Krzyk Pustki
-

Kabina Delilah le Fey
Furia wykwitająca na twarzy Rosjanki głębokim rumieńcem, gdy Delilah mówiła o przesądzonym losie ratowników nie sięgnęła swego apogeum. Wypowiedziana na samym końcu propozycja zdusiła wściekłe warknięcie Nadii dając jej na powrót łut fałszywej nadziei.
- Nie mamy pewności, że zostali skażeni - powiedziała uspokajając rytm oddechu - Weszli tam w kombinezonach, są zabezpieczeni. Ale zgadzam się co do Purcella, czytasz mi w myślach. To samo dopiero co mówiłam Davy’emu, że musimy wyciągnąć ze śpiączki Purcella. Kapitan niepotrzebnie go wsadzał do lodówki. Gość zna układ statku, przejścia, procedury. Jeśli uda nam się na nowo nawiązać łączność, będzie ich mógł poprowadzić jak po sznurku.
Korporacyjna agentka skinęła z aprobatą głową, dyskretnie zerkając przy tym ponad ramieniem Nadii w kierunku najbliższej kamery monitoringu.
- Jak zatem zamierzasz rozwiązać problem, o którym wspomniałam? - zapytała zawieszając wymownie głos i unosząc brwi.
- To również mój statek - odpowiedziała chłodno techniczka - Poradzę sobie, tylko najpierw jedno. Żadnych krzywych akcji. Nie kombinuj za moimi plecami. Zobaczę, że igrasz z życiem moich przyjaciół i wsadzę cię do lodu w miejsce tego żołnierza. Nie urobisz mnie na słodkie oczka, wiem, że masz w tym swój własny interes. Odpierdolisz coś i to będzie koniec naszej współpracy, jasne? A teraz zbierajcie się, muszę jeszcze zahaczyć o warsztat. Wybudźmy tego skurczybyka.

Środkowy pokład Bleinerta
Motoklucz Sadzy uderzył w metal podłogi po raz ostatni i w ładowni zapadła wibrująca echem wcześniejszych uderzeń cisza. Wszyscy zdrętwieli na chwilę, zamarli w bezruchu czekając na cokolwiek, co mogło ich utwierdzić w przekonaniu, że na pokładzie wojskowego transportowca pozostawił ktoś żywy nie będący członkiem ekipy ratunkowej ani budzącym ciarki czarnym stworem o morderczych szponach i ogonie.
Seria dźwięków zaskoczyła bez mała wszystkich, chociaż każdy podświadomie wyczekiwał takiego właśnie odgłosu. Uderzenia - jedno po drugim, w precyzyjnym rytmie i z doskonale zachowanym natężeniem - poniosły się stłumionym łoskotem po całej ładowni.
Kalashnikov przyklęknął na jedno kolano, przyłożył dłoń do podłogi jakby bezpośredni kontakt z przewodzącą dźwięki powierzchnią ułatwiał mu czytanie sygnału.
- P-o-m-o-c-w-d-r-o-d-z-e-g-d-z-i-e-i-s-c - przeliterował inżynier przymykając oczy, aby lepiej wczuć się w dźwiękowy sygnał Morse’a.
Elias cofnął się o krok od Sadzy, złapał mocniej w ręce obudowę detektora ruchu i nacisnął jego przycisk emitując kolejną falę energii.
- Dwa dodatkowe sygnały! - oświadczył podekscytowanym głosem - Jest ich troje! Pierwotny wykonuje ruchy w miejscu, dwa zbliżają się do niego bardzo powoli z dwóch stron, są najpewniej w tym samym pomieszczeniu.
-
Caleb Hannigan
Cisza. Odgłosy Bleinerta. Obce. Kompletnie inne niż Kardashiana. W normalnych warunkach Caleb nie zwróciłby na nie aż takiej uwagi. Ale w kontekście czających się w mroku istot każdy syk pary z odpowietrzników przyśpieszał bicie serca. Każdy stuk ruchomych elementów wzmagał czujność. Może to jednak nie był najle...
Odpowiedź.
Sadza klęka. Po minie Rosjanina widać jak zmęczony życiem inżynier przywołuje dawno wkute na blachę tablice znaków Morse'a. Caleb też je znał. Choć musiałby zapisać, żeby odczytać odpowiedź. Jego pierwszy oficer nie musiał.
Zaraz potem Elias melduje o dwóch nowych sygnałach. Dwóch. Tylu ile zniknęło gdy zostali zaatakowani. Decyzja musiała być natychmiastowa.
- Sadza, uwolnij windę! - syknął bez "panowania". Zdarzało mu się to bardzo rzadko gdy sytuacja wymagała krytycznego pośpiechu - I bądź gotowy rozwalić hydraulikę na dobre, żeby została na dole!
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Dotarło do niego co zrobili (shto zdielał!) w ułamku sekundy.
Robiąc raban sprowadził na tego człowieka na dole śmiertelne niebezpieczeństwo.
A twarz Chimika zerkającego na detektor ruchu zdawała się to tylko potwierdzać.
Pięść walnęła w panel nim zdążył skończyć myśl. Zanim w głowie wybrzmiało słowo: NIEBEZPIECZEŃSTWO.
Nim Stary zdążył wykrzyczeć ostatnie słowo, drzwi kabiny już się zamykały. Sadza wstał z kolan i nim stracił załogę z oczu krzyknął jeszcze przez zwężającą się szczelinę.
— Nie przywołujcie jej jeśli sam nie wrócę.
