał istnieć jakiś warunek, znak albo sposób rozpoznania. Kraghul przez moment przesuwał kciukiem po wyobrażeniu Alocera, czując pod opuszkami nierówności żelaza i zastanawiając się, czy to coś im da, czy tylko się oszukuje. Nie miał pewności, ale nauczył się ufać swojej intuicji. Na razie była to tylko kolejna część układanki, ale wystarczająco sensowna, by jej nie ignorować. Zamiast więc wrzucić symbol głęboko do torby razem z resztą znalezisk, wsunął go do łatwo dostępnej kieszeni sakwy. Jeśli mieli jeszcze wrócić do posągów, dobrze było mieć znak pod ręką.

              Mosiężny klucz również należało zabrać, choć Kraghul nie zamierzał rościć sobie do niego żadnego szczególnego prawa. Podobnie dziennik. Ten ostatni powędrował do rzeczy drużynowych, a przynajmniej chciał by tak było. Kilka godzin potrzebnych Jaithe na jego rozszyfrowanie było luksusem, na który teraz zwyczajnie nie mogli sobie pozwolić. Stos ksiąg o Piekielnych czeluściach można było zabezpieczyć i wynieść później, jeśli wyjdą stąd w jednym kawałku. Na koniec Kraghul wziął jeden z zielonkawych eliksirów i przez chwilę oglądał płyn pod światło świec. Potem schował fiolkę głęboko wśród podręcznych rzeczy. Miał nieprzyjemne przeświadczenie, że eliksiry przydadzą się im pod koniec tej wyprawy.

              Dopiero gdy wszystko, co uznał za istotne, zostało zabezpieczone, poczuł ponownie własne rany. Gdy walka ustawała, ciało zawsze przypominało sobie o bólu. Mięśnie sztywniały, skóra piekła, a miejsca po uderzeniach zaczynały pulsować zgodnie z rytmem serca. Kraghul uklęknął i rozwinął przybory medyczne. Zapach płótna i ziół rozlał się przyjemnie, walcząc z fetorem rytualnej komnaty.
              – Chyba przyszedł czas, żebyśmy zadbali o siebie? – zaproponował i rozejrzał się po rannych. Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął bandaże. Na ewentualnie uniesioną brew Zairy zareagował nieznacznym wzruszeniem ramion.
              – Umiem opatrywać, ale zazwyczaj wolę, by własne rany obejrzał ktoś inny. Jedną z prymarnych zasad mojego plemienia jest, by uważać na lekarzy, którzy leczą się sami. Taka pokrętna mądrość orków i dziwne przyzwyczajenie. Przepraszam za wcześniejszą szaradę. – wyznał, nie dodając, że sam zawsze lubił podpatrywać metody innych w tej materii. Głęboko wierzył w uczenie się przez obserwację, która stanowiła lwią część jego szkolenia. Wcześniej także nie myślał, iż znajdują się w aż takich problemach, choć brał sytuacje dość poważnie.

              W każdym razie, jeżeli mieli choć chwilę bezpieczeństwa, chciał wykorzystać ją dobrze. Oczyścić rany, pozaciskać bandaże, odzyskać oddech i pobieżnie przejrzeć oba rytuały, zanim ruszą dalej. Przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe. Na tyle, by z zapisanej przez Auldegrunda wiedzy wyciągnąć coś, co mogło uratować im skórę za następnymi drzwiami tej przeklętej loży. Kiedy skończyli, Kraghul wyciągnął żelazny symbol Alocera.
              – Nie wiem, czy macie ochotę, ale mam straszną chęć przetestować teorię w praktyce. Wróciłbym do nich z tym, ale możemy też sprawdzać dalej. W końcu niewiele zostało nam już tego upiornego lochu. Czuję, że powinniśmy odkryć wszystkie tajemnice tego miejsca, zanim odpoczniemy i powitamy gospodarza. Co wolicie?
              Przerzucił spojrzenie na pozostałych.

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              🔥
              1
              • slann22S Niedostępny
                slann22S Niedostępny
                slann22 jako Zakareth z Leng
                napisał(a) ostatnio edytowany przez
                #47

                Kapłanka Pełzającego Chaosu była zadowolona z tego, że udało mi się pokonać istoty służące Piekielnej tyranii, ale musiała obejrzeć ich znaleziska. Przyjrzała się korbaczowi, i powiedziała częściowo do siebie a częściowo do towarzyszy.
                - Chyba muszę rozważyć wzięcie tego, jeśli naszym kolejnymi przeciwnikami będą inne diabły, za bardzo wygląda to na Wolę Nyarlathotepa, który przecież pogardza takie miejsceami jak młodzi Bogowie, a Czasy są od niej po stokroć gorsze…-

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • SantorineS Niedostępny
                  SantorineS Niedostępny
                  Santorine jako Mistrz Gry
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #48

                  Tajemne przejście i klucz

                  Podróżnicy, przeszukawszy pomieszczenie, deliberowali jakiś czas jeszcze, w którą stronę udać się. Sprawdzanie komnaty zaowocowało odnalezieniem jeszcze jednej, nieprzewidzianej rzeczy.

                  Zakareth sprawdzała, czy przypadkiem przy ścianie nie znajdował się obluzowany kamień lub też cokolwiek, co mogło być skrytką. Nagle, kapłanka zahaczyła o coś, co z początku wydało się tylko dziwnie ułożonym kamieniem w komnacie. Nagle, usłyszeli dźwięk przesuwającego się mechanizmu, aby wreszcie…
                  Ukryte drzwi otworzyły się, ukazując salę uczt! Sekretne drzwi były ustawione bezpośrednio w stronę wyjścia z Lwiej Loży.

                  Zaira, która uprzednio zabrała ze sobą klucz ze zwieńczeniem zdobionym głową czarta, poczuła jak zawibrował lekko, kiedy zwróciła się w stronę wielkich wrót, które zamknęły się za nimi przed ucztą fałszywego Auldegrunda.

                  ~

                  Klatka

                  Klatka

                  Grupa wycofała się na wschód, do wielkiej groty z klatką, dziwnymi posągami, ruinami we wgłębieniu i starym dźwigiem. Koniec końców postanowiono, że nikt inny, ale to Kraghul miał opuścić się na dół, aby spróbować swego szczęścia z posągami. Ork bowiem dzierżył żelazny symbol Alocera.
                  Zanim jednak rzecz się dokonała, Zaira i Kraghul pochylili się nad ranami swych towarzyszy: najwięcej ran zebrał Dorlivin, który przez długie chwile sam jeden mierzył się ze stworem piekieł, choć Zakareth także oberwała swoje od trójzębu diabła i szponów diablików. Czasu nie było zbyt dużo, jednak elfka i ork opatrzyli rany swoich towarzyszy. Co do Dorlivina zaś, rzecz była niemalże krotochwilą: choć jasne było, że krasnolud powstał z ambicji Auldegrunda, jego ciało krawiło niby prawdziwe.
                  Później przeszli do rzeczy z klatką.

                  Ork ustawił się na drewnianej platformie, zaś Zakareth wespół z Zairą, które miały więcej krzepy niż Jaithe, jęły się operowania mechanizmem. Dorlivin, który zdawał się być obojętny wszelakiemu niebezpieczeństwu, także wstąpił na drewnianą platformę.

                  – Kiej mi przyjdzie zdychać, to lepiej, żeby to była walka – skonstatował fałszywy krasnolud. – Na pohybel staremu.

