Przejdź do treści
  • Kategorie
  • Ostatnie
  • Tagi
  • Popularne
  • Świat
  • Użytkownicy
  • Grupy
  • Strona startowa
Skórki
  • Jasny
  • Brite
  • Cerulean
  • Cosmo
  • Flatly
  • Journal
  • Litera
  • Lumen
  • Lux
  • Materia
  • Minty
  • Morph
  • Pulse
  • Sandstone
  • Simplex
  • Sketchy
  • Spacelab
  • United
  • Yeti
  • Zephyr
  • Ciemny
  • Cyborg
  • Darkly
  • Quartz
  • Slate
  • Solar
  • Superhero
  • Vapor

  • Domyślna (Cyborg)
  • Brak skórki
Zwiń
Patronite
  1. Start
  2. Sesje D20
  3. Rozgrywka
  4. Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka
Polowanie w Lwiej Loży
SantorineS
Santorine jako
Mistrz Gry
Mistrz Gry
MekowM
Mekow jako
Zaira
LubeszL
Lubesz jako
Jaithe
slann22S
slann22 jako
Zakareth z Leng
PiołunP
Piołun jako
Kraghul Ośmiooki

Polowanie w Lwiej Loży - Rozgrywka

Zaplanowany Przypięty Zablokowany Przeniesiony Rozgrywka
pathfinder 2egolarion
61 Posty 5 Uczestników 1.3k Wyświetlenia 3 Obserwuje
  • Najpierw najstarsze
  • Najpierw najnowsze
  • Najwięcej głosów
Odpowiedz
  • Odpowiedz, zakładając nowy temat
Zaloguj się, aby odpowiedzieć
Ten temat został usunięty. Mogą go zobaczyć tylko użytkownicy upoważnieni do zarządzania tematami.
  • PiołunP Niedostępny
    PiołunP Niedostępny
    Piołun jako Kraghul Ośmiooki
    Mecenas
    napisał(a) ostatnio edytowany przez
    #49

    Kraghul opuścił żelazny symbol Alocera dopiero wtedy, gdy znalazł się już przy klatce. Przez moment obracał go jeszcze między palcami, czując pod opuszkami chłodne, nierówne żelazo. Kamienne figury pozostały za jego plecami nieruchome i nieme. Sam znak wystarczył, by uznały go za kogoś, kogo nie należy zatrzymywać. Dobrze, choć Szaman zerknął w ich stronę podejrzliwie. Nie ufał im ani odrobinę bardziej niż wcześniej, ale teraz przynajmniej wiedział, że jego przypuszczenie nie było całkiem chybione. To wystarczało, a przynajmniej musiało wystarczyć. Po chwili schował symbol do sakwy i całą uwagę przeniósł na klatkę oraz człowieka, który siedział w jej wnętrzu.

    Przeniósł ośrodek uwagi na coś, co poruszyło się wyraźniej pod brudnymi płachtami. Kraghul zatrzymał wzrok na orczym więźniu i przez kilka uderzeń serca nic nie mówił. Sposób, w jaki tamten trzymał napięte ciało w gotowości, oraz czujne oczy śledzące najdrobniejszy ruch jasno dawały do zrozumienia, że wobec tego osobnika należało mieć się na baczności. Jednocześnie było w nim coś z osaczonego zwierzęcia, które od dawna nie liczyło już na ratunek, ale wciąż zachowało dość pierwotnej determinacji, by rzucić się do gardła temu, kto podejdzie zbyt blisko. Szaman znał ten sposób reagowania. Widział go wcześniej u rannych drapieżników, u ludzi po długiej niewoli oraz czasem nawet u duchów, które zbyt długo pozostawały przywiązane do miejsca swojej śmierci. Mając to na uwadze, nie skrócił dystansu. Pomyślał, iż dobrze, że symbol Alocera zniknął w sakwie. Nie chciał, by pierwszą rzeczą, którą więzień skojarzy z jego sylwetką, był znak piekielnego księcia, któremu zapewne służył ten, kto wtrącił go do lochu.

    Kraghul przypomniał sobie prymitywnie wyryte litery po wewnętrznej stronie pełnej płyty znalezionej wcześniej w komnacie diabolisty. Zbroja ostatecznie nie trafiła do nikogo z drużyny, ale obok niej leżały również korbacz i tarcza, które przypadły Zakareth. Szaman nie powiedział nic. Nie zamierzał rozporządzać cudzym łupem ani przesądzać, do kogo naprawdę należały znalezione przedmioty. Jego spojrzenie powędrowało jednak na moment w stronę kapłanki, zatrzymało się na niej odrobinę dłużej, nieco wymownie, a potem wróciło do więźnia. Jeśli rzeczywiście należały do Rathora, niech sam to powie. Reszta była już sprawą innych. Zresztą wpierw trzeba było ustalić, czy powinni mu oddawać broń do rąk. Myśląc o kolejnych posunięciach, Kraghul szybko wybiegł jednak myślami dalej. Taki osobnik mógłby okazać się cennym wsparciem w ostatecznym starciu z panem tych lochów, o ile uda im się doprowadzić go do używalności, dlatego warto było spróbować nawiązać z więźniem nić porozumienia.
    – Widziałem twoje imię na pancerzu – powiedział spokojnie. – Znaleźliśmy go wyżej.
    Kraghul przykucnął w pewnym oddaleniu, żeby nie górować nad nim bez potrzeby. Z tej pozycji łatwiej było ocenić, z czego naprawdę brała się hardość w głosie Rathora. Trzeba było koniecznie ustalić, czy to, co widział, było jeszcze oznakami siły, czy jedynie pozorem podtrzymywanym przez orczą naturę, która niemal w każdej sytuacji nie pozwalała okazywać słabości. Kaszel nie był dobrym znakiem, a ciało nosiło wyraźne ślady długiej niewoli.
    – Nie jestem od Auldegrunda – dodał po chwili. – I nie przyszedłem cię zabijać.

    Nie próbował od razu zarzucać Rathora pytaniami o lożę, rytuały i sekrety ukryte w podziemiach. Najpierw chciał ustalić, czy ork w ogóle jest w stanie mówić dłużej niż kilka zdań i czy nie potrzebuje pomocy bardziej niż przesłuchania.
    – Jak długo tu jesteś?
    Przesunął wzrokiem po jego ranach i wychudzonej sylwetce, po czym sięgnął po swoje przybory medyczne, ale nie wyciągnął ich jeszcze na wierzch.
    – Jeśli pozwolisz, obejrzę cię i opatrzę. Potem opowiesz nam, co ci zrobili i jak skończyłeś tutaj.

    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
    1
    • SantorineS Niedostępny
      SantorineS Niedostępny
      Santorine jako Mistrz Gry
      napisał(a) ostatnio edytowany przez
      #50

      Orczy wojownik milczał przez parę dłuższych chwil. Jak na dłoni można było odczytać z jego twarzy, że nie takiej odpowiedzi spodziewał się. Jego nieufne spojrzenie zatrzymało się znacznie dłużej na Dorlivinie, niż Kraghulu. Być może podejrzewał, że to wszystko było kolejną grą Auldegrunda.

      Mimo wszystko, ork podniósł się lekko ze swego barłogu i skupił się z powrotem na szamanie.