Stojący w laboratorium usłyszeli jeszcze rzucone do kapitana:
— Zabierz ich stąd bo...
Ostatnie słowa zdusiły zamykające się za pierwszym oficerem drzwi i odgłos ruszającej windy.
—... bo cię zajebię!
Dokończył Nikołajewicz w już zamkniętej kabinie. Czy ktoś za nim krzyknął? Nie był pewien.
— j-a-d-e — wystukał kluczem w podłogę.
Zaparł koniec klucza o krawędź panelu i wyrwał go ze ściany. Panel zawisł na kablach. Znalazł wiązkę przewodów biegnących do napędu. Wśród nich ten najgrubszy, zasilający. Wystarczyło mocniejsze szarpnięcie, żeby kabina już nigdzie nie pojechała.
-
Crowe przez kilka długich sekund wpatrywał się w ekran detektora, śledząc przesuwające się znaczniki z takim skupieniem, że zarysowała mu się żyłka na skroni. Pierwszy pozostawał niemal w miejscu, wykonując drobne nieregularne przesunięcia w obrębie niewielkiego obszaru, podczas gdy dwa pozostałe zbliżały się do niego bardzo powoli z przeciwnych stron. Przez ułamek chwili pomyślał, że mają do czynienia z trójką ocalałych, ale nie umiał długo się oszukiwać. Po odpowiedzi wystukanej Morse’em i tym co do tej pory przeżyli, znaczenie tych pozostałych punktów wydawało się jasne. Gdzieś pod nimi znajdował się ktoś, kto usłyszał wezwanie i potrafił na nie odpowiedzieć, a razem z nim znajdowało się jeszcze coś. Pewnie te paskudne bydlaki na które natrafli wcześniej.
Dopiero wtedy dotarło do niego, jak łatwo mogli właśnie pogorszyć sytuację człowieka na dole. Uderzenia młotoklucza poniosły się przez konstrukcję statku daleko poza ich bezpośrednie otoczenie i jeśli ten, kto odpowiedział, usłyszał wezwanie, równie dobrze mogło usłyszeć je także wszystko inne, co krążyło po wnętrzu Bleinerta. Tak jak podejrzewał wcześniej, nie przemyśleli tego. Nie potrzebował już żadnej dodatkowej analizy. Zacisnął mocniej dłoń na obudowie detektora, a kiedy podniósł wzrok, drzwi windy właśnie domykały się za Siergiejem.
– O kurwa... – wymknęło mu się cicho.Ruszył bliżej szybu, unosząc detektor i ponawiając skan, choć bardziej od samego wyniku interesowało go teraz to, czy radio utrzyma łączność między poziomami. Sadza był już w drodze, więc nie było sensu wołać za nim, żeby wracał. Teraz liczyło się tylko to, by przekazać mu tyle, ile rzeczywiście wiedzieli. Crowe nacisnął przycisk komunikatora i przez chwilę wsłuchiwał się w trzaski, próbując wychwycić jakikolwiek ślad odpowiedzi z kabiny.
– Sadza, słyszysz mnie? Będę patrzył przez detektor, co robią te dwa sygnały. Jak tylko coś się zmieni, dam ci znać. Uważaj tam na siebie chłopie i wróc do nas!
Na tym poprzestał. Nie dorzucał żadnych żarcików, bo sam czuł, że sytuacja przestała być odpowiednim miejscem na rozwadnianie napięcia cynizmem. Zamiast tego skupił się ponownie na ekranie, chcąc wychwycić każdą zmianę tempa, kierunku albo dystansu między sygnałami. Jeśli Sadza rzeczywiście zdoła zjechać na dół, detektor mógł być jedyną rzeczą, która dawała mu choć odrobinę przewagi.Dopiero po chwili Elias odwrócił głowę w stronę Hannigana i Holta, nie opuszczając jednak urządzenia. W tej konkretnej chwili nie interesowało go już rozstrzyganie, czy decyzja Siergieja była odważna, głupia, czy po trochu jedno i drugie. Interesowało go tylko to, żeby człowiek, który właśnie zjechał niżej, nie został tam całkiem sam. Crowe zamierzał więc śledzić trzy kontakty tak długo, jak detektor pozwoli, i reagować na każdą zmianę, zanim zniknie im kolejny człowiek. Przekazał to w krótkim spojrzeniu, które im posłał i skupił się na detektorze, przynajmniej do czasu, gdy okaże się, czy Sadza faktycznie mógł utrzymać z nimi łączność.
-
Delilah le Fey
Jedną z broni, którą Delilah nie musiała ukrywać i mogła po nią sięgnąć w dowolnym momencie był litościwy uśmiech. Wystarczyło by uniosła kąciki ust pod odpowiednim kątem i skrzywiła brwi by osoba, z którą rozmawia nagle zwątpiła we własne kompetencje, intelekt, męskość czy urodę. Agentka postanowiła oszczędzić tego Nadii Volkov, choć Rosjanka aż się prosiła żeby pokazać jej miejsce w szeregu. Zamiast tego Delilah odpowiedziała jej spokojnie:
— Nie wyobrażaj sobie za dużo Nadiu. Nie trafiłam na ten statek by knuć wielopiętrowe intrygi i realizować tajne agendy, których tak się panicznie wszyscy boicie. Mój jedyny interes jest zbieżny z twoim. Chcę w jednym kawałku dolecieć na Borodino i nie skończyć jak załoga Blainerta. Więc przestań tracić tlen na groźby i prowadź do tego warsztatu.
