[WFRP 2ed] Bögenhafen
-
Ulrich nie spał. A w każdym razie, sądził, że nie spał… Sny i koszmary ostatnich dni zlewały się w jedno, a rzeczywistość, słabo oddzielona od sennych majaków nabierała cech snu. Pamiętał jeno schwytanie, a przed schwytaniem dawne porachunki, które raz po raz dawały znać o siebie.
– Kto to był…? – nie raz Ulrich sam gadał do siebie, kiedy przypominał sobie jeszcze raz moment pojmania.
Pojmania, nałożenia zimnych kajdan o ostrych brzegach i kopniakach, które sprawiły, że zarył twarzą w muł. Może był to Dietrich? Zawsze siedział cicho, może z tego siedzenia knuć mu się zachciało. Albo może Franz? Franz był dobry przyjaciel i znał go, ale… Może znał za dobrze?
Otrząsnął się ze wspomnień. Do diabła z przeszłością. Wyjdzie z tego przeklętego mamra, znajdzie, kto go wpuścił i skóry będzie pasami zdzierać z niego. O, tak.
~
Ulrich zmęczonym wzrokiem spoglądał na więźnia, który zdawał się już całkiem postradać rozum. Tyrada o “kamieniu, który nie śpi”, strażnikach, szczurach i imionach w paru jeno zdaniach utwierdziła Ulricha, że musiał siedzieć tu długo. Zbyt długo.
Oblicze oprycha, którym był Ulrich, skrzywiło się z niechęcią. Ciemne włosy, teraz w półmroku czarne, odsłaniały groźne oblicze, pokiereszowane i ukształtowane przez pięści, które czasem zdarzało mu się przyjąć w jego fachu. Jego sylwetka, ukryta pod szatami, była sylwetką wojownika. Wychudł jednak pokaźnie przez czas, jaki tu przebywał.
– Pierdolenie – Ulrich odruchowo zareagował na jego słowa i splunął z pogardą.
A potem… Cóż, potem było jeszcze gorzej.
Najpierw rumor na zewnątrz, niby wystrzał z kanonady. Ulrich ocknął się, jak gdyby ktoś go wyrwał z głębokiego snu. Tutaj? W tym przeklętym mamrze, coś się dzieje? Rzecz niemożliwa… Ale jednak. Ustęp - ten śmierdzący, obrzydliwy ustęp, który sprawiał, że kaszlał mimowolnie, kiedy tylko zbliżył się - rozpękł się, niby wejście do najczarniejszych, najbardziej obsranych i obszczanych głębin piekieł. Na tym jednak się nie skończyło. Człek z karceru począł wrzeszczeć, niby przypiekano go ogniem, zaś za ściany robactwo i szczury uciekały, doprowadzone do pasji przez… No właśnie przez co?
Ogień, oczywiście. Nie było żadnych wątpliwości. Uderzenie niechybnie musiało rozbić lampę w sąsiednim pomieszczeniu, rozlewając olej albo też zapalając cokolwiek innego. Zatem pożar. Wkrótce zleci się tu straż - obrazy migały w umyśle Ulricha - straż, która pozabija ich, nie chcąc się kłopotać z problemem uciekających więźniów. Oczywiście, jeśli nie zrobi tego najpierw ten szaleniec z karceru.
Powstał na równe nogi, spoglądając na swoich towarzyszy. Jeden z nich, ten z kneblem w ustach (po co kneblować człeka, który już był uwięziony, pomyślał Ulrich?) już rozglądał się, czy przypadkiem nie skoczyć w otchłań na dole.
– Panowie – skinął głową do współwięźniów. – Czas już chyba opuścić przybytek?
Wychodek bez żadnych wątpliwości musiał kończyć się wyjściem na rzekę, jako że Bögenhafen było miastem portowym. Ściek także musiał być patrolowany, przynajmniej w części, przez straż, jednak… No właśnie. Z powodu zamieszania, teraz zapewne mniej. Może w ogóle?
Jedynym szkopułem było to, czy przypadkiem nie zemdleje od smrodu i nie utonie w śmierdzącej wodzie, ale przecież równie dobrze mógł wkrótce zostać zabity z pałą strażnika we łbie lub też spłonąć żywcem.