      – Zbroja jest moja – rzekł wreszcie. – Stary zdarł ze mnie i płytę, i tarczę i wziął korbacz. Oby udławił się, pfche. Gadasz, żeś nie od Auldegrunda? Znaczy się, Auldegrund zdechł i został zabrany przez diabły. Haha, ha-ha-kch, khe, khe, khe.

      Śmiech orka zamienił się w spazmatyczny kaszel.

      – Dobre, dobre – sardoniczny uśmiech orka rozpękł się na jego ustach niby rana. – Przynajmniej zejdę w dobrym humorze. Pytasz, ile tu jestem? A zejdzie jakiś drugi tydzień, może nieco mniej.

      Kraghul zauważył, jak ork szepnął do siebie samego parę niezrozumiałych słów, jak gdyby rzucając uwagę do samego siebie. Może zbyt długo tkwił w tej klatce? Lub też uznał Kraghula za kolejnego z więźniów, który postradał rozum?

      – Możesz podejść, tylko bez sztuczek – warknął. – Klatka jest mała, uważasz. Te łapy dość mają pary, żeby złamać kark tobie i temu tam – uniósł wychudłe ręce.

      Kraghul przybliżył się ostrożnie i wyjął swoją torbę medyczną, co skomentował ork:

      – Stary miał coś podobnego – twarz Rathora wykrzywiła się przez chwilę w nienawistnym grymasie, który jednak rozluźnił się, przeszedłszy w nagłe zobojętnienie. – Dał mi… Coś.

      Kraghul pracował przez parę dłuższych chwil. Było tutaj nieco roboty: ciało Rathora nosiło na sobie ślady walki, bicia, a nawet i tortur. Niektóre z ran zabliźniły się, inne jednak nosiły ślady czegoś na kształt improwizowanej medycyny: pod brudnymi szmatami znajdowały się pojedyncze kwiaty ziela krwawnika. Ork przemył rany swojemu pobratymcowi, nagle dostrzegłszy, że pod jedną ze szmat błyszczała pojedyncza klinga, zdaje się, sporządzona z zaostrzonej łyżki. Wystarczył jeden, zdecydowany ruch, a zaimprowizowana mizerykordia mogła wbić się w jego szyję.

      Choć groźba była realna, kontynuował. Być może fakt, że Kraghul był orkiem sprawił, że wojownik pozwolił mu siebie obejrzeć?

      Wreszcie, kiedy Kraghul skończył, zrozumiał, jaka choroba trawiła Rathora - wychudłe ręce i spazmatyczny kaszel, a także inne parę symptomów, które animista znał z doświadczenia, wskazywały na gruźlicę. Kraghul nie miał co do tego żadnych wątpliwości.

      Rathor powstał wreszcie.

      – Czuję się lepiej po tym gównie, które mi dałeś – szaroskóry ork pomacał swe rany. Zdawać się mogło, że szaman przywrócił mu nieco jasności umysłu. – Chciałeś gadać? Nie przypominam sobie, żebym usłyszał twe imię. I... Czemu z nim jesteś? – wskazał na Dorlivina.

      Dorlivin tymczasem milczał. Fałszywy krasnolud z założonymi rękami przyglądał się posągom i zdawał się nasłuchiwać, czy przypadkiem ktoś nie nadchodzi. Jedynym dźwiękiem jednak, który przetaczał się przez jaskinię, było kapanie wody.

      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
      0
      • PiołunP Niedostępny
        PiołunP Niedostępny
        Piołun jako Kraghul Ośmiooki
        Mecenas
        napisał(a) ostatnio edytowany przez
        #51

        Kraghul skończył opatrywać Rathora i przez moment przyglądał mu się uważnie, jakby dokładniej zważyć charakter orka. Kto jak kto, ale Khargul znał swój lud. Kaszel, wychudzenie i kilka drobniejszych oznak, które dostrzegł z bliska, układały się w znajomy obraz. Gruźlica. Nie wiedział, jak daleko choroba zdążyła się rozwinąć ani jak długo Rathor się z nią zmagał, ale fakt, że ork wciąż miał dość siły, by stać, mówić, czy grozić skręceniem karku, był przynajmniej częściowo pocieszający. Na wzmiankę o śmierci Auldegrunda Kraghul lekko zmarszczył brwi. Najwyraźniej Rathor wyciągnął z ich obecności całkiem logiczny, choć błędny wniosek.
        – Nie. Auldegrund jeszcze żyje.

        Przerzucił spojrzenie na Dorlivina, który nadal stał nieopodal, bardziej zainteresowany otoczeniem niż rozmową. Rozumiał dlaczego obecność krasnoluda również mogła wprowadzić w błąd orka.
        – Ten Auldegrund, którego spotkaliśmy wcześniej, był simulacrum, czyli taką magiczną kopią. Dorlivin też nią jest, tylko że coś poszło inaczej, przy jego tworzeniu. Ma własny rozum i niespecjalnie tęskni za swoim twórcą. Właściwie to chce mu wrazić topór w głowę, więc można powiedzieć, że jest po naszej stronie.
        Nie wdawał się w dłuższe wyjaśnienia. Rathor miał prawo patrzeć na krasnoluda podejrzliwie, zwłaszcza po tym, co musiał tutaj przeżyć, ale na ten moment ważniejsze było to, że prawdziwy gospodarz Lwiej Loży wciąż gdzieś był i nadal pozostawał problemem do rozwiązania.

        – Kraghul Ośmiooki – przedstawił się wreszcie. – I jeśli chcesz naprawdę zobaczyć Auldegrunda martwego, być może będziesz miał okazję pomóc nam zmienić obecny stan rzeczy.
        Dopiero wtedy wrócił myślami do wcześniejszych słów więźnia, szczególnie do krótkiej wzmianki o tym, że Auldegrund coś mu podał. W miejscu takim jak to trudno było uznać podobny szczegół za niewinny.
        – Powiedziałeś, że dał ci coś, kiedy cię leczył. Pamiętasz co? I jak właściwie trafiłeś do tej klatki?
        Nie naciskał bardziej, niż było trzeba. Rathor przesiedział tutaj prawie dwa tygodnie i mógł wiedzieć o Auldegrundzie rzeczy, których nie dało się wyczytać z żadnego dziennika ani wywnioskować z pozostawionych w loży innych tropów.

        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
        1
        • MekowM Niedostępny
          MekowM Niedostępny
          Mekow jako Zaira
          napisał(a) ostatnio edytowany przez Mekow
          #52

          Konstrukcja opuszczająca na dół była dość złożona, ale jej obsługa była łatwa do zrozumienia. Początkowo Zaira się dziwiła, gdyż zwykła drabina byłaby prostsza, a schody praktyczniejsze. Jednak zrozumiała przewagi jaką dawała ta... prowadnica? Można było nią przenosić kilka osób na raz, towary, a co ważniejsze skutecznie zatrzymać delikwentów na dole - w ramach kolejnego stopnia przetrzymywania więźniów.

          Gdy tylko opuścili Kraghula i Dorlivina, elfka dobyła łuku. Zdecydowała się na strzały o srebrnym grocie, na wszelki wypadek. Oczywiście nie trzymała łuku napiętego, bo zmęczyła by mięśnie w kilkanaście sekund, ale gotowa była oddać strzałę... mając nadzieję, że to przynajmniej pomoże mężczyznom się wycofać.
          Na szczęście posągi się nie ruszyły - coś co zawdzięczali znalezionemu amuletowi. Zaira odetchnęła z ulgą.