Odwróciła się do młodego naukowca. Jemu nie odmówiła uśmiechu.
— Szybka decyzja Williamie, idziesz z nami czy chcesz tu zostać i grzebać w mojej bieliźnie?
-
Wszystko wydarzyło się w ułamku sekundy, zlewając się w oczach Joshuy w jeden zamazany, chaotyczny kadr. Zanim jego przemęczony umysł zdołał w pełni przetworzyć przerażającą informację z radaru Crowe'a o dwóch nowych, okrążających cel sygnałach, usłyszał tylko urwany krzyk Sadzy i głośny syk zamykających się pneumatycznie drzwi.
Gleeson drgnął, ale jego zmęczone mięśnie zareagowały o ten jeden, krytyczny ułamek sekundy za późno. Zobaczył jedynie szybko zwężającą się szczelinę i znikającą w niej sylwetkę pierwszego oficera. A potem rozległ się już tylko głuchy zgrzyt ruszającej w dół kabiny i trzask wyrywanych gdzieś wewnątrz przewodów, sugerujący, że Sadza odciął im możliwość przywołania windy.Joshua poczuł, jak w klatce piersiowej znów rośnie to straszliwe, znajome napięcie. Paraliżująca panika, niczym lodowata woda, zaczęła wlewać się do jego umysłu, grożąc całkowitym zatopieniem racjonalnego myślenia. Kolejny człowiek oddzielony od grupy. Kolejny samobójczy skok w mrok pełen potworów. Serce inżyniera potknęło się, gotowe wpaść w morderczą arytmię, ale wtedy jego dłonie odruchowo zacisnęły się mocniej na chwycie karabinu M41A. Zimny, chropowaty polimer podziałał jak kotwica. Toporny ciężar broni ściągnął go z powrotem na pokład, przebijając się przez zasłonę strachu i brutalnie otwierając zakurzoną, starannie ukrywaną szufladę w jego pamięci. Wspomnienie z akademii, ukryte głęboko w umyśle, uderzyło w niego z niespodziewaną siłą. Głos dawnego instruktora zabrzmiał w jego głowie krystalicznie czysto:
„Gleesion, matole! Chaos na polu walki to naturalny stan, jest jak powietrze, którym oddychasz! Rzeczy po prostu się dzieją. Sukces to spokój i reagowanie! Więc weź głęboki wdech i skończ się mazać!"
Zaskakując samego siebie, Gleeson wypuścił z płuc drżący, ale kontrolowany oddech. Strach wciąż tam był, czaił się na krawędzi świadomości, ale Joshua siłą woli wepchnął go z powrotem w najgłębsze zakamarki umysłu. Emocje były teraz luksusem, na który nie mogli sobie pozwolić, bo były spóźnione. Na osąd i wściekłość na samobójczą, impulsywną głupotę Siergieja przyjdzie jeszcze czas, o ile w ogóle dożyją momentu, w którym będą mogli to przegadać.
Oderwał wzrok od gładkich, zamkniętych wrót szybu i odwrócił się w stronę Hannigana. Jego twarz była szara ze zmęczenia, umazana smarem i lśniąca od zimnego potu, ale oczy straciły swój rozedrgany, neurotyczny wyraz. Zastąpiła go twarda, zrezygnowana kalkulacja.
– Zjechał na dół i najwyraźniej zablokował kabinę od środka. Jesteśmy odcięci, kapitanie – zaraportował sucho, a jego głos był zaskakująco opanowany.
Kątem oka zerknął na detektor w rękach Crowe'a, po czym poprawił chwyt na ciężkim karabinie. Dodał po chwili:
– Zostaliśmy tu sami. Straciliśmy pierwszego oficera, nasze drogi ucieczki powoli zamyka to coś, co pociąga za sznurki, a na dolnym poziomie zaraz rozpęta się piekło. Co dalej? Czekam na rozkazy, sir... Znaczy, kapitanie.
-
Caleb Hannigan
- Kalashnikov? - Caleb przez tę jedną krytyczną sekundę, która mogła mieć znaczenie dla życia pierwszego oficera, znieruchomiał. Nie zadziałał. Nie zareagował. Po prostu patrzył na to co wyprawia Rosjanin. Aż było za późno, żeby działać. - Kalashnikov! Wracaj!
Dopadł do zamkniętych drzwi windy wduszając rytmicznie i równie bezskutecznie przycisk otwierania.
- Kalashnikov, to android! Wracaj! Człowiek nie przetrwałby poza ekranowanym ukryciem! Wracaj!!! Kurwa! Tępy kacapie!
Łomotał jeszcze przez chwilę w drzwi i zaczął energicznie się rozglądać. Wyglądał... jak jeszcze nigdy. Przynajmniej nigdy go takim załoga nie widziała. Bo prawda była, że mógł się spodziewać po każdym takiego bezmyślnego bohaterstwa, ale nie po Siergieju. Rosjanin od początku pragmatycznie wolał pozostać na Kardashianie i nie ryzykować dla potencjalnych rozbitków. Do bólu pragmatycznie. Dlatego go wziął, żeby nie przyszło mu do głowy odciąć ich i zostawić na Bleinercie. To było przewidywalne. I nie miał mu tego za złe. Ale desperacka odsiecz androidowi, albo agentowi W-Y???
- Panie Gleeson. Niech pan wyłączy zasilanie windy. Natychmiast. Zanim się drzwi na dole otworzą!
Widać jednak było, że mimo najszczerszych chęci młodszego technika winda już jechała i w te kilka sekund nic jej nie zatrzyma. Może poza Sadzą, bo w windzie z pewnością był przycisk awaryjnego zatrzymania.