                  Mechanizm był prosty, zaiste, prostacki: druga część łańcucha dźwigu przywiązana była do wielkiej, żelaznej sztaby służącej jako przeciwwaga, łańcuch zaś przechodził przez serię bloków i krążków linowych i był operowany korbą z blokadą, która pozwalała na zawieszenie dźwigu na dowolnej wysokości. Rzecz niewątpliwie nosiła na sobie ślady solidnego, krasnoludzkiego rzemiosła, pomimo swojego opłakanego stanu. Jednak, kiedy kapłanka i łowczyni zaczęły kręcić korbą, a łańcuch z chrzęstem opuszczać się, dźwig zadziałał bez zarzutu. Cóż, parę razy Kraghul miał wrażenie, że chwiejna platforma i przegniłe drewno miały się załamać, a on sam runąć w dół, innym razem zaś rzecz spowolniła i zaczęła wydawać z siebie żałosny, głośny odgłos nienaoliwionego metalu.
                  Wreszcie, łańcuch zatrzymał się, a orczy szaman poczuł definitywne szarpnięcie windy, która głośno zatrzymała się na samym dole.

                  Choć ściany jaskini za Lwią Lożą same emanowały naturalnym chłodem, tu, w dole, było jeszcze zimniej, zaś lodowata woda wypełniała spore kałuże głębokie na jakiś cal. Jakieś pozostałości murów, zmurszałe i strzaskane, wznosiły się nierówno. Kraghul przybliżywszy się, dostrzegł, że na tych murach było coś, jakieś pozostałości reliefów, które na pierwszy rzut oka przedstawiały postacie, nie sposób jednak można było zmiarkować, cóż to za sceny miały przedstawiać, były w tak opłakanym stanie. Nie było jednak czasu, aby dokonywać oględzin. Ruszył w stronę żelaznej klatki.
                  Krok za krokiem, krok za krokiem… Kraghul wzniósł żelazny symbol piekielnego księcia przed sobą, niczym sztandar, aby nie było wątpliwości, kto właśnie szedł. Ork miał nieodparte wrażenie, że Jeleń i Lew, choć ich kamienne oczy nie poruszały się w ogóle, w jakiś sposób obserwowały go. Dziwne to było wrażenie. Jednak, z jakiegoś powodu, dwa posągi nie poruszyły się ani o cal, o pół cala czy ćwierć.

                  Klatka wydawała się być znacznie nowszym dodatkiem do dołu w jaskini, nie starszym niż parę lat. Tu i ówdzie dało się odnaleźć pojedyncze liszaje rdzy, jednak były one rzadkie i nieznaczne.

                  – Te, ty, ork – rzekł Dorlivin. – Popatrz no, tu jest coś.

                  Fałszywy krasnolud wskazał na mosiężną tabliczkę, na poły zanurzoną w wodzie. Był na niej napis, który brzmiał:

                  NAJLEPSZA OFIARA TO TA, KTÓRA UCIEKŁA Z SIDEŁ

                  Dorlivin pokręcił głową, zaś na jego twarzy odmalowało się coś na kształt zażenowania i pogardy jednocześnie.

                  Drzwi do klatki uchyliły się z nieprzyjemnym skrzypieniem. Słyszał to teraz. Tam, w rogu klatki, coś, co z początku wydawało się kupą brudnych szmat, poruszało się w rytm oddechu. Czasem jeno z wnętrza dobywało się donośniejsze kasłanie, zdradzając, że był tam ktoś… I żył.
                  Kraghul sięgnął, odsunął brudny kawał płótna.

                  – Jesteś od Auldegrunda? – usłyszał hardy, acz zmęczony głos.

                  Był to ork. Złote źrenice szaroskórego osiłka spoczęły na Kraghulu i Dorlivinie z nieufnością.

                  Rathor

                  Cichy kaszel dobył się z gardła orka, który uniósł się ze swego zaimprowizowanego barłogu. Wyglądał jak zaszczute, zmęczone zwierzę, które gotowe było zarówno do walki, jak i do rzucenia się w przepaść.

                  – Nie wyglądasz – rzekł tamten. – Ale jakbyś mi te kości w gardziel wepchnąć miał, wiedz, że zabiłeś Rathora. No, dalej… Zabij. Tche-he-he-hee…

                  I zakaszlał raz jeszcze, donośniej i bardziej chrapliwie.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • PiołunP Niedostępny
                    PiołunP Niedostępny
                    Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                    Mecenas
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez
                    #49

                    Kraghul opuścił żelazny symbol Alocera dopiero wtedy, gdy znalazł się już przy klatce. Przez moment obracał go jeszcze między palcami, czując pod opuszkami chłodne, nierówne żelazo. Kamienne figury pozostały za jego plecami nieruchome i nieme. Sam znak wystarczył, by uznały go za kogoś, kogo nie należy zatrzymywać. Dobrze, choć Szaman zerknął w ich stronę podejrzliwie. Nie ufał im ani odrobinę bardziej niż wcześniej, ale teraz przynajmniej wiedział, że jego przypuszczenie nie było całkiem chybione. To wystarczało, a przynajmniej musiało wystarczyć. Po chwili schował symbol do sakwy i całą uwagę przeniósł na klatkę oraz człowieka, który siedział w jej wnętrzu.

                    Przeniósł ośrodek uwagi na coś, co poruszyło się wyraźniej pod brudnymi płachtami. Kraghul zatrzymał wzrok na orczym więźniu i przez kilka uderzeń serca nic nie mówił. Sposób, w jaki tamten trzymał napięte ciało w gotowości, oraz czujne oczy śledzące najdrobniejszy ruch jasno dawały do zrozumienia, że wobec tego osobnika należało mieć się na baczności. Jednocześnie było w nim coś z osaczonego zwierzęcia, które od dawna nie liczyło już na ratunek, ale wciąż zachowało dość pierwotnej determinacji, by rzucić się do gardła temu, kto podejdzie zbyt blisko. Szaman znał ten sposób reagowania. Widział go wcześniej u rannych drapieżników, u ludzi po długiej niewoli oraz czasem nawet u duchów, które zbyt długo pozostawały przywiązane do miejsca swojej śmierci. Mając to na uwadze, nie skrócił dystansu. Pomyślał, iż dobrze, że symbol Alocera zniknął w sakwie. Nie chciał, by pierwszą rzeczą, którą więzień skojarzy z jego sylwetką, był znak piekielnego księcia, któremu zapewne służył ten, kto wtrącił go do lochu.