          Pozostawała kwestia potencjalnego więźnia. Zaira bacznie obserwowała poczynania towarzyszy, nadal ubezpieczając ich z łuku - na wypadek problemów. Naturalnie, okazało się to zbyteczną ostrożnością, gdyż wszystko wskazywało na to, że spotkali sprzymierzeńca.
          Zaira nie słyszała o czym rozmawiają panowie, ale fakt że nawiązali dialog mówił sam za siebie.

          - Wygląda na to, że wszystko w porządku, - Zaira zwróciła się do towarzyszek.
          - Mamy chwilę. Możesz zerknąć na ostatnie wpisy Auldegrunda? Może zdradzą nam coś przydatnego? - zwróciła się do Jaithe.

          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
          1
          • SantorineS Niedostępny
            SantorineS Niedostępny
            Santorine jako Mistrz Gry
            napisał(a) ostatnio edytowany przez
            #53

            Sens wieści, że Auldegrund był “simulacrum” chyba ominął Rathora, który jeno rzucił spojrzenie na swojego orczego pobratymca.

            – Magia – splunął za siebie. – E, niech będzie. Każdy, kto gada, że chce klin topora zatopić w czole tego przeklętego karła może walczyć ze mną. Oby jeno prawdę gadał…

            Tu łypnął złowrogo na Dorlivina, który odparł, kiedy zorientował się, że Rathor pije do niego:

            – Jest tak, jak gada – miedzianowłosy krasnolud nie przestawał obserwować posągów. – Najlepiej, żebym zdechł zaraz po starym, ale zanim to się stanie, wywlekę flaki, żeby mieć pewność.

            Szaroskóry ork skinął głową, choć nie przestawał od czasu do czasu rzucać spojrzenia na Dorlivina, jak gdyby spodziewał się, że ten zaraz rzuci się na niego.

            – I jeśli chcesz naprawdę zobaczyć Auldegrunda martwego, być może będziesz miał okazję pomóc nam zmienić obecny stan rzeczy – ciągnął Kraghul. – Powiedziałeś, że dał ci coś, kiedy cię leczył. Pamiętasz co? I jak właściwie trafiłeś do tej klatki?
            – Jak dla mnie, to mogę temu staremu w dupę włożyć i pięść, jak trzeba będzie – Rathor uniósł przed siebie kułak i potrząsnął nim. – Ale, kurwa, na Rovaguga! – zakaszlał jeszcze głośno. – Trza będzie czegoś więcej niż pięści, żeby posłać go tam, gdzie jego miejsce. I nie leczył. Jak już dostałem w łeb o raz za wiele, postawił mnie na jakimś stole i wstrzyknął we mnie kłujką jakieś… Coś. Może to z tego mam to?

            I wskazał na swój umięśniony kark, zapewne mając na myśli swój kaszel.

            Rathor potrząsnął głową, zdaje się, nadal nieco oszołomiony nagłym rozwojem wydarzeń. Dopiero teraz zauważył pozostałych, którzy stali opodal, na klifie: Zakareth, Jaithe i Zairę.

            – Pytasz, jak tu trafiłem? Prosta rzecz. Ja i moi kompani przyszliśmy z Korvosy. Świątynia była Erastila, uważasz? Pusto wszędzie, to nocujemy. A potem z jakiejś dziury wychodzi elf i gada, że byli tam jacyś łowczy. Napadli na nich i zabrali mnichów i przeora. I że jeno on się ukrył. Pokazał, gdzie poszli. Zapłacił nam nieco i poszliśmy… A potem żeśmy wdali się w walkę z nimi. Twarde sukinsyny, psia ich mać. Jacyś ludzie, ale były też dwa ogry. Zaskoczyli nas i…

            Rathor zaczął maniakalnie kaszleć przez długą, długą chwilę. Wypluł wreszcie, zaś Kraghul zauważył w tym parę żyłek krwi.

            – No, uważasz – wysapał. – Jestem tutaj. Stary krasnolud coś gadał ciągle, dziwne rzeczy. Coś o łowach. O ile to w ogóle krasnolud jest. To pieprzony mutant, zdaje się. Rogi miał i szpony.

            ~

            Jaithe, kiedy zerknęła do dziennika Auldegrunda, stwierdziła, że potrzeba by znacznie więcej czasu, żeby odcyfrować zapiski. Nie były one co prawda zapisane jakimś mistycznym szyfrem: był to pospolity Piekielny pisany z dość nieporadną, brutalistyczną składnią.
            “UMYSŁ Pana Watahy tknął mnie dziś wieczór. Znam jego rozkaz i spisałem nowy rytuał. Czas na nowy Krwawy Łów, czas zakreślić znaki i obliczyć planety…” – odczytała Jaithe.

            To było wszystko, póki co. Zaklinaczka potrzebowała spędzić więcej czasu, aby wyrozumieć, o cóż też mogło chodzić prawdziwemu Auldegrundowi.

            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
            0
            • slann22S Niedostępny
              slann22S Niedostępny
              slann22 jako Zakareth z Leng
              napisał(a) ostatnio edytowany przez
              #54

              Zakareth wzruszyła ramionami, aczkolwiek była zaskoczona widząc orka uwięzionego, Jednakże jej do końca mu tutaj ufała, być może był Złamanym więzieniem, który będzie teraz walczył dla krasnoluda jako dla swojego pana… Z drugiej strony był umierający i matematykę przemawiała za tym, że tak czy siak lepiej będzie odebrać możecie.. Co Zresztą nie miało znaczenia, albowiem nie chciała robić sobie wrogów ze swoich towarzyszy.
              Zastanowiła się nad tym że chcę odbijał rogi, i domyśliła się bez problemu, że stał się czymś paskudnym.
              - Ten osobnik Chcę zmienić siebie W diabła? Co za prymitywne pragnienia!-

              1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
              1
              • SantorineS Niedostępny
                SantorineS Niedostępny
                Santorine jako Mistrz Gry
                napisał(a) ostatnio edytowany przez Santorine
                #55

                Rathor, który kaszlał i słaniał się lekko jeszcze po tak długim czasie spędzonym w klatce, wyszedł wreszcie ze swego więzienia, zaś Kraghul wyciągnął z powrotem symbol Alocera. Szary ork przez chwilę przyglądał się niespokojnie, jednak, kiedy okazało się jasne, że żelazny symbol był tylko na posągi, skinął głową.
                Zanim jednak odeszli, Rathor rzekł naprędce:

                – Czekajże! Coś tam zostawiłem…

                Wbiegł do środka klatki i pogrzebał na chwilę przy kupie brudnych szmat, na której wcześniej spoczywał, aby dogrzebać się wreszcie do gołej ziemi. Tu odsunął odłamany kawałek skalny, odsłaniając małą niszę, z której wyciągnął małą sakwę.

                – Masz, to kiedyś należało do Gorthy – rzekł, wręczając ją Kraghulowi. – Chodźmy!

                Dwóch orków i simulacrum zostali wciągnięci z powrotem do góry. Posągi nadal stały bez ruchu.

                ~

                Podróżnicy przeszli półką skalną z powrotem do komnaty diabolisty, gdzie Rathor przywdział swoją ciężką zbroję.
                – Ha! – sapnął szary ork, nagle poczuwszy się znacznie pewniej w swym pancerzu. – Widzisz to, diabelski karle!? – pogroził ręką w przestrzeni. – Nie minie drugi dzień, a poślę cię do gorejących piekieł!

