Krzyk Pustki
-

Sąsiednia ładownia Bleinerta
Joshua Gleeson przekroczył próg otwartego chwilę wcześniej pomieszczenia wślizgując się przed kapitana, targany mieszaniną przeciwstawnych emocji, zdeterminowany chęcią jak najszybszego odnalezienia bezpieczniejszego schronienia, ale bez trudu dostrzegający w każdym otaczającym go cieniu połyskliwe czarne kształty o krystalicznych zębach i ruchliwych ogonach.
Jego oczy prześlizgnęły się po wnętrzu rozległego pomieszczenia, w przeciwieństwie do pierwszej ładowni niemal pustego. Rzędy fluorescencyjnych świateł przecinających sufit i ściany rzucały zimną poświatę na ustawione pośrodku ładowni obiekty, których przeznaczenia Gleeson w pierwszej chwili nie potrafił odgadnąć.
- Черт, что бы это могло быть? - rzucił w lodowatą przestrzeń pomieszczenia Sadza przekraczając próg i otwierając drogę depczącemu mu po piętach Holtowi.
Kapitan nic nie odpowiedział w pierwszej chwili odnotowując w myślach układ i strukturę ładowni. Pozostali ratownicy wślizgnęli się do jej środka jeden po drugim, rozpraszając się na boki ze żwawością sugerującą obawy, że właz dzielący oba pomieszczenia może się bez ostrzeżenia zamknąć przed nosem ostatniego w szyku człowieka skazując go na ten sam los, co wcześniej Adama.
- Co to są za… akwaria? - zapytał Marcus podążając za wyciągniętą ręką Kalashnikova i przyglądając się zmrużonymi oczami skupisku przezroczystych tub ustawionych na gąsienicowych platformach pośrodku pozbawionej towarowych kontenerów ładowni. Cztery mniejsze - lecz wciąż wielkie w stopniu wystarczającym do zmieszczenia dorosłego człowieka - otaczały nieregularnym kręgiem piąty, trzykrotnie od nich większy i niemal dotykający szczytem sufitu ładowni.
Wszystkie były w jakimś stopniu zniszczone; rozbite i straszące długimi szpikulcami potrzaskanego pancernego szkła.
- Chyba wiem, co to za smród - Elias puścił pasek detektora ruchu i złapał się za nos czując charakterystyczny odór unoszący się w półmroku ładowni. Znał ten zapach, jeszcze nie zdążył się pozbyć jego przykrego wspomnienia z oględzin ratunkowej kapsuły - Słodki Boże.
Wokół częściowo strzaskanych tub leżały jakieś ledwie widoczne w ciemnościach kształty, spod drzwi łączących dwie ładownie wyglądające jak worki z praniem, ale w połączeniu z niepokojącym fetorem nabierające w oczach ratowników coraz bardziej przerażającego wymiaru.
- Widzicie te światła? - Joshua też złapał się za nos, oderwał wzrok od szklanych zasobników i spojrzał w stronę znacznie większego włazu w rufowej ścianie ładowni - Te pomarańczowe nad wrotami? To ostrzeżenie o dehermetyzacji. Po drugiej stronie jest próżnia!
- Dehermetyzacja? Tam? Przecież to środek kadłuba - Hannigan podążył za wzrokiem Gleesona, wbił spojrzenie w błyskające rytmicznie pomarańczowe lampy ostrzegawcze - Ale… na oblocie złapaliśmy na kamerach dziurę w kadłubie, bardzo dużego rozmiaru. Na wysokości lewej tylnej burty. To musi być to! Strukturalnie to bardzo znaczące uszkodzenie, od lewej tylnej ładowni do środkowej tylnej. Ta hipoteza z przypadkowo rozlanym kwasem nie pasuje do takich uszkodzeń… a przynajmniej ciężko ją uzasadnić.
- Może łatwiej będzie, jeśli przyjmiemy przypadkowe zakłócenie prawidłowej pracy generatorów grawitacji? - zasugerował Elias Crowe - Gdyby doszło do wybuchu zbiornika z kwasem o wyjątkowych właściwościach żrących w stanie nieważkości, powstałaby specyficzna chmura rozchodząca się we wszystkich kierunkach i osiadająca na wszystkim w obrębie określonej sfery…
- Nie mamy czasu na naukowe dywagacje - Marcus Holt oddalił się o jeszcze jeden krok od drzwi ładowni i znieruchomiał słysząc wizg serwomechanizmów. Każdy z ratowników spodziewał się podświadomie tego dźwięku, lecz napięte jak postronki nerwy sprawiły, że niemal wszyscy podskoczyli w miejscu, gdy wzmocnione drzwi zjechały w dół odcinając ludzi od poprzedniego pomieszczenia.
Znaleźli się jeszcze głębiej we wnętrzu kadłuba Bleinerta, w klaustrofobicznej przestrzeni przesiąkniętej upiornym trupim fetorem, pogrążonej w mroku zarysowanym konturami jeszcze ciemniejszych nieruchomych kształtów, do których nikt nie chciał się z własnej woli zbliżyć.
<Kapitanie, spada jakość połączenia video i dźwięku!>
Pokład Kardashiana
- Znowu ich odcięło! - rzuciła podniesionym głosem Nadia, kiedy kamera na hełmie Holta złapała w ostatniej chwili obraz opadających drzwi - Co jest? Zakłócenia?
Davy zdusił w ustach przekleństwo, kiedy czysty dotąd zapis z kamer ratowników zaczął podskakiwać, rozciągać się i zrywać, przeplatając się co chwila plamami nieczytelnych pikseli. Wszystkie rejestratory padły w jednym momencie ofiarą podobnych zakłóceń, a w eterze dołączyły do nich radiowe piski i szumy.
- Kapitanie, spada jakość połączenia video i dźwięku! - krzyknął do mikrofonu O’Collan - Mam narastające zakłócenia!
Plany rozmazanych pikseli wypełniły wszystkie ekrany z wyjątkiem tego przypisanego Adamowi, gdzie wciąż królowała nieprzenikniona czerń.
- Ja pierdolę, zerwało całkiem łączność! - pilot uderzył pięścią w konsoletę, szarpnął się w fotelu tak mocno, że całe siedzenie zatrzeszczało niczym maltretowane drewno.
- Zostali tam sami, odcięci w środku! - wrzasnęła z furią Nadia - Sadza i Elias i reszta! Coś na nich poluje, a coś innego się nimi bawi jak pierdolonymi marionetkami! A my nie możemy im pomóc! Kurwa, Davy, co robimy?!
- Daj mi pomyśleć, Nadia - O’Collan zagryzł do krwi kostki wciśniętej w usta dłoni, drugą ręką ściskając podłokietnik swojego fotela - Daj mi pomyśleć!
Za jego plecami szczęknął odpinany pas i zanim okręcił się w siedzeniu, Rosjanka już była przy jego stanowisku przeszywając pilota rozgorączkowanym wzrokiem.
- Davy, szanuję starego, ale zrobił błąd! Oni tam błądzą na ślepo i nawet nie mają jak do nas wrócić! Nie mają łączności, nie mają dość mocnej broni i stracili Adama! Po chuj Caleb mroził tego marynarza? On zna ten okręt, kody dostępu, przejścia i windy, wszystko kurwa zna. A myśmy go uśpili. Wyciągnijmy go i zmuśmy do gadania. W dupie mam jego gadkę o tajemnicy wojskowej. Masz pistolet, przestrzelimy mu jebane kolano jak nie będzie chciał współpracować! On nas w to wpakował, nawet jeśli nic nie wiedział o tych stworach. Niech teraz skurwysyn ich stamtąd wyciągnie!
-
- Panie O'Collan... O Collan? Davy, odezwij się.
Caleb kilka razy jeszcze próbował wywołać pilota, ale już wiedział, że niczego to nie da. Konstrukcja ładowni na Kardashianie też uniemożliwiała komunikację radiową. Ale tam był interkom. Tutaj zapewne też, ale Hannigan nawet nie poświęcił chwili by utwierdzić się w przekonaniu, że nikt im nie odpowie na kolejną próbę nawiązania kontaktu. Musieli iść po okruszkach. Przynajmniej chwilowo.
Ogląd pomieszczenia... Dobry Boże... Jakakolwiek próba domyślania się co tu zaszło przyprawiała o zawrót głowy. Pancerne szkło... jakiś płyn na posadzce... i kształty, które w półmroku budziły najróżniejsze skojarzenia, ale mogły być tylko ludzkimi szczątkami sprzed miesiąca. Każdy wdech pozwalał odczuć pełne spektrum zakończonego rozkładem dramatu jaki się tu odbył. A najbardziej oczywistym było to, że coś co miało pozostać w tubach, wydostało się na zewnątrz. Kwas? Wtedy uszkodzenia byłyby tutaj... A może te... istoty? Przebiciu poszycia na taką skalę, musiało towarzyszyć duże wyładowanie energii... Co z kolei mogło uszkodzić tuby i uwolnić to co w nich się znajdowało.
Nie podchodząc do tub bardziej niż to konieczne, przyjrzał się im na okoliczność oznakowań bezpieczeństwa dotyczących biohazardu, promieniotwórczości, czy innych zagrożeń. Podszedł też powoli do wrót, nad którymi migały pomarańczowe światła. Jeśli teoria Gleesona była prawdziwa, powinny być lodowate.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Siergiej Nikołajowicz Kalashnikov nie wierzył w przypadki.
Nie dlatego, że był przesądny. Wręcz przeciwnie. Uważał, że większość rzeczy, które ludzie nazywają przypadkiem, jest po prostu wynikiem tego, że nie widzą całego równania.
Kamień nie spada dlatego, że "tak wyszło”.
Kamień spada, bo coś poluzowało podporę.