                    Kraghul przypomniał sobie prymitywnie wyryte litery po wewnętrznej stronie pełnej płyty znalezionej wcześniej w komnacie diabolisty. Zbroja ostatecznie nie trafiła do nikogo z drużyny, ale obok niej leżały również korbacz i tarcza, które przypadły Zakareth. Szaman nie powiedział nic. Nie zamierzał rozporządzać cudzym łupem ani przesądzać, do kogo naprawdę należały znalezione przedmioty. Jego spojrzenie powędrowało jednak na moment w stronę kapłanki, zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, nieco wymownie, a potem wróciło do więźnia. Jeśli rzeczywiście należały do Rathora, niech sam to powie. Reszta była już sprawą innych. Zresztą wpierw trzeba było ustalić, czy powinni mu oddawać broń do rąk. Myśląc o kolejnych posunięciach, Kraghul szybko wybiegł jednak myślami dalej. Taki osobnik mógłby okazać się cennym wsparciem w ostatecznym starciu z panem tych lochów, o ile uda im się doprowadzić go do używalności, dlatego warto było spróbować nawiązać z więźniem nić porozumienia.
                    – Widziałem twoje imię na pancerzu – powiedział spokojnie. – Znaleźliśmy go wyżej.
                    Kraghul przykucnął w pewnym oddaleniu, żeby nie górować nad nim bez potrzeby. Z tej pozycji łatwiej było ocenić, z czego naprawdę brała się hardość w głosie Rathora. Trzeba było koniecznie ustalić, czy to, co widział, było jeszcze oznakami siły, czy jedynie pozorem podtrzymywanym przez orczą naturę, która niemal w każdej sytuacji nie pozwalała okazywać słabości. Kaszel nie był dobrym znakiem, a ciało nosiło wyraźne ślady długiej niewoli.
                    – Nie jestem od Auldegrunda – dodał po chwili. – I nie przyszedłem cię zabijać.

                    Nie próbował od razu zarzucać Rathora pytaniami o lożę, rytuały i sekrety ukryte w podziemiach. Najpierw chciał ustalić, czy ork w ogóle jest w stanie mówić dłużej niż kilka zdań i czy nie potrzebuje pomocy bardziej niż przesłuchania.
                    – Jak długo tu jesteś?
                    Przesunął wzrokiem po jego ranach i wychudzonej sylwetce, po czym sięgnął po swoje przybory medyczne, ale nie wyciągnął ich jeszcze na wierzch.
                    – Jeśli pozwolisz, obejrzę cię i opatrzę. Potem opowiesz nam, co ci zrobili i jak skończyłeś tutaj.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • SantorineS Niedostępny
                      SantorineS Niedostępny
                      Santorine jako Mistrz Gry
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #50

                      Orczy wojownik milczał przez parę dłuższych chwil. Jak na dłoni można było odczytać z jego twarzy, że nie takiej odpowiedzi spodziewał się. Jego nieufne spojrzenie zatrzymało się znacznie dłużej na Dorlivinie, niż Kraghulu. Być może podejrzewał, że to wszystko było kolejną grą Auldegrunda.

                      Mimo wszystko, ork podniósł się lekko ze swego barłogu i skupił się z powrotem na szamanie.

                      – Zbroja jest moja – rzekł wreszcie. – Stary zdarł ze mnie i płytę, i tarczę i wziął korbacz. Oby udławił się, pfche. Gadasz, żeś nie od Auldegrunda? Znaczy się, Auldegrund zdechł i został zabrany przez diabły. Haha, ha-ha-kch, khe, khe, khe.

                      Śmiech orka zamienił się w spazmatyczny kaszel.

                      – Dobre, dobre – sardoniczny uśmiech orka rozpękł się na jego ustach niby rana. – Przynajmniej zejdę w dobrym humorze. Pytasz, ile tu jestem? A zejdzie jakiś drugi tydzień, może nieco mniej.

                      Kraghul zauważył, jak ork szepnął do siebie samego parę niezrozumiałych słów, jak gdyby rzucając uwagę do samego siebie. Może zbyt długo tkwił w tej klatce? Lub też uznał Kraghula za kolejnego z więźniów, który postradał rozum?

                      – Możesz podejść, tylko bez sztuczek – warknął. – Klatka jest mała, uważasz. Te łapy dość mają pary, żeby złamać kark tobie i temu tam – uniósł wychudłe ręce.

                      Kraghul przybliżył się ostrożnie i wyjął swoją torbę medyczną, co skomentował ork:

                      – Stary miał coś podobnego – twarz Rathora wykrzywiła się przez chwilę w nienawistnym grymasie, który jednak rozluźnił się, przeszedłszy w nagłe zobojętnienie. – Dał mi… Coś.

                      Kraghul pracował przez parę dłuższych chwil. Było tutaj nieco roboty: ciało Rathora nosiło na sobie ślady walki, bicia, a nawet i tortur. Niektóre z ran zabliźniły się, inne jednak nosiły ślady czegoś na kształt improwizowanej medycyny: pod brudnymi szmatami znajdowały się pojedyncze kwiaty ziela krwawnika. Ork przemył rany swojemu pobratymcowi, nagle dostrzegłszy, że pod jedną ze szmat błyszczała pojedyncza klinga, zdaje się, sporządzona z zaostrzonej łyżki. Wystarczył jeden, zdecydowany ruch, a zaimprowizowana mizerykordia mogła wbić się w jego szyję.

                      Choć groźba była realna, kontynuował. Być może fakt, że Kraghul był orkiem sprawił, że wojownik pozwolił mu siebie obejrzeć?

                      Wreszcie, kiedy Kraghul skończył, zrozumiał, jaka choroba trawiła Rathora - wychudłe ręce i spazmatyczny kaszel, a także inne parę symptomów, które animista znał z doświadczenia, wskazywały na gruźlicę. Kraghul nie miał co do tego żadnych wątpliwości.

                      Rathor powstał wreszcie.

                      – Czuję się lepiej po tym gównie, które mi dałeś – szaroskóry ork pomacał swe rany. Zdawać się mogło, że szaman przywrócił mu nieco jasności umysłu. – Chciałeś gadać? Nie przypominam sobie, żebym usłyszał twe imię. I... Czemu z nim jesteś? – wskazał na Dorlivina.

                      Dorlivin tymczasem milczał. Fałszywy krasnolud z założonymi rękami przyglądał się posągom i zdawał się nasłuchiwać, czy przypadkiem ktoś nie nadchodzi. Jedynym dźwiękiem jednak, który przetaczał się przez jaskinię, było kapanie wody.

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • PiołunP Niedostępny
                        PiołunP Niedostępny
                        Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                        Mecenas
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez
                        #51

                        Kraghul skończył opatrywać Rathora i przez moment przyglądał mu się uważnie, jakby dokładniej zważyć charakter orka. Kto jak kto, ale Khargul znał swój lud. Kaszel, wychudzenie i kilka drobniejszych oznak, które dostrzegł z bliska, układały się w znajomy obraz. Gruźlica. Nie wiedział, jak daleko choroba zdążyła się rozwinąć ani jak długo Rathor się z nią zmagał, ale fakt, że ork wciąż miał dość siły, by stać, mówić, czy grozić skręceniem karku, był przynajmniej częściowo pocieszający. Na wzmiankę o śmierci Auldegrunda Kraghul lekko zmarszczył brwi. Najwyraźniej Rathor wyciągnął z ich obecności całkiem logiczny, choć błędny wniosek.
                        – Nie. Auldegrund jeszcze żyje.

                        Przerzucił spojrzenie na Dorlivina, który nadal stał nieopodal, bardziej zainteresowany otoczeniem niż rozmową. Rozumiał dlaczego obecność krasnoluda również mogła wprowadzić w błąd orka.
                        – Ten Auldegrund, którego spotkaliśmy wcześniej, był simulacrum, czyli taką magiczną kopią. Dorlivin też nią jest, tylko że coś poszło inaczej, przy jego tworzeniu. Ma własny rozum i niespecjalnie tęskni za swoim twórcą. Właściwie to chce mu wrazić topór w głowę, więc można powiedzieć, że jest po naszej stronie.
                        Nie wdawał się w dłuższe wyjaśnienia. Rathor miał prawo patrzeć na krasnoluda podejrzliwie, zwłaszcza po tym, co musiał tutaj przeżyć, ale na ten moment ważniejsze było to, że prawdziwy gospodarz Lwiej Loży wciąż gdzieś był i nadal pozostawał problemem do rozwiązania.