- Sadza! Zatrzymaj windę - kapitan spróbował tym razem odezwać się przez interkom, który wszyscy mieli w hełmach - To android! Maszyna! Nie ryzykuj! Zatrzymaj windę!
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Umysł pierwszego oficera pracował na najwyższych obrotach.
Nie człowiek? Maszyna?
Razem z pytaniami przez głowę przebiegły mu też wątpliwości.
Vrut. Suki.
Jeśli jednak to była puszka, nie człowiek, to zmieniało wszystko.
Czy jednak?
Zdobycie androida, androida z Bleinerta mogło im dać przewagę, której potrzebowali.
— Zamknij się Hannigan!
Szczeknął. Krótko.
— Crowe. Gdzie chyorty? Ile do nich? Obiekt przy windzie?
Zacisnął szczękę.
— Ile mam czasu?
Winda już zwalniała. Musiał wiedzieć co go czeka za drzwiami. Musiał zdecydować.
-
Joshua puścił karabin, pozwalając, by zawisł na pasie nośnym. Dopadł do nienaruszonego panelu windy i bez odrobiny finezji, wykorzystując brutalną siłę, zerwał jego osłonę. Zignorował ból w palcach; wpiął się prosto w główną wiązkę zasilania i brutalnie zwarł odpowiednie styki. Rozległ się pisk przeciążonych hamulców i potężny, metaliczny zgrzyt. Winda szarpnęła i zatrzymała się z głośnym łoskotem, nie dojeżdżając na sam dół.
Wtem poczuł, że chyba przesadził. Chwilowy spokój zwiódł go, broń dodała naiwnej odwagi, a przecież był po ataku serca i potrzebował nitrostymulantów na teraz.Zachwiał się. Odruch szarpnął karabinem, który uderzył w klatkę piersiową Gleesona. Joshua opadł na kolano tuż przy krawędzi. Jego serce uderzało o żebra z bolesną, nieregularną furią, a z płuc wyrywał się chrapliwy świst. Wyciągnął dłonie, by chwycić z powrotem za karabin, ale z przerażeniem zorientował się, że nie potrafi zacisnąć palców. Całe jego ciało, od barków aż po koniuszki palców, ogarnęło gwałtowne, niekontrolowane drżenie.
– Szlag... Przepraszam. Przeholowałem. Muszę... Muszę dostać się... Do ambula...
Nawet nie dokończył. Obniżył głowę i wlepił wzrok w podlogę, próbujac odzyskać choć ułamek równowagi, bo dygotał obecnie jakby miał febrę. W tym stanie wolalby nie musieć strzelać.
-
Crowe zobaczył zmianę na ekranie niemal w tej samej chwili, w której usłyszał głos Siergieja. Znaczniki, które jeszcze kilka sekund wcześniej pełzły powoli ku windzie, teraz znajdowały się już tak blisko szybu, że przez moment pomyślał, iż urządzenie szlag trafił, ale to nie była usterka. Ponowił skan, ale obraz się nie zmienił.
– Sadza, zatrzymaj tę pieprzoną windę. Teraz. – Głos Eliasa stwardniał natychmiast. – Dwa dodatkowe sygnały są przy samym wejściu, po obu stronach drzwi. Pierwszy jest jakieś metr przed tobą. Jeśli te drzwi się otworzą, będzie kiepsko.
Crowe zacisnął palce na obudowie detektora, śledząc trzy znaczniki. Ściskał urządzenie tak mocno, że aż zbielały mu knykcie, a na skroniach pojawiły się strużki potu. -
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
— Blat'!
Sadza sięgnął do wiszącego na kablach panelu i wcisnął czerwony przycisk.
— Blat'!
Szarpnęło. Kabina zatrzymała się nagle.
Nikołajewicz stał przez chwilę bez ruchu. Teraz dopiero zdał sobie sprawę jak niewiele brakowało do otwarcia drzwi. Podszedł do nich i przyłożył ucho do chłodnego metalu.
Cisza.
A potem coś na granicy słyszalności. Szurnięcię? Czy może praca jakiegoś mechanizmu?
— Jesteś tam? — zapytał głośno.
Chwycił młoto-klucz.
— K-i-e-d-y-p-o-m-oc — wystukał w drzwi.
Chwila przerwy.
— K-t-o.
-

Środkowy pokład Bleinerta
Dźwięczące determinacją ostrzeżenie Eliasa sprawiło, że ciało Marcusa przebiegł mimowolny dreszcz. Wspomnienie szaleńczo ruchliwego kształtu zwijającego się z nieludzką gibkością pod gradem pocisków powróciło ze zdwojoną siłą do myśli Holta szarpiąc jego i tak napięte nerwy.
Gleeson zdążył już zerwać obudowę panelu przy drzwiach windy, podważając go końcówką jakiegoś zdjętego z uprzęży narzędzia i zwierając na krótko dwa kable. Jak zdołał to zrobić nie zdejmując wpierw ciężkich nieporęcznych rękawic, tego Marcus nie wiedział, ale po raz pierwszy w czasie wspólnej znajomości histeryczny i leniwy w jego opinii technik zrobił na mężczyźnie stonowane pozytywne wrażenie.