                Później, sześciu członków nowo sformormowanego oddziału przeszło przez sekretne drzwi, z powrotem do sali uczt.

                Kiedy tylko klucz został przyłożony do ciężkich, kamiennych drzwi loży, Zaira poczuła lekkie mrowienie w swej dłoni. Spostrzegła, jak dziurka do klucza ukazała się, wcześniej skryta zapewne jakimś zaklęciem iluzji. Przekręciła raz, drugi. Cisza. A potem… Odległe stuknięcie, dźwięk zwalnianego mechanizmu i chrzęst łańcuchów przemieszany z dźwiękami metalicznego klikania.

                Wrota do Lwiej Loży otwierały się miarowo, bez ociągania ale i też bez zbytniego pośpiechu, zupełnie co innego niż nagłe zatrzaśnięcie, kiedy fałszywy Auldegrund wykrzyknął zaklęcie, jak gdyby inżynier, który zaprojektował owe drzwi wliczył w swe kalkulacje, że lepiej by było je otwierać stopniowo i z rumorem, który mógł zaalarmować całą Lwią Lożę. Będąc szczeliną najpierw na parę cali, wielkie dźwierze rozwierało się stopniowo, szerzej i szerzej. Podwoje stanęły otworem.

                Czy to było naprawdę… Wszystko? Czy naprawdę znaleźli wyjście z tego wszystkiego, a wrota, które stały otworem, nie były jakąś okrutną krotochwilą Auldegrunda? Lub też, czy ich ucieczka z Lwiej Loży była częścią plugawego rytuału krasnoluda-diabolisty, którego prywatny teatr nie kończył się jeno na odludnym dworku? Niepodobna było rzec.
                Ale nie. Z zewnątrz do środka Loży uderzył lodowaty wiatr, przypominając im, gdzie znajdowali się - u podgórza Obłędnych Gór, w samym środku dziczy Varisii. Księżyc świecił w okazałej pełni, oświetlając srebrno-szare grzbiety i granie, a pod nimi czerniejące doliny, niekiedy poprzeplatane półkami skalnymi. Ciemne i zimne komnaty kazamatów Lwiej Loży stanowiły niejaki kontrast z otwartą przestrzenią jak zły sen.

                Pozostało zadecydować, co dalej.

                Wyjście z Loży

                1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                0
                • LubeszL Niedostępny
                  LubeszL Niedostępny
                  Lubesz jako Jaithe
                  napisał(a) ostatnio edytowany przez
                  #56

                  Gdy tylko dostałam swoje ręce księgi, zabrałam się do ich tłumaczenia, bez zbędnych pytań czy też uwag od swoich towarzyszy. Był ustalony plan, a raczej pomysł jak nie wzbudzić posągów do życia - amulet księcia piekieł. Te przepuszczenia wystarczyły abym była spokojna co do ochrony orka. Choć uwagę miałam skierowaną na dziennik, to jednak kątem oka zerkałam czasami na sytuację która się miała na dole rozgrywać. Stara maszyna, winda na łańcuchach zjechała w dół hałasując głośno, co mnie lekko skrzywiło. Echo powodowało u mnie przyjemno niepokojące ciarki. Pierwsze kroki Orka i krasnoluda w dole przyciągnęły moją uwagę, czekając na rozwój wydarzeń. Sekunda, dwie, a posągi się nie ruszyły. Odczułam ulgę bijącą od towarzyszek gdy lekko się uspokoiły. Dlatego znów skoncentrowałam się na treści dziennika.
                  -UMYSŁ Pana Watahy tknął mnie dziś wieczór. Znam jego rozkaz i spisałem nowy rytuał. Czas na nowy Krwawy Łów, czas zakreślić znaki i obliczyć planety… - przeczytałam na głos to co udało mi się odszyfrować.

                  Wyglądało na to że nasz krasnoludek miał wizję od piekła, który ukazał mu jakiś rytułał, do którego jest postrzebny określony układ gwiazd i znaków. Co do znaków jest się w stanie samemu je sprowokować, a jeżeli chodzi o gwiazdy i planety... co chozi o konkretny dzień. Zastanowiłam się nad konstylacjami, i układami gwiazd próbując przypomnieć sobie najbliższą synchronizacje planet lub wydarzenie gwiezdne, czy też najbardziej przydatne do rytułałów i czarów związanych z piekłem czy też z wymiarami. Z zastanowienia stukałam palcem w stronę czytając ten sam wers.

                  Słysząc znów uruchomiony mechanizm, spojrzałam w tamtą stronę, i zobaczyłam wyłaniających się dwuch orków i fałszywego krasnoluda.
                  -Nowy nabytek. Super.- Odezwałam się probując ocenić nowego orka czy można mu ufać czy też nie. Zazwyczaj takie osoby, z tortur są bezwzględne aby uciec i udają dobrych aby zajebać każdego i być wolni, albo ukazują przywiązanie do wybawców. Mało osób jest na tyle silnych aby wyjść z tego bez szwanku i iść w swoją stronę, bez chęci mordu.
                  Wrócili tamci to komnat aby nowy jegomość się przyodział, a ja sama kierowałam się do zamkniętych wrót, do których mieliśmy już klucz. Czekając dalej na nich, próbowałam przetłumaczyć kolejne wpisy. Moją koncentrację przerwał powiew lodowatego powietrza który był przyjemnie ożeźwiający z tej pułapki, a jednak przenikliwie wzbudzający niepewność czy to koniec tego. Wiedziałam że nie, bo jakby to był koniec to bym przestała czytać, byśmy już ruszyli do normalnej karczmy i się najedli. Wiedziełam że nie zostawimy tego tak sobie. Trzeba ten mały klut diabła wyeliminować. To wyzwanie było ekscytujace.
                  -Dorlivin czy wież może skąd twój ojciec ma przyjechać? Czy chcemy się z nim zmierzyć? Czy wolimy na razie gdzieś się zaszyć i odpocząć przed walką? - zapytałam patrząc na książkę, chąc też przypomnieć sobie czy w okolicy są miejsca które by się nadawały na rytułały czy też miejsca z cienką wartswą bariery między wymiarowej, albo podatne na układ konstylacji. święte miejsce, lub jaskinie które taką energię koncentrują bo konstylacja jest idalnie na równa z nim.

                  1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                  1
                  • PiołunP Niedostępny
                    PiołunP Niedostępny
                    Piołun jako Kraghul Ośmiooki
                    Mecenas
                    napisał(a) ostatnio edytowany przez Piołun
                    #57

                    Otwarte wrota i pierwszy podmuch zimnego, górskiego powietrza przywitał z cieniem uśmiechu. Po godzinach spędzonych w trzewiach Lwiej Loży chłód nocy wydał mu się niemal kojący. Miał już serdecznie dość ciężkiej aury tego miejsca, przesiąkniętej wonią krwi, kurzu i stęchlizny. Przystanął przy wyjściu i przez chwilę patrzył w rozciągającą się przed nimi ciemność. Noc nad górami była surowa, ale czysta. Srebrne światło księżyca oblewało granie, a dalekie doliny tonęły w czerni. Po wszystkim, co znaleźli w loży, widok ten był wyzwalający.