                        – Kraghul Ośmiooki – przedstawił się wreszcie. – I jeśli chcesz naprawdę zobaczyć Auldegrunda martwego, być może będziesz miał okazję pomóc nam zmienić obecny stan rzeczy.
                        Dopiero wtedy wrócił myślami do wcześniejszych słów więźnia, szczególnie do krótkiej wzmianki o tym, że Auldegrund coś mu podał. W miejscu takim jak to trudno było uznać podobny szczegół za niewinny.
                        – Powiedziałeś, że dał ci coś, kiedy cię leczył. Pamiętasz co? I jak właściwie trafiłeś do tej klatki?
                        Nie naciskał bardziej, niż było trzeba. Rathor przesiedział tutaj prawie dwa tygodnie i mógł wiedzieć o Auldegrundzie rzeczy, których nie dało się wyczytać z żadnego dziennika ani wywnioskować z pozostawionych w loży innych tropów.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • MekowM Niedostępny
                          MekowM Niedostępny
                          Mekow jako Zaira
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez Mekow
                          #52

                          Konstrukcja opuszczająca na dół była dość złożona, ale jej obsługa była łatwa do zrozumienia. Początkowo Zaira się dziwiła, gdyż zwykła drabina byłaby prostsza, a schody praktyczniejsze. Jednak zrozumiała przewagi jaką dawała ta... prowadnica? Można było nią przenosić kilka osób na raz, towary, a co ważniejsze skutecznie zatrzymać delikwentów na dole - w ramach kolejnego stopnia przetrzymywania więźniów.

                          Gdy tylko opuścili Kraghula i Dorlivina, elfka dobyła łuku. Zdecydowała się na strzały o srebrnym grocie, na wszelki wypadek. Oczywiście nie trzymała łuku napiętego, bo zmęczyła by mięśnie w kilkanaście sekund, ale gotowa była oddać strzałę... mając nadzieję, że to przynajmniej pomoże mężczyznom się wycofać.
                          Na szczęście posągi się nie ruszyły - coś co zawdzięczali znalezionemu amuletowi. Zaira odetchnęła z ulgą.

                          Pozostawała kwestia potencjalnego więźnia. Zaira bacznie obserwowała poczynania towarzyszy, nadal ubezpieczając ich z łuku - na wypadek problemów. Naturalnie, okazało się to zbyteczną ostrożnością, gdyż wszystko wskazywało na to, że spotkali sprzymierzeńca.
                          Zaira nie słyszała o czym rozmawiają panowie, ale fakt że nawiązali dialog mówił sam za siebie.

                          - Wygląda na to, że wszystko w porządku, - Zaira zwróciła się do towarzyszek.
                          - Mamy chwilę. Możesz zerknąć na ostatnie wpisy Auldegrunda? Może zdradzą nam coś przydatnego? - zwróciła się do Jaithe.

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          1
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine jako Mistrz Gry
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #53

                            Sens wieści, że Auldegrund był “simulacrum” chyba ominął Rathora, który jeno rzucił spojrzenie na swojego orczego pobratymca.

                            – Magia – splunął za siebie. – E, niech będzie. Każdy, kto gada, że chce klin topora zatopić w czole tego przeklętego karła może walczyć ze mną. Oby jeno prawdę gadał…

                            Tu łypnął złowrogo na Dorlivina, który odparł, kiedy zorientował się, że Rathor pije do niego:

                            – Jest tak, jak gada – miedzianowłosy krasnolud nie przestawał obserwować posągów. – Najlepiej, żebym zdechł zaraz po starym, ale zanim to się stanie, wywlekę flaki, żeby mieć pewność.

                            Szaroskóry ork skinął głową, choć nie przestawał od czasu do czasu rzucać spojrzenia na Dorlivina, jak gdyby spodziewał się, że ten zaraz rzuci się na niego.

                            – I jeśli chcesz naprawdę zobaczyć Auldegrunda martwego, być może będziesz miał okazję pomóc nam zmienić obecny stan rzeczy – ciągnął Kraghul. – Powiedziałeś, że dał ci coś, kiedy cię leczył. Pamiętasz co? I jak właściwie trafiłeś do tej klatki?
                            – Jak dla mnie, to mogę temu staremu w dupę włożyć i pięść, jak trzeba będzie – Rathor uniósł przed siebie kułak i potrząsnął nim. – Ale, kurwa, na Rovaguga! – zakaszlał jeszcze głośno. – Trza będzie czegoś więcej niż pięści, żeby posłać go tam, gdzie jego miejsce. I nie leczył. Jak już dostałem w łeb o raz za wiele, postawił mnie na jakimś stole i wstrzyknął we mnie kłujką jakieś… Coś. Może to z tego mam to?

                            I wskazał na swój umięśniony kark, zapewne mając na myśli swój kaszel.

                            Rathor potrząsnął głową, zdaje się, nadal nieco oszołomiony nagłym rozwojem wydarzeń. Dopiero teraz zauważył pozostałych, którzy stali opodal, na klifie: Zakareth, Jaithe i Zairę.

                            – Pytasz, jak tu trafiłem? Prosta rzecz. Ja i moi kompani przyszliśmy z Korvosy. Świątynia była Erastila, uważasz? Pusto wszędzie, to nocujemy. A potem z jakiejś dziury wychodzi elf i gada, że byli tam jacyś łowczy. Napadli na nich i zabrali mnichów i przeora. I że jeno on się ukrył. Pokazał, gdzie poszli. Zapłacił nam nieco i poszliśmy… A potem żeśmy wdali się w walkę z nimi. Twarde sukinsyny, psia ich mać. Jacyś ludzie, ale były też dwa ogry. Zaskoczyli nas i…

                            Rathor zaczął maniakalnie kaszleć przez długą, długą chwilę. Wypluł wreszcie, zaś Kraghul zauważył w tym parę żyłek krwi.

                            – No, uważasz – wysapał. – Jestem tutaj. Stary krasnolud coś gadał ciągle, dziwne rzeczy. Coś o łowach. O ile to w ogóle krasnolud jest. To pieprzony mutant, zdaje się. Rogi miał i szpony.

                            ~

                            Jaithe, kiedy zerknęła do dziennika Auldegrunda, stwierdziła, że potrzeba by znacznie więcej czasu, żeby odcyfrować zapiski. Nie były one co prawda zapisane jakimś mistycznym szyfrem: był to pospolity Piekielny pisany z dość nieporadną, brutalistyczną składnią.
                            “UMYSŁ Pana Watahy tknął mnie dziś wieczór. Znam jego rozkaz i spisałem nowy rytuał. Czas na nowy Krwawy Łów, czas zakreślić znaki i obliczyć planety…” – odczytała Jaithe.

