Krzyk Pustki
-
Delilah le Fey
Agenci Lasalle żyli w świecie prawdopodobieństw, tresowani tak, by na układzie planszy dostrzegać każdy najgorszy możliwy scenariusz. Delilah le Fey nie była wyjątkiem. Kiedy w negocjacje biznesowe z kolonią włączali się nagle przedstawiciele Weyland Yutani, ona miała już gotowe punkty nacisku. Szantaż. Przekupstwo. Zastraszenie. Czasem nieszczęśliwy wypadek. Czasem cudze łóżko.
– Zanim zawyją syreny alarmowe, wy już macie klucz do jedynej kapsuły ratunkowej i plan awaryjny – powtarzał Nauczyciel.
Problem w tym, że odkąd Delilah wyszła z kriokomory nie miała żadnego awaryjnego planu. Nie miała metaforycznego klucza do kapsuły ratunkowej. Każdy scenariusz, który sobie założyła się nie spełnił. Caleb Hannigan wbrew wszelkiemu rozsądkowi i logice zabrał większość załogi Kardashian na obcy statek, gdzie doszło do nieznanej katastrofy. Odmówiono jej wstępu na mostek, odcięto od Opiekuna. Nie przewidziała, że inny pasażer będzie ją śledził a paranoiczny pilot spróbuje zgilotynować. Nie przewidziała, że wbrew własnym interesom poczuje sympatię do młodego naukowca, a śluza do jej bezpiecznego azylu się nagle otworzy a w progu stanie Nadia Volkov. Nie przewidziała tego. Bo gdyby przewidziała sięgnęłaby po broń schowaną w dresowej bluzie.
Znowu popełniła błąd, dała się zaskoczyć i gdyby Rosjanka przyszła skończyć to co zaczął O’Collan, Delilah leżałaby już martwa na środku kajuty. A chwilę po niej William Biscuit, któremu przecież obiecała, że tu pozostaną bezpieczni i nie było to kłamstwo.
Na szczęście dla niej Nadia Volkov nie otworzyła drzwi śluzy żeby do nich strzelać. Otworzyła śluzę żeby porozmawiać. Zagrać w grę, w której Delilah potrafiła się poruszać jak pająk na rozpiętej sieci.
– Twierdzisz, że masz uprawnienia kontrolne nad działaniami załogi, tak? Bo jeśli tak, dostaniesz swoje pierdolone pięć minut, paniusiu.
– Nie twierdzę, tylko tak jest Nadiu – odpowiedziała zimno agentka. Powinna teraz zwracać się do niej z wyuczonym szacunkiem i uprzejmością zarezerwowanych dla strategicznych klientów by namieszać jej w głowie i wkupić w jej łaski, ale trening jaki przeszła, tu, na Kardashian zwyczajnie zawiódł. Gra pozorów się skończyła. – Jestem Niezależnym Obserwatorem Zewnętrznym, ale skoro tu jesteś pewnie już o tym wiesz. Problem polega na tym, że uniemożliwiono mi audyt i zostałam odcięta od informacji. Jeśli więc chcesz mojej pomocy, najpierw mi wyjaśnij co się wydarzyło na Blainercie a potem wspólnie zastanowimy się jak rozwiązać problem.
-
Delilah le Fey
Agenci Lasalle żyli w świecie prawdopodobieństw, tresowani tak, by na układzie planszy dostrzegać każdy najgorszy możliwy scenariusz. Delilah le Fey nie była wyjątkiem. Kiedy w negocjacje biznesowe z kolonią włączali się nagle przedstawiciele Weyland Yutani, ona miała już gotowe punkty nacisku. Szantaż. Przekupstwo. Zastraszenie. Czasem nieszczęśliwy wypadek. Czasem cudze łóżko.
– Zanim zawyją syreny alarmowe, wy już macie klucz do jedynej kapsuły ratunkowej i plan awaryjny – powtarzał Nauczyciel.
Problem w tym, że odkąd Delilah wyszła z kriokomory nie miała żadnego awaryjnego planu. Nie miała metaforycznego klucza do kapsuły ratunkowej. Każdy scenariusz, który sobie założyła się nie spełnił. Caleb Hannigan wbrew wszelkiemu rozsądkowi i logice zabrał większość załogi Kardashian na obcy statek, gdzie doszło do nieznanej katastrofy. Odmówiono jej wstępu na mostek, odcięto od Opiekuna. Nie przewidziała, że inny pasażer będzie ją śledził a paranoiczny pilot spróbuje zgilotynować. Nie przewidziała, że wbrew własnym interesom poczuje sympatię do młodego naukowca, a śluza do jej bezpiecznego azylu się nagle otworzy a w progu stanie Nadia Volkov. Nie przewidziała tego. Bo gdyby przewidziała sięgnęłaby po broń schowaną w dresowej bluzie.
Znowu popełniła błąd, dała się zaskoczyć i gdyby Rosjanka przyszła skończyć to co zaczął O’Collan, Delilah leżałaby już martwa na środku kajuty. A chwilę po niej William Biscuit, któremu przecież obiecała, że tu pozostaną bezpieczni i nie było to kłamstwo.
Na szczęście dla niej Nadia Volkov nie otworzyła drzwi śluzy żeby do nich strzelać. Otworzyła śluzę żeby porozmawiać. Zagrać w grę, w której Delilah potrafiła się poruszać jak pająk na rozpiętej sieci.
– Twierdzisz, że masz uprawnienia kontrolne nad działaniami załogi, tak? Bo jeśli tak, dostaniesz swoje pierdolone pięć minut, paniusiu.
– Nie twierdzę, tylko tak jest Nadiu – odpowiedziała zimno agentka. Powinna teraz zwracać się do niej z wyuczonym szacunkiem i uprzejmością zarezerwowanych dla strategicznych klientów by namieszać jej w głowie i wkupić w jej łaski, ale trening jaki przeszła, tu, na Kardashian zwyczajnie zawiódł. Gra pozorów się skończyła. – Jestem Niezależnym Obserwatorem Zewnętrznym, ale skoro tu jesteś pewnie już o tym wiesz. Problem polega na tym, że uniemożliwiono mi audyt i zostałam odcięta od informacji. Jeśli więc chcesz mojej pomocy, najpierw mi wyjaśnij co się wydarzyło na Blainercie a potem wspólnie zastanowimy się jak rozwiązać problem.
Caleb Hannigan
- Pozbierajcie broń panowie - powiedział zimno i niezbyt głośno Caleb obserwując na przemian wyświetlacz detektora ruchu i podłogę pod którą coś zgodnie z oceną Eliasa musiało się przemieszczać. Pinganie urządzenia wzierało się w przebodźcowany krzykami Sadzy i smrodem rozkładu, umysł. Trzymany przez kapitana karabin wyjęty z zaciśniętych trupich rąk starszego szeregowego J.Summersa był takim samym świadectwem otaczającej ich śmierci jak ten okropny smród. I jednocześnie marną namiastką bezpieczeństwa. Kapitan wręczył broń i zapasowy klip amunicji młodszemu technikowi. Wahanie przed tą decyzją zachował dla siebie - Był pan w wojsku panie Gleeson.