Ulrich w paru krokach był już przy wychodku, zamierzając zobaczyć, jak głęboko jest i czy przejść można…
-

Monolog szaleńca wyrwał Hieronima Boscha z niespokojnej płytkiej drzemki. Nieszczęsny mytnik, zmuszony do obcowania przez tak wiele dni ze zgrają osadzonych w więzieniu okrutnych degeneratów, w każdej chwili spodziewał się z ich strony najgorszego, ale mamrotane pod nosem słowa szaleńca wzbudziły w nim jeszcze większą zgrozę. Jako człek praworządny i pobożny, a przy tym szanowany urzędnik, Hieronim Bosch przysypiał czasami na modłach do Vereny czy Morra, ale zawsze uważnie słuchał przemówień sigmaryckich kaznodziejów.
I wiedział jak wielkim zagrożeniem dla nieśmiertelnej duszy było samo obcowanie z heretykami, z czarownikami i z czcicielami Mrocznych Bogów.
Zdjęty dreszczem trwogi, otworzył z lękiem oczy spoglądając na wygłaszającego swój monolog więźnia w nadziei na to, że któryś z współosadzonych zaraz obłąkańca udusi i wtedy jego ciało przeszył jakiś irracjonalny dreszcz.

Huk niedalekiej eksplozji, dygoczący grunt, wycie więźnia w karcerze, roje robactwa i smród bijący z pękniętego wychodka - wszystko to zlało się mytnikowi w jedną szaleńczą całość.
Ściskając w rękach swoją miskę zerwał się czym prędzej na nogi i zaczął się przepychać w stronę więźniów pochylonych nad odpływem kanału.
- To czarownik! - zakrzyknął pokazując ręką na obłąkanego wieszcza - Sprowadził na nas gniew bogów! Spłoniemy tu żywcem! Czego tak stoicie nad tym kiblem, skaczcie, na miłosierdzie Shallyi!
-
Ulrich, ten drugi, nie będący przeciętnym oprychem, lecz mający fach cyrulika w rękach, spał tej nocy mało. Nie dręczył go koszmary, ni choroba ciała. Noc wydawała się po prostu duszna w najbardziej pierwotnym znaczeniu tego słowa. Noc, a późniejsza pobudka doprawiona mamrotaniami szaleńca wywołały nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa cyrulika.
Wspomnienia Burzy Chaosu uderzyły znowu, gdy patrzył na szaleńca i przypominał sobie żołnierzy o zmysłach tak wykręconych, że jeden z oficerów po prostu dobijał ich jeden po drugim gdyż jakakolwiek pomoc im była nie tylko trudna ale i niebezpieczna dla personelu lazaretu. Ulrich nie należał do ludzi odważnych. Bał się.
- Sigmar chroni, Sigmar broni swe wierne sługi - wyszeptał pod nosem wstając i uderzając szaleńca na odlew z otwartej dłoni.
Nie czekając na reakcje podszedł do wychodka, ustawiając się jednak w odległości odeń.
- Dwa kroki do tyłu, kretyny - buchnął z lekką agresją maskującą strach - wystarczy się dobrze zaciągnąć kiszonką ze ścieków aby dostać szmerów w głowie. Paczajcie!
Sięgnął po kawałek łachmanów który dawniej był swoją prywatną kamizelką i obwiązał nimi twarz zakrywając nos i usta. Niestety nie miał czystej wody aby to zmoczyć, musiało wystarczyć...
- Zróbcie tak, oddech wstrzymujemy przed wskoczeniem i chyba się ulatniamy - rzekł niepewnie - a jak nie, to przyda się na dym... -
Dzień nie trwał jakoś zaskakująco. Zakładała, że będzie tak samo jak zawsze. Może tylko tym razem uda się wyciągnąć coś lepszego od strażnika do jedzenia niż breję, jaką karmił co dzień? Widziała jak ten młodszy na dłużej na niej wzrok zawieszał...
Słowa obłąkanego nie poruszyły jej, jako że były jak tło w tej całej sytuacji. Zdawały się wręcz na miejscu. Jak na miejscu były wrzaski na polach walki czy krew żołnierza, jaka bryzgała z kikuta ręki, tak i obłąkane słowa były zwykłym wydarzeniem w więzieniu. Tym razem były to jednak coś więcej...