Gaz wybucha, bo ktoś nie sprawdził zaworu.
Człowiek ginie pod zwałem skały, bo wcześniej gdzieś pojawiło się pęknięcie, którego nikt nie zauważył.
A jeśli ktoś mówił, że miał pecha, Sadza zwykle odpowiadał:
— Pech to słowo dla człowieka, który nie wie dlaczego.
Nauczył się tego bardzo wcześnie.
Miał wtedy dwadzieścia kilka lat i pracował jeszcze na jednym z niższych poziomów kolonii. To była robota, której nikt nie chciał. Gorąco, pył, wilgoć, smar, metal i skała. Trzeba było schodzić tam, gdzie automaty nie mogły pracować, bo albo nie mieściły się w szybach, albo ich sensory głupiały od zakłóceń.
Tego dnia nic nie zapowiadało kłopotów.
Właśnie dlatego wszyscy byli spokojni.
Zmiana zaczęła się normalnie. Kontrola sprzętu, zjazd, odprawa, potem robota. Siergiej pamiętał nawet, że jeden ze starszych górników żartował, że może tym razem wrócą na powierzchnię przed końcem swojej kawy.
Pół godziny później zawalił się szyb.
Nie cały.
Tylko fragment.
Wystarczyło.
Trzech ludzi znalazło się po drugiej stronie zwału.
Siergiej przeżył, bo pięć minut wcześniej zmienił miejsce pracy.
Do dzisiaj nie wiedział dlaczego.
Kierownik kazał mu przejść na drugi odcinek, bo jeden z wiertaków zaczął wariować. Siergiej był zły. Miał już rozłożone narzędzia, chciał skończyć swoją robotę i wrócić. Kłócił się nawet przez radio.
Gdyby został, byłby dokładnie tam, gdzie zawaliła się skała.
Kiedy później ktoś powiedział:
— Miałeś szczęście, Sadza.
Siergiej spojrzał na niego.
— Nie.
— Jak nie?
— Wiertak.
— Co wiertak?
— Wiertak zaczął wariować.
Tamten wzruszył ramionami.
— No i?
— Nic nie dzieje się bez powodu.
Wtedy jeszcze sam nie wiedział, jak bardzo będzie się tego trzymał.Kilka lat później przekonał się po raz drugi.
Tym razem to on był człowiekiem, który zauważył „przypadek”.
Na jednej ze zmian zgasła lampa.
Jedna z wielu.
Zwykła rzecz.
W kolonii światło gasło bez przerwy. Przepalone przewody, przeciążenia, stare instalacje. Technik miał przyjść następnego dnia.
Siergiejowi jednak nie spodobało się, że zgasła akurat ta lampa.
Nie potrafił powiedzieć dlaczego.
Po prostu nie pasowało mu to.
Podszedł do niej.
Popukał w obudowę.
Nic.
Wtedy usłyszał ciche syknięcie.
Nie światła.
Rury.
Zatrzymał się.
Przyłożył dłoń do ściany.
Czuł drżenie.
Poszedł za nim.
Kilka metrów dalej znalazł pęknięcie instalacji. Niewielkie. Prawie niewidoczne. Gaz sączył się do szybu technicznego.
Gdyby nikt tego nie znalazł, przy następnym większym obciążeniu instalacji mogło dojść do wybuchu.
Później komisja powiedziała, że wykrycie nieszczelności było przypadkowe.
Siergiej się wściekł.
— Nie przypadkowe.
— Panie Kalashnikov, znaleziono ją przy okazji awarii oświetlenia.
— A dlaczego awaria?
— Przeciążenie.
— A dlaczego przeciążenie?
— Nie wiem.
Siergiej popatrzył na nich długo.
— No właśnie.
Od tamtej pory, kiedy coś działo się „przypadkiem”, zaczynał szukać przyczyny.
Nie zawsze ją znajdował.
Ale zawsze szukał.
Czasem oznaczało to pęknięty przewód.
Czasem źle dokręconą śrubę.
Czasem człowieka, który skłamał.
A czasem coś znacznie gorszego.
Najgorsze było to, że po latach zaczął dostrzegać wzór również tam, gdzie inni widzieli tylko zbieg okoliczności.
Ktoś pojawił się w niewłaściwym miejscu.
Drzwi otworzyły się, choć nikt ich nie otwierał.
Światło zamrugało.
Maszyna zatrzymała się sekundę przed awarią.
Siergiej zawsze zadawał wtedy to samo pytanie:
Dlaczego właśnie teraz?
Dlatego teraz, stojąc w ładowni Bleinerta, patrzył na otwierające się drzwi i nie potrafił uwierzyć, że stało się to przypadkiem.
Za nimi był pusty statek.
Za nimi zginął Adam.
Za nimi polowało coś, czego Siergiej nie umiał nazwać.
A drzwi właśnie się otworzyły.
Nie wcześniej.
Nie później.
Teraz.
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov nie wierzył w przypadki.
W jego świecie przypadek był tylko nazwą dla przyczyny, której jeszcze nie znalazł.
Sadza drgnął szczęką, kiedy kapitan wyrwał mu młotoko-klucz z ręki.
— Ej!
To jedno słowo zabrzmiało ostrzej, niż zamierzał. Przez moment miał ochotę po prostu odebrać mu narzędzie. Młotoko-klucz był jego. Nie zabawką, nie częścią wyposażenia kapitana. Był jego.
Patrzył, jak Hannigan wali nim w kamerę.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
Sadza zacisnął palce.
— Stary... - odezwał się w końcu, wyciągając rękę po narzędzie. - Jak chcesz coś rozwalić, bierz własny.
Odebrał młotoko-klucz i odruchowo sprawdził głowicę.
Dopiero wtedy spojrzał na kapitana.
— Może nie mogli się z nami skontaktować. Nie przyszło ci to do głowy? - prychnął. - Jakby to coś chciało nas zabić, to zostawiłoby nas na pastwę chyorta, nie? Po co miałoby otwierać drzwi, odcinać korytarze i pchać nas gdzieś dalej?
Wzmianka o karcie sprawiła, że Sadza odwrócił głowę.
— Co za karta?
Popatrzył najpierw na Crowe'a, potem na kapitana.
— Czegoś nam nie mówisz?
W jego głosie nie było już złości. To było gorsze. Zainteresowanie.— Znaleziona w kapsule? I dopiero teraz sobie o niej przypomniałeś?
Sadza zrobił krok w stronę kapitana.— Skoro mogą na niej być informacje, które pozwolą nam stąd wyjść, to dlaczego wcześniej nikt jej nie użył?
Zmrużył oczy.— Albo inaczej. Dlaczego ty wiedziałeś, że może być na niej coś ważnego?
Przez chwilę patrzył na Hannigana bez słowa.Potem zerknął na Crowe'a.
— Chimik. Pokaż kartę. Zobaczymy, co takiego Stary trzymał przed nami w tajemnicy.
Coś w Sadzy pękło.
Nie chodziło już o młotoko-klucz. Ani nawet o kartę. Chodziło o to, że po raz kolejny dowiadywał się o czymś ważnym dopiero wtedy, kiedy kapitan uznawał, że nadszedł odpowiedni moment.
A tutaj każdy taki "odpowiedni moment” mógł być ostatnim.
Spojrzał na Hannigana. Jeszcze niedawno był dla niego Starym - człowiekiem, który miał wiedzieć, co robić, kiedy reszta zaczynała panikować. Teraz Sadza po raz pierwszy zaczął się zastanawiać, ile właściwie z tego, co mówi kapitan, jest prawdą, a ile jest tylko tym, co Hannigan chce, żeby wiedzieli.
To nie było dobre uczucie.
— Wiesz co... - powiedział cicho. - Zaczynam mieć problem.
Zrobił krok bliżej.— Jak mamy się stąd wydostać, skoro ty chowasz przed nami informacje?
Uniósł młotoko-klucz. Nie jak broń. Raczej jak ciężki argument, który przypadkiem znalazł się w jego dłoni.Pokręcił głową.
— Nie.
Spojrzał kapitanowi prosto w oczy.— Koniec tego.
Głos Sadzy stał się twardszy.— Wyłóż wszystko. Tutaj. Teraz. Wszystko, co wiesz o Bleinercie. O tej karcie. Co przed nami chowasz?
Przerwał.— Bo jeśli masz jeszcze jakieś informacje schowane pod mundurem, a my mamy je odkrywać po jednej, kiedy już będzie za późno...
Ścisnął mocniej rękojeść młotoko-klucza.— ...to nie jesteś kapitanem, który nas stąd wyprowadza. Jesteś kolejną zagadką do rozwiązania.
Sadza odsunął się pół kroku.Nie spuszczał jednak wzroku z Hannigana.
W głowie znów pojawiło się pytanie, które zadawał sobie przez całe życie.
Dlaczego właśnie teraz?
Za dużo tego.
Sadza nie wierzył w przypadki.
Może więc ich obecność tutaj też nie była przypadkiem.
Może Hannigan wiedział o Bleinercie więcej, niż mówił.
A może nie tylko wiedział.
Może właśnie dlatego tutaj byli.
— Co tu się odpierdala Hannigan?
-

Środkowy pokład Bleinerta
Elias Crowe przycisnął do twarzy rękawicę skafandra nie mogąc dłużej znieść fetoru wydzielanego przez leżące obok strzaskanych szklanych tub ludzkie zwłoki. Jedne należały do mężczyzny w uniformie amerykańskiej marynarki, drugie do kobiety w ciemnym kombinezonie opiętym paskami taktycznej uprzęży. Kobieta nie miała twarzy, w jej miejscu ziała pustką wielka dziura obramowana puklami zafarbowanych starą krwią jasnych włosów. Spoglądając na nią Elias nie mógł się oprzeć wrażeniu, że została uderzona z całej siły głowicą pneumatycznego młota, chociaż nie potrafił sobie wyobrazić sceny, w której wciąż ściskająca w rękach kompaktowy pistolet maszynowy kobieta dałaby się podejść tak komuś uzbrojonemu w pneumatyczny młot.