                            To było wszystko, póki co. Zaklinaczka potrzebowała spędzić więcej czasu, aby wyrozumieć, o cóż też mogło chodzić prawdziwemu Auldegrundowi.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0
                            • slann22S Niedostępny
                              slann22S Niedostępny
                              slann22 jako Zakareth z Leng
                              napisał(a) ostatnio edytowany przez
                              #54

                              Zakareth wzruszyła ramionami, aczkolwiek była zaskoczona widząc orka uwięzionego, Jednakże jej do końca mu tutaj ufała, być może był Złamanym więzieniem, który będzie teraz walczył dla krasnoluda jako dla swojego pana… Z drugiej strony był umierający i matematykę przemawiała za tym, że tak czy siak lepiej będzie odebrać możecie.. Co Zresztą nie miało znaczenia, albowiem nie chciała robić sobie wrogów ze swoich towarzyszy.
                              Zastanowiła się nad tym że chcę odbijał rogi, i domyśliła się bez problemu, że stał się czymś paskudnym.
                              - Ten osobnik Chcę zmienić siebie W diabła? Co za prymitywne pragnienia!-

                              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                              1
                              • SantorineS Niedostępny
                                SantorineS Niedostępny
                                Santorine jako Mistrz Gry
                                napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
                                #55

                                Rathor, który kaszlał i słaniał się lekko jeszcze po tak długim czasie spędzonym w klatce, wyszedł wreszcie ze swego więzienia, zaś Kraghul wyciągnął z powrotem symbol Alocera. Szary ork przez chwilę przyglądał się niespokojnie, jednak, kiedy okazało się jasne, że żelazny symbol był tylko na posągi, skinął głową.
                                Zanim jednak odeszli, Rathor rzekł naprędce:

                                – Czekajże! Coś tam zostawiłem…

                                Wbiegł do środka klatki i pogrzebał na chwilę przy kupie brudnych szmat, na której wcześniej spoczywał, aby dogrzebać się wreszcie do gołej ziemi. Tu odsunął odłamany kawałek skalny, odsłaniając małą niszę, z której wyciągnął małą sakwę.

                                – Masz, to kiedyś należało do Gorthy – rzekł, wręczając ją Kraghulowi. – Chodźmy!

                                Dwóch orków i simulacrum zostali wciągnięci z powrotem do góry. Posągi nadal stały bez ruchu.

                                ~

                                Podróżnicy przeszli półką skalną z powrotem do komnaty diabolisty, gdzie Rathor przywdział swoją ciężką zbroję.
                                – Ha! – sapnął szary ork, nagle poczuwszy się znacznie pewniej w swym pancerzu. – Widzisz to, diabelski karle!? – pogroził ręką w przestrzeni. – Nie minie drugi dzień, a poślę cię do gorejących piekieł!

                                Później, sześciu członków nowo sformormowanego oddziału przeszło przez sekretne drzwi, z powrotem do sali uczt.

                                Kiedy tylko klucz został przyłożony do ciężkich, kamiennych drzwi loży, Zaira poczuła lekkie mrowienie w swej dłoni. Spostrzegła, jak dziurka do klucza ukazała się, wcześniej skryta zapewne jakimś zaklęciem iluzji. Przekręciła raz, drugi. Cisza. A potem… Odległe stuknięcie, dźwięk zwalnianego mechanizmu i chrzęst łańcuchów przemieszany z dźwiękami metalicznego klikania.

                                Wrota do Lwiej Loży otwierały się miarowo, bez ociągania ale i też bez zbytniego pośpiechu, zupełnie co innego niż nagłe zatrzaśnięcie, kiedy fałszywy Auldegrund wykrzyknął zaklęcie, jak gdyby inżynier, który zaprojektował owe drzwi wliczył w swe kalkulacje, że lepiej by było je otwierać stopniowo i z rumorem, który mógł zaalarmować całą Lwią Lożę. Będąc szczeliną najpierw na parę cali, wielkie dźwierze rozwierało się stopniowo, szerzej i szerzej. Podwoje stanęły otworem.

                                Czy to było naprawdę… Wszystko? Czy naprawdę znaleźli wyjście z tego wszystkiego, a wrota, które stały otworem, nie były jakąś okrutną krotochwilą Auldegrunda? Lub też, czy ich ucieczka z Lwiej Loży była częścią plugawego rytuału krasnoluda-diabolisty, którego prywatny teatr nie kończył się jeno na odludnym dworku? Niepodobna było rzec.
                                Ale nie. Z zewnątrz do środka Loży uderzył lodowaty wiatr, przypominając im, gdzie znajdowali się - u podgórza Obłędnych Gór, w samym środku dziczy Varisii. Księżyc świecił w okazałej pełni, oświetlając srebrno-szare grzbiety i granie, a pod nimi czerniejące doliny, niekiedy poprzeplatane półkami skalnymi. Ciemne i zimne komnaty kazamatów Lwiej Loży stanowiły niejaki kontrast z otwartą przestrzenią jak zły sen.

                                Pozostało zadecydować, co dalej.

                                Wyjście z Loży

                                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                0
                                • LubeszL Niedostępny
                                  LubeszL Niedostępny
                                  Lubesz jako Jaithe
                                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                  #56

                                  Gdy tylko dostałam swoje ręce księgi, zabrałam się do ich tłumaczenia, bez zbędnych pytań czy też uwag od swoich towarzyszy. Był ustalony plan, a raczej pomysł jak nie wzbudzić posągów do życia - amulet księcia piekieł. Te przepuszczenia wystarczyły abym była spokojna co do ochrony orka. Choć uwagę miałam skierowaną na dziennik, to jednak kątem oka zerkałam czasami na sytuację która się miała na dole rozgrywać. Stara maszyna, winda na łańcuchach zjechała w dół hałasując głośno, co mnie lekko skrzywiło. Echo powodowało u mnie przyjemno niepokojące ciarki. Pierwsze kroki Orka i krasnoluda w dole przyciągnęły moją uwagę, czekając na rozwój wydarzeń. Sekunda, dwie, a posągi się nie ruszyły. Odczułam ulgę bijącą od towarzyszek gdy lekko się uspokoiły. Dlatego znów skoncentrowałam się na treści dziennika.
                                  -UMYSŁ Pana Watahy tknął mnie dziś wieczór. Znam jego rozkaz i spisałem nowy rytuał. Czas na nowy Krwawy Łów, czas zakreślić znaki i obliczyć planety… - przeczytałam na głos to co udało mi się odszyfrować.

                                  Wyglądało na to że nasz krasnoludek miał wizję od piekła, który ukazał mu jakiś rytułał, do którego jest postrzebny określony układ gwiazd i znaków. Co do znaków jest się w stanie samemu je sprowokować, a jeżeli chodzi o gwiazdy i planety... co chozi o konkretny dzień. Zastanowiłam się nad konstylacjami, i układami gwiazd próbując przypomnieć sobie najbliższą synchronizacje planet lub wydarzenie gwiezdne, czy też najbardziej przydatne do rytułałów i czarów związanych z piekłem czy też z wymiarami. Z zastanowienia stukałam palcem w stronę czytając ten sam wers.