Drzwi szybu rozsunęły się przy wtórze ostrzegawczego sygnału. Holt i Gleeson jednocześnie zrobili krok w kierunku progu, wymierzyli lufy ściskanych kurczowo karabinów w kierunku widocznego ponad dwa metry niżej dachu kabiny. Szyb okazał się słabo oświetlony, ale omiatając jego wnętrze snop światła podwieszonej pod broń latarki Marcus upewnił się, że głęboki półmrok nie skrywał żadnych potworów.
Z wnętrza windy dobiegł stukot motoklucza wybijającego na ścianie kabiny nowy sygnał zakodowany Morse’em.
- Odetnij mu zasilanie! - sarknął Holt przesuwając wzrokiem po technicznych drabinkach biegnących poprzez całą wysokość szybu - Odetnij drzwi!
- Nie wiem jak! - padła ponownie zabarwiona paniką odpowiedź Joshui - Tu jest za dużo kabli!

Hyperspalnia Kardashiana
O’Collan kilkakrotnie wzywał ją poprzez radio do powrotu na mostek, ale determinacja Nadji nie malała z biegiem czasu. Poruszała się biegiem, okazjonalnie sprawdzając spojrzeniem ponad ramieniem czy para pasażerów wciąż za nią nadąża.
- Twój towarzysz nie jest w stanie permanentnie zablokować wejścia z poziomu konsolety? - zapytała Delilah le Fey stając ze skrzyżowanymi ramionami obok klęczącej przy drzwiach hyperspalni Rosjanki.
- Można zablokować komuś, kto nie zna statku - odpowiedziała Volkova rozkręcając panel sterowania za pomocą zabranej z warsztatu elektrowkrętarki - Kiedy latasz na kombajnie tyle lat, znasz na pamięć wszystkie ręczne obejścia mechanizmów. Nie każ mi tłumaczyć szczegółów, i tak nie zrozumiesz.
W jej poirytowany, ale i ogromnie niespokojny głos wdarł się nagły wizg hydraulicznych siłowników, które wprawiły w ruch drzwi hyperspalni.
- Droga wolna - oznajmiła Nadja odwieszając wkrętarkę na uprzęż kombinezonu - Jeremiah Purcell jest nasz. Pokaż teraz, na co cię stać, panienko.
-
Wychylając się nad szybem gdzie w dole widoczna była nieruchoma już winda, Caleb wyczekiwał. Dźwięków. Krzyków. Czegokolwiek. Nie miał nad tym żadnej kontroli. Sadza był zdany za swój rozum, który przed chwilą go dramatycznie zawiódł. A Hannigan mógł tylko pogodzić się z tym, co zrobi inżynier. Albo otworzy drzwi, zginie i pozbawi ich windy, albo się opamięta.
Ułamki sekund wydawały się wiecznością. Ale żaden dźwięk nie nadchodził. A jeśli się opamiętał? Ale jeśli tylko na chwilę i zaraz jednak otworzy te drzwi?
- Sadza? Co się tam dzieje? - zapytał do interkomu, po czym zwrócił się do Gleesona choć interkomu nie wyłączył - Możemy przywołać windę? Jeśli nie, to schodzę do niego. -
Technik powoli odzyskiwał równowagę. Spojrzał w dół szybu i przełknął z trudem ślinę. Słysząc propozycję kapitana, pierwszym odczuciem w skołatanym umyśle Gleesona była niedorzeczność.Spróbował sklecić wypowiedź tak by brzmiała profesjonalnie, a jednicześnie nieco zniechęcająco.
– Technicznie rzecz ujmując, skoro nie zdołałem odciąć zasilania, powinniśmy mieć kontrolę. Sęk w tym, że panel w windzie ma funkcję nadrzędną. W obecnej chwili najwyrwźniej system windy blokuje konendy paneli ściennych. Zresztą, to nie ma znaczenia. Jeśli Sadza bardzo nie chce wrócić do nas, to znów zatrzyma kabinę. Jak chce wrócić, to wystarczy że wciśnie ten sam przycisk, którym zatrzymał windę i ta przyjedzie do nas. .Obawiam się, że jesteśmy zdani na jego wolę, kapitanie.
-
Crowe nie odrywał wzroku od ekranu nawet wtedy, kiedy winda na szczęście stanęła. Przez kilka kolejnych sekund śledził trzy znaczniki, spodziewając się może jakiegoś gwałtownego ruchu, ale nie tego, co faktycznie się wydarzyło. Dwa boczne sygnały, jeszcze przed chwilą znajdujące się niemal przy samym wejściu do windy, zgasły jeden po drugim z wyświetlacza. Elias odruchowo ponowił skan, lecz urządzenie nadal pokazywało to samo. Został tylko środkowy znacznik, odsunięty nieco od szybu i poruszający się w ciasnym, niemal punktowym obszarze.
Nie przyniosło mu to ulgi. Przeciwnie, zniknięcie dwóch znaczników wydało mu się bardziej niepokojące niż ich wcześniejsza obecność przy samych drzwiach i ten nagły skok pozycji. Wolał wariant, w którym widział je na ekranie, bo zawsze lepiej wiedzieć, gdzie czai się potencjalne zagrożenie. Teraz detektor milczał, a Elias nie miał żadnej gwarancji, że oznaczało to ich oddalenie. Równie dobrze mogły się zatrzymać, zejść poza kąt odczytu albo, co gorsza, w jakiś sposób nauczyć się unikać wykrycia.
Ponowił skan jeszcze raz, bardziej z uporu niż z nadziei, że aparat pokaże coś nowego. Wynik pozostał ten sam. Jeden kontakt, nieco dalej od szybu, wykonujący drobne ruchy w ograniczonym obszarze. Crowe przez chwilę próbował wyczytać z tych przesunięć cokolwiek więcej, ale jakby nie starał się zaklinać rzeczywistości, ekran nie mógł mu powiedzieć nic ponad to, co już widział.