Wojskowy przygniatał swoim ciałem karabin identyczny jak broń znaleziona przy Jeremiahu Purcellu, a rozrzucone wokół jego oderwanej w barku ręki łuski odbijały światło rzucane przez lampy skafandra doktora.
Crowe rzucił okiem w stronę wracającego od strony tylnych wrót kapitana, a potem zbliżył się do kręgu szklanych kapsuł. Ich podstawy, a także metalowa podłoga wokół dziwnych obiektów pokryte były grubą warstwą zaschłej substancji, ale wciąż przebijające przez nią zarysy geometrycznych piktogramów oraz korporacyjne logo dały się doktorowi bez trudu zidentyfikować.
Zagrożenie biologiczne. Własność Weyland-Yutani.
Za plecami oficera naukowego wywiązała się kolejna nerwowa dyskusja, ale Elias nie zareagował na nią w pierwszej chwili pochylając się nad krawędzią rozbitego szkła w najbliższej kapsule.
Widniejący na niej nalot, pokrywający szkło cieniutka warstewką i mogący sprawiać wrażenie jakiegoś pyłu, był w rzeczywistości zaskorupiałym zanieczyszczeniem podobnym do grafitu - i patrząc nań Elias przypomniał sobie z miejsca zagadkowe znalezisko w korytarzu serwisowym prowadzącym do maszynowni Kardashiana.
Pseudoorganiczna substancja pokrywająca ściany i podłogę tamtego korytarza wydawała się identyczna z nalotem na rozbitym szkle tuby - a kiedy tknięty złym przeczuciem naukowiec obejrzał się raz jeszcze na zwłoki leżącej obok kobiety, syknął przez zaciśnięte zęby dostrzegając pozostałości po takim samym nalocie na resztkach rozbitej ludzkiej czaszki wokół ziejącej na wysokości twarzy dziury.
Ktoś coś do niego powiedział, najpewniej Sadza, bo w mętlik myśli Eliasa wdarło się rosyjskie słowo chimik, ale Crowe nie odwrócił głowy zaprzątnięty swoim tokiem dedukcji. Obrażenia widzianych wokół ludzi, zarówno tych w amerykańskich mundurach jak i strojach korporacyjnej ochrony, wydawały się nosić ślady takich samych obrażeń jak uszkodzenia androida Weyland-Yutani znalezionego w szybie wentylacyjnym opodal maszynowni okrętu. Pięć szklanych tub-akwariów na gąsienicowych sekcjach mobilnych, rozbitych i otoczonych ludzkimi ciałami. Sprawiający wrażenie organicznej substancji nalot o wyglądzie zastygłego grafitu albo dziwnej odmiany żywicy. Przerażające stworzenia o naturze morderczych drapieżników, nieznane ludzkości, ale stanowiące ogromne dla ludzi zagrożenie.
Elias Crowe był coraz bardziej przekonany, że zaczyna dostrzegać pełny obraz przerażającej zagadki. Piąta tuba, trzykrotnie większa od czterech pozostałych. Wyrwa w kadłubie tendera wypalona substancją chemiczną o niespotykanych właściwościach żrących. Ostrzeliwany przez Marcusa Holta połyskliwy czarny potwór, bryzgający kroplami żrącej krwi.
- Co tu się odpierdala, Hannigan?!
Elias odwrócił głowę w stronę przeciwnego krańca ładowni, tonącego dotąd w ciemnościach. Podniesiony wyżej lewą ręką pęknięty hełm rzucił snop światła na rozmazany kształt wciśniętej w róg pomieszczenia instalacji.
- Tam jest winda - powiedział Crowe wyciągając przed siebie dłoń - Tam jest winda łącząca pokłady.
-
Ciężkie powietrze, gęste od odoru rozkładających się ciał i smrodu kwasu, zdawało się dławić każde słowo wykrzyczane przez Sadzę. Joshua Gleeson stał w półmroku nowej ładowni, a jego stopy – z każdym nerwowym ruchem – przesuwały się po czymś twardym, wydając cichy, metaliczny chrzęst.
Łuski. Dziesiątki, a może setki wystrzelonych łusek zalegających na pokładzie pomiędzy zmasakrowanymi, gnijącymi zwłokami w mundurach Weyland-Yutani. Byli w samym sercu rzezi.
Odwaga inżyniera, która chwilę wcześniej pozwoliła mu odgryźć się dowódcy, wyparowała równie szybko, jak się pojawiła. Pozostał tylko czysty, pierwotny strach, przyprawiony bolesnym skurczem w klatce piersiowej. Stał pośród trupów, całkowicie nieuzbrojony, słuchając, jak resztki dyscypliny w ich oddziale ostatecznie się rozsypują. Sadza z młotokluczem w dłoni, otwarcie rzucający wyzwanie kapitanowi, wyglądał jak tykająca bomba. Hannigan – ukrywający jakieś korporacyjne karty i tajemnice – grał w grę, której zasad nikt inny nie rozumiał. Ranny Holt dyszał ciężko pod ścianą, a zszokowany doktor Crowe miał w rękach wiedzę, która właśnie stała się zapalnikiem buntu. Autorytet na tym okręcie trzymał się już tylko na ostatnim, cienkim włosku dawnej, wygasającej lojalności.
Joshua zacisnął zęby. Mógłby dołączyć do kłótni. Mógłby wrzasnąć na nich obu, wyrzucić z siebie całą frustrację i żal. Zapytać głośno, jak do cholery z najnudniejszej pracy w kosmosie, polegającej na serwisowaniu sprzętu górniczego, trafił do jakiegoś chorego, makabrycznego show. Byli szczurami w labiryncie. Jakiś niewidzialny demiurg właśnie udowodnił im, otwierając tę śluzę, że w pełni kontroluje sytuację i może wpuścić tu te czarne potwory w dowolnej chwili. Zabawa w króliki doświadczalne, podczas gdy dowództwo kłóci się o korporacyjne kody, nie miała żadnego sensu. Frustracja, strach i rezygnacja mieszały się w potężny, hormonalny koktajl, który dławił jego i tak słabe serce. Wiedział, że z każdą sekundą bez leków jego szanse na przeżycie drastycznie maleją. Nie zamierzał marnować resztek sił na spory.
Odwrócił się plecami do eskalującej kłótni, ignorując Sadzę i Hannigana. Zmusił swój umysł, by zaczął pracować analitycznie.Miał cel. Miał plan.
Śluza, o której majaczył kapitan, to było samobójstwo. Nawet jeśli dotrą tam w jednym kawałku, będą uwięzieni w próżni, bez wsparcia, stanowiąc łatwy cel dla tego stada. Zresztą... Ktokolwiek ich tu zwabił, na pewno nie pozwoli im tak po prostu wyjść. Jeśli mieli przetrwać, potrzebowali zasobów. Na wojskowym tenderze musiało być ich pod dostatkiem.
Gleeson zaczął metodycznie przeczesywać mrok wokół siebie światłem latarki, omijając leżące na podłodze zbezczeszczone szczątki. Szukał terminala ściennego. Mapy ewakuacyjnej. Czegokolwiek, co pozwoliłoby mu zlokalizować układ sekcji. Zamierzał wykorzystać fakt, że kapitan potrzebuje jego zdolności technicznych, by niepostrzeżenie poprowadzić ich własną ścieżką. Musiał doprowadzić ich do ambulatorium – żeby utrzymać się przy życiu – a zaraz potem skierować całą ocalałą ekipę prosto do zbrojowni. Wiedział, że plan wymaga ostrożności, może nawet fortelu przy interpretacji mapy. Bo w tym momencie był już absolutnie pewien jednej rzeczy: ani demiurg pociągający za sznurki na tym statku, ani ich własny, zakłamany kapitan, nie cenili życia młodszego inżyniera ponad swoje własne interesy.
-
- Skończył pan, panie Kalashnikov?
Hannigan nie patrzył na narzędzie w rękach pierwszego oficera. Choć doskonale zdawał sobie sprawę z wagi tego co Sadza swoją postawą i tymże narzędziem przekazywał. Kolejny wybuch pierwszego oficera wydawał się jednak go kompletnie nie wzruszać. Co oczywiście mogło być maską, bo Hannigan z rzadka tylko pozwalał sobie na emocje z załogą. Być może być w tej kwestii upośledzony, a być może po prostu umiał trzymać emocje na wodzy. Bo prawda jest taka, że tak wyprowadzonego z równowagi jak chwilę temu gdy obaj ratowali Holta, załoga widziała go po raz pierwszy. Ten moment jednak minął. Sadza zdybał go gdy “stary” odsuwał się od grodzi za którą rzeczywiście była próżnia i jeśli coś teraz można było wyczytać z jego twarzy, to co najwyżej grymas wdychania zepsutego powietrza ładowni.
- Nie skończyłem - pierwszy oficer nie spuścił z tonu, lecz opuścił młoto-klucz. - Nie zbywaj mnie. Nie teraz. Karty na stół. To nie czas i miejsce na tajemnice.
Przez chwilę wyglądało to jakby obaj mężczyźni mierzyli się nawzajem. Sadza swoją ruską nieustępliwością i Hannigan typowym dla siebie regulaminowym niewzruszeniem. Ostatecznie dało się słyszeć westchnienie Caleba.