                                  Słysząc znów uruchomiony mechanizm, spojrzałam w tamtą stronę, i zobaczyłam wyłaniających się dwuch orków i fałszywego krasnoluda.
                                  -Nowy nabytek. Super.- Odezwałam się probując ocenić nowego orka czy można mu ufać czy też nie. Zazwyczaj takie osoby, z tortur są bezwzględne aby uciec i udają dobrych aby zajebać każdego i być wolni, albo ukazują przywiązanie do wybawców. Mało osób jest na tyle silnych aby wyjść z tego bez szwanku i iść w swoją stronę, bez chęci mordu.
                                  Wrócili tamci to komnat aby nowy jegomość się przyodział, a ja sama kierowałam się do zamkniętych wrót, do których mieliśmy już klucz. Czekając dalej na nich, próbowałam przetłumaczyć kolejne wpisy. Moją koncentrację przerwał powiew lodowatego powietrza który był przyjemnie ożeźwiający z tej pułapki, a jednak przenikliwie wzbudzający niepewność czy to koniec tego. Wiedziałam że nie, bo jakby to był koniec to bym przestała czytać, byśmy już ruszyli do normalnej karczmy i się najedli. Wiedziełam że nie zostawimy tego tak sobie. Trzeba ten mały klut diabła wyeliminować. To wyzwanie było ekscytujace.
                                  -Dorlivin czy wież może skąd twój ojciec ma przyjechać? Czy chcemy się z nim zmierzyć? Czy wolimy na razie gdzieś się zaszyć i odpocząć przed walką? - zapytałam patrząc na książkę, chąc też przypomnieć sobie czy w okolicy są miejsca które by się nadawały na rytułały czy też miejsca z cienką wartswą bariery między wymiarowej, albo podatne na układ konstylacji. święte miejsce, lub jaskinie które taką energię koncentrują bo konstylacja jest idalnie na równa z nim.

                                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                  1
                                  • PiołunP Niedostępny
                                    PiołunP Niedostępny
                                    Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                                    Mecenas
                                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
                                    #57

                                    Otwarte wrota i pierwszy podmuch zimnego, górskiego powietrza przywitał z cieniem uśmiechu. Po godzinach spędzonych w trzewiach Lwiej Loży chłód nocy wydał mu się niemal kojący. Miał już serdecznie dość ciężkiej aury tego miejsca, przesiąkniętej wonią krwi, kurzu i stęchlizny. Przystanął przy wyjściu i przez chwilę patrzył w rozciągającą się przed nimi ciemność. Noc nad górami była surowa, ale czysta. Srebrne światło księżyca oblewało granie, a dalekie doliny tonęły w czerni. Po wszystkim, co znaleźli w loży, widok ten był wyzwalający.

                                    Przez krótką chwilę myśl o odejściu stąd bez oglądania się za siebie była bardziej kusząca, niż Kraghul chciałby przyznać. Tyle że sprawa nie była skończona, a on nie zwykł zostawiać krwawych łowców swojemu losowi. Z nostalgią sięgnął po rytmiczną kość zawieszoną przy pasie i zacisnął ją w dłoni, pozwalając, by jej znajomy chłód przeniknął opuszki. Po chwili z niewielkiego fetyszu popłynął fragment melodii. Cichy, kruchy, ledwie obecny ponad szumem górskiego wiatru. Głos Nary był młody i czysty, nieco nierówny, jak u dziecka, które bardziej cieszy się samym śpiewaniem niż poprawnością nut. Pamiętał, że wygrywał jej melodie na bębnie i choć nigdy nie był w tym dobry, przyłożył się przy ostatnim razie. W prostocie tej piosenki było coś tak prawdziwego, że za każdym razem go wzruszało. Melodia była ciepła, pełna życia, którego już nie było.

                                    Przymknął oczy. Za każdym razem bolało trochę inaczej. Czasem pieśń otwierała ranę, czasem przeciwnie, przypominała mu, dlaczego jeszcze idzie dalej. Teraz przyniosła to drugie. W kilku prostych frazach wróciło wspomnienie małych dłoni, dziecięcego śmiechu i wieczorów, kiedy świat wydawał się znacznie mniejszy, a przez to łatwiejszy do zrozumienia. Nie potrzebował więcej. Zacisnął palce na kości, pozwolił wybrzmieć ostatniej nucie i schował fetysz z powrotem przy sobie. Gdy ponownie spojrzał na otwarte wrota, pokusa odejścia całkiem znikła. Auldegrund wciąż żył. I Kraghul nie zamierzał zostawić po sobie kolejnego łowcy, który kiedyś znajdzie następną ofiarę.

                                    Ucieczka oznaczałaby przyzwolenie Panu tych włości na następne ofiary i danie mu wolnej ręki na cokolwiek szykował. Kraghul nie potrafił pogodzić się z tą myślą. Łatwo było by im stąd umknąć, ale znacznie trudniej było odejść od świadomości, że pozwolili krwi dalej płynąć przez sale loży. Przez moment jeszcze patrzył na ciemne zbocza i srebrne od księżyca grzbiety gór, jakby próbował zapamiętać ten widok na wypadek, gdyby za kilka godzin nie miał już okazji zobaczyć otwartego nieba. Potem odwrócił się powol i spojrzał z powrotem w głąb sali.
                                    – Nie możemy tak tego zostawić.

                                    Przesunął spojrzeniem po pozostałych, zatrzymując je na chwilę na Dorlivinie i Rathorze. Jeszcze niedawno jednego z nich uznaliby za wroga, drugiego za martwego albo straconego. Teraz obaj stali po tej samej stronie i obaj mieli własne powody, by doczekać powrotu Auldegrunda.
                                    – Mamy kontrolę nad drzwiami i mamy czas. Niech wejdzie w naszą pułapkę. Odpocznijmy i przygotujmy się do starcia – oznamił pewnym głosem. Skoro mieli chwilę przewagi, należało ją wykorzystać rozsądnie. Odpoczynek nie musiał zresztą oznaczać bezczynności. Jaithe mogła dalej przebijać się przez zapiski Auldegrunda i próbować wydobyć z nich coś więcej. Dorlivin mógł przygotować sidła. Pozostali mogli zabezpieczyć wejście, przesunąć część mebli, wybrać miejsca, z których łatwiej będzie uderzyć i trudniej zostać zaskoczonym. Kraghul odetchnął głębiej i jeszcze raz spojrzał w stronę otwartych wrót... po czym zaczeli obmyślać plan.

                                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                    1
                                    • slann22S Niedostępny
                                      slann22S Niedostępny
                                      slann22 jako Zakareth z Leng
                                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                      #58

                                      Kapłanka Nyarlathotepa była zadowolona, że uniknęli walki z posągami i była zaskoczona że trafili na wyjście na zewnątrz, lecz po chwili namysłu powiedziała
                                      -* Ten krasnolud bluźnił przeciwko Pełzającemu Chaosowi, albowiem tylko Nyarlathotep ma prawo bawić się już rękami ponieważ cały wszechświat jest i mojego ogrodu A my jego kwiatami… Tak więc pozostaje nam ukarać go za arogancję, i wysłać znak jego nędznemu panowi… Nadal proponuję, abyśmy zastawili zasadzkę. -*

                                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                      0
                                      • MekowM Niedostępny
                                        MekowM Niedostępny
                                        Mekow jako Zaira
                                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Mekow
                                        #59

                                        Wyjść czy zostać? Tak czy inaczej czekała ich walka! Auldegrund nie odpuści, a wbrew wcześniejszym przypuszczeniom Zairy, ten bałwan lepił się gdzieś indziej. Łatwiej by było gdyby cały proceder odbywał się w Loży - wówczas znaleźli by go tu i teraz, ale nie mieli tyle szczęścia.
                                        Zaira poradziła by sobie w normalnej dziczy, ale niekoniecznie w tym śniegu, a do tego nawet pomijając fakt że sama niewiele by zdziałała, znacznie lepiej było przygotować zasadzkę niż w nią wpaść... A jak już przyjdą ich zaatakować i uda im się obronić, będzie mogła wytropić skąd przybyli - i wtedy wyruszą.