– Dwa boczne kontakty zniknęły – powiedział w końcu do komunikatora, nie odrywając wzroku od wyświetlacza. – Został tylko środkowy, trochę dalej od windy. Porusza się praktycznie w miejscu.
Zamilkł na moment, po czym uznał, że warto powiedzieć Siergiejowi wprost, co o tym sądzi.
– Nie wiem, co się tam do cholery stało, Sadza, ale nie zakładałbym, że jesteś bezpieczny. Wracaj do nas. Razem to przemyślimy – spróbował przekonać Rosjanina. -
Delilah le Fey
Zostawiła Nadia przed zaryglowanym wejściem do hyperspalni i ruszyła prosto do ambulatorium, żeby przygotować się na spotkanie z Purcellem. W cichej, sterylnej przestrzeni mogła w końcu poukładać myśli.
Delilah wiedziała, że próbują ratować trupy. Hannigan był martwy, reszta też. Po prostu żaden z tych głupców jeszcze o tym nie wiedział. Wyłożyła Rosjance pozbawioną znieczulenia prawdę, której ta nie była w stanie przyjąć do wiadomości. Volkova funkcjonowała w dziecinnej nadziei i wierzyła, że jej zaginieni koledzy jakimś cudem unikną losu dziesiątek marines z Blainerta. Nie rozumiała chyba jeszcze, że Delilah nie jest ani dobrą samarytanką ani samobójcą. Ocali nędzne życie nawigatorki, ale nigdy nie pozwoli wrócić reszcie załogi na statek. Chyba, że będzie miała w tym interes. Pomyślała o mutantach, które polowały na ludzi. O broni biologicznej, która wymknęła się spod kontroli. Coś co jest w stanie wybić do nogi całą załogę kosmicznych marines musi być warte fortunę.
O’Collan co chwilę skamlał przez interkom i nawoływał Nadię do powrotu na mostek i była to najpiękniejsza melodia jaką może usłyszeć człowiek. W uszach Delilah brzmiał jak zdradzony mąż, który właśnie pojął, że jego ukochana towarzyszka życia, której bezgranicznie ufał puściła się z jego największym wrogiem. Poczuła lodowatą satysfakcję. Człowiek, który próbował ją zabić i rzucał kłody pod nogi, teraz patrzył jak jego cały świat obraca się w popiół. Kompani umierali w ciemnościach obcego statku a jedyna osoba, na którą liczył, odwróciła się od niego dla agentki Lassalle. Uśmiechnęła się w duchu. Zastanawiała się, czy dokładnie taką samą radość czuł biblijny wąż, gdy nagiął wolę Ewy a potem patrzył jak Adam stacza się razem z nią prosto w przepaść.
Otrząsnęła się z myśli i omiotła wzrokiem sterylną przestrzeń. Wszystkie leki i środki psychoaktywne spoczywały w pojemnikach zabezpieczonych biometrycznie przez syntetyka. Maszyna została zniszczona, dostęp do nich był zablokowany, ale Delilah nie zamierzała tracić teraz czasu na siłowanie się z zabezpieczeniami. Zamiast tego zgarnęła kilka leżących pod ręką trytytek i podeszła do stojących przy ścianie noszy na kółkach. Zwolniła blokadę, chwyciła za ramę i wyprowadziła wózek z ambulatorium na korytarz.
Nadia wykonała swoją robotę, wrota hyperspalni stały otworem. Delilah przetoczyła nosze przez próg, dokładnie przez tę samą śluzę, która zaledwie kilkadziesiąt minut temu omal nie przecięła jej i Williama na pół. Chwilę później znalazła się przy jedynej zajętej kriokomorze. Jeremiah Purcell leżał za pancernym szkłem, pogrążony w głębokim kriośnie. Delilah odwróciła się do Rosjanki i Williama, z kieszeni bluzy wyciągnęła czarne trytytki.
– Zanim cokolwiek zrobimy pamiętajcie, że to przeszkolony żołnierz z ciężkim PTSD - zaczęła, rzucając opaski zaciskowe na krawędź noszy. – Kiedy zacznie wracać mu świadomość, może zrobić się nieprzyjemnie.
Wskazała skinieniem na pulpit komory.
– Uruchomię procedurę wybudzania a jak tylko drzwi kapsuły się otworzą, wchodzicie wy. Nadia, ty bierzesz nogi, ty William nadgarstki. Zaciskacie opaski ciasno, do oporu, a potem natychmiast przenosicie go na nosze.
Powolnym ruchem pociągnęła za suwak bluzy. Rozpięła ją na tyle, by mogli zobaczyć M4A3 ukryty w kaburze.
– Wy robicie swoje, a ja pilnuję, żeby ten człowiek nie zrobił nikomu krzywdy. Wszystko jasne? Zaczynajmy.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
— n-i-e-o-t-w-i-e-r-a-c-z-a-g-r-o-z-e-n-i-e
Sadza odczytał wystukany komunikat i zamarł.
A więc ktoś tam był. Człowiek czy maszyna - nevazhno. Ktoś próbował go ostrzec. A skoro ostrzegał, musiał coś wiedzieć.
I właśnie dlatego Sadza nie zamierzał wracać.
Na górze ponaglali. Stary chciał, żeby wrócił. Na co czekali? Dlaczego, do cholery, jeszcze nie zabrali się stąd w cholerę?