- Dobrze. Karty na stół. - w głosie kapitana zabrzmiało coś na kształt jakiejś próby wyjścia naprzeciw. Choć dało się wyczuć, że tłumaczenie się załogantowi, nawet pierwszemu oficerowi, nie leży w jego naturze i przychodzi mu z niejakim trudem - Pan Crowe znalazł kartę Weyland Yutani w kapsule. Niczego to nie zmieniało. Więc nie informowałem załogi. Na Kardashianie też znajduje się taka karta firmowa. Lasalle Industries. I nie świadczy to o tym, że Kardashian skrywa jakieś korporacyjne… gówno. Taka karta w ogóle o niczym nie świadczy. Tylko niepotrzebnie zwiększa obawę załogi. A akcję i tak trzeba było podjąć bez względu na obawy załogi. Wie pan o tym, panie Kalashnikov. Nie było żadnych podstaw by spodziewać się… - zawahał się i wskazał palcem potłuczone tuby - czegoś takiego.
W tym ostatnich słowach była jakaś złość, bo kapitan odwrócił wzrok i zacisnął widocznie zęby gdy zagrały jego mięśnie policzkowe. Nawet dało się słyszeć ledwo wypowiedziane pod nosem “cholera”. Odetchnął jednak po chwili i spojrzał na resztę mężczyzn.
- Jeśli mam was stąd panowie wyprowadzić, to każdy musi robić swoje. I to najlepiej jak potrafi. Jakby wam za to podwójną stawkę płacili. Powiedziałem wam gdzie chcę dotrzeć. Jeśli macie lepszy pomysł, chętnie go wysłucham. Ale konkretnie. Gdzie i w jakim celu.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Sadza przez chwilę patrzył na Hannigana bez słowa.
Nie przekonało go to do końca. Ale przynajmniej tym razem kapitan odpowiedział. Bez wykrętów. Bez zasłaniania się regulaminem.
Schował młotoko-klucz do plecaka.
— Dobra... na razie. Tylko już żadnych łgarstw. Blat', co tutaj tak jebie?
Dopiero wtedy rozejrzał się po pomieszczeniu.
Zrobił krok i pod podeszwą coś zachrzęściło. Spojrzał w dół.
Łuski.
Dużo łusek.
Dopiero teraz zauważył, że podłoga jest nimi zasypana. Między nimi leżały zwłoki w mundurach Weyland-Yutani. Część niemal całkowicie pochłonął już rozkład. W powietrzu wisiał ten sam ciężki, słodkawy odór, który poczuł wcześniej, tylko tutaj wydawał się jeszcze bardziej intensywny.
Sadza skrzywił się i odruchowo zasłonił nos przedramieniem.
— Ja pierdolę...
Uniósł wzrok.
W półmroku dostrzegł rozbite tuby, zaschniętą substancję na podłodze i ścianach, a dalej zarys instalacji, której wcześniej nie zauważył.
— Chodowali tu te chyorty?
Przeniósł wzrok na Chimika.
— Winda?
Przyjrzał się jej przez chwilę, po czym spojrzał na pozostałych.
— Działa?
Spojrzał za ramię. Stamtąd skąd przyszli.
— Zamknijmy za sobą gródź. Elias, ta twoja karta działa?
Odwrócił się raz jeszcze do Starego.
— Gdzie teraz?
W ustach Nikołajewicza zabrzmiało to pojednawczo.
-

Mostek Kardashiana
Zastygła w niecierpliwym grymasie twarz Nadii poczerwieniała, a oczy kobiety zaczęły wręcz iskrzyć skumulowaną w niej złością.
- Kurwa, nie ignoruj mnie, Davy! - huknęła odrywając wzrok od pilota i spoglądając ponownie na rzędy czarnych prostokątów zastępujących wcześniejsze ruchome obrazy livestreamów z kamer ratowników - Oni mogą tam teraz umierać, jeden po drugim! Chuj z tobą!
Rosjanka uderzyła pięścią w obudowę konsolety O’Collana, a potem cofnęła się do własnego stanowiska zapadając w fotel i kręcąc potencjometrami modułu komunikacyjnego.
- Kardashian do Bleinerta! Czy mnie słyszycie? Zmieniam kanał na 111, jeśli macie jakieś zakłócenia nadawania! Zmieniam na 111!
W głośnikach nasiliła się na chwilę kakofonia radiowych trzasków i szumów, zastąpiona po krótkiej chwili mrożącą krew w żyłach ciszą.
- Może to kwestia odległości? - powiedział Davy marszcząc wymownie czoło - Może konstrukcja zaopatrzeniowca tłumi sygnał radiowy w takim stopniu, że na komunikację ma wpływ nawet niewielka zmiana odległości pomiędzy statkami? Nie tylko oni oddalili się od nas przechodząc do środkowej części tendera, my jednocześnie oddaliliśmy się od nich przerywając dokowanie. Może to kwestia tych kilkudziesięciu metrów?
Pilot zawiesił ostatnie słowa w powietrzu czyniąc z nich pytanie skierowane do towarzyszki. Odpowiedział mu dźwięk, którego się nie spodziewał, a który zmroził mu krew w żyłach.
Styk i jęk otwieranych drzwi.
Obrócił się gwałtownie w fotelu, częściowo ograniczony pasami ochronnej uprzęży, wbił pełen niedowierzania wzrok w stojącą w progu Nadię. Na jej twarzy wciąż malowała się wściekłość, ale walczyła o lepsze z żalem.
- Co ty kurwa robisz, Nadia?!
- Szukam sposobu, żeby nas uratować, Davy - odpowiedziała głosem pełnym gniewnej determinacji - Nas i resztę.
A potem uderzyła dłonią w panel zamka, który odblokowała kilka sekund wcześniej swoim PINem i zniknęła za opadającymi ponownie drzwiami.

Środkowy pokład Bleinerta
Joshua zatrzymał się przed wywieszonym na ścianie wielkim planem ewakuacyjnym, za wszelką cenę starając się nie zwracać uwagi na ohydny fetor rozkładających się zwłok. Temperatura we wnętrzu ładowni pozostawała na niskim poziomie, ponieważ większość podsystemów okrętu pracowała w trybie rezerwowym, ale tak wiele ciał gnijących w tak ograniczonej przestrzeni i tak generowało porażający smród.
Technik walczył z chęcią ponownego założenia hełmu i podpięcia do butli z czystym powietrzem, powstrzymywany jedynie świadomością tego, że później mogło mu tego tlenu zabraknąć, gdyby sytuacja miała ulec dalszej eskalacji.
Plan ewakuacyjny był dla Gleesona doskonale czytelny, ponieważ składał się z kilku części prezentujących nie tylko poziom transportowy, ale i obydwa sąsiadujące z nim od dołu i góry. Joshua odnalazł bez trudu swoją bieżącą pozycję, a potem nałożył ją na rysunek usytuowanego powyżej pokładu załogi.
Ambulatorium i zbrojownia znajdowały się w dolnej części wieży dowodzenia tendera.
- Jeśli to nie jakiś problem natury hierarchicznej, chciałbym coś zaproponować - Gleeson odwrócił się w stronę reszty grupy w tej samej chwili, kiedy przejmującą ciszę pomieszczenia przeciął charakterystyczny ping detektora ruchu.
- Brak źródeł ruchu w kierunku windy i górnego poziomu, ale… - Elias Crowe zawiesił na chwilę głos, podniósł urządzenie ku oczom przyglądając się uważnie ekranikowi detektora - Echo na krawędzi. Ponawiam skan.
Naukowiec pochylił emiter detektora ku swoim nogom, nacisnął ponownie przycisk aparatu wypełniając wnętrze ładowni metalicznym pingiem.
Tym razem niemal natychmiast wszyscy usłyszeli sygnał zwrotny.
- Gdzie? - zapytał milczący dotąd Marcus Holt przykładając do ramienia kolbę podniesionego chwilę wcześniej z podłogi M41A.
- Pod nami - wykrztusił Elias nie odrywając wzroku od ekranu detektora - Coś jest poziom niżej. Przesuwa się bardzo powoli w kierunku wejścia do windy. Do tej windy.
Wolna ręka naukowca uniosła się mierząc w kierunku szybu windy w rogu ładowni.
Kabina Delilah le Fey
Uczucie braku kontroli nad sytuacją było dla Delilah tym bardziej irytujące, że dzieląc przestrzeń kajuty z obcym jej człowiekiem musiała dbać o perfekcyjne panowanie nad mową własnego ciała.
Otworzyła usta chcąc coś powiedzieć do wciąż lustrującego wzrokiem jej rzeczy osobiste Billa, kiedy drzwi jej otworzyły się bez ostrzeżenia pomimo założonych na nie wcześniej zabezpieczeń.
- To jest naruszenie prawa do prywatności! - sarknęła korporacyjna agentka przybierając pozycje umożliwiającą jej aktywną obronę w zwarciu, gdyby stojąca za progiem Nadia Volkova zrobiła jakikolwiek wrogi ruch - Miałam aktywny zamek.
- Działamy w trybie zagrożenia, dziuniu - odpowiedziała równie nieprzyjaznym tonem techniczka - Mój kod dostępu nadpisuje wszystkie pasażerskie, ale to nieważne. Twierdzisz, że masz uprawnienia kontrolne nad działaniami załogi, tak? Bo jeśli tak, dostaniesz swoje pierdolone pięć minut, paniusiu.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
— Gdzie?
Spytał raz jeszcze Sadza. Tym razem jednak zerknął przez ramię Chimikowi.
Irytowało go, że jest w roli zwierzyny łownej.
Irytowało go, że Starego wmurowało.
Irytowało go, że nie wiedział o wszystkim.
Irytowało go, że śluza między magazynem a laboratorium (są w jakimś pieprzonym laboratorium, w którym hodowano chyorty!?) ciągle jest otwarta.
Irytowało go, że do szybu windy coś się zbliża.
— Ja pierdolę!