                    Przez krótką chwilę myśl o odejściu stąd bez oglądania się za siebie była bardziej kusząca, niż Kraghul chciałby przyznać. Tyle że sprawa nie była skończona, a on nie zwykł zostawiać krwawych łowców swojemu losowi. Z nostalgią sięgnął po rytmiczną kość zawieszoną przy pasie i zacisnął ją w dłoni, pozwalając, by jej znajomy chłód przeniknął opuszki. Po chwili z niewielkiego fetyszu popłynął fragment melodii. Cichy, kruchy, ledwie obecny ponad szumem górskiego wiatru. Głos Nary był młody i czysty, nieco nierówny, jak u dziecka, które bardziej cieszy się samym śpiewaniem niż poprawnością nut. Pamiętał, że wygrywał jej melodie na bębnie i choć nigdy nie był w tym dobry, przyłożył się przy ostatnim razie. W prostocie tej piosenki było coś tak prawdziwego, że za każdym razem go wzruszało. Melodia była ciepła, pełna życia, którego już nie było.

                    Przymknął oczy. Za każdym razem bolało trochę inaczej. Czasem pieśń otwierała ranę, czasem przeciwnie, przypominała mu, dlaczego jeszcze idzie dalej. Teraz przyniosła to drugie. W kilku prostych frazach wróciło wspomnienie małych dłoni, dziecięcego śmiechu i wieczorów, kiedy świat wydawał się znacznie mniejszy, a przez to łatwiejszy do zrozumienia. Nie potrzebował więcej. Zacisnął palce na kości, pozwolił wybrzmieć ostatniej nucie i schował fetysz z powrotem przy sobie. Gdy ponownie spojrzał na otwarte wrota, pokusa odejścia całkiem znikła. Auldegrund wciąż żył. I Kraghul nie zamierzał zostawić po sobie kolejnego łowcy, który kiedyś znajdzie następną ofiarę.

                    Ucieczka oznaczałaby przyzwolenie Panu tych włości na następne ofiary i danie mu wolnej ręki na cokolwiek szykował. Kraghul nie potrafił pogodzić się z tą myślą. Łatwo było by im stąd umknąć, ale znacznie trudniej było odejść od świadomości, że pozwolili krwi dalej płynąć przez sale loży. Przez moment jeszcze patrzył na ciemne zbocza i srebrne od księżyca grzbiety gór, jakby próbował zapamiętać ten widok na wypadek, gdyby za kilka godzin nie miał już okazji zobaczyć otwartego nieba. Potem odwrócił się powol i spojrzał z powrotem w głąb sali.
                    – Nie możemy tak tego zostawić.

                    Przesunął spojrzeniem po pozostałych, zatrzymując je na chwilę na Dorlivinie i Rathorze. Jeszcze niedawno jednego z nich uznaliby za wroga, drugiego za martwego albo straconego. Teraz obaj stali po tej samej stronie i obaj mieli własne powody, by doczekać powrotu Auldegrunda.
                    – Mamy kontrolę nad drzwiami i mamy czas. Niech wejdzie w naszą pułapkę. Odpocznijmy i przygotujmy się do starcia – oznamił pewnym głosem. Skoro mieli chwilę przewagi, należało ją wykorzystać rozsądnie. Odpoczynek nie musiał zresztą oznaczać bezczynności. Jaithe mogła dalej przebijać się przez zapiski Auldegrunda i próbować wydobyć z nich coś więcej. Dorlivin mógł przygotować sidła. Pozostali mogli zabezpieczyć wejście, przesunąć część mebli, wybrać miejsca, z których łatwiej będzie uderzyć i trudniej zostać zaskoczonym. Kraghul odetchnął głębiej i jeszcze raz spojrzał w stronę otwartych wrót... po czym zaczeli obmyślać plan.

                    1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                    1
                    • slann22S Niedostępny
                      slann22S Niedostępny
                      slann22 jako Zakareth z Leng
                      napisał(a) ostatnio edytowany przez
                      #58

                      Kapłanka Nyarlathotepa była zadowolona, że uniknęli walki z posągami i była zaskoczona że trafili na wyjście na zewnątrz, lecz po chwili namysłu powiedziała
                      -* Ten krasnolud bluźnił przeciwko Pełzającemu Chaosowi, albowiem tylko Nyarlathotep ma prawo bawić się już rękami ponieważ cały wszechświat jest i mojego ogrodu A my jego kwiatami… Tak więc pozostaje nam ukarać go za arogancję, i wysłać znak jego nędznemu panowi… Nadal proponuję, abyśmy zastawili zasadzkę. -*

                      1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                      0
                      • MekowM Niedostępny
                        MekowM Niedostępny
                        Mekow jako Zaira
                        napisał(a) ostatnio edytowany przez Mekow
                        #59

                        Wyjść czy zostać? Tak czy inaczej czekała ich walka! Auldegrund nie odpuści, a wbrew wcześniejszym przypuszczeniom Zairy, ten bałwan lepił się gdzieś indziej. Łatwiej by było gdyby cały proceder odbywał się w Loży - wówczas znaleźli by go tu i teraz, ale nie mieli tyle szczęścia.
                        Zaira poradziła by sobie w normalnej dziczy, ale niekoniecznie w tym śniegu, a do tego nawet pomijając fakt że sama niewiele by zdziałała, znacznie lepiej było przygotować zasadzkę niż w nią wpaść... A jak już przyjdą ich zaatakować i uda im się obronić, będzie mogła wytropić skąd przybyli - i wtedy wyruszą.

                        Szykowali się do obrony!
                        Ostatnie czego chcieli, to zostać zaatakowanym z dwóch stron. Nie było czasu na dokładne przeszukiwanie jaskini, ale z tego co widzieli do tej pory - nie było tu już żadnych więcej ukrytych przejść. A gdyby były Rathor raczej by to zobaczył i im powiedział. W pierwszej kolejności Zaira zniszczyła pentagram i jego ornamenty - nawet jeśli była to już tylko dekoracja, Zaira wolała nie ryzykować. Jedyną inną możliwością zdawał się być komin, który musiał prowadzić na powierzchnię. Gdy Zaira nachyliła się nad paleniskiem spoglądając do góry zobaczyła coś co wyglądało na serię małych otworów wywierconych w skale - wystarczających aby dym się wydostawał, ale na tyle małe że raczej nikt tamtędy nie przejdzie - może mysz lub pająk Kraghula. Komin też można więc było skreślić jako potencjalne wejście do Loży.
                        Jeśli chodziło zaś o Auldegrunda, który ostatnio przybrał postać siwowłosego krasnoluda, raczej nie przybędzie on pod postacią owada - Zaira obstawiała coś wielkiego z futrem, zakładając że będzie przygotowany na działania w śnieżnym lesie, gdyby opuścili Lożę. Jeśli tak, ogień mógłby być skuteczny. Prawdziwy ogień - nie to iluzjonistyczne które mieli tutaj.
                        Innym czynnikiem, który zdawał się być skuteczny, był środek usypiający, którym chcieli ich nakarmić. Zaira już raz go użyła, więc powtórzenie tego manewru, zwłaszcza teraz kiedy mieli czas na przygotowania, był jak najbardziej słuszny. Elka podpytała Dorlivina gdzie było go najwięcej, a następnie zebrała ile się dało.
                        - Może dodamy go do sideł? Da się tak jakoś na te szpony? - zaproponowała krasnoludowi.