W pewien sposób przypominało nagłość ataku z zasadzki, więc w pewien sposób było znane. Wybuch, krzyki. Jakby wróciła na szlak.Nadja nie była bardzo chętna rzucać się do wychodka bez ochrony, jak to ludzie przede nią robili. Na szczęście cyrulik, stary dobry znajomy co dawał jej zioła na spędzanie ciąż, dodał słowa rozwagi, gdy już dziewczyna zdejmowała nałożoną na spodnie spódnicę i skręcała z niej prowizoryczną ochronę przeciw oparom, jakie mogły ją pozbawić świadomości. Zakładała, że nie miało znaczenia czy był to dym z pola walki, pożaru czy swąd przeleżałych ciał. Sposób był ten sam. Żałowała tylko, że wody nie mieli, jak w obozie, choćby ta do picia dla koni, najwyraźniej była idealna w takich sytuacjach.
Ciągle pamiętała jak stara Gertruda krzyczała na nią by zamoczyła gałgany w wodzie i przez nie oddychała, jak przechodzili przez pole pełne trupów zagrzanych na południowym słońcu, gdy młodsza chciała przejść na ślepo. Pamiętała jak smród i choroba wielu powaliły, nawet zaprawionych mężczyzn i nie chciała ryzykować.
Omotana przez głowę sznurkiem z wymiętej spódnicy opadającej i poniżej szczęki jakby maska, stanęła obok dawnego znajomego, pozwalając innym wskoczyć wpierw i ruszyć w przeuroczą podróż jak choć trochę szlaki przetrą. Nie zamierzała czekać na koniec, ale nie zamierzała też sprawdzać drogi twarzą... -
Kurt otworzył oczy wybudzony nagłym hałasem. Huk rozniósł się w powietrzu niczym uderzenie w klatkę piersiową. Przez chwilę siedział nieruchomo, plecami do ściany, licząc oddechy. Wilgoć kapała gdzieś w ciemności. Dym był jeszcze słaby, ale już czuć go było w gardle.
Nasłuchiwał. Krzyków współwięźniów. Bełkotu wychudzonego. Pisków szczurów, które zawsze wiedziały pierwsze. Kurt znał ten moment – chwila, gdy jeszcze można wybrać, zanim zrobi się za późno.
Gdy pękł wychodek, podniósł się powoli. Smród uderzył jego nos, ale nie cofnął się. Podszedł bliżej i spojrzał w dół, mrużąc oczy, próbując dojrzeć krawędzie i cień ścieku. Potem zerknął na kraty, na korytarz za nimi. Straży nie było. Albo była gdzie indziej.
Dla Kurta sytuacja była prosta – ogień, dym, zawalona droga. Pozostanie w celi nie miało sensu.
Deklaracja akcji:
Kurt podchodzi do wychodka. Sprawdza wzrokiem głębokość i czy da się tam stanąć albo złapać czegokolwiek.
Jeśli jest możliwość bezpiecznego zejścia – schodzi na dół, wykorzystując ściany i krawędzie, żeby ustawić się stabilnie na dole.
Jeśli zapach będzie nie do zniesienia, to wykorzysta posiadany kawałek szmaty, aby osłonić nos.
-
Marcus by coś powiedział kolesiowi od kiszonki z wychodka, ale miał knebel na ustach.
Niemniej, ubodło go trochę to zawołanie "kretyni", jego, ucznia Collegium Magorum wyzywać od kretynów?!
I to jeszcze jego, zaprawionego mimo woli wizytora okolicznych bagien, gdzie z niejednym gazem miał do czynienia.Szmata nic im nie da, co najwyżej sprawi że będą płytsze oddechy nieświadomie robić. Prawda zaś taka że jak tam szczurołapy pracują, to jest tam dość tlenu, a jak to odcinek nie dla nich, to i tak po nich.
Wziąć oddech planował, owszem. Ale by nie utonąć jakby wpadł do ścieków, choć i na gazy może się przyda.
Jak pamiętał nauki Mistrza Ignusa mogą tam być dwa gazy, siarkowodór który capi i który w odpowiednim stężeniu ich zatruje skąd zawroty głowy a na koniec śmierć - ale wtedy i szczurołap by tam nie mógł pracować, więc raczej nie będzie on problemem. Szczęśliwie też gaz ten jest cięższy od powietrza, więc pewnie będzie koło kolan góra i po prostu schylać się nie należy. Oraz metan, który dla odmiany jest lżejszy od powietrza i dobrze znają go też górnicy. Ten na ich nieszczęście jest bezwonny i w odpowiednim stężeniu z powietrzem wybuchowy. Zatem albo go będą mieli nad głowami, albo przy jego nadmiarze stracą przytomność z braku tlenu, a jak upadną to wykończy ich siarkowodór i spowodowany też jego ciężarem brak tlenu. Podobnie Marcus kalkulował, że metan nie będzie problemem, bo miejskie szczurołapy by pracować wtedy nie mogły, kanał więc musi mieć odpowiednią wentylację, na tyle chociaż by tam się nie podusić.Najgorsze w tym wszystkim, że nie mógł się tym z nikim podzielić, a znając życie prędzej czy później jakiś debil będzie chciał w ciemności rozpalić ogień... O ile pożoga z budynku ich nie dogoni, rozświetlając sufit kanału i w procesie spalania zabierając im resztkę życiodajnego tlenu. Choć może i to nie nastąpi? Na budowaniu kanałów się nie znał, liczył jednak że ktoś zrobił to rozsądnie i jest tam dość wentylacji by metan się ulatniał do miasta nad nimi.