Ta irytacja go rozsadzała. Chciał komuś przyjebać.
Sadza spojrzał na szyb windy.
Przez chwilę nie słyszał już niczego poza własnym oddechem.
Przypomniał sobie inną windę.
Kopalnianą. Stary, metalowy kosz, kilkaset metrów pod powierzchnią. Zatrzymała się między poziomami, kiedy padło zasilanie. Światło zgasło niemal natychmiast. Została tylko czerwona lampka awaryjna i ciężki oddech trzech ludzi zamkniętych w ciasnej kabinie.
Siedzieli tam ponad cztery godziny.
Kiedy w końcu znaleziono awarię, okazało się, że jeden z elementów mechanizmu podnoszenia był uszkodzony. Kabina wisiała na zabezpieczeniu.
Jeden z górników, młodszy od Sadzy, zaczął wtedy nerwowo pytać, czy mogą wysiąść.
Siergiej powiedział, żeby nawet nie próbował.
— A jak lina puści?
Sadza pamiętał, że spojrzał wtedy na drzwi kabiny.
— Wtedy winda przestanie być naszym problemem.
Tamten nie zrozumiał.
Sadza też nie miał zamiaru tłumaczyć.
Bo winda miała jeszcze jedną cechę. Była jednocześnie najbezpieczniejszym i najgorszym miejscem, w którym można było utknąć pod ziemią.
Nie było dokąd uciec.
Teraz było inaczej.
Spojrzał na szyb.
Jedyna droga na górę.
A pod nimi coś się poruszało.
Powoli.
W kierunku wejścia do windy.
Sadza zacisnął szczękę.
— Blat'...
Popatrzył na Hannigana.
Potem na szyld nad szybem.
— Albo jedyna droga stąd...
Urwał.
Z dołu dobiegł kolejny, odległy dźwięk.
Sadza nie odrywał wzroku od windy.
— ...albo pułapka.
Nie chciał wchodzić do tej pierdolonej windy.
To może wrócą się do magazynu, zamkną śluzę... i będą się bawić z chyortem w pierdoloną ciuciubabkę.
Wiedział, że tak nie mogą wygrać. Gdyby tylko był jeden...
Spojrzał na śluzę, nad którą paliła się czerwona lampka. Rozszczelnienie.
— Tamtędy — wskazał na śluzę. — Wyjdziemy na zewnątrz, a Davy pozbiera nas jak grzyby po deszczu i spierdalamy.
— Albo ta pierdolona winda i jedziemy na górę.
Czuł, że czas im ucieka.
— Decyduj, blat'! — warknął bezpośrednio do Starego. — I zamknijcie tę pierdoloną śluzę do magazynu!
-
Delilah le Fey
Agenci Lasalle żyli w świecie prawdopodobieństw, tresowani tak, by na układzie planszy dostrzegać każdy najgorszy możliwy scenariusz. Delilah le Fey nie była wyjątkiem. Kiedy w negocjacje biznesowe z kolonią włączali się nagle przedstawiciele Weyland Yutani, ona miała już gotowe punkty nacisku. Szantaż. Przekupstwo. Zastraszenie. Czasem nieszczęśliwy wypadek. Czasem cudze łóżko.
– Zanim zawyją syreny alarmowe, wy już macie klucz do jedynej kapsuły ratunkowej i plan awaryjny – powtarzał Nauczyciel.
Problem w tym, że odkąd Delilah wyszła z kriokomory nie miała żadnego awaryjnego planu. Nie miała metaforycznego klucza do kapsuły ratunkowej. Każdy scenariusz, który sobie założyła się nie spełnił. Caleb Hannigan wbrew wszelkiemu rozsądkowi i logice zabrał większość załogi Kardashian na obcy statek, gdzie doszło do nieznanej katastrofy. Odmówiono jej wstępu na mostek, odcięto od Opiekuna. Nie przewidziała, że inny pasażer będzie ją śledził a paranoiczny pilot spróbuje zgilotynować. Nie przewidziała, że wbrew własnym interesom poczuje sympatię do młodego naukowca, a śluza do jej bezpiecznego azylu się nagle otworzy a w progu stanie Nadia Volkov. Nie przewidziała tego. Bo gdyby przewidziała sięgnęłaby po broń schowaną w dresowej bluzie.
Znowu popełniła błąd, dała się zaskoczyć i gdyby Rosjanka przyszła skończyć to co zaczął O’Collan, Delilah leżałaby już martwa na środku kajuty. A chwilę po niej William Biscuit, któremu przecież obiecała, że tu pozostaną bezpieczni i nie było to kłamstwo.
Na szczęście dla niej Nadia Volkov nie otworzyła drzwi śluzy żeby do nich strzelać. Otworzyła śluzę żeby porozmawiać. Zagrać w grę, w której Delilah potrafiła się poruszać jak pająk na rozpiętej sieci.
– Twierdzisz, że masz uprawnienia kontrolne nad działaniami załogi, tak? Bo jeśli tak, dostaniesz swoje pierdolone pięć minut, paniusiu.
– Nie twierdzę, tylko tak jest Nadiu – odpowiedziała zimno agentka. Powinna teraz zwracać się do niej z wyuczonym szacunkiem i uprzejmością zarezerwowanych dla strategicznych klientów by namieszać jej w głowie i wkupić w jej łaski, ale trening jaki przeszła, tu, na Kardashian zwyczajnie zawiódł. Gra pozorów się skończyła. – Jestem Niezależnym Obserwatorem Zewnętrznym, ale skoro tu jesteś pewnie już o tym wiesz. Problem polega na tym, że uniemożliwiono mi audyt i zostałam odcięta od informacji. Jeśli więc chcesz mojej pomocy, najpierw mi wyjaśnij co się wydarzyło na Blainercie a potem wspólnie zastanowimy się jak rozwiązać problem.
-
Delilah le Fey
Agenci Lasalle żyli w świecie prawdopodobieństw, tresowani tak, by na układzie planszy dostrzegać każdy najgorszy możliwy scenariusz. Delilah le Fey nie była wyjątkiem. Kiedy w negocjacje biznesowe z kolonią włączali się nagle przedstawiciele Weyland Yutani, ona miała już gotowe punkty nacisku. Szantaż. Przekupstwo. Zastraszenie. Czasem nieszczęśliwy wypadek. Czasem cudze łóżko.
– Zanim zawyją syreny alarmowe, wy już macie klucz do jedynej kapsuły ratunkowej i plan awaryjny – powtarzał Nauczyciel.
Problem w tym, że odkąd Delilah wyszła z kriokomory nie miała żadnego awaryjnego planu. Nie miała metaforycznego klucza do kapsuły ratunkowej. Każdy scenariusz, który sobie założyła się nie spełnił. Caleb Hannigan wbrew wszelkiemu rozsądkowi i logice zabrał większość załogi Kardashian na obcy statek, gdzie doszło do nieznanej katastrofy. Odmówiono jej wstępu na mostek, odcięto od Opiekuna. Nie przewidziała, że inny pasażer będzie ją śledził a paranoiczny pilot spróbuje zgilotynować. Nie przewidziała, że wbrew własnym interesom poczuje sympatię do młodego naukowca, a śluza do jej bezpiecznego azylu się nagle otworzy a w progu stanie Nadia Volkov. Nie przewidziała tego. Bo gdyby przewidziała sięgnęłaby po broń schowaną w dresowej bluzie.
Znowu popełniła błąd, dała się zaskoczyć i gdyby Rosjanka przyszła skończyć to co zaczął O’Collan, Delilah leżałaby już martwa na środku kajuty. A chwilę po niej William Biscuit, któremu przecież obiecała, że tu pozostaną bezpieczni i nie było to kłamstwo.
Na szczęście dla niej Nadia Volkov nie otworzyła drzwi śluzy żeby do nich strzelać. Otworzyła śluzę żeby porozmawiać. Zagrać w grę, w której Delilah potrafiła się poruszać jak pająk na rozpiętej sieci.
– Twierdzisz, że masz uprawnienia kontrolne nad działaniami załogi, tak? Bo jeśli tak, dostaniesz swoje pierdolone pięć minut, paniusiu.
– Nie twierdzę, tylko tak jest Nadiu – odpowiedziała zimno agentka. Powinna teraz zwracać się do niej z wyuczonym szacunkiem i uprzejmością zarezerwowanych dla strategicznych klientów by namieszać jej w głowie i wkupić w jej łaski, ale trening jaki przeszła, tu, na Kardashian zwyczajnie zawiódł. Gra pozorów się skończyła. – Jestem Niezależnym Obserwatorem Zewnętrznym, ale skoro tu jesteś pewnie już o tym wiesz. Problem polega na tym, że uniemożliwiono mi audyt i zostałam odcięta od informacji. Jeśli więc chcesz mojej pomocy, najpierw mi wyjaśnij co się wydarzyło na Blainercie a potem wspólnie zastanowimy się jak rozwiązać problem.
Caleb Hannigan
- Pozbierajcie broń panowie - powiedział zimno i niezbyt głośno Caleb obserwując na przemian wyświetlacz detektora ruchu i podłogę pod którą coś zgodnie z oceną Eliasa musiało się przemieszczać. Pinganie urządzenia wzierało się w przebodźcowany krzykami Sadzy i smrodem rozkładu, umysł. Trzymany przez kapitana karabin wyjęty z zaciśniętych trupich rąk starszego szeregowego J.Summersa był takim samym świadectwem otaczającej ich śmierci jak ten okropny smród. I jednocześnie marną namiastką bezpieczeństwa. Kapitan wręczył broń i zapasowy klip amunicji młodszemu technikowi. Wahanie przed tą decyzją zachował dla siebie - Był pan w wojsku panie Gleeson.