                                        Szykowali się do obrony!
                                        Ostatnie czego chcieli, to zostać zaatakowanym z dwóch stron. Nie było czasu na dokładne przeszukiwanie jaskini, ale z tego co widzieli do tej pory - nie było tu już żadnych więcej ukrytych przejść. A gdyby były Rathor raczej by to zobaczył i im powiedział. W pierwszej kolejności Zaira zniszczyła pentagram i jego ornamenty - nawet jeśli była to już tylko dekoracja, Zaira wolała nie ryzykować. Jedyną inną możliwością zdawał się być komin, który musiał prowadzić na powierzchnię. Gdy Zaira nachyliła się nad paleniskiem spoglądając do góry zobaczyła coś co wyglądało na serię małych otworów wywierconych w skale - wystarczających aby dym się wydostawał, ale na tyle małe że raczej nikt tamtędy nie przejdzie - może mysz lub pająk Kraghula. Komin też można więc było skreślić jako potencjalne wejście do Loży.
                                        Jeśli chodziło zaś o Auldegrunda, który ostatnio przybrał postać siwowłosego krasnoluda, raczej nie przybędzie on pod postacią owada - Zaira obstawiała coś wielkiego z futrem, zakładając że będzie przygotowany na działania w śnieżnym lesie, gdyby opuścili Lożę. Jeśli tak, ogień mógłby być skuteczny. Prawdziwy ogień - nie to iluzjonistyczne które mieli tutaj.
                                        Innym czynnikiem, który zdawał się być skuteczny, był środek usypiający, którym chcieli ich nakarmić. Zaira już raz go użyła, więc powtórzenie tego manewru, zwłaszcza teraz kiedy mieli czas na przygotowania, był jak najbardziej słuszny. Elka podpytała Dorlivina gdzie było go najwięcej, a następnie zebrała ile się dało.
                                        - Może dodamy go do sideł? Da się tak jakoś na te szpony? - zaproponowała krasnoludowi.

                                        Zdecydowali że ustawią sidła i pułapki w przejściach, gdzie trudno będzie je ominąć. Pomysł był dobry i Zaira postanowiła, że chętnie pomoże Dorlivinowi z ich rozstawieniem.
                                        - Poczekaj, przenieśmy tam najpierw łóżka. Nie wiemy jak długo przyjdzie nam czekać. Warto mieć opcję, może nie aż wyspania się, ale przynajmniej wypoczęcia, - zaproponowała.
                                        Pomysł był słuszny, toteż przed zastawieniem pułapek przenieśli łóżka z pokoi "gościnnych" do zakamarka z ołtarzem, gdzie jak ustalili będą się bronić. Było ciasno, ale dali radę. Niewykluczone też było, że łóżka będą nie tyle dla odpoczywających, ile dla rannych... Do tego woda pitna, jedzenie i medykamenty - wszystko dobrze zorganizowane.

                                        Gdy w pomieszczeniu w którym był pentagram Zaira pomagała, a tak naprawdę tylko przyglądała się Dorlivinowi, podczas zastawiania pułapki przy tajnym przejściu, pomyślała, że może warto zabarykadować drzwi łączące to pomieszczenie z jaskinią - przynajmniej jakoś prowizorycznie i oczywiście nie zamykając nikogo w nim, jeśli postanowią użyć podglądaczy w głowach trofeów, aby monitorować salę wejściową. Fakt, że mieli taką opcję dawał im tę przewagę, że nie dadzą się zaskoczyć - a przynajmniej taki był plan.

                                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                        1
                                        • SantorineS Niedostępny
                                          SantorineS Niedostępny
                                          Santorine jako Mistrz Gry
                                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                                          #60

                                          Indagowany przez Jaithe, Dorlivin prychnął.
                                          – Nie wychodziłem z tej sali przez całe moje życie – fałszywy krasnolud uśmiechnął się nie bez jadu. – Gdzie ten bastard się podziewa, trudno rzec.

                                          ~

                                          Dziennik Auldegrunda i leczenie ran

                                          W czasie, kiedy podróżnicy leczyli rany swoje i dwóch nowych towarzyszy: Dorlivina i Rathora, Jaithe poświęciła cenny czas na odcyfrowanie zapisków pana Lwiej Loży, Auldegrunda. W międzyczasie, jej kompani przesunęli łóżka z komnat gości w okolice ołtarza Alocera - cóż, upiorna to była sypialnia, jednak w okolicznościach, w których znaleźli się, nie mieli niczego lepszego. W tym samym czasie, Zaira z Rathorem zabarykadowali tajemne przejście, uprzednio niszcząc pentagram przywołania.

                                          ~

                                          Trzeba było przyznać, że pismo starego krasnoluda zawierało sporo błędów gramatycznych i przekreśleń. Auldegrund zdawał się spisywać swój dziennik z manierą kogoś, kto próbował być rozmyślny i działać powoli, a jednocześnie drżące z podniecenia pióro miało w sobie niezaprzeczalny element obłędu.

                                          Tu i ówdzie w dzienniku można było znaleźć zwinięte i załączone fragmenty ksiąg. Niektóre, oczywiście, były o diabolizmie rodem z Cheliax, jednak parę - szczególnie te, które Jaithe znalazła u samego początku były odpisami kronikarzy, którzy dokumentowali dzieje rodu Ponurorytu, rodu, do którego należał Auldegrund Ponury.

                                          Zaklinaczka dowiedziała się, że kiedy Korvosa odłączyła się od Starego Cheliax u początku Ery Zaginionych Omenów, nie wszyscy, którzy hołdowali infernalnym tradycjom porzucili je. Niektórzy, tak jak ród Auldegrunda Ponurego, pojęli secesję Korvosy za afront.

                                          “Rewolucja wtedy została zdławiona” - pisał Auldegrund, komentując incydent w mieście, który zdarzył się parę lat po 4633 AR. “Dziad mój i jego dzieci zostały wybite do ostatniej nogi, a z nimi zapomniana został tradycja Krwawego Łowu. Jeno paru uszło z życiem i poczęło podróżować wzdłuż rzeki Jeggare, na północ. Reputacja mego dziada sprawiła, zdecydował ominąć Janderhoff.”

                                          “...tutaj, pod Obłędnymi Górami, rozpoczęli swe dzieło… Ale ciężko było, jak donoszą manuskrypta, Pan Łowów ciężko doświadczał tych, którym patronował… Teraz zaś jestem sam, jest 4705 AR” - brzmiał kolejny z wpisów.
                                          “Dorlivin nie żyje. Bestie rozerwały go na strzępy i żywcem poczęły pożerać, sam widziałem, kiedy z ludźmi podeszliśmy pod gniazdo. Wrzeszczał jeszcze. Kusze zrobiły robotę, ale złapaliśmy jedną z wywern dopiero dalej na grani. Dziwna rzecz, czemu były trzy? Z dziada pradziada żaden z nas nie widział więcej niż parę…”

                                          “Dziś staniesz się czymś więcej, niż byłeś za życia, bracie. Rozgrzebałem grób, te kości posłużą w rytuale. Jestem ostatni z rodu, ale dziś, dziś Ród Ponurorytu odrodzi się w cieniu Pana Łowu. Znalazłem kryptę mojego dziada i wszystko, co zapisał…”

                                          “...sześciu mnichów dało karku. Gracko poderżnąłem gardła każdemu z nich, uciekali wszakże, jak radziła księga. Język i mózg pierwszego rozdzieliłem na całe pasy. Kiedy żem skórę oprawiał, sługa Pana Łowów spojrzał na mnie. Pakt jest zawarty. Każda głowa ofiarowana na ołtarzu Krwawego Łowu zbliży mnie do UMYSŁU Pana Watahy. Ród odrodzi się, tegom pewien po dzisiejszym ofiarowaniu. Już żem nawet wysłał wiadomość do Domu Thrune…”

                                          “UMYSŁ Pana Watahy tknął mnie dziś wieczór. Znam jego rozkaz i spisałem nowy rytuał. Czas na nowy Krwawy Łów, czas zakreślić znaki i obliczyć planety…”

                                          “Wiadomość już wysłana. Dość musiałem się nachodzić za tymi bastardami zza Korvosy. Pogromcy goblinów w Popielnym Lesie? Nadadzą się, ano tak… Wyszykowałem już wspaniały rzeźnicki nóż na tą okazję. Klinga łaknie krwi.”