-
Modi siedział oparty o scianę. Nie tak miało być... szybki przewóz... żadnych problemów.
Westchnął kiedy zaczął słyszeć mamrotanie szaleńca, jednak im więcej słów zaczęło opuszczać jego usta tym większy niepokój rodził się w sercu przemytnika.Szaleństwo to szpetota umysłu naznaczanego przez Chaos...
- Sigmarze miej mnie w opiece. - wyszeptał cicho nie spuszczając przez chwilę oczu z obłąkanego współwięźnia.Nagły krzyk z karceru zerwał Modi'ego na równego nogi, który odskoczył jak opażony od ściany, którą dzielił z tym czymś co się miotało w pomieszczeniu obok.
- Na zęby Ranalda! - mężczyzna położył dłoń na klatce piersiowej mając nadzieję, że uspokoi swój oddech. Wtedy poczuł zapach dymu.
- Cholera... - zerknął na pozostałych współwięźniów gromadzących się przy wychodku. Śmierć w smrodzie, ale nadzei jest lepsza od uduszenia w beznadzei. Oderwał kawałek tego co robiło mu za koszulę i obwiązał ją wokół ust i nosa, czekając na pierwszego śmiałka, który postanowi wskoczyć.
-

Oswald Braun
Kraty tu, kraty tam, na dodatek w tej samej celi spora garść podejrzanych typów, z których niejednemu z oczu źle patrzało. Ale nawet z tymi mniej podejrzanymi Oswald nie zamierzał nawiązywać bliższych kontaktów. Bo i po co? Przynajmniej na razie, dopóki jest nadzieja, iż skończy się sprawa jak już kiedyś się zdarzyło i rankiem (lub kolejnego ranka) Oswald znów ujrzy niebo nad głową.
Dumania nad niesprawiedliwością losu przerwały mamrotania jakiegoś oszołoma. Czy tamten nawiedzony był, czy rozumu niespełna, tego Oswald nie wiedział, ale i tak słuchać nie zamierzał takich bredni.
Już miał zamiar zatkać uszy, odciąć się od (jak to słusznie określił jeden ze współlokatorów) pierdolenia i zdrzemnąć się nieco, gdy sprawy przybrały niespodziewany, acz zgoła nieprzyjemny obrót. Fakt, trochę ciepła w zimnej celi by się zdało, bo lepiej siedzieć w cieple, niż zimnie, ale nadmiar ciepła dla zdrowia szkodliwy bywał, o czym Oswald przekonał się, nie na własnej skórze co prawda. Wiedźma, co ją palili w jednej z wiosek, nijak z ognia zadowolona nie była, chociaż mróz srogi trzymał...
Szambonurkiem nie był, ale uznał, iż lepiej w gównach się kąpać, niż spłonąć czy zadusić w dymie.Nie tracąc czasu i oddechu na gadanie ruszył w stronę dziury, która dawała szansę na wyrwanie się na wolność.
Po drodze oderwał rękaw, by - wzorem jednego z sąsiadów - usta i nos sobie obwiązać. -
Dobry zawodnik był z tego obłąkanego dziada. Ergo skrupulatnie zapisywał sobie w pamięci wszystkie zasłyszane w celi mądrości. Nie żeby było coś lepszego do roboty w ciupie. Żeby chociaż karcioszki, albo kości jakie strażnicy ostawili. Ale nie. Sami się ledwo na oczy pokazywali. Kto wie… może i te przeklęte kraty iście same bez większej pomocy człowieka ich tu trzymały. A chuj. Nie jego pierwsza odsiadka, choć ta pewnie zaniesie się na kapkę dłuższą. Wzruszywszy ramionami powrócił myślami do wszystkich cennych sentencji, które mogą przydać się podczas pokazów.