Kolejny rzut oka na znaleziony przez młodszego technika schemat statku. Trzy poziomy. Nad nimi pokład załogi. Pod nimi inżynieryjny. Inżynieryjny. Powolny sygnał na pokładzie inżynieryjnym. Czemu w kierunku windy. Wspomnienie przerażającej chwili. Trzy czarne kształty, których już nigdy nie zapomni. Karta kodowa. Do niczego… Przynajmniej na tych dwóch panelach które były w ładowni. Potrzebny był terminal z drugiej jednostki. Mogli liczyć tylko na przenośny przy jakichś szczątkach…
Chyba śnił. Tyle lat robił wszystko pod linijkę, żeby nie mieć już więcej do czynienia z korporacjami ponad to co konieczne. A teraz był tu w sercu jakiejś firmowej zgnilizny ze swoją załogą, którą tu osobiście przyprowadził.
- Panie Kalashnikov, niech pan zablokuje na razie windę na naszym poziomie, żeby nie mogła odjechać. Żeby to co jest na dole tu nie wjechało. A potem uderzy młotokluczem w podłogę ładowni. - Gdy poczuł na sobie kolejne rozdrażnione spojrzenie drugiego oficera, dodał - Chciał pan się skomunikować z kimś kto przetrwał na Bleinercie. Jeśli na dole są te stworzenia, to i tak wiedzą, gdzie jesteśmy tylko nie mogą się tu dostać. A jeśli to nie one… Trzy szybkie, trzy długie, trzy szybkie uderzenia. Na dole będzie je słychać. Jeśli nie będzie odpowiedzi, pojedziemy windą na górę.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Starego w końcu odbetonowało, co Sadza przyjął z ulgą.
Polecenia i konkretne zadania przydzielone załodze wprowadziły natychmiast jakiś porządek w ten pierdolnik, w który wpadli. Hannigan rozgrywał sytuację jak jebanyy velikiy shakhmatist. Jeden ruch, drugi, trzeci. Jakby byli na jakiejś symulacji a nie polowały na nich chyorty.
I, o dziwo, ten spokój zdawał się być zaraźliwy.
Zablokować windę. Sprawdzić, co jest pod nimi. Spróbować nawiązać kontakt.
Proste.
Sadza aż poczuł, jak coś w głowie wskakuje na swoje miejsce.
— Ta je!
Machnięcie dłonią imitowało salut. Nikołajewicz ruszył żwawo w kierunku windy.
Dobry plan nie jest zły.
-

Kabina Delilah le Fey
Nadia przygryzła na chwilę usta, przeniosła wzrok na stojącego w tyle kajuty Williama, który przyglądał się Rosjance szeroko otwartymi oczami.
- Straciliśmy z nimi łączność - powiedziała dobierając uprzednio w myślach słowa - Nie mamy kontaktu z kapitanem ani resztą ratowników. Zerwaliśmy cumy, żeby odejść na bezpieczną odległość.
- Ewidentnie z komplikacjami - skomentowała chłodno Delilah - To był ten wstrząs i huk?
- To nieważne - podniosła głos Nadia - Tam coś jest i to nie jest załoga. Widziałam to na kamerach! To jakieś zwierzę, w chuj wielkie! Jakby insekt, czarny i szybki. To coś… zabiło Adama… a potem zapędziło resztę do wnętrza Bleinerta. Strzelali do tego, ale bez efektu.
Negocjatorka zastygła w bezruchu, wstrzymała oddech analizując usłyszane właśnie słowa. Mając za sobą wiele godzin szkoleń w temacie opierania się manipulacji i analiz behawioralnych szukała w zachowaniu, mimice i tonacji głosu Volkowej fałszywych nut świadczących o kłamstwie, ale nie potrafiła ich na ten moment zidentyfikować - co nie zmieniało faktu, że rewelacje o odpornym na kule stworzeniu, które zniszczyło androida jawiły jej się oczywistą konfabulacją.
- Ktoś próbuje zapędzać ich w jakimś kierunku - ciągnęła dalej Nadia, bezwiednie zaciskając dłonie w pięści - To też widziałam na kamerach. Kiedy próbowali się wycofać, ktoś odciął ich od śluzy pierdoloną grodzią, a potem otworzył inną grodź, żeby ich wpędzić tymi stworzeniami do wnętrza okrętu.
Delilah była świadoma tego, że chociaż Rosjanka starała się za wszelką cenę zachować opanowanie, drżenie jej głosu i nerwowe tiki dowodziły tego, że z trudem nad sobą panowała, co przydawało jej dramatycznej opowieści nieco wiarygodności.
- Tam jest jakieś zwierzę? - odezwał się William skacząc oczami od Delilah do Nadii - Napadło ich jakieś zwierzę? A co z załogą?
- Nie znaleźli nikogo, żywego ani martwego! - Nadia złapała dłonią za futrynę drzwi, ścisnęła ją palcami - Chcieli zejść do maszynowni, żeby sprawdzić integralność systemów reaktora, ale natrafili na jakieś niezidentyfikowane osady na ścianach i podłodze, jakiś biomineralny nalot, Elias i Adam nie wiedzieli, co to takiego. Potem coś się stało, nie do końca wiem co, Elias został ranny, znaleźli androida w fatalnym stanie, całkiem zniszczonego. Kapitan zdecydował się opuścić pokład, ale wtedy automatyczna przegroda odcięła ich od śluzy, a zaraz potem to coś ich zaatakowało. Nie jest jedno, mieli na detektorze trzy sygnały.
Oddech Nadii przyśpieszył zauważalnie sygnalizując zbliżający się atak paniki.
- Potem łączność została zerwana, a oni nie mają otwartej drogi ucieczki! Zostali tam z tym czymś! Musimy im pomóc!

Środkowy pokład Bleinerta
Kalashnikov oparł dłoń o panel sterujący windą, ścisnął palcami drugiej dłoni ciężki klucz, a potem nacisnął przycisk przywołania. Gdzieś z góry dobiegł go stłumiony dźwięk ruszających z miejsca mechanizmów.
Klatka windy znajdowała się na wyższym poziomie, na pokładzie załogi.
Marcus wyrósł u boku z przyciśniętym do barku karabinem, z lufą Armata wymierzoną we wciąż zamknięte drzwi.
- Cofnij się za mnie - polecił balansując na lekko ugiętych nogach - Może nie być pusta. Gleeson, do mnie, ubezpieczaj z flanki.