Kolejny rzut oka na znaleziony przez młodszego technika schemat statku. Trzy poziomy. Nad nimi pokład załogi. Pod nimi inżynieryjny. Inżynieryjny. Powolny sygnał na pokładzie inżynieryjnym. Czemu w kierunku windy. Wspomnienie przerażającej chwili. Trzy czarne kształty, których już nigdy nie zapomni. Karta kodowa. Do niczego… Przynajmniej na tych dwóch panelach które były w ładowni. Potrzebny był terminal z drugiej jednostki. Mogli liczyć tylko na przenośny przy jakichś szczątkach…
Chyba śnił. Tyle lat robił wszystko pod linijkę, żeby nie mieć już więcej do czynienia z korporacjami ponad to co konieczne. A teraz był tu w sercu jakiejś firmowej zgnilizny ze swoją załogą, którą tu osobiście przyprowadził.
- Panie Kalashnikov, niech pan zablokuje na razie windę na naszym poziomie, żeby nie mogła odjechać. Żeby to co jest na dole tu nie wjechało. A potem uderzy młotokluczem w podłogę ładowni. - Gdy poczuł na sobie kolejne rozdrażnione spojrzenie drugiego oficera, dodał - Chciał pan się skomunikować z kimś kto przetrwał na Bleinercie. Jeśli na dole są te stworzenia, to i tak wiedzą, gdzie jesteśmy tylko nie mogą się tu dostać. A jeśli to nie one… Trzy szybkie, trzy długie, trzy szybkie uderzenia. Na dole będzie je słychać. Jeśli nie będzie odpowiedzi, pojedziemy windą na górę.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Starego w końcu odbetonowało, co Sadza przyjął z ulgą.
Polecenia i konkretne zadania przydzielone załodze wprowadziły natychmiast jakiś porządek w ten pierdolnik, w który wpadli. Hannigan rozgrywał sytuację jak jebanyy velikiy shakhmatist. Jeden ruch, drugi, trzeci. Jakby byli na jakiejś symulacji a nie polowały na nich chyorty.
I, o dziwo, ten spokój zdawał się być zaraźliwy.
Zablokować windę. Sprawdzić, co jest pod nimi. Spróbować nawiązać kontakt.
Proste.
Sadza aż poczuł, jak coś w głowie wskakuje na swoje miejsce.
— Ta je!
Machnięcie dłonią imitowało salut. Nikołajewicz ruszył żwawo w kierunku windy.
Dobry plan nie jest zły.
-

Kabina Delilah le Fey
Nadia przygryzła na chwilę usta, przeniosła wzrok na stojącego w tyle kajuty Williama, który przyglądał się Rosjance szeroko otwartymi oczami.
- Straciliśmy z nimi łączność - powiedziała dobierając uprzednio w myślach słowa - Nie mamy kontaktu z kapitanem ani resztą ratowników. Zerwaliśmy cumy, żeby odejść na bezpieczną odległość.
- Ewidentnie z komplikacjami - skomentowała chłodno Delilah - To był ten wstrząs i huk?
- To nieważne - podniosła głos Nadia - Tam coś jest i to nie jest załoga. Widziałam to na kamerach! To jakieś zwierzę, w chuj wielkie! Jakby insekt, czarny i szybki. To coś… zabiło Adama… a potem zapędziło resztę do wnętrza Bleinerta. Strzelali do tego, ale bez efektu.
Negocjatorka zastygła w bezruchu, wstrzymała oddech analizując usłyszane właśnie słowa. Mając za sobą wiele godzin szkoleń w temacie opierania się manipulacji i analiz behawioralnych szukała w zachowaniu, mimice i tonacji głosu Volkowej fałszywych nut świadczących o kłamstwie, ale nie potrafiła ich na ten moment zidentyfikować - co nie zmieniało faktu, że rewelacje o odpornym na kule stworzeniu, które zniszczyło androida jawiły jej się oczywistą konfabulacją.
- Ktoś próbuje zapędzać ich w jakimś kierunku - ciągnęła dalej Nadia, bezwiednie zaciskając dłonie w pięści - To też widziałam na kamerach. Kiedy próbowali się wycofać, ktoś odciął ich od śluzy pierdoloną grodzią, a potem otworzył inną grodź, żeby ich wpędzić tymi stworzeniami do wnętrza okrętu.
Delilah była świadoma tego, że chociaż Rosjanka starała się za wszelką cenę zachować opanowanie, drżenie jej głosu i nerwowe tiki dowodziły tego, że z trudem nad sobą panowała, co przydawało jej dramatycznej opowieści nieco wiarygodności.
- Tam jest jakieś zwierzę? - odezwał się William skacząc oczami od Delilah do Nadii - Napadło ich jakieś zwierzę? A co z załogą?
- Nie znaleźli nikogo, żywego ani martwego! - Nadia złapała dłonią za futrynę drzwi, ścisnęła ją palcami - Chcieli zejść do maszynowni, żeby sprawdzić integralność systemów reaktora, ale natrafili na jakieś niezidentyfikowane osady na ścianach i podłodze, jakiś biomineralny nalot, Elias i Adam nie wiedzieli, co to takiego. Potem coś się stało, nie do końca wiem co, Elias został ranny, znaleźli androida w fatalnym stanie, całkiem zniszczonego. Kapitan zdecydował się opuścić pokład, ale wtedy automatyczna przegroda odcięła ich od śluzy, a zaraz potem to coś ich zaatakowało. Nie jest jedno, mieli na detektorze trzy sygnały.
Oddech Nadii przyśpieszył zauważalnie sygnalizując zbliżający się atak paniki.
- Potem łączność została zerwana, a oni nie mają otwartej drogi ucieczki! Zostali tam z tym czymś! Musimy im pomóc!

Środkowy pokład Bleinerta
Kalashnikov oparł dłoń o panel sterujący windą, ścisnął palcami drugiej dłoni ciężki klucz, a potem nacisnął przycisk przywołania. Gdzieś z góry dobiegł go stłumiony dźwięk ruszających z miejsca mechanizmów.
Klatka windy znajdowała się na wyższym poziomie, na pokładzie załogi.
Marcus wyrósł u boku z przyciśniętym do barku karabinem, z lufą Armata wymierzoną we wciąż zamknięte drzwi.
- Cofnij się za mnie - polecił balansując na lekko ugiętych nogach - Może nie być pusta. Gleeson, do mnie, ubezpieczaj z flanki.
Dźwięk zjeżdżającej windy narastał z każdą sekundą, targał mechanicznym odgłosem napięte jak postronki ludzkie nerwy. Sergiej cofnął się o krok podnosząc wyżej motoklucz i wstrzymując oddech.
Drzwi otworzyły się z cichym sykiem, poprzedzone melodyjnym elektronicznym klangiem.
W środku nikogo nie było.
Sadza odetchnął z ulgą, przecisnął się obok cofającego od windy Holta stając w progu kabiny i wciskając przycisk postoju.
- Bezpiecznie - rzucił zwięzłą informację Marcus, pełnym sceptycyzmu wzrokiem obrzucając trzymającego broń w rękach Joshuę. Pierwszy oficer już przyklękał w tym czasie na metalowej podłodze ładowni, wstrzymując ponownie oddech i podnosząc w górę motoklucz.
Zaczął uderzać narzędziem w metal pod swoimi stopami, w rytmie wyznaczonym przez kapitana Hannigana, raz za razem wstrząsając ciężką ciszą wypełnionego trupim odorem grobowca.
-
Kiedy echo detektora ruchu obwieściło obecność intruza na dolnym pokładzie, a przerażony wzrok Eliasa utkwił w szybie windy, resztki misternie tkanego przez Joshuę planu zaczęły sypać się w gruzy. Zbrojownia i ambulatorium znajdowały się w wieży dowodzenia, ale droga do nich nagle wydała mu się nieskończenie długa. Paraliżująca świadomość, że czeka ich morderczy marsz przez zawiłe korytarze okrętu, po których krążyły te kwasokrwiste bestie, znów obudziła w nim dławiącą panikę. To było samobójstwo. Nie dotrą tam żywi. Jego chore serce po prostu tego nie wytrzyma, a on padnie gdzieś w ciemności, stając się łatwym żerem.
I wtedy Hannigan wcisnął mu w ręce karabin pulsacyjny M41A oraz zapasowy magazynek.
„Był pan w wojsku, panie Gleeson”.
To zabrzmiałp piorunująco. Chłód polimerowego łoża i masywny, toporny ciężar broni podziałały na inżyniera jak kubeł lodowatej wody. Dłoń odruchowo zacisnęła się na chwycie, a palec spoczął tuż obok kabłąka spustu. Wraz z zapachem smaru rusznikarskiego uderzyła w niego fala wspomnień – tych dobrych, dających iluzję kontroli, i tych, o których wolałby na zawsze zapomnieć, ukrytych pod warstwą jego własnych tajemnic. Wiedział doskonale, co sam mówił zaledwie chwilę temu. Karabin nie uratował Holta przed ciosami ogona, był jedynie złudnym talizmanem. Ale w tym trupim grobowcu trzymanie w rękach dziesięciu funtów ołowiu i stali było nieporównywalnie lepsze niż zaciskanie pustych, drżących pięści.
Ubezpieczając flankę podczas otwierania windy, Joshua zerknął na kapitana. Hannigan był spięty, zdesperowany, ale oddał ciężką broń w ręce rozedrganego neurotyka po ataku serca. To wymagało specyficznego rodzaju zaufania. Gleeson poczuł dziwne ukłucie w klatce piersiowej, tym razem niezwiązane z arytmią. Może ocenił dowódcę zbyt surowo. Może pod tą korporacyjną skorupą i tajemnicami krył się facet, który naprawdę próbował utrzymać ich przy życiu. Zresztą, a kim on niby był, by osądzać? Raczej kimś na koncu kolejki chętnych. Jednego był mimo wszystko pewien: nigdy mu nie wybaczy, że wciągnął ich w ten koszmar, a jeśli jakimś cudem wrócą na Kardashiana i dokończą zlecenie, Joshua nie przedłuży kontraktu nawet za potrójną stawkę. Lecz...