- Kapie… kapie… - naśladując cicho pod nosem charczącego chudzielca Ergo nawet zamlaskał niby nerwowo. - Ale nie z góry. Nigdy z góry. Woda pamięta drogę, którą przeszła… kurwa… naprawdę dobre! Bogi dadzą, a się przyda.A niedługo potem się zaczęło na dobre. Coś dupnęło w mury mamra, aż się w podwalinach zatrzęsło. Dym spalenizny zlewał się z buchającym odorem klopa. Ktoś wrzeszczał. Robactwo i szczury spierdzielało gdzie pieprze rośnie dając znać, że czas opuścić bogenhafeński przybytek.
Ergo nie rzucił się jako pierwszy do rozwartej latryny. Nieco wolniej dopuszczał do siebie myśl, że w mieście dzieje się coś aż tak złego, że sięgnie aż do tak zapomnianej dziury jak lokalna ciupa. Ale i zwlekać nie zamierzał dłużej. Przez chwilę rozważał, czy aby nie posłuchać cyrulika, żeby se mordkę i nosa szmatą jaką przewiązać. Ale na myśl o tym, żeby ta maska miała nasiąknąć sraką i uryną i miałby to mieć cały czas u nosa, zrezygnował z tego pomysłu. Najwyżej bełtnie. Kątem oka dostrzegł gościa z kulką w gębie, który coś mruczał niezrozumiale.
- Tobie dobrze. Nie naleci ci... - pokiwał głową z uznaniem dla knebla, ale zaraz zaśmiał się. - Choć nie do końca. Bo jak już jaki okruszek, czy grudka prześlizgnie ci się, to nawet nie wyplujesz! No przesrane. Czaisz bratku? P r z e s r a n e!- A może by… tego… no tego nawiedzonego chudzielca tam w dół najpierw zrzucić, żeby sprawdzić, czy opar nie trujący? - zapytał niby bezoosobowo, ale jakoś tak bardziej celując wzrokiem w tych wyglądających na silniejszych współwięźniów. Mimo, że czyjeś rytmiczne uderzanie w mur ściany nagliło, to jakoś miał wątpliwości, czy kanał jest bezpieczniejszy niż cela. - Sam mówił, że najpierw w dół trzeba, ale sam niezbyt ruchawy. To i dobry uczynek się Shallyi panience przysporzy.
-
Więźniowie zebrani przy ustępie przygotowywali się do ucieczki, starając się zrobić to w miarę bezpiecznie. Jednakże, jeśli już nawet w celi było ciemno jak dupie to cóż mogliby dojrzeć w głębi ścieku? Nic i to niezależnie czy patrzyli oczyma czy wymacywali rękoma. Chociaż przy tym drugim udało się zorientować że wszystko poniżej pewnej linii pokryte jest szlamem, co rusz obmywanym chlupoczącą słoną wodą. Na szczęście dla wszystkich pozostałych, jednocześnie niestety dla pewnego młodzieńca, temuż młodzieńcowi nie robiło to większej różnicy. Marcus nie wymacał niczego czego mógłby się złapać lub choćby oprzeć nogę i mimo wszystko wskoczył. Więźniowie usłyszeli plusk i głuche uderzenie. Czy gdyby nie knebel usłyszeli by krzyk nieszczęśnika? Ciężko powiedzieć.
Dla Wireda
Ciemno, zimno, smród, wystające skały, fale i obślizgłe … wszystko czego próbował się złapać. Niestety w kanałach nie było żadnego chodnika czy innego stabilnego podłoża. Dno zdawało się być strasznie nierównomierne, a breja nie taka znów głęboka, miotało nim okrutnie, jeśli tylko uda się mu … Nie, nie udało się. Marcus desperacko próbując utrzymać się na powierzchni i zorientować się w sytuacji przydzwonił łbem w kamień i nastała ciemność, jeszcze poważniejsza niż ta wcześniejsza, gdyż … wieczna.
Minęła chwila, lecz zakneblowany współwięzień nie wypłynął. Czy to dobrze czy źle? Kto następny aby sprawdzić?
Padło kilka zarzutów w stronę obłąkanego “proroka”, jednakże on sam nie bardzo się tym przejął, nawet cios nie zrobił na nim większego wrażenia. Dalej siedział tam gdzie siedział i patrzył z politowaniem na tych co mieli mu najwięcej do powiedzenia, po czym wskazał palcem coś za ich plecami.