Dźwięk zjeżdżającej windy narastał z każdą sekundą, targał mechanicznym odgłosem napięte jak postronki ludzkie nerwy. Sergiej cofnął się o krok podnosząc wyżej motoklucz i wstrzymując oddech.
Drzwi otworzyły się z cichym sykiem, poprzedzone melodyjnym elektronicznym klangiem.
W środku nikogo nie było.
Sadza odetchnął z ulgą, przecisnął się obok cofającego od windy Holta stając w progu kabiny i wciskając przycisk postoju.
- Bezpiecznie - rzucił zwięzłą informację Marcus, pełnym sceptycyzmu wzrokiem obrzucając trzymającego broń w rękach Joshuę. Pierwszy oficer już przyklękał w tym czasie na metalowej podłodze ładowni, wstrzymując ponownie oddech i podnosząc w górę motoklucz.
Zaczął uderzać narzędziem w metal pod swoimi stopami, w rytmie wyznaczonym przez kapitana Hannigana, raz za razem wstrząsając ciężką ciszą wypełnionego trupim odorem grobowca.
-
Kiedy echo detektora ruchu obwieściło obecność intruza na dolnym pokładzie, a przerażony wzrok Eliasa utkwił w szybie windy, resztki misternie tkanego przez Joshuę planu zaczęły sypać się w gruzy. Zbrojownia i ambulatorium znajdowały się w wieży dowodzenia, ale droga do nich nagle wydała mu się nieskończenie długa. Paraliżująca świadomość, że czeka ich morderczy marsz przez zawiłe korytarze okrętu, po których krążyły te kwasokrwiste bestie, znów obudziła w nim dławiącą panikę. To było samobójstwo. Nie dotrą tam żywi. Jego chore serce po prostu tego nie wytrzyma, a on padnie gdzieś w ciemności, stając się łatwym żerem.
I wtedy Hannigan wcisnął mu w ręce karabin pulsacyjny M41A oraz zapasowy magazynek.
„Był pan w wojsku, panie Gleeson”.
To zabrzmiałp piorunująco. Chłód polimerowego łoża i masywny, toporny ciężar broni podziałały na inżyniera jak kubeł lodowatej wody. Dłoń odruchowo zacisnęła się na chwycie, a palec spoczął tuż obok kabłąka spustu. Wraz z zapachem smaru rusznikarskiego uderzyła w niego fala wspomnień – tych dobrych, dających iluzję kontroli, i tych, o których wolałby na zawsze zapomnieć, ukrytych pod warstwą jego własnych tajemnic. Wiedział doskonale, co sam mówił zaledwie chwilę temu. Karabin nie uratował Holta przed ciosami ogona, był jedynie złudnym talizmanem. Ale w tym trupim grobowcu trzymanie w rękach dziesięciu funtów ołowiu i stali było nieporównywalnie lepsze niż zaciskanie pustych, drżących pięści.
Ubezpieczając flankę podczas otwierania windy, Joshua zerknął na kapitana. Hannigan był spięty, zdesperowany, ale oddał ciężką broń w ręce rozedrganego neurotyka po ataku serca. To wymagało specyficznego rodzaju zaufania. Gleeson poczuł dziwne ukłucie w klatce piersiowej, tym razem niezwiązane z arytmią. Może ocenił dowódcę zbyt surowo. Może pod tą korporacyjną skorupą i tajemnicami krył się facet, który naprawdę próbował utrzymać ich przy życiu. Zresztą, a kim on niby był, by osądzać? Raczej kimś na koncu kolejki chętnych. Jednego był mimo wszystko pewien: nigdy mu nie wybaczy, że wciągnął ich w ten koszmar, a jeśli jakimś cudem wrócą na Kardashiana i dokończą zlecenie, Joshua nie przedłuży kontraktu nawet za potrójną stawkę. Lecz...
Lecz w tej jednej, konkretnej chwili...
Grali w tej samej drużynie.
Kiedy pusta winda zatrzymała się na ich poziomie, a w ładowni rozległ się potężny, rytmiczny łomot młotoklucza Sadzy, uderzającego w pokład, Joshua zignorował pełne sceptycyzmu spojrzenie Holta. Zniżył lufę karabinu, podszedł bliżej Hannigana i kiwnął z uznaniem głową, ważąc broń w dłoniach.
– Dzięki, kapitanie – powiedział cicho, ale stanowczo, starając się, by jego głos nie drżał w rytm walenia w podłogę – Skoro jednak zrobiliśmy z siebie właśnie największy dzwon alarmowy w tym sektorze, to proponuję poblokować wszystkie zbędne grodzie i drzwi techniczne w tej ładowni. Zostawmy sobie tylko drogę ucieczki do windy. Nie chcemy, żeby coś weszło nam w plecy, gdy nasłuchujemy odpowiedzi z dołu.
Przeniósł wzrok na panel windy, po czym spojrzał prosto w oczy dowódcy i dodał:
– A jeśli nikt nam nie odpisze z dolnego pokładu i pojedziemy w górę... Powtarzam moją propozycję. Rozkład jazdy jasno wskazuje, że wyżej mamy ambulatorium i zbrojownię. Ja pilnie potrzebuję leków, Holt profesjonalnego opatrunku, a wy wszyscy – Gleeson znacząco poklepał komorę zamkową swojego karabinu – Lepszego sprzętu, bo to, co tutaj znaleźliśmy, to resztki. W tym resztki tych, którym ten sprzęt nie pomógł. Jeśli na górze jest zbrojownia ochrony, to znajdziemy tam granaty, pancerze i palniki. To nasza jedyna szansa. Tak też podpowiada mi żolnierska doktryna, jeśli ma to jakieś dla Pana znaczenie...
-
Caleb Hannigan
- Tak. Góra panie Gleeson - Potwierdził niemal szeptem kapitan przerywając pierwsze sekundy ciszy po wysłanym sygnale w dół. Odpowiedź nadejść nie musiała. Chyba nawet by się zdziwił gdyby nadeszła. Czy to oznaczało, że ruch emitowały istoty? Też nie. Kapitan wciąż uznawał, że to co sterowało komputerem Bleinerta nie chciało się z nimi skomunikować - Co do blokowania... nie mam pewności. Wolę nie być zamknięty w tym grobie gdybyśmy musieli uciekać... Panie Holt? Co pan o tym sądzi?