Lecz w tej jednej, konkretnej chwili...
Grali w tej samej drużynie.
Kiedy pusta winda zatrzymała się na ich poziomie, a w ładowni rozległ się potężny, rytmiczny łomot młotoklucza Sadzy, uderzającego w pokład, Joshua zignorował pełne sceptycyzmu spojrzenie Holta. Zniżył lufę karabinu, podszedł bliżej Hannigana i kiwnął z uznaniem głową, ważąc broń w dłoniach.
– Dzięki, kapitanie – powiedział cicho, ale stanowczo, starając się, by jego głos nie drżał w rytm walenia w podłogę – Skoro jednak zrobiliśmy z siebie właśnie największy dzwon alarmowy w tym sektorze, to proponuję poblokować wszystkie zbędne grodzie i drzwi techniczne w tej ładowni. Zostawmy sobie tylko drogę ucieczki do windy. Nie chcemy, żeby coś weszło nam w plecy, gdy nasłuchujemy odpowiedzi z dołu.
Przeniósł wzrok na panel windy, po czym spojrzał prosto w oczy dowódcy i dodał:
– A jeśli nikt nam nie odpisze z dolnego pokładu i pojedziemy w górę... Powtarzam moją propozycję. Rozkład jazdy jasno wskazuje, że wyżej mamy ambulatorium i zbrojownię. Ja pilnie potrzebuję leków, Holt profesjonalnego opatrunku, a wy wszyscy – Gleeson znacząco poklepał komorę zamkową swojego karabinu – Lepszego sprzętu, bo to, co tutaj znaleźliśmy, to resztki. W tym resztki tych, którym ten sprzęt nie pomógł. Jeśli na górze jest zbrojownia ochrony, to znajdziemy tam granaty, pancerze i palniki. To nasza jedyna szansa. Tak też podpowiada mi żolnierska doktryna, jeśli ma to jakieś dla Pana znaczenie...
-
Caleb Hannigan
- Tak. Góra panie Gleeson - Potwierdził niemal szeptem kapitan przerywając pierwsze sekundy ciszy po wysłanym sygnale w dół. Odpowiedź nadejść nie musiała. Chyba nawet by się zdziwił gdyby nadeszła. Czy to oznaczało, że ruch emitowały istoty? Też nie. Kapitan wciąż uznawał, że to co sterowało komputerem Bleinerta nie chciało się z nimi skomunikować - Co do blokowania... nie mam pewności. Wolę nie być zamknięty w tym grobie gdybyśmy musieli uciekać... Panie Holt? Co pan o tym sądzi?
-
Elias stał kilka kroków od klęczącego Sadzy i słuchał kolejnych uderzeń rozchodzących się po metalowej konstrukcji Bleinerta. Każde z nich przechodziło przez podłogę i wracało lekkim drżeniem do podeszew skafandra, jakby cały statek odpowiadał własnym, głuchym echem. Crowe nie patrzył jednak na Kalashnikova. Wzrok miał wbity w niewielki ekran detektora ruchu, a palce zaciskały się mocniej na obudowie urządzenia za każdym razem, gdy aparat emitował charakterystyczny ping. Jeszcze chwilę temu sygnał z dolnego poziomu przesuwał się powoli w stronę wejścia do windy. Teraz Elias chciał wiedzieć tylko jedno. Czy to cholerstwo usłyszy wezwanie? Nie wiedział, czego właściwie oczekiwał. Nagłego zatrzymania punktu na ekranie? Gwałtownego przyśpieszenia, które dałoby im znać, że jednak nie chodzi o ocalałego człowieka? Każda z możliwości była na swój sposób paskudna.
– Czy ja wiem, czy to taki dobry pomysł? – rzucił do Siergieja, nie odrywając wzroku od detektora. – Jak wielka szansa jest na to, że ocalały? Po takim czasie? – poddał w wpątpliwość i przesunął wzrok znad detektora w stronę stojącej otworem windy. Pusta metalowa skrzynią połączoną pionowym szybem prowadziła do czegoś, co właśnie zmierzało w ich stronę od dołu. Crowe nie potrzebował wojskowego doświadczenia Holta, żeby rozumieć, jak niewiele przestrzeni zostaje człowiekowi do ucieczki, kiedy drzwi takiej skrzyni się zamknął. Przłknął ślinę. Mimo wszystko propozycja Joshuy miała sens.
– Jestem za drogę w górę – powiedział w końcu, spoglądając najpierw na Hannigana, a później na Gleesona. – Gleeson potrzebuje ambulatorium, a zbrojownia też brzmi jak miejsce, w którym chciałbym się znaleźć po tym całym pierdolniku. Jeśli po drodze trafimy na działający terminal, wtedy zajmiemy się kartą.
Urwał na chwilę, zerkając ponownie na ekran detektora.Choć pilnował się, by nie odwracać głowy, gdzieś na krawędzi pola wzroku widział strzaskane tuby, ciała i korporacyjne oznakowania. Część jego osoby nie miała najmniejszej ochoty łączyć kropek, a druga robiła to mimo sprzeciwu pierwszej. Wyliczał w głowie. Zagrożenie biologiczne. Weyland-Yutani. Ten sam grafitowy nalot, który widzieli wcześniej. Ludzie zmasakrowani w sposób aż nazbyt przypominający stan znalezionego androida. Nie wiedział jeszcze, czy te stworzenia były tutaj hodowane, transportowane, badane czy po prostu przechowywane jak wyjątkowo kosztowny ładunek. Coraz trudniej było mu jednak wierzyć, że ich obecność na Bleinercie była przypadkiem.
– A co do twojego wcześniejszego pytania, Sadza... – odezwał się po chwili, nadal nie patrząc w jego stronę. – Nie wiem, czy je tu hodowali. Ale te akwaria były oznaczone jako zagrożenie biologiczne. Nalot na nich jest taki sam jak ten, który już widzieliśmy. Jeśli mam strzelać, to ktoś bardzo chciał, żeby cokolwiek co było w tych tubach, pozostało na miejscu.
Kącik ust drgnął mu niemal niezauważalnie.
– Ale jak widać, wszystko się szczętnie spierdoliło – dodał, a ręka nie trzymająca detektora sama powędrowała do uspokajającej piersiówki, w której było coraz mniej jego specjału. Pociągnął łyk i wstrząsnął manierką. Zostało mu może jeszcze na dwa łyczki. Potem znów skupił się na detektorze. Na razie to niewielkie urządzenie było dla niego ważniejsze niż wszystkie teorie razem wzięte. Jeśli punkt na dole zmieni zachowanie po uderzeniach Sadzy, przynajmniej dowiedzą się czegoś nowego. -
Delilah le Fey
Możliwości były dwie. Nadia Volkov kłamała, albo wpadła w psychozę i faktycznie uwierzyła, że jakieś zwierzęta są w stanie sterroryzować czterech uzbrojonych dorosłych mężczyzn, syntetyka i najemnego żołnierza. Jedno Delilah le Fey wiedziała na pewno. Nie istniał gatunek potężniejszy od homo sapiens. Nawet najbardziej prymitywna broń w rękach człowieka była skuteczniejsza niż zęby, pazury czy kły. Na przestrzeni tysięcy lat przekonały się o tym tygrysy szablozębne, lwy jaskiniowe a potem wilki, niedźwiedzie i każdy jeden wymarły drapieżnik zamieszkujący Ziemię. Ludzie od dekad przemierzali kosmos i choć słyszała czasem niedorzedne plotki krążące po koloniach wiedziała, że żaden żywy organizm w starciu z karabinem impulsowym Armat M41A nie ma szans.
Wszechświat należał do ich rasy i nie była to ignorancja lecz niepodważalna prawda.
Potem jednak przypomniała sobie syki, które usłyszała w głośnikach. Syki a potem krzyk załogi.
William nazwał te syki potworami za co go skarciła.
Nie chciała dopuścić myśli, że może być w błędzie. Że zwykła nawigatorka posługująca się prostackim językiem zobaczyła coś co przeczy jej własnym wyobrażeniom o wszechświecie.
Olśnienie przyszło po chwili, ostre jak cięcie skalpela. Natura nie potrafiła stworzyć niczego, co oparłoby się ołowiu, ale korporacyjne laboratoria jak najbardziej. Przecież z tego wyrósł cały fundament Lasalle Bionational. Nim stali się potęgą zgarnęli lukratywny kontrakt rządowy na odporną na promieniowanie, genetycznie modyfikowaną kukurydzę dla kolonii na rubieżach. Przebudowywali łańcuchy DNA, eliminowali wady fabryczne, hodowali organizmy silniejsze, twardsze i bardziej wydajne. Ona sama była tego dowodem. Jej matka i ojciec nigdy się nie spotkali, Delilah nie została poczęta w łóżku lecz w sterylnym szkle z wyselekcjonowanego nasienia i komórek jajowych ludzi, którzy wspięli się na szczyt ewolucyjnej drabiny. Była produktem ulepszonym. Skoro więc Lasalle potrafiło tworzyć ludzi z najdoskonalszych skrawków biologii, co stało na przeszkodzie by ktoś inny wziął na warsztat drapieżnika? Wyhodował żywą broń biologiczną? Jeśli Nadia widziała potwora, to nie był on kaprysem obcej ewolucji lecz kolejnym firmowym patentem. Jak kukurydza odporna na kosmiczne promieniowanie. Jak Delilah le Fey.