                        Zdecydowali że ustawią sidła i pułapki w przejściach, gdzie trudno będzie je ominąć. Pomysł był dobry i Zaira postanowiła, że chętnie pomoże Dorlivinowi z ich rozstawieniem.
                        - Poczekaj, przenieśmy tam najpierw łóżka. Nie wiemy jak długo przyjdzie nam czekać. Warto mieć opcję, może nie aż wyspania się, ale przynajmniej wypoczęcia, - zaproponowała.
                        Pomysł był słuszny, toteż przed zastawieniem pułapek przenieśli łóżka z pokoi "gościnnych" do zakamarka z ołtarzem, gdzie jak ustalili będą się bronić. Było ciasno, ale dali radę. Niewykluczone też było, że łóżka będą nie tyle dla odpoczywających, ile dla rannych... Do tego woda pitna, jedzenie i medykamenty - wszystko dobrze zorganizowane.

                        Gdy w pomieszczeniu w którym był pentagram Zaira pomagała, a tak naprawdę tylko przyglądała się Dorlivinowi, podczas zastawiania pułapki przy tajnym przejściu, pomyślała, że może warto zabarykadować drzwi łączące to pomieszczenie z jaskinią - przynajmniej jakoś prowizorycznie i oczywiście nie zamykając nikogo w nim, jeśli postanowią użyć podglądaczy w głowach trofeów, aby monitorować salę wejściową. Fakt, że mieli taką opcję dawał im tę przewagę, że nie dadzą się zaskoczyć - a przynajmniej taki był plan.

                        1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                        1
                        • SantorineS Niedostępny
                          SantorineS Niedostępny
                          Santorine jako Mistrz Gry
                          napisał(a) ostatnio edytowany przez
                          #60

                          Indagowany przez Jaithe, Dorlivin prychnął.
                          – Nie wychodziłem z tej sali przez całe moje życie – fałszywy krasnolud uśmiechnął się nie bez jadu. – Gdzie ten bastard się podziewa, trudno rzec.

                          ~

                          Dziennik Auldegrunda i leczenie ran

                          W czasie, kiedy podróżnicy leczyli rany swoje i dwóch nowych towarzyszy: Dorlivina i Rathora, Jaithe poświęciła cenny czas na odcyfrowanie zapisków pana Lwiej Loży, Auldegrunda. W międzyczasie, jej kompani przesunęli łóżka z komnat gości w okolice ołtarza Alocera - cóż, upiorna to była sypialnia, jednak w okolicznościach, w których znaleźli się, nie mieli niczego lepszego. W tym samym czasie, Zaira z Rathorem zabarykadowali tajemne przejście, uprzednio niszcząc pentagram przywołania.

                          ~

                          Trzeba było przyznać, że pismo starego krasnoluda zawierało sporo błędów gramatycznych i przekreśleń. Auldegrund zdawał się spisywać swój dziennik z manierą kogoś, kto próbował być rozmyślny i działać powoli, a jednocześnie drżące z podniecenia pióro miało w sobie niezaprzeczalny element obłędu.

                          Tu i ówdzie w dzienniku można było znaleźć zwinięte i załączone fragmenty ksiąg. Niektóre, oczywiście, były o diabolizmie rodem z Cheliax, jednak parę - szczególnie te, które Jaithe znalazła u samego początku były odpisami kronikarzy, którzy dokumentowali dzieje rodu Ponurorytu, rodu, do którego należał Auldegrund Ponury.

                          Zaklinaczka dowiedziała się, że kiedy Korvosa odłączyła się od Starego Cheliax u początku Ery Zaginionych Omenów, nie wszyscy, którzy hołdowali infernalnym tradycjom porzucili je. Niektórzy, tak jak ród Auldegrunda Ponurego, pojęli secesję Korvosy za afront.

                          “Rewolucja wtedy została zdławiona” - pisał Auldegrund, komentując incydent w mieście, który zdarzył się parę lat po 4633 AR. “Dziad mój i jego dzieci zostały wybite do ostatniej nogi, a z nimi zapomniana został tradycja Krwawego Łowu. Jeno paru uszło z życiem i poczęło podróżować wzdłuż rzeki Jeggare, na północ. Reputacja mego dziada sprawiła, zdecydował ominąć Janderhoff.”

                          “...tutaj, pod Obłędnymi Górami, rozpoczęli swe dzieło… Ale ciężko było, jak donoszą manuskrypta, Pan Łowów ciężko doświadczał tych, którym patronował… Teraz zaś jestem sam, jest 4705 AR” - brzmiał kolejny z wpisów.
                          “Dorlivin nie żyje. Bestie rozerwały go na strzępy i żywcem poczęły pożerać, sam widziałem, kiedy z ludźmi podeszliśmy pod gniazdo. Wrzeszczał jeszcze. Kusze zrobiły robotę, ale złapaliśmy jedną z wywern dopiero dalej na grani. Dziwna rzecz, czemu były trzy? Z dziada pradziada żaden z nas nie widział więcej niż parę…”

                          “Dziś staniesz się czymś więcej, niż byłeś za życia, bracie. Rozgrzebałem grób, te kości posłużą w rytuale. Jestem ostatni z rodu, ale dziś, dziś Ród Ponurorytu odrodzi się w cieniu Pana Łowu. Znalazłem kryptę mojego dziada i wszystko, co zapisał…”

                          “...sześciu mnichów dało karku. Gracko poderżnąłem gardła każdemu z nich, uciekali wszakże, jak radziła księga. Język i mózg pierwszego rozdzieliłem na całe pasy. Kiedy żem skórę oprawiał, sługa Pana Łowów spojrzał na mnie. Pakt jest zawarty. Każda głowa ofiarowana na ołtarzu Krwawego Łowu zbliży mnie do UMYSŁU Pana Watahy. Ród odrodzi się, tegom pewien po dzisiejszym ofiarowaniu. Już żem nawet wysłał wiadomość do Domu Thrune…”

                          “UMYSŁ Pana Watahy tknął mnie dziś wieczór. Znam jego rozkaz i spisałem nowy rytuał. Czas na nowy Krwawy Łów, czas zakreślić znaki i obliczyć planety…”

                          “Wiadomość już wysłana. Dość musiałem się nachodzić za tymi bastardami zza Korvosy. Pogromcy goblinów w Popielnym Lesie? Nadadzą się, ano tak… Wyszykowałem już wspaniały rzeźnicki nóż na tą okazję. Klinga łaknie krwi.”

                          To było wszystko. Jaithe odkryła, że w dzienniku zostało wyrwane parę stron w sekcjach, które zawierały przydługawe odpisy z ksiąg diabolistycznych, a także na samym końcu, jak gdyby stary krasnolud nie był w stanie zdecydować się, jaki powinien być jego następny krok lub też jak gdyby wahał się co do czegoś.

                          Kiedy Jaithe skończyła odcyfrowywać notatki, które po sobie zostawił Auldegrund, podróżnicy, a także Rathor i Dorlivin zostali uleczeni ze swoich ran.

                          ~

                          Dorlivin zakłada sidła

                          W czasie, kiedy podróżnicy odpoczywali, Dorlivin tymczasem wydobył spod stołu rytualnego małą klatkę, w której uprzednio podróżnicy znaleźli narzędzia do zakładania sideł. Klatka wypełniona była małymi elementami, w których fałszywy krasnolud grzebał przez dłuższe parę chwil.

                          – Za dużo tego nie ma, ale chyba styknie – rzekł Dorlivin, naciągając na próbę żyłki i przetrząsając mrowie małych elementów. – Hmm.