-
Elias stał kilka kroków od klęczącego Sadzy i słuchał kolejnych uderzeń rozchodzących się po metalowej konstrukcji Bleinerta. Każde z nich przechodziło przez podłogę i wracało lekkim drżeniem do podeszew skafandra, jakby cały statek odpowiadał własnym, głuchym echem. Crowe nie patrzył jednak na Kalashnikova. Wzrok miał wbity w niewielki ekran detektora ruchu, a palce zaciskały się mocniej na obudowie urządzenia za każdym razem, gdy aparat emitował charakterystyczny ping. Jeszcze chwilę temu sygnał z dolnego poziomu przesuwał się powoli w stronę wejścia do windy. Teraz Elias chciał wiedzieć tylko jedno. Czy to cholerstwo usłyszy wezwanie? Nie wiedział, czego właściwie oczekiwał. Nagłego zatrzymania punktu na ekranie? Gwałtownego przyśpieszenia, które dałoby im znać, że jednak nie chodzi o ocalałego człowieka? Każda z możliwości była na swój sposób paskudna.
– Czy ja wiem, czy to taki dobry pomysł? – rzucił do Siergieja, nie odrywając wzroku od detektora. – Jak wielka szansa jest na to, że ocalały? Po takim czasie? – poddał w wpątpliwość i przesunął wzrok znad detektora w stronę stojącej otworem windy. Pusta metalowa skrzynią połączoną pionowym szybem prowadziła do czegoś, co właśnie zmierzało w ich stronę od dołu. Crowe nie potrzebował wojskowego doświadczenia Holta, żeby rozumieć, jak niewiele przestrzeni zostaje człowiekowi do ucieczki, kiedy drzwi takiej skrzyni się zamknął. Przłknął ślinę. Mimo wszystko propozycja Joshuy miała sens.
– Jestem za drogę w górę – powiedział w końcu, spoglądając najpierw na Hannigana, a później na Gleesona. – Gleeson potrzebuje ambulatorium, a zbrojownia też brzmi jak miejsce, w którym chciałbym się znaleźć po tym całym pierdolniku. Jeśli po drodze trafimy na działający terminal, wtedy zajmiemy się kartą.
Urwał na chwilę, zerkając ponownie na ekran detektora.Choć pilnował się, by nie odwracać głowy, gdzieś na krawędzi pola wzroku widział strzaskane tuby, ciała i korporacyjne oznakowania. Część jego osoby nie miała najmniejszej ochoty łączyć kropek, a druga robiła to mimo sprzeciwu pierwszej. Wyliczał w głowie. Zagrożenie biologiczne. Weyland-Yutani. Ten sam grafitowy nalot, który widzieli wcześniej. Ludzie zmasakrowani w sposób aż nazbyt przypominający stan znalezionego androida. Nie wiedział jeszcze, czy te stworzenia były tutaj hodowane, transportowane, badane czy po prostu przechowywane jak wyjątkowo kosztowny ładunek. Coraz trudniej było mu jednak wierzyć, że ich obecność na Bleinercie była przypadkiem.
– A co do twojego wcześniejszego pytania, Sadza... – odezwał się po chwili, nadal nie patrząc w jego stronę. – Nie wiem, czy je tu hodowali. Ale te akwaria były oznaczone jako zagrożenie biologiczne. Nalot na nich jest taki sam jak ten, który już widzieliśmy. Jeśli mam strzelać, to ktoś bardzo chciał, żeby cokolwiek co było w tych tubach, pozostało na miejscu.
Kącik ust drgnął mu niemal niezauważalnie.
– Ale jak widać, wszystko się szczętnie spierdoliło – dodał, a ręka nie trzymająca detektora sama powędrowała do uspokajającej piersiówki, w której było coraz mniej jego specjału. Pociągnął łyk i wstrząsnął manierką. Zostało mu może jeszcze na dwa łyczki. Potem znów skupił się na detektorze. Na razie to niewielkie urządzenie było dla niego ważniejsze niż wszystkie teorie razem wzięte. Jeśli punkt na dole zmieni zachowanie po uderzeniach Sadzy, przynajmniej dowiedzą się czegoś nowego. -
Delilah le Fey
Możliwości były dwie. Nadia Volkov kłamała, albo wpadła w psychozę i faktycznie uwierzyła, że jakieś zwierzęta są w stanie sterroryzować czterech uzbrojonych dorosłych mężczyzn, syntetyka i najemnego żołnierza. Jedno Delilah le Fey wiedziała na pewno. Nie istniał gatunek potężniejszy od homo sapiens. Nawet najbardziej prymitywna broń w rękach człowieka była skuteczniejsza niż zęby, pazury czy kły. Na przestrzeni tysięcy lat przekonały się o tym tygrysy szablozębne, lwy jaskiniowe a potem wilki, niedźwiedzie i każdy jeden wymarły drapieżnik zamieszkujący Ziemię. Ludzie od dekad przemierzali kosmos i choć słyszała czasem niedorzedne plotki krążące po koloniach wiedziała, że żaden żywy organizm w starciu z karabinem impulsowym Armat M41A nie ma szans.
Wszechświat należał do ich rasy i nie była to ignorancja lecz niepodważalna prawda.
Potem jednak przypomniała sobie syki, które usłyszała w głośnikach. Syki a potem krzyk załogi.
William nazwał te syki potworami za co go skarciła.
Nie chciała dopuścić myśli, że może być w błędzie. Że zwykła nawigatorka posługująca się prostackim językiem zobaczyła coś co przeczy jej własnym wyobrażeniom o wszechświecie.
Olśnienie przyszło po chwili, ostre jak cięcie skalpela. Natura nie potrafiła stworzyć niczego, co oparłoby się ołowiu, ale korporacyjne laboratoria jak najbardziej. Przecież z tego wyrósł cały fundament Lasalle Bionational. Nim stali się potęgą zgarnęli lukratywny kontrakt rządowy na odporną na promieniowanie, genetycznie modyfikowaną kukurydzę dla kolonii na rubieżach. Przebudowywali łańcuchy DNA, eliminowali wady fabryczne, hodowali organizmy silniejsze, twardsze i bardziej wydajne. Ona sama była tego dowodem. Jej matka i ojciec nigdy się nie spotkali, Delilah nie została poczęta w łóżku lecz w sterylnym szkle z wyselekcjonowanego nasienia i komórek jajowych ludzi, którzy wspięli się na szczyt ewolucyjnej drabiny. Była produktem ulepszonym. Skoro więc Lasalle potrafiło tworzyć ludzi z najdoskonalszych skrawków biologii, co stało na przeszkodzie by ktoś inny wziął na warsztat drapieżnika? Wyhodował żywą broń biologiczną? Jeśli Nadia widziała potwora, to nie był on kaprysem obcej ewolucji lecz kolejnym firmowym patentem. Jak kukurydza odporna na kosmiczne promieniowanie. Jak Delilah le Fey.
Zostawiła na boku potwory i przetrawiła resztę wydarzeń w poszukiwaniu racjonalnego dna. Załoga Kardashian została uwięziona i zagoniona w głąb korytarzy Blainerta. Ktoś lub coś z procesorem zamiast mózgu zamknęło tego głupca i jego wierne psy w pułapce i utrzymywało przy życiu. W jakim celu? Czy był to eksperyment? Przynęta? Tylko jedna osoba, mogła znać odpowiedź na to pytanie.