Trzech pozostałych współwięźniów, cichych i mało ruchawych do tej pory, wstało i nie patrząc na brak przewagi liczebnej, z gołymi pięściami rzucili się na Hieronima, Ulricha (tego co zbójem nie był) oraz Ergo. Na szczęście nie mieli przy sobie nic co mogłoby posłużyć za broń, a ich umiejętności również nie były na zbyt wysokim poziomie, lecz to co było w nich niepokojącego to spojrzenie. Oczy przepełnione mieszanką gniewu i szaleństwa, zorientowane na cel.
Coś za murem znów strzeliło. Pęknięcie, które zaczęło się od ustępu “powędrowało” po podłodze, w stronę ściany z kratami. Budynek trzeszczał, sypał się pył z trących o siebie belek i kamieni.
Nigdzie nie było słychać aby ktoś próbował gasić ogień, uciekać, krzyczeć, nic, zupełnie jakby byli w tym mieście sami. Strażników, których zabawy czasami było słychać piętro wyżej, również jakby wywiało, wszakże nie siedzieliby spokojnie podczas pożaru.
-
Ulrich (von) Guttenluft
Cyrulik w napięciu nasłuchiwał jakiś odgłosów ze strony pierwszego śmiałka. Wydobycie tych z trzewi utrudniał knebel, ale Ulrich wierzył, że usłyszeliby nieartykułowane ryki z głębi trzewi lub dzwonienie o cegły... czymkolwiek.
Teraźniejsze rozważania przerwał nagły atak, na który cyrulik postanowił odpowiedzieć agresją. Jeśli przeżyje awanturę w więżeniu, może za kilka lat będzie opowiadał wnukom o tym, jak stwierdził, że defensywna była ryzykiem zepchnięcia do wychodka, a skok niekontrolowany równał się śmierci. Mógł tak opowiadać, lecz w tej chwili wcale tak nie rozumował. Rozumował dość instynktownie, jak człowiek pada ofiarą agresji, to musi odpowiedzieć agresją.
Mimo tego, pod czaszką cyrulika kotłowało się. Zamiast wdawać się w bójkę tuż przy przepaści, postanowił wykorzystać swą postawę oraz wagę i ruszył w stronę "proroka" aby odepchnąć napastników i siebie od przepaści, dopiero w tej odległości zaczynając bijatykę od dobrej, zapaśniczej szarży. -
Ulrich Rotzniesser 
Zapach przemocy był dla Ulricha niby zapach krwi dla rekina. Ci kolesie? Tamci? Próbowali okładać jego ziomków, z którymi siedział? Jak oni mieli uciekać, skoro mieli na karku tych cieciów?
– Doigraliście się, obszczymurki – Rotzniesser z brzydkim uśmiechem wydobył z ukrytej kabzy zakrzywiony gwóźdź, który nie tak dawno wyrwał z drewnianych dźwierzy. – Teraz po ryjach dam, rozumicie.
Gwóźdź włożył w pięść, tak, żeby jego łeb znajdował się wewnątrz jego kułaka, a zardzewiały szpikulec wystawał spomiędzy palców.
Trzeba jakoś ogarnąć towarzystwo, dać paru gościom po gębie, wyłupić oko albo dwa, może kiedy zobaczą pięść i poczują ból, to zrozumieją. Jak zwierzęta. A potem… Potem do śmierdzącego dołu, wymacać, czy da się uciec. Albo jakoś inaczej zagospodarować.
– Te, luda! Ogarnijcie jakieś przejście, ta pierdolona buda zaraz pójdzie się jebać, jak cnota młódki na majowym gżeniu... - krzyknął jeszcze.
I rzucił się z groźnym pomrukiem na pierwszego z trzech.
-
Mały Kurt

Plusk w ścieku był krótki. Potem cisza. Kurt spojrzał w dół tylko na moment i odsunął się od otworu.
Krzyki za plecami i ruch trzech postaci wskazywały na bitkę. Kurt zmierzył współwięźniów wzrokiem. Kamień pod stopami zadrżał, a pęknięcie pełzło w stronę krat. Kurt poczuł ciepło bijące ze ściany i zapach dymu, gęstszy niż przed chwilą. Zostawać tu nie miało sensu. Bić się też nie.