Zostawiła na boku potwory i przetrawiła resztę wydarzeń w poszukiwaniu racjonalnego dna. Załoga Kardashian została uwięziona i zagoniona w głąb korytarzy Blainerta. Ktoś lub coś z procesorem zamiast mózgu zamknęło tego głupca i jego wierne psy w pułapce i utrzymywało przy życiu. W jakim celu? Czy był to eksperyment? Przynęta? Tylko jedna osoba, mogła znać odpowiedź na to pytanie.
Gdy Rosjanka skończyła mówić, Delilah nie zamknęła za nią drzwi śluzy. Właściwie to liczyła, że pilot będzie słuchał co ma do powiedzenia, jeśli wciąż miał nasłuch na korytarze.
– Twój kapitan i reszta załogi są już martwi. Nie da im się pomóc. Jeśli odrzucisz emocje na bok, sama to zrozumiesz. Coś na tym statku wybiło miesiąc temu całą załogę. To nie byli prości górnicy, koloniści czy kurierzy lecz wyszkoleni żołnierze a mimo to Hannigan zignorował oczywiste fakty, które zrozumiało by nawet dziecko. To jego odpowiedzialność, nie twoja. Nie jesteś mu nic winna a na pewno nie swoje życie. Nawet jeśli znaleźliby jakimś cudem sposób by wrócić na Kardashian, z tego co mówisz doszło tam do jakiegoś skażenia biologicznego. Znasz procedury, prawda? Wiesz, że nie można ich z powrotem wpuścić na statek.
Nadia próbowała zaprotestować, ale Delilah od razu uniosła palec i uciszyła ją gestem.
– Podjęliście z O’Collanem najlepszą możliwą decyzję. Odcięliście chorą kończynę od zdrowej i Kardashian dzięki wam jest bezpieczny. Na razie. – podkreśliła – Od Borodino dzieli nas trzy miesiące lotu. Nie potrzebujemy syntetyka i kriokomór, tylko pilota który bezpiecznie dostarczy nas do celu.
Rosjanka już otwierała usta, pewnie by wyrzucić w stronę agentki najgorsze epitety i przekleństwa jakie może usłyszeć kobieta od innej kobiety.
– Spokojnie, Nadiu daj mi dokończyć. Odrzuciłaś uprzedzenia i mimo wszystko przyszłaś prosić o pomoc dla przyjaciół. Ja to szanuję, nawet bardzo i nie zawiodę twojego zaufania. Chciałam być po prostu szczera i przedstawić jasno sytuację by uniknąć nieporozumień. Dla nich nie ma już ratunku. Nie na tym statku, nie na Kardashianie. Ale możemy spróbować zwiększyć ich szanse by przetrwali na Blainercie.
Spojrzała w pełne łez oczy Nadii.
– Musimy wyciągnąć Purcella z lodówki i przesłuchać go jeszcze raz. Ale tym razem to ja poprowadzę przesłuchanie. – w ustach Delilah zabrzmiało to jak groźba – Powinnam sobie poradzić bez syntetycznej skopolaminy, ale jeśli w ambulatorium znajduje się chemia, która przyśpieszyłaby i ułatwiła mi zadanie nie obrażę się. William jest naukowcem, może wpadnie na jakieś ciekawe rozwiązanie. Nawet jeśli Purcell nic przed nami nie ukrywa, może się przydać jako przewodnik po Blainercie o ile znów nawiążecie kontakt z załogą.
Delilah westchnęła.
– Jest tylko jeden problem. O’Collan zamknął śluzę do spalni gdy próbował nas zabić. Albo go przekonaj by ją otworzył z powrotem albo spróbuj rozwiązać to inaczej.
-

Kabina Delilah le Fey
Furia wykwitająca na twarzy Rosjanki głębokim rumieńcem, gdy Delilah mówiła o przesądzonym losie ratowników nie sięgnęła swego apogeum. Wypowiedziana na samym końcu propozycja zdusiła wściekłe warknięcie Nadii dając jej na powrót łut fałszywej nadziei.
- Nie mamy pewności, że zostali skażeni - powiedziała uspokajając rytm oddechu - Weszli tam w kombinezonach, są zabezpieczeni. Ale zgadzam się co do Purcella, czytasz mi w myślach. To samo dopiero co mówiłam Davy’emu, że musimy wyciągnąć ze śpiączki Purcella. Kapitan niepotrzebnie go wsadzał do lodówki. Gość zna układ statku, przejścia, procedury. Jeśli uda nam się na nowo nawiązać łączność, będzie ich mógł poprowadzić jak po sznurku.
Korporacyjna agentka skinęła z aprobatą głową, dyskretnie zerkając przy tym ponad ramieniem Nadii w kierunku najbliższej kamery monitoringu.
- Jak zatem zamierzasz rozwiązać problem, o którym wspomniałam? - zapytała zawieszając wymownie głos i unosząc brwi.
- To również mój statek - odpowiedziała chłodno techniczka - Poradzę sobie, tylko najpierw jedno. Żadnych krzywych akcji. Nie kombinuj za moimi plecami. Zobaczę, że igrasz z życiem moich przyjaciół i wsadzę cię do lodu w miejsce tego żołnierza. Nie urobisz mnie na słodkie oczka, wiem, że masz w tym swój własny interes. Odpierdolisz coś i to będzie koniec naszej współpracy, jasne? A teraz zbierajcie się, muszę jeszcze zahaczyć o warsztat. Wybudźmy tego skurczybyka.

Środkowy pokład Bleinerta
Motoklucz Sadzy uderzył w metal podłogi po raz ostatni i w ładowni zapadła wibrująca echem wcześniejszych uderzeń cisza. Wszyscy zdrętwieli na chwilę, zamarli w bezruchu czekając na cokolwiek, co mogło ich utwierdzić w przekonaniu, że na pokładzie wojskowego transportowca pozostawił ktoś żywy nie będący członkiem ekipy ratunkowej ani budzącym ciarki czarnym stworem o morderczych szponach i ogonie.
Seria dźwięków zaskoczyła bez mała wszystkich, chociaż każdy podświadomie wyczekiwał takiego właśnie odgłosu. Uderzenia - jedno po drugim, w precyzyjnym rytmie i z doskonale zachowanym natężeniem - poniosły się stłumionym łoskotem po całej ładowni.
Kalashnikov przyklęknął na jedno kolano, przyłożył dłoń do podłogi jakby bezpośredni kontakt z przewodzącą dźwięki powierzchnią ułatwiał mu czytanie sygnału.
- P-o-m-o-c-w-d-r-o-d-z-e-g-d-z-i-e-i-s-c - przeliterował inżynier przymykając oczy, aby lepiej wczuć się w dźwiękowy sygnał Morse’a.
Elias cofnął się o krok od Sadzy, złapał mocniej w ręce obudowę detektora ruchu i nacisnął jego przycisk emitując kolejną falę energii.
- Dwa dodatkowe sygnały! - oświadczył podekscytowanym głosem - Jest ich troje! Pierwotny wykonuje ruchy w miejscu, dwa zbliżają się do niego bardzo powoli z dwóch stron, są najpewniej w tym samym pomieszczeniu.
-
Caleb Hannigan
Cisza. Odgłosy Bleinerta. Obce. Kompletnie inne niż Kardashiana. W normalnych warunkach Caleb nie zwróciłby na nie aż takiej uwagi. Ale w kontekście czających się w mroku istot każdy syk pary z odpowietrzników przyśpieszał bicie serca. Każdy stuk ruchomych elementów wzmagał czujność. Może to jednak nie był najle...
Odpowiedź.
Sadza klęka. Po minie Rosjanina widać jak zmęczony życiem inżynier przywołuje dawno wkute na blachę tablice znaków Morse'a. Caleb też je znał. Choć musiałby zapisać, żeby odczytać odpowiedź. Jego pierwszy oficer nie musiał.
Zaraz potem Elias melduje o dwóch nowych sygnałach. Dwóch. Tylu ile zniknęło gdy zostali zaatakowani. Decyzja musiała być natychmiastowa.
- Sadza, uwolnij windę! - syknął bez "panowania". Zdarzało mu się to bardzo rzadko gdy sytuacja wymagała krytycznego pośpiechu - I bądź gotowy rozwalić hydraulikę na dobre, żeby została na dole!
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Dotarło do niego co zrobili (shto zdielał!) w ułamku sekundy.
Robiąc raban sprowadził na tego człowieka na dole śmiertelne niebezpieczeństwo.
A twarz Chimika zerkającego na detektor ruchu zdawała się to tylko potwierdzać.
Pięść walnęła w panel nim zdążył skończyć myśl. Zanim w głowie wybrzmiało słowo: NIEBEZPIECZEŃSTWO.
Nim Stary zdążył wykrzyczeć ostatnie słowo, drzwi kabiny już się zamykały. Sadza wstał z kolan i nim stracił załogę z oczu krzyknął jeszcze przez zwężającą się szczelinę.
— Nie przywołujcie jej jeśli sam nie wrócę.
Stojący w laboratorium usłyszeli jeszcze rzucone do kapitana:
— Zabierz ich stąd bo...
Ostatnie słowa zdusiły zamykające się za pierwszym oficerem drzwi i odgłos ruszającej windy.
—... bo cię zajebię!
Dokończył Nikołajewicz w już zamkniętej kabinie. Czy ktoś za nim krzyknął? Nie był pewien.
— j-a-d-e — wystukał kluczem w podłogę.
Zaparł koniec klucza o krawędź panelu i wyrwał go ze ściany. Panel zawisł na kablach. Znalazł wiązkę przewodów biegnących do napędu. Wśród nich ten najgrubszy, zasilający. Wystarczyło mocniejsze szarpnięcie, żeby kabina już nigdzie nie pojechała.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się