Gdy Rosjanka skończyła mówić, Delilah nie zamknęła za nią drzwi śluzy. Właściwie to liczyła, że pilot będzie słuchał co ma do powiedzenia, jeśli wciąż miał nasłuch na korytarze.
– Twój kapitan i reszta załogi są już martwi. Nie da im się pomóc. Jeśli odrzucisz emocje na bok, sama to zrozumiesz. Coś na tym statku wybiło miesiąc temu całą załogę. To nie byli prości górnicy, koloniści czy kurierzy lecz wyszkoleni żołnierze a mimo to Hannigan zignorował oczywiste fakty, które zrozumiało by nawet dziecko. To jego odpowiedzialność, nie twoja. Nie jesteś mu nic winna a na pewno nie swoje życie. Nawet jeśli znaleźliby jakimś cudem sposób by wrócić na Kardashian, z tego co mówisz doszło tam do jakiegoś skażenia biologicznego. Znasz procedury, prawda? Wiesz, że nie można ich z powrotem wpuścić na statek.
Nadia próbowała zaprotestować, ale Delilah od razu uniosła palec i uciszyła ją gestem.
– Podjęliście z O’Collanem najlepszą możliwą decyzję. Odcięliście chorą kończynę od zdrowej i Kardashian dzięki wam jest bezpieczny. Na razie. – podkreśliła – Od Borodino dzieli nas trzy miesiące lotu. Nie potrzebujemy syntetyka i kriokomór, tylko pilota który bezpiecznie dostarczy nas do celu.
Rosjanka już otwierała usta, pewnie by wyrzucić w stronę agentki najgorsze epitety i przekleństwa jakie może usłyszeć kobieta od innej kobiety.
– Spokojnie, Nadiu daj mi dokończyć. Odrzuciłaś uprzedzenia i mimo wszystko przyszłaś prosić o pomoc dla przyjaciół. Ja to szanuję, nawet bardzo i nie zawiodę twojego zaufania. Chciałam być po prostu szczera i przedstawić jasno sytuację by uniknąć nieporozumień. Dla nich nie ma już ratunku. Nie na tym statku, nie na Kardashianie. Ale możemy spróbować zwiększyć ich szanse by przetrwali na Blainercie.
Spojrzała w pełne łez oczy Nadii.
– Musimy wyciągnąć Purcella z lodówki i przesłuchać go jeszcze raz. Ale tym razem to ja poprowadzę przesłuchanie. – w ustach Delilah zabrzmiało to jak groźba – Powinnam sobie poradzić bez syntetycznej skopolaminy, ale jeśli w ambulatorium znajduje się chemia, która przyśpieszyłaby i ułatwiła mi zadanie nie obrażę się. William jest naukowcem, może wpadnie na jakieś ciekawe rozwiązanie. Nawet jeśli Purcell nic przed nami nie ukrywa, może się przydać jako przewodnik po Blainercie o ile znów nawiążecie kontakt z załogą.
Delilah westchnęła.
– Jest tylko jeden problem. O’Collan zamknął śluzę do spalni gdy próbował nas zabić. Albo go przekonaj by ją otworzył z powrotem albo spróbuj rozwiązać to inaczej.
-

Kabina Delilah le Fey
Furia wykwitająca na twarzy Rosjanki głębokim rumieńcem, gdy Delilah mówiła o przesądzonym losie ratowników nie sięgnęła swego apogeum. Wypowiedziana na samym końcu propozycja zdusiła wściekłe warknięcie Nadii dając jej na powrót łut fałszywej nadziei.
- Nie mamy pewności, że zostali skażeni - powiedziała uspokajając rytm oddechu - Weszli tam w kombinezonach, są zabezpieczeni. Ale zgadzam się co do Purcella, czytasz mi w myślach. To samo dopiero co mówiłam Davy’emu, że musimy wyciągnąć ze śpiączki Purcella. Kapitan niepotrzebnie go wsadzał do lodówki. Gość zna układ statku, przejścia, procedury. Jeśli uda nam się na nowo nawiązać łączność, będzie ich mógł poprowadzić jak po sznurku.
Korporacyjna agentka skinęła z aprobatą głową, dyskretnie zerkając przy tym ponad ramieniem Nadii w kierunku najbliższej kamery monitoringu.
- Jak zatem zamierzasz rozwiązać problem, o którym wspomniałam? - zapytała zawieszając wymownie głos i unosząc brwi.
- To również mój statek - odpowiedziała chłodno techniczka - Poradzę sobie, tylko najpierw jedno. Żadnych krzywych akcji. Nie kombinuj za moimi plecami. Zobaczę, że igrasz z życiem moich przyjaciół i wsadzę cię do lodu w miejsce tego żołnierza. Nie urobisz mnie na słodkie oczka, wiem, że masz w tym swój własny interes. Odpierdolisz coś i to będzie koniec naszej współpracy, jasne? A teraz zbierajcie się, muszę jeszcze zahaczyć o warsztat. Wybudźmy tego skurczybyka.

Środkowy pokład Bleinerta
Motoklucz Sadzy uderzył w metal podłogi po raz ostatni i w ładowni zapadła wibrująca echem wcześniejszych uderzeń cisza. Wszyscy zdrętwieli na chwilę, zamarli w bezruchu czekając na cokolwiek, co mogło ich utwierdzić w przekonaniu, że na pokładzie wojskowego transportowca pozostawił ktoś żywy nie będący członkiem ekipy ratunkowej ani budzącym ciarki czarnym stworem o morderczych szponach i ogonie.
Seria dźwięków zaskoczyła bez mała wszystkich, chociaż każdy podświadomie wyczekiwał takiego właśnie odgłosu. Uderzenia - jedno po drugim, w precyzyjnym rytmie i z doskonale zachowanym natężeniem - poniosły się stłumionym łoskotem po całej ładowni.
Kalashnikov przyklęknął na jedno kolano, przyłożył dłoń do podłogi jakby bezpośredni kontakt z przewodzącą dźwięki powierzchnią ułatwiał mu czytanie sygnału.
- P-o-m-o-c-w-d-r-o-d-z-e-g-d-z-i-e-i-s-c - przeliterował inżynier przymykając oczy, aby lepiej wczuć się w dźwiękowy sygnał Morse’a.
Elias cofnął się o krok od Sadzy, złapał mocniej w ręce obudowę detektora ruchu i nacisnął jego przycisk emitując kolejną falę energii.
- Dwa dodatkowe sygnały! - oświadczył podekscytowanym głosem - Jest ich troje! Pierwotny wykonuje ruchy w miejscu, dwa zbliżają się do niego bardzo powoli z dwóch stron, są najpewniej w tym samym pomieszczeniu.