                          Krasnolud wyciągnął z wnętrza parę fiol wypełnionych pomarańczowym i zielonym płynem, a także parę sprężyn i zacmokał z zadowoleniem znawcy.

                          – Ano… Z tego to idzie złożyć parę takich małych, paskudnych, zjadliwych sukinkotów – Dorlivin rzucił fiolą parę razy i lustrując jej wnętrze. Rozumicie, towarzysze?
                          Krasnolud zrobił wymowną pantomimę, która przedstawiała upadającą fiolę i wybuch.
                          – Ale trza przemyślunku… Ale zrobić idzie!
                          – Pfch – prychnął Rathor. – Te sztuczki nie są prawdziwe wojownika twierdzy Belkzen.
                          – Szczęście, że nim nie jestem – wyrzekł krasnolud, który włożył szklane fiole z powrotem do swego pojemnika i uniósł się z klęczek. – A zatem… Do roboty.
                          Zaira, która, powróciwszy z wcześniejszego zniszczenia pentagramu i barykadowania tajemnego przejścia, zaproponowała dodanie trucizny do sideł, spotkała się z aprobatą krasnoluda.
                          – Dodam to do sideł – zgodził się Dorlivin. – Ale może być nieco słabsze. Trutka już leży tu jakiś czas, straciła moc od czasu uczty.
                          Koniec końców, Dorlivin założył trzy pułapki: jedną zaraz przy wejściu do Lwiej Loży, drugą w korytarzu prowadzącym do jaskini, trzecią zaś zaraz przy drzwiach w komnacie z obrazami ku czci Alocera.

                          ~

                          Łowcy Alocera

                          KTOŚ nadchodził. Z początku było to tylko niejasne przeczucie, że właśnie coś miało się zdarzyć, aby, wreszcie –
                          Daleki róg myśliwski rozbrzmiał złowrogo. Tubalny dźwięk zawibrował, najpierw z bardzo daleka, niemalże nie do odróżnienia od wichru dącego nad srebrnymi szczytami Obłędnych Gór. Parę dłuższych chwil później, róg zabrzmiał po raz wtóry, tym razem już znacznie bliżej, być może pośród drzew wokół Lwiej Loży. I wreszcie, na samym końcu, ktoś zadął w róg po raz trzeci, głośno i donośnie, a ponury dźwięk potoczył się echem po całej Loży, a ryk potoczył się aż przez ciemne zakamarki jaskini. Ktoś stał przed wrotami do Lwiej Loży.

                          Jaithe, Zaira, Kraghul i Zakareth, a także Dorlivin i Rathor natychmiast poderwali się ze swych legowisk.

                          Kroki. Ktoś skradał się przez dłuższy czas, a potem…

                          WWRRRUUMM… KRAK!!!

                          Nagła eksplozja przetoczyła się przez komnaty i jaskinię Lwiej Loży, akompaniowana przez dalekie syki i pojękiwania. Sidła Dorlivina zadziałały! Jednak parę chwil później, pośród rumoru, podróżnicy usłyszeli rytualne zaśpiewy i coś na kształt trzasków energii. Coś działo się po drugiej stronie drzwi.

                          I potem więcej ciszy. Szepty.

                          Zaraz potem, zamknięte drzwi eksplodowały. Ktoś, kto rozwarł drzwi na oścież, rzucił jakąś małą bombę zaraz przed siebie. Seria eksplozji odbiła się echem przez jaskinię, światło, swąd siarki. Drugie z sideł krasnoluda zatrzasnęło się, nie czyniąc nikomu krzywdy!

                          Cztery sylwetki ubrane w skórznie przykryte szarymi, wytartymi i utytłanymi w błocie szatami wkroczyły do środka.
                          Wyglądało na to, że to byli ludzie. Lub też, precyzyjniej było powiedzieć, że kiedyś, w którymś momencie, byli ludźmi. Szpony, podobne zwierzęcym, dzierżyły krótkie, myśliwskie łuki, zaś szare płaszcze, skrywające skórznie, nosiły na sobie ślady krwi. Na pancerzach wyryte były jakieś runy, zdaje się, zapisane Piekielnym.

                          – Na Toraga! – wrzasnął Dorlivin. – Tacyście mądrzy? Chodźcie, posmakujecie mego młota! Za ród Ponurorytuuu!!!
                          – Psy Auldegrunda!? – ryknął Rathor, wymachując swym korbaczem. – Wzięliście mnie raz, drugi raz powrócicie do swego parszywego pana w Piekle!

                          1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                          0
                          • SantorineS Niedostępny
                            SantorineS Niedostępny
                            Santorine jako Mistrz Gry
                            napisał(a) ostatnio edytowany przez
                            #61

                            Kultyści wlewali się do komnaty czci Alocera. Pierwszy z nich przestąpił rozwarte drzwi i pułapkę Dorlivina, która została uprzednio rozbrojona. Człek dzierżył łuk, ale poniechał: z jego gardła dobyło się coś na rodzaj ryku pomieszanego z nieznanym słowem, zaś ze szponiastych dłoni wydobył się czarny promień ognia wycelowany w Kraghula. Trafnie! Kraghul poczuł ból, kiedy tylko cienisty ogień sięgnął jego piersi!

                            Drugi z kultystów krzyknął:
                            – Za Pana Piekieł!
                            Jego łuk rozbłysnął przez oddech krwawą energią. Wybrał sobie na swój cel Zairę. Lśniąca strzała jednak tylko drasnęła elfkę, jednak, kiedy tylko grot utkwił w jej ramieniu, tamten zakreślił przed sobą symbol. Szara poświata tarczy zalśniła wokół kultysty.

                            Spaczona magią zaklinaczka wydłużyła swe dłonie, które przez parę tchnień stały się nienaturalnie długie, niczym gałęzie. Jaithe zaśpiewała monotonnie słowa starego zaklęcia, a z jej pokracznie wydłużonych ramion eksplodowała chmara czarnych macek. Ustawieni w tunelu kultyści Alocera wrzasnęli niby jeden mąż, kiedy nawałnica cienistych macek uderzyła we wszystkich jednocześnie. Niektórzy poczęli krwawić.

                            – Torag skręci wam karki, przeklęte diabły! – ryk krasnoluda dobył się z jego piersi.
                            Dorlivin przypadł do pierwszego z kultystów Alocera i uderzył obuchem solidnie w łeb jednego z nich, aż tamten się cofnął.

                            Czciciele Alocera nie pozostali mu dłużni. Kobieta o szpetnych rysach wydała z siebie parę gardłowych warknięć, które brzmiały zwierzęco. Zielony promień łuczniczki uderzył w krasnoluda, który cofnął się o pół kroku nad przepaść.
                            – Cóż to!? – Dorlivin spojrzał na swą dłoń.
                            Nagle, krasnolud począł poruszać się znacznie wolniej, jak gdyby postarzał się o parę dekad. W ostatniej jednak chwili zasłonił się, kiedy strzała syknęła w powietrzu.

                            Kraghul potrząsnął swym kościanym fetyszem, który tym razem zalśnił złotą energią. Emanacja objęła jego samego i pozostałych: Dorlivina, Rathora, Zairę, Jaithe i Zakareth; w jakiś sposób zaklęcie orczego szamana nadawało gibkości i siły do uderzeń jego towarzyszy.