Odwrócił się do krat. Przez chwilę patrzył na zawiasy, na osadzenie w murze, na pęknięcia w kamieniu wokół. Potem cofnął się o pół kroku i wziął głęboki oddech.
Kurt rzuca się całym ciałem na kraty, próbując wyrwać je z osłabionego muru, wykorzystując masę, siłę i pęknięcia w ścianie.
Jeśli pierwsze uderzenie nie wystarczy – ponawia napór, dociskając ramieniem i barkiem, aż coś puści: zawias, kamień albo całe osadzenie.
Jeżeli któryś z atakujących współwięźniów spróbuje mu przeszkodzić – odpycha go bez wdawania się w walkę, skupiając się wyłącznie na kratach. -
Ergo

Ergo też chciałby zawołać, że się doigrali. I wyciągnąć z worka coś co choć wygląda jak broń. Umieć się bić też by zresztą chciał. Albo chociaż ważyć tyle co tucznik i mieć łapska jak bochny. Ale nie miał i nie umiał. Ale zawołał:
- Prawdziwy ogień rodzi się w ciszy! - wychrypiał naśladując chudzielca zarówno chropowatym głosem jak i kiwającą się sylwetką.Taaa... Pomysł, że nie zaatakują go niby swojego był zapewne równie głupi jak się wydawał. Cóż...
-

Hieronim Bosch dygotał na całym ciele pod wpływem szaleńczych emocji, z których najsilniejszą jawiła się żądza przetrwania za wszelką cenę. Kiedy więzień z kneblem w ustach ruszył jako pierwszy ku wolności, bez wahania skacząc w czeluść ustępu, stary poczuł wściekłą zazdrość, że to nie on stanął na czele kolejki skoczków.
Zaciskając pięści jął się przepychać przez ciżbę ludzkich ciał ku ustępowi, gdy znienacka kilku więźniów wyrwało się z dotychczasowego otępienia ruszając w jego stronę z mordem gorejącym w oczach.
Podstępnie zaatakowany, Hieronim wrzasnął na całe gardło wzywając imienia Młotodzierżcy, a potem zacisnąwszy dłonie w pięści jął nimi tłuć w dzikiej furii, całkowicie owładnięty żądzą ocalenia życia.
Deklaracja
Hieronim Bosch będzie bił, kopał i gryzł, byle tylko ocalić życie.
-

Modi Wagner
Modi westchnął patrząc za znikającym Marcusem.
- Może nie było najlepszym pomysłem wysyłać zakneblowanego na zwiad... - już miał coś zaproponować kiedy trzech współwięźniów zaczęło mieć inne plany niż przetrwanie. Zastanowił się przez chwilę po czym postanowił się przyłączyć do tych co zamierzali uciec z nim przez ściek.
- Obić skurczysynów! Zrobimy linę z ich ciuchów!
Deklaracja
Modi zaatakujetego tego, który atakuje Hieronima -
Nadja Schmidt

Nadja poczuła, jak jej obawa kiełkuje wraz z "wędrującymi" pęknięciami, jakie sugerowały naprawdę wielkie problemy czające się wokół. Nie wiedziała czy śmiałek jaki rzucił się na ślepo ku ściekom dał radę, utonął w gównach czy już ich z drugiej strony miasta wyśmiewa z kulką w ustach, ale wiedziała za to, że tych trzech co się podniosło będzie problemem jakim nie chciała musieć stawić czoła.
- Uważajcie, by się nie posypało jak będą rozwalane kraty! - krzyknęła, zaniepokojona działaniami przy nich, sama stając pod ścianą dalej od dziury, by nie zostać zrzuconą weń. Skrywanie twarzy materiałem wciąż miało sens przy całym duszącym pyle w powietrzu.
Wyjmując z worka jeden z większych kamieni jakie odpadły ze ścian celi miała zamiar początkowo zaatakować tego, idącego na Ergo, jako że jego zagrywki były skazane na porażkę, ale... zaraz zmieniła zdanie. Nie było sensu miotać kamieniem w kogoś, kto niezajęty zaraz rzuci się na nią, więc obrała za cel więźnia zagrażającemu cyrulikowi.Nadja atakuje tego, jaki zagraża Urlichowi-cyrulikowi. Rzuca kamieniem mu w łeb. I nie trzyma się blisko Ergo by na nią nie zwrócił uwagi przeciwnik.