-
Caleb Hannigan
Cisza. Odgłosy Bleinerta. Obce. Kompletnie inne niż Kardashiana. W normalnych warunkach Caleb nie zwróciłby na nie aż takiej uwagi. Ale w kontekście czających się w mroku istot każdy syk pary z odpowietrzników przyśpieszał bicie serca. Każdy stuk ruchomych elementów wzmagał czujność. Może to jednak nie był najle...
Odpowiedź.
Sadza klęka. Po minie Rosjanina widać jak zmęczony życiem inżynier przywołuje dawno wkute na blachę tablice znaków Morse'a. Caleb też je znał. Choć musiałby zapisać, żeby odczytać odpowiedź. Jego pierwszy oficer nie musiał.
Zaraz potem Elias melduje o dwóch nowych sygnałach. Dwóch. Tylu ile zniknęło gdy zostali zaatakowani. Decyzja musiała być natychmiastowa.
- Sadza, uwolnij windę! - syknął bez "panowania". Zdarzało mu się to bardzo rzadko gdy sytuacja wymagała krytycznego pośpiechu - I bądź gotowy rozwalić hydraulikę na dobre, żeby została na dole!
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Dotarło do niego co zrobili (shto zdielał!) w ułamku sekundy.
Robiąc raban sprowadził na tego człowieka na dole śmiertelne niebezpieczeństwo.
A twarz Chimika zerkającego na detektor ruchu zdawała się to tylko potwierdzać.
Pięść walnęła w panel nim zdążył skończyć myśl. Zanim w głowie wybrzmiało słowo: NIEBEZPIECZEŃSTWO.
Nim Stary zdążył wykrzyczeć ostatnie słowo, drzwi kabiny już się zamykały. Sadza wstał z kolan i nim stracił załogę z oczu krzyknął jeszcze przez zwężającą się szczelinę.
— Nie przywołujcie jej jeśli sam nie wrócę.
Stojący w laboratorium usłyszeli jeszcze rzucone do kapitana:
— Zabierz ich stąd bo...
Ostatnie słowa zdusiły zamykające się za pierwszym oficerem drzwi i odgłos ruszającej windy.
—... bo cię zajebię!
Dokończył Nikołajewicz w już zamkniętej kabinie. Czy ktoś za nim krzyknął? Nie był pewien.
— j-a-d-e — wystukał kluczem w podłogę.
Zaparł koniec klucza o krawędź panelu i wyrwał go ze ściany. Panel zawisł na kablach. Znalazł wiązkę przewodów biegnących do napędu. Wśród nich ten najgrubszy, zasilający. Wystarczyło mocniejsze szarpnięcie, żeby kabina już nigdzie nie pojechała.
-
Crowe przez kilka długich sekund wpatrywał się w ekran detektora, śledząc przesuwające się znaczniki z takim skupieniem, że zarysowała mu się żyłka na skroni. Pierwszy pozostawał niemal w miejscu, wykonując drobne nieregularne przesunięcia w obrębie niewielkiego obszaru, podczas gdy dwa pozostałe zbliżały się do niego bardzo powoli z przeciwnych stron. Przez ułamek chwili pomyślał, że mają do czynienia z trójką ocalałych, ale nie umiał długo się oszukiwać. Po odpowiedzi wystukanej Morse’em i tym co do tej pory przeżyli, znaczenie tych pozostałych punktów wydawało się jasne. Gdzieś pod nimi znajdował się ktoś, kto usłyszał wezwanie i potrafił na nie odpowiedzieć, a razem z nim znajdowało się jeszcze coś. Pewnie te paskudne bydlaki na które natrafli wcześniej.
Dopiero wtedy dotarło do niego, jak łatwo mogli właśnie pogorszyć sytuację człowieka na dole. Uderzenia młotoklucza poniosły się przez konstrukcję statku daleko poza ich bezpośrednie otoczenie i jeśli ten, kto odpowiedział, usłyszał wezwanie, równie dobrze mogło usłyszeć je także wszystko inne, co krążyło po wnętrzu Bleinerta. Tak jak podejrzewał wcześniej, nie przemyśleli tego. Nie potrzebował już żadnej dodatkowej analizy. Zacisnął mocniej dłoń na obudowie detektora, a kiedy podniósł wzrok, drzwi windy właśnie domykały się za Siergiejem.
– O kurwa... – wymknęło mu się cicho.Ruszył bliżej szybu, unosząc detektor i ponawiając skan, choć bardziej od samego wyniku interesowało go teraz to, czy radio utrzyma łączność między poziomami. Sadza był już w drodze, więc nie było sensu wołać za nim, żeby wracał. Teraz liczyło się tylko to, by przekazać mu tyle, ile rzeczywiście wiedzieli. Crowe nacisnął przycisk komunikatora i przez chwilę wsłuchiwał się w trzaski, próbując wychwycić jakikolwiek ślad odpowiedzi z kabiny.
– Sadza, słyszysz mnie? Będę patrzył przez detektor, co robią te dwa sygnały. Jak tylko coś się zmieni, dam ci znać. Uważaj tam na siebie chłopie i wróc do nas!
Na tym poprzestał. Nie dorzucał żadnych żarcików, bo sam czuł, że sytuacja przestała być odpowiednim miejscem na rozwadnianie napięcia cynizmem. Zamiast tego skupił się ponownie na ekranie, chcąc wychwycić każdą zmianę tempa, kierunku albo dystansu między sygnałami. Jeśli Sadza rzeczywiście zdoła zjechać na dół, detektor mógł być jedyną rzeczą, która dawała mu choć odrobinę przewagi.Dopiero po chwili Elias odwrócił głowę w stronę Hannigana i Holta, nie opuszczając jednak urządzenia. W tej konkretnej chwili nie interesowało go już rozstrzyganie, czy decyzja Siergieja była odważna, głupia, czy po trochu jedno i drugie. Interesowało go tylko to, żeby człowiek, który właśnie zjechał niżej, nie został tam całkiem sam. Crowe zamierzał więc śledzić trzy kontakty tak długo, jak detektor pozwoli, i reagować na każdą zmianę, zanim zniknie im kolejny człowiek. Przekazał to w krótkim spojrzeniu, które im posłał i skupił się na detektorze, przynajmniej do czasu, gdy okaże się, czy Sadza faktycznie mógł utrzymać z nimi łączność.