                            – Czas, żebyście zobaczyli, czym jest PRAWDZIWA SIŁA TWIERDZY BELKZEN! – metal zbroi Rathora zabrzęczał po śliskiej posadzce jaskini.
                            Ork wzniósł tarczę, wykrzykując jakieś przekleństwa i kpiny w stronę jedego z kultystów ukrytego w jaskini. Uderzył rękojeścią korbacza w tarczę i zamachnął się, jednak tamten uniknął głowy korbacza, który z łoskotem uderzył w skalną posadzkę.
                            – Pfch, tchórzu – sapnął z pogardą Rathor.

                            Kultysta, którego zwyzywał Rathor wcześniej krzyknął jakieś zaklęcie na niego. Zgniłozielony promień pomknął do orka, ten jednak odbił część swoją tarczą i zaparł się w sobie. Grot strzały odbił się od tarczy Rathora, który wrzasnął w odwecie:
                            – To wszystko? Ha!

                            Zakareth czuła się poirytowana tym, że teraz to będą musieli jeszcze walczyć z kultystami, ale przynajmniej szanowała i za to, że nie byli przywiązani do formy ciała. z którą przyszli na świat.
                            Kapłanka Nyarlathotepa dała susa przed siebie, a jej kostur bojowy zapłonął ciemnoszarym ogniem. Pierwszy z zakapturzonych łowców zmitygował jednak cios!

                            Zaira wzięła na swój cel najbardziej wysuniętego na wschód czciciela Alocera i wypuściła dwie strzały. Trafiła! Potężne uderzenie przebiło skórznię, a jej ofiara rzygnęła krwią i sapnęła ciężko. Jucha popłynęła z celnej rany ciurkiem, tworząc karmazynowe kałuże.

                            Poważnie ranny kultysta wrzasnął przeciągle, nagle robiąc w tył zwrot. Przecisnął się obok swoich kamratów i zniknął w skalnym korytarzu, a każdy z jego śladów pozostawiał plamy krwi.

                            – Wracajże! – wrzeszczał Rathor. – Jeszcze nie skończyłem ciebie zabijać, psi synu!

                            Kolejny z kultystów jednak nie odpuszczał. Jego szponiasta dłoń zapłonęła pomarańczowym płomieniem, który skierował na Dorlivina. Krasnolud zwinął się i skulił. Niemalże udało mu się umknąć przed zabójczym promieniem! Wraża energia zasyczała w przestrzeni, osmalając jego ramię, zaś ten skrzywił się z bólu.

                            Zaklinaczka przesadziła drewniany ołtarz ku czci Piekielnego Księcia, zaś jej dłonie zapłonęły po raz kolejny czarnym płomieniem. Tym razem głos Jaithe zawibrował potężniej, odbijając się echem po zimnych ścianach jaskini. Dorlivin, Rathor i Zakareth ledwo uniknęli nawałnicy duchowych macek, które zawarły się wokół kultystów. Potężne zaklęcie sprawiło, że od strony diabolistów wyrwały się wrzaski nagłej paniki. Rany, nagle pękające na skórzniach trysnęły fontannami juchy. Zaklęcie Jaithe całkowicie zmasakrowało kultystów!

                            Dorlivin przypadł do kolejnego z zakapturzonych, waląc swym młotem na lewo i prawo. Krasnolud jednak widocznie słaniał się na nogach: jego siła została wyssana przez widmowe zaklęcie!

                            Szpetna łuczniczka zlokalizowana z tyłu tunelu nagle spojrzała, jak wygląda sytuacja i pomknęła za jej towarzyszem. Kolejny przeciwnik zrejterował.

                            Kraghul dotknął swego kościanego fetyszu, a złota emanacja eksplodowała z jego wnętrza. Zaklęcie dotknęło wszystkich. Szaman spojrzał dłużej na jednego z kultystów, próbując przypomnieć sobie cokolwiek o istotach, które przed nim stały, jednak… Nic. Może to był ferwor walki? Kraghul nie potrafił powiedzieć nic więcej ponad to, że był to jakiś rodzaj diabelskiego odmieńca.
                            Na koniec, szaman zakreślił nad soba tarczę.

                            Orczy wojownik ryknął przeciągle. Łańcuch korbacza zaświszczał złowrogo w powietrzu, zaś kolczasta kula wylądowała prosto na twarzy zakapturzonego diabolisty. Łeb eksplodował na podobieństwo dojrzałego jabłka przeszytego przez bełt kuszy, zaś bezgłowy korpus upadł, jak ścięty konar, rozbryzgując kałuże krwi i mózgu.

                            Kiedy tylko odłamki czaszki jego towarzysza śmignęły obok jego ucha, ostatni z kultystów, który był na miejscu spojrzał wokół siebie. Był sam! Człowiek zrobił natychmiast w tył zwrot i począł biec szparko w stronę wyjścia.

                            Kroki uciekających kultystów oddalały się coraz bardziej i bardziej, podczas gdy karmazynowa plama zabitego diabolisty szybko przemieniała się w pokaźną kałużę krwi.

                            – To mają być jego pomagierzy? – Rathor warknął. – Przypominam sobie, że bastard Auldegrund był twardszy niż to, co jest.

                            Ork począł kaszleć maniakalnie, nagle zmożony swoją chorobą. Dorlivin zakasał młot za pas, zaś zaklęcia rzucone przez podróżników poczęły tracić swą moc: fetysz Kraghula stracił swój poblask, a krasnolud zacisnął swoją dłoń w kułak parę razy.

                            – Wszak odzyskuję siły! – rzekł Dorlivin hardo. – Mmm. Zdaje mi się, że rzeczy jeszcze nie koniec. Stary drab próbuje wybadać teren, coś takiego…
                            – Oby – Rathor przestał kaszleć i splunął krwią za siebie. – Auldegrund może myśleć, że pokonał Rathora raz, ale Rathor powraca, żeby wbić mu w łeb, że zemsta orków z Belkzen nierychliwa, ale zawsze dosięga.

                            Orczy wojownik zabębnił korbaczem o swoją tarczę.

                            A wtedy…

                            Usłyszeli znowu róg myśliwski. Długi, zawodzący dźwięk przetoczył się raz przez korytarze Lwiej Loży, wibrując ponuro i zwiastując nadejście Auldegrunda.

                            Usłyszeli donośny, tubalny głos, którego skrzeczący timbre miał w sobie coś nieludzkiego:

                            – Mój łów nie zakończy się tutaj! Chodźcie żesz do mnie i stańcie do walki, a zarżnę was jak kundle!
                            Rathor i Dorlivin spojrzeli po sobie.
                            – To on – rzekł Rathor.

                            1 odpowiedź Ostatnia odpowiedź
                            0

                            Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.

                            Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.

                            Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗

                            Zarejestruj się Zaloguj się
                            Odpowiedz
                            • Odpowiedz, zakładając nowy temat
                            Zaloguj się, aby odpowiedzieć
                            • Najpierw najstarsze
                            • Najpierw najnowsze
                            • Najwięcej głosów


                            • Zaloguj się

                            • Nie masz konta? Zarejestruj się

                            • Aby wyszukiwać zaloguj się lub zarejestruj.
                            Powered by NodeBB Contributors
                            • Pierwszy post
                              Ostatni post
                            0
                            • Kategorie
                            • Ostatnie
                            • Tagi
                            • Popularne
                            • Świat
                            • Użytkownicy
                            • Grupy
                            • Strona startowa