— Da dat' mne minutu, blyat'! Potrzebuję chwili!
— k-i-e-d-y-p-o-m-o-c — odstukał młoto-kluczem w kabinę, po czym dodał — k-t-o
Przyłożył ucho do metalu.
Cisza.
Sekunda.
Druga.
Nic. Żadnej odpowiedzi.
— Blat'!
Walnął kluczem w drzwi
— k-t-o-t-y
I znowu przyłożył ucho do metalu.
Tym razem czekał dłużej.
-
Środkowy pokład Bleinerta
Pełna złowieszczych niedopowiedzeń cisza wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Hannigan zatrzymał się na chwilę w połowie serwisowej drabinki, wstrzymując oddech i bacznie nasłuchując. Zadzierając w górę głowę napotkał badawcze spojrzenia Holta i Gleesona, zaglądających do szybu ponad lufami trzymanych kurczowo karabinów.
Przez myśl przeminęło mu wrażenie, że ich lufy wydawały się mierzyć niepokojąco blisko jego własnej osoby.
Od zejścia na dach kabiny dzieliły Caleba dwa szczeble. Poprawiając ułożenie palców na wąskim pręcie, kapitan przeniósł prawą stopę niżej i wtedy przez ciszę szybu przebiegł ostry dźwięk uderzenia metalem o metal, dobiegający nie bezpośrednio z kabiny windy, a z pewnego oddalenia, z głębi pomieszczenia, do którego winda prowadziła.
Jedno uderzenie, drugie, trzecie…
…i wtedy rozpętało się piekło.
Hyperspalnia Kardashiana
Osłona kapsuły pojechała w górę z przeciągłym wizgiem odsłaniając jej lodowate wnętrze i tkwiącą w nim w bezruchu ludzką postać, pogrążoną w otchłani farmakologicznego snu.
Nadia i William posłuchali rozkazu Delilah bez zbytecznego zająknięcia, natychmiast wywlekając nieprzytomnego wojskowego z kapsuły i spinając jego kończyny otrzymanymi wcześniej trytytkami.
- Poczekaj aż się Holt dowie, że schowałaś przed nim gnata - stęknęła Rosjanka podnosząc Purcella i wrzucając go na spółkę z równie sapiącym Biscuitem na nosze - Skopie ci zadek.
Le Fey poprawiła silnym pchnięciem pozycję rozbitka pośrodku noszy, a potem opięła go szerokimi pasami bezpieczeństwa. Nie zamierzała mężczyźnie dać najmniejszych szans na odzyskanie kontroli nad własnym ciałem, dopóki ona sama o tym nie zdecydowała.
Medyczny android Kardashiana przed umieszczeniem Purcella w komie podał mu szeroki wachlarz leków i stymulantów mających przywrócić równowagę organizmu mężczyzny po wyczerpującym miesiącu spędzonym w kapsułe ratunkowej i czymkolwiek z farmakologicznego punktu widzenia był ten zestaw, zadziałał doskonale.
- Kim ty kurwa jesteś? - zapytał Jeremiah Purcell wbijając niemal całkowicie trzeźwe spojrzenie w twarz pochylonej nad nim Delilah.
Kabina windy na Bleinercie
Coś uderzyło bez ostrzeżenia w zamknięte drzwi kabiny, z niewyobrażalnym wręcz impetem, który wstrząsnął windą i wypełnił jej wnętrze ogłuszającym łoskotem. Sadza cofnął się odruchowo o krok i podniósł w górę motoklucz, kompletnie zaskoczony brutalnym rozwojem wydarzeń. Drugie uderzenie nastąpiło zaraz po pierwszym, z równie mrożącą krew w żyłach siłą. Solidne drzwi kabiny wygięły się nieznacznie do jej środka, w miejscu zetknięcia ich połówek pojawiła się wyraźna szczelina, która po góra dwóch dalszych ciosach z podobnie silnym impetem mogła otworzyć Kalashnikovowi przestrzeń umożliwiającą wyjrzenie do pomieszczenia po przeciwnej stronie.
Wszystko to wydarzyło się w nie więcej niż cztery sekundy. Pierwszy oficer uderzył odruchowo w przycisk panelu windy, ale kabina tylko drgnęła przy wtórze jęku i opadła ponownie, zablokowana zniekształceniem drzwi.
- Czorty! - wrzasnął Sadza unosząc głowę w stronę sufitu kabiny i wbudowanej weń klapy wyjścia ewakuacyjnego.
Coś przygrzmociło w drzwi ponownie, wyginając je o dalszy centymetr przy wtórze maltretowanego metalu. W poszerzonej szczelinie coś się znienacka pojawiło przyciągając w hipnotyczny sposób spojrzenie pierwszego oficera.
Był to długi czarny palec przechodzący w szpon, wsuwający się w szczelinę drzwi niczym ślepy wąż, macający ostrożnie po wewnętrznej krawędzi wejścia.
Zaraz po nim pojawił się drugi i trzeci.
-
Siergiej Nikołajewicz Kalashnikov. Sadza.

Bleinert
Szpony.
Sadza wpatrywał się w czarne palce wsuwające się przez szczelinę, jakby jego mózg potrzebował dodatkowej sekundy, żeby zaakceptować to, co widziały oczy.
— Blyat'...
Wyciągnął pistolet i wsunął lufę w powstającą szparę. Dwa strzały huknęły w ciasnej kabinie, zagłuszając jęk wyginanej blachy. Nie czekał, żeby sprawdzić, czy zrobiły na czymkolwiek wrażenie.