-
Delilah le Fey
Jedną z broni, którą Delilah nie musiała ukrywać i mogła po nią sięgnąć w dowolnym momencie był litościwy uśmiech. Wystarczyło by uniosła kąciki ust pod odpowiednim kątem i skrzywiła brwi by osoba, z którą rozmawia nagle zwątpiła we własne kompetencje, intelekt, męskość czy urodę. Agentka postanowiła oszczędzić tego Nadii Volkov, choć Rosjanka aż się prosiła żeby pokazać jej miejsce w szeregu. Zamiast tego Delilah odpowiedziała jej spokojnie:
— Nie wyobrażaj sobie za dużo Nadiu. Nie trafiłam na ten statek by knuć wielopiętrowe intrygi i realizować tajne agendy, których tak się panicznie wszyscy boicie. Mój jedyny interes jest zbieżny z twoim. Chcę w jednym kawałku dolecieć na Borodino i nie skończyć jak załoga Blainerta. Więc przestań tracić tlen na groźby i prowadź do tego warsztatu.
Odwróciła się do młodego naukowca. Jemu nie odmówiła uśmiechu.
— Szybka decyzja Williamie, idziesz z nami czy chcesz tu zostać i grzebać w mojej bieliźnie?
-
Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy, zlewając się w oczach Joshuy w jeden zamazany, chaotyczny kadr. Zanim jego przemęczony umysł zdołał w pełni przetworzyć przerażającą informację z radaru Crowe'a o dwóch nowych, okrążających cel sygnałach, usłyszał tylko urwany krzyk Sadzy i głośny syk zamykających się pneumatycznie drzwi.
Gleeson drgnął, ale jego zmęczone mięśnie zareagowały o ten jeden, krytyczny ułamek sekundy za późno. Zobaczył jedynie szybko zwężającą się szczelinę i znikającą w niej sylwetkę pierwszego oficera. A potem rozległ się już tylko głuchy zgrzyt ruszającej w dół kabiny i trzask wyrywanych gdzieś wewnątrz przewodów, sugerujący, że Sadza odciął im możliwość przywołania windy.Joshua poczuł, jak w klatce piersiowej znów rośnie to straszliwe, znajome napięcie. Paraliżująca panika, niczym lodowata woda, zaczęła wlewać się do jego umysłu, grożąc całkowitym zatopieniem racjonalnego myślenia. Kolejny człowiek oddzielony od grupy. Kolejny samobójczy skok w mrok pełen potworów. Serce inżyniera potknęło się, gotowe wpaść w morderczą arytmię, ale wtedy jego dłonie odruchowo zacisnęły się mocniej na chwycie karabinu M41A. Zimny, chropowaty polimer podziałał jak kotwica. Toporny ciężar broni ściągnął go z powrotem na pokład, przebijając się przez zasłonę strachu i brutalnie otwierając zakurzoną, starannie ukrywaną szufladę w jego pamięci. Wspomnienie z akademii, ukryte głęboko w umyśle, uderzyło w niego z niespodziewaną siłą. Głos dawnego instruktora zabrzmiał w jego głowie krystalicznie czysto:
„Gleesion, matole! Chaos na polu walki to naturalny stan, jest jak powietrze, którym oddychasz! Rzeczy po prostu się dzieją. Sukces to spokój i reagowanie! Więc weź głęboki wdech i skończ się mazać!"
Zaskakując samego siebie, Gleeson wypuścił z płuc drżący, ale kontrolowany oddech. Strach wciąż tam był, czaił się na krawędzi świadomości, ale Joshua siłą woli wepchnął go z powrotem w najgłębsze zakamarki umysłu. Emocje były teraz luksusem, na który nie mogli sobie pozwolić, bo były spóźnione. Na osąd i wściekłość na samobójczą, impulsywną głupotę Siergieja przyjdzie jeszcze czas, o ile w ogóle dożyją momentu, w którym będą mogli to przegadać.
Oderwał wzrok od gładkich, zamkniętych wrót szybu i odwrócił się w stronę Hannigana. Jego twarz była szara ze zmęczenia, umazana smarem i lśniąca od zimnego potu, ale oczy straciły swój rozedrgany, neurotyczny wyraz. Zastąpiła go twarda, zrezygnowana kalkulacja.
– Zjechał na dół i najwyraźniej zablokował kabinę od środka. Jesteśmy odcięci, kapitanie – zaraportował sucho, a jego głos był zaskakująco opanowany.
Kątem oka zerknął na detektor w rękach Crowe'a, po czym poprawił chwyt na ciężkim karabinie. Dodał po chwili:
– Zostaliśmy tu sami. Straciliśmy pierwszego oficera, nasze drogi ucieczki powoli zamyka to coś, co pociąga za sznurki, a na dolnym poziomie zaraz rozpęta się piekło. Co dalej? Czekam na rozkazy, sir... Znaczy, kapitanie.
-
Caleb Hannigan
- Kalashnikov? - Caleb przez tę jedną krytyczną sekundę, która mogła mieć znaczenie dla życia pierwszego oficera, znieruchomiał. Nie zadziałał. Nie zareagował. Po prostu patrzył na to co wyprawia Rosjanin. Aż było za późno, żeby działać. - Kalashnikov! Wracaj!
Dopadł do zamkniętych drzwi windy wduszając rytmicznie i równie bezskutecznie przycisk otwierania.
- Kalashnikov, to android! Wracaj! Człowiek nie przetrwałby poza ekranowanym ukryciem! Wracaj!!! Kurwa! Tępy kacapie!
Łomotał jeszcze przez chwilę w drzwi i zaczął energicznie się rozglądać. Wyglądał... jak jeszcze nigdy. Przynajmniej nigdy go takim załoga nie widziała. Bo prawda była, że mógł się spodziewać po każdym takiego bezmyślnego bohaterstwa, ale nie po Siergieju. Rosjanin od początku pragmatycznie wolał pozostać na Kardashianie i nie ryzykować dla potencjalnych rozbitków. Do bólu pragmatycznie. Dlatego go wziął, żeby nie przyszło mu do głowy odciąć ich i zostawić na Bleinercie. To było przewidywalne. I nie miał mu tego za złe. Ale desperacka odsiecz androidowi, albo agentowi W-Y???
- Panie Gleeson. Niech pan wyłączy zasilanie windy. Natychmiast. Zanim się drzwi na dole otworzą!
Widać jednak było, że mimo najszczerszych chęci młodszego technika winda już jechała i w te kilka sekund nic jej nie zatrzyma. Może poza Sadzą, bo w windzie z pewnością był przycisk awaryjnego zatrzymania.
- Sadza! Zatrzymaj windę - kapitan spróbował tym razem odezwać się przez interkom, który wszyscy mieli w hełmach - To android! Maszyna! Nie ryzykuj! Zatrzymaj windę!
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Umysł pierwszego oficera pracował na najwyższych obrotach.
Nie człowiek? Maszyna?
Razem z pytaniami przez głowę przebiegły mu też wątpliwości.
Vrut. Suki.
Jeśli jednak to była puszka, nie człowiek, to zmieniało wszystko.
Czy jednak?
Zdobycie androida, androida z Bleinerta mogło im dać przewagę, której potrzebowali.