-

Oswald BraunSytuacja zaczęła się robić jeszcze ciekawsza, niż się tego Oswald spodziewał. Nie dość, że ściany zaczęły się walić, to jeszcze jakieś przygłupy uznały, ze warto zaatakować kogoś, kto chce uciekać z tonącej łajby... z płonącego więzienia, znaczy.
Oswald uznał, iż osoby pragnące wolności są bardziej 'swoi' niż ci, co w osiągnięciu owej wolności przeszkadzali. A że nie miał zamiaru stać na uboczu, przeto chwycił w dłonie rzemyk i włączył się do zabawy z zamiarem podduszenia najbliższego z napastników.Garota; podduszenie oponenta do utraty przytomności
-
Mały Kurt miał przed sobą niemałe wyzwanie i stosunkowo mało czasu. Na szczęście dość szybko i bez większego problemu znalazł słaby punkt, w który czym prędzej przyłożył całą swoją siłę i impet. Osłabiona krata jęknęła, a kilka ukruszonych cegieł odpadło po drugiej stronie. Jeszcze kilka takich uderzeń i może pomoc współwięźnia, a droga na wolność stanie otworem.
Hieronim, mimo niepozornej aparycji i okrzyków przypominających bardziej rozpaczliwą obronę niż atak profesjonalisty, złożył swojego przeciwnika w zaledwie kilku ruchach i to gołymi rękoma. Więzień nie wydał z siebie ani jednego dźwięku, możliwe że dlatego iż ciężko coś mówić ze zmiażdżoną tchawicą, o co przed chwilą zadbał Mytnik. Hieronim będąc w bojowym szale łupnął jeszcze raz dla pewności z półobrotu w szczękę. Przeciwnik żył jeszcze zanim gruchnął o mur. Cos tam jeszcze się wierzgał, lecz były to ruchy przedśmiertne.
Ulrich, ten co zbójem nie był, mimo wewnętrznego strachu zadziałał dość profesjonalnie. Strzelił przeciwnika w łeb, obalił a później korzystając z całej swej masy zwalił się na nieszczęśnika wbijając łokieć tak głęboko że aż wszyscy usłyszeli trzask łamanych żeber. Cyrulik wstał spokojnie, bazując na jego wiedzy medycznej, nawet jeśli ów biedak przeżyje to niezbyt długo, a nawet jeśli to nie będzie miał sił na to by wstać a co dopiero walczyć.
Ergo przeliczył się z osądem, jego słowa zupełnie nic nie dały. Jednakże na szczęście w celi nie był sam. Ulrich oraz Modi złoili skórę milczącemu więźniowi, lecz ten był jakby w amoku, zupełnie ignorował wszystko i wszystkich, ponownie próbując przejść do ataku. Kamień rzucony przez Nadje minął go, na szczęście był jeszcze Oswald, który zaszedł delikwenta od tyłu i z całej siły zacisnął rzemyk wokół szyi. Wiezień miotał się zaledwie przez chwilę, po czym opadł z sił.
Prokok podniósł się powoli, jakby podłoga musiała się z nim najpierw porozumieć. Otrzepał dłonie bez sensu - brud i tak był już w nim. Przechylił głowę i uśmiechnął się krzywo, jak ktoś, kto słyszy rzeczy, których słuchać nie wolno.
- Teraz, bo potem dół się obudzi. A jak się obudzi to już nikogo nie odda.
Po czym … zaczął krążyć w celi jak zwierze zamknięte w klatce.Więzień z karceru cały czas dawał o sobie znać. Po chwili udało mu się przyczynić do dewastacji muru. Ręka odziana w … kolczugę pojawiła się po ich stronie, a po chwili dołączył do nich łeb … okuty w metalowy hełm strażnika. Oczy jegomościa były przekrwione i czerwone, lecz nie tylko od złości, wyglądały jak całe zalane czerwienią.
-

Mały KurtKrata zadrżała i z muru posypały się kolejne kawałki cegły. Kurt nie cofnął się od razu – pochylił się bliżej, przesuwając dłonią po zimnym żelazie i spękanym kamieniu. Zatrzymał wzrok na miejscu, gdzie osadzenie wyraźnie pracowało, a cegły kruszyły się. To tam.
Ustawił bark, wziął oddech i spojrzał krótko na pozostałych.
– Tu! Kolibie się. Jak pchniemy razem, to puści.Kurt wykorzystuje swoją spostrzegawczość, żeby określić możliwie najsłabszy punkt mocowania krat. Następnie ponawia napór, uderzając barkiem w obrany przez siebie punkt.