                                          To było wszystko. Jaithe odkryła, że w dzienniku zostało wyrwane parę stron w sekcjach, które zawierały przydługawe odpisy z ksiąg diabolistycznych, a także na samym końcu, jak gdyby stary krasnolud nie był w stanie zdecydować się, jaki powinien być jego następny krok lub też jak gdyby wahał się co do czegoś.

                                          Kiedy Jaithe skończyła odcyfrowywać notatki, które po sobie zostawił Auldegrund, podróżnicy, a także Rathor i Dorlivin zostali uleczeni ze swoich ran.

                                          ~

                                          Dorlivin zakłada sidła

                                          W czasie, kiedy podróżnicy odpoczywali, Dorlivin tymczasem wydobył spod stołu rytualnego małą klatkę, w której uprzednio podróżnicy znaleźli narzędzia do zakładania sideł. Klatka wypełniona była małymi elementami, w których fałszywy krasnolud grzebał przez dłuższe parę chwil.

                                          – Za dużo tego nie ma, ale chyba styknie – rzekł Dorlivin, naciągając na próbę żyłki i przetrząsając mrowie małych elementów. – Hmm.

                                          Krasnolud wyciągnął z wnętrza parę fiol wypełnionych pomarańczowym i zielonym płynem, a także parę sprężyn i zacmokał z zadowoleniem znawcy.

                                          – Ano… Z tego to idzie złożyć parę takich małych, paskudnych, zjadliwych sukinkotów – Dorlivin rzucił fiolą parę razy i lustrując jej wnętrze. Rozumicie, towarzysze?
                                          Krasnolud zrobił wymowną pantomimę, która przedstawiała upadającą fiolę i wybuch.
                                          – Ale trza przemyślunku… Ale zrobić idzie!
                                          – Pfch – prychnął Rathor. – Te sztuczki nie są prawdziwe wojownika twierdzy Belkzen.
                                          – Szczęście, że nim nie jestem – wyrzekł krasnolud, który włożył szklane fiole z powrotem do swego pojemnika i uniósł się z klęczek. – A zatem… Do roboty.
                                          Zaira, która, powróciwszy z wcześniejszego zniszczenia pentagramu i barykadowania tajemnego przejścia, zaproponowała dodanie trucizny do sideł, spotkała się z aprobatą krasnoluda.
                                          – Dodam to do sideł – zgodził się Dorlivin. – Ale może być nieco słabsze. Trutka już leży tu jakiś czas, straciła moc od czasu uczty.
                                          Koniec końców, Dorlivin założył trzy pułapki: jedną zaraz przy wejściu do Lwiej Loży, drugą w korytarzu prowadzącym do jaskini, trzecią zaś zaraz przy drzwiach w komnacie z obrazami ku czci Alocera.

                                          ~

                                          Łowcy Alocera

                                          KTOŚ nadchodził. Z początku było to tylko niejasne przeczucie, że właśnie coś miało się zdarzyć, aby, wreszcie –
                                          Daleki róg myśliwski rozbrzmiał złowrogo. Tubalny dźwięk zawibrował, najpierw z bardzo daleka, niemalże nie do odróżnienia od wichru dącego nad srebrnymi szczytami Obłędnych Gór. Parę dłuższych chwil później, róg zabrzmiał po raz wtóry, tym razem już znacznie bliżej, być może pośród drzew wokół Lwiej Loży. I wreszcie, na samym końcu, ktoś zadął w róg po raz trzeci, głośno i donośnie, a ponury dźwięk potoczył się echem po całej Loży, a ryk potoczył się aż przez ciemne zakamarki jaskini. Ktoś stał przed wrotami do Lwiej Loży.

                                          Jaithe, Zaira, Kraghul i Zakareth, a także Dorlivin i Rathor natychmiast poderwali się ze swych legowisk.

                                          Kroki. Ktoś skradał się przez dłuższy czas, a potem…

                                          WWRRRUUMM… KRAK!!!

                                          Nagła eksplozja przetoczyła się przez komnaty i jaskinię Lwiej Loży, akompaniowana przez dalekie syki i pojękiwania. Sidła Dorlivina zadziałały! Jednak parę chwil później, pośród rumoru, podróżnicy usłyszeli rytualne zaśpiewy i coś na kształt trzasków energii. Coś działo się po drugiej stronie drzwi.

                                          I potem więcej ciszy. Szepty.

                                          Zaraz potem, zamknięte drzwi eksplodowały. Ktoś, kto rozwarł drzwi na oścież, rzucił jakąś małą bombę zaraz przed siebie. Seria eksplozji odbiła się echem przez jaskinię, światło, swąd siarki. Drugie z sideł krasnoluda zatrzasnęło się, nie czyniąc nikomu krzywdy!

                                          Cztery sylwetki ubrane w skórznie przykryte szarymi, wytartymi i utytłanymi w błocie szatami wkroczyły do środka.
                                          Wyglądało na to, że to byli ludzie. Lub też, precyzyjniej było powiedzieć, że kiedyś, w którymś momencie, byli ludźmi. Szpony, podobne zwierzęcym, dzierżyły krótkie, myśliwskie łuki, zaś szare płaszcze, skrywające skórznie, nosiły na sobie ślady krwi. Na pancerzach wyryte były jakieś runy, zdaje się, zapisane Piekielnym.

                                          – Na Toraga! – wrzasnął Dorlivin. – Tacyście mądrzy? Chodźcie, posmakujecie mego młota! Za ród Ponurorytuuu!!!
                                          – Psy Auldegrunda!? – ryknął Rathor, wymachując swym korbaczem. – Wzięliście mnie raz, drugi raz powrócicie do swego parszywego pana w Piekle!

                                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                                          0

                                          Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                                          Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                                          Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                                          Zarejestruj się Zaloguj się
                                          Odpowiedz
                                          • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                                          Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                                          • Najpierw najstarsze
                                          • Najpierw najnowsze
                                          • Najwięcej głosów


                                          • Zaloguj się

                                          • Nie masz konta? Zarejestruj się

                                          • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                                          Powered by NodeBB Contributors
                                          • Pierwszy post
                                            Ostatni post
                                          0
                                          • Kategorie
                                          • Ostatnie
                                          • Tagi
                                          • Popularne
                                          • Świat
                                          • Użytkownicy
                                          • Grupy
                                          • Strona startowa