— Zamknij się Hannigan!
Szczeknął. Krótko.
— Crowe. Gdzie chyorty? Ile do nich? Obiekt przy windzie?
Zacisnął szczękę.
— Ile mam czasu?
Winda już zwalniała. Musiał wiedzieć co go czeka za drzwiami. Musiał zdecydować.
-
Joshua puścił karabin, pozwalając, by zawisł na pasie nośnym. Dopadł do nienaruszonego panelu windy i bez odrobiny finezji, wykorzystując brutalną siłę, zerwał jego osłonę. Zignorował ból w palcach; wpiął się prosto w główną wiązkę zasilania i brutalnie zwarł odpowiednie styki. Rozległ się pisk przeciążonych hamulców i potężny, metaliczny zgrzyt. Winda szarpnęła i zatrzymała się z głośnym łoskotem, nie dojeżdżając na sam dół.
Wtem poczuł, że chyba przesadził. Chwilowy spokój zwiódł go, broń dodała naiwnej odwagi, a przecież był po ataku serca i potrzebował nitrostymulantów na teraz.Zachwiał się. Odruch szarpnął karabinem, który uderzył w klatkę piersiową Gleesona. Joshua opadł na kolano tuż przy krawędzi. Jego serce uderzało o żebra z bolesną, nieregularną furią, a z płuc wyrywał się chrapliwy świst. Wyciągnął dłonie, by chwycić z powrotem za karabin, ale z przerażeniem zorientował się, że nie potrafi zacisnąć palców. Całe jego ciało, od barków aż po koniuszki palców, ogarnęło gwałtowne, niekontrolowane drżenie.
– Szlag... Przepraszam. Przeholowałem. Muszę... Muszę dostać się... Do ambula...
Nawet nie dokończył. Obniżył głowę i wlepił wzrok w podlogę, próbujac odzyskać choć ułamek równowagi, bo dygotał obecnie jakby miał febrę. W tym stanie wolalby nie musieć strzelać.
-
Crowe zobaczył zmianę na ekranie niemal w tej samej chwili, w której usłyszał głos Siergieja. Znaczniki, które jeszcze kilka sekund wcześniej pełzły powoli ku windzie, teraz znajdowały się już tak blisko szybu, że przez moment pomyślał, iż urządzenie szlag trafił, ale to nie była usterka. Ponowił skan, ale obraz się nie zmienił.
– Sadza, zatrzymaj tę pieprzoną windę. Teraz. – Głos Eliasa stwardniał natychmiast. – Dwa dodatkowe sygnały są przy samym wejściu, po obu stronach drzwi. Pierwszy jest jakieś metr przed tobą. Jeśli te drzwi się otworzą, będzie kiepsko.
Crowe zacisnął palce na obudowie detektora, śledząc trzy znaczniki. Ściskał urządzenie tak mocno, że aż zbielały mu knykcie, a na skroniach pojawiły się strużki potu. -
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
— Blat'!
Sadza sięgnął do wiszącego na kablach panelu i wcisnął czerwony przycisk.
— Blat'!
Szarpnęło. Kabina zatrzymała się nagle.
Nikołajewicz stał przez chwilę bez ruchu. Teraz dopiero zdał sobie sprawę jak niewiele brakowało do otwarcia drzwi. Podszedł do nich i przyłożył ucho do chłodnego metalu.
Cisza.
A potem coś na granicy słyszalności. Szurnięcię? Czy może praca jakiegoś mechanizmu?
— Jesteś tam? — zapytał głośno.
Chwycił młoto-klucz.
— K-i-e-d-y-p-o-m-oc — wystukał w drzwi.
Chwila przerwy.
— K-t-o.
-

Środkowy pokład Bleinerta
Dźwięczące determinacją ostrzeżenie Eliasa sprawiło, że ciało Marcusa przebiegł mimowolny dreszcz. Wspomnienie szaleńczo ruchliwego kształtu zwijającego się z nieludzką gibkością pod gradem pocisków powróciło ze zdwojoną siłą do myśli Holta szarpiąc jego i tak napięte nerwy.
Gleeson zdążył już zerwać obudowę panelu przy drzwiach windy, podważając go końcówką jakiegoś zdjętego z uprzęży narzędzia i zwierając na krótko dwa kable. Jak zdołał to zrobić nie zdejmując wpierw ciężkich nieporęcznych rękawic, tego Marcus nie wiedział, ale po raz pierwszy w czasie wspólnej znajomości histeryczny i leniwy w jego opinii technik zrobił na mężczyźnie stonowane pozytywne wrażenie.
Drzwi szybu rozsunęły się przy wtórze ostrzegawczego sygnału. Holt i Gleeson jednocześnie zrobili krok w kierunku progu, wymierzyli lufy ściskanych kurczowo karabinów w kierunku widocznego ponad dwa metry niżej dachu kabiny. Szyb okazał się słabo oświetlony, ale omiatając jego wnętrze snop światła podwieszonej pod broń latarki Marcus upewnił się, że głęboki półmrok nie skrywał żadnych potworów.
Z wnętrza windy dobiegł stukot motoklucza wybijającego na ścianie kabiny nowy sygnał zakodowany Morse’em.
- Odetnij mu zasilanie! - sarknął Holt przesuwając wzrokiem po technicznych drabinkach biegnących poprzez całą wysokość szybu - Odetnij drzwi!
- Nie wiem jak! - padła ponownie zabarwiona paniką odpowiedź Joshui - Tu jest za dużo kabli!

Hyperspalnia Kardashiana
O’Collan kilkakrotnie wzywał ją poprzez radio do powrotu na mostek, ale determinacja Nadji nie malała z biegiem czasu. Poruszała się biegiem, okazjonalnie sprawdzając spojrzeniem ponad ramieniem czy para pasażerów wciąż za nią nadąża.
- Twój towarzysz nie jest w stanie permanentnie zablokować wejścia z poziomu konsolety? - zapytała Delilah le Fey stając ze skrzyżowanymi ramionami obok klęczącej przy drzwiach hyperspalni Rosjanki.
- Można zablokować komuś, kto nie zna statku - odpowiedziała Volkova rozkręcając panel sterowania za pomocą zabranej z warsztatu elektrowkrętarki - Kiedy latasz na kombajnie tyle lat, znasz na pamięć wszystkie ręczne obejścia mechanizmów. Nie każ mi tłumaczyć szczegółów, i tak nie zrozumiesz.
W jej poirytowany, ale i ogromnie niespokojny głos wdarł się nagły wizg hydraulicznych siłowników, które wprawiły w ruch drzwi hyperspalni.
- Droga wolna - oznajmiła Nadja odwieszając wkrętarkę na uprzęż kombinezonu - Jeremiah Purcell jest nasz. Pokaż teraz, na co cię stać, panienko.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się