Drzwi nie wytrzymają.
— Nu, davay, suka!
Odwrócił się i dopadł klapy w suficie. Młoto-klucz zgrzytnął o krawędź, ześlizgnął się, zakląłby jeszcze raz, gdyby miał na to czas. Za plecami rozległo się kolejne uderzenie. Metal zawył.
Szarpnął narzędziem, zapierając się całym ciężarem ciała. Klapa ustąpiła z suchym trzaskiem.
Wcisnął pistolet do kieszeni, zaczepił młoto-klucz o zapięcie i podciągnął się do otworu. Wychylił głowę. Szyb windy tonął w półmroku, ale na drabince, tuż nad dachem kabiny, dostrzegł znajomą sylwetkę.
— Durak! — ryknął, gramoląc się przez otwór.
Za plecami drzwi zadrżały ponownie.
— Da vy izdevayetes'...
Nikołajewicz wgramolił się na dach kabiny i poderwał wzrok na Starego.
— Idi na chuj! Spierdalaj w górę! Chyorty!
Nie miał zamiaru czekać, aż chyort wyważy sobie wejście. Ani chwili dłużej.
— Bystro! Bystro!
-
Chłód bijący z szybu windy mieszał się z duszącym odorem kwasu i starej krwi. Jego dłonie dygotały w spazmatycznym, niekontrolowanym rytmie. Patrzył w dół, na ostrożnie schodzącego po drabince Hannigana i czuł całkowity mętlik. Z jednej strony podziwiał dowódcę za próbę wyciągnięcia podwładnego z gówna, z drugiej - uważał to za skrajny, samobójczy idiotyzm. Zwłaszcza że stawką było życie kogoś takiego jak Sadza.
Gleeson nigdy nie trawił pierwszego oficera. Siergiej był głośny, prostacki, chlał na potęgę i był niestabilny niczym zubożony uran. Nawet teraz, gdy pierwsze emocje po ucieczce z korytarza opadły, Joshua uważał wyciągnięcie broni i celowanie w dowódcę za absolutnie kretyński wybryk, który mógł ich wszystkich zabić. Rosjanin, ze swoją brawurą i impulsywnością, wydawał mu się tutaj po prostu... OBCY.
Technik odwrócił na sekundę głowę, łapiąc spojrzenie rannego oficera bezpieczeństwa, który ubezpieczał szyb z drugiej strony.
– Trzymasz się, chłopie? – szepnął chrapliwie Gleeson. – Bo mi się łapy trzęsą jak cholera. Nie wiem, ile jeszcze wytrzymam... Czemu wciąż jesteśmy w tym cholernym grobowcu?
Odpowiedź przyszła z dołu. I too w najgorszej możliwej formie. Dźwięk uderzenia metalu o metal przerwał ciszę, a zaraz po nim rozpętał się koszmar, a w zasadzie jego drugi akt.
Ogłuszający łoskot, zgrzyt wyginanej, pękającej pod niewyobrażalnym naciskiem stali i trzask maltretowanych grodzi uderzyły w nich echem z głębi szybu. Chore serce Joshuy podskoczyło prosto do gardła, dławiąc oddech. W ułamku sekundy dotarło do niego coś potwornego. Ten okręt nie padł ofiarą awarii. On nie został po prostu zaatakowany przez lokalną faunę. Bleinert został w pełni zdobyty. Ktokolwiek lub cokolwiek tam było, traktowało te pancerne grodzie jak zamek z piasku. Hannigan, wiszący na drabince, oraz Sadza, zamknięty w stalowej puszce, mieli w tym momencie absolutnie, nieodwracalnie przesrane.– Kurwa! Chyba robicie sobie pierdolone jaja! - wrzasnął Joshua w głąb szybu, a jego głos złamał się w połowie.
Rozpaczliwie zaparł kolbę karabinu o ramię, próbując zgrać przyrządy celownicze z włazem w dachu kabiny. Ale jego ręce skakały na wszystkie strony. Lufa M41A tańczyła w mroku, kreśląc chaotyczne ósemki, a drżenie mięśni było tak silne, że niemal uniemożliwiało utrzymanie palca na spuście bez ryzyka przypadkowego wystrzału.
– Elias, obserwuj tyły! - krzyknął do medyka, nie odrywając przekrwionych oczu od celownika, po czym rzucił desperackie spojrzenie na Holta. – Cholera mać, Holt. Tylko tam, kurwa, nie schodź, błagam... Zastrzelę skurwysynów, choćby nie wiem co!
Palec na spuście drżał. Wiedział, że w tym stanie nie trafiłby nawet w ścianę stodoły z dziesięciu kroków, ale te słowa... Te słowa były jedynym pancerzem, jaki mu jeszcze pozostał. Musiał blefować już nawet przed samym sobą, by po prostu nie zwariować.
Cześć! Wygląda na to, że jesteś zainteresowany tą rozmową, ale nie masz jeszcze konta.
Masz dość przewijania tych samych postów za każdą wizytą? Po zarejestrowaniu konta zawsze wrócisz dokładnie do tego samego miejsca, w którym byłeś wcześniej, możesz wtedy również wybrać opcję otrzymywania powiadomień nowych odpowiedziach (e-mailem lub powiadomieniem push). Będziesz też mógł zapisywać zakładki i głosować na posty, aby okazać uznanie innym członkom społeczności.
Z Twoją pomocą tez post mógłby być nawet lepszy 💗
Zarejestruj się Zaloguj się